Kwartalnik Artystyczny : Kujawy i Pomorze 1997 nr 4(16)

K AFłr 
ARTVS 
 
- 


U J A W Y 


- 
4 (16) 1997 


ł..ł 
, 
l, 
I 
.1 
j 


. I 


l" 
I 


I 
I 
II 
lł1 
11'1 
I \ 
l 


. 
I , 


-t.....:; 
=-.:::: 
- 


- 


I 


... 


- 
M O R Z E 


1 5 =P 
== 
 --.. 
..... ....... 
-- 
= 
 
-- 
= :;; 
- 
- 
- 
- 
- 
aie- 
-- 
::;; - - 
;;;:;: = -- 
--- 
--- 
--- 
== == ..... 
...- ........ 
-- 
--...... -- 
==
 
--- 
--- 
-- --- 
== --- --- 
== -- 
==-- 
.== - -- 
----- 
.= = -- 
:.= - --- 
,= = ---- 
: -- 

:::t =: 
-:::: - - 

-== 

- =, ' "q 
.,,;........

 
... - 
.. -. 
} .....--. l 
-
 
._. 

 =-, 
--- 



 

 ;. 
 


, 

 

 



 


Jerzy Andrzejewski 
Fiut Grynberg Juarroz Jurewicz Kornhauser 
lU Kubiak Lem Miłosz Niemiec Różewicz Wajda
>>>
KWARTALNIK !A8IlYSTYCZNY 


Zespół: 
JAN BŁOŃSKI, TOMASZ BUREK, 
S T E F A N C H \V I N, A L E KS A N D E R F I U T , 
MICHAŁ GŁOWIŃSKI, JULIAN KORNHAUSER, 
JANUSZ KRYSZAK, LESZEK SZARUGA 


Redakcja: 
K R Z Y S Z T O F M Y S Z K O \V S K I (redaktor naczelny) 
G R Z E G O R Z M U S I A Ł (z-ca redaktora naczelnego) 
G R Z E G O R Z K A L I N O W S K I (sekretarz redakcji) 


Wydawca: 
-' 
Wojewódzki Ośrodek Kultury \\' Bydgoszczy 
Miejski Ośrodek Kultury w Bydgoszczy 


u W A G A ! Nowy adres redakcji: 
ul. Ikara 12,85-314 Bydgoszcz 
teL/fax (O-52) 37327 18, tel. (O-52) 378 66 66 
Internet: "Kwanalnik Artystyczny" www.wok.bydgoszcz.pl 
E-Mail: \\.ok@
ps.pl 
Administracja, sprzedaż i prenumerata: Renata Triebwasser 


Na I i IV str. okładki: Leon Tarasewicz ,,25 filarów 
regularnie ustawionych" 


Redakcja "Kwanalnika Artystycznego" serdecznie dziękuje 
za pomoc finansową w wydaniu numeru 4/1997 Minister- 
stwu Kultury i Sztuki, Wydziałowi Kultury, Sponu i Tury- 
styki UW w Bydgoszczy oraz Wydziałowi Kultury i Sponu 
UM w Bydgoszczy.
>>>
Spis rzeczy 
Trz'Y wiersze 
-' 
STANISŁAW LEM 


Trzy wiersze / 3 


Poezja , 
M A C I E J N I E M I E c (Kropelko) / 10 Swiat widzialny / 10 
Tancerka małej śmierci / II (Szukam twoich oczu) / 12 (Popołudnie) / 13 
(Spójrz oto, ci) / 14 (Nieskończony) / 15 
RO B E R T O J U A RRO Z Choroba /142 (Czasem) /142 (Na górze) /143 
(Kiedyś znajdę) / 143 (Brzegi błękitu) / 144 (Chodzę już tylko) / 145 
(Mógłbym zapomnieć) / 145 
G E N O W E F A JAK U B O W S K A - F I J A Ł K O W S K A Magdalena / 156 
(lato) / 157 (na powiekach) / 157 (Amazonki) / 158 (na dłoni popielate) / 158 
(zapach kiszonej kapusty) / 159 
T O M A S Z RÓŻ y C KI 1883 rok, długa podróż na południe / 166 Vaterland / 167 
Entropia / 167 Magia / 168 
Po co piszę 
FLORIAN ŚMIEJA 
MACIEJ NIEMIEC 


***/8 
***/9 


Proza, esej 
JERZY ANDRZEJEWSKI Noc/17 Każdyalbonikt/63 Młodość/67 
Elegia / 69 Rzecz, która ma być opowiedziana / 71 Heliogabal / 79 
A L E K S A N D E R JUR E W I C Z Ciążenie i wiatr / 160 
A N D R Z E J F I E T T Glosa do "Nocy" / 56 
A N N A S Y N O R A D Z K A Historia jednego tytułu / 58 Historia jednego kłamstwa / 60 

l A D E L I N E G. L E V I N E 
iejednorodność moralnego oburzenia wyrażonego 
przez Jerzego Andrzejewskiego \V "Wielkim Tygodniu" / 119 
D A R I U S Z N O W A C K I 
on consummatum? / 132 


Wspomnienie 
I R E N A S Z Y M A Ń S K A Mój przyjaciel Jerzy / 82 
Głosy i glosy 
A L E K S A N D E R F I U T Kilka myśli o Andrzejewskim. / 102 
H E N RYK G R Y N B E R G [ronia historii. / 105 
JAR O S Ł A W K L E J N O C K I Trzy uwagi. / 105 
J U L I A N KOR N H A U S E R ** * / 106 
R Y S Z A R D M A T U S Z E W S K I Garść wspomnień o Jerzym Andrzejewskim. / 108 
CZESŁAW MIŁOSZ ***/115 
KRZYSZTOF MYSZKOWSKI ***/115 
ANDRZEJ WAJDA *** / U8 
Rozmowa 
" S W I A T T O P R Z Y P O W I E Ś t..." - Z Zygmuntem Kubiakiem 
rozmawia Grzegorz Kalinowski / 148 


Teatr 
A R T U R P R Z Y B Y S Ł A W S K I Teatr wewnętrzny / 169 


Plastyka 
ŁUK A S Z K I E P U S Z E W S K I Horyzont / 173 
Prezentacje 
JER Z Y O L E K Przywoływanie nie-obecnego / 177 
T A D E U S Z RÓŻ E W I C Z Wymiar iluzji / 184
>>>
Varia 

 l I C H A Ł G Ł o W I Ń s I\.. I Szkice podróżne (I) / 190 
J U L I A N KOR 
 H A U S E R Post scriptum (7) / 197 
G R Z E G O R Z M U S I A Ł Dziennik z lowa (XII) / 200 
L E S Z E K S Z A R U G A Tym czasem (10) / 210 
M A REK A D A M I E C Przeglądamy... malarstwo włoskie / 217 
Recenzje 
M I R O S Ł A W D Z I E N Czesław Miłosz piesek prawie teologiczny. 
Zam\'ślenia millenalyst\'czne /223 
K RZ y S Z T O F M Y S Z K O \V S K I Miłosz czyta l\liłosza... /234 
J A 
 W O L S KI ,,\Vieczność w krótkim trwaniu" /235 
J A 
 W O L S KI "Język dotyka niekiedy prawdy" / 238 
L E S Z E K S Z A R U G A \V zwoln.ionym tempie / 240 
E w A P I E C H O C KA \V promieniu złego oka / 243 
JAR O S ł A W K L E J 
 O C K l Tylko popiół, a jednak... / 245 
W A C Ł A \\ L E W A N D O W S K I 
iełat\\.o być księdzem 
- jeszcze trudniej grzesznikiem / 247 
M A R I A 
 S Z A R M A C H Listy Tadeusza Zielińskiego do Stefana Srebrnego /250 


Noty O ksiqżkach / 253 


Dnia 26 października 1997 r. zmarła we \Vrocławiu \V wieku 55 lat 


ś.p. Elżbieta Czerska 


do 1995 r. dyrektor \Vydziału Kultury i Sportu Urzędu \Vojewódzkiego 
w Bydgoszczy. Założyciel "Kwartalnika Artystycznego" w 1993 r. i przez 
następne lata jego niezawodny Opiekun i Przyjaciel. Jej wyjazd z Bydgoszczy 
odczuliśmy jako niepo\vetowaną stratę. Łączymy się w żałobie z Jej bliskimi. 



iech odpoczywa \\ pokoju. 


Redakcja "Kwartalnika Artystycznego" 


2 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
TRZY WIERSZE 


Trzy najważniejsze wiersze polskiej poezji XX wieku. Po Czesławie 
Miłoszu ("Kwartalnik Artystyczny" nr 3/15/1997) prezentujemy wybór 
Stanisława Lema. Kolejna odpowiedź \V następnym numerze. (red.) 


Stanisław Lem 


* * * 


Wymieniam trzy wiersze, metodą łapu-capu wybrane z mieszaniny, której peł- 
na jest moja pamięć. Porządek, w jakim je nazywam, jest zupełnie przypadkowy 
i nie ma żadnego znaczenia. Są to teksty następujące: 


Czesław Miłosz 


Do J onathana Swifta 


Do ciebie zwracam się, dziekanie, 
Prosząc o dobre rady t\voje. 
Na tak nieczęste powitanie 
Żadną się chlubą nie przystroję. 


Widzę ocean zielonkawy, 
Jak pianą bije w brzeg skalisty 
I w białych palcach tej oprawy 
Szmaragdem połyskują wyspy. 


... 


3 


.
>>>
Mieni się kan1ień fioletowy 
Ponad Irlandią torfowiska 
I w domach pod hukaniem sowy 
Rynka w kominie kaszą pryska. 


Srebro wyszycia, błysk peruki 
I gęsie pióro mapę kryśli 
Dla pouczenia i dla sztuki 
Zawsze nie w tej, co sądzą, myśli. 


Według tej mapy, znak po znaku, 
Mój okręt odnajdywał skróty. 
Zwiedziłem ziemie Brodbingnagu 
I nie minąłem wysp Laputy. 


Poznałem także plemię J ahu, 
Co wielbi własne ekskrementy, 
Żyjący w niewolniczym strachu 
Donosicielski lud \\)'klęty. 


Życie się moje przełamało 
Na fazy naj zupełniej różne, 
Solą burz morskich w serce wiało, 
Lecz nie jest jeszcze całkiem próżne. 


Niepojętego zaślepienia 
Na oczych nie nosiłem wstążki. 
I szczera wściekłość opromienia 
Moje rozliczne obowiązki. 


Ty możesz wskazać mi, dziekanie, 
J ak się ten płyn przedziwny st\varza, 
Że prócz inkaustu pozostaje 
Coś więcej na dnie kałamarza. 


Daj 111i sekrety swego wieku, 
Abym nie krzywił się obleśnie 
Jak ci, co prawią o człowieku 
I tylko cicho skomlą we śnie. 


Odbity w lustrze Xsiążę raczy 
Chcieć pochwał swoich rymopisów 
I kupry chylą w tył dworacy 
Rzędami. Whigów i Torysów. 


4 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Xsiążę, dziekanie, zwykle błądzi, 
Choć za nim racja jest i siła. 
Prztyczek ze sławy go wytrąci 
I w piekło kartoteki zsyła. 


Trwalszy t\vój dom pod krzykiem sowy, 
Gdzie noc irlandzkie sypie deszcze, 
Niż grymas książąt marmurowy 
I drzewka lauru przypochlebcze. 


Dotychczas mówią twoje usta: 
Rzecz ludzka nie jest zakończona. 
Kto dziejów doskonałość uzna, 
Bezbronną śmiercią niechaj skona. 


Odwagi, synu. Bierz okręty, 
Na linach śmieszną flotę prowadź 
I mrówczych mocarstw dawne błędy 
Obszarom chn1ur daj kamienować. 


Dopóki niebo jest i ziemia 
Dla nowych Miast gotuj przystanie. 
Poza tym nie ma wybaczenia. 


Będę się starać, mój dziekanie. 



Vashington D.C., 1947 


Czesław Miłosz 


J(onstanty Jldefons Gałczyński 


Podróż do Arabii szczęśliwej 


Pąsowe wstążki bicza wiatr rozwiał przelotny 
i niebo jest gwiazd pełne jak M1)'ka ptaków, 
konie noga za nogą, koła - jako- tako, 
a woźnica pijany i bardzo samotny. 


5
>>>
Kareta to muzyka, to pudło muzyki, 
noc naokół karety to jest szczęścia dużo; 
zaraz księżyc przeleci wielką srebrną burzą 
i w rowach zakołują ś\vietliki, ogniki. 


J adą w karecie piękni, ran1iona oparli 
na poduszkach pachnących - o, nocy jedyna! 
Śpiewa szafir i droga, i każda godzina... 
A oni nic nie wiedzą, bo oni umarli. 


Konstanty Ildefons Gałczynski 


\Viersz, jakim Miłosz zwraca się do Swifta, jest jak gdyby kontalninacją mego sto- 
sunku do świata. Natomiast dziwadło Gałczyńskiego zauroczyło mnie swoją kapry- 
śnością, a zwłaszcza ostatnimi słowy "... bo oni umarli", ponieważ zachodzi 
\\ykonana tym jedynym zwrotem poetycko wstrząsająca zmiana tonacji w nagłą po- 
wagę. 
Moim trzecim wierszem musi być wiersz Leśmiana. Nie wiem, czy sprawia to 
szczególna moja skłonność, czy bardziej trywialny fakt, że nad tym wierszem roz- 
myślałem, pisząc "Lekcję literatury" dla \Vydawnictwa Literackiego, w której to lek- 
cji, już prawie \\-ydanej, dałem prym wierszowi pod tytułem "Gad". 


Bolesłalv Leśmian 


Gad 


Miriamowi 


Szła z mlekiem w piersi w zielony sad, 
Aż ją w olszynie zaskoczył gad. 


Skrętami dławił, ują\vszy w pół, 
Od stóp do głowy pieścił i truł. 


Uczył ją wspólnym namdlewać snem, 
Pierś głaskać w dłonie porwanym łbem, 


I od rozkoszy, trwalszej nad zgon, 
Syczeć i wić się, i drgać, jak on. 


6 K \V A R T A L "" I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Już nle zwyczaje miłosne znasz, 
Zwól, że przybiorę królewską twarz. 


Skarby dam tobie z podmorskich den, 
Zacznie się jawa - skończy się sen! 


Nie zrzucaj łuski, nie zmieniaj lic! 
Nic mi nie trzeba i nie brak nic. 


Lubię, gdy żądłen1 równasz mi brwi 
I z wargi nadmiar "ysysasz krwi, 


I gdy się wijesz wzdłuż moich l1óg, 
Łbem uderzając o łoża próg. 


Piersi ci chylę, jak z mlekiem dzban! 
Nie żądam skarbów, nie pragnę zmian. 


Słodka mi śliny wężowa treść - 
Bądź nadal gadem i truj, i pieść! 


Bolesław Leśmian 


Bardzo trudno pochwalić to, co najważniejsze \\' tym utworze, być n10że cho- 
dzi o jego zwięzłość. 


Stanisław Lem 


.. 


7
>>>
PO 


CO 


PISZĘ? 


Kontynuując ankietę, po odpowiedziach: Czesława Miłosza ("Kwartalnik 
Artystyczny" nr 4/8/1995), Ryszarda Krynickiego, Juliana Kornhausera 
(nr 1/9/1996), J ana Józefa Szczepańskiego, Tadeusza Konwickiego, 
Zbigniewa Żakiewicza, Aleksandra J urewicza, Andrzeja Stasiuka (nr 2 /10/1996), 
Henryka Grynberga, Stefana Chwina, Kazimierza Brakonieckiego (nr 3 /11/1996), 
Tadeusza Różewicza, Urszuli Kozioł (nr 4 /12/1996), Michała Głowińskie- 
go, Bogdana Czaykowskiego (nr 1/13/1997), Kazimierza Hoffnlana, Janusza 
Stycznia (nr 2/14/1997), Grzegorza Musiała, Krzysztofa Karaska (nr 3/15/1997), 
zamieszczamy kolejne wypo\\;edzi. Ciąg dalszy w następnym numerze. (red.) 


/ 
Florian SmieJoa 


* * * 


Pytanie brzmi trochę jak nagana. Tak mógłby spytać surowy rodzic. Zamiast 
robić coś bardzo konkretnego i intratnego, ślęczy się nad papierami i książkami. 
Sprawa niejasna, niepraktyczna i mało licująca z ambicją. Raczej wstydliwa. 
Po co piszę? 
Pewnie mam predyspozycje do szukania samotności, do notowania własnego 
echa \\r labiryncie świata. Myślę, że jest to próba poznania otoczenia i siebie. To 
kontemplacja, szukanie zewnętrznego znaku dla intymnych głosów, na zatrzyma- 
nie tego, co ulotne. 
T o także uciążliwe nabywanie mowy, szukanie słów, bo zawsze były trudne i nie 
przychodziły same. 
To ulubiony nawyk mówienia do siebie, lek na samotność, jej zamawianie. Ja- 
kiś potrzebny egzorcyzm. Łagodzenie tęsknoty. 
Nigdy nie marzyłem o tym, by być tylko pisarzem i niczym więcej. Pisanie mi to- 
warzyszy od lat, współgra z pedagogiką. J esr próbą obecności tam, gdzie powinno 
być moje miejsce, w mateczniku spraw najbliższych i splątaniu witalnych korzeni. 
Pisanie jest dla mnie przekraczaniem granic, szczególnie w przekładach, udział 
w biegu, w którym samo uczestniczenie jest ważne. 


8 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Oczywiście, jest to jakiś przymus i pociąg. Czyżby ukryta potrzeba epatowania 
i kOlTIunikowania? Zajmuje bez reszty i jest odtrutką na nudę. Jest to zajęcie po- 
zwalające 111i salwować się przed hałaśliwymi spędan1i wesołków. 
Nie przebywam wśród swoich, dlatego odczuwam brak drugiego człowieka, stąd 
pisanie przychodzi mi trudniej, zresztą to, co piszę, nie znajduje odbiorców. 
Piszę więc, bo 111USZę. Nie staran1 się iść za żadną modą czy wskazaniami kry- 
tyków. Będąc sobą, już wygrałel11. Oczywiście, rzecz w tym, by być sobą wybit- 
nie, ale to niewielu się udaje. Nien1niej wszystkim wolno dążyć do godnego celu. 
Jeżeli piszę od kilkudziesięciu lat, świadczy to o wytrwałości, uporze, pasji, po- 
trzebie, n10że manii. Ale widocznie jest to czynność organiczna. 


Florian Śmieja 


Maciej. Niemiec 


* * * 


OtrzYl11ałem Pall.stwa pytanie, nieco obcesowo sformułowane, w czasie kiedy sam 
je sobie stawiam i nie znajduję prostej odpowiedzi. Rozul11iem, że pytanie dotyczy 
raczej wierszy niż np. scenariuszy filn10wych czy recenzji, tu odpo\\;edź jest pro- 
sta, n10żna ją ustawić na gnulcie profesjonalnym: bo ktoś to u mnie zamówił lub 
ja Sał11 UWażał11, że należy to zrobić. 
loje własne pytanie wobec wierszy brzl11i zresz- 
tą: dlaczego piszę i jakąś formą odpowiedzi jest to, że coraz częściej nie piszę, nie 
zapisuję wierszy, które się lTIyślą, pozwalam i111 się zapon1nieć. To jest jakaś forma 
odpowiedzi. Niekiedy je jedl1ak zapisuję, i to też jest jakaś forma odpowiedzi. 
Pytanie - po co, jest bardzo konkretne. Zwykle coś robi się po to, by uzyskać 
określony skutek. Zapala się piec po to, żeby zagrzać wodę. Telefonuje się, żeby 
omówić sprawy lub powiedzieć coś konkretnego komuś określonenlu. Nie widzę 
\V pisaniu takiej prostej relacji warunkowej. \Viersz pisze się po to, by go ukończyć, 
uzyskać wypowiedź, do której \\' każdyn1 poszczególnyn1 przypadku nie nlożna, 
nie chce się już nic dodać ani nic ująć. Ekspresja być n10że nie wyn1aga uzasadnie- 
nia. Niekiedy zapala się piec tylko po to, żeby zobaczyć ogieÓ. Niekiedy się telefo- 
nuje po to, żeby usłyszeć głos przyjaciela albo kochanej kobiety. Niekiedy się pisze. 


/waciej Niemiec 


9
>>>
Maciej" Niemiec 


I 
. 


KROPELKO, słona i słodka 
pon1iędzy mną i nią 


jesteś 


na jej skórze 
na nl0im języku 


Fot_ Bćatrice 


czyja jesteś 


20 V 1996 


/ 
Swiat \\ridzialny 


w tej chwili z rzeczy tego świata 
jest blisko tylko lewa stopa szczupła śniada 


wystaje z pościeli która okfY'va ciebie świat 
widzialny ot\\riera się gdy oczy są zan1ieszkane 


niestety jest ciemno to się nazywa czas 
ale światło dotyku zawsze teraźniejsze 


trzymam cię za kostkę nie ma wiedzy między nanli 
stopa śpi jej suchą podeszwę przykładam do czoła 


jest chłodna to napięcie w kostce ledwie wyczuwalne 
bo pierwszy krok na tej ziemi musi być ostatnim 


Maciej Niemiec, ur. 19S3 w Warsza\\ie. Opublikował pięć tomów wierszy, ostatnio "elica WÓd" (AS, Po- 
znań 1996), oraz w przekładach na &ancusk.i: "Blancheur parisienne" (Luxembourg 1995, przeł. Krystyna 
Jocz) i "Angle de prise" (Paris 1997, przeł. Fernand Cambon). Nagroda Fundacji KościeIskich (Genewa 
1994), nagroda Karła Oedeciusa (Łódź 1996). Mies7ka w Roulogne pod Paryżem. (red.) 


10 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
na drugi brak miejsca zresztą jeszcze nikt 
nie odchodzi niekiedy wystarczy punkt 


oparcia żeby krzyknąć ziemia i krzyknąłbym 
lecz nie chcę cię obudzić stopo śpij ziemia 


jest daleko oczy się zobaczą gdy powróci światło 
będzie znów teraźniejszość którą zniszczy czas 


30 VI 1996 


T ancerka małej śmierci 


Tej nocy gdy powrócisz do siebie, do tego właściwego 
miejsca, które by istnieć wreszcie pojedna się z czasem, 
rzeczy obrócą się przeciw tobie: drzwi ugryzą cię w dłoń 
a to co spadnie z pieca, czuwającego w porankach trwogi 
kiedy świat dygoce a śnieżna kula słońca wytacza się 
ponad rzekę z pieca snu, który wypala nagie obrazy by tnvały 
w tym innym, ufnym świetle 
wiedzy, byś musiał ją tracić i słyszeć, jak śpiewa gwóźdź 
\vbity dawno temu w t\vardą deskę nad drzwiami i jak metal 
i sznur wzywają t\voją ranę, tej nocy gdy zobaczysz twarz 
syna, odległą i nienlą, a słowa będą z tobą, wszystkie 
które, zamiast mówić tak, nie, jak wskazuje Pismo, chciałeś 
bezrozumnie posiąść, kiedy to spadnie i zobaczysz rozsypane 
litery i popiół papierów 
niech ona tam będzie, tancerka małej śmierci, niech tal1.czy 
małą śmierć na okularze pamięci, aż jej żywa rana 
ot\vorzy tę panlięć, gdzie trwa co nie daje się zapamiętać. 


25 IX 1996 


11
>>>
SZUKAM TWOICH OCZU w moim lustrze 
i odnajduję \V tych uporczywych źrenicach 
płynne soczewki, które pozwalają widzieć 
poprzez to co jest teraz, tutaj, poprzez lustro 


\Vidzieć, widzieć: piosenka niewidomych; 
zan1ykam oczy i dotykam swojej t\varzy 
by lepiej pamiętać t\voją. 


\Vidzę poprzez t\vój dotyk: 
nie są takie same. 


Próbuję zrozumieć kim byłem wczoraj 
by wiedzieć kin1 będę dzisiaj, 
jak wtedy gdy mieszkałem w dwóch miastach 
i roznlyślałeul w pociągu, czy wracan1 czy wyjeżdżam. 


Dzisiaj też nie wiem, gdzie mieszka 
ta tożsamość, która 
się rozpada na dwoje. 


Wiem kim byłaś tej nocy 
ale kim będziesz w południe nie wiem. 


Śnią się sny i nic nie jest umocowane, ale 
pomiędzy mną i tobą 
poza obrazami, które widzimy i którvm 
próbujemy wierzyć i zaprzeczać 


w naszych nieeuklidesowych wiecznościach 
jest coś, co widzą rzecz}'\viste oczy, 


nawet jeśli nie to samo: 
nagie jak wnętrza dłoni twarze. 


Zasłona iluzji, jak dym, jak pragnienie, 
i wewnątrz niej to niezaprzeczalne. 


Czego szukamy pod ubraniami, pod skórą, 
na co się otwiera odtwarzane rozdarcie? 


12 K\VARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
I zdarza się znowu to właśnie: 
koniec jest początkiem i powraca światło, 
które przychodzi skądinąd, przez 
okno, przez drzwi, w świetle się rozróżnia 


a nasze oślepiające 
światło cofa się na chwilę, ale 
pozostaje nasze i powraca wtedy) 
powraca nawet przeciw światłu. 


15 II 1997 


POPOŁUDNIE kiedy na ciebie czekam 
a słońce świeci w okno zachodniego pokoju 
i przez korytarz dociera do wschodniego 
później w zachodnim przesuwa się w stronę łóżka 
i przestaje świecić na korytarz 
ale wciąż każda rzecz pozostaje doskonale widoczna 


kiedy na ciebie czekam i kiedy 
teletonujesz że przyjdziesz później, przed siódmą 
i mówię ci szkoda mi tego światła 
bez ciebie i później kiedy 
przychodzisz i wszystko inne staje się niewidoczne 


bo patrzę ci w oczy i światło jest 
wewnątrz splata się wokół kręgosłupa 
jak lina słońca która rozwija się 
by opisać pełne koło 


zaczyna się noc i wschodzi słońce 
komunikowane staje się komunią ciało żywym pokarmem 
koło zamyka się w nas jak punkt 
który nie ma zewnątrz 


jeszcze jest ty i jest ja 
ale wewnątrz gwiazdy która imploduje 
i oddychasz piękniej niż inna mogłaby śpiewać 
z otworów ciała tylko oczy i uszy pozostają otwarte 
ale z innymi zmysłanli stają się jednym 
który ogarnia całość lecz nie siebie a później 


13
>>>
na mojej nvarzy n\'oje włosy są żywe i ciężkie 
po drugiej stronie na brzegu jakiegoś oceanu 
jest jedno ciało miłości zamknięte w sobie 
jak urodzone dziecko już oddychające zwykłym powietrzem 


pierwsze słowa są w innym języku ani twoim ani moim 
w naszym tajemnym zwierzęcym języku a później 
trzeba się odnaleźć osobno 
odnaleźć osobno by pO\\Tócić razem 


8 III 1997 


SPÓJRZ OTO, CI którzy się kochają 
W swojej nocy 
I rozpaczy bo odnaleźli wszystko a nadal muszą szukać 


Spójrz na nas tak jak gdybyś była 
Bogiem bo jesteś 
Nim tak jak ja 


Wtedy gdy \vszystko inne się rozpada 
I nawet rozkosz staje się czymś innym 
N a co nie ma nazwy 


I jednak wszystko powraca 
Nic się nie rozpada 
Każda rzecz powraca na swoje miejsce 


I zaczyna istnieć tym bardziej 
Że nie istniała 


Spójrz na to 
Tym spojrzeniem 
Które znów rozróżnia ale widzi całość 


21 III 1997 


14 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
NIESKOŃCZONY jak ty 
dotyk, który powraca 
i odnajduje, co już było. 


Co już było, jest nowe, bo to ty. 
To się dokonuje i goją się rany. 
Szuka najbardziej okrężnej drogi 


bo to czego szuka jest tu wszędzie 
a gdy odnajduje droga wciąż istnieje. 
Było tak i znów jest inaczej. 


Ciało ukochanej jest nieskończone 
jak płynąca woda, ujście jest źródłem 
i źródło w nim powraca a dłonie 


zanurzone w wodzie 
która nieustannie płynie, bez tormy 
ale wszystkie wypełnia albo obejmuje 


(być tak to nie być już sobą, być sobą 
i tobą razem a później zejść czy upaść tam 
gdzie jest się jedynym, czy tam można pozostać 


przecież urodzić się to być oddzielonym, to 
utracić wewnętrzne oczy by zobaczyć 
świat, istnieć to pot\vierdzać różnicę) 


i dłonie wreszcie cofają się, by tylko dotykać, 
tylko powierzchni, szkła i metalu, szklanki, zapalniczki 
a woda mówi, że nie, to nigdy nie było możliwe. 


Ciało ukochanej jest nieskończenie teraźniejsze 
i na nim dotyk traci czas 
na zawsze, które nie trwa już za chwilę. 


Mówię dotyk a myślę o zgodzie na to 
by istnieć bez maski, 111ówię nieskończony 
a myślę o tym, co jest granicą. 
19 X 1996/12 VI 1997 


Maciej Niemiec 


15
>>>
. - 


.. 


. 


, 


""- 


... 
t ... . , 
, . 
\. 
\ 

..... 


- 



 
. 


. 


Jerzy A"drzejcwski 


Fot Arcl1ilJ'tlm K.A." 


16 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Jerzy AndrzeJ-ewski 


Noc 


Ciszą, która łudziła, że jest głąb nocy, targnął nagle krótki dzwonek. Maria koń- 
czyła właśnie zmywanie talerzy po kolacji. Zaskoczona niespodziewanym dźwię- 
kiem, spojrzała odruchem pierwszego niepokoju na zegarek: było parę minut po 
jedenastej. Natychmiast pomyślała: Gestapo, rewizja, papiery, których po powro- 
cie do domu nie zdążyła była przeczytać i zniszczyć, Antoni... Uczuła, że blednie. 
Mijając korytarzyk, pomiędzy kuchnią i przedpokojem, zatrzymała się i głębo- 
ko odetchnęła. Zapaliła światło. W mieszkaniu była cisza. Antoni zajęty pracą w dal- 
szym pokoju, nie powinien był słyszeć dzwonka. To dobrze - pomyślała. I gdy położyła 
rękę na klamce i odsunęła zatrzask, była spokojna, pewna swoich ruchów i głosu. 
W mroku klatki schodowej stał l1ieznajomy mężczyzna. Oświetlonego jasnością 
z przedpokoju ogarnęła szybkim spojrzeniem: był średniego wzrostu, szczupły, 
w długich butach i w skórzanej kurtce, w ręku trzymał małą walizkę. 
Spytał półgłosem: 
- Pani Sułowska? 

1iał głos niski, trochę chropawy. 
- Tak - odpowiedziała. 
Nieznajomy uchylił czapkę. 
- Prz\'Chodzę od Romana. 
Cofnęła się, aby wpuścić gościa do środka. Gdy zamknął za sobą drzwi, nl0gła 
n1U się lepiej przyjrzeć. Wyglądał młodo, był szatynem o n\'arzy pociągłej i rysach, 
które swoją zwartość i trochę pochmurną czarniawość \\l'Taźnie wzięły z kresow 
wschodnich. Jego skórzana kurtka była wilgotna od deszczu. 
- Od Romana? 
Była zdziwiona, ponieważ z człowiekiem, którego znała pod 
'nl imieniem, roz- 
stała się przed paru zaledwic godzinan1i. 
- Anna? - llpe
vnił się mężczyzna. 
-Tak. 
- Więc zgadza się. Roman kazał panią zawiadomić, że Władek został aresztowany. 
W pierwszej chwili nie zorientowała się o kogo chodzi. 
- Władek, Władek... - powtórzyła machinalnie. 
Naraz jasne oczy Marii pociemniały, cała jej twarz się zmieniła, jakby cień na nią padł. 
- Niemożliwe - szepnęła. 
Mężczyzna lnilczał. Lecz gdy poszukała jego spojrzenia, łudząc się, że wyczy- 
ta w nim zaprzeczenie lub wyjaśnienie, iż chodzi o kogoś, kto naprawdę nazywa 
się Władek, zrozunliała, ŻC o on1ylce nie może być n10\\'Y. 
Spytała z wysiłkiell1: 


17
>>>
- l\...iedy? 
- Dzisiaj rano, ale Ronlan dopiero przed godziną się dowiedział, to pech praw- 
dziwy. Dlatego tak późno przychodzę. 
- Znaleźli co? 
- Raczej tak. 
Zawahał się, krótko i dodał: 
Rewizja trwała parę godzin, bardzo była drobiazgowa. 
- Ale pewnego nic nie wiadomo? 
- Tylko tyle, że 'Vładek n1iał dzisiaj doręczyć Romanowi większy materiał prasowy. 
Wiedziała o tym. Rozstając się wczoraj więczoren1, Staś mówił, że w nocy mu- 
si napisać artykuł do najbliższego numeru "Płomieni". Jeszcze nie mogła tego wszyst- 
kiego ogarnąć, nie unliała przyjąć, że został aresztowany ktoś tak bliską przyjaźnią 
z nią i z Antonim złączony, tak ufny w swoje szczęście, tak nie wi
rzący \\T moż- 
liwość jakiegokolwiek niebezpieczeńst\va dla siebie. 
Poczuła zmęczenie po całym dniu różnych spraw, spotkań, biegania po mieście w chłod- 
ną jesienną słotę. Machinalnic przysiadła na niskim taborecie. O niczym nie myślała. 
- Roman... - usłyszała naraz nad sobą niski głos. 
Podniosła głowę. Zapomniała na chwilę, że nie jest sama. 
- Przepraszam - szepnęła - ale to taka niespodziewana wiadomość. 
I teraz dopiero zdała sobie sprawę, że aresztowanie Stasia, to nie tylko jej prze- 
życie osobiste, lecz również groźne uderzenie w ważny ośrodek organizacji. 
- Były już inne aresztowania? - spytała. 
- Na razie nie. Ale należy ich oczekiwać. 
- Z Ryszarda, to jest z Władka, niczego nie wydobędą. 

lężczyzna wzruszył lekko ramionami. 
- Tego nigdy nie można wiedzieć na pewno. W każdym razie powinna pani wziąć 
pod uwagę i tę groźną ewentualność. 
- Tak, to jasne, wiem. 
I jak zawsze, gdy niebezpieczeństwo ukazywało się jej wiadome i w bliskości, 
odzyskała spokój. 
- Sądzi pan, że już dzisiaj może coś grozić? 
- Raczej nie. Roman też tak samo sądzi. Ale poza tym ROlnan prosił, żebyście 
państ\vo nie zwlekając zmienili jednak miejsce zamieszkania. 
- Wyjechać? 
- To nie. Przynajmniej na razie nie. Roman uważa, że pani obecność w War- 
szawie jest właśnie teraz potrzebna. 
Zaległo milczenie. 
- To wszystko - odezwał się po chwili mężczyzna. 
Maria spojrzała na godzinę i podniosła na niego oczy. 
- Co pan teraz zrobi ze sobą? Już po jedenastej. 
Młody człowiek uśmiechnął się. 
- Mam przepustkę, jesten11ekarzem. 
Gdy wyszedł, została przy drzwiach. Słychać było kroki cichnące coraz niżej, 
potem trzaśnięcie bramy. I naraz ;:isza stała się bardzo głęboka. Pomyślała o Sta- 


18 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
siu i o jego pierwszej nocy w więzieniu, nocy dręczącego badania. Wzdrygnęła się. 
Targnął nią strach przed fizycznym bólem i uczuła grozę tak okrutną, jakby to ją 
za chwilę miało doświadczyć i zmiażdżyć owo cierpienie niewiadome, nie dające 
się objąć umysłem. Strzępkami wspomnień, spadły na nią wszystkie niezliczone 
wieści wybiegające spoza murów więziennych o nocach niewypo\viedzianych mę- 
czarni, o ludziach bitych i torturowanych, i konaniach nikomu nieznanych, na za- 
wsze pozostawianych milczeniu ostatniej godziny. 
Wsparła się o ścianę i obie dłonie przycisnęła do skroni. Nie myślała o Stasiu. 
Myślała o owej niewiadomej, jaką jest kres ludzkiej wytrzymałości. Co się wtedy 
przeży\va i myśli? Kim się wtedy jest? Czy można zachować pełną świadomość i wo- 
lę, czy też w pewnej chwili człowiek też choćby naj silniej szy , staje się nędznym, 
wyjącym strzępkiem ciała? Jaki ból miażdży wolę i zmusza do zdrady? Czy moż- 
na wytrwać w milczeniu do końca, być przytomnym i milczeć? Co ja bym wtedy 
robiła? - myślała. Czy mogłabym milczeć? Czy byłabym zdolna, gdyby to miało 
mnie ocalić, wydać Antoniego? A Antoni? 
Wyprostowała się i już spokojnym ruchem odgarnęła z czoła włosy. Niespodzie- 
wanie wplątały się jej w pamieć \viersze, które ostatnimi dniami Antoni ciągle, aż 
do znużenia powtarzał: "Szczęśliwy, kto wstawszy, gdy ciemno, nie dotknął liry 
swojej nadaremno". 
Przeszła do kuchni. Pozostało tam parę talerzy do zmycia. Szybko je spłukała, 
wytarła i postawiła, gdzie należało. Potem nalała zimnej herbaty dla Antoniego. 
Po drodze wstąpiła do łazienki. Spojrzawszy w lustro z ulgą stwierdziła, że na jej 
twarzy nie ma śladu wzruszenia lub niepokoju. Nie znać też było po niej zmęcze- 
nia. Nie czuła go już zresztą. \Vystarczała świadomość, że i ją i Antoniego czeka 
trudna noc bezsenna, aby znalazła w sobie potrzebne siły. Wiedziała, że w obec- 
nej sytuacji musi powziąć decyzję za siebie i za męża. Zatem wyjazd Antoniego? 
I chociaż nawet w przybliżeniu nie zdawała sobie sprawy, jak całą rzecz powinna 
Antoniemu przedstawić i jak go przekonywać, aby usłuchał jej rad, natychmiast 
oswoiła się z myślą, że na pewien czas tryb ich wspólnego życia musi ulec zasad- 
niczej zmianie. To było na razie najważniejsze. 
W pokoju był mrok, tylko przy oknach rozświetlony nikłym odblaskiem zaciemnionych 
ulicznych latarń. Z głębi, nieomal o krok za szybami, przybliżone nocą piętrzyły się 
wysoko rude zgliszcza domu, kruche strzępy kamiennych wiązań wsparte pustymi 
czeluściami o czarne niebo. Miasto zamarło, była cisza. Daleko zazgrzytał zapóź- 
niony tramwaj i ścichł. Potem prześlizgnął się szelest auta po wilgotnym asfalcie. 
Zsunąwszy zasłony na oknach, zapaliła małą lampkę zaczepioną o półkę z książka- 
nli przy tapczanie. Z pokoju obok docierał odgłos kroków Antoniego. Chodził tam 
i z powrotem swoim zwykłym krokiem nierównynl i poszarpanym, co chwilę się za- 
trzymywał i na nowo podejlTIował uparte krążenie. Papiery, które należało zniszczyć, 
wsunęła była, wróciwszy do domu, pomiędzy książki. Było ich sporo, a biorąc pod 
uwagę możliwości rewizji - za dużo o każdy. Zmięła je teraz w garści, potem z to- 
rebki porzuconej na stole \\yjęła podręczny notes. Przerzuciła kartki: same adresy. 
Z tym wszystkim poszła do pieca. Po zapałki nlusiała wrócić do kuchni. Nagle 
wydało się jej, że słychać dobijanie się do bralTIY, Wstrzymała oddech. Rzeczywi- 


19
>>>
ście gdzies nieopodal rozbrzmiewało gwałtowne targanie klamki. W ciszy i w ciem- 
nościach dźwięk ten wydawał się ogroll1nym łomoten1. Uchyliła lufCik. Ogarnęło 
j..} powietrze chłodne, przesycone wilgocią. l\lżył drobny deszcz. Od razu się zo- 
rientowała, że ktoś się rzeczywiście dobija do kan1ienicy, lecz sąsiednicj. 

atrętny dźwięk podążał za nią i do pokoju. Tam słychać go było nawet lepiej, 
bo okna wychodziły na ulicę. 
Znulsiła się jednak, żeby się nie wsłuchiwać w te odgłosy. Uklękła przy piecu. 
Odkręciła drzwiczki i płomiell szybko począł ogarniać papiery. \Vrzucała je jt:den 
po druginl
 przedzierając arkusze, aby łat\\'iej płonęły. 
Akurat Zó.lll1ierzała cisnąć do paleniska kilka nowych stronic, gdy usłyszała za so- 
bą skrzypnięcie drzwi. Odwrociła głowę. Na progu stał Antoni. Był bez 111arynar- 
ki, w koszuli rozpiętej na szyi, potargany, zmięty i blady, jakby oderwał się od ciężkiej 
pracy fizycznej. Blask ognia n1usiał go zaskoczyć, bo prZ}n1fllżył zn1ęczone oczy. 
Chwilę tak stał mIlcząc. \Vreszcie się odezwał: 
- Co robisz? 
Roześmiała się. 
- 
ie widzisz? Porządki. 
Zgarnęła pozostałe na podłodze broszury i razen1 z notesem szybko wrzuciła 
do pieca. Zapóźnionemu przechodniowi otworzono na koniec brall1ę, bo hałas 
ścichł. Płonący papier syczał i szeleścił. Odblask ognia podobny przyspicszonenul 
oddechowi drżał lekko wśród smug i cieni pokoju. 
Antoni, plecan1i wsparłszy się o drzwi, patrzył na buzujący ogiell. Ciągle mru- 
żył powieki i w ogóle całym sobą wyrażał całkowitą nieprzytomność.l\Iarii nie trze- 
ba było słów, aby się domyśliła, że chce jej coś powiedzieć, zwierzyć jakieś sprawy 
zasadnicze, lecz jak zwykle, nit: \vie jak i od czego Z
1CZąĆ. Zaninl zdążyła 111U do- 
pomóc, spytał obojętnie: 
- Ktoś dzwonił przed chwilą? 
Ogień już dogasał. l\laria pochyliła twarz nad żarem. 
- Owszenl dzwonił - powiedziała spokojnie. 
- Kto? 
- Pani Wrońska zachodziła, żeby pożyczyć aspirynę dla ich małcgo. 
- Aspirynę? 
I po chwili: 
- 
ie kładziesz się? 
- Niedługo. A ty? 
- Ja? - zdziwił się, jakby go spytano o coś zdumiewającego. - Czy ja "ienl? 
- Chciałeś herbatę, stoi na stole. 
- 
a stole? - mruknął tym samym toncm. - Po co? 
I cofnął się do swego pokoju, zan1ykając drzwi. Poprzez szelest dopalających 
się papierów słyszała, jak odsunął krzesło i usiadł. Lccz zara7 wstał i znów zaczął 
krążyć po pokoju. 
Począwszy od OWt:go chodzenia w kółko, a skOJ1czywszy na nieprzytol11nych oczach 
wszystko wskazywało, że Antoni z zapamiętanicnl pogrąża siC; w jedno ze swoich 
najdotkliwszych załamali Zajęty własnyn1i przeżyciall1i, dręczony mglisq wizj'h któ- 


20 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
rą daremnie usiłował wyrazić słowan1i, głuchł wówczas i ślepł na wszystko. I naraz 
rozmowa, jaką musiała z nim wkrótce odbyć, wydała się Marii trudem, któremu - 
zwątpiła - czy zdoła podołać. Wiedziała zresztą, że daremnc byłyby tu,wszelkie przc- 
widywania i z góry podjęte decyzje, co i jak powiedzieć. \Vszystkie naj\\ażniejsze 
rOZn10\\'Y z Antonim za\vsze wynikały niejako przypadkowo, z treści, które do ostat- 
niej chwili bywały niewiadome, ujawniające się nieoczekiwanie i według praw rzad- 
ko dających się z góry przewidzieć. I nagle ogarnął ją niepokój o Antoniego. 
\Vielokrotnie i sama i w rozn10wach z Ryszardem zastanawiała się, jak bardzo 
swoją pracą konspiracyjną naraża na niebezpieczeńst\vo męża. Lecz dopiero te- 
raz, gdy to niebezpieczeńst\vo po raz pierwszy stanęło tak blisko, zdała sobie z nie- 
go w pełni sprawę. Jak łatwo ostatecznie Antoni mógł zostać wplątany w sledzt\\,o. 
A gdyby dostał się do obozu koncentracyjnego, tam umarł i wraz z nim przepa- 
dło bezpowrotnie to wszystko, co mógł jeszcze dokonać, napisać? Taka nl0żlh\"ość 
wydała się jej straszna. 

1rok tymczasen1 objął palenisko. Ciągle było słychać kroki Antoniego. Niedale- 
ko, na Krakowskim Przedmieściu u świętej Anny, zegar wybił pół do dwunastej. 
1a- 
ria podniosła się z podłogi, zamknęła piec i zabrała się do słania tapczanu. Układając 
poduszki i kołdry pOll1yslała, że to ostatnia noc z Antoninl w domu. 
a jak długo? 
A jeśli na zawsze? Nie, nie, nie myśleć o tym! - otrząsnęła się. - Nie dać się złynl 
myślonl, wszystko nlusi być dobrze, nic się nie może stać... I natychmiast sobie przy- 
pomniała, że te salne słowa słyszała ostatnio wielokrotnie w ustach Ryszarda. l\ló- 
wił jej z charakterystycznym dla siebie, nieco chełpliwyn1 akcentem w głosie, śmiejąc 
się, tak bezgranicznie bezpieczny w swojej ufności, że nic złego nie n10że mu się 
przydarzyć. I gdy stała pochylona nad tapczanem, z kołdrą w ramionach, nagle zda- 
ła sobie sprawę, jak bardzo Antoni i jej uczucie dla niego ważne są w jej życiu. 
1ia- 
ła swoje cele, ambicje i pragnienia, lecz dopiero świadomość, że Antoni jest, myśli, 
pracuje i żyjc obok, dopiero ta pewność nadawała wszystkienlu w jej życiu sens głęb- 
szy, pełnicjszy nicjako i doskonalszy. I czas, który 111iała teraz spędzić bez Antonie- 
go, napełnił ją lękien1 i zwątpieniem, jak mu podoła, jak go zdoła przeżyć. 
\V pokoju osiadł swąd spalenizl1Y, więc nin1 przeszła .do łazienki otworzyła okno. 
Gdy wróciła, u Antoniego było cicho. Zawahała się, czy wejść. Jednak przy drzwiach 
rozmyśliła się. Wydało się jej, że jeśli rozn1owa się odwlecze - będzie łat\\'iejsza. 
Oknem ciągnął chłodny powiew. Ciągle 111żył drobny, 111g1isty deszczyk. Gdzieś 
daleko rozległy się dwa krótkie wystrzały, zaturkotał ciężaro\\T san10chód. I zale- 
gła cisza. Wtem za rogiem zadźwięczały podkute żołnierskie buty. Hans! - krzyk- 
nął ostry głos. Odpowiedział śll1iech. Słychać było także głos kobiecy. Zno\vu 
przejcchała ciężarówka. Żołnierze zatrzYll1ali się nieopodal i prowadzili z kobietą 
głośną rOZl11owę. Silniejsze POdll1uchy wiatru uderzały o parapet cienko się rozpry- 
skującymi kroplami. W zgliszczach naprzeciw, wysoko w ciemnościach zawieszo- 
ny, łopotał strzęp blachy. Aż nagle, wszystko ścichło. Chwilę jeszcze było słychać 
oddalającc się kroki żołnierzy, a poten1 cisza zaległa tak głęboka, jaka nigdy przed 
tylU, przed woj n;;}, w n1ieście nie bywała. Niespodziewanie, znów się jej przypol11nia- 
łyowe wiersze: ""Szczęśliwy, kto wstawszy, gdy cien1l10, nie dotknie liry swojej nada- 
remno..." Co to znaczy wstać, gdy cicn1no? A liry nadaren1nie nie dotkt1ó;}ć? 


21
>>>
Leżała już, gdy cicho odemknąwszy drzwi wszedł Antoni. Przez chwilę przy- 
glądał się jej w milczeniu. 
- Nie śpisz jeszcze? - spytał wreszcie. 
Niepewnym wzrokiem rozejrzał się po pokoju, jakby się nagle znalazł w obcym 
nliejscu. I znowu wrócił spojrzeniem do l\larii. Światło lampy delikatnie cienio- 
wało zarys jej drobnej twarzy, kładąc szczególnie miękki odblask na jasne włosy. 
- Senna? 
- Ani trochę. A ty? 
- Ja? - zdumiał się. - Owszem chciałbym zasnąć, ale pewnie nie zasnę. 
Maria przewróciła się na bok i dłoń wsunęła pod policzek, żeby lepiej Antonie- 
go widzieć. 
- Połóż się, stojąc na pewno nie zaśniesz. 
Antoni blado się uśmiechnął i podszedł bliżej, po czym ciężko, trochę jakby z re- 
zygnacją, przysiadł na brzegu tapczana. Chociaż zwrócony był do Marii profilem, 
mogła mu się teraz uważniej przyjrzeć. Rzeczywiście źle wyglądał. Cienie pod ocza- 
mi podkreślały bladość jego chudej, nieregularnej twarzy i gdy tak siedział przy- 
garbiony, wpatrując się spod opuszczonych powiek w jakiś niewiadomy punkt na 
posadzce, wyglądał na człowieka śmiertelnie znużonego. Coś mu najwidoczniej 
dolegało. Czymś się dręczył. Ponieważ nie chciała jednak pytaniami przyspieszać 
rozmo\"y, zaległo dłuższe milczenie. Wreszcie, nie mogąc tego znieść dłużej, 
odezwała się cicho: 
- Połóż się Antoni. 
- Dobrze - odpowiedział. 
Ale nie podniósł się. Sięgnął natomiast po papierosa, potem spojrzał w stronę 
zaciemnionych okien. 
- Przyjemnie, że taka cisza, nie? 
- 
ie lubię tej ciszy - szepnęła. 
- Dlaczego? Cisza jest zawsze dobra. 
I nie czekając na odpowiedź spytał: 
- Pamiętasz ostatnie nasze popołudnie przed wyjazdem z Kazimierza? 
Od razu ujrzała willę, w której latem przed samą wojną mieszkali: ogród gęstymi 
cieniami rozłożony wśród wzgórz, dojrzały spokój i ciszę sierpniowego popołudnia. 
- Pamiętam. 
- A tego grajka? 
- Z harmonią? 
- Tak. · . 
- Oczywiście, że pamiętam. Skąd ci to przyszło do głowy? 
- Czy ja wiem? Tak jakoś. . . 
Urwał i odgarnął z czoła włosy. 
- Wiesz... 
- No co? 
- Myślałem ostatnio sporo o różnych sprawach. 
- Smutnych? 
- Przeciwnie. 


22 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
- Więc? 
- Myślałem o tak zwanej sztuce. Wiersz, obraz, muzyka, to wiesz... 
- I dlatego ci smutno? 
- Czy ja wiem, czy to jest smutek? Bo wszystko, co jest piękne, prawdziwe uka- 
zuje mi moją małość, mój nieporadny bełkot, nieudane próby. Czuję się tak, jak- 
bym stał przed jakąś zasłoną i nie mógł dojrzeć tego, co jest poz
 nią. Tylko domyślam 
się, usiłuję odgadnąć... Wiesz, myślę, że jest we mnie jakaś skaza, jakiś brak. Wy- 
daje mi się, a chwilami jestem tego nawet pewien, że jeśli mi się od tak dawna nic 
nie udaje, to wina leży we mnie, w jakimś braku mojego charakteru, coś we mnie 
jest nie w porządku. Czasem wiem nawet, co to jest. 
- Wiesz? 
- Tłumaczyć wszystko warunkami zewnętrznymi, wojną, skomplikowaniem 
rzeczywistości i tak dalej, to do niczego nie prowadzi i niczego nie wyjaśnia, 
a w najlepszym razie wyjaśnia bardzo niewiele. Każdy czas jest trudny. Nam się 
zdaje, że to co przeżywamy teraz, to w swojej grozie, w nasileniu naj ciemniejszych 
sił życia, że cały ten zamęt jest czymś zupełnie \\yjątko\vym. Pewnie, jako układ 
zdarzeń jest wyjątkowym i takich zdarzeń nigdy jeszcze nie było. Ale zasadnicze 
elementy są te same. I świat wewnętrzny człowieka razem z jego nienawiściami, 
nadziejami i pragnieniami jest także ten san1, co sto lat temu i tysiąc. A wiesz? - 
objął Marię przelotnym spojrzeniem. - Coraz silniej utrwala się we mnie przeko- 
nanie, że cały ciężar spraw tego świata, od najważniejszych aż po splot najbłach- 
szych t\vorzących codzienne życie, leży nie w rzeczywistości, w tym co się dzieje, 
lecz w nas samych, jak my się do tej rzeczywistości odnosimy, co ona z nas wydo- 
bywa, co jej przeciwstawiall1Y i jak jej ulegamy. Trudnymi czasami, warunkami, 
można wytłumaczyć, usprawiedliwić wszystko, a jednocześnie nic. To jest bzdu- 
ra. Przechylił głowę i skierował na 1vlarię pytające spojrzenie. 
- Nie uważasz, że tak jest? 
Zawahała się. 
- Czy ja wienl? Może... Nie sądzisz jednak, że w takim podejściu do człowie- 
ka jest coś... nie wienl dobrze, jak to nazwać... 
- Bezwzględność? 
- W każdyn1 razie jakaś nieczułość, nie wien1, czy mnie rozun1iesz? 
Pochylił głowę i zalllyślił się. 
- Rozumiem. 
- Gdy pon1yśli się o tylu ludziach tak beznadziejnie bezradnych wobec życia, 
które ich gniecie i niszczy, o tych wszystkich dręczonych ponad ich siły... 
- To co? Więc są dręczeni, krzywdzeni i niszczeni! Zawsze tak było. Każdego 
to może spotkać, mnie, ciebie, każdego. Ale jak człowiek reaguje na to wszystko, 
o to chodzi. Tak samo jest z powodzenien1, szczęściem, każdy to inaczej przyj- 
muje. I właśnie decydujące jest jak się to przyjmuje. 
- A jeśli to staje się ponad siły i łamie? 
- Co łamie? - spytał, jakby chciał odwlec odpowiedź. 
- Nieszczęścia, straty, zawody., co chcesz. Albo... - zawahała się - po prostu 
zwycz
jny fizyczny ból, który jest ponad "ytrz)'ll1ałosć człowieka. 


23
>>>
- Cóż ma ból do rzeczy? 
- Ma. Mógłbyś z całą pewnością powiedzieć, że gdyby cię poddano torturom, 
nie załamałbyś się? 
Antoni zastanowił się. 
- Nie, nie mógłbym. Bardzo możliwe, że bym się załamał. 
- Więc widzisz. 
- Cóż z tego? Gdybym się załamał, to byłaby moja wina, moje tchórzost\vo. 

laria usiadła na łóżku. 
- Antoni! Siebie możesz tak osądzać, ale jakim prawem innych? To jest... 
- Znów nieczułość? - uśmiechnął się ironicznie. 
- Żebyś wiedział. Jakim prawem można tak patrzeć na wszystko z wysoka, z ja- 
kiegoś wspaniałego oddalenia, zupełnie jak na widowisko? 
- A czy to nie jest widowisko? 
Zamilkli. Antoni gniótł w popielniczce papierosa. 
- Zresztą może masz rację. Często przychwytuję się, że w moim stosunku do 
ludzi jest coś nie \v porządku. Jest w nim właściwie wszystko prócz miłości. Tej 
nie umiem z siebie wykrzesać, może nie chcę, czy ja wiem? Chociaż czasami ogar- 
nia mnie \vątpliwość, czy w ogóle miłość jest mi dostępna. Umiem ją odczuwać, 
owszem, ale jakby poza sobą. A pomiędzy mną a ludźmi zawsze istnieje jakaś 
zapora, dystans, podział żyjących na mnie samego z jednej strony i całą resztę 
z drugiej. To właśnie nazywam brakiem miłości. I wiesz, co to jest? Oto, gdy 
przypatruje się moim czynom choćby dobrym, gdy szukam w sobie elementar- 
nej siły, która mną kieruje, wówczas wśród wielu uczuć i instynktów często sprzecz- 
nych i chaotycznych, nie znajduję jednego: nie odczuwam solidarności z ludzkim 
plemieniem. Jest we mnie jakiś szczególny egoizm, który dopuszcza, a nawet 
skłania mnie niekiedy do czynienia dobrego. Być zwyczajnym egoistą, to jest pro- 
ste. Ale ja nim nie jestem. Pragnę czynić dobrze i wiem, że nieraz to czynię. Lecz 
zawsze zdaję sobie sprawę, że wszystkim moim dobrym uczynkom brakuje cze- 
goś, jakby ci to powiedzieć... brakuje mi pełnego światła. Tak, to jest to! 
ly- 
ślę czasem, że ja po prostu ludźmi gardzę. I rzeczywiście, chociaż się nad nimi 
lituję, wydają mi się nieraz czeredą zwierząt, którą można tylko pogardzać. Go- 
rzej, niż zwierząt. Zwierzęta są dobre i wierne, można je kochać. A to są ludzie, 
tylko ludzie. 
- A ty wśród nich? 
- Cóż ja? 
Cofnął się w głąb tapczana i wygodniej się ułożył w pozycji wpół leżącej, gło- 
wę wsparłszy o kolana Marii. 
- Przy tobie się uspokajam. 
Błądził oczami po suficie. 
- Nawet to, co ci przed chwilą mówiłem, wydaje mi się mniej dręczące, jakby 
mniej prawdziwe. 
Maria lekko dotknęła jego włosów. 
- To może niedobrze? 
- Czemu? 


24 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Samochód ciężarowy zadudnił w głębi ulicy. Gdy mijał dom, zadrżały leciutko 
szyby. 
- Czemu niedobrze? 
- Drugi człowiek, to bardzo niepewne lekarstwo. 
- Ty jesteś pewne! - powiedział z głębokim przekonaniem. 
Oparła dłoń o jego czoło. 
- Ty na pewno jesteś dla mnie lekarstwem - powtórzył. - Ale czy ja nim jestem 
dla ciebie, w to wątpię. 
- Ach, Antoni, nie licytujmy się. 
Uniósł głowę. 
- Nie wierzysz? 
- Ależ wierzę, że ty wierzysz w to teraz. 
- Teraz? 
- Wydaje mi się jednak, że się mylisz. 
Usiadł nagle i powiedział rozdrażnionym tonem: 
- Chyba, że wolisz, abym się mylił, tak? W takim razie... 
- l\lam wrażenie, że dla ciebie prawdziwym lekarst\vem jest twoja praca. 
- To ty się mylisz. Nie jestem aż takim egoistą. 
- To nie jest egoizm, Antoni, wcale tak nie myślę. To jest twoja największa siła. 
- Obojętność na wszystko? Dziękuję ci za taką siłę. 
- Dlaczego obojętność? Chciałam tylko powiedzieć, że twoja t\vórczość jest dla 
ciebie najważniejsza. I tak powinno być. 
- Nie jestem tego pewien. 
Podniósł się nachmurzony i zapaliwszy papierosa począł chodzić po pokoju. Wtem 
zatrzymał się. 
- Ja wiem, że tak jest, jak ty mówisz. 
- A widzisz. 
- Tylko to jest właśnie ta skaza o której ci wspomniałem, właśnie to! 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
- Cóż ty opowiadasz, Antoni! Że twoja t\vórczość jest dla ciebie najważniejsza? 
- Ach, twórczość, twórczość. Jeżeli jeszcze powiesz o sztuce przez wielkie es, 
o powołaniu artysty... 
- Sam przed chwilą mówiłeś tak o sztuce. 
Spojrzał na nią ze złością. 
- Łapiesz mnie za słowa! Więc mówiłem, i co z tego? Wcale się nie zapieran1, 
owszem, myślę tak. 
- Więc? 
- I wcale nie chcę oceniać, czy podobne podejście do sztuki jest złe, czy dobre. 
Może nawet bardzo dobre i cenne u jakiegoś iksa czy igreka. Ale u mnie płynie ono 
z braku mojego charakteru, wszystko jedno, jak się ten brak nazwie: pychą, egoizmem, 
czy tchórzostwem. Jest ten brak, to wystarczy! To są wielkie słowa o wielkości sztu- 
ki i tak dalej. I być może nie, nawet na pewno są ludzie, u których \vielkość dla tych 
słów płynie z wielkości. Mają prawo. Ale, gdy ja nimi myślę, to mrue wyjała\via i pu- 
stoszy. Dlatego tak myślę i żyję, bo milczy we mnie jakiś głos, rozumiesz? Milczy, 


25
>>>
albo go też wcale nie ma, nie wiem co gorsze? Pamiętasz, jak to jest u Czechowi- 
cza: mieć chmurę i nie mieć gromu... Przecież ja dobrze czuję, że we wszystkim co 
piszę, nie ma ani prawdziwej wielkości, ani szerokiego oddechu. Wszystko jest nija- 
kie, niedorozwinięte i nldłe. Ach, słuchaj Mario! - oparł się o półkę z książkan1i i po- 
chylił nad leżącą - gdybyś ty nlogla widzieć, jak niena\vidzę czasem tych swoich wierszyków, 
tych słów z talentem układanych, dobrze brzmiących i z tym wszystkim tak strasz- 
liwie pustych, jednowymiaro\\ych, nie ukazujących nic z tego, co jest prawdziwą praw- 
dą życia! Mówię ci, że to zupełnie tak, jakbym stał przed jakąś zasłoną i nie mógł 
poza nią przeniknąć, a jednocześnie wiedział, że od tego zależy wszystko. Czasami 
tylko ukazuje mi się mglisty kształt tego, co jest po tamtej stronie i to jest chyba jesz- 
cze straszniejsze, bo wtedy się widzi i to, co mogłoby być osiągalne i własną bezsil- 
ność. Cóż z tego, że mnie chwalono, rozsławiono? To bzdura, bzdura! Ja jeden wiem, 
co moja poezja jest warta, nawet ty mnie nie przekonasz. 
- Nie chcę cię przekonywać - szepnęła. 
Wyprostował się i uśmiechnął gorzko. 
- Bo uważasz to wszystko za histerię, tak? 
I odszedł pod okno. 
- Nie - dobiegł go spokojny głos Marii - wcale nie uważam tego za histerię. 
Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że nie po raz pierwszy mówisz źle o swoich wier- 
szach, prawda? Różne już miewałeś wątpliwości. 
- Miewałem, i cóż z tego? Mówiłem źle, poten1 mówiłem dobrze, to n1i w ni- 
czym teraz nie pomaga. 
Stał przyoknie i uchyliwszy cokolwiek firankę spoglądał w mrok ulicy. 
- Tak niejasno zresztą mówisz o tym braku swojego charakteru - odezwała się 
Maria. 
- Niejasno? 
Zaległo milczenie. 
- Antoni! - zawołała wreszcie. 
Nie ruszd się. 
- Antoni! 
- Co? - mruknął. 
- Co ty tam robisz? Chodź tutaj. Słyszysz? 
Zaszeleściła firanka i Antoni wyłonił się z n1foku. 
- Usiądź. 
Zawahał się, lecz usłuchał. Przysunęła się wtedy do niego i objęła ramieniem 
- Antoni... 
- Co? 
- Co ci dolega? 
Milczał. Głowę miał pochyloną, więc nie mogła dojrzeć wyrazu jego t\varzy. 
- Antoni! - szepnęła z wyrzutem. 
Naraz gwałtownym ruchem zwrócił się ku niej i tuż przy sobie ujrzała jego t\varz 
pobladłą ze wzruszenia, skupioną, oczy szeroko rozwarte i pociemniałe. 
- No, Antoni... 
- Kochhm cię bardzo - szepnął. 


26 K W A R T A L N I K lA R T/ Y S T Y C Z N Y
>>>
Objął ją oburącz, przyciągnął ku sobie i czołem wsparł się o jej ramię 
- Kocham cię - powtórzył i tym razem akcent tłumionej rozpaczy drgnął w je- 
go głosie. 
- Ale coś ci dolega przecież? 
- Przy tobie nic. 
- A gdy mnie nie ma? 
- Jesteś. 
- To teraz. 
- Jesteś. 
Nie ruszył się. Tylko ramiona mocniej zacisnął. Czuła pulsowanie jego serca tak 
blisko, jakby \v niej ono biło. Oddech Antoniego przenikał ją ciepłem. 
\Vtem rozległ się w ciszy warkot nadjeżdżającego auta. Zgrzytnęły hamulce i sa- 
mochód zatrzymał się gdzieś bardzo blisko. 
laria drgnęła. 
- Co ci się stało? 
-Nic. 
Nieznacznie, żeby nie poruszyć wspartego o jej ramię Antoniego przechyliła gło- 
wę i nadsłuchiwała. Słychać było koło domu kilka męskich głosów. Nie mogła jed- 
nak rozróżnić czy mówią po polsku czy po niemiecku. 
- \Viesz? - odezwał się Antoni - zaproponowano mi wczoraj dość odpowiedzial- 
ną misJę. 
Minęła chwila. 
- Słyszysz? 
lario! 
Teraz wyraźnie dobiegły z ulicy słowa niemieckie. Spytała machinalnie: 
- Mówiłeś co? 
- Zasypiałaś? 
- Ależ nie! 
- Powiedziałem, że wczoraj zaproponowano n1i pewne dość odpowiedzialne 
zadanie. 
- Tobie? 
Podniósł głowę. 
- Uważasz, że n1nie nie n10żna traktować poważnie? 
- Ależ Antoni, co za głupstwa! Zwyczajnie się spytałam. 
Auto odjechało. 
- Kto ci proponował? Co to jest, interes jaki? 
- Można to i tak nazwać. 
- Jaki? 
- Taki? zastanowił się i zamilkł. 
Maria czekała chwilę, wreszcie spytała: 
- Więc nie wiem właściwie, chcesz mi powiedzieć czy nie? 
- Owszem. Ale dlaczego się irytujesz? 
On1al się nic roześll1iała. 
- Antoni! Ja się irytuję? 
- Przecież nie ja. \ 
- No dobrze.' Więc co to jest? 


(Y 


. -"\ 


27
>>>
\Vypuścił ją z objęcia i wrócił do poprzedniej pozycji. 
- Wyjazd do Berlina. 
- Ty, do Berlina? 
- Tak, cóż wielkiego? Za pomyślne załat\vienie pewnej sprawy dostałbym sto 
dolarów. 
- Od kogo? 
- Są tac\'. Ale to nieważne. 
.. 
- Idioci! 
- Dlaczego idioci? Cóż to za stawianie kwestii? To sprawa zupełnie serio, do- 
stałbym paszport, oczywiście na inne nazwisko, znam niemiecki... 
- I co miałeś zrobić? 
- Co miałem zrobić? Właściwie prawie nic. 
- Wyobrażam sobie. 
- Przespacerować się pod wskazany adres i odebrać większą sunw pieniędzy, to 
wszystko. 
Zapalił nowego papierosa. 
- Mam nadzieję, że się nie zgodziłeś? 
- Uważasz, że się nie nadaję do podobnych rzeczy, tak? 
- Przecież to wariactwo, Antoni, zastanów się! Zdajesz sobie sprawę, czyn1 to 
grozi w razie wpadnięcia? 
Wzruszył ramionami. 
- Nic by mi się nie stało. 
- To żaden argument. 
- A jeśli nawet... 
- Chodzi ci o zarobek? 
- Ależ nie! Pieniądze, które bym przywiózł, są ważne. 
- Co odpowiedziałeś tym ludziom? 
- Co odpowiedziałem? 
- Coś przecież musiałeś im powiedzieć? 
- Oczywiście. 
- Więc? 
- Nic stanowczego, ani tak ani nie. I to właśnie, ta niemożność natychmiasto- 
wej decyzji... 
- Masz ochotę jechać? 
- Ochotę? Nie wiem, czy to jest właściwe w tym wypadku określenie. 
- Więc nie masz? 
Zawahał się. 
- Nie, nie mam. Ale właśnie dlatego powinienem pojechać. 
- Dlaczego? Zastanów się, po co ten przymus. Antoni! 
- Uważasz, że powinno się robić tylko to, na co ma się ochotę? 
- Nie, wiesz, że tak nigdy nie myślałam i nie myślę. Dziwię się nawet, że tak 
mówisz. Sądzę, jednak że nie ma najmniejszego sensu zmuszać się do zrobienia 
czegoś, do czego się nie ma danych. 


28 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
- Ach, więc to! 
- Kim są? 
- Nie wiem. 
- Antoni! 
- I jeśli mam być szczery, nic a nic mnie to nie obchodzi. 
- Nie przyjdzie ci do głowy ubiegać się o mistrzosnvo w biegu na sto metrów, 
prawda? 
- Widzisz więc, że miałem słuszność, bo o to ci chodzi, że się nie nadaję. Stu 
innych może to zrobić, może narażać swoje życie, tylko nie ja! 
Maria zmieszała się. 
Ależ, Antoni, jak ty to dziwnie pojnlujesz? 
- Zwyczajnie, tak jak jest. 
- Wcale nie. 
- "Vięc może powiesz, że nie uważasz mnie za tchórza snvorzonego do wiecz- 
nego dekowania się? Przecież myślisz tak. Jestem pewien, że w głębi duszy, mo- 
że nawet sobie nie uświadamiając tego, pogardzasz mną. Musisz pogardzać. 
- Rozdrażniasz się, Antoni. 
- To nie jest odpowiedź. Powiedz po prostu: nie pogardzasz mną? 
- Jeśli nie przestaniesz zadawać niedorzecznych pytań, to obawiam się, że rze- 
czywiście będziesz miał rację. 
- To \\)'kręty! Jakież to są niedorzeczne pytania? "Vyciągam prosty wniosek z nvo- 
ich własnych słów. 
- "Vięc co, uważasz może, że powinnam cię nanlawiać do tego wyjazdu, tak? 
Bo tylko czekam, kiedy oświadczysz, że to dzięki mnie zdecydowałeś się jechać. 
Antoni poczerwieniał lekko i odwrócił głowę. 
- Nie obawiaj się, nie powiem tego. Ale gdybyś nlnie ceniła, to wiedząc, że tu 
chodzi o sprawę naprawdę ważną, musiałabyś powiedzieć: jedź! A n\'ój protest, to 
tylko oszczędzanie mnie, bo ty wiesz, że ja jechać nie chcę, że mam tysiące róż- 
nych zahalnowa6, zresztą co tu nlówić o zahamowaniach? po prostu boję się, i ty 
to dobrze wiesz i starasz uspokoić mnie, żebym był usprawiedliwiony przed samym 
sobą. To jest litowanie się nade Inną, najgorsze co może być, ordynarna litość! 
Zatrzynlał się przy stole i wyjął z kieszeni papierosa. Dwie zapałki wyciągnął po 
kolei \")'palone, trzecia złanlała n1U się w palcach, rzucił więc pudełko na podło- 
gę i przeszedł do swego pokoju. Słyszała, że w ciemnościach potrącił krzesło, ja- 
kaś książka spadła na ziemię. "Vreszcie zl1alazł zapałki, zapalił papierosa i przycichł. 
Maria uczuła chłód. Naciągnęła kołdrę na plecy, owinęła się nią aż po brodę 
i podkuliwszy pod siebie nogi oparła się o ścianę. Czekała dłuższą chwilę. "Vresz- 
cie zawołała: 
- Antoni! 
Stanął w drzwiach nachmurzon\', nieon1al wrogi. 
- Zdaje się, że najlepiej zrobisz, jeżeli położysz się. 
- Dobrze - zgodził się z nieoczekiwaną uległością. 
Uspokojona położyła się. Tyn1Czasem Antoni dopalając papierosa począł się krę- 


29
>>>
cić po pokoju. \tVreszcie usiadł na krześle i zabrał się do zdejmowania butów. 
- Jak myślisz - odezwał się - może okno odemknąć na chwilę, bardzo tu nady- 
mione. 
- Ot\\rórz - zgodziła się. 
Poszedł w skarpetkach i rozsunął firanki. 
- \tViesz, przestało padać, wygląda tak, jakby się miało wypogodzić. 
Chłodne powietrze październikowej nocy wdarło się do pokoju. 
- Nie stój w oknie - powiedziała Maria - zaziębisz się. 
- Nie zaziębię się. Naprawdę gwiazdy zaczynają prześwitywać, wiesz? Wyobra- 
żasz sobie, jak pięknie musi być teraz na \vsi? 
- Antoni, proszę cię, nie stój w oknie. 
Usłuchał tym razem. Ot\vorzył szafę i począł szukać swoich rzeczy. Po chwili 
dobiegł Marię zakłopotany głos. 
Słuchaj, nie wiesz, gdzie są moje pantofle? 
- Myślę, że tam gdzie je rano położyłeś. 
- Tu je położyłem, jak zawsze. I jest tylko jeden. 
- Pewnie drugi gdzie indziej rzuciłeś. 
- Ależ co znowu! Przecież dobrze pamiętam, że oba położyłem razem. Może 
ty go gdzieś zarzuciłaś? 
- Poszukaj dobrze. Jeżeli nie ma go w łazience, albo pod t\voim biurkiem, to 
na pewno jest w szafie. 
Ukląkł na podłodze i \vetknął głowę do środka. 
- Jest! - st\\'ierdził wreszcie spomiędzy ubrań i sukien. 
- A pyjama? 
- Jest, jest, nie kpij sobie ze mnie. 
- Nic podobnego. Nie chcę cię jednak mart\vić, ale wczoraj znalazłam t\voje 
spodnie pyjamowe za tapczanem. 
- Za tapczanem? To niemożliwe! 
- Ale prawdziwe. 
- A prawda! Rano, kiedy ty już wyszłaś, ktoś dzwonił, tu było jeszcze niepo- 
sprzątane . .. nie zimno ci? 
- Trochę, dość chyba tego wietrzenia? 
Zamknął okno i chwilę jeszcze przy l1im stał. 
- Jutro na pewno będzie ładnie - powiedział spoglądając na niebo. - O Boże, 
kiedyż nareszcie człowiek będzie znowu wolny! 
I zaczął się rozbierać. Spodnie rzucił na jedno krzesło, koszulę na drugie, skar- 
petki cisnął pod stół. Marię zaniepokoiły te odgłosy bezładu. 
- Antoni, jutro znowu niczego nie będziesz mógł znaleźć. 
Roześmiał się bardzo pogodnie. 
- Znajdę, nie bój się! 
Na koniec stanął przy tapczanie. 
- Śpiąca? 
Przezwyciężyła się, aby ukryć zmęczenie, jakie ją ogarnęło. 


30 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
- Nie, ale niech tu już będzie spokój, dobrze? 
- Spokój? - A czy teraz nie ma spokoju? 
- Będzie większy, jak przestaniesz się kręcić. 
- I tak nie zasnę. 
Przeszedł do łazienki zostawiając drzwi pootwierane, więc krzątanina jego i szmer 
wody docierały do pokoju. Maria przymknęła powieki i leżała bez ruchu, ze\vnętrz- 
nym skupieniem usiłując różnym i zmąconym myślom przywrócić spokój. Mono- 
tonny plusk wody szumiał pod jej powiekami. Aż nagle stała się w nim melodia owej 
harmonii z dawnego popołudnia w Kazimierzu. Spokój. Rudawe liście pod niebem 
l1iebieskim. Powietrze bardzo przejrzyste. Czerwone jarzębiny. Złotawe smugi 
blasku słonecznego. Cisza. Podniosła powieki. Świecznik w górze ciemniał brązem 
ramion, pomiędzy delikatnymi rzeźbieniami lśniły kruche odblaski światła. 
Z łazienki dobiegł silniejszy plusk wody. To Antoni brał prysznic. Słyszała je- 
go szybkie ruchy, uderzenia dłoni po ciele, tupot nóg. Ogarnęło ją znużenie bez- 
czynnym wyczekiwaniem. Zapragnęła, aby Antoni już był tu wreszcie, żeby leżał 
obok niej nie dalej, niż na wyciągnięcie ramienia. 
Niespodziewanie szybko był gotów. Stanął we drzwiach nagi do pasa, wyciera- 
jąc t\varz. 
- Nie zasnęłaś? 
- Nie. 
- Musiałem, wiesz, wziąć prysznic, inaczej całkiem bym oklapnął. 
Wycierał ramiona i spoglądał na Marię z uśmiechem człowieka, któremu nic zda- 
je się nie brakować do szczęścia. 
- Nie marudź - powiedziała. 
- Już! 
\tVrócił do łazienki i prawie natychmiast, naciągając po drodze kurtkę pyjamo- 
wą, zjawił się z powrotem. 
- Nie zostawiłeś światła? 
- Nie. 
Szybk9 wsunął się pod kołdrę. 
- Gasić? 
- Zgaś. 
Zaległa ciemność. Leżeli w milczeniu i w bliskości, która wkrótce zrównała ich 
oddechy. W pewnej chwili Maria poczuła, że Antoni szuka jej dłoni. Znalazłszy, 
zanlknął w swojej. 
Szepnął: 
- Nie gniewasz się? 
Odpowiedziała lekkim poruszeniem ręki. Znowu zaległo milczenie. 
- Zasypiasz? 
- Nie. 
Zwrócił głowę w jej stronę, lecz chociaż leżała tak blisko, iż oddech jej czuł na 
policzku, ledwie n1ógł dostrzec zarys t\varzy. Tylko włosy Marii rozjaśnial\r cokol- 
wiek cien1ności. 


31
>>>
- o czym myślisz? 
- Tak o różnych rzeczach. 
- Cały dzień cię dzisiaj nie widziałem. Nie wróciłaś po biurze. 
- Przecież mówiłam ci rano, że mam różne sprawy do załatwienia. 
- Wiem, ale tak myślałem. Cały dzień siedziałem w domu, wyszedłem tylko na 
obiad i zaraz wróciłem. Zazdrosny jestem o te twoje sprawy. 
Roześmiała się. 
- Nie ma o co! Odebrałam twój zimowy kapelusz z pralni, kupiłam kilo słoniny, 
godzinę prawie stałam w kolejce, żeby wysłać list... a wiesz, co widziałam na placu 
Małachowskiego, wiesz, tam gdzie są książki w bramie tego spalonego domu? 
- Nie? 
- Pierwsze wydanie "Pana Tadeusza" 
- Nie? Za ile? 
- Dziesięć złotych, pomyśl, mniej niż kilo słoniny. 
- O Boże! I nie kupiłaś? 
- Nie miałam z sobą więcej pieniędzy. 
- Jak myślisz, jutro to jeszcze będzie? 
- Jutro? Chyba... 
- Pobiegnę z samego rana. I ładny egzemplarz? 
- Ładny, oprawny w półskórek. 
\tVestchnął z głębokim żalem. I po chwili: 
- Pamiętasz to? 


Ach! czyjeż usta śmią pochlebiać sobie, 
Że dzisiaj znajdą to serdeczne słowo, 
Które rozczula rozpacz marmorową, 
Które z serc wieko podejmie kamienne... 


Nagle urwał. \tv ciszy, wysoko w ciemnościach, rozbrzmiał śpiew niemieckiego 
oddziału. Rósł silnymi głosami, słychać było ciężki rytm maszerujących. Jedne gło- 
sy prowadziły melodię, inne ją wspierały i tak ta piosenka zwycięska, samotna i ob- 
ca mijała nad miastem, cichnąc powoli, aż wreszcie przepadła, jak gdyby wniknęła 
w ZIemię. 
Antoni silniej ścisnął dłoń Marii. Oswoili się z ciemnością, lecz twarzy swoich 
nie mogli dojrzeć. Zegar daleko uderzył raz jeden. 
- Pół do pierwszej - szepnął Antoni. - A może pierwsza? \tVidziałaś dzisiaj Ry- 
szarda? 
Ponieważ nie odpowiedziała, wydało mu się że zasnęła. 
- Mario! 
- Ryszarda? Nie, nie widziałam. 
- Może zachorował, jak myślisz? 
Wsparł się na ramieniu i pochylił nad Marią. 
- Przeszkadzam ci zasnąć tym gadaniem, tak? 


32 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
- Nie, Antoni, nie chce mi się spać. 
Musnął wargami jej czoło i brwi. Powieki miała przymknięte. 
- Smutna? 
- Nie, Antoni. 
- Przecież widzę. 
- Nic nie możesz widzieć po ciemku. 
- Ale czuję. Nie oszukasz mnie. Coś ci dolega. I to z mego powodu, tak? Po- 
wiedz.. . 
- Nie, Antoni, nie z twojego powodu. 
- \tVięc co? 
Objął leżącą i t\varz przycisnął do jej policzka. Poczuła teraz całą sobą bliskość 
jego ciała chłodnego od niedawnej kąpieli i przez chwilę zapragnęła o wszystkim 
zapomnieć i tylko poddać się bezpieczeństwu, jakie niosły jej ramiona Antonie- 
go, jego wargi jeszcze pachnące wodą, on cały. 
- Mario! - szepnął. 
-Co? 
- Co ci jest? 
- \tViesz o czym przed chwilą pomyślałam? 
-No? 
- Że najlepiej zrobiłby ci teraz wyjazd. 
- Do Berlina? 
- Ależ nie, co za głupstwa! Gdzieś na wieś. 
- Na wieś? Na jaką wieś? 
- Po co tu masz właściwe siedzieć? Zmiana otoczenia na pewno dobrze by ci 
zrobiła. Mógłbyś jechać choćby jutro. 
- Ale gdzie? I za co? Nie, to nie ma sensu. Teraz na wieś? Skąd ci to przyszło 
do głowy? 
- Dlaczego nie ma sensu? Pieniądze się jeszcze znajdą, zresztą można się tanio 
urządzić, a tu się też wydaje. A gdzie? Choćby do Piotra do Kazimierza. Na pew- 
no teraz.u niego pusto. Pamiętasz, jak jesienią jest pięknie w Kazimierzu? 
Antoni milczał. 
- Nie, to nie ma sensu! - mruknął wreszcie. - Gdybyśmy razem pojechali, to 
co Innego. 
- Co za dzieciństwo, Antoni! Wiesz, że ja nie mogę wyjechać. 
_ No właśnie! Nie widzę więc powodów, dlaczego ty musisz się męczyć w biu- 
. . / . , . 
rze, a ja uzywac przYJemnoscl. 
- Możesz tam pracować. 
- Ech, taka praca! 
_ Pamiętasz, jak każdy wyjazd dobrze ci robił? Już w pociągu zaczynałeś lepiej 
myśleć. 
Antoni odsunął się i położył się na wznak. 
_ Złudzenia! - Wszystkie moje wyjazdy, to były ucieczki przed samym sobą, uspra- 
wiedliwione ucieczki nic więcej. Nowe wrażenia, nowi ludzie, to bzdura wszystko! 


33
>>>
l\laria nie ustępowała. 
- San1 nie wierzysz ten1U co mówisz. 
- \Vierzę. 
- Ale na wsi chciałbyś być, choćby w Kazimierzu? 
- Czy ja wiell1? 
loże. Ale co z tego? 
- \Vięc jedz. U Piotra będzie ci na pewnoidobrze. 
- Piotr siedzi pcwnie teraz nad tYlU swoinl projekte111 polichromii, więc nie bę- 
dziecie sobie przeszkadzać. 
- Skąd ci to wszystko przyszło do głowy? - zastanowił się Antoni. 
- 
ie wiesz, że niespodziewane projckt)' są zawszc najlepszc? 
- Z tego wniosek, że powinienem się zdecydować lU Berlin. 
- Antoni, ja poważnie mówię! 
- Ja też. 
Zamilkli i wzajemna uraza przcdłużała ciszę. \Vreszcie odezwał siC; Antoni: 
- Owszem, przyznaję ci, że chętnic zl1alazłbYlu się na \\-si, choćby w Kazimie- 
rzu. I Piotrem też bynl się ucieszył. 
- A widzisz. 
- Bardzo możliwe, że takie \\)Twanie się z \Varszawy dobrLc by l11i zrobiło. Cho- 
ciaż tak się wydaje teraz, gdy tam nic jesten1, a gdybyn1 t..lI11 już siedział, to jcsz- 
cze nie wiadomo, jakby to było. Ale nie, to bzdura! I zresztą l1ie luogC; wyjechać. 
- Dlaczego? 
- Bo tak się różne sprawy składają. 

ie spytała jakie. Leżała bcz ruchu, z zamkniętymi oczami. .\ntoni wsparłszy 
się na łokciu spoglądał na Marię w n1ilczeniu. Darell1nie usiłował przeniknąć mrok 
i odnaleźć jej rysy. 
- Nie masz już dosyć tego gadania? 
Chciała odpowiedzieć, lecz głos uwiązał jej w krtani. Szcpnęła coś nicwyraźnic. 
- Bo widzisz - zaczął z wahaniem - chciałenl ci coś powicdzieć, na sanl)'111 po- 
czątku chciałenl to zrobić, tylko tak się jakoś nie składało... chciałcm ci wyjaśnić... 
Sięgnął po papierośnicę leżącą na półce z książkami i zapalił papicrosa: 
- \Vidzisz, ja o tych sprawach bardzo dużo ostatnio myślałem... 
Urwał i głęboko zaciągnął się dymem. Cisza przedłu;ała 
ię. \Vrcszcie podj
lł 
znowu: 
- Zrozum! - głos jego drgnął żywszynl akcentcn1 - że jeżeli wielokrotnic n1ie- 
wałem różne zastrzeżenia wobec mojcgo pisania, to było to, co innego niż teraz, 
zupełnie co inncgo. \Vtedy przed wojną nigdy by mi do głowy nie przyszło kwe- 
stjonować samej ważności pisania, nie tylko n10jej osobistej, ale i społecznej. 
A wiesz, kiedy po raz pierwszy odczułem nieważność moich słów, ich zupełną bez- 
użyteczność? Pan1iętasz wieczór ósmego września, kiedy n1ijaliśmy Pilawę i natknę- 
liśnlY się na trupy porwane na strzępy koło przejazdu kolejo\\cgo, a potem we wsi 
była obława na jakiegoś szpiega czy dywcrsanta? Ale to nic to! Zaraz potcn1 111ie- 
liśmy przeciąć trakt lubelski, pamiętasz? 
- Pamiętam - szepnęła. 


34 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
- Tłum ludzi w kurzu, wozy, san10chody, wojsko... pamiętasz, jaki piękny był 
wieczór? \łviesz, wtedy wobec tego stada ludzi, którzy porzucili swoje domy i wle- 
kli się nic wiadomo gdzie, zrozlll11iałem, jak mało znaczy najpiękniejsze dzieło sztu- 
ki, jak to nic, nic nie znaczy. Pan1iętasz, jak koło Okrzei dogonił nasz wóz 
półobłąkany żołnierz i opowiadał o oblężeniu Brześcia? A ten wieczór w Rudnie, 
kicdy staliśnlY w th1I11ie pod plebanią oczekując kOll1unikatów i Warszawa po raz 
pierwszy się l1ie odezwała? Widzisz, właśnie takie jakieś drobne zdarzenia \\yrwa- 
l1e spośród całego zamętu i zabłąkania uświadan1iały mi piekielną grozę tego, co 
się dzieje i że ja, 111łody i zdrowy mężczyzna, jestem tylko widzem plączącym się 
po drogach, głupin1 cywilem ratującym własną skórę, gdy ginie tylu 111łodych i tak 
samo jak ja życia spragnionych. Pamiętasz na drodze do \Vłodawy tych kilku sztu- 
baków wlokących się \\' skwarze z karabinanli? I cóż z tego, że tysiące ludzi było 
\\' takim samym położeniu jak ja? Powiedz sama, co to znaczy? I co słowo, co tu 
słowo znaczy? Powiedz, jakie nlożna znaleźć słowa i co im z siebie dać, gdy się 
chociaż r.1Z jeden w życiu nie dzieliło z ludźmi trudnego obowiązku? Co znaczą 
moje przeżycia i moje problcnlY wobec zwykłego, prostego spełnienia obowiąz- 
ku? Ja mogę przeżywać wszystko, co mi się podoba, a sumienie? ach sUl11ienie, in- 
teligentncgo człowieka zaWSLe jakoś sobie poradzi, żeby nie było zbyt ciężko. Sun1ienie, 
odpowiedzialność osobistą, to wszystko n10żna obejść i powiedz, kto tego nie ro- 
bi? \Vszyscy się załgają, z tą tylko różnicą, że ill1 kto jest inteligentniejszy tym le- 
piej to robi aż san1 się wreszcie gubi i przestaje rozeznawać, gdzie się kończy prawda 
a zacz"na t:1łsz. 
- Ale ja ciebie męczę? 
- "Nie. Aló\\'... 
Sięgnął po nowego papicrosa. 
- Cóż jcszcze n1ówić, to wszystko właściwie! \Vierz 111i, lviario - pochylił się nad 
leżącą - że to wszystko, co ja piszę, to naprawdę jest złe, karykaturalnie \\ykrzy- 
wione, musiałem do tego dojść. 
lówię ci, gdy ludzie którzy żyją na tej samej zie- 
mi, ci i ja, idą bronić kraju swoin1i życiall1i, gdy rozstrzeliwani są najlepsi, a tysiące 
gnij.} i dogorywają po więzieniach i po obozach, słuchaj lviario wówczas choćby 
na najll1niejszyn1 odcinku nie dzieli się wspólnego losu i niebezpieczeńst\\'a - nie 
podobl1.1 pisać, aby każde słowo nie dźwięczało blagą, koturnem, po prostu fał- 
szem! Ja już nawet nie n1yślę o patriotyzmie, tu chodzi o coś jeszcze głębszego, 
o wiele głębszego. Czy nie l11yślisz, że podnicść na polu bitwy rannego towarzy- 
sza i z narażeniem własnego życia wziąć go na ran1iona, albo \V obozie P odzielić 
'-. '- 
się z obcynl człowiekiell1 ostatnin1 ochłapen1 jedzenia, odstąpić mu, gdy 111arznie 
swoj.} ciepłą rzecz, to znaczy o wiele więcej, niż najll1.}drzejsze rozważania we wla- 
snyn1 pokoju, gdzie jest ci ciepło i gdzie ci nic nie grozi? Powiedz... 
- Dzisiaj wszędzie i każden1u coś grozi. Czy można te rzeczy porównywać, An- 
toni? - szepnęła. 
- Trzeba. Powiedziałcnl ci, że gardzę ludźll1i. I rzeczywiście gardzę ninli. 
Ale czy ta l110ja pogarda, moje głupie poczucie, że jestenl jak gdyby ponad ni- 
mi, nieon1al z innej ulcpiol1Y gliny, czy to l1ie z tego pł"nie, że ja z ludźmi nie 


35
>>>
dzieliłen1 i nie dzielę żadnego obowiązku, któryby wymagał ode mnie tnldnej za- 
płaty? Zrozum, ja rzeczywiście kocham sztukę ponad wszystko i ona dla mnie naj- 
więcej znaczy i dla niej chcę żyć. Ale zdaję sobie sprawę, że to o wiele za mało ją 
kochać i aby w sobie odnaleźć jej prawdziwy sens i dobrze jej służyć trzeba być 
człowiekiem, trzeba właśnie w sobie odnaleźć, nie wiem jak to nazwać, miłość, 
mądrość, pokorę, nie wiem, ale trzeba odnaleźć w sobie to coś jedynego, co ni- 
czym prócz własnego życia nie da się ożywić, niczym sfałszować ani wymędrko- 
wać. Tego się nie wymyśli, to musi być. Trzeba, aby mi wierzono, że kiedy powiem 
miłość, to to jest miłość, i gdy powiem odpowiedzialność jest to odpowiedzial- 
ność, którą gotów jestem pot\vierdzić życiem, moja odpowiedzialność, mojego ist- 
nienia, mojej prawdy, mojego stosunku do człowieka. 
Siedział z brodą wspartą o podkurczone kolana i żarzący się ogień papierosa uka- 
zywał Marii jego profil, wysoką linię czoła, skroń, której pulsowanie żył nadawało 
niebieskawy, prawie przezroczysty cień, ciemne brwi i ostry zarys policzka. Gdy 
papieros przygasł, zacierał się i ten kontur. 
- A pisanie? - spytała cicho. 
- Cóż pisanie? 
- Czy nie narażasz się swoim pisaniem, czy to też nie jest odpowiedzialność? 
Antoni Milczał. 
- Pomyśl, Antoni. 
- To nie jest to samo. To jest także odpowiedzialność, wiem, ale odpowiedzial- 
ność zupełnie inna. Życia nie l1arażam, niebezpieczeństwa, które innych dotyka- 
. .. . 
ją, mnie nie grozą. 
- Myślisz, że życie jest taką ceną? 
- Jest. 
Cisza. Gdzieś bardzo wysoko głucho zadudnił samolot. 
Maria: 
- \tVięc co chcesz robić? 
- Należeć do czegoś, służyć, być potrzebnym teraz, zaraz, i sobą a nie książką, 
która może być dobra albo nic nie warta i która dopiero po latach może coś zna- 
czyć, albo i nic. 
- Niecierpliwość, Antoni! 
- Nie tylko niecierpliwość. Czy nie rozumiesz, że życie żąda od ludzi różnych 
rzeczy i trzeba na jego wezwanie odpowiadać? 
- Rozumiem. 
- Więc dlaczego oburzyłaś się na mój wyjazd do Berlina? Zresztą nie upieram 
się przy tym, może rzeczywiście to nie dla mnie, ale coś przecież mogę robić, mo- 
gę być w czymś pożytecznym, nie? 
I ciągnął dalej: 
- Już nieraz chciałem porozmawiać o tych sprawach ze Stasiem. Jestem prze- 
konany, że taki człowiek jak on na pewno nie siedzi bezczynnie i nie poprzestaje 
na pracy w tym swoim zakładzie monterskim, nie myślisz? 
Nic nie odpowiedziała. Antoni wsparłszy głowę o kolana też milczał. 


36 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Po chwili: 
- Wiesz, pić mi się strasznie chce, musieliśmy na kolację zjeść coś słonego. 
- Jest herbata na stole. 
Westchnął, że trzeba się będzie podnieść. Ale wstał. Przez chwilę szukał po on1ac- 
ku pantofli, wreszcie poszedł boso. Brzęknęła szklanka. 
- Słodzona? 
- Tak. 
- Może ty chcesz? 
- Nie dziękuję. 
\tVypił duszkiem. Przeciągnął się i ziewnął. 
- Znowu tu nadymione. Ale już chyba nie wietrzyć, jak myślisz? 
Wrócił na tapczan. 
- Trzeba spać, co? 
Położył się i wyciągnął dłoń w kierunku Marii. 
atrafił na pustkę. 
- Gdzie ty jesteś? - zaniepokoił się. 
- Tutaj - dobiegł go głos Marii bardzo bliski, lecz jednocześl1ie tak dziwnie, 
obco brzmiący, jak gdyby dotarł z bardzo daleka. 
- \tViesz, to straszne! - począł mówić pospiesznie - wydało mi się przez chwi- 
lę, że ciebie nie ma, że nagle znikłaś. To okropne było. Dlaczego nie leżysz. 
Poszukał jej w ciemnościach i znalazł tuż obok siebie opartą o ścianę. Natrafił 
na dłoń, była zziębnięta i bezwładna. 
- Mario! 
- Słuchaj, Antoni - głos jej brzmiał już naturalnie - nie wiesz jeszcze pe\vnie... 
- Czego nie wiem? 
- Oczywiście, że nie wiesz, ale Ryszard... 
- Co Ryszard? 
- Został aresztowany. 
Antoni drgnął. 
- Staś? Jak to, kiedy? Co ty mówisz? 
- Dzisiaj rano, u siebie. 
Dłoń jego zsunęła się z ręki Marii. 
- To straszne. 
Po chwili: 
- Ale dlaczego? Może to jakaś onlyłka? 
ależał do czegoś? 
-Tak. 
- To straszne - powtórzył. 
Nagle ocknął się. 
- I wiesz to od dawna i nic mi nie powiedziałaś? 
Milczała. 
- Mario! Dlaczego? 
- Niedawno dowiedziałam się. 
- Jak to niedawno? 
- Przed godziną jakąś zawiadon1iono mnie. 


37
>>>
- Ciebie zawiadomiono? Kto? 
- Ten dzwonek... 
- \Vięc to nie była \tVrollska po aspirynę? 
- Nie. 
- Skłanlałaś? 
- Ach, Antoni - powiedziała Zlllęcz)'m głosen1 - po co te wielkie słowa? Nic 
zrobiłanl tego dla swojej przyjell1ności. Może byłoby mi lżcj od razu pobiec do 
ciebie i wszystko powiedzieć. 
- Oszczędzasz mnie? 
- Masz l11i to za złe? 
- Ależ nie! Tylko potwierdza się to, co JUL mówiłen1 o n\oilu istotnym stosun- 
ku do mnie. Uważasz mnie za tak słaby charakter, za taką SZluatę... 
Przerwała n1U: 
- To wstyd Antoni, że n1Y w tej ch\\"ili tak ze sobą rozmawiall1Y. 
Natycllluiast się opanował. 
- PrzepraSZal11 cię. Ale dlaczego... 
- Pozwól, wszystko ci powieIn. Jeżeli... 
- Zaraz, zaraz, słuchaj, ten twój projekt 111ojego wyjaLdu natychmiast i to 
wszystko... czy i ty? 
-Tak. 
- \V związku ze Stasiem? 
-Tak. 
- Grozi ci coś? 

ie wiem Antoni, może tak, n10że nie, ale raczej tak. \ V każdyn1 razic nie n1og; 
tu pozostać w mieszkaniu. I ty także, to jasne. Staś był ze luną \\' najbliższym kon- 
takcie organizacyjnym. Zrozum, to wszystko stało się tak niespodziewanie. 
ie wienl, 
co Staś przechowywał u siebie, co u niego zn
1lcziono, jak potoczy się śledztwo. .. 
- Antoni, nie utrudniaj mi tych chwil, są i tak dość tnldne. 
- \Vięc co chcesz, żcb"m zrobił? 
- \Vyjcchał, zaraz z samego rana wyjechał. 1\lusisz wyjechać. 
- A ty? 
- Ja nl11szę zostać. Przynajmniej na razic. 
- I rzeczywiście chcesz, żebym wyjechał? San1? 
- Antoni, musisz, powinieneś... ja tylko dlatego nie wyjeżdźanl, że nie IllOgę. 
Ale tutaj też nie będę mieszkać. 
- Antoni... 
- Czy n1yślisz, żc Staś nie wyjdzic z tcgo? 
- Nie wiem. 
- A gdyby ciebie złapano? 
- Nic wiem, Antoni. Skąd to 1110gę wiedzieć? 
- \tV każdym razie nie przypuszczasz, aby zwolniono cię po paru godzinach i jesz- 
czc przeproszono za omyłkę? 
- Nie wiem, Antoni, nic nie wicm, nic nie przypuszczam, po co n1am o t)'In 


38 K \V A R T A L;\, I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
myśleć? 
Antoni sięgnął po papierosa. 'N błysku zapałki ujrzała jcgo n\'arz zn1icnioną. 
I Laraz zaległa ciemność. 
- Antoni... 
Milczał. 
- Antoni, Lrozun1 to wszystko. 
- Aż za dobrze rozUll1icm. 
- I co? 
- Chcesz wicdzieć? Czuję się tak, jakby n1i dano w pysk. 
- Antoni! 
- Tak, nic mogłaś "yraźnicj i dotkliwiej dać mi do zrozun1ienia, że jestem tchórz. 
- Och, Antoni! - prLecież ty ciągle lnyślisz o sobie. 
- \Vicm, nic umiell1 widać inaczej, po co l11am udawać? Dopiero tcraz zrozu- 
luiałel11, żc ty 111nie nic kochasz, nic n10żesz kochać. 
- Z",ariO\\',lleś, Antoni? 
- Przeciwnie, właśnic teraz widzę jasno. 
- Nic nic widzisz, mÓwisz jak ślepy i głuchy. 
Zamilkli. Bardzo wysoko, uwięziony "'śród nieruchol11}'ch cien1ności, kołował 
warkot san101otu. 
- Po\\-iedz sama, czy miłość nie wyraża się i w tym, że się jest zawsze gotO\\TI1l 
dzielić ciężkic chwilc i niebczpieczel1stwa? \Vięcej nawet niż radość? Czy nie mu- 
si się być wtedy razem, powiedz? 
- Po cóż n1Y nun1Y o miłości mówić, Antoni? - powiedziała cicho. - \Vszystko 
jest takie jasne i proste, tylko ty nie chcesz zrozumieć. 
Znowu zamilkli. Nlarii \\}dało się, że cała ruLI110\\'a ciągnie się od tak dawna, 
iż \\'krótcc musi dnieć. Spojrzała w stronę okien. Noc trwała nieznlienna. 
- Zdajesz sobie sprawę, że gdybYll1 wyjechał i z tobą stało by się coś tutaj, gdy- 
b\'ś.. . 
- Nic 111i się nie stanic. 
- Skąd \\.iesz, S
U11a mó,,'iłaś... 
- 
ie wicin, .lle wierzę, że jeżeli 111am jeszcze coś w życiu zrobić, to zrobię to. 
Zost.ljąC w \Varszawie \\' niczYI11 mi nie pomożesz. 
- Będę przy tobie. 
- Antol1i, to na pewno pierws7Y raz w życiu i n1yślę, że ostatni, kicd\T lżej było- 
by n1i być bcz ciebie. 
\Vsparl się czokn1 o kolan.l i sicdział tak bez ruchu dłuższ
} chwilę. 
\Vreszcie spytał: 

 Czy St
lś bvl b.udzo zaangażowany w tę robotę? 
- Bardzo. 
- Dużo \\ id 
- Dul'o. Ach, Antoni, żcbyś ty chciał zrozUl11icć, jak bardzo tYI11 \\ szystkin1, czyn1 
się teraz n1ęczysz, zdradLasz siebie! 
- Ja, siebie? 


39
>>>
- Ty! Mówiłeś o odpowiedzialności, a nie chcesz zdać sobie sprawy, że twoje praw- 
dziwe sprzeniewierzenie się, to nie tan1to, lecz właśnie, że w ten sposób n1yślisz. 
- Zlituj się, przecież ja nie jestem tylko pisarzem, jak n10żna tak? To straszne, 
co ty n1ówisz! Jesten1 także człowiekien1 takim san1yn1, jak każdy inny, jak Staś, 
jak tysiące innych! 
- Wcale nie takin1 samyn1. I dlaczego chcesz się upodabniać do innych, dlacze- 
go inni mają być dla ciebie wzorem? 
- Ależ to nie jest upodobnianie się! To zwykły instynkt, sumienie, nazywaj to jak 
chcesz. Ani staram się, ani chcę być taki san1, jak ktoś drugi, ale przecież ludzi musi 
coś łączyć, n1usi między nin1i istnieć jakaś solidarność, jakiś wspólny obowiązek, nie? 
- Antoni, Antoni, każdy człowiek n1a inny obowiązek, czy nie mó\viliśn1Y o tym 
wiele razy? I dlaczego ty masz podejmować to samo, co Staś? 
- Bo to naraża, za to się płaci! 
- Za wszystko się płaci. 
- Tak, ale to jest wiara, że istnieje prawda i sprawiedliwość, które przerastają 
i n10je życie i życia innych, to jest wierność czemuś, co jest większe ode mnie, od 
każdego człowieka pojedynczego. I to jest... - zaciął się - to jest nareszcie wyj- 
ście poza siebie, poza swoje odosobnienie, poza swoją san1otność! 
Cisza. Po chwili Maria: 
- Jak ty się odsłaniasz sam nawet o tyn1 nie wiedząc! 
- Ja? 
- Ty. Pon1yśl czy te twoje pragnienia, to nie jest tak, jakbyś chciał skoczyć w nie- 
znane, w świat wydający ci się bohaterskin1? Czy to nie jest u ciebie chęć ujrzenia 
siebie w nowych dekoracjach, ten t\vój niepokój, t\voja niezdolność rezygnowa- 
nia i wybierania i jeszcze trochę pychy, żeby nigdy nie pozostać w tyle za drugi- 
mi i we wszystkim wykazać się? 
- Może... A jednak ty san1a... 
- Jato co innego, n10je życie n1a zupełnie inny sens, niż t\voje, nie jestem t\vórcą. 
- Ach to! 
- To duża różnica. Mówisz o konieczności dzielenia obowiązków z innymi ludź- 
n1i. A czy nie bywa czasan1i trudniej zrozun1ieć i przyjąć, że właśnie pewnego tru- 
du podjąć się nie może, że nie jest dla nas i tylko n10żemy go pragnąć, lecz nigdy 
dokonać, jeśli nie ma nin1i rządzić ślepy instynkt, pomyśl? I żyć z tą świadon10- 
ścią, lecz bez goryczy, Antoni, tylko rozumiejąc, że każde ludzkie istnienie posia- 
da inny sens i inną wielkość i n1ałość... 
- Godzić się biernie na swoją małość? 
- Może raczej wiedzieć, że się jest także i n1ałyn1, pamiętać o tyn1. 
- Dobrowolnie brnąć w cierpiętnictwo? 
- Dlaczego? Trzeba tylko zrozun1ieć, że nie n10żna wszystkiego. I zrozun1ieć, 
co się n10że, a czego się nie n10że. Chciałbyś wszystko móc? 
- Wien1, że to n10żliwe. 
- Więc dlaczego szarpiesz się i n1ęczysz, że nie jesteś człowiekien1 czynu? Dla- 
czego odrzucasz i lekceważysz właśnie to, co jest w tobie czynnego, oSwoją pracę? 


40 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Myślisz, że będziesz lepiej pisał naginając s\voje życie do warunków, które nie są 
dla ciebie? 
- Trzeba probować. Mówić z góry, że to albo tamto jest nie dla n1nie, w ten 
sposób można się od wszystkiego uchylić. 
- Ach, Antoni, wiesz przecież doskonale, że takie życie o jakin1 n1yślisz, jest nie 
dla ciebie. Czy widzisz siebie na jakin1ś wózku przewożącego wśród worków kar- 
tofli granaty i rewolwery, narażającego się ciągle na niebezpieczeństwo, mieszka- 
jącego raz tu, raz gdzie indziej, albo kolportującego bibułę, która nic cię nie 
będzie obchodzić? Oszukujesz się, i po co? 
Długo Milczał. Wreszcie podniósł głowę i szepnął: 
- Może dlatego, że chciałbym być inny. 
- Kto z nas, Antoni, nie chciałby być innym, niż jest? 
- To n1ało chcieć. 
- I co? Wiem, że to czasem przełamuje nasze słabości... 
- A \vidzisz. 
- Ale czy o wiele częściej to niezadowolenie z siebie, to ściganie pragnieniami 
jakiegoś mglistego dnlgiego ja nie płynie ze słabości raczej, niż z siły? Czy nie 
trawi nas często bunt przeciw sobie dlatego, że nie chcen1Y ocenić własnych moż- 
liwości i nic nie czyniąc wolin1)' łudzić się, że gdyby nadarzyły się odpowiednie 
warunki n10g1ibyśmy góry przenosić? 
Antoni położył się i dłonie splótł pod głową. 
- Gdyby to było takie proste, jak ty mówisz! Poznać siebie, ocenić i trzyn1ać się 
już na całe życie tej wiadomej, choćby była lnała i płaska. \Vidzieć wielkość innych, 
lecz san1en1U powiedzieć sobie raz na zawsze: to nie dla mnie. I nie pragnąć tego, 
nie cierpieć, że się jest ułomnym. Ach, Mario! każ ślepemu nie tęsknić za nieben1 
pogodnym, za zielenią łąk, za wszystkim pięknen1, które jest dane innyn1, lecz od- 
jęte jemu. To są słowa, Mario, może mądre: ale tą mądrością, która jest jakby za 
wyniosła, za wysoka dla ludzi i dlatego już prawie bezużyteczna. !\.lożna wiedzieć, 
że tak jest, lecz jak się z tyn1 pogodzić? Cóż z tego, że wiem, iż każden1u dane 
jest co innego, albo że nie n1a człowieka, który by nic posiadał jakiejś wartości, 
choćby najniklejszej i której nie lnógłby rozwinąć. Ach, i \\Tolna wola, zrozun1ieć 
swoje przeznaczenie i wypełnić je! Pamiętasz ten wiersz z psaln1u: położyłeś gra- 
nicę, której nie przekroczą... I cóż, to można wiedzieć, ale ta wiedza ani cię uspo- 
koi, ani rozgrzeszy. Będzie cię tak samo męczyło to n\'oje, jak ty n1ówisz drugie 
ja i będziesz tak san10 tęskniła za wszystkim, czego tobie brak a co ci się wydaje 
godnynl posiadania, zupełnie tak samo, jakbyś nie znała dla siebie żadnych granic 
i ufała, że osiągniesz wszystko co tylko pragniesz. Może nawet z taką wiarą lżej 
żyć? Buntujesz się wtedy przeciw światu, przeciw ludzion1, sobie, przeciw wszyst- 
kien1u, chcesz cały świat urządzić na nowo, szukasz, depczesz, pon1)'śl, Mario, n1ierz 
siłę na zamiary! A to zostajesz tylko san1 na san1 z tą nieubłaganą n1ądrością, któ- 
ra twoim czynonl kładzie granicę, lecz tym dotkliwiej ukazuje wszystkie inne czy- 
ny tobie niedostępne. Możesz nie tęsknić straszliwie? I gdy o tyn1 n1yślisz, n10że 
cię nie męczyć bunt, że tak jest? 


