Archiwum Emigracji : studia, szkice, dokumenty Z. 4 (2001)

ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUI\1ENTY 


ROK 2001 


ZESZ YT 4 


UNł\VERSYTET l\lIKOŁAJA KOPERl\łKA 
TORUŃ 2001
>>>

>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI
>>>
W poprzednich zeszytach m.in.; 


Czesław Miłosz, Bieliński ijednorożec 
Jan K. Kapera, Od Guggenheim Museum do Currier Gallery Jan Lebenstein - Kronika 
Amerykańska 
Mirosław A. Supruniuk, Czesław Miłosz i Kongres Wolności Kultury 
Dobrochna Ratajczakowa, O teatrze Bronisława Przyłuskiego 
Ryszard Law, Literatura polska w przekladach hebrajskich 
Natan Gross, W drodze i po drodze - polskie korzenie hebrajskiego kabaretu 
Wojciech Ligęza, Metafory Moralisty - o poezji Tadeusza Sułkowskiego 
Listy Andrzeja Bobkowskiego i Konstantego A. Jeleńskiego do Mieczysława 
Grydzewskiego, Jerzego Kosińskiego do Józefa Chałasińskiego, Marii Wertenstein do 
Kazimiery Kott, Jerzego Stempowskiego do Janiny i Wacława Kościałkowskich oraz 
korespondencja Michała Chmielowca z Henrykiem Elzenbergiem 
Rozmowy z Zygmuntem Michałowskim, Stanisławem Frenklem, Józefem Czapskim, 
Witoldem Gombrowiczem, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, Czesławem Miłoszem, 
Bolesławem Taborskim iJ erzym Giedroyciem 
Wspomnienia m.in. o; Tamarze Karren-Zagórskiej, Tadeuszu Nowakowskim, Marcie 
Reszczyńskiej-Stypińskiej, Januszu Kowalewskim, Tadeuszu Wittlinie, Zdzisławie 
Broncelu, Reginie Kowalewskiej, Kazimierzu Brandysie, Stanisławie Kotwiczu 


Redakcja; 
Janusz Kryszak (red. naczelny), Mirosław Adam Supruniuk (z-ca red. naczelnego) 


Jarosław Koźmiński, Wacław Lewandowski, Wojciech Ligęza, Krzysztof Pomian, Dobrochna 
Ratajczakowa, Anna Supruniuk
>>>
ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUMENTY 


ROK 2001 


ZESZYT 4 


Zeszyt poświęcamy Pamięci 
Tymona Terleckiego 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
TORUŃ 2001
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
ŹRÓDŁA I MATERIAŁY DO DZIEJÓW EMIGRACJI POLSKIEJ PO 1939 ROKU 


XII 


Pod redakcją 
Stefanii Kossowskiej i Mirosława A. Supruniuka 


Projekt okladki: Miroslaw A. Supruniuk 
Rysunek na okladce: Stanislaw Frenkiel 


Artykuly przeznaczone do kolejnych numerów pisma powinny być przesylane w dwóch egzemplarzach 
wraz z krótkim streszczeniem (w miarę możliwości w j. angielskim) (oraz na HD) na adres: 
Archiwum Emigracji, Biblioteka UMK, Toruń 87-100, ul. Gagarina 13, p. 225, Poland 
tel. (48-56) 611-43-91, 611-43-98, tel.lfax (48-56) 652-04-19 
e-mail Archiwum@bu.uni.torun.pl 
http://www.bu.uni.torun. pll Archiwum _ Emigracji 


Recenzenci tomu; Marian Kisiel, jerzy Z. Maciejewski 


Kolegium Doradcze: 
Zofia Bobowicz (Francja), Anna Frajlich (USA), Maja E. Cybulska (Anglia), 
Stefania Kossowska (Anglia), Ryszard Law (Izrael), Krzysztof Muszkowski (Anglia), 
Lech Paszkowski (Australia), Jerzy Pietrkiewicz (Anglia) 


@ Copyright by Archiwum Emigracji 
@ Copyright by Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2002 


ISBN 83-231-1413-7 


Sklad: Joanna Krasnodębska 
Książki serii "Archiwum Emigracji" sprzedaje Księgarnia Uniwersytecka 
Toruń 87 -100, ul. Reja 25 
tel.lfax (056) 6114298; e-mail ksiazki@cc.uni.torun.pl 
Druk i oprawa: Zaklad Poligraficzno-Wydawniczy POZKAL, Inowrocław, ul. Cegielna 10/12
>>>
SPIS TREŚCI 


STUDIA 


Jarosław Jędrzejczak, Mówi Polskie Radio Kair............................................................ 7 
Łukasz Garbal, Edytorskie problemy z "Pornografią" ................................................29 
Alice-Catherine Carls, Reżyser; filozof, świadek. Estetyka złamania w utworach 
Zofii Romano wiczo wej. ......................................................................................... 4 3 
Wacław Lewandowski, Nomada patrzy na ludzi osiadłych. Topos" homo via tor " 
w późnej twórczości Kazimierza Wierzyńskiego ...................................................51 
Natan Gross, Nie przeminęło z wiatrem. (poetka emigracyjna Anna Frajlich) ............59 


SZKICE - PRZYCZYNKI 


Mirosław A. Supruniuk, " Wielkie pokuszenie ", albo zapomniany fragment 
"Zniewolonego umysłu" Czesława Miłosza .........................................................73 
Czeslaw Miłosz, La grande tentation. Le drame des intellectuels dans les 
democraties populaires....................................................................................... ..81 
Czesław Miłosz, Wielkie pokuszenie. Dramat intelektualistów w krajach 
demokracji ludowej............................................................................................... 9 5 


TYMON TERLECKI 


Nina Taylor, "Polska Walcząca" i pierwszy obóz WP w Coetquidan 
(ze wspomnień Tymona Terleckiego i innych)..................................................... 109 
Tymon Terlecki, Głos diabelskiego adwokata (w sprawie literatury na emigracji) ...119 
Nina Taylor, Gulasz świąteczny - po literacku .........................................................125 
Nina Taylor, Trzy listy Witolda Gombrowicza do Tymona Terleckiego ......................127 
Andrzej Pomian, Tymon Terlecki. Wspomnienie ........................................................132 
Róża Nowotarska, O Profesorze (czyli: coś w rodzaju post scriptum) .......................140 
Róża Nowotarska, Nad książkami Tymona Terleckiego .............................................142 
Róża Nowotarska, Andrzej Azarjew, Goodbye, Mr. Chips .........................................145 
Andrzej Pomian, Z piórem w zanadrzu....................................................................... 149 
Rafał Moczkodan, Historiajednej recenzji - przyczynek do losów "Literatury 
polskiej na obczyźnie 1940-1960" .....................................................................159 


KORESPONDENCJE - DOKUMENTY - ROZMOWY 


Anna Mieszkowska, Listy do Hemarysi .....................................................................173 
Wacław Iwaniuk, "...twórczość w wieży z kości słoniowej ". Rozmowa 
Anny Frajlich...................................................................................................... 207 
Kazimierz Wierzyński, Życie Chopina. Rozmowa Jana Winczakiewicza...................212 
Dwudziestolecie" Kultury". Rozmowa; Juliusz Sakowski, Maria Daniłewicz 
Zielińska, Paweł Zaremba, Michał Chmielowiec, Juliusz Mieroszewski...........216 
Florian Śmieja, Pożegnanie Jerzego Sity w Londynie................................................225 
Wojciech A. Wierzewski, Mały leksykon 175 znanych Polaków w Ameryce.............. 229 


WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


Mirosław A. Supruniuk, Szczegóły zżycia. Anna Bogusławska.................................257 
Alicja H. Moskalowa, Poeta i naukowiec. Józef Bujnowski.......................................260 
Bogumiła Żongołłowicz, Tadeusz Chciuk - Michał Lasota - Marek Celt ..............263
>>>
Eugeniusz S. Kruszewski, Odszedł z klanu chorych na wolną Polskę. 
Tadeusz Andrzej Głowacki.................................................................................. 26 7 
Krzysztof Muszkowski, Zdzisław Jagodziński ...........................................................269 
Stefania Kossowska, Mechanizm przyjaźni. Jan Kott ................................................270 
Eugeniusz S. Kruszewski, Artysta grafik - filozof Piotr Łabużek............................272 
Tadeusz Nowakowski, Komunista do czasu. Bronisław Moszkowicz.........................275 
Ryszard Law, "Księgarnia Polska ". Edmund Neustein.............................................277 
Tadeusz Nowakowski, Polak, który wstrząsnął Szwecją. Tadeuszjan Nowacki, 
prozaik, publicysta, sowietolog........................................................................... 279 
Nina Kozłowska, Autor pierwszej książki o Gułagu i Kołymie. 
Kazimierz Zamorski............................................................................................ 285 
Stanisław Wujastyk, Dlaczego nie wróciłem" Wtedy "7.............................................288 
Róża Nowotarska, Z teczki archiwalnej: Polski Związek Akademików w Stanach 
Zjednoczonych.................................................................................................... 290 
Eugeniusz S. Kruszewski, Konfraternia "Złotej Róży" .............................................297 
Mieczysław Kierkła, "Listy do Polaków" - organ "Niezłomnych ".........................301 


RECENZJE - OMÓWIENIA - POLEMIKI 


Ewelina Godlewska, "Kultura" w pigułce (l11.ya Polski na łamach" Kultury" 
1947-1976. T. 1-2, do druku przygotowała, wstępem, przypisami i indeksem 
opatrzyła G. Pomian. Lublin 1999) ....................................................................305 
Jerzy R. Krzyżanowski, Sztuka pisarska Włodzimierza Odojewskiego 
(Odojewski i krytycy Antologia tekstów, wybór i oprac. S. Barć. Lublin 1999) .310 
Róża Nowotarska, Arcymistrz, fraszkopis, kabareciarz (Anna Mieszkowska, Marian 
Hemar- od Lwowa do Londynu. Szkic do biografii artysty. Londyn 2001) .....312 
Rafał Moczkodan, Książka o Polakach w Indiach (Polacy w Indiach 1942-1948 
w świetle dokumentów i wspomnień, red. L. Bełdowski i in. Londyn 2000) ...... 317 
Wacław Lewandowski, " Ali " - czyli Józef Mackiewicz (J ózef Mackiewicz, 
Bulbin zjednosielca. Londyn 2001) ...................................................................319 
Karolina Famulska, "Acta Polonica Monashiensis" ("Acta Polonica Monashiensis" 
2000 wal. 1 nr 1).................................................................................................322
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


STUDIA 


MÓWI POLSKIE RADIO KAIR 


jarosław JĘDRZEJCZAK (Włocławek) 


Mało znane są dzieje polskojęzycznych radiostacji działających w okresie II wojny 
światowej. Poniższy artykuł jest próbą ukazania dziejów jednej z nich. Po zamilknięciu 
we wrześniu 1939 roku nadajników Polskiego Radia polskie audycje w czasie wojny 
nadawały Radio Watykańskie, BBC, Biuro Informacji Wojennej Stanów Zjednoczonych 
(poprzednik Głosu Ameryki), Wydział Radiowy Polskiego Centrum Informacji w Nowym 
Jorku, Radio Moskwa, rozgłośnia w Kujbyszewie i Saratowie, Radio Polskie z Paryża, 
a następnie z Londynu, angielskie radiostacje Świt i Głos Wolnych Kobiet, Radio Luk- 
semburg i Belgrad, niemiecka Wanda, Radiostacja imienia Tadeusza Kościuszki, rozgło- 
śnie w Bejrucie, Teheranie ijerozolimie, powstańcze Polskie Radio i Błyskawica oraz 
lubelska Pszczółka. Wśród tej rzeszy radiostacji była jedna afrykańska rozgłośnia - 
Radio Kair, emitująca swoje audycje za pośrednictwem radiostacji w Kairze i Aleksan- 
drii. Polskiej Sekcji Radia Kair poświęcone jest niniejsze opracowanie. Jego powstanie 
możliwe było dzięki pomocy dwóch osób związanych z Instytutem Polskim i Muzeum 
generała Władysława Sikorskiego w Londynie. W tym miejscu dziękuję Prezesowi In- 
stytutu Ryszardowi Dembińskiemu i Kierownikowi Archiwum Andrzejowi Suchcitzowi 
za udzieloną pomoc w dotarciu do archiwalnych zbiorów dokumentujących istnienie 
Polskiej Rozgłośni w Kairze. Dodatkowo artykuł uzupełniono doniesieniami prasy z okresu 
II wojny światowej - codziennego pisma Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, 
a następnie tygodnika "Ku Wolnej Polsce". 
15 maja 1941 roku o godzinie 18.15 na falach egipskiego Radia Kair popłynęły takty 
"Mazurka Dąbrowskiego" i zostały wypowiedziane pierwsze polskie słowa. W tym do- 
niosłym dla polskiej radiofonii dniu przed mikrofonem kairskiej rozgłośni obok autora 
audycji doktora Jana Frylinga miejsce zajęli charge d'affaires Ambasady Polskiej 
w Egipcie Tadeusz Zażuliński oraz dowódca Samodzielnej Brygady Strzelców Karpac- 
kich generał Stanisław Kopański. Przedstawiciel Polskiej Ambasady z okazji otwarcia 
audycji wypowiedział następujące słowa; 


7
>>>
Przed chwilą na otwarcie pierwszej polskiej audycji w kairskiej radiostacji poszła 
w świat melodia - Jeszcze Polska nie zginęła. 
Nie jest sprawą przypadku, że Polska, oswobodzona po przeszło wiekowej niewoli, 
podniosła do godności hymnu narodowego - Mazurek Dąbrowskiego. Te proste słowa żoł- 
nierskiej piosenki - Jeszcze Polska nie zginęła, póki my ż)jemy - zawierają głęboką treść, 
która wiecznie była żywa poprzez tysiące lat naszej historii i wiodła nas przez lata nieszczęść 
do nowej potęgi i do nowej chwały. Są one wyrazem tej odwiecznej prawdy dziejowej, 
wspólnej narodom, które za wolność płaciły krwią, że nie brutalna siła materialna, ale czło- 
wiek i jego wartości moralne decydują o losach i zwycięstwie narodów. Tym zasadom hoł- 
dują wszyscy Polacy: Rząd w Londynie, społeczeństwo w Polsce i my poza jej granicami. 
Znalazły one potwierdzenie w bohaterskiej postawie aliantów, którzy jak i my nie poddali się 
przemocy, a przede wszystkim Anglii, która mimo, że przez rozwój techniki przestała być 
bezpieczną wyspą, ajednakjest tym niezdobytym bastionem wolności, który zapewni zwy- 
cięstwo najwyższym wartościom moralnym człowieka. 
Głosem tej wiary będzie również radiostacja kairska w swoich nowych polskich au- 
dycjach. Będzie ona na falach eteru krzepić polskie serca polskim słowem, a światu gło- 
sić, że trwamy ożywieni jedną wspólną myślą: zwycięstwa i wyzwolenia Polski 1. 


Zanim jednak popłynęły w eter powyższe słowa inicjatorzy audycji - pracownicy 
Ambasady Brytyjskiej prowadzili wstępne rozeznanie. Rozmowy na temat emisji polskich 
audycji Ambasada Brytyjska w Kairze podjęła prawdopodobnie na początku 1941 roku. 
Były konsul RP w Czerni owcach i Suczawie, a w czasie działań wojennych w Afryce 
podporucznik Armii Polskiej, przydzielony do Angielskiego Naczelnego Dowództwa na 
Środkowym Wschodzie, Tadeusz Buynowski polecił Brytyjczykom Jana Frylinga, jako 
osobę odpowiednią na organizatora Polskiej Sekcji Radia Kair. Listowną propozycję 
objęcia stanowiska redaktora audycji w języku polskim Fryling otrzymał w połowie mar- 
ca 1941 roku. Przebywał wówczas jako uchodźca w Jerozolimie. Znalazł się tu po likwi- 
dacji polskiej placówki dyplomatycznej w Rumunii, gdzie od drugiej połowy września 
1939 roku do połowy października 1940 roku pracował jako "djetariusz" w Konsulacie 
Rzeczpospolitej Polskiej w Czerni owcach, a następnie po jego przeniesieniu w Suczawie. 
W placówkach tych poznał wspomnianego wcześniej Tadeusza Buynowskiego. Brytyj- 
czycy zaproponowali Frylingowi redagowanie audycji w języku polskim oraz miesięczne 
wynagrodzenie w wysokości 30 funtów. Fryling po omówieniu propozycji z Konsulem 
Generalnym Rzeczpospolitej Polskiej w Jerozolimie, a za jego pośrednictwem z polskim 
MSZ w Londynie, zgodnie z zaleceniami ministra Zaleskiego przyjął zaoferowane mu 
stanowisko. W ciągu paru tygodni oczekiwania w Jerozolimie na wizę egipską Fryling 
przeprowadza rozmowy na temat swojej przyszłej radiowej pracy z konsulem Rzeczpo- 
spolitej Polskiej Kańskim oraz z wojskowymi, dla których w pierwszej kolejności audycje 
miały być przeznaczone. 2 maja 1941 roku Jan Fryling przyjeżdża do Kairu, gdzie już 
następnego dnia spotyka się z przedstawicielami Ambasady Brytyjskiej. W trakcie pierw- 
szych rozmów Brytyjczycy postulowali aby audycja w języku polskim nadawana była 
wyłącznie na falach średnich. Ograniczenie emisji wyłącznie do fal średnich wiązało się 
z ukierunkowaniem polskiego programu Radia Kair tylko do obszarów położonych 
w najbliższej okolicy stacji nadawczej to jest Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz 
Europy Południowo-Wschodniej, a więc obszarów zamieszkałych przez żołnierzy Wojska 
Polskiego i wojenną polską emigrację. Pod znakiem zapytania był odbiór programu 
w Polsce. Z uwagi na zawiłe w tym czasie stosunki angielsko-rosyjskie Brytyjczycy nale- 
gali aby w audycjach unikano ostrych wystąpień antysowieckich. Aby nie wywołać trud- 
ności ze strony egipskich notabli, którzy udostępnili radiowe studia i bacząc na neutral- 


l Patrz: Aneks l. 


8
>>>
ność Egiptu, Brytyjczycy nie dopuszczali również gwałtownych ataków skierowanych 
przeciwko Niemcom 2 . 
Jan Fryling z uporem walczył o możliwość odbioru audycji także w okupowanej 
przez Niemcy i Związek Radziecki Polsce. Z uwagi na konieczność dotarcia do Polaków 
zamieszkałych na kresach RP nie do przyjęcia był dla niego postulat omijania trudnych 
tematów związanych ze stosunkami między Polską i Rosją Radziecką. Problemy dotyczą- 
ce Niemiec według Frylinga miały być poruszane w przyszłej audycji w tonie nie odbie- 
gającym od doniesień codziennej prasyegipskiel 
Po porozumieniu się z Londynem Ambasada Brytyjska zakomunikowała, iż audycje 
będą nadawane również na fali krótkiej, co umożliwi ich odbiór w Polsce. Wyjaśniono 
również, iż wcześniejsze uwagi dotyczące przekazu informacji o Związku Radzieckim 
i Niemczech ograniczały się jedynie do ich formy, a nie treści. Treść audycji lub ich skrót 
musiały być każdorazowo tłumaczone na język angielski i przekazywane cenzurze brytyj- 
skiej. Po tych ustaleniach 4 maja 1941 roku organizator Polskiej Sekcji Egipskiego Radia 
przeprowadza rozmowy w Aleksandrii z Dowództwem Polskiej Brygady generałem Ko- 
pańskim, majorem Młotkiem i majorem Sikorskim, z którymi ustala również zasady 
udziału w audycji członków teatru żołnierskieg0 4 . Następnego dnia codzienne pismo 
Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich "Ku Wolnej Polsce" donosiło w rubryce 
"Kronika Brygady"; 


Możemy podzielić się z naszymi czytelnikami wiadomością, że jedna z egipskich stacji 
radiowych niedługo - najdalej 15 maja br. - rozpocznie nadawać 15 minutowy program 
polski. Audycje nadawane będą prawdopodobnie między godziną 18.15 a 18.30 5 . 
14 maja 1941 roku wspomniane pismo podawało; "Polskie Radio Kair. Od jutra 
15 maja br. nadawane będą przez stację radiową w Kairo audycje polskiego radia,,6. Na- 
zajutrz ta sama gazeta informowała swoich czytelników; "Inauguracja Radia Polskiego - 
Kair. [...J Przemówienie inauguracyjne przed mikrofonem wygłoszą Poseł R.P. w Kairze 
min. Zażuliński i dowódca S.B.S.K. gen. Kopański. Będzie też odegrany Hymn Narodo- 
wy. Audycja będzie transmitowana na Polskę"7. 
W trakcie inauguracyjnej audycji bezpośrednio po Tadeuszu Zażulińskim głos zabrał 
generał Stanisław Kopański i wypowiedział następujące słowa; 


Dzięki uprzejmości władz angielskich i egipskich, od dnia dzisiejszego codziennie będą 
się rozlegały dźwięki mowy polskiej z rozgłośni w Kairze. Popłyną one z pod Piramid na 
falach eteru na krainy Wschodu, by dotrzeć do słuchaczy, których rozkaz Naczelnego Wodza 
i chęć walki tutaj przywiodły. Popłyną może dalej. Zabłądzą może nawet hen na Północ pod 
polskie niebo, by odezwać się w odbiornikach, ukrywanych przed wzrokiem i słuchem na- 
jeźdźcy, z których Rodacy nasi chcą słyszeć słowa prawdy i pocieszenii. 


Począwszy od 15 maja 1941 roku codziennie oprócz sobót na falach średnich 222,6 
i 267,4 metra oraz fali krótkiej 47,85 metra od godziny 18.15 do 18.30 czasu egipskiego 
nadawane były informacje w języku polskim, które przygotowywał jedyny pracownik, 


2 Patrz: Aneks 3. 
3 Tamże. 
4 Tamże. 
5 Kronika Brygady- Kwadrans Polski w Radio Egipskim, Ku Wolnej Polsce, 5.05.1941 s. 4. 
6 Kronika Brygady-PolskieRadio Kair, Ku Wolnej Polsce, 14.05.1941 s. 4. 
7 Kronika Brygady- Inauguracja Radia Polskiego - Kair, Ku Wolnej Polsce, 15.05.1941 s. 4. 
8 Kronika Brygady - Pierwsza audycja polska w Egipskim Radio, Ku Wolnej Polsce, 
16.05.1941 s. 5. 


9
>>>
a zarazem spiker, redaktor oraz szef Polskiej Sekcji Radia Kair Jan Fryling. O tej samej 
porze i na tej samej fali w soboty nadawana była audycja teatru żołnierskiego Polskiej Bry- 
gady na Środkowym Wschodzie. Teatr żołnierski pojawiał się dodatkowo na antenie radio- 
wej w niedzielne popołudnia od 17.4 5 do 18.15 wyłącznie na falach średnich Rozgłośni 
w Aleksandrii. Opiekunem polskiego programu z ramienia Ambasady Rzeczpospolitej Pol- 
skiej w Egipcie był wspomniany wcześniej Tadeusz Zażuliński. Z nim też Fryling uzgadniał 
wszelkie komunikaty o charakterze politycznym, a w szczególności dotyczące spraw pol- 
skich. Jednoosobowa Redakcja Polska nie zaprzestała swoich działań o zwiększenie czasu 
emisji. W wyniku tych starań w lipcu 1941 roku uzyskano dodatkowy czas antenowy 
w czwartek od 17.45 do 18.15 9 . W związku z powyższym 17 lipca 1941 roku zapoczątko- 
wano nowy cykl audycji "Czwartkowe spotkania". W pierwszym programie nadano słucho- 
wisko "Polonez" w wykonaniu teatru żołnierskiegolO. W taki sposób Samodzielna Brygada 
Strzelców Karpackich w Egipcie dysponowała już dwiema półgodzinnymi audycjami 
w czwartek i w niedzielę, nadawanymi na falach średnich przez radiostację w Aleksandrii. 
W korespondencji jaką w owym okresie wymieniał Jan Fryling z przedstawicielem Polskie- 
go Poselstwa w Kairze pojawia się następujący adres Polskiej Redakcji: Egyptian State 
Broadcasting, Polish Section, Radio Hause, Cairo, Egypt 11 . 
W jednym z raportów skierowanych do charge d'affaires Ambasady Polskiej 
w Egipcie z 7 lipca 1941 roku Jan Fryling prosił Tadeusza Zażulińskigo, aby zachęcał 
"czynniki w Londynie" do słuchania kairskich audycji i przekazywania instrukcji co do 
ewentualnych zmian w programie 12 . Prosił również o zaopiniowanie audycji teatru żoł- 
nierskiego oraz uwzględnienie w rozsyłce materiałów Sekcji Polskiej Radia Kair. We 
wspomnianym raporcie pojawia się też prośba o przekazywanie w polskich audycjach 
z Londynu zapowiedzi programów kairskich z podaniem fal i czasu emisji. Na koniec Jan 
Fryling zwracał się do Londynu, aby w miarę możności zadbano i powiadomiono Posel- 
stwo Polskie w Kairze, czy ijak audycje odbierane są w kraju. W piśmie poufnym 
165/II/5 skierowanym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w Londynie Zażuliński 
zwraca uwagę, iż audycje kairskie są przeznaczone przede wszystkim dla Wojska Pol- 
skiego przebywającego na Bliskim Wschodzie, kolonii polskiej zamieszkującej tą część 
świata oraz również dzięki emisji na falach krótkich do radiosłuchaczy w Polsce. We 
wspomnianym piśmie zawarta jest informacja o odbiorze polskiej audycji w Palestynie 
i Turcji. Zarząd rozgłośni egipskiej zwrócił się dodatkowo do Moskwy i Helsinek z za- 
pytaniem czy audycje te są słyszalne w tych właśnie miastach 13 . Zakładano, iż jeżeli au- 
dycje można odbierać w tych dwóch miastach to na pewno odbiór możliwy jest również 
w okupowanej przez Niemców i Rosjan Polsce. O emisji polskich audycji informowała 
też swoich słuchaczy, działająca na terenie Związku Radzieckiego, Radiostacja imienia 
T adeusza Kościuszki. W swoich programach wyemitowanych w dniach 9-11 listopada 
1941 roku przekazała taką o to informację; 


Niemieckie radio obwieściło, że Polakom łaskawie zezwala się słuchać rozgłośni lwow- 
skiej, wileńskiej, i baranowickiej. W obwieszczeniu tym zawiera się nowa obelga dla 
godności Polaka, któremu w Polsce jakiś chłystek gebelsowy ma zabraniać lub zezwalać 
na słuchanie audycji radiowych. Mogą sobie lwowscy, wileńscy i baranowieccy pyskacze 


9 Patrz: Aneks 5. 
10 Kronika Brygady - Sekcja Oświatowo-Kulturalna s.B.s.K. inicjuje nową serię słuchowisk 
radiowych, Ku Wolnej Polsce, 16.07.1941 s. 4. 
11 Patrz: Aneks 2. 
12 Tamże. 
13 Patrz: Aneks 1. 


10
>>>
panów Goebbelsów szczekać na wiatr. Ani im nikt nie uwierzy, ani ich nikt z uczciwych 
Polaków słuchać nie zechce. Polak, który łaknie prawdy, niechaj słucha audycji polskich 
z Londynu, z Moskwy, z Kujbyszewa, z Kairu, a przede wszystkim niechaj uważnie słu- 
cha naszej Rozgłośni imienia Tadeusza Kościuszki l4 . 


Audycje informacyjne Radia Kair w języku polskim opracowywane były przez Jana 
Frylinga na podstawie następujących materiałów źródłowych; 
doniesień Reutera i Agencji Wolnej Francji - A.LF dostarczanych przez Ambasadę 
Brytyjską, 
materiałów dotyczących Polski, opartych głównie na opracowaniach Ministerstwa 
Informacji i Dokumentacji. dostarczanych również przez Ambasadę Brytyjską, 
materiałów przekazywanych przez Poselstwo RP w Kairze, a w szczególności donie- 
sień P.A.T. i działających w Londynie polskich ministerstw, 
materiałów dostarczanych przez konsula Kańskiego, zawierających przesłuchania 
osób przybyłych z kraju oraz komunikaty informacyjne "Polska pod okupacją so- 
wiecką i niemiecką", 
materiałów dostarczanych przez Poselstwo Czechosłowackie, 
obwieszczeń nadsyłanych przez Londyn, 
codziennej prasy kairskiej 15. 
Opinie na temat polskich audycji były zróżnicowane. W programach teatru żołnierskie- 
go zdarzały się przypadki krytyki audycji informacyjnych przygotowywanych przez Jana 
Frylinga. Żołnierzom nie podobało się, iż audycję informacyjną Radia Kair w całości wy- 
pełniają wiadomości i komunikat/ 6 . Domagali się nadawania piosenek i muzyki. Sygnały te 
docierały do redaktora Jana Frylinga, który dzielił się nimi z Tadeuszem Zażulińskim. Pier- 
wotnie major Młotek postulował, aby w ciągu tygodnia nadawano sześć programów przy- 
gotowywanych przez aktorów w żołnierskich mundurach. Plany te jednak były nierealne. 
Postanowiono ograniczyć ilość występów do czterech w tygodniu. Faktycznie nadawano 
tylko dwie półgodzinne audycje w czwartkowe i niedzielne popołudnia. 
W owym okresie na falach rozgłośni w Kairze i Aleksandrii emitowano siedem pięt- 
nastominutowych audycji informacyjnych opracowywanych przez Jana Frylinga, których 
odbiór możliwy był również w Polsce. Dwie trzydziesto minutowe audycje emitowała na 
falach średnich radiostacja w Aleksandrii. Twórcami tych audycji byli członkowie teatru 
żołnierskiego Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Programy te kierowane były 
do słuchaczy przebywających na terenie Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Europy 
Południowo-Wschodniej. W cyklu tych audycji wyemitowane były między innymi nastę- 
pujące programy; 
28 maja nadano okolicznościową audycję w rocznicę śmierci Cypriana Kamila Nor- 
wida 17 , 
Kwadrans polskich melodii i piosenek ludowych w wykonaniu zespołu Teatru Żoł- 
nierskiego S.B.S.K. wypełnił audycję emitowaną 29 maja l8 , 
3 czerwca nadano słuchowisko Stanisława Młodożeńca pod tytułem "Zielone Świątki" 19, 


14 M.]. Kwiatkowski, Polskie Radio w konspiracji 1939-1944, Warszawa 1989 s. 83-84. Au- 
tor zaczerpnął cytat z dokumentu znajdującego się w zbiorach Centralnego Archiwum KC PZPR. 
15 Patrz: Aneks 2. 
16 Patrz: Aneks 6. 
17 Kronika Brygady-Polskie Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 28.05.1941 s. 4. 
18 Tamże. 
19 Kronika Brygady-Polskie Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 3.06.1941 s. 4. 


11
>>>
"Hallo tu Radio Warszawa" - audycja pióra Wojciecha Wojteckiego ukazała się na 
antenie 8 czerwci o , 
z okazji obchodzonego przed wojną w Polsce Święta Morza, 29 czerwca nadano 
program "Wisłą do Gdańska". Audycja osnuta była na tle życia flisaków, dążących 
wiślanym nurtem ku polskiemu morzu 21 , 
6 lipca Zespół Teatralny S.B.S.K przygotował słuchowisko "Sztajerek bombowy"22, 
nie zapomniano o chlubnych kartach oręża polskiego - 13 lipca wyemitowano słu- 
chowisko Stanisława Młodożeńca "Bitwa pod Grunwaldem"23, 
20 lipca nadano słuchowisko pod tytułem "Wesoły krokodyl"24, 
słuchowisko satyryczne "Nie bójmy się śmiechu" wyemitowano 27 lipci 5 , 
31 lipca poświęcono program Ignacemu Paderewskiemu 26 , 
"Ich pięciu, Prokopieni i pies" to tytuł audycji, która ukazała się na antenie 3 sierpnia 27 , 
10 sierpnia Radio Kair nawiązało do tradycji Polskiego Radia i nadało "Podwieczo- 
k . k f . ,,28 
re przy mI ro ome , 
24 sierpnia ukazało się na antenie słuchowisko "Bar radiowy" 29 , 
"Wesołe słuchowisko" Czołówki Teatralnej Wojska Polskiego wyemitowano 13 wrze- 
, . 30 
sma , 
14 października od 18.50 do 19.00 nadawano nagrane w Tobruku na płyty przemówienia 
Dowódcy S.B.S.K. gen. Kopańskiego oraz oficerów, podoficerów i strzelców z różnych 
oddziałów Brygady. Audycja przeznaczona była głównie dla słuchaczy w Anglii i w kraju. 
W późniejszym okresie te same nagrania wyemitowała Polska Sekcja BBC 31 , 
w drugiej połowie października emitowano relacje polskich żołnierzy walczących 
pod Tobrukiem 32 , 
12 listopada w audycji żołnierskiej występował Chór Legii Oficerskiel 3 , 
4 grudnia, w dzień Świętej Barbary - patronki artylerii, wyemitowano audycję po- 
święconą polskiej artylerii w T obruku 34 , 
7 grudnia przed mikrofonami Radia Kair występował Chór Legii Oficerskiel 5 , 
Rozgłośnia w Kairze nadała w dzień wigilijny i w dwa dni Świąt Bożego Narodzenia 
w 1941 roku specjalny program Czołówki Teatralnej Sekcji Propagandy, Oświaty 
i Kultury Dowództwa Wojska Polskiego na Środkowym Wschodzie 36 . 


20 Kronika Brygady, Ku Wolnej Polsce, 9.06.1941 s. 4. 
21 Kronika Brygady - Hallo! Tu Polskie Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 28.06.1941 s. 5. 
22 Kronika Brygady, Ku Wolnej Polsce, 5.07.1941 s. 5. 
23 Kronika Brygady, Ku Wolnej Polsce, 11.07.1941 s. 4. 
24 Kronika Brygady-PolskieRadio Kair, Ku Wolnej Polsce, 19.07.1941 s. 5. 
25 Kronika Brygady-PolskieRadio Kair, Ku Wolnej Polsce, 26.07.1941 s. 5. 
26 Kronika Brygady- Audycja ku czcl śp.!. Paderewskiego, Ku Wolnej Polsce, 31.07.1941 s. 4. 
27 Kronika Brygady - Audycja żołnierska w PolskIm Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 5.05.1941 s. 4. 
28 Kronika Brygady-PolskieRadio Kair, Ku Wolnej Polsce, 8.08.1941 s. 4. 
29 Kronika Brygady- Słuchowisko Radiowe, Ku Wolnej Polsce, 23.08.1941 s. 4. 
30 Kronika Brygady-PolskieRadio Kair, Ku Wolnej Polsce, 13.09.1941 s. 6. 
31 Kronika Brygady - Głos polskich obrońców Tobruku w Radio, Ku Wolnej Polsce, 
14.10.1941 s. 4; Kronika Brygady - Głos polskich obrońców Tobruku w Radio, Ku Wolnej Polsce, 
15.10.1941 s. 4. 
32 Tamże. 
33 Kronika WP. naŚr. Wschodzie - Chór Legli Ofic. - w radio, Ku Wolnej Polsce, 9.11.1941 s. 4. 
34 Kronika Brygady-Radio, Ku Wolnej Polsce, 7.12.1941 s. 4. 
35 Tamże. 
36 Kronika, Ku Wolnej Polsce, 24.12.1941 s. 29. 


12
>>>
W październiku 1941 roku Jan Fryling poufnie dowiedział się, iż Dowództwo Woj- 
ska Polskiego wystosowało pismo do Ambasady Brytyjskiej z prośba, aby całą audycję 
informacyjną przekazano do dyspozycji Dowództwa. Prośbę powyższą motywowano 
planowanym przez Frylinga wyjazdem z Kairu, w związku problemami zdrowotnymi. Na 
następcę Frylinga wysunięto kandydaturę Mariana Hemara. Hemar właściwe Marian 
Hescheles, polski poeta, satyryk i komediopisarz w tym okresie był żołnierzem Brygady 
Karpackiej. Ambasada Brytyjska, a w szczególności opiekun audycji radiowych pan 
Catterell był tą propozycją zaskoczony, gdyż dotychczasowy Szef Polskiej Sekcji sam nie 
poinformował Brytyjczyków o swoich zamiarach. Wiadomość ta zaskoczyła również 
Frylinga, który ze swoich planów zwierzył się jedynie Tadeuszowi Zażulińskiemu 37 . 
Brytyjczycy gotowi byli zaakceptować propozycje polskich wojskowych. Jak donosił 
Fryling w tym okresie również audycje jugosłowiańskie i greckie miały przejść pod kie- 
rownictwo wojskowych angielskich i oni też mieli sami decydować o doborze spikerów. 
Opiekun audycji z ramienia polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa 
Spraw Wewnętrznych Tadeusz Zażuliński nic o poczynaniach wojskowych nie wiedział. 
Z zapisków Jana Frylinga z 29 października 1941 roku skierowanych do charge d' affaires 
Ambasady Polskiej w Egipcie wynika, iż w tym okresie już dziesięć minut codziennego 
programu zagospodarowywali członkowie teatru żołnierskiego 38 . 
Rzeczywiście radiowcy w żołnierskich mundurach prowadzili rozmowy, których celem 
była codzienna emisja audycji. Codzienne pismo Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich 
już 15 września 1941 r. zapowiedziało zmiany w emisji audycji żołnierskich. W miejsce do- 
tychczasowych dwóch półgodzinnych programów nadawanych w niedziele i w czwartki zapo- 
wiadano codzienną dziesięciominutową audycję o 18.50 emitowaną wyłącznie na falach krót- 
kich 47,85 metra. Wykonawcami programów w całości byli członkowie czołówki teatralno- 
radiowej Sekcji Propagandy Oświaty i Kultury Dowództwa Wojska Polskiego na Środkowym 
Wschodzie 39 . 19 września 1941 roku Radio Kair nadało pierwszy program w nowej formule. 
Audycje zaczynały się i kończyły melodią Hymnu Narodowego 4o . Oficjalna inauguracja odbyła 
się dopiero po kilku dniach w środę 24 września 1941 r. 41 Przy tej okazji przed mikrofonami 
Polskiego Radia Kair wystąpił zastępca dowódcy Wojska Polskiego na Środkowym Wscho- 
dzie generał Kordian Zamorski i wypowiedział następujące słowa; 
Kiedy mam przemawiać na inauguracji naszych codziennych audycji żołnierskich 
myśl moja ulatuje do Ciebie Ojczysty daleki Kraju. 
Pozdrawiam Cię całym serce, pozdrawiam Cię w imieniu całej żołnierskiej gromady, 
która w twardej służbie stara się by imię Polski dźwięczało dobrze. Trzyma nas w mocy 
i trwaniu myśl jedna i jedyna nadzieja, że wrócimy do Was w grzmocie dział bijących na 
pohybel najeźdźcom a Wam na zwycięstwo. 
Myślimy o Was wszystkich, którzy trudzicie się w cywilnej strasznej wojnie. Odda- 
jemy Wam głęboki hołd i wołamy: - wytrwajcie! - bowiem czyny Wasze otoczyły imię 
Polski wawrzynem chwały, a chwila wyzwolenia zbliża się spiesznie. 
Niech te nasze codzienne audycje dadzą nam żołnierzom wieści z dalekiej Ojczyzny 
a Wam rodakom walczącym w kraju, czy na dalekich lądach i morzach rozsianym niezdławione 
obrożą niewoli słowa polskie, dające dobrymi wieściami otuchę i moc wytrwania 42. 


37 Patrz: Aneks 6. 
38 Tamże. 
39 Kronika Brygady- Audycje Żołnierskie - Zmiana, Ku Wolnej Polsce, 15.09.1941 s. 5. 
40 Kronika Brygady- Polskie Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 20.09.1941 s. 5. 
41 Kronika Brygady - Audycje Żołnierskie w Polskie Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 24.09.1941 s. 4. 
42 Kronika Brygady - Inauguracja codziennych audycji żołnierskich w Radio Kair, Ku Wolnej 
Polsce, 25.09.1941 s. 5. 


13
>>>
W grudniu 1941 roku program żołnierski emitowany był o 18.00 i poprzedzał piętna- 
stominutową audycję informacyjną przygotowywaną przez Jana Frylinga 43 . 
Oprócz normalnych stałych audycji Radio Kair realizowało także specjalne programy 
z udziałem żołnierzy wszystkich wojsk zgrupowanych w okolicach Kairu w tym również 
Polaków. Audycja wyemitowana 22 sierpnia 1941 roku zakończyła się wielkim sukcesem 
polskich żołnierzy. Program nosił tytuł zaczerpnięty z piosenki Mariana Hemara "To jest 
V - jak Victory". O występie Polaków tak donosiło pismo "Ku Wolnej Polsce"; 
We czwartek 22 bm (sierpnia - przypisek autora) Radio Kair nadało piosenkę na 
aktualny temat "To jest V - jak Victory". Jak wiadomo słowa polskie i angielskie oraz 
muzykę napisał strzelec Hemar. Audycja była transmitowana przez Radio Londyn. 
Audycja nadana była w wykonaniu polskim i angielskim. Obok orkiestry i solistów 
angielskich śpiewał kwartet Chóru Legii Oficerskiej. Okazało się przy tym, jak bardzo ra- 
diofonicznym basem dysponuje podporucznik Muszyński. Audycja wypadła doskonale. 
Kilkakrotnie podkreślano ze strony angielskiej, że zarówno autor jak i chór pochodzą 
z Samodzielne Brygady Polskiej oraz, że jest to w ogóle pierwsza piosenka na temat "lite- 
ry V". To była dobra propaganda. 
W dalszym ciągu programu Radio Kair kilkakrotnie jeszcze nadało piosenkę graną 
przez orkiestrę - zapowiadając za każdym razem, że jest to nowa piosenka ułożona przez 
żołnierza Polskiej Brygad/ 4 . 
W składzie wspomnianego kwartetu występowali podporucznicy Franciszek Muszyń- 
ski, Kazimierz Kulczycki, Stefan Bletek i Karol Wolański. Wielokrotnie Radio Kair 
nadawało utwory w wykonaniu Chóru Legii Oficerskiej, którym dyrygował podporucznik 
]. Nowak 45 . Podczas radiowych koncertów wykonywano polskie utwory między innymi; 
"Kiedy jechał do dziewczynki" Lachmana, "Wierzbę" Lipskiego, "Maki" Niewiadom- 
skiego, "Daleko, daleko" Kazury, krakowiak "Żeń się Jasiu" Lachmana, "Pieśń rycerską" 
Moniuszki 46 , "Orzeł Biały" księdza Chlondowskiego i "O mój rozmarynie"47. 
3 listopada Radio Kair zainaugurowało nowy cykl audycji dla wojsk imperialnych. 
Duże studio z trudem pomieściło wielką ilość wykonawców - reprezentujących Wojska 
Imperium i Sprzymierzeńców, wśród których znalazła się grupa polska Czołówki teatral- 
nej Sekcji Propagandy, Oświaty i Kultury oraz grupa Wolnych Francuzów. Widzieliśmy 
w studio artystów-żołnierzy z Południowej Afryki, Nowej Zelandii, Australii, Hindusów 
wykonujących przed mikrofonem taniec wojenny itd. 
Sukces naszej grupy był pełny. Świetne solo wokalne (Prokopieni) i trio instrumen- 
talne nadało tężyzny i blasku pieśni poświęconej Karpackiej Brygadzie. 
Pod datę 5 bm. notujemy udział śpiewaka Prokopieniego i pianisty Feuersteina 
w programie angielskim w jednym ze szpitali kairskich. Koncert był transmitowan/ 8 . 


W cyklu muzycznych audycji 24 lipca 1941 roku egipskie radio zaprezentowało 
młodych polskich wykonawców z Konserwatorium w Kairze, które wystawiało dyplomy 
swoim słuchaczom jako filia Konserwatorium Warszawskieg0 49 . Dyrygentem orkiestry 
złożonej z młodych wykonawców był 1. Tiegermann 5o . Na falach eteru nie zabrakło też 


43 Kronika WP. naŚr. Wsch. -Radio, Ku Wolnej Polsce, 7.12.1941 s. 12. 
44 Kronika Brygady- Wielki sukces polskięj piosenki, Ku Wolnej Polsce, 23.08.1941 s. 3-4. 
45 Kronika Brygady - Koncert Chóru Legii Oficerskiej w Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 
10.09.1941 s. 4. 
46 Tamże. 
47 Kronika Brygady- Chór Legn Oficerskięj w Radio, Ku Wolnej Polsce, 27.09.1941 s. 5. 
48 Kronika WP. na Śr. Wschodzie - Radio, Ku Wolnej Polsce, 9.11.1941 s. 4. 
49 Kronika Brygady-PolskieRadio Kair, Ku Wolnej Polsce, 26.07.1941 s. 5. 
50 Tamże. 


14
>>>
utworów Chopina. Ich emISJa możliwa była dzięki udziałowi w programie polskiego 
pianisty Raula Koczaiskiego, który 11 września 1941 roku wystąpił przed mikrofonem 
Radia Kair z etiudami naszego wybitnego kompozytora 51 . 
W muzycznych audycjach Radia Kair występowali również Robert Danon (skr:1Ypce), 
Maria Kijewska (śpiew), panna Tresos (fortepian), akompaniatorka Tamin (fortepian) 2 oraz 
wykonujący arie operetkowe z "Hrabiny" i "Halki" Moniuszki - Paweł Prokopieni 53 . 
Nie brakowało również radiowych wpadek. T ak na przykład 6 września 1941 roku 
z powodu "defektu technicznego" słuchacze nie usłyszeli audycji Polskiego Radia Kair 54 . 
Ostanie informacje o Polskim Radiu Kair pochodzą z 2 sierpnia 1942 roku. Wówczas 
audycje Radia Kair emitowane były dwukrotnie w ciągu dnia o 18.10 na fali krótkiej 
47,85 m i fali średniej 226,6 m oraz o 18.45 wyłącznie na fali krótkiej 47,85 m. 55 Pro- 
gram emisji wybranych polskojęzycznych stacji zamieścił w owym czasie tygodnik "Ku 
Wolnej Polsce". Wśród zaprezentowanych stacji były; Londyn, Schenectady z USA, 
Jerozolima, Bejrut, Teheran, Kujbyszew i opisana powyżej stacja w Kairze. Dalszych 
losów Radia Kair nie udało się odtworzyć. Z uwagi na zmianę formuły pisma "Ku Wolnej 
Polsce" z gazety codziennej na tygodnik, coraz mniej było w nim informacji o audycjach 
Polskiego Radia Kair 56 . Wiadomo jednak, iż w 1943 roku Jan Fryling wypełniał już inną 
misję, jako radca i przedstawiciel rządu RP dotarł do Chin. 
Jaki był oddźwięk polskich audycji Radia Kair? Czy były słuchane i przez kogo? 
Fragment przytoczonego wcześniej nasłuchu audycji Radiostacji imienia Tadeusza Ko- 
ściuszki dowodzi, iż zasięg terytorialny programów był bardzo znaczny. Skoro słuchano 
Radia Kair w Rosji Radzieckiej audycje musiały docierać również do Polski. Jednak 
w kraju nie udało mi się natrafić na informacje świadczące o ich odbiorze. Być może 
spowodowane to było dużą ilością stacji jakie w czasie II wojny światowej nadawały 
polskojęzyczne programy. Próbowałem dotrzeć do potencjalnych grup słuchaczy Radia 
Kair. Byli wśród nich żołnierze Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. 
Żołnierz oddziału liniowego, w brygadzie od 30 maja 1940 roku, Tomasz Skrzyński 
stwierdza, iż nigdy nie miał okazji słuchać audycji Polskiego Radia Kair. Pamięta jedynie, iż 
"niekiedy coś się o tym mówiło,,57. Starszy stażem w S.B.S.K. Zygmunt Odrowąż-Zawadzki, 
w brygadzie od 4 kwietnia 1940 roku, wówczas w stopniu kapitana, jest pewien, iż słuchał 
polskich audycji z Radia Kair, ale dziś szczegółów już nie pamięta. Potwierdza jedynie, iż 
za sprawy kultury i propagandy w brygadzie odpowiedzialny był pułkownik Mieczysław 
Młotek. Jemu też powinny być bliskie sprawy radiowe. Natomiast sprawy łączności radio- 
wej powierzone były pułkownikowi Henrykowi Niedziałkowskiemu. Niestety wymienione 
osoby już nie żyją. Zygmunt Odrowąż-Zawadzki dodatkowo uzupełnia swoje wiadomości 
o informację dotyczącą generała doktora Józefa Zająca, który kierował specjalnym do- 
wództwem odpowiedzialnym za sprawy wojskowe i ludności cywilnej na Środkowym 
Wschodzie. To właśnie jego sztab musiał prowadzić sprawy Radia Polskiego w Kairze 58 . 
Oficer łączności w dowództwie pułkownika Niedziałkowskiego Eryk Nanke tak wspomina 
czasy, w których dane mu było słuchać Radio Kair; 


51 Kronika Brygady-Polskie Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 12.09.1941 s. 5. 
52 Kronika Brygady - Audycja muzyczna w Polskim Radio Kair, Ku Wolnej Polsce, 9.08.1941 
s.4. 
53 Kronika WP. naŚr. Wsch. -Radio, Ku Wolnej Polsce, 30.11.1941 s. 12. 
54 Kronika Brygady-Nasza audycja czwartkowa, Ku Wolnej Polsce, 6.09.1941 s. 6. 
55 [Ogłoszenie na 2 stronie okładki], Ku Wolnej Polsce, 2.08.1942. 
56 Kronika Brygady, Ku Wolnej Polsce, 14.10.1941 s. 4. 
57 List Tomasza Skrzyńskiego z lutego 2000 r. do autora. 
58 Patrz: Aneks 7. 


15
>>>
Okres pod koniec maja 1941 roku, kiedy Dikheila była naszym miejscem postoju, 
odbiorniki radiowe były naszymi stałymi towarzyszami. To też na przykład "Chór Oficer- 
ski" i występy Teatru Żołnierskiego S.B.S.K. były słuchane na salach żołnierskich. Tu 
jednak kończy się nasz nasłuch i po opuszczeniu Dikheili koczownicze nasze życie zmu- 
szało nas do korzystania z odbiorników radiowych wyłącznie w celach wojskowych. Po- 
siadany sprzęt radiowy, wojskowy miał ograniczony zakres odbioru fal. Brak konwencjo- 
nalnej sieci elektrycznej w pustyni zmuszał do zrezygnowania z dobrodziejstw komunika- 
cji radiowej aż do czasu powrotu do Egiptu, a później Palestyny. 
Nie ulega wątpliwości, że w Dowództwie S.B.S.K. major Młotek trzymał rękę na 
pulsie i informował dowódcę brygady generała S. Kopańskiego wraz ze sztabem o dzia- 
łalności Radio Aleksandria i Kair. Pocztą pantoflową informacje przez te stacje nadawane 
w języku polskim docierały do ogółu żołnierzy, jednak do bezpośredniego odbioru tych 
stacji żołnierz S.B.S.K. nie miał dostępu. 
A że niektóre audycje docierały do żołnierzy, tego dowodem były komentarze doty- 
czące "Chóru Oficerskiego" i pieśni dwuznacznych naszych artystek. 
Reasumując moje uwagi, audycje aleksandryjskie, Kairu i inne w języku polskim 
miały swoją bezpośrednią wartość narodową dla Polaków zamieszkałych w zasięgu wy- 
mienionych radiostacji, korzystających ze stałego dostępu do - źródeł zasilania 59 . 


Słuchaczem audycji Polskiego Radia Kair był również Mieczysław Herod związany 
z S.B.S.K. od 15 maja 1940 roku. Oto jego wspomnienie; 


Radia Kair miałem możność czasem słuchać dopiero od września 1941 roku w czasie 
obrony Tobruku. Na centrali telefonicznej pułku artylerii lekkiej były wojskowe radiosta- 
cje prawie niewykorzystane do pracy w łączności. Łączność pomiędzy pułkiem 
a bateriami była liniami telefonicznymi. Radio Kair nadawało komunikaty z walk na mo- 
rzu, lotnictwa RAF-u, z walk na froncie wschodnim niemiecko-rosyjskim. Czasem był 
program naszej Czołówki Teatralnej. Wiadomości radiowe prawie w całości były 
w wydawanym na powielaczu komunikacie "Głos Tobruku". Ten komunikat był rozpro- 
wadzany po oddziałach brygady w oblężonym Tobruku. 
Po powrocie z Pustyni Libijskiej do Egiptu miasto El Amiryja koło Aleksandrii zo- 
stałem wyznaczony a raczej skierowany do szkoły podchorążych artylerii lekkiej. Od 
1 kwietnia do 31 sierpnia 1942 roku radia żadnego nie słuchałem zajęty nauką i ćwicze- 
niami jedynie czytałem czasopisma i gazety. Podobnie w okresie irackim od listopada 
1942 roku do sierpnia 1943 roku szkolenie żołnierzy i ćwiczenia wojskowe aż do lądo- 
wania w grudniu 1943 roku w porcie Taranto w Italii 60 . 


Na zakończenie warto kilka słów powiedzieć o samym autorze polskich audycji Ra- 
dia Kair. Jan Fryling urodził się w 1891 roku. Fryling to przede wszystkim krytyk literac- 
ki i dyplomata. W 1922 roku związał się z Ministerstwem Spraw Zagranicznych między 
innymi w latach 1927-1930 pracował jako radca poselstwa Rzeczpospolitej Polskiej 
w Tokio. W latach 1933-1936 pracował jako wykładowca Uniwersytetu Jana Kazimierza 
we Lwowie 61 . Od połowy września 1939 roku do połowy października 1940 pracował 
w Konsulacie Rzeczpospolitej Polskiej w Czerni owcach, a później w Suczawie. Następ- 
nie do maja 1941 roku przebywał jako uchodźca w Jerozolimie, skąd dotarł do Egiptu 
i związał się z Radiem Kair. W latach 1943-1949 był radcą ambasady i przedstawicielem 
rządu RP w Chinach. Od 1956 aż do śmierci w 1977 roku przebywa w USA. Po zakoń- 
czeniu II wojny światowej nazwisko twórcy polskich audycji Radia Kair Jana Frylinga 
pojawiało się wielokrotnie na łamach londyńskich "Wiadomości", z którymi współpraco- 


59 Patrz: Aneks 9. 
60 Patrz: Aneks 8. 
61 Fryling jan (1891-1977), [w:] Mały słownik pisarzy polskich na obczyźnie 1939-1980, 
praca zbiorowa pod red. B. Klimaszewskiego. Warszawa 1992 s. 92-93. 


16
>>>
wał w latach 1950-1977. W USA Fryling rozpoczął współpracę z nowojorskim biurem 
Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Fakt ten uwzględnił w swoich wspomnieniach 
zarówno pierwszy dyrektor Redakcji Polskiej RWE Jan Nowak Jeziorański w książce 
Polska z oddall j2 oraz Danuta Mierzanowska w pracy Wolna Europa i świat 63 . Fryling nie 
był jednak etatowym pracownikiem RWE. Marek Walicki pracujący wówczas w Radiu 
W olna Europa w Nowym Jorku zapamiętał Frylinga jako autora recenzji teatralnych oraz 
audycji "Dyskusje o kulturze i sztuce" z udziałem między innymi Józefa Wittlina, Kazi- 
mierza Wierzyńskiego, Aleksandra Janty, Ewy Mieroszewskiej, Ludwika Krzyżanow- 
skiego iJana Wszelakiego 64 . Na antenie RWE ukazywały się także omówienia Jana Fry- 
linga poświęcone ciekawszym książkom na tematy stosunków chińsko-radzieckich. Fry- 
ling związany był również z działającym w Nowym Jorku Instytutem Józefa Piłsudskiego, 
którego był dyrektorem 65 . Spod jego pióra wyszły między innymi prace Złote litery, 
srebrne litery (Londyn 1974) oraz W osiemdziesięciu latach naokoło świata (Londyn 
1978) . 


62]. Nowak-Jeziorański, Polska z oddali. Kraków 1992 s. 448. 
63 D. Mierzanowska, Wolna Europa i świat. Kraków 1998 s. 165. 
64 Patrz: Aneks 10 iII. 
65 Patrz: Aneks 10.
>>>
ANEKS 


1. 


Poufne 
I 65/II/5. 
audycji radiowych 
Do Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. w Londynie. 


Jak donosiłem już Ministerstwu w swoim czasie, dnia 15 maja br. otworzyłem prze- 
mówieniem wstępnym polskie audycje radiowe z radiostacji kairskiej. Audycje te zostały 
przede wszystkim przeznaczone dla wojsk Polskich przebywających na Bliskim Wscho- 
dzie, kolonii polskiej w tej części świata oraz, dzięki temu, że odbywają się na krótkiej 
fali, należy się spodziewać, że mogą docierać do Polski. Czy radiostacja kairska słyszana 
jest w Kraju nie zostało to jeszcze sprawdzone, niemniej jednak zarząd Broadcasting'u 
egipskiego zwrócił się do Moskwy i Helsingforsu z zapytaniem czy audycje polskie są 
tam słyszane. Można się spodziewać, że jeżeli dochodzą one do tych dwóch miast to 
prawdopodobnie słyszane są również i w Polsce. 
Speakerem polskimjest p. Jan Fryling, którego raport adresowany do mnie pozwalam 
sobie przesłać w załączeniu. Zaznaczam jednocześnie, że całkowitą kontrolę nad audy- 
cjami polskimi posiada Poselstwo RP. w Kairze i wszystkie komunikaty charakteru poli- 
tycznego, a w pierwszej linii dotyczące spraw polskich, są w prawie codziennej rozmowie 
ustalane przeze mnie z p. Frylingiem. Miałem możność stwierdzić, że audycje polskie 
słyszane są w Palestynie i Turcji. Obecnie rozważam możliwość zmienienia godziny 
audycji na późniejszą, kiedy słyszalność jest wszędzie lepsza. Godzina 6.15 wieczorem 
odpowiada angielskiemu letniemu czasowi godzinie 4.15 po południu, jest to zatem pora 
gdzie szczególnie w centralnej Europie słyszalność jest słaba. 
Poza audycjami powyższymi odbywają się dwa razy na tydzień audycje polskie 
nadawane przez wojskowych Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich w Egipcie. 
Program tych audycji przeznaczony jest dla żołnierzy polskich. 
W załączeniu pozwalam sobie przesłać tekst słowa wstępnego, wypowiedziany z okazji 
otwarcia audycji w dniu 15 maja br. 
Tadeusz Zażuliński 
Charge d'Affaires RP. 


2 załaczniki. 
Odpis otrzymuje Pan Minister Spraw Wewnętrznych 


Przed chwilą na otwarcie pierwszej polskiej audycji w Kairskiej radiostacji poszła 
w świat melodia; ,,jeszcze Polska nie zginęła". 
Nie jest sprawą przypadku, że Polska, oswobodzona po przeszło wiekowej niewoli, 
podniosła do godności hymnu narodowego "Mazurek Dąbrowskiego". Te proste słowa 
żołnierskiej piosenki ,,jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy", zawierają głęboką 
treść, która wiecznie była żywa poprzez tysiące lat naszej historii i wiodła nas przez lata 
nieszczęść do nowej potęgi i nowej chwały. Są one wyrazem tej odwiecznej prawdy 


18
>>>
dziejowej, wspólnej narodom, które za wolność płaciły krwią, że nie brutalna siła mate- 
rialna ale człowiek i jego wartości moralne decydują o losach i zwycięstwie narodów. 
Tym zasadom hołdują wszyscy Polacy; Rząd w Londynie, społeczeństwo w Polsce i my 
poza jej granicami. Znalazły one potwierdzenie w bohaterskiej postawie aliantów, którzy 
jak i my nie poddali się przemocy, a przede wszystkim Anglii, która mimo że przez roz- 
wój techniki przestała być bezpieczną wyspą, a jednak jest tym niezdobytym bastionem 
wolności, który zapewni zwycięstwo najwyższym wartościom moralnym człowieka. 
Głosem tej wiary będzie również radiostacja Kairska w swoich nowych polskich 
audycjach. Będzie ona na falach eteru krzepić polskie serca polskim słowem, a światu 
głosić, że trwamy ożywieni jedną wspólną myślą; zwycięstwa i wyzwolenia Polski. 


Maszynopis z odręcznym podpisem. Oryginał w: Polish Institute and Sikorski Museum. Ar- 
chives Ref. No. A.50/10. 


2. 


Kair, 7 VI 1941. 


Do Pana Charge d' Affaires Poselstwa R.P. w Kairze. 


Mam zaszczyt przedstawić poniżej całokształt sprawy polskich audycji radiowych 
w Kairze. 
W marcu br. przebywałem jako uchodźca w jerozolimie. Znalazłem się tam po zli- 
kwidowaniu naszych placówek w Rumunii, gdzie od drugiej połowy września 1939 r. do 
połowy października 1940 r. pracowałem jako djetariusz początkowo w Konsulacie R.P. 
w Czerniowcach, a następnie w tymże Konsulacie przeniesionym do Suczawy. 
W połowie marca otrzymałem w jerozolimie listowną propozycję Ambasady Brytyj- 
skiej w Kairze objęcia w stacji kairskiej audycji polskich (redagowanie i wygłaszanie) 
z pensją 30 funtów miesięcznie. Dowiedziałem się później, że uwagę Ambasady na moją 
osobę zwrócił p. Tadeusz Buynowski, b. konsul R.P. w Czerniowcach i Suczawie, obec- 
nie podporucznik Armii Polskiej, przydzielony do Angielskiego Naczelnego Dowództwa 
na Środkowym Wschodzie w Kairze. Anglicy zwrócili się do por. Buynowskiego z zapy- 
taniem, czy może zna kogoś, kto mógłby audycje takie prowadzić. 
Otrzymawszy propozycję angielską zwróciłem się do M.s.Z. w Londynie, za pośred- 
nictwem Konsulatu Gen. R.P. w jerozolimie z prośbą o instrukcje, Pan Minister Zaleski 
wyraził zgodę na objęcie przeze mnie wspomnianych audycji. 
W ciągu paru tygodni oczekiwania w jerozolimie na wizę egipską omówiłem szcze- 
gółowo sprawę audycji z p. konsulem Kańskim, ze względu na wiadomości przeznaczone 
dla Kraju i z czynnikami wojskowymi, ze względu na żołnierzy, którzy mają audycji 
słuchać. 
Do Kairu przybyłem 2 maja, a następnego dnia odbyłem pierwszą rozmowę z wła- 
ściwymi czynnikami Ambasady Brytyjskiej. Z rozmowy tej przypomnieć chcę następują- 
ce punkty wysunięte ze strony angielskiej; 
1) audycja będzie nadawana tylko na falach średnich, a więc słyszalność jej ograniczy się 
do Europy południowo-wschodniej, Bliskiego i Środkowego Wschodu. Będzie więc ona 
przeznaczona dla zamieszkałych tam Polaków, emigracji polskiej i oddziałów wojska 
polskiego, 


19
>>>
2) Anglia nie jest w wojnie z Sowietami, zatem unikać należy ostrych wystąpień antyso- 
wieckich, 
3) Egipt jest krajem neutralnym, więc bardzo gwałtowne ataki przeciw Niemcom mogły- 
by spowodować trudności ze strony czynników egipskich. 
Odpowiedziałem na to; 
1) że główna wartość audycji polegałaby dla nas na jej słyszalności w Polsce, 
2) że audycja ewentualnie będzie w Polsce słuchana przede wszystkim na okupacji so- 
wieckiej, bo rygory policyjne wysoce utrudniają na okupacji niemieckiej słuchanie audy- 
cji pozaniemieckich, pomijanie więc spraw sowieckich byłoby wykluczone, 
3) że o Niemczech gotów jestem mówić w tym tonie, w jakim piszą o nich wychodzące 
w Egipcie dzienniki angielskie. 
Po paru dniach Ambasada odpowiedziała mi, że zdecydowano w porozumieniu 
z Londynem nadawać naszą audycję także na krótkiej fali, wobec czego będzie ona sły- 
szana także w Polsce. Co do informacji o Sowietach i Niemcach oświadczono, że chodzi 
tu raczej o formę audycji nie o treść. Treść audycji musi być w przekładzie angielskim 
(może być ewentualnie skrót) komunikowana cenzurze angielskiej. 
4 maja udałem się do Dowództwa Brygady Polskiej pod Aleksandrią i omówiłem 
szczegółowo sprawę audycji z p. Gen. Kopańskim, p. mjr. Młotkiem i p. mjr. Sikorskim. 
Brygada wysunęła propozycję udziału w audycjach członków teatru żołnierskiego (śpie- 
wy, deklamacje, słuchowiska). O tej sprawie poniżej. 
W rozmowie z p. Charge d'Affaires Poselstwa R. P. w Kairze ustaliliśmy dokładnie 
zasady mojej współpracy z Poselstwem. Audycje są od początku pod kontrolą i pod opie- 
ką Poselstwa. 
15 maja odbyła się pierwsza audycja poprzedzona Hymnem Narodowym i przemó- 
wieniami p. Charge d' Affaires Zażulińskiego i p. Gen. Kopańskiego. 
Pierwsze tygodnie poświęcone były ustaleniu ram audycji, wyjaśnieniu rozmiarów 
udziału Brygady, zapewnieniu źródeł informacji etc., etc. Obecnie audycja, po miesiącu 
pracy, przybrała już formy stałe i można o niej udzielić następujących informacji; 
1) Informacje nadawane są codziennie, prócz sobót, od godz. 18.15 do 18.30 czasu egip- 
skiego, co odpowiada godzinie 17.15 do 17.30 według londyńskiego czasu letniego, na 
fali krótkiej 47.85 i falach średnich 222,6 i 267,4. 
2) W sobotę o tej samej porze i na tych samych falach audycja teatru żołnierskiego Pol- 
skiej Brygady na Środkowym Wschodzie. 
3) Ponadto w niedzielę od 17.45 do 18.15 (czas londyński od 16.45 do 17.15) na wyżej 
podanych falach średnich audycja teatru żołnierskiego. 
Do informacji korzystam z następujących źródeł; 
1) Komunikaty Reutera i A.LF. (agencja wolnej Francji) - dostarczane przez Ambasadę 
Brytyjską. 
2) Materiały dostarczane przez Ambasadę Brytyjską, wśród których materiały dotyczące 
Polski opierają się przeważnie na informacjach Ministerstwa Informacji i Dokumentacji. 
3) Materiały dostarczane przez Poselstwo R.P. w Kairze. (Depesze P.A.T., informacje 
naszych ministerstw itp.) 
4) Materiały dostarczane mi przez p. konsula Kańskiego. (Przesłuchania osób przybyłych 
z Kraju i komunikat informacyjny "Polska pod okupacją sowiecką i niemiecką". Zwłasz- 
cza z komunikatu korzystam bardzo obficie. Sprawy te omówiłem dokładnie z p. konsu- 
lem Kańskim, który ostatnio bawił w Kairze. 
5) Materiały dostarczane przez Poselstwo czechosłowackie. P. Charge d'Affaires Zażu- 
liński zaproponował ten rodzaj współpracy tutejszemu charge d'affaires Czechosłowacji, 


20
>>>
p. B. Stacho-Szalatnay. P. Szalatnay, mój kolega z Tokio, zwrócił się w tej sprawie 
z prośbą do mnie. 
6) Obwieszczenia nadesłane przez Londyn (np. poszukiwanie syna Amb. Filipowicza) . 
7) Codzienna prasa kairska, która czasem uprzedza wiadomości Londynu. (Np. niektóre 
informacje o podróży Gen. Sikorskiego do Kanady oraz wywiady z Gen. Sikorskim po 
jego powrocie do Anglii.) 
Żadnych innych informacji nie podaję, a teksty pełnych audycji są u mnie stale do 
dyspozycji Poselstwa. 
Mam zaszczyt prosić Poselstwo, aby zechciało spowodować; 
1) aby polskie czynniki w Londynie słuchały czasami kairskich audycji i udzieliły mi 
instrukcji co do ewentualnych zmian etc. 
2) aby uwzględniło w rozsyłce materiałów audycje kairskie, 
3) aby zaopiniowało audycje teatru żołnierskiego, 
4) aby czasami w polskich audycjach z Londynu zapowiedziało audycje kairskie podając 
czas i fale (czas także według godzin środkowoeuropejskich) , 
5) aby Londyn w miarę możności zbadał i powiadomił Poselstwo, czy i jak audycje kair- 
skie słyszane są w Polsce. 
Mam zaszczyt dodać, że prowadząc te audycje za zgodą moich władz przełożonych, 
pozostawiam oczywiście do ich dyspozycji zarówno treść tych audycji i moje w radio 
kairskim stanowisko. 
Adres dla korespondencji; 
Egyptian State Broadcasting 
Polish Section 
Radio House, Cairo 


Jan Fryling 


Maszynopis z odręcznym podpisem oraz datą. Oryginał w: Polish Institute and Sikorski Mu- 
seum. Archives Ref. No. A.50fIO. 


3. 


Kair dnia 17 czerwca 1941. 


Do Pana Tadeusza Zażulińskiego 
C harge d' Affaires Poselstwa R. P. w Kairze. 


Mam zaszczyt przedstawić następującą sprawę; 
Znana jest Panu dokładnie sprawa występów teatru żołnierskiego Polskiej Brygady 
na Środkowym Wschodzie. 
Przybywszy do Kairu jako organizator i kierownik polskich audycji w tutejszym 
radio, omówiłem szczegółowo sprawę występów teatru żołnierskiego z p. mjr. Młotkiem. 
Początkowy postulat (6 występów tygodniowo) uznaliśmy we wspólnym porozumieniu za 
nierealny i postanowiliśmy, tytułem próby, zacząć od czterech występów tygodniowo. 
W praktyce jednak przekonałem się, że i to jest niemożliwe. W tym stanie rzeczy nie 
mógłbym sprostać ciążącemu na mnie obowiązkowi nadawania przede wszystkim infor- 
macji, których obfitość mogę tylko z większym trudem pomieścić, w oddanych do mej 
dyspozycji 15 minutach dziennie. Podjąłem zatem usilne starania o uzyskanie dla teatru 


21
>>>
żołnierskiego dodatkowych audycji. (W Ambasadzie Brytyjskiej u pp. Catterell' a i Run- 
ciman'a, w Radio Kairskim u pp. Fergusson'a i Stewart'a.) Wszystkie moje usiłowania 
spełzły na niczym. Wówczas wystosowałem do p. mjr. Młotka 29 maja b.r. list, w którym 
proponowałem odstąpienie teatrowi żołnierskiemu całej mojej audycji sobotniej 
(15 minut). Przy czym pozostawałoby dla teatru pół godziny w niedzielę. Było to maksi- 
mum, jakie według mego sumienia mogłem zaofiarować. Na list ten nie otrzymałem żad- 
nej odpowiedzi. 
Natomiast w audycji teatru żołnierskiego z dnia 15 czerwca b.r. jeden z wykonawców 
poddał krytyce nadawanie przez radio informacji ("ciągle te komunikaty i komunikaty") 
oraz domagał się nadawania piosenek i muzyki. 
Jestem przekonany, że ta krytyka decyzji naszych władz co do nadawania informacji, 
została podjęta bez wiedzy tak poważnego i zrównoważonego człowieka jak p. mjr Mło- 
tek. Jestem skłonny przypuszczać, że był to nieprzemyślany wybryk młodzieńców, opa- 
nowanych chęcią popisu przed mikrofonem i gotów jestem być dla nich pełen wyrozu- 
miałości. 
Idzie mi o coś innego i w tym zakresie proszę Pana o pomoc jako opiekuna i kontro- 
lera audycji polskich w radio Kairskim z ramienia władz R.P. Jeżeli niedzielne odezwanie 
się jest tylko niezupełnie właściwym postępkiem młodych żołnierzy, poświęcających swój 
czas amatorskiej pracy aktorskiej, sprawa nie zasługuje na analizę poza zwróceniem 
ewentualnie młodym ludziom uwagi, o ile ich przełożeni uznają to za potrzebne. 
Gdyby jednak poza wspomnianą krytyką, kryła się opinia poważnych kół Brygady, 
czego nie przypuszczam, musiałbym prosić o szczegółowe zbadanie sprawy i udzielenie 
mi ścisłych instrukcji. 
Jest moją tendencją, którą staram się realizować z najlepszą wolą, aby w ramach 
audycji, za które jestem odpowiedzialny i których kierownictwo mi powierzono, wykonać 
instrukcje moich zwierzchników i spełnić w miarę możności postulaty Brygady. Próbo- 
wałem pogodzić te dwie rzeczy, ale mógłbym przypuszczać, że Brygada ze swego stanu 
posiadania w ramach audycji nie jest zadowolona. Dlatego proszę o udzielenie mi do- 
kładnych instrukcji. O ile pójdą one w kierunku ograniczenia informacji, a rozszerzenia 
występów teatru żołnierskiego, oczywiście zastosuję się do nich. Nie chciałbym jednak 
narażać się osobiście ani na zarzut, że samowolnie uszczuplam informacje, ani że powo- 
duję słuszne niezadowolenie Brygady. Staram się w miarę moich możności spełniać mój 
skromny obowiązek, który nie jest ani łatwy ani lekki, zmuszony jednak jestem prosić 
w obecnym momencie o wyraźne wskazówki. 
Powstrzymuję się od wszelkiej oceny występów teatru żołnierskiego, której sam Pan, 
Panie Charge d'Affaires, może dokonać, słuchając ich przez mikrofon. Nie podaję rów- 
nież luźnych, skierowanych do mnie opinii, zarówno o informacjach jak i o występach 
teatru żołnierskiego. Jedno i drugie mogę uczynić na ewentualne wyraźne żądanie 
p. Charge d' Affaires. 


Jan Fryling 


Maszynopis z odręcznym podpisem. Oryginał w: Polish Institute and Sikorski Museum. Ar- 
chives Ref. No. A.50fIO. 


22
>>>
4. 


Kair dnia 17 czerwca 1941. 


Mam zaszczyt podać do wiadomości Pana Generała z prośbą o ile to możliwe, za- 
chowanie tylko 1/2 godziny w niedzielę dla występów teatru żołnierskiego. Nadmieniając, 
że audycje Kairskie obliczone są również na Palestynę, Turcję i przede wszystkim Polskę. 
Zażuliński 


Do Pana Generała Stanisława Kopańskiego 


Maszynopis. Oryginał w: Polish Institute and Sikorski Museum. Archives Ref. No. A.50/10. 


5. 


I 65/II/4. 
Do Pana Generała Stanisława Kopańskiego 
Dowódcy Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich w Egipcie. 


Mam zaszczyt poinformować Pana Generała, że dzięki podejmowanym od 2-ch mie- 
sięcy, na terenie tutejszej Ambasady Brytyjskiej i w Dyrekcji Radia w Kairze, usilnym 
staraniom Pana Dr. Jana Frylinga, przyznano drugą audycję, przeznaczoną dla Polskiej 
Brygady na Środkowym Wschodzie. Począwszy od 17 lipca audycja ta będzie nadawana 
z Aleksandrii od godziny 17.45 do 18.15, w każdy czwartek na tych samych falach śred- 
nich co audycja niedzielna. Audycja niedzielna pozostaje bez zmiany tak, że Brygada 
dysponuje obecnie dwoma audycjami popołudniowymi w czwartek i niedzielę. 
Tadeusz Zażuliński 
Charge d' Affaires R.P. 


Maszynopis z odręcznym podpisem. Oryginał w: Polish Institute and Sikorski Museum. Ar- 
chives Ref. No. A.50/10. 


6. 


Tajne 


29.10.[1941] 


Stan faktyczny 
1.) Dowiedziałem się ściśle poufnie, że tutejsze dowództwo W.P. wystosowało pismo 
do tutejszej Ambasady Brytyjskiej z prośbą, aby wobec mego zamierzonego wyjazdu 
z Kairu Ambasada informacyjną audycję radiową odstąpiła do dyspozycji Dowództwa 
W.P. Jako kandydata wysunięto p. Hemara. 
P. Catterell był z tego postawienia sprawy niezadowolony i oświadczył, że o moim 
wyjeździe nic mu nie wiadomo. W zasadzie jednak miał się zgodzić na odstąpienie audy- 
cji, w razie mojego wyjazdu, dowództwu W.P. 


23
>>>
Postawiło mnie to w przykrym położeniu wobec Anglików, którzy o moim wyjeździe 
dowiedzieli się nie ode mnie. 
2.) Umowa między Panem Posłem a p. mjr. Michniewiczem nie została dotrzymana. 
Treść tej umowy znam od Pana Posła i według jej treści dowództwo W.P. przed poczy- 
nieniem dalszych kroków miało odbyć drugą rozmowę z Panem Posłem. 
Wydaje mi się, że Pan Poseł może obrać jedną z dwóch dróg; 
l. Albo czekać na wysunięcie kandydatury mego następcy przez p. Korsaka wtedy 
w rozmowie z p. Catterellem kandydaturę tę przeprowadzić. 
2. Albo w rozmowie z p. gen. Zamorskim użyć następujących argumentów; 
a) audycja jest powierzona Panu Posłowi przez M.s.Z. i M.s.Wewn. 
b) chodzi o zatrudnienie pozostającego bez pracy urzędnika. 
c) argument osobisty dla gen. Zamorskiego. Gen. Z. życzliwie się do mnie odnosi 
i pewnie chciałby mi pomóc. Wyjazd mój umożliwi mi powrót do służby. O ile Do- 
wództwo W.P. będzie obstawać przy swym żądaniu, nie będę mógł z Kairu wyjechać. 
Do wiadomości Pana Posła; Panowie Korsak i Kański, chcąc mi dopomóc, postano- 
wili zatrudnić mnie bez uprzedniego zawiadomienia Londynu, gdzie mogłyby powstać 
trudności. O mej pracy mają zawiadomić Londyn dopiero, kiedy wejdę w pracę. To samo 
ma uczynić amb. Raczyński. Wysunięcie sprawy na forum Londynu może mieć ten sku- 
tek, że otrzymam polecenie pozostania w Kairze. Lekarz wyraźnie powiedział mi, że 
przebywać tu nie powinienem. Wówczas znalazłbym się tej sytuacji, że zamiast do pracy, 
pojechałbym do Palestyny lub Rodezjijako uchodźca. 
Trzy sprawy. 
1) W piśmie Ambasady angażującym mnie, powiedziano, że mają to być audycje dla 
polskiej Brygady na Środkowym Wschodzie. 
2) W najbliższych dniach audycje jugosłowiańskie i greckie przechodzą w kierunek 
wojskowych angielskich, którzy sami dobiorą speakerów. 
Inicjatorem całej akcji dowództwa W.P. jest p. mjr Kijewski. 
N.b. Jak Panu posłowi wiadomo Brygada od pierwszej chwili starała się o uzyskanie 
maksymalnej części audycji. Dzięki moim usilnym staraniom uzyskali 10 minut dziennie, 
wskutek czego mieli desinteresować się kwadransem informacji. Obecnie chcą otrzymać 
i ten kwadrans. 


[J an Fryling] 


Rękopis Jana Frylinga bez podpisu. 


7. 


Gdańsk, dnia 23 lutego 2000 r. 


Zygmunt Odrowąż-Zawadzki 
płk dypl. w st. spocz. 


Szanowny Pan Jarosław Jędrzej czak 


Szanowny Panie! 
Bardzo się ucieszyłem listem Pana z dnia 10 bm. i zainteresowaniami dotyczącymi 
pośrednio Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, bowiem 2 kwietnia 1940 r. po- 


24
>>>
wołana została rozkazem gen. Sikorskiego, w Paryżu, czyli w tym roku przypada 60. 
rocznica j ej powstania. 
Byłem oficerem sztabu tej Brygady od 4 kwietnia 1940 r. do końca jej istnienia czyli do 
3 maja 1942 r., kiedy to została przeorganizowana w 3. Dywizję Strzelców Karpackich. 
Byłem jednym z najbliższych współpracowników gen. Kopańskiego, a dziś jestem jedynym 
żyjącym oficerem ścisłego sztabu SBSK. W SBSK byłem kapitanem dypl. Dziś żyje jeszcze 
w Anglii szef służby zdrowia SBSK mjr/płk dr Michał Breza. W zakresie moich obowiąz- 
ków i zainteresowania były wszystkie sprawy wojny i walki, natomiast sprawy radia pol- 
skiego (audycji) Kair były na pewno w zakresie działania mjr./płk. Mieczysława Młotka 
(sprawy kultury i propagandy) oraz dowódcy łączności majora/płk. Henryka Niedziałkow- 
skiego. Niestety obydwaj dawno już nie żyją. Generał Kopański starał się, aby sprawy doty- 
czące wojska i ludności polskiej na Środkowym Wschodzie zostały przekazane specjalnemu 
dowództwu WP na Środkowym Wschodzie. Takie dowództwo zostało zorganizowane 
w końcu 1941 r. lub wcześniej. Dowódcą został generał dr. Józef Zaj ąc, z siedzibą w Kairze. 
To właśnie jego sztab musiał prowadzić sprawy radia polskiego w Kairze. Gen. Kopański, 
SBSK i ja też, mogliśmy już myśleć tylko o działaniach wojennych. Samodzielna Brygada 
Strzelców Karpackich zapisała piękną kartę chwały oręża polskiego, jako jedyna polska 
jednostka wojsk lądowych, która walczyła w okresie upadku Francji w 1940 r. do bitwy pod 
Lenino w 1943 r. Broniła Tobruku przez cztery miesiące i złamała front włoski w bitwie pod 
Ghazalą 15 i 16 grudnia 1941 r. 
N a pewno słuchałem polskich audycj i radia Kair, ale dziś już szczegółów nie pamiętam. 
Wiek 88 lat. Pamiętam natomiast doskonale szczególnie bitwy i działania wojenne SBSK. 
Natomiast w sprawie polskich audycji radia Kair może wiedzieć p. Eryk Nanke w SBSK 
oficer łączności w dowództwie mjr. Niedziałkowskiego podpor./por. Należy on (tak jak ija) do 
Związku b. Żołnierzy SBSK "Tobrukczycy". Zdaje mi się, że mieszka w Bielsku-Białej. Pro- 
ponuję, aby Pan zwrócił się z prośbą o podanie adresu p. Nanke do prezesa Związku w Polsce; 
mgr Herod Mieczysław, Skrytka Pocztowa 66, 30-969 Kraków 28. 
Proszę powołać się na mnie. Gdy Pan uzyska adres proszę napisać do p. Nanke i pos- 
łać mu te same dane co mnie. Być może będzie on mógł podać Panu coś więcej niż ja. 
Życzę pomyślnego załatwienia sprawy i łączę pozdrowienia 
Zygmunt Odrowąż-Zawadzki 


Maszynopis z odręcznym podpisem. 


8. 


Kraków, 29.02.2000 r. 


Szanowny Panie! 
Dziękuję za dwa listy. Przepraszam za opozmoną odpowiedź. Przeczytałem 
b. ciekawy artykuł o Radio Kair, który przypomniał mi o tym co kiedyś słuchałem i czy- 
tałem w "Ku Wolnej Polsce". 
Żołnierzem SBSK byłem od 15 maja 1940 r. W czasie służby w Brygadzie wiedzia- 
łem, że w Radiu Jerozolima występuje chór żołnierski Brygady śpiewając polskie pieśni. 
W tym samym dywizjonie artylerii lekkiej było trzech kolegów, którzy byli członkami 
tego chóru. Jeden z nich kpr. Romek Turczynowicz był z-cą dyrygenta Jarosława Sand e- 
lewskiego. Dwaj dalsi to podchorąży Tadeusz Kawa i Jurek Kruszelnicki. Romek i Jurek 


25
>>>
prawdopodobnie nie żyją. Tadek Kawa mieszka w Anglii ale jest ciężko chory i od dwóch 
lat nie odpowiada na przesyłane życzenia świąteczne. 
Radia Kair miałem możność czasem słuchać dopiero od września 1941 r. w czasie 
obrony Tobruku. Na centrali telefonicznej pułku artylerii lekkiej były wojskowe radiosta- 
cje prawie niewykorzystywane do pracy w łączności. Łączność pomiędzy pułkiem a ba- 
teriami była liniami telefonicznymi. 
Radio Kair nadawało komunikaty z walk na morzu, lotnictwa RAF-u z walk na fron- 
cie wschodnim niemiecko-rosyjskim. Czasem był program naszej Czołówki Teatralnej. 
Wiadomości radiowe prawie w całości były w wydawanym na powielaczu komunika- 
cie "Głos Tobruku". T en komunikat był rozprowadzany po oddziałach Brygady 
w oblężonym Tobruku. 
Po powrocie z Pustyni Libijskiej do Egiptu m. El Amiryja k. Aleksandrii zostałem 
wyznaczony a raczej skierowany do szkoły podchorążych artylerii lekkiej od l kwietnia 
do 31 sierpnia 1942 r. Radia żadnego nie słuchałem zajęty nauką i ćwiczeniami, jedynie 
czytałem czasopisma i gazety. Podobnie w okresie irackim od listopada 1942 do sierpnia 
1943 szkolenie żołnierzy i ćwiczenia wojskowe aż do lądowania w grudniu 1943 w porcie 
Taranto w Italii. 
To tyle co wiem a może interesować Pana. 
Łączę pozdrowienia 


[Mieczysław Herod] 


Rękopis bez podpisu. W lewym górnym rogu pieczątka z nazwiskiem i adresem nadawcy. 


9. 


Cieszyn, dnia 9.03.2000 r. 


Szanowny Panie Jędrzejczak, 
Uprzejmie dziękuję za list w sprawie "Mówi Kair". Pokładane we mnie nadzieje 
niestety nie mogę spełnić w sensie podania szczegółów z odbioru Radio Aleksandria lub 
Kairo. 
Okres pod koniec maja 1941 r. kiedy Dikhelia była naszym m. p. miejscem postoju, 
odbiorniki radiowe były naszymi stałymi towarzyszami, toteż na przykład "Chór Oficer- 
ski" i występy Teatru Żołnierskiego SBSK były słuchane na salach żołnierskich. Tu jed- 
nak kończy się nasz nasłuch i po opuszczeniu Dikheili koczownicze nasze życie zmuszało 
nas do korzystania z odbiorników radiowych wyłącznie w celach wojskowych. Posiadany 
sprzęt radiowy wojskowy miał ograniczony zakres odbioru fal. Brak konwencjonalnej 
sieci elektrycznej w pustyni zmuszał do zrezygnowania z dobrodziejstw Komunikacji 
Radiowej aż do czasu powrotu do Egiptu a później Palestyny. 
Nie ulega wątpliwości, że w Dowództwie SBSK mjr Młotek trzymał rękę na pulsie 
i informował dowódcę Brygady Gen. S. Kopańskiego wraz ze Sztabem o działalności 
Radio Aleksandria i Kairo. Pocztą pantoflową informacje przez te stacje nadawane 
w języku polskim docierały do ogółu żołnierzy jednak do bezpośredniego odbioru tych 
stacji żołnierz SBSK nie miał dostępu. 
A że niektóre audycje docierały do żołnierzy, tego dowodem były komentarze doty- 
czące "Chóru Oficerskiego" i pieśni dwuznacznych naszych artystek. 


26
>>>
Reasumując moje uwagi, audycje Aleksandryjskie, Kairu i inne w języku polskim 
miały swoją bezpośrednią wartość narodową dla Polaków zamieszkałych w zasięgu wy- 
mienionych Radiostacji, korzystających ze stałego dostępu do "źródeł zasilania". 
Stąd też konieczność wydawania gazetek żołnierskich jak np. "Ku Wolnej Polsce", 
których redakcje miały dostęp do wiadomości nas interesujących. 
J ak z Pańskiego opracowania wynika jest i był Pan w ścisłym kontakcie z organizato- 
rami programów Radio Aleksandria i Kairo i Zespołu Teatralnego SBSK oraz Chóru 
Oficerskiego Legii Oficerskiej i możliwości otrzymania dodatkowych informacji ze źró- 
deł wojskowych na tematy Pana interesujące są skromne. 
Trudno się spodziewać szczegółów odbioru radiowego przez Oddziały Wojskowe 
z tamtych czasów. Najwięcej informacji można by było się spodziewać ze strony osób 
cywilnych, Polaków mieszkańców Państw w zasięgu odpowiednich stacji nadawczych. 
Gratuluję Panu za wydobycie tylu szczegółów i informacji z dawnych lat, życząc 
dalszej owocnej pracy, w wysiłku zabezpieczenia wspomnień dla przyszłych generacji 
naszej tak niedawnej przeszłości. 
Z wysokim poważaniem 


Eryk R. Nanke 


Maszynopis z odręcznym podpisem. 


10. 


Szanowny Panie, 
[...] Dra Jana Frylinga (b. dyr. Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku) znałem 
z Wolnej Europy, ale i on nie był jej stałym pracownikiem. Pisał dość regularnie ale "na 
zamówienie", głównie recenzje teatralne ("American Stage") i omawiał co ciekawsze 
książki, m.in. na temat stosunków chińsko-radzieckich, które pilnie śledził. Prowadził też 
"Dyskusje o kulturze i sztuce", w których brali m.in. udział; Józef Wittlin, Kazimierz 
Wierzyński, Aleksander Janta, Ewa Mieroszewska, Krzyżanowski, Wszelaki i kilku in- 
nych wybitnych współpracowników Wolnej Europy. (Przesyłam Panu kopie unikalnego 
listu dra Frylinga w sprawach programowych z roku [19]63.) 
Na temat Radia Kair nigdy z nim jednak nie rozmawiałem. Jest to ciekawostka, 
o której - sądzę - wiedzą nieliczni radiowcy. W londyńskim Instytucie Sikorskiego 
powinni mieć jednak o Radio poważną dokumentację. [...] 
Z poważaniem 
Marek Walicki 


Maszynopis. 


27
>>>
11. 


Nowy Jork, 21 VI 1963 


Drogi Panie Doktorze, 
Myślałem dziś o tym, jak dziwne bywają w życiu zbiegi okoliczności. 
Kiedy w roku 1920 w Warszawie, na ulicy Książęcej 11, młody ksiądz wprowadzał 
mnie nieraz do swego przełożonego, czy mogłem przypuszczać, że to Paweł VI towarzy- 
szy mi do Piusa XI? (Były to sprawy konkordatu.) 
Muszę znów nudzić Pana sprawami "dyskusji o kulturze i sztuce". 
L Dyskusja 23 lipca (Monachium nagrywa 5 sierpnia) będzie w książce Czapskiej. 
Uczestnicy (ewentualni); Janta, Krzyżanowski, Wszelaki. Sprawa zdobycia egzemplarzy 
jest nadzwyczai pilna. Czy biblioteka zabrała się do tego? 
II. Następna dyskusja wyznaczona jest w programie na 20 sierpnia (Monachium na- 
grywa 2 września). Urządzenie jej w sierpniu jest niemożliwe z powodu niemożności 
zebrania kompletu. Istnieją więc następujące możliwości; 
a) albo ją skasować, czego wolałbym uniknąć; 
b) albo nagrać ją 5 września (ze względu na Wittlina) i zaproponować Monachium, aby 
nagrało w jakimś innym terminie - na co się prawdopodobnie nie zgodzi; 
c) albo naj łatwiejsze wyjście tzn. nagrać tę dyskusję we wtorek 30 lipca (uzyskawszy czas 
od produkcji) i posłać ją Monachium do nadania 2 września. Temat Baldwin. Uczestnicy 
(ewentualni); Janta, p. Mieroszewska i Wszelaki. 
W przyjęciu ewentualności c) Wittlin straci dwie dyskusje, ale nie widzę innego 
wyjścia z sytuacji. 
Bardzo proszę o rychłą decyzie na "gorącym drucie" TR-3-4240. 
25 we wtorek spędzę cały dzień w Stratfordzie. 
Łączę serdeczny uścisk dłoni. 


Jan Fryling 


Rękopis.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


EDYTORSKIE PROBLEMY 
Z PORNOGRAFIĄ 


Łukasz GARBAL (Lublin) 


1. 1. INFORMACJA WSTĘPNA 


Twórczość Witolda Gombrowicza budzi coraz większe zainteresowanie także ze 
strony ludzi nie związanych z filologią na co dzień. Swoje odczytania dzieła Gombrowi- 
cza opierają oni na tekście, którego autentyczność z kilku powodów budzi znaczne wąt- 
pliwości - zaś, jak dowodził Lotman, interpretacja zależy od konkretnych rozwiązań 
edytorskich. 
Zła edycja jest przyczyną błędnych interpretacji. Za życia Gombrowicza ukazało się 
tylko jedno wydanie Pornografii w języku polskim, wydanie nie w pełni kontrolowane 
przez autora. Następne wydania polskie opierały się na pierwodruku, modernizując - 
częściowo - ortografię i interpunkcję, i naj prawdopodobniej nie oddając tekstu zgodne- 
go z wolą autorską. 
Pomimo zatem licznych polskich wydań powieści, Pornografia pozostaje problemem 
dla edytora. 


1. 1. 1. Uwaga porządkowa 
Cytaty z Pornografii podaję - o ile nie zaznaczam inaczej - za własną propozycją 
wydania, czcionką Arial bez podawania lokalizacji. 


1. 2. HISTORIA TEKSTU 


Pierwsza redakcja tekstu powstała w Argentynie pomiędzy majem 1955 (odejście 
z banku, czas na pracę literacką) a sierpniem 1958 - ale naj prawdopodobniej nie powsta- 
wała przed 8 października 1957, kiedy to pisarz przybywa pierwszy raz na kurację do T an- 
dilu - zaś druga, będąca ostateczną, między lutym a połową maja 1960 roku, kiedy po- 
wieść została oddana do druku (wydrukowana zostaje na początku czerwca). 
Gombrowicz pisał na kartach formatu maszynowego odręcznie, przepisując po kilka 
razy, przeważnie bez skreśleń; ostateczną wersją przygotowania przez niego tekstu do 
druku było przepisanie na maszynie. 


29
>>>
Rękopisy Pornografii naj prawdopodobniej nie istnieją - autor nie przechowywał 
zwykle manuskryptów po zakończonej pracy nad tekstem, którego ostateczna wersja 
oddana była w maszynopisie. 
Zachowały się dwie kopie maszynopisu - obydwie z tej samej matrycy (o czym 
świadczą identyczne literówki i układ typograficzny stron), które nazywam dalej, zgodnie 
z chronologiczną kolejnością przysyłania ich przez autora do wydawcy, odpowiednio - 
mpl i mp2. Mpl znajduje się obecnie w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza 
wWarszawie (nr inw. 1521), zaś mp2 jest w archiwum Instytutu Literackiego w Ma- 
isons- Laffitte (papiery Gombrowicza, teczka nr 15). 
Obydwie kopie sporządzone na papierze o formacie A4, o słabej gramaturze, obecnie 
pożółkłym, niektóre karty zginane w połowie wzdłuż poziomu, tusz czarny, czcionka 
w stylu roman, kilkanaście kart jest bez polskich znaków diakrytycznych (w mp2 dopisy- 
wanych na ogół czarnym atramentem). 
Interpunkcja w mpl poprawiana zaledwie w kilku miejscach bladoniebieskim (wy- 
blakłym niebieskim?) atramentem, którym też ręką Gombrowicza wprowadzono kilka 
poprawek - w mp2 wielka liczba poprawek interpunkcji (zazwyczaj dopisywanie prze- 
cinków w określonych pozycjach), przeważnie czarnym atramentem. Czarnym atramen- 
tem, nie autorskim charakterem pisma, została też wprowadzona pewna ilość zmian okre- 
ślonych słów - na ogół zmiany te zachowane są w pierwodruku. 
Mimo niechęci Jerzego Giedroycia do propozycji Gombrowicza dotyczących druku 
powieści, autor wysyła jedną z kopii (mp 1) do Maisons-Laffitte, naj prawdopodobniej 
przed lutym 1959. Wcześniej którąś z kopii maszynopisu czyta Konstanty Jeleński, który 
proponuje Gombrowiczowi po lekturze całości pewne zmiany tekstu, wprowadzone 
w mp2 ręką Gombrowicza (przede wszystkim - przeredagowanie Informacji oraz kilka 
skreśleń w rozdziale dziewiątym w "scenie na wyspie") 1. Przypuszczalnie autor zamierzał 
te same poprawki wprowadzić w przyszłej korekcie. 
Pod koniec 1959 roku autor pertraktuje w sprawie wydania Pornografii w języku 
francuskim, a ponieważ mpl jest przetrzymywany w Maisons-Laffitte, prosi Giedroycia 
w styczniu 1960 o wypożyczenie go na kilka tygodni tłumaczce, Annie Posner. Wczesną 
wiosną 1960 Giedroyc decyduje się wydać powieść, nie jest jednak w stanie odnaleźć 
tłumaczki, w poszukiwaniu której zarówno on, jak sam autor, mobilizują wielu znajo- 
mych w Paryżu, w którym tłumaczka przebywała, oraz w Polsce, dokąd - okazało się - 
wkrótce przybyła. Wydawca podejrzewał autora o złą wolę i spisek, Gombrowicz obawiał 
się wykradzenia kopii, obaj po pewnym czasie podejrzewali spisek Służby Bezpieczeń- 
stwa zmontowany w celu uniemożliwienia druku powieści w Instytucie Literackim. Gie- 
droyc nalega na Gombrowicza, aby przysłał mu inną kopię maszynopisu - początkowo 
autor odmawia, tłumacząc, że nie ma przy sobie żadnej kopii (w tym czasie ponownie 
przebywał w Tandilu), później zaś, kiedy okazało się, że Posner wyjechała do Polski, 
odnalazł jedną z kopii, jak pisał do Giedroycia - ostatnią. Gombrowicz obawia się jed- 
nak zaginięcia maszynopisu - z Maisons-Laffitte otrzymuje list ze słowami "nie ma 
prawa zaginąć" i naglący do pośpiechu, jeżeli powieść ma się szybko ukazać. Autor wy- 
syła kopię (mp2) w jednym liście, lotniczym i poleconym, i z ulgą kwituje potwierdzenie 
jej otrzymania przez Giedroycia, prosząc o szczególną troskę i ostrożność, "aby nie da- 
wać za dużo drukarzowi naraz" - i dalej tropi Posner w kraju, prosząc o pomoc Sandau- 


l Por. list Gombrowicza do Jeleńskiego, datowany ,,16.IV.60", kserokopia w posiadaniu Wy- 
dawnictwa Literackiego, (oryginał obecnie w kolekcji Witold Gombrowicz's Papers, Beinecke 
Library, Yale University, New Haven, Connecticut, USA, sygn. [całej kolekcji:] Uncat. Ms. Vault 
816, dalej: Beinecke). Szczegóły dotyczące zmian notuję w komentarzu do przygotowanej edycji. 


30
>>>
era, Iwaszkiewicza i - zdaje się - znaczną większość swoich ówczesnych korespon- 
dentów krajowych. Pornografia jest na maszynach drukarskich w maju 1960, kiedy osta- 
tecznie odnajduje się była tłumaczka - rezygnując z pracy. Mpl na krótko wraca do 
Maisons-Laffitte, nie stanowi już jednak podstawy do druku, na co wyrzeka w pewnym 
momencie sam Gombrowicz - "brakujące strony trzeba było uzupełnić z maszynopisu 
[...] (ten odzyskany od Posnerówny)". już w czerwcu na prośbę Gombrowicza Giedroyc 
mpl przekazuje nowemu tłumaczowi powieści na francuski, jerzemu Lisowskiemu. 
Wydanie pierwodruku opóźnia się, powieść ukazuje się w czerwcu 1960 w serii "Bi- 
blioteki «Kultury»" - format B5, szara brulionowa okładka, kartki rozcinane ręcznie, 
papier ciężki, całość zszywana. " [...] jakaś cieniutka" skomentował Gombrowicz, dodając 
wcześniej "błędów prawie nie ma"z. 
Kolejną edycją Pornografii było wydanie francuskie, planowane na połowę roku 1960, 
które z powodu kłopotów z tłumaczeniem powieści - historią Anny Posner i ponad rocz- 
nym opóźnieniem jerzego Lisowskiego ukazuje się dopiero w roku 1962. "Ten nieszczęsny 
Lisowski wreszcie kończy przekładać Porno[grafięj"3 pisał autor, który osobiście chciał 
doglądać wydania - język francuski znał z domu i wydanie francuskie było przez niego 
kontrolowane w bardzo dużym stopniu, wprowadzał w korekcie poprawki 4 . 
Następne edycje powieści prowadzone są poza autorską kontrolą - jedynym, powta- 
rzającym się zaleceniem dla tłumaczy była prośba autora o zachowanie rytmu. Gombro- 
wicz nie mógł sprawdzić poprawności przekładów na włoski (1962), niemiecki (1963), 
holenderski (1964), angielski (1966), norweski (1966), szwedzki (1967), japoński (1967), 
fiński (1969) - które, z wyjątkiem japońskiego, powstały na podstawie wydania francu- 
skiego, co Gombrowicz zalecał (,,[...] je prefere le version franc;aise,,)5 - ponieważ nie 
znał tych języków lub znałje słabo (niemiecki, angielski). 
Gombrowicz mógłby kontrolować wydanie hiszpańskie powieści (1968) w stopniu 
podobnym albo większym od francuskiego (pisarz używał hiszpańskiego, w Argentynie 
wiele pisał w tym języku). Edycja ta jednak zajmowała Gombrowicza jedynie handlowo 
- w tym czasie był już poważnie chory, a sam przekład opierał się na pierwszym wyda- 
niu francuskim oraz włoskim. 
We Włoszech, Niemczech i Szwecji za zgodą autora zmieniono tytuł powieści - 
z Pornografii na Uwiedzenie - wydawca włoski motywował zmianę względami cenzury 


2 [Wykorzystane cytaty z:] Korespondencja Gombrowicza z Giedroyciem, kserokopie w posiadaniu 
Wydawnictwa Literackiego (oryginały w archiwum Instytutu Literackiego, Maisons-Laffitte, Francja). 
3 List Gombrowicza do krytyka i tłumacza na serbochorwacki, Zdravko Malicia, datowany 
,,17.07.62", kserokopia w posiadaniu Wydawnictwa Literackiego (oryginał w Beinecke). 
4 List Gombrowicza do angielskiego tłumacza, Alastaira Hamiltona, datowany ,,21.09.65", 
kserokopia w posiadaniu Wydawnictwa Literackiego (oryginał w Beinecke): "certains diferences 
poroviennent de cela que la traduction fran;:aise a ete corrigee par moi". [Ortografia oryginalna.] 
Dodatkowo korespondencja Gombrowicza z Lisowskim, kserokopie w posiadaniu Wydaw- 
nictwa Literackiego (oryginał w Beinecke). 
Wydawnictwo Julliard zawiesiło działalność po śmierci właściciela, następnie wykupione 
przez Denoel. Według uzyskanych przeze mnie informacji, w archiwum wydawnictwa Denoel nie 
ma korekt z okresu istnienia samodzielnego wydawnictwa Julliard. 
5 List do Alastaira Hamiltona, tłumacza angielskiego, datowany na 21.12.65, kserokopia w po- 
siadaniu Wydawnictwa Literackiego (oryginał w Beinecke). 


31
>>>
obyczaj owej 6 (późniejsze wydania włoskie i najnowsze niemieckie wróciły do tytułu 
oryginalnego), a szwedzki - ususem językowym 7 . 
Za życia Gombrowicza nie doszło do drugiego polskiego wydania powieści - ukazało 
się ono dopiero w 1970 roku w ramach pośmiertnie wydanych Dzieł zebranych 8 . Wydanie to 
jest w zasadzie (z wyjątkiem dodatkowych modernizacji w zakresie ortografii i interpunkcji 
oraz nieco większej czcionki) przedrukiem pierwszego wydania. Giedroyc nie uwzględnił 
uwag ]eleńskiego, najlepiej wprowadzonego przez Gombrowicza w swoje sprawy wydawni- 
cze, dotyczących całości wydania Dzieł zebranych. W intencji ]eleńskiego miała to być 
"klasyczna edycja (z notatkami, z indeksem nazwisk i zagadnień [...] ,,9, którą chciał powie- 
rzyć "specjaliście" - początkowo pierwszemu doktorowi gombrowiczologii, Chorwatowi 
Zdravko Maliciowi, później zaś Oldze Scherer Gego argumentem było m.in., że jest ona 
"naukowo wyspecjalizowana w edycji"10) i, mimo wszystkich swoich zasług dla Gombrowi- 
cza, nie chciał samemu podjąć się redakcji Dzieł, tłumacząc wydawcy [sic!], że "wymaga to 
fachowego przygotowania, którego nie posiadam Gest to specjalność w sensie o wiele węż- 
szym niż, powiedzmy, krytyka literacka, w której «amator» może być lepszy od «specjali- 
sty»)"ll, a w końcu domagając się klasycznego wydania krytycznego "w wydaniu takim, 
jakiego bym sobie życzył, powinny być zaznaczone te zmiany (tekstem powinien być tekst 
definitywny, «druga wersja» - ale w odnośnikach na końcu tomu trzeba zaznaczyć, jakie są 
zmiany ijaka była wersja pierwotna)"12. 
Jerzy Giedroyc planował zaś po prostu przedruk tekstów z pierwszych wydań, opatrzo- 
ny wstępem w formie eseju o twórczości Gombrowicza - wstęp taki chciał uzyskać od 
]eleńskiego I3 . Początkowo myślał też o wydaniu Pornografii w jednym woluminie 
z Kosmosem - w podobny sposób wyglądało pierwsze wydanie Trans-Atlantyku (w jednym 
tomie ze Ślubem) - co było niewątpliwie motywowane względami ekonomicznymi. Pomysł 
takiego wydania Pornografii Giedroyc zarzucił pod wpływem zgodnego sprzeciwu Kon- 
stantego ]eleńskiego i żony pisarza, mającej prawa autorskie Rity Gombrowicz l4 . 
Tym niemniej drugie polskie wydanie w edycji Dzieł zebranych (tzw. Dzieła "pary- 
skie") było w zasadzie przedrukiem tekstu z pierwodruku, wprowadzającym dodatkowe 
modernizacje w zakresie interpunkcji. 
Kolejne polskie edycje w latach osiemdziesiątych w większości stanowiły przedruk 
z Dzieł zebranych, przeważnie były to wydania w "drugim obiegu,,15. 


6 Por.: korespondencja wydawnictwa Bompiani z Gombrowiczem (oryginał w Beinecke), kse- 
rokopie w posiadaniu Wydawnictwa Literackiego. 
7 List Georga Svenssona do Gombrowicza, datowany "Stockholm, le 24 janvier 1967" (orygi- 
nał w Beinecke). Kserokopia dzięki uprzejmości kustosza kolekcji, Vincenta Giroud. 
8 W. Gombrowicz, Dzieła zebrane, t. 3: Pornografia. Paryż 1970. [Seria "Biblioteka «Kultu- 
ry»" t. 189.] 
9 ]. Giedroyc [sic!], K. A. Jeleński, Listy 1950-1987, wybrał, oprac. i wstępem opatrzył 
W. Karpiński. Warszawa 1995, [seria: "Archiwum «Kultury»" nr 3.], [dalej: Archiwum3] s. 385. 
10 Por.: Archiwum3 s. 385, 386. 
11 Por.: Archiwum3 s. 387. 
12 Por.: Archiwum3 s. 387. 
13 Por.: Archiwum3 s. 381. [Był to pierwszy list wysłany po śmierci Gombrowicza przez Gie- 
droycia do Jeleńskiego ]. 
14 Por.: Archiwum3 s. 388. 
15 Wydań Pornografii w "drugim obiegu" było wiele i zapewne nie udało się jeszcze dotrzeć 
do wszystkich. 
Dziękuję p. Czachowskiej z Pracowni Dokumentacji Bibliograficznej Instytutu Badań literac- 
kich PAN za skonfrontowanie zgromadzonych przez mnie danych bibliograficznych z materiałami 
IBL. 


32
>>>
Edycją mającą ambicje naukowe było pierwsze krajowe wydanie Pornografii w ra- 
mach Dzieł wydawanych od 1986 roku przez Wydawnictwo Literackie (tzw. Dzieła "kra- 
kowskie") dokonane pod redakcją Jana Błońskiego l6 . Wydanie to jest obecnie naj pow- 
szechniejszym "źródłem" tekstu. 
Nota wydawcy podaje jednak błędne informacje edytorskie (datą ukończenia powie- 
ści nie był, jak podawał w Dzienniku sam Gombrowicz, 4 lutego 1958, ponieważ praco- 
wał nad Pornografią jeszcze w listopadzie 1959 17 , zaś sam tytuł powieści wybrał osta- 
tecznie dopiero w kwietniu 1960) 18. Nota jest faktycznie notą interpretacyjną, narzucającą 
pewien sposób lektury (m.in. używając na określenie obecnych w powieści Niemców 
pejoratywnego epitetu "hitlerowcy" - nieobecnego w tekście). 
"Za podstawę [...J edycji przyjęto pierwsze wydanie Pornografii, jako jedyne za 
życia autora, pozostawiając bez zmian intonacyjną - odbiegającą od obowiązujących 
. t k . t k " 19 . ł d 
norm - In erpun cJę au ors ą - pIsa wy awca. 
Tym niemniej trzeba zaznaczyć, że edycja w stosunku do przyjętej podstawy nie wyka- 
zuje się wiernością w zakresie oddania interpunkcji. Zauważyć też należy, że przyjęta pod- 
stawa - za którą uznano pierwodruk - z powodu wprowadzonych przez wydawcę popra- 
wek, naj prawdopodobniej nie skontrolowanych przez autora, nie może być uznana za tekst 
autorski, a charakter wprowadzonych przez wydawcę zmian uniemożliwia praktyczne zasto- 
sowanie drugiej przyjętej przez edytora zasady, tj. oddania w tekście autorskiej interpunkcji, 
ponieważ naj powszechniejszą różnicą między pierwodrukiem a autorskim maszynopisem 
jest stosowanie odmiennych systemów interpunkcyjnych. 
Nie ma dotychczas wydania krytycznego powieści - co więcej, nie ma także wyda- 
nia poprawnego tekstowo, którego przedstawienie stanowiło intencję pracy. 


1. 3. PROBLEMY EDYTORSKIE 


1. 3. 1. Różnice między maszynopisem a pierwodrukiem 
Gombrowicz cieszył się z każdego swojego wydaniio. Najprawdopodobniej głośno wy- 
rażane zadowolenie ("błędów prawie nie ma") dotyczące pierwodruku Pornografii było 
jednak pozorne - w listach do Konstantego Jeleńskiego, będącego najbliższym wówczas 


16 Witold Gombrowicz, Dzieła, t. 4: Pornografia, red. nauk. tekstu Jan Błoński. Kraków 1987. 
[Wyd. 2 1988]. [Następne wydania polskie (wszystkie miały miejsce w Wydawnictwie Literackim) 
przyjmują to wydanie za podstawę tekstową.] 
17 Por. m.in. list Gombrowicza do Giedroycia, datowany ,,29. XI. 59", w którym wspomina 
o wysłaniu poprawek do powieści (najprawdopodobniej pod wspomnianym wpływem Jeleńskiego) . 
18 We Fragmentach z dziennika z 1958 podaje zarówno datę przyjmowaną przez Błońskiego, 
jak też tytuł Pornografia. Do kwietnia 1960 roku jednakże funkcjonuje druga wersja tytułu - 
Akteon. Świadczy o tym notatka sporządzona dla Jeleńskiego w liście Gombrowicza datowanym 
,,16.IV.60" ("Ukończona powieść «Akteon» jeszcze nie ogłoszona") w porównaniu z listem do 
Giedroycia datowanym ,,3 X 57" ("Z tego widać, że wydanie Akteona na emigracji nieaktualne" - 
mowa niewątpliwie o Pornografii). 
19 Nota wydawcy, [w:] Witold Gombrowicz: Dzieła, t. 4: Pornografia, red. nauk. tekstu 
]. Błoński. Kraków 1987 s. 153. 
20 Podstawowym celem działań podejmowanych przez Gombrowicza była publikacja, a po 1958 
roku jedynym jego wydawcą był Jerzy Giedroyc, i nic nie wskazywało na możliwe zmiany - por. 
m.in. korespondencja z Chmielowcem (Archiwum Emigracji BUMK Toruń, sygn. AE/AW/LXXVII 
N2) z wczesnych lat 60. dotycząca możliwości druku w "Wiadomościach" (tj. po ukazaniu się pier- 
wodruku Pornografii), z powodu licznych zmian wprowadzanych przez Grydzewskiego niemożliwych 
dla Gombrowicza - por. także R. Habielski, Korespondencja Witolda Gombrowicza z Mieczysławem 
Grydzewskim, Odra 1991 nr 11/12 s. 54-61. 


33
>>>
powiernikiem spraw wydawniczych, autor Pornografii wyraża swoje niezadowolenie 
z pierwodruku 21 - i następnym edycjom za podstawę tłumaczenia poleca brać wydanie 
francuskie 22 (być może jednak z powodu łatwiejszego znalezienia tłumacza z francuskiego). 
Powodów do niezadowolenia z pierwodruku miał Gombrowicz sporo. Najczęściej były 
to drobne błędy korekty - popełnione jednak w tak reprezentacyjnych dla książki miej- 
scach, że rzuca to cień na kompetencje korekty w Instytucie Literackim. Były to błędy m.in. 
na stronie kontrtytułowej (podwojona litera "b" w nazwie serii - tj. "Bibblioteka «Kultu- 
ry»" i w tytule poprzednio wydanej książki Gombrowicza - Transatlantyk pisane łącznie). 
Różnice między maszynopisem a pierwodrukiem w znacznej części polegają na mo- 
dernizacji ortografii i interpunkcji Gombrowicza, który posługiwał się regułami ortogra- 
ficznymi sprzed reformy w 1936 r. czy nawet 1891 r. - przede wszystkim w zakresie 
często obocznie występujących w maszynopisie "e" i "y" ("poza tem", "ze swojem pie- 
niem rzewnem, kornem, piskliwem i niezdarnem" , etc.) oraz grup "ija" , "ja" (np. "pani 
M ." A l ." t ) 23 
arJa ,,, me Ja , e c. . 
Pierwodruk mimo częściowych modernizacji zachowuje łączną pisownię wielu wyra- 
zów ("niedość" , "jakto" , "popołudniu", "jabym" , "jakby", etc.) . 
Zmiany w zakresie interpunkcji przeważnie dotyczą przecinków, choć jest także doda- 
nie kropki (np. "Piach. Droga. Pod górę." - s. 62 - w maszynopisie "droga pod górę"). 
Wydawca wprowadzał do tekstu autorskiego wiele nowych przecinków w określonych 
pozycjach (przede wszystkim przed spójnikami). Te pozycyjne zasady w wielu przypadkach 
budzą wątpliwości, np. w wypowiedzi "Nie wiem doprawdy, jak dziękować" - brak prze- 
cinka jest uzasadniony względami syntaktycznymi ("jak" nie występuje w funkcji spójnika, 
ponieważ całe zdanie można interpretować jako okolicznościowy związek imiesłowowy) 
oraz semantycznymi (wypowiedź - pozbawiona przecinka - ma inne znaczenie niż 
z przecinkiem; jest frazesem, konwencjonalną formułą w ustach jednego z bohaterów - 
Wacława, który wypowiada podobne formuły w całym dziele). 
Zdarzają się także błędy pierwodruku wynikające z "poprawienia" autora (poprawki 
obecne w maszynopisie nie ręką Gombrowicza), np. zamiast autorskiego "zwyczajnie 
(młoda) twarz" - "zwyczajna (młoda) twarz" - czy "dupa" poprawiona na "tyłek". 
Zwraca także uwagę szereg niekonsekwencji, wskazujących na złą adiustację tekstu, 
z których wymienię tylko kilka bardziej wyraźnych; 
- w stosowaniu majuskuły wymiennie z minuskułą w słowie "Pan" w dialogach Fry- 
deryka z Witoldem (w maszynopisie konsekwentna minuskuła), 
- w używaniu skrótowca "AK" - zwykle w formie "AK", dwa razy "A.K." (w maszy- 
nopisie konsekwentnie - "AK"), 
- w zapisie poszczególnych słów - w zgodzie z zasadami wprowadzonymi w refor- 
mie z 1936 r. w większości przypadków, ale czasem nie (np. pisownia "acha" oboczna do 
"aha", "śpiżarni" i "spiżarni"), 
- w stosowaniu reguł interpunkcji pozycyjnej (np. zachowanie autorskiego ,,[...], 
a mały brzdąc, biegł po trawniku, może syn kucharki?"), 


21 Por. list Gombrowicza do Jeleńskiego, datowany" 16.IV.60", kserokopia w posiadaniu Wy- 
dawnictwa Literackiego (oryginał w Beinecke). 
22 Por. list do Alaistaira Hamiltona, dotyczący tłumaczenia Pornografii na angielski: ,,[...] je 
prefere le version fran;aise [...j". List jest datowany ,,21.09.65", kserokopia w posiadaniu Wydaw- 
nictwa Literackiego (oryginał w Beinecke). 
23 Por.: Z. Klemensiewicz, Historiajęzykapolskiego, t. 3. Warszawa 1985 s. 602-607. 


34
>>>
- w typografii - od s. 41 do s. 49 w pierwodruku zwiększona interlinia, w przeci- 
wieństwie do maszynopisu i wydania francuskiego, w których interlinia w całym tekście 
była jednakowa. 
Zła adiustacja tekstu wskazuje na możliwość popełnienia błędów - szczególnie 
w zakresie interpunkcji. Korektą i adiustacją "Kultury" w tym czasie zajmowała się Zofia 
Hertz, czasem pomagał jej mąż, Zygmunt. Niestety, nie wydaje się możliwa do ustalenia 
osoba odpowiedzialna za redakcję pierwodruku Pornografii - jest jednak oczywiste, że 
wydanie zawiera wiele drobnych i irytujących błędów oraz rozwiązań odbiegających od 
autorskich, szczególnie w zmianach dotyczących interpunkcji. 


1. 3. 2. Problem interpunkcji autorskiej 
Interpunkcja spełnia w dziełach Gombrowicza wiele funkcji znaczeniowych, którym 
często ustępują pierwszeństwa funkcje składniowe - szczególnie dotyczy to przecin- 
ków 24 , ich obecności albo braku w miejscach, w których powinny się znajdować według 
zasad interpunkcji pozycyjnej. W powieści dużo jest także wielokropków - pełniących 
niejednokroć rolę pauzy silniejszej od przecinka. Tekst Pornografii zawiera też - szcze- 
gólnie w miejscach poprzedzonych długimi wypowiedzeniami dzielonymi przecinkami 
lub wielokropkami - znaczną ilość równoważników zdań. 
Podstawową zasadą gombrowiczowskiej interpunkcji jest jej retoryczny - a nawet 
muzyczny - charakter. 
Wymienię najbardziej znamienne przykłady znaczeniowych funkcji interpunkcji au- 
torskiej w zakresie przecinków, przytaczając cytaty za pierwodrukiem - zaznaczając 
koniektury wydawcy wykrzyknikiem w nawiasie kwadratowym. 


Przecinki 


a) wprowadzają odpowiedni, często nietypowy, akcent wypowiedzi, a tym samym 
zwracają uwagę czytelnika na interpretacyjną ważność akcentowanego słowa, np. 
[...], a mały brzdąc, biegł po trawniku, może syn kucharki? 
b) oddają mowę naturalną, co prowadzić także może do zacierania granic wypowie- 
dzi narratora i bohatera; 
Zaiste w czasach tak trudnych chłopiec musi sobie pozyskać starszych, 
którzy są od niego potężniejsi, a to może osiągnąć tylko osobistym wdziękiem... 


Interpunkcja Gombrowicza przekazuje czytelnikowi olbrzymie napięcie nagroma- 
dzone w dziele, przez dzielenie długich wypowiedzi narratora na frazy pokazuje po- 
śpiech, natężenie - wyładowując się w długich opisowych pasażach. 
Prawie każdy opisany przypadek pełni kilka funkcji jednocześnie, co widać m.in. 
w możliwościach wynikających z nieobecności przecinków (przecinki "nieautorskie" 
w przytoczonych poniżej przykładach zaznaczam wykrzyknikiem w nawiasie kwadrato- 
wym) - nieobecność ta może; 
a) oddać opisywaną rozlewność i senność; 
Bukiety drzew we wdzięcznych esach floresach alejek, ogród staczał się łagodnie, [i] 
tam, [i] gdzie za lipami przeczuwało się taflę stawu ukrytą - ach, zieleń w cienistej i sło- 
necznej rosie i 


24 Por.: M. Ruszkowski, Składnia prozy Witolda Gombrowicza. Kielce 1993. 


35
>>>
b) wprowadzać emocje - które "poszatkowane" przecinkami są zimne i nieprawdziwe; 
Miałem takie wrażenie, jak gdyby (chłopiec) zjawił się nieproszony[!] po to je- 
dynie[!] aby silniej rozpłomienić... 
c) oddawać styl wypowiedzi, grający ważną rolę w kreacji bohatera: 
Nie wiem doprawdy,[!] jak dziękować. 
d) wprowadzając krótkie frazowanie, prowokować odczytanie teatralne (odgrywane 
scenariusze, krótkie wypowiedzi z obecnymi didaskaliami - por. scena rozgniatania 
robaka) , 
e) oddać równorzędność w opisie (która zanikłaby w razie uznania przecinka): 
jaskrawość faktu tonęła w niebycie nocy,[!] i milczenia. 
f) wprowadzając długie frazowanie, prowokują odczytanie ciągu epitetów w opisie 
jako monolitu - jednego plastycznego obrazu natłoku, oddanego także samym zanikiem 
przecinków: 
Ale oto nadchodzi dziedzic, potężny,[!] nabrzmiały,[!] w kurtce zielonej na roz- 
sadzającym cielsku, i, zaiste [...] 
g) utrwalając swoiste "stopklatki" psychiki bohatera: 
[...] - i wyciągnął rękę,[!] żeby go podnieść do ust - jednakże cofnięcie ręki 
było właściwie czymś jeszcze bardziej nieuzasadnionym [...] 
h) rozładowując napięcie, mogą jednocześnie oddawać opisywane na poziomie nar- 
racji porozumienie między "młodością" a "dorosłością" w opisie zamykającym powieść 
Był niewinny! Był niewinny! Naiwność niewinna biła z niego! Spojrzałem na 
naszą parkę. Uśmiechali się. Jak zwykle młodzież, gdy trudno wybrnąć z kłopotli- 
wego położenia. I przez sekundę,[!] oni i my,[!] spojrzeliśmy sobie w oczy. 


Interpunkcja retoryczna uzupełniana jest dźwiękiem poszczególnych sformułowań, np. 
kiedy po wzniosłych słowach o metafizyce dojrzałości, dwójka młodych bohaterów je obiad: 
siedzieli i jedli kluski - ale już nie np. "ziemniaki". "Kluski" ze swoim "u" kuszą 
do rozciągnięcia, smakowania. "Ziemniaki" - prosto i zwyczajnie, krótko i grubo. 
Podobnie, można zauważyć - koniektura słowa "dupa" (z głoską skłaniającą do przecią- 
gnięcia) na "tyłek". "Dupę" słychać mocniej i odznacza się większą ekspresją, jest też bardziej 
obsceniczna w relacji "dupa-twarz", jest jednak także słowem wulgarnym - stąd niespecjalnie 
pasuje do neutralnej "twarzy". Zachowujemy jednak oczywiście wersję autorską. 
Foniczne podkreślenie faktu obecnego w narracji może być dodatkowo potwierdzone 
przez powtarzalność: 
było to [...] przebywałem był [...] w byłej [...] i w byłej [...] 


Rytm obecny jest także w powtarzalności innego rodzaju, w "echowym" przypo- 
twierdzaniu własnych słów - powtarzalności sklerotycznej i wywołującej efekt jak ze 
starych pamiętników sarmackich, powtarzalności charakteryzującej jednego z bohaterów 
- Hipolita, kreowanego na szlachcica z jego staropolskimi cechami, takimi jak gościn- 
ność, wylewność, posiadanie "przysłów": 
I huknął: 
- A to moja żona! 
Po czym mruknął na własny użytek: 
- A to moja żona. 
I wrzasnął: 
- A to Heniusia moja, Heniutka, Henieczka! 


36
>>>
I powtórzył, do siebie, ledwie dosłyszalnie: 
- A to Heniusia, Heniutka, Henieczka! 
Asonanse i zaburzenia składni w przytaczanych fragmentach stanowią dodatkowy sy- 
gnał dla odtwórcy, aby czytał w sposób rytmiczny, osiągając efekty meliczne. Pod tym 
względem Pornografia, przynajmniej w pewnych swoich fragmentach, zbliża się do par- 
tytury utwory muzycznego. 
"Muzyczność" powieści jest potwierdzona dodatkowo przez aspekt konstrukcyjny, tj. 
obecność w tekście dzieła powtarzanych co pewien czas określonych wypowiedzi - 
dających wrażenie motywu, wokół którego organizują się klasyczne wielkie formy mu- 
zyczne, takie jak sonata, koncert czy symfonia. 
Np. wszystkie sceny podróży obecne w powieści organizowane są wokół wypowiedzi 
typu Jechaliśmy. Konie kłusowały, powtarzanych w każdej ze scen, uzupełnianej - 
odpowiednio - wypowiedzią Mnie śmiać się chciało. 
Strukturalne podobieństwo dwuczęściowej powieści Gombrowicza do wielkiej formy 
muzycznej, potwierdzane charakterem interpunkcji ("melodia") potwierdza tezę o retorycz- 
nej kompozycji dzieła - odwołującego się do sfery retoryki także w sferze narracji. 
Już pierwsze słowa zapowiadają "gawędę szlachecką": 
Opowiem wam inną przygodę moją, jedną chyba z najbardziej fatalnych. 
Wówczas, a było to [....] 


Sumując trzeba stwierdzić, że rytm znaczony także przez interpunkcję stanowi ważny 
element konstrukcyjny dzieła, a sam sposób pisania Gombrowicza skoncentrowany jest 
wokół efektów muzycznych - co uprawnia autora pracy do uznania interpunkcji skła- 
dniowo-retorycznej za podstawową w Pornografii. 
Powieść ta nie doczekała się do tej pory wydania zgodnego z intencją autora - jej 
ortografia i interpunkcja bywała modernizowana w sposób naj gorszy z możliwych, tj. 
niekonsekwentnie. Przyszłym badaczom trudno byłoby dociec tekstu autorskiego, który 
mógł mieć przed modernizacjami znaczenie większe, niż po nich, zwłaszcza w świetle 
jedynego autorskiego zalecenia dla tłumaczy - troski o zachowanie rytmu, co świadczy 
o autorskiej intencji jego wagi w tekście. 
Interpunkcja wprowadzona przez wydawcę pierwodruku "siecze" utwór Gombrowi- 
cza na sztucznie dyskursywne frazy, przed większością "że" jest w pierwodruku przeci- 
nek, przecinkami spowolnione są ciągi epitetów, rozbudowane frazy wyrażające namysł 
czy opisowość dzielone są na słabo przystające do siebie cząstki - powieść Gombrowi- 
cza, dysponująca wcześniej szerokim oddechem przestrzeni wtłaczana jest w pancerz 
pozycyjnej interpunkcji. 
Modernizacje w zakresie pisowni są dozwolone - używane przez Gombrowicza "e" 
oboczne do "y" nie było "e" pochylonym, a raczej stylizacją, ponieważ to charaktery- 
styczne dla Gombrowicza "e" (pochylone w postaci "ser", wymawianym przez Gombro- 
wicza "syr" czy w formie "palic", który jednak jest wyraźną stylizacją na mowę wsi san- 
domierskiej) często występowało obocznie z "y" w warunkach braku możliwości takich 
oboczności ("wtem" i "wtym"). Dostosowanie zapisu słów z formami ,,-ja" ,,-ija" do form 
używanych obecnie także zdaje się być uprawnione. 
Gombrowicz czuł się doskonale w języku polskim; wszystkie asocjacje dźwiękowe, 
rytm, nadwerężona i trzeszcząca od semantyki składnia, rymy wewnętrzne, asonanse i nawet 
typografia - okazywały się nie do przeniesienia nawet na, znany przecież z domu, francu- 
ski. Napisanie listu w tym języku było dla niego torturą - zwykł prosić o pomoc najbliż- 


37
>>>
szych przyjaciół, w Argentynie często była to Zofia Chądzyńska, która, jak wspomini 5 , 
spędziła z nim kiedyś pół nocy w kawiarni, tłumacząc na francuski około pół strony listu - 
ciągle ją poprawiał, zmieniał składnię, usiłował oddać swoją myśl tak, jak zwykł ją zapisy- 
wać po polsku, zrozpaczony, że nie wychodzi. Istnieje wiele potwierdzających to świadectw 
i analiz stylistycznych Z6 , trzeba też zwrócić uwagę na samoświadomość pisarza i wiązanie 
się przez niego z muzyką; "Pisanie nazywał komponowaniem. Mam wrażenie, że z czasem 
traktował literaturę w sposób coraz bardziej muzyczny. Dawał często taki przykład. Jeśli IX 
symfonia Beethovena zaczyna się PA-PA-PA-PAAAM, to wewnętrzna logika tego początku 
b . d l b . ł "Z7 
wymaga, y C1ąg a szy za rzmla pa-pa-pa-paaam . 
Jak stwierdzał w listach dotyczących konkretnych rozwiązań edytorskich; " [...J ja na 
rytm jestem b. wrażliwy i z wielką premedytacją moje teksty pod tym względem opraco- 
. ,,28 
wUJę . 
Z listu do Olgi Scherer, tłumaczącej jedną z nowel na język angielski; "Zbrodnię pro- 
szę tłomaczyć, jak Pani serce dyktuje - tylko jeżeli można proszę postarać się 
h . "Z9 
o zac owame rytmu . 


1. 3. 3. Problem ustalenia tekstu autorskiego 
Ustalenie podstawy edytorskiej Pornografii jest jednym z trudniejszych zadań stojących 
przed gombrowiczologiem. Według zgodnych opinii i zachowanych świadectw Gombro- 
wicz rękopisy niszczył, zachowując jedynie te, które w jego opinii były warte dalszej pracy 
("prawdziwy artysta nie interesuje się takimi szczegółami - to dobre dla naukowców 
i profesorów")3o. Nie możemy jednak mieć pewności nieistnienia rękopisu Pornografii, 
zważywszy, że - jak na wyjątkowo zgodną opinię na temat niszczenia rękopisów - bardzo 
wiele manuskryptów z okresu późno argentyńskiego zachowało się (istnieją co najmniej dwie 
rękopiśmienne wersje Kosmosu 31 oraz pół tysiąca kart różnych wersji Operetkii HistoriI). 
(Paczki z korespondencją, zdjęciami, tekstami ogłaszanymi pod pseudonimem i być 
może innymi - zostają pod opieką Marii Świeczewskiel z , obecnie w większości 
w prywatnym archiwum Rity Gombrowicz; według mojej wiedzy nie zawierały one pa- 
pierów związanych z Pornografią.) 
Nic nie upoważnia nas do podejrzewania istnienia rękopisu powieści, pewności jed- 
nak mieć nie możemy - analiza manuskryptu nie byłaby jednak decydująca w edycji, 
zważywszy sposób pisania autora - tj. wielokrotne przepisywanie na czysto - który 
ostateczne wersje przygotowane do druku oddawał w formie maszynopisu. 
Podstawą omawianego wyżej pierwszego wydania był mp2, znaczony wieloma po- 
prawkami - o których wspominałem wcześniej. Mpl, będący podstawą wydania francu- 
skiego, zawiera niewielką ilość poprawek, w tym zaledwie kilka interpunkcyjnych. Oby- 


25 Według słów Rity Gombrowicz, [rozmowa zarejestrowana na taśmie magnetofonowej w po- 
siadaniu autora pracy], 17.08.2000, Paryż. 
26 Por. zwł.: E. Sławkowa, " Trans-Atlantyk" Witolda Gombrowicza. Studia nadjęzykiem i sty- 
lem tekstu. Katowice 1981; M. Ruszkowski, Składnia prozy Witolda Gombrowicza. Kielce 1993. 
27 Tango Gombrowicz, zebrał, przeł. i wstępem opatrzył R. Kalicki. Kraków 1984 s. 305. 
28 List Gombrowicza do Giedroycia, datowany 3.v.51, a więc długo przed Pornografią, archiwum 
Instytutu Literackiego, Maisons-Laffitte, Francja. [List dotyczy Trans-Atlantyku, nie był drukowany.] 
29]. Siedlecka, jaśniepanicz. Kraków 1987 s. 259. 
30 R. Gombrowicz, Gombrowicz w Europie. Świadectwa i dokumenty 1963-1969, przekład 
O. Hedemann [i inni], tekst polskiego wydania przejrzał]. Jarzębski. Kraków 1993 s. 337. 
31 Co prawda, druga wersja Kosmosu powstała w Europie, już w Vence. 
32 Tango Gombrowicz, s. 367. 


38
>>>
dwie kopie zawierają wiele poprawek ręką Gombrowicza w identycznych lokalizacjach 
- co świadczyłoby o przygotowaniu przez autora kilku kopii w tym samym czasie i nie 
wprowadzaniu zmian w kopiach później. 
Pierwodruk - niszcząc interpunkcję autorską, istotną, jak pokazałem, w strukturze 
dzieła - w znaczący sposób odbiega od tekstu autorskiego. Nie może zatem - wbrew 
opinii Błońskiego - stanowić podstawy edytorskiej. 
Podstawą taką może być wyłącznie maszynopis, który niewątpliwie powstał pod kon- 
trolą Gombrowicza. Z powodu zmian wprowadzonych w interpunkcji w kopii będącej pod- 
stawą pierwodruku (tj. w mp2, chronologicznie naj późniejszej) - naj prawdopodobniej 
podczas opracowania tekstu do druku przez wydawcę - podstawą interpunkcji w propono- 
wanej edycjijest kopia wcześniejsza (mpl), raczej nie zawierająca poprawek wyd awcy 33. 
Tytuł powieści pozostawiam bez zmian, mimo wprowadzanego w niektórych prze- 
kładach wariantu Uwiedzenie. Gombrowicz zgryźliwie komentował wprowadzane przez 
wydawców zmiany tytułu 34 i godził się na nie pod naciskiem, nie chcąc opóźniać swoich 
nowych wydań. Nic nie uprawnia nas do wątpienia w czysto handlowy aspekt zgody pisa- 
rza, a tym samym do zmiany tytułu. 
Pierwodruk powieści ukazał się w języku polskim, chociaż realna była możliwość pier- 
wodruku w języku francuskim, opóźnionym z powodu afery z Anną Posner. Jak wspomnia- 
łem, wydanie francuskie było ostatnim wydaniem za życia autora, nad którym sprawował on 
kontrolę - teoretycznie zaś może aspirować do rangi podstawy edytorskiej. 
Oczywiście, naturalnym środowiskiem Gombrowicza, jak też jego literatury, jest ję- 
zyk polski - nie marginalizowałbym jednak znaczenia ewentualnych koniektur dokona- 
nych w pewnych fragmentach wydania francuskiego - które powinny stanowić dla nas 
sygnał "bezwzględnie się zatrzymaj" przy odpowiadającym koniekturze fragmencie 
w języku polskim. 
Wydanie francuskie może stanowić dla wydawcy pewne odniesienie - w sytuacji 
braku korekty powieści 35 , (autor Pornografii nie miał też w zwyczaju nanoszenia popra- 
wek na własny egzemplarz) - może uzupełniać nasze postępowanie dowodowe w szuka- 
niu ostatecznie przyjętego przez autora słowa 36 , ale - zważywszy na osadzenie pisarstwa 
Gombrowicza w języku polskim, w tym wagę rytmu - nic poza tym. 
Motywując to udowodnionym wyżej wykorzystywaniem przez autora interpunkcji 
składniowo-retorycznej, nie zaś pozycyjnej, przyjąłem zasadę zachowania interpunkcji 
z maszynopisu - a ponieważ mpl naj prawdopodobniej nie był opracowany w Instytucie 
Literackim, przyjmuję tę kopię maszynopisu - z nielicznymi poprawkami niewątpliwie 
ręką Gombrowicza - za podstawę tekstu w zakresie interpunkcji. 
Przygotowanie tekstu do wydania krytycznego wymagałoby jedynie weryfikacji au- 
tentyczności autorstwa tej interpunkcji w wątpliwych miejscach. 
Ogólna zasada edycji została jednak zachowana, jednakowoż przy braku pewności 
przyjętych rozwiązań szczegółowych. Uznałem jednak, zgodnie z propozycją Konrada Gór- 
skiego, za swój obowiązek wierność autorowi, wychodząc z założenia bazującego na zakła- 


33 W "Kulturze" do adjustacji tekstu przystępowano bezpośrednio przed drukiem - zaś mpl 
przynajmniej kilka miesięcy przeleżał w Maisons-Laffitte bez decyzji Jerzego Giedroycia co do 
druku. [Źródło informacji o sposobie pracy w "Kulturze" - Renata Głowacka, ostatnia korektorka 
"Kultury", na podstawie rozmowy z Zofią Hertz, dawną korektorką pisma i wydawnictwa.] 
34 Por. m.in. korespondencja z Alaistairem Hamiltonem (Beinecke). 
35 Nie udało się odnaleźć korekty do wydania polskiego (Instytut Literacki) ani do wydania 
francuskiego (Denoel). 
36 Np. w sytuacjach typu "niedzielna wieś" [w maszynopisie] i "nasza wieś" [w pierwodruku] 
- wydanie francuskie rozstrzyga na korzyść maszynopisu. 


39
>>>
dzie Pascala; skoro w wielu przypadkach interpunkcja autorska jest celowa, to być może jest 
nią także poza analizowanymi przypadkami, lepiej zatem pozostawić ją bez zmian. 
Wyjątkiem jest jedyna koniektura w zakresie interpunkcji - wprowadzenie jednego 
przecinka, którego w mp2 nie było, był natomiast w mpl. Miejsce przecinka znajdowało się 
na końcu wersu, kończącego jednocześnie całą kartę, i naj prawdopodobniej wynikało z 
przeoczenia, wynikłego z pospiesznej adjustacji tekstu przed bardzo pilną wysyłką do wy- 
dawcy. 


1. 3. 4. Dodatkowe uzasadnienie przyjętych założeń edytorskich: jeden dzień 
z życia Witolda Gombrowicza 
Celem autora Pornografii była przede wszystkim publikacja. Publikacja - nawet za 
cenę błędów, których nie zawsze mógł poprawić w późniejszych wydaniach 37 . Nakłada to 
na nas szczególną odpowiedzialność i skłania do przedstawienia procesu twórczego pisa- 
rza - którego życie ukierunkowane było na własne dzieło, co zobowiązuje nas do próby 
rekonstrukcji jednego dnia z życia autora w czasach powstawania Pornografii, tj. między 
rokiem 1955, odkąd zrezygnował z pracy, do czerwca 1960 roku, kiedy ukazuje się polski 
pierwodruk powieści. 
Gombrowicz prowadził niezwykle metodyczny tryb życia. W Tandilu - podobnie 
jak w Buenos Aires - wstaje późno, około dziesiątej. Później herbata z cytryną, kanapki 
z szynką i serem. Mała kawa. Przed południem pisze. Codziennie o siedemnastej w ka- 
wiarni "La Rex". (Podczas późniejszych pobytów w Tandilu jest to bar "Ideal" , do które- 
go Gombrowicz także wcześniej uciekał, kiedy do "Rexa" przychodziła orkiestra Włocha 
don Vito.) Przed kawiarnią często partia szachów w barze ,,9 de julio,,38. 
W Buenos Aires zachowuje podobny tryb życia. Swoim przyjaciołom zabrania prze- 
szkadzać mu przed południem. Wiemy z wielu źródeł, że wtedy właśnie pisze - meto- 
dycznie, o stałej porze i codziennie, nie poprawiając ani nie skreślając, a przepisując te 
partie tekstu, które nie są dla niego dostatecznie dobre, po kilka razy. Po obiedzie drze- 
mie, wstaje po 16. Goli się. Wychodzi na spacer, idzie do jakiegoś baru na kolację, często 
jest to "El Querandi", opisane w Dzienniku. 
Zwyczaj pisania przed południem zachował także na ogół w Vence, gdzie wstawał 
wcześniej (około dziewiątej). Pisanie kończył "dokładnie w południe (był bardzo punktu- 
alny) [...]"39 - po południu pił herbatę i odpowiadał na listy (co nazywał "zarządzaniem 
sławą"), później słuchał muzyki z płyt, a przed pogorszeniem się choroby wychodził 
jeszcze do kawiarni (najczęściej była to "Regence", widoczna z balkonu jego mieszkania, 
albo inna, "Select") - na partię szachów. 
Przedstawiony tok życia wyłania obraz osoby niezwykle systematycznej i precyzyj- 
nej, świadomej swoich celów - co, niezależnie od innych ustaleń, pozwala przypusz- 


37 Błędy uwidaczniają się przy konfrontacji tekstu autorskiego z pierwodrukami, zważywszy 
na fakt powrotu w późniejszych wydaniach do tekstu autorskiego. Szczególnie interesujący jest 
przypadek Bankietu, ponieważ nowela ta - w przeciwieństwie do większości dzieł Gombrowicza 
- doczekała się drugiego wydania w języku polskim. Tekst autorski noweli jest szczególnie upo- 
rządkowany według zasady rytmicznej - pierwodruk różnił się w dużym stopniu od maszynopisu 
- do którego powraca drugie wydanie noweli w 1956 r. [Wydanie to miało miejsce w PRL, zmia- 
ny nie były jednak warunkowane cenzurą, ponieważ 1) dotyczą niemal wyłącznie interpunkcji, 
2) są identyczne z maszynopisem przesłanym do wydawcy pierwodruku przed wprowadzeniem 
przez niego poprawek.] 
38 Tango Gombrowicz, s. 218. 
39 R. Gombrowicz, Gombrowicz w Europie, s. 334. 


40
>>>
czać, że wersja ostateczna tekstu - za którą należy uznać maszynopis - także jest kon- 
strukcją niezwykle przemyślaną, w której zmiana elementu niewiele znaczącego w pisar- 
stwie innego typu zubaża konstrukcję dzieła. 


1. 3. 5. Uzasadnienie sposobu graficznego przedstawienia tekstu 
W tekście powieści dominują opisy - stąd czcionka powinna być większa niż za- 
zwyczaj a interlinia nie może być za duża. Z kolei składnia jest skomplikowana i rządzi 
się zasadą rytmu, co zmusza do zachowania takiego sposobu druku, aby nie czynić czyta- 
nia trudniejszym - a nawet aby prowokować recytację tekstu; być może przesadzam 
w drobiazgowości, tym niemniej warto to uczynić, zważywszy na oddanie tekstu w do- 
tychczasowych wydaniach w sposób promujący jedynie warstwę fabularną dzieła, zubo- 
żający je zaś o rytm. Potraktowanie tekstu w proponowany - zgodny, co najważniejsze, 
z tendencjami Gombrowicza - sposób, zapobiega ,.zlewaniu" się wersów w wielki tek- 
stowy ,.korpus", nie rozdrabniając jednak tej struktury - łatwiejszym czyni zauważenie 
rytmu, nie utrudnia zaś znacząco czytania w sposób fabularny. 
Tym samym zdecydowaliśmy się na czcionkę innego typu niż roman. 
Rzeka oniryzmu nie powinna być regulowana tamą realizmu - i odwrotnie. W pisar- 
stwie Gombrowicza, jak wspomnieliśmy, te skrajne odczytania są podobnie uprawnione. 
Poza poziomem fabularnym sama typografia tekstu może narzucać interpretację. Zdecydo- 
waliśmy się na czcionkę mającą bardziej informacyjny charakter, przez jej zwiększenie poza 
standard umożliwiając lekturę poszczególnych fraz - oprócz pozostawionej możliwości 
czytania fabularnego (które przyjęta czcionka ułatwia ze względu na prostotę kroju 
i wprowadzone w większym stopniu niż w czcionkach typu roman światło). 
Sprawa nie jest problemem wymyślonym, była podnoszona niejednokrotnie, jeżeli 
chodzi o samego Gombrowicza, m.in. przy przygotowaniu Dzieł paryskich zarówno przez 
Konstantego Jeleńskieg0 40 , jak Ritę Gombrowicz, w literaturze zaś zaznaczyła się m.in. 
fatalnym wydaniem francuskim dzieł Kafki, co doskonale ujawnił Kundera 41 . 


1. 3. 6. Ogólne zasady przyjęte w proponowanej edycji 
Jak uzasadniłem, ogólną podstawą jest drugi polski maszynopis powieści, z uwzględ- 
nieniem zaledwie kilku z bardzo wielu poprawek w interpunkcji naniesionych na maszyno- 
pisie (w tym wszystkich autorskich z mp l), oraz przy porównaniu poprawek kilku konstruk- 
cji z pierwszym wydaniem w języku francuskim. 
Podstawową zasadą, którą przyjąłem w proponowanej edycji, jest wierność rozwiąza- 
niom będącym niewątpliwie autorstwa Gombrowicza. Wszelkie niemożliwe w tej chwili do 
rozwiązania wątpliwości, w tym szczególnie wiążące się z interpunkcją, rozstrzygam na 
niekorzyść poprawek - z przyczyn wcześniej wyszczególnionych. 
Pozostaje dążyć do zweryfikowania przyjętych - zgodnych z dotychczasowymi ustale- 
niami - rozwiązań, mając nadzieję, że nie wykrzywiają one dzieła Gombrowicza, 
a pozwolą na j ego lepsze rozumienie *. 


40 Por.: Archiwum3 s. 388. 
41 Por.: M. Kundera, Zdradzone testamenty. Esęj, z francuskiego przeł. M. Bieńczyk. Warsza- 
wa 1996 s. 107-108. 
* Ustalenia edytorskie w niniejszej pracy były możliwe dzięki kwerendom sfinansowanym 
przez Fonds d' Aide aux Lettres polonaises independantes i pomocy wielu przyjaznych ludzi. 


41
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


REŻYSER, FILOZOF, ŚWIADEK 
ESTETYKA ZŁAMANIA 
W UTWORACH ZOFII ROMANOWICZOWEJ 


Alice-Catherine CARLS (USA) 


Jeśli dialektyka złamania ma być symbolem XX stulecia, to Zofia Romanowiczowa jest 
jednym z najwybitniejszych przedstawicieli pisarzy XX wieku. Jej powieści i opowiadania 
opisują liczne stopnie i formy fragmentacji oraz chwiejnego uzdrowienia. Trybulacje pro- 
boszcza P. - jej ostatnia powieść - w pełni ujawnia stopień w jakimjej dzieło przekształ- 
ca doświadczanie różnorodności w potężną broń poznawczą i estetyczną. Niniejszy artykuł 
proponuje odczytanie dzieł Romanowiczowej na trzy sposoby, wskazując w ten sposób ich 
precyzyjną konstrukcję i zawiłość zamysłu. Zofia Romanowiczowa pełniąc rolę Narratora 
staje się jednocześnie reżyserem, filozofem oraz świadkiem. 


