Archiwum Emigracji : studia, szkice, dokumenty Z. 3 (2000)

ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUMENTY 


ROK 2000 


ZESZYT 3 


",...... 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
TORUŃ 2000
>>>
.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI
>>>
W poprzednich zeszytach m.in.: 


Zdzisław Kudelski, O Herlingu-Grudzmskim w .. drugim obiegu .. 
Włodzimierz M. Drzewieniecki, 32 lata działalności Polskiej Fundacji Kulturalnej 
w Buffalo: batalia o dobre imię Polaków w Ameryce 
Listy Andrzeja Bobkowskiego i Konstantego A. Jeleńskiego do Mieczysława 
Grydzewskiego, Jerzego Kosińskiego do Józefa Chałasińskiego oraz korespondencja 
Michała Chmielowca z Henrykiem Elzenbergiem 
Czesław Miłosz, Bieliński ijednorożec 
Danuta Mostwin, Rodzina przeszczepiona z perspektywy trzydziestu lat 
Jan K. Kapera, Od Guggenheim Museum do Currier Gallery. Jan Lebenstein - Kronika 
Amerykańska 
Nina Taylor, O trzech zrzeszeniach pisarskich 
Irena Szypowska, Nagle urodzona miłość o. Łobodowski w Hiszpanii) 
Rozmowy z Zygmuntem Michałowskim, Stanisławem Frenklem, Józefem Czapskim, 
Witoldem Gombrowiczem i Janem Nowakiem-J eziorańskim 
Wspomnienia i recenzje 


Redakcja: 
Janusz Kryszak (red. naczelny), Mirosław Adam Supruniuk (z-ca red. naczelnego) 


!Andrzej Kłossowskil , Jarosław Koźmiński, Wacław Lewandowski, Wojciech Ligęza, Krzysztof 
Pomian, Dobrochna Ratajczakowa, Anna Supruniuk
>>>
ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUMENTY 


ROK 2000 


ZESZYT 3 


Zeszyt poświęcamy Pamięci 
Redaktora Jerzego Giedroycia 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
TORUŃ 2000
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
ŹRÓDŁA I MATERIAŁY DO DZIEJÓW EMIGRACJI POLSKIEJ PO 1939 ROKU 


IX 


Pod redakcją 
Stefanii Kossowskiej i Mirosława A. Supruniuka 


Projekt okładki: Mirosław A. Supruniuk 
Rysunek na okładce: Stanisław Frenkiel 


Artykuły przeznaczone do kolejnych numerów pisma powinny być przesyłane w dwóch egzemplarzach 
wraz z krótkim streszczeniem (w miarę możliwości w j. angielskim) (oraz na HD) na adres: 
Archiwum Emigracji, Biblioteka UMK, Toruń 87-100, ul. Gagarina 13, p. 225, Poland 
tel. (48-56) 611-43-91, 611-43-98, tel.lfax (48-56) 652-04-19 
e-mail Archiwurn@bu.uni.torun.pl 
hUp:llwww.bu.uni.torun. pll Archiwum _ Emigracji 


Recenzenci tomu: Marian Kisiel, jerzy Z. Maciejewski 


Kolegium Doradcze: 
Zofia Bobowicz (Francja), Anna Frajlich (USA), Maja E. Cybulska (Anglia), 
Stefania Kossowska (Anglia), Ryszard Law (Izrael), Krzysztof Muszkowski (Anglia), 
Lech Paszkowski (Australia), Jerzy Pietrkiewicz (Anglia) 


@ Copyright by Archiwum Emigracji 
@ Copyright by Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2000 


ISBN 83-231-1245-2 


Skład: Joanna Krasnodębska 
Książki serii "Archiwum Emigracji" sprzedaje Księgarnia Uniwersytecka 
Toruń 87 -100, ul. Reja 25 
tel.lfax (056) 6114298: e-mail ksiazki@cc.uni.torun.pl 
Druk i oprawa: Zakład Poligraficzno-Wydawniczy POZKAL, Inowrocław, ul. Cegielna 10/12
>>>
SPIS TREŚCI 


STUDIA 


Krzysztof Ćwikliński, Emigracyjne dzienniki podróży - próba rekonesansu.............. 7 
Wojciech Ligęza, Metafory moralisty- o poezji Tadeusza Sułkowskiego................ 21 
Mirosław Adam Supruniuk, " Kultura "w Ameryce: " Fragments " (1973-1979).......35 
Dobrochna Ratajczakowa, O teatrze Bronisława Przyłuskiego................................... 57 
Marta Mroczkowska, Bronisław Przyłuski .................................................................. 75 
Pisarz na wygnaniu a styl (cz. 2) .................................................................................85 


SZKICE I PRZYCZYNKI 


Ryszard Law, Literatura polska w przekładach hebrajskich ......................................93 
Natan Gross, W drodze i po drodze - polskie korzenie hebrajskiego kabaretu ....... 103 


KORESPONDENCJE - DOKUMENTY - ROZMOWY 


Jan Kott, Maria Wertenstein do Kazimiery Kott- Listy z lat 1946-1949................ 113 
Jerzy Stempowski 
Wacław Lewandowski, Listy Jerzego Stempowskiego do Janiny i Wacława 
Kościałkowskich.............................................................................. ................. 131 
Janina Kościałkowska, O Jerzym Stempowskim ...................................................169 
Wacław Zyndram-Kościałkowski, Na śladach nieśpiesznego przechodnia ......... 175 
Andrzej Stanisław Kowalczyk, Z archiwum Jerzego Stempowskiego ................. 177 
Jerzy Stempowski, W szpitalu starozakonnych w Czystem................................... 178 
Jerzy Stempowski, Sytuacja moralna kontynentu................................................. 182 
Maja Elżbieta Cybulska, Wyspa - uwagi o dodatkach do archiwów Stefanii 
Zahorskiej............................................................................................................. 191 
Czesław Miłosz, " Samotności nikt nie wybiera... ". Rozmowa z Anną Frajlich........ 197 
Bolesław Taborski, Życie, praca, zadania twórcy na emigracji - rozmowa 
z Beatą Tarnowską............................................................................................... 207 
Jerzy Giedroyc, Bardzo luźne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. 
Fragment rozmowy z Mirosławem A. Supruniukiem ............................................ 221 


WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


Agata Tuszyńska, Kazimierz Brandys....................................................................... 233 
Stefania Kossowska, Jerzy Giedroyc......................................................................... 237 
Krzysztof Muszkowski, Wczesne lata warszawskie. Gustaw Herling-Grudziński.... 239 
Florian Śmieja, Swoje jednak trzeba robić. Benedykt Heydenkorn ........................... 241 
Anna Mieszkowska, Starszy pan z St. Andrews czyli Stanisław Kotwicz................. 248 
Anna Mieszkowska, Spełnione powołanie. Regina Kowalewska .............................. 255 
Jerzy R. Krzyżanowski, Ws. Kuniczak..................................................................... 258 
Jan Winczakiewicz, Wspomnienie o Bronisławie Mazowieckim............................... 260 
Anna Mieszkowska, Alfred Schiitz............................................................................ 261 
Ryszard Law, Beniamin Tenenbaum-Tene................................................................ 267 
Jan Winczakiewicz, Audycje polskie z Paryża ..........................................................269 
Wiesław Jędrzejczak, W polskiej szkole DP w Niemczech po drugiej wojnie 
światowej. Wspomnienia ucznia z lat 1945-1949 ................................................278 
Zdzisław Kosiński, Bez męczeńskiej aureoli. Wspomnienia czasu emigracji............ 285
>>>
jerzy R. Krzyżanowski, lak powstawała książka ,,janta. Człowiek i pisarz" .......... 292 
Kazimierz Zamorski, Ze wspomnień asesora sądu polowego................................... 295 


NOTY 


Krzysztof Ćwikliński, Życie i dzieło Szymona Konarskiego - wystawa 
w Sandomierzu..................................................................................................... 299 


RECENZJE - OMÓWIENIA - POLEMIKI 


Paweł Tański, "Kontury" - izraelskie pismo literackie........................................... 301 
Rafał Moczkodan, " World Literature Today" - ku czci Czesława Miłosza............ 307 
Wacław Lewandowski, "... w sposób zbyt uproszczony, a na dodatek tendencyjny... " 
(Rafał Habielski, Życie społeczne i kulturalne emigracji. Warszawa 1999) ........ 312 
jan Wolski, Opowieść rozumiejąca (Andrzej Stanisław Kowalczyk, Giedroyc 
i "Kultura ". Wrocław 1999) ................................................................................316 
Barbara Czarnecka, Szkice do różnych obrazów (W kręgu twórczości pisarzy 
emigracyjnych. Studia i szkice. Rzeszów 1999)................................................... 318 
Rafał Moczkodan, Rozczarowujące "Emigracje... "(Józef Olejniczak, Emigracje. 
Szkice - studia - sylwetki. Katowice 1999) .......................................................321 
jan Wolski, Krajobrazy Czesława Miłosza (Beata Tarnowska, Geografia poetycka 
w powojennej twórczości Czesława Miłosza. Olsztyn 1996)................................ 322 
Mikołaj Tyrchan, Książka o "Kulturze" (Janusz Korek, Paradoksy paryskiej 
"Kultury". Ewolucja myśli politycznej w latach 1947-1980. Stockholm 1998) .. 324 
Regulamin Nagrody "Archiwum Emigracji" ............................................................ 332
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


STUDIA 


EMIGRACYJNE DZIENNIKI 
PODRÓŻY - PRÓBA 
REKONESANSU 


Krzysztof ĆWIKLIŃSKI (Toruń) 


W swoim eseju "Sztuka podróżowania" Gustaw Herling-Grudziński, zastanawiając 
się czym jest podróż i kim podróżnik, zauważył że jest "dużo osób, które przenosząc się 
z miejsca na miejsce - wcale nie podróżują. I jest równie sporo ludzi, którzy odbywają 
najbardziej egzotyczne i zawrotne wędrówki nie wydalając się z czterech ścian swego 
pokoju"l. 
Podróż, jakkolwiek pojmowana, jest odzwierciedleniem losu ludzkiego, wzorcem 
istnienia zawierającym naj istotniejszy wątek ludzkich doświadczeń, ujmującym życie 
jako drogę, a człowieka jako wędrowca, nie tylko w życiu doczesnym, ale i po śmierci 2 . 
Jest też nie tylko elementarną praktyką w każdej epoce i każdej kulturze, ale i uniwersal- 
ną formułą ludzkiego doświadczenia, w którą wpisują się naj rozmaitsze sensl. 
Z kategorią podróży wiąże się nierozerwalnie pojęcie drogi, którą należy przebyć, 
aby dotrzeć w określone miejsce. Nie znaczy to naturalnie, że owo miejsce istnieje, ani że 
dotarcie doń jest w ogóle możliwe, niemniej droga ograniczona jest zasadniczo punktami 
wyjścia i dojścia. Kategoria podróży konotuje takie pojęcia jak: ruch, zmiana; dalej - 
nieznane, nowe; te z kolei - ryzyko i przygodę - a więc aspekty wyłącznie dynamicz- 
ne, które wyznaczająjej kontekst. 
Zajmując się przestrzenią drogi - pisze Janina Abramowska - a więc przestrzenią 
zorganizowaną zasadniczo w sposób linearny, a zarazem kierunkowy (...), nie można 
przeoczyć faktu, że jest to zawsze przestrzeń wirtualnie przeznaczona do mającego się 


1 G. Herling-Grudziński, Sztuka podróżowania, [w:] tegoż, Żywi i umarli. Lublin [br.] s. 56. 
2 Por.: Leksykon symbol1, oprac. M. Oesterreicher-Mollvo, przeł.]. Prokopiuk. Warszawa 1992 
s. 125-126. 
3 Por.: ]. Kamionka-Straszakowa, "Do ziemi naszej". Podróże romantyków. Kraków 1988 
s.7-9. 


7
>>>
w niej odbywać ruchu. Opis ruchu (...) musi się równocześnie odwoływać do kategorii 
(i jednostek) przestrzeni i czasu; tak więc przestrzeń drogi jest w szczególny sposób 
sprzężona z porządkiem czasowym. Droga - nawet pusta - niejako oczekuje i domaga 
się kogoś, kto będzie nią szedł; tak więc literacki opis drogi implikuje obecność postaci, 
a także zdarzeń, wobec których wędrownik spełnia rolę bohatera (spotkania, rozstania, 
ucieczki i pogonie) lub obserwatora 4 . 
Podróż jako typ doświadczenia, jako przeżycie i jego konsekwencje, w końcu jako 
potrzeba odmiany, przygody, doznania autentyzmu miejsc i prawdy czasu, a więc jako 
swego rodzaju atawizm, jako instynkt i pasja wędrówki, starsza od samej literatury, do- 
magała się utrwalenia w słowie pisanym, którego charakter i przeznaczenie mogły być 
różne. Wtedy dopiero podróż może staĆ się faktem kulturowym 5 . Ów fakt w swych roz- 
maitych realizacjach interesuje literaturoznawcę jako pewien typ wypowiedzi paralite- 
rackiej, zaŚ badacza kultury jako źródło wiedzy o jakimś etapie procesu kulturoweg0 6 . 
To, co interesuje literaturoznawcę, określane bywa mianem "podróżopisarstwa" bądź 
krócej - "podróży". Jest to kategoria szeroka, mieszcząca zarówno relacje faktograficz- 
ne o charakterze wyłącznie dokumentarnym, afikcjonalne zapisy literackie w rozmaitych 
konwencjach, jak i utwory fikcyjne lub zgoła fantastyczne. Literatura i dokument mie- 
szają się tu w rozmaitych proporcjach. 
Zarówno wybór gatunku, jak i charakter utworu są domeną indywidualnej decyzji 
twórcy. Jednakże rodzaj podróży, zazwyczaj zaopatrzonej w perspektywę powrotu?, nie 
jest tu bez znaczenia. Kolejne epoki rozmaicie traktowały podróż, różne wiązały z nią 
sensy, niejako odmiennie programowały i różne też miejsca zajmowała ona w ich histo- 
rycznej i społecznej świadomości 8 . Zależało to od stosunku do podróży jako przedsię- 
wzięcia komunikacyjno-społeczno-kulturowego i preferowania określonego jej modelu. 
Jerzy Stempowski wyróżnił trzy takie modele: podróż po własnym pokoju, podróż "do- 
mową" (tzn. odbywaną we własnym kręgu kulturowym) i podróż w sferę rzeczy niezna- 
nych 9 . Korzystając z tego rozróżnienia można by następująco określić trzy zasadnicze 
typy podróży, wynikające nie z przestrzeni, lecz z okoliczności i przyczyn; będą to po- 
dróż praktyczna czyli celowa (np. poznawcza, badawcza, edukacyjna, naukowa), bezce- 
lowa (np. wrażeniowa) i podejmowana z konieczności bądź pod przymusem. Sformuło- 
wana przez Goethego w liście do Eckermanna supozycja, że "nie podróżuje się po to, aby 
dojechać, ale raczej aby podróżować"IO jest jedynie po części i pod pewnymi warunkami 
słuszna, tZn. wtedy, gdy do ryzyka i pasji poznawczej dopiszemy i poczucie bezintere- 
sowności, a podróżnikami nazwiemy tych, dla których istotny jest fakt przemieszczania 
się w przestrzeni i towarzyszące mu okoliczności, nie samo miejsce, do którego dążą, 
i oczekujące ich tam sprawy i atrakcje. Zatem nie sam fakt komunikacyjny jest podróżą, 
ile raczej skomplikowany proces i jego konsekwencje. Słusznie zatem zauważa Herling- 
-Grudziński, że "sztuka podróżowania jest jak poezja, malarstwo lub muzyka radosną 
próbą zawarcia nigdy nie wyczerpanej przyjaźni ze światem. I każdy prawdziwy podróż- 


4]. Abramowska, Peregrynacja, [w:] Przestrzeń i l1teratura, studia pod red. M. Głowińskiego 
i A. Okopień-Sławińskiej. Wrocław 1978 s. 125. 
5 Por.: S. Burkot, Polskie podróżopisarstwo romantyczne. Warszawa 1988 s. 6. 
6 Por.:]. Abramowska, Peregrynacja, s. 126. 
7 Por. tamże, s. 144. 
8 Kwestię tą wyczerpująco omawia Cz. Niedzielski, O teoretycznol1terackich tradycjach prozy 
dokumentarnej. (podróż-powieść-reportaż). Toruń 1966 s. 11-76. 
9 Zob.: ]. Stempowski, Śpiew podróżnego, [w:] tegoż, Kl1mat życia i kl1mat l1teratury, wybór 
i oprac. J. Timoszewicz. Warszawa 1988 s. 322. 
10 Cyt. za: T. Mann, Goethe jako przedstawIciel wieku mieszczaństwa, przeł. Z. Kubiak, [w:] 
tegoż, Eseje. Warszawa 1964 s. 258. 


8
>>>
nik ukrywa gdzieś w głębi duszy swój własny nie pisany atlas; nie kolorowy atlas lądów, 
oceanów i mórz, ale arcyludzki atlas woli, serca i rozumu" II. 
Pośród wielości form podróżopisarstwa, od starożytnych itinerariów, periegez i ho- 
doeporiconów po współczesne reportaże i relacje wspomnieniowe, szczególne miejsce 
zajmuje dziennik podróży. Jako forma wykształcił się on stosunkowo późno, bo dopiero 
na przełomie XVIII i XIX wieku, choć dzienniki podróży prowadzono już wcześniej 12. 
Co prawda nigdy nie wytworzył on swojej poetyki i charakteryzuje się brakiem rygorów 
formalnych, stąd może zbliżać się do różnych form gatunkowych i mieszać reguły roz- 
maitych poetyk. Jego definicja z oczywistych względów jest ogólna i mówi nam, że to 
zespół codziennych zapisków z podróży o charakterze bardziej literackim niż dokumen- 
tarnym, ogłoszony jako osobna pozycja 13. Można podjąć próbę uściślenia tej definicji 
dodając, że w dzienniku podróży dominuje przestrzeń, co różni go od dziennika, pamięt- 
nika czy relacji wspomnieniowej, w których dominuje czas, a która to dominacja unie- 
możliwia inwersję przestrzenną. Kategoria przestrzeni jest dla dziennika podróży funda- 
mentalna; porządkuje narrację, której zasadniczą perspektywą jest oddająca bezpośred- 
niość wrażeń teraźniejszość, wyznacza przebieg narracji, jej początek i koniec, określa 
kierunek oraz inne punkty orientacyjne l4 . Inną ważną kategorią jest autobiografizm, 
w dzienniku podróży bowiem manifestacyjna obecność podmiotu mówiącego, który jest 
jednocześnie autorem, narratorem i bohaterem, a którego uwaga skoncentrowana jest na 
świecie zewnętrznym, służy uwydatnieniu autentyczności relacjonowanych zdarzeń 
i silniejszemu narzuceniu się odbiorcy, odczuwającemu relację jako "historię rzeczywi- 
stą" 15. Stąd też usytuowanie dziennika podróży w obrębie literatury faktu 16, której wy- 
znacznikiem jest obecność "zdarzeń identycznych (...) z faktami fizycznymi, które urze- 
czywistniły się, zdarzeniami nieodwracalnymi i niepowtarzalnymi" 17, a zatem zdarzeń 
prawdziwych. 
Kwalifikacja dziennika podróży jako zjawiska paraliterackiego opiera się więc na 
kryterium prawdy. Dzieła literackie zawierają tzw. prawdę czy też quasi-rawdę tzn. 
przedmioty nabierają charakteru rzeczywistego rzeczywistymi nie będącI, natomiast 
w tekstach paraliterackich występuje lub może występować prawda w sensie logicznym, 
jednakże weryfikacja sądów w nich zawartych może się okazać niemożliwa. Prawda 
zatem, powtarzając za Jerzym Ziomkiem, jest w dziele literackim rozpoznawana, zaś 
w paraliterackim poznawana, nie będąc jednocześnie tożsamą z wartościami poznaw- 
czymi dzieła l9 . Na to, że relację modelowało życie, nie fantazja, mamy jedynie słowo 
autora. Co wtedy, gdy okaże się, że relacja, jak w przypadku Podróży do Ameryki Chate- 
aubrianda, jest w całości lub części zmyślona? Czy tracąc przez swą nieprawdziwość wy- 


11 G. Herling-Grudziński, Sztuka podróżowania, s. 59. 
12 Polskie relacje z podróży w XVI i XVII wieku obszernie omawia H. Dziechcińska, O staro- 
polskich dziennikach podróży. Warszawa 1991. 
13 Por.: M. Głowiński, T. Kostkiewiczowa, A. Okopień-Sławińska, ]. Sławiński, Slownik ter- 
minów l1terackIch. Wrocław 1988 s. 109. 
14 Por.: S. Burkot, Polskie podróżopisarstwo..., s. 14. 
15 Por.: Cz. Niedzielski, O teoretycznol1terackIch tradycjach..., s. 13-14. 
16 Zob.: A. Hutnikiewicz, Od czystęj formy do l1teratury faktu. Toruń 1965 s. 193-194. 
17 K. Kąkolewski, Wokó1 estetyki faktu, [w:] tegoż, Genologia polska. Warszawa 1983 s. 502- 
503. 
18 Zob.: R. Ingarden, O tak zwanej "prawdzie" w l1teraturze, [w:] tegoż, Studia z estetyki. T. 1, 
Warszawa 1957 s. 393. 
19 Por.: ]. Ziomek, Prawda jako problem poetyki, [w:] Problemy teorJj l1teratury. Seria 3. 
Wrocław 1988 s. 333. 


9
>>>
miar faktu, traci zarazem charakter autobiograficzny?2o Naturalnie, nie - gdyż wartość 
artystyczna, o ile konkretny dziennik podróży ją posiada, pozostaje rzeczywista i wiary- 
godna, i prezentuje pewną prawdę o człowieku. 
Zatem przypisanie dziennika podróży wyłącznie do literatury faktu, nie wydaje się 
słuszne, podobnie jak przypisanie go do nieokreślonej strefy pogranicza, bowiem dzien- 
nik podróży może ową dzielącą dokument i literaturę granicę przekraczać. Nie tylko 
może, ale i nader często swobodnie to czyni. 
Wiele więc zależy od wiary czytelnika, zwłaszcza w przypadku podróży egzotycz- 
nych, gdyż nie ma on ani chęci, ani możliwości zbadania wiarygodności przekazu. Wie- 
my, że Teodor Tripplin nie podróżował po księżycu, jednakże gdyby reakcję taką - 
w całości lub części fikcyjną - spisał Neil Armstrong, gotowi bylibyśmy mu uwierzyć. 
W niczym, naturalnie, nie zmienia to wcześniejszych ustaleń dotyczących gatunkowych 
wyznaczników dziennika podróży, wskazuje jedynie, że fizyczny akt przemieszczania się 
w przestrzeni nie jest niezbędny dla faktu literackiego, choć w istotny sposób go określa. 
Wszak Herling-Grudziński wybrał się do Pragi, ani na krok nie opuszczając swej willi 
w Neapolu. 
Opisy podróży są w piśmiennictwie emigracyjnym, niejako ex deIinitione opatrzo- 
nym stałą cechą nomadyczną - jak zauważył Tomasz Burek - "czymś świetnym 
i sytuującym się na szczytach literatury,,21. Podróżopisarstwo, szczególnie to poznawczo 
i artystycznie wartościowe, a w nim dzienniki podróży, jest jednak - w stosunku do 
innych uprawianych na obczyźnie gatunków - zjawiskiem rzadkim i w potocznej świa- 
domości jakby nieobecnym. Skądinąd to nic dziwnego; w połowie lat sześćdziesiątych 
Jerzy Stempowski narzekał: "Podróżujących jest dziś więcej niż kiedykolwiek. Wielu 
z nich notuje w kalendarzyku, gdzie byli i co widzieli. Niektórzy próbują wieczorami 
spisywać dzienniki podróży, lecz porzucająje spostrzegłszy, że nie oddalają się od tego, 
co czytali w przewodniku. Po powrocie jedni opowiadają o swych podróżach, inni, do- 
świadczeńsi, nie mówią nic. Literatura podróżnicza jest dziś uboga" - a przecież - 
"Najskromniejsza z podróży - choćby tylko do Wilanowa - zawiera w sobie możliwo- 
ści przygody, spotkania z nieznanym i nowym,,22. 
Emigracyjne podróże, z których ledwie minimalna część stała się faktem kulturo- 
wym, to w okresie wojennym wymuszone strategią działań zbrojnych przemieszczanie 
się mas żołnierskich przez rozmaite miejsca, także te historycznie ważne i kulturowo 
atrakcyjne, przemieszczanie - dodajmy - pozbawione jakichkolwiek cech wolnego, 
jednostkowego wyboru 23 . Natomiast w okresie tuż powojennym były to masowe migra- 
cje w poszukiwaniu miejsca osiedlenia, a więc indywidualne bądź zbiorowe podróże 
o celu praktycznym, aczkolwiek spowodowane raczej zewnętrznym niż wewnętrznym 
przymusem, były życiową koniecznością, próbą określenia się w nowej sytuacji, nie zaś 
efektem pasji zmieniania klimatu i typowego dla podróżnika niepokoju ogarniającego go 
na dłuższych postojach. 
Podróżopisarstwo emigracyjne to w przytłaczającej większości twórczość reportażo- 
wa. Uprawiających ten publicystyczno-literacki gatunek było na uchodźstwie wielu; 
wymieńmy tylko Aleksandra Jantę-Połczyńskiego, Aleksandra Grobickiego, Jadwigę 
Jurkszus-Tomaszewską i Adama Tomaszewskiego, Tadeusza Nowakowskiego i Tadeusza 


20 Por.: G. Gusdorf, Warunki i ograniczenia autobiografij, przeł. ]. Barczyński, Pamiętnik Li- 
teracki 1979 z. 1 s. 274. 
21 T. Burek (głos w dyskusji), [w:] W podróży. Rozważania o eseju, Więź 1986 nr 2-3. 
22]. Stempowski, Śpiew podróżnego, s. 319-320. 
23 Por.: R. K. Przybylski, Być i pisać. O prozie Gustawa Herl1nga-GrudzJńskiego. Poznań 
1991 s. 44. 


10
>>>
Zajączkowskiego, Jana Wójcika, Wojciecha Trojanowskiego czy Marka Święcickiego. 
Podróżników-diarystów zdołamy wymienić zaledwie kilku: Andrzeja Bobkawskiego, 
Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Jerzego Stempowskiego, Ty- 
mona Terleckiego i Ryszarda Krygieri 4 . Poza ostatnim z wymienionych, jest to jednak 
dość ścisła czołówka pisarzy emigracyjnych. 
W twórczości Witolda Gombrowicza dziennikami podróży są dwa fragmenty Dzien- 
nika: z tomu pierwszego "Diariusz Rio Parana"Z5 i z tomu trzeciego "Dziennik trans- 
atlancycki"z6. Oba te teksty, choć skonstruowane według diarystycznego schematu, są 
szczególnego rodzaju realizacjami gatunku. W pierwszym z nich fakt podróży jest istotny 
o tyle tylko, że pozwala wznieść konstrukcję literacką: różnorodność stanów rzeczy, 
wydarzeń, działań nawet przedmiotów oddana z ogromnym pietyzmem dla szczegółu, 
służy ukazaniu sytuacji izolowanej grupy ludzi, którzy oddają się banalnym czynnościom 
podczas podróży statkiem. Ta wyraźnie pozbawiona oryginalności i nudna podróż, a więc 
przemieszczanie się w przestrzeni, sygnalizowana jest jednym tylko słowem "płyniemy". 
Gdyby nie ono, dynamika podróży - i tak już zdecydowanie zredukowana - zostałaby 
wyeliminowana całkowicie, zaś gdyby nie poetyckie wizerunki natury nabierające walo- 
rów symboliczno-metafizycznych, spekulacje doszukującego się w banalności i monoto- 
nii czegoś niezwykłego i tajemniczego narratora, mogłyby równie dobrze dotyczyć grupy 
osób przebywających w sanatorium, a nie na statku 27 . 
"Dziennik transatlantycki" jest relacją z podróży pisarza do Europy w kwietniu 1963 
roku, a więc powrotu po dwudziestu czterech latach spędzonych w Argentynie, relacją - 
jak i poprzednia - zdominowaną przez fantazmat ruchu pozornego. Fakt podróży jest 
nieistotny; Gombrowicz informuje tylko: "trzeba dodać, że w tym czasie statek poruszał 
się bez przerwy"Z8; mijane miejsca są nieatrakcyjne i nie wzbudzają żadnych reakcji poza 
obojętnością: "Wczoraj Santos. Dziś Rio de Janeiro. Do diabła pejzaże! Pejzaże są szale- 
nie głupie!"z9; zdarzenia, z wyjątkiem fikcyjnego, będącego prawie dokładnym przyto- 
czeniem opowieści o marynarzu Dicku Hartiesie ze Zdarzeń na brygu BanburyO, są 
nużące i pozbawione znaczenia: ,,(...) za nami smuga bulgocząca, rozpieniony ogon, oni 
się zabawiają, gry i zabawy, leżaki i wylegiwanie, aparat w buciku, blask boli, unieru- 
chomiono basen, skaczą, wyłażą prychając, skaczą, pogawędki, rozmówki, przemysło- 
wiec ha, ha, ha (tubalnie), wyjęła notes, tamten się skrobie, ja bitte sehr, buen giorno, 
obraziła się chyba, odeszła, może nie, machnął, czyje to, połyskuje mosiądz, dobrze sko- 
czył, która godzina, och nie, jak to było wtedy z tym... kto w końcu... kuropatwa (...)"31 
itd. Zdarzenia, w których pisarz uczestniczy na prawach obserwatora, układają się 
w rejestr, ale są wyliczeniem także i te, w których bierze bezpośredni udział: " Charge 
d'affaires zaprasza na drinka. (...) Koniak. Spotkanie z multimilianerką i z charge 
d'affaires napełnia otuchą odnośnie do 250. Kawa. Korespondencja. Szachy z lotni- 


24 R. Krygier, Dziennik podróży na pólnoc, Kultura 1965 nr 4. 
25 W. Gombrowicz, Diariusz Rio Parana, [w:] tegoż, Dziennik 1953-1956. Paryż 1957 s. 291- 
297. 
26 W. Gombrowicz, Dziennik transatlantycki, Kultura 1963 nr 10; także w: tegoż, Dziennik 
1961-1966. Kraków 1989 s. 99-111. 
27 Zob.: ]. Pawłowski, Gombrowicz i lęk. Uwagi o "Diariuszu Rio Parana ", Pamiętnik Lite- 
racki 1977 z. 4 s. 151-164. 
28 W. Gombrowicz, Dziennik 1961-1966, s. 104. 
29 Tamże, s. 100. 
30 Por. tamże, s. 103-104; także: W. Gombrowicz, Zdarzenia na brygu Banbury. Gdańsk 1982 
s. 55-56. 
31 W. Gombrowicz, Dziennik 1961-1966, s. 100. 


11
>>>
kiem,,32. "Dziennik transatlantycki", realizujący w zasadzie formalny paradygmat dzien- 
nika podróży, jest egocentryczną opowieścią narratora o sobie samym; nie o Argentynie, 
nie o Europie, lecz o własnej twórczości i jej nowych, europejskich perspektywach. Po- 
dobnie jak w "Diariuszu Rio Parana" fakt, że notatki prowadzone są podczas podróży 
morskiej, że statek przybija do Las Palmas i Barcelony, że narrator schodzi na ląd i coś 
robi, coś ogląda, nie ma tu żadnych konsekwencji. Autor nie jest ciekaw świata, jest nie- 
ustannie ciekaw siebie, ani przez chwilę nie przestaje być obiektem własnej obserwacji. 
Podróż jest jednym z bardziej znaczących motywów w pisarstwie Gustawa Herlinga- 
-Grudzińskiego. Ryszard Kazimierz Przybylski zauważa, że "w czterech tomach Dzienni- 
ka znaleźć można (...)wiele notatek związanych z podróżami po Italii. Herling-Gru- 
dziński wędruje szlakami opisywanymi i zmitologizowanymi przez innych (...), ma jed- 
nak swoje ulubione miejsca (naj piękniejszym rejonem Włoch pozostaje dla niego Um- 
bria). W tym samym stopniu zajmują go walory krajobrazowe, kulturowe specyfika spo- 
łeczności lokalnych, co arcydzieła architektury i klasycznego malarstwa. Kiedyś Herling- 
-Grudziński wędrował po Włoszech zaopatrzony w bedekery; dziś jego Dziennik może 
być doskonałym przewodnikiem po Półwyspie Apenińskim, bogatym w niekonwencjo- 
nalne spostrzeżenia i informacje,,33. Poza obecnością opisów peregrinatio domestica 
w Dzienniku pisanym nocą, opisów które stanowią integralną jego część, jeden tylko 
tekst publikowany jako osobna całość jest dziennikiem podróży - to Podróż do Burmy, 
całkowite przeciwieństwo wspomnianych wyżej diariuszy Gombrowicza. 
Pisarz wyjechał do Birmy wiosną 1952 roku na zaproszenie redaktora ranguńskiego 
dziennika "Bama Khit" U On Kona i Kongresu Wolności Kultury w Paryżu, aby - jako 
ekspert od spraw sowieckich i komunistycznych - wygłosić cykl wykładów. "Podczas 
trzytygodniowego pobytu - pisze Anna Nasaiska - wygłaszał odczyty w kilku więk- 
szych miastach, prezentując znane sobie oblicze «innego świata», majaczącego właśnie 
na politycznym horyzoncie kraju,,34. Przybylski dodaje, że prelekcje Grudzińskiego" wy- 
chodziły naprzeciw oczekiwaniom, znajdującej się u władzy federacji stronnictw lewi- 
cowych, przeciwko którym ugrupowania proso wiec kic h komunistów prowadziły wojnę 
partyzancką. Jego doświadczenie miało rozwiać złudzenia części miejscowej inteligencji, 
sprzyjającej radykalnym rozwiązaniom"35. 
Efektem tej podróży był dziennik prowadzony od 13 maja tj. od momentu odlotu 
z Londynu, do 8 czerwca, tj. do chwili powrotu samolotem z New Delhi. Został on opu- 
blikowany w siedmiu odcinkach na łamach "Wiadomości" na przełomie 1952 i 1953 
roku, zaś w formie książkowej dopiero trzydzieści lat późniel 6 . 
Dziennik podróży do Burmy - pisze Herling Grudziński - prowadziłem na gorąco 
i niemal codziennie. Podaję go tutaj bez większych zmian - jedynie po oszlifowaniu sty- 
listycznym i uzupełnieniu rzeczowym. Pierwsze okazało się konieczne ze względu na wa- 
runki w jakich powstawały te szkicowe notatki, pisane często dosłownie na kolanie, 
w samolocie, w poczekalniach dworców lotniczych, w przygodnych herbaciarniach bur- 
meńskich, w krótkich przerwach między rozjazdami lub jeszcze krótszych interludiach 
porannego i wieczornego powiewu chłodu; drugie było nie do uniknięcia, kiedy po po- 
wrocie do Londynu zacząłem przeglądać książki o Burmie i materiały, w które mnie za- 


32 Tamże, s. 99. 
33 R. K. Przybylski, Być i pisać, s. 111. 
34 A. NasaIska, Śladami Orwella. O "Podróży do Burmy" Gustawa Herl1nga-GrudzJńskiego, 
[w:] Etos i artyzm. Rzecz o Herl1ngu-GrudzJńskIm, pod red. S. Wysłouch i R. K. Przybylskiego. 
Poznań 1991 s. 186. 
35 R. K. Przybylski, Być i pisać, s. 43. 
36 G. Herling-Grudziński, Podróż do Burmy. Londyn 1983. Okoliczności wydania książki 
przedstawia pisarz we wstępie "Od autora". 


12
>>>
opatrzyli moi burmeńscy przyjaciele. Mimo tych nieuniknionych zabiegów, pierwotny 
charakter i styl dziennika został tu wiernie zachowani 7 . 
Podróż pisarza miała charakter celowy, a cel jej był, rzec można, praktyczny, warun- 
kowany przez kontekst polityczny; w cel ten wpisana byłą perspektywa powrotu po speł- 
nieniu określonego w zaproszeniu zadania. Była to podróż egzotyczna - pisarz miał tam 
zetknąć się z czymś dotąd całkowicie obcym, a więc nowym i nieznanym. Świadom tej 
ważkiej okoliczności zakłada sobie prowadzenie dziennika. Jak już wspomniałem, ma on 
charakter diametralnie różny od zapisków Gombrowicza. Przede wszystkim autor Skrzy- 
deł ołtarza do minimum redukuje w obrębie dziennika swoją obecność jako podmiot 
wypowiadający - jest to szczególny przypadek postawy autobiograficznej, fundowany 
przez samodyscyplinę pisarską, nieufność wobec wyznań stricte osobistych, a przede 
wszystkim świadomość charakteru dziennika podróży jako typu wypowiedzi. Pisarz jest 
obserwatorem, wnikliwym i bezstronnym, choć nie zawsze wewnętrzna potrzeba inter- 
pretacji pozwala na bezstronność; obserwatorem, a więc dominuje nastawienie na ze- 
wnątrz; postrzegane elementy rzeczywistości wywołują refleksję, ta z kolei komentarz. 
Przestrzeń i czas wyznaczają kierunek zrównoważonej i zazwyczaj chłodnej w tonie 
narracji. Przenikliwe rozpoznanie skomplikowanej sytuacji społeczno-politycznej Birmy, 
konfrontowanej z polskimi doświadczeniami i przez ich pryzmat odczytywanej, budzi 
w pisarzu odczucia pesymistyczne. Czuje się moralnie zobowiązany dać świadectwo, 
rozwiać złudzenia, uratowaĆ w dalekim kraju to, czego nie dało się utrzymać w Polsce, 
ajednocześnie świadom jest nieprzezwyciężalnych różnic w mentalności, która - jak 
w przypadku Birmańczyków - łatwo chłonie komunistyczną indoktrynację i demagogię, 
choćby paradoksalnie już przez to tylko, że trwa w niej ciągle brytyjski porządek - jego 
granice wyznaczają granice możliwego, reszta jest abstrakcją. 
Podróż do Burmy to nie tylko relacja o ludziach, miejscach, zdarzeniach i ich oko- 
licznościach, lecz także przejmująca opowieść o odpowiedzialności pisarza za ład moral- 
ny i oblicze świata, wreszcie za wizerunek samego siebie jako Polaka, Europejczyka 
i artysty. Na jedno jeszcze warto zwrócić uwagę - na obecność silnie wyeksponowanej 
w zapisach sylwetki George' a Orwella, który niejako patronuje wędrówce i działaniom 
Herlinga, na świadome wkroczenie na "szlak orwellowski", nie tylko geograficzny, ale 
i duchowy, bowiem tam, gdzie oficer brytyjskiej policji kolonialnej Eric Blair stał się 
Georgem Orwellem, polski pisarz-emigrant demaskuje totalitaryzm, a więc w jakiejś 
mierze wypełnia testament autora Hołdu Katalonii. 
Kolejny wielki podróżopisarz emigracyjny to Jerzy Stempowski. Dzienniki jego 
licznych wędrówek, niekiedy przekorne i dziennikami będące jedynie z nazwy, stanowią 
ważną, najważniejszą obok esejów i listów, część literackiej spuścizny autora Ziemi ber- 
neńskiej. On sam traktował ją powściągliwie i ze skromnością. "Próbowałem sam pisać 
dzienniki podróży - stwierdzał - i poznałem granice tego rodzaju literackiego. Łatwo 
jest spisywać wrażenia wyniesione z tzw. peregrinatio domestica, podróży po krajach 
śródziemnomorskich, gdzie każdy przedmiot miał swą nazwę grecką i łacińską, zanim 
znalazł się w słownikach języków nowożytnych. Lecz czy te peregrynacje domowe są 
prawdziwą podróżą, zmianą klimatu? Wspomnienia i słownictwo kultury klasycznej są 
domem, który nosimy na plecach jak żółwie i ślimaki. Wystarczy zeń wyjść, aby poczuć 
się zgubionym wśród rzeczy nowych, nie mających nazwy i nie poddających się opisowi 
lub tłumaczeniu,,38. 
Jego pierwszy dziennik podróży Pielgrzym (Wrażenia z pobytu w Holandii i Niem- 
czech zimą 1923/1924) został opublikowany pod pseudonimem i w niskim nakładzie 


37 Tamże, s. 4. 
38]. Stempowski, Śpiew podróżnego, s. 321. 


13
>>>
w 1924 roku; następne pochodzą już z okresu powojennego, z lat 1945-1965, i zostały 
zebrane w pośmiertnie wydanym tomie Od Berdyczowa do Rzymu 39 . Są to; Dziennik 
podróży do Austrii i Niemiec (1945), Corona turrita (Z dzienników podróży do Włoch, 
listopad 1947 - styczeń 1948), Nowy dziennik podróży do Niemiec (1948-1949), Dzien- 
nik podróży do Niemiec (1951), Dziennik podróży do Westfalii (1954), raczej esej niż 
dziennik Sulmona (1958), Niemcy-Austria (1962), Holandia (1962), Frankfurt (1962), 
Bonn (1963), W Turynie (1963) i ostatni Słońcejesieni (Jugosławia 1965). 
Jak widać topografia podróży Stempowskiego kwalifikuje je do grupy tzw. podróży 
domowych. Niechętny dalekim i egzotycznym wyprawom, swoje zainteresowania ogra- 
niczył do duchowej ojczyzny, do starego kontynentu, wyłączając zeń Anglię. Jan Tom- 
kowski zauważa, że "Stempowski nie należał do gatunku literatów, którym wystarczają 
podróże w marzeniach albo dobrze zaopatrzonej bibliotece. Poznając nowy kraj przyjrzeć 
się musiał jego drzewom i ogrodom, wybrać się na wieś, zaznajomić dokładnie z rytmem 
języka. Zdaje się, że w poszukiwaniu książek do swej kolekcji zaglądał chętniej do księ- 
garni niż bibliotek. Bukiniści są zwykle rozmowniejsi od bibliotekarzy, a zawarte znajo- 
mości Stempowski umiał wykorzystywać"4o. 
Nie lubił powracać do tych samych miejsc, zazwyczaj wybierał inną niż poprzednia 
trasę. Chętnie natomiast powracał do przeszłości, szukając w niej punktów stałych, które 
stanowiłyby odniesienie do współczesności. Jak imaginacyjny podróżnik Stanisław Vin- 
cenz, był pewien, że podróż wskrzesza pamięć i utwierdza w jedynie słusznym przekona- 
niu, że istnieją "sprawy trwałe a piękne, wzniesione ponad zmartwienia, a nawet ponad 
cierpienia jednego czy dwóch pokoleń"41. Jest świadkiem, a pielgrzymem i myślicielem 
zarazem; nie zapomina też, że jest emigrantem i świadomość tego uzewnętrznia w licz- 
nych dygresjach. Pamięć podsuwa mu zamierzchłe, ale wciąż żywe obrazy. W ciszy na 
pół zburzonego Innsbrucku notuje: "Myślę, że w takiej ciszy emigranci słyszą szum 
swoich rzek. Wystarczy skupić się w pamięci, aby wśród setek innych poznać szum 
swojej rzeki. (H') Zdaje się, że gdybym ociemniały, stary, trawiony gorączką i obłędem, 
posłyszał znów ten szum, lata błądzenia po manowcach spadłyby ze mnie jak łachmany 
niedoli i stałbym się znów sobą"42. 
Jednakże mimo wszelkie obrazy podpowiadane przez pamięć i mimo historyczno- 
-symbolicznego nacechowania zwiedzanych miejsc, dzienniki podróży nakierowane są 
ku przyszłości. Poznając ludzi, krajobrazy, zabytki architektury i sztuki, a nawet proza- 
iczne sprzęty, meble i naczynia, stara się wyczytać z nich jutro Europy, poszukuje zapo- 
wiedzi jej odrodzenia po katastrofie, którą sama przygotowała; pyta, czy pozostanie zde- 
gradowana, otępiała i bezwolna, czy też duchjej na nowo porwie się ku tworzeniu rzeczy 
wspaniałych i wielkich? 
Pytanie to, jako problem zasadniczy, będący przejawem osobistego zaangażowania 
pisarza, właściwe jest wczesnym dziennikom. Te pisane w latach pięćdziesiątych i sześć- 
dziesiątych coraz mniej mają w sobie osobistego tonu autora, coraz mniej liryzmu, 
a nawet ironii - są czystymi relacjami. Jak twierdzi Andrzej Stanisław Kowalczyk "są to 
dzienniki podróży epoki stabilizacji; zewnętrzny spokó} i dystans ukrywają być może 
gorycz. Zdegradowana Europa zaakceptowała swój 10s,,4 . 


39 ]. Stempowski, Dzienniki podróży, [w:] tegoż, Od Berdyczowa do Rzymu. Paryż 1971 
s. 103-395. 
40]. Tomkowski, Jerzy Stempowskl. Warszawa 1992 s. 10. 
41 S. Vincenz, Z perspektywy podróży, [w:] tegoż, Z perspektywy podróży. Kraków 1980 s. 15. 
42 ]. Stempowski, Dziennik podróży do AustrJj i Niemiec, [w:] tegoż, Od Berdyczowa do Rzy- 
mu. Paryż 1971 s. 111-112. 
43 A. S. Kowalczyk, Podróż do Europy. Dzienniki Jerzego StempowskIego, Znak 1986 nr 11-12. 


14
>>>
Ten sam autor, charakteryzując diarystykę Stempowskiego, zauważa; 
W swych dziennikach podróży (...) Stempowski modyfikuje właściwą esejowi formę dys- 
kursu, nawiązuje do gatunku peryferyjnego, z XIX-wiecznego lamusa, gatunku, którego 
rozkwit w literaturze polskiej przyniesie dopiero druga połowa naszego stulecia. Jest 
pierwszym autorem, który traktuje dziennik, dziennik podróży przede wszystkim jako 
konwencję artystyczną, na drugi plan odsuwając jego funkcję ekspresyjną, dokumentalną 
i kronikarską. (...)Ważniejszym dla dzienników podróży Stempowskiego punktem odnie- 
sienia pozostaje tzw. literatura faktu, a zwłaszcza najważniejszy jej gatunek - reportaż. 
(...) Odwołując się do pewnych cech poetyki reportażu (...) dystansował się Stempowski 
wobec formuły gatunku. Diarysta jest podróżnikiem, a nie reporterem. W dziennikach 
wyeksponowana zostaje równowaga między głównym bohaterem a rzeczywistością; nie 
bada on jej ani nie studiuje, nie liczba ani doniosłość zebranych faktów decydują o jej 
zrozumieniu. Jakkolwiek podróżnik chętnie utrwala swe bezpośrednie obserwacje, to two- 
rzą one przede wszystkim koloryt lokalny, pozbawione samoistnej wartości. Dopiero wo- 
jażer-eseista potrafi zdarzeniom, gestom, wypowiedziom nadać znaczenie przez umiesz- 
czenie ich we właściwym kontekście historycznym, etycznym czy obyczajowym (...) 
Właściwa dziennikowi fragmentaryzacja uwydatnia rolę podmiotu oraz skłania do inte- 
lektualizacji prozy, czyniąc z poszczególnych zapisów niemal autonomiczne całostki. Po- 
dróżnik Stempowski broni się więc skutecznie przed taką częstą cechą reportażysty, jak 
zaangażowanie. Nie reprezentuje bowiem żadnej partii, ideologii czy programu. Repre- 
zentuje sam siebie. Jego credo odwołuje się do rozmaitych wartości, jego filozofią jest 
podróż, programem - eseizm 44 . 


Ta filozofia łączy Stempowskiego z innym emigracyjnym pisarzem, znakomitym 
diarystą i epistolografem, Andrzejem Bobkowskim, łączy także wychylenie w przyszłość, 
bezkompromisowość diagnoz i krytycyzm wobec powojennej Europy, dzieli natomiast 
zasadnicza różnica, naturalnie poza indywidualnymi cechami stylu i zewnętrznymi oko- 
licznościami tych peregrynacji, jakąjest witalizm nieustannie manifestowany przez Bob- 
kowskiego, jego nienasycona żądza poznania i nastawienie ekstrawertywne, ale przede 
wszystkim fakt, że podróż autora Szkiców piórkiem z Francji do Gwatemali była wyjąt- 
kowa i pod tym względem, że była jedyną podróżą bez powrotu. Jeśli użyć porównania 
Stempowskiego, który pisał, że "mieszkańcy Europy są dziś w położeniu szczura w wan- 
nie, szukającego na próżno wyjścia po gładkich ścianach"45, to Bobkowski wydostał się 
z wanny i nie chciał do niej wrócić. 
Bobkowski należał do tego rodzaju podróżników, którzy włócząc się (to najodpo- 
wiedniejsze słowo) pozornie bez celu, naj chętniej mało uczęszczanymi i trudnymi trasa- 
mi wymagającymi odporności fizycznej i psychicznej, kolekcjonują myśli i wrażenia, 
układając z nich swoistą mozaikę doświadczeń i wzruszeń, będącą świadectwem ich pasji 
poznawania samych siebie i świata, na który wyrażają zgodę, i który darzą głębokim 
uczuciem, także świadectwem dialogu, jaki podróżując nawiązali z ludźmi, miejscami 
i czasem. Bobkowski dysponował własną "filozofią podróży", oryginalną, choć po części 
zaczerpniętą od Keyserlinga i Schelera, jej streszczeniem jest notatka z 10 sierpnia 1943 
roku. W drodze z l'Etre Clement do Sable Bobkowski zapisał; 


Czy można powiedzieć, że się "podróżowało", gdy człowiek pokrywa setki kilometrów 
w kilku godzinach, zatrzymując się - albo i nie - w pewnych punktach? Jestem prze- 
konany, że przejechawszy z Angers do Le Mans na rowerze, będę miał więcej praw do 
twierdzenia, że odbyłem prawdziwą podróż, aniżeli osobnik przebywający przestrzeń Pa- 
ryż-Sajgon w trzy dni. Kto z nas dwóch więcej przeżyje? Moja podróż pozwala mi na 


44 Tegoż, Nieśpieszny przechodzień i paradoksy. Rzecz o Jerzym StempowskIm. Wrocław 1997 
s. 247-248. 
45]. Stempowski, Corona tur rita, [w:] tegoż, Od Berdyczowa do Rzymu, s. 155. 


15
>>>
prze-życie, zbliżając wolno do celu. Cel zaciera się, nie stanowi rzeczy samej w sobie, 
przestrzeń staje się nie wrogiem, ale przyjacielem, z którym rozmowa wzbogaca, rozbu- 
dowuje. Jest to jak z zagadkami na pierwszej stronie i z odpowiedziami na ostatniej. Prze- 
skoczyć z Paryża do Sajgonu, to spojrzeć na zagadkę i, nie zadając sobie trudu, przeczy- 
tać rozwiązanie. To przejście od pytania do gotowej odpowiedzi. System ten nie wzboga- 
ca, nie rozwija, nie zmusza do myślenia. Człowiek staje się wówczas istotą najbardziej 
podobną do pchły (...); żadna pchła nie skakałaby beztrosko, bez pomyłki, co do punktu, 
w jakim ma wylądować, gdyby skacząc, musiała się jeszcze poświęcać kulturze swego 
życia wewnętrznego. To, co tworzy jedyność człowieka, to właśnie jego otwartość na 
świat (...) Ale jak można utrzymać swą otwartość na świat, jeżeli nie jest się w stanie za- 
uważyć nic innego, jak tylko to, co możliwe jest do zobaczenia przy szybkości 500 km na 
godzinę? Człowiek zamyka się, staje się pchł ą 46. 
Jego przedwojenne, nieutrwalone literacko podróże, kiedy to - jak stwierdza: "ro- 
dzice wysyłali mnie za granicę dla wyszlifowania francuskiego i niemieckiego"47, można 
zakwalifikować jako podróże celowe o charakterze edukacyjnym, natomiast opisaną 
w pierwszym tomie Szkiców piórkiem podróż rowerem po południowej Francji jako bez- 
planową i bezcelową (choć cel poznawczy o wyraźnie sentymentalnym wydźwięku nie 
był tu bez znaczenia), z wpisaną w nią bardzo odległą i nie do końca pewną perspektywą 
powrotu do Paryża. Podróż dla przyjemności podróżowania, nawet w najmniej sprzyjają- 
cych warunkach, a więc zaspokojenie pragnień serca, woli rozumu, pozbawiona celu 
pragmatycznego, lecz nie całkiem "bezcelowa", jest charakterystyczna dla wszystkich 
opisanych w wojennym dzienniku i powojennych reportażach rowerowej wędrówki. 
Właśnie rower jako środek lokomocji wart jest tu szczególnego podkreślenia. Roman 
Zimand nazwał go "narzędziem poznania"48. Rower uniezależniał pisarza od pociągów 
i autobusów, których rozkład narzucał określony czas i trasę, stwarzał realną perspektywę 
wolności wyboru i dawał możnoŚĆ samotnego przeżycia; był przy tym sprawdzianem 
inwencji i kondycji fizycznej. Można nawet powiedzieć, że był "instrumentem wolności" 
- podlegał podróżnikowi całkowicie i poniekąd pozwalał kreować jego indywidualność; 
bez niego doznania wędrowca byłyby znacznie zredukowane i, kto wie, czy Bobkowski 
poznałby tak dogłębnie uroki francuskiej prowincji, a przez to Francję samą, jej wielką 
przeszłość i żałosną teraźniejszość, gdyby nie owa posłuszna jego woli maszyna, mająca 
tę przewagę nad innymi, że w terenie była bez mała uniwersalna, a dodatkowo zapew- 
niała odpowiednie warunki kontemplatywne, będąc przeznaczoną zasadniczo dla jednej 
osoby. Pisarz traktował ją w sposób, w jaki zazwyczaj nie traktuje się przedmiotów 
i wytworów techniki - jak istotę żywą i przyjazną, która oddaje człowiekowi to, co on 
dla niej robi; stosunek do maszyny był dla niego, podobnie jak sposób jedzenia i korzys- 
tania z wynalazków i udogodnień cywilizacji, probierzem kultury człowieka. 
Jedynym stricte podróżopisarskim dziełem Bobkowskiego jest diarystyczny zapis 
wyjazdu z Francji do Gwatemali w czerwcu 1948 roku na pokładzie statku s/s ,,] agiełło", 
któremu autor nadał tytuł Z dziennika podróży. Notatki te były najpierw publikowane na 
łamach "Tygodnika Powszechnego"49, a później weszły w skład opublikowanego w kraju 
b . 50 
wy oru Jego prozy . 
O motywach, które legły u podstaw decyzji porzucenia starego kontynentu i szukania 
swego miejsca w odległym, egzotycznym kraju, pisano wiele i w rozmaitych kontek- 


46 A. Bobkowski, Szkice piórkiem, t. 2. Paryż 1957 s. 296. 
47 List A. Bobkowskiego do T. Terleckiego z 20 lutego 1958 roku, Kresy 1992 nr 12. 
48 R. Zimand, Wojna i spokój, [w:] tegoż, Wojna i spokój. Szkice trzecie. Londyn 1984 s. 13. 
49 Zob.: A. Bobkowski, Z dziennika podróży, Tygodnik Powszechny 1949, nr 25, 36, 40, 48, 
50-51; 1950 nr 2, 7. 
50 Por.: A. Bobkowski, Opowiadania i szkice. Warszawa 1994 s. 115-183. 


16
>>>
stach 51 . Sam pisarz poświęcił temu problemowi, obok licznych zapisków w Szkicach 
piórkiem i obszernej korespondencji, osobny, by tak rzec - aklimatyzacyjny esej "Na 
tyłach,,52. Poza wszelkimi możliwymi wyjaśnieniami przyczyn takiej właśnie decyzji 
pisarza, jedno jest niewątpliwie - w Bobkowskim domagał się wyżycia instynkt przy- 
gody. Podróż egzotyczna wpisana była niejako z góry w jego biografię, zresztą planował 
taką podróż już przed wojną. Indywidualizm, nadzwyczajna witalność i bujny tempera- 
ment zmuszały do podjęcia ryzyka, do mierzenia się z nowym i nieznanym. Pasja po- 
znawcza i głód wrażeń kierowały uwagę pisarza ku krajom i kulturom młodym, wzrasta- 
jącym, dynamicznym, a nawet nieprzewidywalnym: najpierw myślał o Argentynie, osta- 
tecznie wybrał maleńką Gwatemalę, o której mało co wiedział. Jego stosunek do Europy, 
stosunek do tradycyjnie pojmowanej polskości, do konwenansu, do instytucjonalizmu 
i etatyzmu, do wszelkich ideologii ograniczających suwerenność jednostki i przejawów 
masowości na każdej płaszczyźnie był z biegiem lat coraz bardziej krytyczny i w końcu 
przerodził się w otwarty bunt. Niezależnie od dziejowych wstrząsów Bobkowski tak czy 
inaczej opuściłby Europę. 
25 czerwca 1948 roku Bobkowski wraz z żoną zaokrętował się na "Jagielle" , w trze- 
ciej klasie, w kabinie stuosobowej (!) i wypłynął do Gwatemali, do tego - według wła- 
snego jego określenia - "Affenlandu", aby odnaleźć tam dawną Europę i pełnię życia. 
Od chwili opuszczenia Paryża prowadził codzienne zapiski, której to czynności nie za- 
niechał i na pokładzie statku, a zakończył ją w momencie, gdy wiozący go z Panamy 
samolot wylądował na gwatemalskim lotnisku "La Aurora". Jednakże trwająca trzy tygo- 
dnie podróż oceaniczna była w większym stopniu podróżą celową o charakterze prak- 
tycznym niż romantyczną eskapadą z conradowskiej inspiracji, gdyż była koniecznym 
etapem w radykalnej odmianie sytuacji życiowej, była wynikiem decyzji świadomej 
i uzasadnionej, wiązała się też z wyraźnie określonym planem, organizacją, celem oraz 
warunkami i środkami jego realizacji. 
Podróż Bobkowskiego zaczęła się jednak nie w momencie zaokrętowania w Cannes, 
ani nawet w chwili opuszczenia Paryża, lecz jeszcze wcześniej, wtedy gdy naruszony 
i w końcu zburzony został tworzony przez osiem lat porządek domu, porządek miejsca 
i układu przedmiotów. Wtedy właśnie pisarz zaczął prowadzić dziennik, bo zrozumiał 
i odczuł, że podróż bez powrotu właśnie się rozpoczęła. 
Publikując go po upływie roku na łamach "Tygodnika Powszechnego" podzielił tekst 
na siedem części, z których każda była relacją z określonego etapu podróży, stąd też 
dziennik odczytać można jako cykl reportaży. Kryterium podziału jest w zasadzie geogra- 
ficzne np. pięć z siedmiu części zajmuje rejs, którego etapami są nie postoje statku, lecz 
przepływane akweny: Morze Śródziemne, Atlantyk przed i za Zwrotnikiem Raka, Morze 
Karaibskie. 
Warto tu zwrócić uwagę na jeden jeszcze aspekt podróży, a mianowicie środek lo- 
komocji. Bobkowski, wielki entuzjasta lotnictwa i specjalista w zakresie aeromodelar- 
stwa, wybiera okręt. Z pewnością jakieś znaczenie miał tu wzgląd finansowy, ale nie on 
przede wszystkim zadecydował. Nie zadecydowała też pasja przygody, gdyż pisarz nie 
płynął dotąd zarówno statkiem oceanicznym, jak i nie leciał samolotem. Łatwość prze- 
mieszczania się i towarzyszący rejsowi samolotem luksus, także luksus czasowy, są za- 


51 Por.: T. Terlecki, Andrzej Bobkowski, Wiadomości 1962 nr 32/33; Z. Grabowski, Do redak- 
tora" Wiadomości", Wiadomości 1962 nr 35; K. Wierzyński, Andrzęj BobkowskI, [w:] tegoż, Szki- 
ce i portrety l1terackie. Warszawa 1990 s. 195-196; A. Fiut, Ucieczka z Europy, Kresy 1992 nr 12; 
M. Pieczara, Latarnik, Więź 1983 nr 7; S. Stabro, Europa odrzucona, Twórczość 1991 nr 9. 
52 Zob.: A. Bobkowski, Na ty1ach, [w:] tegoż, Coco de Oro. Szkice i opowiadania. Paryż 1970 
s. 74-86. 


17
>>>
przeczeniem naj istotniejszych cech podróży. Rejs statkiem, choćby i w komfortowych 
warunkach, nie odbiera podróżnikowi większości wiążących się z pokonywaniem prze- 
strzeni doznań - daje możliwość przeżywania i wymaga odporności. 
Okręt ma coś w sobie - zapisał już na pokładzie autor Szkiców piórkiem - ma coś 
ludzkiego. Jakby osoba. Poza tym kawałek ziemi, a na ,Jagielle" własnej. Do lokomotyw 
i okrętów czułem zawsze wielki sentyment, bo uważam je za twory techniki już zupełnie 
oswojone. I lokomotywa, i okręt pozwalają jeszcze w tej epoce szybkości supersonicz- 
nych na stopniowe przestawienie się. Mówiąc muzycznie, na całą frazę. W wypadku 
zmieniania świata, życia, w ogóle wszystkiego, przelot samolotem byłby dla mnie gwał- 
tem, zniszczeniem tkanki. Bałbym się, że zacznę to nowe życie rozwiązywać źle albo 
wcale go nie rozwiążę. Miałbym "dziurę", jak człowiek zabierający się do równania dru- 
giego stopnia bez znajomości równań pierwszego 53 . 


Co ciekawe, szybkość kilkunastu węzłów na godzinę, z jaką płynął ,,] agiełło", byłą 
dla Bobkowskiego jednak zbyt wielka. Następne podróże planował odbywać żaglowcem. 
Transoceaniczny parowiec nie miał w sobie niczego z uroku conradowskich brygów, 
barków, fregat i szkunerów, a przecież trasa, którą miał pokonać ,,] agiełło", niewiele 
różniła się od tej, którą dwukrotnie, najpierw na "Mont Blanc", później na "Saint- 
-Antoine", przemierzył autor Zwierciadła morza. Patronat Conrada, tylko raz jeden wy- 
mienionego w tekście, wydaje się oczywisty i nieprzypadkowy. Im bliżej Morza Karaib- 
skiego, tym częściej Bobkowski myślał ilustracjami z Robinsona Crusoe i scenami 
z Korsarza iNostromo. 
Bobkowski prowadził swoje zapiski "na gorąco", wprost na pokładzie, regularnie co 
dnia. To niezwykłe zajęcie wzbudzało zainteresowanie współpasażerów, wyróżniało go 
z bezimiennego tłumu - dla jednych stał się osobliwością, dla innych obiektem pełnego 
szacunku i sympatii zainteresowania. Czynność pisania wyniosła w końcu pasażera 
III klasy do kategorii ludzi najbardziej na statku uprzywilejowanych: pisarz uzyskał 
zmianę menu i miejsce do pracy w barze I klasy. 
Z dziennika podróży, podobnie jak Szkice piórkiem, choć w mniejszym zakresie, 
posiada charakter sylwiczny. Różnorodności tematyki i rozmaitości form podawczych 
i gatunkowych towarzyszy w tym przypadku ograniczona otwartoŚĆ. Dziennik podróży 
kończy się wtedy, gdy kończy się podróż; w przeciwieństwie do dziennika suwerenna 
decyzja autora podlega tu z definicji presji kategorii, której podporządkowany jest zapis: 
nie można bowiem kontynuować dziennika podróży, gdy przestało się podróżować. Zara- 
zem ograniczona do ściśle określonej przestrzeni swoboda podmiotu postrzegającego 
wpływa na charakter zapisów i repertuar obserwacji. 
Z dziennika podróży jest tym utworem, na który krytycy i badacze twórczości Bob- 
kowskiego zwracali najmniej uwagi, a który zarówno w jego dorobku literackim, jak 
i w biografii odgrywa znaczącą rolę. Już wybór tytułu wart jest bliższego zainteresowa- 
nia, gdyż i tu - swoim zwyczajem - Bobkowski łamie konwencję, eksponując w nim 
element selekcji i zacierając precyzję informacji. Tekst, być może istotnie fragmenta- 
ryczny i przepracowany z myślą o publikacji, podlega wyraźnej eseizacji, co zbliża go do 
dzienników Stempowskiego, eseizacji zanikającej w ostatniej części. W planie treści 
przeważa tematyka aktualna, zdominowana przez fakt podróży, zapisy mają charakter 
momentalny, ale - wypada podkreślić - zorganizowany przez świadomość okoliczno- 
ści wyjątkowej, świadomość oderwania się ostatecznego od tego, co znane i zbliżania do 
tego, co nowe ijakby jeszcze niepewne. "Czuję się teraz - notował pisarz - jak pocisk, 


53 A. Bobkowski, Z dziennika podróży, [w:] tegoż, Opowiadania i szkice. Warszawa 1994 
s. 129. 


18
>>>
który już opuścił lufę, a jeszcze nie trafił w ce1.,,54 W planie wyrażania natomiast przewa- 
żają opowiadanie, opis i dialog. Charakter zapisów jest zdecydowanie osobisty i subiek- 
tywny: refleksje i wyznania, wspomnienia i przewidywania, analizy i relacje, pytania 
i diagnozy stanowią portret konkretnej osobowości, bogatej i złożonej, godzącej emocje 
z wewnętrzną dyscypliną, ironicznej i dowcipnej. Scenki rodzajowe, obrazki, anegdoty 
stanowią wspaniały materiał do literackiej obróbki, opinie o dziełach literackich i cytaty 
z nich zdradzają nieprzeciętną, niezależną i wnikliwą osobowość, styl i potoczystość 
narracji świadczą o dużym talencie. Ajednak ów materiał nie został przez pisarza wyko- 
rzystany. Jedynie opowiadanie Coco de Gro ss nosi pewne ślady obserwacji i charaktery- 
styk zawartych w Z dziennika podróży, a bohater opowiadania, kapitan Świdkiewicz, ma 
pewne rysy dowódcy ,,Jagiełły", kapitana R. Tekst dziennika uległ po publikacji zapo- 
mnieniu i chyba nawet zapomniał o nim pisarz, traktując go jak utwór o mniejszym cię- 
żarze gatunkowym niż zabrane z Francji czerwone zeszyty okupacyjnego dziennika, 
które po kilku latach przynieść mu miały rozgłos i zapewnić jedną z czołowych pozycji 
w polskiej literaturze. Zresztą nie tylko dziennik podróży do Gwatemali, ale i cała spu- 
ścizna pisarska Bobkowskiego znalazła się i po dziś dzień znajduje w cieniu tego jedyne- 
go, zachwycającego dzieła, jakim są dwa tomy Szkiców piórkiem. Wymownym jest tu 
fakt, że Z dziennika podróży nie zostało nawet wymienione w Literaturze polskiej na 
obczyźnie 1940-1960 ani przez Józefa Bujnowskiego 56 , ani Zygmunta Markiewicza 57. 
Na marginesie diarystyki podróżniczej Stempowskiego i Bobkowskiego, Herlinga- 
-Grudzińskiego i Gombrowicza sytuują się mało znane dzienniki podróżującego ze Sta- 
nów Zjednoczonych do Ghany Tymona Terleckiego 58 , znakomitego krytyka, eseisty 
i teatrologa, oraz zwiedzającego Chiny polonijnego dziennikarza z Australii Ryszarda 
Krygiera, obydwa pozostające poza głównym nurtem działalności autorów i obydwa 
pozbawione jakiejkolwiek literatury przedmiotu, obydwa też niezmiernie ciekawe jako 
konkretne realizacje paradygmatu gatunkowego, jako swoiste aneksy do typologii prze- 
życia egzystencjalnego jakim jest podróż, przeżycia rozszerzającego pojęcie rzeczywisto- 
ści i konfrontującego postrzegający podmiot z otwierającą się nań tajemnicą innych ludzi, 
innych pejzaży i innych kultur, zintensyfikowanego przez specyfikę kondycji emigranta. 


54 Tamże, s. 125. 
55 Por.: A. Bobkowski, Coco de Oro, s. 97-136. 
56 Zob.: ]. Bujnowski, Eseje krajoznawczo-podróżnicze, [w:] Literatura polska na obczyźnie 
1940-1960, t. 1. Londyn 1964 s. 222-227. 
57 Zob.: Z. Markiewicz, Literatura dokumentarna. Egzotyczne kraje, [w:] tamże, t. 2 s. 26-27. 
58 T. Terlecki, Dziennik z Ghany, Kultura (Paryż) 1967 nr 11, 12; 1968 nr 1-2.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


METAFORY MORALISTY 
- O POEZJI 
TADEUSZA SUŁKOWSKIEGO 


Wojciech LIGĘZA (Kraków) 


Istnieją poeci, którzy nie chcą się zmieniać. Ten gatunek artystów pozostaje wierny 
jednemu tematowi rozwijanemu od młodości do lat dojrzałych. Temat przybiera wiele po- 
staci, obrasta w poboczne wątki, powraca w licznych wariacjach i przetworzeniach. Poeta 
poszukujący słowa wyrażającego moralną istotę istnienia, nie zważa na przelotne mody 
literackie, nie zajmuje się zamętem epoki, poniekąd lekceważy historię. Zjawiska prze- 
mijające nie są warte wytężonej uwagi. Sprawy światowe, lecz w długiej perspektywie lat 
pozbawione znaczenia, należy pozostawić na uboczu. Jeżeli w refleksji poetyckiej po- 
jawia się biografia, to składające się nań fakty umieszczone zostają w przestrzeni ducho- 
wej. Do takich poetów, którzy stąpają po raz obranej drodze, należy Tadeusz Sułkowski. 
Radykalny poszukiwacz prawdy programowo izoluje się od literackiej giełdy. Nie 
bierze udziału w grze o fantomy sławy. Skupienie wewnętrzne wymaga bowiem odsunię- 
cia się od destruktywnych mocy kulturalnego centrum. Prywatna wolność manifestuje się 
w geście odrzucenia przyjętych zachowań społecznych poetów, którzy, lękając się lite- 
rackiej nicości, wciąż zabiegają o druk. Sułkowski publikował niewiele i dość niechętnie. 
Lubił żywot prowincjusza. Przed drugą wojną światową najbardziej był związany z ro- 
dzinnymi Skierniewicami. W czasie wojny aktywną działalność krytyczną rozwijał 
w oflagu w Murnau (niewielkie i zamknięte środowisko kulturalne - to jeszcze było do 
ogarnięcia). Kiedy osiadł w Londynie, wybrał podrzędną pracę administratora i dozorcy 
Domu Pisarza polskiego przy Finchley Road. W "strasznym dworze na Finczlejowie"j - 
jak Tadeusz Nowakowski żartobliwie nazwał to schronienie powojennych polskich pisa- 
rzy-emigrantów - powstało silne mikrośrodowisko artystyczne 2 . Jednakże Wielki Lon- 
dyn niewiele wiedział o tym skupisku talentów. 
Obwarowany w rozpadających się murach, zdegradowany, praktykujący pokorę (któ- 
ra miała też odcień dumy), na co dzień Sułkowski z zapamiętaniem i ostentacją oddawał 


1 T. Nowakowski, Hausekeeper Sulek, [w:] O Tadeuszu SulkowskIm, red. K. Sowiński, 
T. Terlecki. Londyn 1967 s. 141. 
2 Zob.: ]. Bielatowicz, U drzwi fincz1ęjowskich, tamże. 


21
>>>
się trywiom pracy fizycznej, zaś od święta obcował z kulturą metropolii, w przez siebie 
tylko wytyczonych granicach. Jak zaświadczają wspomnienia, pisarz uczynił głównym 
przedmiotem swoich fascynacji muzykę, malarstwo i teatr. 
Pozycja marginalna miała swoje cienie i blaski. Świadomość, że człowiek ubrany 
w roboczy kombinezon jest wybitnym polskim poetą, stała się udziałem niewielu przyja- 
ciół. Dla szerszego kręgu czytelników, nawet w Londynie, Sułkowski pozostawał niezna- 
ny. Co znamienne, najważniejsze jego zbiory poetyckie Dom Złoty oraz Tarcza (1961) 
ukazały się w londyńskiej Oficynie Poetów i Malarzy Krystyny i Czesława Bednarczy- 
ków - rok po śmierci autora. Do czytelników w kraju twórczość Sułkowskiego dotarła 
dwadzieścia lat później: tom Tarcza. l11ersze i poematy - z posłowiem i w wyborze Mi- 
chała Sprusinskiego - ukazał się w wydawnictwie "Czytelnik" w roku 1980. W 1997 r., 
w dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin Skierniewice uhonorowały poetę uroczystymi ob- 
chodami oraz odsłonięciem tablicy pamiątkowej. Z tej okazji opublikowane zostały Po- 
ezje Tadeusza Sułkowskiego w opracowaniu Krzysztofa Ćwiklińskiego i Janusza Kry- 
szaka. Jest to, jak dotąd, naj obszerniejsza prezentacja twórczości samotnika z Londynu. 
Wieczne wark in progress Sułkowskiego mogło rozwijać się i doskonalić w sytuacji 
względnego spokoju i relatywnej wolności. Ponaglany jedynie przez życzliwych przyja- 
ciół-wydawców poeta oddawał się cyzelowaniu formy, które graniczyło z szaleństwami 
akrybii. Pisarz prowadził osobliwe życie dla dzieła: kontemplacyjne, pustelnicze, asce- 
tyczne. Osoba twórcy przestawała być ważna, liczył się wyłącznie pełny blask metafory, 
obrazu, frazy. Problematyka powstającego w takich warunkach dzieła z natury swojej 
musi być zwrócona ku doświadczeniu wewnętrznemu. Zatem pisarstwo Tadeusza Suł- 
kowskiego w niewielkim stopniu odnosi się do aktualności historycznej, w znikomej 
mierze nastawione zostało na kronikarskie realia oraz przeżycia zbiorowe. Ideałem bio- 
grafii artysty był w tym przypadku, jak już napomknąłem na wstępie, brak zdarzeń, jed- 
nostajność zatrudnień, niechęć do zmiany miejsca. 
Poetę medytującego interesują etyczne uwarunkowania słowa poetyckiego. Składnia 
artystyczna wiersza, która dąży do formy doskonałej, winna odzwierciedlać ład we- 
wnętrzny. Z każdej wypowiedzi mają wynikać nauki dla piszącego i czytelników. Namysł 
nad słowem i dobór słów u Sułkowskiego zawsze przekraczają problematykę stricte 
literacką, gdyż sztuka pisania, traktowana z niezmierną powagą, według poety przywraca 
utracony związek piękna i prawdy. 
Moralistyka poetycka Tadeusza Sułkowskiego - tylekroć zauważana przez badaczy 
jego dzieła - posiada odrębne sposoby wyrażania. W omawianych wierszach ważną rolę 
pełnią słowa-klucze zaczerpnięte ze słownika aksjologii. Wciąż powtarzają się pojęcia 
piękna, dobra, prawdy, ładu, doskonałości, czystości, szczęścia a w drugim przeciwstaw- 
nym znaczeniowo szeregu poeta umieszcza kategorie mądrości, żalu, klęski, rozpaczy. 
Od razu zauważmy, że spectrum opisywanych stanów psychicznych, doznań i doświad- 
czeń rozciąga się u Sułkowskiego między afirmacją a negacją, nadzieją a zwątpieniem, 
radosnym, zmysłowym tańcem życia a gorzkim poczuciem zmazy i winy. Bohater lirycz- 
ny Sułkowskiego jest człowiekiem paradoksalnym - rozdwojonym, rozdzieranym przez 
sprzeczne uczucia, nawiedzanym przez ekstazy i zwątpienia. Sakralność rzeczy stworzo- 
nych graniczy z grzesznym, niedoskonałym wymiarem życia. W lirycznych wypowie- 
dziach Sułkowskiego wzory moralne przybliżają nieosiągalny ideał, podnoszą zwykłe 
istnienie ku obszarom doskonałości. Tak Sułkowski opisuje krainy marzenia konfronto- 
wane z ludzką niedolą i nędzą. 
Lirykę hipostaz, a hipostazy, jak wiemy, to ucieleśnione, uprzedmiotowione abstrak- 
cje, w przypadku autora Tarczy nie należy wcale łączyć z logicznym błędem. W poezji 
Sułkowskiego pojęcia nie istnieją realnie, lecz rzeczywistość przedstawiona zostaje pod- 
dana próbie porządkowania wedle etycznych kategorii. Świat rzeczy istniejących ma 


22
>>>
niejako dorosnąć do idealnych kształtów. Pojęcia ogólne nie są interesujące w sensie 
artystycznym. Spełniają swą właściwą funkcję poetycką dopiero wówczas, kiedy po- 
wstaje gra znaczeniowa pomiędzy abstrakcją a konkretem 3 , pomiędzy rzeczą a metaforą. 
Mowa metafor moralisty składa się z zapośredniczonych perswazji, z zaszyfrowanych 
olśnień i przerażeń. Jednakże sporo jakości formalnych w liryce Tadeusza Sułkowskiego 
ogranicza zakres oddziaływania metafory. Można wymienić dla przykładu poetycką 
opisowość złożoną z katalogów rzeczy zdobnych i zwykłych, a także, jak w eposie, 
ekspansję porównań. Ta stara tradycja zaznacza się bardzo wyraźnie w poemacie Tarcza. 
Oczywiście poetyckie rozważania o wartościach oraz zmetaforyzowane wizje dopeł- 
niają się nawzajem. Sułkowski to poeta sytuacji moralnych, który wypowiedzi liryczne 
konstruuje w ten sposób, żeby czytelne stały się dylematy oraz wybory życiowe, określo- 
ny - kierunek przemiany duchowej, nazwany - krąg destruktywnych właściwości 
istnienia ludzkiego. Mówić światu "tak" i powtarzać temu światu uporczywe "nie" to 
naj ważniejsza powinność poety. Monolog liryczny Sułkowskiego często przypomina 
formę wyznań lub spowiedzi. Szczerość jest bowiem miarą prawdy. Stałą regułę liryki 
Tadeusza Sułkowskiego skłonny byłbym określić metaforyzowaniem sytuacji moralnych 
albo inaczej: metaforyką podporządkowaną etyce. 
Spróbuję rzecz rozpatrzyć na kilku przykładach. Wskazana postawa twórcza Suł- 
kowskiego ujawnia się w obrazach wzrastania, dojrzewania, przemiany, lotu. Język kultu- 
ry - muzyki, rzeźby i teatru - w tej poezji zostaje zaangażowany w tworzenie metafor 
moralisty. I jeszcze: piękno całego świata, bogactwa i klejnoty, wszelka zdobność 
i ozdobność rzeczy przeciwstawione zostają prawdzie słowa i poszukiwaniu dobra. 


1. W zrastanie 
W otwierającym debiutancki tom List do dnia (1933) wierszu Słowo odnajdziemy 
początek poetyckiej księgi stwarzania samego siebie, jak gdyby prywatne genesis: 


Rozkopię całe życie, zapłonę od nowa, 
Podzielę mozół niemy na sprawy i rzeczy, 
Bym tak zwielokrotniony i bardziej człowieczy, 
Mógł ziemię chłonąć, chłonąć, choć nie znajdę słowa. (P 21)4 
Zapewne wybaczyć należy poecie młodzieńczą egzaltację. Ekstatycznie powtarzane 
czasowniki ujawniają zachłanną pogoń za tym, co niewyrażalne w mowie poetyckiej. 
Potrzeba poznania ma tu charakter sensualno-intelektualnl. Chłonąć świat i świat rozu- 
mieć - te wskazania pojawią się w wielu lirykach (np. Zapach świata, Noce majowe, 
Cokolwiek przyjdzie). W wierszach Tadeusza Sułkowskiego żywioły biorą udział w do- 
skonaleniu człowieczeństwa. W rozkopywanej jak ziemia świadomości należy zasiać 
ziarno moralnych norm i nauk. Od ziemi uczyć się cierpliwego oczekiwania. Natomiast 
święty i niszczący płomień - wedle żarliwych wyznań poety - pochłonąć ma egotycz- 
ne złe postępki. Ogień stworzy człowieka wrażliwego, a tajemna więź z ziemią obdarzy 


3 K. Ćwikliński posługuje się terminem "obrazowanie grawitujące": Idea i rzecz. Londyn 1987 
s.84. 
4 W tym szkicu cytuję utwory poetyckie według wydania: T. Sułkowski, Poe.ye, oprac. i po- 
słowie K. Ćwikliński, wstęp J. Kryszak. Skierniewice 1997, stosując skrót P i podając numer strony 
bezpośrednio po tekście. 
5 Jak pisał Krzysztof Kłosiński: "U Sułkowskiego [...] zachłanność wyrażona biologizującą 
metaforą zostaje sprzęgnięta z imperatywem poznawczym" (Poe.ya Tadeusza SulkowskIego, [w:] 
Poe.ya i nostalgia. Szkice o l1teraturze po1skIęj na obczyźnie, red. W. Wójcik. Katowice 1987 
s. 113). 


23
>>>
go wieczną, niezmienną mądrością. Wszelako przeczuwana prawda wymyka się nazwie, 
dlatego transowi wzrastania towarzyszy niecierpliwa modlitwa o słowo. Zamach na ta- 
jemnicę wszechrzeczy w młodzieńczej liryce Sułkowskiego wydać się może naiwny, 
jednakże określa od razu ambitne założenia wierszy dojrzałych. Zapowiada dalsze reali- 
zacje z wpisanym weń imperatywem doskonalenia formy wypowiedzi w ścisłym związku 
z refleksją etyczną. 
Powtórzmy, iż przekraczanie własnych ograniczeń, transcendowanie, kierunek ku gó- 
rze, wiążą się u Sułkowskiego z samorozwojem, z dążeniem ku prawdzie, doskonałości, 
czystości ludzkiego życia. Metafizycznym ciemnościom, które nie ujawniając drogo- 
wskazów, wibrują niepokojem, domenie ludzkiego zła, które jest niejako przyrodzone, 
przeciwstawić należy spokojną mądrość trwania natury w niezmiennych, wiecznych 
rytmach przemiany. Ładu moralnego nie da się wcale łatwo osiągnąć. Dlatego poeta 
opatruje swe idee znakami zapytania. Jak choćby w wierszu List do dnia marzenie 
o poznaniu triumfu poranków i klęski zmierzchów, które mogą być przekładane na po- 
etyckie gatunki ody oraz elegii, towarzyszą sygnały wątpienia. Bliskość i obcość okre- 
ślają równocześnie relację pomiędzy widzialnymi, lecz tajemniczymi obrotami przemian 
natury a doświadczeniami ludzkiego życia. Apostrofy do dnia tak ten dość przytłaczający 
związek określają: 
Wznoszę twą pychę w słowach, więc choć porównaj nas obu, 
Bymjak ty gasł ciemnością ijak ty ogromniał światłem, 
Którym aby wybłysnąć człowiek nie znajdzie sposobu? 
Piszę ten list i myślę, że go odnajdę tak łatwiej. 
(List do dnia P 7) 
Sułkowski, parafrazując Norwida, "ludzkie ciemności" umieszcza po stronie dyle- 
matów moralno-egzystencjalnych. Człowiek niestety nie może stać się istotą świetlistą. 
Mowa nadchodzącej nocy jest "kamienna", jak kroki Komandora, jak ledwie przeczu- 
walna groza przeznaczeń. Pomimo odczuwalnej obcości "istnienie poszczególne" utoż- 
samić się powinno z przyrodniczym ładem, dorosnąć do niepokojącej oczywistości trwa- 
nia, a wreszcie przystać na peryferyjne położenie w świecie: 
U traw uczyć się szumu, cierpkości dojrzałej, 
Drzew potrzebie wzrastania dorównać nareszcie. 
(Wszystko już teraz ważne P 27) 
Natura jest nauczycielką ładu. Pełna przytomność bycia w świecie, cudowna i zara- 
zem okrutna jasność poznawcza, ujawnia prostą wiedzę o przemijaniu. Radość umysłu, 
który pragnie dostąpić wtajemniczeń, integralnie wiąże się z klęską poszczególnej osoby 
- nie tak znowu ważnej w całym planie istnienia. Najtrudniejsza jest właśnie akceptacja 
tego, co nieodwołalne: "Pochwalam to mijanie za to, że dojrzewam" (Strumień i ozimina, 
P 33). Lub jeszcze inaczej: "słodko uczyć się będę śmierci / W ludzkich niebieskościach" 
(Ratunek, P 51) 
Metafory rozwoju spotykają się z metaforami uczenia się - egzystencjalnej auto- 
edukacji. Zaklinanie dojrzałości, otamowanie zmysłów refleksją moralną i tak wyraziste 
u Sułkowskiego wzrastanie ponad stan intelektu nie jest wcale wyjątkiem w poezji de- 
biutantów lat trzydziestych. Dodajmy na marginesie, iż kultura dwudziestolecia między- 
wojennego nie schlebiała magmowatej młodości, nie chwaliła myślowego nieopierzenia. 
Traktowana awansem dojrzałość była jedynym biletem wstępu na pokoje literatury. 
Źycie ludzkie uszlachetnia się w pisaniu. W bardzo konceptualnym wierszu Sułkow- 
skiego 28 kwietnia padał deszcz świat tekstowy - czysty i prosty jak wiosenna przyroda 
- wzlatuje ku niebu, zostaje wydźwignięty "na końcu stalówki". Pisanie to zatem lepsza 
strona istnienia. Bliska niebu, wyrastająca ponad codzienne udręki i niepewności. To 


24
>>>
przekonanie poety wypowiedziane również zostaje w lirykach Żebyś podołał szybie, 
Elegia, O tym wierszu. Potrzeba wzrastania w wierszach Sułkowskiego od samego po- 
czątku ujawnia dialektykę klęski i nadziei, bólu i radości, choć jasna tonacja zdecydowa- 
nie przeważa w tomie List do dnia. Podobnie w Żalu niedoskonałym krajobrazy wiosen- 
ne, które wiążą się z apologią młodości, przytłumiają - choć nie tak już skutecznie - 
przerażenie, zwątpienie i rozpacz. 
W omawianej liryce spontaniczne poznanie ma postać epifanii. Sakralizacja natury, 
święto istnienia, adoracje rzeczy stworzonych, a także nieustające poetyckie rytuały 
oczyszczenia wyprzedzają refleksję moralną. Wiele fragmentów, w których dochodzi do 
głosu beztroski witalizm, można by przypisać Kazimierzowi Wierzyńskiemu z okresu 
wczesnego Skamandra (np. pojedyncze frazy z wierszy Błoto pociesza, Lotnik, Biała 
Czortkowska, Egotyzm) 6, wszelako wymowa całości jest zupełnie inna. Po pierwsze 
w młodzieńczej liryce Sułkowskiego temat wzrastania nie zostaje pozbawiony udręki 
trudnych wyborów, czujności i wrażliwości na dobro i zło, po wtóre - radość zmysłów 
koresponduje z metafizycznym wtajemniczeniem. Sułkowski uskarża się wprost: "O, jak 
trudno człowiekowi rosnąć" (Egotyzm, P 50). Marzenia kontroluje samodyscypliną, 
wreszcie w połączeniach precyzyjnej opisowości z ekstatyczną modlitwą tropi niepozna- 
walne w poznawalnym. W detalach i konkretach codziennej rzeczywistości pragnie do- 
strzec "esencję istnienia,,7. Oto kilka przykładów: "Owiała mnie oddechem rzeczywistość 
wszystka" (Tężeję światłem..., P 37); Wieczność zieje i bryzga mokrą płachtą na dół" 
(Nad wodospadem w Jaremczu, P 39); "za domami doczesność dzwoni" (Razem z nami 
łąka się kołysze..., P 66). Dochodzimy tutaj do paradoksu zmysłowej obecności pojęć 
abstrakcyjnych, które można niemal zobaczyć, niemal dotknąć. 
Zwrócić też należy uwagę na symbolikę kolorów w poezji Sułkowskiego. Czerń to 
brud i marność ludzkiego istnienia, natomiast biel kojarzy się tu z ideałem moralnej czy- 
stości. Sakralność bieli ujawnia się wprost w naturze. W apostrofach z wiersza Śniegu, 
śniegu biały dopatrzyć się można nawiązania do znanej frazy z Psalmu 50 "ponad śnieg 
bielszy się stanę" (Księga Psalmów L, 9). Owo uświęcające marzenie polega na tym, 
żeby: 


Wyogromnieć, odnowić 
I natrzeć śniegiem trwanie, 
żeby było śnieżyściej, 
Mozolniej, wspanialej. (T 10) 
Gramatyka przychodzi w sukurs metaforom wzrastania. Po stopniach przymiotników 
poeta wstępuje ku doskonałości. Jeszcze wyraźniejsze realizacje tej reguły znajdziemy 
we fragmentach liryku Co dzień się mnożę. Metafory moralisty wspiera bowiem poetyc- 
kie słowotwórstwo. Wyjątkowość duchowego zamierzenia sugerują niezwykłe użycia 
języka. Sułkowski powiada: "co dzień się mnożę, suciej hardziej" (P 59). Program prze- 
miany psyche czerpie wzory z natury. Należy bowiem: "spąkowieć zmysłem każdym, / 
Szumieć tak drzewnie, gałęziście" (P 59). Rzeczy widzialne kuszą piszącego, lecz pod 
ich pięknymi kształtami kryje się coś więcej: strefa tajemnicy, nieprzeniknione prawa 
i prawdy, które dopiero należy odkryć. 
Sułkowski często powołuje się na świętego Franciszka zbratanie z naturą. "Niebo 
ogromne" uświadamia też ludzką, Pascalowską nędzę. Chodzi jednak o to, by poprzez 
akt pisania oraz kontemplacji przemijająca marność stała się dobra i piękna. Jak w mo- 


6 "Śród palców będę trzymał / Ziemię, powietrze, niebo" (P 29); "Przecież nareszcie już 
umiem / Całować, całować powietrze." (P 38); "Pyszny z tego, żem poznał świat wrzący, / Przecież 
szedłbym, tak sobie, raz nocą / Nie pytany i nic nie wiedzący" (P 50). 
7 Por.:]. Kryszak, wstęp do: T. Sułkowski, Poe.ye..., s. 12. 


25
>>>
dlitwie panteisty w jednym z naj piękniejszych liryków Tadeusza Sułkowskiego Jaskółki 
(z tomu Dom Złotj) ; 


Od złego skrzydłami uchowaj, 
Jaskółeczko, kochaneczko hebanowa. 
Naucz nędzna stać w nędzy mojej 
Jak w muzyce i łasce wesołej. (P 111) 


2. Harmonia sfer poetyckich 
Tymon Terlecki wskazywał istotne tropy w lekturze Sułkowskiego; "gdy się go za- 
cznie badać z bliska, wyjdzie na jaw, ile w nim jest z ducha muzyki i plastyki, jak wielki 
jest stopień jego kulturalnego nasycenia"s. Jan Bielatowicz dodawał, "że można by po- 
ezję Sułkowskiego określić jako kontemplację obrazów, gestów i muzyki"g. Ograniczę 
się w tym miejscu do muzycznych fascynacji autora Tarczy. W tej poezji, a szczególnie 
w dokonaniach z okresu dojrzałego, muzyka jest inkarnacją ładu świata. W utworach 
lirycznych i w poemacie Tarcza poeta sięga po pitagorejskie wyobrażenie muzyki sfer, 
przy czym owe kosmiczne brzmienia dostępne są na wyciągnięcie ręki; krąg ziemskich 
rzeczy zawiera w sobie cudowną konfigurację dźwięków, rezonuje muzyką. Natura od- 
powiada muzycznym formom, których doskonałość może się równaĆ z przedustawnym, 
wiecznym i mądrym ładem istnienia. Rzeczy są instrumentami, a ich akustyczna mowa 
- objawieniem piękna muzyki sławiącej Pana. Więcej jeszcze; stwarzając świat poetycki 
na podobieństwo muzycznego kosmosu, poeta wskrzesza dawny paradygmat harmonij- 
nego usytuowania wszelkich rzeczy w świecie. Wielkie przestrzenie mogą zostaĆ odwzo- 
rowane w małym oswojonym obszarze. Tak poeta buduje dom ze słów. Oznacza to także 
schronienie w muzyce przed lękiem i niepewnością; 
Możemy tu z drewna dom zrobić z gwiazdy zarannej piórem, 
deski ułożyć w harmonie i okna zawiesić jak cytry - 
drzewo gałęzią wieczorną trąca o szklany instrument 
i domjest świerszczem pasterskim, przy którym nie zbłądzisz nigdy. 
(Koncert P 168) 
Dom symboliczny Sułkowskiego wykreowany zostaje według porządku kompozycji 
muzycznej. Owo wrażenie koniecznego piękna wzmacniają skojarzenia z kształtami 
i dźwiękami instrumentów. Idiofon w tym wierszu to oczywiście szyby wyimaginowane- 
go domu, lecz także, skoro w grze bierze udział cały kosmos, Mickiewiczowska "szklana 
harmonika" (utwory na ten instrument pisał Mozart). Światy muzyczne umieszczone są 
poza sferą zniszczenia i przerażenia. W domu muzyki zamieszkują dobro oraz bezpie- 
czeństwo. Muzyka to sztuczny świat idylli, enklawa bukolicznego spokoju. Dodajmy, że 
poeta powraca wielokrotnie do wyobrażeń arkadyjskich. Musica mundana - ta dawna 
kategoria ustanawiająca identyczność muzycznych harmonii z budową kosmosu, ale 
także z ładem ziemskim - oznacza u Sułkowskiego nie tyle stan istniejący świata, co 
pewien porządek, który należy dopiero zdobyć, posługując się słowem poetyckim. Flet, 
ten instrument pasterski, najczęściej występuje w wierszach Sułkowskiego. Jak pisze 
Jamie James o pitagorejskiej tożsamości muzyki z duszą ludzką oraz - całym wszech- 
światem; "fletnista i kosmos mogli grać tę samą nutę',Jo. 


s T. Terlecki, Dramat doskonalości, [w:] O Tadeuszu Sulkowskim..., s. 21. 
9 ]. Bielatowicz, Tadeusz Sulkowski, [w:] tegoż, Literatura na emigracjI. Londyn 1970 s. 232. 
10 ]. James, Muzyka sfer. O muzyce, nauce i naturalnym porządku wszechświata, przeł. M. Go- 
dyń. Kraków 1996 s. 37. 


26
>>>
Głosy rozpaczy, nicości, grozy uciszyć potrafi jedynie muzyka, która jest ucieczką 
strapionych i marzących o ładzie istnienia. W poezji Sułkowskiego pitagorejski koncert 
posiada orkiestrację bardzo bogatą, gdyż zaangażowana tu została cała natura. Tylko 
człowiek, twór skażony zwątpieniem, postrzega siebie jako wirtuoza o wątpliwych kwali- 
fikacjach. Piękne i celowe "brzmienia" świata stają się dostępne w wyniku determinacji 
oraz - pracy moralnej: 
Smyczek jak gałąź uchwyć w dłonie 
i smyczkiem w serce pustki krzycz - 
nic Cię, mój drogi, nie obroni 
i prócz muzyki nie ma nic. 


(Muzyka P 162) 
W muzyce syntetyzuje się całe doświadczenie świata. Nie ma nic godniejszego 
uważnych studiów i wrażliwego przeżycia. Wszelki ład świata ma przede wszystkim 
naturę muzyczną. Harmonia czyli zgoda, zestrojenie, współdziałanie elementów, dobre 
współbrzmienia rozmaitości dźwięków, tak jak u dawnych myślicieli i teoretyków, 
w liryce Sułkowskiego łączy się w kosmologią, etyką oraz sztukami pięknym. Muzyka 
jest również źródłem prywatnej mitologii. Własne życie należy zbudować od podstaw 
w oparciu o żywioły najbardziej elementarne. Oto przykład modlitewnej inwokacji do 
muzyki roślinnej - uosobienia niezmiennego porządku istnienia: 
Muzyko w trawie różowa, 
wołamy i przez pustkę idziemy - 
wszystko dobre jak w krzak we mnie wprowadź, 
niech też będę instrumentem u warg ziemi. 
(Do róż P 188) 
Muzyka może być mową Boga. Krzak, który skrywa w sobie dobro i piękno, pocho- 
dzi więc z Biblii. Pejzaże i krajobrazy poetyckie Tadeusza Sułkowskiego zaopatrzone 
zostają w muzyczne wykładniki ładu. Rzeczy, chciałoby się powiedzieć, to instrumenty 
harmonii. Muzyka byłaby więc według poety naj doskonalszym językiem porządkowania. 
Znajdziemy tu wiele przykładów takiego artystycznego myślenia. Wybieram zaledwie 
kilka z cyklu wierszy rozproszonych: "to była ziemia od muzyki węgierskiej srebrna / 
i srebrne miała struny" ; "w harmoniach zapluskały gaje cytryn / i przebiegło po klawi- 
szach stado ptaków złotowłosych" (Skarbiec, P 171-172); "Złotymi stopami pod jej sto- 
py - niech się tulają/ klawisze owocowe" (Tango, P 178); "nad koniem śniegu kokoszki 
/ a w dole smyczki płóz" (Koncert, P 169). Spontaniczny koncert istnienia oprawiony 
zostaje przez Sułkowskiego w ramy gatunków muzycznych. Dopiero w ten sposób wra- 
żenia słuchowe i wzrokowe uchwycone zostają w wyrazistej formie. Ważny jest przekład 
na język kultury muzycznej: 


a w trzcin piszczałce w wodzie czarnej 
mówi muzyka gregoriańska. 


(Październikowy p 82) 


Czarne świerszcze, czarne klawisze 
urządzają wieczór Chopina 


(Razem z nami ląka się kołysze..., P 66) 
Nie istnieje chyba godniejsze uszlachetnienie i uświęcenie przyrody, niż powaga li- 
turgicznego śpiewu Kościoła. Melodyka ornamentalna i zarazem wzniosła, przebieg 
niespieszny i szlachetny ewokują nadziemską, skupioną, spokojną, radość. Jakby natura, 
sławiąc samą siebie, odzywała się do człowieka w hymnach, antyfonach, responsoriach. 
Wyrafinowane jest porównanie świerszczy z czarnymi klawiszami. Nie wydaje się wcale 


27
>>>
pozbawiony podstaw domysł, iż Tadeusz Sułkowski aluzyjnie odwołuje się do gatunku 
muzycznego i konkretnego utworu Chopina. Mam na myśli napisaną wyłącznie na czarne 
klawisze, błyskotliwą i brawurową Etiudę Ges-dur op.lO nr 5. 
Metaforom muzycznym poeta przypisuje szczególną rolę. Muzyka zaklina doskona- 
łość. Ręka artysty - poety, kompozytora, także oko teatralnego wizjonera tworzą dzieła 
przyrównywane do ogrodów Edenu, do idealnych wnętrz, w których człowiek może 
zamieszkać i cieszyć się tam pełnią istnienia. Są to: "Sale muzyczne grające jak morza" 
(Pióro, P 120). Nie sposób frazie Sułkowskiego odmówić perfekcji. Retoryka poetycka 
służy wrażeniu harmonii, przeciwstawia się rozprzęganiu dźwięków, słów, znaczeń. Do- 
bra sztuka jest jak dobry uczynek. Doskonalenie wyrazu przebiega równolegle z podno- 
szeniem życia na wyższy moralny poziom. Zwróćmy uwagę na dopowiedzenie-zaklęcie 
w wierszu Pióro: 


Porządek pracy, harmonia surowa, 
Co domem strofy włada, niech mną włada, (P 120) 
W lirykach Sułkowskiego muzyka sprzyja poetyckiemu tworzeniu, uszlachetnia eg- 
zystencję. Budzi spontaniczną radość zmysłów, porusza intelekt mądrością formy. Muzy- 
ka jest jak komunia, którą należy się dzielić z innymi. W omawianych lirykach świat 
wyobrażeń, terminów i aluzji muzycznych składa się z sygnałów wysyłanych do czytel- 
nika. Można mówić o apelu do określonych predyspozycji odbiorczych. W ten sposób 
powstaje wspólnota ludzi wrażliwych i nieco wyobcowanych z obszarów zdarzeń zwy- 
kłych, ludzi umieszczonych poza działaniem sił historii. 
Obietnice muzyki - o niewyraźnych znaczeniach, o złudnie ostatecznym wymiarze 
przesłań, sporych możliwościach poruszania emocji - mają też wyraźny aspekt tera- 
peutyczny. Arcydzieła Jana Sebastiana Bacha bytujące w uniwersum kultury, a przeto 
sprzeczne z przemijającym ludzkim życiem, udzielają słuchaczowi, choćby tylko przez 
mgnienie doskonałych fraz, okruchów nieśmiertelności. Łudzą estetycznym zbawieniem: 
energia tlenu melodyjna 
to obca siła, nie nasz żywot, 
o niebo ciepłe zleć i bij nas 
nieśmiertelnością przeraźliwą 


(Z Bacha P 86) 
Nie zajmuję się w tym szkicu dokładnie "feerią muzyczną',]! w poemacie Sułkow- 
skiego Tarcza. Wypadnie tylko stwierdzić, że używając nazw instrumentów i gatunków 
muzycznych, przywołując jakości stylistyczne bądź konkretne utwory Bacha, Beethove- 
na, Mozarta, poeta kreuje świat osobny harmonii oraz zgody. Każdemu z tych kompozy- 
torów przypisana zostaje określona rola w kształtowaniu refleksji i uczuć. Bach otwiera 
mówiącego na transcendencję, mistykę przeżywania świata, na łaskę i grozę wieczności 
(Z Bacha). Ale również motto z kantaty świeckiej T6net, ihr Pauken! Erschallet, Trom- 
peten. Dramma per mucica BWV 214, której naj piękniejsze partie jako "parodia" czyli 
przeniesienie muzyki w obręb innego dzieła i podłożenie doń nowego tekstu, znalazły się 
w Bachowskim Oratorium na Boże Narodzenie!2, wzbudza i podtrzymuje nieco uroczy- 
stą, zdecydowanie radosną aurę poematu. Nawiasem mówiąc, układ i tematyka arii w dru- 
giej części poematu Tarcza, nie odpowiadają uszeregowaniu materii muzycznej w T6net 
ihr Pauken, zaś cytat z otwierającego dzieło Bacha chóru znalazł się w chórze zamy- 
kającym utwór Sułkowskiego. 


11 Określenie M. Sprusińskiego: Tadeusz SulkowskI czyl1 poe.yajako tarcza życia, [w:] T. Suł- 
kowski, Tarcza. Wiersze i poematy. Warszawa 1980 s. 130. 
12 Zob.: E. Zavarsky, J. S. Bach, przeł. M Erhardt-Gronowska. Warszawa 1973 s. 339-346. 


28
>>>
W wierszu Noc, ta pora właśnie; "zasmuca sama siebie, / Jakby adagio z «księżyco- 
wej»" (P 49). Ściślej; Adagio sostenuto. Odwołując się do pierwszej części Sonaty cis- 
-moll, op. 27 nr 2 ("Księżycowej'') - osłuchanego szlagieru muzyki, Tadeusz Sułkowski 
precyzyjnie wyzyskuje dla własnych poetyckich celów jej melancholijną śpiewność. 
W wierszu Szczęście żal ukryty zostaje w głębi przeżyć podmiotu. Dobry świat obecny 
w poetyckim marzeniu wyrażają dwa słowa spięte eufoniczną klamrą; "spokój i Mozart" 
(P 177). Z kolei w Obrączkach "wiosenny ptak [...J ma na łebku wianek z arii Mozarta" 
(P 194). Metafora muzyczna pseudonimuje chwilę radości i pewnego, spokojnego szczę- 
ścia. Jeśli przyjrzymy się motywowi "słowika i panny" u Sułkowskiego (Muzyka), 
w którym jednoczy się wyrafinowany kunszt artystyczny (śpiewaczy) i sielska prostota, 
to okaże się, iż aluzja do dzieł Mozarta będzie obejmować sporą ilość arii pastoralnych 
oraz koloraturowych. Właściwość, o której wspomniałem, może przywoływać na myśl 
sielankę pasterską - młodzieńczy "singspiel" Mozarta Bastien i Bastienne. Pasterska, 
arkadyjska naiwność pejzażu poetyckiego wpisana w formę możliwie najbardziej dosko- 
nałą mówi też wiele o odruchach serca człowieka bezbronnego. I jeszcze na koniec wyli- 
czenia; w liryku Moment muzyczny serię obrazów oscylujących pomiędzy radością 
a smutkiem, widzialnym pięknem świata a doznaniem przemijania - dotknięciem losu, 
Sułkowski łączy zapewne z cyklem romantycznych miniatur fortepianowych Schuberta 
Moments musicaux, op. 94. Liryczna metoda zmiennych nastrojów, nieco Czechowi- 
czowska aura łagodnego wieczoru i sielankowej apokalipsy zyskuje gatunkową nazwę 
z dziedziny muzyki. Elegijna chwila zostaje wyrażona w apostrofie; "Dobranoc, / naj- 
smutniejsza muzyko" (P 156). 
Muzyka chroni przed lękiem, smutkiem i katastrofą. Czy skutecznie? Wprawdzie 
klęska nie jest nigdy przez Tadeusza Sułkowskiego nazywana z imienia, jednakże poeta 
nie zapomina o przeżytym czasie grozy. Znamienne słowa świadka zostaną wypowie- 
dziane w wierszu Dom złoty. 
Pod ręką układającą poemat i dzieło muzyczne 
Leżą straszne jaszczury, a mówię, bom widział. (P 148) 


3. Świat zmarmurzony 
Dajmy jeszcze przykład rzeźby. Tadeusz Sułkowski pragnie wykreować pomnikowy 
wizerunek człowieka, ale również forma rzeźbiarska pozwala zrozumieć wieloraki, umy- 
kający nazwaniu świat. Dłuto artysty odkuwa z powoływanych do istnienia przedstawień 
to, co incydentalne i niepotrzebne. Sprowadza amorficzną bryłę materii do kształtów ko- 
niecznych. Autor Tarczy wielokrotnie posługuje się "chwytem unieruchomienia". Na 
przykład; "niebo nagie przesuwaj jaskółek czarne posążki" (O świcie, P 83). Albo; "nad 
winiarnią wieczność, w której sąjuż tylko statuy/ i głowa pełnijak odlew w gipsie (Skar- 
biec, P 172). Zjawiska natury zostają sprowadzone do artefaktów. Wówczas przypadko- 
wa wielość zostaje opracowana, gdy wciela się w postać figur i pomników. Tylko rze- 
czom ukończonym, zatrzymanym w ruchu, zabezpieczonym przed rozpadem, można się 
przyjrzeć dokładnie. Zwykle pomnikowa wersja kształtów rzeczywistości - zbyt upo- 
zowanych i odświętnych - bywa przyjmowana ze sporą dozą podejrzliwości. Szczegól- 
nie w ironicznej poezji współczesnej - na przykład u Zbigniewa Herberta, Mieczysława 
Jastruna, Jerzego Stanisława Leca. Inaczej dzieje się w przypadku Tadeusza Sułkowskie- 
go. Wieczna, kosmiczna wystawa rzeźb nieustannie udziela poecie lekcji doskonałości. 
Przedstawienia "zmarmurzone" 13 - jakby powiedział Norwid - to rzecz jasna mo- 
ralistyczne idealizacje. Małżeństwo i macierzyństwo w poezji Sułkowskiego otaczane są 


13 Zob. paralelę Norwid - Sułkowski [w:] K. Ćwikliński, Idea i rzecz, s. 140-142. 


29
>>>
wyjątkową czcią. Kobieta i mężczyzna, pozbawieni indywidualnych cech i biografii, 
zastygają w wystudiowanych pozach. Przemieniają się w emblematy rodzaju ludzkiego. 
Nowożeńcy w balecie z drugiej części poematu Tarcza: 
przy koncercie trąbek stoją nieruchomi 
W godnym stylu wykuci na małżeński pomnik (P 104) 
Rzeźbiarskie postrzeganie tańca jest w ogóle cechą znamienną w cytowanym utwo- 
rze. Oznacza też pochwałę wykonawczego kunsztu: "tors w złotym trykocie [...J U ra- 
mion roście w bryły, u krtani się wgłębia, / Jakby postać łucznika tworzył wielki rzeź- 
biarz" (Tarcza, P 99). Natomiast w Utworze pastoralnym "nowe plemię" ludzi pracowi- 
tych i prostych przypomina "figury z kamienia / O rękach i profilach mistrzowskiej ro- 
boty" (P 125). Analizując poemat Scena balowa, Krzysztof Ćwikliński trafnie stwierdza: 
"posąg jest ukrytą alegorią godnego życia"14. Nieskomplikowany świat rzetelnej pracy, 
prostoty serca, szlachetnego umiaru, prawdy szczerego postępowania to oczywiście pro- 
gram przyszłości. Utopia robotniczej Arkadii, bez żadnych ideologicznych akcentów, 
najpierw zostaje zrealizowana w poezji. I może na tym, myśląc już realistycznie, artysta 
pragnie poprzestać. 
Każdy solenny gest domaga się rzeźbiarskiego dłuta. Na przykład scena nakładania 
na palce małżeńskich obrączek: "w rzeźbę zastyga, w doskonały kształt" (Obrączki, 
P 194). Owo uwiecznienie ma podkreślić wartość zobowiązania. W istocie bowiem rzeź- 
biarskie metafory ukazują piękno moralne, przyoblekają w kształt widzialny wzory cnót. 
Najlepszym uwieńczeniem drogi życiowej jest pomnik - alegoria mądrości, równowagi, 
olimpijskiego spokoju: "Na starość mieć oblicze pomnika w zieleni, / Gdzie pokazano 
mędrca w surducie kamiennym" (Do burzy, P 142). Wszelkie uczciwe: "Prace ludzkie 
wołają jak chóry ogromne, / że z surowego porządku rośnie kamienny tors" (Na chór, 
P 195). Uczynki ulegają monumentalizacji. Każdy może zobaczyć alegorię. Kamienny 
moralitet jest niezniszczalny. Spokój rzeźby pozwala uniknąć przykrych utarczek z aktu- 
alnością. Świat kreowany uzyskuje stałe podstawy. Ideałem dla poezji jest tu nieporuszo- 
na, klasyczna doskonałość. 
W poezji Tadeusza Sułkowskiego powtarza się mit o pięknych, nowych ludziach. 
Piękny człowiek uosabia wartość etyczną. Jak pisze Władysław Stróżewski: "piękny, bo 
posiadający szlachetny, wypróbowany charakter, bo promieniejący głębokimi wartościa- 
mi duchowymi, bo po prostu «dzielny». Piękno w tym [...J znaczeniu traci swój swoiście 
estetyczny sens, jawi się natomiast jako kwalifikacja etyczna". I dalej filozof rozważa 
kwestię "harmonijności wewnętrznego rozwoju". Przypomina też greckie słowo kalon, 
które "oznacza w tym samym stopniu to, co wyodrębniamy dziś jako dobro i piękno"15. 
Wyobrażeniom rzeźb figuralnych, pełnoplastycznych towarzyszą w omawianych li- 
rykach reliefy i wytwory rzemiosła artystycznego. Ostentacyjna obecność rzeczy pięk- 
nych, wytworzonych z drogocennych materiałów, ze złota, z miedzi lub brązu, nie jest 
podporządkowana kategoriom estetycznym. Czysto ornamentacyjne piękno to rzecz 
podrzędna. Służy chwilowym przyjemnościom oka. Co najwyżej może być uznane za 
płochy, przelotny żart poetycki. Jak w porównaniu bucików damy do małych arcydzieł 
złotnictwa Celliniego: "o wzorze cacek płytkie pantofelki / jakby je wykuł w żarcie Be- 
nvenuto Wielki" (Scena balowa, P 130). Niemal barokowe upodobanie Sułkowskiego do 
klejnotów, drogich tkanin, przepychu świata ma przywoływać na myśl wewnętrzne 


14 Tamże, s. 115. 
15 Wszystkie cytaty w tej sekwencji: W. Stróżewski, O pojęciach piękna, [w:] Istnienie i war- 
tość. Kraków 1981 s. 322, 319. Zob. także tegoż: Problematyka piękna, [w:] W kręgu wartoścI. 
Kraków 1992 s. 158-160. 


30
>>>
przymioty ludzkie. Poetyckie złotnictwo, sztukatorstwo, snycerstwo to metaforyczne 
nazwania sztuki kreacji - świata idealnego i szczęśliwej, rozświetlonej od wewnątrz 
światłem prawdy, istoty ludzkiej. Wszakże, jak głosi prawie-że-aforyzm Sułkowskiego: 
"życie proste, rozumne i wielkie / Pustą ozdobę zwala z kart pisarza" (Pióro, P 120). 
Nawet domorosły, prowincjonalny rzemieślnik - garncarz czy rymarz, może być 
znakomitym mistrzem, jeśli powodują nim dobre intencje i dążenie do prawdy wyrazu. 
W interpretowanych przez poetę wytworach mistrzów ze skierniewickiego jarmarku 
bardzo istotna jest ambicja przedstawienia rzeczywistości kompletnej, gdyż dzieło ma 
reprezentować cały kosmos. Podobnie pojmowaną cechę mistrzostwa posiadają dzieła 
cierpliwych, pokornych, anonimowych artystów książki - iluminatorów oraz introliga- 
torów (Biblioteka). Sama zdobność jest dla Sułkowskiego formą pustą, bezużyteczną. 
Tak jak poezja bez uzasadnień moralnych staje się zbiorem brzmień głuchych. Ten pro- 
gram naj prościej został sformułowany w stylizowanym na oświeceniową (klasycystycz- 
ną) prostotę fragmencie z Arii na bas i trąbkę (z poematu Tarcza): 
Arcydzieła się potłuką, 
Gdy są cackiem, nie nauką. (P 102) 
Jednak dystych z aluzją do sarkastycznych cacek Norwida Sułkowski opatrzył tra- 
gicznym kontrapunktem. Zadał mianowicie pytanie: "Z cackiem schodzić do przepaści?" 
(P 102). Pod rygorem sprzeniewierzenia się moralnym zobowiązaniom sztuki nie wolno 
wypowiadać słów efektownie brzmiących, lecz beztreściowych 16 , nie należy też wyrze- 
kać się wymiaru spraw ostatecznych. 
Obsesja doskonałości u Sułkowskiego wykracza poza uprawiane z upodobaniem cy- 
zelatorstwo formy. Twórczość poetycka jest równoległa do pracy nad własnym charakte- 
rem i do próby przymnożenia ludzkiego dobra. To zajęcie mozolne i trudne: "obmyślać 
pracę nad sobąjak nad rzemiosłem" (Utwór pastoralny, P 124) Podobieństwo przechodzi 
niepostrzeżenie w tożsamość obu dziedzin. Wielka sztuka, czy skromne rzemiosło - bez 
różnicy - to rzeźbienie, modelowanie wizerunku ludzkiego, który zdolny byłby zwal- 
czyć zło i nędzę istnienia, przezwyciężyć chaos i bezsens, marność i wszechobecny lęk. 
Pouczaj ące jest zestawienie dystychów brzmiących j ak manifesty poetyckie: 


...tylko jedno nad nami skinienie 
ręki artysty, a będziemy lepsi. 


(Pióro P 120) 


Każdym wierszemjak ręką ufną 
jasność w sobie od gnicia bronię 
(O tym wierszu P 63) 
Od razu dostrzegalny jest splot nastawień: mitologicznej wszechmocy sztuki, hero- 
icznego działania, sceptycznej trzeźwości. Mówiąc naj krócej: ręka artysty wiele potrafi, 
niewiele może. 
Z zarysowanego sposobu ujęcia istotnych dla poezji Tadeusza Sułkowskiego proble- 
mów etycznych wynika szereg konsekwencji. Zwrócić należy uwagę na wyidealizowane 
obrazy świata i człowieka. Rajski archetyp, ziemia jako królestwo dobra i piękna, mity 
arkadyjskie, dzieła sztuki oraz wytwory rzemiosła, które przejrzyście porządkują chaos 
życia - te wszystkie składniki wyobraźni poetyckiej autora Tarczy świadczą o potrzebie 
ustanowienia niekwestionowanych wzorów twórczej aktywności człowieka, a także wy- 
razistych i bardzo rygorystycznych norm postępowania. Starajmy się jednak nie pomylić 
opisywanej tendencji z rojeniami naiwnego ekstatyka, z kaznodziejstwem, czy z zawie- 


16 Por.:]. Wittlin, Poeta czysty, [w:] O Tadeuszu SulkowskIm..., s. 14-15. 


31
>>>
szonym w aksjologicznym eterze estetyzowaniem. Moralistyka poetycka Sułkowskiego 
obejmuje wszelkie dziedziny kreacji: jest studiowaniem zachwycających dzieł natury, 
próbą odgadnięcia milczącej obecności Boga-Stworzyciela, namysłem nad arcydziełami 
sztuki i spontanicznym odbiorem tych naj wybitniejszych świadectw ludzkiego demiurgi- 
zmu, wreszcie nobilitującą i zarazem udręczającą wiernością wobec najlepszych, jak to 
tylko możliwe, artystycznych składników własnego dzieła. 
W rozpatrywanych utworach ogólne mniemania na temat natury ludzkiej, charakte- 
rów oraz życiowej praktyki oswajającej dramat istnienia, pozytywne wzory osobowe, 
potępiane style zachowań w wierszach Sułkowskiego nie zostają ułożone w spójny układ 
sądów. Artysta nie wygłasza pouczeń ze spokojną pewnością, nie posiada recept na zwy- 
cięstwo dobra i piękna, lecz ujawnia rozterki, wskazuje paradoksy wywyższenia oraz 
upadku, włącza siebie do grona grzesznych, poniżonych, cierpiących. Nie jest mentorem, 
lecz pokornym poszukiwaczem prawdy. Ujawnienie ładu moralnego Tadeusz Sułkowski 
traktuje jako proces i projekt. Ergo lepsza rzeczywistość, niż rzeczywistość aktualna, 
dana w bezpośrednim doświadczeniu, znajduje się zawsze przed pisarzem. Jest przeczu- 
wana oraz przybliżana, ale nigdy w pełni obecna w kształcie zamkniętym, doskonałym. 
Poeta ściga umykającą doskonałość, ale nie może jej przecież w pełni osiągnąć. To jeden 
z podstawowych paradoksów doskonałości, że zakłada ona ulepszanie świata, wypełnia- 
nie braków, tworzenie nowych form i wartości. A zatem to, co doskonałe w punkcie wyj- 
ścia, jest niedoskonałe i na odwrót: doskonały wynik działań ludzkich musi pozostać 
niedoskonały17. Wszakże, powiada Tadeusz Sułkowski, "W każdym kształcie wyrób 
świetlistego warsztatu, / Choć wszystko zawiera skazę" (Oda, P 129). Myśl ta zostaje 
wyrażona jeszcze dobitniej. Oto w zestawieniu z przymiotami Boga ludzka doskonałość 
może być tylko zaprzeczeniem tej idei absolutnej: 
W świetle straszliwym boskiego dobra 
cóż ci zostało? 
Siła cierpliwa i piękność mądra - 
niedoskonałość. 