41
>>>
- Bunt? - szcpnęŁa. - !\.loLc smutek? 
- l\loże... ale j.1ki? To tak łatwo powiedziec: sl11utek. 
Un1ilkli. Antoni wyci.}gnął rękę. 
- Połóż się - powiedział prosL-lCo. 
Usłuchała i chwilę leżeli w ciszy, oddechy ich Lnowu łączył jeden rytll1. 
- Z111..lrzłaś, prawda? 
- Trochę. 
Położył rękę na jej dłoni. 
- \Viell1, że \\ ide rzeczy jest nie dla mnic i gdybYll1 się na nic pOl\\".lł, to było- 
by to n10że zdrad..}, o ktorej n1ówiłaś. 
- A widzisz. 
- Tak, alc nie czyniąc tego, odczu\\ .1111 zdradę taką san1..}, .lapc\\'niaIl1 cię, żc ta- 
ką saln.}, 
/1Jrio, tylko \\ stosunku do czego innego. \Vłaśnie \\obcc tego, co jcst 
nic dla mnic. I chyba nie uspokoiłaby 111nic nawct świadomość, że najlepiej, jak 
tylko potrafię, robię to, co do mnie należy. 
- 
1J.rio! 
-Co? 
- Czy nie l11yślisz, Le własciwic każdy \\)'bor pOLostawia w naszYI11 sUll1ieniu wy- 
rzut zaniedbania? Że dochowując \\ ierności jedncn1u, zdr.ll.iLamy równoczcśnie 
drugie? 
- Zdradzall1Y? 
- 
/loLe nie nasz los, bo go i t..1k wypełniamy. Ale to coś, co bYW..1 C7ascm bard/.o 
111g1iste i jak sen nicuchwytne, ..l CZJsCn1 tak piękllc, l\lario, t.1k straszliwie, nadludi'- 
ko pięknc, że jcsli się 111a prawo do czegokolwiek gor.}co tęsknić, to chyb.l o łaskę 
częstego obcowania z t1'l11 pięknem, które nigdy się nic stanie naszym życiel11 tutaj. 
Po chwili: 
- Lecz wiesz, wydaje mi się Ci' ascn1, bardJ'() rzadko Ldarza się t.1ka chwila, bo 
to jest krótk,l chwila, nieomal błysk, otóż ograni..lll1nic wtedy pewność prawic nie- 
on1ylna, że gdybym 1l1il110 \\ sz)'stko, rozl1mies.l?, mimo wszystko, na nic się nic 
oglądając zdobył się na taki czyn, który jest nic dla l11nie, przeżyłbym sLczęscie, 
OCZYS7czcllie, nic wiel11 jak to nazwać, \\' każdYI11 razic pr zcżyłbym coś, co n10L.- 
na prLeżyć w życiu tylko raz jedcn i chyba przekreślając cały swój los. ROLull1iesz, 
zdradzić siebic dla tcgo piękna, ale wtedy n10że już nic 11la żadncj zdrady? 
Silniej ścisnął rękę Marii, jakby jej dłoll dopomagała mu lepiej ujrzcć ow..} głębię 
kryjącą wśród splątanych ciemności przejl11l1jąC-l wizję ostatec7nego zwycięstwa. 
- \Vtedy na pewno nie n1a zdrad" - powtórzył. 
I zal11ilkł. Po dłużsLej przerwie: 
- A czast:111 cały świat, ludzie, ja sall1, dziell codzicnny, wszystko wydaje n1i się 
tak proste, jutro tak zdumiewaj-lco j..1snc, jakbym to nic ja pod..}zał ku nicwiado- 
l11ej prL}'si'łości, lecI tCIl przysLły czas, znany i bliski, wybiegał n1i na pucciw. Ty, 
\\łasny kąt gdzieś na wsi, praca, dobre książki, ml1.lyka, pr Lyjacicle... rano móc 
\\ yjść przed dom, wiecLory długich rOLn1Ó\\ i wiesL, j.1k się tak mysli, to wydaje 
się, że nawet wsród odosobnienia, odszcdłszy od spraw, którc dzisiaj s.} takie a ju- 


42 K \V A R T A L 
 I" lA R TI Y 
 T Y C Z 
 Y
>>>
tro innc, n10Żn.l przccież słyszeć wszystkic głosy świata. 
- Może lepiej nawet - powiedziab półgłosem 
laria. 
- Lccz cóż to jest? \Vieża z kości słoniowej! 
l\1aria: 
- \Vszystko zależy kto \V niej 111ieszka. Słuchaj, Antoni, czy L t}'n1 spokojcm tam 
w tej wieży nic jcst tak, jak z muszlą, która spoczywając na dnie oceanu SZUll1i je- 
go głosalni? 
- 
lożc. l\lyśli się wtcdy: czcmu ulegać sprawOIn codziennych dni, choćby naj- 
ważnicjszyn1, gdy nie ma wśród nich takiej ważnej, która by mogła trwać niczlnien- 
nie? C/'cmu ulegać chwili, gdy wszystko zmienia s\\"oje kształty i tylko jeden 
człowick, tylko jego osobowosć zachowuje ten sam kształt? Patrz, wesLliśmy 
\V drugi zaledwie rok wojny, a ile się już suło od \\ rześnia, ile się w nas samych 
odlnieniło i jak jU.l il1.lczcj odczuwalny tamtc picrwsze dnie. Za rok inaczcj bę- 
dziemy patrzyć na to co jest teraz, 
l za pięć lat, wyobraż
lsz sobie, jak za pięć lat 
wszystko to będzie dalekic? 
Znów po chwili: 
- Lecz któż Ini powie, czy rojąc sobic takie życie nie ulegan1 pokusie życia n
lj- 
łatwicjsLego? Tak łatwo \\' dÓł rÓwnać tę granicę własnych możliwości! l\loże r7C- 
cz)'wiścic powiniencn1 tak żyć, a n10żc to tylko Inój egoizm i 1110jC tchÓrzostwo 
podszeptuj.} mi to pr.lgnicnic? 
l\laria bardzo cicho: 
- Czy nie n1yślisz, że nie naszc błędy są 11.1jważniejsze, bo te popełniall1Y za- 
\\ SLe, Iccz nasz stosunck do nich? l że tcn stosunck nas kształtuje i albo poniża, 
albo podnosi? 
-l\lożc. \Vicsz, wydaje mi się czaSCln, Le twórczość, to jest \\.łaściwic pamięta- 
nie swojego życia, coś jak gdyby rachunek sun1ienia, nien10żność przejścia do po- 
rządku dziennego nad ziem, które się nosi w sobie, nad czynalni, które się popełniło 
i nad innYlni, których się nie podjęło... 
J\1ilczał chwilę. Aż nagle przysunął się do l\larii i obj.}ł j.}. 
- l\'iario! 
-Co? 
- Buję się o cicbic, gdyby miało ci się coś St
lĆ... 
Jcgo głos ściszony" :zrus.leniem przejął j.} i pon1szył silniej, niż wszystko co do- 
tychczas było l11ówione. Przytuliła się do Antoniego. 
- \;Vszystko będzic dobrze. 
- 
ic mÓw tak - szepn.}ł - Ldaje n1i się czaSCln, żc taka ufi10ŚĆ przyciąga nie- 
szczęścic. 
- Przcciwnie, Antoni, odgania je, zobaczysz. 
- A Staś? też tak n1ówił... 
l\,1ilczała. Po chwili Antoni: 
- Gdzież ty się podzicjesz? 
- U Hani choćby, to najlnniejszy kłopot. 
- A biuro? 


43
>>>
- Przepadnie, trudno. 
- To nieważne, ale... 
- Zresztą wszystko się wyjaśni po kilu dniach, nlożliwe, że i ja także wyjadę. 
- A zaraz? 
- Nie mogę, Antoni, naprawdę nie n1ogę. 


[IV oryginale brak jednej karty maszynopisu - przypis red.) 


Po chwili: 
- Nie jestem w tym wypadku zależna od siebie, przecież wolałabym być z tobą. 
- Więc jednak zmuszasz się, a palniętasz co przed chwilą n1ówiłaś? 
- Podjęłam się tego, Antoni. 
- I ani słowem mi o tynl wszystkim nie wspomniałaś - powiedział ze sn1utnym 
wyrzutem Antoni - przecież ja bynl ci nie przeszkadzał. 
- Wiem. 
- Więc dlaczego? 
- Wydawało n1i się, że tak będzie lepiej dla ciebie. 
- Dla mnie! 
- Dla n1nie także - dodała pospiesznie. - Myślisz, że o sobie nie n1yślałam, że 
nie mówiłam z tobą o wielu rzeczach także i ze względu na siebie? 
- Trudno w to uwierzyć. 
- Ach, Antoni, żebyś ty wiedział, co w takich czasach jak teraz, kiedy dokoła ty- 
le jest zła, nikczemności i tyle cierpienia, żebyś wiedział, co to znaczy móc wracać 
do domu, w któryn1 jest ktoś bliski żyjący nie tylko drożyzną, wiadomościami poli- 
tycznyn1i i aresztowanian1i, ktoś dla kogo te wartości, którymi żyliśmy, nadal są war- 
tościami. Nie, nie mów Antoni, że to nic nie znaczy, to jest bardzo wiele ocaleć w takich 
jak nasze czasach miłość piękna. Czasami zdawało mi się, że już nie podołam temu 
wszystkiemu, trudno, Antoni, być teraz człowiekiem. I ty nie wiesz nawet, ile tobic 
zawdzięczan1, że żyję, że mam wiarę w przyszłość i wierzę w wartości ludzkie... 
Un1ilkła. Antoni oparł czoło o jej policzek. 
- Nie może mi się w głowie pon1ieścić, że jutro o tej prze nie będzien1Y razen1 
i S taś. . . 
Objęła Antoniego ramionami i całą sobą poszukała jego ciała. 
- Potem znów będzien1Y razem. 
- Kiedy? 
Po chwili: 
- Zrozun1, przy tobie jest bezpieczeństwo, spokój. 
- We n1nie też nie ma spokoju, Antoni - szepnęła. 
- Ale go dajesz. Jesteś n1ądrzejsza ode n1nie, lepsza, godzisz mnie z życien1 i czy- 
nisz mnie wartościowszyn1, niżbyn1 potrafił być san1. 
- To pierwszy raz Antoni, kiedy nie n10gę być przy tobie. 
- Wien1. 
Dłuższy czas leżeli bez słowa. Wreszcie Maria odezwała się: 


44 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
- Wiesz, tak się fatalnie złożyło, że masz jedną tylko czystą koszulę, jutro mia- 
łam właśnie dać do prania. 
- To nic, głupstwo! 
- Będziesz musiał zabrać brudne. Pamiętaj żebyś oddał je Józefowej zaraz jak 
przyjedziesz do Piotra. 
- Dobrze. 
Po pewnym czasie Maria: 
- Myślę, że lepiej będzie, jeżeli weźmiesz palto zimowe. 
- Za gorąco jeszcze chyba, nie? 
- Ale jeżeli wypadnie ci posiedzieć tan1 dłużej? Ranki są bardzo chłodne, wie- 
czory też. Możesz wziąć na rękę. 
Antoni n1ilczał. Naraz szepnął: 
- Jak ci serce bije. 
- To n10je? - zdziwiła się. - Myślałam, że to u ciebie. 
- Może i u ciebie i u mnie. 
Znowu zamilkli. Ogarnięci ran1ionami leżeli bez ruchu, a spokój ich ciał zda- 
wał się podobnyn1 uciszeniem nasycać noc, w której ciemnych obszarach trwali 
samotni. Wten1 \vydało się Marii, że tuż obok słyszy cichy szept Antoniego: jakoż 
szczęśliwy, kto wstawszy gdy ciemno... On\'orzyła oczy. 
- Mówiłeś coś? 
Głowa Antoniego przytulona do jej policzka ponlszyła się zaprzeczeniem. Ja- 
koż szczęśliwy, kto wstawszy rano, gdy ciemno, nie dotknął liry swojej nadarem- 
no... I jak gdyby przez te słowa przypłynęło tajen1nicze tchnienie, wydało się Marii, 
że ciemność od dna aż po wysokość dalekiego nieba zadrżała. Lecz trwało to chwi- 
lę i noc znów zastygła. 
Głos Antoniego już cokolwiek śćmiony sennością: 
- Wiesz wydaje mi się w tej chwili, że tylko my d\voje istniejemy, ty i ja, n\'oje 
ran1iona, które czuję na szyji i na plecach, n\'ój policzek... twój oddech, a tamto 
wszystko to jest nieprawdziwe, tego nie n1a, to jest tylko sen. .. 
Uśmiechnęła się. 
- Ty już zasypiasz? 
- Nic - zaprzeczył bardzo sennie. 
I spytał: 
- Która to może być godzina, chyba zaraz ranek? 
- Zobacz. Ale zaświecić trzeba. 
- Dobrze. 
Upłynęła dłuższa chwila i Marii wydało się, że Antoni już zasnął. Niespodzie- 
wanie odezwał się: 
- Już patrzę. 
Podniósł rękę i znalazłszy po onlacku lan1pę przekręcił kontakt. Chwilę nie ru- 
szał się, jakby niespodziewana jasność odebrała 111U siły. \Vreszcie uniósł się tro- 
chę i spojrzał na zegarek. 
-Druga dochodzi, za szesnaście. 


45
>>>
Chciał zgasić, 
dy ,,"zrok jego padł na l\larię. ZatI7ym..lł się. 
- Zgaś Antoni - poprosiła Inru7..}C oczy. 
_ Już, cl1\\ ilcczkę tylko, poz\H)1 nli choć spojrzcc na sicbic... "yg t ldas7 tcra7 .lU- 
pdnic jak Inała madol1l1..l z tYlni włosanll r07sypan\'n1i. Sk.}d ty bicI7csz tyle jasności? 
- Nic piec głupstw! - Pr7Cł-\\..lła nul. - I gaś. 
Zgasił. l\lrok obj.}ł ich jcs7cze cien1nicjszy, niż pr7cd chwilą. Antoni nic n1ógł 
znalcźć swojego Inicjsca. 
- \Vicsz, ręcc l11i siC; pOInyliły - poska6ył się. - Było tak dobr LC... 
\Vrcs7cie zno\\ u znaleźli się przy sobic. 
- '\\godnic ci? - spytał. 
- T.lk. 
\VróciłJ poprzednia cis7a. 
lari.l: 
_ Druga godLina, to wczcsnie jeszcze, 111yslJłan1, żc już o \\ idc późnicj. Poci..U; 
do Lublina odchodzi coś o szostej z l11inutami, nic p.lmiętasz? 
- Zdajc się. 
- 
lusiałbyś wyjsć 7araz po piątcj. 
- A n'? 
- Ja też, lllC tu nic maIn do roboty. 
Antoni: 
- \Viesz, ciągle nic n10gę uwicrzyć ,,- to wszystko. 
- Staraj się zasn.}ć, lnall1Y przyn.ljmnicj dwie godziny CLasu. 
Poczuła na policzku drgnięcie jcgo \\ arg. ()drucho\\ () przycisnęła go Inocnicj 
do siebie. 
- Śpij... 
- A n'? 
. 
- Ja też zasnę. 
- Senna? 
- Trochę. 
Zan1k.nęła oczy, IeC7 senności nic C7Ula wcale. Znu7cnic tylko. ()ddcch Anto- 
niego przenikał jej policzek cicpłyn1 cora7 b.lrd7iej r\\"n} In i 
pokojl1ym. 1\'araz 
An toni ponlszył się. 
- Pan1iętasz ten wicczór? 

laria czekała chwilę. 
- Jaki \\ ieczór? 
- Ten na połoninie, kiedy nas Lmierzch złap.lł niespolł7icwanic. 
- Pan1iętam. 
- A pastucha grająccgo na supiłcc? 
- Także. 
_ PamiętJsz, spalismy \\ szałasic tak san10 blisko sicbie, jak tcraz... bdo ' in1110 
i 
\ iazdy było widać pr /C7 pos7ycic s7ałasu... 
MÓ" ił cora7 wolnicj i nic\v}Tainicj. 
- I cis7a taka... 
Ucichł. Oddychał chwilę sncn1 i /nowu s/cpnął: 


46 KW -\ R T A L 
 I K I A R TI Y S T Y (' Z l\ Y
>>>
- 'Vics7 co? 
- No? 
- Jcdnak tęsknota, to jcst \\
7ystko na zicn1i. 
Teraz r .. lsl1 oJ ł rzcc7ywiście. Maria l11yślała: l\:ajlcpicj, jeżeli Antoni zabierzc śred- 
ni.}, bqzow.} w.lli7kę, wystarczy chyba na jego rzeczy, palto zimowe wcźmie na rę- 
kę, jak to dobrze, że wykupiłan1 tcn kapelusz r imo\\y, n1cgłby pr.lepaść... chustki 
do nosa S.l jCSZC7C czystc, buty tylko przydałoby 'iię podzelować, Antoni na pewno 
nic bę.i7ic o t}'n1 pall1iętać i do kOlica pOLdl.:iera obcasy... dO.lorcę tr Leba będzic 
uprzcdzić, .1by \\' razic czcgo mówił, żc Antoni wyjechał przcd tygodniem... 
Antoni poruszył się, westchn..}ł, lecz sp.1ł dalej. LC7ała bcz ruchu, żcby go nie zbu- 
d7ic i pod powickan1i układała sobic kolejność wszystkicgo, co z rana będzie musia- 
ła zrobić. ()bcs7b \\ l11yśli n1ics7kanic, zcbrała r7eczy jakie oboje powinni wziąć 
L sob.), /I11am\ iła się, gdy dourła do śniadania, ze nic lna chleba, bo ostatni kawałek 
zjedli na kolację. \Vrcs7cic ';t.uWła przy chwili, kiedy Antoni już ubrany i z walizką 
gotowy będzic go wyjścia. Nic Inyślcć o t}'m! - szarpn}ł ni.} inst}'nkt san1ozacho\\ aw- 
czy. LeC? zanill1, pos7ukuj.}c 111yśli o któr.} n10glaby się zaczepić, znala71a takoJ, uczu- 
la c.1ł
 sob.1, nicomai jak bÓl ti7yc7ny, grożę tej bliskiej chwili i 
trach przed tym, co 
bt;li7ie pÓ7nicj. ()puścić to l11iasto, daleko poza sobą zostawić zło\\Togic widn10 Pa- 
wiaka i Alci S- ucha, por/llCić wS7ystko, cah} nbotę podLicn1n.}, mroki konspiracji, 
wysiłki C7C;Sto nicwspÓłmicrnc do celÓ\\ i cele nicr.1z niewartc \\ysiłków i ofiar, skorł- 
czyć z podwojnym życien1 i imicnicm, odcjść od tcgo świata 7aludnionego upiora- 
n1i da\\ ncj nic\\ oli. ()to 7nowu, niby zj.l\\}' po r.1Z wtóry powtauajoJce swoje cielnne 
istnicnic, skr
 pi.} i str.1sz.} cicnic narodowych nwcLcllstw, zno\\ II dzwoni..} 7nane bll- 
cuchy, n1Ul)' wic;zicn jakby C7as cof:u)', a slo\\ o ojczY7l1a jes.lcze raz \ylecze za sobą 
g0l)'C7 nicl1.lwiści i l/y cicrpiętnictwa. Duszno, powietrza brak! Po l.ltach legenda, 
lec/ CÓ7 Ic
cnda \\ ic o dni.1Ch, którnni ,;ię 7\'wi i z których wyrasta? Cz\' \\ "niesic na 
....... . 
 - - .- 
\\}'niosły brzcg cokoh\ ick z odmc;tu s.ln10tnych lud7kich zwątpicń i cierpien? \Varto 
więc - myślab - t.1k 7ycic swojc pl.}tać, \\ikbć ponad siły, ryzykować wszystkin1, co 
tutaj jcst najbli7s7c i niczbc;dne? I 7atęsk.niła za sPOkOjCll1 kazimicr Lowskich uliczck 
i dOll1ków wśród rlh.1\\}ch \\7gÓr7 jcsicni, 7a rankami, gdy pod nicbcn1 jak rosa czy- 
St}'ll1, ponad wodą r%w.} i mi
dzy gC;stowicn1 żółciejących wiklin, dyn1ią białe mgły, 
7a dniall1i, którym s
ns nadaj.} SłOI1cC i dcszc/, wiatr, obłoki wysokie, noc bczpiecz- 
na, scn \\ bliskich ramionach, drobnc 7\\yklc spr.1"
'. \Vydało siC; jej, żc nic nie jest 
warte i godne, .1by dobro\\ olnie \\}Tzckac siC; tego spokoju. Lccz myśhlc tak wied7ia- 
la nicon1.l1 ro\\ noc7cśnie i 7 nieoll1yln..1 pewnosci.}, i:c z Antonin1 nic w
icdzic i ,,-szyst- 
ko, co r.17 podjęb, dopro\\ ..ld7i do kOlka. C7lIla \\ sobie tą świadoll1osc niczachwiJ.n.}, 
choć istniej.}c.} \\' nicj pOL..l wSLclkin1 rozun1o\\"anicI11 i 11.l\\'Ct jak gdyby wbrcw jej wo- 
li. 
ic byla potr /eb..}, obo\\ i..}.duCI11, ani r.1dości.} PUCZ\\ 
'cię7enia, lec7 niszcząc \\ szyst- 
ko, co \\'}'daw.1ło si
 spokojell1, niosła pr7ccicż uspokojenie. Niczego nic roz\\i..}zywab 
i mo/c tylko b.lrlho mgliscic, \\ odbl..lsku lcd\\"ic dostfl:egalnym, ukal'\'-wala jakiś \\
'ż- 
szy scn
 ws/ystkich spra\\ , por7ądck, kt()r)' tn\-a wcdług pr;.lw nic dających siC; obj.}ć, 
.1ni \\
Ta ić lud/kim r()/umo\\-
lIlicm, IeC7 zt}c.lonych z nill1 tajcll1niczym pokrc\\-ien- 
stwem. I choci.1/ nic o t)'ll1 lad/ic nic \\-icd7iala, glo,;, ktory \\' nicj istni..1ł j.lk 111clodia 


4
>>>
dobrze znana lecz \\)'n1ykająca się utrwaleniu, ten głos na pewno obecny i niewyra- 
żalny, zdawał się pon\ierdzać ów ład, a także wyrażać zgodę z nim. 
l\lijał czas.l\laria o niczyn1 nie myślała. Jeszcze jakieś różne wspon1nienia przez 
nią przepływały i cichły, czasen1 dobiegający z ulicy odgłos kroków san10tnego prze- 
chodnia przywracał czujność, ranek, który stał tak nieopodal wydawał się bardzo 
odległy. Ciepło bliskiego ciała ogarniało j'1 spokojell1, oddech śpiącego równy i pra- 
\\le bezgłośny zdawał się napełniać cien1ność łagodnym rytn1enl. Antoni obrócił 
się przez sen bardziej na bok i teraz ugniatał ją trochę sobą. Znajdowała \V tym 
ciężarze błogosławiensn\"o, a w ran1ionach n10cno j'1 obejmujących obronę. Cza- 
sen1, gdy traciła świadomość bliskości Antoniego i wydawało się jej nagle, że jest 
sama w nieznJ.nynl i ObCYll1 n1iejscu, otwierała oczy, aby lepicj usłyszeć żyjący prz} 
jej boku oddech" \Volne falowanie piersi Antoniego odprowadzało ją znowu 
w cien1ność. I dalej n1ijał czas. 
Gdy tak raz, przyn1us sobie zadając, podniosła ociężałe powieki, ujrzała, że w po- 
koju szarzeje. Natychn1iast wytrzeźwiała i sięgnęła po zegarek. Nachyliwszy się mo- 
gla nie zapalając światła dojrzeć godzinę: było pJ.fę n1inut po \\pół do piątej. Przeraziła 
się, że tak późno. Usiadła jeszcze trochę odurzona sennością i teraz dopiero spo- 
strzegła, że gdy się najwidoczniej zdrzemnęła, Antoni odsunął się cokolwiek. Le- 
żał zwrócony do niej n\"arzą, z głową zsuniętą prawie całkiem z poduszki, wspartą 
na własn\Tn1 ran1ieniu. 
- Antoni! - szepnęła. 
Ale spał mocno. Nie poruszył się wówczas nawet, gdy potrąciła go schodząc po- 
śpiesznie z tapczana. \V pokoju kleiła się mdła i sn1utl1a szarość. Maria była pew- 
na, że na dworze jest słota. Rozsunąwszy firanki ujrzała w powietrzu piern szego 
brzasku świeżość bardzo pogodną, ulicę białą, jeszcze pustą, a nad fioletowymi 
zgliszczami don1u niebo sinawe i bez chmur. Wróciła do Antoniego i zdecydo- 
wała, że n1usi go natychmiast zbudzić. 
- Antoni! - zawołała głośno. 
Poruszyła go za ramię. Odpowiedział niewyraźnyn1 mruczcniem. 
- Antoni, wstawaj, piąta dochodzi! 
Onyorzył oczy, lecz nie ponlszył się. 
- Słyszysz? Antoni! 
- Słyszę. 
- \Vstawaj zaraz, okropnie zaspaliśn1Y, niedługo piąta. 
- Dobrze - zgodził się. 
Jednak wolała nie \\)'chodzić z pokoju zostawiając go leżącego. 
- \Vstań, bo znowu zaśniesz. 
- Dobrze - n1ruknął. 
- Ale przecież ty zasypiasz, Antoni! 
- O Boże! - jęknął - jak ty n1nie n1ęczysZ. 
Podniósł się na koniec i usiadł jeszcze całkien1 półprzytomny, nachmurzony. Mar- 
ia nie ustępowała. 
- Najdalej za pół godziny musisz \\)'jść. 


48 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Spojrzał na nią nie bardzo się orientując o co chodzi. 
- Dobrze - powiedział machinalnie. 
I nagle ożywił się. 
- Wiesz, śnił mi się bardzo dziwny krajobraz... 
- Antoni, na miłość boską, nie zaczynaj teraz opowiadać snów! 
- Dlaczego? - zdziwił się. - I właściwie to nie był wcale krajobraz, tylko wiersz. 
Odruchowo zainteresowała się. 
- Pamiętasz go? 
- Niezupełnie, ale przypomnę sobie. Wiesz, taki krajobraz cały niebieskawy i wszyst- 
ko tam miało swoje odbicia, tak jakby było zanurzone w przezroczystej wodzie, 
to bardzo piękne było. 
Podparł głowę dłońmi i znowu przymknął oczy. Maria nie mogła zajmować się 
nim dłużej. 
- Będziesz się ubierał? 
- Będę. 
Wychodząc jeszcze we drzwiach przypomniała. 
- Tylko nie połóż się z powrotem, błagam cię. 
Gdy wkrótce wróciła umyta, z walizką, którą zaraz miała zacząć pako\vać, An- 
toniego nie było. Zajrzała do pokoju obok. Stał tam przy półce z książkami, od- 
wrócony plecami, jeszcze w pyjamie. Wydało się jej, że w ręku trzyma książkę. 
- Antoni! - zawołała - nie czytaj przecież teraz. 
Odwrócił głowę. 
- Nie czytam wcale. 
- Idź un1yj się. 
- Dobrze, chcę tylko wróżbę znaleźć. 
Na to zbrakło jej argumentów. Zresztą i sama była prz}'\viązana do zwyczaju, 
że przed każdym ważniejszym zdarzeniem \v ich życiu Antoni sięgał na chybił tra- 
!ił po jakąś książkę i odczytywał pierwsze zdanie jakie znalazł. 
Powiedziała tylko: 
- Ale nie szukaj za długo. 
- Dobrze. 
Wróciwszy do pierwszego pokoju zajęła się pakowaniem. Tymczasem Antoni stał 
z zamkniętymi oczami przed biblioteką i nie mógł zdecydować, w którą stronę skie- 
rować wybór. Rozkład książek znał na pan1ięć. Najwyższe półki zajnl0,,'ali da\vni 
poeci. Zawahał się pon1iędzy Kochanowskim i Trembeckim, jednocześnie ponlY- 
ślał o Morsztynie i autorze " Roksolanek" . Cztery ton1Y Karpińskiego przypomnia- 
ły mi: Jeden nlój nieprzyjaciel nigdy nieuśpiony i jako do potrzeby za,,"Sze uzbrojony, 
czuwa na mnie... Niżej stali romantycy. Już chciał sięgnąć po Mickiewicza, potenl 
po Krasinskiego i zatrzymał się. Norwida nie było tutaj, leżał na biurku. Jeszcze ni- 
żej różne esseje, rozpraw)' krytyczne, historycznt: monografie. Dłoń jego natrafiła 
na grube tOlllY: pisnla OjcÓ\V Kościoła. Może zdać się na Ewangelię? - pomyślał. 
Nowy Testament stał zaraz przy Ojcach, pomiędzy traktatan1i św. Cypriana i ."Ży- 
cienl" Teresy z A\'ila. Sięgn.}ł już po niewielki tomik, lecz" ostatniej ch"ili roz- 


49
>>>
myślił siC;. Po co t
U11 szukać? Zatrzyn1ał się przv ulubionych pisarzach: Pascal, Ste- 
dhal, Conrad. Jeszcze raz wrócił do 
Iickiewicza i wreszcie znużony jałowością po- 
SZuki\\'aI1 wyciągnął rc;kę w kierunku półki i współczesn\'n1i poezja111i. Cienkie 
ton1iki najlepiej zapewniały nieświadol11ość wyboru. \Vyjął pierwszą z brzegu. 
Otworzył oczy i drgnął. Trzyn1ał w rc;ku Nowy Testament. 
- l\lario! - zawołał. 
- Co? - odpowiedziała z drugiego pokoju. 
- Słuchaj, brabs może ostatnio do czytania Ewangelię? 
-Nie. 
- Na pewno? 
- Na pewno, Antoni. Bo co? 
- 
ie, nic. 
- Znalazłeś już? 
Stał nie zdecydowany, czy zajrzeć do środka. Jednocześnie usiłował pr.l)'Pon1nicć 
sobie, czy nie brał wczoraj z półki Ewangelii. Był jednak pc\\ien, że od dawna do 
niej nie zaglądał. \Vreszcic ot\\'orzył książkę w n1iejscu, o które oparł siC; jego palec. 
l\Iusiał pochylić się, żeby w szarości rozróżnić litery. Przeczytał: "...i dał jednemu 
pięć talentów, a dnlgien1u dwa, a trzecien1u jeden, każden1u wedle jego zdolności". 
Postawił książkę na miejscu i przeszedł do pierwszego pokoju. 
laric; .lasłania- 
ły drzwi ot\\'artej szafy. 
- I co znalazłeś? - spytała. 
- Znalazłem. 
- I cóż? 

1ilczał. 
- Co znalazłeś? 
- Z przypowieści o talentach... 

laria wychyliła si
 zza szafy. 
- Co ty mówisz, to bardzo dziwnc, nie? 
- Dziwne? - mruknął. Cz" ja wicn1? Przypowieść uczy, że otrzYll1ane talcnt)' 
należy podwajać... 
I z powrotem cofnął się do siebie. Słyszała jak kn;ci się po pokoju powłucz.}c 
pantoflami. Chwilę stał przyoknie, potem doszedł do niej S.ln1Cr ot\\'ieranych szu- 
flad biurka i szelest papierów. Skonczyła pakować bicli711ę, wic;c zajrzab do An- 
toniego przez drzwi. 
Antoni, nachylony 11ad "1 suniętymi szufladami, wyjn10wał stamqd różne świst- 
ki, karteluszki, jedne rzucał z powrotem, ilme odkładał na bok na biurku. 
\V pewnym momencie zainteresował go jakiś rękopis i zaczął czytać. Tak go to 
pochłonęło, że nie zauważył na\\ et obecności Marii. Zawahała się chwilC; nil11 zdo- 
łała prLcz\\Tciężyć się i przvpomnieć mu, że czas bicgnie. 
- Antoni, zaraz będzie śniadanie. 
Natychmiast odłożył kartkę i sLybko począł przeglądać po' ostałe. 
- Już, zaraz kończę. Która godzina? 
- Piąta dochodzi, za cztery. 


50 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y (' Z N Y
>>>
Rzeczywiście było bardzo późno, lecz pomyślała, że to może i lepiej, jeśli w tym 
wypadku wszystko tak się stłoczyło na ostatnią chwilę. Wśród pośpiechu i mnó- 
stwa różnych drobiazgów nie było przynajmniej czasu na myślenie o rozstaniu. 
I tylko przelotnie, gdy Antoni przeszedł do łazienki, ogarnął Marię żal, że już tak 
niewiele tych chwil ostatnich. 
Odnaleźli się dopiero przy śniadaniu. Jak zwykle jedli w kuchni, przysunąwszy 
niskie stołki do okiennego parapetu. Maria rozlała na talerze owsiankę. 
- Wiesz, ani kawałka chleba nie ma, wszystko wczoraj zjedliśmy. 
Antoni natychmiast zabrał się do jedzenia. 
- Głupst\vo? Która godzina? 
Budzik stał obok. 
- Kwadrans po piątej. 
Maria nie czuła głodu i jadła tylko przez wzgląd na Antoniego. Dzień tymcza- 
sem stawał się powoli i choć okno kuchni wychodziło na północ, szarość półmro- 
ku pomiędzy ścianami zrzedła i delikatna jasność napływała ze dworu. Dopiero 
teraz Maria mogła przyjrzeć się Antoniemu. Siedział do niej profilem, pochylony 
nad talerzem i jadł szybko, jak zawsze niedbale. Chociaż świeżo umyty, wyglądał 
źlc. Był blady, pod oczami miał ciemne cienie, koło warg grymas znużenia. Gdy 
po raz pierwszy ogarnęła go uważnym spojrzeniem, doznała dziwnego wrażenia, 
że siedzi obok niej ktoś nieomal obcy i nieznany. Dopiero po chwili zdała sobie 
sprawę, że od wczorajszego więczoru w wyrazie twarzy Antoniego zaszła jakaś zmia- 
na. Nie umiała określić na czym polegała, lecz że istniała - tego była pewna. 
Oboje jedli w milczeniu. \Vśród ciszy słychać było, jak dozorca zamiata podwór- 
ko. Dom jeszcze spał. 
W pewnej chwili Antoni, jakby wyczuł na sobie wzrok Marii, spojrzał za okno. 
Uśmiechn
}ł się, ale żałośnie jakoś i z przymusem. 
- Widzisz, pogoda - powiedział. 
Poszła za jego spojrzenien1. Szerokie okno kuchenne ot\\Tierało się na niebo po- 
nad dachami, jasne przejrzystą niebieskością porankó\v późnej jesieni. 
- Ale chłodno musi być. 
- Cóż chcesz, połowa października. Pamiętasz, \V zeszłym roku padał o tej po- 
rze pief\\ szy śnieg. 
Uczepiła się tego wątku wspomnień. 
- Chodzić wolno było do siódn1cj. 
- Z początku do piątej tylko - dorzucił Antoni. 
- A więczory pan1iętasz? Ulice bez światła, co krok to dOlTI grożący zawaleniem, 
chodziło się jezdnią... 
- A te furmanki zastępujące tran1\\"aje w pierwszych t)Tgodnich po zdjęciu ob- 
lężenia, pan1iętasz, jak się na nie wdrapywaliśn1Y? 
Maria ukradkienl spojrzała na godzinę. Antoni ożywił się nagle. 
- Na pewno będą teraz ładne dnie! 
Skinęła tylko głową. Z trudem zn1uszab się do jedzenia, skurcz gardła sprawiał 
jej ból przy każdyn1 pr7dknięciu. 


51
>>>
- Cieka\\)' jesten1- zainteresował się Antoni - jak wygląda ten projekt polichro- 
111ii Piotra. \Vyobrażilll1 sobie ilu świętych i 3niołó\\ tan1 wpakuje. 
Odsunął pusty już talerz i podparłszy dłonią głowę patrzył w okno. 
- Będziesz głodny - powiedziała 
:1aria - nic więcej nie n1a w don1u. 
- Głupstwo! Najadłen1 się. Ale dlaczego ty nie jesz? 
- Jen1
 jem - pochyliła się nad talerzen1. 
Po chwili: 
- Ile n1asz pieniędzy, Antoni? 
Zajrzał do portfela. 
- Niewiele, d\\ adzieścia, trzydzieści złotych... niecałe pięćdziesiąt. Szkoda te- 
go "Pana Tadeusza"! 
- Trzysta ci wystarczy narazie) prawda? - spytała l\laria. 
- \ \"'starcz". A n'? 
. . . 
- Ja jeszcze mam. 
- To resztka z twojego pierścionka, tak? 
- Tak. Pon1yśl, jak to dobrze, że go sprzedaliśmy na wiosnę, teraz nawet poło- 
\\T nie dostałib"śn1\'. 
. . . 
Zalęgła cisza. Na ulicy zaturkotał pierwszy tramwaj. Równocześnie, jedną ogar- 
nięci nlyślą, spojrzeli na godzinę: dochodziło pół do szóstej. Oczy ich spotkały się 
i natychnliast rozeszły. Antoni począł błądzić wzrokiem po niebie. Ponad szaryn1 
dachem zalśnił różowawy blask. Wróble ćwierkały za oknenl. 

laria poruszyła się. 
- To ch"ba... 
- Z.lpako\\Tałaś te papiery z biurka? - spytał Antoni. 
- Zapakowałam. Bierzesz z sobą jakieś książki? 
- Nie. 
Chciała coś jeszcze powiedzieć o rzeczach, które pakowała, lecz czuła, że przy 
pierwszym słowie rozpłakałaby się. \Vstała więc i szybko przeszła do pokoju. Za- 
mknąwszy walizkę machinalnie przełożyła ją z krzesła na stół. Gdy przypomniała 
sobie o trzystu złotych, z powrotem postawiła walizkę na krześle i on\ orzywszy 
szafę wyjęła pieniądze. Przeliczyła. Były same dwudziestki. Pon1yliła się. Przeli- 
czyła drugi raz. I z \\ alizką i z paltem zin10wym przeszła do przedpokoju. 
Antoni stał w drzwiach od kuchni. W świetle, które stamtąd padału, rozjaśnia- 
jąc półmrok, zobaczyła jego n\'arz znlienioną i poszarzałą. I w tej jednej chwili 
zrozumiała nagle, co j
} nieda\\ no tak obco uderzyło w wyglądzie Antoniego: ze- 
starzał się. To odkrycie wstrząsnęło ni.}. I naraz wszystko, co Antoni przeżył mi- 
nionej nocy i co przeżywa teraz stało się dla niej przejmująco \\)'razistc i jasne. 
Ujrzała go naraz takim, jakim dotąd istniał dla niej tylko \\' swoich wierszach, ten 
Antoni prawdziwy i samotny. Antoni najbard7iej kochany, niby duch bezcielesny 
żyjący wśród słów, których ostatccznej pra,,'dy nigdy nie wyrażały żadnc inne jc- 
go słowa, choćby najszczersze i wypowicdzenia prawdy spragnione. \V tp11 nil'- 
spodziewanym przejrzeniu było szczęście ogromne i wstrząsające, natężeniem 
bólu sięgające aż poza świadon10ść, taką bowiem b}""a radość, ktora przytłacza 


52 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
nas, gdy raz jeden dojrzymy w człowicku kochanym to wszystko niewyrażalne, co 
w ninl kochamy wieczl1ynl niedosytem i nigdy niezaspokojoną tęsknotą. 
Wpatrując się w żonę szepnął: 
- Mario! 
W głosie jego drgnęły rozpacz i błaganie, a także nieśmiały akcent nadziei. Zro- 
zumiała o co mu chodzi. I jcdnocześnie uświadomiła sobie, że tą nigdy niepowta- 
rzalną, jedyną chwilę miłości przeżywa się samotnie. 
- Mario! - powtórzył głośniej. 
Skinęła głową. 
- Nic n10gę, Antoni. 
Zdumiała się własnyn1i słowami, iż naraz wszystko stało się tak nieodwołalne. 
Powicdziała: 
- 
Iasz picniądze, bo zapon1nisz. 
Schował je do kieszcni. 
- Lcpiej do portfelu włóż, Antoni - poradziła - jeszcze zgubisz. 
Zrobił to. Potem zdjął z wieszaka płaszcz i szybko na siebie naciągnął. Maria 
jeszcze raz ujrzała przy sobie n\'arz Antoniego, lecz zamazaną już półmrokiem. 
\Vziął od niej walizkę i futro. 
- Będziesz pisać? 
Skinęła głową, że tak. 
- Zaraz dzisiaj jcszcze? 
- Tak, na pewno. Idź już, spóźnisz się. 
Pocało\\ ał ją w policzck niezręcznic jakoś, wargan1i, które były chłodne i zacię- 
te. I wyszedł. 
Maria wróciła do pokoju i stanęła przyoknie. Biała ulica. Pierwsi przechodnie. 
Powoli człapie dorożka z drzelui.}cyn1 na koźle dorożkarzen1. Kobieta w czerwo- 
nym kapelusiku i z małym pekińczykien1 na SIUYCZY. Przeszła bardzo spiesząc się. 
l\lężczyzna z tlol11okienl na plecach... Zaniepokoiła się, że Antoniego długo nie 
widać. \Vrcszcie ujrzała go. Przechodził jezdnią na ukos. \Vyglądał na bardzo ob- 
juczonego z walizą \\' jedncj i z futren1 \V drugiej ręce. 
Otworzyła okno. Przy chodniku Antoni zatrzyn1ał się i spojrzał w gorę. Z \\y- 
sokości czwartego piętra widziała tylko jego sylwetkę. Zauważyła, że zawahał się, 
czy iść dalcj. \Vychyliła się więc okI1cn1 i na nligi pokazała mu na zegarek. Poszedł. 
\Vidziała go chwilę tylko, zaraz zniknął za rogiclu spalonego don1u. 
Tran1\vaj zaLgrzytał. Znowu zjawiła się pani z pieskicn1 i tyn1 san1ym drobnynl 
kroczkien1 przeszła pospicsznie. Pekil1czyk ledwie za ni
l podążał na swych krótkich 
łapkach. Na rogu 7atrzyn1ało się trzech lułodych robotników w niebieskich bluzach. 
Nicbo \\1 sokic. PO\\;ctrzc ś,\ieże i przejrzystc. Poczuła chłód. Zan1kIwła okno. 
Tapczan L rozrzuconą w nieładzie pościcl
} r
lził w pustce) jaka stała się nagle do- 
okoła. Upr' 
ltnęła więc to wszystko. Potem z
lbrała się do pakowania swoich dro- 
biaLgó\\'. Zabicrała rzeczy tylko najpotrzebniejsze. Szło jej to powoli i nieskładnie. 
Po niektóre drobiazgi z łazicnki 111usiała kilkakrotnie wracać. \Vrcszcie uczuła ta- 
kie znużenie, iż cały \\)'jazd Antoniego, rozstanic, \\ szystko to poczęło siC; jej wy- 


-.., 

.;)
>>>
dawać przedwczesne i niepotrzebne. Ogarnęła ją pokusa, aby położyć się i zasnąć. 
Do czego spieszyć się? I z tego niezdecydowania nie umiała wybrnąć. Na koniec 
nałożyła płaszcz i kapelusz i ciągle nie wiedziała, co uczynić: wyjść czy zostać. 
'Vtem rozległ się silny dzwonek. Ponlyślała: Antoni! Biegnąc do drzwi zdecy- 
dowała, że jesli zawrócił znak to nieomylny, aby jechali razen1. Ogarnęła ją radość 
i wdzięczność dla Antoniego, że wrócił. Ot\vorzyła. 
\V niebieskawym półcieniu stało trzech mężczyzn: dwóch n1undurow)'ch gesta- 
powców i jeden cywil. Ten ujrzawszy ją ubraną do \\yjścia porozumiewawczo spoj- 
rzał na swoich towarzyszów. \Vszedł pierwszy potrąciwszy stojącą we drzwiach. 
Spytał dobrym polskim akcenten1: - Maria Sułowska? 
- Tak - odpowiedziała z\\1"Czajnie. 
Jeden z umundurowanych, młody blondyn o jasnych, dzieciul1ie patrzących oczach, 
zwrócił się do niej grzecznie po niemiecku. 
- 
ie rozumiem - powiedziała. 
- A, nie rozumie... - powtórzył. 
I pytająco spojrzał na towarzysza. Obaj robili wrażenie zakłopotanych, zwłasz- 
cza ten drugi, starszy nlężczyzna o \\yrazistej t\varzy intelektualisty. Tymczasem 
cywil, pchnąwszy przed siebie Marię, przeszedł do pokoju. Tamci podążyli za nią. 
Rozglądali się dokoła trochę bezradnie i z widoczną przykrością. Za to cywil, bar- 
czysty, bardzo silny z wyglądu mężczyzna, wykazywał ogromną ruchli\\ość. Do- 
strzegłszy spakowaną walizkę z tryumfem wskazał ją towarzyszom. 
- Pani miała zamiar \\)"jechać? - spojrzał na Marię z ukosa. 
Zrozumiała, że wszelkie zaprzeczenie jest bezcelowe. 
- Tak - odpowiedziała. 
- Gdzie? 
- Pod Radom. 
- Po co? 
- 
lam tam krewnych. 
- A dlaczego dziś właśnie? 
- Dostałam urlop. 
Już wpadłam - pomyślała - przecież mogą to sprawdzic, po co ja to mówię? 
Cywil skrzywił się pogardliwie. 
- Urlop? - spytał. 
- Tak. 
- Kłamiesz! - krzyknął naraz z pasją. 
Chciała coś powiedzieć, lecz nie dał jej dojść do słowa. 
- Urlop, tak? No my ci damy urlop... 
- 
ie rozunlienl - powiedziała spokojnie. 
Cywil poczerwieniał. 
- Milczeć! - wrzasnął uderzając pięścią w stół. - Raus! 
Odsunęła się trochę na bok. Czuła w sobie coraz większy spokój. Spokój i trzeź- 
wość, które ją samą zdumiały. Boże! - pon1yślała tylko przelotnie - jak strasznie 
Staś musiał się męczyć... 


54 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z "J Y
>>>
Cywil spojrzał na drzwi onvarte do drugiego pokoju. 
- Jest tam kto? 
Serce jej trochę mocniej zabiło. 
- Nikogo. 
- A n1ąż? Pani żonata, tak? 
-Tak. 
- Gdzie jest? 
- Na wsi. 
Nic na to nie powiedział. Zaczęła się rewizja. Kazano Marii zostac w pierwszym 
pokoju, a cywil z młodszym z mundurowców przeszli do sąsiedniego. Drugi ge- 
st
lpowicc został przy niej. Podsunął jej krzesło. Usiadła. 
Spoza drzwi dobiegał głos cywila ostry i gardłowy. 
agle rozległ się łoskot wy- 
rzucanych z półek ksią7ek. 
laria drgnęła odruchowo i spojrzała na stojącego obok 
niej Niemca. Patrzył w okno. Rumieniec pociemnił jego n'"arz. 
Z powroten1 pochyliła głowę. \Vróblc ćwierkały na dworze, jak gdyby była wio- 
sna. Złota"y sn1u7ek światła drgnął na posadzce: \Vięc to koniec, to już koniec, 
tak to się odbywa? A potem? O Antoni, Antoni! Targnął nią cierpki, gorzki żal 
i niepokój o dnie, których już nie ujrzy. O życie Antoniego, o jego przyszłość. Jak 
będziesz żył Antoni? Przebacz moją zdradę. Boże, daj mu siłę i czystość i dobrą 
san10tność. \Vsparla to błaganie wszystką swoją miłością, żarliwie, z nadzieją 
i ostatkien1 jasności, której broniła w sercu przed ostatecznym a nieuniknionyn1 
mrokien1. Antoni, Antoni, co będzie z tobą? Czy zostanie po tobie choć jeden wiersz, 
kilka słów chociaż, które tobą będąc niosłyby \\ sobie łaskę wieczności? 


---- 


Jer:::.y Alldr:::.ejcJPski 


l 


,. 


. 


\ \ 


I I 


, 
 "- 
\ II 
\ 
. , \ 
, 
,. 
-ł l i\ \\ 
",-r- 
- 

 \. 
,. '.f 
= I 
Wnrrru mieszkania /'1'''1'..'10 Andr::ejeJł'słi(tlo 


\ 


\ 


1 


.t 


.. 
.. 
-, 


r 



 


, 


fi 


. 


t\ 


. ro- 
I r 


- 


'. I 


F(lt_ A1'chiJł'uHf ..KA. .. 


55
>>>
AndrzeJ- Piett 


Glosa do "Nocy" 


Autorski maszynopis "Nocy" Jerzego Andrzejewskiego dowodzi, że gromadze:. 
nie rękopisó". literackich jest istotne nie tylko ze względu na możliwość publika- 
cji tekstó" z różnych powodów nie wydanych za życia autora, ale iż z uwagi na 
wgh}d w ewolucję ś\\1.adomości, warsztatu literackiego, nawet "technologii" pisa- 
nia. Powstały w 1941 roku maszynopis nosi na sobie siady późniejszej, intensyw- 
nej pracy nad tekstem w postaci bardzo licznych poprawek, dopisków i przekreśleń, 
" tym usuwających obszerne &agmenty opowiadania. 
Najwcześniejsza warstwa poprawek pochodzi z okresu bezpośrednio po powsta- 
niu maszynopisu i nla charakter korektorski. Są one bardzo drobne i nieliczne, spo- 
rządzone piórem, czarnym atramentem. Nie wnoszą nic istotnego do treści 
opowiadania, natomiast ich autorst\vo może być istotne dla poznania genezy 
ut\\"oru. Otóż sądze, że poprawek tych dokonała żona pisarza, l\1aria Andrzejew- 
ska, choć ze względu na ich szczupłość nie n10żna być tego pewnym. Oznacza- 
łoby to, że Maria dobrze znała treść "Nocy", niewykluczone, że to ona właśnie 
przepisała opowiadanie na maszynie, być może miała też istotniejszy wpływ na kształt 
i zawartość ut\\'oru. \Vzmacnia to teorię, że poglądy wyrażone w czasie rozmowy 
małżeńst\va, wypełniającej niemal całą treść "Nocy", w dużym stopniu odzwier- 
ciedlają poglądy i rozterki Andrzejewskiego w tym okresie, a sama rozmowa sta- 
no\\1. być może odbicie autent\'cznych dyskusji autora z żoną, która zresztą dała 
imię bohaterce opowiadania. 
Poprawki najliczniejsze dokonane zostały przez samego Andrzejewskiego pió- 
rem, niebieskim atranlentem. Są wśród nich takie, które pozwalają precyzyjnic 
określić czas ich powstania, te mianowicie, polegające na zastąpieniu form "pan", 
"pani" zwrotami" towarzysz" , "towarzyszka
' . Wskazu je to jednoznacznie na przc- 
łom lat czterdziestych i pięcdziesiątych jako na okres bardzo intensywnej pracy An- 
drzeje\vskiego nad formą "Nocy". Ut\\'ór ten nie wszedł, jak wiemy, do wydanego 
w 1945 roku tomu opowiadań okupacyjnych, zatytułowanego ,
Noc" i - paradok- 
salnie - pozbawionego opo\\1.adania tytułowego. Zarysowują się tu dwie możliwo- 
ści: pierwsza, że autor nisko swoje dzieło ocenił i uznał,:że w tej postaci nie pO\\1.nno 
wchodzić do tomu; druga, bardziej według mnie prawdopodobna, że w momen- 
cie komponowania tomu "Noc" Andrzejewski nie dysponował nlaszynopiscn1 opo- 
wiadania. Archiwum "przedpowstaniowe" pisarza nie ocalało, dlatego przypuszczam, 
że maszynopis "Nocy" jeszcze przed sicrpniem 1944 roku został konluś przeka- 
zany, a \V panującym "zaraz po wojnie" rozgardiaszu nie zdążył jeszcze wrócić do 
autora. Trzymając się tej hipotezy można założyć, że po odzyskaniu "Nocy" An- 
drzejewski uznał tekst za wart obróbki redaktorskiej i opublikowania, może - ale 


56 K \V A R T A L 
 I K lA R T\ Y S T Y C Z N Y
>>>
to już czysta spekulacja - w no\\ym wydaniu tomu "Noc" z 1954 roku. W każdym 
razie praca nad tekstem polegała na bardzo głębokim przeredagowaniu treści opo- 
wiadania, wprowadzeniu licznych poprawek stylistycznych, rezygnacji z obszernych 
fragmentów (choć ten z kart 9-10 został później przywrócony). Znaki umieszczo- 
ne na marginesach kart 13,21,39 i 41 mogą sugerować zamiar uzupełnienia tek- 
stu fragmentan1i, które być może powstały, ale nie zachowały się, bądź istnieją, ale 
nie zostały dotąd rozpoznane jako wstawki do "Nocy". Od karty 22 poprawki sta- 
ją się coraz mniej liczne, zaś od karty 41 nie ma ich wcale, co może wskazywać na 
stopnio\ve uświadamianie sobie przez Andrzejewskiego niemożności takiego po- 
prawienia opowiadania, by autor mógł zdecydować o jego publikacji. 
Ale to jeszcze nic koniec historii. Otóż w maszynopisie "Nocy" odnaleźć mo- 
żemy ślady jeszcze jednej próby zmierzenia się Andrzejewskiego ze swyn1 okupa- 
cyjnym opowiadaniem. Jest to ttzecia, już ostatnia warsnva poprawek, niezbyt licznych, 
dokonanych przez autora nicbieskim długopisem. To ważna okoliczność: w przy- 
padku autora Miazgi możemy dość precyzyjnie wyznaczyć moment, \v którym na 
biurku pisarza pojawił się długopis jako nowe i od tej pory wyłączne narzędzie n\"o- 
rzenia rękopisów - były to okolice lat 1956-1957. Tak więc jeszcze raz Andrze- 
jewski uwierzył w możliwość wydania "Nocy", choć w tym przypadku rezygnacja 
nastąpiła jeszcze szybciej: ostatnią popra\\.kę długopisem znajdujemy na karcie 23. 
\Vśród tych zabiegów redakcyjnych szczególną uwagę zwraca przywrócenie pier- 
wotnych zwrotów "pan", "pani" w miejsce wprowadzonych \v efekcie krótkiego 
zachłyśnięcia się ideologią komunistyczną form "towarzysz", "towarz"szka". Jesz- 
cze raz pozwolę sobie na hipotezę: być może ta ostatnia próba zmagania się z tek- 
stem opowiadania wiąże się z przygotowanianli do wydania całkien1 nowej, 
rozszerzonej wersji tonlU pt. "Noc i inne opowiadania
', która ukazała się w 1963 
roku, jednak ponownic bez opowiadania "Noc". "Kwartalnik Artystyczny" pu- 
blikuje je po raz pierwszy - ponad 56 lat po jego powstaniu. 


l\laszynopis "Nocy", wraz z całym archi\\'llln literackim Jerzego Andrzejew- 
skiego, znajduje się w zbiorach Działu Rękopisów warszawskiego 
luzeun1 Lite- 
ratury im. Adanla 
lickiewicza, pod nun1eren1 inwentarza 2274. 
laszynopis li- 
czy 58 kart (l-59, br
lk karty 43, choć tekst zdaje się być kompletny), przecho- 
wywany jest w teczcc, na której autor oprócz tytułu napisał t1an1astrem błędną 
infornlację: "Rękopis opowiadania". 


A1ldrzej Fictt 


57
>>>
Anna Synoradzka 


Historia jednego tytułu 


'Vcześnie zwrocono uwagę na to, że dran1aty bohaterów prozy Andrzejewskicgo 
roz
'\\"aj
l się często pod osłoną i ciężarem nocy. Mrok wspołtworzył scenerię un\'oró'" 
debiutanckiego tomiku "Drogi nieuniknione' , cienmość donnnowała również w ś\\ iecil
 
przedsta\\ionyn1 głośnej w kOIKU lat trzydziestych po\\ieści "Ład serca". Opo"iadania 
z tu okupacji były zbuduwane na podobnej zasadzie. "Fascynowała go noc" - 
skonstatował więc Czesław l\1iłosz, pisząc o Alfie w "Zniewolonym umysle", 
a późniejsze dzieła Andrzejewskiego pon\"ierdziły zasadność tego sn\"ierdzenia. 
Chciałabym dodać do niego kilka słów komentarza w związku ze sprawą, o której 
dotąd nie pisano. 
\V dorobku Andrzejewskiego da się zauważyć nie tylko obsesyjne prz)'\\'iązanie 
do ciemności., rownież jako s\"tuacji egzystencjalnej, ale także niez\\)'kłą, jak na tego 
pisarza, wierność samemu słowu n o c. Jako tytuł pojawia się ". jcgo n\'órczości 
przynajmniej pięciokrotnie. 
"Naj\\'cześniejsza "Noc" - wiersz (Andrzejewski zaczynał próby literackie od 
poezji i dramatu) znalazł siC; wśród prac spis.:lI1ych przez trzynastoletniego młodzieńca 
w gimnazjalnym kajecie, podarowanyn1 n1atce w prezencie gwiazdko\\ yn1 w poło\\"ie 
lat dwudziestych. Un\"ór nie jest znany, ale prawdopodobnie zachował siC; \\ 7biorach 
domowych jednego z przyjaciół autora. Druga ..,Noc", zaczęta w 1932 roku miała 
być po" ieścio\\l'm debiutem Andrzejewskiego.l\larzenie nie zostało zrealizowane. 
Ślady po tamtym un\'orze są skąpe, do czego jeszcze powrócę. Trzecia "Noc" zostab 
napisana \v roku 1941. Nigdy dotąd nie trafiła do szerszego grona czy tel ni ko\\'. 
Zważywszy na historyczne okoliczności powstania oraz na fakt, . e Andrzejewski 
później prawie o niej nie wspominał, n10żna było sądzić, że bezpowrotnie przepadła 
w wojennej zawierusze. Te przypuszczenia okazały się błędne. Opo\\iadanie ocalało. 

-1aszynopis zachował się w idealnym stanie, odłożony przez autora do tec7ki 
z tekstami, z których publikacji Lrezygnował. Po ra7 kolejny tytuł "Noc" pojawił 
się \\' pisarsn\'ie Andrzejewskiego dwa lata później, jako nazwa zbioru opowiada.i1 
przekazanych Zbigniewowi 
Iitznerowi, konspiracyjncn111 \\)'dawcy, ktory skup
'\\'ał 
un\'ory literackie z zan1iarem wydania ich po wojnie. Tom .laginął. W 1945 roku 
.Andrzejewski na nowo zredago\\ ał prozę napisaną pod okupacją. I tynl razenI 
wydał ją jako .,.,Noc", choć wśród opublikowanych un\"orow opowiadanic tytuło\\"e 
się nie znalazło. Krytycy nie komentowali tego faktu. Prawdopodobnie dlatego, że 
o istnieniu opo\\iadania nic wied7icli. Zrcsztą słowo U7)'tc w naz\\ie zbioru nic wymagało 

pecjalnego uzasadnienia, gdyż w sposób naturalny kojarzyło sic; . kos' nurem 
i mrokiem wojennego kataklizmu, z któryn1 zwi
lzana była tresć c
lłego zbion1. 


58 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
Pozostaje intrygującym pytanie o to, dlaczego tekst z 1941 roku - ten właśnie, 
który prezentujemy - został przez Andrzejewskiego odłożony do lamusa. 
W poszukiwaniu rozwiązania zagadki musimy wejść w biografię pisarza. Dopiero 
z tej perspektywy dostrzegamy, że powstanie interesującego nas utworu było dla dziejów 
t\vórczości Andrzejewskiego wydarzeniem o sporym znaczeniu. Stanowiło mianowicie 
pierwszą udaną (w tym przynajmniej sensie, że zakońcwną) próbę \\'}jścia z długotrwałego 
impasu t\vórczego, w jakim pisarz tkwił od momentu zebrania nagród za "Ład serca". 
W 1939 roku krytycy okrzyknęli autora powieści naj\"Ybitniejszym młodym pisarzem 
katolickin1 oraz moralistą z empatią pochylonym nad słabościami człowieka. Sukces 
miał dla Andrzejewskiego konsekwencje dwojakiego rodzaju: zaspokoił ambicje, 
ale jednocześnie podziałał deprymująco. Andrzejewski wziął sobie do serca role, 
któryn1i go obdarzono i zaczął nawet pouczać, jaką \\ inna być prawdziwa współczesna 
literatura katolicka. \\' \\)'wiadach udzielanych prasie opowiadał o swych pomysłach 
na następne książki. \V istocie niczego nowego st\\"orzyć nie umiał. Zdobyta 
pozycja okazała się dla niego wyzwaniem zbyt trudnym do udźwignięcia. Paraliżował 
go strach, że następne dzieła nie sprostają raz osiągniętemu poziomowi. 
\Vedług Miłosza, który właśnie wtedy bliżej poznał Andrzeje\vskiego, t\vórcza 
niemoc i przykry osad, który powstał w autorze powieści obsypanej nagrodami n1iały 
jeszcze jedną przyczynę: Andrzejewski zdał sobie sprawę z tego, że jest w jego pisarstwie 
coś niewłaściwego, nieuczciwego. 


Ogarnęłogo wielkie zwątpiellie. Jeżeli jego koledzy pisarze rówllież wqtpili}J1 }J1artosć 
swego dzieła zawieszonego w pustce, to zwątpienie Alfy przybrało }J1iększe rozmiary. 
Chciał osiqglląć czystość moralnego tonu - ale cz,.,,'stość, aby była praJł 1 dziwa, musi być 
ziemska, mocno oparta o doświadczenie i obserwację, inaczej jest fałsze1n. Alfa 
spostrzegł, że zabrnął IV fałsz, bo przebY1J 1 ał wśród idei o ludziach, a nie wśród Ż
V1J1)'ch 
ludzi. To, co wiedział o człowieku, było oparte na jego własll.vch wewnęt1
zn.vch 
przeżyciach w czterech ścianach jego pokoju. (...) Nazywany pisarzem katolickim IJ1iedział, 
że pisarzem katolickim 1zie jest, podobnie, jak malaloz, który ze zdziwieniem Jtwierd:::;a, 
że ciąlTle naz.vwajqgo kubistą. Złudze11i po:::;orami kryf)'c)' zalic:::;ali jego pisarstwo do 
zdrowej i szlachetnej literatur)', przeciJJ1stawiając je pisarJtJł 1 u jego kolegównoszqcemu 
cecJJ..v dekadf1zcji. On sa11t rozumiał jednak, że llie był wcale zdrowsz)' od kolegów, któ1oz.v 
przynajmniej uie ukrywali SJpeji:.nłos71ej llfl...nosci. (Czesław 
1.iłosz, "Zniewolony umysł") 


Do tej pory surowy konlentarz 
'1iłosza \\)'da\\ al n1i się nadto arbitralny 
i zawieszony \\' próżni, skoro nic znajdował.1m dlań pot\\lerdzenia w jakiejkolwiek 
"1powiedzi AndrLcjc\\skiego. Opowiadanie "Noc "wypełnia tę pustkę. Przedstawiony 
\\' ut\\'orZe wielogodzinny dialog n1ałżonków, 
larii i Al1toniego, jest konfrontacją 
dwóch skrajnie odn1iennych, a równocześnie wzajen1nie się uzupełniających 
osobowości i posta\\ życiowych. Jest też - a 1110Że przede wszystkin1 - okazją do 
zaprezentowania dylen1atow nurtUjących Antoniego, n11odcgo pis
lfZa przeżywaj
}cego 
kryzys wiary w wartość swych dzieł ora? "ątpiącego \\' etyczne prawo do 
kontynuowania twórcLosci. Protagonista opowiadania zwierza się żonie: 


59
>>>
['..J dobr:::.e czuję, że we ws:::..'Vstki11l) co pisZf nie ma ani prawdziwej }JJielkości, ani 
szeroki((fo oddechu. Wsz
'Vstko jest skarlałe) niedorozwillięte i anemicz1le. Przyznam 
ci się, że llajchętniej okrdliłb.vm to jedn.vm słowem: 1likczemne. [... J Myślę) że jest we 
mnie jakaśskaza) jakiś brak dlatego powiedziałem, że uważam się za chorelTo morahlie. 
Bo wydaje mi się, chwilami jestem tego nawet pewie1l, że jeśli się nie mogę JP)'jJowiedzieć, 
to wina leż}' we 1łlllie, w jakimś braku mojego charakteru, cos we mnie nie jest 
w porządku. [... J 1vsz..vstkim moim tlcz..'V11kom brakuje czegoś, jak b}' ci to powiedzieć.. . 
brakuje im światła wewnftrznego. Tak, to jest to! A(vślf, że ja po prostu ludźmi 
gard:::'f. I r:::.eczywiście, cbociaż sif nad llimi lituję, Jł7.'Vdajq mi się czeredą zwierzqt, 
którą można tylko pogardzać. (Jerzy Andrzejewski, "Noc") 


Nie b
dzie chyba nadużyciem interpretacyjnym przypuszczenie, że Al1toni jest 
literacką transpozycją postaci san1ego 
lutora, że w "Nocy" Andrzejewski próbował 
rozliczyć się z osobistYlui wątpliwościan1i, których tak przenikliwie domyślił się [vWosz. 
Opowiadanie to jako un\'ór rozrachunko,,)', czy nawet spowiedz z obciążeń 
unien10żliwiaj
}cych przełamanie nvórczej nic:nlocy, było prawdopodobnie rodzajem 
autoterapii. \V każdym razie jego skończenie ułanviło wyjście z impasu. Po "Nocy" 
Andrzejewski odzyskał zdolność do pracy. Nicbawen1 stworzył "ide un\'oró", a wśród 
nich i takie, które później uznane zostały przez krytykę za jedne z naj\\)'bitniejszych 
osiągnięć polskiej prozy czasów okupacji: "Przed sąden1", "Apel", "Bratersn\'o" 
(późniejszy tytuł: ,,\Vrześniowa oda"), " Ucieczka" (w ostatecznej wersji nazwana 
"Intennezzo"), "Skorpion" ("'\\Tdaniu książkowyn1 zatytułowal1Y "Pcxłróż"), ,,\Vidki 
Tydzień"; groteski: "Paszportową żonę", "Kukułkę", "Przebudzenie lwa" oraz 
komedię "Święto \Vinkelrieda". 
Powraca pytanie: dlaczego opowiadanie ,,
oc" - katalizator n\"orczej enlpcji - 
zostało przez Andrzejewskiego ukryte w don10\"yn1 archh\11n1? Być n10że autor uznał 
je za artystycznie niedoskonałe, skądinąd (chyba?) nie bez racji. Podejrzewać też można, 
że pisarz odrzucił "Noc" ze względu na nadmierną szczerość prowadzącą do 
autodemaskacji. 
lożliwe, że nadal dbał o swą opinie; pisarza - n10ralisty, "ięc nie 
chciał publicznie uja\\niać słabosci, które by temu wizerunkowi zagrażały. Maszynopis 
jednak zachował, mając z pewnością świadomość, że prędzej, czy poźnicj trafi on 
do rąk badaczy. Dziś, prawie sześćdLiesiąt lat od powstania opowiadania, przcdstawiam
 
je czytelnikom jako świadecn\'o niegdysiejszych problemów Andrzejewskiego; zapis 
jego zmagań z samym sobą, z własnym egoizn1em i egoty- n1en1. 


Historia jednego kłamsnva 


Razem z "Nocą", drukujemy 23. fTagn1ent zapisków "Każdy albo nikt". Te dWJ 
teksty, oddalone od siebie w czasie o ponad tr7ydzieści lat, łączy pu
tać i tragiczna 
historia Eugeniusza Biernackiegu - człowieka, który odcisnął wyjątkowo silne 
piętno w psychice Andrzejewskiego. 


60 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Biernacki był Andrzejewskiemu bardzo bliski we wczesnych latach trzydziestych. 
W opinii znajOl11ych uchodzili wtedy "za parę". Nie wien1Y, czy istniały pomiędzy 
nin1i relacje erotyczne, ale wiadomo, że od początku był to związek pełen gwałtownych 
uczuć i en10cji oraz skomplikowanych zasad "funkcjonowania" (Biernacki był np. 
świadkiem na pierwszym ślubie Andrzejewskiego). Sytuacja zmieniła się po wybuchu 
wojny. Jeszcze na "rajzę wrześniową" wyruszyli wspólnie, ale po powrocie do 
\Varszawy ich kontakty się rozluźniły. Z późniejszych stwierdzeń pisarza wynika, 
że jego przyjaciel stopniowo popadał w obłęd. Neuroza przejawiająca się urojeniami 
doprowadziła Biernackiego do samobójczej śmierci pod kołami kolejki w okolicach 
Powsina. Stało się to w czerwcu 1941 roku. \Vłaśnie to wydarzenie miało zadecydować 
o powstaniu opowiadania "Noc". Zawiadomiony o śmierci przyjaciela, pisarz 
przybył na miejsce tragedii. Według niektórych relacji osobiście przewiózł 
zmasakrowane zwłoki do Warszawy. Andrzejewski wspominał, że po powrocie 
z Powsina zamknął się i nie wychodził z domu przez miesiąc. Pisał "Noc". 
Nie sposób wskazać, jak przywołane przed chwilą wydarzenia związane są 
z fabułą utworu. Szukanie prostych relacji byłoby chyba nieporozumieniem. 

Iożna tylko powtórzyć, że przeżycia wy\\ ołane opisaną tragedią pchnęły 
Al1drzejewskiego do pisania. 
Rzecz uznałam za wartą odnotowania również i dlatego, że postać Biernackiego 
już wcześniej zaważyła mocno na artystycznych wyborach Andrzejewskiego. 
Sprawa jest dla nas tyn1 bardziej interesująca, że dotyczy chyba najbardziej 
tajen1niczego ut\\oru tego pisarza - ,,
ocy" z 1932 roku. 
Tekst zaczął powstawać po powrocie Andrzejewskiego z nieudanej eskapady do 
Francji, w okresie młodziel1czego buntu, kontlik.tów z rodzicami i pierwszych dramató\\T 
n1iłosnych, związanych właśnie z Biernackim. Powieść miała być spowiedzią, 
wyznanien1 pisanym spontanicznie i bez zahamowań wynikających z autocenzury. 
Jak wspon1niałan1, Andrzejewski n1arzył o publikacji utworu. \V 1933 roku 
przedstawił go redaktoro\\ i naczelnen1u dodatku literackiego do "ABC", w którym 
pracował. Stanisław Piasecki powieści nic zaakceptował. Jak bardzo młody pisarz 
był emocjonalnie związany ze swyn1 dziełem, świadczy jego reakcja na odmowę. 
Andrzejewski rzucił posadę \\' ,
ABC", pozbawiając się tYI11 S.lll1ym stałych zarobków, 
i to w czasie, gdy nie posiadał innych znaczących źródeł dochodów. 
Istnieje opinia
 że Stanisła\\ Piasecki obawiał się skandalu. Stąd prosty wniosek, 
że "Noc" n1usiała naruszac obowiązujące wtedy konwencje obyczajowe, przynajnullej 
te, z którynli utożsanuał się periodyk o profilu narodowyn1 i katolickim. Bardzo 
pouczaj
lcyn1 byłoby n1óc się przekonać, CZYł11 Andrzejewski wtedy szokował, ale 
niestety tekst powieści zaginął. Jednak niezupełl1ie: zostały po nin1 drobne ślady. 
Na ich trop naprowadzał po wielu tlt..lCh san1 autor. \Vspon1inał
 że kont1ikt 
z Piaseckim zakor1czył się \\' 1935 roku
 kiedy z cotygodniowego dodatku 
literackiego do "ABC" powstał sall10dzielny periodyk "Prosto z n10stu" i redaktor 
naczelny zaproponował w nill1 pisarzowi etat recenzenta \\' dziale literackin1 
i teatralnym. ]eszc7e w tyn1 san1ym roku n
l łamach "Prosto z n10stu" ukazać się 
mialv tragn1cnty "Nocy" . Tak sugerował Andrzcjcwski. \V jed.n}l11 z (xicinków dziennika 


61
>>>
publikowanego w latach siedemdziesi.}tych \\' "Literaturze" zanoto\vał, że trafił 
do jego rąk t:gzen1plarz n'godnika Piaseckiego z \\yjątkiem z powieści. 
Sprawdziłan1: w rocznikach "Prosto z n1ostu" nie lua utworu "Noc". Są naton1iast 
strzępy czegoś, co rzeczywiście z po" ieści mogło być \\')ięte, a schowane zostało za 
różnymi tytułan1i. Mam tu na n1yśli fTagnlenty: "Pierwsze spotkanie", "Godzina 
przeoczona" i "S.lli10mość" . Te trzy teksty ł.}cZ)' wspólny bohater (artysta, który świeżo 
powrócił z zagranicznej eskapady) oraz motyw kłamsn\'a, niszczącego związek 
dwojga osób. Jest też nieudane nocne spotkanie kochanków. Fragn1enty są 
zdekon1ponowane. Nie sposób na ich podstawie odtworzyć zamysłu całości. Za tym, 
że man1Y tu do czynienia z "Nocą" świadczy naj dobitniej wspon1niany już motyw 
kłan1Stwa, gdyż właśnie kłan1stwo było przycZ\l1ą komplikacji związku Andrzejewskiego 
z Eugeniuszen1 Biemackim. 
Trująca siła kłan1Stwa była w latach trzydziestych obsesją pisarza - zagadnieniel11, 
z ktorym "ielokrotnie i zawsze bezskutecznie usiłował się uporać, nadając mu kształt 
literacki. Fragmenty opublikowane w "Prosto z mostu" pozwalają przekonać się, że 
wątek autobiograficzny był w tych próbach mocno przetworzony, starannie zakamuflowany. 
\V podobnt:j postaci odrodził się ów mot)'w w roku 1970 w "Miazdze". 
Odnajdujemy go w historii niespełnionego związku Nagórskiego i Elżbiety: 


[. . .] li sam.vch poczqtków ich miłości jedno kłamstwo sprawiło, iż 1
ozrosło się 0110 później 
JV Elżbiecie jak złośliwa pleś11) rozwinęło się w llieustallllą podcjrzliwosć podsycaną jego 
zrowiem i jej chorobą) w podej1-zliwość 11lan iakablq i uporczYTPq) IV 1n011tentach nasilenia 
przeobrażającą się w stan.v halucynacyjn.'Vch uroje1i, który/ch gorączkowe czary, wspomagalle 
rzeczywistą gorqczkq ciała, odmieniały rzeczywistość, stwarzajqc nową, podstępną 
i zdradliwą) przeczqcą wszelkiej wierności. (Jerzy Andrzejewski, "Miazga"). 


Co ciekawe, nie było to mcchaniczne pO\\1Órzenie dawnego n10tywu. Andrzejewski 
niemal "za rękę" naprowadzał czytelnika na ślad swej biografii. \V odautorskinl 
komentarzu wyłożył zupełnie otwarcie znaczenie zacytowanego fragl11entu, 
nazywając go "epitafium dla G.B." Zaznaczył też przy okazji, że nie do końca uporał 
się z tamtą historią: 


[.. .] nie chce mi się o tynl pisać. Może kiedyś, później? 


Mimo upływu ponad trzydziestu lat, sprawa musiała Andrzejewskiego mocno 
dotykać. Rzeczywiście później do niej jeszcze raz powrócił. TYI11 razem już bez 
masek i zasłon. W 23. &agmencie notatek "Każdy allx l1ikt" opisał ostatnią - pożegnalną 
noc z niegdysiejszyn1 ukochanym, wobec którego (a może za śmicrć którego) czuł 
. . 
Się zapewne winny. 


Anna 5.,vnoradzka 


62 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Jerzy AndrzeJ-ewski 


!(ażdy albo nikt 



 



 


J 


\ ) 
ł' 


Jutro Niedziela Palmowa. \Vciąż w krę- 
gu Mickiewicza. Przeglądając "Dziady" 
nieco dłużej zatrzymałem się przy scenie IV 
z III części 111niej od innych znanej. \V niej, 
gdy "młoda panienka" Ewa modli się i za- 
sypia - Chór Aniołów: Jerz.'1 Andrzejewski 


Fot. Archiwum "KA. · 


Braciszka miłego sen rozweselmy, 
Sennemu pod głowę skrzydło podścielm
v, 
Oczami, gwiazdami, twarz mu oświeć1Jl.v, 
Śpiewając i lTrając latajmy wiallkiem, 
Nad cz
vst)'m, llad cichym llaSł::..\'lIl kochankiem, 
Rq częta liliowe za liście splećmy, 
Za róże kwitnące czoła rozlliećm)', 
Spod wstqżek gwia:::.dzist)'ch włos nasz ro:::.wiqż11l
v, 
Rozpuśćmy JV promienie, rozlejmy }J1 wonie; 
[(witllą(vm, paclJ11ąc.,,'m, żyjąc)'m wiallkiem 
Kochallka naszego piersi okrążmy, 
Kochallka llasze{{o otulmv skronie. 
Śpiewając i lTra]ąc latnj1
lY wiankiem, 
Nad cz
vstym, nad cich
vm naszym kochankiem. 


* 


J\:lyślę, iż w tan1to sprzcd trzydzicstu kilku lat czerwcowe popołudnic nie prze- 
kroczył granic 111iasta z l11yślą o śll1icrci. Przypuszcz,ln1, że po prostu przed siebie 
szedł całkien1 ostateczncgo celu nieś" iadOll1Y, w stanie ciężkiej depresji, lecz nie 
z powziętym na chłodno zall1iaren1, żeby w pustynl polu, trochę przed Powsinenl, 
zbiec z drogi i rzucić się pod kola st
uoś\\"ieckicj ciuchci z łoskotcn1, w obłoku pa- 
rO\\ULO\\ ego dymu, posuwającej się w stronę Piaseczna. Gdyby tak było rzeczy- 
wiścic - nie wybrałby sobic smierci innej, szybszej i w pewnyn1 sensie lat\\-icjszej? 
Szedłby z taką śmiertelnic ciężką dccyzj
l tych sporo kilometró\\ \\ upale i \\' ku- 


63
>>>
rzu podn1iejskiej drogi? A nl0że jednak? !\loże jednak wśród n1rocznego zamące- 
nia wiedział, że n1usi un1fzeć i niósł tę natarczywą konieczność na odludzie, aby 
w tyn1 ostatecznym mon1encie niczyje oko go nie widziało i niczyje ucho nie sły- 
szało? Już nie sposób wiedzieć, jak naprawdę było. 
Po raz ostatni widziałem go na kilka dni przed śmiercią. Był już w bardzo złym 
stanie, zatruty prześladowczym przeświadczeniem, iż jacyś nie znani wrogowie 
uniemożliwiaj
} n1U skontakto\\Tanie się z jakimiś, rÓ\\Tnież nieokreślonymi ludźmi 
z podziemia. Zawsze n1iał skłonność do prześladowczych obsesji, ta ostatnia, któ- 
ra go miała zgubić, zawładnęła nin1 niepodzielnie na podobieńst\\'o n10dliszki po- 
żerającej po kopulacji swego san1Ca. 
Przyszedł do nmie nie zapowiadając się, na krótko przed godziną policyjną, n1U- 
siałem go przenocować. 
lieszkałem wó\\czas \\T skromnyn1 pokoju kawalerskim, 
na pierwszyn1 piętrze kamienicy u zbiegu Krakowskiego Przedn1ieścia i Trębac- 
kiej. Okno wychodziło na Trębacką, wprost na ulicę Kozią, u której wylotu, w ho- 
telu Saskin1, mieścił się burdel dla niemieckich żołnierzy. W kilkanaście lat pózniej, 
nieomal dokładnie w tym san1ym miejscu, co pokój, który zan1ieszkiwałen1, miał 
się znaleźć mój gabinet redaktora naczelnego "Przeglądu Kulturalnego". 
Tapczan w pokoju był jeden i dość wąski, musieliślny spać blisko siebie. Nigdy 
dawniej nie potrafiłbym sobie wyobrazić, aby podobne zbliżenic nocne Inogło być 
tak okropne. Chyba nigdy spełnienie nie okazało się tak niewiarygodnie dalekie od 
pragnień onegdajszych. I jakie upokorzenie, gdy miłosne porywy zastępują odraza 
i wstręt. Pokój z oknen1 na północ nic był nagrzany upalnyn1 słoócem, do przykry- 
cia mieliśmy lekki pled, a jednak on się pocił; gdy się bliżej przysuwał czułem, że jest 
cały oblany potem, tak właśnie się pocił, gdy przed kilkOlna laty jego zadawnione 
przypadłości płucne zmieniły się w ot\\"artą gruźlicę i leżał długi czas, i nikt nic lnógł 
przewidzieć, w którą stronę przechyli się ta trudna choroba: ku śmierci, czy zalecze- 
niu; ale wtedy jego spotniałe i rozgrzane gorączką ciało wcale nie było mi wstrętne, 
żadne inne ciało nie było mi na całyn1 świecie tak bliskie, jak właśnie to, i żadnego 
innego nie pragnąłem tak mocno i zachłannic, jak właśnie tego. Teraz był już od 
dłuższego czasu zdrowy, więc jeśli się tak mocno pocil- chyba z osłabienia, a n10- 
że, jak Jakub z \Vielkim Niewidzialnym, walczył \\' ciemnosciach ze swoiln loseln? 
Prawie zaraz, kiedy się położyliśmy, zgasiłem światło, myślałem, że jest tak 
umęczony, iż szybko uśnie. Ale nie, nie zasnął. Już nie pamiętan1, i to od bardzo 
dawna, co mówił, pamiętam tyle tylko, że mówił długo, jasność jego głosu, nie- 
gdyś w chorobie przyćn1iona lckkiln schrypnięciem, teraz całkieln zanikła, jego głos 
tuż obok mnie brzmiał głucho, Inówił szeptem i to było jcszczc gorsze, niżby n1ó- 
wił bardzo głośno, ten szept w ciemnej niewidoczl1osci oblepiał mnie, jak ró\v- 
nież oblepiał ostry odór pocącego się ciała. W pe\\ nej chwili objął mnie ral11ienienl, 
odwróciłem głowę, ponieważ zdjął mnie lęk, że lnogę zwymiotować. Kochania 
")zukał, czy wsparcia w swoich zwidach i lękach? Śpij - powiedziałcln patrząc 
w okno, ktore było nagie, bez zasłony, więc cokolwiek mniej cicl11nc, aniżeli ciem 
ności tutaj dokoła. Nie mogę - powiedział - boję się. Nie spytałcln: czego? Sp}- 
tałem: kogo? Przecież wiesz - powiedział. Co to za ludzic? - spytałem, choć 


64 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
pytałem o to wielokrotnie i znałem dobrze odpowiedź. Przecież wiesz - powie- 
dział - znasz ich. Spróbuj zasnąć - powiedziałem. Oni nie odejdą - powiedział - 
śnią n1i się co nÓc. Twarze znajome? - spytałem. Nie widzę ich twarzy - powie- 
dział - ale ty przecież wiesz dobrze, kim oni są. Znasz ich nvarze. 
Wiedziałem, iż zaprzeczając niczego nie osiągnę, niczego nie wyjaśnię, żadnych 
zwidów nie przepędzę, lęków nie uspokoję. Kłamstwo od początku wcisnęło się 
między nas, a ponieważ było to kłamsnvo moje - czułem się zawsze współwinien 
nieomal wszystkiego zła, jakie ten beznadziejnie w rzeczywistości zagubiony chło- 
piec zaciągał na siebie i w sobie rozniecał. 
Skłamałen1 raz jeden i w sprawie mało ważnej, lecz u san1ych początków, kie- 
dy wszystko jest ważne. Nie musiałen1 skłamać. Czy uczyniłem to, aby w jego oczach 
nie pobłądzić, czy też jemu chciałem oszczędzić przelotnej przykrości? - nie wielu 
i nigdy się tego nic do\viem. Jednak z chwilą, gdy moje kłamsn\'o zostało ujaw- 
nione, zien1ia się zatrzęsła pod nim i jak się n1iałem niebawem przekonać - pode 
luną także. Nie powiedział nic, nie czynił Iui żadnych wyrzutów, posiadał wów- 
czas bardzo wysublimowane poczucie godności osobistej. Przestał mi po prostu 
wierzyć, utracił pełne zaufanie w wiarygodność moich słów i wyznań. Kochał 
mnie nadal, lecz już wątpiąc w uczucie moje. Sprawy drobne, błahe umykały je- 
go uwadze, nie okrążał takich spraw podejrzeniami. Prześladowało go jedynie po- 
wątpicwanie w prawdziwość spraw istotnych i ważniejszych. !vloje głupie kłamsn\'o, 
lecz przecież n1oje, pustoszyło i jego, i n1nie. Żyliśmy \v koszmarnym tumanie, na 
pograniczu jawy i snu, on - czujny i napięty, udręczony \\)'imaginowanymi wy- 
nvorami swojej znieważonej i już chorej \\)'obraźni, ja - daremnie usiłujący oczy- 
ścić się z \"in nie popełnionych i z kłamsnv nie wypowiedzianych. A jednak 
kochaliśmy się, jeszcze nieświadon1i, że miłość stygnie w nas, powoli zagęszcza 
się w czarny skrzep. Głupim kłan1sn\ enl śn1iertelną ranę zadałem naszej miłości 
u samych jcj początków. Była jeśli nie od pief\\"szego, to już od drugiego dnia cho- 
ra. Zapominaliśmy niekiedy o naszym nieszczęściu, lecz za każde zapomnienie na- 
rychn1iast spłacaliśn1Y swój haracz. 
\Vięc też i teraz, w tamto nasze ostatnie widzenie nocne, wiedziałem, iż nie da 
wiary n10in1 zapewnicnionl i na nic wszystkie n10je słowa. Jednak postaraj się za- 
snąć - powiedziałen1 - n10że dzisiaj i oni poczują zmęczenie i usną. Roześmiał się 
krótko i nieprzyjemnie . Może masz słuszność - powiedział - może rzeczywiście 
usną. No widzisz! - powiedziałen1. Będę ich \"idział we snie śpiących - powiedział. 
Zdaje się, że się rozcsll1ialcn1. Po chwili jego gorący oddech poczułenl na n\'arzy 
i usłyszałem bliski szept: myślisz, że zwariowałen1? Nie zaprzeczaj, przecież wien1, 
że tak myślisz, po co luiałbyś kłan1ać? Dosć długo zastan.H\"iałen1 się, czy odpo- 
wied7ieć. Wci
1Ż jcgo oddcch palił mi n\'arz. Tak - powiedziałem wreszcie - rze- 
czywiście po co luiałbYlu kłan1ać? Nie, nie n1yślę, że zwariowałeś, jesteś tylko 
zmęczony. Znów zapadło luiędzy Iun1i l11ilczenie. \Vięc daj 111i ich adresy - po- 
wiedział. Nie byłob}' senSll spytać: czyje adresy? Powied7iałen1: nie n10g\ zrobić 
tego teraz. Dlaczego? - on spytał. Muszę n1iec ich zgodę - powiedziałem. Prze- 
cież wiesz, że oni takiej zgody nie dadzą - powiedział. 
lożliwe - powiedziałem 


65
>>>
- \\ konspiracji trzeba unikać nazwisk i adresów. Powiedział: ale ty te nazwiska 
znasz. Tylko jedl10 - powicdziałen1. D
lj n1i je - po\\iedział. Ja wciąż patrząc w stro- 
nę okna: nie n10gę. 011: powiedz, że nie chcesz. Nie, nie mogę - powiedziałen1- 
zrozun1 to. Jesten1 zadżUłl1iony? - spytał. Alcż nie! - odpo\viedziałen1. Podcjrze- 
wają n1nie, że zdradzę? - spytał i wydało 111i się przez 111on1ent, że \\' jego głosie 
zabrzn1iała grozba. Ale pomyliłen1 się. Prawie nagle odsun
}ł się ode n1nie, odwró- 
cił n
l drugi bok i gdy w n10jej głowie stała się pustka - usłyszałem jego cichy, z tru- 
dem powstrzyn1ywany płacz. \Vięcej już nic z tej nocy nic pan1iętam. Usnęliśn1Y 
wreszcie? ftloże. Ale tylko - może. Pan1ięć n10ja zatrzyn1ała się na tym płaczu, jak- 
by ze skraju przepaści stoczyła się \\' głęboką cieł11ność. Ranka i rozstana nie pa- 
n1iętan1 także. 
Zobaczyłen1 go dopiero kilka dni później. Jego? Raczej strzęp, jaki z niego po- 
został. \Vciąż trwał czas upałów. Pamiętam, że powietrze było duszne i ciężkie, 
chyba zanosiło się na burzę. Leżał na nagin1 polu, nieopodal toru wąskotorowej 
kolejki. Gdy się tal11 znalazłeł11, już był przykryty gazetał11i, n1usiał to ktoś zrobić, 
kto znalazł się tan1 zaraz po wypadku, papier \\ kilku n1iejscach przesiąknięty był 
krwią. Pamiętam, iż przy tych nędznych i zbrukanych rcsztkach, nie całkiem ga- 
zetami osłoniętych, pon1yślałen1 w pewnym momencie, iż t a k i e j śmierci nie 
mog! chcieć w pełni świadoll1ości człowiek tak bardzo w k
lżdych okolicznościach 
dbały o swój \')"gh}d zewnętrzny, wypielęgno\\an) i aż do przesady czysty. Swo- 
je jedyne, całkieł11 już nienowe ubranie: czarną marynarkę oraz szare flanelowc spodnie 
nosił z niewymuszoną swobodą bog
ltego panicza. Nie, nic 111Ógł chcieć podob- 
nie upokarzającego widowiska. \Vidocznie, jeszcze do n1nie nie dotarła świado- 
n10ść, iż człowiek w obliczu nieuchronnej zagłady jest już nie tym san1ym co za 
życia, śnuerć bierze go w swe zachłanne posiadanie i ona kszt
lłtujc ostatnie ma- 
nifestaCJe istnienia. Być n10że, przy pief\\ szym zetknięciu ze zmarlyn1i, a nan1 naj- 
bliższymi, nasze ł11yśli nigdy nie bywają dość przenikliwe i n1ądre. 
Niebawem przyjechała karetka Pogotowia. Odeszłen1 na stronę, żeby nie pa- 
trzeć, jak go będą z ziemi podejmować i kłaść na nosze. \tVróciłem do miasta pie- 
chotą. .Nliałem do czego wracać, moje życic w tal11te lata było bogatc, natchnicnicn1 
może być czas nawet najcięższy, a przecież tamten, za okupacji, nic był ani lekki 
ani łat\vy. .Nlyślałem najprawdopodobniej, że gdybym w ową pamiętną noc oka- 
zał nieszczęśnikowi więcej cicpła i przyjaźni, być możc nie doszłoby do .i7isicjszcj 
tragedii. Lecz też i przysiąc nic mogłbym, czy w moje ciężkie rozł11yślania nic wśli- 
zgiwało się w pewnych n10netach uczucie ulgi. 
Późniejszymi laty wielokrotnie tą drogą je:' dziłen1 do Obór. Nigdy jednak nic 
udało mi się zobaczyć miejsca śn1ierci najbliższcgo mi niegdyś człowieka. \Vina 
nie tylko mojej małowiernej pamięci. Krajobraz tych stron się zmienił i zmicnia 
się nadal. Prawdopodobnie na miejscu, w którym na polu, gdzic pod splamiony- 
ł11i kf\vią gazetami spoczywało poszarpane i zmiażdżone ciało mego przyjaciela, 
stoi dzisiaj jeden z tak licznych i beznad7iejnie szpctnych podmicjskich domków. 


Jerzy Andrzejewski 


66 K W A R T A L 
] K lA R Tl v S TY C Z 
 V
>>>
Jerzy AndrzeJ-ewski 


Młodość 1975 


- Chciałbym ci opowiedzieć o pewnej rzeczy, którą man1, a która jest n1i bardzo 
potrzebna i przyjacielska. Mam taką rzecz: to ściana. Ściana, do której się przytu- 
lam, gdy nie n10gę zasnąć, gdy we mnie kłębią się walcząc nieznane, nieświadomo- 
ści pot\vory. Pot\vory bez postaci, a jednak dobrze mi znane, bo odwiedzające mnie 
często i od dawna. Przychodzą z przeszłości, rozl)'\\'ają i pożerają moją duszę. To 
zło, które wyszło ze n1nie i trafiało w ludzi. 
To klamst\\'a, które skłamałem. Czasem 
dołączają do nich inl1e; te trochę lepsze (bo 
nawet czasami walczą z taIntymi), to moje 
zdarzenia dnia dzisiejszego. To moje pyta- 
nia o wszystko. To moje nieodpo\\ledzi. Mio- 
tają się we mnie. Przysypiają czasami tylko, 
gdy uroki życia \\}dają mi się tak wielkie 
i prawdziwe, że n1yślę tylko o nim. 
Lecz skoro wyjdą ze swego siedliska 
(gdzie to jest?), głodne zaczynają okrutnie 
kąsać. Usiłują pożywiać się wszystkin1: mó- 
zgiem, InyślaIni, trzewiami. Wreszcie, wciąż 
tak san10 głodne, zwierają się w walce z tan1- 
tyn1i, lecz nie trwa to długo. Zn1ieniają się 
niebawem. Z pytań w zarzuty! 
A jeszcze czasan1i przychodzę tan1 ja. Cią- 
gle niezadowolony z siebie, szukający, pra- Jerz.v Andrzejewski 
gnący się zabić. I kąsał11. SaIl1 siebie! I innych. 
To ja w snach obcinający nogi przyjaciołom, ja trepanujący im czaszki, by pozbawić 
ich lnózgu i myśli, ja przeszczepiający im serca, by nie czuły tego, co ja chciałbyn1 
czuć. To ja, nienawidzący siebie i innych, ja nie nasycony , ż
}dny pieniędzy, sławy i ko- 
biet. Czy taki jesten1 prawdziwy? 
I gdy to wszystko kłębi się we mnie, gdy kopie, gl)'zie, szarpie szponall1i, kła- 
mi, szczypcan1i; n10je ciało okaleczone, Zll1ęczone, płon
}ca łza lecąca \\T ogronl- 
ną ciemności przestrzel1 przywiera nagle do ściany. 
O, ta jest zin1na! Przyjacielsko ziInna, nielna i pewna. Daje oparcie i chłód. I n1Y- 
sli, pot\\'ory n10je, rozbijają się o nią, o rozdrobnione, starte \" pył szklany, nie- 
groźne już i Śll1icszne spadają na tapczan! 
Jest balsamem cudownym, bo pewna, bo nie usunie się ze wstręten1, bo o nic 
nie spyta, nie spojrz)' ze wzgardą. b10gę siC; na niej oprzeć. I wtedy niczego już 


........ 


\' 


/ ' 
I 
 


i 
; - 


Fot_ Archiwum J(.A- » 


67
>>>
nie potrzebuję. 
laj
}c cos pewnego, uspokajan1 się, gaśnie pożoga i zatrzYlTIuje 
przestrzeń. 
lan1 coś, co nigdy mnie nie ocenia! 
- \Vięc jest to ściana, na której zawieszasz swoje sumienie. Aby odpoczęło i abyś 
Ty odpoczął! 
- COŚ powiedział?!! Swnienie...? Nie, nie, nie! do kOlka będę krzyczał nic! To nie 
jest sUłl1ienie. To j
l tam wiszę! To ja się o ścianę upieram. To ja potrzebuję oparcia. 
Czyś widział kiedykolwiek, aby sun1ienie potrzebowało oparcia? 
Czyż widział kiedykolwiek zdrowego, tęgiego wojaka, który szukałby oparcia 
" ciężko ranion\'n1 towarz\'szu? 
" . 
Przecież sun1ienie jest zawsze zdrowe, to ciało lub dus.1a bywaj
l chore. 
Czyś" idział kiedy czło\\ ieka, który z zawziętością płynącą z przestrJ.chu i wiel- 
ką, jak on, zabija dokładnie wszystkie, wszystkie owady, które światło jego poko- 
ju ściągnęło spośród nocy? On jc zabija ze strachu, ściga je i ucieka, by nie dotknęły 
jego ciała. Boi się, że za mistyczną winę, jakiś obrzydliwy owad zabije go. Choć 
dobrze wie, że nluchy, ćn1Y i kon1ary nie zabijają. 
To nie sumie nic ich się boi! To ciało albo dusza! Sumienie, to maszyna - wiesz 
o tym! Ono tylko liczy i podaje Ci wynik: zrobiłeś "dobrze" albo "źle". A to, co 
jest we n1nie, to potwory życia, uczuć, obaw. To potwory bez n\'arzy - tylko kły 
mają, nie ręce ITIają, tylko haki lub kikuty pustych rękawow, nie nogi mają, lecz 
koła 0lbrzyn1ich drabiniastych wozów - pędzące \\ prost nJ. n1nic; nie oczy ich pa- 
trzą, lecz blade, upiorne księżyce, i nie mówią do Il1nie, kcz charczą rynsztokien1 
rzygowin! Czyś widział kiedy takie sumienie?! 
Nie. Ono może być tylko kartką papienI barwy białej, lub czarncj, albo też z jcd- 
nej strony białej, z drugiej czarnej, lub też nieco zabrudzonej i pomiętej baf\\)" 
może być sumienie. Oto Twoje sumienie - to kartka tylko! 
- Nie, przyjacielu! To nie So} pon\'ory. Zejdź w gło}b sicbie takicgo, jakim jesteś. 
Zejdź pewnie, bez strachu, dobrze uś\vieć każdy kąt tego labiryntu. Nie wolno Ci 
zostawić pustego ITIiejsca, bo być może, tam czai się n\'ój 
1inotaur! 
Nie bój się go, wszak on jest tobo}. Ty jego się lękas.l, choc ty go sn\ orzyłeś. 
Boisz się, bo boisz się swych uczynków, lecz właśnie w nich jesteś sobą, nin1i 
się snvarzasz. \Vięc sprawdź, jaki jesteś, jak żyłeś. 

lusisz iść pewnie! 
ie lękaj się kół pędzo}cych, wszak sam jc w s.lalcI1czy ruch 
\\ pra\\iłeś, nie lękaj się pustych rękawów - sam pozbawiłeś je dłoni, nie obawiaj 
się kłów - przecież to ty starłeś z nich twarze, i nie lękaj się bladych oczu - SJ.111 
je "Tpaliłeś! 
Gdy już przejdziesz przez całc swe życic (a ITIusisz to zrobić dokładnic, nic po- 
ITIiń dnia ni żadnej godziny) wtedy wyjdziesz w jasl10ść i napotkasz siebic, któl) 
czeka cię tam od dawna! PokonJ.s7 Minotaura, którym sam byłeś! I już będzicsz 
"iedział, jak żyć. Jeśli przejdziesz. 
Obyś przeszedł, bo wiedz, że droga to przez n1ęki, ciernic i że 111llsi w niej umrzcć 
z głodu 
Iinotaur, lub... Ty. 
A więc, odwroć się od ściany. Inna jest Jroga n\'oja 


Jerzy AndrzejeJVski 


68 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
Jerzy AndrzeJ e e1vski 


Elegia 


Są 11lelallcholiczlle pióra; te st)'lem, elegii 
Jęczą nad niewiadomością, nad zaślepieniem, 
nad nieJVdzięcznością żelaznego wiekt,t tego. 


(Ignacy Krasicki, ,,
1ikołaja Doświadczyńskiego 
przypadki". Przedmowa.) 


l. Gdybyż te schody na czwarte piętro z dodatkieo1 kilkunastu krętych i stro- 
mych na poddasze prowadziły do raju! Lecz raj już dawoo rajem być przestał. Zresz- 
tą, czy był mn1 kiedykolwiek? 
loże kiedyś w pradziejach, które stały się tak 
odlcgłyn1i nic na skutck ogromu minionych 
lat, lecz za przyczyną obszarów objętych 
zmian
lll1i? \Vięc, gdy pewncgo doia jcsien- 
nego wstąpili w wysokie rejony jednego 
z żoliborskich bloków, owych przedwo- 
jC1111ych "szklanych domó" " i objęli boga- 
ty'n1, lccz jeszczc skromnic przystrojonym 
oletrażem podd
lSza panowanie - ona, Mar- 
ta, on Jan, n1ałżonkowic \Vierny, a dzieci 
reprezentować o1iały według nieco fanta- 
5ty'c7nego życzenia n1atki cztery żywioły: 
Gaję - zienlię, wodę - Krzysztofa oraz 
OgiCli i powietrze, bliznięta - Floriana i Ze- 
tlrynę; n107c wówczas, jcszcze nieukształ- 
towanc wewnętrznie, chaotyTzne i mętne
 
raczej zapowiedź stanowiącc aniżeli doko- 
nanie - n10ŻC wówczas, gdzieś w P()Cz}t- 
kach drugiej połowy lat pięcdzicsiątych Jen.:r A"drzejtll'ski ok_ 1913 r_ Fot_ Archiwum ...K.A JJ 
poddaszc lnałżonków \Vien1)'ch było rajem? 
Wówczas, bo po dziccięccmu objawiane wesołości starzej
1cej się 
1arty n10gły ś"iad- 
czyć Z
l ty'm. Lecz zaprzeczenien1 zdawac się n10gły niespodziewane zaz\\1'czaj na- 
pady gniewo\\' ilości, płaczc, nawet zawodzcni
l
 \\TCS7cie i prz
vływy l11elancholijnej 
zadun1Y. Czyż natura t
lk w swoich odczuciach i ocenach rozproszona i z jednej 
skrajności" drugą bc wyraznych dla otoczenia przyczyn wpadająca, n10gla kie- 
dykolwiek przebywać w raju, nawct, gdy żył był wieki Jan, sława i picni.}dze sprzy- 
jać mu poczYluły u schyłku trudncgo życia, a cztery żywioły były jeszcze dziccięce
 
lub wręcz nicll1owlackic? 


".... 


\' 


b9
>>>
Marta wiedziała, że przy jej tllSZY, za- 
dyszce oraz zwyrodnieniu mięśnia ser- 
cowego, wdrapywanie się na wysokości 
z nieodłącznym objuczenien1 ciężaren1 
ż}'\vnościo\\)'ch zakupów, upodabnia- 
ło ową wspinaczkę do drogi krzyżO\\ ej. 
A ponieważ już miała w nogach i wogó- 
le w całyn1 tak niepon1iemie obfit)'n1 cie- 
le godziny wystawania w kolejkach tych 
naj nowocześniejszych i prawie nienlCho- 
nlych, choć skłóconych i wsciekle ha- 
łaśli\vych pielgrzyn1kach po mięso, 
cWeb, mąkę, kaszę, cukier, właściwie po 
wszystko; więc już nabrzmiała i wy- 
ogron1niona w swej chorobliwej ot),ło- 
ści ledwie wkraczała w cień i w pi\\ l1iczny 
chłód klatki schodowej, już układały się 
jej w głowie stacje kalwaryjne na pół- 
piętrach, lub gdzie bądź indziej. 
Kalwaryjne monologi 
1arty posiadały charakter wyznań bezgłośnych, choć 
mogło się nie raz i nie dwa zdarzyć, iż wewnętrzne odluzenie przejawiało się w sło- 
wie odruchowo wyrzuconym lub w geście nieopanowanym. .Na schodach klatki 
wejściowej B zazwyczaj \v godzinach rannych oraz południowych panował ruch 
raczej słaby, więc też i bardzo rzadko się przydarzało
 żeby 
1artę wracającą z za- 
kupó\\P ktoś swój lub obcy mógł przyłapać na niespodziewanym okrzyku
 albo na 
zbyt ożywionej gest)'kulacji. Zresztą, cierpiąc na dość wiele dolegliwości cielesnych, 

larta zachowała, zbliżając się do sześćdziesiątki, słuch równie czujny i bystry, jak 
za lat n1łodych, więc ktokolwiek natknął się na nią na schodach'- n1ógł w tej wiel- 
kiej i tęgiej kobiecie o t\varzy wręcz pupiastej, choć i dziecięcej dzięki niewinnic 
zdziwionyn1 niebieskim oczom, więc ten ktokolwiek nie mógł się w 
larcie od- 
prawiającej wypoczynkowe zaklęcia dopatrzyć czegoś
 co by zmuszało do snucia 
podejrzeń lub ryzyko\vnych skojarzen. Porywająco piękne oczy starszej pani śll1ia- 
ło, lecz i życzliwie spoglądały na każąego, kto po schodach ku niej schodził i je- 
dyny efekt podobnych zetknięć sprowadzał się do tego, iż każdy lub każda, jakby 
zawstydzeni, a też i oszołon1ieni potężną sylwetką właśnie korzystającej z odpo- 
czynku, un1ykali wzrokien1, jakby w obawie, że w wypadku przeciwnym mogą się 
okazać niedyskretni i nieprzyzwoicie natrętni. 
- To zaba\\ ne! - mówiła potem Marta przy pierwszej okazji - jacy oni s
l śn1iesz- 
ni i naiwni. Myślą, że ja się mogę wstydzić, że jestem stara i gruba. A dlaczego ja 
nie miałabym być stara i gruba? Jestem stara i gruba. Bardzo stara nie jestenl, to 
prawda, lecz, że gruba bardzo i to o wiele za bardzo, to na pewno. I co z tcgo? 
Jestem, jaka jesten1. 
Tak zatem na półpiętrzu, lub na podeście piętra pierwszego zatrzymywała się 
po raz pierwszy i taki mniej więcej wygłaszała n10nolog wewnętrzny: 


,
;- 

 w l "'...... E-..".""-' 


'.,.. w.._..I\'.c..I) . ..,.....,-
 -..£-.:...... . :I.. .,ł;.. ....... 
"'''-''.ilł, .
\{ł-.__
..I;'i;..
-""-.:...\c . .-
 

. ",ł...-
 1\....... 
... ".'1.. "....ł..... 'It..
 
......: "'''-1 
 
 . 
,-..łI.,a........_Ą." - -,..... .
,
 -.
.., "'
... . 
1. ._......,;,......._ """ - 
...... 1\'}iD 
&..,,'"""'
"'" '..S''' - 
.c._
. ;"
ł

. Q..r.... 
". --Ą ?;Ą....:::.... 
I" . 

 \.....
, --..'''.
 - -..,;.,.ł....\.;,......'r
.,.. ..ł... ...........1 
......-...-I
 ........ wr-,"""" 
... s.a,.... 
 \.... '""'.
..... 
.- '"' '"ł._

''''''''''' 
\ 
-.., ,..,..;.)- ł...I.. -łu..,..,
 "\""., ł-'\"'). 1 40.1 -. ol 
. ......C') "'H 
il 
-,...: l"'
"'-) _,...1. "- .&.;;.\...,.........1-.......... ':

". 

 t 

:\l.:.
'1,
1

}...:
.1C..
 
\-t'ł» 



..
 \.....o-."U) 


. . ł.... 
.ł...r..... _,.1,;" . "'...__ ......... """-, 
roł._ 
Ą t4.""=.._ . ....".J.H .....
.
 .
 
,_.....
, 
..- i...."-t """"...."." -"'_ooMA"'W
 --ł.... !2'k \-1',,- ...
'&ł......:.
 

':ł; 't:J 
I _I,..... ' - \..;:....'-' ....-..(,;..L.
 '1 . " .... ....".c..ł...,"""""'ł..... 
 lo 
_'-\."',_ .., ,_c._
 
-- 


 ł......._.. ,.ł..__. 1".....1..... r,'4-..... \ '.) l
oJu... I'.
r... 
;'..... 