Reżyser 
Powieści Zofii Romanowiczowej rozwIJają się jak tragedie greckie, wypełnione 
"wściekłością i wrzaskiem" napięć pomiędzy tym, co ukryte i tym, co ujawnione; tym, co 
powiedziane i niewypowiedziane, znane i nieznane, wyuczone i nieznane. Napięcie jest 
wzmocnione poprzez zastosowanie metody kompozycji znanej jako en ablme, która po- 
zwala artyście odtwarzać scenę główną w mniejszej skali, zwielokrotniając w ten sposób 
jej początkowy efekt. Autorka stosuje tę technikę w sposób urozmaicony i innowacyjny. 
Przeznaczenie ingeruje w życie bohaterów w postaci pożarów, burz lub powodzi, które 
podkreślają boleśnie przeżytą różnorodność poprzez fizyczne wysiedlenie. Te naturalne 
katastrofy powtarzają główny wątek powieści, tzn. uraz II wojny światowej. Często zda- 
rza się - jak w Trybulacjach Proboszcza P., że opowiadania głównego bohatera ijego 
protagonisty pobrzmiewają wzajemnym echem. 
Inną formą kompozycji en ablme jest powtarzanie krótkiego, żywego opisu (cameo) 
szczytowych elementów narracji związanych z cierpieniem i śmiercią tzn. dwóch nie- 
szczęść wywołanych przeznaczeniem a powodujących fragmentację. W dziele Trybulacje 
Proboszcza P. opowiadanie o doznanych doświadczeniach lny w obozie koncentracyjnym 
ijej śmierć są powtarzane w trakcie powieści, przy czym każde niekompletne cameo tając 
część informacji sprawia, że napięcie narasta. Odmowa opowiedzenia o cierpieniach, czy 


43
>>>
też powierzchowne do nich aluzje kontrastują ze scenami poprzedzającymi opowiadanie 
lny, pełnymi długich, drobiazgowych opisów pozornie trywialnych przedmiotów lub 
zajęć. To samo dotyczy jej śmierci, która powstrzymywana w liniowym przebiegu czasu 
powieści jest "przeniesiona" do bezpieczniejszej sytuacji - do momentu zakończenia 
pierwotnego wątku, gdzie staje się zalążkiem nowej historii. Zatem życie i śmierć lny 
stają się częścią szerokiej refleksji na temat śmierci, która rezonuje bogatą siecią skoja- 
rzeń i wspomnień. Opóźnienie elementów narracyjnych dramatyzuje emocje, podczas gdy 
powtarzalność uwypukla chwilę decydującą o życiu. 
Język powieści świetnie wspomaga reżyserię. Samej Zofii Romanowiczowej nie są obce 
języki obce. Zna francuski średniowieczny ze swojej pracy doktorskiej, niemiecki z obozów, 
współczesny francuski - język emigracji, pierwsze dziecięce słowa, dialekt prowansalski 
oraz w Trybulacjach Proboszcza P. "pagaron" - słowo z koszmaru, słowo 
z podświadomości. Język jest nadzieją, początkiem, nauką i uzdrowieniem, ale może także 
być jak rażenie pioruna wobec bolesnego przeżycia. Może zostać użyty jako narzędzie od- 
krycia lub poddawania narracji zabiegowi synkopowania, przerywając poetyckie fragmenty, 
szczegółowe opisy i wyszukane zdania zwięzłymi, bądź lapidarnymi powiedzeniami, wy- 
krzyknikiem, zwrotem potocznym lub mentalnym "skrótem". Zatem czytelnik postawiony 
w obliczu wyzwania przez niecierpliwość autorki, przeskakuje po rozdziałach powieści, 
doświadcza fragmentacji ijest zadziwiany nieoczekiwanym zwrotem losu. 
Sokratyczna metoda przepytywania jest bardzo skutecznym narzędziem reżyserowa- 
nia procesów uczenia się głównego bohatera. Postaci Zofii Romanowiczowej są niekom- 
pletne w specyficzny sposób; czy to niewinne dziecko, czy zbita z tropu młoda kobieta, 
wszyscy muszą się czegoś nauczyć. Dociekliwość jest kluczowa dla dzieciństwa 
i uzdrawiania post-traumatycznego; uczy człowieka pokonywać problemy egzystencjalne. 
Dociekliwość pozwala człowiekowi zbudować lub odbudować świat spójny, o ile to 
w ogóle możliwe. Dzieci odkrywają świat poprzez język, po jednym słowie na raz, a ich 
nauka jest odzwierciedlona w odkryciach dorosłego. W utworze Baśka i Barbara, Baśka 
poprzez język przyswaja sobie świat dokoła siebie, podczas gdy jej matka rozważa istotne 
pytania wywołane przez poznawczy proces swojej córki. W powieści Ruchome schody za 
pomocą prostych pytań mały Tomuś odkrywa ogrom wszechświata, podczas gdy jego 
babcia rozmyśla nad tajemnicą tworzenia. W wielu powieściach Zofii Romanowiczowej 
młode kobiety uczą się ponownie żyć po doświadczeniach traumatycznych poprzez zada- 
wanie pytań swemu otoczeniu, począwszy od pytań o miejscowe zwyczaje, aż po pytania 
o Boski cel wobec rodzaju ludzkiego. 
Choroba, wewnętrzny przymus i marzenia jako symbole zmienionych stanów świa- 
domości pozwalają Zofii Romanowiczowej zgłębić czasem ostre, a czasem zamazane 
granice normalności i świadomości, oraz udramatyzować inność. Symbole te stanowią 
także mocną metaforę alienacji i fragmentacji doświadczanej przez tak wielu w XX wie- 
ku, pełnym przemocy i gwałtu. W powieści Sono Felice, młoda kobieta spieszy się, jakby 
popychana niewidzialną ręką. W Trybulacjach Proboszcza P., kiedy nocne koszmary 
otwierają drzwi do podświadomości, akt przebudzenia się z koszmaru jest porównany do 
zatrzaskujących się drzwi. W utworze Na wyspie narkolepsja zmusza młodą kobietę do 
zejścia niebezpiecznie blisko wody. W powieści Skrytki dziecko trawione gorączką budzi 
się z okropnym pierwotnym krzykiem swego nowego nienormalnego jestestwa umysłu 
zniszczonego szczepionką. 
Tajemnice świetnie nadają się do przedstawiania dylematów zaufania i porozumie- 
wania się. Niemal wszystkie postaci Zofii Romanowiczowej maja swoje tajemnice, ich 
ukryte przeczucie wzbierające pod pozornie normalną powierzchnią stosunków między- 
ludzkich. Tajemnice skrywane przed mężem (Sono felice), stare jak świat listy miłosne 


44
>>>
ukryte w skrytce w mieszkaniu (SkrytkI), tajemnicza walizka zawierająca życiowe tajem- 
nice (Ruchome schody), pamiętniki czytane w sekrecie w zaciszu strychu, oraz torebka 
zawierająca sekretne dokumenty lny (Trybulacje Proboszcza P), wewnętrzne monologi 
skrywane w tajemnicy przed przypadkowym, otwartym przepływem codziennego komu- 
nikowania się - wszystkie te bolesne tajemnice rozdzielają ludzi. Czy powinny być wy- 
jawione? Odmowa dzielenia się nimi jest ważnym przywilejem, który powinien być re- 
spektowany - jednak mógłby wskazywać na niezdolność zaufania lub współdzielenia. 
Takjak tajemnice mogą uratować życie lub je zrujnować, dotrzymanie tajemnicy oznacza 
albo lojalność, albo obojętność, podczas gdy jej ujawnienie oznacza pomoc lub brak 
lojalności. Tajemnice są nie tylko symbolami złamania porozumiewania się, ale są też 
okazją do zbadania tego, co dozwolone i tego, co etyczne. Co więcej, tajemnice są za- 
zdrośnie strzeżone jako ostatnie schronienie człowieczeństwa i stanowią narzędzie prze- 
życia, które przywraca ofierze ludzką godność w akcie wierności, przypominającej cześć. 
Skrytka ujawnia tylko kolejne tajemnice, walizka spłonie zanim jej zawartość zostanie 
odczytana, a sekretne lektury na strychu nigdy nie będą wyjawione. Jednakże 
w Trybulacjach Proboszcza P tajemnica lny jest ujawniona. To ważne odstępstwo od 
poprzednich powieści chyba sygnalizuje, że uzdrowienie jest możliwe. 
Wszystkie powieści Zofii Romanowiczowej charakteryzuje przemienność stylu wznio- 
słego i przyziemnego. Mimo iż ta metoda literacka nie jest nowa, sposób użycia jej przez 
autorkę jest rewolucyjny. "Przyziemne" wątki służą kilku celom. Głównym zadaniem jest 
przemieścić opowiadanie. Szczegóły dotyczące obowiązków domowych, przygotowania 
posiłków lub innych przyziemnych prac dostarczają parawanu, poza którym kulminacyjny 
punkt historii może być wyrażony. Po drugie, zestawienie banalnych szczegółów z wielkimi 
poetyckimi opisami podkreśla różnorodność codziennych czynności. W powieści Skrytki 
jeden z naj piękniejszych opisów wczesnego świtu jakie kiedykolwiek zostały napisane po 
polsku - być może z wyjątkiem opisu nocy Józef Wittlina w utworze Sól ziemi - poprze- 
dza scenę domowego śniadania. To przejście pomiędzy stylem wzniosłym a przyziemnym 
jest szczególnie istotnym aspektem dzieł Zofii Romanowiczowej, tym, który został błędnie 
odczytany przez tych krytyków, którzy nie rozpoznali rewolucyjnego zerwania pisarki 
z "arystokratycznymi" konwencjami powieściowymi w Polsce w czasie powstawania jej 
dzieł - trzeci cel tej dychotomii wzniosłości i przyziemności. 


Filozof 


Jako filozof Zofia Romanowiczowa bada istotne zagadnienia w calu ustalenia warto- 
ści. Filozofia przez nią stosowana jest konkretna, a spekulatywna jej część sprawdza 
różne "jeśli" w życiu. Czy panujemy nad sobą? Kto panuje nad sobą? Czy jest nadzieja? 
Czy brzemienne w skutki chwile zmieniające nasze życie mogą być cofnięte? Czy rozkosz 
Edenu trwa wiecznie? Czy tragedia jest nieunikniona? Czy kontinuum życia jest zrujno- 
wane przez przeznaczenie, zło, ignorancję lub obojętność? Dlaczego zdarza się tragedia? 
Jak można poradzić sobie z bólem i rozpaczą? Czy można zachować człowieczeństwo? 
Tego rodzaju problemy są udramatyzowane przez dualistyczny pogląd podkreślający 
stany ekstremalne różnorodności; przebudzenie - sen, czas obiektywny - czas subiek- 
tywny, jedność - oddzielność, życie - śmierć, normalność - choroba, przynależność 
- odrzucenie, bycie razem - samotność, jedność - obcość. 
Dynamika związków typu miłość - nienawiść, jedność - oddzielność szczególnie 
dobrze poddaje się rozważaniom filozoficznym. Zofia Romanowiczowa bada szeroki 
zakres relacji. W powieści Baśka i Barbara, autorka bada jedność relacji dziecko - 
rodzice wobec oddzielenia; w utworze Sono felice, miłość małżeńską wobec cudzołóstwa; 


45
>>>
w Skrytkach wzajemne relacje małżonków i relację dziecko - rodzice; w utworze Na 
wyspie, związki między ojcem a córką; w Ruchomych schodach relację między wnukami 
a dziadkami i przyjacielem płci żeńskiej lub męskiej; z kolei w Trybulacjach Probosz- 
cza p. wzajemne związki pomiędzy trzema przyjaciółkami. Związani podobną naturą, 
podobnym doświadczeniem i podobnymi potrzebami bohaterowie intensyfikują relację 
przyciągania - odrzucenia. Bohaterowie często grają w kotka i myszkę z własnymi 
uczuciami i ze sobą nawzajem jako część szerszej gry w chowanego ustanowionej przez 
budowę powieści en ablme. Chwile współdzielone są intensywnymi epizodami quasi- 
-obsesyjnego bycia razem, ale są krótkie, przerywane przez burzliwe konfrontacje wyni- 
kające z inności i wybuchów nienawiści. Związki wzajemne nigdy nie są proste, ani 
przewidywalne; jak w greckiej tragedii konfrontują dwóch protagonistów w beznadziej- 
nych i krótkotrwałych aktach miłości lub nienawiści. Co zbliża ludzi, a co ich od siebie 
odsuwa? Czy wzajemne relacje są możliwe? Do tego starożytnego pytania stawianego na 
nowo przez każdą nową generację Zofia Romanowiczowa dodaje nowe wartości, kreując 
w ten sposób własnego "bohatera o tysiącu twarzach". 
Czas jest badany w kontekście porozumiewania się i języka. Poprzez reżyserowanie tego, 
co powiedziane i tego, co niewypowiedziane oraz przemieszczenie liniowe porządku narracyj- 
nego, Zofia Romanowiczowa kreuje nierówną chropowatą progresję czasu. Narracja raz wy- 
biega do przodu, a raz zwalnia lub ulega zamrożeniu, przyspieszenie jest nie tylko użyte, by 
zwiększyć napięcie, ale także by podkreślić nieuchronność zniekształconego czasu. Czas po- 
wieści jest podzielony pomiędzy obiektywny "zewnętrzny" czas a subiektywny "wewnętrzny" 
czas psychologiczny, a każdy z nich trzyma ten drugi na uwięzi. Podział opowiadania pomię- 
dzy akcję i refleksję także odzwierciedla kontrast pomiędzy fragmentacją a ciągłością czasu. 
Innym środkiem stosowanym przez Romanowiczową jest stworzenie czasu, który autorka 
nazywa "międzyczasem". W powieści Skrytki, decydująca sekunda podjęcia decyzji pozostaje 
zawieszona na wieczność. W ten sposób czas rozbity pomiędzy swe dwa skrajne wymiary jest 
scalony w momencie przełomowym, brzemienna w skutki sekunda i tworzenie zniszczone, 
Eden przekształcony w koszmar, północny bieg rzeki odwrócony na południowy, normalne 
dziecko po obudzeniu - trwale kalekie. 
Kreacja i jej przeciwieństwo - destrukcja są częstymi tematami w dziełach Zofii 
Romanowiczowej. Życie jej bohaterów jest zrujnowane przez obóz koncentracyjny, wię- 
zienie, chorobę, prześladowania lub wygnanie. W Skrytkach, gdy oboje rodzice bezradnie 
obserwują jak cud stworzenia dziecka przekształca się w koszmar jego destrukcji, kwe- 
stionują oni swą moc tworzenia, tak jak Bóg musiał kwestionować Swą moc, gdy Adam 
i Ewa zjedli jabłko - mówi Zofia Romanowiczowa. Czy my w ogóle mamy moc tworze- 
nia? Co powoduje destrukcję? Czy przeznaczenie jest ślepe? Czy grzech pierworodny 
skazał nas na egzystencję pełną cierpienia? O śmierci, ostatecznej destrukcji 
i ostatecznym wygnaniu Zofia Romanowiczowa ma wiele do powiedzenia, zwłaszcza 
w Trybulacjach Proboszcza P., gdzie chwila i sposób śmierci są starannie odtworzone 
jako fenomenologia, jako oczyszczająca narracja. Nagła śmierć lny jest wirem ewokacji 
wielu obrazów śmierci gwałtownej - śmierć w obozach koncentracyjnych, śmierć Huge- 
notów, śmierć w czasie Francuskiej Rewolucji. 
Samo złamanie jest charakterystyczna dla postaci kobiecych Zofii Romanowiczowej. 
Wszystkie one są w poznawczym dysonansie ze sobą; bezradne lub pod kontrolą, akceptują- 
ce bądź odrzucające innych, akceptowane bądź odrzucane przez innych. Po części doświad- 
czają życia z naiwnego lub niewinnego punktu widzenia, co czyni je nieco bezradnymi wo- 
bec swego środowiska lub zależnymi od starszych mężczyzn lub kobiet w swojej inicjacyj- 
nej podróży w życie, a jeszcze inna ich część panuje nad sobą, rozpisuje role, obserwuje, 
kontroluje, organizuje i narzuca wolę. Niektóre postacie męskie (Sono Felice, SkrytkI) są 


46
>>>
przedstawione jako charaktery silne, niezależne, wszechwiedzące, tajemnicze, nieprzewidy- 
walne i autorytatywne, w istocie obce i niezrozumiałe. Starsze kobiety, które są przedsta- 
wione w ten sam sposób (Skrytki, Trybulacje Proboszcza P), także wykazują pewien rodzaj 
fascynacji młodymi postaciami żeńskimi. Starsi protagoniści mają odgrywać rolę inicjatora(- 
rki), jednak poprzez działanie deus ex machina, unikają podjęcia wstępnej wzajemnej relacji 
i raczej odpychają młode kobiety, niż wychowująje. Ta nieoczekiwana lekcja niszczy wzo- 
rzec ich życia, a jednak umożliwia zrobienie czegoś, paradoksalnie zaświadczając o opiece 
i trosce wykazywanej przez starszą generację. 
Zofia Romanowiczowa jest przede wszystkim filozofem wygnania. Autorka bada 
wiele form; zwłaszcza inność w ogóle, która pod pojęciem alienacji była znakiem rozpo- 
znawczym XX stulecia. Wygnanie jest spowodowane cierpieniem, które zamyka postaci 
w piekielnym kręgu pamięci, z daremną próbą ucieczki z jej straszliwych objęć i uwalnia 
egzorcyzmami brzemienny w skutki moment, który zmienił czyjeś życie. Cóż można 
uczynić? Uciec? Ukryć ból tak głęboko, żeby nikt nie mógł go dotknąć? Zapomnieć 
o "a jeśli", wspomnieniu chwili, która zmieniła cud życia w koszmar destrukcji? Przejście 
przez Morze Czerwone opisuje spotkanie dwóch byłych więźniarek Ravensbruck; 
z których jedna odwróciła się od przeszłości, a druga pozostała w niej zamknięta. Obie 
przyjaciółki stanowią dwie połowy złamanego koła, niezdolne do dzielenia się wspo- 
mnieniami. Trybulacje Proboszcza P poszerzają koncepcję wygnania łącząc wygnanie 
lny, która przetrwała medyczne eksperymenty w obozie koncentracyjnym w czasie 
II wojny światowej, z wieloma innymi emigracjami (młoda Polka uwięziona w stanie 
wojennym w latach 80.; ksiądz P., który przeżył okrucieństwa Rewolucji Francuskiej; 
protestanci z Sewenny, którzy przetrwali podczas Kontrreformacji w XVII wieku). 
Przetrwanie jest szczególną formą wygnania. Wszyscy jesteśmy wygnańcami - 
mówi Zofia Romanowiczowa, która rozkłada na czynniki pierwsze rzeczywistość prze- 
trwania, a mianowicie destrukcję znajomych miejsc i przedmiotów, stratę ukochanych 
osób i wynikający stąd wewnętrzny wymiar wygnania. Bohaterowie zbierają fragmenty 
swego zwichrowanego życia, oglądając swoje nowe ludzkie i fizyczne środowisko oczami 
inności, z pewnego rodzaju niewinnością, która czyni ich zakłopotanymi lub zagubiony- 
mi. Muszą odcyfrować nowe sposoby życia, co sprawia, że trudno im odnosić się do 
innych lub czuć się jak "w domu". Czy inność można przezwyciężyć? W większości 
wypadków Zofia Romanowiczowa odpowiada, że nie. Jednego dnia przynależąc, innego 
będąc osobą obcą, wygnanie zawsze jest związane z poczuciem wykluczenia lub samym 
wykluczeniem. Jedyne możliwe wzajemne relacje to związki z miejscami lub ludźmi, 
którzy pozwalają na intensywne lub bezpośrednie więzy; Eden zostaje odtworzony ze 
względu na intensywne, lecz krótkie momenty zawsze zakłócone przez gwałtowne i nagłe 
oddzielenie (Boski gniew w Raju, akcja Gestapo, nocne stukanie policji do drzwi lub 
nieoczekiwany gniew postaci mentorskiej). Wygnanie przechowuje często tylko wirtualne 
życie społeczne, wtrącając w samotność, ponieważ niewinność i spontaniczność zostały 
zachwiane, gdy grzech pierworodny został popełniony. Czym są te odtworzone Edeny? 
Kafejkami jako miejscami chwilowej przelotnej obecności, zamkniętymi i kompletnymi 
światami z ich własnymi rytuałami (czarna kawa i papierosy) oraz wspomnieniami; kra- 
jem Sewenny jako żywiącym, stabilnym, odosobnionym światem; domatorstwem jako 
wymarzonym komfortem, pożądanym bezpieczeństwem zauważalnym z zewnątrz; języ- 
kiem jako środkiem uzdrawiającym, ponieważ nazywanie pokazuje potęgę życia wobec 
śmierci; i w końcu rytuałem jedzenia - egzorcyzmem destrukcji, głównym dla życia 
post-traumatycznego, kultywującego nowe wspomnienia zakorzenione w konkretnym 
elementarnym świecie codziennych potrzeb. 


47
>>>
Świadek 


Zdolność Zofii Romanowiczowej do łączenia obserwacji i konkretnej, praktycznej 
znajomości z potężnymi narzędziami fikcji i narracji czyni jej powieści czymś wyjątko- 
wym. Czytanie ich jako aktu świadectwa sprawia, że poznajemy ich głębokie korzenie 
w historii drugiej połowy XX wieku. Drobiazgowe opisy krajobrazów miejskich, piękne 
opisy przyrody, opisy smakowitego jedzenia, najdrobniejsze emocje macierzyństwa są 
niezapomnianym przywołaniem dawniejszych realiów. Opisy życia w obozach śmierci 
w czasie II wojny światowej są niepokojąco żywe. Przywołanie miejsc i wygnańców 
wytwarza istotne realia. Zofia Romanowiczowa pisze z precyzją antropologa. 
Świadek momentu wygnania - czy to z przeszłości, czy też z teraźniejszości. Zofia 
Romanowiczowa skupia się na momencie największego bólu, na chwili zmieniającej 
życie z precyzją chirurga, opisując wielokrotnie okoliczności, które doprowadziły do ze- 
słania jej ofiar, niektórych na śmierć, a niektórych na przeżycie. Konstrukcja narracji en 
ablme ujawnia pulsujący nawrót bólu i cierpienia. Takie chwile są prawdziwą kwintesen- 
cjąjej dzieł i być może przyczyną pisarstwa. 
Świadek wielu miejsc wygnania i wymarzonego Edenu, którego opis ujawnia praw- 
dziwy dar obserwacji miejsc, zwyczajów i ludzi: Paryż i jego północne przedmieścia, 
dzielnica Marais i Ile Saint -Louis, Ravensbriick, obraz Fernanda Legera Nu descendant 
J'escalier, francuskie szosy, Burgundia i Sewenny, Riwiera i wieś normandzka, Nowy 
Jork, francuskie domy wiejskie i staroświeckie bloki mieszkalne Paryża z ich wybruko- 
wanymi podwórkami i archetypowymi dozorcami, Ogród Luksemburski, i na ostatku, 
choć nie najmniej ważne kafejki. Zofia Romanowiczowa nie pomija żadnego szczegółu, 
wykorzystując umiejscowienia opowiadania jako dekoracje, stanowiące jednak punkty 
wyjścia do filozoficznych odniesień. 
Świadek ludzi wygnanych; wszyscy jesteśmy wygnańcami - mówi Zofia Romanowiczo- 
wa. Najbardziej oczywistymi wygnańcami są osoby wysiedlone, które patrzą na życie 
"z zewnątrz", uratowani z obozów koncentracyjnych, cudzoziemcy patrzący na francuskie 
społeczeństwo z zewnątrz, wysiedleni Polacy patrzący na swój kraj rodzinny z zewnątrz 
i będący równocześnie emigrantami w swoich nowych społecznościach. Co ważniejsze jednak, 
Zofia Romanowiczowa pokazuje Francuzom ukryty obraz ich samych, ich otoczenie i ich 
kulturę. Opisując "innych" pośród społeczeństwa francuskiego (cudzoziemcy, biedota, mniej- 
szości religijne, subkultury młodzieżowe, prowincjusze), autorka ujawnia istnienie inności, 
której większość Francuzów może nie dostrzegać, w ten sposób ucząc ich spojrzenia na siebie 
"z zewnątrz". Również ta cześć jej dorobku jest rewolucyjna, ponieważ poprzedza przebudze- 
nie Francuzów na wielokulturowość pojawiającą się pod koniec XX stulecia. 
Zofia Romanowiczowa jest antropologiem domatorstwa; macierzyństwa, dzieci, 
języka, ogrodnictwa, gotowania, domu. Jest to głos pisarki-kobiety, zwracającej uwagę na 
konkretne, często banalne szczegóły życia jak wychowanie dzieci, termofory, stare stry- 
chy i kominki. Pisarka rozkoszuje się opisami jedzenia z przebogatymi szczegółami, 
podstawowymi produktami żywnościowymi jak kawa, rogaliki, mięso, wino i owoce. Jej 
domy i pożywienie mają urok biblijnej prostoty, ponieważ bohaterowie tęsknią do kom- 
pletności, odnowienia i stabilizacji. Jednakże domatorstwo jest też przedstawione w kon- 
trapunktowej metodzie narracji wzniosłości/przyziemności. Każda scena służy zarówno 
jako dekoracja, jak i filozoficzny punkt wyjścia, zatem będąc testem rzeczywistości 
i feministyczną afirmacją. Życie ma wiele zapisów, człowiek nie może żyć w swoim ko- 
konie lub tylko po "prywatnej", domowej stronie życia. Kobiety Zofii Romanowiczowej 
doświadczają poezji wysokich lotów i filozofii oraz sfery domowej. Filozofia i poezja są 
udomowione; przyziemne przedmioty i obowiązki są gloryfikowane. 


48
>>>
Zakończenie 


Począwszy od powieści Baśka i Barbara, w której występuje dziecko porządkujące 
swój świat jednym nowym słowem, jedną ideą na raz, do powieści Trybulacje Probosz- 
cza P., w której występuje fenomenologia śmierci, poruszamy się od alfy do omegi. Sztuka 
życia i umierania - początek i koniec życia zgodne w swym poszukiwaniu uporządkowa- 
nego nowego początku. Trybulacje Proboszcza P. są kluczem do wszystkich dzieł Zofii 
Romanowiczowej, jest zatem uzasadnione, że autorka otrzymała Nagrodę Ministerstwa 
Kultury i Edukacji w 2001 r. za dzieło życia, gdy było jeszcze w druku. Powieść ta dowodzi 
pełnej maestrii metod narracyjnych, a perspektywa pojednania, która kończy powieść jest 
ostatecznym aktem dawania świadectwa i uleczenia. Niemiecki żołnierz, który uratował 
życie lnie podczas jej ucieczki z Ravensbriick, a potem pomagał jej w powojennym życiu, 
daje pieniądze na zbudowanie jej mauzoleum, i poprzez nią uhonorowanie wszystkich świ- 
nek doświadczalnych wykorzystywanych przez doktorów SS w obozach śmierci. Fragmen- 
tacja wygnania i niepamięć jest w końcu złamana. 
Zakończenie Trybulacji Proboszcza P. jest także silną feministyczną afirmacją, która 
streszcza przesłania Zofii Romanowiczowej na temat kobiecości. Kobiety mają powstać 
i być uznane. W swoim złamaniu kobiety - mówi Zofia Romanowiczowa - są najpeł- 
niejszymi ludzkimi istotami, bogatszymi i bardziej zintegrowanymi wobec wszystkich 
fragmentów życia zesłanych im przez los. Jej przesłanie przypomina nam inną poetkę 
różniącą się od niej doświadczeniem, językiem i tradycją, lecz tak jak Romanowiczowa 
"cichą rewolucjonistkę" - poetkę z indiańskiego plemienia Cherokee Marilou Awiakta, 
która w Abiding Appalachia: where mountain and atom meet (Trwanie Appalachii. Tam 
gdzie spotyka się góra i atom), pisze; 


Kobiety umierająjak drzewa, konar po konarze 
bo wysiłek niesienia cienia i owoców 
wyciąga soki z gałęzi i pnia, 
a ciężar lodu z porywem wiatru 
rozsadza serce, poluźnia splot korzeni, 
aż drzewo pada z westchnieniem 
słyszanym tylko przez tych, którzy są w pobliżu, 
by spocząć... porastając mchem... gnijąc... 
by ścieląc się miękko pod stopami 
stać się macierzą nowego listowia i życia. 
Żaden sztandar nie łopoce, nikt werbli nie wybija, 
ani trąbki dźwięk się nie rozlega dla takiej śmierci jak ta; 
tak konar po konarze, kobiety umierająjak drzewa. 


Tłumaczenie: Tina Koziej 


* M. Awiakta, Abiding Appalachia: where mountain and atom meet. Bell Buckle 1995. (Wiersz 
opublikowany za zgodą autorki.) 


49
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


NOMADA PATRZY NA LUDZI 
OSIADŁ YCH 
TOPOS HOMO VIA TOR W PÓŹNEJ TWÓRCZOŚCI 
KAZIMIERZA WIERZYŃSKIEGO* 


Wacław LEWANDOWSKI (Bydgoszcz) 


Od dawna wiadomo, że literatura Drugiej Emigracji I ma charakter nomadyczny. 
W swym arcyważnym szkicu, pisanym w Chicago w latach 1985-1986, Tymateusz Kar- 
powicz dowiódł, iż można przedstawić dynamikę rozwoju poezji emigracyjnej, uporząd- 
kować całość jej dokonań, ukazując recepcję toposu homo via tor w liryce tworzonej na 
emigracji. Poetów-emigrantów, mimo wielkiej różnorodności poetyk, w jakich się wyra- 
żają, łączy - zdaniem Karpowicza - wspólna im wszystkim serdeczna pasja "nakręca- 
nia ruchu", który sprawia, że poetyckie światy; 
Rozprzestrzeniają się [...] od terytoriów rzeczy domowego użytku, po galaktyki, antyma- 
terię, śmiało wchodzą w przestrzenie ubi leones, ale też i w miejsca, gdzie, [...] "ludzie 
milczą i nawet psy odchylają ze wstydem / fryzowane ogony"z. 


* Jest to rozszerzona wersja referatu wygłoszonego na międzynarodowej sesji pt. "Człowiek 
w drodze" ,jaka odbyła się w Bydgoszczy 3-5 XI 1999, drukowanego w księdze konferencji w 2000 r. 
l Terminu "Druga Emigracja" używam dla określenia polskiej emigracji pojałtańskiej, zgodnie 
z tradycją poczętą od liryku Mariana Hemara "Epilog", ze strofą: "Bracie - my tędy, na dół. Tutaj 
nasza stacja / Podróży na dno nocy, w kolejce podziemnej, / Drogi trudnej, dalekiej bardzo - 
niedaremnej. / Oto dziś się zaczyna Druga Emigracja". - wyd. książkowe: M. Hemar, Lata lon- 
dyńskie, Londyn 1946. Określenie to przyjęło się w piśmiennictwie emigracyjnym, zob. np.: 
M. Giergielewicz, Twórczość poetycka, [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960, t. l, red. 
T. Terlecki. Londyn 1946 s. 93; Wieczór poeqi Drugiej Emigracji, red. I. Delmar, O. Żeromska. 
Londyn 1990 (Prace Kongresu Kultury Polskiej na Obczyźnie, t. X) - ostatnio także w krajowych 
pracach o literaturze emigracyjnej, zob.: ]. Kryszak, Literatura złej chwili dziejowej. Szkice o dru- 
giej emigracji. [bez daty i m. wyd.] [Warszawa, 1995]. 
2 T. Karpowicz, "Homo viator" w polskięj poeqi współczesnęj, [w:] Literatura polska na obczyźnie, 
red. ]. Bujnowski. Londyn 1988 s. 65-114 (prace Kongresu Kultury Polskiej, t. V), cyt. zdanie ze s. 108. 
Przytoczony przez Karpowicza dystych pochodzi z Koncertu na głos kobiecy Jerzego Niemojowskiego. 


51
>>>
o motywie drogi i koczownictwie jako głównych "znakach tożsamości emigracyjnej" 
pisano także w kraju 3 . 
Literatura polska na obczyźnie stała się nomadycznąjuż w okresie wojennego wychodź- 
stwa, kiedy to w żołnierskiej poezji pojawiła się w niezliczonych realizacjach poetyckich 
figura żołnierza-wędrowca. Ów specyficzny homo viator militans nie zawsze był Pielgrzy- 
mem, zawsze jednak, walcząc, zmierzał do kraju - przez azjatyckie obszary Związku So- 
wieckiego, biblijne krainy Bliskiego Wschodu, północno afrykańskie pustynie, wreszcie - 
górzyste rygle na drogach włoskich, broniące dostępu do Rzymu. Mickiewiczowski Piel- 
grzym zawładnął zaś całkowicie, by tak powiedzieć, cywilną poezją lat wojny, powstającą 
w głównych skupiskach uchodźczych polskich - w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku. 
Zwrot ku Mickiewiczowskiej doktrynie pielgrzymstwa, ku tradycji Wielkiej Emigracji, 
zdawał się naturalnym odruchem porażonej upadkiem II Rzeczypospolitej, poranionej, 
traumatycznej świadomości poety-wychodźcy. Po Jałcie, po mentalnym przekształceniu się 
wychodźstwa w emigrację, ten dziewiętnastowieczny wątek narodowego dziedzictwa aktu- 
alizował się jeszcze bardziej, stawał się podstawą pierwszych poetyckich prób konstrukcji 
kodeksu moralnego Drugiej Emigracji. W tradycji polistopadowego pielgrzymstwa szukano 
bowiem oparcia dla określenia zbiorowej tożsamości emigracji pojałtańskiej, przede wszyst- 
kim - odpowiedzi na pytanie o sens i celowość emigracyjnego bytowania-protestu. 
I jeśli po nas jakiś plon jeszcze się zbierze 
I pamięć bez pogardy jeżeli zostanie, 
To wtedy, gdy jak owi staniemy żołnierze, 
Co bili się o wolność, by pójść na wygnanie. 
- pisał Kazimierz Wierzyński w wierszu "Nie ma dla nas ucieczki" z tomu Krzyże 
i miecze (Londyn 1946). 
Pisarze Drugiej Emigracji bardzo szybko skojarzyli koczownictwo z wolnością, wę- 
drowanie stało się zatem manifestacją dumnej niezgody na powojenne uregulowania 
polityczne, których wynikiem było m.in. znaczne ograniczenie wolności podróżowania, 
dotykające mieszkańców obu stref podzielonej Europy. Głośny Dziennik podróży do 
Austrii i Niemiec Jerzego Stempowskiego, wydany w Rzymie w 1946 roku, sygnowany 
pseudonimem "Paweł Hostowiec" i antydatowany (podróż miała miejsce w listopa- 
dzie-grudniu 1945, diarystyczne zapiski opatrzone są datą 1946, diarysta podaje dzień, 
tai zaś nazwę miesiąca) jest pierwszą zapewne taką literacką manifestacją protestu prze- 
ciw poszatkowaniu przestrzeni Europy siecią nieprzenikalnych linii granicznych i szlaba- 
nów zamykających drogi, które prowadzą poza granice. W tle tekstu Dziennika... jaśnieje 
czytelna choć niewypowiedziana, sugerowana zaledwie, deklaracja diarysty; "Podróżuję, 
mimo zakazów i barier, bo nie akceptuję Europy, w której życie jej obywateli regulowane 
jest przydziałem przepustek, zezwoleń i dowodów tożsamości. Podróżuję, bo pcha mnie 
w podróż ciekawość poznawcza, obojętna na roszczenia politycznych decydentów. Po- 
dróżuję - ponieważ wędrówka wyraża mój protest przeciw zniewoleniu jednostki 
w powojennym świecie". - Wydaje się, że bez obawy interpretacyjnego nadużycia wol- 
no tak właśnie określić postawę podmiotu zapisków Hostowca. 
Żywot koczowniczy, toczący się "cygańskim wozem", staje się dla emigrantów nie tylko 
ulubionym poetyckim obrazem wolności dawnej, utracone/, lecz także potrzebą wewnętrzną 


3 Zob.: ]. Kryszak, Literatura złęj chwili dzięjowęj s. 57-58. 
4 Zob. np. liryczny i prozatorski traktat Mariana Pankowskiego o losie narodu Romów O smagłęj 
swobodzie, [w:] tegoż, Smagła swoboda. Paryż 1955 s. 41-45. Tekst kończy się apelem-przesłaniem: 
"I to miej na pamięci, abyś dzieciom, kiedy ich czas majowy nadejdzie, rozstajne drogi wskazał". 


52
>>>
samych pisarzy, środkiem ocalenia przed poczuciem wyobcowania. Nie chodzi tu tylko 
o licznie w literaturze poświadczone przejawy charakterystycznego dla wczesnej, początkowej 
fazy wygnańczego pobytu na obczyźnie lęku przed ponownym zakorzenieniem. Przykład Wie- 
rzyńskiego, który po dwudziestu z górą latach emigranckiego życia, wróciwszy ponownie do 
Europy, kilka lat przepędza w ciągłych podróżach, nigdzie nie zatrzymując się dłużej, wszędzie 
przebywając przejazdem, dowodzi istotnej potrzeby koczowania, obciążającej psychikę wy- 
gnańca "dojrzałego", z dawna przebywającego poza ojczyzną5. 
Nie jest jednak celem tych rozważań przedstawienie dziejów recepcji toposu homo 
via tor w literackim dorobku Drugiej Emigracji ani ukazanie biografii Kazimierza Wie- 
rzyńskiego. Dążnością tego szkicu jest określenie sposobów wykorzystania i przejawów 
obecności motywów wędrowca i wędrówki w ostatnim okresie aktywności twórczej Wie- 
rzyńskiego. Za późną twórczość uznaję tu, zdaje się wbrew tradycji, jaka wyłania się 
z literatury przedmiotu, dorobek dwóch ostatnich tomów poety - Czarnego poloneza 
z 1968 roku i pogrobowego zbioru Sen mara z roku 1969, a to w przekonaniu, iż utwory 
z tych właśnie książek poetyckich stanowią w lirycznej spuściźnie Wierzyńskiego całość 
odrębną i osobną. Nie ma tu miejsca na mocowanie owego przekonania, na dowodzenie 
jego zasadności, niechże więc pozostanie ono jako autorska deklaracja precyzująca za- 
kres przywoływanego i rozpatrywanego materiału. 


*** 


Zdaniem autora tomu Sen mara, instynktowny nakaz wędrówki-peregrynacji jest natural- 
nym i Boskim wyposażeniem wewnętrznym każdego człowieka. Tkwiąca w ludziach poten- 
cjalnie dążność ku temu, co ponadludzkie i ponaddoczesne, pragnienie sięgania w sferę sa- 
crum, odzywa się z siłą instynktu nawet w świecie programowo zmaterializowanym, ignorują- 
cym duchowość, urządzonym pragmatycznie i zdesakralizowanym. Takim właśnie jest świat 
powojenny, odwodzący człowieka od refleksji duchowej, odwracający jego uwagę od wartości, 
nakazujący uznać głos sumienia za zbędny balast atawistycznych obciążeń. 


Co mnie obchodzi 
Ten samobójczy świat 
Po którym jeszcze wlecze się człowiek, 
Morderca własnego życia, 
Powracający raz po raz 
Na miejsce zbrodni. 
Ajednak? 
Sam wlokę się po piasku pustynnym 
Atawistycznym instynktem 
I czego szukam? 
Fata morgany? 
(Nocna świeca, SM) 6 


5 Janina Abramowska pisała o owej potrzebie wędrówki: "Itaka, niezliczoną ilość razy przywoły- 
wany na poziomie poetyckiego frazeologizmu symbol domu, pozostaje miejscem, do którego można 
tęsknić, ale do którego nie sposób dotrzeć albo dotarłszy pozostać. Silne nacechowania dodatnie za- 
chowuje przede wszystkim w utworach przedstawiających sytuację emigranta. Z Odysem tułaczem 
utożsamiają się, za przykładem Owidiusza i du Bellaya, tęskniący do rodzinnego kraju lub tylko do 
utraconej «ojczyzny domowej» dwudziestowieczni poeci-wygnańcy - greccy (Seferis), niemieccy 
(Brecht) i oczywiście polscy (Brzękowski, Wierzyński)". -]. Abramowska, Odys współczesny, [w:] 
tejże, Powtórzenia i wybory. Studia z tematologii i poetyki historycznęj. Poznań 1995 s. 354-355. 
6 Objaśnienie skrótów: SM - K. Wierzyński, Sen mara. Paryż 1969 (Biblioteka "Kultury", 
t. 171); CZ - tenże, Czarny polonez. Paryż 1968 (Biblioteka "Kultury", t. 154). 


53
>>>
Świat, wydawałoby się, skazany na nieuchronną zagładę, "samobójczy", oderwany od 
tradycji kultury, która uznawała trwałość wartości duchowych przeciwstawionych marno- 
ści tego, co materialne, nie jest jednak opuszczony przez Boga, czy inaczej - nie jest 
rzeczywistością osieroconą w wyniku śmierci Boga. Pomimo odarcia z wartości, mimo 
rażącej odmienności od świata dawniejszych epok, mimo doświadczonej zagłady - jest 
to świat, w którym cierpienie, tak samo jak przed wiekami, jak zawsze w dziejach, wy- 
ostrza wrażliwość człowieka, wzmaga ów głos wewnętrzny nakazujący dążyć ku święto- 
ści i przeobraża bezradnego tułacza w świadomego swych dążeń pielgrzyma. Skoro ów 
podszept odzywa się w ludzkiej podświadomości, czasem przenikając w sferę uświada- 
mianego, wartości duchowe i kosmiczny, religijny ład nie są złudzeniem, urojeniem umy- 
słu udręczonego doświadczaniem pustynnej przestrzeni. Kasprowiczowskie "A ci się 
wloką, / blasków słonecznych odziani powłoką", przypomniane tu przygłuszonym echem, 
wyznacza kontekst interpretacyjny. 
Homo viator - podmiot późnej liryki Wierzyńskiego - dąży więc świadomie ku 
sacrum, mimo że przyszło mu przemierzać przestrzeń poddaną procesowi pustynnienia, 
odzierania ze znaków boskości. Jakby na przekór temu postępującemu procesowi wędro- 
wiec Wierzyńskiego uświadamia sobie, że wędrówka jest figurą ludzkiego losu, że tu, na 
ziemi, jest się tylko przejazdem, w podróży, której końcowego etapu nie ogarnia do- 
świadczenie ani horyzont żyjących. Może to być podróż "metafizyczną koleją", przy 
której zmarły ojciec pełni obowiązki zawiadowcy stacji, a podróżny dziwiący się, że "nie 
ma przystanków" , otrzymuje "urzędowe" wyjaśnienie; 


- Widocznie jeszcze nie ma wyroku, 
Zostaw to innym sądom, 
Przypatrz się jeszcze 
Nieprzemierzonym 
Morzom i lądom, 
Dobru i złu 
Na niebie i w piekle: 
Nie ma przystanku, 
Będzie przystanek, 
Wszyscy wysiądą, 
Nikt nie ucieknie. 
(Rozmowa z zawiadowcą stacji, SM) 7 
- Przystanek w podróży będzie zatem końcem żywota. Ziemskiego, bo przecie zaświaty 
istnieją, skoro reprezentuje je "zawiadowca". Kres doczesnej wędrówki nie będzie jednak 
końcem podróży. Dotychczasowe podróżowanie ujawni swą ograniczoność, wąski pro- 
wincj analny wymiar , przystanek-śmierć uwolni wędrowca od przestrzeni ziemskiej, 
oksymoronicznie nazwanej przez poetę wielką prowincją, umożliwi rozpoczęcie podróży 
międzygalaktycznej . 
Ale dla nas jest jeszcze 
W niewyczerpanych snach 
Nieukończona nigdy podróż, 
Trochę jak słodycz dzieciństwa 
Trochę jak ostateczny strach: 
Z nocnego nieba zjeżdża 
Na wielką prowincję Wielki Wóz 


7 Jeśli uwzględnić narzucający się tu natrętnie kontekst biograficzny (ojciec poety był zawia- 
dowcą stacji) można ten wiersz potraktować jako autorską poetycką deklarację - wyznanie wiary. 


54
>>>
Ładuje wszystkich po drodze 
Turkocze w miasteczku 
Na kocich łbach. 


(Wiersz dla Romana Palestra, SM) 
Łatwo odgadnąć, że zdolność docierania do tego, co uniwersalne, co określa los 
i przeznaczenie całej ludzkości i każdego człowieka, osiąga się tutaj poprzez poetycką 
penetrację własnego osobniczego doświadczenia, i własnych, "prywatnych", obciążeń 
świadomości. "Wielką prowincją" jest świat, cała ziemia, gdy ujrzeć ją w perspektywie 
spraw ostatecznych. Wiersz mówi jednak także o zachowanych w pamięci emigrantów 
krainach dzieciństwa, o prowincjonalnych miasteczkach galicyjskich - Śniatyniu Roma- 
na Palestra oraz Drohobyczu autora utworu. 
Homo viator - podmiot i bohater późnej liryki Wierzyńskiego wyprawia się bowiem 
nie tylko w podróże metafizyczne. Nie jest jedynie "wygnańcem Ewy", jako przedstawi- 
ciel rodzaju ludzkiego, lecz także, a może - przede wszystkim, wygnańcem- 
-emigrantem, uciekinierem z pobitego kraju, "z Troi", która "nie cała zginęła", bo żyje tą 
cząstką swego żywota, która przetrwała w pamięci uchodźcy. Oniryczne wyprawy do 
zachowanego w pamięci "kraju lat dziecinnych" są przymusem wygnańczej świadomości, 
niemal codziennym (conocnym 7) doświadczeniem emigranta. Intencjonalna podróż do 
kraju jest snem o utraconej krainie, która już nie istnieje, nie jest dostępna w realnym 
świecie, na jawie. Jednocześnie swój pobyt na obczyźnie wygnaniec odczuwa jako prze- 
bywanie w przestrzeni nierealnej, bo nieoswojonej, w której nie wolno zakorzenić się, 
osiąść, jeśli nie chce się uchybić nakazowi wierności ani sprzeniewierzyć własnemu wy- 
borowi wolności. Toteż bytowanie na obczyźnie postrzega emigrant jako nieustanną po- 
dróż, żeglugę pośród odrealnionych lądów. 
Realni są tylko rybacy na brzegu, 
Realni przez dwie, trzy i cztery godziny, 
Mędrcy, jogi, totemy, druidzi bez ruchu 
Bo ryby omijają ich gęstą ławicą, 
(Quai d'Anjou, SM) 
Poczucie realności przestrzeni odzyskuje emigrant tylko we sme, po przebudzeniu 
odnajduje się jednak w jakimś zawieszeniu pomiędzy nierzeczywistymi terytoriami, jak 
w wierszu "Nie lękaj się", otwierającym tom Sen mara; 
Nie lękaj się, otwórz drzwi, 
Wejdź w mój sen, 
Nie zbudzisz mnie: 
Płynę po wielkiej rzece, 
Od brzegu do brzegu ręce, 
Serce na ciemnym dnie. 


Nie lękaj się, otwórz drzwi, 
Wejdź do pokoju, 
Nie zbudzisz mnie: 
Nie śpię, szukam po ciemku 
Brzegów które trzymałem w ręku 
Jakiegoś gruntu najakimś dnie. 
Nomada - liryczny podmiot Wierzyńskiego wie jednak, że jego koczowniczy żywot 
jest wynikiem własnowolnego wyboru, dumnym wyrazem niezgody na polityczną rze- 
czywistość, buntem i protestem moralnym, który ocala godność protestującego. Wie, że 


55
>>>
jego podróże i wędrówki, nawet te intencjonalne, śnione i nierealne, są podróżami, by tak 
powiedzieć, podmiotowymi, o ich podjęciu decyduje bowiem wola wędrowca lub przy- 
mus wewnętrzny, nigdy zewnętrzna, obca siła. By rzec jaśniej - nomada nigdy nie pod- 
lega uprzedmiotowieniu; zawsze jest podmiotem przemieszczającym się, nie zaś prze- 
mieszczanym przedmiotem. Ma świadomość, że owej podmiotowości zazdroszczą mu 
obywatele zniewolonego kraju - "zdychający dzisiaj naród / 30-tu milionów bezwolnych 
/ Ziaren piasku" ("Quai d'Anjou"). Jak ziarna piasku są przesuwane przez wiatr, tak 
mieszkańcy kraju, PRL końca lat sześćdziesiątych, jeśli podróżują, czynią to pchani ze- 
wnętrznym przymusem. W ruch wprawiać ich może przymus materialny - wtedy podej- 
mują podróże pseudoturystyczne, obliczone na zysk handlowy. 
Spirytus, kabanos, konserwy, 
Dolary najlepsze po 100 w jednym sztychu, 
Skubani nie znajdą, 
Konstanca, Konstantynopol, Ateny, Rzym, 
[...] 
Płaszcze ortalionowe, 
Złoto po dolarze gram, 
Czaszka pracuje, 
Trzy razy obrócić a krągły rok murowany, 
550 Fenicjan na Freundschaft, 
(Wyprawa fenicka, CZ) 
Siłą napędową może być brak wytrzymałości psychicznej, potrzeba krótkotrwałej terapii, 
zażycia leku "na klaustrofobię". 


Jedzie kultura i wiedza 
Wartburgiem na Zachód, 
[...] 
20 lat ciułali oboje, 
20 lat czekali oboje, 
On profesor uniwersytetu, 
Ona profesor uniwersytetu, 
Wiozą niecierpliwy, zachłanny mózg, 
Wiozą ojczysty dobrobyt, 
Śpiwór zamiast hotelu, 
[...] 
Bo tyle uciułali 
Przez 20 tłustych lat 
Na nieuleczalną chorobę, 
Na klaustrofobię 
Polaków. 


(Wyprawa naukowa, CZ) 
Kres wytrzymałości psychicznej może też zadecydować o ucieczce z kraju, która jed- 
nak nie jest świadomym i godnym wyborem wolności, lecz wstydliwym aktem kapitulacji, 
prośbą o "wolność kradzioną", zawstydzonym wyznaniem słabości: "ja nie mogę tam 
żyć" ("Uciekają", CZ). Wśród "krajowców" przeważają jednak ludzie osiadli, jakby do- 
tknięci atrofią instynktu wędrówki, wyrzekający się pragnienia wolności ludzie zsowiety- 
zowani, zindoktrynowani, "ślepcy, którzy nie widzą pułapu własnego więzienia" 
("Gryps", CZ). Jeżeli podejmują próbę wędrówki, to jest to próba kaleka, półprzytomna 
i pijana, chwilowe usiłowanie wykroczenia poza teatralnie skonwencjonalizowaną 


56
>>>
i zamkniętą "wielką scenę" państwa totalnego i wejścia w "naturalną" przestrzeń mię- 
dzyludzkich relacji. Statyści PRL-owskiego spektaklu bratają się w knajpie, potem - 
"prowadzą się chwiejnie po chlapawicy" ("Wielka scena", CZ). 
J ak sen emigranta jest w poezji Wierzyńskiego aktem wstępowania na drogi, onirycz- 
ną wędrówka, tak sen obywatela PRL jest bezruchem, przyczajeniem człowieka za- 
straszonego, nienawidzącego swojego życia i siebie samego, albo narkotyczną ekstazą, 
pseudo-wolnością, ucieczką w nieprzytomność. 
Przynajmniej nie trzeba się bać, 
[...] 


Sny są nie ważne, 
Nie donoszone 
Ale nie śniły się nawet filozofom, 
Sny są zdradzieckie 
Nie podsłuchane 
Nawet przez pluskwę ścienną, 
Mikrofon. 


Spać. 
Wielkie wspólne sypialnie 
Opiumowego snu, 
Przy łóżku czuwa 
Noc pomyślana totalnie, 
Łaps uniwersalny, 
Spluwa, 
Nakryć się kołdrą, 
Kurwa mać. 


(Dobranoc, CZ) 
Kazimierz Wierzyński, czujny i współczujący obserwator społeczeństwa krajowego, 
dostrzegł jednak w PRL końca lat sześćdziesiątych także ludzi duchowo wolnych i nie- 
podległych, heroicznie broniących ludzkiej godności i prawa do wolności. W świetle 
wszystkiego, co powiedziano uprzednio, można by się spodziewać, że nie dający się 
zniewolić mieszkańcy PRL będą ukazani jako wędrowcy, koczownicy przemierzający 
przestrzeń pomimo zakazów i dotkliwych uroszczeń totalnego systemu względem oby- 
wateli. - Nic bardziej mylnego, o czym przekonuje wiersz, którego bohaterkąjest Kazi- 
miera Iłłakowiczówna. 


Iłła, 
Aldona, 
Emily nasza, 
Zamknięta na wieży, 
Zawieszona 
U jaskółczego poddasza. 


[...] 


Mury bez wyjścia, 
Powój na murach, 
Wieża wieczysta. 
Może to jej forteca, 
Dobrowolne wygnanie 
A może zakonnicza 
Zakrystia. 


57
>>>
[...] 


I tak co noc 
Od zmierzchu do ranka 
Podjednym oknem 
Przez wieki i mroki: 
Nasza Litwinka, 
Amerykanka, 
Śpiewa i woła 
Z wieży wysokiej. 


(Iłła, SM) 


Iłłakowiczówna, poetka i działaczka niepodległościowa, współpracownica Józefa 
Piłsudskiego, przyjaciółka skamandrytów i poetycki satelita Skamandra, pamiętana 
sprzed wojny, ciepło wspominana, wydaje się Wierzyńskiemu uwięziona podwójnie. - 
Nie tylko zamknięta w państwie-więzieniu, podległa nakazom i zakazom systemu, lecz 
także umieszczona w zamknięciu dosłownym, namacalnym, odcięta od świata. Oczywi- 
ście, nie ma w tej sytuacji mowy o wędrowaniu ani podróżach! Poetka z wiersza Wie- 
rzyńskiego pędzi żywot, by tak powiedzieć, wybitnie osiadły (by nie rzec; osadzony). Dla 
interpretacji utworu nie ma naj mniejszego znaczenia fakt, że rzeczywistej Kazimierze 
Iłłakowiczównie władze PRL udzielały paszportu, że wyjeżdżała za granicę. Istotne są 
natomiast aluzje literackie. "Iłła" z wiersza nazwana jest "Litwinką" - Mickiewiczowską 
Aldoną, d o b r o w o l n i e zamykającą się w wieży, jest też nazwana "Amerykanką" - 
i porównana do Emily Dickinson, wybitnej amerykańskiej poetki, która większość życia 
spędziła w d o b r o w o l n y m zamknięciu, w pokoju na piętrze rodzinnego domu 
w Amherst (Massachusetts). Właśnie owa dobrowolność jest decydująca. Osiadły tryb 
życia jest tu wyborem (nie - pochodną nakazów systemu), Iłłakowiczówna z wiersza nie 
traci swej podmiotowości, wybiera emigrację wewnętrzną, bo jest przekonana, jak Emily 
Dickinson, że "Dusza dobiera sobie Towarzystwo - / I - zatrzaskuje Drzwi - / Jak 
Bóg - ma w sobie prawie Wszystko - / A z Reszty sobie drwi _,,8. 
Są w późnych poezjach Kazimierza Wierzyńskiego obecni inni jeszcze "krajowcy" 
duchowo wolni. Z imienia nieznani. Nie wiadomo, jak liczni. Mieszkańcy "nocnej ojczy- 
zny", "ludzie bezsłowni", wszyscy ci, którzy podejmują trud wierności sumieniu, twór- 
czej uczciwej pracy, realizują - mimo przeszkód i rozpaczy - swoje powołanie. Jak 
inni, pędzą żywot osiadły. Ale to oni właśnie 
Z lądu na morze 
Białe okręty 
Spychają w życie 
(Nocna ojczyzna, CZ). 
Realizując swą duchowość, ocalają w sobie pragnienie drogi-wolności. Właściwie, co 
noc wstępują na którąś z nieprzegrodzonych dróg, wędrują, nie ruszając się z miejsca. 
Naprawdę realna jest bowiem rzeczywistość duchowa. Zresztą, wierzył poeta, kiedyś na 
pewno wędrówki te staną się rzeczywistymi także w potocznym słowa rozumieniu. Wszak 
biały żagiel symbolizuje nadzieję. 


8 Przekład Stanisława Barańczaka. 


58
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


NIE PRZEMINĘŁO Z WIATREM 
(POETKA EMIGRACYJNA 
ANNA FRAjLICH) 


Natan GROSS (Izrael) 


Na emigrację udają się intelektualiści (ci się liczą...), wybitni pisarze o bogatym sta- 
żu, ale też inni, o mniejszym doświadczeniu, choć nie mniejszym talencie. Ci nadrabiają 
temperamentem młodości, dynamiką życiową, która pcha ich nie tylko do pisania, ale 
i działalności społecznej. Na ogół nie są tak osamotnieni jak to się czasem wydaje (choć 
i samotność jest elementem twórczym, w szczególności emigranta), działają w jakiejś 
grupie intelektualnej, spotykają się, dyskutują wydają pisma - i książki. Czują, że są 
włączeni w historię i zdaje im się - albo naprawdę tak jest - że mają wpływ na dzieje 
swojego narodu, że poruszają masy swoją twórczością i działalnością. Jako aktywni 
działacze (wolnościowi?) mają ograniczone rozlicznymi granicami pole działania - ci 
w kraju mają większy, bo bezpośredni, udział i w walce, i w cierpieniu, i w klęsce, i w na- 
dziei, i w osiągnięciach. Ale ci w Paryżu, w Londynie, w Rzymie mają nad ziomkami 
znad Wisły pewną wyższość intelektualną; ocierają się o kulturę europejską, światową, 
poznają, uczą się, spotykają się z kolegami najwyższej klasy, chłoną nowe prądy poetyc- 
kie, uczą się języków - krótko mówiąc; rozwijają się i wzbogacają duchowo. Zapisują 
się w ojczystej historii kultury i literatury wysoką klasą, pod wielu względami. 
Wszystko co powiedziano o epoce romantyzmu można przyłożyć do emigracji lat 40. 
naszego zwariowanego wieku. Tuwim, Wierzyński, Wittlin, Lechoń, Miłosz, Broniewski, 
Herbert, Zagajewski, Iwaniuk, Barańczak, Hemar (by wymienić tylko poetów...) wyznaczają 
jej poziom. Zdaję sobie sprawę ze złożoności w indywidualnych wypadkach "emigracyjno- 
ści" niektórych nazwisk - a nie uniknę też definicji, że "można być emigrantem nie opusz- 
czając nigdy rodzinnego miasta". Ale mógłbym bez trudu obronić tezę wpływu zagranicy na 
rozwój intelektualny osobowości wyżej wymienionych, nie negując ich osobistych plusów, 
talentu, stażu, wykształcenia i innych walorów, kwalifikujących ich na wysokowartościo- 
wych twórców. Wszyscy oni włączeni są w walkę czynną lub bierną, politycznym zaanga- 
żowaniem lub erupcją tęsknoty do ojczyzny, którą obserwują z daleka. Tu należałoby zwró- 
cić większą uwagę na nowoczesne środki przekazu działające w obu kierunkach, co w epoce 
romantyzmu miało zupełnie inny charakter i możliwość wzajemnego oddziaływania. Zresz- 


59
>>>
tą, na przestrzeni krótkiego czasu, te środki i możliwości zmieniły się i zmieniają z dnia na 
dzień, stwarzając nowe sytuacje wczoraj jeszcze nieznane. A mimo tej nowoczesności 
wdzierającej się w życie człowieka XX wieku, po przeprowadzeniu obiektywnych badań 
socjologicznych okazałoby się, że niewiele zmieniło się w świecie intelektualnej emigracji 
lat 40. w stosunku do tej poprzedniej sprzed stu lat... A może? Nie dość jestem do tego 
tematu przygotowany a moje uwagi to nieobowiązujące impresje z lektury - i trochę 
z osobistego doświadczenia. 


Specyfika Anny Frajlich 
Jakie miejsce w świecie polskiej emigracji zajmuje poetka Anna Frajlich? Wchodzi 
w to środowisko poetka młoda, nieledwie debiutantka, której nazwisko nic nie mówi 
sławnej gwardii pisarzy i czytelników przedwojennych "Wiadomości Literackich" czy 
wojennych londyńskich "Wiadomości". Czyli; "z motyką na słońce"? Jej specyfika? Ży- 
dowskie pochodzenie wyrażające się niedwuznacznie nazwiskiem - nie jest czymś "nie 
swoim" w kole emigrantów, wśród których pisarze z "plamą etniczną" na biografii są 
zjawiskiem codziennym. Ale Tuwim, Wittlin, Grydzewski, czy Hemar poszli na emigra- 
cję dobrowolnie, uciekając ewentualnie przed Hitlerem. Anna Frajlich zaś należy do klasy 
emigrantów, którzy mówią o sobie, że ich wypędzono - to nie są emigranci z wyboru 
a wygnańcy, wypchnięci przez własny rząd ze swojego kraju, obywatele, którym odebra- 
no obywatelstwo, odebrawszy przedtem podstawowe środki egzystencji. 
Czy emigrant, z taką świadomością odczuwa inaczej żal i tęsknotę za "utraconym 
rajem" niż "normalny" emigrant? Trochę inaczej... Oto jak ten aspekt swojej emigracji 
ujmuje Anna Frajlich w szerokim wyznaniu w tygodniku izraelskim "Nowiny-Kurier" (17 
sierpnia 2001 - "Anna Frajlich o sobie i wierszach" w dziale "Na warsztacie") - które 
będziemy tu jeszcze niejednokrotnie cytować; 
Większość moich rówieśników, i osób z emigracji 1968 roku, musiała uporać się 
z faktem wygnania. To nie tylko sprawa wyjazdu, fałszywych publicznych oskarżeń, fał- 
szywej atmosfery wokół tych spraw, ale potem - sprawa jakby klątwy rzuconej na tych, 
którzy wyjechali i na tych, którzy utrzymywali z nimi kontakt. A więc listy bez adresu 
zwrotnego na kopercie, jeżeli spotkania to zawsze w tajemnicy, itp. Wszystko obliczone 
na to, że człowiek niesłusznie oskarżony, będzie poczuwał się do winy. Manipulacja była 
na tyle zręczna, a zrozpaczonym człowiekiem łatwo jest manipulować, że tylko częściowo 
odczytywało się ją jako manipulację polityczną. Zawsze gdzieś tam niejasny element 
oskarżenia wisiał w powietrzu. Z tego należało się wyzwolić, należało się z tym uporać. 
Zdarzało się, że dopiero napisanie wiersza uświadomiło mi posuwanie się tego procesu. 


Tu sprecyzowana jest różnica między emigrantami lat 40. a 70. (sprecyzowana jedno- 
stronnie - ale jasne, że tak zwane "wyrzuty sumienia" tych wojennych emigrantów 
obejmują inne pola magnetyczne pozostawionej na pastwę wroga ojczyzny...). Zresztą 
okoliczności opuszczenia ojczyzny przez wojennych i "marcowych" emigrantów ustępują 
miejsca d l a c e l ó w P o rów n a n i a takim poetom jak Miłosz, który znalazł się pod 
obstrzałem z obu stron - i tej "ludowej" ("wybrawszy wolność") i emigranckiej, alejego 
pióro służyło nie autoterapii, jak Anny Frajlich, tylko walce o swoją prawdę. 
Wierszem, który pozwolił Annie Frajlich uwolnić się od poczucia niezawinionej winy 
był utwór ,,jestem oddzielna". Inny wiersz, który pomógł jej w emigracyjnych zmaga- 
niach "Aklimatyzacja", zaczyna się od słów; 


"Zapominam dokładnie, zapominam sumiennie". Początkowo wywoływał on pewne nie- 
porozumienia i pytania: czy naprawdę chcę zapomnieć i dlaczego. Otóż "Aklimatyzacja" 
jest wierszem o konieczności zapominania i niemożności zapomnienia. 


60
>>>
Oczywiście problem pamięci jest jednym z elementów podstawowych poezji emigra- 
cyjnej, ale jeśli przyłożyć go do tej emigracji wygnańczej, trzeba zapytać; zapomnieć - 
co? Czy chodzi o leśne pagórki i zielone łąki, czy o doświadczenia związane z drogą na 
emigrację. Co zapamiętać i co puścić w niepamięć i dlaczego?... 


Rodzinne miasto 


Które z miast będzie się kłócić o honorowe obywatelstwo Anny Frajlich? Urodziła się 
gdzieś w Kirgizji - ale gdzie? Sama nie wie... Pamięta tylko, że w tym rodzinnym mieście 
(?) słyszała po raz pierwszy z ust swego ojca "Powrót taty". Symboliczny powrót - pojęcie 
uczuciowe emigranta - powrót. Albo się wraca albo nie... zawsze się jednak wraca choćby 
pamięcią - jeszcze do tego wrócimy... Miasto, do którego się Ania przyznaje - jej rodzin- 
ne miasto - to Lwów. Nigdy w nim nie była - bo jeśli liczyć króciutką wizytę, było to już 
we Lwiwie - a Lwiw to nie Lwów... Wychowała się w Szczecinie, studiowała w Warsza- 
wie, dojrzewała w Nowym Jorku... Krótko mówiąc urodziła się (to fakt!) w nie normalnych 
czasach, czasach chaosu - i tak to w swoich wspomnieniach charakteryzuje; 
Mój życiorys może wydać się egzotyczny ludziom nie znającym historii wschodniej 
Europy. Dla nas wszystkich te przedziwne wędrówki naszego pokolenia i pokolenia na- 
szych rodziców sąjakby dyktowane prawami przedziwnej logiki. Logiki nie tyle dziejów, 
co chaosu. W myśl tej logiki zrozumiałe jest, że skoro moi rodzice są ze Lwowa, a ja sko- 
ro miałam się urodzić wówczas, kiedy się urodziłam, musiałam urodzić się w Kirgizji lub 
gdzieś tam w pobliżu. Dawało mi to szanse przeżycia niewielkie, ale jakieś. Żaden z mo- 
ich czterech kuzynów urodzonych we Lwowie nie przeżył nawet swego dzieciństwa. 
Wszyscy urodzeni jak najdalej od Lwowa - żyją. 
Równie logiczne jest to, że skoro rodzice moi pochodzą ze Lwowa, dzieciństwo 
i młodość spędziłam w Szczecinie. Mógł to być Wrocław, ale nie był. I przez wiele lat 
Szczecin był dla mnie właśnie Polską, polskim miastem, którego mieszkańcy z nostalgią 
wspominali Wilno, Lwów i co najmniej dziesięć innych miast. Teraz mówi się o tym, że 
to, co wówczas nazywano repatriacją, było w gruncie rzeczy emigracją. Ale my, młode 
pokolenie, rośliśmy już jako szczecinianie, jakkolwiek już wówczas mieliśmy dużą świa- 
domość pewnego pokomplikowania etnicznego, kiedy to czy Żydzi, czy etniczni Niemcy 
znikali ze szkoły podczas kolejnych fal emigracyjnych. 
Czy jest w tym coś dziwnego, że dwadzieścia kilka lat po powrocie do Polski, wyje- 
chaliśmy z "wilczym biletem tramwajowym" jako jedynym dokumentem tożsamości? Z 
tej perspektywy chyba już nie. Ta perspektywa i akceptacja tej logiki, to pewnie jedyna 
nauka, jaką z tych wszystkich peregrynacji da się wysnuć. Ale nie była ona dla mnie 
oczywista wówczas. Pod koniec 1969 roku Polska z konieczności przestała być dla mnie 
tym, czym była i czym chciałam, żeby była - jedynym miejscem stałego pobytu, moim 
krajem. 
Oczywiście (?) odbija się to wszystko w poezji Anny Frajlich od pierwszego tomiku 
Aby wiatr malować po ostatni (tymczasem) Znów szuka mnie wiatr. Dziesięć tomików, 
jak dotąd. Autorka wskazuje ten i ów wiersz jako drogowskaz dla krytyka podążającego 
jej śladami ku chronologicznej biografii, ale prawdę mówiąc, każdy tomik jest brzemien- 
ny jej emigrancką dolą, uczuciem, myślami, poszukiwaniem wczorajszego dnia, ogląda- 
niem się wstecz i w nadzieję, tak że wystarczy otworzyć przygodny tomik w przygodnym 
miejscu a wyskoczy Lwów, czy Szczecin - Polska. 
I zostało wszystko we Lwowie 
w mieście mojej matki i ojca 
wszyscy żywi stali się umarłymi 
ale cmentarz 


61
>>>
przestał być cmentarzem 
i zostało wszystko 
we Lwowie 
na wieszaku prawie nowe ubranie 
stół i łóżko 
może jakieś krzesła 
fotografie w ramce na ścianie 
na tej ramce niezapominajki 
wyciął ojciec scyzorykiem 
żeby nie zapomnieć 
żeby nie zapomnieć 
żeby nie zapomnieć 
Lwowa 
nawet w Ameryce. 


To było miasto r o d z i n n e - nie miejsce urodzenia, ale miasto rodziny - korze- 
nie, zakopane głęboko w ziemi, których soki żywotne długo czują w sobie gałęzie, choć 
tych korzeni na oczy nie widziały... 
Ale zostaje w żywej pamięci Szczecin, nie dlatego, że był naszym miastem młodości, 
tylko że my byliśmy w nim młodzi. Zostaje w naszej pamięci żywym wspomnieniem ale 
ze świadomością że; 


miasto nie było nasze 
tylko odebrane innym 
co stąd uciekli w wojennym 
popłochu i wszystko zostawili 
albo zakopane w ogrodach 
lub gruzem przysypane 
albo wprost na stole 
kryształowe kieliszki 
w nich czerwone wino 
niedopite plamami przyschnięte 
do ścianki. 


Miasto było nie nasze, ale kwitło dla nas bzami ijabłoniami; 


i słyszało się w mieście 
tym różne języki 
- jak krzewy - przesadzone 
na zachód ze wschodu 
ktoś z wileńska zaciągał 
ktoś z lwowska całował 
rączki - ktoś półgłosem 
wciąż mówił po niemiecku 
ijidysz niedobitków 
rozbrzmiewał w ulicach. 


Taki obraz trwa w jej wspomnieniu; 


miasto mego dzieciństwa 
komuś odebrane 
aby czyjeś dzieciństwo 
mijało gdzie indziej. 
Dzieciństwo wyrównuje historyczny rachunek krzywd - ale jest tylko ogniwem 
w łańcuchu innych krzywd, które niesie życie, w szczególności w tej epoce "transferów". 


62
>>>
Zamyślenie historyczne - poświęcone Stefanii Kossowskiej, redaktorce londyńskich 
"Wiadomości", która rozpoznała w Annie Frajlich przyszłą gwiazdę poezji emigracyjnej 
i otworzyła przed nią stronice prestiżowego pisma literackiego; 
Rozstawiło nas życie po kątach 
zostawiło gdzieś na uboczu 
i przed siebie pobiegło sprężyście 
bez nas dalej się toczy 
a my? 
jego pąki i liście 
a my? 
jego szumiąca korona 
jego jabłka ciężkie 
złociste 
kamienie 
po drogach 
rzucone. 


Kwiaty, drzewa i ptaki - emigranta... 
Znamienna rzecz; Ania kocha przyrodę, kwiaty, drzewa, ptaki. Wiersze jej pełne są 
bzów, maków, wrzosów, niezapominajek, róż i tulipanów, konwalii i pelargonii, fiołków 
i macierzanki, są i krokusy, jaśminy, hiacynty... ale na lekarstwo nie znajdziesz jakiegoś 
egzotycznego kwiatu, choćby kolczastego kaktusa. Czyżby tam na Manhattanie rosły 
same polskie, czy w Polsce przyjęte kwiaty? Albo drzewa; jabłonie, wiśnie, grusze, brzo- 
zy, lipy, wierzby, kasztany, klony... 


A tutaj też mam swoje drzewo 
za oknem klon 
w piórka się stroi na kwietniowo 
i chciałby przeróść choć o głowę 
tutejszy dom 
mój klon 
ajednak taki obcy 
powtarza szum zamorskich mórz 
i obcej ziemi soki chłepce 
zlizuje rosę z obcych chmur 
mój jest 
przez okno moje wbiega 
zielenią ugrem albo rdzą 
i po podłodze cień rozlewa 
ten obcy 
ten tutejszy klon. 
Ale w jakimś innym wierszu okazuje się, że ten klon jest chory i trzeba go ściąć... 
Może jednak nie tutejszy? Zapuścił korzenie w obcą ziemię ale się nie przyjął, zaczął 
chorować i umarł. Ciekawe - ja też miałem taką klonową przygodę. Na krawędzi szosy, 
nieopodal mojego domu w Giwataim posadzono długi rząd drzewek, skądś sprowadzo- 
nych. Po młodych listkach poznałem, że to klony - po hebrajsku dolaw - może nie 
dokładnie, ale rodzina... Te biedne drzewka - obserwowałem je dzień po dniu - każde 
znałem "osobiście" - powariowały... Niektóre myślały, że to wiosna - a był grudzień 
- i zaczęły gwałtownie kwitnąć, innym listki pożółkły, jak jesienią ale widziałem, że 
żyją - po pączkach na wątłych gałązkach i zielonym pniu i czekałem z dnia na dzień jaki 
będzie ciąg dalszy... Inne, kilka z nich, umarły na amen i żadna woda nie mogła ich ocu- 


63
>>>
cić - usunięto je po jakimś czasie. Niektóre pochorowały się, ale zaczęły powoli przy- 
chodzić do siebie i prężyć się w górę, ku słońcu... Było to dwa lata temu... Dziś ta aleja 
klonowa jakoś żyje - ale cienia nie daje... Obce klony... może nie na ten klimat... 
Ale wróćmy do ornitologii Anny Frajlich; wróble, jaskółki, pliszki, jest jastrząb, 
sójka co wybiera się za morze, bo przyleciała zza morza, kukułka... Czy nie ma tam ja- 
kichś niepolskich ptaków? Ależ są! W swoim "Curriculum vitae" są wspomniane, ale ich 
nazwy - nie! 


Przystań nasza wśród wiatrów 
na dziwnej ulicy 
co nigdzie się nie kończy i nigdzie nie zaczyna 
gdzie inni pozdrawiają nas obcymjęzykiem 
wśród ptaków których nazwy szukamy w słownikach. 


Ale i te "polskie" - nie trzeba ich wymyślać - przylatują, odlatują, wędrują, ptaki 
emigranci.. . 


Okruchami chleba swego powszedniego 
smutna moja mama karmi leśne ptaki 
i nie wiedzą wilgi sikory i szpaki 
że mamajest także wędrującym ptakiem 
gniazda budowane 
wzdłuż szlaku jak ziarna zostawia rozsiane 
we Lwowie w Warszawie i nad oceanem 
każde innym wiatrem strącone rozwiane 


jedzcie jedzcie drozdy 
z ręki mojej mamy. 


Wietrzne intermezzo - czyli słowa na wiatr 
Wiatr jest to ruch powietrza, który przenosi z mIejSCa na mIejSCe liście, papiery, 
śmieci. W zależności od intensywności i impetu przenosi też domy i ludzi. Czasami jest 
to miły wietrzyk, a czasem wicher, wichura, która pędzi przez góry, lasy i oceany 
w rzeczywistości i w wyobraźni, w mieście, w polu, we śnie, w fantazji poety - wiatr. 
,Jeden wiatr w polu wiał, drugi wiatr w sadzie łkał... " . A czasem to jest wicher serca. 
Wiatr nie ma kształtu, ani koloru, ani smaku, choć czasem mówimy, że jest słony, 
gdy wieje od morza. Nie ma kształtu, ale ma kierunek. Nie trzeba być poetą, by wiedzieć 
skąd wiatr wieje. Ale dokąd wieje - to już inna sprawa. Wiatr ma kierunek, ale może go 
zmienić w każdej chwilijak zręczny polityk. Tylko biednemu zawsze w oczy wieje. 
Gasi świece, ale wznieca i podnieca pożary. Pomaga ogniowi, bierze udział w jego 
szaleństwie niszczenia. Razem z ogniem pożerają lasy. Jak wziął wiatr brata za kamrata, 
to może sobie po polu latać, ale jak wziął za kamrata ogień - to nie daj Boże! 
Jest bardzo towarzyski; dla wesołego człowieka - wesoły kumpel, dla smutnego - 
smutny. Figlarz; "rozwiewał suknie dziewczynom wiatr od tych domów płonących" - 
warszawskiego getta. 
Lubi kwitnące sady - ale i pustynie. Bardzo. Po prawdzie, lubi samotnoŚĆ. Lubi 
piaski, bo może przesypywać z pustego w próżne i rysować na pagórkach desenie. Nikt 
mu w tym na pustyni nie przeszkadza. 
Poeta lubi płynąć na skrzydłach wiatru jak wolny orzeł w przestworzach. A czasem 
lubi wyć razem z wiatrem, choć do mieszkania go nie zaprosi. Niech sobie wyje w komi- 
nie. A poeta - w duszy. Albo na papierze. 


64
>>>
Czym jest wiatr dla poetki, Anny Frajlich? Mówi: "Znów szuka mnie wiatr"... 
A może to ona szuka wiatru dla swoich skrzydeł? Szukaj wiatru w polu... 
Dwadzieścia pięć lat temu debiutowała tomikiem Aby wiatr namalować - chciała 
wiatr namalować jak Staff; "O głodzie, chłodzie, w ducha swobodzie, maluję sufit w Sa- 
skim Ogrodzie"... Malować wiatr - taka fantazja poety. Jakim kolorem? Jaką techniką? 
Impresjonistyczną? Ekspresjonistyczną? Wypisz, wymaluj... 
Ten jej wiatr, który ją gna od 25 lat to takie "przeminęło z wiatrem", choć to brzmi 
banalnie. A właściwie, nie przeminęło. To się tak tylko mówi... Gnał ją ten wiatr od mo- 
rza do morza. Przez lądy i oceany - i nie dawał jej spokoju; bo niepokój dla poety jest 
ważniejszy niż spokój. Taki twórczy niepokój... 
Ten sam wiatr "od tych pól wyzłacanych zbożem rozmaitem" igra w jej ogródku 
w Nowym Jorku. Bo ten wiatr, to jest właściwie czas - czas, który trwa i wypełnia swym 
trwaniem bezmiar - a my się w tym czasie posuwamy, torujemy sobie drogę. Czas robi 
swoje - jak wiatr, wyprawia koziołki, psoci, raz jest pogodny, raz burzliwy - zawsze 
ten sam, tylko czasem, a nawet często, zmienia kierunek - a my robimy swoje, my 
brniemy, to my się posuwamy - dokąd? donikąd? Przed siebie. Poeta wie. Albo nie wie. 
Ale czuje wiatr i idzie pod wiatr... Przeciw wiatrom, przeciw czasom - ku wieczności. 
I to jest właśnie poezja. 


Polskie i żydowskie 
Chciałem wziąć wiatr za temat do recenzji z wierszy Anny Frajlich - bo to się prosi: 
pierwszy tomik o wietrze - i ostatni, powracający wiatr. Ale potem otrzymałem plik 
recenzji z tego ostatniego tomiku i widziałem, że i inni widzą to samo, czują ten wiatr, 
i starają się wyłowić go z różnych wierszy i różnych czasów. 
Więc zostawmy ten wiatr-los, który ją rzuca z miejsca na miejsce i przetłumaczmy to 
na indywidualność poetki złożoną z osobowości historycznej i duchowej jako Polki 
i Żydówki. Oczywiście te dwie osobowości nie wykluczają się nawzajem. Raczej się 
uzupełniają. Obie należą do tej samej osoby, która w swej wolnej duszy decyduje o sobie 
i swoim miejscu na ziemi. Samookreślenie. Problem jednak w tym, że i inni, którzy patrzą 
na ciebie roszczą sobie prawo do definiowania twojej osobowości. 
Bo choć żyjemy już w XXI wieku, tendencje nacjonalistyczne, które niemal zburzyły 
świat, ciągle jeszcze są aktualne. A choć w dość szerokich warstwach społeczeństwa 
wygasły - to jednak żarzą się jeszcze nawet tam pod skórą. I widocznie tak być musi (?) 
póki świat, w którym żyjemy, nie doprowadzi siebie do porządku, w jakim zdrowy rozsą- 
dek zwycięży fanatyzm, nacjonalistyczny obłęd i zjednoczy ludzi w jeden obóz, który 
miast nienawiści kultywował będzie, jeśli nie miłość, to choćby tolerancję, szacunek dla 
wolnej myśli decydującej o wyborze swojego miejsca na ziemi. 
Myślę, że Anna Frajlich powtarza za Tuwimem; Jestem Polką, bo tak mi się podoba, bo 
od dzieciństwa nasiąkłam polskością. Jestem Żydówką nie dlatego, że tak się innym podoba, 
lub nie podoba, ale że jestem wierna pamięci ojca i jego żydowskiego imienia i poczuwam 
się do solidarności z prześladowanym narodem żydowskim ijego kulturą. 
Oddajmy głos Annie Frajlich; 


Jednym z naczelnych problemów jest niewątpliwie moje żydostwo. Moje pokolenie 
nie znało za wiele wzorców. Wzorcem w życiu byli moi rodzice, którzy nigdy swego ży- 
dostwa nie ukrywali w żaden sposób, którzy umieli mnie i mojej siostrze zaszczepić po- 
czucie godności i dumy bez uciekania się do jakichś wybiegów. Zawsze te sprawy posta- 
wione były jasno. Naturalnie nie bez buntów. W literaturze natomiast miałam wzorce po- 
etów takichjak Tuwim, "o którym było wiadomo". 


65
>>>
Komplikacją był fakt, że wzorce, które miałam to wzorce tzw. żydostwa świeckiego, 
ateistycznego i w chwili odczucia tęsknot metafizycznych, nie bardzo rozumiałam, że mogę 
w ramach mego żydostwa znaleźć ich zaspokojenie. Kiedy znalazłam się w Stanach 
i zobaczyłam to zewnętrzne zorganizowanie żydowskiego życia religijnego, to sam instytu- 
cjonalizm, do którego nie mogłam i nie miałam gdzie przywyknąć, mnie zniechęcał. Ale 
w pewnym momencie zrozumiałam pewne błogosławieństwo tej sytuacji - że to jest moje. 
To trochę tak, jak to, że dopiero w Stanach po raz pierwszy zobaczyłam grób kogoś z naszej 
rodziny. W Polsce naturalnie nie było żadnego grobu, chociaż wszyscy zginęli. To było duże 
przeżycie, to poczucie, że to jest moje, coś o istnieniu czego nawet nie wiedziałam. 
Tu zaczęły się moje zainteresowania judaizmem i pewne, wciąż jeszcze bardzo pod- 
stawowe lektury, których ślady dają się odnaleźć w moich wierszach. 
W tym kontekście należałoby określić mój stosunek do polskości. W Polsce wyro- 
słam i przez polską kulturę zostałam ukształtowana, podobnie zresztą jak moi rodzice. 
Przez jej pryzmat dopiero przyjmuję wszystko inne. Polska poezja porusza mnie najgłę- 
biej, choć nauczyłam się wierzyć, że są inne wielkie poezje i niektóre autentycznie do 
mnie przemawiają. Wciąż, kiedy słyszę słowo "północ" myślę "Bałtyk" i tak już chyba 
zostanie. Polska jest krajem mego dzieciństwa i młodości, ale jest też krajem, z którego 
musiałam wyjechać. Chociaż w Polsce nie jestem, zrobiłam wszystko, co umiałam, aby 
żyć i pracować w kręgu spraw polskiej kultury. Właśnie przez to, że Polska nie jest miej- 
scem mojego zamieszkania, jest dla mnie czymś mniej zagrożonym w takiej formie, bo 
nie mogę jej po raz drugi utracić. 
To wszystko można wyczytać w jej wierszach, tych sprzed dwudziestu lat i tych dzi- 
siejszych. W każdym tomiku znajdziemy ślad tej dwutorowości kulturalnej, jej dwie oj- 
czyzny, powiedziałbym duchowe... 
Wystarczy rzucić okiem na zawartość dziesięciu wydanych tomików wierszy Anny 
Frajlich - począwszy od emigracyjnego debiutu Aby wiatr namalować (1976), a skoń- 
czywszy na Znów mnie szuka wiatr (2001), by stwierdzić, że w każdym z nich znajduje 
się wiersz lub kilka wierszy zaczepiających o temat żydowski - echa biblijno-aktualne, 
jakaś wystawa obrazów Chagalla, jakaś melodia, skrzypek w żydowskiej uliczce, to znów 
echa "marcowe", Szoa, refleksje z wizyty w Izraelu etc. To wszystko rozrzucone jak 
rodzynki w cieście wśród nostalgicznych wierszy, gdzie Szczecin, Warszawa, Wisła, 
polskie drzewa i kwiaty sąsiadują z nowym - ostatnim domem poetki w Nowym Jorku. 
Mozaika wspomnień, refleksji, fascynacja przyrodą, lekturą, pamięć o przyjaciołach, 
którzy odeszli - poezja, która jest przeżywaniem codziennych emocji, wiatrów, słońca 
i deszczu. 
Kraj utracony - niejednokrotnie - odzywa się na wszystkich kartach, pośrednio lub 
bezpośrednio; 


Z niejednego wygnani kraju 
za Jakuba grzech i Abrahama 
prarodzice moi 
i rodzice 
do dziś dnia się błąkamy... 
(Indian summer) 
- a już w następnej strofie pojawia się "Powrót taty" - pierwszy wiersz, który usłyszała 
na Uralu. Od tego czasu zmieniła wiele adresów, które już zacierają się w pamięci; 


- Pisarz powinien mieć adres - 
rzekł Isaak Bashevis Singer 
który swoją ulicę Krochmalną w Warszawie 
...przeniósł przez wszystkie powodzie świata. 


66
>>>
A Anna szuka do dziś swojej ulicy... 


ale zatarły się nazwy 
i cyfry znad bram opadły 
kto wie 
co jest moje co obce 
i który adres 
to a d r e s. 


(Ogrodem i ogrodzeniem) 
I wloką się za nią dwie a może i trzy ojczyzny - a choć przyszedł czas, gdy granice 
otwarte, można wracaĆ - wraca też stary ból; 
Przeszłość się upomina znakami imionami 
upomina się blizną zarosłą na kamieniu 
coraz częściej wracają dawno pożegnani 
a tych nie pożegnanych na garstkę snu nie ma. 
Na tym tle rośnie swego rodzaju duma, solidarność z narodem pogardzonym. Na jakąś 
sugestię odpowiada; 
Ja nie jestem jak to drzewko 
Proszę Pani 
to w doniczce 
gdzieś w cieplarni hodowane 
[...] 
jeśli w ogóle jestem d r z e w o 
Proszę Pani, 
rosnę w borze z mymi braćmi 
też drzewami... 


(Tylko ziemia) 
Ta solidarność korzeni wyraża się szeregiem wierszy wspominających Szoa i Jerozo- 
limę. W tomiku Ogrodem i ogrodzeniem znajdziemy cykl wierszy pisanych pod wraże- 
niem wizyty w Izraelu. "Sala dziecięca w muzeum męczeństwa Jad Waszem w Jerozoli- 
mie" - to wielki ból i wzruszenie; 


To tak wygląda grób moich kuzynów 
to tu w tej ziemi której nie widzieli 
spoczywa po nich bezimienna pamięć 
tu grób znaleźli gdziekolwiek zginęli 
we Lwowie w Krakowie 
gdzie się rodzili ich ojców ojcowie... 
tu powrócili swoich imion echem. 


Odeszli. Nie ma. Ale jednak naprawiacze historii chcieliby ich wymazać, doszczętnie; 
Niechaj już znikną 
bo szpecą legendę 
kamienie znacznie bardziej są fotogeniczne 
nawet te dawno wyrwane z korzeniem 
spod głów umarłych 
Niech znikną wreszcie by księgę historii możnajuż było zamknąć... 
(Ogrodem i ogrodzeniem) 


Jeszcze 
w tym samym pokoleniu 


67
>>>
wraca 
gruźlica 
Żydów i Cyganów bicie 
niedokończona dziejów praca 
zastygła w niedokończeniu. 
(W słońcu listopada) 
Ijakby dalszy ciąg tej "niedokończonej dziejów pracy" - jerozolima; 
...To tu turystkę z Francji 
- nożem. 
To tam pod Ścianą 
- wieczny płacz. 
jeszcze o jerozolimie; 
Pod ścianą 
nad ścianą 
za ścianą 
jeden jest płacz 
jeden jest strach 
a tylko nas tak wiele 
i tyle w łapie starych drzazg 
tyle zaschniętych w krtani próśb. 
Ale i tam w Hajfie, gdzie; 
Śródziemne morze w oknie 
i co więcej trzeba... 
[...] 
Uśpiony szlagier z dawnych lat 
szczecińska Biała mewa 
przerzuciła nas w tamten świat... 
[...] 
Biała mewo leć z piosenką tą hen daleko na ojczysty ląd 
[...] 
śpiewaliśmy w Hajfie oboje. 
Dokądkolwiek poleciała mewa 
socrealistycznego szlagieru 
my polecieliśmy dalej 
dalej 
z piosenką tą. 
Tomik Tylko ziemia otwiera krótki wiersz pod tym samym tytułem; 


Ojcowizna to nie moja 
niczyja 
tylko ziemia 
z kamieniami w swym wnętrzu 
tylko ziemia z właściwością przyciągania. 


Ale okazuje się, że ta właściwość jest decydująca - choćbyśmy chcieli traktować ją 
"naukowo", jak coś neutralnego, realnego, danego nam ale nie danego - to; 


w zimie zamarzajezioro 
i spadają w śnieg szyszki z sosen 
tuż przed zmierzchem 


68
>>>
wczesnym wieczorem 
nagie słońce zachodzi za szosę. 


Magnetyczna siła przyciągania, newtonowska siła ciężkości, stosuje się też do ludz- 
kiego serca, nieobojętnego na to przyciąganie. 


Etapy - od Kirgizji do Nowego Jorku 
O etapach swojej drogi intelektualnej i poetyckiej pisze Anna Frajlich w swoim expose. 
Wspomina dom, który nawet w Kirgizji czy na Uralu pełen był aury kulturalnej i literackiej. 
We Lwowie w bibliotece ojca księgi religijne sąsiadowały z dziełami Heinego. Matka, która 
sama para się piórem walcząc o chleb dla rodziny nie zapomniała nigdy o pokarmie ducho- 
wym. Taka była tradycj a rodzinna - i to już szło z Anną przez całe życie. 
Nie mogę też przecenić wpływu niektórych moich nauczycieli polonistów. W latach 
50. znana była w Szczecinie, wzbudzająca szacunek i niekiedy lęk rozłożysta postać pani 
Anieli Jeżewskiej. Pamiętała ona jeszcze carską szkołę. Od nas wymagała bezwzględnego 
szacunku dla poetów, nigdy nie pozwalała zastępować pełnych imion pisarzy inicjałami, 
ale też nie była sentymentalna, czym nierzadko grzeszyły polonistki. Wszystko, czego 
mnie nauczyła pozostanie ze mną na zawsze, ale szczególnie zapamiętałam pewną ważną 
życiową lekcję. Kiedy raz zapomniałam igły na prace ręczne, pani Jeżewska, która wie- 
działa już o moich próbach poetyckich, przy całej klasie zaaplikowała mi sarkastyczną 
naukę: "Niech Frajlich nie myśli, że jak napisze wiersz, to może już zapomnieć o igle". 
Doświadczenie całego życia potwierdziło tę maksymę. Pisanie wierszy od niczego 
nie zwalnia i niczego nie usprawiedliwia. Pamiętam o igle i jeżeli na chwilę o niej zapo- 
mnę, drogo za to płacę. Nie zawężam zresztą tego do samego faktu bycia piszącą i pracu- 
jącą kobietą, ale nie uważam też, że fakt ten należy ignorować. 
Inny nauczyciel, który odegrał rolę w moim poznawaniu literatury to Stanisław Olej- 
niczak, obecnie reżyser i publicysta mieszkający w Katowicach. W czasach nasilającej się 
antysemickiej atmosfery w 1957 roku powiedział, abym przyszła do niego, jeżeli spotka 
mnie jakakolwiek zniewaga i dodał: "Ja bym takiemu komuś nie wiem co zrobił". Po 
dwudziestu paru latach znalazłam w skrzynce w Nowym Jorku jego list. To jemu za- 
wdzięczam nawiązany wówczas i kultywowany kontakt z katowickim środowiskiem aka- 
demickim. 


W 1958 r. debiutowała w prasie - na łamach "Naszego Głosu", który był polskim 
dodatkiem do żydowskiego pisma "Fołks-Sztyme" a równocześnie ogłosiła kilka wierszy 
w "Głosie Szczecińskim" i jeszcze przed maturą zdobyła sobie lokalną renomę w Szcze- 
cinie. Z tym bagażem udała się na studia polonistyczne do Warszawy. 
Kiedy przekonałam się, że na polonistyce prawie każdy pisze wiersze, wstydziłam się 
nawet zdradzić z tym, że mam na swoim koncie kilkanaście opublikowanych wierszy 
i nagrodę w poetyckim konkursie "Głosu Szczecińskiego". 
Po studiach zaczęłam pracować w czasopiśmie dla niewidomych. Było to bardzo do- 
niosłe dla mnie doświadczenie. Poznałam dość blisko to swoiste getto, nie znajdujące 
zrozumienia w społeczeństwie podobnie jak inne zamknięte środowiska. Miałam okazję 
poznać i zaprzyjaźnić się z dziś już nieżyjącym pisarzem i publicystą - Jerzym Szczy- 
głem. 
Jerzy Szczygieł, mój pierwszy szef i z czasem przyjaciel, był dla mnie chyba najtrud- 
niejszym do naśladowania wzorem. Niewidomy, bez nogi, nadzwyczaj energiczny, uta- 
lentowany, wrażliwy, prawy i o stalowej woli pisarz i dziennikarz, był i pozostał dla mnie 
jakąś miarą doskonałości. 
Wkrótce nadeszła emigracja... Gdy zdawało się, że cały jej wczorajszy świat się za- 
walił, w chwilach największego zwątpienia w Brooklynie, podtrzymywali ją na duchu 


69
>>>
i w wierze jej przyjaciele z Polski z Forum Poetów "Hybrydy" przysyłając jej pisma, 
manifesty, almanachy, gdzie często figurowały jej wiersze, jej nazwisko. I wtedy nastąpił 
jej trzeci debiut w londyńskich "Wiadomościach" "wielka przygoda pisarza emigra- 
cyjnego", którą zawdzięcza Stefanii Kossowskiej - powiedziałbym; łowczyni niezna- 
nych talentów, przyjaznej duszy emigranta. 
Anna Frajlich nie należy do tzw. "poetów zaangażowanych"; 
Chociaż pod jednym czy drugim manifestem zostałam podpisana, nie pisałam nigdy 
manifestów formalnych, a tym bardziej politycznych, niemniej jednak kilka razy wypo- 
wiedziałam się na temat tego, co uważam za swoje credo. Były to głównie wiersze 
o moim pojmowaniu poezji rozsiane w różnych tomikach. 


Ale grudzień 1981 znalazł oddźwięk w takich wierszach jak "Wigilia 1981", który 
podejmuje motyw "Pogrzebu Kazimierza Wielkiego" - Wyspiańskiego; 
Idą posępni a niosą nadzieję 
którą zabili swojscy nożownicy 
siedzą bezbronni w przepełnionej celi 
i od kul polskich na polskiej ulicy 
giną... 
- albo "Na pomnik poległych stoczniowców"; 


i pamięta poeta 
i dziecko pamięta 
pamięć jest pomnikami 
usiana jak ziemia. 


Tematem jej wierszy jest to co jest tematem życia - miłość, ból, emigracja, mijanie, 
drzewo, miasto...; 


Pisanie jest próbą zrozumienia poprzez wiersze pewnego planu, który stał się moim 
udziałem. Już Leśmian pytał w wierszu: "Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze?" 
Ja dostrzegam i w pełni doceniam blaski emigracji, odwołuję się tu do słynnego eseju Jó- 
zefa Wittlina "Blaski i nędze wygnania". O ile Leśmian pytał, "czy nie wolno nic nigdy 
porzucać na zawsze" Wittlin pisał w eseju, że nie ma powrotu, bo emigruje się nie tylko 
z miejsca, ale i z czasu. A więc może właśnie dlatego, że nie ma powrotu do czasu, ten 
czas, ten moment natrętnie powraca do mnie, niosąc ze sobą cały szereg pytań: gdzie jest 
dom? dlaczego ludzie z jednej ulicy w niewielkim mieście rozsypani są po różnych kon- 
tynentach? kto ma prawo do definicji czyjegoś miejsca? 
Wiersz "Przypowieść" wyjaśnia mój stosunek do sprawy powrotu i niemożności po- 
wrotu. A to dlatego, że żaden powrót nie jest współmierny do tego bólu, który towarzy- 
szył wyjazdowi. W swoim ostatnim tomie Znów szuka mnie wiatr, który w całości niemal 
poświęcony jest tematowi powrotu, piszę: 
Znów przejeżdżam 
nad Dworcem Gdańskim 
tylko nie mogę 
nad nim przejść 
do porządku dziennego. 


Książki i ludzie 
Anna Frajlich wspomina książki, które od dzieciństwa kształtowały jej osobowość - 
z Mickiewiczem na czele. Jej pierwszym nowoczesnym poetą był Broniewski, autor wier- 
szy o I wojnie światowej i liryków miłosnych. Pawlikowska-Jasnorzewska i Leśmian byli 


70
>>>
niemal nie do osiągnięcia w Polsce Ludowej, gdy zetknęła się z Szymborską. Wiersz 
Anny Kamieńskiej z refrenem "Przysięgałam nigdy nie przysięgać" oddziałał na nią tak, 
że nigdy nie przystąpiła do żadnej partii politycznej. Już na uniwersytecie wywarł na niej 
wielkie wrażenie Brzozowski - "rok lektur Brzozowskiego i seminaryjnych dyskusji był 
dla mnie największą przygodą intelektualną" - wyznaje. 
"Największą jednak rolę w kształtowaniu się mojego losu odegrali ludzie", począw- 
szy od rodziców oczywiście... Ale ilekroć zagrzała się w jakimś kółku - rozwiewał je 
wiatr historii... 


Kiedy w 1956 roku i później przyjaciele i bliscy emigrowali, zostawałam z tym nie- 
skończenie smutnym uczuciem, że nigdy ich nie zobaczę. Kiedy w listopadzie 1969 roku 
wyjeżdżałam z Polski, w całej rozpaczy, znajdowałam jedno pocieszenie, że zobaczę tych, 
których - zdawałoby się - pożegnałam na zawsze. I istotnie spotkałam wielu z nich, 
niektórych dopiero w 1991 roku podczas pierwszej wizyty w Izraelu. Nie spodziewałam 
się jednak, że to właśnie na emigracji, a potem przy kolejnych "powrotach", zetknę się 
z wieloma wybitnymi pisarzami na emigracji i w kraju i z niektórymi będę mogła się na- 
wet zaprzyjaźnić. Wiele z tych osób stało się dla mnie przykładem samozaparcia 
w dążeniu do samorealizacji, do osiągnięcia swojego celu w warunkach zdawałoby się 
niemożliwych. [...] 
Nie wiem, czy jest to zbieg okoliczności, czy jakaś prawidłowość, ale na istotnych 
życiowych zakrętach spotykałam kobiety, które odegrały szczególną rolę w moim życiu. 
Była to Hadasa Rubin, mój pierwszy mentor w sprawach poezji, profesor Janina Kulczyc- 
ka-Saloni, promotor mojej pracy magisterskiej na Uniwersytecie Warszawskim, Stefania 
Kossowska, która zaakceptowała wiersze wysłane do "Wiadomości", mimo że po raz 
pierwszy zobaczyła moje nazwisko i nie miałam żadnego polecenia. Któregoś dnia 
w Nowym Jorku przedstawiono mnie prof. Zoi Juriewej, rusycystce, która jest autorką 
pracy o Józefie Wittlinie. Znała moje nazwisko już z "Wiadomości". 
- Pani miejsce jest na uniwersytecie - powiedziała. Mnie samej ta myśl nie przy- 
szłaby chyba nigdy do głowy ze względu na warunki emigracyjne, trudności językowe, no 
i czas, który upłynął od ukończenia studiów w Warszawie. A jednak po latach obroniłam 
pracę doktorską i z profesor Juriewą pozostawałam w przyjaźni do końca jej życia. 
Ale istnieje też "życie prywatne", mąż inżynier, którego poznała podczas studiów. 
Wyjechali z Polski z dwuletnim synem, którego w Stanach wychowali i wykształcili. Jest 
rodzina. Za największe swoje osiągnięcie życiowe uważa ta niezwykle aktywna polonist- 
ka to, że nie musiała się wyrzec dla swojej kariery uniwersyteckiej i literackiej pełnego 
życia rodzinnego i że te dwie dziedziny, które nierzadko kłócą się ze sobą i przeszkadzają 
jedna drugiej - w jej życiu dopełniają się wzajemnie. Jak mówiła jej nauczycielka; 
"Wiersze wierszami a nie trzeba zapominać o igle" - I Anna Frajlich dobrze to zapa- 
miętała...
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


SZKICE - PRZYCZYNKI 


"WIELKIE POKUSZENIE", 
ALBO ZAPOMNIANY FRAGMENT 
ZNIEWOLONEGO UMYSŁU 
CZESŁAWA MIŁOSZA 


Mirosław Adam SUPRUNIUK (Toruń) 


l lutego 1951 roku Czesław Miłosz wystąpił o azyl polityczny we Francji. W relacji 
Józefa Czapskiego wyglądało to następująco; "Czesław wyskoczył z placówki dyploma- 
tycznej i przyjechał prosto do «Kultury», był w okropnym stanie nerwów, a myśmy go 
natychmiast przyjęli jako swojego przyjaciela"l. 
Miłosz zjawił się w domu przy l avenue Corneille naj prawdopodobniej w ostatnich dniach 
stycznia 1951 roku. Poeta traktował swoją decyzję jako samobójstwo intelektualne i nie ocze- 
kiwał zrozumienia, a jedynie schronienia przed możliwie naj szybszym wyjazdem do Stanów 
Zjednoczonych, do żony, która spodziewała się drugiego dziecka. Redaktor "Kultury" naj- 
prawdopodobniej nie miał wątpliwości, że Miłosza trzeba przyjąć i "przechować". Wykazał 
wielką mądrość polityczną (albo wielki spryt polityczny). Według ówczesnego prawa francu- 
skiego uchodźcy polityczni musieli posiadać stałe zamieszkanie i meldować w prefekturze 
wszelkie wyjazdy i zmiany adresu. Zagadnienie to należało rozwiązać możliwie szybko, aby 
nikt nie mógł oskarżyć "Kulturę" o bezprawne przetrzymywanie obywatela Polski Ludowe/, 
Za radą ministra spraw wewnętrznych Republiki Francuskiej, Miłosz pozostał w Maisons- 
Laffitte incognito i nie utrzymywał z nikim kontaktów 3 . Poinformowany przez MSW posteru- 
nek policji w Laffitte przydzielił Instytutowi "obstawę", a Miłosz wychodził z domu "Kultury" 
tylko wspólnie z Zygmuntem Hertzem i z zakrytą głową, podając się w razie konieczności za 


l R. Gorczyńska, Portrety paryskie. Kraków 1999 s 233. 
2 Por. opinię Zofii Hertz: R. Gorczyńska, Portrety, s. 234. 
3 I. Chruślińska, Była raz "Kultura "... Rozmowy z Zofią Hertz. Warszawa 1994 s. 62-63. 


73
>>>
"Kwiatkowskiego". Krótko po wizycie w Ministerstwie zjawiło się w domu "Kultury" dwóch 
funkcjonariuszy francuskiego MSW, którzy przyjęli do wiadomości decyzję poety i - jak 
wspomina Zofia Hertz - zadali kilka mało znaczących pytań dotyczących przeszłości Miłosza 
i pracy w ambasadzie PRL-u. Rozmowa odbyła się, na prośbę poety, w obecności Jerzego 
G iedroycia i była jednorazowa 4 . 
Redaktor "Kultury", wspólnie z Czapskim zaplanowali kolejne wydarzenia podpo- 
rządkowując je - jak się zdaje - zabiegom o wizę amerykańską dla Czesława Miłosza. 
Być może też wymusili na poecie zwłokę w ogłoszeniu decyzji publicznie licząc na więk- 
szy efekt propagandowy. Przez trzy i pół miesiąca Miłosz mieszkał w domu "Kultury" 
i pisał artykuł "Nie" oraz, naj pewniej również, pierwsze szkice na zamówienie "Preuves", 
drukowane później w prasie Kongresu. Niektóre z nich w 1953 roku weszły do książki La 
pensee captive (Zniewolony umys
5. Poeta czuł się źle, rzadko spotykał z ludźmi i, po- 
mijając naturalną korespondencję z żoną w Stanach, prawie nie pisał listów. "Czesławowi 
wyraźnie brakowało rozmów ze swoimi krajowymi przyjaciółmi" - napisze Zofia Hertz 
- rekompensował je kłótniami z Giedroyciem i Hertzami 6 . Starania o wyjazd do Stanów 
Zjednoczonych przeciągały się. W połowie kwietnia 1951 roku Józef Czapski, z ramienia 
Kongresu Wolności Kultury, poleciał do Nowego Jorku, by przekonać Fundację Forda do 
finansowania projektu uniwersytetu dla młodzieży zza "żelaznej kurtyny", który opraco- 
wali wraz z Jerzym Giedroyciem 7 . Czy przy okazji spotkał się z rodziną Miłosza, nie 
wiemy. Jednak wkrótce po jego powrocie podjęto w "Kulturze" decyzję o zorganizowa- 
niu konferencji prasowej, na której poeta miał oficjalnie ogłosić decyzję o pozostaniu na 
Zachodzie. 
15 maja 1951 roku nastąpiło ujawnienie. Akcję zaplanowano w szczegółach i zrealizo- 
wano przy pomocy francuskich przyjaciół "Kultury", choć nie ma pewności, że sprawa od 
początku uzgodniona była z samym Miłoszem. Wiemy skądinąd, że o wielu innych akcjach 
związanych z Miłoszem Giedroyc decydował sam, np. o apelu z poparciem z grudnia 1951 
roku poeta dowiedział się, gdy ten został wydrukowany w "Kulturze". "Giedroyc jest czło- 
wiekiem zamkniętym i nigdy nie mówi o swoich posunięciach" - napisał w liście do Wań- 
kowicza 8 . Krótko przed południem, 15 maja, Czesław Miłosz wystąpił na konferencji pra- 
sowej zorganizowanej w Paryżu, w siedzibie redakcji "Preuves", przez Kongres Wolności 
Kultury i stowarzyszenie Amis de la Liberte, i poinformował publicznie o ucieczce 
i emigracji 9 . Równocześnie w prasie francuskiej ukazał się komunikat podpisany przez Mi- 
nisterstwo Spraw Zagranicznych Francji informujący o decyzji poety. Dzień później Instytut 
Literacki rozpoczął kolportaż majowego zeszytu "Kultury" zawierającego kilka znanych już 
wcześniej, choć w okaleczonej formie, wierszy Miłosza, w tym "Moje kredo poetyckie. 
Poeta" oraz "Do T. Różewicza, poety". Majowy numer "Kultury" zawierał ponadto artykuł 


4 R. Gorczyńska, Portrety, s. 234-235; por. też: I. Chruślińska, Była raz "Kultura ", s. 63. 
5 Zastanawiające, ale pierwszy tekst o Miłoszu ukazał się w "Preuves" tuż przed "Nie", 
w maju 1951 roku (nr 3/1951). Pierwszy tekst Miłosza, artykuł" Un paien devant la Nouvelle Foi", 
ogłoszony zostałjuż w zeszycie następnym (4/1951). 
6 Z. Hertz, [O Miłoszu], Apokryf 2001 nr 15 s. 19. 
7 M.A. Supruniuk, "Kultura" - Kraj: pomoc Instytutu Literackiego dla Polski w latach 1946- 
1990. Koncepcje i realizacja. Toruń 2000 (maszynopis rozprawy doktorskiej w zbiorach Archiwum 
Emigracji BUMK). 
8 Wańkowicz i Miłosz w świetle korespondencji, podała do druku A. Ziółkowska, Twórczość 
1981 nr 10 s. 92 (list z 7.01.1952). 
9 Une conference de Czeslaw Milosz, Preuves 1951 nr 4 s. 51; A. Prudhommeaux, Le cas Mi- 
łosz, Preuves 1952 nr 12 s. 62-63; zob. też: [A. Paczkowski] ]. Andrzejewski, MIłosz'5l, Krytyka 
1983 nr 13/14 s. 203. 


74
>>>
Miłosza pt. "Nie". Jerzy Giedroyc zdążył też wydrukować kilkaset egzemplarzy specjalnego 
"listu Czesława Miłosza" do intelektualistów; literatów, dziennikarzy, ludzi nauki i sztuki 
w Kraju, który został rozesłany wraz z "Kulturą". List był też parokrotnie czytany i komen- 
towany w "Voice of America" oraz przez samego Miłosza w Radio France Internationale lO . 
Na kilka dni przed konferencją ukazał się majowy zeszyt czasopisma "Preuves" z obszer- 
nym szkicem redakcji na temat Miłosza. 
Jeżeli jednak Miłosz lub, co bardziej prawdopodobne, Jerzy Giedroyc, spodziewali 
się, że oficjalna konferencja prasowa w siedzibie Kongresu oraz komunikat Quai d'Orsay 
ułatwią poecie starania o wizę amerykańską to bardzo się zawiedli. Amerykanie oskarżyli 
Miłosza o kryptokomunizm i stanowczo odmawiali zgody na wjazd od Stanów Zjedno- 
czonych. Nie pomogły ani zabiegi Czapskiego, który latem 1951 roku był w Stanach 
ZjednoczonychlI, ani wspólne starania Konstantego A. Jeleńskiego i Edwarda Borow- 
skiego, wówczas dyplomaty RP przy stolicy watykańskiej, do którego zwracał się sam 
poeta l2 . Na nic zdały się zabiegi amerykańskiego oddziału Komitetu, który - pomimo 
sprzeciwu Miłosza 13 - interweniował w sprawie wizy dla niego publikując apel na ten 
temat w "New York Times", "New Leader" i "New York Herald Tribune" . Zdaniem 
Miłosza, odmowa podyktowana była donosami, petycjami i niemal jednobrzmiącym sta- 
nowczym protestem Polonii, która domagała się, by władze amerykańskie nie "wpuściły 
do Ameryki szkodliwego osobnika [...J poetę Miłosza, piewcę bierutowskiej Polski". 
Donosy składane były też do władz francuskich l4 . Czy winę za taki stan rzeczy ponosili 
Polacy z Londynu - jak uważali redaktor "Kultury" i sam poeta - czy raczej reguła 
prawna zakazująca wstępu do Ameryki każdemu, kto piastował urząd w państwie za "że- 
lazną kurtyną" - nie sposób dzisiaj potwierdzić. Sam Miłosz dał jednak pewne w tym 
względzie wskazówki. Mówiąc o efektach swoich starań w powołaniu katedry polonistyki 
na Columbia University konstatował; 
Rozpętało się piekło w całej prasie polonijnej przede wszystkim, i amerykańskiej, że to 
penetracja komunistyczna i ambasada polska wsadziła swoją wtyczkę. Zacząłem dostawać 
sterty wycinków, które posyłałem do Warszawyl5. 
W innym miejscu napisze jeszcze mocniej, choć z sarkazmem; 
winien byłem poważnego przestępstwa, bo [...] stworzyłem pierwszą katedrę literatury 
polskiej w Ameryce, osadzając na niej profesora Manfreda Kridla - ale za pieniądze 
Warszawy, czyli bolszewickie 16. 


Nie wydaje się, by wraz z legalizacją pobytu we Francji polepszyła się sytuacja fi- 
nansowa Miłosza. Okres francuski w swojej biografii będzie poeta wspomniał jako wy- 
pełniony pracą twórczą i zarobkową, codziennym wiązaniem końca z końcem. "Z uciech 


10 ]. Giedroyc, ]. Mieroszewski, Listy 1949-1956, cz. l, wybrał i wstępem poprzedził K. Po- 
mian. Warszawa 1999 s. 125. 
11 Pisze o tym A. Janta w liście do W. Iwaniuka: Samotność słowa. Z listów do Wacława Iwa- 
niuka: józefWittJin, Kazimierz Wierz)ński, Aleksander janta-Połcz)ński, oprac. i wstępem opatrzył 
L. M. Koźmiński, Lublin 1995 s. 140. 
12 ]. Giedroyc, KA Jeleński, Listy 1950-1987, wybrał, oprac. i wstępem opatrzył W. Karpiński. 
Warszawa 1995 s. 84. 
13 Cz. Miłosz, Listy do józefa Wittlina, Zeszyty Literackie 2001 nr 3 s. 135. 
14 Cz. Miłosz, Abecadło Miłosza. Kraków 1997 s. 32; zob. też: Wańkowicz i Miłosz, s. 93. 
15 A. Fiut, Rozmowy z Czesławem Miłoszem. Kraków 1981 s. 108. 
16 Cz. Miłosz, Abecadło, s. 31-32,153-158 - tam więcej na temat okoliczności powołania katedry. 


75
>>>
starczało na paczkę gauloise' ów i kieliszek vin ordinaire dziennie" 17. Miłosz nadal 
mieszkał w Maisons-Laffitte i, chcąc być przydatnym, pisał artykuły i tłumaczył dla 
"Kultury" angielską poezję i artykuły, np. fragment książki A. Koestlera The Age ot Lon- 
ging, który ukazał się w numerze 9/1951 lub szkic Milady Suczkowej o literaturze cze- 
skiej. W czerwcu wyszedł zapomniany już prawie szkic "Poezja i dialektyka", o uwarun- 
kowaniach pisania i publikowania wierszy w Polsce w kontekście powstania "Nowej 
Kultury" 18. Jeździł też z odczytami na temat sytuacji inteligencji w państwach komuni- 
stycznych, zaliczał kolejne konferencje i sympozja Kongresu Wolności Kultury, pisywał 
do prasy Kongresu artykuły polityczne i literackie oraz felietony radiowe dla BBC. Przed 
wojną pisywał recenzje filmowe i teatralne m.in. w "Pionie". Teraz przyszło mu wrócić 
do tamtej profesji i pisać podobne do "Preuves". Pierwsze większe pieniądze przyjdą 
dopiero w 1953 roku wraz z nagrodą za Zdobycie władzy oraz honorariami za tłumacze- 
nia nagrodzonej powieści, a także Zniewolonego umysłu. Dopiero wtedy będzie mógł 
sprowadzić żonę i synów z Ameryki, a później wynająć dom w podparyskim Brie-Comte 
Robert. 
Tymczasem, w oczekiwaniu na wizę amerykańską Miłosz pracował nad Zniewolonym 
umysłem. W rozmowie z Włodzimierzem Boleckim, w końcu lat 90. powie; 
Temat mój był jasno sprecyzowany. Chodziło mi o opis środowiska, które dobrze znałem, 
a więc przede wszystkim literatów, bo pisząc o nich, mogłem pisać również przez intro- 
spekcję o sobie. Natomiast nie miałem zakreślonego z góry planu, i książka rozrastała się 
w miarę przybywania rozdziałów. 
W innym miejscu poeta powiedział; 
Zniewolony umysł napisałem wtedy, kiedy byłem przekonany, że skończyła się moja po- 
ezja, bo pójście na emigrację doprowadzało mnie do rozpaczy. Chciałem taki przynajm- 
niej zrobić użytek z pióra, wypełniając zobowiązanie. Bo czułem się zobowiązany moral- 
nie. Czyli Zniewolony umysł był wynikiem obowiązku i samodyscypliny19. 
Miłosz wspominał, że zaczął pisać Zniewolony umysł latem 1951 roku, a książka była 
gotowa już na początku roku następnego. Potwierdzają to informacje w listach Jerzego 
Giedroycia do współpracowników 2o . Pomijając szkic "Ketman", który powstał naj wcześniej 
i opublikowany został po polsku w "Kulturze,,21 zanim ukazał się w "Preuves", ani jeden 
więcej fragment Zniewolonego umysłu nie został udostępniony czytelnikom po polsku przed 
pełnym wydaniem książki w roku 1953. Książka czy może raczej materiał do książki, 
znacznie szerszy niż końcowy efekt, powstawał w pośpiechu, naj pewniej na zamówienie 
"Preuves" i Kongresu. Niektóre fragmenty Miłosz ogłaszał drukiem, planowo, np. "Murti- 
Bing", lub z okazji wydarzeń; tak było ze szkicem o Tadeuszu Borowskim ogłoszonym 
w "Preuves" po śmierci pisarza. Przed ostateczną wersją książkową niektóre ze szkiców 
ulegały przeróbkom, inne Miłosz naj pewniej usuwał, by nadać Zniewolonemu umysłowi 
formę jednolitą i spójną. Nie sposób wykluczyć, że szkic "Un pa'ien devant la Nouvelle Foi", 
ogłoszony w zeszycie 4/1951 "Preuves", a następnie przedrukowany we florenckim "II 
Ponte" (8/1951) stanowi jedną z wczesnych wersji "Ketmana", jeszcze surową. Być może 


17 R. Gorczyńska, Portrety, s. 219; tak samo: Cz. Miłosz, Abecadło, s. 74. 
18 Francuski przekład tego szkicu ukazał się niemal równocześnie w "Preuves". Tekst przedru- 
kowany został jedynie w zbiorze Cz. Miłosza Poszukiwania, wydanym w 1985 roku w podziem- 
nym wydawnictwie CDN. 
19 A. Fiut, Rozmowy, s. 112. 
20]. Giedroyc, KA Jeleński, Listy, s. 54, 58. 
21 Kultura, 1951 nr 7-8 s. 24-43. 


76
>>>
też do Zniewolonego umysłu należał pierwotnie również inny tekst, wydany w listopadzie 1951 
roku po francusku, szkic "La grand e tentatian. Le drame des intellectueles dans des democra- 
ties populaires" (Wielkie pokuszenie), ukazujący na podstawie własnych doświadczeń psy- 
chologiczne przyczyny współpracy intelektualistów w krajach Europy Wschodniej z władzą 
totalitarną. Dlaczego nie wszedł do zbioru - możemy się jedynie domyślać. We wrześniu 
1951 roku poeta zaproszony został do Andlau (k. Strasbourga) na konferencję Kongresu W 01- 
ności Kultury poświęconą psychologicznym wpływom komunizmu na intelektualistów w kra- 
jach tak totalitarnych, jak i wolnych, oraz wartościom, w imię których Zachód może docierać 
do intelektualistów poddawanych ideologii stalinowskiej. W konferencji odbywającej się mię- 
dzy 10 a 15 września udział wzięli pisarze, naukowcy i dziennikarze m.in.; Roger Caillois, 
Jules Monnerot, Wladimir Weidle, Nicola Chiaramonte, Paul S. Epstein, John Hopkins, Sidney 
Hook, Jules Margoline, Denis de Rougemont, Franc;ois Bandy i Czesław Milosi 2 . Miłosz 
zdecydował się odczytać gotowy tekst, nadając mu osobny i samowystarczalny żywot, 
a komisja wydawnicza Kongresu uznała, że należy go opublikować. 
Bibliografia Czesława Miłosza autorstwa V olynskiej-Bogert i Zalewskiego notuje 
cztery osobne wydania tego szkicu; dwa po francusku, po jednym po włosku i duńsku 23 . 
Informacje te powtórzyła Jadwiga Czachowska w piątym tomie słownika Współcześni 
polscy pisarze i badacze literatur/A. Nie udało się, niestety, potwierdzić istnienia drugie- 
go francuskiego wydania broszury w 1952 roku i naj pewniej mamy tu do czynienia 
z pomyłką bibliografów Miłosza. Jeszcze w roku 1953 "Preuves" informowało, że posia- 
da egzemplarze wydania z roku 1951, nie było zatem powodu do wznowienia. Ponadto 
wydanie z roku 1951 zostało wydrukowane przez, przywołane jako wtóry wydawca, So- 
ciete des editions des Amis de la Liberte. Wydaje się natomiast, że w 1952 roku ukazało 
się również wydanie niemieckie zatytułowane Die grosse Versuchuni 5 . Ponadto 
w numerze 7/1952 czasopisma iberoamerykańskiego "Sur", ukazującego się we Francji 
przedrukowano tekst w całości po hiszpańsku 26 , a w zeszycie 4/1952 miesięcznika "Pro- 
blems of Communisme" (Washington) angielskie streszczenie pt. "The Intellectual in 
a People' s Democracy". Poeta wspomina, że treść Zniewolonego umysłu dyktował Andre 
Prudhommeaux, który nadawał książce właściwą francuską f ormę 27. Wolno przypuszczać, 
że również La grande tentatian przełożył na francuski A. Prudhommeaux, choć nie zo- 
stało to nigdzie zaznaczone. Broszura dopełniona została rysunkiem portretu Miłosza 
autorstwa Bernarda Millereta, który ukazał się wcześniej w "Preuves" (4/1951 s. 9) 
La grande tentatian zostało entuzjastycznie przyjęte przez prasę francuską i brytyj- 
ską, było też szeroko komentowane w czasopiśmie młodej emigracji rosyjskiej "Littera- 
turni Sovremennik" wychodzącym w Monachium 28 . Przytoczmy kilka opinii zanotowa- 
h P ,,29 
nyc w" reuves ; 


22 La semaine d'etude d 'And la u, Preuves 1951 nr 8 s. 32. 
23 R. Volynska-Bogert, W. Zalewski, Czeslaw Mllosz: an international bibliography 1930- 
1980, Ann Arbor 1983 s. 9. 
24 l], Czachowska] ].Cz., Mllosz Czesław, [w:] Współcześni polscy pisarze i badacze literatu- 
ry: słownik biobibliograficzny, oprac. zespół pod red. ]. Czachowskiej i A. Szałagan, t. 5: L-M, 
Warszawa 1997 s. 408. 
25 Inf. na ten temat zawierają kolejne zeszyty "Preuves" począwszy od 18-19/1952 s. 127. 
26 Zob. Preuves 1952 nr 17 s. 64. 
27 A. Fiut, Rozmowy, s. 112. 
28 Preuves 1952 nr 17 s. 64. Zob. też: Time Literary Supplement, 2.03.1952. 
29 Preuves 1952 nr 14 s. 59. 


77
>>>
Trzeba przeczytać te 20 stron wydanych przez PREUVES: przejmująca głęboka analiza, 
jasność stylu i spokój tonu, usiłowanie zrozumienia i szczerość Autora czynią dokument 
niezbędnym, w pierwszym rzędzie, dla intelektualistów w krajach ze Wschodu. 


(Arts) 


Bez niepotrzebnej polemiki, ale z duchem szczerości, który porusza, Autor analizuje po- 
stawę i świadomość intelektualistów, wyjaśniając je w sposób naturalny i przejrzysty. 
( Contacts) 


To nie jest jakaś broszura, lecz istota rzeczy. Trzeba to przeczytać i przemyśleć. 
(Pierre Loewel, L 'Aurore) 


Strony przejmujące szczerością. 


(Georges Rigassi, La Gazette de Lausanne) 
Pierwodruk szkicu ukazał się w serii "Essais et T emoignages". Collection de la 
Revue "Preuves", jako trzecia broszura po; Que veulent les Amis de la Liberte? (1951); 
Denis de Rougemont, Les libertesque nous pouvons perde (1951). W roku 1952 w serii 
wydrukowany został szkic Arpada Szelpala, Budapest: Destin d'une Universite. 
Szkic La grande tentation stał się początkiem wieloletniej współpracy Miłosza 
z Kongresem Wolności Kultury. W latach 50. Czesław Miłosz związał się z KWK na 
dobre. Brał udział w niemal wszystkich europejskich sympozjach i odczytach naukowych 
Kongresu m.in.; w maju 1952 roku uczestniczył (wraz z Romanem Palestrem i] ózefem 
Czapskim) w odbywającym się w Paryżu "Festiwalu sztuki" zorganizowanym przez 
KWK. Pisałem o tym szerzej w innym miejscu, nie ma powodu by powtarzać znane fak- 
ty30. Zdaniem Franc;ois Bondy' ego, redaktora "Preuves", Miłosz był najważniejszym 
współpracownikiem prasy Kongresu. Publikowane na łamach "Preuves" fragmenty La 
pensee captive, były pierwszym wielkim tekstem, jaki ukazał się w miesięczniku; "dzięki 
Zniewolonemu umysłowi ludzie przestali nas uważaĆ za pismo antykomunistycznej ame- 
rykańskiej propagandy i zaczęli traktować poważnie"31. 
Konstanty ]eleński zauważył, że jedną z najważniejszych i "najbardziej owocnych ini- 
cjatyw Kongresu było wydanie artykułów i broszur Czesława Miłosza oraz zorganizowanie 
mu odczytów". ]eleński dodawał też, że "Murti-Bing" Miłosza miał bardzo dobry odbiór 
wśród zachodnioeuropejskich intelektualistów. Wymienił Benedetto Croce, który miał uwa- 
żaĆ szkic ten "za rewelację", ale też pisarzy nie związanych z ideologią antysowiecką, czy 
antykomunistyczną; Elio Vittorini czy Alberto Moravię; "argumenty Miłosza przemawiały 
do nich szczególnie przekonywująco" - pisał ]eleński. - "Wśród intelektualistów francu- 
skich Miłosz uważany był za człowieka, który z niezwykłą ostrością wizji analizował dyle- 
maty pisarzy wobec komunizmu. Mogę się tu powołać na opinię Alberta Camusa i Rene 
Chara"32. Opinia Camusa była zdaje się również ważna dla Miłosza, który w liście do Wań- 
kowicza napisze; "tacy czytelnicy jak Camus są zdolni zrozumieć tragedię [moją] lepiej niż 
Polacy"33. ]eleński przytoczył jeszcze świadectwo "naj starszego bojownika antytotalitary- 
zmu na Zachodzie"; Michaela Polanyi'ego, który powiedzieć miał, że odczyty Miłosza 


30 Por.: M. A. Supruniuk, Czesław Miłosz i Kongres Wolności Kultury, Archiwum Emigracji 
1998 z. l s. 95-102. 
31 F. Bondy, Gombrowicz, Zeszyty Literackie 1989 nr 27 s. 44. Pierwszym fragmentem Znie- 
wolonego umysłu w "Preuves" (9/195 I) był "B, ou ]' Amant malheureux", poświęcony Tadeuszowi 
Borowskiemu z dużym portretem Borowskiego, nie pozostawiającym wątpliwości co do identyfi- 
kacji "B". Kolejne fragmenty ukazywały się w roku 1952 i 1953. 
32 KA. Jeleński, List do Redakcji, Wiadomości 1953 nr 13 s. 4. 
33 Wańkowicz i Miłosz, s. 92. 


78
>>>
zrobiły wielkie wrażenie na lewicowych studentach angielskich 34 . Ten sam ]eleński napisze 
jednak w innym miejscu, wbrew świadectwu Bondy'ego i samego Miłosza - choć być 
może uwagi te nie są całkiem w sprzeczności - że w 1951 roku Paryż przypominał lewi- 
cowy salon, w którym Zniewolony umysł "wywołał zgorszony bojkot"35. 
Esej Miłosza La grande tentatian nie wywołał reakcji polskich publicystów na emi- 
gracji dobrze przecież znających język francuski. Został szybko sklasyfikowany jako 
wtórny wobec "Nie" i zapewne opublikowanego nieco wcześniej w "The Twentieth Cen- 
tury" "Murti-Binga", a zatem wrogi emigracji. 1, bodaj, poza artykułem Adama Pragiera 36 
w "Wiadomościach", nie poświęcono mu zupełnie uwagi. Być może jednak nieżyczliwy 
ton tekstu Pragiera zniechęcił do lektury. Pisał on bowiem; 
"Wielka Pokusa czyli dramat intelektualistów w demokracjach ludowych" - pod takim ty- 
tułem Czesław Miłosz ogłosił imaginacyjny wizerunek duchowego rozwoju intelektualisty 
w dzisiejszej Polsce. Ma to być obraz obiektywny, sama prawda. Miłosz nie wypowiada ja- 
koby swojego sądu o sprawach, o których pisze. Z doboru faktów i przemilczeń, z tonu 
i słów wyłania się wszakże jego własna postawa, a może zamierzenie. [...] Miłoszjest na po- 
zór tylko obserwatorem, a nie chwalcą, ale sugeruje ocenę, która wypadać musi dodatnio. 
Robi to umiejętnie. Sposób ujęcia tych spraw u Miłosza bardzo niewiele odbiega od urzę- 
dowej wersji sowieckiej. Wersja ta mówi: lud w porywie ku wolności zerwał kajdany 
i buduje nowe szczęśliwe życie. [...] I jak w wypowiedziach urzędowych sowieckich, tak 
w całym wypracowaniu Miłosza nie ma ani jednego włókna, związanego z rzeczywistością 
życia w Polsce. Uderza właśnie najmocniej - obcość rzeczywistości. 


Wydaje się jednak, że wystąpienia i publikacje Miłosza największe znaczenie miały 
dla lewicowej inteligencji na Zachodzie. Po procesie Dawida Rousseta z komunistycznym 
tygodnikiem "Les Lettres Franc;aises", zakończonym w styczniu 1951 roku, mało kto miał 
jeszcze wątpliwości co do istnienia obozów koncentracyjnych w "ojczyźnie wielkiego 
językoznawcy", a powołany w czerwcu roku 1950 Kongres Wolności Kultury znalazł - 
jak się wówczas wydawało - oręż do walki z sowiecką propagandą. Europa oczekiwała 
diagnozy, która umożliwi wyleczenie się z "mądrej choroby". Zachodni intelektualiści 
potrzebowali czegoś w rodzaju podręcznika postępowania, który pozwoli im "z honorem" 
przyznać się do komunizmu, a następnie "z honorem" od niego odejść. I Miłosz napisał 
La grande tentatian, a później Zniewolony umysł tłumaczony i wydany w kilku językach. 
Dzięki Miłoszowi publicystyka Kongresu osiągnęła wysoki poziom i zaczęła przyciągać 
uwagę i szacunek wrogiej mu lewicy francuskiel 7 . Rolę i znaczenie Zniewolonego umy- 
słu w "dojrzewaniu" zachodnioeuropejskich komunistów podkreślał również Thomas 
Merton; "jest to książka, która powinna była zostaĆ napisana" - pisał, dodając, że 
z cierpienia Miłosza wypłynęło "dobro dla innych"38. Miłosz był Europie Intelektualistów 
potrzebny do czasu. Wraz z rokiem 1956 zmienił się ich stosunek do komunizmu, 
a w nowej polityce nie było już miejsca dla Miłosza. 
Niniejsze wydanie oparto na podstawie wydania francuskiego w serii "Essais et Te- 
moignages" . Collection de la Revue "Preuves". 


34 KA. Jeleński, List do Redakcji, s. 4. 
35 KA. Jeleński, O "Ziemi Ulro" po dwóch latach, [w:] tegoż, Szkice. Warszawa 1990 s. 113. 
36 [A. Pragier] Pandora, Stachanowiec na wygnaniu, Wiadomości 1952 nr 11 (311) s. 3. 
37 F. Bondy, Intelektualna Europa, rozmawiała Iza Chruślińska, Przegląd Polityczny 1997 
nr 33/34 s. 64-69. 
38 W: O dziele Czesława Miłosza - głosy z lat 1937-2000, Zeszyty Literackie 2001 nr 3 - 
dodatek s. 17. 


79
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


LA GRANDE TENTATION 
LE DRAME DES INTELLECTUELS 
DANS LES DEMOCRATIES POPULAIRES 


Czeslaw MILOSZ 


A Varsovie, Prague, Budapest, Bucarest, Sofia, au centre du systeme circulatoire de 
chaque democratie populaire, se trouve un monde special comprenant les maisons de 
1'Union des Ecrivains, les Instituts de Diamat, les redactions et firmes editoriales officielles, 
les salles d' exposition et de concert. Des gens - dont les jours s' ecoulent entre les livres, les 
luttes personnelles et la signature incessante de nouvelles resolutions - y forment un cercle 
ferme et qui, pour le profane, a quelque chose de mysterieux et d'irreel. Ils sont comme sus- 
pendus dans les nuees au-dessus des simpies habitants du pays. On peut comparer leur 
navire de nuages a l'ile volante des Philosophes creee par l'imagination de Swift. Le systeme 
stalinie n est une dictature philosophique, et ce monde aerien domine tout c' est par le 
resultat du travail des intellectuels que sont formees la mentalite de l' enfant a l' ecole et celle 
du lecteur de journaux au de livres. Mais ce travail est base sur des concepts donnes, 
acceptes sans discussion. L'intellect est considere, non comme un organe de creation, mais 
comme un instrument d'execution; il doit donner un rendement immediat a ceux qui 
gouvernent. Ce qui ne donne pas ce rendement n' est pas considere comme intellect. 
]' ai appartenu a ce cercle il n'y a pas longtemps; voila seulement quelques mois que j' ai 
rompu mes liens avec la Pologne. ]'ai fait cela a contre-CCEur, to ut simplement parce queje 
ne voyais pas d' autre issue. 
Je voudrais ecarter ici un malentendu. Personnellement, aucun danger ne me menac;ait 
en Pologne. L' ecrivain des Democraties populaires se trouve au sommet de l' echelle sociale 
et jouit de tous les privileges, pourvu qu'il se rende utile. Le caractere de ma poesie, tell e 
que je la pratiquais jusqu' en 1950, m' exposait sans doute a certains reproches (on 
m'accusait d'un penchant vers la «metaphysique» et le tragique pur). Neanmoins, on me 
comptait parmi les poetes reconnus. On m' appreciait aussi comme traducteur de poetes 
etrangers, en particulier de Shakespeare. Comme la majorite des ecrivains de 1'Europe cen- 
trale et orientale, je n' ai jamais appartenu au Parti; on ne me considerait pas comme un 
stalinien;j'etais un «bon pa'ien», c'est-a-dire un homme qui n'est pas reactionnaire et qui n'a 
pas eu, dans san passe, de sympathies pour la droite. Avant la guerre,je ne cachais pas mon 
attitude hostile envers les antisemites dont la propagande jouissait, a cette epoque, d'un suc- 


81
>>>
ces considerable. ]' ai passe la guerre a Varsovie, ecrivant et publiant clandestinement contre 
le nazisme. Apres cela, on m' a envoye aux Etats-Unis comme attache culturel. Le fait que je 
n' etais pas communiste a plut6t facilite cette nomination; c' etait encore l' epoque du 
liberalisme transitoire. ]' ai passe quelques annees sur le territoire americain, envoyant 
toujours en Pologne mes poemes, mes traductions et mes articles aux revues, et prenant part 
a des polemiques litteraires; plus tard, on m' a fait attache culturel a Paris, mais je n' exen;ai 
que peu de temps cette fonction. Pendant mon dernier sejour a Varsovie, je me suis rendu 
compte que je ne pourrais plus, desormais, publier autre chose que de la p r o p a g a n d e. 
On exigeait de moi une orthodoxie stricte. C' est alors que j' ai pris ma decision. 
Puisque je connais bien 1'IIe, suspendue dans les nuages, c' est -a-dire les intellectuels des 
Democraties populaires, je vais tilcher d'en donner une description aussi precise que 
possible, quoique reduite aux lignes principales. 


LE PROBLEME DE LA FUlTE 


II faut constater que chacun des artistes au des savants des Democraties populaires s' est 
trouve en 1945 devant ce dilemme; emigrer, au travailler dans san pays. Personne n' etait 
assez na'if pour s'imaginer que les exigences de Moscou ne seraient pas de plus en plus 
grandes; cependant, l' opinion generale se prononc;a comme suit les intellectuels devaient 
rester sur place; toute fuite serait un signe de faiblesse. En fait, il existait une chance, 
precaire sans doute, d'un «chemin national vers le socialisme» - et il faut remarquer 
qu' aucun intellectuel ne voulait du retaur a l' etat de choses d' avant guerre. II s' agissait de 
profiter des annees de liberte relative pour organiser la vie culturelle, compaser de bonne 
musique, publier le plus possible de bons livres, et s' opposer par tous les moyens a la 
pression russe. Le jeu commenc;a, un jeu qu'il est tres difficile de presenter a ceux qui ne 
l' ant pas connu; - seuls, les intellectuels de 1'Est au ceux qui se sont evades recemment en 
savent les secrets. II n'est pas susceptible, comme j'ai pu le constater, d'etre compris a 
l' etranger. Dans ce jeu, les meilleurs sentiments humains etaient en cause, et d' abord, 
l' amour pour le pays, terriblement devaste par la guerre. On commet une erreur en posant un 
signe d' equation entre l' attitude des Occidentaux qui se stalinisent et celle des hommes qui 
travaillent pour le regime dans les Democraties populaires. En principe, c' est de sa propre 
volonte qu'un Occidental devient le serviteur de la doctrine communiste (encore que ce fait 
prenne, parfois, un tour presque inevitable; en France, par exemple, un ouvrier en dehors du 
parti se sent isole). Dans les Democraties populaires au chaque habitant est, par necessite, 
une piece du mecanisme d'Etat, il n'existe pas une grand e difference politique entre le 
fonctionnaire de ministere, le professeur d'universite et le membre de 1'Union des ecrivains. 
De meme, la difference s' efface entre les membres du parti et les «sans-parti». L' institution 
des «compagnons de route», bien qu' elle soit nee en Russie, a pris en Occident une 
signification tellement bien definie qu'il serait injuste d'en cher cher 1'application dans les 
Democraties populaires. Le «compagnon de route» occidental est un homme de gauche, 
cooperant de san propre gre avec le parti. Ce degre de cooperation est, a 1'Est, un minimum 
vitalement indispensable pour chaque citoyen. 
Le drame de l'intellectuel dans les Democraties populaires consiste en ce que san destin 
se joue en dehors de la compassion du monde. L'Occident, incapable de penetrer le jeu com- 
plexe qui se deroule dans les pays du glacis sovietique, considere tous les ecrivains, artistes 
et savants qui sont actifs dans ces pays, comme des staliniens par conviction. L' attitude de 
l' emigration politique envers ceux qui fant partie, la-bas, de la «machine», est decidement 
hostile. Et pourtant beaucoup d' artistes et de savants de ces pays ant voyage a l' etranger 
apres la guerre, au me me travaille dans des postes diplomatiques; et seul un pourcentage 


82
>>>
mlmme a resolu le probleme interieur par la fuite. «Je retourne ił mon camp de 
concentration», m' a dit un de mes amis ił l' etranger; et chacun de ceux qui rentraient pensait 
la me me chose. Mais, tout de meme, ils rentraient. Parfois, c' etaient des raisons de famille 
qui en decidaient; pourtant, ceux-lił me mes qui n' etaient pas lies par des obligations de cette 
sorte prenaient le che min du retaur. Le motif general, etait le sentiment du devoir envers la 
nation et la honte de profiter d'une possibilite privilegiee d'evasion. Pendant la derniere 
guerre, j'ai connu ił Varsovie beaucoup de Juifs qui, pouvant rester en dehors du Ghetto, y 
sont rentres de leur propre chef, conscients qu'ils choisissaient la mort. Les liens de 1'homme 
avec la collectivite sont extremement forts. Le sentiment de loyaute de l'individu envers le 
groupe social est un motif d' action plus puissant qu' on ne suppose. J' ai eu l' occasion 
d'eprouver cela par moi-me me parce que j'ai choisi, de mon propre clief, le sejour sous 
l' occupation nazie, et qu' apres la guerre je me suis defendu comme je pouvais contre le fait 
de devenir un emigre. Ce motif de loyaute agit ił 1'Est d'une maniere particulierement forte 
chez les ecrivains, les compositeurs, les artistes et les savants - c'est-ił-dire chez les 
«travailleurs de la culture». Dans 1'Europe centrale et orientale, on soulignait toujours 
particulierement la fonction sociale de ces travailleurs de la culture et on la comprenait 
comme un devoir envers la collectivite. Etant attache culturel ił Washington, je demandai ił 
un jeune savant polonais, qui etait arrive comme boursier aux Etats-Unis, ce qu'il voulait 
faire de lui-meme; il m' a repondu que retourner en Pologne serait pour lui une solution 
hero'ique et rester un signe de faiblesse, mais qu'il ne savait pas s'il pourrait trouver la force 
du choix hero'ique. Cet homme n' etait pas stalinie n et il me parlait en toute franchise. 
Imaginans qu'il se decidat ił agir hero'iquement; evidemment, les passagers du bateau sur 
lequel il voyageait le traiterent comme un bolchevik dangereux, tandis que les emigres le 
notaient comme un serviteur fidele du regime odieux, sinon comme un agent de la police 
secrete. 
Fuir ił 1'etranger, au rester ił 1'etranger, dans 1'opinion des intellectuels vivant 
aujourd'hui dans les Democraties populaires, est synonyme de renoncer ił la fonction 
sociale. Un savant emigre, s'il a de la chance, peut trouver du travail dans un laborataire; 
mais il ne travaillera pas pour san pays, et ses possibilites, en matiere de credit pour les 
recherches scientifiques, seront plus etroites que ce n' est le cas dans un systeme qui est 
particulierement large envers les savants. Un metteur en scene, un acteur connu, fera la 
vaisselle dans un hotel; le compositeur devra commencer ił nouveau sa carriere. Quant ił 
l' ecrivain, il sera prive de san public et, par lił-meme, de la possibilite de rien publier dans sa 
langue. Ses livres seront ecartes des bibliotheques; san nom sera pronance comme celui d'un 
traitre, et lu i-me me devra gagner san pain par un travail exterieur ił sa profession. 
U n intellectuel qui fuit ił l' etranger, que peut - il faire pour lutter contre le stalinisme et 
influencer l' opinion de san pays? Cette lutte serait 1'unique justification morale de la fuite, 
aux yeux de ses compatriotes qui restent. Helas!... II ne peut faire que tres peu de choses. 
Tout d'abord, 1'Occident n'a jamais attribue aux intellectuels auta nt d'importance pour la 
formation de la vie sociale que ce n' a ete le cas en Europe orientale. Aujourd'hui, le systeme 
stalinie n considere les intellectuels comme un outil de premier ordre. 
Secondement, les autorites soupc;onnent le nouveau venu, et le jeu qui se passe ił 1'Est 
est trop complique pour qu' elles sachent au juste ił qui elles ant affaire. Enfin, dans les 
milieux d'emigres, 1'opinion regnante est hostile ił celui qui s'enfuit. En un mot, le transfuge 
s'expose ił des humiliations sans bornes. Je peux illustrer cette situation en citant un 
fragment du poeme satirique qui a paru ił Varsovie apres mon depart 
Tu sentiras la culture chez les brutes de la Military Police 
Dont les mains tiennent le visa tellement desire, 


83
>>>
Tu gemiras pour un asile, et les agents stupides 
Mettront leurs pieds sur la table pour que tu leches leurs bottes 
I1 existe un conf1it entre les politiciens d' emigration et les intellectuels. C' est quelque 
chose de plus que le conf1it classique entre emigrations, vieille et nouvelle. On peut y trouver 
les tra ces du conf1it de deux groupes sociaux. En Europe centrale-orientale, il y a contraste 
entre l'i n t e 11 i g e n t z i a et les intellectuels. Le terme «intelligentzia» embrasse 
l' ensemble des gens qui possedent une certa in e education et ne gagnent pas leur vie par un 
travail physique; nombre de traits caracteristiques definissent ce groupe qui, par ses mCEurs, 
etait recemment encore 1'heritier de la noblesse. Par exemple, un medecin, un fonctionnaire 
des Postes, un avocat, un redacteur de ministere, appartiennent a l'intelligentzia. Les 
intellectuels proprement dits sont ce que l' on appelle l'intelligentzia c r e a t r i c e. Ce sont 
les savants, les hommes de lettres et les artistes; entre eux et l'intelligentzia (qui est 
l' equivalent de la classe moyenne en Occident), il existait, des avant la guerre, des 
contradictions d'interets. La difference entre les deux groupes s'est accentuee plus tard, lors- 
que les intellectuels sont devenus une caste ploutocratique du systeme nouveau, tan dis que 
l' ancienne intelligentzia est tombee au rang des parias sous la pression d' une intelligentzia 
nouvelle, d'origine proletarienne, constituant un groupe special tout a fait different. 
La pIu part des politiciens d'emigration appartiennent, par leur origine, a l'intelligentzia 
d' avant guerre, et leur mentalite est consideree par les intellectuels createurs comme un 
residu fossile du passe. Les relations entre les deux clans ne sont pas empreintes de 
sympathie. I1 y a d'une part le mepris, de 1'autre la rancCEur d'un groupe qui a perdu sa 
position sociale contre un groupe demeure vigoureux. «Nous n' avons aucune chance de nous 
comprendre avec les reactionnaires de l' emigration; il vaut mieux travailler avec les 
staliniens.» Combien de fois n'ai-je pas entendu cette phrase? Dans ces conditions, la fuite 
d' un intellectuel est traitee a l' Est comme un passage dans le n i r van a. Ce n' est pas une 
solution honorabie. L'intellectuel qui s'enfuit se libere de la souffrance que lui impose la 
pression du regime, choisit une duree purement physiologique. L' oubli couvrira san nom 
dans san pays. Sa fuite equivaut a sa mort. 
Le choix est donc entre deux genres de maI, et rester en place est considere comme le 
moindre. Pendant ces derniers cinq ans, plusieurs centaines d' artistes, savants, ecrivains 
polonais se sont rendus en Occident; tres peu ant decide de ne pas rentrer. Ceux qui sont 
restes ant passe dans le nirvana, et personne dans leur pays ne sait rien a leur sujet. I1 y a 
cependant parmi eux des esprits de premier ordre. 
]' ai discute souvent avec mes amis le probleme de la fuite. T ous, y compris d' ardents 
catholiques, etaient d' opinion qu' une pareille decision doit etre individuelle, mais qu' il vaut 
mieux ne pas rompre les liens avec sa nation pour n' obtenir que la liberte «purement 
negative», c' est -a-dire la liberte sans la possibilite d' aucune realisation artistique au 
politique. Si toute la nation est plongee dans une situation tragique, il faut partager le sort 
commun en tachant de faire ce qu' on peut. Apres tout, traduire Shakespeare est une activite 
socialement utile, tan dis que travailler dans une usine de 1'Ouest, rien que pour se maintenir 
en vie, n' est pas une activite meritant ce nom. 
]'ai toujours dli me declarer d'accord avec de pareils arguments. Je ne voulais pas 
devenir un emigre, et ma fuite fut un coup de folie individuel. ]' avais compris que le jeu etait 
fini pour moi et que je n' eviterais pas d' ecrire une ode en 1'honneur du «Pere des Peuples» 
au un poeme sur Felix Djerjinski. I1 est possible que cela vaille la peine d'ecrire un poeme 
pareil pour pouvoir traduire Shakespeare; mais je n' etais pas capable de payer ce prix. 
La fuite d'un intellectuel a, d'ordinaire, des consequences tragi-comiques. Comme je 
rai dit, notre monde, c'est-a-dire le monde des intellectuels des Democraties populaires, est 


84
>>>
un monde ferme, et les lois qui le regissent ne sont pas connues de l' exterieUL Quiconque 
sort de ce monde rencontre, non seulement le malentendu quand il s' agit de ses intentions, 
mais encore l'incapacite de s'expliquer publiquement, a moins d'ecrire to ut un livre. Pour 
1'Occidental, l' affaire est plut6t simple; on etait lie avec un pays communiste, on etait donc 
stalinien; si on «choisit la liberte», cela veut dire qu' on est revenu de ses illusions. J' ai lu 
beaucoup d'articles, dans la presse d'emigration polonaise, au sujet de ma fuite vers 1'Ouest. 
II est curieux de noter que 1'unique article montrant une certaine comprehension du 
probleme a paru en Suede, c'est-a-dire dans un pays au les emigres, grace a un aff1ux 
constant de nouveaux venus, sont mieux informes sur les regles dujeu. Qu'il me soit permis 
de detacher quelques passages de cet article, non pour attirer l' attention sur moi, mais pour 
qu'ilsjettent une lumiere sur 1'ensemble du probleme; «La periode de plusieurs annees, pen- 
dant laquelle la gauche polonaise etait d' opinion que le terrain de la lutte se situe seulement 
a l'interieur de la Pologne, est definitivement close. La fuite de Milosz est, en quelque fac;on, 
symbolique; il n' etait pas communiste, mais il etait de gauche, et d' opinions avancees. Ainsi, 
il appartenait a ceux dont les communistes veulent a to ut prix se faire des a 11 i e s, et qu'ils 
considerent en fin de compte comme leurs pires e n n e m i s.» 
J' ai tac he de presenter la situation des intellectuels a 1'Est en demontrant combien il est 
injuste de reduire leur affaire a une question de convictions politiques. La peur de perdre la 
fonction sociale est un motif puissant. Qui fuit ne peut se debarrasser d'un sentiment de 
trahison envers ceux qui restent. L'unique moyen de se liberer de ce sentiment est l' activite. 
Quant a moi, je tac hera i d'etre actif comme ecrivain; et, seulement quandje parviendrai a la 
conclusion que j' ai perdu la partie et quand je me sentirai completement impuissant, je 
passerai dans le n i r van a. 


LA TACTIQUE 


Les intellectuels dans les Democraties populaires sont mis dans la position au ils 
peuvent devenir la nouvelle aristocratie, sous la condition absolue qu'ils obeissent toujours. 
Comme le creur repand le sang a travers l' organisme, de me me leur tache, d' apres le dessein 
du parti, doit consister a repandre dans le corps sociall'idee directrice; ils propagent le mate- 
rialisme dialectique dans sa version stalinienne. En alIant lentement et patiemment pour 
rendre l'intellectuel digne de cette tache, le parti, c'est-a-dire Moscou, est resolu a faire sa 
conquete a to ut prix. L' ancienne intelligentzia est destinee a disparaitre. A sa place, la 
nouvelle intelligentzia ouvriere doit entrer en fonction. Quant aux intellectuels, on a besoin 
de leur nom, de leur talent et de leur savoir, qui ne sont pas remplac;ables. 
L'immense majorite des intellectuels se sont prononces pour la revolution. Cette 
revolution n' avait pas dans les Democraties populaires un caractere spontane. Elle etait 
menee a coups de decrets venant d' en haut et appuyee sur la force de l' Armee rouge. C' etait 
une revolution bureaucratique. Tout de meme, la nationalisation de l'industrie et la reforme 
agraire etaient considerees comme des mesures utiles. Les points litigieux etaient l'inde- 
pendance nationale et l' adoption de la doctrine stalinienne; sur ce terrain, les intellectuels 
deployerent une sourde resistance et ils furent aides par les tendances des masses au sein de 
leur nation, ces tendances qu' on pourrait definir comme au moins dissidentes. La tactique 
appliquee a l' egard des intellectuels peut, dans ses grandes lignes, etre presentee ainsi: 


1. Donner et ne rien demander d' abord en echange. 
De me me qu'on a donne la terre aux paysans et qu'on ne leur a rien demande au 
commencement, de me me on a assure aux ecrivains la possibilite d'imprimer leurs reuvres, 
aux musiciens 1'usage des salI es de concert, aux savants l' acces des laborataires; et de 


85
>>>
grand es possibilites se sont ouvertes alors, car, dans les Democraties populaires, le 
gouvernement consacre a ses buts culturels des sommes immenses. D' ailleurs, le public, 
apres des annees de guerre, etait avide de livres, de publications, de spectacles et de 
concerts. La vente de la matiere imprimee allait croissant. On ouvrait de nouveaux theatres 
d' avantgarde. Les intellectuels tacherent de profiter de cette periode de boom qui dura 
quelques annees pour publier ce qu'ils avaient ecrit pendant la guerre, discuter les problemes 
esthetiques et sociaux, traduire de bons ecrivains occidentaux et, generalement, remplir les 
lacunes creees par la guerre. 