(Prawem rozumnym, coraz mocnięjszym... P 73) 
Przezwyciężać oczywiście należy grzech oraz słabość, pokonywać zabrudzoną mate- 
rię ludzkiej pospolitości. Jednakże pokonywanie kolejnych progów rozwoju moralnego 
oraz moralnej samoświadomości naznaczone jest poczuciem klęski. Miraż moralnej do- 
skonałości widoczny staje się tylko na tle występku, złączonego na stałe z naturą ludzką. 
Analizę "wczesnych pism chrześcijańskich" Władysław Tatarkiewicz kwituje stwierdze- 
niem: "Dość że doskonałość weszła do chrześcijańskiej religii i filozofii ze znakiem 
zapytania: jest celem najwyższym, ale czy osiągalnym? Perfectio vera in coelestibus, 
tylko w niebie, jak pisał św. Hieronim,,18. Kategorie indywidualnej religijności Sułkow- 
skiego w tym przypadku dokładnie spotykają się z podejściem ortodoksyjnym. 
Znikliwą naturę posiada również dojrzałość - przyzywana i tworzona przez poetę: 
"Dojrzałość za daleko, przemienić się trudno / a w wargach zapęczniałych słodycz wiel- 
kiej winy" (Deszczowe, P 75). Wreszcie muzyczne brzmienia wszechświata umykają 
skażonemu zmazą człowiekowi. Sztuka poetycka łudzi bowiem wszechmocą i ujawnia 
zwykłą bezsilność: Jadem wieczystym / niebo otwiera szerzej, jak wielki instrument, / za 
daleki - czystością dla palców nieczystych" (Muza, P 72). Wskazaliśmy oto kontra- 
punkty w układzie metafor moralisty: wzrastania, kosmicznej muzyki, doskonałej sztuki- 
-rzemiosła. Ich istota musi pozostać antynomiczna. 


17 Zob.: W. Tatarkiewicz, O doskonaloścl. Warszawa 1976 s. 16-22. 
18 Tamże, s. 32. 


32
>>>
Moralista nie może udawać, iż nie istnieje ciemna strona naszego życia. Przy śmiało 
zakrojonym programie poetyckim, gdzie słowa mają przemieniać człowieka oraz prak- 
tycznie wpływać na kształt rzeczywistości, nie sposób wywikłać się ze sprzecznych na- 
stawień. Blask i ciemność, biel i czerń wciąż w tej liryce się przeplatają. Słowo oraz myśl 
Sułkowskiego stale oscylują pomiędzy cnotą i grzechem, wielkością i marnością istnie- 
nia, pięknem ładu rzeczy stworzonych oraz brzydotą rozpadania się materii. Człowiek 
w opisywanej poezji godzi się na własną dwoistość i zarazem buntuje przeciwko "roz- 
dwojeniu w sobie". Musi znosić na co dzień: "jasne anielstwo w podłym ścierwie" (Do- 
skonałość, P 160). Moralistyczne kategorie, o których pisałem, zabarwiają się ironią. Na 
modłę barokową Sułkowski układa paradoksy oczyszczenia przez winę, dobrodziejstwa 
cierpień, doskonalenia opartego na błędzie, czy piękna zrastającego się z rozpaczą. 
Wskażmy kilka przykładów: 


nasza rozpacz jak kij proroka 
budzi źródła mądre ijasne. 


(Rzeczy P 69) 


Nie ciszę daj, ale zwątpieniem zatruj, 
Aby z żalu nowy kształt powstał. 
(Do sumienia P 116) 


gdy mówię wina, moja wielka wina, 
wiem, że i przez nią także jestem doskonalszy 
(Żal niedoskonały P 65) 


ale i trwogę mam za łaskę, 
którą mądrzeję, w której śpiewam. 
(Doskonalość P 160) 
Istnienie ludzkie wypełnia metafizyczny lęk. Otoczeni jesteśmy przez zło, osaczeni 
- przez czas, który nas unicestwia. Po drugiej stronie tych ciemnych doświadczeń poeta 
umieszcza krąg wartości pozytywnych: piękno, sztukę i pracę, wkraczając na drogę twór- 
czą Norwida i Brzozowskiego 19 . W omawianej poezji wartości te równocześnie zyskują 
odrębne oświetlenia oraz uszczegółowienia. Dość wspomnieć o aliansach umysłu 
twórczego z biologiczną rozrodczością lub o przymierzu mądrości z bezrefleksyjnym 
trwaniem. 
Wieloraki jest kształt stylistyczny oraz gatunkowy wypowiedzi poetyckich Tadeusza 
Sułkowskiego. Zdania aforystyczne ułożone z pojęć przerywa tok bezpośrednich wyznań 
lirycznych, komentujący dyskurs graniczy z rytmem obrazów, a opisy rzeczy realnych 
przechodzą w serie metafor. Skala wrażliwości Sułkowskiego rozciąga się pomiędzy 
elegią a eklogą. Pierwszy ze wzorów wyraża żal za odchodzącym pięknem świata, drugi 
- zatrzymuje i wskrzesza zmysłowo doznawane, obecne w naj drobniejszych detalach, 
wyobrażenia pięknej prowincji, arkadyjskiej ojczyzny harmonii oraz ładu. Pomiędzy 
elegią a eklogą (sielanką) znajdzie się w omawianej poezji miejsce dla przypowieści, ody, 
nawet - dla poematu opisowego. 
W foezji Tadeusza Sułkowskiego dominują formy inwokacyjno-apelatywne - mo- 
dlitwl ' apostrofy, wezwania, zaklęcia i prośby, a także apologie i akty strzeliste kiero- 
wane do Boga, do muzy-robotnicy, do wielkich artystów z przeszłości, do całego świata, 
umiłowanej okolicy, alegoryzowanych cnót, rzeczy stworzonych - ptaka czy drzewa, do 
bliżniego i samego siebie. Jakby poeta potrzebował tak wielu potwierdzeń, że proceder 


19 Zob.: A. Czerniawski, Ciężar popiolu, [w:] O Tadeuszu Su1kowskIm..., s. 198; K. Ćwikliń- 
ski, Idea i rzecz, s. 145-151. 
20 Zob.: K. Kłosiński, Poe.ya Tadeusza Su1kowskIego, s. 121 in. 


33
>>>
układania pięknych zdań jest potrzebny i sensowny, starał się o liczne audytorium i ocze- 
kiwał od razu rezonansów własnego głosu, jakby pustka wokół piszącego musiała być 
szczelnie zapełniona. 
Uprawianie poezji Sułkowski łączy z ascetyczną samotnością, z nieustającym po- 
prawianiem wierszy, z utopią kształtu ostatecznego 21 , lecz wyniki pojedynków pisarza 
z białą kartką są kierowane poza literaturę, gdyż wspólnocie odbiorców mają przynieść 
duchowe i moralne pożytki, natomiast wzruszenie estetyczne schodzi tutaj na plan dalszy. 
Dyspozycja do wytwarzania dzieła ma zostać rozdysponowana pomiędzy innych ludzi - 
zmieniać jakość etyczną życia oraz obdarzać wszelkie działania pierwiastkami twórczymi. 
Poetyckie idee dobra, jak marzy poeta, powinny przejść w sferę, gdzie czyni się dobro. 
Mała antologię apostrof i apeli poetyckich Tadeusza Sułkowskiego mogłaby zawie- 
rać zdania i uwagi z poematu Tarcza, z wierszy Do burzy, Z serca wiotkiej materii uczyń, 
Nowa ziemia, Nuty, Pióro, Tabor, Twarz. Zwrócić należy uwagę na rozmaitość tej poezji 
inwokacyjnej. Odnosimy wrażenie, iż nieustannie rozpoczyna się wielki poemat epicki 
i poemat metafizyczny o całym istnieniu - rozbity jednak na poszczególne wiersze, 
zaniechany po pierwszych szkicach, wybrzmiewający w odpryskach obrazów oraz meta- 
for. W poezji Sułkowskiego trwa spowiedź generalna: ciągłe sumowanie, podliczanie 
uczynków, nieustający rozrachunek moralny. Wołanie o życie godne i uczciwe. Tylko 
tyle, aż tyle. 


21 Por.: T. Terlecki, Dramatdoskonalości, s. 19-20.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


"KULTURA" W AMERYCE: 
"FRAGMENT S " (1913-1919) 


Mirosław Adam SUPRUNIUK (Toruń) 


"Niemal jedyna celowa akcja na rzecz niepodległości, stojąca do dyspozycji emigra- 
cji politycznej i Polonii, to naświetlenie sytuacji panującej w kraju - w prasie państw 
naszego osiedlenia, oddziaływanie na opinię publiczną społeczeństw, wśród których 
żyjemy, przedstawianie rzeczywistości Polski obecne}, dementowanie kłamstw reżymu, 
prostowanie mylnych reportaży dziennikarzy obcych" . Zdanie to, wydrukowane w liście 
Henryka Czajkowskiego do redakcji "Kultury", naj pełniej oddaje jedną z najważniej- 
szych w polityce Instytutu Literackiego koncepcji niesienia pomocy Polsce. 
Pomysły i próby zorganizowania podobnej akcji na szeroką skalę w prasie amery- 
kańskiej czy któregoś z krajów Europy Zachodniej pojawiały się na łamach prasy i publi- 
kacji emigracyjnych, w tym również w "Kulturze", od końca lat 50., ale nie dały pozy- 
tywnych wyników. Ukazywały się, co prawda, sporadyczne artykuły, sprostowania czy 
listy do redakcji nawet głównych pism w niektórych krajach osiedlenia Polaków, ale 
dotyczyły najczęściej korygowania fałszów propagandy komunistycznej w telewizji czy 
radiu we Francji i Anglii (rzadziej w Niemczech), wydarzeń politycznych głośnych 
i spektakularnych np. "poznańskiego czerwca", czy października 1956, lub akcji prowa- 
dzonych na emigracji, np. różne wydarzenia związane z rozliczeniem zbrodni katyńskiej, 
a później akcją niesienia pomocy emigrantom z 1968 i 1981 roku. Do tego typu progra- 
mów zaliczyć można również audycję o powstaniu warszawskim w radio Canberra, czy 
głosy polskie na temat wizyty Edwarda Gierka w prasie w Stanach Zjednoczonych. Pola- 
cy pojawiali się też w prasie zachodniej przy okazji wydarzeń politycznych w krajach 
bloku sowieckiego - najczęściej jako sygnatariusze apeli lub memoriałów, rzadziej jako 
komentatorzy - oraz w roli udziałowców organizacji zrzeszających emigracje narodów 
spod supremacji sowieckiej, np. memoriały składane w Genewie, Helsinkach, udział 
w Komitecie "Przesłuchania im. Sacharowa" lub sporadycznych akcji antysowieckich np. 
proces Davida Rousseta, protest z okazji wizyty Chruszczowa w Londynie czy akcje 
poparcia dla walczących Węgrów. Jednak - przytoczmy raz jeszcze słowa listu H. Czaj- 
kowskiego z 1977 roku - "rezultaty tych poczynań na przestrzeni 30 lat - jak na wiel- 
kość naszej emigracji i ilość ośrodków polskich w świecie zachodnim - nie są zadawa- 
lające" . 


1 H. Czajkowski, Akcja propagandowa na wlasnym odcinku, Kultura 1977 nr 1/2 s. 224-225. 


35
>>>
Emigracji polskiej, poza wydarzeniami lat 80., nie udało się dotrzeć do społeczeństw 
krajów osiedlenia, ani ukształtować ich opinii. Powodów takiego stanu rzeczy dopatrywał 
się Czajkowski w swoistej ksenofobii emigracyjnej i braku pomysłów: 
Naszych zorganizowanych skupisk jest w wielu krajach dużo. Na ogół tkwią one 
w polskich gettach, obchodzą rocznice narodowe, na których są wygłaszane bardzo pod- 
niosłe przemówienia, i to jest właściwie wszystko. A mogłoby więcej: w każdej większej 
miejscowości wychodzi miejscowy dziennik. Czy były próby umieszczania jakiejś 
wzmianki w formie krótkiego artykułu, czy listu do redakcji o tym czy innym wypadku 
zaistniałym w Kraju? [...]. Ukazują się czasem w prasie obcej wypowiedzi nam przychyl- 
ne, jak ostatnio w londyńskim Times'ie Bernarda Levina, w lutym, na temat zmian kon- 
stytucji PRL, w lecie tegoż autora o Pomniku Katyńskim i o zajściach grudniowych w ro- 
ku 1970 w Szczecinie. Publicystów "swoich" prawdopodobnie umieszczą z mniejszymi 
oporami - należy się starać o przedruk. 
W dalszej części listu Czajkowski postulował, by w akcji propagandowej współpracować 
z innymi narodowościami bloku sowieckiego i wykorzystywać ich możliwości wejścia na 
łamy prasy. Uważał ponadto, że działania prowadzone wspólnie powinny być sygnowane 
wspólnym "szyldem" np. polsko-ukraińska-litewskim i dotyczyć powinny też obszarów 
pozornie odległych od polityki, tj. propagować polski dorobek kulturalny. Jednym ze 
sposobów miała być akcja, w której Polacy domagaliby się w publicznych bibliotekach 
w miejscu zamieszkania książek i prasy w językach obcych o polskiej tematyce. Kończąc 
list Czajkowski zauważył: "Ofiarowanie miejscowej radiostacji kompletu płyt naszych 
kompozytorów też spełni swoje zadanie"z. 
Jakkolwiek możliwości bezpośredniego docierania do opinii publicznej Europy Za- 
chodniej, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Brazylii czy Australii (wymieńmy jedynie 
kraje największego osiedlenia Polaków) były ograniczone choćby ze względów finanso- 
wych, "Kultura" - samodzielnie oraz we współpracy z innymi organizacjami i instytu- 
cjami emigracyjnymi - wielokrotnie podejmowała próby informowania obywateli 
państw odgrywających kluczową rolę w polityce światowej o sytuacji politycznej, spo- 
łecznej i kulturalnej Europy Środkowo-Wschodniej. Dotyczyło to również emigracji 
z państw zza "żelaznej kurtyny": rosyjskiej, ukraińskiej czy czeskiej. 
Wydawanie na Zachodzie czasopisma i książek objętych zakazem debitu w Polsce, 
w mało znanym języku kraju Europy Środkowo-Wschodniej, ograniczało znacznie zasięg 
odbioru do wąskiego kręgu osób władających tym językiem na świecie. Dodatkowo, 
ważnym ograniczeniem była też cena pisma, niewielki zasięg sprzedaży bezpośredniej 
zawężony do polskich księgarń i klubów, oraz konieczność prenumeraty. Czasopismo 
wysyłane było co prawda do najważniejszych bibliotek i instytutów naukowych na świe- 
cie, ale ani redaktor, ani autorzy "Kultury" nie mieli wpływu na liczbę wypożyczeń czy 
zainteresowanie. W kwietniu 1948 roku Jerzy Giedroyc nosił się z zamiarem wydawania 
"Kultury" w języku francuskim. Miała to być edycja skompilowana z najważniejszych 
artykułów literackich miesięcznika, choć Jerzy Stempowski sugerował, by redakcja 
omówiła politykę rządu francuskiego wobec Europy Środkowel Krótko, w latach 1950- 
1955, "Kultura" zamieszczała streszczenie najważniejszych artykułów w języku francu- 
skim, a od 1953 roku również w angielskim, których autorem był Konstanty A. Jeleński. 
Resume robione były pod naciskiem czytelników ze Stanów Zjednoczonych: "Masę in- 
stytucji czy ośrodków wykorzystuje «Kulturę» i takie resume ułatwia im orientację" - 
pisał Giedroyc do Jeleńskieg0 4 . Z pomysłu tego z czasem zrezygnowano, gdy okazało 


2 Tamże. 
3 ]. Giedroyc, ]. Stempowski, Listy 1946-1969, wybrał, wstępem i przypisami opatrzył A. S. 
Kowalczyk, T. 1. Warszawa 1998 s. 44, 50. 
4]. Giedroyc, K. A. Jeleński, Listy 1950-1987, wybrał, oprac. i wstępem opatrzył W. Karpiń- 


36
>>>
się, że nie wpływa to ani na zwiększenie sprzedaży, ani wzrost liczby niepolskich czytel- 
ników. 
Najważniejsi autorzy i publicyści "Kultury" (J. Mieroszewski, K.A. Jeleński, G. Her- 
ling-Grudziński, Cz. Miłosz, B. Osadczuk, L. Unger czy M. Heller) pisali i publikowali 
w czasopismach niepolskich, głównie w elitarnej prasie Kongresu Wolności Kultury, 
czasopismach Free Europe Committee i periodykach emigracji wschodnioeuropejskich; 
wielu uczestniczyło ponadto w międzynarodowych konferencjach i seminariach z udzia- 
łem naj wybitniejszych intelektualistów europejskich. Wymiana doświadczeń, rozmowy 
oraz możliwość przekazywania tą drogą, wąskiej najczęściej publiczności, poglądów 
"Kultury" na bieżące wydarzenia na świecie, tylko w niewielkim stopniu zaspokajała 
ambicje redaktora Jerzego Giedroycia. Dzięki bliskiej współpracy z głównym czasopi- 
smem Kongresu - "Preuves", którego redaktorem naczelnym był Franc;ois Bondy, wiel- 
ki przyjaciel "Kultury", a w redakcji zasiadał K.A. Jeleński, "Kultura" zawsze mogła 
opublikować po francusku tekst, który wydawał się mieć znaczenie dla propagowania 
"sprawy polskiej". Dotyczyło to zarówno literatury (teksty W. Gombrowicza, ]. Stem- 
powskiego, G. Herlinga-Grudzińskiego, Cz. Miłosza), sztuki (J. Czapski) czy polityki 
(np. pierwodruk obszernych fragmentów Zniewolonego umysłu, czy teksty Jeleńskiego 
o polskim Październiku). W latach 50., na prośbę Bondy'ego, Jeleński robił w "Preuves" 
co jakiś czas streszczenie "Kultury"s. 1, jakkolwiek zarówno Jerzy Giedroyc jak i inni 
współpracownicy "Kultury" nie wykorzystywali tego środka przekazu zbyt często, wy- 
daje się, że taki stan rzeczy sprawił, że po roku 1950 jedynie sporadycznie pojawiał się 
w korespondencji redaktora "Kultury" pomysł wydawania książek czy pisma po francu- 
sku. Dostęp do innych czasopism Kongresu, angielskich ("Encounter", "Soviet Survey", 
"Survey"), niemieckich ("Der Monat") , amerykańskich ("Minerva"), włoskich ("Tempo 
Presente") czy innych, wydawanych na całym świecie, był już mniej komfortowy 
i znacznie trudniejszy, stąd przekonanie wśród głównych współpracowników "Kultury", 
że chęć dotarcia do czytelników anglo-, czy niemieckojęzycznych musi być poparta wła- 
snym pismem w języku angielskim czy niemieckim. Podobne opinie dotyczyły ogromnej 
prasy wschodnioeuropejskich emigracji (rosyjskiej, ukraińskiej, czeskiej, słowackiej, 
litewskiej i rumuńskiej), która z reguły aż do lat 70., z wielką ostrożnością odnosiła się 
do inicjatyw "Kultury" 6. Co prawda, wprowadzenie w środowisko rosyjskie - tzn. ro- 
syjskiej emigracji - zawdzięczała "Kultura" Józefowi Czapskiemu ijego, sięgającym lat 
międzywojennych, znajomościom, jednak przyjaźń Czapskiego z Romanem Gulem - 
wydawcą "Nowego Źurnała" w USA, i stosunki z Iriną Howajską oraz jej gazetą "Rus- 
skaja MysI", dawały jedynie szansę na sporadyczne kontakty z czytelnikami rosyjskimi. 
Stosunki te ułożyły się naprawdę dobrze dopiero, gdy w redakcji "Russkoj Mysli" poja- 
wiła się Natalia Gorbaniewska i kiedy w 1974 roku Władmir Maksimow założył "Konti- 
nent" , czasopismo emigracji rosyjskiej wzorowane na "Kulturze", w którego redakcji 
znaleźli się m.in. Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński i Józef Czapski. Wspiera- 
jąc starania Rosjan o dotację z Fundacji Forda, K. A. Jeleński pisał do Giedroycia: 
Rolą tego pisma jest przemawianie do Rosjan . Nawet jeśli trudności przenikania pisma 
do Rosji będą jeszcze większe niż w wypadku "Kultury", jest radio, które będzie trąbić 
jego artykuły, jest wciąż rosnąca liczba obywateli sowieckich wyjeżdżających za granicę. 


ski. Warszawa 1995 s. 184-185. 
5 Tamże, s. 120. 
6 Jednym z nielicznych przejawów zainteresowania poprawą np. stosunków polsko-ukraiń- 
skich ze strony ukraińskiej było wydawane w Kanadzie czasopismo "The Ukrainian Quarterly". 
Por.: For a durab1e understanding between Ukraine and its neighbours, The Ukrainian Quarterly 
1977 vol. 33 no 3 s. 229-235 - który odnosi się do Deklaracji w sprawie ukraJńskIęj, Kultura 
1977nr5. 


37
>>>
Modelem tego nowego pisma powinna być "Kultura". Pan sam wie najlepiej, że inaczej 
przemawia się do rodaków, inaczej do cudzoziemców. Różnica tonu, różnica argumentów 
jest jeszcze większa w wypadku Związku Sowieckiego niż Polski. Poza tym wiemy do- 
brze, że nikt już na Zachodzie nie ma na temat Rosji żadnej iluzji (nawet sami zachodni 
komuniści). [...] Pismo wydawane w języku rosyjskim iedvnie jest o wiele poważniej- 
szym instrumentem niż "propaganda" na zagranicę. Ostatecznie wiemy dobrze, że cokol- 
wiek się w tym piśmie ukaże ciekawego i nowego - dostanie się i tak zaraz do zachod- 
niej prasy w większej jeszcze mierze niż w wypadku "Kultury", po prostu dlatego, że Ro- 
sjajest innej stawki miarą niż Polska 7 . 
Inicjatywa wydania tekstów "Kultury" po rosyjsku, przy całkowitej obojętności śro- 
dowisk polskiego wychodźstwa 8 , związana była jednak nie tyle z zamiarem dotarcia do 
rosyjskiej emigracji (chociaż liczono, że kupi ona część nakładu), co z rosnącą po 1956 
roku pewnością, że "Kultura" znajdzie czytelników w Związku Sowieckim. ,,«Kultura» 
ma niezwykła pozycję i wyjątkowe możliwości oddziaływania na intelektualistów za- 
równo w Polsce jak w Związku Sowieckim" - napisał Jerzy Giedroyc w 1964 roku 
w projekcie serii "Archiwum Rewolucji". Projekt ten zakładał pozyskanie funduszy 
z amerykańskiej Fundacji Forda na druk przekładów kilkunastu pozycji ze światowej 
literatury politologicznej, w tym m.in. prace A. Weissberga, M. Sperbera, A. Koestlera, 
czy B. Lewitzkiego. Ponadto, w obliczu możliwości dotarcia do czytelników w Sowie- 
tach, "Kultura" wyszła z pomysłem przełożenia na język rosyjski czterech książek wyda- 
nych wcześniej w Bibliotece "Kultury": Ferdydurke W. Gombrowicza, Cmentarze oraz 
Pierwszy krok w chmurach M. Hłaski, opowiadania L. Lipskiego i Dziennik podróży 
P. Hostowca 9 . Starania o przemycanie "Kultury" do Związku Sowieckiego przynosiły 
rezultaty. Dowodem była np. dyskusja na Plenum Związku Literatów Ukraińskich 
w Kijowie w 1956 roku, gdzie atakowano stanowisko "Kultury" w sprawie węgierskiej 
i wpływ "Kultury" wywierany na społeczeństwo w Polsce. Również Instytut w Tiibingen 
w Niemczech zbierał relacje, przesyłane później do Maisons-Laffitte, od jeńców nie- 
mieckich, że stykali się oni w łagrach w Potmie z krążącymi odpisami ważniejszych 
k ł ' K l ,,JO 
art y u ow" u tury . 
Ze wszystkich pomysłów wydawania miesięcznika w językach obcych udało się 
Jerzemu Giedroyciowi zrealizować jedynie okazjonalne zeszyty: niemiecki i czeski, oraz 
trzy, świadczące o pewnej systematyczności, zeszyty rosyjskie. 


* 


Projekt wydawania "czegoś" z "Kultury" w języku angielskim pojawił się po raz 
pierwszy wkrótce po roku 1950 i był bez wątpienia pomysłem Juliusz Mieroszewskiego, 
który znalazłszy zainteresowanie u redaktora Giedroycia wracał do niego uparcie co kilka 
miesięcy. W "Kulturze" od jakiegoś czasu zdawano sobie sprawę z tego, że ponieważ 
pismo krytykuje wschodnią politykę Stanów Zjednoczonych, szczególnie zaŚ działania 
Free Europe Committee w Nowym Jorku, każdy zeszyt "Kultury" był streszczany dla 
potrzeb szeregu instytucji amerykańskich. Już wcześniej szczególnie ważne, z punktu 
widzenia polityki Maisons-Laffitte, teksty z "Kultury" były tłumaczone na język francu- 
ski, angielski lub niemiecki i rozsyłane do niektórych osób i instytucji. Zasięg odbioru 


7]. Giedroyc, K. A. Jeleński, Listy, s. 406. 
8]. Giedroyc,]. Stempowski, Listy, T 2, s. 42. 
9 "Kultura" and its influence in Eastern Europe, [w:] M. A. Supruniuk, "Kultura ": materia1y 
do dziejów Instytutu Literackiego w Paryżu. Bibl10grafia dzia1a1ności wydawniczej 1946-1990 
{Uzupełnienia}. Toruń 1994 s. 91. Pomysł ten nie został nigdy zrealizowany. 
10 Notatka Juliusza Mieroszewskiego pt. "Działalność Ku1turj' - Archiwum Instytutu lite- 
rackiego (dalej: AIL). Por. też: ]. Giedroyc,]. Stempowski, Listy, T 1, s. 405. 


38
>>>
był jednak niewielkilI. W koncepcji Mieroszewskiego, pierwotnie mowa była o biulety- 
nie pisanym, tłumaczonym i przygotowywanym na woskówkach w Londynie, a następnie 
przesyłanym do Paryża, gdzie wykonany miał być druk: 
Po odbiciu wysyłałoby się z Paryża - do Anglii na adresy, które bym Panu podał. Naj- 
ważniejsze jednak byłoby mieć kogoś w Ameryce, który by wprowadził nasz biuletyn do 
Głosu Ameryki i do pism amerykańskich. Można by posyłać bezpośrednio, ale byłoby le- 
piej mieć na miejscu swojego przedstawiciela. Nie wiem jakie szanse miałaby wersja 
francuska w Paryżu, bo nie znam zupełnie tamtejszych warunków. Co do rynku amery- 
kańskiego, nie mam najmniejszych wątpliwości, że rzecz by poszła. Agencję można roz- 
począć dosłownie z 10 funtami. Więcej Pan nie ryzykuje. Gdyby taka rzecz się rozwinęła, 
można by robić serwis co dwa tygodnie 12 . 
Z czasem, wobec trudności finansowych "Kultury", Mieroszewski i Giedroyc wpadli na 
pomysł by wydawaniem biuletynu, czy raczej angielskiej wersji czasopisma, zaintereso- 
waĆ władze amerykańskie. Projekt pL "Możliwości zużytkowania «Kultury» jako narzę- 
dzia akcji antysowieckiej" zakładał, że "Kultura" spełniałaby swe zadanie jako pismo 
antysowieckie dopiero wtedy, gdyby posiadała drugą edycję w języku angielskim. Edycja 
ta byłaby propagandą materiałów informacyjnych, studiów i tez, drukowanych w "Kultu- 
rze" w stosunku do narodów bloku sowieckiego, których emigracje opierały się na naro- 
dach anglosaskich, a przede wszystkim na Stanach Zjednoczonych. Projektodawcy przy- 
jęli, że tylko pismo, poświęcone wspólnemu celowi, na łamach którego mogliby się wy- 
powiadać w sposób nieskrępowany, pisarze, publicyści i politycy poszczególnych naro- 
dów, może się staĆ łącznikiem, wiążącym przedstawicieli poszczególnych narodów 
i wprowadzającym wspólnotę myśli politycznej ich emigracji. W "Kulturze" zdawano 
sobie sprawę, że edycja angielska mogłaby służyć doskonale jako materiał studiów na- 
stroju kierunków politycznych i źródło informacji dla USA. Dałaby ona rzeczowe mate- 
riały do wyciągnięcia wniosków odnośnie konkretnych możliwości poszczególnych 
ugrupowań emigracyjnych, realności oddzielnych programów politycznych, a także kon- 
kretnych możliwości pracy politycznej na terenach okupowanych. Angielska "Kultura" 
byłaby sama przez się materiałem informacyjnym dla społeczeństw anglosaskich i inteli- 
gencji francuskiej, niemieckiej, włoskiej i hiszpańskiej, odnośnie sytuacji na poszczegól- 
nych terenach okupowanych i wśród poszczególnych emigracji politycznych. Tylko obie 
edycje razem, polska i angielska, byłyby w stanie wspólnie, skutecznie realizować pro- 
gram propagowania antykomunizmu na terenie Polski, emigracji polskiej, emigracji in- 
nych narodów okupowanych. 
Propagowany w tym czasie przez Mieroszewskiego, niezależnie od pomysłu angiel- 
skiej "Kultury", zamysł utworzenia w Londynie agencji prasowej i informacyjnej o Eu- 
ropie Środkowej na bazie autorów "Kultury", jako rodzaju konkurencji dla serwisów 
sowieckich, czy amerykańskich, kompilowanych przez instytucje zajmujące się Europą, 
był nowatorski i niezwykle kuszący, lecz w roku 1950 trudny do zrealizowania. Przyczy- 
ny powołania agencji Mieroszewski motywował faktem, że wielkie międzynarodowe 
serwisy prasowe odwołały swoich korespondentów w stolicach państw wschodniej Euro- 
py i zdobywanie informacji o wydarzeniach za "żelazną kurtyną" odbywa się drogą po- 
zadziennikarską. Sytuacja ta stworzyła specjalną koniunkturę, którą "Kultura" mogłaby 
wykorzystać z punktu widzenia politycznego, zwłaszcza że niewielka rola emigracji 
spychała ją na margines życia politycznego. Poza tym zaistniała potrzeba stałego ko- 
mentowania i analizy informacji nadchodzących oficjalnie zza "żelaznej kurtyny" nasta- 


11]. Giedroyc,]. Mieroszewski, Listy 1949-1956, wybrał i wstępem opatrzył K. Pomian, T. 2. 
Warszawa 1999 s. 57 p. 2. 
12 Tamże, T 1, s. 96-97. 


39
>>>
wianych wyłącznie na propagandę. Celem agencji i ambicją Mieroszewskiego było stwo- 
rzenie ośrodka zbierającego informacje o Polsce oraz, w miarę możliwości, w innych 
krajach bloku sowieckiego, w państwach leżących naj bliżej Polski: Niemczech, Austrii, 
Szwecji, i wydawanie biuletynu, który mógłby służyć prasie anglojęzycznej. Z zebranych 
informacji, trzy razy w miesiącu, pisany byłby 4-5 stronicowy serwis wydawany na 
papierze "Kultury", firmowany przez Giedroycia i Czapskiego (z tytułami). "Istnieje 
w chwili obecnej wielkie zapotrzebowanie na informacje dotyczące wydarzeń w krajach 
za «żelazną kurtyną»" - napisał w liście do redaktora "Kultury" Mieroszewski 13. 
Pomimo daleko zaawansowanych prac nad treścią nie udało się też zrealizować ani 
pomysłu wydania szesnastostronicowego dodatku do "Kultury" w języku angielskim, 
który miał być finansowany przez Polskie Kluby Artystyczne w Stanach Zjednoczonych, 
ani amerykańskiego numeru specjalnego "Kultury", którego konspekt redaktor i londyń- 
ski korespondent omawiali w latach 1950-1952 szukając jednocześnie źródła finansowa- 
nia w fundacjach amerykańskich. 
W 1952 roku Konstanty A. Jeleński, zostawszy kierownikiem sekcji wschodnioeuro- 
pejskiej KWK, przedstawił redaktorowi "Kultury" projekt działalności sekcji, którego 
jednym z punktów było utworzenie jakiegoś międzynarodowego biuletynu w języku 
angielskim na wzór wydawanych przez Kongres "Kontakte" (niemiecki) czy "Amis de la 
Liberte" (francuski) 14. W tym samym czasie, być może za namową Giedroycia, który 
dostrzegł możliwość pomocy finansowej Kongresu, Mieroszewski opracował na nowo 
koncepcję czasopisma wydawanego w języku angielskim l5 . Czasopismo miało nosić tytuł 
"Culture". We wstępie do pierwszego projektowanego numeru Mieroszewski pisał, że 
"Culture" ma być angielskojęzycznym bliźniaczym wydawnictwem "Kultury". 
Interesują nas współczesne poglądy polityczne, społeczne i kulturalne - natomiast 
nie interesuje nas propaganda. W pierwszym rzędzie pragniemy służyć sprawie ujarzmio- 
nych przez Sowiety narodów Europy środkowo-wschodniej. [...] piszemy i drukujemy 
przeważnie w językach, które są znane jedynie garstce specjalistów. Sądzimy również, że 
ci z pośród Amerykanów, którzy interesują się Europą wschodnią poszerzą swój pogląd 
i wiedzę przez bezpośredni kontakt z niezależną opinią, która nie ma nic wspólnego ani 
z frazeologią propagandzistów. 
Szansę "Culture" dopatrywano w fakcie, że pismo nie będzie związane z żadną partią 
czy emigracyjnym u
rupowaniem politycznym i reprezentować będzie poglądy wszyst- 
kich wolnych ludzi 1 . Mieroszewski zakładał, że pismo wydawane dla Amerykanów, 
których ani historia Polski, ani "Kultura" nic nie obchodzą, musi mieć wyraźne ramy 
tematyczne, których najważniejszym elementem powinno być konsekwentne zajmowanie 
się Europą Środkowo-Wschodnią. Wszelkie podejrzenie o propagandę propolską na- 
tychmiast zniweczyłoby starania i ograniczyło zasięg czytelników do minimum. Zauwa- 
żał też, że "Culture" nie spodoba się w RWE, która nie ma żadnej polityki ani własnej 
myśli, prócz tej "by na pierwszego wziąć pensję". Wierzył, że pismo może przekonać 
Amerykanów, że prócz amerykanofobów i "yes-manów" istnieje grupa emigrantów 
z Europy Środkowej, którzy nadają się na przyjaciół i sojuszników, ale nie na satelitów 17 . 


13 Tamże, s. 100-102 - tam pełny "Projekt agencji prasowej przy «Kulturze»" oraz koncep- 
cja biuletynu (list]. Mieroszewskiego z 18.1 0.1950). 
14]. Giedroyc, K. A. Jeleński, Listy, s. 110. 
15 Por. też: ]. Korek, Paradoksy paryskIęj "Kultury". Ewolucja myśl1 pol1tycznęj w latach 
1947-1980. Stockholm 1998 s. 73-74. Korek dostrzegł tu jednak szerszy aspekt, który tłumaczy 
koncepcją stworzenia w Ameryce przez Zygmunta Nagórskiego jra ośrodka politycznego skupiają- 
cego wszystkich Polaków - emigrantów w Ameryce. 
16 "Co to jest Cu1ture?" - maszynopis - AIL. 
17]. Giedroyc,]. Mieroszewski, Listy, T 1, s. 247-250. 


40
>>>
W początkach 1953 roku opracowana została przez Juliusza Mieroszewskiego szcze- 
gółowa "Notatka w sprawie kwartalnika KULTURY po angielsku". Mieroszewski napi- 
sał, iż doszedł do przekonania, że angielskie wydanie "Kultury" w formie kwartalnika nie 
mogłoby liczyć ani na szeroki krąg czytelników ani na zbyt. Czytelnik anglosaski pod- 
chodziłby do takiego kwartalnika jako do propagandy i łatwo dostrzegłby emigrancki 
stempel na tej inicjatywie. Jego zdaniem, zamiast robić jeszcze jeden polski emigrancki 
kwartalnik po angielsku, "Kultura" powinna zrobić prawdziwy międzynarodowy perio- 
dyk, który byłby atrakcyjny dla każdego, kto zna angielski. Bez cienia "emigranckości" 
i bez cienia "propagandy". W tytule byłoby to zaznaczone pod słowem "Culture - Inter- 
national Review". Pismo to miałoby poruszać sprawy w taki sposób w jaki nie mogą ich 
poruszać periodyki angielskie i amerykańskie, które są "narodowe" i ich punkt widzenia 
jest zdeterminowany polityką takiej czy innej grupy finansowej. 
Pieprzem naszego pisma, któryby się uwypukliło, byłby fakt, że bylibyśmy miejscem 
spotkań autorów reprezentujących różne narodowości, a którzy nie tworzyliby Free Euro- 
j2ę. i nie byliby drylowani przez p. Nowaka. (Myślę, że w podtytule dalibyśmy: Indepen- 
dent International Review.) Ta niewątpliwa potrzeba internacjonalizmu została może i bez 
złej woli - pogrzebana przez Free Europe. W Anglii Free Europe ijej sub-twory są uwa- 
żane za agencje propagandy amerykańskiej, którą nikt z olejem w głowie się nie intere- 
suje. My bylibyśmy autentycznie międzynarodowi i nie zależni. [...] Zdaję sobie sprawę, 
że to jest zamierzenie niezmiernie ambitne. Ale w moim rozumieniu tylko ambitne zamie- 
rzenia mają w ogóle sens. Gdyby taka impreza się powiodła - byłoby to wspaniałe osią- 
gnięcie i prawdziwe wyjście z ghetta. Z wszystkich polskich redaktorów wydaje mi się, że 
Pan jeden ma dane do realizacji tego projektu. Bo jeżeli chodzi o forsę to wyknocenie 
polskiej emigranckiej propagandówki po angielsku kosztowałoby tyle samo co wydanie 
pierwszego numeru międzynarodowego pisma. 


Nie sposób na podstawie samych korespondencji stwierdzić, czy Juliusz Mieroszew- 
ski rzeczywiście nie zdawał sobie sprawy z niewielkich możliwości finansowych Insty- 
tutu Literackiego, zwłaszcza w obliczu wydatków na Dom "Kultury", czy też liczył, lub 
był przekonany, że "Culture" będzie w całości finansowana przez Kongres Wolności 
Kultury lub jakąś fundację? Plany i projekty jakie rozpościerał w "Notatce" zakładały nie 
tyle wydawanie "Culture" w miejsce "Kultury", ile wydawanie dwóch pism jednocze- 
śnie, dla różnych odbiorców. Kto miałby to robić? - tego Mieroszewski nie wyjaśnił, 
jakkolwiek zamierzenia były bardzo ambitne i zakładały szybką realizację pomysłu. 
Szukając własnego miejsca w "Kulturze" i mając świadomość niewielkiego znacze- 
nia miesięcznika poza emigracją oraz izolacji w emigracyjnych sferach politycznych 
i "Kulturalnych", w 1955 roku Mieroszewski raz jeszcze powrócił do pomysłu drukowa- 
nia "Kultury" po angielsku, tym razem tylko dla Anglii. Proponował by pismo wydawane 
było nie periodycznie (tylko wtedy, gdy zjawi się tekst istotny dla odbiorcy brytyjskiego) 
na cienkim biblijnym papierze w nakładzie 200 egz. (format "Kultury", a wygląd zbliżo- 
ny do "biblijnych" nadbitek robionych "na kraj"), a następnie rozsyłane lotniczo i bez- 
płatnie, według wcześniej ustalonych adresów, czołowym czasopismom angielskim 
i francuskim oraz pewnej grupie osobistości w zachodnim świecie polityki. Publikowane 
teksty miałyby być anonimowe, a biuletyn, poza możliwością prezentowania poglądów 
"Kultury", dawałby szansę prostowania fałszów i polemizowania błędnych twierdzeń 
w prasie i mediach na Zachodzie. W sensie propagandowym, miałby to być "bilet wizy- 
t " K lt " '. . 18 
owy " u ury w SW1eCle . 
Jerzy Giedroyc zawsze doceniał rolę i znaczenie Ameryki, uważając ponadto, że jest 
ona gwarantem jakichkolwiek poważnych działań w "sprawie Europy Środkowej". Wy- 
daje się jednak, że wskutek niemożności najluźniejszego choćby skoordynowania działań 


18 Tamże, T 2, s. 84-85. 


41
>>>
całej emigracji w Stanach Zjednoczonych, a tym samym stworzenia politycznego gre- 
mium skutecznie oddziaływującego na rząd amerykański, zależało mu przede wszystkim 
na akceptacji amerykańskich środowisk literackich i uniwersyteckich 19 . Przez pewien 
okres wydawało się, że nawiązane dzięki Jamesowi Burnhamowi kontakty z amerykań- 
ską antykomunistyczną lewicą, tą samą która współtworzyła Kongres Wolności Kultury, 
pozwolą "Kulturze" docierać ze swymi koncepcjami czy raczej ocenami i prognozami do 
amerykańskiej opinii publicznej, lub choćby tylko do kręgów intelektualnych i elit poli- 
tycznych. Tymczasem, jednym z nielicznych efektów tych prób stała się antologia What 
Europa thinks ot America (New York 1953), opracowana przez Burnhama, w której za- 
mieszczone zostały teksty Czapskiego i Mieroszewskiego. 
W latach 60. "Kultura" podjęła udane, lecz niezwykle trudne do oceny w sferze pro- 
pagandowej, próby opublikowania antologii tekstów literackich i politycznych reprezen- 
tatywnych dla "Kultury" po angielsku, przeznaczone dla czytelnika amerykańskiego. 
Janusz Korek zwrócił uwagę na związek antologii z powstałym przy State University of 
New York amerykańskim Komitetem "Kultury", którego inicjatorem była Alicja Iwań- 
ska. Pierwsze spotkanie organizacyjne Komitetu odbyło się 25 listopada 1966 roku, 
a w skład jego władz weszli, prócz wspomnianej Iwańskiej, Leopold Tyrmand, Janusz 
Zawodny i Stanisław Mroczkowski. "Celem tych zamierzeń jest poparcie interesów 
«Kultury» na terenie Stanów Zjednoczonych" - napisał L. Tyrmand w liście do Giedro- 
yciio. Wśród pomysłów i projektów Komitetu była publikacja amerykańskiej wersji 
miesięcznika oraz utworzenie wydawnictwa i uruchomienie "Programu Badań nad Euro- 
pą Wschodnią". Jerzy Giedroyc - co wynika z korespondencji redaktora "Kultury" 
z Leopoldem Tyrmandem - przyjął inicjatywę Alicji Iwańskiej z zadowoleniem, oba- 
wiając się jednak, że Uniwersytet w Albany nie będzie w stanie pogodzić własnego pro- 
filu z koncepcjami politycznymi "Kultury". ,,[Pismo to] musi mieć bardzo wyraźne obli- 
cze polityczne, chociażby dzisiaj popieranie wszystkich tendencji rewizjonistyczno-rewo- 
lucyjnych w Europie Wschodniej, jak Siniawski, Daniel, Mihajlov, Kuroń, Modzelewski 
i Kołakowski. Nie wiem czy Uniwersytet zdecydowałby się na wydawanie pisma o tak 
wyraźnym obliczu, tym bardziej, że mogłoby to kolidować z polityką Stanów Zjedno- 
czonych" - artykułował Giedroyc zastrzeżenia w listach do Komitetu "Kultury" 21. 
Ze wszystkich pomysłów udało się zrealizować wydanie dwóch tomów amerykań- 
skiej antologii, głównie dzięki staraniom Alicji Iwańskiej i pomocy finansowej Uniwer- 
sytetu Stanowego w Albany. W lipcu 1967 roku doszło do podpisania umowy, w której 
strona amerykańska zobowiązywała się zapewnić Leopoldowi Tyrmandowi, autorowi 
opracowania, warunki niezbędne do pracl z . Dla Tyrmanda miała to być pomoc finanso- 
wa w pierwszych miesiącach adaptacji w Stanach Zjednoczonych. Jednak pisarz pracę 
zaniedbał i ostatecznie autorem wyboru został Jerzy Giedroyc z3 : "Nie zrobił nawet planu 
antologii. Skończyło się na tym, że choć nie znam publiczności amerykańskiej, musiałem 
sam zrobić wybór. A rzecz została wykonana tak niechlujnie, że są tam rażące błędy" - 
napisał we wspomnieniach redaktor "Kultury"z4. 


19 Wypadnie przypomnieć tu koncepcję, lansowaną zwłaszcza przez Zygmunta Nagórskiego 
jra, utworzenia w USA "centrali ideologicznej dla Polaków - emigrantów w Ameryce". Por.: 
Z. Nagórskijr, Sprawa polska, Kultura 1952 nr 11(61) s. 4. 
20 Cyt. za: ]. Korek, Paradoksy, s. 238. 
21 Tamże, s. 239. 
22 ]. Giedroyc, ]. Stempowski, Listy, T 2, s. 400-403. 
23 Pisze o tym również]. Korek, Paradoksy, s. 282. 
24 ]. Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, oprac. i posłowiem opatrzył K. Pomian. War- 
szawa 1994 s. 197. O tym, że antologie są źle zrobione pisał szczegółowo m.in. K.A. Jeleński w 
liście J. Giedroycia w kwietniu 1970 roku: J. Giedroyc, K. A. Jeleński, Listy, s. 401-403. 


42
>>>
Głównym autorem układu oraz pomysłodawcą wydania pierwszej antologii w dwóch 
osobnych tomach był jednak naj pewniej Jerzy Stempowski. List Stempowskiego do Gie- 
droycia z 17 lipca 1967 roku tłumaczy też wspólne oczekiwania związane z edycją anto- 
logii: 


Wydaje mi się, że należałoby podzielić ją na dwie części, zaopatrzone jednostronnym 
wstępem. Bez pewnego wprowadzenia antologia byłaby dla obcego czytelnika niezrozu- 
miała. Jedna z tych części miałaby tytuł: "Kultura" jako pismo polityczne. [...] W myśli 
politycznej "Kultury" na uwagę zasługują dwa punkty. Pierwszym z nich jest stosunek do 
Ukrainy, Białorusi i krajów bałtyckich. "Kultura" propagowała myśl pogodzenia się 
z utratą wschodniej części kraju na rzecz Ukrainy, Białorusi i Litwy, poszukujących rów- 
nież dróg do niepodległości, i nawiązania z nimi, przynajmniej na emigracji, ścisłej 
współpracy. [...] Część literacką poprzedziłbym notatką o roli literatury w krajach, gdzie 
obywatele nie mają głosu. W Ameryce nikt nie może sobie wyobrazić, aby literatura po- 
siadała jakieś znaczenie polityczne. To jest nawet podstawą wolności słowa, która byłaby 
zagrożona bez tych wariackich papierów. [...] Do tego wstępu dodałbym wyliczenie kilku 
nazwisk pisarzy, którzy wyszli z "Kultury" na szerokie wody, Gombrowicz, Miłosz, Hła- 
sko, Grudziński... Być może warto by odróżnić dział wspomnień. [...] Im dłużej myślę 
o antologii, tym lepiej widzę trudności jej przygotowania. Trzeba by całą "Kulturę" na 
nowo przeczytać, z nowego punktu widzenia, o którym pewnie nikt z nas nie myślał 25 . 


Dodajmy jeszcze uwagę Jerzego Giedroycia z listu z 2 marca 1968 roku: "Muszę 
pamiętać, że to jest dla Amerykanów, że musi ona być reprezentatywna nie tylko dla 
Polski, ale w pierwszym rzędzie dla wschodniej Europy, bo to Amerykanów najbardziej 
. t . ,,26 
In eresuJe . 
Tom zatytułowany Kultura Essays zawierał siedemnaście szkiców napisanych przez 
emigrantów i pisarzy z krajów zza "żelaznej kurtyny", w tym m.in. Jerzego Stempow- 
skiego, Aleksandra Wata, George Gomori, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Jurija Ła- 
wrynenko, Juliusza Mieroszewskiego, Konstantego A. Jeleńskiego i Józefa Czapskiego. 
Wszystkie poświęcone były analizie społecznych, kulturalnych i politycznych wydarzeń 
w krajach komunistycznych. Tom drugi, noszący tytuł Exploriations in Freedom. Prose, 
Narrative, and Poetry [rom Kultura, zawierał teksty literackie wszystkich najważniej- 
szych autorów Instytutu Literackiego, w tym również dysydentów i emigrantów z innych 
krajów bloku sowieckiego: Aleksandra Remizova, Josifa Brodskiego czy Istvana Orkeny. 
Obie książki zawierały identyczną Przedmowę, napisaną przez Leopolda Tyrmanda, która 
w zwięzły sposób przedstawiała historię Instytutu Literackiego i główne poglądy jego 
twórców. 
Nie sposób powiedzieć jaką rolę odegrały obie antologie w promowaniu "Kultury" 
i "sprawy polskiej" na rynku amerykańskim. Giedroyc uznał - w autobiografii - reali- 
zację pomysłu za chybioną i przez dwadzieścia lat jej nie ponawiał. Do pomysłu wrócił 
dopiero w roku 1990, za namową Roberta Kostrzewy. Between East and West było zbio- 
rem piętnastu artykułów z lat 1971-1990 i zawierało teksty autorów takich jak Czesław 
Miłosz, Leszek Kołakowski, Sławomir Mrożek, Gustaw Herling-Grudziński, Juliusz 
Mieroszewski czy Marek Nowakowski. Układ szkiców odpowiadał na pytania o program 
"Kultury", jej usytuowanie na mapie politycznej oraz realnych możliwościach oddziały- 
wania na kulturę i społeczeństwo w Polsce. Był podsumowaniem działalności, która 
doprowadziła do odzyskania przez Polskę niepodległości. 


25 ]. Giedroyc, ]. Stempowski, Listy, T 2, s. 406-408. 
26 Tamże, s. 432. 


43
>>>
"FRAGMENTS" 


Jedyna udana inicjatywa "wydawania «Kultury» po angielsku" została zrealizowana 
poza Instytutem Literackim, poza Juliuszem Mieroszewskim i - w gruncie rzeczy - 
poza Jerzym Giedroyciem. 
Pierwszy numer, pierwszego woluminu "Fragments" ukazał się w grudniu 1973 roku. 
Wydawcą zaznaczonym na karcie redakcyjnej periodyku było Correspondence Home 
Study of Languages w Sutter Creek w Kalifornii. W rzeczywistości, za nazwą tą kryła się 
prywatna inicjatywa Józefa Lubańskiego, byłego żołnierza Brygady Podhalańskiej, 
uczestnika walk o Narwik i Monte Cassino, który pod pseudonimem Charles Joel, zaczął 
tłumaczyć i wydawać czasopismo bez pomocy i bez dotacji zewnętrznych. Przyjęcie 
pseudonimu wynikało z jednej strony z przekonania, że ułatwi to dostęp do czytelnika 
amerykańskiego, z drugiej - z obawy o losy rodziny mieszkającej w Polsce 27 . "Frag- 
ments" , w odróżnieniu od licznych czasopism Kongresu Wolności Kultury, w których 
pojawiały się teksty zaczerpnięte z wydawnictw Instytutu Literackiego, zawierały wy- 
łącznie przekłady tekstów publikowanych wcześniej w "Kulturze" Jerzego Giedroycia. 
Lubański założył, że przedrukowywane będą teksty naj świeższe, możliwie najbardziej 
aktualne, dlatego, z powodu trudności z regularnym dopływem "Kultury" do Stanów 
Zjednoczonych, zmuszony był drukować jedynie l O zeszytów rocznie. Tylko raz wydany 
został numer podwójny (9-10 z 1976 roku). Zeszyty "Fragments" zawierały średnio 1-3 
teksty, co dawało około 24-26 stron, bez ilustracji. Każdy zaopatrzony był w kartonową 
okładkę, co miesiąc w innym kolorze (podobnie jak "Kultura"). Lubański unikał wszel- 
kich ozdób, dodatków i komentarzy do tekstów, zaledwie w kilku wypadkach zamieścił 
notę edytorską i niewielkie przypisy, które wyjaśniały treść pominiętą w przedrukowa- 
nym fragmencie. Każdorazowo podpisywane były inicjałami ].C. Niewielka objętość 
czasopisma spowodowała, że wiele tekstów, np. "W prasie sowieckiej" czy "Dziennik 
pisany nocą" zamieszczonych zostało z dużymi skrótami. Wydaje się, że sam tytuł zakła- 
dał, iż mają to być fragmenty - wstęp do pełniejszej lektury lub (być może) kolejnych 
tłumaczeń, albo przedruków. Zamykający działalność numer czasopisma nosił datę: gru- 
dzień 1979, lecz z powodów finansowych ostatnie trzy zeszyty z vol. 6 wysyłane były do 
czytelników już w początkach roku 1980. 
Lubański był zarówno wydawcą, ponoszącym koszty edycji, redaktorem czasopisma 
jak i tłumaczem wszystkich zamieszczanych w nim tekstów. Nie było żadnego "zespołu", 
jedynie najbliższy przyjaciel - Amerykanin Robert Miller, który drukował pismo we 
własnej drukarni. Przy okazji pożegnania z "Fragments" w "Kulturze" - Lubański napi- 
sał jednak: 
Pragnę w tym miejscu podziękować tym kilku osobom, aktywnym i znanym w życiu 
emigracji: p. Alicji Iwańskiej, p. Zbigniewowi Byrskiemu, p. Jerzemu Bonieckiemu (z da- 
lekiej Australii), p. Halszce Vincenz, red. Jackowi Przygodzie, p. Jabłońskiemu z Union 
of Poles in America, a nade wszystko tym zwykłym prenumeratorom [...]. Już specjalne 
dzięki należą się p. A. Jaskiewiczowi z Ann Arbor, który (pisząc po angielsku) przesłał mi 
małą donację w uznaniu mojej nob1e worki Oraz p. George Bajorowi z Kongmeadow, 


27 ]. Lubański, "Materiały dla profesora Brzeskiego", maszynopis, wrzesień 1980, 11 k. - 
AIL. W 1980 roku, po likwidacji czasopisma, Andrzej Brzeski na prośbę Giedroycia zwrócił się do 
Lubańskiego z prośbą o informacje na temat "Fragments" i Charlesa Joela. W odpowiedzi otrzymał 
tekst pt. "Materiały...", w którym Lubański nie krył żalu, że musiał zarzucić wydawanie i rozgory- 
czenia, że podobny artykuł nie ukazał się w "Kulturze" wcześniej, w czasie gdy, pomimo trudności 
finansowych, wydawał czasopismo. "Pański artykuł mógł był być bardzo pożyteczny w akcji prze- 
dłużenia życia «Fragments»" . Tekst Brzeskiego, bardzo słaby, znajduje się w archiwum LL. Nigdy 
się nie ukazał. Na temat "Fragments" pisała Alicja Iwańska. 


44
>>>
Mass., który (również pisząc po angielsku) wyraża głęboki żal z powodu zakończenia 
mojej działalności, dodając, że nie ma ważniejszej publikacji do przekazania amerykań- 
skim współobywatelom jak ta, którą usilowałem wydawać, i kończy, że jeżeli jest jakaś 
szansa na kontynuowanie mojej pracy, to będzie się starał pomóc mi w granicach 50-100 
dolarów rocznie. Wymieniam te nazwiska, bo są to nazwiska ludzi, o których nie słyszy 
się na wielkich uroczystościach, zjazdach czy w wielkich instytucjach. Ponadto chciałbym 
wyrazić podziękowanie nieznanym mi z nazwisk ludziom, którzy spowodowali subskryp- 
cję zagranicznych bibliotek, jak The British Library, Biblioteka w Goteborgu (Szwecja) 
i in. Oraz tym rdzennym Amerykanom, dla których "Fragments" stały się ważną lekturą28. 
Ujmując działalność "Fragments" statystycznie: w ciągu sześciu lat wydanych zo- 
stało 60 numerów, co daje ponad 1200 stron druku. Lubański przetłumaczył i przedruko- 
wał prawie 100 tekstów ponad 30 autorów: Polaków, Rosjan i Ukraińców. Najczęściej 
drukowanymi autorami byli: Michał Heller (Adam Kruczek - 21 razy), Leopold Unger 
(Brukselczyk - 16), Zbigniew Byrski (9), Juliusz Mieroszewski i Gustaw Herling-Gru- 
dziński (po 6), Stefan Kisielewski (Kisiel - 5) i Dominik Morawski (4). Inni autorzy, 
w tym Bohdan Osadczuk, Jan Nowak-Jeziorański, Tymon Terlecki, Józef Czapski czy 
Leszek Kołakowski, zamieścili we "Fragments" 1-3 teksty. 
"Fragments" ukazywały się początkowo w 500 egzemplarzach, choć pierwszy zeszyt 
(z artykułem Brukselczyka o potajemnych sowieckich zakupach zboża w USA) wydru- 
kowany został w nakładzie 2000 egzemplarzy. Było to uwarunkowane koniecznością 
darmowego rozsyłania okazowych zeszytów do kilkuset osobistości, głównie w Stanach 
Zjednoczonych i Kanadzie: polityków, dziennikarzy i publicystów politycznych, ale też 
redakcji czasopism i przede wszystkim inteligencji uniwersyteckiej. Tak wysoki nakład 
był niezwykłym osiągnięciem dla pisma wydawanego bez jakichkolwiek subsydiów, 
ajedynie dzięki ofiarności wydawcy żyjącego z minimalnej amerykańskiej emeryturl 9 . 
Później liczba drukowanych egzemplarzy zmalała do 300 i stan ten utrzymywał się do 
końca. "Fragments" rozsyłane były głównie w Ameryce, ale docierały również do czytel- 
ników w Europie (głównie w Skandynawii), Afryce Zachodniej i Australii. Liczba sta- 
łych prenumeratorów pisma nigdy nie przekroczyła 200, reszta była sprzedawana lub 
rozsyłana darmo. Prenumerata była stosunkowo droga 30 : $ 8-11 i zawierała wydawany 
w latach 1974-1977, pod koniec roku, zbiorczy indeks treści, wysyłany również w celach 
reklamowych i na zamówienie. Ze względów finansowych i z braku zainteresowania 
działalność ta została przerwana. Po likwidacji czasopisma Józef Lubański sprzedał pew- 
ną liczbę kompletów (po $ 40,00) do bibliotek i instytucji naukowych na świecie. "Frag- 
ments" nigdy jednak nie dotarły do Polski. 
O wartości "Fragments" decydowała jednak nie forma graficzna (nie odbiegająca 
specjalnie od podobnych amerykańskich czasopism paranaukowych, lecz daleka od 
atrakcyjnych pism zajmujących się podobną tematyką, np. "Newsweek", "The Reporter", 
czy "The New Yorker") , lecz zamieszczane teksty: ichjakość merytoryczna, oryginalność 
ujęcia tematu, głośne (na ile było to możliwe) nazwiska, oraz przekład. Pomysłodawcą 
wydawania przedruków w angielskim przekładzie był Józef Lubański, on też wymyślił 
tytuł - "Fragments" . Inicjatywa została natychmiast "entuzjastycznie przyjęta przez 
Giedroycia". Jednak czasopismo było całkowicie niezależne od "Kultury", a jedynym 
wsparciem było zakupienie przez Instytut Literacki 12 prenumerat dla sympatyków pary- 


28 l], Lubański] Charles Joel, "Fragments" zakończyly swą 6-1etnią dziala1ność, Kultura 1980 
nr 4(391) s. 98-99. 
29 A. Iwańska, "Fragments" Józefa LubańskIego, Kultura 1981 nr 5(404) s. 60. 
30 Dane na podstawie: A. Iwańska, "Fragments ", s. 62 p. 5 - "Fragments" kosztowały 75 
centów, drożej od "Time Magazine" czy "Newsweek" i ten argument wysuwali potencjalni polscy 
abonenci. 


45
>>>
skiego miesięcznika oraz reklama w "Kulturze" i w korespondencji z autorami i czytelni- 
kami 31 . Wybór tekstów do druku odbywał się naj pewniej za wiedzą i zgodą Jerzego Gie- 
droycia, choć wydaje się, że Józef Lubański, lepiej orientując się w możliwościach rynku 
amerykańskiego i korzystając z pomocy publicystów "Kultury", np. mieszkających 
w USA Zbigniewa Byrskiego i Alicji Iwańskiej, samodzielnie decydował o układzie 
poszczególnych numerów. Notatka na marginesie maszynopisu indeksu omawianego 
czasopisma, którego egzemplarz znajduje się w archiwum Instytutu Literackiego: "Nie- 
które - przekłady poematów Galicza były recytowane przeze mnie na zebraniu lokal- 
nych «intellectuals»" - sugeruje także inne, niezależne od druku, życie przekładów 
dokonanych przez Lubańskiego. 
"Fragments" zamieszczały przede wszystkim publicystykę sowietologiczną oraz 
teksty literackie i filozoficzne autorów z krajów Związku Sowieckiego: dysydentów 
i emigrantów. Podstawę przedruków stanowiła rubryka Adama Kruczka "W sowieckiej 
prasie", w której autor, 10 razy w roku, przygotowywał przegląd bieżących zagadnień 
politycznych, społecznych, ekonomicznych i kulturalnych na temat ZSSR, bloku sowiec- 
kiego i wydarzeń znajdujących się w obszarze zainteresowań Moskwy na całym świecie. 
Rzadziej Lubański korzystał z innej rubryki Kruczka - "Krótko o książkach". W obu 
rubrykach Heller pisał m.in. o sowieckiej kulturze i prasie, o poezji Jewtuszenki, pamięt- 
nikach Nikity Chruszczowa, książce Lidii Czukowskiej, kłopotach Władimira Wojnowi- 
cza w ZSSR, nagrodzie Nobla dla A. Sacharowa, o A. Sołżenicynie, ale też o wojnie 
ideologicznej między Wschodem a Zachodem, konferencji w Banff w Kanadzie, pasz- 
portach sowieckich, szefie KGB Andropowie, locie kosmicznym Sojuz-Apollo, alkoholi- 
zmie w sowietach, rosyjskim pilocie, który porwał MIGa-25 do Japonii, nowej konstytu- 
cji sowieckiej czy wizycie Breżniewa w Moskwie. We "Fragments" ukazywały się też 
inne, samodzielne teksty Hellera z "Kultury", np. omówienie Archipelagu GUL-ag 
A. Sołżenicyna, szkic z pogranicza lingwistyki i polityki ,,Język sowiecki a język rosyj- 
ski", czy "Rok życia - rok walki" o Andrieju Sacharowie. 
Tekstami sowietologicznymi były też artykuły Leopolda Ungera (Brukselczyka), za- 
równo w cyklu "Widziane z Brukseli", jak i liczne inne pisane poza cyklem. Unger pisał 
o kubańskiej "interwencji pokojowej" w Angoli, o trudnościach z emigracją Źydów 
z ZSSR, o nieoficjalnych zakupach amerykańskiego zboża przez Moskwę, o XI Zjeździe 
KP Chin oraz przede wszystkim o wynikach Konferencji Pokojowej w Helsinkach 
i echach Konferencji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Teksty Brukselczyka 
dotyczyły ponadto ekonomicznych i politycznych aspektów sowieckiego imperializmu 
i szczególnie oznak słabości Zachodu wobec ZSSR. Również praw człowieka na Zacho- 
dzie i w bloku sowieckim. 
W kontekst sowietologiczny wpisują się także wszystkie przedrukowane we "Frag- 
ments" teksty Zbigniewa Byrskiego, Bohdana Brodzińskiego, Leszka Kołakowskiego, 
Edwarda Możejki, Dominika Morawskiego, Wojciecha Skalmowskiego, Bohdana Osad- 
czuka, Lucjana Perzanowskiego oraz przede wszystkim artykuły Juliusza Mieroszew- 
skiego. Tych samych zagadnień dotyczą apele, protesty i teksty literackie pisarzy i dysy- 
dentów sowieckich, np. J efiema Etkinsa, Aleksandra Galicza, Hilija Sniehirova czy Alek- 
sandra Zinowiewa. Nawet artykuły, noty i fragmenty opracowań dotyczące kondycji 
społecznej i politycznej świata zachodniego (USA, Afryki czy krajów Europy Zachod- 
niej), np. Zbigniewa Byrskiego "O amerykańskim neoegalitaryzmie", czy tegoż teksty 
o polityce prezydenta Cartera; Włodzimierza Ledóchowskiego o afrykańskich perspek- 
tywach, Tymona Terleckiego na temat "Amerykańskiego eksperymentu wielokultu- 


31]. Lubański, "Materiały", k. 1-2. 


46
>>>
rowego" czy wreszcie krytyczna ocena działalności amerykańskiego ambasadora przy 
ONZ, wyraźnie wskazują na sowieckie implikacje opisywanych wydarzeń. 
Nie inny charakter mają też fragmenty "Dziennika pisanego nocą" Gustawa Herlin- 
ga-Grudzińskiego, przedrukowane we "Fragments" sześć razy. Dokonany przez Lubań- 
skiego wybór zawiera niemal wyłącznie tematy "sowieckie". 
Drugim tematem szkiców publikowanych w czasopiśmie Józefa Lubańskiego, obok 
ogólnie i szeroko rozumianej sowietologii, była teraźniejszość historii Polski ostatniego 
wieku, życie polityczne w PRL lat 70. oraz perspektywy zmian społeczno-politycznych w 
Polsce, postrzegane w globalnym systemie polityki światowej i współzależność pomię- 
dzy wydarzeniami w ZSSR i na Zachodzie. Tym zagadnieniom poświęcony jest np. apel 
"Kultury" w sprawie wolności Europy Wschodniej, relacja Józefa Czapskiego 
z uroczystości odsłonięcia pomnika katyńskiego na londyńskim cmentarzu oraz zaini- 
cjowana przez Jerzego Giedroycia wspólna deklaracja dysydentów rosyjskich w sprawie 
sowieckiej odpowiedzialności za Katyń. "Fragments" informowały też czytelnika amery- 
kańskiego o poszerzaniu się obszaru wolności w Polsce drugiej połowy lat 70. Widoczne 
to jest w tekście Adama Michnika "Vive la Pologne" Qedynym przedrukowanym nie 
z "Kultury" lecz z wydawnictwa książkowego Instytutu Literackiego) na temat sytuacji 
politycznej w PRL, prawie wszystkich tekstach Stefana Kisielewskiego (Kisiela) opisują- 
cych codzienność życia w Polsce na granicy oficjalności i nielegalności, a także szkicach: 
Aleksandra Wirpszy "Źycie codzienne w PRL", Antoniego Powolnego "List z Warsza- 
wy" oraz Andrzeja Micewskiego "Optymizm pesymizmu". Swoistym "łącznikiem" po- 
między Polską a Związkiem Sowieckim są teksty Jana Nowaka-Jeziorańskiego pL "Trze- 
cia Wojna Światowa" (w trzech częściach) na temat wojny ideologicznej i udziału w niej 
stacji radiowych: Radio Wolna Europa i Voice of America. Podobny charakter mają też 
wszystkie opracowania na temat Konferencji w Helsinkach ijej znaczenia dla Polski. 
Jedynie kilka tekstów wykracza poza zakreślone wyżej ramy tematyczne, są to J óze- 
fa Czapskiego wspomnienie o Malraux oraz wiersze Henryka Grynberga z Ameryki. Oba 
jednak mają wyraźne polskie konotacje. 


Lektura spisu treści "Fragments" nie ułatwia odpowiedzi na podstawowe pytanie: 
jaki był cel lub cele powołania i wydawania tego bardzo specyficznego periodyku? Wy- 
bór zamieszczonych w czasopiśmie szkiców, artykułów, not i fragmentów literackich nie 
może być traktowany jako angielskojęzyczna antologia tekstów "Kultury", na równi 
z wyborami, których dokonali Leopold Tyrmand w 1970 roku czy Robert Kostrzewa 
w 1990. Darmo by szukać w indeksie nazwisk autorów tak ważnych dla miesięcznika 
w latach 70., jak: Konstanty A. Jeleński, Jakub Karpiński, Stefan Korboński, Zdzisław 
Najder, Jacek Kuroń, Józef Lewandowski, Czesław Miłosz, Wiktor Sukiennicki czy Wi- 
told Wirpsza. Ale też drobne fragmenty tekstów Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Alek- 
sandra Wirpszy, Wojciecha Skalmowskiego, Leszka Kołakowskiego czy Stefana Kisie- 
lewskiego, zamieszczone we "Fragments" nie oddają roli i znaczenia tych autorów dla 
"Kultury". Czasopismo Józefa Lubańskiego nie spełnia też podstawowych reguł repre- 
zentatywnej antologii tekstów politycznych. Z wielu tematów poruszanych w latach 70. 
przez Juliusza Mieroszewskiego, szczególnie istotnego dla "Kultury", Lubański wybrał 
zaledwie sześć, wszystkie poświęcone tematyce sowieckiej lub eurokomunizmowi, jak- 
kolwiek zawarte w nich problemy dotyczyły również komunizmu w Polsce, lub moralno- 
ści w polityce światowej bez specjalnych odniesień do "sprawy polskiej". 
"Fragments" , adresowane przede wszystkim do czytelnika amerykańskiego, miały 
przynajmniej dwa zadania do spełnienia. Pierwszy, oczywisty, to konieczność informo- 
wania o wydarzeniach w Polsce, Europie Środkowo-Wschodniej i ogólnie - bloku ko- 
munistycznym. Informacje zawierać miały rzetelne i aktualne dane o zakresie wolności 


47
>>>
człowieka, poziomie i stanie nauki, oświaty i gospodarki, powstawaniu i poglądach orga- 
nizacji opozycyjnych, emigracji i dysydentów, miały przedstawiać opinie krajów bloku 
komunistycznego o inicjatywach pokojowych Moskwy (w tym głównie bardzo głośnej 
Konferencji w Helsinkach - jednego z najważniejszych wydarzeń w polityce międzyna- 
rodowej połowy lat 70.). Czytelnik amerykański miał otrzymać materiały trudno dostęp- 
ne w Stanach Zjednoczonych, opinie rzadko artykułowane i poglądy często sprzeczne 
z polityką rządu amerykańskiego. 
W kontekście postawionej wyżej tezy zastanawiać musi jednak dobór przedrukowa- 
nych we "Fragments" artykułów, mało reprezentatywnych dla całej publicystyki poli- 
tycznej "Kultury", przede wszystkim zaś dla publicystyki polskiej i dotyczącej polskich 
zagadnień. "Kultura", od końca roku 1976, zamieszczała na swoich łamach oryginalne 
i prawie nieznane w Stanach Zjednoczonych dokumenty rodzącej się opozycji demokra- 
tycznej w Polsce, w tym niemal in extenso treść pierwszych biuletynów i komunikatów 
Komitetu Obrony Robotników (KOR) i KSS "KOR", Ruchu Obrony Praw Człowieka 
i Obywatela (RaPCia), Konfederacji Polski Niepodległej (KPN) oraz szczegółowy 
przegląd czasopism: "Robotnik", "Droga", "Bratniak", "Głos", "Krytyka", "Zapis", "Pla- 
cówka" i innych. Instytut Literacki, w miesięczniku i wydawnictwach książkowych, 
drukował też opracowania Polskiego Porozumienia Niepodległościowego (PPN), rezolu- 
cje, dokumenty, deklaracje, apele, listy otwarte i oświadczenia polityczne różnych klu- 
bów dyskusyjnych, stowarzyszeń, grup studenckich i samokształceniowych (np. Ruchu 
Młodej Polski, Towarzystwa Kursów Naukowych) oraz teksty literackie (poezję i prozę) 
pisarzy, których utwory ukazywały się w podziemnych oficynach wydawniczych, np. 
Kazimierza Brandysa, Stanisława Barańczaka, Wiktora Woroszylskiego i Ryszarda Kry- 
nickiego. Wiedza o tych wydarzeniach, a zwłaszcza znajomość źródeł była - poza prasą 
polonijną i emigracyjną - w Stanach Zjednoczonych niemal niedostępna. Jedyna publi- 
kacja książkowa na ten temat: Polish dissident publications: An annotated bibliography 
za lata 1976-1980, wydana przez Joannę M. Preibisz, autorkę artykułów na temat inteli- 
gencji polskiej w latach 1979-1981, wydana została dopiero w 1982 roku. 
Źaden z tych tekstów nie został jednak przedrukowany we "Fragments" , żaden nie 
został nawet streszczony. Czytelnik czasopisma w Stanach Zjednoczonych otrzymał 
w zamian interesujące, lecz wtórne w porównaniu z dokumentami, felietony Stefana 
Kisielewskiego. Poza może wypowiedzią Adama Michnika (pierwotnie drukowaną 
w prasie francuskiej, zatem znaną w USA). Tymczasem, wykorzystując jedynie teksty 
stałych autorów "Kultury" na temat opozycji w Polsce, Lubański mógł przedrukować 
znacznie istotniejsze i ciekawsze artykuły Zdzisława Najdera (Socjusza), Zbigniewa 
Florczaka (Pelikana) czy choćby Jana Nowaka "Trzy lata ruchu oporu w Polsce" 
(K. 3/1979). 
Jednocześnie, teksty poświęcone zagadnieniom ogólnie nazwanym "sowietologicz- 
nymi" , przedrukowane we "Fragments" , są daleko bardziej interesujące i różnorodne. 
Wydawca wykorzystał tu zarówno publicystykę dysydentów i emigrantów sowieckich 
czy ukraińskich: Michała Hellera, Bohdana Osadczuka, Andrieja Sacharowa, Aleksandra 
Sołżenicyna i Aleksandra Zinowiewa, jak i teksty autorów polskich - głównych publi- 
cystów "Kultury": Juliusza Mieroszewskiego, Leopolda Ungera, Dominika Morawskie- 
go, Zbigniewa Byrskiego czy Leszka Kołakowskiego i Wojciecha Skalmowskiego. 


Wróćmy do postawionego wyżej pytania o cel wydawania "Fragments" . Lubański 
motywował to przekonaniem, że każdy z czytelników "Kultury" żyjących w społeczeń- 
stwie obcojęzycznym odczuwał nieraz potrzebę przekazywania myśli "polskich" otocze- 
niu. Szczególnie odczuwane to było na amerykańskiej prowincji: 


48
>>>
Kiedy o Pasternaku zaczęto nieśmiało pisać, kiedy Dr. Zhivago został potraktowany jako 
materiał do filmu (zresztą całkiem dobrego jako entertainment i propaganda dla Sowie- 
tów), wtedy to lokalni "intellectuals" zaczęli zadawać mi pytania. Doszło do tego, że 
miałem 2 odczyty o Pasternaku (na materiale z "Kultury"), i zacząłem uczyć języka rosyj- 
skiego. [...] Czasu jednak na jakieś plany publicystyczne nie było. Dopiero w 1973 (a było 
to już w kilka lat po śmierci mojej żony, po moim przejściu na emeryturę) [...] kiedy za- 
jąłem się [...] prywatną szkółką języka (stąd Correspondence Home Study of Languages 
- oficjalny publisher of "Fragments"), tak sobie "na próbę" przetłumaczyłem Bruksel- 
czyka artykuł o aferze zbożowej, i w kilkunastu odbitkach rozesłałem go moim okolicz- 
nym znajomym amerykańskim. Wrażenie było ogromne [...]. Artykuł Brukselczyka uka- 
zał się jako l-wszy numer "Fragments"32. 
Periodyk miał spełnić dwa zadania, oba jak się wydaje równie istotne: informować 
oraz zainteresować. Zwrócić uwagę nie tylko na zagadnienia i wydarzenia polityczne 
w Polsce lub ZSSR czy problemy Europy Środkowo-Wschodniej, ale też na "Kulturę". 
A dokładniej - na środowisko polityczne miesięcznika. Czytelnik amerykański, bardzo 
szczególny - bo przecież czasopismo adresowane było do środowisk inteligencji aka- 
demickiej, do kręgów w pewnym sensie opiniotwórczych oraz mediów - miał otrzymać 
różnorodne materiały na tematy interesujące Zachód, których wspólnym mianownikiem 
było zarówno to, że naświetlały inaczej niż prasa amerykańska aktualne, palące wydarze- 
nia międzynarodowe, związane pośrednio lub bezpośrednio z sowiecką ekspansją i so- 
wieckim zagrożeniem na świecie, jak i fakt, że zostały przygotowane w Paryżu, wśród 
polskich, rosyjskich i ukraińskich emigrantów. ,,jakże lepiej - napisała po zamknięciu 
pisma Alicja Iwańska - można było pomóc Polsce w Ameryce, niż zwracaĆ uwagę 
opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych na wciąż niesłabnące zagrożenie sowiec- 
kie?"33 Ajednak cel ten osiągnięty został jedynie połowicznie i tu, obok najważniejszych 
problemów finansowych, szukać należy przyczyn zamknięcia pisma, chociaż we wspo- 
mnianych "Materiałach" z 1980 roku Lubański zaznaczał, że dopiero po upływie kilku lat 
od druku tekstów, "Fragments" zaczynają być odkrywane przez amerykańskich komen- 
tatorów, pisarzy i polityków. 
Początek lat 70. zaznaczył się marginalizacją, malejącego wkrótce po sowieckiej 
interwencji w Czechosłowacji, znaczenia emigracji z krajów Europy Środkowo-Wscho- 
dniej w polityce międzynarodowel 4 . Promocja "Fragments" skierowana była głównie do 
uniwersyteckich środowisk w Ameryce Północnej, poza Ameryką prenumeratorami byli 
głównie Polacy lub osoby pochodzenia polskiego bez znajomości języka starego kraju, 
najprawdopodobniej nie związani z uniwersytetami. Wśród prenumeratorów amery- 
kańskich również przeważali Polacy (wielu z nich miało jednak związku z ośrodkami 
akademickimi), ale poważną część stanowili tak zwani "przeciętni Amerykanie" - 
urzędnicy, mali przedsiębiorcy, dla których "Fragments" były jedynym źródłem informa- 
cji o Polsce i krajach bloku sowieckiego. Przez tych właśnie "przeciętnych Ameryka- 
nów" - ich związki zawodowe, polityczne i towarzyskie, często o ogólnopaństwowym, 
a nawet międzynarodowym zasięgu - myśl polityczna "Kultury" przenikała do środo- 
wisk amerykańskich, a tym samym do elit ekonomicznych i politycznych. Z drugiej jed- 
nak strony, stosunek amerykańskich elit uniwersyteckich do czasopisma Józefa Lu- 
bańskiego, był - zdaniem Alicji Iwańskiej - "podejrzliwie-pobłażliwy". To, co w za- 
łożeniu powinno było podnieść wartość poznawczą i dokumentacyjną tekstów, tZn. ich 
emigracyjne, środkowo-europejskie pochodzenie, dla lewicowych studentów i profeso- 


32 Tamże, k. 3. 
33 A. Iwańska, "Fragments ", s. 59. 
34 Pisze o tym m.in. P. Machcewicz, Emigracja w polityce międzynarodowej. Warszawa 1999 
s.223. 


49
>>>
rów oznaczało "reakcję" i asocjacje z Białymi Rosjanami. Świadectwo Alicji Iwańskiej, 
socjologa pracującego na amerykańskim uniwersytecie, ma tu szczególne znaczenie. jej 
zarzut, iż Lubański nazbyt zabiegał o akceptację inteligencji akademickiej, miast poświę- 
cić więcej uwagi organizacjom i środowiskom pozauniwersyteckim, wydaje się wart 
uwagi. Pisała: 
[...] dla ludzi, którzy Stanów Zjednoczonych nie znają [...] Stany Zjednoczone są krajem- 
-gigantem, w którym wszystko to, co się liczy, robione jest na wielką skalę: fachowo, 
efektywnie, zbiorowo. [...] Równie ważnym jednak aspektem tej kultury i tego społeczeń- 
stwajest odwrotność tej gigantyczności. Istnieją tu tysiące mikro-grupek najróżniejszego 
typu, do których społeczeństwo odnosi się poważnie, a często z uznaniem i podziwem dla 
inicjatywy i odwagi ich założycieli i współpracowników. Obok ogromnych wydawni- 
czych koncernów i pism-gigantów ofiarowujących abonentom nie tylko tanie, grube 
i świecące magazines [...] istnieją tu liczne jedno-pokojowe wydawnictwa i setki, o ile nie 
tysiące najróżniejszych pism i pisemek powstaje, znika, odradza się, znowu znika. [...] 
"Fragments" należą naturalnie do kategorii tych bardzo tu licznych, ciągle powstających, 
znikających, czasem odradzających się pisemek. Na ich tle wyglądają naprawdę bardzo 
dobrze [...] przede wszystkim dzięki solidności i rozwadze zjaką ich wydawca umiał wy- 
bierać z "Kultury" te artykuły krajowych i emigracyjnych pisarzy, które najszerzej i naj- 
ostrzej naświetlały aktualne problemy polityki zagranicznej, omawiane w prasie amery- 
kańskiel 5 . 
józef Lubański zdecydował o zamknięciu "Fragments" mając 74 lata i w obliczu 
rosnących kosztów opieki lekarskiej. Zdawał sobie sprawę, że nikt po nim wydawania 
czasopisma nie podejmie. Pisząc o powodach likwidacji "Fragments" po 6-ciu latach 
wyznał z żalem: 
Przyczyny: 1) inicjatywa jednego człowieka - praktycznie bez żadnego zaplecza finan- 
sowego - nie wytrzymała presji obecnych warunków ekonomicznych w USA; 2) ta ini- 
cjatywa nie znalazła poparcia finansowego i zrozumienia olbrzymiej rzeszy polskiej emi- 
gracyjnej inteligencji, zajętej "zbawianiem ojczyzny" wewnątrz polskiej diaspory, żyjącej 
ciągle na pożywce Pol1sh joke, Koperników, Pułaskich, polskiego Papieża etc. i ciągle 
omaIże ślepej na fakt, że cokolwiek (bez względu na polski polityczny odcień) z twórczo- 
ści i publicystyki polskiej emigracji ukazuje się w językach społeczeństw, w których emi- 
gracja żyje, jest budowaniem zrozumienia dla Sprawy Polskiej na Świecie 36 . 
"Fragments" przestały wychodzić głównie dlatego, że inicjatywa Lubańskiego nie 
znalazła zrozumienia, ani poparcia wśród polskiej inteligencji emigracyjnej, zwłaszcza 
w Stanach Zjednoczonych. Wydawca czasopisma liczył na pomoc nie tyle finansową 
(choć to przecież największy polski "rynek zbytu" na Zachodzie), co na wsparcie działań 
i pomoc promocyjną. Inteligencja zawiodła nie dlatego, że nie rozumiała i nie aprobo- 
wała misji wydawniczej wśród Amerykanów, ale wskutek niezrozumienia amerykańskiej 
kultury i struktury społecznej oraz szansy, jaką daje prowadzenie takiej misji poza duży- 
mi mediami i wielkimi strukturami opiniotwórczymi. jednakże, we wspomnianych wyżej 
"Materiałach dla profesora Brzeskiego", Lubański konstatował: "Eksperyment «Frag- 
ments» dowodzi, moim zdaniem, że cała idea jest całkiem możliwa do urzeczywistnienia, 
i to pomimo fiaska zainteresowania i poparcia patriotów polskich". 
Zauważał dalej, że w wypadku podjęcia kiedykolwiek podobnej inicjatywy, koniecz- 
na jest solidna baza finansowa. Poza tym - dodawał - "Fragments" a faktycznie "Kul- 
tura" stały się ważnym "kursem nauk politycznych" - różnym od stereotypów myślenia 
amerykańskich intellectuals. Ponadto, przetarły szlaki i wytworzyła się grupa ludzi, któ- 
rzy podzielają myśl o konieczności wydawania przekładów artykułów z "Kultury". 


35 A. Iwańska, "Fragments ", s. 59-60. 
36 [J. Lubański] Charles Joel, "Fragments ", s. 98. 


50
>>>
Likwidacja "Fragments" odbyła się niemal równie niedostrzegalnie jak ich powsta- 
nie. Lubański do pomysłu wydawania przekładów z "Kultury" nigdy później nie wrócił, 
nie została też zrealizowana - naj pewniej z powodów finansowych - sugestia Alicji 
Iwańskiej, by zużytkować doświadczenia "Fragments" oraz umiejętności i kontakty Lu- 
bańskiego na amerykańskim rynku dla rozpoczęcia "jeszcze jednej partyzantki wydawni- 
czej" lub opublikowania tekstów z pisma w wydaniu książkowym. Pomysłem tym nie 
była zainteresowana żadna polska, polonijna czy emigracyjna instytucja naukowa, żaden 
dom wydawniczy czy czasopismo. Wydaje się, że również redaktor "Kultury" nie zabie- 
gał o prolongatę inicjatywy Charlesa Joela, zwłaszcza, że rok 1980 przyniósł w Polsce 
wydarzenia, dzięki którym wzrosła rola i znaczenie emigracji polskiej w polityce mię- 
dzynarodowej. 
Józef Lubański zmarł w Kalifornii 12 stycznia 1993 roku. Zapowiedziany w "Kultu- 
rze" (3/1999 s. 159) większy artykuł wspomnieniowy na jego temat nigdy się nie ukazał.
>>>
FRAGMENTS (1973-1979) 
Bibliografia zawartości treści 


Boniecki jerzy, The ball on the "TIta- 
nic" stiJJ goes on..., 1975: 2/6, 1-22 
(3/1975) 
Dot. raportów Klubu Rzymskiego na temat per- 
spektyw rozwoju ludzkości. Pogląd różny od opi- 
nii A. Gutowskiego. 


Boniecki jerzy, What's going to filI the 
void? 1977: 4/7, 3-13 (7-8/1977) 
Eurokomunizm. Problemy i atrakcyjność lewicy 
europejskiej. 


Brodziński Bohdan, In search tor bread, 
1975: 2/10, 3-8 (9/1975) 
Dot. braku zboża w Sowietach. 


Byrski Zbigniew, About detente, 1974: 
1/9-10, 3-33 (9/1974) 
Dot. problemu zjednoczenia Niemiec. 


Byrski Zbigniew, About the American 
neo-egalitarism (excerpt), 1976: 3/3, 1- 
22 (1-2/1976) 
Zmiany społeczne w USA. 


Byrski Zbigniew, The nuciear tears ot 
America (slight1yabridged), 1979: 6/7, 
3-13 (7-8/1979) 


Byrski Zbigniew, The Sino-American 
rapprochement, 1978: 5/9, 3-11 (9/1978) 
Dot. zbliżenia chińsko-amerykańskiego. 


Byrski Zbigniew, The Soviet imperia- 
lism and transmutations in the interna- 
tional communist movement, 1976: 3/6, 
1-19 (6/1976) 


Byrski Zbigniew, Technological revolu- 
tion and ethico-cultural changes, 1977: 
4/7,13-21 (7-8/1977) 
Etyczne i moralne bariery rewolucji technolo- 
gicznej i ich znaczenie w polityce sowieckiej. 


Byrski Zbigniew, Technological revolu- 
tion and ethico-cultural changes (Con- 
tinuation), 1977: 4/8,1-21 (7-8/1977) 


52 


Byrski Zbigniew, The USA Today, 1975; 
2/8,3-12 (7-8/1975) 


Byrski Zbigniew, A year ot Carter and 
what next? 1978: 5/4, 3-16 (3/1978) 
Commission on Helsinki Control (A com- 
munique trom " Kultura "), 1977: 4/6, 3-4 
(6/1977) 
Raport komisji Kongresu USA w sprawie konfere- 
ncji w Helsinkach. 


Czapski józef, Just a strip ot a toreign 
soil, 1976: 3/9-10, 5-9 (11/1976) 
Dot. ponmika katyńskiego w Londynie. 


Czapski józef, Malraux, 1977: 4/2, 3-9 
(1-2/1977) 
Po śmierci A. Malraux. Zawiera list A. M. do 
"Kultury" . 


Eastern Europe" Free", 1976: 3/9-10, 3- 
5 (11/1976) 
Dot. wypowiedzi prez. G. Forda "Nie ma dominacji 
sowieckiej w Europie Wschodniej". Protest z podpi- 
sami przedstawicieli narodów ujarzmionych: 
]. Giedroyc, V. Mincevicius, P. Tigrid, V. Ma- 
ksirnov, E. Ionesco, I. Koszeliwec, T. Merai. 


Etkins j efiem, "Notes ot non-conspi- 
rator" and "Digression on immigration " 
(excerpts), 1976: 3/9-10,9-14 (10/1976) 
Dot. życia codziennego w Związku Sowieckim i ro- 
syjskiej emigracji. 


Fedotov Sergey, The politics ot Radio 
Liberty management, 1978: 5/10, 3-18 
(10/1978) 


G. H., From The Czechoslovakian Chro- 
nicie, 1975: 2/8, 16-19 (7-8/1975) 
Pogląd Czechów na konferencję pokojową w Hel- 
sinkach. 


[Giedroyc jerzy] Editor, The Seal, 1975: 
2/9,3-8 (9/1975) 
Dot. Konferencji w Sprawie Bezpieczeństwa 
i Współpracy w Helsinkach.
>>>
The ghost ot Katyn, 1978; 5/9, 11-16 
(9/1978) 


Grynberg Henryk, Verses trom America, 
1979; 6/9,16-20 (11/1979) 
Wiersze. 


Gutowski Antoni, Mankind at the tur- 
ning point, 1975; 2/5, 3-11 (1-2/1975) 
Dot. "Drugiego Raportu" oprac. przez Klub Rzy- 
mski na temat perspektyw rozwoju ludzkości. 


Heller Michał, Are the Russian and the 
Soviet languages identical? 1979; 6/10, 
3-10 (12/1979) 
Heller Michał, .. The Gulag Archipela- 
go" ot Aleksandr Solzhenitsyn, 1974; 
1/3,5-22 (3/1974) 
[Heller Michał], In The Soviet Press 
(excerpt), 1975; 2/5, 11-23 (1-2/1975) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, Brief1y 
aboutbooks, 1976; 3/2,13-20 (12/1975) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In and 
around Soviet Press, 1974; 1/4, 5-18 
(wybór z 9/1973-3/1974) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In and 
around Soviet Press (2), 1975; 2/2, 3-24 
(wybór z 9-11/1974) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press, 1975; 2/9, 10-21 (9/1975) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press, 1975; 2/10,9-23 (9/1975) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press, 1976; 3/2, 3-13 (12/75) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press, 1976; 3/9-10, 14-26 
(11/1976) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press, 1978; 5/2, 3-13 (1- 
2/1978) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (an excerpt), 1978; 5/4, 
16-18 (3/1978) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpt), 1974; 1/6, 19-22 
(4/1974) 


[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpt), 1974; 1/7, 18-20 
(6/1974) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpts), 1975; 2/4, 20-26 
(1-2/1975) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpts), 1977; 4/2, 12-22 
(1-2/1977) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpts), 1977; 4/10, 1-20 
(wybór 7-10/1977) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpts), 1978; SIl, 10-17 
(wybór 9,11/1977) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpts), 1979; 6/1, 3-12 
(10/1978) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, In The 
Soviet Press (excerpts), 1979; 6/7, 13-19 
(7-8/1979) 
[Heller Michał] Kruczek Adam, One year 
onite - one year otfight, 1978; 5/2, 13- 
19 (1-2/1978) 
Dot. Andrieja Sacharowa. 


Herling-Grudziński Gustaw, Diary writ- 
ten at night (an excerpt), 1978; 5/6, 15- 
18 (4/1978) 
Dot. m.in. Vincenzo Mario Palrnieri, członka Mię- 
dzynarodowej Komisji Medycznej w Katyniu 
w 1943 roku. 


Herling-Grudziński Gustaw, Diary writ- 
ten at night (an excerpt), 1978; 5/10, 18- 
20 (10/1978) 
Dot. m.in. Aleksandra Zinowiewa i Aleksandra Soł- 
żenicyna. 


Herling-Grudziński Gustaw, Diary writ- 
ten at night (excerpts), 1976; 3/1, 17-19 
(11/1975) 
Dot. m.in. żony A. Sacharowa we Włoszech: Sacha- 
rowa i Orwella. 


Herling-Grudziński Gustaw, Diary writ- 
ten at night (excerpts), 1978; 5/8, 9-10 
(7-8/1978) 


53
>>>
Herling-Grudziński Gustaw, Diary writ- 
ten at night (exeerpts), 1979: 6/2, 17-20 
(1-2/1979) 
Dot. m.in. Karola Wojtyły. 


Herling-Grudziński Gustaw, Diary writ- 
ten at night (exeerpts), 1979: 6/4,13-16 
(1-2/1979) 


[Kisielewski Stefan] Kisiel, A ery in the 
wilderness (an exeerpt), 1979: 6/2, 15- 
17 (12/1978) 


[Kisielewski Stefan] Kisiel, A ery in the 
wilderness (an exeerpt), 1979: 6/8, 13- 
18 (9/1979) 


[Kisielewski Stefan] Kisiel, A ery in the 
wilderness (exeerpt), 1979: 6/4, 16-20 
(1-2/1979) 


[Kisielewski Stefan] Kisiel, Cry in the 
wilderness (magie words ofthe New Mid- 
dleAges), 1979: 6/10,11-17 (12/1979) 
[Kisielewski Stefan] Kisiel, My prop- 
hecy, 1978: 5/1, 3-10 (11/1977) 
Losy Europy Wschodniej za 30-50 lat. W odpo- 
wiedzi na artykuł S. T. Cohena w "Der Stern" . 


Kołakowski Leszek, On the margin of 
the latest A. Sakharov's book, 1976: 3/1, 
3-14 (12/1975) 


Ledóchowski 
perspeetives, 
8/1976) 


Włodzimierz, Afriean 
1976: 3/8, 3-15 (7- 


Ledóchowski Włodzimierz, A light at 
the end of a tunnel, 1979: 6/5, 3-20 
(5/1979) 
Sytuacja światowa pod kątem zbrojeń. 


Lichten józef, A letter to Gerald Green, 
1978: 5/9,16-20 (9/1978) 


Łobodowski józef, Alexandr Galiez, 
1978: 5/7, 4-9 (5/1978) 
Zawiera fragmenty tekstów poetyckich Galicza. 


The measure of responsibility, 1975: 
2/9,8-10 (9/1975) 
List rosyjskich dysydentów na temat odpowie- 
dzialności sowieckiej za 17.IX.1939 roku i Katyń. 
Podpisali: ]. Brodski, A. Wokoński, A. Galicz, N. 
Korzawin, W. Maksirnow, W. Niekrasow, A. 
Siniawski, A. Sacharow. 


54 


[Micewski Andrzej] jagła Ryszard, Opti- 
mism of a pessimist (exeerpt), 1979: 6/2, 
3-15 (12/1978) 
Dot. sytuacji politycznej w Polsce. 


Michnik Adam, "Vlve la Pologne! ", 
1977: 4/6, 4-13 (Ruch oporu, Paryż 1977, 
Bibl. "K" 276) 
Artykuł dla "Le Monde" na temat powstania opo- 
zycji w Polsce ijej oczekiwań wobec Zachodu. 


Mieroszewski juliusz, Bygones & ex- 
peetations, 1975: 2/4, 3-20 (1-2/1975) 
Perspektywy wojny nuklearnej. 


Mieroszewski juliusz, Clausewitz or "Big 
Brother"?, 1976: 3/7, 1-21 (4/1955*) 
Artykuł sprzed 21 lat przewidujący przyszły świat w 
konfrontacji nuklearnej. 


Mieroszewski juliusz, Food for thought, 
1974: 1/8,3-22 (6/1974) 
Chrześcijaństwo-socjalizm. Problemy sprawiedli- 
wości społecznej. Sowiecka odmiana komunizmu. 


Mieroszewski juliusz, Food for thought 
(2),1975: 2/1, 3-21 (6/1974) 
Kryzys naftowy. Stosunki amerykańsko-sowieckie. 
Moralność w polityce - Watergate. 


Mieroszewski juliusz, Food for thought 
(3) (exeerpts), 1975: 2/7, 1-25 (5-6/1975) 
Sowiecka ekonomia. Perspektywy rozwoju gospo- 
darczego Europy Środkowo-Wschodniej. Wietnam, 
USA, Chiny. 
Mieroszewski juliusz, Silenee is not al- 
waysgolden, 1974: 1/5,5-21 (11/1973) 
Stanowisko świata zachodniego wobec problemu 
praw człowieka w Związku Sowieckim. 


Morawski Dominik, Correspondenee 
from Rome (an exeerpt), 1978: 5/8, 3-8 
(7-8/1978) 
Dot. przepowiedni Lenina z 1924 roku na temat 
katolicyzmu. 


Morawski Dominik, Correspondenee 
from Rome (exeerpt), 1976: 3/2, 20-22 
(1-2/1976) 
Dot. m.in. Eleny Sacharow i wyrzutów sumienia 
zachodnich demokratów. 


Jedyny tekst sprzed roku 1973. Warto za- 
uważyć, że tłumaczenie na angielski tego właśnie 
artykułu Mieroszewskiego postulował ]. Giedroyc 
już w 1955 roku - patrz: ]. Giedroyc, ]. Miero- 
szewski, Listy, T 2, s. 57.
>>>
Morawski Dominik, Correspondence 
trom Rome (excerpts), 1977; 4/2, 9-12 
(1-2/1977) 
Powstanie i rozpad ugrupowania "Znak". 


[Morawski Dominik], D. M., America 
and Balts, 1975; 2/8, 14-16 (7-8/1975) 
Amerykańska polityka wobec krajów bałtyckich. 


Możejko Edward, Sketches relating to 
the physiology ot contemporary despoti- 
sm, 1978; 5/7, 10-18 (5/1978) 
Dot. książki Efirna Etkinda Zapiski niezagowor- 
szczika (London 1977). 


Nowak Jan, The Third World War 
(Excerpts), 1977; 4/3, 1-19 (3/1977) 
Globalna wojna ideologiczna i rola rozgłośni ra- 
diowych RWE i Głosu Ameryki. 


Nowak Jan, The Third World War 
(Conclusion), 1977; 4/4, 1-18 (3/1977) 
Nowak Jan, Third World War - A con- 
tinuation, 1979; 6/9, 3-16 (11/1979) 
Osadczuk Bohdan, A letter trom Shan- 
ghai (slightlyabridged), 1979; 6/1, 3- 
12 (12/1978) 


Osadczuk Bohdan, News trom The 
Ukraina, 1976; 3/8, 15-20 (7-8/1976) 
Osadczuk Bohdan, Whats happening in 
Germany, 1978; 5/6, 3-15 (3/1978) 
Perzanowski Lucjan, The Cuban Phe- 
nomenon, 1977; 4/6,14-23 (6/1977) 
Kontrowersyjna ocena perspektyw normalizacji 
w stosunkach USA-Kuba. 


Powolny Antoni, A letter trom Warsaw 
(an excerpt), 1979; 6/10, 18-20 
(12/1979) 
[Skalmowski Wojciech] Broński M., 
The tra vel ot De Custine to Russia, 
1976; 3/5, 3-10 (3/1976) 


Sniehirov Hilij, An Open letter to the 
USSR Go vemm en t, 1978; 5/1, 17-20 
(9/1977) 
Zrzeczenie się obywatelstwa sowieckiego przez 
pisarza ukraińskiego. 


Terlecki Tymon, American experiment 
ot "multiculture", 1979; 6/3, 3-20 (1- 
2/1979) 


Dot. dyskusji na temat "Cultural Pluralisrn and 
Education" zorganizowanej przez The Center for the 
Study of Dernocratic Institutions w Chicago. 


Terlecki Tymon, American experiment ot 
"multiculture" (conclusion), 1979; 6/4, 
3-13 (1-2/1979) 
[Unger Leopold] B., From Malthus to 
Mansholt, 1974; 1/7,3-17 (6/1974) 
Problemy przeludnienia i nędzy na świecie. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, Angola, 
1976; 3/4,1-22 (3/1976) 
Obecność Kubańczyków w Angoli. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, As seen 
trom Brussels, 1976; 3/5, 10-20 (4/1976) 
Dot. m.in. premiera Francji]. Chiraca. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, As seen 
trom Brussels, 1977; 4/5,1-22 (4/1977) 
Dot. m.in. stosunku Zachodu do Sowietów. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, As seen 
trom Brussels (excerpts), 1978; 5/8, 11- 
20 (7-8/1978) 
Dot. Argentyny. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, As seen 
trom Brussels and trom... Belgrade, 1978; 
5/5,3-22 (4/1978) 
Dot. konferencji belgradzkiej. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, As seen 
trom Brussels and Washington, 1978; 5/3, 
3-20 (1-2/1978) 
Dot. stosunków sowiecko-amerykańskich. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, Bitter 
com, 1973; 1/1, 1-15 (12/1972) 
Dot. m.in. sowieckich zakupów zboża w USA. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, An episode 
trom... "Kissynin and Dobrysinger", 
1975; 2/8,13 (3/1975) 
Dot. stosunków politycznych ZSSR-USA. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, The hun- 
dred first flower, 1977; 4/1, 1-25 
(11/1976) 
Dot. XI. Zjazdu Komunistycznej Partii Chin. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, The or- 
phans ot Helsinki (an excerpt trom Bruk- 
selczyk's "As seen trom Brussels "), 1979; 
6/8,18-20 (9/1979) 
Europa po Konferencji w Helsinkach. 


55
>>>
[Unger Leopold] Brukselczyk, Mirages 
andphantoms, 1974: 1/6,5-18 (4/1974) 
Dot. m.in. handlu bronią. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, S - 
2620 and SU - 1974, 1975: 2/3, 3-21 
(1-2/1975) 
Dot. m.in. emigracji Żydów z ZSSR. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, Tete a te- 
te with a mummy (excerpts), 1976: 3/1, 
14-17 (12/1975) 
Dot. m.in. Konferencji w Helsinkach i wizyty pre- 
zydenta Francji w Moskwie. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, White 
nights in Helsinki, 1974: 1/2, 1-20, I-III 
(9/1973) 
Dot. Konferencji 35 ministrów Spraw Zagranicz- 
nych w sprawie Bezpieczeństwa i Współpracy w 
Europie. 


[Unger Leopold] Brukselczyk, White, 
black and red, 1977: 4/9, 1-18 (7- 
8/1977) 
Dot. krytycznej oceny działalności amerykańskiego 
ambasadora przy ONZ Andrew Jacksona Y oungajr. 


[Wirpsza Aleksander] Kwiatkowska Ja- 
dwiga, Daily life in the Polish People's 
Republic, 1979: 6/8, 3-13 (9/1979) 
WK [Spectator], From diplomatic circles, 
1978: 5/6, 18-20 (4/1978) 
Dot. odwołania z Warszawy arnb. Richarda T. Da- 
viesa. 


Zinoviev Aleksander, Opposition in the 
communistic society, 1979: 6/6, 3-20 
(6/1979)
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


o TEATRZE 
BRONISŁAWA PRZYŁUSKIEGO 


Dobrochna RATAj CZAK OWA (Poznań) 


Wprowadzenie 
Zachowane utwory dramatyczne Bronisława Przyłuskiego łączy wspólny mianow- 
nik. Wyznacza go obecność wielkiego wzoru z kręgu nieklasycznej dramaturgii, o mniej 
lub bardziej epizodycznej konstrukcji i związkach z epiką. Wszystkie sztuki tak czy ina- 
czej znajdują się na osi czasu niewoli, którą kapitan artylerii, Bronisław Przyłuski prze- 
trwał w obozie jenieckim w Murnau, dokąd trafił po kampanii wrześniowej: albo tam 
zostały napisane, z przeznaczeniem dla najsłynniejszej ze scen jenieckich, działającej 
w oflagu VII A, albo są rozwinięciem zrodzonych wówczas pomysłów i projektów. Do- 
robek dramatyczny Przyłuskiego rozpada się na dwie części: w pierwszej znajdziemy 
swoiste wprawki dramatopisarskie, próby (tak zresztą sam je oceniał) o zdecydowanie 
rozrywkowym charakterze, zrodzone z żywego teatralnego zapotrzebowania. Przyłuski 
wchodził w skład stałego zespołu aktorskiego obozowego teatru i pisał dla niego teksty. 
Były to głównie rewie - m.in. Sen (według pomysłu C. Szpakowicza, wrzesień 1940), 
Żona Maharadży (lato 1940), Kłopoty babuni (przeróbka z Prusa, luty 1941), w niektó- 
rych wypełniał jedynie część scenariusza (I to minie, grudzień 1940, Kapryśna Afrodyta, 
luty 1941, Rewia sportowa, wrzesień 1942), do innych pisał tylko piosenki (Kochaj 
i tańcz, grudzień 1941). Jedynym ambitniejszym zadaniem serii była przeróbka Ptaków 
Arystofanesa. Okres pierwszy kończy się z chwilą przybycia do Murnau Leona Schillera, 
który w obozie znalazł się po powstaniu warszawskim. 
Drugą część dorobku Przyłuskiego należy zlokalizować na przeciwległym biegunie 
twórczym, w kręgu teatru ogromnego Schillera. Kluczową tradycję tworzy tu dramatur- 
gia romantyczno-modernistyczna i idea teatru-świątyni. To Schiller sprawił, że poeta 
i stawiający pierwsze kroki dramatopisarz, autor lekkich scenariuszy rozrywkowych 
widowisk, przestał służyć Talii, zaczął Melpomenie. 
Z jego twórczości pozostało pięć utworów dramatycznych i wspomniana przeróbka 
Arystofanesa. Pięć sztuk, zrodzonych w krótkotrwałym wybuchu pasji dramatopisarskiej, 
marzeń o wielkiej sztuce i scenicznego talentu. Jeśli uznać za wprawki rewiowe scenariu- 
sze, przypadające na lata 1940-1944 (pierwsza rewia pochodzi z grudnia 1939), to ciąg 


57
>>>
dalszy, kiedy powstały dzieła dla tego dorobku zasadnicze, obejmuje zaledwie dziesięć 
lat i zamyka się publikacją Hioba (1952) oraz fragmentu Leona I pt. Honoria i Velia 
("Wiadomości" 1954 nr 43). Dziesięć lat, może nawet mniej. Wszak w ankiecie Instytutu 
Sikorskiego z 1957 roku podał, że już w 1950 miał gotowe dwa największe i najważniej- 
sze dramaty, Czas pojednany i Leona 1 Hioba napisał jeszcze w Murnau. Lata następne 
będą wprawdzie wypełnione pracą nad doskonaleniem dwóch pierwszych sztuk, ale zara- 
zem jest to w jakimś sensie czas rujnowania teatralnych złudzeń, przygotowanie do odej- 
ścia, do rezygnacji. Jego wizja teatru okazała się przecież niemożliwa do przyjęcia na 
spętanej wieloma ograniczeniami emigracyjnej scenie. Poznał je na własnej skórze jako 
aktor i autor. W 1957 roku przestał ostatecznie grać, nie ulegając naciskom, by wystąpił 
w sztuce Ryszarda Kiersnowskiego Pan. Nie mógł przyjąć w niej roli, skoro bardzo źle ją 
oceniał. Zresztą tak samo źle oceniał teatr emigracyjny, na który - jako autor - nie 
mógł liczyć. Spektakle czytane - to jedyne, co polski Londyn mógł mu oferować. I na 
co zresztą się zdobył. 
Lata pięćdziesiąte wydają się zatem czasem cyzelacji. Poprawia Czas Pojednany 
(Teatr Czytany 1955) i Leona I (Teatr Czytany 1954), przepracowuje Pastorałkę Mało- 
szowskq (wyd. 1951) dla potrzeb teatru w Mabledon Park Hospital, gdzie był pielęgnia- 
rzem - w ten sposób powstają Kukiełki Bożonarodzeniowe (1954). To wszystko. I zara- 
zem nie wszystko. Przyłuski pisze, wydaje kolejne tomy poetyckie (wybór Obrona mgieł, 
1949, Akord, 1951, Strofy o malarstwie, 1953, Uprosiłem ciemności, 1957), wiele czyta, 
chodzi do teatru, zastanawia się nad Eliotem, nad Brechtem, nad sztukami J arry' ego, 
Becketta, Ionesco, Geneta. Zastanawia się, jak pisać na scenę w czasie, w którym żyje. 
"Teraźniejszość, bo najbliższa, najtrudniejsza jest do rozszyfrowania - Najtrudniej zdać 
sobie sprawę z tego, co się dziś właśnie dzieje - W sztuce - w literaturze - w poezji 
- (H')'" Zanurzony w tradycji, świadomy jej znaczenia, walorów, funkcji uważał, że 
dawność winniśmy zawsze odnieść do teraźniejszości. "Wtedy wyjaśni nam naszą po- 
stawę i pozwoli z dawniej spisanych spięć i roztrząsań wyciągnąć i zastosować 
w światopoglądzie te istotne sprawy, które pomogą nam w wyciąganiu właściwych (naj- 
lepszych) wniosków w naszej twórczości." Chciał korzystać z doświadczeń starych mi- 
strzów, by "zdać sobie sprawę z celu, z początku i końca naszego bytowania - żeby 
znaleźć te punkty, na których można się oprzeć i te prawa, które trzymają sklepienie." 
Jednostka, jej przyszłość i jej przeznaczenie - to zastanawia go przede wszystkim. 
I relacje między wiedzą, religią i sztuką, której materię określa słowo trywialne, acz rze- 
czywiste i nieodzowne - "Niepojęte" 1. 
Przy takim nastawieniu i tego rodzaju przekonaniach jasne się staje, że drugim czyn- 
nikiem powstrzymującym jego pióro stał się kierunek rozwoju światowego dramatu. 
A kierunek ten trudno mu było zaakceptować. Był w pierwszym rzędzie poetą i pozostał 
nim do końca życia, uprawiał dramat poetycki, wyrastający z rudy archetypów, zanurzo- 
ny w sferze wielkich symboli, opierający swój kształt na formach z przełomu wieków. 
Nowość była dla niego pojęciem względnym. "Ludzie próbują czegoś nowego, ale za- 
pominają, że nie można wymyślić ani nowego powietrza - ani nowej wody - ani nawet 
nowego człowieka, a tym bardziej nosorożca." - pisał w 1960 roku po obejrzeniu sztuki 
Ionesco. "Nowe mogą być tylko reakcje, albo spięcia - nawet nie nowe, ale tylko świe- 


1 Wszystkie cytaty pochodzą z listów do Barbary Gaździk. Ten był pisany jesienią 1956. 
Przytaczając fragmenty listów Przyłuskiego zachowuję ich specyficzną, "myślnikową" formę. 
Przyłuski zamiast znaków przestankowych kreśli często myślniki (niezależnie od tego, że pojawiają 
się też one w swej właściwej funkcji). Zostawiam je, oddają najlepiej nerwowy rytm tych listów, 
wyrażają pasję twórczą, są często pospieszną notatką, na gorąco chwytającą ulotną refleksję i prze- 
kazującąją bez troski o styl. 


58
>>>
żo pokazane - czy inaczej zobaczone, z innego punktu widzenia. W teatrze musi być 
człowiek i jego konflikt ze światem, a nie rzut tego człowieka na płaszczyznę chorej 
wyobraźni czy atrakcyjnego, niespodziewanego postawienia jakiejś tezy spoza uczuć czy 
doznań." A po spektaklu Kaukaskiego kredowego koła zanotował: "To właśnie świetna 
robota poetycka - Na starym wątku budować nowy wyraz". (1956). 
Odwieczny tekst, stary wątek, dawni mistrzowie... Przyłuski wzniósł swoją twór- 
czość dramatyczną na fundamencie wielkich wzorów z przeszłości. W tym kręgu znaj- 
dzie się także zachowana przeróbka Arystofanejska, a takie podejście pisarskie scala 
utwory utrzymane w wielkim serio z jedynym zachowanym tekstem w tonie buffo. 
Ustawmy wszystko zgodnie z chronologią: pierwsze miejsce zajmie parafraza Pta- 
ków Arystofanesa, wystawiona w Murnau w marcu 1941 roku. Drugi jest Hiob, we 
wspomnieniach nazwany "misterium wielkopostnym". Powstał w Murnau; Schiller prze- 
czytał, zrobił oprawę muzyczną, może nawet zaczął próby... Nastąpił jednak koniec woj- 
ny i sztukę wydrukowało "Źycie" dopiero w 1952 roku. Dwa kolejne utwory, które wy- 
mieniam teraz ze względu na czas ich publikacji, aktualizują teatr polskiej szopki, gatun- 
kowo to pastorałki dramatyczne, oparte o schemat misterium narodzenia Pańskiego: 
Pastorałka Małoszowska z 1951 oraz Kukiełki Bożonarodzeniowe na podstawie tekstów 
oryginalnych Glogera i Kolberga, Pastorałki małoszowskiej i wspomnień z lat dziecin- 
nych Bronisława Przyłuskiego ułożone z 1954. Z dwu dalszych sztuk, pierwsza stanowi 
mikst repliki moralitetu, misterium pasyjnego i dramatu rodzinnego, to Czas pojednany, 
ukończony w 1950, zaprezentowany w Teatrze Czytanym w 1955, wydany przez Veritas 
w 1985, razem z kolejnym dziełem, nawiązującym do tradycji wielkiego dramatu ro- 
mantycznego i neoromantycznego, Leon I (powstały w 1950, ukończony w latach sześć- 
dziesiątych) . 
Każdy z tych dramatów inaczej projektuje swój stosunek do pierwowzoru, inaczej 
też określa miejsce autora, renowatora i konserwatora form i wartości, inaczej rozwiązuje 
problem dramatycznej struktury. We wszystkich jednak przypadkach Przyłuski dąży do 
dotknięcia tajemnicy, wyrażenia "niepojętego", zawsze "na starym wątku buduje nowy 
wyraz". Komedia Arystofanesa, Księga Hioba, scenariusz polskiej szopki, opartej na 
nowotestamentowym obrazie Bożego Narodzenia, pasja, relacjonująca mękę i śmierć 
Chrystusa, fakt historyczny - spotkanie papieża Leona z wodzem Hunów, Attylą - 
zawsze u podłoża dramatu znajduje się jakaś opowieść, zawsze jego dzieło pozostaje 
palimpsestem, każde odnosi się do istniejącego poza nim wielkiego źródła, a poprzez nie 
- do wielu innych źródeł. Można wręcz sądzić, że najważniejszy w tej twórczości jest 
akt zakorzenienia. 