Rfkopis J;!e..qii:D Jerzego Andrzejewskiego 


70 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
- Nie tryumfuj przedwcześnie, okrutna Latono! Widzisz, to ja - Niobe! Mnie- 
małaś w swej zawiści zapiekła, że twoi Zeusowi bękarci, Apollo i Artemida, wszyst- 
kie n1e dzieci ustrzelali, sieden1 pięknych cór i siedmioro urodziwych synów. Nie 
ciesz się i nie chełp przedwczesną pon1stą. Bo oto nie wszystkie ukochane moje 
dzieci zostały dalekonośnynli strzałami ugodzone. Prawda, nawet najcięższyn1i gro- 
tan1i uderzana, przecież się ostoi. Niesprawiedli\\ ość
 choćby z wyższych sfer spa- 
dała, nie wypdni się do ostatka. Prawdą jest, iż dziesięcioro moich niewinnych dziatek 
padło od wrażych ciosów, lecz prawdą także, że czworo ocalało. Cztery moje la- 
torośle uosabiające cztery żywioły: ziemię, wodę, ogień i powietrze. Są ze mną 
i żywiołon1 dziejów przeciwstawiają opór żywiołów własnych. Więc na pohybel 
tobie, przewrotna i skąpo płodna nałożnico Zeusa! A chwała n1nie, nieśn1iertel- 
nej Niobc-
1arcie! Nie zaklętą w głaz mnie widzisz, ani płaczącą kan1iennyn1i oczy- 
nla. Ogron1ną górą musisz mnie zobaczyć, a dostępu do niej bronią cztery żywioły. 
]esten1! Patrz! 
Zaś w okolicach piętra drugiego, ciężej niż na poprzednim dysząc, bezgłośnie 
wołała, wciąż bezgłośnie: 
- Do broni, synkowie nl0i i córy! Do broni! Gdy nasza wolność zagrożona, ho- 
nor oraz nliłość ojczyzny nas uzbroją, zasilą odwagą, wspomogą waleczność
 Od- 
nosząc w dziejach sławne zwycięst\va, bywaliśnlY również na skutek przen10cy 
zwyciężani. Lecz nigdy duch narodu pokonany nie został. Nigdy, nawet w godzi- 
nach najcięższych, nie zostaliślny rzuceni na kolana, błagając o litość, wspaniało- 
myślność, lub wybaczenie. Zawsze, gdy należało, chwytaliśn1Y za oręż gotowi do 
boju za wolność naszą i waszą, narody jeszcze ucien1iężone. I oto chwila dziejo- 
wa wybiła! Słyszycie dzwony ora7 syreny obwieszczające alarnl? Biada tym, któ- 
rzy głuszą ducha ojczyzny! Czegóż to chcecie, synkowie n10i i córy? Słyszę! 
Odpowiadacie: wyzwolenia! Na cóż więc czekacie? Do broni! Do broni! 
Trzeci podest lub jego bliskość dłużej zatrzyn1ywały łvlartę. Zien1niaki, jarzyny 
oraz wszystko inne, co się nadarzyło kupić z naglącej potrzeby albo też i z jej bra- 
ku, nabierało ciężkości kan1ieni. Zatcm Marta na tej stacji kalwaryjnej ograniczać 
się zwykła do przypol11nienia ojczystych wersów: 


A jako lP krajach 
amętll i 110("1', 
Skłóco1lych żywiołów waśnią, 
Jednym 
,stal1 się» ::; bo::,ej mocy 
Świat rzaz;v stanął na zrębie; 
SZ111niq wichry, ciekq g/fbie, 
A gwiazdy błękit rozjfdllią - 
1'f krajach ludzkości jeszcze noc l.,!ucha: 
Ż)'Jł'io
"I' chęci jeszcze są w wojniej 
Oto mi/ość 01111io1/ 
ionie, 

 
\V)',jd::,ic 
 ::,amfttt świat ducha: 
Jlłodość go pocznie lUl slPoim lonie, 
A prz.yjaźl1 Jł' wiazllc skoja"Z)IJ'fO spójnie. 


71
>>>
Pryskajq llieczułe lody 
I przesądy śJViatło ć'miące; 
WitaJ
 jutrzenko sJVobody. 
Zbawif1lia za tobą słonce! 


Na podeście ostatninl, czwartyn1, wstąpiwszy dla świętego spokoju na pierwszych 
parę schodków, owych złośli\\ie 
tronlo, nieomal wspinaczkowo prowadzących w re- 
jony poddasza, Marta zwykła zazwyczaj prowadzić pielgrZYlnkę do J a5nej Góry w Czę- 
stocho\\ie, z dziećn1i - żywiołanli u boku, więc na czele wolno się posuwającej rzeszy 
pielgrzyn1ó\v. Śpiewa najczęściej w sobie, lecz niekiedy i z cicha nucąc: 


Serdeczna Matko, 
Opiekunko ludzi, 
Niech Cię płacz sierot do miłości wzbudzi! 

wnallcy E1VY do Ciebie 1ł'ołam w v: 
Zlituj się, zlituJ
 niech sir nie tułam.v... 
Również intonowała: 


Część .lfaryi, cześć J eJ
 chwała, 
Pannie Ślviętej cześć! 
ŚpiewaJ
 śpiewaJ
 dziatwo 1nała, 
Hołd Jej śpiesz sir nieść... 


Zaś częstokroć myWa pielgrzyn1kę z pokutną drogą krzyżową i wiodła żałob- 
ną nlelodię; 


Ludt.t, 1noj ludu, cóżem ci uczynił, 
Czymże zasmucił, albo czym zawinił? 
Jam cię wyzwolił z mocy faraona, 
Tyś mi przyrządził krzyż na me ramiona... 


2. Gdy składała siatki z zakupami na podłogę i sięgała po klucze, żeby drz\\i miesI 
kania ot\vorzyć - zawsze ogarniały ją pożądliwosć oraz niespokojność. Pożądliwość, 
czy n1ieszkanie okaże się puste i będzie po nim n10gła swobodnie pon1yszkować; 
niespokojność, bowien1 nie mogła mieć pewności, które z dzieci i \\ ogóle kto? - 
n10że w nlieszkaniu przebywać. Bywało różnie. Lecz dopóki stara Zofia Stclma- 
chowa, uległszy na skutek ulicznego \"ypadku ciężkienlu złamaniu kości udowej, 
n1usiała się na dobrych parę miesięcy położyć do łóżka, całą jako tako unormowa- 
ną gospodarkę nlieszkańcó\v Poddasza przypra\\iając o stan zamętu, nieporządku 
i nlało na ogół szczęśli"ych improwizacji - jej właściwie zegarek, choć go nie po- 
siadała, funkcjonował regularnie, jak gdyby w jej chłopskinl ciele posiadał swój czas 
własny i nieodmiennie zgodny z porządkiem małego wprawdzie, lecz burzliwego 
społeczeństwa. 
atomiast zegarki czworga dzieci działały wedle natur posiadaczy. 


Jerzy Andrzejewski 


72 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
Jerzy AndrzeJ-ewski 


Rzecz, która ma być opowiedziana_ _ _ 


Rzecz, która ma być opowiedziana, wprawdzie się łączy z zapisen1 historycznym 
dziejopisów różnych czasów, lecz została poddana tak wieloznacznym przeobra- 
żeniom, iż nl0że wydać się oderwaną od macierzystej materii; ukształtowaną za- 
ten1, jeśli nie wyłącznic, to przecież w znacznej 
mierze przez n1yślowe i artystyczne ożywie- 
nia narratora. Dotrzyn1ywanie wierności 
pogn1at\vanynl obszaron1 istnienia wydaje 
się urojeniem n10że w intencjach niekiedy 
szlachetnych, lecz tylko urojenienl, nie 
przylegają bowien1 do siebie: czas "rzeczy- 
wisty" i czas kreacyjny. W istocie pisarst\vo 
jest nieustanną zdradą rzeczywistości, lecz 
ową zdradę niejako oczyszcza duch rozu- 
mienia życia, losów i przeżyć, i to właśnie 
Ó\v wielowarst\vowy pierwiastek sprawia, 
iż zacierają się różnice czasów i fikcja n10- 
że utrwalić istnienie w kształcie nieon1a! 
doskonałym, a także i trwalszyn1 od prze- 
.... ., . 
mijającej rzeczY'\1stoSCl. 
Przekorne ryzyko \\1'daje się jednym 
Fot_ Archiu'um "K.A R z naj żywotniejszych in1pulsów skłaniają- 
cych do uprawiania sztuki kreac
inej i nie 
wydaje się rzeczą zbędną
 aby pon1iędzy pojęcie przekory oraz pojęcie ryzyka \\'P i - 
S
lĆ \\ charakterze tlcznika pojęcie ironii. Na pewno ryzyko rozlicznych ludzkich 
działań oraz prób przerastają, i to \\ sposób częstokroć groźny ryzyko jakie bywa 
udziałenl artysty. 
\V latach dawnicjszych i tych jcszc7e pradawniejszych bardzo wysoko, jeśli nie naj- 
wyżej, ceniłem powołanie wybrał1ca sztuki. GdybYln nie cenił go i teraz, coraz bliż- 
szy wieku podeszłego, zaniechalbYll1 opo\\iadania historyjek, j
lk wyraził się nieda\\ no 
o ut\\"orach prozatorskich pewien lekarz, zreszt
l \\ intencji w
Taźnie pokpiwającej. 
\Vielokrotnie i przy różnych okazjach n1iałcn1 sposobność podkreślać z uporczy- 
\V)'nl l1aciskieJn, jak różnorakinli pokarnulni żywi się dzieło sztuki i jak źródła jc- 
go nic tylko cZ)'s
'ł11i wodami bywaj
l, lccz także bagnen1 i gnojo\\iskienl. Nie rzuciłb)111 
kamienien1 w tego, kto w podobnyn1 \\ ")'znaniu dopatrzyłby się przewrotności. Ależ 
tak! Rzetelnc poczucic nloralne niejednokrotnic nasycane bywa zin1ł1.} przcwrot- 
nością. Lecz jcśli jest to chłÓd, to" jego głębokich wnętrzach płoł1ie ogień i to 


t 
. 


,. 


. 


\
 


, 


ł 


Jerz.v Andrzejclł'ski 


73
>>>
jego poblask sprawia, że czas zatrzyo1any oddycha o1iłością i jeśli ślTIierć czuwa 
przy każdyn1 istnieniu - życie warte bywa, aby zatrzynlać jego przenlijanie. 


l. Miał lat czternaście, albo co najwyżej szesnaście, gdy rzynlskie legiony na Wscho- 
dzie obwołały tego Syryjczyka cesarzenl, jako doo1nienlanego syna KarakalI i . 
W "Zmierzchu Cesarst\va Rzyo1skiego" Gibbon tak scharakteryzował nlłodziut- 
kiego władcę: "Ponieważ uwagę nowego cesarza zaprzątały naj błahsze rozrywki, 
stracił on na swój zbytkowy pochód z Syrii do Italii wiele miesięcy; przez Nikome- 
dię przeszedł pierwszej zimy po zwycięst\vie, a swoje tryumfalne wkroczenie do sto- 
licy odłożył aż do następnego lata. Znacznie wcześniej jednak ukazał Rzyo1ianon1 
trafuą, choć niegodną podobiznę swojej osoby i obyczajów, swój \vierny portret, 
który poprzedził jego przybycie i na jego wyraźny rozkaz został u01ieszczony nad 
ołtarzenl Zwycięst\va w gmachu senatu. Portret ten przedstawia go w szatach ar- 
cykapłańskich z jedwabiu i złota, skrojonych luźno i obficie, według zwyczajów Me- 
dów i Fenicjan; na głowie miał cesarz \\)'soką tiarę, a jego liczne naszyjniki i bransolety 
"ysadzane były klejnotanu nieoszacowanej wartości. Brwi nliał ubarwione czerni- 
dłeo1, a policzki bielidłem i różeo1. Po,,-ażni senatorowie "yznawali z westchnie- 
nienl, że RzY01, który poprzednio długo zaznawał tyranii własnych rodaków, 
w końcu został upokorzony zniewieściałyn1 przepychen1 wschodniego despotyzo1u. 
\V Emezie oddawano cześć boską SłOl1CU pod nazwą Elagabalus i pod postaci.} 
czarnego stożkowatego kao1ienia, który, jak powszechnie wierzono, spadł na to 
święte o1iejsce z nieba. Teo1u to bóst\vu opiekuńczeo1u Antoninus nie bez pew- 
nego uzasadnienia przypisywał swoje wzniesienie na tron. JedynYITI zajęcien1, ja- 
kiemu się poważnie oddawał przez cały czas panowania, było popisywanie się zabobonn.} 
wdzięcznością. Najważniejszym celeo1, któreo1u służyła jego gorliwość i próżność, 
było doprowadzenie do tryuo1fu boga E01ezy nad wszystkin1i religian1i świata; przy 
CZY01 i01ię Heliogabal (bo jako arcykapłan i ulubieniec bóst\va, ośmielił się przy- 
brać to święte o1iano) było nlU droższe niż wszystkie tytuły o1ajestatu cesarskie- 
go. ( . ..) Natomiast Heliogabal (o1ówię o cesarzu tego imielua), znieprawiony wskutek 
swojego młodego wieku, syryjskiego pochodzenia i szczęścia w życiu
 oddawał się 
najwulgarniejszym rozkoszoo1 z nieokiełznaną furią i wkrótce w swoich uciechach 
doszedł do obrzydzenia i przesytu. Wezwał na ponl0c sztuki podsycające żądze: 
tłumy najróżniejszych kobiet, różnorakic wina i potra'wy, "yszukana rozmaitość 
pozycji przy uczcie i nowych wynalazkach oraz przypraw - wszystko to nuało słu- 
żyć podsycaniu jego zwątlałych pożądliwości. Jego panowanic zaznaczyło się no- 
wymi określeniao1i i nowymi wynalazkami w dziedzinie nauk tych, jedynych, jakie 
ów monarcha uprawiał i popierał - stąd o jego hańbie dowiedziały się następne 
wieki. Kapryśna rozrzutność wyrównywała brak sn1aku i wykwintu; a trwoniąc skar- 
by swego narodu na najdziksze zbytki, wychwalał jednocześnie wraz ze swymi po- 
chlebcami anio1usz i wspaniałość, nieznane jego powściągliwym poprzednikom. 
Do najulubieńszych rozrywek cesarza należało zakłócanie pór roku i klimatów, igra 
nie z namiętnościanli i przesądao1i S\\ oich poddanych i obalanie wszelkich praw 


74 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
natury i przyzwoitości. Dla zaspokojenia jego nie nasyconych namiętności nie wy- 
starczył ani długi orszak nałożnic, ani szybko po sobie następujące żony, wśród 
których była i dziewica westalska, siłą porwana ze swojego uświęconego schronie- 
nia. Władca świata rzymskiego wpadł na pon1ysł naśladowania płci żeńskiej w stro- 
ju i w sposobie bycia, przekładał kądziel nad berło i bezcześcił największe godności 
Cesarstwa, rozdając je pon1iędzy swych licznych kochanków, z których jednen1u 
publicznie nadano tytuł i władzę męża cesarza, a raczej, jak sanl to później okre- 

lał, męża cesarzowej. (...)" 


2. Zabójca Karakalli, prefekt gwardii pretorianów, 
1akrynus, teraz cesarz, jak- 
kolwiek uchodził wedle swego n1nienlania za wodza doświadczonego oraz męża 
mocnego charakteru, nazbyt ufając swojej popularności u wojsk, nie doceniał 
przeciwnika i nie zorientował się w porę, że n1ało kon1u znany, nlłodziutki, bo 
zaledwie czternastoletni arcykapłan Boga Słońca Bassianus, może zagrozić nie tyl- 
ko jego tronowi, lecz również jenlu samemu. Przecież, jeśli chodzi o charakter 
Makrynosa, jak się zdaje, rzecz nie tak się przedstawiała. Pisał kronikarz, historyk 
współczesny tan1tym burzliwyn1 latom: 
".. . Zrobił tylko jeden błąd, że nie rozpuścił zaraz wojska i nie odesłał ich do 
nliejsca pochodzenia, a sam nie pośpieszył do stęsknionego Rzymu, gdzie lud raz 
po raz się go dOJl1agał, wznosząc okrzyki głośne, lecz trawił czas w Antiochii, pie- 
lęgnując swą brodę, odbywając przechadzki wolniej niżby należało, zaledwie od- 
powiadając podchodzącym doń z wielką pewnością, tak, że często nawet nie 
słyszeli jego zniżonego głosu. Przykładał wagę do tego, by naśladować zachowa- 
nie 
1arka Aureliusza, nie naśladował jednak w czyn1 innym jego trybu życia, lecz 
coraz to więcej zażywał przyjen1ności, bo spędzał czas na widowiskach baletowych 
i popisach wszelkiego rodzaju artystów muzycznych czy tanecznych, a nie dbał 
o sprawy urzędowe. \Vystępował też publicznie wystrojony w klanu.y i pas wysa- 
dzany bogato złoten1 i drogimi kamieniami, podczas gdy u wojska tego rodzaju 
wyt\\ orność nie była mile widziana i uchodziła raczej za coś barbarzyńskiego i ko- 
biecego. Toteż żołnierze widok ten z niechęcią znosili i w ogóle byli niezadowo- 
leni z jego sposobu .łycia zbyt \\) godnego
 niż to żołnierzo\\; przystało. Kiedy 
snuli porównanie
 wspon1inając życie Antonina nacechowane prostotą żołnierską, 
potępiali \\)'stawność 1-1akryna. A również oburzali się, że sami n1uszą żyć pod na- 
miotan1i w obcyn1 kraju, odczu\\ ając nawet czasanli brak koniecznych rzeczy i nie 
mogąc wrócić do swych stron rodzinnych, nllino żc niby jest pokój. \Vidząc tedy 
l\1akryna żyjącego w zbytku i \\)'godach, poczęli się już \\)'łamywać z karności i lży- 
li go l11iędzy sobą, a tylko rozglądali się, czy nie znajdą jakiegoś pozoru, by po- 
zbyć się sprawcy swego położenia. 
Takie to było widocznie przeznaczenic, że 
lakrynus po rocznyn1 tylko okre- 
c;;le rozkoszy panowania stracił ró" nocześnie życie i władzę, gdy los nastręczył żoł- 
nierzom nieznaczną i błahą sposobność do spełniania ich pragnicll. n 
TYlllczasenl d- ięki n1
}dr\'m zabiegom babki Bassianusa
 Julii 1vlezy, ktora ob- 


75
>>>
ficie czerpi
lc ze swych bogactw, była przecież wdową po ill1peratorze Antoninie, 
hojnie obdarowała tych wszystkich, na których względach jej zależało, a przede 
wszystkim głoszonyn1 przez nią zape"TIieniom
 iż jej wnuk jest synenl Antonina 
Karakalli oraz jej córki Soen1iady 
 a więc królewskiego rodu - popularność nlło- 
docianego arcykapłana poczęła się szerzyć nie tylko wśród wojska, lecz zarówno 
wśród n10żnych jak i biedoty. Wprawdzie obyczaje Syryjczyka były gorszące, a ich 
zuchwała jawnosć n10gła odstręczać un1)'sły jeszcze przywiązane do rzyn1skiej su- 
rowości, również zniewiesciałość chłopca i raczej kobieca strojność wyn1yślonych 
szat, w których się lubował, przewyższały stokrotnie wady 
1akrynosa. Tak się prze- 
cież jednak dzieje, iż stare społeczności osiągną"Tszy potęgę, odfY'vają się od pra- 
źródeł swoich sił, poszukując odnowienia w skrajnych przeciwieńst\vach, i już wcale 
nie dlatego, żeby je wchłonąć i aby się nin1i wzbogacić, lecz raczej w tęsknocie ku 
obszarom jeszcze nieznanyn1, a kuszącym urokan1i obcości. 
Bassianus czarował urodą, przyciągał powabn)'n1 wdziękiem, oszałanliał stroj- 
nością i gdy przed dyn1iącyn1i na ołtarzu ciałan1i dopiero co zabitych w ofierze zwie- 
rząt rozpoczynał swe szalone tańce tak lekki, iż nieonlal bezcielesny, a przecież 
cielesny w każdyn1 ruchu i w geście - n1iękły serca zgron1adzonego żołnierst\\'a, 
nl0gło się bowie111 zdawać, iż rzeczywiście słoneczne bóst\\'o przybrawszy kształ- 
ty ludzkie zstąpiło na zienlię, aby swój syn1bol: czarny stożkowat\' kall1ien n1ala- 
chitowy uczynić weselen1 dla oczu, pożądanien1 - dla pobudzonych zn1ysłów. 
Z początkien1 n1aja roku 218 cesarz 
fakrynos uciekł z obleganej przez wojska 
Bassianusa Antiochii, tak się bowienl stało, że i jego własne legiony poczęły się bun- 
towac. 16 maja arcykapłan Bassianus, rzekonl)' syn Karakalli, Syryjczyk, został ob- 
wołany cesarzen1 i przybrał tradycyjne in1ię Antoninusa. Pierwszą osobą, która na 
oczach wojska i ludu złożyła nowo obranenl11 pon1azal1cowi hołd była Julia Meza 
- po niej matka, Soenliada, jeszcze nie pijana, jaką zwykła była bywać porą wieczor- 
ną, lecz już nazbyt wczesnyn1 nadużycien1 wina lekko Zal11rOczona. Jednak pod su- 
rowym okiem swojej nlatki Julii 
lezy trZ)'n1ała się godnie, Lresztą rozcntuzjazn10wane 
żołnierst\\'o chciało \\' niej widzieć wprawdzie nieślubną
 przecież rzeczywiście praw- 
dziwą nlałżonk\ Karakalli
 więc taką ją też w owej uroczystej ch\\ iii widziano. 
\Vieczorem Antoninus Bassianus święcił uczt.} swój ostateczny tryumf nad tvla- 
krynosem, który ku swej hańbie, ab} uniknąć śmierci, której zreszq nic unikn.}ł, 
\\' popłochu opuścił był Antiochię. 
Oczekiwano, że uczta przeciągnie się do rana i prześcignie wszystkie poprzed- 
nie zarówno wspaniałością jak i orgiastycznymi uciechan1i, w których tak bardzo 
lubował się n1łodociany arcykapłan Słońca. Stało się jednak inaczej. Biesiada była 
raczej skromna, nieomal wyciszona i cesarz nlcporó" nanie wcześniej niż zaz\\y- 
czaj opuścił biesiadną salę udając się do s\voich kon1nat. 


3. Septyn1us, czujny i trochę niespokojnie spięty podczas trwania uczty, teraz 
to niespodziewane odejście cesarza wytłunlaczył na swoją korzyść. Choć przez ca- 
ły wieczór Antoninus nie obdarzył czułym spojrzeniem oraz łaskawym słowem mło- 


76 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y 
 T Y C Z N Y
>>>
dego centuriona jednej z kohort legionów w 
1esie, a od niedawna szczególnie 
uprzywilejowanego n1iłosnego ulubieńca, ten, wprawdzie nie natychn1iast, lecz też 
i niebawen1 wYl11knął się z sali podążając za swoil11 ceSarSkil11 kochankiel11. Straż 
dobrze go znając, nie wzbroniła l11U wstępu do sypialni. 
Antoninus już zdążył zrzucić z siebie swoje pontyfikalne szaty i nago leżał na 
niskin1 i ogr0l11nym łożu. Był dobrej budowy, a ponieważ oczy l11iał zal11knięte, 
i długie, jeszcze chłopięce ramiona nieruchomo przywarte do ciała również jakby 
już uśpionego - sprawiał wrażenie istoty nie tylko kruchej i bezbronnej, lecz rów- 
nież zagubionej w półn1roku rozległej komnaty. 
Septymus podszedł bliżej. 
- ]esten1, panie - po\viedział. 
Bassianus n1ilczał dłuższą chwilę, wreszcie, wciąż oczu nie on\'ierając i nle- 
zIl1iennie nieruchol11Y, powiedział: 
- Podczas uczty byłeś, Septyl11usie, piękniejszy niż kiedykolwiek. 
- Przecież nie patrzyłeś na n1nie, panie. 
- Sądzisz, że cesarz i arcykapłan l11USZą patrzeć, aby widzieć? 
Po dłuższej chwili rzekł półgłosen1 Septyn1us: 
- Dzisiejsza noc jest n\'oją pierwszą nocą cesarską. 
Ponieważ leżący l11ilczał, Septyl11US znów się odezwał: 
- Pragnąłbyn1 w tę noc uczynić cię, panie, szczęśliwszyn1 niż w którąkolwiek 
z nocy poprzednich. 
:Na to Heliogabal: 
- 
1 yślisz, że to możliwe? 
- Uczynię wszystko, aby tak się n10gło stać. 
- 
1iara szczęścia nie jest skałą, Septynlusie. 
- Jeżeli tylko pozwolisz się kochać, zawsze. 
- Zawsze? Nie d0l11yślasz się jeszcze Septyn1usie, że to słowo co innego znacz) 
w rozul110waniu zwykłych śmiertelników, a co innego w zan1ysłach boga. 
- Czyżby bóg już nie potrzebował i nie pragnął l110jego kochania? 
- \Volę ci odpowiedzieć: nie wienl, aniżeli odpowiedzieć co Wiel11. 
Scpt)'n1us drgnął i jego piękna, n1łodziel1cza n\'arz pobladła. 
- Czy to, co wiesz, n1a oznaczać. . . 
Przerwał n1U Heliogabal: 
- Czy nie widzisz, że na ciebic czckan1? 


4. SeptYl11US posiadał sen n\'ardy, lecz po żołniersku czujny, więc skoro o pief\\- 
SZYlll świcie wyczuł, żc leżący obok władca poruszył się i cicho odetchnął - na- 
tychmiast wziął go brutalnie i gwałtowanie, i kochał długo, jak gdyby stan 
zawieszenia pomiędzy Snel11 i jawą wzn1agał jego siłę i żądzę. Przecież, gdy po- 
ten1, wciąż przedranną pobudliwością podniecony
 chciał n1iłosn)" zapał powtó- 
rzyć
 tan1tcn odsunął go ruchcnl wprawdzie pieszczotliwyn1, lecz stanowczyn1. 
- 
1am odcjść, panie - spytał Sept)'mus. - Chcesz spać? 


77
>>>
Heliogabal podniósł się nieco i swoją cWopięcą głowę wsparłszy o dłoń, przyj- 
rzał się leżącemu. Jego ciemne, syryjskie oczy wydawały siC; w tej chwili nieonlal 
złotawe, prawie tej san1ej poświaty, co jego jasne włosy. 
- Chcę zobaczyć nvoje serce - powiedział półgłosen1 tak ciepłyn1, iż w owej przy- 
dun1ionej tkliwości n10gł się wydać nliłosnym wyznanien1. 
Sept)'mus pogodnie się roześnliał. 
- \Viesz przecież, panie
 że bije dla cicbie i do ciebic należy. 
- łvfuszę zobaczyć n\'oje serce - powtórzył Heliogabal. - Ale żeby zobaczyć nvo- 
Je serce, n1uszę... 
\V jego prawej
 nagle podniesionej dłoni, błysnął krótki ofiarny nóż, który wy- 
ciągnął był przed chwilą spod wezgłowia, i uderzywszy nin1 w miękkie n1iejsce po- 
n1iędzy zbiegien1 żeber, n1ocnynl, lecz pozba\vionyn1 wysiłku cięcienl rozpruł 
brzuch Sept)'o1usa, aż po części rodne wciąż jeszcze zacho\vujące bujną o1ęskość. 
Z rozcięt)'ch wnętrzności Sept)'o1usa poczęła się wylewać krew, obryzgując ce- 
sarza, który odrzuciwszy nóż ukląkł teraz nad swoją ofiarą. Sept)'nlus jeszcze żył, 
choć blednął, lecz oczy nliał onvarte i uważnie wpatrzone w pochylonego nad nin1 
cesarza, nie jęczał, wydawał się nieo1)', jakby już \\szelkie życie z niego uciekło. 
- \Vciąż jeszcze jesteś piękny Sept)'o1usie - powiedział Heliogabal i pochyliw- 
szy się przywarł rozchylonyn1i wargami do ust konającego. Wówczas tamten rów- 
nież pobielałe ,,'argi rozchylił lecz o1iast prZ)iąć ostatni pocałunek nagłvo1 zwarcienl 
mocnych zębów ugryzł jak zły pies. 
Heliogabal krzyknął z bólu i cofnął się do tyłu. Przcz nl0nlent przez jego nvarz 
przeo1knął cień strachu. Lecz nat)'cho1iast się uspokoił, ponieważ szybko doszło 
do jego świadoo10ści, że Sept)'nlus o1imo oczu wiąż onyart)'ch już nie żyjc. Się- 
gnął palcanli do zranionej wargi, ponieważ jednak dłonie miał splan1ione krwią - 
nie wiedział ile w nich jego krwi własnej, a ile ofiary. 
Długo patrzył na krwawe wnętrzności, także i na kre\\, która wciąż, już cienl- 
niejąca, wylewała się na nagie ciało Septyo1usa. Dopiero po dłuższej chwili zanu- 
rzył w tych wnętrznościach obie dłonie i szukał nio1i mart\\'ego serca. 


Jerzy AndrzejeJVski 


78 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Jerzy AndrzeJ.ewski 


Heliogabal 


(zachowane fragmenty) 


=,r: . 
v 
- 
- 
.... \ 
, 


- Okrucieńst\vo posiada pewne atrybu- 
ty dostojcllst\va, ponieważ obcy mu jest po- 
spicch. Jest natchnione ciekawością wyższego 
r Lędu, bowiem daje ofierze szansę stania się 
szn1atą, lub bohaterem. 


\ 


- .. 


, 


, . 


--... 


Jerzy Andrujewski 


Fot. Archiwum »KA» 


Heliogabal , jak zawsze gdy chciał roz- 
poznać przyjaciela, lub wroga - przechylał głowę, wspierając ją o lekko podnie- 
sione lc\\ e ranlię, i w tej pozycji zaciekawionego, lecz i też cokolwiek zdziwionego 
chłopca, obserwował swego współrozmówcę oczyma przymglonYll1i, choć niebez- 
piecznic innynli, jakby Sf:lłszowan\Tm spojrzenienl chciał go uspokoić i zmienić. 


- Czy ś"iat jest logiczny? 
loże? Lecz jeśli tak jest, a ja tego ujrzeć, ani zrozu- 
mieć nie potrafię, dlaczcgo nliałbynl nułpować to, czego zrozumieć nie potrafię. 


- Nawct kiedy jesteś przy nlnie całkiem blisko, wydaje nli się niekiedy, że cię 
wcale nic ma. 
- ]estenl zawszc - odpowicdział. 
- Ale bcz zgod}, bez pełnej zgody. 
- Zgadzam się nic na grzcch - odpowicdział cicho. 
- Coraz częścicj tracę rozcznanie, co jest we lnnie lepsze: miłość nliłości, czy 
nicnawiść gr7cchu. 


Czascn1 nli się wydaje, żc jestcś cicka\\.szy, a też i bardziej pożądany - nieobcc- 
ny, aniżeli jak teraz, gdy lcżysz w 1110ich rall1ionach. 


79
>>>
FILEROS 
SOEMIADA 


- \Vidzisz nlnie? 
Tamten tylko skinął głową. Heliogabal musiał się zmusić, żeby mówić wyraź- 
nie i wolno. 
- Najlepsi lekarze Rzymu powiedzieli, że jeśli odzyskasz przytomność - będziesz 
ocalony, będziesz żyć. 
I po chwili dodał: 
- Jesteś w bezpiecznym miejscu, tu - u mnie. 
Tan1ten wciąż milczał, lecz jego bardzo jasne, niebieskie oczy przytoll1nie wpa- 
trywały się w siedzącego na skraju łoża. 
- \Viesz, kinl jestem? - spytał Heliogabal ciszej, aniżeli chciał. 
Ponieważ spojrzenie wyrażało całkowitą niewiedzę, zawahał się. Lecz tylko 
przez chwilę, ponieważ zmusił się, żeby powiedzieć dobitnie, głośniej aniżeli 
chciał: 
- Nazywanl si
 Heliogabal. 
\V komnacie już wypełnionej jesiennym zmierzchem, zapanowała cisza, tym roz- 
leglejsza, że i z głębi pałacowych pon1ieszczeń nie dobiegał żaden dźwięk. Było 
przecież jeszcze dość jasno, aby Heliogabal mógł dostrzec, iż powracający do ży- 
cia opuścił powieki i w swym znieruchomieniu sprawiał takie wrażenie, jakby prze- 
stał oddychać. Heliogabal także milczał. On się mnie boi - pOll1yślał i poczuł przez 
moment, iż serce przestaje w nim bić, więc gdy niemal w tej samej chwili zamar- 
łe serce równie nagle gwałtownie poczęło rozsadzać pierś, powiedział głosen1 
zdławion\'m i ul)Twanym, jakby ostatkien1 sił biegł ku wciąż dalekienul celowi: 
- Nie bój się mnie. Jeśli w innych budzę strach, ty nie musisL się mnie bać. Zro- 
biłem wszystko, żeby cię wyrwać śmierci, lecz przywróciłeIl1 cię do życia przede 
wszystkim dlatego, żebyś mógł się nlnie nie bać. Żebyś chciał odpędzić" szelki. 
strach. 
ie chcę, żebyś widział we mnie cesarza, chcę być dla ciebie tylko imie- 
niem. A t\voje? 
- Dzisiejszej nocy mało spałen1, długo rozmyslałem. 
- Smutno, czy wesoło? 
- Rozmyślałem o szaleńst\vie. 
-Ty? 
- O dobrodziejst\vach szaleńst\va. 
-Ty? 
- Doszedłem do przekonania, że wszystkie niedostatki tego ś\viata, również na- 
sze \vłasne, stają się bez znaczenia, gdy przeciwstawimy im stan szaleńst\va. Wszyst- 
ko wówczas staje się usprawiedliwione: bezsens, przypadkowość, a przede wszystkim 
to, co niepojęte. A skoro tak jest - wszystko może przestać istnieć. 
- A t\vój Sąd Ostateczny? 
- Nie ma go. 
- To zaczyna byc interesujące. A grzech? GrzesLność? 


80 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
- Nie istnieje. 
- Żartujcsz! Cnót nic nu? 
- Żal ci? 
- A nliłość? Kochanic? 


I tu: st1
ona llieczytelna (43) } 


\Vszclk
l ważność określa jej prLeciwieństwo. Im nieważność silniej się zazna- 
cza, tyn1 jcj cień na ważność \\)'daje się mroczniejszy. 


22.11.82 

lan1 już lat tak wielc, że i przeszłości wiele. 
Obszary ogronlnc, wic;c możc i dlatego to co było ważne, maleje. To, co do 
nas dociera. To, co nieznaczne - kropelkę. [u 1 ers nieczytelllY]... nieobliczalnych 
przeobrażeniach. Żeby cisLa również. Najnędzniejszynl płaczem jest płacz nad so- 
bą. Lccz tcn, który płaczc, nic wie o tym, i to go usprawiedliwia. 
\Vciąż nie mogę zrozumieć końca, więc pewnie dlatego nie mogę zrozunlieć. 
Kiedy jcszcze nic \\ icdziałcnl, co 7naczy cicrpicnie, potrafiłem cierpieć, choć nie 
wiedziałem, żc to już to. 
Kropla po kropli \\)'cieka ze n1nic życie. 
ie mogę wyciągnąć ku niemu rąk i za- 
\\"ołać: Trzyn1aj siC;! Śn1ierć siC; toczy, jak życie. 


Jerzy Andrzejen 1 ski 


J
rz.'ł A"drzrjfl/'ski 


Fot. Archiwum J(.A. J 


SI
>>>
11 Jg e11t1 SZY1na11ska 


Mój przyjaciel Jerzy 


Jcrzy AndrLcjcwski był jcdnyn1 z najbliższych moich przyj
1CiÓł. P07lułam go w 45- 
tYI11 roku jcszcze w łódzkiIl1 "Czytelniku", gdzic poja\\ ił 
ię po wydaniu jcdl1cj z picrw- 
szych" waźlwch" pOLycji czytclnikowskich, tomu opowiadall ,,
oc". Jak pr7C\\ aL nie 
pisarzy zlunych mi z no.1zwiska przed \\'ojn
} - Jcrzy dostał przccicż za "Ład scrca" 
n
lgrodę n1łodych Polskicj Akadcn1ii Litcr
ltury - otoczyłan1 go z 111iejsca szacun- 
kien1 i czyn1ś \\ rodzaju opieki. 


--- 


, 


- 


.-.°1 


-ł--- 


. 


. 


DNOO [NIl 


. 


...,.. 


..- 


. ....".. 


. . 


1 


-- 


\- 
\ 


, 
o- 
\. , 
f 


.. 


- 


-=- 


" 


-..... 
-
 

 -........ 


--...... 



 


Ir
Y A"drzcjcwski 


Fot. ArclJiu"I1n ,K.A. " 


Do pierwszego dłużs.lego zetknięcia z JerzYITI dos7ło w Berlinie w 51-s7ym lub 
52-gin1 roku, kiedy byłal11 tam attache kulturalnyn1. Pr.lyjechał do NRD (jU.l dru- 
gi raz) z większą delegacją, wygłosił pr Len1ówienic - 0.1 rac/cj wygłosił je tłulnacJ; 
_ upan1iętnione tyn1, 7e nic 7najo.}C ani słowa po nien1iecku, zawoła I lU .l
lkollc7e- 
nie "Niech żyje prezydent \Vilhcln1 Piecyk.". POdC7o.1S tego krótkiego pobynl pr7Y- 
padł do serca mł(xiziutkiej zno.1kon1itej skr.l
po.1C/ce polskicj. Kiedy w pociągu - jechałam 
z całą grupą do \Vars.lawy - pr.lyszło.1 mi się zwierzyć, PO\\ ied7io.1łam jej S7c/er/e, 
Le nawet niczale7nie od 70ny i dzieci, Jerzy nie jest właściwym obiektcn1 jej ITIi- 


* pra\\idłowo: Wilhelm Pieck (lX76-1960). niemiecki d/.ul.1u komwUst}'c/n}'. od (lJ4lJ r. pre/rlknt 
RD. (red). 


82 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C .l 
 Y
>>>
łości. Nie była to szlachetna intcrwencja i Jerzy do" iedziawszy się o niej, miał do 
mnie urazę. Wdzięczny był mi młody polityk, który miał niebawem ożenić się ze 
skrzypaczk
}, a poten1 zrobić w PRL-li wielką karierę. 
W dzicnniku Jerzy notuj c wrażenia z ulic Berlina, a od czasu do czasu wtrąca 
liryczną refleksję, jakby n1otto do przyszłej powieści: "Do ciebie się tęskni, kiedy 
cię nie ma i kiedy jesteś". 
W roku 1952 Jcrzy przeżywał już rozterki natury ogólnej i osobistej. Kończyła 

it' P dna afirn1ac J . a rzccz\'wistości - szukanie feudała" to znacz" wiary g odne g o 
't' J ", J. 
autorytetu. ZaczYl1a "myśleć, wątpić i cierpieć". Ucieczka w sen staje się jedynym 
ratunkicm przcd wątpliwościami w słuszność własnych ocen. Jeszcze w czerwcu 50- 
go roku uczestniczył w zbieraniu podpisów pod Apelem Sztokholmskim, w lipcu 
był w Bcrlinic na Zjeździc Pisarzy Nien1ieckich z Jastrunem i Tadeuszem Borow- 
skim. Jeszcze pochlebia n1U zawarcie znajomości z Fiedinem, czy przyjęcia u pre- 
zydenta Piccka, choć całkowita nieznajomość niemieckiego utrudnia mu kontakty 
z ludźmi. Gardzi zachodnim Berlinem, gdzie ludzkie życie sprowadza się do sek- 
su i zaba\vy, podczas gd} ,,'C wschodnim jego treścią jest praca. To, że na zacho- 
dzie dobry dzienl1ikarz zarabia tyle, ile stu robotników na wschodzie, świadczy oczywiście 
przeciw Zachodowi. Tak samo jak, błyszczący luksus, a nawet mnóst\vo przekła- 
dów powieści na wystawach księgarskich. 
iebawem zaczną się rozterki, lecz roz- 
terki to jeszcze nie bunt. 

l to czas przyjdzie dopiero za dwa lata. 
\V 'It)'czniu 53 przysqpiłam do pracy \\ PI\V-ie. 
loje dawne mieszkanie na Fra- 
scati było zajęte i to nie przez byle kogo, bo przez n1łodziutkiego pisarza - Ta- 
dZj
l Konwickiego z niedawno poślubioną śliczną żoną. Zamieszkałanl więc na razie 
na pi
ltyn1 piętrze w Bristolu. \Ve wszystkich pokojach na tyn1 piętrze czekali na 
micszkania pisarzc, dziennikarze, pracownicy MSZ-etu. 1\lój ówczesny mąż Zyg- 
munt jeszcze był w Berlinie - n1iał \\ rócić za parę lniesięcy. Obok mnie mieszka- 
li 
Iirosław Żuławski, Jaron1ir Ochęduszko i przede wszystkin1 Jerzy Andrzejewski, 
ktory przyjcchał Le Szczccina, żeby objąć redakcję tworzącego się wbśnie "Prze- 
gł.l du kulturalncgo". Były to dla niego miesi
lce burzliwe. Jeszcze nlyślał, że na- 
pisze dalszy ciąg "Zadutków", jeszcze nie wstydził się "Partii i twórczości pisarza", 
jeszczc chciał być najlcpszyn1 kon1unistą, delcgatem na Zjazd Partii, członkien1 
władz partyjnych. Ale dostrzcgał już, że nie wszystko jest w porządku. Zaczęło 
się to, moin1 zdanien1, od zebrania ZLP z okazji trzydziestolecia opublikowania 
pierwszego ton1U nowel prze7 
larię Dąbrowską, gdzie Jerz
, pełen czci dla pani 
!\larii (jcgo li:licci nazywały się 
lJrcin i Agnieszka, jak bohaterowie "Nocy i dni"), 
I wygłaszał przen1ówienie. Zcn1dlał pod koniec, nie z tremy czy napięcia: przestra- 
szył się, żc powicdLiał coś nic7godncgo z linią partii. Siedziałam potem przy jego 
łóżku i uspokajałam go, żc "cale nie przeciw nien1l1 szeptała Janka Broniewska, 
ówczesny sekretarz organizacji partyjnej ZLP, z Pawłcnl Hotł01anen1. 
Od tcgo zCludlcnia coś się \\ nilu jakby ocknęło. \V styczniu - wciąż jeszcze 
mieszk1Iisn1
 \\ Bristolu - ogłosLono wyrownanic cen. Potania
' obrabiarki, po- 
drożała i:)'wność, komunikacj..l i tckstylia. Jcrzy był zgorszony, zwłaszcza, że na- 
lwano to "w\'równanicnl". \\'kn1tcc potcm napisał ,,\Vielki Lament Papierowej 


83
>>>
Głowy", ostrą satyrę na kłan1stwa propagandy. Nie chciał jeszcze z partii wystą- 
pić, ale już chciał ją reformować. Byliśmy tej jesieni obojc w Zakopancn1. Tam Je- 
rzy przeczytał nam - Karolowi l\lałcużYI1skielTIu i mnie - 

Lament" i tan1 
u "Jędrusia" rzucił na bufet legitymację delegata na Zjazd PZPR- mający odbyć 
się w 54 roku. Legitymację zabrałam, żeby się nie pętała, lecz dobrze wiedziałam
 
choć jeszcze tak Buło doświadczona, że Jerzy będzie teraz innyn1 człowiekiell1. 
I tak się stało. "Lament" to powiastka polityczno-filozoficzna. Następne OPO\\ ia- 
danie "Złoty lis 

, to gwałtowne rozstanie z socrealizmem, hołd dla wyobraźni, 
nugiczny obraz świata. Nic dziwnego, że w ZLP wybuchła o tę opowieść awan- 
tura, pamiętan1 ataki partyjne, byłam na rynl zcbraniu, ale Jerzy już nie mdlał. Zmie- 
nił się i wcale się nie przejmo" al. 
\Vciąż był członkien1 partii, ale tliło w nin1 zarzewie buntu i przed c wszystkim 
chciał wiele znuenić. 
Tymczascl11 oboje \\)prowadziliśmy się z Bristolu. Jerzy na Pragę, na róg Zyg- 
muntowskiej i Jagiellollskicj
 gdzie z czasen1 na schodach stać będzie nidy ubek, ja 
- na Plac Konstytucji, już z Zygll1untem i naszą córką ]asią. Przyjaźll z Jerzyn1 za- 
cieśniała się. Nabraliśmy zwyczaju codziennych rozn1ów por..1nnych przez telefon. 

iekiedy budzi się we n1nie cicha nadzieja
 że rOZnl0\\Y te były nagrywane - jak 
wymyślił to sobie w " Podsłuchu " Filip Bajon - i że gdzieś w archiwach dawnego 
UB są taśmy z nagraniami. Bo były to rozmowy napr..l\nłę ciekawe. l\Iówiliśn1Yo wszyst- 
kim - bardzo nieostrożnie, ale właściwie nigdy nie byliśmy ostrożni - o świecic, 
o Polsce, naj\\ ięcej o planach n\.órczych Jerzego i o tym, jak znucniają się znajo- 
mi. Zwyczaj takich rozmów przetrwał do ślTIicrci Jerzego z przerwami n..1 wyjaz- 
dy; czasem zresztą w Zakopanen1 czy Oborach bywaliśmy razem. Dużo przy J crzytl1 
przeżyłam zdarzeń: śmierć Stalina i jej konsekwencje, w późnicjszym okresie po- 
wstanie i likwidację pisma "Europa 

, wystąpienic tak zwancj grupy "El1ropy
" z par- 
tii (ponieważ byli to moi przyjaciele, związane z tym było usunięcie n1nie zc 
stanowiska redaktora naczelnego PI\łv-u), list Jerzego do Goldstueckcra. N..1 razie, 
w 1954 roku, Jerzy po powrocie z nad morza i kilku dniach spędzonych pod zna- 
kiem sześćdziesięciolecia Iwaszkie\\icza 7ali się w dzienniku na kłopoty z forn1uło- 
waniem myśli, choć w gruncie rzeczy oprócz właślue Jarosława - potrafiąccgo 
wszędzie, nawet \\' jadącym pociągu czy autokarze, pisać niemal bez skreśleń - nie 
znałam nikogo, kto przy ogromnej dbałości o styl i poetykę własnych un\'orcJw, 
umiał pisać tak szybko, jak Jerzy. Nad pomysłem i koncepcją n1ęG'ył się długo, pi- 
sał wręcz błyskawicznie i sknlPulatnie utwór szlifował. Sam zresztą to o sobie \"ic- 
dział i często się chlubił tempem S\vojej pracy. Zbliża się do c7tcrdziestu pięciu lat 
i wydaje to mu się już starością. \V okresic pisania "Wojny skutccznc( bic7ącc pro- 
blemy pańsn\.owe były jego sprawan1i osobistyn1i; tcraz to n1inęło. Zbudziły się w nim 
"diabły zwątpienia". Martwi się, żc nie pozwolono Rotbaun10\\ i \\)'sta\\'ić tcatral- 
nej wersji "Popiołu i diamcntu" wc Wrocławiu. Czyta Hcn1ingway'a, n1}'sli o 7..1. 
braniu się do powieści miłosncj. Coraz wyraźncj widzi, żc w kulturzc "bcrmanowskiej" 
źle się dzieje. "Vbrew poprzednin1 ambicjom, nie chce być wybrany delegatcn1 n..1 
zjazd partii. Irytuje go małostkowość ludzi, których ciągle jeszcze szanuje. Picf\\ 


84 K \V A R T A L N I K I A R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
szy raz od wielu lat chce głosić "swoją własną prawdę". Pisze wciąż o planach nvór- 
czych, o pomyśle do nowej powieści, przejęty jest bardziej sztuką, niż polityką, bar- 
dziej pięknem, niż szarością życia. Inaczej, niż wymaga partia, chce oprzeć się na 
wiecznych zasadach sLtuki, nie być n\'órcą jej socrealistycznej imitacji. 
Dużo jest w tych notatkach wspomnień, Jerzy wie, że więcej myśli o sobie, niż 
o bliźnich, ale śll1ierć Zofii Nałkowskiej przywołuje w jego pamięci tę "wspania- 
łą damę"; rozmawia parokrotnie z matką Marka Hłaski; uczestniczy w Radzie Kul- 
tury i Sztuki, \\' zebraniach redakcji "Przeglądu" - spotkania te uważa w sumie za 
nudne i jałowe: "Nasze czasy są dostatecznie pijane, aby człowiek musiał być trzeź- 
wy". Jeszcze w ubiegłym roku nie doszedłby do takiego wniosku. Wokół wyda- 
nego \\ 1955-tym roku \\' PI\V-ic tomu opowiadall "Złoty lis" robi się szum - 
chwali je Janek Kott, zarzuca im "niepartyjność" Leon Pasternak. Z notatek Je- 
rzego widać, jak bardzo jest spragniony uznania i jak mało właściwie cieszy się, 
kiedy go zaznaje. 
Główną sprawą staje się teraz miłość - gorąca, burzliwa, nieufna miłość do Mar- 
ka Hłaski. Ośrodkien1 jego myśli, depresji, smutków, niepokojów jest nagłe zni- 
kanie 
Iarka, ale jeszcze ważniejsze jest przygnębienie, jakie w związku z tym Jerz) 
san1 przeżywa. Nęka go lęk przed utratą zaufania, utratą wiary \\' całość miłości. 
\V 55 roku Jerzy już dobrLe wie, że zbankrutowały jego wielokrotne próby wspar- 
cia się o konkretną ideologię, wszystko mu się usunęło spod nóg, stało się nie tyl- 
ko obce, ale wręcz nienawistne. Zaczyna się prawdziwa odwilż, ale min10 to nie 
udaje mu się \\ "Twórczosci" wydrukować "Lamentu Papierowej Głowy". 
\V tej epoce dużo czyta i sięga do różnych lektur - od "Faraona" i 
larco Po- 
ło, do Hercena, ,,
bnon Lescaut", "Salammbo" i "Pałubv" Irz\'kowskiego. Sta- 
., 
 
r
l się przebywać w świecie książek, a nie rzeczywistości. 
\Viosną 57 roku jedzie L Jastrunen1 i \Vażykien1 do Jugosławii, \\' pierwszej od 
48-ego roku delegacji polskich pisarzy. \Vczesniejszych jego listów ze Szczecina i \Vro- 
cławia nie zachowałam, a z Jugosławii również nie wszystkie. 
o cóż, nie będę się 
usprawiedliwiać wrodzonyn1 mi opt)'ll1izmem i wiaq, że wszystko będzie trw
lło 
wiecznie. Biję się w piersi Z
l nOl1s:ralancję i wdzięczna jestem niezn1iernie Alinie 
Kowalczykowej, ktora ponad dwadzieścia lat temu wydostała ode n1nie na szczę- 
ście sporo nieuporządkowanych listów i wł.}czyła je do swoich zbiorów, a teraz da- 
ła mi ich wydruki. D:rięki temu mogłam napisać wspomnienie o Jarosławie i Ksawerym. 
A tera? - to tak w
lżne dla n1nie wspoll1nicnic o Jerzym Andrzejcwskin1. 
Alnóstwo kartek i listów przyjd.lie w 1959 roku z Paryża, przeważnie z rysun- 
kami - Jerzy L zap
lłcll1 rysuje duszki i diabły. Jakie to zabawne, że z dwójką mo- 
ich przyjaciół - z \Visławą Szymborską i Jerzym Andrzcjewskinl - łączyły mnie 
zamiłowania ludyc nc. \Vs:ryscy troje lubiliśn1Y się ba\\ić, nawet w gry towarzy- 
skic tego typu) jak "zielony trup" czy "kimby bd, gdyby był kwiaten1" - gdzie in- 
dziej napisLę o tyn1 lbs7crnicj. Łatwo zaraialismy tym innych gości w "Astorii" 
C7Y "Halall1ie" (do d.zis pan1ic;t
111l, jak śll1iał się Zbyszek BieI1kowski). 


8:;
>>>
\V zwi,}zku z zamkni;ci
m "Europ
 "
 jeszcze przed wydanicm jcj picr\\'s:tcgo 
nun1eru, wszystko st..lje się polityką. 15 listopada 1957 roku Jcrzy przcstaje pra- 
cować w "Przegl,}dzie". Rano był u l11nie \\ PI\V-ie. Potcm ostatnie spotkanie w re- 
dakcji i cała grupa postanawia wysqpić z partii (Paweł Hertz i Julek Żuławski S,} 
już poza nią). 

limo swojego nowego statusu Jerzy ma mnóstwo zajęć. Nawet ja go proszę, 
żeby był podczas wizyty w PI\V-ie 
1ichała Choromallskiego, autora "Zazdrości 
i medycyny" i jego żony, tancerki Ruth Sorel (n1iło mi, że pisze "urocza jak za- 
wsze Irena"). Poza tyn1 wciąż dużo czyta, chodzi do kina, teatru i na koncerty, 
na kolegia i kon1isje, co swiadczy o rozmiarach odwilży. Ciągle jednak skarży się 
na brak sił, zwłaszcza na Zjeździe Literatów w Poznaniu, 7 grudnia. 
\Vielokrotnie wraca w notatkach do powieści Lan1ierzonych, ..Ile nigdy nie ukot1- 
czonych; coraz częściej poj..l\\ ia się w nich Andr Lej \ V ajda, ale najczęściej chyba wy- 
mienia Tomasza 
lanna, którego postać i twórczość coraz bardzicj go f:lscynują. 
Pisze też dużo o naszych wspólnych wizytach u 
1arii Dąbrowskiej w Kon1orowie. 
\V listopadzie 1957 roku Jerzy złożył na ręce Janka Strzeleckiego (minlo funk- 
cji sekretarza POP-u, jednego z najszlachetniejszych znanych in11ud7i) legityma- 
cję partyjną z następująCytl1 listcm: 


Od długiego czasu moja pr::.ynależllość do partii b)'ła f.-vlko formalna. Nie opłaca- 
łem składek, nie brałem prawie udziału w::.ebraniach, moje ostatnie utwory zawie- 
rajq Jviele myśli sprzecznych z obowiązujCf:cq doktlJ'llq Partii. 
Różne w::,glrdy powstrz}'lłl w vwa(v mnie w ciągu miniou}'ch dwóch lat przed JvystCf:- 
pieniem z partii. Chciałf1łl przede wsz},stkim uniknąć kroku, który moglby być rozu- 
miany jako manifestacja polit.."czna. Tymczasem przy wszystkich Jł'qtpliwościach 
ideologicznych nie b)'łem, nie jestem i nic chą być, szczególnie po paździtTlziku, uwa- 
żany za przeciwnika politycznego. Gdyby zgoda polityczna bw"ła wystarczającq racjCf: 
dla przynależności partyjne): mogłbym z cz."stym sumieniem JJ1 partii pozostać. ]CJtf11l 
jednak pisarzem i w tej dziedzinie istniejq bardzo poważue rozbieżności pomirdzy 
poglqdami Partii i poglCf:dami moimi. 
Dobrze stało sir, że na X Plenum otwarcie i jasno sformułowano to, c::.ego Partia 
domaga sir od swoich członków i również od pisarzy part..vj1l)'cb. Dzięki temlt, że kie- 
rOJvnictwo partyjne postaJviło te spraJl'." jawnie i bez niedo11lowiel1 -moje dotychcza- 
sowe opory przed wystąpienie1ll z Partii tracq swój sens, istotne ::.aś i dfC)'dujqce jest, 
że nie mogę być uważany za pisarza part..vjnego. Z tych wzglfdów p1
oszf niniejszym 
o skreślenie mojego nazwiska z listy członków Polskiej Partii Robotniczej. Numer mo- 
jej legitymacji: 1436996. 


Jakże anachronicznic brzmi ten list, tak wowczas ważny i scnsacyjny. 
ien1al 
jak fragmcnt ze "Zmierzchu Cesarstwa Rzynlskiego" Gibbona, a nic \\)'darzcnie 
z naszego ZYCla. 
\V kwietniu 58 gotO\\1' jest sccnariusz "Nicwinnych CzarodLiejow". Jerzy du- 
żo pije, sporo jednak w t\'m okresie pracuje. Pall1iętanl tcż jego ówczesne iluieni- 


86 K \V A R T A L 
 I K I A R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
ny, na kt{}rych Zygmunt 
1\'cielski, 
l.1rcin Czcrwil1ski, Paweł Hertz, Andrzcj Bo- 
narski, Kazikowic Brandysowic, Ruta Osmai1czyk, 1\lic;d7yrzeccy, jeszcze kilka 
osÓb. 
W połowic tcgo roku, po \\)T7uceniu mnic z PI\V-u, (wr6cibm do "Czytelni- 
ka" na z-cc; rcdaktora naczelnego \\)'łącznic do 
praw przekładów - czego zresz- 
tą hynajll1niej ani ja sama, ani mój szef: Ludwik Krasiliski, nie respektował) Jerzy 
przychodził dość C7ęStO do nasLcj kawiarni, alc codziennie rozmowy teletonicz- 
ne trwały nadal. 
Znowu w ()borach z..lhiera siC; do pisLlnia w niesłychanym tempie "Rajskiego Pta- 
ka", a potcn1 "Niby Gaju", ktÓry mnie dedykuje. \V kOlku sierpnia 58 wraca do 
"Branl luju". Zdar7a sic;, że z przerw..} obiadową pisze od dziewiątej rano do siód- 
mej wieczorell1; tak dużo nigdy jeszczc nie pracował. "Ciemności" wydają u Knop- 
fa w Stanach ZjednocLonych i w Anglii (bardzo jest przy tym czynna żona naszego 
ambasadora A1ira 
lichałowska, Lnana pisarka). Teraz jednak "Bramy Raju
' posu- 
wają się powolutku, zaledwie o kilkanaście słów dziennie. Żeby nie wyjałowicć Je- 
rzy mnostwo czyta, intcresujc siC; N01tPellf Vague-modnymi tr..lncuskimi pisarzami, 
Nathalie S..lrraute, Butorem, a zwbszcza Robbe-Grilleten1. 
iewątpliwą przyjem- 
ność sprawiaj
lll1u tłum)' na jego spotkaniach autorskich - \\' Poznaniu na "czwart- 
kach" czy \\' Toruniu. Pod konicc listopad..l wspomina wieczór z Alarysią na nowyn1 
progr..lll1ic "Stodoły" - ,
znu7enic w młodości, pełnej prostoty, uroku i sn1utku". 
Jcd7ic do ()bor, gd/ic C7ęsto go odwicdzam. Okazuje się nawet, że wcale nie 
przcjn1l1jc siC; tylko sobą, bo zauważył, żc je
tem zmęczona i mizerna. Nie pije
 
nie możc pisać, właściwc tylko czyta. Zachwyca się nO\\)'lni wierszall1i Broniew- 
skicgo, ost..ltnimi wicrs7..11lli Statt:l, lirykami lozal1skimi, alc nic ma w nim twór- 
czcgo n..l
du. Pr..ll.lljc tylko nad scenariuszcm z "Popiołu i diamcntu" razeln z młod
m 
And.rl"cjcn1 \Vajdą. Konicc prawd7iwcj odwilży Z..lznacza się zatrzyn1..lniem w Pol- 
sce "Cn1cntarLY" Hbski, ktorc \\ydajc "Kultura Paryska". 
\Y 59 roku, po trl"cch 111icsi..}cach codzicnnego picia, nareszcie przef\\'a i powrót 
do "Bran1 Raju". Dopicro tcra7 wic JUL dobr7c, co i jak m..l piS..1Ć. Byle tylko prze- 
L\\1'cic;życ str..lCh pr Lcd picf\\-szym 7.hnicm - mó"i mi bez śladu pe\\ ności siebic. 

lęc7Y sic; tak, L.C "gdyby cfekt kOllcowy od tcgo z..lleżał, stworzyłby arcydzieło". 
Znowu jestCl11 w Oborach i czyt..lm L l"ach\\ ytcm kilk..lllascic stron "Bral11" . Jerzy, 
odpn;l'ony, kibicuje: Ilall1- .\.ntonicmu Słonimskicmu, Jankowi Brzechwie, Jur..ln- 
doto\\'i i n1nie pr7Y l1aSLcj ulubionej tcraz grze - "królu" z boc7kami. 
\V 1960 roku nas c ronnow\, sa Cl"c;sto smutnc. Nicn1al \\ każdej powtarza
 że 
. .. 
jcst pusty \\ srodku i mc umie tcj pustki wypclnic. Ale znacznie ostrzcj widzi cu- 
dze błC;dy. Nic bc' S..ltyst:lkcji krytykujc ,,
liC;d/y \Vojnami" KaLill1ierza Brandy- 

a - jakby nie: p..lJl1ic;tał, /c '\..1111 ma n..l sumicniu \\iC;ksLC grzechy i gorsze pon1yłki 
nil' tc l' ('l"łowick nic U111icra 

 7 ktorego wznowicni..l san1 Brand\'s z \\'łasnc J . wo- 
" , 
 . 
li zrczygnował. Pamic;ta tylko, żc 

gorLki wstyd utrudnia kł..lll1stwO'
. 
\V notatkach' 1961 roku \\"spomin..l przyjcmny \\ icczór li mnie w domu z Jan- 
kicm Kortcm, P..lwclkiclll Hcrt cm i 

oczywiscic'
 Rysicll1 
1atllszcwskin1 - było 
to jcs c/c pr7ed n..ls/yn1 slubcm, ale \\TLl1.lCl"yliśmy ju/ jcgo dat
. A 13 wrzcsnia 


87
>>>
1961 pisze: "Opowiadała n1i dzisiaj Irenka Sz., że kiedy w l1iedzielt; oglądała w te- 
lewizji transn1isję przen10wienia GOl1Ulłki w okazji Świt;ta Chłopa, w pewnym n10- 
n1encie zacz
}ł padać deszcz, wowczas ktoś okrył sobie głowę gazetą zwinięt.} 
w stożek; natychmiast inni poszli jego śladen1. Nic nie podobna \\)'myślić, żeby 
życie tego od razu nie potwierdziło
'. 
Nie unika dalszych i bliższych podróży po polskiej prowincji od Rzeszowa do 
Olsztyna, a pod koniec lipca odbywa niezbyt ciekawy rejs statkiem do Leningra- 
du. Pisze niewiele i z zachwytem powtarza n1i zdanie profesora Elzenbcrga: "Pi- 
sanie zdani.ln1i krótkin1i idzie zawsze w parze z osłabieniem funkcji n1yślenia: kto 
m\'śli, n1usi zawsze n1\'śl organizować". 
. . 
 
\V sierpniu 62 ]erZen1l1 po raz pierwszy przychodzi do głowy tytuł "łvliazga", 
o czyn1 n10\\ i n1i z przejęcien1, choć jeszcze niepewnie - na r..lzie podoba mu się 
tylko tytuł. 
la dopiero 53 lata, ale już nęka go obsesja starzejącego się ciała. \Vciąż 
jednak łatwo się zachwyca, czasen1 nawet nienajlepszynu utwor
lI11i. A poten1 zno- 
\\"lI czekanie i picie. Szykany i zakazy dla pisarzy, którzy wystąpili z partii. 
\V notatkach z tego okresu jest sporo polityki - Chiny, Albania, Chruszczow, 
zmiana nazwy Stalingradu na \Vołgograd, a także uwagi o drukowanych w "Prze- 
glądzie Kulturalnym" \V 62 - gin1 roku "Prz
 godach Człowieka 
1 yślącego" Dą- 
browskiej, o joltr fix/ach u Ireny Krywickiej, która na pierwszy czwartek 111iesiąca 
zapraszała wielu swoich bliższych i dalszych Zl1..ljon1ych. Poza tym p0I11ysły kom- 
pozycyjne do 111g1istej jeszcze "Aliazgi". 
63-ci 64-ty rok to już czas intensywnej pracy nad 
,
liazgą", choć nic jcSZC7.
 
nie jest ustalone. 2-giego sierpnia wieczoren1 rozmawia zc mną długo o tej nowej 
książce, a nazajutrz z Leszkiem Kołakowskim, ktory dopomógł n1U w ukonkrctnieniu 
postaci Ksawerego Panka. 
lnożą się jednak kłopoty, a Jerzy nla zepsuty telefon, 
więc choć niezbyt chętnie, przychodzi skarżyc siC; do "Czytelnika". Kłopoty są na- 
wet ze "Skaczącym", choć, zdawałoby się, to powicść politycznie niewinna. I LC 
słownict\\.em erotycznyn1 - okresy prudcrii \\ PRL wracają rcfi.cny. 
Zajęcia, troski, przyjcmności Jerzego składają się na panoran1ę ówczcsncj lite- 
rackiej \Varszawy. Cieszy się dowodami syn1patii ludzkiej, n111Óst\\"elTI tclcf()I1C\\ 
po ukazaniu się "Idzie skacząc po górach"" 63-cin1 roku, nawet życLcnian1i no- 
worocznymi. \V czwartek 31.XII notuje: "A zaraz po północy, zgadnic z wielo- 
letnin1 zwyczajem, Irenka Szymańska". Otacza go wielu ludzi: \Virpsza, Ewa 
Fiszer, Międzyrzeccy, \Voroszylscy, dużo l11łodych. 
Często nie ma teraz ochoty utrwalać lnyśli i przeżyć. Strcs ten w osobliwy spo- 
sób łączy 
ię z pychą (\\'zmoże się to w 1982 roku, po nagrodzie Nobla dla 
li- 
łosza). 
ierzadko pisze o bal1alnych kłopotach paszportowych, już nic grolnych, 
ale nękających, o lekturach - Schatlic i KołakowskiiTI, monografii Dantcgo, cza- 
sen1 wraca do "Miazgi". \V 66-tym roku sam okrcśla siC; .lntykartezj..1I1sk..} dcwiz..}: 
"Despero egro sum". 
\V 1967 roku, leżąc dłużcj w szpitalu, piszc w szybkin1 tcmpic "Apelację'" któ- 
ra to, pozornie najprostsza, PO\\ icść Jerzego, wynlagała l1.ljwi;kszcj chyba lic7b) 
popra\\ek stylistycznych. 13 listopada wiec70relTI u sicblc w domu przcc.
ytat nam 


88 K \V A R T A L i\ I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
z Rysiem kilkanaście stron i przyniósł mi ją nazajutrz do "Czytelnika". Mimo usil- 
nych starall, nic udało si
 jej wydać. Określono ją jako komcntarz do przemówie- 
nia Brcżniewa, który należałoby zatytułować: "jak się szyje historię dla własnych 
potrzeb". "Apelacja" ukazała się w Bibliotece "Kultury" w Paryżu w 1968 roku, 
a w Warszawie dopiero w 1983-ciI11. 
Nadchodzi ważny rok 68 - zdjęcie "Dziadów", bunt studentów, marcowe wy- 
sqpienie Gon1ułki. \Vysłuchałam go \V Gdyni, w drodze do Stanów Zjednoczonych, 
na postenlnku milicji, gdzie odsta"iono nas na przesłuchanie, kiedy patrol milicji 
stwierdził, że w prowadzonyn1 przez Rysia samochodzie znajduje się jeden literat, 
jcdna studentka (n10ja córka, Janeczka) i jedna osoba z paszportell1 do Stanów. 
Po powrocie ze Stanów, 8-go czerwca, już w Sopocie, spotkałam się z Al1tonim 
Słonin1skil11, który streścił n1i to, co się tu mniej więcej działo i jak zachowują się lu- 
dzie. Bo ludzic podzielili się na moczarowców i ich przeciwnikó,,'. Na szczęście 
wśród n10ich przyjaciół moczarowcó'" nie było. A Jerzy podjął akcję najpoważniej- 
SZ,}. \V sierpniu, po intef\\encji także i polskich wojsk w Czechosłowacji, napisał list 
do Edwarda Goldstueckera, ówczesnego prezesa Z\\iązku Pisarzy Czechosłowackich, 
przekazuj.}c n1U wyr
lzy solidarności. Po tym od",ażnyn1 i szlachetnYlll liście Jerzego 
in\\igilowano. Na podcścic schodów - micszkał na pief\\ szym piętrze - wymieniali 
się ubecy - jednego, rudego zapaIuiętał.un najlepiej. Ponieważ po pobiciu Kisielew- 
skicgo własciwie pr Lestał wychodzić z dOn1l1, żeby go rozef\vać, przynioslan1 mu wie- 
le wydanych przez n Czytelnika 'ł' ton1ó'" dzieł Balzaka w zielonych obwolutach. Jerzy 
odniósł się do tego najpief\v bez entuzjazmu - zdawało n1i się, że wszystko dobrze 
p,lmięta, kiedy jednak zagłębił się w pief\\'szy ton1- był to bodaj "Jaszczur" -lektu- 
ra pochłonęła go nien1al bez reszty. Przez następne kilka miesięcy w codziennych roz- 
mowach tclefonic
nych n1ówiliśmy zgodnie o Rastignaku, V.1utrinie i baronowej de 

ucingen, .1 kiedy na\\iązywaliśmy o aktualnych zdarzen, Jerzy szybko cytował 
z przedn1o\\)' Boya słowa Balzaka: n\VróÓl1Y do rzeczywistości, n1ó\\in1Y o Eugenii 
Grandet" . Bylall1 pewna, że nasze rOZn10\\
' są nagrY"'aI1e i ubccy uważają je za szyiT. 
Jaką uciech,} byłoby odnaleźć te nagrania \\. ubeckich archiwach! 
\V sobotę 23.1.1971 09.10 wieczorem umarła żona Jerzego - 
larysia. Zawia- 
domieni pr7el Agnieslk
, natychmiast zjawiliśn1Y się u niego oboje z Rysiem. Po- 
trzcbna mu była" tych sn1utnych chwilach nasza obecność. Po ciężko przeżytej 
śmierci 
lar\'si, Jerzv znuenił tryb ż"cia. Często \n'chodził z don1u, chciał prze- 
. . ... . 
bywać / ludLmi. Jest u mnie z Lisowskin1, z nami i z Julią Hart\\ ig (Artur jest \V Sta- 
nach) u Kijowskich, spotyka si
 z 
lycielskin1, z Pa\\"lem Hertzen1, z l11łodYll1i - 
Bajonell1, Liber.}'t K0111arc111. 
Bywam li nicgo co najmniej d".,l r
lZY w tygodniu. \Vciąż tf\\.ają echa n1arca - 
\, śród nowej cll1igracji jest n1nostwo znajoll1ych, często rozn1a\\"ian1Y o różnych 
i niebagatclnych zn1ianach, Jerzy notuje ważniejszc spotkania towarzyskie, na 
przykład 22 kwietnia: "Kolacja u Ireny z księdzcn1 T\\'ardowskin1, Kijowscy.". 

adal popra\\ia n
liazg
'ł' - zwłaszcza życiorysy - i prowadzi rOZn10\\
' w spra- 
wie jej \\)'dal1ia zAndr ejcm \V,lsile\\'skim \\ PI\V-ic. \Vbści"ie ,,
liazga" jest \\' 1971 
roku ukollczol1.l i w nuju 71 przystępuje do pracy nad dran1Jtelu, który nazwie 


89
>>>
"Pron1eteusz". \V koncu n1aja PI\V przyjn1uję skr6con..} wersję "Miazgi", po re- 
cenzjach wewnętrznych, n1iędzy inn\'ll1i n1ojej. 
Ówczesny kierownik działu kultu
' w KC Aleksander Syczewski, kazał dać l11i 
ją do recenzji - bylall1 przecież w zarządzie "Czytelnika" i \\ partii. "Niech pisze 
- oświadczył - jest tan1 wielokrotnie \\)'n1ieniana". Nie wien1, 1110Że nawet prze- 
widywał, że to wlasnie z Jerzyn1 będę tę recenzję uzg..l.iniała. Jerzy lat\\riej, niż in- 
ni pisarze, godził się na skrot)' , żeby tylko książka, którą cenił, dotarła 110.1\\ et 
\\' gorszej postaci, byle bez groznych zn1ian, do rąk polskiego czytelnika. 
Niezależnie od intensywnej pracy dużo czyta i ciągle potrafi się zach\\)'cać, co 
lubię i podziwian1. "Od tygodnia jedyna lektura «Odyseja». Boże, jakie to pięk- 
ne", notuje. 
\V pierwszych dniach czerwca 71 kOr1czy już "Pron1eteusza". Jeszcze go po- 
prawia, ale w n1iesiąc napisał cały drall1at. 1 od razu zabiera się do wykallczania 
scenariusza "Niewinnych Czarodziejó\\ " . 
\V dzienniku dziwi się, że \V NIS\V odbywają się przesłuchania w sprawie 7.1b6j- 
stwa Gerharda, niewątpliwie intrygi ubeckiej. l\rtnie także przesłuchiwano \V tej spra- 
wie w Pałacu J\lostowskich, ale nie groźnie, n10że dlatego, że zniecierpliwiona 
podyktowałan1 przesłuchującen1u protokol. 
Po dłuższyn1 n1ilczeniu, kiedy zajn10wał się głównie działalnością opozycyjną, 
Jerzy, wiosną \\ 76, dnikuje "Już pra,,-ie nic". Książka ta, którą uważał za jeden 
ze swoich najlepszych ut\\orów, a która opowiada o ostatnich dniach życia nie- 
mieckiego pisarza wzorowanego na Ton1aszu A-tannie, nie wzbudziła większego 
zainteresowania. Również po ukazaniu się \\ "Czytelniku" w 1979 roku. (J uż w 1967 
roku do kolejnego wydania opowiadan "Niby Gaj" udało się po raz picrws/y włą- 
czyć ,,\Vielki Lament Papierowej Głowy"). 
\V 1981 roku Jerzy pisze krótką po\vieść ,,
ikt", inspirowaną "Odyseją" - 11..1- 
wet z mottem przedumaczonyn1 przez 111ojego syna, l\likołaja, .1 jeszc7e w 198U 
"Czytelnik" wydaje "Nowe Opowiadania" - od "Cien1nej gwiazdy" do ,,
Iszy za 
poetę". \V 1982-gim roku "Czytelnik" \\'zna\\.ia dwie krótkie powieści "Teraz na 
Ciebie zagłada", drukowaną parę lat wcześniej w: "Literaturze", i ,,]U? pra\\ie nic". 


II 
Jak już wspon1niałam, dzięki Alinie Kowalczykowej zostało mi sporo list()\y od 
Jerzego. Nie wszystkie, niestety. Zawsze byłan1 nieporządna i przeważnie nic 111ia- 
łan1 wyobraźni na to, że czas n1ija i przeszłość pochłania teraźniejs7osć. Z.Kho- 
wane listy nie są łat\\'e do odcyfrowania - pisane drohnYlni literkami, przewa/.nie 
na ukos kartki i gęsto zdobione rysunkan1i duszków i den10nów. \Vide z nich od 
dałan1 do Muzeum Literatury. 
., 
Pierwszy to list z Krvnicv, z 24.IV. 1954: 
., .. 


Irenko kochana) różnica 11liędzy JVyobrażeniem sobie rzeczywistości a przd:.yJl7a11 iem 
jej jest mniej więcej tak znaczna, jak slodka zie/ell widniejqca lla tej kartce ma sir 


90 K \V A R T A L N I K lA R TI Y s T y C Z 
 ,
>>>
J(ocha n ie, 
to nie jest dla takich starszych panów jak 
my. Zaczynamy dopiero trzeci dziui i już 
nam trochę słabo ze zmęczenia. Poza tym 
bardzo interesujqco, to znaczy dookoła ład- 
nie od strony pejzażu i smutno od strony tzw. 
rzeczy człowieczej. Wszystko to obłęd. Będzie- 
my tu około miesiqca. futro jedziemy do Za- 
grzebia. Potem Sarajewo y Dubrownik, 
R.'vs. ]erz.:v AndrujeJJ'ski Cetynia, Skopie i z powrotem do Belgradu. 
Na razie chłodno. ]astrullltrocz r v. Adam zbliża się do tego przymiotnika. 
Ściskam Cię 
f e1'ZY 


do ohydy tutejszej pogody i nudy. Poza tym 
staram się być rozsqdny i zajmuję się yyna- 
prawqyy ciała y o głOJvie narazie nie myślę. 
Ściskam Cię czule 
ferzy 


Następne kartki są już z roku 1957, z Lu- 
blany,4.V.57 


I 
\) o .3'\ .\ tJ oe. . 


Dubrownik, 15.V.75 
Irellko kocballa, jesteśmy H' Dubrowlliku już szósty dziai, wyjqtkowo tu piękllie, 
gorąco y ca
v czas słmice. Jutro jedziemy do Cetynii, potem z Titogradtt Jłwacamy do 
Be{tjradu. Powrót chyba 25-go. Po t)
ffodlliu plażowania zgupiałem zupełnie i o wszr,\'st- 
kim co tu było śmieszllego i pOJJ'ażllego uie potrafię narazie złożyć sensownych zdalI. 
Zresztą są to rzeczy do opowiedzenia. Cbyba H' jakiś sposób odpocząłem. 
Ściskam Cię 
f erz:'V 
Zupełnie nie czytamy gazet i pojęcia llie mam." co się dzieje na świecie, mam jed- 
llak lladziejf, że po powrocie odllajdę jeduak pewlle podobiaistJPa do stallu, który po- 
żeg1lałem przed paromn t)
ffodniami. 


}.Jastępny list już z ]uraty, z 15.VII.57, ś,,"iadczy jak interesy łączyły się z przy- 
jaźnią, co db n1nie było ważne, bo obsługiwałan1 pisarzy nie tylko jako wydawca, 
ale przede wszystkin1 jako Irena Szpnariska: 


Kocbnllie, oczrvwiścźf 1ljal; PI IV załatwia wsz.vstkie formal1lości z wydawnictwcm 
"J.\fO'lle1l». Cóż po:::.a tYl1Z? Odpoczywanif po kilku dlliach okazujf sif raczcj dość 111(- 


91
>>>
czqce. Od kilku dni pogoda podła. Właściwie najchętniej wróciłbym do Warszawy, 
ale zostanę chyba ,,z rozsqdku" do kO'łlca miesiqca. 


Ściskam Cię 
Jerzy 


\V sierpniu 57 leżałam dosć długo w szpitalu po operacji ślepej kiszki. Rysia Gant- 
zowa, wówczas kierowniczka redakcji polskiej \V PIW-ie uratowała n1i właściwe 
życie, bo gwałten1 wręcz zawiozła mnie do lecznicy, kiedy nie chciałan1 uznać, że 
tak silne bóle świadczą o zapaleniu otrzewnej. Tan1 dostałan1 od Jerzego kartecz- 
kę z notesu; z 16 VIII: 


](ochanie, wczoraj całkOJJ'ita niemożność ruszania się z domu. Ostra histeria na 
ponuro, dlatego nie przyszedłe11l. Jutro postaram się, żeby mnie lekarz dyżurny wpu- 
ścił do ciebie 


Ściskam Cię 
(zan1iast podpisu rysunek duszka) 


15.XI 58 prLyszedł z Torunia dość typowy dla Jerzego pOlnpat)'czny dowcip: 


Czcigodna Pani 
](orz)'stam z okazji, aby ze starożytnego miasta Torunia przesłac Wielce Czcigod- 
nej Pani wyrazy szacu1lku oraz pełnej poważania miłości. Z który/mi to budujqcymi 
uczuciami pozostaje wobec osob..v Czcigodnej Pani Jej powolny sługa 
Jerzy Andrzejewski 
P.S. Na Sandauera przyszło 150 osób, a mojq skromną osobf uświetnił tłumek po- 
nad sześćset osobowy. No! Całuję Czcigodną Panią. 



aj\\ięcej kartek zachowałam z Paryża. \V 59-tyn1 roku Jerzy dostał stypcndiulTI 
Fundacji Forda na kilkun1iesięczny pobyt w Paryżu, gdzie z hotelu przeniósł się 
do Maisons-Lafitte, don1u redakcji "Kultury". 17.XII. 59 pisał: 


Kochanie, powoli przyz.wyczajam się, ale pierwszy tydziai i nawet dalej b}'ło okrop- 
nie. Głupie zagubienie... głupie osalnot1tienie, ślepe oczy i głuchota, tylko dręczące 
myśli i rzeczy podoblle, były takie chwile, że tylko tzw. zdrowy rozsqdek n'strzym.'Y1J 1 ał 
mnie od natychmiastowego powrotu. Mieszkam od tygodllia świetnie, dużo chodzf i bra- 
kuje 'Ini drugiej pary oczu, która mogłaby być przy mnie. Żadnego oczywiście pisania, 
może trochę później. Napisz, kochanie, dobrze? 


Ściska Cif 
]. 
Hotel de Suedt' 
31, rue Vaneau, Paris VIl. 


92 K \V A R T A L , I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Lubi informować n1nic o wszystkich sprawach, przyziemnych i wzniosłych) żar- 
tować i skarżyć się, wzruszać i złościć. I tak już miało zostać do końca życia. 
W lutyn1 1960 roku dostałam z Paryża długi jak na Jerzego list. Pisany nie uko- 
snie, jak większość jego kartek, ale za to z mnóstwem duszków i na odwrocie z do- 
men1 pod drzcwall1i, nad któryn1 napisał: "Tęsknię do OJCZYZNY". List składał 
się z dziesięciu punktów: 


12.11.60 Paryż 
Kochanie 
1) Straciłan talent, już nic nie napiszę 
2) Nie wiem co ze sobą zrobić 
3) Zastanawiam się czy nie przerwać mego stypendium i zostawiwszy tu pienią- 
dze nie wrócić do Polski, aby wyjechać znowu we wrześniu. 
4) I(ochanie, jestem zupełnie pusty i głupi 
5) Nie wiem, co napisać 
6) Tu od paru dni jest mgła 
7) lVczoraj byłem na wystawie Van Gogha. Jeszcze raz mi udowodnił SJJ?oimi 
ostatnimi obrazami, że prawdziwa sztuka zaczyna się od zmącenia statyczności. 
Sztuka jest ruchem, zmiennością. 
9) Jestem po raz drugi trochę );zakocha11Y)). Módl się nie za moją duszę, ale za mo- 
je biedne więdnące ciało. 
10) Wszystko to piszę z rozpaczy i z tego chyba, że zawsze o Tobie myślę. Ale na- 
prawdę znów jest mi bardzo źle i muszę coś zrobić) tylko jeszcze nie lviem co. 
Całuję Cię 
J. 


I dnlgi) też z sześcdziesiątego roku: 


BOIlI,ł.\fich, 28.XII,godz. 18.58 
Kochana Irenko o ile pamiętam, to białe, które pokrywa krajobraz zakopia1lski, to 
się naz:vJJ1a śnieg, czy tak? 
Siedzimy na tarasit, m.vślim.'" po co T..v ma1"zniesz w górach i ma1"z.V1Il.V o deszczu. 
IV ciągu najbliższych dwoch t):godni jadę do 
Vłocb. 
A ja ju::. tam b)'łam i J1' ogóle już pew1lie niedługo wrócę i ściskam Cię 1lajczule} 
Ewa. 
Właściwie chciałbvm sir znaleźć JJ' WarsztlJpie. 


Bardzo, bardzo Cię ściskam 
J e1"Z.v 


Ewa to Ewa fiszcr. 
\V jakże innej tOlucji jcst list z Obor z rysunkien1 duszk
1) z l.IV 1962: 


93
>>>
Kochanic, 
a=:' strach powiedzieć, ale czuję sir prawic szczrsliwy. Napran 1 d{ myslałem ostatni- 
mi miesiqcami) że już niczego napiJać nie potrafię - drewniana wyobraźnia i w ogó- 
le, aż cos Jif ot1l'or:::,
vło, jakiś korek i choć się nic nie dzieje, ciurec:::,kiem przecież 
pomnażam ilość stronic. Takie opowiadanie na przeszło sto stronic o staruchu pra- 
wie oJiemdziesięcioletnim, col}łJ rodzaju Picas.m) zresztlf- punkt wyjścia odwołuje się 
do lllttentycznego wydarzenia z jego życia. Posiedzę tu ch.,'ba do świąt, a po świętach 
- być może - znów tu prz
vjad{. ] to wreszcie, że żadn.vch kłopotów finansowych na- 
1"fszcif nit ma, to te=:' duża Jatysfakcja z różllych względow. Nie jest wykluczone) Żf 
Jł' poniedziałfk wpadnę do Wa1"Szawy i p1 A zenOCttj{. Zadzwoniłbym JPted,y we wtorek 
i może udałoby mi sir wpaść do JJCzytelnikaJJ. 
Bardzo czule Cię sciskam, ucałuj ode mnie Rysia 
J. 


Od l listopada 66 do kwietnia 67 Jerzy n1ieszka w Paryżu. 25.XI.66 pisze: 


](ochanic, zadzw011 do l
farysi) to Ci powie o moich planach, zresztq wciqż chwiej- 
n.'vch) bo wciqż nie ttmie1l :::;decydoJJ'ać) cz:.v pobyć tu parę tygodni i wrócić czy też sko- 
rzystać z :::;awl.otnego luksusll (6 pokojów) i Ob(1)' zamiolić na maciupkie (200 
mieszka11cow) miasteczko pod Paryżem. O przygodzie z 
lfiazgą'.1 już nie myślę, nie 
tyle w życiu straciłem, trzeba za cbon'ywać pewien pa liski gest wobec dl'obnych ItJterek 
rzeczywistości. Najważniejsze rzecz.v mam w brulionie. Pawełek - stary oldek. Ostat- 
nie numery ,)(ttltury" koszmarne, poza tym coraz więcej aut, a 171'/odzi są nie do przy- 
jęcia: kudłaci, brudni i okropni. Ale zaraz pier1ł's::.fgo dnia spotkałcm kogoś absolutnie 
uroczego i ta mała przyjat,n bardzo ubarwia to całe nicnaturalne ż}'cie tutaj. Nie, 
nie to nie dla nas! Zmęczenie po NRF duże) ale JJ' sumie biorqc h.,'ła to chyba podróż 
pod każdym względem udana. A,[aryla . b}ła zupelnie niezJł
vkła jako tłumaczka. IVra- 
żenia z ,llollachiu1n - smutne. Och, kochanie, jak to dobrze - mimo wszystko - że ży- 
jemy w kraju. 


Całuje Cif 
J. 


List jest napisany na dwóch widokówkach. Na pierwszej doch
lfli z butdk..} na 
moście i dopisek Jerzego: To nie jesten1 JA - tam na odwrocie. 

azajutrz znow kartka z Paryża: 


26.XI.66,godz. 20.00 
Menu obiadu 
1) ostr):gi 
2) Tournedos Rossini 
sauce normand aux champignolls 


* Maryla WirpsLO\\a 


94 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y (' Z N Y
>>>
3) Baba M a iso n 


Vill blanc, rOllge et bordeaux 
Dziękujt'1llY, przepraszamy 


Jerzy 
Najlepsze życzenia dla Ciebie i Rysia na Święta i Nowy Rok - Paweł. 
4) Ser.y - dużo - dobre 

":gmullt Szefkuchni 


Ntiło było dostać taką zbiorową kartkę \\' tyn1 posępniejącym już 66-tym roku. 
Zwłaszcza ucicszyłmnie dopisck Zygll1unta Hertza, adn1inistratora "Kultury", któ- 
rcgo Lnałan1 z moich wizyt w l\laisons- Laftitte i szczerzc lubiłam. 
Ostatni \\' 66-tY111 roku był list z 10.XII. 


Kochanie 
Jutro jadę l1a wieś pod Paryż. Zorientuję się czy w)'trz)'ma1tl dłużej JJ? warutlkach 
luksusowejsamotllo.fci i czy Davsoll będzie się mogło lIa tę zimę stać Oborami. To Da- 
vson (dom Anki Rawicz) jest zaledwie 35 kilomet1 A ów od Paryża, ale zupełnie lla ubo- 
CZII, więc o dojeżdżaniu do miasta 11lOJv.v nie ma. Jest kobieta, która sprzqta i robi 
.miadallia, bistro - obok, sześc pokoi, telefon, łazienka -fantazja, ant),ki itp., zatem 
spran:v bytowe b.ył)'by załatwione, chodzi t),lko o to coś, co można nazwać MNĄ. Czu- 
jf sir jako tako, choć nieco Jp zawies:::;elliu. 
Napisz do A/me Anne Dastree, Filmex, 44 rue de Boetie, Pris VIII 


Cllłujf J. 


Skargi Jcrzego, zwicrzcnia ważne i błahe, jego specyficzne żarty, n-ueszanina nie- 
mocy i pychy, przeważnic) ale nic zawszc skrywanej - wszystko to stało się \vaź- 
. .. .. 
n.} CZ
SCI.} n10)cgo zycla. 
13.1167 pisał z Paryża: 


Kocbana moja, nllruzcie wpadłem na pomysł, w jaki sposób stratę )J' Stuttgarcie 
obrócić na korzJ'sc ksiqżki. Zdaje sif, że dzięki temu II CZfŚĆ - ta szczfgólllie poszko- 
dowalla - będzie Uraz lfpsza od wtTsji zalJubionej. To jedYlle wyjście: klfSki p1'zemie- 
lliac JP ZJl:"'cźęslwa. 1\.iaf.y Jł'rocę, będę 1J'iedzieć za trzy dui. Albo za. raz, albo z poczqtkif111 
kJJ'ietll ia. 


Całujf Cię i Rysia 
Jerzy 


DU:.l C/
SC r
kopisu - jcdyncgo - f.KLCj pechowej n
tiazgi" zginęła w Stuttgar- 
cie L s.ul1ochodu. Jer/y, jak \\idać, pogodził się z tym, ułożył "złot
} lnyśr
 i uznał, 
Le stało 
i; dobr7c. 
apra\\"d; w każdcj podró7Y t
sknił do 'Varszawy
 ale ś"iat od 
t.\k nicd.1\\'l1a hył \\' PC\\ ncj micr7c ot\\arty
 że trzeba było z tego korzystać. 20.11 
przysłał z Pary /.1 \\ ide k( \\-k
 f C scen
} ulicLną -ludzic i d\\'aj żandanni - "P
lris 1900'
: 


95
>>>
Oto projt:kt.ja bistm-ii H' pr
.1'JzłoN tak (w 
mienionej modzie) bfdzie w."
lflq.dać Pa- 
ryż komunistYczny. 

 .. 


Całujf Cif 
J. 


Po powrocie do Polski Jerzy dość krótko był w \Varsza\\ie. Niebawen1 pojechał 
do Obór, gdzie zabawne były brydże, \\' których skwapliwie uczestniczył. Znał oczy- 
\\iscie ogólne zasady, ale uważał br\'dża Z
l grę losow
} i na ślepo dorzucał karty. J.1- 
nek Brzech\\a śn1iał się bez przerwy, ale Antoni wyrywał sobie z łysej głowy włosy. 
(Przepraszan1- po\\iedziab kiedyś pr7ystojna pani w ka\Vi
lrl1i "No\\y Ś\\iat" ale n1Y- 
śtlłan1, że nu pan włosy. - l\Lun - spokojnie odrzekł Antoni -lecz nie dla wszyst- 
kich). Z Obór Jerzy już w stadium codziennego picia przeniósł sit; do Konstancina, 
a stan1tąd wylądował na kuracji odwykowej \\ szpitalu Przen1icnienia Pańskiego na 
Pradze) gdzie pozostanie dość długo. 23.X.67 przyszła ze szpitala widokówka: 


Irenko kochana, jeśli chodzi o ochoty, to miałbym ochotf napisać list bardzo długi, 
o wszystkim co sif dzieje dookoła i ze mną, ale tyle czasu zajmuje mi pisane opowia- 
dania, że brak już go na zajęcia dodatkowe. Nic wiem co z tej )fipelacji') wyjdzie 
ostatecznie, ale kto wic, może? Taką w każdym razie mam nadzieje: w tej cbwili, po 
tygodniu prac}' mam już caZv zeszyt zapisany. lVifC powinno t(ITO być ze cztt:rd
idci 
stron maszynopisu. A całość mam właściJVie w...qłowie. Będzie to dość zJł1}'kła historia 
s
arego c
łOJvieka, ale także chyba historia naszego dwudziestolecia, nawet bez potrze- 
by naginania faktOJv. 
Somatyczne tak sobie, ale ostatecznie, jak może być inaczej? Chyba b
,,'ł przedostat- 
ni moment, żeby sir tutaj schronić, ten tydzień n' !(onstancinit: b.,ł koszmarny, już 
z kształtem rzecz.vJ11istości zupełnie pokrfCoJl}'m. O wszystkim obszernie opowiem. 
Ściskam czule 
Jerzy. 


Dla Ryszarda najlepsze pozdrowienia. 


Też ze szpitala 31.X.67 pisze: 


Kochanie, wczorajpo osiemnastu dniach pracy skonczyłem )fipelacjf", rozmiar mniej 
wifcej J3ram Raju". Oczywiście trzeba to przepisać na 'maszY1Jie, poprawić i 1IZU- 
pełnić, ale to już wtórna robota. 


Ściskam Cir 
JtTZ
'V. 


Jeśli Jerzy z pomysł6w, kt6re \\ nadn1iarze kr\=ciły mu się \\ gło\\ic, jakiś zde- 
cydowanie wybrał, samo pisanie trwało aż osobliwie krótko. Nawet jeśli ustalil kon- 
cepcję stylistyczną jak "Bramach Raju") składaj.}c.1 się 7 dwoch zdań - pierwszego, 
obejn1ującego całą powieść i drugiego, z kilku słów. Najdłużej pisał »
liazgt;", ale 
to jU7 pÓźniejsza i bardziej La\\ iła sprawa. 


96 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Uspokoił lunie jego długi pobyt w szpi- 
talu. Alkoholizm to tragiczna przygoda 
Jerzego. Nie był pijakiem, cierpiał na 
prawdziwą chorobę alkoholową. Był pi- 
jany po jednym kidiszku wódki i niewie- 
le więcej było mu potrzeba. Pogorszyło 
się to po śluierci Marysi. Zgodził się, że- 
by zbadał go Jerzy Szapiro, zaprzyjaźnio- 
ny ze luną znakomity ncurochinlrg. Jurek 
Szapiro odbył ze mną potem rozmowę, 
w której powiedział szczerze: mogę spró- 
bować go leczyć. Ale uprzedzan1, \\)'le- 
czony może stracić talent. Będzie na 
pewno żył dłużcj, ale wątpię, czy potra- 
fi pisać. U nicgo jest to sprzęgnięte. Za- 
protestowałam twierdząc, zgodnie 
z prawdą, że Jcrzy już gotów do pisania, 
pracuje szybko i przestaje pić. Doktor 
Szapiro nic bardzo w to wierzył. Ale ku- 
racja szpitalna poprawib stan Jerzego by- 
najn1niej nie un1niejszając jego talentu. 
Zachowały lui się jesLcze tylko trzy li- Rys_Jerz.vAlldrujewski 
sty. \Vidokówka z Łodzi z 3 lutego 1972 roku. Odbywał się tam Zjazd Literatów, 
na ktorYll1 Jarosław znowu został \\ ")'brany prezesen1, lecz po raz pierwszy n1iał 
konkurcnta \\' osobie Igora 
ewerly'ego. 


M l, \\ \( 
 i 1\ 


1 '\I 


,

'1 


Kochana moja 
nie n:vobraiasz sobie jak przez całą drogę Ryś b}'ł mi
'V i uważający na moje peu1- 
lle niedostatki fizyczne. Bal"dzo mnie wzrusz.,'ł, zresztą - pomagając mi i troszcząc 
się o mllie - pe1J1llie i sam się czuł odmlodz011.v. ]ecbaliśuq w.wodnie, choć wago1l sta- 
,)', brudu.v, prZt
IJrza1I)', a pociąg włokł się jak za t)'ch czasów, kiedy hrabia Krasili- 
ski był H'ojażOJvnł. Osobny pokój H' "Grandzie" z łazieuką usatysfakcjonował próżne 
igrzeszne Dziecko szczęścia. \V ciągu ostatnich panI dni p,"zecz}'tałem flerzoga" ze 
JPzruSZe1lie111. Jakie to pifkllc (ż)'dowskie) i mądre i pocieszająco rozdzierające. Prze- 
kład Krysty1l.v (Tarnowskiej) JV}'daI11li się zllakomity. Ucalujją, ie dzięki niej mo- 
glem poznać tę książkę. 
T1"ochf boję sir t(IJO zlotu PTACTI\tA. Postaram się być IBISElrl. 


Sc isk a m 
]. 


I jeszczc d\\ lC \\idokówki. Jcdna z Tatr: 


97
>>>
11.10.76/16.10.76 
I rellko, słoneczko 
Jeszcze 1lie jestem pewiell, luz zaczY1la mi się wydaJVać, że mogę nabrać rozpasa- 
1l)'cb cbęci do poruszania sir lV górę - w dół, w kwo i 11' prawo, też odJVrotllie. Tutaj 
poza Giewontem, oraz zbabra1l)'mi !(rupóJPkami Helliek, Michał Ronikier, Słom- 
czynski, l
,'drz:'V,iski, zawsze uroczy Bogdan Tomaszewski, Ed(ffey (Jezu, b./ld lla mo- 
im piern 1 sz.y11l ślubie w 1934!) oraz mój szkol1lY p,'zyjaciel, Jerz)' Zieli1lski. Ten powiew 
pr:::;eszłości t1'ochę mllie przYP,'aJPił o stuporj złe opmpiadanie. 
Viem, że Jł1 pewn."11l 
1IlOmencie niejasnoki sir rozśn 1 ietlą, lecz kied.v i ku czemu skierowane -nie wiem. 
Całujf Cię, Rysia też 
J. 
Okrop1lie ostatnio kochają mllie SZJVedzi. 


I już ostatnia zachowana widokó" ka z Sopotu z 28.6.77: 


Jloje Teby, llajbardziej kocha 11 a, p,'zeczytaj koniecznie co PA P zapodał o obradach 
socjalistyczn.vch kobiet i cz.vta j prasę codziennq. 


Tyle zachowało n1i się z listó" Jerzego. Do 
luzeum Literatury oddałan11icz- 
ne rysunki, czarno-białe i kolorowe, - Jerzy przez pewien czas n1iał wielkie ambi- 
cje malarskie. Nie\\ ide też pozostało n1i dedykacji. R1c7ej tom1alne na dwóch książkach 
z najgorszego okresu: "Partia i t\\'órczość pisarza" i "O człowieku radziecki 111" . 
Pierwsza: 


Jrellie S::.yma,iskiej z najlepszym; pozdrowieniami i z prośbą, aby zaopiekmvaln 
się tą książeczką lV Berlinie 


jerzy Andrzejewski 
Szczecin, listopad 1951 '-'. 


A druga, z 21.IV.1952, brzn1i: 


Jrenko wracaj do kraju 
Jerz.v Alldrzejewski". 


Na kilku późniejszych książkach nie ma dedykacji, choć pan1ic;taI11, że Jerzy na- 
pisał n1i ją na "Ciemnościach '9', kiedy jechaliśn1Y razcm z jego syncm Marcinem 
do Łodzi na przedstawienie Dcjn1ka. Jest naton1iast oa "Bra01ach Raju": 


Irenko kochana, cieszę się, że jedziesz do Paryza, ale przyznam się, że jesli Cię na- 
wet rzadko widuję - wolę wiedzieć, że jesteś niedaleko. Do zobaczenia po twoim po- 
wrocIe. 
Warszawa, 7. XI. 1960. 


98 K \V A R T A L 
 I K I A R TI Y S T Y C L 
 Y
>>>
Długa dcdykacja jest na "Idzie skacząc po górach ": 


Wlazł na gruszkę, 
Trząsł pietruszkę, 
Cebula leciała 
011 się śmiał. 
Przyszedł właściciel tego banana 
I mówi: );Złaź Pan z tego kasztana.)) 
A ta Jł'ierzba była moja. 
Dro,rriej Irenie Szyma,iskiej na 1'azie tylko motto do następnej książki. 
J. 
Warszawa, dll. 20 października 1963. 


Cytowanego wiersza Jerzy nie użyje jako motta. Przytoczy go tylko w drugiej 
części ,,
liazgi". Na "Teraz na ciebie zagłada" Jerzy napisał: 


Bardzo drogim Irence i Rysiowi z przyjaźnią zawsze wierną i czułą 
J. 


\VarszaJJ1a, du. 1.6.1976 


I jcs. czc ostatnia dcdykacja na ,,
owych Opowiadaniach": 


Te opowiadania, już uie całkicm nowe, laz ze starą, cboć i zaJVsze nową przyjaź- 
nią niecb b"fllka przyjąć raczy 


J. 


lV a rsza wa, 8.3.1981. 


Najlcpszym jednak dowodcm przyjaźni, który do dziś mnie wzrusza, jest krót- 
ki tckst z ",Dnia na d icń" - felictonów dnIkowanych w "Literaturze". 
Tckst zdjęto i przywrócono go dopiero w pośn1iertnym \\)'daniu publicystyki 
Andr/.ejcw
kicgo w książce. Pochodzi z roku 1976. Już rok przed tyn1 ówczesny 
kicrownik wydziału kultury \\ KC postanowił mnie usunąć ze stanowiska za to, 
ŻC jcstcn1 "k.1S
} 0po7ycjonistó\\ " - co zresztą było zgodne z prawdą. Przedłużał 
to jak mógł ówczesny Wiccll1inistcr Kultury Aleks.lndcr Syczewski, gdyż nabrał do 
mnic s}'ll1patii do\\"icdziawszy się 7 opublikowanych przez Alinę Kowalczykową 
listów K
Jwcrcgo Pruszyńskiego, ktorcgo wielbił jcszcze w szkolnych latach, jak 
scrdcczna t}czyła nas przyjaźll. Ostatecznic odcszłam \\ 76-tyn1 roku SkOI1cZYW- 
szy pięćdzicsiąt pięć lat, to llUCZY w \\ ieku, kiedy przysługi\\".lła mi już wcześniej- 
S7a clncrytura. 
Oto tcn tckst: 


lVtorck. 
Dzisiaj (1 siopnia) b'cna S=:"1Jlallska przfCbodzi na emeryturę. Pracowała w JJ'Y- 


99
>>>
dawnictwacb na kieroJPnic
.vch stanowiskach od roku 1945, naj'pierw JJJ ))Czytdni- 
ku v, potem JV PI
V-ie i JP latach o.ftatnic!J 
nóJ11 JP ))Czytelniku". Na przestrzeni tych 
dłll.-"ic/J i Ilienaj'łat1Piej'sz.vch lat lli.Hd.v nie 
atracala zakt dobrego wydawcy. B.vła,j'ak 
mało kto JJ7 tej' branży, pisar
01ll przychylna, ceniła bowiem dobrq literaturę i rów- 
nież jak mało kto ro
ztmiała zawile trudy pracy twórczej'. .J.\1iała swoich pisarzy pre- 
ftrowal
vch, to praJPda, lec:::. tH/l)'sł j'ej' był :::.awsze otwarty z dobrą JPolq na przyj'ęcie 
pisa'"
y llOJJ'ych. Jq. rO
Zlm i serce spraJJ1ia
v, że we wzajemnych stosunkach pomiędzy 
pisarzem i wydawcą potrafiła zachować atmosferę zaufania i przyj'aźni. Dużo jej oso- 
biście :::.aJPd
ifc
am. Zrl,'s
tq nie tylko ja. Z pewnością wielu pisal"
Y z żalem pożegna 
jej odeJscie od pracy zan'odoJJ'ej'. 
V całej swojej wieloletniej' działalności była zaprze- 
czenil,'1Jt biu rok racj'i. 
Vi(c też i s:::.koda, Żt' już do nikogo z pisar
y nil,' zadzwoni 
z ))C:::..vtelllika- v lrola S:::..vmallska, tak bal"dzo dobrze rozumiejąca służebną }łJ stosun- 
ku do lud:::.i piora rol( domow JJ
1'daJJ'niczycb. \
vśl(, że swoj'q wieloletnią pracą do- 
brze się :::.asłllżyła polskiej literaturze. 


III 
Oprócz ostatnich opowiadan i powieści Jerzego ,,)'danych w "Czytelniku" 
w latach 1980-1976-1982 dnikuje on z "Zapisie", który poza cenzurą, ale oti- 
C J 'alnie ze składenl redakc J 'i zacz\,na sit" ukaz\'wać w sn'czniu 77 (p icrwsz" nun1cr ) 
, , . "t'.. J' 
zarówno tTagn1enty "l\liazgi" jak, co n10że ważniejsze, tekst znakon1itego przc- 
mówienia nad grobem Pawła Jasienicy z roku 1971. Ostatnia ksią7 ka, którą oma- 
wia ze nmą przez telefon i której kształt rysuje n1U się coraz wyraźniej jest powieść 
o Heliogabalu, którą chce napisać zafascynowany szaleńsn\'ami, okruciellstwclll 
i rozpustą n1łodziutkiego władcy Rzyn1u (Hcliogabal p
lJl0wa.ł od czternastcgo do 
osiemnastego roku życia). 

ie zdążył ukończyć "Heliogabala". Trudno się ten1U dLiwić. \Vięcej niż wła- 
snej n\'órczości poświęca czasu działalności opozycyjnej, układaniu listów prote- 
stacyjnych, pracy w KOR-ze i Zapisie. Poza tym pogarsza się jego stan zdrowia. 
\Viosną 81 przebywa w szpitalu. Grozi n1U marskość wątroby. A pod koniec tego 
roku następuje g\\'ałtowne pogorszenie wzroku. \Vłaściwie "Hcliogabala" Jerzy 
układa tylko w głowie, nic jest już zdolny do odczyt)''' ania własnych notatek - na 
jedno oko nic nie widzi, na drugie n'lko trochę. 
Jerzy umarł w nocy z 19 na 20 kwietnia 1983. Znahlzła go rano długolctnia 
gosposia i opiekunka, Ula, leżącego na podłodze przy łożku. 
Iiał udar n1ózgu. 
Śn1ierć nastąpiła chyba natychn1iast i na szczęście się nie n1ęcz\'ł. ]esten1 tcgo pew- 
na, bo gdyby był przytomny, na pewno by do n1nie nawct w nocy zatclctiH1oW.lł. 

ad grobcn1 przen1awiał Jan Józcf SLczcpański w in1ieniu rOL\\ iązancgo Związ- 
ku Litcrató\\' i Jacek Bocheński \\' in1ieniu przyjaciół. 
Przemówienia Jacka słuchałam ze szczcgólnym wzruszcnicn1. Powicd/iał l11i
 
dzy innyn1i: 
Cóż oni JVszyscy, ludzie tak rożni, chcieliby Ci powiedzieć, Jerzy, JJ1 chwili gdy tJvo- 
je życie i tJvórczość są skończone? .J.\1oże przede wszystkim to, że byleś pisarzem i czło- 
wiekiem wyjątkowo wrażliJPY1llna tę właśnie naszq różność i że dobrze ją rozumiałeś. 


100 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y (' L N Y
>>>
A działo się tak chyba dlatego, że różność i wielostronność, odpowiadająca złożoności 
całego ludzkiego świata, była JP samYlll tobie. Nie byłbyś napisał swoich niezwykłych 
książek, z których każda jest niepodobna do innych, i nie byłbyś dokonał niezwyk
vch 
akttJJv publicznych, z któ,:vch każdy jest niepodobny do innych, gdyby wielorakość nie 
leżała JV twojej naturze i gdybyś nie miał odwagi zmieniać się nieustannie. Ludzie 
mali i tuzinkowi robili Ci z tego zarzut, ale JJ' umiejętności zmieniania się była praw- 
dopodobnie istota Twojego talentu i postawa Twojej wielkości. [...j Towarzyszyłeś pil- 
nie i ofiarnie tra.Hicznej historii Twego narodu, odznaczając się w każdym kolejnym 
akcie tego dramatu. [...] \Vobec wszystkich ludzi wykazywałeś maksymalną wyrozu- 
miałość, co więce}
 czułdgłęboką potrzebę życzliwości i dawałeśjej dOJVody naJVet tym, 
którzy niekoniecznie na niq 11 Ciebie zasłużyli. Jest chyba najtrudniej ustl'zec się nie- 
nawiści wśród prześladOJva11 i ucisku. To właśnie umiałeś [... j. Żegllaj Jerzy, niech 
Ci ta ziemia lekkq będzie. 


Taki Jerzy pozostał w pan1ięci S\\ oich przyjaciół. 


b'ena SZ1'maliska 


"II 


" 


\ 


". 


\ 



 


'" - 
..... \ .
' 
 
/ . .,
. .'. .':' 
"
"" 
.. 
łll \IM ,. ':\ .

 
 ' 
\ I 
..'
",., 
.-" 
\ " "\' 1 . \\t."' l ....."'
 
.. \\,' \\\ \ \ \ ""......... 
 
. , - "", "\\., .'\, \ ;, 
,
 ::- 



\ \\ \" 'I" " .,-\., ... 
. . '" . \ .., 


Jerzy A"drzcjcu'sł, 


Fot_ Archiwu,,, "K A. JI 


101
>>>
GŁOSY 


I 


GLOSY 


Aleksander Fiut 


Kilka myśli o Andrzeje\vskim 


Przebywa \\" literackinl czyśćcu. \V doborowyn1 towarzystwie - razell1 z Brez
1) 
Dygatenl) Iwaszkiewiczem. Kiedyś sławnyn1i, poczytnymi, obsypywanyn1i orde- 
ran1i i przy\\ilejan1i przez PRL-owskie \\ladze, dziś - prawie zapoluuianYl11i. Jaki 
z tego czyśćca wychynie? Trafi jeszcze do czytelniczego r
lju) czy na dohre pogrą- 
ży się w piekle niepamięci? 


* 


Cierpiał na kon1pleks pryn1usa. I nliał wyj.}tkową Ldolność uprze(ł7ani
l obo\\ ią- 
zuj.}cej mody lub don1inującego wzoru. Napisał "Ład scrca", gdy do Polski led- 
wo dotarły powiewy katolickiego personalizn1u. 
a społeczne - a raczej partyjne 
zapotrzebo\\ anie na epikę ochoczo odpowiedział "POpiOłell1 i dian1entem". Był 
pierwszyn1 polskin1 socrealistą - już \\ 1946 roku zaczął pisać powieść o rOlnan- 
sie sekretarza partyjnego ze zwolnioną z więzienia dziewczyną z AK. Ale Lanim 
nastąpił Październik - w ,,\Vielkinllan1encie papierowej głow(' - uwalniał się od 
socrealistycznego zaczadzenia. Pisząc ,,1\liaLgę") dokon)\\ 
lł jednego z najśIl1iel- 
szych w polskiej prozie eksperyn1entów artystycznych. 