2. Augmenter Ja pression graduellement, pour ne pas creer de point de resistance 
psychique. 
C' est la une regle tres importante. II faut eviter une situation dans laquelle le patient 
pourrait crier; non! En produisant une atmosphere convenable et en appliquant des 
pressions delicates, on mene le patient vers les concessions. II se dit «Bah! ce n' est rien. 
]' ecrirai bien cet article si, grace a cela, on doit me laisser en paix pour que je puisse 
travailler a mon roman, qui n'est pas dans la ligne.» Ce resultat obtenu, on augmente 
doucement la pression des critiques, des exigences. Le patient se dit «]' ai deja ecrit un 
article de ce genre, a quo i bon faire une histoire pour si peu de chose !» II s' agit de faire 
en sorte que le patient ne puisse parvenir a aucune decision; pour cela, chaque 
augmentation de dose est insignifiante, et la difference avec l'etape precedente reste trop 
faible pour que cela «vaille la peine» de resister. Le resultat est tel qu' apres quelques an- 
nees, le patient avale des doses enormes. Beaucoup de gens sont inconsciemment 
parvenus de cette maniere a ecrire, peindre et enseigner d'une fac;on tres orthodoxe. 
Quelques-uns, mais en petit nombre, se sont aperc;us du piege et se sont aussit6t enfuis 
pour eviter la suite du traitement. Mais la pIu part ant bien compris le jeu et l' ant accepte 
en utilisant toutes les possibilites de resistance qu' il peut offrir. IIs ant fait des 
concessions mesurees, calculant a chaque pas les gains et les pertes et supputant si la 
difference est de leur c6te. Par exemple, «il vaut la peine» d' ecrire un article attaquant les 
existentialistes si, grace a cela, on peut publier un poeme qui se moque du realisme 
socialiste. Cela «vaut la peine» de mettre sa signature sous une declaration politique si, en 
echange, on peut faire valoir sa bonne renommee et tir er de prison un de ses parents. Cela 
«vaut la peine» d' ecrire de la musique pour une chansan glorifiant le systeme si, pour ce 
fait, on obtient la permission d'executer une symphonie. Voila la regle du jeu. Ce n'est 
pas seulement un jeu individuel; il s'agit de sauver beaucoup d'institutions, de groupes, 
d' ateliers, de revues, etc. Le developpement graduel de ces compromis individuels et 
collectifs est une des raisons pour lesquelles les intellectuels de l'Est, en general, n'ont 
pas cru necessaire de devenir des emigres. 


3. Mettre Je vin nouveau dans Jes vieilles outres. 


II importe au systeme de conserver les institutions universellement connues et 
universellement honorees en les employant comme fac;ade. Peu a peu, on les remplira d'un 
contenu nouveau. Par exemple, on changera un musee celebre en une galerie d' exposition 
consacree a la propagande. On gardera le nom d'une revue connue et on en changera la 
redaction. La me me chose se pratique avec les hommes. On conservera leur visage et leur 
nom; mais on les videra et on les remplira d'une nouvelle philosophie. Tel ecrivain, qui etait 
connu comme un catholique zele, signera de san nom des attaques contre le Vatican. Cette 
transformation, qu' on dirait magique, n' est pas magique du tout. Ce n' est que le resultat du 


86
>>>
principe; «L' existence determine la conscience». En creant des conditions speciales au le 
patient est enferme, on atteint le but sans grand e difficulte. 


4. Eviter autant que possibJe Jes pressions directes et utiliser Ja pression des situations. 
II ne faut pas s'imaginer qu'en Democratie populaire quelqu'un ardonne aux 
intellectuels, de fac;on positive, d' ecrire ceci, de peindre cela, de faire des recherches 
scientifiques dans tel au tel sens. Au contraire, on souligne ił chaque pas que personne ne 
farce personne ił rien, que to ut est volontaire. Ce principe est applique d'une manier e 
generale, pas seulement aux intellectuels. Personne n' ardonne aux paysans de farmer des 
kolkhoses, non!... On les ruine avec l'imp6t; on leur prend leur ble; on les harasse par le 
moyen des brigades de jeunes, et la situation apparait sans autre issue que de farmer un 
kolkhose. De meme, l'intellectuel, ił un moment donne, s'aperc;oit qu'il d o i t ecrire un 
poeme sur un sujet donne. Ce poeme sera considere comme un acte volontaire, quoique 
l' auteur, ił vrai dire, ait ete accule ił la necessite de l' ecrire. 


5. Ne pas pennettre ił Ja solidarite de groupe de se fonner. 
Sous l' occupation nazie, la solidarite des intellectuels etait bien developpee. II suffira de 
dire, par exemple en Pologne, qu'il ne se trouva qu'un ecrivain (u n s e u 1) qui collabara 
timidement avec les Allemands. Cette solidarite se maintint quelque temps apres la guerre. 
Mais, tres vite, elle fut remplacee par une nouvelle hierarchie. Les divisions surgirent entre 
«bien vus» et «maI vus». A leur tour, les bien vus se sont divises en «mieux vus», «moins 
bien vus» et «toleres». Cette division a san equivalent dans la vie de 1'usine, au la 
hierarchisation de la masse ouvriere, d'apres 1'arthodoxie politique et d'apres 1'emulation 
socialiste, fait toujours de nouveaux progres. 
Les regles tactiques enumerees ci-dessus ant donne de bons resultats. Le jeu est presque 
gagne par le parti. L'impartance de cette victoire, c' e s t q u e c e q u i n' e s t p a s 
e x p r i m e n' e x i s t e p a s; l'insatisfaction des masses ne peut trouver aucune expres- 
sion, sauf le reflexe emotionnel, du moment que ceux qui manient la plume, le pinceau au le 
ciseau, n' expriment que l' optimisme officiel. Le pouvoir sur l'intellectuel donne la cle pour 
gouverner le pays. Le jeu resistant se continue, mais avec de moins en moins de succes. Les 
effarts des ecrivains, des compositeurs et des peintres, qui s' effarcent de ne pas tomber au 
niveau du realisme socialiste russe, sont desesperes. 


LES TRANSFORMATIONS 


Dans les Democraties populaires, nous avons affaire avec un phenomene completement 
nouveau dans 1'histoire. Ce fait ne trouve pas d' analogie en Russie, au l' evolution s' etendit 
sur une plus longue periode et avait, au commencement du moins, des traits de spontaneite. 
On ne saurait le rapprocher non plus des dictatures passees et presentes qui ne sont pas des 
dictatures philosophiques. Les pays de la Democratie populaire ant ete soumis ił un systeme 
elabare dans ses maindres details, dont chaque etape etait planifiee d' avance. C' est vraiment 
l' application la plus scientifique, au «materiel humain», des principes du materialisme 
dialectique. 
Les conditions etablies, en accard avec le principe que l' e x i s t e n c e d e t e r m i - 
n e l a c o n s c i e n c e, fant que beaucoup de questions posees en Occident sont sans 
objet. II serait, je pense, oiseux de se demander si les habitants de Mars sont chretiens au 
bouddhistes. De meme, la division entre communistes et non-communistes, qui existe en 


87
>>>
Occident de fac;on si marquee, perd san importance dans les Democraties populaires. Un 
grand nombre de membres du parti ha'issent le systeme; mais, de me me que les sans-parti, ils 
sont soumis a un dedoublement interieur qui les rend inclassables d' apres les criteres 
occidentaux. De gre au de force, il faut ici raisonner dialectiquement et renoncer a o u i = 
o u i e t n o n = n o n. 
Les phenomenes psychiques qui apparaissent dans les Democraties populaires sont 
fascinants pour l' observateur. ]' avoue que je suis captive par eux et que j' essaie de les 
analyser dans un livre que j' ecris. C' est une tilche extremement difficile, a cause de la 
nouveaute du theme. En me me temps, c'est une sorte de devoir. 
On parle de l'intellectuel communiste. Je comprends que ce terme puisse trouver une 
application en France et en Amerique. Mais, des lors que, dans les Democraties populaires, 
il existe une situation de fait, il n' est pas facile de trouver un critere d' appreciation. 
L' appartenance au parti ne fournit pas de moyens de discrimination. Un ecrivain que je 
connais et qui, apres avoir passe quelque temps en territoire d' occupation russe au 
commencement de la guerre, n' avait pas montre beaucoup de sympathie pour le com- 
munisme, tira de sa poche devant moi, en 1945, la carte du P.C. et me dit «]'en avais assez 
de cette peur d'etre deporte. C'est fini.» Un autre de mes amis, un artiste membre du parti, 
declare quand il est ivre; «Votre socialisme,je passerai au travers !» D'apres un troisieme, le 
centre intellectuel du monde s' est deplace de 1'Occident a Moscou, et c' est une preuve 
suffisante que Moscou ne peut pas perdre; il ne reste qu'a tirer les consequences de ce fait. 
La question se presente autrement chez les jeunes. Mais, la aussi, les considerations de 
doctrine ant moins d'importance que le monde tel qu'il est. Elles se heurtent au «fait» qu'il 
existe seulement un systeme de pensee possible, et que 1'Occident est une peripherie au il ne 
se passe rien qui soit digne d' attention. 
Evidemment, 1'element temps change les hommes; beaucoup de ceux qui ant mene le 
jeu, pied a pied, se resignent et embrassent l' orthodoxie avec un grand enthousiasme. 
L'homme veut croire; il ne peut pas vivre dans un etat. de negation permanent. Le rythme de 
transformation est tres rapide; quiconque voudrait s'immobiliser recule et il est deja range 
parmi les reactionnaires. I1 faut «rattrapeP) le rythme de la vie, pleine d'un travail collectif et 
fievreux. Les possibilites, pour ceux qui veulent agir, sont illimitees. C' est un systeme au la 
question d' argent ne joue aucun role, sous la condition qu' on soit utile. L' orthodoxie devient 
une condition de bonheur; elle assure cet essor qui pousse automatiquement 1'homme a «rat- 
trapeP). Un nombre croissant d'intellectuels passent par une crise interieure qui est doulou- 
reuse, mais apres laquelle 1'homme est capable enfin d'embrasser la Nouvelle Fai. Qu'il soit 
converti ne veut pas dire qu'il se debarrasse du dedoublement, mais signifie qu'il peut agir 
- c'est-a-dire que les maillons intellectuels qui lui manquent sont desormais fournis; d'une 
maniere au d'une autre, il s' est convaincu que les doutes qui l' obsedaient n' avaient pas de 
sens. Ces doutes subsistent, mais sur un autre plan. On dirait sur un plan parallele. 
En analysant la psychologie de cet intellectuel, je tilcherai d'enumerer les arguments 
principaux qu'il emploie envers lui-meme. 


1. La necessite historique. 
Les evenements en Europe, entre les deux guerres mondiales, et la marche de l' Armee 
rouge sur Berlin ant grandement impressionne les habitants de 1'Europe centrale et orientale. 
Le communisme luttait contre le fascisme, et le fascisme a ete vaincu. Est-ce que cela ne 
confirme pas la these du leninisme-stalinisme selon laquelle, dans le monde contemporain, il 
y a seulement le fascisme et le stalinisme et que c' est le fascisme qui doit crouler? 
Quiconque parvient a une tell e conclusion ne doit pas se placer dans le camp qui est 


88
>>>
condamne, implicitement, par l'etre qui a pris dans notre siecle la place de Dieu, c'est-a-dire 
l'Histoire. Un ecrivain qui ecrit contre l'Histoire sera impuissant et ecrase. 
La Pologne, que les dirigeants russes ant toujours consideree comme le pays le plus 
important pour leurs interets, car il etait le pant vers l'Europe, a vecu ce dilemme d'une 
manier e particulierement penible. n y avait la, pendant la guerre, une resistance contre les 
nazis extremement forte. Ce mouvement de resistance dependait du gouvernement en exil a 
Londres. L' insurrection de Varsovie qui eclata en 1944 avait deux buts; liberer la capitale 
des Allemands et, en me me temps, prendre le pouvoir avant que l' Armee rouge, qui 
approchait deja, n'entrat dans la ville. C'etait !'insurrection d'une mouche contre deux 
geants. L'un des geants s' arreta sur le bord de la Vistule et attendit que l' autre ecrasat la 
mouche. Un geant travailla deux mois a ecraser cette mouche, en employant les avions, 
l' artillerie la plus lourde et les tanks. nI' ecrasa enfin, et puis il fut jete a terre par l' autre 
geant qui avait attendu patiemment. Pres de 200.000 personnes perirent a Varsovie et la ville 
fut changee en un Hiroshima plus grand que celui du Japon. Voila la preuve qu'aucune 
troisieme force n' est possible. La destruction de Varsovie devait soulever la haine envers 
l'Union sovietique. Et cette haine ne manqua pas a la Pologne, mais, graduellement, elle a 
commence a produire le respect pour la fatalite de la force. L' Armee rouge agissait comme 
!'instrument de l'Histoire, comme un pouvoir impersonnel. En realite, a-t-on dit, un monde 
nouveau est en train d'etre cree, avec Moscou comme capitale, et peut-etre n'y a-t-il plus de 
place pour les nationalismes utopiques. n est curieux de noter que le Diamat, qui a deux 
cotes, dialectique et materialisme, a ete soumis au changement dans la mesure me me des 
succes remportes; on souligne, en to ut cas, dans les Democraties populaires, pluto t le 
determinisme, c'est-a-dire plutot la necessite des processus que leur contingence. 
Pour presenter maintenant un tableau de ce que fut !'influence de cette necessite sur les 
esprits, je dirai quelques mots sur un personnage de ma connaissance, M. X.., qui habite 
Varsovie. X.. est un artiste. n provient d'une famille riche. Avant la guerre, sa profession ne 
pouvait lui permettre de vivre independant; aujourd'hui, ses parents, autrefais fortunes, sont 
ruines, tandis qu'il a unjoli appartement et mene une vie prospere. X.. est un homme bien 
eleve et d' esprit raffine. n mene le J eu avec une grande finesse. n cede ses positians 
lentement; il accorde ce qu'il faut a un moment donne, et rien de plus. n faut dire que dans le 
Systeme, l' agilite intellectuelle est hautement appreciee. Plus cette agilite est grande, plus on 
obtient de liberte. X.., dont les ripostes sont toujours bien placees et dont la maitrise de la 
dialectique n' est pas moindre que celle des philosophes du Parti, se tient habilement en 
equilibre sur la corde raide. Apres la guerre, il a voyage plusieurs fois a l' etranger. n m' a dit, 
a Varsovie; «Enfin, to ut cela me parait une sorte de deluge. Ces petits pays de l'Europe 
occidentale seront submerges et il ne restera que l' Amerique - comme un rocher sur lequel 
grimperont les derniers survivants, en s' entretuant au bord du precipice. Le deluge biblique 
de Gustave Dore! Quant a moi, Je prefere avoir c;a derriere moi.» 
X.. est, de sa nature, un observateur des evenements, et la defaite de la Russie, si elle 
survenait, serait accueillie par lui non sans plaisir. En me me temps, ses c£uvres deviennent 
lentement une glorification moderee du stalinisme. Considere qui voudra que X.. est «un 
intellectuel communiste». 
La necessite historique est le plus fort argument employe dans les Democraties 
populaires. Dans les mass es du Parti, et me me chez les plus hauts dignitaires, cette fai en la 
necessite va de pair avec la haine. Malgre tout, la liberte comme «verite de la necessite», de 
Hegel, est une liberte difficile a atteindre. L'homme n'aime pas la necessite, me me s'il sait 
devoir s'y soumettre. L' argument de la necessite a un cote faible. Ce n' est rien que le culte 
de la force qui se deguise en lai de l'Histoire. Si la Russie trebuchait, la haine amassee 
pourrait devenir un torrent devastateur. 


89
>>>
2. L 'integration de l'intellectuel. 
L' alienation de l'intellectuel en Occident a ete depuis longtemps un sujet de 
consideration pour beaucoup d'esprits. L'intellectuel se sent pose en dehors de la societe; 
etranger ił la bourgeoisie, dont il est le plus souvent issu, auta nt qu' aux masses ouvrieres. Le 
sens de san activite est, le plus souvent, peu comprehensible pour san entourage, ił 
1'exception d'un petit groupe professionnel. Par exemple, 1'histoire de la poesie occidentale 
peut nous enseigner bien des choses sur l'isolement du poete et sur ce qui en resulte; 
1'hermetisme de san style. 
Le stalinisme cree un nouveau type de societe au l'importance particuliere est assignee ił 
la «culture». Ce qu' etait, dans les societes chretiennes, l' Eglise avec ses rites religieux acces- 
sibles ił chaque habitant du village, est fourni dans le stalinisme par le Coin rouge, les 
conferences, les cours politiques, etc... II existe aussi une liturgie, la me me pour tous les pays 
qui s' etendent de 1'Elbe ił 1'Ocean Pacifique. 
Le Coin rouge pour l' equipage d' un bateau appartenant ił une Democratie populaire ne 
differe pas de celui d'un village isole dans les montagnes; les portraits, la couleur rouge, les 
discours prescrits sont les memes. La «culture» ainsi diffusee est, ił vrai dire, equivalente ił 
l' «education politique», qui n' est pas tout de me me conc;ue etroitement, puisque la doctrine 
est universelle et peut etre appliquee de la me me fac;on au present et au passe de 1'humanite. 
L'histoire de la Reforme, au les c£uvres des poetes du XIX e siecle, peuvent fournir 
l' occasion de considerations rattachees ił l' ensemble. Jamais auparavant, on n' imprimait les 
classiques avec des tirages aussi importants que dans les Democraties populaires, d' accord 
avec le principe que «le Proletariat est 1'heritier de 1'Humanite». Le fait que les classiques 
sont mis ił la portee de tous, et la creation d'un interet re el pour les problemes historiques et 
litteraires dans les masses, sont un serieux argument en faveur de la nouvelle religion 
seculiere. La «culture» ainsi conc;ue, qui n' est rien d' autre que l' organisation de la 
distribution sur le plan mental, change completement le caractere du travail confie aux ecri- 
vains, aux compositeurs et aux peintres, car elle leur ouvre une consommation de masse. 
Au XIX e siecle, pour la premier e fois, apparut la popularisation de la science. Quand 
certaines theories scientifiques - par exemple celle de Darwin - sont devenues celebres, 
les brochures populaires ant mis ces theories, sous une forme simplifiee, ił la portee de tous. 
II se cachait dans ce fait un grave danger; les theories ainsi vulgarisees avaient peu de choses 
en commun avec ce qui constituait precedemment leur role d'interpretation scientifique; 
mais elles devenaient un element sociologique de premier ordre. Les autodidactes ił la Adolf 
Hitler ant puise leurs connaissances dans de tell es brochures populaires pseudo- 
scientifiques. 
Dans le stalinisme, ce danger apparait presque ił l' etat pur. T out est explique et, ce qui 
est pire, un demi-analphabete, politiquement eduque, commence ił croire qu'il comprend 
tout; c' est un systeme de ponts construit au-dessus des abimes. II est defendu de regarder en 
bas, dans les profondeurs, si bien qu' on oublie leur existence. 
Evidemment, il y a des degres differents d'initiation. Un philosophe qui interprete 
Platon d' apres les regles du Diamat se trouve sur un niveau plus eleve que les mass es 
auxquelles est livree en pature une version predigeree. Mais un philosophe doit aussi 
simplifier; le sort de G. Lukacs, quLvoulut appliquer aux matieres complexes des methades 
complexes, peut servir d' avertissement. 
Donc, le lien indubitable avec la masse, ce lien que l'intellectuel doit ił l' orthodoxie, est 
paye assez cher. Mais l'intellectuel du XX e siecle souffre particulierement de san isolement, 
et il est' pret au sacrifice pour se trouver parmi les hommes; l' argent et les honneurs qui 
tombent dans sa main sont un signe externe de san utilite dans l' organisme social. 


90
>>>
L'integration a beaucoup de charme, meme pour ceux qui continuent ił jouer le Jeu 
defensif. Par exemple, un grand nombre d'historiens de la litterature, travaillant ił preparer 
de nouvelles editions des textes anciens, considerent ce genre de travail comme digne de 
concessions poussees tres loin. 


3. Le rythme de ta vie. 
Le wasteland decrit par T.S. Eliot, sur lequel vivent tant de gens de 1'Occident, n' est pas 
un lieu enviable de sejour. Ce n' est pas ici mon affaire de penetrer les causes qui nous ant 
menes ił ce point. En to ut cas, par exemple au Moyen Age, il n'y avait pas de signe 
d' equation entre la «vie persannelle» et la «vie physiologique». La vie persannelle, alors, 
etait aussi bien la duree physiologique que la vie de l' ame immortelle. A la fin de Wasteland, 
le tonnerre parle en sanscrit et formule les bases de la morale. Tandis que T.S. Eliot lu i- 
me me cherchait une issue au Wasteland dans une contemplation religieuse en ecrivant Ash 
Wednesdayet Four Quartets, ceux qui ne pouvaient pas supporter la vie dissipee entre les 
etats nerveux et les flux et reflux de l' energie animale, et qui ne pouvaient pas suivre le 
che min de T.S. Eliot, cherchaient une issue au wasteland dans le social. Ils sont devenus un 
materiel particulierement souple pour la nouvelle doctrine qui revendique d' etre la verite 
scientifique. Je m'interesse particulierement ił 1'histoire de la poesie de ces dernieres annees. 
J' ai eu l' occasion de suivre l' evolution de beaucoup de poetes des Democraties populaires. 
Cette evolution se dirigeait en courbe ascendante ił mesure que l' auteur enrichissait san 
c£uvre de nombreux elements de la vie collective. Ces elements sont, sans doute, necessaires 
ił la poesie. Le solipcisme ne mene ił rien. Cependant, quand l' c£uvre d' un poete s' impre- 
gnait du sa cia!, ił tel point qu'il n'y restait plus rien hors la politique, la courbe tombait 
subitement et le plus grand talent n'y pouvait rien. C' est un piege du sa cia!, et il guette tous 
les artistes des Democraties populaires. Quand on y met le pied, il est difficile de s' en tirer. 
La vigueur de la premiere phase, quand les Democraties populaires ne demandaient aux 
intellectuels que l'i n t e r e t ił la vie collective, a convaincu beaucoup de gens qu'ils se 
trouvaient enfin en Terre promise apres etre sortis du wasteland au ils sejournaient avant la 
guerre. Une fois acceptes tous les inconvenients du systeme, le rythme de la vie dans une 
grande collectivite liberait l' ecrivain du cercle de la solitude persannelle. Du reste, la 
periode de l' occupation nazie avait cree la croyance que l' ecrivain doit etre «engage». Ce 
qui se produisit apres guerre ne paraissait etre que l'intensification de cet etat de choses. 
Malheureusement, le realisme socialiste russe, dernierement introduit, n' est pas 
seulement l'interet pour le socia!, c' est une discipline tellement precise, et qui exige une tell e 
dose de mensonge et de pompierisme, que la Terre promise se change tres vite en Sahara. 
Malgre cela, bien des ecrivains et des artistes, apres avoir ete enivres par les premiers signes 
euphoriques de la sante recouvree, ne peuvent plus vivre sans la doctrine qui dissout 
1'homme completement dans le sa cia!, et qui condamne toutes les manifestations de la vie 
persannelle, comme n' etant rien de plus que «la physiologie», «la psychologie» et «la 
mystique». 


4. La necessite pratique. 
Un ecrivain, un professeur d'universite, un peintre, un compositeur, doit «rattrapep. 
Autrement, il perdra sa place dans l' echelle sociale et se trouvera dans la misere. Des motifs 
d' ambition agissent aussi; parmi ceux qui ne peuvent «rattrapep, se trouvent avant to ut les 
hommes d'une mentalite decidement reactionnaire, les hommes ages, les esprits devots au 
fermes. Ils ne pourraient, me me s'ils le voulaient, suivre le peloton. Se trouver parmi eux 
n' est pas une chose dont on puisse se vanter. Quiconque «rattrape» fait la preuve de la 


91
>>>
vigueur et de ragilite de san esprit. lci, de nouveau, s'impose la comparaison avec 1'usine; le 
systeme stakhanoviste joue sur l' ambition des ouvriers, et ceux qui sont fiers de leurs 
muscles, heureux de la coordination de leurs mouvements, desireux de se faire remarquer, 
prennent la premiere place. L' adaptation ił la ligne dans le domaine de la science et de l' art 
perd san sens ideologique et devient une habilete professionnelle comme les autres. Le con- 
formisme devient la vertu superieure. II en est qui se revoltent; un plus grand nombre fait san 
metier avec un cynisme compiet. Mais la majorite des intellectuels ne peut supporter un 
dedoublement total et parvient ił la fai par la pratique. De meme, les assemblees dans les 
clubs, les cours politiques ant une influence considerable sur la population. II est bien connu 
que 1'Eglise catholique met l' accent plut6t sur la pratique religieuse que sur la fai theorique; 
la fai vient par surcroit quand on frequente 1'eglise, va ił confesse, etc... L'intellectuel qui 
prend une part active dans la vie de san syndicat - de san union d' ecrivains au d' artistes - 
en rec;oit une empreinte conventionnelle. Apres quelque temps, il ne peut plus parler ni 
penser autrement que san entourage. II ne peut me me plus ecrire pour mettre des manuscrits 
au tiroir, car une action de ce genre apparait depourvue de sens. 
En somme, tous les arguments que 1'homme emploie envers lui-meme, dans un cas 
semblable, se reduisent au sentiment qu'une autre societe que celle creee par le stalinisme est 
impossible. La necessite historique devient quelque chose de beaucoup plus profond que la 
simple preponderance des chances de victoire pour la Russie. Tout est parfaitement logique. 
Vouloir quelque chose d'autre serait vouloir que 2 fois 2 ne fassent pas 4, mais 5. La pensee 
du retaur vers 1'etat de choses d'avant guerre parait absurde, et on ne voit pas d'autre che min 
que le stalinisme vers la civilisation basee sur le primat du social. 
L'enthousiasme du monde nouveau coexiste avec la haine. Je connais des gens dont 
chaque moment de la vie est rempli de la haine pour Staline, et cependant ils sont 
communistes fideles. 
Le citoyen des Democraties populaires doit consacrer beaucoup de temps ił ce qu' on 
appelle le travail sa cia!, et ił la participation aux assemblees. II est toujours parmi les 
hommes et on ne lui laisse guere de temps pour la solitude. Etant toujours parmi les hommes 
et soumis aux demandes du conformisme, il agit comme un acteuL Une verite existe pour lui 
dans un petit cercle d'amis; une autre s'impose dans un lieu pub lic. De cette fac;on, une 
hierarchie de verites apparait. 
Dans les pays d'lslam, durant la periode de floraison des sectes, il n'y avait pas, parait- 
il, de musulmans absolus. L'unite exterieure cachait une diversite infinie de croyances - et 
me me des philosophies qui rejetaient l'Islam en secret, to ut en gardant pour lui le respect 
exterieUL La methode de comportement qui consistait ił dire des choses completement 
opposees aux convictions intimes, pour se proteger contre les soupc;ons, s' appelait dans les 
pays d'lslam «Ketman». La pratique du Ketman etait consideree comme Une activite 
honorabie. C'etait la preuve de 1'habilete. Du reste, le Ketman etait souvent une question de 
vie au de mort. 
En observant la vie dans les Democraties populaires, j' ai pu constater que le Ketman y 
est universellement pratique. Les uns pensent que les theories sovietiques de l' art sont 
absurd es; d'autres sont contre la theorie de Lyssenko; d'autres encore rangent toute la 
politique des nationalites conduite par Moscou parmi les entreprises criminelles. II ne 
manque pas de gens qui regardent le Diamat sceptiquement, croyant que c' est une methode ił 
vrai dire pragmatique, qui est un produit d'une certaine periode historique et qui disparaitra 
quand le communisme sera realise. Beaucoup observent avec crainte l' equilibrisme du 
Kremlin dans le domaine de la politique internationale, en pensant que Moscou peut 
facilement aller trop loin. 


92
>>>
Le Ketman, qui a beaucoup de varietes, ne mene pas a la resistance vraie contre le 
stalinisme. Au contraire, un homme aime san Ketman et grace a cela il commence a aimer 
la Nouvelle Fai, car sans elle san Ketman ne serait plus possible. Le Ketman a beaucoup 
d' avantages. 
Pour les apprecier, il suffit d'observer la vie des pays occidentaux. Les intellectuels y 
souffrent d'un genre particulier de «taedium vitae»; leur vie emotionnelle et spirituelle est 
trop dispersee. Tout ce qu'ils pensent et sentent se volatilise connue des vapeurs vers 
l' espace infini. La liberte est pour eux un fardeau. Aucune des conclusions auxquelles ils 
parviennent ne les engage; il peut «en etre ainsi», mais il peut «en etre autrement». De la un 
malaise continuel. Tandis que le Ketman consiste a se realiser contre quelque chose. Les 
vapeurs qui se volatilisent sont ainsi comprimees. Celui qui pratique le Ketman souffre a 
cause de 1'obstacle qu'il rencontre, mais si 1'obstacle vient a disparaitre soudainement, il se 
trouve en face du vide, ce qui peut-etre est beaucoup plus desagreable. Je crois que 1'homme 
de notre epoque n'a pas de centre interieur et c'est pourquoi la Nouvelle Fai Offre tant de 
charmes aux intellectuels. Cette Nouvelle Fai, en soumettant 1'homme a la pression de san 
entourage, cree ce centre; en to ut cas, elle cree l'impression que ce centre existe. Un de mes 
amis, dialecticien du Parti, me criait, naguere, a Varsovie; «Mais tu ne peux pas ecrire en 
partant de toi-meme!... Dans 1'homme, il n'y a rien, rien, rien.» Ainsi, dans 1'homme, il n'y a 
rien, to ut est produit du determinisme social; de la, sa peur panique de se couper du collectif 
dans lequel il vit. Il ira, avec ce collectif, partout, me me en Enfer, pour ne pas etre seul. 


L'OCCIDENT 


Les methades employees a 1'Est pour avilir 1'Occident sont trop connues pour qu' on 
doive les mentionner ici. Le citoyen des Democraties populaires entend du matin au soir la 
me me musique; la marche funebre du monde capitaliste courant a sa ruine. On lui dit que la 
mart de 1'Occident est deja inscrite dans les faits. Ce qui se passe maintenant, c' est l' agonie, 
c'est-a-dire le fascisme. Dans la conscience du citoyen, cela equivaut a choisir entre 
1'hitlerisme, qu'il connait par experience, et le stalinisme. Voila le profit evident realise 
grace a la decouverte des «lais de 1'histoire», c'est-a-dire grace a la construction des ponts 
au-dessus de la realite. Le Jeu des intellectuels, grace a l'immense farce suggestive de cette 
situation, est purement interieur; tout se passe comme si la victoire du stalinisme etait 
decidee. L' evolution qui se deroule dans les Democraties populaires est consideree comme 
la prefiguration d'une destinee qui deviendra commune aux Franc;ais, aux Italiens, aux 
Anglais, aux Americains. 
Les intellectuels de 1'Est, qui ne croient pas a la farce spirituelle de 1'Occident, sont to ut 
de me me particulierement enclins a regarder vers 1'Ouest, avec un reste d'espoir. Ils sont 
assez intelligents pour comprendre que le systeme stalinien, dans lequel il n' est pas possible 
de dire la verite, n' assure pas d' avenir a 1'humanite - et que 1'Etat universel, avec Moscou 
comme capitale, serait plut6t un cauchemar. Ils sont donc particulierement avides des 
nouvelles de 1'Ouest, surtout de celles qui pourraient prouver que le fatalisme histarique peut 
etre brise. 
Cependant, les slogans de liberte, employes par 1'Occident, les laissent indifferents. 
Chacun d'eux admet volontiers que la liberte est une bonne chose - mais apres? Comment 
y parvenir ? Ils sont irrites quand ils entendent repeter, en ce milieu du XX e siecle, des lieux 
communs empruntes a 1'histoire de la Revolution franc;aise au de la Guerre americaine de 
l'Independance. Les opinions de beaucoup de politiciens d' emigration les fant sourire, car ce 
sont des opinions basees sur la croyance au ret aur possible du «statu quo». Ce retaur n' est 
pas possible. Les transfarmations en cours penetrent bien trop profondement. Il en resulte 


93
>>>
une societe completement autre que celle d' avant guerre; une societe au tous sont employes 
d'Etat, sauf un certain nombre de paysans pas encore collectivises. Quelle restauration peut- 
on imaginer? Ira-t-on chercher les heritiers des proprietaires de mines et d'usines? 
Ressuscitera-t-on la bourgeoisie qui a ete detruite? Faudra-t-il recreer les luttes nationalistes 
entre les Etats de 1'Europe centrale-orientale? Non! Tout cela n'aurait aucun sens. 
Les intellectuels de 1'Est sont pourtant tres vulnerables quand il s' agit des nouvelles de 
retranger, lorsque ces nouvelles leur apportent la preuve qu'il existe en Occident des gens 
qui comprennent leurs problemes et qui cherchent des solutions autres que les solutions 
staliniennes. Si un article, un livre au une conference les touche, cet evenement est pour eux 
un sujet de discussion pendant des mois. Evidemment, ils sont un public severe et difficile ił 
contenter. IIs ant l' entrainement d' acrobates intellectuels, car la theologie du Diamat est un 
exercice assouplissant l' esprit. 
L'Occident, vu de 1'Est, fait l'impression d'un compiet desert intellectuel. Ce n'est pas 
le cas; mais il en est un peu de la vie spirituelle occidentale comme de la construction des di- 
gues, des routes et des logements en Occident. ]adis, ił New-York, rami chez qui je logeais 
m'a demande sij'avais connaissance des nouveaux grands boulevards construits sur 1'East- 
River, ił Brooklyn, et d'un nouveau tunnel entre Brooklyn et Manhattan. ]'ai repondu queje 
n' en avais jamais entendu parler. Alors, il m'y a conduit. Si des travaux semblables etaient 
entrepris ił Moscou, la presse du monde entier serait pleine des nouvelles de cette 
construction socialiste gigantesque. En U.s.A., on n'y fait pas attention; on considere cela 
comme alIant de soi. II en est de meme, et au plus haut degre, dans le domaine de la science 
et de l' art qui, en Occident, sont un suj et d' interet seulement pour les specialistes. 


CONCLUSION 


Le paradoxe de la situation mondiale consiste en ce que, dans les Democraties 
populaires et - auta nt qu' on peut le deviner - dans 1'Union sovietique aussi, on trouverait 
peu de gens qui aient une sympathie sincere pour le systeme dans lequel ils vivent. En me me 
temps, ces masses sont pretes ił marcher en rangs et ił imposer au monde entier la Dictature 
dont ni eux, ni leurs enfants et petits-enfants ne pourraient trouver l'issue, car le totalitarisme 
moderne dispose de moyens assez puissants pour rendre toute revolution illusoire. Ces 
mass es sont pretes ił marcher au nom du fatalisme historique. L'homme nous assure qu'il a 
aboli Dieu, mais, ił sa place, il a mis le dieu nouveau; 1'Histoire. C'est un dieu cruel et 
sanguinaire. Les ordres qui tombent de ses levres sont la voix de pretres astucieux caches 
dans san ventre vide. Les yeux de ce dieu sont construits de tell e fac;on qu'ils ant un pouvoir 
magnetique. L'humanite se divise aujourd'hui en deux genres; ceux qui n'ontjamais subi ce 
regard magnetique et ne savent rien du danger intellectuel, et ceux qui sont tombes en san 
pouvoir - et savent que le dieu qu'ils servent est mechant. 
Sur ceux qui ant connu le pouvoir magnetique de ce dieu et ne se sont pas soumis ił 
lui - car ils croient que 1'homme lui-meme peut former san histoire - repose un devoir 
particulier.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


WIELKIE POKUSZENIE 
DRAMAT INTELEKTUALISTÓW 
W KRAJACH DEMOKRACJI LUDOWEJ 


Czesław MIŁOSZ 


W Warszawie, Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie, Sofii, w centrum obiegowego sys- 
temu każdego z krajów demokracji ludowej, mieści się specyficzny świat, składający się 
z domów Związku Pisarzy, Instytutów Diamat, redakcji oraz oficjalnych firm wydawni- 
czych, sal ekspozycyjnych i koncertowych. Ludzie - których dni upływają pośród ksią- 
żek, osobistych potyczek oraz na nieustającym podpisywaniu coraz to nowych rezolucji 
- tworzą w nim zamknięty krąg, który dla laika ma w sobie coś tajemniczego 
i nierzeczywistego. Są oni jakby zawieszeni w chmurach ponad zwyczajnymi mieszkań- 
cami kraju. Można by porównać ich statek z chmur do latającej wyspy Filozofów, stwo- 
rzonej przez wyobraźnię Swifta. System stalinowski jest dyktaturą filozoficzną, i ów 
powietrzny świat zdominował wszystko; to w efekcie pracy intelektualistów formuje 
zarówno umysłowość dziecka w szkole, jak i czytelnika czasopism czy książek. Lecz 
praca owa oparta jest na pojęciach danych z góry, zaakceptowanych bez dyskusji. Intelekt 
pojmowany jest nie jako organ twórczy, lecz jako narzędzie wykonawcze; powinien dać 
natychmiastowy plon tym, którzy rządzą. To, co nie daje należytego plonu, nie jest uwa- 
żane za intelekt. 
Niedawno jeszcze należałem do tego kręgu; to zaledwie kilka miesięcy, jak zerwałem 
więzi z Polską. Uczyniłem to z ciężkim sercem, dlatego po prostu, że nie widziałem inne- 
go wyjścia. 
Chciałbym w tym miejscu wyjaśnić pewne nieporozumienie. Mnie osobiście żadne 
niebezpieczeństwo w Polsce nie zagrażało. Pisarz w krajach demokracji ludowej znajduje 
się na szczycie drabiny społecznej i korzysta ze wszelkich przywilejów, byleby tylko 
okazał się użyteczny. Charakter mojej poezji, takiej, jaką uprawiałem aż do roku 1950, 
z całą pewnością narażał mnie na pewne zarzuty (oskarżano mnie o skłonności do "meta- 
fizyki" i czystego tragizmu). Niemniej, zaliczano mnie do poetów uznanych. Doceniano 
mnie także jako tłumacza poetów zagranicznych, w szczególności Szekspira. Jak więk- 
szość pisarzy Europy Środkowej i Wschodniej, nigdy nie należałem do Partii; nie uważa- 
no mnie za stalinistę, byłem "dobrym poganinem", to znaczy człowiekiem, który nie jest 
reakcjonistą i który nie żywił w przeszłości sympatii prawicowych. Przed wojną nie 


95
>>>
ukrywałem mojej wrogiej postawy względem antysemitów, których propaganda odnosiła 
w tamtych latach znaczne sukcesy. Przeżyłem wojnę w Warszawie, pisząc i publikując 
w podziemiu przeciwko nazizmowi. Potem wysłano mnie do Stanów Zjednoczonych jako 
attache kulturalnego. Fakt, że nie byłem komunistą, raczej ułatwił tę nominację; była to 
jeszcze epoka przejściowego liberalizmu. Spędziłem kilka lat na terytorium amerykań- 
skim, wysyłając zawsze do Polski moje wiersze, moje przekłady i moje artykuły do cza- 
sopism oraz biorąc udział w polemikach literackich; później zrobiono mnie attache kultu- 
ralnym w Paryżu, ale tylko krótko pełniłem tę funkcję. Podczas mojego ostatniego pobytu 
w Warszawie zdałem sobie sprawę, że nie mógłbym już od tej chwili publikować nic 
innego, jak tylko p r o p a g a n d ę. Żądano ode mnie ścisłej ortodoksji. To właśnie wów- 
czas podjąłem decyzję. 
Ponieważ dobrze znam Wyspę, zawieszoną pośród chmur, to znaczy intelektualistów 
z krajów demokracji ludowej, postaram się dać opis możliwie najdokładniejszy, jakkol- 
wiek ograniczony do kilku rysów zasadniczych. 


PROBLEM UCIECZKI 


Trzeba stwierdzić, że każdy z artystów czy uczonych z krajów demokracji ludowych 
w roku 1945 stanął przed dylematem; wyemigrować, czy też pracować w swoim kraju. 
Nikt nie był na tyle naiwny, by nie zdawać sobie sprawy, że wymagania Moskwy będą 
coraz to większe. Jednak opinia publiczna wypowiedziała się w sposób następujący; in- 
telektualiści powinni zostać na miejscu; każda ucieczka stanowiłaby przejaw słabości. 
W istocie, była szansa, niechybnie wątpliwa, na "narodową drogę ku socjalizmowi" - 
i zaznaczyć należy, iż nikt z intelektualistów nie pragnął powrotu do stanu sprzed wojny. 
Chodziło o to, by wykorzystać lata względnej swobody na organizowanie życia kultural- 
nego, komponowanie dobrej muzyki, wydawanie możliwie jak największej liczby do- 
brych książek i wszelkimi środkami przeciwstawiać się presji rosyjskiej. Rozpoczęła się 
gra, gra, którą bardzo trudno jest przedstawić tym, którzy jej nie poznali; tylko intelektu- 
aliści ze Wschodu lub ci, którzy niedawno uciekli znają jej sekrety. Nie jest możliwym, 
jak sam mogłem się przekonać, uzyskanie zrozumienia zagranicą. W tej grze chodziło 
o najszlachetniejsze uczucia ludzkie, a przede wszystkim o miłość do kraju, straszliwie 
zniszczonego przez wojnę. Popełnia się błąd, stawiając znak równości między postawą 
ludzi Zachodu, którzy czynią się wyznawcami stalinizmu oraz postawą ludzi pracujących 
dla systemu w demokracjach ludowych. Z reguły człowiek Zachodu z własnej woli staje 
się sługą doktryny komunistycznej (nawet jeżeli czasami zdarzenie to staje się nieunik- 
nione; we Francji, na przykład, robotnik nie należący do partii czuje się wyobcowany). 
W krajach ludowej demokracji, gdzie każdy z mieszkańców jest, z konieczności, cząstką 
mechanizmu państwowego, nie ma wielkiej różnicy politycznej między urzędnikiem mi- 
nisterstwa, profesorem uniwersytetu oraz członkiem Związku Pisarzy. Tak samo zaciera 
się różnica pomiędzy członkami Partii a "bezpartyjnymi". Instytucja "towarzyszy drogi", 
chociaż narodziła się w Rosji, otrzymała na Zachodzie znaczenie tak dobrze zdefiniowa- 
ne, że niesprawiedliwym byłoby szukać jego zastosowania w krajach demokracji ludowej. 
Zachodni "towarzysz drogi" jest człowiekiem lewicy, współdziałającym z własnej woli 
z partią. Ów stopień współpracy jest, na Wschodzie, niezbędnym życiowo minimum dla 
każdego obywatela. 
Dramat intelektualisty w krajach demokracji ludowej polega na tym, że jego przezna- 
czenie rozgrywa się poza współczuciem świata. Zachód, niezdolny do przeniknięcia zło- 
żonej gry, jaka toczy się w krajach należących do strefy wpływów sowieckich, uważa 
wszystkich pisarzy, artystów i uczonych, którzy działają w tych krajach, za stalinistów 


96
>>>
z przekonania. Postawa emigracji politycznej wobec tych, którzy tam są częścią "machi- 
ny", jest zdecydowanie wroga. A jednak wielu artystów i naukowców z tych krajów po 
wojnie podróżowało za granicę, a nawet pracowało na placówkach dyplomatycznych; 
i tylko niewielki ich procent rozwiązał problem wewnętrzny poprzez ucieczkę. "Wracam 
do mojego obozu koncentracyjnego", powiedział mi jeden z moich przyjaciół na obczyź- 
nie, a każdy z tych, którzy wracali, myślał tak samo. Ale, pomimo to, wracali. Czasami 
decydowały o tym względy rodzinne; jednak nawet ci, którzy nie mieli tego typu zobo- 
wiązań, obierali drogę powrotną. Głównym motywem było poczucie obowiązku w sto- 
sunku do narodu i wstyd ze skorzystania z uprzywilejowanej możliwości ucieczki. Pod- 
czas ostatniej wojny poznałem w Warszawie wielu Żydów, którzy mogąc zostać za mu- 
rami getta, jednak dobrowolnie do niego wracali, świadomi, że wybierają śmierć. Więzi 
człowieka ze społecznością są niezmiernie silne. Poczucie lojalności jednostki wobec 
grupy społecznej jest silniejszym motywem działania, niż można by przypuszczać. Mia- 
łem okazję sam tego doświadczyć, ponieważ dobrowolnie wybrałem przebywanie pod 
nazistowską okupacją, a po wojnie broniłem się jak tylko mogłem, przed tym, by nie 
zostać emigrantem. Ten motyw lojalności działa na Wschodzie w sposób szczególnie 
silny na pisarzy, kompozytorów, artystów i uczonych - to znaczy na "pracowników 
kultury". W Europie Środkowej i Wschodniej zawsze w sposób szczególny podkreślano 
społeczną funkcję tychże pracowników kultury i pojmowano ją jako obowiązek wobec 
społeczeństwa. Kiedy byłem attache kulturalnym w Waszyngtonie, zapytałem pewnego 
młodego polskiego naukowca, który przybył jako stypendysta do Stanów Zjednoczonych, 
co chciałby z sobą uczynić. Odpowiedział mi, że powrót do Polski byłby dla niego roz- 
wiązaniem heroicznym, a pozostanie - oznaką słabości, ale nie wie, czy będzie potrafił 
znaleźć siłę na dokonanie wyboru heroicznego. Człowiek ten nie był wyznawcą stalini- 
zmu i rozmawiał ze mną całkiem szczerze. Wyobraźmy sobie, że zdecydowałby się dzia- 
łać w sposób bohaterski. Bez wątpienia, pasażerowie statku, którym by podróżował, 
traktowaliby go jak niebezpiecznego bolszewika, podczas gdy emigranci uważaliby go za 
wiernego sługę ohydnego reżimu, jeśli nie wręcz za agenta policyjnych tajnych służb. 
Ucieczka za granicę albo pozostanie zagranicą jest w opinii intelektualistów żyjących 
dziś w krajach demokracji ludowej synonimem rezygnacji z pełnienia funkcji społecznej. 
Uczony-emigrant, jeżeli ma szczęście, może znaleźć pracę w laboratorium, ale nie będzie 
pracował dla swojego kraju, a jego możliwości w kwestii kredytu na badania naukowe będą 
o wiele węższe, aniżeli ma to miejsce w systemie, który jest szczególnie hojny dla naukow- 
ców. Reżyser, znany aktor, będzie zmywał naczynia w hotelu. Kompozytor będzie musiał od 
nowa zacząć swoją karierę. Co do pisarza, będzie on pozbawiony swojej publiczności, i tym 
samym możliwości wydawania czegokolwiek w swoim języku. Jego książki zostaną usunięte 
z bibliotek. Jego nazwisko będzie wymawiane jako nazwisko zdrajcy, a on sam będzie mu- 
siał zarabiać na życie pracą obcąjego profesji. 
Cóż intelektualista, który ucieka za granicę, może zrobić, by walczyć ze stalinizmem 
i kształtować opinię w swoim kraju? Ta walka, w oczach rodaków, którzy zostali, byłaby 
jedynym moralnym usprawiedliwieniem jego ucieczki. Niestety!.. Niewiele może on 
zrobić. Najpierw, Zachód nigdy nie przydawał intelektualistom takiego znaczenia dla 
formowania życia społecznego, jak ma to miejsce w Europie Wschodniej. System stali- 
nowski w chwili obecnej uważa intelektualistów za narzędzie pierwszorzędne. 
Następnie, władze są podejrzliwe w stosunku do nowo przybyłych, a gra, która toczy 
się na Wschodzie, jest zbyt skomplikowana, by zdawały sobie one sprawę, z kim mają do 
czynienia. Wreszcie, opinia panująca w środowiskach emigracyjnych jest nieprzyjazna 
wobec tego, który ucieka. Jednym słowem, zbieg wystawia się na poniżenia nie znające 


97
>>>
granic. Mogę zilustrować tę sytuację, cytując fragment satyrycznego wiersza, który poja- 
wił się w Warszawie po moim wyjeździe; 
Poczujesz kulturę brutali z Military Police 
Których dłonie trzymają wizę tak upragnioną, 
Będziesz skomlał o azyl, a głupi agenci 
Położą nogi na stół, żebyś lizał ich buty 
Istnieje konflikt między politykami emigracji oraz intelektualistami. Jest to coś wię- 
cej niż klasyczny konflikt między emigracjami, starą i nową. Można w nim odnaleźć 
ślady konfliktu dwóch grup społecznych. W Europie Środkowowschodniej występuje 
kontrast między i n t e l i g e n c j ą a intelektualistami. Termin "inteligencja" obejmuje 
wszystkich ludzi, którzy posiadają pewien poziom wykształcenia i nie zarabiają na życie 
pracą fizyczną. Pewna liczba cech charakterystycznych określa tę grupę, która, za sprawą 
swoich obyczajów, była niedawno jeszcze spadkobiercą szlachty. Na przykład lekarz, 
urzędnik Poczty, adwokat, redaktor ministerstwa, należą do inteligencji. Intelektualiści 
w ścisłym tego słowa znaczeniu są tym, co nazywa się inteligencją t wór c z ą. Są to 
uczeni, literaci i artyści. Między nimi a inteligencją (która jest równoważna klasie śred- 
niej na Zachodzie), występowała, od czasów przedwojennych, sprzeczność interesów. 
Różnica między tymi dwoma grupami zaznaczyła się później, kiedy intelektualiści stali 
się kastą plutokratyczną nowego systemu, podczas gdy dawna inteligencja spadła do rangi 
pariasów pod naciskiem nowej inteligencji, pochodzenia proletariackiego, tworzącą grupę 
społeczną całkowicie odmienną. 
Większość polityków emigracyjnych należy z pochodzenia do inteligencji przedwojen- 
nej, a ich mentalność uważana jest przez intelektualistów tworzących za kopalne residuum 
przeszłości. Relacje między tymi dwoma klanami nie są nacechowane sympatią. Po jednej 
stronie jest pogarda, po drugiej zaŚ - uraza grupy, która straciła swoją pozycję społeczną, 
wobliczu grupy, która pozostała żywotna. "Nie mamy żadnej szansy na porozumienie 
z reakcjonistami emigracji. Już lepiej pracować ze stalinistami." Ileż to razy słyszałem takie 
zdanie? W tych warunkach, ucieczka intelektualisty jest traktowana na wschodzie jako 
przejście w n i r w a n ę. Nie jest to rozwiązanie honorowe. Intelektualista, który ucieka, 
wyzwala się od cierpienia, jakie narzuca mu presja reżimu, wybiera trwanie czysto fizjolo- 
giczne. Zapomnienie pokryje w kraju jego imię. J ego ucieczka równa się jego śmierci. 
Wybór istnieje zatem między tymi dwoma rodzajami zła, a pozostanie na miejscu 
uważane jest za mniejsze zło. Podczas ostatnich pięciu lat kilkuset artystów, naukowców, 
pisarzy polskich udało się na Zachód. Bardzo niewielu spośród nich zdecydowało się nie 
wrócić. Ci, którzy zostali, przeszli do n i r w a n y i nikt w ich kraju nic na ich temat nie 
wie. Są wszakże pośród nich umysły pierwszorzędnej wielkości. 
Często dyskutowałem z moimi przyjaciółmi o problemie ucieczki. Wszyscy, włącznie 
z zagorzałymi katolikami, byli zdania, że podobna decyzja powinna być indywidualna, ale 
że lepiej byłoby nie zrywać więzi ze swoim narodem po to tylko, by zyskać wolność "czysto 
negatywną", to znaczy wolność bez możliwości jakiejkolwiek realizacji artystycznej czy 
politycznej. Jeśli cały naród pogrążony jest w sytuacji tragicznej, należy dzielić wspólny los, 
starając się robić, co można. Jakby nie spojrzeć, tłumaczenie Szekspira jest działalnością 
społecznie użyteczną, podczas gdy praca w fabryce na Zachodzie, wyłącznie po to, by 
utrzymać się przy życiu, nie jest działalnością zasługującą na to miano. 
Zawsze musiałem zgodzić się z taką argumentacją. Nie chciałem staĆ się emigrantem, 
i moja ucieczka była napadem indywidualnego szaleństwa. Zrozumiałem, że gra się dla 
mnie skończyła, i że nie uniknąłbym pisania ody na cześć "Ojca Ludów" albo poematu 


98
>>>
o Feliksie Dzierżyńskim. Możliwe, że warto napisać podobny wiersz, aby móc tłumaczyć 
Szekspira. Nie potrafiłem jednak zapłacić takiej ceny. 
Ucieczka intelektualisty ma zazwyczaj konsekwencje tragikomiczne. Jak już powiedzia- 
łem, nasz świat, to znaczy świat intelektualistów z krajów demokracji ludowych, jest światem 
zamkniętym, a prawa, które nim rządzą, pozostają na zewnątrz nie znane. Ktokolwiek wycho- 
dzi z tego świata, spotyka się nie tylko z niezrozumieniem co do jego intencji, ale także z nie- 
możliwością wytłumaczenia się publicznie, chyba że napisze całą książkę. Dla człowieka Za- 
chodu sprawa jest raczej prosta; było się związanym z krajem komunistycznym, było się więc 
stalinistą; jeżeli "wybrało się wolność", oznacza to, że wyleczyło się ze swoich złudzeń. Czy- 
tałem wiele artykułów w polskiej prasie emigracyjnej na temat mojej ucieczki na Zachód. Cie- 
kawe, że jedyny artykuł, który wykazywał niejakie zrozumienie dla tego problemu, pojawił się 
w Szwecji, czyli w kraju, gdzie emigranci, dzięki stałemu napływowi nowych przybyszów, są 
lepiej poinformowani o zasadach gry. Niechaj wolno mi będzie przytoczyć kilka urywków 
z tego artykułu, nie po to, by skupić uwagę na mojej osobie, lecz by rzucić światło na całość 
problemu; "Okres kilku lat, w czasie których polska lewica uważała, że terytorium walki znaj- 
duje się tylko w obrębie Polski, jest definitywnie zamknięty. Ucieczka Miłosza jest, w jakiś 
sposób, symboliczna. Nie był komunistą, ale należał do lewicy i miał dosyć postępowe poglą- 
dy. Tym samym należał do grona osób, z których komuniści chcą za wszelką cenę uczynić 
swoich s p r z y m i e r z e ń c ó w, a których w ostatecznym rozrachunku uważają za swoich 
najgorszych w r o g ó w". 
Starałem się przedstawić sytuację intelektualistów na Wschodzie, ukazując, jak nie- 
sprawiedliwym jest redukowanie ich sprawy do kwestii przekonań politycznych. Obawa 
przed utratą ich funkcji społecznej jest potężnym bodźcem. Ten, kto ucieka, nie może 
pozbyć się poczucia zdrady względem tych, którzy pozostają. Jedynym sposobem na 
oswobodzenie się z tego poczucia jest aktywność. Co do mnie, będę się starał być aktyw- 
ny jako pisarz i dopiero gdy dojdę do wniosku, że utraciłem ojczyznę i poczuję się cał- 
kowicie bezsilny, przejdę w n i r w a n ę. 


TAKTYKA 


Intelektualiści w krajach demokracji ludowej znajdują się na takiej pozycji, że mogą 
stać się nową arystokracją, pod warunkiem, iż zawsze będą posłuszni. Takjak serce roz- 
prowadza krew po całym organizmie, tak i ich zadanie, zgodnie z zamierzeniami partii, 
powinno polegać na rozprowadzaniu w ciele społecznym idei przewodniej. Propagują oni 
materializm dialektyczny w jego stalinowskiej wersji. Zmierzając powoli i cierpliwie do 
tego, by intelektualista stał się godnym tego zadania, partia, czyli Moskwa, zdecydowała 
się na dokonanie podboju za wszelką cenę. Dawna inteligencja została przeznaczona na 
wyginięcie. W jej miejsce nowa inteligencja robotnicza powinna objąć funkcje. Co zaś się 
tyczy intelektualistów, potrzeba ich nazwiska, ich talentu oraz ich wiedzy, które są nieza- 
stąpione. 
Ogromna większość intelektualistów opowiedziała się za rewolucją. Rewolucja ta nie 
miała w krajach demokracji ludowej charakteru spontanicznego. Została ona wprowadzona 
za pomocą dekretów narzuconych z góry i opartych na sile Armii Czerwonej. Była to rewo- 
lucja biurokratyczna. W podobny sposób, za środki użyteczne uważano nacjonalizację 
przemysłu i reformę rolną. Punktami spornymi były niezależność narodowa oraz przyjęcie 
doktryny stalinowskiej. Na tym polu intelektualiści stawiali utajony opór, masowo wspierani 
tendencjami, płynącymi z serca narodu; tendencjami, które można by określić jako dysy- 
denckie. Taktyka zastosowana wobec intelektualistów w ogólnych zarysach może zostać 
przedstawiona w sposób następujący; 


99
>>>
1. Dawać i nie żądać najpierw nic w zamian. 
Tak jak dano ziemię chłopom i z początku niczego od nich nie żądano, tak zapew- 
niono pisarzom możliwość wydawania drukiem ich dzieł, muzykom - korzystanie z sal 
koncertowych, naukowcom - dostęp do laboratoriów. I otworzyły się wówczas wielkie 
możliwości, bowiem w krajach demokracji ludowej rząd poświęca ogromne kwoty na 
swoje cele kulturalne. Poza tym, publiczność po latach wojny była spragniona książek, 
publikacji, spektakli i koncertów. Sprzedaż materiałów drukowanych szybko wzrastała. 
Otwierano nowe, awangardowe teatry. Intelektualiści usiłowali korzystać z tego okresu 
prosperity, który trwał kilka lat, by opublikować to, co napisali w czasie wojny, omówić 
zagadnienia estetyczne i społeczne, dokonać przekładów dobrych pisarzy zachodnich 
i, ogólnie rzecz ujmując, zapełnić pustki spowodowane przez wojnę. 


2. Zwiększać pre
ę stopniowo, tak, by nie wytworzył się opór psychiczny. 
Oto reguła niezwykle istotna. Należy unikać sytuacji, w której pacjent mógłby krzy- 
czeć; nie! Wytwarzając sprzyjającą atmosferę i wywierając delikatne naciski, doprowadza 
się do tego, że pacjent staje się skłonny do ustępstw. Mówi on sobie; "Ba! To nic. Napi- 
szę już ten artykuł, jeżeli dzięki temu zostawią mnie w spokoju i będę mógł pracować nad 
moją powieścią, która jest nie po linii". Uzyskawszy ten rezultat, łagodnie zwiększa się 
nacisk krytyki, wymagań. Pacjent mówi sobie; "Napisałem już artykuł w podobnym tonie, 
nie ma co robić historii o taki drobiazg". Chodzi o to, by działać tak, żeby pacjent nie 
mógł podjąć żadnej decyzji. Dlatego też każdorazowe zwiększenie dawki jest nieznaczne, 
a różnica w porównaniu z etapem poprzedzającym jest zbyt nikła, żeby "warto było" 
stawiać opór. Rezultat jest taki, że po kilku latach pacjent przełyka dawki ogromne. Tym 
sposobem wielu ludzi nieświadomie zaczęło pisać, malować i nauczać w sposób wysoce 
ortodoksyjny. Niektórzy, choć w niewielkiej liczbie, dostrzegli pułapkę i szybko z niej 
umknęli, aby uniknąć dalszego ciągu tej kuracji. Lecz większość dobrze zrozumiała grę 
iją zaakceptowała, wykorzystując wszelkie możliwości przeciwstawienia się jej, jakie 
dawała. Poczynili założone ustępstwa, za każdym razem kalkulując zyski i straty oraz 
oceniając, czy różnica wypada na ich korzyść. Na przykład, "warto" napisać artykuł ata- 
kujący egzystencjalistów, jeżeli dzięki temu można opublikować wiersz, który naśmiewa 
się z realizmu socjalistycznego. "Warto" złożyć podpis pod deklaracją polityczną, jeśli 
w zamian można przydać sobie renomy i wyciągnąć z więzienia któregoś krewnego. 
"Warto" napisać muzykę do piosenki sławiącej system, jeżeli z tego powodu otrzymuje 
się pozwolenie na wykonanie symfonii. Oto reguła tej gry. Nie jest to gra wyłącznie in- 
dywidualna; chodzi o to, by uratować wiele instytucji, grup, atelier, czasopism itd. Stop- 
niowy rozwój tych kompromisów indywidualnych i zbiorowych jest generalnie jedną 
z przyczyn, dla których intelektualiści ze Wschodu nie uważali za konieczne, by prze- 
obrazić się w emigrantów. 


3. Wlać nowe wino do starych bukłaków. 
Systemowi zależy, by zachować instytucje powszechnie znane i szanowane, wykorzy- 
stując je jako fasadę. Krok po kroku, wypełni się je nową zawartością. Dla przykładu, za- 
mieni się słynne muzeum w galerię wystawienniczą, poświęconą propagandzie. Zachowa się 
nazwę znanego czasopisma i zmieni się jego redakcję. To samo praktykuje się z ludźmi. 
Zachowa się ich twarze i ich nazwiska, lecz opróżni się ich i napełni nową filozofią. Pisarz, 
którego znano jako gorliwego katolika, będzie swym nazwiskiem podpisywał ataki na Wa- 
tykan. To przeobrażenie, które nazwać by można magicznym, zupełnie nie jest magiczne. 


100
>>>
To tylko rezultat zasady; "Byt określa świadomość". Tworząc szczególne warunki, w któ- 
rych zamknięty jest pacjent, bez większej trudności osiąga się cel. 


4. Unikać, jak tylko jest to możliwe, bezpośredniego nacisku i posługiwać się 
presją sytuacji. 
Nie należy sobie wyobrażać, że w krajach demokracji ludowej ktoś nakazuje intelektu- 
alistom, w sposób pozytywny, napisać to, czy namalować tamto, prowadzić badania nauko- 
we w tym, czy innym kierunku. Przeciwnie, podkreśla się na każdym kroku, że nikt nikogo 
do niczego nie zmusza, że wszystko jest dobrowolne. Ta zasada stosowana jest w sposób 
ogólny, nie tylko wobec intelektualistów. Nikt nie nakazuje chłopom tworzyć kołchozów, 
nie!... Rujnuje się ich podatkami; zabiera się ich zboże; nęka się ich brygadami młodzieżów- 
ki - i okazuje się, że nie ma innego wyjścia z sytuacji, jak utworzyć kołchoz. Tak samo 
intelektualista w pewnym momencie spostrzega, że powinien napisać wiersz na dany temat. 
Ów wiersz będzie traktowany jak akt dobrowolny, chociaż autor, by rzec prawdę, został 
wpędzony w konieczność pisania. 


5. Nie pozwalać, aby w grupie utworzyły się więzy solidarności. 
Pod okupacją hitlerowską solidarność intelektualistów była dobrze rozwinięta. Wystar- 
czy powiedzieć, że w Polsce, na przykład, znalazł się tylko jeden pisarz Qedyny), który 
nieś miało kolaborował z Niemcami. Ta solidarność przetrwała jakiś czas po wojnie. Ale 
bardzo szybko została ona zastąpiona przez nową hierarchię. Pojawiły się podziały między 
"dobrze widzianymi" i "źle widzianymi". Z kolei "dobrze widziani" podzielili się na "lepiej 
widzianych", "gorzej widzianych" oraz "tolerowanych". Podział ten ma swój ekwiwalent 
w życiu fabryki, gdzie hierarchizacja mas robotniczych, zgodnie z ortodoksją polityczną 
i zgodnie z socjalistyczną rywalizacją, wciąż czyni nowe postępy. 
Reguły taktyczne, wymienione powyżej, dały dobre efekty. Gra jest prawie wygrana 
przez partię. Waga tego zwycięstwa, to fakt, ż e t o, c o n i e z o s t a ł o wy P 0- 
w i e d z i a n e, n i e i s t n i ej e. Niezadowolenie mas nie może zostać wyrażone w żaden 
sposób, za wyjątkiem odbicia emocjonalnego, odkąd ci, którzy posługują się piórem, 
pędzlem czy dłutem wyrażają wyłącznie oficjalny optymizm. Władza nad intelektualistą 
daje klucz do rządzenia krajem. Gra oporu trwa nadal, lecz z coraz to mniejszym sukce- 
sem. Wysiłki pisarzy, kompozytorów i malarzy, którzy usiłują nie spaść do poziomu ro- 
syjskiego realnego socjalizmu, są desperackie. 


TRANSFORMACJE 


W demokracjach ludowych mamy do czynienia ze zjawiskiem w historii zupełnie 
nowym. Fakt ten nie znajduje analogii w Rosji, gdzie ewolucja rozciągała się na okres 
dłuższy i miała, z początku przynajmniej, cechy spontaniczności. Nie można by go rów- 
nież przyrównać do którejkolwiek z dyktatur minionych lub obecnych, które nie byłyby 
dyktaturami filozoficznymi. Kraje demokracji ludowej poddane zostały systemowi opra- 
cowanemu w najdrobniejszych szczegółach, którego każdy etap był wcześniej zaplano- 
wany. To rzeczywiście najbardziej naukowe zastosowanie zasad materializmu dialektycz- 
nego do "materiału ludzkiego". 
Stworzone warunki, zgodnie z zasadą, iż b Y t o k r e ś l a ś w i a d o m ość, spra- 
wiają, że wiele kwestii występujących na Zachodzie pozostaje bezprzedmiotowych. Są- 
dzę, że byłoby zbytecznym stawiać sobie pytanie, czy mieszkańcy Marsa są chrześcija- 
nami, czy też buddystami. Podobnie tak wyraźny na Zachodzie podział na komunistów 


101
>>>
i niekomunistów traci znaczenie w demokracjach ludowych. Spora liczba członków partii 
nienawidzi systemu lecz, podobnie jak bezpartyjni, są oni poddani wewnętrznemu roz- 
dwojeniu, powodującemu, iż nie da się ich zaklasyfikować według kryteriów zachodnich. 
Dobrowolnie lub z musu, trzeba tutaj rozumować dialektycznie i zrezygnować z t a k = 
t a k i n i e = n i e. 
Zjawiska psychiczne, pojawiające się w demokracjach ludowych, są dla obserwatora 
fascynujące. Wyznam, iż zaintrygowały mnie one i że próbuję dokonać ich analizy 
w książce, którą piszę. Jest to skrajnie trudne zadanie, z uwagi na nowość tematu. Jedno- 
cześnie zaś - jest to rodzaj obowiązku. 
Mówi się o intelektualiście-komuniście. Rozumiem, że termin ten mógłby znajdować 
zastosowanie we Francji i w Ameryce. Ale odkąd w krajach demokracji ludowej zaistniała 
rzeczywista sytuacja, nie jest łatwo znaleźć kryterium oceny. Przynależność do partii nie 
staje się środkiem dyskryminacji. Jeden ze znanych mi pisarzy, który spędził czas jakiś na 
terenie znajdującym się pod okupacją rosyjską na początku wojny, w 1945 roku na moich 
oczach wyciągnął z kieszeni legitymację Partii Komunistycznej i powiedział do mnie; "Mam 
już dosyć strachu przed deportacją. Koniec z tym". Inny z moich przyjaciół, artysta, będący 
członkiem partii, kiedy znajduje się w stanie upojenia alkoholowego, oznajmia; "Ten wasz 
socjalizm, ja go przetrzymam". Według trzeciego, intelektualne centrum świata przemieściło 
się z Zachodu do Moskwy, ijest to wystarczający dowód na to, że Moskwa nie może prze- 
grać; pozostaje tylko z tego faktu wyciągnąć konsekwencje. 
Inaczej jawi się to zagadnienie młodym. Ale również tutaj doktrynalne rozważania 
mniejszą mają wagę, aniżeli świat taki, jaki jest. Zderzają się one z "faktem", że istnieje 
tylko jeden możliwy system myślenia, i że Zachód jest prowincją, na której nie dzieje się 
nic, co byłoby godne uwagi. 
Oczywiście, element czasu zmienia ludzi: wielu z tych, którzy prowadzili grę, bro- 
niąc się do ostatka, poddaje się i przyłącza do ortodoksji z ogromnym entuzjazmem. 
Człowiek pragnie wierzyć; nie może żyć w stanie permanentnej negacji. Rytm przeobra- 
żenia się jest bardzo szybki; ktokolwiek chciałby stać w miejscu - cofa się i już jest 
zaliczony w poczet reakcjonistów. Należy "nadgonić" rytm życia, gorączkowy i przepeł- 
niony pracą kolektywną. Dla tych, którzy chcą działać, możliwości są nieograniczone. 
Jest to system, w którym kwestia pieniędzy nie gra żadnej roli, pod warunkiem, że będzie 
się użytecznym. Ortodoksja staje się warunkiem szczęścia; zapewnia ten wzlot, który 
automatycznie popycha człowieka ku "nadgonieniu". Coraz to większa liczba intelektu- 
alistów przechodzi wewnętrzny kryzys, który jest bolesny, ale po którym człowiek jest 
nareszcie zdolny, by przyjąć Nową Wiarę. To, że się nawróci, nie oznacza jeszcze, iż 
pozbędzie się rozdwojenia, ale znaczy, że może działać - to znaczy, że dostarczone mu 
już zostały intelektualne ogniwa, których mu brakowało. W ten czy inny sposób, przeko- 
nał się on, że prześladujące go wątpliwości nie miały sensu. Owe wątpliwości istnieją, ale 
na innym planie. Rzec by można; na planie równoległym. 
Analizując psychikę takiego intelektualisty, będę się starał wymienić główne argu- 
menty, których używa on w stosunku do samego siebie. 


1. Historyczna konieczność. 
Wydarzenia w Europie, pomiędzy dwoma wojnami światowymi, a także marsz Armii 
Czerwonej na Berlin wywarły ogromne wrażenie na mieszkańcach Europy Środkowej 
i Wschodniej. Komunizm walczył z faszyzmem - i faszyzm został zwyciężony. Czyż nie 
potwierdza to tezy leninizmu-stalinizmu, w myśl której w świecie współczesnym wystę- 
puje tylko faszyzm i stalinizm, i że to faszyzm musi upaść? Ktokolwiek doszedłby do 


102
>>>
takiego wniosku, nie powinien znajdować się w obozie, implicite skazanym przez byt, 
który zajął w naszym stuleciu miejsce Boga - czyli Historii. Pisarz, piszący wbrew Hi- 
storii, pozostanie bezsilny i zmiażdżony. 
Polska, którą rosyjscy rządzący zawsze uważali za kraj dla ich interesów najważniej- 
szy, ponieważ stanowił on most do Europy, odczuli ów dylemat w sposób szczególnie 
bolesny. W czasie wojny działał tutaj niezwykle silny ruch oporu przeciwko nazistom. 
Ten ruch oporu zależny był od rządu przebywającego na wygnaniu w Londynie. Powsta- 
nie warszawskie, które wybuchło w 1944 roku, miało dwa cele; wyzwolić stolicę od 
Niemców i równocześnie przejąć władzę, zanim Armia Czerwona, która już się zbliżała, 
wejdzie do miasta. Było to powstanie muchy przeciwko dwóm olbrzymom. Jeden z ol- 
brzymów zatrzymał się na brzegu Wisły i czekał, aż drugi zgniecie muchę. Olbrzym po- 
trzebował dwóch miesięcy, by zgnieść tę muchę, używając samolotów, naj cięższej artyle- 
rii oraz czołgów. Zgniótł ją wreszcie, po czym został rzucony na ziemię przez drugiego 
olbrzyma, który cierpliwie czekał. Niemal 200.000 ludzi zginęło w Warszawie, a miasto 
zmienione zostało w Hiroszimę większą niż ta japońska. Oto dowód, że żadna trzecia siła 
nie jest możliwa. Zniszczenie Warszawy powinno było obudzić nienawiść do Rosji so- 
wieckiej. I tej nienawiści Polsce nie brakowało, lecz, stopniowo, zaczęła ona wzbudzać 
respekt dla nieuchronności siły. Armia Czerwona działała jako narzędzie Historii, jako 
bezosobowa władza. W rzeczywistości, mówiono, właśnie tworzy się nowy świat, ze 
stolicą w Moskwie, i być może nie będzie już więcej miejsca dla utopijnych nacjonali- 
zmów. Ciekawe, że Diamat, mający dwie strony; dialektyczną i materialistyczną, w miarę 
jak odnosił sukcesy, poddawany był zmianom. W każdym razie, w demokracjach ludo- 
wych podkreśla się raczej determinizm, to znaczy raczej nieunikniony charakter procesów 
aniżeli ich przypadkowość. 
Aby przedstawić teraz obraz tego, czym był wpływowego nieuniknionego charakteru 
na umysły, powiem kilka słów o jednej postaci spośród moich znajomych, pana X.., 
mieszkającego w Warszawie. X.. jest artystą. Pochodzi z bogatej rodziny. Przed wojną 
wykonywany przezeń zawód nie pozwalał mu na niezależne życie. Dzisiaj jego rodzice, 
niegdyś posiadacze fortuny, są zrujnowani, podczas gdy on ma ładne mieszkanie i prowa- 
dzi szczęśliwy żywot. X.. jest człowiekiem dobrze wykształconym, o wyrafinowanym 
umyśle. Prowadzi Grę z dużą zręcznością. Z pozycji ustępuje powoli; daje to, co 
w danym momencie dać trzeba, i nic więcej. Powiedzieć należy, iż w Systemie sprawność 
intelektualna jest wysoko ceniona. Im owa sprawność jest większa, tym więcej uzyskuje 
się swobody. X.., którego riposty są zawsze bardzo na miejscu, i którego stopień opano- 
wania dialektyki jest nie mniejszy niż u filozofów z Partii, utrzymuje zręcznie równowagę 
tańcząc na linie. Po wojnie wiele razy podróżował za granicę. Powiedział mi, w Warsza- 
wie; "Ostatecznie wszystko to wydaje mi się czymś w rodzaju potopu. Te państewka 
Europy Zachodniej są podtapiane, i zostanie tylko Ameryka - niczym skała, na którą 
będą się wspinać ostatni, którzy przetrwają, zabijając się wzajemnie na skraju otchłani. 
Biblijny potop Gustawa Dore! Co do mnie, wolę to mieć za sobą". 
X.. jest ze swej natury obserwatorem zdarzeń, a klęska Rosji, gdyby się zdarzyła, 
zostałaby przez niego przyjęta nie bez przyjemności. Jednocześnie jego dzieła stają się 
powoli umiarkowaną gloryfikacją stalinizmu. Kto chce, niech uważa, że X.. jest "inte- 
lektualistą-komunistą" . 
Konieczność historyczna jest naj silniejszym argumentem, używanym w demokra- 
cjach ludowych. Wśród mas Partii, a nawet pośród najwyższych dygnitarzy, ta wiara 
w konieczność idzie w parze z nienawiścią. Mimo wszystko, Heglowska wolność jako 
"prawda konieczności" jest wolnością trudną do osiągnięcia. Człowiek nie lubi koniecz- 
ności, nawet jeżeli wiadomy jest mu obowiązek podporządkowania się jej. Argument 


103
>>>
konieczności ma słabą stronę. Nie jest to nic innego, jak kult siły, która przebiera się 
w prawo Historii. Gdyby Rosja się potknęła, nagromadzona nienawiść mogłaby stać się 
niszczycielskim potokiem. 


2. Integracja intelektualisty. 
Wyobcowanie intelektualisty na Zachodzie było od dawna tematem rozważań wielu 
umysłów. Intelektualista czuje się postawiony poza społeczeństwem; obcy zarówno bur- 
żuazji, z której najczęściej wyszedł, jak i masom robotniczym. Znaczenie jego działalno- 
ści jest najczęściej mało zrozumiałe dla jego otoczenia, za wyjątkiem niewielkiej grupy 
zawodowej. Historia poezji zachodniej, na przykład, może nas nauczyć wielu rzeczy 
o odizolowaniu poety i o tym, co z niego wynika; hermetyzmu jego stylu. 
Stalinizm stworzył nowy typ społeczeństwa, gdzie szczególną wagę przypisuje się 
"kulturze". To, czym w społecznościach chrześcijańskich był Kościół wraz z jego obrzę- 
dami religijnymi, dostępnymi dla każdego mieszkańca wioski, jest zapewniane w stalini- 
zmie dzięki Czerwonemu kącikowi, konferencjom, kursom politycznym itp. ... Istnieje 
także liturgia, taka sama dla wszystkich krajów, które rozciągają się od Elby aż po Ocean 
Spokojny. 
Czerwony kącik, stanowiący wyposażenie okrętu pływającego pod banderą demokra- 
cji ludowej nie różni się od "czerwonego kącika" w zagubionej górskiej wiosce; portrety, 
kolor czerwony, nakazane przemowy są takie same. W ten sposób rozpowszechniana 
"kultura" jest, prawdę powiedziawszy, równoważna "edukacji politycznej", która nie jest 
zresztą wąsko pojmowana, gdyż doktryna jest uniwersalna i może być stosowana w ten 
sam sposób w czasie obecnym i w przeszłości ludzkości. Historia Reformacji czy też 
dzieł poetów XIX wieku może dostarczyć okazji do rozważań mających odniesienie do 
całości. Nigdy wcześniej nie wydawano drukiem klasyków w nakładach tak dużych, jak 
w demokracjach ludowych, w zgodzie z zasadą, że "Proletariat jest spadkobiercą Ludzko- 
ści". Fakt, że klasycy są dostępni dla każdego a także stworzenie prawdziwego zaintere- 
sowania dla problematyki historycznej i literackiej wśród mas, to poważny argument na 
korzyść nowej, świeckiej religii. Tak pojmowana "kultura", która nie jest niczym innym 
jak organizacją dystrybucji na planie umysłowym, zmienia całkowicie charakter pracy, 
powierzonej pisarzom, kompozytorom i malarzom, ponieważ otwiera przed nimi kon- 
sumpcję masową. 
W XIX wieku po raz pierwszy pojawiła się popularyzacja nauki. Gdy niektóre teorie 
naukowe - na przykład darwinowska - stały się sławne, popularne broszury udostęp- 
niły te teorie, w uproszczonej formie, wszystkim. W tym fakcie kryło się poważne nie- 
bezpieczeństwo; tak upowszechnione teorie mało miały wspólnego z tym, co stanowiło 
uprzednio ich rolę interpretacji naukowej. Stawały się one natomiast czynnikiem socjolo- 
gicznym o pierwszorzędnym znaczeniu. Autodydakci w rodzaju Adolfa Hitlera czerpali 
swoją wiedzę z takich właśnie popularnych, pseudonaukowych broszur. 
W stalinizmie niebezpieczeństwo to pojawiło się w postaci niemal czystej. Wszystko 
jest wyjaśnione, i - co gorsza - pół-analfabeta, wyedukowany politycznie, zaczyna wie- 
rzyć, że rozumie wszystko. To system mostów, zbudowanych ponad przepaściami. Zabro- 
nione jest spoglądanie w dół, w głębię, do tego stopnia, że zapomina się o ich istnieniu. 
Oczywiście, istnieją różne stopnie wtajemniczenia. Filozof, interpretujący Platona 
według zasad Diamatu, znajduje się na wyższym poziomie niż masy, którym daje się jako 
strawę wstępnie przetrawioną wersję. Ale również filozof musi upraszczać; los 
G. Lukacsa, który chciał do złożonych problemów zastosować złożone metody, może 
służyć jako ostrzeżenie. 


104
>>>
Tak więc, nie wątpliwa więź z masą, ta więź, jaką intelektualista zawdzięcza ortodok- 
sji, jest dosyć drogo opłacona. Lecz intelektualista XX wieku cierpi szczególnie z powo- 
du swego odizolowania, i gotów jest na poświęcenia, byleby znaleźć się pomiędzy ludź- 
mi. Pieniądze i zaszczyty, które spadają na niego, są zewnętrzną oznaką jego użyteczno- 
ści w organizmie społecznym. 
Integracja posiada wiele uroków, nawet dla tych, którzy kontynuują Grę obronną. Dla 
przykładu, wielu historyków literatury, pracujących nad opracowaniem nowych edycji daw- 
nych tekstów, uważa ten rodzaj pracy za godny ustępstw bardzo daleko idących. 


3. Rytm życia. 
Wasteland, opisany przez T. S. Eliota, na którym żyje tak wielu ludzi Zachodu, nie jest 
miejscem, w którym pobytu można by pozazdrościć. Nie jest moją rzeczą dociekać w tym 
miejscu przyczyn, które doprowadziły nas do tego punktu. W każdym razie, w Śred- 
niowieczu na przykład, nie było znaku równości między "życiem osobistym" a "życiem 
fizjologicznym". Życie osobiste było wówczas zarówno fizjologicznym trwaniem, jak 
i życiem duszy nieśmiertelnej. Pod koniec Wastelandu piorun przemawia w sanskrycie 
i formułuje podstawy moralności. Podczas gdy sam T. S. Eliot poszukiwał wyjścia z Waste- 
landu w kontemplacji religij nej, pisząc Ash Wednesday i F Dur Quartets, ci, którzy nie mogli 
znieść życia rozproszonego pośród stanów nerwicowych oraz przypływów i odpływów 
zwierzęcej energii, i którzy nie potrafili iść drogą T. S. Eliota, szukali wyjścia z wastelandu 
w tym, co społeczne. Stali się materiałem szczególnie elastycznym dla nowej doktryny, która 
żąda uznania za prawdę naukową. Interesuję się szczególnie historią poezji tych ostatnich 
lat. Miałem okazję śledzić ewolucję wielu poetów z krajów demokracji ludowej. Owa ewo- 
lucja przybierała kształt krzywej wznoszącej się, w miarę jak autor wzbogacał swoje dzieło 
o liczne elementy życia zbiorowego. Solipsyzm nie prowadzi do niczego. Jednak kiedy 
dzieło poety nasiąkało tym, co społeczne, do tego stopnia, że nie pozostawało już nic poza 
polityką, krzywa opadała nagle i największy talent nic nie mógł na to poradzić. Oto pułapka 
tego, co społeczne, a czyha ona na wszystkich artystów demokracji ludowych. Gdy włoży 
się do niej nogę, trudno już się z niej wydostać. 
Żywotność pierwszej fazy, kiedy demokracje ludowe nie żądały od intelektualistów 
niczego innego, jak tylko z a i n t e r e s o w a n i a dla życia kolektywnego, przekonała 
wielu ludzi, iż znaleźli się oni nareszcie na Ziemi Obiecanej po wydostaniu się z waste- 
landu, gdzie przebywali przed wojną. Raz zaakceptowawszy wszelkie niedogodności sy- 
stemu, pisarz zostawał wyzwolony z kręgu osobistej samotności przez rytm życia 
w wielkiej zbiorowości. Zresztą okres okupacji nazistowskiej wytworzył wiarę, że pisarz 
powinien być "zaangażowany". To, co stało się po wojnie, zdawało się nie być niczym 
innym, jak tylko intensyfikacją tego stanu rzeczy. 
Nieszczęśliwie rosyjski realizm socjalistyczny, wprowadzony ostatnio, jest nie tylko 
zainteresowaniem dla tego, co społeczne, jest to dyscyplina tak precyzyjna i wymagająca 
takiej dozy kłamstwa i patetyczności, że Ziemia Obiecana bardzo szybko zmienia się 
w Saharę. Pomimo to, wielu pisarzy oraz artystów, po początkowym upojeniu pierwszymi 
euforycznymi oznakami powracającego zdrowia, nie może już żyć bez doktryny, która cał- 
kowicie wtapia człowieka w to, co społeczne, i która skazuje wszelkie przejawy życia osobi- 
stego na bycie niczym więcej, jak tylko "fizjologią", "psychologią" oraz "mistyką". 


4. Konieczność praktyczna. 
Pisarz, profesor uniwersytetu, malarz, kompozytor, powlmen "nadgonić". W prze- 
ciwnym razie straci on swoje miejsce na drabinie społecznej i znajdzie się w nędzy. Mo- 


105
>>>
tywy ambicjonalne również odgrywają rolę; pośród tych, którzy nie mogą "nadgonić", 
znajdują się przede wszystkim ludzie o mentalności zdecydowanie reakcyjnej, ludzie 
starsi, umysły zdewociałe bądź zamknięte. Nie mogliby oni, nawet gdyby chcieli, nadążać 
za peletonem. Znalezienie się między nimi nie jest okolicznością, którą należałoby się 
chełpić. Ktokolwiek "nadgania", daje dowód żywotności i bystrości umysłu. W tym miej- 
scu znowu narzuca się porównanie z fabryką; system stachanowski gra na ambicji robot- 
ników i ci, którzy są dumni ze swych muskułów, szczęśliwi z koordynacji swych ruchów, 
pragnący dać się zauważyć, zajmują pierwsze miejsce. Dopasowanie do linii w dziedzinie 
nauki traci swój sens ideologiczny i staje się umiejętnością zawodową, jak każda inna. 
Konformizm staje się zaletą nadrzędną. Są tacy, którzy się buntują; większa ich liczba 
wykonuje swój zawód z kompletnym cynizmem. Ale większość intelektualistów nie po- 
trafi znieść całkowitego rozdwojenia i dochodzi do wiary poprzez praktykę. Tym samym, 
zebrania w klubach, kursy polityczne - mają znaczący wpływ na społeczność. Jest rze- 
czą znaną, iż Kościół katolicki kładzie akcent raczej na praktyki religijne, aniżeli na wiarę 
teoretyczną; wiara przychodzi w sposób naturalny, kiedy uczęszcza się do kościoła, przy- 
stępuje do spowiedzi itd. ... Intelektualista, który bierze aktywny udział w życiu swojego 
związku - swojego stowarzyszenia pisarzy czy artystów - uzyskuje przez to piętno 
konwencjonalne. Po pewnym czasie nie może on mówić ani myśleć inaczej, niż czyni to 
jego otoczenie. Nie może nawet pisać po to, by włożyć rękopisy do szuflady, ponieważ 
działanie tego rodzaju byłoby pozbawione sensu. 
W sumie wszystkie te argumenty, które człowiek w podobnym przypadku stosuje 
w odniesieniu do siebie samego, ograniczają się do poczucia, że społeczeństwo inne niż 
to, które stworzył stalinizm, nie jest możliwe. Konieczność historyczna staje się czymś 
znacznie głębszym, aniżeli prosta przewaga szans zwycięstwa dla Rosji. Wszystko jest 
doskonale logiczne. Chcieć czegoś innego oznaczałoby chcieć, żeby dwa razy dwa nie 
równało się cztery, lecz pięć. Myśl o powrocie do stanu rzeczy sprzed wojny wydaje się 
absurdalna, i nie widać innej drogi ku cywilizacji opartej na prymacie tego, co społeczne, 
j ak stalinizm. 
Entuzjazm dla nowego świata współistnieje z nienawiścią. Znam ludzi, których każda 
chwila życia wypełniona jest nienawiścią do Stalina, a mimo to są oni wiernymi komuni- 
stami. 
Obywatel krajów demokracji ludowej powinien wiele czasu poświęcać na to, co na- 
zywa się "pracą społeczną" oraz na uczestniczenie w zgromadzeniach. Wciąż znajduje się 
on wśród ludzi i nie pozostawia mu się wcale czasu na samotność. Będąc zawsze wśród 
ludzi, i poddany wymogom konformizmu, postępuje niczym aktor. Jedna prawda istnieje 
dla niego w wąskim kręgu przyjaciół; inna narzuca się w miejscu publicznym. W ten 
sposób ujawnia się hierarchia prawd. 
W krajach Islamu, w okresie rozkwitu sekt, nie było, jak się wydaje, muzułmanów 
absolutnych. Zewnętrzna jedność ukrywała bezmierną różnorodność przekonań - nawet 
z filozofiami, które skrycie odrzucały islam, na zewnątrz zachowując respekt dla niego. 
Metoda postępowania polegająca na mówieniu rzeczy, które pozostawały w całkowitej 
sprzeczności z wewnętrznymi przekonaniami po to, by uchronić się przed podejrzeniami, 
zwała się w krajach islamu "Ketman". Uprawianie Ketmanu uważane było za działalność 
przynoszącą zaszczyt. Był to dowód zręczności. Poza tym, Ketman był często kwestią 
życia lub śmierci. 
Obserwując życie w demokracjach ludowych mogłem zauważyć, iż Ketman jest tam 
powszechnie praktykowany. Jedni twierdzą, że sowieckie teorie sztuki są absurdalne; inni są 
przeciwni teorii Łysenki; jeszcze inni umieszczają politykę nacjonalizmu, prowadzoną przez 
Moskwę, w rzędzie przedsięwzięć kryminalnych. Nie brak ludzi, którzy sceptycznie przy- 


106
>>>
glądają się Diamatowi, wierząc, iż jest to metoda prawdziwie pragmatyczna, będąca pro- 
duktem pewnego okresu historycznego, która zniknie, gdy tylko komunizm zostanie zreali- 
zowany. Wielu z obawą obserwuje ekwilibrystykę Kremla w dziedzinie polityki międzyna- 
rodowej, myśląc, że Moskwa z łatwością może zajść zbyt daleko. 
Ketman, który posiada wiele odmian, nie prowadzi do prawdziwego oporu przeciwko 
stalinizmowi. Wręcz przeciwnie, człowiek lubi swój Ketman i dzięki temu zaczyna lubić 
Nową Wiarę, ponieważ bez niej Ketman nie byłby już możliwy. Ketman ma wiele zalet. 
Aby je docenić, wystarczy obserwować życie krajów zachodnich. Intelektualiści cierpią 
tam na szczególny rodzaj taedium vitae"; ich życie emocjonalne i duchowe jest zbyt rozpro- 
szone. Wszystko, co myślą i czują, ulatnia się, niczym para, ku nieskończonej przestrzeni. 
W olność jest dla nich ciężarem. Żadne wnioski, do których dochodzą, nie są wiążące. Może 
być "tak", ale może być też "inaczej". Stąd ciągła malaise. Podczas gdy Ketman polega na 
realizowaniu się wbrew czemuś. Opary, które się ulotniły, tutaj są zawarte. Ten, kto prakty- 
kuje Ketman, cierpi z powodu przeszkód, jakie napotyka, lecz jeśli przeszkoda nagle znika, 
znajduje się w obliczu pustki, co może być dużo bardziej nieprzyjemne. Sądzę, że człowiek 
naszej epoki nie ma wewnętrznego centrum i to właśnie dlatego Nowa Wiara przedstawia 
tak wiele uroków dla intelektualistów. Ta Nowa Wiara, poddając człowieka presji otoczenia, 
tworzy owo centrum; w każdym razie sprawia wrażenie, że to centrum istnieje. Jeden 
z moich przyjaciół, dialektyk Partii, krzyknął do mnie niegdyś, w Warszawie; "Ależ nie 
możesz pisać, wychodząc od siebie samego! ... W człowieku nie ma nic, nic, nic". Tak więc, 
w człowieku nic nie ma, wszystko wynika z determinizmu społecznego. Stąd jego paniczny 
lęk przed odcięciem od kolektywu, w którym żyje. Pójdzie z tym kolektywem wszędzie, 
nawet do Piekła, byle nie być samym. 


ZACHÓD 


Metody, stosowane na Wschodzie, żeby obrzydzić Zachód, są zbyt dobrze znane, by 
o nich wspominać w tym miejscu. Obywatel w krajach demokracji ludowej od rana do 
wieczora słyszy tę samą muzykę; marsz żałobny świata kapitalistycznego, zdążającego ku 
swej ruinie. Mówi mu się, że śmierć Zachodu jest już wpisana w bieg zdarzeń. To, co ma 
teraz miejsce, to agonia, to znaczy faszyzm. W świadomości takiego obywatela jest to 
równoznaczne z wyborem pomiędzy hitleryzmem, który zna z własnego doświadczenia, 
a stalinizmem. Oto oczywista korzyść, zrealizowana dzięki odkryciu "praw historii", czyli 
dzięki skonstruowaniu mostów ponad rzeczywistością. Gra intelektualistów, dzięki potęż- 
nej sile sugestii takiej sytuacji, jest czysto wewnętrzna; wszystko odbywa się w taki spo- 
sób, jakby zwycięstwo stalinizmu było przesądzone. Ewolucja zachodząca w demokra- 
cjach ludowych jest traktowana jako prefiguracja losu, który stanie się wspólny Francu- 
zom, Włochom, Anglikom, Amerykanom. 
Intelektualiści ze Wschodu, którzy nie wierzą w siłę duchową Zachodu, mają mimo 
wszystko skłonność do spoglądania w kierunku Zachodu z resztką nadziei. Są wystarcza- 
jąco inteligentni, by zrozumieć, że system stalinowski, w którym niemożliwe jest powie- 
dzenie prawdy, nie zapewnia ludzkości przyszłości - i że państwo uniwersalne, 
z Moskwą jako stolicą, byłoby raczej koszmarem. Są oni zatem szczególnie spragnieni 
nowin z Zachodu, zwłaszcza zaś tych, które mogłyby świadczyć, iż fatalizm historyczny 
może zostać przełamany. 
A jednak pozostają oni obojętni na wolnościowe slogany, jakimi posługuje się Za- 
chód. Każdy z nich chętnie przyzna, że wolność jest rzeczą dobrą - ale co potem? Jak 
do niej dojść? Są zirytowani, słysząc powtarzane w tym środowisku z XIX wieku, komu- 
nały zapożyczone przez historię z Rewolucji francuskiej lub z amerykańskiej wojny 


107
>>>
o niepodległość. Opinie wielu polityków emigracyjnych wywołują u nich uśmiech, gdyż 
są to opinie oparte na wierze w możliwy powrót do "statu quo". Powrót taki nie jest moż- 
liwy. Trwające przekształcenia posunęły się już zbyt głęboko. Ich wynikiem jest społe- 
czeństwo całkowicie odmienne od przedwojennego; społeczeństwo, w którym wszyscy są 
pracownikami państwowymi, za wyjątkiem pewnej liczby chłopów, jeszcze nie podda- 
nych kolektywizacji. Jakie odnowienie można sobie wyobrazić? Czy zacznie się poszuki- 
wania spadkobierców właścicieli kopalń i fabryk? Przywróci się do życia burżuazję, która 
została zniszczona? Czy trzeba będzie na nowo odtworzyć nacjonalistyczne walki między 
państwami Europy Środkowowschodniej? Nie! Wszystko to nie miałoby naj mniejszego 
sensu. 
Intelektualiści ze Wschodu są jednak niezwykle wrażliwi, jeśli chodzi o wieści z za- 
granicy, jeżeli nowiny te dostarczają dowodu na to, że istnieje Zachód ludzi, którzy ro- 
zumieją ich problemy i poszukują rozwiązań innych, aniżeli rozwiązania stalinowskie. 
Jeżeli jakiś artykuł, jakaś książka czy konferencja tego dotyczy, wydarzenie takie jest dla 
nich tematem do dyskusji przez całe miesiące. Oczywiście, stanowią publiczność surową, 
którą trudno zadowolić. Przebyli oni trening akrobatów intelektualnych, ponieważ teolo- 
gia Diamatu jest ćwiczeniem, które uelastycznia umysł. 
Zachód widziany ze Wschodu robi wrażenie zupełnej pustyni intelektualnej. W istocie 
tak nie jest; jednak trochę tak wygląda życie duchowe świata zachodniego, podobne do 
konstrukcji grobli, dróg i mieszkań na Zachodzie. Kiedyś, w Nowym Jorku, przyjaciel, 
u którego mieszkałem, spytał mnie, czy widziałem nowe, wielkie bulwary, zbudowane na 
East-River, w Brooklynie, oraz nowy tunel między Brooklynem a Manhattanem. Odpowie- 
działem, że nigdy o nich nie słyszałem. Więc zaprowadził mnie tam. Gdyby podobne prace 
zostały przedsięwzięte w Moskwie, prasa na całym świecie pełna byłaby wieści o tej gigan- 
tycznej, socjalistycznej konstrukcji. W USA nie zwraca się na nie uwagi: uważa się je za 
naturalne. Tak samo jest, i to w najwyższym stopniu, w dziedzinie nauki i sztuki, które na 
Zachodzie są przedmiotem zainteresowania wyłącznie dla specjalistów. 


KONKLUZJA 


Paradoks sytuacji na świecie polega na tym, że w krajach demokracji ludowej i - jak 
można odgadywać - także w Związku Radzieckim, znalazłoby się niewielu ludzi, którzy 
żywią prawdziwą sympatię dla systemu, w którym żyją. Równocześnie masy gotowe są, 
by maszerować w szeregach i narzucać całemu światu Dyktaturę, z której ani one, ani ich 
dzieci i wnuki nie będą mogły znaleźć wyjścia, ponieważ współczesny totalitaryzm dys- 
ponuje wystarczająco potężnymi środkami, aby uczynić każdą rewolucję iluzoryczną. 
Owe masy gotowe są maszerować w imię fatalizmu historycznego. Człowiek zapewnia 
nas, że zdetronizował Boga, lecz na jego miejsce posadził boga nowego; Historię. Jest to 
bóg okrutny i krwawy. Rozkazy, padające z jego ust, są głosami przebiegłych kapłanów, 
ukrytych w jego pustym brzuchu. Oczy tego boga są skonstruowane w ten sposób, że 
mają magnetyczną moc. Ludzkość dzieli się dzisiaj na dwie kategorie; tych, którzy nigdy 
nie ulegli temu magnetycznemu spojrzeniu i nic nie wiedzą o niebezpieczeństwie inte- 
lektualnym, i na tych, którzy dostali się pod jego władzę - i wiedzą, że bóg, któremu 
służą, jest zły. 
Na tych, którzy poznali magnetyczną moc tego boga i nie ulegli mu - ponieważ uważają, 
że człowiek sam może tworzyć swoją historię - spoczywa szczególny obowiązek. 


Z francuskiego tłumaczyła: Aleksandra Machowska 


108
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


TYM ON TERLECKI 


"POLSKA WALCZĄCA" 
I PIERWSZY OBÓZ WP 
W COETQUIDAN 
(ZE WSPOMNIEŃ TYM ONA TERLECKIEGO 
I INNYCH) * 


Nina TAYLOR (Wielka Brytania) 


Tymon Terlecki - eseista i krytyk literacki, od 1934 profesor w Państwowym Insty- 
tucie Sztuki Teatralnej w Warszawie, od 1936 redaktor "Sceny Polskiej" i "Teatru" - 
w połowie lipca 1939 roku wyjechał do Francji na letnią kurację. Na kilka dni przed wy- 
jazdem zadzwoniła do niego Halina Wittlinowa, żona Józefa Wittlina, z prośbą żeby 


* W opracowaniu wykorzystano: W. Leitgeber, W kwaterze prasowej. Londyn 1972; 
T. Terlecki, "Polska Walcząca". Od zachodniej strony, Orzeł Biały 1945 nr 32; U Świętego Kle- 
mensa, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza 12 VII 1960 s. 6; wspomnienie o Samuelu Tyszkie- 
wiczu w: Samuel Tyszkiewicz - artysta-typograf, pod red. T. Terleckiego. Southend-on-Sea 1962; 
"Pierwszy numer «Polski Walczącej»". Felieton nie drukowany, wygłoszony w BBC z okazji piątej 
rocznicy PW; "Wspominki Coetquidańskie". Maszynopis z 1954 r.; L. Bojczuk, Cztery lata "Pol- 
ski Walczącęj", Polska Walcząca 1946 nr 34; W. Budzyński, "Pierwsza wizyta". Maszynopis; 
Z. Grabowski, Weteran prasy emigracyjnej, Orzeł Biały 1945 nr 32; K. Zbyszewski, "Dobrze jest 
walczyć, ale i pisać o tym trzeba". Maszynopis; rozmowa z prof. Janem Ciechanowskim z 1985 r., 
spisana z taśmy i udostępniona przez Keitha Sworda; K. Zbyszewski, Tam powstało polskie wojsko 
na emigracji ijego pismo. (Z okazji 50. rocznicy I numeru "Polski Walczącej"), Środa Literacka 
(dodatek do Dziennika Polskiego); ]. Kowalik, Przed pół wiekiem powstała "Polska Walcząca", 
Nowy Dziennik-Przegląd Polski (Nowy Jork) 7 XII 1989 s. 2-3;]. Kowalewski, Z prof Tymonem 
Terleckim rozmawiał..., Tygodnik Polski (Melbourne) 16 XII 1989; Rozmowa z Florianem Śmieją 
drukowana w: F. Śmieja, Siedem rozmów o poeql. Toronto 1990. W opracowaniu ujęto także 
sprawozdania obozowe i notatki służbowe zachowane w archiwum Tymona Terleckiego. W nawia- 
sach i w cudzysłowie włączono również krótkie wypowiedzi o ludziach zapisane w latach 90. 


109
>>>
"zabrał ze sobą" autora Soli ziemi. Pociąg, w którym dwaj Lwowianie jechali przez zbro- 
jące się do napadu na Polskę Niemcy, mijał lotnisko na Tempelhof, gdzie samoloty bojo- 
we stały gęsto ustawione jeden przy drugim. Po wielu latach Terlecki wspominał 
w rozmowie z Florianem Śmieją, "Wittlin jak zobaczył ten obraz zbladł jak ściana. Prze- 
czuł, że wojna jest nieuchronna, i że my obydwaj unosimy świadomie czy półświadomie 
nasze głowy z grożącej naszemu krajowi katastrofy". 
Pierwszy dzień września zastał Terleckiego w Chinon nad Loarą. W drugi dzień woj- 
ny, jako strzelec pospolitego ruszenia z kategorią C-I, zgłosił się bez rozkazu w Biurze 
Werbunkowym Ochotników Armii Polskiej przy rue Crillon, w Paryżu, czyli w lokalu 
Polskiego Czerwonego Krzyża, na kandydata do Szkoły Podchorążych. Wedle zaświad- 
czenia z dn. 28 września 1939 podpisanego przez Eugeniusza Turskiego, aktem tym oraz 
pracą w tymże Biurze przyczynił się do stworzenia zawiązku Armii Polskiej we Francji. 
Dnia 23 września miał się stawić w Biurze w celu dokonania oględzin lekarskich przed 
wyznaczonym na 26 września wyjazdem do Szkoły Podoficerskiej na dwutygodniowy 
Kurs Rekrucki. Tymczasem bardzo się zaangażował w robocie werbunkowej. (Zaświad- 
czenie, że należy do personelu Biura Werbunkowego nosi datę 17 IX 1939.) Jak wyznaje 
w rozmowie z prof. Janem Ciechanowskim w 1985, "Bardzo to była pasjonująca robota, 
bo nam się zdawało, że my jeszcze zmobilizujemy odsiecz napadniętej Ojczyźnie". 
Wkrótce, bo w liście z 22 IX 1939 z podpisem; "Eug. Turski" otrzymał zlecenie natych- 
miastowego zajęcia się skompletowaniem Biblioteki przeznaczonej dla Obozu powstają- 
cego Wojska Polskiego w bretońskim Coetquidan. 
Jak relacjonuje w swoim wspomnieniu o Samuelu Tyszkiewiczu, Terlecki dnia 
23 września 1939 dość wczesnym rankiem zjawił się przed konsulatem polskim na rue Go- 
ujon, [...J "dygocący z wewnętrznego przejęcia jak zapuszczony motor - posiawszy za sobą 
książki i gryzmoły, których nie było mi sądzone odzyskać". Na ulicy "jeden za drugim stały 
trzy samochody, każdy innej maści, kształtu i rozmiarów. Był to «pierwszy rzut» jadący do 
Coetquidan, zapadłej dziury bretońskiej, gdzie miało się narodzić nowe wojsko polskie. 
Jechali; wyznaczony dowódca obozu płk January Grzędzmski, wczoraj dziennikarz, [...J dziś 
znowu żołnierz, jego adiutant kpt. Oktawian J astrzembski (Skrobek»), wczoraj malarz 
i urzędnik ambasady paryskiej, dziś pies na służbie, pdch. Kazimierz Prylmski, szef. z cen- 
zusem Dante Baranowski, konsul Stanisław Ruzewicz, prowadzący wspaniałą (swoją wła- 
sną) limuzynę, jeszcze kilka osób i - ja". Terleckiego zabrano jako speca od spraw kultu- 
ralnych. Jednym z trzech szoferów, prowadzący własne skromne auto, był kapral Faktor 
"żydzina ryżawa, z wyłupiastymi oczyma, z wiecznie osłupiałym wyrazem twarzy, mówiąca 
żałosną polszczyzną, w której pomieszał się małomiasteczkowy żargon, gwara chłopska i na 
własny sposób przyswojona mowa Rasyna". 
Czytamy w szkicu wspomnieniowym Terleckiego; 
Pierwszy dowódca obozu pułkownik January Grzędziński - lewicujący legionista, 
osobliwy typ wojskowego i polityka, oficera i publicysty w jednej osobie, założyciel, wy- 
dawca i redaktor opozycyjnego, postępowego, sztandarowo demokratycznego tygodnika 
"Czarno na Białym" - jak ja przychwycony przez wojnę w Paryżu jeszcze tam wyzna- 
czył mi rolę oświatowca i zabrał ze sobą. Na jego rozkaz już wojskowy choć odebrany 
w cywilnej marynarce wybrałem z biblioteki paryskiego domu polskiego na rue Crillon 
kilka tysięcy książek i powlokłem na niepewne losy. Przyjechałem do Coetquidan 23 
września pamiętnego roku, wyprzedzając najwcześniejsze transporty ochotników. [...] Bo 
też trzeba wiedzieć że Coetquidan - czyli mówiąc po naszemu Koczkodan - pamięta 
podobno czasy Rzymian ale jest to dziura i wydmuchów odbity od świata, zgubiony 
wśród rozpadlin, chaszczy i rzadkich, chudych drzewek; najbliższe większe miasto Ren- 
nes leży w odległości 40 kilometrów. 


110
>>>
Ich zagospodarowanie na bretońskim odludziu, które nie widziało polskiej książki 
i pewnie nigdy nie słyszało polskiej mowy, było moim pierwszym zadaniem. Nie bez trudu 
pozbierałem w pustym obozie małe podłużne szafczyny służące zazwyczaj do przechowy- 
wania ubogiego dobytku żołnierskiego i w nich rozmieściłem tak zdawało by się anachro- 
niczny, niewojenny ładunek. Wkrótce okazał się on użyteczny nad wszelkie spodziewanie. 
W Coetquidan było chłodno, mokro, niezbyt syto, przyciemnawo. Wszyscy chodzili oboleli 
od świeżej klęski, wszyscy byli rozżarci na Niemców i rwali się do odwetu, a mimo to, może 
właśnie dlatego, książki były czymś najbardziej pożądanym. Wieczorami przed biblioteką 
stały długie kolejki czekających cierpliwie nie na co innego ale na książkę. Zrazu zaspakaja- 
łem ten głód sam jeden. Później i trzech przydanych mi do pomocy takich samych cywilów 
jak ja z ledwością mogło nastarczyć tej żywiołowej potrzebie. 
Z perspektywy pół wieku, Terlecki wspomina że to było zupełnie sielankowe wojsko, 
inteligenckie, niesłychanie rozruszane ideowo, myślowo i intelektualnie, artystycznie - 
"wielu malarzy tam było, dużo pisarzy, dużo naukowców". 
Mały nawias o tych towarzyszach doli i pracy. Podejrzewam że dowódca obozu do- 
bierał ich nie bez ukrytego ubawienia. Nasampierw przyszedł Ludwik Rubel, jeden z re- 
daktorów krakowskiego Ikaca i poseł na Sejm. Potem, przechylając głowę na prawe ramię 
zjawił się w starym, gęsto łatanym mundurze koloru bleu horizon dziennikarz narodowy 
i senator, dziś już nieżyjący Jan Rembieliński; przyjechał aż z Argentyny. Z kolei dołączył 
się do nas Karol Zbyszewski, przed wojną jeden z filarów "Prosto z Mostu", terrorysta 
wywijający "ryżową szczotką", która i mnie nie jeden raz dobrała się do żywej skóry; 
w magazynie mundurowym dali mu parciane portki i jakąś kurtkę, a że brakło płaszczy, 
na własną rękę dopełnił tego stroju kraciastym, wściekle kolorowym autentycznie szkoc- 
kim szalikiem. Na koniec z Anglii przyjechał młody dziennikarz i literat Aleksander Gro- 
bicki. Razem stanowiliśmy bractwo od Sasa do lasa, od prawa do lewa, z sanacji 
i opozycji, z konkurencyjnych sklepików. Przed wojną nie znało się to, nie gadało ze so- 
bą, patrzyło na siebie kosym okiem. W Coetquidan zapomnieliśmy o wszystkim. Polubili- 
śmy się, wypili dużo czerwonego cienkuszu, grzanego z cukrem i pracowali od rana do 
nocy. Rembieliński i Zbyszewski wbrew moim rozkazom wydawali książki po kryjomu, 
poza wyznaczonymi godzinami, kiedy kto zapragnął. 
Drugim moim równoczesnym zadaniem była świetlica obozowa. Mieściła się w dwu 
olbrzymich saliskach obdrapanych bardzo kunsztownie i zabłoconych na wysokość rosłe- 
go chłopa. Niedługo po naszym osadzeniu się zakwitły one wszystkimi kolorami tęczy. 
Większą zapacykował w pojedynkę Tadeusz Lipski, świetny grafik użytkowy, specjalista 
od rzeźby w papierze, przebywający teraz w Ameryce; na ścianie wprost drzwi machnął 
kolorową mapę Polski od sufitu do stołu. Drobny, uśmiechnięty, z śmiejącymi się oczy- 
ma, Lipski wszystko potrafił powyginać z kartoniku. Doceniał robotę swoją, tzw. propa- 
gandę plastyczną. Bardzo pogodny, koleżeński, życzliwy, długo pętał się dokoła mnie. 
W większej sali co wieczór był nieludzki tłok wokół aparatu radiowego - kto mógł słu- 
chał radia z Londynu, jedynego wtedy mówiącego po polsku. 
W mniejszej, zamalowanej w trzech każdy po swojemu przez trzech malarzy-żoł- 
nierzy: Józef Natanson ("długas, masa nóg i masa rąk, wyrobiony społecznik"), Marian 
Walentynowicz ("król humorystów rysunkowych") i Aleksander Żyw, urządziliśmy her- 
baciarnię, zagospodarowaną dzięki pomocy Polskiego Komitetu Pań w Paryżu. Wydawała 
ona codziennie kilkaset filiżanek herbaty w cenie 30 centlmes za filiżankę, a w miarę 
możliwości także chleb z marmoladą, pasztetem itp. W zimowych, przedświątecznych ty- 
godniach ilość filiżanek wydawanych codziennie doszła do cyfry 400. Brakowało jednak 
surowców (herbata, cukier, suchary, marmolada itp.), gdyż zapas herbaty ofiarowany 
przez Komitet Pań wkrótce się wyczerpał. Widzę oczyma wspomnienia pana senatora 
z panem posłem zlanych siódmym potem wokół samowarów, chwiejnymi rękami napeł- 
niających szklanki i krających płatki cytryny. Późniejszą jesienią dołączyła do nich po- 
mocnica, ochotniczka przybyła na pomoc ojczyźnie - aż z Boliwii. [...] Razem w baraku 


111
>>>
C-l mieściły się więc biblioteka, pokój do prób chóru i pokój klubowy, w którym odby- 
waliśmy długie nocne "rodaków rozmowy". 
Już poprzyjeżdżali z całego świata ochotnicy, starzy i nowi znajomi. Z pułkownikiem 
Januarym Grzędzińskim Terlecki był w serdecznych stosunkach jeszcze za czasów war- 
szawskich. W trou breton pojawili się Jerzy Paczkowski, Czesław Straszewicz, Arkady 
Fiedler, Jerzy Alfred Kossowski, Stefan Themerson, Adam Tam, Mieczysław Lisiewicz, 
Zygmunt Haupt. Zgłosił się na ochotnika również Marek Szwarc. W wiele lat po wojnie 
Terlecki wspomina go. 
Jeszcze przed wojną Szwarc przeniósł się do Francji, zbliżał się do Maritainizmu. To 
był dużej klasy nowoczesny rzeźbiarz, taki czysty człowiek, taki idealista, ludzie się naśmie- 
wali, bo ten ewangeliczny Żyd, który się chrześcijanizował na wskroś, został rozdzielony 
między Chrystusa Jezusa a żydostwo wysublimowane, wyszlachetnione w chrześcijaństwo. 
Był przeniknięty tym duchem chrześcijańskim i duchem kultury zachodniej. Marek przez 
całą wojnę służył jako prosty żołnierz. W Szkocji służył ciągle w transporcie wojskowym 
i dobrze się sprawował. Tymi rękami rzeźbiarza prowadził ciężkie samochody. 
Na początku grudnia zjawił się w Coetquidan wyżej wspomniany Karol Zbyszewski, 
okrężną drogą przez Litwę, Łotwę, Szwecję, Norwegię i Anglię. We wspomnieniach 
spisanych w pół wieku później Zbyszewski wyraziście określił sylwetkę Grzędzińskiego, 
swego sąsiada z warszawskiego podwórka, witającego każdego nowoprzybyłego osobi- 
ście słowami "Czołem obywatelu!". Przypomniał Rembielińskiego "endeka od urodzenia, 
senatora z nominacji sanacji, który nigdy nie stawiał, ale zawsze zaznaczał, że potępia 
i unika alkoholu, lecz tym razem, dla towarzystwa, zrobi wyjątek i wypije". Nie zapo- 
mniał też otyłego i klabzdrowatego Rubla "super Polaka - katolika z wyboru i przeko- 
nania". Pisze dalej Zbyszewski; 
Zjeżdżało do Koczkodanu coraz więcej zawodowych oficerów. Uważając, że są po 
prostu przeniesieni do DOK - Bretania, wdrażali dawne regulaminy. Zdumiewało, że 
inteligentni ludzie zamiast zwalczać tępe żupactwo przesiąkali nim najdokładniej. Adzio 
Bocheński, Ksawery Pruszyński, Józef Lipski, nasz ostatni ambasador przy Hitlerze 
w Berlinie, Woroniecki, Badeni, Jan Rostworowski, Natanson, malarz, Piotrowicz, dawny 
zaufany urzędnik przy wojewodzie Raczkiewiczu, Karwowski, sekretarz Sławoj Skład- 
kowskiego, Horko, Meysztowicz, Czesław Jeśman, obiecujący młodzi z MSZ lub Legionu 
Młodych, trzaskali obcasami przed byle kapralem, skrzeczeli gardłowo: "Melduję po- 
słusznie". Mimo zimna nie można było chodzić po obozie z rękoma w kieszeniach bo bez 
przerwy trzeba było salutować. Ramię zamieniało się w semafor. 


Wraz z Rembielińskim, Rublem i Grobickim Karol Zbyszewski wchodził w skład Re- 
feratu Oświatowego. Na niego jako na biegle mówiącego po francusku, spadla odpowie- 
dzialność za wycieczkę do Rennes po pianino. Dalej wspomina; 
Szefem Wydziału Oświaty był Tymon Terlecki. Dzięki niemu nasz Wydział ściągał 
masę książek do biblioteki-wypożyczalni, sprowadzał z Paryża polskich aktorów na wy- 
stępy, urządzał kursy języka francuskiego, werbował setki pań jako "matki chrzestne" dla 
żołnierzy, prowadził herbaciarnię w świetlicy... Nie byłem zachwycony aktywnością Ty- 
mona, bo wobec wiecznie rozlatanego Rubla i rozgadanego Rembielińskiego najwięcej 
pracy skupiało się na mnie, potulnym popychadle. 
Przy takim doborze personalnym koncert ku uczczeniu rocznicy 11 listopada opierał 
się prawie wyłącznie na własnych siłach artystycznych. Referat oświatowy współdziałał 
w organizacji polskiego koncertu propagandowego w Rennes, z udziałem Władysława 
Galińskiego, Pierre Herala z Odeonu, Toli Korian, Marii Kuncewiczowej i Witolda Mał- 
cużyńskiego, który zyskał sobie znaczny odzew wśród publiczności francuskiej. Pięć 


112
>>>
koncertów świątecznych dało okazję do współpracy artystycznej polsko-francuskiej - 
wystąpili w nich żołnierze polscy obok kolegów francuskich, śpiewaczka koloraturowa 
pani Berenita i pianista Ciampi z Radio Rennes i szereg innych. 


* * * 


Tam w Coetquidan kształtowało się Polskie Wojsko poza Polską. A w jednym z blo- 
ków koszarowych, w malutkiej izdebce, urodziło się właśnie pismo "Polska Walcząca". 
W swoim dzienniku z lat woj ny ogłoszonym w Londynie w 1972, pod datą l X 1939, 
ówczesny korespondent "Kuriera Poznańskiego" Witold Leitgeber zapisał następujące 
świadectwo narodzin pisma. 
Pierwsza niedziela w obozie. [...] Jest nas tutaj cała grupa dziennikarzy, publicystów, 
literatów różnych szarz. Od kilku dni mówiliśmy o potrzebie założenia pisma obozowego. 
Teraz na zaproszenie Komendanta Obozu, płk. Grzędzińskiego, zebraliśmy się w jednym 
z baraków. Obok dziennikarzy [...] byli też m. in. Tymon Terlecki (teatrolog), S. Tyszkie- 
wicz, Stanisław Paprocki, Wiktor Żółtowski (filozof), Jastrzembski. [...] Ludwik Rubel [...J, 
Jan Rembieliński. Dyskutowaliśmy bardzo długo nad różnymi sprawami związanymi z wy- 
dawaniem pisma. Ma to być tygodnik. Płk Grzędziński proponuje tytuł "Gromada żołnier- 
ska" [...]. Terlecki proponuje bardziej szumny: "Polska Walcząca". Coetquidan - mówi- 
jest zalążkiem nowej armii. Jesteśmy w tej chwili we Francji jedyną Polską walczącą skoro 
w kraju ustały walki. Ale i ten tytuł budzi zastrzeżenia i wątpliwości. Przecież jeszcze nie 
walczymy - podkreślają niektórzy. Terlecki odpowiada z wielkim przejęciem, że jesteśmy 
Polską, która chce walczyć i zapewne niedługo będziemy walczyć. [...] Kto będzie redakto- 
rem? Wygląda na to, że Terlecki, ale są też inni amatorzy. (s. 13-14) 
Wedle Wiktora Budzyńskiego, twórcy "Wesołej Lwowskiej Fali", ojcami chrzestnymi 
nowego pisma byli Rembieliński i Rubel, sami onijednak w numerze jubileuszowym w roku 
1942 całą "winę" złożyli na Terleckiego. A on "podobno jak maniak łaził po obozie zanu- 
dzając komendanta Coetquidanu, to on pojechał do Rennes po papier, to przez niego przy 
kasztach drukarskich z niekompletnymi czcionkami polskimi, nadesłanymi z Paryża, musieli 
stanąć składacze w polskich mundurach". Terlecki nieco inaczej opowiada. 
Najmozolniejszą i - jak się później okazało - najbardziej dla mnie fatalną robotąjaką 
przedsięwziąłem w Coetquidan było pismo obozowe. Pułkownik Grzędziński myślał o nim 
jeszcze w Paryżu, spiskowaliśmy o tym piśmie od samego przyjazdu do Coetquidan, ale jak 
z wielu rzeczami na świecie - zrobiło się łatwo i przyjemnie, ale rodziło się trudno, powoli 
i wśród przykrości, udało się je doprowadzić do skutku dopiero z końcem listopada. 


Terlecki powtarza i podkreśla, że nie mogłoby dojść do skutku bez współpracy Jana 
Rembielińskiego, Aleksandra Janty-Połczyńskiego, Ludwika Rubla, Zygmunta Haupta 
i Karola Zbyszewskiego. Akt założycielski nowego pisma, zachowany w archiwum Ter- 
leckiego, nosi datę 7 XI 1939, jest podpisany siedmiu nazwiskami, m.in. Rubel, Mieczy- 
sław Fleszar, Janta, Tyszkiewicz, Grzędziński. Pytam Terleckiego kto to był Fleszar. 
,,] ako student brał udział w wojnie hiszpańskiej po stronie lewicowej, matka jego także 
była polityczką. Rozpoznałem go jako lewicowca-patriotę, bardzo go przygarnąłem, on 
zaŚ pośredniczył. Rozstaliśmy się na tle stosunków do Sowietów, nadal będących dla nie- 
go sprzymierzeńcami". 
Od początku piętrzyły się trudności z materiałem. Pisze Terlecki: "Coetquidan prze- 
lewało się od gryzipiórków, wszystkich rang i maści, ale nikt nie chciał pisać, wszyscy 
chcieli strzelać". Były kłopoty z cenzurą francuską, już uczuloną na punkcie Sowietów. 
Potem zaczęło się szukanie zecerów - 


113
>>>
[...] także niebylejaki trud, bo dowodzący nie chcieli oddawać żołnierzy, a dowodze- 
ni stawali okoniem przeciw "cywilnej" robocie. Była tam oczywiście drukarnia ale równie 
oczywiście nie było polskich czcionek. W wojennymjuż rozgardiaszu, w natłoku pilnych, 
palących spraw organizacyjnych trzeba je było zamawiać w Paryżu, popędzać odlewnię, 
dopilnować aby odlane znaki przyjechały na miejsce. 
Ale koniec końców uporem i życzliwą pomocą wszystko się dało przezwyciężyć. 
W końcu znaleźli się oddani, serdeczni i jak oświatowcy zdolni żyć w sielankowej zgo- 
dzie zecerzy dwu konkurencyjnych, zwalczających się na bij zabij pism emigracji zarob- 
kowej "Narodowca" i "Wiarusa", którzy spotkawszy się przy tej robocie, zaczęli się ko- 
chać jak mleczni bracia. Samuel Tyszkiewicz, legendarny typograf, nadworny drukarz 
uniwersytetu we Florencji i twórca "Oficyny Florenckiej", eks-hallerczyk, teraz zaś 
ochotnik, mimo różnicy wieku druh od serca nas wszystkich, skomponował winietę tytu- 
łową pisma i pomógł mi złamać pierwszy numer. Ze względu na pamięć o nim utrzymano 
ten ascetyczny nagłówek do końca. Z pomocą kapitana Chodźki, potomka emigrantów li- 
stopadowych, udało się udobruchać lokalnego cenzora". 
Chodźko - o ile pamięć nie zawiodła Tymona Terleckiego - była to "dramatyczna 
postać, emigrant który doczekał się wojny emigranckiej, bardzo sfrancuziały, przenik- 
nięty wpływem francuskim, strasznie nerwowy, niepozorny, chudy starszy pan". 
Technologia nie dopisywała. Najpierw trzeba było odlewać czcionki polskie aż 
w Paryżu. 
Odlewały się w tym samym piorunującym tempie, z jakim chodził lokalny pociąg. 
Składali ręcznie literkę do literki i okazało się że ą, ę, ł, z których w języku polskim jest 
stanowczo za dużo Quż nie mówiąc o kłopotach z polskimi "elami", "esami", "setami", 
"zetami" , "achami" i "echami") wystarczy tylko na cztery strony pisma mniejszego niż 
dziś formatu. Odbijaliśmy więc wprzód cztery strony, a potem przenosili owe a, e, l, z, na 
pozostałe cztery i znowu odbijali. Siedzieliśmy przy tym parę wieczorów głęboko w noc, 
ku złości właściciela Francuza, który stanowczo twierdził, że drukarnia w Rennes, to nie 
młyn i w nocy nie pracuje. 


* * * 


Pułkownik-dowódca obozu przykazał, że "Polska Walcząca" musi być gotowa 29 li- 
stopada - na rocznicę Powstania. Obchodząc jej piąte urodziny na falach radia londyń- 
skiego, Terlecki wspominał; 
Mżył kapuśniaczek, taki, przesiewany przez gęste sitko i wilgoć wsiąkała we francu- 
skie płaszcze z pierwszej wojny światowej, jakby był specjalnie do tego zrobiony. Całe 
szczęście, że w departamentalnym mieście Rennes można było poczekać na tzw. "samo- 
warek" pod jakimś okapem. "Samowarkiem" nazywaliśmy pociąg lokalny, między Ren- 
nes a [...] Coetquidan, powszechniej znanym p.n. Ketkidan, albo zgoła Koczkodan za- 
pewne dla niewielkiej urody krajobrazu i budownictwa koszarowego. Otóż ten koczko- 
dański szybkobiegacz, dychawiczny i nieopisanie flegmatyczny, na pokonanie odległości 
czterdziestu kilometrów między miastem a obozem zużywał prawie tyle czasu, co koń do- 
rożkarski. Prychał, rzęził i korzystał z każdej sposobności, aby przystanąć po drodze. 
Z dwu rzeczy zapamiętanych tego dnia: wilgoci w płaszczu i powolności "samowar- 
ka" - tylko ta druga była przedmiotem mojej cichej furii i rozpaczy. Chciałem być 
w obozie jak najprędzej. Wiedziałem, że mnie tam czekano, jak dygnitarza z "Reginy". 
Czekał dowódca obozu w baraku A z jakąś cyfrą, czekali w baraku C-l oświatowcy, re- 
kordowe gaduły obozowe, poza tym serdeczni druhowie. Wiozłem ze sobą nie listę awan- 
sów, ale cały nakład pierwszego numeru "Polski Walczącej". 
Zmierzchało już gdy dobiłem do stacyjki, naprzeciw obozu. Pod kapuśniaczkiem 
zmieniło się sitko i zacinał dość gruby deszcz, gdy z pakietem pisma dotarłem do baraku 


114
>>>
C-l. [...] Czekali tam przyjaciele. Nie pamiętam czy krzyknęli "hurra", ale wiem, że byli 
wzruszeni. 
W kilka minut potem, poprzez wilgotny zmierzch listopadowy, zabielony mgłą, 
skrawki papieru wędrowały do źle oświetlonych, przewiewnych baraków. Żołnierze 
w błękitnych mundurach z przeszłej wojny, Polacy z Francji i Polacy z Polski, jak się 
wtedy mówiło, chwycili je w ręce, podsunęli do oczu. 
I nagle wszyscy my, którzy zabiegaliśmy o to pisemko i ci, którzy je do rąk dostali, wszy- 
scy w ten wieczór jesienny pamiętnego roku uświadomiliśmy sobie, że jego imię ogłoszo- 
ne w dniu urodzin - "Polska Walcząca" - jest imieniem nas wszystkich, imieniem na- 
szej woli i naszego losu. Nikt z nas tylko nie przypuszczał, że tak długo wypadnie nam to 
imię nosić, że tygodniczkowi urodzonemu w mało sławnym mieście Rennes jest pisany 
żywot tak długi i tak burzliwy. Przy wysoko zawieszonych, żółto pełgających żarówkach 
moi czterej towarzysze pracy obejrzeli numer z mieszaniną krytycyzmu i wzruszenia. Gdy 
o określonej godzinie zgasło światło w obozie, siedzieliśmy przy świecach i grzanym, 
słodzonym winie chyba dłużej niż zwykle. 
Pierwszy numer "Polski Walczącej" w nakładzie coś ponad 1,000 egzemplarzy był 
więc gotów w wigilię rocznicy powstania listopadowego. Nosił podtytuł; "Tygodnik 
Gromady Żołnierskiej". Zawierał dwa posłania na początku, od generała Sikorskiego 
i generała Maczka, artykuł wstępny dowódcy obozu, dwa wiersze Wierzyńskiego, pio- 
senkę "A gdy minie jesień" napisaną przez Rembielińskiego, artykuł okolicznościowy 
"Noc podchorążych" pióra redaktora, "Wspomnienia lotnika z obrony Warszawy", szkic 
polityczny Czesława Poznańskiego ("dziennikarz w służbie dyplomatycznej, w opozycji 
do Becka i trzymany przez niego na dystans"), bezimienną "Kronikę wojenną", "Kronikę 
obozową" Aleksandra ]anty, który miał być aż do klęski Francji jednym znajżywszych 
współpracowników, garść bledziutko odbitych fotografii i garść oryginalnych rysunków. 
Na pierwszej stronie znajdowała się nie podpisana apostrofa. Po piętnastu latach redaktor 
Terlecki w pogawędce radiowej przyznał się do jej autorstwa. Pisze dalej; 
Nazajutrz - dnia 29 listopada 1939 r. - cztery karteluszki rozeszły się pod rzadko 
szczelne dachy, szeroko przewiewne ściany baraków. Nie wiem co o nich mówił szary, 
raczej pstrokaty, lud wojskowy. Góra nie ze wszystkiego była zadowolona. Komuś nie 
podobał się cytat z legionisty Żuławskiego i społecznie radykalne akcenty w tym co napi- 
sał Poznański, ktoś inny zżymał się na ostatnie zdanie mego artykułu o podchorążych li- 
stopadowych: "Pozdrawiamy w nich najczulszą i nieśmiertelną nadzieję każdego narodu, 
każdego wojska, każdego boju - młodość". Dziś już sam nie jestem młody, ale nie zmie- 
niłbym w tym zdaniu ani jednego słowa. [...] Gdy je czytano, ani mi przeszło przez myśl, 
że oto zaczęła się nawijać na nową szpulkę nić mego życia. Nie przypuszczałem, że "Pol- 
sce Walczącej" oddam dziesięć lat wieku męskiego. 
Dorzuca Karol Zbyszewski, słynny humorysta, autor Niemcewicza od przodu i od tyłu; 
"Sprzedawaliśmy go [tygodnik] w świetlicy, roznosiłem go po obozie; miał powodzenie, 
naj mniejszy oczywiście wśród nas, zazdrosnych dziennikarzy". 
Na wojnie jak na wojnie. W rozmowie z profesorem Ciechanowskim Terlecki wspo- 
mniał również o ćwiczeniach wojskowych. 
Mieliśmy instruktorów francuskich. To byli ludzie z tamtej wojny, formaliści ale z dobrą 
wiedzą wojskową. Szkolili nas, nawet ganiali oficera oświatowego na rozmaite ćwiczenia, 
zrywali go z łóżka rano o świcie na gimnastykę, ale to wszystko kryło pustkę za sobą, to 
wszystko nie miało żadnego zaplecza, żadnego przygotowania do rozgrywki, która była 
nieuchronna". Redaktor-podchorąży, czyli "Monsieur ]' aspirant", doczekał się rangi ka- 
pitana na czas wojny dopiero dnia 1 stycznia 1945. W strzelaniu pewnie nie celował. 
"Należałem do kursu oficerskiego, pewna ilość punktów była potrzebna do kwalifikacji. 
Bardzo źle robiłem, ale mozoliłem się rozpaczliwie żeby się dociągnąć. 


115
>>>
Życie obozowe toczyło się dalej, toczyło się "dr6le de guerre". Z okazji pierwszych 
świąt wojennych świetlica coetquidańska dokonywała rozmaitych rzeczy; olbrzymią, 
kilkumetrową prześliczną szopkę krakowską z prawdziwą słomianą strzechą, gwiazdę 
dużą jak młyńskie koło, wykonaną przez artystów-żołnierzy Kazimierza Jodzewicza 
("katolika") i Edmunda Ernesta. Zorganizowano zespół kolędników odgrywających ory- 
ginalne jasełka żołnierskie w rejonach zakwaterowanych, z tekstem Aleksandra Janty- 
-Połczyńskiego i Jana Rembielińskiego. Kostiumy dla kolędników, zaprojektowane i wy- 
konane przez Mieczysława Różańskiego i Stanisława Mikulę ("bardzo malownicza po- 
stać, żarłok i grubas"), artystów dekoratorów ze szkoły Podchorążych, były malowane 
kolorami na białym płótnie. Trzej Królowie nosili barwy i herby Francji, Anglii i Stanów 
Zjednoczonych. Witold Leitgeber opisał ten wieczór na gorąco; 


Kilku z nas, znajomych oficerów, umówiło się na Wilię nie do kasyna oficerskiego, ale do 
podchorążych, gdzie przygotowano posiłek według polskich zwyczajów. [...] Przy stole sie- 
dzialem z Samuelem 1., Terleckim, Jakobem Schulzem, Lissowskim, Zdrojewskim. Na chwile 
przysiadł się do nas "gość oficjalny" płk. Grzędziński. [...] śpiewaliśmy kolędy. (s. 20) 
Karol Zbyszewski za to twierdzi, że noc wigilijna była szczytem smutku; wtuliwszy 
głowy w koce wszyscy płakali. 
Bywało czasemjeśli nie wesoło, to przynajmniej mniej markotnie. Dla rozproszenia nu- 
dy obozowej grono prawie zawsze tych samych podchorążych-intelektualistów spotykało się 
raz na tydzień w sobotę wieczór na prywatne agape i porywało kolegę-redaktora do jakiejś 
okolicznej restauracji czy gospody na zamówioną kolację; "z tego się wytworzył nukleus 
moich wielbicieli, chcących wyrazić uznanie dla mego wpływu na podniesienie atmosfery 
i poziomu w obozie". Jak głosi dokument z datą 16 II 1940 roku "Decyzją II-go Zastępcy 
Ministra Spraw Wojskowych z dnia 25.I.br. podchorąży Tymon Terlecki został przeniesiony 
z obozu w Coetquidan do Wydziału Propagandy i Oświaty M.S. Wojsk". 
Z okazji odkomenderowania Terleckiego do paryskiej "Reginy" odbyła się nie lada 
uczta, opisana znowu przez niezawodnego naocznego świadka, Witolda Leitgebera. Pod 
datą 31 I 1940; 


Wieczorem w restauracyjce w Carentoir, ok. dziesięć kilometrów od Coetquidan, że- 
gnaliśmy kolacją Tymona Terleckiego, podchorążego, oficera oświatowego obozu i re- 
daktora "Polski Walczącej" w jednej osobie. Odchodzi do MS Wojsk, do Paryża na sta- 
nowisko redaktora połączonych pism "Polski Walczącej" i "Żołnierza Polskiego we Fran- 
cji", wydawanego dotychczas w Lilie. W pożegnaniu brało udział grono ludzi związanych 
z Tymonem, a więc adwokat Tadeusz Baykowski, podch. Kazimierz Pryliński, lekarz 
Stefan Kantor, Paweł, Kuba i jeszcze paru innych. Biedny Tymon, odchodzi z lekkim 
strachem, co będzie w Paryżu. (s. 24) 
O tym że nie odbyło się bez dobrego winka świadczy dokument sporządzony w łaci- 
nie; z datą Coetquidanum A.D. MCMXL. 
Nos subscripti ut coenam bene preparatam vinoque sa tura tam ad maiorem (seu aspi- 
rantem) amici nostri Tymoni Terleciani la udem consumemus, hic conventi sumus. Virus 
virtutum plenus non solum ipsa persona sua, sed etiam spiritus cerebrique qualitatibus 
cor nostrum in saecula saeculorum conquerit, idemque conquestum lutetiam secum pre- 
hendit. 
Itaque nos vitam ejus lutetia honoris et laudum plenam futuram sperantes, votum 
sequens emittimus: Sint tibi providentia socio, amica fortuna! 
Czyli - w bardzo wielkim skrócie - redaktor Terlecki swymi zaletami duchownymi 
i umysłowymi na zawsze podbił serca współbiesiadników. Wśród dających się rozszyfrować 
podpisów występują; Kazimierz Pryliński, Janusz Zdrojewski, Paweł Zdziechowski, Stefan 


116
>>>
Kantor, Tadeusz Baykowski ("bardzo miły człowiek, adwokat, w wojsku bardzo pozytywny 
i pomocny"), Witold Leitgeber oraz Kuba Schulz, zdaje się krewny pisarza. 
Po kilku (właściwie sześciu) numerach skromne pismo obozowe promowano do god- 
ności organu całych Polskich Sił Zbrojnych, gwałtownie rozrastających się zwłaszcza po 
zawarciu polsko-francuskiej umowy wojskowej. Redakcję przeniesiono z bretońskiego 
odludzia do małego pokoju redakcyjnego przy Sztabie Głównym w paryskim hotelu "Re- 
gina", naprzeciwko pomnika Joanny d' Arc. Skład przeniesiono do drukarni w Lens 
w departamencie Nord, gęsto zasiedlonym Polakami-górnikami. 
Z okazji 50-lecia "Polski Walczącej" w 1989, Terlecki oświadczył w rozmowie z Ja- 
nuszem Kowalewskim; 


Wzięły "Polskę Walczącą" pod swoją opiekę liczne, żywe, dynamiczne organizacje 
polonijne. Z ich ramienia współpracował ze mną szlachetny, ofiarny działacz społeczny Ta- 
deusz Obrębski, przyjaciel mego przyjaciela Jerzego Zawieyskiego, dramatopisarza 
i organizatora (wraz z Jędrzejem Cierniakiem) ruchu teatrów ludowych. [...] Trwały ślad 
współpracy wojska ze społecznością polonijną zachował się w nowym podtytule pisma: 
ŻOŁNIERZ POLSKI NA OBCZYŹNIE. Wywodził się on z niezbyt udanej, krótkowzrocz- 
nej próby wydania pisma przez Polonię francuską "Żołnierz Polski we Francji", dwutygo- 
dnika Polskiego Centralnego Komitetu Obywatelskiego wydawanego przez Kwiatkowskiego 
w Lilie. Połączenie z tym pismem w lutym 1940 r. zwielokrotniło nakład "Polski Walczącej" 
do 17 tysięcy. I ten podtytuł - "na Obczyźnie" - pozostał do końca. 
Dnia 11 II 1940 ukazał się pierwszy numer "Polski Walczącej" poza Coetquidan. Od 
tego czasu niemal przez pół roku redaktor dzielił siebie między Paryż i Północ. 
Trzy dni w tygodniu spędzałem w Paryżu, trzy w Lens w drukarni polskiego dzienni- 
ka "Narodowiec", dużej, świetnie urządzonej i bogato wyposażonej. Było mi tam jak 
w raju. Hołubili mnie tam wszyscy, nawet rzadko uśmiechający się twórca i założyciel te- 
go warsztatu, redaktor Michał Kwiatkowski (ojciec). Otoczony życzliwą atmosferą, 
montowałem tygodnik wojskowy tam do lata 1940 roku. 
Nadeszła klęska Francji. Nadal jako ppor. piechoty Terlecki otrzymał przepustkę 
z datą 9 i 10 VI 1940 na 25 dni, a więc zezwolenie na jazdę w kierunku Paris-Angers- 
-Paris. W Angers spotkał Jana Hulewicza, kolegę uniwersyteckiego. Dnia 18 VI 1940 po 
dwudniowej podróży znalazł się już w Libourne, zamieszkał u Jana Hulewicza, President 
du Conseil, przy 29 rue Clement Thomas. Wedle relacji Ludwika Bojczuka, ,,jeszcze 
w toku ewakuacji, w przeddzień ogłoszenia kapitulacji przez Petaine' a, daremnie usiłował 
redaktor wraz z jednym ze swych kolegów wydać przygotowany do druku numer «Polski 
Walczącej» w Bordeaux". Za to w czasie ewakuacji-podróży całe paryskie archiwum 
redakcyjne przepadło bez wieści. Redaktor "Polski Walczącej" ewakuował się do Wiel- 
kiej Brytanii z malutkiego portu Le Verdon, w pobliżu Bordeaux u ujścia Garonny. 
W oczekiwaniu na statek-węglowiec "Clan Fergusson" spędziłem kilka nocy na 
piaszczystej plaży z otwartym widokiem na niebo. Tam pierwszy raz widziałem spadające 
bomby. Po ciężkiej podróży na brudnym dnie węglowca wylądowałem w Liverpoolu. 
Dnia 25 czerwca 1940 r. uprzejma Angielka poczęstowała Terleckiego jego pierwszą 
w życiu cup of tea z... mlekiem. Z Liverpoolu przewieziono go pociągiem do Glasgow, 
gdzie pierwsze kilka nocy spędził pod gołym niebem na twardych deskach olbrzymiego 
stadionu sportowego. Kiedy rozdano koce, "wziąłem i narzuciłem na plecy, tak że ofice- 
rowie naśmiewali się z mojej zniewieściałości". W rozmowie z Januszem Kowalewskim 
Terlecki skomentował; "Byliśmy w Glasgow bardzo popularni - jako obrona przeciw 


117
>>>
grożącej inwazji". Wraz z kolegami jeździł darmo tramwajami, autobusami, pił herbatę, 
za którą nie chciano przyjmować opłaty itd. 
Zaledwie w kilka dni później, w lipcu 1940 r., wraz z kolegami z ministerstwa wylą- 
dował w jednym z pierwszych obozów WP wśród wspaniałych wiekowych drzew w parku 
przy zamku Douglas, w pobliżu miasta Lanark. 
Rozbito namioty na trawniku. Tam na szkockiej murawie z wspólnego wysiłku grona 
świetnych dziennikarzy z l. Korpusu, jak Bregman, Horko, urodził się "Dziennik Żołnie- 
rza", drukowano go jeszcze pod drzewami w Douglas. "Dziennik Żołnierza" bił na głowę 
"Dziennik Polski", który był podówczas niedbały i niechlujny. Żeby pobić konkurencję 
minister Stroński dążył do połączenia tych dwu pism. Po "Dzienniku Żołnierza" została 
tylko pamiątka w nazwie. 
Ale wróćmy do "Polski Walczącej". Dwaj koledzy po piórze utrwalili okres szkocki. 
Ludwik Bojczuk pamiętał; 
[...] jak to w chłodne i dżdżyste dni naszego koczowania w szkockich lasach Tymon 
Terlecki, redaktor od czasów coetquidańskich, człowiek, dzierżący podobno warmii pol- 
skiej rekord długości tego samego przydziału, spacerował pod sosnami z coraz to innym 
kandydatem na korespondenta, dyskutując żarliwie wszystkie problemy, związane 
z wznowieniem pisma, i snując rozległe plany w chwili, gdy pod grozą nieuchronnej - 
jak się wydawało - inwazji niemieckiej żyło się, nie znając dnia ani godziny. 


Pisze Wiktor Budzyński, kolega z lwowskich lat 


Tymon wierny swojej PW jest zły i smutny, że właśnie teraz, w takim momencie nie 
może ona przemówić do żołnierza. Z zazdrością jakby patrzy na nas, gdy z "Lwowską 
Falą" krążymy od polany do polany śpiewając żołnierzom [...]. Redaktor PW wygląda 
w tym czasie jak stwór blady, niedożywiony, gdyż mięso z kotła uroczyście zakopujemy 
w przydrożnych rowkach, pochodzi ono bowiem z roku 1894 z Kanady, jest dobrze za- 
mrożone, a nasi kucharze nie mająjeszcze na nie swojego sposobu. [...] 


Któregoś dnia, jak twierdzi Bojczuk, zniknął redaktor z leśnego wzgórza. Za to Bu- 
dzyński był obecny, kiedy; "Pewnego dnia w otworze naszego namiotu z karteczką w ręce 
staje rozpromieniony Tymon; «Będzie PW - jadę do Londynu». Padają mało patriotyczne 
pożegnania; «Pozdrów Goebbelsa. Opisz pierwszą paradę Adolfa w Londynie»". 
W Londynie znaleziono nieistniejącąjuż drukarnię St Clement's Press przy Portugal 
Street, której trzypiętrowy, narożny budynek przeszedł potem na własność London Scho- 
ol of Economics. Wkrótce po tym, w rzeczywiście rekordowym czasie, bo w dniu 12 lipca 
1940 r., ukazał się pierwszy "brytyjski" numer "Polski Walczącej", czyli dziewiętnasty 
numer drugiego rocznika, z datą 21 lipca 1940. Opuścił prasę o tydzień wcześniej, miał 
przesuniętą datę z uwagi na rozproszenie zbierających się resztek armii lądowej, lotnic- 
twa i marynarki.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


GLOS DIABELSKIEGO 
ADWOKATA 
(W SPRAWIE LITERATURY 
NA EMIGRACJI) * 


Tymon TERLECKI (Wielka Brytania) 


Jesienią ubiegłego roku Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie zorganizował 
w Londynie zbiorowy wieczór poświęcony literaturze emigracyjne{ Zagaił ten wieczór 
Michał Sambor i teraz ogłosił drukiem swoje zagajenie w czerwcowym numerze "Kultu- 
ry"z. Stwarza to i dla mnie sposobność aby zabrać głos na tym forum. 
J ak na wspomnianym wieczorze pragnę i tutaj odwieść wprzód myśl czytelników do 
kolegium i przewodu rozstrzygającego sprawy o ileż trudniejsze, niż ta która była przed- 
miotem jesiennej rozprawy pisarzy. Mówię - o trybunale beatyfikacyjnym. Skład sę- 
dziowski takiego trybunału ma w swoim gronie urzędnika o wcale nie świętym przezwi- 


* Maszynopis tekstu znajdującego się w archiwum Tymona Terleckiego odnalazła i przygoto- 
wała do druku Nina Taylor-Terlecka. 
l O wieczorze dyskusyjnym poświęconym literaturze polskiej na obczyźnie, urządzonym 
w Instytucie Historycznym im. gen. Sikorskiego przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie, 
czytamy w "Dzienniku Polskim" z 18 XII 1952: "Referat zagajający wygłosił M. Sambor. Zdaniem 
referenta, pisarze polscy na obczyźnie powinni się zająć opracowywaniem tematów o znaczeniu 
światowym. Tematy bowiem polskie straciły atrakcyjność. 
Oponenci Sambora natomiast byli wręcz przeciwnego zdania. ]. Bielatowicz w dosadnym 
przemówieniu wskazał, jakim warunkom powinien odpowiadać piszący, aby być pisarzem, szcze- 
gólnie - poczytnym. H. Naglerowa przeprowadziła porównanie między emigracją XIX wieku 
a obecną. T. Terlecki zajął się szczegółowszą krytyką referatu. S. Zahorska (zaznaczywszy na 
wstępie, że powie to samo, co Terlecki, tylko - popularniej) z wielką swadą polemizowała z re- 
ferentem. Tak samo z krytycznymi uwagami, zaprawionymi dowcipem i ironią, wystąpił ]. Ko- 
walewski. Przewodniczył prof. Stroński" . 
2 Kultura 1953 nr 6/68. W tymże roku Michał Sambor zadedykował swój artykuł "Zapiski 
o pisaniu" "Tymonowi Terleckiemu, któremu zawdzięczam nie tylko tytuł tych uwag", Wiadomo- 
ści 1953 nr 45 (394) s. 2. 


119
>>>
sku; advocatus diaboli - adwokat diabła. Jego zadaniem jest wskazywać słabe strony 
dowodów, zaczepiać i podważać każdy argument powołany na świadectwo świątobliwo- 
ści wielkiego nieobecnego, którego proces toczy się przed trybunałem. Jest to głos ciągle 
czujnej, podejrzliwej trzeźwości, głos ubezpieczający prawdę ze wszystkich stron, opu- 
kujący ją nieustannie, jak się opukuje mur czy bryłę metalu po to, aby sprawdzić czy nie 
ma w nich rysy. Sądzę, że prałat, na którego spada to ważne i odpowiedzialne, choć nie- 
wdzięczne i niezbyt miłe zadanie spełnia ją z całą pokorą serca. 
W dyskusji o literaturze przyjąłem na siebie tę rolę i chcę w niej pozostać. Zrobiłem 
to i robię z pokorą ale bez uczucia szczególnej niewygody. Już przywykłem do tej roli; 
można by nawet powiedzieć - wolę to sam zrobić - jestem w tej roli wyspecjalizowa- 
ny. Upodobałem ją sobie perwersyjnie od dawna, od początku, może nawet przed począt- 
kiem rozważanej sprawy. 
Byłem adwokatem diabła, kiedy wbrew logice mówiono, że nie ma literatury emigra- 
cyjnej, że jej być nie powinno, kiedy uważano, że są tylko... pisarze na emigracji. Byłem 
diabelskim mecenasem, kiedy czule hodowano złudzenia o możliwości współżycia, nawet 
współdziałania tych pisarzy z porządkiem narzuconym krajowi, kiedy stawiano znak 
mechanicznej (i rachunkowej) równości między literaturą krajową a tym co można i co 
się powinno niezależnie od niej, mimo niej, często przeciw niej tworzyć na emigracji. 
Gdy nieuchronnie, ale jakby na przekór niektórym z nas, literatura na obczyźnie stała się 
rzeczywistością niezaprzeczalną, błogosławioną i poniekąd uprzywilejowaną, znowu 
adwokatowałem diabłu, wskazując obciążenia płynące z grzechu pierworodnego, błędnej 
oceny i małodusznej niewiary. 
Z powodu tego wysługiwania się Borucie i Kusemu spotykały mnie dobrze zasłużone 
cierpkie słowa. Cenię je sobie wyżej od niezrozumienia i od tego co Valery tak surowo 
osądzał - od mieszania racji uczuciowych i racji rozumowych, od myślenia własnymi 
urazami. Ostatecznie jednak od tych cierpkości, niezrozumień i kompleksów nie spadł mi 
włos z głowy. Bo między innymi właśnie to jest odrębnością literatury emigracyjnej, że 
dopuszcza ona rozmaite poglądy, każe je wzajemnie szanować, uczy nas "szlachetnie się 
różnić". Zachęcony tą bezkarnością, trochę z nawyku, będę znowu występował jako ad- 
wokat diabła. 
Na wstępie czuję potrzebę stwierdzić (czyni to zapewne także mój odpowiednik przy 
owych ważniejszych okazjach), że obecna faza procesu, którą znaczy szkic Sambora, 
w pewnej mierze mnie rozbraja. Ten szkic widzi szczupłą garstkę pisarzy emigracyjnych, 
trudną sprawę, z którą od lat się zmagają - w szerokim kontekście. 
Od dawna żywię przekonanie, że o literaturze emigracyjnej, jak i o emigracji poli- 
tycznej, jak i o całej sprawie polskiej można sensownie myśleć i można mówić do rzeczy, 
ujmując je w rozległym tle, w związkach i zależnościach. Jeszcze w czarnym roku 1945 
wydawało mi się, że punkt wyjścia i meta naszej emigracji są zupełnie inne, niż punkt 
wyjścia i meta tzw. Wielkiej Emigracji. 
Nasi poprzednicy szli pod sztandarem narodowości. My, czy chcemy czy nie chcemy, 
musimy iść pod sztandarem idei zachodniości. Przed stu, stu pięćdziesięciu laty chodziło 
o to, aby uzasadnić prawo narodu do odrębnego, samorządnego istnienia i o to, aby w przy- 
mierzu z pokrewnymi prądami i siłami wywalczyć swemu narodowi takie istnienie. 
Dzisiaj tego prawa nikt nie poddaje w wątpliwość - przynajmniej teoretycznie 
ijawnie. Dzisiaj gra idzie o coś innego; o prawo osobowości ludzkiej do odrębnego, 
swobodnego istnienia, o całą kulturę, która opiera się na tej zasadzie i tej zasadzie służy. 
Gdy Mickiewicz pisał wiersz "Do matki Polki", widział groźbę wydarcia jej dziecka 
z objęć narodu. Dziś, ten kto umie patrzeć, widzi groźbę innego stopnia - wydarcia 
całego narodu z objęć kultury, do której on od wieków należy. 