Arystofanes 
Nie był wdzięcznym partnerem autorskiego dialogu (bo czymże innym jest przecież 
parafraza czy przeróbka?). Działo się tak przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze- 
jego komedie są bardzo starą (choć wcale nie naj starszą) postacią gatunku, wywodzącą 
się zarówno z folkloru, z ludowych fars obyczajowych i parodii mitologicznych, jak 
z archaicznych śpiewów obrzędowych o dwuznacznym charakterze, parodyjnym, saty- 
rycznym, zabawowym i współtworzy je pierwotny żywioł muzyczny, stanowiący wyraz 
wspólnoty, zbiorowego święta, urzeczywistniający się w kształcie komedii. Jeżeli 
w pierwszej masce, w tragedii, do głosu dochodziła jednostka i gatunek na nią był ukie- 
runkowany, zarówno w planie autorskim, jak w planie świata przedstawionego czy od- 
bioru (katharsis jest zawsze indywidualnym przeżyciem), to druga maska, komedia, od 
początku akcentowała swój wspólnotowy charakter, zachowaną na całe stulecia właści- 


59
>>>
wość gatunku 2 . Po drugie - taka genealogia pociągała za sobą specyficzną strukturę, 
luźną konstrukcję o numerycznym charakterze, epizodycznej kompozycji (Stefan Srebrny 
nazywa ją kompozycją szopk ową 3), zdominowaną przez aspekt wykonawczy, przez teatr, 
w pełni wykorzystujący efekty nieprawdopodobieństwa, fabularną beztroskę zabawy, 
umieszczającą realistyczny detal w fantastycznej ramie, rozbudowującą karykatury, za- 
kotwiczone w tradycji komediowej maski - to teatr pozostaje przecież w komedii miej- 
scem akcji. 
Trzecia przyczyna wiąże się z zagubieniem, zapomnieniem starego wzoru. Komedia 
poszła inną drogą, wyznaczoną przez tzw. komedią średnią i nową (Menander) , w stronę 
sztuk obyczajowych, w stronę konstrukcji bardziej zwartych, zwartych nawet wówczas, 
gdy rozluźniały je wymogi teatru. Literacką postać gatunku zdominował model po- 
-Terencjuszowski, na drugim planie trwał model po-Plautowski, silniej złączony ze sce- 
ną, bardziej aktorski niż autorski. Oba jednak zadecydowały o kierunku rozwoju gatunku. 
Wskutek tego obecność Arystofanesa miała walor nieobecności. Do takiego stanu rzeczy 
przyczynił się (po czwarte) współtworzący te komedie splot fantastyki, polityczności, 
parodyjności, szyderstwa i obsceniczności. Nikłą wiedzę na ich temat posiadali jeszcze 
oświeceni, ostrożnie wypowiadający się o ich "nieprzyzwoitościach". Pierwsze polskie 
przekłady powstają w drugiej połowie XIX wieku - pomijając zaginione tłumaczenia 
Feliksa Kółakowskiego, będą to teksty Zygmunta Węcławskiego (Pokój, 1864), Marcele- 
go Mottego (Chmury, 1866), Józefa Szujskiego (Acharnejczycy, Rycerze, 1867, Ptaki 
1891). Na scenie było jeszcze gorzej: jedyna premiera - Rycerzy, w teatrze Stanisława 
Koźmiana (1873) - poniosła klapę - okazała się po prostu nudna 4 . 
Był to "wykastrowany" Arystofanes, pozbawiony siły komicznej, przyrządzony 
zresztą zgodnie z recepturą biedermeieru. Pierwsi bowiem poznali się na nim autorzy 
spod tego właśnie znaku, wcale nie romantycy, choć to romantyzm otworzył oficjalne 
sceny przed nieklasyczną formą. Biedermeier posłużył się jednak Arystofanesem czysto 
instrumentalnie, adaptując do swoich potrzeb wzór epizodycznej komedii z wątkiem 
fantastycznym o polityczno-satyrycznym charakterze i użytkowym przeznaczeniu. Wielki 
satyryk i wspaniały polemista w randze klasyka - oto czego szukali niemieccy dramato- 
pisarze biedermeieru 5 . Ale w Europie Świętego Przymierza trudno było nowym Arysto- 
fanidom, choć przypomnieli oni zapomniany kształt komedii, choć jej stary wzór zaczął 
oddziaływać w różnych kierunkach, np. na wiedeńską komedię ludową lub francuski 
wodewil. Dlatego musiał pojawić się twórca, który z lokalnego zamknięcia wyprowadzi 
żywioł arystofaniczny na szerokie wody kosmopolityczne. I taki twórca się zjawił i wy- 
korzystał w tym celu "gatunek prymitywny i pogodny" - operetkę, zmieniając ją 
w numeryczną bufonerię o prowokacyjnym, satyryczno-politycznym, fantastycznym i za- 
razem frywolnym charakterze. Nazywał się Jacques Offenbach 6 . 
On sprawił, że widownia mieszczańska zaakceptowała arystofanizm w stanie czy- 
stym, odnalezioną po raz wtóry, ahistoryczną, ponadczasową recepturę komiczną, w do- 


2 Zob.: T.G. Georgiades, Das Musikal1sche Theater (1965), [w:] K1eine Schriften. Tutzing 
1977. 
3 S. Srebrny, Teatr grecki i polski, wybór i oprac. S. Gąssowski, wstęp]. Łanowski. Warszawa 
1984 s. 416. 
4 Zob.:]. Starnawski, M. Wichrowa, A. Obrębski, Antyk w Polsce. Część I. Łódź 1992 (rozdz. 
O dziejach Arystofanesa w Polsce) . 
5 Zob.: F. Sengle, "Biedermeierzeit. Deutsche Literatur im Spannungsfeld Zwischen Restaura- 
tion und Revolution 1815-1848", t. 1-3 Stuttgart 1971-1980, zwłaszcza rozdz. "Wzorzec Arysto- 
fanesa" w t. 1 (tłum.]. Kubiak, maszynopis). 
6 Zob.: S. Krakauer, Jacques Offenbach i Paryż jego czasów, przeł. A. Sąpoliński. Warszawa 
1992. 


60
>>>
datku zdominowaną przez żywioł muzyczny. Rzec trzeba, iż właśnie dzięki temu żywio- 
łowi arystofanizm wrócił do teatru. Teraz mogli się nim zainteresować autorzy bulwaro- 
wi, którzy nagminnie stosowali praktykę adaptacji. Przeróbka Lizystraty Maurice Don- 
nay'a, repryza starszej przeróbki E-B. Hoffmanna, otworzyła przed odnowionym Arysto- 
fanesem drogę na mieszczańskie sceny (1892). W 1895 roku teatr krakowski wystawił 
sztukę Donnay'a w opracowaniu Koźmiana, a premiera wywołała burzę. Była to adapta- 
cja piętrowa, również doskonale znana komercyjnej scenie. Taki sam charakter miały 
Ptaki Bernarda Zimmera, zaadaptowane przez Tuwima w 1933 roku. Wcześniej Adolf 
Nowaczyński napisał na wątkach trzech komedii swą antysanacyjną satyrę Warchoł i Mi- 
roluba (1928), wykorzystując inną drogę Arystofanidów, drogę arystofanejskich colla- 
ges 7 . Kolejną wskazały spektakle Akademickiego Koła Miłośników Dramatu Klasyczne- 
go przy Uniwersytecie Jagiellońskim - wystawienia przekładów sztuk oryginalnych, to- 
rujące im drogę na sceny (tu m.in. zagrano Ptaki w przekł. Butrymowicza, w 1907 roku). 
Można powiedzieć, że dla dwudziestowiecznego teatru ocaliły Arystofanesa trzy 
czynniki. Pierwszym okazała się literackość przekładów (u nas początkowo głównie 
Cięglewicza, Butrymowicza, potem Srebrnego i in.), utrwalająca jego kanoniczną pozy- 
cję w literaturze dramatycznej. Było to zresztą swoistym paradoksem - wszak z teatral- 
nego punktu widzenia, jeśli uwzględnimy dominujące wykonawcze nastawienie tych 
komedii, kanoniczność pochodzić będzie z innej - właśnie literackiej - rzeczywistości. 
Czynnikiem drugim było dążenie reformatorów teatru do zbudowania świadomości auto- 
nomicznej tradycji sztuki scenicznej, w której Arystofanes mieścił się doskonale; trzeci 
czynnik - to osoba reżysera. On bowiem, podpisując afisz, brał na siebie odpowiedzial- 
ność za teatralny kształt Arystofanejskiej adaptacji. On też dawał gwarancję zachowania 
artystycznego charakteru przedsięwzięcia. A tego właśnie wymagała pozycja Arystofane- 
sa jako klasyka komedii, klasyka jakże nieklasycznego. Wszak stanowił on "żywy" do- 
wód na to, że w klasycznym okresie greckiej sztuki komedia była tworem dalekim od 
tego, co przywykło się uważać za klasyczny ideał. Zajmując odrębne, zaszczytne miejsce 
w dramatyczno-teatralnym Panteonie, nobilitował nieklasyczną tradycję teatru, choć 
warto zdać sobie sprawę z tego, że był niezwykle kłopotliwym klasykiem/nieklasykiem, 
oferującym współczesności atrakcyjną w swej odmienności, acz wcale niełatwą do pod- 
jęcia, szansę repertuarową. 
Zainteresowanie Przyłuskiego Arystofanesem objawiło się w specyficznych warun- 
kach, w których jednak można dopatrzyć się pewnych analogii do trudnych okoliczności 
powstania pierwowzoru. Wojna, oflag, teatr obozowy, który stanowił jeden z możliwych 
farmakonów na lęki i frustracje osadzonych tu jeńców i zarazem sposób zabicia czasu - 
stwarzały sprzyjający moment dla takich aktów renowacji, premiując czystą zabawę 
teatralną. Z drugiej strony rzecz biorąc Arystofanes nie oferował nikomu niewinnej roz- 
rywki. Polityczność jego komedii wydaje się niemal ponadczasowa, mimo iż polityka to 
właściwość jedynie chwili teraźniejszej. W tym względzie Ptaki stwarzały pewne możli- 
wości. Jest to bowiem komedia o dwóch takich, którzy poszukiwali w chmurach idealne- 
go państwa. I tworząc je - spreparowali kopię tego, z którego uciekli. Ale Przyłuski 
tych możliwości nie wykorzystał. 
Jego przeróbka w żadnym wypadku nie udaje przekładu oryginalnego tekstu. Być 
może zresztąjej autor został przypadkowo uwikłany w Arystofanejskie sprzeczności, (nie 
znamy wszak okoliczności powstania parafrazy), czynnikiem decydującym o wyborze 
mogła się okazać numeryczność i rewiowa struktura komedii. 


7 Inaczej wyznacza typy działań A. Szastyńska-Siemion, zob.: Adaptacje tekstów Arystofane- 
sa. Polska: wiek XX, [w:] Siew Dionizosa. Inspiracje Grecji antycznęj w teatrze i dramacie w Eu- 
ropieŚrodkowęj i Wschodnięj. Rekonesans, pod red.]. Axera i Z. Osińskiego. Warszawa 1997. 


61
>>>
Haft Przyłuskiego na kanwie Arystofanesa jest haftem uwspółcześniającym i likwi- 
datorskim zarazem. Wszystko już się zdarzyło. Istnieje Rzym, "miasto gęsie", umierają 
bogowie, choć wciąż żądają od ludzi należnych im ofiar, a dwaj główni bohaterowie to 
sympatyczne łotrzyki, spotykane w każdym miejscu i czasie. Konstrukcja sztuki uległa 
poważniej zmianie, chór pojawia się tylko czasami, zniknął agon, szereg scen tworzy 
dwie części komedii, która stała się zabawnym, fantastycznym obrazkiem, o wymowie 
uniwersalnej fantastycznej przypowiastki. Pozbawionej ostrości, budzącej śmiech, czystej 
bufonerii. Przyłuski nie zawraca sobie głowy oryginalnym rytmem wiersza, bez ceremo- 
nii wyrzuca szereg ustępów, skraca, wydaje się wręcz, że chciał być niewierny wobec 
oryginału, chciał pokazać, jak niewiele zostało nam dziś z prawdziwego Arystofanesa. 
Przeplata wiersz i prozę, wprowadza piosenki, jego przeróbka nie ukrywa swych od- 
stępstw od starego wzoru, proponuje działania transgeniczne i transpozycyjne, zmierza 
w stronę współczesnej, kostiumowej, muzycznej rewii. 


Hiob 


Hiob został w druku przez autora nazwany misterium, we wspomnieniach - miste- 
rium wielkopostnym. Taka kwalifikacja gatunkowa pociągała za sobą istotne konsekwen- 
cje. Wiadomo bowiem, że misteria - w swej najbardziej klasycznej spośród nieklasycz- 
nych postaci gatunku, tj. w misteriach średniowiecznych - to sztuki tematyzujące ta- 
jemnice wiary i w tym celu wykorzystujące materiał biblijny lub apokryficzny. Termin 
w użyciu modernistów posiadał niejedno znaczenie i niejedną pełnił funkcję. Po pierwsze 
stanowił znak historycznej formy epicko-dramatycznej, po drugie był ahistoryczną nazwą 
widowiska religijneg0 8 , po trzecie przekształcał się wtedy w kategorię estetyczną, stabili- 
zowaną światopoglądowo. Samo zjawisko natomiast zmieniło się w mit teatru, a w dra- 
matopisarskiej praktyce moderny i lat dwudziestych stało się krzyżówką różnogatunko- 
wych elementów: misteryjnych, moralitetowych, tragediowych, farsowych. Wyjaśniam, 
że chodzi mi o tzw. starą, więc przed mieszczańską farsę, fenomen wielogatunkowy, obej- 
mujący takie średniowieczne odmiany" wesołego teatru", jak les dits, wesołe kazania czy 
sotties, potem rozmaite bufonerie, parodie, burleski, jednoaktówki, tzw. małe sztuki etc. 
Czas chyba przyjąć do wiadomości, że de facto na przełomie wieków na dawnych 
fundamentach powstał nowy gatunek, zachowujący stare nazwy, znamienny dla dwudzie- 
stowiecznych form dramatyczno-teatralnych wieloskładnikowy mikst, umożliwiający 
autorom wybór elementów z martwych już gatunków epok minionych oraz jednego, 
u nas wciąż uprawianego - szopki Qasełek). Często autorski splot jest tak ciasny, że 
trudno się zdecydować na jedną gatunkową etykietę. Składniki wielu gatunków wystę- 
pują na różnych planach utworu, przecinają się, łączą, dopełniają. 
Z historycznej postaci i funkcji misterium Młoda Polska zachowała obecność 
w dziele tajemnicy Boga (wiary), rozważanej wobec widowni i przedstawianej na trój- 
kondygnacyjnej scenie, w przynależnym mu obramowaniu estetycznym, z zachowaniem 
decorum, przy użyciu odpowiednich modi. Tajemnica wymagała przecież specyficznego 
podejścia nie tylko dla ułatwienia jej dotknięcia, także dla utrudnienia tego dotknięcia. 
Przecież musiała zostać tajemnicą, co więcej - świętą tajemnicą, na którą trzeba było 
narzucić przesłonę wysokiego stylu, patosu, archaizowanego słowa, alegoryczno-sym- 
bolicznego sposobu przedstawiania, metaforyczności sytuacji, przypowieści traktowanej 
jako jeden z możliwych typów organizacji fabuły, ironii tragicznej. Wszystko winno tu 


8 A. Ziołowicz, "Misteria polskie". Z problemów misteryjności w dramacie romantycznym 
i m1odopo1skim. Kraków 1996 s. 9. 


62
>>>
podnosić duchowy walor słowa, stylizowanego na słowo objawione. Także w tym sensie 
teatr świecki przemienić się miał w świątynię. 
Kreacja bohatera ujawnia moralitetowy rodowód Hioba Przyłuskiego; jest on wciele- 
niem Każdego (można go nawet zobaczyć poprzez Iwaszkiewiczowskiego Quidama). 
Ale ten Każdy ma za sobą doświadczenia współczesności. Jego dialog z Bogiem pisany 
jest z perspektywy tyleż uniwersalnej co partykularnej, to człowiek ciężko doświadczony 
i cierpiący. A funkcję cierpienia pojmował Przyłuski w sposób szczególny, wszak "tylko 
dzięki cierpieniom ziemia uszlachetnia się lub inaczej rządzi się swoimi prawami" (list 
z 1956 roku). W utworze pobrzmiewają echa Jungowskie - Aiona (1951) i opublikowa- 
nej wkrótce potem Odpowiedzi Hiobowi (1952). Co znamienne - są to echa prawie 
gnostyckiego moralitetu, pytającego o zagadkę istnienia zła. 
W biblijnej przypowieści, którą Przyłuski modyfikuje, Hiob stoi na scenie świata 
niejako w sposób naturalny. W jego utworze ta naturalność przekłada się na trójkondy- 
gnacyjną scenę misteryjną, znak teatru-świata, tak doskonale zakorzeniony w dramacie 
różnych epok, tak częsty w epoce modernizmu. Nośność teatralnej metafory wykorzy- 
stywało wielu autorów. Przyłuski konstruuje jednak swą sztukę niczym oratorium, gdy 
liczy się przede wszystkim usytuowanie głosów-instrumentów, a wielopoziomowość 
teatrum sygnalizuje przestrzenne rozłożenie dźwięków. Głos Boga nie płynie z nieba, 
wypełnia cały stworzony na scenie świat, pozostając znakiem wszechobecności 
i wszechmocy Jahwe. Z nieba (z najwyższej kondygnacji) dochodzą głosy aniołów; Sza- 
tan (tradycyjnie) odzywa się z dołu. Znaczenie takiego usytuowania postaci wyraziście 
dookreśla ich funkcja; w tym planie naj istotniejsza okaże się konfrontacja głosu Hioba 
i głosu Boga. Projekt ogranicza znaczenie wzroku widza, przenosi większą część odbioru 
na sferę audialną. Bóg przecież jest Logosem, jego moc objawia się tu poprzez wypowie- 
dziane słowo, poddanie się jej wyrażają psalmy i litanie. 
Teatralność zostaje ujęta w epicką ramę; przekaz biblijny jest wszak pierwotny, 
a realizacja dramatyczna posiada walor kopii; misterium realizuje się więc w 12 epi- 
zodach-Sprawach, a partie narracyjne prowadzą nas konsekwentnie do dramatycznego 
starcia między ludźmi oraz między Hiobem i Bogiem. Finał ma walor skondensowanej 
relacji z przyszłego szczęśliwego życia bohatera. 
Pod piórem Przyłuskiego dramatyczna (w podwójnym sensie) opowieść o Hiobie ma 
charakter nieludzkiego eksperymentu, który trudno zracjonalizować. Odpowiedź na pyta- 
nie o jego sens zostaje zawieszona (należy przecież do odbiorcy), choć można uchwycić 
jej przesłanki, zbliżone do gnostyckiego rozwiązania Junga: w historii Hioba brzmi za- 
powiedź odkupienia. Ale odbiorca ma nie tyle obejrzeć tragedię Hioba, ile musi ją 
w pierwszym rzędzie usłyszeć. Narracja (Opowiadacz, pojawiający się w kilku Sprawach 
- w 5,6,9 i 12, w innych zastąpiony przez Chór Aniołów - Sprawa 1,2,4,8,10,11 lub 
relacje Posłów - Sprawa 7) przesuwa tę tragedię poza scenę. Na scenie zaś znajdzie się 
przede wszystkim miejsce dla słów wyrażających wielkość Boga, dla sytuacji kuszenia 
Boga przez Szatana i dwóch ważnych dyskursów - pomiędzy ludźmi i między Hiobem 
a Bogiem. 
Przyłuski wyostrza przypadek Hioba: Bóg ulega Szatańskiej pokusie; w jej wyniku 
Hiob (niczym u Junga) pozna na własnej skórze niewyjaśnialną rozumowo antynomicz- 
ność Jahwe 9 ("pokaż, czemu mnie tak sądzisz"); jego optymistyczna, naiwna wiara 
w Boską sprawiedliwość legnie w gruzach, zawali się uporządkowany i piękny świat 
człowieka, który z pełną ufnością oczekiwał od Boga pomocy przeciwko niemu same- 
mulO. Hiob Przyłuskiego nie toczy zwykłego sporu z Bogiem - on go pozywa na sąd 


9 C. G. Jung, Odpowiedź Hiobowi, przeł.]. Prokopiuk. Warszawa 1995 s. 194. 
10 Tamże, s. 192. 


63
>>>
i - przegrywa. Niezasłużona kara okazuje się ceną za szczęśliwą przeszłość i równie 
szczęśliwą przyszłość. Ta ostatnia będzie możliwa jedynie po uiszczeniu zapłaty w poko- 
rze i pokucie, dzięki wycofaniu się bohatera na pozycję grzesznego prochu. 
Historia Hioba współbrzmi z tragediami niedawnej wojny, z osobistymi dramatami 
uchodźców. Przyłuski publikuje ją w sytuacji, gdy trwa zimna wojna, gdy od dwu lat 
toczą się walki w Korei, a polscy emigranci, którzy stracili przecież wszystko, wyszli 
z wojny okaleczeni fizycznie i duchowo, usiłują znaleźć jakieś miejsce w "nowym, 
wspaniałym świecie" Zachodu, wywalczyć sobie w nim przyszłość. W tym kontekście 
zapowiedź zbawienia, Boskiej ochrony i opieki mogłaby zyskać wydźwięk niemal opty- 
mistyczny, jeśliby nie brać pod uwagę ostatecznej przegranej Hioba, to jest po prostu 
przegranej Człowieka. 
Źadne dostatki i dobra nie wrócą mu tego, co utracił, nie dowie się, dlaczego tak 
został potraktowany, czemu służyło jego cierpienie; pytanie o Boską sprawiedliwość nie 
tylko pozostaje bez odpowiedzi, więcej - wydaje się wysoce niestosowne. Hiob może 
uczynić jedno: ukorzyć się przed Bogiem i uznać swą grzeszność. W przeciwieństwie do 
Hioba Junga daleko mu do zwycięstwa 11. Hiob Przyłuskiego wychodzi z konfrontacji 
pokonany. Bóg go "nierównym sądem utrapił", potraktował niczym przedmiot, cóż stąd, 
że był on w Jego ręku "złotem w ogniu". Człowiek przyjmuje jednak w pokorze boski 
wyrok, by doznać rekompensaty w wielbłądach, owcach, wołach, osłach i czeladzi. 
W synach i córkach, w pełni swych przyszłych dni. Tak właśnie przedstawia się przesła- 
nie sztuki. Z perspektywy Hioba widać, że współtworzy ją modus tragiczny i można ją 
potraktować jako tragedię ujętą w kształt misterium, tragedię ukazującą niewolnikowi 
boskiej mocy - jego miejsce i jego kondycję. Jeśli jednak spojrzymy na utwór z per- 
spektywy finału, zamykającego Hiobowe doświadczenia, okaże się, że działa tu jeszcze 
jeden modus - melodramatyczny. Zgodnie z nim dobro zostaje nagrodzone, zło ukarane. 
Oba modi współpracują ze sobą i nie jest to - w literaturze dramatycznej - rzecz wy- 
jątkowa. Modus jako czynnik estetyczny jest tu Qak zwykle) pomostem między sceną 
a literaturą, wcieleniem-wykonaniem a dramatycznym scenariuszem spektaklu, charakte- 
ryzuje tonację i stopień harmonii dzieła, określa relacje między tematem i realizującą go 
formą. Tyle że to jeszcze nie wszystko. Na boku pozostaje bowiem czynnik dla miste- 
rium najważniejszy, zapewniający gatunkowi rację bytu - tajemnica wiary, tajemnica 
Boga i zarazem tajemnica Człowieka. W ostatecznym efekcie okaże się ona niepozna- 
walna, słowo dramatu nie oferuje nam szansy jej przeniknięcia, nie niesie żadnej wiedzy 
- wszystko zaciemnia. 
Jeślijednak przyjrzymy się tekstowi z konstrukcyjnego punktu widzenia, rzecz okaże 
się wcale inna. Oto bowiem Hiob Przyłuskiego spełnia niektóre uwarunkowania ponad- 
czasowego modelu bohatera 12 ; cechuje go zatem boskość urodzenia (należy wszak do 
grona dzieci Bożych), poddany zostaje coraz dotkliwszym próbom wytrzymałości, prze- 
żywa swoistą konfrontację ze śmiercią - wprawdzie nie zstępuje fizycznie do otchłani 
(np. jak Odyseusz), niemniej czyni to duchowo - musi wszak przeżyć utratę rodziny, 
samotność, alienację ze swego środowiska, zagrożenie własnego życia; po konfrontacji 
z przyjaciółmi czeka go konfrontacja z Bogiem i wreszcie finałowa apoteoza, gdy znów 
rozkwita, ożywając niczym feniks, który przecież należy do symboli solarnych. 
Zawarta w słowach Jahwe zapowiedź odkupienia nie tylko anonsuje nadejście Chry- 
stusa, w równie istotnym stopniu każe zwrócić uwagę na posiadaną przezeń moc - mo- 
tywowaną aktem stworzenia moc odebrania życia i moc jego przywrócenia, więc to, cze- 


11 Tamże, s. 90. 
12 Zob.: Companion to Literary Myths, Heroes and Archetypes, ed. by P. Brunel. London-New 
York 1992 s. 557 nn. 


64
>>>
go doznał Hiob. Jego los, los Każdego, jest przecież swoistą prefiguracją losu Chrystusa. 
Zarazem jednak w zapowiedzi Jahwe pojawia się szczególna, tajemna więź między Bo- 
giem a człowiekiem, stanowiąca najwyższy punkt chrześcijańskiej duchowości. 
Hiob jest postacią poruszającą się w jednym kierunku - w kierunku poznania praw- 
dy a razem z nim podążają tam także widzowie. Dzieje się tak wszakże do pewnego mo- 
mentu, do chwili, w której tajemnica Boga okaże się nieprzenikalna. I żądać będzie od 
człowieka wyłącznie wiary; tak wiele - i zarazem tak mało. Tylko bowiem wiara stano- 
wić może odpowiedź na tajemnicę. Jedyną możliwą odpowiedź. 
Istotnym czynnikiem dramatotwórczym pozostaje dla Przyłuskiego niezmienność 
opowiadanej historii, schemat ludzkiego losu wypełnia się zawsze tak samo, niezależnie 
od uczuć, refleksji, dążeń, które objawią się podczas drogi, wiodącej do ostatecznego 
poddania. Intencją autora jest podporządkowanie się przypowieści, zakładającej paradok- 
salny tryumf Boga i jednocześnie dwuznaczny tryumf człowieka. Hiob Przyłuskiego 
zamyka się dwoistym, wewnętrznie sprzecznym rozwiązaniem, szczęśliwym i nieszczę- 
śliwym zarazem, optymistycznym i pesymistycznym, pozytywnym i negatywnym. 
W akcie jego poddania zawiera się jakże ludzka dwoistość dążenia do rozpoznania 
i niemożności rozpoznania. Akt ufności i wiary staje się jedynym rozwiązaniem. Dla 
każdego wcielenia Każdego. 


Pastorałki 
W analogiczny krąg inspiracji wiodą nas pastorałki Przyłuskiego. Pastorałka - pieśń 
pasterska sławiąca Boże Narodzenie, to forma wywodząca się zapewne z dramatyzowa- 
nych dialogów Bożonarodzeniowych XVI i XVII wieku 13 , w polskiej tradycji ściśle 
związana z bogatym nurtem pieśniowym skoncentrowanym na Bożym Narodzeniu 
i szopkową prezentacją tych narodzin, która od XIII wieku powoli wchodziła w krąg 
religijnych widowisk. Scalenie tych dwu linii, literackiej i widowiskowej, zrodziło pasto- 
rałkę dramatyczną, dookreśloną w wieku XVIII przez sentymentalizm, w XIX przez 
idyllizm, właśnie wtedy stający się kategorią estetyczną. 
Tematyczne centrum nie-dramatycznych pastorałek stanowił Qak w pokrewnych 
kolędach) tryptyk zdarzeń, zaczerpniętych z Nowego Testamentu, więc narodzenie, po- 
witanie, objawienie, choć punkt widzenia i typ obrazowania różnił się w sposób istotny 
od ujęć kolędowych. W kolędach-hymnach bowiem opiewano wielkość Boga, w kolę- 
dach-kołysankach - niemowlęctwo człowieka, zaś pastorałki - realistyczne i świeckie, 
koncentrowały się na okolicznościach świętych narodzin, na biednym macierzyństwie, 
lokalnym wymiarze czasoprzestrzeni, na radości i darach zwykłych ludzi, kontrastowa- 
nych ze wspaniałymi darami tych niezwykłych. Formowały je antytezy - wielkości 
i małości, boskości i człowieczeństwa, nieskończoności i skończoności, ujęć lirycznych 
i komicznych, realistycznych i mistycznych. Wszystko to przejęła z dobrodziejstwem 
inwentarza pastorałka dramatyczna. 
Rozproszone w wielu tekstach elementy połączyła w całość linią akcji, opartej na 
niezmiennym schemacie, zamkniętym w układzie trójkowym. Otwierało ją uzasadnienie 
konieczności odkupienia (grzech Adama i Ewy), oczekiwanie odkupienia i zwiastowanie 
(to pierwsza trójka zdarzeń), potem następowała droga do Betlejem, narodziny i pokłon 
pasterzy (trójka druga), epizod z Herodem i rzezią niewiniątek, hołd Trzech Króli 
i ucieczka do Egiptu Świętej Rodziny (trójka trzecia). Powstawał szereg zdarzeń moty- 
wowanych nie dramatycznie lecz epicko (źródłem był Nowy Testament) i transcenden- 


13]. Lewański, Dramat i teatr średniowiecza i renesansu w Polsce. Warszawa 1981 s. 154 nn; 
J. Smosarski, Dialog na Boże Narodzenie (problemy ewolucji), Roczniki Humanistyczne 1964 z. 1. 


65
>>>
talnie, a w tym szeregu szczególna rola przypadała zwykle cząstce Herodowej. Można ją 
było potraktować jako swoistą perypetię, ale i jako grę (spiel), nawet rodzaj barwnego 
intermedium. Fabuła wypełniająca schemat posiadała strukturę klockową (epizodyczną), 
a poszczególne jej fragmenty poddawały się nader ograniczonej modyfikacji: prezento- 
wana historia miała wszak walor niezmienności, choć pozostawała powtarzalna. O trwa- 
łości układu decydowały stałe elementy formalno-treściowe. 
Pastorałka wchodzi w skład wielokształtnego teatru polskiej szopki, stanowi scena- 
riusz widowiska zwanego wymiennie kolędowym przedstawieniem dramatycznym, Bo- 
żonarodzeniową szopką kolędową, jasełkami, misterium Bożonarodzeniowym 14. Przybie- 
rała postać literacką (utrzymywaną w różnych odcieniach tematyczno-estetycznych, 
takich jak szopka patriotyczna czy satyryczna) lub folklorystyczną, chociaż na dobrą 
sprawę spośród wszystkich źródeł i dopływów kolęd i pastorałek, takich jak Stary i Nowy 
Testament, rok liturgiczny, poezja pasterska, komedioopera - najsłabiej w sferze słowa 
(w muzyce jest wręcz przeciwnie) reprezentowany jest właśnie folklor l5 , dopiero wtórnie 
tu powracający. 
Wiek XIX zmitologizował teatr polskiej szopki. Podłoże mitu stanowiła Literatura 
Słowiańska Mickiewicza, który uznał tę "starożytną poezję polską" za "świętość narodo- 
wą, przez swą wzniosłość niedostępną krytyce". Autorytet literacki wsparł autorytet 
duchowny biskupa mohylewskiego, Ignacego Hołowińskiego, który stwierdził wyższość 
tych "dzikich polnych kwiatów" wyrosłych z narodowości i wiary nad całą literaturą 
Oświecenia. "Kanonizacji" dopełnił Stanisław Tarnowski, traktując teatr polskiej szopki 
jako pierwotne, naiwne i narodowe widowisko, równe greckim początkom tragedii, 
prawdziwe "drzewo życia", narodowego i religijnego l6 . Literacki wzór zjawiska stworzył 
Teofil Lenartowicz (Szopka 1849) i był to zarazem wzór patriotyczny. Młoda Polska 
wykorzystała go zarówno bezpośrednio (w obrosłej szeregiem replik naj popularniejszej 
spośród realizacji, w Betlejem polskim Rydla, 1904) i pośrednio Qako narodowy, wyso- 
koartystyczny, odnowiony wzór formalny, zastosowany w sposób nowatorski w Weselu 
Wyspiańskiego czy Królewnie Orlicy Micińskiego). 
Młodopolska fascynacja obrosłymi mitologią, ludowymi źródłami narodowej kultury 
dookreśla obie szopki Przyłuskiego, tekstowo i formalnie zachodzące na siebie (druga 
pozostaje uproszczonym wariantem pierwszej, tj. Pastorałki Małoszowskiej, wykorzy- 
stując część wchodzących w jej skład tekstów). Kukiełki Bożonarodzeniowe, bo o nich tu 
mowa, miały szczególne przeznaczenie. Powstały dla teatru pacjentów szpitala psychia- 
trycznego w Mabledon Park, gdzie pracował Przyłuski w latach pięćdziesiątych. Mable- 
don Park był nowoczesnym szpitalem otwartym. Pacjenci nie tylko przygotowywali 
spektakle (np. Zemstę Fredry), także składali własną gazetę, pracowali w różnych warsz- 
tatach, uczestniczyli w odczytach, wieczorach autorskich, koncertach, imprezach, dysku- 
. h l7 
sJac . 


14 Misterium i szopka rozdzieliły się w ciągu stuleci nie tyle jako gatunki, lecz kategorie filo- 
zoficzno-estetyczne, zob.: M. Jankowski, Misterium Dionizosa. Ironiczny dialog Wyspiańskiego 
z romantyzmem. Bydgoszcz 1991 s. 20. 
15 M. Bokszczanin, Kantyczka ChybJńskIego. Z tradycji biblijnych i l1terackich kolędy 1udowęj, 
[w:] Literatura, komparatystyka, folklor. Księga poświęcona Jul1anowi Krzyżanowskiemu. War- 
szawa 1968 s. 741-743. 
16 A. Mickiewicz, Lekcja XXX (wtorek 18 maja 1841), [w:] Literatura slowiańska wykladana 
w Kolegium Francuskim przez..., przekł. F. Wrotnowski. Poznań 1865, t. 1 s. 310-311; I. Hołowiń- 
ski, Pielgrzymka do Ziemi Świętej. Petersburg 1853 s. 506 nn; S. Tarnowski, O kolędach. Kraków 
1894 s. 47. 
17 Zob.: M. E. Cybulska, Urywki kroniki szpitalnej Mab1edon Park Hospital. Londyn 1992. 


66
>>>
Szukając prostej formuły teatralnej Przyłuski sprowadził swą wcześniejszą pastorał- 
kę do statusu kukiełek, eliminując jej trudniejsze partie. Kukiełki dzieją się w teatrze, 
Pastorałka - w chłopskiej kuchni; w pierwszym przypadku wystarczyło być - tańcząc, 
recytując, śpiewając; w drugim - należało grać. Utwory spajają kunsztowne poetyckie 
leitmotivy, wierszowana opowieść łączy śpiewki ludowe i teksty literackie, stare kolędy 
i pieśni kościelne. Powstaje quasi-religijny przekaz szopkowy w stanie "czystym", mak- 
symalnie stężonym, wydestylowany z nad-wyrazistych związków z folklorem, patrioty- 
zmem, historią. Tego wszystkiego, co tak bardzo znaczyło na emigracji. Autor redukuje 
tu swoją rolę do "głosu z tamtego świata" - świata archaicznych tekstów, odwiecznej 
opowieści, znanych wszystkim pieśni i dialogów, własnych wspomnień z lat dziecinnych, 
niemierzalnej, trudno uchwytnej, ale jakże wyraźnej naiwnej żarliwości, która jako rzecz 
oczywistą traktuje realistyczną w detalach ekspresję świętości, przy całkowicie aliterac- 
kim podejściu do ikon-klisz Nowotestamentowej opowieści. Tym samym czystym tonem 
brzmi otwierająca Pastorałkę kolęda jego pióra Przylecieli z nieba biali anieli.... 
Oba dzieła pozostają w kręgu "chrześcijaństwa Bożonarodzeniowego", w którym 
"chodzi o doznanie Bezpieczeństwa Źycia, a nie Tajemnicy Istnienia" 18. Szopkowe obra- 
zy niosą wytchnienie, spokój, radość, przemawiają w imieniu niewzruszonych i oczywi- 
stych wartości, pod każdym względem wiecznotrwałych, czytelnych na pierwszy rzut oka 
w budzącym nadzieję, prostym przesłaniu moralnym. Dominuje tu etyka, nie estetyka 
i taka właśnie jest cena trwania mitu, który od dawna stanowił jedną z kruchych opok 
polskości, utożsamionej z chrześcijańską prawdą. Przyłuskiemu udało się utrzymać oba 
swe teksty na chwiejnej, delikatnej granicy religijności i świeckości, radość człowieka 
dopełniając o radość Boga. 
Szopki Przyłuskiego wchodzą w różne związki z trzema podstawowymi wariantami 
formy, jakie zostały ukształtowane w latach dwudziestych: z rozwiązaniem awangardo- 
wym, któremu zawdzięczamy tak piękne dzieło, jak Pastorałki Tytusa Czyżewskiego, 
z pełną staroświeckiego uroku Pastorałką Leona Schillera, w swej świadomej konwen- 
cjonalności i teatralności kojarzącej się z reformą teatru oraz z wzorem trzecim, którego 
najpełniejszą realizację stanowi Szopka krakowska Leona Cierniaka. Sięga ona do źródeł 
etnograficznych, do przekazów kulturowych, które wtedy stymulowały scenariusze wi- 
dowisk o charakterze regionalnym (szopki kresowe, śląskie, pomorskie...) oraz środowi- 
skowo-obyczajowym (szopki górnicze, żołnierskie, harcerskie...) . 
Międzywojnie - postępując szlakiem wydeptanym przez dziewiętnastowiecznych 
poprzedników - wpisało teatr polskiej szopki w krąg odrodzonego misterium. Miało 
ono prosto i zwyczajnie, poświadczać obecność i konieczność transcendencji w życiu 
człowieka, zapowiadać jego moralne odrodzenie. Przywoływany w szopkach ordo 
universalis w planie ludzkich zdarzeń potwierdzał istnienie metafizycznego ładu świata, 
w planie historiozoficznym sygnalizował boski plan zbawienia. A religijność i obrzędo- 
wość szopek miała podkreślać ich funkcję świeckiego substytutu nabożeństwa. 


Czas pojednany 
Pięć części niczym pięć stacji tworzy ten dramat: Maria, Rodzice, Sen Nikodema, 
Ewa, l11elka Noc. Stacje mają walor wpół-moralitetowej, wpół misteryjno-pasyjnej repli- 
ki. Moralitet należy do pierwszego planu dzieła, misterium wypełnia plan drugi. Przyłu- 
ski rozwiązuje moralitet przy pomocy dramatu rodzinnego, formy o skomplikowanej 
historii, która niezależność gatunkową zyskała dopiero w teatrze mieszczańskim XVIII 
wieku. W tym dramacie rodzinnym trójkąt z teraźniejszości nakłada się na trójkąt z prze- 


18 ]. Sosnowski, Chrześcijaństwo Bożonarodzeniowe, Dialog 1992 nr 12 s. 106. 


67
>>>
szłości, a układ; jeden mężczyzna - dwie kobiety posiada walor powtarzalności. Ojciec 
bohatera, pragnąc powstrzymać syna przez związkiem z Marią, nieślubną córką swej 
dawnej ukochanej, podsuwa mu Ewę, przyrodnią siostrę Marii, z ojcem której pragnie 
wejść w spółkę. Ukryte i jawne więzi rodzinne, uczucia i pieniądze mieszają się ze sobą, 
tworząc splot, który można jedynie gwałtownie rozerwać. 
Moralitetowa rama obrysowuje Ibsenowski wzór dramatu rodzinnego, który pojawia 
się tu w funkcji całościowego, współczesnego znaku egzemplarycznej sytuacji człowie- 
ka, muszącego rozpoznać granice moralne, dostosować do nich potrzeby serca i duszy 
i dokonać ostatecznego wyboru własnej drogi życiowej. Wzór Ibsena wspiera odnowiona 
przez niego, retrospektywna technika dramatotwórcza, obserwowana przecież już u So- 
foklesa, wykorzystywana potem przez Schillera czy Hebbla, gdy na scenie widzimy tylko 
konsekwencje minionych zdarzeń, a same zdarzenia należą do pozascenicznej przeszło- 
ści. Przyłuski wprowadza podtekstowy typ dialogu, spod którego dopiero trzeba wydobyć 
skryte motywy ludzkich działań, przyczyny, o których się nawet myśleć nie chce. Akcja 
koncentruje się na osobliwej chwili w życiu bohaterów, chwili w swoisty sposób gwiaź- 
dzistej. W niej zbiega się minione i obecne, rozświetlają się wszystkie wydarzenia, prze- 
czucia i przemyślenia, rodzą się ostateczne decyzje. Ponosi klęskę dumny protagonista 
(w tej roli ojciec Nikodema), nieuleczalnie zarażony hybris (pychą), nie widzący błędu 
w swoim życiu (hamartia), co 
orsza - powtarzający go raz jeszcze w życiu syna. 
"Przeznaczenie psychologiczne" 9, immanentne wobec postaci, tak idealnie spełniające 
się u Szekspira, działa w Czasie (podobnie jak u Ibsena) z miażdżącą siłą. Odejście Niko- 
dema, wybranie przez niego (wbrew ojcu) wiary, nie pieniądza, przełożenie życia wiecz- 
nego nad doczesne, dokonuje się etapami, w kolejnych obrazach. Mogłyby one nosić 
inne tytuły, takie jak "Złudzenie" (Maria), "Upadek" (Rodzice), "Zrozumienie" (Ewa), 
"Odrodzenie" (Wielka-noc). Drogę w dół oddziela od drogi pod górę (zarazem je łącząc) 
Sen Nikodema. A na Ibsenowską chwilę osobliwą można spojrzeć już nie z perspektywy 
techniki dramatycznej, lecz potraktować ją - za Kierkegaardem - jako "współmierną 
z wiecznością", wręcz "atom wieczności". "W dwuznaczności «chwili» czas styka się 
z wiecznością, ustanawiając pojęcie czasowości, w której czas nieustannie rozcina wiecz- 
ność, ta zaś bez przerwy wnika w czas. "zo Sztuka stanowi zapis procesu przejścia od 
niewiedzy do wiedzy poprzez ucieczkę, lęk i sen. I lęk i sen potraktujmy - znów za 
Kierkegaardem - jako fazę wolności usidlonej, schwytanej w pułapkę, z której jednak 
może się ona wydostać, znajdując własne miejsce w rzeczywistości. Tak widzę dramat 
Przyłuskiego - dramat o przezwyciężaniu lęku, o zdobywaniu wolności, ocaleniu jed- 
nostki. Myślę, że zamknął w nim osobiste, intymne doświadczenie swego życia. 
Analogicznie jak w Ibsenowskim wzorze przeszłość oświetla tu teraźniejszość 
i w końcu dopada bohaterów. Na scenie mamy wąski krąg rodzinny - niemal jak z Ibse- 
na. Nawet ci, którzy pozornie pozostają obok niego, są częścią całości. Ojciec Ewy, baron 
Totz, jest jednocześnie ojcem Marii. Pojawia się Doktor, przyjaciel domu, zarazem swo- 
iste echo demonicznej postaci z Kordiana, tradycyjny komentator wypadków, potem 
rezoner, wreszcie Ibsenowski obserwator wydarzeń, tych wewnętrznych i tych zewnętrz- 
nych. Te ostatnie zaś są co najmniej zastanawiające. 
Dom bohatera stoi nad jeziorem Genezaret, jednym z całej linii jezior; Zielone, Sine, 
Złote, Modre. Nad brzegiem rozsiadła się wioska rybacka, obecnie wpół opuszczona. 


19 T. Zieliński, Elementy dramatyzmu w tragedJj greckiej, [w:] Szkice antyczne, wybór A. Bier- 
nacki, wstęp]. Parandowski. Kraków 1971 s. 460-461. 
20 S. Kierkegaard, Pojęcie lęku. Psychologicznie orientujące proste rozważanie o dogmatycz- 
nym problemie grzechu pierworodnego. Przez Vigi1usa Haufniensis, przeł. A. Djakowska. Warsza- 
wa 1996 s. 106-107. 


68
>>>
Rybacy poszli w świat "za słowem żywym", za Nauczycielem, który na nich zarzucił swą 
sieć. Pozostał stary Jakób, który czuwa nad Nikodemem tak, jak dawniej czuwał nad nim 
w dzieciństwie. Nauczyciel - to Chrystus, wioska nazywa się Emaus, a Doktor prowa- 
dzi badania sekty religijnej. "Rzecz dzieje się współcześnie i za czasów Chrystusa" - 
podają didaskalia. I ta równoległość zostaje zachowana. Z jednej strony zachowuje moc 
stary cesarski ukaz: "czyj brzeg, tego woda"; z drugiej - ojciec Nikodema nie bez po- 
wodu dąży do osuszenia jezior - góry, z których wypływa łącząca je rzeka kryją kobalt; 
z jednej strony gdzieś tam odbywa się sąd nad Nauczycielem, zapada wyrok, za murem 
przesuwa się krzyż, potem ciało spocznie w grobowcu rodzinnym w ogrodzie i na scenę 
wejdą trzy Marie; z drugiej strony rzecz dzieje się współcześnie - działa telefon, Ewa 
przyjeżdża samochodem... Powstaje wrażenie jedności czasu. Nie tylko dlatego, że "te- 
raz" pozostaje zawsze w cieniu wieczności, również ze względu na podwojenie powtó- 
rzenia - w planie ludzkim i transcendentalnym. Według Kierkegaarda to właśnie wiecz- 
ność jest "prawdziwym Powtórzeniem,,21. 
Przyłuski nasyca sztukę metaforyką, wprowadza wyraziste, powracające symbole; 
łącząc banalną współczesną codzienność rodzinnego dramatu z metafizycznym, miste- 
ryjnym planem dzieła, sygnalizuje temat wtajemniczenia. Pojawia się sieć, w którą Na- 
uczyciel chwyta ludzi, w którą zaplątuje się bohater podczas połowu, którą naprawia 
Jakub we śnie Nikodema i którą w rzeczywistości okryje go niczym płaszczem; wiatr, 
który burzy jezioro, by mogło rozbić tamę pod urwiskiem; różany ogród, będący zarówno 
miejscem zdrady, jak miejscem wiecznego spoczynku; woda, oczyszczająca, dająca ży- 
cie, ale też przynosząca klęskę i śmierćzz. 
Dwie akcje, dwa czasy, dwa finały. Pierwszy jest realistyczny i ekologiczny, poka- 
zuje, jak nadmierna pycha, pieniądz, żądza bogactwa niszczy nie tylko duszę i życie 
człowieka, ale także przyrodę. Ta na szczęście sama się broni: pęka tama, woda zalewa 
kopalnie, jezioro wraca w osuszoną dolinę, niwecząc wszystkie ludzkie plany. Wraz z tą 
"reakcją" natury pojawia się w dramacie trzeci typ czasu - po chwili (punktowej) 
i wieczności (bezgranicznej) - toczący się po kole i trwający zarazem, czas natury. 
Wszak "u podstaw bezpieczeństwa przyrody - pisze Kierkegaard - leży fakt, że czas 
nie ma dla niej żadnego znaczenia"z . Finał drugi jest metafizyczny. Ostatnie słowo nale- 
ży do starego rybaka: kiedy wchodzą trzy Marie, on, niczym Nowotestamentowy anioł, 
pyta: "Niewiasty, kogo szukacie." I oświadcza: "Nie ma Go tu - Zmartwychwstał." 
Współczesna przypowieść Przyłuskiego jest zarazem relacją pasyjną. Zaczyna się 
w niedzielę i w niedzielę zamyka. Sąd nad Nauczycielem odbywa się w (wielki) czwar- 
tek, ukrzyżowanie - w (wielki) piątek. Noc z części piątej jest nocą zmartwychwstania. 
Trwa zatem Wielki Tydzień, powtarzająca się każdego roku święta chwila osobliwa, 
wypełniająca Ibsenowską chwilę. Punkt niezwykłej kondensacji czasu. Podczas tego 
tygodnia bohater dojrzewa, definiuje pojęcie lęku, odpowiedzialności i winy, poznaje 
tajemnice rodzinnej przeszłości, z osobistej klęski wyprowadza nową drogę życia, by 
w końcu pójść za Chrystusem. 
Na mieszanym, niejednorodnym wzorze formalnym, w którym na tle pasyj no- 
-misteryjnych odniesień, izolowanych znaków Męki Pańskiej, pojawia się moralitet, 


21 S. Kierkegaard, Powtórzenie. Próba psychologii eksperymenta1nęj przez Constantlna Con- 
stantinusa, przeł. B. Świderski. Warszawa 1992 s. 41. 
22 Kilka uwag na temat tej symboliki zawiera artykuł M.A. Derdowskiego Dwa utwory dra- 
matyczne Bronis1awa Przy1uskiego. Propozycja dla wspó1czesnego teatru polskiego, [w:] Wokó1 
wspó1czesnego dramatu i teatru rel1gijnego w Polsce (1979-1989), pod red. I. Sławińskiej i W. Ka- 
czmarka. Wrocław 1993 s. 294-295. 
23 S. Kierkegaard, Pojęcie lęku, s. 107. 


69
>>>
zrealizowany przy współudziale Ibsenowskiego dramatu rodzinnego, Przyłuski buduje 
paradoksalną konstrukcję jednego czasu, scala powtarzalny, kolisty bezczas natury ze 
świętą wiecznością, ujawniającą się (w planie ludzkim) w powtarzalności Wielkiego 
Tygodnia i rzutuje je na linearność czasu świeckiego, ludzkiego. Świeckość zdarzeń jest 
incydentalna, mogło być tak, mogło być inaczej. Ale nad jeziorem Genezaret trwa jed- 
ność czasów. Z wieczności przemawia do bohaterów i widzów Bóg, To on jest przeszło- 
ścią i przyszłością, on schwyta bohatera w sieć - we śnie i w życiu, on wypowiada się 
przez przyrodę, mówi głosem gór, głosem wody, głosem burzy. Mówi wszystkim - by 
usłyszał i zrozumiał człowiek, o którego mu chodzi, ale który tylko może (nie musi) go 
usłyszeć i pojąć przekaz. 
Misterium pasyjne jest tu delikatnie zaznaczonym, pozornie drugoplanowym czynni- 
kiem, w istocie jednak ono - w całości - pozostaje znakiem losu świata i losu bohate- 
rów. Czas pojednany jest dramatem wielowarstwowym i wieloznaczeniowym. Nie tylko 
chodzi w nim o kategorię czasu, czy raczej - nie tyle chodzi w nim o kategorię czasu - 
ale o jedność świata, uzyskiwaną dzięki syntezie planu fizycznego i metafizycznego, 
teraźniejszości i przeszłości, cielesności i duchowości bohaterów, powtarzalności 
i zmienności, rzeczywistości boskiej, ludzkiej i rzeczywistości natury. Inteligencja, wie- 
dza, technika na nic się nie zdadzą, jeśli złamane zostaną podstawowe i wielkie zasady, 
swoista mega-etyka wszechświata. Dramat Przyłuskiego ponad świadomością jednost- 
kową stawia bowiem świadomość moralną o obiektywnym charakterze, rozległą, uniwer- 
salną, ponad-ludzką. jedność wszechrzeczy znosi z piedestału człowieka, niejako rozta- 
pia go, wpisuje w ład o kosmicznym, ponadziemskim charakterze, którego gwarantem 
jest Bóg. 
Ład ten określa także dramatyczną formę. Podtrzymuje ją - zda się mówić Przyłu- 
ski-moralista - nie tyle poetyka, ile wiara. Wiara w to, że pokazana przy jej pomocy 
opowieść zyska walor przypowieści o tym, że bez Boga i wbrew Niemu wszystko obróci 
się wniwecz. 


Leon I 


Ostatni dramat Przyłuskiego podejmuje raz jeszcze ten sam wielki temat: znikomości 
człowieka i marności jego wysiłków w obliczu transcendencji. 
Autor nazwał go poematem scenicznym w 5 obrazach (Ravenna, Honoria, Rzym, 
Attyla, Powrót Leona), projektując pełen rozmachu fresk epicki z połowy piątego wieku 
(452 rok), z lat zmierzchu cesarstwa rzymskiego. Podstawą inscenizacji jest wielki obraz 
w stylu El grand spectacle. jeśli w ten sposób spojrzeć na dzieło Przyłuskiego, przypomną 
się wielkie romantyczne widowiska w typie Ruy Blas czy Lukrecjii Borgii Hugo, później- 
sze spektakle historyczne w rodzaju Fedory Sardou, Córki Rolanda Borniera, Orlątka 
Rostanda, wystawne i drogie. Odnajdziemy w Leonie wysmakowane obrazy wnętrz pała- 
cowych Ravenny i Rzymu, których świetność ma posmak dekadencji, barbarzyńską pro- 
stotę obozu Hunów, barwność rzymskich ulic, wypełnionych tłumem statystów i brzmie- 
niem wielu głosów. W istocie jednak rację bytu tej sztuki wyznacza jeden niezbyt długi 
dialog - rozmowa papieża Leona z wodzem Hunów. 
Naprawdę nie wiadomo, o czym ze sobą rozmawiali. Nie wiemy, dlaczego Hunowie, 
stojący u bram Rzymu, z łatwością mogący opanować bezbronną stolicę, wycofali się za 
Dunaj. Czy zadecydował o tym okup? przecież zdobywając miasto zagarnęliby znacznie 
więcej. Ta jedna, króciutka, z historycznego punktu widzenia wręcz niema chwila, sta- 
nowiąca w potoku dziejów drobną białą plamę, zafascynowała autora. W jaki sposób 
papież przekonał Atyllę? Stary, nieuzbrojony człowiek, stający naprzeciw wodza potęż- 
nego wojska. jak krzyż pokonał miecz? jeszcze w 1961 roku, gdy dramat jest już wła- 


70
>>>
ściwie gotowy, Przyłuski zastanawia się w listach nad tą kluczową sceną. Co powiedział? 
"Nie może to być lęk - ani żadne straszenie go - ani chyba nawet proroctwa - Coś 
bardzo prostego i oczywistego, ale co? - Nie wiem." "Myślę nad Leonem." Te słowa 
wracają jak leitmotiv, poszukiwanie zadowalającego rozwiązania wygląda niemal na 
obsesję. Scena wydaje mu się zła, nie wie, co robić, wciąż nie wie. "To najważniejszy 
moment w sztuce i nie chciałbym osłabić tego wrażenia przez płaskość podania." 
Są także problemy techniczne, wcale zresztą nie najmniej ważne. Czy rozmowę 
poprowadzić jawnie czy utaić ją za sceną, czyniąc ją dla odbiorcy niewidzialną i niesły- 
szalną? Wtedy nadal pozostałaby tajemnicą, tajemnicą ulokowaną w samym sercu sztuki. 
Czy tak? "Myślałem, żeby ich obu usunąć na tę chwilę, (pisze Przyłuski) ale nie - Oni 
muszą zostać i powiedzieć sobie coś takiego, co jest i było konieczne, żeby Hunowie 
zawrócili. - Co to było? - Nie wiem. - Jakiego argumentu użył Leon, nie wiem - 
ale muszę wiedzieć, zanim dam do druku. - Ot, co - to jest zagadnienie. Jak nie znaj- 
dę, spalę Leona i już. Bo teraz czytałem na nowo całość i całość jest bardzo dobra - 
tylko ten jeden moment szwankuje szalenie. - To jest pięta achillesowa sztuki. Co ro- 
bić? Jak szukać tego argumentu i gdzie? (...) to powinno być zmienione (...)." Przyłuski 
mógłby wprowadzić cud, nie chce jednak tego uczynić, nie chce też wykorzystać tech- 
nicznych możliwości teatru - odrzuca więc pomysł otwarcia dachu namiotu i zjawienia 
się św. Piotra wraz ze św. Pawłem. 
Wątpliwości i rozterki autorskie są znamienne dla tak wielkiego zamiaru, ambicji, 
twórczej intencji, artystycznego projektu spektaklu. Przyłuski wszak pisze dramat prze- 
znaczony dla teatru ogromnego Leona Schillera, odpowiedni dla idei i wielkiego insceni- 
zatora, wręcz zgodny z decorum. Pisze go jednak w pustce. Teatru ogromnego nie ma 
i nie będzie, należy już do historii. Schiller nie żyje, monumentalista Raduiski został 
zniszczony przez emigracyjne warunki, mała scenka Ogniska Polskiego w Londynie nie 
jest w stanie zagrać dramatu, a teatry krajowe są przed nim zamknięte, nie tylko ze 
względów politycznych, lecz również artystycznych - podążająjuż w innym kierunku. 
Leon I wznosi się przy drodze zarastającej trawą. 
W tych warunkach wspomniane problemy wydawać się mogłyby bez znaczenia. 
Ajednak... Pisarza dręczy jeszcze inna zmora: czy nie należałoby skrócić tekstu. Tak 
radzi mu po lekturze Kazimierz Sowiński, choć mimochodem zauważa, że niczego takie- 
go nie czytał od czasu Wyspiańskiego. Herling-Grudziński zarzuca mu zbyt dużą liczbę 
osób i nadmiar wątków. W marcu 1961 Przyłuski podejmuje decyzję: skraca. Ale tego nie 
uczyni. Wiosną 1963 pisze do Barbary Gaździk z Monachium, gdzie pracuje w RWE: 
"Moim zdaniem skrócić to może tylko człowiek teatru - reżyser - na przykład, gdyby 
żył Schiller, to bym mu to dał. Nikomu innemu. Zresztą każda sztuka musi przejść próbę 
sceny. Czytanie samo nie wystarcza. Trzeba to zagrać. A ponieważ nie będzie grane, 
niech leży". 
Na pierwszy rzut oka widać, że ten poemat sceniczny aktualizuje dwie tradycje: 
romantyczną, której zawdzięcza powstanie poemat dramatyczny i neoromantyczną, która 
w latach Młodej Polski wprowadziła poemat sceniczny. Jeżeli romantycy wysuwali na 
plan pierwszy literackość dzieła - wtedy bowiem różnicowano odmiany poematów ze 
względu na ich nasycenie żywiołem lirycznym, epickim bądź dramatycznym, tj. wyma- 
gającym udramatyzowanej akcji, to moderniści wyakcentowali dominantę wykonawczą. 
Sceniczność oznaczała tu jednak nie tylko sposób realizacji, również - a może przede 
wszystkim - sposób ukształtowania dramatycznej materii. 
Przyłuski myśli i pisze obrazami, które w dramacie pełniły inną funkcję niż akty. 
Dramat w aktach i dramat w obrazach stanowiły odmienne systemy konstrukcyjne, kon- 
trastowe pod względem literackim i teatralnym, w stopniu i sposobie łączenia tekstu 
i spektaklu. Jedność działania (dramat w aktach) przeciwstawiała się tu jedności tematu 


71
>>>
(dramat w obrazach). W pierwszym kondensacja czasu prowokowała kondensację prze- 
strzeni, w drugim rozproszenie czasu wymagało chwilowej tylko jedności przestrzeni, 
pozwalającej na prezentację zmiennego światoobrazu. Konstrukcja w aktach, skoncen- 
trowana na momencie przesilenia i kryzysu, dawała widzowi złudzenie ciągłości i trwa- 
nia, określały ją finalne cele dramatu; konstrukcja w obrazach wyzwalała narrację niecią- 
głą, skupioną na wybranych kadrach z powodu ich typowości lub znaczenia dla tematu 
bądź problemu utworu. Codzienność stanowiła ważny składnik obrazu, zarówno jako 
fragment współczesności, jak cząstka historii, chwytanej w naj prostszych przejawach, 
działaniach i skutkach. 
Dramat w obrazach prowadził do rozluźnienia toku akcji, rozbudowania tła środowi- 
skowego i czasowego, przy umiejętnym, efektownym wykorzystaniu kontrastowego 
detalu o realistycznym lub symbolicznym charakterze. Leon I powstał jako taki właśnie 
dramat, z akcją osadzonąjeszcze przed decydującym momentem dziejów, tuż przed kata- 
strofą, której tym razem udało się uniknąć. Trzy lata później Genzeryk, wódz Wandalów, 
nie pozwolił się już zatrzymać. 
Przyłuski podejmuje temat i mit zmierzchu cesarstwa rzymskiego, korzystając w tym 
względzie z XX-wiecznej wiedzy o śmiertelności cywilizacji. W starciu dwóch światów, 
starego i nowego, barbarzyńskiego i wyrafinowanego musi runąć jeden z nich. Najazd 
Attyli jest tu prefiguracją klęski. Pozwala na wprowadzenie do dramatu refleksji nad 
sensem dziejów, nad kwestią wolności i konieczności, rolą strachu i bezsilności w życiu 
jednostek i społeczeństw, nad rolą religii w świecie półprawd, intryg, tajemnic i fałszu. 
W tym kontekście tym bardziej może zaciekawiać tajemnica rozmowy papieża z wodzem 
Hunów. W takim widzeniu dziejów fakt ten posiada nawet pewien odcień ironicznego 
dystansu, jeśli przyjmiemy heglowskie rozumienie ironii jako "nieskończenie absolutnej 
negatywności" czy jak chce Kierkegaard jako "nieskończenie lekką grę z nicością"z4. 
Wszystkie działania są umiejscowione poza sceną: najazd Attyli, nieakceptowana 
przez cesarza Walentyniana miłość Aecjusza i Honorii, którą w końcu zniszczy, pozba- 
wiając tym samym cesarstwo Aecjuszowego miecza (małżeństwa Aecjusza Leon nie 
rozwiąże), ofiarowanie Atylli przez Walentyniana ręki siostry, którą tamten odrzuca (ci- 
skając do studni pierścień Honorii) , ucieczka Honorii do Bizancjum, jej powrót i wstą- 
pienie do klasztoru... To wszystko poznamy tylko z relacji. Jedynym wyjątkiem pozostaje 
rozmowa papieża i wodza, w sposób nieprawdopodobny ocalająca Rzym... 
Wszelkie relacje zyskująjednak w dramacie szczególny walor pół prawdy, pół kłam- 
stwa. Budująje niedopowiedzenia, dworskie plotki, głosy ludu, półsłowa, aluzje, piosen- 
ki, listy niedoręczone, skradzione, zagubione... Niczego nie wiadomo tu na pewno, od- 
biorca musi do-myślić przebieg zdarzeń, zrekonstruować całą historię. Tajemnica, spo- 
wijająca kluczową rozmowę papieża z najeźdźcą rozpościera się nad całą sztuką. Co 
właściwie zaszło tamtego lata, gdy Hunowie stanęli u bram Rzymu? Niewypowiedziane 
motywacje, skryte uzasadnienia współtworzą poszczególne postacie. Bizantynizm 
wschodniego cesarstwa nie tylko zda się zarażać dwór zachodu, gdzie milczenie spowija 
sprawy naj istotniejsze, ale także współkształtuje styl całego dramatu. Do takiego celu 
poemat sceniczny nadawał się doskonale. Pozwalał na stworzenie wystawnych obrazów 
ginącego świata, ukrytych za przesłoną poezji, na stworzenie niemal impresjonistyczne- 
go, zamglonego wizerunku, który oddziałuje na kreacje postaci i wewnętrzną akcję dra- 
matu. Ukryte związki, podziemne motywacje, tajemne fakty nie tylko budują aurę utwo- 
ru, lecz także decydują o jego kompozycji. Autor psychologicznie rozegra teatralność 
całej oprawy, wpisze ją w immanentną fatalność postaci. 


24 S. Kierkegaard, O pojęciu ironiJ. Z nieustającym odniesieniem do Sokratesa, przekł. 
A. Djakowska. Warszawa 1999 s. 248, 326. 


72
>>>
Dwoistość tekstu odczytujemy także na poziomie widowiska. Z jednej strony pro- 
jektuje on wielki spektakl, z drugiej tę wielkość podważa jedna nieduża scena rozmowy 
Attyli z papieżem. Sceniczność jest oszustwem, iluzją, zasłoną dymną; najważniejsze 
rzeczy Przyłuski i tak powierza słowu. Zgiełk wydarzeń, hałas wielu głosów naprawdę 
ukrywają ciszę, która otula rzeczy najważniejsze, pozostające w milczeniu. Herling-Gru- 
dziński nie miał racji, wątków w sztuce jest w istocie niewiele, ale zostały tak potrakto- 
wane, że powstaje wrażenie ich nadmiaru. Nadmiar jest przecież znowu jedynie pozorem, 
pozorem negatywnie zwaloryzowanym. 
Przyłuski daje swej sztuce motto z wiersza Norwida l11elkość (druga zwrotka): 
"Wielkim jest człowiek/ Któremu wystarczy/ Pochylić czoła,! Aby bez włóczni w ręku 
i bez tarczy/ Zwyciężył zgoła." W tej sytuacji tym jaśniej się tłumacząjego poszukiwania 
i obsesje: dać Leonowi takie racje, by mógł "trafić słowem w Hunna". Co zatem powie- 
dział papież wodzowi, człowiek pokoju człowiekowi wojny? Wskazał drogę miłości, 
przekonał, że po rozlanej krwi nic nie pozostaje, że chwała oparta na przemocy szybko 
ginie...? Czy to? Tekst dialogu brzmi w tym miejscu nieprawdopodobnie. Dlaczego At- 
tyla dał się mimo wszystko przekonać? Poza słowami dramatu tak czy inaczej kryje się 
wciąż tajemnica. 
Ale formuła "trafić słowem" doskonale chwyta istotę rzeczy. To podstawowe zadanie 
dramatopisarza. Leon I Przyłuskiego jest dramatem osnutym wokół dramatu, nie na dra- 
macie. Istota starcia protagonistów nie wyjdzie z ukrycia. I dramatyczny, i sceniczny 
znaczą tu tylko oprawę, pustą skorupę, która nie pozwala dojrzeć rzeczy najważniej- 
szych. Przyłuski wszystko załatwia słowem, ono jest najważniejsze, choć zarazem na- 
prawdę stanowi przesłonę, tylko zaciemnia, nie odkrywa. Ale przecież i tak pozostaje 
jedynym narzędziem dramatopisarza. Powstaje zatem pytanie: na ile te dramaty są jego 
zwycięstwem, na ile klęską. A może jednym i drugim jednocześnie, skoro w światłach 
rampy tak trudno utrzymać granicę milczenia. Z tajemnicą teatralnego milczenia zmagali 
się różni autorzy, Norwid, Różewicz, Beckett... Jak bowiem przy pomocy słowa wyrazić 
to, czego wyrazić się nie da? Tę resztę, której nie znamy i która jest milczeniem? 


Zamknięcie 
Kim był Przyłuskijako autor dramatyczny? Jakim był dramatopisarzem? 
O Leonie napisał Zdzisław Wałaszewski: "Sztuka ta stawia Przyłuskiego wśród wiel- 
kich dramatopisarzy polskich takich jak Karol Hubert Rostworowski (...) i wcześniejsze 
dramatopisarstwo romantyczne"Z5. Czy dziś odpowiedź na pytanie o miejsce tego autora 
byłaby taka sama? renowatora i konstruktora, który postawił w swojej twórczości na akt 
repliki, nie na akt rewelacji, który wybiera nurt ariergardy czy retrogardy (długo niemod- 
nej i wręcz pogardzanej), nie awangardy? 
Zniewolony przez jeden wielki temat, przez tęsknotę za wszechogarniającym ładem, 
niwelującym chaos świata, podejmował ogromne zadania, niczym romantyk mierzył siły 
na zamiary, celując w podstawową kwestię ludzkiej egzystencji - wszak pytał o ko- 
nieczność i jakość związku między człowiekiem i Bogiem, o relację między profanum 
i sacrum. Czy nadał temu równie wielki kształt artystyczny? Jak brzmi odpowiedź, jeżeli 
pisząc dla teatru nie doświadczył nigdy prawdziwej próby sceny? 


25 Z. E. Wałaszewski, Motywy rel1gijne w l1teraturze emigracyjnęj, [w:] Prace Kongresu Kul- 
tury Polskiej, t. 5: Literatura polska na obczyźnie, pod red. ]. Bujnowskiego. Londyn 1988 s. 20. 


73
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


BRONISŁAW PRZYŁUSKI 


Marta MROCZKOWSKA (Toruń) 


Bronisław Jan Przyłuski urodził się 9 lutego 1905 roku w Siemierzu koło T omaszo- 
wa Lubelskiego. Imiona otrzymał po swoich rodzicach - Janie Felicjanie i Bronisławie 
z Wysoczańskich. Rodzina przyszłego poety wywodziła się ze zubożałej szlachty zie- 
miańskiej (herb: Lubicz), która jednak bardzo konsekwentnie podtrzymywała tradycje 
niepodległościowe. Bronisław Przyłuski był naj starszy spośród rodzonych i przyrodnich 
sióstr i braci. 
Wykształcenie, jakie odebrał Przyłuski, dalekie było od humanistycznego; wzbudziło 
natomiast w przyszłym poecie trwałe fascynacje naukami ścisłymi. Po ukończeniu szkoły 
handlowej w Kielcach (1913-1917) kontynuował naukę w Szkole Realnej w Krakowie 
(1917 -1918), Korpusie Kadetów w Łobzowie (1919) i ośmioklasowym gimnazjum ma- 
tematyczno-przyrodniczym we Lwowie, gdzie uzyskał maturę w r. 1923. Jeszcze w tym 
samym roku - czyniąc zadość tradycji rodzinnej i (ogólnie) szlacheckiej a także, co 
trzeba podkreślić, własnym zainteresowaniom - postanowił związać swą przyszłość 
z wojskiem. Wstąpił do Wyższej Szkoły Artylerii i Inżynierii w Toruniu, którą ukończył 
po dwóch latach szkolenia ze stopniem podchorążego (wśród 94 absolwentów uzyskał 16 
lokatę). Służbę zawodowego oficera Wojska Polskiego rozpoczął w Poznaniu, w 7 Dywi- 
zjonie Artylerii Konnej (1925-1932). 
Początek lat 30. był dla Przyłuskiego niezwykle znaczący i - dla prywatnej sfery 
jego życia - szczęśliwy. W 1929 r. ożenił się z Jadwigą z Arkuszewskich, a w następ- 
nym roku urodził się im syn Jan. W tym samym okresie miał miejsce jego debiut poetyc- 
ki. W r. 1930 Przyłuski odważył się przedstawić swój utwór! publicznie - na konkursie 
Wydziału Polonistycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicz w Poznaniu - i... 
otrzymał pierwszą nagrodę. Sukces ten ośmielił go na tyle, że dołączył do Witolda Kapu- 
ścińskiego, Eugeniusza Morskiego, Herberta Wojciechowskiego oraz Allana Kosko. 
Grupa młodych ludzi, z których żaden nie zajmował się literaturą zawodowo, stworzyła 
w 1930 roku w Poznaniu klub poetycki "Prom", a także redagowała pismo pod tą samą 
nazwą. W rok później był już członkiem Związku Literatów Polskich. 
W 1932 r. Przyłuskim urodziła się córka Stefania (nazywana później przez rodzinę 
i przyjaciół Gogą). W tym też czasie nakładem klubu ukazał się pierwszy tomik B. Przy- 
łuskiego zatytułowany Badyle. 


1 Niestety nigdzie nie zachowała się wzmianka o jego tytule. 


75
>>>
Jego związek z "Promem" przetrwał do końca istnienia klubu, tj. do roku 1939, mi- 
mo że po wydaniu Badyli opuścił Poznań i nigdy już do niego nie wrócił. Odkomende- 
rowany do Torunia, w ciągu kolejnych trzech lat (1932-1935) pracował jako instruktor 
w Oficerskiej Szkole Artylerii i Inżynierii; wykładał teorię strzelania. W ostatnim roku 
pobytu w Toruniu Przyłuski wydał drugi tomik poetycki zatytułowany Dalekie łąki. 
W 1935 r. mianowany został dowódcą (od l stycznia 1937 r. w stopniu kapitana) baterii 
artylerii konnej 14 DAK-u w Białymstoku. W jednostce tej służył do czasu kampanii 
wrześniowej. 
W całym tym okresie uwagę poety przykuwała przede wszystkim służba wojskowa. 
Nie brał zbyt czynnego udziału w życiu kulturalnym Polski; uczestniczył w zaledwie 
kilku spotkaniach artystycznych, m.in. w wieczorze autorskim w Krakowie pt. "Zjazd 
literackiego Poznania" (17.03.1932 r.), otwarciu podziemi Konfraterni Artystów w Toru- 
niu, gdzie przeczytał swój wiersz: "Ad fratrem" (13.04.1935 r.), czy wieczorze autorskim 
"Promu", gdzie wygłosił utwory: "Na polanie", "Do mojej ukochanej", "Brzezina", 
"Mamusine serce", "Chloroform" (11.05.1935 r.f W tym też czasie został członkiem 
PEN-Clubu. 
Wojenny alarm dla białostockiego Dywizjonu Artylerii Konnej ogłoszono już 25 
sierpnia 1939 r. Bateria Przyłuskiego została przydzielona do 9 Pułku Strzelców Konnych 
i przez całą kampanię współdziałała z tą jednostką, pozostając - jak cały dywizjon - 
w ramach samodzielnej grupy operacyjnej "Polesie" gen. Kleeberga. Zajęto pozycje przy 
granicy Prus Wschodnich. 14 DAK wyjątkowo ciężko walczył pod wsią Dmochy (w re- 
jonie Czyżewa) 11 września i pod Michałkami 12 września 1939 r. Następnego dnia 
dywizjon stoczył bitwę pod Domanowem, w czasie której bateria kpt. Przyłuskiego stra- 
ciła kilka dział. Później oddział został skierowany w rejon Kocka. Tam, z rozkazu do- 
wódcy brygady, bateria Przyłuskiego przeszła przez patrolowaną przez Niemców szosę 
żelechowską, zmuszając wroga do wycofania się z miejscowości Stoczek i zdobywając 
2 działa i 4 wozy amunicji. To właśnie za akcję pod Domanowem i Stoczkiem otrzymał 
Przyłuski Krzyż Srebrny orderu Virtuti Militari V klasy 3. Wiadomość o kapitulacji War- 
szawy dotarła do oddziału, gdy stacjonował on w miejscowości Krzywda, natomiast kilka 
dni później - w nocy 6/7 października 1939 r., po otrzymaniu informacji, że gen. Kle- 
eberg, wykorzystując sukcesy walk ostatnich dni i w obliczu olbrzymiej przewagi nie- 
przyjaciela, podjął 5 października decyzję o kapitulacji brygady - doszło do złożenia 
broni w leśniczówce Ofiara (rejon Głowa). Dla poety miało to już zawsze wymiar sym- 
boliczny. 
6 października 1939 r. pod Kockiem Przyłuski został wzięty do niewoli i wkrótce 
znalazł się w oflagu VII A w Murnau (niedaleko Monachium), gdzie przydzielono mu 
numer jeniecki 16234. Pobyt tam miał olbrzymi wpływ na twórczość i osobowość Przy- 
łuskiego nie tylko ze względu na samą świadomość klęski wrześniowej, przebywanie 
w niewoli oraz trudne warunki obozowe. Nie mniejsze znaczenie dla rozwoju jego świa- 
topoglądu miał fakt, iż w Murnau zetknął się m.in. z Leonem Schillerem. Obozowe życie 
kulturalne: odczyty, koncerty, redagowanie czasopisma obozowego "TO", a także dysku- 
sje pozwalały na ciągłą samodyscyplinę intelektualną, z czego Przyłuski korzystał. Po- 
nadto już w pierwszych tygodniach niewoli powstał pomysł stworzenia teatru amator- 


2 Informacje pochodzą z "Kalendarium życia i twórczości Bronisława Przyłuskiego" wykona- 
nego przez Mirosława Derdowskiego, s. 235-239. Kalendarium znajduje się w posiadaniu Miro- 
sława Derdowskiego. 
3 Nr krzyża: 12220, przyznany decyzją kpt. ]. Seremeta - Szefa Biura Kapituły Virtuti Milita- 
ri dnia 09.09.1948 r. 


76
>>>
skiego. Przyłuski został aktorem 4 - trochę z przypadku, trochę dla zabicia czasu, a tro- 
chę pod wpływem własnych zainteresowań. Powstawały także utwory poetyckie, dra- 
matyczne i parateatralne. 
Po wyzwoleniu obozu w Murnau przez żołnierzy Armii Stanów Zjednoczonych 
Przyłuski dołączył 7 lipca 1945 r. do 2. Korpusu, do l Karpackiego Pułku Artylerii Lek- 
kiej. Służył tam do 7 października, kiedy to odkomenderowano go jako instruktora dla 
artylerii pułkowej do 12 Pułku Ułanów Podolskich na okres 6 miesięcy (który jednak, jak 
się miało okazać, znacznie się wydłużył). W jednostce tej l stycznia 1946 roku objął 
stanowisko etatowe; w szwadronie dowodzenia został mianowany dowódcą Baterii Ar- 
tylerii Pułkowej. 5 
W tym okresie zawiązała się długoletnia przyjaźń pomiędzy Przyłuskim a Gustawem 
Herlingiem-Grudzińskim, u którego, wysłany do Rzymu zgodnie z rozkazem szefa sztabu 
2. Korpusu, zatrzymał się 17 marca 1946 r. podczas zjazdu organizacyjnego sekcji wło- 
skiej PEN-Clubu. 
Jesienią 1946 r. dowództwo zadecydowało o przeniesieniu oddziału do obozu 
w Wielkiej Brytanii. 22 października Przyłuski wraz z całym pułkiem przybył do Shob- 
don (camp Leominster Herforshire), które miało się stać jego "domem" na najbliższe lata. 
Przyjechaliśmy do Anglii w październiku małym transportowcem jako jeden z ostat- 
nich oddziałów 2. Korpusu. We Włoszech został tylko jeden szwadron pełniący służbę 
przy likwidującym się dowództwie w Ankonie. Mieliśmy za sobą buńczuczne dnie oku- 
pacyjne i najsmutniejsze dla żołnierza chwile rzucania sprzętu na olbrzymim stalowym 
cmentarzysku pod Forli, dosyć przykrą podróż w małym stateczku po burzliwej zatoce 
Biskajskiej. Nastrój panował nieszczególny. Przywitał nas zimny wiatr i przenikliwy ka- 
puśniaczek, który zaczął siąpić już na morzu Irlandzkim i nie ustawał ani w Glasgow 
w czasie wyładunku, ani w drodze do obozu, do którego dobrnęliśmy po lI-to godzinnej 
jeździe koleją. Obóz rozrzucony w resztkach olbrzymiego parku na granicy Walii stał pu- 
sty chyba rok, tak że miało się wrażenie, że dziurawe beczki 6 rozlecą się od samego trza- 
skania drzwiami. Zwłaszcza, że ułani pozwalali sobie na manifestowanie swojego nieza- 
dowolenia przy każdej sposobności. Po słonecznej Italii Anglia wydał się nam nudna, 
wilgotna i niegościnna. Okolica zmęczona kilkuletnim kwaterunkiem z niecierpliwością 
patrzyła na nas. Toteż nierzadko zwracano się do nas w twardym walijskim narzeczu, sta- 
rając się wymówić wyraźnie każde wypaczone słowo angielskie: "Czego tu chcecie? Dla- 
czego nie wracacie do kraju? Wojna już się skończyła. Zabierajcie się stąd. Dosyć już te- 
go paradowania. Byłby czas zacząć pracować." itd. Wszystko to, a do tego pogoda, nie- 
pewna przyszłość, zwracało się przeciwko nam, rujnowało karność i psuło już i tak nie- 
zbyt dobry nastrój. Żołnierzy opanowało zniechęcenie i nuda. Szła zima. Zima 1947. 
Śniegi. Mróz. Źle opatrzone baraki, brak opału, brak papierosów, liche jedzenie. Nastrój 
pogarszał się z dnia na dzień. 


4 Treść własnoręcznie wykonanej "legitymacji" ze zbiorów archiwum Przyłuskiego w Biblio- 
tece Narodowej, datowanej w Murnau 15 stycznia 1943: 
"Teatr Obozowy Oflag VII A: Kpt. Bronisław Przyłuskijest członkiem stałym grupy aktorów. 
Brał udział: XII 1939 - I Rewia: VII-VIII 1940 - Najukochańsza Żona Maharadży: VIII 1940 - Za- 
czarowane Koło: IX 1940 - Sen: XII 1940 - I to minie: XII 1940 - Pastorałka: I 1941 - Joe: II 1941 - 
Kapryśna Afrodyta: III 1941 - Ptaki: VII 1941 - Przepis na bajkę: X 1941 - Kłopoty babuni: XII 1941 - 
Kochaj i tańcz: II 1942 - Gwałtu, co się dzieje: IV 1942 - Dom otwarty: IX 1942 - Rewia sportowa: XII 
1942 jako recytator: Miłość romantyczna. 
Jako autor tekstów: XII 1939 - I Rewia (część): VII-VIII 1940 - Najukochańsza Żona Maharadży: XII 
1940 -!to minie (część): II 1941 - Kapryśna Afrodyta (część): X 1941 - Kłopoty babuni (przeróbka): XII 
1941 - Kochaj i tańcz (piosenka "Dworzec"): [III 1941 - Ptaki (parafraza sztuki Arystofanesa)]: IX 1942 - 
Rewia sportowa (część tekstów)." 
5 Informacje pochodzą z zeszytu rozkazów dziennych 12 Pułku Ułanów Podolskich (sygnatura 
R 1503) ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. 
6 "Beczkami śmiechu" nazywano mieszkalne baraki o półokrągłym sklepieniu. 


77
>>>
Pułk topniał. Część wyjeżdżała do kraju. Inni czekali na to, że się coś zmieni. Jedni 
na drugich patrzyli wilkiem. Dla tych, co zostali, nic się nie zmieniało. (...) Życie wyda- 
wał się nam ponure. Bo za trudne poza obozem, a niemożliwe w obozie. Nic nie pomogły 
dyskusje, projekty i stała, prawie zupełna bezczynność. Gnuśnieliśmy mimo wysilków, 
żeby się nie dać. Małe grupki ułanów dowództwo odkomenderowało do innych garnizo- 
nów, przeważnie na północy, stąd żołnierze bardziej (?) zostawieni samym sobie trzeź- 
wieli i zaczynali pracować. Przyjeżdżali potem do obozu po cywilnemu. Pokazywali 
z dumą karty zarobkowe i obnosili dobrze skrojone ubrania. Tym ciągnęli za sobą kole- 
gów do fabryk, do kopalni, na rolę. Opustoszałe beczki zaludnily się, ale już nie woj- 
skiem. Przyjeżdżały rodziny z Afryki, Indii i Bliskiego Wschodu. Obóz przemieniał się w 
jakąś dziwną wieś. Dzieci płakały po barakach. Dostojne mamy i urocze córki 
w odświętnych strojach zakładały kapliczkę obozową. Kury gdakały. Jednym słowem 
wojsko ulatniało się, a na jego miejsce wzrastała (?) społeczność. Kontakty z Anglikami 
stały się pełniejsze i żywsze. W tym czasie znalazła się grupa ludzi w obozie, która zorga- 
nizowała szkółkę dla dzieci, wykłady dla dorosłych, kursy zawodowe. 
Gorączka przygotowania do życia w tym kraju opanowała wszystkich. Żołnierze 
przestali pić i wałęsać się po miasteczku, a zaczęli garnąć się do wszystkiego, co mogło 
im pomóc w przyszłości. Ale równocześnie jakby wiedzeni instynktem samozachowaw- 
czym garnęli się do wszystkiego, co polskie. Ja zająłem się sprawami kulturalnymi 
w obozie 7 . Udało mi się zarazić entuzjazmem kilka osób i w ten sposób powstał teatrzyk 
amatorski. Urządzaliśmy zabawy dziecinne, przedstawienia i obchody. Zapraszaliśmy na 
nie dzieci i starszych z okolicy. Imprezy te miały powodzenie a następnie rozgłos. 
W sąsiednim miasteczku 8 , gdzie byliśmy częstymi gośćmi, ludność odnosiła się do 
nas coraz życzliwiej. Zwłaszcza, że przed laty żył w nim Polak - powstaniec, którego 
grób można było oglądać na tamtejszym cmentarzu. Obywatele Leominster znali go z na- 
zwiska i pytali nas, czy wiemy coś o jego rodzinie. Odwiedzaliśmy cmentarz dosyć czę- 
sto, składając kwiaty na grobie Drumskiego (?) a równocześnie oglądaliśmy piękny stary 
kościół z XI wieku gwarząc z oprowadzającymi nas entuzjastami starej budowli. W ko- 
ściele tym dach na nawie z XIII wieku przeciekał (były trzy nawy: jedna z XI wieku, dru- 
ga z XIII, a trzecia z XIV wieku)i trzeba go było na gwałt naprawić. Miasto postanowiło 
urządzić festiwal, co w związku z famą o naszych obchodach, przyciągnęłoby widzów, 
a więc zwiększyło dochód. 
W obozie wynikła kwestia, czy w takiej imprezie możemy brać udział. Czy my kato- 
licy możemy pomóc w odbudowie protestanckiego kościoła. Okazało się, że nie tylko 
możemy, ale musimy, bo jak argumentował nasz kapelan - kiedyś wszystkie kościoły 
w Anglii znów będą katolickie. Grzechem by było nie pomóc w naprawie kościoła, który 
musi dotrwać do czasu, gdy znów będzie katolicki. Zorganizowaliśmy pochód. [...] Kra- 
kowiacy, Ślązacy, Górale. Kapela góralska, tańce, pieśni. Wozy drabiniaste ustrojone 
kwiatami i zbożem. Krakowiak, trojak, drobiony i krzesany (?). Jednym słowem zawojo- 
waliśmy Leominster. W rezultacie nie było potem imprezy, gdzie by nas nie proszono. 
Ludlow, Hereford, Hrebdon. W '48 roku wystawiliśmy w teatrze naszym 2 czy 3 sztuki 9 . 
Odżyły we mnie wspomnienia teatru z Murnau, gdzie mimo ciężkich warunków niewoli, 


7 Wielka serdeczność Przyłuskiego i życzliwe zainteresowanie, jakie okazywał wszystkim, 
niezależnie od stanowiska i wykształcenia, sprawiały, że wiele osób darzyło go prawdziwym przy- 
wiązaniem: 
"Teraz piszę do pana, o co mię chodzi. Mój ślub będzie w sobotę, to jest 12 II '49, co bym 
bardzo prosił, żeby pan kapitan był na moim ślubie, bo mam do pana takie zaufanie jak do swego 
ojca i zrobił mi pan kapitan by dużą radość, jak by przyjechał [...]" (fragment listu]. Wlaznika do 
B. Przyłuskiego z 7 lutego 1949 r.). 
8 Mowa o Leominster. 
921 września 1948 r. B. Przyłuski został adiutantem dowódcy korpusu. W archiwum w Bi- 
bliotece Narodowej w Warszawie znajduje się list adresowany do Przyłuskiego (nazwisko nadawcy 
- nieznane), który tak komentuje ową nominację: ,,[...] Ma Pan trudną alternatywę: Apollo czy 
Mars? Nie zazdroszczę". 


78
>>>
zakazów Niemców i trudności repertuarowych udało nam się stworzyć teatr, który potem, 
po wyzwoleniu w Mepen obsługiwał wojsko i wychodźstwo polskie. 
Na wiosnę 1949 zwolnilem się z wojskalO i przyjechałem do Londynu z myślą o pra- 
cy w teatrze emigracyjnym. 
Przed wyjazdem z obozu przygotowałem tomik wierszy11 spiesząc się, żeby zdążyć 
oddać go do druku przed zwolnieniem, gdyż bałem się, że początki życia cywilnego będę 
miał trudne i nie znajdę czasu na pracę nad tomem. Wiersze z ostatnich la lat pisane 
w niewoli, we Włoszech i tu w Anglii przerabiałem i szlifowałem ostatecznie z tą myślą, 
żeby mimo długiego okresu czasu jak najmniej dźwięczały chronologią, a miały jakiś 
wspólny ton. 
Gotowy tom oddałem do druku zaraz po przyjeździe do Londynu. Myślałem również 
o pisaniu, korciło mnie, jak to zawsze bywa, kiedy się coś wydaje, chciałoby się pisać 
jeszcze i jeszcze. Uzupełnić, poprawić. Zalążki nowych wierszy rodzą się i rosną jak na 
drożdżach. Trzeba być bardzo ostrożnym, żeby w entuzjazmie dla tych nowości nie rezy- 
gnować ze starych wierszy, zdawałoby się ogranych, przebrzmiałych, które jednak często 
są lepsze od rodzonych w gorączce i uniesieniu. 
Londyn pełen był wtedy Polaków. Być może, że Polacy chodzili tymi samymi dro- 
gami i dlatego wszędzie, gdzie się szło, spotykało się znajome twarze. Większość unikała 
pracy. O pracę nie było trudno, ale tylko o tę cięższą i najmniej płatną. [...] Teatr płacił 
4 funty. Wybrałem teatr 12 . [...] Rzemiennym dyszlem ruszyliśmy na Anglię. Sami budo- 
waliśmy scenę, nosili dekoracje, przebieraliśmy się i wreszcie grali. Po przedstawieniu 
rozcharakteryzowanie się, przebieranie, rozbiórka sceny i ładowanie na wóz. Coś prze- 
łknąć i jazda dalej. Niektóre przeloty mieliśmy po 200 mil. Odwiedzaliśmy zapadłe kąty, 
gdzie w beczkach gnieździli się Polacy dumni, że do nich przyjechał teatr. Grywaliśmy na 
scenach ze stołów, to znów na betonie hangarów. Dekoracje trzymały się na słowo honoru 
na drutach jak na pajęczynie. Dachy ciekły, światło gasło, a myśmy grali. Publiczność do- 
pisywała - jakoś się żyło. 
Myśleliśmy o poważniejszym repertuarze. Farsa i lekkie komedie sprzykrzyły się 
nam. Postanowiliśmy dać składankę (ze względu na braki w zespole) Słowackiego pt. Li- 
sty do MatkI. Fragmenty z Mazepy, Kordiana i Marii Stuart złączone wyjątkami z listów. 
Na tym przedstawieniu wywróciliśmy się gruntownie. Kasy mieliśmy coraz mniejsze. 
Obozy zawiodły zupełnie, wysyłały właściwie tylko delegacje. Pamiętam jeden obóz li- 
czący 1000 mundurów (?), w którym ilość osób na widowni była mniejsza od ilości akto- 
rów. Potem jeszcze jedna sztuka i jeszcze jedna i trzeba było myśleć o innym zajęciu. 
Zwłaszcza, że zacząłem pisać - tym razem rzecz na scenę - Pastoralkę13. Pisanie szło 
mi z początku lekko, ale potem wyjazdy i przedstawienia wybijały mnie z nastroju. Mu- 
siałem wybierać albo pisanie, albo teatr. Wybrałem pisanie. Z wojskowych oszczędności 
ocalała jeszcze połowa. Wiedziałem, że jeśli choć miesiąc będę zupełnie wolny, to Pasto- 
ralkę skończę. 
Siadłem i skończyłem - niestety dopiero w sześć tygodni. W momencie, kiedy 
skończyłem przepisywać ją na czysto, z przerażeniem stwierdziłem, że książeczka 
oszczędnościowajest pusta, a w kieszeni mam ostatnie 5 szylingów. Złożyłem gotowy rę- 
kopis, jeszcze raz przetrząsnąłem kieszenie i szuflady. Nic więcej nie znalazłem. Poje- 
chałem do pośrednictwa pracy. Po drodze wysiadłem, bo gdybym nawet dostał pracę, to 
przecież będę musiał czekać do tej wypłaty, a na to moje 4 sh 8 p nie starczą. Muszę 
wziąć taką pracę, żebym dostał i jedzenie. 
Obejrzałem się. Przede mną stał olbrzym Grosvenoru 14 . Obszedłem olbrzyma szu- 
kając kuchennych drzwi. Starannie ukryte pchnąłem jednym zdecydowanym ruchem. 
Portier zmierzył mnie od stóp do głów. 


10 Dokładna data demobilizacji B. Przyłuskiego: 9 maja 1949 r. 
11 Mowa o tomie Obrona mgiel (Londyn 1949). 
12 Przyłuski pracował tam jako aktor i sekretarz literacki. 
13 Mowa oPastoralce maloszowskIęj (Londyn 1951). 
14 Grosvenor to nazwa jednego z najbardziej ekskluzywnych hoteli w Londynie. 


79
>>>
"Sir, this is a kitchen entrance" - "Wiem (?). Szukam pracy" - Ah, yes - pokazał mi 
drzwi do (...) 
"Mamy tylko pracę porterów" 
"Od kiedy?" - spytałem 
"Od zaraz" 
"Przyjmuję" 
Tryumfalnie schodziłem w dół. Mijaliśmy (...) składy pachnącej bielizny, ostatnie 
piętra wytwornych wind, basen kąpielowy dla gości (drzwi były otwarte i sprzątacze 
w kombinezonach docierali jeszcze mozaikowe posadzki; za chwilę zamkną i wytworna 
publiczność w strojach kąpielowych napłynie z górnych pięter, nie wiedząc, że za ścianą 
brud, smród i pot dominują na ścianach, podłogach i w powietrzu). I jeszcze w dół, i jesz- 
cze w dół. Fala dusznego smrodliwego gorąca objęła mnie jak sirocco. Byliśmy na dnie, 
na samym dnie, w kuchni. Olbrzymia hala pełna migających ludzi zziajanych, spieszą- 
cych się i spoconych. W środku hali domek ze szkła, a w domku chłód - biurko i za 
biurkiem szef, biały, wytworny szef. - "Przyprowadziłem nowego portera" - "Ali right. 
Niech go zabierze forman" . Przyleciał forman, łamaną angielszczyzną powiedział mi, co 
mam robić, wydał mi fartuch i odebrał marynarkę. Zakasałem rękawy, podwiązałem 
spodnie i zaczęła się ciężka robota. 
Czyszczenie rusztów, mycie kotłów, mycie zlewów, szorowanie posadzki. Zwłaszcza 
szorowanie między rozpalonymi blachami wypija z człowieka resztki sił. Wszystko 
zresztą robi się w temperaturze prawie wrzącej wody. Zlewy prawie że się gotują, kotły 
parują. Jedyny odpoczynek to obieranie chłodnych kartofli. Toteż przy kartoflach zawsze 
był ścisk. Siadaliśmy w krąg w kartoflarni i moczyliśmy rozpalone ręce w chłodnej wo- 
dzie za każdym gotowym kartoflem. 
Wybiła godzina - przebrałem się i wyszedłem. Byłem tak zmęczony, że z trudnością 
stałem na przystanku. Wytrzymałem jednak cały dzień. Mijały tygodnie, w kuchni jak 
w ulu wrzało. Kark mi stwardniał, ręce zgrubiały, nie bałem się już ociekającego tłusz- 
czem rusztu ani wrzącego kotła. Zlewy wypijały gęste pomyje za jednym dotknięciem 
mego czarodziejskiego gumowego węża, który topniał w gorącej breji lepiąc się do rąk 
jak smoła. W domu zacząłem czytać! 15 
(...) Forman zaproponował mi awans - lodownię. Funt więcej tygodniowo. Praca od 
9-ej do 6-ej, pół soboty i cała niedziela wolne. Praca samodzielna, trochę zimno, ale zgo- 
dziłem się. Nie szorowałem już rusztów, nie myłem zlewów. Przychodziłem do pracy na 
9-tą, a więc tak jak do biura. 
Najpierw rozwoziłem po kuchni jarzyny i owoce, wyrzucałem z lodowni ryby i drób 
i czekałem na następny transport. Codziennie przychodziły kosze z dziczyzną i kurami; 
3000 kur, padrwy, bażanty, gęsi, kaczki, cietrzewie, głuszce (głuszce wyglądały jak orły, 
ze złożonymi skrzydłami, z dziobami krzywymi jak haki - wielkie, ciężkie, półroczne 
ptaszyska spały u mnie na półkach między kurami obdartymi z piór i gotowymi w każdej 
chwili do garnka. Każdego ptaka trzeba było wyjąć z kosza i położyć na półce. Skrzynie 
z rybami stały jedna na drugiej. Poza tym bloki masła, sera, połcie boczku, płaty łososia, 
pstrągi, homary, raki... 
Kucharze wpadali jak po ogień - bali się zimna w lodowni - chwytali, co im było 
potrzebne i uciekali z mroźnego piekła. 
Po każdej wizycie trzeba było wszystko postawić na miejscu i sprzątnąć. 
- Halo, Bron, odwieź mi ryby. 
- Halo, Bron, odwieź mi kury. 
- Przynieś truskawki mrożone - 5 skrzyń. 
Z mrozu wracałem z pełnym wózkiem do żaru rozpalonych blach i rusztów 
- Halo, Bron, rozwieź banany. 
- Halo, Bron, rozwieź grapefruty. 
- Halo - wołali zupiarze, sosiarze i pieczeniarze. 
Piłem tylko sok z grapefruta i wytworną czarną kawę, tę samą, którą pił szef. Gania- 


15 W latach 1949-1951 Przyłuski mieszkał w Domu Pisarza w Londynie. 


80
>>>
. '\.. ' 
'. 


J 


... 


t" 



 
t.. 



 


Jt.. 
,. - 


'
 } 



 
1 

 L- 
.':; 
\?'.
- 


Bronisław Przyłuski (Monachium 1963) 


'7 
..'t 't l 
. I 
, 


i __ o 

 \- 

 


_'" 
 


'. 


\.. '\ 

 
"\..
 
..... 
(\,/ 
. 
 
., 



 




 
. \ 
\ '. ... 
..\ \ 


Bronisław Przyłuski w roli hrabiego w Oberżystce Goldoniego, 
Londyn 1956 (zb. Barbary Gaździk) 


.........
>>>
-;tI " 


. 

..) . 
J . \., 
( \ 
;: ., 


-" 


I 


-' 


v- 


. 
 


Amalia i Leon Leserowie. rodzice Stefanii Zahorskiej 


...'j 

 


.
1 


"" 
,
 
. t --" 
 _-:I. 
o ". . !l., ': ,.t; ! 
.; 


. 
 


:tJ." 


'-.- 
:..... 


... 


;1. 


,
.g... 
.;.'
. 


, : 


ł,
 
, r, e 
;. ,. ł 
I j' -'.1 
" 
:... 
! 


.\ 
I 't....'t o , . 
'j j'i
 \ .....
...
Ąi _ I 
, \ -.. . ..,,, .,
." 


..' .\ 



f 


, 
. ' 


\ 


j 


Młoda Stefania Zahorska 
(do szkicu M. E. Cybulskiej)
>>>
łem zjednego końca sali na drugi po melony, po bekon, po kury, po kaczki, po indyki, po 
tłuszcz. Ale w domu mogłemjuż czytać 2 do 3 godzin dziennie. Czasami wyskoczył jakiś 
krótki wiersz. Nie mogłem jednak wziąć się do czegoś większego, a pętał mi się po gło- 
wie pomysł sztuki 16 - przemieszane dwa czasy: dzisiejszość z dawnością, wszystko dzie- 
je się równocześnie to sprzed 2000 lat i to dzisiejsze. Tło - Ewangelia i współczesność. 
Męczyło mnie to, że nie mogłem siąść i pisać. Znowu miałem do wyboru: albo rzucić 
sztukę, albo pracę. Rzuciłem pracę i zacząłem pisać. Wytrzymałem z oszczędnościami 
8 tygodni. Tym razem nie poszedłem do Grosvenoru, a do podziemnej kolejki 
Poczułem ulgę. Praca nie była lekka, ale dużo lżejsza niż w hotelu. Mierził mnie tro- 
chę uniform i czapka z numerem. Czyściłem ustępy po stoicku, zamiatałem korytarze ol- 
brzymią szczotką, dopychałem pasażerów w zapchane wagony rush hours, ale wracałem 
niezmęczony i mogłem pisać. W pół roku skończyłem sztukę. 
W czasie służby były takie godziny na stacji, że siadałem i kombinowałem sytuacje 
czy dialogi notując na skrawkach papieru. Wracałem i pisało mi się jak za dawnych cza- 
sów. Napisałem parę wierszy. Od czasu do czasu ukazywały się moje wiersze w "Wiado- 
mościach" i w "Życiu". Mogłem się nawet podjąć poprawiania tekstu Ewangelii synop- 
tycznej złożonej przez pana L.GY. Z kilkoma tekstami w ręku szukaliśmy (co za urocza 
praca) najbliższego słowa oryginału z 4 najwspanialszych opowieści o Chrystusie. Z nie- 
cierpliwością czekałem wśród huku lecących pociągów na stacji Willesden Green końca 
pracy i cieszyłem się już, że zastanę w domu pana L.G. z nową porcją przygotowanych do 
ostatecznego wygładzenia zdań, obarczonych tradycją i świętością formy i treści; zdawa- 
łoby się skamieniałych w świętości, ale jakże giętkich i podatnych na każde dotknięcie 
zapamiętałego uczonego i zuchwałego poety. 
Ucho napięte, pamięć w pełnej gotowości, słowniki i tekst. Tak, to chyba była jedna 
z największych radości mojego londyńskiego życia. 
Syn pana L.G. pracowałjako kierownik w świetlicy w polskim szpitalu dla nerwic- 
Mabledon Park, gdzie wolne było miejsce dla drugiego świetlicowego l8 . Szpital stworzo- 
ny przez jednego z wybitnych polskich psychiatrów między innymi, leczenie nerwic oparł 
na pracy w warsztatach i na współpracy pacjentów w urządzaniu imprez kulturalnych Po- 
trzebny był ktoś, kto by poprowadził tam teatr amatorski i pomógł w urządzaniu odczy- 
tów 19 . Pan L.G. zaproponował mi, żebrc się zgłosić 
Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. o 
Znalazłem pracę, która mi zapewnia byt i daje mi pełne zadowolenie, a poza tym daje 
mi możliwość pracy nad sobą i czas na pisanie. Wydałem już arkusz poetycki w Oficynie 
Poetów i Malarzy pt. Akord. z l Wystawiłem siłami szpitala Pastoralkę, z którą byliśmy 
kilkakrotnie w Londynie. 
Piszę nową sztukę. Jednym słowem dałem sobie radę. Upór mój zbiera owoce. zz 


16 Sztuka Czas pojednany ukończona ostatecznie w 1955 r., w całości ukazała się drukiem po 
śmierci autora (Dramaty. Czas pojednany. Leon 1. Londyn 1985). 
17 Leon Grabianka. 
18 ang. psychiatric social worker. 
19 Z prośbą o przyjazd do Mabledon'u z odczytami na przeróżne tematy Przyłuski zwracał się 
m.in. do Michała Chmielowca i Jana Bielatowicza. Ten ostatni, przyjmując zaproszenie, odpisał 
9 sierpnia 1951: ,,[...] Miałem tu odczyt o Kasprowiczu w 25-lecie zgonu. Może by to, choć rzecz 
jest trochę high-brow. Mogę poza tym mówić o Brygadzie Karpackiej, o literaturze pięknej, winie 
i św. Tomaszu. Śpiewać nie potrafię. [...]" 
zo Pracę w Mabledon Hospital w hrabstwie Kent rozpoczął Przyłuski w 1951 r. 
ZI B. Przyłuski, Akord. Poe.ye. Tonbridge 1951. 
zz Powyższy fragment wspomnień B. Przyłuskiego (ze zbiorów Biblioteki Narodowej w War- 
szawie) nie był datowany. Ponieważ jednak zapis ten powstał w trakcie pracy nad "nową sztuką" 
(najprawdopodobniej jest nią Leon l - ukończony w roku 1954, a wydany w tomie Dramat y- 
por. przyp. 16, należy przypuszczać, że tekst wspomnień spisany został w latach 1951-1954). 


81
>>>
Podjęcie pracy w Mabledon Park nie oznaczało jednak definitywnej rezygnacji 
z teatru; Przyłuski grywał od czasu do czasu aż do r. 1955. 
W 1953 roku Radio Wolna Europa ogłosiło konkurs literacki, który obejmował trzy 
tematy do opracowania; 1) Moje naj ciekawsze przeżycie z lat 1939-1952; 2) List do 
kraju - co chciałbym powiedzieć przyjaciołom w Polsce?; 3) Co Zachód może przeciw- 
stawić komunizmowi? Około 25 listopada 1953 r. jury przyznało drugą nagrodę za opo- 
wiadanie Szeregowiec Abraham Moneti 3 . Autorem wyróżnionego tekstu był Jan Sie- 
miesz - jest to pierwszy i naj prawdopodobniej ostatni przypadek, kiedy Przyłuski użył 
pseudonimu. 
Współpraca z Radiem, tak szczęśliwie rozpoczęta, miała - jak się okazało - trwać 
niemal połowę jego emigracyjnego życia. W latach 50. pisywał okazjonalnie drobne 
reportaże i sprawozdania dla rozgłośni, wreszcie w 1958 r. porzucił pracę w szpitalu, 
która dała mu poczucie pewnej stabilizacji i stałe zarobki oraz, co równie ważne, czas na 
zajęcie się własną twórczością. 24 Przeprowadzka do Monachium oznaczała dla Przyłu- 
skiego nie tylko znaczną nobilitację w środowisku polonijnym (w tym czasie w RWE 
pracowali m.in.; Tadeusz Nowakowski, Czesław Straszewicz, Michał Chmielowiec, Jan 
Fryling). Istotnym argumentem przy podejmowaniu tej decyzji była także nadzieja na 
zmianę trybu życia i możliwość pełniejszego oddania się literaturze. Niestety rzeczywi- 
stość okazała się dużo bardziej surowa, niż poeta mógł przypuszczać. 
[...] Pracuję tak jak wół i oszczędzam na przyszłość. Ale cieszę się na powrót do 
Londynu, choć doprawdy nie wiem, co będę robił. Z jednej strony martwię się tym bra- 
kiem "security", ale z drugiej to dobrze, że się oderwałem od Mabledonu i tej rutyny 
z wariatami. Przestałem właściwie walczyć o lepsze i zacząłem gnuśnieć pod każdym 
względem. Mam nadzieję, że dam sobie jakoś radę. Bo tu nie chcę zostać - to druga ru- 
tyna i kto wie, czy nie gorsza od poprzedniej. Piszę trochę dla siebie i dużo dla radia. 
[...] Zacząłem dłuższe opowiadanie. Mam nadzieję, że je przed powrotem skończę. [...] 
Stęskniłem się za Londynem i życzliwymi ludźmi tam. Tu wszystko dla mnie obce i obo- 
jętne. 25 
Przyłuski był zatrudniony jako lektor oraz redaktor działu kulturalnego. Użyczał 
swego głosu przy nagrywaniu przeróżnych słuchowisk, czasami sam je pisywał lub - 
w zastępstwie Romana Palestra - czuwał nad ich realizacjąjako główny redaktor nagra- 
nia, najczęściej jednak pisał audycje z cyklu "Wiadomości kulturalne" i "K wadrans po- 
etycki" (" The Poetry Comer") . Miały one głównie charakter reportażowo-sprawoz- 
dawczy. Na poświęcenie się własnym zainteresowaniom i twórczości pozostawało nie- 
wiele czasu. 
Lata pobytu w Monachium były okresem bardzo samotnym i jałowym. Pojawiły się 
poważne problemy zdrowotne - astma. Dwanaście lat, które spędził w Monachium, 
zawsze wspominał bardzo źle ("Jedna z naj cięższych prac, jakie miałem w życiu,,26). 
Ciążyła mu przede wszystkim atmosfera pracy; ciągły pośpiech w pisaniu audycji, obwa- 
rowanie terminami, ale także mierziła specyfika monachijskiego środowiska. Po "wyro- 
bieniu" emerytury, skoro tylko mógł sobie pozwolić na opuszczenie RWE - wrócił do 
Londynu (28 stycznia 1970). Dwanaście lat spędzonych w Niemczech przy pracy, 
w której Przyłuski nigdy nie czuł się "właściwym człowiekiem na właściwym miejscu", 


23 Tekst opowiadania został wyemitowany na antenie RWE 17 maja 1954 r. 
24 Po Akordzie do r. 1958 Przyłuski wydał jeszcze Strofy o malarstwie (Londyn 1953) i Upro- 
sllem ciemnoścI. Wiersze 1949-1956 (Londyn 1957). 
25 Fragment listu B. Przyłuskiego do Stefanii Zahorskiej z 28 grudnia 1958 r. Korespondencja 
ta znajduje się w zbiorach Archiwum Emigracji w Toruniu. 
2 Fragment listu B. Przyłuskiego do Barbary Gaździk z 1964 r. 


82
>>>
przyniosły tylko jeden, ale w opinii wielu obserwatorów twórczości autora Badyli - 
najznakomitszy jego tom poetycki; Listy z pustego dom/P. Okres ten przyniósł też Przy- 
łuskiemu trzy nagrody literackie. Dwukrotnie był typowany do nagrody "Wiadomości" 
(za najlepszy wiersz drukowany w roku 1960 i za najlepszą książkę r. 1964-1965), jed- 
nak jej nie zdobył. Uhonorowana go natomiast w konkursie Związku Artystów Scen 
Polskich w Londynie w 1962 r., a w r. 1969 otrzymał nagrodę Fundacji im. Alfreda Ju- 
rzykowskiego w dziedzinie poezji oraz Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za cało- 
kształt twórczości. 
Rok później, gdy zamieszkał już na stałe w Londynie zarząd ZPPnO zwrócił się do 
Przyłuskiego z prośbą, by ten objął stanowisko prezesa Związku. Poeta jednak propozy- 
cję zdecydowanie odrzucił, tłumacząc, że byłoby to dla niego zbyt duże obciążenie psy- 
chiczne, zupełnie niepożądane w chwili, kiedy wreszcie mógł cieszyć się odpoczynkiem. 
W ostatniej dekadzie swojego życia Przyłuski opuszczał Londyn tylko na czas krót- 
kich wakacji we Włoszech lub Grecji, bądź też wieczorów autorskich (np. w Detroit, 27 
lutego-l marca 1977). 29 sierpnia 1973 r., po śmierci Wacława Grubińskiego i wyjeździe 
do Polski Jana Rostworowskiego, członkowie jury nagrody "Wiadomości" wybrali go do 
swego grona. Zajął się głównie pracą literacką - pisał nowe wiersze, artykuły krytyczne 
i recenzje. Współpracował głównie z "Wiadomościami", "Źyciem" i "Orłem Białym". 
Redagował stałą rubrykę "Przekłady dzieł pisarzy polskich stale przebywających poza 
Krajem" w londyńskim "Pamiętniku Literackim". W roku 1973 ukazał się ostatni jego 
autorski tom poezji, zatytułowany po prostu l11ersze 28 . 
Do końca był aktywny twórczo. Do końca też pozostał wierny zasadzie, że dopóki 
Polska pozostaje pod wpływem reżimu sowieckiego, nie należy wchodzić z Krajem 
w jakiekolwiek związki, nawet jeśli chodziłoby tylko o publikacje. Z podobnych przy- 
czyn nigdy nie wrócił do Polski. 


W 75-tym roku życia poety choroba niszcząca od lat jego organizm zaatakowała po 
raz ostatni. Bronisław Przyłuski zmarł nagle, w wyniku silnego ataku astmy, wieczorem 
11 kwietnia 1980 roku w swoim domu w Londynie. 


27 B. Przyłuski, Listy z pustego domu. Wiersze. Southend-on-Sea 1964. 
28 B. Przyłuski, Wiersze. Londyn 1973.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


PISARZ NA WYGNANIU A STYL 
(cz. 2) 


Dyskusja zorganizowana w Brukseli pod auspicjami Kongresu Wolności Kultury, najpewnIej 
w 1962 roku. Sprawozdanie z innego spotkania pisarzy, poświęconego temu samemu zagadnieniu, 
zatytułowane Pisarz na wygnaniu a styl, ukazało się pierwotnie w czasopiśmie "Arena" 1962 nr 6 
po francusku i przedrukowane zostało w polskim przekładzie w poprzednim zeszycie "Archiwum 
Emigracji". Maszynopis tej rozmowy udostępniony został Redakcji przez Piotra Kłoczowskiego. 
Tytuł oryginału: "Table ronde «L' ecrivain en exil» (Bruxelles)". 