* 


Jego pisarst\vo to cn1entarzysko zmarnowanych szans. !\:
l wciął nie dokonaną) 
rzetelną analizę fenon1enu polskiego katolicyzn1l1. Na portret narodu \\' dobie trau- 
matycznego, historycznego i cywilizacyjnego przclon1u. 
a pierwszą polsk.} po- 
wieść postmodemistyczną. 
a przenikliwe snldiun1 moralnych rOlrcrek hon10scksu
disty 
\\' dobie kon1l1nisrycznej pruderii. Na wiwisekcję ś\\ iadon10ści stopniowo dege- 
nerowanej prLez pijańst\\'o. Błyskotli\\T stylista - mało kto tak lnistr' owsko wła 
dał i włada polszczyzną - nadmiernie podniosłą retoryk
1 pokrył intelektualną 
, 
jałowość i duchową pustkę. SwiadoI11, j
lk dalece jego wi7erunek na użytek pu 
bliczny jaskrawo odbiega od pr7craźJiwej wicdLY o saIn)'In sobie, nic potrafił' na- 
leźć dla tego rozdwojenia przekonywająccj artystyc nej fc)rmuły. 


102 K \V A R T A L -:-.: I K lA R TI Y C; T Y C oJ 
 Y
>>>
* 


Mimo wszelkich krętactw i zafałszowal1 "Popiół i diament" (zwłaszcza w jego 
P ierwszcj \\ersji) będzie zawszc - obok , Zdob\'cia władz\'" Miłosza i Widnokr ę - 
'. . " 
gu" Myśliwskiego - jednym z najważniejszych literackich zapisó\\ stanu świado- 
mości społecznej w latach tuż-powojennych. Nie wykluczone, że kiedy spadnie 
z "Cien1ności kryją zien1ię" i "Bran1 raju" rozrachunkowa, fałszywa pozłota na- 
biorą one nowego blasku, jako dosyć wczesna diagnoLa i analiza cywilizacji koń- 
ca ideologii oraz zmierzchu - przynajo1niej w Europie - chrześcijańst\va. Po 
"Aliazgę" być n10że sięgną ci, których nie przestanie zdumiewać osobliwość dwu- 
dziestowiecznych polskich życiorysów, 


* 


Andrzejewski jest nadal pisarzem nieznanyn1, kryjącyn1 niejedną tajemnicę. 
\V jego archi\\'un1 spoczywa dziennik, korespondencja, szkice nie opublikowaoych 
i nie ukończonych ut\\ orów. Że obiegowe opinie o tym pisarzu mogą się w świe- 
tle nowych źródeł zn1ienić, uświadan1ia, niedawno wydana, książka Anny Syno- 
radzkiej. Czy jednak po odtajnieniu archiwaliów można spodziewać się rewelacji? 
Czy \\' przyszłości opublikowany dziennik Andrzejcwskiego wytrzyn1a konkuren- 
cję z dziennikanu 
ałkowskiej, Dąbrowskiej, Kisiela? Osobiście wątpię. 


* 


Pozostanie z pe\\l1ością jednym z ważniejszych świadków i zarazem jedną z ofiar 
swojej epoki. Lustro swojego talentu podsta\\iał przecież skwapliwie pod jej zn1ien- 
ne \\'i
ll)' i mroczne ideologie, płochliwe wzory i kapryśne gusta. Był katolikieln, 
marksistą, egzystcncjalistą. Pieszczochem kawiarni literackiej, benian1inkiem par- 
tii, n10ralnym autorytcten1 opozycji. Realistą i psychoanalitykien1, kunsztownym 
stylizatorel11 i dekonstrukcjonist.} aJ1allt la lettre. Postacią zarazen1 trochę grote- 
skową (jego głębokie prześ\\iadczenie, że powinien otrzymać nagrodę 
obla, wy- 
gląda nieco hUl11orystycznic) - i głęboko tragiczną. 


* 


Tylc wciden, tyle roi w życiu jednego człowieka! Przyczynek do dziejów for- 
macji, urodLoncj \\ nie" oli, wychowanej \\' Polsce niepodległej, przekraczającej 
I;o1ugę cienia \\' okresie okupacji, by na res7tę życia zanurzyć się w szarej aurze re- 

llnego socjalil'll1u. Ancks do duchowych prZ) gód pokolenia, które przeszło dro- 
gę od Lauroc/cnia społcc/l10-polityczn
1 utopią do ofi
rnej nieraz heroicznej walki 
z totalitarn)'ll1 znic\\'olcnien1. Kolcjl1Y w
lri
lnt losów Srodkowocuropejczyka, jak- 
by układanych wcdle łośliwcgo \\'idzimisię przez dwudziestowieczną historię. 


Aleksander Fiut 


103
>>>
Henryk Grynberg 


Ironia historii 


Andrzeje\\ ski jest klasykiem giętkości ideologicznej. I szybkiej orientacji. W sa- 
n1ą porę zerwał z tygodnikien1 "Prosto z n10stu", żeby przed innyn1i, bo jeszcze 
przed Holocausten1) sprzeciwić się antysenlityznl0wi. Zdążył przejść na lewo za- 
nilTI weszła Arn1ia Czerwona, a w dziesięć lat później dostosował baf\\'Y ochron- 
ne i znów - \\)'przedzając innych kolaboracjonistó\v) konforn1istów, kan1elconów 
- wycofał się "na z góry upatrzone pozycje". Najpief\v katolik prawicowy) póź- 
niej lewicowy, poźniej nlarksista, później jedno i drugie naraz (a przy tyn1 prak- 
tykujący hon10seksualista, kiedy było to jeszcze sprzeczne z n1oralnością, 
i chrześcijańską i "socjalistyczną .t») - radził sobie w każdej sytuacji jak na zawodo- 
wego nl0ralistę przystało. Owocan1i tej zaradności, bystrości i giętkości były dwie 
wersje ,,\Vielkiego Tygodnia", co najmniej dwie "Popiołu i dian1cntu", żarliwie 
rewizjonistyczne, progon1ułkowskie, a antykościelne "Ciemności kryją zicmię", oraz 
przejn1l1jąco chrześcijańskie "Idzie skacząc po górach". 

1iał dar iluzji. "Popiołem i dian1enten1" zahipnotyzował całe pokolenie, włącz- 
nie z \Vajdą i Zbyszkienl Cybulskim) a chyb
1 tylko z wyjątkien1 Mrożka. \Vszy- 
scyśn1Y kochali 
laćka i jego wcielenie \\' Cybulskim. Mieliśn1Y pewien kłopot z tym 
nie\yinnym pytaniem: "Człowieku, dlaczegoś uciekał?") \\)'powiedzianyn1 \V La- 
kończeniu i książki i filmu przez niewinnego ludowego strzelca, kiedy zastrzelił 
uciekającego 
laćka - wszyscy bowien1 un1ieliśn1Y sobie wyobrazić, co by się sta- 
ło, gdyby nie uciekał - ale \v miłości przymyka się przccież oczy. I bodaj dopicro 

lrożek, którego na szczęścic nie tak łat\\ o rozkochać, nakłuł balon i wyleciały 
wszystkie fałsze, jakin1i nadmuchany był ten rzekonlY cpos - i czar prysł. 
"Cien1ności kryją zien1ię" oglądałen1 w dran1atycznym okresie Paździcrniko\\ yn1 
i w bardzo dobrym wykonaniu. Oto ,,'szechmocna Inkwizycja łamie wszystkich 
z wyjątkiem niezłon1nego Moreny - pon1in1o karkołol11nych perswazji) z których 
się składa ten retoryczl1Y dramat z ogromnym wytrychem. \Vrażcnie było pioru- 
nujące, a i rolc nicgorsze niż \\ "Popiele i dian1encie") ale wkrótce po powrocie 
niezłon1nego Gomułki do władzy z pioruna został tylko swąd. 
Nie brak iluzji także i w ,,\Viclkim Tygodniu". Jest to jedna znajwcześniejszych 
prób prozy holocausto\vej, fragn1entaryczna i pozbawiona jcszcze perspektywy) 
ale na pierwszy rzut oka uczciwa. Uznanie należy się zresztą AndrLcjcwskicmu za 
samo podjęcie tematu i szukanie wyrazu dla autcntyczncgo niepokoju n1oralne- 
go. Dopiero po latach \vnikliwa analiza Madeline Le\'ine "The Ambiguity of 1\10- 
rai Outrage in Jerzy Andrzejewski's «Wielki Tydzicl1» (w nowojorskin1 I1Je Polish 
Review4/1987) wykazała, jak dalece upozorowana jcst ta opowicść, \\' której ży- 
dowski los reprezentuje bogaczka Irena LilieI1) i do jakiego stopnia tLI raczcj nie- 


104 K \V A R T A L 
 l K lA R TI Y S T Y C Z '\J Y
>>>
sympatyczna kobieta nie dorasta do pozionlu nl0ralnego o wiele szlachetniej cier- 
piących chrześcijanek, jak Anna Malecka i pani Karska. Wszechobecność w pol- 

kiej tradycji literackiej przekol1ania o chrześcijallskiej wyższości moralnej i o tyn1, 
Le Żydzi, nawet jako pozornie równorzędni partnerzy, muszą u
tępować gatun- 
kowo swym chrześcijallskim odpowiednikom (jak np. w "Elin1 Makowerze" z "Zie- 
mi obiccancj") n10że być pewną okolicznością łagodzącą, ale nie usprawiedliwienien1. 
Zwłaszcza w 1943 roku. 
Dobrze wyczuwał kierunek. Dlatego w 1943 roku sięgnął po tragedię żydow- 
ską i dlatcgo w po\vojennej Polsce szybko się od niej wyzwolił. \V "Popiele i dia- 
mencie", gdzie porusza dyleinaty polityczne, społeczne i nloralne prowincjonalnego 
polskiego miasta 1945 roku, nie ma już ani słowa o Żydach, którzy byli przecież 
jesLcze do roku 1942 jednym z głównych elementó\v,,'szystkich polskich miast. 
Jakby wcale nic było tej wielkiej przestrzeni, jaka po nich opustoszała. Nie ma ani 
jcdncgo żydowskiego PO\\TOtU i żadnego z tych ciężkich problen1ó\v n10ralnych, 
jakie są z takin1 powroten1 związane, a które nękają Polaków i Żydów do dziś. Dla- 
czcgo w "Popielc i diamencie" nic ma już niepokoju n10ralnego z ,,\Vielkiego Ty- 
godnia"? Dlaczego nie ma tan1 Jni garstki z tych najobfitszych popiołów, o które 
bohaterowie powieści powinni się potykać co krok? Ponieważ Andrzejewski wie- 
dział, Le nie przcwidziano dla nich micjsca " tak zwanej "nowej rzeczywistości". 
Ponieważ zdawał sobie sprawę, że skon1plikowałyby, jeśli nie wręcz zdon1inowa- 
ty, ten "pierwszy ut\\'ór obrazujący rewolucyjne przemiany w Polsce powojennej". 
A co najważnicjsze, ponieważ "Popiół i diament" miał być polską historią, w któ- 
rej - zgodnie z ponadpartyjną tradycją - nie było miejsca dla Żydów. 
Umiał wyczuć historie;. Nie spóźniał się, jak inni. Przeciwnie wyprzedzał ją, choć- 
by o krok. Ironia historii sprawiła, że został tak daleko w tyle. 


H(111),k GrYllbC1;g 


J a rosła lV [(leJ"nocki 


Trzy uwagi 


l. Nic umicl11 n1yśleć o życiowcj drodzc Jerzcgo Al1drzejewskiego, o jego wy- 
borach i decY7jach, inaczej jak z nieche;ci
}. Chciałhym być szbchetniejsz\', bardziej 
wyrozuo1iały i Iniłosicrny, a także - pych.l nic jest n1i obca - oryginalniejszy w Inych 

ądach. Ale nic potr
ltlę. 


105
>>>
2. "Apelacja" i "Miazga". Byłen1 pe\\ ien, że przetrwają: jednak nie. Nic po- 
n1ógł warsztat, rzenlieślnicza sprawność (ale jakiej próby!) pisania. Kiedyś, jesz- 
cze chyba w szkolnych czasach, \\)'dawało n1i się (ba! byłell1 pewien), że to wielkie 
książki. Tyn1Czasen1 oferowały nan1 "czas terazniejszy dokonujący się" zamiast mi- 
tu, oterowały satyryczne portret) zan1iast prawdy pozaokolicznosciowej. 
Jerzy Andrzejewski dał się uwięzić historii, bo pragnął ją zwieść. Bo ta oszuki- 
wała w grze, a on zasiadł do pokera, nie un1iejąc blefować. Co więcej - nie umie- 
jąc przegrywać. Ofiara choroby pl)'n1usów. 


3. Cóż n1ógłbynl dla siebie ocalić? Zapewne "Bramy raju", choć synlbolika tej 
opowiesci jest szyta zbyt grubyn1i nićn1i. I chyba tę ostatnią, alegoryczną i ode- 
rwaną od piekła swych czasów, powieść (n1imo jej retoryczności). Bo wibruje cier- 
pienienl prawdziw)'n1 - lueudawanyn1 i nie\\)'kalkulowaIlyn1. Ten "Nikt", który 
walczy Z\\1 Ti ęsko z Cyklopen1, a nie potrafi \\)'grać z sobą (n10że nie chce?). Któ- 
ry, samotny (nlój brat!), szuka in1ienia n1iłości. Chciałbyn1 wierzyć, że na koniec 
Jerzy Andrzejewski odnalazł swój Głos. Czytao1. Staran1 siC;. 


Jarosław]([ejnocki 


Julian [(ornhauser 


*** 



lój stosunek do prozy Andrzejewskiego był i jest an1biwalentny. Rzucałcn1 się 
na każdą jego nową książkę z nadzieją, że nUlle zadziwi, obezwładni. Kiedy prze- 
czytałen1 jeszcze na studiach nieomal wS7ystko, co napisał do kOI1ca lat sześćdzie- 
siątych, od "Ładu serca" po &agmenty "Nliazgi" \\' "Tworczości", ooniosłcl11 wrażenie 
denerwującej niespójności, braku konsekwencji i nicró\VI1cgo pozion1u artystycz- 
nego. Pierwsze "katolickie" ut\\'ol)' z lat trzydziestych, n1in1o \\)'sokich ocen wic- 
Iu przedwojennych krytykó\v nie wytrzyn1ały próby czasu. \Vydawały n1i się 
sztuczne i naburmuszone, dalekie od finezji ówczesnych realistów. Jest to proza 
przestarzała, nie do czytania, zbyt podręcznikowo podchodząca do spraw 1110ral- 
nych i dramatów psychicznych. "Popiół i dian1ent", sztandarowe dzieło PRL-u, 
jedna z najpopularniejszych książek ostatnicgo póh\'iecza, Lapowiadająca nowego 
Andrzejewskiego, nlimo wielu kontorn1istycznych przeinaczel1 odsłaIuała rozra- 
chunkowy światopogląd pisarza, próbującego spierać się z historią, takLe o poli- 
tyczne in1ponderabilia. \V\'krcowanie Maćka Chełmickiegc) na bohatera - antybohatcra 
było jedną z najcickawszvch po wojnic - do tego sukcesu przyczynił się rzecz ja- 


106 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
na Al1drzej Wajda - projekcji literackich, która od drugiej połowy lat pięćdziesią- 
tych weszła do kanolul szkolnych legend. Powieść ta n10że być rozpatrywana 
\V kontekście tzw. prozy obrachunków inteligenckich, której podsunl0waniem jest 
niewątpliwie "Sława i chwała" Iwaszkiewicza' kto wie czy nie wyszłab y obronn ą 
, , ol ol 
ręką, gdyby ją porównać z "Sedanem", ,,1t!itan1i rodzinnyn1i" czy "Sprzysiężeniem". 
Po kon1pron1itujących, poronionych, partyjnych potyczkach z Zadufkami po- 
J 'awiłv się utwor\, okunacv J 'ne , wcześnie J ' zas" g nalizowane Noc ą " które w Zło- 
ol ol ł- ol ol ",." 
tym lisie" nabrały niespodziewanie ciekawego groteskowego kształtu. Czytałem 
je zresztą po raz pierwszy w zbiorze ,,
iby gaj", który ukaLał się na początku lat 

ześćdziesiątych (kupiłcn1 tę książkę w antykwariacie znacznie później), ale szcze- 
rze mówiąc ich konwencja wspon1nieniowa nie zrobiła na n1nie najlepszego wra- 
Lenia. Znacznie b
lrdziej lubiłem Adolfa Rudnickiego i jego oszczędny, ekspresywny 
styl. Tak naprawdę Andrzejewski zaczął się dla mnie od "Ciemności kryją ziemię" 
i "Bram raju" . Te dwie powieści uważan1 nadal za najwybitniejsze osiągnięcia te- 
go pisarza, choć ich zbyt misterna konstrukcja narracyjna oraz stylistyczne popi- 
sy do pewnego stopnia zabijają efekt ideo\\ej rozprawy z dogmatan1i wiary. 
Z późniejszej twórc70ści cenię wyłącznie "Apelację", mini-powieść o obłędnym 
zauroczeniu siłą władzy, \\ielką krytykę totalitarnego n1yślenia, nie pozbawioną iro- 
nicznego gryn1asll autora. 
"Idzie skacząc po górach" ma ciekawe fragmenty, ale w całości nuży, nic na to 
nie poradzę, t)'n1 bardziej że jest przerafinowany, a przez to do pewnego stopnia 
fałsJ.:Ywy. "l\liazga" okazab się porażki:l, choć przecież - nawet w swym kalekin1 
kształcie, sygnalizujc}C)'111 bezradnosć pisarza i nieun1iejętność \\)'brnięcia z nało- 
żonej sobie pułapki, znalazła wielu wielbicieli i pilnych interpretatoró\\'. \Vyciecz- 
ki biblijne Al1dr zejwskiego raLą n1nie jakimś piękl1oduchost\vem i stylizacyjnym 
zmanierowaniem. Czytałen1 te książki z lat siedemdziesiąt)'ch i osieindziesiątych 
z rosnącą irytacją - wiedziałen1, że Andrzejewski poszedł znowu niewłaściwą dro- 
gą. D7icnnik "Z dnia na d/ieI1" niczego nic wyjaśnił, rysował obraz pisarza wąt- 
piącego, głęboko zanurzonego w środowiskowych swarach (o ileż ciekawsze są 
"l\licsiące" Brandysa, czy "łże - palniętniki" Konwickiego!). 
Andr7cjcwski był zawszc \\' pierwszym sLeregu: odnosił sukcesy, popadał w sa- 
mou\\ idbienie, czuł na sobie wiatr historii. Rożnie o nim pisano w różnych okre- 
IIJch chwaląc go La przeciwstawne poglądy. Ten par
ldoks nie pon1ógł pisarzowi 
i jego dziełOll1, \\ u;cej \\ id.1Ć w nich pęknięć, targania niż spełnionych an1bicji. Za- 
czynan1 \\ ierzyć, że najciekawsLY Andrzejewski to autor okupacyjnych listów do 

1iłosza, listów - dyskusji, które niedawno ujrzały ś\\ iatło dzienne. 


Julian KornbattScl" 


107
>>>
R)'szard Matztsze1vski 


Garść \vspoffinień o Jerzym Andrzejewskim 


Jerzego Andrzejewskiego poznałcll1 pod konicc IJt I11iędZ)'\\ ojcl1l1\ ch: chyba gdzieś 
w roku 1938, może nawet 1939. 
i\'astępne wsponu1ienia S
1 już z lat okup
lCji. Odwicdziłem Jcr7cgo wiosn
1 ro- 
ku 1940, kiedy mieszkał czasowo w kawalerce Jarosława Iwaszkicwicza na rogu 
Krakowskiego i Trębackiej. Paten1 odwiedzałen1 Jerzcgo na Nowiniarskicj, koło 
Placu Krasińskich. Z tyn1 mieszkanicll1 Jcrzego koj
lrzyłcm później - było to na- 
przeciw n1urow getta - zarówno pierwszą wersję opowiadania ,,\Vielki Tydzień" 
(dnlga \\ crsja un1iejsco\\iona była wyraźnic w okolicy późniejszego l11icjsca 7amiesz- 
kania pisarza, na Bielanach), jak \\idok na kręcącą się karuzelę na Placu Krasin- 
skich, scenerię wiersza 11iłosza "Can1po cli Fioń". 
\Vic}zanie tan1tego I11ieszkania Andrzejewskicgo z unvorcm 
liłosza nu swoje 
uzasadnienie. 1\liłosz zjawił się'" \Varszawie też gdzieś wiosne} 1940 roku i \\'te- 
dy od razu zawiązała się między nim i Andrzejewskim bliska przyjaźń, a nl0je kon- 
takty stały się kontaktami z nimi. Do biografii Jerzego należy 111.in. wspÓlna pracJ 
obu pisarzy nad powieleniem zbioru wicrszy 
liłosza, który ukazał się jako druk 
konspiracyjny \\' 46. cgzeIl1pbrzach jesieni
11940 roku. Autor występował pod p
cu- 
donimeI11 "Jan Syruć". Byłen1 \\'ted
 \\' posiadaniu jednego z tych 46. egzeI11pla- 
rzy, a pojawiły się one jako pierwszy \\' ogóle, konspiracyjnie "'yd
lny, zbiór wierszy 
w czasie okupacji. Zrobiły na I11nie ogron1ne wrażenic i choć 
1iłosz większosci 
tych un\'oró'" nie przedrukował nawet w \\ ydanym po wojnie ton1ie ,,()calcnie", 
do dziś utrzYI11uję, że dostarczyły I11i one jedncgo znajsilniejszych pr7c7Yć po- 
en"Ckich w moin1 ż"ciu. 
J J 
Z książki Anny Synoradzkiej o Andrzejewskim. dowiaduję się, :ie powielacz, nJ 
ktorym Jerzy z Czesławem odbijali ó", t0l11ik, uzyskali dzięki pOI11CY Antonicgo 
Bohdziewicza. To I11i przypol11ina, żc jedno zc spotka{l z Jer/vm i C Lcsławcll1 mia- 
łeI11 właśnie w mieszkaniu Bohdziewicza na Kredytowej. 
Z późniejszych spotkań upamiętniło nli siC; \\' sposób s7czególny to, ktcre od- 
było się u mnie w donul, na Żoliborzu przy ul. Krasinskicgo 18. 
Iiało 0110 111iej- 
sce najprawdopodobniej gdzieś pod koniec 1941, a 1110ŻC na początku 1942. 
CdeI11 spotkania było wspólne \\)'słuchanic OpOWi
ldJl1ia "Przcd s.}dcm", kt6rc \\'tc. 
dy Jerzy napisał. Było to już po ataku Hitlera na So\\iety. Był Czesław l\liłosz, Jan 
Kott. 
"Przed sądem" jest opowiadanien1, którc zarówno \\'6"'C71S, jak i .łLiś occni
ll 
bym jako zaskakujące w swojej wynlowie. Realia S
1 niby okupacyjnc - boh
1tcr uwi
 


* Anna Synorad7ka, .,Anducjcwski"', Wrda\\ nictwo [itcrackic, KrakÓw 1997. 


108 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y (' Z N Y
>>>
. ... 



 \ 
,", 


... 


" 
 ł 
. 


ziony n1a ponieść śmierć z rąk hitlerowców 
- ale problematyka raczej z kręgu tych psy- 
chologicznych mroków, jakie fascynowały 
Jerzego już w przedwojennej n\'órczości. 
Bohaterowi najciężej przychodzi nie sama 
perspektywa śn1ierci, lecz perspektywa śmier- 
ci samotnej i z tego powodu, ulegając wła- 
snej słabości, wydaje przyjaciela. Dyskusja, 
która nastąpiła po przeczytaniu opowiada- 
nia, była właściwie wielkim atakiem na An- 
drzejewskiego, któI)T przypuścili pepeerowscy 
"ideolodzy" Stefan Żółkiewski i \Vładysław 
Bielikowski. Janek Kott dołożył do tej kry- 
tyki swoje, podobne zastrzeżenia, ale - 
o ile pamiętam - Jerzy zaniósł to wszyst- 
ko z uśn1iechen1 i chyba nie był przekona- 
Alldrzejewscy i WirpszoJl.ie z dziecmi. Szczecin, kOllitC lat ny do rac J o i swoich P olemistów , g dyż 
.JO-tych I"b poczqttlt 50-tych. Fot_ Archiwllm ..,l(.A:tJ - 
opowiadanie ogłaszał potem, nie dokonu- 
jąc w nim żadnych zabiegów korygujących. 
Inaczej rzecz się nliala z drugim, obszerniejszyn1 opowiadaniem, które Jerzy na- 
pisał pod ŚWiCŻ)'ll1 wrażenien1 likwidacji warszawskiego getta, wiosną 1943 roku. 
Opowiadanic to pt. ,,\Vielki Tydzień", znane jest dziś wyłącznie w zupełnie zmie- 
nionej wcrsji powojelulej. Ja natonuast na1eżałelll, podobnie jak n1.in. Janek Kott 
i Jarosła\\ I waszkic\\ icz, którzy o tyn1 pisz.}, do pierwszych czytelników jego wer- 
sji poprzednicj, późnicj b.}dź zagubionej bądź zniszczonej w toku wojennych wy- 
darzell., gdyż jcdync świadect\\'a jcj istnienia oraz ich zapisanej treści pochodzą od 
jej ówcLesnych słuchaczy i czytelników. Z zapisów Iwaszkie\\-icza wnika, że tYlll 
razen1 "wielkie czytanic " opowiadania odbyło się w salonie Kazimiery lvlorawskiej, 
a uczestniczyły \\' nin1 takic wielkości literackie jak autor ,,
1łyna nad Utratą 

 i Zo- 
fia 
ałkowska. Iwaszkiewicz odnotował
 że ,
\Vielki Tydzień" spotkał się wówczas 
z chłodnyn1 przyjęcielll słuchaczy i llliał za złe Andrzejewskienul, że podjął tenut 
zbyt świcży, nic n1ając doIl. jes7czc potrzebnego dystansu. 
lnic z n1ojej, indywi- 
dualnej lekttlf) ma
zynopisu tego opowiadania pozostało wrażenie, że Al1drze- 
jcwski znów chciał - na kanwie wielkiego tematu tragedii getta - wyeksponować 
mOtyw indywidll,llncj, psychologicl'nej reakcji bohatera, wyrażającej się w kont1ik- 
cie pOll1i
dzy zrozUll1ieniem ogólnej wagi spra\\
' z jednej strony, a problenlcn1 
przcłall1ania nicchęci do bohaterki opowialbnia - z drugiej. Doskonale oriento- 
wałem się, kto jcst prototypcm bohaterki ,,\Vielkiego Tygodnia'\ Ireny Lilien i ,,'ie- 
działem, jakic podłożc ma PC\\ icn rodzaj niechęci Jerzego do tej \daŚIUe osoby, 
która lnu się po prostu eron'cznic narzucab, on zas nie był zdolny do akccptacji 
tych awansów na dlujsl' ,}ll1Ctę. .\ tu z drugiej strony ta osoba jest zagrożona przez 
ustaw\, norymberskie i w dodatku ma wyraźnie scnlicki wvgląd, trzeba więc lldzie- 
. - -. 
 
lić jej POl110CY i traktować j
} j,tk najcicplcj. 


'ł:. . 1. 
, 


, .... 


- 
. 


-. 


")" 


ł 


"' 


, . 


.:...... 


, \ 


, 



 


. . 


. 


... 


- 


r 


) 


,or 


. 


. .. 


,
 


..... 


. 


.,. 


109
>>>
Takie było - według tego, co pan1iętan1, opowiadanie w swojej pierwszej wersji 
i nic \\ nim nie było ponadto, ponad ów konflikt n10r,1Iny. Natomiast nowa wersja 
opowiadania, którą przeczytalcln w dnlku po wojnic, okazała się zupełnie inna. Au- 
tor powiększył znacznie liczbę występuj..}cych w ut\\'orze osób, nadając in1 określo- 
ne oblicza ideowo - polityczne. Poja\\ ia się br,u Jan,l Maleckiego, działacz Amm Ludowej, 
pojawią się "straszni l11ieszczanie" - antysen1ici. Genezę przekon..u1ia Jerzego, że wi- 
nien opowiadanie przerobić widzę wyraźnie w tyn1, że - z jednej strony - "yczuł, iż 
ut\\'ór nie za bardzo, w tej pierwszej wersji, podobał się jego słuchaczom i czytdni- 
kon1, z dnlgiej - w pewnyn1 typie zarzutów, których ShlSZ110ŚĆ zapewne uznał, a któ- 
łych autora jak gdybym słyszał. \Vystarczy zresztą sięgnąc do recenzji Jana Kotta z ton1U 
n Noc ") który ukaz,u się zaraz po ,,'ojnic i w którym zan1ieszczona została dnlga wer- 
sja ,,\Vielkiego Tygodnia'\ aby znaleźć t.ll11 pot\\'ierdzenie moich prZ)l1uszczeI1. Kott 
tak charakteryzuje ,,\Vielki Tydzień" \\ swojej recenzji: "Napisany w roku 1943, zo- 
stał przed \\ ydaniem w tomie przet\\"orzony przez autora. Znall1 obie wersje opowia- 
dania. Pozwalają one jasno wyznaczyć drogę, jaką przebył Andrzejewski. \V pierwszej 
wersji «\Vielki TydzieI1» był obrazem wewnętrznego dramatu człowieka, który cier- 
pi, ponieważ nie może się zdobyć na pełną solidarność i braterst\\'o z Żydami, wal- 
czącyn1i w gettcie. \V pierwszej wersji tragedia Żydów była tragedią ludzi obdartych 
z bohaterstwa i skazanych na walkę bez nadziei. \V pierwszej wersji stosunek Pola- 
kow do Żydów był dramaten1 odpowiedzialności każdego człowieka za okrucierlstwo 
i zło ś\viata. \V drugiej wersji bogata, trafi1a i zróżnicowana analiza sytuacji społecz- 
nej wszystkich postaci, świat odwrócony głową na dół posta" iła z powroten1 na no- 
gach (...) \V drugiej wersji «\Vielkiego Tygodnia» pojawiło się po raz pierwszy słowo 
«faszysta». Analiza sytuacji społecznej pozwoliła na pokazanie politycznego podzia- 
łu polskiego i żydowskiego społeczeńst\va". 
Recenzja Kotta nosi tytuł "Droga do realizlllu" i jest niew
tpliwie jednyn1 z ty- 
powych przejawów toczonej wówczas w tygodniku "Kuźnica" "walki o realizm 
w literaturze". Za słowami recenzji jakbym słyszał często powtarzany wówczas przez 
krytyków "Kuźnicy" zarzut pod adresem pisarzy, ukazujących psychologiczne 
dramaty, zawieszone w "próżni społecznej". Przerabiając ,,\Vielki Tydziell " Al1- 
drzeje\vski wyraźnie wstąpił na drogę zerwania z 
'n1,co go przedten1 fascynowa- 
ło w literaturze, wytoczył działa w walce z "lnrokien1 nocy", który go - jak sam 
później pisał w którymś ze swoich szkiców - urzekał. \Vydawało mu się - Jl1yślę- 
wtedy, że właśnie wstępuje w "jasność dnia", walcząc ze sobą dawnYIn. T o był jak 
gdyby pierwszy krok do osiągnięcia, za jakie w parę lat potem uznano jego pierw- 
szą po \vojnie powieść, "Popiół i diament". 
Myślę, że w tej ewolucji Janek Kott, wówczas czoło\\)' krytyk "Kuźnicy", odegrał 
znaczną rolę. Obaj z Andrzejewskim mieli jakąś wewnętrzną potrzebę poszukiwa- 
nia uniwersalnego klucza, który by in1 tłun1aczył świat, a nawet, jak chciał Marks, 
pomagał świat zmienić. Takim uniwersalnym systemen1 jest katolicyznl, ku które- 
mu Andrzejewski grawitował przed wojną, a i Kottowi w jego dość kierunkowo r07- 
bieżnych poszukiwaniach "ostatecznej prawdy" zdarzało się w jego okolice zawędrować 
(modne tuż przed wojną lektury Maritaina itp.). Teraz z kolei Andrzejewski dawał 


110 KWARTAL
IK /ARTI YSTYCZNY
>>>
sic; Kottowi ciągnąć w stronę biegunowo przeciwnego "uniwersalnego systemu". 
Jako krytyk Janek miał wtedy w "Kuźnicy" coś w rodzaju monopolu, czy pierw- 
szeństwa w omawianiu nowych książek Jerzego. A była to krytyka życzliwa, ale 
zarazem "pryncypialna", wymagająca, skoro np. recenzując "Popiół i diament" przy- 
jaciel mój tropił raczej naganną sympatię autora dla ex-akowców niż to, co nie- 
którzy krytycy tropią dziś, tzn. wyraźną ze strony autora intencję, by samego 
siebie przekonać do racji rzeczników "nowego ładu" w Polsce. 
Nie byłem już, kiedy ukazał się "Popiół i diament", w tak bliskich z Jerzym kon- 
taktach, jak w czasie okupacji. Po prostu nie mieszkaliśmy, tak jak wtedy, nie tyl- 
ko w jednym mieście, ale - przez czas pewien - w bliskiej dzielnicy, co ,,'latach 
okupacji ze względu na tnldności kon1unikacyjne było ważne. Gdzieś w roku 1943 
Jerzy, już po ślubie z Marysią, przeprowadził się - wraz z Maryną i Jerzym Za- 
górskin1- na dalekie Bielany. TalTI urodził się jeszcze w czasie wojny ich syn 
Iar- 
cin, tam też odbywały się pamiętne wspólne i dość huczne imieniny dwóch Jerzych, 
Al1drzejewskiego i Zagórskiego. Zapamiętałem z nich m.in. to, że wtedy właśnie, 
na tych imieninach, poznałem osobiście i zetknąłem się jedyny bodaj raz z dwo- 
nla czoło\\)'mi przedstawicielami naj młodszego pokolenia poetów: Krzysztofem 
Kamilem Baczyóskim i Tadeuszem Gajcym. 
\Vracam jednak do "Popiołu i diamentu". Bardzo mi się wtedy podobała ta po- 
wieść, i to właśnie dlatego, że autor nie ukrył w niej swojej sympatii dla bohate- 
rów z kręgu Maćka Chełnuckiego. Może i zdawałem sobie sprawę, że powieść odsłania 
tylko jedną część prawdy o ówczesnej rzeczywistości, ale sam byłem wtedy w ta- 
kin1 stanie ducha, w którym nie stawiało się żądal1, by całą, niecenzuralną wów- 
czas prawdę wyjawić. Dziś patrzę na to dzieło dużego talentu nieco inaczej, 
krytyczniej, ale w żadnym "l'padku nie tak, jak niektórzy - pożal się Boże - żąd- 
ni sensacji reporterzy, którzy chcą wmówić w dzisiejszych czytelników, że to po- 
wieść z ubeckiej inspiracji. 
Przeraził mnie Jerzy dopiero - na szczęście na czas stosunkowo krótki - kiedy 
w kwietniu roku 1950 ogłosił w "Odrodzeniu" swój programo\\)' manifest świe- 
żo przyjętego do PZPR katechumena pt. "Notatki". Przeraził dlatego, że dotych- 
czas miałem go, również po ogłoszeniu "Popiołu i diamentu", za człowieka 
o poglądach raczej niezależnych, przyjmującego z doktryny nowego ustroju tyl- 
ko to, co dało siC; - w n1oin1 ówczesnyn1 rozumieniu - \\y"eksplikować racjonalnie. 
Zapewne i w tym nie n1iałen1 racji, bo i sanl - nie zawsze w pełni ś\\iadomie - ule- 
gałem presji tego, co siC; działo. Pracowałen1 teraz jednak w tyn1 strasznyn1, jeśli 
się nań z dzisiejszej perspektywy patrzy, poszczecińskim okresie w "Kuźnicy", nie- 
bawem n1ającej się połączyć z "Odrodzenien1", kierowanej przez człowieka umie- 
jącego mnie utrzyn1ać w przekonaniu, że - będąc starytl1, doświadczonyn1 
komunistycznym działaczem - nie zatracił trzeźwego rozsądku w literackich oce- 
nach. ManI l1a n1yśli Pawła Hoftil1ana, postać ciekawą, złożoną i zasługującą na 
refleksję, gdy ma się w pamięci labirynt ówczesnego życia kulturalnego. Otóż An- 
drzejewski w "Notatkach" zaprezentował się jako inteligencki pokutnik, proszą- 
cy partię, by była dhui surowa i wymagająca. Tymczasen1 w 1110im odczuciu ona 


III
>>>
była już aż nadto surowa i nie tolerancyjna. Mogłen1 być jej wtedy posłuszny, ale 
żeby jeszcze prosić n1iu11usię - partię, by n1nie n10cniej biła w skorę - tego swo- 
istego n1asochizl11u nie rozul11iałen1. I nawet doświadczony, stary towarzysz Pa- 
weł Hoffn1an z tego się podśn1iewał i prorokował po cichu, że Borejsza, który te 
"Notatki" Al1drzejewskiego wtedy \\)'drukował, jak rówl1ież w tyn1że czasie ana- 
logiczny, pełen dzikiego fanatyzmu tekst Borowskiego, "przegina pałę" i wkrót- 
ce okaże się za to odpo\\"iedzialny. To prorocn\'o Hoffnlana rzeczywiście już 
w kilka tygodni później się sprawdziło. Zapewne nie było żadnyn1 proroctwem, 
ale wiedzą \\)'niesioną z ówczesnego KC. Połączon
 tygodniki "Odrodzenie" 
i "Kuźnica" dały swój początek "Nowej Kulturze", którą otrzyn1ał nic Borejsza, 
lecz właściwie Paweł Hoffman. Czyli wiedział, co w trawie piszczy. 
Ale dlaczego Andrzejewski wtedy te "Notatki" napisał? Dlaczego później opu- 
blikował dręn\"e broszury ,,0 człowieku radzieckin1" oraz "Partia i n\'órczość pi- 
sarza"? To wtedy jakoś nu się z osobą autora nie tylko "Ładu serca" czy "Nocy", 
ale również i "Popiołu i diJI11entu" wcale nie godziło. To był już Andrzejewski 
inny niż ten, którego znałen1. Prawie l1ie spotykaliślny się w owym czasie, bo za- 
mieszkał w Szczecinie i dopiero ex post mogę sobie dziś wyobrazić, jak n,l owym 
szczecińskin1 odludziu kolonia osiadłych tanl z własnej, nieprz)'lnuszonej woli w po- 
niemieckich willach pisarzy Da siebie wzajen1nie oddziaływała, stymulując wzajen1- 
nie swoją ideologiczną żarliwość. Bo sąsiadował tam Andrzejewski z l11łodym 
\Viktorem \Voroszylskim, który jeszcze nie 111iał za sobą późniejszych, moskiew- 
skich rozczarowań, był tan1 z nilni nie mniej wówczas fanatyczny \Vitek \Virpsza, 
i tak się taln wzajemnie w swej partyjnej żarliwości podniecali. 
Na szczęście krótko to trwało i jeżeli był nlon1ent, kiedy ta nieoczekiwana par- 
tyjna żarliwość Andrzejewskiego mnie zaskoczyła, to niedługo kazał na siebie cze- 
kać czas, w którym autor "Popiołu i diamennl" zaskoczył 111nie szybkim i stanowczym 
wycofaniem się ze swego zaczadzenia, zdecydowanym Z\\Toten1 i pionierską rolą 
\\' procesie gwałtownej rewolty i wypowiedzenia posłuszeńsn\"a zarówno dotych- 
czasowym autorytetom, jak sobie san1emu z okresu zniewolenia. 
\V krótkiej nocie trudno jest zajmować się zawiłościanli psychicznego podłoża 
jego wewnętrznych przemian. \Vystarczy, że wypunktuję te n10menty, kiedy coś 
mnie z nim łączyło, a to był właśnie okres, kiedy te związki nasze jakoś się rozluź- 
niły. Pan1iętam oczywiście epizod z omdleniem na jubileuszu Marii Dąbrowskiej 
w roku 1952, kiedy Jerzy wygłaszał przen1ówienie o jubilatce i nagle osunął się, 
straciwszy przytomność. Mojej późniejszej żonie, Irenie Szymańskiej powiedział, 
iż zemdlał ze strachu, że wymknęło mu się coś nieprawon1yślnego, bo zauważył 
Janinę Broniewską, sekretarza POP przy Związku Literató\\. pochylającą się i coś 
szepczącą Pawłowi Hoffmanowi. Świadczyłoby to o tyn1, że już wtedy własna za- 
leżność od komunistycznego diabła przejl110wała go strachem. 
Dla mnie ważnym faktem jest to, że na przykładzie Andrzejewskiego, podobnie 
jak na przykładzie Stasia Dygata, widać \\)'raźnie, iż byli to pisarze, którzy - tak na- 
prawdę - nagiąć się do żadnych doktrynalnych dyrektyw nie potrafią. Żadnej z pu- 
blikacji Andrzejewskiego po "Popiele i diamencie" aż do czasu jego wyzwolclua sic 


112 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
spod presji własnego przeświadczenia, że "musi służyć", nie można uznać za auten- 
tyczny utwór literacki. Te dwie wspomniane broszury /nigdy ich nie zdołałem prze- 
czytać/ musiał pisać w jakimś masochistycznym amoku, cały zaś wiedząc, że nie jest 
sobą. Jedyna próba "pozytywnej satyry", nieukończona powieść o "walce z Zaduf- 
kami", też dowodziła, że pisarz nie umie odnaleźć samego siebie. Dopiero pamięt- 
ne i długo niedopuszczane do druku opowiadanie "Lament papierowej gło\\)''', nad 
którym dyskutowano na jakimś partyjnym zebraniu, było pierwszym sygnałem wy- 
zwolenia się pisarza, bardzo wczesnym, bo powstało już w 1953 roku. "Lament pa- 
pierowej głowy", "Pantofelek", "Złoty lis" - to były te opowiadania, które pokazywały, 
że Andrzejewski na nowo się narodził. Niektóre, jak. "Pantofelek", wydawały się z po- 
czątku jakieś dziwaczne, ale wkrótce stało się zrozumiałe, że tą pokrętną drogą z po- 
zoru błahej groteski pisarz demonstruje swój coraz bardziej zasadniczy sprzeciw\vobec 
rosnącej wokół nas bredni. Kiedy ukazały się "Ciemności kryją ziemię", wszystko 
było już jasne. "Bramy raju" i "Idzie skacząc po górach" to były dalsze etapy na dro- 
dze wyzwalania własnego talentu z misternej pajęczyny uzależnień. Prawdziwa cho- 
lera brała, kiedy właśnie wtedy złośliwa małpa Sandauer jął w swoim "Bez taryfy ulgowej" 
wypisywać pamflety na pisarzy i zaczął właśnie od Jerzego. Tak. dokonał się swoisty 
kontredans. Opisany w "Zniewolonym umyśle" Miłosza jego przyjaciel, pisarz Al- 
fa, stał się pisarzem opozycji, podczas gdy oporny i odważny w czasach socrealizmu 
Sandauer zaczął powoli dryfować ku roli pogromcy opozycji, "dobrego żyda" wcza- 
sie wydarzeń marcowych i chwalcy stanu wojennego. 
Moje małżeńst\vo z Ireną Szymańską w roku 1961 zbliżyło mnie pono\\rnie do 
Jerzego, z którym była zaprzyjaźniona - może nie tak dawno jak ja, bo jestem star- 
szy, ale za to znacznie bliżej i ściślej. Ich codzienne telefoniczne rozmowy!- Ich ucie- 
cha, że ubecy notują wszystkie wymieniane przez nich uwagi na temat Ojca Goriot 
i Eugenii Grandet z przekonaniem, że to groźne, opozycyjne szyfry!. Lektura 
"Apelacji", którą Jerzy odważnie i wręcz zuch\vale ,,)'drukował w bibliotece pary- 
skiej "Kultury", pod własnym nazwiskiem już w roku 1968. Czytałem ten ś"ietny 
ut\vór jeszcze w "Czytelniku", niestety o \,)'daniu tego wówczas w krajowym wy- 
dawnict\vie nie mogło być mo\\)'. Potem odważny list do Goldstiickera po inwa- 
zji na Czechosłowację. Rok 1970: Jerzy przemawia nad grobem Pawła Jasienicy. 
Przen1ówienie wspaniałe, zuchwałe w bezkompromisowej obronie pisarza, które- 
go Gomułka publicznie zbezcześcił. Potem wszystkie perypetie z "Miazgą", nara- 
dy z Irenką nad recenzją wewnętrzną, jedną z licznych, jakie zamówiła wtedy 
redakcja PIVV-u, z niezbyt cenzuralnego ut\voru, którego losy ważyły się na biur- 
kach aparatczyków z KC. Liczne wizyty z Irenką u Jerzego, ktor)' po marcu, inwi- 
gilowany przez ubeków, coraz n1niej wychodzi z domu. vVięc te dość częste wizyty 
w jego dużym mieszkaniu na Świerczewskiego, na Pradze /przed wojną to była 
Zygmuntowska/o Śmierć Marysi i rządy domu przejmuje córka, Agnieszka. Coraz 
młodsi przyjaciele Jerzego, zafascynowani nim, on ninli. Antek Libera, Filip Bajon. 
Jakieś tłumne urodziny Agnieszki /chyba skończyła "'tedy ttzydziesci lat, Jerzy w krę- 
gu młodych ludzi, coraz wyraźniej n1anifestujących swe opozycyjne oblicze. Fir- 
muje ich działania: KOR, "Zapis". Niestety coraz częściej jest \\ stanie alkoholo,,'ego 


113
>>>
zan1foczenia. Niewiele lnu do tego trzeba: kieliszek, dwa. Ale wciąż pisze. Ma dwo- 
istą sytuację: z jednej strony - ut\"oru, w który włożył najwięcej trudu - "Miazgi" 
_ wydać w kraju nie może, a zagranicą nie chce, bo n1a nadzieję że jednak w kraju 
\\ .yda. I - z drugiej strony - n1a wśród partyjno-literackich notabli człowieka, któ- 
ry rozumie, że wielkiego pisarza nie n10żna skazać na 111ilczenie, który chce otwo- 
rzyć nad nin1 parasol ochronny; to Jerzy Putran1ent. \V "ychod.zącyo1 pod jego redakcją 
od 1972 roku t) godniku "Literatura" ot\viera Andrzejewskiemu możliwość stałe- 
go drukowania felietonów, z czego Jerzy korzysta, choć cenzura ingeruje w wiele 
jego tekstów. \IV drugiej poło,,"ie lat siedemdziesiątych publikuje parę nowych, du- 
żych opowiadań: "Teraz na ciebie zagłada", "Już prawie nic". \IV 1979 roku uka- 
zuje się wreszcie ,,
liazga", w drugim obiegu, w wydawnict\\'ie "Nowa". Z kilku 
ostatnich spotka{l z Jerzym pamiętan1 wspólną jazdę, z Irenką i z Jerzym na po- 
grzeb Iwaszkiewicza, w przeszło rok później na wieczór Czesława Miłosza w PEN- 
Clubie, podczas jego pierwszej po Noblu wizyty w kraju. Jcrzy nie krył ambiwalentnych 
uczuć po 
oblu dawnego przyjaciela. Kiedyś nawet, półżartem, mając zapewne na 
n1yśli ich liczne wspólne pisarskie przedsięwzięcia sprzed lat, oświadczył, że ta na- 
groda powinna była być pomiędzy nich dwóch podzielona. Mam wrażenie jednak, 
że Czesław nie poczuł się tym żartem dotknięty. Sprawa ich dawnej przyjaźni prze- 
szła przez okres zdecydowanego kryzysu, kiedy drogi ich tak diametralnie się ro- 
zeszły: kiedy Jerzy wstąpił do partii, a Czesław wybrał wolność i sportretował 
przyjaciela jako Alfę w "Umyśle zniewolonym". Ale po kilku latach, kiedy Jerzy zc 
zniewolenia się wydobył, przyjaźń została odnowiona i nawet cykl \\)'mienianych 
przez obu pisarzy listów - esejów z czasów okupacji doczekał się publikacji w zbio- 
rze .l\liłosza "Legendy nowoczesności". 
Ciepło przyjaźni, jaka łączyła Jerzego z moją Irenką jakoś i mnie ogrzewało. Kot1- 
cząc swoje wspomnienie o nin1 sięgnęła do jego listów i pokazała n1i jeden z nich, 
w którym Jerzy wspomina, że razem jechaliśmy pociągiem w roku 1972 na Zjazd 
Związku Literatów do Łodzi i że miałem jakoby opiekować się nim w czasie po- 
dróży. Dziwnie to mi nawet jakoś zabrzmiało, bo przecież trudno to brać dosłow- 
nie: był jeszcze w pełni sił i opieki sensu stricto chyba nic potrzebował. Ale 
widocznie tak to odczuł. Zresztą na tamtym zjeździe na pewno widziałem w nim 
kogoś bardzo bliskiego i kogoś, kto bardzo mi umiał zaimponować: swoją posta- 
wą, swoją odwagą. \tV drugoobiegowym wydaniu "Miazgi", w kOI1cowej partii dzien- 
nika zamykającego książkę, Jerzy zamieścił nie tylko swoje piękne i szlachetne 
przen1ówienie nad grobem Pawła Jasicnicy, ale i nigdzie wówczas nie publikowa- 
ny, rozesłany przyjaciołom list autora "Rzeczypospolitej obojga narodów", w któ- 
rym odpowiadał on na marcowe zniewagi Gomułki pod swoiln adresem. Swoją 
postawą budził szacunek, który - jeśli o mnie chodzi - znaczył więcej niż zarzu- 
ty, jakich mu nie szczędzono w związku ze słabościami, od których któż z nas jest 
wolny? A ileż pięknych chwil zawdzięczam lekturom dzieł, które nam pozostawił! 
Jedno krótkie wspomnienie nie wyczerpie tej sprawy. 


Ryszard Matuszewski 


114 K'VARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
Czesław Miłosz 


*** 


Andrzejewski bywał w Paryżu począwszy od roku 1959. Wtedy zobaczyliśmy 
się znowu po dziesięciu latach, bo w 1949 odwiedziłem go w jego willi pod 
Szczecinem. Jego portret w moim "Zniewolonym umyśle" był dla niego przykry, 
ale takie zobaczenie siebie z boku podziałało na niego otrzeźwiająco i teraz przy- 
znawał, że okropnie się był "ygłupił w swojej partyjnej fazie. Spotykaliśmy się w Pa- 
ryżu, albo on odwiedzał naszą rodzinę w Montgeron. 
Ostatnie dłuższe z nim rozmowy przypadają bodaj na rok 1966/67, za mego 
s a b b a t i c a l, czyli uniwersyteckiego urlopu spędzonego we Francji. Zdaje się, 
że nie poruszaliśmy żadnych tematów politycznych. Zamierzałem treść tych roz- 
mów tutaj opowiedzieć, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że lepiej się po- 
wstrzymać, bo dotyczyły jego problemów zbyt osobistych. 


Czesław Miłosz 


!(rzysztof MyszkO Jvski 


*** 


Z Jerzym Andrzejewskim po raz pierwszy spotkałem się 19.11.1977 roku. By- 
łen1 wtedy studentenl toruńskiej polonistyki. Adres pisarza usłyszałem w Radiu \Vol- 
na Europa, podany w związku z działalnością KOR-u. Napisałenllist i odwrotną 
pocztą otrzymałem odpowiedź z zaproszeniem do złożenia wizyty. "Oba,,-ian1 się, 
żc znajdzic n1rue Pan w trochę innej postaci, aniżeli Pan sobie "yobraża" . I rze- 
czywiście. Znalazłem pisarza w postaci o ileż przerastającej moje o nim wyobra- 
żenia. Znałem "Bramy raju", a także pozostałe "dwie opowieści"" pewnie także 
jakieś opowiadania, na pewno "Teraz na ciebie zagłada" i dziennik literacki "Z dnia 
na dzień", którego byłem wiernym czytelnikiem. 
Nie chcę się powtarzać. O J erzyn1 Andrzejewskim napisałem rocznicowe wspo- 
mnienia, ogłoszone w "Tygodniku Powszechnynl"" i w "Gazecie \Vyborczej". Je- 
go listy do mnie zostały opublikowane \V ",Tytule". Moje listy do niego leżą 
w pudle w Muzeulll Literatury. To, plus dedykacje w książkach oraz zapisy l11nie 


115
>>>
---... 
" 



 


ł-ł't' £.. 
" 


,. 


, . 
. ..\. 


',. 


.. 
'. 
.'.q
 t, 
..." ... ,,
-- 

 .... 
, :;.;. . 


 
 
 

 -A 
-
. 
'''_7
 ,,:. .
 " 
 . ",;_,.....'; 
. ,,'.' it. 
 ,",,"
"-i 
- 

. 
 -. 
...- . - . .. ,- 
. 
i:..'(:.'. :\.


. - 

..., 
r . '"
. 
\....... },. . 
,........... "'\
.. . .. . .... 
. ;. '
, .. 
., - .
 .
 
 

.

 .... 

:'.; . 
. . ,:':.

 
 
..
. 
. 
.

 .- 


 ?-

 c 
:" '. 

 ..J* ( 
)
. " '- 
 "ł.- 

 "....... 
 *,-. :- 
... -.. 
,.. 

 - 
.,," ....... ,-

,.:I: ", 
-

-


=-': .- '. ,. 


v 


" 



 .- 
.'. 
- 
... v:::...... 
. ...-.
. . 

'..., ' 
i;;'" .... ., 

 ..
1!;'1M''':f.l:5\ 
" ",..;:\.. 
 

... .
)f'" 
. "'I.
...
 
_ ;1 
 ,\
 

 
,,
 

 
'. .
. 

 
\ 
, 
':' ::.' X- 
.....-:ł 
 
. ,.' 


" 
 





. . ., 



\
 
1-' 
"".............. .. 
Ir , ,. , I 
. ..''''''? 
L""
 
....'.,
 'II 
,," ... 
. ,,'" 
" 



 


.::;,. 


, 
." 


ł. 

 


..-.... : .... f 
':"

.f. . '\ 


-\I 
., .
.., 


, .. :.".,. 


....
. 


wił-. 
 
"'-.J. ...;; 


.' ". 
:. '
' ''!.. 
..... - 
- ..-" -t.. 
. .;... -:.. 


- 


.-- 


l" . . '-. 
'":,\_-;: : ij, 
- 4e.... 


.' 


.... 


» ; .';'" 1 
. . ł 
,: . 


Jcrz..y Andrzejewski i Krz..ysztof A(yszkowski, Obory 19-8 r_ 


Fot_ Archiwum ,)(.A. » 


dotyczące w "Z dnia na dzien" i w "Grze z cienien1", które to tomy przygotowa- 
łem do druku, za co dostałeiTI specjalne podziękowania (zapis z 15 czerwca 1981 
roku w 

Grze z cieniem ") oraz oprawiony w skórę notes paryski. 
Trudno jest pisać o pisarzu. Pisarz zapisuje siebie sam. Reszta to addenda. 
\Viele zawdzięczam Jerzemu Andrzejwskiemu. \Viele się od niego nauczyłen1. 
Dawał mi lekcje dotyczące literatury, a także historii i polityki. Dostawałem od 
niego wiele ważnych książek do czytania, których wtedy nie było ani \\' księgar- 
niach, ani \V bibliotekach. 1\Iiędzy innymi dostałem wielki, berkeley'owski wybór 
wierszy lviiłosza, a potenl podarował mi inny wybór, z dedykacją: "Krzysztofowi, 
żeby miał swojego Lit\vina - J .A." \Viele książek paryskiej "Kultury" i ,,
O\VEJ" 
woziłem do Torunia nawet w stanie wojennym i przez myśl mi nie przeszło, że 
coś złego moze Się przytrafić. Byłem jak na skrzydłach. 
Spotkania w Warszawie i w Oborach i kontakty korespondencyjno-telefonicz- 
ne z Jerzym Andrzejewskim to była orbita do innych niepodobna. Obserwowa- 
łem jego grę końcową, rzeczywistą grę z cienieo1. Trudno jest w takill1 wspomnieniu 
przeniknąć do stref)r najważniejszej, uczuciowo-przyjacielskiej. Jest ooa odsłonię- 
ta w tych wszystkich zapisach, o których wspoml1iałem. "Jest tylko to, co napisa- 
ne. Poza tym, co napisane, nie ma nic". To, jak działa łaska, jest nie do opisania. 
Jej działanie poznaje się po owocach. Cała reszta to gadanina i mrzonki. 
Nasze wspólne przywiązanic do dziewiętnastki (a 1110je jeszcze do dziewiątki). 
Andrzejewski wielokrotnie o tym pisał. Urodził się 19. Suma cyfr roku jego uro- 
dzenia wynosi 19. Ja także urodziłeo1 się 19. Suma cyfr dnia i miesiąca mojego 
urodzenia wynosi 19. Suma liter mojego iJl1ienia i nazwiska "ynosi 19. Etc. Po 
raz pief\vszy spotkaliśmy się 19. Un1arł 19. "Są dziwy w niebie i na zico1i, o któ- 
ryc h ani śniło się waszyo1 filozofom". 


116 K W A R T A L 
 I K lA R T/ Y S T Y C Z .:\f Y
>>>
Andrzejewski lubił monologi. Ale potrafił także bardzo uważnie słuchać, o czym 
przekonałem się nie raz, zastanawiając się nad radami i uwagami, jakich mi udzie- 
lał w związku z różnymi życiowymi sytuacjami, a także \\ związku z pisaniem i z li- 
teraturą. 
Scena z Obór. W dniu swoich 70. urodzin, w obecności innych osób, zaczął 
n1nie nagle przcsłuchiwać i robił to poważnie, ani jedną n1iną i ani jednym sło- 
wem nie wypadając z roli, tak że ja na jego pytania odpowiadałem bardzo serio, 
kto wie, czy nie bardziej serio niż kilka n1iesięcy później, gdy w komendzie mili- 
cji na ulicy Słowackiego w Tonlniu odpowiadałem na pytania przesłuchującego 
mnie funkcjonariusza "służby bezpicczeńst\va". 
Praca pisarska. \Vidziałcm, jak pracuje nad dziennikiem literackin1. Blisko by- 
łen1 przy pisaniu "Nikta" . Obserwowałem początki "Elegii" i "Heliogabala". 
ló- 
wił, że w pisaniu potrzebny n1U jest początek, który porównał do pierwszego ruchu 
lanceta, kiedy chirurg zaczyna operację i musi \V sposob nieomylny i jedyny roz- 
począć, punkt dojścia - mówił, że n10że nie wiedzieć, co będzie w środku, w brzu- 
chu opowieści, ale musi wiedzieć, co będzie na kOlku; no i tytuł, który jest jak 
klucz, który ot\viera. Mówił, że w pisaniu dużą rolę odgrywa pierwiastek irracjo- 
nalny. Kiedy narzekałen1 na tnłdności, jakie l11iałen1 z pisanyn1 wtedy opowiada- 
łem, mówił: "A dlaczego miałoby być łat\vo?" I dawał radę, jaką w "Alicji w krainie 
czarów" Król dawał Króliczkowi: "Zacznij od początku, opowiadaj wszystko po 
kolei, a gdy dojdzicsz do kOllca, zatrzyn1aj się.
' 
Był pisarzem w każdym calu. Grał. 
ie wiem, czy to mu cokolwiek ułatwiało. 
\V każdyrn razie płacił za to wielką cenę. 
Popadał \v ciągi alkoholo\ve. Upijania się, samobójcze. 
A przecież wiele pracował i dużo w tym czasie zrobił. Pisał dziennik, napisał 
"Już prawie nic" i " "Nikta" , nowe opowiadania i szkice. Zrobił ostateczną korek- 
tę ,,
1iazgi", która ukazała się w ,,
O\VEJ" w 1979 roku, a także korekty "Ładu 
serca" i pierwszego krajowego "ydania "Apelacji". 
". . . jeszcze wiele rzeczy chciałbYln powiedzieć, lecz kończyć pora" - tak koń- 
czy się jego ostatni list do n1nie z 28.4.1982 roku, pcwnie w ogóle jeden z ostat- 
nich, jeżeli nil' ostani jego list, ocenzurowany przez Urząd Cenzury 955. 
Rcszta jcst w wibrujących uczucian1i strzępach olśniell i fascynacji. Jest wspo- 
ml1ienien1. Jest inspiracją. Na pewno nie byłb)'ll1 tyn1, kin1 jesteln, bez jego wpły- 
wu na 111nie \\ tamtych latach. 
J 


Kr
ys
tof .L\.J...'I's::.koJPski 


117
>>>
AndrzeJ- Waj-da 


*** 


))Nie od cudzych grzechów włos na głowie siwieje...)) 
Jerzy Andrzejewski 


Jerzy Andrzejewski od swojej pierwszej książki "Ład serca" był dzieckien1 szczę- 
ścia, a każda następna przynosiła mu dalsze sukcesy. Są tacy ludzie. Niestety za 
sukces trzeba płacić. Myślę, że autor "Popiołu i diall1entu" zapłacił największą ce- 
nę, gdyż to on sam wyznaczył ją za własną siwą głowę. 
Daleka jest droga od katolickiego pisarza, poprzez członka Partii do dysydenta i czło- 
\vieka Komitetu Obrony Robotników. 
ie każdy ją przebył. Po raz ostatni widzia- 
łem Jerzego Andrzejewskiego "" hali "Olivii" na zjeździe "Solidarności". Był już wted) 
starym i schorowanym człowiekiem, szczęśli\\y, że dożył tej chwili. Co zaprowadzi- 
ło go tak. daleko od książki "Partia i n\'órczość pisarza", wydanej w roku 1952? 

1.yślę, że strach przed własnymi grzechami, obojętnie czy są to polityczne błę- 
dy, czy artystyczne uchybienia w pisaniu. Andrzejewski dążył do doskonałości i tyl- 
ko taki stan go zadawalał. 
\Vidziałem jego zmagania z tematem, z tekstem, z ,,)'dawcami. Nie znan1 ni- 
kogo, kto popełniając takie błędy, potrafił odejść od nich tak daleko, kto gotów 
był na zburzenie całego warsztatu twórczego, który przez lata doskonalił, aby za- 
czynać wszystko od początku, jak w wypadku "Miazgi". 
Jestem szczęśliwy, że los pozwolił mi zbliżyć się do tego niezwykłego człowie- 
ka i pisarza. 
1 listopada 1997, Warszawa. 


Andrzej Wajda 


- 


.. - 


, 


. 


. 


.. 


. 


Jerzy Andrzejewski i Krystyna Lubicz-Lisowska 


Fot. Archiwum "KA. J 


118 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Madeline G. Levine 


Niejednoznaczność moralnego oburzenia 
wyrażonego przez Jerzego Andrzejewskiego 
w "Wielkim Tygodniu" 


Postawa polskich pisarzy - zarówno tych, ktorzy byli świadkami tragicznych wy- 
darzeń, jak i tych, którzy poznali je z cudzych opowieści - wobec przeprowadza- 
nej przez nazistów na polskiej zien1i ekstenninacji narodu żydowskiego, stanowi 
jeden z budzących najwięcej kontrowersji punktów gorącej debaty toczącej się wo- 
kół "polskiego antysemityzmu". Polscy badacze nie uważają za konieczne trakto- 
wać osobno problemu: odpowiedź polskich pisarzy na tragedię Żydów i szerszego 
problen1u: odbicie, jakie znalazły w literaturze losy Polski rozbiorowej. (Owa nie- 
frasobliwość nie jest niczyn1 zadziwiającym, jeśli się zważy ogólny brak dążenia do 
obiektywnego okreslenia roli, jaką \V polskiej historii i kulturze odegrały n1niej- 
szości narodowe I). Zachodni badaczy literatury traktującej o Holokauście, z re- 
guły nie potrafiący czytać tekstów w języku polskin1 i przekonani, że jeśli chodzi 
o słynny antysen1ityzm Polaków, nie n10że być dyn1u bez ognia, w swych rozwa- 
żaniach biorą pod uwagę jedynie opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego 
i wiersz Czesława lviiłosza: "Can1po di Fiori". Ich skłonność - nie wynikająca praw- 
dopodobnie z ignorancji - do lekceważenia tego, co działo się w Polsce powojen- 
nej, jest niewybaczalna 2. 
Jednyn1 z l1ajbardziej bulwersujących uogólnien dotyczących stosunku polskich 
pisarzy do zagłady Żydów jest komentarz, w postaci odręcznej notatki, wybitnej 
badaczki literatury dotyczącej Holokaustu, Sidry DeKoven Ezrahi. St\\'ierdza ona, 
że "Polscy pisarze koncentrują się raczej na konsekwencjach Holokaustu dla Pol- 
ski i Polaków, niż na samych ofiarach. Żyd pojawia się częściej jako wcielenie n1i- 


Madeline G. Levine jest wykładowcą literatury sło\\;ańskiej w Uniwersytecie w Połnocnej Karolinie, w 
hapd 
HilL Razem 7 esejem dotYC7.}cym "Wielkiego Tygodnia" opublikowała kilka artykułów przedsta\\;ająo-ch Zydó\\ 
w powojennej polskiej literaturze, a także esej "Wrestling \\'ith Ghosts" o relacjach polsko-żydowskich \\ kontek- 
ście amerykallskim. i':ajbardziej znane są jej tłumaczenia proZY \\ spółczesnych pisarzy polskich, miedzy innymi 
C7Csława Miłos7a (",Zaczynając od moich ulic", "Rok myśliwego"), 
1irona Białoszewskiego ("Pamiętnik z po- 
wstania wars7awskiegó") i Idy Fink ("Skrawek czasu'" za który dostała nagrodę amerykallskiego PF
-Clubu 
w kategorii najlcps.lego tłumaczenia literackiego 1988 roku). Jej tłumaczenia ,.chleba rzuconego umarł)lu" 
Bogdana Wojdowskiego i książki Agaty TuszYllskiej "Singer: Pejzaże pamieci", ukażą się w 1998 roku. (red.) 


I Uog6lnienie to odnosi si
 do okresu po\\ojcnnego. Po roku 1980 nastąpi l wzrost zainteresowania rolą pol- 
skich mniejs.lości narodowych, a szczegoln.ie niegdysiejszą mniejswścią żydowską (\\szystkie prz) pisy 
Iadeli- 
ne G. Lc\"ine). 
2 Pisar;tc żydowscy traktowani są przez 7.lgranicznych krytykow jako prz
1""adek szczególny i w oskarżyciel- 
"kich zestawieniach "pra\\ idłowych" i "niepra\\;dłowych" reakcji zwykle nic są uznawani za pisarzy polslJ.ch 


119
>>>
sty
znej przeszłości, niż jako konkretny, cierpiący człowiek"3. Być może najbar- 
dziej intrygującym przykładem opowiadania, w którym Holokaust potraktowany 
został jako sprawdzian polskiej moralności, jest ut\vór Jerzego Andrzejewskiego 
,,\Vielki Tydzień"4. Pisarz porusza w nim temat zagłady Żydów, analizując przy 
tym znaczenie, jakie ta rzeź n1iała dla milionów katolickich Polaków i Polek. 
,,\Vielki Tydzień" jest często określany jako owoc bólu, jakim los Żydów war- 
szawskich napełnił jednego z najwybitniejszych pisarzy katolickich. Profesor Je- 
rzy R. Krzyżal10wski na przykład, w eseju opublikowanyn1 w 1981 roku, porównuje 
, 
"Wielki Tydzień" do popularnych w Anleryce opowiadań "Sciana" Johna Her- 
ser' a i "Mila 18" Leona Urisa, w których ten sam ten1at przedstawiony został"z da- 
leko mniejszym n1istrzost\\'en1"5. Nawet tak sceptyczny pisarz jak Henryk Grynberg 
nie czyni \v swym opracowaniu zatytułowanym: "Getto warszawskie w literaturze 
polskiej", żadnej krytycznej wzmianki na temat "Wielkiego Tygodnia", choć za- 
stana\via się nad przyczynan1i, dla których Andrzejewski nie wspomniał ani słowen1 
o polskich Żydach w swej powojennej powieści "Popiół i diament,,6. Jedynie za- 
wsze czujny Artur Sandauer zauważa, że "Wielki Tydzień" nie jest wcale tak prze- 
syconą współczuciem dla Żydów opowieścią, jak to się przywykło przyjmować. 
\V eseju tyn1 7 przedstawię moje własne odczucia związane z lekturą "Wielkie- 
go Tygodnia". Opowiadanie to jawi mi się jako ut\vor tajemniczy, pelen dwuznacz- 
ności, kryjących się za n10ralnym oburzeniem, w którego tonie zdaje się on być 
utrzymany. Muszę podkreślić, że nie uważam, jakoby "Wielki Tydzień" był utwo- 
rem reprezentatywnym dla całej literatury polskiej. O żadnym poszczególnym dzie- 
le nie można powiedzieć, że reprezentuje całą literaturę danego kraju. Jednakże 
\vierzę, że uważna lektura tego opowiadania może stać się źródłem wielu spostrze- 
żeń, które będą stanowić cenny wkład \v nieustannie toczącą się dyskusję na te- 
mat rozmaitych reakcji pisarzy polskich na Holokaust. 
Jeden z najbardziej znanych i płodnych pisarzy okresu powojennego, Jerzy An- 
drzejewski (1909-1983), zyskał rozgłos w latach trzydziestych jako autor katolic- 
ki i moralista. W późnych latach trzydziestych oficjalnie \vystąpił przeciwko 
narastającej w Polsce fali antysemityzmu, zf}'\vając współpracę z popularnyn1 ty- 
godnikien1 prawico\vym "Prosto z mostu". Po wojnie był jednynl z \vydawców 
zbioru esejó\\' poświęconych polskiemu antysemityzmowi 8 . Zamieścił w tym to- 
mie swoje prowokacyjne expose, w którym omawia antysemityzm w powojennej 


3 Sindra DeKoven Ezrahi, "By Words Alone: Holocaust in Literature", Chicago, Universiry of Chicago 
Press, 1980, s.233. 
ł Po raz pierwszy opublikowane w zbiorze "Noc" (PIW, Warszawa 1956). Wszystkie cytary pochodzą z te- 
go wydania. 
5 Jerzy R. Krzyżanowski, " ..Wielki Tydzień» Jerego Andrzejewskiego: Opowieść o Holokauście". W "Po- 
etica Slavica: studia ku pamięci Zbigniewa Folejowskiego", J. Douglas Clayton i Gunter Schaarschmidt, wyd. 
Ottawa: Universiry ofOttawa Press,1981, s. 93 -104 . 
6 Henryk Grynberg, "Ghetto warszawskie w literaturze polskiej", "Soviet Jewish Affairs", vol. XIII, nr3, 
1983, s. 33 - 48. 
7 Esej ten jest .rozszerzoną wersją artykułu, który został napisany na międzynarodową konferencję zatvtuło- 
waną: "Polacy i Zydzi. Miry i fakry w ujęciu historycznym" i przedstawiony na Uniwersytecie Columbia \v mar- 
cu 1983 roku. 
I "MartWa fala. Zbiór artykułów o antysemiryzmie", Wiedza, Warszawa 1947. 


120 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Polsce i wzywa do wykorzenienia tej plagi 9. Wydaje się, że sam Andrzejewski uwa- 
żał "Wielki Tydzień" za jedno ze swoich najważniejszych dzieł, jako że uchronił 
je od "przeróbek" cenzorskich, jakim zostały poddane jego późniejsze ut\vory. Ta 
osobista historia skłania do przypuszczenia, że "Wielki Tydzień" to swego rodza- 
ju wzorzec literackiego opracowania problemu stosunków polsko-żydowskich 
podczas okupacji 10. 
,.,Wielki Tydzień" opowiada o nieudanej próbie ocalenia żydowskiej kobiety z ka- 
tastrofY powstania w getcie" Centralnym ten1atem jest postawa katolików wobec 
zagłady warszawskich Żydów. Opowieść zaczyna się we wtorek Wielkiego Tygo- 
dnia w 1943 roku (drugi dzień powstania w warszawskim getcie), a kończy się 
\V Wielki Piątek. Plan czasowy ut\\'oru pokrywa się z czasen1 wydarzeń historycz- 
nych; to przyleganie obu czasów pełni funkcję symboliczną: wskazuje na fakt, że 
dla warszawskich Żydów nie tylko nie ma żadnej nadziei na zmartwychwstanie, 
ale nawet nie dane im będzie spocząć w poświęcanej ziemi. Jest to opowieść w naj- 
wyższym stopniu tragiczna z powodu absolutnego braku nadziei. 
Główny bohater, Jan Malecki, to architekt należący do klasy liberalnych inte- 
lektualistów, którym Andrzejewski ma za złe ich słabość i niezdecydowanie. Dru- 
giego dnia powstania Malecki spotyka poza gettem młodą Żydówkę, Irenę Lilien, 
która niegdyś była jego bliską przyjaciółką. Widywał się z Irena często przez pierw- 
sze dwa lata okupacji, kiedy to jej rodzina, dzięki obfitym łapówkom., cieszyła się 
całkowitym bezpieczeńst\vem. Jednakże laten1 44 roku Irena zmuszona była się 
ukryć, a Jan nie uczynił nic, by ją odnaleźć. Pon1in10 narodo\vej katastrofy, oso- 
biste życie Jana ułożyło się jak najpon1yślniej, ożenił się i wraz z żoną oczekiwał 
właśnie s""ego pierwszego dziecka. Andrzejewski, który zawsze chętnie służy czy- 
telnikowi sentel1cjonalnymi komentarzan1i, tak \\1 T jaśnia postępowanie Maleckie- 
go, który przez ostatnie dwa lata unikał Ireny: 
"Czuł, że Irena jest nieszczęśliwa, san10tna, że jest jej źle, ale on san1 był szczę- 
śli\vy, a nie ma większej i bardziej nieprzebytej przepaści niż przepaść pomiędzy 


9 Krzyżanowski, op. cit., ma rację utrzymując, że takty te trzeba mieć w pamięci dokonując oceny "Wielkie- 
go Tygodnia". Jednakże w pizeci\\ieńsh\ie do protesora Krzyżanowskiego, uważam, że są one raczej 
przygnębiające niż podnoszące na duchu, ponieważ, jak to staram się wykazać w tym eseju, is.tnieje dziwna 
;przeczność pomiędzy tym, w co Andrzejewski "sądzi", że \,ierzy, a tym, co naprawdę myśli oZydach. 
10 Sandauer dowodzi przekonująco, że ten ton pogardy wobec Malecki zabrzmiał dopiero w wersji przezna- 
czonej do publikacji. Jego rozumO\\anie jest oparte na założeniu, że pierwotny (nieopublikowany) tekst "Wiel- 
kiego Tygodnia" różni się znacząco od wersji opublikowanej w 1945 roku. Różnice między obiema wersjami 
są natury nie tylko stylistycznej, wbrew temu, co sugeruje Andrzejewski w swej przedmowie do przerobione- 
go opowiadania. Sandauer uważa, że \\ wersji oryginalnej Andrzejewski jako nar:rator w znacznie \\iększym 
stopniu identyfikuje się z Janem Maleckim i podziela jego wątpliwości na temat Zydow_ Zdaniem Sandauera 
poprawiai.ąc utwór Andrzejewski zrozumiał, że nie ma szans na to, by partyjni prominenci, wśród których by- 
ło wielu Zydów, 7godzili się na jego opublikowanie, i zdecydował dokonac kilku przeróbek. Dlatego też po- 
traktował Malcckiego z ironicznym dystansem, akcentując jego przedwojenny flirt z nacjonalistyczną i ant}'se- 
micką organizacją ONR. Nowa strategia narracyjna polegająca na zaznaczaniu własnej dezaprobat}. wobec po- 
stawy Małeckiego miała przykryć, a nic zastąpić, pierwotno} strategię psychologicznej ident}1ikacji. To ona wła- 
śnie jest żródłcm większości fomialnych braków utworu. Owe przeróbki podyktowane zostały zdaniem S.ln- 
dauera nie tylko względami natury polit}'cznej; Andrzejewski rzekomo zaczął gardzić sobą za inercję i zapło- 
nął pod7iwem dla człowieka czynu - zaczął wychwalac uzbrojonego partyzanta, a w swoim okresie komuni- 
stycznym, który rozpoC7ął się dokładnie dwa lata później, stereot}-powego, zachowującego zawsze stoicki spo- 
kój, bohatera wywodzącego się z klasy robotniczej. Zob. "Szkoła nierzeczywistości...'" op. cit. S. 430 - 436 
i ,,0 sytuacji pisarza polskiego... ", s. 40 - 43. 


121
>>>
człowiekienl, który jest szczęśliwy i człowiekiem, który cierpi. Wiele spraw wiel- 
kich i drobnrch dzieli ludzi, ale żadna tak 1110C110, jak nierówność losu." 
Obecnie, z ul11iarkowanYl11 zapałem, prawie niechętnie, próbuje ocalić życie Ire- 
nie Lilien, nie dlatego, by 111iał w sobie jakieś zadatki na bohatera, lecz dlatego, 
że nie potrafi się zdobyć na odepchnięcie jej. Jego decyzja jest owocem tej samej 
słabości charakteru, która przedtem kazała nlU zaponlnieć o Irenie - teraz ta sła- 
bość pchnęła go do działania. Andrzejewski nie kryje swej dezaprobaty dla braku 
zdecydowania u swego bohatera. Stosunek narratora do bohatera-mężczyzny, 
który przezwyciężając swoją wrodzoną bojaźliwość zdobywa się na działanie, 
wprawdzie bezowocne - cechuje ironiczny, nieżyczliwy dystans. 
Gdy Jan prowadzi Irenę przez płonące getto ku dzielnicy, w której Sal11 miesz- 
ka, Andrzejewski korzysta z okazji by dać dokładny, beznamiętny opis agonii get- 
ta i przedstawić reakcje zwykłych warszawiaków. Kiedy NielTIcy wprowadzają do 
getta ciężką artylerię, aby ostatecznie rozprawić się z powstańcami, tłum gapió\v 
zgromadzony przy murach getta po aryjskiej stronie robi co może, aby tylko doj- 
rzeć jakiś fragn1ent walki, któregoś z walczących i ginących Żydów. Andrzejewski 
pogardza tym tłUl11em za niezdolność do współczucia, ale też go usprawiedliwia: 
"Jak wszystkie wydarzenia w \Varszawie, tak i to, oglądane z zewnątrz, nllało w so- 
bie coś z widowiska. \Varszawianie biją się chętnie i rówllle chętnie przyglądają się \val- 
kom. Mrowie młodych chłopaków i \\yol1dulowanych, strojnych dziewcząt zbiegło 
się z sąsiednich ulic. Co ciekawsi pchali się w głąb Nowilllarskiej, skąd naj rozleglejszy 
roztaczał się widok na mury getta. Na ogół mało kto Żydów żałował. Lud cieszył się, 
że znienawidzeni Niemcy mają nowy kłopot. W odczuciu przeciętnego człowieka z uli- 
cy sam fakt walczenia z garstką samotnych Żydów oŚI11ieszał zwycięskich okupantów." 
Ów "yrazisty opis tłumu gapiów, świadect\vo wstydliwego, jeśli nie haniebne- 
go momentu w polskiej historii, robi szczególnie silne wrażenie w powyższym kon- 
tekście. A to dlatego, że Andrzejewski, zająwszy w tyn1 szczególnym pasażu 
pozycję beznamiętnego obserwatora, przedstawia fakty tak, jakby opisywali je in- 
ni świadkowie. 
ieco dalej Andrzejewski daje do zrozul11ieniJ, że tak niegodnie 
, 
reagujący tłum wkrótce się rozproszył. Opisując powszechny nastrój w Wielką Sro- 
dę, zwraca uwagę na ponure milczenie ludzi przechodzących obok n1urów getta 
w drodze do pracy. Jednakże z relacji wieku naocznych świadków wiadol110, że 
tłU111)' nadal się gromadziły, a znajdowali się w nich zarówno ludzie, dla których 
płonące getto stanowiło fascynujące widowisko, jak i ci, którzy pragnęli zabawić 
się na \vielkanocnYl11 jarl11arku odbywającym się pod 111ural11i getta. Jak zauważył 
Artur Sandauer, w opisie Andrzejewskiego jarmarczne karuzele jeszcze nie dzia- 
łają, podczas gdy dla innych pisarzy te wesoło wirujące karuzele stanowi.} symbol 
tragicznego rozdźwięk p0l11iędzy pełnym radości światel11 zewnętrznYl11, a ago- 
nią getta, dokol1ującą się za n1urami II. 1\.10żna się tylko dziwić temu sprzeniewie- 
rzeniu się Andrzejewskiego wobec faktów. 


II Sandauer, ,,0 sytuacji pisarza polskiego", s. 38 - 39. Sandauer komentuje tutaj \\iers7 Czesława Miłu
za .,('am 
po di Fiori" w: "Utwory poetyckie", Ann Arbor: Michigan Sla\'ic Publications,1976, s. 80 - 82, a takLc "Pamięt- 
nik z powstania warszawskiego" Mirona Biało
zewskiego, PIW, Warszawa 1971, s. 84. Zobacz takżc \\spaniałe 
"Polish- Jewish Relations during the Second World War" Emmanuela Ringdbluma, Howard Fenig, Nowy Jork 
1976, s.178 -189, które zawierają opis tej samej sytuacji, sporządzony przez żydowskiego naocznego świadka. 


122 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Andrzejewski skłonny jest przypisywać przemyślany, gwałtowny, ideologiczny 
antysemityzn1 raczej polskiemu podziemiu faszystowskiemu niż Polakom w ogó- 
le. W opowiadaniu przedstawicielen1 faszyzmu w polskim wydaniu jest pewien par- 
tyzant o typowo aryjskim wyglądzie, niejaki Zalewski. W zaciekłym sporze z Janem 
Maleckim przedstawia on swoje polityczne przekonania bez żadnych osłonek: 
"A ja wam mówię, że za to jedno możemy być Hitlerowi wdzięczni. Odwalił 
za nas uciążliwą, a nawet, powiedzn1Y, przykrą, czarną robotę. Teraz kwestii ży- 
dowskiej w ogóle nie będzie! Gdyby tego nie zrobił Hitler, musielibyśmy po woj- 
nie san1i zabrać się do likwidacji Żydów. Jeden kłopot mniej, to jasne! (...) Polska 
n1usi być bez Żydów. To jest racja państ\vowa. To jedno! A zresztą nie mamy po- 
wodu litować się nad Żydami...Oni się nad nami nie litują! Każdy z nich, gdyby 
tylko n1ógł, strzeliłby w łeb pierwszemu napotkanemu Polakowi". 
Zalewski nie obawia się głosić, że \v Polsce jego marzeń nie tylko Żydzi, ale tak- 
że polscy liberałowie trafią do obozów koncentracyjnych. Andrzejewski był prze- 
konany, że jeśli polscy faszyści dojdą do władzy w powojennej Polsce, zniszczą nie 
tylko polskich Żydów ocalałych z pogromu wojennego, ale także cały naród pol- 
ski. Udramatyzował ten lęk, każąc w swoim opowiadaniu Zalewskien1u i jego przy- 
jacielowi, też faszyście, zamordować liberała Jana Maleckiego. 
W "Wielkim Tygodniu" jedynie owa polityczna mniejszość reprezentuje fana- 
tyczny antysen1ityzm. Andrzejewski pokazuje wszakże, że we wszystkich war- 
st\vach polskiego społeczeńst\\'a istnieją rozmaite, bardziej un1iarkowane odmiany 
antysen1ityzmu. Jest to antysen1ityzm nie tyle ideologiczny, ile zrodzony z frustra- 
cji spowodowanej własną sytuacją. Dotyczy to, na przykład, pryn1itywnej pani Pio- 
trowskiej (sąsiadka Maleckich ), która nie n10że zrozun1ieć, dlaczego katolicy 
n1ieliby przelewać własną krew dla ratowania Żydów: 
"Tyle niewinnej krwi! (...) Moim zdaniem, proszę pana, taki Polak, co to ukry- 
wa u siebie Żyda, to jest, za przeproszenienl, świnia! Tak, proszę pani! - uderzy- 
ła się w piersi. - Ja jesten1, proszę pani, Polka, i tak lnyślę! To nie po chrześcijańsku, 
żeby dobrzy katolicy ginęli za Żydów, tak nie może być!" 
Chociaż Andrzejewski przezornie dystansuje się do pani Piotrowskiej, czyniąc 
z niej, poprzez sposób, w jaki wygłasza ona swoje tyrady, postać lekko kon1iczną, 
a także każąc swoin1 wykształconyn1 bohaterom polen1izować z nią
 równocze- 
śnie nic pozwala on czytelnikowi wątpić, że słowa te nie są tylko pustynl gada- 
nien1 i że trzeba traktować jej nienawiść bardzo poważnie. Działanie, do których 
popycha panią Piotrowską jej wiara \V wyższość chrześcijan nad Żydami, n1ają kon- 
sekwencje
 których nie sposób lekceważyć. 
Choć pani Piotrowska głosi dunlnie, że wprawdzie nie lubi Żydow
 ale jej rąk 
nigdy nie splan1i krew żadnego z nich, to właśnie ona wywabia Irenę z bezpiecz- 
nej kryjówki w n1ieszkaniu Maleckiego, skazując ją tyn1 san1yn1 na śmierć; robi to, 
ponieważ podejrzewa, że Irena uwiodła jej 111ęża. Rzeczywistość jest dużo bardziej 
ponura, niż te l1rojenia
 gdyż to Piotrowski próbował zgwałcić Irenę. 
Piotrowscy z całyn1 okrucierist\\'enl doprowadzają Irenę do zguby
 uczestnicząc 
równocześnie \V obrzędach wielkopiątko\\1'ch, które to uczestnict\\"o nie n1a żad- 


123
>>>
nego wpływu na ich sposób myślenia i postępowania. Działania Piotrowskich nie 
wynikają z antysen1ityzmu sensu stricto; są one owocen1 pewnych kulturowych ste- 
reotypów, na przykład wiary, że Żydowska kobieta jest szczególnie "sexy", że Ży- 
dzi posiadają jedno "diabelskie oko" i że należy chronić przed nin1i dzieci, a jako 
mordercy Chrystusa powinni być \\1'kluczeni ze społeczności ludzkiej, bowiem nie 
dotyczy ich Chl)'stusowy nakaz: "Miłuj blizniego swego". 
Dzięki Piotrowskin1 \Vielki Piątek n1a w "Wielkin1 Tygodniu" podwójny sens. 
Obrzędy świętego dnia syn1bolizują n1ęczenst\vo narodu żydowskiego, który gi- 
nie z rąk nazistów, ale którego zagłady winna jest także większość Polaków, jak 
Piłat un1ywająca ręce. Jednakże celebrowanie Wielkiego Piątku w kościołach przy- 
czynia się także do powstawania nastrojów antyżydowskich. Jest oczywiste, że przed- 
stawianie Żydów jako n10rderców Zbawiciela i nieustanne przypon1inanie podczas 
obrzędó\v wielkopostnych, że Żydom jest przeznaczone wielkie cierpienie, jako 
kara za ten grzech, stanowi dla samozwańczej "dobrej katoliczki", jaką jest Pio- 
trowska, zachętę do przejścia od deklaracji do działania, którego końco\\1'm efek- 
tem będzie śmierć Ireny. 
To oczywiste. 
1yślę, że Andrzejewski chciał, by Wielki Tydzień i Wielki Piątek 
symbolizowały cierpienie Żydó\v 12 i na tym symbolicznym pozion1ie jego opowia- 
danie charakteryzuje się nie zwykłą nlocą. Ale Andrzejewski, tak zwykle skłonny 
do piętnowania narodowych uprzedzeń swoich rodaków, nie zauważa - a może 
umyślnie pomija milczeniem? - faktu, że obrzędy wielkopiątkowe przyczyniają się 
do rozbudzania nastrojów antyżydowskich. Czytelnik, który jest świadomy, że ce- 
lebrowanie śn1ierci Chrystusa stanowi oskarżenie skierowane przeciwko wszystkin1 
Żydon1, może logicznie zakładać, że istnieje związek pon1iędzy działaniami pary 
Piotrowskich, a ich udziałen1 w obrzędach kościelnych. 
Andrzejewski daje do zrozun1ienia, że Piotrowscy uosabiaj.} rynsztokową odn1ia- 
nę antysemityzmu, wstrętną ich \\ykształconyn1 sąsiadon1, którzy milcząco potępia- 
ją zdradzieckie postępowanie małżeństwa. Jednakże kiedy wychodzi na jJW, że Irena 
jest Żydówką, nie mogą mieć już żadnej nadziei na powstrzYlnanie katastrofY. 
Andrzejewski pokazuje także, że od antysemityzn1u nie są wolni nawet ci, któ- 
rzy uważają się za uodpornionionych na takie przesądy. \V rozll1owic ze swoin1 
młodszym bratem Julkiem, Malecki, który przecież w gruncie rzeczy jest człowie- 
kiem uczci\\yn1, robi uwagę o "szarpaninie z Żydami"; oburzony Julek reaguje 
bardzo gwałtownie - posłuchajmy wypowiedzi, którą uważam za własny sąd An- 
drzejewskiego w tej sprawie 13: 
,,(...) co to znaczy «nie solidaryzujesz się z podobnyn1i n1etodami walki»? To 
się u nas ciągle slyszy, powtarzają to wszyscy ci tak zwani przyzwoici Polacy, po- 
tępiający gwalty i zbrodnie popełniane na Żydach. Ale o co im chodzi? Czy rze- 


12 Także w Wielki Piątek faszyści mordują Jana Maleckiego, może on być także s
'mbolem polskiego cierpienia. 
u Według Sandauera szczegółowa analiza stylistyczna "Wielkiego Tygodnia" wyka/uje, że Julek został włą- 
czony do opowiadania później. Jako komunista nastawiony na działanie miał stanowić przeciwwagę dla parali- 
żowanego wątpliwościami Maleckiego. Może to być prawdą, jednakże przeczyłobv to memu przekonaniu, 71: 
w wersji, która jest nam dostępna, Andrzejewski najbardziej identyfikuje sie z Julkiem Maleckim. 


124 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
czywiście są wrogami antysemityzn1u? Wcale nie! Wedle nich cel walki jest słusz- 
ny, tylko metody nie te...Czy nie tak? (...) Rzecz w tyn1, że w ogóle nie powin- 
no być żadnej walki; w ogóle, bo inaczej musi się skończyć właśnie tak - wskazał 
ręką za siebie, w kierunku płonącego w oddali getta." 
Julek Malecki nie jest" wielbicielen1 Żydów", nie ma w nim poczucia winy i nie 
uważa, by Polacy n1ieli wobec Żydów, jako ofiar nazistów, jakieś zobowiązania. 
Jest polskim patriotą i partyzantem. I to właśnie ten żarliwy patriotyzm każe n1U, 
wraz z innymi pięćdziesięcion1a mężczyznami, chwycić za broń i w ten sposób dać 
wyraz swej solidarności z żołnierzami z getta. I kiedy opuszcza mieszkanie 
1a- 
leckiego, aby walczyć pod murami getta, jest świadon1Y, że idzie złożyć w ofierze 
swoje życie, a kieruje nim pragnienie, by Polska odzyskała niepodległość; innymi 
sło\vy ofiara ta nie nla być akten1 zadośćuczynienia za rzekome winy Polaków. Ju- 
lek jako jedyną postać \vystępująca w "Wielkin1 Tygodniu" uważa Żydów za rów- 
nych Polakom - widzi w nich ofiary, w teraźniejszości i w przeszłości, ale mają oni 
jego zdaniem takie san10 prawo do życia i godnej śmierci jak Polacy. 
Jednakże Julek 
1alecki nie posiada aprobaty Andrzejewskiego, ponieważ on tak- 
że popełnia niewybaczalny błąd. Nie poprzestaje na podjęciu decyzji, lecz \",ciąga 
w swoje przedsięwzięcie nastoletniego sąsiada Maleckich, Władka Karskiego. An- 
drzejewski poddaje w wątpliwość zasadność takiej ofiary - czy to dla Żydów, czy 
to dla Polaków - i stara się obudzić takie same wątpliwości w czytelniku, opisując 
obrazowo rozpacz n1atki Włodka. Pani Karska jest zdruzgotana po śmierci syna, 
ale w końcu akceptuje swój los z niez\\)'kła godnością. Jest ona wzorem polskie- 
go n1acierzyństwa. 
Cierpienie polskich matek jest jednym z najważniejszych ten1atów ,,\Vi el kiego 
Tygodnia", jak się tego zresztą można spodziewać po opowieści, której akcja roz- 
grvwa się podczas \Vielkiego Tygodnia. Dwóm spośród bohaterek Andrzejewskie- 
go przeznaczone jest doświadczenie tej rozpaczy, jaką odczuwała 
Iaria patrząc 
na agonię s\\ ego syna; ich tragedia jest więc tragedią wszystkich polskich matek 14. 
(Natomiast, co warto podkreślić, ból n1atek żydowskich nie jest ani zindywiduali- 
zowany, ani udran1atyzowany). 
Andrzejewski po raz pierwszy wprowadza n10tyw matczynego poświęcenia we 
fraglnencie opowiadającym o tym, jak Irena i Jan, spotkawszy się przypadkowo, 
znajduj} schronienie na podwórzu zatłoczonynl Polakami, którzy znaleźli się 
w krzyżowym ogniu pon1iędzy Nien1Cami, a powstańcan1i z getta. Irena sprzecza 
się z pewną kobietą, sprawiającą wrażenie, jakby była o krok od utraty zn1ysło\v, 
kto cierpi bardziej: Żydzi ginący w gettcie, czy przerażeni Polacy po drugiej stror- 
łie muru. Czytelnik jest skłonny przyznać rację Irenie, ale wkrótce okazuje się, jak 
bardzo jej słowa były niesprawiedliwe. Kobieta, z którą pokłóciła się Irena, jest mia- 
nowicie uciekinierką z Poznania, ktory opętani nienawiścią Nien1CY postanowili 


Ił Miłość Marii do 5ma jako jeden z parad)gmató\\ polskiej kobiecosci, jest motywem głęboko zakorzenio- 
nvm w polskiej, romantyemej i narodowej tradycji. Zobacz zwłaszcza jeden z najsłynniejszych i najczęściej po- 
jawiających \\' antologiach \\iers7 Ad.1ma Mickie\,icza "Do matki Polki"', 1830_ 


125
>>>
oczyścić z "elementu polskiego". Obecnie n1ieszka w okropnej szopie. Jej mąż zo- 
stał zabran\' przez Nien1Ców i rozstrzelany w pierwszych dniach wojny, a nasto- 
letl1i syn z ogoloną głową jest prawie przedmioten1, reagującym jedynie na łagodny, 
pełen n1iłości głos matki. Czytelnik dowiaduje się
 że chłopiec ten powrócił nie- 
dawno z Auschwitz, ogarnia go współczucie dla tej zrozpaczonej kobiety i jej nie- 
szczęsnego syna, ale Irena kon1entuje tę opowieść z nieludzkinl chłoden1: 
"Ta kobieta nie jest jeszcze najbardziej nieszczęśliwa. Nie potrzebuje bać się w każ- 
dej chwili, że jej synowie zostaną zabici tylko dlatego, że należą do tej rasy, a nie 
do innej. Ona ich ma, rozumiesz? I ma prawo żyć. A nlY", 
Cały "Wielki Tydzień" stanowi jednoznaczną odpowiedź na st\vierdzenie Ire- 
ny. Polscy mężczyźni także są n10rdowani dlatego, że "należą do tej rasy, a nie do 
innej". 
iewielką radość odczuwa matka, której syn wrócił z Auschwitz jako "ży- 
wy trup". Pełen godności, bynajmniej nie oskarżycielski żal, jaki odczuwa pani Kar- 
ska, starając się pogodzić ze śmiercią swego syna, jest przeciwieńst\\'em obojętności 
Ireny na cierpienia Polaków. Czytelnik dochodzi do wniosku, że Irena potrafi po- 
jąć tylko cierpienie własnego narodu, i że jest najzupelniej niezdolna odczuwać 
wspólczucie dla nie-Żydów. Biorąc pod uwagę nacisk, jaki Al1drzejewski kładzie 
\\T S\\1'm opowiadaniu na n10C Chrystusowego przebaczenia i Chrystusowej n1iło- 
ści, można przypuszczać, że Irena jest nieczuła l1a cudze cierpienie nie tyle dlate- 
go, że uczyniły ją taka jej osobiste nieszczęścia i nieszczęścia jej ludu, lecz dlatego, 
że wychowano ją w myśl starotestamentowej zasady "oko za oko, ząb za ząb", 
a nowotestamentową zasada nadstawiania drugiego policzka jest jej obca. 
Najważniejszą postacią kobiety, która n1usi podołać ogron1nemu cierpieniu, jest 
w ,,\Vielkim Tygodniu" Anna Malecka - ciężarna żona Jana, faktycznie główna 
bohaterka opowiadania. Anna jest wcielenien1 wyobrażeń Andrzejewskiego na te- 
mat tego, jaka powinna być idealna odpo\viedź katolika na cierpienie w ogóle i na 
tragedię Żydów w szczególności. Anna jest wrażliwa, pragmatyczna, zdecydowa- 
na, pełna ideałów i całkowicie pozbawiona obłudy. Jedyną jej winą, o ile można 
to tak określić, jest to, że w głębi serca potępia męża za brak tej moralnej odwa- 
gi, której ona sama n1a pod dostatkiem. Anna straciła wiele bliskich osob podczas 
ostatnich kilku lat. Jej rodzina została zdziesiątkowana: ojciec został zabity przez 
Niemców; o dwóch braciach wiadomo, że nie żyją, od trzeciego, walczącego 
gdzieś na jednym z zachodnich frontów w polskim wojsku, już od bardzo dawna 
nie było żadnych wieści. Anna cierpi patrząc na swego szwagra, Julka, który bez 
wahania idzie na śmierć. Na samym końcu "Wielkiego Tygodnia" zostaje wdo- 
wą. Po raz ostatni widzimy ją, jak n10dli się żarliwie w skron1nyn1 parafialnyn1 ko- 
ściólku, czując kopnięcia dziecka, które nosi w łonie. Anna jest symbolem 
wszystkiego, co w polskim narodzie najlepsze: n1a w sobie ziarno nadziei na przy- 
szłość. 
Z wszystkich dorosłych katolików występujących w opowiadaniu, Anna jest 
najbardziej krucha, najdelikatniejsza, i byłaby usprawiedliwiona, gdyby odn1ówi- 
ła żydowskiemu zbiegowi schronienia w swyn1 domu. A jednak bez najmniejsze- 
go wahania przyjmuje Irenę pod swój dach. Trudno jest jej \vyrazić własne 


126 K W A R T A L N I K lA R T/ Y S T Y C Z N Y
>>>
najgłębsze przekonania, ale kiedy pewnej nocy leży w łóżku, podczas gdy łuna pło- 
nącego w oddali getta rozświetla warszawskie niebo, a wiatr niesie n1rożące krew 
w żyłach krzyki unicest\vianego narodu żydowskiego, Andrzejewski pozwala czy- 
telnikowi wniknąć w jej myśli: 
,
(...) dla niej, jako wierzącej katoliczki, trwająca od tylu wieków tragedia Ży- 
dów stanowiła naj boleśniejszą próbę dla chrześcijańskich sun1ień. Kogóż bowiem, 
jesli nic chrześcijan, powinien poruszyć okrutny los najnieszczęśliwszego z naro- 
dów, plemienia, które raz odrzuciwszy prawdę, ciągnie za sobą ciężar zdrady 
wśród niewiarygodnych cierpień, poniżeń i nieszczęść? Któż, jeśli nie chrześcija- 
nie, czynić powinni wszystko, aby ulżyć niedoli nieszczęśliwych i rozproszyć sa- 
nlotność tych, którzy ul11ierają bez nadziei?" 
Andrzejewski zgadza się z Anną, jej n1yśli n1ają pełnić funkcję punktu odniesie- 
nia dla czytelnika, mają być światłen1 rozpraszającyn1 n1roki historii. Postanowie- 
nie Anny, by żyć zgodnie z naukami Chrystusa, nie jest jakąś n1agiczną formułą. 
Andrzejewski pokazuje nam jak niewielkie z praktycznego punktu widzenia są owo- 
ce tego postanowienia: Anna nie ma dość sił, aby ochronić ukochane osoby lub 
opóźnić śn1ierć Ireny o więcej niż kilka dni. Ale mocą n1iłości udaje jej się spra- 
wić, że odejście Jurka na pewną śn1ierć staje się dla wszystkich znośniejsze; udaje 
jej się pocieszyć panią Karską, a Irena n10że dzięki niej spędzić swoje ostatnie dni 
we względnyn1 komforcie i wśród ludzi życzliwych. 
Jak n1an1Y interpretować tę pelłną Chrystusowej dobroci postać? Jak już się prze- 
konaliślny, Andrzejewski nie waha się krytykować swoich postaci, jeśli pragnie za- 
znaczyć swój do nich dystans (na przykład kiedy portrenlje Jana Maleckiego ). Możen1Y 
zaten1 założyć, że życzliwy i bezkrytyczny stosunek autora do Anny świadczy 
o tyn1, że podziela on jej wiarę w to, że Żydzi jako naród, a nie indywidualni przed- 
stawiciele nie doskonałej ludzkości, są winni "odrzucenia prawdy" i "zdrady" - co 
jest eufcn1istyczną wersją określania "zabójcy Chrystusa". Ania jest przekonana, 
a Andrzejewski zdaje się podzielać to przekonanie, że Żydzi muszą un1ierać bez 
nadziei, bowicm obictnica zm,lrtwychwstania, jako obietnica dana tym
 którzy przyj- 
mą chrzest, ich mie dotyczy. Czy Andrzejewski nie zdawał sobie sprawy, że ra- 
sizn1 nazistowski i rodzilny, który budzi \\' nin1 taki wstręt, zrodził się właśnie 
z przekonania, że Żydzi Są \\)'kluczeni z chrześcijańskiej społeczności, ze wspól- 
noty tych, którzy zostali zbawieni i którzy nlają słuszność? 
Znany kl)'t"k litcracki, Kazinuerz \Vyka
 pisząc o ,
\Vielkim Tygodniu" w 1946 
roku zauważył to ukrytc potępiel1le Żyd6\\, jakie zawiera fragn1ent, przedsta\\ ia- 
jący n1yśli Anny: 
"Podkreśliłcn1 te słowa. Ich scns jest oczywisty: przyczyny kont1iktu leżą w fak- 
cie, LC Żydzi, przeznaczeni do przyjęcia prawdy, prawdę tę odrzucili. (...) \V ta- 
kiln razic, jcśli by czło\\lek chciał być konsekwentny, musiałby uznać
 że Niemcy 
są wykonawcanli woli Boskiej. (...) Obawiam się głębiej analizować takie n1yśle- 
nie, ale wnioski same się narzucają. l!i" 


15 Ka.limicr.l \V\'ka Po g ranic7c P owieści" C7\'tclnik". \Varszawa 1974,5_90_ 
. "., ,on .. 


127
>>>
yV dalszym ciągu swoich wywodów Wyka robi dygresję na ten1at stosunku Ko- 
ścioła do żydowskiej "winy", której to dygresji streszczać tutaj nie widzę potrze- 
by. JednakZe warto zauważyć, że w czasie, gdy wybuchło i zostało stłumione powstanie 
\\" warszawskin1 gettcie, Kościół katolicki wciąż jeszcze nie potępił oficjalnie anty- 
semityzmu
 re\vizji "winy Żydów" dokonano dopiero 20 lat później, w roku 
1965, podczas 21 Rady Ekwl1enicznej Rzyn1skiego Kościoła Katolickiego (powszech- 
nie znanej jako II Rada Watykańska). Trzeba także przypomnieć, że stanowisko 
Watykanu odzwierciedlało się w kazaniach lokalnych kapłanów, a co najistotniej- 
sze, często było fałszywie przez nich interpretowane,. 
Obie pobożne panie - Anna Malecka i Piotrowska - niewątpliwie wysłuchiwa- 
ły w kościele rozmaitych bzdur na ten1at "kwestii żydowskiej". Było to czymś tak 
oczywistynl, tak zakorzenionym w społecznej rzeczywistości, że Andrzejewski nie 
musiał szczególnie tego akcentować, zastanawiające jest jednak, że zdaje się nie 
przywiązywać do tych faktów żadnej wagi 16. 
Andrzeje\\Tski nie był więc wolny od antyżydowskich uprzedzeń. Choć stanow- 
czo odrzucał ideologię antysemitów, jednakże, z pewnością nieświadomie, uczy- 
nił Irenę wcieleniem kilku mitów dotyczących Żydów, które się za tymi uprzedzeniami 
kryją. Podczas gdy wszyscy pozostali bohaterowie "Wielkiego Tygodnia" będący 
katolikami pochodzą ze średniej lub niższej klasy społecznej (a niektórych z nich 
Okupacja doprowadziła do kompletnej ruiny), Irena należy do klasy wyższej. Jest 
rzeczą uderzającą, że w ut\\"orze, który miał być groźnym ciosem zadanym anty- 
semityzmo\vi, występuje tylko jedna grupa bardzo zamożnych ludzi - rodzina Ire- 
ny. (Irena wspomina o pewnym bogatYIl1 polskin1 właścicielu ziemskim
 który udzielił 
jej na pe\vien czas schronienia, ale czytelnik nie dowiaduje się żadnych szczegó- 
łów na ten temat). Jan 
1alecki wspomina wystawne obiady, wydawane przez ro- 
dzinę Ireny przez pierwsze dwa lata wojny, w czasie, gdy o żywność było niezmiernie 
trudno. Starsi członkowie rodziny Lilien, jak się dowiadujemy, kupo\\ ali za swo- 
je złoto jedno zawieszenie \vyroku po drugin1, aż wreszcie zostali zabici przez na- 
zistów. Żadna z rodzin katolickich nie znajdowała się w równie komfortowej 
sytuacji na początku wojny. 
Dlaczego Andrzejewski postanowił uczynić jedyną reprezentantką polskich Ży- 
dów w "Wielkim Tygodniu" córkę takiego bogacza? Ostatecznie jego bohatero- 
wie - katolicy należą do różnych klas spolecznych, dzięki czen1U czytelnik zdaje 
sobie sprawę, że niemożliwością jest sformułowanie jakichkolwiek ogólnych wnio- 
sków na temat postawy Polaków wobec męczeńst\va Żydów. Żydzi przedstawia- 
ni są w "Wielkin1 Tygodniu" en masse, jako godne litości otlary. Jako że w utworze 
reprezentuje ich jedynie Irena, (no, czytelnik zawiera też przelotną znajomość z jej 
rodzicami), wszystkie indywidualne cechy Ireny urastają do rangi ogólnych cech 
narodu żydowskiego. 


16 Zobacz: Tymoreusz KJempski, "Matka świętych: Polska", "Ku!tura", no. 3/402,1981, pp. 6 - 26, kilka 
uderzających przykładów odnośnie postawy polskich księży wobec Zydów. 


