Baśnie z nad Gopła

ł 



 aśnie l na 


op a 


Spisał 


'10 


I 


J Ó Z E F T R Z C I N S K I. 





 


INU'WRUl:J,.\W. 
CZCIONK1\MI DRHK1\R1\I "DZIF!\:'\fK1\ KUJ1\ WSKIFGO". 
1905.
>>>
4?Ą
 
:!.J. 
o 


q-
 
ł10
>>>
BASNIE Z NAf GOP&A.*) 


Wjeżdżam do Kruszwicy. 
O drogie relikwie, o kolebko naszego Narodu! 
Ile tu myśli i uczuć Uoczy się do serca i głowy,- 
ile uczuć wzniosłych, świetności, pr6b i smutku 
przeszłaś. - \Vszystko przeminęlo, a Ty jakby 
na strażnicy stoisz nie wzruszona. 
Wsiadam do ł6dki i aby poznaó dobrze to 
polskie morze, biorę ze sobą starego rybaka, któ- 
ry zna Gopło jak pięć palcy swoich, zna tajemnice 
i historyę tej wody. 
- Tu mieszkał P o P i e I, wskazując palcem na 
myszą wieżę. zaczął rybak. 
Iusiał to być potężny 
\'ładzca, sądząc z zamku, - to też, Panie, nikogo 
się nie bał, nie słuchał przestr6g starych, nawet 
ojca i matki. Hulanka, rozpusta i polowania były 
u niego ostatecznym celem życia. Wracającego 
z łow6w nie spotykaj, źle mu patrzy z oczu, roz- 
gniewany. Szczuł bowiem łanię, kt6rej dobiedz 
psy nie były w stanie, uniosły się za nią w knieje 
i znikly, - a Popiel z rogu zwołuje psy, a jego 
ulubieniec wraca kulawy. - Ach wtenczas omijaj 
szaleJica, got6w cię roztratować, zabić albo wtrą- 
cić do lochu. 
\V podziemiach tej wieży było więzienie, tu 
tysiące ludzi straciło życie, tu ojciec dzieci, dzieci 


e) O niektórych tych podaniarh ludowych wapomina już 
R. W. Berwjński w swoich powieściach Wielko-PolakierIo 
TCi lU I. 


\
>>>
- 4 - 


rodzic6w opłakiwały, a wszystko dla nie ujQtej 
łani i psa kulawego. Wszelkie prośby ojca, matki 
i starych ludzi nie pomogły i szłoby tak dalej, 
ale Bóg choć nie rychli wy lecz spra wiedli w y ; 
ukarał go straszną śmiercią, - m y s z y g o 
z j a d ł y. 
Ze zamku ucieka na wyspę (dziś zwaną ogro- 
dem Rzepichy) one za nim, - płynie łódk(ł. (\110 
za nim, zwoluje wojska, a każdy zbrojny w miecz 
i cięciwę, - uderza sam na czele, na chmary my. 
sie i O dziwo, z każdej przeciętej myszy, d wie - 
i tak bez liku coraz ich więcej. 
N areszcie tu, w tem miejscu kazał się spuścić 
w bani szklannej na dno Gopła, aby spok6j zna- 
leść, ale daremne schronisko. Nie mogąc znieść 
tego widoku, wybiegł zn6w na ląd, - do zam- 
ku, - i tu na tej drodze, tu, uległ przewadze, 
został zjedzony, - a towarzysze zbrojni opu- 
ścili go. 
Od tego czasu zamek pusto stoi, tylko kruki 
i kawki mają tam swoje legowiska a puszczyk 
odzywa się złowrogo. 
Oj, dziś jeszcze widują Popiel a, po nocach 
późnej jesieni jakby potępieilca, uganiającego się 
za łanią, na karym rumaku, buchającym ogniem 
z nozdrzy. 
Słychać skowyczenie ps6w, tętent koiiski. 
Naraz łania i psy gdzieś giną, a jeździec błądzi 
po moczarach, po trzcinach, szukając zguby. 
Po chwili zn6w słychać psy i róg, znów cala 
czereda myśliwska wlecze się przez trzęsawiska, 
a wicher wciąż wyje, a Goplo się pieni. - A jak 
kur zapieje, nastaje cisza, wszystko gdzieś prze- 
pada. 
M6wią, że w dzień odpoczywa, siedząc na 
koniu, otoczony psiarnią, na dnie Gopła. - Stra- 
szne rzeczy! ale prawdziwe, ja go sam widziałem. 
BOŻA zachowaj tej przyjemności, człowiek po tell1 
tygodniami spać nie może. 
. . 
.
>>>
.... 
;) 