120
>>>
Sprawa literatury emigracyjnej widziana w takim świetle mieści się w obrębie starcia 
kultur, stanowi tylko część, tylko jeden punkt tego starcia. 
Ale godząc się na ogólną dążność w ujmowaniu sprawy przez Sambora Qestem świa- 
domy, że tę dążność zapewne zaostrzyłem), nie godzę się na ujęcie stosunku do całości, 
stosunku naszego polskiego tekstu do wielkiego kulturalnego kontekstu, nie godzę się na 
rozumienie naszego nikłego głosu w tym cyklonie, który już wieje, choć są tacy, co się 
usiłują przed nim chronić chowaniem głowy pod poduszkę. Wracając do roli diabelskiego 
rzecznika, stwierdzę otwarcie, że także w stanowisku Sambora widzę tę zmazę pierwo- 
rodną, która od samego mrocznego początku zaciążyła na naszym myśleniu o literaturze 
emigracyjnej i na jej życiu. 
Mój pogląd na tę sprawę da się streścić w nieprzyjemnym ale dość wyrazistym obra- 
zie; literatura emigracyjna jest chora na psychonerwicę; przyczyną tej choroby, jak przy- 
czyną każdej nerwicy, jest ucieczka czy próba ucieczki przed narastającymi zagadnienia- 
mi, przed trudnościami wewnętrznymi. Literatura na emigracji uchylała się i uchyla się 
ciągle od tego aby być sobą, uciekała i ucieka od swego losu. Najpierw uciekała ona od 
samego faktu, że jest, od nieodpartych okoliczności, które narzucają jej istnienie. Wtedy 
to wyobrażała sobie, że jest możliwy modus vivendi z tym co się dzieje w kraju. Jej za- 
straszenie, lęk przed samą sobą zrodził sentymentalny straszak "wyrwy" między nią 
a literaturą krajową, między krajem a wychodźstwem. ° innych objawach nie warto mó- 
wić bo są wstydliwe i, na szczęście, bezpowrotnie minione. 
Ale ta chęć uchylenia się od ciężaru, pęd do wymykania się samemu sobie nie ustał do 
dzisiaj. Mimowiednie przebija się także w ujęciu Sambora, choć usiłuje on po toynbe- 
e'owsku odczytać "wezwanie" stojące przed literaturą emigracyjną i stara się z najlepszą 
wiarą dać na to wezwanie odpowiedź. Działanie tego pierwotnego zahamowania widzę 
w jego słowach; "zastąpić świadomość narodową świadomością szerszej ojczyzny, z której 
nas nie wygnano". Sambor za to "zastąpienie" obiecuje nam nagrodę w tym i w przyszłym 
życiu. "By służyć ojczyźnie - dodaje - trzeba sobie postawić cel wyższy od ojczyzny". 
Ta piękna formuła jest parafrazą powiedzenia Norwida; "Oderwać się od siebie 
i wejść w siebie; słowem aby narodowym, być nadnarodowym" . W jego czasie takie 
ujęcie sprawy było odkrywcze ale Norwid rozumiał, że ten sylogizm jest odwracalny. 
Uzasadniał wiele razy i na wiele sposobów jego odwracalność; aby być nadnarodowym, 
trzeba wprzód być narodowym. Mickiewicz za życia Norwida urzeczywistnił tę podwójną 
prawdę; był narodowy dzięki temu, że umiał być nadnarodowym, był nadnarodowym 
dlatego, że był narodowy tak głęboko jak nikt przed nim. 
Jestem przekonany, że nie może być mowy o zastępowaniu świadomości narodowej 
świadomością europejską, zachodnią, chrześcijańską. Bo są to dwa stopnie, stopnie zwią- 
zane ze sobą, jednej i tej samej świadomości. Podlegają one prawu o naczyniach połączo- 
nych i prawu o tonach muzycznych. 
Stanowisko Sambora wydaje mi się mimowolnie anty-chrześcijańskie. Chrześcijań- 
stwo obchodzi żywa, konkretna osobowość urzeczywistniająca się w czasie i przestrzeni, 
w powiązaniu ciała i duszy, w sprzęgu z kulturą i historią. "Le particulier dans le christia- 
nisme - mówi przenikliwie agnostyk Malraux we wspaniałej książce Les Voix du silence 
- n'est ni la fonction, ni la gloire, ni le destin; c'est l'ame". Wspólnota chrześcijańska to 
wspólnota dusz, wspólnota odrębnych, odmiennych osobowości. 
Pogląd Sambora wydaje mi się sprzeczny z zachodnim odczuwaniem kulturalnym 
i z zachodnią rzeczywistością kulturalną. Wspólnota duchowa, do której należymy, to 
wspólnota grup zróżnicowanych, osobowości narodowych, które mają własne dole i drogi, 
które od tysiącleci dają temu każda odmienny wyraz. Dopiero te pojedyncze wyrazy, głosy 
zestrojone razem, czasami - nie trzeba tego taić - zakłócone dysonansem, tworzą tę jedy- 


121
>>>
ną w historii świata symfonię, która się nazywa kulturą zachodnią. Usunąć jakiś głos, to 
znaczy zubożyć tę konstrukcję; usunąć je wszystkie to znaczy unicestwić ją całą. 
Jak każda konstrukcja muzyczna - żeby pozostać przy tym samym porównaniu - 
kultura zachodnia ma swój "rysunek", idealny kościec, ale miąższ tej kultury, jej żywą, 
przemieniającą się treść stanowią osobowości narodowe. Bez nich kultura zachodnia jest 
pojęciem oderwanym, tak jak bez osobowości ludzkiej oderwanym byłby naród. Nie ma 
innej drogi do narodu jak przez istnienie osobowe, nie ma innej drogi do kultury ponad- 
narodowej jak przez istnienie narodowe. Niedawno Lechoń przypomniał prosty fakt, że 
nawet fabuła Boskiej komedii jest czysto włoska, że cały świat materialny i duchowy 
Dostojewskiego jest czysto rosyjski. Włoskość "nie przeszkadza" poematowi Dantego, 
jednemu z najbardziej uniwersalnych, wszechludzkich dzieł jakie kiedykolwiek pomyśla- 
no, rosyjskość "nie przeszkadza" powieściom autora Zbrodni i kary. Przeciwnie włoskość 
i rosyjskość je umożliwiła, stała się bodźcem ich powstania. 
To więc co Sambor uważał za sięgnięcie powyżej przeciętnej miary, czy wyznaczenie 
sobie celu porywająco wielkiego, mnie wydaje się ukrytym poszukiwaniem wygody ducho- 
wej, jeszcze jednym uskokiem, jeszcze jedną ucieczką prze samym sobą. Ostatecznie na to 
samo wychodzi czy ktoś ucieka przed kataklizmem pod łóżko czy do lasu. Na to samo wy- 
chodzi, gdy broni się przez sobą ordynarnym samogonem czy kosztownym peyotlem. 
Wracam w ten sposób do poglądu, który wyraziłem poprzednio i wyrażałem już daw- 
niej. Wynika z niego proste żądanie wierności swemu czasowi, swemu przeznaczeniu, swe- 
mu losowi historycznemu. Przed półtora rokiem próbowałem tę sprawę ująć w kategoriach 
personalizmu 3 , posłużyć się jego zasadniczym, głośnym dziś, mało rozumianym i może 
nadużywanym pojęciem engagement - zaangażowanie. "Poznanie spraw człowieka 
i świata w tej mierze w jakiej świat człowieka obchodzi - mówi Emanuel Mounier, perso- 
nalista chrześcijański - zawiązuje się tylko przez dobrowolne zaangażowanie, tylko przez 
sprzęgnięcie się z przedmiotem. Instynktowna odraza (une nJpugnance viscerale) do zaan- 
gażowania - to również jego słowa - jest niemocą urzeczywistnienia czegokolwiek". Nie 
będę się głębiej zapuszczał na ten tor, bo okazał się mało użyteczny. Przez lenistwo myślo- 
we czy moją własną nieudolność powstało na nim najwięcej nieporozumień. W tych niepo- 
rozumieniach zatarto granicę między organiczną i świadomą zależnością pisarza 
a zależnością mechaniczną i narzuconą wbrew jego woli. Po tym doświadczeniu pragnę się 
tutaj ograniczyć do strony czysto estetycznej. 
Malraux, z którego książką od dawna obcuję Qej złożoną zawartość czytelnikowi 
polskiemu udostępnili na łamach "Kultury" Józef Czapski i Jan Ulatowski) słusznie 
stwierdza, że sztuka jest impreconcevable, jest nie do przewidzenia, jest czymś nieobli- 
czalnym, czymś wymykającym się planowaniu. Ale ten sam Malraux z naciskiem i wiele 
razy podkreśla, że sztuka nie istnieje poza czasem; każdą sztukę, w każdym momencie 


3 O ile można sądzić z kroniki Terleckiego, będącej jeszcze w stanie roboczym, chodziłoby 
o podwieczorek literacki Y.M.C.A. w Sali Klubu Towarzyskiego, który się odbył w niedzielę dn. 
28 I 1951 pod hasłem "Personalizm - Marxizm - Egzystencjalizm". Trzy punkty wyjścia przed- 
stawili do dyskusji Terlecki, Gustaw Herling-Grudziński i Zdzisław Bronce!. Przewodniczyła 
Herminia Naglerowa. Zob.: [Ogłoszenie], Wiadomości 1951 nr 252; omówił ].O.N., Z sali odczy- 
towej. Kryzys literacki braci syjamskich, Życie 1951 nr 7 (191) s. 7; zob. także list Terleckiego do 
Redakcji W sprawie personalizmu, Życie 1951 nr 11 s. 8. Miał również miejsce wieczór poświęco- 
ny Mounierowi (?19.II.1951). W 1953, w obrębie programu "Głos wolnych pisarzy z Londynu" 
Terlecki przeprowadził dyskusję pt. "Literatura zaangażowana i niezaangażowana w świetle filo- 
zofii personalistycznej i praktyki komunistycznej" z udziałem Wacława Grubińskiego, Józefa Ki- 
sielewskiego i Zofii Kozarynowej. Zob.: Wiadomości 1954 nr 412. Książkę pt. Krytyka personali- 
styczna wydał dopiero w 1957 r. 


122
>>>
łączy związek z jej epoką. Jest to związek miłości lub nienawiści, związek miłości i nie- 
nawiści. Sztuka idzie z prądem lub pod prąd epoki, ale w nim, nie poza nim. Poza cza- 
sem, bez tego związku, po prostu jej nie ma. 
Wystarczy w tym świetle przytomnie spojrzeć na całą naszą literaturę ostatniego 
dziesięciolecia. W literaturze krajowej pod złudnym słońcem Nepu skończyły się pewne 
wątki, pewne style przedwojenne, po prostu ukazały się utwory napisane w ukryciu pod- 
czas okupacji niemieckiej; dziś tą literaturą, przynajmniej jej życiem jawnym, rządzi 
instrukcja policyjna, terror zastraszenia, w tym przypadku najzupełniej uzasadniony lęk 
przed własnym cieniem. Literatura na obczyźnie korzysta z całkowitej swobody; wbrew 
histerycznym krzykom nikt jej niczego nie narzuca. Ale - również wbrew gromkim 
pokrzykiwaniom - prowadzą w niej, ton jej nadają pisarze starsi. Przedłużają się, nieraz 
przewlekają się wątki i style wczorajsze. Jeśli zdarzają się gesty odnowicielskie, nieraz 
imponujące, to właśnie u pisarzy starszych, w obrębie osobowości już ukształtowanych. 
Od lat nie widać żadnego punktu napięcia, żadnego punktu zderzenia. A te napięcia 
i zderzenia rozstrzygają o życiu sztuki. Malraux ujmuje sztukę jako dzieje, jako nieprze- 
rwany ciąg zaprzeczeń i buntów; takich jak ten, który El Greco podniósł przeciw Wene- 
cjanom, Cezanne przeciw impresjonistom, Norwid przeciw romantyzmowi polskiemu, 
Skamander przeciw Młodej Polsce. 
Ten stan rzeczy jest według mnie skutkiem manii bezdziejowości, ucieczki przed 
swoim czasem, "ucieczki przed męką". 
Przeczono nie tylko słuszności tej tezy - kwestionowano nawet prawo do jej posta- 
wienia. Biadanie nad niedorozwojem krytyki należy do składu gorzkich żalów emigracyj- 
nych, ale niechże ona czegoś zażąda, grają zaraz wszystkie urazy i obrazy. A przecież 
krytyka jest od tego, przynajmniej między innymi od tego, aby zgłaszała żądania (choćby 
i "niecierpliwe") w tych granicach, w których sztuka jest pnJconcevable, jest możliwa do 
przewidzenia. Jeszcze raz dochodzi się do tego samego; do niechęci samouświadomienia, 
przytomnego rozejrzenia się wokół siebie, przyjęcia za coś odpowiedzialności. Można by 
po irzykowsku powiedzieć, że bezpostulatowość jest to bezmózgowość. Jest to atak na 
same korzenie krytyki, na samą rację jej bytu. Jest to zresztą stanowisko przeciwne kultu- 
rze, bo kultura składa się z postulatów i rozwija się po linii postulatów. 
Słowo; kultura nawraca nas do szerszego kontekstu sprawy dzisiaj rozważanej - do 
starcia kultur. To starcie obejmuje cały świat, nasz naród, każdego z nas. I sztukę. I lite- 
raturę. Literaturę emigracyjną także. "Stało się dziś zagadnieniem - pisze Camus, jeden 
z najwrażliwszych pisarzy współczesności - jak opanować pasje zbiorowe i walkę sił 
tworzących historię. Przedmiot sztuki... rozszerzył się poza psychologię, obejmując cały 
byt człowieka. Gdy namiętność czasów stawia cały świat na jedną kartę, sztuka chce 
opanować całe przeznaczenie". 
W tym świetle odpada wiele urojeń, które nas paraliżują. W nim "oderwanie od kraju 
i narodu" jest braniem okoliczności mechanicznych za rzeczywistość duchową. Do ro- 
dzaju takich przywidzeń należy w tym ujęciu "brak szerokiego pola obserwacji, które 
byłoby wspólnym polem autora i czytelnika". Do rodzaju tych samych złudzeń należy 
także stwierdzenie jakoby "los pozbawił pisarza polskiego jego misji; wyrażania i two- 
rzenia świadomości narodu". 
Idzie jeden prąd świadomości przez naród, który jest już w kleszczach cyklonu, 
i przez świat zachodni, który czuje jego powiew. Rzecz w tym, aby między narodem 
wystawionym na straszliwą próbę a światem zachodnim ten prąd nie napotykał na zaporę 
w naszej świadomości, w świadomości literatury emigracyjnej. Rzecz w tym, aby była 
ona nie zaporą, ale soczewką ogniskującą. 


123
>>>
Michał Sambor nauczył się od Simone Weil wyrażania swoich myśli przytoczeniami 
z innych. Na zakończenie przytoczę ija dwa cytaty - niech to będzie po tych wszystkich 
diabelskich dokuczliwościach koleżeński ukłon w jego stronę. Te dwa cytaty dzieli odle- 
głość siedemdziesięciu lat, ale dopełniają się one nawzajem. 
Jeden z nich znalazłem na karcie tytułowej sztuki Charles Morgana The River Line, 
nawiasem mówiąc sztuki, która ujmuje rzeczywistość dzisiejszego życia w wymiarach 
tragedii antycznej i tragedii chrześcijańskiej. Są to słowa Mazziniego z 1849 r.; "Musimy 
działać tak jak ludzie, u których drzwi stoi wróg i jednocześnie jak ludzie, którzy pracują 
dla wieczności". 
A oto drugi cytat, wyjątek z listu Valery'ego do Duhamela o jego arcydziele Lajeune 
Parque, napisanym w czasie I wojny światowej. 
Stworzyłem ją - pisze Valery - w lęku i na poły wbrew lękowi. Narzuciłem sobie prze- 
świadczenie, że spełniam obowiązek: że sprawuję obrządek wokół rzeczy zagrożonej za- 
gładą. Utożsamiłem się z mnichami wczesnego średniowiecza, którzy nasłuchiwali, jak 
świat cywilizowany pada w ruinę wokół ich klasztorów, którzy byli pewni, że nadchodzi 
koniec świata. A mimo to składali w mozole z twardych, mrocznych heksametrów ol- 
brzymie poematy, nie przeznaczone dla nikogo... 


Spełniłem przyjętą rolę - przemawiałem jako advocatus diaboli. Spełniwszy ją 
niech mi jeszcze będzie wolno powiedzieć, że obok tego popularnego przezwiska ma on 
oficjalny tytuł; promotor !idei - rzecznik, orędownik wiary. Nie mnie rozstrzygać, które 
z dwu nazwań ściślej przystaje do tego co usiłowałem wysłowić. Mnie samemu ten mało 
wdzięczny wysiłek wydaje się niezupełnie stracony. Tym bardziej, że nie ma wśród nas 
mowy o beatyfikacji i kanonizacji literatury emigracyjnej - trudno przewidzieć czy 
kiedykolwiek będzie o tym mowa. Idzie tu o uczciwe, sensowne życie wolnej literatury, 
o nasze własne życie, które podtrzymujemy pulsem krwi, wysiłkiem komórek mózgo- 
wych, mozolnym, omylnym trudem rozeznawania świata i nazywania go po imieniu.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


GULASZ ŚWIĄTECZNY 
- PO LITERACKU 


Nina TAYLOR (Wielka Brytania) 


Na początku lat 50. część polskiego Londynu literackiego spotykała się w wieczór 
sylwestrowy u Stefanii i Juliusza Sakowskich. Schodzili się m.in. Stefania i Adam Kos- 
sowscy oraz Tola (Korian) i Tymon Terleccy. Jeden ze stałych gości, Stanisław Baliński, 
miał zwyczaj składania życzeń rymowanych. Cztery-pięć takich kartek noworocznych 
zachowalo się w archiwum Tymona Terleckiego. Jest wśród nich wiersz pochodzący 
z 1954 roku, który składa się na jego portret literacki. 
Można by wywnioskować, że Baliński skrzętnie podglądał chemię duchową swego 
bohatera, albo też czytywał dokładnie i starannie wszystkie rubryki "Wiadomości", gdzie 
Terlecki pisywał do "Notatek francuskich" o Bernanosie, Mauriacu i Colette. Tam też 
wspominał niejednokrotnie o Claudelu, jego dramat pt. L 'Annonce faite El Marie czyli 
Zwiastowanie spolszczył i zradiofonizował dla RWE. 
Spostrzeżenia Balińskiego są ściśle udokumentowane na łamach ówczesnej prasy 
londyńskiej. Przyjęcie, o którym mowa, odbyło się w niecały miesiąc po wieczorze 
w Instytucie Sikorskiego poświęconym twórczości T.S. Eliota z udziałem m.in. Terlec- 
kiego. Uderza przy tym, w litanii składników do "gulaszu świątecznego", trafność pro- 
gnozy literackiej. Główny szkic o angielskim poecie pt. "Światło nad ziemią jałową" 
(przedruk w Szukaniu równowagi, 1985) powstał w dwa lata po opisanym spotkaniu. 
Ze Stefanią Zahorską Terlecki współpracował od dawna, czasem też polemizował. 
Poświęcone jej wspomnienie pośmiertne pt. "Intelekt i pasja" ukazało się w "Wiadomo- 
ściach" w 1961 r. (przedruk w Spotkaniach ze swoimi, 1999). 
Jeszcze inaczej wygladała sprawa "Kazia" (Kazimierza Wierzyńskiego). Terlecki 
pierwszy tekst o nim ogłosił w 1930 r., poświęcał mu pogadanki radiowe, przemawiał na 
jego wieczorach. Warto zwrócić uwagę, że w ankiecie "Wiadomości" "Co czytają człon- 
kowie Rady Narodowej i Rady Politycznej", spośród lektur powojennych, które zrobiły 
na nim największe wrażenie, Terlecki wymienił (obok Colette, Camusa, Montherlanta, 
Grahama Greene' a i Fry' a) tylko jedną polską pozycję - właśnie Korzec maku Wierzyń- 
skiego. Dwa większe studia "o poecie-przyjacielu" (zob. Szukanie równowagI) powstały 
dopiero po jego śmierci. 


125
>>>
Pewnie sporo podobnych tekstów poetyckich zawieruszyło się po domowych archi- 
wach emigrantów. Ten nieznany wiersz Balińskiego określa sylwetkę pisarza, daje wgląd 
w warsztat, rzuca światło na pewien program ideowy, oddaje nastrój rozmów, stwarza 
winietkę życia towarzysko-literackiego nad Tamiza. Takie to bywały bale sylwestrowe 
w tamtych dawnych latach. 


*** 


Stanisław Bal1ński 


Terlecki czyli Kucharz doskonały 
Terlecki robi gulasz, gulasz wigilijny, 
Według pewnej instrukcji śmiałej, choć zdradzieckiej, 
Wziął dwie kwarty Zahorskiej: jedną - tej biblijnej, 
A drugą - tej mentalnej, tej etyki świeckiej. 
Potem wziął kilo mięsa, pilnie je rozdziela 
Na dwie równiutkie części: Colette i Claudela. 
Dodał skrzydło anioła i skrzydełko ptaka, 
J ak nerkę Bernanosa i móżdżek Mauriaca. 
Wziął pół funta Eliota,jak perłowej kaszy, 
Rzucił dwa ziarnka pieprzu, jak Hemara fraszki, 
Które mu Tola Korian podsunąć się stara, 
Bo jej strasznie zależy na pieprzu Hemara. 
Chciał wsypać korzec maku, ale się nie spieszy, 
Wreszcie wsypał i westchnął: niech się Kazio cieszy. 
Potem zmieszał to wszystko ręką sybaryty 
I rzekł: z tej kadzi wyjdzie gulasz znakomity. 
Tola patrzy przez dziurkę od klucza. Jest blada, 
Z gniewu, że Zdzisław Broncel mężowi pomaga. 


126
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


TRZY LISTY 
WITOLDA GOMBROWICZA 
DO TYMONA TERLECKIEGO 


Nina TAYLOR (Wielka Brytania) 


Czy to w przedwojennej Warszawie czy to później na emigracji Tymona Terleckiego 
i Witolda Gombrowicza nigdy nie łączyły bliższe stosunki. Nawet przed wojną, o ile mi 
wiadomo, Terlecki nie przepadał za życiem kawiarnianym. Zajęty pracą w TKKT, wykła- 
dami w PIScie, redagowaniem pism teatralnych, chodzeniem do teatru, czynny również 
w Związku Literatów, w życiu towarzyskim był naj bliżej związany z domem Diany Eige- 
rowej, matki Stefana Napierskiego, i z rodziną Beylinów, u których był stałym gościem. 
Ale nawet nie będąc habitue "Ziemiańskiej" lub "Zodiaku" siłą rzeczy musiał tam bywać 
raz czy drugi. W ten sposób stykał się dorywczo z Gombrowiczem. Przy tym, trzeba 
podkreślić, że zupełnie obce mu było gombrowiczowskie podejście do ludzi, jego wy- 
kpiwanie, wyszydzanie znajomych na forum właściwie publicznym. 
Natomiast od 1939 r. Terlecki miał serdeczne koleżeńskie stosunki z Czesławem 
Straszewiczem, o którym zamierzał napisać szkic do planowanego zbioru pt. "Spotkania 
ze swoimi". Poznali się we Francji, gdyż Straszewicz na wiadomość o wybuchu wojny 
opuścił Argentynę i wstąpił do pierwszego obozu Wojska Polskiego w Coetquidan, gdzie 
Terlecki zaczął redagować "Polskę Walczącą". W Coetquidan Terlecki kolegował rów- 
nież z Pawłem Zdziechowskim, którego powieść Torricola ukazała się w Paryżu 
w 1951 r. Zdziechowski widocznie należał do bliższego grona "literatów w mundurze". 
Przed odkomenderowaniem Terleckiego do Paryża był wśród gości na kolacji pożegnal- 
nej w Carentoir, opisanej przez Witolda Leitgebera w książce pt. W kwaterze prasowej. 
Z upływem czasu Terlecki stracił kontakt ze Zdziechowskim, a w kilka lat po wojnie 
uzyskał jego paryski adres za pośrednictwem Jerzego Giedroycia. 


*** 


Klepiąc biedę w Buenos Aires Gombrowicz przez jakiś czas stał przed impasem 
wydawniczym. Zdaje się, że najpierw zasięgał opinii ludzi pióra w Kraju. Pierwszym, 
który ocenił pozytywnie Trans-AtJantykbył Jarosław Iwaszkiewicz, a w ślad za nim Wil- 


127
>>>
helm Mach. Gombrowicz posłał rówmez Ślub do Tadeusza Brezy, skontaktował się 
z Marią Kuncewiczową, wybadał sytuację rynkową u Jerzego Giedroycia w Paryżu, nara- 
dzał się z Pawłem Zdziechowskim i innymi. Po tym pierwszym sondażu za namową 
Zdziechowskiego zwrócił się do Terleckiego w Londynie. 
Jak wyglądało ówczesne życie literackie w polskim Londynie? Pierwszy list Gom- 
browicza noszący datę 8 marca 1950 przypada jak gdyby symbolicznie na pół drogi mię- 
dzy wieczorem autorskim Książki a Kałymie Anatola Krakowieckiego a jego śmiercią 
w Wielki Piątek 1950 r. Wystarczy przeczytać list Terleckiego do redaktora "Ostatnich 
Wiadomości" w Mannheim pt. ,,0 bezdomnej książce" w listopadzie tegoż roku, żeby się 
przekonać jak sytuacja była rozpaczliwa. Terlecki, którego zaledwie przed kilku miesią- 
cami zdjęto z redakcji "Polski Walczącej" żył wyłącznie z pióra, czyli z "Wiadomości", 
ogłaszał w ponad połowie numerów recenzje z przedstawień, drukował studia z zakresu 
pedagogiki teatralnej. Wygłaszał odczyty o egzystencjalizmie chrześcijańskim, pisał 
o Gabriel Marcel i Mounier. Był prezesem Rady Naczelnej NiDu i delegatem do Rady 
Politycznej. Planował zbiór szkiców o teatrze pt. "Zmartwychwstanie Dionysos". 
Z drugiego listu Gombrowicza z 14 IX 1950 r. wynika, że Terlecki "życzliwie" po- 
traktował jego prośbę. Przesyłka z maszynopisem Trans-Atlantyku musiała nadejść 
w krótkim czasie po zapowiadającym ją liście. Zastała Terleckiego w wirze zajęć. Było to 
zaraz po powrocie z urlopu odbytego "na zlecenie lekarza" w dniach 11 IX do 
25 IX 1950 w Blindley Heath, Surrey. W tydzień później miał uczestniczyć w wieczorze 
poświęconym Marii Pawlikowskiej i nagrać dwie audycje radiowe o Kazimierzu Wie- 
rzyńskim. To zestawienie stanowi tło do lakonicznej notatki w dzienniku Terleckiego pod 
datą 2 października 1950 r., jako że od kilku dni czyta "powieść" Gombrowicza i czuje 
się w zupełnym zgubieniu. 
Tymczasem Gombrowicz otrzymał propozycję przełożenia Ślubu na angielski. Waż- 
niejsza jednak wydawała mu się sprawa odpowiedniego agenta dla tej sztuki a także dla 
Ferdydurke, po której spodziewał się sławy i wyższego poziomu życiowego. Na gwałt 
potrzebował dolarów na przepisanie i powielenie swych utworów. W Londynie, jak dono- 
siła Kuncewiczowa, zorganizowano zebranie poświęcone obu utworom, na które przyszło 
15 osób. Zdziechowscy urządzili podobne spotkanie u siebie w Neuilly. Czytane teksty 
ponoć wywołały burzę sprzecznych opinii, a większość zebranych gości była skłonna 
uznać autora za geniusza. 
Zachwyt kilku rodaków w diasporze niewiele pomógł w zdobywaniu potrzebnych do 
powielania i rozsyłania dolarów. Przez całąjesień Gombrowicz wciąż odczuwał dotkliwy 
brak pieniędzy. Nie dał jednak za wygraną, był święcie przekonany co do wartości 
i oryginalności swych utworów. Wiedział, że jego sztuka ma chodzić innymi drogami. 
Wiązał pewne nadzieje (wydawnicze, reklamowe, ale na pewno nie finansowe) z osobą 
Aleksandra Janty-Połczyńskiego. Uważał go za jedynego polskiego literata, któremu 
udało się zająć jakąś pozycję w prasie amerykańskiej i przypomniał sobie, że w swoim 
czasie był on szczerym Ferdydurkistą i odnosił się do niego z sympatią. J antę miała zmo- 
bilizować do tego wspólna znajoma. 
Jednak na przełomie 1950-1951 perspektywa wydawnicza wyglądała wręcz przygnę- 
biająco. Obiecanki entuzjastów i entuzjastek okazały się cacankami. Maria Kuncewiczo- 
wa nie chciała, względnie nie miała czasu, żeby pisać do "Wiadomości". Mieczysław 
Grydzewski odrzucił zamówiony artykuł pt. "Risum teneatis", jako nie nadający się do 
wydawanego przez niego periodyku. J anta miał widocznie jak najlepsze chęci, usprawie- 
dliwiał się jednak "że Ameryka etc., etc.". 
Po przeczytaniu maszynopisu Gombrowicza Terlecki postanowił nie przekazywać go 
"Veritas". Nie należy się temu dziwić. Trudno wyobrazić sobie Wielką Kpinę z tradycji 


128
>>>
sąsiadującą w katalogach pobożnego księgarza z tomami homilii, hagiografii i św. To- 
masza z Akwinu. Co prawda Terlecki był "autorytetem", uchodził za głównego animatora 
życia kulturalnego w polskim Londynie. Wydobywał spod ziemi subwencje na druki 
zbiorowe, na nagrody. Przeforsował niejedną książkę. Herminia Naglerowa nazywała te 
walki "wojnę pana Tymona z Ciemnogrodem". Nie był jednak dysponentem, nie był 
wydawcą, tylko żyjącym z pióra pisarzem. Nie rządząc środowiskiem, znał je za to na 
wskroś. Gombrowicz mógł uważać swoje pisarstwo za rodzaj wyczynu patriotycznego 
El rebours z celem oswobodzenia czytelnika z niewoli własnych zapatrywań. Ale środowi- 
sko rozmiłowane w akademiach i obchodach na pewno nie pragnęło wyzwolenia ze szpo- 
nów swoistego patriotyzmu. Pod pewnymi względami Trans-Atlantyk byłby podówczas 
bardziej na rękę wydawcy krajowemu. 
Inna to rzecz że - przy nieodstępnej świadomości absurdu i groteski zachowań 
ludzkich w sytuacji emigracyjnej - Terlecki nie cenił sobie groteski i absurdu w literatu- 
rze i w teatrze. Można snuć hipotezę, że bez względu na swoje osobiste upodobania 
mógłby postarać się o druk Trans-Atlantyku. Ale w roku 1950 chyba nie było siły, która 
by zmusiła polskie społeczeństwo nad Tamizą do spojrzenia na siebie w krzywym zwier- 
ciadle. Nie było jeszcze ani "Aneksu" ani "Kontry". Trans-Atlantyk przekraczał psy- 
chiczne możliwości ówczesnego polskiego Londynu. Terlecki widocznie obiecał, że po- 
stara się o urządzenie odczytu, co do tego nie posiadam bliższych informacji. W kilkana- 
ście lat później, w 1963 r., na posiedzeniu Jury "Wiadomości" wysuwał do nagrody 
Dziennik (1957-1961) Gombrowicza. 
Co innego udzielne państwo pod Paryżem. Czy Giedroyc wiedział o "bezwzględnym 
zachwycie" Józefa Wittlina dla Ślubu? Czy wiedział, że Janta "ryczał z radości" przy 
czytaniu i uważał Trans-Atlantyk za "arcydzieło większe od Ślubu"? Ostatni list Gom- 
browicza do Terleckiego nosi datę 26 lutego 1951 roku. Zaledwie w parę miesięcy póź- 
niej sytuacja wyjaśniła się. Od maja Gombrowiczowi było już wiadomo, że początek 
Trans-Atlantyku miał się ukazać w najbliższym numerze "Kultury", a dwa dalsze frag- 
menty w następnym. 


LISTY 


1. 


8 III [19]50 


Szanowny Panie, 
Paweł Zdziechowski poradził mi abym zwrócił się do Pana w następującej sprawie; 
Ukończyłem właśnie powieść pt. "Trans-Atlantyk" i zupełnie nie wiem co z nią zro- 
bić. Chciałbym wydać ją na emigracji (o tem aby ukazała się w Kraju niema mowy) ale 
jak się dowiaduję od Giedroycia i od Pawła sytuacja na rynku wydawniczym polskim jest 
katastrofalna. 
Pozatem chciałbym wydać dramat pt. "Ślub", również niedawno napisany... i najle- 
piej byłoby gdyby oba te utwory ukazały się w jednym tomie. Wyglądałoby to w ten spo- 
sób; Przedmowa - "Trans-Atlantyk" - Przedmowa - "Ślub". 
Widzę jednak, że trudności są b. duże. Mogę liczyć tylko na to, że wartość tych utwo- 
rów dla kultury polskiej okaże się dość poważna aby uzasadnić jakiś istotny wysiłek ze 
strony którejś z polskich firm wydawniczych. Niech Pan mi wierzy, że nie jestem megalo- 
manem i bardzo trzeźwo odnoszę się do mojej pracy - ale z drugiej strony opinje poważ- 
nych ludzi pozwalają mi przypuszczać, że być może, utwory te naprawdę są wartościowe. 
Powieść ukończyłem dopiero i teraz i reakcje - nader gorące - kilku osób, które ją 
tutaj czytały nie mają pod tym względem większego znaczenia. Ale dramat został opubli- 


129
>>>
kowany po hiszpańsku i spotkał się z wielkim uznaniem wielu tutejszych intelektualistów. 
Pozatem zacytuję Panu następujące opinje nielicznych Polaków którzy go czytali; Iwasz- 
kiewicz mi pisze "To jest wielkie dzieło". Wilhelm Mach w liście do Iwaszkiewicza 
"Waga tego utworu jest kolosalna"; Kuncewiczowa; "Napisał Pan poprostu nowego 
Hamleta na miarę naszych czasów... Jako szczytowy wyraz rozczarowania powojennego 
«Ślub» wydaje mi się dramatem nieprześcignionym i doskonałym". 
Otóż, jak Panu wiadomo, moje rzeczy są trudne i wymagają pewnego wysiłku ze 
strony czytelnika - pozatem mój sposób pisania jest nieco szokujący dla szerszej pu- 
bliczności. Ale te wszystkie minusy mają charakter uboczny i dałyby się łatwo przezwy- 
ciężyć. gdyby utrwaliła się opinia iż to jest naprawdę poważna sztuka (której taki brak 
daje się odczuwać obecnie). Moja sytuacja jest bardzo dziwna, gdyż i "Ferdydurka", 
która ukazała się po hiszpańsku wywołuje podobne reakcje i to w zasięgu coraz szerszym. 
Tymczasem na terenie polskim jestem autorem prawie nieznanym. 
Nie wiem, czy znane Panu są moje książki i czy Panu się podobają. Ale Paweł mi 
pisze, że Pan ma wielki autorytet w polskim świecie wydawniczym w Londynie i dlatego 
bardzo pragnąłbym przesłać Panu te maszynopisy. Proszę jednak o odpowiedź, czy mógł- 
bym liczyć na Pańską łaskawą pomoc i poparcie w razie gdyby rzecz naprawdę była tego 
warta. Gdybym miał większą ilość egzemplarzy, przesłałbym Panu jeden poprostu dlatego 
iż bardzo zależy mi na Pańskim zdaniu - ale, niestety, muszę narazie organizować to 
wszystko pod kątem wyłącznie praktycznym. 
Dodam jeszcze że moja powieść dotyczy bezpośrednio spraw polskich. Nie mieszam 
się do polityki gdyż ani mój temperament ani moja problematyka do tego się nie nadają 
i moje ujęcie problemów polskich różni się nieco od tego co na ogół jest przyjęte, sądzę 
jednak że pod tym względem nie powinno być większych trudności z wydaniem tej książ- 
ki. Jest to zresztą utwór humorystyczny i fantastyczny, bardzo groteskowy, który nie ma 
żadnych aspiracji na terenach organicznie mu obcych. 
Bardzo byłbym wdzięczny gdyby Pan zechciał odpisać mi na ten list bez większej 
zwłoki, gdyż zależy mi na czasie. Proszę darować że zabieram Panu czas mojemi spra- 
wami i proszę przyjąć wiele serdecznych pozdrowień. 


Witold Gombrowicz 


Adres; Tucuman 462, Buenos Aires, Argentina 


2. 


14 IX 1950 


Szanowny Panie, 
Bardzo dziękuję za list i życzliwe potraktowanie mOJeJ sprawy. Przypuszczam iż 
wkrótce otrzyma Pan maszynopis powieści i dramatu, które wysłałem statkiem. Nie- 
zmiernie będę zobowiązany jeżeli Pan zechce zastanowić się co ijak dałoby się zrobić- 
jeżeli, naturalnie, rzecz wyda się Panu tego warta. Gdyby Pan doszedł do wniosku że 
Veritas nie ma szans, to bardzo prosiłbym o przekazanie tych tekstów ludziom, których 
zdanie ma wagę i którzy mogliby ewentualnie wspólnym wysiłkiem coś zdziałać. 
Mnie zależałoby na wyjaśnieniu, czy mogę liczyć, jako literat, na jakieś istotniejsze 
poparcie ze strony czynników, które pracują nad organizacją i utrwalaniem naszego kultu- 
ralnego stanu posiadania na emigracji. Rozumiem, że moja literatura nie jest łatwa i nie 
służy bezpośrednim interesom, myślę że to nie są trudności nie do przezwyciężenia i że 
od tego jest prasa, krytyka etc. aby udostępnić szerszej publiczności bardziej skompliko- 
wane przejawy polskiego życia duchowego. Moja sytuacja jest niewątpliwie paradoksal- 
na, gdyż z jednej strony trudno chyba o silniejszą reperkusję niż ta, którą mają moje 
utwory wśród cudzoziemskiej elity intelektualnej i to pomimo iż nie są lansowane ani 


130
>>>
popierane przez nikogo, a tylko jakimś psim swędem i w trybie nieomal prywatnym prze- 
chodzą z ręki do ręki; a z drugiej jestem chyba, dla publiczności polskiej, najmniej zna- 
nym polskim autorem. Sądzę więc że mój czas dojrzał do wyjaśnienia. 
Co się tyczy "ducha" tych autorów, to pozostawiam Panu sąd o tym. Tutaj kilku czytel- 
ników "Trans-Atlantyka" jednomyślnie wypowiedziało się w tym sensie, że jest to książka 
antybolszewicka - co nawet mnie zdziwiło, gdyż to nie było wcale moim zamierzeniem; 
szło mi jedynie o pewne sprawy natury zasadniczej. Moim skromnym zdaniem "Trans- 
-Atlantyk" choć na pozór dość zabawny, a może i trochę drażniący dla tych którzy go od 
razu nie zrozumieją, jest w gruncie rzeczy utworem bardzo trudnym - może najtrudniej- 
szym ze wszystkich co dotąd napisałem - i wymaga bardzo dokładnego przestudiowania. 
Wszystko to referuję Panu, oczywiście, z mojego punktu widzenia, doskonale zdając sobie 
sprawę, że mój sąd jest subiektywny i pozbawiony większego znaczenia. Łączę wiele po- 
zdrowień i bardzo proszę o wiadomość jak tylko coś się skrystalizuje. 


Witold Gombrowicz 


Tucuman 462, Buenos Aires 


3. 


26 II [19]51 


Szanowny Panie, 
Otrzymałem list od Pawła Zdziechowskiego, w którym mi pisze że Pan postanowił nie 
przekazywać moich tekstów "Veritas". Decyzja ta wydaje mi się b. słuszna jeśli rzeczywi- 
ście nie mają one szans w tem wydawnictwie. Pisze mi też Paweł że Pan nosi się z zamiarem 
zorganizowania ewentualnie jakiegoś odczytu na temat mojej literatury. Niezmiernie byłbym 
Panu wdzięczny i zobowiązany gdyby ten projekt doszedł do skutku. 
Grydzewski mi pisał, że "Trans-Atlantyk" nie nadaje się do "Wiadomości". Wobec 
tego pragnąłbym aby przeczytał dramat - może ta sztuka będzie miała więcej szczęścia. 
Czy mógłbym prosić aby Pan był łaskaw przekazać mu tekst polski "Ślubu", który jest 
w Pańskiem posiadaniu? Bardzo przepraszam za ten kłopot, ale już nie mam egzemplarzy 
polskich. Właśnie dziś wysyłam list na ten temat do Grydzewskiego. Gdyby Pan mógł 
wysłać mu ten egzemplarz bez większej zwłoki... chciałbym w końcu aby coś się wyja- 
śniło w moich sprawach. 
Domyślam się iż mój sposób pisania musi wzbudzać w Panu pewne zastrzeżenia 
i tem bardziej jest dla mnie cenna Pańska łaskawa pomoc. Mam nadzieję, że prędzej czy 
później znikną te nieporozumienia, które na razie jeszcze dość boleśnie dają mi się we 
znaki. Grydzewski odrzucił większy artykuł, który ostatnio mu przesłałem. 
Wspominał Paweł że Pan zamierza do mnie pisać. Otóż w tym wypadku bardzo bym 
prosił aby Pan mi podał adresy osób, którym, zdaniem Pana, warto posłać tekst francuski 
Ślubu. Mam 100 egzemplarzy do rozesłania, a zupełnie nie znam stosunków angielskich 
i nie wiem jakim teatrom, literatom, aktorom, ani nawet komu z Polaków to posłać. Natu- 
ralnie proszę o to tylko jeśli by się Panu takie osoby same przez się nasunęły. Jeszcze raz 
bardzo dziękując łączę wiele serdecznych pozdrowień, oddany Panu 


Witold Gombrowicz 


Venezuela 615 depo 5 
Buenos Aires, Argentina 


131
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


TYMON TERLECKI 
- WSPOMNIENIE 


Andrzej POMIAN (USA) 


Lata londyńskie 
Żałoba nie zachęca do pisania. Gdy w roku 1956 zmarł tragicznie Jan Lechoń, Karol 
Wagner, dyrektor Biura Polskiego Radia Wolna Europa w Nowym Jorku, zwrócił się do 
Kazimierza Wierzyńskiego, aby napisał o nim wspomnienie. Spotkał się z odmową. Pan 
Kazimierz tak boleśnie odczuł śmierć przyjaciela, że nie mógł się na nic zdobyć. Zamiast 
niego musiałem ja napisać o Lechoniu, choć znając dobrze jego twórczość - z nim sa- 
mym zetknąłem się zaledwie kilka razy. 
Tymon Terlecki był moim bliskim przyjacielem politycznym, organizacyjnym i oso- 
bistym przez ponad pół stulecia. Toteż wiadomość, że zmarł w Oxfordzie zmartwiła mnie 
tak bardzo, że nie czułem się zdolny dać obrazu jego życia i twórczości. Ale cóż - oka- 
zuje się, że jestem jedynym z jeszcze żyjących, który go dobrze znał, toteż muszę się 
otrząsnąć z ciosu i o Tymonie napisać, do tego - pośpiesznie. 
Poznałem go wkrótce po przylocie z okupowanego Kraju w roku 1944 w Londynie jako 
redaktora tygodnika dla żołnierzy "Polska Walcząca". Zachęcił mnie do napisania źródło- 
wego artykułu o powstaniu warszawskim. Wprowadził do londyńskiego środowiska pisarzy. 
Wciągnął do londyńskiego Pen-Clubu polskiego, który później przekształcił się dzięki m.in. 
niemu w Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Wraz ze mną i innymi założył w roku 
1945 ruch polityczny "Niepodległość i Demokracja", a gdy później zająłem się pracą woj- 
skową na Kraj, zastąpił mnie na stanowisku prezesa Rady Naczelnej tej organizacj i. 
Łączyła nas nie tylko wspólna niepodległościowa działalność polityczna. Mieliśmy 
ponadto zbliżone zainteresowania kulturalne. Tymon był teatrologiem, krytykiem literackim, 
świetnym znawcą literatury i kultury polskiej. Ja, z wykształcenia prawnik i historyk prawa, 
interesowałem się żywo historią w ogóle, a po amatorsku - literaturą piękną. 
Nie pytałem nigdy Terleckiego o bieg jego życia. Wiem, że urodził się w sierpniu 
1905 roku w Przemyślu, był więc ode mnie starszy o pięć i pół roku. Pochodził z tzw. 
Galicji, a nie z Kresów Ukrainnychjakja. Kształcił się na Uniwersytecie Jana Kazimierza 
we Lwowie, zdobył tam stopień doktorski i uzupełnił swoją wiedzę w paryskiej Sorbonie. 
Pisał krytyki literackie, znał doskonale teatr i od roku 1934 wykładał w Warszawie 


132
>>>
w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. Redagował również miesięcznik "Teatr". 
Podczas wojny służył najpierw w mundurze we Francji, gdzie założył w roku 1939 "Pol- 
skę Walczącą", a następnie w Wielkiej Brytanii. Po zakończeniu działań wojennych reda- 
gował dalej ten tygodnik aż do roku 1949, lecz przede wszystkim był głównym animato- 
rem i organizatorem polskiego życia kulturalnego w Londynie. Był jednym z założycieli 
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, zajmującego się działalnością wydawniczą i jak już 
wspomniałem - koleżeńskiego Związku Pisarzy Polskich. 
W Stowarzyszeniu prowadził dział wydawniczy. Wydał około 20 książek, w tym 
obok przedruków starszych publikacji, także bardzo ważne nowe pozycje. Wydał np. 
zbiór Kazimierza Wierzyńskiego Krzyże i miecze, Stanisława Balińskiego Wiersze zebra- 
ne (1927-1947), Wacława Grubińskiego Między młotem a sierpem, Mariana Hemara 
Lata londyńskie, Antoniego Bogusławskiego Struny na drzewach. 
Nakładem Stowarzyszenia ogłosił Tymon swoją rozprawę Polska a Zachód. Próba 
syntezy (1947). Stwierdził w niej, że Polska broni Zachodu przed Wschodem, "przed 
każdą przeciwnością kulturalną, która godzi w zachodni ustrój życia, w zachodni instynkt 
wolności jednostkowej i narodowej, w zachodni typ człowieka". Chodziło mu nie do- 
słownie o kulturę spotykaną na Zachodzie Europy, ale o jej typ zasadniczy, podkreślił 
bowiem, że Polska ma swoją własną "osobowość kulturalną". Zakończył swoją rozprawę 
słowami: "Kto walczy o Polskę, walczy o Zachód". 
Rok później, w roku 1948, Terlecki opracował dla Stowarzyszenia Pisarzy Polskich 
wybór publicystyki Mickiewicza pt. Słowa do emigracji i słowa do Europy. Poprzedził go 
własnym esejem "Mickiewicz i my", w którym tak napisał o wielkim poecie; 
Myśleliśmy już w naszym pokoleniu, mieliśmy prawo myśleć, że ten, kto arcy-życie przeżył, 
stał się symbolem [...] . A tymczasem w naszych oczach stał się żywym wśród nas żywych. 
Jest znowu wśród nas. Pod niebem obcym i mglistym wieje nam jak wiatr, świeci jak świa- 
tło, aby naszą nędzę podnosić do dumy, naszą małość popychać ku wielkości. 
W wydaniach zbiorowych Mickiewicza proza zajmuje więcej miejsca niż poezja, ale 
poza polonistami mało kto do niej zagląda. Wybór dokonany przez Terleckiego świadczy, 
że Mickiewicz był i wielkim poetą, i wielkim publicystą, choć tego zwykły czytelnik jego 
dzieł zazwyczaj nawet nie podejrzewa. Jest to wielka zasługa Tymona. Dał nowy obraz 
twórczości autora Pana Tadeusza. 
Paryż fascynował zawsze Tymona. Odwiedziwszy to miasto po raz pierwszy po wojnie, 
osiem lat po zakończeniu działań wojennych, poświęcił Paryżowi dwa szkice; "Paryż odna- 
leziony" i "Kuszenie w Paryżu". W roku 1952 zebrał je w tomie Paryż, wydanym przez 
Oficynę Poetów i Malarzy po bibliofilsku na pięknym papierze czerpanym z doskonałymi 
rysunkami Mariana Bohusza-Szyszki. Książka ukazała się tylko w 317 egzemplarzach. 
Tymon był frankofilem, nawet po niesławnej klęsce Francji w roku 1940. W "Kusze- 
niu w Paryżu" napisał; 
To nieprawda, że ma się tylko jedną ojczyznę. To prawda, że także tutaj (tj. we Francji) 
jest moja ojczyzna [...] . Ojczyzna to jest miejsce na ziemi i miejsce w duchu, które się 
pomnaża. Z którego zdobywa się świat. To nieprawda, że Europa jest złudzeniem. To 
prawda, że jest kształtem trudnej wierności, gorzkim, ale jedynym sensem naszego życia. 


Po czym w "Modlitwie na odjezdnym" czytamy; 


Modliłem się na zgliszczach Warszawy w rozeznaniu, że już nigdy i nigdzie nie będę 
szczęśliwy. Boże przepływających obłoków i rosnących miast, nie daj mi się modlić na 
ruinach Paryża. Nie daj, nie daj, mi się modlić na ruinach Paryża. 


133
>>>
W konstrukcji tych zdań, w całym powtórzeniu słów ostatnich jest cały patos stylu 
Tymona. Nasycał on zawsze swoje słowa obrazami. Nazwałem go kiedyś poetą eseju. 
Książki, które przed chwilą omówiłem, nie wyczerpują twórczości Tymona w tym 
czasie. W roku 1953 wydał on dzieło zbiorowe Leonardo da Vinci a w roku następnym 
Stanisław Stroński. W 50-lecie pracy pisarskiej. 
Z moich ówczesnych lat londyńskich przytoczę dwa epizody, związane z Tymonem. 
W roku 1947 prasę brytyjską obiegła wiadomość, że alianci postanowili pociągnąć do 
odpowiedzialności karnej za zbrodnie wojenne w Związku Sowieckim feldmarszałka 
Ericha von Mannsteina, którego nazwisko - dodaję od siebie - brzmiało pierwotnie - 
Lewinski. Prawie natychmiast na świadka jego obrony zgłosił się Władysław Studnicki, 
publicysta i pisarz polityczny, znany germanofil, patriota polski. Zarząd Związku Pisarzy 
Polskich, w którym zasiadał wtedy Terlecki, zawiesił Studnickiego w prawach członka. 
Sprawę roztrząsano na Walnym Zebraniu Związku, które odbywało się pod przewodnic- 
twem Zygmunta Nowakowskiego, aktora, wybitnego pisarza i głośnego publicysty. Byłem 
wtedy razem z Januszem J asieńczykiem (Poray-Biernackim), prawnikiem, jak i ja, człon- 
kiem Sądu Koleżeńskiego Związku. Trzeciego członka Sądu już nie pamiętam. Doszliśmy 
obaj do przekonania, że nie możemy kwestionować szczerości Studnickiego ijeśli posia- 
da on dowody niewinności von Mannsteina, nie tylko ma on prawo, ale i obowiązek sta- 
nąć w jego obronie. Sprawiedliwość odnosi się i do Niemców, choć mamy prawo ich 
nienawidzić. Zebranie przychyliło się do naszego wniosku. Studnicki odzyskał prawa 
członkowskie Związku. Von Mannsteinowi gorzej się powiodło. W roku 1949 skazano go 
na 19 lat więzienia. Odsiedział z nich cztery. 
Tymon nie umiał dbać o siebie należycie. Pierwsza jego żona - Tola Korian oto- 
czyła go troskliwą opieką. Była to kobieta bardzo wybitna, znana już przed wojną jako 
utalentowana pieśniarka i recytatorka, wysoce wykształcona, muzykalna, pełna uroku 
osobistego i wielkiej prostoty w obejściu. Do zwyczajów domu Terleckich należało po- 
dejmowanie gości herbatą z biszkoptami. Tymon tym się nie zajmował. Za każdym ra- 
zem, gdy go odwiedzałem w jego domu, herbatę podawała Tola. 
Tymon doceniał jej talent i troskliwość. W czasie jej występów w Londynie zawsze 
pilnie baczył, co się dzieje na sali. 15 marca 1955 roku urządził wieczór autorski przy 
udziale Toli jednemu z naj znakomitszych poetów tego czasu - Stanisławowi Balińskie- 
mu. Znałem ojca Balińskiego - Ignacego, wtedy już nieżyjącego. Pan Ignacy był poetą, 
działaczem społecznym, miłośnikiem Warszawy, w której pełnił urząd pierwszego preze- 
sa Rady Miejskiej w niepodległej Polsce międzywojennej. Z tego tytułu miał na początku 
sierpnia 1944 roku przemawiać ze mną, oficerem Komendy Głównej AK, na wiecu zwo- 
łanym z okazji powstania warszawskiego. Miał już lat 82. Zawiodły go nerwy. Zjawił się 
na estradzie, ale zacząwszy mówić rozpłakał się i musiał przerwać. 
Jego syn boczył się trochę na mnie. Pewnego razu zadzwonił do mnie płk Antoni 
Bogusławski, poeta-żołnierz i powiedział, że Staś Baliński przechodzi zawsze na drugą 
stronę ulicy, gdy mnie widzi, boi się bowiem, że go uważam za szpiega reżymowego i że 
go pobiję. Napisałem wtedy list do Balińskiego, że nie ma na świecie rządu, który znając 
jego umysłowość chciałby go zatrudnić jako szpiega. Mimo to na prośbę Tymona zgo- 
dziłem się przemawiać na wieczorze Balińskiego. Pamiętał, że stworzył piękne wiersze 
o okupowanej Polsce. Swoją "Kolędę warszawską 1939" ze zbioru; Wielka podróż 
(1946 r.) pisząc o Matce Boskiej iJej Synu zakończył pamiętnym czterowierszem; 


Ajeśli chcesz już narodzić w cieniu 
Warszawskich zgliszcz, 
To lepiej zaraz po narodzeniu 
Rzuć go na krzyż. 


134
>>>
T uż po mnie wiersze poety recytowała T ola. Byłem już wtedy na sali i swemu sąsia- 
dowi szepnąłem coś o niej pochlebnego do ucha. 
Po wieczorze podszedł do mnie Tymon. Jak mogłeś przeszkadzać Toli - zapytał 
mnie podniosłym głosem. Ależ Tymonie, szepnąłem tylko parę słów. Czy ty nie wiesz - 
odpowiedział - że gdy szepczesz - wrzeszczysz? Później, gdy się już uspokoił i udo- 
bruchał, podziękował mi za przemówienie. 
Podszedł do mnie i Baliński. Dziękował mi i ściskał. Na tomiku swoich Trzech po- 
ematów o Warszawie (Londyn 1945) napisał; "Panu Andrzejowi Pomianowi z wyraże- 
niem wdzięczności za piękne i wzruszające przemówienie, jakie wygłosił 15 marca 1955 
w Londynie - wdzięczny autor Stanisław Baliński". Na egzemplarzu trzeciego wydania 
zbioru Wielka podróż (Londyn 1949) zadeklarował mi wręcz swoją przyjaźń. 
Tak się odbyło moje ostatnie wystąpienie publiczne w ówczesnym polskim Londynie. 
W następnym miesiącu wyemigrowałem do Stanów Zjednoczonych i zamieszkałem 
w Waszyngtonie. Rozpoczął się nowy rozdział mojej wzajemnej przyjaźni z Tymonem. 


Za Oceanem 


W roku 1956 w Polish Book Importing Company w Nowym Jorku, bardzo zasłużonej 
polskiej księgarni wydawniczej, już niestety nieistniejącej , kupiłem Ostatnie utwory Marii 
Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, zebrane, opracowane i wydane po bibliofilsku przez Ty- 
mona Terleckiego w Oficynie Poetów i Malarzy pod Londynem w 5000 egzemplarzach 
numerowanych w dziesiątą rocznicę śmierci poetki. Nie była to dokładnie ta rocznica. 
Pawlikowska-J asnorzewska zmarła w Manchester w lipcu 1945 roku. 
Tymon znał ją dobrze i bardzo się z nią zaprzyjaźnił, ale tylko korespondencyjnie, 
nigdy jej bowiem osobiście na emigracji nie widział; ani w Paryżu, ani w Wielkiej Bryta- 
nii. Nie zobaczył jej nawet po śmierci. Gdy przyjechał na pogrzeb, trumna już była za- 
mknięta. Zaopiekował się jednak spuścizną pisarską, pod wrażeniem jej zgonu napisał 
tegoż jeszcze roku studium o jej twórczości Ruina poetyckiego klasycyzmu, które 10 lat 
później ogłosił jako wstęp do Ostatnich utworów. W roku 1950, gdy ten tom przygotował 
do druku, zaopatrzył go w "Podzwonne", w którym przedstawił okoliczności ostatniej 
choroby poetki i zamieścił teksty dwóch jej listów; z maja i czerwca 1945 roku. 
Wszystkie późniejsze wydania twórczości Pawlikowskiej przedrukowywały teksty 
ustalone przez Tymona. Zrobił to tak starannie i autorytatywnie, że nikt z późniejszych 
wydawców nie próbował nawet dotrzeć do oryginałów. W roku 1980 wydał jeszcze Ty- 
mon dodatkowo tomik poetki pt. Czterolistna koniczyna albo szachownica. Nie mam go 
w swoich zbiorach. Jest teraz praktycznie niedostępny, jak i Ostatnie utwory. Można by 
odszukać go w bibliotekach publicznych w Londynie, gdyż Tymon wysyłał do nich swoje 
książki w pięciu egzemplarzach. W moim wieku Londyn leży już jednak za daleko. 
Dwa tomiki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wydane w Londynie; Róża i lasy płonące 
(1940) i Gołąb ofiarny (1941) oraz Ostatnie utwory nie należą zapewne do czołowych 
zbiorów poetki. Wojna ją poraziła. Wszystkie trzy są jednak godne uwagi i stanowią 
zamknięcie jej twórczości. Pawlikowska, gdyż pod tym nazwiskiem publikowała prze- 
ważnie przed wojną, uchodzi za największą poetkę polską XX wieku, według niektórych 
historyków literatury. Obok Kazimiery Iłłakowiczówny zalicza się ją do czołówki pisarzy 
polskich epoki. 
Tymon cenił wysoko jej osiągnięcia pisarskie. We wstępie do Ostatnich utworów 
napisał; 
Mogłaby stanąć na jej grobie strzaskana, ale niezachwiana w pionie kolumna klasyczna, 
mogłaby rosnąć tak jak jej droga w tych ostatnich latach wierzba polska, biorąca w siebie 


135
>>>
pioruny i upartym istnieniem, trwaniem nieulękłym, szeptem pokornym świadcząca prze- 
ciw nim - o miłości życia, o woli życia, o nieugiętości w klęsce. 


Tymon nawiązał tu do ostatnich trzech linii króciutkiego wiersza Pawlikowskiej 
"Wierzby"; 


Wierzby, stare piorunów 
znawczynie 
Szumią, uczą żyć 
spiorunowanych, 
Żyć i patrzeć ku następnej 
wiośnie... 


Tymi "spiorunowanymi" było polskie pokolenie wojenne. 
W roku 1957 przesłał mi Tymon swoją rozprawę Krytyka personalistyczna, wydaną 
także w Oficynie Poetów i Malarzy. Krytykę tę wyprowadzał z założenia; "Każdy akt 
twórczy jest aktem osobistym, każde dzieło jest znakiem danym przez osobę ludzką 
i utrwalonym w jakimś materiale". W taki właśnie sposób oceniał utwory innych pisarzy 
w swoich krytykach literackich i dlatego jeszcze przed wojną nazywano go "krytykiem 
personalistycznym" . 
Nie znam pracy Terleckiego o wielkiej aktorce polskiej drugiej połowy XIX wieku 
Pani Helena. Opowieść biograficzna o Modrzejewskiej. Pisał ją jako znany teatrolog, 
a wydał w roku 1962. Musiała ona wywrzeć duże wrażenie na czytelnikach i fachowcach, 
gdyż dwa lata potem Uniwersytet w Chicago zaproponował mu wykłady na dwa semestry. 
Dobrze je widocznie poprowadził i w roku 1965 przybył tu wraz z Toląjako stały profe- 
sor tego Uniwersytetu, a przy okazji - profesor wizytujący Uniwersytetu Stanowego 
w Illinois. Przeszedł na emeryturę dopiero w roku 1977, gdy już miał lat 72 i powrócił do 
Londynu. W czasie pobytu Terleckich w Ameryce spotkałem ich tylko raz jeden - 
w Waszyngtonie, na ich odjezdnym. 
Ilekroć odwiedzałem później stolicę Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkał mój syn 
z rodziną przy tej samej ulicy co Terleccy, zawsze ich odwiedzałem. W marcu 1983 roku 
Tola zmarła prawie nagle. Dla Tymona był to cios straszliwy. Rok później ukazało się 
w Londynie jego staraniem dzieło zbiorowe Tola Korian. Artystka słowa i pieśni w Ofi- 
cynie Poetów i Malarzy. Na karcie przedtytułowej Terlecki figuruje jako współautor 
tomu, ale w tekście nie ma niczego jego pióra. Autorstwo Tymona musiało się chyba 
ograniczyć do wyboru autorów i do nadania książce odpowiedniego kształtu graficznego. 
Całość składa się z 32 wspomnień i artykułów, jeden w języku angielskim, pozostałe - 
w polskim. Złożyły się na nią wypowiedzi pisarzy tak znanych, jak; Baliński, Jeleński, 
Kielanowski, Kozarynowa, Lerski, Tadeusz Nowakowski, Smogorzewski, Weintraub, 
Karol Zbyszewski. Wymieniłem tylko naj głośniejszych, co wcale nie znaczy, że lekcewa- 
żę pozostałych. Książka daje dość wszechstronny obraz osiągnięć Toli. Stanisław Baliń- 
ski napisał o niej w krótkim "Pożegnaniu"; "Żegnam z żalem i smutkiem wielką artystkę, 
tkniętą magią genialności". Trudno określić lapidarniej znaczenie Toli. 
Jak Tymon urządził po jej śmierci swoje życie osobiste, wiem tylko z relacji osób 
postronnych. Sam Tymon o tym nie mówił. Szanując jego powściągliwość, nigdy go o to 
nie pytałem. 
Pracował dalej. W lutym 1987 roku przysłał mi swój ostatni tom Opowieść o dwóch 
miastach - Londyn, Paryż. Książkę wydaną bardzo starannie przez Polską Fundację Kultu- 
ralną w Londynie, zdobił świetnymi jak zwykle rysunkami Marian Bohusz-Szyszko. Kazi- 
mierz Wierzyński i Jerzy Pietrkiewicz zamieścili po wierszu. Terlecki przedrukował tu 
swoje własne wcześniejsze szkice o tych miastach. Nowością był dla mnie szkic o Londynie, 


136
>>>
który pochodził z roku 1941, a ukazał się drukiem w Glasgow w roku 1943. Nie znałem go, 
gdyż w tym czasie przebywałem w okupowanej Warszawie. Tymon zaopatrzył swoje dzieło 
dedykacją dla mnie, podobnie jak i poprzednie swoje książki. Zawsze zapewniał mnie 
o swojej przyjaźni. Tym razem napisał coś więcej: "Andrzejowi Pomianowi z zawsze wierną 
przyjaźnią, z podziwem dla jego publicystyki historycznej". Do publicystyki tej to on mnie 
przecież zachęcał jeszcze w roku 1944, czy 1945! 
Szkic, a właściwie dwa szkice Tymona o Paryżu wydane po raz pierwszy w roku 
1952 pod jedną okładką, już omówiłem. Szkic "Londyn - z upływem czasu i Tamizy" 
uderzył mnie swoim tonem. Zacytuję tylko jeden fragment 


Dziś przez wypalone okna Parlamentu widzimy czarne ruiny Zamku Królewskiego, zrujno- 
wany gotyk Westminsteru nachodzi jak płynący obraz na Katedrę św. Jana, a zbudzona cisza 
"Kąta poetów" każe wspominać urnę, w której od bomby umarło po raz drugi serce muzycz- 
ne, czułe jak brzoza, raz już umarłe w piersi spustoszonej przez kaszel Chopina. Dziś te mia- 
sta są na jednej szali. Za progiem nocy, od pierwszej smugi światła będziemy odbudowywać 
razem Warszawę, która wyprzedziła los Londynu, który podzielił los Warszawy. 
Ruin w Londynie już nie ma, a Warszawa, zniszczona bez porównania bardziej niż 
Londyn, prawie całkowicie, została odbudowana, zresztą bodaj z konieczności - dość 
tandetnie. Tylko Szlak Stanisławowski od Belwederu i Łazienki przez Nowy Świat, Kra- 
kowskie Przedmieście, Plac Zamkowy, Świętojańską, Rynek Starego Miasta po Nowe 
Miasto urzeka dalej pięknością, rzadko gdzie indziej spotykaną. 
Co w słowach Terleckiego o Londynie jest szczególnie ważne - to wierne odtwo- 
rzenie postawy polskiej kolonii londyńskiej, a zwłaszcza żołnierzy w Wielkiej Brytanii 
w latach wojny. Emigracja nie powróciła w większości do Kraju. Nie odbudowywała 
Warszawy, jak pragnęła. Losy Polski rozstrzygnęły się poza nią, choć nie bez znacznego 
jej wpływu na postawę Kraju. Żołnierz polski walczył na obczyźnie po to, jak napisał 
Tymon, aby móc powrócić i przywrócić Krajowi jego kształt własny i właściwy. Że nie 
mógł tego zrobić, to już nie jego wina. 


Finał 


W roku 1985 otrzymałem od Tymona z wyrazami braterskiej przyjaźni przedostatnią 
jego książkę; Szukanie równowagi. Szkice literackie i publicystyczne. Ukazała się ona 
znów w londyńskiej Oficynie Poetów i Malarzy. Omawiam ją na ostatku, gdyż jest zbio- 
rem eseistyki Terleckiego. 
T en wybór szkiców z lat 1940-1984, w tym ostatnich ogłoszonych, zastanawia bo- 
gactwem tematów. Porusza więc w nich Tymon ważne zagadnienia społeczne i narodowe, 
pisze o Mickiewiczu, Ferrero, Leonardo da Vinci, Paulu Valery, Koperniku, Conradzie- 
Korzeniowskim, Wierzyńskim, Bobkowskim, Dylanie Thomasie, Leszku Kołakowskim, 
Norwidzie, Eliocie, a z plastyków - o Kossowskim i Marianie Bohuszu. Esej "Mimo 
wszystko jestem frankofilem", napisany w roku 1940 po katastrofalnej klęsce Francji, 
stanowi proeuropejskie wyznanie wiary Terleckiego. Dwa eseje; "Europejskość 
i odrębność kultury polskiej" i "Kultura Drugiej Niepodległości", oba z roku 1948, dają 
syntetyczny obraz naszych dokonań kulturowych i zdobyczy dwudziestolecia międzywo- 
jennego na tym polu. 
Zatrzymałem się z konieczności, i to tylko pokrótce, nad trzema szkicami Terleckie- 
go, które są dla mnie najbardziej znamienne. Pisząc o Niemcach w roku 1943, jeszcze 
w toku wojny, Terlecki zastanawiał się nie tyle nad samymi ich zbrodniami wojennymi, 
w szczególności nad ich mordowaniem Żydów, ile nad psychologią sprawców tych po- 
tworności. Oto jego konkluzja; "Wina tego także ludzkiego upodlenia, wina potwornej 


137
>>>
deprawacji, obciąża tylko i wyłącznie sumienie niemieckie". Terleckiego przerażało mil- 
czenie ówczesnego świata. "Kto milczy w obliczu mordu - podkreśla - staje się wspól- 
nikiem mordercy. Kto nie potępia - ten przyzwala". Zabiera też głos jako Polak- 
-katolik; "Nie chcemy być Piłatami [...J. Protestujemy równocześnie jako Polacy [...J. 
Wiemy również, jak trwający bywa posiew zbrodni. Przez dwa tysiące lat rosło pośrodku 
kontynentu obce i wrogie plemię germańskie, nienawistne wszystkiemu, co było i jest 
cywilizacją europejską. Dziś możemy się modlić tylko na mnożących się ruinach miast 
Europy". Modli się więc Tymon o "łaskę trudnej nienawiści". Nienawiści nie do ludzi za 
"rasę lub narodowość, za wiarę lub język", lecz "zła w człowieku bez względu na jego 
ojca lub matkę, rasę i narodowość, wiarę jego i język". Oto credo Tymona Terleckiego, 
Polaka i Europejczyka. 
W szkicu o "socjalizmie chrześcijańskim" z 1946 r. zajmuje się Tymon krzywdą 
społeczną i gospodarczą, która spotyka większość ludzi na świecie. Socjalizm Marksa, 
zdaniem Tymona, zwalcza tę krzywdę niewłaściwie. "Za Smithem mówi ciągle o czło- 
wieku ekonomicznym, ale usiłuje nie dostrzegać człowieka duchowego, etycznego, meta- 
fizycznego. Brutalnie rozrywa integralność osoby ludzkiej". W Polsce "socjalizm nauko- 
wy, kosmopolityczny stał się [...J socjalizmem narodowym, sprzęgniętym z ideą walki 
o niepodległość. Chrześcijaństwo nie może uchylić się od socjalizmu [...J, socjalizm może 
się urzeczywistnić tylko w obrębie kultury chrześcijańskiej. Socjalizm chrześcijański nie 
oznacza nic innego, jak doprowadzenie chrześcijaństwa do pełnych konsekwencji prak- 
tycznych. Nasz wiek tragiczny znaczy się po obrocie stu lat przejściem od socjalizmu 
naukowego do socjalizmu etycznego. Do socjalizmu chrześcijańskiego". Wątpię czy Jan 
Paweł II zapoznał się kiedykolwiek ze szkicem Terleckiego. Ale jego wypowiedzi 
w sprawach społecznych i gospodarczych są bardzo zbliżone do poglądów Tymona, choć 
operują odmienną frazeologią. 
Szkic Terleckiego z roku 1969 o Kazimierzu Wierzyńskim daje zarazem przekrój 
zapatrywań Tymona na poezję i poetykę. Omawia wszechstronnie i krytycznie całą twór- 
czość poety; od pierwszego zbioru Wiosna i wino (1919) do ostatniego - Sen mara 
(1969) i dochodzi do wniosku, że Wierzyński jest jednym "z największych poetów pol- 
skich [...J stulecia". 
Szukanie równowagi jest lekturą frapującą. Terlecki zdobył wielką wiedzę humani- 
styczną i ciągle ją pomnażał. Nie ustawał w pracy nad sobą. Po tym tomie dalej jeszcze 
pracował, ale - o ile wiem - niczego już drukiem nie ogłosił, przynajmniej - książ- 
kowo. Pod względem fizycznym wyraźnie podupadł. Gdy odwiedzał mnie u mojej rodzi- 
ny w czasie moich pobytów w Londynie, chodził już drobnymi, przedwcześnie starczymi 
kroczkami. Czuł się niepewnie na nogach. W maju 1990 roku przemawiając na wieczorze 
poczuł ogarniającą go słabość. Wkrótce potem stracił przytomność. Uległ wylewowi krwi 
do mózgu. Leczenie szpitalne, a zwłaszcza staranna opieka jego drugiej żony - Niny 
Taylor, Angielki, mówiącej doskonale po polsku, kobiety równie niezwykłej, jak Tola - 
przywróciły mu jasność umysłu, ale już niczego nie pisał. Przeżył jeszcze dziesięć i pół 
roku, nie w Londynie już jednak, lecz w Oxfordzie. Zmarł 6 listopada 2000 roku w wieku 
lat 95. 
Poza utworami, które omówiłem z konieczności - pobieżnie, wydał jeszcze jedną 
książkę własną - rozprawę Egzystencjalizm chrześcijański (1958). Ponadto był jednym 
ze współautorów dwóch dzieł zbiorowych; XXX-1ecie " Wiadomości" (1957) i O Sułkow- 
skim (1967). Zaadoptował dla teatrów polskich Pod mleczną drogą Dylana Thomasa 
(1981). Nie na tym koniec. Zainicjował i zredagował ogromną dwutomową Literaturę 
polską na obczyźnie 1940-1960 (1403 stron druku), która ukazała się w Londynie 
w latach 1964-1965. We "Wstępie redakcyjnym" Tymon wyjaśnił, o co mu chodziło; nie 


138
>>>
tylko o tzw. literaturę piękną, ale o "dorobek pisarzy powstały poza Polską podczas 
II wojny światowej i w następstwie wypadków, które zaszły po tej wojnie. Ma to być 
rejestr, inwentarz, bilans". Tymon nie podzielił na szczęście poglądów prof. Manfreda 
Kridla, znanego polonisty, który do literatury zaliczał tylko poezję i beletrystykę. Są więc 
w dziele przez niego zredagowanym rozdziały m.in. o "Literaturze wojskowej", "Literatu- 
rze dokumentalnej", "Publicystyce", "Słownikach i wydawnictwach encyklopedycznych". 
Jest i "Nekrologia". 
Opracowanie poszczególnych rozdziałów powierzył Terlecki najlepszym znawcom, 
jakich mógł znaleźć na wychodźstwie. Można się tu spotkać z niejedną niespodzianką. 
Tak np. Mieczysław Giergielewicz pisząc o "Twórczości poetyckiej", wśród sylwetek 
poetów umieścił na poczesnym miejscu Stefana Borsukiewicza, żołnierza, instruktora 
spadochronowego, który zginął w wieku lat 22, gdy podczas skoku nie otworzył się mu 
spadochron. Zdążył wydać tylko jeden tomik; "Kontrasty" (1941). Wiersze Borsukiewi- 
cza, które przytoczył lub zacytował Giergielewicz, świadczą niezbicie, że miał on niemały 
talent poetycki i dużą ogólną kulturę pisarską. Niestety - nie zauważyli go autorzy na- 
szych antologii poetyckich, szerokiej rzeszy miłośników poezjijest więc on nieznany. 
Nie zauważyli go i krajowi historycy literatury polskiej. Nawet Czesław Miłosz, który 
już na emigracji korzystając z pełnej wolności i dostępu do publikacji ogłoszonych 
w wolnym świecie wydał w roku 1969 swoj ą History of Polish Literature, Borsukiewicza 
także nie dostrzegł, choć powinien był się zapoznać z Literaturą polską na obczyźnie 
1940-1960 zredagowaną przez Terleckiego. Szczególny zresztą historyk z Miłosza. Na 
karcie tytułowej swego dzieła zamieścił orła bez korony, a w tekście nie omówił ani poety 
Stanisława Balińskiego, ani dramaturga Jerzego Szaniawskiego, autora świetnego dra- 
matu Dwa teatry, wystawionego po raz pierwszy w Krakowie w lutym 1946 roku, ogło- 
szonego drukiem w tymże roku w krajowym miesięczniku "Twórczość" (Rok II, z. 12), 
a przyznającego powstaniu warszawskiemu doniosłe znaczenie historyczne, za co spo- 
tkała autora dziesięcioletnia banicja z teatrów od roku 1949 w PRL. Znalazł natomiast 
Miłosz miejsce dla poety niższego lotu - Lucjana Szenwalda, komunisty, który podczas 
wojny służył w Armii Czerwonej i uważał decyzję powstania za "nieprawy zamiar" na 
"fałszywy sygnał" z "dalekomorskich ziem" (wiersz "Warszawa"). 
Pisarstwo polskie na emigracji nie zatrzymało się po roku 1960, ostatnim omówio- 
nym w Literaturze polskiej na obczyźnie. Dalej się rozwijało i wydało dzieła godne upa- 
miętnienia. Nie znalazł się jednak drugi Tymon, który by się nimi zajął, tak dokładnie 
i szczegółowo. 
Słyszy się nieraz pogląd, że historię tworzą tylko ruchy masowe, a nie najwybitniej- 
sze nawet jednostki. Obserwowałem przez lata naszą emigrację wojenną po obu stronach 
Atlantyku i widziałem, jaką różnicę w jej osiągnięciach robili wybitni działacze. Bez Ty- 
mona Terleckiego kultura polska na emigracji byłaby znacznie uboższa. A dla pełnego 
rozwoju i człowieka, i społeczeństwa, i narodu kultura jest równie ważna jak chleb, a jeśli 
chodzi o postępowanie ludzi - nawet najważniejsza. 
Ze śmiercią Tymona ubył jeden z czołowych działaczy kulturowych pokolenia pol- 
skiego, które w znacznym odsetku zachowało w pamięci z lat dziecinnych mroki niewoli, 
wyrastało w całości w blasku niepodległości, nie szczędziło krwi w jej obronie, po wojnie 
nie ustawało w wysiłkach, aby ją odzyskać, a gdy nastała po raz drugi w wieku XX - 
poczęło coraz liczniej odchodzić z tego świata. 
Dziś pozostało już nas niewielu. Robi się pusto dokoła, mój Tymonie. 


139
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


o PROFESORZE 
(CZYLI: COŚ W RODZAJU 
POST SCRIPTUM) 


Róża NOWOTARSKA (USA) 


Gdy wiele, wiele lat temu pisałam dla "Dziennika Związkowego" i "Gwiazdy Polar- 
nej" esej pożegnalny pt. "Goodbye Mr. Chips", myślałam z żalem, że z życia kulturalnego 
społeczności polonijnej w Chicago ubywa ktoś absolutnie niezastąpiony. Myślę tak do 
dziś, bo wyjazd prof. Tymona Terleckiego do Londynu jest niepowetowaną stratą. Dziś 
może bardziej niż przedtem. Jest stratą dla uniwersytetu, na którym wykładał. Dla Aka- 
demików, z którymi współdziałał. Dla tych, którzy kochają teatr polski i polską literaturę. 
Dla tych, którzy pragną być ze zjadaczy chleba przerobieni w aniołów. Bo taki miał 
wpływ i taki zasięg oddziaływania Pan Profesor (i jego Małżonka, śp. Tola Korian). 
Wyjazd prof. Terleckiego z Chicago do Londynu odebrałam osobiście jako bardzo 
bolesną stratę. Wprawdzie nie rozmawialiśmy ze sobą przez telefon codziennie. Rozmo- 
wy takie przypadały tylko raz na jakiś czas. Nie pisywaliśmy do siebie listów ani raz 
w tygodniu, ani nawet raz w miesiącu. Nie widywaliśmy się częściej niż raz na pół roku 
a bywało, tylko raz w roku. Ale nie ilość kontaktów była naj ważniej sza ale jakość, ich 
ciężar gatunkowy. Kiedy dochodziło do spotkań, rozmów, czy do wymiany listów, to 
powód był zawsze nadrzędny. To było związane zawsze z czymś nadzwyczajnym. To 
było zawsze coś od święta. Mogła to być książka, artykuł, wieczór poetycki, spotkanie 
autorskie, wystawa, koncert, zjazd, lub znacząca wypowiedź literacka. Prof. Tymon Ter- 
lecki był nie tylko spiritus movens wielu poczynań kulturalnych, ale także znakomitym 
gawędziarzem, moderatorem, dyskutantem. Spokojny, wyciszony, skromny, o ogromnej, 
rozległej wiedzy, niczego wprawdzie nikomu nie narzucał, ale wymagał ogromnie dużo 
i w sprawach kultury był nieustępliwy. 
Niejednokrotnie już przy różnych okazjach pisałam i mówiłam, że prof. Terlecki 
należy do trójki moich ulubionych pisarzy. Dwaj inni to, Gustaw Herling-Grudziński i Jan 
Parandowski. W książkach i artykułach jego pióra jestem zakochana. Mogę je czytać 
niezliczone ilości razy i zawsze urzekają mnie głębią myśli i kunsztem stylu. "To już 
ostatni, co tak poloneza wodzi!" - chciałoby się zakrzyknąć. Proza prof. Terleckiego jest 
dystyngowana, jasna, zwięzła, potoczysta, jest to polszczyzna najwyższego szlifu 


140
>>>
i najwyższego lotu. W tej opinii nie jestem odosobniona. Wystarczy, gdy przytoczę słowa 
Krzysztofa Dybciaka z przedmowy do Krytyki personalistycznej; Egzystencjalizmu chrze- 
ś cijańskiego; 


Terlecki, świadomy wielości własnych zainteresowań i ekspresji, szukał równowagi swe- 
go pisarstwa. Uzyskiwana ona była dzięki równoważeniu się przeciwbieżnych tendencji: 
uczoności i sztuki, filologicznej akrybii i artystycznego rozpasania. Większość jego tek- 
stów, to wytwory pracy mózgu i wibracji uczuciowej. Każdy z nich był starannie przygo- 
towany, podbudowanyerudycyjnie, zawierający klasyfikacje, zaopatrzony w sprawdzone 
cytaty i odnośniki bibliograficzne. Ale równocześnie przenikają te wypowiedzi pierwiast- 
ki sztuki: staranna kompozycja, wyszukany styl, oddziaływanie na emocje... Nie unika 
Terlecki archaizacji stosując rzadko dziś używane słowa, skomplikowane figury retorycz- 
ne, częste powtórzenia. Autor jakby przeczuwał, że jego artykuły, eseje, rozprawy i mo- 
nografie przetrwają próbę czasu i po dziesięcioleciach będą odczytywane jako świadec- 
twa... 


W polskich kołach intelektualnych na Zachodzie nazwisko prof. Terleckiego było 
doskonale znane. Miał swych zaprzysiężonych wielbicieli, chociaż grono to nie było 
może tak liczne, jakby pisarz takiej klasy na to zasługiwał. Dla wielu bowiem klasyczna, 
wykwintna polszczyzna profesora była zbyt trudna, może nawet zbyt staroświecka. Albo 
zbyt "powolna". Chcieli czytać, pojmować, rozumieć szybciej, niemalże w biegu. Chcieli 
prześliznąć się po tematach po wierzchu, a nie schodzić w głąb nie tylko tematu ale także 
i samych siebie. 
Jerzy Stempowski użył dla swych zapisów określenia Notatnik nieśpiesznego prze- 
chodnia. Profesor Terlecki wymagał od czytelnika nieśpiesznego czytania. Wymagał też 
wiedzy a przynajmniej otwartego, chłonnego umysłu. 
Jak napisałam powyżej, nazwisko prof. Terleckiego znane było w kręgach czytającej 
emigracji. Natomiast nie było wcale znane w Polsce. Prawie wcale. I trwało to całe lata 
i niejeden raz myślałam; jaka to bolesna sprawa, że rośnie jedno, drugie a nawet trzecie 
pokolenie, które o tej wspaniałej, urzekającej, znakomitej prozie nic nie wie i nie będzie 
wiedziało. Że nie będzie tym pokoleniom dane rozkoszować się tak świetną polszczyzną, 
że nie poznają bogatej, wszechstronnej twórczości, rozlicznych prac edytorskich i redak- 
cyjnych i wreszcie przekładów jego autorstwa. 
Okazało się, że byłam człowiekiem małej wiary. 
Amerykanie mówią, że nawet w najniekorzystniejszych okolicznościach w najbar- 
dziej niesprzyjających warunkach, każdy człowiek jest obdarzony dwoma tylko dla niego 
przeznaczonymi promieniami słońca. 
Otóż - nareszcie, nad twórczością prof. Terleckiego zaświeciło polskie słońce. Padł 
jeden i drugi promień. W Warszawie w 1984 roku wydano w zbyt skromnym - jak na 
mój gust - nakładzie Rzeczy teatralne. W 1987 roku "Biblioteka «Więzi»" wydała jako 
tom 58 jego Krytykę personalistyczną; Egzystencjalizm chrześcijański. Obie książki oka- 
zały się objawieniem. A teraz, jak słyszę, ma się ukazać zbiór esejów Szukanie równowa- 
gi. Oby jak naj prędzej ! 
To, że książki Tymona Terleckiego nie docierały do olbrzymich rzesz czytelników 
w Polsce nie znaczy jednak, że nie znano ich w kołach intelektualistów, naukowców 
i w kołach uniwersyteckich. Były i są znane - docierały tam w przeróżny, najczęściej 
nielegalny sposób. A jeśli nie wyrażano publicznie czci i uznania dla jego osiągnięć, to 
sprawiały to więcej niż niesprzyjające warunki. Niekorzystna atmosfera stworzona przez 
komunistyczną władzę w Polsce. 
Na szczęście, na wielkie szczęście, ten blisko czterdzieści pięć lat trwający, upoka- 
rzający stan minął. Zaświeciło na nowo słońce wolności. I pierwsze dwa promienie (te 


141
>>>
z porzekadła amerykańskiego) padły na siwą głowę profesora Tymona Terleckiego. Dwa 
piękne listy; jeden Towarzystwa Literackiego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, 
a drugi z Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza w Warszawie, potwierdzają 
raz jeszcze, że można wznieść mury, ustanowić sztuczne podziały, można zaaranżować 
wielką zmowę milczenia, ale myśl ludzka, twórczość, duch ludzki - wymkną się spod 
kontroli i przebiją najszczelniejszą nawet żelazną kurtynę. Co jest radosne i pocieszające 
i napawające wielką otuchą. Tym radośniejsze, że dotyczy człowieka tak wielkiej godno- 
ści i talentu, jak prof. Tymon Terlecki. 


NAD KSIĄŻKAMI TYM ONA TERLECKIEGO 


Mam ulubionych pisarzy, do których stale powracam, odczytuję na nowo od deski do 
deski. Chociaż czynię tak od dziesiątków lat, nigdy mnie ich książki nie nużą, czytam je 
za każdym razem tak, jakbym je czytała po raz pierwszy. A równocześnie mam uczucie, 
że to moi starzy przyjaciele, że znamy się na wylot. Czytając ogarnia mnie ciepło 
i czułość. A także wzruszenie. Lista moich ulubieńców nie jest zbyt długa. Pięć palców 
jednej ręki, za dużo! Jest ich prawdę mówiąc trzech; Gustaw Herling-Grudziński, Jan 
Parandowski i Tymon Terlecki. Nazwiska podałam w porządku alfabetycznym - bo tak 
najlepiej, ale są bliscy memu sercu i memu intelektowi w równy sposób. Im trzem za- 
wdzięczam wiele cudownych godzin. Godzin całkowitego wyłączenia się z otaczającej 
rzeczywistości i wejścia w inny świat, świat szczególnego niepowtarzalnego piękna. 
Dziś chcę napisać o jednym twórcy z tej Wielkiej Trójki a to dlatego, że poczta przy- 
niosła mi dwie jego książki (tylko dwie, niestety!). Znam obie - znam ich treść z okresu, 
kiedy jeszcze nie były książkami. Zaczytywałam się tymi tekstami gdy były drukowane w 
"Wiadomościach" londyńskich i "Kulturze" paryskiej czekałam na nie 
z niecierpliwością i drżeniem serca. Tymon Terlecki - bo o nim mowa - napisał 
o urzeczeniu teatrem. Od naj młodszych lat. A mnie zawsze urzekało słowo pisane, dru- 
kowane. Miałam niemal nabożną cześć dla krakowskiego IKACA, na którego rozlicznych 
wydawnictwach byłam wychowana od dziecka. 
Więc przyszły te dwie książki. Jedną wydano w Londynie, w Polskiej Fundacji Kul- 
turalnej. Tytuł; Szukanie równowagi. Jest to zbiór szkiców literackich i publicystycznych, 
wydanie drugie, offsetowe, Londyn 1988. 
Druga książka ukazała się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w War- 
szawie. Nosi tytuł; Rzeczy teatralne. Pierwsza książka Tymona Terleckiego wydana 
w Kraju. Jest to wybór artykułów, szkiców, wspomnień i rozprawo teatrze i dramacie, 
ogłaszanych w latach 1938-1983. Data warszawskiego wydania, rok 1984. 
Nie będę już wracała do mojej reakcji na obie książki - bo to byłoby tylko powtó- 
rzenie mych zachwytów. Czytelnik już przecież wie, że pozostaję pod wielkim urokiem 
tego pisarza. Natomiast nasunęły mi się różne myśli i spostrzeżenia, którymi - zamiast 
recenzji - chciałabym się podzielić. 
Nie wiem jaki był pierwszy nakład Szukania równowagi książki wydanej w Oficynie 
Poetów i Malarzy, Krystyny i Czesława Bednarczyków. I nie wiem ile egzemplarzy od- 
bito tym razem. Ale przyjmijmy najskromniejszą liczbę, to znaczy książek siedmiuset za 
każdym razem. Czyli, 1.400 dla czytelnika emigracyjnego. Co często jest poczytywane za 
"skandal intelektualny" i stwarza wrażenie, że emigranci, to niemal wtórni analfabeci. 
Pamiętam, że kiedyś Aleksander Janta zrobił wykaz w jakim kraju i ile można zdobyć 
przedpłat. I że właśnie liczba siedmiuset egzemplarzy była jakby górną granicą możliwo- 
ści dla całej polskiej diaspory. Mieliśmy się tego lenistwa umysłowego wstydzić. 
I słusznie. Wiadomo było wówczas i wiadomo dziś, że dopóki pisarz polski poza krajem 


142
>>>
nie przebije się na rynek amerykański, to z emigracyjnych wydań polskich na pewno nie 
wyżyje. Znaczy to, że z pisania w języku polskim utrzymać się nie może w żadnym kraju, 
poza Polską. 
A no właśnie. I tutaj dochodzę do punktu, który mnie zasmucił i oburzył równocze- 
śnie. Bo przypatrzmy się teraz nakładowi Rzeczy teatralnych, wydanych w normalnym 
(zdawało by się) wydawnictwie, w normalnie funkcjonującym (zdawało by się) kraju. 
W którym - podobno - nie ma analfabetyzmu. W którym panuje głód słowa pisanego, 
a dzieci uczy się od maleńkiego szacunku dla książki. (Tak samo uczy się szacunku dla 
książki na emigracji z małą poprawką; już pierwsze pokolenie emigrantów z Polski prze- 
ważnie nie czyta w języku rodziców.) Otóż nakład wynosi pięć tysięcy dwieście pięćdzie- 
siąt egzemplarzy. (W stopce podano; Nakład 5000 + 250 egz.) Ciśnie się na usta pytanie; 
dla kogo ma tych książek starczyć? Dla bibliotek? dla wypożyczalni? dla recenzentów? 
dla jednego miasta? dla jednej ulicy w Warszawie? dla jednej dzielnicy w Krakowie? 
A może dla teatrologów, aktorów, historyków i badaczy dziejów teatru polskiego? i dla 
nikogo więcej? 
Na obwolucie wydania krajowego znajduję taką notkę bibliograficzną; "Tymon Ter- 
lecki (UL 1905) znakomity krytyk teatralny i literacki, historyk teatru i literatury, przed 
wojną profesor Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej (PIST), redaktor «Sceny Pol- 
skiej» i «Teatru». Od 1939 L na emigracji, w latach 1964-1977 profesor literatury pol- 
skiej i teatru na uniwersytecie w Chicago". I dalsze informacje, wspominane już przeze 
mnie w początkach obecnego omówienia krytycznego. Taka wspaniała wizytówka - 
i taki śmiesznie niski nakład? Dlaczego? Wiem, wiem. Przed wojną, gdy poecie wydano 
zbiorek wierszy w wysokości 500 egzemplarzy, było to ogromne osiągnięcie! Ale Tymon 
Terlecki nie jest początkującym poetą, jest pisarzem o wielkim dorobku literackim, a jego 
nazwisko jaśnieje pierwszym blaskiem wśród polskich piór na Obczyźnie. Dlatego wy- 
daje mi się, że zasłużył sobie na dziesięciokrotnie wyższy nakład. Że mu się to ze wszech 
miar należało! 
Chcę tutaj dodać moje osobiste doświadczenie związane z osobą Autora. Przytaczamje 
na poparcie mojej tezy. Otóż za każdym moim pobytem w Polsce (a odwiedzałam Kraj 
sześć razy) najbardziej dopytywano się o trzech pisarzy; Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, 
Czesława Miłosza Geszcze przed Nagrodą Nobla) i właśnie Tymona Terleckiego. To samo 
powtarzało się podczas licznych prywatnych spotkań z nowo-przybyłymi emigrantami czy 
też osobami przybywającymi z wizytą do Ameryki. Grudziński, Miłosz, Terlecki, Miłosz, 
Terlecki, Grudziński. Terlecki, Grudziński, Miłosz stanowili zawsze główny obiekt zaintere- 
sowań zarówno młodychjak i starszych wiekiem Polaków. 
Dalej. W latach mojej pracy w "Głosie Ameryki", szczególnie zaś po wprowadzeniu 
stanu wojennego w Polsce i w okresie nadawania w ramach programu polskojęzycznego 
tej rozgłośni "Czwartkowych spotkań z poezją i prozą" (nadano ich dwieście), dosłownie 
tysiące razy proszono mnie nie tylko o uwzględnienie utworów tych trzech autorów, ale 
także o ich życiorysy i fotografie! Miłosza poznano potem (choć na krótko) z prasy, tele- 
wizji i znaczka pocztowego. Ale Herling-Grudziński i Terlecki? Ich twarze i postacie 
pozostawały nadal tajemnicą. Głód - nazwałabym to - wolnego słowa polskiego - był 
ogromny a prośby wzruszające! ("Drugi obieg" dopiero kiełkował i też nie do wszystkich 
docierał !) 
W tamtym bezpowrotnym i niepowtarzalnym okresie, potrzebna mi była w mojej 
pracy nie tylko sekretarka, ale biuro wysyłkowe. A byłam zupełnie sama - i tylko nie- 
wielkiemu procentowi próśb mogłam sprostać. A i tak w pojedynkę zdołałam wysłać do 
Kraju kilka tysięcy listów. Zawierały; a to artykuł, a to esej, a to fragment powieści, kilka 
stron Dziennika pisanego nocą czy Miłoszowego wiersza. Wszystko to szło z moich 


143
>>>
osobistych zbiorów, roczników "Wiadomości" i "Kultury". Za te okruchy, urywki, dro- 
biazgi, dziękowano mijak za największe skarby! 
Wiem też, że wielu mych znajomych poszukiwało książki O rzeczach teatralnych 
i nigdzie jej nie mogli zdobyć. Nawet spod lady. Nawet po "pieniężnej" znajomości 
(" przemawianie do ręki"). 
Piszę o tym wszystkim w dniu, gdy spotkała mnie wielka radość, w dniu nadejścia 
dwu książek Tymona Terleckiego. Wiem, że przeczytam je na nowo, że znów urzeknie 
mnie przepyszny styl, mądrość i rozległa wiedza ich Autora. Że znów zachwycę się nimi 
bez reszty jak zachwycałam się w przeszłości. Ale równocześnie nie mogę przestać my- 
śleć o tych tylko pięciu tysiącach szczęśliwców w narodzie tak namiętnie czytającym 
książki, tak łaknącym wiedzy i piękna. 
Wiem, minimaliści powiedzą; dobrze, że chociaż tyle, dobrze że w ogóle... Ale ja do 
minimalistów nie należę. A mój maksymalizm wzrasta w miarę czytania. Pragnęłabym, 
aby wszyscy, kochający teatr i szukający równowagi mieli okazję do całkowitego, bez- 
granicznego zachwytu nad cudem, jakim są niezrównane książki Tymona Terleckiego. 
P.S.; Dla porównania; Rok w trumnie Romana Bratnego, Krajowa Agencja Wydawnicza, 
nakład; 150 000 + 260 egzemplarzy - O tempora! O mores! 
P.S.; W związku ze zmianami, jakie już zaszły w Kraju chcę wierzyć, że nakłady książek 
Tymona Terleckiego wzrosną i to szybko!
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


GOODBYE, MR. CHIPS... 


Róża NOWOTARSKA (USA), Andrzej AZARjEW (USA) 


Róża Nowotarska; Wydaje mI SIę, że tytuł tego bardzo wzruszającego filmu oddaje 
doskonale uczucia, wiążące się z odjazdem z Chicago prof. Tymona Terleckiego. 
Andrzej Azarjew; Na pewno. Chociaż ładunek intelektualny jest inny. Natomiast ludzka 
strona, dobroć, bezinteresowna życzliwość, wyrozumiałość sprawiają, że tytuł filmu ide- 
alnie pasuje do naszej rozmowy. 
RN.; Jak wiesz, z prof. Tymonem Terleckim zetknęłam się w czasie jego pobytu 
w Ameryce, tylko kilkakrotnie, zawsze przy okazjach wieczorów literackich. Pierwsze 
spotkanie miało miejsce w Detroit, gdy otwierał niejako drogę młodemu, dobrze zapo- 
wiadającemu się poecie Andrzejowi Lechowi Sowulewskiemu, który - nawiasem mó- 
wiąc - zniknął zupełnie z polskiego środowiska literackiego. Był może efemerydą, łątką 
jednodniówką. Niemniej, zapowiadał się doskonale i jego poczynaniom, jak zresztą wielu 
innym, nie tylko przyklaskiwał, ale i patronował, wspomagał radą i wskazówką, prof. 
Terlecki. 
A.A.; Te zakulisowe, aby takje nazwać akcje prof. Terleckiego, były jednymi z naj warto- 
ściowszych, a ich anonimowość czyniła je jeszcze piękniejszymi. 
RN.; Właśnie. Unikanie rozgłosu. Czynienie dobra dla samego dobra - jakże rzadko to 
dzisiaj spotykamy. Sama od bardzo wielu lat doznawałam zachęty, troski, wyczuwałam 
wielkie zainteresowanie moją pracą. Nie obeszło się naturalnie bez nagany i wskazywania 
na braki czy niedociągnięcia i nierówności tego co piszę. Była to krytyka wielce kon- 
struktywna i bardzo pomocna. 
A.A.; Prof. Terlecki dwukrotnie wprowadzał Cię w twoich wieczorach autorskich 
w Chicago i brał udział w dyskusji o Twoim warsztacie pisarskim w programie telewizyj- 
nym Roberta Lewandowskiego. Dwukrotnie też przedstawiał do nagrody książki, 
z których jedna Gentleman z Michigan była Twojego współautorstwa a druga Tryptyk 
wojenny Twojego autorstwa. Pierwszą widział jako wartościowy wkład do dziejów Polo- 
nii amerykańskiej, drugąjako dokument II wojny światowej. 
RN.; Dodam tu, że nikt nigdy piękniej o mnie nie mówił! Chowam te, jak je nazwałeś 
"wprowadzenia", jak największy skarb. Prof. Terlecki nie ograniczał się do uprzejmo- 


145
>>>
ściowych uogólnień. Poświęcał długie godziny na opracowanie życiorysu literackiego 
autorów, o których mówił. Gdyby te omówienia zebrać, byłaby z tego obszerna literatura 
polska na obczyźnie i nie tylko na obczyźnie... szczególnie, że... 
A.A.; Pozwól mi dodać; szczególnie, że tylko w Chicago i tylko w imprezach Polskiego 
Związku Akademików* wygłaszał słowo wstępne... Choć reguła ta miała dwa czy trzy 
wyjątki. Zanim jednak przejdę do przypomnienia imprez PZA, mała dygresja. Pragnę 
cofnąć się na chwilę do okresu przedwojennego... 
RN.; I chciałam to samo uczynić. Czy sądzisz, że pamięć o prof. Terleckim, jest wśród 
ludzi, z którymi stykał się w okresie międzywojnia, ciągle żywa? 
A.A.; Jak najbardziej. Przytoczę tu konkretny przykład; przebywając w 1977 roku 
w Polsce, miałem okazję zetknięcia się z Jerzym Andrzejewskim. Autor Ładu serca bar- 
dzo dobrze pamiętał prof. Terleckiego z Warszawy z okresu przedwojennego. Prosił, 
abym przekazał Profesorowi pozdrowienia, co też po powrocie uczyniłem. 
RN.; Z pewnością pamiętają go też ludzie teatru? 
A.A.; Oczywiście, nie tylko dlatego, że był od r. 1934, tj. od samego początku powstania tej 
placówki, profesorem historii dramatu światowego w Państwowym Instytucie Sztuki Te- 
atralnej, ale również z tej m.in. przyczyny, iż w ręku Tymona Terleckiego - 30-letniego 
wówczas teatrologa skupiały się praktycznie wszystkie prawie ówczesne wydawnictwa 
związane z życiem teatru; był bowiem redaktorem miesięcznika" Teatr", kwartalnika "Scena 
Polska", serii książkowej "Wiedza o Polsce" oraz zastępcą redaktora rocznika "Życie Sztu- 
ki". Przy okazji należy z żalem przypomnieć, iż w czasie wojny spłonął w Warszawie ręko- 
pis "Historii teatru polskiego" pióra T. Terleckiego, książki, którą trudno było już później 
odtworzyć, a która przydałaby się dziś bardzo. 
RN.; Myślę, że nie tylko historia teatru polskiego w ogólności, ale także historia teatru 
na emigracji, przydałaby się również. Być może, prof. Terlecki, mając obecnie więcej 
czasu, zajmie się tym tematem... 
A.A.; Przechodząc do imprez Polskiego Związku Akademików, prof. Terlecki brał udział 
w co najmniej trzydziestu wieczorach zorganizowanych przez PZA. W wielu wypadkach 
był ich inicjatorem. Działo się to w okresie lat 1964-1977. Cytuję na poczekaniu, z pa- 
mięci, tak że lista może okazać się niekompletna. Zaraz po przybyciu do Chicago, 
w październiku 1964 r. (co stało się w poważniejszej mierze dzięki usilnym zabiegom 
naszego kolegi, b. prezesa PZA, obecnie prof. dr. Zbigniewa Kruszewskiego, wykładają- 
cego w El Paso, Teksas), prof. Terlecki wziął udział w otwarciu roku akademickiego. 
W tydzień później był obecny na wieczorze Jana Rostworowskiego. 
RN.; Rostworowski był pod wielkim wrażeniem spotkania z środowiskiem chicagow- 
skim. Pamiętam, że w drodze powrotnej powiedział mi: "ciekaw jestem, czy Polacy 
w Chicago zdają sobie sprawę z tego kogo mają wśród siebie? Prof. Terlecki to bezcenny 
skarb...". 


A.A.; Oczywiście, że sobie zdawali sprawę. Chociaż w pełni zdają sobie sprawę - oba- 
wiam się - dopiero pięć po dwunastej, czyli za późno... 


* Więcej na temat Polskiego Związku Akademików we wspomnieniu Róży Nowotarskiej pt. 
"Z teki archiwalnej...", s. 290. 


146
>>>
RN.; Ale wracajmy do przeglądu imprez, dającego pojęcie o nieprawdopodobnej żywot- 
ności i mrówczej pracy prof. Terleckiego. Jego olbrzymim wpływie na życie kulturalne 
polskiej grupy etnicznej w największym skupisku polonijnym, jakim jest Chicago. 
A.A.; A więc w lutym 1965 r. był wieczór autorski Profesora. Już w miesiąc później wy- 
ruszyliśmy z tym wieczorem do Detroit, gdzie Ty przygotowałaś spotkanie. Później na- 
stępuje długa litania wprowadzeń literackich na wieczorach - wymieniam nazwiska 
w porządku chronologicznym; śp. Elżbieta Dziewońska, Czesław Miłosz, Beata Obertyń- 
ska, śp. Czesław Pawłowicz (prozaik, marynarz), Karl Dedecius (wybitny niemiecki tłu- 
macz literatury polskiej), George Comori (węgierski tłumacz literatury polskiej i poeta), 
para poetycka Zbigniew Bieńkowski i Małgorzata Hillar, Łukasz Łukaszewicz (autor- 
recytator, wychowanek przedwojennego PIST -u), Florian Śmieja (hispanista, poeta), 
śp. Aleksander Janta, prof. Maria Dłuska (wybitna polonistka z Uniwersytetu Jagielloń- 
skiego), Tymoteusz Karpowicz, Zofia Romanowiczowa, Halina i Bolesław Taborscy, 
Artur Międzyrzecki i Jadwiga Hartwig. Wieczór pośmiertny ku czci Kazimierza Wierzyń- 
skiego, wieczór zorganizowany z okazji 50-lecia śmierci Jana Kasprowicza". "Żywy 
Dziennik". Nie wspominam o dwóch Twoich wieczorach - jeden z nich był wspólnym 
waszym wieczorem z Markiem Święcickim - albowiem o tym była już mowa. 
RN.; Czy prof. Terlecki brał udział tylko w literackich wieczorach? 
A.A.; Nie tylko. Brał udział i przewodniczył w dwóch czy trzech wieczorach zorganizowa- 
nych przez PZA na temat studiów polonistyki na tutejszych uczelniach, j ak również na temat 
potrzeby zachowania języka polskiego. Wspomnieć także wypada udział w audycjach tele- 
wizyjnych Roberta Lewandowskiego. 
RN.; O ile mi wiadomo, to w imprezach PZA brała także udział małżonka Profesora, 
T ola Korian. 
A.A.; Zgadza się, pani Tola występowała w co najmniej dziesięciu naszych wieczorach, 
uświetniając swymi recytacjami - zawsze na najwyższym poziomie - program naszych 
imprez. 
RN.; Przypomniałeś tylko imprezy urządzane przez Polski Związek Akademików - 
w zasięgu lokalnym i ogólnokrajowym. I już jest to ilość imponująca. A był to przecież 
tylko margines... Jeśli dodać do tego równie imponującą aktywność uniwersytecką - 
prof. Terlecki okazuje się tytanem pracy. 
A.A.; A przecież i to też jeszcze nie wszystko. Zapraszany do różnych ośrodków polonij- 
nych czy uniwersyteckich w Ameryce i w Kanadzie prawie nigdy nie odmawiał. Odnosi 
się wrażenie, że pewne sprawy wykonywał w poczuciu jakiegoś specjalnego posłannic- 
twa. 


RN.; Bo tak też chyba i było. I znów wszystko o czym tu mówiliśmy, to tylko ułamek. 
Pozostał jeszcze ogromny temat, a mianowicie rola prof. Terleckiego, którą odgrywał, jak 
by to powiedzieć... drogą korespondencyjną. Do Profesora zwracano się w przeróżnych 
sprawach, poważnych, błahych, literackich i wydawniczych, proszono o radę, o pomoc, 
o podtrzymanie na duchu, o wybrnięcie z martwoty, z tego co Gombrowicz określa jako 
"ogólną, polską niemożność". 
A.A.; Był rzeczywiście powiernikiem, doradcą, "opoką", jak ci to powiedział Aleksander 
Janta. Bezinteresownie życzliwy, obiektywny i sprawiedliwy... co nie jest równoznaczne 
z ustępliwością od zasad, chodzeniem na kompromisy i brakiem krytycyzmu. Prof. Ter- 


147
>>>
lecki wiedział doskonale komu i w jakiej sprawie warto pomóc. niestety, do smutnych 
stwierdzeń należy to, że dobroć ludzka często bywa wykorzystywana czy nadużywana... 
RN.; Nie uniknął tego i prof. Terlecki. Ale wydaje mi się, że są to sprawy nie do unik- 
nięcia. Szczególnie w tak bogatej, rozległej działalności. W zetknięciu z różnymi ludźmi. 
Wielkim rozczarowaniem była książka wspomnień o Jancie. Ale znów, jakby dla wyrów- 
nania rachunków zysków i strat, wielką radością było ukazanie się zbioru wierszy Zbi- 
gniewa Chałko. 
A.A.; Prof. Terlecki towarzyszył zresztą wydawcy "Contry" Edwardowi Duszy dobrym 
słowem, zachętą, tak ważnymi w trudnych poczynaniach wydawniczych. I jakby na poże- 
gnanie ze środowiskiem, którego, jeśli - z tytułu swych obowiązków uniwersyteckich 
nie był pierwszoplanowym spiritus movens, to był niezastąpioną "szarą eminencją". 
RN.; Wydaje mi się, że udział w wieczorze staromiejskiej, warszawskiej poezji Zbignie- 
wa Chałko było przepięknym akcentem zamykającym 14-letni pobyt profesora Terleckie- 
go i - trzeba dodać - prof. T oli Korian- Terleckiej na terenie Chicago. 
A.A.; Ubiegłaś mnie. Właśnie chciałem powiedzieć, zwrócić uwagę, że ani razu nie 
wspomnieliśmy o pani Toli, a przecież odegrała Ona swą odrębną, osobną, ale wcale nie 
małą rolę. 
RN.; Tola Korian, moim zdaniem odgrywa najważniejszą i naj piękniejszą rolę, wspa- 
niałej towarzyszki życia. Bez przekreślenia własnej osobowości. Czarująca Pani Domu, 
która z niemal niespotykaną dzisiaj dyskrecją i kobiecym wdziękiem usuwała się na drugi 
plan, robiąc miejsce tym, którzy garnęli się do Profesora. Dzisiejsze agresywne kobiety 
mogłyby się wiele nauczyć od Wielkiej Damy, od pani Toli Korian-Terleckiej. 
A.A.; Ty, zdaje się, cieszysz się szczególnymi względami obojga państwa Terleckich. 
RN.; Jeśli tak jest istotnie, to wielka dla mnie radość i wielka duma. W swych listach, 
istotnie prof. Terlecki wykazywał nie tylko zainteresowanie tym co piszę, nad czym pra- 
cuję - dając bezcenne rady, ale dowiadywał się o moje córki o ich zainteresowania, 
postępy w nauce, kierunki studiów. Znów, bardzo to rzadko spotykana cecha dzisiaj, gdy 
jak w tuwimowskim wierszu ludzie "tak biegną, tak się spieszą", że na zainteresowanie, 
szczere - a nie plotkarsko-sensacyjne cudzymi sprawami, nie mają czasu. Tak więc, 
sama świadomość "bycia" obecności prof. Terleckiego w Chicago, miała dla mnie wielkie 
znaczenie. Zawsze można było nakręcić numer telefonu... Miał też prof. Terlecki jedną, 
niezwykłą cechę. Umiał doprowadzić do zetknięcia się ludzi o wspólnych ideałach, zain- 
teresowaniach, dążeniach. Umiał przerzucać pomost nad dzielącymi jednych od drugich 
odległościami. - Dotyczyło to zarówno kilometrów jak i często ilości lat... 
A.A.; Z czego jeszcze raz wniosek, że Polonia chicagowska traci swe "ognisko myśli 
i ducha...". 


RN.; A ja osobiście tracę bardzo mi bliską, życzliwą osobę. Niezastąpionego doradcę 
i przyjaciela. Goodbye Mr. Chips... 
A.A.; Do widzenia, Profesorze. 


148
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


Z PIÓREM W ZANADRZU 


Andrzej POMIAN (USA) 


Na polskiej emigracji politycznej był tylko jeden Tymon - Terlecki, działacz 
wszechstronny; historyk teatru i literatury, pisarz-eseista, krytyk teatralny i literacki, pu- 
blicysta, pedagog, organizator życia kulturalnego emigracji, a także polityk. W roku ubie- 
głym pisałem już o kilku jego książkach. 
W roku 1999 ukazała się jego ostatnia książka; Spotkania ze swoimi, wydana bardzo 
starannie przez Uniwersytet Wrocławski pod redakcją naukową Janusza Deglera na pod- 
stawie materiałów dostarczonych przez żonę Tymona - Ninę Taylor, Angielkę, mówiącą 
po polsku jak rodowita Polka, obeznaną doskonale z literaturą polską. Spotkania ze 
swoimi to zbiór jego szkiców, a właściwie - wspomnień o ludziach, których dobrze znał 
lub z którymi się przyjaźnił, głównie ze świata literatury i teatru. Nie znał osobiście tylko 
jednego z nich - Jana Kasprowicza, ale utrzymywał przyjazne stosunki z wdową po nim 
- Marusią ijej to poświęca najwięcej miejsca w szkicu o nim i o niej. 
Brak mi w tej książce eseju o Kazimierzu Wierzyńskim, który ukazał się w książce 
Tymona Szukanie równowagi (Londyn 1985). Tymon, który był jednym z bliskich przyjaciół 
pana Kazimierza, uważał go za jednego z największych poetów polskich XX stulecia. Moim 
zdaniem esej Tymona o nim powinien był się znaleźć i w Spotkaniach ze swoimi, skoro tom 
ten składa się z 22 przedruków z innych książek, a tylko 13 z czasopism. 
Z konieczności zajmę się tylko kilkoma osobami z książki Tymona spośród tych, 
które sam znałem osobiście. 
Rozpoczynam od znakomitego pisarza - Józefa Wittlina. Tymon cenił go bardzo 
wysoko, pisał więc o jego pierwszym tomie poetyckim Hymny, o jego przekładzie Odysei 
Homera i o jego głośnej powieści Sól ziemi, lecz najbardziej go obchodziła lwowskość 
pisarza. Ani Tymon, ani Wittlin nie urodzili się we Lwowie, pochodzilijednak obaj z Ma- 
łopolski i obaj byli związani z tym miastem. Tymon urodzony w roku 1905 studiował tam 
na Uniwersytecie Jana Kazimierza i stawiał pierwsze kroki jako krytyk literacki. Wittlin, 
starszy od niego o lat dziesięć (ur. w 1896), jeszcze za czasów austriackich chodził we 
Lwowie do gimnazjum klasycznego i gdy wybuchła I wojna światowa zaciągnął się 
ochotniczo do Legionu Wschodniego. Po jego rychłym rozwiązaniu, gdy Lwów zajmo- 
wali Rosjanie, schronił się jako uchodźca polityczny w Wiedniu i rozpoczął studia na 
tamtejszym uniwersytecie. W roku 1916 został wcielony do wojska austriackiego. Wsku- 
tek złego stanu zdrowia pełnił służbę pozafrontową. Do Lwowa powrócił w roku 1918. 


149
>>>
Ion i Tymon przenieśli się do Warszawy. Terlecki zadomowił się w stolicy Polski na 
dobre; objął profesurę w Instytucie Sztuki Teatralnej i redagował pisma teatralne. Wittlin 
uczuciowo nigdy się ze Lwowem nie rozstał. Często go odwiedzał, a po latach, już 
w Ameryce poświęcił mu doskonały esej Mój Lwów (1946). Zachował też w mowie 
śpiewny akcent lwowski. 
II wojna światowa zmusiła ich obu do nowej tułaczki. Tymon osiadł na stałe w Anglii, 
naj dłużej - w Londynie, choć spędził parę lat we Francji i w Ameryce. Dla Wittlina miej- 
scem stałego pobytu stał się Nowy Jork, gdzie zmarł w 1976 r. Tymon rozstał się z tym 
światem w roku ubiegłym (2000) w Oksfordzie. 
Z Tymonem się przyjaźniłem. Z Wittlinem spotkałem się w szczególnych okoliczno- 
ściach. W londyńskim tygodniku literacko-publicystycznym "Życie" zaatakował go bru- 
talnie, jako Żyda, prawicowy publicysta Michał Pawlikowski. Oburzony do żywego swój 
esej o poetach podziemnych, zamieszczony w londyńskich "Wiadomościach", zadedyko- 
wałem na znak protestu właśnie Józefowi Wittlinowi, którego nigdy jeszcze nie widzia- 
łem na oczy. Wittlin to zapamiętał. Dowiedział się, że przyjeżdżam do Nowego Jorku 
w czerwcu 1955 roku, zadzwonił do mnie do hotelu, spotkał się ze mną i przeprowadził 
długą rozmowę. Widywałem potem jego i jego uroczą żonę, wymieniałem z nim listy. 
Pozostawaliśmy w przyjaźni, lecz nie w zażyłych stosunkach. Mieszkaliśmy zresztą 
w innych miastach; on w Nowym Jorku, ja w Waszyngtonie. 
Jako pisarz był Wittlin jedyny w swoim rodzaju. Zaliczany a to do ekspresjonistów, 
a to do kręgu skamandrytów, z którymi utrzymywał bliskie stosunki, różnił się i od jed- 
nych i od drugich. Był zawsze przede wszystkim sobą. Nie poetyzował. Unikał wyszuka- 
nego języka. Swój własny język poetycki tworzył z mowy potocznej. Cytuję dwa cztero- 
wiersze z jego "Trenu XX" (1930), niby kontynuującego cykl Kochanowskiego, pisany 
po przedwczesnej śmierci ukochanej córeczki - Orszulki. Dla zrozumienia tekstu poda- 
ję, że "on" to wedle Wittlina "najlichszy fornal" z Czarnolasu; 


On w każdy wieczór z wszystkimi dziećmi do stołu zasiada, 
Ze wspólnej misy lipowej je łyżką kluski z serwatką. 
Aja? Pod lipąjak stary pajac siedzę i głęboko 
Treny układam. 
O wielkie muzy, o Apollinie, o wy okrutni, 
Pozwólcie mojej boleści zapomnieć o Niobie. 
Ach, gdybym mógł na kamiennym Orszulki grobie 
Strzaskać cię, moja lutni! 


Jest w tym wierszu cały Wittlin, dla którego prawda przeżycia jest ważniejsza od 
poetyckiej frazy. 
W czasach, gdy w niektórych ośrodkach polskich szalał pod wpływem endeckim 
antysemityzm, Wittlin Polak całą duszą, z wyznania i przekonania katolik, nie zapomniał 
nigdy o swoim żydowskim pochodzeniu. W zakończeniu wiersza "Święty Franciszek 
i biedni Żydzi" (1932) napisał; 


Ty byś nas się nie brzydził, 
Ty byś, o święty, gojski patriarcho, 
Najnędzniejszemu z nas powiedział: bracie, 
Bracie parchu! 
W wierszu z sierpnia 1942 roku; "Żydom polskim" bolał nad tragicznym ich losem; 


Krew z waszej starej krwi, kość z waszej kruchej kości, 
O bracia moi w gettach, ja nie mam słów dla waszej żałości. 


150
>>>
W wierszu następnym; "Na Sądny Dzień żydowski roku 1942 (5703)" zwrócił się do 
Jehowy; 


Od tylu wieków się toczy gardłowa przeciw nam sprawa 
I bez Twojego wyroku odwieczna kaźń nasza trwa, 
Powołaj świadków obrony i niech się skończy ta krwawa 
Parodia Sądnego Dnia. 
Tyleśmy grzeszyli, co inni - i hac lacrimarum valle 
Wygnańcy, synowie Ewy, przeklęty Kaina płód. 
Krótko po wojnie Wittlin poprzedził esejem "Pokłon poetom getta" tomik Poezja getta 
(1946). Był to przedruk wydawnictwa podziemnego Z otchłani (Warszawa 1944), opraco- 
wanego - jak dziś wiemy - przez Tadeusza Sarneckiego. Zawierał on utwory poetów nie 
tylko pochodzenia żydowskiego, którzy z wyjątkiem Borwicza w żadnym getcie nie prze- 
bywali, o czym Wittlin nie wiedział. Byli to; Mieczysław Jastrun (M.].), Michał Maksymi- 
lian Borwicz (M.B., pisywał przed wojną jako Maksymilian Boruchowicz), Tadeusz Sar- 
necki Qan Wajdelota) oraz nie podpisani nawet inicjałami: Czesław Miłosz (pierwodruk 
"Campo di Fiorf') iJan Kott. Wszyscy oni wojnę szczęśliwie przetrwali. 
Wittlin nie obnosił się ze swoim patriotyzmem. Ale w lipcu 1945 roku na wiadomość, 
że Zachód uznał rząd komunistyczny, narzucony Polsce przez Moskwę, nie wytrzymał 
i wybuchnął gorzko wierszem; "Na swojską nutę", utrzymanym w rytmie pieśni jeszcze 
z czasów konfederacji barskiej ,,jedzie Derwiczjedzie". Jest to dialog z kupcami handlu- 
jącymi skórą ludzi gnijących w polu jak liście; 
Ajacyż to ludzie 
Tam na polu leżą? 
Chcemy za ich dusze 
Westchnąć przy pacierzu. 
Nie warto się modlić, 
To są głupie ludzie, 
Polak nadaremno 
Wszędzie zdychać pójdzie. 
Hej, panowie kupcy! 
Pohandlujcie sobie 
Ludzką skórą na ludzkości 
Zapomnianym grobie! 
Terlecki słusznie uważa, że Wittlinowski przekład Odysei Homera leży na tej linii, co 
rysunki Wyspiańskiego do Rydlowej Iliady (nie ukończonej niestety), co jego Achilles 
i Powrót Odysa. 
Wittlin nie rozstawał się z oryginałem Odysei w latach służby w wojsku austriackim 
i zabrał się do jego przekładania w szpitalu wojskowym. Na formę rytmiczną wybrał 
heksametr polski, który różni się od starożytnego, opiera się bowiem nie na iloczasie, 
obcym dzisiejszej polszczyźnie, lecz na akcentowaniu daktylicznym sześciu stóp linii 
wiersza. Pierwszą wersję swego przekładu ukończył w roku 1921 (ogłosił w 1924), drugą 
w roku 1936, trzecią i ostatnią w roku 1957 w Nowym Jorku, w tymże jeszcze roku wy- 
daną w Londynie. 
W wieku XIX tłumaczono u nas Homera rymowanym trzynastozgłoskowcem. Tak 
Iliadę przełożył Franciszek Ksawery Dmochowski (1800-1801), a Lucjan Siemieński 
Odyseję (1873). Mickiewicz napisał Pana Tadeusza (1834) także takim trzynastozgło- 
skowcem, ale przedtem w Konradzie Wallenrodzie (Powieść Wajdeloty) użył heksametru, 


151
>>>
a Norwid w heksametrze, dla odmiany rymowanym, stworzył "Bema pamięci żałobny 
rapsod". Były to niewielkie całości. W czasach naj nowszych ukazały się przekłady hek- 
sametryczne. Ignacy Wieniawski przełożył udatnie Iliadę (1961) heksametrem, a także 
przełożyła ją Kazimiera J eżewska (całość ukazała się pośmiertnie w roku 1982). Francuzi 
tłumaczą zwykle utwory epickie prozą. Może za ich wzorem przełożył prozą Odyseję Jan 
Parandowski. 
Wymienione powyżej pozycje polskie Homera są wybitnymi osiągnięciami naszej 
literatury przekładowej. Polskim Homerem, jedynym polskim Homerem, dającym nale- 
żyte pojęcie o oryginale, jest jednak tylko Wittlinowski przekład Odysei. Żaden polski 
przekład Homera nie może się z nim równać, nikt bowiem z poprzedników i następców 
Wittlina nie miał jego talentu poetyckiego. Jest to trud olbrzymi, liczy bowiem blisko 
12800 linii. 
Powieść o cierpliwym piechurze - Sól ziemi Józefa Wittlina, wydana po raz pierw- 
szy w roku 1935 z datą 1936, należała do wielkich polskich wydarzeń literackich. Ucho- 
dziła za utwór pacyfistyczny. Sam Wittlin uważał się przez pewien czas za pacyfistę. 
W wojnie widział zjawisko potworne. Jeśli to jest pacyfizm, wszyscy ludzie rozsądni są 
pacyfistami. Światem nie rządzi jednakże rozsądek, a człowiek jest stworzeniem drapież- 
nym, z czego Wittlin zdawał sobie sprawę. Niektóre wojny - dodaję od siebie - były 
w tych warunkach - konieczne, jak np. dwie wojny światowe. Pierwsza z nich obaliła 
haniebny porządek europejski Kongresu Wiedeńskiego (1815), ustanowiony przez wiel- 
kie mocarstwa dla swoich interesów. Przyznała ona niepodległość wielu ciemiężonym 
narodom, a Polsce ją przywróciła. Ponadto unowocześniła trochę ustrój gospodarczy 
i społeczny Europy Zachodniej. II wojna światowa zadała śmiertelny cios naj straszliwszej 
chyba w historii potworności - Niemcom hitlerowskim i sprowadziła upadek zachodnich 
imperiów kolonialnych oraz stworzyła warunki, dzięki którym odpadło najpierw impe- 
rium zewnętrzne Związku Sowieckiego, a następnie rozleciało się i sowieckie imperium 
rosyjskie. 
Wittlin zamierzał napisać dwie dalsze części Soli ziemi i opracował część drugą, choć 
nie w całości. Rękopis tego opracowania zaginął w zawierusze wojennej we Francji 
w roku 1940. Ocalał tylko fragment, który autor zamieścił w roku 1972 w paryskiej 
"Kulturze" pt. "Zdrowa śmierć". Taki miał być tytuł całej części drugiej. 
W rozległym dorobku pisarskim Wittlina szczupłą rozmiarami, lecz ideowo i literac- 
ko bardzo ważną pozycję zajmuje jego oryginalna twórczość poetycka. Przed wojną po- 
eta wydał książkowo tylko Hymny i to trzy razy; w roku 1920, 1927 i 1929, wprowadza- 
jąc do tekstu i składu zmiany. Wierszy ulotnych wtedy nie zebrał, może ze względu na ich 
małą liczbę, choć były wśród nich utwory tak znamienne i doniosłe, jak wspomniany już 
"Tren XX" (1923), "Skrucha w Asyżu" (1925), "Z pieśni do muzyki przyszłości" (1931), 
"Litania" (1937). Dopiero pod koniec życia poeta zebrał wiersze wszystkich okresów 
i przygotował do druku Poezje, ale nie zdążył już ich wydać. Był to tylko wybór. Nawet 
z Hymnów zatrzymał tylko niektóre. 
Wybór ten nieco uzupełniła wdowa po nim - Halina wierszami odnalezionymi 
w papierach zmarłego i ogłosiła w Warszawie ze wstępem Juliana Rogozińskiego. Z kolei 
twórczością poetycką Józefa Wittlina zaopiekowała się jego ukochana córka - Elżbieta 
Wittlin-Lipton. Wybór bardzo uzupełniła nie tylko odnalezionymi utworami, ale także 
pominiętymi przez poetę Hymnami z roku 1920. Wojciech Ligęza poprzedził teksty wstę- 
pem, a na końcu dodał ważną notę biograficzną. Poprawił błędy druku. Całość ukazała się 
w Krakowie w roku 1998. Jest to edycja wzorowa. 
Wittlin uprawiał przez całe życie eseistykę, wykazując ogromną kulturę humani- 
styczną i wielką przenikliwość wraz z niezwykłą szczerością. Eseje swoje zebrał w tomie 


152
>>>
Orfeusz w piekle XX wieku i wydał w Paryżu w roku 1963. Blisko czterdzieści lat potem 
nie straciły one nic ze swojej wartości. Jest to nie tylko znakomity obraz postawy samego 
autora, ale ijedna z najważniejszych publikacji w dziejach publicystyki polskiej. 
Wittlin znalazł czas, aby obok swych wielu zajęć przełożyć wiele wybitnych dzieł 
literatury obcej; epopeję starobabilońską Gilgamesz (1922), powieść laureata Nobla 
Hermanna Hesse 1111k stepowy (1934), pięć powieści Józefa Rotha (1936-1939). 
Poeta nie był kosmopolitą, ale nacjonalizm był mu zawsze obcy. Obchodziły go losy 
wszystkich ludzi i przemawiał do ich sumień. Wierzył w jedność rodzaju ludzkiego bez 
względu na te czy inne różnice narodowościowe; 
Wszechświat przelewa się przez moje żyły 
I płynie we mnie tysiącbarwną strugą - 
Świecie! ty moja ojczyzno! 
(Ballada-hymn, 1920) 


*** 


Z kolei zajmę się Janem Lechoniem (1899-1956), oczywiście na tle tego, co o nim 
napisał Terlecki. 
Dla Terleckiego był on znakomitym poetą, a także niepospolitym rozmówcą (cau- 
seur). Jako attache kulturalny w ambasadzie Rzeczypospolitej w Paryżu olśniewał dowci- 
pem i inteligencją wszystkich; Polaków i Francuzów. Zdaniem Terleckiego był to jednak 
człowiek wewnętrznie rozdarty. Wybitna inteligencja "zwodziła go na manowce", prowa- 
dziła "do pychy", czego nie umiał pogodzić z "wielką, przeczuloną uczuciowością" 
i "duszą anielską". Konflikt tych dwóch stron jednej natury popchnął w końcu Lechonia 
do samobójstwa. Taki pogląd wyraził Terlecki. 
Skłonności samobójcze zdradzał Lechoń od lat i przynajmniej raz jeden zażył truci- 
znę, co w porę zauważono, zastosowano środki lecznicze i poetę odratowano. Rozterkę, 
która nim targała w ostatnich latach w Nowym Jorku przedstawił doskonale Aleksander 
J anta - P ołczyński w szkicu "Nowoj orskie dziej e i śmierć Jana Lechonia". W ostatnich 
kilku tygodniach - jak to wiem skądinąd - do tej ciągłej samowątpliwości doszedł 
jeszcze kłopot nowy; obawa, że pewne bardzo intymne szczegóły jego życia prywatnego 
wyjdą na jaw i skompromitują go w oczach Polaków i władz amerykańskich, a przynajm- 
niej jeszcze bardziej skomplikują jego codzienne bytowanie. Była to płonna obawa. 
W nadmiernie wrażliwym i nerwowym poecie, zmagającym się ostatnim wysiłkiem z nie 
leczoną depresją, wywołała ona groźny kryzys. 29 maja 1956 roku Lechoń zapisał 
w swoim Dzienniku; "Słup twardego smutku we mnie", a 30 maja; "Nie jest to do wyra- 
żenia, co przeżyłem dzisiaj. Nie w życiu, ale w sobie wewnątrz. [...J Można zawsze zna- 
leźć w swej inteligencji, woli, sercu coś co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale 
na walkę z sobą - jest tylko modlitwa". 
Są to ostatnie słowa Dziennika. Modlitwa nie pomogła poecie. Ze swego opłakanego 
stanu znalazł Lechoń wyjście - tragiczne. 8 czerwca 1956 roku zabił się skacząc na bruk 
z dziesiątego piętra hotelu "Hudson" w Nowym Jorku. 
Na wiadomość o jego śmierci ówczesny dyrektor nowojorskiego Biura Radia Wolna 
Europa Karol Wagner zwrócił się do bliskiego przyjaciela zmarłego - Kazimierza Wie- 
rzyńskiego o wspomnienie. Wierzyński był tak wstrząśnięty, że nie mógł się na to zdobyć. 
Zamiast niego o Lechoniu musiałem napisać ja. Nie wdając się w okoliczności śmierci 
poety podniosłem jego patriotyzm i zwróciłem uwagę na tematykę śmierci, zbyt często 
występującą w jego twórczości. Z pięciu głównych skamandrytów uważałem go za naj- 
większy talent poetycki. Sam Lechoń najwyżej stawiał Tuwima. 


153
>>>
Poznałem Lechonia przygodnie w nowojorskim Biurze Radia Wolna Europa. Tylko 
tam go widywałem. Pamiętając jego "Pieśń o Mackensenie", którą znalazłem krótko 
przed wojną w jednym z numerów "Skamandra" z roku 1920, zapytałem pewnego razu 
poetę, dlaczego tego świetnego wiersza nie zamieścił ani w żadnym ze swoich zbiorów, 
ani w Poezjach zebranych (1954). Odpowiedział mi bez wahania, że nigdy czegoś po- 
dobnego nie napisał. Byłem zdumiony, ale nie nalegałem. Po kilku miesiącach postawi- 
łem mu to pytanie ponownie. Wyjaśnił mi wówczas, że "Pieśni o Mackensenie" nie ogło- 
sił ze względów politycznych. Znacznie później dowiedziałem się z jego Dziennika, że 
sprawa tego utworu wypłynęła w marcu 1953 roku w trakcie druku Poezji zebranych. 
Grydzewski, który tym się zajmował, "pół serio, pół żartem" chciał "Pieśń o Mackense- 
nie" zamieścić. Lechoń do tego nie dopuścił. Choć sam uważał ten wiersz za dobry, jeden 
z najlepszych, był zdania, "że żaden zdrowy Polak nie może go czytać bez zmąconych 
uczuć - jeżeli nie bez wstrętu". "Wiem, że Mackensen był prawdziwym rycerzem, jeśli 
to coś w naszych czasach znaczy - zapisał w Dzienniku 19 marca 1953 roku - ale trze- 
ba nie mieć żadnego instynktu żeby nie rozumieć, że tu nie chodzi o prawdę, o moje po- 
budki, tylko o «imponderabilia»". Mimo woli w rozmowie z Lechoniem dotknąłem jego 
bolesnego miejsca. 
Bardzo pochlebna ocena Mackensena ("rycerski") świadczyła o tym, że Lechoń nie 
pofatygował się dowiedzieć o nim całej prawdy. Był to typowy militarysta niemiecki, 
który między wojnami światowymi domagał się głośno rewizji granicy zachodniej Polski 
na korzyść Niemiec i mając wpływ na koła wojskowe przyczynił się walnie do poparcia 
Hitlera przez wojsko. 
"Pieśń o Mackensenie" zwróciła moją uwagę zarówno swoją świetną formą, jak nie- 
zwykłym tematem u poety, który nie żywił specjalnych sympatii do Niemców. Feldmar- 
szałek August von Mackensen był jednym z naj wybitniejszych dowódców niemieckich na 
frontach; wschodnim i bałkańskim. Wbrew Lechoniowi na froncie zachodnim nigdy nie 
walczył. A jednak poeta przedstawił go w sytuacji, gdy wracał z frontu zachodniego. 
Pociąg przystanął na stacji. Feldmarszałek nie zwracając uwagi na ryki zbuntowanego 
tłumu i zastraszone twarze swoich towarzyszy, włożył na głowę czapę huzarską, wysiadł 
na peron i zewsząd otoczony; 
Aż nagle odpiął palto, błysnęły ordery! 
"Pour le merite" - ktoś cicho w tłumie poszepnął wrogi 
I ktoś runął jak długi, przypadł mu do nogi. 
Ten to właśnie epizod skądś zasłyszany podziałał silnie na wyobraźnię Lechonia. 
W grudniu 1918 roku napisał na gorąco "Pieśń o Mackensenie" i wydrukował ją w roku 
1919 w noworocznym numerze "Dziennika Powszechnego". Jej wersję poprawioną ogłosił 
w roku 1920 w "Skamandrze" (nr 3), ale nie zdecydował się włączyć do pierwszego swego 
zbioru Karmazynowy poemat, wydanego w styczniu tegoż roku. Na Niemców patrzyli wtedy 
Polacy inaczej niż rok przedtem. Na koncie wojska niemieckiego były już takie ostre wystą- 
pienia antypolskie, jak stłumienie pierwszego powstania śląskiego i kumanie się z Rosją 
bolszewicką, z którą Polska prowadziła wojnę. Opinia o Niemcach była wówczas wśród 
Polaków bardzo zła i nie poprawiła się nigdy za życia Lechonia, mimo oficjalnych flirtów 
Warszawy z Berlinem po układzie ze stycznia 1934 roku. W latach przedwojennych i wo- 
jennych stawała się nawet - i słusznie - coraz gorsza. Toteż "Pieśń o Mackensenie" uka- 
zała się książkowo dopiero 34 lata po śmierci Lechonia, w roku 1990, w naj pełniejszym 
dotąd zbiorze jego wierszy; Poezje nakładem Ossolineum. 
Mnie jej epizod końcowy przypomniał prawie identyczną scenę z filmu amerykań- 
skiego "Ostatni rozkaz" z roku 1928 (o dziesięć lat późniejszego od wiersza Lechonia) 


154
>>>
o generale rosyjskim z I wojny światowej i wojny domowej w Rosji. Jego rolę zagrał pół- 
Niemiec, pół-Amerykanin; Emil Janninges, świetny Neron w najlepszej chyba ekranizacji 
Quo vadis produkcji włoskiej (1924). 
Myślałem, że Lechoń rozmawiając ze mną nic nie wiedział o mojej działalności poza 
radiowej. Ze zdumieniem dowiedziałem się jednak z jego Dziennika, że był na wieczorze 
nowojorskim poświęconym generałowi Leopoldowi Okulickiemu ("Niedźwiadek"), 
ostatniemu dowódcy AK, zamordowanemu w więzieniu sowieckim. Pod datą 29 stycznia 
1956 roku zapisał; "Uroczystość na cześć Okulickiego bardzo przejmująca i prawdziwa. 
Pomian mówił rzeczy ważne i nieznane". 
Spod pióra Lechonia wyszły podczas wojny wiersze oddające doskonale sposób 
myślenia żołnierzy polskich walczących o niepodległość; 
Żołnierz, który zostawił ślady swojej stopy 
Na wszystkich niedostępnych drogach Europy [...] 
Dowiedział się nareszcie, że sam nie ma ziemi 
I wtedy ktoś rozumny, nie rozumny szałem, 
Powiedział mu: "Od dawna wszystko to wiedziałem [...] 
I powiedz sam mi teraz, czy to było warto". 
A żołnierz milczał chwilę i ujrzał w tej chwili 
Tych wszystkich, co wracali i co nie wrócili 
Tych wszystkich, którzy legli w cudzoziemskim grobie, 
Co mówili: "wrócimy", nie myśląc o sobie [...] 
"Czy warto?"... Odpowiedział: "Ach, śmieszne pytanie!". 
(Przypowieść) 


*** 


Terlecki omawia rówmez Antoniego Bogusławskiego (1889-1956), tęgiego poetę 
i tłumacza poetów jugosłowiańskich, dowborczyka, pułkownika dyplomowanego, który 
podczas wojny służył w Ministerstwie Obrony Narodowej i zajmował się sprawami pra- 
sowymi, a od roku 1943 piastował stanowisko szefa polskich korespondentów wojennych. 
Pochodził z rodziny ziemiańskiej o tradycjach żołnierskich. Jego pradziad - Ludwik 
Bogusławski (1773-1840), odznaczony przez Napoleona, był w czasie powstania listopa- 
dowego generałem i dowódcą dywizji, a po upadku powstania - zesłańcem w głąb Rosji 
na mocy decyzji cara Mikołaja 1. Córka Antoniego - Teresa (1929-1945), młodociana 
poetka, harcerka, więziona i torturowana przez okupanta niemieckiego, uczestniczka 
powstania warszawskiego (szyła mundury i opaski dla powstańców), kilka miesięcy po 
jego upadku zmarła w Zakopanem na gruźlicę, której się nabawiła w więzieniu. Miała 
15 lat. Terlecki zamieścił w redagowanej przez siebie "Polsce Walczącej" (z l lipca 1945) 
wiersz Teresy "Echo listopadowe" (1943). 
Antoni Bogusławski, czy jak go nazywali koledzy - Antoś - nie wiedział jeszcze 
wtedy ojej śmierci. Wiadomość o tym przeżył bardzo ciężko. Zatroszczył się o spuściznę 
pisarską swojej córki, wybrał najlepsze wiersze i wydał je w roku 1946 w Londynie pt. 
Mogiłom i cieniom. Trochę obszerniejszy wybór poezji Teresy Bogusławskiej ukazał się 
w Warszawie w roku 1979 pt. Wołanie z nocy. Opracował go Józef Skrzypka. 
Oto fragment jej "Listu", wiersza do Warszawy z 19 października 1944 roku; 
I dopiero po miesiącach... po latach... 
Kiedy skończy się nasza udręka, 
Nadciągniemy, jak ptaki do gniazda, 
By przed Tobą w milczeniu poklękać. 
By powiedzieć, cudownej i świętej, 


155
>>>
Że nam w sercach rozpaliła jasno, 
Taką miłość i wiarę, i siłę, 
Że do śmierci nie zgasną, nie zgasną... 


W swojej własnej twórczości poetyckiej - wydał na emigracji cztery zbiory - po- 
ruszał często tematy wojskowe. Jego wiersze patriotyczne nim ujrzały światło druku roz- 
chodziły się wśród Polaków londyńskich w maszynopisach. W oczach emigracji był po- 
etą-żołnierzem. 
Terlecki przeciwstawia się stanowczo temu określeniu. Jego zdaniem Antoni Bogu- 
sławski kontynuował "długotrwałą tradycję polskiej poezji rycerskiej, rycersko-ziemiań- 
skiej". Był poetą nim został żołnierzem. 
Z Antosiem pozostawałem na stopie bardzo przyjaznej. Był mi bliski. Rozumiał, jak 
zresztą i Terlecki, konieczność upartej walki z Niemcami na każdym kroku mimo strasz- 
liwej groźby sowieckiej. Wyczuwał doskonale właściwy sens powstania warszawskiego. 
W niezwykle trudnych czasach zachował poczucie hUmoru. Siadywałem z nim przy jed- 
nym stole w kasynie oficerskim w Londynie i przysłuchiwałem się dykteryjkom, którymi 
sypał jak z rękawa. Mówił o konkretnych osobach, wszystkim nam znanym i świadomie 
koloryzował. Było w nim coś z Pana Zagłoby. 
Za cel swoich żartów obrał sobie m.in. generała Tadeusza Malinowskiego, który 
odznaczał się manierami starego kawalera, choć nim nie był. Gdy na wiosnę 1944 roku 
przyleciałem z Kraju do Londynu przyjrzał mi się swoimi wielkimi sarnimi oczami 
i wyraźnie wzruszony powiedział; "Ach, jakiś ty nędzny!". Generał do wszystkich ofice- 
rów zwracał się per ty. Byłem istotnie bardzo wynędzniały po przeszło czteroletniej służ- 
bie w Podziemiu. 
Malinowski kierował wtedy Biurem Oświaty i Opieki nad Żołnierzami w Minister- 
stwie Obrony Narodowej. Pewnego razu jedna z interesantek w toku rozmowy z nim 
dostała histerycznego ataku płaczu. Generał bardzo się zmieszał. Gdy wyszła, Bogusław- 
ski obecny przy rozmowie zauważył; "Tak nie można mówić z kobietami, panie generale. 
Trzeba znaĆ trochę kobiety". Malinowski się żachnął; "Pułkowniku, wypraszam sobie 
takie uwagi! Ja nie znam kobiet? Mam przecież siostrę!" 
Innym razem Bogusławski opowiadał o swoim koledze pułkowniku Leskim, który 
pochodził z rodziny żydowskiej i przybrał to nazwisko, gdy się wychrzcił. Stale w kłopo- 
tach finansowych, latał po pieniądze do swego ojca, ortodoksyjnego Żyda. Aż kiedyś 
stary nie wytrzymał; "Co ty ciągle przychodzisz po pieniądze do starego Nusbauma? Idź 
sobie do papy Leskiego!" 
Terlecki nie widział nigdy Antosia zagniewanego. Ale ja widziałem. W okresie po- 
wstania warszawskiego na wiadomość, że Brytyjczycy wstrzymali loty nad Warszawę 
z zaopatrzeniem dla powstańców ze względu na zbyt wielką odległość z bazy włoskiej. 
Bogusławski zawrzał oburzeniem i napisał wiersz "Pomoc dla Warszawy", którego jeden 
z maszynopisów mnie doręczył; 


Znów - "strzelać nie kazano", znów - "nie doradzano". 
Buchnęła krew Warszawy niezbliźnioną raną: 
krew na murach, na bruku i krew na chodniku... 
Dać pomoc - za daleko. 
Czy słyszysz, Angliku? 
Słyszysz zza Oceanu możny kombatancie 
A i ty - ciągle za Wisłą - "aliantów aliancie"? - [...] 
Pięć lat żołnierskiej walki, przy ramieniu ramię... 
Kto Wam tu prawdę mówi, a kto tu Wam kłamie? 
Przywołajcie w pamięci niepodległe lata: 


156
>>>
Kto pierwszy się zastawił orężem od kata? 
z kim związaliście sojusz w dobrowolnym słowie? 
Pytajcie staroświecko sumienia. 
Odpowie. 
Sumienie odpowiedziało. Brytyjczycy wznowili loty. Amerykanie wysłali wielką wy- 
prawę lotniczą. 
Terlecki rozsiał w swojej książce zastanawiające obserwacje także i o pisarzach, których 
nie omówił. Tak np. w szkicu o uczonym romaniście, pisarzu i polityku Stanisławie Stroń- 
skim stwierdził, że Leopold Staff to "może największy poeta refleksyjny, jakiegośmy mieli, 
liryk intelektualistyczny, filozof liryki, jak go nazwał przyjaciel i inspirator Ortwin" . 
Jeśli już jestem przy Strońskim muszę przypomnieć, że słynął on przed wojną ze 
swoich wtrętów (zwischenrufów). Po jednym z jego przemówień sejmowych poseł sana- 
cyjny Józef Sanojca wszedł na trybunę i zagrzmiał; "Pan poseł Stroński znów wsiadł na 
swego konia". W tym miejscu Stroński przerwał mu z sali; "Tylko nie na osła, panie po- 
śle, tylko nie na osła!" 
Sala sejmowa zatrzęsła się od śmiechu. 


*** 


Wymieniam na zakończenie pozostałe osoby, którymi zajął się Tymon Terlecki 
w swojej książce Spotkania ze swoimi. Oto one; pisarze, krytycy literaccy i historycy 
literatury - Bolesław Leśmian, Ostap Ortwin, Juliusz Kleiner, Stefan Napierski, Stefan 
Essmanowski, Ludwik Hieronim Morstin, Ignacy Baliński, Maria Pawlikowska Jasno- 
rzewska, Stefania Zahorska, Andrzej Bobkowski, Jerzy Stempowski, Tadeusz Sułkowski, 
Aleksander Janta-Połczyński, Wiktor Bruner, Herminia Naglerowa, Beata Obertyńska, 
redaktor i historyk Mieczysław Grydzewski, typograf Samuel Tyszkiewicz, aktorzy 
i reżyserzy teatralni; Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Wilam Horzyca, Stanisława Wysoc- 
ka, Stanisław Stanisławski, Edmund Wierciński, Mieczysława Ćwiklińska, Arnold Szy- 
fman, Elżbieta Barszczewska. Nie jest to nasz zupełny współczesny Panteon, nawet emi- 
gracyjny. Terlecki dał sylwetki tylko niewielu. Przebierał. Mimo to przedstawił obraz 
wielkich rozmiarów. Gdybym ja z kolei przystąpił do omówienia wszystkiego, co o nich 
napisał Terlecki i dorzucił swoje uwagi, powstałaby nowa, obszerna książka, na którą 
w moim podeszłym wieku już mnie nie staĆ. 
Pozwolę sobie na parę jeszcze spostrzeżeń. Najpierw coś niecoś o Mieczysławie 
Grydzewskim, redaktorze "Skamandra", "Wiadomości Literackich", a na emigracji "Wia- 
domości Polskich" i po prostu "Wiadomości", autorze bardzo dobrej antologii; mersze 
polskie wybrane (Londyn 1946). Spotykałem się z nim w Londynie wielokrotnie. Mówili- 
śmy przeważnie o poezji i poetach. Raz jednak zaskoczył mnie i bardzo zastanowił. Oto 
w dniu, w którym ogłoszono niepodległość Izraela (14 maja 1948 r.) powiedział mi przy 
kawie; "Wie pan, nie jestem już Żydem-Polakiem tylko Polakiem. Nic mnie nie ciągnie 
do Izraela. Wszystko mnie łączy tylko z Polską i z Polakami. Powtarzam jestem już tylko 
i wyłącznie Polakiem". I był nim do końca życia. Mało kto z jego i z późniejszego trochę 
mego pokolenia zrobił tyle dla kultury polskiej, co on. Był jednym z tych niewielu, bez 
których dzieje kultury polskiej potoczyłyby się inaczej, znacznie ubożej. 
Samuela Tyszkiewicza nie znałem. Słyszałem jednak o nim i gdy mi Tymon doradził, 
abym mu przesłał swoją książkę o powstaniu warszawskim do wydania, zastosowałem się 
do jego rady. Tymon napisał tyle w swojej książce o tej sprawie; 
Przed chorobą zaczął Tyszkiewicz wielką pracę, jedną z największych, jaką kiedykolwiek 
wykonał: monumentalny zbiór dokumentów o powstaniu warszawskim opracowany przez 


157
>>>
Andrzeja Pomiana. Nie skłonny do łatwych rozczuleń pisał mi, że pracując nad tą książką 
chodzi po ulicach swego rodzinnego miasta, współżyje z nim w naj cięższej, najtragicz- 
niejszej najwspanialszej chwili jego istnienia. Ostatnie złożone arkusze Powstania mia- 
łem w ręku wiosną tego roku. Pozostało nie skończone. 