128 KW AR T AL
 I K lA RT/ YSTYCZ NY
>>>
Andrzejewski czyni w swym opowiadaniu "reprezentantem" Żydów osobę na- 
leżącą do grupy, która w rzeczywistości stanowiła wśród warszawskich Żydów zde- 
cydowaną mniejszość (i stanowiła mniejszość wśród wszystkich polskich Żydów). 
Jednakże zamożność Żydów stała się czymś w rodzaju mitu dzięki pogłoskom, 
którym skwapliwie dawano wiarę, jakoby Żydzi posiadali szczególną zdolność bo- 
gacenia się kosztem swych współobywateli - katolików. Jako mieszkaniec Warsza- 
wy i wnikliwy obserwator, Andrzejewski z pewnością wiedział, że Irena Lilien nie 
jest bynajmniej typową Żydówką. Czy to możliwe, że wierzył, iż zdoła obudzić 
u czytelników współczucie dla niej tylko pod warunkiem, że wyposaży ją w bo- 
gactwo, urodę i wykształcenie? Czy obawiał się, że Polak - katolik nie będą w sta- 
nie odczuć litości dla zwykłej Żydówki, reprezentującej szarą masę drobnych 
sklepikarzy czy zubożały miejski proletariat? Czy Andrzejewskiemu żydowst\vo au- 
tomatycznie kojarzy się z bogactwem? Nie wiem, jaka jest właściwa odpowiedź na 
te pytania, ale jestem pewna, że ważne jest, by tę odpowiedź znaleźć. 
Czytelnik ma mieszane uczucia w stosunku do Ireny. Jako ścigana ofiara \vy- 
wołuje nasze współczucie, ale stygniemy, gdy poznajemy jej obojętność na cier- 
pienia Polaków. Z jednej strony Andrzejewski tłumaczy nam, że ta obojętność to 
efekt lat wypełnionych rozpaczliwą walką o życie: ucieczkami i ukrywaniem się, 
wynik przeżyć Ireny, która musiała patrzeć, jak jej rodzina i naród giną z rąk pol- 
skich szantażystów i nazistowskich oprawców. Z drugiej strony pokazuje wielo- 
krotnie, że Irena lekceważy cierpienie katolickiej ludności Polski, że traktuje 
Polaków ze swego rodzaju \vyższością. Anna wycierpiała niemal tyle samo co Ire- 
na, a jednak w jej sercu pozostało miejsce na litość. Z moralnego punktu widze- 
nia Anna niewątpliwie góruje nad Ireną. Irena, jako ofiara, staje się przedmiotem 
współczucia i sympatii ze strony Anny, ale pozostaje dla niej, podobnie jak i dla 
wszystkich postaci z "Wielkiego Tygodnia", z wyjątkiem, być może, Julka, kimś 
nieodwołalnie "obcym" - osobą, której się pomaga, ale która tak naprawdę nie 
należy do wspólnoty Polaków. 
W opowiadaniu to Irena jest głównym źródłem informacji na temat zbrodni po- 
pełnianych na Żydach poza gettem. Z pomocą Julka opowiada 
Ialeckim i czy- 
telnikowi o tym, jak naziści wymordowali wszystkich mieszkańców pewnego 
małego, żydowskiego miasteczka. Było to latem 1942 roku; widziała wówczas swo- 
jego ojca prowadzonego na śmierć. Od Ireny dowiadujemy się również o polskich 
szantażystach współpracujących z gestapo i wyłudzających pieniądze od ukrywa- 
jących się Żydów i Polakó" udzielających im schronienia. Z jej opowieści, a na- 
stępnie z tragicznych doświadczeń Maleckiego z polskin1i faszystan1i dowiadujen1)' 
się, że cała Polska (nie tylko Żydzi, choć oni są przypadkien1 szczególnym), znaj- 
duje się pod panoWanieiTI terroru. Jednakże Irena nie pojn1uje znaczenia faktów, 
które podaje. Nie jest szczególnie wdzięczna tym, którzy udzielając jej schronie- 
nia ryzykują życieln (i rzeczywiście je tracą), jest jedynie oburzona na tych, któ- 
rzy odmawiająjej pomocy. 
Irena skwapliwie przyznaje, że cierpienie zmieniło ją na gorsze. Jednak choć czy- 
telnik jest świadom, że przebyte doświadczenia usprawiedliwiają \\' pewnym stop- 


129
>>>
niu jej egoiznl, to jedl1ak, jako że nie dane mu było poznać tej dawnej, lepszej Ire- 
ny 
 pozostaje ona dla niego osobą okaleczoną emocjonalnie, gdyż nie zdolną do 
tego rodzaju współczucia, którego żródłem jest chrześcijańska miłość. 
Nie zmienia niczego fakt, że Irena jest przekonująca jako postać. Jej portret psy- 
chologiczny można uznać za głęboki i przejn1ujący. Gdyby Irena była tylko jed- 
n4 z killcu żydowskich bohaterów "Wielkiego Tygodnia", nie byłoby żadnego problemu. 
Ponieważ jednak Irena jest jedyną przedstawicielką polskich Żydów w świecie przed- 
stawionyn1 opowiadania, jej wady nabierają innego wymiaru, zwłaszcza że Andrze- 
jewski sugeruje
 iż są one konsekwencją żydowskiego grzechu odrzucenia prawdy 
i dobroci, których wcielenien1 był Jezus Chrystus. 
Irena jest jedyną bohaterką" \Vielkiego Tygodnia", która bierze pod uwagę nl0ż- 
liwość istnienia Żydów w powojennej Polsce. Wszyscy pozostali bohaterowie wy- 
dają się pewni, że naziści wymordują cały naród żydowski zanim wojna się skończy. 
Wizja przyszłości, jaką roztacza Irena, jest ponura: 
"Zobaczysz! Będziemy jeszcze bardziej nienawidzeni, bo będziemy chodzić po 
ulicach, wrócimy do s\\'oich mieszkań i zajęć, odzyskamy swoje prawa. Nie zaprze- 
czaj, wiem, że tak będzie, i ty wiesz to także. Teraz zwyczajny wstyd powstrzy- 
muje ludzi przed okazywaniem nam wrogości. Przyjmuje się nas z musu, przechowuje 
z poczucia obo\viązku. Ale potem nie trzeba będzie już się zmuszać! A my ze swej 
strony niczego nie zapoll1nimy. Ty wiesz, że Żydzi nie potrafią zapominać krzywd. 
Calkiem odwrotnie niż wy. \Vy wszystko jesteście zdolni zapoll1nieć. I że wami 
poniewierani, i że wy poniewieraliście... " . 
Nawet w powyższym fragmencie za\viera się podwójny sens. Z jednej strony, 
ustami Ireny Andrzejewski wypowiada swoje własne obawy dotyczące przenlian, 
jakim będą musiały ulec w powojennej Polsce stosunki pomiędzy Żydami a Pola- 
kami - kato]ikami 17. Z drugiej strony zapewnienia żydowskiej bohaterki, że Ży- 
dzi nie zapomną, nie wybaczą, zdają się dodawać wiarygodności słowom faszysty 
Zalewskiego, zacytowanym wcześniej. Przypomnijmy, że Zalewski uważał, że 
gdyby tylko Żydzi mieli taką możliwość, zemściliby się na Polakach za swoje nie- 
szczęścia. Ponownie żydowska zawziętość zostaje przeciwstawiona Chrystusowe- 
mu nakazowi przebaczania. 
Nie chcę, aby ktoś \\)'wnioskował z moich wywodów, że czyniąc Irenę repre- 
zentantką narodu żydowskiego Andrzejewski miał zamiar naród ten przedstawić 
w niekorzystnym świetle. ,,\Vielki Tydzień", pomijając jego niewątpliwe słabości 18, 
jest wyrazem namiętnego moralnego oburzenia tym, co stało się z polskimi Ży- 
dami, a także gorącym oskarżeniem skierowanym przeciwko antysemityzmowi, któ- 
ry niszczy nie tylko Żydów, ale także Polaków-katolików. 


17 Warto byłoby sprawdzić, czy ten fragment pojawił siC; w wersji "Wielkiego Tygodnia" z 1943 roku, czy też 
dopiero w 
\'Ydaniu z 1945 roku, kiedy to Andrzejewski mógł już słyszeć o wrogich \\,,'stąpieniach Pol.1kó\\ 
przeciwko Zydom powracającym z \\yzwolonych przez Amiic; Czerwoną terenów wschodnich. 
II 
ajciekaws
ą analizą strukturalnych i 
trlistycznych braków "Wielkiego Tygodnia" (podc7as gdy tematem 
powyzszego eSejU są etyczne dwuznaC7noscl zawarte w tym utworze), przeprowadza Kazimierz \V}'ka w S\Wm 
"Pograniczu powieści", op. cit., s. 88 - 94. . 


130 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Jako pisarz - moralista, przerażony wydarzeniami, których był świadkiem, An- 
drzejewski osądza swoich wspólbratymców, Polaków, biorąc pod uwagę to, w ja- 
kim stopniu są oni skłonni uznać, że Chrystusowy nakaz miłości bliźniego dotyczy 
także Żydów. Dlaczego więc, napisał opowiadanie, którego moralna wymowa jest, 
ku naszemu zakłopotaniu, następująca?: 
l. Grzechem jest przyczyniać się do zagłady Żydów, lub cieszyć się nią. 
2. Prawdziwie pobożny chrześcijan będzie w takich okolicznościach działał, sta- 
rając się ocalić życie przynajmniej kilku ofiarom. 
3. Wiara katolicka może stać się źródłem takiej dobroci i natchnąć do takich ak- 
tów poświęcenia, jakie dla Żydów są nieosiągalne. 
Odpowiedź na to pytanie mieści się w fakcie, że Andrzejewski - katolik pisząc 
swój ut\vór musiał interesować się przede wszystkim zdrowiem moralnym Pola- 
ków l9 . W "Wielkim Tygodniu" masakra Żydów warszawskich to próba wiary dla 
katolików, a niebezpieczenstwo związane z udzieleniem pomocy Żydom to krzyż, 
który każdy dobry chrześcijanin ochoczo podejmie. 
Na ironię zakrawa fakt, że w opowiadaniu, które w zamierzeniu Andrzejewskie- 
go miało zdemaskować antysemityzm we wszelkich jego przejawach, będąc zara- 
zem godnym sławnego pisarza, główna bohaterka wciela większość antysemickich 
stereotypów, a Żydzi przedstawieni są jako istoty niezdolne do miłości i przeba- 
czenia - czyli pozbawione tego, co stanowi istotę człowieczeńst\va. 


Madeline G. Levine 
tłum. Dorota Rybicka i Marta Waligórska 


19 Wicrze;, że Andr7cjcwski kicrował się przy pis:1niu ,,\ViclkiegC? Tygodnia". so
ie tylko znanYf!1i m?t)'.\\
mi. 
Zgadzam sic; z Sandaucrcm, który uważa, że owo postawicnie na }cdnYf!1 pozl?mIC, a na\\:
t mozsamleme Ide- 
alistyczncgo marksizmu z wzorową postawą chrześcijalisk-ł dokonało SIę dopIero w wers}1 z 1945 roku. San- 
dauer, "S.lkoła nierzeczywistości...", op. cit., s. 429 - 431. 


131
>>>
Dariusz NOJvacki 


Non consummatum? 


l. 
Istl1iej4 co najmniej dwie 111etałory - obie podrzucol1e przez samego pisarza - \\ 0- 
kół których można by zorganizować namysł nad późną twórczością Jerzego An- 
drzejewskiego. Pierwsza z nich to figura miazgi (n1iazgowatość), ewokująca takie 
określenia, jak niespelnienie, bezsilność, niedokończenie, wyczerpanie
 druga zaś 
to metafora ściany (choroba ściany). Obie dają się połączyć w figurę wyższego 
rzędu; najchętniej nazwałbyn1 ją, posiłkując się tytułem III części "Miazgi", non 
consun1n1atun1. 
O metaforze n1iazgi jako znaku pewnej negatywności (klęski?) napisano sporo. 
Przede wszystkim miazgowatość została szeroko przedyskutowana w PO\\ ieści, gdzie 
o przyczynach i konsekwencjach złożenia do druku ut\voru "w kształcie nie wy- 
kOllczonej n1iazgi" Andrzejewski napisał wiele, choć zapewne nie \vszystko. Re- 
cepcja "Miazgi" również poszła w tym kierunku, to znaczy geneza i następst\va 
pojawienia się osobliwej fonny powieściowej zasadniczo stały w centnlnl krytycz- 
noliterackiej uwagi. Jest to zatem debata powszechnie znana, nie warto jej tu przy- 
pominać. Natomiast choroba ściany nie została, jak dotąd, należycie opisana. 


2. 
\Vypada zacząć od tego, iż żywo dyskutowaną w "Miazdze" opozycję chaos - po- 
rządek (forma ot\varta versus forma zamknięta) można wziąć za fragment szerszej 
debaty. Mam na myśli pisarską rozterkę - skrótowo rzecz ujmując - "miało być - a jest". 
] ak wiadomo, ten właśnie dylemat stał się wzoren1 narracyjnego postępowania 
w "Aliazdze": 'v warst\vie fabularnej jest to opowieść o weselu w dwu alternatyw- 
nych ,versjach (jak mogło być i jak było), w warst\vie metatekstowej - historia 111ę- 
ki t\vórczej z "ja" pisarskim w roli głównej, czyli z autorską świadomością rozpiętą 
między owymi "miało być - a jest". Oczywiście jedna powieść Andrzejewskiego - na- 
wet tak bogata i fascynująca jak "Miazga" - ani nie rozwiązuje konfliktu luiędzy pro- 
jektem i rezultatem, nie przekreśla antynomii postulowanego i zrealizowanego, ani 
też w żaden sposób nie \\yczerpuje problemu. Poza wszystkin1 bowiem nie ma po- 
wodu, by w dylen1acie "miało być - a jest" widzieć jedynie rozterkę warsztatową. 
Kiedy więc mówię u szerszej debacie, mam na myśli pytanie, które można by zadać 
prozie Jerzego Andrzejewskiego w ogóle: co w niej "nie zostało OPO\\ iedziane", czy- 
li miało być, a nie jest? Od razu też trzeba sobie wyjaśnić, że o tyIl1, co miało być, 


Dariusz Nowacki, ur. 1965 r. w BydgoS7CZY, kryt\'k litcracki, rcdaktor kwartalnikÓw ..fA-art" i "Opcjc". 
Mieszka w Sosnowcu. (red.) 


132 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
można przytomnie rozprawiać jedynie na podsta\\ ie tego, co jest. Innymi słowy, wie- 
my o kneblu czy woalu Andrzejewskiego tylko dlatego, że pisarz zechciał stematy- 
zować zatajenie. Nic bardziej oczywistego nad to, iż sam autor wskazuje na puste 
miejsca, że z jego inicjatywy "brak" staje się "brakiem znaczącyn1". Dociekliwość 
czytelnika natomiast to reakcja wtórna, nie przez odbiorcę, lecz przez pisarza zaini- 
cjowana i w dużej mierze (nawet zza grobu!) kontrolowana. I jeszcze jedna uwaga: 
tropiciel braku (łowca tego, co nie przedstawione) ma to do siebie, iż wszędzie spo- 
dziewa się pułapki, niemal każdą inicjatywę pisarską bierze za praktykę mylenia śla- 
dów. Kto wie, czy rozterki warsztatowe, z takim rozmachem opisane w "Miazdze", 
nie należą do tej praktyki? W każdym razie, jak sądzę, można tak o nich pomyśleć. 


3. 
"Notatki do autobiografii" Andrzejewski onviera takim oto wstępem: "Tytuł, 
jaki nadałem niniejszym materiałom, należy rozumieć dosłownie: nie autobiogra- 
fia, tylko notatki do niej, więc od pierwszego zan1ysłu przedsięwzięcie pisarskie 
tragmentaryczne, nie dokończone, jawnie sugerujące, iż \\" rozległym materiale bę- 
dzie wiele luk, n1iejsc pustych i niedopowiedzeń oraz przemilczeń nie chcianych 
lub świadomych. 
Do spisania notatek przystąpiłem z myślą, iż będą opublikowane i czytane, jed- 
nak inspiracją silniej pobudzającą u początku i w trakcie pracy była n10ja kondy- 
cja osobista, cokolwiek rozchwiana i n1ętna. Po wieloletnich i nielekkich kontaktach 
z oporną lnaterią «Miazgi», zniechęcony do formy powieściowej, począłem mnie- 
mać, iż uczynię słusznje i z pożytkiem dla odnowienia wewnętrznej dyscypliny, 
jeśli w sposób zdecydowany i bcz leniwej zwłoki opuszczę pogn1an\'ane zwątpie- 
niem i troską tereny własnego tu i teraz, podejll1ująC próbę zrekonstnlowania prze- 
szłości oraz siebie, jakinl byłcn1 i bywałem wsród jej przestrzeni. Jeszcze jeden 
obrachunek, tyl11 razen1 masek i sytuacji fikcyjnych? Być n10że". (
A, 145). 
Czy można z tego wnioskować, że metoda prozatorskiego n1ówienia to kwe- 
stia drugorzędna? Chyba tak, jeśli rzcczywiście - jak zape\\ nia autor - czynność 
spisywania ,,
otatek..." została podjt;ta jako odtrutka na ,,
Iiazg\". Ta ostatnia 
- przypomnę - wszechstronnie ogrywa n10tyw "nliało być - a jest", opowiada o na- 
pięciu między spełnicnienl i niespełnienien1. Tymczasen1 ,,
otatki..." już w pierw- 
s,zyn1 7daniu informuj
! o bardzo konkretnyn1 wariancie niespełnienia: to 
fragInentaryczność - luki, puste miejsca, niedopowiedzenia. Okazuje sic: tedy, iż 
niezależnie od trybu wypowicdzi Andrzejewski kokietujc czytelnika dokładnie 
tyn1 san1yn1, po prostu brakiem, formułą 1Z011 C011Jltl1111latltl11. Jednocześnie pisarz 
ciągle podsyca ciekawość odbiorcy ("Jeszczc jeden obr
chunek... Być może'
). Po- 
pr7ednio, tj. w "Miazd7c", "jeszcze jeden (acz wcześniejszy) obrachunek" został 
przekreślony - tak to można objaśniać - nie tyle przez ,,111aski i sytuLlCje fikcyjne", 
ile przez n1ctafikcjonalność, przez dOI11il1ację Si.U110Z\\Totnosci tego zapisu, uprzy- 
wilcjowanie ten1atyki warsztatowej. Teraz, tj. \\ ,,
otatkach do autobiografii", sy- 
tuacja "n1iało być - a jest" przedstawia się nader klarownic: Andrzejewski od razu 
wskazujc na n1iejsca pustc, w pierwszyu1 zdaniu n1Ó\\ i o... nien1ówieniu. 


133
>>>
. Rzecz jasl1a, autor "Miazgi", jak każdy markowy pisarz, prowadzi ze swym czy- 
telnikiem wielce przewrotną, bodaj perwersyjną grę. Bo przecież formuła non con- 
JU1nlnatul1l wcale nie ucina zabawy. Owszem, wypowiedzią Andrzejewskiego, 
zwłaszcza "późnego
' (powiedzmy: po przekroczeniu "Bram raju"), rządzi "odmo- 
wa", lecz w tejże odmowie zawiera się "obietnica". Treścią tej obietnicy - jak wol- 
no n1niemać - nie jest przekonanie, że kiedyś miejsca puste zostaną czymkolwiek 
wypełnione, ale dość wyraźna sugestia, iż warto czytać na marginesach bądź pod prąd, 
czyli posługując się niestandardowymi metodan1i lektury. Nim spróbuję się domy- 
ślić, o jakie strategie czytania mogłoby tutaj chodzić, kilka zdań o ścianie. 


4. 
Autor "Nocy" sam zaproponował nazwę dla swojego syndromu odlTIowy. 
W jednej z notatek cyklu "Z dnia na dzień" ("Literatura" 1974, nr 21) czytamy: 
"Piszę, owszem, piszę, raz lepiej, raz - gorzej, z oporami większynli lub mniej- 
szymi, z pewną nadzieją i także bez jej znikomego strzępka, lecz od pewnego cza- 
su pra\\;e zawsze ze świadomością bliskiego sąsiedztwa ściany, która swym cWodnyn1 
oddechem coraz częściej i dobitniej przekazuje n1i wyniosłe ostrzeżenie, iż to, co 
najważniejsze ze względu na obraz ludzkich obyczajów i namiętności oraz także 
ze względu na mój obraz własny powinno być napisane - nie może być napisane, 
nie chodzi mi w tym wypadku: czy może być opublikowane? - to sprawa wtórna
 
chodzi mi: że nie może być napisane to najważniejsze: co? Nie wiem" (Z, 242). 
Wydaje się, że Andrzejewski pragnie powiedzieć, że granica wypowiedzi (ścia- 
na) istnieje jakby poza pisarzem, nie on ją określa, lecz ona jego. \V"Notatkach 
do autobiografii" była mowa o "przemilczeniach nie chcianych lub świadomych", 
w metaforze ściany należy widzieć, sugeruje artysta, zatajenie nie chciane, \\ tyn1 
sensie istniejące niezależnie od woli i starań pisarza, poza nim. Zgoda, ściana, przed 
którą zatrzymuje się Andrzejewski, może być figurą nieświadomości (zarazem nie- 
\\yrażalności); o takiej przeszkodzie nie do pokonania informuje na przykład fra- 
za z opowiadania "Ciemna gwiazda": ,,(...) nieświadomość l1a podobieńst\\'o 
wysokiej ściany ciemnym cieniem ogarnia tych, którzy chcą się do niej zbliżyć" 
(C, 71-72). Ale metafora ściany może też oznaczać powstrzymy\vanie się od wy- 
powiedzi; wolno w niej widzieć również akt świadomego zawieszenia głosu. 
"Prawdziwe" pisanie byłoby wówczas niczym innyn1, jak probą przezwyciężenia 
impasu. O takiej sytuacji mówi następujący wyimek z PO\\ ieści "Nikt": "Wiarygo- 
dną opowieść o każdej historii trzeba zaczynać w obliczu, lub jeśli kto woli - u stóp 
wysokiej ściany. Co po tej stronie drugiej? Czymże jest pieśń? Powolnym niszcze- 
niem stromego muru, usuwaniem ciężkich cegieł. Jest to praca długa i żmudna. 
I tak niebezpieczna, iż niekiedy pieśniarz milknie, aby na skutek nieostrożnego ru- 
chu nie przygniotły go ruiny" (N, 19). Ściana nie jest więc końcem pisania, lecz je- 
go początkiem! Tym bardziej należy zadać pytanie: czy Andrzejewski podjął trud 
"przebicia się na drugą stronę", czy podjął ryzyko "t\vorzenia młotenl", ryzyko, 
lecz przede wszystkim pokusę, tak pięknie zdefiniowaną w Lcśmianowskiej "Dzie\\- 
czynie"? 


134 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
Odpowiedź daję raczej negatywną. Andrzejewskiemu zabrakło odwagi Orfeusza 
zstępującego do Piekieł, do czego artysta ot\\'arcie się przyznaje w dalszych par- 
tiach cytowanej wcześniej notatki. Po to, co znajduje się za ścianą, "trzeba by zejść 
co najn1niej tak daleko, jak to niegdyś uczynił był Orteusz zdążający po znikają- 
cych śladach Eurydyki, w nadziei, że jednak przechwyci cień rozpływający się 
w głębokościach wiecznego snu i wbrew naturalnym prawom zdoła go przywró- 
cić życiu" (Z, 242). Lecz jednocześnie opisywanie owego gestu zatrzynlania się 
(przed ścianą) w kategoriach odwagi (ergo szczerości) nie wydaje mi się zasadne. 
Wskazałbym raczej na paradoks przenikliwie uchwycony przez Maurice'a Blancho- 
ta
 który powiada, że "Pisanie rOLpoczyna się wraz ze spojrzeniem Orfeusza. Jest 
ono ruchenl pisania niweczącym przeznaczenie i troskę o pieśń, ruchem, który dzię- 
ki tej natchnionej i beztroskiej decyzji osiąga początek, czyniąc z pieśni ofiarę") . 
A zatem to "coś", co znajduje się po drugiej stronie, tj. poza przedstawieniem, 
może być rozpoznane tylko i \\)'łącznie w pisaniu (Blanchot: "pisze się tylko wte- 
dy, gdy osiąga się moment
 do którego dotrzeć można tylko w przestrzeni ot\var- 
tej przez ruch pisania"). 


5. 
Wypada powtórzyć: forn1uła 110n COl1SU1łlmatU1Il bynajmniej nie oznacza rezy- 
gnacji. Kapitulacja Jerzego Andrzejewskiego jest przecież mówieniem (tegoż pisa- 
rza) o kapitulacji - tu gdzieś czytelnicza dociekliwość zawiązuje się na nowo. 
Odbiorca prozy Andrzejewskiego, jak się wydaje, powinien skorzystać z tej zachę- 
ty. Co tutaj szczególnie ważne: czytelnik prozy Andrzejewskiego nie musiałby się 
pOl1ownie aktywizować, gdyby status dzieła autora "Nocy" był inny" Trudno bo- 
wiem zakwestionować obiegowy pogląd, że autor ten to jedna z naj znamienitszych 
postaci polskiej literatury ,,"spółczesnej, ale też dorobek Andrzejewskiego można 
naLwać "dziełen1 niczyin1". Co prawda nośnynl pojęciell1 "dzieła niczyjego" po- 
służył się Tomasz Burek" odniesieniu do t\vórczości Jarosława Iwaszkiewicza 2, lecz 
S} tuacja, w jakiej po kilkunastu latach od śnuerci Andrzejewskiego znalazło się dzie- 
ło autora "Bral11 raju", ,,)'daje mi się analogiczna; tu również bez "iększego ryzy- 
ka n10żna n1ówić o "barierze komunikacyjnej", o nieadekwatności i zużyciu stylów 
odbioru tegoż dzieła. Tak więc Jcrzy Andrzejewski to klasyk literatury współcze- 
snej czekający na swoich nowych czytelników, na W) siłek odnowienia lektury. 
Punkten1 wyjścia owej praktyki odnawiania znaczen byłaby konstatLlCja, czy rLl- 
czej hipoteza, n1ówiąca, że "być 1110że na transgresję nie pozwalają [Andrzejew- 
skien1u - przyp. D.N.] dwa pisane-czytane tekst)' kulttlro""e: polityczny i erotyczny"'
. 
Inicjat)'\va przekroczenia nUlsi t)'111 san1yn1 wyjść od strony czytenika. Do prze- 
zwyciężclua są dwa lęki, które sp
lraliżowały autora ,,
ocy", lecz jednocześnie zo- 


I M. Rlanchot, "Spojr7enie Orfeusn", pri'cI. M.P. Markowski, ,,1 iter.uura na Ś\\iecic'" 1996. nr 10 (\\S7YS- 
tkie prz"pisy DariusLa 
o\\'ackiego). 
2 Zob. TOl11asl Rurek, "DLicło niayje", ,.T\\ orczosc" 1989, nr 9. . . .. 
ł E. Ku/ma, ..Fabuła \\" pro/ie autotematycznej (na pr7ykład7ie pro.zy JerzcgC} AndrzCJe\
slJcg() w ZblO- 
r/e "fabuła utworu literackiego", pod red. C7. 
ied7iclskiego i'. Spcmy. Torun 1987, s b6. 


135
>>>
stały przez niego na tyle silnie zasygnalizowane, iż wolno je wziąć za rodzaj "te- 
stamentu". Czytelnik tedy stoi przed zadaniem opowiedzenia nie opowiedzianej 
historii - "historii politycznej i historii ciała". Oczywiście podjęcie tak jednego, 
jak i drugiego wątku wydaje się szalenie ryzyko\\Tne, jeśli nie karkołomne, choć 
- śmiem t\vierdzić - nie nla innego wyjścia, a zakładam przy tym, że zależy nam, 
by proza Andrzejewskiego nie była jeno mart\vym, n1uzealnym eksponatem, mu- 
chą zatopioną w bursztynie. 
Już wcześniej powinienenl wyraźnie zaznaczyć, że to, o czym w niniejszym szki- 
cu rozprawiam, nie wzięło się z jakiejś, pożal się Boże, tantazji znudzonego czytel- 
nika, rozczarowanego dotychczasowymi sposobami czytania prozy Jerzego 
Andrzejewskiego. Żadne to też wiJhful thillking. Otóż zarówno (nie opowiedzia- 
ną) historię polityczną, jak i (nie opo\\;edzianą) historię ciała w zasadzie już opo- 
wiedziano. \V pierwszym wypadku rzecz skończyła się skandalem 4, w drugim - na 
razie przeszła bez echa, ponieważ rozprawy Germana Ritza 5 dopiero torują sobie 
drogę do polskiego czytelnika. Te dwa sposoby łamania tabu, przechodzenia na dru- 
gą stronę ściany, przed którą zatrzymał się Andrzejewski, czymś się jednak różnią 
i to do tego stopnia, że nie waham się odrzucić metodę Krzysztofa Kąkolewskiego, 
a zaakceptować procedury Ritza. Idzie bowiem o szacunek dla tekstu, przekonanie 
o integralności i samowystarczalności tego, co wyszło spod pióra Andrzejewskiego. 
Taki przykład: obaj badacze prozy Andrzejewskiego zajmują się "Popiołem 
i diamentem", obaj dokonują przy tym transgresji, ale tylko szwajcarski profesor 
stosuje się do zasady stanowiącej, że niczego nie ma poza tekstem. Mając przed 
oczami powieść Andrzejewskiego (i tylko powieść!) nie da się wykroić ubeckiego 
horroru, jak to uczynił Kąkolewski. Z powodzeniem natomiast tropić można 
\\' "Popiele i diamencie" maski homoseksualnego pożądania, a ściślej biorąc - spo- 
sób, w jaki dyskurs ideologiczny jest rozbijany przez dyskurs ciała (zob. G. Ritz: 
"Jerzy Andrzejewski. Maski pożądania i ich funkcja w poetyce powieści"). Raz jesz- 
cze powtórzę: jedynym kryterium poprawności procedur przełamujących formu- 
łę non cm'tJummatum jest szacunek dla tekstu; oczywiście wolno ten tekst rozcinać, 
kawałkować, znęcać się nad nim, co jednak w niczym nie zmienia faktu, że jest to 
ciągle ten sam tekst (i nic poza nim!). 


6. 
Do (nie) opo\viedzianej przez Andrzejewskiego historii ciała należy przede 
wszystkim opo\vieść o związkach i zależnościach, jakie zachodzą między "młodo- 


4 Mam na myśli burzę wywołaną książką Krz
sztofa Kąkolewskiego "Diament znaleziony w popIcie", {War- 
szawa 1995). . 
s Tegoż autora rozdz. Jerzy Andrzejc\\ski (1909-1983). \V tegoż: "Dic polnische Prosa 1956-1976. Mo- 
dellierung einer Entwicklung", Bem 1990; "Miazga Andrzejewskiego - po\\ieść u progu postmod.cmy", przeł. 
A. Kopacki. W zbiorze "Współczesna literatura polska lat osiemdziesiątych i dziewięćd7iesiątych. Opinie, po- 
glądy, prognozy literaturoznawców polskich i niemieckich", Lipsk 1993; "Solidaritat und sexuelIer Ausscnsc 
iter" w zbiorze "Enttabuisierung. Essays zur russischen und polnischcn Gcgenwartslitcratur", pod red. J.-U. 
Petersa i G. Ritza, Bem 1995; Jerzy Andrzejewski, "Maski pożądania i ich funkcja w poet"ce powieści", przcl. 
A. Kopacki. Referat wygłoszony na konferencji "Pogranicza wyrażalności" (Szczecin, 1-3 czerwca 1997), ma- 
szvnopis powielony. 


136 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
ścią" i "starością". Ritz skłonny jest sądzić, iż "Wielkim osiągnięciem przedsta- 
wionej przez Andrzejewskiego [w "Miazdze" - przyp. D.N.] historii ciała jest to, 
że nie opowiada jej jako historii Erosa i Thanatosa, jak Bataille czy Witkacy, jako 
historii sadomasochistycznej. Opowiada ją jako historię starości i jej tęsknoty za 
cielesną młodością"6. Ta inspirująca uwaga skłoniła mnie do naszkicowania krót- 
kiego rekonesansu: jak to jest z młodym i starym w prozie Andrzejewskiego? 
Zwłaszcza z tym drugim, gdyż z nad obecności postaci pięknego młodzieńca 
w unvorach autora "Nocy" od dawna zdawano sobie sprawę. Artur Sandauer pi- 
sał o micie "młodzieńca w długich butach", o idealizacji męskiej urody i krzepy 
na kartach Popiołu diamentu 7, Jan Błoński, omawiając "Bramy raju", w postaci 
Jakuba z Cloyes widział "cudownego i zagadkowego efeba, jakiego łat\vo znaleźć 
w homoseksualnej mitologii od Platona do Gide'a"8. 
Dlaczego warto o to pytać, a tym samym przełamywać formułę non consumma- 
tum ? Powód jest zaskakująco prosty: temat młodego i starego, czy raczej starego 
wobec młodego, staje się tematem kultury - na tym gruncie konstytuuje się wła- 
śnie nowa perspektywa lektury. Nie chodzi przy tym o niezdrową czytelniczą cie- 
kawość, gdyż ta jest zawsze wścibskim penetrowaniem rzeczywistości pozaliterackiej. 
Nie idzie więc o prywatną mitologię Andrzejewskiego, ponieważ ciekawość tego 
typu byłaby ró\\rnoznaczna z podjęciem dawnych i skompromitowanych praktyk 
lekturowych, kiedy to uprzywilejowanie jakiegoś motywu (tu: postaci pięknego 
młodzieńca) brano za trop autobiografii. Nota bene negatywnego przykładu 
w tym zakresie dostarcza dawny (i zbankrutowany!) sposób traktowania arcyw- 
zorca, czyli "Śmierci w Wenecji" Tomasza Manna. Bo niby o co niedyskretnemu 
i naiwnemu czytelnikowi chodzi? Że ktoś tam pon\rierdził, że był Tadziem i że 
mamusia chłopca rzeczywiście musiała izolować synka od pewnego starszego pa- 
9 W l . 
na. one zarty... 
Temat młodego i starego w prozie autora "NoC)" nie jest co prawda rozwija- 
ny z takim rozmachem i zn1ysłem konstrukcji jak na przykład u GOlubrowicza; na 
tle dzieł tej l11iary, co "Pornografia" (nie mówiąc o arcydziełach światowych for- 
matu "Lolity" Naboko,'a) wypada dość blado. Aliści w opowiadaniach i powie- 
ściach Andrzejewskiego istnieje pewien niesanl0wity, ekscytujący motyw. Myślę 
tu o wampirycznyn1 10 stosunku starego do młodego. Oto stary wysysa świeżą 
krew młodego, należałoby powiedzieć - używa go, ba!, sama obecność tego ostat- 
niego powoduje głębokie zluiany \\ postawie starca. Znliany na ogół niekorzyst- 
ne. Cóż, na" et w spojrzeniu na młodego brak łagodnej nostalgii, to spojrzenie 
niczego dobrego nie wróży, zresztą jakże wróżyć by nl0gło, skoro wszyscy zna- 
my sens biblijnej opowieści o Zuzannie i starcach. 


6 G. Ritz, "Miazga AndrLejewskicgu - pO\dcść u progu postmoderny... ", s. 146. 
7 Zob_ Artur Sandauer, "Szkoła nier7cczp\;stości i jej uczcń" w tcgoż "Pisma zebrane" t. 3. Warsza
.a 1985. 
: Jan Błonski, "Portret arytysty w latach ,,;c1kiej zmiany" w tegoż ",Odmars(, Kraków. 1978, 
. 2:,3. . 
"Zainteresowanie sławnego już wtcdy autora ",Buddenbrooków'" \Vładzlem [Tadzl
m z przesłyszem.a 
- przyp.O.N.] było tak \\idoczne, że skłoniło matkę do otoczenia chłopca s
czególną opieką" (A. Rogalski: 
"Tomas7 Mann. D7icjc rozwoju osobowości twórczej", Warszawa 1975, s. 8
). . . '" _ 
10 W innym znaczeniu o 7wampiryzowaniu erotyczno-idcologic7nym prze
sta\\lon
 m w "Bramach raJu PI- 
sała Maria Janion ("Krucjata niewin:ątek?". W tejże: "Wobec zła", Chotomow 1989). 


137
>>>
Najpierw trzeba zapytać, gdzie ten temat się zawiązuje? Na pewno jest już 
w powieści "Cien1l10ści kryją zien1ię". To za sprawą obecności braciszka Diego 
- młodzieńca pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia w hierarchii władzy, za to 
odznaczającego się szczególną żarliwością, atrybutell1 młodego wieku - stary In- 
kwizytor zdobywa się na wysiłek zupełnie niebywały, wysiłek ponownego prze- 
n1yślenia świata i swojej w nim roli. Bez wątpienia wampirem jest Wiktor Staniecki 
z opowiadania "Podróż", ut\voru - jak twierdzi Tomasz Burek - niezwykle waż- 
nego w dorobku Andrzejewskiego II; to tekst osobliwie datowany (1942-1958) 
i co ważne - dedykowany Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Jak zatem pamiętanlY, to 
właśnie młodość (spersonalizowana w postaci Jacka) prz)'ITIusiła Stanieckiego do 
aktywności, spowodowała, że ten, przynajmniej na chwilę, rozstał się ze S\voją mi- 
zantropią i goryczą człowieka zmęczonego życiem. Oto co myśli stary przypatru- 
jąc się młodemu (na marginesie - w chwili, gdy ten ze smakiem zajada, co oczywiście 
wolno wziąć za aluzyjne nawiązanie do przypływu ret1eksyjności Wiktora z "Panien 
z \Vilka", \\)'wołanego widoki m jedzących kobiet): ,,\Vszystko przez niego prze- 
pływa razem: nienawiść i radość, samotność i n1iłość, wszystko razem, jedno obok 
drugiego, to jest życie, to jest pełnia, to jest to, na co później już nie stać, później 
wpada się w doły jednej myśli i jednego uczucia, jestem stary, lTIoin1 dołem jest obo- 
jętność i pogarda" (P, 162). Drobny łyk młodzieńczej krwi Jacka (w kOlKU to tyl- 
ko krótka chwila wspólnej podróży) sprawi, że "obojętność i pogarda" ustępują. 
Przynajmniej w takim stopniu, w jakim możliwe jest samooszust\\'o. O tym ostat- 
nim mówi ot\varcie minoryta z "Bram raju", starzec wmieszany w pochod młodo- 
ści: "ponieważ, sam pełen mrocznych pragnień, w tynl tylko celu stanąłem naprzeciw 
pochodowi nlłodości, aby siebie w \\)'znaniach odnaleźć i siebie cudzymi pragnie- 
niami jeszcze raz, i może już ostatni raz, przywołać do stanu radosnego oddania" 
(B, 193). Mnich wyraźnie używa młodości jako afrodyzjaku, ma nadzieję wprowa- 
dzić swoje ciało w radosne podniecenie (młodzi mają go odn1łodzić), choć nie moż- 
na mu jeszcze zarzucić cynizmu. Cyniczny jest dopiero narrator-bohater późniejszego 
o kilkanaście lat opowiadania "Ciemna gwiazda". Okazuje się bowiem, że nlłodość 
podlega pra\\'om ekonomii - zużywa się. Stary pisarz, bohater "Ciemnej gwiazdy", 
myśli w pewnym miejscu o podglądanym przez siebie (starość jest przecież \'oycry- 
styczna!) małżeńst\vie: "Stasia [znam-przyp. D.N.] równo lat dziewiętnaście. Ka- 
tarzynę - piętnaście. O nie! nie odmładza mnie ta przyjaźn" (C, 62). 


II Zob. Tomasz Burek, "Pisarz, demony, publiczność - Jerzy Andrzejewski". \V zbior7e: "Sporne postaci 
polskiej literatury współczesnej" pod. red. A. Brodzkiej. Warszawa 1994. 
Prozę Jerzego Andrzejewskiego cytuję według następujących wydań: 
B - "Bramy raju". W: "Trzy opowieści" Warszawa 1980_ 
C - "Ciemna g\\iazda". \V: "Nowe upowiadania", \Varsnwa 1980_ 
I - "Idzie skacząc po górach". \V: "Trzy opowieści" dz. cyt. 
J - "Już prawie nic". W: ...Teraz na ciebie zagłada. Już prawie nic", Wars7Jwa 1982. 
M - "Miazga" Warszawa b.d. Warszawa 1972. 

 - "Nikt", Warszawa 1983. 

A - ,,
otatki do autobiografii (1909-1924)". W: ,,
()we opowiadania", dz. cyt. 

G - "Niby gaj". W: "Niby gaj i inne opowiadania", T. 2. Warszawa 1967. 
P - "Podróż". W: "Niby gaj i inne opowiadania", T. 1. Warszawa 1967. 
Z - "Z dnia na dzień. Dziennik literacki 1972-1979", T. 1. Wars7awa 1988. 


138 KWARTAL
IK /ARTI YSTYCZNY
>>>
Oczywiście to, co do tej pory pozwoliłem sobie naszkicować, to tylko część re- 
konesansu; nie n1an1 wątpliwości, że ten1at n1łody-stary w prozie Andrzejewskiego 
zasługuje na obszerną monografię. W ramach niniejszego szkicu pojawić się n10gą 
wyłącznie krótkie sygnały. Ale nawet w tej przechadzce nie powinno zabraknąć in- 
nych przykładów dyskursu ciała (resp. sytuacji wan1pirycznych). Dyskurs ten tyn1 
intensywniej daje o sobie znać, im z późniejszymi tekstami Andrzejewskiego n1am 
do czynienia, choćby w trzech późnych tekstach: ,
Teraz na ciebie zagłada", ,,Już 
prawie nic", "Nikt". W pierwszyn1 z nich starość Adama, n1anifestująca się jako je- 
go n1ęska nien1oc, jest koronnym argun1entem "matki-miłośnicy" (Chawy) przed- 
stawionyn1 Kainowi; w "Już prawie nic" aktualizowana jest z kolei teza o n1łodości 
będącej zniewagą dla starości, zwłaszcza starości na progu śmierci. Un1ierający Eis- 
berger powie: "Nigdy się nie n10głen1 pogodzić, że Charon przedstawiany był ja- 
ko POnwy starzec z siwą brodą (. . .). Zdaje się, że się myliłem (. . .). Odchodzić z obrazem 
młodzieńczości to nazbyt okrutne. Poniżenie zbyt upokarzające" (T, 108-109). 
Natomiast w ostatniej powieści Andrzejewskiego antynomia młodość-starość zna- 
lazła zaskakujące rozwiązanie: Odys - tak jak u Hon1era - się nie starzeje; jest to 
zresztą puenta pozornie zaskakująca. Andrzejewski bowiem proponuje to, co wie- 
lokrotnie proponowała kultura - tylko mit bierze w nawias biologię, jedynie n1it 
zna odpowiedź na uwikłanie naszej świadon10ści w nasze ciało. 
Jak wiemy, Jerzy Andrzejewski n1a w swoin1 dorobku powieść poniekąd w ca- 
łości poświęconą związkowi starości z młodością - to, oczywiście, "Idzie skacząc 
po górach". W recenzjach i kon1entarzach odnoszących się do tego un\'oru spo- 
ro napisano o zależności n1iędzy libido i aktywnością n\'órczą. \Vszelako funkcja 
22-1etniej Fran\oise Pili er, zjawiającej się dziwnyn1 zrządzeniem losu u boku 78- 
letniego Antonia Ortiza ("starego starucha"), została niezbyt szczęśliwie, jak są- 
dzę, rozpoznana. Oto bowiem, za sprawą nlłodziutkiej Fran;oise, ,
stary capn raz 
jeszcze zf)'\va się do lotu - tak przynajn1niej głosi 

oficjalny kon1unikat", tę wer- 
sję obwieszczają światu wścibskie n1edia. Pryn1itywny, drobnomieszczanski kon- 
sument plotek i sensacji, czytelnik "Paris- 
latch' a", chętnie wierzy temu 
"koolunikatowi" - od tego, że sensacyjna wiadoo10ść została \\ o1ig skonsuIllo- 
wana przez lud Paf)'ża, zaczyna się przecież powieść Andrzejewskiego. \Vkrótce 
jednak okaże się, że dialektyka ciała (zwłaszcza konflikt na linii o1łodość-starość) 
przedstawiona w "Skaczącyo1'
 jest bardziej .lłożona, a madeol0iselle Pilier w owej 
skomplikowanej grze nan1iętności n1a do odegrania w zasadzie trzecioplanową ro- 
lę, żeby nie powiedzieć - rolę rek" izytu. Fran;oise
 jedyna postać w powieści po- 
zbawiona własnej historii, tak oaprawdę jest przedn1ioten1 seksualnym, nlaską 
stłumionego pożądania Ortiza. Posiłkując się tern1inologią psychoanalityczną i co 
nieco przy tyOl upraszczając
 można by tu chyba powiedzieć o zja\\isku przenie- 
sienia (wersja freudowska), względnie o substytucji obiektu zawsze pożądanego, 
ale nigdy nie osi.}ganego (wersja lacanowska). Chodzi bowiem o to, że in1puls twór- 
czy jest następsn\'eo1 stłuo1ienia, nie zaś spełnienia (nie bardzo wiadon10, dlacze- 
go to clCll1eotarnc prawo psychoanalizy zostało przeo1ilczane w konlentarzach 
dotyczących "Idzie skacz
}c po gorach "). 


139
>>>
\Vątkiem organizującyn1 "Skaczącego" jest, odsłaniająca się powoli, historia 
lnłodzieńczej n1iłosci hon10seksualnej Ortiza i Giuseppe Barby. Ostatnia mobili- 
zacja genialnego malarza stoi pod znakiem zerwania więzi z największą - zarazen1 
sekretną - nan1iętnością w biografii Ortiza. Zerwaną łączność ze światem młodo- 
ści miał przywrócić Alain Piot. W jego 22-1etnin1 ciele nie udało się starcowi od- 
naleźć 22-letniego ciała Barby i ostatecznie starzec odwołał się do substytutu, czyli 
22-letniego ciała Fran;oise. Nie wolno zaten1 ulegać pozorom: u Andrzejewskie- 
go pojawienie się n1łodego przy starym zawsze jest czymś niepomyślnyn1. Owszem, 
nlłodego można używać (wan1piryzować), lecz degradacji ciała, jakiej dokonał bez- 
litosny czas, nie da się w żaden sposób zakłan1ać. Zaiste
 daren1na walka z biolo- 
gią! Modelowa sytuacja jest tedy następująca: 
,\V zwierciadle ich n1łodzieńczych 
sylwetek jakże bezlitośnie odbijał się obraz jego własnej starości" (I, 287). 
Innych przykładów tej prawidłowości dostarcza 
,Miazga". Dzięki "Intermediunl" , 
gdzie zgron1adzono biogran1Y postaci zaludniających "Miazgę", z dużą dokład- 
nością wien1Y, jaka różnica wieku dzieli Adama Nagórskiego i Monikę Rychter (vel 
Nike, vel Ping-Pong) oraz Halinę Ferens-Czaplicką i Aima I1111110nena. Otóż nad 
związkanli starego z młodą i starej z młodym ciąży nieusuwalna dwuznaczność: 
z jednej strony 111łodzi partnerzy seksualni są obiektal11i podlegającYl11i praktyce 
wal11pirycznej (młody odmładza), lecz z drugiej strony ich obecność jest jakby for- 
pocztą śmierci. To ostatnie doświadczenie - jakże niepol11yslne - wydaje się do- 
111inować; młody zawsze przynosi starel11U oddech śl11ierci: ,,(...) chciała jeszcze 
raz wywołać pod powiekami t\varz Ail11a taką, jaką ją była ujrzała przed półtora 
rokiel11 (...), lecz ten obraz, tak przez sekundę wyraźny i bliski, nagle się w niej 
rozpadł, słyszała, że Aimo \\1'szedł z wanny (...) i l1agle ogarnął ją strach równie 
przerażający, jak ten, który przytłaczał ją nieraz, gdy w różnych, lecz zawsze naj- 
n1niej oczekiwanych m0l11entach dopadała ją znienacka myśl o śl11ierci, obraz \\rła- 
snego ciała nienlChol11o, jak kukła, spoczywającego w trun1nie" (M, 132; zob. też 
analogiczne doznanie Nagórskiego - "chłód starości" i i'Jike; M, 307). 
Na koniec tej krótkiej przechadzki pozwalal11 sobie skreślić kilka zdal1 o jednym 
z najbardziej intrygujących ut\\'orów Jerzego Andrzejewskiego, tj. o opowiadaniu 
"Niby gaj" z 1958 roku. W kontekście rozważanego przez 111nic problcnul ut\\'ór 
ten 1110Żna by wziąć za swoistą palinodię, prześmiewczy, autoironiczny gest pisa- 
rza. Otóż - pan1iętan1Y - bohaterem "Niby gaju'
 jest - jak z n1iejsca zauważyli 
pierwsi czytelnicy - anty-Andrzejewski (Andrzejewski a rebours); to ktoś, kto mó- 
wi o sobie n1.in. tak: ,,(...) bardzo n1i odpowiada unorl11owany tryb życia. Nie pa- 
lę, nie piję, nie jestem rozrzutny w lekkomyślny sposób, lecz i nie skąpy, pracuj.; 
regularnie osiem godzin na dobę, sen man1 dobry i wcale się nie wstyd7ę, że nic 
zmieniam kochanek oraz poglądów" (NG, 302). Jak wiemy, naj\viększym utra- 
pieniem
 niebywałym wręcz nieszczęsciem tego mężczyzny (jeśli nic starszego, to 
co najn1niej w zaawansowanyn1 wieku średnin1) są... chłopcy, po prostu n1łodzi 
futboliści hałasujący pod oknen1 nadwrażliwego artysty. Młodość jest \V tej narra- 
cji wartością akurat najmniej ze wszystkich pożądaną, stąd moja myśl o 
,Nib}' gol 
ju" jako swoistej palinodii. Co więcej - n1łodość (chłopięcość) jest cyniczna 


140 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
i zepsuta; wprawdzie to pisarz wymyśla kłamstwo o istnieniu rajskiego ptaka, nie 
jest więc bez winy, ale to Michał bezczelnie proponuje milczenie w zan1ian za pie- 
niądze. Tak czy owak - wprost, aluzyjnie czy w forn1ie palinodii - n1łodość w pro- 
zie Andrzejewskiego jest wartością dramatycznie pożądaną i jednocześnie kondycją 
nic do wytrzyn1ania. Młodość to przekleństwo tego świata. 


Dariusz Nowacki 


l- ... '\ - I _I;,' _ 
 . 
 . .lo _ - .
. . "" . --., ......._ 
). ",-",,:r 
 
 .-." ,- ( '-'''' 


.. "'-:.ł..""" ".. .- 
 ....... 
 - i ' ... 
t:
.-
:;./'kt


.;
_: 
 : :
J ,-":";
r
 t '1 
f;
 

 -: :;j:, 
... .. . ....II1II: - t' ł' \.. ..... V 

:.. -;'

",ła.." _;"4... ' 
-........ .1'! "'" . 
" ¥
.. ..;. 
:. _ """ł 

 ol i' -:- 

 ....r :" 

-J _;:" \.' O l 

 

 ..... 
 
 

\,: ' l, o\. \ .t..., \N'o 
 
 .
 -.

' / ;'. 
.. 1fT, r'C' 
..;. 
--::... ł."
... '" ..- 
 '" .-....,! 
-,'.:'", 
;
-::..
 -ł. r o':j
'
 
:: 


:-: 
. '"--: 
 ..
4 i:
.': \ I .i. .. - 
 -,...- p',.. 
. 
-.-1 .
 . :...__.n .; 
. -;. 
 ._ ..-.:.:
;
.. . ""_' .__
 
'p -;""=_.. .
...:.."" .-. III ,r\. F-ł....J
- -, -- '"'f''' 

y. . - ... 

';
 ;,:,
, : - : .;,. ""-' n "I:..t

; \Y\ :': j....- 

: . '
{: 
d' ..: 
 .
 '\ " . .-- .... o.
 _ .
o, 
...-:.. 
.\, ., ..,......, .J "Cło L.. .".-.. ,?--- .?_ "-..
 
. 
---,:",:.'111 ...
;-....,.- ".. __-ł_. .. ':r.L- "),; .,.. 
__ .... -- 

:..... .'_ 
,....... '" -. - -" 
 - 
 .-
.... 



;'-
.4- _ 

..,. ....... " 
-,r 
-
;
;..? 
........'i
 
.. '"""ł'or .. -
 


Rys. Jerzy Andrzejewski 


141
>>>
Roberto Juarroz 


Choroba 


W ciele są ścieżki pradawne 
które zgłębia każdy przypływ bólu, 
źródło po źródle. 


Dryfująca \\)'spa, 
za pan brat z tajnikami s\\ ego istnienia
 
nie n10że uwierzyć; 


od jutra ogłasza się koniec trasy? 
Cielesność piasku pełna, 
oprószona solą nicości? 


\Vszelka rana słodką się staje 
jako dowód 
drogi jeszcze wciąż znanej wśród cien1ności krwi. 


Mówin1Y do siebie: 
zanin1 diabli n1nie wezn1ą, 
n1am całą śn1ierć przed sobą. 


* * * 


Czasem wydaje się nan1 
że znaleźliśn1Y się w samyn1 środku święta 
A przecież 
w środku święta nie n1a nikogo 
W środku święta jest pustka 


Lecz w samym środku pustki jest inne święto. 


142 K W A R T A L'" I K lA R TI Y S T Y C Z N Y 


o, 
J"-..:"."" 
ł WIo."'ł'- . 
 : 



 . 


. 
I "\. - _ 
r. J;
. 
 

f
, . 
. ..... 
... "- ".. I 


l" 


".... ' 
ł J", . 


" 


4
r. 


/ 


Fot_ ArchiR'um ..,K.A. D
>>>
*** 


Na górze 
jest zamknięty pokój 
do którego nikt nie ma prawa wstępu. 


Być nl0że w środku 
są plany domu, 
wykazy, 
znak, którego szukan1Y. 
A może tylko to jedno: 
klucz do szczelnie zan1kniętego pokoju. 


Lecz choćbyśn1Y podjęli ryzyko 
zdemolowania domu, 
nocowania pod gołyn1 niebem, 
a może nigdzie, 
ten pokój na górze 
pozostanie zamknięt}. 


*** 


Kiedys znajdę nareszcie takie słowo 
co przeniknie twe łono i je zapłodni, 
spocznie na n\"ojej piersi 
niczym dłol1 rownocześnie on\"arta i zaciśnięta. 


Znajdę takie słowo, 
które ""strzyma n\'e ciało i wprawi je w obrót, 
które zawrze w sobie n\'e ciało 
i rozszerzy twe oczy jak bezchmurny bog 


i wypije nvą ślinę 
i rozchyli twe nogi. 


143
>>>
Może nic nie usłyszysz 
" " 


am me zrozun11esz. 
To nie będzie potrzebne. 
Ono będzie się toczyć w tobie niczyn1 koło 
przenlierzając cię od krańca do krańca, 
kobieto moja i nie n1oja, 
i nie powstrzyma go nawet t\voja śmierć. 


*** 


Brzegi błękitu rozrywają kan1ień. 


Motyle śpią, 
ale nie śpią ich barwy. 
Kochankowie zasnęli, 
lecz ich n1iłość nie śpi. 
Marginesy boga są zapisane. 


J ak nałożyć rzeczy na rzeczy? 
J ak zrównać życie z pamięcią życia? 
Jak \"yostrzyć n10je oczy w t\voich? 


Geon1etria bytu nie zna przestrzeni. 


144 K W A R T A L N I K I A R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
*** 


Chodzę już tylko w starych butach. 
Droga którą idę 
zużywa je od pierwszego kroku. 


Ale tylko te stare buty 
nie lekceważą drogi, 
i tylko one dojść mogą 
tan1, dokąd ona dochodzi. 


Dalej 
trzeba iść pieszo. 


*** 


Mógłbym zapomnieć o cZYlnś, co pisałen1, 
i powtórnie napisać to, tak samo. 


Mógłbyn1 zapomnieć o życiu, któryn1 żyłen1 
i znów je przeżywać, tak san10. 


Mógłbyn1 zapomnieć o śn1ierci, którą jutro umrę, 
i znów na nią un1ierać, tak samo. 


Ale zawsze się trafi jakaś grudka światła, 
która wkręci się w n1cchanizn1 powtórek. 


Mógłbym zaponmieć o czynlś, co kochałenl, 
lecz nie sposób znów to kochać tak san10. 


Roberto ]llarroz 
Przełożyła Krystylla RodOJJ1ska 


145
>>>
l/' 


Od tlu1nacza 


Roberto Juarroz (1925-1995), Argentyńczyk pochodzenia hiszpańskiego, 
a ściślej n1ówi'1C - baskijskiego, jest niezwykłym i osobnynl zjawiskien1 w obrębic 
nie tylko współczesnej poezji argentyllskiej, lecz całej hiszpańskojęzycznej poezji 
XX \\ieku. Już san1 tytuł jego dzida, obejn1ującego trzynaście tonlów wierszy zdu- 
nIiewa swą prostoq, zdradzającą n1aksynIaIizl11 aspiracji i konsekwencję: Poesia ver- 
tiulI, czyli "Poezja pionowa", przy czym kolejne tomy oznaczone są tylko 
w kolejności ich powstawania cyfranIi rzyn1skin1i: I, II, III, IV, itd. \Viersze, prze- 
ważnie bez tytułu, tworzą urywan.}, i wci.}ż na nowo podejn10waną z różnych miejsc 
skupienia un1ysłu, n10numentalnie zakrojoną medytację nad sensenl rzeczy pojęć 
elen1entarnych i tajenInic niedocieczonych, choć co chwilę przebłyskujących na 
końcu języka. A język to przedziwnie ascetyczny, ogołocony z bujności obrazo- 
wania i wielosłowia - przyrodzonych cech poetyckiej hiszp,ulszczyzny, powołany 
jakby wyłącznie dla potrzeb ruchu myśli. Francuski poeta, a zarazem wydawca Ju- 
arroza we Francji, 
lichel Camus, nazwał argentYl1skiego poetę "nlistykicn1 w sta- 
nie dzikim, nlistykienl - ateistą, posiadającytn zmysł S,lCrun1, niezależnic od 
wszelkiej teologii". Juarroz - jak sam po\\iada - pisze milczeniem, usiłując po- 
chwycić lub przynajmniej zbliżyć się do utajonej prawdy o naturze rzeczywisto- 
ści, tej, którą n1istrz Eckart nazywał "trzecim słowem"; ani wypowiedzianynI, ani 
ponlyślanynl, które nigdy nie nIoże być wyrażone. 
Po śmierci Juarroza, Ineksykański poeta i filozof kultury, Octavio Paz, nazwał 
go poetą "głębi i wysokości
\ poetą 
,studni i g\\'iazd
', tynl, który patrząc z dołu 
ku górze, i z góry w głąb, potrafi na mgnienie słowa zawrzeć w języku wizje ludz- 
kiego ja i wszechświata, wzajemnie przeglądających się \\ sobie. \V opinii Paza, 
już nIłodzieńcze wiersze Juarroza ujawniały 

nieznane dotąd aspekty rzccz}'\\'i- 
stości, a każdy jego ut\vór roztaczał przed czytelnikienl zdumiewającą perspekty- 
wę poznawczą". 
Pierwszynl wydawcą Juarroza w Ameryce Łacińskiej był don1 wydawniczy Mon- 
te Avila w Caracas, który w r. 1976 opublikował antologię jcgo wierszy wraz z to- 
mem Sexta Poesia vertical ("Szósta Poezja Wertykalna"). Juarroz był także nic mai 
stał}.nl gościenl na łamach wydawanego w Meksyku przez Paza nIiesięcznika "Vu- 
elta". Do trzeciego tomu Poesźa vertica! entuzjastyczną przedn10wę napisał Julio 
Cortazar. W Argentynie, Roberto Juarroz przez długi czas był poetą niezauwa- 
żonym i niedocenionynI, dość powiedzieć, że dopiero siódnIY tom Poesia vertica! 
ukazał się w Buenos Aires! Stopniowo w latach osiemdziesiątych, poezj,l Juarro- 
za zaczyna być znana i bardzo wysoko oceniana we Francji, za sprawą jego tłu- 
maczv i konlentatorów, których jest kilku: Roger Mlulier, Roger Caillois, wspol11nian} 
już Michel Camus i Silvia Baron de Supervielle. Także w Hiszpanii, 111adryckie \vy- 
dawnict\\,o Visor, specjalizujące się w "ydawaniu poczji, opublikowało obszerny 
wybór jego wierszy. Ukoronowaniem długoletniej pracy poety stało się wydanie, 
w roku 1995 dwóch opasłych tomów jcgo Obras completas ("Dzieł .lcbranych") 
przez znane argentyńskie \\)'dawnictwo Emecć. W r. 1997, a więc w dwa lata po 


146 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
śmierci poety, ukazał się we Francji i w Argentynie czternasty ton1 Poesia vertical, 
w układzie i wyborze żony poety, profesor Laury Cerrato, która była przez całe 
lata jego pierwszym czytelnikiem i konsultanten1. 
W Polsce Roberto Juarroz jest wciąż poetą właściwie nieznanym. Po raz pierw- 
szy llsłyszałan1 o nim od przyjaciela, młodego meksykańskiego poety Gerardo Bel- 
[rana, mieszkającego od pięciu lat w Polsce, od którego dowiedziałan1 się także, 
że Juarroz należy do mistrzów nowej wrażliwości wśród poetów latynoan1erykań- 
, 
skich. Moje przekłady jego wierszy drukowałam dotychczas w "Literaturze na Swie- 
." Kr h 
' Ark ". Od " 
Cle ,,, esac ,,, uszu l" rze. 


Krystyna Rodowska 


147
>>>
/ 
"S,,'iat to prz)'powieść..." 


Z Zygnl tlll teIn ](ubiakie1n rOZ111aJvia Grzegorz [(alinoJvski 


Grzegorz Kalino1Vski: W))Brewiarzu Europejczyka v, w jedllym z esejów, pisze Pan: 
»Stopnio1J 1 o uczę się traktować degenerującą się cywilizację jako coś zewnętrznego wo- 
bec mojego życia duchowego v. Czy, Pa1lJkim zdaniem, llif ma możliwości przebywa- 
nia w tycb sferach równocz.eśllie? CZ)' może trzeba Jł
vrzec się rz£cz}'Jvistości, którq 1J 1 arunkuje 
JVspółczeJna cYJJJilizacja? 
Zygmunt Kubiak: Ja się tej rzeczy",istosci nie wyrzekan1. Oświadczenie, któ- 
re Pan zacytował z mojej książki, nie było bezpodstawne, ale to tylko jedno 
z oświadczeń. Ono jest szczere, ale to nie znaczy, że stanowi lnoją pełną ocenę 
\\ sZ)'stkich problen1ó\\ cywilizacji współczesnej. Znajduję w niej również praw- 
dziwe wartości, jak się Pan dOIl1yśla. 
- Czy obłęd jnt znakiem Ś1JJiata u sch}'łku drugiego tysiqclecia? 
- Obłęd jest znakiem świata zawsze. Element obłędu tkwi w świecie zawsze. 
Dochodzę dzisiaj do przekonania, co zresztą napisałem, że wszystkic epoki były 
straszne. Naszyn1 obo\\riązkieo1 jest przeciwstawiać się grozie świata zawsze
 nie- 
zależnie od tego, jakie oblicze ona naIll ukazuje. 
- A CZ}' nie uważa Pan jednak; że dziJiaj obłęd objawia sir w Jzczególnej i1lten- 
S)'fikacji? 
- 
lyślę, że nie. \Vszystko, co n10wi się o schyłkach wicków, żc zawsze S
l 
straszne, jest dyskusyjne i o1ało prec\'zyjnc, ponieważ trudno ustalić ich wyraziste 
cezury. 
iedawno uczestniczyłem w dyskusji na ten ten1at. Otóż przypuszczan1, 
że na przykład poprzedni schyłek wieku jest dosyć sporny, bo nie był to rok 1900 
czy 1901. Jeżeli już, to początek I wojny światowej. A kto wie czy wick XIX nic 


Zygmunt KubiRk urodził się w roku 1929. Podczas wojny, jako trLynastoktni chłopicc, edukację czerpaną 
z tajnych kompłetó\\ gimnazjalnych sam rozszerzył o studia nad ję7ykiem i kultur.} grecką, które pr)\\ ad7i do 
dziś. W latach 1948 - 1952 był słuchaczem filologii klasycznej na Cniwersytecie Warszawskim, a jednocLcśnie 
upra\\ iał pracę literacką, publikując swoje teksty głównie w "Tygodniku Powszechnym". W roku 1952 władze 
uczelni zabronih' mu pozostania na uniwersytccie z powodu antykomunistycznej trcści tego, co pisał. W 1953 
- 1956 utrzymywał rodzinę, którą założył, i siebie z prac filologicznych, jakie prywatnie wykonywał dla znane- 
go biblisty, ks. prof. Eugeniusza Dąbrowskiego; międ7Y innymi było to tłumaCLcnie historYC7nego dolicła Jó- 
zefa Fławiusza, obecnego dziś na rynku księgarskim. Po wznowieniu "Tygodnika Powsl'cchnego" Ipod koniec 
roku 19561 pracował pr7ez parę lat w jego redakcji_ Potem, w następnych dLiesięcioleciach totollitarnych, zde- 
cydowawszy się na życic na marginesie społeczeństwa, Lajmował się - w takiej mier7e, w jakiej nękanie przez 
różne władze zostawiło mu trochę czasu na myślenie - pracą literacką. Wydał loprócz IicLnych przekładów. 
dająC\'ch podstawy utrLymanial następujące książki: ,,
Iuza grecka" IPIW, 1960/, "PÓłmrok lud7kiego świJ 
ta" IZnak, 1963/, "l\luza rzymska" IPIW, 1963/, "Wędrówki po stuleciach" IZnak, 1969/, ...Sl'koła stylu" 
IPIW, 1972/, "Jak w zwierciadle" IWydawnictwo ATK, 1985/, "PrLe!ltrLcń dl'ieł wieclI1ych"' IZnak, 
J 993/, "Twarde dno snu" IOficyna literacka, 1993/, "Mcdytacje Janicjusn" IFundacja Biichnera, 1993 , 
"Kawafis Ałeksandryjczyk" /fenTen, 1995/, "Platona pocl'ja i mądrość" 1 LSW, 1996/, "BrewiarL Europej 
ayka" IBiblioteka "Więzi", 1996/. Wśród pr7ekładów: "Wymania" św. Augustyna, "DworLanki" KocI1.1- 
nowskiego, całość poaji Kawafisa, "Eneida" Wergiliusl'a Ipr7ckład uwiellclOny Kagrodą Kulturalną "Solid.tl 
noŚCi" 1987 i \\łoską nagrodą "Canaletto" 1989 l. 
arisał nową "Mitologię Greków i lV\'mioln" dla Wydol\\ 
nictwa "Swiat K\iążki.... 


148 K \,y A R T A L N I K lA R TI Y S T Y G Z 
 Y
>>>
skollczył się w roku 1870, pierwszą 
eksplozją ruchu n1asowego - Kon1uną 
Paryską, ktGr'a była zapowiedzią ru- 
chów n1asowych XX wieku. 
aton1iast 
rok 1900 czy 190] \vcale nie jest jakąś 
cezurą szczególną. Przypuszczanl, że 
podobnie jest i dzisiaj. Trochę n1nie dzi- 
wi, że n1ówi się o roku 2000 jako prze- 
łon10wym, w styczniu 2000 będzie 
jeszcze XX wiek. Dopiero w 2001 roz- 
pocznie się wiek )L,,{I. Nie przewiduję 
szczególnego przełon1u. Bvć n10że 
Lr-.
 upadek totalitaryzlllu na naszyn1 tere- 
'; I 

. \ nie jest ważną datą, ale to jest tylko lo- 
kalne dlatego, że na innych 
przestrzeniach świata nie n10żna mó- 
wić o jakinlś przełonlie. Tak jak wiek 
xx: zaczął się \\ 1870, a może w 1914, 
tak san10, kto wie, czy XX] nie zacznie 
Fot_ Hanna Kubialt się l1a przykład w 2020. 
- Pisze Pan: ,
ziś stoję, stoimy wszyscy, 
sami wobec grozy świata. " Co jest dla Pana grozq świata? 
- Przeraża nie tylko to, co dzieje się na przykład \\ Afryce czy Jugosławii, co 
n10żenlY naocznie obserwować, ale także wszystko, co skrywa się pod tą grozą, 
tak bliską i nan1acalną, p070stając w sferze przewidrw
ul. Otóż podejrzewalll, że 
podział, ktory towarzyszy ludzkości zawsze, od początków jej istnienia, na ile n10- 
żen1Y to wiedzieć, na biednych i bogatych, tak un10wnie powiadając, na tych, któ- 
rzy są "yżej, i tych, co niżej, będzie o wiele bardziej radykalny niż był kiedykolwiek 
w przeszłosci. Jedną z przyczyn s.} przeszczepy. \Vielokrotnie już forn1ułowałem 
tę myśl., że być n10że nadejdzie epoka, w której tylko bogatYI11 przypadnie ideal- 
ny przywilej - będą umierać spokojnie. Przecież n1ilionero\\'i nie będą w"jmo\\-ać 
Ladnych organów, niczego l1ie będą wycinać, choćby jego n1ózg był zniszczony. 

ie ma01 7adnych w
ltpli"'ości. Słyszę., Le \\' niektórych krajach przyśpiesza się ago- 
nię, gdyż jej przedłużanie powoduje degenerację organów. Nie chodzi tylko 
o przeszczepy i nie chcę twierdzić, że to jedyny problen1 współczesnej ludzkości, 
ale to jeden / przebłyskó", czegoś, co n1i się rysuje. 
lyślę, że wielu ludzi myśli 
podobnie, bo gdy n1ó",ię o t)'I11 \\ czasie spotkań z czytelnikami, zapada n1ilcze- 
nie, widzę zan1yślone twarzc. 
ie tylko przeszczepy są takin1 jaskrawym przykła- 
den1. Robi się reż inne ekspery01enty, ktÓre 1110g
} przerażać. \V k
lżdyn1 razie przy 
dzisiejsL}'Ch 1110żliwościach jeden człowiek żyje dzięki ten1l1, że inny un1arl. Tu- 
taj gro' a patrzy \\ naszc ocz)'. l\lyślinlY o biednych ludziach, o Turkach, którz
 
"przedają jcdn
} nerkę, o biednych dzieciach, kt6re się podobno łapie w A111eryce 
Południowcj jako n1ateriał. 


......'". :.. 
------ 


. " 


. ' 
.... ..,

 .,.--ł;J;: 
 t:o
" 
r
 lf"??ii: . \1,_1 , 
 
t ,- - - 
 
ł, Ił 


L 


-
 


l' _ 


!rI . .,' 


.... 


.. 


\ 
!' I I 
..... - 


" 

. 


'-' 
J
 ". 
.- - , 
I .,.. 


f:'J I '. I i . 
1 
4 . ł r - 
r, 
\ 


,\'*4 


Z1.If1nUnt Kubialt 


149
>>>
- Jak to wszystko Jł1Y....lJląda }1' konfrontacji z potwornościami II wojny światoweJ
 
na przykład z Oświfcimiem? Czy te metody nie są pójściem dalej? Oczywiście w in- 
nej skali, w innym wymiarze? 
- Bo ja wien1? To trudno powiedzieć. Oświęcim jest czyn1ś niezn1iernie strasz- 
nyn1. Gdyby wówczas istniała technika przeszczepów, hitlerowcy założyli by fabry- 
kę. Podejrzewan1, że niektórzy dzisiejsi dyktatorzy nie n1ają trudności w wynajdywaniu 
przeszczepów dla swojej ekipy. Zawsze znajdą się ludzie, którzy są wroganli lu- 
du, i trzeba ich do tego użyć. Naton1iast co by było, gdyby Hitler n1iał bon1bę 
aton10wą, czego podobno był bliski? Rodzaje grozy byłyby jeszcze nowe, inne. 
Tak więc nie n10żna powiedzieć, że to jest pójście dalej. Oświęcim w swoim ro- 
dzaju jest nie do przewyższenia. To groza, dno grozy zupełnej. Natoluiast dziś 
rysują się inne jej rodzaje, które nie są zupełnie jasne. Oświęcin1 to groza i ohy- 
da, zupełne znieważenie wszystkich wartości ludzkich. Tak, o tyn1 każdy dziś wie. 
Naton1iast \V sprawie przeszczepów nic nie jest takie jasne. 
- Grozq jest także nielviedza. 
- Tak. Bo to, co w hitleryzn1ie się stało, stało się nien1al w środku Europy i na 
szczęscie oni szybko upadli, więc poten1 wszystko było wiadon1e ludzkości. Gdy- 
by dalej rządzili, posadziliby tanl drzewka i trwałaby tylko legenda, że może coś 
takiego było. Nie chcę być Kasandrą, to jest bardzo smutna rola być Kasandrą, 
i n10że wszystko wpłynie na inne wody. Natonliast to, co jest grozą świata, któ- 
rej się boję, sfornlułowałbyn1 tak: towarzyszący stale ludzkości podział na bied- 
niejszych i bogatszych n10że być w przvszłości o wiele radykalniejszy i o wiele 
straszniejszy, niż był kiedykolwiek przedten1. 
- Czy Pańskil1t zdaniem literatura, szczegolnie ta, którą Pan tłumacz}' np. po- 
ezja Horacego, ,;Eneida)', poezja angielska, Kawafis, Seftris, najpełlliej n
'Yraziła praw- 
df o człowieku? 
- Nie n1yślę, żeby ta literatura, kiedy luówi Pan na przykład o wieku x..X, była 
\vażniejsza niż dzieła dawnych epok - nie \\)'nlieniony przez Pana Szekspir czy li- 
teratura grecka. Po prostu wszystkie te przykłady, które Pan wskazał należą do wiel- 
kiego uniwersum, wielkiego dziedzict\\'a literatury ludzkości. Jeżeli chodzi o wielką 
literaturę, o poezję, niczego nie tłunlaczę poza an.)Tdzielan1i. Przetlllll1aczyłcm w ży- 
ciu trochę książek popularnonaukowych, traktując to po prostu jako uczciwą pra- 
cę zarobkową. Naton1iast wtedy, gdy podejn1l1ję pełną artystyczną pracę przekładową, 
wybieran1 tylko arcydzieła. Te wszystkie przykłady) które Pan wymienił, należą do 
największego dziedzictwa ludzkości, ale to tylko jego część. Istnieją taki c litera- 
tury, których nie dotknąłen1, np. hiszpańska czy nien1iecka. A przecież s
 w nich 
dzieła wielkie. 
- Myśli Pan o nowym tłumaczeniu tragedii greckiej i Homera. 
- Tak. Jak najbardziej. Poza polską, ojczystą literaturą, nl0je ulubionc to kla- 
syczna literatura grecko - łacińska i z dnlgiej strony angielska. Moje ulubione sfe- 
ry. Bardzo wysoko cenię zresztą i francuską, ale niewiele jej tłumaczyłen1. Trochę 
wierszy Mallarmego i nielicznych innych autorów. Naton1iast obecnic na l110im 
horyzoncie głównie rysują się wielkie prace tłumaczeniowe z klasycznej literatuf\ 


150 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
greckiej. Tratł1ic wymienił Pan Hon1era. Wielkim n10im n1arzenien1 jest przetłu- 
maczyć "Iliadę". Uważan1, że istnieje potrzeba nowego jej przekładu. 
- Jak ocenia Pan przekłady Dmochowskiego, Siemieńskiego czy innych autorOlv? 
- Bardzo dużo czasu poświęciłen1 opracowaniu tłun1aczell Dlllocho\\'skiego i Sic- 
n1ieI1skiego w serii Biblioteka Mundi. Cenię te przekłady, ale głównie jako poen1a- 
ty wyrażające pewien okres rozwoju sztuki literackiej w n10in1 kraju. To dla mnie 
elen1ent dobytku polskiego i polskiego obcowania z eposan1i Hon1era. 
ie są jesz- 
cze tłumaczenian1i \\' pełni odt\varzającyn1i eposy hon1eryckie tak, jak je rozun1iem. 
W większyn1 stopniu Sien1iellski odt\varza "Odyseję". Jest nie tylko czasowo nan1 
bliższy, ale po prostu w pewnyn1 głębokin1 sensie wierniejszy. Przekład Dn10chow- 
skiego to poen1at niezwykły, wielki, jeden z fundan1entów ron1antyzn1u, bo na nin1 
się kształcili nasi wielcy ron1antycy. Oni wszyscy obcowali z "Iliadą" Dn10chow- 
skiego od dziccillst\va. Pozostanie na zawsze w literaturze polskiej jako wielki .xVIII- 
wieczny poen1at polski osnuty na tradycji Hon1era. Drugim, równie wielkin1 
zadanien1, o któryn1 stale n1yślę, a teraz nlyślę coraz bardziej, jest tłun1aczenie tra- 
gedii greckiej, które utorowałoby też jej drogę do teatru. \V ogóle odt\\'orzenie 
tej bardzo wielkiej sztuki, takiej właśnie, z jaką obcuję i u Hon1era, gdzie zawarl- 
byn1 mojc rozun1ienie. Jak ja to słyszę w tragediach greckich, gdy czytan1 je wory- 
ginalne, będę się starał przedstawić w mojej n10wie ojczystej. Będą to przekłady 
odmiennc od dotychczas istniejących. Ich fragn1enty już daję w różnych ustępach 
"Mitologii" i są publikowane w pisn1ach. 1\lyslę, że rozpocznę od wielkich sztuk. 
Być n10że nawet od Eurypidesa, wcześniej niż Sofoklesa, choć tego drugiego 
oczywiście nie zabraknie. Na pewno "Antygona'\ "Król Edyp" i "Edyp w Kolo- 
nos". Z Eurypidesa - "Hipolitos" , "Fenicjanki'\ obie "Higenie", w Aulidzie 
i w Taurydzic, no i inne ut\\'ory. A także Ajschylos - "Prometeusz", "Oresteja" . 
\Vielkin1 n10in1 111arzniem jest odt\\ orzenie tragedii greckiej. 
ieda\\Tno o tym mó- 
wiłem w dyskusji, jaka się odbyła w redakcji pisn1a "Teatr". \Vspon1niałel11 wtedy, 
Le tragedia grecka wcale nic przelninęła. To nic jest sztuka, która stała się nieak- 
tualna. Jest tak \\ielka, "Tn1aga tak wysokiego stanu ducha, takiego przygoto\\"a- 
nia, że oczywiście trudno jest do niej się zbliżyć. NazywaIn ją n1ilczącą fOrIną. To 
moje określenie tcatru grcckicgo. 
Iilcząca forn1a \\"zniesiona ponad różne gry czy- 
sto elllocjonalne, w które n1amy skłonność strącać tragedię grecką. Pojmujemy ją 
często jako widowisko nanliętnc w naSZ}'ll1 rozlllnieniu, podczas gdy jest to struk- 
tura, w pewnyn1 artystycznyn1 sensie, zin1na. To po prostu nieruchon10ść, tak n1il- 
cząca jak rzeźby, jak fi]'z)' Fidiaszowe Partenonu. I tcn krzyk, jaki w tyn1niewątpli\\'ie 
słyszę. Panliętan1, często to wspoJ11inaI11, żc gdy \\ idziałem \\")'j.ltkowo dobre 
przedsta\\ icnic \\ teatrze nowogreckinl, sztuk.
 Ajschylosa "Persowie", król per- 
ski wbiegając na scenę i krzycząc: "ll1oja klęska", trzYlnał się za brzuch. Nie Z.l ser- 
cc, tylko za brzuch. To bardzo zlun1icnnc db tcj dotyk.llności fizycznej. Jemu po 
prostu było lndło z poczucia kl;ski, z powodu upokorzenia, dlatego nie za serce 
się trzyn1ał, ale za brzuch. Otóż cala nan1iętność, cała fizyczna konkretnośc tra- 
gcdii greckicj nie Zll1ienia f:lktu, żc jcst to sztuka, będę si
 starał to w swoich prze- 
kładach odtwor7Yc, tak zin1na, tak nienlcl10111a jak rzeźby Partcnonu. \Vielkosć 


I 


151
>>>
sztuki greckiej polega na tyn1, że będąc pełna więcej niż krzyku, pełna nan1iętno- 
ści autentycznych, jest jednocześnie nieruchon1a, kamienna. Ulubioną sztuką Gre- 
kó" była rzeźba. Otóż tego przeważnie nie rozun1iemy. Odtwarzając tragedię antyczną, 
robin1Y z niej nan1iętne widowisko pełne krzyku współczesnego. To nie tak. 
- Czy jesteśmy gotowi jako odbiorcy na tf milczącą formf? 
- Myślę, że do tego trzeba się po prostu przygotować. Wielki n1yśliciel grecki, 
neoplatoński, Salustios, t\vierdził, że po to, żeby rozunlieć n1ity trzeba od dzie- 
cińst\va być do tego cierpliwie przygotowywanyn1. Myślę, że taka potrzeba istnie- 
je i dziś. Trzeba się po prostu nauczyć, trzeba wychować siebie, publiczność, 
czytelników do rozumienia tej wielkiej sztuki. Gdy jesteśn1Y w wielkin1 n1uzeun1 
greckim, widzin1Y, jak wchodzą jacyś barbarzyńcy, którzy wrzeszczą i nic na nich 
nie działają te wspaniałe rzeźby antyczne. Nagle dostrzegan1Y człowieka, który wy- 
daje się całkowicie zwyczajnyn1, i on jak zaklęty stoi i \\'patruje się. Dla takich lu- 
dzi jak ten, trzeba właśnie praco\\ ać. 
- Czy w literaturze współczesnej możliwa jest tragedia? 
- Na pe\vno tak. Kiedyś Andrzej Kijowski, znakomity krytyk, podejn10wał ten 
problenl. Bronił pojęcia tragedii i pan1iętan1 jego sforn1ułowanie, że tragedia jest 
jedyną sztuką naprawdę nl0ralną. 
- Według niektórych koncepcji tragedif warunkuje transcendencja. Dziś cZfsto lno- 
wi sif o pustej transcendencji. 
- Społeczeńst\vo polskie, zresztą nie tylko, także europejskie, jest dosyć zagad- 
kowe. Gdyby nlnie Pan spytał do jakiego stopnia jest ono ot\varte na metafizykę, 
nie un1iałbyn1 odpowiedzieć. Wszyscy jesteśmy zdun1ieni, bo to przekroczyło na- 
sze oczekiwania, obecnością tłun1ów na spotkaniach z Papieżen1. Miliony ludzi. 
Ale do jakiego stopnia jest to wyrazem oczekiwania religijnego czy doświadcze- 
nia religijnego, nie unliem po\viedzieć. Czy to jest tylko społeczno-narodowe? Czy 
za tyn1 wszystkin1, co n1ówili górale, istnieje jakieś oczekiwanie religijne? Czy to 
tylko deklaracja, nie n1ówię, że nieszczera, ale tylko deklaracja - cywilizacyjna, oby- 
czajowa? Dla n1nie n1etafizyczna treść kultury współczesnej jest zagadkowa. Jeże- 
li nlam się dzielić donlysłami, przypuszczam, a n1ówię to na podstawie tego, co 
zaobserwowałen1 podczas spotkań z n1łodymi ludźn1i, ze studentan1i, że narasta 
nowa fala zainteresowań n1etafizycznych. Na razie przyjn1uje takie forn1Y jak New 
Age. Być może narasta coś takiego, ale nie jestem pewien. 
- Zainteresowanie filozofią Nietzschego, Heideggera. 
- Bardzo n10źliwe. Być n10źe to jakaś forpoczta nowej n1etafizyki, nowych za- 
interesowań n1etafizycznych. Nie jesten1 jednak pewien, czy to jest związane z pro- 
blemem tragedii. Ona bowien1 n10źe być również agnostyczna. Ostatecznie teatr 
Sartre'a jest też teatrenl tragicznyn1. 
- Teatr Becketta. 
- Tak. Właśnie. Więc to nie n1usi się wiązać z powroten1 n1etafizyki. Niekoniecz- 
nie tragedia łączy się z koniecznością obecności transcendencji. 
- Charakteryzując klasyczną kulturfgrecką wymienił Pan jej trzy podstawowe ce- 
chy: rozpoznanie roli siły jako czynnika rozstrzygającego w życiu, świadomość niero- 


152 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
zenvalności JVeJVnętrznych antynomii życia, oczyszczanie ;]flatharsis ;])- piękno zamiast 
pociechy. W twórczości jakich współczesnych pisarzy odnajduje Pan te cechy? 
- To rzeczywiście cechy, które rozpoznałem w literaturze greckiej w tak dłu- 
gim moiiTI obcowaniu z nią. Myślę, że są to cechy wszelkiej wielkiej literatul)'. Mógł- 
bym odpowiedzieć na pytanie w taki sposób, że u pisarzy XX wieku, którzy są po 
prostu wielcy, te elementy nluszą być. Na przykład pisarz, który nli się nasuwa i jest 
moin1 ulubionym - Lampedusa. Podobnie w niektórych ut\vorach Joyce'a i in- 
nych autorów współczesnych, których bardzo cenię. Te cechy są rozsiane w całej 
\\ ielkiej literaturze. Pan bardzo trafi1ie streścił to, co w moich tekstach napisałen1. 
Dodałbyn1 tylko, że trzecią cechę, jej rozun1ienie, trochę skorygowałenl. Zak\ve- 
stionowałbym n10je własne sfornlułowanie - "zan1iast pociechy". Niekoniecznie. 
Być n10że nastrój, w jakin1 byłen1 wtedy, gdy to fornlułowałen1, zanadto zabarwił 
to pewnego rodzaju pesyn1iznlen1. Literatura optymistyczna nie musi być płytsza. 
O ile pan1iętall1, w lTIonografii o Kawafisie nie n1ówię już o pięknie "zan1iast po- 
ciechy". T an1 n1ówię o czystyn1 pięknie, o słodyczy, pewnym rodzaju słodyczy. 
NazywaiTI to słodyczą śródzienlnonl0rską. Otóż występuje ona w całej wielkiej li- 
teraturze, a towarzyszy jej stan smutku czasen1 większego lub nlniejszego, a cza- 
sen1 nawet nie towarzyszy. To jest to, co "\tVłosi n1ówią o dniu pięknym, giorno 
doice. Ten rodzaj słodyczy obecny jest u wielu poetów nowogreckich - u Kawafi- 
sa i Seferisa. Ich najbardziej cenię, jeśli chodzi o literaturę x..x wieku. Ale również 
u n1łodych poetów, którzy są bardzo interesujący, a u nas zupełnie nieznani. Tak- 
że w poezji włoskiej, u Ungaretiego, l\lontalego, Quasin10da, też jest śródzienl- 
nomorska słodycz. 
1yślę, że cechy które Pan wyn1ienił, są rozsiane \V całej wielkiej 
literaturze. 
- Czy dziedzictJvo antyku, Pan już o tym wspomial, jest dziś żywe czy po pl'OstU 
umiera? 
- !vlyślę, że na pewno nie un1iera. Zakwestionowałenl już pojęcie schyłku XX 
wieku. Myślę, że jest względne. Ten kalendarz nie musi obowiązywać. Ale nieza- 
leżnie nawet od tego, czy cezura jest trafna czy nietrafna, n1yślę że dziedzict\vo 
kultury antycznej bynajn1niej nie un1iera. To jest po prostu bardzo wielka sztuka, 
antyczna, wydestylowana z wieków. Ona trwa zawsze, tylko przygotować się do 
niej trzeba. Nawet jeśli dzisiaj, w porównaniu do jakichś drugorzędnych zjawisk 
artystycznych, jest przedn1ioten1 makgo Lainteresowania. Po prostu wynika to z te- 
go, że wielka kultura jest zawsze trudna, jest elitarna. Byleśn1Y tylko wyjęli słowo 
"elitarna" z niesprawiedliwych kryteriów klaso\\)'ch, że są jacyś ludzie skazani, że- 
by być niższą warst\\'ą społeczną, i uważa się, że kultura nie jest dla nich - jest to 
krzywdzące pojn10wanie elitarYZ111U, które n1usin1Y zwalczać. Jeżeli elitaryznl poj- 
muje111Y jako zja\\Tisko czysto duchowe, to wielka kultura jest [rudna i trzeba do 
niej dojrzewać. I tak zawsze było. Pragnę przypon1nieć, że \\ czasach renesansu 
wielkic książki, o których nlówinl)" że rządziły Europą, ukazywały się w nakładzie 
500. egzen1plarzy. Dzisiaj kiedy pytam o nakłady ksi
}7ck z dziedziny hellenistyki 
na uniwersytetach an1er"kanskic h koledzv an1er\"kanscv mówią n1i - 1000 egzenl- 
J , '" ." ." 
plarzy. To znaczy, żc nic starcza ich nawet na wszystkie campusy. Prawdziwa kul- 


153
>>>
tura jest zawsze elitarna, a mimo to gdzieś tan1, na szczycie ludzkości, istnieje i pro- 
n1ienie jej sięgają do całego społeczenstwa. Tak było zawsze i tak jest. 
- Charakteryzujqc literaturf polskq XX-lecia mifdzYJł1ojennego pisał Pan: 
i- 
teratura pienł 1 szej połowy XX wieku jest dalszym ciągiem romantyzmu, a zarazem 
jego zaprzeczeniem: próbq wypełnienia tego pragnienia obiektywizacji, reklasycyza- 
cji, rehellenizacji sztuki, jakie niektórzy romant,,'Ycy odczuli pośród sJVojego smutku, 
w dośrł'iadczeniu ciemności umysłu, przeżytym ))1 samym jqdrze ich wielkiej poezji". 
Jak to wJ'glqda Jł1 polskiej literaturze XX wieku? 
- Proszę Pana, bardzo się cieszę, że Pan wraca do tej sprawy i że zadaje n1i ta- 
kie pytanie, ponieważ dotyka ono rzeczy bardzo ważnej. Ogron1nie cenię ron1an- 
tyzn1, literaturę ron1antyczn.}. Zajn10,vałen1 się ron1antyzn1en1 angielskim, wydałem 
ton1 "Twarde dno snu", ale również interesuje mnie ronlantyznl w innych litera- 
turach, z których nie robiłen1 przekładów. No i polski ron1antyzn1, który jest naj- 
\viększą epoką, jaką n1ieliśn1Y, z wielką czwórką, bo Norwida trzeba dołączyć do 
trzech wieszczów. Następnie dalszy ciąg romantyzn1u, po epizodzie, zresztą zna- 
komitej, literatury pozytywistycznej. Z wielkimi pisarzan1i, bo Prusa ogron1nie ce- 
nię. Bardzo lubię takich poetów jak Konopnicka, Lenarto\\ icz. Mam szczególną 
czułość do Konopnickiej, ze względów społecznych. Jej postawa jest czymś, z czyn1 
głęboko solidaryzuję się. A poten1 przychodzi Młoda Polska, którą niezwykle wy- 
soko cenię. Kasprowicz, Staff: \Vyspiański, który jest tak bardzo grecki. Przy 
wszystkich wadach tej literatury. Wszystko, co ludzie robią, jest ułon1ne. To nie 
jest tak dobra literatura, jak nasz ronlantyzm. \Vyspiańskiemu coś się łanlie, lecz 
wiele osiągnął, nie tylko we wspaniałyn1 "Weselu", ale i\\' dran1atach greckich. Bar- 
dzo w
 soko cenię takie dramaty jak "PO\\ rót Odysa" , "Protesilas i Laodamia" , "Me- 
leager" . To wszystko nla przedłużenie, do pewnego stopnia, w wielkiej literaturze, 
jaką jest x..X-Iecie n1iędzywojenne. Zastanówmy się, co to jest 20 lat! Cofnijn1Y się 
do 1977 roku. To w ogóle jest chwilka. Tu się u nas historycznie dużo stało, nato- 
miast dla literatury to jest chwilka. Jakże wspaniałe dzieła powstały w ciągu XX-le- 
cia. Jacyż byli znakon1ici poeci i prozaicy. Na razie dorobek tej epoki, moim 
zdanien1, nie jest w pełni deceniony. Tak niedokładnie widzin1Y tę literaturę. Od 
siebie mogę powiedzieć, że ją bardzo cenię. Moin1 ulubionym poeq jest Lechoń. 
Także Leśn1ian, ale to poeta innego wyn1iaru, z innej strefY metafizycznej. Ogron1- 
nie cenię Lechonia, jest poetą, z któryn1 stale obcuję. Lecz właściwie wszystkich 
skamandrytów bardzo lubię. 
- A poezjf Awangardy? 
- Awangardę n1niej, ponieważ mniej ją rozumiem. Wydaje mi się literaturą, z któ- 
rej dopiero powstałyby n10że jakieś \vażne \vartości. Ale to zostało nagle zan1knię- 
te. Awangarda dla n1nie jest formacją poetycką, w której ktoś sobie wymyślił, że 
ma robić literaturę, i według programu ex post to czyni. Najlepsi poeci, jacy po- 
ten1 nastali, jak przede wszystkin1 Baczyński, ale również Gajcy, gdy w tej tragicz- 
nej epoce, tuż przed Powstanien1 Warszawskin1, n\'orzą wiersze, nie nawiązują do 
Awangardy. Nawiązują jedynie, poprzez x..X-Iecie międzywojenne, do Młodej 
Polski i do ron1antyzmu. Twórczość Baczyńskiego jest bardzo wyraźnie odzyska- 


154 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
nien1 polskicj tradycji ron1antycznej. Najtrafniej powiedziano o nin1 jako o nowyn1 
Słowackiin. Po wojnie nastąpiła literatura polska, w której niewątpliwie powsta- 
wały też dzieła wartościowe. Niekiedy. Ale to jest literatura, o której niechętnie 
mówię dlatego, że to literatura poddana terrorowi. Bardzo trudno obecnie roz- 
poznać, czy to było załanlanie intelektualne, czy raczej tylko n1ałoduszność ludzi, 
którzy ulegli terrorowi. Pojawia się dużo problen1ów i wolę o tym nie n1ówić. Nie 
znajduję tu zaś aż tak wielu ut\vorów, do których byn1 chciał wracać. Dla n1nie li- 
teratura polska, którą tak naprawdę, lubię, kończy się na twórczości tragicznych 
poetow Powstania Warszawskiego. 
- Można pisać o bólu, cierpieniu? "Trwoga odbiera nam m01vf)) - twierdzi He- 
idegger. A wifC nie można mówić wprost o tym, co niewyrażalne. Pisał Pan o tym, 
charakte1:vzując literaturf grecką. 
- Tak. Zgadzan1 się z tyn1. Tylko grafon1anii n1nien1ają, że wszystko n10żna 'vy- 
powiedzieć. Są rzeczy, o których n10żna tylko milczeć, albo wyrażać je w sposób 
właśnie taki, w jaki wielka sztuka nl0że się nad nin1i pochylić. To, co n1ówiłen1 
o n1ilczącej forn1ie u Hon1era i tragedii greckiej, to właśnie to. Ból, którego nie 
można wykrzyczeć wprost, bo on wtedy przestaje być bólen1 i nie rozpoznan1Y 
go. Można z tego zrobić jakieś widowisko, które jednak niewiele n1a wspólnego 
z rzecz)'\vistością. Ale prawdziwie wyrazić te treści n10żna przez to, co nazywanl 
milczącą fonną. \tVłaśnie tragedia grecka jest przykładen1 takiej zin1nej, w dobryn1 
sensie, zin1nej sztuki, która potrafi ukazać i upadek Troi, i wszystkie niedole ludz- 
kie tak, że n1Y wien1Y jaka jest waga, jaka jest groza tej niedoli, nie łan1iąc nasze- 
go n1ilczenia. 
- Platon pokazał, że istnieje niewyrażalne. lVjego jaskini wifŹlliowie prz.ykuci łal'l- 
cuchami siedzą llierttchomo i wpatrują sif u' cienie na ścianie. W jaskini jest cisza. 
Nikt sif nie odzywa. Pamiftam 1ł' »Tygodlliku Po Jł1sZeChll)'1n " Pański tekst ))Głosyzja- 
skini». 
Tak, ale głosy tych, co \\)'szli z jaskini. 
- To, co najistotniejsze rozgrywa sif Jł1 ciszy i milczeniu? 
- Odbywa się \\' ciszy i n1ilczeniu, tak. Głosy z jaskini zabrzn1iały już po \\1iściu. 
To "z" n1iało 7naczenic - po \\yjściu. Głosy z jaskini, głosy ludzi, którzy z niej wyszli. 
- Czy pozór, jakim może b.yć oglqd tego świata, nie kryje czegoś zgoła odmiennego? 
- 
lyślę, że tak. Właściwie jcsteln tego pewien. "Świat to przypowieść", jak n1ó- 
wi John Keats, któr.} my rozszyfrowujen1Y. Pisn10 Święte, wielka literatura, trady- 
cja grccka tcż to n1ówi. Swiat to przypowicść, którą n1an1Y cierpliwie rozszy1Towy,,"ać, 
a naszc życic to pcwicn rodzaj budzenia się, budzenia się z różnych złudzeń, nie- 
wiedzy. Całkowicie zgadzan1 się. Pod tYlni pozoran1i świata, które mnie otacza- 
ją, kryje się sens, który częściowo pojąłen1 długą cierpliwą pracą i nan1ysłen1, ale 
jeszcze wiele niespodzianek 111nic czeka. 


lVarszmva, 3 lipca 1997. 


155
>>>
Gen O Jvefa 
] akztbo1v ska - FiJ-ałko1v ska 


- 
T 


\ 
.. ,_o .. 
, 


t. ...... 


- 


Magdalena 



 


.:--, 
-\ 
 
. \ 
.
 
\ - 


. 
, 


,- 


,\ \ ' 
. , 
, I 
. '.. 
Fot. Dariusz Zakr...ewski 


ino suki 
w 111leczność wychudzoną 
przy n\'oim un1ieraniu 
a cherubiny miłość 
wyiskują 
\V lustrach przywidzone 
skrzydlate 


biczowan,' 
gdy wołasz 


o przeklęte 
Jeruzalen1 
boleści pełne 
w n10in1 łonie 


". , , 
poron SWlętOSC 
prorokonl będę skubać 
brody 
pokornie 
wiarołon1na 
od ziemi 
do nieba 


GenowefaJa.kubowska-Fijałkowska, ur. 1946 r. w Mikołowic_ Dcbiutowała w 1972 r. w "Odr7c". Publiko- 
wała m.in. w "Zyciu Literackim", "Tygodniku Kulturalnym", "Rcgionach". Autorka tomiku wierszy p.t. "Do- 
żywocie" (Kraków, 1994). Mieszka w Mikołowie. (red.) 


156 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
*** 


lato 
gorące pszczoły 
w łubinach 


w ot\vaftych oknach 
kobicty 
czterdziestoletoie 


trzyo1ają 
\V rękach t\vafze 
siadają o1otyle 


lato 


susza 
\\' mojej krwi 


*** 


oa powiekach 
trzymasz 
kawałki lodu 


. . 
Llmno nu 


jesteo1 Gerda 


kochao1 cię 


mOJe lista 
przyo1arzają 
do powietrza 


157
>>>
*** 


Amazonki 
po chen1ioterapii 


czekają 
całe noce 


gdv róże ś\vitu 
L.. . 
krwawią 
za ok.nen1 
anioł 
zin1ny aż do kości 
bierze je w skrzydła 


zasypiają 


kobiety 
jak Sahary 
na których klęczą 
spragnione 
wielbłądy 


*** 


na dłoni popielate 
kapsułki hemineuryny 
nie chcę wracać 
chcę zostać 
coraz większa źrenica 
tylko źrenice 


nie będzie bólu 
ani śn1ierci 


158 K'VARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
królest\vo nadchodzi 
coraz bliżej 
nie możesz być bliżej 


szpitalne alejki 
są ciche o świcie 
jak niebo 


szaleńcy przechadzają się 
po własnym 111ózgU 


nie wchodź tam 
wracaj 
umieram bez miłości 
nie wybaczę ci 
tej śmierci 


*** 


zapach kiszoncj kapusty 
zmywacza do paznokci 


pies gryzie gałązkę drzewa 
boli 
pijesz przesłodzoną kawę 
jesteś gdzie nie jesteś 


opowiadasz 
siedmiogłowe 
delirium 
boisz si\ 
aż nienawidzisz 


GenOJvefa J aktlboJVska - Fi,jalkOJJ'ska 


159
>>>
Aleksander ]ureJvicz 


Ciążenie i \viatr 


, 


, 


\ 


Fot_ Archiwum »K.A. » 


"Poezja jest prochen1 i popiołem. I pięknie jest, żeby tym była. Przestała być 
dla mnie nieśmiertelna, choć czasem zdarza się jej być wieczną, przez przypadek 
czy cud, co oznacza to sanlO. Poeta nie jest świętynl, ani apostołen1. Jest to czło- 
wiek, który ma potrzebę pisania wierszy i znajduje przyjemność w tajemniczym 
trudzie zaspokajania tej potrzeby niezaspokojenia. Raz zaspokojony, niezaspoko- 
jony, pozostawia poemat. Za sobą. I idzie dalej. Czasami dzięki kontroli intelek- 
tu przekształca tę pottzebę w narzędzie badania, jasnowidzenia lub poznania; posługuje 
się nią w swoim poszukiwaniu. Bo wszelki naprawdę żyjący człowiek szuka, a po- 
trzeba (jak cierpienie, a nawet śmierć, którą potrzeba nosi w sobie w zarodku) mo- 
że być skutecznym narzędziem poszukiwania - a rzeczą poszukiwaną jest wieczność. 
Ale nie wieczność dzieła. Pozwalamy mu umrzeć. Nic skąpimy ani naszej n1yśli, 
ani naszych obrazów. Z największej doskonałości świata zostaje czasem tylko je- 
den wiersz. Ale trzeba go napisać i trzeba zagubić ich bardzo wiele, aby jeden zo- 
stał w ludzkiej pamięci, \V pamięci jednego człowieka. Niektórzy ludzic spędzają 
życie na zachowaniu in petto małych białych lub czarnych myśli, bojąc się, aby im 
ich nie wykradziono, inni na robieniu sobie kieszonkowych wydan z myśli innych 
ludzi. Ale gdy raz zdecydowaliśmy się, by nie posiadać żadnej myśli dla siebie, wszyst- 
kie, które do nas przychodzą, i obrazy, i pieśni, stanowią część wspólnej gleby i cóż 
z tego, że nam je ukradną, skoro i tak należą one do wszystkich, i przyjdą jeszcze 
inne, nieograniczone i źródlane" - wielokrotnie wracam do esejów Pierre Emma- 
nuela "Twarz człowieka" i wczytuję się, a raczej wsłuchuję, w zamykające książ- 
kę zdania. Towarzyszyły mi one na początku pisania, są pomocne i teraz, może 
na\\'et bardziej. Czytam je jakby wciąż na nowo. Czytam, kicdy papier jest posłusz- 
ny ręce i zostaje na nim ścieg zapisanych słów, i gdy biała kartka już któryś dziell 
odstrasza swoją bielą, a jeżeli już coś na niej pozostaje, to ślad spoconej dłoni. 
Jeżeli pozostaję po stronie pisania i nie poddaję się zwątpieniu, które dobrze 
opanowało sztukę kuszenia, to może dlatego, by nie zdradzić pewnego chłopca, 
który dopiero co rozglądając się po ziemi i wokół siebie, oprócz paru pytań typo- 


Aleksander Jurewicz, ur. 1952 roku w Lid7ie. Poeta, prozaik. Opublikował .Ibiory wiersLY: "Sen, który na 
pewno nie był miłością", "Po drugiej stronic", "Nie strzelać do Beatlesów", "Jak gołębic gnane bUrJ'ą...", 
"Dopóki jeszcze i inne wiersze" i powicści: "W środku nocy", "LIDA", za kt{)rą otrzymał nogrodę Czesla wa 
\1iłosza oraz Nagrodę fundacji Marii i Jerzego Kuncewiczów. Mieszka w Gdańsku. (red.) 


160 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
wych dla dziecka: "co jcst za horyzontem?", "gdzie jest niebo, a gdzie piekło" py- 
tał także, wiedziony widocznie jakimś podszeptel11 przyszłości: "jak zostaje się pi- 
sarzem?". Odpowiedzi nikt wtedy nie potrafił mu udzielić. Nawet ."Alchemia 
słowa" Jana Parandowskiego, którą trochę później przeczytał i zaczął ręcznie 
przepisywać do zeszytu, bo bardzo chciał mieć tę książkę na własność. Być może 
taka odpowiedź w ogóle nie istnieje. Słowo "pisarz" brzmiało w ustach i wyobraź- 
ni chłopca jak szyfr do rozwiązania Tajemnicy. Dlaczego chłopiec zadał sobie ta- 
kie i to właśnie pytanie, a raczej coś w nim postawiło to pytanie? Przecież pasjonował 
się detektywami i archeologią, a jeszcze później chemią. Może z tego połączenia 
- poszukiwacza i odkrywcy powstaje człowiek poświęcający się pisaniu: archeolog 
i tropiciel pamięci. Tak n10że wytlumaczyłbynl chłopcu, byłaby to jedna z tysiąca 
n10żli\\)'ch odpowiedzi, choć nie wiem, czy wystarczająco dla niego zrozumiała. 
A już zupełnie nie wiem, czy zrozun1iałby, że nlożna napisać kilka książek i jesz- 
cze nie być pisarzem, że można być tylko niewolnikiem ołówka i papieru, a także 
więźnien1 czasu, w którym się żyje. Bo czymże jest to nieustanne zasiadanie do 
kartIci papieru, to mozolne wspinanie się na papierową górę, to poszukiwanie 
słów, które mogłyby zatrzymać czas? \Vielu odpowiadało na to pytanie i najczę- 
sciej ich odpowiedzi były obwarowane niepewnością, czy rzeczywiście wiedzą. Tak 
naprawdę tego nigdy nie będzie się wiedziało. To pytanie nie jest mottem każde- 
go przebudzenia czy każdcgo zasypiania. Choć czasan1i to pytanie robi z podusz- 
ki kan1ietl. o czwartej nad ranem lub w chwilach, kiedy zdaje się, że już nic więcej 
. . 
me napiszemy. 
\łvłaśnie. Co chcemy powiedzieć lub o czym nie chcemy n1ilczeć? Czy chodzi 
tvlku o zosta\\ ienic śladu po wspólnyn1 przebywaniu na jednej planecie? Często 
czytałem lub słyszałen1 o zostawianiu śladu po sobie i \\')'dawało mi się to za pro- 
ste i za pretensjonalne. Nie wien1 dlaczego od razu widziałem ślady na śniegu, któ- 
re łat\\.o zawieje kolejna zamieć lub stopi słońce. A jeżeli ślady, czyli słowa, to jakie? 
I jaki z tych słów ułożony zapis naszej epoki? 

a początku zdawało się nam - moin1 przyjaciołonl i mnie - że każdy mur jest 
drzwial11i., a nasze wiersze mają prawie siłę dynan1itu. Taka wiara była nam wtedy 
potrzebna. \V dodatku byliśIUY chorzy na brak biografii, a jeszcze nie mogliśmy 
wiedziec, że pisanic i zostanie przy pisaniu, to nie k\\ estia biografii, ale losu. Dzi- 
siaj pan1iętam, że o coś nan1 wtedy chodziło - o trochę światła w szarości, o kilka 
kroków po słoncczl1ej stronie ulicy. Nan1, wtedy dwudziestokilkuletnim, chodzą- 
cym ulicami Gdallska, któf} 111i idzicnl
 dzisiaj już czterdziestoletni, już niernło- 
dzi, posiwiali i przygarbieni. Chociaż nadal \\ tyn1 saIuym miejscu - na rogu 
GrunwakłLkiej i Jaśkowej Doliny - stoi kiosk. z gazetami, w którym rano pewne- 
go październiko\\ ego dnia kupowaIiśl11Y po kilka egzell1plarzy wybrzeżowego 
miesięcznika "Litery" z naszYll1i po raz pierwszy wydrukowanymi wierszami, 
\V pobliżu ktorego nad sklepen1 ,,
lody polskiej" zapalał się neon: "Gd3.11sk mia- 
stem kwiatu\\ ". NasLa gnlpa rozsypała się po ś"lecie i chyba już nic pall1iętają, 
gdzie stał ten kiosk ani w ktoryn1 to było roku. 
loże już nie pamiętają, że kiedyś 
pisaliśn1Y wiersze? PoroLjeżdżali siC; w poszukiwaniu inncgo życia, n10że kariery, 


161
>>>
lTIOŻe n1iłości, n10że szczęścia, bo tutaj to było niemożli\\e; nie wiem, nie rozn1a- 
wialiślnyo tym przed wyjazden1. 
O coś nam wtedy - na początku - musiało chodzić, dzisiaj już nie pamiętam, 
czy naprawdę myśleliśmy albo n1ówiliśn1Y, że uda nam się roztrzaskać każdy mur 
jaki wyrastał lub n1ógł w każdej chwili stanąć na naszej drodze. Może i o czymś 
takin1 marzyliśmy razen1 i lnarzył każdy osobno na miarę swoich marzeń. O coś 
nan1 jednak szło, tylko nie mogę sobie przYPolTInieć, czy o bieg na krótkin1 dy- 
stansie, czy n1araton; okazało się, że mieliśmy siłę i czas na średni dystans, reszta 
poszła na rozkurz, czyli życie. \V każdym razie nie chcieliśmy zostać zsowietyzo- 
wan\Tmi Rimbaudami. 

ie potrafię machnąć ręką na tan1te nasze dni i czasami tęsknię za nimi, i czasa- 
mi szukam tego chłopaka, który napisał tamte wiersze, a gdzieś się zagubił albo znikł 
zupełnie wśród gdańskich ulic, pod gdallskimi obłokanli, pomiędzy wami. Ale tak 
jak znikaj.} stare neony lub ławki na skwerku, gdzie całowaliśmy pierwsze dziew- 
czyny, przechodzą pokolenia n1ijając się w przejściu z następnymi rocznikan1i, ocie- 
rając się o siebie prawie do m\i. Pozostało z tego czasu parę książek, które są słabyn1 
alibi i chowamy je przed naszymi dorastającymi dziećn1i. Bo mogło być, jeżeli nie 
lepiej, to na pewno inaczej, choć żaden z nas nie n1iał recepty na życie, na pisanie, 
na n1iłość, nawet na śmierć. Życie miało być krótkie i intensywne, a rozciągnęło się 
jak stara prezerwatywa. To wszystko. Lecz czy naprawdę wszystko? Czy można do 
końca opowiedzieć całą krótką historię kilku gdatl.skich chłopaków, którzy chcieli 
być jak mistrzowska cz,vórka kajakarska walcząca na regato\\ym torze z falami? 
Może i teraz jeszcze niekiedy o coś nan1 chodzi, ale tak ciężko zapisać na kartce 
słowo, a jeszcze ciężej dołączyć do niego drugie słowo. Przychodzin1Y - odchodzi- 
my, jak \\ którejś kabaretowej piosence. 
ie wierzę, że uda nalTI się jeszcze kicdyś 
stanąć razem przy tym kiosku, choć moglibyśmy już kupić tylko codzienną gazetę, 
której nie będzie chciało się nam przeczytać. Ale chciałbym, żebyśmy jeszcze kiedyś 
stanęli razem w tym miejscu jak do grupowego zdjęcia, chociaż w górze nie ś,vieci 
się neon z kilkoma brakującymi często literami, i tylko opadają szare jesienne liście. 
Czy to, co robimy, to nasze pisanie, nie jest aktem, a może lepiej - zapisem na- 
szej rozpaczy, a poprzez pisanie przezwyciężanie jej? Rozpaczy najpierw nie roz- 
poznanej w latach młodości, kiedy słowa przychodziły jakby znikąd, kiedy 
rozglądaliśmy się w poszukiwaniu jakiejś trzeciej ręki kierującej pisaniem. Potcn1, 
kiedy pisanie staje się wewnętrzną koniecznością i gdy słowa coraz ciężej kładą się 
na papier, wtedy nasza rozpacz ma już inną twarz, n\'arz bezradności i bezsilno- 
ści, że nie powiemy wszystkiego do kotl.ca. To także rozpacz przemijania, kurcze- 
nia się czasu, który nam dano na pobyt na ziemi i pomiędzy sobą, zatajając ile tego 
czasu mamy. Że pisząc poruszamy się po bardzo kruchym i chybotli\\.ym p01110- 
ście wiszącym pomiędzy nami a światem. Ta rozpacz bierze się także z pokory, 
czy akurat nasza prawda czy racja, jest jedyną i czy naprawdę mamy coś ważnego 
do powiedzenia drugiemu człowiekowi, wiedząc przecież, jaką tajcn1nicą jest ktos 
drugi; ponieważ my sami dla siebie często nit" jesteśmy zrozumiali. Poruszan1Y się 
po naszym "ja" i wśród innych, jak lunatycy wędrujący papierowym labiryntem, 


162 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
prowadzeni jakąś intuicją, jakimś podszeptem, niejasnYITI przeczuciem. Czasami 
zapisujemy czyjąś wersję losu, choć nie wiedzieliśmy, że ktoś taki istnieje. Zlepia- 
my słowami rozproszone odłamki życia, które być może ułożą się - albo nie - w ob- 
raz naszego tutaj świata. 
Może to zabrzmi mało wiarygodnie, ale było tak naprawdę. Podczas tego pisa- 
nia otrzynlałem z Toronto pismo literackie, \v którym znalazłem coś na pot\vier- 
lizcnie tego, na czym urwałem poprzedni akapit. To był wiersz "Tajemnica" 
Denise Levertov, którcgo początkowe wersy tak brzmią: 


Dwie dzieJvczyny 
odkrywają nagle 
JV jednej linijce wiersza 
tajemniCf życia. 