Płyniemy rlalej ; tu Gopło rozlewa się bardzo 
szeroko, woda przezroczysta, na dnie widać 
żwir. 
- Ach Panie, - tu leży pełno topielców, 
a wszyscy leżą za dnia w znak obróceni twal'at 
do słońca, a ciągle ich przybywa, bo co rok musi 
Gopło przysporzyć ofiary, i czekają na słońca 
z3rhód. \Vtenczas powstajct i suną nad wodą 
w tl'zciny i bagna, aby z brzaskiBm znów wrócić 
na swoje miejsca i patrzeć na słońce. 
\V nocy więc nie uda waj się w plH.in',ż 1'0 
GUlJlo, abyś nie spotkał topielca; drogę ci pnm y li, 
eza
ami sprowadzi do topieli. 
- A tu co dalej '1 - To stacya rybackJ, - 
pełnI) łódek małych, wydrążonych z kloca, ledwo 
rybaka uniosą. 
- Tu przewożą się dusze w latowych nocach 
i ahy się nie psociły, rybacy umyślnie im zosta- 
wiają taką łupinę, a jak i tej nie starczy, ciągną 
przez wody, niby chmurki, albo też wołają z brze. 
Uli »a da waj ł6dkęc, a echo odpowie gdzieś z dala 
ledwo dosłyszalnie »dawaj łódkę.c Stary nie słu- 
cha tej prośby, lecz młody ulegając sercu, nieraz 
jedzie, aby przewieEć wołającego. Ale jakie zdzi- 
wienie! Dojechawszy do przeciwnego brzegu, 
ży wej duszy nie widz;, strach go ogarnia, - na- 
wraca i dopiero na środku wody spostrzega 
w łódce jakby białą chmurkę, - to rluszyczkfł, 
więc garnie coraz szybciej a dobiwszy do brzegu 
widzi, jak z chmurki robi się słup biały i ten 
Bunie dalej i dalej. 
- A tu ląd, kończy się Gopło "1 
- O nie, Panie, to jest P o t r z y m i e c h; tu 
najczęściej Popiel s \Voje hece wyprawia. - Gopło 
się dalej ciągnie, jeszcze ch wiIkę, a będziemy 
u w r 6 t P i e k i e l n y c h. 
- Co to jest? 
- To jest m:ejsce bardzo niebezpieczne, tu j 
wicIu ludzi i koni znalazło śmierć, tu też woda 
-nigdy nie zamarza. M6wią, że tu djabli mieszkają,' 


.
>>>
- 


- 6 - 


słychać często kucie mIotam;, wrzask, śmiech 
szyderczy; lepiej omińmy to miejsce. 
Przed kilkunastu laty żył tu rybak stary, nie 
wierzący w czary i pewnego poranku wiosennego 
udał się na przeciwległy brzeg ł6dką po trawę 
dla swej karmicielki, krowy. A że z drugiej 
strony nie chciało mu się objeżdżać tego niebez- 
piecznego miejsca, wali więc wprost przez pie- 
kielne wrota, gładkie jak luatro. - Aż tu woda 
pruje się, niby slup wody podnosi się i prosto 
posuwa ku łód;e. Rybak zdjęty strachem, ucie 
ka; - napróżno, - ł6dkę wir przewraca, śmiałek 
wypadł i znikł. Ludzie, którzy to widzieli, po- 
wiadają, że w tern miejscu, gdzie ofiara wypadła, 
kilka bąboli z wody wypłynęło i nast1ła cisza 
jak przedtem, a wodne ptastwo krzyczy, a dzikie 
gęsi i kaczki ciągną, - wszystko IiIwoim porząd- 
kiem, jakby się nic nie stało. A co Panie, i nie 
mamy tu wierzyć w te czary? 
Jam się zadumał a ł6dka mknie dalej. 
- Co to za zatoka? 
- Tu, mówią ludzie, stal dawniej kości6ł 
podczas nabożeństwa zapadł się z ludimi, 
a Gopło zalało to miejsce. Dziś słychać tu co 
dzień rano dzwony, modły, ale ucho trzeba mieć 
dobre. 
- A tu co z a cha ta? 
- To Kamienna, a ludzie, co tu mieszkają, 
zowią się Kamienni, bardzo starzy. 
Zdjęty ciekawością poszedłem do owej Ka- 
mienny. W izbie zastałem płaczącego zgrzybia- 
łego starca. 
- Czego płaczecie? 
- Ha, nie mam plakać, kiedy mnie ojciec 
wybił. 
- Jakto, wy macie jeszcze ojca? poprowadź- 
cie mnie do niego. 
I rzeczywiście, ów ojciec rąbał drzewo na 
pod w6rku. 
- Dla czego ojcze syna wybiliście? · 