W gruncie rzeczy było dopiero zaczęte. Całość składała się nie tylko z dokumentów 
w całym technicznym znaczeniu tego słowa, ale i z mojej rozprawy o powstaniu i z ob- 
szernego wyboru prasy powstańczej. Po śmierci Tyszkiewicza wdowa po nim, Włoszka, 
nie chciała mi zwrócić mego maszynopisu. Pozostał u niej. Cały mój ogromny wysiłek 
spełzł na niczym, o co zresztą nie miałem żadnej pretensji do Tymona. 
O Juliuszu Osterwie Tymon napisał; "Wątpię, czy był w Polsce ktoś, kto by się nie 
poddał magii tej osobowości aktorskiej". Należałem do tych wielu, którzy jej ulegli. Nie 
będę się tu zajmować jedną z największychjego kreacji scenicznych; Przełęckim w jedynym 
wybitnym dramacie Żeromskiego Uciekła mi przepióreczka. Chcę tylko kilka słów poświę- 
cić znaczeniu jego "Reduty" na Kresach. Objeżdżał z tym zespołem aktorskim miasta 
i miasteczka na Ziemiach Wschodnich. Był wszędzie tam, gdzie miejscowi Polacy łaknęli 
słowa polskiego ze sceny. Pamiętam ze swoich lat szkolnych w Ostrogu na Wołyniu Sułkow- 
skiego Żeromskiego w reżyserii Osterwy i z nim samym w roli tytułowej. Z tej rozgadanej, 
rozdeklamowanej, dość słabej sztuki teatralnej potrafił Osterwa uczynić wstrząsający dramat 
patriotyczny. Widziałem w przedwojennej Polsce, głównie w Warszawie, kilkaset przedsta- 
wień teatralnych z najwybitniejszymi aktorami. Mieliśmy wtedy jeden z największych te- 
atrów w Europie. Nie ustępowaliśmy nikomu. Wbił mi się jednak szczególnie w pamięć 
właśnie Sułkowski. Osterwa był nie tylko znakomitym reżyserem i aktorem. Był wielkim 
kapłanem kultury polskiej, za moich czasów - niezrównanym. 
Gdy czytałem słowa Tymona o Osterwie w Spotkaniach ze swoimi, znakomity aktor 
stanął mi przed oczami jak żywy. Dobrze, że zjawił się przede mną w ujęciu Tymona 
Terleckiego. Dzięki temu powiał mi na emigracji wiatr od mojej Polski.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


HISTORIA JEDNEJ RECENZJI 
- PRZYCZYNEK DO LOSÓW 
LITERATURY POLSKIEJ 
NA OBCZYŹNIE 1940-1960 


Rafał MOCZKODAN (Toruń) 


W numerze 11 (937) "Wiadomości" z 16 marca 1964 roku została opublikowana 
"Rozmowa o Literaturze polskiej na obczyźnie", którą z redaktorem tej pracy, Tymonem 
Terleckim, przeprowadził Janusz Kowalewski. Był to pierwszy tekst, jaki na jej temat 
ukazał się w prasie. Z jednej strony stanowił on rodzaj zapowiedzi, której celem było 
poinformowanie czytelnika o zawartości przygotowanych do druku tomów, z drugiej zaś 
miał przybliżyć odbiorcy historię ich powstania. 
Odpowiadając na pytanie Kowalewskiego o zawartość Literatury polskiej na obczyźnie 
T erlecki stwierdził; 


- T om pierwszy [...] obejmuje głównie, prawie wyłącznie, literaturę "czystą" - prozę, 
poezję, dramat, essay i krytykę artystyczną plus literatura religijna i wojskowa oraz ob- 
szerne opracowanie "Udziału Polaków w literaturach zachodnich". Tom drugi obejmie 
takie działy jak literatura dokumentarna i osobno literatura dokumentarna w czasopi- 
smach, publicystyka, słowniki i encyklopedie, przekłady na język polski, czasopiśmien- 
nictwo, literatura dla dzieci i młodzieży, bibliografia bibliografii, nawet nekrologia 1. 
Mówiąc natomiast o celach i zadaniach tego opracowania, nazwał je "przedsięwzię- 
ciem czysto poznawczym", po czym dodał; "Nie zawiera ani bezpośrednich polemik ani 
artykułów propagandowych, ani nawet zwrotów tego rodzaju. [...J zawsze uważałem 
i uważam za najlepszy rodzaj «propagandy» - nie polemikę, lecz mowę faktów. Fakty 
mówią dobitniej niż insynuacje i połajanki"z. Ton tej wypowiedzi korespondował wyraź- 
nie z otwierającym pierwszy tom Literatury... "Wstępem redakcyjnym", w którym Ter- 


l ]. Kowalewski, Rozmowa o "Literaturze polskięj na obczyźnie ", Wiadomości 1964 nr II 
(937) s. 4. 
2 Tamże. 


159
>>>
lecki rozwijał i uzupełniał powyższe stwierdzenia, posługując się sformułowaniami po- 
dobnymi do tych, jakich użył podczas udzielania wywiadu; 
Ma to być rejestr, inwentarz, bilans. Metodą przyjętą, a przynajmniej założoną u wstępu, 
jest możliwie ścisła i wyczerpująca systematyzacja opisowa zjawisk, ich wstępna analiza. 
Opis przeważa tu nad sądem wartościującym, porządkowanie - nad hierarchizacją3. 


Podobieństwa między "Wstępem" a wywiadem były z pewnością spowodowane cza- 
sową zbieżnością powstania obu tekstów - przypomnijmy, że zgodnie z informacją 
podaną pod "Wstępem" powstał on zaledwie w dwa miesiące przed ukazaniem się wy- 
wiadu ("Londyn, w styczniu 1964 r. "). 
Jak wspomniano, podczas rozmowy z Kowalewskim Terlecki przybliżył także czytel- 
nikom "Wiadomości" historię całego przedsięwzięcia 4 . Można tam odnaleźć takie oto 
wspomnienie dotyczące początków prac nad Literaturą...; 
Gdy w r. 1955 wpadłem na pomysł Literatury emigracyjnej i przedstawiłem go na zarzą- 
dzie Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, nie zdawałem sobie sprawy, nie zdawali 
sobie również sprawy ci, co wraz ze mną podjęli ten pomysł, że będzie tak rósł w rękach, 
rozrastał się nam w oczach, dorobek pisany, powstały poza polską w czasie drugiej wojny 
światowej i potem. Byliśmy jak ludzie w lesie, którzy nie mogą ogarnąć wzrokiem całości 
leśnego obszaru 5 . 


Następnie przedstawione zostały kolejne etapy realizacji tego zamiaru z wyraźnym 
położeniem nacisku na różnorodne problemy, z jakimi przyszło borykać się zarówno 
autorom szkiców, jak i redaktorowi. Kończąc swą opowieść ten ostatni przedstawił stan, 
w jakim prace znalazły się na początku 1960 roku; 
Na wiosnę 1960 r. praca dociągnięta do końca r. 1958 była gotowa w stanie surowym 
i można było myśleć o jej wydaniu. Wtedy wyłoniły się trudności natury przede wszyst- 
kim materialnej, które postawiły całe przedsięwzięcie pod znakiem zapytania. Nim [...] 
udało się te trudności przezwyciężyć, minął rok z okładem, a praktycznie - dwa lata. 
Wreszcie, na początku 1962 r. można było przystąpić do finalizowania książki 6 . 
Do końca prac było jeszcze daleko. Terlecki podkreślił, że dwuletnie "przezwycięża- 
nie «oporu materii»" spowodowało przedawnienie informacji zawartych w książce, 
w związku z czym "trzeba ją było jeszcze raz, drugi i trzeci uzupełniać". W efekcie praca, 
która "pierwotnie miała objąć 15-lecie literatury poza Polską, 1940-1955", a jej przygo- 
towanie zostało zaplanowane na dwa lata, ogarnęła swym zasięgiem ,,22 lata - od 
r. 1940 do połowy 1962", zaśjej opracowanie zajęło lat dziewięe. 
W przywołanej historii powstawania Literatury... istnieje jednak pewna "biała pla- 
ma", której ramy cZasowe zamykają się między początkiem roku 1962 a styczniem roku 
1964, kiedy to Qak wolno nam wnosić z umieszczonej pod "Wstępem redakcyjnym" daty) 
praca uzyskała swój ostateczny kształt. Informacje o tym, co działo się w owym czasie 
z Literaturą polską na obczyźnie, przynosi zachowana korespondencja Terleckiego 
z redaktorem "Wiadomości,,8. Okazuje się, że w tym okresie Mieczysław Grydzewski był 


3 T. Terlecki, Wstęp redakcyjny, [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960, t. l, pod red. 
T. Terleckiego. Londyn 1964 s. 8. 
4 Analogiczny fragment znalazł się we Wstępie. 
5]. Kowalewski, Rozmowa..., s. 4. 
6 T. Terlecki, Wstęp redakcyjny..., s. 7-8. 
7]. Kowalewski, Rozmowa..., s. 4. 
8 Wszystkie cytaty z tej korespondencji pochodzą z Archiwum "Wiadomości" znajdującego się 
w Archiwum Emigracji UMK w Toruniu, sygn. AE/ A W /CCCXVII oraz sygn. AE/ A W /CCCXVIII. 


160
>>>
zasypywany przez niego prośbami o nadesłanie kolejnych numerów londyńskiego tygo- 
dnika oraz innych materiałów, niezbędnych do uzupełniania i poprawiania informacji 
zawartych w pierwszym tomie pracy. Zacytujmy przykładowy; 
W związku z Literaturą polską na obczyźnie potrzeba mi nast[ępujących] nr-ów "Wia- 
domości" : 
1959: 17/682, 19/684, 21/686, 29/695, 30/696, 33/698, 34/699, 35/700, 37/702, 39/704, 
43/708,44/709,45/710,46/711,47/712 
1960: 2/719, 5/722, 7/724, 8/725, 10/727, 23/740, 24/741, 25/742, 26/743, 27/744, 
29/746,31/748,32/749,39/756,40/757,41/758,48/765. 
Jest to olbrzymi dezyderat i niestety pilny. Gdyby Pan tak uznał, gotów jestem zwrócić 
koszta 9 . 


Ostatni taki list z prośbą o materiały nosi datę 23 listopada 1963 roku - zapewne 
wówczas Terlecki nanosił ostatnie poprawki. Kończąc pracę redakcyjną zaczął też zabie- 
gać o nagłośnienie całego przedsięwzięcia. W liście z l stycznia 1964 roku pisał do Gry- 
dzewskiego; 
Kowalewskijest prawie gotów z wywiadem o tej książce [Pani Helenie - przyp. R. M.], 
ale ja chciałbym Pana uprosić, żeby go przełożyć na drugie miejsce i przedtem zrobić 
wywiad o Literaturze emigracyjnej. Pierwszy tom (ponad 700 stron) dobija wreszcie koń- 
ca i taki interview porządnie, interesująco zrobiony byłby nieocenioną usługą dla tego 
szaleńczego przedsięwzięcia, które mi zabrało kilka lat życia. Jeśli Pan się zgodzi, ja zro- 
bię co trzeba i możliwie szybko 10. 


Warto się zastanowić dlaczego Terleckiemu zależało tak bardzo na przygotowaniu 
i publikacji wywiadu, skoro zdecydowana większość informacji w nim podanych znalazła 
się też we "Wstępie" do pierwszego tomu Literatury...? Wydaje się, że odpowiedzi na to 
pytanie należy poszukiwać z jednej strony w podejściu jego samego do własnego dzieła, 
z drugiej zaś w obawach, jakie żywił on w stosunku do przyszłych losów tej pracy. 
Zauważmy, że w zacytowanym liście pojawia się dość zaskakujące - przynajmniej 
można odnieść takie wrażenie - określenie Literatury... mianem "szaleńczego przedsię- 
wzięcia". Jednak w kontekście innych listów zdaje się ono dobrze oddawać stan ducha, 
w jakim na przełomie 1963/1964 roku znajdował się Terlecki. W korespondencji do 
Grydzewskiego stosunkowo często dawał wyraz zmęczeniu czy wręcz zniechęceniu, jakie 
towarzyszyło mu w ostatnim etapie prac nad Literaturą polską na obczyźnie. Pierwszy 
taki sygnał pojawił się we wspomnianym liście z 23 listopada 1963 roku, gdzie ostatnia 
prośba o materiały przyjęła formę; "Byłbym wdzięczny za egzemplarze nr 768/9, 707 
i 861 «Wiadomości» - to ciągle ta nieszczęsna Lit[eratura] em[igracyjna]". W po- 
dobnym duchu wyrażał się o swym dziele na początku 1964 roku pisząc o "kołowrotku 
z Lit[eraturą] em[igracyjną]" (16.01.1964). 
Jednocześnie o skali prac, jakie zostały do wykonania, i zmęczeniu nimi świadczy też 
fakt, iż niekiedy zabiegi dążące do sfinalizowania kilkuletniego przedsięwzięcia służyły 
Terleckiemu jako wymówka i usprawiedliwienie. Tłumacząc się przed Grydzewsjum 
z opóźnień w nadsyłaniu zamówionych tekstów zasłaniał się koniecznością dopracowania 
wszystkich szczegółów związanych z Literaturą. W liście z 11 lutego 1963 roku pisał; 


9 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 15.05.1963 r., podkr. autora. 
10 Do pomysłu redaktor Literatury...powrócił w tydzień później (list z 07.01.1964 r.), a w post 
scriptum do listu z 21.01.1964 r. (datacja niepewna) pisał: "Czy zgodziłby się Pan, żeby wywiad 
o Literaturze emigracyjnęj zrobił Dobek, bo z Kowalewskim jakoś nie wychodzi." Ostatecznie 
jednak, jak wiemy, wywiad przeprowadził Janusz Kowalewski. 


161
>>>
"Edena postaram się zrobić jak naj prędzej , ale proszę o odrobinę cierpliwości, bo uginam 
się pod Literaturą emigracyjną (diabeł mnie podkusił żeby się za to zabrać - teraz mam za 
swoje)", a w rok później wyjaśniając powody, dla których nie nadesłał jeszcze recenzji 
stwierdził; "Nie zrobiłem tego z powodu katastrofy mego życia - Literatury emigracyjnej" 
(12.02. 1964 r.). 
Naturalnie jakkolwiek by owa "katastrofa" nie zmęczyła swego twórcy i animatora, 
jej dalsze losy były mu niezwykle bliskie. Dlatego zabiegał o publikację wywiadu, który 
- jak wolno się nam domyślać - miał uchronić Literaturę... przed pretensjami ze strony 
urażonych pisarzy, w ich mniemaniu niedostatecznie wyróżnionych w tej pracy. Zapewne 
dlatego Kowalewski kończąc wywiad zadał Terleckiemu następujące pytanie; 


Czy nie obawia się pan - i autorzy poszczególnych opracowań - że mogliście kogoś 
pominąć, pomniejszyć - w jego lub jej pojęciu - i że z tego powodu będziecie mieli od 
"niedocenionych" pretensje, przykrości? 


W odpowiedzi redaktor Literatury... stwierdził; 
[...] o tej naszej drażliwości piszę nawet we wstępie redakcyjnym do Literatury. Czy się 
nie obawiam, że po wyjściu książki drażliwość polska da mi znać o sobie? Już mi się dała 
we znaki w toku pracy. Przez tę drażliwość cała impreza o mało się nie wykoleiła. My lu- 
bimy się obrażać. Praca nad żywym organizmem i ogromnym materiałem, w takich wa- 
runkach, zapewne nie będzie wolna od drobnych usterek, może nie zdoła zadowolić 
wszystkich ambicji, nie dorośnie do wszystkich wyobrażeń o sobie. Mogę tylko stwier- 
dzić za współpracowników i za siebie że staraliśmy się, ze wszystkich sił, z najlepszą 
wolą, o to by nie pominąć żadnej rzetelnej pracy!! . 


Jak się okazało, obawy te nie były bynajmniej płonne. Można przywołać kilka reakcji 
na książkę, które wymieniały pominięte w niej nazwiska, choć wbrew przewidywaniom 
nie były to głosy samych zainteresowanych! 2. Jednocześnie jednak - jak zauważył Cze- 
sław Dobek - mimo że uwagi te były wystosowywane przez pisarzy, którzy "upominali 
się naturalnie nie o siebie, ale o swoich kolegów, żądali naprawienia krzywdy komu in- 
nemu", to jednak "czuć było w tym proteście urazę osobistą" !3. 
Ostatecznie pierwszy tom Literatury polskiej na obczyźnie 1940-1960 ukazał się 
wiosną 1964 roku. Pierwsze recenzje pojawiły się w czerwcu tegoż roku. Anonimowa 
nota w "Ostatnich Wiadomościach" odniosła się do książki entuzjastycznie, choć jej autor 
skupił się przede wszystkim na przedstawieniu zawartości prac/ 4 . Natomiast omówienie 
w "Środzie Literackiej" obok informacji głoszącej, że tom ten był "od dawna oczekiwany 
i zapowiadany (sama praca drukarska nad nim trwała 15 miesięcy)", przyniosło ostrożną, 
choć w swej wymowie pochlebną ocenę tego faktu; "Ukazanie się pierwszego tomu Lite- 


11]. Kowalewski, Rozmowa..., s. 4. 
12 Por. np.: ]. Żurawicka, PiśmiennIctwo polskie na emigracji, Kultura i Społeczeństwo 1965 
nr 3 s. 195-199 (była to jedna z trzech recenzji opublikowanych w Polsce); B. Czaykowski, Pi- 
śmiennIctwo polskie na obczyźnie, Kultura 1964 nr 11 (205) s. 114-128; S. Piekut, Synteza litera- 
turyemigracyjnęj, Kultura 1967 nr 3 (233) s. 128-132; Cz. Bednarczyk, Książka o literaturze pols- 
kięj, Kontynenty 1964 nr 69 s. 4-6; Czytelnik z USA, [List do Redakcji], Kontynenty 1965 nr 82 
s. 20. Zdarzały się i takie wypowiedzi, w których autorzy nie tyle zgłaszali pretensje, co raczej 
prostowali nieścisłości i błędy, jakie wkradły się do opracowania w związku z ich twórczością czy 
nazwiskami, zob. np.: ]. Niemojowski, jeden autor pod trzema nazwiskami, Wiadomości 1965 nr 7 
(985) s. 6. 
13 Cz. Dobek, "Szklana kula" i kwadratura koła, Orzeł Biały 1965 nr 7 (1154) s. 28. 
141tom "Literaturyemigracyjnej", Dodatek Tygodniowy "Ostatnich Wiadomości" 1964 nr 22 
(780) s. 2. 


162
>>>
ratury polskiej na obczyźnie jest niewątpliwie wielkim wydarzeniem kulturalnym" 15. 
W podobnym tonie wypowiedziała się na ten temat redakcja "Kontynentów" 16, choć już 
zakończenie noty odnotowującej ukazanie się książki zapowiadało wymowę dwóch na- 
stępujących po niej recenzji; "Uważamy, że należy wszelkie wydawnictwa emigracyjne 
omawiać «bez taryfy ulgowej» w duchu szczerości i prawdy" 17. Rzeczywiście opinie 
wyrażone przez Czesława Bednarczyka i Zbigniewa Grabowskiego dalekie były od entu- 
zjazmu. Ten pierwszy uznał, że na Literaturę... "szkoda było starań drukarzy i introliga- 
tora. Nie uratuje tej książki zapowiadany we wstępie aneks, «który zawrze uzupełnienia 
i sprostowania». Jest to zła książka. Książka-widmo, która będzie straszyć i mylić żeglu- 
jących po naszej literaturze" 18, zaś drugi dodał, że choć "wykazuje [ona - przyp. RM.] 
wielki trud, duże dobre chęci", to jednak "w sumie wydaje się pracą poronioną" 19. 
Z pewnością opinie te nie przypadły Terleckiemu do gustu 20 - zapewne dlatego za- 
czął zamyślać o zaproponowaniu jednemu z emigracyjnych krytyków przygotowania 
kolejnej recenzji z przeznaczeniem do druku na łamach "Wiadomości,,21. I - jak można 
się domyślać - zupełnie się nie spodziewał, że kolejna negatywna opinia na temat jego 
pracy wyjdzie spod pióra redaktora londyńskiego tygodnika. Nastąpiło to 27 września 
1964 roku, gdy to w numerze 39 (965), w dziale "Książki nadesłane" Literatura... została 
odnotowana z dodaniem drobnego, lecz wymownego komentarza; 
Nieopatrzenie tego rodzaju dzieła, rojącego się od tysięcy nazwisk, w indeks jest zbrodnią 
na skalę zupełnie niezwykłą. Obietnica, że indeks ukaże się w tomie drugim nie stanowi 
nawet okoliczności łagodzącel 2 . 


Nota ta czy choćby owa krytyczna uwaga musiała być znana Terleckiemu jeszcze przed 
publikacją, bowiem na zacytowany zarzut odpowiedział już w liście z 25 września 1964 
roku. Pisał w nim m.in.; 


Ma Pan rację z indeksem do Lit[eratury} em[igracyjnęj}, ale mam pod ręką dwutomową 
A Critical History of English Literature Davida Daichesa z jednym indeksem do obu to- 
mów. Chciałem zrobić skorowidze osobne, bo oba tomy stanowią zamknięte całości, ale 
Świderski upierał się, tak przypuszczam, z wyrachowania handlowego przy łączonym in- 
deksie. Byłbym może postawił na swoim, gdyby nie to, że nam druk I tomu zabrał prze- 
szło 1 Vz roku i chciałem żeby się wreszcie skończył. Indeks (w kartkach) jest do dyspozy- 
cji Pana. Wystarczy, żeby p. Grocholski zadzwonił, Tola [Korian] udzieli każdej potrzeb- 
nej informacji. 


Odpowiedź na pytanie dlaczego wobec tego Grydzewski - przychylny Terleckiemu 
zdecydował się na publikację tej noty w takiej właśnie formie, pozostaje jedynie 


15 ff, Literatura polska na obczyźnie. BJlans pisarski naszęj emigracji, Dziennik Polski i Dziennik 
Żołnierza 03.06.1964 s. 3. 
16 "Pojawiła się książka, która stanowi na pewno swojego rodzaju wydarzenie w kulturalnym 
życiu emigracji." 
17 Redakcja" Kontynentów", Dwugłos o książce" Literatura polska na obczyźnie 1940-1960 ", 
Kont1snenty 1964 nr 69 s. 4. 
8 Cz. Bednarczyk, Książka o literaturze polskięj, Kontynenty 1964 nr 69 s. 6. 
19 Z. Grabowski, Ogromy trud - nieudane dzieło?, Kontynenty 1964 nr 69 s. 8. 
20 Polska Bibliografia Literacka odnotowuje jeszcze jedną recenzję z tego okresu - omówie- 
nie Jana Ostrowskiego, które miało się ukazać w "Orle Białym" w numerze 27/28 na stronie 9. Do 
tekstu tego nie udało mi się dotrzeć. 
21 W liście z 10.09.1964 roku pisał do Grydzewskiego: "Byłem przekonany, że zgłoszenie się 
Bielatowicza z gotowością napisania recenzji zastanie już egzemplarz w rękach Pana". 
22 Książki nadesłane, Wiadomości 1964 nr 39 (965) s. 4. 


163
>>>
w sferze domysłów 23 . Faktemjestjednak, że sprawa indeksu powracała jeszcze kilka razy 
w różnych recenzjach i notach dotyczących pierwszego tomu Literatury... (w tym także 
na łamach "Wiadomości") - zarzut Grydzewskiego poparł Zbigniew Grabowski 24 , na- 
tomiast w sukurs Terleckiemu przyszli Jan Kowalik 25 i - z pewnymi zastrzeżeniami - 
Marian Kukie1 26 . 
Jednak kwestia indeksu nie wydawała się dla samego Terleckiego priorytetowa - 
zapewne w momencie wysłania do Grydzewskiego listu z wyjaśnieniem uznał ją za za- 
kończoną ijuż do niej nie wrócił. Natomiast żywo - jakjuż wspomniano - interesował 
się możliwościami ewentualnego zamówienia recenzji, która miałaby się ukazać na ła- 
mach "Wiadomości". W cytowanym już liście z 10 września 1964 roku Terlecki prosił 
redaktora londyńskiego tygodnika; 
Niech [...] Pan [...] zgodzi się, żeby B[ielatowicz] pisał recenzję. Zresztą jeśli Pan woli 
kogoś innego z góry, bez zastrzeżeń i sprzeciwów się na to godzę. Chodzi mi o to żeby ta 
cegła nie poszła w wodę bez śladu i echa. 


Najwidoczniej jednak kandydat zgłoszony przez Terleckiego nie przypadł Grydzew- 
skiemu do gustu. Być może przewidywał on, że recenzja napisana przez Jana Bielatowicza 
wyda się nazbyt stronniczą, gdyż jej potencjalny autor był zbyt blisko związany z pracami 
nad recenzowanym dziełem 27 . Obaj redaktorzy zaczęli poszukiwać innej kandydatury. 
Tymczasem ukazywały się kolejne - zdecydowanie negatywne - omówienia i noty 
dotyczące pierwszego tomu Literatury... Bogdan Czaykowski zarzucał pracy przede 
wszystkim chaotyczność (przyjęte przez różnych autorów metody porównał do "szatkowania 
kapusty")28, Beata Fischer "brakjednolicie przemyślanej koncepcji redakcyjnej"29, zaś Cze- 
sław Dobek nie wartościując pracy jednoznacznie wykazywał pojawiające się w niej uchy- 
bienia i błęd y 3o. Opinie recenzentów podzielali także niektórzy czytelniclI. 
W kontekście tych opinii nie dziwi, że Terleckiemu zależało na szybkim przygotowa- 
niu recenzji równoważącej te sądy. Jednak nie był w tym na tyle zdeterminowany, aby - 
wbrew wcześniejszej deklaracji - przyjmować bezkrytycznie wszelkie propozycje 


23 Zapewne list Terleckiego dotarł do Grydzewskiego zbyt późno. W ogóle w owym czasie kore- 
spondencja między dwoma redaktorami była nieco utrudniona. Świadczy o tym choćby to, że pierwszy 
tom Literatury... przez dłuższy czas nie mógł dotrzeć do rąk Grydzewskiego, przed którym Terlecki 
tłumaczył się w liście z 10.09.1964 r.: "Bardzo przepraszam za zamieszanie z Literaturą emigracyjną. 
Nie wiedziałem że wydawca - z jemu tylko wiadomych powodów - opóźnił wysyłkę egzemplarza 
recenzyjnego. [...] Przykro mi że wyszło nieporządnie i nie fair z mojej strony. Niech mi Pan to wyba- 
czy [...j". 
24 Z. Grabowski, Ogromny trud..., s. 9. 
25 ]. Kowalik, Sprawa indeksu, Wiadomości 1965 nr 3 (981) s. 4. 
26 M. Kukiel, Zbrodnia c,;y tylko szkoda?, Wiadomości 1965 nr 8 (986) s. 6. 
27 We Wstępie redakcyjnym (s. 11) Terlecki pisał: "Niemal od pierwszego dnia, od chwili po- 
częcia się tej książki do momentu jej zamknięcia, służył mi koleżeńską i braterską pomocą Jan 
Bielatowicz, choć ciężka choroba nie pozwoliła mu na planowany przez nas obu udział autorski. 
Przez ten cały czas był on moją drugą parą oczu, drugim mózgiem, drugą pamięcią, drugim roze- 
znaniem krytycznym. Jego wkład do książki jest niewymierny". 
28 B. Czaykowski, Piśmiennictwo polskie..., s. 114-128. 
29 B. Fischer, Literatura polska na obczyźnie 1940-1960, Problemy Poloni Zagranicznej 
1964-1965 t. IV s. 269-272. 
30 Cz. Dobek, "Szklana kula "..., s. 28. 
31 Dwaj czytelnicy z Londynu ([List do redakcji], Kontynenty 1964 nr 71 s. 20) stwierdzili: 
"Wszystko to co napisaliście w ocenach Bednarczyka i Grabowskiego o Literaturze Terleckiego to 
szczera prawda... Tom ten jest poroniony". 


164
>>>
Grydzewskiego. Dlatego, gdy w czerwcu 1965 roku redaktor "Wiadomości" zapropono- 
wał przygotowanie omówienia Juliuszowi Sakowskiemu, Terlecki odniósł się do tego 
pomysłu z dużą dozą sceptycyzmu; 
Co do Literatury emigracyjnej bardzo bym się cieszył, gdyby Sakowski chciał i mógł 
o niej napisać. Ale onjest przywalony "Dziennikiem", książkami, procesami, od kilku lat 
nie napisał ani jednego zdania, jak Pan [...] wyobraża Go sobie mocującego się z książką, 
która w sumie będzie miała 1.400 stron druku?32 


Powątpiewając w to, czy Sakowski zdoła się uporać z tak dużą pracą, redaktor Lite- 
ratury... proponował innego kandydata; ,,0 Pankowskim myślałem nie jako prozaiku, ale 
historyku literatury; doktoryzowanym niedawno, wykłada na uniwersytecie. [...J Ale 
niech się dzieje wola Twoja, a nie moja, Panie." Grydzewski nie dał się jednak przekonać 
i obstawał przy swoim. Niestety plany pokrzyżowała mu choroba autora Asów i dam. 
Dlatego w dwa tygodnie po cytowanym liście Terlecki, pytając redaktora londyńskiego 
periodyku; ,,[...J czy wobec choroby Sakowskiego nie uważałby Pan za stosowne zmienić 
osoby recenzenta Literatury emigracyjne}', ponownie sugerował, żeby propozycję tę 
złożyć Pankowskiemu. Jednak przywiązany do swego pomysłu "Grydz" nie przejawiał 
szczególnego entuzjazmu w zaaprobowaniu tej koncepcji. Podobnie Terlecki nie wierzył 
w powodzenie rozmów z Sakowskim, choć nie wykluczał możliwości zaistnienia takiej 
ewentualności. W połowie lipca 1965 roku pisał do Grydzewskiego; 
Cieszyłbym się, gdyby Julek napisał o Literaturze emigracyjnej i nie chcę odbierać Panu 
wiary, że to zrobi. Gorąco tylko proszę, żebyśmy szukali innego recenzenta, jeśli ta moż- 
liwość zawiedzie. Jak Pan wie, Grabowski wiesza na mnie psy za tę moją ciężką mordęgę, 
bo uznał że jest nie dość doceniony. Ostatnio użył nawet argumentu, że "Wiadomości" 
intencjonalnie i znacząco przemilczają książkę. Co - nie mam wątpliwości - jest świa- 
domym, wierutnym kłamstwem 33 . 


Sprawa na kilka kolejnych miesięcy utknęła w miejscu, a tymczasem w prasie ukazy- 
wały się następne recenzje niezbyt przychylne książce. Janina Żurawicka czerpiąc obficie 
z omówień Fischer i Czaykowskiego zarzuciła jej "brak jednolitej koncepcji redakcyjnej", 
który - jej zdaniem - "zaważył na różnej metodzie opracowania poszczególnych części", 
co w efekcie sprawiło, że "obecny kształt omawianej książki niemal prowokuje szereg py- 
tań,,34. Podobnie Zbigniew Folejewski podkreślający zalety pracy zakończył swą recenzję 
fragmentem, w którym dał wyraz swemu rozczarowaniu 35 . W podobnym tonie wypowiedział 
się Magnus ]. Krynski, który zarzucając pracy brak jednolitej metodologii oraz liczne po- 
wtórzenia i błędy dodał, że podstawową słabością książki jest to, że "the images of certa in 
major writers do not emerge clearly despite treatment by several contributors"36. 


32 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 25.06.1965 r., podkr. autora. 
33 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 15.07.1965 r. 
34]. Żurawicka, CzytelnIctwo polskie..., s. 196, 198. 
35 "Ponieważ wszystkie informacje bibliograficzne sąjak dotąd rozproszone, orientacja w tym 
tomie nie jest łatwa. Po ogłoszeniu drugiego tomu, który ma zawierać ogólny skorowidz, dzieło 
będzie cennym zbiorem źródłowym. Może on posłużyć jako podstawa dla podręcznej, zwięzłej 
historii polskiej literatury emigracyjnej, która jest ciągle do napisania - najlepiej przez jednego 
człowieka. [...] W tej chwili powinniśmy być wdzięczni redaktorowi i jego współpracownikom za 
to co stworzyli w warunkach, które były więcej niż niesprzyjające." Z. Folejewski, [After many 
years...], Books Abroad. An International Literary Quarterly 1965 t. 39 nr 3 s. 358, tł. wg O "Lite- 
raturze polskiej na obczyźnie" w Stanach L;jednoczonych, Wiadomości 1965 nr 40 (1018) s. 6. 
36 M.]. Krynski, [The first volume...], Slavic Review. American Quarterly of Sowiet and East 
European Studies 1965 t. XXIV nr 3 s. 566-567. 


165
>>>
We wrześniu 1965 roku na łamach "Kontynentów" pojawiła się jeszcze jedna publika- 
cja, która z pewnością nie przysporzyła Literaturze... zwolenników. Mowa o tekście "Prze- 
ciwko klikom, protekcji i «kumoterstwu»"37, który - jak później wyjaśniał ówczesny re- 
daktor pisma, Zbigniew Grabowski - "wyrażał opinię redakcji"38. Opinia ta dotyczyła 
sporu, jaki rozgorzał między Tymonem Terleckim a Lidią Ciołkoszową, która była autorką 
przygotowanego do drugiego tomu Literatury... tekstu poświęconego emigracyj nej publicy- 
styce 39 . Spór dotyczył - w opinii samej zainteresowanej oraz sprzyjającej jej redakcji 
"Kontynentów" - "niedozwolonej ingerencji redaktorskiej", która polegała na wstawieniu 
w tekst Ciołkoszowej sześciostronicowego tekstu Stanisława Grocholskiego, w którym 
omówiona została publicystyka polityczna Polskiego Ruchu Wolnościowego "Niepodle- 
głość i Demokracja"4o. Publikacja "Kontynentów" obszernie przedstawiła cały spór wspie- 
rając się na obszernych cytatach z listów Terlecki-Ciołkoszowa oraz Ciołkoszowa-Związek 
Pisarzy Polskich na Obczyźnie, w których autorka wyrażała swój protest przeciwko postę- 
powaniu redaktora Literatury... oraz domagała się zwołania sądu koleżeńskiego celem roz- 
strzygnięcia całej sprawy. Wobec niespełnienia tego żądania 41 Ciołkoszowa w liście do 
ZPPnO oświadczyła, że w tej sytuacji czuje się zmuszona do poszukiwania innej drogi do- 
chodzenia swych praw. Jakiej? - to określiła wprost "pozostaje mi tylko postępek 
p. Terleckiego podać we właściwej chwili do wiadomości publicznej"42. Sformułowanie to 
rodzi szereg pytań. Jak należało je odczytać w kontekście tego, że - o czym informuje data 
podana przy cytacie - zostało ono przesłane do ZPPnO 20 marca 1965?43 Kiedy miała 
nadejść owa "właściwa chwila"? Dlaczego na publikację czekano pół roku i zdecydowano 
się na nią w przededniu wydania drugiego tomu Literatury...? Dlaczego wreszcie cała spra- 
wa została nagłośniona w piśmie, na łamach którego ukazały się dwie negatywne recenzje 
pierwszego (w tym jedna autorstwa redaktora naczelnego)? 
Odpowiedzi pozostają w sferze domysłów, podobnie jak powody, dla których Gry- 
dzewski nie zgodził się na to, żeby Terlecki odpowiedział na publikację "Kontynentów" 
na łamach "Wiadomości". O tym, że redaktor Literatury... czynił takie starania informuje 
list z 11 września 1965 r.; 


Jeszcze nie ukazał się II t. Literatury emigracyjnęj a już dobrana para, p. Grabowski 
z p. Ciołkoszową, zaatakowała mnie frontalnie. Czy zechciałby mi Pan udzielić gościny 
w "Wiadomościach" dla rzeczowego omówienia sprawy? Byłbym wdzięczny, bo na po- 
dwórko "Kontynentów" nie chcę wchodzić za żadną cenę. 
Grydzewski nie dał Terleckiemu możliwości zabrania głosu - uczynił to natomiast 
redaktor "Kultury", gdzie pojawiły się dalsze wypowiedzi dotyczące wspomnianego spo- 


37 Przeclwko klikom, protekcji i "kumoterstwu ", Kontynenty 1965 nr 81 s. 18-20. 
38 Z. Grabowski, List do redakcji, Kultura 1965 nr 11 (217) s. 151. 
39 Zob.: L. Ciołkoszowa, Publicystyka, [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960, t.2, 
pod red. T. Terleckiego. Londyn 1965 s. 169-296. 
40 Zob.: S. Grocholski, Nowe środowisko koncepcyjne, [w:] Literatura polska na obczyźnie 
1940-1960, t. 2, pod red. T. Terleckiego, Londyn 1965 s. 297-302. 
41 ZPPnO przyjął do wiadomości informację, że tekst Grocholskiego zostanie umieszczony 
w drugim tomie Literatury... jako osobna publikacja i uznał całą sprawę za zakończoną. Zob.: 
Przeclwko klikom..., s. 19-20. 
42 Tamże, s. 20. 
43 Jak informują daty przy cytowanych listach cała sprawa rozgrywała się na przełomie lat 
1964/1965, a list Ciołkoszowej przesłany do ZPPnO z informacją o planowanym nagłośnieniu całej 
sprawy jest ostatnim z cytowanych, co nie wyklucza możliwości, że w czasie poprzedzającym 
publikację w "Kontynentach" (wrzesień 1965) korespondencja między zainteresowanymi stronami 
nie była prowadzona w dalszym ciągu. 


166
>>>
ru. Głos w nim zabrali kolejno; Tymon Terlecki 44 , Zbigniew Grabowski 45 i Lidia Ciołko- 
szowa 46 . Jak można wnosić z ich wypowiedzi, żadne z nich nie zmieniło swego zdania na 
temat zaistniałej sytuacji 47 . Tym jednak, co szczególnie interesujące w kontekście oma- 
wianego tu wyimka historii Literatury polskiej na obczyźnie jest sformułowanie, jakie 
pojawiło się w liście Terleckiego, który oznajmił, że "nie odpowiadał i nie myśli odpo- 
wiadać na systematyczną kampanię przeciw Literaturze" 48. Jednocześnie zaznaczył, że 
reakcje, jakie wywołał tom pierwszy i zapowiadany drugi uważa za "jarmark próżności, 
[...J jazgot podrażnionych ambicji, branie ślepego odwetu za zawiedzione nadzieje", 
które z jednej strony są "czymś głęboko zawstydzającym", a z drugiej "nie sprzyjają 
sensownej dyskusj i" 49. 
Tym samym Terlecki Literatury... dał wyraz swemu rozżaleniu, w jakie wpędziło go 
niepochlebne przyjęcie opublikowanego tomu pracy. Zapewne nastroju nie poprawił mu 
nawet Juliusz Mieroszewski, który w tym samym numerze, w którym ukazały się listy Gra- 
bowskiego i Ciołkoszowej, na marginesie ogólnych rozważań o literaturze uchodźczej wy- 
mienił kilka pozytywnych uwag na temat pierwszej części Literatury...50. Dlatego jej redak- 
tor w dalszym ciągu poszukiwał "swojego" recenzenta, który omówiłby pracę w sposób - 
według niego - zadowalający. Nieudane próby przekonania Grydzewskiego do Bielatowi- 
cza i Pankowskiego nie zniechęciły go, tym bardziej, że naraz pojawiła się kandydatura, 
która zdawała się zadowalać obu redaktorów. Pod koniec 1965 roku pisał do "Grydza"; 


Naradzałem się z Weintraubem w sprawie recenzenta Literatury emigracyjnej w "Wia- 
domościach". Do spółki nie wymyśliliśmy nikogo poza M. K. Pawlikowskim, którego 
Pan wymyślił. Jeśli Pan trwa w swoim zamiarze, proszę o zwrócenie się do Niego w tej 
sprawie. Byłbym wdzięczny, gdyby Go Pan zbytnio nie ograniczał miejscem. Nie spo- 
dziewam się za mego życia bezstronnej oceny tego wariactwa, którego zamiary mogą 
ocenić nieliczni ludzie tacy jak Pan, znający z własnego doświadczenia co ono znaczy 
w czasie i energii, ale byłoby mi przykro gdyby Pawl[ikowski] załatwił rzecz kilkunasto 
wersową notatką. Zresztą i to nie byłoby największa przykrość w porównaniu z tym, co 
mnie już spotkało i jeszcze spotka w nagrodę za tę dziesięcioletnią mordęgę 51. 


Jednak już w kilka dni później dzielił się z redaktorem "Wiadomości" wątpliwościami, 
co do możliwości pozytywnej realizacji tego pomysłu. Natychmiast zaczął poszukiwać roz- 
wiązań alternatywnych; 
Na wszelki przypadek donoszą, że gdyby z M. K. Pawlikowskim jako recenzentem Lit[e- 
ratury} em[igracyjnęj} coś tam nie wychodziło lub nie dogadzało, w grę mogłaby wchodzić 
Jadwiga Maurer. Wszedłem tutaj z Nią w bardzo przyjemną (korespondencyjną) st
czność 
i może udało by mi się ją namówić do tej syzyfowej pracy. Proszę to mieć na uwadze 2. 


Niestety i tym razem nie udało się dojść Terleckiemu i Grydzewskiemu do porozu- 
mienia. Być może także potencjalni recenzenci nie chcieli podjąć trudu proponowanego 
im zadania? Zapewne wśród tych niepowodzeń niejaką pociechą było dla Terleckiego 


44 T. Terlecki, List do redakcji, Kultura 1965 nr 10 (216), s. 159-160. 
45 Z. Grabowski, List do redakcji, Kultura 1965 nr 11 (217) s. 151. 
46 L. Ciołkoszowa, List do redakcji, Kultura 1965 nr 11 (217) s. 156-160. 
47 Do sprawy L. Ciołkoszowa powróciła po latach w tomie wspomnień Spojrzenie wstecz (Pa- 
ryż 1995) s. 228-229. 
48 T. Terlecki, List do redakcji..., s. 159. 
49 Tamże, s. 159. 
50 l], Mieroszewski] Londyńczyk, Literatura na obczyźnie, Kultura 1965 nr 11 (217) s. 52-55. 
51 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 27.12.1065 r. 
52 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 08.01.1966 r. 


167
>>>
opublikowane w tym czasie kolejne anglojęzyczne omówienie pierwszego tomu Literatu- 
ry... autorstwa Marii Kuncewiczowej, która zakończyła swoją recenzję następującym 
zdaniem; "Still, recognition is due to the group of people who undertook a gigantic task, 
under difficult circumstances, with no thought of material reward"53. Równocześnie jed- 
nak pojawiły się pierwsze głosy krytyczne na temat właśnie wydanego tomu drugiego. 
Jako pierwszy zareagował na niego... Zbigniew Grabowski, który w ciągu trzech miesię- 
cy (w marcu i w maju 1966 roku) opublikował dwie recenzje, o wyraźnie krytycznej wy- 
mowie. Pisał w nich m.in.; 


Dwa tomy Literatury Polskięj na Obczyźnie 1940-1960 stanowić będą kiedyś materiał dla 
prawdziwie twórczego i ciekawego opracowania, które z perspektywy czasu ujmie lepiej 
proporcję i hierarchię i podkreśli linie zasadnicze i tendencje literatury emigracyjnej, któ- 
re tutaj zanikają, pogrzebane pod masą szczegółów i pedanterii [...] 54. 
[...] robota redakcyjna potraktowana została byle jak, jest puszczona i z braku istotnej 
kontroli i panowania nad tekstem, całość rozprzęała się w niezorganizowane odruchy 
krytyczne - z których wiele cierpi na elephantiasis 5. 


W miesiąc po ukazaniu się drugiej recenzji z niektórymi zarzutami Grabowskiego po- 
lemizował Jan Kowalik 56 , natomiast w korespondencji Terlecki-Grydzewski pojawiło się 
kolejne nazwisko ewentualnego recenzenta, który mógłby się podjąć trudu omówienia tej 
pracy dla "Wiadomości". Był nim Jerzy Stempowski, a na pomysł, aby jemu powierzyć to 
zadanie wpadł Grydzewski. W związku z tym w liście z 7 czerwca 1966 r. Terlecki zapyty- 
wał; "Chciałbym wiedzieć czy Hostowiec odezwał się na ponaglenie Pana w sprawie 
Lit[eratury] emigr[acyjnej] - sprawa wymaga zamknięcia z mojej strony". W kilka dni 
później wszystko zdawało się układać pozytywnie, bowiem Stempowski wyraził zgodę na 
przygotowanie omówienia. W związku z tym Terlecki zaczął coraz natarczywiej dowiady- 
waĆ się u niego o los recenzji. Wieściami dzielił się z redaktorem "Wiadomości". W liście 
z 24 czerwca 1966 r. pisząc do niego o gotowości "niespiesznego przechodnia" do przygo- 
towania omówienia, niepokoił się jednocześnie okolicznościami mogącymi uniemożliwić 
realizację tego zamiaru; "On rzeczywiście chce pisać o Literaturze, ale jest bardzo kiepsko 
ze zdrowiem". Podobnie w trzy miesiące później informował Grydzewskie
o; "Do Stem- 
powskiego napisałem, jak Pan sobie życzył, ale nie mamjeszcze odpowiedzi" 7. 
Jednocześnie w tym samym czasie pojawiły się także problemy (opóźnienia) w kore- 
spondencji Terlecki-Grydzewski, które spowalniały całą sprawę. W zacytowanym liście 
z 24 czerwca 1966 r. redaktor Literatury... informował "Grydza" o tym, że wysłał mu 
pierwszy tom Literatury polskiej na obczyźnie 1940-1960, przewidując przy tym, że "nie 
będzie Go Pan miał w ręku przed upływem kilku tygodni". Potwierdzenie tych przypuszczeń 
odnajdujemy w przywołanym liście z 26 września, gdzie w post scriptum czytamy; "Mam 
nadzieję, że I t. Lit[eratury] em[igracyjnej] dotarł do rąk Pana"58. A w miesiąc później 


53 M. Kuncewiczowa, [Literatura polska na obczyźnie...], The Slavic and East Europe Journal 
1966 t. X nr 2 s. 221. 
54 Z. Grabowski, Literatura polska na obczyźnie 1940-1960 (tom II), Kontynenty 1966 nr 87 
s.14. 
55 Z. Grabowski, Historia literatury i jak jęj redagować nie należy, Orzeł Biały 1966 nr 22 
(1169) s. 21. 
56]. Kowalik, Bibliograficzna dyskusja, Kontynenty 1966 nr 90 s. 19. 
57 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 26.09.1966 r. 
58 Należy przypomnieć, że w tym czasie T. Terlecki przebywał w Chicago, gdzie wykładał litera- 
turę polską i teatrologię na tamtejszym uniwersytecie, zob. hasło Terlecki Tymon, [w:] Mały słownik 
pisarzy polskich na obczyźnie 1939-1980, pod red. B. Klimaszewskiego. Warszawa 1992 s. 317. 


168
>>>
zapytywał o losy... II tomu; "Od niepamiętnych czasów nie dostałem żadnego numeru 
"Wiad[omości] ". Nie wiem np. czy Pan odnotował II t. Literatury. Jeśli tak - dziękuję"s9. 
Stempowski po okresie dłuższego milczenia odpisał Terleckiemu obiecując szybkie 
przygotowanie recenzji, co jednak nie nastąpiło w przewidzianym terminie. Dlatego 
w liście z 8 listopada 1966 r. redaktor Literatury... wysłał do "Wiadomości" kolejny list 
z pytaniem o przebieg całej sprawy; 
Czy Stempowski przesłał omówienie Lit[eratury] em[igracyjnej]? Zapowiedział je na 
koniec ubiegłego miesiąca w obszernym liście zawierającym plan, wyszczególnienie 
punkt po punkcie co zamierza napisać. Podziwiam ten brak konsekwencji, ale wolałbym 
zamiast listu - artykuł. Jeśli będzie zwlekał, proszę o sygnał w moją stronę albo o pona- 
glenie do Szwajcarii. 


Pod koniec tego roku z powodu choroby Grydzewskiego obowiązki redaktora "Wiado- 
mości" przejął także nie cieszący się najlepszym zdrowiem Michał Chmielowiec. Terlecki 
nie zamierzał jednak zrezygnować z obiecanej recenzji w "Wiadomościach". Tymczasem 
początek nowego roku przyniósł dwa kolejne omówienia. Autor pierwszego skupiając się 
przede wszystkim na tych częściach Literatury..., w których poruszano kwestie związane 
z czasopiśmiennictwem ustosunkował się do niej raczej pozytywnie pisząc; 
Autorom i redaktorom [...] mimo pewnych mankamentów [...] udała się niełatwa prze- 
cież próba syntetycznego zestawienia zagadnień dotyczących historii kultury polskiej 
emigracji, a historii jej czasopiśmiennictwa w szczególności 6o . 
Mniej skory do pochwał był Stanisław Piekut 61 , który w pewnym momencie stwier- 
dził; "Nie można wymagać, aby dzieło ludzkie było doskonałe, ale w omawianej literatu- 
rze niedomagań jest zbyt wiele", zaś po omówieniu wybranego zagadnienia przemawiają- 
cego za tą tezą podsumował całość następująco; 


Nie chcę poruszać innych spraw, gdyż mimo wszystko Literaturajest osiągnięciem o du- 
żym znaczeniu, tym bardziej, że pionierskim. Redaktor i współpracownicy spróbowali 
wypełnić ciążący na emigracji obowiązek utrwalenia literackiego dorobku uchodźstwa 62 . 


Na początku kwietnia Terlecki sygnalizował Samborowi konieczność podjęcia działań 
zmierzających do ostatecznego sfinalizowania rozpoczętej dwa i pół roku wcześniej sprawy; 
Hostowiec obiecał Grydzewskiemu napisać recenzję o Literaturze emigracyjnej. Miała 
być gotowa w październiku, a zaczął się kwiecień. "Niespieszny przechodzień" idzie tym 
razem jeszcze wolniej niż zwykle... Byłbym Panu bardzo zobowiązany, gdyby Pan do 
niego napisał z delikatnym przypomnieniem i zachętą. Mnie to nie bardzo uchodzi 63 . 


Wobec braku reakcji ze strony Stempowskiego Terlecki zaczął po raz kolejny poszu- 
kiwać innego recenzenta. W połowie maja pytając "Czy Hostowiec odpowiedział na 
ponaglenie w sprawie recenzji o Literaturze emigracyjnej?" i obawiając się, że odpo- 
wiedź będzie negatywna proponował Chmielowcowi: 


59 List T. Terleckiego do M. Grydzewskiego z 13.10.1966 r. W rzeczywistości tom ten został od- 
notowany w rubryce Książki nadesłane w numerze 38 (1068) "Wiadomości" z 18.09.1966 r. (s. 4). 
Tym razem poza informacją o zawartości i układzie tomu nie dodano żadnej uwagi czy oceny. 
60 E. Rudziński, [W roku 1964 ukazał się...], Rocznik Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego 
1967 t. VI Z. 1 S. 290. 
61 S. Piekut, Synteza literatury emigracyjnej, Kultura 1967 nr 3 (233) S. 128-132. 
62 Tamże, S. 132. 
63 List T. Terleckiego do M. Chmielowca z 02.04.1967 r. 


169
>>>
Jeśli nie odpowiedział lub zrzucił l?] się z obietnicy zrobionej ponad rok temu, sugeruję 
dr Jadwigę Jurkszus Tomaszewską (5 Ridout Apt. 5 Toronto 3 Ont. Canada). Wydaje 
właśnie wraz z mężem Adamem, współpracownikiem "Wiadomości", książkę eseistyczną, 
ale jest polonistką o doskonałym przygotowaniu i dużym dorobku i tylko przez przypadek 
zamiast katedry uniwersyteckiej zajmuje bardzo wysokie stanowisko w administracji ka- 
nadyjskiej (w dziale opieki społecznej). Przyjmuję wszystko co się dzieje wokół 
Lit[eratury} em[igracyjnęj} z chrześcijańską pokorą czy masochistyczną satysfakcją [...] 
a może z jednym i drugim, ale sądzę, że rzeczowe, obiektywne omówienie tej nieszczę- 
snej książce się należy. Mam nadzieję, ze się Pan ze mną zgodzi 64 . 
W miesiąc później zdawało się, że sprawa recenzji wreszcie znajdzie swój finał. 
W liście z 27 czerwca 1967 r. Terlecki pisał do Sambora; 


Dziękuję za wiadomości o Hostowcu. Nie mam żadnego prawa do "aprobowania" jego 
artykułu, ale marzę o tym, żeby go wreszcie skończył i przesłał Panu. Trwa to już dwa la- 
ta. Jego trzeba również "dusić". Pisząc do Niego proszę go serdecznie pozdrowić ode 
mnie. Jego chorowanie bardzo mnie niepokoi. 


Czy to z powodu wspomnianej choroby, czy też z innych przyczyn przygotowanie re- 
cenzji po raz kolejny odwlokło się w czasie. Zaniepokojony Terlecki nie ustawał jednak 
w przynagleniach i prośbach o interwencję w tej sprawie. We wrześniu pisał do redaktora 
"Wiadomości"; 
Byłbym Panu bardzo zobowiązany, gdyby Pan jeszcze raz przynaglił Hostowca i osta- 
tecznie wyjaśnił sprawę omówienia Literatury. Minęły dwa pełne lata od otwarcia tej 
sprawl 5 . Gdyby tak długie czekanie na niespiesznego przechodnia okazało się daremne, 
zachęcałbym pana do rozważenia mojej propozycji alternatywnej (dr Jadwiga Jurkszus 
Tomaszewska w Toronto)66. 


Wreszcie starania Grydzewskiego, Chmielowca i Terleckiego zostały uwieńczone suk- 
cesem - na początku października do tego ostatniego dotarła wiadomość, że recenzja jest 
gotowa. W odpowiedzi redaktor Literatury... napisał; "Nie szkodzi, a nawet lepiej, jedynie 
dobrze, że mi Pan nie przysłał artykułu Hostowca przed drukiem"67. Tak długo oczekiwane 
omówienie ukazało się w "Wiadomościach" w cztery dni później - 8 października 
1967 r. 68 Co zaskakujące - nie dotarło ono natychmiast do rąk redaktora Literatury polskiej 
na obczyźnie - w liście z l listopada 1967 r. pisał do Chmielowca rozżalony; "Dotąd nie 
otrzymałem nr. z artykułem Hostowca. Szkoda że Pan nie wykosztował się na przesyłkę 
lotniczą". Mimo tego opóźnienia T erlcecki z pewnością nie rozczarował się po przeczytaniu 
tekstu Stempowskiego, który na wstępie podsumował dotychczasowe głosy krytyczne pi- 
sząc; "Książka [...J nie zyskała jednak życzliwej oceny krytyków. Wytykano jej różne 
usterki, z których najważniejsza polegała na niejednolitym i nieco chaotycznym układzie 
całości". Jednocześnie zastrzegł, że nie będzie" wracał do tych argumentów", lecz zabierając 
głos ostatni, z wdzięcznością wspomina poprzedników, którzy w swym krytycyzmie pozo- 
stawili mu prawie nietknięte zasoby pochwał i komplementów. W efekcie Stempowski wy- 
powiedział się o pracy w superlatywach, a całość zakończył stwierdzeniem głoszącym, że 


64 List T. Terleckiego do M. Chmielowca z 14.05.1967 r. 
65 W rzeczywistości od rozpoczęcia rozmów ze Stempowskim upłynęło niecałe półtora roku, 
zaś od chwili podjęcia pierwszych prób zamówienia recenzji do "Wiadomości" trzy lata. 
66 List T. Terleckiego do M. Chmielowca z 10.09.1967 r. 
67 List T. Terleckiego do M. Chmielowca z 04.1 0.1967 r. 
68 l], Stempowski] P. Hostowiec, Literatura polska na obczyźnie 1940-1960. Refleksje czytel- 
nika, Wiadomości 1967 nr 41 (1123) s. l. 


170
>>>
Literatura... jest "nie tylko niezastąpionym źródłem wiadomości, lecz także lekturą, pocią- 
gającą czytelnika jako przygoda myśli"69. 
W miesiąc po druku recenzji Hostowca, w numerze 45 "Wiadomości" ukazała się 
wypowiedź Terleckiego poświecona Literaturze emigracyjnej i potrzebie jej kontynu- 
owania 7o . Była ona poprzedzona odredakcyjnym pytaniem, w którym powoływano się na 
sformułowania Hostowca sugerującego konieczność prowadzenia dalszych prac nad - 
jak to nazwał recenzent - "inwentaryzowaniem piśmiennictwa emigracyjnego"; "Co pan 
sądzi o potrzebie i możliwościach takiego «dalszego inwentaryzowania»?" Mimo że od- 
powiedź ukazała się po druku recenzji Stempowskiego, to jednak napisana została zanim 
Terlecki się z nią zapoznał. W cytowanym już liście z 4 października napisał; 
Przesyłam odpowiedź na pytanie w sprawie Literaturyemigracyjnęj, choć mi trudno było 
się na to zdobyć w gorączce zaczynającego się roku akademickiego. Nie wiem, jak Pan 
zamierza prowadzić ten dział, ale na wszelki przypadek sugeruję jeszcze dwóch "odpo- 
wiedziodawców": Kukiel (historyk), Kowalik (bibliograf). 
Jednak wbrew sugestiom redaktora Literatury... więcej odpowiedzi na to pytanie już 
się nie pojawiło. Tym więc ważniejszą jest ta, której udzielił on sam Przyznał, że dwa 
opublikowane tomy "mimo swej objętości [...J zapewne niejedno przepuściły i zawierają 
niejedną pomyłkę", co tym bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że potrzeba kontynu- 
owania zainicjowanych nimi prac jest oczywista. Zaznaczył przy tym, że ewentualni 
kontynuatorzy powinni czerpać z doświadczeń swych poprzedników jednocześnie mody- 
fikując i doskonaląc metodę opracowywania i badania literatury emigracyjnej. Swą wy- 
powiedź zakończył następująco; 
Na początku tej odpowiedzi przejąłem termin użyty w pytaniu: potrzeba. Byłbym skłonny 
wzmocnić go i zmienić na słowo: konieczność. Inwentaryzacja polskiego dorobku pi- 
śmienniczego powstającego poza krajem jest czymś imperatywnym. Ten dorobek rośnie 
z roku na rok, zmienia zasięg i charakter, staje się trudniej uchwytny przez fakt ogłaszania 
również w językach obcych, w czasopismach rozproszonych po całym świecie. Doświad- 
czenie z Literaturą emigracyjną nauczyło co w naszym położeniu znaczy dystans czasu 
pomnożony przez dystans przestrzenny. Należałoby wyciągnąć wniosek z tego doświad- 
czenia i nie czekać aż ktoś zaryzykuje je znowu za lat dziesięć czy dwadzieścia, znajdzie 
się w dżungli i zacznie w niej wyrębywać przesieki. Jeśli - zacznie? 
Wymowne pytanie retoryczne postawione przez Terleckiego po dziś dzień nie uzyskało 
odpowiedzi. I choć wydawało się, że będzie ono ostatnim akordem związanym bezpośrednio 
z Literaturą polską na obczyźnie 1940-1960, to jednak tak się nie stało. Końcowe zdanie 
należało do Danuty Bieńkowskiej, która ogłaszając w 1969 roku recenzję obu tomów tej 
pracy uznała je (mimo wielu uwag krytycznych) za wartościowe źródło informacji dla tych 
wszystkich, którzy są zainteresowaniu piśmiennictwem emigracyjnym i działalnością kultu- 
ralną uchodźstwa polskiego 71 . Jak się obecnie wydaje, ten sąd ostatecznie określił rangę 
i status Literatury..., która zajmuje dziś niekwestionowaną pozycję w, z jednej strony - 
dokonaniach, z drugiej zaś - opracowaniach związanych z literaturą emigracyjną. 


69 Tamże. 
70 T. Terlecki, Odpowiedź, Wiadomości 1967 nr 45 (1127) s. 1. Tekst ukazał się w rubryce: 
Pytania i odpowiedzi. 
71 D. Bieńkowska, Polish literature in exlle, The Polish Review 1969 t. XIV nr 3 s. 91-95. 


171
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


KORESPONDENCJE - DOKUMENTY - ROZMOWY 


LISTY DO HEMARYSI 


Anna MIESZKOWSKA (Warszawa) 


Hemarysia to Maria Modzelewska, która w latach 1936-1939 była żoną Mariana 
Hemara. Aktorka wyjechała z Polski we wrześniu 1939 roku. Wróciła w 1994. Przez 
ponad 50 lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych. Mimo niełatwych warunków życia, 
była czynna w polskim środowisku emigracyjnym. Występowała, pracowała społecznie. 
W czasie pracy nad książką o Marianie Hemarze, poznałam rodzinę blisko spokrew- 
nioną z Marią Modzelewską. Państwo Godziszewscy udostępnili mi pamiątki po wspa- 
niałej aktorce. Wśród wielu dokumentów, fotografii, wycinków prasowych, były także 
listy. Niestety nie zachowały się te, na których poznanie liczyłam najbardziej. Nie ocalał 
ani jeden list od Mariana Hemara. Publikuję więc inne, które adresatka pozostawiła 
w swoich zbiorach. Ich nadawcami byli m.in.; Julian Tuwim, Leon Schiller, Antoni Bor- 
man, Mieczysław Grydzewski, Juliusz Sakowski, Tymon Terlecki, Kazimierz Wierzyń- 
ski, Jan Fryling. Przedstawiam je w układzie chronologicznym, zaznaczając w przypisie 
czy jest to rękopis czy maszynopis i wyjaśniając niektóre okoliczności towarzyszące 
pisaniu tych listów. 


* 


Maria Modzelewska urodziła się 15 kwietnia 1903 roku w Sosnowcu, w rodzinie ak- 
torskiej. Matka - Józefa z Bednarskich i ojciec - Stanisław byli aktorami. Debiutowała 
wcześnie, jako niespełna siedemnastoletnia dziewczyna, w zapomnianej dzisiaj sztuce F. 
Friedmanna i H. Kottowa Wuj Bernard. 


l Ponieważ w wielu publikacjach mylnie podawane są okoliczności debiutu aktorki, podaję za 
Kroniką "Z Teatrów Krakowskich" w "Krakowskim Przeglądzie Teatralnym" (Tygodnik Art.-Lite- 
racki Dla Spraw Teatru, Literat. Dram. i Sztuki) z 28 lutego 1920: "Pod każdym względem szczę- 
śliwym debiutem był występ p. M. Modzelewskiej. To prawdziwe dziecko teatru, czuje się na 
scenie w swoim żywiole. Młodość, wdzięk i niezaprzeczony talent przy wytrawnej reżyserii 
i sumiennej pracy, otwierają przed p. Modzelewską wiele obiecującą przyszłość. [...] Młoda adept- 
ka wyszła daleko poza ramy jakie stawiać można debiutantkom. Wniosła na scenę rzadko widywa- 


173
>>>
Później wystąpiła w Grubych rybach Bałuckiego, także w krakowskim Teatrze Ba- 
gatela. Z tego teatru, po dwóch sezonach, przeniosła się do Teatru im. Słowackiego. Tu 
zobaczył ją po raz pierwszy Jan Lechoń. Zachwycony jej urodą i talentem zarekomendo- 
wał dyrektorowi Teatru Polskiego w Warszawie, Arnoldowi Szyfmanowi. Okoliczności 
poznania Szyfmana i przyjęcia jego propozycji przeniesienia się do stolicy tak wspomi- 
nała po latach, już w Ameryce; 
W 1924 roku przyjechał do Krakowa Arnold Szyfman. Nie wiem już, jak się poro- 
zumiał z Mamą, dość, że na drugi dzień po jego przyjeździe miałyśmy pójść do mieszka- 
niajego siostry, u której się zatrzymał. Chciał omówić ewentualne zaangażowanie nas do 
Warszawy. Boże, jakeśmy płakały przez tę całą noc dzielącą nas od tej wizyty! Mama na 
nowo wymawiała sobie, że dała się namówić kolegom i pozwoliła mi kiedyś zastąpić na 
scenie młodą aktorkę, która nagle zachorowała. Bo od tego zastępstwa wszystko się za- 
częło. [...] Rezultat był taki, że ukrywając jedna przed drugą, postanowiłyśmy robić 
wszystko, żeby się Szyfmanowi nie podobać. Przed tą wizytą spytałam Mamę, jak się 
mam ubrać. Machnęła ręką. Zmaltretowana powiedziała: - czysto! Wzięłam więc świeżo 
wypraną, starą białą sukienkę, chociaż miałam kilka nowych. Mama wzięła czarną, ale 
z białym kołnierzykiem, "żeby tam znowu nie iść jak na pogrzeb". 
Szyfman wszystko załatwiał z samą Mamą, mnie tylko obejrzawszy. Po latach po- 
wiedział mi, że się wtedy dziwił Lechonia nade mną zachwytom, bo zobaczył obiecywaną 
bardzo młodą, ale chudą, bladą, z czerwonymi oczami dziewczynę, nie aktorkę, bo to ani 
pudru, ani różu, a na nogach "fildekosowe" pończochy. Mama "na życie" nie dawała mi 
nosić jedwabnych. Wyszłyśmy zadowolone, bo do niczego nie doszło. Mnie się o nic nikt 
nie pytał, ale Mama ciągle odpowiadała Szyfmanowi, że nie wie, że się musi zastanowić. 
Szyfmanowi wydawało się, że może za małe proponował warunki, więc poprosił Mamę 
jeszcze raz (mnie nie, ja już byłam obejrzana), podwyższył gaże i Mama podpisała kon- 
trakty. [...] Skończyło się na tym, że Mama zapowiedziała, że jedziemy tylko na rok. Na 
rok, żeby tam nie wiem co! Zapakowałyśmy kufry. Mieszkanie ze wszystkim, co w nim 
było Mama zamknęła, opłaciła za rok pielęgnowanie grobu Tatusia i wyjechałyśmy. [...] 
Pierwsza moja sztuka w Warszawie, to był "Szofer Archibald" Pawlikowskiej-Jasno- 
rzewskiej. Była to jej pierwsza sztuka. Obydwie przeżywałyśmy wielką tremę. Ona dużo do- 
roślej, nawet tym, że już na dwa dni przed premierą nic przełknąć nie mogła, a mnie nasza 
Marcysia dała trzy bułki z szynką, które zjadłamjeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia. 
Pawlikowska miała wielki sukces. Aja? Ja miałam pierwszy raz na scenie suknie szyte nie 
przez Mamę i rozpuszczone włosy. [...] Modliłam się, żeby recenzja o mnie nie doszła do 
Krakowa. Bo co z tego, że napisali, że od razu widać, że dziecko teatru, że droga piękna na 
oścież otwarta - kiedy było tam także owo pamiętne, przez Makuszyńskiego napisane: 
"Marysiu, nie jesteś już brzdąc, stawiaj nogi od siebie. I te kolana, pamiętaj!". [...] 
W teatrze Szyfmana żyło się jak jedna wielka rodzina. Nie było tam podziału na 
wielkich czy małych aktorów. Wszyscy byli sobie oddani i życzliwi. Martwiliśmy się kło- 
potami Szyfmana i cieszyli każdymjego sukcesem. [..i 


ną werwę, szczery wdzięk, dużą swobodę sceniczną, dając równocześnie nie tylko dobrą recytację 
słów autora, piękną dykcję i umiejętność okrągłych ruchów, na których to kunsztach poprzestają 
nie tylko debiutanci, ale i to co jest fundamentem powodzenia gry artysty, to nieokreślone c o ś, 
pełne tajników uśmiechu, rozkoszy spojrzenia, czy niespodziewanego tricku temperamentu, które 
to cechy indywidualnie stojące z dala od roboty reżyserskiej, składają się na umiejętną sztukę 
czarowania. A kto tę sztukę posiada, rozwiązuje problem powodzenia; tych artystów kocha pu- 
bliczność. Jeśli uwzględnimy doskonałe warunki zewnętrzne i wiotką postawę, którą posiada de- 
biutantka, oraz zamiłowanie jakie okazuje dla ukochanej przez siebie sztuki, możemy jej przepo- 
wiedzieć piękną przyszłość". 
2 Fragmenty wspomnień Modzelewskiej (maszynopis) w zbiorach rodzinnych. 


174
>>>
Premiera warszawskiego debiutu aktorki (w reżyserii Karola Borowskiego) odbyła 
się 17 października 1924 roku. I choć prasa życzliwie odnotowała to wydarzenie, więk- 
szym sukcesem była rola Julki w sztuce Kisielewskiego W sieci, zagrana trzy miesiące 
później (premiera 10 stycznia 1925). Ale prawdziwą kreację stworzyła Modzelewska 
w roli następnej, jako Ewa Pobratymska, w głośnej inscenizacji Leona Schillera wg 
Dziejów grzechu Żeromskiego. Popularność przyniosła jej także Polly w Operze za trzy 
grosze wg Brechta i Bonny w Artystach Wattersa i Hopkinsa. W tym ostatnim przedsta- 
wieniu zaśpiewała szlagiery Mariana Hemara; "Pensylwanię" i "Wspomnij mnie". 
W sumie, do sierpnia 1939 roku zagrała ponad 30 ról teatralnych, osiem filmowych. Wy- 
lansowała kilkanaście piosenek, które w Qui Pro Quo, Bandzie, Cyruliku Warszawskim 
napisał dla niej Hemar (m.in. "Chciałabym, a boję się", "Zawołaj mnie"). Poza macierzy- 
stym Teatrem Polskim występowała także w Teatrze Letnim (Piękna Helena Offenbacha, 
w reżyserii Hemara) , Narodowym (Smugoniowa w Powrocie Przełęckiego Zawieyskiego 
w reżyserii Osterwy), Ateneum, Nowa Komedia (Firma - Hemara, Rodzina - Słonim- 
skiego, Płaszcz- Gogola). 
W Polskim do legendy przeszły jej role w wielu udanych i ważnych przedstawie- 
niach; Klara w Ślubach panieńskich Fredry, Julia w Wilkach w nocy Rittnera, Lina 
w Lekkomyślnej siostrze Perzyńskiego, tytułowa w komedii muzycznej Greya i Newmana 
Jim Uill (grana 111 razy!). 
Ostatniąjej rolą w przedwojennej Warszawie była tytułowa w Obronie Ksantypy Lu- 
dwika Hieronima Morstina (premiera 10 lutego 1939). 
W kwietniu 1936 została żoną Mariana Hemara. On był jej trzecim mężem (po Alek- 
sandrze Lipińskim i Stefanie Norblinie) . Zamieszkali w pięknej willi (stoi do dziś!) przy 
ulicy Madalińskiego 89. 
5 września 1939 Modzelewska opuszcza męża, Warszawę, Polskę. Wyjechała w to- 
warzystwie przyjaciela, adiutanta ministra Becka, najpierw do Krzemieńca, potem do 
Rumunii. Przez Francję i Anglię już w grudniu tego roku dotarła do Stanów Zjednoczo- 
nych. Początkowo pracowała fizycznie na kurzej fermie. Ale dość szybko włączyła się 
w polonijne życie artystyczne. Organizowała teatr i występowała na wielu koncertach. 
Grała z zespołem Teatru Lidii Pucińskiej, z aktorami Towarzystwa Scena Polska. Nawet 
reżyserowała (m.in. adaptację Krzyżaków wg Sienkiewicza). Była współorganizatorką 
i gwiazdą Polskiego Teatru Artystów (z tego okresu pochodzi znakomita jej rola Marii 
w Warszawiance Wyspiańskiego). Blisko zaprzyjaźniona z wieloma poetami, m.in. z Le- 
choniem, Wierzyńskim, często brała udział w organizowanych dla nich lub przez nich 
wieczorach literacko-muzycznych. Od samego początku pobytu w Stanach, współpraco- 
wała z polskimi programami radiowymi, w których czytała wiersze, wygłaszała wspo- 
mnieniowe mini pogadanki o teatrze swojej młodości: "Wyspiański głaskał ją po głowie. 
Trzciński brał ją na kolana. Pawlikowski kupował jej landrynki u Piaseckiego". Była 
jedną z czterech krakowianek, które podbiły Warszawę, stając się uosobieniem szyku 
i uroku stolicy (inne to; Maria Malicka, Karolina Lubieńska, Kazimiera Skalska). 
Na zaproszenie ZASP-u za Granicą, gościnnie wystąpiła także w trzech przedstawie- 
niach polskiego teatru w Londynie (Pan Tadeusz, 1955; Skiz - Zapolskiej i Cień Nicco- 
demiego, 1956). Z tym ostatnim przedstawieniem była także w Paryżu 3 . 
Na stałe mieszkała aż do 1994 w Nowym Jorku, gdzie pracowała jako urzędniczka 
w różnych polskich instytucjach (m.in. w redakcji "Tygodnika Polskiego"). 


3 3 i 4 marca 1956 zespół aktorów z Londynu wystąpił w Domu Kombatanta. 


175
>>>
Do Polski po raz pierwszy przyjechała w 1966 roku. Była to wizyta prywatna, ro- 
dzinna. Spotkała się z dawnymi koleżankami w Teatrze Polskim. Udzieliła kilku wywia- 
dów warszawskiej prasie. Później przyjeżdżała jeszcze kilka razy, zawsze prywatnie. 
Z Marianem Hemarem spotkała się po wojnie dwukrotnie; w Londynie (1955) i w No- 
wym Jarku (1956). Oficjalny rozwód uzyskali dopiero w 1956 dzięki jej staraniom, i to ona 
poniosła koszty załatwienia tej sprawy (stąd aluzje w listach A. Barmana!). Marian Hemar 
popełnił bigamię, żeniąc się w Londynie, w 1946 roku z Carol Anną Eric (zwaną Cają), 
tancerką amerykańską duńskiego pochodzenia. Maria Modzelewska już nigdy z nikim się 
nie związała. Stanisław Natanson, bliski towarzysz życia, zmarł tragicznie zanim mogli się 
oficjalnie pobrać. 
Po powrocie do Polski zamieszkała w Skolimowie. Zmarła 25 września 1997 roku 
w szpitalu w Warszawie. Pochowana została w grobie rodzinnym na warszawskich Sta- 
rych Powązkach.
>>>
.. 


.--. 


-, 


Jan Fryling. Dardżyłing (Indie) 


I
>>>
t 
,,,.r.'" . 


Czesław M ' ł 
lOSZ B 
. rys. er nard M . 
lil er et ( 1951 )
>>>
. 
..... 
" 'j 
,.... 
. 
- L 
-- 
CI I"
 r 
........ 
- 
( ; 
--, 


Anna Frajlich 



 

-_., 


-- '." 


- 

 


..... 


... 


",
 ......- 


Ol 
'"" 
 


..::.. 


-.-" 


". 


Juliusz Sakowski, Stefania Kossowska i Antoni Bonnan - Allington-Aylesford, 1966
>>>
, 



 


\ 
 
\ 
... \ 
-- 
-.... 


. ... .... 


Marian Hemar 


- 


..J
>>>
. . 


...... 



 
'" 
'" 


, 
. 


" 


.. 

- 


. -G 
, 

 

 
.. 


.. 



. 


-' . 


Mana Modzelewska, Mieczysław Grydzewski i Marian Hemar z Vossem i Fugą 
przed Instytutem Propagandy Sztuki - Warszawa, lata 30.
>>>
.. 



 

 
.. -r- .. .. 
,. .. I 
 
._0 
,
 
I ' 
 
.. ... 
.. 
"- 
\ 


\. 


\' 


. 


___i 


., 


, 


.. 


...ł 


Maria Modzelewska, Mieczysław Grydzewski i Marian Hemar z Vossem 
i Fugą - Warszawa, lata 30. 


- 


....J
>>>
LISTY 


LIST OD JULIANA TUWIMA 


New York, 19 listopada 1942 


Moi kochani! 
Tak się niefortunnie złożyło, że w niedzielę nie będzie mnie w New Yorku (mam wy- 
stęp w Hartford) , nie zobaczę więc waszej premiery; wybiorę się dopiero na jedno 
z następnych przedstawień. Wiecie dobrze, że nie lubię szumnych słów - ja wiem o was 
to samo - nie będę więc częstował was w tym liście żadną uroczystościową frazeologią 
ani nie zabrnę w tyrady na temat ważności i znaczenia waszej pracy na obczyźnie, pracy 
w tak trudnych warunkach podjętej. Już gdzie jak gdzie, ale chyba nie tutaj - ani w New 
Yorku, ani w tych miasteczkach i przygodnych salach, w których grać będziecie - za- 
kwitną wam laury nowej sławy lub spęcznieją portfele. I wiem, że nikt z was nie marzy tu 
o sukcesie osobistym, o wyróżnieniu indywidualnem, o "dużej roli" i innych "prywatnych 
zaszczytach", które to czynniki, przyznajmy się z ręką na sercu, bywają nieraz silnemi 
bodźcami dla aktora, całkiem zresztą zrozumiałemi, ludzkiemi i dającemi często najlep- 
sze wyniki artystyczne. W waszym jednak teatrze, kochani przyjaciele, wszystkie te 
względy w kąt poszły - i tylko zespół , tylko całość , tylko suma osiągnięcia na pewno 
wam, jako ideał, przyświeca. Wierzę i czuję to, że pracujecie nie dla siebie, nawet 
(w ostatecznym celu) nie dla publiczności, która was będzie słuchać i oklaskiwać - ale 
dla największego waszego ukochania; dla samego Teatru, dla nieśmiertelnego Słowa 
polskiego, którego olśniewające świetności, z pokolenia na pokolenie, przekazuje dyna- 
stja Aktorów Polskich swemu narodowi. Myślę, moi kochani, że w każdym z was, 
w każdej sztuce, w każdej najmniejszej nawet rólce, tlić będzie radosne poczucie tego 
posłannictwa; że JESTEŚCIE - że TRWACIE - żeście szczerozłoty łańcuch polskiej 
sztuki scenicznej znowu przedłużyli o jedno ogniwo. Wierzę, że wspólnemi siłami arty- 
stów, pisarzy i polskiego społeczeństwa w Ameryce dociągniemy go do Polski. Oby jak 
naj prędzej ! Życzy wam tego w dniu premiery sługa wasz i przyjaciel 


Julian Tuwim 


Rękopis. List adresowany do powstałego 22 listopada 1942 roku w Nowym Jorku zespołu Pol- 
skiego Teatru Artystów, przesłany na ręce Marii Modzelewskiej - prezeski Koła Artystów Sceny 
Polskiej. 


LIST OD LEONA SCHILLERA 


[List bez daty. Najprawdopodobniej z 1947 lub 1948 roku, pisany w Łodzi] 


Do Ob. Marii Modzelewskiej 
Droga Koleżanko! 
Piszę do Ciebie, nie tylko w imieniu teatrów, których jestem dyrektorem - tj. Pań- 
stwowego Teatru Wojska Polskiego i Teatru TUR w Łodzi (są to dziś najlepsze teatry 
w Polsce, pod względem zespołu, reżyserii, inscenizacji plastycznej i repertuaru - 
a Łódź jest nie tylko miastem przemysłowym, ale i uniwersyteckim, ponad to b. ważnym 
centrum życia literackiego i artystycznego), piszę do Ciebie, jako v. Przewodniczący 
Rady Teatralnej (przewodniczącym jest Minister Kultury i Sztuki) oraz jako członek 


177
>>>
Komitetu Doradczego przy Min[nisterstwie] K[ultury] i S[sztuki] Dep[artamentu] Teatru 
- a więc jako wyraziciel opinii całego naszego świata teatralnego. 
jeśli o Ciebie chodzi, Droga Koleżanko, opinia ta jest zgodna; jesteś Scenie Polskiej 
potrzebna, rezerwujemy dla Ciebie czołowe stanowisko w teatrze, w którym zapragniesz 
pracować, prosimy Cię z całym poczuciem odpowiedzialności, a szczerze i serdecznie - 
wróć do odradzającej się i z dniem każdym potężniejącej Ojczyzny! 
Wierzymy w Twój patriotyzm, w Twój rozsądek, w siłę Twego artyzmu - one będą 
najlepszą busolą na Twej drodze powrotnej do Kraju. Nie przypuszczamy na chwilę, 
znając Cię, byś mogła paść ofiarą niepoczytalnej na podłych kłamstwach opartej, propa- 
gandy antypolskiej. 
Polska jest wolna, demokratyczna - jak nigdy dotąd nie była. Państwo opiekuje się sztuką 
i artystami, jak tego nigdy dotąd nie robiło. Nikt, ani wewnątrz Państwa, ani z zewnątrz nie 
wywiera na twórczość naszą żadnego nacisku. To brednie o NKWD i o tym, że Polska jest lub 
może być 17 republiką ZSRR. T o brednie, że w Polsce rządzą tylko komuniści. 
Po raz pierwszy w dziejach naszych jesteśmy świadkami połączenia się wszystkich 
stronnictw demokratycznych reprezentujących interesy zarówno robotnicze, jak chłop- 
skie i inteligencji pracującej - w imię jednego, wspólnego ideału; MIŁOŚCI OjCZY- 
ZNY! 
W Polsce nie ma głodu! jeśli może być mowa o jakimś głodzie, to o niebywałym 
g ł o d z i e k u l t u r y! Książki i pisma drukuje się w dziesiątkach i setkach tysięcy eg- 
zemplarzy, literaci nasi zarabiają znakomicie, gaże aktorskie urosły do wysokości przera- 
stającej wynagrodzenia wszystkich innych pracowników sztuki. Teatry są w stanie wy- 
produkować zaledwie kilka premier w sezonie, gdyż sztuki idą minimum 2-3 miesiące. 
Wzrósł poziom repertuaru i strony wykonawczej. Pomimo ciężkich strat, zadanych przez 
okupanta, teatr odradza się. Gdybyście mogli czytać, to co się u nas o teatrze pisze, gdy- 
byście wiedzieli, ile zdołaliśmy już zrobić w dziedzinie uzdrowienia organizacji i admini- 
stracji teatrów, reformy szkolnictwa itp. - bylibyście dumni z Nowej Polski. Gdybyście 
zobaczyli, jaka praca buchnęła na ziemiach odzyskanych, jak one z dniem każdym polsz- 
czą się - uwierzylibyście w siłę naszego Państwa i naszego Narodu! 
Twojemu rozsądkowi, Twojemu sumieniu i Twojemu sercu pozostawiamy decyzję. 
Nie wątpimy, że ona będzie pozytywna i że niebawem powitamy Cię serdecznie na Scenie 
Polskiej. 
Łączę wyrazy szczerych uczuć koleżeńskich i ucałowanie rąk 


Leon Schiller 


Łódź 
Teatr Państwowy Wojska Polskiego 
im. Stefana j aracza 


Maszynopis z odręcznym facsimile artysty. 


LISTY OD MIECZYSŁAWA GRYDZEWSKIEGO 
1. 


[Londyn] 5.6.51 
54 Bloomsbury St. W.C.I. 


Droga Marysiu (a raczej Maniu). 
Dostałem właśnie tekst Twego doskonałego i bardzo miłego przemówienia - będzie 
naturalnie drukowane na miejscu honorowym. Wskrzesiło wiele wspomnień. Dziękuję ci 


178
>>>
raz jeszcze i łączę naj serdeczniejsze pozdrowienia. Mam Twoją fotografię z moimi pie- 
skami przed Ipsem*. 


Mieczysław Grydzewski 


* IPS - Instytut Propagandy Sztuki. 


2. 


[Londyn] 13.6.56 


Droga Marysiu. 
Dziękuję Ci za list i za załatwienie sprawy wieńca. Napisz, proszę, ile jesteśmy Ci 
winni. Mam nadzieję, że napiszesz coś do numeru specjalnego, który chcę wydać. Byłem 
zupełnie zaskoczony wiadomością o samobójstwie; wyśmiałem Sakowskiego, który od 
razu to przypuszczał. Tak się złożyło, że Stefcia! pokazywała mi fotografię Leszka 
u Falenckich 2 pracującego w ogrodzie; pani Kara zdaje się nie wspomniała, że w ogóle 
źle się czuje. W piątek będzie Msza św. w Brompton Oratory. 
Ściskam Cię serdecznie 


Mieczysław Grydzewski 


Co mówią lekarze? Czy to prawda, że było podejrzenie raka? I dlaczego to nagłe załama- 
nie psychiczne? 


l Stefania Sakowska. 
2 Falenccy - małżeństwo aktorki Karin Tiche i przedsiębiorcy Włodzimierza Falenckiego. 


3. 


[Londyn] 16.6.56 


Droga Marysiu. 
Dziękuję Ci za list, ale napisz co oznacza wiersz, przeciw komu jest skierowany. Nic 
nie rozumiem; przecież Leszek nie mógł mieć wrogów którzy go wpędzili w położenie 
z którego nie miał innego wyjścia tylko śmierć. Nigdy w listach jego nie było tego śladu, 
ale może się zmieniło w ostatnich tygodniach. 
Uściski serdeczne 


Mieczysław Grydzewski 


4. 


[Londyn] 19.6.56 


Droga Marysiu. 
Dziękuję Ci za wzruszający list. Fotografie już mam od p. Krzywickiego. Napisz mi 
wyraźnie kto go zadenuncjował i czy to mogło się odbić na jego losach. Przecież przed 
laty cofnięto mu subwencję na tym samym tle i nie skończyło się tragicznie. 
Ściskam Cię serdecznie 


Mieczysław Grydzewski 


List dotyczy ujawnienia nazwiska osoby podejrzanej o sprowokowanie samobójstwa Jana Le- 
chonia. 


179
>>>
5. 


[Londyn] 14.9.56 


Droga Marysiu. 
Bardzo ładne i wzruszające. I cóż to za przyjemnyautar, w którym nie ma nic do po- 
prawiania. Przypilnuj jeszcze Kazia [Wierzyńskiego], józia [Wittlina], [Zdzisława] 
Czermańskiego, [Tadeusza] Karbońskiego i [Jerzego] Krzywickiego by przysłali. Był 
u mnie właśnie Hemar; zapytałem go czy mogę Cię pochwalić. Powiedział, że mogę. 
Zrobiłem to; mam wrażenie, że był lekko dumny. 
Uściski serdeczne. 
Kiedy przyjedziesz? W tym miesiącu przenosimy się do nowego lokalu. 
Mieczysław Grydzewski 


6. 


[Londyn] 24.9.56. 


Droga Marysiu. 
Wiersz jest wzruszający i bardzo ładny. jedno mnie razi i myślę, że trzeba zmienić. 
Powinno być Marse'a nie Marsego, bo nie mówimy Marse tylko Mars. Myślę, że ta prze- 
róbka nie sprawi Ci wielkiego kłopotu. Bardzo Cię wychwalałem niedawno przed Maria- 
nem. Przyślij tę zmianę. Uściski serdeczne 


Mieczysław Grydzewski 


7. 


[Londyn] 12.10.56 


Droga Marysiu. 
Dziękuję Ci za uwagi Dorothy Thompson i za Matejkę; pomieszali, bo Matejko nie 
był daltonistą, ale krótkowidzem, stąd błędy w perspektywie. Naturalnie zgadzam się na 
Marsego. Może przypilisz wielką trójkę (C., W. and W.) by wreszcie napisali o Leszku. 
Czekam. Rzecz o Tuwimie idzie w nr 552; przejmujące to co tam pisze o stosunku do 
zmarłych. Kiedy przyjedziesz? Barman robi nadzieję. Rozglądam się za smokingiem. 
Przeprowadzka jutro; 67 Great Russell St. W.C.I. 
Uściski serdeczne 


Mieczysław Grydzewski 


Kogoś miała na myśli w Twoim wierszu oskarżycielskim napisanym po śmierci Leszka? 
jeśli Cię to krępuje, podaj trzecią literę imienia i piątą literę nazwiska. 


8. 


[Londyn] 5.8.56 


Droga Marysiu. 
Czy napiszesz do numeru specjalnego poświęconego Leszkowi? jeżeli tak, to proszę 
o rękopis do 15 września. Widziałem tu Szyfmana, fantastycznie młody mimo 74 lat, żona 
mimo swoich 30 lat wygląda przy nim na staruszkę, ale przystojna*. 
Uściski serdeczne 


Mieczysław Grydzewski 


* Maria Szyfman, obecnie Gordon-Smith. 


180
>>>
9. 


[Londyn] 27.11.60 


Droga Marysiu. 
Naprawdę doskonale piszesz. To taka ulga poza tym dostać rękopis, w którym nic nie 
trzeba zmieniać, który wystarczy przejrzeć i odesłać do drukarni. Mętne gadulstwo pisa- 
rzy współczesnych jest czymś nieopisanym. Poza tym przeważnie, jak mawiał Nowaczyń- 
ski, piszą pod siebie. 90 procent mojego życia upływa na poprawianiu nędznych wypocin 
i wydobywaniu z nich sensu. Nie jestem żadnym redaktorem, tylko nauczycielem polskie- 
go w szkole elementarnej. 
Ściskam Cię serdecznie 


Mieczysław Grydzewski 


10. 


[Londyn] 28.11.63 


Droga Marysiu. 
Bardzo, bardzo, także w imieniu Antoniego, dziękuję za życzliwość, starania i piękne 
rezultaty. Proszę tylko o wyjaśnienie w jaki sposób dać nazwiska ofiarodawców. Czy 
rzeczywiście nie podawać kto ile dał. Po raz pierwszy mamy do czynienia z taką formą 
pomocy i nie chcemy popełnić błędu. Czy np. taka forma byłaby odpowiednia? Naprzód 
nazwiska w porządku alfabetycznym a potem taki tekst składają najlepsze życzenia 
"Wiadomościom" w ich 40-lecie, dołączając zamiast barwnych kwiatów równie barwne 
czeki. Jeżeli nie to, może masz jakiś inny pomysł. W każdym razie odpowiedz, proszę, 
odwrotnie, bo w ciągu tygodnia muszę skończyć łamanie numeru. Podziękuj także ofiaro- 
dawcom, do których naturalnie oddzielnie napiszemy. 
Ściskam Cię najserdeczniej i mam nadzieję, że zobaczymy Cię wreszcie w Londynie, 
Mieczysław Grydzewski 


11. 


[Londyn] 22.8.65 


Droga Marysiu, 
Dwie prośby. Widziałem teraz niemieckie przedstawienie "Opery za trzy grosze" 
i chciałbym abyś mi przypomniała czy to Ty jako Polly śpiewałaś piosenkę pomywaczki, 
która czeka na okręt mający pomścić jej krzywdy. Poza tym potrzebne mi są dwie pary 
rękawiczek numer sześć i jedna czwarta naszywanych perełkami, białych (nie skórko- 
wych), zdaje się bawełnianych czy płóciennych, których tu nie można dostać. Zdaje się 
nie są drogie a jeśli będziesz mogła wyłożyć tę sumę poproszę aby ktoś szybko Ci to 
zwrócił*. Z góry dziękuję i serdecznie ściskam. 
Czy już nigdy nie wybierzesz się do Londynu? 


[Mieczysław Grydzewski] 


* Oczywiście nie czekaj na okazję, ale wyślij pocztą. 


12. 


[Londyn] 10.9.65 


Droga Marysiu. 
Jest mi wstyd, że fatygowałem Cię, ale chciałem koleżance zrobić przyjemność. Po- 
wiedziała, że takie rękawiczki można dostać tylko w Nowym Jorku, tam sobie kupiła. Nie 
dowierzając zwiedziłem sklepy tutejsze i w końcu zdobyłem. Okazały się wiotkie i na 


181
>>>
jeden raz. Stąd moja prośba. Bardzo dziękuję za trudy. Ale w liście moim było pytanie 
w sprawie piosenki pomywaczki w "Operze za trzy grosze". Chciałbym wiedzieć czyś to 
Ty śpiewała. A kiedy odwiedzisz Londyn? Antoni jeszcze na wakacjach, ale niebawem 
wraca. 
Uściski serdeczne 


[Mieczysław Grydzewski] 


[Wszystkie listy nadawca pisał na maszynie, na firmowym papierze redakcji londyńskich 
"Wiadomości" i wszystkie podpisał nieczytelnie. List nr 12 jest ostatnim zachowanym, ale były na 
pewno następne. 
W zbiorach Modzelewskiej zachowaly się brudnopisy listów do Grydzewskiego, Antoniego Borma- 
na, Stefanii i Juliusza Sakowskich, w których opisała okoliczności śmierci i pogrzebu Jana Lechonia. 
Uważam, że warto te listy przypomnieć. Minęła przecież 45. rocznica tragicznej śmierci poety.] 


LISTY MARII MODZELEWSKIEJ DO PRZYJACIÓŁ W LONDYNIE 


1. 


[Nowy jork] 9 VI 1956 


Gryziu kochany, 
To co zrobił Leszek uderzyło nie tylko w serce, ale i w mózg. Trudno myśli zebrać. 
jeszcze przed moim wyjazdem do Londynu*, widziałam Leszka w doskonałej formie. 
Przeraziłam się, co zobaczyłam po powrocie. To już był kłębek nerwów. Rozdygotany, 
drżącymi rękami wyjmował, otwierał i zamykał jakąś flaszeczkę, mówił o diable, którego 
nosi w sobie. Przestał sypiać, wyłudzał od ludzi środki nasenne. Coraz częściej mówił 
o samobójstwie. Aż przeraził się tej myśli, bał się samotności. Zostawał na noc to u tych, 
to u innych przyjaciół i przegadywał z nimi całe noce. Przez co musiał przechodzić, kiedy 
wstawszy w nocy, sam u naszych przyjaciół na wsi, krzyczał, i te jego krzyki przechodziły 
w wycie? 
Doktór, do którego zaprowadzono Leszka na siłę, znalazł serce w dobrym stanie, 
mniejszą ilość cukru ale i konieczność udania się do psychiatry. I znowu, na siłę, do 
doktora Bychowskiego. O sanatorium już Leszek słyszeć nie chciał. Ostatnie dni mieszkał 
u gen. Kowalskiego. Czuwali nad nim na zmianę, Kowalski, Bortnowski i ks. Tyczkow- 
ski, u którego się spowiadał. 
Tego rana im znikł. Szukali. jeszcze przed pierwszą jadł śniadanie z Bejtmanem. 
A o drugiej... Z ostatniego piętra Hotelu Hudson. Nie upilnowałby go nikt. Może uzdro- 
wiłby go zakład-sanatorium, a może nie odłożony na wrzesień wyjazd do Paryża? 
Pogrzeb Leszka we wtorek o 10 tej rano. Wieniec - dziś rano dostałam Twoją depe- 
szę - już zamówiony, odeślę do kaplicy. Ułożę go sama blisko Leszka. 


Marysia 


* Maria Modzelewska przyjechała do Londynu 1 grudnia 1955 i była do marca 1956. Lechoń 
popełnił samobójstwo 8 czerwca 1956 o drugiej po południu. List ten pisała Modzelewska naza- 
jutrz po tragedii. 


2. 


[Nowy jork] 12 VI 1956 


Stefciu kochana moja, 
Nie wiem czy dobrze, czy źle zrobiłam, ale wydawało mi się, że wśród kwiatów, któ- 
re składaliśmy Leszkowi od najbliższych jego sercu, najbardziej z nim zaprzyjaźnionych 


182
>>>
brakowało by kwiatów od Was. Zadzwoniłam do Kary [Falenckiej], która zrozpaczona 
i bez głowy zapomniała być może o tem. Zamawiając od siebie, wysłałam i od Was. Sta- 
siowi Balińskiemu powiedzcie, proszę, ze zamawiając moje kwiaty, wysłałam i w jego 
imieniu. Na szarfach; Drogiemu Leszkowi - Stanisław Baliński. 
Wczoraj wieczorem żegnaliśmy Leszka w kaplicy. Dziś tłumy odprowadziły Go na 
daleki cmentarz. I nie ma już Leszka. I nie chce się w to wierzyć. Przechodził przez pie- 
kło niepokoji, nie umiał sobie z nimi poradzić mimo gorącej wiary i ostatniej spowiedzi. 
Trudno i nie czas dzisiaj pisać o wielu rzeczach, ale złośliwość ludzka, która Leszka nie 
oszczędziła, jest dziś ciężko ukarana jego śmiercią. 
A od tego co postanowił nie uchroniłby go nikt. A może ten wyjazd do Paryża? 
Wybrał dalszą drogę. 


Marysia 


LISTY OD ANTONIEGO BORMANA 
1. 


Londyn, 31.5.1956 


Mania, słodyczy moja! 
Choć na mój list jeszcze nie dostałem odpowiedzi - pewno w drodze - a ja znów 
piszę interesownie, bo co kogo spotkam w Ognisku albo w okolicy, każdy zadaje tylko 
jedno pytanie; "Co pisze Modzelecha?", a jak coś bąknę, bo przecież nie mogę powie- 
dzieć, że Waj sowa na rudo, to oni zaraz; "A do nas się nie odezwała!..." i widzisz te mi- 
ny? Otóż chciałem Ci zaproponować kupienie hurtem u Woolwortha paczki naj tańszych 
pocztówek z niezapominajkami przewiązanymi różową kokardą i poślij dla spokoju 
wszystkim, gdzieś załapała łyżkę ciepłej strawy. Dla ułatwienia tej procedury podaję Ci 
poniżej listę amatorów Twoich pozdrowień; 
Mr. and Mrs. ]. Sakowski, 54 Newlands Park, London, S. E. 26 (pochlebna recenzja) 
Mr. and Mrs. W. Czerwiński, 102 Eton Hall, London, N. W. 3 (Milunia właśnie wróciła 
ze szpitala a Witold przyniósł Ci od niej bombonierkę!) 
Mr. and Mrs. L. Kielanowski, 6 Frognal Lane, London, N. W. 3 - reżyser 
Mr. and Mrs. B. Rand (Kitajewicz), 3 Ranulf Rd., N.W. 2 (ryba po żydowsku) 
Mr. and Mrs. T. Horko, 37 Cromwell Rd., London, S.W. 7 (bliny z kawiorem) 
Mrs. Irena Anders, 78 Brondersbury Park, London, N.W. (żona Wodza Narodu) 
Mr. and Mrs. T. Terlecki, 84 Hazlewell Rd., London, S.W. 15 (zawsze obraza na wszystkich) 
Mr. and Mrs. A. Kossowski, 38 Redcliffe Rd., London, S.W. 10 (duża kolacja, ona czarna 
a on milczący) 
Dr Z. Nowakowski, 22 Hollycroft, London, N.W. 3 (wstrząsający felieton i wiele łzawych 
przemówień) 
Mr. S. Baliński, 51 Eaton Place, London, S.W. 1 (sylwestrowy poemat) 
Mr. T. Koper, 16/17 Avery Row, London, W. 1 (popiersie bez piersi) 
Mr. A. Borman, 70 Queens Gate, London, S.W. 7 (chronicznie chory na serce) 
Koledzy, koleżanki i Belski pod adresem Ogniska; 55 Princes Gate, London, S. W. 7 
Marysia Potocka, 18 Talbot Square, London, W. 2 (też człowiek!) 
Mr. M. Grydzewski, 54 Bloomsbury St., London, W. C. 1 (życzliwy redaktor i amant) 
No, i zdałem Ci robotę aż do następnego wyjazdu do Londynu. Spiesz się, bo inaczej 
Cię nie sprowadzamy. 


Całuję Cię naj czulej Twój A. 


183
>>>
2. 


[Londyn] 31.5.1957 


Mania, słodyczy moja! 
Wreszcie po długim wyczekiwaniu dostałem Twój list. Przyznam, że oko mi załza- 
wiło - dziwne, że mamy podobne odczucia. Bezustannie jestem teraz w takim wyczulo- 
nym nastroju, bo ciągle ktoś stamtąd przyjeżdża i z każdym z osobna łączą mnie inne 
wspomnienia. Z tych wskrzeszanych wspomnień można by odtworzyć historię Polski na 
przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat, bo dawniej już ledwo pamiętam... 
Kwiaty załatwię z rozkoszą, ale są "problema" - kiedy posłać? We czwartek jest pre- 
miera "Męża i żony" z Janką Romanówną (mały zespół) a w piątek "Dom otwarty" ze 
wszystkimi staruszkami, ale bez Janki? Druga sprawa, to koszt. Można mieć za każdą cenę 
od funta. Dziś oglądałem w mojej kwiaciarni cudny bukiet jak z obrazu ze wszystkich 
kwiatów letnich i we wszystkich kolorach. Specjalnie nadaje się na scenę, bo niebywale 
okazały. Cena wraz z garnkiem, bo musi być wniesiony w naczyniu £4.10 co znaczy na 
Wasze dolary 13.- Może to za drogo, to może być mniejszy. Musisz zdecydować. Uprze- 
dzam, że na wstążki z napisem już za późno, bo trzeba wcześniej zamówić i piekielnie dro- 
gie. Wyrzucone pieniądze. Albo sam kupię jakąś śliczną kolorową kartę, albo sama mi przy- 
ślij. Ewentualnie podaj mi tekst. Jeżeli do środy nie dostanę od Ciebie odpowiedzi, bo może 
w czasie się nie zmieścić, decyduję sam za £4.10, posyłam na drugie przedstawienie tzn. na 
"Dom kobiet", kupuję prześliczną kartkę i wypisuję co następuje; "Naj milszym moim kole- 
żankom - Marysia Modzelewska Nowy Jork. Data". Jeżeli Ci się nie podoba - telegrafuj, 
bo czasu bardzo mało. Liczę że mój list powinnaś dostać w poniedziałek, a ja Twoją odpo- 
wiedź we środę, jeżeli odwrotnie odpiszesz. Może expressem? Na adres redakcji, bo tutaj 
częściej doręczają pocztę a w domu tylko dwa razy dziennie i to niechętnie. Jeżeli będziesz 
miała jakieś trudności z wysyłką czeku - odłóż na później aja wyłożę. 
Dlaczego ani słowa nie piszesz o Swoim przyjeździe do Londynu? Czy odechciało Ci 
się też występować u nas? Przecież wszyscy wyczekują! Kolegom nie odpisujesz na ich listy 
w tej sprawie. Podobno wszyscy kolejno do Ciebie pisali. Napiszjakie masz zamiary. 
Oczekuję więc odwrotnej odpowiedzi i całuję Cię naj czulej i bardzo mocno 


Twój A. 


Dziś wyszedł numer poświęcony Leszkowi. Twoje wspomnienie - urocze. 


* Pomyłka autora listu. Chodzi o przedstawienie "Domu kobiet" Zofii Nałkowskiej. 


3. 


Londyn, 7.6.1957 


Mania najdroższa! 
Wszystko odbyło się wedle z góry przewidzianego programu, w więc; Twój list przy- 
szedł jak przewidziałem w porę, ale niestety nie mogłem ściśle wykonać Twego polecenia, 
bo nie ma jeszcze storczyków. Zresztą dobrze się stało, bo w powodzi kwiatów storczyki by 
zginęły na scenie. Twój bukiet był najwspanialszy i najokazalszy. Janka się popłakała, 
i powiedziała mi, że "gdyby Marysia podarowała mi drapacza nowojorskiego, nie zrobiłaby 
mi takiej przyjemności jak tymi kwiatami!". Kartkę zresztą zaadresowałem do wszystkich 
koleżanek, ale odebrała Janka, bo na jej ręce. Wszystkie były w teatrze z wyjątkiem Ćwikły. 
Nie wyobrażasz sobie co się działo na widowni po przedstawieniu, jaki entuzjazm i oklaski 
niemilknące. Janka grała znakomicie. Pierwszy raz widziałem tę Kreczmarową!, młodziutka, 
pełna temperamentu i wdzięku. Urocza! Mężczyźni też doskonali. Po przedstawieniu wszy- 


184
>>>
scy znajomi lunęli za kulisy. Tłumy z Heszelesem 2 na czele Qego żonusia też). Broniszówna 
powiedziała, że dopiero tutaj w Londynie jest stara Warszawa, bo w Warszawie już nie ma 
nikogo. Ogólne szlochy, wzruszenie, kwiaty i tylko Ciebie jednej brakowało. Jaka szkoda, 
że nie zdobyłaś się na przyjazd. Dziś powtórzenie, ale "Dom kobiet". Oczywiście idę i napi- 
szę po przedstawieniu. Janka płaszcza jeszcze nie dostała, ale powiedziała, że Ty zupełnie 
szalejesz z tymi prezentami. Ponieważ z Twego czeku zostało mi około trzech funtów, pro- 
ponuję kupienie czegoś Jance, albo może innej koleżance. Napisz jak decydujesz. Gdybyś 
zdecydowała Jance, poszedłbym z nią do Marks and Spencera, gdzie można kupić za te 
pieniądze prześliczną sukienkę albo coś z bielizny. Nie wiem, czy do Ciebie dotarło, że 
Zosia Terne ma własny i bardzo szykowny klub. Właśnie wczoraj wszyscy po przedstawie- 
niu tam byli. Zosia podejmowała koleżanki. Były; Broniszówna, Janka, Karolina Lubieńska 
(najmniej się zmieniła), Kreczmarowa, Zelwerowiczowa, z miejscowych Kitajewicz, Kuła- 
kowska i tłumy innych. J a byłem z Jasiem Brodzkim, który pierwszy raz widział autentyczny 
polski teatr. Był nieprzytomny. Natomiast Staś Baliński, widocznie pod wpływem tej ob- 
mierzłej starej Kirkienowej, już na przedstawieniu świnił, że Janka grała histerycznie, a że 
nie słyszał wiersza, a sztuka słaba itd. W tej chwili właśnie przerwał mi pisanie telefonem, 
bo posłałem mu urywek o nim z Twego listu. Oszalał z bólu! Twierdzi, że nigdy o tym nie 
wiedział, że jak to, on przecież natychmiast za wszystko dziękuje a zwłaszcza płaci (żeby 
taki zdrów był! On i Heszeles zawsze płacą!!!). Że właśnie szykuje audycję do radia Free 
Europe i wspomina polskie tradycje tego teatru (Scala Theatre), gdzie występowała Maria 
Modzelewska itd. J żebym koniecznie Tobie to napisał, jak on Ci jest oddany i jak zawsze 
tylko o Tobie myśli (żeby taki zdrów był - on i Heszeles!). Natychmiast do Ciebie napisze 
i gotów jest nawet zwrócić pieniądze (Heszeles też miał płacić za rozwód Żeby obydwaj 
tacy zdrowi byli!). Czytałem dziś recenzje w dwóch naj poważniejszych dziennikach angiel- 
skich. Entuzjastyczne. Daily Telegraph pisze, że nie potrzeba sztuki rozumieć, bo staropol- 
ski erotyzm bije ze sceny. Tylko Polacy umieją tak kochać. Obydwie recenzje w tym tonie. 
J znów wielkie przeżycie w tym szarym i prze nudnym Londynie. 
Całuję Cię bbb. Mocno 


Twój A. 


l Justyna Kreczmarowa grała w "Mężu i żonie" Justysię. 
2 Chodzi oczywiście o Mariana Hemara, którego prawdziwe nazwisko było Hescheles. 


4. 


Londyn, 11.12.1957 


Mania, słodyczy! 
Jak mi możesz tylko wymyślać? Przecież wiesz, że to śmierć na moje serce i to 
w dodatku niesprawiedliwie, bo ja pisałem ostatnio i mi nie odpisałaś. Jestem w ciągłej 
korespondencji z Janką. Proponowałem jej abyście się razem zjechały w Londynie i zagrały 
jakąś sztukę. Bardzo jej się ten pomysł podobał i pyta w czym mogłybyście zagrać. Co Ty 
na to? Ale Ty na to jak na lato, bo nigdy mi nie odpisujesz, jak się pytam o Twój przyjazd. 
Aktorzy już też przestali się pytać, bo i im nie odpisujesz. Tymczasem polski Londyn szy- 
kuje się na Eichlerównę. Jutro przyjeżdża i będzie grała "Profesję pani Warren", a Ty? 
Wstyd mi za Ciebie. Wszyscy się mnie pytają aja nic nie potrafię odpowiedzieć. 
Święta zapowiadają mi się słabiuchno, nawet nie będzie Sylwestra u Julków*, bo 
Stefcia ostatnio kilka tygodni leżała na nogę. Teraz już lepiej, ale musi bardzo uważać 
i mało chodzić. Grydzjedzie do Paryża. Kossowscy (wiesz, ta mała, czarna, też pisze Big 
Beny) nic nie urządzają. Słowem zostałem sam jak palec w nosie. Mam zerwane stosunki 


185
>>>
z Retingerem o spór, kto występował w "Manewrach jesiennych" - Messalka czy Ka- 
wecka. Ja byłem za Kawecką a on odwrotnie i huknął na cały klub Zosi Terne, że ma 
w dupie, ale nie powiedział kogo - mnie, Kawecką czy Messalkę. W lokalu zrobiła się 
panika, kobiety mdlały, facecije cucili, a stary tak się na mnie wściekł, że zerwał stosunki 
po 30 latach. Zupełny ramol. Z przerażeniem myślę, że ja też wkrótce będę taki sam, 
jeżeli natychmiast nie przyjedziesz i mnie nie odmłodzisz. 
Jeżeli będziesz miała jakiś ślad choinki i Opłatka, pomyśl sobie o mnie tak czule 
i serdeczniejakja będę w samotności myślał o Tobie. 
Życzę Ci bardzo wesołych Świąt i całuję Cię mocno i gorąco. 


Twój A. 


Verte 
Wołkowski nie chce już prenumerować "Wiadomości". Odmówił! Hańba!!! 
Bejtman zalega od l grudnia. Napisałem do niego wzruszający list, ale nie odpisał. 
Co robić? Szkoda mu wstrzymywać, bo on może płacić. Przedpełska, Rożek i Victoria 
mają wstrzymaną wysyłkę. Słabiuchno! Tylko jedna Frydler płaci. 
Od l stycznia podnieśliśmy prenumeratę na 3.75 kwartalnie, 7.- półrocznie i 15.- dola- 
rów rocznie. Okropnie wszystko zdrożało. Znów u nas bieda. Boję się, że ludzie nie będą 
chcieli płacić tak dużo i sporo nam odpadnie. Cholera!!! A Ty nie przyjeżdżasz... To już 
pełne dwa lata. Mój fotel, jak muzealny mebel, ogrodzony i nikomu nie wolno na nim przy- 
siąść. I cóż mi z tego, że latarnia przez okno jeszcze świeci a mnie przed oczami coraz 
ciemniej i ciemniej. Jeszcze raz całuję. 


* Sakowskich. 


5. 


Londyn 8.1.1958 


Mania, słodyczy! 
Jak Ty możesz takie rzeczy mówić? Przecież ja odpowiadam tego samego dnia na każ- 
dy list, a na Twój nawet dzień wcześniej, zanim go dostanę. Piszę ciągle i o wszystkim. To 
prawda, że jest Lena, ale to nie to. Widuję ją, ale bez salopy, odwożenia i czułości. Ona ma 
prywatnego faceta, który jej nie odstępuje. Zresztą nigdy mnie z nią nic "takiego" nie łączy- 
ło. Inna rzecz, że gra znakomicie w "Profesji pani Warren"*. To świetna aktorka, ale też 
zupełnie inna na co dzień, smutna ijakaś okropnie przegrana. Wczoraj była wielka kolacja 
dla niej u Kitajewicz. Oczywiście staropolskim zwyczajem odstawiliśmy tam "kino", ale bez 
jej udziału (Włada Majewska, Irena Delmar, Jadzia Czerwińska no i ja). Było śmiesznie 
i suto. W piątek Grydz zaprosił ją na kolację a w niedzielę była u Toli Korian. 
Święta miałem raczej słabiuchne. Kilka nudnych kolacji. Sylwestra w tym roku nie 
było u Sakowskich, bo ona była chora. Byłem sam w klubie u Zosi Terne. Było dość 
przyjemnie, ale ja samjak palec w nosie. I w ogóle ja sam i ciągle sam, choć jeszcze mnie 
zapraszają, ale cóż z tego, kiedy sam. I tak będzie już do końca. Sam!! 
Tyś zaczęła, no to i masz te głupie wynurzenia o smutnej samotności. Czas było mi 
się przyzwyczaić. Całuję Cię tysiąc razy i kocham Cię niezmiennie mimo Leny i rudej. 
Twój Antoni 


* Premiera "Profesji pani Warren" G.B. Shawa z Ireną Eichlerówną w roli głównej odbyła się 
w Londynie 27 grudnia 1957. 


186
>>>
6. 


Londyn, 20.3.1958 


Oj, Mania, słodyczy moja! 
Czy nie dałoby się, abyś z Janką bezpośrednio wykorespondowała Wasze granie 
w Londynie. To moje pośrednictwo do niczego nie prowadzi. Przede wszystkim Janka 
musi definitywnie oświadczyć, że przyjechać może i ona musi określić termin, bo prze- 
cież dla nas Europejczyków, skok z Ameryki do Londynu jest fraszką. Co innego dla nich 
z głębokiej Azji. Rozmawiałem tu z ichnim dyrektorem agencji teatralnej "P AGART", 
Zakrzewskim, który podpalił się do tego pomysłu. Zdaje się, że Ci już to pisałem. I na 
tym wszystko utknęło. Ja ze zrozumiałych powodów nie mogę do niego pisać, bo mogę 
wszystko popsuć. Zrób ten wysiłek i napisz zaraz do Janki. Przecież to nie jest ważne co 
będziecie grały, byle byście jednocześnie przyjechały do Londynu. O sztukę najłatwiej. 
Powodzenie zapewnione. Forsa też. Uważam, że nie powinnyście się wiązać z BelskimI, 
bo to nawalacz. Może Kielanowski nie jest najlepszym reżyserem, ale na poziomie, szmi- 
ry nie zrobi a administracyjnie nigdy nie nawali. Nie mogą przypadkowi agenci na Was 
zarabiać i Was nacinać na forsę, bo to hańba!!! Wszelkie wstępne pertraktacje z rozkoszą 
przeprowadzę i teren przygotuję a reszta później. Najważniejsze, żeby w Was przełamać 
jakąś indolencję. Obydwie chcecie, ale czegoś się boicie ("choć chciałabym, boję się..."). 
Co robisz na Święta? Może wpadniesz na Wesołe Jajko do mnie? Będzie kilka osób. 
Grydz jedzie do Hiszpanii. Z Warszawy przyjeżdża Paweł Hertz. Ja mu zmontowałem 
przyjazd a Auberon 2 zapłacił za bilet. Nie zapomnij salopy przesypać naftaliną i na tym 
kończę pocałunkiem czułym i gorącym 


Twój A. 


l Stanisław Belski (1900-1960), aktor, reżyser, prowadził teatr w Londynie. 
2 Auberon Herbert. 


7. 


Londyn, 18. 12. 1958 


Mania, słodyczy moja! 
Dlaczego Ty mnie tak rugasz? Sama winna a innym wymyśla za milczenie. Przecież 
to ja ostatni do Ciebie pisałem i Tyś mi odpisała. Twój list wspólny z Kaziem [Wierzyń- 
skim] potwierdziłem 3 października, opisałem wszystko jak było na letniakach a Ty ani 
słowa od tego czasu. Jak Ci nie wstyd? Ale ja mam wielkie polskie serce, nie obrażam się 
i piszę. A jeżeli komuś "bardzo źle" to raczej mnie, bo tęsknota za Tobą spędza mi sen 
z powiek. Mnie piosenka ciśnie się na usta; "Santa Madonna poratuj!", "Czy pani mieszka 
sama, czy razem z nim" - zazdrość mnie podrzuca i "Mały żygolo, stary żygolo" to też 
ja - stary i nikt mnie już nie chce, tylko pisać każą a jak przychodzi co do czego np. 
przyjechać do Londynu, to już nie do mnie... 
W czoraj posłałem Ci prześliczną malowankę na święta z czułościami i życzeniami. 
Święta zapowiadają się raczej smętnie. Sakowscy wyjeżdżają do Manchester do jej ja- 
kiejś przyjaciółki, Sylwestra nie będzie, u Terleckich party w najbliższą sobotę. I tyle. To 
już nie te czasy. Może jak wygram w canastę, pójdę przepić do Zosi Terne do jej klubu. 
Właśnie wróciła z Warszawy upojona swoim powodzeniem. Przywiozła nawet sensacyjną 
wiadomość, że podobno Ty się też wybierasz na występy. Czy to prawda? A ja się szy- 
kowałem na tę "Panią Dulską" z Janką, ale nigdy mi nie odpisałaś na mój pomysł. 
A Janka tylko marzy o przyjeździe do Londynu. Może jednak się zdecydujesz. 


187
>>>
Mietek [Grydzewski] pojechał "szlakiem kadrówki" do Paryża na porcję teatrów. 
Pewno znów pobije własny rekord i w ciągu dwóch tygodni będzie w stu teatrach. Tego- 
rocznym numerem gwiazdkowym też pobił wszystkie rekordy świata; 36 stron druku 
i milion malowanek. Ciesz się na tę lekturę. Lada dzień dostaniesz. 
A czy wiesz, że ta wstrętna Amelia (Szenker) nie zapłaciła za cały rok 1958 i w końcu 
wstrzymałem jej wysyłkę. Może przy sposobności przemówisz jej do zatwardziałego sumie- 
nia? Piętnaście dolarów nie chodzi piechotą! Porównaj teraz moje pisanie z Twoim. Ja stale 
biję moje rekordy a Ty się wykpiwasz kilkoma słowami. Teraz kolej na Szanowną Panią. 
Raz jeszcze wszystkiego najlepszego, Wesołych Świąt i kochaj mnie jak dawniej, jak 
zawsze i do końca mego życia. 
A co tam słychać na naszych drogach sercowych? 


Całuję A. 


8. 


Londyn, 22. 4. 1959 


Mania, słodyczy moja! 
"No - nie pisałam, ale...", tak rozbrajająco zaczynasz swój rękopis. Ale gdybym to 
ja nie pisał - dostałbym manto tam i z powrotem. 
Prawdąjest, że "Dziennik Polski" pisał, że już jesteś w Warszawie i występujesz ze 
zmiennym powodzeniem; raz tak, raz inaczej, ale zawsze cudnie, bo to taka nasza, taka 
polska gwiazda sceny rodzimej itd., itp. 
Nie rozumiem tylko, dlaczego robisz Chaberskiemu* trudności, przecież sama mi 
kiedyś pisałaś (nie dostałem później już odpowiedzi), że gotowa jesteś grać "nawet Dul- 
skiego", byleby występować. A ja ciągle, z uporem Maliniaka, namawiam na występy 
w Londynie i właśnie w "Pani Dulskiej", bo sztuka cudów cud, a Ty mogłabyś stworzyć 
fantastyczną kreację. Ale Ty na listy nie odpowiadasz!!! I tak gadał dziad do obrazu... 
Koledzy londyńscy, którzy ciągle mnie podejrzewają o jakieś tajemne z Tobą związ- 
ki, nie przestają mnie atakować, aż w końcu mnie pobiją na środku Ogniska Polskiego, 
właśnie o Ciebie. Biedny Belski z tego powodu nawet się groźnie rozchorował i od wielu 
miesięcy przebywa w szpitalu. Pozostali na placu Zimand [Zygmunt], Kielanowski [Le- 
opold] i Wojtecki [Wojciech]. Każdy po kolei, bierze mnie na stronę i coś bałaka na 
Twój temat, a ja udaję, że mam coś do powiedzenia. Pisałem już kilka razy, ze forsa na 
wojaż do Londynu też się znajdzie. Jest taka kupa teraz naj rozmaitszych imprez polskich 
tutejszych i krajowych, że faceci podpalają się do każdej nowej i dorabiają się. Słowem 
zdecyduj się wreszcie jeśli chcesz mnie jeszcze przed piachem zobaczyć. 
Ty na mnie kamieniem, a ja na Ciebie tasiemcem. Widzisz, jak się rozpisałem? A Ty 
co? Świstek papieru jak życzenia na Purym. Wstydź się! Mimo to kocham Cię sercem 
całym i całuję czule i gorąco. 


Twój A. 


* Chaberski Emil (1891-1967), aktor, reżyser, dyrektor teatru. 


9. 


[Londyn] 22.11.1960 


Marysiu, kochana moja i najmilsza! 
Z całego serca dziękuję Ci za Twoje słowa pocieszenia. Śmierć Hapelki 1 rzeczywi- 
ście jest straszliwym dla mnie ciosem, bo przez całe życie była najbliższą mi Istotą i do 


188
>>>
końca wiernym i oddanym Przyjacielem, ale naj cięższy mój ból jest niczym w porówna- 
niu z nieludzkimi cierpieniami, jakie Ona znosiła od wielu lat, a zwłaszcza od pół roku. 
Z małymi przerwami, od maja już nie opuszczała szpitala i doskonale zdawała sobie 
sprawę z bliskiego końca, o który się modliła. Codziennie chodziłem do szpitala i bezrad- 
nie siedziałem przy Jej łóżku, patrząc na j ej cierpienie, któremu niczym ulżyć nie mo- 
głem. Przytomna była do ostatniego dnia. W czasie ostatniej mojej wizyty jeszcze mnie 
prosiła, abym Jej czytał "Wiadomości", a na pożegnanie, jak co dzień, uśmiechnęła się do 
mnie. To był ostatni Jej uśmiech. Nazajutrz rano nie obudziła się. 
Prześlicznie napisałaś o Waszym nowym domu 2 . Czytałem w korekcie. Wczoraj przyje- 
chał do Londynu Słonimski. Spędziłem z nim cały wieczór. Dziś idziemy z nim, Grydzem 
i Stasiem [Balińskim] na kolację. A pamiętasz naszą ostatnią kolację u Simona? Podarowa- 
łaś na drogę Orciowi papierosy. On też już nie żyje. Coraz nas mniej. To okropne. 
Czy Ty nigdy nie przyjedziesz do Londynu? Przecież nie musisz występować, jeśli 
nie chcesz, ale możesz przyjechać "prywatnie", do nas - starych przyjaciół, jeśli chcesz 
jeszcze te resztki zastać. 
Napisz znów kiedyś do mnie, bo ostatnio bardzo zaniedbałaś korespondencję ze mną. 
Jeszcze raz dziękuję Ci i całuję Cię czule i gorąco. 


Kochający Cię Antoni 


l Hapelka - Halina Frankowska, była żoną Antoniego Bormana, zmarła w Tel Awiwie. 
2 Chodzi o dom Fundacji Kościuszkowskiej. 


10. 


Londyn, 5.12.1960 


Mania, słodyczy moja! 
Odżyły naj piękniejsze tradycje - nowa prenumerata zjednana przez Ciebie!!! Już 
myślałem, że zupełnie zapomniałaś o Swoich najważniejszych "obowiązkach". Nie cze- 
kając Nowego Roku, już dziś rozpoczynamy wysyłkę p. Alfredowej Jurzykowskiej, aby 
miała dobre wyobrażenie o naszym organie. 
Jeżeli wierzę, że p. Alfredowa będzie naszą dożywotnią prenumeratorką, to wprost 
uwierzyć nie mogę Twoim słowom, że rzeczywiście wybierasz się do Londynu. Czy mó- 
wisz na serio? Pytasz kiedy lepiej, czy w maju czy w kwietniu? Ja oczywiście wolę 
w kwietniu, bo bliżej, ale może cieplej będzie w maju... Choć tutaj w tym obrzydliwym 
kraju nic nie wiadomo. Czasami właśnie wczesna wiosna piękna, a później już leje bez 
przerwy do Bożego Narodzenia, tak właśnie jak jest w tym roku. Jeszcze nie przestało 
lać, ajuż dawno wiosna minęła! 
Napisz mi koniecznie więcej o tym przyjeździe; czy na długo, gdzie chcesz mieszkać 
(chyba nie u Marysi?), czy mam coś dla Ciebie przygotować? A może na stałe? 
A wiec pakuj sakwojaż, zabieraj na drogę pudermantel i siatkę na motyle, bo to już 
będzie wiosna i w drogę!!! Całuję Cię bardzo czule i gorąco 


Twój A. 


11. 


Londyn, 10.10.1961 


Mania, słodyczy moja! 
Zemdliło mnie! Czy prawdę mówisz, ze przyjedziesz na Boże Narodzenie? Już myśla- 
łem, że nigdy więcej się nie zobaczymy a tu taka wiadomość!!! I zabierasz salopę?.. 


189
>>>
Gdzie chcesz mieszkać? Ten śmierdzący hotelik Marysi Potockiej już przestał być jej. 
Sprzedała i mieszka razem z "narzeczonym". Może coś przygotować? Ile chciałabyś płacić 
i najak długo? Może coś prywatnego, będzie taniej. Można coś znaleźć w cenie 15 dolarów 
tygodniowo. Czy to Cię nie przeraża? A może u jakiejś kumy? Mogę negocjować, tylko mi 
napisz zawczasu. Czy przyjedziesz aeroplanem czy trakcją motorową? Gdzie czekać? Już 
nie śpię po nocach. Oczywiście nigdzie na święta nie pojadę, choć mam zaproszenie do 
Hagi, ale wolę z Tobą przy świetle ulicznej latarni przez okno. Pamiętasz? 
Egzotyczną Twoją kartkę dostałem, ale nie odpisałem, bo gdzie Cię szukać po pusty- 
niach? Listu nie dostałem, chyba masz na myśli ten sprzed pięciu lat, bo od tego czasu do 
mnie nie pisałaś. Ty, brzydka. 
W Londynie bawi w tej chwili Mania Nagórska. Dziś idę z nią do teatru. Zaprosiła. 
W czwartek duża kolacja u Stefci Sakowskiej. Ale nic się nie martw, dla Ciebie też urządzi. 
Cieszę się, ze wkrótce zobaczysz "Mazowsze". T o wielkie przeżycie artystyczne. 
Ostatnio specjalnie pojechałem na spotkanie z nimi do Holandii, a teraz ich spotkałem 
w Southampton w drodze do Kanady. Płynęli "Batorym". Rozkoszna banda dzieciaków 
w podeszłym wieku. 
Pisz ciągle i o wszystkich przygotowaniach do wojażu, bo czasu zostało już niewiele. 
Całuję Cię czule i gorąco, bo kocham sercem całym. 


Twój A. 


12. 


Londyn, 8.1.1963 


Mania, słodyczy moja najcudniejsza! 
Dostałem długi list od Janki Romanówny, w którym mi pisze, że za moją namową gra 
Dulską. A ja kiedyś marzyłem, abyś się z nią zjechała w Londynie i razem w Dulskiej 
zagrały. To byłaby zabawa!... Janka pyta, czy teraz nie udałoby się zrealizować tego po- 
mysłu. Co Ty na to? Przecież sto razy obiecywałaś, że przyjedziesz i ani śladu. Radzę, 
pospiesz się, bo nas już coraz mniej. Teraz mamy prawdziwy teatr w Ognisku, scena, 
kurtyna, reflektory - słowem jak opera. W tej chwili grają sztukę dwuosobową Cwoj- 
dzińskiego "Hipnoza" z Tolą Korian i Jerzym Kawką (młody aktor, zwiał z Polski). Sztu- 
ka - coś na zasadzie "Teorii snów" tegoż. Tola znakomita i śpiewa Twoje piosenki 
z Qui Pro Quo (Hemara). Kawka gorszy, ale ma dużo wdzięku i młody. Przecież wystar- 
czyłoby, abyś tylko tu dojechała, a forsa na resztę się posypie. Kapuj się i ruszaj w wojaż. 
Do serca Cię tulę i pocałunkami obsypuję 


Twój kochający Antoni 


13. 


Londyn, 22 marca 1963 


Mania, Słodyczy moja! 
Z naszej "Dulskiej" nici. Dostałem właśnie płaczliwy list od Janki, że te ruskie chamy 
dwa razy odmówiły jej paszportu. Widocznie Polska Ludowa żyć nie może bez Janki. Jej 
wyjazd na krótki pobyt na Zachodzie może spowodować zalew bliskiego Wschodu przez 
daleki Wschód, czego oni najbardziej się boją. Już prędzej by woleli Amerykę niż te 
żółtka. A tak sobie ślicznie wymyśliłem to widowisko z dwiema moimi najulubieńszymi 
gwiazdami sceny polskiej! 
Trudno się mówi, ale przecież Ciebie nic nie zatrzymuje na drugiej półkuli i bez 
większych trudności możesz przyjechać. Ajeśli będziesz miała kaprys w czymś wystąpić 
- zawsze wymyślimy i znów błyśniesz wszystkimi blaskami swego talentu. O.K.? 


190
>>>
W poniedziałek przylatuje do Londynu moja znajoma Bronka Gerard. Z pewnościąją 
znasz. Z nią omówię Twój przyjazd i pewien jestem, że nam pomoże. Mam jeszcze 
w zanadrzu Izę Landsbergerową, która ma kupę forsy i tylko szuka okazji, gdzie by ją 
wydać. A okazja nadarza się znakomita!... 
Odpisz mi zaraz, co sądzisz o tym wojażu i kiedy mogłabyś płynąć, lecieć i nawet je- 
chać na rowerze. Byle do nas i byle prędzej. 
Czekam więc, bo tęsknię, całuję Cię, bo kocham itd. Twój A. 


14. 


Londyn, 29 sierpnia 1963. 


Mania, słodyczy mego zbolałego serca! 
Czy wiesz jaką datą był ozdobiony Twój ostatni do mnie list? 10 stycznia 1963!!! 
I nie jest Ci wstyd? Ale ja kocham i wybaczam, bo mam wielkie polskie serce (zbolałe). 
Nieubłagana starość jeszcze bardziej mnie ku ziemi pochyliła, a że stary - dam Ci 
jeden tylko dowód; w tym roku przypada czterdziestolecie od chwili założenia naszego 
organu, w R.P. 1924!... W związku z tą osobliwą uroczystością mam dla Ciebie propozy- 
cję interesowną. Rocznicę chcemy uczcić numerem gwiazdkowym, zdobnym w liczne 
malowanki, a co najważniejsze liczne ogłoszenia. I tu zaczyna się interes. Czy nie miała- 
byś kaprysu zarobić trochę forsy i zakręcić się wokoło wszystkich Twoich milionerów, 
aby ten numer swoimi ogłoszeniami ozdobili? Jeśli nawet nie mają co do sprzedania, 
mogą np. składać nam życzenia drukiem a za to będą sowicie płacili od każdego zajętego 
na ten cel centymetra czy cala. Czasu wiele nie zostało, i dlatego zaklinam Cię - odpisz 
mi odwrotnie, bo jeśli mi odmówisz, będę szukał kogoś, oczywiście nieporównanie gor- 
szego od Ciebie i to pod każdym względem; urodą, wdziękiem i płcią. Ten genialny 
zresztą pomysł zawdzięczam Anieli Mieczysławskiej , która właśnie ostatnio prześliznęła 
się na moment przez Londyn i znikła jak sen jakiś złoty. A jeśli się zgodzisz, podam Ci 
wszystkie warunki i szczegóły jak się do tego zabrać, aby miliony zebrać. 
Dwa tygodnie temu wróciłem z letniaków i czuję się doskonale. Wyglądam świetnie, 
urosłem, opaliłem się, mam blond pukle i niebieskie oczy. Słowem, cudów cud. Przyjeż- 
dżaj a zobaczysz. A może właśnie na nasz jubileusz? Podobno Kazio Wierz[yński] już 
jedzie. Zabierz się z nim. 
Czekam więc odpowiedzi. Całuję Cię naj czulej, bo kocham niezmiennie. Twój A. 


15. 


Londyn, 20 września 1963 


Najmilsza moja! 
Za list bardzo Ci dziękuję, i za to że gotowa jesteś "zniechęcić się" do mojej prośby. 
Znam Twoje wielkie polskie serce i wierzę, że uczynisz, co będzie w Twojej mocy, aby 
w godny sposób uczcić tę naszą rocznicę szczęśliwego pożycia Grydza ze mną. Czy ist- 
nieje przykładniejsze i wierniejsze małżeństwo na świecie? Czterdzieści lat!... Co? 
Ile czasu na to poświęcisz - będę szczęśliwy, ale pod jednym warunkiem, że na za- 
sadach uczciwego handlu - coś za coś, a więc proponuję jedną trzecią dla Ciebie, 
a resztę dla nas. Zgoda? A jeśli sobie uzbierasz trochę grosza, czy przyjedziesz do Lon- 
dynu? Głównie mi na tym zależy. Kilka bitych stron ogłoszeń i aeroplan zapłacony. 
O resztę już się nie martw. 
Obojętne czy to będą życzenia czy handlowe ogłoszenia, byleby były. Chcemy tę 
rocznicę obchodzić numerem gwiazdkowym, a wiec najpóźniej do l grudnia musimy 
mieć wszystkie teksty. 


191
>>>
Życzenia czy ogłoszenia kosztują według naszego cennika; 


Cała 
Vz 
1;4 
Y8 


strona 
strony 
" 


dol. 420.- (daj nam Boże kilka!) 
210.- 
105.- 
52.50 (niech ręka Boska broni!) 


Naddatki mile widziane tzn. małe życzenie za dużą sumę. Targować się nie będzie- 
my. Ja uczciwy kupiec i aby do wiosny... 
Gdyby rzeczywiście czas Ci nie pozwolił na całkowite wyzyskanie rynku amerykań- 
skiego, może dobrałabyś sobie jakąś pomoc na pomniejsze stany np. Indiana, Virginia itp. 
Oczekuję z radością i niepokojem pierwszych wyników, a tymczasem całuję Cię bar- 
dzo czule i gorąco - Twój Antoni 
Z góry bardzo dziękuję i cieszę się na zobaczenie w Londynie [Mieczysław Grydzewski] 


16. 


Londyn, 10.10.1963 


Marysiu, słodyczy moja! 
Za list gorąco Ci dziękuję. Jestem Twego zdania, że powinno się akwizycję oddać 
komuś, kto mógłby poświęcić cały swój czas, za duży nawet procent. Ale skąd wziąć 
takiego faceta? Ja tam nikogo nie znam. Byłabyś aniołem, gdybyś razem z Anielą Mie- 
czysławską, która bardzo się podpaliła do tego naszego jubileuszu, kogoś odpowiedniego 
znalazła. Czas nagli bo zostało już sześć tygodni. Właściwie musimy mieć teksty ogło- 
szeń, czy życzeń, do końca listopada. A więc ratuj, bo nędza w oczy prószy!... 
"Wiadomości" wysyłamy do Polski w zamkniętych kopertach i też nie dochodzą. 
Przepuszczają tylko do instytucji, uniwersytetów, bibliotek itp. Może ten profesor ma 
jakieś oficjalne stanowisko i na adres jego instytucji można by posyłać, bez wymieniania 
jego nazwiska? Wówczas jest szansa, że będzie dostawał. Nie chcę naciągać na prenume- 
ratę, wiedząc z góry, że pisma dostawać nie będzie, chyba, jak się rzekło, na instytucję. 
Czekam na odpowiedź. 
Jeszcze sobie pomyślałem, że może Halina Rodzińska, która z pewnością nic nie ro- 
bi, zorganizowała by taką zbiórkę ogłoszeniową. Napuść na nią Anielę. 
Czekam z utęsknieniem dalszych od Ciebie wiadomości, a tymczasem tulę Cię do 
serca i kończyny Twoje całuję. Twój A. 
A może istnieje w Nowym Jorku jakieś polskie biuro ogłoszeń? Im można by powie- 
rzyć wyłączność. Może na to polecą? 
Jutro pogrzeb Zygmunta Nowakowskiego*. Biedak, okropnie się męczył i od lat cho- 
rował na wszystkie dopuszczalne choroby, aż wreszcie go zmogło. Przytomny był do 
ostatniej chwili. Wielki żal tego człowieka. 


* Zygmunt Nowakowski zmarł 4 października 1963. 


17. 


[Londyn] 15.11.1963 


Słodyczy moja! 
"Cegiełkowy" pomysł sztabowy! Brawo!!! Przykro mi tylko, że przysporzyłem Ci tyle 
kłopotów. Wybacz, ale odcałuję wszystkie trudy, jak tylko przyjedziesz do Londynu. O.K.? 


192
>>>
Te cegiełki można prześlicznie oprawić w jakąś szatę graficzną. Może uzbiera się na 
całą stronę? Dostałem już taką cegiełkę, ale jedną i na całą stronę od Galerii 63. To moja 
ostatnia "miłość" - nie galeria, a jej właścicielka. Ciekaw jestem czy ją znasz? To są 
dwie siostry; Bronka Gerard i Ziuta Gerst... (po literze "t" ma jeszcze coś; ale nie pamię- 
tam). Ostatnio obydwie były w Londynie. Wszystkie przyjeżdżają (dziś miałem zapo- 
wiedź przyjazdu od Anieli), a TY nigdy. Wstydź się!!! 
Ale zanim sama przyjedziesz, błagam o wszystkie cegiełki najpóźniej do l grudnia, 
bo numer gwiazdkowy wychodzi lO-go. 
Czekam więc, z góry dziękuję, gorąco Cię całuję bo kocham sercem całym 
Twój Antoni 


18. 


Londyn, 9.1.1964 


Słodyczko moja jedyna! 
Wczoraj Grydz pisał do Ciebie, ale zapomniał Cię poprosić o zwrot tego zestawienia 
wpłat, a nie zrobił odpisu i już nic nie wie. Zastraszający uwiąd starczy gnębi tego Mietę, 
i nic nie pamięta. Może ja też już taki ramol? Zanim odeślesz ten dokument, może sama 
z nim przyjedziesz, choć w tej chwili nie namawiam, w przede dniu występów "Mazowsza". 
Zazdroszczę Ci, że ich zobaczysz beze mnie. Ja mam zupełnego fioła na ich punkcie 
i wlokę się za nimi jak maniak! Pogadaj tam z nimi - zobaczysz jak oni mnie "ubó- 
stwiają", a Ty nie, bo nie chcesz za Boga przyjechać. 
Co się stało z Anielą Miecz[ysławską]? Przecież zapowiedziała swój przyjazd i rze- 
komo miała posunąć do ołtarza z polskim hrabią, nawet niegdyś ambasadorem. Takie tu 
chodzą gadki. Czy to prawda? 
Napisz znów słówko, bo kocham i tęsknię - Twój Antoni 


19. 


Londyn, 24.1.1964 


Słodyczy Ty moja! 
Za list pięknie Ci dziękuję. Potrzebny mi był do obliczenia w myśl naszej umowy 
Twego procentu, co zostało dokładnie wykalkulowane i nie czekając Twego przyjazdu, 
czek na sumę dol. 120.- przez bank został dziś wysłany. Może ta drobna sumka zachęci 
Cię do wojażu i wystarczy na podróżną nową "salopę"? Ale nie zapomnij przywieźć 
nurków, bo może być znów zimno tak jak za poprzednim Twoim pobytem w Londynie. 
Chwilowo wiosna i pięknie. 
Książkę Julka Sakowskiego wysyłam oddzielną pocztą. Dostaniesz ją chyba za dwa 
tygodnie, bo leci zwykłą pocztą. Aniela już zjechała, ale coś mi się ta miłosna sprawa nie 
podoba. Szuka mieszkania oddzielnego i jak twierdzi - na jakieś sześć a może nawet 
dwanaście miesięcy. A przecież ten "narzeczony" cały rok czekać na kobierzec ślubny nie 
będzie, to chyba ryzykowne. No, ale może się ona doczeka. Widziałem jąjuż dwa razy 
i będziemy się widywali często (tak ona twierdzi) w chwilach wolnych od jej "obowiąz- 
ków". A mnie się wydaje, że te obowiązki są dość smutne... 
"Wiadomości" jako takie żadnych galówek obchodzić nie będą, jedynie "obszedł" 
Kozioł (znany restaurator ze Lwowa) i zaprosił do swojej restauracji grono najbliższych 
przyjaciół organu na fantastyczny obiad. Jedzenie i alkohole jakich w ustach nie miałem 
od Warszawy. Cudów cud! Opis tej uczty przeczytasz w najbliższym numerze "Wiado- 
mości" pióra Big Bena (Stefa Kossowska). Ale przecież i bez galówki możesz przyje- 
chać? Twój przyjazd będzie naj piękniejszą galówką dla nas wszystkich. A więc Ty się 


193
>>>
tylko kapuj i siadaj na najbliższy parostatek, a ja już w porcie będę oczekiwał z najwięk- 
szą radością. 
Całuję Cię tysiąc razy i pozdrawiam naj serdeczniej. Twój Antoni 
Bardzo Ci polecam "Mazowsze". Pogadaj z nimi o mnie, zobaczysz jak mnie wszyscy 
kochają - nie wiadomo za co, ale kochają! 


20. 


Londyn, 17 lutego 1964. 


Mania, słodka moja! 
Czyś Ty oszalała, żeby taki cudny czek odsyłać? Jak Ci nie wstyd? Przecież tak 
umówiliśmy się! Chyba masz mój dokument z warunkami handlowej umowy? A teraz co? 
Po prostu sztylet w serce!... 
Gdybym miał Ci posyłać przez następnych lat czterdzieści wszystkie książki, które 
już wyszły i może kiedyś wyjdą - nie spłacę tego długu - ani wdzięcznością ani cze- 
kami. Nie poniżaj mojej godności osobistej i przynajmniej jak najczęściej żądaj tych 
książek, a ja odwrotną pocztą będę Ci wysyłał. A może masz jakieś inne kaprysy? Może 
Ci się zdarła Twoja cudna nurkowa "salopa"? Powiedz szczerze, choć ta szczerość nie 
pomoże, bo ja biedny i skąd do mnie taka "salopa"? Ale gdybyś, zamiast, miała kaprys 
i wreszcie przyjechała - gościnności mojej nie będzie granic. Wszystkie już przyjechały, 
nawet ostatnio Kazia Skalska, a Ciebie jak nie widać tak nie widać. I po co się drażnisz? 
Nie przeciągaj struny, bo może być za późno, ijak w końcu przyjedziesz - mnie możesz 
nie zastać i będzie Ci przykro... 
Tymczasem raz jeszcze dziękuję za Twoją słodką "Kolaborację" i całuję Cię czule 
i serdecznie Twój Antoni 
Ja także bardzo dziękuję za piękny dar, ale mam wyrzuty sumienia... Całuję Cię serdecz- 
nie i pozdrawiam [Mieczysław Grydzewski] 


21. 


Londyn, 13.1.1965 


Mania, słodyczy Ty moja! 
Cudne przysłałaś mi fotki, ale Ty naj piękniejsza. Szkoda, że są kolorowe, bo chcieli- 
byśmy je dać do organu, a z kolorowych nic nie wyjdzie. Może masz odbitki czarne? 
Ale na co mi te fotki? Mnie się Ciebie chce w naturze. Uprzytomnij sobie, że to już 
osiem lat upłynęło od Twego pobytu w Londynie!!! Jak Ci nie wstyd? Miliony obróciły 
w te i we wte z Ameryki do Europy. Papieru by mi zabrakło na listę w porządku alfabe- 
tycznym. Kto tu nie był? I gwiazdy filmowe (Jadzia Smosarska), i gwiazdy sceny polskiej 
(Janka Wilczówna), i właścicielki restauracji (Janka Wilczówna), i poeci (Kazio Wie- 
rzyński) i pisarze (Kazio Wierzyński), i hipochondrycy (Józio Wittlin), może biegać i za 
pisarza, choć jakoś dalszego ciągu "Soli ziemi" nie widać, i młodzież, i staruszki, lesbijki 
i pederaści (bez wymieniania nazwisk i adresów), kupcy i piłsudczycy, a Ciebie jak nie 
widać, tak nie widać... Czy myślisz, że uda Ci się mnie utrzymać w tym oczekiwaniu 
następnych lat osiem? A czy Ty wiesz, ile ja mam już lat? Oblicz sobie, ile lat upłynęło 
od wojny krymskiej, podziel przez dwa i odejmij siedem. Tylejajestem! 
Przecież teraz można jechać za byle co, podobno nawet dopłacają, a jeżeli nawet "się 
nie ma złota ani miedzi" - jak skończył Twój kuśnierz, który Cię wrabiał w kupno no- 
wego futra? Przerachuj to sobie dobrze, pakuj sakwojaż i wsiadaj na jakiś środek loko- 


194
>>>
mocji, i wreszcie przyjeżdżaj, bo serce mi pęknie z żalu i tęsknoty, a nie zapominaj, że 
serce mam delikatne... 
Całuję Cię czule i gorąco - Twój kochający Antoni 


22. 


Londyn, 22.10.1965 


Mania, Słodyczy Ty moja! 
Ale czy Ty mnie nie nabierasz na ten przyjazd?" Ta wiadomość aż mnie zemdliła! 
Przyjeżdżaj jak naj prędzej i przyrzekam Ci, że tym razem nie dostanę zawału serca, bo 
serce mamjak dzwon ijeszcze będzie lepsze, jak Cię wreszcie zobaczę. 
Byłoby najlepiej, gdybyś mogła przyjechać na Boże Narodzenie. Miałbym więcej 
czasu na pieszczoszki, a i pełno szykuje się przyjęć; Wilia, pierwszy dzień świąt, drugi 
też, Sylwester w... Oazie itp. A czy sobie upatrzyłaś jakiś dach nad głową? Przecież nie 
będziesz mieszkała w hotelu? Marysia Potocka już nie posiada swego Palace Hotel, na- 
tomiast ma dom i może tam mogłaby Ciebie ulokować. Ja niestety mam ciągle ten sam 
jeden pokój a dobrze Ci znane moje łoże boleści z czasów choroby jest tak wąskie, że nie 
mógłbym go z Tobą dzielić... 
Pewno z innego powodu też! 
Napisz dokładnie dzień przyjazdu - czy aeroplanem, czy koleją żelazną i parostat- 
kiem? Muszę wiedzieć dużo wcześniej, bo chcę się odpowiednio przygotować; ułożyć 
pukle, umyć nogi, zrobić przepitkę kolorów. 
Ty się tylko kapuj i uderzaj w ten wojaż!!! Grydz daje rzeźbę w organie, a ja tylko ma- 
rzę o organiźmie w naturze. W tym miłym oczekiwaniu całuję Cię naj czulej i naj mocniej. 
Resztę czułości osobiście. Twój Antoni 


* Maria Modzelewska w drodze powrotnej z podróży po Europie przyjechała do Londynu dopiero 
za kilka miesięcy. 26 III 1966 r. była na premierze sztuki Mariana Hemara Pierwiastek z minusjeden. 


23. 


Londyn 28 I 66 


Słodyczy Ty moja! 
Twoja radosna wiadomość przyszła w samą porę, uzdrawiając moje nadwątlone ser- 
ce. Od dwóch tygodni leżę w betach jak za dawnych dobrych czasów, tylko że bez Twojej 
troskliwej opieki. To co prawda nie zawał, ale "sfatygowane" serce, jak twierdził znany 
Ci dr Kryszek. Czym się sfatygowało - nie wiadomo, podejrzewam, że tęsknotą po To- 
bie. Przyrzekam, że jak Cię odbiorę na lotnisku, znajdziesz mnie ozdrowionego i w pełnej 
krasie. Może to nawet lepiej, że w marcu - będę miał czas na wykurowanie się. W każ- 
dym razie możesz liczyć na mnie!!! Czy przywieziesz "salopę", bo ja autko ciągle jeszcze 
posiadam, tylko inne, ale "słodkie". Smutek polegiwania w łóżku rozjaśnia mi perspekty- 
wa zobaczenia Ciebie. Już liczę dni i godziny. Czekam więc i całuję Cię czule i gorąco 
i tak mocno jak mocno Kocham. Twój Antoni. 


24. 


Londyn, 10 maja 1966 


Słodyczy Ty moja! 
Wzruszyłaś mnie swoim uroczym listem i prześliczną fotką, szkoda tylko, że została 
zeszpecona moim organizmem. Teraz wszystko się wydało - zgrzybiały staruch!!! Na- 


195
>>>
tomiast oburzyłaś mnie swoim czekiem. Gdybym miał Twój tupet - odesłałbym tak jak 
Tyś to zrobiła z moim. Pamiętasz? Ale ja delikatny i ze wstydem przyjmuję. Taki dro- 
biazg! Przecież to było jednorazowe wsparcie dla biednego pielgrzyma (czy bywają piel- 
grzymki?) . 
W Paryżu było czarownie, zwłaszcza na łonie "Mazowsza" (i Miry!). Występowali 
w olbrzymim teatrze, Alhambra, przez trzy tygodnie przy kompletach i entuzjastycznym 
przyjęciu publiczności i prasy. Za to Teatr Powszechny (z Warszawy) - klapa. Grali 
"Wesele", "Zbrodnię i karę" i "Kolumbów". Jedno gorsze od drugiego. Dlaczego przy- 
syłają do nas zawsze takie kiepskie teatry? A Tyś mówiła, że w Warszawie wspaniałe. Jak 
to jest? Przyjechali do Londynu na międzynarodowy festiwal teatralny. Wczoraj byłem na 
"Idiocie" - teatr moskiewski. Fantastyczne przedstawienie. Pękałem z zazdrości, że te 
ruskie tak grają, i tak wystawiają, a my tacy mizerni. 
W tej chwili nie mam jeszcze żadnych planów wakacyjnych. Gdybyś znów miała kaprys 
do mnie napisać - byłbym szczęśliwy. Całuję Cię tysiące razy, bo kocham sercem całym. 
Twój Antoni 


25. 


Londyn, 16 maja 1966. 


Mania, naj słodsza moja! 
List Twój dostałem dziś i natychmiast wysyłam pocztą lotniczą 10 egzemplarzy "Le- 
chonia" 1. 
Cena wraz z wysyłką wynosi $1.50 za l egz. Może ta przesyłka dojdzie na 20-go, ale 
bardzo wątpię. Poganiam aeroplan jak mogę, ale czy on aby doleci? 
List Twój z fotką i czekiem dostałem i natychmiast Ci odpowiadam, dziękując za fot- 
kę i wyrażając oburzenie z powodu czeku. No ale co robić, jak Ty uparta i ciągle mi wty- 
kasz jakieś czeki. 
Wczoraj były imieniny Zosi Terne. Wielki ochlaj i same "panienki"; Jasia [Jasińska], 
[Loda] Halama, Tamara Karren, Beata Artemska i ja jeden jedyny chłopak. Zosia trochę 
podlała i cały czas śpiewała Twoją piosenkę; "Santa Madonna poratuj, w czwartek 
z kryminału powraca mój mąż" bo rzeczywiście Mikuła już wraca we czwartek 2 . Życie 
zaczynamy na nowo! 
Dziś odleciał do Chicago Kazik Kranc, a w sobotę przylatują z Paryża Słonimscy. 
Słowem sezon w pełni "a w środku me złamane serce", bo Ty tak daleko. 
Napisz słówko, czy "Lechoń" przyfrunął na czas. 
Całuję Cię milion razy, bo kocham do utraty przytomności 


Twój Antoni 


l Pamięcl jana Lechonia. Londyn: "Wiadomości", 1958. 
2 Aluzja do popularnej piosenki Hemara "Santa Madonna, poratuj!". Stanisław Mikuła (1908- 
1977), artysta malarz, scenograf, był mężem Zofii Terne. Odsiadywał kilkuletni wyrok za kradzież 
czeków. 


26. 


Londyn, 8.6.1966. 


Kochanko moja najmilsza! 
Za list i śliczny czeczek pięknie Ci dziękuję. Cieszę się, że w porę książki nadeszły. 
Nie przypuszczałem, że zostaną sprzedane. Tobie jednocześnie posyłam pocztą zwykłą, 
oczywiście jako skromny upominek. 


196
>>>
Na żadną rocznicę w Londynie jakoś się nie zanosi". Brak inicjatywy i chętnych wy- 
konawców. To powinien zrobić Związek Pisarzy, ale to martwa instytucja. W Londynie 
rozeszła się pogłoska o śmierci Jurzykowskiego. Wiadomość podał w zeszłym tygodniu 
"New York Herald Tribune" i powtórzyła jakaś gazeta londyńska. Natomiast nie ma żad- 
nego potwierdzenia bezpośrednio z Nowego Jorku ani do "Dziennika Polskiego", ani do 
Radia Free Europe. Korespondentem "Dziennika" z Nowego Jorku jest Mossin. Dlaczego 
nie podał, a jeśli to nieprawda, dlaczego nie zdementował? Wczoraj powstrzymałem 
Grydza, aby nie posyłał depeszy kondolencyjnej do p. Jurzykowskiej dopóki nie nadej- 
dzie oficjalna wiadomość. Może Ty napiszesz mi słówko w tej sprawie. 
Z Jasią [Romanówną] spędziłem wczoraj pożegnalny wieczór u Daquis'a. Dziś rano 
wyjechała do Polski. 
Byłbym szczęśliwy, gdyby rzeczywiście Ci się udało znów przyjechać do Londynu, 
ale niejak bomba - na kilka dni. Ja muszę na bardzo długo, albo na zawsze!... 
Całuję Cię czule i gorąco Twój kochający A. 