Ja, która nie zna tej 
tajemnicy, napisałam 
tę linijkę. POJviedziały 
mt 


(przez osobę trzecią), 
że ją znalazZl', 
ale nie powiedziały, 
co to za tajemnica 


i która to linijka. 


Czy literatura, pisanie, nie jest jeszcze jedną z tajen1nic życia? \Vłaśnie owo dzie- 
lenic się, jak ostatnią kromką chleba z kimś głodnym, tajemnicą bólu i nadziei, 
strachu i wolności, śn1ierci i samotności, rozłąki i miłości, i odnajdywanie siebie 
w słowach innych lub dawanic kOlTIUS naszych słó,,' za jego, jest tą tajemnicą pi- 
sania, więc literatury. Każda książka powtarza jakby po raz drugi akt st\\'orzenia. 
\łV pisaniu staje się po stronie zwątpienia, a nie pewności, po stronie pytań, a nie 
goto\\)'ch odpowiedzi. Tego szukam w książkach innych, taka literatura zaspoka- 
ja moje głody. Literatury pomagającej iść nawet krawędzią rozpaczy, książki, któ- 
ra jest - jak napisał Cioran - "odroczonyn1 s
ll11obójst\\'el11". Literatury pisanej na 
otwartym sercu, a nic literatury wykalkulowanej, schlebiającej tanil11 gustom. Li- 
teratury idącej pod prąd, bowienl - jak powiedział w jednym z wywiadów Zbi- 
gniew Herbert - "z prądenl płyną tylko Śll1icci". 
Szukan1 w literaturzc zapisania czyjegoś losu, a nie czyjejś biogratli. Pisania bę- 
dącego grzebanien1 \\' ślnietniku świata, a nie produkującego papierowe gadżety. 
Szukan1 obrony wartosci, które dcwaluują się na naszych oczach, jasnego wyty- 
czenia granicy końca dobra a początku zła. Która nie od\\'raca Dekalogu na dru- 
gą strOl1ę, a przyponllna o kilku prostych sprawach w życiu, tych sprawach, na które 


163
>>>
patfzyliśll1Y i kttSre rozumieliślny tak prosto i czysto kiedy byliśn1Y dziećn1i. Jeże- 
li jeszcze coś ważnego i wartościowego zostało do ocalenia, to może to zrobić li- 
teratura, 
hoć dobrze wicIny, że literatura, llaSLe pisanie, żadną siłą woli ani 
wyobraźni nie powstrzynla napierającego z cał
} bezwzględną sit} zła. Nawet je- 
żeli czuje swoją bezsilność to nie n10że stać z boku i oklaskiwać katastrofY. Chcę 
powiedzieć, że w tynl wypadku nie przemawia przeze lnnie egoiznl i nie bronię 
uparcie własnej tożsamości. Na marginesie - uważanl, że tożsan10ść człowieka koń- 
ca xx: wieku jest zagrożona, a może już znikła. To jest paszport naszych czasów, 
totografią w tYlU paszporcie jest rozn1Y'vająca się t\\'arz świata. Kto wie, czy to, co 
robimy pisz
}c, nie jest już tylko pisanienl requiem na konanie tożsanlości. 
Spojrzeć prosto i czysto oczalni dziecka... San1 \\ iem, jak było n1i ciężko odc- 
rwać się od pewnego typu pisania, albo jeszcze inaczej - od pewnego typu myśle- 
nia o pisaniu. \V pewnyn1 nlonlencie życia już nie potrafiłem wyobrazić sobie, żc 
do kOllca swoich dni będę nlówił tylko "nie". I wtedy nagk' - w jakin1s odruchu 
obronnym - uciekłem w świat dziecillstwa, w ten mój ś\\Tiat, o którym wcześniej 
nie n10głem - z wielu powodów - myśleć bez bólu. I począłem patrzeć z kołyski, 
jakby od pierwszego dnia sn\'orzenia, zaczynając od spojrzenia na rzeczy najprost- 
sze i najpierwsze. Zobaczyłen1, że to wcale nie zawęża pola widzenia, ta kołyska 
naszego dziecillst\va, a wprost przeciwnie - ona ot\\'iera horyzont aż po bezkres. 
Oczyma i bezbronnością dziecka zac7ąłen1 ogt}dac historię, patrzeć na świat "T- 
n1yślony przez dorosłych, choć ci dorośli z literaturą nie n1ieli nic wspólnego, i 
\\ najprostszych sprawach szukać ocalenia i jednocześnie w tcn naiwnie dziecięcy 
sposób przeciwstawiać się złu, które było nieodt}czną częścią życia tutaj. Choć to 
nloże brzn1i nai,,'nie, ale tak lnyślałem, to było siłą trzyn1ającą n1nic przy stolc i nad 
kartką. Lecz tym samym z jeszcze większą mocą uświadomiłem sobie, że zło ni- 
gdy się nie kończy, ewentualnie przybiera inną postać i tylko od nas zalcży, czy 
nlU ulegnien1Y, czy przeciwstawimy się mając w ręku nie kamicI1, ale słowo. 
lia- 
łem ś,viadomośc, że nie powinienem załan\'iać tylko własnych porachunków z hi- 
storią czy prywatną wersj
} życia, ale bardziej nasłuchiwałem głosów innych. Pokora, 
że nie wszystko wiem i żc nic o wszystkim mam prawo n1ówić, zawsze była nlO- 
im wędzidłem. Pomagała też nie usypiać wrażliwosci, która jest najczulszyn1 in- 
stnłmentem czegoś, co dawniej nazywało się duszą. 
Zawsze wsłuchiwałem się w to, co pisałem i czego uczył n1nie Albcrt Camus. 
\V sierpniu 1957 roku zapisał on \\' swoich "Notatnikach": "Zastanawian1 się po- 
ważnie nad n10żliwością rezygnacji. Zawsze wicrzylcn1, że twórczość jcst dialo- 
giem. Ale z kim? Z naszym światkicl11literackin1, gd7ie obowiązujc zasada płaskiej 
złośliwości, gdzie obraza zajmuje n1icjsce n1etody krytycznej? Ze sPOlcCZcllst\\'em, 
które nas nie czyta, z pożeraczami gazet i czytclnikan1i najwy Lcj dwóch n10dnych 
książek w roku? W rzecz"wistości t\\'órca dzisiaj może być tylko samotnynl pro- 
rokiem, artystą nie opanowanym niepowstrzyn1aną potrzcbą n\'orzenia". 
Zastanawiałem się nad przytoczenicm tych zdall. Pomyślałcn1 jednak, żc choć 
raz każdy pon1yślał podobnic, a potcln wracał do pustych lub 7aczętych stronic 
i do swojej san10tności, jak ktoś uzalc7nion\ powraca do nałogu. Pochylał się nad 


164 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
stołem pokonując zniechęcenie albo zapominając o ninl, by ścigać jakąś prawdę, 
cietl. zapaluiętanego krajobrazu, szept przerwanej miłości. Bo jeszcze chyba jeste- 
śn1Y silnicjsi od naszcgo zwątpienia, jeszcze... 
Na początku przywołałem pewnego chłopca, który pytał: "jak zostaje się pisa- 
rzen1?, kto to jest pisarz?". T cn chłopiec dorastał, wczytywał się w setki książek, 
poznawał żywych pisarzy, ale nie mógł znaleźć odpowiedzi na swoje pytanie. Póź- 
niej n1niej, albo czasami wcalc, dręczyło go to pytanie. Jednak ono wracało i tak 
san10 wraca do tego teraz czterdziestokilkult:tniego chłopca. "Kto to jest pisarz?" 
A10żc kiedyś taką odpowiedź otrzyma, choć nie nloże n1ieć pewności. Póki co otwie- 
ra znowu ton1 esejów Pierre Emmanuela i czyta kolejny raz ostatni akapit: 
Wszyst:" jesteśmy próchnicą dla kilku kwiatów, których nie zobaczymy. Nie będq to 
może te, któreśmy posiali. Ale wierz}'my]V dwie rzeczy: 11' ciqżenie i wiatr. Lub ra- 
czej JJJ ciqżenie nie musimy wierzyć, stwierdzamy je. Ale wierzJ'my JV wiatr. Ten sam 
Jpiatr, ktory rozprasza - gr01nadzi. Jest to ogie11 zmartH'ychJvstallia, twarz człOJvie- 
ha. Czasami jakiś czlowiek wychodzi ze zgiełku i czuje tchnienie na twarzy: sZ"szy wte- 
d.", co mówi. 


Listopad 1996 


Aleksander Jm'ewicz 


165
>>>
Tomasz Różycki 


\...\.,. 
, , 

 r tr' - 
. 1 
. . 
\ 


'l' ". -,I. . 
p. 
{ 
ł 


1883 rok, 
długa podróż na południe 


# 
\i \ 

 . 
,. . 
. \. ł, 
 
" 


.- ,. 

 .. b 


 :'t 


.. 



 


Fot_ ArchiJl'um "K.A. " 



laj, jak ciepło. Norwid llnliera na gruźlicę 
pod Paryżem, w I\'ry, we śnie. Śni mu się, 
że zapłacili mu za "Stygn1at" i inne no\\ele 
i właśnie jedzie na południe, do 
icei 


Za dwa dni będziechodził plażą, po kostki 
w słoncu. vV Zakładzie Św. Kazinlierza dzwonią 
na jutrznię i zbudzone gołębie zrywają się z dachu. 
A słońce jest właśnie na wschodzie. 


\V pocztowym dyliżansie otulił się kocen1, nie 
zmarznie. "Przykryjcie mnie lepiej" - mó,,-i, 
i zrobią to, dokładnie. Konie, spienione, pędzą, 
może zdążą przed mszą. \V przeciwnym kierunku 


na północ, jedzie śmierć, po wczasach" Monte 
Carlo, zupełnie przegrana. \Vłaśnie się mijają. 
Skrzypią koła, ksiądz jeszcze się waha, patrzy 
w słońce. Gołębie są wysoko, pod obłokiem, toną. 


Tomasz Różycki, ur. 1970, absolwent romanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował m.in. w"Kre- 
sach". .,Czasie Kultury". Laureat konkursu im_ KK BaCLyńskiego. Mies.lka w Opolu. (red.) 


166 K \V A R T A L 
 I K lA R T/ Y S T Y (' Z N Y
>>>
Vaterland 


Marzec, sezon królowania tłustych wiatrów 
zza Odry. W olszynie i w krzakach pohukują 
gernlallskie bożki. Trochę śpię, a trochę czytam, 
ale koniec wciąż odkładam na jutro, na dzień, 


kiedy przajdzie wiosna i rzuci żagiew w środek 
moich snów. Trochę śpię, a trochę idę przez sen 
wzdłuż rzeki i wypatruję tej łodzi, czy już 
dobiła do zaślinionych mgłą brzegów, czy już. 


I to jest zdziecinnienie, weltschmerz, grudka soli 
na dnie popołu po spalonym n1ieście, które 
noszę w pudełku od zapałek. 
ie daj się zwieść 
wiatrom, bo porwą cię, i porzucą 


gdzieś w lasach, wśród szwargotów hożych cór Germanii, 
sowich okrzyków. }estenl zu od dawl1a, trochę 
śpię i czytan1. Nic mówiłen1 ci o tym, ale 
często budzę się w tej pustej łodzi, na środku 


rzeki i wypatruję cię na brzegu, \\e mgle. 


Entropia 


T cn czerwice, kicdy słollcc gasi trawniki 
nad Odrą i krusz
 się n1osty, pO\\ledziałenl, 
że nic n1an1Y ojczyzny, zaginęła \\ transporcie, 
a I1l0Że rozniosły ją na grzywach arn1ic konnc, 


167
>>>
a poeci przekręcili jej imię, przen1ieliły ją 
czcionki gazet. Dlatego każdy uniósł, co n10gł 
pod powiekami, ziemię, piasek, cegły, całe płaty 
nieba i zapach traw, i teraz nie wiadomo, 


co z tym robić, jak zan1knąć oczy, jak spać 
i płakać. Jest czef\\'iec i coraz ciężej z nią iść. 
Pytan1, dlaczego nie spalili Lwowa, dlaczego 
nie zan1ienili tego \\r popiół, lekki dynl, 


nikr nie nlusiałby nosić takiego ciężaru całe 
ż,rcie i nawet we snach po stokroć upadać. 


Magia 



adaję ci imię Didymos, bo jesteś bratem bliźnim 
mojej krwi, wystarczy zamknąć oczy, napisać pief\\ sze 
słowo. Przychodzisz, by mnie kusić. 


Opowien1 ci całe życie, wybieraj: po lewej to, co ciemne, 
po prawej to, co czarne. I,v nocy ,,"ciąż budzi mnie ten zegar, 
którego dawno nie ma, gdy bije na zimowy czas. 


I jakoś wierzę ci, i taki jest nasz zakład: dwa kieliszki 
wódki, a kto przejdzie tę ścianę, bierze całą resztę 
- pożółkłe zdjęcia, listy, włosy w kopercie, zanim stanie się. 


Spisujemy krwią, jakby litery żyły, z dala od światła, chciwie 
w oczekiwaniu na chwilę słabości, nieostrożność, sen. 


Tomasz Różycki 


168 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
TEATR 


Artur Przybysła1vski 


Teatr we\vnętrzny 


Pustka. Pust)'nia. Nic. Ja sam tu jeste1'Tl 
Ja sam 
Ja sam 
(Witold Gombrowicz, "Ślub") 


\V Teatrze Buckleina znów Beckett. \V ciągu krótkiego czasu "Końcowka, 
Watt" (w reżyserii ]\,1. Kędzierskiego ) i teraz "Teatr wewnętrzny" czyli "Tu i Tam", 
"Kon1edia", " Kwadrat" , "Nic j
l" (w reżyserii, odpowiednio: \Valtera D. Asmu- 
sa, M.Kędzierskiego, O.Sturma, 
1.Kędzierskiego). Cieszę się idąc na "Teatr \\-e- 
wnętrzny" , bo przecież tak rzadko 1110żna n
l polskich scenach oglądać z\\ łaszcza 
późne ut\\'ory Becketta. 


- 



 
) f 
. 
-- -.., 
-.. .. 
M 

 .,. 
.... ... 
. 
"'--- - 
, 
.' 


Alicja BimiCfll'icz, Ma{f1orz/lta Ga/koJI'Jka i FII'a Kalita Ił' ",Tli i tam" Sam"clR Bakena w rc
vJcrii n'a/thcra D- A.onuJa. 


169
>>>
Zupełnie ciemno. Słychać szmer rozsuwanej kurtyny. Przez dłuższą chwilę nadal 
całkowicie cienrno. Powoli poja\\1a się słabe światło, zarys trzech postaci. Światło roz- 
jarzało się tak powoli, że w pierwszej ch\\1li wydawało mi się, że trzy postacie są bar- 
dzo n1ałe, gdzieś w dole, daleko. Po ch\\;li dopiero widać, że siedzę naprzeciw trzech 
kobiet (ubranych w szarobeżowe stroje, a nie w różnokolorowe jak pisał w didaska- 
liach Beckett - przepiękna oprawa plastyczna Ewy Bathelier). Flo, Vi, Ru - skąd przy- 
chodzą (come)?, gdzie kolejno odchodzą (go)? Skoro ten, jak nazwał go Beckett, 
dramacik nawiązuje do Shakespeare'a, to n10żna odpowiedzieć tu dialogien1 z Ham- 
leta: ,,- Methink I see [...] /- Where?/ - In my mind's eyes". Rzeczywiście tak wła- 
śnie jest, przynajmniej taki efekt osiąga reżyser. Widz siedzący dłuższą chwilę 
w ciemności zaczyna się niecierpliwić, wpatruje się więc usilnie w ciemność przed so- 
bą i w momencie pojawienia się światła 111a się wrażenie, jakby samemu wyciągało się 
te postacie z mroku własnego Ull1yshl - pojawiają się one jak myśli w nocy: znikąd. 
Czy taki jest obraz n1iłości w umyśle Becketta? Nie jest to obraz, co raczej sche- 
mat, na bazie którego obraz taki (fałsz
'\vy lub prawdziwy) może dopiero być n\TO- 
rzony. Dlatego jest tak lakoniczny, oszczędny, surowy (jak surowe płótno kostiUlllów 
aktorek). Miłość ma być piękna, a tu raczej ukazywana jest jej prawda skryta - prze- 
mijanie, które dostrzegamy u innych, a którego nie chcemy odnosić do samych sie- 
bie. Uczucie to (a 1110że tylko marzenie o nin1) trwa n1iędzy dwoma koniecznymi 
punktami, 111iędzy dwoma uściskall1i dłoni. Przy pierwszym uścisku obrączka wy- 
czuwalna jest na palcu prawej dłoni, przy drugim na palcu lewej. To wszystko. Zby- 
teczne dodawać, że Beckett ukazuje oczywiście tylko ów drugi uścisk dłoni. 
Zaciemnienie, które po tYll1 uściśnięciu następuje, jest przykładem ilustrującym znaj- 
dującą się w programie tezę Oliviera Sturma: "Z reguły urywa Beckett swe dzieła 
albo w punkcie, w którym logika mechanizn1u nie dopuszcza dalszego ciągu, albo 
wtedy, gdy kontynuo\vanie oznaczałoby niezll1ierną redundancję". Cóż bowiem 
1110żna jeszcze dodać do tej surowej prawdy? 
Trudno by znaleźć autora, którego dzieła, przy całej swej ascetyczności i oszczęd- 
ności użytych środków, byłoby do tego stopnia tekstall1i onvartyn1i, że nien1al każ- 
da z wielu różnorakich interpretacji byłaby jednocześnie świadecn\'em interpretacyjnej 
bezsilności. Każda bowiem interpretacja jest tylko cząstkowa - kiedykolwiek 
o czyn1ś chce się u Becketta lnówić, to z konieczności o czymś się nie mówi. Bec- 
kett jest bardziej pojemny niż wszystkie jego interpretacje razen1 wzięte. Jak su- 
geruje Marek Kędzierski, scena Beckettowskich utworow dramatycznych to miejsce, 
na które rzutuje się własne projekcje. Toteż niezwykle trafna jest forn1uła "Teatnl 
wewnętrznego". Beckett proponuje tylko podróż do środka gło\\y, gdzie następ- 
nie pozostawia widza samen1U sobie. Na to właśnie wyczuleni byli, wierni Becket- 
towi, reżyserzy "Teatru wewnętrznego". Onvartość dzieł Becketta wymusza 
nieon1al interpretacje. Pierwsze niemal automatyczne skojarzenie widza "Kome- 
dii" to Sąd Ostateczny. Tak jednoznaczny Beckett oczywiście nie był. Trudno zresz- 
tą nazywać tak sytuację, w której światło utożsamiane jest z nieustanną męką. Właśnie 
un1ieszczenie "Komedii" w kontekście tak lakonicznych i onvartych utworów jak 
"Kwadrat" pozwala na szerokie ujęcie. Również "KoIl1edia" ukazuje, jak mówi 
Sturll1, "świadomość przy pracy" 


170 K \V A R T A L N r K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Sao10bójst\va bohaterów, sugerowane według Bccketta w tekście "Komedii", 
nie są tylko jednym ze zdarzeń fabuły pewnej historii. Chodzi tu o nadanie opo- 
wiadaniu szczególnego statusu, dzięki czemu rządzi się ona innyo1i prawami. 
Owo salTIobójst\\'o jest zabiegiem pisarskim, którego Beckett używał już w nowe- 
li, "Narkotyk" zaczynającej się od słów: "Nie WieiTI już, kiedy umarłem". Dzięki 
ten1U opowiadana historia nie jest opowieścią jakiejś konkretnej osoby poprzez pro- 
sty fakt, że ta już nic żyje. Podobnie w "Komedii" mamy po prostu świadomość 
i to oddzieloną (poprzez san10bójstwo) od rzeczywistego świata. Świadoo10ść prze- 
ciwstawiona zewnętrznemu wobec niej światu, z którego ma zdawać sprawę - sta- 
ry schemat filozoficzny (którego jednak Beckett nie dyskutuje wprost, ile raczej 
pokazuje j
go mechanizm). Paradoks polega na tym, że świadomość ma zdać spra- 
wę z tego, co nie jest nią sa01ą, a zaten1 jest czyn1ś zewnętrznym. Z tego powo- 
du owo sprawozdanie nigdy nie będzie zadawalające, jak niezadowalające są wciąż 
zeznania bohaterów "Komedii". Wciąż ponawiane próby kończą się fiaskiem, 
a wtedy świadomość zaczyna wikłać się w filozoficzne tj. jałowe rozważania, któ- 
re natycho1iast ucil1ane są przeskokiem punktówki. 
(Usta z "Nie ja" n1ówią, że całe istnienie uczepione jest słowa.) W "Kon1edii" 
raczej słowo uczepione jest światła. Tak też i grają aktorzy, czepiając się tych krót- 
kich chwil, kiedy wolno in1 o1ówić. Trzy (a właściwie, jak chciał Beckett, cztery) 
świetne role sprawdzonych już w Beckettowskim repertuarze Ew)' Kality (KI) i Mar- 
ka Kality (]\'1), najlepsza \\' całym "Teatrze wewnętrznym" rola l\1ałgorzaty Gał- 
kowskiej (Kl) i Aleksandry Szydłowskiej operującej punktówką. 


To chyba jedno z pierwszych scenicznych wystawień "Kwadratu" napisanego 
pierwotnie dla telewizji. Z "K\\'adraten1" jest chyba podobnie jak z "Nie ja". "Nie 
ja", napisane pierwotnie do teatru, \\' telewizyjnej realizacji z Billie \Vhitelaw robi 
ogromne wrażenie. "Kwadrat" (tzn. obie jego wersje) napisany dla telewizji, a wy- 
stawiony w Teatrze Buckleina działa hipnotyzująco. I nie dlatego, że to dzieło bez 
słów (w porównaniu z któryn1 trzy pozostałe ut\\'ory są wręcz przegadane) intrygu- 
je swoją ot\vartością i wieloznacznością. Żaden widz nie będzie przecież bawić się 
w oumerologa odliczając skrupulatnie wszystkie przebiegi i zastanawiał się nad SYlTI- 
boliką barw kostiun1ó\\ i tychże barw połączeI1. Rytn1icznic poruszające się zakap- 
turzone postacie, brnące z uporeo1 po wyznaczol1ych torach, rytn1Y instnul1entów 
perkusyjnych, odgłosy kroków, kolory spotykające się \\' środku kwadratu, ostry 
ruch wYluijania się - wszystko to tworzy jakiś magnetyczny obraz, od którego nie 
o10żna oderwać oczu. Całkowita przewid)'\valność następnych posunięć każdej z po- 
staci zwalnia z typowego napięcia co dalej i pozwal
l na zanurzenie się \\ tyn1 nie- 
przerwanYITI ruchu, źródło\\ym rytn1ie - \\' tej nieokreślonej, a jakże nall1acalnej, 
pierwotności. To bez wątpienia najlepsza z prezcntowanych czterech inscenizacji. 
Nie J 'a" moim zdaniem J 'eden z na J ' trudnie J ' szych aktorsko utworów Becket- 
", , - 
ta. Jego trudność \\ynika z banalnego faktu: na scenie nie n1a nic prócz ust, a ó" 
rwany n10nolog trwa około piętnastu n1inut. Utrzyn1ać napięcie widza przez kwa- 
drans, gdy jego uwaga może oprzeć się tylko na dźwięku i n1igających wargach, 
to zadanie dla najlepszych aktorów. Trudno bowien1 skupić się na szybko recyto- 


171
>>>
wanynl przez Dagll1arę Foniok tekście, z którego wychwytuje się pojedyncze sło- 
wa czy zdania. Ut\\'ór ten bezlitośnie zdradza aktora, który nla w zasadzie dwie 
nlożliwości: albo powiedzieć go doskonale, albo nic (dobrze znaczy \\' t)'ITI przy- 
padku źle). Tu niestety miejsce miała ta druga możliwość. 
"Nie ja" fase) nuje mnie prostynli i niezwykle poj e nlnYlTI i chwytaoli. "Usta, w głę- 
bi po prawej (patrząc od widowni), około trzech metrów nad poziomem sceny". 
W tym pierwszym zdaniu didaskaliów Beckett zawarł niez\\)'kle wiele. UOliesz- 
czenie ust na nien.1turalnej \\ ysokości tj. powyżej" zrostu normalnego człowieka 
sugeruje nl0in1 zdaniem, że chodzi tu o san1 język. "Nie ja", jest więc filozofią ję- 
zyka na scenie. A jaka to filozofia? Z punktu widzenia ust znajdują się one po le- 
wej stronie sceny, a więc S)'I11bolicznie po stronie złej. A zatenl ośrodek mowy ulokowany 
jest po nie właściwej stronie, \\'edług mówiącego, a zateol właściwa, prawdziwa, 
pełna ekspresja nie jest z zasady możliwa. Od strony widza usta znajdują się po 
prawej stronie, symbolicznie stronie dobrej. Odzwierciedla to nastawienie odbior- 
cy komunikatów językowych, oczekującego prawdziwych informacji, prawdzi- 
wych wyznań, ale to właśnie z punktu widzenia nadawcy komunikatu jest niemożliwe. 
Jest to sytuacja, wokół której koncentrują się rozważania całej filozofii języka. Trud- 
no chyba znaleźć dramaturga, który tyle potrafiłby powiedzieć już \\' sanlych di- 
daskaliach. I to korzystając z tak prostych środków. 
Warto wybrać się do Teatru Biickleina, by zobaczyć to, co tak rzadko wystawiane 
jest na polskich scenach. Jedno z pewnością denerwować będzie widza - techniczne 
przerwy nliędzy kolejnymi inscenizacjaoli. Ale oloże tynl chętniej i tym głębiej wcho- 
dzi się w tę osobliwą, ale i jakże bliską rzecz) 'wistość oferowaną przez Becketta. Za 
każdym razeOl, gdy zapala się światło pojawia się ta sanla myśl: "za krótko!": 


Artur Prz),b)'sla1J1ski 


'" 
, . I 


 /- 
 
1_ 1
\' ... 
-
 .., 

 
ol ..-..-,:, "' 

 -.", 
 " . 
" 
- 



 


Alicja Bienicewicz, Małgorzata GI//kowska i EII'a Kalita w Tli i tam» SI/muela Becketta w reż"I'serii lValthera D. AsmuJIl. 


172 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
PLASTYIZA 


Łukasz I(iepuszeJvski 


Horyzont 


1J' okolicach obrazów Leona Tarasewicza 


ZNAMIĘ 


Ogromnych rozmiarów płótna malowane dotychczas przez Leona Tarasewicza 
opierają się na ryto1ice rudymentarnych w swej ikoniczności znaków, zaczerpniętych 
ze świata przyrody. Choć należałoby tu lnówić nie tyle "znak", co raczej znan1ię 
- odcisk natury, to wyzwalają one sugestywną "obecność" pejzażowego świata: 
snieżnych pustkowi, zaoranej zieo1i, łopotu skrzydeł odlatujących ptaków, sztachet 
płotó\\, pni drze\\ . 1-1onotoone równiny \\ yznaczane bruzdan1i farb zostały teraz 
przysłonięte chromatycznie intens)'wnyn1i pasn1an1i warstwowo nakładanych 
pign1entów czerwieni i zieleni, fioletów i żółci - od jaśniejszych do ciell1niejszych 
in1past - uwalniających świetlne żarzenie powierzchni obrazowej. Odciski pejzażu 
przemieniły się w licznych realizacjach wykol1ywanych bezpośrednio \V przestrzeniach 
galerii w rytmy sprężystych pasn10\vych prześwitów, ograniczającyh torn1alne 
komplikacje do najprostszych reguł syntaktycznych. Ostatnie obrazy Tarasewicza, 
które n1aluje wspólnie wraz z grupą przyjaciół, są s\voistYlni śladalni eleo1entarnych, 
wręcz n1echanicznych duktów pędzla. Działanie n1alarskie jest tu prostyn1, 
pozbawionym en1fazy, anoniInowyn1 pon1alowanieo1 po\\"ierzchni. Bezpośredniość 
z jaką ujawnia się barwa, niesie ciągle osobliwe znalnię "n
lturalności", "żywotności" 
przez kontrolowaną przypadkowość zaciekó\\ i rozpryśnięć farby. 


Leon Tarasewicz, ur. 1957 malarz, pracuje i mics7ka w rodzinnych Waliłach na Białostocczyźnie_ Ukończył 
studia malarstwa (1984) na warszawskicj ASP w pracowni Tadcus7.1 Dominika. W latach 80-t)"ch uznany za 
czołową postać "nowcgo" malarst\\a i zaliczany do tzw_ ,.,eko-romant)'zmll". Poza wystawami w prestiżowych 
galeriach Europy i Stanów ZjcdnoCLonych, doczcka! się pokazu retrospckt)'\mcgo w M1I7ellm 
órnC?śląs
m 
w Bytomiu (1995). Ostatnio coraz \\ ięks7i} lIwagc; poświęca malarskim aranżacjom przestrLcnnym I realizaCJom 
wykon}wanym oapośrednio na ścianach galerii. 


173
>>>
- 
-- 


- 


-- 
-- 


.- 
- - 
'- - 
- 


 


Informacja (lragmmt) 


-. 


::::- 


--- 


- 

 
--..;;,-.. 
'-' 
-.... 
--
_....- 
--. 
-

 
- :::=- 
-----;
 


-- 


biformaCJa (jragmC1Jt) 


, 
.. 



 


'

 
___- 
,.....--łł" 


 

,,,- 

 
..,./ ""-""- 
..... 
-- 


.. 
;;: 
--łIftY1' 


... 

 


ODMOWA 


...- 


Pokrywające ściany malO\\idła rozci.}gają się 
\Hdłuż jak horyzont_ Pa;mowa lrchitektu_ 
ra torm stanowi jednorodne otoczenie dla na- 
stępuj.}cego krok po kroku uczestnika 
przestrzeni wnętrza_ Biegunowa przeciw- 
stawność tendencji horyzontalnej obrazu 
i wertykalnego usytuowania wobec niego 
ciała widza jest odwzorowaniem podstawo- 
\\ 
'ch współrzędnych pionu i poziomu, okre- 
ślaj.}cych podsta\\ y tożsanlOści przestrzennej_ 
Otwartość kompozycyjna i monumentalizm 
form powierzchni obrazu dąży do całościo- 
wego \\ 
'pełnienia naszego postrzegania wi- 
zualnego_ \Vzór pasów poziomych / 
piono\\ych ma bowiem pewne określone 
własności. Jedną z nich jest nieprzepuszczal- 
noŚĆ języka. Brak hierarchicznej struktury, cen- 
trum, możliwości modyfikacji i pustępująca 
w procesie oglądu multiplikacja fom1 uwy- 
datnia perswazyjną siłę milczenia obrazu, 
prowadzącą do uzyskania narracji słowa_ Ta 
manitestacyjna odmowa broni językowi wstę- 
pu w domenę wizualności_ Doświadczenie 
malarstwa jest tu zatem przede wszystkim cie- 
lesnym doś\\
adczeniem ścierających się ki- 
nestetycznych sił, \\ yzwoleniem rytmów p07.a 
/ ponad głosami płynącymi z zewnątrz_ 


Fot. Al"Ch'I!'um ,J(.A." 


alll 
.,:::
 

. 
... 


;" ...
 
'.n 


ŚCIANA 


Sprężysta, podatna na dotyk połać rozciągnię- 
tego na krośnie płótna czyni płaszczyznę 
obrazu uległą wobec spojrzenia, które mo- 
że drążyć w głąb świat przedstawienia. Płót- 
no malarskie jak kartka papieru ujawnia swoją 
przygodność, efemeryczność, za\\
era bo- 
wiem możliwość przesunięcia, odwrócenia. 
Natomiast ściany, które maluje Tarasewicz, 
są stabilnymi przegrodami wnętrz; wyzwa- 
lają efekt równomiernego naporu przestrze- 
ni na całej szerokości i długości_ Drzemie w nich 


174 KWA R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y 


..."... 


.........---r .. - 


.... 


..... 


.... 

--... 

 ......-.. 


 


 
 
,
 

 


Fot. Archi,v,m, "K.A. »
>>>
15 filaron reg"lamie "stanionych (jragmmt) 
Fot. Archiwum ,J(.A. » 


15 filarów regulan/ie JlStawionvch (f,agmmt) 
Fot. Archiw"m"K.A. » 


niezmienna powaga architektoniki. Nie są wy- 
ónkiem, kadrem świata, ale masą baI'\\11ej prze- 
strzeni - ciągłością malarskiej rzeczywistości. 
Malowidła nie zawierają się ku sobie, nie za- 
mykają się do wnętrza swojej przestrzeni, 
ale rzutują obraz na pole zewnętrzne, wob- 
szar otoczenia. Pozwala to uchylić tradycyj- 
ną metaforę obrazu malarskiego jako 
"otwartego okna" i poprzestać na uznaniu 
bezwzględnej nieustępliwości ściany_ Ener- 
gia obrazu nie wciąga, nie wchłania, ale wy- 
promieniowuje; jej aktywność zwrócona jest 
bezpośrednio w stronę widza. Obraz rozgry- 
wa się więc w owej zewnętrzności, nie ukry- 
wa jakiejś niewidzialności, unieważnia głębinę 
i wyprowadza na powierzchnię. Jest na "tu 
i teraz", stanowi to, co pozostaje, gdywszyst- 
ko inne znika_ Jest zniknięciem zanikania. 


s P AC ER 


Zostajemy tu pochwyceni i otoczeni przez 
totalną obecność obrazu i ograniczeni w swo- 
bodzie orientacyjnej_ Można tu mówić 
o dążeniu do likwidacji dystansu między 
malarstwem a jego obserwatorem. Dyspo- 
zycja forn1 pasmmvych usuwa funkcję zbież- 
nej perspektywy jako zabiegu określającego 
jedyną, obowiązującą pozycję widza wobec 
obrazu. Organizacja przestrzeni malarskiej 
uniemożliwia ogarnięcie w pojedynczym 
akcie widzenia całości kompozycji. Wymu- 
sza to od widza konieczność przemieszcza- 
nia się wobec obrazu - uwolnienie energii 
motorycznej ciała podczas oglądania. Czas 
obrazu jest więc przede wszystkim naszym 
czasem - czasem naszego ciała i jego ruchu. 
Dialektyka chodzenia i patrzenia stanowi 
podstawę doświadczania malowidła: kręce- 
nie się w miejscu, postępowanie krok po 
kroku, przystawanie, zbliżenie się do po- 
wierzchni, odejście, wahanie - powtórzenie 
tych czynności_ .. Spacer. Przemierzanie i po- 


175
>>>
znawanie otoczenia - kraj-obrazu; percepcja przenikająca roznlaite poziomy fizis. 
Monunlentalizm tych ikon stanowi figurę rctorycznl, skłaniającą nas do przeorga- 
nizowania sposobów wizualncgo poznawania i optycznych nawyków ku obszarowi 
zaufania pewnej oglądowej czystości, ku aktywności określania własnej sytuacji wo- 
bec świata powołanego malarstwem. 


HORYZONT 


Horyzont jest rysenl odnoszenia się świata i jego obserwatora - widza. Rysuje 
się zawsze w odnicsieniu do oka-ciała - sytuacji widzenia. Ostatnie obrazy Tara- 
sewicza nie przedstawiają horyzontu, bowiem jako całość - w pełni skali - stano- 
wią horyzont. Są pejzażami horyzontu i horyzontenl pejzażu. Stanowią pejzaże 
ścierania się ziemi i nieba, nie wyjawiają jednak ani zienli, ani nieba, lecz przywo- 
łuj.} zdarzenie ich wzajemnego przesłaniania, zakrywania, przechodzenia zienli w nie- 
bo i nieba w ziemię; wzajemnego ich unicestwiania wyzwalającego horyzont. 
Rozpostarcie horyzontu jest pęknięciem, " którynl my, nie przynależący ani do 
ziemi, ani do nieba, tkwinlY. Ustawia nas to bezpośrednio wobec pulsacji rytmó\\ 
świata, prześwitywania i skrywania, pojawiania i znikania, parcia i umykania. Ho- 
ryzont nie tyle jest koordynacją naszego usytuowania, co rozsunięciem obszaru 
otwarcia. Obrazy nie są więc pejzażami ukazującymi l11iejsca, lecz wytwarLają sy- 
tuację, w której miejsce może dopiero się pojawić - może zostać ustanowione. Pej- 
zaż jest dynamicznym układem relacji jakie zachodzą n1iędzy przestrzenią 
i odniesienienl do miejsca w horyzoncie widza. 


M I E J S C E / \V Y G N A N I E 


Być nloże swoistość przestrzegania obrazów jest sublimacją osobliwego dos\\lad- 
czenia, jakie doznajemy \\' pobliżu rzeczy i zjawisk, wobec których nie un1iemy za- 
jąć stanowiska i które wyzwalają w nas obawę przed nieokreślonością, przed czymś, 
co stawia opór naszym skłonnościom do zrozumienia poprzez wyłożenie i \\)'jaśnie- 
nie "to jest tynl" a "talnto tan1tym". \Vyniosła dominacja malarst\\'a nad przestrze- 
nią powoduje, iż widz nie posiada nadrzędnej tllnkcji samodzielnego podlniotu wobec 
tych obrazów. Nie jest rozjen1Cą sił, ani władcą reguł rządzących t)'ln pejzażem. Uobec- 
nia się tylko wtedy, gdy potrafi wejść w aktywną relację z otoczenienl, podjąć z nim 
grę, i to jedynie o ile pejzaż w zmaganiach pozwoli nlU wyłonić się. Malarst\\'o ujaw- 
nia ot\vartą przestrzenność świata i unosi niewYlnierność kraj-obrazu. Wyodrębnie- 
nie - wyznaczenie nliejsca może być odwlekane w nieskończoność. To przestrzenne 
niezdeterminowanie obrazu nie uruchanlia bezpośrednio znaczeń, lecz podejmuje 
zagadnienie samej możliwości znaczeń i ich wanmków w lnalarst\vie. Obraz jest jak 
horyzont - granicą negatywnych odnicsieó: możliwość wyzwolenia znaczeń jest cią- 
gle ponawianynl zadaniem - \\)'zwaniem wobec widza. Ot\vartość obrazu niesie na- 
dzieje odnajdywania miejsca, ale jednocześnie przywołuje ryzyko wygnania. 


Łukasz ](iepuszewski 


176 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
PREZENTACJE 


Jerzy Olek 


Przywoływanie nie-obecnego 


Co to jest przestrzeń? Spełnianie się w trójwyn1iarze. A obraz przestrzeni? Pła- 
ski ślad owego spełniania. 
Przestrzeń - ta doświadczana zmysłan1i realność fizyczna - zdaje się istnieć nie- 
zależnie od tego, czy ją postrzegan1Y. Stąd dwuwymiarowe odbicie jednej z wie- 
lu jej postaci traktować n10żna jako udokumentowanie faktyczności zaistniałej. 
A co wówczas, gdy obraz zostaje wykreowany? Więcej: kiedy jest w pełni auto- 
non1iczny? Kiedy jest absolutnie i niezależnie sam w sobie i san1 dla siebie? Jako że 
powstał nie po to, by - odwzorowując - zaświadczać, lecz po to, żeby - prowoku- 
jąc swyn1 ukształtowaniem - zostawiać wolne pole nieskrępowanej wyobraźni. 
Złudzenie przestrzenności realnej wadzi się w takich obrazach z przestrzenią 
metafizyczną, wielość zaś ich n10żliwych wymiarów sprawia, iż w sposób nieskrę- 
powany daje się o niej mówić wyłącznie językiem sztuki; tej, która ujawniając wie- 
lorakość nieznanych bądź nieuświadamianych przejawów świata jawi się nie-obecnością 
przywołaną, odsłania nowyn1 nie-odgadnionyn1 sensen1, staje przed nan1i nie-by- 
tem: intrygującyn1, tajen1niczyn1, nie-n1ożliwyn1. 
Realizując pod wspólną nazwą "Bezwyn1iar iluzji"długą serię przedstawień "y- 
imaginowanych przestrzeni, rezygnuję z an1bicji odwoływania się nimi do jakiej- 
kolwiek przestrzennej rzeczywistości. Wędrując poprzez st\vorzone przez siebie 
sztuczne krajobrazy fotograficzno-rysunkowe i ich kon1puterowe przet\vorzenia 
z jednej strony staram się przezwyciężać w sobie wszelkie wyobrażenia konkret- 
ne, z drugiej - nie tracę nadziei na realne istnienie wielości przestrzeni, którą to 
wielość moje notacje być może sygnalizują. Wierzę też, że "kreślone" przeze 
mnie kamerą i ołówkien1 figury geometryczne są w stanie egzystować nie w jed- 
nej, lecz w wielu granicach. 


Jerzy Olek, ur. w 1943 r., absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Artysta, .krytyk, teoretyk i ani
a- 
tor. Zajmuje się przede wszystkim fotografią.Od 1977 r. prowadzi Galerię ....
oto-Me
lUm-Art'
 we Wrocł
WI':'. 
Jest pomysłodawcą i komisarzem fotokonferencji Wschód-Zachód "EuropeJska Wymlana'\ kt?re od

r
Ją SIę 
\.e Wrocławiu: pierwsza w 1989 r; druga w 1991 (składała się z wystawy ,,,
owe przestrz
me totogratiI I sym- 
pozjum "Etos fotografii....); trzecia - w 1993 r. (w formie warsztatów rzezblarsko-fotograticznych). (red.) 


177
>>>
.. 



 

 

 



 


'"""--- 

- 



 


 

 
 


178 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZ
Y
>>>
, 


--- 


- 
- 
-- - 


--- 
- 


- 
- 
- 


J 


3-- 
- ...... 


::;.- 


--. 
:3 


- 
-- 
-- 
- 
-- 


, 


v
 


- 


-
 
..... .1 


 -- 

:1: -=== 

 ::t 
 

, 
- -.J 
-:
 
;;;.
 
=--==' 


-- 


--==1 


t 


179
>>>
Kreślenie. 
Obrazowanie Czystego. 
Sugerowanie czegoś, co jest inne - ze swej natury. 
Nad przystawalnością kreślonej ręką kreski do idei linii prostej zastanawiałem 
się w 1981 r. Rozpatrując ów problem w aspekcie wizualnym, napisałem: 
"Linia, to coś nieskoI1czenie idealnego, ale też konkretnego, więc ograniczo- 
nego. Ale jak pogodzić nieskoI1czone z ograniczonyn1, idealne z realnyn1? Czy ową 
jednią n10że być konkretyzacja wyobrażonego? 
Spróbujmy wszakże wykreślić linię. W sposób n10żliwie doskonały. Natych]niast 
jednak rodzi się, pytanie: czy n10Żem) za nią uznać Skol1czony odcinek? A jeśli 
tak, to czy jednorazowe zostawienie śladu ołówka na papierze w pełni konstnmje 
modelową linię? Czy nie należy przypadkiem wzmocnić jego śladu poprzez po- 
nowne wykonanie tego samego gestu? I dalej - poprzez powtórzenie w tym sa- 
n1ynl luiejscu prostej kreski po raz trzeci, co dodatkowo przecież spotęguje 
wyrazistosć linii. Zresztą zabieg ten można nadal powielać. Dzięki temu wyzna- 
czamy tę san1ą, a jednak inną, linię - po raz czwarty, piąty, szósty, siódnlY... aż 
w niesko]1czoność. Lecz i tak nie będzie to linia doskonała. Gdy bowien1 przyj- 
rzeć się jej z bliska, okaże się, że jest ona wycinkowyn1 śladcn1 odcisku nierówno- 
miernej powierzchni. Śladem niedoskonałym. A zatem sforn1alizowanie pojęcia nie 
powiodło się. Próba nadania idei rzeczywistego kształtu przyniosła rezultat wąt- 
pliwy, efckten1 konstruowania linii stało się oznaczanie powierzchni." 
\V Salonikach, w Galerii Z.
1., pokazałem wówczas instalację zatytułowaną "Kon- 
struowanie linii", zawierającą n1.in. linie; prostą naryso\\aną ołówkiem i wielokrot- 
ne powiększenie fotograficzne fTagn1entu owej linii, które wyglądało jakfrottage. 
Z tamtego doświadczenia wzięło się przeświadczenie, że niemożliwa jest ade- 
kwatna konkretyzacja pojęć; że teorię od praktyki dzieli przepaść; że byty idealne 
nie dają się przedstawić. 
Nie pozostawało mi nic innego, jak zaniechać wszelkiego odt\varzania, skupia- 
jąc się na nieskrępowanym t\vorzeniu u m o w n y c h przedstawiell. przestrze- 
ni n i e w y k l u c z o n y c h, które dając - być 1110że niekonwencjonalny , być może 
intrygujący - impuls widzeniu, skierują myśl ku - być może nowyn1, być może 
frapującym - obszaron1 nieznanym. 
Za model posłużył mi szkielet prostopadłościanu. Pierwsze jego obrazy były po- 
jedynczymi, fragmentarycznymi odbician1i wybranych wyglądów obiektu, odbi- 
ci.1111i lustrzanymi, powstałymi w zgodzie z prawidłami perspektywy. Obrazy dalsze 
to już "lustra z pan1ięcią", utrwalające na jednej kliszy, metodą wielokrotnej pro- 
jekcji, szereg widoków, które mieszając się ze sobą i przenikając wzajem, dają wi- 
zenInki sumaryczne, pehle wewnętrznych sprzeczności i wizuall1ych zakłócel1. Powstałe 
w ten sposób syntetyczne fotografie przedstawiają coś bli7ej nieokreślonego - ni 
to figuf\' niemożliwe, ni to zagadkową równoczesność niekompatybilnych sfer. Mi- 
n10 to udaje się w nich odczytać zastosowaną metodę zapisu, czasen1 wydeduko- 
wać prawidła, które leżą u jej podstaw. 


180 K "V A R T A L 
 I K I A R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
/1 
I 


./ .... 



 


-==ł 


. - , 



 


. . 
r 
, 


.. .- 


1'1\1"': 
----. . 


,_......
, 
..
-.....' 


- 
-- 


l 


1\ 
, ! 
ł: 
,\ \\\r - 
-- -- ---- 
t 
.1' I 
I \ ł \ I 
j' ,\ \ i \ 
Ił 


181
>>>
\VYSTAWY I
DYWIDUAL
E 
(WYBOR): 


Album Bogdy ( 1975 ) 
Permutacja relatywna ( 1975 ) 
fotografia-tekst (1978) 
Po-fotografia ( 1978) 
Fotografia możliwa (1979) 
Puste - pełne ( 1982) 
kst i nie jest (1984) 
Biała przestrzeń ( 1986) 
Ś\\iat obja\\iony nie jest reaJny? (1988) 
_.. trochę... (1989) 
Bezwymiar iluzji (1992) 


UDZL\Ł \V WYSTAWACH 
ZBIOROWYCH (WYBÓR): 


Stany graniczne totografii 
(Kato\\ice 1977) 
fotografia - medium s7tuki 
(Wrocław 1977) 
Czerń i biel (Wrocław 1979) 
Od zera do nieskonczoności 
(Wrocław 1979) 
Kontakt - od agitacji do kontemplacji 
(Kraków 1980) 
Fotografia elementarna 
(Szczecin 1986) 
Elementartotografie 
(Bieleteld 1986) 
Polska totografia intemlediaJna lat 80. 
(Pomań 1988) 
Wczoraj i dziś (Sopot 1988) 
Elementarni t()tografie (Brno 1988) 
Meta-Raum (Diisseldorf 1988) 
Elementarność totografii 
(Wrocław 1989) 
Continuum (Wrocław 1989) 
Fotografia i(gra) z rzecz)'\\istością 
(Łódź 1989) 
2:\ 8 (Berlin 1990) 
Dans et par la Photo (Castrcs 1990) 
Passagen der Photographie 
(Wolkersdorf 1991) 
Mai de la Photo (Reims 1991) 
:\'owe pr7estrzenie totografii 
(Wrocław 1991) 

Iy dzisiaj (Poznań 1993) 
Skjulte Dimensioner (Odense 7993) 

ie-ubecność w naturze 
tWroclaw 1994) 



 c 


.. 



 
" 
\ \ 
'\. " 
. 
...... 
...... 

. 


---- 


--
--==- 

 
-- -= 


- 


182 K\VARTALNIK IARTI YSTYCZ
Y 


'- 


... . 

 
." 


'- 


11111111 111
>>>
Krok następny już nie tyle polega na mnożeniu wizualnych sygnałów, mających 
świadczyć o rozbudowywaniu w pojedynczych kadrach mnogości przestrzeni, ile 
na wprowadzaniu, rytmem rysowanych na zdjęciach linii, nowych płaszczyzn, 
wchodzących w alogiczne relacje z elen1entami fotograficznych obrazów, burząc 
ich porządek i konstrukcyjną logikę przenikań. 
Technika kserograficzna, fakturowo ujednolicająca obydwa zapisy, pozwoliła na 
nowe ingerencje w obraz, co przyniosło dalsze narastanie zniekształceń i zafałszo- 
wań. Do niektórych operacji włączyłem komputer, który z kolei potęgował ilu- 
Lyjność głębi, głównie poprzez rozciągliwe zwielokrotnianie obrazu w obrazie. Inne 
efekty dało budowanie równoczesności paru perspektywicznych odwzorowań 
w obrębie jednego, złożonego z kilku warst\v obrazu. Ową równoczesność osią- 
gałem poprzez nakładanie na siebie fragmentów różnych fotografii tego samego 
obiektu. O wzajemnym usytuowaniu poszczególnych kadrów, układanych war- 
stwowo na sobie, decydowała chęć zachowania ciągłości biegu wybranych linii, co 
jednak nieuchronnie prowadziło do mijania się linii innych. 
Fotografia, rysunek, ksero, komputer - to nie tylko różne sposoby rejestracji, 
to również odmienne możliwości kształtowania obrazu. Ot\vartą pozostaje nato- 
n1iast kwestia, czy przyjęte przeze n1nie w procesie kreowania imaginacyjnych 
przestrzeni kryterium niewykluczoności daje rezultaty inspirujące intelektualnie. 
Idąc dalej obraną drogą należałoby zrobić multisandwich, czyli dokonać kilku- 
nastu, a nawet kilkudziesięciu skopiowań obrazów z tyluż negatywów na jeden ar- 
kusz papieru fotograficznego. \tV sytuacji, kiedy już pojedynczy negatyw zawiera 
wielość przestrzeni, ich sun1a przynosi wielość pomnożoną przez wzajemne prze- 
nikania. Efekt takiego zabiegu wydaje się być łat\\'}' do przewidzenia. Sumarycz- 
na projekcja nałożonych na siebie warst\v częściowo przezroczystych może dać - 
przy dostatecznie dużej ich ilości - jasną, w miarę jednorodną płaszczyznę, która 
bardziej niż o wielorakości przestrzennej realnego świata będzie zaświadczać 
o swej dosłownej wizualnej obecności. 
Być może jest to jedyna droga do poznania obrazu czegoś co nieobrazowalne, 
do zrozumienia względności prawdy o byciu-w-świecie i byciu-z-nim, do odczu- 
cia skotl.czonych możliwości odwzorowania wymiaru nieskotl.czonego, do jasne- 
go pojęcia, że są rzeczy nic do ogarnięcia, a także, że nic co idealne nie n10że stać 
się realne. Właściwie wszystko, co daje się st\vorzyć, to symbole, ikony, a więc zna- 
ki z ograniczoną 1110Cą sprawczą, raz ujawniającą się w imaginacji, kiedy indziej 
w intelekcie. Znaki te odsyłają nas do bytów niebędących, przywołując obecność 
nie-obecnego. 
Chociaż - kto wie - może INNE PRZESTRZENIE rzeczywiście istnieją.. .? Mo- 
że wystarczy pójść, gdzie oczy skierują a myśli poniosą? Może trzeba uwierzyć, że 
to rozum dostarcza podniety zn1ysłom? Być może uda się nan1 wtedy zanurzyć 
do syta w zwodniczości i ułudzie doznaI1 wzrokowych
 które mogą, lecz nie n1U- 
szą, pot\vierdzać czynnosci manipulacyjnych un1ysłu, często wyprzedzających do- 
świadczenie. 
1992 


] el-Z)' Olck 


183
>>>
Tadeusz Różewicz 


Wymiar iluzji 


Drogi Panie Jerzy! przesyłam Panu kilka notatek, które - mam nadzieję przy- 
czynią się do zaciemnienia i zmącenia (treści i tormy) pallskiego projektu "Bez- 
wymiar iluzji". 


A 


Ograniczę się do fotografii. Do zdjęcia, podobizny, portretu. Odbitki... Człowie- 
ka. Fotografia zdejmuje tylko czas teraźniejszy człowieka... fotografia nie zdejmuje 
ani przeszłości, ani przyszłości... Tylko "tu i teraz" można zrobić fotografię. Ma ona 
utrwalić ten "wymiar" istoty ludzkiej (w czasie i przestrzeni), który istnieje jakby po- 
za fotografią. .. Model, osoba nieprzerwanie odchodzi od siebie, opuszcza swoje po- 
przednie wcielenia... każdą chwilą obecną przemija, wchodzi w swoją przyszłość aż 
do odejścia, zaśnięcia "w Panu" ("pokoju wiecznym"), w bezistnieniu i bezruchu. 
Fotografia próbuje utrwalić jedną z form zmieniającej się istoty ludzkiej, powłoki cie- 
lesnej. .. Człowiek powoli gaśnie, ale jego twarz istnieje w rodzinnym albumie jak zio- 
ło, liść, kwiat w zielniku... Albumy rodzinne miały w sobie coś z zielników. 
Fotografia nie jest iluzją, ale rzeczą realną, zjawiskiem żyjącym w sobie właściwym 
bez-\\ymiarze iluzji, który zamienia się w fakt... tylko w obliczu patrzącego na nią 
człowieka... Tylko człowieka... ani wół, ani osioł, ani pies, ani koń nie "rozpozna- 
ją" fotografii... dlatego psu policyjnemu daje się do powąchania skarpetkę, czapkę, 
rękawiczkę przestępcy (lub ofiary), nie pokazuje się mu fotografii, podobizny. ., być 
może będą kiedyś robione fotografie pachnące... (np. modelką i jej perfumami). 


B 


To ja - patrzący, oglądający - stwarzam dla fotografii środowisko, w którym ona 
odzyskuje "życie". Stąd takie przywiązanie do "podobizny". Trwające od wiekó" 
spory o autentyczność odbicia twarzy Chrystusa na całunie turyńskim świadczą o nie- 
nasyconej potrzebie oglądania podobizny Zbawiciela. Ludzie pragną oglądać "praw- 
dziwą" - fotograficzną (nie malarską) podobiznę Boga-Człowieka. Innym dowodem, 
że istota ludzka - od wieków, aż po dzień dzisiejszy - pragnie zobaczyć oblicze 
swego Boga, jest chusta św. Weroniki: vera eikón. Człowiek stworzony na obraz 
i podobieństwo Boga - może widzieć w jednej ludzkiej twarzy lub w pięciu miliar- 
dach (i jednej) twarzy oblicze Boga. Jest podobizną Boga... tak więc i Bóg, żeb) 
zobaczyć siebie, stworzył człowieka, Syna Człowieczego... Człowiek, istota śmier- 


184 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
telna, nie wytrzymuje bez-wymiaru swojego Stwórcy - chce złowić jego oblicze, 
chce spojrzeć w oczy Boga Żywego... podobno oblicze nieznanego mężczyzny na 
całunie turyńskim ma wszelkie właściwości negatywu fotograficznego. 


c 


Fotografia twarzy ludzkiej - którą nazywamy też zdjęciem, podobizną, jest 
\V swojej istocie równie tajemnicza jak dusza... być może jest zdjęciem duszy ludz- 
kiej, która pragnie się ujawnić w wyrazie twarzy. Fotograf jest więc podglądaczem 
tajemnicy i psychologiem, a fotografia wejściem do wnętrza człowieka. Dlatego 
fotografowi przypadł w udziale jedyny (w swoim rodzaju) przywilej, że może on 
zdjąć nie tylko charakter, ale i duszę ludzką... zależnie od wrażliwości może od- 
czytać (podobnie jak psychiatra) pewne właściwości istoty ludzkiej (por. fotogra- 
fie Hitlera, Mussoliniego, Stalina)... dlatego ludzie, którzy tworzyli portrety tych 
dyktatorów-przestępców (i prawdopodobnie psychopatów) byli tak pilnowani. 
Tylko wybrani fotografowie mieli dostęp do Osobistości... wiele fotografii uległo 
zniszczeniu, inne (kompromitujące, choć wierne) - zostały zamknięte w kasach 
pancernych, archiwach, nigdy nie ujrzały światła dziennego. Są czasem ujawnia- 
ne i wywołują u ludzi strach, rozbawienie, śmiech, zdumienie. Patrzymy na ich 
podobizny, myślimy o milionach oszukanych, pomordowanych, uwiedzionych... 
patrzymy i mówimy "ale to jest niemożliwe!!!" Fotografia demaskuje... fotogra - 
fów należy wygnać z państ\va doskonałego. 


D 


Fotografia. . . 
Jest to jeden z cudów świata. Przez totografię dotykamy czasu, w którym żyjemy 
i przemijamy. Fotograf zdejmuje oblicza naszych czasów... Być może powstanie 
kiedyś nie tylko historia fotografii, ale archeologia fotografii, psychoanaliza foto- 
grafii, moralność fotografii, pornografia, podsłuch fotografii, agresja fotografii, me- 
tafizyka fotografii... 


E 


Destrukcja rzeczywistości, ciała, rzeczy, natury i zdarzenia... poprzez totogra- 
fię i jej t\vórcę. Fotograf - uczeI1 czarnoksiężnika - czarodziej i iluzjonista. Foto- 
grafowie przedmioty uczynili istotami ż}'\\ymi i agresywnyn1i, zdolnYll1i nie tylko 
uwieść, ale i zniszczyć ludzką psychikę, myśl, zdolność sądu (,
zdrowy rozun1"?). 
Zobaczcie w kolorowych tygodnikach reklamy samochodów, kosn1etyków, przed- 

iębiorstw turystycznych, spodni, biustonoszy... albo "zwykłego" makaronu. Fo- 
tografie żyją w swoin1 niej - /Iudzkim wyn1iarze. Człowiek staje się dodatkiem do 
butów, spodni, koszuli, samochodu, gun1Y do żucia... 


185
>>>
F 


"Pstrykanie"... ile milionów (miliardów) aparatów fotograficznych (kamer) 
znajduje się w rękach ludzi?.. ile zdjęć robimy (robi ludzkość) w ciągu 24 go- 
dzin? Wszyscy "pstrykają"... 
Ja ciebie pstryknę ty pstrykniesz mnie potem my pstrykniemy was a wy pstryk- 
niecie nas... wszyscy pstrykają wszystkich i wszystko. I tak pstrykając często nie 
widzimy świata... zapstrykani nie widzimy, co się dzieje za naszymi plecami. 


G 


Fotografia jest iluzorycznym obrazem przyrody, człowieka, miasta, przedmio- 
tu... Fotografia w swej istocie jest martwą rzeczą, która tylko w obliczu widza za- 
czyna się napełniać treścią i zaczyna istnieć w nowym wymiarze iluzji; o ile ż y w a 
p a n1 i ę Ć towarzyszy prawdziwemu zdarzeniu, np. katastrofie lub wypadkowi... 
o tyle pamięć, która dotyka fotografii jakiegoś wypadku, jest mart\va... setki naj- 
straszliwszych katastrof, które oglądamy na zdjęciach w gazetach, nie ponlsza nas 
tak jak przejechanie kota, jeża, kury, psa (w którym bierzemy bezpośredni udział)... 
samolot lub pociąg zamieniony w górę metalu i płomieni... jest dla nas jakby mar- 
twą naturą... fotografie z wojny w Jugosławii, Iraku lub masakry w Rwandzie w ga- 
zecie, którą przeglądamy przy śniadaniu lub po obiedzie... (gazetę wraz z pamięci.} 
fotografii wyrzucamy na śmietnik). 
W czasie pisania poematu "Woda \\' garnuszku, Niagara i autoironia" miałem 
przed sobą (na biurku) kolorową widokówkę - powielaną bez końca - fotografię 
Wodospadu... stałem tan1 oko w oko z wodospadem, a w ręce trzymałem ową wi- 
dokówkę... widziałem lawinę wody żywej, która spadała bez przerwy w przepaść... 
widziałem białe piany, spoglądałem znów na fotografię-kartkę i widziałem maleń- 
ki wodospad... kolorowy i mart\vy w mojej dłoni... potem przenosiłen1 wzrok na 
prawdziwy wodospad... wypełniał mój wzrok i słuch, cały organizm... 


Woda w garnuszku, Niagara i autoironia 
(fragment) 


w roku 1991 przyszła ta chwila 
stanąłem oko w oko 
z Niagara Falls 


zrodziła się we mnie 
niedorzeczna myśl: 
J 


186 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
napiszę krótki wiersz 
i w tym 
małyn1 wierszu 
zamknę \V odospad 
jak w butelce 
zakorkuję 
postawię kropkę 


w porę "połapałem się" 
w porę to znaczy 
zanin1 ogarnęło 111nie szaleńst\vo 
zanim wszedł we mnie demon 
poezJI 
\V postaci francuskiego grafomana 
(postać w Polsce nieznana ) 


stałem tan1 jeszcze długo 
przychodziłen1 do siebie 
godziłem się z Rzeczywistością 
z \Vodospaden1 
który spadając wyjaśniał 
określał możliwości i forn1ę 
. . .- 
mOJeJ poezJI 


ociągałelTI się 
odchodziłem powoli 
odwracałem głowę 
oglądałem się za siebie 
lekkomyślny 
przecież mogłen1 skamienieć 
zanien1ówić 


Marzenia foto-amatora 


Chciałbym n1icć aparat do zdejmowania snów. .. Chciałbym fotografować mo- 
je sny (i cudze też - ale niekoniecznie). Chciałbym mieć aparat fotograficzny (ka- 
merę, ba!) do zdejn10wania 1110ich (i cudzych 111yśli) i uczuć. 


187
>>>
* 


Życzę wynalazcom
 aby skonstruowali aparat do fotografowania przyszłości. 


* 


Chciałbym robić zdjęcia aparatem skonstruowanyn1 w puszce blaszanej po zie- 
lonym groszku (podobno wystarczą dwa otworki). Takim aparatem chciałbynl zro- 
bić swój autoportret. 


* 


Chciałbym ze wszystkich n10ich fotografii zrobić jedno zdjęcie (z tysiąca por- 
tretów - jedną t\varz). 


* 


Chciałbym n1ieć album zdjęć (kolorowych) zrobionych przez małpę, kota, sło- 
nia, ludzkie nien10wlę lub człowieka niewidomego. 


Tadeusz Różewicz 


. , 
, , 


.;r!
 
::I 
::.- 
 ;1-J5
 
:--
. .. 
 '.. 
::.
 :.}.. 

i
 .
.. :8':! 1
 
 

..
 
.. · 
...Ji;J.- " i 
.' .. j,.. f. ... t. j.r::Jr:{a , - " 
.' ..-..., l
 " ' .......... 
- ../- q",. 
." ł: I 
lit-.:
. 
'
 D" ł-f.-I--łf-!-.-ł 

 


, . 




 
; 


;fi 


1
. 


... 
t-)-,., 


- 
--- 



 t ll .- _ 
c
,.. .. k t' 
 
Cd O 
."-:
\
 
 

 
. 
.'. 
 
-ł\

 . 
Q 

t' o ,,-;
 
,


. . ,,' 


" 


q,. 



. " 

'" 
.

. , 

 f/t.'- 

. 

, '" 
. 


.. 


ł 



 "" --. 


. 
 


 



 


Galeria Joto-Medium-Art», Wrocław, 1993_ 


Fot. Jacek Lalak 


188 K W A R T A L;..J I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
NOWA SZTUKA 
W POLSCE 
NEW ART 
IN POLAND 
Kwartalnik · Quarterly 


Rynek St. Miasta 2 
00-272 Warszawa. Polska. 
teL/fax: 831 99 31 
http://www.exit.ddg.art.pl 
Prenumerata roczna: 20 zł 
Subscription one year_" 24$ 
Wpłaty należy dokonywać 
na konto 
Please make toreign 
currency payments to: 
PBK III O/WARSZAWA, 
Staromiejski Dom Kultury, 
EXIT 
Nr 11101024-807393-3000-1-83 


189
>>>
V ARIA 


Michał Głowiński 


Szkice podróżne (I) 


Podróżowałem niewiele, nie byłenl nigdzie poza Europą - i wiem, że z różnych 
względów nie są mi już pisane dalsze wojaże. Za n1łodu były one przedmiotem 
marzeń, choć w pewnych okresach, przede wszystkim w czasach klasycznego, peł- 
nego, stalinizmu nawet trudno było o nich śnić, wydawały się bowien1 czymś cał- 
kowicie nierealnyn1, znajdującyn1 się poza sferą wyobrażalną, bo przecież nie łan\'o 
przedstawić sobie to, co nie ma żadnvch szans na spełnienie, w konsekwencji za- 
tem może się stać jedynie mrzonką, przekraczającą nie tylko sferę rozsądku, ale 
nawet - rejony myślenia życzeniowego. Przebywanie w świecie zamkniętym ogra- 
nicza możliwości, jeśli chodzi o zmiany miejsca i takie lub inne wybory, ma jed- 
nak nie tylko tego rodzaju następsnva, również spłaszcza wyobraźnię, wpływa na 
jej wysuszenie. Kiedy miałem osiemnaście lat, nie śmiałem przypuszczać, że ujrzę 
cokolwiek, co znajduje się poza granicami rodzimego kraju. 
Nie zamierzam jednak spisywać wrażeń z tych w sumie niezbyt licznych podró- 
ży, jakie były mi dane, nie interesuje mnie utrwalanie turystycznych wsponlnień. 
Pociągające jest coś całkiem innego. \Vszelka podróż, zwłaszcza gdy odbywa się 
ją pociągiem, stanowi okazję do obserwowania ludzi, z którymi w żadnym innym 
przypadku bym się nie zetknął, do spotkań z osobami ciekawymi lub tylko cha- 
rakterystycznymi i bądź śmiesznymi. A także sprzyja poznawaniu sytuacji nieocze- 
kiwanych, z których te lub o\ve mają zabarwienie komiczne. 
J właśnie postanowiłem o kilku scenach podróżnych opowiedzieć, scenach cza- 
sem błahych, a czasem łączących się z tym, co poważne i - całkiem często - po- 
nure. Takich, które zdarzyły się w czasie podróży bliskich - i tych trochę dalszych. 
Ale za każdym razem - w pociągu. Chciałbym głosić jego chwałę, bo snvarza on 
niebywałe możliwości nie tylko dlatego, że pozwala w miarę szybko i wygodnie 
pokon}'\vać przestrzeń, w sposób zdumiewający sprzyja kontaktom między podróż- 
nymi - i w tej dziedzinie zdecydowanie góruje nad samolotem, samochodem czy 
autobusem. A zatem kolej opiewając, przedstawiam kilka historyjek - i czynię to 
nie dlatego, że przypisywałbym im jakieś szczególne znaczenie, decyduję się na to 
wyłącznie z tego powodu, że wydarzenia te miały miejsce, a więc właśnie z tej ra 
cji, że się wydarzyły. 


190 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
l. Potęga stereotypu 


Było to dawno, chyba rok czy dwa po studiach. Umówiliśmy się w grupie ko- 
legów, że spędzimy tydzień w Kazimierzu. Coś mi wypadło, tak że miałem dobić 
później, jechałem zatem sam. Zaraz po wejściu do przedziału zabrałem się, jak z'ry- 
kle w takiej sytuacji, do lektury. Wkrótce jednak ją przerwałem, bo wywiązała się 
ciekawa rozmowa; nie miałem zamiaru w niej uczestniczyć, ale przysłuchiwałem 
się - milcząc - z zainteresowaniem. Współtowarzysze podróży, wszyscy starsi ode 
mnie, po uwagach o pogodzie i o nic nie znaczących, drobnych wydarzeniach dnia 
codziennego, po narzekaniach na to lub owo i omówieniu kwestii praktycznych, 
zaczęli opowiadać o swoich okupacyjnych doświadczeniach. Wspomnienia z lat 
wojny były wówczas, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, w żywej i - chciałoby 
się powiedzieć - wciąż najświeższej pamięci, bo nic jeszcze w każdym razie w re- 
lacjach tych, którzy na tyle byli wówczas dojrzali, że wydarzenia przeżywali świa- 
domie, nie zdołało się zmarmurzyć w dzieje. Ci prości ludzie, w większości chłopi, 
różne przedstawiali historie; niektóre świadczyły, iż los oszczędził im przypadków, 
które wyróżniałyby się szczególną strasznością, niewątpliwie mieściły się w grani- 
cach tego, co można było nazwać okupacyjną średnią. Grozą powiało, gdy ode- 
zwała się stara kobieta i zaczęła opowiadać o zagładzie Żydów ze swojego 
rodzinnego miasteczka. 
Jej poprzednicy przywoływali to, co im osobiście się przytrafiło, ona zaś mówi- 
ła o faktach, które jej bezpośrednio nie dotyczyły, mimo że działy się w tak znacz- 
nej bliskości. Wyglądała jak stara chłopka, choć - wynikało to z relacji - już nie na 
wsi przebiegało jej życie, ale w niewielkim mieście, jednym z tych, w których przed 
wojną mieszkało sporo Żydów. Niestety, nie zapamiętałem jego naz\ry, nie żywię 
jednak wątpliwości, że chodziło o miasteczko położone przy linii kolejowej, lub 
tylko w niewielkiej od niej odległości, gdzieś w pobliżu Pilawy, Dęblina, może- 
Puław. Starsza pani opowiadała rzeczowo, tą nieco zgrzebną polszczyzną, która 
brzmiała już wówczas archaicznie. Opowiadała w sposób konkretny i obrazo,ry, 
nie dawała bezpośredniego ujścia emocjom, ale jej przejęcie i współczucie odci- 
skało się na każdym zdaniu. Prosta kobieta, z pewnością nie znała powiedzenia 
"dantejskie sceny", ale gdyby należało ono do jej słownict\va, być może nim wła- 
śnie by się posłużyła. Mówiła o ulicznych egzekucjach, o wyciąganiu ludzi z kry- 
jówek i mordowaniu na miejscu, wreszcie o wywózce tych, którzy pozostali, na 
niechybną śmierć, wywózce, której towarzyszyło okrucieństwo i poniżenie. I kie- 
dy o tych pot\vornościach opowiadała, na jej t\varzy malowało się swoiste dosto- 
jeństwo, a także - szlachetność. Gdyby jej słowa ktoś nagrał lub zapisał, powstałaby 
wspaniała relacja o zagładzie Żydów w jednym z niewielkich miasteczek, tych, do 
których historia zaglądała nader rzadko, lub całkiem je ponlijała, relacja zarazem 
dokładna, faktograficznie \rymierna - i przerażająca, taka, w której nie padają wiel- 
kie słowa, ale jest patos prostoty - nien1al na miarę biblijną. 
Opowieść starej kobiety w przedziale kolejo\rym, choć usłyszałem ją przed 
czterdziestu laty, pamiętam dobrze nie tylko za sprawą strasznych treści, jakie w niej 


191
>>>
zawarła, pan1iętan1 ją dobrze z jeszcze jednego powodu: zdumiał mnie sposób, 
w jaki ją zakończyła. Kiedy tę resztkę Żydów, która po masakrach pozostała, ła- 
dowano w strasznych warunkach do wagonów lub na ,vozy (tego szczegółu nie 
jesten1 pe\\ien), by wywieźć do Treblinki, mieli oni rzucać pod adresem Niem- 
cow straszne przeklenst\\'a. Zapewne tak było, opowiadanie o tym właśnie fakcie 
nie ,,)'wołało nl0jego zdziwienia. Niezwykły wydał mi się komentarz, jakim stara 
kobieta spointowała swą opowieść, kon1entarz tak zaskakujący, że n10gę go zacy- 
tować dosłownie i do dzisiaj n1am 'v uszach specyficzną intonację, jaką został wy- 
powiedziany: oj mściwi są ci Żydzi, mściwi... Narratorka obwieściła tę swoją 
opinię tak, jakby zapomniała o tyn1, co przed chwilą relacjonowała, jakby nie 
chciała przyjąć do wiadomości, w jakiej svtuacji owe najgorsze przekleńst\va pa- 
dały. A ona sama stała się jakby innyn1 człowiekien1, z jej t\\'arzy zniknęła szlachet- 
ność, pojawiła się złość, a n10źe nawet - pogarda, w tym, co powiedziała, wyraźne 
było poczucie wyższości, ujawniające się wówczas, gdy o obcych mówią ci, któ- 
rzy uważają ich za gorszych z natury, lub po prostu nimi pomiatają. 
Od razu zastanowiło mnie, skąd taka nagła zmiana, niespodziewana i w istocie 
niczym nieuzasadniona. Dlaczego ta kobieta, która była świadkiem najstraszniej- 
szych straszności i nie ukrywała współczucia dla ofiar, a także solidarności z nimi, 
nagle zaczęła się wypowiadać w innym tonie? \Vypowiadać tak, jakby z n1inuty na 
n1inutę ofiarami, którym współczuć należy, stali się Niemcy, jeszcze przed chwi- 
lą przedstawiani jako bezwzględni oprawcy, zbrodniarze, ludzie zdol11i do najpo- 
tworniejszych okrucieństw. Usiłowałem pojąć zachowanie starej kobiety - 
i przypuszczam, że udało mi się je zrozumieć. Najprawdopodobniej żyła ona rów- 
nocześnie w d,vu światach. Gdy istniała w pierwszynl z nich, miała oczy do wi- 
dzenia i uszy do słyszenia, a więc wszelkie dane po temu, by bez uprzedzeń 
postrzegać to, co się wokół działo i wyciągać z tego właściwe, także moralnie, wnio- 
ski; gdy istniała w drugim, przyjmowała bezkrytycznie pewne założenia, nie py- 
tała, czy mają jakiś sens, po prostu określone rzeczy wiedziała od zawsze i nie tylko 
nie poddawała ich kontroli, ale nie konfrontowała z tym, co było jej własnym do- 
świadczeniem i wynikało z jej własnych obserwacji. Starsza pani po prostu wie- 
działa, że Żydzi są n1ściwi, mściwi zawsze i wszędzie - można zatem o ich mściwości 
mówić nie zważając na sytuację. Dwa światy, w których żyła, świat, na jaki skła- 
dały się fakty, i świat zbudowany ze stereotypów, nie wchodziły z sobą w żadne 
związki, istniały osobno, niezależnie od siebie. W jej opowieści zderzyły się rady- 
kalnie fronty atmosferyczne, stąd tak drastyczne przesul1ięcie - i kontrast, który 
mocno mnie zdziwił, a nawet więcej - zrobił wstrząsające ,vrażenie. 
Do tej w niespodziewany sposób spointowanej opowieści, zakończonej wów- 
czas, gdy pociąg dojeżdżał do Puław, wracałem myślą wielokrotnie, zwłaszcza zaś 
wtedy, gdy zastanawiałen1 się nad potęgą stereotypu. Trudno o lepszy przykład 
władania, jaki ma on nad naszymi umysłami. Toteż kiedy przed rokien1 wygłasza- 
łem odczyt o stereotypach, nie tylko nim się posłużyłem, to na nim właśnie opar- 
łem sporą część mych dowodzeń. 


l Y2 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
2. "Jadę za mąż" 


Z początku nikogo bodaj poza n1ną w przedziale nie było, a jeśli nawet ktoś się 
w nin1 znajdował, to nie odznaczał się niczYITI ciekawym czy charakterystycznym, 
nie dziw przeto, że nie zapisał się \V n10jej pamięci. Dopiero w Poznaniu wsiadła 
kobieta już nie pierwszej n1łodości; od wstępnego wejrzenia trudno było mieć wąt- 
pliwość: wywodzi się ze wsi, nie 111a za sobą żadnych n1iejskich doświadczeń, po 
wiejsku mówi i po wiejsku nosi się i zachowuje. Można też było od razu dostrzec, 
jak bardzo t)'n1 wojażem międzynarodowyn1 ekspresem jest przerażona, strach ry- 
sował się na jej twarzy, a zdenerwowanie tak silne, że niemożli\\ c do opanowa- 
nia, ujawniało się w każdym geście. Jakiś n1ężczyzna jej towarzyszył, pomógł 
wnieść niewielkie bagaże - i natychn1iast zniknął. W tym z pewnością nie było ni- 
czego ekstraordynaryjnego, pociąg zatrzymywał się na poznańskim dworcu na kil- 
ka n1inut zaled\\ie. Nieznajolna nlusiała zdać się jedynie na siebie, na sobie polegać, 
co nie przychodziło jej łat\\'o. Gdy pociąg ruszył, przeżegnała si\ i przez chwilę 
odn1awiała pacierze. Ale nawct lnodlit\\'a nie była w stanie jej uspokoić. 
ie opusz- 
czała swojego micjsca przy oknic, nie wychodziła na korytarz, nie sięgała po wa- 
łówkę, widać było jednak, że nic może usiedzieć, że nef\\)' ja rozsadzają. Niebawem 
wdała się w rozn1owę ze mną. 
Od san1cgo początku zwróciła n10ją uwagę nie tylko ona sama, także jej składa- 
jący się z dwu części bagaż. J\1iała ze sobą coś w rodzaju niewielkiej walizki, chcia- 
łoby się powiedzieć wręcz - walizeczki, popękanej i wytartej, tak intensywnie 
zniszczonej, jakby swoje już wysłużyła, a jako jedyne przeznaczenie miała wieczny 
spoczynek na śnuetniku. Na pierwszy rzut oka pochodziła z zan1ierzchłej przeszło- 
ści, alc n10gło to być złudzenie, bo zrobiona była nie ze skór\', nawet nie z jej imi- 
tacji, ale chyba z kartonu. Zamki już nie funkcjonowały, toteż solidtue przewiązana 
była grubynl konopnym sznuren1. Ta nlina walizki stanowiła dowod biedy, biedy 
')zczegolnej, bo choć połowa lat sześćdziesiątych nie była w Polsce okresem obfi- 
tości, z tego rodzaju bagażem n1ało kto już w daleką podróż wyruszał. 
Z
1Cickawienie budziła takżc drug
l część wyposażenia tej wiejskiej kobiety; t\\'O- 
rzył ją ogromny lniany worek. \Vydawać by się 1110gło, że jest ciężki, zwrócił zatem 
moją uwagę sposob, \\' jaki towarzyszący n1ężczyzna ul11ieścił go na górnej półce. 
Zrobił to nie t)'lko bez żadnych o7nak wysiłku, ale podrzucił tak, jakby nien1al po- 
zbawiony był wszelkiego ciężaru. Nie sposób b\'ło nie zauważyć kontrastu między 
rozl1liar,mu a lekkością worka, jego - powicdzieć b) n10żna - \\agą piórkową. Ta 
bokserska n1ctafi.ra n1iab siC; okazać uzasadniona, \\' worku znajdowały się bowie111 
- jak mi sLybko kobieta \\ )'znała - dwa kilograIl1Y pierza. I ten worek też był przy- 
czyną obaw i zdenef\\'owania. Stanowił jedyny jej n1ajątek, bała się zaten1, że zosta- 
nie zatrzY111any na którejś z granic, albo też zażądają od niej zapłacenia cła, a to ró\\ l1ałoby 
się zabraniu, bo przecież picniędzy żadnych nie n1iała - poza pięcioma dolarami, któ- 
rc 1110żna było w tan1tych czasach oficjalnie w b
lnkll wykupić i wywieźć poza gra- 
nice ludo" cj ojczyzny. Jak s7ybko z rOZlnowy wynikło, worek ów jest czyn1ś więcej 
niż jedynynl dobren1 nlaterialnyn1, j
lkie posiadała, stano\\ i bowien1 jej posag. 


193
>>>
Nic zadawałen1 mojej towarzyszce podróży żadnych pytal1, nie prowokowałcm 
do wyznaÓ, san1a czuła potrzebę 111ówicnia, przedc \\"szystkin1 - mówienia o so- 
bie, być n10że to właśnie ją uspakajało. Nie zdziwiło mnie, gdy powiedziała, że 
jest to jej pierwsza dłuższa podróż, bo do tej pory swojej wioski rodzinnej nie opusz- 
czała; ów brak doświadczeń, który sprawia, że wszystko wydaje się nowe i zadzi- 
\\iające, J także budzi najróżniejsze lęki, wyjaśnień i kOlnentarzy nie \\)'nlagał. Szybko 
ujawniła cel swojej nie zwykłej pcregrynacji do Londynu: ,.jadę za mąż". I opo- 
wiedziała swoją historię. 
Pochodziła z n1ałopolskiej wsi, jeśli dobrze zap..ln1iętałen1 - spod Bochni, z ro- 
dziny wielodzietnej i - bez wysiłku n10głen1 się zorientować - bardzo biednej. Jak 
już wspon1niałen1, nie była pierwszej n1łodosci, trzydziestkę przekroczyła chyba 
dość dawno, w wiosce trakto\\"ano już ją niewątpliwie tak) jakby była starą panną, 
nie maj
}cą na zan1ążpójście żadnych szans. Ale oto nadarzyła się niezwykła oka- 
zja: pochodzący z jednej z pobliskich wsi mężczyzna, trochę od niej starszy, któ- 
rego wojenne losy rzuciły do Anglii, napisał do swojego brata, że pragnie ożenić 
się z kobietą z rodzinnych okolic i prosi, by wyszukano kogoś odpowiedniego. 
\Vybór padł właśnie na nią. Swojego narzeczonego nie znała, widziała go "aby na 
totografii"; chyba niewiele o nim wiedziała. Był dla niej wielką zagadką, nieprze- 
niknioną tajemnicą, podobnie jak ona dla niego, bo sytuacja narzeczonych była 
symetryczna. Banalne powiedzenie o jechaniu w nieznane w przypadku tej kobie- 
ty n..lbierało znaczenia wielostronnego i jak najbardziej dosłownego. Niepewna by- 
ła tego, co ją czeka, nie wiedziała, jak ją przyjn1ie przyszły mąż i jak się ułożą stosunki 
między nimi. \Vłaściwie bała się wszystkiego, nie posiadała danych pozwalających 
odpowiedzieć na pytanie podstawowe: czy da sobie radę w świecic nowym, niezna- 
nym, obcym? A jej zdenerwowanie rosło w n1iarę, jak zbliżaliśmy się do granicy. 
Bała się, że celnicy zakwestionują i zabiorą jej skarb, worek z dwoina kilogran1all1i 
pierza tak dla niej ważny, bo dzięki niemu przyjedzic do Londynu nie jak żebracz- 
ka, wyzbyta wszystkiego, co wartościowe, a więc zdana całkowicie na łaskę bądź 
niełaskę narzeczonego, ale jak panna posażna, wnosząca coś, co przyniesic pienią- 
dze. Bo owo drogocenne pierze przeznaczone było nie na własne poduszki i pie- 
rzyny, ale na sprzedaż. Polscy celnicy szczęśli\\ie nie zainteresowali się bagażem mojej 
towarzyszki podróży - zwłaszcza, że z jej dokumentów \\)'nikało, iż opuszcza lu- 
dową ojczyznę na stałe. Następni w ogóle nie zwracali nań uwagi. Dwa kilogran1Y 
pierza wraz ze I)woją właścicielką szczęśliwie dotarły do dumnego Albionu. 
Mimo że na granicach na żadne trudności nie natrafiła, nerwowe rO.ldygotanie 
nie ustawało, bała si\ tego przede wszystkim, że pozostanie na dworcu - niczym 
bohaterka jednej z werystycznych oper - samotna, zagubion..l i opuszczona, bo 
narzeczony pomyli termin) albo wydarzy się coś jeszcze gorszego - i nie będzie 
jej oczekiwał w umówionym miejscu i o umówionej porze. Pocieszałeln ją, jak un1ia- 
łem, tłumaczyłem, że z pewnością wszystko dobrze się ułoży i nie będą n1icli kło- 
potów z rozpoznanien1 się, choć znają się - jak wielokrotnie powtarzała - aby ze 
zdjęcia. Żal mi było tej jadącej w ryzykowne nieznanc kobiety, ale jej natrętne to- 
warzyst\vo zaczęło mnie już trochę nużyć, chciałem od niej odpocząć prz) najn1nicj 


. . 


194 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
" tej c7c;ści podróży n1ic;dzy Hook van Holland i Harwich, którą odbywa się pro- 
mcm. Alc jej obiccałem, LC w ra/.ic gdyby coś siC; stało, a więc gdyby nie spotkała 
narzeczoncgo, to jej pomogę. Moja pon10c byłaby zrcsztą wątpliwa, bo \V Londy- 
nic nigdy przedtcm nie byłcn1, a n1ój najn1arniejszy z n1arnych angielski niewielkie 
ot\\'ierał przede n1ną 1110żliwości. Ale ta obictnica była dla niej ważna, dawała pew- 
ność, Le nic zl1ajdzic się na dworcu san1a, w sytuacji strasznej, bo przecież nie umia- 
łaby siC; z nikim porozun1icć - i wytłlllnaczyć, skąd siC; tu wzięła i czego oczekuje. 
Kiedy wjcchaliśn1Y na Victoria Station, szybko ujrzałem na peronie n10jego 
przyjaciel.l, który mnie tUt.lj zaprosił. Powiedziałem n1ll o jadącej ze Inną wieśniacz- 
ce - i poprosiłem, byśl11Y poczekali, aż nadejdzie narzeczony. Stało się to nieba- 
WCll1. Rozpoznali siC; szybko i bez trudu. Zdołałcl11 zauważyć, że obydwoje są speszeni 
sytuacj'l i jakby zdziwicni sobą. Po chwili straciłen1 ich z oczu. Radbyn1 coś usły- 
szeć o tY111, jak potoczyło siC; życic tcj wicjskiej kobiety w Anglii, ale tego z pew- 
ności.} JUL nigdy siC; nic dowicm. 


3. Mała stacja pod Kopenhagą 


Tę kobietę już w latach zaawansowaną, ale l1iezmiernie ruchliwą i ubraną ko- 
loro\\ o, wręcz jaskra\\.o, dostrzegłen1 dopiero na pron1ie, a n10że zresztą widzia- 
len1 ją wczcśniej, ty lko nie przyciągnęła lnojej uwagi. Udawałeln się do Kopenhagi, 
co zakbdało przesiadkę w Bcrlinie. \V Sassnitz pociąg wjeżdżał na pron1, prze- 
działy n10i'na było, czy wrc;cz trzeba, opuscić; pasażerowie rOLproszyli się po stat- 
ku, najcz;ścicj zatrzYluywali się w barach, choć \V przypadku Polaków nie łączyło 
sic; to z konsumpcją, bo - wyposażeni w pięć dolarów - po prostu nie n1ieli na ta- 
kic luksusy jak butelka coca-coli czy f:uuy pieniędzy, a niektórzy mimo nie naj- 
świctniejszej jesicnncj pogody wychodzili na pokład, by obserwowac wzburzone 
morzc. Krc;ciłcn1 się bcz celu i z braku lepszego zajęcia przyglądałen1 się ludziom, 
a POtCl11 rOLn1awiałcn1 z jakimiś Francuzami, którzy postanowili zwiedzić Europę 
\Vschodnią - i opowi
ldali mi o swoich wrażeniach z Polski, świadcz.}cych o dużYln 
darLc obSCrWi.lCyjnynl, choc wiele rzeczy wyda\\-
lło ilu się nie pojętych; 111in10 że 
zan1iłowani tUlTści, po raz picrwszy zetknęli się ze światen1 realnego socjalizmu. 
A tcj kobicty nic 1110głcl11 nic dostrzcc, d\\.oiła się i troiła, n1iałen1 wr
lżenie, że 
jest \\ szędzic . Jej niezwykła nlChli\\ ość nie wynikała jednak z tasC)'nacji statkielu, 
a więc tyn1 środkicn1 lokonlocji, z któryn1 - być n10że - zetknęła siC; po raz pierw- 
szy. l\tyślC;, żc L
H.łnc względy POZłU\\-CZe nic \\"Chodziły w grę, \yażne były wy- 
łąc7nie n1oty'\\T praktyczne. Starsza pani obawiała się, że przejcdzie nicwielką 
stacjc; pod Kopenhagą, na którcj pociąg zatrzynl)'wał się tylko lU moment, prosiła 
z.1tem, by jej powiedziano, kiedy n1a wysiąsć. Pomystlłell1: gdyby była kimś w ro- 
dzaju Klary Zahanassian ze słYl1nej sztuki Fricdricha Diirenn1Jtt.l, nie luiałaby te- 
go rodzaju kłopotÓw i nie musiałaby siC; denerwować, ,,)"starczyłoby jedno skinienie 
ręki, a pocii.}g zatrL) Bulby siC; \\' dowolnynl n1icjscu - i to bynajmniej nie na chwi- 
h;, wpuuszająG} na dostojncj p
lsażercc pośpicch. Alc nic była Inilioncrką, ktora po 
d/.icsi
ciołcciach z.lpragn
ła odwicli/ić rod7innc Inia
tcczko, była polsk;.} chłopki.}, 


195
>>>
zagubioną i nie znaj,}cą świata, jadącą - jak się niebawem n1iJłen1 dowiedzieć - w od- 
wiedziny do córki, którą jako bardzo n1łodą dziewczynę wywieziono do Niemiec 
na roboty; poten1 znalazła się w Danii, gdzie wyszła za nląż i wraz z rodziną żyje 
na wsi, jest na swoinl. Min10 że od czasu zakollczenia \vojny minęło ćwierćwiecze, 
n1iała to być jej pierwsza wizyta u córki, bo przedten1 - od kiedy odwiedziny stały 
się możliwe - to ona przyjeżdżała do Polski, by spotkać się z matką. 
Zwróciło n10ją uwagę, że ta nlChliwa kobieta mówi w sposób osobliwy, nie cho- 
dziło tylko o wymowę nader niedbałą i niewyraźną. W jakiejś n1ierze posługiwała 
się gwarą, trudno jednak byłoby ją określić, wydawała się osobliwą mieszanką, w któ- 
rej don1inowała mowa z dawnych kresów wschodnich (słychać było resztki cha- 
rakterystycznego zaśpiewu), ale łączyła się w sposób przedziwny z wysłowieniem 
podmiejskin1, a także z naleciałościan1i, świadczącymi o tyn1, że kobieta nie stro- 
niła od kontaktów ze środkami masowego przekazu. 
lyślę, że zrozumienie jej 
mówienia nastręczało trudności niejednemu rodakowi, sam zresztą musiałem się 
zastanawiać, co ona chce zakomunikowac. \V pewnym n10111encie powiedziała n1i, 
że zięc ma taryfę i że tą właśnie taryfą po nią przyjadą na tę małą stację, bo ona 
najbliższa ich gospodarst\va. Z rozn10wy wynikało, że zięć jest farmerem, zdziwi- 
łem się przeto, że pracuje także jako taksówkarz. Dopiero po chwili zorientowa- 
łem się, że w jej wysłowieniu "taryf:1" nie oznacza bynajmniej taksówki, odnosi 
się do każdego samochodu osobowego. 
Na promie Polaków nie brakowało, jednakże to nie ich pytała o to, co dla niej 
było tak ważne, zapewne w przeświadczeniu, że nic o tym nie wiedzą, nie będą 
zatem w stanie jej pomóc. Rodaków ignorowała, zwracała sic; do przedstawicieli 
innych nacji - najprawdopodobniej nie przyjmując do wiadomości faktu, że na świe- 
cie istnieją ludzie, którzy języka polskiego nie znają. Była zdziwiona, że nie reagu- 
ją na to, co ona mówi, w sposób, jakiego by oczekiwała i że coś do niej szwargoczą, 
czego ona z kolei zrozumieć nie jest w stanie. Ale to jej nie zrażało, zwracała się 
ze swoją sprawą do coraz to innych osób. A one reagowały rozmaicie, niektórzy 
zbywali ją niczym, czyli oświadczeniem, że nie wiedzą, w czym rzecz, inni usiło- 
wali coś pojąć, jeszcze inni rozglądali się za kimś, kto mógłby im przetłumaczyć 
to, z czym zwraca się do nich starsza pani. Mówiła głośno, słyszałen1 więc wypo- 
wiadane przez nią kwestie, szybko zorientowałcn1 się, co jest przyczyną tych spa- 
zmatycznych poczyna6. Zrobiło mi się jej żal, podszedłem do niej i powiedziałem, 
by się nie niepokoiła, obiecałem, że poproszę konduktora, żeby ją po\viadomił, 
gdy będziemy zbliżać się do stacji, na której ma wysiąść, sam zresztą też będę uwa- 
żał, może przeto być pewna, że nie pojedzie za daleko. 
\Vydawało mi się, że poważnie potraktowała moje słowa, a więc wreszcie prze- 
stanie nagabywać osoby, które nie mogą pojąć, co ona do nich mówi, sądziłem, 
że wzbudziłem jej zaufanie. Już po chwili dane mi było st\vierdzić, że się myli- 
łem. W pobliżu pojawił się młody mężczyzna, którego zresztą już wcześniej pa- 
rokrotnie zaczepiała. Nie wiem, dlaczego jego tak uprzywilejowała, może z tego 
po\vodu, że przyciągał uwagę, był bardzo przystojny - urodą nieco staroś\viecką, 
wyglądał jak angielski panicz z początku wieku z filmów z życia wyższych sfer to- 


196 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
warzyskich. A także niezmiernie elegancki - i to w stylu staromodnym, co wów- 
czas, kiedy młodzi ludzie niezależnie od swej społecznej kondycji nosili hippiso\\r- 
skie wdzianka, w sposób niewątpli\\y go \ryróżniało. Młody człowiek oświadczył, 
że jest Anglikiem i nie wie, czego ta kobieta sobie życzy; powiedział to uprzejmie, 
alc z \ryczuwalną nutą irytacji, bez wątpienia chciał się od niej uwolnić jak od osy 
czy natrętnej muchy. Ona wszakże powtarzała swoją kwestię z uporem. I robiła 
to coraz wolniej i głośnicj, sądząc zapewne, że w takim przypadku ze zrozumie- 
nien1 nie będzie już żadnego problemu. Scena ta \"ydała mi się śmieszna, bo im 
ona wypowiadała swoje zdania dobitniej i z większym nasileniem, tyn1 on szerzej 
rozkładał ręce, by zademonstrować bezradność. 
Wkrótce skierował się do baru, by zamó\vić coś do picia, ona zaś podeszła do 
nInie i st\vierdziła: "niech pan spojrzy, taki entelegentny, a nic nie kapuje, co do 
niego mówię". Wtedy właśnie zakomunikowano, że epizod promowy naszej po- 
dróży zbliża się do końca, mamy wracać do wagonów. Jeszcze raz powtórzyłem 
kobiecie, że sam będę czuwał i że porozn1awiam w jej sprawie z konduktorem. 
Okazało się, że siedzi w sąsiednim przedziale, nie będę więc musiał chodzić dale- 
ko, by wywiązać się z zobowiązania. Wiedziałem, o jakiej godzinie pociąg ma sta- 
nąć na tej podkopenhaskiej stacji, a więc wciąż patrzyłen1 na zegarek, by jej nie 
przegapić i zawiadomić odpowiednio wcześnie, że dojeżdżamy. Nie musiałem jed- 
nak tego robić, bo gdy zbliżaliśn1Y się, na korytarzu zauważyłem dziwny ruch. To 
nadciągali różni ludzie, \\ sumie kilkanaście osób, by poinformować, że \\"Jaśnie 
niebawem staniemy na stacji, na której ona ma wysiąść. Byli wśród nich głównie 
ci, co ani jednego słowa polskiego nic znali i - jak się wydawało - niczego nie ro- 
zumieli. Zabrakło tylko wytwornego młodego Anglika, który n1iał być tak inteli- 
gentny. Jechał pierwszą klasą, a ona znajdowała się w przedniej części długiego 
pociągu, była oddalona od wagonu, w jakim n1Y byliśmy. 


Michał Głowi1lski 


Julian [(ornhauser 


Post scriptum (7) 


Powtórna lektura wierszy Kornela Filipowicza (z okazji drugiego wydania to- 
mu "Powiedz to słowo"). Robią na n1nie niesamowite wrażenie. Trudno l11i zna- 
leźć w poezji polskiej podobną wrażliwość na Sal11.} esencję rzecz)'\\istosci. Nie ul11ien1 
tego inaczej w tej chwili wyrazić. Esencje; rzeczywistości czyli zbiór nagich fak- 
tów, nie otoczonych żadnymi dodatkowyn1i znaczeniall1i: "Ojciec i n1atka dzieci 


197
>>>
pies krowa kOll." - jak czytan1Y np. w wiersLu "Ż
lrt rysunkowy". Filipowicza ce- 
chuje niespotykal1a, rzadka \\ poezji powści
}gliwość w upi
kszaniu (dd()rn10Wa- 
niu, n1etatoryzacji itp.) rzecz\'wistości. Jest w t)'n1 godnynlucznicm i sprzYll1ierzellcem 
Rożewicza (byli zreszq przyjacióhl1i). Ale niekoniecznie to podobiell.stwo bierzc 
si
 z prostej kontynuacji autora .,Regio". Głównyn1 impulscn1 jest tlI raczej pro- 
za san1ego Filipowicza. Filipowicz, rasowy nowelista, pisywał wiersze we wczesnej 
n1łodosci, poten1 jako poeta zan1ilkł. \Viersze prezentowane \\' tOl11iku powstały 
w latach osien1dziesiątych, najpierw jako krzyk protcstu, niebawen1, pod koniec 
tan1tej dekady, jako swoisty kOll1entarz do własnej proz\'. \Vide w nich cech wspól- 
nych z proLą: tok narracyjny, szczegółowy opis, dialogowosć. Przede wszystkin1 
jednak wyczulenie na konkretne doswiadczenie, własne i innych ludzi. Tu nie ma 
kreacji i udZiwniania. Każdy wiersz jest surO\\
'n1, beznal11i
tl1yn1 OpiSCll1 czyjcgoś 
życia, jakiejś sytuacji. Ale pod ti:} chłodną po\\'łok
l kryje się otwartość i serdecz- 
ność, wzruszająca n1iłość do świata. Kto znał Filipowicza, ten wic, o czyn1 n1ówię. 
\Viersze niczego nie kan1l1t1ują, są odbicien1 jego pięknej osobo" ości. 

ajbardziej hlscynuji:} mnie dwa ostatnie, napisane tuż przed śI11iercii:} \\' 1990 
roku, wiersze: "Ostatnie słowo oskarżonego" i "Rybitw
l". Pierwszy jest urojo- 
nym sądel11 nad człowiekien1, który zabił n1uch
. To niebywały ut\\'ór-obrona n1a- 
lej istoty, "stworzenia doskonałego", w którego wnętrzu "pulsowało życic". 
\Viersz o musze nie tylko jest n1ajstersztykien1 forn1alnYl11, ale i niesłychaną po- 
chwałą egzystencji. T
lkicgo wiersz
l się nie zapon1ina. Choć spora w nin1 dawka 
ironii, na wierLch wydobywa się bezbronna - rzekłbynl - Jutobiogr
lflczność, ZJ- 
n1anitestowana "danyn1i personalnymi" lU początku ut\\oru i datą położoną na 
jego kOlku. To wiersz o Filipowiczu w Zakopanem, w październiku 1989 roku, 
wiersz o kruchosci istnienia i jego jednorodności we wszechświecie. ()powieść bła- 
ha z pozoru - cóż trywialniejszego nad bezretleksyjne z
lbicie n1uchy - zan1ieni
1 
się \V sąd n10ralny i uwagę o niedoskonałości natury. A drugi wiersz, według mnie 
arcydzieło prostoty - to 111ały traktat o przen1ijaniu i nicskoI1czoności, o niepo- 
wtarzalności ludzkiego życia wobec powtarzalncgo życia przyrody. A \\"szystko wy- 
powiedziane paroma Ldaniami, jednym obrazen1. Skąd t
l ul11iej
tność? 
Czy gdyby Filipowicz nie był proz
likieI11, i to prozaikien1 o wysokin1 kunszcie 
opowiadania, ul11iałby \\' sposób tak n1istrzowski, bez cienia literackicj kokieterii, 
poetyckiego uniesienia, czy sentymentalnego czarOWJni
l zaf)'sow
lĆ sytuację jed- 
nocześnie prawdziwą, cz
sto przeży\\'an
} i błyskotliwie oryginalną, 7an1kni
q 
\\' poetyckim skrócie? To ważne, jak n1i się wydaje, pytanie. ZatrzYl11ajn1)' się nad 
nil11 przez chwilę. Prozaik, taki jak Filipowicz, nie korzystający z w
 obraźni, lecz 
przekuwający autentyczne \\
'darzenia w pełną pogody ducha opowieść o (0- 
dziennYl11 życiu, posługuje się przeźroczystym językiel11. Dba o pra\Vd
 kaLdego 
szczegółu, 1110wi jednoznacznie, nie spoglądając na boki. Opowieść o n1USZC 111
1 
swój początek w autentycznyn1 wydarzeniu w Zakopanen1, reHeksja na tcn1at ry- 
bitwy bierze się z tego, co pisarz zobaczył w oknie. \Viersz zrodził siC; 7 obserwa- 
cji: nie z zamyślenia nad uł0l11nością losll ludzkiego, lec/. z prostego faktu, któl) 
jest udziałem wszystkich. Filipowicz u7y",a w wierszu tego SJl11ego sposobu wy- 


198 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
powiedzi, albo podobnego, jak w swoich opowiadaniach. Dlatego jcst autentycz- 
ny i inny. Czy tak dzieje się z pozostałymi współczesnynli prozaikall1i, piszącymi 
jednocześnie wiersze? Nic nla tu, jak się okazuje, reguły. Proszę porównać prozę 
i wiersze Grochowiaka, prozę i wiersze Brylla, prozę i wiersze Kuśniewicza - są to 
dwa różne światy, dwa odrębne języki. Ale gdy porównamy poezję i opowiadania 
Różewicza, Nowaka, Czycza, Iwaszkiewicza, Miłosza także, oczywiście Biało- 
szewskiego, Rymkiewicza uderzy nas, zadziwi koherentność wypowiedzi, jedno- 
rodność języka. 
Jedni szukają w poezji (bądź w prozie - tu zrcsztą często nie można ustalić pry- 
)natu) pot\vierdzcnia słuszncj drogi, jaką wybrali, inni przeciwnie - odskoczni dla 
swoich literackich, pierwotnych wyborów. W pierwszym przypadku liczy się au- 
tentyznl, prawda przeżycia i wyrazu; w drugin1 - artystyczna różnorodność, świa- 
dOlny podział na dwie literackie rzeczywistości, wprawdzie utrzymujące ze sobą 
kontakt, alc niezależne od siebie. Jednak Filipowicz to inna para kaloszy. 
ie pi- 
sywał wierszy i opowiadaI1 ró\\ nocześnie. Zdecydował się na wypowiedź poetyc- 
ką pod koniec swojej drogi poetyckiej, po siedemdziesiątce. Czego szukał w języku 
poezji? Czego brakowało n1U \V prozie? 
ie\Vątpli\\'ie w latach osiemdziesiątych 
nie n1iał siły opowiadać, "gawędzić". Potrzebował formy dogodniejszej, \\' którą 
n1ógł wtłoczyć nie całą historię czyjegoś życia, ale ulotną chwilę, także by zano- 
tować własne przemyślenia. Czytamy więc wiersze o przekonaniach ("Odporne 
są na zniszczenie"), o zagadce istnienia, o ludziach, którzy zrobili fałszywy krok, 
uwierzyli lub utracili wiarę, o un1ieraniu, w obronie z\\ierzo}t (których był wielbi- 
cieleIn), o ludzkich przywarach, które zamicniają się w przestrogę. Filipowiczowi 
nieobca jest przy tym ironia. Umie się nią posłużyć - tu widać rękę 111istrza pro- 
zy. Drwi z frazesowości i nieautentyczności. Dlatego też trzyma się słów prostych, 
twardych, nie ukazuje drugiego dna. 
Ze zdjęcia Joanny Helander, które otwiera książkę, spogląda na 111nie starszy 
pan z jasnymi, szeroko otwartynli uczami, siedzący w fotelu na tle obrazów 11a- 
rii Jaremy, jego dawno zmarłej żony. Lekko uśn1iechnięty z fantazyjnie rozburzo- 
ną kępą siwych włosów, lnocno ściska w prawej ręce kopertę? karton? reprodukcję? 
Co trzYlna w ręce lckko uśmiechnięt\, Kornel? Pan1iętan1 to duże, przestronne m.iesz- 
kanie Korl1ela, jego stare biurko, na którym stały różne, dziwne przedn1ioty, przy- 
jacielskiego kota n1rużącego ślepia na jednej z półek, zapach tytoniu i trudnej do 
zanalizowania przeszłości. \V tyn1 starszym panu nie było niczego ze starości. Sta- 
rość, upływ czasu to nic pasowało do Kornela. Zdawał się być niezniszczalny, nie 
poddawał się niszczycielskiej sile czasu. Oszczędny w słowach, lekko ironiczny ell1;l- 
nował wewnętrzną siłą, nlógł być podporo} dla \\ielu w;lhaj
1cych się. I był. Uro- 
dził się w tYln san1yn1 roku co Inój ojciec, ale - ciekawe - nie odczuwałen1 
\\ stosunku do niego żadnych ojcowskich wzruszel1. Nasz kontakt opierał się na 
innych zasadach i choć nie był zbyt częsty - nlin10 iż przcz d\\'a lata pracowaliśn1Y 
\V tej saJ.ncj rcdakcji - wiele lni o nim powicdział. Ale czy 111i powiedział o jego 
poctyckiej duszy? Nie. O tyn1 dowiedzialcn1 się dopiero po opublikowaniu książ- 
ki z wierszall1i. Nie l1ic zaskoczvł lnnie ale zadziwił. Bo \\' tych krótkich zapisach 
, tI' ., 


199
>>>
więcej opowiedział o sobie, niż w prozic. Teraz, kiedy czytan1 "Powiedz to sło- 
wo'\ mogę ogarnąć prawic \\' pell1i jego postać i nazwać jego stosunek do ś\\ ia- 
ta. \Vidzę go nad "'od
l, łowi
lcego ryby, na ulicy Lea częstującego słynną 
"korneló",ką", w redakcji na Kanonicznej zacl1\\1'cającego się opowiadaniall1i Ja- 
na Rybowicza i wahającego się, czy odrzucić prozę znanego pisarza. ZnaliśnlY się 
krótko i właściwie po łebkach - nie należałen1 do grona jego starych przyjaciół - 
ale z jego wierszy wyłania się ktoś n1i bliski i serdeczny. 