.
>>>
- 7 - 


- Jakże nie mam bić, kiedy nie słucha! 
Pomyślałem: prawdziwi Kamienni: ojciec 
z g6rą 115, syn przeszło 80, wnuk około 50, 
prawnuk może 20 lat, wszystkie te cztery poko- 
lenia żyją zdrowo i pracują razem, - tu praw. 
dziwe hłogosławieństwo Boże. 
- Powiedzcie mi ojcze, wiecie wy co o Popiolu? 
- O, tak, mój ojciec, który żył także prze 
szło sto lat, opowiadał, że jego ojciec widywał 
go na łowach, - z nim rozmawiał (?). Ten dąb 
rozłożysty też Popiela pamięta, bo pod nim czę- 
sto odpoczywał (?). N a dębie tym zaś siadywał 
siwy orzeł, postr8ch trzody okolicznej, nie raz, oj 
nie raz zleciał z wierzcholka po jagnię, ba, po 
skopu, - a łupu nie popuścił; dziś już orła nie 
widać. - Tych dębów było dawniej więcej, lecz 
jedne zgruchotały wichura północna i pioruny, 
a drugie powaliły robaczki małe, mr6wki,- 
i został z nich jedyny jeden, - sierota. - Cza- 
sami zaszumi, zajęczy, a liście jego wiatr roznosi, 
- oj smutno mu na świecie. 
Wr6ciłem do ł6dki i rybaka, - płyniemy 
dalej. 
- Co to za kępa? 
- To kępa nie dobra, tu się ukazuje i tuła 
nocą po brzegach Gopła» Wiedźma c, odziana ki- 
rem, a kto ją spotka, temu biada, temu wr6ży 
nieszczęście. Spieszmy ku domowi! Hen tu nad 
brzegiem widzisz Pan pochyłą, omszałą Bożą 
mękę. Tu nikt opodal niej w późnej godzinie 
nie przechodzi, bo tu widują czarnego psa i kota; 
ale jak to u ludzi, żebyś im gadał najoczywistsze 
rzeczy, zawsze się jeden znajdzie, który nie wie- 
rzy, tak też i tu było. - Andrzej najsilniejszy 
z Kujaw został zaproszony od kumy do sąsiedniej 
zagrody na zdawiny, na czarną polewkę, na kubek 
miodu. A kt6ż takie gody odtrąci, a kt6ż się 
z nich rychło wynosi? N ad ranem, jeszcze zorze 
nie świeciły, Andrzej wybiera się do domu, do 
obowiązk6w i pozegnawszy gości a wypiwszy 
'- 


t 
ł
>>>
-- 8 
 
. . 


f 
J" 
i 


kubek po kubku na pomyślność młodych, udał 
siQ w drogę; aż tu zaraz za płotkiem dołączył się 
1 do niego jakiś nie znany, brodaty człowiek,- 
idą razem, ale długo nie czekali na zwadę. Od 
srł)w dalejże do pięści; już się mocują, już w 
uściskach, a gdzie Andrzej rąbnie, tam trawa 
nie rośnie. - Ale mimo to Andrzej czujo, że jest 
jakby w kleszczach i zaplątawszy palce w kudły 
towarzysza, poczuł jakieś wyrostki nad czołem. 

O Jezus Marya, to zły duch«, i w tej chwili 
przeżegnał się szkaplerzem, - a mieszkaniec 
piekła chce uciekać, lecz Andrzej go cap za koł- 
nierz i dręczy szkaplerzem i woła: 
hola, bracie, 
tak nie idzie, musimy się popr6bować, kto silniej- 
szy? bo. ja nigdy zapas6w nierozstrzygniętych nie 
porzucałem c . 
- Na te słowa djabeł czmychnął w Goplo,- 
jakby sto koni wpędził do wody, taki Bzt£m, takie 
śmiechy, taki ryk. 
- A Andrzej? 
- Poszedł ze schyloną głową do domu, opo- 
wiedział zdarzenie całej wsi i już nigdy tą drogą 
w nocy nie wracał. Nazajutrz zaś nie pos
edł) 
do roboty, trochę postękał i mawiał 
że djabeł 
go nieco spłaszczyh" ). 


... 


... 


... 


Z dzi wnem uczuciem opuściłem rybaka i za- 
PS tałem sam siebie w myśli: czy w tym dziejo- 
wym popiele, choć i iskiorka prawdy tleje? 


e) TylE' co -pognióU.. 



 



ł:v.? 

"";::
 
..v'"t:.z)} ...
>>>