* Borman zwraca uwagę, że nie było żadnego (symbolicznego nawet!) uczczenia 10. Rocznicy 
śmierci Jana Lechonia. 


27. 


Londyn, 10.10.1966. 


Mania, słodyczy Ty moja! 
Już mnie nikt nie dogląda, bo zacząłem funkcjonować normalnie, ale com się wycier- 
piał, to moje! Nie wiem, przy czym trzymasz i od jakiego momentu mam Ci opowiedzieć. 
Nie będę zaczynał od pierwszego ataku, kiedyś to Ty mnie doglądała i w betach pieściła, 
bo pewno to stadium mojej choroby pamiętasz. W krótkich, żołnierskich słowach opo- 
wiem jak było. A więc udawałem się własnym autkiem i z własnym szoferem, tym He- 
niem, którego mi przysyłałaś z hotelu Marysi z własnoręcznie upieczoną kurą w R.P. 
1956, na letniaki, ku słońcu Południa, do La Cioty, w objęcia Manety. W połowie drogi, 
w małym miasteczku, gdzie mieliśmy spędzić jedną noc, zamiast rozkoszy złapał mnie 
taki znany Ci z przeszłości atak serca. Zdecydowałem jechać dalej aż do celu tylko 
w jednym celu - na chorobę. I rzeczywiście w ciągu dnia dojechałem (500 km!) i wnet 
po stwierdzeniu świeżego zawału odesłali mnie ambulansem do szpitala w Marsylii. Tam 
przeleżałem trzy tygodnie, a następne trzy w domu u Manety. Takie miałem letniaki! Od 
dwóch tygodni jestem z powrotem w Londynie, i przyjechałem w samą porę, bo dla od- 
miany na chorobę Grydza. On leży w szpitalu. W zeszłym tygodniu zaprosił do restauracji 
Adasia Nagórskiego i swoją "narzeczoną" (Tolę) i zanim zasiedli do biesiadnego stołu 
zaczął rzygać. Przenieśli go w stanie nieprzytomnym do ustronnego miejsca, gdzie rzygał 
dalej, wezwano doktora, doktór ambulans i dawaj do szpitala, gdzie jeszcze rzygał. Do- 
kładnie nie wiadomo, czy to był mały stroke, czy coś innego. W każdym razie musi zostać 
w szpitalu trzy tygodnie. I takie jest to nasze życie na wygnaniu... Najgorsze, że już nikt 
mną się nie interesuje, a tylko Mieciem. On teraz załapał szmerek, a wokoło mnie zapa- 
nowała cisza. Ale com się wycierpiał, to moje. Gdyby nie anielska Maneta, która na czas 
mego pobytu w szpitalu przeniosła się do Marsylii, zginąłbym nędznie gdzieś 
w rynsztoku. 
Lada dzień przyjeżdża do Londynu Kara [Tiche-Falencka] i będziemy mówili o To- 
bie. A kiedy wprost z Tobą? Czas już zjechać na zawsze. W tym miłym oczekiwaniu 
całuję Cię czule i gorąco - Twój kochający A. 


197
>>>
28. 


Londyn, 11.11.1966. 


Mania, Słodyczy Ty moja! 
Krótki list interesowny i to nie mój a Julka, który krępuje się do Ciebie pisać, bo on 
nieśmiały zwłaszcza gdy chodzi o kobiety! Podjąłem się więc tej misji pośrednika 
i uprzejmie zapytuję, czy otrzymałaś od niego list z propozycją "handlową" i zawiado- 
mieniem o zdeponowanej dla Ciebie jakiejś "pokaźnej" sumy w dolarach? 
Jeśli tak - błaga o odpisanie, a jeśli tego listu nie dostałaś, napisz szczerze, a on 
z radością prześle Ci kopię. 
I jak ja mam być zdrów, skoro każą mi się zajmować takimi sprawami, za które 
w końcu od jednej ze stron zainteresowanych mogę dostać po mordzie. Kiedyś Twój ex- 
-małżonek (Heszeles) napisał taki wierszyk; "Nie mieszaj się głupi w spór arcybiskupi. 
Oni się pogodzą, na Tobie się skrupi". Może Bóg da, że się nie skrupi!... 
Daj temu dowód i napisz do mnie też kilka słów. Czy przyjeżdżasz na karnawał do 
Londynu? Zamawiam sobie pierwszego mazura; "dziś, dziś, panie dziejski!". 
Całuję Cię milion razy - Twój A. 


29. 


Londyn, 6 marca 1967. 


Mania, słodyczy Ty moja! 
Pięknie Ci dziękuję za list. Zgadłaś, że mam teraz cholernie dużo roboty, ale zawsze 
chwilę, aby odpisać na Twoje odręczne pismo. Nie mam nawet czasu na zastanawianie się 
nad własnym zdrowiem. Może to i lepiej, bo w tej chwili nic mi nie dolega. A inna spra- 
wa, że tysiąc razy wolałbym, zamiast pichcić samemu w domu, czy pędzić do Ognicha - 
dostać łyżkę ciepłej strawy z Twoich białych dłoni. Życie byłoby piękne, ale co tu ma- 
rzyć, skoro Ty za Boga nie chcesz tu przyjechać... 
Grydz, niestety bez zmiany - lewa ręka w dalszym ciągu martwa. Nogą kapkę za- 
czyna ruszać, ale sam bez pomocy nie może zrobić kroku. Najgorsze, że zanika mu pa- 
mięć. Nie pamięta, co się działo rano, czy był na fizjoterapii, natomiast świetnie pamięta 
co się działo 50 lat temu. Okropne robi wrażenie płacz bez naj mniejszego powodu. Tele- 
fonuje do mnie i nie może powiedzieć słowa, bo szlocha w telefon. Doskonale zdaje sobie 
sprawę ze swego stanu. Już trzy miesiące minęły od chwili zachorowania. Wszyscy mamy 
nadzieję, że wróci do normalnego życia, ale on tej nadziei nie ma. Obawiam się, że on ma 
rację, a nie my. 
Oczywiście, na Wielkanoc, nigdzie się nie ruszę, obawiam się, że w lecie też nie. 
Całe "Wiadomości" na mojej starczej głowie. Pomaga mi zresztą dzielnie Michał 
Chmielowiec. Chyba nie zauważyłaś żadnej zmiany w redagowaniu pisma? 
Jak wyglądają Twoje projekty zjechania na stałe do Londynu? Musisz się pośpieszyć, 
jeśli chcesz nas jeszcze zastać w komplecie. Słabiuchno wszyscy wyglądamy. Ty jedna 
przywiozłabyś nam trochę "świeżego" powietrza. 
W Ognisku leci nowa sztuka Hemara*. Świetne widowisko, wspaniałe dekoracje 
i doskonale wszyscy grają. Z pewnością sztuka będzie szła przez długie miesiące i czekać 
będzie na scenie na Twój przyjazd. A wiec zbieraj manatki i uderzaj w ten wojaż. 
Całuję Cię naj czulej i naj goręcej - Twój Antoni. 


* Premiera "Pięknej Lucyndy" odbyła się 29 stycznia 1967. Grano ją do maja - 50 razy! 


198
>>>
30. 


Londyn, 30 sierpnia 1967. 


Mania, słodyczy Ty moja! 
Po powrocie z letniaków zastałem Twój list. Niestety już śladu nie było po Jurzykow- 
skiej, ale jak wiem, była tu przyjmowana po "królewsku" przez moich wiernych podda- 
nych. Bardzo żałowałem, że nie było mi dane wzięcie udziału w tych uroczystościach, ale 
za to sobie odpocząłem za wszystkie czasy w Cap d' Antibes, gdzie było mi anielsko do- 
brze. A teraz znów tyram za siebie i za Miecia, który niezmiennie przebywa w szpitalu 
bez najmniejszej poprawy. 
Pękałem z zazdrości, żeś Ty była na "wczasach" w Zakopanem. Moje marzenie nie 
do spełnienia. Miałem liczne relacje o Twoim tam pobycie. Jeśli na serio mówisz 
o przyjeździe na Boże Narodzenie do Londynu - czy ucieszę się z Tobą? Zgadnij!!! 
A gdzie będziesz "stała"? Może Ci coś przygotować? Napisz zawczasu. 
A więc do miłego zobaczenia pod choinką. Całuję Cię milion razy - Twój A. 
W tej chwili bawią w Londynie; Wierzyńscy, Wittlinowie, Bronek Kaper, Jan Kott 
i pomniejsi. 


31. 


Londyn, 12.12.1967. 


Mania, słodyczy Ty moja! 
Pięknie Ci dziękuję za Szyfmanową!! Już rozpoczęliśmy jej wysyłkę. A propos; czy 
pamiętasz starego Żyda przy kasie w Teatrze Polskim? "Co to znaczy - pytał - że Bej- 
linowa gra, Szyfmanowi gra, tylko Heszelesowa nie gra!" 
Tymczasem, nie tylko Heszelesowa nie gra, ale przyrzekła przyjechać do Londynu 
i nawaliła. Wstyd! Dać słowo i nie dotrzymać? Tak robi Heszelesowa? 
Biedny Grydz - żadnej poprawy. Tyle tylko, że z zapałem pisze swoją "Silvę", ale 
ani ręką ani nogą nie rusza, a do tego bez powodu płacze, co robi wstrząsające wrażenie 
na odwiedzających. On zdaje sobie sprawę i każdorazowo uprzedza, że będzie płakał. 
Zdaje sobie również sprawę, że już nigdy nie nastąpi poprawa. 
Daję Ci jeszcze tydzień do namysłu - jedziesz, czy nie, a jeśli nie - przesyłam Ci 
moc najlepszych życzeń świątecznych i noworocznych i pod choinką będę wszystkimi 
myślami przy Tobie. 
Kochający Cię do utraty przytomności Twój A. 


l Chodzi o Marię Szyfmanową, która już wtedy mieszkała w Stanach i zaprenumerowała 
(dzięki Modzelewskiej!) "Wiadomości". 
2 Chodzi o Marię Przybyłko-Potocką, przedwojenną towarzyszkę życia Arnolda Szyfmana. 


32. 


Londyn, 9 lutego 1968. 


Mania, Słodyczy Ty moja! 
Pięknie Ci dziękuję za list i donoszę, ze zamówione przez Ciebie książki (25 egz. 
Leszka) są w drodze i lada dzień z pewnością dostaniesz. Skład Główny tej książki jest 
u Julka Sakowskiego, tzn. Polska Fundacja Kulturalna, i w tej sprawie, jak również 
w sprawie Twego procentu pisz do niego. JA marzę o Twoim przyjeździe. Może z tego 
procentu uzbierasz sobie na przelot, a o resztę w Londynie nic się nie martw. Masz za- 
pewnioną łyżkę ciepłej strawy i ułożenie pukli u fryzjera. 


199
>>>
Tylko jeśli rzeczywIscle chcesz uderzyć w ten wOJaz, nie przed marcem, bo ja 
w najbliższy poniedziałek lecę do Hiszpanii na krótki urlop. Zaprosili mnie moi znajomi 
do swojej posiadłości. Bardzo się cieszę, bo okropnie jestem przemęczony. Choroba 
Grydza dobrze nie wpływa na moje zdrowie. 
Całuję cię tysiąc razy - 


Twój Antoni". 


* Antoni Borman zmarł 16 IX 1968, w szpitalu St. Mary Abbot's w Londynie. Miał 71 lat. Został 
pochowany na cmentarzu Fortune Green w dzielnicy Hampstead (inf. za TP nr 39,28 IX 1968, s. 7). 


[Wszystkie listy (z wyjątkiem jednego, z 28 stycznia 1966) pisał na maszynie. Zawsze na fir- 
mowym papierze "Wiadomości". Dopiero lektura tych listów pozwala zrozumieć powody "rozsta- 
nia" z Hemarem, o którym pisał Juliusz Sakowski we wspomnieniu pośmiertnym (Wiadomości 
1972 nr 22 s.l). Zarówno Borman,jak i Grydzewski należeli do "obozu Modzelewskiej".] 


WSPOMNIENIE MARII MODZELEWSKIEJ O ANTONIM BORMANIE* 


Antoś Kochany, 
No i widzisz? Obiecywałam Ci przyjazd do Londynu przez tyle, tyle lat, i nareszcie, 
i na pewno przyjadę w końcu października. Więc uważaj na siebie i żebyś mi zdrów był 
jak przyjadę. Pójdziemy do Ogniska, do teatrów, do Sakowskich na "kinga". (Czy Staś 
Baliński poduczył się już grać w kierki?) Pochodzimy po Hyde Parku, będziemy szuraĆ 
nogami po opadłych liściach i opowiadać sobie o naszych strapieniach i radościach, opo- 
wiadać bez końca, bo tyle się tego nazbierało przez te wszystkie lata. Myślę o Tobie czę- 
sto i cieszę się, że zobaczę Cię znowu. 
Ale tego listu już nie wysłałam. Zanim dopisałam - "ściskam Cię najserdeczniej jak 
zawsze" - zadzwonił telefon. Powiedziano mi, że Antka już nie ma. Nie lubię słowa 
"umarł". Wierzę, że gdzieś odchodzimy i spotkamy się znowu. Nie napisze już do mnie 
"Mania, słodyczy moja", ani że "zwarjatuje z radości" jak przyjadę. Był mi dobrym, 
naj milszym przyjacielem i kompanem. A do Londynu chyba nie prędko się wybiorę... 


* W zbiorach M. Modzelewskiej zachował się brudnopis tego wspomnienia, opublikowanego 
15 grudnia 1968 roku w "Wiadomościach" (1185). 


LISTY OD STEFANIISAKOWSKIEJ 
1. 


[Londyn 9 czerwca 1956] 


Moja droga Marysiu! 
jakżesz bardzo serdecznie dziękuję Ci za Twoją czułość i delikatność. Męczyła mnie 
właśnie ta myśl bezustannie i nie umiałam sobie z tym poradzić, choć może się to wydać 
proste. Od chwili otrzymania Twego telegramu nie przestajemy mówić o Leszku - 
i smucić się zupełnie straszliwie. Życie zubożało, zszarzało i nie ma już w nim uśmiechu. 
Nie umiem pisać i mówić o tym. jest nam źle i ciągle jednakowo nas to boli i męczy, że 
to nieodwołalne, że już Leszka nigdy, nigdy nie zobaczymy i nie usłyszymy jego głosu. 
jeszcze raz moja naj milsza dziękujemy Ci. 
Całuję Cię naj serdeczniej bardzo gorąco - Stefcia. 


200
>>>
2. 


Londyn 15.3.59 


Kochana, miła Marysiu! 
Ciągle ktoś tu przyjeżdża i mówi, że już, już zobaczymy Cię tutaj. I tak mijają lata 
i wszystko to tylko obiecanki. A Ciebie jak nie ma, tak nie ma, choć solennie obiecywałaś 
przyjazd szybki. 
Kierki na Ciebie u nas czekają niecierpliwie, a scena ślicznej Marysi!! 
Więc nie postponuj nas i przyjedź - bo to naprawdę nieładnie. 
Marysiu - ja mam roboty moc. Wiesz, że przepisałam już 9 tomów Leszka "Dzien- 
nika". Jest ich 24 - więc jeszcze masa do zrobienia - ale już duża część zrobiona 
i przynajmniej odcyfrowana. 
Praca to jest trudna, ciężka, ale zachwycająca i tak ciekawa, że z rozpaczą myślę, że 
to się kiedyś skończy. Szczęście, że to ja z Julkiem robię - tego by nikt prócz nas zrobić 
nie mógł, takie to hieroglify, skróty, zagadki. Ktoś kto tak dobrze Leszka znał jak my 
oboje, żył w tym otoczeniu, środowisku, zna ludzi, może sobie dośpiewać moc rzeczy, 
a przede wszystkim zna pismo - które przy pozorach kaligrafii jest najnieczytelniejsze 
w świecie - i odczytać potrafi po prostu zawijasy nie słowa! 
Grydz myśli to wydać - ale to taki ogrom, że boję się czy da radę. 
Marysiu kochana - Wesołych, dobrych świąt życzę i całuję naj czulej 


Stefcia 


[dopisek Juliusza Sakowskiego] 


3.59 


Marysiu, 
Nie mogę sobie darować, że tak mało Cię miałem podczas Twego londyńskiego po- 
bytu (a nawet wcale Cię nie miałem). 
Kochana, śliczna, miła! Przyjedź znowu. Tęsknimy. Wspominamy. Zawsze Cię ko- 
chałem i obiecuję, że zawsze będę 


Julek 


LISTY OD JULIUSZA SAKOWSKlEGO 
1. 


Londyn 19.6.1956 


Marysiu! Jesteś nam bliska, czuła, kochana, najlepsza. 
Napisałaś o naszym Leszku prosto, pięknie i wstrząsająco. Wszystkie Twoje listy (pisa- 
ne czy to do mnie, czy do Mietka) czytamy przejęci, obolali, ze ściśniętym gardłem... 
Wy, którzyście byli z nim wciąż razem, mocniej odczuliście tę śmierć, niż ludzie tu- 
taj. Nie wszyscy go tu znali, nie wiedząjaki był i czym był dla nas, jemu bliskich. Oboje 
ze Stefcią nie możemy się uspokoić. Tak myśleliśmy o bliskim jego przyjeździe, o spo- 
tkaniu po tylu latach oddalenia. I już go nie ma, i nie będzie. Mnie trudno cokolwiek 
wydobyć z siebie, trudno o nim pisać. Uważam to za obowiązek, najsmutniejszy ze 
wszystkich, i gdy zwracają się o coś do gazety czy do radia, robię to, wiedząc jak to mało 
i nieistotne. 
Marysiu! Napisz znowu, przyjeżdżaj do nas do Londynu. Już nas tak mało, coraz mniej. 
Całuję Cię mocno i czule 


Twój Julek 


201
>>>
2. 


Hove 8.3.1967 


Marysieńko! 
Dziękuję. Otrzymałem, o to mi chodziło. Jak indeks będzie gotowy, też o niego po- 
proszę. 
Żałuję, że nie chcesz zajmować się kolportażem "Tygodnia" i książek. Miałabyś do- 
datkowy dochodzik "na szpilki". 
Były wiadomości, że się tu do nas wybierasz. To samo mówiono o Czermańskim, 
którego nie widziałem od 1939 r. Ucieszymy się jak przyjedziecie. 
Hemar ma u nas duży sukces z "Piękną Lucyndą". Stale komplety i rzecz będzie szła 
kilka miesięcy. Jak na teatr emigracyjny, to rekord powodzenia. 
Z Grydzem - smutek. To przewlekła choroba i nie wiadomo kiedy zacznie chodzić 
(i czy?). Na pewno do końca roku zostanie w lecznicy. O powrocie do normalnego życia 
i pracy mowy nie ma. Dla mnie, poza smutkiem, mnóstwo dodatkowych obciążeń 
w moim aż nadto pełnym życiu. 
Całuję Twój Qeśli chcesz) 


Julek 


3. 


Hove 29.2.68 


Kochana Marysieńko! Widzisz, piszę do Ciebie jak sam Sobieski do swojej ukocha- 
nej królowej. Niepokoi mnie, że nie mam wiadomości o otrzymaniu przez Ciebie 20 egz. 
dawno już stąd wysłanych. Jeśli doszły, jak Ci idzie sprzedaż i czy dosłać jeszcze? 
Gdy kto zwraca się do mnie od Was, kieruję go do Ciebie. Tak skierowałem J[ózefa] 
Wittlina, T[adeusza] Wittlina, [Wacława] Solskiego. 
Sądząc z oddźwięku, powinnaś sprzedać co najmniej 50 egz. W indeksie są wszyscy 
zainteresowani, więc każdy z nich choćby dlatego książkę kupi, by znaleźć w niej siebie. 
Serdecznie całuję 


Julek 


4. 


[Hove] 4.11.68 


Kochana Marysiu! 
Śliczne, wzruszające, dziękuję. 
Bez komplementów, mogę Cię zapewnić, że będzie to najlepsza rzecz w numerze po- 
święconym Bormanowi. 
Niestety, numer ten opóźnia się, bo musimy czekać na wspomnienie Grydza; poza 
tym obiecał coś dać Kazio Wierzyński ijeszcze ktoś (nie pamiętam kto) z dalekich stron. 
Ale dobrze, że Cię nagliłem, bo dzięki temu jest to i śliczne, i tak z serca. 
Pomyśl, moja droga, o pisaniu pamiętnika, który chętnie wydam. Piszesz tak ładnie 
i tyle przecież masz wspomnień teatralnych. A książka to wielka satysfakcja. 
Chciałbym kiedyś zająć Cię czym innym (sprzedażą książek), pisanie - to znacznie 
trudniejsza rzecz, ale dużo więcej daje przyjemności. 
Czy tylko do Antka przyjeżdżałaś do Londynu? A my, aja! Całuję 


Julek 


202
>>>
5. 


Hove 9.1.69 


Kochana Marysiu! 
Ślicznie wypadł Twój list w "Wiadomościach" o Antku. Czy piszesz wspomnienia 
teatralne, jak radziłem? 
Nie wiem czy chcesz od czasu do czasu zająć się sprzedażą niektórych książek, bo 
nowojorscy czytelnicy skarżą się, nie wiedzą gdzie kupować. Nie namawiam na wszystkie 
książki, ale akurat wydałem piękny, ozdobnie wydany tom opowiadań Tadeusza Nowa- 
kowskiego (440 stron). Wiem, że ma on u Was wielu przyjaciół. Cena książki jest 5$, 
a powinna kosztować znacznie więcej, ze względu na oprawę, piękny papier itd. Zresztą, 
książka jest świetna. 
Napisz mi czy miałabyś ochotę tym się zająć, na warunkach oczywiście handlowych 
(33 i Y3% dla Ciebie). Całuję 


Julek 


6. 


16.1.1975 


Kochana i najmilsza! 
Nie jestem świntuch, że od razu do Ciebie nie napisałem, ale jestem zaorany jak wo- 
łek, a poza tym zdrów jak rybka też nie jestem. 
Wdzięczny jestem za Twój piękny gest na cele "Wiadomości" z myślą zresztą o na- 
szych obu przyjaciołach; Mietku i Antku. Martwię się, że nie wiem czy długo utrzymam 
nasze "Wiadomości", mimo doskonałej redakcji w osobie Stefy Kossowskiej, która nie- 
spodzianie "wywiązuje" (się). 
Nie wiesz, że nie żyją, bodaj jednocześnie; Zosia Lindorf i Lodzia Pancewiczowa. 
Umarły tego samego dnia (L.P. miała 85 lat). 
Kiedy zobaczę Cię w Londynie? 
Oboje ze Stefcią ściskamy i życzymy dobrego i bodaj lepszego roku 1975. 
Bądź - jak zawsze - dzielna, miła, zabawna, żywa, prawdziwa, urocza i naj doskonal- 
sza. Twój Julek 


LIST OD TYMONA TERLECKIEGO 


Londyn 1.x.1962 


Kochana Marysieńko, 
Od Mietka i Frylinga wiem, że brałaś udział w rozmowie o mojej "Pani Helenie"* 
i opowiadałaś bardzo interesujące rzeczy. Przyszło mi na myśl czy byś tego nie zechciała 
napisać dla Grydzewskiego. On jest bardzo łasy na takie rzeczy. Ja bym się też z tego 
uradował, bo teraz mnie interesuje każdy szczegół dotyczący tego fantastycznego, bądź 
co bądź, babuna. Gdybyś pisała, niczego nie ukrywaj co wiesz. Ona lubiła siebie przy- 
prawiać na słodko i stylizować na anioła. Za bezcenne uważam wszystko co ją uwalnia od 
tej przyprawy i wyzwala z tych bibułkowych skrzydełek. A nie zapomnij mnie dedykować 
swego dzieła! 
Ściskam Cię serdecznie od nas obojga bardzo czule i wiele razy. 


Tymon 


"Pani Helena" opowieść biograficzna o Helenie Modrzejewskiej, wydana w 1962 w Londy- 
nie ("Veritas"). 


203
>>>
LISTY OD KAZIMIERZA WIERZYŃSKIEGO 


1. 


P.O. Box 525 
[Sag Harbor L.I., N.Y] 7XII.59. 


Kochana Marysiu, 
Nie miałem sposobności zobaczyć Cię po wieczorze i nie mogłem powiedzieć Ci jak 
pięknie zadeklamowałaś poemat Wittlina. Zabrzmiał on wstrząsająco, słuchałem Cię 
bardzo przejęty i wzruszony - naj wyższa klasa. Winszuję Ci teraz, moja Kochana 
i Wielka - i całuję Cię serdecznie 
Twój pies i entuzjasta - Kazimierz 


2. 


Piazza Caizoli 6, int. 12 tel. 65-95-24 
Rzym 23. I. 66. 


Kochana Marysiu! 
Bardzo mnie podnieciła wiadomość o Twoim wyjeździe do Warszawy. Leć szczęśliwie, 
czuj się tam jak najlepiej, ucałuj wszystkich znajomych i nieznajomych. 
Równie ucieszyłem się tem, ze mogłabyś nas odwiedzić. Myślę, ze 10-11 marca będziemy 
w Rzymie i pokażemy Ci coś z tego niepojętego, wspaniałego miasta. Niedaleko nas miesz- 
kał teraz, u Palotynów, kilka dni Staś Baliński, którego pewnie zobaczysz w Londynie. Mo- 
głabyś tam się zatrzymać. Jest to quasi hotel-pensjonat. Pokój z pół pensją (tzn. ranne śnia- 
danie ijeden posiłek w południe albo wieczorem). Kosztował go - o ile dobrze pamiętam 
- 3.300 lirów, ekwiwalent 5.50 dolarów, co jak na Rzym nie jest drogo. Adres na wszelki 
wypadek; CASA PALOTTI, via PETTINARI 64, tel. 65-68-843. 
Oczywiście pokój trzeba zamówić, napisz więc, daj znać zawczasu. Gdyby Ci to nie 
odpowiadało, poszukamy czegoś innego. 
Do widzenia, kochanie. Całujemy Cię oboje jak naj serdeczniej. Halina w mieście, więc 
się nie dopisuje. Pozdrów Rudzia, Sierpińskich, panią Wandę i wszystkich w okolicy. 
Twój Kazimierz 


LISTY OD JANA FRYLINGA 1 
1. 


Toronto, 1.1.1957 


Droga Pani, 
Mam do Pani wielką prośbę. Ale trudno mi to jakoś od razu napisać, bo za oknem le- 
żą masy olbrzymich poduch śniegu, a nie jest to śnieg polski ani nawet himalajski. I za 
godzinę zacznie się Nowy Rok, lepszy od innych, bo nie obiecujący już niczego. Jak to 
trudno pozbyć się starych nawyczek; że ten wieczór należy spędzić z kimś bliskim i wypić 
trochę wina i pocałować się. No kiedy właśnie nie ma ani z kim wypić ani się z kim po- 
całować. Mówi się "trudno" - i to zupełnie nie pomaga. 
Kto mnie ostatnio pocałował? Otóż to, że Pani. I stąd jest całą awantura. Chodzę z tym 
pocałunkiem jak żołnierz z pierwszym orderem. Albo z ostatnim. Należałoby się jeszcze 
zastanowić, który jest droższy. Przepraszam - mówiąc ściśle, zaczęła się ta awantura przed 
trzydziestu dwoma czy trzema laty. Wtedy to, jak się już Pani domyśliła, zakochałem się 
w Pani. Dziwna to była miłość. Nigdy nie starałem się, aby mnie Pani przedstawiono, choć 
mogłem to osiągnąć. Mój wuj, brat mojej matki, był aktorem, miałem trochę znajomości 


204
>>>
w teatrach. Nie było mi to przedstawienie potrzebne. Taka to była dziwna miłość, która wyż:j- 
wała się w zachwycie i w pisaniu hymnów o Pani. Na domiar śmieszności po francusku, a piszę 
w tym języku licho i nie mogłem się zachwycać fortissimo, potykając się w chwili największe- 
go entuzjazmu. Jednym słowem pisywałem przez dwa lata recenzje w "Messager Polonais"z, 
o czym nikt prawie nie wiedział. Szyfman się kiedyś przede mną rozczulał na temat tych pisa- 
nin, nie przypuszczając ani przez chwilę, żejajestem ich autorem. 
Miałem wtedy garsonierę na Wilczej, ustronie szaleństw, kapliczkę Astarty i Afro- 
dyty Pandemos. Było to atelier malarskie i ze stalug patrzył na mnie tłum jakichś niezna- 
nych ludzi, a ja szalałem. Szaleństwo to wyrażało się bazgraniem po papierze. Pędziłem 
na Wilczą prosto z teatru, aby śpiewać moje adoracje, z tą gorzką świadomością, że nigdy 
ich Pani czytać nie będzie. Pisałem o szalonej Julce i myślałem ze smutkiem, że nieszczę- 
sny Jan August Kisielewski, którego znałem tak dobrze, nigdy Pani w tej roli nie zobaczy. 
Pisałem o Ewie Pobratymskiej. Pisałem o każdej Pani roli. Zaraz u wstępu tego pisania 
ostrzegałem recenzentów warszawskich; "Piszcie ostrożnie o Modzelewskiej, abyście się 
później nie wstydzili swoich słów. To jest wielkie nazwisko polskiej sceny". 
Ewa... Zbrodniarka na pograniczu świętości. Jest parę takich przeżyć w teatrze, któ- 
rych nie zapomnę nigdy. Nie miałem jeszcze dziesięciu lat, kiedy widziałem panią Mo- 
drzejewską, obmywającą ręce ze krwi. Nie zapomnę. Wtedy też widziałem jąjako Marię, 
a obok niej przesuwał się nieśmiertelnym widmem Wiarus Solski. Nie zapomnę. Miałem 
osiemnaście lat kiedy pięćdziesięcioletnia Duse raczyła okazywać mi wiele dobroci. Nig- 
dy nie zapomnę kaszlu, drącego na strzępy płuca kameliowej nieszczęśnicy. I nigdy, do 
śmierci, nie zapomnę przejścia przez scenę Ewy, broczącej krwią, dygoczącej rozpaczą, 
niosącej na śmierć dziecko swojej miłości. 
A potem... Proszę Pani, dużo by o tym gadać. Wyjechałem z Polski do Tokio, tłu- 
kłem się po całym świecie, dwadzieścia lat w Azji. 
"Po morzach wędrował, 
Był także farysem, 
Pod palmą nocował, 
Pod ciemnym cyprysem, 
Odwiedzał proroka grobowce..." 
No właśnie. Przejechały nas koła historii. Widziałem Panią ostatni raz w Krzemieńcu. Ry- 
czałem wtedy do kogoś w nocy, aby zgasił latarkę elektryczną. Pani była tym kimś. 
Historia, mnie wyrwała grunt z pod nóg, Pani scenę. To najedno wychodzi. Aż po czte- 
rech latach himalajskiej pustelni przyjechałem tu i drugiego dnia po przybyciu znalazłem się 
na wieczorze p. Dory Kalinówny. Siedziałem akurat w pierwszym rzędzie i najadłem się 
strasznego wstydu, bo ona opowiadała moje szmoncesy, pobudzające ludzi do wybuchów 
śmiechu, aja nie mogłem powstrzymać łez, które ciurkiem płynęły mi po twarzy. Siedział za 
mnąJózefWittlin, patrzył na mnie i wiem, co myślał; żem zwariował! 
Droga Pani, po raz pierwszy bezpośrednio mogę Pani podziękować za to piękno, któ- 
re dzięki Pani mogłem zobaczyć i za naj głębsze wzruszenia, które Pani kazała mi prze- 
żyć. (Biją dzwony. Urodził się rok 1957. Bodaj kark skręcił. Przepraszam. Szczęśliwego 
Nowego Roku!) 
Co tu gadać? Pani była częścią tej Polski, której nie ma, i której już nie będzie. I tej 
młodości. Za to wszystko chciałem Pani dziś podziękować. No - i za pocałunek. 
Rany Boskie - miałem przecież tylko zapytać, czy zrobi mi Pani zaszczyt i raczy wziąć 
udział w audycji, którą sklecę w rocznicę styczniowego powstania? 
Ręce Pani całuję 


Jan Fryling 


205
>>>
Jutro wracam do piekła. 
Mój adres tam; 
808 South 10 th Str. 
Newark, New Jersey 
Albo na Free Europe. 


List pisany odręcznie. 
l Jan Fryling (1891-1977), prozaik, krytyk literacki. 
2 Jan Fryling w latach 1925-1927 w wychodzącym w Warszawie dzienniku francuskim 
"Messager Polonais" podpisywał recenzje teatralne jako "H.Z.". Wspominał o tym w książce 
W osiemdziesięciu latach naokoło świata (Londyn: PFK, 1978). Tam także informacja, że w 1918 
roku został "po Janie Lorentowiczu - recenzentem «Nowej Gazety» i byłem nim aż do końca 
istnienia tego dziennika. Podpisywałem te recenzje «Li»". (s. 65) 


2. 


[Shruk Park] 18 IX 1961 


Kochana Marysiu, 
Siedzę tu na wsi i staram się odpoczywać po bardzo ciężkim roku. Tymczasem trze- 
ci dzień po przyjeździe tutaj dostałem tzw. Ivy Poison i nieznośna pokrzywka dręczy 
mnie już dwa tygodnie. 
Przysłano mi tutaj z Nowego Jorku zaproszenie na zebranie, które urządzasz dla 
p. Tymona Terleckiego i p. Toli Korian. Bardzo szczerze żałuję, że nie będę mógł wziąć 
w nim udziału. Panią Korian nieraz oklaskiwałem, ale nie mam zaszczytu znaĆ jej osobi- 
ście. Natomiast będę Ci bardzo wdzięczny, jeśli wyrazisz mój żal p. Terleckiemu i prze- 
każesz wiele serdecznych słów ode mnie. 
Mam tu dużo czasu na rozmyślanie i taki mi przyszedł pomysł. Raz po raz ukazują 
się teraz książeczki o poślednich nawet aktorkach i aktorach. Ciebie zawsze uważałem za 
jedną z naj świetniejszych aktorek (nie uznaję słowa "artysta" zamiast "aktor", bo "aktor" 
czy "aktorka" to dumne słowo), a widziałem ich wiele. Byłem jednym z pierwszych, 
którzy dzwonili na Twoją chwałę. Może w Public Library albo Bibliotece Kongresu są 
roczniki "Messager Polonais" z lat 1925/26, mogłabyś tam przeczytać moje poematy 
o Tobie. 
Myślę, że gdybyśmy usiedli razem do pracy - i jeśli masz trochę recenzji i fotografii 
- mogłaby z tego powstać książeczka po pięknym tytułem "Maria Modzelewska". Może 
winniśmy to historii polskiego teatru - a ja mojej młodości. 
Oboje zasyłamy Ci serdeczne wyrazy, ręce Twoje całuję 
Zawsze oddany 


Jan Fryling 


List pisany odręcznie.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


... TWÓRCZOŚĆ W WIEŻY 
Z KOŚCI SŁONIOWEJ 
ROZMOWA ANNY FRA]LICH 
Z WACŁAWEM IWANIUKIEM 
PRZEPROWADZONA DLA RWE W ROKU 1981 


Wacław IW ANIUK (Kanada) 


Anna Prajlich: Jest Pan autorem kilku tomów poetyckich, laureatem kilku nagród literac- 
kich, jednocześnie tworzy Pan od wielu lat, mieszkając w Toronto. Co Pan sądzi o sytuacji 
poety, który tworzy będąc oddzielonym od kraju, odjęzyka, od środowiska innych twórców? 
Wacław Iwaniuk: Właściwie już pogodziłem się z całą sytuacją. Od zakończenia wojny, 
byłem pewny, że będę musiał żyć na emigracji, będę musiał tworzyć na emigracji. Wiedzia- 
łem, że nie będę mógł wrócić do kraju, i że będę musiał pisać. A z drugiej strony, sytuacja 
nasza była o tyle ułatwiona - pisarzy na emigracji - że mamy już duże zaplecze histo- 
ryczne, wiemy to z epoki romantycznej, pisarze byli na emigracji, pisarze tworzyli na emi- 
gracji i musieli tworzyć na emigracji. Nieszczęściem moim było, że musiałem wyjechać aż 
do Kanady, gdzie rzeczywiście był kraj "zabity deskami" w tym czasie. Przyjechałem tu 
w 1948 roku. Jeżeli chodzi o środowisko literackie, czy kulturalne, czy intelektualne to go 
wcale nie było, więc pisałem, mając zaplecze londyńskie i paryskie. W Paryżu była "Kultu- 
ra", która wtedy mnie drukowała i miałem ożywiony z nią kontakt. W Londynie były "Wia- 
domości", dawne "Wiadomości Literackie", z Grydzewskim, ich redaktorem. Z czasem 
jakoś małe środowisko utworzyło się w Toronto, zaczęliśmy robić wieczory poetyckie, 
przyjechali tu pisarze, poeci, którzy uciekli z Polski, aktorzy, którzy pomagali nam tak, że 
sytuacja ta nie była właściwie tragiczna. Z Polską, a zwłaszcza z pisarzami starszego poko- 
lenia utrzymywałem duży kontakt. Wiem nawet, że Iwaszkiewicz zaraz po wojnie dopytywał 
się, pisząc do Balińskiego, co robię, dlaczego nie wracam, żeby koniecznie się opiekować 
mną tu na emigracji. Jak byłem w Londynie spotkałem Balińskiego, który pokazał mi list 
Iwaszkiewicza. Wzruszony tym wszystkim, kiedy ukazał się mój tom w "Kulturze" pary- 
skiej, dałem znajomemu, żeby zabrał go dla Iwaszkiewicza. On pojechał i na jakiejś uroczy- 
stości chciał wręczyć Iwaszkiewiczowi książkę ale ten nie chciał jej przyjąć. Potem dopiero 
przysłał znajomego po cichu, żeby mu ten tom zwrócić. 


207
>>>
Czy Pan uważa, że twórczość pisarza na emigracjijest inna przez to, żejest on daleko od 
swego, powiedzmy, najszerszego czytelnika, daleko od kraju, odjęzyka? 
Wydaje mi się, że twórczość pisarza na emigracji jest całkowicie inna od twórczości 
pisarza w kraju. Pisarz w kraju ma bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Jest częścią swe- 
go kraju. Pisarz na emigracji nie ma tego samopoczucia. Jest wyobcowany. Naturalnie 
szuka oparcia we własnym kraju i szuka oparcia w kraju zamieszkania, ale mimo wszyst- 
ko pisze trochę w próżni. Tu są też i plusy bo pisarz na emigracji spotyka się z innym 
społeczeństwem i innym środowiskiem. To środowisko oddziaływuje w jakiś sposób na 
jego twórczość również. Nasze doświadczenie, jeżeli chodzi o pisarza czy poetę jest 
właściwie szersze od doświadczenia pisarza w kraju ijest mniej zależne. 


Może by Pan wię cej powiedział na temat tego b y c i a m n i ej z a l e ż n y m. Mniej za- 
leżnym od czego? Czy od kogo? 
Pisarz na emigracji jest mniej zależny od opinii bezpośredniej swoich czytelników, czy 
opinii, która się tworzy w kraju, a zwłaszcza w kraju takim, jakim obecnie jest Polska. My 
tych wpływów nie czujemy na sobie. Przeciwnie, my myślimy, że możemy wpływać, 
powiedzmy na środowisko polskie pisząc na emigracji. Nie mamy żadnych zahamowań, 
żadnych politycznych wstrząsów, tych które mają pisarze w kraju. My się nie boimy cen- 
zury, my się nie boimy bezpośredniego kontaktu z policją, czy się nie boimy, że w nocy 
ktoś tam przyjdzie i będzie chciał nas aresztować, dlatego jesteśmy tak niezależni i mo- 
żemy pisać bardziej swobodnie na tematy współczesne, a zwłaszcza na tematy polityczne. 


Mówił Pan o tym, że pisarz na emigracji może wpływać na twórczość, czy powiedzmy, na 
opinię krajową. lak w Pana doświadczeniu to wygląda? Czy Pan rzeczywiście odczuwa 
jakiś oddźwięk krajowego czytelnika, czy krajowego środowiska pisarskiego na swoją 
twórczość i czy to jest dostatecznie duży oddźwięk, żeby był dla Pana jakimś bodźcem? 
Oddźwięk kraju na naszą twórczość nie jest aż tak duży jaki powinien być, jakiego spo- 
dziewalibyśmy się. W moim wypadku - ja mam duży kontakt z pisarzami w kraju, od 
naj młodszych do prawie naj starszych - te kontakty były od zakończenia wojny. Z grupą 
lubelską - pisarzy - miałem kontakt, z grupą Czechowicza, pisywał do mnie stale Pię- 
tak, Zagórski, pisuje do mnie Bieńkowski, pisuje Ożóg, pisuje Świrszczyńska, Ważyk - 
ze starszych pisarzy. Z młodszych... bardzo dużo pisarzy młodych pisuje i przysyłają mi 
swoje tomiki. Może dlatego, że je kiedyś omawiałem w "Kulturze" paryskiej. Tak, że 
w tej chwili mam duży kontakt ze środowiskiem literackim w Krakowie i w Gdańsku. 
Pisarze w Gdańsku nawet proszą mnie o tomiki. Wyjeżdżając za granicę, proszą żeby 
wysłać tomiki tam i tam, żeby oni mogli przewieźć te tomiki do kraju. Jeżeli chodzi 
o normalnych czytelników w kraju, oddźwięk jest mniejszy bo jest mniej bezpośredni. 
Powiedzmy, mam kontakty z Komitetem Obrony Robotników i właśnie przez ich wysłan- 
ników dowiedziałem się, że śledzą moją twórczość, że im się podoba moja twórczość 
i bardzo zależy im żebym w dalszym ciągu w ten sposób pisał jeżeli chodzi o mój stosu- 
nek polityczny - obecny stosunek polityczny - jak pisałem do tej pory. 


W ankiecie ogłoszonej przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie, na temat " Czy 
jedna polska literatura czy dwie?", Pana wypowiedź była jedną z dwóch mówiących, że 
są dwie polskie literatury, tzn. polska literatura w kraju i polska literatura na emigracji. 


l Ankietę pt. "Jedna czy dwie polskie literatury?" opublikował "Pamiętnik Literacki" (Londyn) 
1976 t. 1 s. 9-22. Uwaga nie jest ścisła: podział literatury polskiej na krajową i emigracyjną uznali Jan 


208
>>>
Czy mógłby Pan coś więcej na ten temat powiedzieć - dlaczego - i czy Pan wciąż 
utrzymuje to zdanie? 
Uważam, że są dwie literatury. Chciałbym, żeby była jedna literatura, teoretycznie istnieje 
jedna literatura polska, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę stosunki polityczne, jeżeli weź- 
miemy pod uwagę ograniczenia w jakich powstaje literatura na emigracji i w kraju, to 
mimo wszystko jest ten podział na dwie literatury. Pisarze na emigracji mają szerszy 
zakres doświadczeń w twórczości. Pisarze krajowi są bardziej ograniczeni i bardziej zo- 
bowiązani, jeżeli chodzi o warunki polityczne. Poza tym literatura emigracyjna nie jest 
powszechnie znana w kraju. To co powstaje, powiedzmy, w Londynie, czy w Paryżu 
częściowo tylko jest znane w kraju przez Wolną Europę czy paryską "Kulturę", ale od- 
biorców paryskiej "Kultury" jest w kraju bardzo mało. Natomiast jest dużo odbiorców 
Wolnej Europy. Ja mam wiadomości z jakiegoś Świdnika, czy z Lublina, czy gdzieś 
z Krasnego Stawu, moich stron rodzinnych, że tam słuchają Wolnej Europy, ale nigdy nie 
słyszeli o paryskiej "Kulturze". Chciałbym żeby była jedna literatura, ale uważam, że są 
dwie literatury. Nie mamy na to żadnego wpływu. Ani środowisko w Polsce, ani środowi- 
sko emigracyjne nie ma na to wpływu. Możliwe, jeżeli teraz ułożą się tak warunki jak 
byśmy chcieli, że będą pisma, które będą właśnie tworzyły jedną literaturę. Uważam, że 
takim pismem jest "Zapis"z ijeżeli będzie on dalej wychodzić, stworzy jedną literaturę. 
Będzie drukował pisarzy emigracyjnych i pisarzy krajowych, niezależnych pisarzy i to 
pismo będzie wyrażało, można powiedzieć, jedną literaturę współczesną polską. 


Spodziewa się Pan od "Zapisu ", że nie tylko otworzy swe łamy dla pisarzy polskich przez 
cenzurę zabronionych w kraju, ale dla pisarzy emigracyjnych? 
Tak. Uważam, że "Zapis" powinien spełnić tę rolę. "Zapis" powinien otworzyć łamy dla 
pisarzy emigracyjnych, powinien tworzyć jedną polską, współczesną, nie cenzurowaną 
literaturę. "Zapis" powinien przy tym utworzyć wydawnictwo literackie przy sobie, żeby 
tam się ukazywały książki tak emigracyjne, jak i krajowe niecenzurowane 3 . 


W Pana twórczości, w Pana poezji duże odzwierciedlenie znajdują problemy polityczne. 
Czy Pan czuje się w tej problematyce, czy w jakimś takim programie, częścią jakiegoś 
odłamu polskiej poezji na emigracji, czy w ogóle polskiej poezji w kraju i na emigracji? 
Moja twórczość polityczna w poezji prawdopodobnie odzwierciedla moje nastawienie 
osobiste jeżeli chodzi o politykę współczesną polską. No, jestem antykomunistą, jestem 
za tym, żeby Polska była niezależna i wolna. Jestem za tym, żeby w Polsce była demokra- 
cja, jeżeli chodzi o ustrój to prawdopodobnie socjalizm, ale socjalizm zbliżony do socja- 
lizmu angielskiego i żeby pisarz mógł pisać to wszystko, co mu się podoba. Takjak piszą 
pisarze angielscy, amerykańscy czy francuscy. Najbardziej mi się podoba w tej chwili, 
powiedzmy, ustrój amerykański, gdzie każdy może powiedzieć co chce, napisać co chce, 
może nawymyślać prezydentowi, tak jak u nas w Kanadzie często piszę do pism kanadyj- 


Fryling, Henryk Grynberg, Wacław Iwaniuk, Józef Łobodowski i Karol Zbyszewski, ale w istocie 
stanowili oni mniejszość. 
2 "Zapis", pierwsze niezależne pismo literackie wydawane w PRL poza cenzurą w latach 
1977-1981. L. Szaruga, "Zapis" - zarys monograficzny. Bibliografia za wartoś cl. Szczecin 1996. 
3 "Zapis" wydawał również książki. Jako osobne zeszyty ukazały się: T. Konwicki, Kompleks 
polski (1978); T. Konwicki, Mała Apokalipsa (1979); ]. Stryjkowski, Wielki strach (1980), 
T. Konwicki, Wschody i zachody księżyca (1981). Drukująca "Zapis" Niezależna Oficyna Wydaw- 
nicza (NOWa), od roku 1977 wydawała książki emigracyjne. Przed 1981 r. ukazały się wiersze, 
eseje i opowiadania Czesława Miłosza, Kazimierza Wierzyńskiego, Marka Hłaski, Gustawa Her- 
linga-Grudzińskiego i Witolda Gombrowicza oraz wspomnienia Józefa Czapskiego. 


209
>>>
skich i wymyślam panu Trudeau 4 , co mi się nie podoba. Dlaczego w Polsce nie mamy 
pisać tak samo? Polska kultura przecież jest tak stara, polska niepodległość liczy się od 
tylu lat. W tej chwili jesteśmy jakimś ciemnym zaściankiem jakby odpryskiem tego 
wszystkiego co jest najgorsze na Wschodzie, czyli pozostałość carskiej Rosji i sowieckiej 
Rosji. Dlatego w mojej twórczości wyrażam siebie. Nie należę do żadnego programu 
politycznego, nie należę do żadnego ugrupowania pisarzy politycznych, tylko po prostu 
to, co czuję, piszę. Ale od siebie. Nie od żadnej grupy, nie od stronnictwa, nie od żadnej 
kliki politycznej. 


W Pana twórczości odczuwa się również dużą wiarę w słowo i w siłę poetyckiego wyrazu. 
Pan nazywa siebie, wnę trze poety, tą mennicą, w której się kują mity. Pan mówi o słowie, 
żejestjedyną ostoją we współczesnym życiu, przy niewielkim zapotrzebowaniu na poezję, 
czy powiedzmy przy mniejszej iloś ci czytelników jednak ta wiara w siłę poetyckiego słowa 
u Pana jest bardzo widoczna. 
Moje umiłowanie słowa chyba jest naturalne, bo każdy pisarz posługuje się słowem 
i każdy pisarz o to dba, by jego słowo było nośne, by jego słowo było przekonywujące 
i żywe. Poza tym jest to chyba moja choroba, którą odziedziczyłem czytając poetów ro- 
mantycznych. Oni nas nauczyli wiary w słowo i oni to dziedzictwo nam przekazali. Jeżeli 
chodzi o współczesne pokrewieństwo skąd wywodzi się moje umiłowanie, czy powiedz- 
my mój kult dla słowa, to wydaje mi się, że właśnie warunki polityczne to sprawiły, że 
jednak słowo, któremu zaufamy, i w które wierzymy, słowo jednak przetrwa i to słowo 
powie wszystko, co byśmy chcieli przekazać przyszłości. Dlatego powinniśmy uważać na 
to słowo i powinniśmy je tak formułować, by kiedyś pokolenia po nas wiedziały cośmy 
przeżywali i co się działo w naszej historii współczesnej. 


WrÓĆmy do problemu literatury politycznej. W historii literatury polskiej polityka zawsze 
odgrywa dużą rolę. Warunki polityczne określają i kształtują poezję i ma to również 
swoje minusy ponieważ bardzo często poezja polskajest nieprzetłumaczalna, niedostępna 
obcemu czytelnikowi, który nie jest w stanie tego skomplikowania spraw polskich zrozu- 
mieć. Były takie pokolenia, które buntowały się przeciwko polityce w poezji. Co Pan 
o tym myślijako poeta polityczny? 
Polityka w poezji jest dużym grzechem. Jeżeli weźmiemy poezję amerykańską, czy po- 
ezję angielską, czy poezję francuską, a nawet niemiecką, widzimy tam, że poeta nie ma 
żadnych innych zadań prócz tworzenia. Nasze warunki, tak się nieszczęśliwie złożyły, że 
nasz poeta nie tylko musiał być poetą ale i politykiem. Nie tylko być politykiem, ale mu- 
siał jakoś ten naród prowadzić do odrodzenia, do niepodległości. Gdybyśmy mieli dosko- 
nałych polityków, gdyby politycy nasi zajęli się sprawą polityczną Polski, wtedy ani Mic- 
kiewicz, ani Słowacki czy Norwid nie musieliby właśnie przejmować politycznego orę- 
dzia od polityków i uczyć naród wytrwania. Wtedy, przypuszczam, nasza poezja roman- 
tyczna byłaby o wiele wyższa. Pisałem kiedyś nawet na ten temat w "Kulturze" paryskiej, 
że nasi poeci nie tylko byli i są poetami ale są też przywódcami politycznymi. Co jest, 
jeżeli chodzi o poezję, może nawet ujemne, ale jeżeli chodzi o życie narodu, może bardzo 
potrzebne. 


4 Trudeau Pierre Eliot (1919-2000), premier Kanady, dwukrotnie pełnił funkcję szefa kana- 
dyjskiego rządu (1968-1979) i (1980-1984); za jego rządów, w 1982 r., Kanada uchwaliła własną 
konstytucję, która zastąpiła działający od 1867 r. Akt o brytyjskiej Ameryce Północnej. Odegrał 
wielką rolę w kształtowaniu silnego rządu centralnego i w walce z przejawami separatyzmu. 


210
>>>
A czy otaczający Pana świat, tutaj w Kanadzie, w Toronto, otaczająca Pana kultura, czy 
to także jest tworzywem w Pana poezji? 
Kanada wpłynęła na moją twórczość i to bardzo. Bo już w pierwszym tomiku wydanym 
tu w Kanadzie Milczenia jest dość długi poemat mówiący o tym, że poeta-ja, mieszkam 
na Alasce i, powiedzmy, jak to otoczenie na mnie wpływa. Potem pisałem dość często na 
tematy kanadyjskie. W moim tomiku kanadyjskim wydanym po angielsku jest dość dużo 
wierszy o Kanadzie. Ostatnio nawet ogłosiłem cykl wierszy "Wieczory nad jeziorem 
Ontario", który zresztą bardzo się podobał. jest to początek tomiku, który będzie się 
nazywał "Wieczory nad jeziorem Ontario" i tomik jest już prawie gotowy i chciałbym go 
wydać wkrótce. Będą to wiersze tylko pisane pod wpływem kultury kanadyjskiej, pod 
wpływem przyrody kanadyjskiej i środowiska kanadyjskieg0 5 . 


Ajak wygląda sytuacja wydawnicza? lak Panją ocenia? 
jeżeli chodzi o wydawnictwa pisarzy emigracyjnych, to jest to zagadnienie tragiczne. 
Pisarz sam musi się ubiegać kiedy napisał książkę, żeby ją wydać, a potem jest tylu zna- 
jomych, którzy czekają na książkę, żeby ją za darmo otrzymać. jeżeli chodzi o mnie to 
sytuacja była trochę łatwiejsza bo pierwsze tomy wydała mi paryska "Kultura", za które 
nie trzeba płacić, potem dwa tomy ukazały się w Oficynie Poetów i Malarzy, ostatni tom, 
który się ukazał w Oficynie Gliwy. Trzeba zapłacić za ten tomik, ale ma się tę satysfakcję, 
że bardzo pięknie jest tomik wydany. Ogólnie jednak wydać coś na emigracji jest bardzo 
ciężko. 


Proszę powiedzieć na koniec, jakie jest Pana miejsce jako poety na Ziemi i poety polskie- 
go tworzącego w Ameryce, w Kanadzie? 
Pisarz na emigracji jest nie tylko skazany na milczenie w kraju, ale po części jest skazany 
na milczenie na emigracji. Emigracja jest przesiąknięta prądami politycznymi i zagadnie- 
niami politycznymi. Wszyscy myślą o kraju, jak mu pomóc, w jaki sposób zmienić ustrój, 
czy wpłynąć na zmianę tego ustroju. Wtedy twórczość pisarza, a zwłaszcza poety trafia 
w próżnię. Dlatego pisarz nie ma tu czytelników na emigracji, zwłaszcza poeta. Emigracja 
jest w momencie czekania, żeby powrócić do kraju czy powiedzmy, żeby wpłynąć na 
warunki polityczne. Dlatego, mimo że pisarze emigracyjni, a zwłaszcza poeci piszą 
i wydają, jednak to jest po prostu twórczość w wieży z kości słoniowej. Piszą dlatego, że 
muszą, wydają dlatego, że trzeba właściwie to wydać jak się napisze. A czy czytelnik 
przeczyta to, czy się znajdzie czytelnik, to już właśnie na dwoje babka wróżyła. 


5 W. Iwaniuk, Evenings on Lake Ontario. From my Canadian diary. Toronto 1981. 


211
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


ŻYCIE CHOPINA 
ROZMOWA JANA WINCZAKIEWICZA 
Z KAZIMIERZEM WIERZYŃSKIM 
W PARYSKIM STUDIO R.F.I. W 1960 ROKU 


Kazimierz WIERZYŃSKI (USA) 


Jan Winczakiewicz: Zaprosiliśmy dzisiaj do studia Kazimierza Wierzyńskiego. Natural- 
nie, Kazimierz Wierzyńskijest znany, przede wszystkimjako poeta, ale w związku z obec- 
nymi obchodami ISO-lecia urodzin Chopina, chcielibyśmy przeprowadzić z Panem Kazi- 
mierzem Wierzyńskim rozmowę o Chopinie, jako że Pan Wierzyński jest autorem książki 
pt. "Życie Chopina ". Proszę pana, chcielibyśmy, przede wszystkim zapytać jak zrodził się 
pomysł napisania tej książki. 
Kazimierz Wierzyński: Proszę Pana. O tym jak ten pomysł się zrodził ijakja tę książkę 
pisałem, to właściwie mógłbym napisać nową książkę. W tej pracy spotkało mnie tyle 
rzeczy osobliwych i niespodziewanych, że to zajęłoby drugą taką rzecz jaką napisałem 
o Chopinie. Ale zapomnijmy o tym. Żeby konkretnie odpowiedzieć na pana pytanie. 
Więc, przede wszystkim, zaczęło się od tego, że Artur Rodziński 1 , mój przyjaciel, zmarły 
dwa lata temu - znakomity dyrygent - zaproponował mi kiedyś, było to dawno, mia- 
nowicie dwa lata przed stuletnią rocznicą urodzin... 


Śmierci... 
... śmierci Chopina. 


W roku 1946. 
Zaproponował mi, żebym napisał biografię Chopina. Zaczął mi mówić, że nie ma takiej 
biografii w Ameryce, że Amerykanie są bardzo łasi na biografie 2 . I rzeczywiście jest to 
rodzaj pisarski, który w Ameryce cieszy się ogromnym powodzeniem. Więc to... 


l Artur Rodziński (i 892-1958), dyrygent, po wojnie na emigracji w USA. 
2 W archiwum "Wiadomości" znajduje się obszerna dokumentacja starań Mieczysława 
Grydzewskiego z lat 1946-1949 o wydanie przygotowanej przez niego angielskiej książki o Cho- 
pinie. Maszynopis książki znajduje się w Bibliotece Polskiej w Londynie. 


212
>>>
... był pierwszy bodziec. 
Był pierwszy bodziec. To był pierwszy człowiek, który mi o tym wspomniał i to była pierw- 
sza myśl, którą od niego przejąłem. Muszę powiedzieć, że nie przyjąłem tego obojętnie. Nie 
jestem muzykologiem, nie pisałem nigdy żadnej biografii i nie wiedziałem jak się zabrać do 
tej rzeczy. I z początku przyjąłem to raczej opornie, ale już tak niby z nałogu popchnięty 
przez niego zacząłem szperać po rozmaitych rzeczach i powoli, powoli się rozpalałem do tej 
idei. Przede wszystkim, uderzyło mnie jedno, że Chopin, mimo jak największego wzięcia na 
całym świecie - o czym nie potrzebujemy mówić - w encyklopediach był traktowany 
nieodpowiednio, moim zdaniem. I to mnie bardzo rozdrażniło. 


Na przykład w jakich encyklopediach? 
Na przykład, proszę Pana, jest taka znakomita encyklopedia muzyczna Grove'a 3 . I przy- 
pominam sobie, przeglądając tę encyklopedię, znalazłem ustęp o Schubercie, który miał 
dwadzieścia kilka stronic podzielonych na połowę, podczas gdy Chopin musiał się kon- 
tentować kilkoma stronicami. Janie zacytuję dokładnie cyfr, ale było to coś tak monstru- 
alnego, że mnie właściwie kolnęło pod sercem. Pomyślałem, cóż to za nonsens. 


Niesprawiedliwość? 
Niesprawiedliwość. Później, pamiętam, wziąłem do ręki encyklopedię uniwersytetu no- 
wojorskiego Columbia 4 . I tam znalazłem krótką notatkę o Chopinie, która oczywiście 
podkreślała jego polskie pochodzenie, ale twierdziła, że on był reprezentantem głównie 
wpływów francuskich, co mnie nie odpowiadało i też tak jakoś kolnęło. No, co Panu 
więcej powiem? Mnóstwo takich rzeczy spotkałem. Zacząłem potem czytać... 


I zaczął Pan odczuwać potrzebę napisania tej książki. Pan rzeczywiście zdążył z napisa- 
niem tej książki na l OD-lecie śmierci Chopina. 
A tak. Miałem datę z góry ustaloną przez wydawcę, mianowicie l maja 1949 r. i byłem 
gotów na 17 października. W stulecie jego śmierci książka była gotowa i była w sprzeda- 
ży. Po angielsku. Oczywiście, pisałemją po polsku, więc trzeba włączyć jeszcze to, że... 


Przekład zabrał pewien czas. Książka jest już trochę, powiedzmy stara, ale nie jest 
przedawniona, jest ciągle aktualna, zwłaszcza, że potem nie ukazała się żadna inna 
książka o Chopinie, która by wniosła coś nowego. O aktualnoś ci tej książki świadczy 
również to, że została przełożona na wiele języków i ostatnio jak słyszałem, ukazał się 
przekład najęzyk portugalski. Prawda? A na jakie innejęzyki byłajeszcze przełożona? 
Dzieje jej są osobliwe, bo była napisana po polsku, a ukazała się po angielsku. Później, 
po polsku w Nowym Jorku nakładem Roy'a 5 . Zaczęło się od tego, że wyszła ona nasam- 
przód w Nowym Jorku, potem wyszła w Londynie po angielsku, potem ukazał się prze- 
kład - o ile pamiętam - hiszpański w Buenos Aires, potem francuski, tu w Paryżu, 
potem włoski, potem Japoński, który jest... 


3 G. Grove, Grove 's dictionary of music and musicians, ed. by J.A. Fuller Maitland. Philadel- 
phia 1918. (Wyd. 4 ukazało się w Londynie w wydaniu Macmillan w 1940 r.) 
4 The Columbia encyclopedia, compiled and edited at Columbia University. New York 1935. 
5 Wydawnictwo "Roy", założone przez Hannę i Mariana Kisterów wspólnie z Melchiorem 
Wańkowiczem, jako "Rój", odżyło w Nowym Jorku Quż bez Wańkowicza) w latach wojny. 
W 1958 roku, po śmierci Kistera przekształciło się w firmę czysto amerykańską. 


213
>>>
Nawet egzotyczne języki. 
Bardzo śliczne wydanie, na pięknym papierze i tak pięknie zrobiona, jak Japończycy to 
robią. Włoskie, gdzie miałem dwa wydania, hebrajskie i teraz ukazało się po portugalsku. 


leżeli się nie mylę, to już razem, tak liczyłem na palcach jest siedem albo osiem języków. 
Książkę Pan pisał w Nowym lorku? 
Zacząłem ją pisać w Nowym Jorku, ale muszę się przyznać tu otwarcie, że szybko się 
zorientowałem, że to miasto mi nie sprzyja i że ja tej książki w terminie nie napiszę. 
I wtedy zacząłem się głowić co zrobić, bo już się zaangażowałem w robotę, już zacząłem 
studia, już przygotowałem sobie literaturę, itd. Rzucać tego nagle nie mogłem, a czułem 
jedno, że w Nowym Jorku tego nie napiszę. Tam był rozgardiasz, mnóstwo znajomych, 
chodzić by trzeba tędy i owędy. No, powiedziałem sobie, coś trzeba zrobić. Wtedy znów, 
drugi raz się Rodziński, jeżeli się mogę tak wyrazić, nawinął. Mianowicie - ja nie wiem 
czy to Pana interesuje. Czy mam o tym mówić? 


Oczywiście to interesujące. 
On miał posiadłość w stanie Massachusetts w miejscowości Stockbridge. I tę posiadłość 
sprzedał swojemu znajomemu, panu Arturowi Parsifalowi. Pan Parsifal zaproponował mi, 
żebym... ponieważ on wiedział w jakiej jestem sytuacji, czego się podejmuję, jak trudno 
mi w Nowym Jorku to idzie... więc zaproponował mi, żebym przyjechał do niego i tam 
zamieszkał w tej posiadłości. Myśmy tam pojechali. Żegnani przez przyjaciół, jak ludzie 
niespełna rozumu, bo nagle rzucić Nowy Jork i pojechać na tę pustynię. To wszystkim się 
wydawało takie dziwne. I rzeczywiście była to pustynia, bo ona się znajdowała, przy tzw. 
dead-end mad tzn. ślepej drodze. Ta droga się kończyła przed naszym domem. Potem 
zaczynało się coś takiego, jak puszcza. Puszcza amerykańska; lasy, góry. 


lak długo Pan tam wytrzymał? 
Dwa lata. I muszę panu powiedzieć, że to było jedno z najbardziej... jest to dzisiaj dla 
mnie jedno z najbardziej wzruszających wspomnień. Bo naprawdę byłem cały poświęco- 
ny pracy, nic mnie więcej nie obchodziło. 


Ale przecież pisząc książkę o Chopinie, musiał Pan mieć jakąś dokumentację? 
No, ładna zabawa. Dwie paki, proszę Pana, woziłem ze sobą. Dwie ogromne paki. Mnó- 
stwo książek, materiałów itd. Poza tym korzystałem z pomocy biblioteki - Public Libra- 
ry w Nowym Jorku - która mnie, mnóstwo wyświadczyła uprzejmości, bo często się 
znajdowałem w takiej sytuacji, że nie wiedziałem co począć z tym lub innym problema- 
tem. Więc się zwracałem do ludzi. Doktor Bernstein pamiętam, cytuję to nazwisko, bo 
rzeczywiście jestem jemu dużo dłużny, wyświadczył mi wiele uprzejmości. Dał mi mnó- 
stwo wiadomości. 


Pan miał również ze sobą płyty, żeby móc słuchać? 
T ak, miałem płyty, które grałem bardzo często. T o było bardzo szczególne, jednocześnie pisa- 
łem wiersze, z których później złożyłem taki tomik pt. Korzec maku. A proszę Pana, sama 
egzystencja była czymś nieopisanym. Myśmy mieszkali, jak Panu wspominałem na końcu... 


świata? 
... na końcu polnej drogi, czy jakby to powiedzieć, wiejskiej. I jednocześnie na końcu 
świata. I nikogośmy nie mieli za sąsiadów. Tylko lisy zimą przybiegały. Patrzyłem co 


214
>>>
rana, którędy jaki lis gdzieś się przedarł, ewentualnie, prócz tego przychodziły sarny, 
z którymi się przyjaźniłem. To była bardzo przyjemna kompania. Przyjeżdżał farmer, 
który pracował na tej farmie pana Parsifala. Tam były trzy konie wierzchowe, zostawione 
przez niego, bo w tym czasie państwo Parsifal wyjechali do Europy. Otóż ten farmer 
przychodził paść konie i żywić te konie, a poza tym, nie mieliśmy żadnego kontaktu 
z nikim. Najbliższe światło się świeciło od nas o dwie mile. 


Czylijakieś trzy kilometry. 
Coś takiego. Jak panu mówię, mieliśmy tylko lisy i sarny. 


I w tym skupieniu przez dwa lata napisał Pan tę piękną książkę pt. "Życie Chopina ". 
Bardzo Panu dziękujemy. I teraz na zakończenie tej rozmowy może posłuchamy jakiegoś 
utworu Chopina.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


DWUDZIESTOLECIE "KULTURY" 
ZAPIS DYSKUSJI W RADIO WOLNA EUROPA, 
18.07.1966 ROKU* 


Sakowski; Zebraliśmy się w studio londyńskim Rozgłośni Polskiej Radia Wolnej Europy 
celem odbycia rozmowy o dwudziestoleciu "Kultury". W rozmowie biorą udział; Michał 
CHMIELOWIEC, Maria DANILEWICZOWA, Juliusz MIEROSZEWSKI, Paweł ZA- 
REMBA. Wszyscy, zwłaszcza pan Mieroszewski ściśle związany z "Kulturą", inni mniej 
ściśle, ale współpracujący z "Kulturą". Przewodniczę ja Juliusz SAKOWSKI przed tą 
audycją nic nie mający wspólnego z miesięcznikiem "Kultura". 
Odbywamy tę rozmowę, bo to jest wydarzenie nie byle jakie. Dwadzieścia lat, 
w ciągu tych dwudziestu lat powstało dwieście dwadzieścia cztery - jeżeli mówię ściśle 
- może mnie pan Mieroszewski poprawi... 
Mieroszewski; Tak... Ściśle. 


Sakowski; ...dwieście dwadzieścia cztery numery miesięcznika, sto dwadzieścia osiem 
książek wydanych przez Instytut Wydawniczy, pod egidą "Kultury" i dwadzieścia lat 
istnienia pewnej grupy, która może nie jest jeszcze obozem, ale pewnej grupy ideologicz- 
nej. Grupa ta, miesięcznik i książki mają to znaczenie, że są zwrócone przede wszystkim 
na Kraj i na zagadnienia krajowe. My wszyscy na emigracji zwróceni jesteśmy w stronę 
Kraju. Ale może naj silniej zagadnieniami krajowymi zajmuje się "Kultura" i najlepszym 
dowodem, że każdy rodak przyjezdny z Kraju czy w Paryżu czy w Londynie, dopytuje się 
o numery "Kultury" i o książki wydane przez "Kulturę" Chciałbym tę audycję podzielić 
na to, żebyśmy mówili i o miesięczniku i o działalności wydawniczej, ale przede wszyst- 
kim poproszę pana Mieroszewskiego, jako naj bliżej i naj ściślej związanego z "Kulturą", 


* Tekst dyskusji wyemitowanej w ramach programu RWE "Discussion on Art and Literature" 
publikowany jest na podstawie kopii transkryptu znajdującego się w archiwum Juliusza Sakow- 
skiego (sygn. AE/JS/XV/I). Maszynopis liczy 19 kart. Nieliczne poprawki naniesione są ręką Sa- 
kowskiego. Uczestnicy dyskusji w części identyfikowani są przez Sakowskiego; tam, gdzie identy- 
fikacja nie była możliwa wpisano" Głos". Zachowano język i interpunkcję oryginalną. 


216
>>>
żeby nam opowiedział o powstaniu pisma, o stosunkach redakcyjnych, no to wszystko co 
może Pan najlepiej powiedzieć. Proszę pan Mieroszewski. 
Mieroszewski; Proszę Państwa, to jest tak. Jestem od siedemnastu lat członkiem redakcji 
"Kultury" i w skutek tego nie może być moim zadaniem w naszej audycji chwalenie czy 
krytykowanie. Jestem bowiem osobiście zbyt zaangażowany w tej sprawie. Lecz jako 
staremu dziennikarzowi - byłem członkiem Syndykatu Dziennikarzy krakowskich na 
wiele lat przed wojną - niech mi będzie wolno wyrazić opinię, że "Kultura" jest sukce- 
sem. Nie tylko jako pismo emigracyjne, ale jako pismo w ogóle. To nie jest sąd warto- 
ściujący, tylko opinia obiektywna oparta na faktach i cyfrach. "Kultura" byłaby sukcesem 
w normalnych warunkach w Polsce, bo nie mieliśmy miesięcznika tej klasy i poziomu 
o nakładzie sześciu tysięcy egzemplarzy, który docierał do pięćdziesięciu sześciu krajów 
świata. "Kultura" jest sukcesem również jako pismo europejskie, ponieważ w zachodniej 
Europie jest bardzo mało pism tego poziomu i klasy, które by miało nakład sześciu tysię- 
cy egzemplarzy i docierało do pięćdziesięciu sześciu krajów świata. Jeszcze jest mniej 
pism europejskich tego typu i tej klasy, które by przetrwały lat dwadzieścia. Przez ten 
okres czasu, który jestem w Londynie, byłem świadkiem powstawania wielu pism i cza- 
sopism literackich i literacko-społecznych, które po bardzo krótkim czasie upadły. Wy- 
starczy by wymienić choćby wspaniały "Horizon". 
Sakowski; Może na chwilę przerwiemy jeżeli pan pozwoli. Ja bym chciał Panów spytać 
z czym, z jakim miesięcznikiem innego rodzaju, polskim lub obcym mogliby Państwo 
porównać "Kulturę" czy też to porównanie nie wyjdzie dobrze. Czy na przykład można je 
porównać - z pism krajowych - z "Twórczością"? Może pani Danilewiczowa by na ten 
temat powiedziała? 
Danilewiczowa; Mnie się wydaje, że można porównać z przedwojennym "Pamiętnikiem 
Warszawskim", który miał żywot bardzo krótki, który kiedyś redagował Berent przy 
pomocy Lechonia przez pewien czas, to było pismo, które mi się wydaje, że w ogólnym 
takim swoim zarysie miało coś bardzo dużo, coś bardzo podobnego, ale to była efemery- 
da. Jeśli chodzi o pisma krajowe, to tutaj nie widzę wyraźnego odpowiednika, bo "Twór- 
czość" jest jednak pismem czysto literackim, bardzo rzadko odchodzącym od literatury 
czystej, powiedzmy na podwórko filozoficzne czy socjologiczne. Od czasu do czasu 
zdarzały się jakieś małe odstępstwa, ale to nie jest odpowiednik wyraźny. Nie można 
także porównywać z "Więzią" czy "Znakiem", które znów mają tematykę dyktowaną 
wyraźną bardzo linią... 
Sakowski; Mnie się zdaje, że nie można porównywać tak samo z "Horizon" ani tymi 
pismami-miesięcznikami. Może najbardziej "Encounter", jeżeli chodzi o miesięcznik 
Berenta, to on nie miał żadnych właściwie, zacięcia ideologicznego, raczej to był czysto 
literacki... Pan Chmielowiec. 


Chmielowiec; Ja bym paradoksalnie powiedział, że w moim rozumieniu "Kultura" jest 
tygodnikiem, który ukazuje się co miesiąc. To znaczy ma pewne cechy tygodnika, ten 
niesłychany zmysł aktualności, tę silną tendencję czy kierunek polityczny, to nie poświę- 
canie wiele miejsca studiom o charakterze naukowym czy pół-naukowym, o wiele więcej 
publicystyki i eseistyki. 
Zaremba; Ja bym powiedział, że to "Kultura" jest pismem jedynym w swoim rodzaju. 
Nie ma właściwie odpowiednika. Jeśli przeglądam powiedzmy prasę zachodnią, pan 
wspominał "Encounter", "Encounter" zresztą jest pismem młodszym niż "Kultura", nie- 
porównanie młodszym. Może odwróciłbym nawet sytuację, "Encounter" w pewnym sen- 


217
>>>
sie na pewnych odcinkach na "Kulturze" się wzoruje. Mnie się wydaje, że "Kultura" jest 
pismem, które właściwie jest zupełnie nieortodoksyjnym w sensie techniki czy metody 
dziennikarskiej. Nie zgodziłbym się z panem Chmielowcem, że to jest tygodnik, po- 
wiedzmy w formie miesięcznika, co nie ujmuje oczywiście dążenia redaktora do jak naj- 
większej aktualności. Nie mniej powiedzmy, zagadnienia, które byśmy nazwali - teore- 
tyczne - które by poruszały pewne tezy, "Kultura" załatwia sobie nie zapychając łamów 
samego miesięcznika, tylko w swojej akcji wydawniczej między innymi w "Zeszytach 
Historycznych" . 
Sakowski; Ja poproszę pana Mieroszewskiego, żeby powiedział coś, jakbym to nazwał, 
od strony kuchni redakcyjnej. Jak to się odbywa w ogóle, bo pan najlepiej wie, naj ściślej 
jest związany. Zespół redakcyjny, praca w redakcji, dom pod Paryżem. Jeżeli pan zechce 
o tym mówić. 
Mieroszewski; Proszę bardzo. Nikt z czytelników i przyjaciół nawet bliskich nie zdawał 
sobie sprawy, że przeniesienie "Kultury" z Rzymu do Paryża było w pewnym sensie re- 
wolucyjnym eksperymentem. "Kultura" została założona, podobnie jak Instytut Literacki, 
w roku 1946 w Rzymie. Rzym był wówczas jeszcze w pełni stolicą 2. Korpusu Polskiego. 
Nad Tybrem przebywali pisarze i poeci 2. Korpusu, Herling-Grudziński, Olechowski, 
Herminia Naglerowa, Tadeusz Sowiński i wielu innych. Chcę przez to powiedzieć, że 
redagowanie pisma było stosunkowo rzeczą łatwą, bo wszyscy i wszystko było na miej- 
scu. Z chwilą kiedy "Kultura" została przeniesiona do Paryża, powstało zagadnienie re- 
dagowania pisma poprzez korespondencję. Pamiętam dokładnie, że wielu ludzi bardzo 
nam życzliwych twierdziło, że to jest po prostu niemożliwe. 
Sakowski; Co pan nazywa, może pan objaśni bliżej - przez korespondencję... 
Mieroszewski; Najłatwiej będzie to nam uzmysłowić, gdy stwierdzimy, co to jest redak- 
cja. Przez redakcję w potocznym tego słowa znaczeniu rozumiemy zespół dziennikarzy 
o ile możności zawodowych, którzy redagująjakieś pismo. Otóż paryska redakcja "Kultu- 
ry" stanowi kapitalny wyjątek od reguły. W paryskiej redakcji "Kultury" nie ma ani jed- 
nego dziennikarza. Czy to zawodowego, czy niezawodowego. Jerzy Giedroyc, który 
w moim przekonaniu jest jednym z naj oryginalniejszych i naj wybitniejszych redaktorów 
polskich jakich mieliśmy w ostatnich pięćdziesięciu latach nie jest ani dziennikarzem, ani 
pisarzem. 
Sakowski; Czy nigdy nic nie napisał? 
Mieroszewski; Nigdy niczego nie napisał. Oświadczył, że ma organiczną niezdolność do 
pisania. 
Danilewiczowa; Więc ja protestuję, tutaj muszę votum separatum zgłosić. Giedroyc 
pisze listy. Listów tych oczywiście nie można w tej chwili opublikować, ale wróżę, że za 
pięćdziesiąt lat, jakiś młody polonista czy polonistka wyda tom listów Giedroycia, po- 
wiedzmy do mnie czy do pana, i że to będzie swego rodzaju rewelacja. 
Mieroszewski; Proszę Pani, jadąc tu do tego studia obliczyłem sobie w kolejce podziem- 
nej, że przez ubiegłe osiemnaście lat Giedroyc napisał do mnie około 2500 do 2800 li- 
stów i ja do niego również tyle. Więc to daje wolumen około pięciu czy sześciu tysięcy 
listów. Gdyby ktoś, co nie daj Panie Boże, zechciał to wydać to to by obejmowało kilka 
może kilkanaście tomów. 


218
>>>
Sakowski; Panie kolego, zapytanie; czy nigdy żadna wypowiedź redakcyjna, żaden ano- 
nimowy głos czy jakaś notatka w "Kulturze" nie wyszła spod pióra Giedroycia? Bo to jest 
zajmujące. 
Mieroszewski; Kilkuwierszowa notatka może tak. 


Sakowski; Ale żadnej enuncjacji... 
Mieroszewski; Żadnej enuncjacji nie wydał. 
Sakowski; Teraz proszę Pana, czy Pan może powiedzieć, bo panowie są naj ściślej zwią- 
zani. Właściwie poza redaktorem Giedroyciem Pan jest tym przedstawicielem na Anglię 
i współpracownikiem głównym politycznym. Jak współpraca się układa? 
Mieroszewski; Chciałem właśnie powiedzieć jedną rzecz, że z jednej strony mamy re- 
dakcję "Kultury", w której nie ma ani jednego zawodowego dziennikarza, z drugiej strony 
jeżeli weźmiemy do ręki bieżący czy jakikolwiek inny numer "Kultury", to widzimy 
w nim rewię najlepszych piór emigracyjnych, a czasem nawet krajowych. Otóż ta rewia 
tych najlepszych piór, to jest to co jeden z naszych przyjaciół nazwał "niewidoczną re- 
dakcją «Kultury»". 
Zaremba; Ja bym wtrącił tu panie Juliuszu troszkę kontrowersyjnie. Cudów nie ma. Pan 
nazywa, że nie ma zawodowych dziennikarzy. Niemniej jednak "Kultura" co miesiąc się 
ukazuje, ukazuje się dobrze złamana, no z nienajgorszą korektą, której mogłoby wiele 
innych pism pozazdrościć i to się w jakiś sposób dzieje. Po osiemnastu latach nawet ktoś 
kto nie mówi o sobie, że jest zawodowym dziennikarzem, ale poświęcił całe życie temu, 
staje się jak najbardziej zawodowym i jak najbardziej fachowcem. Tak samo w sensie 
technicznym, w którym, no w technicznej dziennikarce Giedroyc, jak wiemy, ma na miej- 
scu pomoc bardzo fachową, po tych osiemnastu latach. Choćbym tylko wspomniał obojga 
Hertzów, zwłaszcza panią Zofię. 
Mieroszewski; Tak, ale Hertzowie, zasługi Hertzów są niezmierne dla "Kultury" i nie 
można w ogóle ich przecenić. Ale tak Zofia jak i Zygmunt są wykształceni prawnicy, nie 
są ani dziennikarzami, ani pisarzami. 
Sakowski; Pan mówił o kwalifikacjach fachowo-zawodowych. To są ludzie, którzy przy- 
szli do "Kultury", zaczęli ją robić, zaczęli robić pismo, nie mając tego fachowego zacię- 
cia czy przygotowania, czy wykształcenia. 
Zaremba; Tylko bronię jednej tezy. Żeby naszym słuchaczom się nie wydawało, że to 
jest cudowny wypadek. To jest ciężka praca i bardzo zawodowa praca. Ja się uważam za 
zawodowego dziennikarza, chociaż także jestem prawnikiem i z wykształcenia dzienni- 
karskiego nie jestem... 
Danilewiczowa; Ja chciałam tylko przypomnieć, że taki wypadek redagowania pisma na 
odległość wydarzył się w XIX wieku. Kraszewski wydawał "Ateneum", siedząc zdaje się 
na Polesiu czy Wołyniu i pismo miało też zasięg bardzo szeroki. No ale to był zupełnie 
odosobniony wypadek. 
Sakowski; Czy ja mogę teraz małą dygresję? Bo tu oprócz pana Mieroszewskiego najści- 
ślej związanego z "Kulturą" jest pani Danilewiczowa i pan Chmielowiec, którzy współ- 
pracują i z "Kulturą" i z londyńskimi "Wiadomościami". Wobec tego, że tu wspomniano 
osobę redaktora Giedroycia, czy państwo mogliby nam swoje doświadczenia ze współ- 
pracy w jednym piśmie i w drugim. To znaczy, po prostu, żeby ułatwić - co pani wybie- 


219
>>>
ra do "Kultury", a co do "Wiadomości", dlaczego? Jak się układa współpraca 
z redaktorem, gdzie jest łatwiej, no takie osobiste doświadczenia. Najpierw panią, a po- 
tem pana Chmielowca poproszę. 
Danilewiczowa; Ja przeprowadzam jakąś taką bardzo cenzurę wewnętrzną, nie wiem jak 
to nazwać. Ja wiem z góry co nadaję się, co mogę prawda produkować w "Wiadomo- 
ściach", a co mogę posłać Giedroyciowi do "Kultury". Piszemy trochę pod redaktora. 
Muszę powiedzieć, że ilekroć zdarza się wypadek, że chcę się wypowiedzieć tak jakoś 
bardzo bezpośrednio - śmiało, chcę powiedzieć wszystko na jakiś temat, to raczej wy- 
bieram "Kulturę". Natomiast jestem w nastroju bardziej akademickim, chłodnym, wybie- 
ram "Wiadomości", licząc się jeszcze z tym, że tekst, który poślę będzie poddany bardzo 
surowej skrutynizacji. Najsurowszego z redaktorów. 
Chmielowiec; Więc ja uważam, że jednak pomimo bijących w oczy różnic, pomiędzy 
tymi dwoma redaktorami, może ważniejsze są między nimi podobieństwa. Chcę podkre- 
ślić najpierw jedno, bo była tutaj mowa o redagowaniu pisma drogą korespondencyjną. 
Otóż i Grydzewski i Giedroyc mają niesłychanie rzadką u Polaków cechę, że odpowia- 
dają na wszystkie listy. Grydzewski, chociaż mieszka w Londynie mało się udziela osobi- 
ście, ja sam chociaż jestem stałym współpracownikiem "Wiadomości" widziałem go 
w życiu razy może osiem, w każdym razie, myślę, że nie dziesięć, przeważnie korespon- 
dujemy i to idzie bardzo gładko. Druga wspólna cecha niesłychanie ważna, to jest ogrom- 
ny liberalizm tych obu redaktorów. Ja myślę, że z połową tego co napisałem do "Kultu- 
ry", czy do "Wiadomości" redaktorzy się nie godzili. Nie miałem nigdy najmniejszych 
zastrzeżeń, kłopotów, propozycji skreślenia czy złagodzenia czegokolwiek. 
Zaremba; Chociaż nie byłem proszony o głos w tej właśnie sprawie, chciałbym jednak 
tutaj swoje trzy grosze wtrącić. Wydaje mi się, że nie ujmując broń Boże niczego "Wia- 
domościom". "Wiadomości" i "Kultura" i tak samo obydwaj redaktorzy, to są wartości 
nieporównywalne. Tego nie można porównywać. Nie tylko dlatego, że "Wiadomości" są 
tygodnikiem z tradycją, no, powiedzmy dobrze nam znaną, ogromną tradycją ciągnącą się 
sprzed wojny, a "Kultura" jest miesięcznikiem, który powstał po wojnie. Natomiast wy- 
daje mi się, że "Kultura" jest czymś więcej niż pismem, niż miesięcznikiem. Dla mnie nie 
wystarczy mówić o "Kulturze", tylko jako o miesięczniku, albo nawet jako o placówce 
czy instytucji wydawniczej książkowej. "Kultura" sama w sobie jest pewnego rodzaju 
instytucją, jak pan słusznie zauważył, ideologiczną, może to jest słowo za daleko idące, 
niewątpliwie jest to pew... 
Głos; ...nie 


Zaremba; no tak, dlaczego nie? Ostatecznie, może być to słowo użyte, nie wycofuję się 
z niego. Jest, jeżeli się mówi "Kultura", to się myśli także nie tylko o tym co "Kultura" 
wydała i co w "Kulturze" napisano, ale także o bardzo wielu rzeczach, które "Kultura" 
zdziałała swoim wpływem, no, wychodzącym poza słowo drukowane. Dlatego też wydaje 
mi się, że to są dwie różne rzeczy nieporównywalne. 
Sakowski; Słusznie, o to mi właśnie chodziło, że to są dwa zupełnie inne pisma, nie tylko 
dlatego, że tygodnik i miesięcznik i dobrze, że są różne, bo gdyby były podobne czy jed- 
nakowe, to jedno z nich by było zbędne. Właśnie dobrze tak się stało. 
Danilewicz; Mnie się zdaje, że one się dopełniają. 
Chmielowiec; Ja mówiłem tylko o podobieństwach między tymi redaktorami, a nie po- 
wiedziałem o jednej bardzo zasadniczej różnicy, i ponieważ pan zadał osobiste pytanie, 


220
>>>
jak układa się pana współpraca, co pan posyła tu a co tam, to moja odpowiedź jest bardzo 
ostra tutaj, ija prawie nigdy nie piszę do "Kultury" inaczej jak na propozycje jej redakto- 
ra. To znaczy Giedroyc jest redaktorem, który lubi inspirować współpracowników. Nie 
narzucać im tematów, ale inspirować, on przysyła książki, on podsuwa tematy. Tymcza- 
sem Grydzewski nie ma tej - w tym stopniu - nie ma tej ambicji inspiratorskiej. On jest 
takim kolektorem, niż inspiratorem. 
Sakowski; Proszę Państwa, już my za długo te porównania snujemy, bo właściwie tema- 
tem naszej audycji jest "Kultura", więc ja poproszę pana Mieroszewskiego, o powiedze- 
nie i na tym tę część zamkniemy, przejdziemy do dalszej. Jak się układały jego, pana 
wzajemne stosunki z Giedroyciem, panów jest dwóch, pan jest w Londynie on w Paryżu. 
Współpraca przecież jest bardzo ścisła, bo w każdym numerze pan daje i artykuł poli- 
tyczny i różne drobiazgi z życia londyńskiego. Współpraca jest przez korespondencję, 
czy telefonicznie? 
Mieroszewski; I telefonicznie i przez korespondencję. Ale ja odpowiedź na to pytanie chęt- 
nie poprzedziłbym taką ogólniejszą uwagą. Polacy jeszcze dziś dzielą się na wschodnich 
i zachodnich. W każdym razie na emigracji ten podział jeszcze odgrywa bardzo znaczną 
rolę. Wschodni Polacy są na ogół niezmiernie utalentowanymi ludźmi. Miłosz, Wańkowicz, 
bracia Pruszyńscy, Iwaszkiewicz, bracia Zbyszewscy, bracia Mackiewiczowie, Pawlikowski, 
to jest tylko cząstka galerii wybitnych Polaków wschodnich. Nie wiem czy Polacy zachodni 
mogliby wystawić konkurencyjną, równie efektowną galerię. Chyba nie. 
Sakowski; Pan jest z Zachodu? 
Mieroszewski; I tak właściwie zawsze było, w każdym razie w XIX wieku. Ja jestem 
z Zachodu. 
Sakowski; Czyli panowie się uzupełniają. 
Mieroszewski; Redaktor "Kultury" jest Polakiem wschodnim, miastem jego dzieciństwa 
jest Moskwa, publicysta "Kultury", czyli niżej podpisany jest Polakiem zachodnim, 
a okolicą mojego dzieciństwa jest Podhale. Giedroyc zna język rosyjski, Rosję i Rosjan 
na wylot. Jeżeli mam być szczery, to muszę wyznać, że wydaje mi się, że nie zamieniłem 
dwóch zdań z autentycznym Rosjaninem w moim życiu. Wydaje mi się więc, że tak Gie- 
droycjak ijajesteśmy typami bardzo przeciwstawnymi. Reprezentujemy nie tylko bardzo 
różne temperamenty, ale dwie różne polskie tradycje i dwa różne polskie nurty kulturalne. 
Wydawałoby się więc, że jesteśmy niejako predestynowani do tego, żeby w każdej spra- 
wie, a w szczególności w sprawach politycznych, jak chodzi o stosunek do Rosji czy 
stosunek do Stanów Zjednoczonych, żeby reprezentować skrajnie przeciwstawne poglą- 
dy. Niemniej przez te dwadzieścia lat w "Kulturze" nigdy nie było ani żadnego rozłamu, 
ani żadnej secesji, ani żadnych tego rodzaju nieporozumień, które były udziałem wszyst- 
kich niemal innych ośrodków emigracyjnych. 
Sakowski; Ktoś powiedział, że dlatego, że was jest mało i dzieli was kanał. 
Mieroszewski; Wystarczy, żeby było do kłótni i do rozejścia, wystarczy. 
Sakowski; Ja poproszę pana Zarembę, żeby powiedział o działalności wydawniczej, 
musimy przejść do działalności wydawniczej książkowej kultury, która jest równie waż- 
na, niezmiernie ważna, równie jak miesięcznik. Co pan może o tym powiedzieć? 


221
>>>
Zaremba; Trudno mi jest mówić w szczegółach, bo byłby to referat bardzo długi. Sto 
dwadzieścia osiem książek wydanych przez Instytut Literacki, co właściwie to samo zna- 
czy co "Kultura". Są to książki o olbrzymim - jak się to mówi - wachlarzu. Są tam 
dzieła literackie, są studia polityczne, są studia poświęcone zagadnieniom gospodarczym, 
są podręczniki czy książki historyczne, jest cykl cały "Zeszytów Historycznych" "Kultu- 
ry", które - jeśli chodzi o naj nowszą historię Polski - przynoszą mnóstwo rewelacji, na 
które się, powiedzmy powołują historycy. No, i tak samo zresztą w wydawnictwach kra- 
jowych i w kraju. No, więc ten wachlarz jest zupełnie ogromny, tempo wydawania tych 
książek jest nieprawdopodobne i chciałbym tu może poprzeć to, co mówił pan Miero- 
szewski, że to także w sensie technicznym i redakcyjnym załatwia ten sam człowiek, czy 
tych samych kilku ludzi, którzy robią także ten miesięcznik. Jeżeli by pan pozwolił, prze- 
szedłbym - troszeczkę bym nawiązał do tego, co już powiedziałem, że "Kultura" znaczy 
coś więcej niż instytut wydawniczy, niż książki i miesięcznik. Jest określenie "Dom Kul- 
tury", co powiedzmy dla ludzi nie znających bliżej sytuacji wydawałoby się, że to jest coś 
w rodzaju jakiejś biblioteki publicznej, względnie zamkniętej, dostępnej tylko dla wybra- 
nych. Ten dom jest zwykłym domem mieszkalnym, bardzo dużym, w małym miasteczku 
pod Paryżem i w tym domu może się zjawić właściwie każdy człowiek, który chce z Gie- 
droyciem porozmawiać i z Giedroyciem się naradzić, względnie zasięgnąć jego rady, 
nawet jeżeli jej nie posłucha. Mogę tu mówić troszeczkę personalnie, tak się składa, że 
przez lata naszej znajomości nieraz, jeśli chodzi o odcinek ideologiczny czy polityczny, 
reprezentowałem zupełnie inne stanowisko niż redaktor Giedroyc, redaguję sam pismo, 
które - no - w przynajmniej dużej mierze reprezentowało zupełnie inną linię politycz- 
ną, niemniej z Giedroyciem na skutek tego, że cechują go dwie rzeczy; nie tylko libera- 
lizm, ale ogromny rozsądek, można... 
Głos; Tak, tylko że... 
Zaremba; ...porozmawiać i można się radzić i można dostać dobrą radę, której on nigdy nie 
wyzyska w jakikolwiek sposób przeciwko człowiekowi, któremu poradził i który - po- 
wiedzmy - wręcz coś odmiennego zrobił. No, współpraca, jeśli chodzi o współpracę ze 
strony wydawniczej, to tak się składa, że mam z tym trochę do czynienia, no, po prostu 
w sensie rozprowadzania, pomagania w rozprowadzaniu tych książek i muszę przyznać, że 
tego rodzaju osiągnięcie, jeżeli sobie przypominam, lat temu dwanaście czy piętnaście, 
kiedy mi Giedroyc powiedział, że ma zamiar wydać mniej więcej tyle książek, żeby była 
jedna książka na dwa numery "Kultury", powiedziałem; Panie Jerzy, to jest nieosiągalne, 
pan będzie mógł w ciągu dziesięciu lat mieć pozycji dwadzieścia lub trzydzieści. 
Sakowski; Wydał sto dwadzieścia osiem, ja poproszę panią Danilewiczową, żeby o tym 
powiedziała, jeszcze o tych książkach, bo i jeden z plusów tych książek, o których nie 
wspominał Paweł Zarembajest to, że wszystkie właściwie są dobre. 
Danilewiczowa; Właśnie ja chciałam powiedzieć to samo, że Giedroyc ma niewątpliwie 
przysłowiowy łut szczęścia. Fakt, że w tych stu dwudziestu tomach, których objętość jest 
w tej chwili naprawdę sprawą zupełnie drugorzędną, czy trzeciorzędną, jest właściwie 
prawie cały Miłosz, prawie cały Gombrowicz - to jest - prawie cały Hłasko. I po- 
wiedzmy - najlepszy Hłasko. 
Głos; I bardzo dużo szczęśliwych debiutów. 
Danilewiczowa; Bardzo dużo szczęśliwych debiutów. Są tomy doskonałej prozy. Przy- 
pomnę tu tylko Chciuka, czy Straszewicza, czy Lipskiego... 


222
>>>
Chmielowiec; Czy Bobkowskiego. 
Danilewiczowa; ...Bobkowskiego. No po prostu jest rzeczą zadziwiającą, jak dużo spo- 
śród tych stu dwudziestu książek określić można przymiotnikiem książki "żywe", książki, 
które są potrzebne, niezbędne, które rozeszły się do ostatniego egzemplarza, i których 
przedruków brak nam bardzo dotkliwie. 
Sakowski; Ja jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na jeden szczegół, bo w nastroju jubile- 
uszowym zawsze rozdajemy laurki. Ja muszę dodać, że "Kultura" w środowisku emigra- 
cyjnymjest pismem kontrowersyjnym, co jej niczego nie ujmuje. Sam nieraz nie zgadzam 
się z poglądami wypowiadanymi przez pana Mieroszewskiego, bo ośrodkiem tej kontro- 
wersj i jest on zwykle, ale muszę powiedzieć, że jest rzeczą zadziwiaj ącą, żeby w każdym 
numerze "Kultury" ukazywał się artykuł polityczny pana Mieroszewskiego o sprawie 
polskiej na tle sytuacji międzynarodowej, artykuł, z którym można się nie zgadzać, który 
można zwalczać, ale to jest zadziwiająca umiejętność wysnuwania oryginalnych wnio- 
sków ze sprawy polskiej na tle sytuacji międzynarodowej, nawet jak w tej sytuacji panuje 
stagnacja czy marazm. Poproszę pana Chmielowca, który chciał coś powiedzieć o książ- 
kachjeszcze, a wkrótce musimy kończyć. 
Chmielowiec; Gdy mówimy o książkach, to mnie się zdaje, nie można pominąć milcze- 
niem tego, że "Kultura" uprawia to co może brzydko zostało nazwane przez zachodnich 
dziennikarzy" przemytem". Przemytem dwustronnym... 
Głos; O to chodzi... 


Chmielowiec; To znaczy drukuje przemycane książki z bloku sowieckiego, prawda - 
głośna sprawa Arżaka i Terca, czyli Daniela i Sinjawskiego - i książkijej - wydaje mi się 
- docierają w większym stopniu do kraju niż inne książki wydawane na emigracji. 
Głos; Jeszcze Pan powinien dodać Stawara. 
Głos; Stawara i Hłaskę. 
Chmielowiec; ...pierwsza książka Hłaski na emigracji. Jeszcze Swinarski wydał 
w "Kulturze", gdy nie był emigrantem. Mnie się zdaje, że to jest bardzo ważne i ten punkt 
działalności zwrócił uwagę goniących trochę za sensacją dziennikarzy zachodnich. 
Głos; ...dziennikarzy całego świata... 
Chmielowiec; ...ale pomijając tę sensację, to jest niesłychanie istotna i ważna robota. 
Danilewiczowa; Niech mi wolno będzie dodać, że nic tak nie ginie jak "Kultura". Nie 
można po prostu upilnować... 
Chmielowiec; ...w bibliotece? 
Głos; ...ginie w bibliotece... 
Danilewiczowa; Tak. Ja jestem wrogiem formatu "Kultury", ten format kieszonkowy... 
Chmielowiec; ...zbyt kieszonkowy, zbyt kieszonkowy... 
Danilewiczowa; ...jest naprawdę bardzo kuszący. 
Zaremba; Ja bym chciał powiedzieć parę słów na temat charakterystyki "Kultury" ogól- 
nie. Pan zaczął w przemówieniu swoim, panie Juliuszu, że jest to pismo, które zajmuje się 
przede wszystkim... 


223
>>>
Głos; Tujest dwóch Juliuszów..., o którym pan mówi? 
Zaremba; O przewodniczącym. Pan Sakowski. Przede wszystkim zajmuje się sprawami 
krajowymi. Ja bym to sprostował. W moim przekonaniu - przynajmniej z obserwacji 
mojej to wynika - że "Kultura" nie jest pismem emigracyjnym, które zajmuje się spra- 
wami krajowymi. Tak się zdarza, że wychodzi na emigracji, wychodzi poza Polską. Na- 
tomiast jest to pismo par excellence polskie, przeznaczone dla Polaków, bez względu na 
to, gdzie się w danym momencie znajdują. "Kultura" może sobie pozwalać - i pozwala 
sobie na to - że się nakrywa niekiedy, powiedzmy, nazwijmy, ogonem obojętności 
w stosunku do rozmaitych spraw emigracyjnych ściśle. To są dla "Kultury" rzeczy peryfe- 
ryjne. Dlatego też nazwałbym, zaryzykowałbym to - nie będąc współpracownikiem 
stałym "Kultury", mogę to śmiało powiedzieć, że "Kultura" jest czołowym pismem pol- 
skim, w języku polskim, polskim pismem, jakie się w tej chwili ukazuje. 
Sakowski; Proszę Państwa, chciałbym, dziękując Państwu za wzięcie udziału w tej dys- 
kusji, podkreślić, że "Kultura" jest obecnie wrogiem numer jeden reżymu w Polsce. 
Oprócz tego dostąpiła tego - powiedziałbym nawet - zaszczytu, że została zaatakowa- 
na przez mocodawców tego reżymu, czyli przez Rosję. Została zaatakowana przez 
Jzwiestja" - i to jest również dosyć cenny laur tego wieńca, który złożyliśmy dziś 
z okazji dwudziestolecia. Dziękuję Państwu za udział w rozmowie.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


POŻEGNANIE JERZEGO SITY 
W LONDYNIE* 


Florian ŚMIEJ A (Kanada) 


W imieniu zespołu Kontynentów-Nowego Merkuriusza witam wszystkich najser- 
deczniej. Raduję się, że po długim letargu udało nam się zorganizować wieczór publiczny 
poświęcony twórczości literackiej jednego z naszych kolegów. Oby dzisiejszy początek 
był pomyślną wróżbą. 
W tym samym miejscu przed bodajże rokiem witałem pisarza z kraju (wcześniej, bo 
w październiku 1957 roku odbył się wieczór Cz. Miłosza - przyp. F.Ś.). Dzisiaj żegnam 
poetę opuszczającego emigrację. Może niektórzy z Państwa zdziwili się, że mnie przypa- 
dła rola przewodniczenia dzisiejszemu wieczorowi. 
Gdyby się potrudzić i spróbować zrozumieć wybór, należało by go chyba przypisać 
szarmanckiemu gestowi Jerzego Sity, pewnego rodzaju "kochajmy się" ostatniego roz- 
działu naszej współpracy. Mogło mu też chodzić o sprowokowanie mnie do publicznego 
wypowiedzenia się na temat jego twórczości. Bo jak można coś gorzkiego powiedzieć 
o poecie, którego się oficjalnie wprowadza na wieczorze autorskim? Byłby to nietakt 
o wiele poważniejszy od niewinnego trzymania rąk w kieszeni. Dopuścił się tego jeden 
z kolegów w czasie przemawiania na niedawnym pokazie filmów z kraju. Sala przyjęła go 
okrzykami: "ręce z kieszeni". Do linczu jednak nie doszło. 
Dziwnym więc zbiegiem okoliczności wypadło mi Jerzego Sitę żegnać, a pamiętam jak 
witałem go przed sześcioma laty. W owym czasie powstał pierwszy chyba ośrodek młodych 
poetów w Anglii, Koło Polonistów przy Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie. Były to 
pierwsze kroki stojące pod urokiem formalizmu bijącego z kart statutu i nazwy; Sekcja 
Twórczości Własnej. Jerzy Sito był wówczas młodzieńcem bardzo nieśmiałym, uprzejmym, 
skromnym, piszącym sagi o słowiańskich wojach i robotniczo-miejskie wiersze El la Tuwim. 
Od tego czasu upłynęło kilka lat. Mężczyzna, którego dzisiaj żegnamy, wyzbył się dawnej 
niepewności. Przestał także pisać o kniaziach Olegach i lokomotywach. 
Z jego osiągnięć życiowych wynika dość jasno, że mimo wszystko nie wiózł swojego 
czasu na ośle. Nie wiózł go także na oślep, jak któryś z niezorientowanych krytyków 


* Słowo wygłoszone w Instytucie im gen. Władysława Sikorskiego w Londynie w listopadzie 
1959 roku. 


225
>>>
krajowych napisał. Moim zdaniem osiągnął on bardzo wiele. Jego poetycki debiut zdobył 
poklask w Polsce, a na uchodźstwie jego poezje wdarły się do okopów św. Trójcy 
i z powodzeniem straszą pobożnych czytelników "Wiadomości". Jako pierwszy z naszego 
grona merkuriusz owego napisał sztukę teatralną. Od Października Sito zajmuje się także 
publicystyką. Dla mnie jest ona związana z silnym natężeniem idealizmu. Jest to postawa 
mimo wszelkich pozorów raczej emocjonalna, a jej racjonalizacja jest czymś wtórnym 
i dodatkowym. Wielu ludzi postawa ta razi. Ja jej nie podzielam, niemniej szanuję ją 
i poważam wyciągnięte z niej wnioski. 
Bez wątpienia ubytek Jerzego Sity z naszego środowiska jest stratą. Zabraknie nam 
jego barwnej osobowości. Brakowało nam będzie w rozhoworze dyskusji jego apodyk- 
tycznych sądów. Były one niby głazy pośród miałkich i bojaźliwych sugestii. Śmiem 
przypuszczać, że wśród bogatszego i obfitszego życia umysłowego i literackiego w Pol- 
sce, nieraz pomyśli on, może nawet z nostalgią, może pokiwa głową z politowaniem, nad 
znikomością naszych możliwości i szarzyzną polskiego życia emigracyjnego. Może zatę- 
skni do kolegów i do okresu, kiedy zdobywał ostrogi jako poeta i wyjeżdżał po raz pierw- 
szy na publiczne utarczki. 
Może wspomni z żalem, że często w bojowaniu tym był samotny, że nie potrafił po- 
ciągnąć za sobą innych. Ale niechaj równocześnie pocieszy się myślą, że jego koledzy 
bez względu na to, czy się z nim zgadzali czy nie, byli mu lojalni. 
Kraj otrzyma młodego wykwalifikowanego technika i zdolnego humanistę. Otrzyma 
człowieka ukształtowanego wszechstronnie, władającego piękną polszczyzną. A o to ostat- 
nie nie jest tak łatwo za granicą. Jeżeli mu czego zazdrościmy, to zanurzenia się w rzece 
żywego języka, to możliwości smakowania go do woli. Ci z nas, którzy uczęszczali do pol- 
skiej szkoły czy mieli polski dom, nie doceniają ważnej roli środowiska, jakim się stała 
grupa poetycka Merkuriusza. Przyjęła ona na swoje barki troskę o losy tych młodych, którzy 
w odcięciu od rodzimego języka postanowili pielęgnować pisanie po polsku, starając się 
w trudnych warunkach obiektywnych osiągnąć nie tylko poprawność, ale i własny styl. O ile 
łatwo jest drukować na emigracji, o tyle trudno o bodźce do pracy nad sobą i o przykład. 
Wystarczy otworzyć jakiekolwiek pismo, żeby stwierdzić wszechobecność cieniutkiego 
żargonu inteligenckiego, gdzie słowa jak plastikowe żetony są idealnie wyabstrahowane 
z przedmiotu, który oznaczają. Nawet wspomnienia z najbardziej rzeczywistych miejsc i lat 
noszą patynę słowników i gładkość rozmówek kawiarnianych. Jakim olśnieniem dla spra- 
gnionych świeżego języka była dla ludzi karmionych inteligencką zupką Dolina Issy! Jakim 
ciosem w dętą prozę byli T uryś ci z bocianich gniazd bez których nie byłoby Hłaski. Dlacze- 
go nie mamy więcej Basiek i Barbar czy Obozów Wszystkich Świę tych, których miłosna 
intymność i żywiołowe odczucie życia wyrywają się z szarej monotonii emigracyjnej prozy, 
której język nie jest ani giętki, ani nie oddaje wszystkiego, co pomyśli głowa. Naszym chle- 
bem jest prasa codzienna używająca niechlujnego szwargotu, rojąca się od anglicyzmów jak 
"zaczarterowane statki" czy "chory znajduje się poza niebezpieczeństwem". Jeżeli dodamy 
słabą korektę, nieprzestrzeganie jednej pisowni, otrzymamy obraz pożywki, na której ma 
wyrosnąć młody pisarz. 
Otoczeni przez obcy żywioł, nie wytrzymujemy jego naporu. Obcym językiem nie 
tylko porozumiewamy się na ulicy i w pracy. Często na tematy specjalistyczne nie potra- 
fimy już po polsku rozmawiać, a tymczasem przybrany język zaczyna dostarczać nam 
wzruszeń artystycznych, korci nas jego uniwersalność, wciąga jego poręczność. Oddale- 
nie od naszego kraju, w którym język ma życie bogate i nie wtórne, stępia jego efekt, 
jednocześnie zaś rośnie obcość do powstających w Polsce w specyficznych warunkach 
nowotworów i barbaryzmów. Z dystansu zjawiska te traktujemy z pewnością zbyt jedno- 


226
>>>
stronnie, ale tylko tam, na miejscu, można poznać całą aurę i klimat języka, czuć jego 
puls i dostrzegać możliwości. 
Zaledwie przed godziną byłem w Instituto de Espaiia na odczycie o poezji Juana 
Ramóna Jimeneza. Prelegentem był były dyrektor Królewskiej Akademii Hiszpańskiej, 
Jose Maria Peman, poeta, dramaturg i mówca. Jerzy Sito, z niecierpliwością swoich lat 
i czując się nieswojo w warunkach emigracyjnych, dał swojemu pierworodnemu tomiko- 
wi wierszy tytuł Wiozę swój czas na ośle. Uważa widocznie, że w naszych czasach należy 
używać szybszego środka lokomocji. Życzę mu w Polsce naj czystszej krwi Pegaza, choć 
dziś koń nie jest tam naj milej widziany. Skoro jednak chce jechać daleko, niech weźmie 
przykład z Jimeneza. Jego łagodny, poetycki osiołek, Platero, zawiózł go naj pewniej na 
Parnas.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


MAL Y LEKSYKON 
115 ZNANYCH POLAKÓW 
W AMERYCE 


Wojciech A. WIERZEWSKI (USA) 


"Mały leksykon" obejmuje 175 sylwetek Polaków, którzy trwale zapisali się 
w różnych okresach historii Ameryki, w życiu jego polonijnych środowisk. Stanowi on 
"czubek góry lodowej". Przedstawiam miniaturę prawdziwej listy zasług naszych roda- 
ków w tym kraju, dla przypomnienia, że na takie wydawnictwo czekamy wciąż bezsku- 
tecznie i to od dawna. W trakcie, bez mała, czterech wieków naszej obecności na tym 
kontynencie tysiące Polaków dokonywały znaczących czynów i zapisywały się niezwy- 
kłymi karierami we wszystkich dziedzinach życia, od wojskowości, polityki i rządowej 
administracji po, sport, naukę, kulturę i sztukę. Postacie zasłużonych rodaków powinny 
doczekać się sprawiedliwej prezentacji w encyklopediach i leksykonach, a także znaleźć 
poczesne miejsce w powszechnej świadomości po obu stronach Oceanu. Niestety, tak się 
dotąd nie stało. Mój leksykon ma zachęcić do wysiłku. 
Jedyna dostępna na rynku publikacja, Who 's Who in Polish America (wydana przez 
Bicentennial Publishing Corp. w Nowym Jorku w 1996) też daleka jest od kompletności. 
Zawiera kilkaset haseł i nazwisk wybranych, ale wyłącznie współcześnie żyjących 
w Stanach Polaków. To samo dotyczy opracowanego przez A. i Z. Judycckich słownika 
biograficznego Polonia (Warszawa 2000). O słynnych rodakach z przeszłości - bliższej 
i dalszej - nie informuje kompetentnie żadna z dostępnych na rynku amerykańskim - 
publikacji czy encyklopedii. 
W "Małym leksykonie" brakuje z pewnością bardzo wielu nazwisk tak z przeszłości 
jak i ze współczesności - wynika to po prostu z formuły pierwszego, próbnego podej- 
ścia, nie zaś z uprzedzeń, czy niedoceniania czyichś zasług. Pełną sprawiedliwość oddać 
będą mogły wszystkim Polakom żyjącym w Ameryce przyszłe zbiorowe przedsięwzięcia 
i opracowania, na jakie czekamy. Niniejsze opracowanie należy traktować jedynie jako 
pierwszy krok. 


229
>>>
Klucz do nazw i skrótów głównych organizacji polonijnych: 
KNAPP - Komitet Narodowy Amerykanów Polskiego Pochodzenia 
KON - Komitet Obrony Narodowej 
KP A - Kongres Polonii Amerykańskiej 
P AHA - Polskie Stowarzyszenie Historyków w Ameryce 
PIASA - Polski Instytut Naukowy w Ameryce 
SWAP - Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej 
ZNP - Związek Narodowy Polski 
ZPRKA (PRCUA) - Zjednoczenie Polskie Rzymsko-Katolickie w Ameryce 
ZPwA - Związek Polek w Ameryce 


*** 


ABRAMOWICZ Alfred (1919-1999), zasłużony dla Polonii, popularny biskup katolicki z Chicago. 
Po studiach duchownych w Mundelein (1943), a następnie wieloletnich studiach prawa kanonicznego 
w Rzymie (195 I) pracował w dziale prawnym kurii watykańskiej. Po powrocie do Stanów kierował 
założoną przez siebie Katolicką Ligą Pomocy Polsce (w latach 1960-1968). Od 1968 biskup pomoc- 
niczy Archidiecezji Chicago, aktywny współorganizator m.in. polonijnych obchodów milenijnych 
w Chicago (1966) i pierwszej wizyty papieża Jana Pawła II w Stanach Zjednoczonych (w 1979 r.). 
Kierował też pracami komisji do spraw dialogu z Żydami i z Polskim Kościołem Narodowym. Obec- 
nie powstało w Chicago seminarium dla księży polskich Jego imienia. Laureat nagrody Fundacji 
Kopernikowskiej w Chicago w 1990 r. 
ANDRZEjKOWICZ Juliusz (1821-1898), główny inicjator i założyciel Związku Narodowego 
Polskiego w Ameryce Północnej. Emigrant polityczny po powstaniu 1848 r. Po przybyciu do Stanów 
brał udział w kalifornijskiej "gorączce złota". Później pracował jako chemik, producent i dystrybutor 
farb w Filadelfii. Po założeniu ZNP, w lutym 1880 r. pełnił rolę pierwszego lidera, a następnie głów- 
nego urzędnika (nazwanego "cenzorem") tej organizacji (1880-1983), nadając kierunek pierwszym 
działaniom Związku. Uhonorowany za zasługi dla ZNP w 1897 r. 
AZARjEW Andrzej (ur. 1932 w Poznaniu), dziennikarz polonijny, krytyk literacki i teatralny. Po 
przybyciu, po wojnie, do Chicago podjął działalność w kręgach młodzieży polonijnej, redagując "Zew 
Młodych" w latach 1952-1956, występując także w radiowych programach Polonii. Studia dzienni- 
karskie odbył na Northwestern University (1957-1961); pracował w redakcji "Dziennika Chicago- 
skiego" (1968-1970). W tym samym czasie zasilał tygodnik "Gwiazda Polarna" w Wisconsin. Był 
korespondentem Radia Wolna Europa (1974-1979), a następnie redaktorem w "Dzienniku Związko- 
wym" (1978-1986). W 1986 objął redakcję organu ZPRKA, "Naród Polski" i prowadził ją do połowy 
lat 90. Wieloletni prezes Polskiego Związku Akademików w Chicago (1962-1992). 
BARSZCZEWSKI Stefan (1870-1937), dziennikarz polonijny. Przybył do Ameryki w r. 1887. 
Pracę znalazł w "Dzienniku Chicagoskim" . Objął następnie redakcję "Sokoła" (1890), a później pro- 
wadził "Zgodę" (1897). Autor pierwszej historii Związku Narodowego Polskiego, wydanej na l O-lecie 
istnienia tej organizacji (w r. 1894). Po 1901 r. powrócił do kraju i dalej pracował jako dziennikarz 
w "Kurierze Warszawskim", pisał także sceniczne sztuki i krótkie opowiadania. 


BARWI G Regis Norbert (ur. 1932 w Chicago), teolog, autor publikacji historycznych. Studiował 
w Illinois Benedictine College w Chicago, następnie w Georgetown University w Waszyngtonie 
(nauki polityczne, 1956), wreszcie na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie (1959- 
1961). W latach 1945-1953 pracował jako tłumacz w "Dzienniku Chicagoskim". Sekretarz opata 
w lisIe (1955-1959), sekretarz generalny Kongresu Jedności Katolickiej w Stanach Zjedno- 
czonych (1956-1957), redaktor kwartalnika "The Voice of the Church" (1957-1964). Członek 
dyrekcji Inter-Catholic Press Agency w Nowym Jorku (1966-1978). Przeor klasztorów bene- 
dyktyńskich w Cedarburgu (1964-1968) oraz w Oshkosh (od 1969), oba w stanie Wisconsin. 
Autor i tłumacz siedmiu książek kościelnych w języku polskim, angielskim i włoskim. Kawaler 
Rycerskiego Zakonu Maltańskiego, oraz Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Tytu- 
larny kanonik Królewskiej Kapituły Kolegialnej w Warszawie. 


230
>>>
BARZYŃSKI Wincenty (1838-1899), czołowy lider katolicki, wywodzący się z zakonu księży 
zmartwychwstańców, założyciel Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiej w Chicago, które 
powołano do życia w r. 1873, celem stworzenia w Stanach Zjednoczonych szerokiej sieci polskich 
placówek charytatywnych i kościelnych. Wcześniej zakładał polskie parafie w Teksasie; w Chicago 
stał na czele parafii św. Stanisława Kostki (1874-1899). Jego brat, Jan, założył "Gazetę Polską Kato- 
licką", w 1875 r., z której wyłonił się z czasem organ ZPRKA, "Naród Polski" (w r. 1896). 
BECZKIEWICZ Tomasz Jan (ur. 1936 w South Bend, In), profesor i wykładowca uniwersytecki, 
syn polskich emigrantów osiadłych w Indianie. Po studiach historycznych w Waszyngtonie 
i psychologicznych w Zurychu pracował w Szwajcarii od r. 1957 jako historyk, a po powrocie do 
Stanów Zjednoczonych i rodzinnej Indiany, na Uniwersytecie w Bloomington (1965-1969). Na- 
stępnie,jako administrator stanowy na różnych stanowiskach związanych z oświatą i kulturą, stwo- 
rzył w r. 1979 Międzynarodowy Festiwal Skrzypcowy. W latach 70. rozpoczął karierę jako reali- 
zator dokumentalnych filmów telewizyjnych o sztuce (m.in. "Open Y our Arts to Spring", 1984 
i "Violin Pressed Against the Heart", 1989). 
BEKKER Mieczysław (1905-1989), absolwent Politechniki Warszawskiej, w latach 1931-1939 
pracował jako inżynier konstruktor czołgów dla Ministerstwa Obrony Narodowej. Po wybuchu 
wojny, przez Francję trafił do Kanady, gdzie kontynuował służbę dla armii jako konstruktor. Od 
1954 zatrudniony był w U.S. Army Detroit Arsenal. Od 1960 pracował dla programów NASA, 
gdzie zasłynął jako konstruktor mechanizmów mobilnych w tym słynnego "łazika", pojazdu ko- 
smicznego poruszającego się po księżycu ijego metalowych opon. 
BEREŹNICKI Bogdan (ur. 1925 w okolicach Lwowa), inżynier, kombatant, działacz polityczny 
Polonii. W czasie wojny wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Po przyjeździe do Stanów 
Zjednoczonych podjął studia techniczne i pracę w zakładach samochodowych Forda w Detroit. 
W trakcie wieloletniej pracy wybił się jako wynalazca i twórca nowych rozwiązań konstrukcY-jnych 
mikrobusów. Aktywny działacz organizacji kombatanckich i Kongresu Polonii Amerykańskiej. Prezes 
Koła Żołnierzy 2. Korpusu w Detroit, fundacji i centrum kombatanckiego w Orchard Lake, Mi. 
BIAŁASIEWICZ Józef (1912-1986), wybitny dziennikarz krajowy i polonijny. Po studiach prawni- 
czych na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczął pracę w "Gazecie Warszawskiej" (1930), współpra- 
cując również ze "Szczerbcem". Po wybuchu wojny kontynuował działalność w prasie konspiracY-jnej 
("Państwo Polskie"). Aresztowany przez gestapo został zesłany do Oświęcimia. Po wyzwoleniu, 
w Bawarii stał na czele Komitetu Polskiego, wydawał "Wiadomości Polskie", i założył Syndykat 
Dziennikarzy Polskich na Zachodzie. Do Stanów przybył w r. 1949; założył Stowarzyszenia Samopo- 
mocy Nowej Emigracji, współpracując z "Kulturą" i "Orłem Białym". Od 1951 r. pracował 
w "Dzienniku Chicagoskim" , w 1958 r. został jego naczelnym redaktorem i prowadził gazetę do 
r. 1971. Założył również w Chicago polską księgarnię, "Polish-American Book". Od 1968 r. był pre- 
zesem wznowionego Syndykatu Polskich Dziennikarzy w Ameryce; w latach 1971-1976 kierował 
tygodnikiem "Polonia", a od 1977 do 1986 pracował w "Dzienniku Związkowym". 
BIAŁASIEWICZ Wojciech (ur. 1940 w Warszawie), dziennikarz, badacz dziejów amerykańskiej 
Polonii, syn Józefa. Studiował historię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (1958-1962). 
Bronił doktorat z historii II wojny światowej na Uniwersytecie Warszawskim (1973). Publikował 
w lubelskim "Słowie Powszechnym" (1965-1981), "Kurierze Lubelskim" (1965-1981) oraz "Ty- 
godniu Zamojskim" (1982-1984). Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych pracował w redakcji 
"Panoramy" (1985-1987), "Relaksu" (1985-1987), a następnie "Dziennika Polskiego" w Detroit 
(1987-1989). W r. 1989 objął redakcję "Dziennika Związkowego" w Chicago. Wydał książki: 
Pomiędzy lojalnością a serc porywem. Polonia amerykańska we wrześniu 1939 r. (Chicago, 1989), 
a także W kręgu chicagowskięj Polonii (Chicago, 2001). 
BIELASKI Aleksander (1811-1861), uczestnik powstania listopadowego, emigrant polityczny, 
pracował w Stanach Zjednoczonych jako inżynier, topograf, budowniczy linii kolejowych na Flo- 
rydzie, a następnie w Illinois (od 1832 r.), w latach 1843-1944 pracował w Meksyku. Od 1845 
pełnił odpowiedzialne funkcje w Federalnym Urzędzie Ziemskim. Był przyjacielem prezydenta 
Abrahama Lincolna, zginął w bitwie pod Belmont, w trakcie Wojny Secesyjnej. 


231
>>>
BOGDAN Jan (XVII w.), jeden z pierwszych polskich pionierów pracujących w kolonii brytyj- 
skiej w Jameston, w Wirginii (1608). Był tym Polakiem, który poznał kapitana Johna Smitha 
z polskimi rzemieślnikami, gotowymi wyjechać i pracować w Ameryce. Bogdan pochodził z Ko- 
łomyi i specjalizował się w wytwarzaniu smoły i dziegciu. Polscy koloniści w Jamestown nie tylko 
zainicjowali przyjazdy dalszych Polaków na prace kontraktorskie w Stanach (i stworzyli kontakty 
gospodarcze tego kontynentu z Polską), ale wsławili się również pierwszym na tej ziemi strajkiem, 
zorganizowanym w celu przyznania cudzoziemcom równych praw cywilnych (do głosowania 
i wyboru lokalnych władz). 
BOLESŁAWSKI Ryszard, wł. Ryszard Średnicki (1897-1937), reżyser teatralny i filmowy, 
najpierw w carskiej Rosji (1908-1917), następnie w Warszawie i Poznaniu. Od r. 1922 zajmował 
się reżyserowaniem w Stanach, przenosząc tu słynną metodę Stanisławskiego, prowadząc szkoły 
aktorskie. W Hollywood znalazł się w r. 1932 i wyreżyserował tam szereg głośnych filmów, m.in. 
"Malowaną zasłonę", ekranizację Nędzników i "Ogrody Allacha" (z Marleną Dietrich). 
BRAUN Kazimierz (ur. 1936 w woj. kieleckim), teatrolog, reżyser i wykładowca uniwersytecki. 
Po studiach polonistycznych w Poznaniu (1954-1958) i teatrologicznych w Warszawie (1958- 
1962) podjął pracę jako reżyser, u progu lat 60., na scenach Warszawy, Łodzi i Torunia. Po objęciu 
dyrekcji artystycznej Teatru Współczesnego we Wrocławiu (1975-1984) uczynił go czołową sceną 
kraju. Jako wykładowca-teatrolog pracował we Wrocławiu i Krakowie. W 1985 r. wyjechał do 
Stanów Zjednoczonych jako visiting professor. Wykładał w Nowym Jorku i Kalifornii, osiadając 
ostatecznie w Buffalo w r. 1989. Wystawił w Stanach Zjednoczonych wiele głośnych sztuk, opu- 
blikował też szereg książek, m.in. Helena - rzecz o Modrzęjewskięj (1984), A History of Polish 
Theater 1939-1989 (1996). 
BRODOWSKI Zbigniew (1852-1901), prezes ZNP i naczelny red. "Zgody" (od 1885), obrońca 
prawa Polski do niepodległości. W Kalifornii pracował przy budowie linii tramwajowych, przyjaźnił 
się z Heleną Modrzejewską i kręgiem jej przyjaciół. Jako komisarz parków publicznych w Chicago 
(1890) dał pracę tysiącom emigrantów z Polski. Redagował także "Gazetę Chicagoską" (1884) potem 
"Zgodę" (do 1889), przez krótki czas był prezesem ZNP. W r. 1897 został dyplomatą, skierowanym 
jako konsul amerykański do Niemiec, co wywołało szereg kontrowersji politycznych. 
BRZEZIŃSKI Zbigniew (ur. 1928 w Warszawie), wybitny polityk i politolog. Po studiach 
w zakresie ekonomii i nauk politycznych, w Montrealu i na Georgetown University w Waszyngto- 
nie, pracował na Harvardzie, następnie dla Departamentu Stanu, od 1962. Od 1973 doradca do 
spraw narodowego bezpieczeństwa, w latach 1976-1981 główny doradca prezydenta Jimmy Carte- 
ra. Od r. 1988 stał na czele Centrum Studiów Strategicznych w Waszyngtonie. Autor szeregu gło- 
śnych politologicznych książek - m.in. - Power and Priciple (1971), Game plan (1986), The 
Grand Failure (1989), Out of Control (1993). 
BURZYŃSKI Stanisław (ur. 1943 w Lublinie), biochemik, odkrywca nowych rewolucyjnych metod 
leczenia chorób nowotworowych. Po studiach i doktoracie w Lublinie (1961-1968) uzyskał możli- 
wość pracy badawczej w Stanach Zjednoczonych i w r. 1972, przeniósł się do Houston, w Teksasie, 
gdzie opracował liczne patenty na leczenie nowotworów, AIDS oraz chorobę Parkinsona. Opubliko- 
wał ponad 100 artykułów naukowych, występował w czołowych programach telewiz)jnych ABC, 
NBC oraz CBS. Mimo kontrowersji w świecie medycznym i naukowym, a także długich bojów praw- 
nych z przeciwnikami, metody dr. Burzyńskiego budzą wciąż ogromne zainteresowanie. 
CHMIELIŃSKA Stefania (1866-1939), wybitna działaczka kobieca, "matka Związku Polek 
w Ameryce". Przybyła do Stanów Zjednoczonych w wieku 25 lat, ale szybko ujawniła wielki talent 
organizatorski. Należała do ścisłego grona założycielek ZPwA (w 1898 r.) i została pierwszą preze- 
ską krajowej kobiecej organizacji Polek w Ameryce. Stworzyła Wydział Oświaty i nawiązała kon- 
takty z wybitnymi pisarkami polskimi, m.in. z Marią Konopnicką. W 1910 r. założyła pismo, "Głos 
Polek". W 1931 została Pierwszą Honorową Prezeską ZPwA. 22 maja obchodzony jest wUSA 
jako jej "Dzień Założycielki Związku". 


232
>>>
CYGANIEWICZ Zbyszko, wł. Stanisław (1881-1967), legendarny polski zapaśnik o światowej 
sławie z przełomu wieku, występujący na arenach, zarówno w stylu klasycznym, jak i wolnoamery- 
kańskim, trzykrotny zdobywca tytułu mistrza świata (Paryż, 1906; Nowy Jork 1921 i 1922). 
W 1937 opublikował głośne wspomnienia Na ringach całego świata. 
DĄBROWSKI Józef (1842-1903), działacz i duszpasterz polonijny, założyciel Polskiego Semina- 
rium, a następnie zespołu polskich szkół w Detroit, Mi. Aktywny uczestnik powstania styczniowe- 
go, po jego klęsce zmuszony do emigracji. Z jego inicjatywy sprowadzono do Ameryki Siostry 
Felicjanki. Seminarium pod wezwaniem św. Cyryla i Metodego utworzone przez niego w 1885 r. 
w Detroit, zostało w 1909 r. przeniesione do Orchard Lake, Michigan. 
DERWIŃSKI Edward (ur. 1926 w Chicago), zasłużony polityk polonijny, republikanin. Pochodzi 
z Chicago, służył w ostatniej fazie II wojny światowej warmii Stanów Zjednoczonych. Studiował 
na Loyola University. W 1957 został wybrany do stanowej legislatury w Illinois; w 1959 r. został 
krajowym kongresmanem i służył wyborcom przez kolejne 13 kadencji (1959-1983). Pracował 
w komisjach Spraw Zagranicznych i Służby Cywilnej Kongresu Stanów Zjednoczonych. W 1970 
był delegatem do ONZ, następnie radcą w Departamencie Stanu. W 1989 został sekretarzem stanu 
w administracji prezydenta George'a Busha, od spraw weteranów. Pracował w sztabach wybor- 
czych republikanów w kolejnych wyborach prezydenckich ostatnich kadencji. Zawsze blisko 
współpracował z liderami Polonii i organizacjami zrzeszającymi weteranów. 


DIDUR Adam (1874-1946), znakomity śpiewak operowy, jeden najwybitniejszych basów epoki, 
solista opery w Warszawie w latach 1899-1904. W początku wieku trafił na czołowe sceny opero- 
we Europy (La Scala) i w końcu do nowojorskiej Metropolitan Opera, gdzie odnosił największe 
sukcesy. Podróżował po obu Amerykach, a po 1945 r. zdecydował się powrócić do kraju, organi- 
zując m.in. Operę Śląską w Bytomiu. 
DMOCHOWSKI Henryk, ps. Sanders (1810-1863), uczestnik powstania listopadowego, emigrant 
polityczny do Stanów Zjednoczonych, znalazł tu uznanie głównie jako rzeźbiarz, tworząc popiersia 
i pomniki, zarówno wielkich Ojców Rewolucji (Th. Jeffersona) jak i Polaków: K. Pułaskiego i T. Koś- 
ciuszki (w Sawannah i Waszyngtonie). Zginął w powstaniu styczniowym, po powrocie do Polski. 
DUDZIAK Urszula (ur. 1943), wokalistka jazzowa, w Polsce związana z grupami Krzyszto- 
fa Komedy i Michała Urbaniaka, w latach 70. znalazła uznanie w Stanach Zjednoczonych wystę- 
pując zarówno z zespołami, jak i solo. Nagrała tu płyty ("Urszula", "Atma") i występuje z powo- 
dzeniem jako wirtuoz-gwiazda śpiewu jazzowego do dziś dnia w klubach i środowiskach amery- 
kańskich, głównie nowojorskich. 
DUDZIŃSKI Andrzej (ur. 1945 w Sopocie), artysta grafik. Po studiach architektonicznych 
w Gdańsku i plastycznych w Warszawie, w końcu lat 60. projektował z sukcesem plakaty filmowe, 
malował i wystawiał w kraju. U progu lat 70. wyjechał do Anglii, gdzie publikował swoje prace 
w brytyjskich czasopismach. W Stanach Zjednoczonych od 1977; wykładowca szkoły plastycznej 
w Nowym Jorku, współpracownik czołowych wydawnictw, takich jak "The New York Times", 
"Rolling Stone", "Vanity Fair", "Playboy". Wykonał szereg projektów plastycznych dla zachod- 
nich korporacji we Frankfurcie, w Bonn, Hadze, Paryżu i Nowym Jorku. 
DUTKOWSKI Mieczysław (ur. 1946), działacz "Solidarności" w Polsce, prezes Kongresu Polo- 
nii Amerykańskiej w południowej Kalifornii. Wydawca i redaktor pisma "Głos Polonii" ("Voice of 
Polonia") w Los Angeles. Skarbnik krajowy KP A od r. 1995, organizator Polskiej Unii Kredytowej 
w L.A., Centrum Polskiego wY orba Linda i Polsko-Amerykańskiego Forum Ekonomicznego. 
DYKLA Edward (ur. 1933 w Chicago), działacz polonijny, zasłużony prezes Zjednoczenia Pol- 
skiego Rzymsko-Katolickiego w Chicago (1986-1999) i krajowy skarbnik Kongresu Polonii Ame- 
rykańskiej (1986-1995). Pracował jako nauczyciel w Weber High School, w latach 1957-1974, 
następnie działał we władzach PRCUA na różnych stanowiskach (sekretarza, skarbnika i prezesa). 
Prezes Polskiego Muzeum w Ameryce, Chicago (1986-1998). 


233
>>>
DYNIEWICZ Władysław (1843-1928), wybitny działacz polonijny w Chicago, uczestnik po- 
wstania styczniowego, jeden z założycieli "Gminy Polskiej" w Ameryce, po przybyciu do tego 
kraju. Wydawca pierwszej w Chicago, "Gazety Polskiej", założonej wr. 1873 (zwanej popularnie 
"dyniewiczówką"), która dotrwała do 1877 r. Rzecznik zorganizowania ogólno-amerykańskiej 
organizacji Polaków w Stanach, orędownik skupionej polskiej kolonizacji w jednym ze stanów 
(typował - Arkansas). Działacz ZNP na polu wydawnictw i oświaty. Publikował w Ameryce 
zarówno teksty klasyków (Mickiewicz) jak i współczesnych (Sienkiewicz), przede wszystkim 
jednak - słowniki, poradniki i książki praktyczne, od r. 1876 stojąc na czele spółki wydawniczej 
W. Dyniewicz i Ska, która dotrwała do czasów I wojny światowej. 
DZIEWANOWSKA Ada (ur. 1917 w Poznaniu), wybitna instruktorka i choreograf zespołów 
folklorystycznych w Ameryce. Po studiach w Bostońskim Konserwatorium Muzycznym, w 1961 r., 
została instruktorem polonijnych zespołów w tym mieście, prowadząc również kursy rytmiki 
w Cambridge Adult Center i służąc ekspertyzą w wielu krajach świata, od Kanady po Izrael 
i Meksyk. Autorka wielu publikacji na tematy choreografii i folkloru (stroje, tradycje, zwyczaje), 
których swoistym podsumowaniem stał się gruby tom Polish Folk Dances and Songs, wydany 
w Nowym Jorku w 1997 r. 
DZIEWANOWSKI Marian Kamil (ur. 1913 w Żytomierzu), historyk. Studia prawnicze odbył na 
Uniwersytecie Jagiellońskim (1933-1935), Uniwersytecie Warszawskim (1935-1937) i w Instytucie 
Francuskim w Warszawie. Uczestnik kampanii wrześniowej, instruktor w szkole cichociemnych 
w Wielkiej Brytanii (1941-1942). Studia na Harvard University, doktorat (1951). Wykładowca Boston 
University (1948-1978), a także University of Wisconsin w Milwaukee (1979-1983). Autor siedem- 
nastu książek, opublikował m.in.: A European Federalist, józef Piłsudski (1969), 2d h Century Poland 
(1977), A History of Soviet Russia (1979), War at Any Price (1987), Alexander] (1990), jedno życie 
to za mało (1994), Lord Wellington (1996), Książę Adam Czartoryski (1998). 
DZIÓB Franciszek (1890-1983), oficer i organizator Armii Błękitnej gen.]. Hallera (w latach 1916- 
1918), działacz polskiego "Sokolstwa", następnie Związku Narodowego Polskiego. Prowadził oficer- 
skie szkolenie w Alliance College dla zgromadzonej tam kadry ochotników. W trakcie wojny adiutant 
gen.]. Hallera i asystent Ignacego]. Paderewskiego w jego akcjach politycznych. Po r. 1918 zajmował 
wysokie stanowisko w ruchu weteranów w Stanach, jako jego krajowy dowódca. Radca prasowy 
prezesa Karola Rozmarka (1939-1967), autor większości jego słynnych publicznych wystąpień. Mąż 
Wandy Dziób, długoletniej sekretarki prezesów A. Mazewskiego i E. Moskala. 
EHRENKREUTZ Andrzej (ur. 1921 w Warszawie), naukowiec, badacz i wybitny działacz politycz- 
ny Polonii amerykańskiej (obecnie australijskiej). Po kampanii francuskiej w 1940 r. przebywał 
w Anglii, studiując na Uniwersytecie Londyńskim. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych w latach 
1954-1987 prowadził wykłady na Uniwersytecie w Ann Arbor w Michigan. Specjalista w zakresie 
dziejów krajów muzułmańskich, opublikował wiele artykułów, studiów i książek. W latach 1976-1987 
stał na czele Północnoamerykańskiego Studium Spraw Polskich w Ameryce, publikując stały biuletyn 
i ściśle współpracując z KP A. W 1987 r. przeniósł się do Australii, pracując na Uniwersytecie w Mel- 
bourne, a od 1991 stając na czele Australijskiego Instytutu Spraw Polskich. 
FEDERKIEWICZ Stefania Zofia, ps. art. Stephanie Powers (ur. 1942), wzięta filmowa i telewizyjna 
aktorka amerykańska polskiego pochodzenia. Debiutowała w latach 60. w seriach telewizyjnych, 
takich jak: "The Gir! from Uncle", "Bonanza", "The Six Milllion Dollar Man", "The Bionic Woman", 
sławę osiągając w serialu "Heart to Heart" (1979). Grała w wielu filmach m.in.: "McLintock" (1963), 
"Love Has Many Faces", "Die, Die, My Darling", "Joe Kid" (1966), "The Magnificent Seven Ride" 
(1972), "Gone with the West" (1975). Marszałek Parady Pułaskiego w Nowym Jorku w r. 1997. 
FUNK Kazimierz (1884-1960), biochemik, badacz i odkrywca roli witamin. Pracował w Instytucie 
Pasteura w Paryżu, w Wielkiej Brytanii i w Warszawie (1923-1927). Po przeniesieniu się do Stanów 
Zjednoczonych, w r. 1915, prowadził intensywne badania nad witaminami i hormonami, identyfikując 
je, jak też łącząc ich brak z określonymi chorobami, w tym również chorobami nowotworowymi, 
z czasem zajmując z tej racji zupełnie w)jątkowe i wybitne miejsce w nauce amerykańskiej. 


234
>>>
GABRESKI Francis Stanley (ur. 1919), słynny pilot, bohater II wojny światowej w lotnictwie 
brytyjskim i amerykańskim, syn polskich emigrantów, rodziny Gabryszewskich z Oil City w Pen- 
sylwanii. Wyznaczony przez amerykańskie dowództwo do współpracy z polskimi pilotami 
w Wielkiej Brytanii, zestrzelił rekordową ilość niemieckich samolotów - i stał się przykładem 
wybitnej kariery wojskowej Polaka w Stanach Zjednoczonych. 
GAŁĄZKA Jacek Michał (ur. 1924 w Wilnie), wydawca. W czasie wojny znalazł się w szeregach 
1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka; po studiach na Uniwersytecie w Edynburgu przyje- 
chał do Nowego Jorku, gdzie podjął pracę w amerykańskich domach wydawniczych, takich jak St. 
Martin' s Press (1955-1963) i Charles Scribner' s Sons (1963-1985), zajmując się marketingiem. 
Od 1985 r. pracował w firmie Macmillan, a następnie objął dział polskich przekładów 
i wydawnictw w firmie Hippocrene Books, Inc. Wydał szereg zbiorków własnych tłumaczeń myśli 
i maksym Stanisława Jerzego Leca oraz przewodnik po polskich miejscach w Stanach Zjednoczo- 
nych. Przez wiele lat wydawał również piękne kalendarze polskiego malarstwa i tradycji (Polish 
Heritage Publications). 
GELLA Aleksander Jan (ur. 1922 we Lwowie), socjolog, wykładowca uniwersytecki. Żołnierz 
AK w czasie II wojny światowej. Studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie 
(1945-1947), Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie (1947-1949), Uniwersytet Warszawski 
(1954-1949). Doktoryzował się w 1958 r. Pracownik Polskiej Akademii Nauk w Zakładzie Nauki, 
Historii i Techniki. Po wyjeździe do Kanady wykładał na University of Alberta wEdmonton 
(1967), w San Jose University (1967-1969), na University of California w Santa Barbara (1968- 
1970), następnie osiadł w Buffalo, NY i pracował tam w latach 1970-1994. W Stanach wydał 
książki: The Ward-Gumplowicz Correspondence: (1897-1909) (New York, 1971), The 
lntell1gentsia and the lntellectuals: Theory Method, and Case Study (Beverly Hils, 1976), 
Humanism in Sociology (1978), Development of Class Structure in Eastern Europe: Poland and 
her Southern Neighbors (Albany, 1989). Oprócz tego opublikował m.in.: Naród w defensywie: 
rozważania historyczne (London, 1987), Zagłada Drugięj Rzeczypospolitej: 1945-1947 (War- 

t)'t'A.SKf\valter (1913-1993), wynalazca sztucznego serca, wybitny innowator i konstruktor, 
pracujący w Nowym Jorku. W r. 1972 otrzymał Medal Waszyngtona za osiągnięcia w inżynierii 
biomedycznej w zakresie cyrkulacji krwi. Jego sztuczne serce jest stosowane przez tysiące specjali- 
stów na świecie od trzydziestu lat. Był przewodniczącym Rady Fundacji Kościuszkowskiej 
w latach 60. i 70. 


GOŁEMBIOWSKI Jarosław (ur. 1958 w Bielsku-Białej), kompozytor, pedagog, pianista. Studiował 
w Akademii Muzycznej we Wrocławiu (1977-1984). Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych zaj- 
mował się uczeniem gry na pianinie, komponowaniem i wydawaniem muzyki. Jego debiut kompozy- 
torski "Primavera" miał miejsce w 1987 r. (wykonanie: zespół The Lira Singers w Chicago). Od 1996 
na czele niezależnego wydawnictwa muzycznego w Chicago. Nagrania płytowe: "Walking Through 
Chicago" (1986), "In Memoriam of Carinio" (1987), "Kolędy Polskie" (1995). Kompozycje: "Homa- 
getoPaderewski" (1991), "Epitaph" (1993), "ZdrowaśMario" (1994), "Trzy Mazurki" (1999). 
GROMADA Tadeusz (ur. 1929 w Passaic, NJ), historyk, działacz Polskiego Instytutu Naukowego 
w Ameryce. Uczeń Oskara Haleckiego, po studiach na nowojorskim Fordham University, w latach 
1959-1992 zajmował się koordynowaniem studiów etnicznych w Nowym Jorku. Jako nauczyciel 
i wykładowca związany był z Jersey City College i ze stanowym University New Jersey w Trenton 
(do r. 1989). Od r. 1985 dyr. wykonawczy PIASA w Nowym Jorku, także prezes PAHA (1990- 
1995). Wydawca czasopisma "Orzeł Tatrzański", od 1947 r., autor Essays on Poland's Foreign 
Policy 1918-1939, współautor tomu Polonia Amerykańska (1988). 
GRONOWICZ Antoni (1912-1985), pisarz i poeta. Zanim przybył do Stanów Zjednoczonych, 
w r. 1938, kształcił się we Lwowie. Opublikował przez dziesięciolecia serię głośnych i kontrowersyj- 
nych "nieoficjalnych" biografii - Chopina, Czajkowskiego, Rachmaninowa i Heleny Modrzejew- 
skiej, które zbudowały mu swoistą renomę. Wydał w 1984 r. książkę o papieżu Janie Pawle II God's 
Broker. Jego ostatnia książka - biografia Grety Garbo ukazała się już pośmiertnie, w r. 1990. 


235
>>>
GRYGLASZEWSKI Franciszek (1852-1918), pochodził ze Lwowa, po przyjeździe do Chicago 
przystąpił do Gminy Polskiej, a następnie do nowopowstałego Związku Narodowego Polskiego, 
którego stał się szybko najaktywniejszym działaczem. Przyczynił się walnie do założenia "Zgody", 
świadom roli polskiej prasy. Został Cenzorem ZNP, w r. 1882. Pracując dla rządu federalnego, 
podróżował wiele, wykorzystując kontakty dla rozszerzania wpływów i członkostwa ZNP. Zajmo- 
wał się pomocą dla emigrantów od 1894 i pomógł tysiącom nowoprzybyłych otrzymać własne 
działki. W Minneapolis założył odlewnie żelaza, tam też został wybrany na komisarza ZNP. 
GRZEGORZEWSKI Adam (ur. 1911 w Warszawie), zasłużony, wieloletni radiowiec polonijny. 
Jako dziecko, wraz z rodzicami emigrował do Chicago. Już w 1930 zadebiutował programem 
radiowym "Quo Vadis" na WSBC, następnie do r. 1950 nadawał ze stacji WGES. Przez kolejne 
20 lat pracował na stacji WOPA (dziś WPNA 1490 AM) i nadal prowadzi program radiowy, spon- 
sorowany przez ZNP. 
GUROWSKI Adam (1805-1866), działacz polityczny na emigracji. Organizator zamachu na cara 
Mikołaja I, uczestnik sprzysiężenia Piotra Wysockiego i powstania listopadowego. Wysłany do 
Paryża w 1831 r. z ramienia rządu narodowego pozostał na emigracji, gdzie założył Towarzystwo 
Demokratyczne Polskie. Do Stanów Zjednoczonych wyjechał w r. 1848, gdzie podjął działalność 
publicystyczną w "New York Tribune" jako radykalny abolicjonista, rzecznik uwolnienia Murzy- 
nów i ich emancypacji, stając się jedną z najbarwniejszych i najbardziej wpływowych postaci 
świata polityki amerykańskiej tamtych czasów. 
GZOWSKI Kazimierz Stanisław (1813-1898), emigrant polityczny deportowany za swą działal- 
ność do Stanów Zjednoczonych przez Austriaków w r. 1834, gdzie ukończył studia prawnicze. 
Zatrudniony w 1842 r. przez rząd kanadyjski stał się głównym projektantem i twórcą sieci linii 
kolejowych, mostów i kanałów w zachodniej Kanadzie. Jest autorem projektu m.in. mostu nad 
Niagarą k. Buffalo. Z końcem życia został mianowany administratorem prowincji Ontario. 
HAIMAN Mieczysław (1888-1949), historyk, założyciel i kurator Polskiego Muzeum w Amery- 
ce, przy ZPRKA w Chicago (1935). Urodzony w Złoczowie, tuż przed wybuchem I wojny świato- 
wej wyjechał do Ameryki wraz z bratem, Adamem, który został wydawcą pisma "Polacy w Amery- 
ce" w Buffalo. W 1932 wydał książkę o Polakach, bohaterach Wojny Rewolucyjnej Stanów Zjed- 
noczonych. Wydał także pierwszą historię Polaków w Ameryce (Polish Past in America 1608- 
1864) oraz szereg prac o amerykańskich dziejach T. Kościuszki. 
HALECKI Oskar (1891-1973), wybitny polski historyk, doktoryzowany na UJ w Krakowie, profe- 
sor UW w Warszawie. Reprezentował Polskę na wielu międzywojennych kongresach naukowych 
w całej Europie. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie Fundacji Kościuszkowskiej 
w 1938 na serię wykładów, po wybuchu II wojny światowej nie wrócił już do kraju. W N owym Jorku 
został jednym z głównych założycieli Polskiego Instytutu Naukowego w 1942 r., i tu, w Ameryce, 
opublikował szereg kluczowych książek o dziejach Polski: The M1llenium of Europe (Notre Dame, 
1963), From Florence to Brest, 1439-1596 (New York, 1958), jadwiga of Anjou and the rise of East 
Central Europe (Boulder, 1991), History of Poland (New York, 1956). 
HASZLAKIEWICZ Zbigniew Marian (ur. 1922 na Polesiu), architekt, autor książek. Żołnierz 
Związku Walki Zbrojnej w Tuchowie, więzień obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Buchen- 
waldzie, w Dorze, Nordhausen i Bergen-Belsen. W Niemczech podjął po wojnie studia architekto- 
niczne w Brunszwiku (1945-1950), które kontynuował po przybyciu do Stanów Zjednoczonych 
w Institute of Technology w Chicago (1962-1964). Pracował jako kreślarz, projektant i konstruktor 
w ośmiu stanach USA. Zaprojektował ok. 900 budynków przemysłowych, wielokondygnacyjnych 
biurowców i hoteli. Dla Polonii w Stanach dokonał m.in. przebudowy Centrum Kopernikowskiego 
w Chicago (1980) oraz Kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej w Merrillville dla 00. salwatoria- 
nów. Autor książek: Madness ofthe X)th Century (1998) i Spod rynny na deszcz (1998). 
HODUR Franciszek (1866-1953), twórca polskiego kościoła narodowego w Ameryce, stworzo- 
nego w duchu protestu przeciwko dominacji kleru irlandzkiego w tym kraju (1900). Pierwszy 
biskup i główny ideolog ruchu, który pociągnął za sobą setki tysięcy polskich katolików w Stanach 


236
>>>
Zjednoczonych. Założyciel pisma "Straż" w Scranton, Pa. (1897), wspierał czynnie sprawę nie- 
podległej Polski w trakcie I wojny światowej. 
HOROWITZ Ryszard (ur. 1939 w Krakowie), fotografik i grafik. Jako dziecko trafił do obozu kon- 
centracY-jnego w Oświęcimiu. Po wyzwoleniu studiował w Krakowie w Akademii Sztuk Pięknych 
w latach 1959-1963. W 1963 r. trafił do Nowego Jorku i pracował w CBS. Otworzył własne studio 
fotograficzne w 1965 r. Mając duże doświadczenie w grafice reklamowej i fotografii wydawniczej 
stworzył własny styl plakatu i płócien malarskich, które przyniosły mu światowy rozgłos. 
HORSZOWSKI Mieczysław (1892-1993), wybitny pianista ze Lwowa, pierwszy wykonawca 
muzyki K. Szymanowskiego. Trafił do Stanów Zjednoczonych w 1906, koncertując w Carnegie 
Hall. Po wybuchu II wojny światowej osiadł w Ameryce na stałe. Występował z Pablo Casalsem 
w długich tournee artystycznych. Grał też dla papieża Piusa X, prezydenta Johna F. Kennedy' ego 
i Jimmy Cartera. 
JANUSZEWSKI Franciszek (1886-1953), wydawca prasy polonijnej i działacz Polonii po 
II wojnie światowej. Przybyły z Łomży, w wyniku politycznych prześladowań w r. 1905 na tere- 
nach zaborów, osiadł w Cleveland i podjął działalność w polskim "Sokolstwie", stając się liderem 
ich radykalnego skrzydła, w 1909 r. Po przeniesieniu do Detroit, w roku 1912, podjął pracę 
w "Dzienniku Polskim", współpracując z Komitetem Obrony Narodowej (KON). Z czasem został 
właścicielem gazety i wydawcą, a także zajmował wysokie stanowisko w Polskiej Gildii Dziennika- 
rzy i Wydawców w Stanach Zjednoczonych. W 1942 założył organizację KNAPP powołaną dla 
promowania spraw Polski w Ameryce, która weszła w r. 1944 w skład KP A. 
JERZMANOWSKI Erazm (1844-1909), filantrop i działacz polonijny pochodzący z polskiej 
arystokracji z Kalisza, zmuszony do emigracji po powstaniu styczniowym do Francji. Tam studio- 
wał chemię i stał się specjalistą od paliw płynnych. Po przybyciu do Ameryki w r. 1873, Jerzma- 
nowski opatentował lampę gazową i podjął pracę w Nowym Jorku dla Equitable Gas Company, 
stając się jednym z pierwszych milionerów polskiego pochodzenia w tym kraju. Stworzył sieć 
placówek tej kompanii w stanie Nowy Jork, Indianie i Illinois. Pomagając polskim organizacjom, 
w tym ZNP oraz emigrantom, stworzył w Nowym Jorku polskie biuro emigracyjne i bibliotekę dla 
rodaków. W 1896 r. wrócił do Europy. Z jego pośmiertnego majątku stworzono Polską Akademię 
Umiejętności w Krakowie oraz Polska Nagrodę Literacką. 
KAjENCKI Franciszek Kazimierz (ur. 1918 w Erie, P A), historyk wojskowości, zajmujący się 
badaniami nad polskim udziałem w dziejach Stanów Zjednoczonych. Studiował w słynnej Akade- 
mii Wojskowej w West Point (1939-194 1). W czasie II wojny światowej brał udział w operacjach 
armii amerykańskiej na Pacyfiku. Po wojnie kontynuował studia, tym razem dziennikarskie, 
w Madison, Wi. U progu lat 70. pracował w Departamencie Armii w Waszyngtonie D.C. Po 1977 
stanął na czele wydawnictwa Southwest Polonia Press w El Paso, Arizona. Opublikował w nim 
książki o Polakach w Wojnie Secesyjnej, amerykańskie dzieje własnej rodziny, a także militarne 
biografie Tadeusza Kościuszki i Kazimierza Pułaskiego (1998 i 2001). 
KAŁUSSOWSKI Henryk (1806-1894), urodzony w Polsce, musiał emigrować z kraju po upadku 
powstania listopadowego. Po przybyciu do Ameryki w 1842 r. założył pierwszą polską organizację 
w USA pn. Gmina Polska. Brał udział w powstaniu 1848 roku w Wielkopolsce, a kiedy wybuchło 
powstanie styczniowe 1863 r. pełnił w Stanach funkcję przedstawiciela jego władz. Był jednym 
z duchowych inspiratorów i rzeczników założenia Związku Narodowego Polskiego, któremu przekazał 
swoje bezcenne zbiory biblioteczne. Został pierwszym, honorowym członkiem ZNP. 
KAPER Bronisław (1902-1983), kompozytor filmowy, zdobywca Oskara za film "liii" (1953). 
W 1935 r. skomponował dla Jana Kiepury piosenkę-przebój, "Ninon" . Urzeczony nią Louis B. 
Mayer podpisał z nim kontrakt dla czołowej wytworni filmowej w Hollywood, MGM. Od tamtej 
pory Kaper zapisał się znakomitymi partyturami, m.in. do głośnych filmów: "Dwulicowa kobieta", 
"San Francisco", "Bunt na Bounty", "Czerwone godło odwagi" i "Lord Jim". Dla Kiepury i Marty 
Eggert napisał specjalnie musical "Polonaise" , z którym dłuższy czas, z powodzeniem występowali 
oni na Broadwayu. 