Julian [(or1lhauser 


Grzegorz Musiał 


Dziennik z Io\va (XII) 


Sobota 


A u mnie zinla, zima, zima - czerwone kubraczki giló\\ \\ SłOiku, na białyn1 
śniegu. Precyzyjny rysunek konaró\\ \\ wielkim trójkącie okna - spękana krakelu- 
ra nieba, które jest lazurowe, jak w San Diego. Tu nawet ujadal1ie słabiej się nie- 
sie, ginie w jakin1ś echu, rozpływa się w Atlantydzie Przestrzeni. 
Godzinę temu lunch w Sports Clubie z doktorem B., który wrócił z objazdu 
uniwersytetów Florydy i Kaliforl1ii. Okropny mój nietakt, gdy wspon1niałem o czy- 
ichś "kon1pleksach czarnej skóry". Za późno ugryzłen1 się w język. Doktor B. jest 
Żydem, wyjechał z Łodzi w 1970, ale nadal cierpi na niculeczalne "polskie uką- 
szenie": polska prasa z Nowego Jorku, polskie piwo z Chicago, ufi.lndował tcż wła- 
sne stypendium dla łódzkich chirurgów, żeby tu n10gli przyjeżdżać na rok i ćwiczyć 
plastykę t\\'arzy. Ta jego namiętność do P. owocuje wyjątko\\')'m przeczulcnielTI 
(jakże powszechnyn1 u polskich Żydów; Polacy tego nie rozun1iej.} - nazywają to 
"polonofobią", a to jest częściej zawiedziona n1iłość) na te głupio-furn1aÓskic, bcz- 
rozun1ne, zadufane gadaniny, które od czasu do czasu im Polska funduje: np. głu- 
chy na wszelkie finezje występ Plyn1asa a propos klasztoru Karmelitanek w Oświęcin1iu. 
Nie chce mi się tego tematu rozwlekać, ale CZaSel11 n1an1 wrażcnic, żc Polacy za- 
chowują się tak, jakby byli gośćmi we własnym kraju. Jakby każdy "obcy" z "ob 
cymi" obyczajami śmiertelnie zagrażał ich niepewnemu jestcstwu na tcj ziemi; jakby 
to, co mają, było im tylko na jakiś czas \vypożvczone, więc nie ma w nich tej do- 
brodusznej wyrozumiałości pewnego siebie dzicdzica na swych włościach. A ja mu 
nagle o "kon1pleksach Czarnych" - zupełnie zapol11niaws.lY o jego żonic - 111iłej 
i pierwszorzędnego formatu ciemnoskórej da111ic, u której od pierwszej chwili \\'S' ak- 


200 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
że, jak u wielu Murzynów, wyczułem tę niepewność, nieśmiałość, która i we mnie 
tkwi; tę, pokrywaną dezynwolturą "odmienność", którą przyatakowałem, jak wie- 
lu Polaków w Atneryce to czyni, tępiąc, via czarnoskórzy, wszystko, co ich samych, 
w ich białej skórze gnębi. Doktor wlepił we mnie ironiczne oko i nic nie po\\ie- 
dział. Nad sałatką z krabów n1ilczeliśmy chwilę i z płonącymi uszami skubałem 
martwe skorupiaki, aż on podjął temat swoich popijaw z polskin1i Wielkimi Lite- 
ratury, gdy tu przcbywali na Progranlie. I zaczęło się: gejzery ironii! fontanny dow- 
cipu! prysznice szyderst\va - ale intelektualnego, cienkiego, który kłuje, a nie boli. 
Brak złudzeń. Zimny skalepel. Aż widać, jak oczyszcza się powietrze po rzuco- 
nyn1 od niechcenia słowie "gnida!" o kimś, komu inni biją czołem. Jemu, lub je- 
go nie nagannym garniturom i mickiewiczowskiej polszczyźnie. 
Kształcony w Moskwie, gdzie siedział zpaszportyzowany do końca lat 50., wy- 
jeżdżał do Polski jak zn1artwychwstały, ocalony. I wpadł w następne bagno - w pol- 
ską duszną n1ałość, skąd wreszcie aż mu tęskno było do tamtej żydowsko-kaukaskiej, 
bojarsko-rabskiej, wielkopańskiej, nawet \V stalinowskim uścisku, lvioskwy. Jak 
"cudzoziemka" Kuncewiczowej prędko zaczął się dusić w polskiej marynacie i już 
nawet czasem wolałby talnto - kroki na schodach, o których pisał Bułhakow, że 
wzdycha się z ulgą, kicdy skręcają do sąsiada - niż to zatopienie w negatywnej polskiej 
encrgii. Z lvloskwy wyjeżdżał oczyszczony z utopii stalinowskich - do Polski, któ- 
ra dała n1U \V łeb z drugiej strony: utratą hołubionej \v Rosji wiary, że polski an- 
tystaliniznl oczyścił dusze Polaków. Że uczynił ich lepszymi. 


Niedziela 


Dziwny wieczór II dziwnego doktora Osoynika i jego wesołej żony-Austriacz- 
ki, która śn1ieje się o ton za głośno i o sekundę za długo namawia do pysznej "pru- 
nelki a la Iowa", powtarzając to przed każdYlll gościen1. Doktor dyskretnie szefuje 
tutcjszen11I Opus Dei - orgal1izacji apostolst\\'a świeckich, która wyrastając z prze- 
słań E\\ angclii, najbujnicj krze\\-i swą koronę w listach obecności, w wizytówkach 
na welinie z trLen1a tytulan1i naukowyIl1i przed n
lZ\\iskien1 i w \\iecznic uaktualnianym 
spisic telefonó\\. Austriacka dusza doktora (i chłodny błysk niebieskiego oka zza 
szkieł), jego twarda niemiecka angielszczyzna (jaką pewnie tlu1l1aczył w Szkocji 
swe lądowal1ie na spadochronie RudolfHess). Czytanie dzisiejszej Ewangelii - kom- 
paratystycznc, bo przed doktorem, który zasiadł u kominka, piętrzyły się cztery 
ton1Y Pism czterech Apostołów, a także Listy i Dzieje Apostolskie - wszystkie \\ pięk- 
nie polakierowanej scrii. Coś, czego \V Polsce nie n1a: obfitość Pislna w don1u. Pro- 
fesorskic deliberacjc nad Słowem, protestancka dusza w katolickin1 kostiun1ie. A 
minlo to, \\' trzynastu tłull1aczeniach, piętnastu \\'yd.lniach Słowo wciąż iskrzy, od- 
micni.l swc znaczenia, cicnieje lub dosadnieje, otwiera perspektywy, dotychczas 
led\vic przeczuwane, albo nagle zakręca, sztywnieje i zamyka wątpliwosci tan1, gdzie 
je lcnistwo posiało. Siedząc na jasnokawowych kal1.lpach ze skóry, każdy z żółtym 
arkuszem bic7ących 7ajęć i niebieskim - przyszłych spotkan - odliczaliśll1Y kartki, 
którc wsparte o pirall1idę książek, Osoynik przekładał z lewej strony na prawą. Jak 


201
>>>
zaznaczył, interpretację Lekcji przygoto\\)'wał przez cały poprzedni dzień. A tu 
wbiega owczarck collie i szczeka. Potem dzwonek do drzwi i wślizguje się stro- 
piony, nld) fizyk z Polski
 ktory już wcześnicj na różnych wykładach n1i migał. 
Architektowi czesko-l1iell1ieckien1u obok n1nic burczało w brzuchu, dziekan ger- 
manistyki n1iał najchudsze uda
 jakie w życiu widziałem, które co chwila na róż- 
ny sposob krzyżował przed sobą jak szpady. Poten1 wjechał wózek z piwem 
i "prunelkan1i", wszyscy powstali i po trzech "Heill\1ary!" (skora cierpła, gdy to 
\\)'krzykiwali) oraz krotkin1 rachul1ku sun1ienia (złOŻOl1ynl z dwudziestu pytaI1, 
w tYl11 - czy nie zabrałeś czasu swojen1l1 szefowi spóźnienicn1 i czy podnosiłeś s\\'o- 
je kwalifikacje zawodowe) oddaliśmy się luźnym dyskusjom politycznyn1. Oczy- 
wiście, natychn1iast otoczyli mnie BcrliIiskin1 Nlurem, przy czyn1 bystrością górował 
czesko-nien1iccki architekt. "Nie rOLuI11ien1'
, powiedział ntak zwanego zagroże- 
nia nien1ieckiego. Przecież stosul1ki n1iędzynarodowe są na tak c}'wilizowanyn1 eta- 
pie, że każdy kontlikt w Europie n10żna szybko rozwiąz.1Ć drog
l dyplon1atyczną". 
Spytałen1, czy słyszał o Rapallo. Poczciwy potomek chłopów z podsudecia ZaIl1rU- 
gał jasnYll1i rzęsan1i. No to go zapytałem o Ligę Narodów. Też nic wiedział. \Vię( 
dodałen1
 że nieomal to san10, sło\\ o \v słowo co on
 powiedział pięćdziesiąt lat 
ten1U Chamberlain po 110nachiun1. Ale już nlówiłen1 do ściany, bo zniknął l11ię- 
dzy "prunelkall1i". l\loich wynurzel1 o Fauście też l1ie usłyszał. Co po inteligen- 
cji, gd) jest jak dzban bez ucha. 
ie niesie. 


* * * 


Gdy n1ówię 
. . 
ll1aczeJ 
jest tylko o 
słowa. 


* * * 


Ne\\ Directions chce manuskrypt moich wierszy. Nie powien1, żcby anlerykań- 
scy wydawcy wydzierali mnie sobie z rąk. Alc ponicwai: własnych poetów też so- 
bie nie wydzierają, nie przejn1uję się zbytnio. Chciałbym jeno
 aby dla Richarda 
zaowocowała czyn1ś ta nasza dłubanina w tlull1aczeniach, która przez tyle wieczo- 
rów w 1988 i 89 roku tu, \\ lowa City, jeszczc \\' ,,
layt1owerze" i w tej jego zim- 
nej norze na van Buren, łączyła nas, zagrzewała jego przedmiejskie bostońskie serce 
nadzieją na sukces, sukces, sukces... A i mnie łechtała myśl o ładnic się prczentu- 
jącyn1, \\ tle jakiegoś telewizyjncgo wywiadu (od ktÓrych, jeśli wrócę do Kraju, 
naturalnie nie będę n1ógł się opędzić) ton1ie n10ich wierszy, z angielskin1 tytułem 
na grzbiecie. O próżności ukarana! Dla pisarza z Europy Środkowej najkr6ts7a dro- 
ga na l\1adison Avenue wiedzie przez rosyjskie gułagi. Lichy poeta z Mos
\)' \\ięk- 
szą tu robi karierę wygadując przed kamerami o Gorbaczowie, niż Herbcrt ze S\\ 
l 
sokratejską głową. Czytałen1 dziś wiersz Sharon Olds, wielce hołubioncj \\' tea-ro. 


202 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
omacb 1\1anhattanu, o pcnisie Papieża. Inny - o tym, jak ją ojciec gwałci. Już wi- 
dzę jej kumpelki, wydry z Lexington A\'enuc i Village, gdy jej to wydrukował New 
Yorker: "Kochana! jestcś wielka! Ale dołożyłaś \Vat\,kanowi! Teraz dołóż matce! 

iech też cię gwałci, najlepiej 11.1 grobie ojca. To takie, wiesz, archetypiczne." vVięc 
wali następne dzieło o sekretnej miłości matki do owczarka collie. Oni się gubią 
wśród znaków i wśród instrukcji, jak się z nin1i obchodzić. Nawieźli tu tego z Eu- 
ropy, .lle im się po drodze rozsypało. I siedzą z nad kupą znaków, archetypó\v, 
sYll1boli, dłubią w tym z wielką powagą i biorą je, jeden po drugim oglądając pod 
światło, jak śmieciarka butelki, i piszą, piszą, piszą... Gdy jeden ironiczny, stary 
jak Europa wiersz Szybll1orskiej, jeden zakrętas l\liłosza, jedna metafora Herber- 
ta jak różdżka n1istrza wprawia to wszystko w uporządkowan" ruch. Każe służvć. 
J . 


* * * 


\Vracam do mych roz" ażaI1 o Żydach. Tu, w An1eryce, znalazła swój dom wiel- 
ka diaspora narodu, który dopiero od 1948 roku ma swój kraj, swój rząd, swoją 
stolicę. Intryga angielska (już przez polskie babki wiejskie znana pod nazwą "wy- 
bieranie kasztanÓw z ognia cudzYll1i rękami"), niezależnie od intencji, które te- 
mu szbchetnemu pomysłowi przyś\\iecaly, doprowadziła nie tyle do powstania państwa 
Izrael, co du picf\\ szej \\ ojny izraelsko-arabskiej. Ofiary tej wojny połknął piach 
pustyni, ale kosci bieleją nadal i po arabskiej, i po izraelskiej stronie. Jedną z tych 
niewid7ialnych oti.u wojny jest izraelska n1entalność - zadziwiająco przypomina- 
jąC.l 
\\.oim wojcnno-bojowyn1 nastrojen1 ,,\\ obronie'\ "pod sztandarell1" i tak 
dalej, swoin1 n1esjal1istycznyn1 wektoren1 i ron1antyczną zawartością, szwoleżer- 
ską ment.llność Polakó\\. SZlOl110 - I11Ój przyjaciel i pisarz, należący do izraelskiej 
czołówki (podczas t.lIl1tej wojny akurat był poborowyn1) - który w swych nowe- 
lach oŚll1iela siC; przedstawiać bohater.l negatywnego... złe słowo - pesyn1istycz- 
nego dekadenta, intelektualistę przyn1us7anego do "hurraaa!" i bagnetu, zebrał 
za to cięgi od san1ego Gerszona Szolcn1a. Pokazywał mi recezję, w której ów pa- 
pież krytyk6\\" i/raelskich napomina go, iż nic są to "budujące przykłady", że ta- 
ka literatura "nie pOf\\'ic narudo\\ ego ducha", choć z.uazem docenia, chwali. 
Pocieszyłcn1 Szlomę (ładn.l n1i pociecha), że w Polsce przez całe dekady też na- 
ganiano ducha, by "pof)'\\.aP' wc "właściwym kierunku" i że upadek komunizmu 
wcale nic n1usi o.lnaczać, że tacy znów się nie poja\\ią. 
Oni nic r07lIll1ieją z czego powstaje literatura. Z niczego. Z samotnych pokoi, 
z egoi7n1u, k.lprysu, złosci, nudy, ba, małostkowosci pis.uskiego serca, z jego cią- 
głych irytacji, n).ldrażnien żoną, listonos7em, l11lekien1, brakiem piwa w lodowce 
i p.lpierosów \\' pac:tce... Z l11iału, z resztek, ktore potem jeszcze mniejsi tryun1- 
(linie wyciągają przed nos światli \\ pisn1ach 7.1jmuj.}cych się plotką, jako dowód 
na nihilizn1, dekadentyzll1 literatury... Czerpią z tego niezłe dochody... gdy je- 
dyny dochód pis.u/a to zapomnienie, jcdyn.l nagroda - wzmi.u1ka w szeregu na- 
zwisk na Sądzie Boż) n1. Skrzywienie ust ś\\ iętego Piotra: ".lCh, pisarz...)). I tyle. 


) 0 '" 
- :)
>>>
* * * 


Żydzi, Żydzi... moje sny o l1ich, gdy idą, idą, idą. Śnią mi się ogolone pochy- 
lone głowy. Idą, idą, idą, przez sześć tysięcy lat z rabinem na czele, zawodzącym 
jak rabin Weiss w Auschwitz, jak Aston z tej mojej starej, zostawionej w Polsce 
płyty "Syrena Electro", w bieli, \v złocie, owinięci zwojami Tory - jedyną obroną 
przed kulami szwadronu, opowiadającego sobie żarty o ostatniej nocy w burdelu 
i obojętnie szczękającego zamkan1i karabinów. 
Zbyt romantyczne? Pewnie, ale jak rzekłenl, Żydzi też są romantykan1i - któ- 
rzy szczęśliwie przeżyli na kuli ziemskiej tu i tam, i teraz, na Manhattanie, robią 
pieniądze. Zaledwie dwa-trzy pokolenia, po dziesiątkach pokoleń przeganianych 
z kąta \V kąt, dręczonych, palonych... Ot, cała nienawiść. Ot, cała historia. 


* * * 


Cokolwiek złego po\viedzieć o Ameryce, ta jedna prawda zostaje, jasna i pro- 
sta. Diabeł nienawiści - jeden z najpierwszych diabłów piekła, \V którym żyjen1} 
- \\ tyn1 jedynym kraju woła ciszej. Tylko tu wsadzono mu knebel. W Ameryce 
nie ma nienawiści żywej, czy żywiołowej, tego plucia przez ran1ię, zaciętych ust, 
tych strzelających ostrą amunicją oczu, jakie widuje się w Polsce. Jakie widywa- 
łen1 w Niemczech, ba, nawet w zacisznej bogobojnej Austrii czy chlubiącej się opie- 
kuńczym panst\vem Szwecji. Amerykanie wstydzą się nienawiści - tyle osiągnęli 
w postępie, w który tak bardzo wierzą. Mało? Mało. Dużo? Bardzo wiele. 


, 
Sroda 


Dziś wykład dla studentów Petera Nazareth'a, męża Mary. Przerabiali In the 
Western Eyes Conrada i chcą więcej, od kogoś "stan1tąd". Więc zerwałem się sko- 
ro świt i pomknąłem do biblioteki uniwersyteckiej przypomnieć sobie in1iona bo- 
haterów. Wstyd, pisarzu, Polaku, patrioto! Nie pamiętać, co mówił Lord Jin1? Jak 
się nazywa... hm, znowu zapon1niałen1, Razumow? 
Przez czterdzieści pięć minut opowiedziałem im całą historię Rosji... Bazylow! 
Gdzie t\voja "Historia Rosji" w dwóch tomach?! Odpowiedź: tan1, gdzie zosta- 
wiłeś swą pamięć. Swe książki, siebie. W Polsce, czyli tan1, gdzie został t\vój mózg 
i serce. Tu tylko porusza się t\vój kadłub, gorzej lub lepiej odżywiony. Ubrany. 
Chwalony lub ganiony, oplotkowany lub nie. Już nie jesteś, kiciuś, chłopcem bie- 
gającym z kromką chleba z cukren1, twój ojciec nie leży już w swym gabinecie na 
kanapie, \v popołudniowej pół drzemce, pół rozmyślaniu o losach świata. Komu- 
nistów też już nie ma, zwinęli swój diabelski majdan - widły, sztuczne kopyta, pla- 
stikowe rogi i poszli mieszać gdzie indziej, przynajmniej w tyn1 pokoleniu, albowicm 
musi być między dobrem i złem, jak uczyli Apostołowie, boska równowaga... Jak 
im to wszystko opowiedzieć: to pulsujące, bolesne, czerwone od żalu za przeszłym, 
czerwone od lęku przed powrotem... do czego? Do płonących domów... wciąż 


204 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
mi się to śni... jak żydowskie ogolone głowy. A przecież nie widziałen1 pożaru 
wojny, najwyżej jak don1 palił się w sąsiedzt\vie i żagwie spadały na chodnik, 
z trzaskiem rozpryskując iskry i kawałki zwęglonego drzewa na moje buty i na bu- 
ty chłopaka stojącego obok. Co pamiętam? Jego włosy, nocą, jasne, rozwiane od 
wiatru, który jak na złość dął wzdłuż ulicy, \V kierunku mojej kamienicy, gdzie ma- 
Ina leżała chora, odmawiając różaniec - bo pobiegłem do pożaru, który nagle no- 
cą rozjaśnił nicbo w oknie nad jej głową; n1yślała, że już płonę - i gdzie stoją ciężkie 
renesansowe n1eble mego dziadka. Gdybym nawet próbował je ratować, prędzej 
przygniotłyby mnie na schodach, niż dały się wynieść na ulicę. Ten chłopak był 
kiedyś moin1 przyjacielem, dotykałem jego włosów i zaczerwienionej od innego 
żaru t\varzy. Poznał mnie, obrócił się i uśn1iechnął, pokazując puste miejsce po 
zębach na san1ym przedzie. Diabeł, diabeł, ujrzałem diabła w nocy! "I uciekłen1 
krzycząc" , chciałoby się powiedzieć. Nie, ja dalej stałem, iskry sypały się na drze- 
wa i asfalt, zostawiając \v nim małe, gotujące się przez chwilę jamki. Polska, Pol- 
ska, chleb z cukrem, matka, jej pościel pachnąca walerianą, gdy na dobranoc 
zbliżałen1 do poduszki swą t\varz, zanim poczułem jej policzek obok mojego 
i znak krzyża kreślony mi na czole. Biedna mała. Sparaliżowana. Dwa razy nieży- 
wa, dwa razy wywleczona z otchłani krzykien1 siostry, modlitwą, łzami drugiej, 
bieganiną brata od lekarza do lekarza, telegran1en1 przysłanyn1 mi do \Varszawy, 
gdy zerwałem się z tapczanu Marcina zanim listonosz zadzwonił, już wiedząc, co 
tan1 jest napisane na skrawku papieru, jak wyrok na ścianie... Czas, czas, koło, któ- 
re nami obraca jak Tantalem. Ręce n1amy przywązane do koła i tylko włosy nam 
na czoło spadają... Jak im opowiedzieć o Conradzie? O bólu? O mądrości czasu 
i jego potworncj głupocie? Że wraca, wraca, wraca, jakby wciąż coś zostawił. 
Nicee, moi kochani. Zamiast tego urządziłem całkiem protesjonalny wykład o roz- 
padzie Kościoła na Rzyn1 i na Bizancjum, a krótko scharakteryzowawszy oba, ją- 
łem o Iwanie Groźnyn1 - jak to na wschodnie poczucie zależności jednostki od 
masy, przeciwstawione zachodniej odpowiedzialności tylko przed sobą, lub jeśli 
kto woli, wedle Ton1asza z Akwinu, przed boską cząstką w sobie - nałożono "Su- 
perpower" (podobało im się, jak Superman) władzy carskiej wymieszanej z "bo- 
ską". Potem Piotr \Vielki, Katarzyna - mniej \Vielka, zresztą Druga... Boże n1ój, 
gadałen1, gadałen1, kreda mi się łan1ała: Bakunin, Kropotkin, "Katechizn1 Anar- 
chist) ", Stawrogin... Mieli przed sobą studnię wiedzy, górę kompetencji... jedna 
mała, czarna, naprzeciw l11l1ie notowała jak oszalała. Papier jej się darł pod długo- 
pisem, długopis rył \\' papierze przenosząc \Viedzę -niestety, nie do jej głowy. Po 
wykładzie podeszła zaogniona: "przepraszam, jedno pytanie. To, co pan n1ówił, 
to było przed kOlnunizn1en1 \V Rosji, czy teraz?". 
Gorbaczow! Gorbaczow! Z poczucien1 klęski, jak z łóżka kobiety, która za wiele 
żądała, wyszedłen1 z wykładu pt. W oczach Zachodu. Jak każdy pisarz, Conrad był 
na jedno oko ślepy (nic dosłownie, nie! moja pracowita studentko z pierwszego rzę- 
du) \\ięc nie przyszło n1U do głowy to, co dopowiedział za niego Gon1browicz. Im 
mądrzej, t)'m głupiej. A.tner"ka to to dnlgic - samo ghlpie. Po co się męczyć i przez 
sLeść tysięcy lat brnąć ku głupocic pr7ez n1ądrość, lub odwrotnie. 110żna na skróty. 


205
>>>
* * * 


0lbrzyn1ia potęga An1eryki
 jej pieniądze, systen1 informacji, mózgi, ludzi zaprzę- 
gnięto do jednego zadania: odwrócić czas, aby biegł jak dziccko w ogrodzie, pod 
dyktando n1anlY. Aby obrócić lokon10tywę na torach, potrzeba siły mięśni, lecz by 
odwrócić czas wyst..uczy trochę demagogii, pÓłprawdy, oddarcia słów od znaczen, 
rozp
lsanego kultu młodości z tego konsekwencjall1i, zastąpienia kultu pra\Vd
T - 
kulten1 n1ięśni i sukcesu
 a wsz
Tstko napędzić rzeką f()sy, któr
l płynie od banku do 
banku, przez internet y, kina i telewizje, przc/; łan1) prasy, wcieka do głow, napy- 
cha je sieczką, magmą
 zapon1nienien1. I \\' ten sposób rodziluy się na nowo - z przc- 
szczepionYIl1i bYCZYll1i j
ldrami, z cyckami \\)'pchanytl1i 
ilikonell1, w niezniszczalncj 
sukieneczce Barbie, ze skróten1 podstawowych wiadomości \\' t}'n1 ostatnin1 już za- 
kan1arku mózgu, służącego niegdyś do 111yślenia, którego jeszcze nie zalały kolo- 
rowe spreje Estee Lauder i mascczki wiecznej 111łudości z przemielonych płodów. 
Jedno gardło
 które n1ądrze gada, zastąpiono - jak wypisz \\')'ll1aluj \\' komunizmie 
- zbiorowyn1 gardłem tłumu, z którego wydobywa się już tylko bełkot. ,,\Vięccj, 
więcej!" - oto diabelskie przesłanie 
\meryki (za Deln10re'111 Schwartzen1). Tysią- 
ce lat pracy mózgów, Arystoteles, Ton1asz z Akwinu, Pascal, o tyle są przydatni, 
o ile 1110gliby napędzić nowe technologie, poza t}Tm - do luftu. Europa błądzi, sko- 
ro w samym dwudziest}'n1 stuleciu wydała. aż dwie potworne wojny. Dopiero dziel- 
ni an1erykaIiscychłopcy, porzuci\\'szy s\\"e bary i bawialnie, 111usieli Europcr uspokoić. 
I sami widzicie, kto n1a rację. Europejski nihilizn1 przysłużył się Z\\')'CięSt\\Ll A.tl1e- 
ryki w XX: wieku tak samo, jak jeden rozpij
lCzony wujaszek w rOli7inie potrafi spro- 
wadzić l1a n1anowce całe n1łode pokolenie. \Vsparta Paryżell1 Ameryka do reszty 
postradała rozun1. Łacina - precz ze szkół! Religia - won. Geografia - out. Histo- 
ria - niepotrzebne. Języki? Po co. Do kon1putera \\")'starc7Y angielski (ameryka6- 
ski). Elvis Presley - nieprawdopodobnie skuteczny instrument dziecięcego podboju 
ś" iata \\ latach 50. l\larilyn Alonroe i jej sławna sukicnka rozwiana nad ulicznym 
rusztem - to san10. Jeszcze w czasie II wojny Ginger Rogers i Frcd 
\staire \\ ięcej 
zrobili dla zwycięst\\"a all1erykańskich n1arines
 niż wspieraj.}ce je eskadry bOll1ho- 
we. Ludzie chcą się śn1iać i "nie n1ieć probleł11ó\\ 
, - a \\ tedy, puściwszy im gło- 
śno, jak najgłośniej tę muzyczkę, n10żna spokojnie okraść cały dom. 


* * * 


\Vieczoren1 - Jeanette z tą swoją podejrzaną przyjaciółką. I Gerald Stcrn, ktc'- 
remu przywiozłen1 na płycie z Polski "J\liasteczko Bel7". J ak kot lMjpierw obwą- 
chał kąty - lubię gości, ktorzy już po chwili 1110SZCZą się jak u sicbic, za piecc111. 
Jeanette jak zawsze trochę nieobecna, trochę znarkotyzowana, w clarnyn1 aksa- 
mitnym garnku z lat 20., upodabniającYll1 ją do Virginii \Voolf Jej gnlba ciem- 
noskóra towarzyszka z Pakistanu wodziła za nią czujnyn1 okicn1, gdy obchodzili 
studio. J erry, którego ojciec pochodził z Białcgostoku, 
piewał \\ jidys:I niemiel- 
kiego walczyka o kapeluszu, którv ma "drei ccke", trzy rogi. Jak di
lbd \\ trojgra- 


206 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
niastyn1 chapeau - 111onologował Jerry - Niemcy w pludrach, Nien1C)' w zbrojach, 
Nicn1CY w sklepikach, Niemcy żytni, praktyczni, wydajni, masowi i dosłowni... osiem- 
dziesiąt nulionów serc oddanych bez reszty Faustowi i Nicmieckiej Sprawic po- 
łknie Europę, potem Amerykę... - śpi cwał Jerry - aż jak Hitler, którenUl 
ię nie 
udało, weźmie się za Azję. 
- O naiwni niebczpieczni Amerykanie! - wrzeszczał Jerry, chyba sobie \vypili 
po drodze - czy zdążycie, czy zdążycie stworzyć sobie ten raj na zien1i? O głupia 
Kalifornio, o szorty w kolorach landrynek, o płatki kukurydziane i han1burgery, 
o czapeczki do baseballa i aparaciki do puszczania baniek za dolara! Ja widzę, ach 
widzę stertę niepotrzebnego, radosnego luksusu, do której czerwonogęby, czka- 
jący, ni to żołdak ni dziecię, przykłada lont. 


* * * 


Odrzuciwszy za trudn.} rzeczywistość rzeczywistą, Ameryka wprowadza łatwiej- 
sz.} rzeczywistość zmyśloną. To ona staje się rzeczywista, a rzeczywista - wymy- 
śloną. \Vszelkie środki, jakimi dysponuje Ameryka, zatrudnione są w tej manipulacji. 
A przede wszystkin1 rozrywka. Ludzic chcą się śmiać, zmusiwszy ich do śn1iechu 
sprawisz, że zgodzą się na wszystko. Terror śmiechu, żartu, życia na niby i na we- 
soło jest jedną z tutejszych dolegliwości. Śn1iej się, wszystko jest nieprawdziwe. 
Disncyland. Śmierci nie ma. Ludzic nie chorują. Kurwy tak naprawdę noszą w ser- 
cu szczere złoto. Pedał" chcą mieć dzieci ze sobą, więc im to umożliwimy. Prze- 
. . 
cież n10gą być dobrymi n1atkall1i. Bóg nas wszystkich sterroryzował... Krzyż to 
tylko dwa skrzyżowane patyki. Odrzeczywistnianie, odrzeczy\\istnial1ie - to pierw- 
szy plan tcj n10nstrualnej, rosnącej jak gigantyczny cycek z silikonu niby-rzeczy- 
wistości. Drugi, bardzicj konkretny - byznes. Zrobiwszy z ludzi nałogowców 
odrealnicnia, trzeba im \\ciąż dostarczać tej używki. Na nikim tak się nie zarabia, 
jak na arn1ii odurniałych bab w supcrIl1arkctach. Pieniądz i pisma kobiece - dwa 
Bogi, które an1erykallskicj magmit: dają punkt odniesienia i tożsan10ść. 
A trzcci plan? Myśl. l\Iózgi pracujące dnien1 i nocą nad wynajdowanien1 szyb- 
szych, szybszych, \\)"dajnicjszych i wydajnicjszych technologii.l\Iózgi wykupione 
z Niell1icc, Rosji, Izraela, opłacane lepiej, niż gdziekolwiek na świecie. Zatnldnia- 
ne by p0l11naŻaĆ, pOn111aŻaĆ, pOll1l1aŻać. Zastanawia słabość tej siły. Nie może sa- 
mej sicbic prześcignąć w jakości - przechodzi sicbic w ilości. Alc ilość n1a swe granice 
policzalnc, wyn1ierzalne. San10chody nie n10gą już być większe. Cycki nie mog.} 
już być n1leczniejsze, penisy już lue mogą być tęższe, bo byś nie n1ógł chodzić. 
Samochód już prawie odrywa się od szosy. Cyckien1, gdyby obrócić się z nienac- 
ka, można wybic oko. Penisen1 przebiłbyś deskę sosnow..} jak pociskiell1 dllIl1-dum 
(choc A.tneryka boi się pcnisa; protestancko-purytallska telewizja wszystko poka- 
że na ekranie, tylko nic męski członek. Chybaby te p
lnie "Lan1icszkujące małe brą- 
zowe domki i przcz całe życie głosującc na Roosevelta", jak pisze Ginsberg, 
natychmiast odwołały swój telcwizyjny abolun1cnt). 


207
>>>
Swoją drogą - tetysz mężczyzny. Ciała. Siły. Władzy. Skuteczności. Szybkości. 
Zręczności. \Vytrzyn1ałości. ,,\Vszyscy An1erykanie to kryptoholl1oseksualiści", 
twierdzi Richard. 
Dlatego tak się tego boją. 


Czwartek 



Iądra, przystojna twarz Randalia Jarrella patrzy na 111nie z jego Collected Poems. 
Nie wytrzymał. 
Deln10re Schwartz - to san10. 
John Berryman - to sanlO. 
Sykia Plath - to san1o. 
J an1es Wright - pijak. 
O'Hara - nie wiadomo. Bardzo tajen1nicza śn1ierć pod kołan1i san10chodu na 
Fiery Island, gdzie nie ,,'olno "jeżdżać samuchodom. 
Elisabeth Bishop - pijaczka. 
Ameryka jak Kronos pożera własne dzieci. 
Najlepsi poeci Ameryki giną pod jej kołami. 


* * * 


o czym oni bredzą. 
Czy nie widzą? 
Że - co? Że 
- dusza? 
Umiera? 


* * * 


Co ich obchodzi dusza, pardon. Z nią n10żna jak z Bogiem, pozamieniac nu- 
merki do szatni i już. Bóg jest carem. Car jest Hitleren1. Hitler jest Bogiem. Bóg 
jest proszkiem do polerowania klozetu. \Vszystko na b. Lub na d. Jak dupa. Lub 
na p. Jak money. 


* * * 


Piękne, do uścisku, t\varze amerykańskich mężczyzn. Nicogolonc lub go. Peł- 
ne witan1in, czułej zwierzęcości, nawet zn1arszczki u czterdzicstolatków \\)'bru.i- 
dżone są dłutem - nie zmęczeniem, jak we Wschodniej Europie, nie rezygnacją, 
jak w kolejkach po. Ich mocne, najczęściej dość krótkic nogi w rurkach dźinsów, 
w ucieczce przed san10chodem policji, na tle neonów obijających się w n10krym 
asfalcie. Białe podkoszulki opinają opalony tors. Ich włosy na piersiach i na no- 
gach. Ich bicepsy, chętne służyć tak dobrej, jak i złej sprawie. 


208 K W A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
A gdzieś w tle - ich kobiety, kotki, małe lwice, tygrysice oswojone pudrami Es- 
tee Lauder, szamponami Finesse, kremami Pond... Bezmyślne, włosowe, rozpusz- 
czonosyte, też cielesno-odbytnicze, wciąż w restauracjach, w brylantach, w świetle 
świec i srebrnej zastawy prężące ciało, naprzeciw garnituru, krawata, półuśmiechu 
Toma Selicka albo de Niro - służebnice męskości, tło wdzięczne i aksamitne dla 
ciosu owłosioną pięścią w zęby, w brzuch, kopa tenisówkami w podbrzusze, re- 
wolweru, który muskularne ramię wyjmie z tylnej kieszeni dżinsów i zastrzeli dru- 
gie ciało. Tylko ciało. Ciało. 


* * * 


Ciało ludzkie, jak wór mięsa podrzucane smochodami w pościgu, miażdżone 
w walce o dobrą, zawsze dobrą sprawę (w Ameryce Supermanów nie może być 
złej), dziurawione kulami, jak dziecko nożyczkami dziurawi lalkę. Tymczasem po 
drugiej stronie tego dwójmyślenia, tej obłudy, ich histeria kosmetyczno-cielesna. 
Zatrzymać czas! Odwrócić czas! Jogging, fitness, cholesterol, anty-nikotyna, ma- 
seczki, witaminy, ich obsesja dietetyczna i zdrowotne fobie. Ciało, ciało. Nieśmier- 
telne młode ciało w słońcu Kalifornii, na desce \\'śród fal, na Hawajach. 
W Kalifornii Andrzej Ch. natychmiast przebrał mnie w kolorowe szorty i cza- 
peczkę oraz koszulkę z napisem "Palm Beach", dzięki czemu swobodnie, bez pasz- 
portu przekroczyłem granicę do Meksyku. A dwa tygodnie później, gdy tak ubrany 
wysiadłem na Manhattanie - Reniek złapał się za głowę. Jak ty wyglądasz! te kolo- 
ry! Tu czernie, tylko czernie, jak w Paryżu w latach 50. A potem Santa Fe i brązy, 
tylko brązy, zgniłe zielenie i sepie (pouczała mnie elegantka Renee) - więc w końcu 
coraz bardziej czułem się w Ameryce jak w całkiem niezłej, dekadenckiej Europie. 
\V Paryżu, gdzie też ta S\\oboda pozorna, ten luz "ymuszony, ten system znakow, 
kolorów, niby w koropracji dziewiętnastowiecznej w Okstordzie lub Heidelbergu. 
Stamtąd to przywieźli - razem z Biblią, kiłą i Szekspirem dla analfabetów. 


* * * 


Miażdżą mi mózg trzydziestoma sześcioma kanałami 
telewizji kablowej. 
Śmieją się i miażdżą. 
Miażdżą i się śmiej.}. 
Mózg. 
Mój. 
Zwolna się do tego 
przyzwyczaja. 
Zwolna 
zaczyna to lubić. 


GrzelTorz Uusiał 

 


209
>>>
Leszek Szaruga 


Tym czasem (10) 


76 


\Vypisuje - podczas lcktury pospiesznej, noblowskiej książki Małgorzaty Bara- 
nowskiej (pisanej z pOl110Cą Janiny Szwedowskiej) o SZYlnborskicj - fragn1ent 
\\ iersza, dwa zdania, które być n10że będą kiedyś.. za wielc lat, paradok
en1: 


Doszło do t(IJO, że siedzę pod drzewem, 
na brzegu rzeki, 
JV słoneczny poranek. 
Jest to zdarzenie błahe, 
I do historii nie wejdzie. 


Już jakby troszeczkę do historii weszło, n1yśli, tak odrobinkę, przynajn1niej do 
historii literatury. Być n10że to "błahe" zdarzenie wpłynęło na decyzję przyzna- 
nia Szymborskiej owej nagrudy. Być n10że któl1ś członck kon1itetu przeczytał tę 
właśnie strofę, te dwa zdania i bvć n10że te właśnie dwa zdania zadecrdowah' o tvm, 
.. . 0/.. 
że zaczął przekonywać innych członków kOll1itetu o wadze tej poezji. I tu już tro- 
chę historii wypełnia owo zdarzenie. A być lnoże.. dodał, to dopiero początek. 
T ak prawdę n1ówiąc, zauważył, Szymborska się tu bawi, gdyż ona wie dobrze, 
że wszystko, co się wydarzyło, już weszło do historii, nawet to siedzenie pod- 
miotki lirycznej pod drzewem weszło do historii, gdyż zostało napisane, a co na- 
pisane, już jest historie} nawet \\ tedy, gdy się nie \\ ydarzyło. To siedzenie pod drzewem, 
na brzegu rzeki (czy Heraklit siedział pod drze\\ cm na brzegu rzeki?), a n10LC 
nie pod drzewem tylko po prostu na brzegu rzeki, jak w tytule tomu !\.liłosza ..,Na 
brzegu rzeki"', okazuje się nic tak znów "błahe'''. 
Ale to jeszcze nie wszystko, kontynuował swą myśl, bo być może tcn wicrsz, 
\\ którym zdarza się to siedzenie na brzegu rzeki, a będzie się zdarzać tak dłu- 
go, jak długo ktoś będzie to czytał, zatcm n10że ten wiersz, zamykający, jak każ- 
dy \\'iersz, jakąś tajemnicę, nagle kiedyś tę tajemnicę, odrobinę owej tajemnicy, 
nie całą, odsłoni i ujawni coś, co jest skryte, a co jest bardzo, bardzo dla historii 
ważne. I \\'ówczas to sicdzenie pod drzewem na brzegu rLeki, to właśnie siedze- 
nie, na brzegu tej właśnie rzeki, rzcki nie nazwanej po imieniu (może to Rubi- 
kon?, może 
iemen?, n10że \Visła? , a możc nawet Leta?) stanie się \\)'darzeniem 
historycznym. 
Lecz przecież, zauważył, te wydarzcnia historyczne też są błahe, błahc jcst 
wszystko, przemijające, za chwilę tego nie będ7ic, nic będzie dr7cwa, nie będzie 


210 K \V A R T A L N I K lA R T/ Y S T ¥ C Z N Y
>>>
rzeki, która się zmieni, przcsunie swe koryto, zapadnie się pod ziemię, wyschnie, 
zaś język, \v którym to zapisano, stanie się mart\vym językiem, jak łacina... 


77 


Otrzymał datowany 31 października 1996 roku numer "Gazety Lwowskiej", 
założonej w roku 1811, w tej chwili wznowiono jej \vydawanie po przerwie \\ la- 
tach 1944 - 1990, a oznacza to, że \\ydawano ją zarówno podczas okupacji so- 
wieckiej i niemieckiej w latach 1939 -1944, później Lwów stał się częścią Sowietó\v, 
dziś jest miastem wolnej Ukrainy. Numer w większości poświęcony pierwszemu 
Festiwalowi Kultury Polskiej na Ukrainie. Odnalazł \\' nim m.in. \\Y'viad pro£ Krzysz- 
tofa Dybciaka z KUL-u, w którym zarówno uczony, jak prowadząca z nim roz- 
mowę redaktor naczelna" Gazety" ubolewają nad rezerwą l\1iłosza w stosunku do 
patriotyzmu, i nad jego wypowiedziami w tej kwestii, które, jak st\\'ierdza Dyb- 
ciak, "są jakby rażące dla Polaków, raniące, a dotyczące przecież polskości, pol- 
skiej historii najnowszej, katolicyzmu polskiego, którego nie docenia, lekceważy, 
pomija w swojej t\vórczości". Uczony kontynuuje: "Cenię go jako artystę, jako 
mistrza, natomiast myślicielem nie jest najlepszym, im bliżej ostatnich lat, tym wię- 
cej rzeczy takich, no... np...: jego zrozumienie sarmatyzmu jest zupełnie anachro- 
niczne. Dzisiaj już od studentów pierwszych lat studiów wymaga się zrozumienia 
sarn1atyzmu jako wielkiej fOfl11acji kulturo,vej. Owszem, były\\tedywady, ale przede 
wszystkim ogromne zalety. To nadawało oryginalność polskiej kulturze. Nieste- 
ty, Miłosz, jako intelektualista, jako en1igrant, ma stosunek do polskiego sarma- 
tyzn1u podobny jak w szkole... komunistycznej. Jest to zaskakujące". 
Bo Polska wszak wielką jest, pomyślał, tak wielką, że polska kultura nie musi się 
czuć odpowiedzialna za polską historię. Oryginalność sarn1atyzmu polegała w koń- 
cu i (ten spójnik ma znacznie, lecz trudno go zapisać rozstrzelonym drukiem!) na 
tyn1, pomyślał, że zniszczyła zdolność samoobrony. Pisał l\1iłosz o słabości pol- 
szczyzny, o tyll1, że wynikieln braku zmysłu forn1Y w języku może być upadek po- 
lityczny, zastanawiał się nad tyn1, czy taka współzależność istnieje. Dla Dybciaka 
nie istnieje, dla Dybciaka wszystko istnieje osobno, dla Dybciaka istnieje osobno 
naród, osobno paI1st\\'o, osobno historia, osobno kultura - nic się nie łączy z so- 
bą, nie ma na siebie wpl)'\vu. Dobrze, pon1yslał, że jednak nie uczyli 111nie inte- 
1ektualności pokroju Dybciaka, lecz także elnigranci, którzy z oddali widzą trochę 
więcej. I - dodał - odszczepieńcy \\ rodzaju Stanisława Brzozowskiego. 
Można założyć, dorzucił, że piszący w 1785 roku komedię "Sarmaci" Franci- 
szek Zabłocki raczej nauk w szkole... kon1unistycznej nie pobierał, a n1imo to prze- 
cież "wielka forn1acja kulturowa" kojarzyła mu się niedobrze, zapewne z powodu 
apatrzenia w ohydne, libertyńskie, oświeceniowe wzorce francuskie. 
Zaś co do polskiego katolicyzn1u, pomyślał, to wolę katolicyzl11 bez przymio- 
tow narodo\\ych. Katolicki znaczy powszechny, czego niektórzy Polacy nie po- 
trafią się nauczyć nawet wówczas, gdy przywdziewaj.} togi profesorskie. To oni 
właśnic t\\'orzą cmigral1tÓ\\T \\1 ganiając z kraju Fratrcs Poloni, właśnie w dobie tak 


211
>>>
ukochanego przez profesora sarmatyzmu. Wygnani założyli ośrodek pron1ieniu- 
jącej n1yśli w Niderlandach, wpływając l1awet na tezy "Listu o tolerancji" Locke'a. 
List ten do Dybciaka jeszcze nie dotarł, 
l szkoda. 


78 


Zajrzał do słownika Doroszewskiego, by sprawdzić znaczcnie słowa "kaduk", gdy 
nagle wypadł spomiędzy kart książki egzen1plarz siódn1ego numeru tygodnika 
"Opornik" datowany 22 n1arca 1982 roku (ile jeszcze podobnych papierów po- 
wtykanych w różne zakamarki zdoła odnaleźć?; niedawno \V jedncj z książek wy- 
krył parę tysięcy złotych z kasy redakcji "Pulsu", dziś pieniądze bez wartości, 
da\\ruej połowa niezłej pensji). \V środku artykuł podpisany "zyx" - zajrzał do "Sło\v- 
nika pseudonimó\\ " i odczytał: \Vojciech GiełżYI1ski - a zatytułowany "Zarys na- 
rodo,,-ej sytuacji", w któryn1 uwagę dziś zwraca pewien fragn1encik: "Prawda: 
Powstanie \Varszawskie było totalną i bezużyteczną klęską (przynajmniej w doraź- 
nyn1 rozliczeniu historycznym) postawy ron1ant)'cznej, lecz nauka historii nie wy- 
powiedziała jeszcze ostatniego zdania, w jakiiTI stopniu tragedia ta wynikła z błędów 
dowódców Polski Podziell1nej, a w jakim z planowej prowokacji Stalina. (Nie zga- 
dzamy się w tym miejscu z autoren1. Sądzin1Y, że właśnie Powstaniu \Varszawskie- 
n1U zawdzięczan1Y, że Polska nie jest 17-tą republiką ZSRR - redakcja)". Jakby 
przedłużeniem tej refleksji w nawiasie są słowa Stefana Kiesielewskiego, zanotowa- 
ne w 1975 roku na temat Powstania: "Pokazało ono, iż jest tu spoleczeńst\\"o, któ- 
re w odpowiednich wanlnkach psychologicznych gotowe jest poświęcić swoją 
stolicę, wszystko, co materialne, i bic się do ostatka, do śn1ierci. Rosjanie dobrze 
to zapamiętali i boją się tego ludu, tak jak bać się można gotowego na wszystku 
wariata. Tu pułkownik Rzepecki n1a rację - oczywiście, usprawiedliwia Powstanie, 
ale coś w tym na pewno jest. Duża cena była zapłacona, jednak rezultaty trwają". 
Pomyślał, że właściwie większość tych, którzy w Powstaniu brali udział, zgadza 
się dziś co do tego, że było ono politycznym błędcm, wojsko\\)"m nonsensem, lecz 
tylko niewielu z nich zdaje sobie sprawę z faktu, jak na następne generacje od- 
działywała legenda tego zrywu. Oddziaływała zresztą różnie. Warto może, pon1Y- 
ślał, przypomnieć ret1eksje dość haniebne, jakie na temat Powstania zapisywał 
przed laty w eseju "Próba sensu" Krzysztof Gąsiorowski (tak nawiasen1 n1ó" iąc, 
dodał, poeta skazany dziś, jak wielu innych jego kolegów, na nieistnienie przez 
swój komuszy i poplątany życiorys): "Powstanie \Varszawskie, ta ostatnia figura 
czarnego poloneza, który od półtora wieku gubił najwartościowSLą młodzież pol- 
ską, ledwie tylko zdążyła podrosnąć; ta ostatnia figura czarnego poloneza n1iała 
zbyt wielką cenę, abym bez dostrzegania jej konsekwcncji ostatecznych mógł wli- 
czać ją w kształt mojej pamięci. (...) I właśnie w chwili takiej niezgody zdcrzyłem 
się z problelTIem Powstania najokrutniej. Uprzytomniłem sobie, że cena krwi, j
l- 
ką za nie zapłaciliśmy, była najmnicjszą z możliwych. Była najmnicjszą ceną łez za 
Polskę dzisiejszą. \V konkretnyn1 układzic politycznym lat czterdziestych, wobec 
wszystkich nawyków, które wbudowała w nas nasza historia - nieuchronna kata- 


212 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
strofa polityczna i militarna Powstania Warszawskiego była najmniej
zą ceną za 
nieuchronną rewolucję socjalistyczną w n10im kraju". To oczywiście, wymaga 
dziś przekładu na polski i osadzenia w ówczesnym stylll myślenia ludzi do Gąsio- 
rowskiego podobnych, tych więc, którzy pochwycenie Polski w sferę półokupacji 
sowieckiej traktowali jako oczywistość, zaś narzucony system jako wypełnienie ma- 
rzeń o "postępie społecznym". W tym kontekście cytowane słowa oznaczają tyle 
tylko: dobrze się stało, że w Powstaniu wyginęli przeciwnicy Sowietów, gdyż gdy- 
by to nie nastąpiło, to w czasie instalowania komunizmu w Polsce ci właśnie mło- 
dzi ludzie, których śmierć była wedle Gąsiorowskiego "najmniejszą ceną łez" za 
Polskę komunistyczną (akceptowaną przez autora), byliby ośrodkien1 oporu wo- 
bec okupantów, a to kosztowałoby pewnie jeszcze więcej. I tak by było, choć w tej 
sprawie - dodał - pewnyn1 być niczego nie ITIOŻna, zwłaszcza gdy się zna życio- 
rysy niektórych przedstawicieli ruchu oporu (choćby Kazimierza Koźniewskiego 
czy Romana Bratnego), którzy bez specjalnych oporów porzucili swe niegdysiej- 
sze ideały, by z komunistami współpracować. Czy taki na przykład Trzebiński nie 
poszedłby drogą Borowskiego: kto wie? 
I wreszcie zastanowił się nad własną postawą wobec Powstania: byłem - wspo- 
mniał - \\1'chowany przez matkę, która w Powstaniu brała udział i która uważała 
je za idiotyzn1, niemniej przecież właśnie z nią się kłóciłem o owe długofalowe, 
niewyn1ierne efekty tego zrywu, te właśnie, które stanowiły o opozycyjnej drodze 
moich rówieśników 
 ich zgodzie na ryzyko, co w koncli pozwoliło wielu wyrwać 
się ze stylu myślenia reprezentowanego przez Gąsiorowskiego et consortes, tego 
więc stylu, któl) .był nam l11niej i (UB) bardziej zręcznie wpajany. Ten styl myśle- 
nia politycznego nosi kryptonim Realpolitik. 


79 


Czyta prasę hlChową i parfachową. Hununistyczną. Czyta, bo musi. Stara się 
utrzymać na powierzchni. Śledzi nowe trendy i mody. Jedni derridzą, inni deleu- 
zeują. (Notuje naprędce temat doktoratu: Eco jako wstęp do ecologii). Postmo- 
dernizll1 i ponowoczesność. I nagle natrafia na ,
postponowoczesność". (\VymyśIa 
szybko: neopostponowoczesność - dwa pokolenia dalej!). SublTIodernizm! Kon- 
tra, rekontra, subkontra. Pas! Pas! Pas! 
Lcży bez jednej. Zastanawia się dlaczego. \Vie już: zabrakło w tyn1 czegoś ludz- 
kiego. To już tylko n1echanicznie nakręcająca się spirala terminów i definicji, świat 
uczniów czarnoksiężnika. Kto jest czarnoksic;żnikiem? Nietzsche? Kierkegaard? 
lo- 
że wcześniej: Blake? 
Zastanawia się, do jakiej szkoły należy. 
Przypon1ina mu siC; stary dowcip. Biorą górala do wojska. Imię, nazwisko itd. 
Wreszcie pytanie: Kawaler? - Niiii... Kolejne pytanie: żonaty? - 
iiii... 
astępne: 
rozwodnik? - Niii... Jeszcze jedno: wdowiec? - Niiii... \Vrzask: no to co do ja- 

nej cholery?! - A tak chadze sobie i dupce... 
No właśnie, pomyślał, tak najlepiej. Tylko, dodał, jak do tcgo porobić przypisy? 


213
>>>
80 


Z ton1U Ryszarda 
'nickiego "Magnetyczny punkt" przepisuje ut\vór zamy- 
kająC) zbiór: 
stuk - puk 


(przez sen, 
30 VI / l VII 1992) 


filC 
ości 
nie ma 
ale coś 


ć 


n1a 


być 


\Viersz? Zapis (poetycki)? Coś się - stuk - puk - dobija. Co się dobija? Cość. 
Tymczasen1 nicość została rozebrana do ości. Stuk - puk podąża ślepiec prze ciem- 
ność, błądzi. Nicość nicest\\'ieje. Coś-ć - coś dla ciebie, coś tobie, coś ci - nla być. 
Nie ma być nicości. 
la być cość. \V bezokoliczniku: być. Ciąg samogłosek: i-o- 
i-e-a-a-o-a-y. Ciąg spółgłosek: n-ś-c-n-m-I-ś-ć-m-b-ć. Notatka z widzenia senne- 
go. Z objawienia (językowego?). Olśnienia. Na olśnienie wskazują wszystkie "ś" 
i "ć" oraz "ni": lśnić, olśnić. Rozś" ietlić noc, noc egzystencji. Coś( ć) wyjaśnić. 


81 


\Vynotowuje z gazety: "Odnalezione w 1910 roku w Niemczech szczątki Co- 
elurosouravusa jaekeli, żyjącego 250 mln łat temu, należą do najstarszego latają- 
cego gada. Dopiero teraz odkryto, że jego skrzydła nie były powiązane ze szkieleten1, 
a więc nie odpowiadały kończynom przednim, jak u ptaków, lecz \\)'rastały ze skó- 
ry, t\\'orząc odrębny układ kości. Jest to jedyny znany przypadek takiego rozwią- 
zania budowy skrzydeł, poinformował "Science". Prototyp anioła? l\loże. Może, 
pomyślał, gdzieś się taka gadzina - na przykład na Galapagos albo Wyspach Ka- 
naryjskich (ale tych wysp chyba jednak nie było 250 mln lat temu...) - dochowa- 
ła do czasów historycznych. Ktoś tam kiedyś dotarł jakimś czółnem, tratwą, 
\\rrakiem wytarmoszonego przez sztorm korabia, poten1 wrócił, opowiadał, że \\i- 
dział takie dziwo, co to do niczego podobne nie jest, postać skrzydlatą. Może to 
gdzieś jako szkielet przetrwało, w lodach jakichś, wykopano to, poten1 się rozpa- 
dło, zgniło, została legenda. 
Rozum goniący anioła... 


214 K\VARTALNIK IARTI YSTYCZ
Y
>>>
82 


Przechadzał się spokojnie, gdy nagle napadła nań polityka. Polityka objawiła się 
w komentarzach na ten1at. Tematcm był zbiór szkiców Jerzego Pomianowskie- 
go. Zbiór szkiców Pon1ianowskiego nosi tytuł nRuski miesiąc z hakiem". Sam Je- 
rzy Pomianowski nosi tytuł do chwały. Tytułem do chwały Jerzego Pomianowskiego 
jest jego działalność translatorska. Pon1ianowski przełożył na język polski m.in. 
Babia i Sołżenicyna. Ale POlnianowski do tego się nie ogranicza. Jako publicysta, 
przede wszystkim "Kultury", zajmuje się polityką. Szczególnie upodobał sobie pro- 
blell1Y polskiej polityki wschodniej. 
Otóż Jerzy Pomianowski uważa, że polska polityka wschodnia jest zbiorem do- 
raźnych odruchów, a nic realizacją planu zmierzającego do umocnienia polskiej 
suwerennuści. Twierdzi zwłaszcza, że wobec i'Jajbliższego \Vschodu (termin Po- 
mianowskiego) Polska winna wykazywać inicjatywę, której celem jest wzmacnia- 
nie niezależności Ukrainy, Białorusi i Lit\\y. \Vedle Pomianowskiego, niepodległość 
tych krajów wyznaczać winno nic tylko polską, lecz także rosyjską rację stanu. Po- 
lni
lnowski sądzi również, że dla realizacji tych planów Polacy winni odnaleźć part- 
nera w politycznych elitach Rosji. Polska winna stać się dla tych elit dumaczen1, 
który in1 uprzytomni, iż jedynie rezygnacja z imperium jest gwarancją zachowa- 
nia n10carsnvowości Rosji. Takim partncren1 dla Pon1ial1owskiego jest w chwili obec- 
nej gcnerał Lebied, prawdopodobny następca prezydenta Jelcyna. \V ogólnyn1 zarysie 
Pomianowski kOl1tynuuje tu n1yśl polityczną Juliusza l\Iieroszewskiego. l\lyśI11ie- 
roszewskicgo - a także Jerzego Giedroyca i innych n\'órców "Kultury" - ma to 
do sicbie, iż wydawała się niegdyś polityczną fantazją, zaś dziś jest dowodem po- 
litycznego realizmu, który tym się różni od Rcalpolitik, że kierowany jest stałą wi- 
zją, a nic jcdynie aktualnym rOLpoLnaniem sytuacji. 

Iożna z koncepcją POll1ianowskiego polelnizowac, pon1yślał. 
Iożna na przy- 
kład uważać, iż nic tylko Lebied' n10że być partnerem Polaków. 
ależy zapewne 
politykować z Rosją na różne sposoby. 
ic powinno się, n1yśli, rezygnować z żad- 
nej alternatywy. Trzeba jednak, dodaje, odrzucać lub blokować te rozwiązania, 
którc zagrażają polskicj nicpodlcgłości. I tu POlnianowski ma rację: trzeba ustalić 
w polskicj polityce wschodniej niepodważalne priorytety i starać się zachować swą 
podn1.iotowość. A trzeba tak czynić, gdyż najll10cniejsi nawet zachodni partnerzy 
Polski nic uchronią Polaków przcd skutkall1i braku politycznej inicjatywy. I war- 
to o £)'111 wszystkin1 dyskutować. 
Zaluiast dyskusji słyszy tTnlczasenl jedynie wyrzekania na to, że Pomiano\\-ski 
"pustanowił stać się prorokien1 w sprawach rosyjskich" (czyżby znów: ntrudno być 
prorokiem wc ",łasnyn1 kraju"?). Że pisze co prawda pięknie, lecz pisanie to nie 
ma większego scnSll. Że polityczna mysi Pomiano\\-skiego to dziccinada i fanta- 
s£)Fka. Cóż, n10żna i tak, pomyślał. I dodał zaraz: w polskiej myśli politycznej znów 
zaczyna sic.; odradzać doraźność i styl Realpolitik reprezentowane nied
l\\'no choc- 
by pr7C7 takiego profesora Adama Bromke, ten naj
orszy spadek po endecji, cha- 
rakteryzujący się brakienl wyobraźni i przekonaniem, że historia stanęła w miejscu. 


215
>>>
Jak to możliwe w spoleczeńst\\'ie, które tak jest zależne od najdrobniejszych na- 
wet wstrząsów polityki światowej, tego nie sposób zrozumieć. Zaprawdę miał ra- 
cję poeta, gdy pisał, iż "nowe przysłowie Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po 
szkodzie głupi". Róbta tak dalej! - zakończył. 


83 


Już dawno zauważył, że Księga istnieje w rozproszeniu, trzeba więc bardzo uważ- 
nie czytać, pilnie uważać, nieustannie ćwiczyć swą wrażliwość, ot\vierać się na każ- 
de słowo. I znów \\)'tropił słowa Księgi - tym razen1 wpisane \\' esej Krystyny 

liłobędzkiej ,,\Vszędzie 1:) ". 
"Rodzina słów (wyrazów): razić urazić porazić wrazić wrażenie wyrażenie wra- 
żanie obraza obrażenia obraz. Co je łączy? Razy. Przyjmowanie i zada\\ anie ra- 
zów. 
Co mnie razi, uraża, poraża i czym ja rażę, urażam, porażam? 
Ty wrażające się we mnie i ja wrażające się w ciebie. . 
\Vrażliwość. 
ie jest. Dzieje się. lvliędzy nan1i. (...) 
Rozpłynąć się, rozwiać \\ tobie, w świecie, w tekście. 
Jest ty. Nie ma ja. To się zdarza. Taki cud wrażliwości: nie ma wrażliwości. 

ie znam takiego słowa, nie ma mojej skóry, nie przyjmuję razów, nie oddaję ra- 
zów. Nie porażanl, nie obrażam, nie w)"vieram wrażenia. Nie mam obrazu ciebie 
- pierwszy raz cię widzę: ty jesteś właśnie takie. Gdyby się dało wymówić cię bez- 
in1iennie, nie nazywając sliwą, niebem, stołem, świnią, człowiekiem. 
Porażająco jasne. Bez cienia mnie. 
Ta sekunda: urażające i urażane ja znika. Widać każde ty, ot\\'iera się świat. 
Zostaje doświadczenie. Nie ma obrazu". 
Bez obrazu, bez obrazy, nie doraźnie, na zawsze. 


84 


Boi się dwóch typów myślenia - tych, które, jak u Platona, nakazują wypędze- 
nie poetów z Republiki i tych, które, jak li admirałów postmodernistycznej pono- 
woczesności zmierzają do st\vorzenia Republiki Poetów. \V pierwszym wypadku 
musi się to skończyć jakąs odmianą totalitaryzmu, w drugim - wojną wszystkich 
ze wszystkimi. 
Niech sobie, pomyślał, wezmą to do serca ci wszyscy, którzy dziś \\' Polsce ("W Pol- 
sce czyli gdziekolwiek" - dobry pomysł na tytuł) protestujc}c przeciw "zawłasz- 
czeniu kultury przez lewicę" usiłują stworzyć "kulturę prawicową". Jeśli nie 
zrozumieją, że kultura nie jest ani prawicowa, ani lewicowa, za jakiś czas będą się 
czuli tak, jak dziś czują się byli socrealiści. 


Leszek Szaruga 


216 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZ
Y
>>>
Marek Adamiec 


Przeglądamy... malarstwo włoskie... 


Roznieciliśmy nasze ognisko 
By odgrodzić swoje wieczory 
Od ludzi wszystkich jak od chorób 
Niech się kołysze i błyska 

 
 
Niech złote śpiewajq iskry 
W naszym ognisku... 
Andrzej Bursa, ,,:Nasze ognisko" 


. 


W zasadzie to by wypadało pochylić się troską nad dokonaniami Zaczynających 
Pisać I Zapowiadających Się. Wypadałoby, a jakże, ale nie wiedzieć czemu przypo- 
mniało mi się to, co Andrzej Bursa n1.iał do powiedzenia na temat małych miaste- 
czek. Niesłusznc to było, i nie parlamentan1e, \\ięc powtarzał nie będę, by Zaczynających 
Pisać I Zapowiadających się nie gorszyć i nie obrażać. Bardzo nie lubię pracy wogro- 
dzie, krzyż mnic od tego boli i n1niewam zawroty głowy. A w dodatku Piszący Uro- 
dzeni Po 1960 Roku mają już swe leksykony i wybory poezji
 z Urodzonymi Po 
1970 i Urodzonymi Po 1980 sprawy nie mają się tak różowo, alić to nie moja wi- 
na, podobnie nie moją winą jest to, że Urodzeni Po 1990 Roku dopiero uczą się 
pisać, to zaś znaczy, że tak naprawdę to do nich przyszłość należy, że oni właśnie 
najbardziej zasługują na Troskliwe Pochylenie Się, na Życzliwe Omawianie, wkrót- 
ce to oni posięd..} zien1ię. Nawet, ukrywał nie będę, pochylić się chciałem i omó\"ić, 
ale najpierw coś n1i w krzyżu trzasło, potem zazwyczaj życzli\\)' mi głos wewnętrz- 
ny rzucił nieżyczliwie: "może byś tak okazał się oryginalny i pozY
'\\l1ą recenzję z Kon- 
wickiego machnął, zabieraj się do roboty". I tak moje zacne intencje po raz kolejny 
diabli wzięli, i znowu będzie można mi postawić miażdżące zarzuty, że ja nie inte- 
resuję się życzliwie dokonaniami Zaczynających Pisać I Zapo\\iadająC}Th Się, nie- 
wiele także n1an1 do powiedzenia na ten1at wiekopolnnych dokonań Piszących 
Urodzonych Po Roku 1960, którzy swymi chyżyn1.i pióran1i przeorują skostniałą gle- 
bę \Vspółczcsncj Literatury Polskiej, wnosząc do niej s\\ ój cenny wkład. 'Vkład 
wkładem, mierzwa mierZ\vą, jan1 się tylko przez chwilę zadumał, co też porobiło się 
z generacją, której 11.iegdyś Jan Błoński poś\\ięcił książkę pod nieco militarystycz- 
nym tytułem: "Zn1iana warty'
, ale rychło ta zaduma jakoś n1i przeszła. 
Nie ma co ukrywać, dość dawno przeszła 111i także ochota na napisanie recen- 
zji z książki Tadeusza Konwickiego pt. "Pamt1et na san1ego siebie", a to dlatego, 
że o czym tuaj pisać, ostatecznie to n1usiało mieć taki akurat przebieg, po "Czy- 
tadle" - zgodnie z rytm cm sinusoidalnym nadeszła pora na szlochy nad samym 
sobą, a jako żc chodzi tutaj o jednego z największych pieszczochów współczesnej 
literatury polskiej, nadeszła pora na pieszczoty. Ocz
'\\-iście, że byłołoby dubrze, 
gdybym napisał, iż Tadeusz Konwicki skol1czył się jako pisarz, pozostała nlU tyl- 


217
>>>
ko umiejętność skuczenia i zawodzenia. W zasadzie coś takiego można napisać po 
każdej książce Tadeusza Konwickiego, potem okazuje się, że była to jeszcze jed- 
na gra, jeszcze jedna poza, jeszcze jeden figiel cielnnego Lit\vina czy jak go tam 
jeszcze inaczej zwać. Ano tnldno, tak musi być. 
Figle - figlan1i, znakomity esej Jerzego Stempowskiego pt. "Pan Jowialski jego 
spadkobiercy" tutaj się przypoll1ina, tymczasen1 zastanowić się warto nad jedną 
z sylw, składających się na kolejną książkę Tadeusza Konwickiego. Autor" Wscho- 
dów zachodów księżyca" tym razen1 (może po raz kolejny) powiada tak: 
"Kilka razy w życiu umierałem jako autor. Ostatnio stało się to w tyn1 czasie, 
kiedy wydawałem książki w tak zwan1ym drugin1 obiegu, czyli w podziemiu opo- 
zycyjnym końca Jat siedemdziesiątych i połowy osiemdziesiątych. Szły one w nie - 
wielkich nakładach, docierały tylko do grupki warszawskich czytelników, zatem 
pozostali oswoili się z lnyślą, że umarłem i przeszedłem cicho do historii. 
Na początku stanu wojennego, w atnl0sferze patriotycznego uniesienia, odpra- 
wiano w kościołach nawet n1sze żałobne za moją duszę. 
Ciekaw jesten1, czym się skończy ta kolejna, dzisiejsza moja śn1ierć." 
Dość długo odkładałem leknlrę tej książki Konwickiego, kolejne książki Konwic- 
kiego zawsze czytam ( chociaż nie jestem warszawskim czytehllkiem) ze sporyn1 opóź- 
nieniem, chowam je przed sobą samym w najbardziej niedostępnych miejscach, 
wydobywszy je z przen1yńlnego schowka najpierw starannie obwąchuję, ważę w rę- 
ku, po czym ponownie chowam. Aż wreszcie przychodzi ta chwila, której nie da się 
uniknąć. Bo prawda jest banalna, straszna: jestem uzależniony od Konwickiego, co 
więcej: dawno przestałem walczyć z tym akurat uzależnieniem. Ale dość tego, nie ma 
żadnego powodu, bym jeszcze teraz ja, do tego wszystkiego dodawał S\\'oje własne 
skuczenie i pojękiwania, nie sądzę, żeby dla mnie samego było to zajn1ujące. 
Tym razem było tak samo. W końcu jednak stało się: przeczytałen1 "Pan1f1et na 
samego siebie". Przeczytałem i zrobiło mi się jakoś głupio, bo już w połowie to- 
mu nie pan1iętałem zupełnie, o czym mowa była na początku (z czego wnioski 
dwa, wzajemnie się wykluczające: albo z 1110ją pamięcią coraz gorzej, albo Kon- 
wicki dołączył do grona neopostmodernistów), kończąc zaś zapan1iętałel11 (więc 
jenak pamięć mi dopisuje) tylko tę uwagę: 
"Życzliwi czytelnicy pytają mnie nieraz, kiedy napiszę wielką książkę, epopcję, 
która by zawierała pełny obraz naszyvh burzliwych czasów, czyli jądra dwudzic- 
stetego wieku. Ja uśmiecham się, stękam, bąkan1 wstydliwie i nic mogę się wyeks- 
kuzować. Bo oni powtarzają banał, retoryczny dezyderat, powiedzonko, którym 
się częstowało pisarzy sprzed piędziesięciu lat. 
Tak. Kiedyś, sto lat temu, literatura była zwierciadłem epoki. Z książek dowia- 
dywano się, jak żyje arystokracja francuska albo jak wygląda Nowy Jork, w powie- 
ściach znajdowano opis obyczajów chińslich czy relacje podróży po Mryce. Ale 
dziś? W czasach filmu, telewizji, radia i łat\vych wycieczek dookoła świata? vVy- 
starczy ot\vorzyć aparat telewizyjny, żeby w pół godziny dowiedzieć się, jak wy- 
gląda świat i co na świecie słychać. 
Tak. Jeszcze dziś powieścidła drugorzędne, czytadła produkowanc przez strasz- 
ne baby amerykallskie i angielskie, te opasłe tomy wloką tasiemcowe opisy rzeczy 


218 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
i spraw dobrze znanych czytelnikom, którzy nawykli do takiego kitu i żołądki ich 
wymagaja jałowego balastu. 
J a widzę swoją współczesność w blasku flesza. Zapisuję ją w raptownym rozja- 
śnieniu, kiedy ta błyskawica w osobliwej chwili rozżarza pierwsze plany i zaczer- 
nia wyolbrzymionymi cieniami nie zidentytlkowane tło. 
Powieść zbliża się do poezji. A ja razem z nią". 
Jużem chciał plackiem z zachwytu paść, kiedy refleksja mnie naszła taka niewiel- 
ka: kurcze blade, przecież Jemu znudziło się opowiadanie historii, przecież Jemu 
znudziło się nawet opowiadanie Jego własnych, zakłamanych historii i do tego do- 
rabia ideologię. Oczywiście, że zakłamaną, jak zwykle, chociaż tym razem jak naj- 
bardziej na czasie, bo w tonacji postmodernistycznej utrzymaną; oj, jedno w tym 
dobre, że feminizmu w tym mało. 
Nie mam zamiaru pisać, że Tadeusz Konwicki skończył się jako pisarz, że "Pam- 
flet na samego siebie" jest ewidentnym dowodem tej klęski, ostatecznie tzw. au- 
toplagiaty to jego specjalność. Podobnie jak zawodzenia o końcu ś\viata, upadku 
obyczajów i o kilku jeszcze innych, pomniejszych końcach. Uważny czytelnik chy- 
ba bez większego kłopotu dostrzeże "dalsze ciągi" wcześniejszch tekstów Kon- 
wickiego, tutaj rozproszone w sposób kapryśny i cokolwieczek minoderyjny, nie 
ma zamiaru pozbawić owego uważnego czytelnika zabawy. Zresztą, czy o to cho- 
dzi w zabawie w literaturę? 
Bo tak naprawdę, to chodzi mi o jedno, o to, co Henryk Krzeczkowski napisał 
dość dawno, bo w roku 1970 w szkicu pod tytułem ,,\Vakacje w Warszawie": 
"Powiedziano mi, że zgłaszanie pretensji do literatury jest w złym tonie. Przy- 
pon1niano mi surowo, że czytanie jest trudną sztuką, której trzeba się uczyć; że 
nie należy mówić o tym, czego się nie rozumie; że nie wolno oceniać dzieła sztu- 
ki miarą własnych gustów. Nie pozwolono mi dojść do słowa, wytłumaczyć się, 
prosić o przebaczenie. \Vobec tego zagniewałem się i ut\vierdzilem w swoich błę- 
dach. Będę nadal zgłaszał pretensje do książek i pisarzy, będę nadal stosował mo- 
je własne kryteria i nie będę się zn1uszał do odkrywania n1ądrości w najgłośniejszyn1 
nawet dziele, jeśli za pierwszym czytaniem wyda mi się całkiem niezrozumiałe, a tak- 
że głupie i nieciekawe. [...] 
Czytam [...] książki, które wydają się adresowane do mnie. I tylko do autorów ta- 
kich książek zgłaszam pretensje. Nie uważan1 bowiem dzieła literackiego za prawdę 
objawioną, a tylko za zaproszenie do wymiany myśli, za wciąganie mnie do dyskusji 
o sprawach ważnych, o których literatura winna traktować. lvla to być dyskusja, z któ- 
rej wyniosę pewien pożytek - głębszą wiedzę o poruszanych sprawach, szersze spoj- 
rzenie na problemy, z których autorem rozmawiam, lepsze rozumienie kwestii dotąd 
nie całkiem dla mnie jasnych. Dyskusja wyn1aga pewnego wstępnego porozun1ienia 
stron. Obie muszą mówió tym samym językiem, muszą \\1'Powiadać swoje odmien- 
ne lub zgodne racje w słowach dla obu stron zrozumiałych. Sądzę, że w literaturze 
tyn1 wspólnyn1 językien1 jest przynależność do wspólnej tradycji kulturalnej, grama- 
tyka tego języka, szacunek dla tradycji, zaś jego duchem absolutna uczciwość \\)'P0- 
\\ iedzi. Tylko przy zachowaniu tych prawideł n10żliwa jest "'ynllana n1)'Śli nawet najbardziej 
różnych, porozun1ienie przy najbardziej nawet rozbieżnych poglądach i wnioskach. 


219
>>>
[...] 
Literaturę kochają przypuszczalnie pisarze, tak jak wszyscy ludzie kochają za- 
wód dobrowolnie obrany, dający im pełne możliwaści wyżycia się osobistego 
i społecznego. Kiedy jednak słuchamy tego, co pisarze w chwilach szczerości mó- 
wią a swoich kolegach żywych i umarłych, bliscy jesteśmy st\vierdzonia, że i oni 
literatury «jako takiej» nie kochają. Kochają swoje pisarstwo i to im (a także i mnie) 
wystarcza. Bywają nawet zdolni do pewnych poświęceń w imię swego powołania. 
Nie spotkałem natomiast krytyka, który zdobyłby się na ofiarę dla literatury. Nie 
musi. Tylu pisarzy i książek czeka na jego gorące uczucia, że ma w czyrn przebie- 
rać i zawsze może sobie znaleść obiekt, który nie będzie mu sprawiał kłopotów. 
Nie «kocham» literatury. Jest Im ona potr7ebna, niazbędna jak powietrze i woda, jak 
cWeb po,vszedni i conocny sen odświeżający siły. Jest Im potrzebna dla lepszego zro- 
zwnienia świata, dla oswojenia się ze światem i sobą. A skoro jest nli potrzebna, man1 
prawo stawiać jej wymagania, żądać, by Im służyła, bo w służebności widzę jej wielkość" . 
Szalenie to pozytywistyczne spojrzenie na literaturę, na jedną z największych 
świętości ducha i narodu polskiego. A do tego jeszcze powiewy ożywcze postmo- 
dernizmu chyba wywiały w ogóle taką stylistykę, taki światopogląd i w ogóle. Ale 
tak coś mi się widzi, że z tą miłością literatury bywało rozmaicie, że ta miłość i w Pol- 
sce formy przybierała razmaite. Także i takie, o jakich pisał Sołżenicyn (autor nie- 
przyzwoicie grubych książek) chociażby w powieści pt. "Krąg pierwszy": 
"...Ale ...ale ...zaczęto drukować całe jego poematy; setki teatrów na prowin- 
cji wystawiały jego sztuki w ślad za stołecznymi; dziewczęta przepisywały jego wier- 
sze i uczyły się ich na pamięć; podczas wojny centralne organy chętnie oddawały 
mu całe kolumny, wypróbował swoje siły jako reporter, nowelista i krytyk; ukaza- 
ła się w końcu jego powieść i dostał nagrodę stalinawską, potem drugą, trzecią. 
I cóż? Dziwna rzecz: rozgłos był, ale nieśmiertelności jakoś nie było. 
Sam nawet nie zauważył, czym i kiedy obciążył skrzydła, jak osadził na ziemi swo- 
jego ptaka nieśmiertelności. Być może wznosił się on w górę tylko w tych wierszach, 
które powtarzały dziewczęta. Zaś jego sztuki, jego opowiadania i jego powieść 
umierały w jego przytomności, zanim autor zdążył skończyć trzydzieści siedem lat. 
Ale czemu to koniecznie człowiekowi zależeć na nieśnllertelności. Większość 
kolegów Gałachowa nie uganiała się za żadną nieśmiertelnością u,vażając, że o ,vie- 
le wżniejsza jest pozycja w życiu doczesnym. Pies z nią tal1cował, z tą całą nie- 
śmiertelnością, czy nie ważniejsza to rzecz móc dzisiaj wpływać na bieg życiowych 
spraw? No i ,vpływali. Ich książki służyły masom, wydawane były w zawrotnych 
nakładach, zakupywane były z bieżących funduszów przez wszystkie biblioteki, do- 
datkowo jeszcze urządzano specjalne miesiące książki, żeby tylko więce ich upchnąć. 
To prawda, że o wielu faktach pisać nie można. Ale pocieszali się w ten sposób, 
że przecież kiedyś warunki się zmienią i że będą mogli wrócić jeszcze raz do tych 
spraw, oświetlić je z właściwej strony, korygując stare książki i wydając je w nowej 
wersji. A teraz trzeba było opisywać choćby tę czwartą, ósmą, szesnastą, tę, bierz 
ją diabli, trzydziestą drugą część prawdy, którą wolno było - choćby o miłości CZ} 
o przyrodzie, zawszeć to lepiej, niż nic." 
Chyba bardzo trzeba było ukochać literaturę, żeby na takie ustępstwa się go- 


220 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
dzić, pal licho tę nieśmiertelność, rodem z romantyzmu, ale jakby trochę żal tej 
prawdy. Żaławali jej wszyscy, sam Tadeusz Kon,vicki skuczał na kartach "Kalen- 
darza i klepsydry": 
"NajlTIilej byłoby pisać prawdę. Całą prawdę o czasach, o ludziach współcze- 
snych i o sobie. Ale jest to niewykonalne z wielu powodów. Nie umiem pisać do 
szuflady. Żeby liczyć na potolTInych, trzeba dużo dzikiej pychy albo strasznej po- 
kory. Nie ma żadnych podstaw do przypuszczeń, że za dziesięć lat ktoś sięgnie po 
moją ksiąźkę, a tym bardziej, że przyjdzie mu ochota szperać w moim domu, któ- 
ry do tego czasu może spali się ze trzy razy. [...] 
Więc o czasach naszych mogę pisać zaledwie ogólnikowo, o ludziach bezimiennie 
i ostrożnie, a o sobie nie warto, bo łat\vo wpaść w pułapkę obrzdliwego, minoderyj- 
nego egotyzmu, w której udusiło się juz wielu tęższych od nas literatów. Najbardziej 
to mi szkoda tej prawdy o współczesnych. Mógłbym sobie nieźle pofiglować. Ueż warstw 
bujdy nosimy na sobie niczym cebulowych łusek. Niektórzy wyglądają jak stare kar- 
czochy. Prawda to jest instynkt gwałcony codziennie przez nas wszystkich. Prawda to 
jest ostatni łyk tlenu. Prawda to jest przedśnllertelne rozgrzeszenie". 
W zasadzie ktoś może sobie pomyśleć, że czepiłem się Konwickiego. Co gorsza, 
tutaj ktoś może wysnuć mylny wniosek: ponieważ Konwickiego obsmarowałem, 
na Pokolenie Piszących, Urodzonych Po Roku 1960 lekceważąco prycham, prze- 
to nic innego, jak obecnie zaprezentuję własną skalę wartości, co więcej, pochylę 
się i światu delikatną roślinkę objawię albo i czarnego konia. Nic z tego, jam nie 
Rafał Grupiński, triady heglowskiej nie darzę szczególną estymą, krytyka konstruk- 
t)'\\TIa - wicie, rozumicie - jakoś mnie llle pociąga. Podobnie jak ogrodnictwo. I wogród- 
ku przy domku, i na niwie kultury. Jakoś długo nosiłem w sobie smutek z powodu 
"Pamfletu na siebie", ale chyba dlatego, że do tej pory nie potratlę się jakoś upo- 
rać z tą książką. Ale pal to licho, ostatecznie to tylko mój problem. Natomiast już 
n10im problem nie jest obowiązek kachania literatury, darzenia tej formy aktywno- 
ści społecznej szczególną estymą. Tak naprawdę to nie daje mi spokoju następują- 
cy fragment "Pokus i przestróg" Henryka Krzeczkowskiego, z roku 1974: 
"Czymże innym, jeśli nie zdradą powołania, jest postawa polakiego środowiska 
intelektualnego w powojennym trzydziestoleciu? Odczuwalny ją szczególnie do- 
tkliwie, ponieważ zadaniem tej właśnie warst\vy jest wyjaśnienie narodowi jego praw 
i obowiązków, określanie miejsca wyznaczonego mu w świecie, wreszcie "Tt)'cza- 
nie celów historycznych, dla urzecz)", istnienia których powołany on został do ist- 
nienia. Naród nasz, pozbawiony swych rzeczników, skazany został na milczący bunt 
przeciw porządkowi narZllCOnelTIU mu przez polityków, których autorytetu nie uzna- 
je i uznać nie może, ponieważ nie kierowali się i nie kierują racją wspólnoty. [...] 
Najbardziej bodaj znan1iennyn1 dla postawy większości intelektualistów aspek- 
tem ich działania było systematyczne zacieranie granicy między ugodą a zaprzań- 
stwem, uzasadniane przez nich bezprawnym powoływaniem się na świadon1ie lub 
z ignorancji zniekształcane postawy i działania elit umysłowych w erze rozbioro- 
wej. [...] Złowieszczym, lecz pouczającYITI będzie sporządzony kiedyś w przyszło- 
ści przez skrupulatnego historyka spis kompromitujących akcesów, zawstydzających 
hołdów, złowrogich deklaracji, pod którymi znalazły się nazwiska rozmaitych pre- 


221
>>>
tendentow do miejsca" panteonie kultury narodowej; a także hańbiących przy- 
wilejów, którymi władze - nieskłonne do szczodrości, bo gardzące potulnymi W)- 
konawcami swych polecell.- skąpo płaciło za brak charakteru. Właśnie charakteró\\ 
brakło nade wszystko". 
Jak n1a się kwestia charakteru (przyznaję, to szalenie staromodne pajęcie) do im- 
peratywu powszechnej miłości literatury, owianej aurą nieśmiertelności - a prze- 
praszam, takich pytań nie należy stawiać. 
Otóż rzecz w tym, iż nie mam zamiaru bić na alarm z powodu "czarnych dziur" 
na terenie literatury polskiej, nie n1am zamiaru też unosić się na skrzydłach wiel- 
kiej n1etafory nad takimi czy innymi książkalni, wydanymi ostatnio, które ponoć 
sytuują literaturę polską wśród literatur światowych. Pewne jest dla mnie jedno: istot- 
na problematyka uczucia, jakie leciwe damy żywić mogą do zwierząt futerkawych 
nadal nie doczekała się swojej artystycznej realizacji, która by naruszała zaścianko- 
we normy n10ralne. Ten1atów do tej pory nie podjętych przez literaturę polską wy- 
liczać nie będę, by nie znużyć enumeracją; mam nadzieję, że tę i wiele, wiele innych 
podejmie śmiało pokole Piszących, Urodzonych Po Roku 1990 (ewentualnie - pro- 
szę mi darować względny sceptycyzm - Urodzonych Jeszcze Trochę Później). 
O czym będą pisali Piszący, Urodzeni Po 1996 roku? Tum ucha natężył cieka- 
wie, by wsłuchać się w szmer kosn1iczny życia prenatalnego, com usłyszał - opo- 
wiem za czas jakiś. 
A tak naprawdę to mi żal właśnie prawdy, ja nie jestem drobiazgowy, o epitety 
spierał się nie będę, może to być i "prawda artystyczna". I kilku jeszcze innych 
pojęć, które jakoś zniknęły z języka rozmów o literaturze i kulturze. Zresztą, pal 
licho tę kulturę. Żyjemy w czasach tolerancji i powszechnej miłości, wszystko trze- 
ba jednakim darzyć uczuciem. I znowu, jak w roku 1940 pisał Bolesław l\liciI1ski 
do Jerzego Stempowskiego: 
"Tu na jednej ławeczce siedzą obok siebie Homer, Platon, Plotyn, Plethon i Pla- 
tina; wariat Pitoń, którego po piętnastu latach nauczono w Koscianie ot\\lerać pusz- 
kę z cukrem; Poe i Noe; lewica i prawica; Le\\latan i Prawiatan; lewatywa i prawatywa; 
Mickiewicz i Mackiewicz; ciele ze świńską nóżką, Flaubert i Boy [...]. Pitoń cie- 
kawy, że taki głupi, Boy, że taki mendrzec, a cielę, że ma świńską nóżkę... 
Cóż zatem zostaje? Ano, tylko sięgnąć po albunl malarst\va włoskiego i zapro- 
ponować odczytanie sztuki quadrocentta z perspektywy neopostmodernistycznej, 
albo jakiejkolwiek perspektywy, które niczym Lejzorek Rojtszwaniec mnoży na- 
sze życie intelektualne. Nudne to będzie, bo nudne, ale na pewno odkrywcze, na- 
ruszające skostniałe normy moralne i inne... Nie przystoi przecie zakłócać zwyczajó\\ 
naszego ogniska, przy którym niespiesznie acz konsekwentnie toczy się polskie ży- 
cie literackie, bez którego nie można sobie wyobrazić ani ducha, ani narodu pol- 
skiego. Zawsze zostaje pełna namaszczenia refleksja nad motywem bólu i cierpienia 
w literaturze polskiej XX wieku. Tejże zaś bez Manueli Gretkowskiej i Olgi To- 
karczuk wyobrazić sobie nie sposób - co też i było do okazania. 


Marek Adamiec 


222 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
RECENZJE 


Mirosła1v Dzień 
Czesław Miłosz: piesek prawie teologiczny. 
Zamyślenia millenarystyczne. 


l. Można oczywiście rzecz całą rozpocząć od bardziej banalnej sprawy, niż doszu- 
kiwanie się jakichś znaków czasu, fantomó,v dopalającego się tysiąclecia. Tym nie mniej, 
aby podrażnić pozytywistów i podnieść poziom adrenaliny dekonstrukcjonistom, po- 
wiem bez ogródek, że Czesława Miłosza "Piesek przydrożny", to bardzo staroświec- 
ki, oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu (jak stare wino, które dojrzało 
\V zapomnianej piwnicy) dyskurs na eschatologiczne tematy. 


Od razu postawię pytanie dość rzadko we współczesnej polskiej poezji formułowa- 
ne: jaka jest rola zagadnień teologicznych \V t\vórczości poetów? Pytanie z pozoru mo- 
że mało istotne i marginalne, zwłaszcza w czasie kiedy, poddani jesteśmy wszechpotężnej 
machinie ponowoczesność, odsuwającej nas od realnego, obiektywnie istniejącego świa- 
ta, a co dopiero zagadnień jakby na siłę i bez większego przekonania wyjętych z ka- 
techizmu. Być może właśnie dlatego głos Miłosza w jego ostatnim dziele jest 
odezwaniem się z innego świata, jest przywołaniem dylematów, które zamknęliśmy 
w szczelnym kufrze aporii, rzeczy mrocznych i nie dających choćby minimalnej satys- 
fakcji na \\)'rwanie ich tajemnicy przez żądny sukcesów rozum. Jednak dla mnie taka 
postawa poety nie jest ani czymś specjalnie zaskakującym, ani tym bardziej bulwersu- 
jącym. Miłosz od dawna wbrew panującym modom intelektualnym i estetycznym po- 
dejmuje tematy eschatologiczne. Jego dzieło wciąż się rozszerza, poniekąd właśnie teraz 
ujawnia sprawy którymi wewnętrznie oddycha. I nie pozostwałby w błędzie ten, kto 
patrząc na "Pieska przydrożnego", dopatrywał by się w nim spowiedzi poety, nie ty- 
le ze swoich przewin, ile z dylematów z jakimi przyszło mu iść przez życie. Z pewno- 
ścią naj nowszy tom Miłosza nie jest apologią teologii, nie jest też obroną przed 
zapomnieniem i pominięciem tematów eschatologicznych. Te ostatnie przecież nie 
potrzebują obrońcy z tej jakże prozaicznej przyczyny, iż każdy nosi je w sobie, w każ- 
dym z nas zakorzenione są one jak mowa, która domaga się wyrazu, ekspresji. 
Wielce wymownc i znaczące wydaje się być motto z Lwa Szestowa pomieszczone 
przez Autora na początku jego ostatniej książki. "Być może prawda jest z natury ta- 
ka, że uniemożliwia obcowanie ludzi z ludźmi, w każdym razie obcowanie za pośred- 
nict\vem słowa. Każdy może ją znać dla siebie, ale po to, żeby wejść w związki 
z bliźnimi, musi wyrzec się prawdy i przyjąc jakiekolwiek umowne kłamstwo". War- 
to zauważyć, iż problem nicprzekazywalności prawdy, jest w istocie problemem jej 
"mistycznego" aspektu. Co bowiem znaczy fakt, że poznana prawda "uniemożliwia 
obcowanie ludzi z ludźmi"? Zdaje się, że chodzi tutaj o problem komunikacji inter- 
personalnej i tego wszystkiego, co w tejże komunikacji jest do utracenia. Znać praw- 
dę dla siebie, to tyle co uczestniczyć w jej \\)'zwalającej mocy - "poznacie prawdę, 
a ona was wyzwoli". Jeśli tak, to owo \\ 1,zwolenie zarezerwowane jest jedynie dla czło- 


223
>>>
r 



-..... 


-- 


I. 
, 


.. 


" 


ł 


.. 



 


L 


Michał Kubiak: Portret Czesława Miłosza, brqz 95 cm, Bvdgoszcz 1997 r. 


wieka, który uczestniczy w aktualnie uobecniającym się misterium prawdy. Stąd każ- 
da próba opowiedzenia o tym doświadczeniu, każda próba jego zwerbalizowania nie- 
uchronnie musi prowadzić do zapoznania treści samej prawdy, tym samym okazując 
się jedynie jej namiastką, nieudolnym surogatem. Z podobnym procesem mamy do 
czynienia w pismach wielkich mistyków. Ich opisy ponadnaturalnych doświadczeń są 
kalekie, skazane na interpretacyjną wieloznaczność, co już samo w sobie jest policz- 
kiem wymierzonym w czystość i absolutną jednoznaczność mistycznych przeżyć. Za- 
tem poezja, jak również cała sztuka z istot)' swojej jest ułomna. I w granicach własnej 
niedoskonałości podejmuje próbę obiektywizacji rzeczywistości, podejmuje próbę jej 
zrozumienia. Ontologiczne nieporozumienia już na zawsze będą nękały każdego, kto 
poważy się na poznawcze penetrowanie duszy artysty. 


"Ja i oni. Na ile można się do nich przedostać? Poeta wie, że jest przez 
nich brany za kogoś innego, niż jest, i że tak będzie po jego śmierci, a nie 
sprostuje tego żaden znak z zaświatów". 


Nie ten 


"Poezja i wszelka sztuka jest skazą i przypomina ludzkim społeczeń- 
st\\'om, że nie jesteśmy zdrowi, choćby trudno nam było do tego się przy- 
znać" . 


Skaza 


,,[...] Tylko nieśmiało, wyłania się myśl, że prawda o losie człowieka 
na ziemi jest inna niż ta, której nas uczono. Wzdragamy się przed jej na- 
zwaniem." 


Szukanie 


224 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
,,[...]Gdybym choć był przekonany, że nie istnieje nic prócz wielkiej 
ilości indywidualnych wzajemnie nie komunikowalnych wrażeń o obra- 
zów! Ale ja szukałem j e d n e j, c z ł o w i e c z o w i d z i a n e j, w s p ó l n ej 
dla nas wszystkich prawdy o rzecz ach 
(podkr. moje M.D.), i dlatego to, co pokazałeś, jest dla mnie tak ciężką 
próbą i pokusą". 
Oczy 
Jednak ważna jest sama czynność poszukiwania prawdy . To ona dodaje sił, ona pozwala 
przezwyciężyć słabości. Poeta totalny, tylko on naprawdę może ponieść porażkę, bo 
tylko on wyznaczył sobie cel na miarę ludzkiej natury, na miarę rozumu, który w nim 
samym domaga się odpowiedzi na najbardziej istotne kwestie egzystencjalne. Tym, 
co podtrzymywało poetę w jego heroicznym wysiłku była nadzieja - towarzyszka wszystkich 
marzycieli, nie wyzwolonych z dziecięcych porywów, zapamiętałych w swojej 
zapalczywości . 


,,[...] Bo stała i rzeczywista była w nim nadzieja, tak silna, że samo 
życie go niecierpliwiło. Już, zaraz, za minutę, miał schwytać - właśnie, 
co? C z a r o d z i e j s k ą f o r m u ł ę, w k t ó rej z a w i e r a - 
ł a s i ę c a ł a p r a w d a o istnieniu {podkr. M.D.}. Mył zęby, a ona 
była tuż, brał prysznic i prawie ją wymawiał, gdyby nie wszedł do autobusu, 
może by mu się objawiła, i tak cały dzień. Kiedy budził się w środku nocy, 
czuł, że przedziera się do niej przez cienką zasłonę, ale wtedy, tak wysilony 
w swoim dążeniu zasypiał [...]". 


Tymczasem i na niby 


2. Każdy, kto chciałby śledzić Miłosza zainteresowanie tematami eschatologicznymi 
powinien cofuąć się nieomal do początków twórczości noblisty. Już " Trzy zimy" przynoszą 
interesujące dla naszego zagadnienia inspiracje i przemyślenia. Miłosza od "zawsze" 
- rozumianego jako artystyczna kreacja - interesowało przeciwstawienie świata natury 
z jej zmiennością i nietrwałością oraz magiczną siłą z jaką przyciąga zmysły, 
z rzeczywistością transcendentną właściwą dla Stwórcy. Trafnie pisze o tym Krzysztof 
Dybciak w swojej glossie na temat "Trzech zim". 
"Komuś, kto jak Miłosz otrzymał «wychowanie katolickie», radosna atirmacja 
realnego bytu wydawała się grozić materialistyczną redukcją praw duchmvych, ale radykalne 
przezwyciężanie tego niebezpieczeństwa prowadziło niemal do manicheizmu. Ten 
konflikt pomiędzy podziwem dla bytu w jego pełni a pragnie-niem czegoś więcej, 
pożądaniem transcendencji, czy po prostu mówiąc Boga, wykrystalizował się \\' połowie 
lat trzydziestych, i stanowi jeden z centralnych problemów dzieła Miłosza" l. 
Doniosłość tezy Dybciaka widocznie potwierdza się w "Piesku przydrożnym" , a także 
w "Dalszych okolicach", bez wątpienia najważniejszym tomie w dorobku poety 
podejmującym zagadnienia natury eschatologicznej. Przypomnijmy raz jeszcze: Miłosz 
urzeczony światem zarazem nie potrafi zaakceptować go jako enumeratywnie pierwszej 
i jedynej rzeczywistości. Raczej świat jest tylko odsłoną, aspektem, być może częścią i to 
wcale nie najważniejszą, choć z pewnością najbliższą, bo narzucającą się nam z całą oczywistością 


I Tekst drukowany przy okazji okolicznościowego wznowienia "Trzech zim" Czesława Miłosza, pod 
redakcją R. Gorczyńskiej i P. Kłoczowskiego. Londyn 1987, s. 68. 


225
>>>
w doznaniach sensorycznych. Napięcie pomiędzy światem - w tym wypadku widzialną 
części.} "rzeczywistości" - a rzeczywistością, gdzie świat stanowi tylko jeden z jej 
składników warunkuje twórcze poruszenie, owy zamęt dzięki któremu poeta wyrusza 
w podróż mającą na celu uzgodnienie, pojednanie wszystkich elementów rzeczywistości. 
vVróćmy jednak do "Hymnu o perle", tomu, gdzie wyżej zasygnalizowany problem 
ujawnia się z całą siłą. Takie wiersze jak" Upadek", "Pokusa", "Sekretarze" to wariacje 
na tenlat nieprzenikliwości ludzkiego losu, tajemnicy wobec której przyszło nam 
ludziom egzystować. To również lament nad niekoniecznością, bolesnym poczuciem 
zbędności swojego własnego istnienia. vVe wszystkich tych wierszach Miłosz zawsze 
jest teologiem. Nie godzi się na brak odpowiedzi. Pozostaje w jawnym konflikcie 
z oczywistością przemijania, pyta o przypadkowość, która jest przecież najważniejszym 
wrogiem Opatrzności. Udręczający jest również aspekt etyczny: tak oto nie wiadomo 
czy nasze uczynki są dobre, czy też złe? Nie znamy konsekwencji naszych moralnych 
wyborów, a więc działamy poniekąd w ślepym tunelu, gdzie światło ledwie się tli, i nigdy 
nie możemy z całą stanowczością stwierdzić czy nie było ino li tylko fantomem 
przewidzenia, produktem imaginacji, nasieniem wyobrażenia. I być może jedyną 
sensowną odpowiedzią jaką można by w tym miejscu zasugerować jest głód iluminacji, 
lekarstwo prawdy, takiej prawdy, której nie można by już podważyć. I chyba właśnie 
tego szuka poeta. Tylko prawda jest w stanie ukoić jego wzburzony, twórczy umysł. 


Pod gwiaździstym niebem przechadzałen1 się 
Na skraju góry skąd widać neonowe miasta 
Z moim towarzyszem, duchem pustki, 
Który biegał naokoło i pouczał, 
Że nie jestem konieczny, bo nie ja to inny 
Chodziłby tutaj i chciał swój wiek zrozumieć. 
Nic nie zmieniłoby się gdybym umarł dawno temu, 
Te same gwiazdy i miasta i kraje 
Nie moimi oczami byłyby widziane. 
Trwałby jak trwa dotychczas ten świat i dzieła jego. 


Odstąp ode mnie, w imię Jezu Krysta, 
Dość mnie nadręczyłeś - powiedziałem. 
Nie mnie osądzać powołanie ludzi. 
A swoich zasług i tak znać nie będę. 


Pokusa 


Sługa ja tylko jestem niewidzialnej rzeczy, 
Która jest dyktowana mnie i kilku innym. 
Sekretarze, nawzajem nieznani, po ziemi chodzimy, 
Niewiele rozumiejąc. Zaczynając w połowie zdania, 
Urywając inne przed kropką. A jaka złoży się całość 
Nie nam dochodzić, bo nikt z nas jej nie odczyta. 


Sekretarze 


226 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Śmierć człowieka jest jak upadek państwa potężnego, 
Które miało bitne armie, wodzów i proroków, 
I porty bogate, i na wszystkich morzach okręty, 
A teraz nie przyjdzie nikomu z pomocą, z nikim nie zawrze przymierzy, 


Bo miasta jego puste, ludność w rozproszeniu, 
Oset porósł jego ziemię kiedyś dającą urodzaj, 
Tego powołanie zapomniane, język utracony, 
Dialekt wioski gdzieś daleko w niedostępnych górach. 


Upadek 


3. Martin Heidegger napisał kiedyś, że myśliciel wypowiada bycie, poeta zaś nazywa 
świętość. Zdanie to przytaczam bynajmniej nie dlatego jakoby Miłoszowi specjalnie 
bliskie było powinowactwo z filozofią autora "Sein und Zeit" 2, ale oddaje ono jak sądzę 
możliwy do pomyślenia horyzont w jakim porusza się twórca. Każde nazwanie świętości 
będzie równoznaczne z epifanijnym charakterem poetyckiego przekazu, tym samym 
będzie odnosiło wiersz do rzeczywistości transcendentnej względem związków 
o charakterze czysto syntaktycznym. Nazywanie świętości jest przenoszeniem znaczenia 
ze sfery, która musi - mocą swej apodyktyczności - posiadać charakter eschatologiczny, 
to znaczy ostateczny. Tym samym trudna do pomyślenia wydaje się sytuacja w której 
nazywana "Ś\\;ętość" posiadałaby więcej niż jedno właściwe imię. Myślę, że Miłosz 
jest poszukiwaczem właśnie takich klarownych, ostatecznych odniesień. Oczywiście 
w tym kontekście nie może dziwić jego jakże często deklarowana skłonność do 
obiektywizmu. Tylko obiektywizm jest bowiem w stanie wypowiedzieć, nazwać 
świętość. Pozostaje on bowiem poza strefą prawdopodobieństwa. Nie mieści się 
również w dialektyce zmienności. Nie poddaje się relatywizmowi. Cały jest upartym 
poszukiwaniem prawdy, tej ostatecznej, tej definitywnej. Taki program poetycki może 
przyprawić o palpitację serca. Trudno bowiem wyobrazić sobie większy maksymalizm, 
większą perspektywę poznawczą. Z drugiej jednak strony tylko w takiej przestrzeni 
poeta może poruszać się w miarę swobodnie sta\\;ając pytania i formułując odpowiedzi 
niemożliwe dla estetycznych minimalistów. Dlatego nie boję się Miłosza nazwać poetą 
eschatologicznym, tak samo jak eschatologiczną poezją jest poezja Zbigniewa Herbena, 
choć u tego drugiego przybiera ona nieco inne zabarwienia. T akby na dowód tego, co 
wyżej powiedziałem niech będą słowa z ustępu opatrzonego tytułem Teologia, poezja: 


"To, co najgłębsze i najgłębiej we własnym życiu doświadczone, 
przemijalność ludzi, choroba, śmierć, marność opinii i poglądów nie może 
być \')'rażone w języku teologii, która od wielu stuleci zaokrągla odpowiedzi 
w gładkie kule, łatwe do toczenia, ale jakby nieprzenikalne. Poezja 
dwudziestego wieku, w tym co w niej najbardziej istotne, jest zbieraniem 
danych o rzeczach ostatecznych w kondycji ludzkiej, i wypracowuje po 
temu swój język, który teologia może wykorzystać albo nie". 


2 Próbę interpretacji twórczości Miłosza w świetle filozofii .Martina Heideggera podjął np. K Zajas - "Miłosz 
i filozofia", Kraków 1997. 


227
>>>
\tv tym miejscu baczny czytelnik Miłoszowego "Pieska przydrożnego", posłużyć 
się musi jeszcze jednym fragn1entem, tym razem z tekstu Szczególna chwila. Miłosz 
bowiem wynosi poezję do roli narzędzia, za pomocą którego współczesny człowiek 
"rozmyślać może o rzeczach ostatecznych". A jeśli tak, jeśli poezja w jakiś sposób przejmuje 
prerogatywy religii, to powiedzieć należy, iż świadczy to o powrocie poezji do swoich 
wieszczych
 sakralnych korzeni. Poeta w tym wypadku okazałby się nikim innym jak 
medium w rękach ponadzmysłowej siły. Myślę, że takie rozumienie roli poety jest bliskie 
!\-1iłoszowi. Niejednokrotnie postrzega on samego siebie jako instrument, narzędzie 
którym posługuje się ktoś inny. 


"z kontrastu pomiędzy słabościan1i ciała i dokonanym dziełem bierze 
się niedo\\;erzanie co do sprawcy. «Jak to? Więc ja to wszystko napisałem? 
Chyba trzeba wierzyć w udział jakichś nadprzyrodzonych mocy»". 
Kontrast 


"Jakież życie, jakiż los! Absolutnie niemożliwy do logicznego ułożenia 
w przyczyny i skutki, z lukami, które mogły wypełnić jedynie cudowne 
przypadki boskiej interwencji". 


Jakiż 


4. Chyba już tak musi być, że każdy, kto zdecydował się przyjąć realistyczną postawę 
wobec świata, a więc postawę bliską świętemu Tomaszowi z Akwinu, musi pozostawać 
blisko spra\\ etycznych. Poniek}d musi postrzegać siebie przez powiększające szkło 
norm moralnych. Tym boleśniejsze jest to zadanie i \\'yzwanie, albo wręcz przekleństwo 
od którego nie sposób uciec, jeśli dotyczy ono artysty. Jak bowiem pogodzić piękno 
z poczuciem winy, z bolesnym przeświadczeniem o tym, że w sposób rzeczywisty, a nie 
tylko iluzoryczny jest się sprawcą czegoś, czego skutki ujawniają naszą dobroć i świętość, 
lub przeciwnie są dowodem naszej moralnej małości? Pytanie to oczywiście ma 
charakter retoryczny, tym nie mniej Miłosz nie stroni od niego, tak samo jak nie stroni 
od odpowiedzi, zawsze tej samej: to urzeczenie tym światem jest człowieczym 
przekleństwem, ale stanowi również - o paradoksie! - jedyne do prZ)jęcia usprawiedliwienie. 
Być może byłem zły ale powodował mną zachwyt, dziecięce zapamiętanie w igraszkach 
z tym, co pełne powabu i wdzięku. Realista ma to do siebie, że jest wobec świata i samego 
siebie szczery aż do bólu, aż do śmieszności. Ale właśnie taka postawa jest jego 
największym orężem. Myślę, że właśnie w tym kierunku można interpretować takie 
wiersze jak "W pewnym wieku", "Biografia artysty", "Eheu!" ze zbioru "Na brzegu 
rzeki". To samo odnaleźć można w "Piesku przydrożnym". Miłosz wyznaje zasadę 
"oczyszczenia" przez doświadczenie błędu. Tylko ten, kto naprawdę sparzył się, wie 
co oznacza ogień. Oczywiście z taką postawą można dyskutować, tym nie mniej Autor 
dopatruje się w niej swoistej ekonomii Opatrzności; próby przez którą należy przejść, 
aby zasłużyć na laur zwycięstwa. Zresztą Miłosz niejako daje sobie samemu prawo do 
pomyłek, jako sposób opowiedzenia o kondycji człowieka XX wieku. 


"Przy końcu życia myśli poeta: «W jakichże ja nie nurzałem się obsesjach 
i głupawych pomyśleniach mojej epoki! Wsadzić by mnie do wanny 


228 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
i szorować dzień i noc, aż cały ten brud ze mnie spłynie. A jednak tylko 
z powodu tego brudu mogłem być poetą dzudziestego wieku, i pewnie 
Pan Bóg tak chciał, żeby mieć ze mnie korzyść»". 


Wymyć 


Patrz jasno
 nie daj władzy zmorom pamięci. 
Odwiedź po latach miasteczko Brie-Comte Roben, 
Idź aleją po suchych liściach kasztanów, 
Wdychając głęboko powietrze, jak robiłeś wtedy, 
Żeby odegnać dygot, który przybierał od środka. 
A dużo było rozpaczy. Wyrzeczenie się. Zrozumienie, 
Że nie masz odtąd wyboru i że co trzeba, poniesiesz. 
I poniosłeś. I stałeś się, kim jesteś: 
Niezbyt dobry, ale świadomy swojej niedobroci, 
Wstydzący się swoich błędów, ale tylko w miarę. 


Brie 


Jednak życie jest przede wszystkim przygotowaniem na to najbardziej ważkie ze 
spotkań, na spotkanie z Bogiem po śmierci. I co ciekawe Miłosz nie wątpi w sensowność 
ludzkich uczynków, choć ich "następst\va" muszą pozostać poza "szkiełkiem i okiem" . 
Sąd Ostateczny jako "doskonale skomputeryzowany bilans naszego życia" w pełni odkryje 
przed nami wszelkie możliwe konotacje naszych uczynków. \Vtedy to właśnie okaże 
się za co tak naprawdę byliśmy odpowiedzialni. 