Margaret Storm-Jameson: Panie i Panowie: Powinnam Państwa przeprosić za moją 
obecność tutaj dziś wieczorem - w ostatniej chwili stałam się bardzo nieadekwatnym 
substytutem Pana Roberta Neumanna. Jedynym uzasadnieniem mojej obecności tutaj jest 
fakt, że od lat trzydziestych mam przywilej utrzymywania stosunków przyjacielskich 
z wieloma pisarzami na wygnaniu, a także fakt, iż wierzę głęboko, że przemieszczanie się 
pisarzy na wygnaniu w obrębie Europy jest najważniejszym wydarzeniem w literaturze 
europejskiej od Renesansu. Macie tak wiele problemów i niektóre z nich są zupełnie 
jasne dla nas, którzy żyjemy w naszych własnych krajach. Jeśli decydujecie się zacząć 
pisać w języku, który nie jest waszym własnym językiem, czy odcinacie się w ten sposób 
od waszych najgłębszych korzeni, czy, z drugiej strony, sam fakt, że musicie walczyć 
z obcym językiem, wzbogaca i pogłębia waszą twórczość? Czy Conrad lub Nabokov 
byliby tak dobrymi pisarzami gdyby pisali we własnym języku? Nie znam odpowiedzi. 
Nie wiem również co zamierzacie przedyskutować dziś wieczorem. Czekam na wasze 
głosy z największym zainteresowaniem. 
Julian Gorkin: Panie Prezydencie, Panie, Panowie. Słowa, które właśnie usłyszeliście, 
wstrząsnęły mną szczególnie. Belgia jest krajem gościnnym dla wygnańców, krajem 
wolności. Jestem pisarzem, którego językiem ojczystym jest hiszpański, który niestety 
żyje na wygnaniu od wielu lat, w sumie trzydzieści sześć lat wygnania w trzech różnych 
etapach, i muszę Panu powiedzieć, Panie Prezydencie, że w pewnym momencie mojego 
życia, jako pisarz na wygnaniu, zająłem się dziennikiem, który bronił wolności mojego 
kraju, a jako, że nie mogłem znaleźć miejsca, gdzie mógłbym to robić, przyjechałem do 
Brukseli. Przez długie lata mogłem bronić myśli intelektualistów, pisarzy hiszpańskich, 
mojego narodu, dzięki duchowi gościnności Belgii, której pragnę tutaj złożyć wyrazy 
uznania. Panie i Panowie, reprezentuję kraj, który przez wiele lat musiał walczyć o wol- 
noŚĆ myśli, o wolność słowa i po raz pierwszy od 22 lat, które obejmuje moje ostatnie 


85
>>>
wygnanie, po raz pierwszy, w kontakcie z Europą, z ruchami europejskimi, do których 
należę od początku, patrzę z optymizmem na przyszłość inteligencji w moim kraju. Raz 
jeszcze urzeczywistnia się doświadczenie, które było stałym doświadczeniem w historii 
ludzkości; znaliśmy wiele, znamy wiele systemów absolutnych, dyktatorskich, totalitar- 
nych; ale również poznaliśmy w historii fakt, znany nam również obecnie, że nic nie było 
w stanie do tej pory wykorzenić z umysłu i mózgu człowieka ducha wolności, tej ko- 
nieczności oddychania i zaistnienia poprzez umysł, poprzez myśl. Tyranie zniknęły jedna 
za drugą, pojawiły się nowe tyranie, nowe dyktatury, ale duch wolności, ta konieczność 
dzięki której człowiek istnieje, jest czynnikiem stałym w historii, który w końcu zlikwi- 
dował te systemy dyktatorskie i totalitarne. Jako pisarz hiszpański, mogę Was zapewnić, 
że w Hiszpanii studenci, nauczyciele, pisarze - a nigdy dotąd nie było takiej liczby 
pisarzy jak dziś - wszyscy oddychają w samej Hiszpanii myślami europejskimi, czują 
się w równym stopniu Europejczykami jak Wy wszyscy i widzą przyszłość mojego kraju 
w zupełnej integracji z wartościami kulturalnymi i duchowymi tej Europy, którą właśnie 
budujemy i która, moim zdaniem, jest wielkim osiągnięciem dwudziestego wieku. 
W Hiszpanii zaistniał nawet obecnie pewien problem, który dotąd się nie pojawił. 
Owszem, mieliśmy pisarki, nawet słynne, w przeszłości, ale było ich niewiele, a obecnie, 
mogę Wam wymienić trzydzieści pisarek, poetek, które odnajdują się w uniwersalizmie 
rozprzestrzeniającym się dziś po ziemi hiszpańskiej. Jesteśmy świadkami niezwykłego 
fenomenu, jaki ma miejsce pod dyktaturą: umysły uciekają z Hiszpanii, nie zrywając 
korzeni z ziemią hiszpańską, uciekają ku wartościom Europy, pozostając wiernymi ko- 
rzeniom, które rozgałęziły się aż do Ameryki Łacińskiej, gdzie, jak wiecie 21 krajów tego 
kontynentu oprócz jednego posługuje się językiem hiszpańskim. Jako pisarz wygnany 
z Hiszpanii, jako wygnaniec hiszpański, który uzyskał narodowość meksykańską nie 
tracąc narodowości hiszpańskiej, ponieważ konstytucja meksykańska zezwala na taką 
naturalizację bez utraty własnej narodowości, przynoszę wam świadectwo wielkich na- 
dziei Hiszpanii, która duchowo i intelektualnie oddycha dzięki Europie i oddycha tym 
samym oddechem i tą samą inicjatywą co współcześni intelektualiści europejscy. Lecz 
pojawia się dziś wieczór szereg problemów: stanowimy w obrębie PEN Clubu centrum 
wygnania, tzn. PEN Club pisarzy wygnańców, i pojawiają się przed nami problemy, 
w centrum naszej wspólnej sprawy, problemy trochę wyjątkowe, na przykład czy my, 
którzy wyjechaliśmy z kraju naszego pochodzenia wiele lat temu, poddaliśmy się wpły- 
wom krajów, które nas przyjęły, które zaoferowały nam swoją gościnność? To oczywiste. 
Powiem więcej: zanim przyjechałem do Francji, podczas mojego pierwszego wygnania, 
później do Belgii, a potem do Ameryki Łacińskiej, moja formacja duchowa, a nawet mój 
styl, zostały, w pewnym sensie, ukształtowane przez język francuski. Poznałem, Panie 
i Panowie, literaturę francuską, pierwszą literaturę świata, poznałem ją przed literaturą 
hiszpańską. Oczywiście znałem, przyswoiłem sobie nasz cudowny Złoty Wiek hiszpań- 
ski, ten Złoty Wiek, który wpłynął nawet na takiego Szekspira, Corneille'a, Moliera, 
poprzez Calderona, poprzez Lope de Vega, poprzez Quevedo. Następnie, nastąpiło pewne 
odwrócenie i wszystko to, co było progresywne w Hiszpanii, wszystko to, co było libe- 
ralne, nazywano, w oparciu o wyrażenie popularne w ubiegłym stuleciu, "afrancesado", 
co oznaczało, że na gruncie hiszpańskim asymilowano wartości intelektualne i wartości 
duchowe Francji. Poznałem je przed literaturą hiszpańską. Dopiero później, wobec kon- 
frontacji wartości, ja, Hiszpan, zacząłem się interesować literaturą mojego kraju i wów- 
czas przejąłem w pewnym stopniu styl francuski. Chciałem, żeby stał się moim stylem, 
gdyż styl ten ma pewną naprawdę nadzwyczajnąjasność konstrukcji, koncepcji. Chociaż 
mój język hiszpański posiada prawie dziewięć tysięcy więcej słów niż język francuski - 
a czytając Don Kichota można znaleźć czasem sto niuansów jednego słowa - jednak, 
nie ma wątpliwości, że wielu pisarzy hiszpańskich i wielu pisarzy latynoamerykańskich 


86
>>>
próbowało przejąć, a czasem nawet naśladować to piękno, tę konstruktywną logikę języ- 
ka francuskiego, ten styl w jakim wypowiada się pisarz francuski. Moja kultura jest więc 
przede wszystkim francuska, a będąc francuską, staje się uniwersalna - uniwersalna 
przynajmniej z punktu widzenia aspiracji do wartości uniwersalnych. Jest to jeden z pro- 
blemów z jakimi musimy się zmierzyć, my, pisarze na wygnaniu. Kiedyś, podczas okrą- 
głego stołu pisarzy wygnańców z krajów zza Źelaznej Kurtyny, z krajów wschodnich, ze 
mną jako przedstawicielem pisarzy hiszpańskich, pojawił się pewien problem, który 
dokładnie przedyskutowaliśmy. Mówiłem moim przyjaciołom, których widzę tutaj kilku, 
Panu Jeleńskiemu, Panu Gara, których tu widzę, mówiłem im co następuje: wyobrażam 
sobie, że Pan, jako pisarz węgierski, Pan, jako pisarz polski lub jako pisarz bułgarski, lub 
jako pisarz rumuński, lub jako pisarz rosyjski, kiedy piszecie, szczególnie ze swobodnego 
natchnienia i w duchu wolności, we Francji, w Anglii, w Belgii, wiecie, że Wasze książki 
nie będą mogły się ukazać w waszym rodzinnym kraju, i jesteście zmuszeni czytać wasze 
książki w obcych tłumaczeniach, chyba że opublikuje je jakiś wydawca na wygnaniu, 
posługujący się Waszym językiem. Przypadek pisarza hiszpańskiego jest inny; jest inny, 
ponieważ kiedy ja piszę obecnie moje książki, wiem, że zostaną wydane. Będę mógł je 
wydać w Hiszpanii, będę mógł je wydać w Meksyku, w Santiago w Chile lub w Buenos 
Aires, i wiem, że istnieje na świecie dwieście milionów istot ludzkich, które mówią moim 
ojczystym językiem, które mówią po hiszpańsku, i mogę kontynuować. A powtarzając, 
że w pewnym sensie przejąłem język francuski i kulturę francuską, mogę pozostać wier- 
ny swojemu językowi, pisać w swoim języku i widzieć pierwsze wydania swoich książek 
- mam jedno przy sobie, ukazało się ostatnio w Ameryce Łacińskiej - w tych krajach, 
które mówią naszym językiem i które ukształtowały się poprzez język hiszpański i po- 
przez duch łaciński reprezentowany przez wielką kulturę francuską z niezwykłym wkła- 
dem również kultury włoskiej. To także jeden z problemów, przed którymi stają pisarze 
na wygnaniu. Chciałbym zakończyć mówiąc: Panie i Panowie, jestem szczególnie szczę- 
śliwy, że mogę być tutaj z Wami dziś wieczorem, ponieważ kraj ten jest dla mnie źródłem 
niezwykłych wspomnień, ponieważ, chociaż jestem pisarzem na wygnaniu, związałem 
swój los z losem wszystkich pisarzy świata, i ponieważ uważam, że niezależnie od tego 
czy po hiszpańsku, czy po polsku, po węgiersku, czy po rosyjsku, to, co nas charaktery- 
zuje w PEN Clubie to ów duch wolności, którego musimy bronić za wszelką cenę, to 
świadomość, że, chociaż jesteśmy na wygnaniu, reprezentujemy ducha tych, którzy 
w naszych krajach nie mogą wypowiadać się z taką swobodąjak my. I zakończę mówiąc, 
że mam nadzieję, że zarówno wy, którzy jesteście dzisiaj na wygnaniu, jak i ja, który 
jestem wygnańcem innego kraju i innego systemu, mam nadzieję, że ten duch wolności, 
któremu dajemy wyraz w imieniu wszystkich pisarzy z naszych krajów, wysunie się jutro 
naprzód w tym uniwersalizmie naszych czasów, który powinien być przede wszystkim 
środkiem wyrazu prawdziwych pisarzy świata. 
Konstanty A. ]eleński: Ograniczę się po prostu do dwóch, trzech punktów. Pierwszy 
jest bardzo ogólnikowy: uważam, że w pewnym sensie nie jest zupełnym paradoksem 
mówić, że każdy pisarz jest trochę istotą wygnaną. To znaczy, jeśli człowiek nie czuje się 
trochę wygnańcem ze społeczeństwa, w którym żyje - jakiegokolwiek, nawet we wła- 
snym kraju - nie myśli o tym żeby pisać. Warunkiem pisarstwa jest pewna izolacja, 
pewna trudność kontaktu, i to literaturę, pisarstwo pisarz przerzuca pomiędzy sobą 
i ludźmi, wśród których żyje, jako rodzaj mostu, żeby zapełnić tę przepaść, która go od 
innych oddziela. W przeciwnym razie, nie byłoby głębokiej przyczyny zmuszającej do 
pisania. Sądzę, że w tym sensie pisarz na wygnaniu stanowi, dosłownie, trochę ekstre- 
malny rodzaj pisarza, tzn. że jest podwójnym wygnańcem - wygnańcem jako wygna- 
niec, w pewnym sensie, pewnego porządku społecznego, a także wygnańcem ponieważ 


87
>>>
żyje poza swoim naturalnym otoczeniem. Drugi punkt, który chciałem podkreślić jest 
następujący: istnieje takie wyobrażenie, że pisarze wygnańcy decydują się zamieszkać 
gdzieś indziej niż w swoim własnym kraju, ażeby bronić pewnego politycznego punktu 
widzenia. Nie uważam, aby tak dokładnie było. Wytłumaczę dlaczego: ponieważ w na- 
szych czasach, pisarze wygnańcy są prawie wszyscy wygnańcami systemów totalitar- 
nych, tzn. zdecydowali się zamieszkać gdzie indziej, ażeby nie ulec bezpośrednim naka- 
zom politycznym. W niektórych społeczeństwach naszych czasów, pisarz, który nie 
chciał pozwolić się upolitycznić, znalazł się naturalnie na wygnaniu. Ażeby nie podjąć, 
ogólnie mówiąc, tzw. zobowiązań, wielu pisarzy znalazło się na wygnaniu, znaleźli się po 
prostu na wygnaniu, ażeby móc nadal być sobą, a nie po to, by głosić jakieś racje. Oczy- 
wiście, jeśli chcemy mieć prawo być sobą, warunkiem jest pewne stanowisko polityczne, 
lecz niezwykle ogólnego charakteru. Jeśli chodzi o trzeci punkt, który chciałem zazna- 
czyć, to mój przyjaciel Julian Gorkin już go podkreślił, mówiąc tak elokwentnie o pisa- 
rzach i intelektualistach ze swojego kraju. Uważam, że w trakcie ostatnich lat samo poło- 
żenie wygnanego pisarza ogromnie się zmieniło, jeśli porównamy je z jego sytuacją kie- 
dy okropieństwa totalitaryzmu osiągnęły swoje apogeum. W dniu dzisiejszym kontakty 
pomiędzy pisarzami na wygnaniu a pisarzami, którzy żyją w ich własnym kraju, są dość 
żywe i czasami na skutek pewnych historycznych zbiegów okoliczności, niektórzy żyją 
w swoim kraju, a inni żyją na wygnaniu. Jednakże, myśli, a nawet pewne formy pisar- 
stwa są sobie bardzo bliskie i sądzę, że rola pisarza na wygnaniu często nie polega na 
tym, aby się buntować przeciwko pewnym sprawom, lecz wręcz przeciwnie na tym, aby 
wyjaśnić światu to, czym jest głęboka dusza i prawdziwa egzystencja ukryte pod pewną 
fikcją systemu, wyjaśniać to ludziom, wśród których się żyje. To wszystko, co chciałem 
powiedzieć. 
Margaret Storm-Jameson: Panie, Panowie. Czas na pytania słuchaczy. 
Ktoś z publiczności: Czy pisarz na wygnaniu nie powinien, ze względu na to, że znaj- 
duje się na wygnaniu i jest pisarzem na wygnaniu, reprezentować pewnych idei, jeśli nie 
politycznych, to przynajmniej ludzkich, humanitarnych, w obliczu milczenia? Na czym 
polega aktywność PEN Clubu na Wygnaniu wobec Zachodu? 
Konstanty A. Jeleński: Powiedział Pan, że pisarz na wygnaniu powinien reprezentować 
pewne idee, jeśli nie polityczne, to przynajmniej bardzo ogólne, dotyczące, powiedzmy, 
wolności, godności osoby ludzkiej, itd. Sądzę, że są to sprawy dość oczywiste, ale uwa- 
żam, że zależy to od sposobu w jaki wyobrażamy sobie dyskurs pisarza. Nie uważam, 
aby najlepszą metodą obrony wolności było mówienie o niej bezpośrednio. Wkład pisa- 
rza w sprawę wolności polega na swobodzie pisania. Mogę Panu przytoczyć, gwoli przy- 
kładu, dosyć ciekawy przypadek. Jest to przypadek pewnego pisarza absolutnie apoli- 
tycznego, anarchisty, który nie wykazywał żadnych zainteresowań politycznych: jest to 
pisarz polski, który mieszka na wygnaniu, a nazywa się Witold Gombrowicz. Witold 
Gombrowicz jest pisarzem, który napisał książkę zatytułowaną Ferdydurke. Jest to książ- 
ka awangardowa, dosyć absurdalna, w której nie ma nic politycznego, dotyczy ona pew- 
nego całkowicie osobistego doświadczenia, lecz doświadczenie to jest w dość ciekawy 
sposób powiązane z czymś innym: Gombrowicz niezwykle dokładnie opisuje historię 
bohatera, który staje się znowu mały i wraca do szkoły, i wszystko to, co mu się w szkole 
przytrafia. Książka ta nie ma w sobie absolutnie nic politycznego, a jednak wpływ tej 
książki w epoce komunizmu w Polsce był olbrzymi, ponieważ wszyscy uznali tę fikcyjną 
szkołę za szkółkę niedzielną komunizmu, sposób infantylizacji pisarza stawiający go 
wobec problemów absolutnie elementarnych, które są mu siłą narzucone z góry. A więc, 
oto typowy pisarz, który w ogóle się innymi nie przejmuje; pisze książkę, która jest po- 


88
>>>
święcona wyłącznie jego własnemu doświadczeniu. Uczynił to bez żadnych jawnych lub 
ukrytych zamiarów politycznych, a jest to książka która jednocześnie odegrała bardzo 
dużą rolę polityczną. 
George Tabori: Niektórzy pisarze belgijscy wypowiadają się po flamandzku, inni po 
francusku. Dla nas, pisarzy wygnańców, jest prawie tak samo. Są pisarze wygnańcy, 
którzy piszą po francusku i którzy piszą po angielsku. ja należę do tej drugiej grupy 
i mam nadzieję, że wybaczycie mi mój francuski, który jest naprawdę okropny. Chcę 
odpowiedzieć na drugie pytanie naszego przyjaciela, dotyczące aktywności PEN Clubu 
na Wygnaniu; sądzę, że zajmujemy się trzema sprawami, próbujemy się nimi zajmować. 
Pierwszą z nich jest pomoc pisarzom na wygnaniu w ich izolacji, która czasem jest na- 
prawdę straszna. Izolacja każdego pisarza jest dość głęboka, lecz sądzę, że kiedy prze- 
bywa się na wygnaniu staje się ona sto razy głębsza. Publikujemy małe czasopismo, które 
jest witryną dla pisarzy na wygnaniu, organizujemy co roku lub prawie co roku konferen- 
cję, przeprowadzamy dyskusje z pisarzami z innych krajów. jesteśmy jedynym centrum, 
w ramach Międzynarodowego PEN Clubu, które nie jest centrum zdeterminowanym 
geograficznie. Mamy członków w Hong Kongu i w Peru, w Australii, a nawet w Izraelu 
i wierzę, że stanowimy bazę dla wszystkich pisarzy wygnańców, sposób wyjścia z tej 
izolacji. Druga sprawa jaką się zajmujemy to nasza rola w Międzynarodowym PEN Clu- 
bie. A Międzynarodowy PEN Club to, jak sądzę, największa organizacja pisarzy na świe- 
cie, obejmująca prawie siedemdziesiąt centrów. I uważam, że my, wygnańcy, jesteśmy 
być może sumieniem tej wielkiej organizacji. jesteśmy tym, co Anglicy nazywają szkie- 
letem w szafie. jesteśmy być może nie zawsze mile widziani, gdyż próbujemy spełniać 
swój obowiązek przypominając wszystkim pisarzom wolnej reszty świata, że straciliśmy 
wolność i że trzeba starać się walczyć, jeśli pozostałe kraje i pozostali pisarze nie chcą 
stracić tej właśnie wolności. A naszym zadaniem jest dość często odzywać się w imieniu 
pisarzy z naszego kraju, których sytuacja nie pozwala im zabrać głosu. Walczyliśmy, 
chyba już dziesięć lat temu, o wyzwolenie pisarzy przebywających w więzieniach i obo- 
zach koncentracyjnych na całym świecie, toczyliśmy tę walkę współpracując z innymi 
centrami PEN Clubu. Sądzę, że pierwszy był PEN Club angielski reprezentowany tutaj 
przez Panią Przewodniczącą. Naszym zadaniem jest także być może utrzymywać pomost, 
więź, z pisarzami zza żelaznej kurtyny, z Hiszpanii albo z Portugalii, lub z innych krajów, 
którzy są prawie jeszcze bardziej odizolowani niż pisarze na wygnaniu. 
Julian Gorkin: Pragnę opowiedzieć Wam o pewnym doświadczeniu, które ułatwi zro- 
zumienie pytań, które nam postawiono. Niestety, wojna domowa w Hiszpanii, być może 
jedna z najbardziej okrutnych wojen domowych jakie miały miejsce, w kraju o populacji 
aktywnej liczącej dziewięć i pół miliona, w którym zginęło milion osób, a pół miliona 
schroniło się na wygnaniu - wyobraźcie sobie przerażające procenty - a więc, ta wojna 
domowa, ta straszna przepaść, podzieliła Hiszpanów na dwie różne Hiszpanie: na Hisz- 
panów, którzy stracili ziemię, ażeby zachować wolność, i Hiszpanów, którzy stracili 
wolność zachowując ziemię. A to wywołało wśród nas dramatyczny, straszny rozłam 
i pozostawiło nam przerażające rany, które, na szczęście staramy się właśnie wyleczyć 
i przezwyciężyć w imię konieczności zorganizowania tego, co po hiszpańsku nazywamy 
- termin ten nie ma odpowiednika francuskiego - la convivencia civil - la conviven- 
cia, to znaczy konieczność życia razem, życia wspólnie, jedni dla drugich. Opuszczając 
Hiszpanię, zacząłem opisywać dramatyczne wydarzenia, które przeżyłem w moim kraju, 
ale wyznam Wam szczerze, że nie wiedziałem, aż do 1956 roku co działo się wewnątrz 
mojego kraju. W rzeczywistości, trochę z winy emigrantów, uchodźców politycznych, 
wznieśliśmy żelazną kurtynę pomiędzy Hiszpanią a Hiszpanami na wygnaniu. Popełnili- 
śmy błąd, uznając, że wszyscy, którzy poddawali się w Hiszpanii dyktaturze byli auto- 


89
>>>
matycznie frankistami, i stawialiśmy przerażające zarzuty wielkim intelektualistom hisz- 
pańskim; wielkiemu filozofowi Ortega y Gasset, który powrócił do Hiszpanii, Doktorowi 
Marańon, jednemu z naszych wielkich naukowców, który wrócił do Hiszpanii, wielkiemu 
pisarzowi Pio Baroja, który pozostawił studziewięciotomowe dzieło powieściopisarskie, 
to niezwykłe, a który wrócił do Hiszpanii. Stawialiśmy im gorzkie wyrzuty, dla nas, to 
była zdrada. Ajednak wcale nie, nawet w Hiszpanii pozostali wierni sobie samym i wier- 
ni temu, co zawsze stanowili. Później, odkryłem Hiszpanię tych dwudziestu trzech lat 
mojej nieobecności, odkryłem ją poprzez książki młodych powieściopisarzy. Odsłonili 
przede mną nową Hiszpanię, to znaczy tę Hiszpanię, która szukała siebie samej, tę Hisz- 
panię, która pragnęła wyrazić wszystkie swoje problemy, wszystkie swoje kompleksy, 
wszystkie swoje upośledzenia. Nastąpiło połączenie, fuzja, pomiędzy pisarzami na wy- 
gnaniu i pisarzami wewnątrz kraju, i zapewniam Was, że obecnie wszyscy czujemy się 
członkami jednej rodziny hiszpańskiej i zarówno jedni jak i drudzy, pragniemy zlikwi- 
dować przepaść powstałą na skutek wojny domowej, pragniemy nie tworzyć nowej prze- 
paści. Nie leczy się rozłamu powodując inny rozłam. A teraz wyjawię Wam w zwięzły 
sposób historię pewnego niezwykłego odkrycia, którego dokonałem i uzmysłowiłem 
samemu autorowi. Mieszka obecnie w Hiszpanii jeden z największych twórców teatral- 
nych, to młody człowiek, Buero Vallejo. W jednej z jego sztuk uderzyło mnie to, że 
wszystkie postaci były ślepe. Postawiłem sobie pytanie; dlaczego tworzyć sztukę, 
w której wszystkie postaci są ślepcami? Inna sztuka jest jeszcze ciekawsza; wszystkie 
sceny mają miejsce na tarasie i widać w trakcie sztuki, że każdego wieczora, każdej nie- 
dzieli wszyscy mieszkańcy siedmio- lub ośmiopiętrowego budynku odczuwają potrzebę, 
żeby opuścić swoje domowe życie, wyjść z mieszkania i wspiąć się na taras, gdzie świeci 
słońce, gdzie można oddychać świeżym powietrzem, gdzie mogą prowadzić rozmowę 
z tarasu na taras, z tarasu na balkony. W tej sztuce o ślepcach i w sztuce o mieszkańcach 
wielopiętrowego budynku odczuwających konieczność, żeby wyjść na taras, ku słońcu, 
ku świeżemu powietrzu, i żeby nawiązać dialogi między sobą, a nawet z sąsiadami 
z innych domów, dostrzegłem poszukiwanie ducha inspiracji w systemie opartym na 
cenzurze i totalitaryzmie. A kiedy miałem okazję porozmawiać z autorem, zapytałem; 
"Czy zamysłem Pana było wyrazić ślepotę pewnych krajów w czasach terroru i paniki, 
a następnie wyzwolenie postaci wchodzących na taras, aby porozmawiać ze sobą, aby 
przyjrzeć się sobie?' Spojrzał na mnie zaskoczony i, co ciekawe, powiedział; "Tak, ale 
dla mnie samego to, co chciałem wyrazić przez te obrazy nie było jasne". Oznacza to, że 
często nasze doświadczenie pomaga; ja, starszy pisarz, który był w stanie skonfrontować 
rzeczywistość hiszpańską z rzeczywistością uniwersalną, być może dostrzegłem głęboki 
sens inspiracji tego człowieka, którą on sam wyraził w sposób nie całkiem świadomy, nie 
całkiem jasny. A teraz, aby dać odpowiedź końcową na postawione nam pytania, stwier- 
dzam, że oczywiście całkowicie się zgadzam z tym, co powiedzieli ]eleński i Tabori; tak 
mamy obowiązek, my, pisarze na wygnaniu, przedstawiać to i mówić o tym, czego pisa- 
rze w naszych krajach nie mogą przedstawić i o czym nie mogą mówić. Oni odsłaniają 
nam nową Hiszpanię, nową Polskę, nowe Węgry; odsłaniają nam swoje obawy, swoje 
problemy, w obliczu cenzury muszą brać pod uwagę co mogą a czego nie mogą powie- 
dzieć, muszą wyrażać pewne rzeczy w sposób metaforyczny, ponieważ nie mogą mówić 
o nich bezpośrednio. My możemy to zrobić i rozumiemy to, o czym piszą, to, czego bra- 
kuje w tym, co piszą i czujemy się trochę ich przedstawicielami i ich głosem. A więc, 
chodzi o to, abyśmy na wygnaniu pozostali godni tego, czego nie można wyrazić w na- 
szych krajach, wiedząc, że oni walczą w straszliwych trudnościach, aby być godnym nas 
i tego wszystkiego, co my wszyscy tutaj reprezentujemy dziś wieczorem. 


90
>>>
George Urban: Są dwa rodzaje wygnańców; ci, którzy opuścili swój kraj, i ci, którzy 
żyją we własnym kraju, ale nie piszą, wygnani fizycznie i wygnani duchowo. Ostatnio 
w naszych krajach pojawiła się wśród pisarzy tendencja, żeby mówić; "Nie jest tak źle 
jak na to wygląda, musimy żyć w szerokich ramach panującego systemu". Na przykład 
na Węgrzech, po stłumionej rewolucji, pisarze są w sytuacji groźniejszej niż przedtem, 
właśnie dlatego, że pragną czuć się wolnymi, podczas gdy tak naprawdę wcale nie są 
wolni. Nieznaczna liberalizacja w systemach totalitarnych wnosi specyficzne niebezpie- 
czeństwo, ponieważ prowadzi do nowych, czasem smutnych kompromisów. 
Ktoś z publiczności: Panie ]eleński, czy znany jest procent utworów wygnańców z kra- 
jów komunistycznych, które zostały przetłumaczone na języki wolnych krajów, tak 
w przybliżeniu, bo sądzę, że to bardzo niewielka liczba? 
Konstanty A. Jeleński: Nie będę ryzykował statystyk, to byłoby niebezpieczne. Nie 
wydaje mi się, aby to była bardzo niewielka liczba. Myślę, że tłumaczy się wielu pisarzy 
wygnańców; w każdym razie, większość pisarzy jakich znam jest tłumaczonych na ten 
czy inny język. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy, mianowicie, jeśli Pan śledzi tłumaczenia 
w jednym tylko języku, ma Pan bardzo cząstkowy obraz stanu rzeczy. Na przykład, jeśli 
Pan czyta po francusku, dostrzega Pan tylko książki tłumaczone na francuski, ale musi 
Pan pomyśleć o wszystkich książkach tłumaczonych na angielski, na niemiecki, na wło- 
ski, na hiszpański, itd. Sądzę, że wręcz przeciwnie, procent utworów pisarzy wygnańców 
tłumaczonych na języki zachodnie jest bardzo wysoki. 
Margaret Storm-Jameson: Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat znacznie 
się powiększył. 


Tłumaczyła z j. francuskiego Anna Branach
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


SZKICE I PRZYCZYNKI 


LITERATURA POLSKA W 
PRZEKŁADACH HEBRAJSKICH 


Ryszard LGW (Izrael) 


I 
Tradycja to długa i bogata; od stu sześćdziesięciu lat trwa przyswajanie językowi 
hebrajskiemu utworów literatury polskiej. Język hebrajski jest tym językiem orientalnym, 
któremu w tłumaczeniach zawsze bezpośrednich z oryginału przekazano największą ilość 
polskiej poezji, dramatu, prozy beletrystycznej i eseistycznej, utworów dla dzieci i mło- 
dzieży. Przekazano - na co też trzeba zwrócić uwagę - bez żadnej inspiracji ze strony 
polskiej, która swoje w tej sprawie wysiłki i starania zwyczajowo kierowała na Paryż, 
Berlin, Rzym czy Londyn. Jest i zawsze był to wynik własnego rozeznania tłumaczy, 
polskich Źydów, z literaturą polską obytych bezpośrednio. 
Dodać też można od razu, iż piśmiennictwo hebrajskie jest tym piśmiennictwem 
orientalnym, w którym podjęto różnorodną penetrację polskiej twórczości literackiej 
w formie recenzji, omówień, artykułów przeglądowych a nawet monografii o jej po- 
szczególnych zagadnieniach, autorach i dziełach. 
Najpierw, bardzo długo, przez mniej więcej stulecie diasporyczne, przekłady te były 
dokonywane i publikowane w Polsce i adresowane głównie do w Polsce zamieszkałych 
czytelników. Czytelników znających zatem miejscowe realia, intelektualnie przygotowa- 
nych do zrozumienia - może nawet akceptacji - charakterystycznych cech literatury 
polskiej; tych właśnie cech, które jej recepcję w tłumaczeniach na obce języki tak na ogół 
utrudniają. 
Takich, jak górowanie pierwiastka narodowego nad uniwersalnym, przewaga tema- 
tyki polskiej i wiążące się z jej eksponowaniem obciążanie dzieł literackich służebnością 
patriotyczno-społeczną. To także - co sformułował Henryk Markiewicz - silna "eks- 
presja świadomości czy nadrzędnej idei, której rzecznikiem w historii jest dany naród". 
Sądzę, że ta ostatnia właściwość tego polskiego kodu kulturalnego była szczególnie bli- 
ska żydowskiej świadomości narodowej, bez reszty mieściła się - może nawet mieści 


93
>>>
nadal - w systemie pojęć czytelników hebrajskich. Więc skoro tak się rzecz miała - 
z kryteriami doboru utworów mających zostać przyswojonymi hebrajszczyźnie, kłopotów 
nie było. 
II 
Początek nadał w ubiegłym stuleciu Julian Klaczko tłumaczeniami wierszy Mickie- 
wicza. Archaizm języka hebrajskiego, który rozpoczynał dopiero swój proces unowocze- 
śniania się, oraz niewielka na ogół sprawność translatorska tłumaczy sprawiły, że więk- 
szość tych dawnych przekładów straciła czytelność. A przecież w tym już okresie - do 
roku 1939 - przełożono utwory i dzieła, bez których pejzaż literatury polskiej jest naj- 
zupełniej nie do pomyślenia. Były wśród nich przecież - wymienione tutaj w ciągu 
chronologicznym ich powstania: Kochanowskiego Treny (1930), Mickiewicza Księgi 
narodu i pielgrzymstwa polskiego (1881) i trzy pierwsze "Księgi" Pana Tadeusza (1921) 
przełożone przez Józefa Lichtenbauma, aż trzy odmienne wersje Słowackiego Ojca za- 
dżumionych (pierwsza w roku 1883), W Szwajcarii (1923) oraz Setera tłumaczenie An- 
hellego (1928), Irydion (1921) Krasińskiego; drobne utwory Konopnickiej, Orzeszkowej 
(Ogniwa 1909), powieści Sienkiewicza, których poczytność nie słabła przez następne 
dziesięciolecia, a wtedy ukazały się ich pierwsze wydania: Ogniem i mieczem (1929) 
i Potop (1930-1931), W pustyni i w puszczy (1928), Quo Vadis (1928); Reymonta Chłopi 
(1928), Przybyszewskiego Dla szczęścia (1929), Wyspiańskiego Wesele (1938) w zna- 
komitym przekładzie B. Pomeranca; dramat Źuławskiego Koniec Mesjasza (1924) w parę 
lat po jego edycji książkowej wystawiony (1927) przezjeden z teatrów w Tel-Awiwie. 
W tym bloku przekładów mieści się też pierwsza hebrajska antologia polskiej prozy: 
Jehudy Warszawiaka Polin czyli Polska (1936), w której znalazły się utwory Orzeszko- 
wej, Konopnickiej, Prusa, Sienkiewicza i Źeromskiego. Podobnie jak olbrzymia więk- 
szość wymienionych publikacji ukazała się ona w Warszawie, która do wybuchu wojny 
była jednym z najważniejszych ośrodków literatury i hebrajskiego ruchu wydawniczego. 
Nie od rzeczy będzie z pewnością przypomnienie tutaj opinii Piotra Chmielowskiego 
z roku 1879, który wymienił m.in. Pana Tadeusza, Ojca zadżumionych, W Szwajcarii, 
Irydiona jako naj doskonalsze utwory polskie; w półwiecze później Juliusz Kleiner War- 
toś ci światowe literatury polskiej (1929; 1938) dostrzegł w twórczości Kochanowskiego 
oraz w Anhellim, Quo Vadis, Ogniem i mieczem, Chłopach, Weselu. Otóż wszystkie te 
dzieła już wtedy istniały w przekładzie hebrajskim. 


III 


Mimo, iż już przedtem w czasopismach literackich drukowano sporadycznie prze- 
kłady wierszy Leśmiana, Tuwima czy Słonimskiego - na ogół zajmowano się dawniej- 
szą literaturą polską. Wiązało się to prawdopodobnie z bezpośredniością odbioru, tłuma- 
cze wybierali dzieła im bliskie, na których się sami wychowali. W latach wojny i pierw- 
szych powojennych w ówczesnej Palestynie, przeobrażającej się w jedyne centrum pi- 
śmiennictwa hebrajskiego następowało pewne przesunięcie zainteresowań, uważniej 
bowiem spojrzano na literaturę niedawną i współczesną. Pojawiają się nowi tłumacze, 
niejednokrotnie autentyczni poeci hebrajscy, w swojej twórczości ulegający wpływowi 
mniej więcej rówieśnych im polskich poetów. 
Nierwąca się obecność Mickiewicza w domenie hebrajskiej dokumentuje Szlomo 
Skulskiego przekład Konrada Wallenroda (1944); sięgnięto do realistycznej prozy - po 
Orzeszkowej Mirtalę i Prusa Faraona, po Źeromskiego Ludzi bezdomnych i Dzieje Grze- 
chu (wszystkie w roku 1947). Beniamin Tenenbaum-Tene dał przekład Brzozowskiego 
Płomieni (1939-1940), - powieści, która i w oryginale i przekładzie odegrała tak dużą 
rolę w krystalizacji ideowej syjonizmu socjalistycznego - ale także Wittlina Hymny 


94
>>>
(1942) i Sól ziemi (1945) i sporo wierszy lirycznych Tuwima, które niebawem miał wy- 
dać w osobnej książce (1946). W jego też przekładzie ukazał się wtedy zbiór polskich 
wierszy o Zagładzie (Mi-szirej geto. Mi-ma 'amakim, 1947), którego oryginał pL Z ot- 
chłani wydano konspiracyjnie w Warszawie w 1944 roku. 
Ważne miejsce w tym procesie translatorskim przypada antologii Lichtenbauma 
Givot olam czyli V!:}żyny świata (1946). Zebrał on w niej własne przekłady wierszy 
z różnych języków, a wśród nich również tłumaczenia wierszy polskich. Lichtenbaum był 
poetą miary bardzo średniej, więc i takie są jego przekłady poezji na której się jednak 
znał. Dowodzą tego umieszczone przez niego wiersze polskie - od Mickiewicza i Sło- 
wackiego, poprzez Asnyka, Leśmiana i Staffa po Skamandrytów - Tuwima, Słonim- 
skiego, Iwaszkiewicza i Wierzyńskiego. 
Wojenne losy i wędrówki przygnały do Palestyny wielu polskich pisarzy, poetów, 
uczonych. Przebywali tu wtedy Broniewski, Roman Brandstaetter, Anatol Stern i wielu 
innych. Dwie powieści Sterna napisane wtedy, zostały od razu przetłumaczone z rękopisu 
i wydane po hebrajsku - Odpowiedzialność nazisty (1944; po latach wydana w Polsce 
pL Ludzie i syrena) i Żyd z Polski (1946; znana jedynie we fragmentach zatytułowanych 
Uczta w czasie dżumy). W tym wojennym okresie (1941) teatr Habima wystawił Brand- 
staettera Kupca warszawskiego, co było debiutem dramatopisarskim tego poety. 


IV 


Szczególnie obfity okazał się plon minionego półwiecza, od chwili powstania pań- 
stwa Izraela w roku 1948. Przerasta on niebłahe przecież osiągnięcia okresów poprzed- 
nich. Dzięki bowiem scentralizowaniu hebrajskiego życia kulturalnego na określonym 
geograficznie terytorium przy jednoczesnym stałym wzroście ilości czytelników w języ- 
ku hebrajskim zaistniały korzystniejsze niż dawniej warunki dla działalności wydaw- 
nictw, prasy literackiej, teatrów. Tym zaś okolicznościom długo jeszcze towarzyszyła 
czynna obecność w hebrajskiej twórczości pisarskiej osób znających język polski, intere- 
sujących się literaturą polską. Ich właśnie pracy przypisać należy duży wybór ogłoszo- 
nych przekładów, recenzji, omówień, not - czyli całego zespołu objawów życzliwości 
prasy. 
Z tym jednak - o czym też należy pamiętać - że w miarę upływu lat skład izrael- 
skiej publiczności literackiej się zmieniał. Lekturę dzieł polskich podejmują czytelnicy 
już tutaj, w Izraelu urodzeni, osobiście najzupełniej nie uwikłani w sprawy polskie, które 
tak wielką rolę odegrały w biografiach ich ojców i dziadów. Są wśród nich także czytel- 
nicy o zupełnie innym zapleczu rodzinnym, odmiennej mentalności i korzeniach kultu- 
ralnych. 
Poezję w przekładach ogłoszonych w Izraelu reprezentują poeci z różnych epok 
literatury polskiej z oczywistym pierwszeństwem współczesnych. Złożona z tłumaczeń 
rozproszonych po czasopismach antologia przyniosłaby wiersze - od Kochanowskiego 
po Krynickiego. Poprzez Mickiewicza, Słowackiego, Ujejskiego, poetów pozytywistycz- 
nych "czasów niepoetyckich" (Konopnicką, Asnyka) po Młodą Polskę i poetów klamru- 
jących swoją twórczością początek wieku z okresami późniejszymi - Leśmiana, Staffa. 
W Dwudziestoleciu oglądanym oczami hebrajskimi dominuje Skamander, potem wiersze 
tych poetów, którzy pisali przed wojną, w czasie jej trwania i po niej - i lista to długa 
i ciągle jeszcze wydłużająca się: Wittlin, Broniewski, Jastrun, Ważyk, Przyboś, Wygodz- 
ki, Śpiewak, ale też Miłosz, Gałczyński; poeci, którzy wojny nie przeżyli - Ginczanka, 
Szlengel, Łazowertówna, Baczyński. I bardzo duży zrąb twórczości powojennych debiu- 
tantów, już przecież także należących do paru pokoleń - Różewicza, Ficowskiego, Her- 
berta, Twardowskiego, Szymborskiej, Woroszylskiego, Grynberga, Urszuli Kozioł, Ewy 
Lipskiej.. . 


95
>>>
W sumie taka antologia przyniosłaby utwory około sześćdziesięciu poetów (z biją- 
cymi w oczy lukami - bez Norwida, bez Czechowicza) w bardzo zróżnicowanej warto- 
ści przekładach Józefa Lichtenbauma, Beniamina Tenenbauma-Tenego i Szymszona 
Melcera nagrodzonych nagrodą im. Alfreda Jurzykowskiego, Ryfki Gurfin-Uchman, Arie 
Braunera, Szaloma Lindenbaurna, Dawida Weinfelda, Jakowa Besera, Szoszany Raczyń- 
skiej, Rafi Wicherta... 
Antologii takiej jednak nie ma. Jej namiastką przez długie lata były książki Gili 
Uriel, razem z przekładami wierszy z innych języków zawierające też wiersze polskich 
poetów - Peninim mi szirat ha-olam (Perły poezji światowej) czy Nofim dowewim (Mó- 
wiące pejzaże). A także nieco hybrydyczny zbiór Samuela Schepsa zredagowany przez 
Aszera Wilchera Safrut polanit by-liwusz ri (Literatura polska w szacie hebrajskiej, 
1989) gdzie sylwetki literackie szesnastu poetów i czterech prozaików zilustrowano du- 
żym wyborem ich utworów. Zespół aktywnych obecnie tłumaczy przysposabia do publi- 
kacji - z inicjatywy Miriam Akavii - wybór poezji polskiej drugiej połowy mijającego 
wieku. 
Po polsku napisano dużo przejmujących i w dziejach polskiej poezji liczących się 
wierszy o Zagładzie. W półwiecze po tomiku Z otchłani Arie Brauner wydał przeważnie 
we własnym przekładzie antologię Nose ha-szoa by-szira ha-polanit czyli Temat Zagłady 
w poezji polskiej (1996) gdzie umieścił około trzydzieści utworów trzynastu poetów - 
od Miłosza i Broniewskiego po Ficowskiego, Herberta, Różewicza i Szymborską. 


v 
W świadomości literackiej czytelnika hebrajskiego poezję polską bardzo długo uosa- 
biały dwa nazwiska: Mickiewicza i Tuwima. Recepcję ich twórczości w hebrajszczyźnie 
stwierdza zarówno nierwąca się tradycja translatorska, duża ilość częstych o nich wypo- 
wiedzi, jak też przypominanie ich twórczości w publikacjach nawet bezpośrednio z lite- 
raturą polską nie związanych. 
Zdarzeniem literackim dużej miary było wydanie w roku 1953 w przekładzie Józefa 
Lichtenbauma jedynej dotąd pełnej hebrajskiej wersji Pana Tadeusza. Arcypoemat Mic- 
kiewicza - którego trzy pierwsze "Księgi" ogłosił Lichtenbaum już w roku 1921, 
a szereg fragmentów drukował przez wiele lat po czasopismach - ukazał się w dwóch 
szybko po sobie następujących wydaniach o łącznym nakładzie pięciu tysięcy egzempla- 
rzy. Z roku 1950 pochodzi przekład Grażyny Szlomo Skulskiego, a z 1958 - już drugi 
hebrajski - Szulamit Harewen Konrada Wallenroda. Szereg wierszy Mickiewicza - 
m.in. niektóre Sonety krymskie w przekładzie Szymszona Melcera - różni tłumacze 
opublikowali w czasopismach, antologiach i książkach złożonych z własnych wierszy 
i przekładów. 
Bardzo obficie tłumaczona była poezja Tuwima. Dokonany przez Lichtenbauma 
w roku 1954 wybór wierszy Tohen lohet (Treść gorejąca) - drugi hebrajski wybór Tu- 
wimowskich wierszy po tomiku Szirim (l11ersze) Tenenbauma-Tene z roku 1946 - 
przyniósł ich 88. Wydano również sześć książeczek wierszy dla dzieci. Główny jednak 
zrąb przetłumaczonej twórczości Tuwima zalega po czasopismach. W sumie ogłoszono 
ponad 200 wierszy, a niektóre - "Do prostego człowieka", "Nie ma kraju", "Źydek" 
i inne - w wielokrotnych przekładach. Przekładali Tuwima poeci hebrajscy bądź nie 
tłumaczący zjęzyka polskiego, bądź nie tłumaczący w ogóle - co zdaje się świadczyć 
o specjalnej predylekcji do Tuwima w literaturze hebrajskiej. 
W dwu edycjach - bibliofilskiej (1984) i obiegowej (1985) - wydał Chone Szme- 
ruk książkę My Żydzi polscy.. zawierającą obok tekstu tytułowego artykuł Tuwima "Po- 
mnik i mogiła" w oryginale polskim oraz przekładzie na hebrajski, angielski i żydowski. 


96
>>>
VI 
Izraelski rynek czytelniczy jest chłonny, książki Mickiewicza i Tuwima od dawna już 
są nieobecne w obrocie księgarskim, niezbyt też często pojawiają się w antykwarskim. 
Podobnie zresztąjak książki innych polskich poetów; jest ich kilkanaście. 
W roku 1962 Daniel Lejbel-Seter wznowił swój dawny, z roku 1928, przekład An- 
hellego, natomiast w 1978 Szymszon Melcer dał poematu tego przekład nowy. Ukazały 
się wybory wierszy: Leśmiana (1992), Staffa (1997), Słonimskiego (1993), Maurycego 
Szymla (1995), Andy Eker (1966), Wygodzkiego (1988), Władysława Szlengla (1987), 
papieża Jana Pawła II (1981), Anny Kamieńskiej (1981), Stefana Borkiewicza (1992), 
Aleksandra Ziemnego (1989) oraz Czesława Ślęzaka cykl Wołam Cię Jeruzalem (1967). 
A także Wesołe smutki (1974) Tadeusza Kotarbińskiego i zbiór Myśli nie uczesanych 
(1997) Leca. Większość tych książek opatrzono informującymi o autorach wstępami lub 
posłowiami. 
Wyróżniający rezonans osiągnęła twórczość Jerzego Ficowskiego, Zbigniewa Her- 
berta, Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. Ich wydane po hebrajsku książki 
z pewnością nie obejmują wszystkich utworów przez wielu tłumaczy w różnych termi- 
nach umieszczanych w czasopismach literackich, zaś edycjom książek sekundują recen- 
zje i omówienia w prasie i radiu. 
Ficowskiego List do Marka Chagalla (1968) przełożył J akow Beser, natomiast Sza- 
lom Lindenbaum Odczytanie popiołów (1986) wydane z okazji przyznania poecie izrael- 
skiej Nagrody Katzetnika przeznaczonej dla obcojęzycznego autora piszącego o Zagła- 
dzie. W kręgu tej, żydowskiej, tematyki pozostają wiersze Henryka Grynberga, którego 
wybór Po zmartwychwstaniu (1985) przetłumaczył Arie Brauner. 
Herbert i Miłosz - podobnie jak Świrszczyńska, Twardowski i Zagajewski - zna- 
leźli oddanego tłumacza w osobie Dawida Weinfelda. Najpierw w prasie publikuje on 
cyklicznie ich wiersze, które potem wydaje w osobnych książkach; Herberta jest ich 
dotąd cztery: Pan Cogito i inne wiersze (1984), Raport z oblężonego miasta (1990), wy- 
bór wierszy (1996) i Elegia na odejście (1998). Weinfeld jest także autorem przekładu 
Apokryfów holenderskich (1997) Herberta, któremu w roku 1991 przyznano bardzo pre- 
stiżową Nagrodę Jerozolimy. 
Tomy Miłosza Gdzie słońce świeci i kędy zapada (1981) i Gwiazda piołun (1989) są 
wyborami wierszy z różnych okresów twórczości poety. W pierwszym z nich znalazło się 
"Campo di Fiori" - wiersz napisany pod wrażeniem płonącego getta warszawskiego - 
który tłumaczyło aż pięciu tłumaczy. Ostatnio właśnie ukazał się nowy wybór wierszy 
tego poety - Na brzegu rzeki (1999). W literaturze hebrajskiej Miłosz to przede wszyst- 
kim poeta, niewielkie fragmenty jego eseistyki pozostają bowiem w rozproszeniu po 
czasopismach i z całą pewnością - i bardzo wielką szkodą - nie mogą świadczyć 
o olbrzymiej ważności tego pisarstwa. Czyli zaistniała tutaj sytuacja odwrotna niż w jęz- 
ykach i krajach zachodnich, gdzie przekłada się (przełożono) dużo prozy Miłosza. 
Przekłady pojedynczych utworów Szymborskiej od dawna już drukowali w prasie 
różni tłumacze, lecz to dopiero młody poeta Rafi Weichert rozpoczął systematyczne 
wprowadzanie twórczości polskiej poetki w krąg hebrajski; i to jeszcze przed Noblem. 
Podobnie jak Weinfeld swoje przekłady ogłasza on najpierw w periodykach, a potem 
składa w osobne wybory, które osiągnęły dużą poczytność: Atlantis (1993), Koniec 
i początek (1996) i Schyłek wieku (1998) - w sumie około sto utworów. Weichert tłuma- 
czył też pojedyncze wiersze Lechonia, Tuwima, Lipskiej, Krynickiego, Wojaczka i duży 
blok wierszy Różewicza, których wybór książkowy przygotowuje do druku. 
Weinfeld i Weichert tłumaczą w zupełnie odmiennym od poprzedników (i wielu 
współczesnych im tłumaczy) rejestrze językowym. Stają się współtwórcami tekstu, od- 
dając jednocześnie oddźwięk myśli i ducha oryginału, nie odbarwiając go. Ich przekłady 


97
>>>
funkcjonują w literackim obiegu współczesnej hebrajszczyzny, trafiają do czytelników 
nie mających nic wspólnego z Polską, a tylko i jedynie - współczesną poezją. Jest to 
recepcja żywa i entuzjastyczna, dostrzegalna "na żywo" na spotkaniach promocyjnych 
książek. Zaś dzięki stale i konsekwentnie dokonywanym i publikowanym przekładom 
tych właśnie poetów - Miłosza, Herberta, Różewicza, Szymborskiej, Zagajewskiego 
(obecnie ukazał się zbiór jego wierszy Mistyka dla początkujących, 1999), Lipskiej - 
uwaga Miłosza o p o l s k i e j s z k o l e w literaturze światowej może objąć również 
domenę hebrajską. 
VII 


Hebrajskie zainteresowania poezją polską - z niewielkimi zapewne wyjątkami - to 
właściwie zainteresowania samych tłumaczy, przypuszczalnie bez inspiracji wydawców. 
O doborze autorów i wyborze tłumaczonych utworów decyduje ich gust własny, ich oso- 
biste rozeznanie, a potem - ich przedsiębiorczość torująca drogę publikacji. 
Inaczej w prozie. Tutaj już pewną rolę odgrywają propozycje wydawców, kierują- 
cych się wieloraką atrakcyjnością dzieł mogących liczyć na poczytność. I poczytność 
osiągnęły w Izraelu powieści i nowele - w tym znaczna ilość utworów dla dzieci i mło- 
dzieży - wielu polskich pisarzy. Ich książki w większości także nie mijają bez recenzyj- 
nego echa. 
Dobrym wprowadzeniem w świat polskiej prozy beletrystycznej były w swoim cza- 
sie, wydane niemal jednocześnie w roku 1959, dwie antologie. 
Pierwsza to Miwchar ha-sippur ha-polani (VJybór opowiadań polskich; tłumaczyli: 
Beniamin Tenenbaum-Tene i Szulamit Harewen) nosząca podtytuł Sto lat prozy polskiej, 
zawiera nowele i fragmenty powieści dwudziestu jeden pisarzy od Kraszewskiego po 
Hłaskę. Obok tekstów znanych już z innych edycji, przetłumaczonych dawniej, włączono 
tu również próbki pisarstwa autorów dotąd w języku hebrajskim nieobecnych, np. Marii 
Dąbrowskiej, Pali Gojawiczyńskiej, Juliusza Kaden-Bandrowskiego, Jarosława Iwasz- 
kiewicza, Kazimierza Tetmajera, Emila Zegadłowicza itd. 
Na drugą antologię: Ha-zaam we-ha-lew (Gniew i serce; tłumaczyli: Cwi Arad 
i Tene) złożyły się opowiadania polskiego "czasu burzliwego", "wiosny w październiku" 
1956, autorstwa Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa, Zofii Bystrzyckiej, 
Andrzeja Kijowskiego, Aleksandra Mańkawskiego, Tadeusza Różewicza, Marii Paczow- 
skiej ijerzego St. Stawińskiego. 
Oba te wybory - jak każdy wybór sporne i w owym czasie przez licznych recen- 
zentów rzeczywiście dyskutowane - poprzedzono wprowadzającymi wstępami i uzu- 
pełniono notami biograficznymi autorów. 
Spośród dawnych beletrystów-klasyków: Orzeszkowa (Meir Ezofowicz, 1951), Ko- 
nopnicka (Olimpijczyk, 1958) - prawdziwą popularność zdobył Sienkiewicz wznowie- 
niami przekładu Lichtenbauma W pustyni i w puszczy, w roku 1970 jednocześnie dwoma 
nowymi przekładami tej powieści - Uri Orlewa (w jego właśnie tłumaczeniu powieść 
zradiofonizowano i w roku 1977 w 13 audycjach transmitowano w radiu), Szulamit Ha- 
rewen i - jeszcze jednym Michaela Handelzalca w roku 1991; wznowieniami Quo Va- 
dis, Ogniem i mieczem, Potopu i dopiero w Izraelu przetłumaczonym Panem Wołodyjow- 
skim oraz zbiorem nowel. 
Sienkiewicz po hebrajsku jest głównie autorem dla młodzieży i dla tej kategorii czy- 
telników wydano (często w paru edycjach) również wiele książek Janusza Korczaka 
i Kornela Makuszyńskiego, Haliny Górskiej, Arkadego Fiedlera, Ferdynanda A. Ossen- 
dowskiego, Jana Brzechwy, Ludwika Jerzego Kerna, Igora Newerlego, Gustawa Morcin- 
ka, Haliny Rudnickiej, Władysława Umińskiego, Zofii Urbanowskiej i Stanisława Wy- 
godzkiego. 


98
>>>
VIII 


Proza beletrystyczna w tłumaczeniach ogłoszonych w Izraelu osiągalna jest zarówno 
w oddzielnych wydaniach książkowych jako też - trwalsza dostępność jest tu już oczy- 
wiście problematyczna - poprzez publikacje w czasopismach i bardzo popularnych 
dodatkach literackich do dzienników. Przekładów tych jest bardzo dużo, a przewaga 
utworów współczesnych, powojennych, zrozumiała. Z tym jednak, że rozkład rytmu 
publikacyjnego w ciągu półwiecza okazał się wyraźnie nierównomierny. Źywe uprzednio 
zaciekawienie polską proząjakby opada od końca lat osiemdziesiątych (może na korzyść 
poezji?), co łączy się z odczuwalnym kryzysem współczesnej polskiej prozy, jak i ze 
zmniejszeniem aktywności lub nawet odchodzeniem tłumaczy, krytyków, recenzentów, 
dziennikarzy literackich, czyli ludzi, od działalności których uzależniona jest recepcja. 
Literaturę międzywojnia reprezentują: 
Jarosław Iwaszkiewicz tomem obejmującym Brzezinę i Panny z mIka (1983), Bruno 
Schulz również pod wspólną okładkę ujętymi Sklepami cynamonowymi i Sanatorium pod 
klepsydrą (1979, wyd. 2 1986) i Tadeusz Dołęga-Mostowicz Karierą Nikodema Dyzmy 
(1991). Iwaszkiewicza i Mostowicza przetłumaczył Yoram Bronowski, który jest również 
współtłumaczem - wraz z Uri Orlewem i Rachelą Kleiman - Schulza; 
literaturę powojenną: 
Jerzy Andrzejewski (Popiół i diament 1949, Ciemności kryją ziemię 1962, Idzie 
skacząc po górach 1964, Bramy raju 1974), Tadeusz Borowski trzema opowiadaniami 
z tomu Pożegnanie z Marią (1996), Kazimierz Brandys (Matka Królów wraz z Obroną 
Grenady 1963), Tadeusz Breza (Uczta Baltazara 1956), Witold Gombrowicz (Pornogra- 
fia 1987), Henryk Grynberg (Żydowska wojna 1968), Marek Hłasko (Ósmy dzień tygo- 
dnia 1958), Tadeusz Konwicki (Sennik współczesny 1966, Kompleks polski 1985), Jan 
Kuczarb (List do Wojtka 1971), Hanna Krall (Sublokatorka 1989 oraz wybór opowiadań 
Dowody na istnienie 1999), Stanisław Lem (Eden, Solaris, Kongres futurologów, Dosko- 
nała próżnia - wszystkie w 1981, i Dzienniki gwiazdowe 1990), Sławomir Łubieński 
(Ballada o Januszku 1984), Zofia Romanowiczowa (Przejście przez Morze Czerwone 
1995), Adolf Rudnicki (Szekspir 1949, Żywe i martwe morze wraz ze Złotymi oknami 
1964), Julian Stryjkowski (Sen Azrila 1977 i Austeria 1979), Andrzej Szczypiorski (Msza 
za miasto Arras 1981, Początek 1991, Amerykańska whisky 1992), Bogdan Wojdowski 
(Chleb rzucony umarłym 1981). 
Zakopane w rocznikach różnych czasopism pozostają opowiadania i fragmenty po- 
wieści - Józefa Hena, Sławomira Mrożka, Zofii Nałkowskiej, Jerzego Putramenta, Artu- 
ra Sandauera, Piotra Szewca, Stanisława Vincenza, Jerzego Zawieyskiego - by wymie- 
nić tylko kilku spośród autorów, których utwory nie ukazały się w oddzielnej książce. 
Eseistyka, memuarystyka, proza niefabularna to książki - Mieczysława J asturna 
(Mickiewicz 1956), Ryszarda Kapuścińskiego (Cesarz 1989, Upadek imperium 1993), 
Hanny Krall (Zdążyć przed Panem Bogiem 1982), zbiór tekstów Leszka Kołakowskiego 
(1964), Jana Kotta (Szkoła klasyków 1954), Kazimierza Moczarskiego (Rozmowy z katem 
1981), Hanny Mortkowicz-Olczakowej biografia Korczaka (1961), Tadeusza Pankiewi- 
cza (Apteka w getcie krakowskim 1985), Jana Parandowskiego parokrotnie wznawiana 
Mitologia (1952). Czasopisma drukowały artykuły m.in. Kotta, Ryszarda Matuszewskie- 
go, Władysława Tatarkiewicza, Jerzego Pomianowskiego, Sandauera. 
Osobnego oglądu domagają się przekłady polskojęzycznych pisarzy zamieszkałych 
(stale lub czasowo) w Izraelu. Ich dostęp do tłumaczy, wydawców, redakcji czasopism 
jest ułatwiony - a przynajmniej bezpośredni - przez sam fakt przebywania na miejscu, 
a dążność do przekroczenia bariery językowej i zaistnienia w "oficjalnej" literaturze 
kraju z pewnością bardzo duża. Są wśród nich pisarze dwujęzyczni, którzy nie tyle tłu- 
maczą, ile po prostu tworzą i polską i hebrajską wersję własnych tekstów - to przypadek 


99
>>>
Natana Grossa, józefa Baua, Haliny Birenbaum czy Irit Amiel. Inni, pomimo opanowa- 
nia języka hebrajskiego w takim czy innym stopniu są zdani na tłumaczy. 
Cała twórczość dwóch wybitnych współczesnych prozaików polskich - Idy Fink 
i Leo Lipskiego powstała w Izraelu, lecz po hebrajsku ukazały się jedynie książki Fink 
(Skrawek czasu 1975, Podróż 1993, Notatki do życiorysów 1995), nieliczne zaś teksty 
Lipskiego pozostają w rozproszeniu czasopiśmienniczym. Przełożono wybory opowiadań 
Herberta Friedmana (W otchłani piekła 1995) i Renaty jabłońskiej (Plac króla Alberta 
1993), powieść Miny Tomkiewicz Bomby i myszy (1956) oraz wspomnienia Marii i Mie- 
czysława Mariańskich (Peled) Wśród przyjaciół i wrogów. Poza gettem w okupowanym 
Krakowie (1987). Cały szereg wspomnień, zwłaszcza okupacyjnych, ukazało się niegdyś 
w przekładzie hebrajskim dokonanym z niepublikowanego w języku oryginału rękopisu. 
Wybory wierszy Łucji Gliksman (1993) i Soni Mandel-joffe (1994) ukazały się w edycji 
dwujęzycznej, tekstowi oryginału polskiego towarzyszy tłumaczenie na hebrajski. 
Natomiast zbiory opowiadań Władysława Bąka (Pies, król i człowiek 1972), Anieli 
jasińskiej (cztery wybory wydane w latach 1976-1987), Kalmana Segala (Śmierć anty- 
kwariusza 1972), Stanisława Wygodzkiego (W ukryciu 1970) podobnie jak powieść Za- 
trzymany do wyjaśnienia (1968) napisane zostały (w całości lub częściowo) jeszcze przed 
przybyciem autorów do Izraela. 
Rezygnując z atrybucji nazwisk tłumaczy przy poszczególnych książkach polskiej 
prozy wymienić można zbiorczo niektórych spośród tych, których nazwisk dotąd nie było 
okazji podać - w przybliżonej kolejności pokoleniowej: Perec Nof, Dawid Lazer, Mor- 
dechaj Chalamisz, józef Chrust, Teodor Hatalgi, Miriam Akavia, Icchak Kamen, Ruth 
Szenfeld, Ada Pagis, Irit Amiel... 
Trzeba też jeszcze wspomnieć o promieniowaniu polskiej dramaturgii współczesnej. 
Teatry hebrajskie wystawiały sztuki: Tadeusza Różewicza Kartotekę, Sławomira Mrożka 
Tango, Policjantów, Emigrantów, Szczęśliwe wydarzenie (a Wacława opublikowało pi- 
smo teatralne "Bama" w 1987 r.), janusza Krasińskiego Czapę, Witolda Gombrowicza 
Iwonę księżniczkę Burgunda. Dla radia izraelskiego zradiofonizowano (Jasińska wg prze- 
kładu Weinfelda) powieść Stryjkowskiego Przybysz z Narbony, transmitowano też wielo- 
krotnie - i wyświetlano w telewizji - dramaturgię Michała Toneckiego. 


IX 
jeśliby należało ująć lapidarnie rezultaty tego procesu translatorskiego - procesu 
długiego, o zmiennych akcentach zainteresowań i natężeniu publikacyjnym - określe- 
nie: różnorodność i bogactwo wydaje się przypuszczalnie naj właściwsze. 
Przekłady z polskiego pojawiają się na gruncie dobrze przygotowanym do ich recep- 
cji. Dzieje się to dzięki komentarzowi historycznoliterackiemu, interpretacji krytycznej 
i informacji biograficznej, jaką dostarczają liczne publikacje piśmiennictwo polskie i po- 
szczególnych jego twórców zbliżając hebrajskiej publiczności literackiej. 
Literatura polska w hebrajszczyźnie traktowana jest na pełnych prawach literatury 
żywej, komunikatywnej, wzbogacającej artystycznie i intelektualnie, w odniesieniu do 
której nie stosuje się usprawiedliwiającej jej przekazywanie "taryfy ulgowej". Świadczą 
o tym recenzje i omówienia dzieł polskich nie tłumaczonych na język hebrajski czy ana- 
lizowanie twórczości pisarzy swoimi utworami w języku hebrajskim nieobecnych (np. 
Norwida, Witkacego, Boya-Źeleńskiego, i innych). Świadczy też duża ilość not biogra- 
ficznych o polskich autorach w hebrajskich encyklopediach i leksykonach literackich, 
włączanie np. twórczości Mickiewicza i Słowackiego do podręczników traktujących 
o dziejach literatury powszechnej; świadczą szkice syntetyczne o poszczególnych epo- 
kach czy rodzajach polskiej literatury, np. o literaturze staropolskiej, współczesnej poezji 
i prozie, o polskiej powieści i polskim teatrze. To także po hebrajsku napisano (Rut h 


100
>>>
Szenfeld) jedyną dotąd monografię pisarstwa Adolfa Rudnickiego (1991) wyprzedzając 
znacznie polską naukę o literaturze. 
Znakiem zaś żywotnej, bo odnawianej recepcji staje się ponowne podejmowanie 
przekładów utworów w przeszłości już po hebrajsku opublikowanych, adoptowanie ich 
od nowa do wciąż uwspółcześniającego się języka. Dwa odmienne tłumaczenia Anhelle- 
go i Konrada Wallenroda, cztery W pustyni i w puszczy, wielokrotne powroty do niektó- 
rych wierszy Mickiewicza ("Alpuhary", "Farysa"), Tuwima, Miłosza, Szymborskiej - 
świadczą o wymiarze zjawiska, które przecież może zostać wsparte dodatkową egzempli- 
fikacją. 
Może nawet zamyka się jakiś krąg. Oto styczniowy (1999) numer centralnego mie- 
sięcznika literatury hebrajskiej "Moznaim" został na okładce uzupełniony podtytułem: 
"Zeszyt polski: 200-tna rocznica urodzin Adama Mickiewicza". Ma to - sądzę - wy- 
mowę symboliczną, zamyka się bowiem w domenie hebrajskiej krąg Mickiewiczowski 
sto sześćdziesiąt lat temu rozpoczęty przekładami Klaczki wierszy Arcypoety.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


W DRODZE I PO DRODZE 
- POLSKIE KORZENIE 
HEBRAJSKIEGO KABARETU 


Natan GROSS (Izrael) 


Przede mną program palestyńskiego teatru rewiowego "Li-Ia-Io" z września 1945 r. 
pL "Nasz kraj maleńki" ("Arcejnu haktantonet") - 13 numerów wokalnych, tanecznych, 
duetów, skeczów, humor i satyra według najlepszych wzorów europejskich. Zaczyna się 
jak zwykle uwerturą: S. Petersburski i Sz. Ferszko, poczym kurtyna idzie w górę dając 
pole do popisu całemu zespołowi w inscenizowanej piosence tytułowej "Nasz kraj ma- 
leńki". Jest to jedna z najpopularniejszych piosenek owej epoki, śpiewana i wykonywana 
do dziś: melodia - Henryk Gold, słowa - Szmuel Fiszer. Scenariusz do tego numeru 
wokalno-tanecznego z dialogowymi powiązaniami napisał Natan Alterman, a opracował 
muzycznie wspomniany Szmuel Ferszko. 
Wszyscy wyżej wymienieni - i większa część wykonawców - przybyli do Pale- 
styny częściowo przed wojną, drogą legalną lub nielegalną, częściowo z Armią Andersa 
po wędrówce z Warszawy przez Białystok, Lwów, Kijów, Moskwę - po Sybir i z po- 
wrotem przez Taszkient, Teheran, Liban do Jerozolimy i Tel-Awiwu, szlak polskich żoł- 
nierzy, którym zawsze towarzyszył jakiś zespół artystyczny. Niektórzy zaczepili się po 
drodze o teatrzyk "Li-Ia-Io", a może i o "Habimę" i pociągnęli dalej z Armią do Włoch, 
pod Monte Cassino, do Londynu; inni zatrzymali się dłużej, zainstalowali w Ziemi Obie- 
canej aby wyjechać po wojnie do Ameryki; jeszcze inni zapuścili głębokie korzenie 
i rozwinęli się twórczo jako czołowi artyści Izraela. 
Przez sceniczne deski teatrzyku "Li-Ia-Io", który zaczął działać w styczniu 1945 r. 
przewinęło się ok. 40 autorów, muzyków, kompozytorów, śpiewaków, śpiewaczek, reży- 
serów i konferansjerów z Polski. Przyjrzyjmy się bliżej w kolejności jaką sugerują pro- 
gramy "Li-Ia-Io", wymienione w pamiętnikach założyciela i dynamicznego dyrektora tej 
tel-awiwskiej rewii Mosze Walina, które ukazały się w 20 lat po jego śmierci pL Dni 
piasku i gwiazd'. 


* M. Walin, Dni piasku i gwiazd - hebrajski impresario w naszym maleńkim kraju. Tel-Awiw 
1998. 


103
>>>
Więc - Henryk Gold i Stanisław Petersburski - asy przedwojennej polskiej muzy- 
ki jazzowej, autorzy i wykonawcy dziesiątek popularnych szlagierów, przebojów tanecz- 
nych utrwalonych na setkach płyt gramofonowych, rozpowszechnianych przez radio, 
filmy, przez scenki rewiowe na całą Polskę - a nieraz i poza jej granice. 
Henryk Gold (1902-1977) pochodził z klezmerskiego domu Melodystów, od strony 
matki. Ojciec - Michał Gold, pierwszy flecista Opery Warszawskiej, zmarł podczas 
przedstawienia opery "Carmen" przy pulpicie. Jego syn Henryk miał wtedy 2 lata. Ale 
tradycja - to tradycja, a talent muzyczny jest dziedziczny, więc gdy nadszedł czas Hen- 
ryk otrzymał wykształcenie muzyczne w Konserwatorium Warszawskim pod okiem 
samego Stanisława Bacewicza i już jako siedemnastoletni młodzieniec gra na skrzypcach 
w orkiestrze Filharmonii Warszawskiej. Z czasem zakłada własny zespół, z którym wy- 
stępuje w "Ziemiańskiej", w "Adrii" - często słychać go w radio. Oddaje się tzw. muzy- 
ce lekkiej. Komponuje fokstroty, tanga i walce, przeboje, które idą w kraj... "Gdy zakwit- 
ną znów jaśminy", "Nie odchodź ode mnie", "Szkoda Twoich łez dziewczyno" - to 
klasyka tego rodzaju twórczości. 
Partnerem Golda był Stanisław Petersburski (1897-1979) znakomity pianista, absol- 
went konserwatoriów Warszawy i Wiednia. Jego starszy brat Jerzy autor wielkiej ilości 
"przebojów" począwszy od "Tanga Milonga", które zdobyło światową sławę, aż po 
"Ostatnią niedzielę" - miał swoją własną orkiestrę. Do dziś wykonywane są nostalgicz- 
nie jego szlagiery ,,ja się boję sama spać", ,,już nigdy", "Odrobinę szczęścia w miłości". 
Pisał muzykę do filmów "Robert i Bertrand" , "Szczęśliwa trzynastka", "Królowa przed- 
mieścia" i innych. 
Wybuch drugiej wojny światowej rozproszył brać literacką i artystyczną po świecie. 
Kto nie miał szczęścia - został na Nowym Świecie albo w getcie. Kto miał trochę wię- 
cej szczęścia ratował się ucieczką na Wschód, za Bug; a kto miał jeszcze więcej szczę- 
ścia (7) przekroczył granicę rumuńską kierując swe drogi na Zachód. Wszystkich czekała 
długa, żmudna wędrówka i ciężkie losy. Każdy uciekinier z piekła hitlerowskiego to 
epopeja. A kto został - to tragedia. 
Gold i Jerzy Petersburski zdobyli z początku w Rosji ogromną popularność i stwo- 
rzyli wielką orkiestrę jazzowo-symfoniczną (na jednym z koncertów pod gołym niebem 
obecnych było 35 tysięcy słuchaczy!). Ale ta sielanka szybko się skończyła i bracia Pe- 
tersburscy z Goldem i Fredem Melodystą (znakomitym czelistą i jazzbandzistą) "uszli 
cało" z armią generała Andersa. A po drodze do leniwie zbliżającego się końca wojny 
wylądowali w Palestynie. Tu zaczepili się o jakiś teatr lub wzbogacili miejscowe życie 
muzyczne. Między innymi zaprosił ich M. Walin do współpracy ze swoim teatrzykiem 
"Li-la-lo" - tak więc nazwiska Golda i S. Petersburskiego figurują w jego programach. 
Mosze Walin pisząc o zestawianiu swoich zespołów scenicznych wspomina m.in.: 
"Do moich kompozytorów dołączyłem Mosze Wileńskiego i kompozytora żydowskiego 
z Polski H. Warsa" . Henryk Wars (Warszawski - 1902-1977), kompozytor bardzo wielu 
filmów przedwojennych (m.in.: ,,jaśnie Pan Szofer", "Manewry miłosne", "Sportowiec 
mimo woli" etc.) oraz licznych szlagierów ("On nie powróci już", "Umówiłem się z nią 
na dziewiątą", "Miłość ci wszystko wybaczy", "Zimny drań") był kierownikiem muzycz- 
nym znanej wytwórni płyt Syrena-Electro w Warszawie. Z początkiem drugiej wojny 
światowej znalazł się jak wielu innych muzyków w Związku Radzieckim, gdzie uprawiał 
jazz... Ale ta działalność muzyczna "pachniała zgniłym Zachodem" więc i Wars uszedł 
cało, gdy się tylko dało z generałem Andersem, który mianował go dyrektorem Teatru 
Polskich Sił Zbrojnych na Bliskim Wschodzie i we Włoszech. Czy istotnie współpraco- 
wał z Walinem w "Li-la-lo" - trudno mi ustalić, bo sam autor pamiętnika nie wspomina 
go więcej. 


104
>>>
Ale w "Li-Ia-Io" króluje Szmuel Ferszko, pianista i akompaniator pochodzący 
z Łucka. W Polsce był Stanisławem i zwracano się do niego per Staszek. Ojciec jego 
Michał Ferszko uczeń prof. Michałowskiego był znanym pianistą chopinistą, ale przerzu- 
cił się na jazz, grywał w nocnych lokalach, komponował szlagiery. Jego slow-fox "Dla 
Ciebie" pod słowa Zenona Wardana (Frajwalda) zrobił karierę... Michał Ferszko zginął w 
Szoa, jego brat Chaim - też kompozytor pianista wyemigrował do Ameryki, gdzie 
akompaniował swej żonie śpiewaczce Sarze Ferszko. Jako solista wykonywał brawurowo 
utwory Rachmaninowa, Chopina, Beethovena - i często wracał do muzyki żydowskiej. 
Z całej tej rodziny muzycznej tylko Staszek-Szmuel Ferszko wyemigrował w latach 30. 
do Palestyny ale wcześniej znany był w Warszawie, gdzie występował w nocnych loka- 
lach "EF-EF" czy "Krzywa latarnia", pisał muzykę do operetek i piosenek jazzowych. 
W Palestynie brał czynny udział w teatrzykach satyryczno-rozrywkowych, w szczególno- 
ści w okresie "Palmachu" - konspiracyjnej organizacji bojowej i walk wyzwoleńczych 
jiszuwu pisząc muzykę do tekstów Chaima Hefera jak "Bab-el-wad", "Heja jeep", "Moti, 
Moti", które zdobyły wielką popularność - śpiewał je cały kraj. W teatrzyku "Li-Ia-Io" 
był kierownikiem muzycznym "Kol Israel" (radia) - poczym wyemigrował do Ameryki. 
O ile Ferszko był znany już w Polsce - i odnotowany w encyklopediach muzycz- 
nych, o tyle Mosze Wileński (1910-1986) absolwent warszawskiego konserwatorium, 
który w 1936 r. przybył do Izraela jako Maks, rozwinął swój talent w Tel-Awiwie i stał 
się jednym z naj płodniejszych i najulubieńszych kompozytorów muzyki lekkiej Izraela. 
W omawianym programie "Li-Ia-Io" figuruje Wileński jako kompozytor piosenki Alter- 
mana "Kalanijot" - czerwone anemony. Piosenka tam ma swoją niecodzienną historię, 
którą przytacza Walin w swoich wspomnieniach: 
Na kilka dni przed premierą, wciąż jeszcze nie mieliśmy głównego przeboju dla Szo- 
szany Damari uemeńskiej śpiewaczki, która stała u progu wielkiej kariery) - w jej 
gwiazdę, zresztą tylko ja wierzyłem. Naciskałem na Altermana błagając by mnie nie roz- 
czarował - i wtedy przypomniał sobie o napisanej kiedyś romantycznej piosence "Kala- 
nijot" (anemony są w Izraelu bardzo popularnym kwiatem wiosennym). Gdy tylko wspo- 
mniał ten piękny czerwony kwiatek - zapaliła się czerwona lampka w mojej głowie: 
dzieci nazywały brytyjskich spadochroniarzy (którzy wykonywali w tym czasie służbę 
policyjną, polegającą na tropieniu żydowskich konspirantów) "kalanijot", z powodu ich 
czerwonych beretów. Nie powiedziałem o tym Altermanowi odbierając od niego tekst 
piosenki, ani kompozytorowi, któremu powierzyłem napisanie melodii. Był nim Maks - 
Mosze Wileński młody muzyk z Polski, wstydliwy milczek, którego poznałem pewnego 
wieczora w tel-awiwskiej kawiarni "Cafe Noga", gdzie zarabiał na życie jako pianista 
i kierownik małej orkiestry tanecznej. Od czasu do czasu dorobił sobie parę funtów pisząc 
muzykę do piosenek satyrycznych kabaretu "Matate" . 
Wileński pracował wtedy nad inną piosenką - "GamIiel" - i nie było mu na rękę 
przerzucić się na nowy tekst ale premiera była tuż-tuż więc przyrzekł, że zrobi co może 
by Szoszana mogła nauczyć się na czas nowej piosenki. Nazajutrz przyniósł mi Wileński 
swoje "Kalanijot" . 
Aleksander Granowski (Lwowiak, jeden z filarów "Li-la-lo"), który był obecny na 
pierwszej próbie powiedział, że o ile go pamięć nie myli, on zna tę melodię z Polski... Ale 
mnie się spodobała i było mi obojętne skąd Maks czerpał natchnienie... I wtedy zaczęły 
się kłopoty z Szoszaną Damari. Powiedziała, że nie będzie śpiewać tej piosenki bo ani 
słowa ani muzyka nic jej nie mówią. Musiałem narzucić jej swą wolę jako dyrektor teatru. 
Podczas generalnej próby zaproszona publiczność przyjęła piosenkę ozięble. Nikt nawet 
nie klasnął. Szoszana przysięgła, że nie będzie tego śpiewała - ale do premiery nic inne- 
go się nie znalazło. 
Na premierze w czasie pauzy, wstąpiłem do jej garderoby i z ciężkim sercem szep- 
nąłem, że trzeba się ubrać i za parę minut wystąpić na scenie z piosenką "Kalanijot" . - 
Bardzo mi przykro! Nie wchodzi w rachubę! Ta piosenka nie brzmi dobrze - zaopinio- 


105
>>>
wała i utkwiła we mnie przenikliwy wzrok. Z konieczności podniosłem głos i po prostu 
rozkazałem jej śpiewać! I patrzcie państwo! Snobistyczna publika tel-awiwska, obecna na 
sali szalała wprost z entuzjazmu! Gdy się piosenka skończyła trzęsły się ściany sali od 
rzęsistych oklasków. Wywoływano Szoszanę cztery razy żądając bisu - zmusili ją do 
powtórzenia piosenki o anemonach... 
Począwszy od tej premiery stał się Alterman głównym dostawcą tekstów piosenek 
dla rewii "Li-la-lo" a Mosze Wileński naczelnym jej kompozytorem. "Kalanijot" została 
wiecznym szlagierem Szoszany - śpiewanym do dziś przy każdej koncertowej sposob- 
ności. Nota bene ten numer nie przeszedł bez interwencji cenzury: pewnego wieczora te- 
atr "Li-la-lo" otoczony został kordonem żandarmerii angielskiej ajego dyrektor przewie- 
ziony tankiem do więzienia w RamIe jako terrorysta, konspirujący przeciw rządowi man- 
datorskiemu... Skończyło się oczywiście na przeprosinach - ale ten epizod przysporzył 
popularności i piosence i teatrowi Li-la-lo". 


Natan Alterman (1910-1967), który jako 16 letni chłopiec przybył w 1936 r. do kraju 
z rodzicami z Warszawy już w 1939 r. wydał swój pierwszy, dojrzały tomik wierszy 
Gwiazdy na dworze (Kochawim bachue) . Wkrótce rozwinął swój wszechstronny talent, 
który w swej różnorodności i płodności porównać można z Julianem Tuwimem: z jednej 
strony nowoczesna poetycka twórczość liryczna, a z drugiej - muza lekka, kabaretowa, 
satyryczna i piosenkarska, potem przyszła twórczość translatorska z kilku języków, 
epiczna, dziennikarska - stały dział w "Dawarze" - "Siódma kolumna" (Ha' tur 
ha'szewii) - wybitny poeta "zaangażowany" - sumienie jiszuwu na którego piątkowe 
słowo czekał dosłownie cały kraj... A także najego nowy skecz, nową piosenkę w "Li-la- 
-lo" w wykonaniu jemenitki Szoszany Damari albo naczelnego pieśniarza Matatiahu 
Rozina też rodem z Polski (który w bardzo młodym wieku umarł na atak serca na gościn- 
nych występach w USA). 
Czas zapoznać się z dyrektorem "Li-la-lo" - Mosze Walinem fenomenem swego 
rodzaju: impresario, odkrywca talentów, komisja repertuarowa w jednej osobie, produ- 
cent, dyrektor, rzecznik teatru i szef reklamy - z aktorską przeszłością. Urodził się w 
Święcianach koło Wilna w 1906 r. jako naj starszy syn znanego rabina Cwi Hirsza Wali- 
na. Po nim przyszło na świat w rodzinie jeszcze sześcioro dzieci. Gdy skończył 5 lat 
zaczął uczęszczać do "chederu", a gdy ukończył dziewięć - posłali go rodzice do je- 
szywy - wszyscy widzieli w nim następcę rabina - tylko nie on sam. Pociągał go inny 
świat, którego nie znał ale przeczuwał i szukał go instynktownie. Wojna przewalająca się 
przez Święciany przyniosła przemiany wraz z wojskami rosyjskimi, niemieckimi, pol- 
skimi i siłą tych przemian musiał Mosze iść do szkoły świeckiej, ściąć pejsy i uczyć się 
niemieckiego, rosyjskiego, polskiego... Gdy w 1924 r. zorganizował się w Europie 
Wschodniej ruch chalucowy przyłączył się Mosze do entuzjastów syjonistycznych, 
a w dwa lata później jako aktywista "He'chalucu" opuścił dom i wyjechał do Palestyny 
nie pożegnawszy się z ojcem... Tu przystąpił do kibucu w Petach Tikwie - choć był sła- 
by fizycznie i nie nadawał się do ciężkiej pracy w polu czy w pardesie. Toteż gdy nada- 
rzyła mu się okazja - przeczytał ogłoszenie o poszukiwaniu kandydatów do studia ak- 
torskiego - zaczepił się o powstający Teatr Erec Israel- "Tai" i pod kierunkiem wytra- 
wnego aktora i reżysera Menachema Gnesina zaczął stawiać pierwsze kroki na scenie 
zdobywając dobre krytyki w prasie. Tu poznał młodą 16-letniąjemenitkę o dźwięcznym 
głosie Brachę Cfirę - i postanowił zrobić z niej gwiazdę. To było jego pierwsze odkry- 
cie i pierwsza próba impresaria... Po dłuższych przygotowaniach, posłał ją do Berlina, do 
szkoły Reinhardta - a gdy już była wielką gwiazdą, puściła go kantem. Taki był począ- 
tekjego kariery jako impresaria - przede wszystkim jemeńskich pieśniarek. 
Z czasem zaczął realizować swoje stare marzenie o stworzeniu teatru rewiowego. 
A choć był już przedtem teatrzyk satyryczny "Kum kum" (w którym grywał) a potem 
"Matate" - Walin chciał "coś innego" - i założył "Li-la-lo" (Sobie-tobie-jej). Przedtem 


106
>>>
jednak zdążył wejść na rynek rozrywkowy, organizując poranki prasowe i artystyczne, 
urządzając konkursy młodych talentów, sprowadzając z zagranicy rozmaite sławy - 
prestidigitatorów, hipnotyzerów etc. Zbierał efektowne dziewczęta i utalentowanych 
młodzieńców - w śpiewie, tańcu, muzyce, grze aktorskiej, przygotowywał ich do wy- 
stępów i wystawiał lekkie rewiowe przedstawienia w telawiwskim ogródku "San Rema", 
aż nabrał rozpędu i ważył się na coś poważniejszego. 
Działo się to w Palestynie lat czterdziestych, lat drugiej wojny światowej z jej niesa- 
mowitymi, pełnymi grozy okrucieństwami. Źydowska młodzież włączyła się w walkę 
z Hitlerem jak gdyby nie było wrogiego brytyjskiego reżymu mandatorskiego, a z drugiej 
strony walczyła przeciw "Białej Księdze" jakby nie było Hitlera. Szowinizm narodowy 
świętował: "Kupuj wyroby krajowe!" - wzywały afisze na ulicach. Kampania obrońców 
języka zwalczała aktorów jidyszowych nie licząc się z tym, że są to ocaleńcy, uciekinie- 
rzy, "alim chadaszim" , którzy jeszcze nie nauczyli się języka hebrajskiego. Wielbiciele 
hebrajskiego łamali krzesła w salach gdzie występowali jidiszyści, krzycząc "wstyd!" 
i rzucali na scenę zgniłe pomidory i śmierdzące jajka, póki nie wygnali aktorów ze sceny. 
W tych warunkach puszczał się Walin na wielką awanturę: 
Brakło mi pieniędzy, zawodowych aktorów, pisarzy z poczuciem humoru, piosenkarzy, 
intymnej sali na tego rodzaju teatr... Jedynym pomocnym czynnikiem w urzeczywistnie- 
niu mojej wizji był mój wrodzony optymizm, silna wola i wiara nie znająca kompromi- 
sów, którą odziedziczyłem po ojcu... 
Nadarzył mu się wspólnik, jakiś handlarz złotem, brylanciarz, zwariowany na punkcie 
kabaretu warszawskiego "Qui Pro Quo" - i Walin przystąpił do zestawienia zespołu. 
Zacząłem od reżysera. Wybór mój padł na młodego reżysera z Polski (przybyłego 
z Andersem) Zenona Wardana, którego poznałem na spotkaniu towarzyskim u przyjaciół. 
To był "lekki problem". Największy stanowiło zdobycie odpowiedniego lokalu. Ogląd- 
nąłem dziesiątki sal - nie znalazłem ani jednej nadającej się na mój cel, intymnej, sali 
przez którą mogłyby się przewinąć w ciągu miesiąca setki widzów, widzieć i słyszeć do- 
brze co się dzieje na scenie i mieć uczucie że otrzymali równowartość za swoje pieniądze. 


W końcu, z braku wyboru, wynajął lokalik o podejrzanej reputacji, zapuszczony i bru- 
dny, który gościł często ludzi z półświatka. Odremontował, powiesił na świeżo poma- 
lowanych ścianach maski i obrazki, ustawił 300 nowych krzeseł, zbudował scenę na któ- 
rej mogło stanąć rzędem piętnastu aktorów, zainstalował odpowiednią sieć elektryczną, 
postawił dwa fortepiany - i sala "Jasza Chefec" gotowa była na przyjęcie publiczności. 
Teraz trzeba było "tylko" znaleźć odpowiednich aktorów. Tych, być może, nie brakło 
na rynku wśród napływających "nowych alim" - imigrantów - ale kto z nich znał 
hebrajski? 


Z paru śpiewaków, śpiewaczek, tancerzy, muzykantów, muzyków wysokiej klasy 
z doświadczeniem scenicznym z Polski, Rumunii i innych państw wybrałem na razie Ire- 
nę Różyńską, Helenę Kitajewicz, Minę Bern, Aleksandra Gronowskiego, Mordechaja 
Hilsberga, Aleksandra Jahalomiego i kilku innych - ale nie znalazłem "diwy", śpie- 
waczki, którą publiczność przyjęłaby oklaskami nim jeszcze otworzyła usta. 
Aż natknął się przypadkiem na Źeni Łowicz, która w jidysz czarowała publiczność 
kawiarnianą... Jak inni nie znała jeszcze języka hebrajskiego. Jaakow Orland, poeta 
z Ukrainy - jeden z głównych tekściarzy Walina, wspomina Źenię jako Polkę z "seksa- 
pilem" typu Marleny Dieterich. Ale na jego informacji nie można polegać. Źenia Łowicz 
pochodziła z Czerniawic. Za to Mina Bem, "blondynka podobna do hollywoodzkiej 
Betty Hutton w swoim żywiołowym temperamencie" przybyła z Polski - z teatru ży- 
dowskiego. 


107
>>>
Większość aktorów i śpiewaków, którzy przybyli z Polski uczyła się u mnie pilnie 
i chętnie hebrajskiego - chcieli zdobyć sobie serca tutejszej publiczności. Póki opano- 
wali jako-tako język, uczyli się na pamięć tekstów, które zapisywali w zeszytach łaciń- 
skimi literami. Chociaż nie rozumieli słów recytowali teksty wyraziście dzięki dobrej 
dykcji, którą przywieźli ze swojego kraju. 
W szczególności wyróżniała się nie-Żydówka, zawodowa aktorka i śpiewaczka Irena 
Różyńska. Inna śpiewaczka, odznaczająca się pięknymi nogami, milym głosem i czarują- 
cą twarzą, która przybyła sześć miesięcy wcześniej od innych już zdążyła nauczyć się he- 
brajskiego ze słuchu i od kolegów z Opery Palestyńskiej, w której wystąpila: Helena Ki- 
tajewicz. 
(Był to przelotny ptak - w końcu wylądowała Lola w Londynie, gdzie jeszcze długo 
- aż do swej przedwczesnej śmierci - czarowała emigrację polską.) 
Jedynym, który przed pierwszą premierą nowego teatru zdążył jako-tako opanować 
hebrajski był świetny piosenkarz i aktor, Lwowiak, Aleksander Gronowski, który zwolnił 
się z Wojska Polskiego. 


Na moje szczęście miał Gronowski, jak zresztą i inni członkowie zespołu nadzwy- 
czajny talent do nauki języków obcych. Mimo że nie znał dość hebrajskiego rozumiała 
publiczność każdy jego dowcip i każde humorystyczne powiedzonko, jakie wyszło z jego 
ust. Nikt nie poczuł że to "nowy imigrant" . 
Reżyser Zenon Wardan (z zawodu inżynier), nie miał doświadczenia w reżyserowa- 
niu przedstawień rewiowych. Całe swoje doświadczenie zdobył na scenkach wojskowych, 
przedstawianych dla polskich żołnierzy. Dokoptowałem mu doświadczonego aktora Mi- 
chaela Gora,jako doradcę i eksperta w dziedzinie satyry izraelskiej i dałem mu do dyspo- 
zycji galicyjskiego aktora, śpiewaka, obrotnego tłumacza z hebrajskiego na polski i z pol- 
skiego na hebrajski Szmuela Fiszera. 
Michael Gor (1898-1969) rodem z Lidy, z rodziny wileńskiego Gaona - rabi Elija- 
hu - znał hebrajski z domu a aktorską praktykę odrobił w Moskwie w Habimie, z którą 
przybył do Palestyny w 1927 r. Po wojnie - jeden z filarów Teatru Kameralnego w Tel- 
-Awiwie. 
Wanda Wardan - żona reżysera, była konferansjerem. Nie znała hebrajskiego 
i uczyła się pilnie swej roli na pamięć. Gdy zdarzył się jakiś "Cwiszenruf" wśród pu- 
bliczności odpowiadała głośno, ze śmiechem, wskazując palcem na intruza - "Nie ro- 
zumie! Proszę państwa, on nie rozumie!..." - i kontynuowała swój tekst wyuczony na 
pamięć... 
Konferansjer, który nie zna języka? Oto co pisze na ten temat Antoni Słonimski 
w swoim Alfabecie wspomnień o warszawskim debiucie Fryderyka ]arosy' ego (cytuję za 
felietonem Anny Mieszkowskiej z katalogu wystawy "Zawsze ten sam... Fryderyk 
]arosy" - Warszawa 2000): 
Był to pierwszy teatr rosyjski, który przybył do Warszawy po odzyskaniu niepodle- 
głości ["Niebieski Ptak" - N.G.] i zrozumiałą jest rzeczą, że język rosyjski zwłaszcza 
w konferansjerce, był problemem drażliwym. Zaproponowano mi napisanie i wygłoszenie 
słowa wprowadzającego oraz opracowanie tekstów polskich Jirosy' ego. Nie wiele było 
czasu. Całą noc przy kawie i koniaku spędziłem w pokoju hotelu "Bristol" ucząc Jiros- 
y' ego. Bestia była tak zdolna, że nad ranem mówił już za dobrze. Pozostawał jeszcze pro- 
blem widowni. Co odpowiedzieć gdy się ktoś z sali zwróci z jakąś uwagą? Jarosy umiał 
już swój tekst ale nie rozumiał po polsku. Zaproponowałem mu zwrot uniwersalny: 
"Motorniczemu zabrania się surowo rozmawiać z pasażerami". Udało się, bo w dzień 
premiery istotnie ktoś odezwał się z widowni i gdy Jarosy wygłosił czysto warszawsko- 
-tramwajową sentencję, dostał rzęsiste brawa, które przez długie lata towarzyszyły wystę- 
pom tego ulubieńca warszawskiej publiczności. 


108
>>>
Materiał, którym dysponował reżyser - opowiada Walin - był częściowo oryginal- 
ny, a częściowo tłumaczony względnie opracowany. Poeta Abraham Szloński napisał spe- 
cjalną piosenkę "Noc na Gilboa" , Natan Alterman tekst satyrycznej tyrady o dyplomacji 
"Fryzjera w fryzjerni" dodatkowo do hymnu teatru "Li-la-lo", który ułożył specjalnie. 
Były też w programie "przekłady tekstów poety polskiego Juliana Tuwima i przekłady 
z repertuaru moich aktorów, który wykonywali w Warszawie. Przy dwóch fortepianach 
akompaniujących śpiewakom siedzieli we frakach S. Petersburski i prof. A. Pilcer - no- 
wość w przedstawieniach tego rodzaju w Palestynie. 
W październiku 1944 odbyły się już ostatnie próby przed premierą - a jeszcze nie 
było nazwy teatru. Walin nosił się z myślą nadania mu imienia "Lo-Ia-li" (niby "moja 
Lola") na cześć czarującej Loli Kitajewicz ale Alterman poradził mu przekręcić na "Li- 
-la-lo" - co przypominało warszawskie "Qui Pro Quo". I tak już zostało. 
Wszystko tu zresztą przypominało "Qui Pro Quo" i warszawskie rewie - nawet 
tytuł pierwszego spektaklu: "Cyrulik tel-awiwski"... Premiera odbyła się 14 listopada 
1944 r. i "Li-Ia-Io" ruszył w drogę, dobierając sobie po drodze coraz to nowych aktorów 
z Polski. Program szedł za programem i zmieniał się co 2-3 miesiące bez względu na to, 
że sala była ciągle pełna na dwóch przedstawieniach dziennie. "Śmiech na sali", "Uwaga 
- świeżo malowane", "Tak stoi w leksykonie", "Ogólna wyprzedaż", "Proszę siadać", 
"Coś z tego i coś z tamtego"... Czasem do grupy autorów dołączył Henryk Ritterman 
z Krakowa, późniejszy redaktor "Nowin Izraelskich" i "Przeglądu", muzykolog i satyryk 
m.in. autor wspomnień Nie od razu Kraków zapomniano. Ale bezcennym talentem okazał 
się zaprotegowany przez Altermana skromny "Palmachnik" polskiego pochodzenia - 
Chaim Feiner - chłopak ze Sosnowca, który zhebrajszczył swoje nazwisko na Chaim 
Hefer. Przybył do kraju mając 10 lat w 1936 r. Jest on autorem naj popularniejszych pio- 
senek "Palmachu" , śpiewanych po dzień dzisiejszy - zresztąjest do dziś wziętym felie- 
tonistą i satyrykiem. 
Już w czwartym programie - wspomnianym na początku - "Nasz kraj maleńki" 
zmienił się konferansjer i panią Wandę Wardan zastąpił Aleksander Jahalomi. Wspomina 
Walin: 


W noc chamsinową, latem 1945 zwrócił mą uwagę szczupły, sympatyczny młodzie- 
niec nowy imigrant z Wojska Polskiego. Na estradzie kawiarni "Panorama" w Hajfie na 
Karmelu śpiewał piosenki, akompaniując sobie na fortepianie i zabawiając publikę dowci- 
pami, którymi sypał jak z rękawa. Nazywał się Abrasza Sznajder. Po występie zaprosiłem 
go na kolację do hajfskiej restauracji, gdzie spotykała się miejscowa bohema. Po kolacji, 
obficie zakropionej winem opowiedział mi Sznajder, na moją prośbę o sobie. Zrobił to 
w stylu satyryczno-humorystycznym, który mi przypadł do gustu. W rodzinnym Wilnie, 
jako młody chłopiec stał się pod wpływem dziadka - syjonistą. Uczęszczał do hebraj- 
skiego gimnazjum" Tarbut" i był dobrym uczniem. W 17 -tym roku życia zdał maturę i po- 
stanowił studiować prawo na Uniwersytecie Wileńskim. Miał zamiar być sędzią, a może 
pierwszym Ministrem Sprawiedliwości w żydowskim państwie - gdy powstanie. Na uni- 
wersytecie dołączył do koła dramatycznego "Picolo" , gdzie wkrótce wybił się, dzięki wy- 
kształceniu muzycznemu, które otrzymał w domu. Ale wojna pokręciła wszystkie plany. 
Po wielu przygodach w Rosji został zmobilizowany do Wojska Polskiego i tak przewę- 
drował przez Rosję i Persję do Erec Israel- Ziemi, o której marzył za młodu. "Gdy noga 
moja stanęła na Ziemi Świętej zrzuciłem mundur nie prosząc o pozwolenie, wdziałem 
białą koszulę i krótkie spodenki khaki, na głowę nałożyłem czapkę zwaną tutaj «tembel» i 
znalazłem się w kibucu Kfar Menachem. Tam zapoznałem się z łopatą i «programem dnia 
roboczego». Gdy wracałem pod wieczór z roboty, zmęczony i rozbity, w dzień gorący a 
suchy, z bąblami na obolałych dłoniach nie miałem siły by wziąć udział w chóralnych 
śpiewach w sali jadalnej kibucu. Tu zmieniłem swą osobowość na palestyńską i nazwisko 
na «Abram Krawiec» (Chajat) - a raczej na Abram Fastrygant - bo miałem dziury w 
kieszeniach. I zostałbym zapewne kibucnikiem, gdyby nie koledzy wilnianie, którzy za- 


109
>>>
prosili mnie do siebie do Tel-Awiwu na spotkanie towarzyskie. Aktor Habimy Meir Teo- 
mi, który był obecny na tym przyjęciu, nazwał mnie pod wrażeniem mojego występu w 
piosence i konferansjerce - «prawdziwym brylantem» uahalom) i tak z rolnika stałem 
się artystą rozrywkowym a z Abrama Krawca - Aleksandrem Jahalomi." 
Tej nocy podpisałem z nim kontrakt i włączyłem go do zespołu "Li-la-lo" - konklu- 
duje Walin. 
Spotkałem ]ahalomiego 20 lat później na wycieczkowym okręcie "Teodor Hezzl", 
gdzie produkował się z małym zespołem rozrywkowym na "bar-micwie" mojego syna, 
opowiadając aktualne dowcipy. Ale grono wycieczkowiczów żądało głośno: "Golden- 
berg! Goldenberg!" i Abrasza od razu musiał wyrecytować pod akompaniament akorde- 
onu swój słynny numer z "Li-Ia-Io" - de facto numer Lopka Krukowskiego. Tylko 
"wtedy", w "Qui Pro Quo" - on się nazywał... Rappaport (...cztery strony Rappaportów 
w książce telefonicznej Warszawy: ...Tam był Alojzy Rappaport, Synowie Rojzy Rappa- 
port i pan Senator Rappaport i prokurator Rappaport...). No cóż, zmiana nazwiska 
w Izraelu to bardzo powszechny zwyczaj... Ajak już wspomniał Walin, ci aktorzy z Pol- 
ski przywozili swój i nie swój repertuar, który obrotny Szmuel Fiszer przekładał na he- 
brajski - i jazda! Walin wspomina z sentymentem Irenę Różyńską, która odniosła 
szczególne powodzenie jako Stella w duecie "Stella i Gawryłko" napisanym dla niej 
specjalnie jeszcze w Warszawie (przez kogo?). To był jej przedwojenny szlagier na scen- 
kach polskich. Natan Alterman przełożył to i opracował w swoim oryginalnym stylu i do- 
pasował do rzeczywistości palestyńskiej. Różyńska i Wardan zrobili z tego przebój, który 
chwycił od pierwszej chwili. Po wielu latach opracował Alterman raz jeszcze tę dialogo- 
waną piosenkę: Stella i Gawryłko zmienili nazwiska na "Limonada i pan Talerzyk" - 
i śmieszyli od nowa rozbawioną publiczność w "Teatrze Kameralnym". 
Z końcem 1946 r. zespół "Li-Ia-Io" liczył 70 osób. Przybywali imigranci z Bułgarii, 
Rumunii, Węgier - był to bodajże jedyny teatr, którego frontowe wrota były otwarte dla 
ocalałych z szoa, a tylnymi drzwiami wchodzili coraz częściej rutynowani aktorzy "Ha- 
bimy", "Ohelu" , "Matate" - zwabieni wysokimi stawkami. Walin był szybki w decyzji 
i na ogół doskonale oceniał potencjalne możliwości amatorów, czy początkujących akto- 
rów i umiał pracować z nimi aż nabrali szlifu jako dobrze zapowiadające się gwiazdy. 
Z drugiej strony, nie szczędził wysiłku, by zaangażować jak najlepsze siły, nie licząc się 
z kosztami. I tak mimo zbierających się na horyzoncie chmur, przy wielkiej aktywności 
podziemnych organizacji - Hagana, Ecel, Lechi - ściągał "Li-Ia-Io" rzesze publiczno- 
ści, a dyrektor odnawiał wciąż zespół i dostosowywał program do sytuacji politycznej. 
Z końcem 1947 przygotował Walin dwie nowe premiery" "Salon" i "Tylko dla doro- 
słych". Reżyserował je nie kto inny jak wielki Fryderyk ]arosy - kto nie wie (?) - była 
to gwiazda pierwszej wielkości w przedwojennych kabaretów Warszawy z "Qui Pro 
Quo", "Bandą", "Cyrulikiem Warszawskim" na czele. Przybył z Berlina do Warszawy 
w latach dwudziestych z awangardowym teatrzykiem emigrantów rosyjskich "Niebieski 
Ptak" i tu już pozostał bawiąc publiczność swym węgierskim akcentem i niby koślawą 
polszczyzną (a po krótkim pobycie w Warszawie czuł już świetnie język polski w mowie 
i piśmie), poczuciem humoru, świetnymi tekstami... Nie zdążył uciec jak inni przed Hi- 
tlerem i ukrywał się w Warszawie - m.in. w getcie, choć nie był Źydem - a dopiero po 
wojnie wyruszył na Zachód (zakosztowawszy przedtem grozy Buchenwaldu...). Emigra- 
cja polska w Londynie przyjęła go dość chłodno i nie stworzyła mu warunków do pracy 
- ale Walin, który słyszał o nim niewątpliwie od swoich polskich aktorów ściągnął go 
do Tel-Awiwu. "Prasa prześcigała się w pochwałach, podkreślając, że ]arosy, choć nie 
znał kraju ni języka potrafił dać publiczności dwa kulturalne programy, bardzo zabawne, 
w których zdaniem krytyków było coś więcej niż "po prostu satyra". Publiczność na sali 
śmiała się do rozpuku, podczas gdy kraj już drżał od gromów wojny." 


110
>>>
Wysoka klasa programów ]arosy' ego (o których bliższe szczegóły jak i wspomnienia 
tel-awiwskich Warszawiaków, można przeczytać w długim eseju Anny Mieszkowskiej 
w "Pamiętniku Teatralnym", nie ocaliła "Li-Ia-Io", z którego ścian opadał tynk podczas 
przedstawień a kanonada z pobliskiej Jaffy zagłuszała świetne teksty Chaima Hefera 
i Awigdora Ha' meiri... Walin zamknął budę z wielkim deficytem, odesłał ]arosy' ego 
okrętem do Europy - jak pisze - a sam poszedł do wojska. Jest w tym tylko część 
prawdy, bo na wyjazd ]arosy' ego, który znalazł się z żoną w pułapce, bez środków do 
życia, złożyli się przyjaciele Warszawiacy, którzy zebrali potrzebną sumę na bilet po- 
wrotny wielkiego artysty. 
Po wojnie i proklamacji Państwa Izraela próbował Walin wznowić działalność "Li- 
-la-lo", ale zabrakło mu już Altermana, który przerzucił swój talent na inne dziedziny 
poetyckie, a także większość gwiazd wyemigrowała lub przeniosła się do innych teatrów. 
"Li-Ia-Io" przeszedł do historii... Z jego zamknięciem skończyła się de facto wyjątkowa 
działalność piosenkarska Altermana - stwierdza Walin. On sam nie spoczął jednak na 
laurach i poświęcił się od nowa odkrywaniu gwiazd jemenickich. Tym razem była to 
znakomita śpiewaczka Chana Aharoni. Walin zrobił wszystko, by osiągnęła szczyty po- 
pularności w Europie i Ameryce - a w końcu i ona go rozczarowała... 
Udział polskich Źydów w kulturze, sztuce i wszelkich dziedzinach życia społecznego 
Izraela jest wielki - a mały teatrzyk rozrywkowy "Li-Ia-Io" jest jego nieprzypadkowym 
przykładem ukazującym ten udział we właściwych proporcjach.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


KORESPONDENCJE - DOKUMENTY - ROZMOWY 


MARIA WERTENSTEIN 
DO KAZIMIERY KOTT 
- LISTY Z LAT 1946-1949 


Jan KOTT (USA) 


Moja młodsza o 10 lat siostra, Aniela (Lalutka) Kott zmarła w roku 1997. Do śmierci 
pracowała w Instytucie Badań Literackich. Historyk, przechowywała skrupulatnie 
wszystkie papiery rodzinne przede wszystkim korespondencję naszej matki, Kazimiery 
z Wertensteinów Kott. Wśród tej korespondencji najbardziej nie tylko ważne historycz- 
nie, ale będące dramatycznym dokumentem pierwszych lat po wojnie były listy Marii 
Wertenstein (Maryli) do jej siostry i mojej matki, Kazimiery Kott. Matka z moją siostrą 
żyły na granicy ubóstwa. Ja im pomagałem, ale niewiele. Mieszkały w Domu Literatów 
w Krakowie przy ulicy Krupniczej 22 i tam są adresowane listy mojej ciotki. 
Maria Wertenstein, artystka malarka pisząca i malująca pod skrótem nazwiska Maria 
Werten, wyjeżdżała do Ameryki parokrotnie w latach trzydziestych, nie pamiętam do- 
kładnie tych dat, ale nie było jej w Polsce kiedy wróciliśmy do kraju z żoną w sierpniu 
1939 roku!. Maria Werten wojnę spędziła w Ameryce i po wojnie zamieszkała w Los 
Angeles. Tam została pochowana na cmentarzu Holy Cross w grudniu 1949 roku. 
Do Ameryki wyjeżdżała jako propagatorka polskiej sztuki ludowej uczyć w Colle- 
ge' ach i na wielu specjalnych kursach. Powojenne lata były dla niej szczególnie trudne 
i materialnie, zdrowotnie. Była ciężko chora na astmę. Kiedy ataki były silniejsze z tru- 
dem mogła pracować, z trudem wychodziła z domu. Była w ciężkich warunkach mate- 
rialnych, ale jej główną myślą i troską było szukanie dróg pomocy przede wszystkim dla 
jej siostry. O tym są głównie, niemal wyłącznie, jej listy do rodziny w kraju. 


1 Jan Kott w 1938 roku otrzymał stypendium rządu francuskiego i przez rok przebywał w Pa- 
ryżu, przygotowując doktorat z filologii romańskiej. W czerwcu 1939 roku poślubił Lidię Stein- 
haus, córkę matematyka prof. Hugona Steinhausa. W sierpniu 1939 roku powrócił do Warszawy. 
[wszystkie przypisy oprac. przez Redakcję] 


113
>>>
Pisze listy, ale nie wszystkie wtedy dochodzą, albo dochodzą po wielu miesiącach. 
Załącza do listów po jednym dolarze, bo większe sumy od razu giną. Wysyła rzeczy, 
palta, sukienki, przeważnie stare, bo łatwiej dochodzą. O trudnościach są te same ciągłe 
powtórzenia. Ale właśnie w tych powtórzeniach jest gorzka prawda pomocy. Parokrotnie 
w listach pojawia się temat spadochronu, który nadaje się na przeróbki, na suknie 
i bieliznę. Albo można było sprzedać, co się miało bardziej opłacać od przesyłania jedne- 
go dolara. 
Paczki te wysyła Maryla sama, albo przez różne biura wysyłkowe, kiedy nie miała 
siły sama pakować, albo rzadkie okazje znajomych, którzy jechali do Polski. Listy są 
monotonne, ale właśnie w tej monotonii zawarte są relacje między emigrantami i krajem, 
do którego nie mogli, albo nie chcieli wracać. 
Poza moją matką w tych listach Marychny ciągle pojawia się Anielcia (Lalutka) . Jest 
ona ciągłą troską Marychny. Była ona chorowitym dzieckiem, zagrożonym gruźlicą, 
która w rodzinie mojej matki brała coraz to nowe ofiary. Wymagała szczególnej opieki. 
I Marychna w tych listach wielokrotnie myśli jak znaleźć środki najej wyjazd z miasta. 
Trzecią osobą, która się w tych listach przewija jestem ja sam, Janek. Kiedy moi 
rodzice przenieśli się z Warszawy do Bielski, gdzie mój ojciec znalazł pracę3, oddany 
zostałem do domu moich dziadków. Zajmowała się mną od samego początku ciotka Ma- 
ryla, dla której byłem jakby jej synem. I ja ją traktowałem przez lata jako drugą matkę od 
moich szkolnych lat do matury ijeszcze potem za lat uniwersyteckich. 
W listach przywoływanie mnie ma ton smutny. Byłem w tych latach zaczadzony 
komunizmem. Maryla była w środowisku polskiej antykomunistycznej emigracji. Pisała, 
że nie może się ze mną porozumieć. Kiedy wyjechałem na krótkie tygodnie z Polski na 
Zachód wiedziała, że nasze spotkanie może być tylko bolesne. Moje uczucia rodzinne 
były wystygłe i byłem głuchy na tę jej rozpacz w listach. 
Na wszystko jest już za późno. I jeszcze przez wiele lat, już wyleczony z komuni- 
zmu, ale ciągle zanurzony w swoim pisaniu, miałem w pamięci dziurę we wszystkich 
uczuciach rodzinnych. Przez lata nie myślałem o Marychnie. Mogłem jeszcze szukać 
śladów po niej i jej artystycznej działalności, której się do końca nie wyrzekła. Dopiero 
w bardzo niedawnych latach, kiedy przenieśliśmy się do Santa Monica w Kalifornii, 
wróciła mi po niej pamięć i ślad. Poznałem wtedy Osetyńskiego. Jerzy Osetyński vel 
Leonidas Dundarew był ostatnią osobą, która znała Marię Werten. Prowadził przez wiele 
lat coś w rodzaju szkoły teatralnej i za mojego pobytu wyreżyserował Matkę Witkacego 
z główną rolą Barbary Kraftówny. Kolekcjonował obrazy, które brał od malarzy czasem 
na sprzedaż, w każdym razie rzadko je zwracał. Mówił mi o obrazach Marychny, ale albo 
ich nie miał, albo nie chciał mi pokazać. Był człowiekiem o różnych inicjatywach. Za- 
kładał polską ludową restaurację i Maria Werten była jej główną dekoratorką. Malowała 
al fresco ogromne panneau, być może trochę w stylu Stryjeńskiej, przedstawiające pol- 
skie ludowe tańce i obyczaje. Restauracja się spaliła i razem z nią niemal w całości ma- 
lowidła Marii Werten. O tej pracy w restauracji pisze do mojej matki w liście z czerwca 
1947 roku. Po śmierci Osetyńskiego córka jego przywiozła nam ocalałe szczątki tych 
wielkich malowideł. Mamje sfotografowane. To chyba wszystko co ocalało z ogromnego 
dorobku Marii Werten. Z obrazów pozostał tylko przejmujący portret pięcioletniej Aniel- 
ki z misiem w ręku. Ten obraz ocalał w mieszkaniu mojej matki, a potem po śmierci 
Anielci przywiózł go nasz syn. Wisi teraz w moim pokoju. 
Od Osetyńskiego dowiedziałem się gdzie jest grób Marii Werten. Z tego co mówił 
wynikało, że na pogrzeb złożyli się jej przyjaciele i zapewne na płytę na jej grobie. By- 


2 Obecnie Bielsko-Biała. 
3 Ojciec Jana Kotta, Maurycy, był urzędnikiem. 


114
>>>
łem na tym cmentarzu. Umarła w niedostatku. Z pieniędzy jakie pozostały po potrąceniu 
kosztów, 100 dolarów przeznaczyła dla Anielci, po 100 dla Wandy i Piotra, dzieci Lu- 
dwika Wertensteina, brata mojej matki i Maryli i 100 dolarów dla mnie 4 . 


*** 


Listy te zostały zapewne przez moją siostrę ułożone, ale być może zostały potem 
przerzucone i nie jestem pewien ich kolejności. Daty mają dzienne, najczęściej bez roku, 
który podaję w nawiasach kwadratowych, ale i tych dat rocznych nie jestem zupełnie 
pewien. 
Siostra moja znała i pamiętała całą historię rodziny. Ja przez lata całe musiałem mieć 
jakąś atrofię uczuć i pamięci. Rzadko pytałem Ojca i Matkę o ich historię życia. Teraz na 
jej odnalezienie i odpamiętanie jest już za późno. 
Rodzice moi z moją siostrą, po włączeniu Bielska do Rzeszy, zamieszkali w Krako- 
wie. Przez długie miesiące mieszkali u Babki mojej żony i stamtąd mamy jedyne fotogra- 
fie. Ojciec został aresztowany. Dostał wyrok niemieckiego sądu na dziewięć miesięcy. 
Matka, kiedy jej pozwolono, donosiła ojcu bieliznę i czasem jedzenie. W dniu kiedy się 
kończył jego wyrok Matka przyszła pod więzienie, żeby go odebrać. Ale Ojca już nie 
było. Zabrano go i nie ma grobu. 
Matka, adresatka tych listów, Kazimiera z domu Wertenstein (1886-1955) zginęła 
potrącona przez motocykl. Ma grób na cmentarzu Rakowieckim w Krakowie. Tam też 
pochowano moją siostrę. 
Matka przyjaźniła się z Mortkowiczową, wdową po słynnym księgarzu i wydawcy, 
w listach jest parokrotnie wspomniana razem ze swoją córką Olczakową. Były krótko 
w Ameryce i, jak wynika z listów, Maria Werten przekazała przez nie jakąś przesyłkę dla 
Mamy. 
Brat mojej matki, Ludwik Wertenstein, Lutek, fizyk teoretyczny zginął w ostatnich 
dniach wojny w Budapeszcie, gdzie wysłali go z końcem wojny przyjaciele, aby mu 
uratować życie. Źona jego Matylda przeżyła wojnę. W listach do mojej Matki występuje 
jako Madzia i przez nią także szły jakieś pomoce. Z domu Meyer, była spowinowacona 
z Teoplitzami. I przez nich, przez jednego z Teoplitzów w Szwajcarii udało się wysłać 
jakąś pomoc dla Mamy. 
Bratem mojej Babki był Adam Lande, lekarz, przychodził często na sobotnie kolacje. 
Jego syn, Henio Lande, przeżył wojnę jako Zakrzewski. Po wojnie był nauczycielem 
polskiego chyba w Lublinie. Był u nas dwa albo trzy razy, ale w mojej obojętności na 


4 Wanda Wertenstein (ur. 1917), krytyk filmowy, tłumaczka, pracowała w Szkole Filmowej w 
Krakowie, Łodzi i Warszawie. Współpracowała z Jerzym Bossakiem przy Polskiej Kronice Fil- 
mowej i w Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Sama też pisała o filmie i przetłumaczyła kilka 
książek angielskich i włoskich o filmie i sztuce filmowej. Pisała do "Kina". Wydała m.in. Wajda 
mówi o sobie (Kraków 1991) oraz wspomnienia ("Rocznik Podkowiński" 4/1999). 
Piotr Wertenstein, we wrześniu 1939 roku, próbując przedostać się do Rumunii wpadł w ręce 
Sowietów. Przeszedł szlak bojowy armii gen. W. Andersa; po wojnie osiadł we Włoszech. 
Ludwik Wertenstein (1887-1945), fizyk, uczeń M. Skłodowskiej-Curie, kierował Pracownią 
Radiologiczną Warszawskiego Towarzystwa Naukowego; profesor Wolnej Wszechnicy Polskiej; 
zginął w Budapeszcie, podczas próby przerzutu na Zachód. Por.: ]. Kott, Przyczynek do biografiJ. 
Londyn 1990, s. 52. 
Szczegóły związków rodzinnych Wertensteinów, Landów, Kottów i Meyerów opisane są we 
wspomnieniach Wandy Wertenstein, Jeden rok wojny (1940), Rocznik Podkowiński 1999 z. 4 s. 7- 
140. 


115
>>>
pokrewieństwa i powinowactwa jego także nie rozpytałem o wojenne losy. Drugim sy- 
nem Adama Lande był Lutek, który także ocalił się pod nazwiskiem Zakrzewski. 
Jest tam także pytanie o Koralów. Luta Koralowa była siostrą mego Ojca. Przeżyła 
wojnę z mężem. Ich syn Tomek, żołnierz AK, zginął w Powstaniu Warszawskim. Luta po 
wojnie była sekretarką "Kuźnicy". Umarła młodo. Mąż jej odwiedził nas parokrotnie po 
wojnie, jak Lutek i Henryk, ale ich losy także uszły mojej pamięci. Są jeszcze w tych 
listach pytania o dalszych krewnych i znajomych. Nic o nich nie potrafię powiedzieć, 
poza tym, że nikt z nich nie przeżył wojny. 
W liście z 13 maja, który datowałem na rok 1947, jest zapowiedź że dziecko nasze 
ma się urodzić w lipcu. Była to nasza córka Teresa. Czas biegnie szybko, może i na 
szczęście. Jej syn, nasz naj starszy wnuk, kończy studia w Stanfordzie. Tak się zamyka 
historia rodzinna, której świadectwem są listy Marii Werten z Los Angeles. 


Santa Monica, kwiecień 1999 


LISTY 


1. 


2 luty 1946 


Kazimiera Kott 
ul. Krupnicza 22 


Droga Kaziu: W tej chwili dostałam Twój list z 27 XII. Jestem w rozpaczy. Widzę, żeś 
żadnego z moich listów nie dostała - a co gorsza żadnej paczki. Pierwszą żywnościową 
wysłałam przez J ewish Congress via Szwecja do Ciebie i Madzi. Potem dwie odzieżowe; 
palto zimowe, pończochy, sweter, parę obuwia, reformy. I nie tylko ja. Nikt ze znajomych 
tutaj nie dostał potwierdzenia odbioru paczek - więc przestano wysyłać. Nie wiem co 
robić. Wysyłałabym stale - gdyby tylko dochodziła. Prosiłam Cię w dwóch listach być 
narysowała na cienkim papierze swoia i Lalutki stope , bym mogła wysłać właściwe buci- 
ki. Inne rzeczy można przerabiać - ale podaj także wymiary. Boże, żeby to co wysyłam 
mogło dochodzić - miałybyście wszystko. Pieniędzy podobno nie można wysyłać, bo 
tyle się traci. Rzeczy podobno muszą być używane. Napisz kto, ile i jak dostał paczki. 
Pisze do p. Toeplitza - naj prędzej dochodzi. O sobie pisałam Ci najważniejsze: jestem 
teraz właściwie zdrowa, tylko nie mam już tych dawnych sił; mam trochę astmy. Ale daję 
sobie radę i jestem przygotowana by wam pomóc. Ale jak? Lalutka po chorobie potrze- 
buje dobrego wyżywienia. Będę się jeszcze dowiadywać: Przez trzy lata choroby straci- 
łam kontakt z wieloma przyjaciółmi - z Elmą też - ale wiele zostało wiernych. Całuję 
Cię mocno. Maryla. Pisz. 


116
>>>
2. 


13 luty [1946] 


Droga Kaziu! 
Jestem bardzo niespokojna, że nie mam żadnej wiadomości od Ciebie od Anielci. Nie 
wiem czy ostatnia paczka doszła - ani czy ostatnia paczka doszła - ani czy otrzymałaś 
załącznik, włożony do listu. Wszyscy inni dostali i napisali mi o tem. Wobec tego ryzy- 
kuję znowu - załączając pięć tym razem. Proszę, napisz czy doszły i czy ta forma po- 
mocy ma dla Was znaczenie. Jest mi tak strasznie przykro, że mój marny stan fizyczny 
jest dla mnie takim utrudnieniem w wysyłaniu Wam paczek. Wtedy oczywiście można 
kłaść co się chce. Ale wobec tego, że to okazało się dla mnie niemożliwe - teraz wysy- 
łam przez firmę - którą się posługują wszyscy znajomi. Oni dają do wyboru różne kom- 
binacje. Napisz mi, czy ta forma jest zadowalająca. Dzisiaj wysyłam znowu. Pogorszyła 
mi się moja astma - a pracę, którą zaczęłam - muszę dokończyć. Dlatego i ubraniem 
teraz nie mogę się zająć. Tak strasznie żałowałam, że nie mogłam zobaczyć się z Hanką 
M [ortkowicz] V. - nie mogła tak daleko jechać. Napisała mi tylko bardzo miły list 
i miłe rzeczy o Was. Ponieważ pisała, że może zabrać tylko b. małe rzeczy - prosiłam p. 
Edwardę, by kupiła pończochy - ale nie mam jeszcze wiadomości czy mój list doszedł 
na czas - bo nie wiem kiedy wyjechała. 
Dlaczego Anielcia tak mnie zaniedbuje? Przyrzekła, że będzie pisać co jakiś czas. Całuję 
Was gorąco. 
Maryla 


3. 


Drodzy moi! 
Nareszcie wiadomość od Was!! 
Przynajmniej coś, co pozwala konkretniej myśleć o Was. Kiedy dostanę następną? Wie- 
rzę, że się postaracie napisać. Co do mnie, - to miałabym się doskonale, gdyby nie tro- 
ska o Was. Jestem jeszcze na tej samej posadzie. Ale mam zaproszenie na przyszłe lato 
na letni semestr w College. Więc mam nadzieję, że i na zimowy teraz znajdę. 
Oprócz tego piszę i maluję. Może dlatego, że to jest naj mocniejsza Ucieczka od rzeczy- 
wistości i dręczących myśli - obie te prace coraz bardziej pogłębiają się. Zmienił się 
bardzo charakter mego malowania. Ile razy maluję, myślę, co Lutek lub Janek powie- 
dzieliby o mojej pracy!!, jak Matka chciałaby powiesić ją na jakimś wolnym jeszcze 
miejscu na ścianie - wrócą te chwile! 
Od Stefana [Meyera, brata Matyldy Wertenstein] dawno nie miałam wiadomości; od p. 
Leopolda i żony mam od czasu do czasu. 
Teraz będę znowu czekać na wiadomość od Was. 
Ściskam Was wszystkich z całego serca. Maryla. 
Gdyby Janek napisał!! 
Pozdrów przyjaciół, których widujesz. 