237
>>>
KARGE Józef (1823-1892), wychowany w Polsce. Służył jako oficer królewskiej gwardii pru- 
skiej. W 1851 przybył do Ameryki i zajmował się początkowo wykładaniem literatury na amery- 
kańskich uniwersytetach. Na apel prezydenta Lincolna wziął udział w Wojnie Secesyjnej i jako 
pułkownik służył warmii Północy. Ciężko ranny w bitwach, przeszedł na emeryturę i powrócił do 
nauczania literatury w Princetown University. 


KARSKI Jan, wł. nazwisko: Kodzielewski (1914-2000), słynny kurier wojenny, który przywiózł do 
Ameryki dramatyczne dowody na postępującą w Europie, planową i masową, hitlerowską zagładę 
Żydów. Kształcił się we Lwowie jako prawnik i dyplomata, kontynuując studia za granica, 
w Niemczech, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. W czasie wojny zasłużył się działalnością kurierska, 
dwukrotnie otrzymując Krzyż Virtuti Militari. Po wojnie zdobył naukowe tytuły na Georgetown 
University i opublikował książki m.in. Story of a Secret State (1944), The Great Powers and Poland, 
1919-1945 (1985). 


KENAR Jerzy Szymon (ur. 1948 w Iwoniczu Zdroju), rzeźbiarz. Ukończył Wyższą Szkołę Sztuk 
Plastycznych w Gdańsku (1971-1973). Po serii wystaw w zachodniej Europie (Szwecja) osiadł 
w Chicago w 1979 r. otwierając Studio Wooden Gallery, nie tylko jako własną pracownię, ale także 
środowiskowe miejsce wydarzeń artystycznych. Specjalizuje się w drewnie i brązie. Wykonał 
szereg wnętrz kościołów wg własnych projektów, wiele z nich nagrodzonych (Orlando, Floryda), 
Sanktuarium św. Sabiny w Chicago. Wykonał tron dla papieża Jana Pawła II podczas pierwszej 
wizyty w Chicago (1979). Szereg prac Kenara zdobi instytucje w Chicago (cała wystawa na lotni- 
sku O'Hare w Chicago). 
KETCHEL Stanley, wł. nazwisko: Kiecal (1886-1910), doskonały polonijny bokser z Grand Rapids, 
w stanie Michigan. Karierę boksera rozpoczął w r. 1903 w wieku lat 16, ajuż w 1908 zdobył tytuł 
mistrza świata wagi średniej, pokonując Mike Sullivana. Karierę bokserską kontynuował ze zmiennym 
szczęściem w następnych latach, zwyciężając m.in. z Jackiem O'Brianem i stając się pierwszą polską 
gwiazdą w amerykańskim sporcie. Amerykańska prasa fachowa (pismo "Ring Magazine") stawia 
Ketchela na czele listy zawodowych bokserów świata wszystkich czasów. 
KIEPURA Jan (1902-1966), słynny tenor z Sosnowca. Po studiach w Warszawie i sukcesach 
w Wiedniu i Paryżu, zadebiutował w 1931 r. w Stanach, śpiewając w Chicago Opera Company. 
W 1938 pojawił się na scenie Metropolitan Opera, odnosząc wielkie sukcesy w"La Boheme" , 
"Carmen" i w "Rigoletto". W latach 40. śpiewał na Broadwayu z Martą Eggert w "Wesołej wdów- 
ce" i dając 800 przedstawień w musicalu innego rodaka, Bronisława Kapera, "Polonaise" . 
KIERKŁO Mieczysław (ur. 1919), poeta, satyryk, publicysta. Był żołnierzem 1. Dywizji Pancer- 
nej w czasie II wojny światowej. Po wojnie został nauczycielem języka angielskiego w Lowton, 
a następnie podjął pracę w przemyśle tekstylnym w firmie Robert Scotts Sons. Po przyjeździe do 
Stanów Zjednoczonych (1949) kontynuował pracę jako operator maszynista w Atlantic Machine 
Tool Works w Newington, jednocześnie wspólnie z Czesławem Maliszewskim zaczął redagowanie 
"Listów do Polaków". Pisał w "Gwieździe Polarnej" i w "Nowym Dzienniku", stając się z czasem 
bardzo popularnym satyrycznym komentatorem życia Polonii. Wydał szereg tomików swoich 
wierszy i tekstów, działał też aktywnie w szeregach Kongresu Polonii Amerykańskiej. 
KIOŁBASSA Peter (1837-1905), wywodzący się ze Śląska. Wyemigrował wraz z rodziną do 
Ameryki w r. 1855 i znalazł się w gronie osadników kolonii Panna Maria w Teksasie. Podczas 
Wojny Secesyjnej służył warmii północy Stanów Zjednoczonych w stopniu kapitana i w 1864 
osiadł w Chicago, gdzie w 1867 r. objął stanowisko szefa miejscowej policji. Był potem także 
pierwszym polskim aldermanem w tym mieście, komisarzem budowlanym, komisarzem robót 
publicznych, w końcu został skarbnikiem miasta Chicago w r. 1891. Jeden z założycieli Zjedno- 
czenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego w Ameryce, i zarazem jeden z jego pierwszych prezesów 
(1880-1885) . 
KOBELIŃSKI Mitchell (1928-1997), urodzony w Chicago bankier, businessman, polityk i dzia- 
łacz polonijny, założyciel Fundacji Kopernikowskiej. Twórca Parkway Bank i Eksport-Import 
Bank of Chicago, w r. 1973 wszedł do rządu federalnego za czasów administracji prezydenta For- 


238
>>>
da, jako specjalista do spraw małego businessu. Członek Krajowego Komitetu Partii Republikań- 
skiej, cieszył się zaufaniem kolejnych administracji prezydentów: Forda, Reagana i Busha. Organi- 
zował związki miast siostrzanych Chicago z polskimi grodami, zbiórki na pomniki słynnych Pola- 
ków (pomnik Kopernika w Chicago), założył też i kierował do śmierci Fundacją Kopernikowską 
i jej Centrum (czynnym od 1979 r.). Laureat Nagrody Kopernikańskiej w Chicago. 
KONARSKI Feliks ps. Ref-Ren (1907-1991), poeta, satyryk. Od 1928 r. autor wziętych piosenek 
i tekstów kabaretowych w Warszawie. Wybuch wojny zastał go we Lwowie, wraz żoną, Niną Leń- 
ska. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski przedostał się do Armii gen. Władysława Andersa 
i przebył z nią szlak 2. Korpusu - z Rosji przez Persję, Palestynę do Włoch. Prowadził przyfron- 
towy zespół dla żołnierzy, jest autorem "Czerwonych maków na Monte Cassino". Po wojnie osiadł 
w Londynie, podróżując z żoną z występami po emigracyjnych i polonijnych środowiskach. 
W 1965 r. przeniósł się do Chicago, zapisując się w historii polonijnej sceny jako twórca Teatru 
Ref-Rena i licznych przedstawień kabaretowych. Prowadził też własny program radiowy na WO- 
P AlWPNA. Autor i kompozytor niezliczonych sztuk i przedstawień muzycznych. Odznaczony 
dwukrotnie "Polonia Restituta" i "Krzyżem Odrodzenia RP". 
KORCZAK-ZIÓŁKOWSKI Janusz (1908-1982), urodzony w Bostonie rzeźbiarz monumental- 
ny polskiego pochodzenia. W roku 1939 zatrudniony przy pracach nad "twarzami prezydentów 
w skalach", Mt. Rusmore Memorial w Black Hills w Dakocie, zdobył I nagrodę na Światowych 
Targach w Nowym Jorku za swoją rzeźbę Ignacego]. Paderewskiego. Idea stworzenia monumentu 
skalnego, na miarę Mt. Rushmore, tym razem ku chwale Indian, a zwłaszcza wodza Crazy Horse, 
nie opuszczała go od r. 1940, kiedy spotkał się z wodzem Henrym Standing Bear. W 1947 przybył 
do Black Hills i zaczął samotnie pracować w skale. W 1950 ożenił się i osiedlił z całą rodziną, 
kontynuując pracę, którą miał pierwotnie zakończyć w r. 1981. Dzieło samotnika kontynuuje obec- 
nie jego 10 osobowa rodzina, żona, synowie i córki. 


KORZYBSKI Alfred (1879-1950), wybitny znawca w zakresie semantyki i literatury. Studiował 
na Politechnice Warszawskiej przed I wojną światową ijako inżynier armii rosyjskiej został wysła- 
ny do Ameryki, w celu dokonania zakupów broni. Po rewolucji został w Stanach Zjednoczonych. 
W latach 1920-1950 wykładał na uniwersytetach w Stanach semantykę i literaturę. W 1938 r. był 
założycielem Instytutu Semantyki. Opublikował wiele książek i prac z zakresu semantyki, stając się 
jej wybitnym znawcą i cenionym specjalistą. 
KOSIŃSKI Jerzy (1933-1991), kontrowersyjny, lecz w swym czasie bardzo popularny pisarz ame- 
rykański polskiego pochodzenia, barwna postać publiczna z kręgu nowojorskiej cyganerii artystycznej. 
Okupację przeżył z rodzicami na dalekiej prowincji, po studiach na Uniwersytecie Łódzkim pracował 
w PAN. Pojawił się w Stanach po r. 1957 tworząc wokół siebie mit "dziecka cudownie ocalonego 
z Holokaustu". Ugruntowaniu legendy służył jego bestseller, Malowany ptak (1965). Opublikował 
sporo wziętych książek, od Steps (1965), Being There (1968), The Devil Tree (1973), Blind Date 
(1977) po Pinball (1982) i The HermIt of 6f1' Street (1988). Zmarł śmiercią samobójczą na Manhatta- 
nie. Był prezesem amerykańskiego PEN Clubu. 
KOŚCIUSZKO Tadeusz (1764-1817), bohater narodowy wojny o wolność Stanów Zjednoczonych. 
Stąd wiele miejscowości nosi jego imię, a jego pomniki znajdują się w dziesiątkach miast tego kraju. 
Przybył do Stanów w 1776 r. jako inżynier militarny, dokonując szeregu kluczowych prac, ważnych 
dla sukcesu armii gen. George'a Washingtona. Jego koncepcja obrony West Point uchodzi za kluczo- 
we osiągnięcie militarne tamtych czasów. Po powrocie do Polski, w 1784 r., jako oficer służył 
w kampaniach wojennych przeciwko Rosji, i w 1794 r. po klęsce pod Maciejowicami, ciężko ranny 
dostał się do ros)jskiej niewoli. Uwolniony przez amerykańskich prz)jaciół, w 1796 po raz drugi 
przybył do Stanów Zjednoczonych osiedlając się w Filadelfii. Rząd amerykański wykorzystywał go do 
akcji dyplomatycznych. W 1902 West Point zamieniono na szkołę militarną wystawiając 
T. Kościuszce pomnik. 
KRAWIEC Walter (1889-1994), ceniony malarz i rysownik polonijny, przybył z rodziną do 
Stanów w r. 1891. Mieszkał i studiował w Chicago, gdzie na studiach w Art Institute poznał swoją 
żonę, Harriet, również malarkę. Inspiracje dla jego rodzajowego malarstwa stanowił początkowo 


239
>>>
świat strażaków Chicago, następnie świat ludzi cyrku. Obrazy z tych serii należą do najbardziej 
poszukiwanych i cenionych w jego dorobku, zebrały też w swoim czasie szereg nagród na dorocz- 
nych wystawach malarskich w Chicago. W 1913 został zatrudniony jako rysownik w "Dzienniku 
Chicagoskim" i pracował tam aż do lat powojennych, by przejść z czasem do "Dziennika Związ- 
kowego". Tam kontynuował z dużym powodzeniem pracę karykaturzysty w latach 60. i 70. 
KRÓL John (1910-1996), pierwszy polski kardynał kościoła rzymsko-katolickiego w Ameryce. 
Studiował w Orchard Lake, w latach 1929-1931, następnie na Pontyfikalnym Uniwersytecie Grego- 
rianum w Rzymie, by rozpocząć karierę duchowną w Cleveland, wIatach 1937-1942. W 1951 r. 
został biskupem, w 1967 r. kardynałem. Jako arcybiskup Cleveland objął tę archidiecezję, kończąc 
karierę jako arcybiskup-emeryt miasta Filadelfii. Autor wielu dzieł kościelnych i inicjator projektów 
i przedsięwzięć pomocnych do awansu publicznego i podniesienia prestiżu Polonii amerykańskiej. 


KRUSZKA Michał (1860-1918) i jego brat Wacław (1868-1937) działacze polonijni. Michał był 
aktywnym dziennikarzem i publicystą, pojawił się w Stanach Zjednoczonych w roku 1880. W 1892 
został pierwszym w dziejach tego kraju senatorem stanowym, w Wisconsin, a także wydawcą szeregu 
gazet polonijnych, m.in. "Dziennika Polskiego", od 1886 r. oraz "Kuriera Polskiego" w Milwaukee, 
od r. 1888. Wacław był księdzem i historykiem Polonii, założycielem polskich parafii w Stanach 
Zjednoczonych. Przybył do Ameryki w r. 1893, osiadł w stanie Wisconsin i z czasem spisał swoje 
doświadczenia z tamtej epoki w cennej, 13 tomowej Historii polskięj w Ameryce (1905), która, jako 
klasyczną pozycję, wznowiło P AHA w latach 90. Pionier walki o awans polskiego duchowieństwa 
i nominację polskich biskupów w Stanach. 
KRYGIER Marcin (XVII w.), kapitan marynarki holenderskiej, uczestnik wypraw morskich 
admirała Arciszewskiego do brzegów Brazylii, należał do najbliższego grona współpracowników 
Petera Stuyvesanta, który założył i administrował Fortem Amsterdam, dzisiejszym Nowym Jor- 
kiem, w połowie XVII w. Krygier trzykrotnie był wybrany burmistrzem Nowego Amsterdamu 
i komendantem Fortu Casimir, zbudowanego w 1651 r., a nazwanego tak na cześć polskiego króla, 
Jana Kazimierza. 


KRZYŻANOWSKI Włodzimierz (1824-1887), uczestnik powstania w Wielkopolsce, w r. 1848, 
zmuszony do wyemigrowania, wypłynął z Hamburga do Stanów, gdzie początkowo pracował jako 
inżynier przy budowie linii kolejowych w Wirginii. W obliczu Wojny Secesyjnej podjął się rekru- 
tacji ochotników w środowiskach polskich i wystawił 58. Pułk Strzelców Nowojorskich, którego 
został dowódcą. Po bitwach pod Cross Keys, Buli Run i Gettysburgiem został przez Abrahama 
Lincolna mianowany generałem armii. W 1867 r. za swoje zasługi, został rządowym administrato- 
rem stanu Alaska ijego pierwszym gubernatorem. 
KRZYŻEWSKI Michael (ur. 1942 w Chicago), wysoko notowany w Stanach trener koszykówki 
na Duke University, związany z nim od r. 1980. Pochodzi z polskiej rodziny w Chicago, studia na 
wojskowej akademii w West Point, gdzie wyróżnił się wybitnymi sukcesami sportowymi w koszy- 
kówce. Bobby Knight oferował mu pracę trenera w Indianie, Krzyżewski wybrał jednak Duke 
University, z którym po dziś dzień pozostaje związany. Autor rekordowej serii sukcesów tej druży- 
ny: co najmniej 23 zwycięstwa w II sezonach pod rząd, pięć finałów NCAA. Był też trenerem 
olimpijskiej drużyny USA w Barcelonie (w r. 1992). Uhonorowany w National Polish American 
Hall ofFame (wr. 1991). 
KUNI CZAK Wiesław (1930-2000), pisarz amerykański polskiego pochodzenia i wybitny tłumacz 
polskiej klasyki literackiej ("Trylogia" H. Sienkiewicza, w latach 1990-1992, Quo vadis w r. 1993). 
Urodzony we Lwowie, w rodzinie wojskowej, zdołał wydostać się z Polski do Anglii, po klęsce 
w 1939 r. W r. 1950 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych podejmując pracę jako dziennikarz 
i agent PR w Cleveland, Pittsburgu i N owym Jorku. W 1966 ukazała się pierwsza część jego epickiej, 
wojennej trylogii - The Thousand Hour Day, o wrześniu 1939 r., w ślad za nią The March, w 1979, 
oraz Valedictory w 1983. Wydał on również historię Polaków w Stanach - My Name is M1llion 
(1978), oraz polskie legendy - The Glass Mountain (1992). 


240
>>>
KURCJUSZ Aleksander Karol (XVII w.), pierwszy polski lekarz i medyczny autorytet w Nowym 
Amsterdamie (dziś miasto Nowy Jork) sprowadzony tam przez Dutch West India Company, 
w 1658 r. Jego nazwisko i wykaz specjalności widnieją w spisie lekarzy i chirurgów tego miasta 
z 1659 r. Akademia medyczna mieściła się na Broad Street na niższym Manhattanie. Gubernator 
Peter Stuyvesant chwalił działalność Kurcjusza i rozszerzył jego praktykę, co spowodowało przy- 
jazd dalszych lekarzy-Polaków: Jana Rutkowskiego i Kazimierza Butkiewicza. 
KUSIELEWICZ Eugeniusz (1930-1997), historyk i wybitny działacz polonijny, głośny prezes 
Fundacji Kościuszkowskiej (w latach 1970-1980) w Nowym Jorku. Profesor historii na St. John 
University, autor szeregu prac i wydawca pisma "Newsletter" Fundacji Kościuszkowskiej. Współ- 
autor zbiorowej pracy Polonia Amerykańska: przeszłość i współczesność (Wrocław 1988). 
LANDOWSKA Wanda (1877-1959), światowej klasy klawesynistka i kompozytorka. W latach 
1925-1940 prowadziła we Francji własną szkołę gry na tym rzadkim, klasycznym instrumencie. Na 
amerykańską scenę wprowadził ją Leopold Stokowski w r. 1923 wywołując powszechną sensację. 
Wybuch wojny światowej skłonił ją do wY-jazdu do Ameryki, gdzie w r. 1941 osiadła na stałe. Tu 
zdobyła ogromną sławę i popularność jako odtwórczyni muzyki dawnej nadawanej w radio i nagrywa- 
nej na płyty, kompozytorka oraz muzykolog. 
LENARD Kazimierz i Myra (1924-2000), wybitnie zasłużeni działacze Kongresu Polonii Ame- 
rykańskiej. Kazimierz wywodzący się z chicagowskiej rodziny Lenardów był zawodowym oficerem 
Armii Amerykańskiej, wysoko odznaczonym za swoją służbę. Od 1960 pracował w Pentagonie, od 
1970 prowadził biuro KPA w Waszyngtonie. Myra działała w ZNP i kierowała Polish Women's 
Civic Club. W 1982 r., po długiej działalności w organizacjach charytatywnych i rządowych, prze- 
jęła po mężu, Kazimierzu obowiązki dyrektorki biura KP A w Waszyngtonie, kierując przez niemal 
dwie dekady wieloma ważnymi akcjami lobbingowymi KP A i przedsięwzięciami Kongresu (m.in. 
związanych z włączeniem Polski do NATO). Uhonorowana wysokimi odznaczeniami polskimi 
i polonijnymi w r. 1995, 1999 i w 2000. 
LEWANDOWSKI Robert (ur. 1920 w Warszawie), aktor i radiowiec, zasłużony dla polonijnej 
radiofonii w Chicago. Po powstaniu warszawskim i niewoli niemieckiej brał udział w inicjatywach 
teatralnych w Niemczech, Anglii i we Francji. W 1951 r. przybył do Stanów Zjednoczonych po- 
dejmując współpracę z "Głosem Ameryki" i "Wolną Europą". W 1953 r. rozpoczął nadawanie 
popularnych programów radiowych na stacjach WHFC i WSBC w Chicago. Reżyserował sztuki 
w "Naszej Reducie" i brał udział, jako aktor, w licznych przedstawieniach polonijnych. Od 1961 r. 
rozpoczął nadawanie własnych polonijnych programów telewizyjnych "Bob Lewandowski Show" 
i kontynuował je do połowy lat 90. W tatach 1957-1961 prowadził także ogólno-amerykański 
program TV w sieci ABC: "Polka-Go-Around". Zrealizował szereg dokumentów m.in. o wizycie 
Jana Pawła II w Chicago, udziale Polaków w dziejach Ameryki, Czarnej Madonnie w Częstocho- 
wie i uroczystościach przeniesienia serca Paderewskiego do Doylestown. 


LIBERACE Wladyslaw (1919-1987), pianista, showman amerykańskiej TV. Urodzony w Wi- 
sconsin, za radą L]. Paderewskiego skierowany został przez rodziców, muzyków filharmonii 
w Milwaukee, na studia muzyczne. Zadebiutował jako solista w Chicago, w r. 1933 r. Od 1940 
występował w Nowym Jorku, od 1950 także w szeregu filmach, wielką popularność i sławę zdobył 
jednak występując w serii własnych programów TV, od 1952 r. (otrzymał za nie dwie nagrody 
Emmy). W 1953 r. wystąpił w Carnegie Hall i w Madison Square Garden; w 1955 występy w Las 
Vegas. Powrócił do TV w 1960, koncertując w Europie, z czasem wystąpił w Radio City Music 
Hall, bijąc tam rekordy powodzenia (r. 1984). Założył za życia własną fundację artystyczną, 
w 1977 r., a po jego śmierci powstało w Las Vegas "Muzeum Liberace". 
LIPCZYŃSKA Waleria (1847-1930), wybitna działaczka polonijna. W młodości pielęgniarka 
powstańców styczniowych, wyjechała do Ameryki po jego upadku, w r. 1869. Mieszkała w Grand 
Rapids, Michigan i żywo solidaryzowała się z rosnącym ruchem emancypacyjnym kobiet. 
W Związku Narodowym Polskim stała się pierwszą liderką kobiecą po r. 1901; wice-cenzorka 
ZNP, komisarka kobieca, organizatorka Wydziału Kobiet. Czynnie brała udział w organizacji 
Armii Błękitnej i rekrutacji jej żołnierzy (w r. 1917). 


241
>>>
LIZAKOWSKI Adam (ur. 1956 w Dzierżoniowie), wybijający się poeta pokolenia nowej emigra- 
cji. W 1981 r. wyemigrował przez Austrię do San Francisco z pomocą Fundacji Lwa Tołstoja. 
Opublikował tomiki poezji: Cannibalism Poetry (1984), Anteroom Poetry (1986). Uwagę zwrócił 
tomikiem Złodzięje czereśni (1990) oraz Legenda o poszukiwaniu ojczyzny (2001). Laureat świa- 
towego konkursu na pamiętniki "Zachodnie losy Polaków" (I nagroda). Przywódca grup poetyc- 
kich "Krak" w Los Angeles i "Niezapłacony rent" w Chicago. Redagował w Kalifornii czasopismo 
"Razem" (1985-1990). 
LORYŚ Maria (ur. 1916), działaczka polonijna, redaktorka prasy. Urodzona k. Lwowa tam 
kształciła się przed wybuchem wojny. Aktywna w AK, prześladowana i więziona przez UB, zdołała 
przedostać się na Zachód i przybyła do Stanów Zjednoczonych w 1952 r. Związała się ze Związ- 
kiem Kobiet Polskich w Ameryce, zostając redaktorką jego organu, "Głosu Polek" w 1964 r. 
i prowadząc pismo aż do lat 90. Jest autorką dziejów tej organizacji, Historii Związku Polek 
w Ameryce (t. II, wyd. w r. 1980). 
LOTARSKI Kazimierz (1918-1999), urodzony w Ameryce, wraz z rodziną wrócił jako dziecko 
do niepodległej Polski, gdzie został pilotem, i w 1939 r. walczył w kampanii wrześniowej. Po 
niewoli niemieckiej powrócił do Stanów Zjednoczonych. Po wojnie pracował w komitecie pomocy 
dla dipisów, pomagając w osiedleniu się i znalezieniu pracy tysiącom Polaków. Pracował 
w Buffalo w administracji stanu i stał na czele przyznającej stypendia, tamtejszej Fundacji Koper- 
nikowskiej. W r. 1971 został wybrany Cenzorem ZNP i pełnił tę funkcję przez dwie kadencje. 
LUKAS Richard Conrad wł. Łukaszewski (ur. 1937), historyk, wykładowca Tennessee Univer- 
sity. Opublikował serię ważnych książek z najnowszej historii, ukazujących amerykańskiemu czy- 
telnikowi złożone stosunki polityczne polsko-amerykańskie, a także zupełnie inny obraz Holocau- 
stu oraz roli Polaków w II wojnie światowej, niż ten jaki dominował dotąd w mediach amerykań- 
skich. Główne książki: Eagles East: the Army Air Forces and the Soviet Union, 1941-1945 (Talla- 
hassee 1970), The Strange All1es (Knoxville 1978), Bltter Legacy (Lexington 1982), The Forgotten 
Holocaust (Lexington 1986), Out of the Inferno Lexington 1989), Did the Children Cry? New 
York 1994). 
ŁAGODZIŃSKA Adela (1896-1990), prezeska Związku Polek w Ameryce, wiceprezeska Kongresu 
Polonii Amerykańskiej. Urodzona w Chicago, objęła przewodnictwo Związku Polek w 1947 r. i pro- 
wadziła tę organizację do roku 1971. Pełniła wiodącą rolę w agencji humanitarnej pomocy dla emi- 
grantów powojennych, w Radzie Polsko-Amerykańskiej, która pomagała rozpocząć nowe życie dipi- 
som. Była pierwszą działaczką Polonii, która odwiedziła po wojnie kraj. Uczyniła to w r. 1956, wspól- 
nie z ks. Fr. Świetlikiem, na czele delegacji Rady. 
ŁAZOWSKI Eugeniusz Sławomir (ur. 1913 w Częstochowie), lekarz, wykładowca, pisarz. Po stu- 
diach lekarskich w Warszawie, kampanii wrześniowej i służbie w Związku Walki Zbrojnej, osiadł jako 
lekarz w Rozwadowie w 1940 r., prowadząc intensywną działalność konspiracyjną. Jako członek 
Komendy Sił Zbrojnych AK w powiecie tarnobrzeskim niezależnie od leczenia i operowania rannych 
partyzantów, przeprowadził akcję wprowadzania okupanta w błąd przy pomocy fałszywej epidemii 
tyfusu plamistego pozwalającej ochronić tysiące partyzantów i mieszkańców okolic. Ta inicjatywa 
stała się tematem jego książki Prywatna wojna (1993), a także artykułów i dokumentu filmowego 
zrealizowanego w Stanach Zjednoczonych (2001). W Stanach od 1960 r. 
ŁOPATA (ZNANIECKA) Helena (ur. 1925 w Poznaniu), socjolog, wykładowca uniwersytecki. 
Córka wybitnego naukowca, Floriana Znanieckiego. Po studiach na University of Illinois (Urbana) 
oraz doktoracie na University of Chicago, rozpoczęła pracę socjologa na Roosevelt University 
w Chicago w 1965 r. Opublikowała szereg studiów i prac m.in.: Occupation: Housewife (1971), 
Widowhood in an American City (1975), Polish Americans: Status Competltlon in an Ethnic 
Community (1976), Role Changes of American Women (1993) oraz City Women: Work, jobs, 
Occupations, Careers: America (1985). 
MACIUSZKO Jerzy Janusz (ur. 1913 w Warszawie), literaturoznawca, wykładowca i wydawca. 
Studiował przed wojną na Uniwersytecie Warszawskim. W r. 1952 przybył do Stanów Zjednoczo- 


242
>>>
nych. W latach 1969-1974 kierował wydziałem studiów polskich w Alliance College w Pensyl- 
wanii; zainicjował wymianę studentów polonijnych z Uniwersytetem Jagiellońskim. Następnie 
pracował w Baldwin Wallace College w Ohio. Dla amerykańskich wydawnictw przełożył na język 
angielski zbiór polskich nowel, opracowywał teksty opolskiej literaturze w Stanach, polskich 
poetach i twórcach. 
MAKOWICZ Adam (ur. 1940 w Czechosłowacji), wybitny polski pianista jazzowy, wysoko 
notowany w amerykańskim świecie muzycznym. W Stanach osiadł w r. 1978, po sukcesach 
i tournee artystycznych w Europie, Australii, Indiach i Ameryce Południowej. Nagrał 16 płyt 
w Stanach (w sumie wydał 40 na świecie), jest autorem licznych kompozycji jazzowych, występo- 
wał w Carnegie Hall, na festiwalach w Cleveland i w Warszawskiej Filharmonii. 
MANKIEWICZ Joseph (1909-1989), amerykański scenarzysta i reżyser filmowy polskiego 
pochodzenia, brat Herrmana, autora filmu "Obywatel Kane" . Po pobycie w Niemczech, jako 
reporter, od 1936 r. pracował w Hollywood jako scenarzysta, wchodząc do czołówki jako reżyser 
szeregu wybitnych filmów psychologicznych, m.in. "Listu do trzech żon", "House of Strangers", 
"Wszystko o Ewie" (Oskar w r. 1950), "Juliusz Cezar", "Spokojny Amerykanin", "Kleopatra" 
(1963), "Sleuth" (1968). 
MARZYŃSKI Marian (ur. 1937 w Warszawie), dokumentalista, filmowiec. Okupację przetrwał 
w klasztorze sióstr w Jeziornej pod Warszawą. Od 1957 reporter Polskiego Radia, autor progra- 
mów publicystycznych TV ("Wszyscy jesteśmy sędziami" czy "Turniej miast") oraz filmów doku- 
mentalnych ("Powrót statku", I nagroda w Krakowie). Wyemigrował na Zachód w 1969 r., naj- 
pierw do Danii, następnie do Stanów Zjednoczonych. Wykładowca szkoły artystycznej w Pro- 
vidence R.I. (1971), w Governors State University (1979). Filmy TV zrealizowane w Ameryce, 
emitowane w programach "FrontIine" oraz "Nova" w sieci PBS: "Return to Poland" (1982), "Wel- 
come to America" (1984), "Love It or Leave It" (1985), "Messenger to Poland" (1989), "God Bless 
America and Poland Too" (1990), "Shtetl" (1996). 
MAZEWSKI Alojzy (1916-1988), czołowy lider polonijny, prezes ZNP i KP A w latach 1967- 
1988. W młodości organizował w szkołach polskie kluby i przewodził im w Lane Tech. H.S., był 
prezesem Chicago Polish Students Association. Po zdobyciu dyplomu prawnika na De Paul 
University pracował w czasie wojny warmii jako oficer wywiadowczy i administrator. W 1947 
został dyrektorem krajowym ZNP i kontynuował karierę w tej organizacji, stając na jej czele, po 
wyborach w 1967 r. Przewodził Polonii w Stanach Zjednoczonych przez niemal 30 lat. 
MICHELSON Albert (1852-193 1), ur. w Strzelnie, wybitny fizyk amerykański polskiego pocho- 
dzenia. Od 1887 r. przeprowadzał badania nad prędkością światła, przygotowując bazę dla odkryć 
następców, m.in. A. Einsteina. Pracował i wykładał na uniwersytetach w Cleveland, Chicago i Wa- 
szyngtonie. Za swe odkrycia w dziedzinie spektroskopii i meteorologii, w tym także "kosmicznego 
eteru", otrzymał w 1907 r. Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. 
MIERZWA Stefan Paweł (1892-1971), profesor, działacz polonijny, założyciel Fundacji Kościusz- 
kowskiej w Nowym Jorku (1925 r.). Przybył do Stanów Zjednoczonych w 1912 jako dziecko ubogiej 
chłopskiej rodziny, dzięki pomocy i uporowi zdobył wyższe wykształcenie, wykładał na Drake 
University w Iowa City. Myśląc o losie podobnych do siebie i z wdzięczności za pomoc jaką sam 
uzyskał, założył istniejącą do dziś, Fundację, która przyznaje studentom stypendia i wspomaga wy- 
mianę polsko-amerykańską. 
MIGAŁA Józef (1913-1997), działacz ludowy, radiowiec. Po wojnie działał w ruchu wiejskiej spół- 
dzielczości. Do Ameryki wY-jechał z rodziną w r. 1947. Od 1947 prowadził radiowe programy dla 
Polonii ze stacji WLEY i WCRW, zostając producentem stacji WOP A w Oak Park. Założyciel własnej 
stacji WCEV w Chicago, w r. 1979, w której rozwinęły programy "Głosu Polonii" jego dzieci: Lucy- 
na, George, Diana. Spisał dzieje polskiej radiofonii w Stanach w książce Polish Broadcasling in the 
US (1984), za którą przyznano mu doktorat na Uniwersytecie Warszawskim w r. 1981. 


243
>>>
MIKULSKI Barbara A. (ur. 1936 w Baltomore, MD), senator Stanów Zjednoczonych. Pochodzi 
z polskiej rodziny, prowadzącej piekarnię w Baltimore. Po studiach w Mount St. Agnes College 
i University of Maryland School of Social Work pracowała w organizacjach charytatywnych Balti- 
more. W 1971 wygrała wybory do rady miejskiej, w 1976 zdobyła miejsce w Kongresie Stanów 
Zjednoczonych i była pierwszą kobietą w Komitecie do Spraw Energii i Handlu. Wybrana do 
Senatu w r. 1986; pierwsza w historii tego kraju kobieta wybrana kolejno do obu izb Kongresu 
Stanów Zjednoczonych. 
MILEWSKI Stanley (ur. 1929 w Detroit, Mi), Kanclerz Szkół w Orchard Lake, Michigan (1977- 
2000). Wychowanek St. Mary' s College swoją pracę kapłańską rozpoczął w Detroit w 1955 r. Od 
1957 r. nauczał i wykładał w Orchard Lake, zajmując kolejne stanowiska i pozycje w administracji 
szkół i polonijnego centrum. Dzięki wieloletniemu wysiłkowi utrzymał polskie seminarium i uczelnię, 
założonąjeszcze w 1886 r., i podniósł ich prestiż, tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w świecie. 
MIŁOSZ Czesław (ur. 1911 na Litwie), poeta, prozaik, profesor uniwersytecki, laureat nagrody 
Nobla w r. 1980. Członek grupy poetyckiej Żagary w Wilnie, po wojnie trafił do dyplomacji. Po 
wybraniu wolności na Zachodzie opublikował głośną rozprawę Zniewolony umysł (1953). Autor 
wielu zbiorów poetyckich i eseistyki - m.in. Ziemia Ulro, Ogród nauk, Człowiek wśród skorpio- 
nów. Jego wspomnieniową powieść, Dolina Issy, sfilmował T. Konwicki. Autor Historii literatury 
polskięj dla amerykańskich studentów Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. 
MOCZYGEMBA Leopold (1825-1901), polonijny lider katolicki, ks. franciszkanin, wyjechał 
z Górnego Śląska do Teksasu w 1851 r. Opanowany ideą stworzenia w Stanach ośrodka umożli- 
wiającego rodakom awans ekonomiczny, zachęcił opolskich chłopów do założenia kolonii polskiej 
w Teksasie, podjego przewodnictwem, w r. 1854. Była to legendarna osada Panna Maria. Trudny 
start na obcej ziemi wywołał bunt przybyłych, i ks. Moczygemba kontynuował swą karierę na 
północy Stanów, stając się duszpasterzem Polonii w Chicago w r. 1864, będąc kolejno inicjatorem 
powstania polskiego seminarium duchownego w Detroit w r. 1886, a także założycielem Zjedno- 
czenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego (1876) ijego wczesnym prezesem. 
MODJESKI Ralph (1861-1940), wybitny amerykański inżynier, syn Heleny Modrzejewskiej. Do 
Stanów przybył z rodzicami w 1871 i po skończeniu studiów politechnicznych we Francji zasłynął 
w Stanach jako konstruktor śmiałych i nowatorskich rozwiązań przy budowie mostów na Missisipi 
(w 1904 r.), Missouri, Ohio czy Columbii. Są one uznawane po dziś jako szczyt inżynieryjnej 
sztuki amerykańskiej w budowie wiszących bądź wieloprzęsłowych mostów (np. Benjamin Fran- 
klin Bridge nad rzeką Delaware w Filadelfii - długości 533 m). W 1940 r. "New York Time" 
przyznał mu tytuł "Pierwszego w świecie budowniczego mostów". 
MODRZEJEWSKA Helena (1840-1909), wybitna aktorka sceniczna (ps. artystyczny Modjeska). 
Po sukcesach krajowych w Galicji i Krakowie jako aktorka (1861-1869) wraz z mężem, 
K. Chłapowskim, postanowiła szukać szczęścia w Kalifornii. W 1877 zadebiutowała na scenie 
w San Francisco, rozpoczynając swą niezwykłą, długą i prawdziwie gwiazdorską karierę na sce- 
nach całych Stanów Zjednoczonych obejmującą 26 tournee. Po przyjęciu obywatelstwa amerykań- 
skiego wyjeżdżała z występami także do Europy. Swoje życiowe i aktorskie doświadczenia spisała 
w książce Wspomnienia i wrażenia, wydanej w 1910 r. 
MOSKAL Edward (ur. 1924 w Chicago), prezes ZNP i KPA od 1988, związany z tą organizacją 
od 1963 r., najpierw jako krajowy dyrektor, następnie skarbnik. Po nagłej śmierci prezesa 
A. Mazewskiego stanął wobec nowej sytuacji i polityki wobec Polski, takjak i problemów Polonii. 
Prezes Mazewski polecił mu w r. 1987 zorganizowanie stacji radiowej WPNA 1490 AM, patrono- 
wał też radiotonom polonijnym, które zatoczyły wielki zasięg (na budowę Centrum Papieża Jana 
Pawła II, odbudowę bastionów Jasnej Góry i powodzian w Polsce w r. 1997). Jego akcje charyta- 
tywne na rzecz polskich szpitali (w Krakowie i Poznaniu) przyniosły mu duże uznanie: został 
Honorowym Obywatelem Krakowa w 1997 r., a następnie Doktorem Honoris Causa poznańskiej 
Akademii Medycznej. Zainicjował pierwszą w dziejach Kongresu Polonii Amerykańskiej wizytę 
liderów w nowej Polsce, w 1989 r. Utrzymuje bliskie i stałe kontakty z kolejnymi rządzącymi 
ekipami. Znany z kontrowersyjnych akcji w obronie polskości i praw Polaków. 


244
>>>
MOSTWIN Danuta (ur. 1921 w Lublinie), wybitna pisarka, socjolog polskiej emigracji. Po wydo- 
staniu się z rodziną z powojennej Polski i połączeniu z ojcem, który był polskim wojskowym 
w Anglii, wyjechała do Stanów w r. 1951, gdzie po studiach podjęła pracę jako społeczny doradca 
i konsultant. Obserwacja losów emigrantów skłoniła ją do podjęcia studiów nad losami przybyszy 
do Stanów (Transplanted Family, 1980) i po latach przyniosła klasyczne prace, Trzecia wartość 
(1985) oraz Emigranci polscy w USA (1991). Jednocześnie stała się kronikarzem losów powojen- 
nej Polonii w serii ważnych książek beletrystycznych: Ameryko! Ameryko (Paryż 1961), Asteroidy 
(Londyn 1965), ja za wodą, ty za wodą (Paryż 1972), Odchodzą moi synowie (Londyn 1977). 
MUSIAŁ Stan (ur. 1920 w Donora, Pa), znany jako "Stan the Man", czołowa gwiazda amerykań- 
skiego baseballu, polskiego pochodzenia. W tatach 1941-1963 grał w barwach "CardinaIs" ze 
St. Louis, osiągając znakomite wyniki (331) w trakcie 22 sezonów sportowych i bijąc 60 rekordów 
w skali ligi oraz krajowych osiągnięć. Zdobył siedem krajowych tytułów sportowych i znalazł się 
jako jeden z pierwszych Polonusów uhonorowanych w r. 1969 w amerykańskim Baseball Hall of 
Fame a w r. 1973 trafił również do National Polish Hall of Fame w Hamtramck, Michigan. Otwo- 
rzył wrota sukcesom polonijnych sportowców, jacy przyszli po nim - Al Simmonsa (Szymańskie- 
go), Stana Covaleskiego (Kowalewskiego), Carla Yastrzemskiego i Phila Niekro. 
MUSKlE Edmund, wł. Marciszewski (ur. 1920), senator Stanów Zjednoczonych ze stanu Maine 
i późniejszy sekretarz stanu w administracji prez. Jimmy Cartera. Po studiach prawniczych w Comell 
University służył w marynarce Stanów Zjednoczonych w II wojnie światowej. Po wojnie wybrany do 
legislatury stanowej, w 1954 r. został gubernatorem Maine, a w 1959 senatorem w Kongresie. 
W 1968 r. był kandydatem z ramienia demokratów na wiceprezydenta kraju przy Hubercie Hum- 
phrey'u; po przegranych wyborach wrócił do Senatu, gdzie odgrywał bardzo aktywną rolę, szczególnie 
w trakcie kadencji prezydenta Jimmy Cartera, kiedy pełnił wiele funkcji i urzędów w administracji 
demokratycznej. 
NEGRI Pola wł. Apolonia Chałupie c (1897-1987), polska aktorka sceniczna i filmowa, po stu- 
diach baletowych w St. Petersburgu zadebiutowała na scenach warszawskich w r. 1913, szybko 
trafiając do filmu. Stała się pierwszą polską gwiazdą filmową niemego kina ("Bestia", 1916), szyb- 
ko wchłonięta przez kinematografie niemiecka, a następnie Hollywood, gdzie pojawiła się już 
w r. 1923, występując w serii przebojów takich jak "Madame Dubarry", "The Spanish Dancer", 
"Flower of Night". Karierę kontynuowała jeszcze w pierwszych latach kina dźwiękowego i spisała 
ciekawe wspomnienia Pamiętnik gwiazdy (Warszawa 1976). 
NIR Roman (ur. 1940 k. Częstochowy), historyk i archiwista Polonii, kierujący Zakładami Na- 
ukowymi w Orchard Lake, Michigan. Po studiach na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie 
pracował początkowo jako wykładowca ATK, a następnie KUL w Lublinie, zdobywając z czasem 
specjalizację w archiwistyce. Po przyjeździe do Orchard Lake w r. 1978 zajmował się zbiorami 
Centrum Jana Pawła II, a następnie poświęcił się wieloletniej pracy nad badaniem złożonych tam 
kolekcji i zbiorów polonijnych. Rezultatem tych badań stała się seria publikacji: Katalog Polskich 
Archiwów w Orchard Lake (1996), Przewodnik do polskich archiwów w Stanach L;jednoczonych 
(1999) i szereg innych prac. 
NOWAK-JEZIORANSKI Jan Zdzisław (ur. 1913 w Warszawie), emisariusz podziemia konspira- 
cyjnego z lat wojny, dyrektor sekcji polskiej Radia Wolna Europa, polityk, publicysta. Po studiach na 
Uniwersytecie Poznańskim i pracy badawczej, którą przerwał wybuch wojny włączył się do działalno- 
ści podziemia, opisanej w książce Kurier z Warszawy (1978). W latach 1952-1976 był dyrektorem 
sekcji polskiej RWE w Monachium. W r. 1979 został dyrektorem Kongresu Polonii Amerykańskiej, 
następnie jego wiceprezesem (do r. 1992). Autor wielu książek m.in. Wojna w eterze (1986), Polska 
z oddali (1988), W poszukiwaniu nadziei (1993). 
OLBIŃSKI Rafał (ur. 1945 w Kielcach), malarz i grafik. Po studiach na wydziale architektury Poli- 
techniki Warszawskiej wY-jechałjako wykładowca do nowojorskiej School ofVisual Arts. Od 1981 r. 
jego rysunki i grafika ukazują się w czołowych czasopismach amerykańskich: "Atlantic Monthly", 
"New Yorker", "Playboy", "Times". Wykonuje wiele plakatów, ilustracji i grafiki użytkowej. Zebrał 
za tę działalność liczne nagrody na konkursach i festiwalach w Europie (Stuttgart, Strasburg, Paryż, 


245
>>>
Nowy Jork). Wystawiał swoje płótna w Brazylii, Francji, Wielkiej Brytanii i w Polsce. Jego prace 
znajdują się w renomowanych kolekcjach, takich jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku, 
Carnegie F oundation w N owym Jorku, a także Muzeum Plakatu w Wilanowie. 
PADEREWSKI Ignacy Jan (1860-1941), światowej sławy pianista, polityk silnie związany 
z dziejami Polonii w Stanach Zjednoczonych. Po raz pierwszy Paderewski wylądował w Ameryce 
w r. 1891, odbywając długie i rewelacyjne tournee (107 występów). W r. 1913 artysta nabył posia- 
dłość w Paso Robles w Kalifornii, co związało go trwale z tym krajem. Od 1913 r. rozpoczął nie 
tylko artystyczną, ale również polityczną kampanię na rzecz odrodzenia i pełnej niepodległości 
Polski, gromadząc tłumy na wiecach w Chicago, Nowym Jorku i Detroit. Paderewski odegrał klu- 
czową rolę w motywowaniu Polonii do wystąpienia zbrojnego (Armia Błękitna), ajednocześnie 
wpłynął na prezydenta W. Wilsona, aby publicznie poparł polskie aspiracje do niepodległego 
państwa. Był pierwszym premierem i ministrem spraw zagranicznych odrodzonej Polski. W r. 1921 
wrócił do Stanów Zjednoczonych na artystyczne tournee i odpoczynek. Do wybuchu II wojny 
światowej stał na czele Rady Narodowej, występując publicznie ze zbiórkami i płomiennymi prze- 
mówieniami. Zmarł w N owym Jorku, a jego prochy długo pozostawały na cmentarzu wojskowym 
w Arlington, aż w r. 1992 zostały oficjalnie przetransportowane do kraju. 
PIASECKA-JOHNSON Barbara (ur. 1937 w Staniewiczach), historyk sztuki, filantrop. Studiowała 
historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim (1964-1976), następnie w Rzymie (1967-1968). 
W 1971 r. wyszła za mąż za]. S. Johnsona, twórcę wielkiej firmy medycznej i kosmetycznej, prowa- 
dziła z nim wspólnie światową działalność filantropijną, tworząc szereg fundacji charytatywnych. 
W 1982 r. przekazała Kongresowi Polonii Amerykańskiej milion dolarów na działalność i pomoc 
w okresie stanu wojennego, na rzecz ludności w kraju. Założona w Stanach Zjednoczonych w 1984 r. 
fundacja jej imienia miała służyć polskim studentom i naukowcom pomocą w prowadzeniu badań. 
Fundacja przekazała milion dolarów na Społeczną Fundację Solidarności, celem udzielenia pomocy 
społecznej w Polsce, oraz milion dolarów na akcje dobroczynne prymasa Józefa Glempa. Wspierała 
również studia i badania polsko-żydowskie w Oxfordzie. W sumie, jako filantrop przeznaczyła na 
podobne inicjatywy przeszło 31,5 miliona dolarów. 
PIĄ TKIEWICZ Karol (1895-1971), jeden z najwybitniejszych dziennikarzy prasy polonijnej 
i związkowej. Przybył do Ameryki w r. 1914, po stażu we lwowskim "Nowym Wieku". Pracował 
najpierw w Milwaukee w "Kurierze Polskim", następnie w nowojorskim "Kurierze Narodowym", 
a w 1931 r. objął redakcję "Dziennika Związkowego" w Chicago. Pracował tam aż do r. 1968 - 
swoisty rekord w dziejach polonijnej prasy - i wyniósł pisma związkowe do największej w ich 
dziejach popularności i poczytności. Był również autorem przemówień prezesa Karola Rozmarka 
i cenzora Franciszka Świetlika. Opracował zwięzłą historię ZNP od jego zarania do połowy lat 50. 
PIENKOS Donald (ur. 1944 w Chicago), historyk Polonii, politolog, działacz. Wywodzący się 
z chicagowskiego środowiska polonijnego, po studiach na De Paul University i doktoracie na 
University of Wisconsin w Madison - poza pracą dydaktyczną na University of Wisconsin 
w Milwaukee poświęcił się badaniu i wydawaniu książek o dziejach kolejnych organizacji polonij- 
nych. Wydał w 1984 r. pierwszą w języku angielskim Historię Związku Narodowego Polskiego na 
100-lecie tej organizacji, następnie Historię Sokolstwa Polskiego w Stanach (1987) i dzieje Kon- 
gresu Polonii Amerykańskiej jako Polish American Efforts on Poland 's Behalf, 1863-1991 (199 1). 
Pełnił także funkcje krajowego dyrektora ZNP (1987-1996) i archiwisty ZNP, był kolejno dyrekto- 
rem organizacji P AHA i PIASA. 
PISZEK Edward (ur. 1916 w Chicago), wybitny działacz i filantrop polonijny, z polskiej rodziny 
w Chicago. Studiował w czasie wojny na University of Pennsylvania, uzyskał honorowy doktorat 
w Alliance College w 1971 r. Osiągnął duży sukces w biznesie (produkty "Mrs. Paul's Kitchens"), 
w 1972 założył Copernicus Society w Fort Washington, Pa. następnie Liberty Bell Foundation, 
które sponsorowały wiele inicjatyw, m.in. odbudowę Domu T. Kościuszki w Filadelfii, rozbudowę 
Amerykańskiej Częstochowy w Dolestown, Pa., budowę Domu Jana Pawła II w Rzymie, Peace 
Corps Partners dla nauczania w Polsce angielskiego przez wolontariuszy. Przyjaciel niezwykle 


246
>>>
popularnego pisarza Jamesa A. Michenera inspirował jego głośną książkę Poland. Finansował 
także amerykańskie wydanie "Trylogii", w tłumaczeniu Wiesława S. Kuniczaka. 
PITYŃSKI Andrzej (ur. 1947 w Ulanowie), wybitny rzeźbiarz monumentalny, twórca czołowych po- 
mników Polonii w Ameryce. Wychowanek krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W Stanach Zjedno- 
czonych, w Nowym Jorku i Mercerville, tworzy i pracuje od 1975 r. Autor m.in. pomników: L]. Paderew- 
skiego (1974), ks. Jerzego Popiełuszki (1987), Marii Curie-Skłodowskiej, papieża Jana Pawła II (1989), 
gen. Władysława Andersa (1995) oraz pomnika katyńskiego w Doylestown, Pa (1991) i pomnika Armii 
Błękitnej w Warszawie (1998). 
POGONOWSKI Iwo Cyprian (ur. 1921 we Lwowie), wynalazca, historyk, autor słowników. 
Spędził w młodości pięć i pół roku w hitlerowskim obozie Sachsenhausen w czasie wojny. Dzięki 
studiom w Belgii i w Stanach, wyspecjalizował się w inżynierii wiertniczej i pracując w Wenezueli 
opracował 50 patentów. Po przejściu na wczesną emeryturę poświecił się dwóm pasjom - wydał 
serię słowników polsko-angielskich w Hippocrene Books w Nowym Jorku i kilka cennych albu- 
mów poświęconych dziejom Polski: Poland - A Historical Atlas (1987), jews in Poland - 
A Documentary History (1993). Erudyta i polemista zawsze obecny w większości ważkich debat 
i dyskusji polonijnych. 
POLAŃSKI Roman (ur. 1933 w Paryżu), wybitnie utalentowany, wykształcony w Polsce, aktor 
i filmowiec. Po ukończeniu łódzkiej szkoły filmowej natychmiast zabłysnął etiudą "Dwaj ludzie 
z szafą" (1958) i filmem "Nóż w wodzie" (1960), który zrobił międzynarodową karierę. Po dwóch 
filmach w Wielkiej Brytanii ("Wstręt" i "Cul de Sac") w 1967 r. trafił do Hollywood, gdzie stwo- 
rzył serię błyskotliwych przebojów od "Rosemary's Baby" po "Mackbeth" i "Chinatown", przyno- 
szących mu najwyższe notowanie krytyki i nominacje do Oskarów. Po skandalu w r. 1978, opuścił 
Stany bez możliwości powrotu. Jest twórcą "Tess" , "Pirates" czy "Frantic" oraz aktorem, grając na 
scenie Mozarta w "Amadeuszu" Schaffera i występując w filmach (" Tenant") . 
PUCIŃSKA Lidia wł. Jędrzejowska (1896-1984), aktorka i reżyser teatralny polonijnego Chica- 
go, wybitna postać radia w tym mieście. Urodzona w Krakowie i przybyła do Ameryki w r. 1912. 
Poświęciła życie i energię początkowo scenie, gdzie występowała i wystawiała sztuki od r. 1913 
w Detroit, Cicero, Buffalo, Toledo, Cleveland, Erie i w Nowym Jorku oraz radiu polonijnemu, 
w którym zasłynęła jako "Słoneczna Pani". Jej programy nadawane były przez 55 lat, w ostatnim 
okresie zjej własnej stacji, WEDC w Chicago. 
PUCIŃSKI Roman (ur. 1919 w Chicago), lider i polityk polonijny. Absolwent John Marshall Law 
School, służył podczas wojny w lotnictwie Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku. Po wojnie działał 
jako reporter i dziennikarz "Sun Times" w Chicago i brał udział w kongresowych przesłuchaniach 
w sprawie Katynia (1951-1952). W 1958 został kongresmanem Stanów Zjednoczonych i pracował 
przez 14 lat na Kapitolu w Waszyngtonie, po czym wybrany aldermanem w Chicago w 41. okręgu 
(wardzie) kontynuował polityczną karierę na lokalnym szczeblu. Kierując Wydziałem Illinois KP A 
zbudował jedną z najsilniejszych organizacji Kongresu. Jego córka, Aurelia, również z powodze- 
niem poświęciła się karierze politycznej w Chicago. 
PUŁASKI Kazimierz (1747-1779), bohater amerykańskiej wojny rewolucyjnej, twórca narodo- 
wej kawalerii. Przybył do Ameryki w r. 1777 z legendą wyniesioną z walk z Rosją. Biorąc udział 
w serii potyczek i bitew miał rychło sposobność wykazać się talentami militarnymi, osłaniając 
odwrót i ratując życie gen. G. Washingtona pod Brandywine. Mianowany generałem brygady 
i otrzymawszy zezwolenie na sformowanie kawalerii Pułaski miał tylko kilka okazji wykazać jej 
rolę, zanim zginął pod Sawannah, w brawurowym ataku. Znaczenie jego krótkiej, ale barwnej 
kariery w rewolucyjnej armii amerykańskiej polegało na wykazaniu roli jaką odgrywać w niej 
mogli cudzoziemcy życzliwi Ameryce. 
RHODE Paul Peter (1871-1945), pierwszy polski biskup w Stanach Zjednoczonych wybitny 
działacz niepodległościowy w okresie I wojny światowej. Pochodził z Wejherowa, jako dziecko 
przybył do Ameryki z rodzicami. Studia teologiczne odbył w seminarium w Milwaukee i został 
wyświęcony w r. 1894. Od 1908 był biskupem pomocniczym archidiecezji Chicago, piastując to 


247
>>>
stanowisko przez 12 lat. W 1915 został biskupem Green Bay w Wisconsin, gdzie pracował do 
końca życia. Założył Stowarzyszenie Polskich Księży w Ameryce i był honorowym kapelanem 
ZPRKA. W okresie I wojny światowej zajmował czołowe funkcje w patriotycznych organizacjach 
Polonii, takich jak Rada Narodowa oraz Centralny Komitet Pomocy Narodowej. 
ROGALA Mirosław (ur. 1954 w Krakowie), światowej sławy artysta w dziedzinie eksperymental- 
nych technik wideo. Absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i prof. Andrzeja Strumiłły, 
w 1977 r. wyruszył do Stanów Zjednoczonych aby doskonalić swoje umiejętności w Art Institute 
w Chicago, zwłaszcza w nowych technikach graficznych i elektronicznych. Wkrótce stał się wykła- 
dowcą tego przedmiotu w Columbia College w Chicago. Stworzył serię widowisk wideo i nowocze- 
snych oper ("Question to Another Nation", 1983; "Remote Faces: Outerpretations", 1986; "Nature is 
Leaving US", 1989, "Human Energy: Outerporetations", 1991 i wiele innych). Podróżował ze swoimi 
wystawami do Lizbony, Barcelony, San Sebastian, Sao Paolo, Rzymu, Paryża. Prezentował prace 
w Brooklyn Museum w Nowym Jorku, Museum of Contemporary Art, The Art Insitute w Chicago 
oraz w Polsce. 


ROGOZIŃSKI Antoni (ur. 1912 w kieleckim), działacz kombatancki, wydawca. Uczestnik kampanii 
wrześniowej, kampanii francuskiej i szlaku 1. Dywizji Pancernej gen. St. Maczka. Po przybyciu do 
Stanów Zjednoczonych studiował chemię w Instytucie Technicznym w Milwaukee. Pracował 
w laboratorium Patrick Cudahy Inc. w latach 1951-1977. Od 1951 r. stały korespondent prasy kom- 
batanckiej w Wielkiej Brytanii, a od 1968 r. redaktor naczelny i wydawca pisma "Pancerniak" dla 
kombatantów 1. Dywizji Pancernej na całym świecie. Współzałożyciel Stowarzyszenia Kombatantów 
Polskich w Milwaukee oraz ich programu radiowego w tym mieście. 
ROMASZKIEWICZ Jan (1873-1949), prezes ZNP, twórca "związkowego harcerstwa", które 
przyciągnęło do ZNP, znaczną część Polonii. Urodzony w Polsce, kształcony w Bostonie, Romasz- 
kiewicz miał doświadczenie w bankowości, ijuż w 1907 r. został wice-cenzorem, następnie komi- 
sarzem ZNP. Członek Skarbu Narodowego działał aktywnie na rzecz sprawy polskiej w czasie 
I wojny światowej. Jako prezes ZNP (w latach 1928-1939) stworzył silną, liczącą 52 tys. młodych 
ludzi organizację polskiego harcerstwa w Stanach i zainicjował ogromnie popularne, doroczne 
podróże delegacji ZNP statkiem do Polski, które ożywiły i umocniły polskość całych pokoleń 
młodej Polonii. 
ROSTAFIŃSKI Wojciech (ur. 1921 w Warszawie), inżynier badań kosmicznych. Żołnierz Związku 
Walki Zbrojnej i uczestnik powstania warszawskiego, następnie oficer Polskich Sił Zbrojnych we 
Francji (1945-1947). Podjął studia inżynierskie na uniwersytecie w Louvain, a po przyjeździe do 
Ameryki w Instytucie Technologicznym w Cleveland. Dalsze studia z zakresu matematyki stosowanej 
i doktorat zdobył w latach 60. Po doktoracie pracował w oddziale NASA w Ohio, specjalizując się 
w silnikach rakietowych, paliwach oraz kosmicznej akustyce. Brał udział w wielu konferencjach na- 
ukowych i międzynarodowych projektach, publikując ok. 300 artykułów naukowych. Jego hobby to 
działalność pisarska i edytorska: Niedostrzegalne światy (1989), Listy Marii z Ebertow Rostafinskięj 
(1991), Szef sztabu artylerii (1993). Jeździ z odczytami, jest członkiem PIASA, czterokrotnie odzna- 
czany przez NASA za osiągnięcia techniczne oraz działalność popularyzatorską. 
ROSTENKOWSKI Daniel (ur. 1928 w Chicago), wybitny polityk demokratyczny ze środowiska 
polonijnego, urodzony w Chicago. Wnuk prezesa PRCUA i skarbnika Rady Narodowej, Piotra R., 
syn aldermana Josefa R. studia odbył w szkole wojskowej St. John's oraz prawnicze studia na 
Loyola University. Wybrany w r. 1952 do legislatury stanowej, reprezentował 33. dystrykt wybor- 
czy w Chicago, następnie został najmłodszym senatorem w Springfield. W 1959 r. wygrał wybory 
do Kongresu Stanów Zjednoczonych i przez ponad 30 lat sprawował ten urząd w Waszyngtonie 
robiąc jednocześnie błyskotliwą i szybką karierę polityczną. Od 1960 r. brał udział w każdej kon- 
wencji demokratycznej. Sprawował bardzo wysokie funkcje w partii demokratycznej (chairman of 
caucus, deputy majority whip, członek Steering and Policy Committee) stając się w r. 1977 prze- 
wodniczącym wpływowego Komitetu Rozwiązań i Środków (Ways and Means Committee) oraz 
członkiem Komisji Podatkowej na Kapitolu. Wplątany w kongresowe dochodzenia finansowe, 


248
>>>
utracił w połowie lat 90. swoją polityczną pozycję; obecnie prowadzi praktykę adwokacką w Chi- 
cago. Pierwszy laureat Nagrody Kopernikańskiej w Chicago (1980). 
ROWNY Edward (ur. 1917 w Baltimore), wysoki rangą dowódca armii Stanów Zjednoczonych 
(szef sztabu w administracji prezydenta Ronalda Reagana). Po studiach w John Hopkins University 
(1937) i Akademii Wojskowej w West Point (1941) służył w Korpusie Inżynierskim Stanów Zjed- 
noczonych w Afryce i we Włoszech. Podczas wojny koreańskiej (1950-1952) był rzecznikiem gen. 
Douglasa McArthura i kierował tam 38. Dywizją Piechoty w siedmiu kampaniach bojowych. Pod- 
czas konfliktu wietnamskiego (1962-1963) był w głównej kwaterze strategicznej. W latach 1965- 
1969 stał na czele 24. Dywizji armii amerykańskiej w Niemczech. W 1970 objął dowództwo 
l. Korpusu w Korei, od 1971 przeniesiony został do głównej kwatery NATO w Brukseli, biorąc 
udział w negocjacjach militarnych. Od 1973 do 1979 był członkiem naczelnego dowództwa skie- 
rowanego do rozmów SALT w Genewie, a od 1981 głównym negocjatorem w randze ambasadora. 
W 1985 został specjalnym doradcą prezydenta R. Reagana i sekretarzem stanu do spraw redukcji 
uzbrojenia. Odznaczony za zasługi w 1989 r. uznany został za "głównego architekta amerykańskiej 
polityki na rzecz pokoju". 
ROZMAREK Karol (1897-1973), wybitny lider ZNP i KPA. Z wykształcenia prawnik (Harvard), 
od 1931 r. działał w młodzieżowych organizacjach związkowych i zasiadał w radzie Alliance Col- 
lege w Pensylwanii. Wybrany prezesem ZNP w r. 1939. Za jego rządów ZNP osiągnęło najwyższą 
liczbę członków (ponad 300 tys.) oraz największe wpływy polityczne. Z chwilą powołania do życia 
Kongresu Polonii Amerykańskiej, w 1944 r., Polonia za sprawą Rozmarka stała się partnerem 
prezydentów, Kongresu i Senatu Stanów Zjednoczonych. Historyczną zasługą Rozmarka oraz akcji 
organizowanych przez ZNP i KP A, było uzyskanie zgody administracji amerykańskiej na imigrację 
przeszło 125 tys. Polaków, dipisów, którzy nie chcieli i nie mogli wrócić do Polski. 
ROŻEK Edward (ur. 1920 k. Sieradza), wybitny politolog i historyk. Po II wojnie światowej, 
w trakcie której walczył w ramach l. Dywizji Pancernej gen. St. Maczka, osiadł w Stanach Zjedno- 
czonych. Studiował politologię i sowietologię w Harvard College i University w Cambridge (1951- 
1965). Pracował następnie jako wykładowca i dyrektor Instytutu Studiów Ekonomicznych 
i Politycznych (1964-1997), profesor Uniwersytetu w Kolorado, prezes i dyrektor Centrum Myśli 
Politycznej w Boulder, w latach 1973-1999. Jako badacz i wizytujący wykładowca pracował 
w Instytucie Hoovera, w Palo Alto. Główne publikacje: All1ed Wartime Diplomacy (1958), Soviet 
Foreign Relations and World Communism (1965). 
SADOWSCY/SANDUSKY, rozległa rodzina (Antoni, Jakub, James, Jonathan, Emanuel, John) 
wczesnych pionierów amerykańskich polskiego pochodzenia, których zasługi w eksplorowaniu 
nowego kontynentu i kraju weszły do legendy. Antoni notowany jest w 1712 jako badacz obszarów 
Ohio, Kentucky i Tennessee, założyciel wielu osad nad jeziorem Erie. Bracia James i Jakub brali 
udział w szeregu ekspedycjach, w 1773 badali tereny Kentucky spływając czółnem wzdłuż głów- 
nych rzek. Inni bracia - Antoni Jr. i Jonathan założyli Sandusky Station w 1780 r. Dalsi, Emanuel 
i John, zapisali się w historii walk stanów Tennessee i Kentucky z Indianami. 
SAMOLIŃSKA Teofila (1848-1913), działaczka polonijna, poetka i pisarka. Przybyła do Ameryki 
w r. 1866 z falą uchodźców po powstaniu styczniowym. Od 1870 r. zasilała polskie pisma swoimi 
wierszami i tekstami, stając się aktywistką na rzecz powstania patriotycznej organizacji zdolnej zjed- 
noczyć wszystkich Polaków na tym kontynencie. Uchodzi za "matkę" Związku Narodowego Polskie- 
go z racji intensywnej korespondencji z hr. Platerem w Rapperswilu i z Agatonem GilIerem, który 
wpłynął ostatecznie na twórców ZNP, w r. 1880. Równie czynna była przy organizowaniu Związku 
Polek w Ameryce, podobnie jak wcześniej, Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego. Pisała 
sztuki teatralne o życiu polonijnym, występowała na scenie i walczyła o równe prawa dla kobiet 
w organizacjach polonijnych na przełomie XIX i XX wieku. 
SAWKO Czesław (ur. 1930 w białostockim), wybitny filantrop polonijny, przedsiębiorczy wyna- 
lazca i wytwórca. Wraz z rodziną deportowany na Syberię, przeszedł długą drogę od Archangielska 
po Persję, aby znaleźć się w kolonii Santa Rosa w Meksyku, gdzie doczekał końca wojny. Służył 
warmii USA w czasie wojny koreańskiej, założył własne przedsiębiorstwo R.C. Coil pod Chicago 


249
>>>
i dzięki wynalazkom ustabilizował się zawodowo i materialnie. Był członkiem Rady Alliance Col- 
lege w Pensylwanii, gdzie otrzymał honorowy doktorat. Hojny sponsor wielu akcji na rzecz pomo- 
cy Polsce, fundator pomnika pojednania Jana Pawła II i prymasa S. Wyszyńskiego na Jasnej Górze 
w Częstochowie. 


SCHREIBER Antoni (1864-1939), po studiach chemicznych i doktoracie w Berlinie przybył do 
Ameryki i związał się z ZNP w 1886 r. W 1900 r. otworzył własny browar o nazwie "Manru" 
w Buffalo, NY. W 1905 r. został cenzorem ZNP w bardzo aktywnym okresie działań Związku. 
Zorganizował zbiórkę na rzecz budowy w Waszyngtonie, obok Białego Domu, pomnika T. Ko- 
ściuszki. Dopiął swego celu w r. 1910. Był również inicjatorem założenia Szkoły Związkowej 
w Cambridge Springs w Pensylwanii. 
SEMBRICH-KOCHAŃSKA Marcella (1858-1935), wybitna śpiewaczka operowa (sopran) ze 
Lwowa. Po występach w Europie (Ateny, Berlin, Mediolan, Londyn) przybyła do Metropolitan 
Opera w Nowym Jorku, gdzie w latach 1883-1909 była primadonną. Jako pedagog pracowała 
następnie w słynnych szkołach muzycznych w Stanach - Julliard School w Nowym Jorku i Curtis 
School w Filadelfii. Dziś nagrodą jej imienia w postaci specjalnych stypendiów wyróżnia się naj- 
zdolniejszą polonijną młodzież muzyczną w nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej. 
SENDZIMIR Michael (ur. 1924 w Szanghaju), potentat stalowy, działacz kulturalny i dobroczynny. 
Syn przemysłowca i wynalazcy, Tadeusza Sendzimira. Po pobycie w młodości w Chinach, Polsce, 
Szwajcarii i Francji przybył do Stanów Zjednoczonych z końcem lat 30. Walczył podczas II wojny 
światowej na Filipinach w mundurze Armii Amerykańskiej. Od 1956 do 1999 prowadził firmę ojca, 
T. Sendzimir Inc. w Waterbury, CI. Uzyskał 52 patenty przemysłowe, zajmował czołowe pozycje 
w zawodowych organizacjach przemysłu ciężkiego. Szczególne zasługi oddał Fundacji Kościuszkow- 
skiej w Nowym Jorku jako jej wieloletni działacz i prezes (od roku 1968), a także Polskiemu Instytu- 
towi Naukowemu (od r. 1978). 
SENDZIMIR Tadeusz (1894-1989), znakomity wynalazca technologii metalurgicznych. Karierę 
jako inżynier i wytwórca rozpoczął w Szanghaju, w r. 1917. Po powrocie do Polski, w r. 1924 założył 
zakłady cynkowania blach i opracował nową technologię walcowania stali na zimno, która zrewolu- 
cjonizowała cały przemysł światowy. W latach 30. przeniósł biura do Paryża, następnie do Nowego 
Jorku. W Middletown, Ohio a następnie w Waterbury, Ct. założył zakłady i w ciągu lat ogłosił 50 
patentów walcarek i technologii, które są dziś stosowane w 80 krajach świata. Patron i prezes rady 
patronackiej Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym, Jorku. 
SKROWACZEWSKI Stanisław (ur. 1923 we Lwowie), polski kompozytor i wybitny dyrygent, 
początkowo związany z filharmoniami w Katowicach i w Krakowie (1949-1956) wygrał konkurs 
na dyrygenta w Minneapolis, MN, i od r. 1960 pracuje z wielkim sukcesem w Stanach. W 1970 r. 
dyrygował w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Pracował m.in. w Milwaukee, Wi., kierując 
Saint Paul Chamber Orchestra. Skomponował szereg utworów symfonicznych, m.in. "Muzyka 
nocą" i "Symfonia zwycięstwa", także balet - "Ugo i Parisina". Pisze muzykę filmową i teatralną. 
SMULSKI Jan (1867-1928), przybył z rodziną do Stanów jako młody człowiek, studiował na 
Northwestern University w Chicago w 1890 r. W 1893 został dyrektorem krajowym ZNP, odgry- 
wając jednocześnie wielką rolę w lokalnej, amerykańskiej polityce. Był kolejno skarbnikiem sta- 
nowym Illinois, kontrolerem Chicago i kandydatem na burmistrza miasta, w 1911 r. W 1906 r. 
stworzył Northwestern Trust and Savings i otworzył bank nazwany jego imieniem. W trakcie 
I wojny światowej blisko współpracował z L]. Paderewskim, tworząc Wydział Narodowy, który 
domagał się niepodległości Polski i zbierał na ten cel miliony dolarów, zorganizował też 25 tys. 
Armię Błękitną - otrzymując w podzięce za zasługi francuską Legię Honorową i order Polonia 
Restituta, od rządu RP. 
SOBOLEWSKI Edward (1808-1872), kompozytor i dyrygent, autor opery "Imogena" (1833). Po 
pracy w berlińskiej Filharmonii przybył do Milwaukee w 1859 r., gdzie wystawił operę o życiu 
i śmierci K. Pułaskiego "Kwiat lasu". W 1861 za sprawa jego starań powstała w Milwaukee pierw- 


250
>>>
sza miejscowa filharmonia. Dyrygował również orkiestrą symfoniczną w Chicago (1862) i innych 
miastach amerykańskich. Zmarł w r. 1872 jako główny dyrygent orkiestry w St. Louis, Missouri. 
SOBOLEWSKI Paul (1816-1884), poeta, pisarz i wykładowca. Po upadku powstania listopado- 
wego emigrował za Ocean, i w r. 1883 osiedlił się w Filadelfii, gdzie pracował w firmie wydawni- 
czej. Od 1840 drukował w Nowym Jorku pierwszy polski periodyk (po angielsku) pt. "Poland- 
Historical, Monumental and Picturesque". Następnie przeniósł się do Chicago, gdzie wydał m.in. 
pierwszą antologię polskiej poezji - The Poets and Poetry of Poland, w 1881 r. 
STARZYŃSKI Teofil (1879-1952), prezes Sokolstwa Polskiego w Ameryce, współzałożyciel 
Kongresu Polonii Amerykańskiej w r. 1944. Kierował przez 34 lata ruchem "Sokołów". W okresie 
I wojny światowej był głównym organizatorem wysłania 22 tys. ochotników do Armii Błękitnej, 
z którymi wspólnie walczył na froncie europejskim i dosłużył się rangi majora. W 1920 r. założył 
Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej (SWAP), w 1944 został wiceprezesem KP A. 
STEF ANOWICZ Zygmunt (1886-1978), zasłużony działacz Zjednoczenia Polskiego Rzymsko- 
Katolickiego w Ameryce (ZPRKA), a także redaktor naczelny ich organu, "Naród Polski" (od 
r. 1938), któremu przywrócił prawdziwą rangę. Prowadził również w tym czasie "Dziennik Zjed- 
noczenia", jedną z głównych gazet codziennych w Chicago. Działał w Wydziale Narodowym pod- 
czas I wojny światowej, a także w Polskiej Radzie Pomocy Polonii, i w Radzie Polonii. W r. 1944 
należał do grona współzałożycieli Kongresu Polonii Amerykańskiej, w którym pełnił przez lata 
obowiązki sekretarza krajowego. 
STOKOWSKI Leopold (1882-1997), wybitny dyrygent i muzyk urodzony w Londynie. Począt- 
kowo był organistą w Nowym Jorku, w 1908 zadebiutował jako dyrygent w Paryżu, w rok później 
kierował już orkiestrą symfoniczną w Cincinnati, tworząc z niej czołowy amerykański zespół 
w okresie międzywojennym. Występował w szeregu filmach jako dyrygent ("The Big Broadcast of 
1937"), a jego wykonania muzyczne towarzyszyły m.in. eksperymentalnej "Fantazji" Walta Di- 
sney' a (1940). W ciągu przeszło 70-letniej kariery brał udział w 7 tys. koncertów, będąc zawsze 
barwną i podziwianą postacią publiczną. 
STRAM Hank (ur. 1923 w Gary, In), renomowany trener zespołów amerykańskiego futbolu, polskie- 
go pochodzenia. Po studiach w Gary, Ind. i wybitnych osiągnięciach sportowych, rozpoczął karierę 
trenera najpierw w Purdue, Ind., następnie w Notre Dame, Ind. i w Miami na Florydzie. W r. 1960 
został głównym trenerem Dallas Texans, i doprowadził ich do tytułu mistrzowskiego w r. 1962. Pro- 
wadził następnie zespół The Chief s w Kansas City (liga NFL) który zdobył tytuł mistrzowski 
w r. 1970. W ciągu 17 -letniej kariery trenerskiej osiągnął znakomite wyniki: 131 zwycięstw. Później 
stał się popularnym komentatorem sportowym - radiowym i telewiz)jnym. 
STYKA Jan (1858-1925), malarz monumentalny. Po studiach w Wiedniu i w krakowskiej Aka- 
demii Sztuk Pięknych osiadł, po 1900 w Paryżu, gdzie wsławił się zarówno płótnami batalistycz- 
nymi jak i portretami. Zasłynął zwłaszcza monumentalnymi panoramami wielkich bitew: "Panora- 
ma Racławicka" (z lat 1892-1894), "Męczeństwo pierwszych chrześcijan" (1899) oraz" Golgota" 
(1896), której amerykańska kariera stała się głównym fundamentem jego sławy. Przeznaczona na 
światową wystawę w Nowym Jorku w r. 1904, z inicjatywy L]. Paderewskiego, zatrzymana na cle, 
doczekała się dopiero pełnej demonstracji w specjalnie wybudowanym audytorium w kalifornij- 
skim Forest Lawn, w Glendale, gdzie jest wystawiana od roku 1951 dzięki wysiłkom i dużym 
inwestycjom dr Huberta Eatona. 
SZYMANOWICZ Helena (ur. 1909 w Erie, Pa), wybitna liderka Polonii, pierwsza kobieta- 
-prezeska w dziejach ZNP (" l 00 dni" jesienią 1988 r. po nagłej śmierci prezesa Alojzego Mazew- 
skiego). Wywodząca się z Erie w Pensylwanii dała się wcześnie poznać jako organizatorka i zna- 
komita działaczka. Wybrana w r. 1967 na krajową dyrektorkę, a następnie wiceprezeskę Związku 
w r. 1971. Zajmowała się działalnością kobiecych wydziałów, oświatą polonijną i pomocą dla 
studiującej młodzieży, organizacją parad ku czci Konstytucji 3 Maja w Chicago. W 1991 r. prze- 
szła na emeryturę, powracając do rodzinnego Erie, Pa. 


251
>>>
ŚWIETLIK Franciszek Ksawery (1890-1983), wybitny działacz polonijny, wieloletni cenzor ZNP; 
Prawnik wywodzący się ze środowiska Milwaukee. Podczas I wojny światowej był w misji ZNP 
w Kanadzie, walczył w szeregach Armii Błękitnej, dosługując się rangi kapitana. Objął stanowisko 
cenzora ZNP w r. 1931. W 1936 organizował Radę Polonii Amerykańskiej, która dostarczyła w czasie 
II wojny światowej największą pomoc materialną Polsce, Polakom, ofiarom wojny (wartości 20 milio- 
nów dolarów) oraz odwiedzał obozy przesiedleńcze po wojnie. Ostatnie lata życia spędził jako sędzia 
powiatowy w Milwaukee, wykładowca i dziekan prawa na Marquette University. 
TOCHMAN Kasper (1797-1882), major wojsk powstańczych, krewny gen. Jana Skrzyneckiego, 
po klęsce w r. 1831 zmuszony był emigrować do Francji, a następnie Ameryki. Po studiach praw- 
niczych został przyjęty do adwokatury nowojorskiej i występował przed Sądem Najwyższym Sta- 
nów Zjednoczonych. Po przeniesieniu do Wirginii, w 1852 r. i nawiązaniu kontaktów z tamtejszy- 
mi politykami, znalazł się w szeregach armii konfederackiej w czasie Wojny Secesyjnej jako puł- 
kownik, organizując dwa duże polskie oddziały, z Teksasu i Nowego Orleanu, za co awansowano 
go do stopnia generała brygady. Po wojnie założył w Nowym Jorku Polsko-Słowiańskie Stowarzy- 
szenie Literackie. 


TRUSZKOWSKA Maria Angela (1825-1899), założycielka organizacji Sióstr Felicjanek 
w Stanach Zjednoczonych, głównej bazy dla polonijnej działalności charytatywnej i oświatowej. 
W 1874 r., staraniem ks. Józefa Dąbrowskiego siostry Felicjanki przybyły do Ameryki z misją 
uczenia i prowadzenia polskich szkół parafialnych. Pierwszą misję założono w Teksasie w 1875 r. 
łącząc ze sobą wcześniej działające zakony sióstr Niepokalanego Poczęcia oraz siostry Świętej 
Opatrzności. Szybko rosnąca i sprawnie działająca organizacja sióstr Felicjanek pod kierownic- 
twem Matki Marii Truszkowskiej objęła z czasem główne środowiska Polonii w Stanach. Stwo- 
rzyły one wiele instytucji zajmujących się wychowywaniem sierot oraz szkół dla dziewcząt. 
ULAM Adam (1933-2000), znakomity politolog i sowietolog amerykański polskiego pochodzenia. 
Od 1959 r. wykładał na Harvard University, publikując kluczowe prace na temat Rosji Sowieckiej i jej 
polityki, m.in.: The New Face of Soviet Totalitarianism (Cambridge 1963), Lenin and the Bolsheviks 
(London 1965), Dangerous Relations: The Soviet Union in World Politics (New York 1983). 
ULAM Stanisław (1909-1984), wybitny matematyk amerykański polskiego pochodzenia, wywodzą- 
cy się ze szkoły lwowskiej. Do Stanów wyjechał w r. 1936, od 1941 wykładał w Harvard University, 
następnie w Madison, Wisconsin i w Boulder, Colorado. Od 1944 pracował w centrum badań jądro- 
wych w Los Alamos, przygotowując wraz z E. Tellerem, pierwszą amerykańska bombę wodorową. 
Autor wielu teorii matematycznych, w zakresie teorii mnogości, teorii miary, topologii i rachunku 
prawdopodobieństwa. Pionier informatyki i powiązań matematyki z biologią. 
URBAN Matt (1919-1995), najbardziej odznaczony żołnierz amerykański II wojny światowej. 
Pochodził z polskiej rodziny w Buffalo, NY. Studiował na Comell University (1937-1941) specja- 
lizując się w historii i komunikacji społecznej. Po wybuchu wojny przeszedł kurs oficerski i przy- 
gotowanie w Fort Bragg w Północnej Karolinie, następnie trafił na front afrykański w szeregach 
60. Dywizji Piechoty. W trakcie kilku kampanii śródziemnomorskich, na frontach: algierskim, 
tunezyjskim, sycylijskim, francuskim i belgijskim odznaczył się wyjątkową odwagą i męstwem 
zdobywając 29 odznaczeń. Wielokrotnie ranny. Latem 1980 r. rząd Stanów Zjednoczonych przy- 
znał mu Medal Honorowy. Wydał książkę wspomnieniową The Matt Urban Story: The Hero We 
Never Forgot (1989). 
VINTON Bobby (ur. 1941 w Pittsburghu, Pa), Popularny piosenkarz, "książę polskiej piosenki", 
wywodzący się z polskiej rodziny spod Pittsburga. Już jako 15-latek śpiewał z własną orkiestrą 
i stał się idolem nastolatków. Po studiach muzycznych w Dunquesne University opanował wiele 
instrumentów, ale pozostał najbardziej lubiany i znany jako piosenkarz, dzięki własnemu telewi- 
zyjnemu serialowi, "Bobby Vinton Show" w latach 60. i 70. i kompozycjom takim jak "Roses are 
Red", "Blue Velvet", "Mr. Lonely". Występował w filmach "Music Man", "Big Jake" i " The Train 
Robbers" z Johnem Wayne. Jego polski przebój: "Moja droga ja cię kocham" ("My Melody of 
Love", 1973) przyniósł mu wielka sławę i nowy kontakt z rzeszami Polonii. Obecnie występuje we 
własnym show w Branston City, w Missouri. 


252
>>>
WALDO Artur (1896-1985), historyk i dziennikarz polonijny, związany ze Zjednoczeniem Pol- 
skim Rzymsko-Katolickim, badacz dziejów Polonii i jej organizacji, zwłaszcza Sokolstwa Polskie- 
go. Pochodził z Radomia, po przyjeździe do Ameryki zgłosił się do tworzonej Armii Błękitnej 
i walczył w jej szeregach na frontach I wojny światowej. Po jej zakończeniu poświęcił się badaniu 
i popularyzowaniu dziejów amerykańskiej Polonii. Czynnie działał także w Kongresie Polonii 
Amerykańskiej, reprezentując Arizonę i Kalifornię. Wydał pracę o Pierwszych Polakach w jame- 
ston i monografię Teofili Samolińskiej. Autor wielu opracowań i książek, m.in.: Sokolstwo, przed- 
nia straż narodu oraz Dzięje idei i organizacji w Ameryce (1938). 
WALSKA Ganna (1887-1984), śpiewaczka operowa, sopran. Wychowywana i kształcona w St. 
Petersburgu, po rewolucji znalazła się w Paryżu, gdzie studiowała z Janem de Reszke, polskim 
śpiewakiem operowym, który również trafił do nowojorskiej Metropolitan Opera. W Nowym Jorku 
występowała wspólnie z Enrico Caruso, śpiewała też na scenach Chicago, Detroit i Filadelfii. 
Wyszła za mąż za słynnego milionera Harolda McCormicka, właściciela Harvest International 
w Chicago. W Paryżu dysponowała sceną Theatre des Champs Elysees, którą przekazała z czasem 
symfonicznej orkiestrze tego miasta. Od 1939 r. żyła w Santa Barbara w Kalifornii, gdzie jej willa 
z ogrodami stanowi do dziś atrakcję turystyczną. Opisała swoją karierę i życie w Always Room at 
the Top, wydanej w r. 1943. 
WANDYCZ Piotr (ur. 1923 w Krakowie), historyk, wykładowca uniwersytecki. Pochodzi z Kra- 
kowa, w czasie wojny walczył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Po wojnie podjął studia 
historyczne najpierw w Grenoble we Francji, następnie w Cambridge i w Londynie. Karierę wykła- 
dowcy rozpoczął na Uniwersytecie w Indianie (1954-1966) i kontynuował ją na Columbia Univer- 
sity w Nowym Jorku; od 1966 na Harvardzie. Opublikował szereg głośnych książek i studiów 
historycznych, m.in.: France and Her Eastern All1es (1962), Soviet-Polish Relations (1969), Uni- 
ted States and Poland (1980), Polish Diplomacy (1988). Obecnie jest prezesem Polskiego Instytutu 
Naukowego w Ameryce w Nowym Jorku. 
WĘGRZYNEK Maksymilian (1892-1944), wydawca prasy polonijnej, działacz. Przybył do Stanów 
w r. 1914, i tu ukończył studia w New Y ork City College. Od 1922 r. wydawał w Nowym Jorku gazetę 
"Nowy Świat", a od 1928 do 1938 także węgierską gazetę etniczną. Wraz z wybuchem II wojny 
światowej zaczął działać w Polsko-Amerykańskiej Radzie Pomocy wraz z Frankiem Januszewskim 
z Detroit i został pierwszym prezesem Krajowego Komitetu Amerykanów Polskiego Pochodzenia. 
Został wybrany na wiceprezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej. 
WICIK Stefan (1924-2001), wybitny śpiewak operowy zasłużony dla środowisk Polonii w Chicago. 
Wywieziony do Niemiec na przymusowe roboty trafił do Ameryki w r. 1951. Zaraz po wojnie studio- 
wał śpiew w Kolonii, następnie w Chicago w American Music Conservatory. Zadebiutował 
w miejscowej operze w 1954 r. Odbył wiele tournee po Stanach i Kanadzie, w latach 1964-1969 był 
solistą Chicago Lyric Opera, następnie śpiewał wiele sezonów w tutejszej Operze Litewskiej (od 
1982 r.). W 1961 zdobył I nagrodę na konkursie tenorów w Cincinnati. Występował w Europie 
w Operze Wiedeńskiej, w Mozarteum w Salzburgu, w Niemczech i w Anglii. W r. 1978 odbył pierw- 
sze polskie tournee, które rozpoczął w rodzinnym Poznaniu. Wielokrotnie odwiedzał Polskę w następ- 
nych tatach, występując jednocześnie w musicalach, przedstawieniach muzycznych i kabaretach Ref- 
Rena w Chicago. Odznaczony Polonia Restituta i Krzyżem Kawalerskim RP. 
WIERZBlAŃSKI Bolesław (ur. 1915 w Bachorzu), dziennikarz, wydawca, działacz polonijny. Po 
studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim i warszawskiej Akademii Nauk Politycznych podjął pracę 
w "Światpolu" , organizacji koordynującej więzi Polonii z krajem. Pracował także dla Polskiego 
Radia i Polskiej Agencji Prasowej. Wybuch wojny zastał go na Zachodzie, gdzie do 1945 r. działał 
jako korespondent wojenny. Pracował w "Głosie Ameryki" oraz Radio Wolna Europa do 1956 r. 
Przybył do Ameryki w 1958, jako korespondent BBC oraz szef Foreign News Service. Założyciel 
"Nowego Dziennika" i "New Horizon" w Nowym Jorku, w 1971 r. 
WOŁOWSKA Honorata (1875-1967), prezeska Związku Polek w Ameryce i liderka Polonii. 
Przybyła z Torunia do Stanów Zjednoczonych w r. 1890, osiedlając się w Chicago, a następnie 
w Pensylwanii. Przygotowana do zawodu nauczycielki spędziła znaczną część życia ucząc polskich 


253
>>>
górników w tym regionie. Początkowo związała się z Sokolstwem, ale wraz z powstaniem Związku 
Kobiet stanęła na czele lokalnego wydziału tej organizacji. W okresie I wojny światowej pracowała 
przy rekrutacji do Armii Błękitnej oraz organizacji służby medycznej Szarych Samarytanek. Za tę 
służbę otrzymała od marszałka]. Piłsudskiego Krzyż Walecznych. W 1935 r. została wybrana 
prezeską ZPwA, by w 1939 organizować dla Polski szeroką pomoc charytatywną. Współzałoży- 
cielka KP A, była pierwszą wiceprezeską tej organizacji po r. 1944. 
YASTRZEMSKI Carl (ur. 1933 pod Nowym Jorkiem), legenda amerykańskiego baseballu, pol- 
skiego pochodzenia. Pasję do sportu odziedziczył po ojcu, organizatorze Bridgehampton White 
Eagles. Po studiach w Notre Dame związał się z bostońska drużyną Red Sox i szybko stał się naro- 
dową gwiazdą amerykańskiego sportu. W 1967 r. przewodził całej lidze swoimi wynikami 
w uderzeniach i rundach. Po 23 latach w zawodowym baseballu miał na swym koncie trzy tytuły 
krajowe, udział w 3308 meczach, 3419 uderzeń i 452 "home runs"; wszedł do National Baseball 
Hall ofFame w r. 1989. 


ZABŁOCKI Clement (1912-1983), kongresman, działacz polonijny. Wywodził się ze środowiska 
polskiego w Milwaukee, w stanie Wisconsin. Tam ukończył studia na Marquette University. Pra- 
cował jako nauczyciel w polonijnych szkołach; prowadził też chóry szkolne. W 1942 r. rozpoczął 
karierę w polityce amerykańskiej kandydując na stanowisko senatora stanowego. Wybrany ponow- 
nie w 1946 r. kandydował następnie na stanowisko kongresmana, którym został w r. 1948. Wybie- 
rano go przez następne dziesięciolecia aż l8-krotnie. Zwany "Clemem" zdobył duży respekt 
i pozycję polityczną pracując w komitecie do spraw międzynarodowych (od 1949 r.) i zostając jego 
przewodniczącym w r. 1977. Był zwolennikiem siły militarnej Stanów Zjednoczonych i wojny 
wietnamskiej, jednocześnie czynnie popierał politykę pomocy innym krajom, akcje charytatywne 
i walkę z głodem. Bronił interesów Polonii i weteranów, a w r. 1959 został ich Człowiekiem Roku. 
Równie intensywnie pomagał Polsce, realizując w 1984 r. projekt budowy polsko-amerykańskiego 
szpitala dla dzieci w Krakowie za sumę 12,5 miliona dolarów. 
ZABOROWSCY ps. Zabriskie, rozgałęziona rodzina polska w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy 
z tego rodu Albert (1638-171 I) przybył do obecnego stanu New Jersey w 1662, gdzie został sędzią 
pokoju, a z czasem posiadaczem rozległych ziemskich posiadłości w hrabstwie Bergen County. Syn 
Alberta, Jakub wychowywał się wśród Indian, poznał ich życie i obyczaje, a wnuk John ubiegał się 
o reprezentowanie stanu w brytyjskim parlamencie. Ich drzewo genealogiczne liczy przeszło 2000 
osób, powiązanych z rodzinami Astorów, Bayardsów, Van Houtenów czy Mornsów. Wiele miej- 
scowości w Stanach od New Jersey po Kalifornię nosi ich imię. 
ZACHARIASIEWICZ Władysław (ur. 1911 w Krakowie), działacz polonijny. W czasie studiów 
prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (1931-1935) aktywny działacz ruchu 
Polskiej Młodzieży Demokratycznej oraz Związku Zbliżenia Międzynarodowego "Liga". Po kam- 
panii wrześniowej, więzień sowieckich łagrów w Archangielsku i Bielomorsku. Po stworzeniu 
polskiego przedstawicielstwa w Czelabińsku kierownik placówki opieki społecznej, a następnie 
delegat Ambasady RP w Kujbyszewie. Pracownik delegatury rządu RP w Londynie w Konstanty- 
nopolu, potem w Rzymie (1944-1946). Dyrektor wykonawczy Polskiego Komitetu Emigracyjnego 
w Nowym Jorku (1946-1948), a następnie dyrektor do spraw etnicznych Partii Demokratycznej 
w Stanach Zjednoczonych. Koordynator polonijnej kampanii budowy Domu Jana Pawła II w Rzy- 
mie. Od 1983 r. Członek Rady Administracyjnej Fundacji Jana Pawła II. 
ZAKRZEWSKA Maria Elżbieta (1829-1912), lekarka i postępowa działaczka społeczna, sufra- 
żystka, przybyła do Ameryki w r. 1853, po studiach medycznych w Berlinie. Po ukończeniu szkół 
medycznych w Cleveland, stała się rzeczniczką i orędowniczką równouprawnienia zawodowego 
kobiet w dziedzinie medycyny, zakładając specjalne szpitale kobiece w Nowym Jorku, zupełną 
nowość w tamtych czasach. W 1859 r. stanęła na czele takiej placówki w Bostonie i prowadziła ją 
przez kilka dziesięcioleci, otwierając studia pielęgniarskie dla dziewcząt różnych ras. W 1879 
dyplomowała pierwsze czarne pielęgniarki głosząc, że praca w tym zawodzie przyniesie im "uży- 
teczność, godność i dumę". 


254
>>>
ZALE Tony, wł. Antoni Zaleski (1913-1997), syn polskich emigrantów w Gary, Indiana, od 
dziecka pracował w zakładach hutniczych i uprawiał boks. Serię wielkich zwycięstw zapoczątko- 
wał w r. 1940 nokautując Al. Hosaka, następnie George Abramsa w Nowym Jorku, w 1942 r. Po 
tym zwycięstwie uznany został mistrzem świata wagi średniej i zyskał przydomek "Człowieka ze 
stali". Po wojnie wsławił się kilkoma dramatycznymi walkami z legendarnym później, Rocky 
Grazziano o tytuł bokserskiego mistrza świata. 
ZAMORA Maria (ur. 1906 w Zaleszczykach), poetka, działaczka kulturalna, nauczycielka. Studio- 
wała w Buczaczu w latach 1934-1937, przygotowując się do zawodu nauczycielskiego. Przed wybu- 
chem wojny uczyła w Zamościu i Buczaczu. W czasie okupacji kontynuowała swoją pasję na Wę- 
grzech, będąc pedagogiem i dyrektorką polskich instytucji edukacY-jnych , a po zakończeniu wojny 
organizowała polskie szkolnictwo w Niemczech. Po przybyciu do Ameryki, w polonijnym Chicago 
(1951-1961) stała się spiritus movens ruchu sobotnich szkół języka i kultury polskiej dla nowej emi- 
gracji. Pisała przez lata wiersze i sztuki sceniczne publikującje we Francji, Anglii i w Stanach Zjedno- 
czonych. Główne utwory: Kwiaty dla mamy (1991), Obrazki sceniczne (1969), Pastorałka (1969). 
Działaczka Komisji Oświatowej KP A, odznaczona Medalem Komisji Edukacji Narodowej. 
ZAWODNY Janusz Kazimierz (ur. 1921 w Warszawie), historyk, wykładowca nauk politycznych. 
Uczestnik powstania warszawskiego. Od 1945-1948 oficer 2. Korpusu we Włoszech. Studia 
z zakresu nauk politycznych w University of Iowa i w Stanford University (1951-1955). Wykładał 
na Princetown University, Washington University oraz University of Pennsylvania (1955-1975). 
Był szefem Katedry Stosunków Międzynarodowych w Claremont i Pomona College (1975-1982). 
Autor głośnych publikacji historycznych: Man and International Relations (1967), Death in the 
Forest: The Story ofthe Katyn Forest Massacre (1967), Nothing but Honor: The Story ofthe Upri- 
sing of Warsaw (I 978), Powstanie Warszawskie w walce i dyplomacji (1994). 
ZNANIECKI Florian (1882-1958), wybitny polski socjolog, badacz masowej emigracji chłop- 
skiej do Stanów Zjednoczonych, współautor fundamentalnej, pięciotomowej pracy The Polish 
Peasant in Europe and America, 1918-1920 zbierającej opisowo losy i motywacje przybyszy do 
tego kraju z Polski. Przyniosła mu ona międzynarodowy rozgłos i trwałą pozycję w polskiej 
i amerykańskiej nauce. Założyciel "Studiów Socjologicznych" w r. 1930. Doktorat z socjologii 
otrzymał na Uniwersytecie Jagiellońskim w r. 1910. Dalsze studia w zakresie wybranej specjalności 
prowadził w Paryżu, Genewie i Zurychu. Wykładał od 1919 do 1939 na Uniwersytecie Poznań- 
skim, następnie w Columbia University w Nowym Jorku, a od 1940 na University of Illinois, 
Champaign-Urbana do 1951. Jego córka, Helena Znaniecka-Lopatajest wybitnym socjologiem na 
Loyola University w Chicago. 
ZYGMUND Antoni (1900-1992), wybitny matematyk amerykański polskiego pochodzenia, pra- 
cował w Wilnie w latach 1930-1939, w Stanach Zjednoczonych od roku 1940. Od 1947 pracował 
na University of Chicago. Specjalizował się w pracach nad teoriami trygonometrycznymi, funkcji 
zmiennej rzeczywistej i zespolonej. Rozgłos i pozycję w nauce zapewniły mu szczególnie badania 
i prace nad rachunkiem prawdopodobieństwa i teoria całek osobliwych. 
ŻYCHLIŃSKI Kazimierz (1859-1927), lider Sokolstwa Polskiego i działacz Związku Narodo- 
wego Polskiego w okresie I wojny światowej. Wychowany w Polsce, trafił do Nowego Jorku 
wr. 1876. Jako członek ZNP w 1881 r. przeniósł się do Chicago, gdzie stał się znaną postacią 
w świecie Polonii. W r. 1888 zaangażował się w ruch Sokolstwa Polskiego, zostając w r. 1894 
prezesem tej organizacji, powiązanej wówczas blisko ze Związkiem Narodowym Polskim. 
W r. 1912 objął kierownictwo powstającej Szkoły Związkowej w Cambridge Springs w Pensylwa- 
nii i został prezesem ZNP do roku 1927. Blisko 25 tys. członków Sokolstwa z chwilą wybuchu 
I wojny światowej zgłosiło gotowość walki w szeregach Armii Błękitnej. Sam Żychliński odgrywał 
dużą rolę w organizacjach polonijnych na rzecz Polski (Komitet Obrony Narodowej), a po jej 
zakończeniu, w Kongresie Polskiej Emigracji. Odznaczony przez Paderewskiego w r. 1921 za 
zasługi na rzecz odrodzenia Polski. 


255
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2001, Zeszyt 4 


WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


SZCZEGÓŁY Z ŻYCIA 


HANNA BOGUSŁAWSKA (1907-2001) 


W słownikach, które o Hannie Bogusławskiej pamiętają rzadko można przeczytać raczej nie- 
wiele: urodziła się 3 maja 1907 roku w Piotrkowie Trybunalskim. W roku 1929 rozpoczęła studia 
na Wydziale Humanistycznym UW, a wkrótce potem równoczesną naukę na Wydziale Pedago- 
gicznym Wolnej Wszechnicy Polskiej (WWP). Będąc studentką opublikowała pracę Grafika książ- 
ki a czytanie (Warszawa 1933) i przełożyła na polski podręcznik G.L. Andersona pt. Ciche czytanie 
w świetle badań psychologicznych i pedagogicznych (1932). Po ukończeniu studiów podjęła na 
WWP własne prace badawcze pod kierunkiem Heleny Radlińskiej w zakresie teorii czytania. 
Efektem tych prac była książka Technika czytania a czytelnictwo (Warszawa 1938). W latach 
1938-1939 redagowała pismo młodzieży szkolnej "Młody Spółdzielca"; pisywała artykuły i re- 
portaże do prasy spółdzielczej; redagowała popularne kalendarze książkowe "Społem". W czasie 
wojny wstąpiła do AK i na tajnych kompletach uczyła historii i języka polskiego. Brała udział 
w powstaniu warszawskim. Wspomnienia powstańcze opublikowała w 1947 roku w książce Ludzie 
walczącej Warszawy. Po zakończeniu wojny znalazła się w Niemczech i zgłosiła się do służby 
w szkolnictwie wojskowym dywizji gen. S. Maczka. W latach 1946-1947 była nauczycielką pro- 
pedeutyki filozofii w Liceum l. Dywizji Pancernej w Niemczech (w Quackenbruck). W 1947 roku 
wyjechała do Wielkiej Brytanii. Zamieszkała na stałe w Anglii i rozpoczęła pracę w Londynie jako 
kierownik kulturalno-oświatowy w hostelach polskich dla rodzin wojskowych (1948-1951). Od- 
była roczny kurs bibliotekarstwa w North Western Polytechnic w Londynie. Od 1951 pracowała 
jako nauczycielka w polskich sobotnich szkołach, studiując i pracując fizycznie. Podjęła próby 
stworzenia nowej, ułatwionej metody nauki czytania po polsku, czemu służyły opracowane przez 
nią elementarze i podręczniki z cyklu "Bawię się i czytam". Publikowała w fachowej prasie emi- 
gracyjnej: "Przewodniku Kulturalno-Oświatowym" (wyd. YMCA), "Wychowaniu Ojczystym", 
które współredagowała w latach 1969-1983 (wyd. Polska Macierz Szkolna) i innych. Była człon- 
kiem United Kingdom Reading Association oraz Guild of Teachers of Backward Children. Nale- 
żała również do Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Była autorką kilkunastu podręczników 
i elementarzy do nauki czytania i pisania, a także książek dla dzieci ułatwiających zabawę i naukę. 
W 1961 roku opublikowała też Przyjdę i zagram... Obrazek sceniczny o młodym Chopinie, 
a w 1965 rozdział w pomnikowej Literaturze polskiej na obczyźnie 1940-1960 pod redakcją Ty- 
mona Terleckiego, poświęcony "Literaturze dla dzieci i młodzieży". W roku 1988 w Warszawie 
wydane zostały książki do nauki języka polskiego pt. Uczę się i bawię autorstwa Hanny Dobrowol- 
skiej-Bogusławskiej dla dzieci Polonii rozrzuconej po całym świecie. 


257
>>>
W Archiwum Emigracji znajduje się list córki Hanny Bogusławskiej, Ewy Barker z 22 paź- 
dziernika 2001 r., z którego można dowiedzieć się o okolicznościach wyjazdu obu kobiet z Polski. 
Tekst jest ważny zwłaszcza w kontekście książki Bogusławskiej Na ruchomym gruncie, postrzega- 
nej jako autobiografia. Tymczasem Ewa Barker pisała: 
w książce [Mama] opisuje śmierć ukochanego męża. W rzeczywistości przeżyła taką 
śmierć, ale był to brat, ukochany, Lech Dobrowolski, który umarł w marcu 1945. Zmie- 
nione są też szczegóły osobiste, ale obserwacje społeczne i polityczne, postacie spotykane 
w podróży przez krajobraz tych czasów, to wszystko jest zaobserwowane wiernie. 
Dalej czytamy: 
były też powody osobiste wyjazdu z Polski, o których HB zawsze milczała publicznie. 
W roku 1939 wyszła za mąż. Mąż nazywał się Stanisław Wolski, ale już przed urodze- 
niem córki (Maji) w marcu 1940 małżeństwo się rozleciało. Gdy dziecko miało rok, oj- 
ciec porwał je i umieścił u drugiej żony. Wszystkie fotografie ojca mojego (nazywałam 
się wtedy Maja) rozdała HB detektywom szukając mnie. W końcu, po roku, odnalazła 
mnie i odebrała. Było wiele kłopotów, spraw sądowych... Niestety szczegółów już nie 
mogę dokładnie opowiedzieć. [...] HB podejrzewała że to jej własny mąż podał jej nazwi- 
sko do NKWD i robił ciągłe kłopoty jej ojcu. Były nawet sugestie że denuncjował wro- 
gów osobistych do Gestapo. Nigdy nie mogłam tego sprawdzić, ani potwierdzić, ale póki 
on żył (umarł zdaje się w 1980 r.) nie było mowy o powrocie do kraju. Bardzo się go bała. 
W roku 1946 nie było mowy o legalnym wyjeździe z Polski. Miałyśmy wyjechać z Gdań- 
ska do Szwecji pod węglem. Zdaje się, że wsadzają podróżujących do dużego pudła i za- 
kopują węglem. Potem odkopująjakjuż statek jest na morzu. To się nie udało, bo zacho- 
rowałam na odrę. Następny plan przewidywał wyjazd przez Szczecin do Berlina. Jechało 
się na barce. Mały holownik ciągnął ze sześć lub osiem takich kanałami. Pamiętam do- 
brze drogę do barki. Szło się przez miasto, potem jechało stateczkiem, potem znowu pie- 
szo do miejsca gdzie malutką łódeczką marynarz z barki przywiosłował do nas aby zabrać 
nas do siebie. Na barce był "gospodarz" z żoną. Byli Niemcy. "Pasażerów" było kilku, nie 
pamiętam dokładnie ile, ale poza mną i mamą jeszcze dwie albo cztery osoby. Niestety, 
holownik jakoś nie dochodził. Czekaliśmy na tej barce coraz dłużej. Zdaje się, dłużej niż 
tydzień. Mama wypisała adresy kontaktów w Berlinie na skrawkach materiału i wszyła 
w podszewkę mojego palta. Napisała list po niemiecku i dała mi go z instrukcję, żeby 
"w razie czego" wręczyć go Panu Gospodarzowi. Musiała wrócić do portu po żywność, 
bo jedzenia na barce zaczęło braknąć. Powoli traciliśmy towarzyszy podróży. Ludzie 
zmieniali plany, słyszeli o jakiś innych możliwościach, odchodzili. Tylko mama i ja zo- 
stałyśmy na barce. Pewnego wieczoru, mała Maja (aha - Maja miała się od tej pory 
przeobrazić w Ewę - a Pani Wolska w Panią Bogusławską, dla bezpieczeństwa) więc 
mała Ewa, nudząc się strasznie z tych długich dni na pokładzie unieruchomionej barki, 
urządziła na pokładzie operę. Garstka guzików służyła jako postacie grające wszystkie 
role a Ewa śpiewała za nich pełnym głosem, po Polsku, wśród wieczornej ciszy. Dopiero 
po kwadransie ktoś się zorientował, że polskie dziecko na niemieckiej barce może wyglą- 
dać podejrzanie, i wciągnęli mnie pod pokład. Następnego dnia była inspekcja milicyjna. 
Matka była schowana pod deskami podłogi. Mnie kazano nie mówić ani słówka. Jakoś 
nikogo nie złapali. Może komuś ktoś coś zapłacił. Mama znów musiała wrócić do portu 
po zapasy. Ubrała się "po niemiecku" nakupowała jadła, wracała przez miasto pieszo. Na 
brzegu przy łódeczce, która miała zabrać ją do barki stał rosyjski żołnierz - czy może 
żandarm. Aresztował ją. Tego wieczoru posłali holownik i cały komplet barek ruszył. 
Pamiętam niepokój, z jakim siedziałam, owinięta w koc, na pokładzie. Zdawałam sobie 
sprawę, że ruszamy w świat, a mama nie wróciła. [...] Pytałam się potem mamy jak się 
wydostała. Opowiedziała mi bajkę, że na barce Niemcy sprzedawali jakiś ładny serwis 
porcelanowy, i tym serwisem i złotą obrączką "wykupiła się". Miała szczęście, trafiła na 
"poczciwszego" milicjanta, puścił ją. 
Ruszyła do Berlina za dzieckiem. W Berlinie odnalazła Ewę w sierocińcu prowadzonym przez 
zakonnice. Marynarz z barki zajął się obcym dzieckiem i opiekował, a następnie dostarczył je pod 


258
>>>
wskazany adres w Berlinie. Stamtąd trafiła do sierocińca, gdzie mogła liczyć na wyżywienie i dach 
nad głową. Znalazłszy córkę Hanna Quż wtedy) Bogusławska wyruszyła z Berlina kierując się do 
strefy brytyjskiej, w której stacjonowały polskie oddziały l. Dywizji Pancernej gen. Stanisława 
Maczka. 


Tym razem jadąc jako mydło ciężarówką - pisała Ewa. Ciężarówka okryta, ludzie scho- 
wani tuż za kabiną. A stosy pudeł z towarem z tyłu zakrywały "prawdziwy towar". 
Dojechały bezpiecznie. 


Mirosław A. Supruniuk 
(na podstawie relacji Ewy Barker)
>>>
POETA I NAUKOWIEC 


JÓZEF BUJNOWSKI (1910-2001)* 


Dziesięć lat temu - podczas uroczystości nadania i wręczenia Józefowi Bujnowskiemu nagrody 
Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za całokształt twórczości literackiej - starałam się uzasadnić 
szerszym warstwom naszego społeczeństwa emigracY-jnego słuszność tego wyróżnienia i omówić 
przede wszystkim jego twórczość poetycką, biorąc pod uwagę cechy charakterystyczne każdego 
tomiku, a było tych tomików wtedy trzynaście. Terazjest ich piętnaście plus krótka powieść poetycka 
Koła w Mgławicach, gdzie inferno ziemskiego koszmaru drugiej wojny światowej przeplata się 
w onirycznych wizjach z przemożną troską i potrzebą serca i duszy poety o ocalenie błękitu nieba 
(Wyd. Baran i Suszczyński, Kraków 1993). Za chwilę spróbuję wY-jaśnić te słowa, które na razie 
brzmią trochę enigmatycznie. Powiedziałam też wtedy, że profesor Bujnowski jest jednym z filarów 
naszego życia kulturalnego na emigracji, a szczególnie nauki polskiej. Może tym razem powinnam 
zamienić określenie "na emigracji" na coś innego, ale nie zmieniam, bo jako poeta nadal jest emi- 
grantem ze swoich stron ojczystych, mimo że jego poezja dawno już przekroczyła emocjonalnie 
i intelektualnie granice zarówno jego regionu, jak i Polski. Nigdy zresztą nie pokrzykiwał poetycko 
czy inaczej czegoś w rodzaju: "albośmy to jacy tacy chłopcy kresowiacy!" Poczynał sobie Bujnowski 
w młodym wieku chwacko, i to, uff - z grubej rury - ale o sztukę mu chodziło, o Sztukę. Awangar- 
dową. Tam, na Wileńszczyźnie (w Brasławiu), gdzie wydał przed wojną swoje pierwsze tomiki po- 
etyckie. Pierwszy, Pęknięty tor (1937 r.), drugi Pięścią w twarz- kwiatami pod nogi (1939 r.). 
Tytuły są co najmniej zastanawiające jak na poetycki debiut; oba tomiki są bowiem przejawem 
buntu skierowanego przeciwko tradycyjnej poezji. Buntujawnego a nawet programowego, gdyż poeta 
był wówczas prezesem "Klubu Błękitnych", którego program pokrywał się w pewnej mierze z tezami 
Awangardy Krakowskiej z tym, że "Błękitni" szerzej pojmowali swoją awangardowość, i ich dewizą 
było nie uznawanie struktur zamkniętych ustalonych konwencji, a każdy nowy temat winien był 
przynosić ze sobąjedyną i niepowtarzalną strukturę. Nazwa klubu "Klub Błękitnych" brzmi niewinnie 
i nie zapowiada buntu, a pochodziła od błękitu nieba symbolu sztuki, pojęcia raczej szerokiego. Jeste- 
śmy teraz w Anglii i gdyby to ich "niebo" podciągnąć pod idiom angielski the sky is the limit dla 
określenia ich creda poetyckiego, to okazałoby się, że ambicje mieli duże, żeby nie powiedzieć nie- 
ograniczone. Organem klubu było pismo literackie "Smuga". 
W swoim drugim tomiku (bo w pierwszym lepiej się zachowywał) Bujnowski drwi, kąsa, 
miażdży, pluje, pokonuje, uderza pięścią (metaforyczną) a także bagnetami słów. Walczy. Ale nie 
cały tomik jest taki agresywny. Obok tych wierszy ostrych, zawziętych są i wiersze, że tak powiem 
"normalne", a nawet powiem więcej - piękne np. "Zwidzeniem zjawiam się" lub "Podkowa". 
Wydaje nam się, że robi to po to, żeby nam pokazać, że umie pięknie pisać, jeżeli ma na to ochotę. 
Ale Bujnowski nam to wyjaśnia wierszami "Schizofrenia" i "Schizofrenia II", że - mówiąc meta- 
forycznie - cierpi na rozdwojenie jaźni, że jest ich dwóch, że mają różne twarze (no, nie tylko 
twarze), że są razem skuci i zawsze rozdarci. Tak, to nam trafia do przekonania; człowiek czujący 
i myślący nie może być monolitem. 
I odtąd już zawsze będziemy mieli ich dwóch. Z przewagą jednak poezji awangardowej, lecz 
pozbawionej już agresywnego tonu wczesnych tomików, którym epatował czytelników w latach 30. 
W miarę upływu czasu, jako poeta już nie tylko natus, który zasmakował w etosie awangardy, po 
skosztowaniu przedtem futuryzmu, a po drodze różnych "izmów" (np. nadrealizmu), ale i jako poeta 
doctus świadomie ustawił swój warsztat poetycki w stronę, od której przyszło nowe, a może przede 
wszystkim chodziło tu o wyakcentowanie najistotniejszych potrzeb, przeżyć i uczuć współczesnego 
człowieka przy użyciu najmniejszej ilości słów. To nowe, jest już stare, bo od paru pokoleńjest chyba 
niemal powszechnym sposobem tworzenia poezji. I odbioru. Kiedy współczesna poezja przejęła rolę, 
królowej nauk, filozofii. I kiedy Nagrodę Nobla dają nie za poezję piękną, lecz za jej problematykę 
metafizyczno-egzystencjalną, za dążenie do poznania istoty, zasad i struktury bytu, prawdy, praw 


260
>>>
rządzących człowiekiem itd. Bujnowski czuje się w tym nurcie jak ryba w wodzie. Buntem nie naje- 
żają mu się słowa, kiedy pisze o przemijaniu, w tomiku Spod Gwiazdozbioru VWelkiego Psa (LSW, 
Warszawa 1987) pisze natomiast: "że trzeba zrozumieć porządek rzeczy". 
Józef Bujnowski urodził się w roku 1910 na Wileńszczyźnie, w Okolicy-Rudawie, gdzie ro- 
dzina Bujnowskich miała własne szlacheckie gniazdo (cytuję samą siebie, bo od niego, tego wroga 
życiorysów, niczego się przecież nie dowiem, czy to był majątek czy folwark czy pałac). W Wilnie, 
na Uniwersytecie Stefana Batorego studiował filologię polską, napisał pracę magisterską i zaczął 
pracę doktorską pod kierunkiem profesora Manfreda Kridla. Poglądy i metody profesorów Wóy- 
cickiego i Kridla ukształtowały w jakimś stopniu osobowość i późniejszy kierunek zainteresowań 
naukowo-badawczych Bujnowskiego, które zresztą poszerzył później o własne przemyślenia 
i osiągnięcia. Obaj wyżej wymienieni profesorowie wpłynęli też najego profil poetycki. 
Najkrócej mówiąc i upraszczając dałoby się może podsumować postawę naukową i poetycką 
Józefa Bujnowskiego następująco: 
1. Badania nad literaturą jako taką, czyli nad twórczością artystyczną wyrażoną w słowach, a nie 
nad życiem prywatnym literatów i wpływem ich życiorysów najakość słowa poetyckiego. 
2. Analiza utworów pod kątem ich wartości estetycznych, pod kątem ich struktury, a nie zaj- 
mowanie się wartościowaniem utworów literackich, szczególnie z punktu widzenia ich przy- 
datności narodowej czy też tzw. zamówienia społecznego. 
3. Służebność sobie a muzom (wierność sobie?), a nie służebność wobec idei/ideologii pozali- 
terackich. 
4. Bunt przeciwko tradycyjnej poezji. 
5. Awangardowość i związane z nią eksperymentowanie słowem, formą i układem graficznym 
wiersza. 
Wydaje mi się, że o to chodzi w badaniach naukowych Bujnowskiego, a także że taka jest 
właśnie jego poezja. Trudna raczej, zwięzła, bez ornamentów. Oczekuje współpracy od swego 
odbiorcy. Oczekuje nowoczesnego poglądu na współczesną poezję. Domaga się od odbiorcy inte- 
lektu. Nie stara się manipulować emocjami czytelnika nadużywając np. słów: ojczyzna, ojcowizna, 
wolność. Jest w głównym, wiodącym nurcie tej poezji jakaś uczciwość, wierność sobie, która nie 
chce zejść z raz obranej drogi, nawet za cenę rezygnacji z popularności i oklasków. 
Jako pedagog i naukowiec Józef Bujnowski przekroczył emigracY-jne bariery, 0ako poeta częścio- 
wo także, chociaż tu przeszkadza dodatkowa bariera językowa). Karierę pedagogiczno-naukową rozpo- 
czął od szkolnictwa średniego w Polsce, następnie kontynuował we Włoszech i w Anglii, a ponad 
trzydzieści siedem lat pracował jako wykładowca, następnie profesor, dziekan, członek Senatu akade- 
mickiego i konsultant na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie w Londynie. Przez lat bez mała dwa- 
dzieścia był chyba najbardziej kompetentnym i prężnym dziekanem Wydziału Humanistycznego na- 
szego Uniwersytetu. Napisał wiele cennych prac naukowo-badawczych i był promotorem wielu prac 
naukowych. Był organizatorem Kongresów Kultury Polskiej na Obczyźnie i wkład naukowy jego 
samego był w tych kongresach niebagatelny. Jest autorem wielu esejów, szkiców literackich, prac 
krytycznych i niezliczonych artykułów w periodykach literackich i w prasie codziennej. Do najważniej- 
szych jego prac należą: dwa eseje o Wyspiańskim - "Wyspiański spętany" i "Tragiczny Don Kichot" 
(1957); "Ostatnie lata życia i twórczości Juliusza Kadena-Bandrowskiego" (1965); "The origins of 
Polish Literature" (1967); "Zygmunt Lubicz-Zaleski - życie i twórczość" (1969). Do większych 
rozpraw należą: "Esej, szkic literacki i krytyka artystyczna w literaturze polskiej na obczyźnie 1940- 
1960" (Londyn, 1964). Był to wkład autora do Literatury polskięj na obczyźnie pod redakcją Tymona 
Terleckiego; praca ta ukazała się też osobno, jako nadbitka. W tej ostatnio wymienionej pracy sumien- 
nie i z dużą znajomością przedmiotu badań z zacięciem kronikarza wymienił, wyliczył i zobrazował 
wszystkie najważniejsze przejawy życia literackiego na emigracji w ciągu 20 lat. Dwadzieścia lat, to 
tyle - ile liczyła sobie Polska tzw. międzywojenna - od odzyskania niepodległości do wybuchu 
wojny w 1939 roku. Następnie ważną pracą Bujnowskiego były "Przemiany we współczesnej poezji 
polskiej" (Zeszyt Naukowy nr 5 Wydziału Humanistycznego, PUNO, 1968), gdzie z kolei pomógł nam 
się zorientować w gąszczu tajników warsztatów poetyckich naszych czasów, z rzutem oka wstecz 
celem ukazania nam w sposób analityczny procesu przemian. Przy okazji zapoznał nas z nazwiskami 
nowych poetów. O przemianach w literaturze i w polskiej poezji informował nas parokrotnie i w póź- 
niejszych szkicach poświęconych temu zagadnieniu. Inną ciekawą pracą Bujnowskiego były "Niektóre 
uwagi o tzw. IV systemie wersyfikacY-jnym" (1973). W 1969 r. Bujnowski był też chyba jedynym na 


261
>>>
naszym terenie znawcą "Poezji Konkretnej", której poświęcił obszerny szkic opublikowany w kilku 
krajach (np. w Anglii, w Holandii i w Polsce). Szkice te, np. "Przemiany w polskiej poezji poza grani- 
cami kraju" (prace Kongresu Kultury Polskiej na Obczyźnie, Londyn 1988), miały tę zaletę, że były 
napisane przystępnym i żywym językiem, mimo naukowej treści. Niektóre jego prace z zakresu meto- 
dologii i teorii literatury były tłumaczone na języki obce: holenderski i niemiecki. Brał czynny udzial 
w międzynarodowych kongresach i sympozjonach poświęconych literaturze polskiej. Był na Kongresie 
Polonistów w Warszawie we wrześniu 1998 roku, aczkolwiek ze względu na stan zdrowia nie brał 
w nim czynnego udziału. Zorganizował od podstaw filologię polską na uniwersytecie w Amsterdamie, 
a następnie wykładał tam przez osiem lat literaturę polską i teorię literatury. Kontakty naukowe i perso- 
nalne z uniwersytetem w Amsterdamie utrzymuje do dzisiejszego dnia. Wykładał także przez jeden 
semestr na uniwersytecie w Heidelbergu. Był też przez jakiś czas wykładowcą literatury polskiej 
w School of Slavonic & East European Studies Uniwersytetu Londyńskiego. Był współredaktorem 
i współpracownikiem czasopism literackich ijest członkiem Polskiego Towarzystwa Naukowego 
w Londynie oraz członkiem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. 
Świadoma rezygnacja z podpierania się życiorysami innych twórców literatury w badaniach 
naukowych jest cechą charakterystyczną prac z zakresu historii i teorii literatury Bujnowskiego. 
Sam badacz bowiem nie ma powodu do uciekania od własnego życiorysu. Powołaniem jego była 
poezja; poczynając od poezji bardzo zbuntowanej, buńczucznej, agresywnej, potem ironicznej, 
następnie mocno eksperymentalnej, później refleksyjnej (rzadziej na smutno, częściej z domieszką 
humoru lub ironii, w tym także autoironii) i ostatnio pełnej zadumy nad życiem i przemijaniem. 
Nadal pisze wiersze, nadal tworzy poezję. Dlaczego więc mówię "że powołaniem jego była poezja" 
w czasie przeszłym? Bo chcę wrócić do jego życiorysu. Że nie miał powodu od niego uciekać. Od 
swego życiorysu. Spełnił swój obowiązek Polaka i obywatela z nadwyżką. Walczył w 1939 r. 
wobronie Lwowa. Aresztowało go NKWD, był w niewoli sowieckiej, uciekł z niewoli, był 
w ZWZ (Związku Walki Zbrojnej), znowu dostał się w łapy NKWD, więzienie i łagier i znowu 
ucieczka, ale tym razem do formującego się w ZSRR wojska polskiego. I potem 2. Korpus, 
5. Kresowa Dywizja Piechoty. Oficer biorący udział w bitwach o Monte Cassino, Ankonę, Senio. 
Nie głaskało go życie po głowie przez tych kilka lat, a i potem też nie od razu, chociaż w porówna- 
niu z piekłem sowieckich więzień i łagru, a także z takim Monte Cassino, na którym wtedy nie było 
wolnego centymetra kwadratowego na czerwone maki - późniejsza praca w szkolnictwie średnim, 
a z czasem w akademickim to było tak zwane małe piwo. Może dobrze, że Jego tu nie ma na sali, 
może by się boczył, że mu wchodzę "w życiorys"? Profesor był promotorem mojej pracy doktor- 
skiej, w której zajęłam się poezją. Była to praca "zdalnie kierowana", bo wykładał wtedy w Am- 
sterdamie. Porozumiewaliśmy się listownie. Jeżeli za długo nic nie mogłam z siebie wykrzesać 
dostawałam od Profesora list-upomnienie, który składał się z daty, "Droga Pani Alicjo!", dużego 
znaku zapytania i podpisu ,,]. Bujnowski" . Ta metoda skutkowała Zasiadałam do maszyny do 
pisania do trzeciej rano. Gorzej bywało z metodą badań naukowych, bo ja nie wyszłam ze szkoły 
Kridl/Bujnowski. Dość późno do mnie dotarło, że to nie jest zła metoda, a na razie chciałam posta- 
wić na swoim. Śmieszne, prawda? Jakoś przebrnęliśmy przez te ciężkie czasy. On ze mną, aja - 
wstyd się przyznać, bo co to za porównanie - z Nim. Teraz wiem, to znaczy już od dawna wiem, 
że to były dobre czasy i że miałam świetnego promotora 
Nie jestem odosobniona w tym mniemaniu, że był świetnym promotorem, nauczycielem i pro- 
fesorem. Inni Jego studenci i uczniowie też tak czują i myślą. Spotkałam wielu, tutaj i w Polsce. 
I nie tylko eks-studenci. W ubiegłym roku państwo Anna Maria Grabania i Frederick Richards, po 
dokonaniu selekcji utworów poetyckich i faktów z życia Profesora, zorganizowali wieczór, w ra- 
mach Teatru Małych Form, w języku angielskim pt. "Impressions", poświęcony w całości Józefowi 
Bujnowskiemu. Wieczór ten odbył się 23 września 1997 w Instytucie Kultury Polskiej, przy Port- 
land Place w Londynie i był nadzwyczaj udany. Brytyjscy aktorzy grali i recytowali znakomicie 
polskiego autora. Słowo zajaśniało błękitem. 


Alicja H. Moskalowa (Wielka Brytania) 


Kpt. prof. dr (hab.) Józef Bujnowski zmarł spokojnie w domu, w Londynie, po długiej chorobie 
15 lutego 2001 r. W pogrzebie (26.2.01) wzięli udział, oprócz najbliższej rodziny, przedstawiciele 
środowisk naukowych, kulturalnych, kombatanckich, a przede wszystkim liczni eks-studenci. 


262
>>>
TADEUSZ CHCIUK - MICHAŁ LASOTA - MAREK CELT 


(1916-2001) 


Dziesiątego kwietnia 2001 roku zmarł w Monachium Tadeusz Chciuk. Jego śmierć nie była 
dla mnie zaskoczeniem. O tym, że próbuje się "uporać z chorobami"l pisał do mnie już w maju 
1995 roku w odpowiedzi na prośbę o wspomnienie o jego młodszym bracie Andrzeju. Gromadzi- 
łam wówczas materiały do jego biografii i bardzo liczyłam na pomoc Tadeusza z . 
"Cieszę się ogromnie, że pisze Pani pracę o naszym Jędrku i dziękuję Pani za to. Może się 
jeszcze «pozbieram» na czas i dorzucę coś do tekstu Pani książki, zobowiązać się jednak po harcer- 
sku nie mogę - tłumaczył się. - Gdyby Panią losy mogły zanieść do Celtowa, sprawa mogłaby 
się łatwiej posunąć do przodu. Mam mnóstwo zdjęć, pamiątek, artykułów, listów, które by się Pani 
mogły przydać ,,3 - dodawał zachęcająco. 
Do naszego spotkania doszło w marcu 1996 roku. Przesiedzieliśmy w domu przy 13 Nikolau 
Miiller Str. w Planegg pod Monachium, przy stole pełnym papierów i albumów z fotografiami kilka 
dni. Opowieść Tadeusza o Drohobyczu i o rodzinie Chciuków była jednocześnie opowieścią o nim 
samym. Życiorys, który poznałam, okazał się równie ciekawy, jak życiorys Andrzeja. 
Tadeusz Tomasz Chciuk urodził się 17 października 1916 roku w Drohobyczu jako jedno 
z pięciorga dzieci Marii (z domu Śpiewak) i Michała Chciuków (Andrzej był od niego młodszy 
o trzy i pół roku). Po ukończeniu czteroklasowej Szkoły Powszechnej im. S. Konarskiego przeszedł 
do Państwowego Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły, w którym w maju 1935 roku zdał 
maturę. W gimnazjum działał w harcerstwie (doszedł z czasem do stopnia harcmistrza), w kole 
PCK, w Sodalicji Mariańskiej, w kółkach naukowych, w chórze i orkiestrze. Pisywał do szkolnego 
czasopisma "Młodzież". Był hokeistą, szachistą i narciarzem. Po maturze podjął studia na Uniwer- 
sytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie uzyskując w czerwcu 1939 roku tytuł magistra praw. 
Ukończył także średni kurs Konserwatorium Muzycznego im. K. Szymanowskiego we Lwowie. 
Wcześniej uczęszczał do Szkoły Muzycznej im. M. Łysenki w Drohobyczu. Kierował męskim 
chórem "Echo", który podjego batutą odniósł sporo sukcesów. 
Po wybuchu wojny przedostał się wraz z bratem Andrzejem i lwowskim batiarem Tońkiem 
Krasulskim na Węgry. Jako kurier Związku Walki Zbrojnej przemierzał górskie szlaki pomiędzy 
Węgrami a okupowaną przez Sowietów wschodnią Małopolską przeprowadzając przez granice 
między innymi żołnierzy do odradzającego się we Francji Wojska Polskiego. O przeżyciach z tego 
okresu, przyjaźni z innymi kurierami, z których większość przepadła w sowieckim nie-świecie, 
napisał książkę Biali kurierzy (1986), za którą otrzymał nagrodę SPK. 
"Po to mnie, zapewne, Bóg pozostawił na tej ziemi, abym groby naszym przyjaciołom usypy- 
wał choć z drukowanych liter, abym utrwalał ich nazwiska dla ludzkiej pamięci" - pisał w po- 
słowiu do pierwszego oficjalnego wydania w Polsce. Publikacja tej książki dała impuls do wzno- 
wienia poszukiwań najmłodszego z białych kurierów - Władysława Ossowskiego, który w chwili 
wpadki w ręce NKWD miał czternaście lat. "Mały Władzio" odnalazł się cudem po pięćdziesięciu 
latach w głębi Rosji. Podobne poszukiwania innych zaginionych nie dały efektu. 
Po przedostaniu się na Zachód Tadeusz Chciuk otrzymał przydział jako ochotnik do artylerii 
3. Dywizji. Po upadku Francji dostał się koło St. Nazaire na brytyjski kontrtorpedowiec i wylądo- 
wał w Plymouth. W Szkocji ukończył Szkołę Podchorążych Artylerii. 
W grudniu 1941 roku jako kurier rządu gen. Sikorskiego został zrzucony na terytorium oku- 


l List T. Ch ciuka z 15 V 1955 r. (z archiwum autorki). 
z Biografia Andrzeja Ch ciuka (B. Żongołłowicz, Andrzęj Chciuk. Pisarz z antypodów) ukazała 
się nakładem Wydawnictwa Literackiego w Krakowie w 1999 r. 
3 Tamże. 
4 M. Celt, Biali kurierzy. Warszawa 1992 s. 348. 


263
>>>
powanej Polski. Była to jedna z najwcześniejszych i najtragiczniejszych w skutkach operacji spa- 
dochronowych (operacja "Jacket") . Z sześciu skoczków zrzuconych pomyłkowo tuż za granicą 
Generalnej Guberni dwóch zginęło w dniu zrzutu, a pozostałych czterech - w tym Tadeusza 
Chciuka - wzięła do niewoli niemiecka straż graniczna. Udało im się jednak po ostrym starciu 
z Niemcami dotrzeć do Warszawy i wykonać powierzone zadania. Ten skok T. Chciuk opisał jako 
Marek Celt w Koncercie. Opowiadaniu cichociemnego, które po raz pierwszy ukazało się w lon- 
dyńskim miesięczniku "Nowa Polska" w 1945 roku 5 . 
W okupowanej Polsce T. Chciuk pracował w biurze delegata rządu Cyryla Ratayskiego pro- 
wadząc rozmowy z działaczami podziemia, kontaktując się z organizacjami politycznymi, z Armią 
Krajową i Batalionami Chłopskimi, ze stronnictwami politycznymi, z organizacjami harcerskimi. 
Droga powrotna zabrała mu dwanaście miesięcy. Szedł przez Słowację, Węgry, Chorwację, 
Włochy, Szwajcarię, Francję, Hiszpanię, Gibraltar. We Francji PCK, a właściwie Groupement 
d' Assistance aux Polonais en France (GAP F) , umożliwiło mu spotkanie z uwięzionym w Tuluzie 
Andrzejem. W Hiszpanii sam wpadł i jako szkocki pilot James Huges spędził kilka miesięcy naj- 
pierw w więzieniu w Geronie, a następnie w obozie koncentracyjnym w Miranda de Erbo, z które- 
go udało mu się wydostać dzięki pomocy obozowego lekarza. Wszystko to opisał w książce Raport 
z podziemia - 1942 (Monachium 1990). 
Po powrocie do Londynu, w czerwcu 1943 roku, otrzymał nominację na szefa kurierów w MSW. 
Jesienią tego samego roku został członkiem zespołu tajnej rozgłośni polskiej "Świt" w Bletchley. 
W kwietniu 1944 roku ponownie znalazł się w kraju. Poleciał jako emisariusz premiera Mikołajczyka. 
Do Anglii wrócił w lipcu tego samego roku trzecim "Mostem" z największą w dziejach podziemia 
pocztą od Delegatury Rządu na Kraj dla centrali. Podczas tej akcji miał również pod opieką Tomasza 
Arciszewskiego, desygnowanego na następcę prezydenta RP i Józefa Retingera, wysłannika rządu 
z Londynu, a jednocześnie najstarszego (wówczas 56-letniego) cichociemnego. Tą samą Dakotą 
lecieli oficerowie AK ze zdobytymi przez wywiad planami i częściami rakiety V 2. 
W grudniu 1945 roku T. Chciuk pojechał do Polski w charakterze sekretarza Misji ds. Demo- 
bilu, gdzie został aresztowany wraz ze świeżo poślubioną Ewą Lovellówną ("Ewąmoją" - jak ją 
nazywał), jako rzekomy agent Intelligence Service i wypuszczony po dwóch miesiącach na skutek 
silnych nacisków z zewnątrz. 
Szykanowany i nakłaniany do współpracy przez ówczesnego zastępcę komendanta wojewódz- 
kiego UB w Krakowie, Józefa Światło, uciekł z żoną i półtoraroczną córeczką jesienią 1948 roku 
do Francji, gdzie w trudnych warunkach spędzili trzy i pół roku i gdzie urodził im się pierwszy syn. 
Aby utrzymać rodzinę T. Chciuk sprzątał sklepy, pomagał przy wysyłce paczek dla głodnego 
wówczas Izraela, zbierał makulaturę. Jednocześnie wstąpił do PSL na Uchodźstwie, został preze- 
sem okręgu Paryż, redagował "Biuletyn Informacyjny PSL we Francji". 
W 1952 roku przeniósł się z rodziną do Monachium i podjął pracę w Rozgłośni Polskiej Radia 
Wolna Europa, w której przepracował ponad 30 lat. Słuchacze RWE zapamiętali go jako Michała 
Lasotę. Był kierownikiem działu wiejskiego, pisał i nagrywał komentarze, audycje harcerskie 
i słuchowiska. Pracę w rozgłośni zakończył na stanowisku wicedyrektora w 1983 roku. 
Otrzymał wiele odznaczeń i orderów, wśród nich Order Virtuti Militari klasy V za działalność 
kurierską, dwukrotnie Krzyż Walecznych, Krzyże Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich oraz 
Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta. Ten ostatni - nadany przez 
prezydenta Lecha Wałęsę - został mu wręczony na początku grudnia 1994 roku w Konsulacie 
Generalnym RP w Monachium. 
Przez wiele lat był prezesem Syndykatu Dziennikarzy Polskich w Niemczech, kierownikiem 
i dyrygentem kościelnego chóru polskiego "Lutnia". Od 1981 roku pełnił funkcję prezesa samo- 
dzielnego Oddziału b. Żołnierzy AK w Niemczech. 
W październiku 2000 r. przysłał mi kartkę z życzeniami na Boże Narodzenie. "Droga Chciukom - 
Miła! - napisał drobnym maczkiem - Piszę życzenia już dziś, bo boję się, że w tzw. międzyczasie 
może się zdarzyć coś nieprzewidzialnego, choć od dawna przewidywanego. Pomyślności, ZDROWIA, 
na B.N. I N.R."6. Na Wielkanoc 2001 r. kartka nie przyszła. Zdarzyło się to "od dawna przewidywane". 


5 T. Chciuk wszystkie wspomniane w tym tekście książki, a także nie wymieniony By Para- 
chute to Warsaw (Londyn 1945) wydał pod pseudonimem Marek Celt. 
6 Kartka świąteczna T. Ch ciuka z 28 V 2000 r. (z archiwum autorki). 


264
>>>
Z okazji uroczystości nadania Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski Polonia Re- 
stituta, Tadeusz Nowakowski napisał "Alfabet Celta", który pozwalam sobie niniejszym przyto- 
czyć w całości, mówi bowiem o Tadeuszu Chciuku wszystko. 


*** 


Alfabet Celta 


A - Tadeusz to żywa antyteza samochwalstwa pamiętnikarskiego, uosobienie skromności. Nasz 
rzetelny świadek Historii nie przepycha się łokciami na narodowy Panteon. 


B - Barski Konfederat Semper Fidelis. Fideista - w najlepszym słowa znaczeniu, a więc bez 
zacietrzewienia. 


C - jak Cichociemny. Emisariusz, legendarny tytuł. Przywodzi na pamięć tradycje łączności 
między okupowanym Krajem a wolnym światem. 


D - Drohobyckie dziecię. Światło dzienne ujrzał na ziemi w talenty urodzajnej. Dość wspomnieć 
o Kazimierzu Wierzyńskim czy Brunonie Schulzu. Genius Loci zobowiązuje. 


E - Ewy mąż, wzorowej towarzyszki życia. 


F - Frankofil, ale umiarkowany. Czteroletni byt emigranta polskiego we Francji nie był łatwy. 


G - Główny obrońca chłopa, gospodarki indywidualnej, zagrożonej przez kolektywizację. 


H - Harcmistrz idealny, taki z harcerskiego hymnu: "Wszystko co nasze Polsce oddamy". Czuwaj 
druhu hufcowy, bo czasy nadal niespokojne. 


K - Kurier. Podobnie jak Lerski, jak Karski - należy do legendy Polski Podziemnej. Jak sam wspo- 
mina, na nartach, szczytami i dolinami Bieszczadów chodził z Budapesztu do Lwowa i z powrotem, 
jako kurier pod okupację sowiecką. Pod okupację niemiecką spływał z nieba z Anglii... i z powrotem. 
Udawało się to przez całą wojnę i aż do roku 1948, kiedy trzeba było uchodzić za granicę. 


L - Ludowiec. W tym samym stopniu pryncypialny co liberalny. Działacz PSL-u. Mąż zaufania 
premiera Mikołajczyka. Tadeusz, dziś udekorowany, przeszło połowę życia poświęcił sprawie wsi. 
Można go uważać za duchowego spadkobiercę Witosa. 


M - Muzycznie uzdolniony, krzewiciel pieśni, dyrygent chórów polskich, m.in. w Monachium. 


N - Niepodległościowiec, a więc romantyk, taki co domaga się Ojczyzny Wolnej, całej i Suwe- 
rennej. 


o - Orędownik tych, którzy "żywią i bronią", szczery demokrata, wyżej stawiający ideały soli- 
darnej wspólnoty nad złudne uroki wodzostwa. 


p - Pamiętnikarz. Prawdomówny, rzetelny, szlachetne pióro. 


R - Radiowiec z powołania. Pracował przez jakiś czas w radiostacji "Świt" w Anglii. Przez dłu- 
gie lata nasz kolega po piórze i mikrofonie, współtworzył Wolną Europę. 


T - Towarzysz broni w radiowej batalii o przyszłość Kraju, jeden z pierwszych komandosów 
w okopach zimnej wojny. 3 maja 1952 roku puszczaliśmy pospołu "Głos Wolnej Polski" na fale 
eteru. Tadeusz Chciuk i jego dwaj dobrzy znajomi, a więc: Marek Celt i Michał Lasota, stając się 
stałymi gośćmi w wielu tysiącach polskich domów, zasłużyli się sprawie wolności. 


265
>>>
w - Więzień Mirandy, obozu we frankistowskiej Hiszpanii. I... Wytrwałość (też "W"), wytrwały 
piechur, który "Drogą przez Wieś" przez wiele lat maszerował "do Kraju tego, gdzie kruszynę 
chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba". 


I szczęśliwie doczekał się spełnienia marzeń. 


I na koniec litera Ż. Tytuł najcelniejszy: Żołnierz Polski Walczącej! W tym duchu pozdrawiam Cię, 
Drogi Komandorze. Szczęść Boże! I ad multos annos!7 


Bogumiła Żongołłowicz (Melbourne) 


7 Kopia utworu przesłana przez T. Ch ciuka (z archiwum autorki).
>>>
ODSZEDŁ Z KLANU CHORYCH NA WOLNĄ POLSKĘ 


TADEUSZ ANDRZEJ GŁOWACKI (1917-2001) 


Po długiej chorobie odszedł śp. Tadeusz Andrzej Głowacki (ur. 30 IX 1917 w Krakowie, zm. 
20 VIII 2001 w Sztokholmie) nasz Przyjaciel i Kolega, działacz społeczny oraz mecenas kultury pol- 
skiej w Skandynawii. Po śmierci żony Zofii z Czajkowskich w 1995 r., byłej więźniarki Ravensbriick, 
zdrowie jego podupadalo coraz bardziej. Potomstwa nie pozostawił. 
W chwili wybuchu II wojny światowej był radiotelegrafistą w sztabie Dowództwa Floty kontr- 
admirała Józefa Unruga na Helu i stamtąd poszedł do niewoli. Po udanej ucieczce z obozujeniec- 
kiego w Niemczech w 1944 r. i z pomocą Tajnej Organizacji Polskiej "Felicja" przez Danię przed- 
ostał się do Szwecji. Zgłosił się ponownie do czynnej służby i został skierowany do ataszatu woj- 
skowego Poselstwa RP w Sztokholmie, gdzie przebywał aż do przejścia do cywila w 1946 r. 
Po wojnie podjął studia inżynieryjno-techniczne w zakresie konstrukcji maszyn. Specjalizował 
się w limnologii oraz produkcji papieru. Uzyskał szereg patentów w Niemczech, Francji, Wielkiej 
Brytanii oraz w Ameryce Północnej. W karierze zawodowej pełnił stanowisko naczelnego inżynie- 
ra oraz doradcy technicznego szwedzkich koncernów. W latach 1958-1985 był także właścicielem 
firmy inżynieryjno-technicznej. 
Fascynowało go badanie historii Polski. W ramach Instytutu Polsko-Skandynawskiego (IPS) spe- 
cjalizował się w zakresie mniejszości narodowych na ziemiach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. 
Pomagał materialnie w wydawaniu i redagowaniu biuletynu Koła Lwowian "Głos Lwowa" 
i "Wiadomości Polskich" w Sztokholmie oraz "Kroniki poświęconej sprawom polskim" w Kopenhadze. 
Emigracyjny horyzont Tadeusza Głowackiego obejmował wspólnotę emigracji niepodleglo- 
ściowej od Skandynawii i kontynentu europejskiego do Ameryki Północnej. Brał czynny udział na 
forum Federacji Swiatowej Stowarzyszenia Polskich Kombatantów i Stowarzyszenia Marynarki 
Wojennej, Rady Koordynacyjnej Polonii Wolnego Świata, Komitetu na Rzecz Wolnej Polski 
w Skandynawii oraz Rady Uchodźstwa Polskiego w Szwecji. 
Dzięki szerokim kontaktom w szwedzkich sferach politycznych i wojskowych (ppłk Obrony 
Terytorialnej), przychodził z pomocą naszej emigracji. W 1970 r. uratował majątek Rady Uchodźstwa 
Polskiego, co umożliwiło powstanie istniejącego do dzisiaj Ośrodka Polskich Organizacji Niepodległo- 
ściowych (OPON) w Sztokholmie; "Wiadomości Polskie" stały się wówczas ponownie miesięcznikiem 
i organem Rady. W 1973 r. założył wydawnictwo "Kronika", które w 1985 r. weszło w skład IPS 
z siedzibą w Kopenhadze i kierował nim do 1993 r. będąc równocześnie redaktorem jego publikacji. 
Był twórcą (pomysłodawcą, budowniczym i fundatorem) pierwszego pomnika Katyńskiego na 
Zachodzie, który w 1975 r. stanął w Sztokholmie oraz prezesem Komitetu Katyńskiego (1975- 
1985). Rozrzucenie z samolotu ulotek w języku szwedzkim "Na powitanie Gierka" przez Tadeusza 
Głowackiego w Sztokholmie w 1975 r. przeszło do legendy. 
Wspierał POSK w Londynie, był jego gorącym orędownikiem i jednym z pierwszych fundato- 
rów. Swoją cegiełkę fundacyjną dołożył do Fundacji Jana Pawła II w Rzymie, wspomagał Kościół 
w różnej formie (m.in. Jasną Górę, Bibliotekę KUL). 
Powstanie "Solidarności", a następnie wprowadzenie stanu wojennego w PRL wzmogło jego 
działalność na rzecz ruchów niepodległościowych w Kraju. Został przedstawicielem Ruchu Obrony 
Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) na Skandynawię, oraz wydatnie brał udział w akcji pomo- 
cy materialnej więźniom i internowanym oraz ich rodzinom w Polsce. Wspomagał Komitet Obrony 
Robotników (KOR), Komitet Katyński w Krakowie, a później Polski Uniwersytet w Wilnie i mate- 
rialnie akcję "Polacy w Kazachstanie". 
W 1985 r. uczcił pamięć swoich rodziców założeniem naukowej Fundacji Instytutu Polsko- 
-Skandynawskiego. Z ramienia Instytutu przez kilka lat troszczył się o polskie zbiory w Muzeum 
Pamięci Wojny NCzK w Narwiku, oraz zaprojektował i ufundował epitafium wymieniające imien- 
nie wszystkich poległych członków załogi ORP "Grom" we fiordzie Rombak. 