,,[...] Tak czy owak, znalezienie się przed doskonale skomputeryzo- 
wanym bilansem naszego życia (Sąd Ostateczny) musi zdumieć: więc je- 
stem odpowiedzialny za tyle zła \\)'rządzonego wbrew mojej woli? \Vięc 
na drugiej szali jest dobro
 którego nie zamierzałem i którego nie byłem 
ś\\;adomy?" 


Sqd 


5. Kolejnym istotnym zagadnieniem, wciąż obecnym u Miłosza, jest wzajemny stosunek 
wolności i konieczności, oraz problem cierpienia. \V pewnym stopniu koresponduje 
on z innym, równie ważkim zagadnieniem jakim jest wiara i rozum. Nie przypadkiem 
bo\\;em Miłosz jest bacznym czytelnikiem wspomnianego już wyżej Szestowa. A jeśli 
Szestow, to mamy tutaj do czynienia z fundamentalnym napięciem pomiędzy wiarą 
i rozumem. Rosyjski myśliciel zderza bowiem dwie tradycje: hebrajski fideizm z greckin1 
racjonalizmem. U Miłosza ontologiczny dylemat wiara czy rozum przybiera postać 
eschatologicznych pytań, czego widocznym przykładem są wiersze z tomu "Dalsze 
okolice". W "Albo-Albo" napięcie między wiarą przywiązaną do religijnych rytuałów, 
a postawą pozytywistyczną odnajduje jakby "trzecią drogę" - wskazanie na moralność, 
tę codzienną, którą można by po prostu określić mianem przyzwoitości. l\1iłosz ugina 
kolana przed Tajemnicą, uznaje jej nienaruszalność jako sfery wobec której powinniśmy 
powściągnąć nasze racjonalne zapędy. A zatem powrót do dziecięcego zachwytu 
cyklami przyrody, powrót do świata którego każda chwila jest już swoistym cudem. 


229
>>>
[... ] 
o początku życia niech sobie piszą uczeni. 
Może i prawda, ale czy czy dla ludzi? 
Dzień następuje po nocy, drzewa na wiosnę kwitną: 
Te odkrycia na pewno przynoszą mniej szkody. 


Obyśmy nie troszczyli się o nasz los po śmierci, 
Ale tutaj na ziemi szukali zbawienia, 
Starając się o dobro wedle naszej miary, 
\Vybaczając śmienelnym niedoskonałość. Amen. 


Albo-Albo 


To, co imponuje u Miłosza to jego szczerość. W obliczu zamilknięcia nie tai swoich 
obaw, nie stara się wybielić za wszelką cenę. Jest szczery, jest sobą jako ktoś, kto wie o sobie 
więcej niż ci którzy będą spoglądali na niego przez pryzmat jego twórczości, która swoją 
rozpiętością, a także ciężarem gatunkowym z pewnością zasługuje na miano dzieła 
Mickie\\;cza dwudziestego stulecia. Wyczuwa się w "Piesku przydrożnym" coś, co 
w języku teologicznym nazywamy trwogą. Trwoga pojawia się wszędzie tam, gdzie 
podmiot odkrywa swoją małość wobec wielkości i moralnej doskonałości Boga. Trwoga 
otwiera drzwi pokory, pokora zaś to nic innego jak prawda o nas samych. Obok trwogi 
jest ró\vnież silne przekonanie o namaszczeniu, o losie powołanego, wybranego na służbę. 
\łV tym wszystkim dopatruje się poeta palca Opatrzości, owej siły, która działając przeciwko 
przypadkowi usensawnia ludzkie wysiłki, nadaje im nowy, jakościowo głębszy sens. 


"Osiemdziesiąte piąte urodziny, syt chwiały i zaszczytów. I cały czas 
jak słuchanie drugim uchem odczytywanego wyroku. Tak miało być, jak 
we wczesnej młodości przeczułem. Tudzież świadomość niezasłużonego 
daru. Tu gadają, a ja idę przed tron Sędziego z moją brzydką duszą". 


Na odwrót 


"Oto dokonane dzieło. Gdyby tylko wiedzieli, za jaką cenę. Czy 
zgodziliby się? Czy nie odwróciliby się z przerażeniem? Ale nie, ten 
sprawca, miał kiedyś tylko niejasne przeczucie, że podpisuje cyrograf Naprawdę 
nie było chwili, kiedy pióro, umaczane we krwi rozciętego palca, waha 
się przed podpisem i kiedy jeszcze można powiedzieć: «nie»". 


Cyrograf 


"Niezbite dowody działania Opatrzności w jego życiu, o których 
chętnie zapominał, co może i lepiej, bo mógłby stale czuć się wybrany 
i namaszczony. Kiedyś, w swoich wielkich rozterkach, widział chwilami 
swój przyszły los jako służbę ludziom? ludowi? narodowi? Błagał o to, 
ale nie wiedział, jak to ma się dokonać". 


Przeznaczenie 


230 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
6. Cierpienie. Czy jest ono koniecznym, niezbędnym warunkiem do oczyszczenia, 
do takiej konsystencji naszego własnego istnienia, w której byłoby ono godne przyjąć 
łaskę Zbawienia? Innymi sło\\1': czy wolno nam unikać cierpienia? Czy możemy 
odsuwać jego ciemne macki oplatające nas, zniewalające nasze siły witalne? Jeśli 
wzorem dla nas ma być Chrystus
 to z pewnością cierpienie musimy wpisać w nasze 
życie tak jak wpisuje się sen i jedzenie. Nie ma bowiem łatwej drogi, a jasność 
i przezroczystość naszej moralnej kondycji wymaga ofiary i poświęcenia. To są dylematy 
w które uwikłany jest wewnętrzny bohater "Pieska przydrożnego", to jest pole, gdzie 
dokonuje się jego rozliczenie z Tajemnicą egzystencji. 


,,[...] Co te dziady miały na myśli śpiewając. «A jak nie \\1'cierpisz?» 
Czy to znaczy: jak nie wycierpisz do końca tego, co tobie sądzone? A jak 
tego można uniknąć? Podlizując się na przykład włodarzowi, ekonomo- 
wi, żeby wyznaczył nam lżejszą robotę? Czy też zupełnie inne znacze- 
nie? Że kto cierpi
 będzie zbawiony, a kto nie cierpi, już przez to będzie 
potępiony?" . 


Pieśń dziadowska 


7. Co ciekawe Miłosz teologiczny nigdy nie przestaje być wrażliwy na rytm natury, 
wciąż jak małe dziecko zachwyca się zachodami słońca, kielichami kwiatów
 poranną 
bryzą. W nvórczości poety takie nastawienie znajduje właściwą sobie harmonię, jest 
jej mocnym punktem
 dowodem na obiektywizm tego, co doczesne i tego, co wieczne, 
on\'arte 
a najważniejsze egzystencjalne pytania. Bóg i Szatan, Dobro i Zło, Śmit:rć 
i Nieśmienelność, Piekło i Niebo nie są naznaczone tabu, stanowią normalne, to znaczy 
ważne i niezbędne pole dla poetyckiej dociekliwości. Zatem eschatologia nie jest 
skrywanyn1 i wstydliwym marginesem w światoodczuciu Miłosza jako poety i 
1iłosza 
jako eseisty, ale jest jednym z centralnych motywów jakie wciąż przykuwają baczne 
oko pisarza. Pod tym względem Autor "Dalszych okolic" należy do zdecydowanej 
mniejszości, jakby na przekór postawom pozytywistycznym, ślepo \\ patrzonym 
w zdobycze cywilizacji białego człowieka. 
Obserwacja bogactwa i różnorodności widzialnego świata prowadzi do wdzięczności. 
Wcale nie trzeba poprawiać świata, nie potrzeba nowego, lepszego aktu stworzenia. 
Miłosz nie należy to tych, którzy pochłonięci są pasją kreatywności, ale do tych, którzy 
jak greccy filozofowie nie \\1'zbyli się młodzieńczego zachwytu i zdziwienia. 


,,[...] Ale właśnie nieskończone bogactwo, złożoność, \\ielopostaciowość 
rzeczy ziemskich pochodzi z zawartej w nich sprzeczności. Umysł nie miałby 
powabu, gdyby nie to wszystko, co przypomina o jego zakotwiczeniu 
w materii: rzeźnie, szpitale, cmentarze, filmy porno. I na odwrót, 
fizjologiczne potrzeby przygniatałyby swoją zwierzęcą tępotą, gdyby nie 
igrający, polatujący nad mmi umysł. [...] Wygląda na to, że Stwórca, którego 
etyczne moty\\)' ludzie nauczyli się podawać w wątpliwość, kierował się 
przede wszystkim chęcią, żeby było jak najciekawiej i jak najzabawniej" . 


N a miejscu Stwórcy 


231
>>>
Można powiedzieć tak: na starość, kiedy kaganek trwania pośród rzeczy tego świata 
wypala się, ważne jest tylko to, co istotne, tylko to, w czym można by odnaleźć jakąś 
formułę przetrwania. Oczywiście to dramatyczne pytanie stawia sobie również Miłosz. 
Tą formułą w przypadku naszego poety jest mądrość. Tym nie mniej poszukiwanie 
mądrości jako życiowe zadanie okazałoby się jałowym bez ciągłych upadków, dotkliwych 
ran jakie muszą być zadane aby wypróbować nas niczym w ogniu i odsiać plewy od 
ziarna. A więc dialektyka upadku jest potrzebna, jest konieczna do osiągnięcia tej 
przeźroczystości w świetle której rozpoznać można to, co rzeczywiście cenne. T o tylko 
pot\vierdzałoby biblijną zasadę wedle której potrzeba abyśmy przeszli przez wiele zwątpień 
i upadków, by w końcu osiągnąć Zbawienie. Ale w Jeszcze jednej sprzeczności, wierszu 
ze zbioru "Na brzegu rzeki", pobrzmiewa jeszcze jedna jakże ważka idea. Myślę 
oczywiście o Opatrzności. To właśnie niej można przypisać prostowanie naszych 
krętych dróg. Opatrzność bowiem okazuje się "boskim palcem" porządkującym 
i usensawniającym to, co z pozoru jest tylko sprzecznością, bezpowrotnie straconym 
czasem, sekwencją błędów, fobii i życiowych pomyłek. Napięcie pomiędzy przypadkowością 
i Opatrznością, pomiędzy wolnością a koniecznością to przecież nieodłączne dylematy 
większości intelektualistów. Miłosz zdaje się przyjmować postawę otwartą, pełną 
afirmacji tego, co przynosi ze sobą życie. Tylko w ten sposób ziarno może wydać plon. 


Czy spełniłem, co miałem spełnić tu na ziemi? 
Byłem gościem w domu pod obłokami, 
Gdzie płyną rzeki i odnawiają się zboża. 
Cóż z tego, że wezwany, jeżeli mało przytomny? 


Następnym razem wcześnie szukałbym mądrości. 
Nie udawałbym, że mogę być taki jak inni. 
Z tego bierze się tylko zło i cierpienie. 


Wyrzekając się, wybrałbym los w posłuszeństwie. 
Poskromiłbym wilcze oczy i żarłoczne gardło. 
Mieszkaniec jakiegoś napowietrznego klasztoru, 
Z widokiem na jarzące się w dole miasta, 
Albo na strumień, kładkę i stare cedry, 
Powierzyłbym się tylko jednemu zadaniu. 


Które jednak wtedy nie mogłoby być wykonane. 


8. Wydaje mi się, że ważnym tropem w próbie odczytania "Pieska przydrożnego", jest 
powrót do "Ziemi Ulro", oraz pism mistycznych Oskara Miłosza. Czy jednak próba 
postawienia obok siebie autora "Dalszych okolic" z jego snyjem nie jest zabiegiem cokolwiek 
karkołomnym? Jak pogodzić realistę i obiektywistę z mistykiem i ezoterykiem? A jednak właśnie 
tutaj dopan-uję się klucza do późnego Miłosza. Uważne czytanie "Ziemi Ulro", doprowadzić 
musi do wniosku, iż mamy tutaj do czynienia ze sprawami do których powróci poeta 
dokładnie po dwudziestu latach. W miniaturach opatrzonych tytułem Dyskretny wdzięk 
nihilizmu, zwłaszcza zaś w Tryumfie obyczaju poeta pisze o swoich religijnych zainteresowaniach: 


,,«On czytał Swedenborga.» Śmiech. Bo w istocie polska inteligencja 
nie lubi myśleć o religii. Jeżeli przyznaje się do katolicyzmu, to w celach 


232 KWARTALNIK IAR T/ YSTYCZNY
>>>
nacjonalistycznych i mesjanicznych. Wskutek tego grupom interesującym 
się literaturą religijną zostaje tylko wąski margines." 


Zobaczmy na to, co pisał Miłosz w "Ziemi Ulro": "Mówić o Swedenborgu to znaczy 
naruszać jedno z polskich tabu, zakazujące literatom poważnie odnosić się do religii. 
Kara jest przygotowana zawczasu w postaci formuły powtarzanej przez papugi: «w 
mistycyzm popadł». Oczywiście zawsze wolno było ogłosić się pisarzem katolickim, 
ale oznaczało to zaszeregowanie do literatury «gorszej», takiej jak literatura myśliwska 
czy literatura dla młodzieży, a w dodatku politycznie związanej z prawicą"3. Podobne 
wytłumaczenie ze swojej "strategii" pisarskiej poeta przytoczy w "Piesku przydrożnym". 
Co ciekawe, nawet tak autonomiczny twórca jakim jest Czesław Miłosz bał się popaść 
w osąd jemu współczesnych, bał się zaszufladkowania w gronie poetów "drugorzędnych". 
To tylko pokazuje jak przemożny wpływ na nasze zachowania i t\vórcze poczynania 
ma aktualnie obowiązująca moda intelektualna i estetyczna. Ktoś, kto nie schyli przed 
nią swojego karku może jedynie liczyć na przyszłe pokolenia, oraz szyderczy śmiech 
współczesnych. Być może jedyną drogą dla niepokornego t\vórcy, pozostać musi 
droga wycofania się, droga swoistej prostracji wobec wartości jakim pozostaje on 
wiemy, bez nadziei na dosttzeżenie jego twórczych wysiłków przez Ś\\ iat poddany dyktatowi 
wciąż zmieniających się mód. 


"Ten poeta, wychowany w religii rzymskokatolickiej, po\\inien był każdym 
swoim słowem potwierdzać prawdę wiary Kościoła. Jednakże gdyby nawet 
chciał, nie mógłby tego robić, ponieważ poezja jest też strategią. Literatura jego 
czasów była agnostyczna, niekiedy ateistyczna, i pisząc wiersze dewocyjne 
nikogo by nie nawrócił, jedynie zyskałby miano poety drugorzędnego". 


Powinien bvl? 


9. Moje skromne zamyślenia millenarystyczne na temat Czesława Miłosza "Pieska 
przydrożnego", zakończyć pragnę jednym z zastanawiających - i nie ukrywam - wręcz 
proroczym fragmentem książki poety: 


"w Polsce są wszelkie dane na odwrócenie: kiedyś była sceptyczna, mocno 
pozytywistyczna inteligencja i pobożny lud zapełniający kościoły. W 
niedalekiej nawet przyszłości może być inaczej: chrześcijaństwo, zmagające 
się z powszechną nie\\iarą, okaże się za trudne dla ogółu i \\iększość swoich 
wiernych zachowa jedynie wśród najwyżej wykształconych
'. 


Odwrotnie (Dyskretny wdzięk nihilizmu) 


MiroslaJv Dzieli 


Czesław Miłosz, "Piesek przydrożny", "Znak", Kraków 1997. 


3 Cz. Miłosz - "Ziemia UJm", Kraków 1994, s. 142. 


233
>>>
J(rzysztof M.'Vszkmvski "- 
Miłosz czyta Miłosza... 


"Miłosz czyta Miłosza. Miłosz czyta Mickiewicza" to tytuł v
ydanych razem dwoch 
płyt kompaktowych. Pierwsza z nich została nagrana dnia 29 czerwca 1996 roku w Stu- 
dio Koncenowym Polskiego Radia w Warszawie w trakcie wieczoru autorskiego, zor- 
ganizowanego przez zespół Polskiego Radia BIS z okazji 85. rocznicy urodzin Czesława 
Miłosza; druga - w sierpniu 1996 roku w krakowskim mieszkaniu poety. Brzmi głos 
Miłosza, pięknie dźwięczą słowa, krzesząc rytmy: wyraźnie słyszymy wszystkie akcenty, 
kadencje, końcówki, klauzule i średniówki. I czujemy, że każde słowo jest potrzebne, 
na swoim miejscu. Nic tu po modnych dziś gadaninach, luźnych strumieniach mowy, 
chcących na gwałt uchodzić za poezję. Miłosz swoim czytaniem pokazuje i uzmysławia, 
czym jest w poezji forma
 rygor, sens. Słowo staje się głosem, a więc siłą - staje się ener- 
gią, która stapia się z sensem, uzupełnia go, niekiedy w nieoczekiwany sposób, chociaż 
ani jedna jota nie zostaje dodana do tego, co zostało napisane, ani nie zostaje odjęta. 
Miłosz tworzy muzykę słowa. Swoim śpiewnym, wilel1skim głosem tworzy magiczną au- 
rę. Ma dar absolutnego słyszenia słowa i na tyle na ile jest to możliwe, przekazuje go 
słuchaczov
;. Wybrane wiersze są dla niego jak partytury, a jego głośne czytanie jest ich 
mistrzowskim wykonaniem. Miłosz czyta wiersze świetnie. Wiele razy słyszałem, jak Mi- 
łosz czyta swoje wiersze: różne wiersze, \V różnych miejscach, przed różną publiczno- 
ścią i nie wyobrażam sobie, żeby choćby najlepszy aktor polski mógł je przeczytać lepiej. 
Nie wiem, co w tym kontekście miałoby znaczyć "lepiej"? Ilekroć sam czytam wiersze 
Miłosza, słyszę w nich jego głos i to mi bardzo pomaga w ich odczuwaniu i rozumie- 
niu, w docieraniu do ich rytmiki i architektury. Wiem, że Mickiewicz dobierał i układał 
słowa z myślą o ich brzmieniu. Myślę, że Miłosz często czyni podobnie. 
W zasłuchaniu słuchałem także drugiej płyty, na której Miłosz czyta Mickiewicza. 
I również to przeżycie było epifaniczne. Słyszałem kiedyś przez radio głos marszałka 
Józefa Piłsudskiego. Był to głos bardzo śpiewny, bardzo wileński, od razu bardzo bli- 
ski mojemu sercu. Był bardziej śpiewny i wileński od głosów mojej babci i dziadka, 
wśród których wychowałem się, w Toruniu. Wtedy gdy po raz pierwszy i jak do tej 
pory jedyny usłyszałem głos marszałka Piłsudskiego, pomyślałem jak bardzo śpiewny 
i jak bardzo wileński musiał być głos samego Adama Mickiewicza. Oczywiście nigdy 
nie usłyszę głosu Mickiewicza. Głos Miłosza znakomicie pasuje mi do wierszy Mic- 
kiewicza. Jest jakby z nimi zsynchronizowany duchowo
 a niekiedy wręcz stapia się 
z nimi w jedną dźwiękową, rytmiczną i emocjonalną całość, czego nigdy wcześniej 
nie doświadczyłem, gdy w różnych wspaniałych aktorskich wykonaniach słuchałem róż- 
nych wierszy Mickiewicza. Tu przede wszystkim" Tukaj" , ale i "Zima miejska", "Py- 
tasz, za co Bóg trochą sławy mnie ozdobił...", "Dobranoc", "Dzień dobry", "Snuć 
miłość", czy 
,Nad wodą wielką i czystą...". Jest tak, jakby Miłosz mówił od siebie, 
tak jakby czytał swoje wiersze. To jest niezapomniane przeżycie. Głos Miłosza. Tak 
jak głos marszałka Piłsudskiego, czy jak usłyszany z magnetofonowej taśmy głos Sa- 
muela Becketta rozbrzmiewający w akompaniamencie wystukiwanego rytmu. To bar- 


234 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
dzo wiele daje, coś racjonalnego i jednocześnie coś nieracjonalnego gdy słyszy się, choć- 
by tylko przez krótką chwilę, głos ważnego dla siebie pisarza, albo głos swojego bo- 
hatera. Jest to poza racjonalnym wytłumaczeniem. Parafrazując Miłosza, można 
powiedzieć, że właściwszym hołdem dla ważnego dla siebie pisarza od pisania o nim, 
jest po prostu słuchanie, albo recytowanie, lub głośne czytanie jego utworów, a naj- 
lepiej słuchanie, jak swoje utwory czyta głośno on sam. Na płytach Miłosz nie tylko 
czyta swoje wiersze, ale także wprowadza w ich lekturę, w zwięzły sposób komentu- 
je, wyjaśnia, niekiedy żartuje. Cały czas czuje się wielkie skupienie, koncentrację po- 
ety i kryjące się za nimi emocje, chociaż czyta w sposób naturalny, nie zmieniając tonacji 
i tonów, nawet wtedy gdy przechodzi od czytania swoich wierszy do czytania wier- 
szy Mickiewicza. 
Ważne jest także to, że Miłosz jest autorem wyboru wierszy, które czyta i na pew- 
no nie jest to wybór przypadkowy. Trzydzieści osiem swoich wierszy zaczyna od pa- 
miętnego "Spotkania", napisanego w 1937 roku w Wilnie, a kończy wierszem nowym, 
wtedy nigdzie nie drukowanym. Na drugiej, mickiewiczowskiej płycie, która składa 
się z dwunastu wierszy, zaczyna od pierwszego drukowanego wiersza wieszcza, czyli 
od "Zimy miejskiej", a kończy jednym z ostatnich jego wierszy - "Nad wodą wielką 
i czystą...". O większości wybranych przez siebie wierszy Mickiewicza Miłosz pisał, 
albo mówił o nich w publikowanych rozmowach. 
Album jest ucztą dla miłośników poezji i wielkie dzięki dla Polskiego Radia BIS za 
pomysł i wspaniałą realizację. 


Krzysztof Myszk01vski 


"Miłosz czyta Miłosza. Miłosz czyta Mickiewicza", Polskie Radio S.A. Warszawa 
1996. Dystrybucja PolyGram Polska. 


Jan Wolski 
"Wieczność w krótkim trwaniu" 


W 1960 roku ukazał się debiutancki tomik wierszy bydgoskiego poety Kazimierza 
Hoffinana (rocznik 1928). Przed rokiem w Bydgoszczy \\ ydano obszen1Y, bo liczący 
prawie 250 stron, jego wybór z lat 1952-1994. Książka ta daje znakomity, bardzo 
trafny, jak sądzę, przegląd dotychczasowego dorobku tego niezwykłego, choć wciąż 
za mało znanego poety. 
Poeta, taki jakim mogę go sobie wyobrazić na podstawie tego, co i jak napisał, 
musi być osobą niezwykle skupioną i skoncentrowaną, cichą i łagodną. Taki też 
jest bohater jego wierszy. Delikatnie porusza się wśród materii świata. Aby cokolwiek 
o tym świecie powiedzieć, o człowieku w nim i z nim związanym, jego kondycji 
i losie, sensie wszystkiego, trzeba umieć dostrzegać drobiazgi, znajdować właściwą 
wagę, że z małych, najmiejszych części składa się obraz całości. 


235
>>>
zaJVsze lubił takie drobiazgi) ceni je um
'Vsł) odpoczYJVa i 
trafia JV dziesiątkę 
("Odpoczywający La Mettrie
') 


Albo inaczej jak dosłownie możemy przeczytać w innym wierszu, że: 


TrJVa praca: szczegół 
po szczególe 
spala się obraz. 
( " T amayo odpada") 


Wypowiedzi są niezwykle oszczędne. A i to może zbyt wiele powiedziane, 
bowiem często ocierają się, są bliskie milczenia. Cecha ta dominuje. Owo zbliżanie 
się do ciszy, drobiazgu, szczegółu, można rozun1ieć w odniesieniu do aktualnej 
rzeczywistości, ale nie jakiejś krótkotrwałej, doraźnej, lecz odnoszącej się do 
sytuacji człowieka dwudziestego wieku. Powoli tonie on w chaosie, natłoku, 
szumie \,,)'wołanym nadmiarem informacji, globalizacją doświadczeń. Paradoksalnie: 
wiedząc więcej, wiemy coraz mniej. Niczego nie przeżywamy, nie poznajemy 
głęboko i prawdziwie. W takim wynliarze wiersze Hoffmana są wyrazem sprzeciwu 
wobec ,vspółczesnej cywilizacji. 
To jednak wydaje mi się być zbyt uproszczoną \\)'kładnią, choć w jakiejś mierze 
uzasadnioną, która przy tym znacznie zubożyłaby wymiar dzieła tego poety. Stara 
się on \V)rrazić esencję; to, co w życiu człowieka najważniejsze, a może tylko 
opo,viedzieć drogę do niej. Pełne bowiem wyrażenie oznaczałoby rozwiązanie 
Tajemnicy. Tak więc droga byłaby próbą opisywania, manifestowania wciąż od nowa, 
tego co jest niewyrażalne. Stąd tak wiele w wierszach tych nieokreśloności, strzępów, 
oszczędności w wypowiadaniu, urywków, drobiazgów. Nad jednoznacznymi 
formułami dominują aluzje, niedomówienia, pauzy, które znacznie więcej sugerują 
niż są w stanie, i chcą, oznaczać. 
Dodatko\\)rm przy tym i istotnym szczegółem jest zapraszanie czytelnika do 
wSPÓłuczestnictwa, do \\sPÓłrozumienia i współodczuwania. Trzeba aby to on uruchon1ił 
swą \\)'obraźnię i wrażliwość, by nie był tylko biernym obserwatorem, lecz wraz 
z poetą próbował rozumieć i pojmować, przeżY\\-Tać i czuć. 
Wiersze Hoffmana cechuje, mimo pozornej fragmentaryczności, nie zwykła 
precyzja. Są konsekwentne w swej poetyce, co daje równiż efekt jednolitości świata 
poetyckiego, a także konstrukcji samego tomu. Owszem, trudno - i to wcale nierzadko 
- przebić się przez samą tylko powierzchnię wersów, zdań, z wielkim wysiłkiem 
udaje się je odczytywać. Ale to przecież jakaś zasada organizująca konstytuująca 
tę poezję. Są w niej odwołania do faktów związal1ych ze sztuką, konkretnych jej 
przejawów i postaci obrazów, rzeźb, tekstów w postaci literackich, wydarzeń 
codzienności, trawestacje dzieł prawdziwych czy fikcyjnych, \\Teszcie potężny i liczny 
zasób odwołań do świata natury, zwłaszcza jej roślinnej części. 
Tu wchodzimy w kolejny, niezmiernie istotny krąg poezji Hoffn1ana. Nanlra jest 


236 KW AR T ALN I K lA R TI YS TYCZNY
>>>
, 
u niego rzeczywistością, tematem wciąż obecnym. Swiat budowany z jej składników, 
oprócz wspomnianych już roślin, opiera się w głównej mierze na stworzeniach niewielkich: 
owadach, ptakach, a więc zno\vu takich przejawach życia, o których istnieniu 
najczęściej wiemy doskonale, ale które postrzegamy tylko w jakichś szczególnych 
chwilach, w mgnieniach sekund. Nigdy, albo rzadko tylko, obserwujemy je w 
jakimś dłuższym ciągu ich jednostkowych bytów. Tymczasem one również 
współtworzą nasz wspólny kosmos. A czyż człowiek nie jest takim samym 
mikrozjawiskiem, w swym mikroświecie, w którym traci czas na zajmowanie się jakimiś 
mikrosprawami? Smutne? Zapewne, ale przecież smutek jest częścią życia, bo każda 
jego forma, przejaw, są skazane na klęskę. Dlatego może uszanowanie należy się 
wszystkim, chćby najmiejszym drobinkom materialnym lub niematerialnym. 


szczegół nadaje wielkość wszystkiemu co małe 
("Chory przed obrazem") 


Los człowieka jest ze swej natury tragiczny, ale też głęboko ludzkie jest to, czego 
doświadcza: zachwyt i zwątpienie, przerażenie i ufność. Człowiek przecież jest w 
stanie, umie dostrzegać i oceniać to, czym jest piękno i co jest dobre. Buduje więc 
swój duchowy świat, \viedząc zarazem, że jest on zaledwie cieniem prawdziwego 
istnienia. A wie między innymi dlatego, że ma świadomość przemijania. Przemijalności 
wszelkich form. Niemniej jednak zdecydowanie opowiada się po stronie życia. Mimo 
jego krótkotrwałości, przemijalności wszelkich doznań i uczuć. Najelementamieszym 
przejawem życia jest ruch, przeciwieństwo stagnacji, bezruchu czyli śmierć. 
Manifestację takiej postawy zdaje mi się zawierać wiersz: "Do Ronnie Petersona, 
który zginął na torze w Monza": zostaje ruch / / wielość odczuć i doznań ruchu 
(...) zostaje ruch / / wielość odmian lub ujęć ruchu. 
Dlatego więc trzeba podejmować wysiłki nazywania, określania tego, co nam się 
przydarza i tego, co wybieramy sami. Pisanie wiersza, to chwila kiedy powstaje, w której 
przy pomocy słów na mgnienie świat zostaje zatrzymany jak w nieruchornej fotografii. 


. 
nazywajCIe rzecz 
utwierdzam byt 


przeczytać można w zamykającym wybór wierszu "Na skraju". 
Tom "Przenikanie" to zapis ludzkiego losu, wyznaczanie kręgów egzystencji 
tak, by stworzyć własny świat, prywatną ojczyznę złożoną z tego, co choć maleńkie 
może i nieznaczne, n1a swoje miejsce i wagę. To nauka życia po prostu. Umieć 
dostrzegać świat w całym jego bogactwie i niezn1ierzoności szczegółów jest 
najistotniejsze, bo wtedy doświadczyć można radości istnienia
 odnajdywać swoiste 
piękno, uczyć posługiwania się fantazją, wyobraźnią, pozwolić głębiej przeżywać 
wciąż od nowa urodę życia. 
Zaś sposób postępowania zdają mi się tu wyznaczac dwie przesłanki: jedna 
zaczerpnięta z buddyzlTIU Zen, bliska kontemplacji, stylowi n1aksymalnie zwięzłen1u, 


237
>>>
tematom zazwyczaj związanym z naturą, przyrodą, wyznającą pewną szczególnego 
rodzaju jedność podmiotu z przedmiotem, a co wszystko razem poprzez obraz i 
refleksję pobudza wyobraźnię odbiorcy. Druga przesłanka, niemniej ważna w 
odczytaniu tej niezwykłej, "osobnej" poezji, zamyka się w sławnym zdaniu 
LudwikaWittgensteina: "O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć". 
Dlaczego więc poeta próbuje poznawać, odczytywać znaki, deszyfrować znaczenia, 
dlaczego zdarzają mu się zachwyt i smutek, po co budzi myśli, poddaje się 
olśnienionl? Ano chociażby po to, aby "zobaczyć dźwięk", uchwycić na chwilę "istotę 
fenomenu", "poznać materię od jej strony najcichszej" , a nade wszystko: 


To, co zapisze potem (zapisze krótko) 
oddaje stan, 
jaki niekiedy można odczuć: piszemy osobie 
dla tych, których kochamy 
(*** 
,Wspaniała zieleń, ciężka od"). 


Jan Wolski 


Kazimierz Hoffman, "Przenikanie", Kujawsko-Pomorskie Towarzyst\vo Kultural- 
ne
 Bydgoszcz 1996. 


Jan Wolski 
"Język dotyka niekiedy prawdy" 


Maciej Niemiec opublikował niewiele wierszy. Ale przecież nie w ilości siła. Wiem 
o nim niewiele. Tylko to, że uhonorowano go prestiżową nagrodą im. Kościelskich, 
że mieszka w Paryżu i wydał cztery tomy wierszy, a ostatnio pojawił się w "aS" zbio- 
rek "Ulica wód". 
Przyznam, że zmagałem się z tekstami w nim pomieszczonymi, choć na pozór zda- 
je się to być liryka prostego obrazowania. Wiele jednak potrzeba czasu i duchowego 
spokoju, by przebić się przez jej stwardniałą, zewnętrzną skorupę. Za jej osłoną bije 
wielkie serce niezwykle żywotnej a zarazem refleksyjnej, chciałoby się rzec: filozoficz- 
nej poezji. Jest ona wsłuchiwaniem się w bicie tętna egzystencji, wyczuwaniem jej od- 
dechu. Wolno przypuszczać, że kształt tego specyficznego badania pulsu, metodę, kierunek 
jej prowadzenia \"yznaczają myśli sformułowane przez Kierkegaarda i jego w pewnym 
sensie, kontynuatora Szestowa. To, naj krócej mówiąc, droga powrotu "do rzeczy sa- 
mych", do pierwotnego, źródłowego doświadczenia człowieka. Wiersze Niemca nie 
są li tylko wydumaną abstrakcją. Charakteryzuje je konkret oparty na osobistym świa- 
dectwie podmiotu lirycznego. To zaś, choć uogólnione, ma wyraźny kształt indywi- 
dualnego postrzegania poezji, zdaje się wyrażać pojedynczą, prywatną o niej prawdę. 
Inny ważny element stanowiska poznawczego poety, jakby druga strona tej samej 
całości, odróżniająca się od kontemplowania stanów twórczych czy też życiowych (czy- 


238 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
taj: poetyckich), od codzienności, z\rykłych zdarzeń (np. kapiącego deszczu), sztuki, 
to uporczywe poszukiwanie we wszystkich tych przejawach ludzkiej świadomości do- 
świadczeń, głębszych prawd metafizycznych. Przy czym poszukiwanie to uzupełnia- 
ne jest o nieodłączny element artystyczny. Próba zrozumienia siebie i świata jest 
zarazem dążeniem ku prawdom artystycznym. Widać to w sposobie mówienia pod- 
miotu, w budowaniu poetyckiego obrazu. 
Dość często jako element konstrukcyjny wykorzystywany bywa paradoks. Kto wie 
czy to nie on właśnie jest podstawą naszego ludzkiego poznania i bytowania. 


oślepnąć, by ujrzeć, 
wyrzec się życia, by przeżyć. 
))Tak bardzo nieokrdlone)) 


Przy tym jeszcze zabarwia się często lekką niewiarą w możliwość wyjaśnienia wszyst- 
kiego, przepowiedzenia. Ale nie to zdaje się być najistotniejsze. Element dominujący 
stanowi postawa afirmatywna wobec życia. Życia takiego jakim ono jest, jakiego da- 
ne jest nam doświadczyć. 


(. . .) JV każdą stronę 
otwarte nic - życie: 
tak bardzo nieokrdlone. 


Poeta zmaga się z materią słowa. Ma świadomość tego, że nadawanie im jakiegoś 
kształtu, formowanie w myśli, budowanie obrazu nie jest zadaniem łatwym. Lecz trud 
ten podejmuje i stara się poszerzać, wzbogacać obszary, do których dostęp ma racjo- 
nalność, ale które prawdziwie poznać można tylko przy pomocy uczuć. 
Celem takiego postępowania \\rydaje mi się chęć wszechstronniejszego niż dotych- 
czas i bardziej bezpośredniego opisu rzeczywistości. A zatem racjonalizm? Tak, ale 
z drugiej strony także jakieś dążenie do pojmowania świata jako zbioru elementów, 
jednakowo ważnych, niez\\rykłych, fenomenalnych. Duchowość poety jest nieprzerwa- 
nym poszukiwaniem tego, co transcendentne, objawione, oparte na cudzie. \Vłaśnie 
to zderzenie i stapianie w jedną całość tak odległych zdawałoby się elementów jak duch 
i ratio, czyni tak fascynującą lekturę wierszy Niemca. 
Fakty, ścisłe naukowe dane, a nawet indywidualne i zbiorowe doświadczenia nie są 
jedynym, nie są ostatecznym kryterium poznania, wiedzy, zrozumienia zasady świa- 
ta. Z drugiej jednak strony odnajdywanie prawdy, oddzielanie tego co dobre od te- 
go co złe jest możliwe, i jest wręcz konieczne. Jedynym środkiem, narzędziem i drogą 
jest poznawanie tego, co jest, ogólnego i szczegółowego, co można "zobaczyć". 
Oczami wyobraźni czy oczami rozumu. Ostatecznie nasz duch, który kontempluje 
w jakimś sensie konieczność wszechświata i zdarzeń w nim zachodzących, dostarcza 
najwyższej radości. 
Żyć i poznawać, poznawać i żyć. Oba te stany świadomości są dostępne człowie- 
kowi. Poszukiwanie przedwiecznej zasady bytu to nic innego jak umiejętność dostrze- 
żenia owego "wiecznego koła przemian" ("Chcesz istnieć..."). Poznanie wcale nie 
musi zaciemniać, zasłaniać samego życia. Drobiazgi codzienności to także wszechświat. 
To wyobraźnia i dusza, i wiedza zarazem. Zasadnicza część programu poetyckiego 


239
>>>
Macieja Niemca zdaje mi się tkwić w afirmacji tego, co ulotne, nieznaczne z pozoru. 
Minimalizowanie potrzeb i możliwości potrzebne jest po to, by móc na nowo odkry- 
wać cud własnego istnienia, niepowtarzalność egzystencji. 


być; ale raczej nie 
próboJł 1 ać być wszędzie, 
być mało, teraz, tylko 
tutaj: nie być jeszcze 
gdzieś, prawie wszędzie 
nie być, by być IV tym 
jednym zdaniu. 
"Być, ale także nie być..." 


Jan Wolski 


Maciej Niemiec, "Ulica wód:. Wydawnictwo aS, Poznań 1996. 


Leszek Szaruga 
W zwolnionym tempie 


To bodaj już piąty tom wierszy Zbigniewa Macheja. I bez wątpienia najlepszy, naj- 
dojrzalszy. Poprzedni, "Trzeci brzeg", był jego zapowiedzią, wszakże dopiero "Le- 
gendy praskiego metra" to zbiór o w pełni wykrystalizowanym, własnym sposobie widzenia 
i przedsta\\riania świata. Uderza w nim przede wszystkim tok narracji. Niemal każdy 
wiersz jest opowieścią, relacją o jakimś wydarzeniu. I każda z tych relacji opowiada- 
na jest niespiesznie, potoczyście - tak, jakbyśmy śledzili ukazywane obrazy i "rydarze- 
nia okiem pracującej w zwolnionym tempie kamery. Liczy się tutaj przede wszystkim 
detal, kadr: 


Zanim zasłoniłem okno w kuchni 
patrzyłem przez chwilę na słoneczną poświatę 
IV oknach na najwyższym piętrze naprzeciw, 
po drugiej stronie ulicy. 
( "Gdzi eś dalej") 


Podobnie w poprzedzającym cytowany utwór wierszu bez tytułu: 


W prawej dolnej ćwierci okna: 
najpierw bladoróżowy narożnik 
kamienicy, a dalej beton01vy rynsztok 
i wysypka niezapominajek IV cieniu. 
W tym kadrze raz po raz pojawia się 


240 KW AR T ALN I K IAR TI YSTYC ZNY
>>>
para obszarpany/ch gołębi, 
które nerwowo dziobią beton. 


Zmienia się sposób ujęcia, zmieniają plany, zasada obrazowania pozostaje wciąż ta 
sama: w przedsta\\-ianym obrazie przesuwają się detale codzienności. Do tej codzien- 
ności należy też historia: 


Jechaliśmy na północ. 
A na południu nie ttstawa
l' wojny, 
rozpadały się patlstwa. . . 
("Droga na północ") . 


Historia dzieje się zarówno przez wielkie wydarzenia (tu: wojna w Serbii \V "Kro- 
nikach włoskich", ale także "zwycięstwo demokracji" sygnalizowane w "Drodze na 
północ"), jak działa poprzcz detale, drobiazgi, z pozoru nic nie znaczące przesunię- 
cia znaczeń: wszystko w kOIl.cu buduje ta wielka całość, którą poezja ukazuje \\' ka- 
drach zwolnionego filmu. Owo dzianie się, owa dynamika przemian - odczuwalne na 
każdym kroku, w każdym przedmiocie - nie narusza \\' niczym stabilności świata: 


Przeminie aktualność, teraźniejszość, przyszłość. 
Przeminą g01'zkie żale, łza wyschnie na wietrze. 
Czas będzie znowu nicz
l'j i przestrzeli niczyja. 
Potem przel1zinie wiatr i wszystko, co z nim mija. 
Przeminie wielki przemyt poza czasoprzestrzeń. 
Agdy do pl"'ZC1'1'l)'cellia nic już nie zostanie, 
przeminie na ostatku samo przemijanie. 
( ,,\Variacje") 


Gdy uważnic się wczytać w kunsztowne - a kunszt poetyckiego wyrazu w tym to- 
mie Macheja, wypracowany a jednocześnie sprawia jacy wrażenie lekkości, nie narzu- 
ca się z taką natarczywością, jak w liryce młodszych autorów, jak choćby 
1arzanny 
Kielar czy \Vojciecha \Vencla - otóż gdy się w owe kunsztowne tormuły wczytać, oka- 
że się, że wszystko co istnieje, jest wariacją nicości. Ta wyszukana, niemal barokowa 
pointa całego tomu - ostatnia jego część stanowią przekłady (można zapewne odszu- 
kać tu fascynacje Macheja, jakieś pokrewieństwa i odkrycia, które przenikają, do na- 
szej literatury od lat siedemdziesiątych - to jednak temat na osobny szkic) - jest chyba 
czymś więcej niż tylko popisem warsztatowej winuozerii. Przemijalność przemijania 
bowiem wyprowadza istnienie \\ przestrzelI istnienia koniecznego, w obszar świata, 
w którym już nic nie mija, nie przenlija, a w którym nieprzemijalność bytu przez\\-y- 
cięża nicość. To tylko z pozoru formuła paradoksalna. Wydaje się taka w wymiarze 
doraźności, ten wszakże ulega przemienieniu, unieważnieniu niejako i zaprzeczeniu. 
Owo wychylenic poza doraźność przy jednoczesnej dbałości o detal spra\\ia, że wier- 
sze Machcja staja się zapisem dynamicznego napięcia między świadectwem codzien- 
ności i scnsem ludzkicgo doświadczenia - sensem, kt()ry wyrażony być możc jedynic 
w grze paradoksów. Ta poczja zderza więc w sobie logikę kienljącą zasadą "widzę i opi- 
suję", sprawdzalna bezpośrednio, z logiką niewyrażalnego, lecz dojmująco odczuwal- 
nego doświadczenia wewnętrznego. Z jedncj więc strony mamy do czynienia z dążeniem, 


241
>>>
które 
liłosz określa jako "nieustanna pogoń za Rzeczywistości
! Obiektywną", z dru- 
giej zaś ze świadomością nieustannej nieskuteczności wszelkich poznawczych zabie- 
gÓ\\ zmierzających do pochwycenia owej rzeczywistości w językowe formuły. Wyjściem 
staje się demonstracja tej niemożności. Najwyraźniej bodaj widoczne jest to w wier- 
szu "Ostatnia vVigilia Joana Miró", w którym czytamy: 


Zamyka sif pułapka 
własnego stylu, 
zaciska JVfuł 
śmierci.. . 


Dramat niespełnienia w żadnej mierze nie podważa akceptacji tego istnienia, jakie 
zostało dane, zarazem jednak dopiero ta dramatyczna perspektywa pozwala na kon- 
struowanie dystansu wobec życiowych doświadczeń. Dopiero w tej perspektywie moż- 
liwe jest zresztą, obserwowanie siebie samego z humorem, jak choćby w "Poemacie 
marynistycznym", którego bohater, wpisując swe niedole w kontekst wyznania Pro- 
spero z "Burzy" Szekspira, w którym materia życia porównywana jest ze snem, budzi 
się na krótko i nim ponownie zaśnie, obserwuje jakby na zewnątrz jego świata toczą- 
. . . 
ce SIę zYCIe: 


Zbudziłe1łl się na plaż.v pod bratobójczym słońcem. 
Świat wokół mnie bez trudu wciąż wiązał koniec z końcem. 
Zmrużyłem zaraz oczy, b.y nie dać sif oślepić. 
Przemknfło mi przez głoJVf: ))och, lepiej było nie pić. . . )) 


I znów mamy do czynienia z utworem o wyszukanej konstrukcji. "Burzę" (w do- 
datku w "nowym, kontrowersyjnym przekładzie Barańczaka" - ta uwaga pozwala dość 
precyzyjnie datować czas akcji poematu) czyta żona bohatera. Odwołanie do Prospe- 
ro i jego sztuk magicznych pociąga za sobą serię dalszych skojarzeń, choćby z poema- 
tem Różewicza ,,
ic w płaszczu Prospera" . Zwracam na to uwagę, gdyż dopiero takie 
odwołujące się do literackich kontekstów odczytanie tego utworu, który opisuje m.in. 
znikliwość istnienia, ukazuje, w zestawieniu z choćby cytowanymi wyżej ,,\Variacja- 
mi", spójność kreowanej w tomie Macheja wizji świata. 
To przestrzeń, w której życiowe doświadczenia mieszają się ze snem czy stanem 
półsennego oddalenia. Pozwala to na zawieszenie poczucia realności, wzmacniane do- 
datkowo przez owo "zwolnione tempo" opowieści. Owo odrealnienie rzeczywisto- 
ści z jednoczesnym wychyleniem się ku Nieznanemu. Tajemnica jednak pozostaje tajemnicą, 
można jedynie nieskończenie się do niej przybliżać: 


N oc była taka, 
jakby nie istniał 
żaden z poprzednich 
słonecznych dni. 
!(osmos był wielką, 
niezrozumiałą 
kropka nad ),i)). 


242 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
Z tej właśnie perspektywy ukazywany jest w wierszach Macheja obraz naszej co- 
dzienności i naszej historii. To opowieść z owego kosmicznego oddalenia. Nic więc 
dziwnego, że, jak w "Programie na niedzielę": "Niedługo wszystko/ się wyjaśnia i po 
migawkach wojny z Bośni/ / tybetańscy mnisi w okularach od Diora/ dmą \V ludz- 
kie piszczele". Życie, jak u Szekspira, jak u Dostojewskiego, okazuje się opowieścią 
idioty pełną wrzasku i furii. Wyspa sensu, jaką jest wiersz, broni się przed naporem 
owego jazgotu przemijalności nieustannie dokonując jego przemiany w narrację od- 
budowującą, poczucie ładu. Choćby na chwilę. 


Leszek Szaruga 


Zbigniew Machej: "Legendy praskiego metra", Wydawnictwo "Obserwator", Po- 
znań 1996, s. 64 


E1va Piechocka 
W promieniu złego oka 


Don Ildebrando - postać z reprodukcji sztychu, wiszącego w zwojach kotary okien- 
nej pokoju starego chirurga, Fausto Angelini - żył w XV wieku, należał do trzeciego 
już pokolenia maranów (hiszpańskich Żydów, nawróconych na wiarę chrześcijańską). 
Wezwany przed Trybunał Inkwizycji \V Toledo, siłą wzroku zabił jej przewodniczą- 
cego, uciekł, uchronił rodzinę przed śmiercią, a sam zginął bez śladu. Przez wieki żył 
jednak, wcielony \V wielki inkwizycyjny fresk, obdarzony mocą ożywania, somnam- 
bulicznego chodzenia po nocach, wydzielania kłębów dymu. Był osobnikiem wypo- 
sażonym w instrument zła, określony mianem iettatore - złe oko, rzucające urok. 
Fausto Angelini - potomek Ildebrando odziedziczył złe moce; za jego sprawą dzia- 
ły się rzeczy dziwne i niesamowite, których przyczyny nie potrafił zgłębić. \:Viedzial, 
że iettatore jest cechą wrodzoną, której nie można się pozbyć. Herling-Grudziński 
pisze: "To, co powiem teraz, skłoni wielu czytelników do uśmiechu i wzruszenia ra- 
mion. A jednak powiem, bo zanadto współczesność wpoiła nam kult «zdrowego ro- 
zumu». Oglądamy kącikami oczu zjawiska nie\\ytłumaczalne, udajemy żeśmy ich 
w ogóle nie widzieli, czytamy (...) o duchach osób umarłych, uważamy je za uroje- 
nia i płody chorej \\yobraźni (...), byle tylko nie dać się wepchnąć w obręb innego 
wymiaru, za próg «rzeczywistości sprawdzalnej i dotykalnej». Przechodzimy przez ży- 
cie z jednym okiem nadmiernie aż wyostrzonym, z drugim ślepym, zaciągniętym biel- 
mem. Wystarczy, aby wiedzieć? Nie, nie wystarczy". 
Kojarzący się z "powieścią gotycką" obszerny tytułowy utwór "Don Ildebrando", 
jak również pozostałe opo\\'iadania tomu, stanowi próbę poszukiwana źródeł zła i ich 
sponretowania. Dotykając rzeczy nie sprawdzonych, fascynujących, znajdujących wy- 
raz w legendach, starych kronikach czy opowieściach, Herling-Grudziński unika ba- 
nału, bo wyczuwa jego granice. Banalna może się wydać historia zakonnicy, U\\iedzionej 
przez spowiednika i zbiegłej z klasztoru (opowiadanie "Suor Strega"). Jej panowanie 
nad duszami czyśćcowymi starego cmentarza, kontakt ze śmiercią, sycący mroczne si- 
ły drzemiące w psychice, mówią o cechach tkwiących \\' naturach obdarzonych mocą 


243
>>>
demonizmu, podróżujących do "kresu nocy". Czyż nie inaczej można spojrzeć na swo- 
iste opętanie małej bohaterki "Ex Voto", z której głowy wyrastały włosy poskręcane 
jak u Aleduzy, jednej z Gorgon? 
Zmysłowa miłość, erotyzm, obecne \V \Vielu opo\\iedzianych historiach, mają siłę nisz- 
czącą, dotykają granicy zbrodni. \Vłoski kompozytor- madrygalista, Carlo Gesualdo, ksią- 
żę V cnosy z przełomu A,TI i 1.v""II wieku (opowiadanie "lviadrygał żałobny"), na którego 
życiu głębokim cieniem zaciążyło zabójstwo żony i jej kochanka, fascynuje bohaterkę opo- 
wiadania; zbrodnia zdaje się kannić i podsycać legendę, która narosła przez wieki wokół 
madrygalisty, a \\idkość jego muzyki usprawiedliwia okrutny czyn. Z upływem czasu są- 
dy o ludzkich czynach ulegają polaryzacji, stają się pożywką dla mitów i legend. 
\V kręgu pisarskich fascynacji Herlinga - Gnłdzińskiego znalazła się też drzemiąca 
w czło\\"ieku siła samozniszczenia, "paroksyzm śmierci". Ferragosto - pora przesilenia 
naszego życia z naszą śmiercią sięga osicmnastego roku przed narodzeniem Chrystu- 
sa. Było świętem poganskim, przypadało na szczyt lata. Otóż, Ferragosto trwa nadal. 
\Vopróżnionym z powodu gorączki Rzymie mają miejsce, nie dające się wyjaśnić, sa- 
mobójstwa. Badania Komisji Psychologów nie są w stanie postawić jasnych konkluzji. 
"Szczyt lata. Opowieść rzymska" jest opowieścią o samotności. Autor przywołuje Pas- 
cala; "niemy wszechświat", obojętny wobec naszego istnienia, skazujący nas na wiecz- 
ną bezdomność, daje o sobie znać w noc szczytu lata, gdy Bóg zdaje się być nieobecny. 
Opowiedziane w tomiku historie dotykają sytuacji granicznych. Pozostają nie do- 
powiedziane, otwane, dzięki czemu unikają jednoznaczności ocen i motywacji. Za- 
cho\\"Ują jądro tajenmicy. S'1 opo\\iedziane przez narratora, ktOl)' czasem, poprzez rozmaite 
szczegóły i minifabuły, utożsamia się z autorem. Postacie z opowiadań przeżywają więc 
doświadczenia biografii pisarza. Ich bohaterem jest często poważny, starzejący się męż- 
czyzna, który przywołuje zasłyszane wydarzenia. 
Akcje opowieści osadzone są w konkretnej okolicy wyznaczonej mapą topograficz- 
ną "Vłoch. Stanowi ją ulubione południe (często okolice Neapolu), miasteczka poprze- 
cinane cecho\\ymi uliczkami, cmentarze na górskich zboczach, fasady katedr oddają 
urok romall.skiej surowości, kościoły i pociemniałe ołtarze, zamczyska, naznaczone śla- 
dami trzęsień ziemi kryją mroczne tajemnice. Rozgrywające się historie są nasycone 
precyzyjnynu opisami, gorące postaciami (niektóre są jakby wyjęte ze starych ponre- 
tów i przywrócone życiu), imponują sumą wiedzy o człowieku. Pisarza intryguje za- 
gadnienie śmierci; czasem sięga do "wiedzy tajemnej", nigdy jednak nie próbuje 
odsłonić swoistej kotary zawieszonej międzv ziemią a wiecznością. 
"Jubileusz, Rok Święty", na tle wspomni
nych opowiadań, wyróżnia się rep0ł"!ażo- 
wym wręcz ujęciem tematu. Koniec wieku. Rok 2000 ogłasza papież Rokiem Swię- 
tym. Rzym wypełniają tłumy. Czy pojednanie różnych religii i ludzi wobec zła świata 
jest możliwe? Symbolem pojednania jest cierpiący papież, wyraźnie kojarzący się z Ja- 
nem Pawłem II, którego poświęcenie dla świata zdaje się mijać z celem. Jest papieżem 
przybitym do krzyża. W prom.ieniu złego oka znalazł się współczesny człowiek, nie czu- 
jący bojaźni bożej, obojętny na sądy i wyroki Boga. Odwieczny porządek został za- 
chwiany. W miejsce religii pojawiła się potrzeba bycia w masie, co ma wypełnic pustkę. 


Ewa Piechocka 


Gustaw Herling - Grudziński, "Don Ildebrando". Opowiadania. Wydawnictwo 
"Presspublica", Warszawa 1997. 


244 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
jarosła1v J(lejnocki 
Tylko popiół, a jednak. . . 


Uczyńmy na początku dwa zastrzeżenia. Po pierwsze nie interesują mnie intencje 
dutora. Liczy się produkt jego pomysłu, czyli powieść, którą przez lata czytały, jako 
obowiązkową lekturę szkolną (dziś już "nieobowiązkową"), kolejne pokolenia zdają- 
cych maturę młodych ludzi. Rozterki autorskie pozostawimy zatem biografom Jerze- 
go Andrzejewskiego. Z podobnego powodu (ważna jest książka jako "fakt" literatury) 
nie są istotne ostatnie rewelacje Krzysztofa Kąkole\\'skiego, który twierdzi, że odnalazł 
żyjący pierwowzór Maćka Chełmickiego i udowadnia, że "Popiół i diament" powstał 
na jednoznaczne zamówienie komunistycznej władzy - w celach, jak rozumiem, pro- 
pagandowych. Jednym słowem, pozostawmy na boku genetyczne rozważania. 
Najgłośniejsza, a przynajmniej najbardziej w Polsce znana (wszak dla wielu roda- 
ków lektury szkolne zazwyczaj wyznaczają horyzont wiedzy o literaturze, a nawet, co 
tyle jest smutne, ile prawdziwe, stanowią wręcz jedyną przygodę lekturową życia) po- 
wieść Andrzejewskiego zawsze wydawała mi się dobrze napisaną książką służącą złej 
sprawie. Nie zmieniła mego przekonania ponowna lektura, którą podjąłem z okazji wzno- 
wienia przez "Puls" "Popiołu i diamentu" wraz z pierwotnymi (to jest pochodzącymi 
z pier\\'szego wydania książkowego z roku 1948) wersjami tekstu; miejscami drama- 
tycznie odmiennymi od powszechnie znanych. 
a marginesie trzeba przypomnieć, że 
wcześniej jeszcze Andrzejewski drukował swą powieść w odcinkach, w roku 1947 w ty- 
godniku "Odrodzenie", kiedy nosiła mało oryginalny tytuł "Zaraz po wojnie". 
Pogląd, iż książka ta złej sprawie służy wypowiadany był wielokrotnie. Pamiętamy 
choćby jej charakterystykę napisaną przez Czesława 
liłosza w "Znie\\"olonym umy- 
śle" (w rozdziale poświęconym Andrzejewskiemu, który ukryty tam został pod pseu- 
donimem ,,Alfa"), potem jeszcze pojawiło się, zwłaszcza w emigraC)jnej i "drugx:biegowej" 
publicystyce sporo ciekawych głosów. Kiedy zaczynałem uczyć w liceum w drugiej po- 
łowie lat osiemdziesiątych, zawsze przynosiłem na lekcje dotyczące "Popiołu i diamen- 
tu" -oprócz wspomnianego "Zniewolonego umysłu" - książkę Andrzeja \Ven1era ("Polskie, 
arcypolskie...", "Nowa" 1987) oraz artykuł Sławomira A-lrożka z paryskiej "Kultury" 
("Popiół? Diament?" nr 1/2/1983). Nie od rzeczy było także zacyto\\'anie jednego 
z haseł opozycyjnego przewodnika encyklopedycznego "Literatura polska po 1939 
roku" (PEN, 1989), gdzie czytamy: "jednak pewne teksty powstałe w tych latach (tj. 
na przełomie lat 40 i 50 - tych) funkcjonują w obiegu szkolnym do dziś, skutecznie 
zatruwając świadomość młodzieży sfałszowaną, stronniczą wizją przedwojennych, 
okupacyjnych i powojennych konfliktów politycznych, społecznych, narodowych. 
Przykładem na miarę symbolu jest szkolna kariera «Popiołu i diamentu»..." 
Szło tu nie tylko o "odkłamanie" fałszów powieści (o czym za chwilę), ale też o pe- 
wien zabieg dydaktyczny, który zdynamizowałby dyskusję wokół książki. 
lłodzież 
bowiem (o czym trochę poźniej), nawet zdając sobie sprawę z ideologicznych powi- 
kłań "Popiołu i diamentu" (licealiści w latach 80-tych byli jednak uświadomieni do- 
statecznie w sprawach politycznych) mó\\iła o książce Andrzejewskiego raczej z sympatią. 
Chodziło więc o to, by gwałtownymi tezami sprowokować reakcję. Co prawda sym- 
patia ta wywołana była w dużej mierze filmem Andrzeja \Vajdy, a w nim - buntowni- 
czą kreacją Cybulskiego - ale "nakładała" się później na tckst oryginalny, więc 
nauczyciel miał co do roboty. 


245
>>>
Zajmijmy się więc kwestią nieuczciwości "Popiołu i diamentu". Jest to książka skon- 
struowana tak, by przypominać powieść panoramiczną, czyli względnie obiektywną 
powieść z rodziny realistycznych. Tak na dobrą sprawę, wiem co mówię, nie ma ona 
głównego bohatera. Bo nieprawdą jest, że jest nim Szczuka. Szczuka jest za to być 
może najistotniejszym protagonistą tej historii. Dalej: jeśli dobrze się przyjrzeć - to 
l\laciek Chełmicki jest raczej postacią dnIgoplanową, dopiero Wajda zmienił propor- 
cje i uczynił zeń najważniejszą postać swego filmu, co potem wpłynęło na recepcję 
oryginału. Jak pamiętamy - luźna konstrukcja książki, na którą składają się symulta- 
nicznie prezentowane, zazębiające się miejscami, przecinające, ale nigdy tożsame wąt- 
ki fabularne - sprzyja powstaniu wrażenia, że powieść ta stanowi prezentację postaw 
społecznych i politycznych "Zaraz po wojnie". Iluzję tę, czy też jak chcą inni, kłam- 
stwo tak oto obnaża Mrożek i tak streszcza jego poglądy Werner: "podkreśla więc (Mro- 
żek), że komuniści obejmują tu władzę jak gdyby z obowiązku, chcąc nie chcąc - 
wyniszczony wojną, wyniszczony przede wszystkim moralnie kraj wprost składa na nich 
tę ciężką odpowiedzialność. lvluszą ją podjąć, bo poza nimi nie ma nikogo, kto by ten 
ciężar mógł wziąć na siebie. Jest klasa robotnicza, która jak w (...) scenie pogrzebu, 
w sposób naturalny przyłącza się do tych, którzy o jej prawa walczyli i walczą (...). 
Reszta to polityczni i społeczni bankruci, postacie operetkowe albo i wprost - dege- 
neraci «\\ielkiej maści». Nie ma ani takich ludzi, ani takiej koncepcji politycznej, któ- 
ra mogłaby doprowadzić do powstania państwa polskiego bez nawrotu do starych błędów 
( . ..). Program socjalistów został tu z góry skompromitowany w osobie Kalickiego, czło- 
wieka przegranego, rezygnującego z walki o własny program i ze współpracy z komu- 
nistami, dręczonego bezsensowną irracjonalną obsesją antyrosyjską. Antyrosyjską 
właśnie, powołującą się na Wschód, Azję, cara i zabory, a nie antyradziecką
 ani sło- 
wa o nowszych doświadczeniach. To PPS; o ludowcach, o PSL - żadnej wzmianki. 
Nic dziwnego, że w takim pejzażu społecznym polscy komuniści nie potrzebują opar- 
cia z zewnątrz, czasem dyskretnie, gdzieś w dalekim tle pobrzmiewają subtelne tony 
harmonii czy bałałajki sugerując obecność sprzymierzonych sąsiadów." 
Oto więc powieść udaje przed nami, że wyczerpuje rejestr możliwych opcji spo- 
łecznych i politycznych. Obiecując nam realistyczny i obiektywny obraz świata - de 
facto pokazuje jedynie jego część. Zwłaszcza dziś, kiedy już tyle wiadomo o naturze 
politycznego systemu powojennego, o sf
Iłszowanych wyborach, o prześladowaniach 
AK-owców i zbrodniach UB, wydaje się to nieznośne. I nie ratują "Popiołu i diamen- 
tu" poszczególne genialne sceny; jak choćby pijanego poloneza tańczonego przed świ- 
tem: wielkiej metafory przyszłości, która miała się ziścić. "Popiół i diament" ma 
w sobie również, i rację należy przyznać Miłoszowi, który pisze o tym w swych ese- 
jach, elementy socrealistycznego myślenia o literaturze (monumentalna kreacja Szczu- 
ki
 przypisywanie "klasowego" powodu załamaniu się Kosseckiego w obozie itd.). Nie 
jest więc to książka, która mogłaby stanowić źródło wiedzy o Polsce powojennej, a tak 
niejednokrotnie była w szkole czytana i dlatego tak wielkie oburzenie towarzyszyło 
temu procederowi ze strony politycznej opozycji. 
Co zmieniają w tym obrazie zapomniane, wcześniejsze partie tekstu dołączone do 
najnowszego wydania? Tak naprawdę - niewiele. Osłabiają ostrze powieści, nie czy- 
nią ją tak wyrazistą, tak ideologicznie obciążoną. A więc Szczuka nie jest takim psy- 
chologicznym monolitem, jak w późniejszej wersji (krytyka socrealistyczna kręciła nosem 
na "pierwszą wersję" Szczuki), podziały polityczne między Polakami są Vi wersji pier- 
wotnej nieco rozmyte, nie tak jednoznaczne; opór Kalickiego nie sprowadza się jedy- 
nie do fobii antyrosyjskiej, ale wynika także ze świadomości, że tradycja PPS-u posłuży 


246 K \V A R T A L i'J I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
komunistom za parawan... Podgórski nie jest tępym aparatczykiem i zdaje sobie spra- 
wę (mówi o tym głośno w rozmowie z Koseckim), że komunizm nie cieszy się wszech- 
stronnym oparciem i trzeba będzie przymusu, by go wprowadzić - dlatego pewnie 
major Wrona jest jeszcze bardziej zaciekły niż w późniejszej odmianie tekstu. I naj- 
większa, główna zmiana; pierwotnie Podgórski nie przekazywał prokuraturze Kossec- 
kiego, którego właśnie ujawnił jako kata z obozu koncentracyjnego (zdawał sobie bowiem 
sprawę z relatywizmu ocen rzeczywistości obozowej przeprowadzonych "z zewnątrz"). 
Oczywiście, myślę, że wolałbym czytać "Popiół i diament" w tej pierwszej wersji, 
choć przecież l1ie zmienia ona ogólnej wymowy książki. W tej pierwszej wersji powieść 
Andrzejewskiego wydaje się bowiem jeszcze lepsza literacko. I tak doszliśmy do sy- 
gnalizowanego paradoksu. Będąc nieuczciwą, jest ta książka dobrze wykonaną robo- 
tą, względnie dobrze skrojoną opowieścią, dającą estetyczne zado\\ olenie lekturowe. 
I dlatego młodzież tak sobie ceniła tę powieść; mimo wszystko. Pra\\ da, że konku- 
rencja w lekturach nie była silna ("N ad Niemnem"!), prawda, że powieści współcze- 
snych w ogóle niewiele było (i jest nadal!) w spisie lektur obowiązkowych; i prawda 
wreszcie, że czar roztaczał głównie film z fascynującą rolą Cybulskiego, dającą asumpt 
do identyfikacji wszystkim buntowników, tym nastoletnim Antygonom, którym zda- 
wało się, że również ich młodość obfituje w tragiczne wybory. A jednak. 


Jarosław]aejuocki 


Jerzy Andrzejewski, "Popiół i diament", \Vydawnictwo "Puls", Warszawa 1996. 


Wacła1v Le1Vando1Vski 
Niełatwo być księdzem - jeszcze trudniej 
grzesznikiem 


Proza poetów bywa dziwaczna i, co tu kryć, bywa nieudana. Natrętne liryczne "ja" 
i "ja", i "ja" wielekroć nie pozwoliło na scalenie fabularnego świata, atonlizowało ów 
świat, szarpało na strzępy drąc jak tkaninę, nieodwracalnie. Do tego język poety wy- 
stępującego w roli prozaika! - Jakże często bez potrzeby przesłaniający powieściowe 
przestrzenie, tak natrętnie nieprzezroczysty, że niezdolny opowiadać, duszący wszel- 
kie "dzianie się" już w jego fazie embrionalnej. Proza poetów ma więc czasem wiele 
wspólnego z tworami prozaików - grafomanów, którym zdaje się, że "gęstym" języ- 
kiem pokryją (i ukryją) brak umiejętności opowiadania i własną niemoc, doświadcza- 
ną w obliczu zadania kreacji "przedstawionego świata". \Viedząc o tym i pamiętając, 
że niejednokrotnie dostąpiliśmy bolesnego zawodu, sięgamy jednak po prozę poetów, 
bo przecie mamy i milsze, szczególne wspomnienia nieoczekiwanych przeżyć, jakich 
doświadczyliśmy w kontaktach z tymi nielicznymi, wspaniałymi mistrzami poezji, któ- 
rzy potrafili tak odkrywczo prozę zliryzować, że brznli ona przez l.na tonem swoistynI, 
odrębnym i fascynującym. Kto kiedys wmyślał się w "lvIalte" Rilkego, kto rozpoznał . 
subtelności "Doliny Issy", wie o czym mó\\ię, \\ie też, że ""ano ryzykować zawód i roz- 
czarowanie, czujnie wertując tomy "sprozaizowanych" liryków. 
Jednakowoż po prozatorską książkę poety - Grzegorza l\1usiała sięgałem, trzeba 


247
>>>
to \\ yznać, z przemożną niechęcią. Nie dlatego, abym nie spodziewał się dobrej pro- 
zy po tym właśnie autorze, choć nie przypadły mi do gustu jego uprzednie powieści, 
"Stan płynn
 " czy" \V ptaszarni", może dlatego, iż tomy poezji Musiała zawsze wy- 
dawały mi się na tyle znaczącymi, że jakoś nie zakładałem sprawności tego autora w in- 
nym literackim rodzaju. Przyczyną główn} była jednak reklama książki, przed jej 
ukazaniem się przeprowadzona. Otóż przeczytałem "sygnalny" fragment "Al tlne", 
onegdaj ogłoszony w lubelskich "Kresach": 
,,«l\Iówię ci, dziesięciolatek z wodogłowiem », usłyszał kiedyś w barze na Polk Stre- 
et, - przeczytałem wtedy - «s.lIn wielki łeb i odnóża, i te oślinione wargi, mówię ci, 
jak to się jebie... »" 
Nie powinno być tzw. prywatnych odczuć w recenzji. Ale jestem i czytelnikom i au- 
torowi ".AI fine" winien to wyznanie. Pomyślałem wtedy - cóż, następny tom "ho- 
nloseksualnej prozy", którego jedyną racją istnienia jest takie natężenie zobrazowanych 
dewiacji, aby na ich tle pederastia zdała się nobilitacją, potwierdzeniem uczestnictwa 
w wysokiej kulturze. Zatem - pseudoliteratura, rodzaj publicystyki, która, przybiera- 
jąc pozór wypowiedzi literackiej, pragnie załat\\ić parę drobnych interesów tzw. mniej- 
szości seksualnej. - Po co ten parawan literackości - pytałem zirytowany. Teraz - 
prze\\'idywałem - odezwie się kilku "dyżurnych" krytyków, powiedzą że wspaniałość, 
że złamanie tabu, że głębia i wielka wartość... 
Myliłem się. 
ajwidoczniej bywa tak, że wyizolowany fragment, osobno publiko- 
wany, może dawać mylne wyobrażenie całości. Istotnie, "Al fine" Grzegorza !\lusia- 
ła to proza homoseksualna, jeśli taki ,,\\)'różnik" w ogóle ma sens i cokolwiek wyjaśnia, 
(a, sądzę - nie wyjaśnia). "V każdym razie narrator "Al tlne" ostentacyjnie swój ho- 
moseksualizm podkreśla, (nie jest narratorem "autocenzurowanym"), i, być może, ko- 
muś tam \\")'starczy ten gest "opo\\iadacza" do "finalnego" zaszufladkowania książki... 
Nie ma pewnie w pisaniu o literaturze chwil bardziej radosnych niż te, gdy nlożna 
(i trzeba) przyznać się do błędu wstępnej i powierzchownej oceny. "Al fine" Grzego- 
rza J\Iusiała jest jedną z ważniejszych książek chwili bieżącej, \\' każdym razie -jedną 
z najważniejszych spośród tych literackich nowości, jakie było mi dane przeczytać. Jest 
to - a piszę z przekonaniem równie t\\-ardym, jak niezłomną była owa pierwsza, błęd- 
na ocena - jedyny w naszej współczesnej literaturze moralitet, w pełnym tego słowa 
znaczeniu. 
lusiał jest bowiem daleko ponad problemami historycznego czasu, w ja- 
kim przyszło mu żyć, chociaż dostrzega je i pilnie, przenikliwie analizuje. !\Iierzy jed- 
nak w sferę \Vieczności i z Nią, lub w odniesieniu do Niej dyskurs prowadzi, a jak każe 
najchlubniejsza z tradycji europejskiej literatury, dyskurs ten w praktyce jest swoistym 
soliloqium, roztrząsaniem, w które nie wpisano dającego się określić adresata, bo 
przecie podmiot tej rozprawy - wyznania - spowiedzi, kieruje się zarówno ku wszyst- 
kim, jak i ku sobie samemu, ku tajemniczemu a zwielokrotnionemu "ja", które nie- 
przerwanie ukazuje antystatyczność i niejednorodność swojego oblicza. Norwidowe 
"źle, źle zawsze i wszędzie" czy Mickiewiczowskie "łzy czyste, rzęsiste" grzmią w tej 
prozie echem przejmującym, prawdziwym, szczerym i, by tak rzec, mądrze obecnym. 
I nurtuje pytanie, jak (i czy?) Blaise Pascal dałby radę tej pot\\'orności odduchowio- 
nego świata, którą przeżywa narrator powieści l\1usiała, wiedząc, że nie ma \V niej miej- 
sca na żaden "zakład", żadną myślową konstrukcję kojącą, ani na spekulację oderwaną 
od emocji przeżycia. Podmiot "Al tine" szuka Boga z tym natężeniem rozpaczy, ja- 
kiego nie uzasadni ani odczucie "marności rzeczy świata tego", ani ów horror meta- 
physicus, który tak umiejętnie chwyta i paraliżuje ludzi ,,\V połowie drogi żywota". 
"Wiedziałem, że wszystko, absolutnie wszystko, co budowałem jako swe zabezpie- 


248 K \V A R T A L 
 I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
czenie - powiada narrator "Al fine" - to banał, kłamstwo i złudzenie. Chciałem być 
nagi, a mnie ubrano. Chcę nie wiedzieć, a mnie nauczono. Kołacze coś we mnie, cze- 
go znaczenia nie rozumiem i kienmku, jaki obierze nie znam." 
"Jak wyszedł z łona matki, tak też nagi odejdzie, jako i przyszedł" - powiada Ko- 
helet o człowieku, kładąc fundament pod topos vanitas, najważniejszą bodaj z kultu- 
rowych mądrości, które pozwalają rozpoznawać i określać ludzkie stanowisko w świecie. 
O tej nagości mówi też Hiob, pamięta o niej Psalmista. Bo nic własnego, od przy- 
odziewku począwszy, nie ma człowiek na tej ziemi, nic z niej nie zabierze w tę dro- 
gę tajemną, \\' którą wyprawi się, chce czy nie chce, umierając. Wie o tym, pamięta, 
narrator "Al fine" . A przecież ubrano go, wyposażono w wiedzę, kęs owocu rajskiej 
jabłoni, dając złudę rozumienia i groźbę śmiertelnej nicości. Świat, w którym żyć mu 
przyszło, świat dzisiejszy, nie otwiera jednak żadnych szczelin metafizycznych, nie two- 
rzy przesn1yków od vanitas doczesności ku przebóstwieniu prowadzących. Wiara nie- 
wzruszona zdaje się więc żywą skamieliną, zabytkiem lepszej a niepowrotnie zagubionej 
przeszłości. Cywilizacja zmaterializowania, użycia, kresu i wyczerpania to ziszczone 
piekło rzeczywistości dzisiejszej, w której piękno nie jest odbiciem dobra, lecz często 
- kłamstwa i "rynkowej wartości". Narrator (i bohater) Musiała musi zatem przejść 
przez wszystkie kręgi zła współczesności, by odkryć w sobie "to coś, czego znaczenia 
nie rozumie", własną duchowość, bolesne i nadludzkie kołatanie duszy do drzwi ży- 
cia pra\\ dziwego, o którego istnieniu rzeczywistość dzisiejsza każe wątpić. Musiał - 
pisarz uczynił heroiczny wysiłek przywrócenia literaturze współczesnej owego pory- 
wu metafizycznego, który tak trudno obudzić w otoczeniu "cywilizacji kresu". Przy- 
wrócenie nie odbyło się kosztem uproszczenia obrazu świata oddanego w powieści. 
Przeciwnie - Musiał analizuje rzeczywistość głęboko i przenikliwie, dzięki czemu 
z poczuciem oczywistości pokonuje "zachodniacki" kompleks polskiej literatury naj- 
nowszej, sztuczne utrzymywanie podziału świata na Zachód (dostatni i nie znający 
bólu istnienia) i jego wschodnie przeciwieństwo. Tam i tu dostrzega 11usiał cechy "wy- 
czerpania" cywilizacji - tam i tu, poza powierzchniowymi różnicami, tę samą bezna- 
dziejność nieprzystawalności s):mbolicznego języka un1arłej kultury i przeobrażonych 
współczesnych społeczellstw. Swiatło prześwietlające witraż i "taneczny krąg samo- 
zagłady", rysujący się na ulicach dzisiejszych metropolii. Przeestetyzowana efebia sta- 
rożytnych, (pamiętajmy o homoseksualnej kreacji narratora - bohatera), 
i perwersyjno-kloaczne "rozkosze" w ofercie "gejowskiego" nocnego klubu. Niewzru- 
szalność średniowiecznych katedr i "migawkowa", pusta dynamika cywilizacji fTagmen- 
tu, antycałości. Wielkie napięcie owych kontrastowych zesta\\ień potrafi pisarz wydobyć 
dzięki głębokiemu osadzeniu w tradycji kultury śródziemnomorskiego kręgu, trady- 
cji religijnej, filozoficznej i literackiej, co odróżnia Grzegorza Musiała najdobitniej od 
masy "ludzi nowych", odmieniających przez przypadki hasło "postmodernizm" na kar- 
tach swych grafomaniackich wytworów, przepojonych pewnością, ż
 świat zaczął się 
ledwie chwilę temu, wraz z "techno", "amtą" - czy nieco wcześniej, gdy postmoder- 
nistyczny homo taber wyprodukował pierwszego hamburgera. 
Grzegorz Musiał objawił się w "Al fine" jako, dosłownie, pisarz z Bożej łaski, któ- 
ry potrafi poprzez beznadziejność rozpadu podążać ku budowaniu nadziei i odbudo- 
wywaniu duchowości człowieczej. Ukazał się nam również pisarz rzetelny, który 
z powodzeniem buduje obszerną i wielowątkową całość narracyjną, potrafi swobod- 
nie zmieniać perspektywę opowiadania, zlepiać pozorny chaos spostrzeŻCll. w przemy- 
ślaną kompozycyjnie strukturę jakiejś imponującej powiesci - symfonii, która z sukcesem 
potrafiła zasymilować zasadę wielkich kompozycji orkiestrowych. 


249
>>>
"Al fine" to książka drastyczna. Pełna zła współczesności w najbardziej plugawych 
jego odmianach. Nie sposób czytać jej z przyjemnością, ale nie sposób też odrzucić, 
potępić. Przez zło, plugastwo, brzydotę potrafi bowiem Musiał prowadzić czytelnika 
ku temu, co najpiękniejsze i najważniejsze. Jedynie ważne. 


Wacław Le1ł J andowski 


Grzegorz 
Iusiał, "Al fine" , Gdańsk 1997 (vVyda\\'nictwo "Marabut"), Bibliote- 
ka "Kwartalnika Artystycznego". 


Marian Szarmach 
Listy Tadeusza Zielińskiego do Stefana Srebrnego 


Tadeusz Zieliński (1859-1944) jest chyba najwybytniszym polskim filologiem kla- 
sycznym. Dziwne były jego losy. Urodził się w Skrzypczyńcach koło Humania na 
Ukrainie, kończył gimnazjum niemieckie w Petersburgu, w Lipsku studiował filologię 
klasycznę i tam lI:zyskał doktorat w roku 1890, po czym pogłębiał dalej swą wiedzę w Mo- 
nachium, \Viedniu, we Włoszech i Grecji, by objąć w 1885 katedrę filologii klasycznej 
na uniwersytecie w Petersburgu. W roku 1921 przeniósł się na Uniwersytet Warszaw- 
ski, stając się od razu jego dumą. "Już sam wygląd profesora wzbudzał szacunek, na- 
zwisko zainteresowanie. Toteż na wykłady jego uczęszczano tłumniej niż na inne. Ale 
też były to wykłady odkrywcze.. . ", wspomina po latach ówczesna studentka warszaw- 
skiej klasyki, prof Lidia Winniczuk. \Vydawane w okresie międzywojennynl stricte fi- 
lologiczne prace Tadeusza Zielińskiego weszły w wielu zagadnieniach do bibliografii 
podstawowej, zaś publikacje popularno-naukowe nie tylko przybliżały antyk polskie- 
mu czytelnikowi, ale bardzo często wywoływały burzliwe dyskusje i zacięte polemiki, 
jak chociażby "Hellenizm a judaizm" (1927), w której starał się wykazać, że Nowy T e- 
stament jest bliższy religii greckiej niż Staremu Testamentowi. Wojna przerwała bru- 
talnie tę działalność profesora. Podczas oblężenia Warszawy stracił swe mieszkanie 
i spaliła się jego biblioteka. 
1iał wtedy lat osiemdziesiąt. Wówczas, a więc \\ pierw- 
szych miesiącach wojny, przeniósł się wraz z córką Weroniką do Schondorf pod Mo- 
nachium, do syna, gdzie po kilku latach zmarł i gdzie został pochowany. 
Urodzony w Warszawie Stefan Srebrny (1890-1962) studiował filologię klasyczną 
w Petersburgu u Tadeusza Zielińskiego w latach 1907-1912. Tamże otrzymał w roku 
1906 veniam legenndi, cesarski stopień naukowy odpowiadający habilitacji. Z lat pe- 
tersburskich datuje się przyjaźń ucznia i mistrza. Po rewolucji przeniósł się najpierw 
w roku 1918 na Katolicki Uniwersytet Lubelski, a stamtąd w roku 1923 do Wilna do 
Katedry Filologii Klasycznej USB. W roku1945 trafił do Torunia, gdzie stworzył Ka- 
tedrę Filologii Klasycznej UMK i gdzie zmarł. Poza publikowanymi po łacinie, niemiec- 
ku i polsku pracami naukowymi o literaturze greckiej przetłumaczył zachowane taragedie 
Ajschylosa, "Króla Edypa" Sotoklesa oraz większość komedii Arystofanesa. Intereso- 
wał się też polskim życiem teatralnym dając temu wyraz w licznych artykułach. 
Opuszczenie Polski przez Tadeusza Zielińskiego spowodowało, że po wojnie za- 
panowało o nim na wiele lat milczenie. Ja jednak usłyszałem o nin1 po raz pierwszy 


250 K \V A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z 
 Y
>>>
już w połowie lat pięćdziesiątych od jego byłej studentki, a mojej nauczycielki łaciny 
w kwidzyńskim Gimnazjum, ś.p. Zofii Królakowej, powtarzającej niejednokrotnie je- 
go tezę, że antyk nie jest dla kultury europejskiej normą, ale jej głęboko ukrytą, ży- 
ciodajną siłą. Studiując potem filologię klasyczną w Toruniu stale stykałem się z tym 
nazwiskiem, przede wszystkim na zdjęciach prof. Srebrnego. Wszak jego podstawo- 
wą książką, bez której nie można było się przygotować do prowadzonego przez pro- 
fesora seminarium poświęconemu tragedii greckiej, była "Tragodumenon libri tres", 
Cracoviae 1925. Nie przypuszczałem wtedy, że po latach kilka książek Tadeusza Zie- 
lińskiego, ofiarowanych przez autora prof. Srebrnemu wraz z serdecznymi dedykacja- 
mi, będzie ozdobą mojej biblioteki. 
Tadeusz Zielillski i Stefan Srebrny korespondowali ze sobą przez ćwierć wieku (1919- 
1944). Adresowane do siebie listy prof. Srebrny przekazał prof. Zofii Abramo\\'i- 
czównie, po śmierci której trafiły one do Działu Zbiorów Specjalnych Biblioteki 
Uniwersyteckiej w Toruniu. Opublikowała je ostatnio Grażyna Golik-Szarawarska, au- 
torka pracy o jego wizji teatru '. Szkoda, że możemy czytać tylko listy nadawcy, a nie 
zl1amy odpowiedzi adresata. Ileż razy podczas tej lektury chciałoby się powiedzieć: 
audiatur altera pars! 2 
Trudno omawiać szczegółowo ten zbiór listów pióra Tadeusza Zielińskiego, przy- 
toczę więc jedynie kilka zawartych w nim wątków. 
4 X 1919, Paryż: "potężne stronnictwo socjalistyczne, nie znając wewnętrznych spraw 
rosyjskich, jest zakochane \\' bolszewizmie i ma za oszczerców wszystkich, co o nim 
źle mówią". 
22 II 1920, Pompeje: ,,\tVidzę, że Pan pracuje ze zwykłą sobie gorliwością nad prze- 
kładami moich podręczników, jestem mu za nie bardzo wdzięczny". 
25 II 1921, Petersburg: "Czuję, że moja polszczyzna, dzięki barakowi praktyki, się 
jeszcze bardziej zepsuła. (...) Spodziewam się, że to korrupcja - zjawisko chwilowe". 
2 I 1923, Florencja: "Biegam, tłumaczę, reprezentuję, przemawiam po włosku, polsku, 
łacinie" . 
29 XI 1925, Warszawa: (po otrzymaniu zalanej przez Newę swej petersburskiej bi- 
bloteki, złożonej \\' piwnicach rosyjskiej Akademii Nauk): "Co do mojej biblioteki (...) 
są to bowiem już nie książki, tylko trupy książek". 
14 X 1928, \Varszawa: "Nasz poczciwy Cybularski zamierza wystawić w tym roku 
ze swoimi uczniami "Ptaki" Arystofanesa. (...) Chodzi teraz o uzyskanie Pańskiego 
pozwolenia na krzystanie z Pańskiego przekładu. (...) Odpowiedziałem, że nie prze- 
widuję żadnej trudności z Pallskiej strony w tej sprawie, i obiecałem do Pana napisać. 
(...) Wystawienia te, połączone, jak Panu wiadomo, z dobrą muzyką i takim baletem 
(...) są naturalnie, jako dyletanckie, dość dalekie od ideału, ale dzięki dobrej woli i za- 
pałowi jego samego, jak i jego młodzieży, robią wcale dobre wrażenie". Stefan Srebr- 
ny nie zgodził się jednak na to, żywiąc widocznie niechęć dla teatrów amatorskich. 
28 X 1928 Tadeusz Zieliński mu na to odpisał: (...) "Niech Pan Kolega się na mnie 
nie gniewa, jeżeli mu powiem szczerze, że list Pański zrobił na mnie bardzo przykre 
wrażenie, i to nie tylko ze względu na Cybularskiego. (...) Salieri u Puszkina, jak Pa- 
nu wiadomu, był oburzony słysząc, jak kataryniarz gra melodie 
lozana; sam 
10- 
zart, od\\Totnie, cieszył się z tego. Otóż ja zawsze należałem do ludzi typu mozartowskiego 
- i przykro mi widzieć Pana, najlepszego mojego przyjaciela, \\' obozie salierowcó\\ ". 


I G. Golik -Szarawarska, "Stefan Srebrn
, badacz i krytyk teatru '" KJ.towice 1991. 
2 łac. "aby można było "1'słuchać drugiej strony!" Sentencję tę przypisuje się św. August)"Ilo\\i. 


251
>>>
vV 1959 r. Stetan Srebrny wyznaP: "Poglądu swego na tę sprawę nie zmieniłem do 
tej chwili; ale do głębi wzruszyła mnie i wzrusza ludzkie podłoże sądu mojego na- 
uczyciela) czystym dźwiękiem odzywająca się w nim philanthropia". 
26 IV 1938, \Varszawa: "Dają u nas w Teatrze Polskim «Noc listopadową» Wi- 
działem już ją kilka lat temu, ale teraz żeby wtajemniczyć moją wnuczkę, postanowi- 
łem ją przeczytać - naturalnie w pięknym wydaniu zbiorowym ze wstępem Sinki. 
Przeczytałem - i wtedy dopiero przekonałem się, że dobrej poło\\'y nie zrozumiałem. 
Przeczytałem wstęp Sinki: coś niecoś mi on wyjaśnił, ale w ogóle przekonałem się, że 
i Sinko wiele głównych rzeczy nie rozumie. Powstała nawet w mojej głowie bluźnier- 
cza myśl: czy aby sam Wyspiański siebie rozumie? I z tęsknotą pomyślałem o Panu 
Koledze, pierwszym, od którego usłyszałem natchnione słowa o nim". 
9 XII 1938, \Varszawa "Przed chwilą odszedłem od mojego radio, przez które 
przesłuchałenl (...) audycję sokratejską, i serdecznie winszuję Panu Koledze tej pięk- 
nej i pożytecznej imprezy i specjalnie Pal1skiego w niej udziału". 
I wreszcie tragiczne listy z okresu wojny. 
13 I 1940, Schondorf(list pisany po niemiecku): "Tymczasem tylko tyle, że po utra- 
ceniu w wyniku pożaru naszego uniwersytetu i mieszkania całego mienia i możliwo- 
ści pracy, znaleźliśmy tutaj chwilowe (zeitweilige) schronienie. Na jak długo nie 
wiemy; przypuszczalnie jeszcze na kilka miesięcy". 
Tadeusz Zieliński nie przypuszczał, że przeciągną się one ad mortem. Tam powstał 
y i VI tom "Religii świata antycznego": "Religia cesartwa rzymskiego" i "Antyczne 
chrześcijaństwo". Po ich ukoI1czeniu wyznaje: 
3 I 1944, Schondorf: "Gdybym miał przynajmnioej pewność, że te dwa ostatnie to- 
my ujrzą ś\\'iat - byłaby to szansa na zwycięstwo w walce z «notą zapomnienia»". Był 
to jego ostatni list do Stefana Srebrnego. 
Dobrze, że listy te \\Teszcie się ukazały i to w trzydziestą piątą rocznicę śmierci Stefana 
Srebrnego. Są one nie tylko ważnym przyczynkiem do dziejów polskiej filologii kla- 
sycznej, ale i pomnikiem pięknej przyjaźni dwóch uczonych, którzy też czasami pisa- 
li sobie: amicus Plato, sed magis amica veritas4. Komentarze i przypisy G. Golik-Szarawarskiej 
są wręcz wzorowe, a zaznaczyć trzeba, że teksty te nie tylko roją się od nazwisk,.ale 
i cytatów oraz aluzji literackich, z których są wręcz utkane. Zarówno jedne, jak i dru- 
gie zostały zawsze zlokalizowane i odczytane. Do tych ostatnich dorzuciłbym jeszcze 
jedną, która uszła uwadze Edytorki. Czyż Tadeusz Zieliński, gdy pisze 19 X 1934 r. 
z vVarszawy: "Przechodząc teraz do «trzech próśb» Pańskich..." nie ma na myśli słów 
Tezeusza z "Hippolytosa" EurypidesaS: 
"Posejdonie, ojcze, z trojga życzeI1, 
Któreś mi przyrzekł wypełnić... "? 


Marian Szarmach 


Tadeusz Zieliński, "Listy do Stefana Srebrnego", opracowała G. Golik-Szarawar- 
ska, \Varszawa 1997, s. 165 + 2 nlb. 


3 
tefan Srebrny, ,.,Ze wspomnień ucznia", Meander XIVj1959, s. 403. _ 
4 łac. "Platon jest przyjacielcm, ale prawda jest więks7ą przyjaciółką". Zdanie z anonimo\\ ego "Zywota Ary- 
stotelesa" z XIII \\' nawiązujące do jego uwagi w "Etyce 
ikomachejskiej" (1096 a), że obowiązek ocalenia 
pr
wdy nakazuje cenić ją wyżej od przyjaciół. Arystoteles był uczniem Platona. 
. \'. 886, tłumaczenie J. Lanowski. (W sz)'stkie przypisy Marian Szarmach) 


252 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
NOTY 


. Nowy "Faust"! To dobrze. Po niewypale teatralnym teraz czas na spokojną, uważ- 
ną lekturę tego jednego z kilku największych arcydzieł literatury powszechnej, histo- 
rii słynnego na cały świat "praktykarza i czarnoksiężnika", iście jarmarcznej postaci. 
Ponad 12.000 wersów spiętych i nastrojonych rymami i rytmami, dźwiękowej sieci, 
którą boski Goethe wiązał ponad sześćdziesiąt lat, żeby złowić w nią sens ludzkiego 
życia uwikłanego w zło, w filozofię, w erotykę i w metafizykę. 
Oczywiście, jak zawsze, gdy mówi się o arcydziele napisanym w języku obcym, wszyst- 
ko, lub prawie wszystko co najważniejsze dotyczy przekładu. Ksiądz Tischner napisał 
w posłowiu, że nowy przekład Jacka St. Burasa jest przystosowany do języka współ- 
czesności. Sam tłumacz nie zabiera tu głosu, w którym mógłby wyjaśnić swoje trans- 
latorskie racje, jak uczynił to jego wybitny poprzednik Feliks Konopka przed swoją 
lekcją przekładu. Właściwie jedno co może tłumacz zrobić, to przyznać się do swojej 
większej, albo mniejszej przegranej. Konopka opowiada historię pe\\'nego amerykań- 
skiego milionera, który zachwycony echem rozbrzmiewającym w zwiedzanym przez 
niego jakimś włoskim pałacu, zafascynowany niesamowitymi przenikaniami szeptów, 
kazał wszystko jak najdokładniej wymierzyć i wybudować idealną kopię, wierząc, że 
to niesamowite echo "przeniesione" z Włoch do Ameryki. I rzeczywiście \\)'budowa- 
no wiernie, co do najdrobniejszych szczegółów pałac kubek w kubek jak ten włoski, 
ale echa w nim nie było. I jeżeli nie idealnie tak, to bardzo podobnie tak jest z wszel- 
kimi przekładami. Ale jaka jest rada? Dobrze, że mamy nowy przekład, w renomowa- 
nej serii pod patronatem Karla Dedeciusa "Pisarze języka niemieckiego", bo prowokuje 
on nas i nęci do nowej lektury "Fausta", a z tego może być tylko duży pożytek. (K.M.) 


Johann Woltgang Goethe, "Faust" Cześć I, Przełożył Jacek St. Buras, Wydawnic- 
two Literackie, Kraków 1997. 


. "Tym co kochają Norwida i Chopina" - tak zadedykowana jest książka w pięk- 
nym opracowaniu Władysława Stróżewskiego - Cyprian Norwid: ,,0 muzyce". Otwie- 
ra ją wnikliwe studium Stróżewskiego, wprowadzające w świat muzycznych utworów 
i pism Norwida. Drugą część książki wypełniają utwory, fragmenty utworów i listy Nor- 
wida o Chopinie, a część trzecią utwory i pisma poświęcone muzykom, muzyce i in- 
strumentom muzycznym. Jest to lektura pasjonująca. Zbiór "pięknych kwiatów". 
Ciemny i mroczny labirynt promienistej myśli Norwida. Oprowadza nas po nim Stró- 
żewski, ale możemy także chodzić po nim i szukać sami, co jest ważną i inspinljącą 
konfrontacją. W tej wędrówce słowa i pojęcia odzyskują swoje mocne i jasne znacze- 
nia i sensy. Na przykład słowo "pieśń" oznaczające utwór poetycki i utwór muzycz- 
ny, a także połączenie tych dwóch znaczeń w jedno w znaczeniu głównym, właściwie 
podstawowym. Dźwięki i idee. Żar słów i rozsądek treści połączone w muzykalny po- 
rządek, który jest czymś nadrzędnym i najgłębszym: harmonią, która spaja wartości 
intelektualne, emocjonalne i moralne. I tu jesteśmy w sednie estetycznej i twórczej 
myśli Norwida, która na jotę się nie zdezaktualizowała, a wręcz przeciwnie - w dzi- 
siejszym "postmodernistycznym" zamieszaniu, w całej tej jazgotliwej sieczce jest zba- 
wiennym snopem światła, "magiczną" latarnią morską, która wskazuje drogę wędrowcom. 


253
>>>
No i powinowactwo: Norwid i Chopin, ten duchowy, artystyczny i ideowy splot. 
Takie "niemodne" pojęcia jak piękno, prawda, praca, zmartwychwstanie. Rzeczywi- 
stość a Transcendencja. To wszystko "ma mieszkanie" w dziełach tych dwóch wiel- 
kich artystów; Norwid uważał, że ideał sztuki, jaki wyznawał, swoje najdoskonalsze 
wypełnienie znalazł był w muzyce Chopina. Świadectw Chopina o Norwidzie nie ma. 
Jest tylko ten ich duchowy, artystyczny i ideowy splot, których książka ,,0 muzyce" 
jest świadectwen1. (K.M.) 


Cyprian Norwid, ,,0 muzyce". Opr. Władysław Stróżcwski, WL, Kraków 1997. 


. Wznowione po 184. latach "Uwagi" Ignacego Krasickiego są lekturą ważną 
i smakowitą. Tych 48. rozprawek w stylu "monitorowym" to rzeczywisty początek ese- 
ju w literaturze polskiej, początek wielce znamienity. "Uwagi" zaczynają się pochwa- 
łą n1ilczenia, a kOI1cZą pochwałą religii. A pomiędzy - cała planeta spraw różnych 
a ważnych, dotyczących religii, polityki, literatury i historii. "Myśli różne" Księcia Bi- 
skupa \Varmińskiego z lat 1798/1799, "filozoficzne" pogawędki skrzące się erudycją 
i prześwietnym stylem. Krasicki kreśli obraz duszy i natury ludzkiej, mistrzowskim pió- 
rem przedstawiając błyskotliwe analizy, jakże aktualne. Różne "myśli ulotne", senten- 
cje, przekłady filozofów starożytnych, aforyzmy i inne, "staranne kompozycje" pcxł "ysokim 
patronatem Michała lvlontaigne'a, a także takich mistrzów jak Cycero, Horacy, Owi- 
diusz, czy Plutarch. Głosząc pochwałę umiaru, rozwagi i rozsądku, pisze Książę Biskup 
przeciw rozpaczy, kreśli skalę waności - dobrych starych waności, bo jak pisze w"My- 
ślach": ,'-Nie masz nic no\\'ego pod słońcem: powiedziało się więc wszystko i napisało, 
co się tylko powiedzieć i napisać mogło; zostały tylko sposoby, jak mówić i pisać, a tych 
sposobów źródło obfite nie każe się obawiać ustawicznego powtarzania." Tak więc Kra- 
sicki jako moralista i myśliciel jawi się jako człowiek mocno zakorzeniony tak w pismach 
wielkich pisarzy i filozofów starożytnych, jak i w "Piśmie Świętym". Nic tu po nudnym 
moralizowaniu. Ani chwili znudzenia! Prawie w każdym fragmencie, akapicie i zdaniu 
daje nam Ignacy Krasicki lekcję stylu i formy, badając i opukując słowa, rozpatrując ich 
odcienie znaczeniowe, brzmienia i treści, co ujawnia w analizach semantycznych, do 
których ma upodobanie, ale co przede wszystkim ujawnia się w efekcie - w pisarskim 
efekcie, jaki uzyskuje. Czytając Krasickiego dowiadujemy się, "jakiego starania, jakiej 
czułości i pracy używać powinien każdy, który dzieło na widok puszcza, a z nim sławy 
swojej przyszłość pod sąd \\'ieków następnych". (K.M.) 


Ignacy Krasicki, "Uwagi", wstęp i opracowanie Zdzisław Libera, "Czytelnik", 
Warszawa 1997. 


. Żarnowiec to stara wieś kaszubska, nadana na początku XIII wieku klasztorowi 
w Oliwie, który założył tu żeński klasztor cystersek, który pod koniec XVI wieku prze- 
jęły benedyktynki. Ktokolwiek był w żarnowieckiej stronie, nie mógł nie podziwiać 
niespodziewanie wyrastającego w tym miejscu gotyckiego kościoła Najświętszej Ma- 
rii Panny i przytulonego do niego budynku klasztornego. Przed wojną Żarnowicc był 
jedną z wakacyjnych, nadmorskich atrakcji, a i teraz ciekawie jest w nim spędzać wa- 
kacyjny czas. Zachęca do tego siostra Małgorzata Borkowska, której "Legenda żar- 
nowiecka" jest lekturą niezapomnianą Ta książka jest dziwną mieszaniną, jakąś 


254 K W A R T A L N I K lA R TI Y S T Y C Z N Y
>>>
czarodziejską miksturą, która czytelnika oczyszcza i wzmacnia na duchu. Mamv tu kom- 
petentny wykład historii żarnowieckiego klasztoru, a więc i historii samego Żarnow- 
ca, z szeroko zarysowanym tłem. Mamy opowieść o siostrach, które los złączył z tym 
miejscem. Tajemnicą talentu pisarskiego siostry Borkowskiej jest to, że różne ważne 
historie opowiada w sposób barwny, lekki i humorystyczny, poruszając w nich naj- 
ważniejsze sprawy. Opisuje wielce skomplikowany świat zakonnego życia jako świat 
prosty, bo na jednej tylko "centralnej myśli oparty". Świetnie ma to wszystko \V so- 
bie poukładane, co do naj drobniejszego szczegółu, skoro zawiłe historie opo\\'iada w spo- 
sób jasny i nader przejrzysty. Są takie fragmenty "Legendy", przy których nawet 
najjaskrawsze fragmenty "Monachomachii" są niewinną, kunsztowną igraszką, jak na 
przykład protokół z wizytacji biskupa Rozrażewskiego. Są także fragmenty jakby wzię- 
te z "Niecodziennika" ks. Jana Twardowskiego, jak choćby ten o utworzeniu nowej 
parafii w Krokowej, albo ten o nakazie biskupa Zebrzydowskiego. Aż roi się i błysz- 
czy od różnych satyryczno - ironicznych smaczków, ale jest to zawsze komizm i iro- 
nia po coś - służą jako narzędzia do osiągnięcia pożądanego efektu i osiągają go. Tu 
podziwiam komizm i ironię, oglądam ich szklane i lustrzane dna, a nie żadną pustą 
i żałosną grę dla gry. Każdy kto przeczyta fragment, zaczynający się od słów: "każda 
panienka ma być jako anioł" - pojmie, o co mi chodzi. A niebawem natrafi na wstrzą- 
sający fragment o siostrze Zofii Winnickiej, ostatniej dziedziczce żarnowieckiej wło- 
ści. I jeszcze bardziej pojmie, o co mi chodzi. "Co jednak uchodziło aniołowi 
drewnianemu, nie uchodziło żywemu". Święta racja, siostro Nlałgorzato.(K.M.) 


Małgorzata Borkowska OSB, "Legenda żamo\\lecka", Oficyna "Czec", Gdańsk 
1997. 


Autorzy "K\vartalnika Artystycznego" 
w numerach 1-3/1997 


. ADAMIEC, AJV AZ, A.\lICHAJ, ApPEL, BORGES, M.BoRKOWSKA, CHALFI, 
CHEnVY
'D, CISLO, CZAYKOWSKI, DRIVAS, DUBOWIK, DUNDJ, DZIE
, E
GELKI...,G, 
GATES, GILBOA, GI
SBERG, GŁOWI
SKI, GRY
BERG, Gl'RI, GlTTKOWSKI, 
HAMKAłO, HODRovA, HOFFMA
, HO
ET, HoYT, HRY:--'.\CZ, JARZĘBSKI, 
]E\VELL, ]O
ATA
, ]CRKOWSKA, KAJAK, KAKAREKO, KALI
OWSKI, KArCSCI
SKI, 
KARASEK, KILBRIDE, KLEJ
OCKA, KLEJ
OCKI, KOBIERSKI, KOR...,HACSER, 
KORZENIOWSKI, KURYLUK, LLOYD, MAUSZEWSKI, MCCUNTOCK, MELECKl, 
P.M1CHAŁOWSKI, M1ŁOSZ, MrrzXER, MUSL-\Ł, MYSZKOWSKI, NORWAY, NOWACKI, 
PIECHOWICZ, PIRIF, PR.X:KI, RAWIKOWICZ, REUB
R, ROGCSKI, J .M.RYMKIEWICZ, 
SEGERS, SEIFERT, LB.SINGER, SIWCZYK, SMALCERZ, SOBOL- JURCZYKOWSKI, 
SQCIRES, STRUMYK, Sn'CZE
, SZAM1ACH, SZARUGA, SZUBA, SZVBER, TO
L\SIK, 
Tfu:
N\K, VIRGILIO, WIGGI
, WILLS, WI
IAR.;KI, \VOLSKI, ZACH 
. Prezentacje plastyczne: CEU\VICZ, GIRA, H\ssEK, ]AKO\\lE
KA, PA,,"CLlliEJEl\ 
SAWCZENKO, W ARHOL, ZFGARLI:-.ISKI, ZIELE
KIE\VICZ 


255
>>>
Punkty sprzedaży ,,!(Jvartalnika Artystycznego)) 


Białystok 
Bielsko- Biała 
Bydgoszcz 


Częstochowa 
Gdańsk 


Gd"nia 
Giż"cko 
Glh,;ce 
Hamburg 
Katowice 


KrakÓ\\ 


Kalisz 
KaIn 
Lublin 


Łódź 


Olsztyn 
Opole 
Piła 
Płock 
Poznań 


Rzeszow 
Sopot 


Tarnów 
Toruń 


Warszawa 


Włocławek 
Wrocław 


Księgarnia "Kontrakt", Rynek Kościuszki 17 
Galeria Bielska B\V A, ul. 3 A1aja 11 
Księgarnia "Naukowa", ul. Jezuicka 6/10 
Księgarnia ,,\Vspółczesna", ul. Gdatl.ska 5 
Księgarnia "Powszechna", ul. Broniewskiego l 
Biuro \Vystaw Artystycznych, ul. Gdańska 20 
Galeria "Kantorek", ul. Gdallska 3 
Księgarnia "Maria", ul. Gen. Berlinga 3 
Księgarnia "Klubowa", ul. Dąbrowskiego l 
PP Dom Książki - Księgarnia nr 5, ul. Długa 62/63 
Księgarnia "Bestseller", 
l. Cieszyńskiego 36/38 
EMPiK S-ka z 0.0., ul. Swiętojallska 68 
Księgarnia "Bestseller", ul. Armii Krajowej la 
PUH ,,
1ercurius" - Andrzej \Vanh, ul. Konstytucji 146 
Księgarnia Polska "Arkady", ul. Alter Stein\\'eg 11 

IPiK, ul. Teatralna 8 

1PiK, ul. Rynek 18 
Księgarnia "Libella", Plac Sejmu Śląskiego l 
Galeria Sztuki \Vspółczesnej "Bunkier Sztuki", Plac Szczepański 3a 
Księgarnia "Znak", ul. Sławkowska l 
Księgarnia "Okapi", ul. Stradomska 23 
Księgarnia "Skarabeusz" s.c, ul. Bosaków 11 
Klub EMPiK S-ka, ul. Aleje \Volności 6 
Polnische Buchhandlung \Vawel. Stephanstrasse II 
"ART" Galeria ZP AP, ul. Krakowskie Przedmieście 62 
Księgarnia "Awro", ul. Narutowicza 27 
Galeria 86, ul. Piotrkowska 86 
Łódzki Dom Kultury, Galeria FF, ul. Traugutta 18 
Księgarnia "Ossolineum", ul. Piotrkowska 181 
Księgarnia "Niezależna ", ul. Piotrowska 102 
PHD "Książnica Polska", Plac Wolności 2/3 
Księgarnia "Akademicka", ul. Matejki 12 
KMPiK, ul. Śródmiejska l 
Księgarnia "Antykwariat", ul. Narutowicza l 
Księgarnia Cafe Głos, ul. Ratajczaka 39 
Ośrodek Rozpowszechniania Wydawnictw Naukowych PAN, 
ul. 1-lielżyńskiego 27/29 
Księgarnia "Kapitałka" Aleksandra Ślężak, Aleje Niepodległości 4 
Księgarnia Akademicka "Libra", ul. Rejtana 16b 
Księgarnia Artystyczna "Galeria", Plac Powstańców vVarszawy 2/4/6 
EMPIK, ul. Bohaterów Monte Cassino 57 
Księgarnia "Pan Tadeusz", ul. Krakowska 47 
"Index-Books" Księgarnia Promocyjna, Rynek Staromiejski 10 
Księgarnia "A. Bednarek", ul. Szeroka 46 
KMPiK, ul. Wielkie Garbary 18 
Glówna Księgarnia Naukowa im. B. Prusa, ul. Krakowskie Przedmieście 7 
Księgarnia Uniwersytecka "Li ber" , ul. Krakowskie Przedmieście 24 
Księgarnia "Reprint", ul. Krakowskie Przedmieście II 
Księgarnia "Odeon", ul. Hoża 19 
EMPiK S-ka z 0.0., ul. Warszawska 11/13 
Księgarnia Wydawnictwa Dolnośląskiego, ul. Świdnicka 28
>>>
Bibliotela "I(wartalnila Artystycznego" 


Grze orz l usiał 
AL FI E 


- 


"" 


Wkrótce ukażą się: 


Michał Głowiński 
"Czarne sezony" 
[(rzyszto f Myszk01vski 
Funebre" 
" 
Piotr Ma tywiecki 
"Z\\yczajna, symboliczna, 
p rawdz i\va" 
Jarosła w J(lejnocki 
"Dr oga do Delft" 
/KVVA FłTALNI Kj 
Brn VSTVCZN YJ 


PRENUMERATA ROCZNA 
krajowa: 25 PLN (4 l1U111ery wraz z kosztami wysyłki); 
zagraniczna: 30 $ USA (4 nUl11ery wraz z kosztan1i wysyłki). 
Cena numeru archiwalnego (wraz z kosztall1i ,\)'syłki): 4 PLN (8 $ USA) 
Wpłaty prosimy kierować na KO
TO: 
Wojewódzki Ośrodek Kultury PBKS II O/Bydgoszcz 
1100 I 034-902 779-210 1-111-0 "Kwartalnik Artystyczny" 


Nr indeksu- 36294 
PL ISSN 1232-2105 
Ut\\ orów nie zamówionych redakcja nie odsyła. 
@ Copyright by "K\VARTALXIKARITSITCZl\.TY. KUJA\VYI POMORZE", Bydgoszcz 1997 
Druk: Merxgrat
 Bydgoszcz, tel. 22 65 03 
Skład: FUP, Bydgoszcz, tel. 341 18 79
>>>
Cena 6 PLN 


l 


= 


- 
- 


- 
- 


= 


- 


PLN ISS
 1232-2105
>>>