117
>>>
4. 


10 marzec [1946 albo 1947] 


Droga Kaziu. 
Dostałam już kilka listów od Ciebie - ale tego, który wysłałaś razem z listem Wandzi 
[Wertenstein] przez okazję tutaj - nie doszedł. I proszę bardzo tą drogą listów nie posy- 
łać! 
Za każdym razem czytając Twoje listy ogarnia mnie rozpacz, że dotąd ani jeden list mój 
nie doszedł. Nie rozumiem co to znaczy. Depeszę chyba dostałaś. Powtarzam jeszcze raz 
odpowiedź na Twe pytanie. Byłam chora przez trzy lata. Ale dzięki przyjaciołom miałam 
przez większość czasu bardzo staranną opiekę w bezpłatnym ale bardzo dobrym sanato- 
rium, gdzie pod koniec uczyłam. Potem zaprosiła mnie pani T. by być u niej póki nie 
znajdę zajęcia. Teraz uczę tutaj i pracuję w domu. Nie wróciły mi dawne siły, bo mam 
astmę - ale daję sobie radę. I naturalnie moją wielką troskąjest, by Wam pomóc w naj- 
bardziej skuteczny sposób. Wy piszcie, co jest najbardziej potrzebne, - a ja będę się 
starać w miarę sił, by dostać to, co chcecie. 
Przyślij wymiary swoje i Anielci, i narysuj stopy na cienkim papierze. To nie znaczy, że 
ja mogę zawsze przysłać właściwe wymiary ale chcę mieć - by wiedzieć, gdy mogę 
wybierać. Poza tem będę przysyłać Ci, co tylko mogę. Tutaj przerabiać nie można - ale 
w kraju na pewno to możliwe. Poza tem - to co sama nie możesz użyć - możesz dawać 
innym, co też jest bardzo ważne. Wiele osób woli ofiarowywać rzeczy, by posyłać pry- 
watnym osobom i dla nich i dla rozdania. 
Bądź więc wyrozumiała na to, co przysyłam w granicach moich możliwości, chociaż to 
nie jest ani takie, ani na tyle, ile bym chciała. 
Napisz coś więcej o Anielci, o jej stanie fizycznym i umysłowym, o jej zaintere- 
sowaniach w życiu i o Waszym życiu przedtem i teraz. 
Czy masz jakieś kółko znajomych? 
Czy p. Mortkowicz (pokłoń się jej i córce ode mnie), [...] - jest w Krakowie ktoś 
z dawnych znajomych? Co się stało z Koralami? 
Napisz o tych ze znajomych i rodziny, o których losie wiesz. 
Dotąd wysłałam do Ciebie 5 paczek: 
żywnościowa, 2. Mieszana, 3. Palto zimowe, 4-5. Różne ubraniowe rzeczy. 
Przez jakiś czas nie wysyłałam, bo nikt nie dostał potwierdzenia odbioru. Teraz wiemy, 
że potwierdzenie przychodzi po 4 lub 5 miesiącach. Teraz będę numerować paczki - 
a Ty pisz jaki numer dostałaś. Pierwsza numerowana będzie No. 6. 
Pisz, bo Twoje listy częściej dochodzą niż stąd tam. 
Całuję Was mocno. 
Wasza Maryla. 


5. 


23 marzec [1946] 


Moja droga Anielciu. 
Dostałam Twój list po tak długim braku wiadomości, że ja także byłam bardzo niespo- 
kojna. Najwidoczniej kilka listów zaginęło; i Waszych i mój w każdym razie jeden i wi- 
docznie ten, w którym - zachęcona tym, co słyszałam, że listy z pieniędzmi dochodzą 


118
>>>
- posłałam 5 dol. A teraz właśnie rozeszła się wiadomość znowu, że ostatnio giną. Zma- 
rtwiła mnie niezmiernie wiadomość o Waszej chorobie. Zaczęłam łamać sobie głowę 
w jaki sposób przesłać Wam jak naj prędzej pieniądze w takiej formie, byście z tego naj- 
więcej miały. Zrobiłam więc próbę - i gdy dostaniecie napiszcie mi, czy to jest dobra 
droga. 
Ogłaszają tutaj, że sprzedają nylonowe spadochrony. 65 kwadratowych stóp i 600 łokci 
nylonowych nici za 15 dol. Razem z przesyłką kosztuje to 21 dol. Podobno masę rzeczy 
można z tego robić i różne osoby z Polski prosiły o przysłanie tych spadochronów. Moż- 
na więc zużyć je w dwojaki sposób: albo zużyć na zrobienie wielu rzeczy: i bielizny, 
i sukien (można farbować - jest to białe) - albo sprzedać, jeżeli pieniądze są bardziej 
potrzebne. Zaraz po otrzymaniu Twego listu - kilka dni temu - napisałam do New 
Yorku, by to zaraz wysłano i jeszcze nie mam odpowiedzi. Napisz mi gdy przyjdzie, - 
coś z tym zdecydowała zrobić. Jeżeli sprzedaż - napisz mi ile za to dostałyście - bym 
się zorientowała czy to będzie właściwa droga pomocy. Przedewszystkiem idzie mi o to 
byś mogła zaraz wyjechać - więc w razie potrzeby - wysłałabym zaraz tyle - żeby Ci 
na wyjazd starczyło. Gdybyście zdecydowały, by zużyć to na ubranie - to jeśli to moż- 
liwe, chciałabym byś odcięła coś dla Wandzi i dla Lidki: na sukienki lub bluzki. Jeśli zaś 
masz pilne potrzeby - to - zrobimy to z następnej przesyłki. 
U mnie nic nowego. Naj gorsza jest ta astma. Razjest trochę lepiej - raz gorzej. Ostatnio 
było dosyć niedobrze - bo się przepracowałam. Niedobrze jest, że mnie tak męczy cho- 
dzenie i załatwianie sprawunków. Komunikacja tutaj jest nie dobra - większość ludzi 
ma auta - tak że przeważnie idę tylko tam, gdzie mnie może ktoś zabrać autem. Dlatego 
też musiałam zrezygnować z wysyłania samej paczek - i robię to przez Towarzystwo 
wysyłkowe w New Yorku. Napisz mi też prosze bardzo, czy te paczki sa zadowalaiace 
i co byłoby pożadane, bym wysłała oddzielnie . Ja pracuję nad rozmaitymi rzeczami: 
karty świąteczne, ilustrowałam książkę, dekoruję polską restaurację i uczę. Źałowałam 
niezmiernie, że nie mogłam zobaczyć się z Hanką Mortkowicz. Napisała mi miłe rzeczy 
o Was. Napis mi znowu coś więcej o sobie - i przyślij jakieś fotografie Wasze, dobrze! 
Jak się ma Mama teraz? Napiszę dokładnie. 
Całuję Was gorąco. 
Wasza Maryla. 


6. 


7 kwiecień [1946/19477] 


Droga Kaziu. 
Przesyłam Ci naj serdeczniejsze, chociaż spóźnione życzenia. Przez te lata odcięcia, daty 
uroczystości rodzinnych wypadły mi z głowy. Kiedy są urodziny Anielci? Zmartwiło 
mnie, że te 5 dol. Zginęło - teraz kładę jeden - napisz czy doszedł. Mam nadzieję, że 
doszedł list mój do Anielci. Napiszcie mi czy ten spadochron nylonowy spełnił dla Was 
właściwe swe zadanie: to znaczy czy dał dosyć pieniędzy lub użyteczny materiał. Kosz- 
tował 21 dolarów - więc chcę wiedzieć czy to się opłaca w porównaniu ze [...] - gdy 
przesyłam w liście. Ale wobec tego, że z listów ginie - i tak trzeba szukać innych dróg. 
Bo po dolarze gdy Wam potrzeba - a ja mogę dać - za długo by trwało. Jak się teraz 
czujesz i jak Anielcia? Ja mam lekarza - od czasu do czasu chodzę - ale na astmę nie 
ma lekarstwa - to znaczy są takie, które przyniosą chwilową ulgę. Czasem astma nagle 
sama znika. Napisz mi gdy zobaczysz Hankę M. Miała zawieść Ci karty. Mam nadzieję, 


119
>>>
żeś dostała tyle, że będziesz mogła przesłać Jankowi - prosił o nie. 
Wiadomość o jego możliwościach wyjazdu jest dla mnie niezmiernie bolesna jak to 
wszystko, co mnie teraz od niego dzieli. Jesteśmy na przeciwnych biegunach. Klimat, 
który jego zachwyca - przy mojej astmie jest zabójczą atmosferą - dla każdego komu 
jak mnie jest potrzebne otwarte powietrze do oddychania. 
Posłałam paczki żywnościowe. 
Serdeczne uściski. 
Maryla 


7. 


21 kwiecień [1946/19477] 


Droga Anielciu! 
Z niezmiernym wzruszeniem czytałam ten Twój pierwszy list - list dojrzałej osoby - 
którą znałam dzieckiem. To coś przeszła - ijak widać zniosłaś tak dzielnie - przyspie- 
szyło Twój rozwój. Mam nadzieję, że teraz listownie poznamy się na nowo, że będziesz 
mi o sobie pisać. Przede wszystkim chcę słyszeć o Twoim Zdrowiu, czyś się poprawiła 
- pamiętaj o zdrowiu ile tylko możesz. Pisz co Ci potrzeba - będę teraz stale paczki 
żywnościowe posyłać. Ubranie, które miałam przygotowane, - okazało się - według 
Twych wymiarów za małe. Ale jeden ładny, ciepły kostium wełniany posyłam - bo 
można spódniczkę rozszerzyć, - a z żakietu zrobić kamizelkę, lub do spódniczki dorobić 
górę na sukienkę. Także sukienka bez rękawów - chociaż za mała może być poszerzona. 
To są dobre, przedwojenne rzeczy - nowe są często liche. Posyłam też trzy pary półbu- 
cików - jedne dla Ciebie. Zdaje się, że miary dobre. Jeszcze ciągle szukam dróg wysła- 
nia. LOT-em jest niemożliwe - bo kosztuje bajońskie sumy. P. Mortk[owiczowa] tylko 
jedną małą paczkę tak wysłała - inne drogi są też teraz pewne. Jak tylko dokupię, co 
brakuje - wyślę. 
Ile masz jeszcze lat do studiowania i co zamierzasz robić po skończeniu? Napisz mi 
o swych studiach, profesorach i kolegach. 
W tej paczce, którą sama pakowałam - (inne przez różne firmy) - starałam się włożyć 
czekolady ile dostałam - tutaj to też rzadkość. Wiele rzeczy brak - pończoch narazie 
nie ma. 
Całuję Cię bardzo mocno. Pisz. 
Twoja Maryla. 


8. 


13 maja [1947] 


Droga Kaziu, 
znowu jestem bardzo niespokojna, że nie mam żadnej wiadomości od Was i potwierdze- 
nia odbioru rzeczy, które wysłałam. Przede wszystkim zdaje mi się, że Hanka M. - 
zawiozła pończochy i karty - (dawno nie miałam wiadomości od p. Edwardy - ale 
obiecała mi to załatwić). Potem wysłałam nylonowy spadochron, który podobno bardzo 
jest pożądany. Bo można go albo dobrze sprzedać albo zrobić z niego wiele pożytecznych 


120
>>>
rzeczy. Pisałam o tym w liście, do którego włożyłam dol. Wysłałam paczkę żywnościową 
- zdaje się w lutym a dzisiaj zamówiłam drugą, którą na pewno wyślę w maju. Napisz 
mi czy to wszystko doszło. 
Pisałam Ci, że moja astma jest takim dla mnie utrudnieniem we wszystkim fizycznym 
wysiłku, że musiałam przestać wysyłać sama paczki i zdać się na firmę, która się tym 
specjalnie zajmuje. Mają oni wiele różnych kombinacji, z których można wybierać. Ale 
zawsze to nie to gdy można samemu zakupić co się chce. Teraz jednak wprowadzili za- 
łatwianie indywidualnych paczek; tak że można napisać o co się prosi. Napisz mi zaraz 
po otrzymaniu tej paczki z maja czy dobór był dobry. Napisz też czego Wam najbardziej 
potrzeba z jedzeniowych rzeczy, to następnym razem o to poproszę. Pisał mi Janek, że 
spodziewają się dziecka w lipcu. Wyobrażam sobie, jak się cieszysz z wnuka. Wyślę mu 
paczkę dla dziecka - ale muszę poprosić, by mi to ktoś załatwił. Napisz mi co najbar- 
dziej potrzebne, czego najbardziej brak. 
Jak się ma teraz Anielcia - czy wyjeżdża na lato? Kombinowałam, że ten spadochron 
może starczy najej wyjazd. Mówiono mi, że za parę nylonów można dostać 7000 zł. Czy 
to prawda? Jeżeli tak to może posłanie pończoch jest najlepszym wysłaniem pieniędzy? 
Zbieram ubraniowe rzeczy dla Was - gdy uzbieram dosyć - wyślę. Piszcie. Niech 
Anielcia znowu napisze - tak bardzo czekam na jej list. Załączam l-en dol. Całuję Was 
bardzo mocno. 
Maryla 


9. 


25 maja [1947] 


Droga Anielciu. 
Jestem ogromnie niespokojna, że nie mam tak długo żadnej wiadomości od Was. 
W ostatnim liście pisałaś, że nie czujesz się dobrze - więc ciągle myślę czy nie jesteś 
chora. Napisz, proszę bardzo zaraz po otrzymaniu tego listu. Napisz też czy Hanka 
O[lczakowa] zabrała dla Was pończochy. Przez ten czas wysłałam nylonowy spadochron, 
dwie paczki żywnościowe - w jednej też materiały na suknie - i dwa listy po dolarze w 
każdym. 
Napisz mi czy wszystko doszło. U mnie nic nowego - miałam ostatnio b. dużo pracy 
i różne kłopoty - więc i astma gorsza. Tak jest ciągle raz lepiej, raz gorzej. Napisz zaraz 
o sobie i Mamie i czy ten spadochron przyniósł jakieś pieniądze. 
Całuję Cię mocno. 
Maryla. 


10. 


3 czerwiec [1947] 


Kochana Kaziu! 


Jestem szalenie niespokojna, że tak długo nie mam od Was żadnej wiadomości. To jest 
czwarty list (do każdego kładę l dol.) dopominający się o wiadomości od Was 
i wiadomości czy wszystko doszło co posłałam. 


121
>>>
U mnie nic nowego. Tylko jest mi trochę gorzej z siłami i astmą - dlatego wszystko co 
posyłam muszę przez innych, by samej nie chodzić i nie załatwiać. 
Napiszcie zaraz choć słów kilka. 
Całuję Was mocno. 
Maryla 
Ukłony dla p. Mortkiewicz i Hanki. 


11. 


16 czerwca [1947] 


Droga Kaziu; 
Jestem tak niespokojna Waszym już półrocznym milczeniem! Nie mogę znaleźć sposobu, 
by dowiedzieć się, co to znaczy. Pisałam i do Janka. Teraz jednocześnie piszę i do p. 
Hanki. Czy paczki i listy giną? Wysłałam paczkę nylonowego materiału, dwie paczki 
żywnościowe i cztery listy (ten piąty) z dolarem w każdym. Napiszcie zaraz, jak się 
macie. 
Całusy, Maryla. 
Załączam l dolara. 


12. 


24 czerwca [1947] 


Kochana Kaziu. 
W tej chwili, nareszcie dostałam list od Ciebie. Od dłuższego czasu zamartwiałam się 
tym brakiem wiadomości, tak byłam niespokojna. Ostatnio napisałam do Hanki O. 
i Janka, by się czegoś o Was dowiedzieć. 
Niepokoję się bardzo o Anielcię. Chyba zgadzasz się, że w jej wieku, przy takim braku 
sił najważniejszą na razie rzeczą - ważniejszą niż nauka - jest postawienie jej na nogi, 
danie jej mocnych, fizycznych podstaw. Odpisz mi zaraz; napisz ile by kosztował kilku- 
miesięczny pobyt w Zakopanem, 4-6 miesięcy. Napisz także, jaka jest najlepsza forma, 
by taką sumę przesłać - to znaczy, co najłatwiej i najlepiej można sprzedać - a ja wy- 
biorę z tych rzeczy to co dla mnie jest możliwe do kupienia i ile. Napisz, to zaraz zobaczę 
co będę mogła zrobić - uważam to za najważniejszą na razie rzecz. Dla dziecka Janków 
posłałam paczkę - powinna nadejść przed urodzeniem - w każdym razie nie wiele 
później. Zebrałam i zakupiłam (nie sama, bo mnie szalenie męczy kupowanie i wysyła- 
nie) co się dało. 
Dla Was też już mam zebranych sporo rzeczy. W majowej paczce są dwa letnie materiały 
na sukienki. Teraz mam też b. ładny wełniany (zdaje się) jasno-zielony materiał. Wobec 
trudności zakupienia i zebrania rzeczy właściwej wielkości - trzymam się zasady, że 
posyłam także rzeczy w złych rozmiarach bo można zawsze je sprzedać. Dołączę zawsze 
nawet bardzo złe rzeczy bo zawsze komuś można dać. Ja rzeczy noszę do ostatniego 
tchnienia i doszłam do nadzwyczajnej sztuki w reperowaniu rzeczy, które się rozpadają. 
Jednym słowem bądź pobłażliwa na to co nadejdzie. Starałam się jak najlepiej w moich 
warunkach. 


122
>>>
Skończyłam teraz większą pracę; dekorowałam weteranom polską restaurację. Zmęczyło 
mnie to bardzo. Teraz mam trzy tygodnie wakacji przed letnim kursem i staram się ile 
mogę leżeć, by zebrać siły. 
Miałam pierwszy list od Lutka Lande Zakrzewskiego. Bardzo się ucieszyłam. Miałam też 
list od Czesława [Miłosza]. Czy Hanka mówiła o artykule, o Norwidzie? Jak się jej po- 
dobały moje karty?, i książka dla dzieci? 
Napisz zaraz i Anielcia chociaż parę słów. 
Całuję Was mocno. 
Maryla. 
Załączam l dolara. [Dopisek na marginesie.] 


13. 


23 lipiec [1947] 


Droga Kaziu, 
winszuję Ci serdecznie narodzin wnuczki. Mam uczucie, że to jest i moja wnuczka także; 
uważałam Janka zawsze za swego syna - duchowo. Uważałam - ale nie uważam teraz. 
Mała jest dla mnie wnuczką - córką Janka, który był - a nie tego, który jest. Istnieje 
między nami mur bolesnego wzajemnego niezrozumienia. Nie tracę nadziei, że to minie. 
Ani Twoje listy, ani listy Anielci nie uspokoiły mojego o nią niepokoju. Pamiętaj, że 
w rodzinie były dwa wypadki gruźlicy, więc specjalna czujność w jej wieku jest koniecz- 
na. Chcę wiedzieć, co lekarze mówią, na jakim tle jest jej brak sił. Czy w płucach nie ma 
ani śladu niepokoju. Ale nawet i w takim wypadku brak sił sam w sobie jest wystar- 
czającym powodem do niepokoju. Rozumiem doskonale jej ambicję i chęć dalszej pracy 
- ale właśnie dlatego musi myśleć o tem by mieć siły. Parę miesięcy odpoczynku teraz 
- może ją ocalić od paru lat oderwania od pracy. Mówię z własnego doświadczenia 
(smutnego) po trzech latach spędzonych w szpitalach i sanatoriach. Napisz mi wyraźnie 
opinię lekarza, co należy zrobić teraz, by wspierać jej siły. Ja zrobię, co tylko mogę, by 
jej to umożliwić. 
W paczce, którą odebrałaś były włożone; 4 łokcie materiału, para pończoch, 1/2 funta 
herbaty, 1/2 funta daktyli, 2 puszki kakao, 5 kawałków czekolady, l para zelówek, l funt 
ryżu. To załatwiła mi ta firma z Nowego Yorku. Jaki był ten drugi materiał? Też oni ku- 
pili. Paczka z ubraniem wysłana przeze mnie w lipcu zawierała; Palto granatowe, dakty- 
le, szynkę, kawę, herbatę, zupy, dwie paczki papierosów, pieprz i cebulę, czekoladę, 
mydło w proszku, figi, puszkę oliwy, skórzany żakiet, niedokończony garnitur, szal weł- 
niany, ciepłą koszulę nocną, majtki, sweter, haleczkę, piżamę. Teraz mam wspaniałe 
wysokie buciki i materiał, którego tam nie włożyłam. Postaram się o szlafrok, o który 
prosisz. Czyś Ty nie dostała paczki, w której był ciepły szlafrok? W zeszłym roku? Czy 
teraz chcesz letni? Czy ciepły. Paczkę dla dziecka Janka wysłałam do Łodzi. Nie wie- 
działam, że wyjechał. Zawsze się daje od wypadku drugi adres, zdaje się, że dałam jako 
drugi Twój; więc może przyjdzie do Ciebie. Ale czy nie wysyłają jak dawniej na nowy 
adres? Strasznie bym się martwiła, gdyby nie doszły te ostatnie paczki. 
Miałam trzy tygodnie wakacji - teraz już prowadzę letni kurs. Było mi gorzej, teraz 
znowu lepiej. Całuję Cię - Maryla. 
Droga Anielciu, przeczytaj co napisałam do Matki!!! Pamiętaj, bez zdrowia nic nie moż- 
na zrobić. Całuję, Maryla. 
Załączam l dolara. 


123
>>>
14. 


30 marzec [1948] 


Droga Kaziu, 
winszuję Ci serdecznie urodzin i mam nadzieję, że moje życzenia dojdą na czas. Teraz 
listy idą krócej. Ciężko pomyśleć, że tak mało nadziei by mogłybyśmy być wkrótce ra- 
zem. Przypominają mi się dawne, dobre czasy, gdy Twoje i Lutka urodziny obchodziło 
się razem wielkim urodzinowym przyjęciem. 
Przyślij mi jakieś fotografie swoją i Anielci. Przysłał mi teraz Piotr swoją ze swą żoną. 
Bardzo się zmienił od czasu, gdy przysłał mi poprzednią w r. 1944. Zrobił się podobny do 
Lutka. 
U mnie miej więcej to samo życie. Duże plany działalności ale bardzo mało sił. Ostatnio 
pogorszyła mi się astma. Często naj prostsze rzeczy trudno zrobić i podołać temu wszyst- 
kiemu, co by się chciało i co się musi zrobić. 
Miałam listy od Janka z Londynu i Paryża - przestaliśmy się rozumieć i listy jego są 
bardzo dla mnie bolesne. 
Mam ciągle nadzieję, że Anielcia do mnie napisze. 
Czy widziałaś się z Lutkiem Zakrzewskim (dziwnie mi tak pisać) - pisał, że ma jechać 
do Krakowa. Tak samo Czesław mi pisał, że będzie w Krakowie i Ciebie odwiedzi. Czy 
masz jakieś kółko znajomych w Krakowie? Kto jest z dawnych znajomych, czy krew- 
nych oprócz pani Mortkiewicz? 
Całuję Was mocno i proszę o wiadomości. 
Wasza Maryla. 
Załączam l dol. 


15. 


19 maja [1948] 


Droga Kaziu, 
tak ciągle jest myśl czymś zajęta, co musi być zaraz zrobione, przy wszystkich trudno- 
ściach związanych z mym brakiem sił i astmą - że dopiero teraz uświadomiłam sobie, 
jak dawno nie miałam od Ciebie wiadomości. Napisz mi zaraz choć parę słów - bo 
zawsze niepokoi mnie, gdy długo nie piszesz. Napisz mi też czy i co jest Ci potrzebne. 
Nie mogę przyrzec, że na pewno to przyślę - ale jeżeli wiem konkretnie co powinnam 
wysłać, - często mogę to zrobić, chociaż czasem ze znacznym opóźnieniem. 
Ostatni okres miałam gorszy - wtedy dużo rzeczy muszę zaniedbać. Teraz przypusz- 
czam będzie mi łatwiej: - zostaję w tym miejscu ijedna miła osoba, zdaje mi się bardzo 
odpowiednia chce ze mną współpracować i wziąć na siebie korespondencyjną i handlową 
część mojej działalności, którą chce prowadzić razem z paroma dawnymi studentami. 
Taki bliski i stały kontakt z osobą związaną wspólną pracą - będzie ogromnym ułatwie- 
niem i w wielu osobistych zagadnieniach, które dotąd przy moim kalectwie - były nie- 
raz trudnym do rozwiązania zagadnieniem. Jeżeli moje siły się nie poprawią - to nie 
wiem, czy będę mogła jechać do Denver. Chciałabym, bo to wygląda na ciekawą pracę 
- (artystyczna strona produkcji warsztatowej dla inwalidów wojennych). Ale jeśli nie 
pojadę - to też będzie miało dobre strony, bo zapowiedziałam już w mojej szkole, że 


124
>>>
wyjeżdżam, więc miałabym letnie miesiące bez nauczania i będę mogła skoncentrować 
się na pisaniu i malowaniu. 
Przykro mnie, że Anielcia wcale nie pisze, - myślałam, że poznamy się bliżej przez 
listy. Najcięższą stroną tej rozłąki jest świadomość, że potęgują się różnice pomiędzy, 
czasem, bardzo bliskimi osobami. 
Napisz mi wszystko o sobie i o Anielci i dajcie się ucałować od Waszej Maryli. Proszę 
pokłoń się ode mnie paniom Mortkowicz. 
[Dopisek na górze listu:] Załączam l dolara, czy myślisz, że można zaryzykować więcej? 


16. 


9 wrzesień [1948] 


Droga Kaziu! 
Oba listy Twoje otrzymałam, byłam już bardzo niespokojna, gdy nadszedł list od Anielci, 
na który zaraz odpisałam. Mam nadzieję, że doszedł; chociaż zdaje się, że od czasu do 
czasu coś ginie. Z tego co piszesz mam wrażenie, że wszystkie paczki doszły ale straci- 
łam orientację i nie jestem pewna. Napisz czy dostałaś trzy paczki żywnościowe z wita- 
minami - w jednej było 100, w dwóch mniej. Ponieważ często sama nie mogę wysłać 
paczki - znowu zwróciłam się do poleconej mi firmy w Nowym Yorku by wysłała. 
W jednej - pierwszej od nich ma być 200 witamin i czekolada. Czekolady jest bardzo 
mało na rynku - bardzo trudno dostać. Prosiłam więc p. Toeplitza, by osoba, która 
u niego będzie dla zabrania mej dla Ciebie przesyłki, kupiła parę funtów czekolady - 
jeśli wolno ze Szwajcarii wywozić. Napisz mi czyś dostała. Mam nadzieję, że gdy ten list 
nadejdzie będziesz już w posiadaniu paczki odzieżowej. Zdaje się, że posłałam wszystko 
o co prosiłaś. Napisz zaraz po otrzymaniu czy i ci było dobre a co złe; do dalszej potrze- 
by. W następnej paczce poślę materiały; nie wiedziałam, że można posyłać. Tamte wło- 
żyły od siebie, bez mojej wiedzy panie, które za mnie wysyłały. Kilka razy dokładały 
rzeczy od siebie. 
Co do mnie samej - to jestem niby zdrowa - bo astma jest raczej kalectwem niż cho- 
robą. Ciężko jest tylko, że w takich czasach gdy tyle musi się i chce robić, jestem tak 
bardzo ograniczona we wszystkich wysiłkach. Wykładam w Instytucie Sztuki kilka go- 
dzin tygodniowo. Bo poza tym pracuję w domu i poza szkołą, i zebraniami b. rzadko 
wychodzę z domu. Są tutaj ogromne odległości, komunikacja dosyć marna - a ja cho- 
dzić nie mogę. Ludzie, z którymi łączyły mnie najbliższe stosunki - mieszkają w innych 
miejscach. Tutaj gdy przyjechałam znałam tylko dwie osoby. Przy pracy i różnorodnej 
działalności poznałam wiele i zbliżyłam się z paroma. Teraz maluję dekoracje do polskiej 
restauracji i weekendy spędzam poza miastem na tej pracy. Wakacji nie mam. Po rocznej 
szkole jest tydzień przerwy - i zaczyna się letni kurs; po letnim tydzień przerwy przed 
jesiennym i zimowym. Zimy tutaj nie ma - tylko deszczowy, kilkutygodniowy sezon. 
Zatracam często świadomość pór roku i w ogóle tego, co jest rzeczywistością - której 
się nie chce uznać za taką. 
Niepokoi mnie brak sił Anielci. Co doktor mówi? Postaram się niedługo znowu coś po- 
słać, by p. T[oeplitz] miał, gdy znajdzie się znowu okazja. 
Z Anielci listu widać, że jest inteligentna i myśląca. Mam nadzieję, że ją przez listy bliżej 
poznam i zrozumiem. Ciężko gdy między bliskimi ludźmi powstaje przepaść - dzieląca 
głębiej niż największa odległość. Pouczającem jest, że ilość tych, z któremi się różniłam 


125
>>>
zmniejsza się w zawrotnym tempie. Więc nie tracę nadziei, że różnice znikną i z temi, na 
których najbardziej zależy. Napisz mi jak urządziłaś sobie życie - pisz co tylko możesz 
i daj się ucałować mocno od Maryli. 
Całusy dla Anielci. 


17. 


27 września [1948] 


Droga Kaziu: 
Nie pamiętam już kto pisał ostatni, - ale niepokoi mnie niezmiernie, że tak długo od 
nikogo nie mam wiadomości. 
Zdaje mi się, że trzy a na pewno dwie paczki powinny były przyjść przez ten czas i przez 
panią Edwardę. Dotąd od niej nie dostałam ani słówka a chyba dawno wróciła. Winą 
mojego zaniedbania w korespondencji było to, że się bardzo niedobrze miałam przez 
dłuższy czas. Terazjest lepiej. 
Napisz mi proszę ZARAZ jak się macie. Dlaczego Anielcia nigdy do mnie nie pisze? 
Najczęściej więcej, gdy usłyszę od Was. Całuję Was gorąco. 
Wasza Maryla. 


18. 


29 listopada [1948] 


Droga Kaziu. 
List Twój dostałam i cieszę się, że rzeczy, które posłałam były dobre. O kostiumie wie- 
działam, że będzie za mały; ale właśnie liczyłam na to, że może być z tego ładna sukien- 
ka. Teraz zacznę myśleć i zbierać powoli te rzeczy o które prosisz. 
Nie dziw się, że ja piszę: "... pozwoli zbierać...". Moja astma czyni i wiele rzeczy nor- 
malnych ciężkimi do wykonania. Do nich należy załatwianie sprawunków. Miesiące 
schodzą czasem zanim sobie kupię coś, o jest mi bardzo potrzebne. Bo gdy mam więcej 
pracy - nie mogę robić rzeczy, które mnie tak męczą, że muszę odpoczywać potem - 
muszę wszystkie siły zużywać na samą pracę. W dodatku praca nie zawsze daje dochody. 
Jest wiele takiej pracy którą obowiązki różne każą wykonać - chociaż ona nic nie przy- 
nosi. I tak muszę dziękować Bogu, że na tyle się wyleczyłam, że mogę tyle pracować. 
Moi studenci bardzo mnie cenią i lubią, i mam wśród obecnych i byłych studentów grupę 
bardzo mi oddanych. 
Bardzo mi było przykro, że na gwiazdkę nie mogłam zrobić sama paczki - ale bałam się 
polegać na moich niepewnych siłach i napisałam do New Yorku by posłali - znowu. 
Napisz mi czy te paczki są zadowalające - i napisz co tam brakuje: wtedy od czasu do 
czasu poślę sama paczkę z temi brakującemi rzeczami. 
Piszą tutaj, że można w liście posyłać papierowe dolary i, że dochodzą. Jeśli to prawda 
- byłoby bardzo dobrze - bo od czasu do czasu włożyłabym 5 albo 10 dol. - to by Ci 
pomogło. Mam nadzieję, że Anielcia za posłane pieniądze wyjedzie znowu na wypoczy- 
nek. Musi koniecznie. Zdrowie jest najważniejsze. 


126
>>>
Od Janka dostałam jeden list. Niestety przestałam się z nim rozumieć i listy jego spra- 
wiają mi ból. 
Napisz znowu ija wkrótce napiszę. 
Serdeczne ucałowania. 
Maryla 
[Dopisek na górze listu:] Dlaczego Anielcia nie pisze, bardzo, bardzo proszę o jej listy. 
Ryzykuję i wkładam jednego dolara. Napisz zaraz czy doszedł? 


19. 


29 listopad [1948] 


Kochany Janku! 
Masz rację, że przestałam pisać - bo za dużo jest do napisania. Piszesz, że chcesz by- 
śmy się dogadali, czy wątpisz, czy ja pragnęłam? Ale po Twoim ostatnim liście prawie 
straciłam zupełnie nadzieję. Dobrze, że nasze różnice są tylko w dziedzinie sztuki. Bo 
tylko wtedy takie różnice mogą nie wpłynąć na wzajemne uczucia. 
Piszesz, że wiesz o tem wszystkie m co ja pisałam - jesteś dumnym z Twych przekonań? 
Jakie to robi wrażenie? - wiesz sam, - sam dajesz odpowiedź: "poczułem wstrząs 
obrzydzenia" - w tylu, tylu miejscach na Twych stronicach są takie sądy: [skreślenia] 
zupełnie słuszne. Czy obejmują wszystko [skreślenia] zgodnie. Mogłam dawniej łudzić 
się, że to ignorancja, ślepota - a to tylko liczenie na ignorancję innych - pewność bra- 
ku reakcji. 
Przyślij mi krytyki Twojej książki". Chcę wiedzieć co Ci zarzucają i jak na te zarzuty 
odpowiadasz. To dopiero da mi pełny obraz znaczenia Twego pisania i jego miejsca. 
Pojedynek z kukłą, która nie może odparować ciosów - jest bardzo tanim zwycięstwem. 
Dzieło sztuki musi dowieść, że znosi światło krytyki. 
Ciekawszym niż samo tłumaczenie drogi tabacznej, są komentarze do niej. Widziałam 
dużo rzeczy u pewnych przyjaciół równie prawdziwych jak biały niedźwiedź pędzący za 
tramwajem; zapewniam Cię, że równie śmieszne a mniej uczciwe. 
Obraz z drogą tabaczną dał ktoś, kto czuł wstrząs obrzydzenia; to, że był pokazany 15 
czy 20 lat temu było rej koj mią, że te drogi zginą. Gdy takie obrazy są malowane i pożą- 
dane to... Po tym TO możemy wsadzić to wszystko co jest między Twoim i moim poję- 
ciem sztuki - między moją i Twoją granicą wstrząsu obrzydzenia itd., itd. Czy jest 
możliwe m byśmy się w sztuce dogadali, byśmy czuli te same wstrząsy obrzydzenia? 
Śląc Wam życzenia świąteczne i Noworoczne o tem dogadaniu się przede wszystkim 
myślę. 
Czy masz fotografię małej? Przyślij mi. 
Posyłam paczuszkę, która niestety bardzo się spóźni; to jest rezultat niedołęstwa fizycz- 
nego, które mi tak utrudnia życie i pracę. 
Źyczę jeszcze raz wszystkiego najlepszego Wam obojgu i małej. 
Wasza Maryla. 


* W 1948 roku ukazało się pierwsze wydanie książki O "Lalce" Bo1es1awa Prusa (Warszawa 
1948). 


127
>>>
20. 


10 grudnia [1948] 


Christmas Greetings 
and 
Best Wis he s 
for 
a Happy New Year 


Droga Kaziu i Anielciu. 
Niedawno wysłałam do Was list z włożonym dolarem. Chciałam spróbować, czy można 
w ten sposób wysłać pieniądze, mi mówiono, że niektórzy tak robią. Trzeba naturalnie 
tylko w małych ilościach, bo zawsze jest ryzyko. Teraz ryzykuję znowu i kładę też dola- 
ra. Napiszcie mi czy oba doszły. Na razie piszę, by przesłać moje gorące życzenia świą- 
teczne. Już bardzo, bardzo dawno nie miałam listu od Anielci a obiecała, że będzie pisać. 
Napisz dziecino o sobie, Twoich studiach i zdrowiu. 
Nie wiem czy Hanka M. przyjechała. Dowiem się, czy będzie mogła coś dla Was zabrać. 
Ja ostatnio jestem szalenie zajęta. Dekoruję polską restaurację dla byłych żołnierzy. Mu- 
simy sobie wzajemnie pomagać. Piszcie i dajcie się ucałować od Waszej Maryli. 
Maryla. 


21. 


15 grudnia [1948] 


Christmas Greetings 
and 
Best Wis he s 
for 
a Happy New Year 


Droga Kaziu i Anielciu. 
Przesyłam Wam najserdeczniejsze życzenia świąteczne, czy kiedyś spędzimy je znowu 
razem? 
Wysyłam paczkę, jedzenie trochę ubrania. Napiszcie gdy dojdzie. Mam nadzieję, że 
Anielcia napisze do mnie. Po świętach napiszę więcej. Tymczasem całuję Was gorąco. 
Wasza Maryla. 
Załączam dolara. 


From a Polish Christmas Carol: 
AU nations now rejoice 
To hear the angel' s voice 
"The Christ is bom in huma form 
And earth is glad this holy morn!" 


128
>>>
22. 


21 kwiecień [1949] 


Droga Kaziu! 
Nareszcie zdaje się, że nasza korespondencja się ureguluje i mam nadzieję, że i paczki 
też. Zmartwiłam się, że Twoja paczka przez Szwecję nie doszła. Pisałam do Ciebie i do 
Madzi, że wysyłam jednocześnie dwie oddzielnie. Mogłaś się domyślić, że Madzia sama, 
bezpośrednio do mnie daje o sobie informacje, które mogą umożliwić właściwą wysyłkę 
paczek. Tylko mi sama pisała, że dostaje od siostry paczki - ale prosiła mnie bym im nie 
posyłała rzeczy tylko Tobie. Mając teraz wymiary, powoli będę mogła zaopatrzyć Was 
we wszystko, co Wam jest i będzie potrzebne. Ale musisz być trochę wyrozumiała jeżeli 
nie zawsze będzie wszystko tak, jak ja bym chciała i jak Tyś myślała. Ale zawsze napisz 
SZCZERZE, co szwankuje - bym mogła unikać błędów następnym razem. Źywnościo- 
we dotąd próbuję w różny sposób - te przez Szwecję - nie wiem nawet co zawierają 
- ale z tego, co Madzia pisze były tam dobre rzeczy - więc zaraz obstalowałam znowu 
dla Ciebie. Już przedtem kazałam wysłać jedną przez firmę tutejszą - a jedną zrobiłam 
sama - znajoma wysłała - przez to różne nazwiska. Gdy sama wysyłam mogę dobierać 
co chcę, więc piszcie co najważniejsze. Napisz więcej o Twem życiu, z kim żyjesz, jak 
dajesz sobie radę z codziennymi sprawami - czy gotujesz sama, czy masz kuchnię, 
napisz o wszystkim. 
Całuję Cię mocno. 
Maryla. 


23. 


26 maja [1949] 


Droga Kaziu! 
Twój list z 24 IV dostałam 15 maja. Nie tak źle. Wdzięczna Ci byłam, żeś napisała, które 
paczki doszły - ucieszyłam się, że i ta przez Szwecję też wreszcie doszła. Gdyś mi na- 
pisała, że nie doszła - tylko jedna dla Madzi, zmartwiłam się i zaraz chciałam obstalo- 
wać taką samą - ale mi dano znać, że już nie wysyłają. Od ostatniej paczki, o której 
piszesz wysłałam trzy paczki żywnościowe. Teraz lepiej to sobie urządziłam. Mam już 
sporo ubrania - co dostałam - ale muszę jeszcze parę rzeczy dokupić - dlatego cze- 
kam. 
Jest od kilku tygodni strajk tramwajowy i jestem uwięziona - do szkoły wożą mnie 
studenci. Jak tylko dokupię suknię dla Ciebie i szlafrok - zaraz wyślę. Palto letnie do- 
stałam - jest jasne. Tutaj nawet stare panie takie noszą - pani Toeplitz ma takie samo. 
Nie wiem czy będziesz zadowolona. Teraz nowe rzeczy, o ile nie są bardzo drogie - są 
bardzo liche - lepiej jest czasem mieć rzecz używaną ale przedwojenną - nie nową 
lichą. Kombinuję jak mogę. Ja też obnaszam przedwojenne rzeczy. Pisz zawsze co sobie 
życzysz. Nie wiem co to sąjajeczka herbaciane? Nie widziałam. Napisz co to jest. Cze- 
koladę bardzo trudno dostać - dlatego nie przysyłam tyle ile bym chciała - raz dosta- 
łam kilka paczek - mam nadzieję, że ta paczka doszła. 
Powtarzam to, co już raz napisałam, że Janek pisał, że jego przyjaciel jedzie do Szwajca- 
rii i będzie u pana Toeplitza. Posłałam 100 dolarów a także, by kupił czekolady dla Was 
i Madzi - jeżeli byś chciała coś jeszcze, to napisz do pana T. by ten pan]. kupił Ci co 


129
>>>
chcesz. Byłam bardzo niespokojna o Anielcię, gdy słyszałam, że miała temperaturę. Będę 
spokojniejsza, gdy będę wiedziała, że są pieniądze na jej wyjazd, gdyby tylko znowu 
czuła się zmęczona. Napisz mi więcej o swoim życiu, jak się urządziłaś, co robisz, z kim 
się komunikujesz. Napisz też więcej o losach rodziny - Madzia pisała ale nie o wszyst- 
kich. Co się stało z Heniem Lande i jego żoną? Tadzikiem Sieleckim, z Wackiem Milen- 
skim i jego rodziną, Hanką Gluksman, Stasiem Sacksem i Zuzią. Gdzie są Koralowie? 
Napisz co wiesz. 
W następnym liście napiszę Ci więcej o sobie. Czy Madzia wyjechała z Krakowa? Całuję 
Cię Bardzo mocno. 
Twoja Maryla. 
Droga Anielciu, napisz znowu do mnie dziecino - chcę Cię poznać lepiej. Napisz mi coś 
więcej o sobie. Całuję Cię bardzo mocno. 
Twoja Maryla. 


SUPLEMENT 


Jan. 15. 1950 
Stycz. 15. 1950 


Droga Pani Kott, 
zapewne już doszły wiadomości do Pani, że siostra Pani - Maria Werten - umarła 4-go 
grudnia 1949 roku. Jest pochowana tu w Los Angeles Ja zostałam wymieniona przez 
śp. Werten administratorką. 
Na pewno Pani wiadomo, że żadnego majątku nie zostawiła śp. Maria. Miała tylko na 
banku złożone $597.75, które są nam potrzebne na pokrycie kosztów pogrzebowych. 
Ja mogę podać tu na sąd testament p. Marii jako administratorka, tylko koszta sądowe są 
tak wielkie, że nie zostało by się nam dosyć na pokrycie kosztów. 
Po długiej rozmowie z dyrektorem banku, zgodzili się na to, że jak Pani jako siostra pod- 
pisze załączony papier przed notariuszem i odeśle mi - to oni wydadzą te pieniądze. 
W ten sposób oszczędzimy sądowe koszta i na pewno zostanie się trochę pieniędzy, które 
wolę przysłać Pani aniżeli dać tu sądowi. 
Jestem pewna, że Pani zgodzi się ze mną, że lepiej zaoszczędzić te trudno zarobione 
pieniądze przez panią Marię. 
Dziękuję z góry za wszystkie załatwiania tej sprawy. 


Z szacunkiem 
Jadwiga Olszewska 


Pani podpisze w dwóch miejscach naznaczonych X. 


130
>>>
.'1 


.''- 


'- 


\. 


- 


. 


t. 
- 


/* 


M. 
ł 


Jedyny zachowany obraL Marii Werten: 
Portret 5-/etlliej Allielki (La/lltki) Kolt 


-- 


"
>>>
- 


.....
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


LISTY 
JERZEGO STEMPOWSKIEGO 
DO JANINY I WACŁAWA 
KOŚCIAŁKOWSKICH 


Wacław LEWANDOWSKI (Bydgoszcz) 


Prezentowany poniżej korpus korespondencji Jerzego Stempowskiego do Janiny 
i Wacława Kościałkowskich jest jednym z mniej obszernych, jakie pozostawił po sobie 
słynny eseista, zarazem ostatni z tytanów epistolografii. Zrazu kontakt listowny był 
w miarę regularny, gdy trwał jeszcze czas wojenny, a Stempowski organizował przerzut 
Wacława Zyndram-Kościałkowskiego z Francji do Szwajcarii. W latach powojennych 
wymiana listów była nieregularna, odbywała się z dużymi przerwami, uzasadnionymi 
względnie częstymi spotkaniami (Kościałkowscy często bywali w Szwajcarii). Dzieje 
znajomości i przyjaźni ze Stempowskim Kościałkowscy nakreślili we wspomnieniach 
napisanych dla "Wiadomości", a przedrukowanych tutaj zamiast komentarza do listów. 
Z uwagi na to, że "Archiwum Emigracji" jest czasopismem adresowanym do znaw- 
ców i badaczy problematyki emigracyjnej, do minimum ograniczono edytorskie komen- 
tatorstwo. Z zasady nie objaśniano oczywistych zwrotów obcojęzycznych, nie umiesz- 
czono przypisów prezentujących sylwetki pisarzy, których nazwiska wymieniane są 
w listach, powstrzymano się też od wyjaśniania napomknień o najważniejszych czasopi- 
smach emigracyjnych ("Kulturze" i "Wiadomościach") oraz o autorach piszących dla 
tych periodyków. 
Pisownię Stempowskiego zasadniczo zmieniono, przystosowując do obowiązujących 
reguł ortografii, pozostawiono natomiast te "ortograficzne archaizmy", które nie mają 
wpływu na czytelność tekstu a służą zachowaniu kolorytu pisarstwa sprzed lat kilkudzie- 
sięciu. 


131
>>>
LISTY 


1. 


Muri pres Berne, 23.VI.1941 
Rainweg 30. 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziś z rana dostałem Pański list i jestem bardzo wzruszony Pańską pamięcią i smut- 
nymi wiadomościami, jakie list ten zawiera. Nic nie wiedziałem o losach pani Iren/ ani 
o Panu prócz tego, że był Pan razem z p. Augustem 2 . Myślałem nawet, że Pan i teraz jest 
z nim razem. Okazuje się, że non omnibus licet adire Corinthum. 3 Widzę z Pańskiego 
listu, że i Pana trzyma się ta sama melancholia co i mnie i wielu jeszcze innych, których 
okoliczności zapędziły w ślepe ulice. Wielu też myśli o powrocie, ija też przez długi czas 
o tym myślałem, nie chciałem odjeżdżać daleko od gór granicznych, a i potem sondowa- 
łem grunt na ten temat. Myślę jednak, że o tym teraz przynajmniej nie można marzyć. 
Mam o tym dość pozytywne wiadomości, i moi korespondenci, wiedząc o moich zamia- 
rach, 9 razy już dawali mi znać, żebym pod żadnym pozorem tego nie robił i wyjaśnili mi 
nawet dokładnie, jakie byłyby skutki tego kroku. Na razie tam nic się nie poprawiło. 
Nawet zmiana stosunków między wielkimi spadkobiercami 4 nie przyniosła żadnej ulgi, 
jak się tego spodziewano. Zmiany te mogą jeszcze przyjść, i trzeba na razie czekać ich 
wystąpienia. Chciałbym bardzo przedtem zobaczyć p. Augusta, ale nie wiem, czy się to 
uda. Myślę zresztą, że tam też nie ma na razie nic interesującego, i że na to też przyjdzie 
swój czas, i że my obaj może jeszcze się tam zobaczymy. Daj Boże zdrowo doczekać! Te 
wyrazy uchodzą teraz za emigranckie pozdrowienie. Mówi się je tak, jak dawniej Źydzi 
mówili: L 'an prochain El Jerusalem 5 . 
Okazało się, że przewidzieć przyszłość było dziecinną igraszką. Trudno nawet dziś 
i nudno opisywać, jak dokładnie i szczegółowo przyszłość ta była otwarta dla wszystkich, 
kto chciał zadać sobie trud jej odczytania. Jeszcze w 1931 Askenazy stojąc ze mną przed 
budującem się Muzeum Narodowym, powiedział: "Źe też ludzie mają jeszcze zdrowie 
budować w tym mieście przeznaczonym na zagładę. Widzę już niemal lotników niemiec- 
kich rzucających bomby na tę ulicę". I po chwili dodał: ,,] est największą naiwnością 
myśleć, że Niemcy mogą przekroczyć granicę w Zbąszyniu bez tego, aby bolszewicy 
musieli ją przekroczyć w Baranowiczach Niemcy bowiem będą musieli prędzej czy póź- 
niej dojść do Baranowicz bolszewicy muszą więc wyjść na ich spotkanie, aby zyskać na 
czasie i przestrzeni. Czy wejdą do nas jako alianci Niemiec czy jako alianci Anglii, bę- 
dzie to zależne od przypadkowej gry aliantów tego dnia, ale fakt przekroczenia granicy 
jest od tego niezależny i jest wynikiem prostego mechanizmu wypadków, niezależnego 
nawet od tych lub innych intencyj rządów". Przewidywać więc jest rzeczą łatwą, trudniej 
jest przedsięwziąć coś rozumnego na podstawie słusznych przewidywań. Askenazy zmarł 
ze zmartwienia w parę lat po tej rozmowie. Ja wycofałem się w Karpaty i na dwa miesią- 
ce już przed wojną byłem całkowicie gotowy do spotkania mego obecnego losu. Niestety 
wszystkiego nie można przewidzieć. Kiedy z Węgier wracałem jesienią do zajętej już 
przez bolszewików granicy Galicji w celu wyprowadzenia stamtąd najbliższych przyja- 
ciół, mój towarzysz podróży w tej naj dzikszej części gór wpadł w ręce patrolu sowiec- 
kiego, mój przyjaciel, po którego wracałem, zmarł na zapalenie płuc w dzień później, a ja 
też dostałem nazajutrz zapalenia płuc, z którym miałem iść trzy dni przez góry do naj- 


132
>>>
bliższego zamieszkałego miejsca, nie wiedząc nic o losie towarzyszy, o którym dowie- 
działem się w 2 miesiące później, kiedy mnie na wpół sparaliżowanego odstawiono 
z górskiego szpitala do opuszczonego schroniska. Tam przezimowałem w zupełnej sa- 
motności, odżywiany przez miejscowych przemytników, którym najwięcej zawdzięczam 
w tych przygodach. Byłem wtedy tak długo sam na sam ze śmiercią, która wydawała się 
nieunikniona i nawet zupełnie rozumna, że oswoiłem się z nią całkowicie i czuję się tylko 
na czasowym od niej urlopie. Wróciwszy tu do zdrowia zacząłem pisać wspomnienia. 
Źyję tu w dość dobrych warunkach, ale dość melancholijnie. Bardzo się cieszę odnale- 
zieniem Pana i mam nadzieję, że będziemy do siebie często pisywać. Ukłony dla Matki 
Pana i naj serdeczniejsze pozdrowienia i zapewnienia przyjaźni przesyła szczerze oddany 
Jerzy Stempowski 


! Irena z Bączkowskich Kościałkowska, bratowa Wacława Kościałkowskiego, mieszkała 
w Warszawie, od września 1939 przebywała w Wilnie jako uchodźca wojenny. 
2 August Zaleski (1883-1972), w latach 1939-1941 minister spraw zagranicznych w rządzie 
RP na uchodźstwie, od 1947 do śmierci prezydent RP na uchodźstwie. 
3 Nie każdemu dozwolono przyjść do Koryntu. Parafraza zdania: non cuivis homini contingit 
adire Corinthum z Horacego (Listy I, 17, 36), w przenośnym znaczeniu: nie każdemu dano osiągać 
najwlższe cele. 
Chodzi o atak hitlerowskich Niemiec na Związek Sowiecki, dotychczasowego sojusznika. 
5 (fr.) [Do zobaczenia, ] przyszłego roku w Jeruzalem. 


2. 


Muri pres Berne, 3.Ym.1941 
Rainweg 30. 


Kochany Panie Wacławie, 
Bardzo dziękuję za list z 17.Yrr, ze skargami na endeków. I ja też nie wiem, co 
z nimi robić, bo ich jest wszędzie niemało. Być może w kraju wypadki same wreszcie 
wyleczą ludność z tej choroby. Ile razy na nich patrzę, zawsze ogarnia mnie smutek, bo 
tracę nadzieję, aby Hitler mógł być zwyciężony, jeżeli nawet wśród Polaków liczy wciąż 
tak wielu zwolenników. 
Pewnie już Pan wie, że p. August porzucił dotychczasowe stanowisko z okazji umo- 
wy z Sowietami. Czytałem uważnie tę umowę, jej protocole annexe, mowę Majskiego 
etc. i nie mogę domyśleć się w jaki sposób ta umowa, świetna bo nic nie mówiąca i ni- 
czego nie przesądzająca, mogła dać asumpt do tak wielkich i w tych warunkach zbytecz- 
nych scysji. Myślę, że tam chodziło o coś innego i umowa stanowiła jedynie pretekst!. 
O ile Pan o tym coś wie, bardzo prosiłbym o tę wiadomość. 
Wczoraj bolszewicy celebrowali bardzo tę umowę w swoim radiu, dowodząc, że 
Rosja musi na zachodzie opierać się o silną Polskę i silne Czechy. Komunikat polski 
z Moskwy skąd dawniej ględził tylko przez parę minut jakiś niższy agent byłej ochrany, 
rozwinął się jak róża. Posłyszałem stamtąd mowę mego wileńskiego znajomego, młode- 
go literata imieniem Jerzy Putrament, zresztą wcale nie komunizującego i który nie figu- 
rował nawet pod deklaracjami o gotowości do współpracy, podpisanymi latem 1940 
przez Ludwika Chomińskieg0 2 i innych wileńskich intelektualistów. Dziwne i nie bardzo 
bezpieczne czasy. HepbBeH rac, jak mawiał w takich okolicznościach Sawinkow 3 . 


133
>>>
Niemcy nagle porzucili zupełnie myśl parcelacji Rosji, do której przygotowywali się 
całą zimę. Kiedy utworzony w Berlinie rząd litewski Skirpl podjął powstanie na Litwie 
ijuż 23.VI opanował Kowno i bezcenne dla Niemców mosty na Niemnie, już po 2 dniach 
cofnęli go do Berlina, gdzie siedzi w rodzaju Ehrenhoff5. Ogłaszanej przezeń niepodle- 
głości Litwy nie uznano, a przedwczoraj oktrojowano Litwie statut podobny do Guber- 
natorstwa. Cały zarząd w rękach niemieckich, Litwinom wolno zasiadać tylko w radach 
gminnych, zresztą mających głos doradczy. 
jeszcze większa niespodzianka czekała Ukraińców, z którymi naprawdę źle się obe- 
szli. Nawet wyraz" Ukraina" już nigdzie nie figuruje i jest niecenzuralny jak "Polska". 
Radio niemieckie przemawia po ukraińsku do zadnieprzańców mniej więcej takim języ- 
kiem: "Niemcy przedsiębrały einen Vernichtstungskrieg i wszelki opór będzie złamany 
bez litości. Kto będzie oporny, zginie marnie. już teraz w miastach zajętych przez Wehr- 
macht nie ma ani jednego żywego Źyda (Grodno, Białystok, Mińsk!). Ten sam los czeka 
wszystkich opornych. Kto chce ujść z życiem, niech rzuca broń i poddaje się na łaskę 
i niełaskę". Sam słyszałem taki dyskurs nadawany przez stację warszawską 30.vr. Łatwo 
wyobrazić sobie wrażenie takich mów, godnych samego Dżengis Chana, na zadnieprzań- 
cach. W ten sposób Niemcy, nie dając żadnej innej alternatywy poza oporem zbrojnym, 
sami wzmocnili spoistość czerwonej armii i jej siłę oporu. W ostatnim miesiącu przeżyli- 
śmy istotnie wielkie niespodzianki. Może to było to "das Seltsame und Unerwartete"6 
zapowiadane przed 2 miesiącami przez Goebbelsa. W każdym razie z tego będą dziwne 
rzeczy. Emigranci zmusztrowani przez Niemców przeszli straszne rozczarowania i szyb- 
ko zmienili orientację. Wielu już trafiło, zdaje się, do obozów. Gdyby mu dali paszport, 
sam Skoropadski 7 byłby już tu na śniadaniu u Brytanów. 
jako Seltsames und Unerwartetes zasługują na uwagę awanse niemieckie pod adre- 
sem polskim. W tut [ej szych] pismach ukazały się 3 artykuły, dowodzące, że Niemcy 
nigdy nie zamierzali wykreślić Polski z mapy Europy i dotąd robiły to tylko pod presją 
Stalina. Ponieważ układ z Rosją już nieważny, odtworzenie państwa polskiego nastąpi 
niebawem. Niemcy ukontentują się Poznańskiem i Pomorzem, wszystko inne jest do 
dyskusji. W artykułach są nawet bardzo uprzejme słowa pod adresem Sikorskiego. Naj- 
zabawniejsze, że wszystkie te artykuły, świetnie poinformowane wyszły z poselstwa 
niemieckiego i dzięki temu nie zostały zatrzymane przez tutejszą cenzurę. Podobne rze- 
czy ukazały się również na Węgrzech, z tym dodatkiem, że do Gubernatorstwa dołączone 
zostaną kresy i Galicja Wsch[odnia], skąd Ukraińców Niemcy wysiedlą za Zbrucz. Dziś 
przyszła nawet wiadomość, że to prawda, i że przyłączenie Galicji Wsch[odniej] już się 
odbyło. 
Trudno powiedzieć, co to wszystko znaczy, bo w Warszawie sytuacja pozostała bez 
zmian. Represje trwają nadal, prowadzone równolegle przez Gestapo i Heerespolizei. 
Głód doszedł do paroksyzmu, bo 5 milionów żołnierzy zjadło wszystko, co było. Ponie- 
waż racje ich były niedostateczne, wojskowi kupowali nadto co się dało na wolnym ryn- 
ku. Toteż ceny chleba doszły w czerwcu do 15-25 zł. za kg, masła do 50-60 zł. za kg. 
W ghetto warszawskim w czerwcu umierało z głodu po 300 osób dziennie. Na ulicach 
leżały trupy, które grabarze gminy żydowskiej, sami osłabieni głodem, zbierali dopiero 
wieczorami. Słyszałem to wszystko od świadków naocznych. 
Byłbym bardzo ciekawy, czy artykuły polonofiłskie inspirowane przez placówki 
niemieckie ukazały się także we Francji. jeżeli tak, byłbym Panu bardzo wdzięczny za 
ich łaskawe zasygnalizowanie i, o ile Pan je posiada, streszczenie. Trzeba sobie zdać 
sprawę z tego ZjaWiska ijego natury. Może w tym być też coś interesującego. 
jurkiewicz ma tu być w najbliższych dniach, omówię z nim sprawę ewentualnego 
spotkania z Panem. 


134
>>>
Nic nie wiem o Bartlu bo stamtąd nie przeniknęły tu jeszcze żadne wiadomości. 
Może teraz, po przyłączeniu, będzie to łatwiej. Bardzo obawiam się o losy wielu moich 
lwowskich znajomych, bo były tam straszne Greueltaten nie tylko te, które opisywała 
prasa niemiecka, ale i inne, być może dużo gorsze. Z korespondencji pism niemieckich 
wynika, że przywieziono tam szajki tresowanych gromicieli, które przez kilka dni graso- 
wały po mieście polując na Źydów i nie tylko na nich. Może i tam doszło do tego, co 
speaker warszawski mówił o Grodnie i Białymstoku. 
Na razie nigdzie się stąd nie wybieram, bo tu teraz jest tymczasem spokojnie i bliżej 
do kraju. Od samego przejścia granicy nie chciałem od niej odchodzić, obawiając się 
emigracji. Panowie są młodzi i nie widzieli emigracji po 1905, a ja dobrze ją pamiętam. 
Vestigia terrenrl 9 Oczywiście skorzystałem z tej nauki i tu jestem dzikim emigrantem, 
chodzącym własnymi drogami i pokazującym się jak najmniej poza swoją osadą nad 
Aare o błękitnych wodach. Zresztą tu brak zupełny emigrantów poza internowanymi. 
Może i trzeba będzie pojechać stąd do p. Augusta, ale odkładam to na czasy, kiedy już 
będzie coś do zrobienia konkretnego, bez potępieńczych swarów. 
Czy widuje Pan czasami pisma polskie z Londynu? Pisuję do nich czasami i jestem 
drukowany w "Wiadomościach", w których Grydzewski nadal pracuje, ale głównym 
redaktorem jest Zygmunt Nowakowski. 
Moje wspomnienia nie doszły jeszcze do czasów bartlowskich lO . Dzielę je na 3 trzo- 
ny. Pierwszy dotyczy czasów sprzed 1914 i nad tym teraz pracuję. Mam wrażenie, że 
niedługo nikt sobie nie będzie mógł wyobrazić, jak ludzie żywali za spokojnych czasów, 
ijak wyglądała cywilizacja europejska w okresie swej świetności. Dlatego chciałbym 
spisać to, co widziałem i pamiętam. Piszę o tym z wielką przyjemnością, i kilka materia- 
łów drukowały "Wiadomości". Zresztą piszę je po francusku, żeby nie zrobić z nich rę- 
kopisu włożonego do butelki i wrzuconego do morza. 
Proszę o mnie nie zapominać. Najserdeczniej pozdrawia Pana szczerze oddany 
Jerzy Stempowski 


1 12 lipca 1941 r. minister Zaleski zgłosił kontrpropozycję wobec proponowanego przez Maj- 
skiego brzmienia traktatu, obejmującą m.in. gwarancję zwrotu Polsce ziem zajętych przez Sowiety 
po 17 września 1939 oraz uznanie za obywateli polskich wszystkich mieszkańców ziem wschod- 
nich, którzy posiadali polskie obywatelstwo w dniu 16 września 1939. Ponieważ na posiedzeniu 
Rady Ministrów 25 lipca 1941 większością głosów postanowiono podpisanie układu "Sikorski- 
-Majski" bez takich gwarancji, ministrowie głosujący przeciw umowie (Seyda, Sosnkowski i Zale- 
ski) podali się do dymisji. 
2 Ludwik Chomiński, ziemianin, publicysta, wydawca. Związany z ideologią wileńskich "kra- 
j owców", współpracownik "Gazety Codziennej" Józefa Mackiewicza. W podziemiu kierownik 
Wydziału Rolnictwa Okręgowej Delegatury Rządu w Wilnie. Stempowski myli się, zarzucając 
Chomińskiemu deklarowanie gotowości do współpracy z sowieckim okupantem, najprawdopodob- 
niej wprowadzony w błąd przez informatorów. Przeciwnicy "Gazety Codziennej" zarzucali jej 
kolaborację z "okupantem litewskim" w okresie, gdy Sowiety po zajęciu Wilna oddały miasto pod 
zarząd litewski. Współpraca "Gazety Codziennej" z Litwinami, w duchu antykomunizmu i ideolo- 
gii krajowej, zakończona zresztą niemożnością osiągnięcia porozumienia i ustąpieniem naczelnego 
redaktora (J. Mackiewicza), prowadzona była za zgodą i wiedzą Delegata Rządu, który zasilił 
gazetę subwencją. Błędnym jest także przypisanie]. Putramentowi braku związków z komuni- 
zmem. Oczywiście, jak inni komuniści, w czasie rządów litewskich Putrament żadnych deklaracji 
nie 0fłaszał, zresztą w 1940 roku był już w ZSRS, nie w Wilnie. 
Borys Wiktorowicz Sawinkow (1879-1925) polityk rosyjski, przywódca organizacji bojowej 
socjalistów-rewolucjonistów, antykomunista. Po zwycięstwie bolszewików przewodził emigracyj- 
nej antysowieckiej grupie działającej w Warszawie, wydalonej z Polski po traktacie ryskim. Zwa- 


135
>>>
biony w wyniku prowokacji bolszewickiej do ZSRS, zgładzony (wg wersji sowieckiej zmarł śmier- 
cią samobójczą). Sawinkow był jedynym rosyjskim bojownikiem antykomunistycznym i anty car- 
skim, który zdecydowanie opowiadał się za prawem Ukrainy do niepodległości. Ukrainką była jego 
matka, toteż cytowane wcześniej powiedzenie "nierówny czas" pochodzi zjęzyka ukraińskiego. 
4 Premier tego rządu Kazimierz Skripa był w 1938 r. (po polskim ultimatum) pierwszym po- 
słem Republiki Litewskiej w Warszawie. 
5 (niem.) ironicznie: pałac [dla] zasłużonych. 
6 (niem.) nieoczekiwane i niespodziewane [zmiany w polityce]. 
7 Pawło Skoropadsky (1873-1945), Ukrainiec ze zruszczonej rodziny, generał w służbie car- 
skiej. W 1918 roku Hetman Ukrainy, z woli niemieckich władz okupacyjnych. W wyniku ogólno- 
ukraińskiego powstania obalony, zmuszony do ucieczki do Berlina. 
8 Stanisław Jurkiewicz, znajomy Stempowskiego z czasów przedwojennych, jako wychodźca 
wojenny przebywał we Francji. 
9 (łac.) ślady odstraszają. Parafraza wypowiedzi lisa z Ezopowej bajki, w wersji łacińskiej spo- 
pularyzowana przez Horacego (Listy I, l, 74). 
10 Tj. lat po przewrocie majowym. Stempowski był szefem gabinetu premiera K. Bartla. 


3. 


Muri,15.IX.41 
Ponztales str. 103 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję za list z Tuluzy z 12.IX. Ładosiowi 1 oddam Pański list. Gdyby p. Irena tu 
się zjawiła może Pan liczyć na to, że się nią akuratnie zaopiekujemy, i niczego jej nie 
zabraknie. Natomiast sprowadzenie jej tu nastręcza największe wątpliwości, na razie 
przynajmniej. Polska jest krajem przyfrontowym, hermetycznie zamkniętym, i nikt 
stamtąd w tym roku nie wyjechał. Nawet obcy obywatele są wypuszczani po wielu cere- 
gielach. Tu był przed kilku dniami jeden amerykański obywatel, który wyjechał z War- 
szawy niedawno i o tym bliżej opowiadał. Tak samo wyjechać do Gubernatorstwa stąd 
jest prawnie niemożliwe, nawet dla tych, którzy mają tamtejsze papiery wyrobione 
u władz gubernatorskich, a ostatnio nawet Szwajcarzy jadący do Berlina spotykają z 
niezwykłymi trudnościami i wizy dostają tylko znani Niemcom i im na coś potrzebni 
ludzie. Zresztą stosunki szwajcarsko-niemieckie są złe i sprawiają dużo zmartwienia. 
To wszystko biorąc pod uwagę trzeba spróbować tego co się da. Pani Irena jest na 
terenie Litwy, gdzie muszą być trochę inne warunki. Trzeba będzie pomówić z Litwina- 
mi, i zrobię to w najbliższych dniach. Może powiedzą mi coś rozumnego. Litwini są teraz 
też w opozycji, i lojalność ich jest wciąż podejrzewana, trzeba więc i tą drogą chodzić 
ostrożnie, żeby panią Irenę nie wtrącić w jakąś nową kabałę. 
Z panną A.N. porozumiem się na razie listownie. Nie wiem, co ona może zrobić przy 
tych stosunkach, jakie tu wytworzyły się między niem[ieckim] połpredstwem 2 i ludno- 
ścią, ale to zobaczymy. 
Zresztą naj pilniejszą rzeczą wydaje mi się pomoc dla pani Ireny na miejscu, gdzie w 
każdym razie będzie musiała jeszcze dłuższy czas zostaĆ. Nie wiem np. czy tam już do- 
chodzi poczta. Czy Pan coś o tym wie, bo tu nic nie wiadomo? Stamtąd listy jeszcze nie 
przychodziły, podobnie jak ze Lwowa, bo to jest pas przyfrontowy. Nie wiem też, czy 
z Lizbony tam można posyłać paczki pocztą, bo mi Lizbona nic dotąd nie odpowiedziała. 
Czy Pan ma możliwość posłania pieniędzy do Lizbony? I czy ma Pan tam jakiegoś przy- 
jaciela, który tym mógłby się zająć? Ja ze swoich przyjaciół nie jestem bardzo zadowolo- 
ny, bo zbyt powoli to robią. Jeżeli tylko komunikacja pocztowa z Wilnem już nawiązana 


136
>>>
i można posyłać paczki pocztą, pani Irenie można bardzo ułatwić życie i dostarczyć fun- 
duszów. To jest według mnie najważniejsze, bo ci, co tam mają trochę pieniędzy, żyją 
nienajgorzej i nic im na razie nie grozi. Proszę przede wszystkim myśleć teraz o tej stro- 
nie sprawy, bo to jest najpilniejsze i skuteczne. Z tut[ejszymi] władzami nie będzie żad- 
nego kłopotu, i to jest iura posterior[?]3. 
Ponieważ mam pewne stosunki i koresponduję z Lizboną, proszę łaskawie o wiado- 
mość, co Pan tam załatwił, żebyśmy mogli z dwóch końców tę sprawę wypchać tam. 
Tu zrobiło się bardzo zimno, a w Petersburgu już padał śnieg. Jeżeli tak dalej pójdzie, 
będziemy mieli napoleońską zimę zamiast Hitlerwetter. Straszno myśleć, w jakim stanie 
wyjdzie z tego ta biedna Europa Wschodnia i my z nią razem. I jak tam poczują się Wło- 
si, którzy mają teraz jechać na Ukrainę. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia i dłoń ściskam. 
Szczerze oddany 


].S. 


1 Aleksander Ładoś (1891-1963), od 1940 roku charge d'affaires ad interim w Szwajcarii, 
z uprawnieniami posła RP. Stempowski współpracował z poselstwem w Bernie, m.in. organizował 
przerzut kurierów do Francji. 
2 (ros.) poselstwem. 
3 (łac.) tu prawdopodobnie: z prawnego punktu widzenia uzyskanie zgody władz szwajcar- 
skich jest sprawą późniejszą (mniej pilną). 


4. 


Muri,17.IX.41 


Kochany Panie Wacławie, 
Widziałem tu niedawno p. St.[anisława] Jurk.[iewicza], który mówił mi, że odwiedzi 
Pana w końcu tego miesiąca. Proszę się z nim skomunikować w sprawie pomocy dla 
p. Ireny przez Portugalię. Dziś dostałem list od panny Marii-Antoniny*. Być może zoba- 
czymy się z nią w najbliższych dniach i rozważymy, co i jak będziemy mogli zrobić. 
Nadzieje na przyjazd są małe, dopóki Wilno zostaje w pasie przyfrontowym i dopóki tam 
stosunki pozostają takie same. Czy p. Irena ma jakiś paszport? To byłaby rzecz bardzo 
istotna w tych wszystkich staraniach. Czy ma Pan już listy od niej bezpośrednio z Wilna? 
To też jest niezwykle ważne, bo zależy od tego skuteczność pomocy z Lizbony. Proszę 
łaskawie dać mi znać, kiedy otrzyma Pan pierwszy list bezpośrednio z Wilna. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączy szczerze oddany 
].S. 
[Karta pocztowa. Nadawca: Exp. ]. Stempowski,! Ponztales str. 103,/ Muri pres Berne. 
Adres: Mousieur/ W. Koscialkowski/ Hotel Bellevue/ Lourdes (H tes Pyzenees)/ France. 
Stempel: Muri (Berne) 17.IX.41] 


Maria-Antonina Bortholmes, znajoma Stempowskiego mieszkająca w Neis, dama mająca rozległe 
znajomości w sferach dyplomatycznych. 


137
>>>
5. 


Muri,29.x.1941 
Rainweg 30 


Kochany Panie Wacławie, 
Posyłam Panu w załączeniu list pani Ireny, który Pana napełni lepszymi myślami. 
Widać zeń różne rzeczy o wielkiej perspektywie, podobnie jak z listu poprzedniego. Tam 
jak gdyby na nas czekają. To jest niezwykle podniosłe, zwłaszcza że wiele rzeczy tam 
weszło nowymi, nieznanymi drogami, które tylko częściowo rozumiem. 
Po odejściu specjalistów od tych spraw nie mam na razie nadziei, aby udało się 
sprowadzić panią Irenę tutaj. Gdyby Pan widział stosunki obecne Helwecji z jej potęż- 
nym sąsiadem, dałoby to Panu o tym dużo do myślenia. Dawniej to udawało się przez 
dużo potężniejsze mocarstwa, ale od przeszło roku brak jakiegokolwiek nowego przykła- 
du. O tym jeszcze napiszę. 
Dziś chciałbym poruszyć inną pilną sprawę i prosić Pana o omówienie jej łaskawie 
z dostojnikiem Kościoła przebywających w Pańskich okolicach. 
Dostałem właśnie wiadomość ze Lwowa, że kilku tamtejszym protestantom grozi los 
Bartla!, bądź w formie nagłej, bądź też w powolnej. Najbardziej dziś zagrożony jest zna- 
ny uczony od nafty prof. Stanisław Pilat 2 . Piszą mi, że życie jego wisi na włosku. Lwow- 
scy znajomi Pilata przypomnieli sobie, że bywał on w Japonii i wśród tamtejszych uczo- 
nych i przemysłowców naftowych liczy potężnych przyjaciół. Sądzę, że jedynie inter- 
wencja tych przyjaciół może go ocalić. 
Niestety poselstwo Atlantyd y 3 w Tokio zostało właśnie zlikwidowane przez nowy 
rząd, i tą drogą trudno coś wskórać. Ambasada Angielska i Stanów Zjednoczonych roz- 
grywają tam grę o największą stawkę i prawdopodobnie nie mają ani wpływów ani sytu- 
acji potrzebnej do wywołania tego rodzaju interwencji. Zaalarmowałem wczoraj telegra- 
ficznie główną Atlantyd ę 4, ale mam wątpliwości, czy oni dziś coś mogą zrobić użytecz- 
nego. 
Dla tych motywów przyszło mi na myśl, że można, być może, zrobić coś via Rzym. 
Wiem, że ostatnio tamtejsza ogólna atmosfera polityczna nadaje się lepiej niż jakakol- 
wiek inna do tego rodzaju starań. Dygnitarze Watykanu mają zapewne mało tematów do 
konwersacji z japończykami, i to sprzyja życzliwym stosunkom. Nie wiem, jaka jest dziś 
sytuacja Pańskiego znajomego i jego środki komunikacji. Być może jednak mógłby coś 
zrobić przez swoje układy. Rzecz jest delikatna, ale któż jest bardziej powołany do roz- 
wiązania tego rodzaju trudności? 
Proszę łaskawie z nim pomówić i zawiadomić mnie o wyniku rozmowy. 
Do starań tych przydatna, być może, będzie wiadomość, że na pewien czas przed 
wojną obecny angielski miesięcznik NATURE przedstawił w streszczeniu prace prof. 
Pilata, mówiąc o nim jako o "jednym z naj wybitniejszych wynalazców ostatnich dziesię- 
cioleci". W tym charakterze właśnie Pilat był fetowany w Japonii przez tamtejszych 
uczonych i przemysłowców. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 


Jerzy Stempowski 


1 Tj. zamordowanie przez Niemców. 
2 Istotnie, słynny chemik został zgładzony jeszcze w tym samym (1941) roku. 
3 Tj. Rzeczypospolitej Polskiej. 
4 Tj. rząd RP na wychodźstwie. 


138
>>>
6. 


Muri, 10 listopada 1941 
Rainweg 30 


Kochany Panie Wacławie, 
Przed paroma dniami byłem w okolicach Vevey i przy tej sposobności odwiedziłem 
Pańską znajomą w Chillon Napisaliśmy do Pana stamtąd wspólną kartkę, którą Pan już 
zapewne otrzymał. Bardzo piękny jest ten fragment jeziora. Z Muri wyjechałem z rana 
w śnieżną zadymkę, tam zaś było jeszcze ciepłe słońce jesienne. Villa Louise przypomina 
trochę zamek Merlina czarodzieja. Panna M.-A: była czarująco uprzejma. Ma Pan w niej 
bardzo oddaną przyjaciółkę. 
Omówiliśmy z nią wszystkie sprawy dotyczące pani Ireny. Może z tego coś uda się 
zrobić, ale wydaje mi się to bardzo wątpliwe w tej chwili, bo trudność tego przedsięwzię- 
cia nie leży wcale tu, ale w W-wie, skąd na razie nie można wyjechać, i na co nie może- 
my poradzić, ani nawet nie umiemy ocenić dokładnie leżących tam trudności. Widoki 
więc są tymczasem niewielkie. 
Na razie musimy więc starać się pomagać pani Irenie tam, gdzie się teraz znajduje. 
Według mego zdania nie powinien Pan jej posyłać pieniędzy, bo to jest pomoc równie 
kosztowna jak mało skuteczna. W stosunku do towarów w wolnym obrocie, a te tylko są 
ważne dla pani Ireny, złoty jest wart tylko 2 grosze. Sto złotych, które kosztuje tu 30 
fr[anków] szw[ajcarskich], są tam tylko ekwiwalentem 5-6 kg. chleba. Wysyłać warto 
tylko paczki żywnościowe z Lizbony, bo w tym wypadku proporcja między kosztami 
i skutkiem jest adekwatna. Kilogram kaszy, który kosztuje w Lizbonie 6-7 fr[anków] 
szw[ajcarskich], w kraju jest wart 150 zł. Wszystko to jest już wypraktykowane i na pew- 
no wiadome. Niech Pan stara się nawiązać kontakt z Litwą. Proszę pomówić 
z Jurk. [iewiczem], o ile brak Panu innej drogi. 
Bardzo dziękuję za interwencję w spr[awie] Pilata. Obawiam się jednak, że tą drogą 
nic nie da się zrobić. Moje wiadomości bowiem przyszły właśnie z Budapesztu, gdzie 
tamtej drogi już próbowano. Węgrzy nie mają w tych rzeczach żadnej instancji i nie są 
w stanie bronić nawet tych osób, które przebywają na ich terytorium i są ekstradowane. 
Cóż więc mówić o tych, którzy są zagranicą. Jedyną drogą byłoby poruszenie żółtej rasy. 
Nie wiem, jak do tego dojść, ale to jest jedyne, co może mieć jakiś skutek. Proszę jeszcze 
łaskawie wrócić do tego tematu, bo na tamto nie mam nadziei. 
Tu bardzo zimno i smutno. Przyszłość przedstawia się tu dziś w dość ciemnych bar- 
wach. Dla kontynentu nie widać na razie żadnej przyszłości, i pewność siebie naszych 
potężnych aliantów dotyczy, niestety, tylko ich samych, nie zaś ich lądowych przyjaciół. 
Marznę tu tak bardzo, że nawet pisać więcej nie mogę. Zimno jak w psiarni, i palce są 
drętwe i nieposłuszne. Nawet atrament zdaje się zamarzać w piórze. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączy szczerze oddany 


].S. 


* Zob. przyp. w liście 4. 


139
>>>
7. 


Muri, 1O.I.1942 
Rainweg 30 


Kochany Panie Wacławie, 
Otrzymałem Pański rękopis i dwa listy. Bardzo dziękuję. Napiszę więcej innym ra- 
zem. Tymczasem chciałbym donieść o naj pilniejszym, mianowicie o sprawach wizo- 
wych. Tutejsi Atlanci dowiadywali się na moją prośbę, jak z tym jest, bo ostatnio dostali 
kilka takich wiz bez większych trudności. Proszę złożyć podanie o wizę w szwajcarskim 
konsulacie i wziąć o tym pokwitowanie, potrzebne do starań o wizę francuską. To po- 
kwitowanie będzie dla p. lab.! podstawą do starań o franc[ uską] wizę pro itu et redite 2 . 
Ewentualnie w konsulacie szwajc[arskim] mogą Panu dać list donoszący, że wizy mogą 
udzielić tylko po uzyskaniu Pana wizy franc[uskiej] aller et retour wówczas ten list bę- 
dzie podstawą dla p. lab. 
Składając podanie w konsul[acie] szw[ajcarskim] musi Pan wymienić kanton, gdzie 
Pan chce mieszkać. Władze federalne, do których Pańskie podanie przychodzi, udzielają 
Panu wizy od konfederacji i od kantonu. Od ustosunkowania się tego ostatniego zależy, 
czy sprawa ta trwa długo czy krótko. Najłatwiej pozwala na wjazd kanton genewski, i ten 
ewentualnie niech Pan wymieni. Tak mi radzili Atland, dla których to będzie ułatwie- 
niem w ich staraniach u władz federalnych, przy których są akredytowani. Kanton ber- 
neński sami Atlanci bardzo obciążyli różnymi osobami, które stąd nie wyjeżdżają, i tym 
trochę zepsuli sprawę. Kanton Vaud udziela wiz najtrudniej, ale ewentualnie p. M.-A. 
może się o to tam postarać, dając pewnego rodzaju gwarancję, czy też w ogóle wprawia- 
jąc tę sprawę w ruch w Lausannie. Napiszę do niej o tym jutro i poproszę żeby Panu 
napisała. Jeżeli to idzie wówczas musi Pan wymienić Vaud. Kiedy Pan złoży podanie 
i p. lab. rozpocznie swoje starania, proszę mnie zawiadomić, a z mojej strony dopilnuję, 
żeby Atlanci zrobili swoje starania u władz federalnych. 
Od p. Ireny miałem list, o którego treści już Pan wie od innych. Atlanci są jednak 
dość sceptyczni co do powodzenia jej starań. Mówili mi, że 22 kobiety w tym samem 
położeniu mają nawet warunkowe wizy szwajcarskie, ale żadnej nie udało się dotąd wy- 
jechać z Gub. 4 , mimo starań podobnych do tych, jakie Pan podjął w tej mierze. Nie wiem 
na razie, co o tym myśleć, bo klucz do sprawy leży nie tu, lecz tam, i przez koresponden- 
cję nie można tego wyświetlić, a tym mniej można temu pomóc. 
Od Nowego Roku z Portugalii nie można wysyłać już żadnych (lub prawie żadnych) 
paczek do kraju. Portugałowie wywozili za dużo pośrednio i bezpośrednio do Niemiec, 
iAnglicy nie dają im navicert'ów na przywóz z Ameryki. Temu można by pomóc w 
Londynie, ale nie wiem, czy tamtejsi Atlanci potrafią to zrobić. Mam z tym dużo zmar- 
twienia, bo głównie w tym celu tu siedziałem, żeby móc swoim pomagać, a teraz ani tego 
nie mogę, ani wyjechać. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany ].S. 


1 Być może chodzi o Stanisława Zabiełłę, byłego pracownika MSZ w Warszawie, działacza 
Czerwonego Krzyża i organizatora schronisk dla uchodźców polskich we Francji. 
2 Tj. wyjazdową i powrotną. 
3 "Atlantami" nazywał Stempowski urzędników RP na uchodźstwie oraz, ironicznie, byłych 
dygnitarzy państwowych, obecnie uchodźców. W tym wypadku chodzi o pracowników poselstwa 
polskiego w Bernie. 
4 Tj. Gubernatorstwa - GG. 


140
>>>
8. 


Muri b/B, 7.II.1942 
Rainweg 30. 


Kochany Panie Wacławie, 
Minął już pierwszy tydzień lutego, a wC1ąz nie wiem nic o Pańskich projektach 
szwajcarskich. Czy otrzymał Pan mój list, w którym pisałem o tym, co mi mówili tutejsi 
Atlanci o wizie? Kiedy tylko wdroży Pan kroki w Vichy, proszę zawiadomić tutejszą 
Atlantydę lub mnie telegraficznie, żeby podjąć starania u władz tutejszych. Jeżeli sprawa 
natrafi na jakieś trudności, proszę zaraz mnie zawiadomić. Tutaj Atlanci żadnych nie- 
przezwyciężonych trudności nie przewidują. 
Od pani Ireny nie miałem żadnych nowych wiadomości po tych, które pani M.-A. 
przysłała Panu na moją prośbę. Dla oceny jej widoków muszę dodać, że od roku już 22 
panie znajdują się w podobnej sytuacji, mając pozwolenia na wjazd i pobyt tu, ale nie 
mogąc dostać pozwolenia na wyjazd stamtąd, i używające dróg podobnych do tych, ja- 
kimi chodzi pani Irena. O ile wiem, udało się to dotąd jednej pani, która przejeżdżała 
tutaj we wrześniu. Rzecz więc nie jest niemożliwa, ale bardzo trudna tam. 
Dawno już nie pisałem do Pana, i zdaje się nie donosiłem Panu o ostatnich wiadomo- 
ściach, jakie miałem z kraju z połowy grudnia. 
Do wszystkich dawniejszych plag dołączył się tam jesienią tyfus plamisty, który 
przybrał ogromne rozmiary. W samej Warszawie zapada na tę chorobę po 1000 osób 
dziennie. Poprzednio tyfus plam[isty] dziesiątkował tylko ludzi ghetta, jesienią ogarnął 
całe miasto, a raczej wszystkie baraki, koszary, domy noclegowe i dzielnice naj uboższe. 
Nie potrzebuję dodawać, że choroba ta, przenoszona wyłącznie przez wszy szerzy się 
tylko wśród mieszkańców baraków, koszar itd., natomiast nie ima się osób mieszkają- 
cych, jak pani Irena, w swoich mieszkaniach. Jako b. mieszkaniec rudery, gdzie tyfus 
plam[isty] (typhus exanthematique) panował endemicznie zawsze, i skąd wyszedł w 1915 
na podbój świata, znam doskonale nieprzekraczalne granice społeczne tej choroby. 
Niemcy wytworzyli dla niej nieznane dotąd poza Sowietami warunki przez swe przesie- 
dlenia ludności, której miliony trzymane są w barakach dla ras niższych, nie mających 
prawa do komfortu osobistego. Teraz powtarza się historia z zarazą w Grenadzie, i Niem- 
cy zapoznają się z kosztami ich Rassenpolitik, bo tyfus plamisty przekroczył już granice 
Rosji, Gubernatorstwa i Niemiec, przerastając zdolności organizacyjne i medyczne partii 
i Fiihrerów. Dowiaduję się właśnie, że jeden mój bliski przyjaciel, zwolniony z obozu 
konc[entracyjnego] w Compiegne i mieszkający na wolnej stopie w Berlinie zmarł tam 
na tyfus plamisty w grudniu, zaraziwszy się nim w jakimś obozie podberlińskim. 
Drugą uderzającą wiadomością z Warszawy są częste bombardowania miasta przez 
lotników sowieckich. Naoczny świadek opowiadał mi, że 27.xI lotnicy bombardowali 
w samo południe (!) stację towarową, zabijając 45, raniąc 80 osób i przerywając na kilka 
godzin pracę węzła warszawskiego. Naloty te powtarzają się często i zostawiły już sporo 
gruzów i trupów dokoła urządzeń kolejowych będących ich celem. Cały kraj jest stale 
zaciemniony. 
Bardzo uderzające jest, jak szybko w całej Europie zaczęto przygotowywać się 
w myśli do I:!.M russica na kontynencie. Na ten temat tysiące kombinacyj obiega już prasę 
i ludność, jedne głupsze od drugich, bo rozum nigdy jeszcze nie był w tak małej cenie jak 
dziś. Nawet Szwajcarię zaczęła pod tym względem ogarniać mgła londyńska czyli obnu- 
bilatio mentalis* . O tym pomówimy, kiedy Pan tu przyjedzie. 
Tymczasem naj serdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 


].S. 


141
>>>
(łac.) zaćmienie umysłu. Aluzja do ślepoty polityki angielskiej, wykazywanej w sojuszni- 
czych stosunkach z Sowietami, prowadzącej do przyszłości, w której ZSRS będzie dyktował wa- 
runki powojennego ładu politycznego w Europie. 


9. 


Muri, 16 lutego 1942 
Rainweg 30. 


Kochany Panie Wacławie, 
Tylko co dostałem Pańską kartkę z 12.II z wiadomością o złożeniu podania o wizę 
w Tuluzie. Nic Pan nie wspomina o wizie francuskiej, która jest najważniejszym warun- 
kiem dla władz tamtejszych, wnoszę więc, że to jest załatwione. Widzę również, że Pan 
nie dostał mego listu, gdzie radziłem Panu wymienienie Genewy jako miejsca pobytu 
i zawiadomić mnie telegraficznie o złożeniu podania, które tu leży pewnie już od tygo- 
dnia. 
Jutro Atlanci wezmą się do tej sprawy u władz federalnych. Nie wiem tylko, czy 
będą mieli równe szczęście u władz kantonu Vaud, który mi stale odmawia, piszę więc 
jednocześnie do panny M.-A., prosząc ją o poruszenie ze swojej strony swoich stosun- 
ków kantonalnych. 
Jeżeli Pan ma wizę franc[uską] i jeżeli wszystko pójdzie dobrze w Lausannie, bę- 
dziemy tu Pana oglądać jeszcze w tym miesiącu, bo cała procedura tu trwa zazwyczaj 
koło 8 dni. 
Od pani Ireny nie mam żadnych nowych wiadomości. 
Będę Pana zawiadamiał o wszystkich wynikach starań i ostateczny przyślę telegra- 
ficznie. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączy szczerze oddany 


].5. 


10. 


Muri, 14.III.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Atlanci zrobili swoje, i Pańska wiza jest mnIej więcej pewna. Czekamy tylko na 
decyzję władz kantonalnych z Lausanny. Kilkudniowa zwłoka nastąpiła z tego powodu, 
że założono dla Pana 2 teczki, jedną pod Zyndramem, drugą pod Koś..., i żadną miarą nie 
można było zidentyfikować tych dwu osób, bo nam to nie przychodziło na myśl. Kiedy 
Pan będzie miał wizę i będzie Pan znał dzień wyjazdu proszę zawiadomić mnie lub 
p. M.-A. telegraficznie, bo listy chodzą zbyt długo, a my się zawiadomimy między sobą. 
Będę się bardzo cieszył z widzenia Pana. Od p. Ireny miałem znów kartkę. Zawiadomi- 
łem już ją, że będę Pana niedługo widział. Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła 
szczerze oddany 


].5. 


142
>>>
[Karta pocztowa. Nadawca: Exp. ]. Stempowski,! Rainweg 30,/ Muri pres Berne. Adres: 
Monsieur/ W. Koscialkowski/ Hotel Bellevue/ Lourdes (H tes Pyzenees)/ France. Stempel: 
14.III.42.] 


11. 


Muri, 2.V.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję za miły list z 27.1V. Przesyłam Panu nowy numer gazety i będę przesyłał 
regularnie wszystkie, jakie otrzymam. 
Kiedy tylko dostane jakieś wiadomości od p. Ireny, zawiadomię. Na razie dostałem 
z Lizbony trzy kartki od p. Ireny z 22.1, 30.1 i 5.II potwierdzające odbiór paczek żywno- 
ściowych. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączę 


].S. 


12. 


Muri, 21 maja 1942 


Kochany Panie Wacławie, 
W pośpiechu przesyłam Panu, wraz z ostatnim numerem gazetki, naj serdeczniejsze 
pozdrowienia. Szczerze oddany 


].S. 


13. 


Muri, 9.YI.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuje za list z I.YI. Piszę w pośpiechu bo wybieram się w Pańskie strony do 
p. ]urkiewicza i te przygotowania zabierają mi dużo czasu. Miałem list od p. Ireny z 24 
maja z pomyślnemi wiadomościami. Nic jednak nie pisze o sprawach wyjazdowych. 
Widocznie to nie posuwa się naprzód. 
Od p. Augusta nie mam żadnych wiadomości. 
To, co Pan ma z kraju, odpowiada temu, co i ja wiem. Po zakończeniu wojny na 
całym kontynencie zagotuje się ładna kasza, i wszędzie przyjdzie do sytuacji hiszpań- 
skiej. U nas też się bez tego nie obejdzie. Konfederacja jest jakimś podrzędnym tworem, 
znanym, zdaje się, tylko z własnego pisma redagowanego przez jakichś prostaków. Wi- 
działem tego parę numerów. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 


].S. 


143
>>>
14. 


Muri, 6.VII.42 
Thunstr. 15. 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję za list z 1.VII. Z Grenobli wyjechałem akuratnie 25.vI i po całodziennej 
podróży autobusami trafiłem wieczorem do Genewy. Podróż zmęczyła mnie trochę, ale 
już po niej odpocząłem ijestem zdrów. 
W drodze powrotnej, 2.VII, byłem w Veytaux i widziałem p. Marię-Antoninę. Pań- 
ska przesyłka bardzo się jej podobała. Ubrała ją zaraz, i okazało się, że bardzo pasuje do 
jej sukni. Była wzruszona Pańską pamięcią, i dużo mówiliśmy o Panu. 
W Muri zastałem książkę, którą Pan był łaskaw mi przysłać. Najserdeczniej dziękuję. 
Zastałem tu ogromną korespondencję, ale nic od p. Ireny. W dwóch listach z Zachodu 
znalazłem wzmiankę o jakichś nowych przepisach niemieckich, grożących karą śmierci 
za korespondencję z emigrantami na terenie brytyjskim. Tu o tym nic nie wiemy, i czerw- 
cowe listy z kraju też nic na ten temat nie zawierają. Być może jednak w tym coś jest, 
i skrajna ostrożność w korespondencji jest b. wskazana. Wiadomości z kraju są bardzo 
smutne. Coraz więcej zmarłych i aresztowanych wśród moich znajomych. Prawie nie 
śmiem tam pisać, oprócz b. lakonicznych kartek, bo nie wiem, kogo tam jeszcze zastanę. 
Piszę to Panu w pośpiechu, chcąc dać znak życia i szczerej przyjaźni. List katolicki" 
napiszę za kilka dni, kiedy uporam się naj pilniejszymi zaległościami w korespondencji. 
Tymczasem naj serdeczniejsze pozdrowienia przesyłam, szczerze oddany 


].S. 


Nie udało się ustalić, o jaki tekst chodzi. Prawdopodobnie miało to być wystąpienie w spra- 
wie postawy Watykanu wobec hitleryzmu, por. list z 26.09.1942. 


15. 


Muri, 30.vII.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Czy ma Pan wiadomości od p. Ireny? Ja nie miałem od nikogo wiadomości przez 
2 miesiące, dziś zaś dostałem list z 18 lipca, z którego widzę, że prawie wszyscy moi 
znajomi i korespondenci siedzą w areszcie i w obozach. Podają mi nowe adresy, już zu- 
pełnie nieznane. Wobec tego boję się pisać do kogokolwiek poza podanymi w tym liście. 
Dlatego nie piszę też do p. Ireny. Proszę ją naj serdeczniej ode mnie pozdrowić. 
List katolicki piszę. Przybyły mi do tego nowe, b. ciekawe szczegóły z kraju. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączę 


Jerzy Stempowski 


144
>>>
16. 


Muri, 4.VIII.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Czy pisał Pan do Celinki, i czy ma Pan od niej jakąś wiadomość? Albo czy Pani 
Irena pisała o niej coś nowego? Interesuje mnie to o tyle, że dostałem pewien mały fun- 
dusz na ten cel, i chciałbym go naj rozumniej zużytkować. Jeżeli Pan coś o niej wie poza 
tym, o czym mówiliśmy ostatnio, proszę mnie łaskawie zawiadomić. Czy adres jej ten 
sam? 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 


].S. 


17. 


Muri, 26.VIII.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję za dwie kartki. Oczywiście (uf dobrze znam i od jej redaktora pożyczam 
większą część pism ukraińskich, jakie czytam. W tych właśnie pismach (Krakow Wisti) 
czytałem ubolewania i skargi na oporność ludności prawosławnej na idee propagowane 
przez Ukraińców germanofilów, i stamtąd wiem o granicy między ludnością "lojalną" 
i "oporną" - biegnącą wzdłuż granicy wyznaniowej. Jest to tym bardziej zastanawiają- 
ce, że Cerkiew prawosławna była w okropnym stanie rozkładu. Na jej czele stoi nadal 
Dyonizy, stary łapownik i oczajdusza, otoczony bardzo złymi i zdeprawowanymi hierar- 
chami. Tylko w niższym klerze była część porządnych popów. Opór więc pochodzi z 
ludności samej i niższego kleru, którego 20% nie uznaje wcale nowej cerkwi auto- 
kef[alicznej]. Zresztą ta sama granica widoczna jest w Jugosławii, gdzie katolicka Kro- 
acja jest już na ogół nawrócona na hitleryzm, prawosławna zaś Serbia stawia opór. To 
wszystko wiadomo od wojny hiszpańskiej, od stanowiska zajętego przez nasz kler we 
wszystkich sprawach gdzie była kwestia "za czy przeciw Hitlerowi", do Małego Dzien- 
nika, będącego najbardziej bezwstydnym organem Goebbelsa w Polsce. Zresztą to wszy- 
scy wiedzą i rozumieją, i to wytłumaczyć się już nie da. 
Przyjechał tu młody handlowiec lwowski, sam może mało ciekawy, ale charaktery- 
styczny dla młodzieży 20-24-letniej. Mówił, że młodzież całkowicie odwróciła się od 
katolicyzmu i w kościołach widać tylko trochę kobiet. O tym napisze jeszcze bo chłopiec 
podawał motywy tej ewolucji. Tymczasem chciałbym prosić o doniesienie Pańskiemu 
znajomemu o tym, że wiosną (maj?) aresztowany został w Krakowie prałat Mazanek, 
sekretarz kurii bisk[upiej] i zdaje się, znajomy Pańskiego znajomego. 
Od pani Ireny miałem kartkę z lipca. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączy szczerze oddany 


].S. 


* Tekst nie czy teIny. 


145
>>>
18. 


Muri, 30.vIII.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Otrzymuje teraz P. Wal.! regularnie, i regularnie ją też Panu posyłam. Czy ją Pan tak 
samo otrzymuje? Interesuje mnie to także z tego względu, że nie chciałbym, aby dosta- 
wała się w ręce niepowołane. Od pewnego czasu istnieje tendencja do traktowania całej 
ludności kresów okupowanych jako pewnego rodzaju zakładników. Tak więc np. od 
czerwca wszystkie gwałty, masowe wysiedlenia itd. są uważane za Vergeltungsmassna- 
hmen za naloty polskich lotników na Niemcy. Różni prosili już o to, aby o nalotach tych 
nie podawać wiadomości przez radio londyńskie ani w inny sposób dochodzący do wia- 
domości niemieckiej. Dotąd prośby te nie dały skutku, bo nasi chcą się koniecznie chwa- 
lić przed krajem, którego te przechwałki nie cieszą, bo poprzedzają na krótko nowe 
gwałty i dają broń do ręki niem[ieckiej] propagandy. Przynajmniej więc w miarę naszych 
prywatnych możliwości powinniśmy się starać, aby do tego ognia oliwy nie dolewać. 
Posyłam Panu też fotografię, jaką przed kilku tygodniami dostałem od p. Antoinettl. 
Ostatnio dostałem kilka lepszych wiadomości z kraju, m.in. od osób, które miałem 
już za nieżyjące. Bardzo tam ciężko ale siła wytrwania jest tam niespożyta. Ponieważ 
moi znajomi teraz przeważnie nie mogą pisać, dostaję kartki od Volksdeutsch' ów, którzy 
piszą to samo, że już niedługo, że czas nadchodzi. Dziwnie to brzmi po niemiecku. 
Najserdeczniej ściskam Pana, kochany Panie Wacławie, po przyjacielsku 


].S. 


! "Polska Walcząca" - tygodnik redagowany od 1939 r. przez Tymona Terleckiego, po kapi- 
tulac4i Francji wydawany w Londynie. 
Zob. przyp. w liście 4. 


19. 


Muri 25.IX.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję bardzo za pamięć. Nie pisałem dawno do Pana, bo w ostatnich tygodniach 
byłem bardzo przygnębiony wiadomościami i wszystkim razem. M.in. dostałem wiado- 
mość, że moje dwie córki, istoty ciche i łagodne zmarły obie śmiercią gwałtowną!. Nie 
wiem szczegółów, ale aluzje do nich są przerażające. Dużo innych wiadomości jest też 
w tym rodzaju. Na domiar złego Bóg nas pokarał takimi aliantami, że końca tego wcale 
nie widać. 
Nie wiem, czy będzie można zrobić tu jakiś użytek drukarski z Pańskiego rękopisu, 
bo Goniec 2 jest wydawany przez tut[ejsze] władze, które chciałyby karmić innych czytel- 
ników samą czekoladą i rzeczami lekkostrawnymi nie tylko dla czytelników ale także dla 
kontrolerów z naprzeciwka 3 . 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 


Jerzy Stempowski 


146
>>>
1 Córki Stempowskiego: Iwona i Hanna Sucheckie. Wiadomość o ich śmierci okazała się nie- 
prawdziwa. 
2 Chodzi o pismo "Goniec Obozowy. Wiadomości dla Internowanych", wydawane w Muen- 
chenbuechsee koło Berna od 1940 roku, początkowo tygodnik, potem dwutygodnik, wreszcie 
w cyklu dziesięciodniowym. Przeznaczone głównie dla internowanych w Szwajcarii żołnierzy 
2 Dywizji Strzelców Pieszych. 
3 Tj. dla Niemców. 


20. 


Muri, 26.IX.42 


Kochany Panie Wacławie, 
W moim złym stanie nerwów nie mogę się wciąż zdobyć na napisanie do Pana listu 
"katolickiego". Dodam tu tylko tyle, że w "Wiadomościach" Nowakowski dalej powraca 
do tego tematu. Zresztą oliwa wciąż się do tego ognia dolewa. Niedawno czytałem, że 
O. ŚW. dał $45.000 dla rannych żołnierzy japońskich. Młody handlowiec ze Lwowa, 
który tu przyjechał w lipcu opowiadał mi, że kościoły w Polsce są znów puste, i że cho- 
dzą do nich tylko stare kobiety. Młodzież, jak mówił, czuje się tak opuszczona przez 
Boga i przez kościół, że przestała o tym myśleć i zajmuje się przede wszystkim utrzyma- 
niem się przy życiu. Ponieważ widział obie okupacje, sądzi, że z wojny Polacy wyjdą tak 
samo niereligijni jak Rosjanie. Nie wiem, czy ma rację, powtarzam tylko opinię bardzo 
sprytnego młodego lwowianina w wieku 23 lat. 
Myślę zresztą, że to leży w granicach możliwości, zwłaszcza że kościół abdykował 
sam ze swego stanowiska, zachowując neutralność w walce między resztkami chrześci- 
jaństwa i nową religią egoizmu i okrucieństwa, która opanowała Niemcy, Włochy, Rosję 
i zaczęła się szerzyć po trosze we wszystkich innych krajach. Podły i głupi kler patrono- 
wał nawet szerzeniu się nowej religii i w miarę możliwości wysługiwał się nowym wład- 
com. Toteż i głos jego dziś żadnej wagi nie posiada, i nikt się nań nie ogląda. W zamęcie, 
który pochłonął resztki naszej cywilizacji, mógł kościół odgrywać dużą rolę, ale do tego 
urzędnicy jego musieli byli mieć jakąś siłę przekonania, jakieś chrześcijańskie uczucie, 
którego zabrakło pigmejom i pucybutom, jacy obsiedli tę instytucję. Zresztą to samo 
dotyczy też protestantyzmu, jakkolwiek mniej zakończonego faszyzmem i bliższego 
trochę tradycji chrześcijańskiej. Trudno będzie się obejść bez tych instytucji, ale z nimi 
też żyć nie można. 
Serdecznie ściska Pana 


].S. 


21. 


Muri, 24.x.42 


Kochany Panie Wacławie, 
Posyłam Panu gazetkę, która znów mniej regularnie przychodzi. Bardzo ciekawa 
w niej jest lista Polaków w Teheranie. Może znajdzie Pan tam znajomych. Ja znalazłem 
tylko Dra Klemensiewicza z Krakowa i p. Kalkowską z Berlina. Z listy tej wynika, że 


147
>>>
bolszewicy wywozili wszystkich w ogóle, chłopów, rzemieślników, cały drobny lud, 
chcąc między Wilnem i Tarnopolem zrobić pustkę strategiczną. Na to im Polska jest 
potrzebna, aby z niej zrobić swą pustynię zachodnią. Ponieważ w ciągu tak krótkiego 
czasu zdążyli wywieść koło 1!/2 miliona, w 10 lat wywieźliby wszystkich. Niemcy tego 
nie potrafią. W Teheranie oczywiście jest tylko mała garstka wywiezionych, koło 10 tys. 
Innych znów, o ile wiem, sadzają do kryminałów, bo stosunki polsko-rosyjskie wróciły 
do stanu z przed lipca 1941. Jest to zresztą fragmentem ogólnych stosunków między 
aliantami, które przyprowadziły do oczekiwania aż bolszewicy osłabną dostatecznie do 
tego, aby nie pretendować do hegemonii kontynentalnej. Obie strony zbierają żniwo swej 
własnej głupoty i bezradności. 
Czy miał Pan ostatnio wiadomości od Pani Ireny? Janie miałem żadnych. Tam jest 
wciąż źle bardzo, i piszą mało. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 


Jerzy 


P.S. Jak długo myśli Pan zostawać w Bellevue? 


22. 


5.YU.43 


Kochany Panie Wacławie, 
Z naszej winy nie mogliśmy zobaczyć się w piątek i potem na próżno Pana szukałem. 
Zostawiłem dla Pana książki u moich gospodarzy. Nadto uprzedziłem ich, że Pan będzie 
do mnie przychodził i zabierał książki według swego wyboru. Proszę więc z tego korzy- 
stać. - Kuponów* nie zdążyłem podjąć, będę to mógł zrobić dopiero po powrocie. Na- 
reszcie mam ich 10. Czy mogę nimi Panu służyć? Czy też znalazł Pan jakieś inne wyj- 
ście? Niedługo do Pana zadzwonię, kiedy się trochę ustabilizuję i przestanę podróżować. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 
Jerzy Stempowski 
[Karta pocztowa. Adres: Monsieur/ W.Z. Koscialkowski/ Hotel Krone/ Muri (Berne). 
Stempel: Geneve/ 5.VIII.1943] 


* Żywnościowych. 


23. 


Bem, 5 grudnia 1944. 


Kochany Panie Wacławie. 
Dziś zdarza się właśnie okazja wysłania Panu listu, ale mam na to tylko 5 minut, bo 
pieczętarze kurjersey już się niecierpliwią. Mogę więc tylko Pana naj serdeczniej pozdro- 
wić i podziękować za miły list, który mi właśnie od Pana wręczono. 
O pani Ninie! mogę tylko donieść, że sprawy jej, zgodnie z moimi przewidywaniami, 
nie ułożyły się pomyślnie, co zresztą było nieuniknione, ponieważ ani Pan ani ona ni- 


148
>>>
czym się nie przyczynili, aby było inaczej i nawet wręcz na odwrót. Pani Nina jest tak 
zdolna i żywa, że na pewno jakoś z tego wyjdzie, ale na razie jest jej trudno. Niech Pan 
nie pisze do niej za pośrednictwem pana Andrzeja, ale zawsze przeze mnie. Jak długo 
pani Nina będzie sobie tego życzyła, będę jej Pańskich listów wiernie dostarczał. 
Wiadomości op. Marianie 2 bardzo mnie wzruszyły. Jeżeli będzie Pan do niego pisał, 
proszę go naj serdeczniej ode mnie pozdrowić. Przypuszczam jednak, że dużo jeszcze 
potentatów spadnie z góry w niziny, a naj cięższy będzie upadek tych, którzy padać będą 
charges d'affaires 3 . Tak mawiał mój dawny przyjaciel Ali Zulfikar. Niech Pan stara się 
pojechać także do Londynu do p. Augusta. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła zawsze szczerze oddany 


Serdeczne ukłony dla pani Kościałkowskie/ 


Jerzy Stempowski 


! Tj. Janinie Nahlikowej, późniejszej Kościałkowskiej. 
2 Marian Zyndram-Kościałkowski (1892-1946), polityk obozu belwederskiego, wiceprezes 
BBWR, premier RP w latach 1935-1936, od 1939 przebywał we Francji, od 1940 w Wielkiej 
Brytanii. 
3 (fr.) tu w znaczeniu dosłownym: "obciążeni sprawami". 
4 Chodzi o matkę Wacława Kościałkowskiego. 


24. 


Genewa, 27.XII.45. 


Kochany Panie Wacławie, 
Przez długi czas nie wiedziałem, gdzie się Pan obraca i teraz dopiero słyszę, że jest 
Pan po prostu w Lourdes. Jak się Panu powodzi ijaki znalazł Pan "sposób na diabła" t.j. 
na utrzymanie się przy życiu w naszych nowych warunkach? U mnie jest nie bardzo 
dobrze. Ostatnio podróżowałem po Austrii i Niemczech cały miesiąc, skąd wróciłem na 
wpół żywy!. Nocować musiałem nieraz w śpiworze w parkach i ruinach. To co tam wi- 
działem mało przypomina to, co o tym piszą w gazetach. Napięcie na linii demarkacyjnej 
jest takie, jak gdyby wojna między Aliantami miała wybuchnąć lada chwila. Cz[erwona] 
armia wywiera nacisk wojskowy na tę linię, i co tylko naciśnie, to Anglo-Amerykanie 
rzucająjakiś nowy kraj w paszczę krokodyli. Czym to się skończy? Wzdłuż linii demar- 
kacyjnej Niemcy i okupanci żyją jak ptaszek na gałązce, w każdej chwili gotowi dawać 
chodu. Nie mnie się teraz martwić, niech i Zachód pozna IJ;ap5I ,[(aBIIiJ:a II BCro KpOTOCTb 
ero 3 . Niech się Pan raz odezwie. Posyłam naj serdeczniejsze życzenia noworoczne: daj 
Boże zdrowo doczekać. Pani Kościałkowskiej rączki całuję, Pana też pozdrawiam po 
przyjacielsku. 


Jerzy (--) 


! Plonem tej wyprawy stał się Dziennik podróży do AustrJj i Niemiec (Rzym: Instytut Literacki, 
1946). 
2 Tj. Stalina. Od fr. kalamburu: Soso, pisane: Coco, więc: C[rjocodile. 
3 (ros.) Króla Dawida i całą łaskawość jego. 


149
>>>
25. 


H6pital Claude Bernard 
(Pavillon Proust) 
10, av. de la Porte d'Aubervilliers 
Paris, 19 9 


Paryż, 18 czerwca 46. 


Kochany Panie Wacławie, 
Źycie jest pełne miłych niespodzianek. Jedna z nich zaprowadziła mnie przed paru 
tygodniami do szpitala epidemicznego, izolowanego ściśle od świata, gdzie nikogo, na- 
wet przez kraty otaczające tę posesję, widzieć nie można. Sprawy moje ułożyły się o tyle 
pomyślnie, że 26 czerwca wyjdę stąd mniej więcej zdrów i cały, tylko trochę słaby. Po- 
tem niestety niedługo tylko będę w Paryżu, ale spodziewam się wrócić tu na jesieni. 
W ogóle myślę o przeniesieniu się do Francji na stałe. Tu znacznie łatwiej coś zarobić, 
i żyć też dają. 
Dawno już nie miałem od Pana wiadomości, i nie wiem, jak się Pańskie sprawy uło- 
żyły. Zawód emigranta jest coraz trudniejszy, i znikąd nie można spodziewać się jakiejś 
zmiany na lepsze. 
Widziałem tu wielu przyjezdnych z Polski, różnych obediencji: dygnitarzy nowego 
reżymu in floribus, dygnitarzy rozczarowanych i myślących o emigracji dla siebie, 
a wreszcie i nowych emigrantów, przybyłych nielegalnie. Wszyscy roztaczają dość ponu- 
re obrazy tamtejszej rzeczywistości. Widzę, że kto z nas dotąd nie wrócił, ten już nie ma 
po co wracać, chyba że spieszy do kryminału, jak kura do rosołu. 
Jeden z dygnitarzy mówił mi, że kraj przypomina znów czasy Sławoja: na wierzchu 
taki sam jołop i fanfaron (Osób.) 1, ci sami urzędnicy ze słowami" wszystko dla państwa", 
ten sam nastrój patriotyczny, ta sama nędza życia codziennego i niepewność jutra. Istot- 
nie też, znów ciężkie chmury wiszą nad krajem, jak w 1938-39, i ten nowy reżym może 
się tak samo skończyć jak sławojowski 2 . 
Emigracja też zdaje się kończyć w swych formach z 1939. Być może nowi emigranci 
- są wśród nich ludzie interesujący - wniesie coś nowego. W niej pokładam najwięk- 
sze nadzieje. Zresztą jestem daleki od biadania nad rzekomym gaśnięciem emigracji. 
Myślę, że każdy kto wykonuje jakąś użyteczną pracę na kontynencie - chociażby tylko 
sadził kapustę - przyczynia się do renesansu kontynentu i zbliża koniec reżymu trzech 
gangsterów, zainicjowanego w San Francisco. Z tej strony (odbudowy solidarnego kon- 
tynentu) emigrację czekają największe zadania. 
Jak Pan żyje, kochany Panie Wacławie, i co Pan robi? Jak się miewa Pańska Matka? 
Czy oboje Państwo są zdrowi? Czy ma Pan wiadomości o pani Irenie? Jak ona tam sobie 
daje radę? 
Czy wie Pan, że Nahlik 3 został odwołany, i dzięki intrygom swoich komunistycznych 
kolegów kariera urzędnicza jego została złamana? Czy ma Pan wiadomości od p. Niny? 
Gdzie się teraz obraca? 
Bardzo bym się cieszył, gdyby się Pan do mnie odezwał. Pani Schwab 4 Pana zawsze 
mile wspomina, pyta o Pana i każe Pana pozdrowić. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia łączy szczerze oddany 


Jerzy Stempowski 


150
>>>
1 Edward Osóbka-Morawski, premier do 1947 roku. 
2 Tzn. rychłą katastrofą wojenną. 
3 Stanisław E. Nahlik, attache Poselstwa RP w Bernie, w maju 1945 powołany do pracy 
w centrali Rządu RP w Londynie, po cofnięciu uznania dla rządu londyńskiego przez Wielką Bry- 
tanię i USA wstąpił do służby dyplomatycznej rządu krajowego (TRJN). Odwołany do kraju, po- 
stanowił powrócić do Polski, co stało się przyczyną rozwodu z żoną, Janiną z Węgrzyńskich, która 
pozostała na emigracji. (Stąd pytanie Stempowskiego o losy "p. Niny"). 
4 Właścicielka pensjonatu w Muri. 


26. 


Muri/Berne,2 maja 1948. 
Thunstr. 27. 


Kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję naj serdeczniej za list z 28 kwietnia. Dzięki niemu wiem nareszcie, gdzie się 
Pan obraca. Myślałem dotąd, że Pan jest w Paryżu, ale nikt nie umiał mi powiedzieć 
gdzie. 
Z Pańskiego listu widzę, że Pan się trzyma najlepszych tradycji klasycznych i - jak 
nowy Candide - po tylu przygodach zatrzymał się Pan na najlepszej formule: il faut 
cultiver notre jardin. Bardzo mnie to cieszy, bo w obecnym świecie nic zdaje się rozum- 
niejszego nie można wymyśleć. W dni świąteczne powinien Pan spisywać z panią Niną tę 
historię. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby zechciał mi Pan napisać coś bliżej o Pańskich 
zajęciach w Laloubere 1 . Nazwa ta też mi się bardzo podoba, jest stara, rzymska, zawie- 
rająca dobrą wróżbę. Oznacza prawdopodobnie miejsce zdrowe, o zdrowym klimacie, 
lub przymiotnik ten odnosi się do jakiegoś źródła miejscowego. W czasach późnego 
cesarstwa często mówiono o zdrowym klimacie Pirenejów: "Narbo potens salubritate" 
pisze Sidonius Apollinaris 2 . Kiedy Pan tam trochę pożyje, będzie można o Panu powie- 
dzieć z Martialem: "vires ingenuae, salubre corpuS"3. Tam pewnie troski nie przerywają 
zdrowego snu, jak mówi Wirgiliusz: "nec somnos abrumpit cura salubres"4. 
O mnie można to powiedzieć tylko do pewnego stopnia. W Muri od Pańskich czasów 
zmieniłem już dwa razy mieszkanie, ale w tej samej części ulicy. Ostatnio moi gospoda- 
rze, prawdziwi chłopi typu breughelowskiego, którzy opuścili wieś z powodu swarów ro- 
dzinnych, wrócili jako tryumfatorzy na fermę rodzinną i pewnie niedługo zostaną milio- 
nerami, jak to jest tu zwyczajem. Nie wiem, czy Pan ich znał. Zdaje się, że tak. Po ich 
wyjeździe przeniosłem się do sąsiedniego domu, gdzie starsza wdowa ma warsztat do ro- 
bienia szczotek. Praca ta jest mało opłacalna i nikt się do niej nie bierze, starsza pani pra- 
cuje więc sama jedna i już proponowała mnie pracę w jej warsztacie. Praca jest przyjem- 
na, czysto mechaniczna. Bardzo możliwe, że się do niej wezmę, bo z pisania w czaso- 
pismach wyżyć nie można, i nawet najgorzej płatna praca fizyczna daje lepsze dochody. 
Tymczasem zacząłem dużo czernić papieru. Nie wiem czy widuje Pan paryską 
"Kulturę" wydawaną przez Giedroycia i Czapskiego. Tam piszę w każdym numerze. 
Tylko tytuł czasopisma mi się nie podoba. Radziłem go zmienić na jakiś bardziej podob- 
ny do rzeczywistości, np. Listy na Berdyczów, Figle łyczakowskie, Dzwonek ostrobram- 
ski, Orzeł i reszka, Popiół i dym, Gog i Magog, Miska kapusty, Gorzałka i machorka etc., 
aby było mniej pretensjonalnie i bardziej zamaszyście. Jeżeli Pan tego nie widuje, popro- 
szę Giedroycia, aby Panu posłał ostatnie numery. 