267
>>>
Tadeusza Głowackiego charakteryzowała ogromna dynamika, młodzieńczy sprzeciw oraz 
zamiłowanie do dobrej organizacji i nie uchylanie się od praktycznej działalności. Był prawdziwym 
działaczem oraz ofiarnym człowiekiem, realistą wierzącym w ideały. 
Był wszędzie tam, gdzie podejmowano działania na rzecz odzyskania przez Polskę niepodle- 
głości oraz upamiętniające zarówno wojenny, jak i pokojowy czyn żołnierza polskiego - czyn 
Drugiej Wielkiej Emigracji. 
Był sceptyczny wobec odznaczania osób spośród emigracji za ich działalność, którą uważał za 
służbę na rzecz niepodległej Polski. Cenił sobie jednak społeczne wyróżnienia: Wielki Krzyż 
Kombatancki Światowej Federacji SPK (Londyn), Honorową Nagrodę "Złotej Róży" Towarzystwa 
Miłośników Nauki i Sztuki (Kopenhaga) i Order Międzynarodowego Związku Kawalerów Białego 
Krzyża za udział w pomocy humanitarnej w okresie stanu wojennego w PRL. Instytut wyróżnił 
swego wielkiego Donatora Medalem Pro Meritis. 
Wraz z odejściem Tadeusza Głowackiego niepodległościowa społeczność polska w Skandy- 
nawii utraciła jednego z najbardziej konsekwentnych w swej postawie patriotycznej, działaniu 
i wielkiej ofiarności przedstawiciela elity niezłomnych na Zachodzie do czasu uwolnienia się naro- 
du polskiego od kurateli sowieckiej. 
Pożegnano go 14 IX mszą św. w katolickiej kaplicy na cmentarzu Norra w Solna k. Sztokholmu. 
W uroczystości wzięli udział: konsul i attache wojskowy RP w Sztokholmie, przedstawiciele Instytutu 
Polsko-Skandynawskiego w Kopenhadze oraz miejscowych organizacji kombatanckich i społecznych 
a także prz)jaciele, składając głęboką cześć Jego pamięci ufni, że miłosierny Pan przyjmie Go do siebie. 


Eugeniusz S. Kruszewski (Dania)
>>>
ZDZISŁAW JAGODZIŃSKI 


(1927-2001) 


Poniższy szkic to zaledwie krótka osobista winietka o osobie Zdzisława Jagodzińskiego, bibliote- 
karza, bibliografa, bibliofila, miłośnika literatury pięknej, a nade wszystko człowieka polskich Kresów 
Wschodnich. Szczególnie okolic Krzemieńca na Wołyniu skąd pochodził. To pochodzenie, dokładnie 
z Białokrynicy koło Krzemieńca, nadało barwy jego postawie jako człowieka i zakolorowało cale jego 
życie. Każda konwersacja z nim, literacka czy polityczna, czy nawet emigracyjna, zwykle obracała się 
w końcu wokoło losu Polaków z Kresów. Tych co tam zostali, tych, których tak jak jego, Sowieci 
wywieźli w głąb Rosji po 17 września 1939 roku, i tych którzy zostali na Zachodzie. Był szermierzem 
specjalnie tych ostatnich, którzy wyszli z Rosji z armią gen. Andersa, przeszli akcje wojenne 
2. Korpusu i znaleźli się w Anglii albo w innych krajach Zachodu. Nie zapominal też nigdy o tych, 
którzy nie doszli do armii polskiej w Rosji i zostali na "posiołkach" w Kazachstanie i innych odległych 
republikach tego kraju. Wszystkim pisarzom, dziennikarzom, redaktorom i historykom, i tym którzy nie 
dość, w jego mniemaniu, poświęcali uwagi Polakom kresowym i ich dziejom, nigdy nie darował, ostro 
polemizując gdzie tylko mógł. Miał dzięki temu wielu wiernych czytelników. 
Dr Jagodziński mial różne znamienite cechy charakteru. Jako bibliotekarz i bibliograf mial świetną 
pamięć. Lubił katalogi wydawnictw, które cytował z pamięci kiedy pytano go o nowe wydawnictwa 
krajowe. Znal też zawartość zbioru Biblioteki Polskiej, a co ważniejsze, doskonale wiedzial czego w niej 
nie ma i gdzie można daną książkę znaleźć. Jako recenzent literacki, miał wyczucie dobrego stylu choć 
cenił często dość zawikłane rozumowania polityczne, wytykając autorom błędy w nie dość pozytywnym 
traktowaniu ważnych zagadnień wschodniej, przygranicznej Polski. Jako doradca historyków poszukują- 
cych materiałów do prac naukowych umial wskazać pułapki archiwalne i przestrzegać przeciwko ła- 
twym wyrokom bez odpowiednich dowodów rzeczowych. Jako juror nagród (braliśmy obaj udział 
w naradach jury Nagrody Literackiej Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie i jury Nagrody Polskiej 
Fundacji Kulturalnej im. Prezydenta Edwarda Raczyńskiego), był sumienny w ocenach uznając kryteria 
merytoryczne na równi z tym co mu przypadło do gustu. Tu znowu jego zawsze bezkompromisowa 
postawa co do - jak mówił - nie dość pozytywnego nastawienia Polaków na uchodźstwie do "ziem 
wschodnich", miała swoje miejsce. Ponieważ nagroda PFK była przeznaczona na prace historyczno-po- 
lityczne, dzieła dotyczące tychże "ziem wschodnich" były często i licznie reprezentowane. Tu Jagodziń- 
ski dzialałjako rzeczoznawca. Jako pisarz, czy może raczej autor dokumentów historycznych, czy dzien- 
nikarz, pozostawił po sobie interesującą pracę Anglia wobec sprawy polskięj w okresie VWosny Ludów 
1848-1849, wydanej w Warszawie w 1997 r. Było to jakoby przypomnienie historyka stosunku Anglii 
do naszych spraw sto lat temu. Zdawało się, że mial na końcujęzyka pytanie: "co się zmieniło?...". 
Choć widywałem go dość rzadko, istniała pomiędzy nami nić prz)jaźni. Nie trzeba było jej nigdy 
przypominać, choć wiedzieliśmy obaj, że tłem jej była postać mego ojca, jednego z zalożycieli Związku 
Bibliotekarzy Polskich w wolnej Polsce po pierwszej wojnie i autora "biblii" tego zawodu "Życia Książ- 
ki". Nić ta nigdy się nie przerwala. Od czasu do czasu odbierałem dowody jego życzliwości w mojej 
pracy. Biblioteka była warsztatem jego życia. On sam był częścią życia polskiego w Londynie ijego 
aktywnym uczestnikiem. Spotykając go w różnych londyńskich instytucjach mówiliśmy niezmiennie 
o przyszłości tych instytucji, a specjalnie przyszłości Biblioteki Polskiej. Jej szef nie był optymistą co do 
tej przyszłości. Był, jak sam o sobie mówił, realistą. Głos miał zwykle przyciszony i smutny. Myślę, że 
chciał wierzyć, że przyszłe pokolenia Polaków na obczyźnie będą mialy dość zapału by te instytucje 
utrzymać. Dlatego bronił zawsze swojej nieustępliwej pozycji w sprawie nie wysyłania do kraju mate- 
riałów archiwalnych publicznych ani prywatnych. Ale czy rzeczywiście wierzył? Nie było by może od 
rzeczy, znając jego nastawienie do powojennej historii Polski, uznać, że jego kategoryczna postawa co 
do archiwów była zgodna zjego głębokim przeświadczeniem, że Polska wyszła z ostatniej wojny nie- 
sprawiedliwie okrojona. Że nie było już w niej jego "ziem wschodnich". 
Krzysztof Muszkowski (Wielka Brytania) 


269
>>>
MECHANIZM PRZYJAźNI 


JAN KOTT (1914-2001) 


- Janku! - wołam nie pytając kto mówi, gdy podnoszę słuchawkę i słyszę "Dzień dobry!". 
Głosjest rozpoznawalny skądkolwiek dochodzi, może to być Polska, Japonia, czy dzisiaj Kalifornia. 
Tak samo bez żadnych wątpliwości Jan Nowak-Jeziorański poznawał ten głos w Monachium 
za czasów Wolnej Europy, gdy usłyszał w telefonie: "Zdzisiek?" Nie był to szyfr, wtedy zrozu- 
miały, tylko przyzwyczajenie szkolne, gdy Zdzisław Jeziorański i Jan Kott siedzieli koło siebie 
w gimnazjum Mickiewicza w Warszawie. 
By nie narazić przyjaciela z PRL, Nowak tajemniczo umawiał się z nim na spotkanie w jakimś 
bezpiecznym miejscu, z czego Kott, bezczelny w swojej odwadze, która mu dobrze służyła za 
niemieckiej okupacji, trochę się podśmiewał. Choć należeli w tamtych złych czasach do wrogich 
sobie światów, ich zaufanie było wzajemne. Z początkiem okupacji, w mieszkaniu gdzie Kott 
ukrywał się z żoną, któregoś dnia zjawił się "Zdzisiek", by zapytać czy i jak mógłby im pomóc. 
Poznałam Kotta z początkiem lat 70., gdy redagowałam "Wiadomości". PrzY-jechał do Londynu 
ze Stanów, gdzie był profesorem na nowojorskim uniwersytecie i miał przY-jść wieczorem do redakcji. 
Czekałam na to spotkanie z wielką tremą. Choć minęło już wtedy jakieś 10 lat od ukazania się 
w Anglii jego rewolucY-jnych szkiców o Szekspirze (Shakespeare - our contemporar;), Kott był nadal 
"współczesny" w Anglii. Wciąż trafiałam gdzieś najego nazwisko. Na przedstawieniu Burzy, na które 
poszliśmy ze znajomymi Anglikami, w programie przytoczono zdanie o tej sztuce Coleridge'a, Shawa 
i Kotta, czym natychmiast pochwaliłam się naszym towarzyszom. W encyklopedii Pearsa, która co 
roku wypuszcza nowe wydanie i bez której nie pracuje żaden angielski dziennikarz, czytam, że znako- 
mity reżyser Peter Brook w swej interpretacji Szekspira "wiele zawdzięcza Janowi Kottowi, polskiemu 
krytykowi i profesorowi literatury, który..." itd. Jakaś statystyka informuje, że żadna z tysięcy książek, 
napisanych o Szekspirze w całym świecie, nie rozeszła się w takiej ilości egzemplarzy, jak przełożony 
na 30 języków Szekspir Kotta. A oto Kott na zdjęciu w gazecie z modną młodą aktorką, Helen Mirren, 
której przepowiada się wielką przyszłość; gdzie indziej ktoś dowodzi, że Graham Greene myślał o nim 
w swym "Honorowym Konsulu", pisząc, że "Szekspir unikał mówienia o współczesnej polityce... 
Historia była dla niego środkiem do tego, co nazywam abstrakcją polityczną". 
(Jeszcze dzisiaj, teraz gdy to piszę, czołowy dramaturg angielski, Tom Stoppard - Czech 
z pochodzenia - poskarżył się w wywiadzie radiowym, że jego sławna później pierwsza sztuka 
Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją nie mogła liczyć po premierze na należyte powodzenie, gdyż 
sensacją był wtedy w Londynie Król Learw interpretacji Kotta.) 
Więc gdy wielki profesor Kott zapowiedział, że przyjdzie do redakcji, nie wiedziałam jak 
sobie z tą wielkością poradzę, zwłaszcza, że byłam nastroszona politycznie. 
Stanął na progu, i było tak jakbyśmy się znali od dawna. Bez oficjalnych ceregieli towarzy- 
skich, pocałował mnie na przywitanie i od razu zaczął mi mówić po imieniu. Byłam zachwycona. 
"Mechanizm historii", jaki pokazał w swoim Szekspirze, Janek w stosunkach z ludźmi umiał 
przerobić na własny "mechanizm przyjaźni", działający ponad wszelkimi granicami i różnicami. 
W "reakcyjnych" "Wiadomościach", ja, z miejscem w peerelowskiej czarnej księdze cenzury, 
prowokacyjnie ubrana na czerwono na to pierwsze spotkanie, śmiałam się razem z nim, gdy mi 
opowiedział jak kiedyś po reportażu z kopalni węgla w Polsce, napisanym w odpowiednio partyj- 
nym duchu, przyjechał do Anglii, gdzie zamiast wrażeń teatralnych czekał na niego program wiel- 
kiej tury po kopalniach, przygotowany przez zapraszających go Anglików. 
Miewałam do niego różne pretensje. Wychowana w kulcie Prusa przez wielkiego jego znawcę, 
prof. Zygmunta Szweykowskiego, który mnie uczył w gimnazjum, wypominałam Jankowi co 
wypisywał marksistowsko o Lalce. I co mówił o tym. I jeszcze o czymś innym. Ale jednocześnie 
pamiętałam jak przemawiał do tysiącznego tłumu studentów w Politechnice Warszawskiej po 
Październiku 1956. I że wystąpił z partii komunistycznej, z którą był związany nie oportunistycznie 


270
>>>
od wojny, jak tylu innych, ale od wczesnej młodości. Nieraz mi się później wydawało, że on sam, 
wyrafinowany intelektualista, sceptyk, dziwił się jak mógł być tak zauroczony fałszywą wiarą. 
W latach 70. dużo pisał do "Wiadomości" i później te eseje o greckiej tragedii, o "esencji 
teatru", poczynając od japońskiego do Ionesco i Kantora, ukazywały się zebrane w angielskich 
książkach i różnojęzycznych przekładach. Ale on zawsze pamiętał i przypominał, że "Wiadomo- 
ści" były jedynym pismem, gdzie mógł był wtedy drukować po polsku. 
Lubiłam dobierać do jego tekstów ilustracje, które doskonale wychodziły na błyszczącym 
papierze pisma. Buszowałam po muzeach i antykwariatach w ich poszukiwaniu, wyciągałam je ze 
zbiorów mego męża, czasem pomagał mi w potrzebie Topolski, który nieodmiennie odpowiadał, 
gdy dzwoniłam: "Przyjdź do pracowni i wybierz sobie co zechcesz". I tak esej Kotta o Rewizorze 
był ilustrowany rysunkami Feliksa do dekoracji tej sztuki w londyńskim teatrze. 
Każda przesyłka z Kamiennego Potoku (na jaki przemienił swój Stony Brook) wywoływała 
w redakcji radość i lekką panikę. Esej, wiadomo, będzie piękny, ale jak do niego dotrzeć, jak przebić 
się przez maszynopis, najgorszy w świecie? Bez marginesów, bez odstępów, pisany na kulawej ma- 
szynie i z poprawkami nieczytelnym pismem, wciśniętymi w każdy wolny skrawek papieru. 
Te maszynopisy, po których poznałabym autora, nie przeczytawszy jeszcze słowa, świadczyły 
o jego absolutnej pogardzie dla przyziemnych szczegółów, które niepotrzebnie odrywają tylko myśl 
od jej biegu. Ważne jest to co ma do powiedzenia i nie będzie sobie zawracać głowy drobiazgami. 
Żona, mądra Pani Lidia uśmiecha się: "Janek jest encyklopedią niedokładnych wiadomości". Trochę 
w tym prawdy, ale z poprawką: on wie, ale nie będzie sprawdzał. Szkoda czasu, gdy można myśleć 
i pisać dalej. Od poprawiania są inni. Więc sprawdzałam daty, tytuły, odnośniki, czasem coś więcej. 
Był zdumiewająco "łatwym" autorem, wzorem dla innych, mniej ważnych, upierających się 
przy swoim, nawet przy swoich błędach*. Gdy znalazłam u niego cytat z Moliera po angielsku, 
srogo zwróciłam mu uwagę, że może być tylko albo po polsku, albo po francusku. Odpisał mi 
rozbrajająco: "Myślałem, że sama to znajdziesz po polsku". W Londynie! Moliera po polsku! I to 
bez podania tytułu sztuki! 
Tylko raz poważnie mi się naraził. Wpadłszy do Londynu w drodze do Stanów, opowiedział 
mi, że w Paryżu był zaproszony do znakomitej restauracji. Zagrały moje pasje kulinarne. "Do 
której?". Nie pamiętał. Trudno. I tak nie pójdę. Ale najważniejsze: "Co było do jedzenia?" "No, 
jakaś ryba, mięso i chyba coś słodkiego..." Do dzisiaj mu tego nie przebaczyłam. 
Ze spokojem znosił moje adiustatorskie narzekania i nawet uparcie powtarzane apele "Pisz po 
ludzku". Było to głównie w fazie jego fascynacji modą na strukturalizm, semiologię, semiotykę, te 
wszystkie umysłowe akrobacje amerykańskich przemądrzalców, w których Kott, zawsze czuły na 
nowinki, z pasją uczestniczył. Oczywiście nie próbowałam dyskusji, bezradna w tej lingwistycznej 
stratosferze. Tylko raz, w zapale rozmowy w jakimś londyńskim pubie, gdy powiedział, że bez tych 
nauk nie można zrozumieć Dziadów, pamiętając jego zachwyty nad Dziadami od młodości, o czym 
mi sam opowiadał, zapytałam jak mógł tak je uwielbiać, gdy się jeszcze nie śniło o tych teoriach. 
Wielki Profesor nie znalazł odpowiedzi, co mu się nieczęsto zdarzało. 
W swym życiu, tak bogatym, że zrobiło niemal thrillerzjego autobiografii, Janek nagromadził 
więcej przyjaciół, niż udało się to zrobić wielu mniej kontrowersyjnym ludziom. Nie pogubił ich po 
drodze przez wszystkie lata wędrówek po świecie i odmian losu. Jest im wierny czy żyją, czy już 
tylko pamięć po nich została. Pisze do nich, interesuje się ich życiem, pisze o nich, pamięta. 
Pamiętają go też nie tylko oni, ale i tacy, którzy tylko przewinęli się przez jego życie. Do 
Londynu przyjeżdżają czasem dawne studentki, starsze panie z Warszawy, z Wrocławia, gdzie był 
profesorem i na dźwięk jego nazwiska, rozmarzają się: "Ach, profesor Kott..." . Dyskretnie nie 
zadaję pytań. Dziś nie rusza się z Kalifornii, uwięziony tam wyrokiem lekarzy, którzy nie pozwa- 
lają mu na podróże po rekordowej ilości zawałów. A tak chciałby choć raz jeszcze pojechać do 
Polski. Tylko tam jest u siebie. 
Czasem dostaję list, czasem odzywa się telefon. Podnoszę słuchawkę, słyszę "dzień dobry" 
i wołam z radością - "Janku!" 


Stefania Kossowska (Wielka Brytania) 


* Raz poprawiłam komuś cytat ze Słowackiego, sprawdziwszy w oryginale, na co autor tekstu 
gwałtownie zaprotestował, że on pamiętajak powinno być, i wycofał artykuł - obrażony. 


271
>>>
ARTYSTA GRAFIK - FILOZOF 


PIOTR ŁABUŻEK (1924-1998) 


Retrospektywna wystawa prac Piotra Łabużka, pseudonim artystyczny Baro, w Bibliotece Narodo- 
wej w Kopenhadze (27 VIII-6 X 2001) była w pewnym sensie oficjalnym pożegnaniem Artysty przez 
ludzi sztuki i prasy w Danii. Otwarcia wystawy dokonał dyrektor i przedstawiciel duńskiego ministra 
kultury, prezes Muzeum Grafiki Prasowej wygłosił specjalistyczny referat, a niżej podpisany scharakte- 
ryzował artystę na tle dziejów powojennej Polski i emigraci. Baro odszedł tak nagle, że trudno było się 
z tą myślą oswoić, iż już go nie ma wśród nas. Przez 40 lat był jednym z tych, którzy wzbogacali swą 
oryginalną twórczością duńską i europejską kulturę, zwłaszcza w zakresie rysunku prasowego. 
Z urodzenia białostoczanin studiował w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknychw latach 1944- 
1947. Na studia przyjął go bez egzaminu rektor Eugeniusz Eibisch, a profesorami byli reprezentanci 
postimpresjonistycznego koloryzmu Hanna Cybis Rudzka i Zbigniew Pronaszko oraz należący do 
grupy Awangardy i Formy, Zygmunt Radnicki. Piotr Łabużek jeszcze jako młody adept malarstwa 
i grafiki, z powodzeniem próbował swych sił w słownym przekazywaniu myśli. Krytyk literacki, 
prozaik i tłumacz Artur Sandauer pochlebnie wyraził się o jego pisanej twórczości - zwięzły język 
podobny do uznanych pisarzy amerykańskich 2 . Zwyciężył jednak przekaz graficzny z podtekstem 
filozoficznym, który na początku prezentował i zabawiał czytelników "Przekroju" Mariana Eilego. 
Żakowskie lata w Krakowie także pod względem osobistym okazały się szczęśliwe - spotkał 
wybrankę i towarzyszkę życia Barbarę Konweczyńską, koleżankę, studentkę Akademii. Próby 
ustabilizowania swego życia w Krakowie, Łodzi i w Warszawie nie udawały się. Specjaliści za- 
chwycali się niejednokrotnie oryginalnością twórczości artystycznej - grafiką prasową i użytko- 
wą, plakatem i ilustracjami książkowymi, ale przełożeni z namaszczeniem monopartii (pomińmy 
znane nazwiska) chcieli, by był jednym z nich. Brak legitymacji partyjnej coraz bardziej utrudniał 
im obojgu życie. Poczucie bycia wolnym człowiekiem miało dla nich bezcenną wartość. Wspo- 
mnijmy (nie tylko na marginesie), że do rzadkości należało, by pismo o wysokim nakładzie było 
kierowane przez bezpartyjnych redaktorów naczelnych (poza prasą katolicką), a wyjątkiem był, do 
czasu, naczelny redaktor "Problemów" Józef Hurwic i wspomniany wyżej Eile 3 . 
Baro rysował w "Szpilkach", dla "Świata Młodych" i "Sztandaru Młodych" oraz "Żołnierza 
Polskiego". Był ilustratorem książek dla oficyny "Książka i Wiedza", Wydawnictwa Artystyczno- 
-Graficznego (WAG) i "Nasza Księgarnia". Mimo talentu, twórczość pisarska pozostała z różnych 
względów na marginesie. Publikował na łamach" Odrodzenia", ilustrowanego tygodnika "Świat", 
młodzieżowego "Dookoła świata" i angielskojęzycznego "Poland". 
Artysta nie mógł narzekać na brak zainteresowania swoimi pracami, a co za tym idzie - na warun- 
ki ekonomiczne. Byłjednak stale pod presją i naciskami politycznymi dyspozycY-jnych wobec monopar- 
tii przełożonych. Przypomnijmy, że w latach 1948-1956 szybko zmieniające się warunki społeczno-po- 
lityczne oraz cenzura stwarzały coraz trudniejsze życie, zwłaszcza dla ludzi myślących i mających ambi- 
cje samodzielnego pójścia przez życie i robienia kariery tylko własnym talentem i wysiłkiem. 
Wobec nieudanej próby okazania się w PRL-u obywatelem godnym zaufania, ofiarowującym 
swój talent narodowej i europejskiej kulturze bez błogosławieństwa PZPR - małżeństwo Łabuż- 
ków w 1957 r. "wybrało wolność". Duma naszej przedwojennej floty pasażerskiej, transatlantyk 
"Batory" w drodze do Nowego Jorku (zanim Stany Zjednoczone wprowadziły zakaz przypływania 
statku) przeniósł naszych bohaterów z południowych na północne wybrzeża Bałtyku. Będąc fak- 
tycznie w drodze do Ameryki, małżeństwo zdecydowało się jednak opuścić statek w Kopenhadze, 


l Na podstawie dokumentacji przechowywanej w archiwum Instytutu Polsko-Skandynawskiego 
w Kopenhadze. 
2 P. Baro, Oleodruk, Odrodzenie (Warszawa) 1949 nr 9 s. 5 (ilustrowaUan Lenica). 
3]. Hurwic, Wspomnienia i refleksje: szkic autobiograficzny. Toruń 1996 s. 67. 


272
>>>
1;a- 

; 
ł
Kff .h.:- 
- 
I 


tJ.Q (g 

c 


,\ 


0'. 


. Il\\ 


::::-A- 
-= 


' \ 
-$::,. 
_:-
,
 
-"'.
 \. 
:. -
 . 
- ......"Iro.. 


-..:. ,
 lo. 
::: - -
 



 



- 


""" 
.
 
"" 


- .- .1 
\. 
 
-. 
 
-, 1 
- . - . 
-
. . 

 
--

 
-
. 
:.
 
./ 
':.'" 


- ==:: . 


____o 

-- 
=
 
:=:::- ../ 
, 
 / 
- 

3 ::;
 


 . ::
 
=:::-.'. .. -:# 
-
 
%! -
. 



 



-=- . . -' 

 -- 
- 
 \ 
.:.. - 
--- 


 JAN 


l! 




. 


Piotr Łabużek (Baro), b.n., pióro tusz. (Zbiory Archiwum Emigracji)
>>>
,
 


DA 1'0 



 
f 



 


Piotr Łabużek (Baro), b.n., pióro tusz. (Zbiory Archiwum Emigracji)
>>>
która stała się odtąd ich przystanią na dobre i na złe. Chęć życia w niezależności i wolności była 
silniejsza od "przywilejów" narzuconej dyktatury. 
Jeszcze w tym samym roku Stefan Bratkowski i Ryszard Wiśniowski relacjonowali to wyda- 
rzenie w artykule ,,70 z Batorego" dziwiąc się, że zrobili tak nierozważny krok 4 . Jak wiadomo, od 
tego czasu nie tylko Bratkowski, ale i inni zmienili zdanie... 
Amerykańskie marzenia Baro zostały wkrótce zrealizowane, ale już z Kopenhagi. Po kilku 
miesiącach pobytu w Danii Łabużkowie wyruszyli na podbój Ameryki. Mając zapewnioną możli- 
wość powrotu do Danii, także do pracy w redakcji, mogli jako wolni obywatele podjąć dowolną 
decyzję. Po kilku tygodniach powrócili, a duńskie otoczenie ze zdziwieniem usłyszało, iż ich "ma- 
rzenia i rzeczywistość jaką zastali w Stanach Zjednoczonych zbytnio odbiegały od siebie, by mogli 
pozostać tam na stałe". Zresztą Baro już na początku emigranckiej drogi wyłożył swoją filozofię 
życiową na łamach skandynawskich pism 5 . 
Nawet w tak trudnym położeniu w jakim się znalazł, zachował zimną krew i optymizm. Jed- 
nemu z pierwszych rysunków w kopenhaskim dzienniku "Politiken" nadał tytuł "Niezwykłe cza- 
sy". Karykatura przedstawia pasażera z "Batorego" wychodzącego z nadbrzeża portowego do 
miasta z trzema kapeluszami na głowie, dwiema walizkami w ręku, klatką z kanarkiem itd. Stojący 
na wachcie marynarz (czytaj - agent SB) pyta: - Czy tak dużo trzeba zabierać na zwiedzanie 
miasta? Na to pasażer: - Nigdy nie ma się pewności jaka będzie pogoda!6 
Mimo wielu przeszkód, jakie napotyka każdy emigrant, Baro miał jednak niezaprzeczalny atut 
- młodość oraz niezachwianą wiarę i wolę urządzenia sobie życia na własnych, a nie narzuconych 
warunkach. Mimo trudności, zwłaszcza dla artystów w wolnym świecie, Baro potrafił zaintereso- 
wać swoją twórczością. Jego talent został bardzo szybko dostrzeżony w nowym środowisku i już 
wkrótce otrzymał pracę w swoim zawodzie. Nigdy też nie korzystał z zasiłku dla bezrobotnych czy 
pomocy socjalnej. Przez czterdzieści lat był w stołecznych dziennikach stałym prasowym rysowni- 
kiem-komentatorem: "Information" (1957-1964), "Berlingske Tidende" (1966-1972), "Politiken" 
(1979-1994), "Det frie Aktuelt" (1995). Tematyka obejmowała od zagadnień etycznych i moral- 
nych (manipulacja genami) poprzez prawa człowieka i skutki ruchów rewolucyjnych (sowiecka 
okupacja państw bałtyckich, Powstanie Węgierskie, rozruchy studenckie 1968 r.) do bieżących 
zagadnień społeczno-politycznych (usprawiedliwianie zbrodni niemieckich czy sowieckich, inte- 
gracja Europy). Tak aktualne problemy, jak ochrona środowiska, integracja przedstawicieli różnych 
kultur, brak obiektywizmu w mediach i inne, które są w dalszym ciągu dyskutowane, miały z re- 
guły filozoficzną puentę. Artysta miał wyjątkową ostrość spojrzenia na otaczający go świat i głę- 
bokie poczucie sprawiedliwości. Prace Baro są oryginalne w swoim przekazie artystycznym, nie- 
łatwe w odbiorze i pobudzające do refleksji. Dodajmy, że nie wykonywał on rysunków do artyku- 
łów, ale według własnej wizji. Duńczycy określali je jako "filozofujące". Okazjonalnie ukazywały 
się jego rysunki w duńskich i zagranicznych pismach satyrycznych, jak francuski "Crises" i "Le 
Rire". Poza tym, tak w kraju jak i w Danii, projektował szereg plakatów, w tym filmowych 7 . 
Baro ma także swój udział w projektowaniu okładek oraz ilustrowaniu książek duńskich pisarzy 
(Tove Ditlevsen, Bjarne Gaardsvoll, Robert Siveberg, Ingeborg Suhr i inni). Wraz z żoną ilustrował 
podręczniki szkolne (Gjellerup, Munksgaard), w tym trudne dla artysty podręczniki do matematyki. 
Ich popularność wskazywała jednak, że zdołał pokonać przeszkodę i przeniknąć psychikę młodzieży. 
Dość oryginalne zamówienie, dotyczące zilustrowania rozprawy doktorskiej z zakresu psychiatrii 
(Jórgen Jung, "Psychologist and Patient), otrzymał w 1996 r. z Uniwersytetu w Bambergu (Niemcy). 
W pewnym okresie Baro zajmował się także grafiką użytkową - dekorowaniem ceramiki 
i projektowaniem opakowań towarów. Wielkim osiągnięciem było uzyskanie zlecenia na dekorację 
artystyczną wagonów najnowocześniejszego pociągu kolejowego, będącego jednocześnie duńskim 
produktem eksportowym. Wówczas "Politiken" napisała, że redakcyjny kolega "będzie miał swój 


4 S. Bratkowski, R. Wiśniowski, 70 z "Batorego ", Nowa Kultura 1957 nr 48 s. 2,5. 
5 P. Baro, Vi ensker braendende at saaette bern i verden, Dansk familieblad (Kobenhavn) 1957 
nr 42 s. 20-21; P. Baro, Min flugt fra Batory, Dansk familieblad (Kobenhavn) 1957 nr 46 s. 2-3, 7, 
13, portret; P. Baro, En Polakks vei til friheten, Vi menn (Oslo) 1957 nr 15 s. 15,29,31-32, portret. 
6 Politiken (Kobenhavn) wrzesień 1957. 
7 W dziedzinie plakatu będąc w kraju współpracował z Antonim Uniechowskim (np. plakat do 
filmu "Dumna królewna"). 


273
>>>
własny pociąg"8. Na milenium chrześcijaństwa w Polsce (1966) zaprojektował plakietkę (znaczek) 
cieszący się wielką popularnością wśród emigracji i Polonii, a dzisiaj stanowiący cenny polonik. 
Motywem są naj starsze stolice biskupie - duńską przedstawia katedra w Roskilde, a polską kate- 
dra w Gnieźnie - oraz polski herb narodowy. Ta różnorodność dziedzin i przedsięwzięć artystycz- 
nych świadczy nie tylko o talencie, lecz także o szerokich zainteresowaniach. 
Baro był artystą o unikalnym stylu - pełnym symboliki, figur geometrycznych, prostych kre- 
sek, a zarazem nadzwyczaj kompleksowych i surrealistycznych rysunków. Jego figury fascynują, 
ale nie stają się powszechną własnością. Przekazywany dowcip często wymaga od czytelnika czy 
widza pogłębienia tematów, które są w większości ponadczasowe. 
Jednocześnie z pracą artystyczną Baro przekazywał swoje doświadczenia młodym adeptom 
sztuki jako wykładowca w zakresie "znaku i formy" w Wyższej Szkole Graficznej w Kopenhadze 
(1969-1979), gdzie zyskał uznanie za umiejętności pedagogiczne. Był kandydatem na profesora 
kopenhaskiej Akademii, ale los nie pozwolił mu na zajęcie tego stanowiska. 
Jest autorem czterech książek specjalistycznych w języku duńskim na temat perspektywy, 
trójwymiarowości obrazu, rysunku prasowego i karykaturl. W jednej z nich mówi: "dawniej 
upatrywałem w rysunku satyrycznym broń przeciwko złu, a nie komentarz do popełnianych błę- 
dów. Dzisiaj ta funkcja się zmieniła i jest faktem, że rysunek nie ma sądzić i karać, ale stawiać 
diagnozę i leczyć". Jak możemy się domyślać od czasu wyjazdu z Polski artysta nie tylko rozwinął 
swój talent i warsztat, ale widać także znaczące zmiany w poglądach na otaczający go świat. 
Artysta miał wystawy w szeroko znanym w Europie Muzeum Fundacji Carlsberga (1982), na 10- 
-lecie Muzeum Karykatury w Warszawie (1988). Kilkakrotnie brał udział w biennale w bułgarskim 
Gabrowie (House of Humour and Satire) w latach 1988-1999, gdzie ostatni raz jego rysunki wystawio- 
no już pośmiertnie wśród prac 56 artystów z 15 krajów. Na jubileuszową wystawę w Warszawie pt. 
"Świat się śmieje" został zaproszony przez Eryka Lipińskiego przesyłając wówczas swoje trzy prace. 
Na zapytanie dziennikarza Lipiński podał wówczas "przepis" na zrobienie dobrej wystawy: "Do 
udzialu w niej zaprasza się najlepszych artystów i mistrzów karykatury z calego świata. Dokłada się do 
tego czołówkę karykaturzystów polskich. Rezultat - nadesłano prace 200 rysowników z 33 krajów" 10. 
Oficyna "Politiken" uhonorowała Baro w dziele Historia Poliliken 1884-1984. W ten sposób 
został włączony jako jedyny Polak w poczet duńskich rysowników i karykaturzystów prasowych, 
który rozpoczyna się Peterem Ch. Klaestrupem (1820-1882), autorem słynnej karykatury filozofa 
Sorena Kierkegaarda ll . Natomiast polski fotografik (były student anglistyki UW) osiadły w Danii 
uwiecznił Baro portretem w albumie, w którym wśród 41 "imigrantów" jest także książę małżonek 
królowej Danii - jak wiadomo z pochodzenia Francuz l2 . 
Baro stworzył sobie w Danii świat daleki od wychodźczego getta i był jak swego czasu Kon- 
stanty Brandel w Paryżu. Nie wiem czy rektor krakowskiej Akademii Sztuk w 1944 r. podobnie jak 
wcześniej Julian Fałat wołał do młodzieży "przysięgajcie wierność sztuce, kochajcie naturę", ale Baro 
wraz z żoną byli wierni temu przesłaniu. Mieszkając w pełnym uroku zakątku największej wyspy 
duńskiej Zelanii tworzyli wspólnie jedyne w swoim rodzaju rysunki i ilustracje. Baro miał znaczący 
wkład w kulturę tego kraju oraz zyskał uznanie w Europie, ale co ważniejsze - utrzymał w warun- 
kach bardzo silnej konkurencji swoją artystyczną i osobistą niezależność. 
Od czasu wyjazdu PRL-u nie odwiedzał, natomiast po 1990 r. do Polski nie powrócił. Spoczął 
w ziemi duńskiej na cmentarzu w Hoersholm. Nagrobek został wykonany na podstawie przygoto- 
wanego przez niego szkicu. Jego twórczość powstałą na emigracji złożono w duńskim Muzeum 
Grafiki Prasowej Biblioteki Narodowej w Kopenhadze oraz w Archiwum Emigracji w Toruniu. 


Eugeniusz S. Kruszewski (Dania) 


8 Politiken (Kobenhavn) 8.01.1991 s. 2-3. 
9 Baro tebner. Strange cartoons, Kobenhavn 1959; Perspekt]v og tredimensional b1lleddannel- 
se, Kobenhavn 1979; Bladtegning i funktion, Kobenhavn 1986; Bladtegning lige i ejet, 1995. 
10 E. Zieleniewicz, Karykatura jest jak muzyka, Kurier (Warszawa) 1988. (Ilustrowane przez 
Grze
orza Szumowskiego karykaturą E. Lipińskiego i rysunkiem Baro.) 
l B. Bramsen, Politikens historie set indefra 1884-1984, t. 2: 1934-1934. Kobenhavn 1984 
s. 490 (portret). 
12 P. Topperzer, ] Danmark er jeg. Kobenhavn 1993. 


274
>>>
KOMUNISTA DO CZASU 


BRONISŁAW MOSZKOWICZ (1907-2001) 


W Londynie w wieku 94 lat zmarł Bronisław Moszkowicz, autor wspomnieniowej książki Na 
spotkanie rzeczywistoścl, która w 1996 r. ukazała się w Wydawnictwie Polonica w Sztokholmie. 
Książka była przyczyną licznych swego rodzaju qui pro quo, gdyż bardzo często przypisywano jej 
autorstwo Michałowi Moszkowiczowi, synowi Bronisława, który w polskich środowiskach 
w Szwecji jest postacią bardzo znaną. Jeden z recenzentów, Tadeusz]. Żółciński, napisał nawet: 
"Gdybym nie znał jej autora, uwierzyłbym, że jest to autentyczny zapis wspomnieniowy człowieka, 
który urodzony z początkiem naszego stulecia, przeżył i doświadczył lata pierwszej wojny świato- 
wej, dwudziestolecia międzywojennego i drugiej wojny światowej". Żółciński nie skojarzył, że 
chodzi w tym przypadku o zupełnie inną osobę, a samą książkę uznał za pamiętnikarski pastisz, 
który przeobraża się "w jeszcze jedną autentyczną opowieść o losach ludzi, którzy przeszedłszy 
gehennę wojenną na terenie Związku Radzieckiego, przestali wierzyć w wielkość komunizmu"*. 
Wszystko to prawda. Poza tym, że autorem książki nie był Michał Moszkowicz, ale jego oj- 
ciec, Bronisław. A są to wspomnienia jak najbardziej autentyczne. Na spotkanie rzeczywistoścl to 
prawdziwy, ale i stereotypowy, zapis biografii licznych szeregowych komunistów okresu między- 
wojennego, wywodzących się z kręgów biedoty żydowskiej. 
Gdy po raz pierwszy w Warszawie zaczyna wychodzić w soboty gazeta żydowska, co 
było pomyślane jako bunt, wśród kolporterów ulicznych jestem oczywiście również ja - 
pisze Moszkowicz. - Wywołuje to wielkie poruszenie. Zostaję pozbawiony pracy. Rów- 
nież Ojciec bojkotowany jest przez środowisko i zarzuca mu się złe wychowanie dzieci. 
Wcale nie jest wykluczone, że miało to jakiś związek z późniejszym wyrzuceniem nas na 
bruk przez chasydzkiego gospodarza domu. 
Biografia Bronisława Moszkowicza jest typowa dla jego pokolenia. Urodził się 6 maja 1907 
roku w biednej rodzinie żydowskiej w Warszawie. Bardzo wcześnie zaangażował się w ruch ko- 
munistyczny i był członkiem Komunistycznej Partii Polski. Spędził dwa lata w więzieniu na Pa- 
wiaku oskarżony o nielegalną działalność. Po klęsce wrześniowej wraz z żoną i dzieckiem ucieka 
z Warszawy i przedostaje się do Białegostoku, a więc na tereny zajęte przez armię sowiecką. Na 
ochotnika zapisał się na roboty budowlane do Orska na południowym Uralu. "Wszyscy, dobrowol- 
nie, bez żadnych nacisków, zgłosili się na ten wyjazd - czytamy w książce. - Byliśmy pełni 
nadziei na lepszą przyszłość". Trafia do Magnitogorska na Uralu. Tam też urodził się później, 
w 1941 r., jego syn Michał. Wywózkę, skazanie na prymitywne życie, pracę ponad siły, niemoż- 
ność decydowania o sobie, przyjmuje za dobrą monetę. 
Lata spędzone w Sowietach to jednak dla Moszkowicza podróż na spotkanie komunistycznej 
rzeczywistości. I chociaż wyleczył się z komunizmu to jednak nigdy, po powrocie do Polski 
w 1945 roku, nie przestał być członkiem partii. Na PRL-owską teraźniejszość patrzył jednak zupeł- 
nie nowymi oczami. Najpierw mieszkał w Wałbrzychu, później we Wrocławiu. Angażuje się 
w ruch spółdzielczy. Na Ziemiach Zachodnich organizował Żydowskie Rzemieślnicze Spółdzielnie 
Pracy. Później mieszkał w Warszawie. Był prezesem - nomen omen - "Solidarności", żydow- 
skiej Wielobranżowej Spółdzielni Pracy, która istniała jeszcze w latach 70. Jeszcze przed wydarze- 
niami Marca 1968 roku przeszedł na emeryturę. Na stałe opuścił Polskę w 1984 r. Emigruje do 
Szwecji. W 1996 r., po śmierci żony, przenosi się do Londynu, gdzie mieszkająjego córki. 
Ten sowiecki fragment życia, opisany w książce Na spotkanie rzeczywistoścl, wywołał pewne 
poruszenie. Krytycy pisali, że Moszkowicz chciał swoją książką pokazać, że los większości spo- 
łeczności żydowskiej, która nie chciała zrezygnować ze swojego przywiązania do Polski, był taki 


* T. Żółciński, Kiedy byłem komunistą, Słowo Żydowskie, 1996 nr 10-11 s. 29. 


275
>>>
sam jak i Polaków, którzy w czasie wojny znaleźli się na terenach zajętych przez Związek Sowiec- 
ki. Z drugiej strony wypomniano autorowi, że w złym świetle przedstawia spotkanych przez siebie 
przed wojną żołnierzy w błękitnych mundurach z formacji generała Hellera. Większość uznała 
jednak książkę za rzadki dokument tamtych czasów. 
Autor zachęcony dobrym przyjęciem książki, przygotował do druku kolejną, tym razem o cza- 
sach powojennych, o znanych mu działaczach partyjnych w PRL-u. Książka nigdy jednak się nie 
ukazała. Bronisław Moszkowicz zmarł 26 października 2001 roku w Londynie. 


Tadeusz Nowakowski (Szwecja)
>>>
"KSIĘGARNIA POLSKA" 


EDMUND NEUSTEIN (1917-2001) 


Drugiego stycznia 1958 roku otwarta została w podziemnym pasażu budynku przy ulicy Al- 
lenby 94 w Tel Awiwie nowa księgarnia - "Księgarnia Polska" państwa Ady i Edmunda Neuste- 
inów. Wiele - począwszy od uroczystej inauguracji zaanonsowanej uprzednio ogłoszeniem 
w gazecie - zdawało się zapowiadać sposoby i formy działania dotąd tu nieznane. 
Jakoż od razu ujawniła się dobra orientacja właścicieli w bieżących sprawach księgarstwa 
w Polsce, z którym jako niedawno stamtąd przybyli fachowcy byli obeznani. 
Sprawnie i odpowiedzialnie zorganizowali czynności biurowo-handlowe, co z pewnością 
zadecydowało o sukcesie i działalność księgarni nieprzerwanie odtąd wyróżnia. To właśnie zapew- 
nia akuratną realizację przyjmowanych zamówień na książki i czasopisma. I to wszystko było tutaj 
nowe i nowość ta zyskała sobie z miejsca życzliwość. 
Niezauważalnie ijakoś samorzutnie stawała się księgarnia Neusteinów - z początku zajmują- 
ca mały, a następnie znacznie powiększony lokal - czymś więcej niż tylko sklepem z książkami. 
Pewnego rodzaju placówką kulturalną, punktem kontaktowym i uznanym miejscem spotkań. 
Od pierwszej chwili była to księgarnia sortymentowa aprowizowana dostawami nowości 
z Polski, działająca w łączności z wypożyczalnią książek beletrystycznych. Zarazem ośrodkiem 
sprzedaży czasopism z Polski - i po niedługimjuż czasie także z emigracji. Bo to właśnie "Księ- 
garnia Polska" włączyła w systematyczny obieg dotychczas w Izraelu nieobecne publikacje pol- 
skich wydawców z Paryża i Londynu. Spełnia też rolę - naturalną przecież w istniejącej sytuacji 
- centralnego dystrybutora wydawnictw polskich ukazujących się w Izraelu. 
Handel książkami używanymi, głównie beletrystyką prowadzono tutaj od zawsze. Jednak 
dopiero po upływie dwudziestu lat - w r. 1979 - zdecydowano uruchomić z księgarnią złączony, 
a jednak osobny - antykwariat naukowy. Na pierwszym etapie był on zaopatrywany w książki 
bukinistyczne pochodzące głównie z rynku miejscowego. Niebawem przecież stało się możliwym 
zaopatrywanie antykwariatu u samego źródła - nabywanie również książek starych w Polsce. Co 
najwyraźniej asortyment niepomiernie zwiększyło i zróżnicowało. 
Rychło okazało się, że adresatem nie jest - istotnie kurczące - się miejscowe środowisko 
odbiorców, lecz nabywcy zagraniczni. Książki skomasowano w magazynach niedostępnych do 
wglądu. Sprzedaż prowadzono za pośrednictwem rozsyłanych katalogów. Począwszy od stycznia 
1979 r. katalogi takie ukazywały się parokrotnie w roku, w sumie wydano ich ponad sto dwadzie- 
ścia - nie licząc katalogów książek rosyjskich, których sprzedażą także zajmowano się przez 
pewien czas. Są to zatem katalogi-cenniki polskich książek antykwarsko-bukinistycznych, a także 
nowych i najnowszych ze wszystkich dziedzin nauk społecznych i humanistycznych oraz literatury 
pięknej - książek, odbitek i nadbitek, reprintów, fotokopii różnorodnych rozprawek, a nawet 
i większych a trudno osiągalnych dzieł. Przeważają katalogi mieszane, towarzyszyły im jednak od 
czasu do czasu ogłaszane spisy tematyczne, np. z dziedziny judaiców, historii i polityki, literatury 
czy religii. 
Ten telawiwski antykwariat jest z pewnością najzasobniejszą księgarnią tego rodzaju poza 
granicami Polski. Ilościowo przerasta także niejeden znany mi z autopsji antykwariat w Krakowie 
i Warszawie. 
Nie na tym - okazuje się - kończyła się handlowa ruchliwość Edmunda Neusteina. Spora- 
dycznie bowiem udzielał on także dyrektyw wydawniczych lub uczestniczył w przedsięwzięciach 
wydawniczych - w Polsce i w Izraelu. Obok edycji w formacie miniaturowym tekstu Juliana 
Tuwima My Żydzi polscy (1988) są to reprintowe wznowienia dzieł dawnych: broszurki Józefa 
Wolfa z r. 1885, Żyd ministrem króla Zygmunta (1988), Majera Bałabana monografii Żydzi lwow- 
scy na przełomie XVI i XV]] wieku (1989) oraz reportażu Ksawerego Pruszyńskiego z r. 1933 "Pa- 
lestyna po raz trzeci" (1990). Koedycja słownika hebrajsko-polskiego Aleksandra Klugmana 


277
>>>
w roku 1992, podobnie jak Samouczka języka hebrajskiego Szoszany Ronen i Michała Sobelmana 
(2000) wydaje się w tej kolekcji najbardziej naturalna. 
Zatem: księgarnia sortymentowa - wypożyczalnia - antykwariat naukowy - sporadyczny 
wydawca.. . 
"Księgarnia Polska" jest już jedyną polską firmą księgarską w Izraelu. Księgarnia duża i bo- 
gata, w której - powiedział niegdyś właściciel w wywiadzie prasowym - "mamy do dyspozycji 
czytelników ponad 30 tysięcy tomów". A grono tutejszych czytelników i odbiorców książki pol- 
skiej topnieje, nowych zaś przybywa niewiele. 
Księgarnia efektywna w swoich czynnościach nie zagrożonych konkurencją - samotna 
i z pewnością ostatnia. I nieustannie gościnna dla miejscowych i przyjezdnych jako polski w Tel 
Awiwie adres. 
Odwiedzają zatem "Księgarnię Polską" przybywający do Izraela lub w nim zamieszkali pisa- 
rze polscy. Ich wpisy mogły się były złożyć na niezwykle ciekawy album pamiątkowy, gdyby we 
właściwym czasie pomyślano o jego założeniu. Utkwiło mi w pamięci - w kwietniu 1969 r. - 
pierwsze spotkanie ze Stanisławem Wygodzkim; widziałem - lub widywałem - tutaj Leopolda 
Tyrmanda, Artura Sandauera, Jerzego Ficowskiego, Henryka Grynberga, Kazimierza Brandysa, 
Stanisława Beńskiego, Józefa Hena, Andrzeja Chciuka, Arnolda Słuckiego, Aleksandra Rozenfel- 
da; spotykam Idę Fink. Tutaj właśnie poznałem Juliana Stryjkowskiego. 
Sposób promocji książek za pośrednictwem spotkań w lokalu księgarni nie wydał się widać 
nikomu specjalnie atrakcyjny. Pamiętam wszystkiego kilka takich spotkań. 
26 października 1979 r. - zaanonsowany ogłoszeniem w dzienniku hebrajskim - w "Księ- 
garni Polskiej" spotkał się z czytelnikami Julian Stryjkowski. Podpisywał Przybysza z Narbony 
oraz Austerię i Sen Azriela - także w opublikowanych wówczas tłumaczeniach najęzyk hebrajski. 
W kwietniu 1993 r. dedykował tutaj swoje książki Ryszard Kapuściński, zaś w marcu 1995 r. 
Hanna Krall - i kolejka do jej stolika wiła się daleko poza drzwi wejściowe do księgarni. Takich 
spotkań może nawet odbyło się jeszcze parę. 
Były i są jeszcze w Izraelu rozmaite polskie księgozbiory prywatne. Przeważają z pewnością 
te podręczne zestawy beletrystyki, do której się wraca. Są biblioteki domowe o charakterze nauko- 
wym stanowiące po prostu warsztat pracy profesjonalnej ich posiadaczy, a że mowa w większości 
o historykach i filologach - łatwo domyślić się ich bogactwa i ważności. Są także zbiory książek 
o nie zawsze ściśle dającym się określić profilu erudycyjnym - nie mające nic wspólnego z zawo- 
dem i pracą ich właścicieli. Wiem o nich i niektóre znam. Nie sądzę, by mogły były się rozwinąć 
bez ustawicznego kontaktu z "Księgarnią Polską" i osobiście Edmundem Neusteinem. 
W okresie przewlekłej choroby Pana Edmunda, księgarnia, która wkroczyła już w piąte dziesię- 
ciolecie swojego istnienia, była czynna, otwarta jest obecnie i z całą pewnością będzie funkcjonować 
nadal; Ada Neustein pozostaje na posterunku. Coś jednak się w niej zmieniło, nieodwołalnie i bez- 
powrotnie; te same półki obłożone książkami, ci sami czytelnicy i nabywcy, tylko biurko, przy którym 
zwykł był zasiadać Szef stoi osamotnione. Zbyt silne piętno odcisnął tutaj swoją osobowością, ażeby 
Jego nieobecność mogła być dobitnie nieodczuwalna. Należał bowiem do tego wielkiego klanu księ- 
garzy i antykwariuszy żydowskich - olbrzymia rola, jaką odegrali oni w życiu książki polskiej jest 
powszechnie znana - którym fachowość niejednokrotnie zastępował entuzjazm zaś bodźcem do 
pracy było przeświadczenie o spełnianym posłannictwie. Takichjuż nie ma; był ostatnim. 


Edmund Neustein - księgarz-antykwariusz - wydawca polski w Izraelu 
w Drohobyczu 21 października 1917 r. zmarł w Tel Awiwie 9 lutego 2001 roku. 


urodzony 


Ryszard Lów (Izrael) 


278
>>>
POLAK, KTÓRY WSTRZĄSNĄŁ SZWECJĄ 
- PROZAIK, PUBLICYSTA, SOWIETOLOG 


TADEUSZ JAN NOWACKI (1902-1976) 


13 września, od rana zaczęła się niemiecka operacja ogniowa na Płytę Oksywską z lądu, mo- 
rza i powietrza z niebywałą siłą. Pożary rozprzestrzeniały się coraz szybciej. Naszym 
2 cywilnym aparatom RWD 13, które z portu lotniczego w Zagórzu schroniły się do ogrodu 
w Nowym Babim Dole, groziło spalenie. Szef sztabu, pragnąc je ocalić wydał mi rozkaz od- 
prowadzenia ich do Wilna, drogą przez Szwecję i Rygę, jako oficerowi znającemu już daw- 
niej stosunki szwedzkie. Na aparacie moim, pilotowanym przez pilota cyw. por. Jereczka,je- 
chałem tylko ja, na drugim młody pilot, którego nazwiska nie pamiętam i inż. Szpunar 
z gdańskiej dyrekcji kolejowej, który nie mógł w żaden sposób dostać się w ręce niemieckie!. 
Tak rozpoczęły się szwedzkie losy Tadeusza Jana Nowackiego - Norwida z , jednej z najbar- 
dziej barwnych postaci emigracji polskiej w Szwecji. 
Nowacki urodził się 20 stycznia 1902 roku 3 w wagonie kolejowym, gdy jego rodzice prze- 
mieszczali się z Kaukazu na Wołyń, gdzie jego ojciec Jan, miał objąć nowe stanowisko. Inżynier 
Jan Nowacki prowadził budowę kolei żelaznej na Kaukazie. Matka, Stanisława, z domu hrabina 
Żaboklicka zajmowała się domem i wychowaniem czwórki dzieci - Ignacego i Heleny, starszych 
od Tadeusza i młodszej siostry Wandy. Młody Tadeusz ochrzczony został w cerkwi prawosławnej 
na Wołyniu, ale był katolikiem podobnie jak ojciec. Matka natomiast była protestantką. Około 
1910 roku cała rodzina powróciła do Warszawy. 
W latach 1918-1920 Tadeusz Nowacki bierze udział w wojnie polsko-rosyjskiej. Wojna była 
dla niego ciężkim przeżyciem. Trafia do szpitala. Po wojnie nie rezygnuje jednak z wojska. 
W latach 1921-1922 służył w marynarce wojennej i w Państwowej Szkole Morskiej w Tczewie. 
W tym czasie ma jedno marzenie - chce zostać kapitanem żeglugi wielkiej. Zaciąga się na "Dar 
Pomorza" i płynie do Rio de Janeiro. Był ciekawy świata, ale nie dane mu było opuścić pokładu 
żaglowca tak jak planował w Curacao - musiał czyścić pokład - a dopiero w Nowym Yorku. 
Atmosfera wielkiego miasta rozbudziła w nim drugie marzenie: postanowił zostać milionerem. Jak 
to często bywa z marzeniami, weryfikowało je życie. Ciężko pracuje w miejskiej rzeźni, gdzie 
czyści konie. Wspominał, że był to jeden z najtrudniejszych okresów w jego życiu. W pracy nie był 
najlepiej traktowany, opowiadał później, że bił go jakiś Murzyn. Nic więc dziwnego, że zawiedzio- 
ny "wielkim światem" chce wrócić do domu, do Polski. Niestety, nie ma na to pieniędzy. Matka, 
być może zmęczona awanturniczym życiem Tadeusza, odmawia mu przesłania pieniędzy na po- 
dróż. Wynajduje więc inną pracę - grą na pianinie udaje mu się wreszcie zarobić na bilet powrot- 
ny i to w dodatku pierwszą klasą. 
Po powrocie do Warszawy podejmuje naukę w Wyższej Szkole Handlowej (1923-1927). 
Mniej więcej w tym czasie zawiera pierwszy związek małżeński z Henryką (?), w 1928 r. przycho- 
dzi na świat córka Anna 4 . Od 1932 roku pracuje jako naczelnik Wydziału Ekonomicznego Pań- 


l Fragment raportu, jaki ppor. Tadeusz Nowacki przedstawił polskim władzom wojskowym, 
po internowaniu go przez Szwedów we wrześniu 1939 r. 
z Nowacki używał pseudonimu Norwid, w późniejszych publikacjach poświęconych jego oso- 
bie, biografowie często pisali o nim, jako o Stefanie Tadeuszu Norwidzie. 
3 W części opracowań pojawia się inna data urodzenia: 6 czerwca 1900 roku. Według doku- 
mentów zatrzymanych przez władze szwedzkie urodził się 20 stycznia 1902 roku. 
4 W rodzinie Nowackich wspomina się pierwszą żonę ojca jako Henię - prawdopodobnie więc 
miała na imię Henryka, albo Hanna. Córka Anna podobno mieszka po dzień dzisiejszy w Sopocie. 


279
>>>
stwowego Instytutu Eksportowego w Warszawie. Dwa lata później przenosi się do Gdyni, gdzie 
był zatrudniony w spedycji morskiej. Tutaj rozpoczyna się jego przygoda z piórem. W Wydaw- 
nictwie ]. Przeworskiego ukazuje się w 1934 r. debiutancka powieść Na papierowych szynach, 
będąca satyrą stosunków panujących w przedwojennej Polsce. W tym czasie Nowacki współpra- 
cował również z "Cyrulikiem Warszawskim", gdzie redagował stałą rubrykę "Żółtko i Eierweiss". 
Pracę i działalność publicystyczną przerywa wybuch II wojny światowej. Rozpoczyna się drugi, nie 
mniej barwny okres życia Tadeusza Nowackiego. 
W górze warczy motor niemieckiego samolotu. Z dalekiego Helu widocznego przez 
wody Zatoki Puckiej świeci łuna. Podobno las się pali. Na podwórzu folwarku spostrze- 
głem szefa sztabu, którego poznałem kilka dni temu. Major kiwnął na mnie. [...] - Weź- 
mie pan jako dowódca dwa aparaty RWD 13, które stoją tu w ogrodzie, pan pilot - tu 
wskazał na instruktora wyglądającego w swej cyklistówce i zniszczonej wiatrówce na 
ulicznego sprzedawcę biletów loteryjnych - pokaże panu, i odprowadzi pan te aparaty 
do Wilna, gdzie pan zamelduje się u dowódcy sił lotniczych. Podał mi rękę i spiesznie od- 
szedł do swego samolotu. Zostałem sam z pilotem. Kiedy lecimy? - spytałem. - Wcze- 
śniej niż za 20 minut nie będę gotów - odpowiedział patrząc w niebo. - Czy dolecimy? 
- Kto to może wiedzieć? Benzyny mamy na jakieś 500 kilometrów 5 . 
Do Wilna Nowacki nigdy nie dotarł. W raporcie, sporządzonym prawdopodobnie pod koniec 
roku 1939, pisał: 
W drodze nad Puckiem zostaliśmy silnie ostrzelani przez niemieckie baterje, przyczem 
drugi aparat mojej małej ekipy został zestrzelony. Nam, mimo, że lecieliśmy bez map 
i z zepsutym kompasem, dzięki mgle, która nas zasłaniała przed nieprzyjacielem, udało 
się lądować w Visby na wyspie Gotland, gdzie pragnąłem po 3-godz. locie kupić benzynę. 
Benzyny nam nie sprzedano, natomiast nas aresztowano. Zostałem internowany, por. Je- 
reczek, jako cywilny, został zwolniony i wyjechał do Francji 6 . 
W czasie II wojny światowej na terytorium Szwecji lądowało awaryjnie bądź przymusowo po- 
nad 300 samolotów. Samolot SP-BML, którym leciał Tadeusz Nowacki, był pierwszym. Jak wyni- 
ka z raportów policyjnych, które znajdują się obecnie w Landsarkivet w Visby, samolot wylądował 
koło Visby w środę 13 września 1939 roku około godziny 17.25. Tadeusz Nowacki i Edmund 
Jereczek przesłuchiwani byli przez oficera policji w obecności adwokata Gunnara Kjallmana. 
Wkrótce przekazani zostali oni władzom wojskowym z jednostki I 18. pułku Visborgsslate. No- 
wacki miał ze sobą przesyłki pocztowe dla rodzin wojskowych w Wilnie, w tym również dużo 
pieniędzy, łącznie ok. 115 tysięcy złotych. Wszystko zostało bardzo skrupulatnie spisane na poste- 
runku policji 8 . Wiadomość o lądowaniu Polaków wywołała oczywiście zainteresowanie prasl 
szwedzkiej. W prasie lokalnej "Gotlands Folkblad" informacja znalazła się na czołowym miejscu. 
15 września o godzinie 07.10 Nowacki został poinformowany, że będzie internowany w Szwecji. 
Tego samego dnia o godz. 22.00 odpłynął statkiem do Nynashamn, gdzie przekazany został po- 
czątkowo wydziałowi kryminalnemu policji. Wkrótce przewieziono go do obozu w Roma, stamtąd 
na początku listopada do Vaxholmu. Przez krótki czas przybywał w obozie w Rommehed, a na- 
stępnie w końcu lipca 1940 roku skierowano go do obozu Framby koło Falun, gdzie pozostał do 
15 kwietnia 1944 roku. 
Już w 1940 roku nawiązał szereg kontaktów z władzami szwedzkimi. Domagając się zmiany 
swojej sytuacji pisał bezpośrednio do króla Gustafa V lO . Wytoczył nawet władzom szwedzkim 


5 Fragment zbeletryzowanych wspomnień Tadeusza Nowackiego, które zachowały się w ma- 
szynopisie i są w posiadaniu rodziny. 
6 Fragment raportu, jaki ppor. Tadeusz Nowacki przedstawił polskim władzom wojskowym, 
po internowaniu go przez Szwedów we wrześniu 1939 r. 
7 Za artykułem: Curt Jacobsson, Andra varldskriget har bOIjat. Polsk flygplan landar pa 
VisborgssJatt, 1999. 
8 Protokół sporządzony na posterunku policji w Visby 15 września 1939 r. 
9 Gotlands Folkblad, 1939 nr 212 (14 września). 
10 Odpis listu w języku francuskim w posiadaniu rodziny. 


280
>>>
proces przeciwko - jego zdaniem - bezprawnemu internowaniu. Sprawę prowadził adw. Hugo 
Lindberg w Sztokholmie i, ku zaskoczeniu wszystkich, sprawę wygrał. Niestety, nie zmieniło to 
jego sytuacji. Pozostawał w internowaniu aż do 1944 roku. Zanim jednak uzyskał zwolnienie 
z obozu, na podstawie oficerskiego słowa honoru otrzymywał okresowe pozwolenia na pobyt 
w Sztokholmie. Wyjeżdżał również jako lektor i nauczyciel ekonomii do innych obozów interno- 
wania, w których przetrzymywani byli polscy marynarze z okrętów podwodnych. Pozwolenia takie 
otrzymywał w zasadzie bez ograniczeń, zazwyczaj były one podpisywane przez hrabiego Folke 
Bernadotte, ówczesnego szefa Wydziału dla Internowanych przy Sztabie GeneralnymII. Przeby- 
wając w Sztokholmie Nowacki mieszkał w dzielnicy Kungsholmen i utrzymywał ścisłe kontakty 
z miejscowym poselstwem RP. Przede wszystkim nawiązał kontakt z majorem Witoldem Szyma- 
niakiem, który oddelegowany został do Szwecji na stanowisko oficera łącznikowego między do- 
wództwem w Londynie a szwedzkim sztabem generalnym. 
Jeszcze podczas pobytu w Falun poznał Elvę Eriksson (1905-1981), córkę Carla Gustafa 
i Hilmy Frederiki Amalie Lindh. Pracowała ona m.in. wraz z Astrid Lindgren 12 na poczcie w dziale 
kontroli korespondencji. W czasie wojny obowiązywała bowiem w Szwecji cenzura pocztowa. 
Początkowo nikt nie wiedział o jej znajomości z polskim uchodźcą. Sprawa wydała się jednak, gdy 
w ręce szefa Elvy wpadł list pisany przez Nowackiego do wybranki serca. Znalazły się w nim 
jakieś niezrozumiałe słowa, które wzbudziły podejrzenia. Sprawa szybko się wyjaśniła - był to 
bowiem tylko niewinny flirt między zakochanymi - ale Elvę Eriksson zwolniono z pracy i prze- 
niesiono do innego działu na poczcie. 13 października 1945 roku zawarli ślub, a dwa lata później 
urodził się ich syn Jan Erik Nowacki. 
Zbliżał się koniec wojny. Szwedzi zdając sobie sprawę z nieuniknionej klęski Hitlera zaczęli 
wyraźnie sprzyjać aliantom. W kwietniu 1944 roku Nowacki zostaje zwolniony z obozu dla inter- 
nowanych ze statusem rezydenta z prawem podjęcia pracy w Szwecji 13 . Pracę taką podejmuje 
początkowo w poselstwie polskim w Sztokholmie. 6 listopada 1944 roku wyjeżdża do Anglii gdzie 
nawiązuje kontakt z polskimi władzami wojskowymi w Londynie. W latach 1945-1947 był ofice- 
rem łącznikowym w Dywizji Pancernej gen. Maczka na terenie północnych Niemiec. 30 czerwca 
1948 roku otrzymuje zaświadczenie demobilizacyjne z Foreign Despatch Centre l4 . Decyduje się na 
powrót do Szwecji. 
W Sztokholmie bierze czynny udział w pracach Koła Prawników Polskich i Dyskusyjnego 
Klubu Politycznego skupiającego pracowników Poselstwa RP i dziennikarzy-korespondentów poli- 
tycznych w Szwecji. Przełomem w jego życiu staje się wydanie w 1944 roku, w szwedzkim wy- 
dawnictwie Albert Bonniers, książki Landet utan Quisling (Kraj bez Quislinga) przetłumaczonej na 
język szwedzki przez Birger CalIeman i Lennarta Kjellberga l5 . Książka ta ukazała się pod pseudo- 
nimem "Stefan Tadeusz Norwid" a była oparta na relacji Stefana Trębickiego z okupowanej Polski. 
21 września 1944 r. Nowicki podpisał umowę z Trębickim, w której ustalono, że temu pierwszemu 
przysługuje 51 % "udziałów" w książce, a temu drugiemu 49%. Książka wywołała żywe reakcje 
w prasie szwedzkiej. Ukazała się niemal w tym samym momencie co dwie inne: Stefana Szende 
Den sistajuden fran Polen (Ostatni Żyd z Polski) i Polens martyrium, opracowanie przygotowane 
przez Polskie Ministerstwo Informacji i Propagandy w Londynie. Wszystkie trzy opracowania 
ujawniały nieznane dotąd szwedzkiemu czytelnikowi fakty o warunkach okupacyjnych w Polsce. 
Nie wszyscy chcieli w nie uwierzyć - pisze Andrzej Nils Uggla w opracowaniu Den svenska 
Polenbilden och polsk prosa i Sverige 1939-1960 (Szwedzki obraz Polski i polska proza w Szwecji 
1939-1960). Wiele osób w Szwecji nie chciało bowiem uwierzyć w oskarżenia formułowane 
w książce Kraj bez Quislinga przeciwko Niemcom. Jeden z recenzentów pisał: 


11 Zachowały się oryginały przepustek podpisanych przez hr. Folke Bernadotte, a także pisma 
Nowackiego w tej sprawie do wojskowych władz szwedzkich. 
12 Astrid Lindgren (ur. 1907),jedna z najwybitniejszych pisarek szwedzkich, autorka głośnych 
książek dla dzieci i młodzieży. 
13 Decyzja Sztabu Głównego Wydziału Obrony Lotniczej skierowana do Stockholms Stads 
Kristidsnamnd, Wydział Paszportowy. 
14 Zaświadczenie demobilizacyjne podpisane przez chor. Kwaśnego. 
15 W książce nie ma podanych nazwisk tłumaczy. Wymieniaje natomiast Andrzej Nils Uggla 
w opracowaniu Den svenska Polenbilden och polsk prosa i Sverige 1939-1960. 


281
>>>
Nie możemy w to uwierzyć. To kłamstwo, kłamstwo angielskiej propagandy. Jeśli byłaby 
to Rosja, wówczas byłaby to inna sprawa 16 . 
Książka ukazała się również po polsku. W 1945 roku wydał ją w Rzymie Oddział Kultury 
i Prasy 2. Korpusu. Kraj bez Quislinga - zdaniem Zygmunta Markiewicza - był jednak "nieco 
zbyt patetyczny" 17. Nie przeszkodziło to jednak wielkiej popularności książki - ukazała się 
w jedenastu tłumaczeniach, nawet po niemiecku. 
Zachęcony sukcesem Tadeusz Nowacki pisze kolejną książkę. W 1945 roku pod pseudonimem 
Stefan Tadeusz Norwid wydaje u Bonniersa Warszawa-rapsodin (Rapsodia warszawska). W 1946 
roku ukazały się w Sztokholmie Europa skvallrar (Europa plotkuje) i Inbrott i Kreml (Włamanie na 
Kremlu) o systemie sowieckim. W 1948 roku T1ll Malagas vinstankta redd (Na redzie Malagi skro- 
pionęj winem - o Hiszpanii w cieniu Franco); w 1949 roku w Oslo powieść dokumentalna Direkt 
kan Ryssland (Bezpośrednio z RO
l) na podstawie materiałów dokumentalnych dostarczonych przez 
inż. Henryka Eigera o systemie i łagrach sowieckich l8 . W 1953 roku na zamówienie Utrikespolitiska 
institutet (Instytutu Spraw Międzynarodowych) napisał książkę Den folkdemokraliska staten (Państwo 
demokracji ludowę;) wyjaśniającą ustrój i prawodawstwo krajów tzw. demokracji ludowej. 
Duży wpływ na karierę publicystyczno-dziennikarską Nowackiego miał Arvid Fredborg (ur. 
1915), postać niezwykle kontrowersyjna w Szwecji. Był on bowiem oskarżany o sympatie pronie- 
mieckie. Nie tak dawno ukazał się szereg artykułów w prasie szwedzkiej potwierdzających, że był 
on w latach 1935-1937 członkiem Sveriges Nationella Fórbund na uniwersytecie w Uppsali, orga- 
nizacji wspierającej faszyzm 19 . Fredborg był w czasie wojny berlińskim korespondentem jednej 
z największych gazet prawicowÓch "Svenska Dagbladet", a po wojnie niemcoznawcą i wydawcą. 
To właśnie w Fredborgs Fórlag 2 ukazały się dwie książki Nowackiego. 
Przyjaźń Tadeusza Nowackiego z Arvidem Fredborg była oceniana bardzo różnie przez środowi- 
sko polskie w Sztokholmie. Nie ulegało jednak wątpliwości, że właśnie dzięki tej znajomości ukazały 
się na rynku szwedzkim dwie książki ujawniające strukturę systemu sowieckiego. Nowacki miał 
zresztą do Fredborga pełne zaufanie. Twierdził, że już w czasie wojny zmienił on calkowicie swoje 
zdanie na temat nazistowskich Niemiec i stał się prawdziwym demokratą. Sam Arvid Fredborg wspo- 
mina Tadeusza Nowackiego w jednej ze swoich książek Deslinalion Berlin wspominając swoje kon- 
takty z "bialymi Polakami" w Sztokholmie, poza Nowackim byli to Norbert Żaba i Wiesław Patek 21 . 
W ramach założonej przez siebie agencji specjalizującej się w sprawach sowieckich, Nowacki 
opracowuje materiały dla władz szwedzkich. Jednym z jego współpracowników - jak wspomina 
Eugeniusz S. Kruszewski - był były poseł RP w Finlandii i Szwecji Henryk Sokolnicki 22 . Agencja 
jest stałym odbiorcą radzieckich raportów gospodarczych, sowieckich gazet m.in. "Izwiestii" 
i "Prawdy", przeprowadza wywiady z radzieckimi marynarzami przypływającymi do Sztokholmu 
na statkach handlowych - Nowacki kupuje od nich nie tylko wiadomości o życiu w Rosji, ale 
także alkohol i kawior. Jak wspomina jego syn, Jan Erik - ojciec nigdy nie gardził kieliszkiem 
alkoholu i namiętnie palił. Raporty przygotowywane przez Nowackiego trafiają regularnie do szefa 
II wydziału szwedzkiego wywiadu, Thele Palma (?). 
Był to drugi człowiek, który niezwykle pomógł Nowackiemu w jego karierze. To właśnie on 
wciągnął go do stałej współpracy z wywiadem szwedzkim. W 1948 roku wysłany nawet został do 
Izraela w celu zbadania okoliczności zabójstwa hr. Folke Bernadotte, mediatora z ramienia Organi- 
zacji Narodów Zjednoczonych w konflikcie palestyńskim. 17 września samochód, którym jechał, 


16 A.N. U ggla, Den svenska Polenbilden och polsk prosa i Sverige 1939-1960. 
17 Z. Markiewicz, Literatura dokumentarna, [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960. 
Praca zbiorowa, t. 2, pod red. T. Terleckiego. Londyn 1965 s 14. 
18 Książka Direkt frfm Ryssland ukazała się pod pseudonimem Antoni Ekart. Zachowała się 
umowa wydawnicza z 5 kwietnia 1948 r. między Wydawnictwem Alberta Bonniersa i autorami 
książki: Tadeuszem Norwidem-Nowackim i Henrykiem Eigerem. Honorarium autorskie za tą 
książkę miało być wypłacone po połowie. Warto przypomnieć, że część książek Nowacki podpisał 
jako "Tadeusz Norwid". 
19 Wycinki prasowe: "Aftonbladet" z 28 lipca 1995 r. 
20 W wydawnictwie tym ukazała się Europa skvallrar i Inbrott i Kreml. 
21 A. Fredborg, Deslination Berlin. Stockholm 1985. 
22 Wg biografii Tadeusza Nowackiego przygotowanej przez Eugeniusza S. Kruszewskiego. 


282
>>>
został ostrzelany w żydowskiej części Jerozolimy i hr. Bernadotte zginął. Podejrzenia padły na 
żydowską organizację terrorystyczną Abrahama Sterna. Nowacki był jedną z osób, która tę zagadkę 
miała wyjaśnić. Po powrocie do Sztokholmu napisał raport, który szybko został utajniony. Już po 
jego śmierci znaleziono w jego domu jeszcze jedną kopię raportu, ale rodzina zdecydowała się 
przekazać go wywiadowi szwedzkiemu. 
Niewiele osób ze środowiska polskiego wiedziało o współpracy Nowackiego z wywiadem. 
Jednym z nielicznych był Witold Szymaniak, sam utrzymujący dobre kontakty ze Szwedami. Nie 
ma dowodów na to, że Nowacki był na stałe zatrudniony w wywiadzie, ale - jak potwierdza to 
jego syn - od czasu do czasu otrzymywał na działalność swojej agencji fundusze. Natomiast już 
po jego śmierci, na adres rodziny zaczęła napływać emerytura z Fórsvarets Fabriksverket wArboga 
(Zakłady Zbrojeniowe wArboga). 
Tadeusz Nowacki był bardzo zaangażowany w działalność polskich środowisk emigracyjnych. 
Jako działacz polityczno-społeczny czynny był w Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów Oddział 
w Szwecji, gdzie pełnił funkcję prezesa, działał również w Światowej Federacji SPK z siedzibą 
w Londynie, gdzie - jak wspomina była delegatka rządu RP na Uchodźstwie, Zofia Stadors - 
spędzał bardzo wiele czasu. Był członkiem zarządu Rady Uchodźstwa Polskiego w Szwecji, Ko- 
mitetu na Rzecz Wolnej Polski w Skandynawii oraz Związku Polskich Federalistów w Paryżu. 
W 1963 roku wraz z Jerzym Jankowskim założył pismo Związku Polskich Federalistów "Polska 
w Europie" ukazujące się w Paryżu. Przez 13 lat był korespondentem pisma w Szwecji oraz re- 
daktorem odpowiedzialnym za materiały Europejskiej Federacji Polskich Kombatantów. 
Był Europejczykiem i federalistą z przekonania - pisze Kruszewski - oraz propagował 
wejście Polski po odzyskaniu wolności do jednoczącej się Europl3. 
W latach 1948-1973 był redaktorem" Wiadomości Polskich", pisma wydawanego przez Radę 
Uchodźstwa Polskiego w Szwecji. Stale współpracował z "Dziennikiem Polskim i Dziennikiem 
Żołnierza" oraz tygodnikiem "Wiadomości" ukazującymi się w Londynie. Publikował w paryskiej 
"Kulturze" i "Zeszytach Historycznych". Miał ścisłe kontakty z prasą szwedzką: "Svenska Dagbla- 
def', "Sydsvenska Dagbladet", "Stockholms Tidningen" oraz kopenhaską "Berlingske Tiden". Już 
w 1947 roku został członkiem Klubu Publicystów Szwedzkich. Przez polskie kręgi emigracyjne 
uznawany był za jednego z najlepszych specjalistów od spraw sowieckich. Lidia Ciołkoszowa 
wymieniała go wśród najwybitniejszych publicystów emigracyjnych obok Mieroszewskiego, Su- 
kiennickiego, Pawła Zaremby i Benedykta Heydenkorna 24 . 
Początkowo rodzina Nowackich mieszkała w Sztokholmie w willi w dzielnicy Saltsjó-Duvnas 
(Ravstigen 6), później dopiero przeprowadziła się do willi w innej dzielnicy, na wyspie Lidingó. 
Jego mieszkanie zawsze pełne było gości. Jak wspomina syn Jan Erik, w dymie papierosów toczyły 
się zażarte dyskusje polityczne. Częstymi gośćmi Nowackiego byli Norbert Żaba, były attache 
prasowy polskiego poselstwa w Sztokholmie, Wiesław Patek, były pierwszy sekretarz poselstwa 
RP w Sztokholmie, generał Zygmunt Przyjałkowski, redaktor Łukasz Winiarski, konsul Alf de 
Pomian Hajdukiewicz i wielu innych, w tym także odwiedzający Szwecję generał Tadeusz Bór 
Komorowski i generał Władysław Anders. 
Był typowym homo politicus i niejednokrotnie dość wyraźnie prezentował swoje emocje po- 
lityczne. Dobrze ilustruje to fakt rozprawy przed Kompletem Oficerskim Sądu Honorowego dla 
Oficerów Starszych i Młodszych w czerwcu 1945 roku. W orzeczeniu tegoż Sądu uznany został 
winnym "naruszenia honoru i godności oficera przez to, że dnia 20 marca 1941 roku w lokalu 
Klubu Polskiego «Ognisko» w Sztokholmie znieważył czynnie przez uderzenie w twarz ppor. 
ŚwitaIskiego Ferdynanda". Jak wynika dalej z uzasadnienia, Sąd Honorowy skazał go jedynie za 
"nie wyczerpanie właściwych środków reakcji", natomiast przychylił się do tego, że Nowacki miał 
powody do wyrażenia swojego oburzenia 25 . 


23 Tamże. 
24 L. Ciołkoszowa, Publicystyka, [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960. Praca zbio- 
rowa, t. 2. Londyn 1965 s. 294. 
25 Chodziło o artykuły podpisane przez ppor. Ferdynanda ŚwitaIskiego, które ukazywały się 
w "Biuletynie", a które zdaniem Nowackiego "szkodziły żołnierzom internowanym w Szwecji, jak 
i Polakom powracającym z ZSSR". 


283
>>>
Za życiu Nowacki doczekał się kilku odznaczeń i wyróżnień. Jego największą zasługą było to, 
że w sposób bezkompromisowy swoimi książkami i publikacjami prasowymi odkrywał prawdę 
o zbrodniach nazizmu i komunizmu. Badacz polskiej emigracji w Szwecji, Andrzej Nils Uggla 
podkreśla, że Nowacki, a także Wiesław Patek i Norbert Żaba, którzy również zajmowali się publi- 
cystyką polityczną, przyczynili się w sposób nie zwykły do tworzenia w społeczeństwie szwedzkim 
właściwego obrazu sytuacji w Polsce 26 . Tadeusz Nowacki, nigdy bowiem nie dał się zwieść propa- 
gandzie - do końca życia nie miał złudzeń co do istoty i perfidii systemu komunistycznego. Jego 
syn, Jan Erik, wspomina, że ostatnie słowa jakie usłyszał od ojca brzmiały: "Pamiętaj synu, komu- 
niści to zbrodniarze". Tadeusz Nowacki zmarł 12 kwietnia 1976 roku w Sztokholmie. Pochowany 
został na cmentarzu katolickim w Haga Norra. 


Tadeusz Nowakowski (Szwecja) 


Materiały źródłowe: 
Maly słownik pisarzy polskich na obczyźnie 1939-1980, pod red. B. Klimaszewskiego. Warszawa 
1992. 
Literatura polska na obczyźnie 1940-1960. Praca zbiorowa, t.2, pod red. T. Terleckiego. Londyn 
1965. 
AN. Uggla, Polacy w Szwecji w latach II wojny światowej. Gdańsk 1996. 
AN. Uggla, Den svenska Polenbilden och polsk prosa i Sverige 1939-1960. Uppsala 1986. 
My, z PolskI. 400 not biograficznych imigrantów polskich w Szwecji, pod red. T. Nowakowskiego. 
Stockholm 1997. 
T. Nowakowski, Lexikon 6ver polska f6rfattare i Sverige. (Leksykon polskich pisarzy w Szwecji). 
Boras 1996. 
A Fredborg, Destinalion Berlin. Stockholm 1985. 
Maszynopis opracowania Eugeniusza S. Kruszewskiego z 1997 r. 
Wycinki z prasy szwedzkiej. 
Oryginały i kopie dokumentów ze zbiorów rodziny Nowackich. 
Relacja ustna Jana Erika Nowackiego (luty 2001). 


26 A.N. U ggla, Den svenska Polenbilden och polsk prosa i Sverige 1939-1960.
>>>
AUTOR PIERWSZEJ KSIĄŻKI O GUŁAGU I KOŁYMIE 


KAZIMIERZ ZAMORSKI (1914-2000) 


Z nieukrywaną dumą określał siebie jako autora pierwszych powojennych książek o Gułagu 
i Kołymie. Pierwsza z nich, Sprawiedliwość sowiecka, napisana wspólnie ze Stanisławem Starzew- 
skim, ukazała się we Włoszech w 1945 roku pod pseudonimami Sylwester Mora i Piotr Zwierniak. 
Wydanie włoskie i francuskie wyszło tegoż roku w Rzymie, a hiszpańskie w Bilbao w 1947 roku. 
Już z podaniem pełnych nazwisk autorów książka została opublikowana w 1989 roku jeszcze 
w drugim obiegu w wydawnictwie BAZA w Warszawie, a trzecie uzupełnione wydanie ukazało się 
w wydawnictwie ALF A w Warszawie w 1994 roku. Maria Danilewicz Zielińska oceniła Sprawie- 
dliwość sowiecką w swoich Szkicach o literaturze emigracyjnęj jako "najlepsze wprowadzenie do 
problematyki Polaków w Rosji i literatury zsyłkowej". David]. Dallin, profesor Yale University, 
pisze w swej pracy Forced Labor in Soviet Russia z 1947 roku: "Jedną z najważniejszych książek 
o rosyjskich obozach pracy, jakie się kiedykolwiek ukazały, jest La jus lice sovietique, wydana 
w języku francuskim w Rzymie. Napisali ją dwaj polscy oficerowie, Sylwester Mora i Piotr Zwier- 
niak, opierając się z jednej strony na własnych przeżyciach i doświadczeniach, a z drugiej na licz- 
nych relacjach byłych więźniów". Istotnie, opracowanie to powstało na podstawie osobistych do- 
świadczeń i materiałów zebranych w Biurze Dokumentów i Biurze Studiów 2. Korpusu, działają- 
cych najpierw na Bliskim Wschodzie, potem w Rzymie, gdzie obaj autorzy pracowali jako referen- 
ci. W pierwszej części książki szczegółowej analizie poddane są zasady sowieckiego wymiaru 
sprawiedliwości; część druga, obszerniejsza, zawiera uporządkowane według określonych zagad- 
nień opisy przeżyć ludzi rozmaitych narodowości, zawodów i wieku, kobiet i mężczyzn. Auten- 
tyczność tych relacji, spisanych świeżo po wydostaniu się z - jak Józef Czapski w tytule swej 
książki trafnie określił - "Nieludzkiej ziemi" nadaje książce szczególną wagę. Nie dziwi więc, że 
pracownik naukowy Institut d'Histoire Sociale w Paryżu, Pierre Rigoulot, pisze w cytowanym na 
okładce ostatniego wydania liście do autora z 14.1 0.1985 roku: "Z ogromnym przejęciem czytałem 
tę rzecz o sprawiedliwości sowieckiej. To naprawdę pierwsze opracowanie na temat Gułagu. 
I życzyłbym sobie tylko jednego - by w pełni doceniona została jego prawdziwa wartość". Także 
w trzecim, poprawionym wydaniu z 1994 roku ten charakter dokumentu został utrzymany, gdyż - 
jak czytamy w przedmowie - "książka ma przedstawiać stan faktyczny w t e d y, nie dzisiaj. 
Uzupełnienia pochodzą od osób, które jeszcze w 1945 roku, tuż po przeczytaniu książki, nadesłały 
nam dodatkowe materiały i uwagi". Owe materiały zebrane w Biurze Dokumentów i Biurze Stu- 
diów 2. Korpusu oraz odpowiedzi na ankietę rozesłaną do odpowiednich placówek i referatów 
posłużyły Kazimierzowi Zamorskiemu między innymi także jako punkt wyjścia przy opracowaniu 
monografii o Kołymie, opublikowanej znów pod pseudonimem Sylwester Mora w języku angiel- 
skim w 1949 roku przez Fundację dla Spraw Zagranicznych w Waszyngtonie pt. Kołyma. Gold and 
Forced Labor in the USSR. Znany sowietolog Robert Conquest zaliczył to opracowanie do jednego 
z czterech podówczas dostępnych poważnych źródeł na temat Kołymy. 
Nim Kazimierz Zamorski trafił do 2. Korpusu nazbierał niemało doświadczeń życiowych. 
Urodził się 5 lutego 1914 roku w Krasiczynie jako najmłodsze z pięciorga dzieci. Wkrótce rodzina 
przeniosła się do Lwowa. Ojca wcześnie stracił a matka z trudem wiązała koniec z końcem. Jako 
dziecko zachorował na gruźlicę kości, z której cudem wyszedł. Zdolnym, ale biednym uczniem 
zainteresowali się dominikanie przyjmując go do gimnazjum i internatu w Żółkwi, gdzie w 1932 
roku zdał maturę. Po maturze łapał się różnych dorywczych prac, żeby zarobić na życie - jakieś 
korepetycje, potem posada pomocnika kancelaryjnego Państwowego Gimnazjum w Kołomyi, 
w latach 1936-1937 Szkoła Podchorążych 5. Dywizji we Lwowie, i wreszcie od 1937 do 1939 
praca sekretarza gimnazjum we Lwowie oraz nauczyciela przysposobienia wojskowego. W tych 
warunkach dopiero w 1938 roku mógł rozpocząć upragnione studia prawnicze na Uniwersytecie 
Jana Kazimierza we Lwowie, które z kolei wojna przerwała. Nie dał jednak za wygrane. Gdy wy- 


285
>>>
dział stosunków międzynarodowych kalifornijskiego uniwersytetu otworzył filię w koszarach 
amerykańskich w Monachium, zapisał się w 1974 roku na studia i po pracy w RFE jechał do koszar 
na wykłady i zajęcia, uzyskując w 1977 roku tytuł magistra nauk politycznych. 
We wrześniu 1939 r. brał udział w obronie Lwowa. W czasie nieudanej próby przedostania się 
do Rumunii aresztowany przez NKWD spędził trzy lata w sowieckich więzieniach i łagrach. Po 
umowie Sikorski-Majski i ogłoszeniu "amnestii" dostał się na jesieni 1941 roku do Tatiszewa 
w Uzbekistanie do formujących się tam Polskich Sił Zbrojnych. Tym, których nieubłagany los 
rzucił na "Nieludzką ziemię" i którym udało się dotrzeć do Armii generała Władysława Andersa, 
dobrze znany jest szlak przez Persję, którym także i Kazimierz Zamorski wydostał się z obrębu 
sowieckiego panowania. Wiosną 1943 roku został odkomenderowany do wyżej wymienionych 
Biura Dokumentów i Biura Studiów, zajmujących się zabezpieczaniem informacji o losach Pola- 
ków deportowanych do ZSRR jak też ogólnymi zagadnieniami sowieckimi. Po demobilizacji 
w stopniu porucznika w 1948 roku przeszedł już w Anglii jednoroczną szkołę handlu zagraniczne- 
go i administracji portowej, po czym pracował jako urzędnik firmy maklerskiej Lloyds' a 
w Londynie. W czerwcu 1952 roku rozpoczął pracę w polskiej sekcji amerykańskiego Wydziału 
Studiów i Analiz Radia Wolna Europa w Monachium (RFE Research and Analysis Department), 
którego szefem był od 1959 roku, do przejścia na emeryturę we wrześniu 1979 roku. 
Pisywał szkice, recenzje i analizy polityczne do "Wiadomości" londyńskich, do paryskiej 
"Kultury" i do "Zeszytów Historycznych" i innych polskich czasopism oraz do brytyjskiego kwar- 
talnika "World Affairs". Działalność Biura Dokumentów i Biura Studiów opisał krytycznie 
w wydanej w Londynie w 1990 roku książce Dwa tajne biura 2. Korpusu, która została wyróżniona 
przez Fundację im. ]. Łojka przy Instytucie Józefa Piłsudskiego w Ameryce. Angielska, nieco 
skrócona wersja tej książki ukazała się w tłumaczeniu Antonii Lloyd-Jones cztery lata później 
w Londynie pt. Tell1ng the Truth in Secret. The Story of Two Polish Army Research Units. Przed- 
stawił tu także, bynajmniej niełatwe, warunki gromadzenia materiału i powstania Sprawiedliwości 
sowieckięj oraz dalsze losy tego opracowania - należy pamiętać, że temat był z wielu powodów 
drażliwy. Konieczna z jednej strony ochrona osób składających relacje ze swoich sowieckich do- 
świadczeń i ich przebywających nadal w Rosji rodzin (co tłumaczyło tajność obu instytucji), 
a z drugiej strony fakt, że książka ukazała się jeszcze przed zakończeniem wojny, czyli w czasie, 
gdy Związek Sowiecki był aliantem naszych aliantów, nie ułatwiał sytuacji. Wszelkie głosy przed- 
stawiające wschodniego sojusznika w niekorzystnym świetle były źle widziane. 2. Korpus był 
przecież częścią wojsk alianckich i podlegał - póki wojna była w toku - jej rygorom. Był to też 
powód, że pierwsze wydanie książki ukazało się z dość enigmatycznym podaniem miejsca wyda- 
nia: Włochy 1945, bez określenia wydawcy i nazwy drukarni. Swoje uwagi o pracy w wydziale 
Studiów i Analiz RFE zebrał z kolei w książce Pod anteną Radia Wolna Europa, która ukazała się 
w Poznaniu w 1995 roku. Pióro miał czasem drapieżne i nie unikał polemik, a - jak sam przyznaje 
w swych radiowych wspomnieniach - do pokornych nie należał. Opisując swe pożegnanie 
z Radiem przyznaje, że "pracę w RFE mile wspominam, dała mi wiele zawodowej satysfakcji, 
a i na mych szefów narzekać nie mogę, nie zdziwiłbym się natomiast gdyby się okazało, że po 
mym odejściu odetchnęli z ulgą, pozbywszy się wprawdzie jednego z «najbardziej wartościowych» 
(mam to na piśmie), ale również «trudnych» pracowników". 
Swój nieco zadziorny charakter, ale i umiejętność spojrzenia na siebie z przymrużeniem oka 
uwidocznił w swoistym epitafium, które sam sobie wypisał, i w którym czytamy: "Nie miał dzieci. 
Spłodził parę książek, w których prawda przeważa rozsądek: miast przytakiwać i kadzić pomni- 
kom, ułudę, łgarstwa i mity wytykał. Życie miał niełatwe, lecz ciekawe. Zwiedził sporo świata, 
w niejednym świętoszku dostrzegł chytrego łajdaka. Cenił dobrą poezję, klasyczną muzykę, chętnie 
grywał w brydża i remika. Medal za wojnę, Italię, Imperium Obronę, Krzyż za książkę (tę o Guła- 
gu), drugi za Włoską Koronę. To osobliwe epitafium sporządził u nirwany progu ku zgorszeniu 
wierzących, zadumie sceptyków i uciesze wrogów" . 
Mimo takich przekornych gestów Kazimierz Zamorski był człowiekiem niesłychanie towarzy- 
skim, w przyjaźniach szczerze oddany i zawsze pomocny, otwarty na świat i ciekawy ludzi. 
W swym, jak sam przyznaje, "niełatwym życiu" poznał z konieczności nieźle kilka języków. Wy- 
korzystywał te umiejętności, aby się cieszyć czytaniem dzieł literatury w miarę możności w orygi- 
nale. Może właśnie dlatego doceniał także dobrą polszczyznę i denerwowały go wszelkie niechluj- 
stwa językowe, niepotrzebne makaronizmy, wszelka nowo-mowa. Tępił to i wyszydzał, a czasem 


286
>>>
wytykał różne błędy czy śmiesznostki językowe w liście do redakcji. Gdy szczególnie w ostatnich 
latach zwracali się do niego czasem młodzi naukowcy z Kraju poszukujący dostępu do materiałów 
źródłowych, chętnie udzielał informacji. Swoje własne bogate archiwum i pokaźny zbiór książek 
przekazał do Ossolineum, Biblioteki Jagiellońskiej i Biblioteki Muzeum Polskiego w Rapperswilu. 
Daleki bowiem od wszelkiego rodzaju patriotycznego patosu i pustosłowia, które go śmieszyły 
i denerwowały, doceniał wagę rzetelnych badań historycznych. A wobec tego na sercu mu leżało 
zabezpieczenie śladów - dokumentów, notatek, wspomnień, korespondencji itp. - oddających 
losy ludzkie, a tak często ulegających zniszczeniu, zwłaszcza w warunkach emigracyjnych. Toteż 
czynnie, choć po cichu, wspierał nasze placówki kulturalne poza Krajem, szczególnie Muzeum 
Polskie w Rapperswilu. Chętnie sobie pokpiwał z wszelkich objawów mitomanii: tę na skalę naro- 
dową uważał za niebezpieczną, tę - niestety tak częstą - indywidualną potrafił zwalczać niemi- 
łosiernie, czym sobie zresztą niemało kłopotów przysparzał. I taki pozostanie w pamięci tych, 
którzy go znali - hardy a jednocześnie uczynny, Lwowiak z krwi i kości, odzwierciedlający się 
w przeróżnych lwowskich anegdotach, które z zamiłowaniem opowiadał. Lubił zresztą nie tylko 
lwowskie "szmoncesy", ale w ogóle dowcipy. Czy kryła się za tym chęć złagodzenia ponurych 
wspomnień z Gułagu? Może. Nie wiem. Leszek Kołakowski w rozdziale "O śmiechu" swoich 
Mini-wykładów o maxi-sprawach nie wyklucza, że dowcipy i humorystyczne historyjki mogą 
spełniać taką funkcję. 
Po długiej i z godnością znoszonej walce z nowotworem naczyń limfatycznych zmarł w Mo- 
nachium 7 grudnia 2000 roku. Zgodnie zjego życzeniem prochy zostały złożone w styczniu 2001 r. 
na monachijskim cmentarzu północnymjedynie w obecności najbliższej rodziny. 


Nina Kozłowska (Niemcy)
>>>
DLACZEGO NIE WRÓCIŁEM "WTEDY" 


1. Wcześnie, pewnie w 1940 roku dotarł do mnie list mojej przyjaciółki Krystyny Krahelskiej, 
a w nim zdanie: "...Janek jest w Kozielsku. Pisuje". Kozielsk? Polska miejscowość. Gdzie? Nie 
mogłem znaleźć jej na mapie Polski. A po kilku miesiącach nadbiegł drugi list Krystyny: "... od 
Janka od dawna nie ma wiadomości. Od kwietnia". Gdy ten drugi list Krystyna pisała On już był 
zabity w Katyniu. Mój brat. Było nas dwóch. 
2. Rosja. Zrywa stosunki z naszym rządem w Londynie z racji Katynia. 
3. Rosja. Powstanie w Warszawie. 
4. Rosja. Marzec 1945. Porwanie Szesnastu Członków Rządu Polskiego i bezczelny "proces" 
hańbiący Rosję. 
5. Rosja. Październik 1947. Mikołajczyk ucieka z Polski. 
6. 1947 - wezwanie mnie przez głowę Rodziny do powrotu i szybkie odwołanie wezwania. 
7. Rodzina żony usilnie namawia do powrotu. Zwykłe uczuciowo szkodliwe argumenty. Żona 
podejmuje tamte sposoby myślenia. "Trzeba ratować dzieci!". Odpowiadam: "Tam - to prosta 
droga do więzienia. Tutaj - myśleć o pożytecznej pracy na emigracji. Polska potrzebuje emigracji, 
silnej emigracji. Teraz i zawsze. Patrz - Żydzi." Do dziś jestem tego samego zdania. 
8. Spotkanie z moimi byłymi wykładowcami ze Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. 
Ogromnie patriotyczni. Wracają, by wychować młodzież lotniczą, w odnowionej Szkole. Pytają czy 
pojadę z nimi? Odpowiadam: "Temu, kto wyciągnie rękę po młodzież - «oni» ręce obetną". Wrócili. 
Kilku, co najlepszych, najaktywniejszych "oni" rozstrzelali. 
9. Leopold Skwierczyński. Jesienią 1947 roku, po ucieczce z Polski wraca do Anglii, były wysłan- 
nik rządu londyńskiego, w sprawach łączności lotniczej z podziemną armią. Prz)jaźniliśmy się żywo. 
Sprowadził także swoją żonę, również zawodową aktorkę, podobnie jak on. Założyli teatr objazdowy 
"Komedia", celem jego było podtrzymywanie na duchu i w polskości rozbitków naszych tkwiących 
w obozach, gdzie usiłowali formować swą politykę życiową na resztę przyszłości. Zaprosili mnie do 
pomocy, później do współpracy. Opowiadali mi to co przeżyli pod Niemcami, przed Powstaniem, 
w czasie Powstania, po ucieczce Niemców, którzy sprowadzili nam do Polski bolszewików; po areszto- 
waniu ich obojga przez bolszewików polskich, jakże chętnie wykazujących, że nie ustępują KGB, trzy- 
mali ich przez dziewięć miesięcy w Krakowie. KGB nie udowodniło im "zdrady Polski na rzecz Zacho- 
du i szpiegostwa dla Ameryki" i wypuszczono ich. Moi prz)jaciele nie czekali na zmianę "linii". Uciekli. 
Potwierdzała się słuszność mojej decyzji w sprawie powrotu "wtedy". 
10. Rozmowa z Jasiem L. 
Obóz PKPR w Dunholm Lodge, by przeprowadzić angielską demobilizację. Wtem dowiedziałem 
się, że On tam przyjechał w tym samym celu. Radość! To mój przyjaciel sprzed wojny, bliski mi 
jak żaden z przyjaznych kolegów. Przyjaciel. Tym się wyróżniał, że oceniał fakty i to co inni o nich 
myśleli i spokojnie dobierał słowa decyzji. I, bardzo ważne, z natury pełen uśmiechów. 
Nieco rozedrgany wszedłem do jego kwatery. Bałagan mężczyzny pakującego się do szybkie- 
go wyjazdu. Stałem w drzwiach, patrzyłem na jego plecy pochylone nad zawiniątkami, materiała- 
mi, pantoflami, bucikami, spodenkami - dla żony, dla syna, już dziesięcioletniego. No, tak. 
Rzekłem: "Jasiu". Odwrócił się. Zarżał tym swoim śmieszkiem, jak młody konik, a nie pan 
major spod czterdziestki. I już mówił: "Dziś dowiedziałem się, że tu jesteś, jutro bym do ciebie 
przyszedł. Dziś muszę się upakować. Jadę". 
Rozumiałem. On nigdy "nie wyjechał", więc jedynie "jechał" stąd - tam. Stałem bez słowa. 
Nie przyszedłem po radę, ale na gadanie o moim zapieczonym, dławiącym, niemożliwym do usu- 
nięcia z gardła, porażającym całego mnie przymusu niejechania. 1... na zbadanie Jego stosunku do 
mnie po mojej decyzji. 
"No, to do jutra - powiedziałem. - Chce się z Tobą pożegnać, bo... - Tak - powiedział 
Jan. - Potem się nie zobaczymy." Stwierdzał. Stałem. Myślałem: "W ogóle po co? Tylko może 
jemu coś zatruję, coś zaostrzę, załamię, podłamię. Zgniotę. Jak siebie". Umówiliśmy się na drugi 


288
>>>
dzień, na obiad w oficerskiej mesie. I zaplanowaliśmy miły wieczór "ku pamięci", u mnie. Wróci- 
łem do swojej kwatery, sprawdziłem, czy mam butelkę whisky i dokupiłem niebieskiego "Stilto- 
na" , najlepszego sera Anglii, biskwitów o smaku pieczonego bekonu. I tyle. Na kolację mieliśmy 
pójść do kasyna. 
Nie poszliśmy. Wypiliśmy od razu po dwa "podwójne whiskacze" i rozgadaliśmy się o kon- 
taktach z rodzinami i o swoich lataniach. On był nawigatorem pułkownika Bolesława Orlińskiego, 
szczęściarz, na Mosquito latali z Francji. Ja na Bliskim Wschodzie, na Spitfirze, pod koniec na 
Dakotach. Rozczmuchaliśmy się. Wspominaliśmy przedwojenne wieczory w Jego domu, gdzie 
światłem była jego śliczna żona. Piliśmy za ich bliski pierwszy wieczór po latach i za ich Jędrka. 
Piliśmy z wolna, do późna. I stało się nieuniknione - poczęły z nas wyłazić nasze argumenty, 
Jego rozgrzana wizja ich dwojga, kolorowa, potem coraz bardziej ogólna, przygaszone "Za". 
I moje "Nie!" Od miesięcy uformowane, zażarte na wszystkie okrutne, bezlitosne "ale", bywało, 
nadziane obleśną pychą "Za". Tych już podających szyję w niewolnicze jarzmo. Przekreślałem je 
dla siebie swym wielkim, niosącym ulgę "Nie!" Ale już przestawało działać dobrodziejstwo whi- 
sky, rozmach bezsensu. Zmęczyliśmy się, spoważnieliśmy, zamilkliśmy. Aż Jan odsłonił mi swoje 
zamykające sprawę "Za". Obrazowo. Zaczął spokojnie. "Ty - powiedział - nauczyłeś się angiel- 
skiego, latałeś z nimi, poznałeś ich trochę, źle ci z nimi nie było. Ja? Nigdy się ich języka nie na- 
uczę, nigdy ich nie zrozumiem. Ja znam rosyjski. Znam Rosjan. Wiem jak przeżyć." Zapadł się 
w siebie i wyrzucił: "Ja chcę być ojcem mego syna, chcę być mężem mojej żony!" 
Milczałem. Cokolwiek bym powiedział wyszedłby z tego platfus, oklepus. On wzruszył ramio- 
nami do swoich myśli i powiedział: "Wyobraź sobie, że jesteśmy Rosjanami. Pijemy. Ta butelka jest 
w połowie pełna. Jest nam wesoło! Gadamy sobie o tym co nas boli i przygadujemy sobie ze śmie- 
chem, ja «Tak», ty «Nie». I pijemy. A gdy butelka będzie pusta - zaśpiewamy coś żałosnego, za- 
szlochamy rozpaczliwie, ja wyciągnę nóż i chlasnę cię po szyi, bo ty «Nie»! Bo ty, psia twoja, «Nie» 
i «Nie». Zdrajca! A kiedy ty leżysz zakrwawiony i zipiesz ostatkiem, ja padam na kolana przy tobie 
i wołam: O, Boże, Bożesz Ty mój! Ja świnia, ja kryminalista! Ja prz)jaciela zabiłem! Nie przebacz 
mi, Boże! Ja Kain! I przy tobie stygnącym zasnę... - Znasz ich - powiedziałem. - Ja też o nich 
wiem dość. - Znam ich - zakończył Janek". 
Przeżył. 
Koniecznie winienem dodać dwa "elementy" mojej wczesnej decyzji: 
a. Rosja. Łubnie. 1917/1918 - tam po raz pierwszy zobaczyłem wozy załadowane rozstrzela- 
nymi - bolszewicy weszli do miasta. 
b. Rosja? Listopad 1939, statek "Kościuszko", płyniemy z Pireusu do Marsylii. Poznaje mnie 
urzędnik magistratu w Siedlcach. Mój wuj, Sławomir Łaguna, był prezydentem tam i ja mieszka- 
łem u Niego przez dwa lata. 
Ow pan opowiedział mi co następuje: 
W końcu pierwszego tygodnia września 1939, kilka ministerstw przesunięto z Warszawy do 
Siedlec. 9-go, lO-go i II-go naloty niemieckie dały się Siedlcom tak we znaki, że 12-go prezydent 
miasta zadecydował wymarsz całego taboru ministerialnego, oraz personelu magistratu. Wyruszo- 
no na Wschód. 
Śladu po nich do dziś nie ma. Zwracałem się do "Karty" w Warszawie, jako do ostatniego i może 
najlepszego źródła - żadnych informacji nie otrzymałem. 


Stanisław Wujastyk (Niemcy)
>>>
Z TECZKI ARCHIWALNEJ: 


POLSKI ZWIĄZEK AKADEMIKÓW W SI ANACH ZJEDNOCZONYCH 


"Przez młodość ptakiem człowiek przeleci..." 
Już od dobrych kilku lat prowadzę podwójne życie. Jedno bieżące, realne, wypełnione po 
brzegi codziennymi zajęciami, a więc sprzątaniem, gotowaniem, pisaniem, malowaniem, płace- 
niem rachunków, podchowywaniem wnucząt, wizytami u dentysty i lekarza (wiek! wiek!), cho- 
dzeniem do kościoła, do teatru, na koncerty, robieniem zakupów, wakacjami rodzinnymi, spotka- 
niami towarzyskimi z przyjaciółmi i - co najważniejsze - czytaniem książek. I drugie, za- 
mknięte w teczkach i pudłach, pełne spraw przeszłych, minionych, w którym wszystko co się 
miało stać, spełnić i zrealizować już się stało, wypełniło, zrealizowało i zostało zapisane po stro- 
nie zysków lub strat. 
Każdego niemal dnia kursuję między życiem przedwczorajszym i wczorajszym, a dzisiej- 
szym i jutrzejszym. Zdarza się też coraz częściej, że nie wiem, które życie ważniejsze, które 
bardziej mnie absorbuje i które bardziej wypełnia moją teraźniejszość. Niech tylko nastąpi jakaś 
przerwa w nieustannym potoku spraw bieżących, a zaraz w tę przerwę wstępuje przeszłość. Rado- 
sna, bolesna, bogata i biedna, urodzajna i nieurodzajna, roześmiana i zasmucona. Pełno w niej 
wzlotów i upadków, potknięć i osiągnięć, a także zwykłej, szarej nijakości - jak to w życiu. Nie 
po samych tylko szczytach chodzimy, zdarzają się przecież niziny, doliny i przepaście. Z teczek 
i pudeł rozmaitych rozmiarów wyciągam papierzyska, zapiski, notatki, wycinki z pożółkłych 
gazet i czasopism. Przeglądam i podejmuję ważką decyzję: zachować, czy wyrzucić? 
Ostatnio sięgnęłam do materiałów przesłanych mi dość dawno przez Jana Piotra Wampuszyca, 
z którym przez długie lata współpracowałam w bardzo wartościowej, wysoko kiedyś cenionej, 
a dziś niemal zupełnie zapomnianej organizacji o nazwie Polski Związek Akademików w Stanach 
Zjednoczonych (w skrócie PZA - przyp. R.N.). Niezwykła to była organizacja, skupiająca ludzi 
aktualnie studiujących w pełnym wymiarze za dnia, a pracujących wieczorami lub na nocnej zmia- 
nie; pracujących w pełnym wymiarze godzin za dnia, a studiujących na wieczornych kursach uni- 
wersyteckich; ludzi z przerwanymi wskutek wojny lub wywózek, więzień lub obozów jenieckich 
studiami, a także tych, którzy studia rozpoczęli na kompletach podziemnych w okupowanej Polsce, 
lub po wojnie w Niemczech czy Anglii, ale po przybyciu do Ameryki rozpoczętych studiów ze 
względów finansowych lub rodzinnych nie mogli chwilowo kontynuować. Mając jednak zamiar 
podjęcia ich na nowo, gdy tylko warunki materialne będą sprzyjały, nie chcieli tracić kontaktu ze 
świeżo powstałym środowiskiem akademickim, do którego słusznie się zaliczali. I wreszcie tych po 
studiach lub już nie studiujących, którzy przystąpili do PZA, jako członkowie wspierający, wspo- 
magający, pragnący ze względów ideowych i z poczucia obowiązku społecznego dopomóc zapra- 
cowanym ponad miarę młodym, ambitnym, nowoprzybyłym - jak oni sami - we współorgani- 
zowaniu nie tylko spotkań towarzyskich, dyskusyjnych i autorskich, ale także wystaw, koncertów, 
prelekcji i wieczorów poetyckich. Wzbogacających życie wewnętrzne o polskie wartości kulturo- 
we. PZA obejmujący swym zasięgiem cztery okręgi: Chicago (Illinois), Detroit (Michigan), 
Cleveland (Ohio) i Buffalo (Nowy Jork), stał się w krótkim czasie prężną, nadzwyczaj żywotną 
organizacją młodej, polskiej inteligencji. Stał się dla wielu szkołą obcowania z innymi, był pierw- 
szym w ich życiu doświadczeniem o charakterze kulturalno-bratniacko-samopomocowym. Pierw- 
szym zetknięciem się z kulturą wyższą, zjej przeróżnymi przejawami i obliczami. Poprzez rozlicz- 
ne działania, Związek uczył harmonijnej współpracy, poszerzał horyzonty myślowe pomagał 
w rozwoju talentów i uzdolnień, pobudzał indywidualne zainteresowania i upodobania. A co może 
najważniejsze, stanowił pozadomowy polski punkt oparcia w nowym kraju. 


290
>>>
"Gaudeamus igitur 
juvenes dum sumus!" 
Polski Związek Akademików powstał w 1950 roku, w okresie największego napływu powo- 
jennej emigracji. Na tę nową emigracyjną, polską społeczność składali się - wywiezieni na przy- 
musowe roboty do Niemiec, nie mający zamiaru wracać do Polski - byli więźniowie obozów 
koncentracyjnych, byli żołnierze 2. Korpusu generała Władysława Andersa, byli powstańcy war- 
szawscy, AK-owcy, NSZ-etowcy, byli więźniowie sowieckich obozów pracy przymusowej, byli 
zesłańcy, niedawni jeńcy wojenni uwolnieni z oflagów i stalagów i wreszcie uchodźcy z kraju, 
znajdującego się w orbicie sowieckiej, pod rządami komunistycznymi. Dorośli i ich dzieci właśnie 
wstępujące w szeregi akademickie, już od wielu lat nie znali normalnego życia, nie mieli własnych 
domów czy mieszkań. Znali tylko życie obozowe, od obozów koncentracyjnych, sowieckich ła- 
grów i obozów jenieckich poczynając a na obozach dipisowskich (Displaced persons), istniejących 
pod patronatem dobroczynnych UNRRA i IRO, będących punktem przejściowym, przystankiem 
między wojennym i okupacyjnym wczoraj a pokojowym jutrem kończąc. 
Polski Związek Akademików nie był organizacją liczebnie silną. Nie mógł być ze względu na 
swą wyjątkowość, czy - jak chcieli niektórzy - elitarność. Nie był też organizacją zamożną, 
zasobną materialnie. Był natomiast organizacją umiejącą zabiegać o fundusze, umiejącą zarabiać 
na siebie i swoje potrzeby. Organizacją hojną na dobre cele - z jednym naczelnym: aby pomagać 
finansowo studiującym i nostryfikującym swe dyplomy. Dzisiaj te koleżeńskie, bratniackie wspar- 
cia, udzielane z Funduszu Stypendialnego wydają się śmiesznie małe, niemal ubogie, ale w tamtych 
latach spełniały swe zadanie a co najważniejsze, dawały poczucie przynależności do polskiej 
wspólnoty studenckiej, akademickiej i etnicznej. Ogromnie ważnej po latach wojny i rozsypki. 


Vivat, Floreat, Crescat! 
W późnych latach 50. z podszeptu Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku przy 
entuzjastycznym poparciu PZA (w osobie wiceprezesa Zbigniewa Antoniego Kruszewskiego), 
członkowie organizacji zebrali dane o ponad dwu tysiącach pracowników naukowych polskiego 
pochodzenia, zamieszkujących lub przebywających na środkowym zachodzie i na środkowym 
wschodzie Stanów Zjednoczonych. A w listopadzie 1963 roku, przy wydatnej pomocy PZA został 
zorganizowany pierwszy zjazd z udziałem 80 naukowców polskiego pochodzenia. Na tym zjeździe 
utworzono oddział PIN-u na środkowym wschodzie Ameryki. Były to inicjatywy w tamtych latach 
niezwykłe, o jakich przedtem nikt nie słyszał, a które przyczyniły się znacznie do zmiany amery- 
kańskiej opinii publicznej o Polonii a nowoprzybyłym dopomogły w odnalezieniu i utrwaleniu 
własnej tożsamości, odzyskaniu dumy ze swego polskiego pochodzenia. W tym też okresie, nie- 
zmordowany w działaniu Zbigniew Antoni Kruszewski zainicjował wspólnie z Władą Chałko 
(prezeską Legionu Młodych Polek) utworzenie istniejącej do dziś katedry polskiej na uniwersytecie 
chicagowskim. 
Przez długie lata cztery okręgi PZA współdziałały ze sobą tak dynamicznie, podejmowały 
z rozmachem tak różnorodne inicjatywy, że nie jestem w stanie, w ramach jednego, wspomnienio- 
wego artykułu, wszystkich ich wymienić. Przypomnę tylko, że gośćmi-prelegentami, mówcami 
a w rezultacie przyjaciółmi i poplecznikami braci akademickiej stali się m.in. Aleksander Janta- 
-Połczyński, ks. prałat Walery Jasiński (opiekun duchowy, kapelan PZA), Anna Mortka, ks. prałat 
Zdzisław Peszkowski, Jan Rostworowski, prof. Tymon Terlecki (doradca PZA w sprawach kultu- 
ralnych), Kazimierz Wierzyński i pianista koncertowy Jan Wojnar. 
Jak z tego co powyżej napisałam wynika, młoda organizacja akademicka miała nie byle jakich 
mentorów, doradców, mecenasów i opiekunów. Nic dziwnego, że impreza goniła imprezę, że duch 
działania był silny a entuzjazm i zapał w propagowaniu sztuki i kultury polskiej - wielkie. Do- 
równywały im osiągnięcia uniwersyteckie. Polscy studenci zaliczali się na wyższych uczelniach do 
najlepszych, najzdolniejszych i najpracowitszych. Nic też dziwnego, że w sprzyjających warunkach 
kwitło życie koleżeńskie, towarzyskie, stanowiące przedmiot wspólnej radości. 
Biorąc pod uwagę rozwój organizacji i osiągnięcia ogólne, zdobyte w tak krótkim czasie, 
w nowych warunkach, w nowym kraju, Zarząd Główny PZA (wybierany co dwa lata) w liście 
kurtuazyjnym wystosowanym w roku 1964 do wielu organizacji staro-polonijnych, mógł śmiało 
napisać: 


291
>>>
jesteśmy młodą organizacją, owianą duchem nowych idei, patrzącą w przyszłość, pracującą 
konsekwentnie dla przyszłości, oceniającą realistycznie nasze zadania i obowiązki. Przyj- 
mujemy i łączymy w twórczą całość najlepsze tradycje amerykańskie, szczytne dziedzictwo 
kultury polskiej i religii chrześcijańskiej. [...] Pragniemy służyć nie części ale całej Polonii 
a silniejsi duchowo i intelektualnie, pragniemy służyć Ameryce. [...] W Stanach Zjednoczo- 
nych wykształcenie określa powodzenie materialne i jest miarą wartości świadczonych spo- 
łeczeństwu. Wykształcenie średnie, jest ogólnie dostępne. Nieodzowną jest jednak pomoc 
wartościowym jednostkom w osiągnięciu wykształcenia wyższego. Przez udzielanie stypen- 
diów PZA spełnia ważną rolę w tym zakresie. [...] Zasięg działania PZA obejmuje takie 
dziedziny, jak: badania naukowe, publikacje, wykłady, odczyty, audycje radiowe, pokazy 
filmów, wystawy artystyczne, wieczory dyskusyjne, przedstawienia teatralne, nadscenki ka- 
baretowe oraz najbardziej popularne wieczory literacko-muzyczne. 
Ale na tym nie koniec. Polski Związek Akademików od początku zabiegał o dobre stosunki 
z polonijną prasą i radiem. W bardzo krótkim czasie, dzięki przychylności i zrozumieniu założeń PZA, 
redaktor naczelny detroickiego "Dziennika Polskiego", Stanisław Krajewski (związany przed wojną ze 
"Światpolem"), udostępnił łamy swego pisma akademikom, przeznaczając w każdy poniedziałek kilka 
szpalt na rubrykę pod hasłem "Sprawy akademickie". W rubryce tej można było znaleźć informacje 
dotyczące działań Zarządu Głównego i każdego z czterech Okręgów. Nie tylko informacje, ale krótkie 
recenzje, zawiadomienia o mających się odbyć imprezach, zbiórkach, balach, zjazdach, odczytach, 
akademiach narodowych i demonstracjach patriotycznych. A także o stypendiach. 
Charakter kroniki był w zasadzie poważny, ale zdarzało się, że w okresie kanikuły autorka kroniki 
pozwalała sobie na żartobliwe, zabawne przerywniki. Jak dla przykładu - wierszowane, utrzymane 
w stylu KI. Gałczyńskiego sprawozdanie z podróży wakacY-jno-służbowej do N owego Jorku: 
Czas poza domem się nie dłuży - 
jestem już trzeci dzień w podróży... 
Wielka wystawa w N owym Jorku 
w której jest wszystko jak we worku. 
Każdy wystawia to, co może, 
Szanowny Panie Redaktorze... 
Boli mnie duma narodowa 
że na światowym tym ryneczku 
o Polsce nie ma ani słowa 
w najmniejszym choć pawilloneczku, 
więc ból mój w Pana ręce złożę, 
Szanowny Panie Redaktorze 


[...] 
Byłam też w West Point, gdzie nad dróżką 
stoi Tadeusz, nasz Kościuszko 
więc serca zaraz poszły w górę, 
bo taką mamy już naturę. 
W nas ciągle patriotyzm gorze 
Szanowny Panie Redaktorze... 


[...] 
Weszłam tu w kontakt z "Nowym Światem" 
który ma "stronę" nam drukować 
zimą i wiosną, także latem 
byśmy PZA mogli propagować. 
Więc teraz z nami nie najgorzej, 
Szanowny Panie Redaktorze... 


[...] 
Wakacje dobiegają końca 
Dnie coraz krótsze, noce chłodne 


292
>>>
I coraz słabszy promień słońca, 
Choć niebo nadal jest pogodne. 
Już coraz bledsze świecą zorze 
Szanowny Panie Redaktorze... 
Obdarzony dużym poczuciem humoru red. Stanisław Krajewski ten pół-prywatny a pół-spra- 
wozdawczy list zamieścił w całości Qa podaję wersję skróconą) a co więcej w sześćsetlecie Uni- 
wersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oddał do dyspozycji PZA cały dwunastostronicowy "Doda- 
tek Niedzielny" pisma (coś w rodzaju miniaturowego "Przeglądu Polskiego"), który zapełniliśmy 
materiałami historycznymi, poezją, fotografiami Uczelni i obszernymi rozmowami z dawnymi 
wychowankami Wszechnicy Krakowskiej. Za dość niecodzienny w tamtych latach u n i w er - 
s y t e c k i dodatek, PZA zebrał mnóstwo pochwał a "Dziennik Polski" zaskarbił sobie wdzięcz- 
ność licznej społeczności nowo przybyłych Polaków. 
Jak z wspomnianej trochę wyżej, wierszowanej korespondencji wynika, weszliśmy też w kontakt 
z prestiżowym, najpopularniejszym na wschodnim wybrzeżu, nowojorskim "Nowym Światem". 
Podczas mojej wizyty w redakcji "naczelny" dr Tadeusz Siuta rozmawiał ze mną wprawdzie przez 
ramię, nie odwracając ani razu głowy w moją stronę, ale jednak uważnie słuchał i przychylił się do 
naszej prośby, przyznając nam w dodatku "Ogniwo", raz w miesiącu, całą stronę (zaznaczając, aby 
była to strona akademicka a nie kabaretowa...) drukując przesyłane materiały bez ingerencji w ich 
treść. Ambitna grupa, redagująca "Stronę", z wielkim zapałem zbierała ciekawostki, dotyczące m.in. 
osiągnięć Polaków na amerykańskim rynku kulturalnym. Na tej właśnie "Stronie" ukazały się - 
jedyne w tamtych czasach - rozmowy w polskim języku z kompozytorami i twórcami muzyki fil- 
mowej: Henrykiem Warsem ("Miłość ci wszystko wybaczy", "Tylko we Lwowie", "Flipper", 
"A Little Shepard of the Kingdom Come" i inne) i Bronisławem Kaperem ("Ninon, ach uśmiechnij 
się", "Carnival", "Lord Jim", "Green Dolphin Street", "Mutiny on the Bounty" i inne); z Anetą Stra- 
kacz-Appleton o jej ojcu Sylwinie Strakaczu i Ignacym Janie Paderewskim; z Danutą Mostwin o jej 
pisarstwie; z Ryszardem Kubińskim o przekładach poezji itd., itd. 
Bardzo życzliwie odnosił się też do działań akademickich chicagowski "Dzienik Związkowy", 
organ prasowy Związku Narodowego Polskiego (redaktorzy: Józef Białasiewicz, Jan Krawiec, 
Wojciech Białasiewicz) - zamieszczając na swych łamach informacje o urządzanych przez PZA 
imprezach i obszerne recenzje z tychże imprez. Dla okręgu chicagowskiego ta serdeczna pomoc 
była nie do przecenienia. W gorszej sytuacji znalazły się Okręgi w Cleveland i w Buffalo, nie 
mające żadnego zaplecza prasowo-informacyjnego. A bez poparcia prasowego i radiowego - 
o czym za chwilę - po kilkunastoletniej, pięknej działalności, życie akademickie w tych miastach 
zaczęło zamierać. Pozostały jednak dwa dynamiczne, pełne społecznego wigoru i zapału Okręgi: 
chicagowski i detroicki. I te dwa przetrwały... 
Ale było jeszcze radio i ten środek masowego przekazu Zarząd Główny i poszczególne okręgi 
postanowiły pozyskać dla swej działalności kulturalno-społecznej. Przodował w tym pozyskiwaniu 
Okręg detroicki, który przyjął od początku nazwę "Akademia". Dzięki uprzejmości i zrozumieniu 
celów i zadań Związku przez dyrektorów pięciogodzinnego, codziennego programu, druha Euge- 
niusza Konstantynowicza i red. Jana Mariana Kreutza, PZA uzyskał własną, cotygodniową, piętna- 
stominutową audycję o nazwie "Gaudeamus". Głównym tematem audycji - obok informacji 
o mających się odbyć imprezach - była kultura polska i konieczność jej podtrzymania 
i propagowania wśród starej, średniej i młodej Polonii. Słuchacze zapoznawali się z fragmentami 
poezji i prozy, wysłuchiwali rozmów na nurtujące młodzież akademicką tematy. Audycja prze- 
trwała całe lata, aż do likwidacji programu (śmierć obu dyrektorów.. .). Tak było w Detroit. Nato- 
miast Okręg chicagowski korzystał niejednokrotnie z zaproszeń dyrektora codziennego programu 
radiowego i godzinnego, niedzielnego programu telewizyjnego Roberta Lewandowskiego do roz- 
mów i wywiadów na tematy związane z zamierzeniami, dokonaniami i zainteresowaniami PZA. 
Miał też Polski Związek Akademików w Stanach Zjednoczonych dobre stosunki koleżeńskie 
ze Zrzeszeniem Studentów i Absolwentów Polskich na Uchodźstwie z siedzibą w Londynie i uka- 
zującym się tam "Merkuriuszem" pismem młodej inteligencji mieszkającej nad Tamizą. (O "Mer- 
kuriuszu" w rozmowie przeprowadzonej przez Beatę Tarnowską mówi obszernie poeta Bolesław 
Taborski w trzecim zeszycie toruńskiego "Archiwum Emigracji".) 
A w roku 1964 na Walnym Zjeździe w Buffalo, otwarto Związkowi mikrofony "Głosu Ame- 
ryki", nadając do Polski obszerne sprawozdanie zjazdowe i rozmowy o celach, zadaniach i osią- 


293
>>>
gnięciach młodej polskiej inteligencji żyjącej wprawdzie na drugiej półkuli, ale uczuciowo związa- 
nej z krajem pochodzenia. Jednym z najważniejszych tematów był bratniacki fundusz stypendialny, 
stworzony samorzutnie przez studentów, dla studentów. Transmisja z Buffalo zaowocowała licz- 
nymi listami od słuchaczy w Polsce, poruszonych najwyraźniej ambicjami i niezależnością młode- 
go pokolenia w Ameryce, podtrzymującego przekonanie Antoniego Słonimskiego, że "świat nie 
jest piłką footbolową, świat się podbija głową!" 


"Na Pięterku", "Na Pięterku" 
Wszak ten lokal każdy zna, 
"Na Pięterku", "Na Pięterku" 
Co niedzielę "szafa gra" ... 
Starając się odtworzyć - z konieczności bardzo pobieżnie - dzieje PZA, pragnę podkreślić, 
że znając dość dobrze całość działalności, najbardziej czułam się związana z Okręgiem detroickim. 
Był to jedyny Okręg posiadający w tamtych latach rzecz bezcenną, a mianowicie - własny lokal, 
zwany "Na Pięterku". Tutaj właśnie, przy głównej arterii polskiej dzielnicy o nazwie Hamtramck, 
koncentrowało się życie organizacyjne i kulturalne PZA. Prawie każdy weekend, jak rok okrągły, 
cztery obszerne pokoje - a bywało, że i klatkę schodową - wypełniała doborowa publiczność, 
która z zainteresowaniem i życzliwością przysłuchiwała się popisom recytatorskim, odczytom, 
muzyce, pieśni i poezji. Brała gromadny udział w kiermaszach sztuki ludowej, wystawach książki 
polskiej i spotkaniach autorskich. Największym jednak powodzeniem cieszyły się "podwieczorki 
kabaretowe" i "wieczory poetycko-muzyczne" (ktoś nawet ukuł powiedzenie, że PZA to "Poetycki 
Związek Akademików".. .). Podwieczorki i wieczory przynosiły wielką radość wykonawcom 
("młodość się musi wyszumieć! ") i publiczności, a organizatorom wcale niezły dochód, zasilający 
Fundusz Stypendialny. W kabaretowym repertuarze prezentowano utwory: Mariana Hemara, Ry- 
szarda Kiersnowskiego, Feliksa Konarskiego, Anatola Krakowieckiego, Antoniego Słonimskiego 
i Juliana Tuwima. Sięgano też do Aleksandra hr. Fredry i biskupa Ignacego Krasickiego. Próbowali 
też swoich sił w tekstach "aktualnych": Zdzisław Jachulski i - ja. 
Współzawodnictwo - w najlepszym tego słowa znaczeniu - między Okręgiem chicagow- 
skim a detroickim było wręcz legendarne, w związku z czym w "Podwieczorkach kabaretowych" 
prezentowaliśmy takie oto fraszki: 
W Chicago mówią, że co zrobią, to zawsze jest wszystko wspaniałe 
Na guziczek ostatni zapięte, od "A" do "Zet" doskonałe. 


Ajakże być może inaczej, gdy szczęścia ich taka jest miarka, 
że na dwa "A"* zaczyna się prezes - a na dwa "Zet" - sekretarka!"* 


*** 


W Detroit każdy się zachwyca 
Postawą Jana Wampuszyca- 
Że to jest prezes jakich mało, 
Że więcej takich by się zdało. 


Czy zawsze rację ma? rzecz sporna, 
Odmienność zdań jest przeogromna! 
W opiniach wielka jest różnica 
Co do prezesa Wampuszyca! 
Jedno wszak pewne: nikt nie wątpi 
Od swych zamiarów nie odstąpi. 
A zamiar ma (czy mu się uda?) 
By w "Akademii" zdziałać cuda, 


* Andrzej Azarjew. 
Zofia Zatyrka. 


294
>>>
By "Akademia" sięgła nieba, 
Bo taka właśnie jest potrzeba 
I by przerosła wszystkie góry, 
Za jego super-prezesury! 
Rywalizacja nie przeszkadzała owocnemu współdziałaniu i koleżeńskiej współpracy, także na 
polu rozrywkowym. Gdy w Chicago miał powstać teatrzyk satyryczny, to "podwieczorkowi kaba- 
reciarze" detroiccy podesłali pomysłodawczyni Ewie Buchowskiej taki wierszyk: 
Był malarz, co innym malarzom nie zazdrościł sławy; 
Był poeta dla innych poetów w krytyce łaskawy; 
Był aktor, co o innych aktorach dobrze się wyrażał; 
Był działacz, co się nigdy w życiu nie obrażał. 
Był pieśniarz, który innym swe teksty pożyczał; 
I był nierób co o innych nieróbstwie nie krzyczał; 
Byłajedna, co w innych widziała zalety, 
Choć były młode, ładne i także kobiety... 
Spytacie: Cóż za bajka? wszystko to być może... 
Lecz pozwólcie, że ja to między bajki włożę... 
(Wówczas wiadomo było, o które osoby chodziło!) 


W Chicago też - żeby było śmieszniej - detroiczanie zaprezentowali po raz pierwszy (Alek- 
sandrowi Jancie-Połczyńskiemu) piosenkę o "Akademii" śpiewaną na melodię "Deep in the Heart 
ofTexas": 


Piosenka ta, objaśnić ma, co to jest Akademia 
Być może ktoś z was nie wie co, to jest ta Akademia 
Dziewczęcy gwar, dziewczęcy czar, to właśnie Akademia 
I chłopców rój, ach Boże mój, to właśnie Akademia 
W przepychu sal, wspaniały bal, to właśnie Akademia 
I wina dzban i skoczny tan, to właśnie Akademia 
I mądrość ksiąg i uścisk rąk, to właśnie Akademia 
I w późną noc, nauki moc, to właśnie Akademia! 
Śpiewajmy wraz, po wieczny czas, niech żyje Akademia 
Niech słyszy świat: aby sto lat, żyła nam Akademia! 
Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam... 
Więc jeszcze raz, śpiewajmy wraz: niech żyje Akademia 
Życzymy iż, by rosła wzwyż, ta właśnie Akademia! 
Piosenki i fraszki rosły dosłownie jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Ale większość z nich 
przepadła - bo nikomu nie przychodziło do głowy, stworzenie prawdziwej kroniki i zachowanie na 
wieczną rzeczy pamiątkę, jakie to były zabawy akademickie w tamtych jakże dawnych latach. . . 
Klub "Na Pięterku" funkcjonował znakomicie przez dobrych parę lat. Jego wpływ na społecz- 
ność polską (polonijną) w Detroit był nie do przecenienia. Było to w całym tego słowa znaczeniu 
ognisko polskości promieniujące kulturą i sztuką polską, gromadzące pod jednym dachem najlep- 
szych twórców i wykonawców i naj ciekawsze postacie tamtych, odległych dziś czasów. 
Nie mam zamiaru czynić z mego wspomnieniowego artykułu alfabetycznej wyliczanki, ani też 
przysłowiowej (przestarzałej!) książki telefonicznej. Niemniej, pragnę przypomnieć niektóre po- 
dejmowane przez PZA inicjatywy, dla propagowania sztuki polskiej i nazwiska osób z nimi zwią- 
zanych, jak: koncerty Teresy Garbulińskiej i Jana Wojnara; wystawy malarskie: Barbary Dąbrow- 
skiej, Krystyna Dudkiewicza, Ireny Hałko, Zbigniewa Leśniaka, Tadeusza Łady, Rafała Malczew- 
skiego, Zdzisława Nowińskiego, Jerzego Ochockiego, Romy Starczewskiej (wycinanki), Ludwika 
Wiecheckiego, Stanisława Wcisło (rzeźba) i Kazimierza Żurka. Spotkania autorskie: z ks. prof. 
Stanisławem Bełchem (Londyn), językoznawcą prof. Zbigniewem Gołąbem, red. Jerzym Jankow- 
skim, red. Janem Dunin-Karwickim (Australia); pisarzem Jerzym Krzysztoniem, o. Zdzisławem 


295
>>>
Kozłowskim, założycielem PZA, który poświęcił się służbie bożej wstępując do zakonu 
00. Kapucynów, Stanisławem Latoszyńskim, prof. Tymonem Terleckim, Leopoldem Tyrmandem, 
pisarzem; Bogusławem Ustaborowiczem, harcerzem i społecznikiem itd., itd. Występy estradow- 
ców: Tadeusza Łuczaja, Marii Maliszewskiej, Leszka Kobylińskiego, Zygmunta Kossakowskiego 
i Stefana Wicika. Przedstawienia i sztuki czytane: "Tygrys" Murray'a Schisgala, "Madame X-ow" 
i "Słoneczniki" Teodozji Lisiewicz. Wieczory poezji: Romana Brandsteattera, Zbigniewa Chałko, 
Mariana Hemara, Ryszarda Kubińskiego, Jana Lechonia, Jana Leszczy, Aleksandra Janty-Połczyń- 
skiego, Jana Rostworowskiego, Andrzeja Lecha Sowulewskiego, Kazimierza Wierzyńskiego 
i Józefa Wittlina. Imprez artystycznych było oczywiście dużo, dużo więcej, ale zawodna pamięć 
nic mi w tej chwili nie podpowiada... 


Dla Ciebie, Polsko 
i dla twej chwały... 


Pozostala jeszcze do omówienia zakrojona na szeroką skalę dzialalność patriotyczna PZA. Przez 
wszystkie lata istnienia organizacji, nie było zbiórki na polskie cele, obchodów jedenasto-listopadowych, 
trzecio-majowych, Dni Pułaskiego czy rocznicy bitwy o Monte Cassino, w których by PZA nie uczestni- 
czył. Nie było demonstracji anty-reżymowej, anty-komunistycznej, aby akademicy nie brali w niej 
udzialu. We wszystkich akcjach, w których domagano się wolności dla Polski lub ochrony jej dobrego 
imienia, Akademicy byli na pierwszym miejscu. Wolna, niepodległa, samorządna Polska była stale na 
uwadze młodej inteligencji, która w słowie i czynie dawała wyraz miłości i przywiązaniu do kraju ojczy- 
stego i jego kultury. Zebrania i 
azdy odbywały się w języku polskim. W pierwszych dziesięciu latach 
pobytu w nowym kraju, dość często mówiło się o chęci powrotu do Polski i przeszczepieniu demokra- 
tycznych doświadczeń amerykańskich na ojczysty grunt. "Gdy tylko Polska będzie wolna..." Ale czas 
upływał i nic się nie zmienialo. Młoda inteligencja przestała żyć złudzeniami, tkwić pamięcią w prze- 
szłości a wybiegała myślą w przyszłość. W przyszłość w Stanach Zjednoczonych. Była to nieunikniona, 
normalna kolej rzeczy. Polska spisala na straty dziesiątki tysięcy młodych, dobrze wykształconych lu- 
dzi... Niemniej, gdy zaistniała "Solidarność", Akademicy udzielili jej entu
astycznego poparcia, nie 
tylko moralnego! Chociaż... 


.. Już się mówiło tylko 
w czasie przeszłym... 
Lata biegły. Wczorajsza, ambitna studenteria, z dyplomami w ręku weszła w dorosłe życie. Rozbie- 
gła się po Ameryce. Pozakładała rodziny. Podjęła starania o jak najkorzystniejsze miejsca na amerykań- 
skim rynku pracy. Weszła do najwyższych sfer życia zawodowego. 
Najpierw przestały istnieć najsłabsze liczebnie Okręgi: Buffalo i Cleveland. Chicago zubożało 
pod względem organizacyjnym z chwilą, gdy Zbigniew Antoni Kruszewski wyjechał (wraz z żoną 
Jadwigą) do Teksasu, aby objąć najpierw katedrę a potem dziekanat Wydziału Nauk Politycznych 
na uniwersytecie w El Paso. Teksas zabrał też inżyniera Stanisława Garczyńskiego (z żoną Marią), 
aby powierzyć mu zaplanowanie, wykonanie i nadzorowanie budowy podziemnego metra w Hou- 
ston. Z tzw. "życiowych powodów" odeszli też inni i chociaż na miejscu zostali tak znakomici 
społecznicy jak na przykład Leszek Kapturski i Witold Pawlikowski, coraz bardziej brakowało rąk 
do pracy. Organizacja zaczęła się kurczyć, a młodego narybku nie przybywało. Z końcem lat 80. 
nastąpił w Okręgu chicagowskim kryzys organizacyjny. Ostatnim - jeśli się nie mylę - wspól- 
nym przedsięwzięciem akademików było spotkanie z laureatem Nagrody Nobla Czesławem Miło- 
szem. Życie akademickie, tak bujne kiedyś w stolicy Polonii amerykańskiej - zamarło. Do dnia 
odzyskania przez Polskę niepodległości dotrwała - i to tylko dzięki uporowi Jana Piotra Wampu- 
szyca - jedynie detroicka "Akademia", której oficjalna likwidacja nastąpiła w 1998 roku. 
Polski Związek Akademików w Stanach Zjednoczonych istniał i działał przez blisko pięćdzie- 
siąt lat i pięknie się zapisał w bogatych dziejach Polonii amerykańskiej. Wydaje mi się, że to pra- 
cowite półwiecze warto przypomnieć, odnotować, aby ułatwić pracę przyszłym archiwistom 
i historykom, którzy - być może - zechcą opracować dokładniej ode mnie działania polskiej 
młodzieży akademickiej w nowym kraju, który stał się ich drugą ojczyzną. 


Róża Nowotarska (USA) 


296
>>>
KONFRATERNIA "ZŁOTEJ RÓŻY" 


W latach 1968-1971 przybywali do Kopenhagi wygnańcy z peerelu, przeważnie z całymi rodzi- 
nami. Stanie na kołyszącym się przy nabrzeżu portowym statku "St. Laurence" - miejscu pierwsze- 
go zakwaterowania - było w rzeczywistości odzwierciedleniem poczucia niepewnej przyszłości 
w obcym kraju. Często przywoływało również refleksje na temat nie tak dalekiej przeszłości. 
Dni wyczekiwania na załatwianie formalności, zwłaszcza przez ludzi nawykłych do działania, 
były wypełnione nawiązywaniem kontaktów z przybyłymi z różnych stron Polski - Warszawy, 
Krakowa, Łodzi, Lublina, Poznania, Wrocławia... Wśród uchodźców były osoby, które rozpozna- 
wano z widzenia lub z nazwiska - pisarze, dziennikarze, muzycy. W pośpiesznie zorganizowa- 
nym przez Duńczyków klubie dla emigrantów organizowano spotkania, odczyty itd. W ten sposób 
zamiast przesiadywania w kajutach na statku lub hotelowych pokojach, długie wieczory jesienno- 
-zimowe można było - o ile nerwy na to pozwalały - wypełnić rozmowami ze współtowarzy- 
szami niedoli, muzyką, poezją czy satyrą. 
Pustkę kulturalną i brak działalności niepodległościowej wśród wcześniej osiadłych w okręgu 
stołecznym Polaków, zaczęto wkrótce wypełniać odczytami i wystawami malarskimi (np. w 1971 r. 
poety i artysty malarza Jana Winczakiewicza z Paryża, czy też młodych adeptów malarstwa przyby- 
łych z Polski), spotkania przy świecach, a nawet zorganizowaną (M. Marczyński) audycją w duńskiej 
telewizji z "czarnym aniołem" z Krakowa - Ewą Demarczyk. 
Z inicjatywy redaktora "Kroniki poświęconej sprawom polskim", l lipca 1972 r., w gronie przy- 
jaciół postanowiono utworzyć bractwo "Art et Sciencia" - Towarzystwo Miłośników Nauki i Sztuki. 
Prezesem została znakomita wiolonczelistka, Halina Kowalska-Zalewska. Znana solistka Filharmonii 
Warszawskiej i Teatru Wielkiego podzieliła los tysięcy innych wygnańców. W ten sposób kraj nasz 
zubożał, a w Kopenhadze znaleźli się wybitni pracownicy nauki (fizycy, chemicy, biolodzy itd.), 
lekarze, inżynierowie, studenci różnych kierunków i inni. Byli wśród nich: reżyser Aleksander Ford 
("Chopin"), operator filmowy Władysław Forbert ("Kronika filmowa"), Mariusz Marczyński (znany 
z "Teleturnieju miast"), Tadeusz Polanowski (ze "Szpilek"), kompozytor Zygmunt Karasiński, reżyser 
teatralny Włodzimierz Herman, krytyk literacki Janina Katz, śpiewak operowy Andrzej Orłowicz 
i wybitna skrzypaczka Henryka Trzonek, oraz młody poeta Andrzej Zalewski. 
Towarzystwo "Art. et Sciencia" skupiało grono osób, które zawodowo zajmowały się twór- 
czością artystyczną i publicystyczną. Z niewielkiej dokumentacji jaka się zachowała, możemy 
w zarysie odtworzyć działalność Towarzystwa z lat 1971-l986(?), która głównie polegała na orga- 
nizowaniu otwartych posiedzeń tematycznych lub odczytów, oraz współudziale w imprezach orga- 
nizowanych przez inne środowiska niepodległościowe lub Polską Misję Katolicką. 
Pierwszą większą imprezą jaka została zorganizowana przez konfraternię, był poranek literac- 
ki w dniu 26 listopada 1972 r. poświęcony życiu i twórczości poety Jana Sztaudyngera. Odczyt 
wygłosił Eugeniusz S. Kruszewski, a utwory recytowali - Ewa Młodecka i Andrzej Zalewski. Jak 
podano w zaproszeniu, wstęp w wysokości dwóch koron był przeznaczony na fundusz wydawni- 
czy. Trudno dzisiaj dokładnie podać jaka za tym kryła się myśl, ale był to początek pobytu na 
emigracji. Pieniędzy brakowało nawet na wydanie zaproszeń, a sponsorów nie było. 
25 lutego 1973 r. odbyło się posiedzenie poświęcone Mikołajowi Kopernikowi, a w kwietniu 
tegoż roku na uroczystości rocznicy Katynia przedstawiono wyjątki ze sztuki "Świadek" Romana 
Orwida- Bulicza (1902-1973) l. 
Z kolei 15 czerwca 1973 r. odbyło się posiedzenie poświęcone pamięci wybitnego psychiatry 
i filozofa prof. Antoniego Kępińskiego (1918-1972) z Krakowa. Prelekcję wygłosił Eugeniusz 
S. Kruszewski, a wyjątki z książki Rytm życia czytał Andrzej Zalewskiz . 


l R. Orwid-Bulicz, Świadek. Sztuka w 3 aktach. Londyn 1953. 
z A. J akubik, J. Masłowski, Antoni KępJński - człowiek i dzieło. Warszawa 1981; Kronika po- 
święcona sprawom polskim (Kopenhaga) 1973 nr 30 s. 89; A. Kępiński, Rytm życia. Kraków 1972. 


297
>>>
Jedną z ważniejszych imprez było Sympozjum Kultury Wolnych Polaków, które odbyło się 
w Roku Kopernika, w dniach 13 i 14 października 1973 r., w Kopenhadze pod protektoratem Edwar- 
da Raczyńskieg0 3 . W liście skierowanym do uczestników Patron Sympozjum napisał: "Traktuję to 
jako zaszczytne wyróżnienie dla siebie, a zarazem podkreślenie więzi łączącej mnie z Danią od czasu 
kiedy spędziłem tam pogodne dwa lata młodości. Wierzę, że dzięki energii Państwa ożywi się życie 
kulturalne polskie w Danii i zacieśni współżycie między rodakami tam rozsianymi ,,4. W sympozjum 
uczestniczyło dwadzieścia jeden osób. Wygłoszono osiem referatów, w tym na tematy: "Tycho Bra- 
che i Mikołaj Kopernik" prof. Leona Koczego (Glasgow), "Duszpasterstwo polskie w Danii" rektora 
o. Jana Szymaszka CSSR, "Wizja teatru Stefana Żeromskiego" Andrzeja Zalewskiego i "Teraźniej- 
szość i przyszłość współpracy polskiej emigracji niepodległościowej" Andrzeja Jachowicza (Oslo). 
W drugim dniu sympozjum, w kościele św. Anny została odprawiona msza św. za poległych 
i pomordowanych pracowników nauki i kultury polskiej, a następnie odbył się koncert z udziałem 
Haliny Kowalskiej - wiolonczela, Władysława Marchwińskiego - skrzypce i Czeszki, Bohumily 
Jedlickovej - fortepian. Na koncert przybyło około 200 osób. 
Na jednym z zebrań zarządu Towarzystwa, w dniu 25 lutego 1973 r., ustanowiono honorową 
nagrodę "Złotej Róży". Nagroda składała się z pozłacanej jedwabnej róży z biało-czerwoną kokardą 
i dyplomu. Regulamin - łącznie trzy paragrafy - przewidywał przyznanie nagrody za "osiągnięcia 
i wybitne zasługi dla wolnej kultury, nauki i sztuki". Nagroda mogła być przyznana osobom należą- 
cym do niepodległościowej emigracji polskiej, osobom zamieszkałym w Kraju oraz przyjaciołom 
niepodległej Polski. 
Pierwszą "Złotą Różę" przyznano pośmiertnie w 1973 r. Antoniemu Kępińskiemu (Kraków), 
absolwentowi Polskiego Wydziału Lekarskiego w Edynburgu, który sam przeszedł okropności 
obozu w Miranda deI Ebro (Hiszpania), a po powrocie do kraju, był człowiekiem-legendą wśród 
pacjentów, oraz uznanym autorytetem w środowisku specjalistów w Polsce i zagranicą. 
W dniu 12 kwietnia 1975 r. E.S. Kruszewski wygłosił odczyt nt. "Prasa wychodźstwa polskie- 
go w Danii w latach 1893-1975". 
Dopiero po dziesięciu latach przyznano kolejne nagrody. W 1984 r. otrzymała ją Halina Ko- 
walska-Zalewska (Kopenhaga) obchodząca jubileusz 50-lecia pracy artystycznej, który zorganizo- 
wano w dniu święta 3 Maja. Z tej okazji Wydawnictwo "Kronika" opublikowało broszurkę z frag- 
mentami biografii jubilatki oraz programem wieczoru słowno-muzycznego, w którym Halina Ko- 
walska wystąpiła w towarzystwie Liliany Bondarczuk-Elmborg - fortepian, Elsbeth Brodersen - 
fortepian i Annelise Bensen - sopran. Konferansjerem wieczoru był Andrzej Zalewski 5 . 
Jubilatka ukończyła studia w klasie Elego Kochańskiego w Konserwatorium Warszawskim. 
Podczas okupacji brała udział w wielu podziemnych wieczorach muzycznych. Od 1945 r. była 
związana z Filharmonią Narodową i Polskim Radiem. Jej występy solowe, w Kwartecie Polskiego 
Radia i sekstecie Stefana Rachonia, stanowisko koncertmistrza oraz liczne nagrania płytowe spra- 
wiły, że była najpopularniejszą wiolonczelistą w kraju. Po zwolnieniu z pracy Cna własną prośbę") 
zdecydowała się na emigrację do Danii w 1970 r., gdzie do emerytury, przez dwanaście lat, była 
etatowym członkiem Orkiestry Duńskiego Radia. 
Towarzystwo zorganizowało również jubileusz 50-lecia pracy naukowej prof. Józefowi Parna- 
sowi (1908-1998), więźniowi PRL i emigrantowi z Lublina. W uroczystości 15 czerwca 1984 r., obok 
członków Towarzystwa i innych stowarzyszeń niepodległościowych, brali udział polscy i duńscy 
pracownicy naukowi. 
W liście gratulacyjnym do jubilata rektor Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie prof. Jerzy 
Gawenda (1917-2000) podkreślił jego wkład w rozwój nauk ścisłych i rozpowszechniania ogólnej 
kultury narodowej, natomiast dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego prof. Władysław 
Skiba (1912-1988) uwypuklił wielkość jego zasług dla nauki polskiej i światowej, zwłaszcza jako 
autora ponad 400 rozpraw i recenzji. Profesor otrzymał liczne gratulacje od uczniów, kolegów 


3 E.S. Kruszewski, Sympoqum Kultury Wolnych Polaków w Dann, fragment działalności nie- 
podległościowęj, [w:] Idea niepodległości i suwerenności narodowęj w działalności Polaków 
w kraju i na obczyźnie (1918-1998). Prace naukowe, tA. Gorzów Wlkp. 2000 s. 180-184. 
4 Korespondencja z amb. E. Raczyńskim. Archiwum IPS. 
5 jubileusz 50-lecia pracy artystycznęj Haliny Kowalskiej-Zalewskiej. Kopenhaga 1984; Złoty 
jubileusz, Kronika... 1984 nr 5/6 s. 20-21. 


298
>>>
i naukowców z różnych stron świata, do których należy dodać list z Międzynarodowej Akademii 
Przyrody w Rzymie. Delegat Rządu RP w Danii powiedział wówczas, że dzisiejsza uroczystość 
"odbywa się w tej okazałej i historycznej sali (królowej Dagmary) w Kopenhadze, zamiast w ma- 
cierzystej auli Almae Matris, ale jest to los wielu emigrantów. Nie tracimy jednak nadziei, że wcze- 
śniej czy później Polska znowu będzie wolna"6. 
Na uroczystości prof. Parnas wygłosił odczyt (w j. polskim i angielskim) na temat: "Przyczynek 
do polskiej nauki w zakresie nauk przyrodniczych i lekarskich". Po okolicznościowych przemówie- 
niach profesoró