151
>>>
Większą część zimy spędziłem w Rzymie, gdzie zarobiłem w 1946 80.000 lirów. Nie 
mogąc sprowadzić ich tu, musiałem pojechać zjeść je we Włoszech. Pieniądze te kur- 
czyły się strasznie wskutek inflacji, to odzyskiwały swą wartość i nawet ją przechodziły 
wskutek deflacji. Nigdy nie wiadomo czego się trzymać. W każdym razie starczyły mi na 
dwa zimowe miesiące. W Rzymie życie jest droższe niż w Muri, równie smutne i surowe. 
Opisałem je w dwóch ciągach "Kultury". Włosi są narodem niezwykle inteligentnym 
i żywotnym. Proszę tylko pomyśleć, jak mądrze załatwili sprawę wyborów: front ludowy 
wprawdzie odepchnęli od władzy, ale 30% głosów mu zostawili, bo bez silnej partii ko- 
munistycznej Amerykanie nie daliby Włochom ani jednego dolara. To rozumieją oczywi- 
ście wszyscy magicy, ale aby 25 milionów wyborców to tak zgrabnie wypośrodkowało, 
na to trzeba prawdziwej inteligencji politycznej. 
Z kraju wiadomości nie są dobre. Przed kilku dniami widziałem znajomego, który 
stamtąd przyjechał w połowie kwietnia. Mówił mi, że wszyscy żyją tam w nieustannym 
strachu. Za każdym aresztowanym wędrują do więzienia wszyscy jego znajomi, ale nie 
wszyscy stamtąd wracają. Kto powie nieopatrznie słowo lub obudzi podejrzenie, że jest 
źle notowany w Bezpiece, od tego uciekają zaraz znajomi i przyjaciele. Tylko chłopi 
i robotnicy na przedmieściach wyrażają czasami niezadowolenie z istniejących porząd- 
ków. Ludność śródmieścia już tego nie potrafi; zbyt jest cała zależna od władz i zmie- 
szana z agentami i donosicielami. W ten sposób naszym komunistom udało się w znacz- 
nej mierze osiągnąć ideał narodu w proszku. Na Zachód już nikt się prawie nie ogląda. 
O polityce amerykańskiej nikt nic nie wie prócz tego co było w J alcie, o Anglikach zaś 
myślą, że z Polski w razie czego zostawiliby chyba tylko jakieś nowe General- 
gouvernement. Wszyscy wiedzą, że w razie wojny będą zmobilizowani po stronie so- 
wieckiej, i że mobilizacja ta znajdzie pokrycie w świadomości, że trzeba jakoś bronić 
ziemi, stanu posiadania i środków egzystencji. Ludziom z tym nie jest wesoło. 
Niech się Pan odzywa, kochany Panie Wacławie. Rączki obu Pań całuję, Pana zaś 
pozdrawiam po przyjacielsku, naj serdeczniej. 


Jerzy Stempowski 


Pierwodruk: "Wiadomości" 1970 nr 12-13 (1251-1252) 


1 Wacław Kościałkowski w 1948 poślubił Janinę z Węgrzyńskich, primo voto Nahlikową. 
Małżonkowie zamieszkali w Laloubere w Wysokich Pirenejach, gdzie nabyli dom. Co razem jest 
kontekstem dla przytoczonych przez Stempowskiego słów Wolterowskiego Kandyda o uprawie 
własnego ogródka. 
2 Sydoniusz Apollinaris (Caius Sollius Sidonius Apollinaris, ok. 430-ok. 486), biskup Cler- 
mont, autor utworów okolicznościowych, panegiryków i listów, w których wzorował się na Pliniu- 
szu Młodszym. Żyjąc pośród ludów barbarzyńskich, starał się ocalić formy dawnej kultury, dlatego 
pisząc utwory błahe, starannie cyzelował ich formę. Zdanie cytowane: Narbo [Narbo Martius, 
stolica Galii Narbońskiej] ma korzystny wpływ na zdrowie. 
3 (łac.) siły delikatne, ciało zdrowe. 
4 (łac.) aby[ś] nie przerywał snów, dbaj by były zdrowe [wolne od trosk]. 


152
>>>
27. 


Muri, 1O.IY.50 


Serdecznie dziękuje za pamięć i życzenia. Przesyłam również naj serdeczniejsze życzenia 
i pozdrowienia, także od gospodyni "Krony". Proszę nie mieć mi za złe, że się tak rzadko 
odzywam. Ostatnio jest mi źle i nie chcę szerzyć swego katzenjammeru wśród przyjaciół. 
Rączki Pani Kościałkowskiej i Pani Niny całuję. Pana też, kochany Panie Wacławie, 
pozdrawiam po przyjacielsku, szczerze oddany 
].S. 
[Kartka pocztowa: Muri bei Bern/ Schloss und Kirche. Adres: Monsieur/ W. Koscialkow- 
ski! Maison pres cimetiere/ Laloubere (H.P.)/ France. Stempel Berne/ 9.IY.50j 


28. 


Muri Bn., 30 kwietnia 1950. 
Thunstr. 27. 


Drogi, kochany Panie Wacławie, 


Bardzo zaniedbałem naszą korespondencję, nad czym pierwszy szczerze ubolewam. 
Czuję się nawet winny wobec Pana, który był dla mnie zawsze tak przyjazny i życzliwy, 
co sobie bardzo ceniłem. Nie mówię już o tym, że i ja z Panem szczerze sympatyzowa- 
łem, bo wobec mego długotrwałego milczenia Pan mi zapewne nie uwierzy. 
Rzecz w tym, że przez przeszło dwa lata chorowałem uporczywie na zaburzenia 
nerwowo-mózgowe, które w końcu zrujnowały mnie. Dopiero od kilku miesięcy zaczy- 
nam z tej nędzy wychodzić na czystą wodę, na razie "cichowodem", jak mówił jeden 
rybak: "Płyń cichowodem!" Poza tym mam wiele kłopotów, bo tu coraz mi trudniej żyć 
mimo całej abnegacji i wytrzymałości. Próby przeniesienia się gdzie indziej nie wydały 
dobrych skutków, i nie wiem co z tego dalej będzie. J ak mawiał pewien szlachciura po- 
dolski: "Chodzę i medytuję, w którą by się otchłań rzucić". Wszystko to jest podobne do 
chodzenia po linie, kiedy samo utrzymanie się przy życiu wymaga nieustannie skupionej 
uwagi i utrzymywania istniejącej jeszcze odporności życiowej w stanie elastycznym 
i względnie przynajmniej świeżym. Wszystko to mało usposabia do pisania. Mam wraże- 
nie, że gdybym stanął na jakiemś dnie, chociażby w kryminale, pisanie poszłoby mi 
znacznie łatwiej niż pośród tych nieustannych piruetów i zabawy w chowanego z losem. 
Nie widzę dla emigrantów żadnej korzystnej odmiany losu w najbliższej ani nawet 
w dalszej przyszłości. Wydaje mi się, że jesteśmy już definitywnie na bocznym torze. 
Częściowo jest to z własnej winy emigracji, która prześwistała pieniądze na armię i flotę, 
nie zachowując nic na dłuższą metę. W tej chwili np. emigracja mogłaby odegrać pewną 
rolę i zbliżyć się do kraju, gdzie w dziedzinie politycznej nikt od emigrantów pomocy nie 
oczekuje. Od roku mniej więcej władze krajowe położyły tak ociężałą rękę na literaturze, 
że większość pisarzy zamilkła, istniejące zaś jeszcze czasopisma drukują same tłumacze- 
nia z sowieckiego. Stalin, który zniszczył literaturę rosyjską, mającą silniejsze podstawy 
materialne od polskiej, nie może ofiarować Polakom czegoś, czego odmawia swym wiel- 
korosyjskim oprycznikom. Rzecz zdąża więc do zniszczenia w kraju wszelkiego pi- 


153
>>>
śmiennictwa i być może nawet samego języka. W tych rzeczach reżim sowiecki był dotąd 
liberalny, ale l' appetit vient en mangeant 1 , zaś reguły dialektyczne mogą być w każdej 
chwili zastąpione przez swą odwrotność. 
Dotąd w kraju nie interesowano się piśmiennictwem emigracyjnym. Emigranci pisali 
na swój własny użytek, kraj miał swoją literaturę, bardziej aktua- 
[brak 3 i 4 str. listu] 
pan August, stroniący przez całe życie od sytuacji niewygodnych, wybierze drogę tak 
cierniową i niewdzięczną, heroiczną i sztywną, dającą tak mało pola do fortelów i zręcz- 
ności. Na domiar złego rolę tę wziął pan August otoczony zgrają szakali i małp, swoich 
i obcych, przedrzeźniających go i wyszydzających. Kiedy myślę o tej sytuacji, odczuwam 
największy szacunek dla odwagi moralnej niezbędnej dla wytrwania w tej postawie. 
Na dłuższą metę takie rzeczy przynoszą pewne owoce. Ostatnio miałem z Londynu 
bardzo dobre wiadomości. Pandemonium pierwszych lat powojennych ustąpiło miejsca 
bardziej spokojnym i rzeczowym stosunkom wśród emigrantów. Wiele spraw drażnią- 
cych minęło i zeszło z porządku dziennego. Rząd emigracyjny może łatwiej i spokojniej 
nieść swój ciężar dni i oczekiwania. 
Czy Pan miał też podobne wiadomości? 
Tymczasem sprawy tego świata nie zdążają ku lepszemu. Amerykanie zbroją się na 
wielką skalę, i bieg dni znosi ich w kierunku wojny, do której nie mają żadnego progra- 
mu, żadnej polityki, żadnego sposobu na pozyskanie jakiś aliantów. Tu nawet robią się 
przygotowania do wojny. Wynik jej pozostaje niewiadomy dla dwóch głównych protago- 
nistów, tylko dla Europy jest z góry wiadomy jako dalszy etap degradacji. Tylko na bar- 
dzo długą metę Europa może liczyć na jakąś pomyślniejszą odmianę losu, ale wszystkie 
te dalekie obliczenia są oczywiście niepewne. Zupełnie młodzi ludzie o nieograniczonej 
zdolności przystosowania się będą mogli coś z tego zobaczyć. 
Jak Pan się do obecnej sytuacji dostosował, kochany Panie Wacławie? Niech Pan 
napisze o sobie i swej egzystencji w "maison pres de cimetiere"z. Będę się bardzo cieszył 
z tych wiadomości. Tymczasem zaś naj serdeczniej pozdrawiam, szczerze oddany 


].5. 


1 (fr.) apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tu, oczywiście, chodzi o apetyt komunistycznych władz 
- ten rośnie w miarę jedzenia, tj. umacniania się nowej władzy. 
2 (fr.) dom koło cmentarza. Przez wiele lat dom Kościałkowskich w Laloubere nie miał przy- 
dzielonego numeru ani nazwy ulicy. Listy adresowano więc: "dom koło cmentarza". 


29. 


Bem, 28 czerwca 1953 
Nydeggasse 17, 
tel. 9-44-56-(9-13) 


Drodzy, kochani Państwo, 
Pani Nino i Panie Wacławie, 
Najserdeczniej dziękuję za list z 22-go i bardzo cieszę się, że chociaż Panią Ninę 
będę mógł zobaczyć. Gratuluję pp. Rollicz* ich pomysłu i proszę o pozdrowienie ich 
obojga ode mnie naj serdeczniej. 


154
>>>
Jeżeli Pani Nina zechce odwiedzić Bem, pobyt tu nie będzie pociągał za sobą dla niej 
żadnych kosztów, bo zapraszam ją naj serdeczniej. Będzie mieszkała na starym mieście 
z wiktem, opierunkiem, papierosami, jeżeli pali (pension avec tabac, jak mówił le roi 
(--), uważając kantynę bez tytoniu za niegodną króla) abonamentem tramwajowym 
i markami pocztowymi. Proszę tylko, aby była łaskawa do mnie przedtem zadzwonić. 
2-go lipca będę bardzo zajęty, ale od 10 jestem wolny każdego dnia od 16 po poł [udniu]. 
Przepraszam, że tak zaniedbuję się w korespondencji, ale od 2 lat cierpię na rodzaj 
łagodnej melancholii. 
Spiesząc z wysłaniem tego listu, przesyłam naj serdeczniejsze pozdrowienia, szczerze 
oddany 


Jerzy Stempowski 


* W rękopisie nazwisko słabo czytelne, brzmienie niepewne. 


30. 


Bem, 17 sierpnia 1953. 


Kochany Panie Wacławie, 
Serdecznie dziękuje za list. Od pani Janiny wie Pan zapewne już wszystko to, co 
mógłbym Panu opowiedzieć. Bardzo się cieszę, że wróciła do Laloubere przed strajkiem, 
który nie wiadomo kiedy ijak się skończy. 
Nie mogę zrozumieć dlaczego (--) zaczął sanację finansową od rzeczy tak mało 
istotnej i odległej w skutkach jak obcinanie płac gwarantowanych przez umowy zbiorowe 
że wiele z nich oderżnąć nie można. Są to pomysły drobnych przedsiębiorców i podmaj- 
strzych, nie liczące się z doświadczeniami ekonomicznymi ostatnich 35 lat. 
Historia uczy, że wszystkie reżimy polityczne kończyły się długą serią ludzi nie do- 
rosłych do swych zadań i plączących się bezradnie po scenie. Ich nieudolność i krótko- 
wzroczność połączona zwykle z zapalczywością otwiera wreszcie śluzy, i wówczas wiel- 
kie wody kataklizmu niosąjuż wszystkich razem, mądrych i głupich, do jakichś zupełnie 
nowych czasów, zrobionych z nowych instytucji i nowych ludzi, najczęściej jeszcze 
mniej wartych od tych, których zmyły wypadki. Europa Zachodnia, znajdująca się w tej 
samej sytuacji co Polska i Rumunia przed 15 laty, wydaje się w przededniu takiego 
otwarcia śluz. Wszędzie ta sama nieudolność parlamentów. Szwajcarski w chwili samo- 
krytycyzmu uchwalił w 1938 nieograniczone pełnomocnictwa rządowi i kontentuje się 
czystą figuracją demokratyczną. Francja i Włochy, nie mając w 1945 rządów, nie mogły 
pójść tą drogą. Musiały zacząć od odtworzenia parlamentów i konstytucji, od których 
teraz będą musiały robić odwrót w najbardziej niekorzystnych warunkach, w chwili kon- 
solidacji władzy na Kremlu w rękach armii. Nic dobrego stąd wyniknąć nie może. 
Ponieważ pani]anina mówiła mi o pewnych projektach Państwa, przesyłam wycinek 
z obwieszczeniem urzędowym donoszącym o stanowisku władz, streszczającym się do 
rzymskiego ADVERSUS HOSTEM AETERNA AUCTORITAS*. 
Łączę naj serdeczniejsze pozdrowienia, szczerze oddany ].S. 


(łac.) jeśli występujesz przeciwko wrogowi, wieczna chwała. 


155
>>>
31. 


Bem, 14 września 1954 
Nydeggasse 17. 


Drodzy, kochani, Pani Nino i Panie Wacławie, 
Bardzo się wstydzę, że nasza korespondencja tak z mojej winy kuleje. Jedyne wy- 
tłumaczenie tego leży w tym, że od prawie 3 lat cierpię na rodzaj melancholii. Prawie 
dwa lata nie napisałem ani jednego wiersza i nie otwierałem nawet większej części li- 
stów. Od Nowego Roku porzuciłem moje zajęcie zarobkowe i to mi bardzo dobrze zro- 
biło, ale mam wiele innych kłopotów i nie wypłynąłem jeszcze na czystą wodę. Być 
może przeminie jednak i melancholia, chociaż jest z natury swej rodzajem dna, z którego 
nie spada się już niżej, i stanem końcowego nie mającego na pozór żadnego dalszego 
ciągu. 
Piszę teraz w sprawie praktycznej dotyczącej Pani Niny. Nie uszedł zapewne uwagi 
Państwa konkurs na słuchowisko ogłoszony przez sekcję polską Radia Free Europe 
w Monachium (Polish Section, Radio Free Europe,!, Englischer Garten, Miinchen 22). 
Rzecz jest jednak daleka i być może Pani Nina o niej na serio nie myślała. Otóż otrzy- 
małem wczoraj zaproszenie do udziału w jury tego konkursu i zarazem szczegółowe 
warunki tego ostatniego, które jednocześnie wysyłam. Po rozejrzeniu się w tych warun- 
kach i wskazówkach widzę, że wszystkie słuchowiska Free Europe są b. mało warte 
i zdradzają bardzo dziwny brak imaginacji. Możliwości techniczne słuchowiska radiowe- 
go wyprzedziły widocznie pomysłowość autorów. Być może cała ambiance radiowa 
odstrasza i zniechęca piszących. Jakiekolwiek są tego przyczyny, rzecz ta pozostaje jało- 
wa i jeszcze nie odkryta. Ilekroć słyszałem przypadkiem jakieś fragmenty słuchowisk 
francuskich lub angielskich, zamykałem po chwili radio. Najlepsze wydawały mi się 
jeszcze te, które miały rozbudowaną stronę muzyczną przez jakiegoś dobrego kompozy- 
tora, jak Honegger. Trzeba się jednak strzec wszelkiej deklamacji chóralnej, bo ta nigdy 
nie wychodzi ani w teatrze ani w radiu. Jeden tylko mało znany kompozytor znalazł na to 
receptę (Vladimir Vogel), ale recepta ta pozostała ogółowi specjalistów nieznana. Wydaje 
mi się też, że autorzy biorący się do pisania słuchowisk za mało znają specyficzne wa- 
runki teatru i słowa mówionego. 
Być może w Laloubere Państwo więcej słuchają radia i mająjakieś lepsze wzory niż 
słuchowiska polskie. W każdym razie wydaje mi się, że Pani Nina posiada wszystkie 
warunki do tego, aby z powodzeniem spróbować swoich sił w tym rodzaju literacko- 
-teatralnym. Być może zna już jakiś szczęśliwy pomysł, który mogłaby przy tej okazji 
opracować. Jej słowo jest płynne i dźwięczne, takie ułożenie, jakie się najlepiej do tego 
celu nadaje, zaś wyobraźnia ma pewien impetus formotwórczy nieodrodny przy opero- 
waniu tak płynnym tworzywem jak słuchowisko. Rozpatrywanie prac nadesłanych na 
konkurs ma zająć 2-3 tygodnie, przypuszczam więc, że najlepsze prace będą wzięte na 
warsztat i że ich właściwości radiofoniczne zostaną ujawnione. 
Nagrody RFE są bardzo zachęcające, zwłaszcza przez swą liczbę (6). Źadne więc 
z lepszych słuchowisk nie pozostanie bez nagrody. Ta okoliczność wydaje mi się naj- 
szczęśliwszym pomysłem całego konkursu. Liczba nagród pozwoli uwzględnić zarówno 
słuchowiska bardziej popularne, w stylu Obrony Częstochowy i Kościuszki pod Racławi- 
cami, jak i bardziej wyszukane, zwracające się do wybredniejszej publiczności. 
Nie mam pojęcia o tym, kto w tym konkursie weźmie udział i czy wszyscy najwybit- 
niejsi pisarze emigracji czy też - jak zwykle w konkursach na słuchowisko - tylko 
pisarze naiwni, peintres du dimanche*. Dotąd do słuchowisk ambitniejsi pisarze się nie 


156
>>>
rwali, ale to nie jest być może reguła niezmienna. Tak czy inaczej, jest tam też miejsce 
i dla Pani Niny. 
Termin nadsyłania prac upływa l listopada: jest więc jeszcze 6 tygodni czasu, najlep- 
szy okres dla dramatu, który powinien być pisany prędko, bez przerw. Być może mój list 
jest zbędny, bo Pani Nina już przepisuje swe konkursowe słuchowisko na maszynie. 
Proszę o słowo wiadomości jak się Państwo oboje miewają. Najserdeczniejsze pozdro- 
wienia przesyła szczerze oddany 
].S. 


(fr.) dosł.: malarze niedzielni. 


32. 


Bern, 24 lutego 1955. 


Droga, kochana Pani Nino, 
Niezmiernie cieszę się z tego, co Pani pisze o swoich projektach pisania po francu- 
sku*. Nie mam żadnych wątpliwości, że to jest najlepsza rzecz do zrobienia i nie podzie- 
lam Pani skrupułów. Język francuski zastępuje nam dziś tradycyjną łacinę, do której 
zwracali się w takich przypadkach nasi przodkowie. Pisanie w języku klasycznym, peł- 
nym sławnych wzorów i prawideł, jest przede wszystkim dla samych piszących szkołą 
stylu, która może wyjść tylko na dobre ich pismom w języku ojczystym. Poza tym fran- 
cuskie pisma przenikają bardzo daleko także poza Francję i dostarczają piszącemu czy- 
telników w krajach, do których dostęp nie jest łatwy. Mam tego świeży przykład przed 
sobą, w postaci artykułu gdzie mojej książeczce o ziemi berneńskiej poświęcił jakiś nie- 
znany mi autor w "Nieuwe Rotterdamsche Courant". Był to na pewno jakiś najuważniej- 
szy czytelnik, który dostrzegł w mojej książeczce nie tylko to, co w niej jest jawnie napi- 
sane, ale także rzeczy dyskretnie ukryte. Jeżeli chodzi o czytelników polskich, język 
francuski wcale od nich pisarza nie odgradza. Gdyby Pani miała swemu narodowi coś 
niezwykle ważnego do obwieszczenia uwierzy Pani łatwiej, kiedy zwróci się doń Pani po 
francusku, czy po angielsku. Wystarczy przykład Conrada. Jeżeli Theodore de Wyzewa 
i Alfred Savoir nie znaleźli polskich czytelników, przyczyna tego tkwi w fakcie, że się po 
prostu do nich nigdy, ani po polsku, ani po francusku, nie zwracali i nie mieli im nic do 
powiedzenia. Meyerson Emil doskonale mówił po polsku, pochodził z Lublina i bardzo 
chętnie nawet mówił w języku rodzinnego miasta, ale to co pisał nie zwracało się też do 
Polaków, i z tego powodu znalazł więcej czytelników w Columbii niż w Polsce. W Santa 
Fe de Bogota miał całą grupę entuzjastycznych uczniów, szerzących jego sławę. Gdyby 
pisał po polsku, do nikogo by w ogóle nie trafił. To samo można by powiedzieć o Apolli- 
nairze, który na jego szczęście już pewnie po polsku nie mówił i w ten sposób uszedł 
obscurite uważaną przez Saint -Simona za naj gorszy los. 
Ten sam tekst może dziś być znacznie łatwiej wydrukowany po francusku niż po 
polsku z powodu samych właściwości rynku francuskiego i maszyny wydawniczej. Dru- 
karni francuskich jest tak wiele, że pisarze nie nadążają dostarczać im materiału do (--) 
gdy drukarnie polskie są w zupełnie innej sytuacji i mogą się doskonale obyć bez pracy. 
Stąd zupełnie inne kryteria w stosunku do przydatności wydawniczej rękopisów polskich 
i francuskich. Mówię tu oczywiście o kryteriach pozaartystycznych. Warunki ekono- 
miczno-finansowe literatury są zbyt mało brane pod uwagę, bo marksiści mówią o nich 


157
>>>
tylko z punktu widzenia ich taktyki partyjnej, a ich przeciwnicy w ogóle nie dostrzegają 
tych zagadnień i myślą przeważnie naiwnie, że książki ich są drukowane po prostu 
z powodu ich walorów literackich i wolności druku gwarantowanej przez konstytucję. Ci 
co piszą po polsku muszą z konieczności szarpać się w warunkach rynku polskiego, kto 
może pisać po francusku, może szczęśliwie ujść tej konieczności i zyskać na swobodzie 
ruchów. 
Nie mogę więc dość nachwalić się Pani projektu. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła Państwu obojgu szczerze oddany 
].S. 
P.S. Jestem wciąż w zupełnej ciemności co do wyników konkursu "Kultury", bo nie 
wiem co orzekli inni jurorzy. Muszą się oni śpieszyć z wypowiedzeniem swego zdania, 
które ma się ukazać w najbliższym - marcowym - numerze. 


Janina Kościałkowska pisała po francusku (pod pseudonimem "Jibe") opowiadania dla 
dziennika "La Nouvelle Republique des Pyrenees", wydawanego w Tarbes. 


33. 


[Bern, 21.12.1957 r.] 


Cari amici, 
Di cudre vi auguro un buon natale e un felicissimo anno nuovo. 
Affettuosamente, vostro velchio amico 


Giorgio Stempowski 


Berna, 21 dicembre 1957. 
[Kartka pocztowa: Schwarzenburg. Adres: Monsieur et Madame/ W. Zyndram-Koscial- 
kowski/ Maison pres du cimetiere/ Laloubere (HtesPyr.)/ France. Stempel: Bern/ 
22.xn.1957] 


34. 


3.1.63 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Berne 


Kochany Panie Wacławie, 
Najserdeczniej dziękuję za list. Byłem szczerze wzruszony tym, że Pan nie dał się 
zniechęcić moim długim milczeniem i wciąż o mnie pamięta. 
Niedawno słyszałem następującą historię. W Locarno mieszka 90-letni Samuel czy 
Izaak Cohen, który był kiedyś farysem, eseistą i filozofem, widocznie już bardzo dawno, 
bo go zupełnie nie pamiętam. Otóż ten Cohen powiedział memu znajomemu: "Dziękuję 
za list. Przepraszam, że nie odpowiedziałem, ale w moim wieku już się na listy nie odpi- 


158
>>>
suje. Niektóre jeszcze się czyta. Niech się pan tym nie zniechęca i pisze dalej. Pańskie 
listy będę czytał". 
Historia starego Cohena bardzo mnie uspokoiła. Od dwóch lat mianowicie zalegam 
bardzo z korespondencją. Listy, na które chciałbym odpowiedzieć, gromadzą się na moim 
stole jak wyrzuty sumienia. Co miesiąc strząsam z nich kurz i układam je na nowo we- 
dług domniemanej pilności. Na niektóre odpowiadam w myśli, dobieram wyrazy i argu- 
menty, ale na tym się zatrzymuję. 
Wyrzuty sumienia rzadko prowadzą do naprawy obyczajów, gryzą tylko na darmo. 
Kiedy posłyszałem historię starego Cohena, poczułem wielką ulgę moralną. Znalazłem 
wreszcie jakiś argument tłumaczący moją agrafię, nie wiem czy słuszny, ale na razie 
przynajmniej - do bliższego rozpatrzenia sprawy - mający pewną wiarygodność. Zło- 
żyłem więc zalegającą korespondencję do archiwum i próbuję zacząć wszystko na nowo. 
Bardzo uderzyła mnie wiadomość o Pańskim pobycie w kraju. Ja też wybrałem się 
tam w 1957 1 , kiedy podpisałem z "Czytelnikiem" umowę na druk w kraju wyboru moich 
szkiców przedwojennych i nawet emigracyjnych, drukowanych w "Kulturze". Zdawało 
się, że wydanie ich dojdzie zaraz do skutku. "Czytelnik" zebrał sam wszystkie moje druki 
przedwojenne i przysłał mi dla zrobienia z nich wyboru. Prosił nawet o pośpiech. Potem 
jednak zaczął zwlekać i kaprysić. Nic wreszcie z tego nie wyszło. W zeszłym roku zrezy- 
gnowałem z tego całkowicie i wybór szkiców ukazał się w Paryżu. Ukazanie się książki 
w kraju stworzyłoby okoliczności pomyślne dla podróży. Bardzo dziś żałuję, że nie do- 
szło to do skutku. Teraz już dla mnie za późno. "Dla jegomościunia zawsze za późno", 
jak mówi pani J owialska. Od tamtych lat wiele się zmieniło. Ściągnąłem nawet na siebie 
gniew Gomułki przez przedmowę do Ostatnich pism Andrzeja Stawara. Gomułka mało 
czyta, ale ktoś mu to pokazał. Skutek był taki, że w kraju nie wolno mnie w druku przy- 
taczać ani wymieniać mego nazwiska. Jeden autor otrzymał po długich ceregielach po- 
zwolenie powołania się na mnie pod inicjałami (sic). 
Pan ma pewnie francuskie obywatelstwo, co bardzo ułatwia podróże. Ja mam wciąż 
papiery szwajcarskie dla osób nie posiadających na razie ważnych dokumentów. Na takie 
papiery wiz polskich nie wydają, chyba ad personam, wystawiając je na dokumencie 
wydanym ad hoc przez konsulat. Pewnie więc już kraju nie zobaczę. 
Coraz więcej moich znajomych bywało w kraju, ale wrażenia, jakie stamtąd wy- 
wieźli, są bardzo różne. Jedni wrócili zachwyceni i gotowi do nowych odwiedzin, inni 
zniechęceni i rozczarowani zarówno krajem jak ludźmi. Jedna angielska znajoma pisała 
mi ostatnio, że młodzież polska sami chuligani bez sumienia. Różnorodność wrażeń 
zależy zapewne od środowisk, w jakich się podróżnicy obracali. Przyjeżdżający tu 
z kraju, zwłaszcza studenci, robią najlepsze wrażenie, a dawni znajomi są tacy sami, 
trochę tylko sfatygowani życiem, czemu się trudno dziwić. 
Jestem bardzo ciekawy Pańskich wrażeń. Czy Pani Nina jeździła z Panem?2 
W trakcie pisania tego listu otrzymałem wiadomość, która zmusiła mnie do natych- 
miastowego wyjazdu do Bonn. W ciągu tych kilku dni nowe wrażenia były tak odległe 
od tego, o czym pisałem, że zgubiłem wątek myśli i nie mogę go już odnaleźć. Aby nie 
wrócić do cohenowskiej metody, wysyłam ten list tale e quale, jak mówią Włosi, sklejo- 
ny z kawałków. 
Mój kontakt z krajem staje się coraz luźniejszy. Niedawno zmarł tam mój brat 3 , 
młodszy ode mnie o dwa lata, który chorował na tuberculosis senilis. Był to ostatni bliski 
krewny, z którym w czasach kultu jednostki nie mogłem nawet korespondować, ale 
z którym potem wymieniliśmy większą ilość listów. Zostawił żonę i lO-letniego syna, 
z którymi nie wiadomo teraz, co będzie. Nie mogę im wiele pomóc, a zresztą pieniądze 
nie załatwiają sprawy i mogą tylko dostarczyć nowych kłopotów. Tak zerwały się ostatnie 
nici osobiste, łączące mnie z krajem pochodzenia. 


159
>>>
Pisuję teraz co miesiąc dla RFE w Monachium recenzje z nowości literackich krajo- 
wych i z tego tytułu czytuję mnóstwo książek, przeważnie nowych autorów. Lektury te 
zostawiają mi mieszane wrażenia. Setki młodych ludzi nauczyły się czyściutko pisać, 
poprawnie, ze znajomością rzemiosła. Powstała w ten sposób średnia literatura, jakiej 
stosunkowo mało było w okresie przedwojennym, kiedy piszący mieli jak gdyby więk- 
sze, chociażby nieuzasadnione ambicje. W tej atmosferze średniości wiele świetnie za- 
powiadających się talentów wykoleiło się. Los ten spotkał np. Źukrowskiego, po którym 
się wiele spodziewałem, a który należy obecnie do naszych Chińczyków czyli nostal- 
gicznych chwalców doby stalinowskiej, z konsekwencjami literackimi tego stanowiska. 
Z wielkich talentów nowych Buczkowski został zapoznany, tylko Mrożek doszedł do 
sławy. Ich książki ginąjednak w natłoku średniej klasy druków. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia i życzenia przesyła Państwu obojgu i rączki Pani 
Niny całuje szczerze oddany 


].S. 


Pierwodruk: "Wiadomości" 1970 nr 12-13 (1251-1252) 


1 Winno być: wybierałem. Wyprawa nie doszła do skutku. 
2 Wacław Kościałkowski po raz pierwszy odwiedził kraj pod koniec 1956 roku, Janina Ko- 
ściałkowska dopiero w 1969 r., w związku ze śmiercią matki. 
3 Hubert Stempowski (i 897 -1962), przed wojną starosta włodzimierski i prezydent Łucka. 
Z wykształcenia agronom. Po wojnie instruktor rolny w PGR w Fałkowie koło Końskich. 


35. 


28.xn.63 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Berne 


Kochany Panie Wacławie, 
Najserdeczniej dziękuję za życzenia i za bardzo miły list, pełen pomyślnych wiado- 
mości. Takie listy przyjemnie jest czytać. O tym, że Pan pracuje w bibliotece, wiedziałem 
już przedtem, teraz dopiero widzę wszystkie dobre strony tego zatrudnienia. Te biblioteki 
municypalne we Francji są często kopalnią materiałów i lektur. W 1953, podczas kilku- 
miesięcznego pobytu w Nizzy, spędziłem sporo czasu w tamtejszej bibliotece municypal- 
nej. Pogoda była zła, wszystkie więc deszczowe godziny spędzałem na czytaniu Nice 
historique. Przyjechałem tam po 40 latach niebytności i, kiedy rankiem wyszedłem na 
Promenad e des Anglais, poczułem się jakoś dziwnie odmłodzony i żwawy. Nie mogłem 
sobie tego zrazu objaśnić, dopiero na końcu Promenady uświadomiłem sobie, że byłem 
tam naj młodszym przechodniem, beniaminkiem Promenady. Nizza była okropnym obra- 
zem upadku. Wszystkie wille z parkami, należące niegdyś do milionerów, były na sprze- 
daż. Starzy mieszkańcy C6te d'azur wyjechali dawno do Kalifornii lub na Florydę, zo- 
stali tylko ci, którzy z braku pieniędzy nie mogli nigdzie wyjechać. Z Eglise russe zoba- 
czyłem wychodzących starców w sinych kaszkietach i długich butach, jak gdyby Dieni- 
kin jeszcze żył i czekał na pierwszą okazję. - Dodam od razu, że to się bardzo zmieniło, 


160
>>>
nie wiem, czy na lepsze. Teraz jesienią pojechałem tam na kilka dni z Turynu: cała Pro- 
menada była na nowo zabudowana, wypucowana na glanc, tylko Promenady więcej nie 
było. Zamiast niej była autostrada z dwoma rzekami samochodów. Nad samą czarną 
plażą został tylko wąski chodnik, ale i ten morze częściowo zmyło. Nikt go nie naprawia, 
bo nie ma ani jednego pieszego przechodnia. Nikt nie chodzi pieszo. Zresztą przejście 
w poprzek autostrady wymaga długiego czekania. Udało mi się to tylko raz, więcej nie 
próbowałem. Moją dziedziną jest J'interieur, wnętrze Alp Morskich, górska pustynia 
z opuszczonymi wsiami. W niektórych domach widać nawet przez szczeliny stare meble. 
W jednej z tych opuszczonych wsi, w pustym klasztorze znalazłem grób Lascarisów, 
emigrantów bizantyjskich w XV wieku, którzy wywieźli swą bibliotekę i nauczycieli 
Europejczyków zachodnich greckiego. Już wówczas emigrantom, nawet znakomitym, 
z cesarskiej rodziny jak Lascarisowie, musiało się powodzić źle, kiedy skończyli w 
opuszczonej przez ludność wsi nazwiskiem Saorge. Jadąc autobusem z Turynu znów 
widziałem z daleka Saorge. Jest to jedno z najpiękniejszych górskich miasteczek. Jest 
wciąż opuszczone. 
Niezmiernie ucieszyłem się z sukcesów Pani Niny, o których tylko wiem z "Wiado- 
mości". Pani Nina pisze coraz lepiej i wyjdzie na znakomitą autorkę. Niektórzy zaczynają 
wcześnie, inni później, w miarę gromadzenia się doświadczenia pozaliterackiego, i tych 
czytam naj chętniej. Szczerze gratuluję Pani Ninie powodzenia. 
Bardzo ucieszyło mnie również to, co Pan pisze o odwiedzinach u pana Augusta. Ro- 
bię sobie wyrzuty, że nie byłem dotąd u niego. Czy mówił Panu o "la commission du fa- 
meux Timtchasoff"], jak pewien memorialista francuski nazwał "Komisję Tymczasową"? 
I czy cytował Saint -Simona: "II faut tenir le pot de chambre au ministre en puissance, pour 
le lui renverser ausit6t sur la te te lorsque le pied lui aura glisse"z. Pan August nie jest 
doceniany na emigracji. Chciałbym mu w jakiś sposób wyrazić moją szczerą sympatię. 
Wspomina Pan cztery koty. W naszym domu był tylko jeden. Nazywał się "citoyen" 
i spędzał większość czasu w naszym ogródku. Właścicielka jego wyprowadziła się z nim 
razem, ale Citoyen uciekł od niej i zginął bez śladu. Od jego zniknięcia miejsce jego 
w ogrodzie zajęły ptaki. Pan o ile pamiętam, wyjechał przed moim exodem do Berna 
i nie znał Pan już mego ogródka. Ma on trzy piętra i spada stromo ku Arze, przy czym 
każde piętro ma 70-100 metrów kw. Przez 51 lat nikt się nim nie zajmował - podobnie 
zresztą jak ogrodami sąsiednimi na tym zboczu - i chwasty rosły w nim na wysokość 
człowieka. Wyplenienia ich zajęło mi dwa lata pracy. Dziś ogródek jest pełen kwiatów 
i strzyżonych trawników: róże, hortensje, clematis, zinie, wiosną tulipany i krokusy. 
Wróble rozmnożyły się na skutek dobrego wiktu najwięcej. Rozmawiam z nimi jak 
św. Franciszek, po włosku. Nazywamje "popolo minuto" albo po prostu "ladrunculi", bo 
są zawsze nieufne i z jedzeniem czekają żebym się odwrócił. Inne ptaki oswajają się 
z wolnej ręki lub raczej z wolnej stopy. Źyjące parami, jeżeli stracą towarzysza lub towa- 
rzyszkę, nudzą się bardzo, poszukują towarzystwa i kontentują się nawet moim. Czekają 
na mnie o tej samej godzinie, rozmowne i zabawne. Są to kosy, bardzo dowcipne i muzy- 
kalne. Najbardziej przymilny jest wszakże Rouge-gorge. Nie wiem, jak się nazywa po 
polsku. Ogród nasz jest zasłonięty od b izy 3 i wystawiony na Południe, ptaki w nim chęt- 
nie zimują, niektóre przylatują aż z lasu. 
Kiedy mowa o ptakach, robię się bavard jak sam Beethoven. Miejsca zostało mi 
akurat tyle, aby na nadchodzący rok przesłać Państwu obojgu naj serdeczniejsze życzenia, 
szczerze oddany 


].S. 


Rączki pani Niny całuję. 


Pierwodruk: "Wiadomości" 1970 nr 12-13 (1251-1252) 


161
>>>
1 (fr.) "Komisja sławnego [pana] Tymczasowa" 
2 (fr.) Trzeba trzymać nocnik w pobliżu urzędującego ministra, by [móc] wylać mu jego za- 
wartość na głowę, gdy tylko noga mu się pośliźnie. 
3 biza, franc. bise [biz] - suchy i zimny wiatr północny bądź północno-wschodni. 


36. 


7.1.65 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Berne 


Drogi, kochany Panie Wacławie, 
Dziękuję naj serdeczniej za list i życzenia. Ja również życzę Państwu obojgu pogod- 
nego, dobrego roku. W ciągu ubiegłego straciłem trochę Pana z oczu. Z listów ostatnich 
wyciągnąłem mylny wniosek, że przeniósł się Pan do Tarbes i porzucił znakomity maison 
pres du cimetiere. Mieszka Pan tam już tak długo, że pewnie okolica zmieniła się w Pań- 
skich oczach, cmentarz przeniesiono o kilka km dalej, pobudowano wieżowce itd. 
W 1912 poznałem austriackiego urzędnika, który 50 lat przedtem został agentem konsu- 
larnym w Serajewie i zatrzymał się w jedynym w tym mieście hotelu koło stacji. Tam 
dosłużył się pełnej emerytury i pozostał nadal w tym samym pokoju. Tymczasem dokoła 
powstało nowe miasto; Serajewo, które było powiatowym miasteczkiem tureckim, stało 
się stolicą Bośni, zbudowano urzędy, szkoły, teatr itd. Hotel, w którym mieszkał mój 
znajomy, zeszedł do rangi niewielkiej rudery, wciśniętej między dwa wielkie bloki. Za- 
trzymywali się w nim handlarze fezów, skór baranich, dywanów. Wreszcie któregoś dnia 
przyszedł doń majster murarski i powiedział: Niech pan prędko poszuka pokoju w jakimś 
innym hotelu, bo jutro zaczynamy rozbiórkę domu. Mój znajomy, stary kawaler, poczuł 
się bezdomny i zgubiony w tej nowej sytuacji. Po nieprzespanej nocy przyszedł do wnio- 
sku, że nie ma co robić w Serajewie, wyjechał do Wiednia, a potem do rodzinnych Wa- 
dowic, gdzie go poznałem. 
Wspomnienie tego austriackiego emeryta prześladowało mnie potem w Muri, dokąd 
przyjechałem w końcu kwietnia 1940 z prawem pobytu na dwa tygodnie. Miałem stamtąd 
wyjechać do Francji. Obejrzawszy wieś powiedziałem sobie: Dwa tygodnie tu może 
wytrzymam, ale ani jednej godziny dłużej. W Muri mieszkałem 11 lat, dłużej niż w ja- 
kimkolwiek innym miejscu prócz Berna, gdzie jestem już od przeszło 12 lat. Z początku 
rzecz tłumaczyła się jako tako. W maju i czerwcu 1940 widziałem pędzące przez Muri 
samochody przykryte materacami - taka była wówczas moda - uciekające od niemiec- 
kiej granicy. Takie samochody widziałem już przedtem w Polsce, na Węgrzech, w Jugo- 
sławii, ale ze wszystkich tych krajów było jakieś wyjście. W Szwajcarii nie było żadne- 
go. Dokąd uciekacie - myślałem - marnujecie benzynę; jesteście w saku i zachowuje- 
cie się jak ryby. Po skończonej wojnie rzecz nie tłumaczyła się tak jasno. Co trzy miesią- 
ce musiałem się tłumaczyć przed policją, dlaczego nie wyjechałem do Australii, jedynego 
wówczas kraju otwartego dla emigrantów. Sam się temu nie raz dziwiłem. Byłem dotąd 
szybki w nogach, szybki w decyzjach, porzucałem w ciągu kilku minut mieszkania, bi- 
blioteki zgromadzone z wielkim nakładem pracy i pomysłowości, i jako voyageur sans 


162
>>>
bagages 1 przekraczałem granice, zanim zrobiło się na nich tłoczno. Teraz lotność opu- 
ściła mnie. Nie miałem więcej książek prócz Discorso sulla prima deca da di nto Livio 
Machiavellego i kilku notatników, rzeczy moje mieściły się w niewielkiej walizce, nic nie 
wiązało mnie z Muri, a jednak trzymałem się tego miejsca jak ostryga przyklejona do 
skały. 
W 1952, gdy lud, ku niezadowoleniu władz kantonalnych, przyznał mnie i kilku 
innym uchodźcom prawo osiedlenia, mogłem się przenieść do Berna, i tam powtórzyła 
się znów historia austriackiego emeryta z Seraj ewa. Wynająłem pokój u wdowy po hisz- 
pańskim malarzu imieniem Sanz y Arizmendi. Mieszkanie i nawet klatka schodowa były 
obwieszone ciemnymi obrazami w hiszpańskim stylu. Najpiękniejszy z nich, o 4 m. po- 
wierzchni, przedstawiał bal champtHre u stóp Gibraltaru. Po krótkim czasie zmarł mój 
właściciel domu, berneński arystokrata von Biiren, potem zmarła pani Sanz, potem zmarł 
mieszkający w sąsiednim pokoju pianista spod Sniatynia Zerygiewicz, inni lokatorzy 
znikli przerażeni, przez dłuższy czas byłem jedynym mieszkańcem szlachetnego lecz 
zrujnowanego budynku. Z biegiem czasu dom zaczął się zaludniać, mieszkanie po pani 
Sanz zajęli moi przyjaciele, posiadacze dwóch fortepianów, poszukujący wielkiego 
mieszkania bez sąsiadów. Tak wszystko się zmieniło dokoła, ja tymczasem pozostawałem 
wciąż w tym samym pokoju. Po latach zmienił się obraz dzielnicy, w której zburzono 
wiele domów, cicha dawniej ulica wypełniła się nieznośnym hałasem, tysiące samocho- 
dów na godzinę przejeżdża pod moim oknem. Któregoś dnia przyjedzie majster i powie: 
Machaj pan stąd, bo zaczynamy rozbiórkę. 
Widocznie jest w tym jakieś prawo natury, bo widzę, że Pan również jest wciąż 
w Laloubere, w tym samym miejscu, którego Pan być może też nie wybierał. 
Przed dwoma laty przechodziłem kiedyś przez Muri i uświadomiłem sobie, że nie 
znam tam nikogo prócz właścicieli Starnem i Krone. Zaszedłem do Pańskiego dawnego 
hotelu, i pani Schwob zapytała mnie o Pana. Został Pan w jej pamięci jako le vieux Polo- 
nais 2 , nie z powodu wieku lecz obediencji: Polak starego obrządku. Tak nazywają 
w Genewie Aleksandra Bobkowskiego 3 . Myślę, że to jest piękna formuła, zalatująca 
wspomnieniami wielkiej emigracji. 
W gazetach widzę często nazwisko Pani Niny, która stała się wybitną osobistością 
w życiu literackim emigracji. Wyobrażam ją sobie jak, wesoła, zbliża się z warząchwią 
w ręku, aby poruszyć trochę gotujące się w literackim kotle papiery. Rączki jej całuję 
i Państwo obojgu naj serdeczniejsze życzenia przesyłam, szczerze oddany 


].S. 


Pierwodruk: "Wiadomości" 1970 nr 12-13 (1251-1252) 


1 (fr.) właściwie, użyte tu określenie "podróżny bez bagażu" jest równie dobrym samookreśle- 
niem własnej postawy eseisty jak miano "nieśpieszny przechodzień". 
2 (fr.) tu: Polak starej daty. 
3 Aleksander Bobkowski (i 885-1966), płk dypl., dyrektor PKP w Krakowie, propagator tury- 
styki i narciarstwa, inicjator budowy kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Po wojnie w Szwajcarii. 


163
>>>
37. 


2.1.66 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Berne 


Drogi, kochany Panie Wacławie, 
W tych dniach świątecznych, poświęconych przyjaźni, kiedy wszyscy bombardują 
się wzajemnie miłymi kartonikami, nie mógł Pan zrobić mi większej przyjemności jak 
przysyłając list pełen dobrych wiadomości o sobie i innych. Niezmiernie się zeń ucie- 
szyłem. Pańska podróż do kraju wydała mi się podobna do bajki opowiadanej przez do- 
brą nianię. Musi Pan mieć niezwykły geniusz przyjaźni, jeżeli zachował Pan tylu dobrych 
znajomych w kraju. Jest to zupełnie inaczej niż ze mną. Być może nie kultywowałem ich 
dostatecznie, ale ze starych przyjaciół nikt się do mnie nie odzywa i nie jestem pewien, 
czy by mnie poznali, gdybym się zjawił w Warszawie. Mam natomiast pewną ilość no- 
wych znajomych, z którymi koresponduję. Niektórych nigdy na oczy nie widziałem, 
z innymi spotykałem się w Paryżu. Wszyscy są młodzi, większość nie ma 30 lat. Dosze- 
dłem do tych stosunków w znacznej mierze przez RFE, do którego piszę recenzje o no- 
wościach wydawniczych krajowych. Interesują mnie głównie młodzi i debiutanci. Co 
piszą starsi, wydaje mi się mniej ciekawe, bo czernią papier tak, jak ja bym to robił, gdy- 
bym nie wyszedł na emigrację. Młodzi natomiast, tam urodzeni i wychowani, są czymś 
nowym, co staram sobie wyobrazić oraz zrozumieć. Myślałem zrazu, że recenzje te giną 
gdzieś na falach eteru, ale przekonałem się, że omawiani autorzy słuchają ich i potem 
odzywają się do mnie. Niektórzy są bardzo lękliwi i boją się ze mną spotykać podczas 
swych pielgrzymek do polskiej Mekki id est do Paryża. Są przekonani, że agenci depczą 
im po piętach i donoszą. To może być nawet prawda, bo po kawiarniach paryskich wi- 
działem sporo podejrzanych typów. Ale i na to jest rada. Wyznaczam spotkanie w Cafe 
du D6me, gdzie czytam ostentacyjnie "Corriere della sera". Przyjezdny siada przy są- 
siednim stoliku i po chwili pyta: Lei non sarebbe per caso signor Lorenzo Bocchi, corre- 
spondente parigino deI Corriere? Na to odpowiadam, że jestem literatem z Cremony 
piszącym essay o Baudelairze i odbywającym właśnie un pelerinaggio baudeleriano. 
Przez ten czas rozglądamy się dokoła. Jeżeli jest czysto, witamy się jak bracia. Jeżeli 
widzimy coś podejrzanego, proponuję memu rozmówcy - zawsze po włosku - wspól- 
ną wycieczkę na grób Baudelaire na sąsiednim Cimetiere Montparnasse. Idziemy tam 
przez Bd. Edgar Quinet, wzdłuż muru cmentarnego, gdzie nie ma żywej duszy, wcho- 
dzimy do środka, gdzie nikt nas podsłuchać nie może, i siadamy pod pomnikiem będą- 
cym paragonem złego smaku. Nawet gdyby ktoś widział nas w pierwszej fazie spotkania, 
przyjezdny ma na to doskonałe wytłumaczenie: Na Montparnassie spotkałem włoskiego 
literata imieniem Enzo Rossi, który zaprowadził mnie na grób Baudelaira. Mnie na 
szczęście w Paryżu nikt teraz nie zna. Montparnasse, niegdyś stolica sztuki nowej i jej 
laboratoire central, jest prowincjonalnym zakątkiem. Publiczność Rotondy i Cafe du 
D6me nie zdaje sobie sprawy ze sławnej przeszłości tych lokali. Są to mieszkańcy quar- 
tier, zachodzący tam na aperitif czy kawę. Kiedyś znałem tam, z widzenia przynajmniej, 
wszystkich znakomitych gości, dziś nie znam nikogo. Jestem więc trochę jak człowiek, 
który żył za długo, przeżył swą epokę i pęta się, nie wiadomo po co, po nowych czasach. 
Do Polski chciałem jechać w 1957, kiedy podpisałem z CZYTELNIKIEM umowę 
o wydaniu w kraju moich dawnych i nowych szkiców. Myślałem, że to uprawnia mnie do 
podróży i odwiedzenia starych i nowych czytelników. Nic jednak z tego nie wyszło. Mi- 


164
>>>
mo że powstrzymywałem się od łajania Bieruta, uważając, że on robi co może, wszystko 
w moich pismach było w jakiś sposób niecenzuralne. Po tym doświadczeniu porzuciłem 
myśl podróży. Przypuszczam, że nie poznałbym miasta, błądziłbym po nieznanych uli- 
cachjak upiór. Z każdym rokiem jestem zresztą podobniejszy do upiora i rola ta przykrzy 
mi się już bardzo. Następnie słyszałem od podróżników zeszłorocznych, że byli niepo- 
kojeni przez ubeków. Przesłuchiwano ich godzinami w przykry sposób i namawiano na 
współpracę w niższej klasie agentów. Nikt o tym nie chce pisać ani mówić zbyt głośno, 
aby nie zaszkodzić znajomym w kraju, ale zebrałem już kilka takich zwierzeń od osób, 
które ślubowały nigdy tam więcej nie jeździć. Mam nadzieję, że Pana ta próba ominęła. 
W październiku zapoznałem się trochę z reżymem komunistycznym jugosłowiań- 
skim, mocno rozwodnionym. Toto l szuka dochodów z turystyki i traktuje ją na serio. 
Wizę turystyczną dostaje się stante pede, na granicy nie rewidują, policja nie depcze po 
piętach. Widziałem się tam z opozycjonistami niedawno wypuszczonymi z więzienia - 
bo tego i w rozwodnionym reżymie nie brakuje - ale nie obserwowałem żadnego nadzo- 
ru. Tam też nie jest dobrze, wszędzie widziałem niezadowolonych i narzekających na 
obniżone ostatnio zarobki. Toto zbliżył się do Moskwy i jego poddani obawiają się silne- 
go zaostrzenia kursu. Analogie z Gomułką są uderzające. Ta sama ciężka głupota i absur- 
dalne doktrynerstwo. W najbliższej "Kulturze" będzie mój dziennik podróży do Dalma- 
cji. Chciałbym tam jeszcze wrócić. Teren jest doskonały do spotkań z przyjezdnymi 
z Polski, których tam widziałem w wielkich ilościach. W jednej 50-letniej ale jeszcze 
przystojnej pani kupującej pocztówki poznałem kogoś, kogo znałem z teatru jako debiu- 
tantkę, ale nie mogłem sobie przypomnieć ani nazwiska ani okoliczności. Kiedy zagad- 
nąłem ją, przestraszyła się i uciekła. Taki zapewne byłby mój los i w Warszawie. Reve- 
nant. 
Pański nocleg w Muzeum zegarów słonecznych na kanapie Piłsudskiego jest jedną 
z naj piękniejszych historii jakie słyszałem 2 . Szkoda, że takich rzeczy nie można opisać. 
Byłyby dowodem, że przyroda naśladuje sztukę, jak myślał Oscar Wilde. (Podobną myśl 
znalazłem zresztą u Tassa w Gerusalemme liberata.) Muzeum zegarów byłoby naślado- 
waniem sztuki surrealistycznej. Tyle lat nam nią zawracali głowę, że czas już, aby natura 
sama zaczęła ją naśladować. Mam nadzieję, że naśladowania przez życie sztuki abstrak- 
cyjnej nie dożyję. To byłoby zbyt okropne. 
Pani Ninie gratuluję szczerze sukcesów literackich. Czekam na pojawienie się 
w druku Sprawy Nr. 1. Źałuję, że "Dziennik Polski" do mnie nie dochodzi, bo z praw- 
dziwą przyjemnością przeczytałbym jej powieść kryminalną, mimo że tego rodzaju lite- 
rackiego prawie nie znam 3 . Pisanie powieści kryminalnych i romansów dla kucharek 
wymaga doskonałej znajomości rzemiosła literackiego. To nie antypowieści, nie nomans 
nouveaux, gdzie można nie liczyć się wcale z cierpliwością czytelnika. Czytające ku- 
charki nie mają żadnego zrozumienia dla wybryków słowa i wyobraźni, oczekują rzetel- 
nego rzemiosła, zabawnego i wzruszającego. Rzeczy w rodzaju "Zazie dans le metro" są 
oczywiście przeznaczone dla wyższych sfer towarzyskich naszych czasów. Niestety ku- 
charek jest coraz mniej, z wielką szkodą dla współczesnej literatury. Dla Pani Niny napi- 
sanie czytelnej powieści kryminalnej jest rodzajem awansu, przejścia Rubikonu literac- 
kiego i wstępem do czegoś nowego, do wyższej klasy powieściopisarstwa. Kiedy będę w 
domu "Kultury", gdzie zbierają gazety, przeczytam ten twór Pani Niny ze smakiem, jak 
się przystępuje do magistralnie przyrządzonej bouillabaisse. 
Pani Nina pisze w swym liście, że w trakcie jego pisania miał Pan ciężkie zmartwie- 
nie z powodu choroby Matki. Mam nadzieję, że choroba przybierze lepszy obrót zanim 
Pan otrzyma mój list. Astma sercowa nie jest sama przez się chorobą, jest tylko uciążli- 
wym objawem wieku starszego. Wielu na nią cierpi po 70-tce, niektórzy nawet 20 lat 
i więcej. W Kołomyji miałem znajomego, który przez długie lata cierpiał na tę dolegli- 


165
>>>
wość w naj ostrzejszej formie. Nie wróżyłem mu nic dobrego, ale co roku znajdowałem 
go znoszącego swą chorobę z odwagą i nawet próbującego rąbać drwa. Wojna rozdzieliła 
nas. W fazie początkowej daje się to poprawić. 
Ponieważ zaczynamy nowy rok naszej wędrówki, przesyłam chorej, Pani Ninie 
i Panu, kochany Panie Wacławie, naj serdeczniejsze życzenia zdrowia i wielu pogodnych 
dni. Pani Niny rączki całuję, szczerze oddany- 


].S. 


Pierwodruk: "Wiadomości" 1970 nr 12-13 (1251-1252) 


1 Tito. 
2 "Będąc w Polsce w 1965 nocowałem w Jędrzejowie w Muzeum Zegarów Słonecznych. Kie- 
rownik muzeum dr Przypkowski mówił mi, że na kanapce, na której spałem, w roku 1914 spał 
Komendant Piłsudski." - Dopisek odręczny Wacława Kościałkowskiego na marginesie listu. 
3 Sprawa numer jeden Janiny Kościałkowskiej została wydana w Londynie przez oficynę "B. 
Świderski" w 1967 roku. "Powieść kryminalna" to najprawdopodobniej Żólty pokój - drukowana 
w odcinkach w "Dzienniku Polskim" w latach 1965-1966. 


38. 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Berne 


22.xn.66 


Kochany Panie Wacławie, 
Najserdeczniej dziękuje za miły list i dobre wiadomości. W miarę tego jak robię się 
stary i niedołężny, jestem coraz wrażliwszy na znaki przyjaźni i pomyślne nowiny. Bar- 
dzo więc ucieszyłem się z Pańskiego listu. 
Muri zmieniło się od naszych czasów nie do poznania. Na południe od szosy nie ma 
już żadnej przerwy między Bernem i Muri. Szosa została rozszerzona. Dzień i noc płynie 
nią rzeka samochodów. Pieszych nie widać wcale. Na jednego przechodnia przypada 
może 500 samochodów. Latem opary benzyny przyprawiają mnie o kaszel, nie chodzę 
więc wcale w takie miejsca. Nowe Muri znam tylko z przejazdów. Pieszo byłem tam 
ostatni raz przed trzema lub czterema laty. Doszedłszy do Sternen uświadomiłem sobie, 
że nie znam tam więcej nikogo poza właścicielem hotelu. Lata pobytu w tej gminie spły- 
nęły ze mnie "jak z gęsia woda" . Nigdy prawie nie wracam do nich myślą. 
Kiedy przyjechałem do Muri 20.rY.1940 z pozwoleniem pobytu na dwa tygodnie 
i obejrzałem z gruba miasteczko, pomyślałem, że dwa tygodnie tam wytrzymam, ale ani 
jednej godziny dłużej. Spędziłem tam jedenaście lat, ale pierwsze wrażenie było słuszne. 
Z dawnych internowanych mieszka tam tylko rzeźbiarz Stankiewicz, ożeniony 
z córką von Ernsta, b. bankiera i właściciela "chiHeau" naprzeciw Sternen. Z biegiem lat 
zrobił się bardzo mondain, chodzi na wszystkie coctaile, i spotykam go co dwa lub trzy 
lata. 
Przechodząc ostatni raz przez Muri widziałem M-He Schwab na tarasie Krony, nie- 
zmienioną. Mam nadzieję, że żyje i prosperuje. Za jej hotelem stoi długi barak z napisem 
"motel". W braku pieszych hotele muszą zwracać się do automobilistów. Budynek ten nie 
jest do niczego podobny. Naśladuje być może wzory amerykańskie. W takich motelach 
zapewne Humbert Humbert* zatrzymywał się z Lolitą. Kiedy się trochę ociepli, wybiorę 
się do M-He Schwab i porozmawiam z nią i Pańskim projekcie. Spytam również o ceny, 


166
>>>
według zasady starego przemytnika; "Zły to interes chcieć żyć za wszelką cenę; trzeba 
pytać, ile kosztuje". O rozmowie napiszę. 
Jeżeli dotąd nie odpisałem na Pański letni list, stało się to dlatego, że czekam dotąd 
chwili, gdy będę mógł napisać coś sensownego. W tym celu musiałbym porozmawiać 
z Giedroyciem. Przez korespondencję to się nie da załatwić. Raz w Padwie na rynku 
zobaczyłem popielniczkę z napisem; Non mi date conslgli, 50 sbagliare da me. Pomyśla- 
łem zaraz, że to byłoby coś dla Giedroycia. Istotnie, popielniczka podobała mu się i stoi 
czysto umyta, na jego biurku. W Laffittach nie byłem od wiosny, ale wybieram się tam, 
na razie bezskutecznie, każdego dnia. Do tej okazji trzeba będzie odłożyć sprawę w mo- 
wie będącą. 
Panu, kochany Panie Wacławie, i Pańskim bliskim przesyłam naj serdeczniejsze ży- 
czenia zdrowia i pogody ducha, a rączki Pani Niny całuję, szczerze oddany 


].s. 


* Bohater powieści Nabokova Lolita. 


39. 


Kochany Panie Wacławie, 
Dowiedziałem się wczoraj od Pańskiej gospodyni, że dziś ma Pan być w Montreux, 
jak przypuszczam u Antoinette. Bardzo to zuchwała myśl jeździć tak na I(3THO właśnie 
w miejsce, które od roku jest przedmiotem specjalnej kontroli. Daj Boże, aby Pan stam- 
tąd zdrowo wrócił. 
Tymczasem przyszły tu dla Pana wiadomości, które być może pokrzyżują trochę 
Pańskie plany wyjazdowe w razie ich odwleczenia na 2-4 tygodnie. Chcąc jak najszyb- 
ciej to Panu zakomunikować, napisałem o tym do M-Ue Antoinette. Proszę nikomu nie 
mówić, że Pan to wie, bo ma o tym Panu zakomunikować sam minister. W niedzielę mnie 
nie będzie. Proszę łaskawie zajść do mnie w poniedziałek z rana, biorąc pod uwagę, że 
między 10 i 11 będę musiał wyjść z domu. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła 


dr Jurko 


sobota, 28.X.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


o JERZYM STEMPOWSKIM 


Janina KOŚCIAŁKOWSKA (Francja) 


"Poznasz zaraz niezwykle ciekawego człowieka, mędrca - wiecznego tułacza. Tro- 
chę nawet demoniczna postać, są tacy, którzy się go boją..." 
Powiedziano mi to w poselstwie RP w Bernie na parę minut przed poznaniem Jerze- 
go Stempowskiego. To i wiele innych niezwykłych rzeczy na jego temat. Miałam wraże- 
nie, że osobę nieznanego mi pana Stempowskiego otacza szczególna aura, mieszanina 
szacunku i podziwu z przybraniem jakby barwy ochronnej "zdrowego rozumu", który 
zawsze podejrzewa rozum to ut court o niebezpieczne zasadzki. 
Do gabinetu poselstwa wszedł pan w jasnym letnim ubraniu, o srebrnych włosach 
i bardzo jasnych oczach w pięknej twarzy i mimo woli pomyślałam "ach, to się nazywa 
umieć wyglądać na samego siebie..." 
Jerzy Stempowski okazał mi, jak wszystkim nowopoznanym osobom, od razu ciepłą 
przychylność, która była jego specjalnością. Do wszystkich kierował skupioną uwagę 
i podtrzymujący uśmiech, co sprawiało że każdy mógł czuć się rozmówcą szczególnie in- 
teresującym. Wiedział naturalnie że przedostałam się niedawno z Niemiec, czytał moje 
pierwsze rzeczy ogłaszane potem w londyńskich "Wiadomościach". Był to 1941 r., lato. 
Nie wiedział jednak tego, że wybuch wojny przeżyłam na Huculszczyźnie, a ja nie 
wiedziałam, że szczegół ten poruszy go osobiście. Najlepszym listem polecającym, naj- 
ciekawszym dla niego biletem wizytowym był mój bilet kolejowy Worochta-Mikuliczyn 
stemplowany 30 sierpnia 1939. Pokazałam mu go, nosiłam zawsze przy sobie, bez wy- 
raźnego celu, a też nie przeczuwając wcale, że tych stron nigdy więcej nie zobaczę. 
Stempowski ujął ten brunatny prostokącik kartonu i obracał go w palcach długo, 
dziwnie długo, jakby ciesząc się tą cudzą pamiątką. Zrozumiałam wtedy, raczej przeczu- 
łam: ten człowiek kochał tamten kraj. Dla niego była to sprawa miłości na całe życie. 
Oddał mi wreszcie brunatny kartonik "Worochta-Mikuliczyn" ze słowami: "To bę- 
dzie bilet wstępu do naszej przyjaźni, prawda?..." Śmiał się, uśmiechał. Najbardziej cha- 
rakterystyczną zewnętrzną cechą Jerzego Stempowskiego był ten uśmiech - podkop pod 
powagę wszelkich spraw tego świata - którym od razu dawał do zrozumienia, że 
wszystko można zobaczyć tak, ale i inaczej, zmierzyć tą i inną miarą, zaszeregować 
w gatunki, rodzaje, rodziny i typy według różnych kluczy i kodów. 
- Pójdziemy na spacer. Pokażę pani miasto i okolicę - powiedział zdecydowanie, 
a ja czułam że choć niby już znałam cudowne Berno i okolice, naprawdę poznam je do- 
piero teraz. - A przede wszystkim chmury. Są dzisiaj takie rzadkie specymeny... 


169
>>>
Omal nie pocałowałam go w rękę. Chmury?... Mój Boże, a więc jest jeszcze ktoś, kto 
potrafi w tych czasach, wśród tych zdarzeń, patrzeć na chmury. Niebo oficjalnie było 
tylko drugą połową ziemi, skąd miało przyjść zwycięstwo albo zagłada. Nawet szwajcar- 
skie niebo. 
Pierwszy spacer był na Bubengraben. Pamiętam tam, jak z mostu łączącego Helvetia 
Platz i Miinster Platz patrzyliśmy na wspaniałe cumulusy a może na cirrocumulusy albo 
altocumulusy, może na stratusy czy stratocumulusy, których encyklopedyczna mnogość 
i nazewnictwo rozwarły się nade mną w słowach objaśnieniach mego towarzysza. 
Tak więc na kolejnych spacerach z autorem La Terre bernoise poznawałam, wtajem- 
niczałam się w sztukę odczytywania historii miasta i ludzi po zanikających lub nigdzie 
dotąd nie notowanych zabytkach dawnego sposobu zakładania ogrodów, altan, studzien, 
rogatek miejskich i ich dziejów. Specjalnością Stempowskiego było obcowanie z genius 
loei. Wnikanie, zaznajamianie się z miejscem. Tutaj Stempowski miał w sobie coś 
z detektywa i eksploratora. Wierzył w związek człowieka z miejscem. Oderwanie się od 
swojego miejsca na ziemi, wykorzenienie przymusowe, jak np. wszelkie wysiedlanie 
i kolonizacje, uważał za operację niebezpieczną, naj gorszy dopust losu i źródło różnych 
schorzeń psychicznych. Był pod tym względem człowiekiem niewspółczesnym. "Błysz- 
czące kariery - mawiał - są często tylko odwetem za niemożność doznania szacunku 
w swoim własnym miasteczku. Niech Pan Bóg zabarabani mieć do czynienia z proroka- 
mi w cudzych krajach..." Jerzy Stempowski był zaprzeczeniem turysty, był wcieleniem 
emisariusza. Udawała mu się rzecz naj rzadsza - w rozmowach z cudzoziemcami umiał 
mówić o "swoich stronach" albo "swoim kraju" w sposób, który intrygował, nęcił ucho 
i ciekawość słuchacza, jego łagodny i lekko ironiczny ton zmuszał do refleksji, że nie- 
szczęśni uchodźcy nie są bynajmniej olśnieni ani bezkrytyczni wobec urządzeń krajów 
swego przymusowego pobytu. W połączeniu z niezwykle głęboką i subtelną wiedzą 
o tych krajach, postawa jego dawała mu swoisty autorytet fachowca nie swoich spraw, 
znawcy szczegółu i historii, tej "za kulisami", jedynej, która naprawdę uczy. "Oficjalna 
historia krajów i narodów, której się uczymy, poucza nas czegoś wręcz odwrotnego 
i sprzeczność, którą czujemy między zafundowaną nam wersją a nagą refleksją, jest ceną 
dość wygórowaną aby się czuć swobodnie i lekko w naszej własnej skórze. Ja jestem 
Europej czykiem wschodnim..." 
Antykwariaty i księgarnie starego Berna, stałe przystanki naszych spacerów... Lecz 
tylko pierwsze pociągały mi oko, co do drugich, zwierzyłam się od razu Stempowskiemu 
z dziwnego urazu, na który wtedy cierpiałam: widok książek i kobiet w ciąży sprawiał mi 
odrazę. Stempowski zrozumiał to wnikliwie i całkowicie, jakby to była rzecz normalna. 
,,ja także przechodziłem niekiedy taki kryzys, niechęć do wszystkiego co drukowane - 
zapewniał mnie dobrotliwie, chociaż na pewno nie było to prawdą a tylko pociechą wy- 
myśloną ad hoc. - "Co by pani sprawiało przyjemność? Trzeba to zaraz zrobić." Prosi- 
łam zawsze o Wienerschnizel. I piwo. "Ciemne, duże... dwa piwa." 
Bawiła go, ale wcale nie śmieszyła ta moja żerność, mój marchołtowy stosunek do 
świata, gruby, wierny apetyt, namiętne i pobożne cenienie rzeczy tzw. prymitywnych. Nie 
żywił zaufania do ascetów, a przyjemności tego świata nie dzielił na "zmysłowe i umy- 
słowe". To było u niego z lekarza, którym się czuł z powołania, że wiedział o przenikaniu 
się materii w materię i tzw. "niematerię", zanim stało się to kanonem oficjalnej nauki, 
jasno też widział zależność spraw wzniosłych od spraw przyziemnych. "Przyziemność 
jest straszliwie trudna - powiadał - co może być trudniejszego jak dobrze urządzić 
życie «przyziemne»? Blisko dwa tysiące lat ludzie tego nie potrafili i zdaje się nie prędko 
potrafią..." . 
Zagospodarowanie ziemi, ukształtowanie jej tak, aby była człowiekowi przyjazna 
i przydatna, a nie obca i wroga, to był temat ukryty i wszechobecny jego anegdot, opo- 


170
>>>
wiadań, refleksji. Jego historie o przemytnikach, które opowiadał tak chętnie, o stelma- 
chach, karczmarzach i zakrystianach, o znachorach i cadykach były przeważnie czystym 
wymysłem czy raczej transpozycją wyobraźni zadraśniętej folklorem, a służyły mu za 
rusztowanie do przekazania dydaktycznej informacji. To też było jego darem i charakte- 
rystyczną cechą, rzadką, jakby osiemnastowieczną. Wszystko co mówił miało formę nie 
abstraktu, lecz autentycznego gdzieś zdarzenia czy panującego gdzieś obyczaju, odby- 
wało się więc razem z nim podróż wysoce imaginacyjną i bardziej pasjonującą niż "rze- 
czywiste" do miejsca zdarzeń bogatych w paradoksalne i zaskakujące odkrycia. Pomię- 
dzy encyklopedią a praktyką dnia codziennego leżała ars vitae, sztuka mądrego prze- 
brnięcia przez ten świat od urodzin do zgonu bez zbytniego cierpienia od taedium vitae. 
Umiejętność zaś życia codziennego nie była sprawą łatwą... ,Jeden z moich znajomych, 
młody i niedoświadczony musiał w czasie tamtej wojny kupić sobie konia, na czym 
gruntownie się nie znał. Ale przypomniał sobie opis konia u Szekspira i kupił na jarmar- 
ku najlepszego konia jaki tam był, ku podziwowi wszystkich..." 
Śmialiśmy się smakowicie z tej znakomitej anegdoty. To nie to samo co powiedzieć 
po prostu: "Klasycy mają rację, bo są rzetelni w obserwacjach, uczymy się od klasyków". 
W tej anegdocie ciekną różne skomplikowane ciur ki podskórnego odbioru literackiego 
zapisu, a ze wszystkich rzeczy najbardziej interesował Stempowskiego modus odczyty- 
wania, pochodne i deformacje zdań oznajmiających. Obrazowość, kolorowość, namacal- 
na niemal konkretność szczegółu to był czystej krwi talent literacki, którym Jerzy Stem- 
powski gospodarował jak prawdziwy utracjusz. 
Lecz utracjuszostwo talentów miał we krwi i na to nie miał rady. Nic go też tak nie 
śmieszyło jak chciwość posiadania i może tutaj biegła naj głębsza szczelina dzieląca go 
od ludzi. "Nie mieć jest może trudno - mawiał - ale mieć to dopiero sztuka." Nie mó- 
wił nigdy że pochodził z tych, którzy posiadali, do swoich stron rodzinnych na Podolu 
odnosił się nie jako do źródła własności czy materialnej fortuny, ale jako do "Okolicy 
Uczącej" i gdy tak mówił czuło się w tonie jego głosu wielkie litery tej nazwy. Ulubio- 
nym jego tematem (który u kogo innego byłby zabójczo nudny) były machinacje poli- 
tyczne, którym przeciwstawiał bezpośrednią demokrację, głosowanie przez jawnie pod- 
niesioną rękę, rynek-agorę; wzorzec arkadyjski, podzwonne dla nieuchwytnego, nigdy 
nie urzeczywistnionego mitu-ideału, który nie przestał go nęcić. Arystokratyzm Jerzego 
Stempowskiego wyrażał się naj pełniej w jego zupełnym braku chęci władzy przy jedno- 
czesnym sprawowaniu wpływu na ludzi. Wpływ ten szedł jakby ukosem: nie pochodził 
z podziwu dla jego przerażającej wprost erudycji, ta bowiem często przeszkadzała lu- 
dziom, żenowała ich i odstręczała, lecz z obcowania z uosobieniem sceptycznego, wciąż 
gruntującego dno prawdy, umysłu. W czasach brudnej jaskrawości, w epoce "Wielkiego 
cyrku" jak nazywał ją Stempowski, jego cichy uśmiech i osobliwy tok rozmowy czyniły 
z niego kogoś wtajemniczonego i to nie tylko dlatego że był masonem. Wydawał się 
zawsze posiadaczem sekretu ogólnoludzkiej doniosłości a może i aktualnego polityczne- 
go znaczenia. J ego sposób bycia doprowadzał niektórych ludzi do najwyższego rozdraż- 
nienia: "Stempowski nie ma telefonu, nie wiadomo, kiedy go można zastać w domu, nie 
wiadomo dokąd właśnie wyjechał, ani kiedy wróci". Kontakt z nim był rzeczywiście 
utrudniony. Pojawiał się. Na wizytach wśród członków poselstwa polskiego, na niektó- 
rych zebraniach Towarzystwa Polskiego czy społecznych imprezach i wtedy polowano na 
niego. Oficjalnie był delegatem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Szwajcarię i z te- 
go rozległego tytułu wynikały jego przeróżne "chody" wśród swoich i obcych. Niewąt- 
pliwie pielęgnował taki właśnie sposób bycia, dla zapewnienia sobie wolności, dla wy- 
gody a także przez swoistą kokieterię. Last but not least. Podobanie się, posiadanie nie- 
przeciętnej powierzchowności stanowiło ważny atut w całym jego życiu. Lubił towarzy- 
stwo kobiet w sposób zupełnie aerotyczny i nie dlatego, aby uważał je za roztropniejsze 


171
>>>
od mężczyzn, lecz że w zestawieniu z nimi popełniały na ogół mniej głupstw. "Zapal- 
czywość wojowników i ambicje wodzów są niestety męską cechą i mało pochlebną." Dla 
kobiet miał wiele wyrozumiałości, upatrywał w nich więcej dobrych cech, niż na ogół 
posiadają, co było swoistą terapią czy pedagogią. Nie urządzał nigdy najmniejszych 
przyjęć u siebie, nie zapraszał nikogo w sposób światowy, pozostawał zawsze człowie- 
kiem małych i zasadniczych komitetów i poufnych zebrań. 
Bliżsi i dalsi znajomi, a zwłaszcza ci, którzy go znali tylko z widzenia, byli przeko- 
nani że Jerzy Stempowski pisze jakieś wielkie dzieło filozoficzne, historyczne, może 
literackie. Zapytałam go o to wręcz na jakimś spacerze, o ile pamiętam było to w berneń- 
skim "Rosengarten", Ogrodzie Róż, gdzie trzepotały się fontanny i ciągnęły się kunsz- 
towne wirydarze jak na starych rycinach. 
- Wszyscy mnie o to posądzają, jestem już do tego przyzwyczajony - śmiał się 
Stempowski po swojemu. - Do czego jednak ludzie nie mogą przywyknąć, to do myśli 
że do pisania wielkich buchów potrzebna jest w jakiejś sporej części afirmacja świata. 
Tymczasem są tacy, którzy uważają go za żart. Taki, z którego nie wiadomo śmiać się czy 
płakać... 
Brzmiało to niemal po manichejsku. Nie wiem, czy Stempowski cenił ten pogląd, nie 
wyznawał żadnej religii ani herezji, nie należał do żadnej sekty. Jeśli nawet posługiwał 
się niekiedy wyrażeniem "Naj wyższa Istota", był to raczej rewerans w kierunku konwe- 
nansów osiemnastowiecznych racjonalistów. Dzielił z nimi również rzadką sztukę ser- 
decznego dystansu, powściągliwej i doskonałej grzeczności "pleno titulo". 
- Ja kontentuję się fragmentem albo komentarzem - ciągnął Stempowski dalej tę 
rozmowę. - Przyczynkiem. To wydaje mi się bardziej przyzwoite... Gdyby ludzie choć 
trochę więcej zrozumieli i nauczyli się z niektórych książek, inne byłyby często już zu- 
pełnie zbędne. Większość z nich służy nie do porozumienia się ludzi między sobą ale do 
wzajemnego siebie zagłuszania. Ja należę raczej do stręczycieli książek niż do ich auto- 
rów... 
Dziś przypuszczam, że nie była to całkowita prawda. Stempowski prawdopodobnie 
cierpiał na naj cięższą pisarską chorobę znaną tylko najlepszym: pasję doskonałości. Szlif 
myśli i stylu był mu niemal wrodzony, lecz dokonywanie wyboru w operowaniu zbyt 
obfitym materiałem własnych obserwacji i refleksji mogło zamienić się w balast trudny 
do udźwignięcia. 
Od tamtego spaceru w Ogrodzie Różanym minęło do dziś ćwierć wieku. Opuściłam 
Szwajcarię w 1945 r., zanim jeszcze państwa sprzymierzonych uznały nowe władze Pol- 
ski za jej legalny rząd. Świat rzeczywiście wydawał się żartem złym i ponurym i to dla 
Polaków po obu stronach "żelaznej kurtyny". 
Zobaczyłam Jerzego Stempowskiego ponownie w 1952 r., gdy odwiedziłam go 
w Bernie. Mieszkał wtedy przy Nydeggasse, w dzielnicy starego Berna, w pięknym pa- 
trycjuszowskim domu zupełnie opuszczonym, którego właścicieli nie można było odszu- 
kać w powojennym świecie. Mieszkanie miało śliczne kaflowe piece, fortepian, portrety, 
książki, niewiele mebli i ogród na szkarpie pochylonej ku rzece, a wśród tego wszystkie- 
go jedyną żywą istotą był Stempowski i kot-przybłęda, którego karmił przed progiem. 
Pracował wtedy częściowo w poselstwie argentyńskim, poza tym pisał, i przeróżne spo- 
soby zarabiania na życie emigrantów, ich nieprawdopodobne sytuacje i chwyty, wysiłki 
i pomysły stały się naturalnie jednym z ważnych tematów naszych rozmów. Zauważyłam 
wtedy, że dla Jerzego Stempowskiego zjawisko emigracji wydawało się jakąś powrotną 
falą, czymś niemal leżącym w naturze rzeczy i jakby nie uchybiającym jej porządkowi. 
Opowiadał mi ze swoją nadzwyczajną "saveur" niektóre mało znane epizody z życia 
Maurów, gdy zapuszczali korzenie na półwyspie iberyjskim, czy też perypetie ludów 
zamieszkujących dzisiejszą Samarkandę. Pasjonowały go zawsze cywilizacje schyłkowe 


172
>>>
i to co z nich potrafiło się zaszczepić na nowych czasach i nowych ludziach. Czyli to 
wszystko co tak pięknie brzmi w podręcznikach historii kultury, ale co wymyka się oso- 
bistemu doznaniu jednostki, nie dając jej poczucia ani dokonywania czegokolwiek, ani 
spełniania samej siebie. Umieszczanie własnej drobiny ludzkiej w płynności takich okre- 
śleń jak "epoki przejściowe", "spuścizna wieków" czy "proces dziejowy" zalatywało 
wtedy klęską osobistą i zbiorową, brzmiało dla mnie przerażająco. "Ale ponieważ nie 
mamy innego wyboru..." pocieszał mnie Stempowski wyrozumiale po czym wracaliśmy 
do rozmów o Huculszczyźnie jak do pewnego narkotyku, lecz tym razem mówiliśmy 
o niej jakby o zapadłej już Atlantydzie. 
Poszliśmy na obiad i wybrany lokal zdziwił mnie swoją arcynowoczesnością bardzo 
agresywną, podobną do wnętrz wystaw sztuki abstrakcyjnej. Na pierwszym piętrze, led- 
wie usiedliśmy przy stoliku, podeszła do nas mocno zaaferowana kelnerka: "Ah, Herr 
Professor, wir wartenjeden Tag dass Sie kommen..." . 
Za przepierzeniem dla obsługi restauracji było zgromadzonych kilka innych kelnerek 
i dwóch niemłodych mężczyzn, naj widoczniej nie należących do personelu lokalu. Wszy- 
scy rzeczywiście czekali na Stempowskiego, który podszedł do nich i dobiegały mnie 
stamtąd urywki przyciszonych, skłopotanych zdań ludzi bardzo czymś przejętych. "To 
cały dramat - objaśnił mnie Stempowski wróciwszy do stolika - wielce powikłana 
historia, nie będę nią pani zanudzać, to są moi tutejsi «tylko-ludzie»..." 
Nie raz wraca mi to jego powiedzenie. Na wszystkich chyba swoich drogach i we 
wszystkich miejscach postoju Jerzy Stempowski miewał takich "tylko-Iudzi", z dala od 
książkowych mądrości szukał i dostrzegał człowieka uplątanego w siatkę swojej odrębnej 
sytuacji i poczuwał się do rozważania jej, jeśli można, do rozplątania. Szedł przez życie 
rzeczywiście jak przemytnik, jakby przekraczając stale niewidzialne granice pomiędzy 
ludźmi, krajami, epokami, przemycając gdzie się dało sól attycką, która - jak mi powie- 
dział raz zabawnie - "rośnie całymi beczkami w moich stronach, ale nikt temu nie wie- 
rzy...". 


Wiadomości 1970 nr 12/13 (1251/1252)
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


NA ŚLADACH NIEŚPIESZNEGO 
PRZECHODNIA 


Wacław ZYNDRAM-KOŚCIAŁKOWSKI (Francja) 


Do tych wielkich strat, jakie kultura nasza poniosła w 1969 r., doszło jeszcze jedno 
nazwisko tak mi bliskie: Jerzego Stempowskiego (Pawła Hostowca), który 4 paździer- 
nika zmarł w Bernie. Jest to strata nie mniejsza niż śmierć Wierzyńskiego czy Gombro- 
wicza, chociaż Jerzy Stempowski był pisarzem i człowiekiem zupełnie innego rodzaju. 
Był to raczej filozof nie piszący swych dzieł, ale uczący żywym słowem wybranych. 
Jako eseista nie miał sobie równego, jako człowiek był zagadką dla wielu. Przy olbrzy- 
miej erudycji i wszechstronnym wykształceniu, jakie dziś należy już do rzadkości, Stem- 
powski interesował się raczej ludźmi naj prostszymi, tzw. "maluczkimi" aniżeli ludźmi 
swojej sfery, a to jest cechą naprawdę wielkich ludzi. W Polsce Stempowskiego nie było 
miejsca na żaden nacjonalizm: Polak, Ukrainiec, Litwin, Białorusin czy Źyd był dla nie- 
go pełnoprawnym obywatelem, co niestety niejednokrotnie było zapominane. Pochodził 
z Podola. Podobnie jak jego ojciec, Stanisław, znany ze swego głębokiego humanizmu, 
Jerzy Stempowski był Europejczykiem naj czystszej wody. Podkreślał przy tym zawsze że 
uważa się za Europejczyka wschodniego. Stałe zaś podawanie się rodaków za przynależ- 
nych do Zachodu przyjmował z pobłażliwym uśmiechem. Uważał, że oglądanie się na 
Zachód i nadmierne przecenianie jego roli opóźnia i zaniedbuje rozwój własnych zaso- 
bów i wątków rodzimej kultury. Należał do wyznawców demokracji typu federalnego, 
przywiązując najwyższą wagę do swobodnego wyrazu tradycji regionalnych, które tak 
często padają ofiarą niwelującej biurokracji. 
Piszę tych kilka osobistych wspomnień wierząc że z czasem znajdą się ludzie bar- 
dziej ode mnie kompetentni aby zająć się jego twórczością. Jest to tylko wstęp do kilku 
wybranych listów Stempowskiego do mnie, które, jak sądzę, wzbudzić mogą zaintereso- 
wanie czytelnika. 
Jerzy Stempowski, który był o dziesięć lat ode mnie starszy, uczył mnie wielu rzeczy, 
dopuszczał do różnych sekretów, darzył przyjaźnią. Dlatego też śmierć tego człowieka, 
który wydawało się, nigdy nie powinien umrzeć, jest dla mnie ciężkim przeżyciem. 
Poznaliśmy się w 1926 r. w Prezydium Rady Ministrów, gdzie Stempowski był sze- 
fem gabinetu premiera Bartla, uważany też za "szarą eminencję" w tym okresie, kiedy 
wielu z nas wierzyło że naprawdę będzie od tej pory inaczej, że wkraczamy w epokę 


175
>>>
prawdziwej demokracji. Dzięki swojemu taktowi, wiedzy i stosunkom oddawał Stem- 
powski nieocenione usługi premierowi, np. gdy chodziło o uzyskanie większości w sej- 
mie przy głosowaniu nad budżetem. Stosunki przyjacielskie z Kołodziejskim, mającym 
na terenie sejmowym wielkie znaczenie, odgrywały swoją rolę. Po okresie złudzeń ludzi 
dobrej woli nastąpił okres "radosnej twórczości". Bartel przestał premierować. Przed 
samym ustąpieniem starał się gdzieś poumieszczać swoich najbliższych współpracowni- 
ków wiedząc że gdy odejdzie, oni, choćby byli najbardziej kompetentni, stracą swoje 
stanowiska. Pamiętam jak mi Stempowski mówił: "Prosiłem o taki rodzaj pracy, aby 
nawet jakiś kapitan nie miał ochoty zająć mego miejsca" (był to okres gdy różnych ofice- 
rów przenoszono do administracji cywilnej). Znaleziono mu więc mało eksponowane 
zajęcie w Banku Gospodarstwa Krajowego, z którego, tak jak przypuszczał, nikt go nie 
ruszył. 
Chociaż prof. Bartel odsunięty od rządu powrócił do swego Lwowa, nie przestał 
interesować się sprawami państwowymi. Postanowiliśmy razem ze Stempowskim stale 
informować byłego premiera co się w kraju i stolicy dzieje. Nie mając zaś zbytnio zaufa- 
nia do poczty, którą niejednokrotnie Bartlowi cenzurowano, co jakiś czas jeździłem do 
Lwowa z jak gdyby "raportem", który razem ze Stempowskim przygotowywaliśmy, 
mając zawsze wiadomości z pierwszego źródła, widywaliśmy się stale z Niedziałkow- 
skim, Augustem Zaleskim, Marianem Kościałkowskim, Okuliczem i innymi. 
W sierpniu 1939 dostałem w Czorsztynie, gdzie spędzałem wakacje, list od Stem- 
powskiego, pełnego najgorszych przeczuć, przewidującego już samoloty niemieckie nad 
Warszawą i cofające się rozbite nasze wojsko. Były to prorocze słowa Kassandry. 
Następny raz gdy zobaczyłem znów Jerzego Stempowskiego, było to już w roku 
1943, w Szwajcarii, po mojej ucieczce z obozu koncentracyjnego Le Vernet we Francji. 
Już w godzinę po moim zgłoszeniu się do poselstwa RP w Bernie, Stempowski był przy 
mnie. Otoczył mnie naj serdeczniejszą przyjacielską opieką, umieścił pod Bernem 
w miejscowości Muri, gdzie sam mieszkał. Widywaliśmy się codziennie. Stempow- 
skiemu udało się przedostać z Polski do Szwajcarii na początku wojny i pełnił tutaj funk- 
cje delegata ministra Spraw Wewnętrznych, gdy w czasie wojny Szwajcaria stała się 
ważnym punktem informacyjnym i dużym skupiskiem Polaków. Wiele godzin prze- 
dyskutowaliśmy w tej podberneńskiej wiosce. Tam powzięliśmy naj cięższą z decyzji nie 
wracania do Kraju, zdając sobie dobrze sprawę, jak trudne będzie życie na emigracji, 
zwłaszcza dla ludzi nie mających żadnych talentów komercjalnych ani technicznych. 
Wracaliśmy też myślą do naszego dwudziestolecia, czując równocześnie że są to już 
wspomnienia epoki niepowtarzalnej. 
Dziś już nawet wspomnienia o tamtych czasach powoli gasną w miarę jak odchodzą 
ich żywi twórcy i świadkowie. Razem z Jerzym Stempowskim nikną i zamierają jego 
ulubione typy ludzkie, gdzieś na krańcach Huculszczyzny, na pograniczach kultur, cady- 
cy, przemytnicy, karczmarze i pasterze, osobliwy świat jakby wyjęty z obrazów Chagalla 
i dla Stempowskiego równie ciekawy i wart uwagi jak i dzieła klasyków sztuk wszelkich. 
W naszych czasach brutalnego pośpiechu, powierzchownej turystyki, gorączkowej pogo- 
ni za efektem i pogardy dla kontemplacji, Jerzy Stempowski był już może ostatnim prze- 
wodnikiem i znawcą tylu ścieżek i dróg współczesności i przeszłości, po których szedł 
samotnie swoim cichym krokiem nieśpiesznego przechodnia. 


Wiadomości 1970 nr 12/13 (1251/1252) 


176
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


Z ARCHIWUM 
JERZEGO STEMPOWSKIEGO 


Andrzej Stanisław KOWALCZYK (Warszawa) 


Publikowane poniżej dwa teksty Jerzego Stempowskiego pochodzą z jego archiwum 
zdeponowanego w Bernie, w Burgerbibliothek jako "Stempowski Nachlass" (materiały 
z lat 1940-1969). Do ogłoszenia drukiem archiwaliów zostałem upoważniony przez 
panią Dieneke Tzaut, zmarłą w roku 1998 kuratorkę spuścizny po Jerzym Stempowskim. 
Esej, poświęcony analizie duchowej sytuacji kontynentu, jakby cześć druga Europy 
1938-1939, powstał w czasie drugiej wojny światowej, którą Stempowski spędził 
w Szwajcarii (najpierw w Bernie, a następnie w małej miejscowości Muri pod Bernem). 
Przeznaczony był zapewne dla jednego z pism polskich, nie ukazał się jednak drukiem. 
Być może autor uznał go za zbyt pesymistyczny. Jest jednym z nielicznych polskich 
utworów literackich starających się spojrzeć na wojnę jako na przejaw kryzysu duchowe- 
go nurtującego Europę. Szkic Stempowskiego staje więc obok eseistyki z lat 40. Bole- 
sława Micińskiego, Stanisława Vincenza, Tadeusza Krońskiego. Liczne motywy, rozwi- 
nięte w eseju, pojawiają się w korespondencji z Krystyną Marek z tych lat (Listy z ziemi 
berneńskiej, Londyn 1974) i w listach do Bolesława Micińskiego (Listy, Warszawa 
1995) . 
Esej "Szpital Starozakonnych na Czystem" pozostał nie dokończony. Nie wiemy, 
kiedy utwór został napisany. Być może powstał pod wpływem dochodzących z kraju 
wieści o prześladowaniach narodu żydowskiego przez hitlerowców. Stempowski, mający 
wielu przyjaciół Źydów i znający kulturę żydowską, nie podjął nigdy tematu Zagłady. 
Być może "Szpital Starozakonnych na Czystem" jest próbą zmierzenia się z tym, tak 
bolesnym dla pisarza, tematem. 
Prawdopodobna jest jeszcze inna hipoteza. Kontekstem dla eseju są takie utwory jak 
Wronia i Sienna oraz Dzieci Warszawy w początkach XX stulecia, napisane i opublikowa- 
ne w "Kulturze" na początku lat 50. Stempowski planował książkę złożoną z esejów 
autobiograficznych. Do niej właśnie "Szpital Starozakonnych na Czystem" mógł być 
pisany. Przerwanie pracy nad esejem związane byłoby z zaniechaniem całej książki. 


177
>>>
Jerzy STEMPOWSKI 


W SZPITALU STAROZAKONNYCH NA CZYSTEM 


Szpital Starozakonnych znajduje się już poza właściwym obrębem Warszawy. Jadąc 
doń mijamy ubogie dzielnice położone za Dworcem Głównym, przecinamy Źelazną 
i Towarową, jedziemy w poprzek torów kolejowych, z których wyładowują węgiel, po- 
tem przez pewien czas znajdujemy się wśród białych parkanów zasłaniających puste 
place i składy opałowe, wreszcie widzimy znów ulice zabudowane, ale inne niż w War- 
szawie, przypominające raczej przedmieścia Łodzi lub Częstochowy. Domy są tu niższe, 
o fasadach bielonych wapnem, jezdnie pełne kurzu, brukowane polnym kamieniem. 
Zatrzymujemy się na rogu wąskiej uliczki biegnącej między wysokim drewnianym 
parkanem i długim, piętrowym, białym budynkiem, przypominającym gmach starostwa 
we Włodzimierzu lub Kołomyi. Mieści się w nim ambulatorium i kancelaria szpitala. 
Uliczkę zamyka żelazna brama, nad którą widnieje napis: Szpital Starozakonnych. 
Idąc za tym napisem, znajdujemy na końcu uliczki niewielkie, zamknięte zewsząd 
podwórze, nad którym wznosi się spora kamienica. Co chwila wychodzą z niej młode 
kobiety z teczkami i szybko zdążają ku wyjściu. Są to, jak się potem dowiemy, pielę- 
gniarki niosące w teczkach do domu swój urzędowy, biały strój. Wejście prowadzi do 
obszernej, szarej poczekalni, oddzielonej od korytarzy drewnianymi przepierzeniami 
i przypominającej poczekalnie urzędów skarbowych. Na drewnianych ławach siedzą 
ubogo ubrani chorzy, na których twarzach widać cierpienie lub rezygnację. Pod ścianą, 
na wysokim wózku szpitalnym, leży blady człowiek, patrzący przerażonym wzrokiem. 
Przy załatwianiu krótkich formalności związanych z przyjęciem na oddział chirur- 
giczny, zapoznajemy się trochę z historią szpitala. Wszędzie zatrzymują nas tablice, na 
których widnieją długie listy fundatorów. Każdy z oddziałów posiada nadto osobne tabli- 
ce fundatorów, których ofiarność umożliwiła założenie lub rozwinięcie danego działu 
lecznictwa. Tu i ówdzie spostrzegamy nazwiska rodzin zamożnych, znanych z historii 
przemysłu, handlu i finansów Królestwa Kongresowego. Ogromna większość nazwisk 
jest jednak nieznana. Świadczą one o długotrwałym wysiłku zbiorowym, o wielkiej fali 
oświeconej filantropii, jaka przebiegła burżuazję żydowską w ubiegłym stuleciu. Na 
ścianach kancelarii oglądamy stare fotografie zbiorowe lekarzy z okresu pozytywizmu, 
z brodami w czarnych surdutach i szerokich spodniach. Szpital Starozakonnych ma za 
sobą piękną, starą tradycję; obecnie jest szpitalem miejskim i utrzymywanym ze środków 
publicznych. W znacznej mierze zachował on jednak swój dawny charakter szpitala war- 
szawskiej gminy żydowskiej: pośrodku zabudowań wznosi się niewielka bożnica, kuch- 
nia jest koszerna. Do Szpitala Starozakonnych kierowali się przede wszystkim chorzy 
wyznania mojżeszowego, stanowiący ogromną większość jego mieszkańców. W salach 
szpitalnych znajduje się jednak pewna ilość chorych nie-żydów, którzy zostali tam 
umieszczeni z braku miejsca w innych szpitalach miejskich lub zgłosili się tam z własne- 
go wyboru. 
Po przejściu starych budynków mieszczących zarząd, kancelarie i poczekalnie szpi- 
tala, czeka nas niespodzianka. Przez niewygodny korytarz starej kamienicy wychodzimy 
do obszernego ogrodu o szerokich alejach biegnących wśród starych drzew, i wielkich, 
rozległych trawnikach, które w maju pokryte są łanami kaczeńców. W morzu zieleni, 
tworząc nieregularne grupy, wznosi się dziesięć wielkich, przeważnie nowożytnych bu- 
dynków szpitalnych o śmiało rozpiętych skrzydłach, wielkich oknach i werandach two- 
rzącychjaskrawy kontrast z ubogim i prowincjonalnym charakterem Czystego. 


178
>>>
Oddział chirurgiczny, w którym mam spędzić parę tygodni, mieści się w najwięk- 
szym pawilonie tworzącym szeroką podkowę zwróconą ku południowi. Budynek ten, 
liczący 300 łóżek i kilka pięknych sal operacyjnych, wysokich, o szklanym łamanym su- 
ficie jak pracownie rzeźbiarzy, został przebudowany i rozszerzony znacznie przed kilku- 
nastu laty. U wejścia tablice kommemoracyjne z długą listą fundatorów mówią o starszej 
historii oddziału. 
Wnętrze pawilonu przynosi nową zmianę dekoracji. Szare, wydeptane schody drew- 
niane zdają się należeć do jakiejś innej opery, do starego budynku gimnazjalnego lub 
nawet do składów fabrycznych. Korytarze i sale przechodnie są czyste, lecz ubogie. 
Drzwi malowane szarą farbą, stoły i wózki niosące na sobie ciężar pracowitych lat przy- 
pominają często w Polsce spotykany widok domu odziedziczonego po zamożniejszych 
przodkach przez ubogich krewnych. Białe, żelazne łóżka są miękkie i wygodne, ale me- 
talowych podpórek, pozwalających podnieść głowę i ramiona chorego, jest wciąż brak. 
Chorzy otrzymują je po operacjach i muszą po kilku dniach oddawać nowym operowa- 
nym. Koszule i szlafroki chorych są czyste, ale noszą liczne łaty. Skórzane pantofle zdają 
się pamiętać czasy Abrahama. Wreszcie wyposażenie techniczne oddziału zdaje się rów- 
nież nosić znamiona skrajnej oszczędności. Wszystko razem robi wrażenie, że wydano 
zbyt wiele na budowę szpitala i w skutek tego trzeba dziś oszczędzać na jego utrzymaniu. 
Stąd pochodzi pewien kontrast między dzisiejszym wyglądem stolicy i wnętrzem jej 
szpitali. Ulice dekorowane są kwiatami i sztandarami, pokryte drogim asfaltem, wnętrza 
szpitali utrzymane są na poziomie bruku z polnego kamienia, po którym ostatecznie 
można też jeździć, ale nie tak prędko, lub na poziomie kamienicy czynszowej przy ul. 
Czerniakowskiej , gdzie można też mieszkać, ale gdzie komorne jest już dużo niższe. Od 
zewnątrz jest galówka, grand luxe, od wewnątrz le strict flI3cessaire. 


* 


Nie wszyscy przyjęci do szpitala wychodzą zeń na ulicę Dworską przez budynek 
administracji. Niektórzy opuszczają go przez wąską uliczkę biegnącą po drugiej stronie 
murów szpitala, gdzie w podziemiu znajduje się kostnica. Dla tej przyczyny szpital, po- 
mimo swych słonecznych tarasów i zielonych trawników, należał tradycyjnie zawsze do 
rzeczy ostatecznych, do tego, co teolodzy nazywają ta eschata. Szpital jest jednym 
z punktów granicznych, u których kończą się wszystkie sprawy ludzkie i dalej nic nie ma. 
Chorzy zbliżają się doń powoli; jedni cofają się z powrotem ku życiu, inni przekraczają 
fatalną linię demarkacyj ną. 
Wchodzącego do szpitala ogarnia od razu atmosfera punktu granicznego, w którym 
bledną barwy i wyrównują się nierówności. Zaraz po przybyciu nowy pacjent trafia do ła- 
zienki, z której wychodzi w szerokiej bieliźnie szpitalnej przypominającej sztychy Goyi 
i w rodzaju francuskiej salopette, długiej do kolan płóciennej bluzie w biało-niebieskie 
paski. Uniform szpitalny zastępuje ubranie cywilne, które zdradza człowieka i jego przy- 
należność do grupy społecznej. Chorych wyróżniać jeszcze może wyraz twarzy i gest 
zrośnięty z długotrwałą postawą psychiczną. Ale i te różnice zacierają się szybko. Oczy 
zamroczone przez gorączkę i morfinę, ciała rozciągnięte bezwładnie nie mówią już nic 
prawie o pochodzeniu i nawet wieku pacjentów, przybierając formy właściwe ich choro- 
bom. 
Niwelacja w obliczu cierpienia i śmierci występuje w szpitalu w różnych postaciach. 
Jeden ze starszych pacjentów wskazuje palcem na moje łóżko: 
- Dostał pan bardzo szczęśliwe łóżko. Od kiedy tu jestem, nikt jeszcze na tym łóżku nie 
umarł i leżeli na nim sami bogaci i ważni ludzie. W zeszłym roku leżał na nim taki, do 
którego mówili" panie ministrze". 


179
>>>
Słowa te budzą śmiech. Co wart jest tytuł byłego ministra ze wszystkimi przynależ- 
nymi doń orderami dla człowieka, który w szpitalu starozakonnych na Czystem ma się 
poddać ciężkiej operacji? Dopiero u rekonwalescentów tytuły i godności ulegają stop- 
niowej rewaluacji. 
Same nawet pieniądze tracą w szpitalu większą część swego blasku. Koło pawilonu 
dla chorych umysłowo znajduje się mała kantyna, w której można kupić papierosy i cze- 
koladę. Bardziej rozrzutni mogą wydawać w ten sposób złotówkę na dzień. Wszystkie 
przyjemności, jakie można otrzymać tu za pieniądze, są niczym wobec np. wyjazdu na 
wózku na taras, gdzie ciepły wiatr zdaje się zwiewać z chorego w ciągu kilku minut tru- 
jący opar gorączki i morfiny. Zresztą obyczaj szpitalny nie przewiduje posiadania pie- 
niędzy. Strój szpitalny nie ma stosownych kieszeni. Nie można również trzymać ich pod 
poduszką, bo po operacjach pacjenci nie wracają do swych łóżek, ale na osobną salę dla 
świeżo operowanych. Toteż zapasy gotówkowe chorych ograniczają się do paru złotych 
"na wszelki wypadek". Doświadczeni bywalcy chowająje w węzełku na chustce do nosa. 


* 


Szpital i medycyna współczesna, biorąca w posiadanie chorego aż do jego ostatnich 
chwil, są stosunkowo nowego pochodzenia. Nie zawsze kamfora i kofeina były ostatnimi 
towarzyszkami wielkiej podróży. Ten punkt graniczny nie zawsze był strzeżony przez 
lekarzy w białych bluzach i miał już wielu innych sławnych celników. 
Ludzie dawnych czasów nie wierzyli zbytnio w skuteczność pomocy lekarskiej 
i wcześnie przygotowywali się do nieuniknionego końca. W jednym ze swych listów 
Seneca wypowiada mniemanie, że poddawanie się z przepisu lekarza długotrwałej diecie 
jest poniżej godności Rzymianina, przyzwyczajonego do jedzenia tylko według własnego 
wyboru. Kiedy zaszła potrzeba zachowywania diety, lepiej jest, według Seneki, dobro- 
wolnie opuścić życie pozbawione godności i prowadzące już tylko do smutnego końca. 
Najwidoczniej diety przepisywane chorym przez lekarzy rzymskich były bardzo mało 
skuteczne. Każda niedyspozycja zawierała memento morio Bardzo liczni umierali młodo, 
zanim zapoznali się z vanitas vanitatum i odczuli pragnienie wiecznego odpoczynku. 
Stąd pochodziła nieustanna potrzeba godzenia się ze śmiercią, oswajania kapryśnej 
i dzikiej, wciąż czujnej myśli o śmierci. Tysiące proroków, filozofów i artystów podej- 
mowało na nowo próby pocieszenia i wytłumaczenia. Z indeksu Patrologii Migne'a 
dowiadujemy się, że śmierć była najczęściej omawianym tematem pisarzy chrześcijań- 
skich pierwszego tysiąclecia. Z dziennika Edmunda de Goncourt wynika, że śmierć była 
naj częstszym przedmiotem konwersacji na sławnych diners Magny, gdzie spotykali się 
pisarze naturaliści. W dziedzinie tej istnieje nieprzerwana ciągłość idąca aż do progu 
naszych czasów. Historia sposobów zaklinania i oswajania myśli o cierpieniu i śmierci 
tworzy sama wielki rozdział historii naszej cywilizacji. 
W starych galeriach ze wszystkich ścian patrzą na nas obrazy cierpienia i śmierci. 
Motyw ten biegnie przez wszystkie wieki aż do zadziwiającej sztuki późnego baroku, 
w której na skutek długiego wysiłku wielu pokoleń artystów, śmierć zdawała się niemal 
całkiem oswojona, i mówiono o niej w zawiłych symbolach, w metaforach podobnych do 
rebusów i w groteskowych epigramatach. Jak śpiewa jej sławę Angelus Silesius w swych 
barokowych dystychach: 
Tod ist ein selig Ding: je kraftiger er ist, 
Je herrlicher daraus das Leben wird erkiesL 
Albo w innym miejscu: 
Ich sage, weil der Tod allein mich machet frei, 
Dass er beste Ding aus allen Dingen sie. 


180
>>>
Albo jeszcze dalej; 
Trompeten hor ich gern, me in Leib solI aus den Erden 
Durch ihren Schall erwect und wieder meine werden, 
jak gdyby w przeczuciu 20 autonomicznych puzonów z Requiem Berlioza i 11 puzonów 
towarzyszących trzydziestu trzem żałobnym klarnetom z Grande Symphonie Funebre et 
Triomphale. 
Długi wiek baroku, dla różnych przyczyn tak bliski naszym czasom, stworzył to, co 
Edmond de Goncourt nazywa Fart amoureux du flI3ant, Fart galant in de la mort. Z niego 
wywodzą się żałobne fanfary słowne poetów romantycznych aż do bardziej uroczystej 
śmierci parnasistów: 
Inerte, bleme, au fond d'un lugubre entounoir, 
Je descends d'heure en heure et d'annee en annee. 
Od kilkudziesięciu lat dopiero artyści zaczęli opuszczać powoli punkt graniczny, na 
którym utrzymywali się przez długie wieki, zajęci tam wytwarzaniem świata fikcji bro- 
niącej naszego życia uczuciowego przed niegościnnym klimatem moralnym strefy 
eschatologicznej. Plastycy a potem poeci zwrócili się do innych punktów granicznych 
i ostatecznych świata sztuki. Miejsce ich zajęli pozytywiści w białych fartuchach. Niego- 
ścinny klimat pogranicza złagodniał pod wpływem wielkiej nadziei, wiary w nieograni- 
czoną potęgę medycyny. Wiara ta zastąpiła w znacznej mierze pocieszenia filozoficzne 
i religijne dawnych czasów, sztukę epitafiów i pomp żałobnych, słowem olbrzymi wy- 
siłek tysiącleci dążący do opanowania i przetworzenia na myśl i sztukę smutku wiejącego 
od tragicznej granicy. 
Nadzieje powstałe z rozwoju medycyny były tylko częściowo usprawiedliwione. 
Wiele chorób opiera się leczeniu, wielu chorych umiera na choroby uleczalne u innych. 
U wielu nadzieja uzdrowienia gaśnie wcześnie i nie daje się podtrzymać przy pomocy 
żadnych banalnych sposobów. Pomimo tych częściowych niepowodzeń medycyna jest 
jednak dziś jedyną towarzyszką agonizantów. Nie ma więcej zwyczaju zapraszania do 
szpitali filozofów i [nieczytelne] , którzy towarzyszyli ostatnim chwilom Sokratesa, Sene- 
ki i innych sławnych Greków i Rzymian. 


* 


Jakkol wiek znamy granice potęgi medycyny, wszystkie pocieszaj ące argumenty Se- 
neki, Marka Aureliusza, Boetiusa z De consolatione philosophiae i Tomasza More'a z 
Comfort against Trybulacion według obecnych pojęć wydają się nieskuteczne w porów- 
naniu z ostatnim zastrzykiem kamfory. Możemy zauważyć, że w ostatniej chwili za póź- 
no jest na pocieszenie lekarskie i samo nawet pocieszenie religijne udzielone in articulo 
mortis wydaje się bardzo sumaryczne. Nikt jednak dziś nie poszukuje ich wcześniej, w 
nadziei, że lekarze odłożą ich potrzebę poza wszelkie możliwe do przewidzenia terminy. 
Na skutek ewolucji pojęć lekarze stali się dziś jedynymi jeszcze towarzyszami wiel- 
kiej podróży; do nich należy dziś cała władza na ostatnim posterunku, na którym zatrzy- 
mujemy się przed przekroczeniem fatalnej granicy. Do nich przeszedł spadek po tylu 
sławnych przodkach, [słowo nie czytelne] artystach. 


[Fragment przekreślony] 
Poza dość sumarycznym pocieszeniem religijnym otrzymywanym przez chorych in arti- 
culo mortis, lekarze są dziś jedynymi towarzyszami ostatniej podróży; do nich należy 
cała władza na ostatnim posterunku, na którym zatrzymujemy się przed przekroczeniem 
fatalnej granicy. Im też przypadły w udziale wszystkie smutne przywileje wynikające 
z tej władzy. 


181
>>>
SYTUACJA MORALNA KONTYNENTU 


Głównym faktem wyznaczającym dziś pozycję moralną kontynentu europejskiego 
jest jego kapitulacja. ° zjawisku tym mówimy zazwyczaj myśląc o Francji, jego zasięg 
jest jednak znacznie szerszy. Przedtem już kapitulowała Holandia i Belgia, Dania i Nor- 
wegia. 
W kapitulacji francuskiej należy odróżnić dwa fakty luźno tylko ze sobą związane: 
złożenie broni i kapitulację moralną, tj. obalenie republiki i dobrowolne przyjęcie statutu 
politycznego zwycięzców z jego wszystkimi akcesoriami, wyrzeczeniem się demokracji, 
antysemityzmem, prześladowaniem masonów itd. Ten ostatni fakt stał się jak gdyby 
hasłem dla całego kontynentu. We wszystkich krajach prócz Polski zjawili się miejscowi 
patrioci niemieckiej obediencji i apostołowie kapitulacji w różnych językach chwalący 
Fiihrera. Kraje jeszcze nieokupowane zaczęły przygotowywać się moralnie do witania 
wojsk okupacyjnych i niesionego przez nie tak zwanego nowego porządku. Własny statut 
polityczny zachowały dotąd tylko dwa kraje małe, leżące na uboczu od głównej osi wy- 
padków, mianowicie Szwajcaria i Szwecja. 
Kapitulacja stała się zjawiskiem powszechnym, pewnego rodzaju statutem uniwer- 
salnym dla kontynentu europejskiego. "Osie", "aljanse", są to dziś kombinacje już czysto 
werbalne, którym brak oparcia w rzeczywistości doświadczalnej. Wypadki rumuńskie 
wykazały, że aljans z Niemcamijest tylko inną nazwą kapitulacji klasycznej z rozbiorami 
i okupacją wojskową. Zagadnienie kapitulacji stało się aktualne nawet dla Włoch. Jest 
dziś jasne, że dalsze niepowodzenia królewskiego i cesarskiego rządu Italii muszą pocią- 
gnąć za sobą kapitulację i okupowanie półwyspu apenińskiego przez wojska niemieckie. 
Wypadki te nie były zupełną niespodzianką. Już od 10 lat uważni obserwatorzy 
z przerażeniem widzieli hitleryzację znacznej części plutokracji i burżuazji europejskiej. 
Mniemanie, że majątek i dochody można zachować jedynie przy ustroju faszystowskim, 
należało do najbardziej rozpowszechnionych wśród tak zwanych klas posiadających 
całego kontynentu. Z nich rekrutowali się we wszystkich krajach stronnicy kapitulacji 
politycznej i darmowi agenci Niemiec. Dziś stało się wiadome, że część tak zwanych 
monachijczyków francuskich żyła podczas wojny nadzieją na klęskę swego kraju, widząc 
w niej jedyny sposób zachowanie fortuny. tak trudno zwyciężać. 
Nadzieje posiadających zostały zawiedzione. Niemcy są dziś aliantami bolszewików. 
Armie ich niosą wszędzie pogardę dla "plutokratów" i generalne wywłaszczenie w for- 
mie Neuordnung i deutsche Filhrung. Ale na te refleksje było już za późno. Klęska, przy- 
gotowana wspólnymi siłami Niemiec ich aliantów z S-tej kolumny, była faktem dokona- 
nym. Między potępieniem swoich i pogardą okupantów grupa kapitulantów zamożnych 
znalazła się w prawdziwej pułapce, z której niełatwo zapewne będzie się wydostać. Na 
razie widzimy ich głównie czyszczących buty wszystkich chwilowych panów życia 
i śmierci na terenach okupowanych. 
"Zdrada klerków" również przygotowywała się od dawna, i nieodporność elity umy- 
słowej kontynentu na wypadki ostatniego roku nie była dla nikogo niespodzianką. 
Kompleks niższości, jako ogarnął narody zwyciężone na polu bitwy, pociągnął za 
sobą doniosłe skutki polityczne. Gdy zwyciężeni w swym własnym mniemaniu zaczęli 
uważać się za bankrutów moralnych i ludy drugiej klasy, również i zwycięzcy zaczęli 
powoli patrzeć na nie jak na plastyczną masę, gotową do przyjęcia narzuconych z góry 
form. Ambicje ich, jak niegdyś ambicje ich mistrzów moskiewskich, zaczęły przybierać 
tak zwane planetarne rozmiary. Dziś wiemy już z mów samego władcy, że nie chodzi 
więcej o te lub inne zdobycze terytorialne, ani nawet o sławny Lebensraum, ale o narzu- 
cenie światu niemieckiego kierownictwa i stosownych do tego celu form politycznych 
i społecznych. Okupacja więc przestała być stanem przejściowym między zakończeniem 


182
>>>
działań zbrojnych i podpisaniem pokoju, ale przybrała charakter stanu defibitywnego, 
mającym po wycofaniu wojsk przeobrazić się w okupację policyjno-partyjną i trwać, jak 
się teraz mówi w Niemczech "po wszystkie czasy". Coraz szerzej zaczęła przenikać 
świadomość, że Francja, mimo swych dekretów antyżydowskich i antymasońskich, nie 
uniknie, w razie zwycięstwa Niemiec, losu Polski. Po anektowaniu wszystkiego, co się 
da, grozi jej podział na protektoraty północny i burgundzki z pozostawieniem pod opieką 
faszystów francuskich części kraju odpowiadającej mniej więcej dzisiejszej Francji nie- 
okupowanej. 
Po upływie pół roku możemy dziś zrobić tymczasowy bilans kapitulacji francuskiej. 
Inicjatorzy jej działali pod bezpośrednim wrażeniem katastrofy. Armia francuska cofała 
się wśród tłumu uchodźców, których 10 milionów tłoczyło się na kurczącym się pod ich 
stopami terytorium. Zawieszenie broni wydawało się rządowi w Bordeaux jedynym spo- 
sobem opanowania sytuacji wewnętrznej i położenia kresu bezprzykładnej poniewierce 
ludności. Kapitulacja moralna miała na celu dalszą obronę ludności i stępienie ostrza 
nienawiści teologicznej faszystów do demokracji. Ministrowie z Vichy stosowali taktykę 
Talleyranda, który po klęsce Napoleona wytłumaczył ówczesnej koalicji antyfrancuskiej , 
że skuteczne narzucenie Francji starego reżimu wymaga od zwycięzców pewnych ofiar 
i powstrzymania się od aneksji i szykan. 
Historia jednak nie powtarza się. Koalicja przeciwnapoleońska miała cele konser- 
watywne, dążyła do konsolidacji zachwianego status quo. Dziś role są odwrócone. De- 
mokracje Zachodu dążyły do zachowania istniejących konwencji społecznych, państwa 
osi natomiast reprezentują siłę wywrotową. Dlatego kapitulacja moralna jest dziś przyję- 
ciem warunków bliżej nieokreślonych. Francuzi mieli sposobność zapoznać się z tym 
faktem, kiedy władze okupacyjne wysiedliły z Lotaryngii 60.000 mieszkańców, propo- 
nując im wyjazd do Polski lub Francji nieokupowanej. Na reklamacje francuskie Niemcy 
dali do zrozumienia, że przesiedlenia są ich systemem administracyjnym, sposobem 
bycia ludów dynamicznych. Rzesza przesiedla wciąż swych własnych poddanych i nie 
widzi powodu pozostawiania na miejscu Francuzów. 
Zatem więc jako próba, chociażby za cenę wielkich ofiar, zatrzymania dalszego po- 
chodu katastrofy i częściowego przynajmniej przywrócenia status quo, kapitulacja osią- 
gnęła bardzo małe wyniki i przypomina raczej przerwę zrobioną na życzenie pacjenta 
w połowie bolesnej operacji chirurgicznej. 
Ale i pesymiści nawet nie przewidzieli zapewne wszystkich kosztów kapitulacji 
i bezużytecznych cierpień, jakie miały z niej wyniknąć. Mamy tu na myśli koszta moral- 
ne kapitulacji, związane ze szczególną konstytucją psychiczną Francuzów. 
Obcych uderza zawsze u Francuzów drażliwość miłości własnej, czułość honoru 
i pewna szczególna ocena sławy i rozgłosu. Francuz, mówią, godzi się na wszystko, 
prócz na to, aby pozostać niedostrzeżonym. Ludzie Północy biorą to najczęściej za próż- 
ność. Jest to jednak zbytnie uproszczenie rzeczy nierównie głębszej i zawiłej. Aby ją 
lepiej zrozumieć, wypada przejść w pamięci wszystkie manie wielkości od Ludwika XIV 
do Napoleona, odziedziczone przez dzisiejszych Francuzów, wszystkie łuki tryumfalne, 
pałace, słońca Austerlitzu, orły, sztandary, wieki blasku i sławy idące przez pokolenia. 
Sam nawet smak artystyczny Francuzów jest w gruncie rzeczy innym wyrazem tej samej 
mani wielkości według zasady horacjańskiej: qui non tendit ad summ um, vergit ad imum. 
W sztuce wszystko, co gorsze od najlepszego, nie liczy się. (Kto nie dostrzegł, ile pychy 
ukrywa się w pochwale mierności, nie zrozumiał dobrze Horacego.) U tak głęboko fran- 
cuskiego Boileau uderza nas nade wszystko pedantyczna nienawiść wszystkiego, co 
mierne. Gdy przypomnimy sobie Wiktora Hugo, który wolał spędzić 18lat na wyspie niż 
przeprosić Napoleona Małego, gdy przypomnimy sobie wszystkie zawarte w literaturze 


183
>>>
francuskiej odcienie goryczy zrodzonej z dumy, wówczas zrozumiemy lepiej pewne 
obciążenie dziedziczne pokonanych z 1940. 
Krótki okres komitetów nieinterwencji i panowania "monachijczyków" nie mógł 
zmyć w ciągu kilku lat tradycji wytworzonych w biegu stuleci. Źaden inny naród nie był, 
być może, równie mało przygotowany psychicznie do kapitulacji i abdykowania ze swej 
roli w Europie. Zresztą ani po Waterloo ani po Sedanie okoliczności nie wymagały od 
Francji kapitulacji moralnej obecnego typu, kapitulacji "dynamicznej" z narastającą 
wciąż listą abdykacji i upokorzeń. Lista ta bowiem nie jest bynajmniej zamknięta. Już po 
dekretach antysemickich i samorządzie korporatywnym, w listopadzie Pietro Solari pisał 
w "Corriere della sera", że Francja nie jest jeszcze dość zwyciężona, i że jej duch "pluto- 
kratyczny" jeszcze żyje. "Francja - pisał - musi jeszcze ponieść klęskę moralną rów- 
nie rozstrzygającą jak była jej klęska wojskowa." Czytelnik szuka w wyobraźni upoko- 
rzeń, jakie zwycięzcy trzymają jeszcze w zapasie dla Francji, i mimo woli przychodzą 
mu na myśl wzory z Polski: "Nur fur Volksdeutsche", "Adolf-Hitler Platz" , "Sieradz vom 
polnischen J och befreit", i wszystkie inne rekwizyty niemieckiego "kierownictwa". 
Na refleksje te Francuzi nie mieli już czasu. Wypadki nie pozwoliły im wybrać swe- 
go losu. Zanim ktokolwiek zdążył oprzytomnieć zawieszenie broni, kapitulacja moralna 
i trybunał stanu w Riom były już faktem dokonanym. Granice zamknęły się, i nawet na 
emigrację polityczną było za późno. Pozostało akceptowanie losu, zajęcie postawy bier- 
nej: prefer et obdura, jak mówili stoicy rzymscy. 
Sami zapewne autorzy kapitulacji nie wyobrażali sobie, jak trudno będzie Francuzom 
znieść ten los, wytrwać w postawie upokorzonych i oczekujących kary. Tylko ponura 
wyobraźnia Dostojewskiego, który przeszedł całą drogę od stóp szubienicy do apologii 
carskiego reżimu, mogła sobie dokładnie przedstawić wszystkie stadia załamywania się 
psychicznego, paniki i histerii, jaka ogarnęła kraj po kapitulacji. 
Zaczęło się więc obalanie starych bogów, hańbienie i wyklinanie pokonanej republi- 
ki, której nawet samą nazwę wykreślono ze słownika oficjalnego, zastępując ją słowami 
J'Etat franr;:ais. 
Za czasów swej świetności Trzecia Republika była liberalna, i wolność słowa była 
w niej nieograniczona. Wrogowie swobodnie rzucali na nią obelgi i kalumnie, nie wy- 
wołując ani sprzeciwu, ani nawet zdziwienia. Gdy pochyliła się ku upadkowi, zaczął 
żerować na niej jak robactwo cały tłum skrybensów i pipifaksów czyli tak zwanych pu- 
blicystów. Kapitulacja była dniem ich tryumfu. Wszystkie sprzedajne pióra Francji rzu- 
ciły się do czernienia papieru. Zapał kapitulacyjny przechodził coraz bardziej w histerię; 
żądano kary na wszystkich, kto chciał się bronić. Marcel Deat pisał, że na czele 15 de- 
putowanych sabotował systematycznie wszystkie przygotowania do wojny. Takimi rze- 
czami chwalono się teraz głośno, jak zasługą przed ojczyzną. Charles Maurras, chcąc 
najwidoczniej zakończyć swą karierę jako dobrowolny agent policji niemieckiej, zajął się 
delatorstwem, donosząc co dzień, że w takiej lub innej miejscowości ukrywają się jeszcze 
stronnicy republiki i demokracji, których nazwiska ogłosi w najbliższym numerze. "Can- 
dide" rozpisał konkurs na francuski Mein Kampf - un liv re qui sauvera la France. 
"Gringoire" wzywał do aresztowania wszystkich uchodźców belgijskich i hiszpańskich. 
Cała prasa Francji nieokupowanej zdawała się być na usługach Goebbelsa. Wznowiona 
w Lyonie "Marianne" została zawieszona, ponieważ autor jednego z ogłoszonych w niej, 
zresztą za pozwoleniem cenzury, artykułów okazał się Źydem. Z tego samego zapewne 
powodu wspomnienia wojenne Andre Maurois ukazały się w Szwajcarii, drukowane 
w odcinku "Neue Ziirischer Zeitung". We wspomnieniach tych zresztą opisywane wy- 
padki znajdują się jak gdyby na drugim planie, zamglone wybitną zdolnością autora do 
pomniejszania wszystkiego, o czym mówi. Rozmowy z generałem Garnelinem obracają 
się głównie dokoła awansu kapitana Maurois na majora. Musimy przypuszczać, że sam 


184
>>>
widok kpt. Maurois napełniał nieszczęśliwego wodza roztargnieniem i odpędzał odeń 
wszelką myśl serio. 
Zjawiska tego rodzaju trudno jest ocenić bez pewnego medium comarationis. We 
wrześniu dostarczył mi go jeden z pierwszych numerów "Gazety Źydowskiej", organu 
gminy żydowskiej krakowskiej i warszawskiej. Jest to jedyne pismo wychodzące legalnie 
pod okupacją w języku polskim i nie będące organem władz okupacyjnych. W numerze, 
który trafił do moich rąk, artykuł wstępny był komentarzem do Jeremiasza. Cenzura nie 
pozwala widocznie na nic więcej. Ale bardziej wymowny od wszystkich wykreślonych 
przez cenzora faktów był sam ton gazety, ton niesamowity, dźwięczący jak głos otchłani, 
zwarty, napięty, tragiczny. W ojczyźnie I.K.C., gdzie od wielu już lat brakło godziwej 
publicystyki, przygodni redaktorzy "Gazety Źydowskiej" dorośli nagle do rozmiaru wy- 
padków i znaleźli słowa, które wymawia się w obliczu ostateczności, słowa, których na 
próżno szukali w pamięci sławni publicyści zgromadzeni w Vichy. Patrzącemu na roz- 
piętość tych kontrastów mimo woli przychodzi na myśl pytanie, jak przywrócona będzie 
jedność moralna Europy, w której okres kapitulacji zostawi po sobie tyle pogardy. 
Wśród różnorodnych przejawów kapitulacji moralnej wypada wymienić osobno 
kapitulacjonizm literacki. 
Ponieważ cenzura nie pozwala poruszać tematów politycznych, pisma francuskie 
zaczęły udzielać coraz więcej miejsca literaturze. W sobotnich i niedzielnych numerach 
dzienników pojawiły się dodatki literackie. Najwybitniejsze pióra zmonopolizował "Fi- 
garo", w którego dodatku literackim, pozostającym pod redakcją niejakiego Andre Billy, 
ukazały się takie nazwiska jak Paul Morand, Jean Schlumberger, Francis Carco i inni. 
W jednym z pierwszych dodatków literackich "Figara" ukazał się znamienny artykuł 
nazwanego już wyżej Andre Billy o przyszłości powieści francuskiej. Dość obszerny 
artykuł streszcza się mniej więcej do wywodów następujących. Powieść jest jednym 
z ważnych działów produkcji narodowej francuskiej. Ponieważ rząd poddał ścisłej re- 
glamentacji wszystkie gałęzie produkcji, jest oczywiste, że i produkcja powieści będzie 
kierowana przez rząd. Rząd przepisze powieściopisarzom tematy i style, które uważa za 
najbardziej pożądane. Ponieważ inicjatywa w tej mierze należy do rządu, on sam tj. Billy 
powstrzyma się od przedwczesnych komentarzy, uważając natomiast za dopuszczalne 
zastanowienie się, jakie z istniejących dotąd rodzajów powieści można uważać już za 
nieaktualne i niewskazane. Na pierwszym miejscu wymienia Billy powieść balzakowską. 
W nowym ustroju - pisze - burżuazja została zniesiona i nie ma miejsca na opisywanie 
jej przeżyć i namiętności. Na drugim miejscu wymienia powieść "egotystyczną i estety- 
zującą w rodzaju Andre Gide' a", dla której również w nowym ustroju nie widzi miejsca. 
Czytając tę prozę ma się wrażenie, że wreszcie w Vichy spełniło się marzenie 
szczedrinowskiego strasznego naczelnika, oczekującego, że obywatele zaczną zgłaszać 
się sami i prosić o zesłanie na katorgę (pridut obvatieli i budut katorgi prosit) . Jesteśmy 
tu już o krok od petersburskiego związku zawodowego literatów żądającego kary śmierci 
na trockistów, być może zaś jeszcze dalej, bo Billy pisze bez przymusu policyjnego, 
z własnej i nieprzymuszonej ochoty. Dodać należy, że wszystko co ukazuje się w dziale 
redakcyjnym, między artykułami Morand'a i Schlumbergera, jakby nigdy nic, jak rzecz 
powszechnie uznana i zrozumiała. 
Oczywiście trudno sobie wyobrazić, aby opinie tego rodzaju podzielane były przez 
pisarzy mniej skłonnych do histerii lub chociażby bardziej przytomnych. Wielka literatu- 
ra Francji przedwojennej obracała się w ogóle w strefie, w której redaktora Billy i jego 
argumentów nie wpuszczano nawet do przedpokoju. Przeciw niej jednak podniosła się 
dziś z rynsztoka ulicy, z łamów "Candidów" i "Gringoire'" ów, olbrzymia, mętna fala 
obelg, oszczerstw i złorzeczeń. Publicyści kapitulacji mieszają z błotem całą literaturę 
Trzeciej Republiki, widząc w niej źródło wszystkiego złego, przyczynę upadku Francji 


185
>>>
i nawet jej klęski wojennej. Krzyk histerycznego motłochu podniósł się z taką siłą, że 
zaczęli go brać na serio nawet obcy, stojący poza bezpośrednim zasięgiem kapitulacji. 
Echa deprecjacji literatury francuskiej dały się słyszeć nawet w prasie szwajcarskiej. 
Berliński "Lokal-Anzeiger", poświęcił literaturze francuskiej obszerny artykuł, parafra- 
zujący po niemiecku argumenty "Candida" i "Gringoire"'a i kończący się wnioskiem, że 
wreszcie cała ta zgnilizna francuska zostanie uprzątnięta, i miejsce jej zajmie zdrowe 
i młode niemieckie piśmiennictwo narodowo-socjalistyczne. Dyplomowany przez "Kul- 
turkammer" krytyk berliński okazał się jednak nieco liberalniejszy od swego kolegi 
z "Figara", bo dodaje na końcu, że i we Francji są artyści zasługujący na szacunek, jak 
np. Andre Gide. 
Pod gradem obelg i gróźb starzy bogowie literatury francuskiej zachowali się z god- 
nością, mianowicie milczeli. 
Poza względami ogólnymi, milczenie ich zdaje się jednak mieć także pewne szcze- 
gólne motywy, których można się jedynie domyślać. W tydzień po cytowanym artykule 
o kierowaniu literatury przez rząd, w tymże piśmie ukazał się artykuł znanego krytyka 
Henri Bidau, zawierający m.in. takie zdanie: "Francji pozostało kilku znakomitych żyją- 
cych jeszcze pisarzy, jak Franc;ois Mauriac, Jean Giraudoux..." reszta nazwisk została 
wykreślona przez cenzurę. Billy zatem pisał prawdę: rząd nie tylko nie wziął jego arty- 
kułu za żart, ale istotnie ma ambicje kierowania produkcją narodową w zakresie powie- 
ści. Jakie nazwiska zostały wykreślone? Andre Gide? Georges Duhamel? Może Andre 
Malraux? Jeżeli wymienianie nazwisk ich jest zakazane, czy wolno im pisać? Od sierpnia 
już prasa zapowiada wznowienie N.R.F. w strefie nieokupowanej; pierwszy numer miał 
być gotowy do druku już we wrześniu. Numer ten nie ukazał się dotąd. Czyżby Julien 
Benda musiał legitymować się z posiadania aryjskiej babki? Wiemy tylko, że Henri 
Bergson miał być przed śmiercią usunięty z College de France, ale rada ministrów posta- 
nowiła uznać go za "zaszczytny wyjątek". Sławny filozof odmówił przyjęcia tego przy- 
wileju. 
Łatwość, z jaką część przynajmniej opinii francuskiej obaliła swych starych bogów, 
wyrzekła się wypróbowanych w ciągu stuleci instytucji, odwróciła się od naj sławniej- 
szych tradycji i nawet wykreśliła ze swej literatury najbardziej cenionych autorów, mu- 
siała zastanowić nawet najbardziej niepoprawnych optymistów. Uderzał zwłaszcza fakt, 
że obrazoburstwo było tym razem nie działem ciemnych sił ludowych, ale zamożnej 
burżuazji, dążącej dotąd zazwyczaj do zachowania istniejącego stanu rzeczy. 
Aby sobie objaśnić to zjawisko, wypada być może, uświadomić sobie wpływ naiwnej 
filozofii pragmatycznej, jaką w różnych odmianach propagowano od 40 lat w Europie 
z prawa i lewa. Już wielki apostoł naszych czasów przemocy, Georges Sorel pisał o "uży- 
teczności pragmatyzmu". Nawet w rzeczach wiary posługiwano się argumentacją prag- 
matyczną: jaką korzyść mamy z wątpienia? Prawdąjest to, co nam służy, co sprzyja na- 
szemu elan vital. To rozumowanie, ta łatwa filozofia powodzenia leży na dnie całego 
kapitulacjonizmu europejskiego. Niemcy wygrały wojnę? Zatem ich instytucje są dobre. 
Antysemityzm sprzyja elan vital rasy germańskiej? Będzie zatem doskonały i dla nas. 
Jaką korzyść możemy wynieść z obstawania przy naszych opiniach? Nasze instytucje, 
tradycje i gusty nie przyniosły nam powodzenia? Zrzućmy je zatem jak stare ubranie. 
Jeżeli tego rodzaju filozofia była zawsze absurdalna, wypadki ostatniego roku wyka- 
zały nadto całkowitą fantastyczność i oderwanie od rzeczywistości doświadczalnej. Nikt 
z nas nie zna dziś swego losu, nawet na dzień jutrzejszy, i rozważanie, jakie opinie przy- 
niosą nam najwięcej powodzenia, jest rzeczą spóźnioną i jałową. Jeszcze śmieszniejsze 
wydaje się wycenianie republiki i literatury z punktu widzenia szans przegranej wojny. 
Czy nie rozsądniej jest myśleć po prostu, że zachowanie republiki wymagało więcej 
inteligencji i talentów, niż ich liczyło obecne pokolenie, i że literatura francuska była zbyt 


186
>>>
piękna dla czytelników "Gringoire"'a, niecierpliwie oczekujących pojawienia się francu- 
skiego Mein Kampf (un livre qui sauvera la France). 
Jeżeli jakaś lektura w ogóle może nam pomóc w odzyskaniu równowagi i opanowa- 
niu myślą lęku przed toczącymi się wypadkami, trzeba by raczej zwrócić się do listów 
Seneki, do Plutarcha, przypomnieć sobie gesty i słowa starożytnych w obliczu ostatecz- 
ności, rozważyć na nowo filozofię, jaką ukrywa w sobie Troilus il Kressyda lub Król 
Lear. Rzekomo praktyczne wychowanie obecnych pokoleń z ich naiwnym pragmaty- 
zmem i giętkością myśli graniczącą z niekonsystencją zrobiły je nieobronne złemu. 
W obliczu niepowodzenia cały kontynent w swej własnej wyobraźni zaczął się staczać 
coraz niżej i niżej. 
Jak wyobrażano sobie życie w submisji, pod niemieckim kierownictwem? 
W Vichy mówiono przede wszystkim o powrocie do rolnictwa, o sławnym le retour 
El la terre. Francuzi wracają na wieś, sadzą kapustę, pasą baranki, podbierają miód, niko- 
mu nie wadzą, przemysłu poza dozwolonym przez Berlin nie mają, Niemcom dostarczają 
doskonałego sera, sałaty i wina. O co władcy mogliby mieć pretensje do ludu idylliczne- 
go, oddającego się tak godnym pochwały zajęciom? 
W innych krajach okupowanych lub oczekujących okupacji wyobrażano sobie przy- 
szłość może mniej bukolicznie, ale w podobny sposób. Z mów Funka można było wno- 
sić, że wszystkie ludy zostaną obłożone poważnym haraczem. Część dnia wypadnie za- 
tem poświęcić pracy dla Niemców, część pracy dla utrzymania się przy życiu, a w końcu 
dnia pozostanie być może jeszcze godzina odpoczynku, którą będzie można poświęcić 
jakimś dozwolonym rozrywkom. Za tę cenę miano nadzieję otrzymać prawo do życia, do 
czytania w niedzielę ilustrowanego dodatku do "Frankfurter Zeitung" i nawet, raz na rok, 
odbycia niewielkiej podróży w trzeciej klasie. 
Takie były nadzieje spokojnych obywateli. Prócz nich, oczywiście, w każdym kraju 
powstała grupa miejscowych nazi, spodziewających się jeździć automobilem, "kierować" 
pracą pozostałych obywateli, chodzić w żółtym mundurze z batem w ręku i spędzać 
z chodnika na jezdnię pozostałych jeszcze przy życiu Źydów. 
Wśród klerków, zwłaszcza we Francji, żyły jeszcze inne nadzieje. Oczekiwano tam, 
że zwycięzcy po jedzeniu i piciu zapragnąjeszcze dobrych obrazów, starych mebli, sub- 
telnej muzyki, pięknej książki, być może nawet wielkiej sztuki i wszystkiego tego, czego 
nigdy nie bywało w koszarach i w lokalach partii narodowo-socjalistycznych, a nawet 
w biurach "Kraft durch Freude". Wszystkiego tego dostarczyć im mogła tylko stara cy- 
wilizacja Zachodu, tylko Francja, przygotowująca się do odegrania roli Grecji w nowym 
Imperium Rzymskim. 
Jako rzymscy poddani, Grecy wydali jeszcze Plutarcha, Plotyna i Lukiana z Samo- 
saty. Jako powiatowe miasto rzymskie, Ateny miały jeszcze swe momenty świetności 
i były miejscem pielgrzymek całej elity imperium. Najsławniejsi cesarze przejęli język 
Platona. Marek Aureliusz pisał po grecku swe rozważania, Julian Apostata swe pamflety. 
Przed Paryżem są więc jeszcze całe wieki świetności. Takie głosy dawały się słyszeć 
wśród klerków. Ewangelię tę głosił też, zdaje się swym francuskim przyjaciołom sam 
Otto Abetz, wtajemniczony w plany wszechwładnego. 
Graeculi, jak pisał pogardliwie Juvenalis... Taką nadzieją łudzili się klerkowie 
z Vichy, kiedy właśnie prawdziwi Grecy przygotowywali się zadziwić świat czymś zu- 
pełnie innym. W pismach tak zwanych literackich zaczęto już inwentaryzować skarby, 
którymi miano wodzić na pokuszenie barbarzyńców. Ponieważ literaturę republiki wy- 
kreślono z jadłospisu, wrócono do klasyków, do Montaigne'a, Pascala, Racine'a, Lafon- 
taine'a. Kto potrafi się oprzeć ich urokowi? Z nami więc, mówiono, są bogowie literaccy. 
Ale i te nawet skromne nadzieje zaprawione były goryczą zwątpienia. 
Czy przez powrót do rolnictwa uda się odwrócić od Francji ekspansję kolonizacyjną 


187
>>>
Niemiec uniknąć tzw. Landnahme we Francji? Chytrzy "monachijczycy", łudzący się od 
czasów Locarna nadzieją zwrócenia ambicji zaborczych Niemiec na Wschód, z uczuciem 
ulgi czytali o wcieleniu do Rzeszy trzeciej części Polski i o wysiedleniu stamtąd ludności. 
Zatem więc - mówili - Niemcy mająjuż dość ziemi; im więcej ich osiądzie nad Wartą 
i Wisłą, tym mniejszy będzie napór na Zachód. 
Czy jednak jest to tak pewne? Sławny Drang nach Osten był zawsze postulatem ra- 
czej teoretycznym. Od pół wieku już ludność Niemiec dążyła stale na Zachód. Zresztą 
kto był jeden chociażby dzień w Kistrzyniu (Kiistrin) lub Frankfurcie nad Odrą, wie, 
dlaczego każdy sprytniejszy mieszkaniec tych okolic starał się przenieść nad Ren. Kto ze 
zwycięzców będzie dziś chciał z własnej woli osiąść w "deutsche Kreisstadt Pultusk", jak 
je nazywają tamtejsze gazety, lub w "Konstantynow bei Litzmannstadt"? Czy przelud- 
nione piaski mazowieckie potrafią w oczach zwycięzców konkurować skutecznie z zie- 
mią francuską, falującą w nieskończoność w złoto-błękitnym dymie tentującym malarzy 
od czasów Claude Lorrain'a i, co może ważniejsze, przynoszącą rolnikom niezmiennie 
10% czystego zysku od wartości szacunkowej gruntu? już pierwsza Landnahme w Lota- 
ryngii, połączona z wysiedleniem 60.000 Francuzów, musiała obudzić te wątpliwości. 
jeszcze mniej pewne wydawały się nadzieje klerków na otrzymanie z rąk nowych 
Rzymian roli nowych Greków. Hitler dziwnie mało przypominał Flaminjusza, zdobywcę 
Aten. Zresztą Grecy od czasów Filipa Macedończyka przeszli sporo kapitulacji, ale brak 
wiadomości, aby poddawali się także kapitulacji moralnej, wyrzekali się swych bogów 
i w histerycznym szale zabraniali wymawiać nazwiska swych artystów. W miesiąc po 
kapitulacji stało się jasne, że na razie przynajmniej nie ma mowy o żadnej Grecji. 
Kto nie był świadkiem tych wypadków, temu trudno jest zapewne sobie wyobrazić, 
jak szybko stolice kontynentu, niegdyś centralne laboratorium umysłowe i artystyczne 
świata, stały się głuchą prowincją i przybrały statut parafialny. Kandydaci na Greków nie 
przewidzieli zapewne tej metamorfozy. Był to jeszcze jeden z niespodzianych skutków 
ka pitulacj i moralnej. 
W przeciwieństwie do prowincji, stolica jest siedliskiem pewnego rodzaju elity usta- 
lającej bieżącą skalę wartości, i decydującą o tym, kto będzie sławny, jakie książki należy 
czytać i jakie kapelusze będą noszone w najbliższym sezonie. Prowincja przyjmuje te 
wyroki stolicy i - o ile nie poddaje się im natychmiast - oznacza to tylko, że pozostaje 
na razie wierna skali wartości z poprzedniego sezonu. Do wykonania tej funkcji społecz- 
nej stolica musi posiadać pewnego rodzaju potestas clavium, autorytet dość złożonej 
natury. Doświadczenia ostatnich lat dowiodły, że stolice, które kapitulowały i zatrzymały 
się w swej własnej świadomości, tym samym zajęły już postawę prowincji. Przyjmując 
skalę wartości zwycięzców i przygotowując się do słuchania rozkazów, stolice tracą swą 
funkcję społeczną i zdolność decydowania nawet w kwestiach, w sprawach mód umy- 
słowych i krawieckich. 
Przed wojnąjuż widzieliśmy degradację Wiednia. Kiedy nie stało w nim cesarza i ar- 
cyksiążąt, Wiedeń pozostał jeszcze wyrocznią w dziedzinie medycyny, filozofii i konfek- 
cji. Po okupacji spadł wreszcie do poziomu miasta prowincjonalnego, siedziby władz 
drugiej instancji, do rangi Wrocławia lub Królewca, i wówczas przestał być autorytetem 
nawet w dziedzinie konfekcji. Bo co to jest kapelusz z Wrocławia? już August Wilkoński 
przed stu laty śmiał się z ziemian wieluńskichjeżdżących po zakupy do Wrocławia. Wie- 
deńczycy długo opierali się swemu losowi. Pomijając już wszystko inne, była to dla nich 
kwestia utrzymania ich handlu i ocalenia resztek zamożności. Raczej wszystko inne, byle 
tylko nie stolica der Ostmark. Lieber ein Kaiser aus Gottes Gnaden, ais Tapezierer aus 
Berchtesgaden, mówili austriaccy legitymiści. Dziś los Wiednia dopełnił się. Od dwóch 
lat w pismach nie było nawet żadnych depesz z Wiednia, gdzie naj widoczniej już nic się 
nie dzieje. 


188
>>>
Coś podobnego dokonało się latem na całym terenie kapitulacji moralnej. Rozmowy 
zaczęły obracać się dokoła spraw prowincjonalnych. Coraz mniej było chętnych do bro- 
nienia tej lub innej opinii. Tam, gdzie zachowały się jeszcze opery, wrócono do Verdiego. 
Wszyscy zrozumieli, że przez dłuższy czas nie będzie nic nowego, i zaczęli przystoso- 
wywać się do roli mieszkańców Ryczywoła. 
Stolice państw Osi były zawsze ubogie, i dla różnych przyczyn życie ich od dawna 
już miało charakter prowincjonalny, zależny od Zachodu. Miejsce więc opróżnione przez 
dymisję starych stolic pozostało niezajęte. Cały kontynent stał się rodzajem Cochons-sur- 
-Marne, jak mawiał Leon Blois, czy tez Pipidówką bei Berchtesgaden. 
O Dżyngis-chanie mówiono, że gdzie przeszły jego konie tam trawa nie rośnie. Para- 
frazując dziś te słowa można by powiedzieć: gdzie przeszły tanki, tam nie ma więcej 
Europy, tam znikło wszystko, co stanowiło wartość dla jej mieszkańców i dla reszty 
świata. Ludzie kontynentu sąjuż dziś tylko własnym cieniem dręczonym pamięcią prze- 
szłości. Do nich pasują dziś słowa Achillesa w Hadesie: lepiej być ostatnim pośród ży- 
wych niż królem w krainie cieni. 
Nie wiem, o ile Anglicy zdają sobie sprawę z tego, ile zyskali prowadząc dalej woj- 
nę. Szarpana przez lotnictwo niemieckie Anglia jest wciąż żywa, wolna, pełna nadziei. 
Na nią zwracają się oczy całego kontynentu nie tylko jako na ostatnią szansę ocalenia, ale 
z tajną zazdrością, zjaką bankrut schodzący w cień widzi młodość patrzącą w przyszłość. 
Chwilami zdaje się, że nawet histeria kapitulantów pochodzi częściowo z tej zawiści. 
Czemu nieja? 
Zapowiadana już nie raz detronizacja Europy wydaje się dziś, przynajmniej wodnie- 
sieniu do kontynentu, faktem dokonanym. Wojna z jej surowym reżimem i powrotem do 
barbarzyństwa dopełniła dzieła dekoronacji dla patrzących z zewnątrz, kapitulacja moral- 
na dokonała go w samej świadomości Europejczyków. Kiedy w 1919 rewolucja wypę- 
dziła z Ukrainy ziemian polskich, do jednego z nich chłopi z jego rodzinnej wsi wysto- 
sowali list adresowany: do byłego Starorypińskiego. Określenie to pasuje dziś świetnie 
do mieszkańców kontynentu. 
Czy upadek moralny kontynentu jest ostateczny i niepowrotny? Czy pomyślny bieg 
wypadków wojennych potrafi wyrwać Europejczyków z ich prostracji? Jasne jest, że 
powrót do życia i odrodzenie kontynentu nie zależy jedynie od zwycięstwa Anglii. To 
ostatnie może stworzyć tylko warunki niezbędne do takiego procesu. 
Kapitulacja moralna związana była wszędzie ze znaną ewolucją grup posiadających. 
Czy przezwyciężenie kapitulacjonizmu będzie mogło się odbyć bez pozbawienia głosu 
tych grup czyli bez rewolucji na całym kontynencie? Kto obejmie kierownictwo tej re- 
wolucji? 
Pytanie to nie jest czysto akademickie. W Paryżu władze okupacyjne pozwoliły na 
wznowienie agitacji komunistycznej. Jest to powtórzenie w innej formie starej groźby 
pod adresem posiadających: jeżeli utracimy oparcie w warstwach zamożnych, będziemy 
go szukali u ich przeciwników; gdybyśmy zaś mieli przegrać wojnę, zdążymy zawsze 
przekazać spadek po nas komunistom. Wobec tych perspektyw wielu przewidujących 
szukało już dziś reasekuracji od tej strony, przygotowując się do nowej kapitulacji na 
lewo. 
Okupowany, rozbrojony, pokryty siecią nadzoru i obozów koncentracyjnych konty- 
nent nieprędko być może potrafi się zdobyć na czynną walkę o niepodległość. Pierwszym 
jednak warunkiem zajęcia jakiejkolwiek postawy czynnej będzie stworzenie dla niej 
przesłanek moralnych i przezwyciężenie paraliżującej wszelką działalność histerii kapi- 
tulacyjnej. Ostatnie tygodnie przyniosły pod tym względem liczne objawy powrotu do 
zdrowia. 


189
>>>
Pisać o nich jest jeszcze za wcześnie. Na ogół streszczają się one do dwóch zjawisk: 
zachwiania wiary we wszechpotęgę narodowego socjalizmu i kryzysu wewnętrznego 
ka pitulacj i. 
Zachwianie wiary w zwycięstwo zaczęło szerzyć się przede wszystkim w samych 
państwach Osi i stamtąd przenikać do stref okupowanych. Kryzys wewnętrzny kapitula- 
cjonizmu zaczął się od uświadomienia sobie na całym kontynencie niemożności ułożenia 
jakichś stałych, chociażby nawet uciążliwych warunków współżycia z państwami "dy- 
namicznymi". Straszny los Polski i brak jakiejkolwiek koncepcji pokojowej niemieckiej 
poza sławnym deutsche Fuhrung wykazały całą nierealność i fantastyczność nadziei 
kapitulacjonistów. Niemałą rolę odegrały wreszcie ekscesy kapitulacjonizmu i obrzydze- 
nie wywołane jego histerią. W ciągu kilku miesięcy Europejczycy kontynentalni zdążyli 
zmierzyć całą głębię swego upadku: 
,,]e viens de te montrer le gouffre. Tu l'habites." (Y. Hugo) 
Możność zatrzymania się w panicznej ucieczce, zmierzenia wzrokiem i zrobienia in- 
wentarza otchłani, ocenienia szans aktów rozpaczy - wszystko to jest już początkiem 
przezwyciężenia lęku i wstydu, z których zrodziła się kapitulacja moralna.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


WYSPA 
UWAGI O DODATKACH 
DO ARCHIWÓW 
STEFANII ZAHORSKIEJ 


Maja Elżbieta CYBULSKA (W. Brytania) 


W liście] ózefa Wittlina do Stefanii Zahorskiej, opatrzonym datą 16 czerwca 1951 
i znajdującym się w archiwach Stefanii Zahorskiej w Londynie, jest wyrażone takie oto 
życzenie; "Gdybym miał pieniądze - według receptury Koestlera - dałby[m] je na 
jakąś wyspę - dla pisarzy, artystów - eksterytorialną pod każdym względem. Tam 
byśmy sobie chodzili pod ręce - jak wygasłe wulkany". Kiedy wnika się w przemyśle- 
nia Zahorskiej związane z listami Wittlina (w archiwach bibliotecznych są w sumie trzy) 
określenie" wygasłe wulkany" wydaje się trafne choć przygnębiające, niestety. Znamio- 
nuje je pesymizm starzejącej się pisarki dzielony z przyjaciółmi, którzy tak jak ona osią- 
gnęli podeszły wiek; "starym Wittlinom - stara Zahorska". A jednak ta starość nie jest 
żadnym kresem, zaledwie punktem, z którego wskrzesza się przeszłość i komentuje te- 
raźniejszość. Do tej przeszłości odnosi się między innymi zdanie; "A Pan proszę niech 
nie zapomni, że byłam kiedyś rudawą blondynką o wyzywającym uśmiechu". Kokiete- 
ria? Zaczepka? W listach Zahorskiej jest tak mało autocharakterystyki, że sprawa staje się 
intrygująca. Czyżby chciała, żeby w ten właśnie sposób ją zapamiętano? Leonia ]abłon- 
kówna w liście do mnie z 13 stycznia 1986 r. tak ją przedstawia; "nie może Pani sobie 
wyobrazić, jak atrakcyjna była wtedy [przed wojną - M.E.C.] Stefania. Nawet od strony 
zewnętrznej. Nie była właściwie piękna - wręcz odwrotnie; miała rysy nieregularne, 
nieładny nos, za wąskie usta, oczy intensywnie niebieskie, ale zbyt wypukłe. Miała tylko 
wspaniałe włosy, miedziane «tycjanowskie» i znakomitą figurę. Ale emanowała niesły- 
chanym czarem, czymś trudnym do określenia, co urzekało stokroć bardziej niż najbar- 
dziej klasyczna uroda". 
Dla osoby tak szalenie skrytej jak Zahorska, charakterystyka ta wydawałaby się zbyt 
"prywatna" (choć nie ma w niej ani słowa o wyzywającym uśmiechu). Nie mogła przy- 
puszczać, że znajdą się materiały, które pozwolą odtworzyć jej bardziej konkretny wize- 
runek i znacznie wcześniejszy. Ze starej fotografii spogląda twarz młodej dziewczyny, 
której wyraz nie uległ zmianie z upływem czasu, czego dowodzą fotografie zamieszczane 


191
>>>
w moich dwóch książkach* i inne zdjęcia, znajdujące się w Bibliotece Polskiej w Londy- 
nie. Kilka zdjęć, wśród których widnieje młoda Stefania, i nieznane dotąd cenne infor- 
macje, trafiły do moich rąk dopiero niedawno, tak zresztą jak kopie dwóch listów do 
józefa Wittlina. Dokładne opracowanie ich wymagałoby oddzielnych szkiców, toteż 
poprzestanę tylko na krótkim komentarzu, licząc na to, że karkołomne na pozór, zesta- 
wienie tak odrębnych źródeł będzie wyłącznie uzupełnieniem wiadomości podanych we 
wcześniejszych publikacjach, dotyczących Stefanii Zahorskiej. 


Materiały z archiwum janosa Szeredi w Budapeszcie 
Zahorska nigdy nie uporządkowała swojej biografii, nie licząc krótkiego tekstu, któ- 
remu nadała taki tytuł. Ten tekst roi się od nieścisłości i jest wręcz humorystyczny 
z uwagi na nonszalancję z jaką autorka ujęła swoje dzieje i dorobek. Dla kogoś, kto po- 
dejmuje próbę zrekonstruowania faktów z jej życia jest to okoliczność wysoce niepo- 
myślna, bo musi liczyć się z koniecznością dokonywania ciągłych korekt, o czym prze- 
konałam się niejednokrotnie, a ostatnio po otrzymaniu listów od p. ]anosa Szeredi z Bu- 
dapesztu. Noszą daty: 18/11/1998, 14/12/1998 i 25 stycznia 1999 r. W pierwszym liście 
autor przedstawił się, w drugim, dostarczył szeregu wiadomości o rodzinie Zahorskiej 
i załączył fotokopie zdjęć, w trzecim uzupełnił dane. 
Pan Szeredi jest wnukiem Heleny Sternerowej , starszej siostry Zahorskiej, która 
mieszkała na Węgrzech. Ojciec p. Szeredi, to jej syn, Robert (po wojnie zmienił nazwi- 
sko ze Sterner na Szeredi). Obydwoje figurują w korespondencji Zahorskiej z Leonią 
jabłonkówną, a Helenie (Lenie) Zahorska poświęciła swój przedwojenny debiut powie- 
ściowy pt. Korzenie. Wśród materiałów przesłanych z Budapesztu największe wrażenie 
robią fotografie. Pochodzą z końca dziewiętnastego, początku dwudziestego wieku. jest 
w nich coś z Czechowa, szczególnie trzy siostry, a z pewnością dwie: po prawej stronie 
Stefania, w środku Helena z Leserów. Co do trzeciej, o ile jest siostrą, nie ma pewności. 
Możliwe, że jest to Rozalia (choć niewykluczone, że Anna) o której absolutnie nic nie 
wiadomo. I to jest jedna z zagadek Zahorskiej, która mimo, że była tak mocno do rodziny 
przywiązana, o czym świadcząjej listy, nigdy, nigdzie Rozalii nie wspomniała. Milczenie 
wokół Rozalii, zakrawa niemal na ostentację, zwłaszcza w listach powojennych, kiedy 
Zahorska pytała o wszystkich członków swojej rodziny i nie tylko, bo pytała o znajo- 
mych, o gosposię Marynię, ale ani razu o Rozalię. Wyglądało na to, że skazała ją na bani- 
cję ze swego życia, co skłoniło mnie do wysunięcia przypuszczenie, że Rozalia umarła, 
albo zerwała więzi z rodziną. Fakt, że Leonia jabłonkówna, w cytowanym liście do mnie 
nic o tej siostrze nie mówi, jakoś utwierdził mnie w przekonaniu o jej "nieistnieniu". 
Pan Szeredi wniósł ważną poprawkę. Rozalia jak najbardziej żyła, wyszła za mąż, 
miała dzieci i w archiwach rodzinnych są jej dwie kartki: jedna do Heleny Sternerowej 
w Budapeszcie, bez daty, druga do Stefanii Zahorskiej z datą l IV 1918. Obydwie kartki 
pisane były w języku niemieckim, a do Stefanii na pewno wysłana była z Bielska Białej, 
gdzie Rozalia mieszkała. Treść tych kartek jest błaha, dotyczy drobnych epizodów co- 
dziennego życia, ale żadnych śladów konfliktów w nich nie ma. To naturalnie o niczym 
nie świadczy. Nie oznacza również, że tej właśnie siostry nie wspomina Zahorska w innej 
korespondencji, ani że nie pisała do niej listów. Sprawę utrudnia nieznajomość nazwiska 
męża Rozalii, której istnienie potwierdza p. Szeredi pisząc, że zgodnie z tym, co zapa- 
miętała jego matka, Robert Sterner "miał kontakty z Rozalią i jej dziećmi jeszcze przed 
wojną" (14.12.1998). To, że jedną z trzech młodych kobiet widniejących na najbardziej 


* M.E. Cybulska, Potwierdzone istnienie. Archiwum Stefanii Zahorskiej. Londyn 1988; tejże, 
"Przychodź do mnie". Listy Stefanii Zahorskiej do Leonii Jablonkówny. Londyn 1998. 


192
>>>
"czechowowskim" ze zdjęć mogła być Rozalia, zdaje się potwierdzać fotografia grupo- 
wa. W pierwszym rzędzie siedzą trzy dziewczynki. Zaraz na lewo, Stefania. Miała wów- 
czas chyba 8-9 lat, to znaczy, że fotograf utrwalił całą grupę w 1897, albo w 1898 r. 
W rzędzie środkowym siedzą: Helena i jej pierwszy mąż Miinz. W ostatnim rzędzie, 
kobieta z prawej strony jest bardzo podobna do osoby utrwalonej na zdjęciu trzech sióstr. 
Ewa Podgórska, która tak wiele wiedzy wniosła do książki Przychodź do mnie, 
a która jest ciotką pana Szeredi, miała poinformować go, że oprócz Heleny i Stefanii są 
tam jeszcze "ciocia Hania chyba z mężem i ciocia Róża też chyba z mężem. Ale nie wie 
która postać jest którą ciotką" (25 stycznia 1999). To oznacza, że Rozalia na pewno znaj- 
duje się w tym gronie. Hania (Anna Blassberg) była naj starszą siostrą Zahorskiej i żoną 
znanego krakowskiego lekarza. Między Stefanią a pozostałymi siostrami była duża róż- 
nica wieku. Według danych pochodzących z Archiwum Państwowego w Krakowie, Anna 
urodziła się w 1873 r., Helena w 1876 r., a Rozalia w 1878 r. Stefania przyszła na świat 
w 1889 r., choć w przyszłości dowolnie ustalała datę swego urodzenia. Mimo, że żadne 
z dostępnych dotychczas źródeł nie dostarcza wiedzy o Rozalii, to jej samej zawdzię- 
czamy ważną informację, mianowicie, że w 1918 r. żyła jeszcze Amalaia Leser, matka 
Zahorskiej. Świadczy o tym kilka słów skreślonych przez Rozalię do Stefanii w wyżej 
wymienionej korespondencji. Widnieje tam wzmianka, że mama miewa się dobrze. To 
z kolei pozwala sprostować inną omyłkę, którą podaję w obydwu książkach, że Zahorska 
wcześnie straciła matkę. Inna rzecz, że nie tylko Rozalii, ale też matki i ojca nie wy- 
mienia Zahorska w żadnym z dostępnych listów. I jednym z najcenniejszych świadectw 
udostępnionych przez p. Szeredi jest fotografia jej rodziców. Dzięki temu wiemy jak 
wyglądał człowiek, który był naj prawdopodobniej modelem Leona Webera w Ko- 
rzeniach, a w rzeczywistości ojcem czterech córek, z których losy trzech Qeśli nie wszys- 
tkich) ułożyły się dość niezwykle. 
Zdjęcia przybliżają rodzinę Zahorskiej, której korzenie są zadziwiająco złożone i roz- 
gałęzione. Nie rozwiązuje to zbyt wielu luk w jej biografii, ale pozwala uściślić niektóre 
fakty. Pan Szeredi dodał jeszcze odbitki szeregu innych zdjeć. Oddzielny portret Amalii 
Leser, Heleny Sternerowej, rodzeństwa Sternerów, zdjęcie Zahorskiej z Kogutem (Alek- 
sandrem Rafałowskim), z młodym Robertem Sternerem i z gołębiami Wenecji. 


Dwa listy Stefanii Zahorskiej do Józefa Wittlina, Houghton Library, Harvard 
Lektura dwóch listów Zahorskiej do Józefa Wittlina nabiera właściwych znaczeń 
w kontekście jego korespondencji. W liście Zahorskiej z 19 V 1951 r. widnieje zdanie: 
"Będę Pana wspominała takiego, jakiego po raz ostatni widziałam w Cafe des Deux Ma- 
gots". Ostatnie spotkanie najwyraźniej utkwiło obydwojgu w pamięci, choć co do miej- 
sca nie ma pewności. W korespondencji z 6 czerwca 1955 Wittlin pisze: "Pamięta Pani 
naszą współpracę w «Polsce Zbrojnej» i ostatnie nasze spotkanie w kawiarni, zdaje się 
«Regence» w Paryżu, kiedy to Pani nam poradziła uciekać z Paryża? Ta ucieczka nie- 
wiele przydała się niżej podpisanemu, ale chwała Bogu, ocaliła moją rodzinę". Na tę 
współpracę w "Polsce Zbrojnej" powołuje się Wittlin nawet wcześniej bo w liście z dnia 
16 czerwca 1951 r. pisze: "Łączyły mnie z Panią serdeczne, koleżeńskie stosunki. Pa- 
mięta Pani nasze wspólne redagowanie dodatku filmowego do «Polski Zbp? To były lata 
1927-1928". 
"Będę Pana wspominała"; "Pamięta Pani?" - to są w tych listach zwroty kluczowe, 
które potwierdzałyby trafność sformułowania "wygasłe wulkany", gdyby nie fakt, że 
teraźniejszość, świadczyła o ich nieustannej aktywności. W przypadku Zahorskiej, 
oprócz podziękowań za komplementy pod adresem Pandory (rubryki "Puszka" w "Wia- 
domościach", prowadzonej razem z Adamem Pragierem) widnieją słowa podziękowania 


193
>>>
za starania Wittlina o spopularyzowanie Ofiary. Podziw dla tej książki wyrażony został 
w jego liście z dnia 6 czerwca 1955 r.: "Piękna i głęboka rzecz". Natomiast konkretny 
zamiar czytania Ofiary w radiu, sformułowany został 26 stycznia 1956 r. i do tego nawią- 
zuje Zahorska w swojej odpowiedzi z l marca. Wittlin komunikował: "Miło mi też do- 
nieść Pani, że 18 lutego będzie nadana z Monachium do Polski audycja radiowa (Free 
Europe) pod moim kierownictwem, w której będzie wykonany (nie wiemjak ijeszcze nie 
wiem przez kogo) fragment Ofiary z rozdziału IV. Niestety, najlepsza moja siła Modze- 
lewska, przebywa obecnie w Londynie. Będzie to audycja wyjątkowo poświęcona «emi- 
gracyjnej prozie poetyckiej ». Moje miesięczne audycje obejmują zasadniczo tylko po- 
ezję, ale w tym wypadku będzie to wyłom. Muszę podkreślić wyjątkowość tej audycji, 
żeby nadając utwory «prozaiczne» nie stwarzać precedensu, który wywołałby słuszne 
pretensje «czystych» prozaików. Otóż audycję poświęcam Pani, Vincenzowi i młodemu 
Pankowskiemu. Tak się składa, że ukazały się na emigracji trzy utwory traktujące o wy- 
tępionych gatunkach ludzi: Źydach, Hucułach i Cyganach (Pankowski). Mam nadzieję, 
że «władze» zatwierdzą mi ten, odbiegający od szablonu program. Wstrząsający Pani 
Abraham powinien oczywiście przemówić ustami jakiegoś «adekwatnego» wykonawcy. 
Ale skąd go wziąć? Proszę zachować to, co Pani komunikuję przy Sobie. Nie znam go- 
dzin, kiedy Monachium nadaje nasze, nowojorskie nagrania, znam tylko datę". 
Czytając ten fragment listu "Drogiego Pana Józefa" trudno oprzeć się wrażeniu, że 
utopijny zamysł założenia wyspy dla pisarzy i artystów został przynajmniej częściowo 
zrealizowany, choć nie przez niego i nie w takim kształcie jaki sobie wymarzył. 
Taką wyspą okazała się emigracja. 


LISTY 


1. 


19 V 1951 


Drogi P anie Józefie 
późno odpisuję na Pana list, choć tak bardzo się nim ucieszyłam. Zdrowie moje nie zaw- 
sze mi dopisuje i właśnie teraz miałam nieprzyjemny okres. Więc ucieszyłam się przede 
wszystkim pamięcią Pana, to dobrze że Pan o mnie pomyślał kiedy zaszło coś przyjem- 
nego i radosnego. Pamiętam małą dziewuszkę z Paryża, ale była przecie wtedy taka mała, 
że dziś wydaje mi się, że się chyba mylę i że to nie ona wyszła za mąż. Źyczę jej z całego 
serca wszystkiego najlepszego. Także i Panu i Źonie, starym Wittlinom - stara Zahor- 
ska. Piszę to i - nie wierzę tym przymiotnikom. Adam* właśnie stanął przy mnie i twier- 
dzi, że to prawda. Ale on jest starym złośliwcem, co Pan pewno spostrzegł czytając te 
Puszki, za które onjest odpowiedzialny. Dziękuję za komplement po adresem Pandory. 
Koniec końcem jednak pandorowanie jest smutną namiastką właściwego pisania. Do 
tej pory byłam jeszcze optymistką, myślałam że można, trzeba pisać coś właściwego. 
Teraz opuszcza mnie optymizm. Niemal niepodobieństwem jest coś tutaj wydać. Po pol- 
sku? - nie ma komu wydawać, nie ma komu czytać. Poziom polskiego czytelnika jest 
niski, zapewne zawsze był, ale nie chcieliśmy tego widzieć, siedząc na górce w Ziemiań- 
skiej. Po angielsku? - okazuje się, że nie jest łatwo nastawić się na zupełnie odmienne- 


194
>>>
go odbiorcę, odmienne tradycje, odmienny sposób reagowania, poza tym stosunki wy- 
dawnicze angielskie są teraz bardzo trudne, a wielkie koszty tłumaczenia czynią całą 
sprawę wręcz nie możliwą. Tak więc zaczęte rękopisy legły na chwilę w szufladzie i leżą 
ciągle jeszcze. Chyba już na zawsze. Pocieszam się tylko jednym pytaniem: czy to takie 
ważne? Zaczynam przenosić ciężar życia na jakiś inny, bardzo abstrakcyjny i bardzo 
nierealny punkt. I to właśnie jest bodaj dowodem, że naprawdę już jestem stara. [Nie- 
prawda! P.? - dopisek odręczny] 
Drogi Panie Józefie, czy my się jeszcze kiedy zobaczymy? Może kiedyś dwoje sta- 
ruszków przejdzie koło siebie i nie rozpozna się. Albo co gorsza poznamy się i zacznie- 
my rozmawiać o kłopotach trawienia, oddawania moczu itp. Więc już raczej niech będzie 
jak jest, niech Pan siedzi w Ameryce, ja postaram się nie opuścić Europy. Będę Pana 
wspominała takiego, jakiego po raz ostatni widziałam w Cafe des Deux Magots. A Pan 
proszę niech nie zapomni, że byłam kiedyś rudawą blondynką o wyzywającym uśmiechu. 
W tym właśnie duchu ściskam Panu dłoń naj serdeczniej. 


St. Zahorska 


Przesyłam naj serdeczniejsze życzenia i wyrazy przyjaźni. Adam 
[dopisek odręczny do maszynopisu] 


12 Middleway N.W.ll. 


* Adam Pragier. 


2. 


I.III.1956. 


Drogi Panie Józefie, 
Bardzo dziękuję za miły list Pana, zawierający tak wiele przyjemnych dla mnie i o mnie 
słów, że aż przykro mi się zrobiło, że moja małość i "nieadekwatność" może być tak 
ujmowana. Zdaje mi się, że jestem zarozumiała (zwykle potem sowicie za to płacę), ale 
częściej góruje we mnie przekonanie, że nikt mnie nie zna tak dobrze jak ja sama i nikt 
nie wie ile luk i powierzchowności we mnie siedzi. Tym niemniej dziękuję za dobre sło- 
wa. Tym bardziej, że przyszły w czasie gdy jestem w złej formie i tracę chwilami na- 
dzieję, czy jeszcze kiedykolwiek coś przyzwoitego napiszę. Fatalna tegoroczna zima dała 
mi się we znaki, teraz powoli robi się wiosna, ale we mnie jeszcze jest zima i brak mi 
energii i turgoru. Bardzo Panu też dziękuję za pamięć o moim Abrahamie (raczej Ofierze) 
i ciekawa jestem bardzo, czy projekt Pana się udał i czy rzecz rzeczywiście została nada- 
na na kraj. Proszę bardzo o wiadomość. Właśnie czytam angielskie tłumaczenie Vincen- 
za!, mam wrażenie że z punktu widzenia angielszczyzny jest dobre, choć nie jestem mia- 
rodajna. Książka jest jeszcze i dlatego tak bardzo miła sercu, że jest to jakby idealistycz- 
ne "vade mecum", poetycka i sławiąca poetyckość, anty marxistowska, ujmująca życie 
jako odpowiedź ludzkiego serca i wyobraźni na warunki dane przez przyrodę. Nie odrzu- 
cam marxizmu w całości - bo i po co? - ale bardzo się cieszę, jak widzę zdrowy 
i mocny pęd idealizmu i potwierdzenie wartości niematerialistycznych. Veritas zapowie- 
dział nowe wydanie Pańskiego tłumaczenia Odyssef - bardzo tego czekam. 


195
>>>
Jaka to jest rzecz Pankowskiego (tytuł?) - nie znamje{ 
I co to za tajemniczy projekt, o którym Pan wspomina? Pytam z ciekawości tylko, bo 
boje się, że jaki by nie był, to teraz nie sprostam mojemu w nim udziałowi. 
Podobno ludzie w Londynie dobrze się bawili w tym karnawale. Pan Tadeusz z Mo- 
dzelewsk ą 4 wypadł dobrze, lepiej niż można się było spodziewać i - o dziwo - ciągle 
jeszcze ludzie przychodzą na różne odczyty i wieczory autorskie. Ale z kraju wiadomości 
nadchodzą raczej niewesołe. Czy czytał Pan odwilżowy, ale bardzo piękny wiersz Waży- 
ka?5 
Czy pisze Pan II Część Soli ZiemI? 
Raz jeszcze dziękuję za pamięć, ściskam dłoń bardzo serdecznie i Pani Halinie ślę 
najlepsze pozdrowienia 


Stefania Zahorska 


12 Middleway N.W.ll. 


1 S. Vincenz, On the High Up1ands. Sagas, Songs, Tales and Legends ofthe Carpatians, tłum. 
H.S. Stevens. London 1955. Zahorska zrecenzowała tę książkę w: Puszka Pandory: Epitafium 
Huculszczyzny, Wiadomości 1956 nr 16. 
2 Odysęja w przekładzie Józefa Wittlina wznowiona została przez Veritas w Londynie, 
w 1957 r. 
3 M. Pankowski, Smag1a swoboda. Paryż 1955. 
4 Maria Modzelewska występowała gościnnie w Londynie, odtwarzając rolę Telimeny w Panu 
Tadeuszu. Premiera odbyła się 15 grudnia 1955 r. 
5 A. Ważyk, Poemat dla doros1ych, Nowa Kultura, sierpień 1955.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


SAMOTNOŚCI NIKT NIE 
WYBIERA... 
ROZMOWA ANNY FRA]LICH Z CZESŁAWEM 
MIŁOSZEM PRZEPROWADZONA 8 LISTOPADA 
1980 ROKU W BERKELEY*. 


Czesław MIŁOSZ (USA) 


Anna Prajlich: Panie profesorze! Chciałabym zadać kilka pytań na temat Pana twórczo- 
ś ci poetyckiej, aby poprzez rozmowę zbliżyć słuchaczy z Polski, którzy wciąż jeszcze mają 
utrudniony dostęp do Pana utworów, do Pana pisarstwa. Osobiście nie mam wątpliwości, 
że odpowiedź na większość tych pytań znajduje się w Pana wierszach, w Pana książkach, 
esejach. 
Czesław Miłosz: Tak. Ale myślę, że warto byłoby powiedzieć kilka rzeczy natury prak- 
tycznej, o których ludzie w Polsce mają bardzo słabe wyobrażenie. Dla nich Zachód 
przedstawia się jako jednolity blok, gdzie nie ma żadnych właściwie problemów, jest 
jakaś zgodność opinii, współdziałań, zamiast widzieć ogromną różnorodność i tak samo 
wielość postaw, wielość poglądów. Od 30 lat jestem współpracownikiem Instytutu Lite- 
rackiego w Paryżu, kierowanego przez Jerzego Giedroycia i współpracownikiem mie- 
sięcznika "Kultura", wydawanego przez ten Instytut. Tam ukazały się prawie wszystkie 
moje książki i to jest coś, co oczywiście pozwala mi mówić z pewną kompetencją o dzia- 
łalności całej tego Instytutu, tego wydawnictwa. Nigdy natomiast nie pisałem, w ciągu 
tych 30 lat, do Wolnej Europy. Jestem obywatelem amerykańskim, płacę podatki, jest to 
instytucja utrzymywana z moich podatków, bardzo pożyteczna jako źródło informacji. 
Gdyby to ode mnie zależało, na pewno bym zwiększył jeszcze na to kredyty, ale uważa- 
łem, że istnieje pewna hierarchia, którą trzeba utrzymywać. To jest, nigdy nie miałem 
wielkiej ochoty być dziennikarzem. Zresztą widziałem wielu ludzi zniszczonych przez 


* Rozmowę nagrano na zamówienie Radio Wolna Europa. Był to pierwszy wywiad jakiego 
udzielił Czesław Miłosz tej rozgłośni. RWE emitowało w początkach lat 50. audycje niepochlebne 
poecie komentując jego decyzję o pozostaniu na emigracji, co na długie lata zniechęciło Miłosza do 
współpracy z monachijską rozgłośnią. 
Wywiad emitowany był czterokrotnie na antenie Radia Wolna Europa w listopadzie i grudniu 
1980 r. Rozmowę spisała z taśmy Amalia Frajlich. 


197
>>>
dziennikarstwo. Natomiast współpraca z Instytutem Literackim i z "Kulturą" miała dla 
mnie zupełnie inny charakter. Jeżeli w opinii w Polsce - wskutek wpływu gazet czy 
telewizji - bierze się łącznie takie zjawiska jak, "Kultura", Wolna Europa, to to trzeba 
przypisać specjalnym intencjom. Jednakże Giedroyc jest osobą całkowicie niezależną, 
a Instytut Literacki jest rodzajem "państwa" niezawisłego, niepodległego. Tojest prawda, 
szczególna, wielka zasługa tej małej grupy ludzi, która coś podobnego jak Instytut Lite- 
racki i "Kultura" stworzyła. Te praktyczne informacje, które tutaj podaję, myślę, że są 
najtrudniejsze w Polsce do zdobycia. W dalszym ciągu, oczywiście, Pani ma rację że 
w moich książkach, w moich książkach esejów, czy moich książkach wierszy można 
znaleźć mnóstwo danych dotyczących lat spędzonych przeze mnie zagranicą. 


Chciałam powiedzieć, że pomimo, iż nigdy Pan nie współpracował z Wolną Europą, Wol- 
na Europa "śledziła" przebieg Pana twórczości i informowała czytelnika krajowego 
o nowych książkach, także - powiedzmy tu w Ameryce - o zjazdach czy konferencjach, 
w których Pan brał udział, czy też o nagrodzie "Neustadt"] która dwa lata temu została 
Panu przyznana. To jest największa nagroda amerykańska, literacka. 
Bardzo mi miło się dowiedzieć o tym, ale nie śledzę tych spraw i tutaj nie słucham tego 
radia, więc dowiaduję się tego od Pani 2 . 


Od chwili ogłoszenia literackiej nagrody Nobla, przyznanej Panu, wielu pisarzy w róż- 
nych wywiadach i artykułach wypowiadało się na temat znaczenia, czy wymowy tego 
faktu. Czy Pan osobiście widzi w tym jakąś symboliczną wymowę w związku z treścią 
Pana twórczoś ci, jakąś zbieżność filozoficznego widzenia? 
No tak. Oczywiście, każdy z polskich słuchaczy łączy nagrodę Nobla z dwoma wielkimi 
wydarzeniami. To znaczy, wyborem Papieża Jana Pawła II i wydarzeniami w Polsce, 
utworzeniem niezależnych Związków Zawodowych. W jakim stopniu ta nagroda Nobla 
uzyskuje wyraz symboliczny, przez zbieżność w czasie, trudno mi powiedzieć. Natomiast 
mówiono często, że intencja tej nagrody była polityczna. Mnie się to nie wydaje. Mnie 
się wydaje, że ta nagroda uzyskała wyraz symboliczny przez dziwną zbieżność w czasie, 
mimo, że jak wiem byłem kandydatem od paru lat. I tu raptem nastąpiło dziwne sprzęże- 
nie. O ile mi wiadomo, to poeci, członkowie Akademii Szwedzkiej byli moimi wielkimi 
zwolennikami. Oni właściwie głównie zrobili mi nagrodę Nobla. A to się chyba tłumaczy 
tym, że kraje skandynawskie należą jednak do strefy kulturalnej tej samej, co kraje an- 
glosaskie. Czyli gdyby moje wiersze nie istniały w przekładzie na angielski, to one by 
nigdy nie dotarły - prawdopodobnie - do tych poetów szwedzkich. 


Zadając to pytanie nie myślałam nawet o zbieżności zjakimiś wydarzeniami natury poli- 
tycznej. Ja myślałam, że w związku z Pana głębokimi zainteresowaniami metafizycznymi 
i w związku z tym, że cały świat chyba przeżywa jakąś powtórną tęsknotę do tych spraw, 
których się w swoim czasie wyrzekł. Ja myślałam o takiej zbieżności. 
Gdyby tak było, bardzo by mi to było przyjemne. Tylko, że nie wiem w jakim stopniu to 
istnieje w danym wypadku. Przypuszczam, że wiele moich utworów, o których można 


1 W 1978 roku Czesław Miłosz otrzymał nagrodę Neustadt International Prize for Literature 
przyznawaną przez University of Oklahoma. 
2 Audycje Radia Wolna Europa nadawane były na częstotliwościach używanych przede 
wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej i niemal niedostępne dla słuchaczy w Europie Za- 
chodniej i Ameryce. 


198
>>>
powiedzieć, że poruszają te tematy nie jest tłumaczonych. Na przykład moja książka 
Ziemia Wro w ogóle nie jest jeszcze tłumaczona, bo było trudno znaleźć tłumacza 3 . 


W ciągu ostatnich kilku lat zajmuje się Pan tłumaczeniem tekstów biblijnych z greckiego 
i hebrajskiego. VJyszły już "Psalmy"4, czytelnicy w Polsce mieli możność czytać frag- 
menty " Biblii " w Pana przekładzie w " Znaku ", " Tygodniku Powszechnym", w" Twór- 
czości ,,5. W wywiadzie dla "Nowego Dziennika" powiedział Pan, że bezpośrednim bodź- 
cem było zetknięcie się z " Psałterzem Puławskim ,,6. Czy chciałby Pan powiedzieć,jak to 
się stało? 
Psałterz Puławski, oczywiście nie jest żadną tajemnicą, żadnym sekretem. Jak ktoś po- 
szuka w bibliotece, może znaleźć. Tylko wydanie z 1916 roku, wydanie filologiczne, 
odtwarzające dokładnie ortografię czasu, kiedy rękopis powstał, gdzieś z XV wieku, więc 
jest to zupełny chaos ortograficzny. Źeby przeczytać ten Psałterz, przepisywałem go 
ręcznie zmieniając na nowoczesną ortografię i dopiero wtedy mogłem na stronicy ogar- 
nąć tekst. Dopiero wtedy zobaczyłem, jaka to jest cudowna polszczyzna i oczywiście 
wydaje mi się, że jest bardzo źle, jeżeli tego rodzaju książki nie są dostępne polskiemu 
czytelnikowi. Gdyby to ode mnie zależało zaraz bym wydał Psałterz Puławski na nowo, 
stosując nowoczesną ortografię. Tak samo było z innym tekstem biblijnym. Zawsze czy- 
tałem u polonistów, że Biblia Leopolitj, to jest pierwsza wydana Biblia drukiem w cało- 
ści, biblia katolicka z 1561, że język jej jest taki archaiczny, że z tego powodu Biblia 
Wujka ją wyparła i stała się tym tekstem podstawowym, kanonicznym. Otóż Biblia Le- 
opolity jest rzadkością, "białym krukiem". W Ameryce, w jednej z wielkich bibliotek 
przypadkiem natrafiłem na tę biblię i przeglądałem, czytałem. To wspaniała polszczyzna. 
Teraz z Krakowa dostałem wiadomość, że ktoś ma zamiar, nosi się z zamiarem wydania 
Biblii Leopolity. No czas najwyższy. To jest monument polszczyznl. 


laki cel Panu przyświecał w pracy nad tłumaczeniem "Psalmów" i " Biblii "? 
Myślę, że nie jeden, ale sporo celów. Jest po pierwsze duże zainteresowanie dzisiaj Biblią 
na całym świecie, tak samo w Polsce. Poza tym znajomość nasza rozmaitych problemów 
biblistyki bardzo wzrosła w ostatnich dziesięcioleciach. Nowe przekłady polskie nie są 
moim zdaniem dobre, często są dokładne, ale bardzo dalekie od wymagań, które powin- 
niśmy stawiać językowi Biblii. Są pod wpływem żargonu dziennikarskiego, powszechnie 
już dzisiaj w Polsce przyjętego, pod wpływem gazet, telewizji, radia. Tak że szukałem 


3 Pierwsze tłumaczenia Ziemi U1ro na język niemiecki, i niemal równocześnie na serbsko- 
chorwacki, ukazały się dopiero w 1982 roku. 
4 Księga Psalmów, tłum. z hebrajskiego Cz. Miłosz. Paris: Editions du Dialogue, 1979; II wyd. 
1981, polskie wydanie ukazało się w 1982 roku nakładem Wydaw. KUL. W tłumaczeniu Czesława 
Miłosza ukazały się ponadto w wydawnictwie 00. pallotynów: Księga Hioba (1980), Księga pięclu 
megJlot (1982), Apokalipsa i Ewangelia wed1ug Marka (1986), Księga Mądroścl (1989). 
5 Tygodnik Powszechny 1980 nr 44; Znak 1977 nr 281/282; Twórczość 1978 nr 12. Ponadto: 
Więź 1980 nr 10. 
6 Cz. Miłosz, O przekładach tekstów biblijnych i godnoścl slowa, rozm. Ewa Czarnecka [wła- 
śc. R. Gorczyńska], Tydzień Polski (NY) [Niedzielny dodatek do "Nowego Dziennika"; od maja 
1981 roku ukazujący się jako "Przegląd Polski".] 1980 nr 685, przedr. Tygodnik Powszechny 1981 
nr 19. 
Psa1terz Pu1awski. Z kodeksu pergaminowego księcia Władysława Czartoryskiego przedruk 
homograficzny wykonali Adam i Stanisław Pilińscy. Kórnik 1880. 
7 Bibija to iest. Xięgi Stharego y Nowego Zakonu, na polski ięzyk, z pJlnośćią wed1ug ŁaćJńsk- 
iey Biblie y od KośÓoJa KrześćiańskIego powssechnego przyięthey, nowo wy1ożona. Kraków 1561 
(od głównego twórcy przekładu, ks. Jana Leopolity, zwana Biblią Leopolity) Estr. III T. 2, s. 13. 
8 Nie ukazało się. 


199
>>>
nowego języka. Szukałem języka, który byłby możliwie polszczyzną dostojną i któryby 
odpowiadał nowym potrzebom, zważywszy na rolę polskiego dzisiaj w liturgii, z chwilą 
kiedy znikła łacina. 


Czy .. Traktat poetycki" napisany w 1956 roku jest i dziś wyznaniem Pana poetyckiej 
wiary? 
Tak myślę9. 


I w planie ocen naszej literatury i w planie postulatów dla literatury? 
Tak. Na ogół od tego czasu mój stosunek do poetów, czy zjawisk, które są tam dyskuto- 
wane nie zmienił się. To jest zasadnicza moja pozycja. 


.. Traktat poetycki" to jest ten utwór najszerzej w Polsce znany, prawda? 
Traktat poetyckI? Nie mam pojęcia! Dlaczego Pani myśli, że to jest naj szerzej znany? 


VJydawało mi się, że był publikowany w Polsce? 
Traktat poetyckI? Nigdy nie był publikowanylO. Nie. Myślę, że Pani go pomyliła z Trak- 
tatem moralnym, który był opublikowany w "Twórczości" w 1948 roku 11, tuż przed za- 
mrożeniem doktrynalnym i nastaniem socjalistycznego realizmu. Ten Traktat moralny 
był wydrukowany na krótko przed tym i później w czasie stalinizmu krążył w różnych 
kołach, przepisywany ręcznie i był wtedy recytowany na różnych zebraniach. Bo są dwa 
traktaty. 


Tak,ja wiem, tylko wydawało mi się, że w 1956 roku w momencie tej tak zwanej odwilży, 
.. Traktat poetycki" był drukowany częściowo przynajmniej. 
Nie, nie był drukowany12, chociaż wtedy właśnie podpisałem kontrakt z Wydawnictwem 
Literackim w Krakowie na moją powieść Dolina Issy i tom wierszy zdaje się, ale spóźni- 
liśmy się. Upłynęło parę lat i wszystko się odwróciło. Bo ja określam siebie jako "wiesz- 
cza obrotowego". Ja jestem "wieszcz obrotowy", który się pojawia, a później raptem 
znika. Zależnie od fali politycznej w Polsce. 


W tej chwili to już ta sytuacja się zmieni. 
Tak, no naturalnie. Sytuacja teraz się zmieniła, miejmy nadzieję, że te zamiary wydania 
moich wierszy przez wydawców w Polsce udadzą się. 


Adam Ważyk powiedział, że Pan reprezentuje nurt śródziemnomorski w poezji polskiej, co 
zresztą Pan również potwierdził... Chodzi tu o ten nurt od Kochanowskiego do Mickiewi- 
cza. Czy Pan się zgadza? L jak Pan sądzi, w czym to się wyraża? 
Bardzo mi jest trudno odpowiedzieć na to pytanie precyzyjnie, dlatego, że nie bardzo - 
przyznam się szczerze - rozumiem co znaczy: nurt śródziemnomorski, o którym bardzo 
dużo się mówi. To jest sprawa łączności Polski z kulturą zachodnią od chwili przyjęcia 
chrześcijaństwa zachodniego, łączność z Italią bardzo silna. Ale mnie się wydaje, że 


9 Więcej na ten temat w: Podróżny świata. Rozmowy z Czeslawem Mlloszem. Komentarze. 
[Rozm.] E. Czarnecka. New York 1983. 
10 Pierwsze krajowe wydanie Traktatu poetyckiego (wraz z Traktatem moralnym) ukazało się 
w 1978 roku w drugoobiegowej Niezależnej Oficynie Wydawniczej (NOW-a). Do końca 1981 
roku Traktat miał sześć wydań poza cenzurą. Oficjalnie ukazał się w Polsce dopiero w 1982 roku. 
11 Twórczość 1948 nr 4. 
12 Był drukowany. Fragmenty ukazały się w tygodniku "Ziemia i Morze" (Szczecin) 1957 nr 1. 


200
>>>
wszystko co mamy w Europie cennego pochodzi z tego nurtu śródziemnomorskiego. 
Właściwie być częścią dziedzictwa europejskiego znaczy należeć do tego nurtu. 


Jak to rozumieć, że poeta wybiera pewną tradycję poetycką? Na ile taki wybór jest świa- 
domy? Czy też okazuje on się w trakcie realizacji? Pan kiedyś powiedział, że bardzo 
ważna jest w twórczości buntownicza wierność wobec tradycji. 
Tak, oczywiście. Tradycja to jest mniej więcej to samo co środowisko rodzinne. Dziecko 
jest przywiązane do tradycji rodzinnej, ale równocześnie przychodzi moment, kiedy musi 
się zbuntować, musi okazać swoją samodzielność. I to jest gra zależności i szukanie sa- 
modzielności. Jest tak jak dziedzictwo pokoleń, prawda, nowe pokolenie musi szukać 
swojego wyrazu, równocześnie zachowując jakąś wierność tradycji domowej. 


Czy każde pokolenie, powiedzmy, twórców, poetów, znajduje tę swoją drogę? Na czym 
polega to, że wartość, twórczość, jednego pokolenia - czy twórcy - jakoś odgrywa 
większą, głębszą rolę, inną mniejszą, chociaż z tej samej tradycji się wywodzą? 
Weźmy na przykład Mickiewicza, który jest specjalnie - zawsze był dla mnie - bliski. 
Już jako młody człowiek mówiłem o Mickiewiczu, przeciwstawiając Mickiewicza awan- 
gardzie. Czyli Mickiewicz tutaj odgrywał rolę takiego no - konia trojańskiego, po- 
wiedzmy, bo pomagał sprzeciwiać się rozmaitym zbyt awangardowym pomysłom. 


W" Traktacie Poetyckim", w pewnym momencie mówi Pan: " awangardzistów było bar- 
dzo wielu" co czytelnikowi" Pana Tadeusza" od razu przywodzi na myśl: " było cymbali- 
stów wielu ". 
[Śmiejąc się] Możliwe. [Śmiech] Tak! 


Jaka jest różnica funkcji poetyckiej pejzażu litewskiego i pejzażu kalifornijskiego? 
No cóż, mieszkam w Kalifornii już 20 lat i trudno byłoby sobie wyobrazić żeby ciągłe 
oglądanie tych krajobrazów, które zresztą Pani widzi tu przez okno, nie przeniknęły do 
wierszy tutaj pisanych, a równocześnie krajobrazy Litwy są zawsze bardzo żywe, no 
i nastąpiła jakaś bardzo interesująca fuzja, połączenie tych dwóch części naszej planety. 


Na ogół w poezji polskiej czy w poezji jakiejkolwiek innej, obcy krajobraz, obcy pejzaż, 
spełnia rolę albo pierwiastka egzotycznego, albo - np. w bardzo konwencjonalnej poezji 
emigracyjnej - negatywną rolę w porównaniu z krajobrazem rodzinnym. U Pana tak nie 
jest? 
No wie Pani... i jest i nie jest. To znaczy, czasem ten krajobraz jest połączony z moim 
bólem jakimś, z moimi przeżyciami, które są bolesne. Czasem ten krajobraz jest połączo- 
ny z przeżyciami ekstatycznymi, no tak jak każdy krajobraz. Nie jest to krajobraz całko- 
witej obcości, całkowicie obcy. Powiedziałbym, że jest to krajobraz dość bolesny. Jednak, 
raczej. Ale ponieważ Pani mnie pyta czy to jest jakieś takie planowe zanegowanie miej- 
sca gdzie się jest, to to nie. Bo niewątpliwie nauczyłem się tutaj żyć, upłynął duży szmat 
życia tutaj i miałem w Ameryce ogromne sukcesy. Tak że nawet się nie spodziewałem, że 
potwierdzę jeszcze raz tę legendę, która istnieje w Europie Wschodniej o Ameryce, jako 
kraju wszystkich możliwości. Co prawda, jest to kraj bardzo trudny i byłbym jak najdal- 
szy od stwarzania wyobrażenia, że w Ameryce żyć jest łatwo, ale ja byłem wyjątkowo - 
ja osobiście - byłem wyjątkowo uprzywilejowany przez moją pracę na uniwersytecie 13 . 


13 Jesienią 1960 roku Miłosz przyjechał do Kalifornii zaproszony przez Department of Slavic 
Language and Literatures University of California na wykłady z literatury polskiej. Początkowo 
pracował jako visiting lecturer, ale w 1961 r. został mianowany profesorem i osiadł w Berkeley na 


201
>>>
Dlatego podkreślam tę relację pomiędzy krajobrazem Litwy i Kalifornii bo Pan w pew- 
nym miejscu powiedział: "Kalifornii nie wybierałem". Nie wybiera się także miejsca, 
w którym się człowiek rodzi, prawda? I tu może też jest jakieś podobieństwo funkcji. 
Tak, oczywiście. To jest sprawa zaakceptowania miejsca, gdzie się jest, w każdym razie 
niewątpliwie Kalifornia dla mnie nie jest egzotyką. jest to miejsce, które się zaakcepto- 
wało, ze względu na konieczności życiowe, to znaczy pracę na tym uniwersytecie, tu 
a nie gdzie indziej. Przyjechałem tutaj na rok, zostałem dwadzieścia lat. Tak to bywa. 


Pytam tyle o pejzaż, bo jest on bardzo ważny; szczególnie pewne jego elementy jak: woda 
czy rzeka. Ja rozumiem, że bardzo często to jest głównie rzeka czasu, na wet jeziora są 
u pana Heraklitejskie. Ale także jednym z takich ważnych elementów jest światło. L nie 
wiem czy słusznie zauważyłam, bardzo często - kiedy odnosi się to do Litwy - to jest 
" niskie światło", a także " niskie okapy", " niskie okna". Czy ta niskość światłajest nace- 
chowanajakimś specjalnym walorem? 
jeżeli się mieszka w Kalifornii to może jest się bardzo wrażliwym na inne rodzaje świa- 
tła. Kiedy byłem w Kanadzie, zauważyłem w niektórych okolicach Kanady też światło 
bardzo północne, właśnie to niskie światło. No cóż, Litwa jest jednak krajem północnym. 
Tam już światło jest zupełnie inne, stąd właśnie to wrażenie, to o co Pani pyta. Bardzo 
mnie zafrapowało, właśnie ten inny gatunek światła w Kanadzie. Nawet nie tak bardzo, 
ale już sporo na północy. 


W San Francisco zauważyłam, jeżeli jest nawet niskie światlo, to ono jest pod Panem, 
niżej. Ja sobie zdaję sprawę, że to jest właśnie w związku z tym widokiem z okna. 
Tak, oczywiście, tutaj ze względu na układ terenu, na góry, z których patrzy się na ocean. 
To wszystko jest inne. Światło bije tutaj prosto znad morza, jest ogromna przestrzeń. 


W tomie" Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada ,,14, Pan włączył bardzo wiele informacji 
natury topograficznej, historycznej, nawet obyczajowej. Ponieważ włączył Pan to pomię- 
dzy wierszami znaczy to, że przypisuje Pan temujakieś bardzo ważne, prawie równoważ- 
ne znaczenie. Czy mógłby Pan powiedzieć dlaczego? 
Zacznę od tego, że kiedy tłumaczyłem na angielski ten poemat Gdzie wschodzi słońce 
i kędy zapada to trzeba było wyrzucić cały jeden rozdział pod tytułem "Lauda" dlatego, 
że był zupełnie nieprzetłumaczal ny l5. Ponieważ czytelnik angielski, amerykański, mu- 
siałby mieć każdy prawie wers zaopatrzony gwiazdką i odnośnikiem, co to znaczy, do 
czego to się odnosi. Więc ta lokalność to są przypisy, które dają historię poszczególnych 
miejsc, małych wiosek, nawet przeszłość, sięgającą wiele stuleci. To dlatego, że myślę, 
że to jest środek przeciwko bezdomności. Ponieważ dzisiaj jesteśmy wszyscy zagrożeni 
bezdomnością. Niekoniecznie nawet ludzie, którzy są na wygnaniu, niekoniecznie ludzie 
którzy emigrowali z jednego kraju do drugiego. Nawet stosuje się to do ludzi w Polsce, 
którzy ze swojej rodzinnej wioski wyemigrowali do miasta. jesteśmy zagrożeni bezdom- 
nością w ogóle. Więc dokładne informacje o moim powiecie gdzie się urodziłem, to jest 
środek przeciwko bezdomności. 


Ta ziemia rodzinna, ta ziemia otaczająca nas bezpośrednio, to jestjeden z tych elemen- 
tów, które czynią nas poszczególnymi, pojedynczymi, indywidualnymi, prawda? Ale to jest 


stałe. W 1978 roku przeszedł na emeryturę. 
14 Pierwsze wydanie: Paryż: Instytut Literacki, 1974. 
15 Cz. Miłosz, Bells in winter. New York 1978. 


202
>>>
również to, co skazuje nas na tożsamość i liryczny bohater Pana utworów przeżywa bar- 
dzo głęboki ból- zjednej strony - z powodu swojej tożsamości, tożsamości z losem, to 
jest liryczny bohater wierszy. Ale powiedzmy Baltazar w .. Dolinie Issy" prawda? Z dru- 
giej strony - przeżywa tę szaloną sprzeczność, której nie może też pogodzić pomiędzy 
ogólnym i poszczególnym. Zjednej strony ogólność nas ratuje przed wyginięciem gatun- 
ku, a z drugiej strony giniemy w ogólnoś ci. 
Tak, to jest prawda. Bardzo dobrze Pani to zaobserwowała. Naturalnie. l est jedno cierpie- 
nie, to jest z powodu identyczności, że jest się sobą, że chciałoby się być kimś innym. 
Nawet napisałem w jednym wierszu, że niestety, kiedy byłem młody myślałem, że będę 
Archaniołem na Świętojerskim Prospekcie, ale się nie udało [śmiech], więc istnieje ten 
los indywidualny, to sprawa tożsamości. Ale przynajmniej to odczuwamy, że to jest nasze 
własne. Źe to jest poszczególne, prawda? Ale jest druga para sprzeczności: to jest po- 
szczególne i ogólne. l esteśmy zagrożeni dzisiaj szczególnie wielkim "znijaczeniem" bo 
jesteśmy cyfrą wśród milionów, milionów, milionów ludzi na tej planecie. I nie wiem, 
w jakim stopniu to jest dzisiaj odczuwane w innych krajach, ale w Ameryce na pewno 
bardzo silnie, w tej cywilizacji wysoce technicznej i cywilizacji o niesłychanie gładkich 
i powierzchownych stosunkach między ludźmi. Właściwie w sytuacji wielkiej samot- 
ności, to uczucie, że jest się cyfrą wymiennąjest silne. Myślę, że to jest wszędzie chyba. 


Ajakijest ratunek? 
No wie Pani, ratunek! Tutaj sięgamy do pisarzy, którzy specjalnie się tym zajmowali. 
Zajmowali się zakorzenieniem, zajmowali się wartością "małej ojczyzny". Przyjaciel 
mój, nieżyjący Stanisław Vincenz, który pochodził z Huculszczyzny i którego zresztą 
dzieła zaczęły się już ukazywać w Polsce teraz, marzył o Europie ojczyzn. Dla niego 
ojczyzna to nie były państwa, to były małe regiony - takie jak jego Huculszczyzna - 
z którymi ludzie są związani 16. Inną osobą, która o tym dużo myślała i pisała, była moja 
ulubiona autorka Simone Weil, którą tłumaczyłem i wydałem jej antologię pism po pol- 
sku w 1958 roku, właśnie w Instytucie Literackim w Paryżu 17 . 


Wracającjeszcze do sprawy ogólności i poszczególności, czy mógłby Pan powiedzieć, czy 
istnieje pewna relacja pomiędzy tą sprzecznością u Pana, a podobnymi problemami 
w pisarstwie Witolda Gombrowicza? 
Mnie się wydaje, że są bardzo duże zbieżności, inaczej traktowane, może trochę wycho- 
dzące z innych założeń, ale dość podobne w odczuciach. leżeli weźmiemy całą rewoltę 
Gombrowicza przeciwko szkole, myślę że - zresztą nie ja jeden - mogę siebie odna- 
leźć w tych rewoltach Gombrowicza przeciwko szkole. 


Tak, ten sen, że człowiek musijeszcze raz zdać maturę - chyba nawiedza wszystkich. 
To też oczywiście, oczywiście. 


Większa część Pana twórczości - co Pan niejednokrotnie podkreśla sam - powstała 
w izolacji. Z dala od środowisk literackich i z dala od wielomilionowego czytelnika. Bo, 
prawda, czytelnicy zawsze byli, ale ten tłum czytelników... Takie warunki pracy stwarzają 
z pewnością jakieś specjalne napięcia. Czy wpływają na twórczość w jakiś szczególny 
sposób? 
Wie Pani, samotności nikt nie wybiera. Samotność to jest coś co się odczuwa jako klęskę, 
jako klątwę, jako nieszczęście. Ale kiedy się to zaakceptuje, dopiero z perspektywy wi- 


16 S. Vincenz, Na WysokIęj Poloninie. T. 1-3. Warszawa 1980. 
17 S. Weil, Wybór pism. Paryż 1958. 


203
>>>
dać, jak to jest potrzebne i jakie zbawienne. Myślę, że gdybym nie miał tej samotności to 
prawdopodobnie o wiele bym mniej mógł zrobić. 


Na czym polega ten wysiłek, aby twórczość nie była tylko jakimś odnotowaniem nostal- 
gii? 
Mówi się - bardzo często pisano o tym - że literatura emigracyjna jest literaturą 
wspominkarstwa. Wie Pani, to zależy jaka jest jakość tego wspominkarstwa. Jaka jest 
intelektualna - powiedziałbym - oprawa tego, czy też podstawa. Ostatecznie dzieło 
Prousta nie jest niczym innym niż wspominkarstwem. Przez długi czas obawiałem się 
wracania w przeszłość dlatego, że obawiałem się pewnych nieporozumień, czy też - ze 
swojej strony może - była sprawa dojrzewania intelektualnego, żeby ten materiał odpo- 
wiednio ująć, odpowiednio traktować. Także, ponieważ zawsze w ciągu tych 30 lat sta- 
rałem się uciekać w przód, dążyć do czegoś nowego. Ale później, powiedzmy, jakieś - 
myślę że - dziesięć lat temu, poczułem się dostatecznie pewny siebie, żeby wydobywać 
cały ten materiał przeszłości. Wspomniałem o przeszłości, o wielu stuleciach mojego 
powiatu na Litwie, Kiejdańskiego, sprawy i ludzie zaczęły się, to wszystko zaczęło się 
układać w jakąś taką wielką mozaikę. Znaczenie - musi Pani przyznać - znaczenie 
tego rodzaju wspomnień, jest, może być inne niż tylko sentymentalna nostalgia. 


Pan to udowodnił. Pan kiedyś wspominał, że przebywanie na peryferiach językowych - 
tak to Pan nazwał - sprzyjało bardzo członkom grupy " Żagary ,,18. Czy może emigracja 
też ma - nawet dla samego języka - jakieś pozytywne wartoś ci? Czy może mieć ? 
Oczywiście. Ja zresztą pisałem o tym, że pochodząc z tamtego obszaru mieszanego języ- 
kowo, mieliśmy trochę inny stosunek do języka polskiego. Ten język, którym mówiłem 
od dzieciństwa, to była bardzo dobra polszczyzna, zachowana tam może lepiej niż na 
obszarach etnicznie polskich. Ale być może, że to samo się powtarza, kiedy mówi się po 
angielsku, tzn. w domu mówi się po polsku, na zewnątrz po angielsku. Może to jest tro- 
chę tak jak mieszanina łaciny i polskiego u poetów renesansu, którzy ostatecznie byli 
kilkujęzyczni. Mogli pisać wiersze i po łacinie i po polsku, jak Kochanowski. 


Zauważyłam kiedyś u Mickiewicza słowo "inwitacja" w "Dziadach". Gdyby to powie- 
dział człowiek mieszkający w Ameryce, powiedzianoby na pewno, że to już jest wpływ 
języka angielskiego najęzyk polski. 
Notabene: czuję, staram się mówić, pisać, polskim językiem czystszym niż to robią lu- 
dzie w Polsce. Do głowy by mi nie przyszło mówić o "songach" czy "trendach" tak jak 
oni robią. Przecież ilość słów wprowadzonych z języka angielskiego do dzisiejszej polsz- 
czyzny mnie doprowadza do rozpaczy. 


Jeśli jesteśmy przy współczesnym piśmiennictwie ja, znów wrócę do tego, o czym Pan 
wspominał niedawno, że współczesna poezja przypomina "dziennik obolałego naskór- 
ka". Z drugiej strony - jak Pan radził kiedyś - że pisarze i poeci powinni się zająć 
medytacją antropologiczną. Czy to jest jakiś trwały lek? Czy nie ma niebezpieczeństwa, 
że i w tym wypadku poezja nie wyrodzi się w antropologię tak, jak wyrodziła się w publi- 
cystykę, czy w propagandę? 


18 Żagary, grupa poetycka działająca w Wilnie w latach 1931-1934, Członkowie to m.in.: 
T. Bujnicki, Cz. Miłosz,]. Zagórski. Grupa wydawała pisma "Żagary" i "Piony". Zob.: ]. Trznadel, 
Poeci grupy Żagary, [w:] Literatura polska 1918-1975, r 2: 1933-1944. Warszawa 1993 s. 437- 
454, 969-970 (literatura). 


204
>>>
Leki są zawsze, muszą być, zawsze odpowiednie do choroby. Jeżeli kiedyś mówiłem 
o studiowaniu antropologii to dlatego, że to była dziedzina w Polsce bardzo mało znana. 
Dopiero w ostatnich właściwie dekadach zaczęło się tłumaczenie książek antropologicz- 
nych na polski. Rozszerzenie wiedzy o człowieku, które niewątpliwie łączy się z poezją 
XX wieku na pewno. Wie Pani, to jest sprawa, ja mam osobiście stosunek dość sceptycz- 
ny do antropologów dzisiejszych. Zresztą czytam trochę w tej dziedzinie. Ostatnią książ- 
ką, którą czytałem, była książka francuskiego - jakby go nazwać, nawet nie wiem jaki 
termin zastosować - uczonego, Rene Girarda, polemika z antropologią Levi-Straussa 
i z Freudem zresztą też 19 . To wszystko są rzeczy, które dobrze jest wiedzieć, tylko najle- 
piej - kiedy się pisze wiersze - o nich zapomnieć. 


Jeszcze na zakończenie jedno pytanie: mówi się o tym i pisze się w prasie, że teraz Pana 
utwory bę dą wydane w Polsce. Czy już wiadomo coś pewnego? 
Dotychczas jedna jest rzecz pewna, że mój tom Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada 
z dodatkiem niektórych innych wierszy, ukaże się wkrótce, pewnie w tych dniach 
w "Znaku" w Krakowie 2o . Napisałem do tego krótką nawet przedmowę i przesłałem do 
"Znaku" Inne? Być może, że Państwowy Instytut Wydawniczy wyda moje wiersze 21 . Nie 
stoję na takim stanowisku jak stał Gombrowicz, który zresztą miał rację kiedy - 
w swoim testamencie - uzależniał wydanie swoich książek od wydania Dziennika. 
Dziennikjego jest niesłychanie ważną pozycją, oświetlającą całąjego twórczość. Ja zgo- 
dzę się na to, żeby na przykład wydali moje wiersze, oczywiście zawsze z podaniem 
źródła - to znaczy z podaniem, gdzie te książki najpierw były wydane - skąd to jest 
wzięte. Godzę się na wydanie moich wierszy, uważam, że wiersze same się tłumaczą. Nie 
myślę żeby tego rodzaju moje książki jak Zniewolony umysł mogły się w Polsce ukazać. 
Ale ponieważ jestem, właśnie ponieważ jestem poetą, te eseistyczne prace mogą pocze- 
kać 2 . 


Słyszałam że" Człowiek wśród skorpionów" wyjdzie? 
No tak, to jest na fali zainteresowań Brzozowskim, jak wydadzą - proszę bardz0 23 . 


Czy myśli Pan, że "Psalmy" czy "Biblię" będą mogli polscy czytelnicy czytać w Pana 
przekładzie? 
Mam nadzieję, Księgę Psalmów - mam nadzieję, że tak. Poza tym wychodzi w najbliż- 
szym czasie Księga Hioba w moim przekładzie w wydawnictwie 00. pallotynów w Pary- 
. 24 
zu 


19 Prawdop. R. Girard, To doub1e business bound. Essays on literature, mimesis, and anthro- 
po1ogy. Baltimore 1978. 
20 Cz. Miłosz, Gdzie wschodzi slońce i kędy zapada i inne wiersze. Kraków 1980. 
21 Wydanie PIW-owskie nie ukazało się. Wyszły: Cz. Miłosz, Poe.ye. Warszawa: Czytelnik, 
1981; Cz. Miłosz, Poeqe wybrane. Warszawa: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1981; w 1981 
roku ukazała się też Dolina Issy (Kraków). Ponadto, naturalnie, kilkadziesiąt wydań wszystkich 
niemal książek Miłosza w wydawnictwach niezależnych i podziemnych. Por. M. A. Supruniuk, 
"Kultura". Materia1y źród10we do dzięjów Instytutu Literackiego w Paryżu, T. 2: Bibliografia 
przedruków wydawnIctw Instytutu Literackiego w Paryżu w niezależnych oficynach wydawnIczych 
w Polsce w latach 1977-1990. Warszawa 1995. 
22 Pisarz zupełnym milczeniem pomija wszystkie wydania podziemne. Zniewolony umys1 miał 
do roku 1981 kilkanaście wydań w drugim obiegu w łącznym nakładzie kilkudziesięciu tysięcy 
egzemplarzy. Pierwsze oficjalne wydanie ukazało się w kraju w 1989 roku. 
23 Wyszło dopiero w 1982 roku nakładem PIW -u. 
24 Zob. przypis 4. 


205
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


ŻYCIE, PRACA, ZADANIA 
TWÓRCY NA EMIGRACJI 
ROZMOWA BEATY TARNOWSKIEJ Z BOLESŁAWEM 
TABORSKIM PRZEPROWADZONA W LISTOPADZIE 
1999 ROKU, W WARSZAWIE. 


Bolesław TABORSKI (W. Brytania) 


Beata Tarnowska: Niedawno wydał Pan w PIW-ie .. Poezje VJybrane" - pokaźny tom 
wierszy; będący skrótem ijakby podsumowaniem Pańskiej poetyckiej drogi. Jakie zasto- 
sował Pan kryteria wyboru utworów poetyckich do tego tomu? 
Bolesław Taborski: Najtrudniej było mi oczywiście wybrać wiersze z moich wczesnych 
tomików, ponieważ wydawały mi się słabsze. W końcu musiałem zamieścić w tym wy- 
borze utwory stosunkowo najlepsze, takie, które dzisiaj dobrze by mnie reprezentowały, 
jak również te mające w przeszłości - pomimo nadmiernej retoryki - pewien rezonans 
czytelniczy. Jeśli wybór miał być reprezentatywny, nie mogłem pominąć na przykład 
poświęconej Poetom Polski Podziemnej Uwertury tragicznej czy wiersza Miarka za 
miarkę, opartego na kanwie sztuki Szekspira. Słuchacze w latach 70. bardzo żywo na 
niego reagowali, bo uważali, że przedstawia on obraz ich własnej sytuacji. 


W przedmowie do tego tomu wyszczególnia Pan określone fazy w swojej poezji. 
Tak, moja poezja miała szereg faz. Do pierwszej fazy zaliczam debiutancki tomik Czasy 
mijania, a także Ziarna nocy, będący moim debiutem krajowym. Później nastąpiła faza 
eksperymentów formalnych i językowych, których rezultaty zebrane zostały w tomiku 
Przestępując granicę. Krytycy nie zrozumieli moich poszukiwań; uważali, że poeta 
mieszkający za granicą cieszy się rzekomo nowo odkrytą polszczyzną, cieszy się, że 
potrafi swobodnie posługiwać się językiem polskim... Ciekawe, że dopiero jakiś czas 
potem niektórzy polscy poeci, tacy jak na przykład Grochowiak, zaczęli stosować po- 
dobne chwyty formalne. Nie twierdzę oczywiście, że stało się tak pod wpływem mojej 
poezji, oni z pewnością doszli do tego sami, tyle, że trochę później. 


207
>>>
Właśnie. W 1957 roku, na łamach paryskiej "Kultury", Jan Brzękowski opublikował 
artykuł, w którym ukazał analogie pomiędzy sposobem kreowania świata poetyckiego 
przez młodych poetów londyńskich i lzw. poetów krajowych!. Czy zdaniem Pana wszelkie 
zbieżnoś ci były przypadkowe? 
Wydaje mi się, że nie były zupełnie przypadkowe. Bo przecież byliśmy mniej więcej 
rówieśnikami, mieliśmy podobne doświadczenia (niektórzy z nas przeżyli wojnę w Pol- 
sce), a poza tym czytaliśmy tych samych poetów: najpierw Gałczyńskiego, Tuwima, 
później Różewicza, Przybosia... Nie mogę oczywiście powiedzieć, żeby poeci krajowi 
byli inspirowani naszą twórczością, bo właściwie jej nie znali. Posyłaliśmy wprawdzie 
nasze wiersze Herbertowi, ale nie sądzę, aby w jakikolwiek sposób wpłynęły na jego 
twórczość... Byłbym także ostrożny z mówieniem, że młoda poezja krajowa wpłynęła na 
kształtowanie naszej wizji poetyckiej. Wydaje mi się, że większą siłę oddziaływania 
posiadali jednak poeci nieco starszego pokolenia, przede wszystkim Różewicz i Przyboś. 


WrÓĆmy do Pańskiej poezji. 
Następny etap obejmuje wydane w latach 60. tomiki Lekcja trwająca i Głos milczenia, 
najlepiej chyba zresztą przyjęte przez krytykę. Tym, co mi wówczas towarzyszyło, było 
pragnienie osiągnięcia doskonałości formalnej. Kolejna cezura to VJybór wierszy, który 
wydałem w WL-u w 1973 roku, oraz Sieć słów, tomik - pod wpływem tego, co działo 
się w Polsce i w świecie - nie tyle retoryczny, co wręcz" wykrzyczany". Uważałem, że 
są czasy, kiedy mówi się szeptem, i są czasy, kiedy się krzyczy. Później nastąpiło uspo- 
kojenie i wówczas osiągnąłem, powiedziałbym, dojrzałość. To był koniec lat 70. i po- 
czątek 80.: Obserwator cieni, Cudza teraźniejszość, Cisza traw. Co nastąpiło potem? 
Potem, już po dojściu do pewnego wieku, zacząłem myśleć o sprawach ostatecznych. 
Tomik Dobranoc bezsensie, w którym znalazło się 71 utworów dotyczących spraw osta- 
tecznych, zawiera także "Sonety pośmiertne ", zaopatrzone w odnośnik: "po śmierci 
autora cudzysłów skreślić". Uważałem, że skończyłem już z poezją i nawet twórczość 
pośmiertną mam z głowy. Ale wówczas w WL-u załamała się wówczas sieć dystrybucyj- 
na i tomik ten wpadł w czarną dziurę, nigdzie nie doszedł, nie miał ani jednej recenzji. 
Jedyną "mini-recenzją", jaką otrzymałem, był odręczny list od papieża, który napisał, że 
tomik ten "pomoże [Mu] w odnowieniu przymierza z poezją". Pośród wierszy bardzo 
czarnych, egzystencjalnych, znajdował się w tym tomiku wiersz o treści religijnej, pisany 
w Wielki Piątek - Pasja. Po krótkiej analizie mojej poetyki, którą Ojciec Święty uznał 
za oryginalną i własną, na końcu swojego listu napisał: "a na końcu jak dyskretna klamra 
jest wiersz Pasja", po czym własnoręcznie przepisał prawie cały utwór (śmiem twierdzić, 
że chyba niewielu poetów współczesnych może pochwalić się tym, że papież własną ręką 
przepisał ich wiersz). Myślałem, że Dobranoc bezsensie będzie moim ostatnim tomikiem, 
ale tyle działo się w Polsce... Zacząłem pisać fraszki i publikować je w odnowionych 
"Szpilkach", pismo to jednak zbankrutowało. Wróciłem do poezji i w 1998 roku wyda- 
łem tomik Przetrwanie, który stanowi jak gdyby dokończenie fazy rozpoczętej w po- 
przednim tomiku. W czasie kiedy przygotowywałem do druku Poezje wybrane, napisa- 
łem 11 wierszy (notabene już od szeregu lat wiersze pisze mi się głównie na festiwalu 
w Edynburgu), z których kilka zamieściłem na końcu tego zbioru. I dopiero jak je wy- 
kończyłem, przepisałem, ze zdumieniem stwierdziłem, że wszedłem w nową fazę, już po 
Przetrwaniu. Te nowe wiersze są na ogół dość długie, powiedziałbym, fabularne, opisu- 
jące jakąś historię, i zarazem usytuowane bliżej powierzchni świadomości. Jak już 
wspomniałem, pojawienie się nowej fazy w mojej poezji było dla mnie samego dużym 
zaskoczeniem, ale we wstępie do Poezji wybranych nie napisałem, że "dołączam kilka 


1]. Brzękowski, Poe.ya prosta, Kultura (Paryż) 1957 nr 7-8 s. 182-194. 


208
>>>
wierszy, które zapowiadają, moim zdaniem, nową fazę...". Jak widać, wciąż jednak je- 
stem czynnym poetą, i chciałbym wierzyć, że jeszcze "rozwijam się", a nie "zwijam". 


Na początku naszej rozmowy wspomniał Pan poetów Polski Podziemnej. lako siedemna- 
stoletni chłopiec walczył Pan w Powstaniu Warszawskim - czy znał Pan Krzysztofa 
Kamila Baczyńskiego? 
Kiedy w latach 70. i 80. miewałem spotkania autorskie, zwłaszcza z młodzieżą, na któ- 
rych czytałem Uwerturę tragiczną, a nawet wiersze późniejsze, lecz również dotykające 
problemu powstania warszawskiego, nie było wypadku, żeby nie podchodzili do mnie 
młodzi ludzie, i nie zadawali mi tego właśnie pytania. Miałem wówczas ogromną chęć 
odpowiedzieć: "tak, znałem" i wiem, że nie popełniłbym kłamstwa. Musiałem jednak 
formułować odpowiedź nie wedle ducha pytania, a według litery i odpowiadać: "nie, nie 
znałem". Nie znałem dlatego, że byłem młodszy, i chociaż należałem do pewnego kręgu 
ludzi zainteresowanych literaturą, piszących wiersze, byłem dopiero w liceum. Natomiast 
Baczyński - student po maturze - obracał się w najwyższych kręgach literackich, 
przyjaźnił się z Miłoszem, Iwaszkiewiczem, Andrzejewskim... Pamiętam pewien cieka- 
wy epizod: 29 listopada 1943 roku, w rocznicę wybuchu powstania listopadowego, gra- 
łem Chłopickiego w "Warszawiance", w szkole na rogu Jasnej i Świętokrzyskiej. W tej 
samej sali, w styczniu 1944 roku, Baczyński miał swój wieczór autorski, ale o tym do- 
wiedziałem się dopiero po latach. 
Od czasu Powstania poznałem prawie wszystkich ludzi z kręgu Baczyńskiego, poczyna- 
jąc od jego siostry ciotecznej, Anieli Piorunowej, z którą byłem w stałym kontakcie. 
Trochę później poznałem wszystkich literatów, m.in. Jerzego Zawieyskiego czy socjolo- 
ga Marcina Czerwińskiego, z którymi był on zaprzyjaźniony. Mało tego, moim najbliż- 
szym przyjacielem od czasu wyzwolenia z niewoli był Zbyszek Czajkowski-Dębczyński 2 
- dowódca drużyny w plutonie batalionu "Parasol", w którym dowodzącego "Morsa" 
zastępował Baczyński. Czajkowski, walcząc w Powstaniu, nie bardzo wiedział, że jego 
bezpośrednim przełożonym jest poeta. Dopiero w 1946 roku, kiedy znaleźliśmy się obaj 
w polskim obozie w Anglii, gdzie dochodził "Tygodnik Powszechny", Czajkowski prze- 
czytał parę wierszy Baczyńskiego i zorientował się, że to jego dowódca. W tymże "Ty- 
godniku" napisano także, że okoliczności śmierci poety nie są znane 3 . Wówczas ja wy- 
mogłem na Zbyszku, aby napisał do redakcji, że był świadkiem śmierci i pogrzebu Ba- 
czyńskieg0 4 . Mam wrażenie, że dopiero po wojnie zacząłem przeżywać na nowo Po- 
wstanie, najpierw w opowiadaniach Zbyszka o tym, co przeżył na Starówce (w tej wła- 
śnie dzielnicy, gdzie działy się najgorsze rzeczy, nie byłem; walczyłem w pułku "Baszta" 
na Mokotowie), i w pewnym sensie zatrzymałem się w czasie. Stałem się w swojej poezji 
tamtego okresu pogrobowcem powstańczych poetów, oczywiście na inną skalę, jakąś 
karłowatą... A zatem, tak żyłem poezją i przeżyciami z Powstania, że - jakbym go znał. 


Zdaniem Miłosza, w stosunku młodych poetów warszawskich do kwestii walki w Powsta- 
niu, a przede wszystkim w ich złudzeniach mocarstwowych, tkwiło ..ziarno obłędu ..s. 
On tego nie mógł mówić w odniesieniu do Baczyńskiego, a jedynie poetów "Sztuki 


2 Zmarł 20.1 0.1999 r. w Londynie. 
3]. Zagórski, Śmierć SlowackIe[Jo, Tygodnik Powszechny 1947 nr 14. 
4 Z. Czajkowski-Dębczyński, Smierć Krzysztofa Baczyńskiego, Tygodnik Powszechny 1948 
nr 28. 
5 Czeslawa Mllosza autoportret przekorny. Rozmowy przeprowadzll Aleksander Fiut. Kraków 
1988 s. 61-64. 


209
>>>
i Narodu"6. Baczyński był lewicowcem, a zarazem człowiekiem religijnym, co jedno 
drugiemu nie przeszkadzało. Kiedy po Październiku Powstanie zostało "odblokowane", 
wtedy marksiści, nie mający zbyt wiele pożytku z poetów "Sztuki i Narodu", usiłowali 
"zawłaszczyć" właśnie Baczyńskiego. Nie, nie widzę u niego nacjonalizmu, szowini- 
zmu... W swoich fascynacjach literackich bazował natomiast na Słowackim, a potem 
przeszedł do Norwida. Mickiewicza jakoś mało się u niego widziało... Nota bene 
w moim przypadku było podobnie. Nie mogę powiedzieć, żeby Mickiewicz - w sensie 
porażającej mnie osobowości - był moim poetą. Chociaż niektóre z jego dzieł, jak Pan 
Tadeusz czy III część Dziadów, bardzo do mnie przemawiały, i uważam go oczywiście za 
wielkiego poetę. 


Pomówmy na temat języka i dwujęzyczności. W 1959 roku w Londynie odbyła się, publi- 
kowana później na łamach ..Kontynentów", a dotycząca właśnie tego tematu, dyskusji. 
Dlaczego nie wziął Pan w niej udziału? 
W tej dyskusji o języku nie brałem udziału, gdyż w zasadzie mnie nie interesowała. Zaw- 
sze tak doskonale czułem się w języku polskim, że te problemy, które dręczyły młod- 
szych członków grupy, a później wszystkich Polaków urodzonych w Anglii i pragnących 
utrzymać kontakt z polską kulturą - mnie nie dotyczyły. Nawet to czternastoletnie ode- 
rwanie... Ale, czy ja naprawdę na czternaście lat (tj. od momentu wywiezienia mnie 
z Polski po powstaniu warszawskim, do chwili mojego pierwszego przyjazdu do War- 
szawy w 1958 roku) oderwałem się od języka polskiego? Nie, nie mogę tego powiedzieć. 
Najpierw przebywałem w obozach. W obozie jeńców w Sandbostel koło Bremy byli 
Polacy - tak samo świeżo wykorzenieni jak ja, i to, że kilka słów czasami zamieniłem 
z wachmanem po niemiecku, jeszcze nic nie znaczyło. W obozach byłych jeńców 
w Niemczech było to samo. W 1946 roku, wraz ze Zbyszkiem Czajkowskim, uczyłem się 
w liceum polskim w Lubece. Od końca 1946 roku przebywałem w polskim obozie 
w Anglii, i dopiero w październiku następnego roku poszedłem na studia anglistyczno- 
-teatrologiczne na uniwersytecie w Bristolu. Tam, rzeczywiście, trzeba już było mówić 
po angielsku... Ale w Bristolu studiowało też trochę Polaków: dziewczyny przeważnie 
stomatologię, chłopcy - inżynierię. Założyłem więc Koło Studentów Polskich, a z racji 
tego, że nikt poza mną nie był humanistą, musiałem prowadzić je, przygotowywać pre- 
lekcje, itd. W tamtym okresie czytałem również sporo polskiej literatury, którą poprzez 
dział wysyłkowy sprowadzałem z Biblioteki Polskiej w Londynie. Byli to ci sami auto- 
rzy, których dzieła poznawałem w czasie okupacji w Warszawie: Słowacki, Norwid, 
Wyspiański... Pamiętam, że tuż przed Powstaniem kupiłem pierwsze obszerne (podobno 
pirackie) wydanie dzieł Norwida w opracowaniu prof. Piniego. Wszyscy błogosławili 
profesora za to piractwo! (śmiech). 
Później, kiedy wydawaliśmy w Londynie polskie pismo, miałem jeszcze większy 
kontakt z językiem polskim, niż w Bristolu. Kiedy jednak wiosną 1958 roku po raz 
pierwszy po wojnie przyjechałem do Polski, byłem postrzegany jako coś w rodzaju raro- 
ga. Usiłowano nawet dosłuchiwać się angielskiego akcentu w mojej polszczyźnie. Tego 
rodzaju problemy szybko jednak skończyły się - chociaż niekoniecznie u recenzentów, 
którzy jeszcze przez jakiś czas pisali, że bawię się językiem, gdyż pisanie po polsku jest 
dla mnie czymś niezwykłym. Cóż, w dawniejszych czasach wielu Polaków kończyło 


6 "Sztuka i Naród" ("SIN") - konspiracyjny miesięcznik literacki, wydawany i redagowany 
od IV 1942 do VII 1944 w Warszawie przez grupę młodych pisarzy związanych z "Konfederacją 
Narodu" - organizacją o zabarwieniu narodowo-radykalnym. 
7 Cena wolności? Dysku
a ojęzyku (B. Czaykowski, A. Czerniawski, ]. Darowski, Z. Ławry- 
nowicz, F. Śmieja), Kontynenty - Nowy Merkuriusz 1960 nr 1 s. 2-12. 


210
>>>
studia na uniwersytetach w Dorpacie, Getyndze, Heildelbergu... Jeżeli po kilku latach 
spędzonych za granicą wracali do Polski, to badano ich pod lupą, czy nie zatracili języka 
polskiego? Jak można było zatracić język polski, skoro znało się go od urodzenia i było 
się tak oczytanym w literaturze? 
Śmiem twierdzić, że - jeśli chodzi o podatność na wpływy angielskie - w grupie 
"Kontynentów" byłem niemal wyjątkiem. To samo można jeszcze powiedzieć o starszym 
od nas, byłym oficerze lotnictwa, Gustawie Radwańskim, o Zygmuncie Ławrynowiczu, 
i chyba o Darowskim. Ale ci wszyscy młodsi, tacy jak Busza, Czerniawski. .. 8 Oni 
zresztą bardzo dużo wnosili do kultury kraju osiedlenia, bo polski znali dobrze, więc już 
wcześnie mogli rozpocząć tłumaczenia na język angielski. Ja taką próbę podjąłem dopie- 
ro w latach 60., tłumacząc Szekspira współczesnego Kotta 9 , i miałem też, jako tłumacz, 
pewne ograniczenia. Nigdy nie kusiło mnie, żeby stać się pisarzem angielskim. 


Takimjak Pietrkiewicz? 
Jerzy Pietrkiewicz, znacznie starszy od nas, w Anglii przebywał już od 1939 czy 1940 
roku. Był jednym z tych stosunkowo mniej licznych, którym raczej dawano studiować 
niż brano ich do wojska. Skończył studia, został profesorem literatury polskiej na Uni- 
wersytecie Londyńskim. I postanowił, że zostanie angielskim prozaikiem. Zaczął pisać 
angielskie powieści, miał pozytywne recenzje. Ale czy można dzisiaj powiedzieć, że 
Pietrkiewicz jest znany jako angielski powieściopisarz? Dziś niektóre z jego powieści, 
tłumaczone na język polski, wracają do kraju... A była to dobra angielszczyzna, ciekawie 
pisał, i przez krótki czas wydawało się, że się przebił. Ale chyba zostanie raczej w litera- 
turze polskiej. 


Adam Czerniawski twierdzi, że w latach istnienia grupy jako jedyny utrzymywał kontakty 
z angielskimi pisarzami. 
W pewnym sensie ma rację. Istotnie, kiedy istniała grupa, tak było. Otóż my oczywiście 
znaliśmy dobrze język angielski, ale w okresie istnienia grupy kontakty z pisarzami an- 
gielskimi raczej nie były utrzymywane. Tym, który może najbardziej z nas tkwił w kultu- 
rze angielskiej, był właśnie Adam Czerniawski. Natomiast moje związki z młodymi pisa- 
rzami angielskimi - będące w dużej mierze pochodną tych kontaktów, jakie miałem 
z młodymi twórcami teatralnymi - zaczęły się w połowie lat 60., kiedy grupa właściwie 
już nie istniała. Wtedy poznałem pisarzy, których twórczość tłumaczyłem: Grahama 
Greene'a oraz Roberta Gravesa lO . Graves, którego odwiedziłem na Majorce w 1969 roku, 
i z którym w 1974 roku występowałem w Polsce na Jesieni Poezji (on czytał swoje wier- 
sze w oryginale, ja - przekłady), poznał mnie z paroma innymi angielskimi pisarzami, 
młodszymi od siebie. Okres mojego największego zbliżenia z młodym pokoleniem twór- 
ców w Anglii (w przeciwieństwie do dużo wcześniejszej, bo trwającej od czasów studiów 
fascynacji literaturą angielską) nastąpił zatem w drugiej połowie lat 60. i w latach 70., 


8 Gustaw Radwański (1919-1962), prozaik, krytyk literacki, psycholog. 
Zygmunt Ławrynowicz (1925-1987), poeta, eseista, tłumacz; od 1952 roku mieszkał w Lon- 
dynie. 
Jan Darowski (ur. 1926), poeta, krytyk literacki; mieszka w Londynie. 
Andrzej Busza (ur. 1938), poeta, krytyk literacki, tłumacz, conradysta, profesor literatury an- 
gielskiej na uniwersytecie British Columbia w Vancouver. 
Adam Czerniawski (ur. 1934), poeta, prozaik, krytyk literacki, tłumacz; obecnie mieszka 
w Walii. 
9 J. Kott, Shakespeare our contemporary. London 1964; New York 1964. 
10 G. Greene, Moc i chwala. Paryż: Instytut Literacki, 1956; Warszawa 1967, 1985; R. Graves, 
Wiersze. Warszawa 1968; tegoż, Poe.ye wybrane. Warszawa 1977. 


211
>>>
i w dużej mierze uwarunkowany był moim zainteresowaniem kontrkulturą. Będąc kryty- 
kiem teatralnym, często jeździłem na festiwale teatrów studenckich (wówczas krytycy na 
ogół nie jeździli), nawiązałem kontakty z ludźmi młodego teatru, a nawet byłem współ- 
założycielem zespołu teatralnego (długo jednak nie przetrwał). 


Czy kontakty z twórcami angielskimi stały się dla Pana głównym powodem pisania 
w ję zyku angielskim? 
Rzeczywiście, były jakimś bodźcem do "rozruszania" mojej angielskiej poezji, ponieważ 
moim nowym przyjaciołom chciałem pokazywać swoje wiersze, dzieliłem z nimi jakieś 
przekonania, poglądy... Takie wiersze, jak Lines to you miały konkretne przyczyny 
w moich kontaktach z Anglikami i Angielkami (śmiech). Słowem, byłem wówczas naj- 
bliżej tego, by wsiąknąć w kulturę angielską. Ale nigdy nie zatraciłem związku z polską 
kulturą i nie zaprzestałem wyjazdów do Polski. Jeżeli wyjeżdżałem, na przykład, na 
warsztaty zespołu studenckiego do Szkocji i żyłem z aktorami w tej swoistej "komunie", 
nie znaczy to, że odmawiałem sobie zwykłych jesiennych wyjazdów do Polski. Około 
roku 1980 sprawy polskie jednak bardziej mnie zaabsorbowały. 


Pana wiersze w języku angielskim powstawały zatem głównie w końcu lat 60. i w latach 
70.... 
Wtedy powstawały też wersje podwójne: polskie i angielskie. W tomiku For the mtnes- 
ses z 1978 roku - którego nie mogę uważać za tomik przekładów - znajdują się wier- 
sze napisane tylko po angielsku, zanadto skomplikowane w tkance języka, abym mógł 
stworzyć je na nowo po polsku, jak również wiersze, które mają wprawdzie wersję pol- 
ską, lecz wersja angielska była wcześniejsza. Czasami zdarzało się, że obie wersje two- 
rzyłem jednocześnie: tzn., kiedy pisałem wiersz w jednym języku, przychodziło mi na 
myśl kilka linijek w drugim, natychmiast zapisywałem je na boku, po czym kontynu- 
owałem pisanie wiersza w tym języku, w którym zacząłem. A później, kiedy robiłem 
wersję w drugim języku, włączałem te powstałe wcześniej linijki. Jedynie wiersze za- 
mieszczone w ostatniej części tomiku, zatytułowanej Beyond Words, mogą być uznane za 
przekłady. Robiłem je zresztą dość szybko i na zamówienie. Otóż przy Warszawskiej 
Operze Kameralnej istniała przez pewien czas scena mimów, która zrealizowała spektakl 
oparty na mojej poezji. Kiedy nadarzyła się im okazja wyjazdu na tournee do Stanów 
Zjednoczonych, poprosili mnie, abym zrobił wersję angielską. Nie widziałem jednak 
powodu, żeby w tym angielskim tomiku, przy niektórych wierszach pisać: "przekład: 
autor". Tak samo teraz, kiedy przygotowałem angielską wersję mojego poematu Drzwi 
gnieźnieńskie, nie zamierzam podawać siebie jako tłumacza. Mogę wprawdzie zaznaczyć 
w bibliografii, że jest to mój ostatni przekład, albo po prostu przyjąć, że jestem autorem, 
który napisał ten utwór po angielsku. 


Czy nikt inny poza Panem nie tłumaczył Pańskiej poezji zjęzyka angielskiego czy najęzyk 
angielski? 
Moja poezja nie była właściwie tłumaczona na język angielski, ponieważ nigdy o to nie 
zadbałem. Uważałem się bowiem za polskiego poetę i w Polsce przede wszystkim chcia- 
łem mieć czytelników. W przeciwieństwie zresztą do wielu krajowych poetów, którzy 
bardzo chcieli być tłumaczeni... Parę moich wierszy przetłumaczyła jedynie Magdalena 
Czajkowska, wdowa po moim przyjacielu, Zbyszku Czajkowskim; niektóre opublikowa- 
no nawet w "The Polish Review". Ale to wszystko było na bardzo małą skalę. 
Aczkolwiek teraz, kiedy przez przypadek odnowiłem znajomość z irlandzkim poetą 
Hayden Murphy'm, który w latach 60. redagował poświęcone poezji pismo "Dublin 
Broadsheet", obiecałem mu, że zrobię angielskie wersje (będą to już raczej przekłady) 


212
>>>
swoich utworów o tematyce edynburskiej. Kiedyś w jego piśmie publikowałem angiel- 
skie wiersze, razem nawet wystąpiliśmy w kilku poetyckich imprezach w Londynie: on 
- poeta irlandzki ija - poeta (przejściowo) angielski. 


Zjakimjeszcze pismami anglojęzycznymi Pan współpracował? 
W najbardziej prestiżowym i renomowanym - zwłaszcza jeśli chodzi o poezję - piśmie 
"Stand" (które do dziś zresztą wychodzi w Newcastle), wydrukowałem bodaj jeden 
wiersz, ale wiersz ten został przedrukowany i trafił stamtąd do antologii dla szkół. 
W drugiej połowie lat 60. i w latach 70. regularnie zamieszczałem swoje utwory 
w awangardowym piśmie "Ambit". W zespole redakcyjnym tego pisma można było 
spotkać takie osobistości, jak]. G. Ballard - znany autor powieści science-fiction czy 
Sir Eduardo Paolozzi - brytyjski rzeźbiarz włoskiego pochodzenia. To przebojowe pi- 
smo słynęło z tego, że zamieszczało materiały, które nawet w tamtym okresie kontrkultu- 
ry i rozluźnienia obyczajowego mogły wydawać się szokujące. Natomiast w innych pi- 
smach brytyjskich - od "The Times" po "Index on Censorship" - a także amerykań- 
skich, publikowałem głównie artykuły na tematy polskie. 


Kiedy pracował Pan w BBC? 
W BBC zacząłem pracować przed moją pierwszą podróżą do Polski w 1958 roku, nato- 
miast na pełnym etacie zatrudniony byłem od stycznia 1959 roku do roku 1989 - przez 
przeszło 30 lat. Później, już nie będąc na etacie, przez cztery lata robiłem jeszcze tygo- 
dniowy program kulturalny "Sztuka nad Tamizą". 


Czy pracując na etacie, realizował Pan programy kulturalne czy informacyjne? 
Tam właściwie robiliśmy wszystko, tzn. tłumaczyliśmy komentarze angielskie, pisaliśmy 
rozmaitego rodzaju przeglądy prasy czy przeglądy wydarzeń. Był na przykład przegląd 
wydarzeń niemieckich, który robiłem kilka razy. Regularnie natomiast realizowałem 
takie programy jak kronika brytyjska - przegląd wydarzeń w Wielkiej Brytanii, brałem 
udział jako głos w cudzych programach, prowadziłem audycje jako prezenter. Przetłuma- 
czyłem ponadto - i jest to chyba moje najważniejsze osiągnięcie translatorskie w dzie- 
dzinie dramatu - kilkadziesiąt sztuk z języka angielskiego, w tym 19 - Harolda Pinte- 
ra. (Sztuki te w większości były drukowane w "Dialogu" oraz w "Oficynie Poetów", 
a wystawiane w polskich teatrach i telewizji.) Część moich przekładów reżyserowałem 
dla BBC w formie słuchowisk, lecz częściej jako aktor brałem udział w słuchowiskach 
reżyserowanych przez kolegów. 


Ile osób pracowało w Sekcji Polskiej BBC? 
Około trzydziestu osób, w tym dwudziestu pracowników programowych i dziesięć osób 
zatrudnionych jako siły sekretarskie. 
Regularnie, najpierw co 10 dni, potem co 13, miałem nocne dyżury. Przychodziło się, 
mianowicie, wieczorem, brało się udział w wieczornych audycjach, których było się 
przeważnie realizatorem, potem można było przez kilka godzin spać Qa nigdy tego nie 
robiłem; a we wczesnych latach w czasie przerwy na nocnym dyżurze zdarzało mi się 
nawet napisać wiersz), rano o godzinie czwartej przystępowało się do tłumaczenia dzien- 
nika i przeglądu prasy, po czym samemu prowadziło się dwie, piętnastominutowe audy- 
cje. W pierwszej audycji, oprócz dziennika szła taśma z komentarzem, drugą audycję 
czytało się samemu na żywo: najpierw dziennik, później przygotowany uprzednio prze- 
gląd prasy brytyjskiej. Przegląd ten niekoniecznie robiło się wprost z gazet; owszem, 
były takie tendencje, ale już w okresie komputerowym, przedtem był on jak gdyby do- 
starczany centralnie. 


213
>>>
Audycje Radia BBC zagłuszano w kraju... 
Zagłuszano te audycje, ale zawsze odbiorcy potrafili je znaleźć... Podobno czy UB, czy 
jakieś partyjne władze same starały się słuchać, i wobec tego jedno pasmo pozostawało 
nie zagłuszane. Oczywiście, było ono często zmieniane, ale słuchacze znali wszystkie 
pasma i zawsze odnajdowali to właściwe. 


lak wyglądała praca przy realizowaniu programu kulturalnego? 
Był taki okres, kiedy przez szereg lat prowadziłem własny magazyn literacko- 
-artystyczny. Był to program zupełnie niezależny od głównego przeglądu tego, co działo 
się w teatrach i kinach londyńskich. Mogłem w nim robić, co chciałem, m.in. nadawać 
sprawozdania z festiwali teatrów studenckich. Ale kiedy zmienił się kierownik Sekcji 
Polskiej, polikwidował niektóre programy, w tym także mój, autorytatywnie poprzydzie- 
lał poszczególnych pracowników do pozostałych programów, i w dodatku nie dawał 
wolnego czasu, nic... wtedy ja wściekłem się i robiłem tak: jak kończyłem ostatnią audy- 
cję, zawsze wtedy znajdowałem jakieś nocne kino (pomimo, że teoretycznie nie należało 
opuszczać budynku, należało się zresztą podpisać przed północą, że się jest, a potem 
drugi raz, w trakcie odbierania dziennika). Dojechać do kina mogłem jeszcze na ogół 
kolejką, ale wracać stamtąd nieraz zdarzało mi się kilometrami pieszo. Zawsze zdążyłem 
jednak przyjść, napisać recenzję, nagrać ją; i to wszystko przed końcem mojej nocnej 
przerwy, kiedy przechodziłem już do bieżących obowiązków. Powiedziałem sobie jed- 
nak: czas wolny jest moim czasem. Skoro kierownik nie dawał czasu na to, żeby gdzieś 
pójść, coś obejrzeć, napisać, to ja robiłem to wszystko w tej przerwie nocnej. 
W późniejszym czasie coraz bardziej powierzano mi - jako redaktorowi - główny 
program kulturalny, aż w końcu przez kilka lat przed zejściem z etatu realizowałem go 
już całkiem samodzielnie. A kiedy wreszcie poszedłem na emeryturę - poproszono 
mnie, żebym robił to nadal. Był rok 1989, częściej wtedy jeździłem do Polski, i w związ- 
ku z tym, kiedy byłem w Londynie, nagrywałem jak gdyby na zapas. A w każdym pro- 
gramie musiałem przecież mieć swoją recenzję teatralną czy filmową... Rzeczywiście, 
przygotowywanie tygodniowego programu, a właściwie dwóch programów tygodniowo 
- oznaczało może nawet więcej pracy niż na pełnym etacie. Tyle tylko, że na pełnym 
etacie trzeba było robić i te programy, i wszystko inne. Pracowaliśmy rzeczywiście cięż- 
ko i nie obijaliśmy się. 


Zanim jednak rozpoczął Pan pracę w BBC, swoje zadania polskiego twórcy na emigracji 
wypełniał Pan działając w organizacjach studenckich... 
Tuż po przyjeździe do Anglii, kiedy jeszcze byłem w obozie, ale już starałem się o przy- 
jęcie na studia i zostałem przyjęty, zapisałem się do Polskiego Katolickiego Stowarzy- 
szenia Uniwersyteckiego "Veritas". Była to polska część Międzynarodowego Katolickie- 
go Stowarzyszenia "Pax Romana", które miało dwa piony: jeden był studencki, drugi - 
intelektualistów katolickich, ludzi po studiach. Kiedy przyjechałem do Bristolu, założy- 
łem Koło Studentów Polskich, czyli faktycznie koło "Veritasu", albowiem wszyscy stu- 
denci polscy byli tam katolikami. I prowadziłem to Koło, a więc przygotowywałem refe- 
raty religijne, umoralniające... W tamtym okresie nie posiadałem jeszcze szerszych kon- 
taktów i nie wiedziałem, że istnieje również ogólne Zrzeszenie Studentów i Absolwentów 
Polskich na Uchodźstwie. Dla mnie działalność w "Veritasie" była naturalna w tym sen- 
sie, że stanowiła przedłużenie mojej działalności z okresu konspiracji. Otóż na wiosnę 
1943 roku, kiedy z Krakowa przyjechałem do Warszawy, dołączyłem do grup katolic- 
kich, w których działał już mój przyjaciel, Adam Stanowski 11. Była to organizacja ide- 


11 Adam Stanowski (1927-1990), po wojnie wykładowca na KUL-u w dziedzinie pedagogiki, 


214
>>>
owa, samokształceniowa, którą opiekowali się księża z kilku zakonów, najbardziej ma- 
rianie, pallotyni i jezuici. Jeden z czołowych przywódców grup katolickich (mieliśmy 
podział na drużyny czy kręgi), Tadeusz Sporny, był jezuitą, i we wczesnych latach ponty- 
fikatu Jana Pawła II został jednym z sekretarzy generała zakonu jezuitów w Rzymie. 
W tamtym okresie, kiedy robiłem dla BBC reportaże z Watykanu, pomagał mi nawet. 
Kiedy raz skręciłem nogę w kostce i nie mogłem iść na plac przed bazyliką św. Piotra, 
a miałem zrobić reportaż - poszedł tam i nagrał wszystko dla mnie (śmiech). 


WrÓĆmy jeszcze do Anglii. 
Po pięciu latach pobytu w Bristolu, w 1953 roku przeniosłem się do Londynu i tam - 
przy piśmie "Źycie Akademickie", które było organem Zrzeszenia Studentów i Absol- 
wentów Polskich na Uchodźstwie - zetknąłem się z młodymi poetami. Prezesem Zrze- 
szenia był wtedy Jerzy Kulczycki, który działał jednocześnie w jednym z politycznych 
stronnictw - bodajże w "Niepodległość i Demokracja"12. Ja zostałem wiceprezesem 
i przez jakiś czas (w latach 1954-1955) byłem łącznikiem pomiędzy Zrzeszeniem a re- 
dakcją "Źycia Akademickiego", a następnie powstałego w 1955 roku miesięcznika 
"Merkuriusz Polski". Kiedy w listopadzie 1955 roku nastąpiły pierwsze nieporozumienia 
pomiędzy Zrzeszeniem i redakcją "Merkuriusza" - większość z nas wystąpiła z redak- 
cji, i przez cały kolejny rok pozostawała poza pismem. Chociaż nadal stanowiliśmy gru- 
pę, urządzaliśmy wspólnie imprezy i przyjaźniliśmy się, dzielił nas pogląd na kwestię 
pozostania w redakcji. Bogdan Czaykowski 13 uważał, że mimo wszystko trzeba tam 
tkwić, Sito 14 , Czerniawski, Ławrynowicz, ja, że - nie. Pośród tych, co pozostali, był 
Mieczysław Paszkiewicz l5 , który nie wszedł potem do "Kontynentów". Oczywiście, 
stosunek do kraju odegrał w tym wszystkim dużą rolę... Pamiętam, że po październiku 
1956 roku ówczesna redakcja zrezygnowała i doszła do wniosku, że to jednak my powin- 
niśmy objąć pismo... Wydawaliśmy zatem "Merkuriusza" (a dołączyli wtenczas do nas 
nowi członkowie) od stycznia 1957 roku. Jednakże już po pierwszym roku, na pierwszym 
zjeździe zapanowała tak burzliwa atmosfera, że o mało co drogi nasze i ZSAPU - wciąż 
oficjalnego wydawcy pisma - nie rozeszły się. Jakoś to wszystko jednak "zapacykowa- 
no" , i myśmy "Merkuriusza" wydawali jeszcze aż do zjazdu na jesieni 1958 roku, kiedy 
nastąpił definitywny kres współpracy ze Zrzeszeniem. W styczniu 1959 roku powstały 
"Kontynenty", w których pojawiły się już nowe nazwiska: Busza, Darowski, Ciechanow- 
ski. .. 16 


Adam Czerniawski wspominał, że nie mógł wytrzymać z " cenzorami" z ZSAPU 
Zrzeszenie chciało nas cenzurować, rzeczywiście... 


Chodziło o politykę? 
Tak... ja może byłem najbardziej otwarty w stronę kraju, a mój artykuł "Moralne prawo" 
z 1957 roku 17 narobił dużo szumu. Poddałem w nim krytyce wszystkie szacowne instytu- 


działacz "Solidarności", zmarł jako senator R.P. 
12 Polski Ruch Wolnościowy "Niepodległość i Demokracja" ("NiD") - partia piłsudczykow- 
ska, działająca w Londynie. 
13 Bogdan Czaykowski (ur. 1932), poeta, krytyk literacki, tłumacz, profesor literatury polskiej 
na Uniwersytecie British Columbia w Vancouver. 
14 Jerzy Sito (ur. 1934), poeta, tłumacz, dramaturg; od 1959 roku zamieszkały w Warszawie. 
15 Mieczysław Paszkiewicz (ur. 1925), poeta, eseista, historyk sztuki; profesor historii sztuki 
na Uniwersytecie Londyńskim oraz PUNO - Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie. 
16 Jan Mieczysław Ciechanowski (ur. 1930), historyk i politolog. 
17 B. Taborski, Moralne prawo, Merkuriusz Polski 1957 nr 1-2 s. 2-5. Zob. także: tegoż, Linia 


215
>>>
cje emigracyjne - właśnie z pasją emigranta, który chciałby je ulepszyć, usprawnić, 
i pewnie widzieć emigrację taką, jak ongiś Mickiewicz w swych utopijnych Księgach 
Pielgrzymstwa. Oburzono się na mnie, wietrzono destrukcję i złe intencje. A ja, poeta 
romantycznej proweniencji, kończyłem swój artykuł cytatem ze Słowackiego: "Do takiej 
Polski, w której by Boga i prawdy nie było, należeć nie pragnę". Nikt jednak na ów cytat 
nie zwrócił uwagi. 


Ten artykuł był wyrazem buntu... 
Tak, myśmy wszyscy wtedy byli zbuntowani. W pewnym sensie wyalienowaliśmy się od 
tej emigracji, od jakichś tam koterii, od pseudo-życia. Raziła nas nieprzystawalność pew- 
nego rozpowszechnionego na emigracji sposobu myślenia wobec rzeczywistości. Ci 
kanapowi emigranci - starzy politycy, starzy pisarze - zupełnie nie rozumieli, w jakim 
świecie żyli. Jeden z wybitnych literatów emigracyjnych powiedział raz tak: "Przysłali 
mi tutaj książkę jakiegoś bolszewika o Chrobrym. Oczywiście zaraz wyrzuciłem to pa- 
skudztwo na śmietnik". Chodziło o Bolesława Chrobrego Gołubiewa. 
Słabo też na ogół znali język angielski i nie lubili Anglii, a niektórzy - od Cata- 
-Mackiewicza poczynając, wręcz jej nienawidzili. Dlatego pisałem swój artykuł ze szcze- 
rą pasją, w trosce o to, żeby było lepiej. Oczywiście, że nie zostałem zrozumiany. Ja 
chciałem tę emigrację ulepszyć, aby porzuciwszy pewne fikcje, w których tkwiła, rze- 
czywiście mogła coś zdziałać dla Polski. Tymczasem, jak stwierdziłem ze zdumieniem, 
uznano, że ja odrzucam emigrację. I nawet moi redakcyjni koledzy mieli mi za złe, że 
temu artykułowi dałem podtytuł: "artykuł programowo-dyskusyjny". Podtytuł ten nie 
miał jednak sugerować programu redakcji, jak mylnie sądzono, a jedynie to, że artykuł 
przeznaczony jest do dyskusji programowej. 


Jakie były reakcje na Pański artykuł w prasie emigracyjnej? 
W "Dzienniku Polskim" ludzie, którzy do niedawna wychwalali mnie pod niebiosa jako 
nadzieję emigracyjnej literatury, teraz przypisywali mi jak najgorsze intencje; podobnie 
w "Gazecie Niedzielnej". W "Źyciu" londyńskim (to tygodnik, który miał ambicje być 
emigracyjnym "Tygodnikiem Powszechnym", ale na początku lat 60. padł - po prostu 
nie sposób było w grajdołku, jakim jest polski Londyn, podtrzymać pisma z takimi ambi- 
cjami) wstrzymano mi druk pewnych rzeczy. Nie mogłem dowiedzieć się, co się stało 
(zupełnie, jakby to było w komunistycznym ustroju), potem wezwano mnie na rozmowy, 
a w końcu okazało się, że mnie nie chcą. Jedynym pismem, którego łamy zawsze były 
przede mną otwarte, była "Kultura". 


Nie miał Pan także problemów ze strony redaktorów" Kontynentów"... 
Ze strony kolejnych redaktorów naszego pisma (my redagowaliśmy kolegialnie, ale zaw- 
sze był ten redaktor naczelny) nie miałem żadnych problemów. Okazywali mi pełne za- 
ufanie nawet wtedy, kiedy byłem w Polsce i zdarzały się takie historie, jak nieprawdziwa 
relacja z mojego wieczoru autorskiego w Związku Literatów w Krakowie, gdzie miałem 
rzekomo powiedzieć: "nasza ojczyzna i nasz rząd jest tu w kraju". Napisałem protest 
w tej sprawie do Stowarzyszenia Dziennikarzy, że ja tego nie powiedziałem i nie mogłem 
powiedzieć, bo chociaż jestem Polakiem, jestem też obywatelem brytyjskim. To wszyst- 
ko się wyjaśniło, ale oczywiście i tak rozpoczęły się ataki na mnie w "Dzienniku Pol- 
skim", w prasie londyńskiej. 
Moje reportaże z podróży do Polski, publikowane w 1958 roku na łamach "Konty- 
nentów", też nie wszystkim się podobały. Starałem się równomiernie rozkładać światła 


podzialu, Merkuriusz Polski 1957 nr 9 s. 2-3. 


216
>>>
1 Clenie, i pisać zarówno o rzeczach negatywnych, jak i pozytywnych. Prasa krajowa 
przedrukowywała to, co pisałem dobrego na temat życia w Polsce, pomijając cienie, 
prasa emigracyjna - na odwrót. A potem jeszcze Radio Wolna Europa nadało program, 
w którym uznało za skandal to, co napisałem na temat Polski. Zdecydowałem wtedy, że 
z publicystyką polityczną koniec - jestem poetą, jestem teatrologiem, a nie politykiem. 


W artykule "Młodsza literatura emigracji w perspektywie ćwierćwiecza", opublikowa- 
nym w 1983 roku na łamach londyńskiego " Pamiętnika Literackiego ,,18, pisze Pan o cha- 
rakterystycznej dla młodych poetów londyńskich wspólnocie postaw wobec świata i kra- 
ju. Niedawno w rozmowie ze mną Mieczysław Paszkiewicz stwierdził, że wcale takiej 
wspólnoty nie było. lak Pan to skomentuje? 
Bardzo prosto. Paszkiewicz, którego notabene bardzo lubię i z którym nadal się przyjaź- 
nię, nie należał do grupy "Kontynentów". On był w "Merkuriuszu", ale do "Kontynen- 
tów" nie wszedł. 


lak zatem kształtowały się sympatie polityczne w grupie " Merkuriusza "-"Konty- 
nentów"? 
Ławrynowicz i Paszkiewicz reprezentowali bardziej prawicowe stanowisko; Śmieja 19 był 
umiarkowany; lewicował chyba Sito; co do Buszy, Sulikio, Ciechanowskiego - trudno 
powiedzieć, ale chyba byli dosyć postępowi. Ja może byłem podobny do Baczyńskiego 
w tym sensie, że kultywowałem piłsudczykowskie tradycje. Byłem piłsudczykiem lewi- 
cującym, ale nigdy nie marksistą czy ateistą. W okresie, kiedy grupa istniała, różnic po- 
litycznych, które skłaniałyby nas do kłótni na naszych redakcyjnych czy towarzyskich 
zebraniach - nie było. 
Po Październiku, kiedy mieliśmy otwartą postawę wobec przemian w kraju, wszyst- 
kich nas ochrzczono oczywiście [ellow-traveler' ami. Twórca "Merkuriusza", Ludwik 
Angerer 21 , który był prawicowcem i człowiekiem dużej prawości, całkiem bezstronnie 
nas ostrzegał: "słuchajcie, macie prawo do swoich poglądów, ale wiedzcie, że jak będzie- 
cie je wyrażali, to narazicie się niezłomnym, a oni są twardzi i wam spokoju nie dadzą". 
Myśmy czytali wtedy m.in. "Po prostu", "Tygodnik Powszechny", "Przegląd Kultural- 
ny", i widzieliśmy, że w Polsce zachodzą przemiany. Natomiast starsi tego nie widzieli. 
Jeden z wybitnych pisarzy emigracyjnych, kiedy dowiedział się, że zamierzam drukować 
w kraju, starał się mnie od tego zamiaru odwieść. Powiedział: "tam jest pustynia, tam już 
nigdy nic nie będzie, kultura polska będzie się rozwijała tylko tutaj", po czym zerwał ze 
mną znajomość. Ale w latach 70. sam zaczął jeździć do Polski, a potem publikować... 
A mnie przeprosił, i dziś jesteśmy w dobrych stosunkach. 


Czy grupa "Kontynentów" miała patronów pośród pisarzy starszych wiekiem, czy nie 
miała? 
Miała. Byli poeci, których popieraliśmy. Był Pietrkiewicz, którego lubiliśmy i zapraszali- 
śmy na prywatne spotkania literackie, był Brzękowski, no i Miłosz. Do Miłosza, który 
wówczas mieszkał w Brie-Comte-Robert pod Paryżem, jeździliśmy indywidualnie już od 


18 B. Taborski, Mlodsza l1teratura emigracji w perspektywie ćwierćwiecza, Pamiętnik Literac- 
ki (Londyn) 1983 t. 6 s. 79-98. 
19 Florian Śmieja (ur. 1925), poeta, krytyk literacki, tłumacz; profesor literatury hiszpańskiej 
w London (Kanada). 
20 Bolesław Sulik (ur. 1929), krytyk filmowy i publicysta, członek zespołu redakcyjnego 
"Kontynentów" . 
21 Ludwik Angerer - działacz ZSAPU; założyciel pisma "Merkuriusz Polski". 


217
>>>
1954 roku. Przedtem OCZywIscle posyłaliśmy mu swoje wiersze. Przypominam sobie 
jeden dzień spędzony u niego: bardzo miła była atmosfera, kilka godzin spędziliśmy 
chodząc po polach, rozmawiając... pamiętam, jak przekonywał mnie, żeby przestać, nie 
pisać wierszy, bo "iskra nie zaskakuje". Nie przejąłem się tym (śmiech). 
Jednym z poetów zaprzyjaźnionych z nami był również Jerzy Niemojowski 22 . (Nie- 
którzy błędnie przypisują go do grupy "Kontynentów", ale on w niej nie był). Niemojow- 
ski, kiedy pokazywałem mu nasze wiersze - przepisywał je na swoją modłę. Natomiast 
Pietrkiewicz - wedle zasad autentyzmu - skracał, skracał, zostawiając tylko co któreś 
słowo. Ich uwag także nie wziąłem do serca. 


Gdzie najczęściej odbywały się te spotkania literackie i kto w nich uczestniczył? 
Przypominam sobie jedno z wcześniejszych mieszkań, jakie wynajmował Ławrynowicz, 
zawsze na ogół w okolicach Gloucester Road. Był to duży pokój w suterenie, i tam przy- 
jęliśmy Pietrkiewicza, Przyłuskiego, Czuchnowskiego... W spotkaniach, na których 
zaproszeni poeci czytali swoje wiersze, uczestniczyliśmy my wszyscy - członkowie 
zespołu, a także działacze ze Zrzeszenia Studentów i Absolwentów Polskich na Uchodź- 
stwie oraz osoby zaprzyjaźnione. Grono słuchaczy nie przekraczało na ogół dwudziestu 
osób. 


Czy Miłosz także był w mieszkaniu Ławrynowicza? 
Nie, kiedy Miłosz po raz pierwszy (w 1955 roku) przyjechał na nasze zaproszenie do 
Londynu, spotkaliśmy się z nim chyba w Hotelu Rembrandt. Natomiast za drugim razem 
urządziliśmy mu wieczór autorski w Instytucie Sikorskiego, w sali sztandarowej, w której 
sztandary Pułków Polskich z okresu II wojny wiszą pod sufitem. Następnego dnia 
"Dziennik Polski" napisał, że za sprawą udziału w imprezie "tego sprzedawczyka i zdraj- 
cy" Miłosza, sztandary polskie zostały splugawione (śmiech). Publiczne spotkania autor- 
skie, które najczęściej ja prowadziłem, organizowaliśmy także dla pisarzy z kraju: Za- 
wieyskiego, Elektorowicza, Kotta, Herberta, a także Stefana Kisielewskiego... Kiedy 
Instytut Sikorskiego - z powodów politycznych - odmówił nam dalszej współpracy, 
imprezy te urządzaliśmy w klubach należących do Stowarzyszenia Lotników (na Earls 
Court) czy Stowarzyszenia Marynarzy (na South Kensington). Lotnicy i Marynarze nie 
byli tak "politycznie motywowani" i nie uważali nas za wyklętych. 


Co oznaczało bycie emigrantem w latach 50., 60., i później? 
Dla starszego pokolenia było to tkwienie na pozycjach obronnych (nie chcę nazywać ich 
okopami Świętej Trójcy...). 
Ciekawe byłoby przestudiowanie, kto w październiku 1956 roku podpisał uchwałę o 
nie publikowaniu w kraju, a kto - w sporządzonej wkrótce potem ankiecie "Kultury" - 
sprzeciwił się temu. Sprzeciwili się, rzecz ciekawa, pisarze, którzy wówczas w Polsce nie 
mogli publikować, a przypuszczam, że nawet by nie chcieli: Miłosz, Herling- 
-Grudziński... Uważali oni, że takich rzeczy nie można dekretować, albowiem otwartą 
pozostaje kwestia, co się publikuje, jak się publikuje, czy idzie się na ustępstwa, itd. 
Jerzy Giedroyc wymyślił wówczas formułę, niezbyt może życiową, że drukować można, 
tylko nie należy pobierać za to honorariów. Wszechobecna w Polsce biurokracja powo- 
dowała jednak, że honorarium nie można było nie podjąć - dopuszczalna była jedynie 
możliwość przeznaczenia go na cel, na przykład, charytatywny. 


22 Jerzy Niemojowski (1918-1989), poeta, eseista, tłumacz; od 1948 roku zamieszkały w Lon- 
dynie. 


218
>>>
Emigracja kanapowa uważała, że ci, którzy nie stosują się do wymogów absolutnego 
potępienia kontaktów z krajem, powinni do tego kraju powrócić, i przestać być emigran- 
tami. My natomiast byliśmy przekonani, że właśnie na emigracji powinni byli pozostać 
ludzie, którzy w swojej działalności nie ograniczaliby się jedynie do podtrzymywania 
pewnych symboli. Starsi emigranci nie tylko najczęściej nie znali języka kraju osiedlenia, 
ale również nie posiadali, w gruncie rzeczy, znajomości polskich realiów. Realia te mogli 
znać oczywiście tacy ludzie - studiujący wszystkie serwisy prasowe - jak Jan Nowak- 
-Jeziorański. Lepsze jednak rozeznanie w sprawach kraju posiadał, moim zdaniem, Jerzy 
Giedroyc. Może częściowo dlatego, że zachował pełną niezależność i niczego nie musiał 
na siłę propagować, zwalczać, itd., wyrażał też bardziej zrównoważone opinie. Miero- 
szewski natomiast zachęcał po Październiku w jednym z artykułów - a było to utopijne 
- aby wszyscy mądrzy i dobrzy Polacy, którzy coś dobrego mogą uczynić dla Polski, 
wstępowali do partii. Skoro, jak sądził, tylko partia posiada możliwości działania, zatem 
nie powinni znajdować się w niej głupcy i oportuniści. Pomimo, iż wymóg ten niezbyt 
nadawał się do wprowadzenia w życie, dowodził jednak otwartości myślenia. 


Jakijest Pański pogląd na zadania polskich twórców na emigracji? 
Nie tylko kręcenie się we własnym kręgu, ale oddziaływanie na kraje, w których się 
mieszka, i na kraj, z którego jest się emigrantem. Wydaje mi się, że sporo zrobiłem, aby 
rodakom w Polsce - odciętym żelazną kurtyną i rzadko podróżującym - dostarczać 
informacji, a także wiedzy w swojej dziedzinie. Temu służyła moja praca w BBC. Póź- 
niej, kiedy pojawiły się możliwości jeżdżenia na festiwale Teatru Otwartego we Wrocła- 
wiu, odegrałem rolę w sprowadzaniu różnych, najczęściej awangardowych, zespołów 
z Zachodu. Widziałem, jak młodym ludziom teatru, polskim krytykom, wszystkim, któ- 
rzy do Wrocławia przyjeżdżali, otwierały się oczy, kiedy oglądali te zespoły. Z drugiej 
strony, będąc doradcą National Student Drama Festival oraz festiwalu w Edynburgu, 
pomagałem również w sprowadzaniu dobrych zespołów z kraju i lansowaniu polskiej 
sztuki. Tłumaczyłem, przedstawiałem na Zachodzie najlepsze osiągnięcia polskiej litera- 
tury i sztuki - ta bibliografia jest spora, a obejmuje tylko opracowania książkowe. Wy- 
kładałem na temat polskiego dramatu i teatru w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjed- 
noczonych. Byłem polskim patriotą, starałem się działać dla Polski. Uważałem, że czytel- 
nicy mojej poezji są w Polsce, ale nigdy nie szedłem na kompromisy. Raz cenzura za- 
kwestionowała jeden z moich wierszy, które miały zostać opublikowane w "Więzi". 
"Więź" powiadomiła mnie o tym, a ja zadecydowałem, że okrojonego bloku wierszy 
w ogóle nie będę publikował. Uważałem, że nie należy poddawać się cenzurze. Innym 
razem, a było to w Wydawnictwie Literackim, cenzor nie usunął "niewygodnego" utwo- 
ru, tylko bez mojej wiedzy zaniżył nakład ze zwyczajowych wówczas 800 egzemplarzy 
do 400. Kiedy jednak nieżyjący już dziś Jacek Bierezin recenzował ten tomik w "Wię- 
zi"z3, pod pretekstem analizy formalnej przemycił najbardziej niecenzuralne, bo dotyczą- 
ce wolności myśli i arogancji władzy, fragmenty. 
Sekret mojego sukcesu polegał na tym, że do Polski jeździłem wyłącznie jako osoba 
prywatna, jako twórca, a nie przedstawiciel BBC. Nie zmieniło to jednak faktu, że kilka- 
krotnie odmówiono mi wizy (co zresztą zdarzało się i przedtem). Ciężko przeżyłem prze- 
rwanie Kongresu Kultury Polskiej, podobnie jak wszyscy moi koledzy, z którymi 13 
grudnia stałem przed Teatrem Dramatycznym, już zamkniętym dla obrad. 
Patrząc wstecz, wydaje mi się, że byłem - nazwijmy to tak - "emigrantem ide- 
owym". Nie godziłem się nigdy na emigrację sprowadzaną jedynie do kanapowych 
i symbolicznych działań. Działając w sferze kultury, pisząc, promując polską literaturę 


23 ]. Bierezin, Glos pelen niepokoju, Więź 1971 nr 10. 


219
>>>
i sztukę na Zachodzie i dostarczając zarazem przekładów z literatury anglojęzycznej 
polskiemu czytelnikowi - zrobiłem dla Polski może więcej. W końcu lat 80. nadszedł 
moment, kiedy uznałem, że właściwie nie jestem emigrantem, tylko Polakiem mieszkają- 
cym za granicą. Dzisiaj jest to chyba jasne ponad wszelką wątpliwość, że nie ma kogoś 
takiego jak poeta emigracyjny - są tylko poeci polscy, i za takiego siebie uważam. 


Dziękuję za rozmowę.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


BARDZO LUŹNE WSPOMNIENIA 
Z WCZESNEGO DZIECIŃSTWA 
FRAGMENT ROZMOWY Z MIROSŁAWEM A. 
SUPRUNIUKIEM Z JERZYM GIEDROYCIEM 
PRZEPROWADZONEJ W MAISONS-LAFFITTE W MAJU 
1993 R. I 


Jerzy GIEDROYC (Francja) 


lak głęboko w przeszłość sięga Pana pamięć historyczna dotycząca rodziny? 
No, bardzo niedaleko, jakieś bardzo luźne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, ale to 
są takie bardzo luźne obrazy a poza tym mam stosunkowo niewiele wspomnień. Mnie 
sprawy rodzinne nigdy nie interesowały, tym się trochę zajmował mój ojciec, te papiery 
które były w jego posiadaniu zostały spalone w czasie powstania warszawskiego, gdzie 
mój ojciec zginął, a sprawami rodzinnymi w naj szerszym słowa tego znaczeniu zajmuje 
się mój kuzyn w Oxfordzie, Michał Giedroyć, który jest takim specjalistą od naszej ro- 
dziny. To jest dość skomplikowane bo to jest rodzina bardzo rozrodzona, Giedroyciów 
jest strasznie dużo a on się w tym jakoś najlepiej orientuje. Jeżeli sąjakieś sprawy doty- 
czące historii mojej rodziny, nawet stosunkowo niedalekiej, zawsze odsyłam do Michała. 
W moim przypadku sprawa jest o tyle prosta, że ja nie mam prawie bliskich krewnych. 
Poza rodzicami, którzy zginęli w czasie powstania, był brat, który został w Warszawie, 
średni brat Zygmunt, który umarł parę ładnych lat temu, a reszta rodziny wyginęła 
w czasie rewolucji. Bliskich krewnych, poza naturalnie Henrykiem, naj młodszym moim 
bratem, praktycznie biorąc nie mam. W domu raczej nie mówiło się o kimś szczególnym 
z naszej rodziny. 


A tradycja rodzinna, czy odegrała w Pana życiujakqś szczególną rolę? 
Specjalnie nie. Ma się rozumieć, byłem ze swego nazwiska zadowolony ale to mi do 


1 Rozmowa, której pełny zapis obejmuje ponad 20 godzin, została nagrana z inicjatywy Re- 
daktora Jerzego Giedorycia w połowie maja 1993 roku. Nie była nigdy publikowana, ani udostęp- 
niana. Nie była też autoryzowana. Nagrania zdeponowane są w toruńskim Archiwum Emigracji 
Biblioteki UMK. 


221
>>>
niczego nie było potrzebne. Było to mobilizujące, dlatego że rozumiałem to jako nakła- 
danie pewnych obowiązków i tu niewątpliwie kwestia pochodzenia pewną rolę odegrała, 
może nie decydującą ale jednak odegrała. 


Czy Pan używa herbu Hipocentaurus pełnego czy z Porajem? 
Pełnego. jest parę linii Giedroyciów. 


Niejest Pan pierwszym emigrantem wśród Giedroyciów... 
jeśli idzie o jakieś emigracje to tutaj jest kwestia Francji, Romualda Giedroycia i tych 
wszystkich napoleońskich historii. To jest dosyć zabawne; Romuald Giedroyć, który miał 
taką ożywioną kartę - był szefem przybocznego sztabu Napoleona - flirtował m.in. 
z józefiną, co zostało w rodzinnej tradycji. Był poglądów bardzo radykalnych; w czasie 
wojny 1812 roku był mianowany głównodowodzącym wojsk litewskich, które praktycz- 
nie biorąc nie powstały. Potem prowadził partyzantkę, został wywieziony do Archangiel- 
ska i po interwencji józefiny u Aleksandra I został zwolniony i przyjechał do Francji, 
gdzie już tutaj umarł. Miał dwie córki: jedna z nich była damą dworu józefiny, a druga 
dla odmiany była damą dworu Aleksandra 1. To było typowe w tych rodzinach kreso- 
wych, których narodowość praktycznie biorąc jest bardzo luźna, pomijając jakiś nurt 
niepodległościowy, powiedzmy Romualda Giedroycia i tak dalej, byli to ludzie służący 
w wojsku rosyjskim. To były jeszcze te czasy kiedy moment religijny nie przeszkadzał 
w robieniu jakiejś kariery w Rosji, to nastąpiło dopiero pod koniec XIX wieku. I to też 
było luźno przestrzegane, bo jest cały szereg ludzi np. Dowbór-Muśnicki, którzy doszli 
do stopni generalskich czy nawet Grąbczewski, który jako zdobywca Pamiru odegrał 
bardzo dużą rolę, a którzy zostali rzymskimi-katolikami i nie było wymagane przejście 
na prawosławie. 


lak wyglądało środowisko ziemiańskie na kresach w przeddzień wojny światowej? 
Bardzo mi trudno powiedzieć. My jesteśmy słabo związani z ziemią już od przeszło 
dwóch pokoleń, mój pradziadek Lucjan Giedroyć, którego pamiętam z opowiadań ro- 
dzinnych, który był zresztą w Petersburgu w lejbgwardii, popełnił samobójstwo z powo- 
dów jakichś romantycznych. To był człowiek średnio zamożny. Po jego śmierci tzw. rada 
familijna, jak to się zdarza z radami familijnymi, praktycznie rzecz biorąc wszystko zli- 
kwidowała. Tak że mój dziadek został bez niczego, skończył jakieś przelotne studia i był 
jakimś drobnym urzędnikiem. Uchował się mały folwarczek Śminołowicze. Mój ojciec 
skończył jakieś kursy farmaceutyczne i zajmował się farmacją. Tak następowała paupe- 
ryzacja, ajajestemjuż trzecim pokoleniem. To było dosyć powszechne, choć mój wypa- 
dek jest bardzo specjalny, ze względu na tę radę familijną, ale reszta była spowodowana 
bankructwem, nadejściem ery przemysłowej. Takim przykładem najbardziej znanym jest 
ojciec Piłsudskiego, który zmarnował cały duży majątek na eksperymenty gospodarcze, 
jakieś gorzelnie czy coś takiego, o których nie miał zielonego pojęcia. Nie łączyło się to 
z asymilacją, w tych środowiskach asymilacja była stosunkowo nieduża. Środowisko 
ziemiańskie na początku XIX wieku było bardzo nieciekawe, tzn. szło na współpracę 
z caratem bardzo daleko, jak Meysztowicz - budowa pomnika Katarzyny w Wilnie - 
ale to nie łączyło się z wynaradawianiem. To był zwykły serwilizm, w dużym stopniu 
chodziło tu o zachowanie pozycji gospodarczej. Właściwie element patriotyczny na kre- 
sach, poza inteligencją, która powstawała ze zubożałego ziemiaństwa, opierał się głównie 
na średnim ziemiaństwie. Z tego rekrutowali się powstańcy czy działacze niepodległo- 
ściowi. Decydującą rolę ogrywała tu tradycja rodzinna, noblesse oblige, tak że to się 
zachowało mimo kształcenia w szkołach rosyjskich. 


222
>>>
Dla Pana pojęcie polskości nie kojarzy się z konkretnymi granicami... 
Dla mnie, moja ojczyzna jest bardzo szeroka i nie zamyka się tylko w granicach Polski 
etnograficznej. Można powiedzieć, że jestem w pewnym sensie spadkobiercą Rzeczypo- 
spolitej Obojga Narodów. Dla mnie sprawy białoruskie, ukraińskie, litewskie czy rosyj- 
skie są sprawami bardzo bliskimi. Nasza rola na świecie zależy od tego jaką pozycję 
możemy zająć czy zajmujemy na wschodzie Europy. Ciągle powtarzam, Polska jest kra- 
jem z Gombrowicza; nie potrafiła być mocarstwem i nie może być Czechosłowacją. 
Wobec tego jest w powietrzu, w tym przeciągu historii. To utrudnia ale z drugiej strony 
daje nam ogromne możliwości, które są nie wykorzystane. Trzeba wziąć pod uwagę rolę, 
którą jeszcze do tej pory Polak odgrywa w Rosji. Trzeba wziąć pod uwagę tradycje pol- 
skości; ja pamiętam ze swego dzieciństwa czy powiedzmy z opowiadań rozmaitych 
przyjaciół, że Polak w Petersburgu czy w centralnej Rosji należał do warstwy uprzywi- 
lejowanej. Rosjanie, którzy pracowali w Kongresówce byli poddawani ostracyzmowi 
towarzyskiemu; ich uważano za jakichś parszywych Rosjan, którzy popełniają tam nie- 
słychane nadużycia. Ta pozycja Polaków była tam bardzo duża; jeżeli się weźmie pod 
uwagę rolę ekonomiczną jaką odegrał np. Grąbczewski, odkrywca Pamiru, rolę Siero- 
szewskiego, nawet ci zesłańcy odgrywali tak ogromną rolę, że książka Sieroszewskiego 
o Korei jest prawie podręcznikiem. Miałem taki najlepszy dowód, że parę lat temu ktoś 
z moich znajomych, zresztą dziennikarz polski, jechał na Koreę i ja mu tę książkę dałem. 
On to traktował jako podręcznik, on jeździł m.in. po północnej Korei opierając się na 
książce Sieroszewskiego i tam byli zaskoczeni, że on jest tak dobrze zorientowany. To 
najlepszy dowód o wartości tej książki. Ale jednocześnie nie przeszkadzało to, że ten 
zesłaniec polityczny jakim był Sieroszewski, dostał złoty medal Cesarskiego Towarzy- 
stwa Geograficznego właśnie za tę pracę. 


Ogromna jednak większość zesłańców zostawała w Rosji, asymilowała się... 
To inny problem. Ludzie, którzy tam byli przejściowo nie asymilowali się. Natomiast 
nieszczęściem było jeżeli ktoś zostawał i żenił się, żenił się z Rosjankami. Polacy są 
narodem niesłychanie kobiecym tzn., że jeżeli Polak się żeni z Rosjanką to dzieci sąjuż 
Rosjanami. Dlatego że matka wychowuje dzieci. Religia ma tu znaczenie minimalne. To 
samo można było widzieć w Polsce międzywojennej, to osadnictwo polskie na Wołyniu 
i gdzie indziej. Dawano działki zasłużonym podoficerom z czasów wojny... dzieci się 
wynaradawiały, bo ten wachmistrz wolał się żenić z piękną molodycą niż z jakąś krótko- 
nogą Mazowszanką czy Krakowianką. I wobec tego dzieci mówiły już po ukraińsku. I tu 
także religia miała znaczenie niewielkie. Trzeba pamiętać, że prawosławie było religią 
mało atrakcyjną, nikt do prawosławia nie odchodził. Dla mnie taką charakterystyczną 
rzeczą było kiedyś takie zdarzenie: to było w 1937 roku, ja wtedy byłem w Ministerstwie 
Rolnictwa i byłem ze swoim ministrem na inspekcji na Polesiu. Tam szło o osuszenie ta- 
kich bagien; wojsko nie dopuszczało do tego, tam były zalewy, które uniemożliwiały up- 
rawę tym wsiom. Myśmy tam pojechali by zorientować się czy można doprowadzić do 
tego osuszania czy nie i tam spotkałem w chutorach merlińskich całe wsie Lipskich i Sie- 
nkiewiczów. To była szlachta zagrodowa dawna, bardzo ze swojego pochodzenia dumna, 
mająca nawet jakieś papiery, które nam pokazywano, wyciągano z nabożeństwem z roz- 
maitych kuferków. I wszyscy prawosławni, chodzili do cerkwi. Ja pytałem się dlaczego, 
bo do kościoła nie chodzi się w łapciach. Religia katolicka była uprzywilejowana; w pra- 
wosławiu, do cerkwi to można chodzić boso czy w łapciach nie ma wielkiego znaczenia. 
Do kościoła nie. Jest większy szacunek do tego kościoła katolickiego. Dla mnie to było 
niesłychanie typowe. I ludzie bardzo patriotyczni, którzy odegrali bardzo piękną rolę 
w 1939 roku; tam naj dłużej trwała polska partyzantka w 1939 roku. Zostali kompletnie 
wyniszczeni tak zresztąjak całe Polesie, ale to jest obrazek bardzo typowy. 


223
>>>
Gdzie była granica Polski w okresie zaborów? 
To jest bardzo trudne do ustalenia. Ja myślę, że ta granica w jakiś sposób sięgała co naj- 
mniej do Smoleńska, tam gdzie zachowali się nie tylko ludzie czy majątki ale pewne 
tradycje. Ukraina to już jest inne zagadnienie ale myślę, że co najmniej do Kijowa. To są 
poza tym początki powstawania różnych nacjonalizmów, ale np. nacjonalizm litewski 
stworzony został w dużym stopniu przez Polaków. Twórcą współczesnego nacjonalizmu 
litewskiego jest Józef Ignacy Kraszewski. Kraszewskiego nawet szereg Litwinów uważa 
za Litwina, gdyby nie cały wysiłek historyczny Kraszewskiego, prawdopodobnie ta 
świadomość narodowa Litwinów przyszła by z bardzo wielkim opóźnieniem, jeżeli by 
w ogóle przyszła. Tak samo rola Polaków na Ukrainie. Dla mnie, jeżeli mówię o Ukra- 
inie, to myślę przede wszystkim o Ukrainie lewobrzeżnej, to jest o Kijowie; dlatego że 
kwestia Małopolski wschodniej jest problemem odrębnym. To są konflikty narodowo- 
ściowe i religijne. Natomiast na Ukrainie czy dawnej Rusi tych rzeczy nie było. Opieku- 
nami prawosławia byli Polacy, książę Ostrogski. Powstawały pierwsze Biblie, pierwsze 
druki w języku białoruskim czy ukraińskim były robione przez Polaków. 


Myśmy chyba nigdy nie mielijednolitej polityki wobec wschodnich narodów... 
Nastąpiło to na skutek polityki dynastycznej Jagiellonów i zasymilowania się warstw 
szlachty litewskiej, spolonizowania się Litwinów. To nie nastąpiło na Ukrainie, wręcz 
przeciwnie; tam prowadziliśmy typową politykę kolonizacyjną, nie potrafiliśmy zabez- 
pieczyć bezpieczeństwa tych terenów, dzięki temu straciliśmy cały ruch kozacki, którego 
nie potrafiliśmy ani pokonać, ani zasymilować chociaż takie możliwości były. Natomiast 
byliśmy za słabi aby ten teren zabezpieczyć choćby przed napadami tatarskimi. Ukraina 
parła w stronę Moskwy bo nie miała innego wyjścia. W pewnym sensie myśmy ich we- 
pchnęli w te rzeczy; te wszystkie rokowania jeszcze ostatnie próby Władysława IV, były 
torpedowane przez sejm. Była kwestia stworzenia hetmana ukraińskiego, czy kwestia 
dopuszczenia duchownych prawosławnych do senatu - to wszystko było torpedowane. 
Tych problemów w Litwie nie było; Litwina uważano praktycznie za Polaka, tak jak 
zresztą do tej pory większość Polaków traktuje w ten sposób Litwinów, co ich niesłycha- 
nie irytuje. 


Wracającjednak do ..Polski na przeciągu historii ..... 
Ja myślę, że nasze możliwości są pewnego wpływu oddziaływania kulturalnego. Weźmy 
chociażby dzisiejszą sytuację polskiej inteligencji. Już nie mówię o przeszłości, gdzie 
jeszcze powiedzmy za czasów przed Piotrem Wielkim język polski odgrywał rolę fran- 
cuszczyzny, czy ubiór polski, ale o współczesnych czasach. Atrakcja literatury, kultury 
polskiej czy języka polskiego. Język polski jako możliwość docierania do Zachodu. 
Spotykałem się z tym na każdym kroku. Nawet jeżeli wziąć pod uwagę okres wojenny; 
ludzie z NKWD pochodzenia polskiego zachowywali się znacznie przyzwoiciej od in- 
nych. To było bardzo typowe u tych enkawudzistów przystawionych do gen. Andersa. 
Był tam taki Sokołowski, enkawudzista, ale który odnosił się z cieniem życzliwości do 
naszych poczynań a przede wszystkim był bardzo dumny ze swego polskiego pochodze- 
nia. Jeżeli jakiś Rosjanin ma jakieś pokrewieństwa polskie to z tego jest dumny i to ist- 
nieje do tej pory. To jest rzecz do wygrania. Jeżeli wziąć np. literaturę to jest zaintereso- 
wanie ogromne teraz, zupełnie spontanicznie, zwrócili się do mnie z redakcji "Novogo 
Mira" z pytaniem czy mogą wydać, przetłumaczyć i wydać Na nieludzkiej ziemi Józefa 
Czapskiego. Zupełnie spontanicznie, redakcja "Novogo Mira", z którą byłem w żywym 
kontakcie miała wszystkie roczniki "Kultury" w swojej redakcji. Oni to sobie kompleto- 
wali przez Polskę, tam jak dojeżdżali do Polski, to zdobywali w Polsce tę "Kulturę", ma 
się rozumieć jak najbardziej nieoficjalnie. Ale powiedzmy Sołżenicyn, czy "Kontinient" 


224
>>>
Maksimowa; oni zupełnie niedwuznacznie dawali nam do zrozumienia tę naszą rolę. To 
zresztą Maksimow stale podkreślał, że jak chcieli założyć to pismo, to Sołżenicyn ich 
posłał do nas na przeszkolenie jak się taką rzecz robi na emigracji. Tu możliwości było 
bardzo dużo, to co uważam za największe osiągnięcie z naszej strony to jest to, że była 
deklaracja intelektualistów - emigrantów rosyjskich wypowiadająca się za niepodległo- 
ścią Ukrainy. Trzeba sobie zdać sprawę z tego co to jest niepodległość Ukrainy. To jest 
rzecz, którą myśmy przegrali, Sawinkow przegrał czy cały ten ruch, który reprezentował 
Fiłosofow na tle właśnie problemu ukraińskiego. Oni nam tego darować nie mogli. A tu- 
taj jednak nastąpiło to spontanicznie. 


VJychował się Pan w Rosji, kończył szkoły w Moskwie... 
O tym nie decydowała żadna tradycja rodzinna czy zwyczaje, to była sprawa bliskości. 
Chodziłem do szkoły w Moskwie, a ostatni rok przed przyjazdem do Polski uczyłem się 
już w gimnazjum polskim Massoniusa (później już w Polsce - Giżyckiego) w Mińsku. 
Trudno mi porównywać poziom tych szkół, bo to już był okres wojenny, ale poziom 
zarówno gimnazjum rosyjskiego jak i tego polskiego w Mińsku był całkiem wysoki. 
Skoro, kiedy przyjechałem do Polski i poszedłem od razu do trzeciej klasy, poddano mnie 
- mimo względnie dobrych stopni - egzaminowi z języka polskiego i historii Polski. 
jeśli idzie o znajomość historii Polski, pomijając moje własne zainteresowania, niewąt- 
pliwie górowałem znacznie nad resztą moich kolegów z gimnazjum urodzonych w War- 
szawie. Ale to przede wszystkim jest kwestia otoczenia i niewątpliwie rodziny. Nie było 
jakiejś specjalnej rusyfikacji. Chociaż ciągle trzeba pamiętać, że co innego jest Moskwa 
czy Petersburg, a co innego jest jakaś głucha prowincja, tam te rzeczy wyglądały różnie. 
Te miasta były bardzo specjalne jak wszystkie stolice. 
To było przed rewolucją. Rewolucja mnie zastała w Moskwie. Przeżywaliśmy wtedy 
euforię, nie było lekcji, biegało się na wszystkie manifestacje, nauczyłem się palenia 
papierosów, bratania się z żołnierzami i jakieś takie najśmieszniejsze historie. Pamiętam 
taki obraz, który potem był niewiarygodny zupełnie, wtedy przyjechała do Moskwy dele- 
gacja ułanów z korpusu Dowbór-Muśnickiego, żeby wziąć sztandary polskie z Kremla, 
tłum ich niósł na koniach w powietrzu. Nieprawdopodobna manifestacja propolska. Bar- 
dzo szybko nastąpiła wojna polsko-rosyjska, ale wtedy przeżywało się rzeczywiście ko- 
losalną euforię, tak że wszystko to było atrakcyjne dla dziecka, broń na ulicach - ja 
kolekcjonowałem sobie jakieś bagnety - narkotyzowałem się prochem. Bardzo lubiłem 
rozkręcać gilzy od karabinów i wąchałem proch, bo on miał zapach karmelków, które 
bardzo wtedy lubiłem, a których nie było. Mogłem prawie godzinami siedzieć nad tym 
prochem i go wąchać. jakieś pół roku przed wybuchem rewolucji w gimnazjum była 
z wizytą wielka księżna Tatiana, taka wizytacja, i nawet recytowałem jakiś wierszyk, 
byłem bardzo wzruszony ale to dla mnie była wielka atrakcja, podobnie jak cała ta re- 
wolucja. Nie widziałem żadnych różnic. już potem w Mińsku, tuż przed wyjazdem ze- 
tknąłem się z pewną rzeczą bardzo charakterystyczną na Kresach, tj. z rosnącym kultem 
Piłsudskiego. To było bardzo silne; kolportowano jakieś portreciki Piłsudskiego, rosła 
jego legenda. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem o Piłsudskim, o legionach nic nie 
wiedziano, sam Piłsudski jako taki. Mówiło się niewiele; legenda walki o niepodległość, 
niepodległe wojsko polskie, bez bliższych szczegółów. Tzn., oczywiście POW działało 
m.in. nawet w Korpusie Dowbora, nie mówiąc o Kijowie itd. ale ja się z tym nigdy nie 
zetknąłem, ani moi znajomi, ani krewni nie mieli żadnego kontaktu z POW - to były 
tylko takie echa, zdobyte przypadkiem jakieś pocztówki z jego wizerunkiem itp. Rosjanie 
wracający z frontu nic nie mówili o legionach. Byli ludźmi, którzy chcieli tylko wracać 
do domów i przestać się bić. Te ogromne oddziały rosyjskie, które przechodziły przez 
Mińsk... ja to ogromnie lubiłem jeszcze jako dziecko, dlatego że oni byli bardzo sympa- 


225
>>>
tyczni, podwozili mnie na swoich wozach, tak że kiedyś pojechałem z nimi dobrych 5 
czy 10 kilometrów za Mińsk z tymi żołnierzami i gdyby przypadkiem jeden z moich 
kuzynów - wojskowych, który tam przejeżdżał, mnie nie zobaczył i wyciągnął stamtąd, 
to nie wiadomo dokąd bym zajechał. To taki dziwny naród ci Rosjanie, połączenie do- 
broduszności - mówię o takich prostych ludziach - z nagle wybuchającym zupełnie 
nieoczekiwanie okrucieństwem. Sympatie prorosyjskie w Kongresówce przed pierwszą 
wojną, a nawet w czasie wojny były kolosalne; Piłsudski był przyjęty wrogo. To społe- 
czeństwo było wychowane w tradycjach endeckich. To jest paradoks polski, że ta men- 
talność endecka, jakaś taka prymitywnie nacjonalistyczna jest niesłychanie powszechna 
w Polsce, z tym że oni nigdy nie dochodzą do władzy i zawsze zwycięża lewica, która 
jest w mniejszości. To jest tak od 1863 roku; gros wszystkich ruchów stanowili "biali" 
a do powstania doprowadzili "czerwoni". To samo było jeżeli chodzi o pierwszą wojnę, 
to taki chyba typowo polski fenomen. To samo w pewnej mierze istnieje i dzisiaj. To 
społeczeństwo jest tak samo endeckie, antysemickie wszystko co można powiedzieć 
o nim najgorszego, a jeżeli się weźmie prasę czy publicystykę to wszystko jest lewicowe, 
poza jednym "Tygodnikiem Powszechnym", nie ma żadnego dobrego pisma prawicowe- 
go. Do tego dochodzi, że nawet "Tygodnik" uważany jest za pismo lewicowe. 


Czy któryś z Giedroyciów zajmował się wydawaniem książek czy pisma? 
Nie znam takiego. Chociaż owszem, wydano w XVIII wieku pierwsze tłumaczenie Biblii 
na język litewski. To finansowali Giedroycie; raz wydane to było przez arcybiskupa Mel- 
chiora Giedroycia a drugi przez biskupa Stefana Giedroycia, członka Rady Nieustającej za 
Stanisława Augusta, zresztą postaci bardzo nieciekawej politycznie. I był jeszcze jakiś 
Giedroyć lekarz w Warszawie na początku naszego wieku, który pisywał jakieś fachowe 
dzieła medyczne. To jest też jedyny Giedroyć, który znajduje się w peerelowskiej ency- 
klopedii, ale on zajmował się tylko sprawami medycznymi i nie ma w tym nic dziwnego. 


lak wyglądała biblioteka w Pana domu, co Pan czytał, na jakiej literaturze się Pan wy- 
chował? 
Bardzo trudno to powiedzieć. Ta literatura była niesłychanie urozmaicona, ja zacząłem 
czytać bardzo wcześnie, korzystając z zupełnego braku kontroli przez dorosłych pozycji, 
które czytałem. Pamiętam, że kiedyś w czasie jakiejś lekkiej choroby, która mnie poło- 
żyła do łóżka masę rzeczy przeczytałem m.in. Tetmajera takie opowiadanie Panna Mery 
czy coś takiego i kiedyś w towarzystwie popisałem się tym, a to była problematyka bar- 
dzo drastyczna, i wszyscy zamarli. Wtedy już próbowano kontrolować moje lektury ale 
bez większego powodzenia. To była lektura bardzo rozproszona, bez specjalnych zainte- 
resowań, głównie polska i rosyjska; moja francuszczyzna była wtedy - zresztą tak jak 
i dzisiaj - bardzo słaba. Zainteresowania historyczne przyszły znacznie później, dopiero 
na uniwersytecie. 


lak przyjęła 11 listopada 1918 roku Pana rodzina, znajomi? 
Z dużym entuzjazmem, ale tylko tyle. Nie odbierano tego jak jakiegoś spełnienia dziejo- 
wego ale rozumiano, że jest to rzecz bardzo ważna. Było np. zupełnie zrozumiałe, że bę- 
dąc wtedy jeszcze w szkole poszedłem do wojska jako harcerz, ale pracowałem tam na 
poważnym stanowisku telefonisty przy generale ]elletyniku co zresztą uratowało mnie. 
Moja nauka polegała na z trudem uzyskiwanych trójkach, więc akurat miałem poprawki 
z matematyki, których prawdopodobnie bym nie zdał nawet po wakacjach, ale ta służba 
wojskowa mnie uratowała; uważano mnie za bohatera i poprawka była tylko for- 
malnością. 


226
>>>
Studiował Pan na Uniwersytecie Warszawskim. 
Studiowałem prawo, ale to nie był właściwie wybór, ja po prostu nie bardzo wiedziałem 
co robić. Poszedłem na prawo dosyć przypadkowo, jako na takie studium, które dawało 
jakieś szersze możliwości. Dopiero po skończeniu prawa, zapisałem się na historię, zaj- 
mując się historią Ukrainy, też na Uniwersytecie Warszawskim i tu kierowałem się już 
zainteresowaniem. Chodziłem przez dwa lata ale studiów historycznych nie skończyłem. 


Spotkał się tam Pan na studiach z rówieśnikami z różnych zaborów. Czy były jakieś róż- 
nice między wami? 
Chyba nie, zresztą mało to pamiętam; spotykałem się tam z wieloma osobami, ale życie 
akademickie dla mnie to był głównie ruch korporacyjny, gdzie było trochę ludzi z Kre- 
sów, w którym dominowali właściwie studenci z Kongresówki. Dzielnicowe antagoni- 
zmy nie odgrywały większej roli. Kiedy przyszedłem na Uniwersytet w korporacjach 
zaczęli dochodzić do władzy endecy, zajmując miejsce lewicującej młodzieży narodowej. 
I wtedy się zaczęły rządy endeckie. Było to bardzo podobne do tego co działo się w par- 
tiach politycznych, może nawet w większym stopniu, dlatego że na uczelniach wpływy 
endeckie były decydujące, a ruchy lewicowe - PPS czy Młodzież Demokratyczna - 
były bardzo słabe. Ale to nie miało praktycznie wpływu na przebieg studiów, na wybór 
Rektora itp., głównie sprowadzało się do walki o to kto będzie rządził "Bratniakiem", kto 
będzie prowadził koła naukowe. Chodziło o opanowanie takich czysto akademickich, 
czysto wewnętrznych, studenckich instytucji. Natomiast na rodzaj i sposób prowadzenia 
wykładów nie miało to żadnego wpływu. Jeżeli występowały pewne nieporozumienia 
czy tarcia, to były rezultatem antagonizmów profesorskich. Tutaj dominował Cienko- 
prawny, oraz Jarra, człowiek zbliżony do ruchu narodowego i dosyć tępawy profesor, 
który wymagał wykuwania na pamięć teorii prawa. To on wyeliminował Petrażyckiego, 
a Petrażycki był człowiekiem bardzo popularnym wśród młodzieży. Właśnie Petrażyc- 
kiego, którego słuchałem z przyjemnością wspominam szczególnie, chociaż jego wykła- 
dy były nieobowiązujące. Poza nim może Ruszkowski - koronna postać prawa rzym- 
skiego - oraz ksiądz Grabowski, endecko nastawiony, który wykładał teologię. Zupełnie 
nie miałem pojęcia o tych rzeczach, poszedłem na egzamin z duszą na ramieniu, w towa- 
rzystwie jakichś dwóch studentek, z których jedna była Źydówką, i on zadał nam pytanie 
co to jest cmentarz. One nie bardzo wiedziały co na to odpowiedzieć, a ja odpowiedzia- 
łem: miejsce pogrzebu dla wiernych. "O! Tak się odpowiada" - i dał do zrozumienia, że 
tylko Aryjczyk - czyli tylko katolik - może w taki sposób odpowiedzieć, i na szczęście 
nie miał już żadnych dalszych pytań. Poza tym muszę wyznać: uczyłem się źle, do nauki 
się nie przykładałem, i wielkich rezultatów nie miałem; na Uniwersytecie byłem już 
wtedy bardzo pochłonięty działalnością społeczną, przede wszystkim w ruchu akademic- 
kim i w dziale zagranicznym Polskiego Związku Akademickiego. Tak, że praktycznie 
biorąc nie chodziłem na wykłady, uczyłem się, właściwie kułem przez ostatnie dwa mie- 
siące czy miesiąc przed egzaminami. Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie: rodzice, dwaj 
bracia, z których jeden był młodszy ode mnie o dwa lata, a między mną a Dudkiem jest 
różnica 12 lat oraz ja. Ojciec był urzędnikiem miejskim, to znaczy prowadził aptekę 
w szpitalu Świętego Łazarza, a poza tym działał w związkach zawodowych. Nie był 
socjalistą, ale był jednym z twórców pracowniczych związków zawodowych w War- 
szawie. Przez pierwsze dwa lata, 1926-1927, zajmowałem się głównie ruchem korpora- 
cyjnym i pracą w wydziale zagranicznym MSZ. Nieco później zacząłem "Bunt Młodych" 
i moją działalność, można powiedzieć, polityczną. Robiłem to rzecz jasna kosztem stu- 
diów, uczyłem się tylko przed egzaminami, ale też w dużym stopniu kosztem życia ro- 
dzinnego. Ożeniłem się dość późno i dzieci nie miałem, ani ja, ani moja ówczesna żona 
nie myśleliśmy o zakładaniu rodziny. W dużym stopniu uczucie rodzinne zastępowało mi 


227
>>>
zajmowanie się moim bratem Dudkiem, a którego z powodu różnicy wieku, trochę trak- 
towałemjako swego syna. 


Czy dla Pana wybór obywatelstwa polskiego w roku 1918 był czymś naturalnym, czy był 
to wybórświadomy? 
Dla mnie i mojej rodziny było to najzupełniej naturalne. To był problem dla rodzin tego 
typu co Czapscy o charakterze międzynarodowym, bardzo związanych nie tylko z ary- 
stokracją czeską czy niemiecką ale także bardzo silnie związanych z Rosją w znacznie 
większym stopniu niż inni. Jeżeli się ma w rodzinie Cziczerinów czy Stackelbergów to 
tam mogą powstawać takie problemy ale dla ogromnej większości polskiego ziemiaństwa 
kresowego to nie stanowiło problemu. Również dla bardzo licznej inteligencji polskiej 
w takim Petersburgu, gdzie była duża kolonia polska lekarzy, inżynierów, ludzi bardzo 
dobrze usytuowanych; dla nich problemu nie było. Polska to była Polska i przyjęcie oby- 
watelstwa było czymś oczywistym. Nawet ludzie tego typu co Aleksander Lednicki, 
którego bardzo wysoko cenię, ale który był jednak twórcą "kadetów", i któremu bardzo 
dużo zawdzięczamy np. uchwały rządu księcia Lwowa, uznanie niepodległości Polski, 
też nie miał żadnych wahań co do swojej narodowości i przyjął obywatelstwo polskie 
z miejsca, przyjmując stanowisko szefa komisji likwidacyjnej etc., a potem funkcje 
w Polsce. Zupełnie zresztą nie wykorzystany. I tu jest pewna wspólna cecha ludzi, którzy 
przyszli z Rosji; ci ludzie przeważnie nie znaleźli dla siebie miejsca. Byli przyzwyczajeni 
do jakiegoś oddechu, powiedziałbym, imperialnego. Lednicki był szefem jednej z naj- 
większych partii rosyjskich; Jaroszewicz wielki przemysłowiec w skali imperium i inni, 
to są ludzie, którzy dusili się w Polsce; Polska była dla nich za mała, a Polacy patrzyli na 
nich z nieufnością. To byli ludzie ze zbyt wielką fantazją, poczuciem ryzyka, czego prze- 
ciętny Polak specjalnie, przy swoim bardzo biurokratycznym wychowaniu, nie potrafił 
zrozumieć. To był wyraźny dowód na to, że Polska przestała być mocarstwem czy nawet 
większym krajem; po likwidacji Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zamykaliśmy się 
w Polsce piastowskiej i cały czas widoczne było cofanie się, zawężanie obszaru polsz- 
czyzny do granicy etnograficznej. 


A wojna 20-tego roku? 
Czym się skończyła ta wojna? Traktatem ryskim. Myśmy nie byli w stanie prowadzić 
wojny dalej chociaż nas do tego zachęcano, dlatego że Polacy tego absolutnie nie chcieli 
i nie darowaliby Piłsudskiemu gdyby nie zawarł tego pokoju. Traktat ryski był przegraną 
Piłsudskiego; zrezygnowaliśmy z Białorusi i z wielu innych rzeczy, wychodząc z założe- 
nia, że można wziąć tylko to co potrafimy zasymilować. Przypuszczano, że to zasymilu- 
jemy. A przecież można było stworzyć Republikę Białoruską, takie też było założenie 
Piłsudskiego, stworzenie wielkich krajów federacyjnych. Mieliśmy też wiele możliwości 
na Ukrainie, jakkolwiek zbyt późno do tego się zabraliśmy, tak było z Petlurą, którego- 
śmy nie tylko nie potrafiłi wykorzystać ale któregośmy zdradzili. Największy kłopot był 
z Litwą, którą tak samo przegraliśmy. Pomysł Litwy Środkowej, a później przyłączenie 
jej do Polski jako województwa wyszedł od Polaków tam mieszkających i nie tylko od 
endeków, nawet od Piłsudczyków. To był ten polski, wąski nacjonalizm. Szanse stworze- 
nia Litwy Środkowej były czysto teoretyczne, ponieważ społeczeństwo polskie absolut- 
nie odrzucało jakiekolwiek podobne pomysły. Absolutnie odrzucało. Zresztą wszelkie 
projekty federacji to dziś już prehistoria. Dzisiaj o żadnych federacjach mówić nie moż- 
na. Nawet Dmowski zakładał granice Polski bardzo szeroko, sprzed ostatniego rozbioru, 
ale on patrzył na to pod kątem widzenia Polski etnograficznej, dla niego mówienie o nie- 
podległości Ukrainy było niepodobieństwem. Endecy powszechnie uważali, że "Ukraiń- 
cy" to jest wynalazek austriacki, że Austriacy wynaleźli problem ukraiński dla tępienia 


228
>>>
Polaków. Białorusinami się gardziło... tak, że traktat ryski był podpisany nie tylko pod 
naciskiem stronnictw ale głównie opinii publicznej. Sprawa Mińska, gdy pojawiła się 
w parlamencie, to przeszła zupełnie bez echa. Pamiętam, potem czytałem w gazetach, że 
na galerii były dwa czy trzy głosy protestujące przeciw temu, ale cały sejm to przyjął 
jednomyślnie. To był bardzo zły sejm, bardzo rozbity, weszły tam naj drobniejsze stron- 
nictwa, ale on reprezentował ówczesne społeczeństwo. 
Problemem ukraińskim interesował się tam np. ksiądz Teodorowicz, niesłychanie ja- 
skrawo antyukraiński. Polacy, którzy starali się współpracować z Ukraińcami byli w zna- 
komitej mniejszości. Co prawda Stanisław Stempowski czy J ózewski byli w rządzie 
Petlury, ale właśnie ten rząd myśmy poparli zbyt późno i traktowali to jako kolonię. To 
doskonale widać w tzw. "żurawiejkach" , piosenkach pułków kawalerii. Nie pamiętam 
dokładnie... "po majątki na Podole pułk 20. rusza w pole...". Szło o odbieranie majątków 
polskich. Widać to również w książce nie bardzo politycznej tj. w W polu Rembeka, 
jednej z najlepszych książek o wojnie 20-tego roku, mimo że on tej sprawy nie porusza. 


lak zareagowali Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie czy Żydzi na powstanie niepodległego 
państwa polskiego? 
To była reakcja o charakterze wyłącznie socjalnym, nie narodowym; to już była rozpęta- 
na rewolucja, ruchy anarchistyczne np. Vańka Mahny. Element narodowościowy był 
minimalny. Nie miało dla nich żadnego znaczenia czy znaleźli się w granicach Polski czy 
Rosji. W opowiadaniu Eugeniusza Małaczewskiego Koń na wzgórzu widać wyraźnie, że 
wydarzenia te miały charakter rewolucji socjalnej. 
Dużo bardziej skomplikowana była kwestia żydowska. Tutaj ogromną rolę odgry- 
wały tradycje rosyjskie. Źydzi dominowali głównie w miastach litewskich, Wilnie i in- 
nych; oni tworzyli wszystkie komunistyczne i prorosyjskie organizacje, byli wychowani 
w języku, tradycji i kulturze rosyjskiej, fascynowała ich rosyjska literatura. W dużym 
stopniu samiśmy się do tego przyczynili. Kto z Polaków wie, poza kilkoma osobami jak 
Vincenz czy Miłosz, że Wilno było taką Jerozolimą żydowską, ośrodkiem chasydzkim 
znanym na całym świecie nie tylko wśród Źydów. Nikt o tym nie pamięta, a to było tuż 
obok nas. Nie było prób nawiązywania stosunków z Ukraińcami czy Źydami, a jeżeli 
było to przez jednostki. Nie można wiecznie podpierać się Stempowskim, J ózewskim czy 
Vincenzem. To byłoby trochę za mało. O tym decydowali nawet piłsudczycy; kto prowa- 
dził akcję szlachty zagrodowej, akcję niszczenia cerkwi, hrynki? Wojsko to robiło. Kto 
wygryzł Józewskiego? Wojsko. Nie mówiąc o tym, że był zupełny chaos. Ja ostatecznie 
byłem bardzo specjalnym urzędnikiem państwowym wydając "Bunt Młodych" i zajmu- 
jąc się polityką, ale jak byłem w ministerstwie rolnictwa, to był okres kiedy bardzo się 
interesowałem problematyką ukraińską i często jeździłem do Małopolski, i tam mnie 
specjalnie interesował problem huculski i wtedy moim ministrem został Nakonieczniow- 
-Klukowski, który wtedy był wojewodą lwowskim. Kiedy został ministrem i zostałem 
mu przedstawiony powiedział: a to Pan jest ten Giedroyć. Czy Pan wie, że gdy był Pan 
wśród Hucułów to ja dałem rozkaz zaaresztowania Pana, tylko nie zdążyli bo Pan już 
wyjechał i wrócił do Warszawy? To dziwiło, bo niby jakim prawem ja rozmawiam z Hu- 
cułami i to podejrzanymi Hucułami? Nie wolno było z nimi rozmawiać. Moje stosunki 
z biskupem Chomyszynem, pośrednio z Szeptyckim, to wszystko było w najwyższym 
stopniu podejrzane. To były ogromne problemy, cała nasza polityka, Mackiewicz 
w "Buncie rojstów" nie przesadził. Weźmy np. wojewodę Bociańskiego, znam te sprawy 
o tyle, że wielu współpracowników "Buntu Młodych" i "Polityki", takich jak Swianie- 
wicz, Poczobut-Odlanicki, Miściszkiewicz, którzy siedzieli w tych sprawach białoruskich 
przede wszystkim, pochodziło stamtąd i wiem jakie mieli kłopoty. Jak niszczono szkol- 
nictwo białoruskie, nie dopuszczano do tworzenia jakichś organizacji akademickich, czy 


229
>>>
wydawania jakiegokolwiek pisma czy książek w języku białoruskim. Najidiotyczniejsza 
polityka; właściwie brak jakiejkolwiek polityki. Z jednej strony był taki Nakonieczniow- 
Klukowski, a z drugiej Józewski; jednocześnie przy wyraźnej polityce rządu mógł działać 
urzędnik małego typu, który się zajmował tymi sprawami, który postępował wbrew całej 
tej polityce. Ta polityka zaczęła się po zamachu majowym. Były nadzieje związane 
z osobą Piłsudskiego po zamachu majowym, ale z tego nic nie wyszło i bardzo szybko 
nastąpił kryzys rządowy. Trzeba pamiętać, że pierwszy gabinet Bartla upadł dlatego, że 
minister spraw wewnętrznych Młodzianowski wystąpił z wnioskiem o utworzeniu Uni- 
wersytetu Ukraińskiego we Lwowie. I uchwalono wotum nieufności. I rząd musiał upaść. 
A Piłsudski już nie był tym samym Piłsudskim. Zawsze było jakby dwóch Piłsudskich: 
ten przed zabójstwem Narutowicza i traktatem ryskim i ten drugi po Sulejówku. 


Proszę powiedzieć o Pana spotkaniu z Piłsudskim. 
Z Piłsudskim się nigdy nie spotkałem poza jednym takim śmiesznym wydarzeniem, ale 
miałem dosyć interesujący kontakt z piłsudczykami dzięki Stanisławowi Zaćwilichow- 
skiemu. To jest postać właściwie zupełnie nieznana. W czasie zamachu majowego był on 
bardzo młodym oficerem drugiego oddziału z Wilna i w czasie zamachu znalazł się koło 
Piłsudskiego. Piłsudski zainteresował się jego niesłychanie bystrą inteligencją i powie- 
dział: "moje dziecko, jak to się dobrze skończy zgłoś się do mnie". A kiedy Zaćwili- 
chowski zgłosił się, Piłsudski zrobił go szefem pierwszego gabinetu Bartla, i to był czło- 
wiek zupełnie fenomenalny. O ogromnej inteligencji, niesłychanym talencie organizacyj- 
nym. Ja go poznałem przypadkowo przez wspólnych znajomych. 


Czy Piłsudski miał w tym okresie duże zaufanie społeczne? 
Trzeba pamiętać, że Piłsudski był zawsze kontestowany, chociaż w tej radzie obronnej 
państwa np. Dmowski przez cały czas go atakował. Piłsudski przez cały czas miał trudną 
sytuację, cała ta kampania oszczercza, kiedy insynuowano, że on ma u siebie skradzione 
insygnia królewskie, że ma bezpośrednie porozumienie z Kremlem itp. Legenda Piłsud- 
skiego niepodzielnie zawładnęła duszami Polaków dopiero po jego śmierci, do tej chwili 
był zawsze kwestionowany. Pierwsze wybory po zamachu majowym nie dały większości 
BBWR-owi. To było największe stronnictwo ale nie miało w sejmie kwalifikowanej 
większości. 


Czy Piłsudski miał politykę wschodnią? 
Nie. Piłsudski po zabójstwie Narutowicza był zupełnie innym człowiekiem. Był przeko- 
nany, że Polska jest nie do uratowania. To co on kiedyś powiedział: "zatrzymałem koło 
historii". I wobec tego skoncentrował się na dwóch rzeczach tzn. na sprawach wojska 
i polityki zagranicznej. Reszta przestała go w ogóle interesować. Najlepszy dowód to 
sprawy ukraińskie. Józewski był dla niego człowiekiem bardzo bliskim, a mimo to nie 
stanął w jego obronie. J ózewski został usunięty do Łucka i został niepoważnie mianowa- 
ny wojewodą łuckim. I Piłsudski nawet palcem nie kiwnął; przestało go to wszystko 
interesować. Uważał, że to już jest beznadziejne. Poza tym pogorszył się jego stan zdro- 
wia. W końcu spełniła się jego najbardziej pesymistyczna wizja przyszłości Polski, tzn. 
jak sam mówił: "jeżeli nastąpi N + R, to nic tylko na Placu Saskim czapki do modlitwy". 
Jak by wyglądał 1939 rok, gdyby Piłsudski był zdrowy, trudno powiedzieć. Osobiście 
przypuszczam, że Piłsudski by jednak nie wypowiedział wojny Niemcom, zachowałby 
neutralność, nawet kosztem "korytarza". Jeżeliby się mu to udało. Piłsudski był człowie- 
kiem, który bardzo się nie liczył ze społeczeństwem, narzucał mu rzeczy niepopularne, 
ale czy to właśnie by się udało, nie wiem. W Polsce strach przed opinią publiczną był we 
wszystkich kołach, nawet w uważanych za dyktatorskie, ogromny. Pamiętam swoją roz- 


230
>>>
mowę z Rydzem-Śmigłym w Rumunii, gdzie go dopiero osobiście poznałem, jak był 
internowany i trochę pomagałem w organizowaniu jego ucieczki, dojeżdżałem często do 
Dragoslavele, gdzie on był internowany i gdzie prowadziliśmy rozmowy. Pytałem go 
dlaczego - Panie Marszałku - dlaczego nie skrócono z miejsca frontu. Zamiast anga- 
żować się w obronę Pomorza czy poznańskiego, trzeba było ten front skrócić i mieliby- 
śmy szansę na lepszą obronę. I on wtedy spojrzał i do mnie powiedział: "Proszę Pana 
niech Pan mnie nie uważa za idiotę, ja się z Panem całkowicie zgadzam, tylko" - i to 
cytuję dokładnie, tak mi zapadło w pamięci - "ale nigdy by mi naród polski nie wyba- 
czył gdybym był pół Polski oddał bez strzału". On się zląkł opinii. 


Czy ten strach przed opinią publiczną opuś cif go na szosie zaleszczyckiej? 
To wynikało z innej koncepcji obrony. Po pierwsze nie liczono się z internowaniem, 
Rydz był przekonany, że tak jak w I wojnie światowej król belgijski, on również może 
odtwarzać armię i prowadzić wojnę z Paryża. Tu się zawiódł, dlatego że ta rzecz została 
storpedowana nie tylko przez internowanie ale też przez politykę francuską. Sikorski był 
tylko marionetką w rękach francuskich, to wszystko robił Noel, ambasador francuski, 
który nienawidził Becka, i dlatego Francuzi stawiali na Sikorskiego jako na człowieka 
całkowicie oddanego Francji. 


Czy jakaś partia, czy ugrupowanie polityczne w dwudziestoleciu mię dzywojennym miały 
koncepcję polityki wschodniej? 
Nie. Nie znam takiego programu. Pewne ruchy sympatyczne np. ruch "krajowców", ale 
już wtedy były to rzeczy sympatyczne ale nie realne. Polityki nie było, były takie próby, 
które - kto wie - czy gdyby nie wybuch wojny, nie dałyby pewnych rezultatów. Mia- 
nowicie, bezpośrednio przed wojną w 1938 roku z taką inicjatywą wystąpił Piotr Bor- 
kowski, który stworzył taki mały komitet aby doprowadzić do autonomii Małopolski 
Wschodniej i to już było dosyć daleko zaawansowane. Ja brałem w tym dosyć czynny 
udział i udało się nam przekonać płk Wendę, który był szefem sztabu OZON-u, decydują- 
cej partii rządowej, i który się dał do tego namówić. Tak, że - prawdopodobnie - 
w 1940 roku to by się udało. Natomiast, o tym jak te rzeczy były trudne do przeprowa- 
dzenia świadczy moja rozmowa na ten temat z Niedziałkowskim, którego znałem i dosyć 
się wzajemnie lubiliśmy. Przyszedłem do niego, żeby oni to poparli jako PPS, on powie- 
dział mi, że w żaden sposób. No, dobrze - powiedziałem - ale to przecież jest w wa- 
szych uchwałach któregoś tam zjazdu? Tak, ale przecież związki zawodowe do tego nie 
dopuszczą, tego nie zaakceptują. Z Witosem nie było tego typu rozmów o ile mi wiado- 
mo. To wszystko się dopiero tworzyło; tam jeszcze był Łoś, Aleksander Bocheński 
i kilka osób. Stosunkowo niewielka grupa się tym zajmowała, ale to miało szansę prze- 
prowadzenia. To byłby pierwszy krok ku normalizacji stosunków polsko-ukraińskich. Ze 
strony ukraińskiej było dużo dobrej woli. Nic konkretnego nie proponowali ale szli na te 
rozmowy. Bardzo blisko byliśmy z szefem UNDO, wicemarszałkiem sejmu Mudryjem. 
On bardzo przychylny był tym koncepcjom; już po wrześniu, jak tworzono Radę Naro- 
dową w Paryżu a potem w Londynie, był taki wniosek, projekt ażeby dokooptować 
Ukraińca, a mianowicie Mudryjego. Ja wtedy będąc w Bukareszcie komunikowałem się 
z nim i Mudryj był gotów wyjechać, niestety to nie doszło do skutku. Innym przykładem 
stosunku dużej części Ukraińców do Polski był Dmitrij Doncow, który redagował ukraiń- 
ski "Wistnyk", to był bardzo interesujący periodyk wychodzący we Lwowie w języku 
ukraińskim, nacjonalistyczny i bardzo faszyzujący, lecz na bardzo dobrym wysokim 
poziomie. To był bardzo wybitny człowiek, świetny publicysta i bardzo ciekawa postać. 
Będąc wtedy w ambasadzie w Bukareszcie, to był chyba początek października 1939 
roku, spotykam rankiem Doncowa w poczekalni. Znałem go więc pytam zdziwiony o co 


231
>>>
chodzi. Okazuje się, że ten głupi Sławoj na kilka dni przed wojną zamknął go w Berezie 
Kartuskiej ijego uwolnili Niemcy i z honorami przywieźli do Berlina. Doncow po jakimś 
czasie wyjechał do Rumuni, niby do jakichś krewnych, i przyszedł do ambasady, żeby 
odebrać swój paszport polski. To nie była tylko kwestia legalizmu, ale - myślę - to był 
człowiek, który bardzo trzeźwo oceniał Niemcy i nie miał takich złudzeń jak wielu 
Ukraińców szczególnie na początku. Takich ludzi było w Polsce bardzo dużo. Litwini, 
np. Ancewicz, który zresztą był deportowany z Wilna przez Bociańskiego jako niebez- 
pieczny lewicowiec, a który zachowywał się w czasie wojny niezmiernie przyzwoicie, 
był jakimś korespondentem litewskim w Niemczech i bardzo pomagał Polakom i utrzy- 
mywał z nami bardzo bliski kontakt. Takich rzeczy było bardzo dużo. Przez pewien czas 
OUN woziło ode mnie bibułę do Polski z Bukaresztu, i robili to nie dla mnie jako Gie- 
droycia ale dla ambasady polskiej. 


Czy konserwatyści z kręgu "Słowa" wileńskiego Cata-Mackiewicza czy "Naszej Przy- 
szłoś ci " Bobrzyńskiego nie starali się czegoś proponować? 
Konserwatyści w Polsce niepodległej praktycznie biorąc nie odgrywali większej roli. 
Jedyna rzecz dla nich charakterystyczna, to to, że - w przeciwieństwie do większości 
ziemiaństwa - byli nastawieni antyendecko i stanowili pewną dywersję w stosunku do 
chrześcijańsko-narodowych partii, specjalnie gdy doszedł do władzy Piłsudski, który 
zaczął ich kokietować, ale praktycznie biorąc oni bardzo niewiele reprezentowali. Nie 
mieli żadnego wpływu na władzę. Meysztowicz jako minister był bardzo słaby, może 
Janta-Połczyński jako minister rolnictwa próbował mieć jakąś politykę. Był do wykorzy- 
stania Janusz Radziwiłł, który był indywidualnością i człowiekiem bardzo ciekawym, ale 
jego nie można było dopuścić do władzy bo miał opinię germanofila i to mobilizowałoby 
natychmiast ludzi przeciwko niemu. Na samym początku niepodległości był to kandydat 
Piłsudskiego na ministra spraw zagranicznych i w moim przekonaniu byłby to bardzo 
dobry minister. Ale to było nie do przeprowadzenia dlatego, że to byłoby odebrane, nie 
tylko w Polsce ale na całym świecie jako uprawianie polityki proniemieckiej. To było 
niesłuszne, ale taką on miał opinię. Były spotkania w Nieświeżu ale to - poza czysto 
sentymentalnym momentem, bo u Piłsudskiego te rzeczy odgrywały dużą rolę - była 
kwestia wykorzystania poparcia konserwatystów do własnej polityki, do polityki wybor- 
czej, do poparcia rządu. To się bardzo liczyło i to się udało; tacy panowie jak Tarnowski, 
Radziwiłł itd. popierali piłsudczyków do końca.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2000, Zeszyt 3 


WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


KAZIMIERZ BRANDYS 


(1916-2000) 


Warszawa, lipiec 1999 


Kochany Panie Kazimierzu, 


Od dawna winna jestem Panu list. Winna jestem go również sobie. 
Znałam Pańskie nazwisko z grzbietów Pańskich książek, których w moim domu ciągle przy- 
bywało, a Pańską twarz z podręczników historii literatury i z prasy, ale na majowych kiermaszach 
książki pod Pałacem Kultury nie zabiegałam o Pański autograf. Był Pan dla mnie bardziej symbo- 
lem polskiego pisarza niż pisarzem rzeczywistym. Zaczęłam Pana czytać gdzieś w drugiej połowie 
lat siedemdziesiątych. Miał Panjuż za sobą ponad trzydzieści lat literackiego rzemiosła. 
Wiele lat później okazało się, że przez nasze życie przewijają się ci sami ludzie. W mój świat 
wkraczali zwykle później i w innych rolach. O Hilarym Koprowskim, Pańskim koledze z gimna- 
zjum Reja, z którym dzielił Pan pasje literackie, dziś wybitnym uczonym, napisałam książkę. Po- 
dobnie o Irenie Krzywickiej, emancypantce z obowiązkowym lorgnon, zapamiętanej przez Pana 
jeszcze z przedwojennej widowni Teatru Polskiego, i do końca z Panem zaprzyjaźnionej. Ze mną 
stykali się już inni, starsi, ale ta uparta powtarzalność każe mi wierzyć w jakiś wyższy porządek 
rzeczy. 
"Dzieli nas różnica lat..." - pisał Pan do pani Z. Powtarzam to dziś w odwróconej sekwencji 
i wiem, że to jeden z powodów mojego do Pana przywiązania. Piszę ten list od lat, od pierwszej 
mojej wizyty na rue Frant;:ois Miron w lipcu 1988 roku. Pamiętam to uczucie, kiedy pierwszy raz 
odnalazłam przycisk z Pańskim nazwiskiem na tabliczce z nazwiskami lokatorów budynku pod 
numerem 22 w jednej z naj starszych paryskich dzielnic, Le Marais. Pamiętam dlatego, że towarzy- 
szy mi odtąd stale. Jest to pomieszanie radości i niepokoju, niecierpliwego oczekiwania na realiza- 
cję marzenia, i lęku, że się dopełni. W drodze próbowałam znaleźć u bukinistów jakiś tom Słowac- 
kiego, jego pokaźnych rozmiarów portret wisi w Pańskim mieszkaniu, choć wtedy o tym jeszcze 
nie wiedziałam. A potem przebiegłam przez plac przed ratuszem, gdzie przez wieki wiesza- 
no i ścinano skazańców, a heretyków palono na stosach i starałam się dotrzeć na Frant;:ois Miron 
przez zatłoczoną ulicę Rivoli. Nie znałam jeszcze wówczas przejścia na skróty obok gotyckiego 
kościoła St. Gervais. Zastanawialiśmy się potem, czy znał go Mickiewicz, z Towiańskim spotykał 
się na mistyczne modły po przeciwnej stronie Sekwany, w kościele St. Severin. 


233
>>>
Nie czułam zdziwienia, że jest Pan w Paryżu, choć to Warszawa była Pańskim miastem, 
a o decyzji jej opuszczenia wyrażał się Pan zawsze z najwyższą niechęcią. Jeszcze w 1982 roku 
pisał Pan: "Przypuszczenie, że mógłbym nie wrócić, powoduje rodzaj psychicznych mdłości". 
Pańska dusza mieszkała gdzieś w okolicach Rynku, a zaklęta była nie tylko w Pana rzeczywistym, 
ale i literackim świecie. Warszawa rosła Panu w legendę, odkąd zobaczył ją po Pan raz pierwszy. 
Był rok 1922. Zapamiętał Pan pomnik Mickiewicza właśnie, na Krakowskim Przedmieściu, i od- 
kryty jak kawiarniana weranda tramwaj konny na Nowym Świecie. Tęsknotę łodzianina za War- 
szawą analizował Pan wiele lat później jako potrzebę osiągnięcia wyższego stopnia wtajemniczenia 
i porównywał ją Pan z marzeniem innych o Paryżu lub Rzymie. 
Dużo wtedy o tym myślałam. Nie umiałam - rodowita warszawianka - wydobyć z siebie 
podobnych uczuć. Nie rozumiałam Pańskiej czułości dla Belwederu, Alei Ujazdowskich, Teatru 
Polskiego, dla Żoliborza 0ako światopoglądu i obyczajowości), a potem kolejnych adresów na 
Lwowskiej, Narbutta, Nowomiejskiej. Tłumaczyłam to sobie nieznajomością Warszawy przedwo- 
jennej, a powojenna wydawała mi się sztucznym tworem - okaleczonym i przebranym w obowią- 
zujący uniform. To miasto nie mówiło do mnie. Było nieme. A dla Pana otwarte. Do Pana przema- 
wiało każdą ulicą i kamienicą. Ja nie potrafiłam zaludnić go wtedy postaciami z Prusa i Żeromskie- 
go, z Singera i Gojawiczyńskiej. Dla Pana Judym, Wokulski i Muskat byli jego mieszkańcami. 
Dopiero z czasem zaczęłam to dostrzegać, ajeszcze później odczuwać. Nie bez Pańskiego udziału. 
Znowu kwitną lipy. Wtedy, za pierwszym razem, powiedział mi Pan, że przypominam mu je- 
go dawną sympatię ze ślizgawki, dziewczynę z Doliny Szwajcarskiej, poruszającą się na łyżwach 
w takt walca z filmu "Monte Carlo". Nie wspomniałam wówczas, że jestem wnuczką obozowego 
kolegi Pańskiego brata, Mariana. W Woldenbergu spędzili w jednym baraku pięć lat niewoli. Za- 
chwyt młodością, zachwyt starością - czym są? Może odwrotną stroną tego samego pragnienia 
zgłębienia tajemnicy? 
Nigdy nie byłam w Pańskim domu na Nowomiejskiej, może dlatego łatwo mi było wyznaczyć 
Panu - we mnie samej - miejsce przy stole na Frant;:ois Miron. Bardziej niż cokolwiek innego, 
ten stół był dla mnie jednoznacznym punktem odniesienia. Nie widok z okna, lecz kartka papieru, 
mozolnie wypełniana słowami. Sam otworzył Pan drzwi do swego pokoju, pozwolił czytelnikom 
"Miesięcy" śledzić każdy ruch Pańskiego pióra i myśli. Przez dziesięć lat lepił Pan ów dziennik 
powieściowy lub też powieść w formie dziennika ze strzępów codzienności, fabuł i listów, dopusz- 
czając do poufałości każdego, kto sięgał po tę książkę, w tym także i mnie. Trudno potem odmówić 
odpowiedzi na kłopotliwe pytania. Wiem, że starają się zrozumieć drogę, jaką Pan przebył od 
ostatniej ukończonej w kraju powieści do wyznania w jednym z ostatnich wywiadów - "Jestem 
z zaboru francuskiego i mieszkam w Paryżu". Pomiędzy tymi datami stanął kalendarz blisko stu 
dwudziestu miesięcy rozrachunków z polskością w wielu jej wariantach i przejawach. 
We mnie nie było na ten temat zdziwienia. Wiem i rozumiem, że wewnętrzny ład, jeżeli tako- 
wy istnieje, nadaje Panu pisanie i tylko pisanie. Przed 13 grudnia 1981 prawdziwe życie, to, 
w którym chciał Pan uczestniczyć, działo się dla Pana w Polsce - w "żywotności niedosytu", jak 
Pan to określił, "czasem dość owocnej". Zwierzył się Pan kiedyś, że już po ośmiu dniach od wy- 
jazdu wiedział Pan, że nie wróci. A cztery lata później pisał Pan do przyjaciół w kraju: "W gruncie 
rzeczy ojczyzna sprowadza się do kilkunastu osób plus historia ijęzyk. Reszta się śni". 
W 1986 roku podczas pobytu w Paryżu Tadeusz Konwicki zapytał Pana: "Ajak z pisaniem? 
Czy tu się ma gaz?" "Nie wiem - odpowiedział Pan. - Tutaj się ma poczucie obnażenia losu." 
Nieznane mi są niepokoje "emigrozy" . Nie stanęłam nigdy na dobre przed koniecznością wy- 
boru - bycia tu czy tam. Wybrałam rolę podróżnika, łatwiejszą, bo mniej ostateczną, najeżoną 
niebezpieczeństwami przychodzącymi z zewnątrz, a z tymi prościej się uporać. Podróżuję. Mapa 
świata jest dla mnie mapą ludzi. Jeden z ważniejszych duchowych przystanków znalazłam przy 
Frant;:ois Miron. 
Nasze spotkania bywały długie. Ale kiedy wychodząc zamykałam za sobą drzwi, miałam 
pewność, że rozmowa jeszcze się nie skończyła, że jest jeszcze coś ważnego, czego sobie nie po- 
wiedzieliśmy. Musiało pozostać niepowiedziane, bo prowadziło do następnych wizyt. Zwykle 
w Paryżu, a od kilku lat również w podwarszawskich Oborach i Konstancinie. Często w drodze 
z lotniska lub na lotnisko, między samolotami za ocean. Raz zdarzyło mi się przyjechać autostopem 
do Mentony, na południe Francji, by zjeść z Panem obiad nad brzegiem Morza Sródziemnego. 


234
>>>
Przez ostatnie lata długo Pan chorował. Po operacji brzucha w paryskim szpitalu Saint-Jean-de 
Dieu jesienią 1995 roku nastąpila infekcja i krwotok. Kolejne dwa miesiące nie odzyskiwał Pan 
przytomności. Dopytywaliśmy o Pana z lękiem, nie do końca zdając sobie sprawę, jak daleko Pan 
odszedł i co się właściwie z Panem dzieje. W końcu nastąpilo przesilenie. Komunikaty informo- 
wały o pierwszych słowach i pierwszych krokach, a potem postępach w powrocie z bezludnej 
wyspy choroby. Chorował Pan dramatycznie i żmudnie. Przez następne dwa lata trafil Pan do 
szpitala jeszcze pięć razy. Przedtem, mniej doświadczony, porównywał Pan chorobę z wybuchem 
wojny. Teraz nie skarżył się Pan. 
Odwiedzilam Pana raz w klinice Saint-Maurice w Charenton. Był Pan słaby i apatyczny, z tru- 
dem próbujący śledzić moje nienaturaInie długie, nerwowe monologi o świecie zza szpitalnego 
płotu. Wydawał mi się Pan szczelnie zatrzaśnięty w sobie. Ale lekarze twierdzili, że wszystko jest 
na dobrej drodze. Nie mówiliśmy o literaturze. Potem też nie. Z czasem zaczął Pan opowiadać 
swoje sny. Przypominały widzenia Witkacego po zażyciu peyotlu. Jego kolczatki - gryzonie, 
pokryte futerkiem o podwójnie rozwidlających się włosach przywodzily na myśl Pańskie egzotycz- 
ne zwierzątka: krzyżówki jaszczurek z kolibrami, na jakie w Pańskim śnie zapanowała moda 
w Warszawie. 
- Czy Pan pisze? - pierwszy raz ośmieliłam się zadać Panu to pytanie w Konstancinie latem 
1997 roku. A może brzmiało: - Dlaczego Pan nie pisze? Odpowiedział Pan tonem zniecierpliwi 0- 
nym,jakby z wyrzutem lub skargą: - A czy jajuż do końca, już zawsze muszę pisać? 
Nie umiałam wtedy tej odpowiedzi w pełni zrozumieć. - Nie - powiedziałam. - Tak - 
pomyślałam, sam Pan nas przecież do tego przyzwyczail. 
Choroba pozostawała dla mnie zawsze w sferze imaginacji. Nie tylko dlatego, że w poważnej 
i godnej tego miana formie nigdy mnie nie dotyczyła. W mojej zuchwałości wydawało mi się, że 
zawsze będę umiała się z nią zmierzyć. Od dziecka bez trudu nauczyłam się zwalczać anginy, 
zapalenia migdałków, gorączki, dla porządku jedynie pozostając w łóżku tyle tylko, by nasycić się 
kilkoma ulubionymi książkami. Wiele lat później przeczytałam, że w młodości i Pan przejmował 
się bardziej dramatycznymi powikłaniami losów wymyślonych bohaterów niż kłopotami własnej 
rodziny. 
I nam, dwa pokolenia później, zdarzało się w lekturach zatracić. Choroba pomagała w tym, 
zwalniając z obowiązku szkoły, a potem chwilami i życia, dając w zamian lekarstwo - nagrodę 
fikcji, o ileż słodszą niż konieczność dawania sobie rady z klasówkami codzienności. Wiedziałam, 
że to gra, rodzaj niezasłużonych wagarów. W miarę upływu lat coraz rzadziej mogłam sobie na nie 
pozwolić. Dorosłość wykluczała chorobę ze sfery zdarzeń możliwych. 
Ajeśli... zawsze udawało mi się ją zwalczyć silą woli. Sila woli to było słowo-klucz pozwala- 
jące unieszkodliwić każdą przypadłość. Dopiero z czasem zaczęłam zdawać sobie sprawę z udziału 
w określeniu "sila woli" - składnika "sily" . 
Ostatniego lata, w konstancińskiej kawiarni Buchmana, był Pan ożywiony, niemal radosny. 
Nie musiałam pytać, co się stało. Rósł rękopis. Utrzymuje Pan, że tytuł "Przygody Robinsona" był 
przypadkowy. Nie całkiem w to wierzę. Zbyt wiele w nim luster. Znalazł się Pan na kolejnej wy- 
spie, innego niż geograficzne wygnania. Tam oswojenie samotności okazało się jeszcze trudniejsze. 
Dotychczas leczył ją Pan tworząc fabuły. Nie umiał Pan funkcjonować bez odpowiedniej 
dawki słów. Jeden z Pańskich bohaterów, nazwiskiem nomen omen Kruzoe, zaspokajał swoją 
potrzebę fikcji wymyślaniem dla amerykańskich studentów nierzeczywistej historii polskiej litera- 
tury. Pan tworzył prozę własną. Zaczęło się w szkole, kiedy na lekcji polskiego w klasie wstępnej 
"przeczytał" Pan z zeszytu nieistniejące wypracowanie "O kózce". Czar trwał, dopóki kolega przy- 
padkiem nie zerknął w pusty zeszyt. "Proszę pana! Tam nie ma nic napisane!" - krzyknął osłu- 
piały do nauczyciela. Dostał Pan dwie dwóje, z polskiego i ze sprawowania. Nie pomogło. Z cza- 
sem konieczność wymyślania stała się cielesną potrzebą organizmu. Fabularyzowanie świata we- 
szło w krew. Nie mógł Pan i nie chciał uwolnić się od tej zależności. 
Jakiś czas temu przyśnil mi się trudny sen o własnej chorobie. Pamiętam z niego kolorowe 
światła dyskotekowej lampy nad operacyjnym stołem, ostatni szew błękitnej dratwy gdzieś 
w okolicy brzucha i późniejszą euforię gadulstwa we wszystkich znanych mi językach. A potem, 
prócz bólu, którego się spodziewałam i który był oczywistością, dojmujące było owo poczucie 
niemożności wydostania się z siebie ku światu. Zasupłana w kroplówki i rurki nie byłam w stanie 
pokonać bezwładu. I wtedy zobaczyłam Pańską twarz. - Słabość - szeptał Pan do mnie - sła- 


235
>>>
bość, słabość. Po chwili odwrócil się Pan i odszedł paryską ulicą w płaszczu i ciemnym szaliku 
przerzuconym przez ramię. 
Obudzilam się spadając z porośniętej ostem brunatnej skały. 
Kończyłam lekturę "Przygód Robinsona". 
Mówi Pan, że napisał je dzięki swoim snom, narkotycznym majakom, zjawom, halucynacjom. 
Starożytni mieli je za boskie, gdyż powstawały z inspiracji duchów. Widziadła, wywołane środka- 
mi uśmierzającymi pozwalały Panu przetrwać w niedostępnym bólowi świecie. Nie tylko ubar- 
wiały monotonię szpitalnych miesięcy w klinice Defence i przynosily ulgę, ale również godnie 
zastępowały rzeczywistość. Bronily dostępu świadomości, sprawiając, iż nie zdążył się Pan rozgo- 
ścić we własnym umieraniu. 
Przetrwał Pan niejako pod opieką fikcji. Kiedy znalazł się Pan w potrzebie, w odruchu 
wdzięczności starała się spłacić zaciągnięty dług. Owe sny traktuję jako wynagrodzenie za lata 
cierpliwej służby. 
Najawie, po przebudzeniu, nie umiał Pan ani mówić ani chodzić. Nauka trwała długo. Kinete- 
rapeuta stawiał Pana między dwiema równoległymi barierami. Czekał. Pańskie ciało potrzebowało 
podpórek i kul. Dusza także. I wtedy chwycil się Pan słów, zrazu nieświadomie, w marzeniu, 
a potem coraz pewniej i śmielej. Wydaje mi się, że nie był to już odruch bezwarunkowy, jak daw- 
niej, ale wynik trudnej pracy i żelaznej dyscypliny. Sila woli, o której tyle zdarzyło mi się fanta- 
zjować, znalazła w Panu idealnego realizatora. Zaprzeczył Pan nie tylko prawom bólu, ale i czasu. 
Odwrócil wskazówki biologicznego zegara. Nie każdy ma odwagę podjąć taką walkę. I wygrać ją. 
Uratowali Pana lekarze i nie strudzona obecność żony. Ale szybko sam stawał się Pan reżyse- 
rem własnego ocalenia. Po raz kolejny podjął Pan grę z nierzeczywistością. Kroil Pan z tego, co 
było pod ręką. Ze snów, wspomnień, listów, fragmentów zmyślonych, wyśnionych i przeżytych. 
Nie bez powodu nazywa się Pan sędziwym weteranem powieści. Jeszcze raz użył Pan zmyślenia 
jako niezbędnej korekty rzeczywistości. 
Pierwsze napisane przez Pana zdanie równoznaczne było dla mnie z okrzykiem lekarza w naj- 
bardziej krytycznym stadium Pańskiej choroby: "Będzie żył!" 
Podziwiałam Pana wtedy. Podziwiam czytając "Przygody Robinsona". Są wielką lekcją poko- 
ry. Są również lekcją wierności we wspólnym losie do końca, a nawet dłużej. 
Dawno temu nauczył mnie Pan, jak nauczył każdą swoją czytelniczkę, jak być kochaną. Teraz 
nauczył Pan jeszcze czegoś więcej. 
List, aby coś znaczył, powinien być krótki. Spieszę się teraz, aby wrócić do Pańskich książek. 
Przed tym spotkaniem obłożyłam się nimi od nowa. Jeszcze raz spacerowałam z Panem po ścież- 
kach parku dzieciństwa na stronicach "Małej Księgi". Dziwne, nie tak wyobrażałam sobie Pański 
rodzinny dom i Pańskie najwcześniejsze wspomnienia, ale uświadamiam to sobie dopiero teraz. 
Razem z Panem stoję jak sparaliżowana na Krakowskim Przedmieściu - po drugiej stronie, tuż za 
uniwersytecką bramą, korporanckie bojówki biją studentów-Żydów. Jestem świadkiem - jednak 
szkoda, że tylko świadkiem - na Pańskim ślubie w podwarszawskim Emilinie, ubrany jest Pan 
odświętnie, w pożyczoną koszulę. Rozstajemy się. Na krótko. Potem - już sławny i tłumaczony, 
wyjeżdża Pan na zachód Europy, a mnie zjada zazdrość o tę szantrapę, panią Z. 
Oklaskuję Pana na kolejnych premierach: w STS-ie, gdzie Andrzej Łapicki nie gra, ale żyje 
jako bohater "Sposobu bycia", potem w nieistniejącym już dziś kinie "Moskwa", na filmie pod tym 
samym tytułem. Razem z Panem - przepraszam, razem z autorem ostatniego listu "Wariacji 
pocztowych" unoszę rękę na peronie Dworca Gdańskiego, żegnając... 
Przyzwyczail Pan nas do swoich opowieści. Wydaje się, że ich zapas jest niewyczerpany, 
a Pańskie sily - niezmożone. Czekam na Pańskie książki. Nowe książki. Proszę pamiętać, że 
pisarze żyją wiecznie, a Panu w niebiańskim paszporcie w rubryce "zawód" wpisano właśnie to 
słowo: pisarz. 


Agata Tuszyńska (Warszawa) 


236
>>>
JERZY GIEDROYC 


(1906-2000) 


Nie ma przykładu w historii, by człowiek, który nie był tradycyjnym bohaterem narodowym 
- ani wielkim wodzem, ani politycznym przywódcą, ani wieszczem - osiągnął za życia taki 
moralny autorytet, takie miejsce w świadomości narodowej, jak Jerzy Giedroyc. 
Nie dbał o popularność, mówił zawsze prawdę, która przeważnie była twarda i gorzka dla 
rodaków. I choć robił to do końca, choć w swych wywiadach i rozmowach, "Notatkach Redaktora" 
w "Kulturze" nie oszczędzał nikogo z rządzących dziś krajem, począwszy od najwyższych - sejm, 
ten przedstawiciel narodu, tak zawsze skłócony, stojąco uczcił jego pamięć. 
Niemal cały wiek i całą epokę polskiej historii Giedroyc zamknął w swym długim życiu od 
chwili gdy wdział mundur w 1920 r. by bronić Warszawy. Miał wtedy 14 lat i przez osiem następ- 
nych dziesiątków lat nie przestał służyć Polsce. 
Jego biografia jest skrótem tych czasów i nie brak w niej żadnego z ich ważnych wydarzeń, 
ani żadnego ważnego nazwiska. 
Jedyną pasjąjego życia była wielka polityka i w jej centrum ta Polska, którą chciał widzieć - 
praworządna, demokratyczna, żyjąca w zgodzie z sąsiadami. Myślał o tym już przed wojną, gdy 
wydawał pisma polityczne, w których pisali młodzi, później głośni publicyści i gdy pracował 
w państwowej administracji na coraz bardziej odpowiedzialnych stanowiskach. 
Gdy go raz zapytano, jakie miał przed wojną dalsze plany życiowe, odpowiedział, że pewnie 
by kandydował do sejmu. Byłby to pierwszy stopień, by iść coraz wyżej: różni jego późniejsi bio- 
grafowie widzieli go jako znakomitego premiera, a nawet prezydenta. Sceptyczny i nieskłonny do 
pochwał Wacław A. Zbyszewski już w 1943 r. napisał w liście do Adolfa Bocheńskiego, że 
"...Giedroyc to jest capasitas, która może sięgnąć tam, gdzie się sprawy decydują". Ale znając 
Giedroycia w jego ponad półwiecznej działalności, trudno sobie wyobrazić, by w Polsce, kraju 
pozbawianym etosu praworządności (tak w życiu publicznym jak prywatnym), ktoś tak niezłomny 
w swoich przekonaniach i nakazach moralnych miał szansę utrzymać się ponad grami politycznymi 
i stać się tym, czym stał się poza krajem "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem", niezależny od 
nikogo, wierny tylko swojej prawdzie. 
Gdy wybuchła wojna, Giedroyc znowu włożył mundur i przeszedł polską drogą wojenną 
z 2. Korpusem przez Bliski Wschód i Włochy, razem z Józefem Czapskim przydzielonym przez 
gen. Andersa do Propagandy. Ostatnim etapem tej pracy było założenie w Rzymie, z inicjatywy 
Giedroycia, Instytutu Literackiego, którego zadaniem stało się wydawanie książek, poczynając od 
Ksiąg Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego Mickiewicza, a także albumów pamiątkowych, 
które chciała mieć każda dywizja i kompania. 
Jeszcze w Rzymie Instytut zdążył wydać w 1947 r. pierwszy numer "Kultury", która natych- 
miast stała się najważniejszą sprawą wydawnictwa dla jej inicjatora, Giedroycia. W 1948 r. Instytut 
przeniósł się do Paryża wkrótce przestał być legendą wojska i stał się prywatną instytucją. "Kultu- 
ra" w tym czasie z kwartalnika zmieniła się na miesięcznik i z pisma literackiego, jakim miała być, 
na pismo wszechstronne, przeznaczając wiele miejsca na politykę i sprawy społeczne. W jednooso- 
bowej paryskiej redakcji Giedroyc był jej głową, pasją, panem i niewolnikiem. Wyrzekł się pry- 
watnego życia, pracował - do ostatnich dni - po 18 godzin na dobę, każde wydrukowane słowo 
było przez niego przeczytane i sprawdzone. "Kultura" była więc ideowym przesłaniem, ale choć 
nieraz nie zgadzał się z autorem, drukował go, gdy uznał nadrzędne znaczenie jego racji. 
Z latami Instytut Literacki zaczął - obok "Kultury" - wydawać "Zeszyty Historyczne" 
(1962), a jeszcze wcześniej (1953) powstała "Biblioteka Kultury", by wydawać książki pisarzy 
emigracyjnych i dysydenckich z Polski i innych krajów sowieckiego imperium, jakie nie mogły 
tam się ukazać. 636 numerów "Kultury", 132 "Zeszytów Literackich", niemal 500 książek. Była to 
nie tylko lektura, ale broń w walce o wolność własnego kraju i innych. Przez lata wydawnictwa 


237
>>>
Instytutu Literackiego, przemycane masowo i z wielkim niebezpieczeństwem do kraju, tam po- 
wielane w podziemnych drukarniach, otwierały oczy na wolny świat, podtrzymywały na duchu, 
uczyły jak trzeba żyć z godnością, jak odrodzić swój kraj i jak nim rządzić, gdy będzie wolny, jak 
znaleźć dla niego miejsce wśród innych narodów. 
"Z czołobitną podzięką, że pomógł nam Pan tutaj przetrwać kilkadziesiąt lat" - zwrócil się do 
Redaktora ktoś w rozmowie internetowej, przeprowadzonej z nim w lipcu br. w 94. rocznicę Jego 
urodzin. 
Po 1989 r. każdy kto w Polsce chciał podnieść swój prestiż, czy prywatnie, czy po to by mieć 
głos w rządzeniu, powoływał się na czytanie "Kultury", gdy była zakazanym owocem. Znajomość 
jej była uważana za nominację na godnego szacunku, świadomego swych obowiązków obywatela 
nowej Polski. 
W ostatnim dziesięcioleciu powstała i nadal powstaje olbrzymia literatura poświęcona Gied- 
royciowi i "Kulturze", tworząc w bibliotekach nowe działy. Są tam tomy korespondencji Redaktora 
z pisarzami, analizy jego politycznych i historycznych poglądów, biografie, rozważania nad jego 
miejscem w historii, doktoraty honorowe, wywiady, literackie impresje z historycznego już Ma- 
isons-Laffitte i niezliczone bibliografie (m.in. wydawnictw podziemnych Instytutu, czy jego pomo- 
cy krajowi). 
Dawniej do Laffitu ściągali po kryjomu przyjezdni z Polski, wyrwawszy się na krótko na Za- 
chód. Od ostatnich dziesięciu lat nie było prawie dnia bez wizyt oficjalnych i prywatnych. Przyjeż- 
dżali najwyżsi dygnitarze, czołowi politycy, pisarze, reporterzy, telewizja i przygodni turyści, któ- 
rzy nie mogli sobie wyobrazić, by będąc w Paryżu nie poznać Wielkiego Guru. Może najbardziej 
cieszyły Redaktora, nieczułego na honory i hołdy, liczne wycieczki młodzieży, z którą łatwo było 
mu się porozumieć. Potem często przychodziły listy. "Jestem licealistką w Opolu. Jest Pan Wielki." 
Nic więcej, tylko tyle i podpis. "Inne życie się zaczęło, gdy dzięki Panu dostaliśmy «mówione 
książki»" (Bożena ze szkoły dla niewidomych). "Dobrze, że Pan jest..." (Jarek z Płońska). "Pan to 
jak latarnia morska, co pokazuje drogę" (nauczycielka z Pleszewa). "Wzruszenie ściska mnie za 
gardło, gdy piszę te słowa. Zrobił Pan tak piękną sprawę. Joasia płakała ze szczęścia, że może się 
dalej uczyć. Jest Pan Niezwykły. Nie mam słów by wyrazić wdzięczność" (Z. M. z Pustkowa). 
Gotowość przyjścia z pomocą każdemu kto jej potrzebował, w sprawach wielkich i małych, 
była może najmniej znaną cechą Redaktora, który bał się jakiejkolwiek słabości, by mu nie ode- 
brała sił. Pewnie by się oburzył, gdyby Go posądzić o dobroć. Może odpowiedziałby tylko zimno 
za Przełęckim "Takie są moje obyczaje". 
Na urodziny Redaktor dostał kiedyś "laurkę", w której ofiarodawca zabawił się wymienianiem 
skrótów na określenie sylwetki Redaktora, jakie gdzieś przeczytał czy usłyszał. Niektórzy ich 
autorzy byli znani, inni - z różnych stron świata - anonimowi. 
"...Największa osobowość i najsilniejszy charakter polskiej emigracji po II wojnie światowej... 
Jedna z czołowych postaci naszego życia narodowego" (Tadeusz Drewnowski, "Plus Minus", 
"Rzeczpospolita", 14-15.11.1998); "Ostatni z wielkich Jagiellonów" (Adam Michnik, Magazyn 
"Gazety Wyborczej" 20-21.11.1998); "Największy żyjący Polak" (Krzysztof Masłoń, warszawska 
"Kultura", 20.5.1999); "Król Duch polskiej myśli politycznej" (Kanada); "Polak numer jeden" 
(Szwecja); "Samotnik wśród tłumu" (Polska); "Książę Niezłomny" (Francja); "Redaktor stulecia" 
(Malta); "Moralista najsurowszy dla siebie" (Anglia). 
Najpełniej i najcelniej ujęła to Fundacja Kultury Polskiej, motywując przyznanie Giedroycio- 
wi - jako pierwszemu - swej nagrody Złotego Berła: 
za życie idzielo 
za umysl i wiLifę 
za hart ducha 
i prawość charakteru 
"Ty nigdy nie umrzesz" napisała kiedyś Agnieszka Osiecka w poświęconej Giedroyciowi 
piosence. Inni czuli tak samo i nie mogli uwierzyć, że zawiódł po raz pierwszy w życiu. Choć 
nigdy już nie usiądzie za swym historycznym biurkiem, choć żegnamy się z Nim ostatnim nume- 
rem "Kultury" - "nie wszystek umarł" i długo jego nieobecna obecność pozostanie w pamięci 
narodowej. 


Stefania Kossowska (Wielka Brytania) 


238
>>>
WCZESNE LATA WARSZAWSKIE 


GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI (1919-2000) 


Syberyjski klasyk Herlinga-Grudzińskiego Inny świat zaćmił niemal wszystkie późniejsze 
wspomnienia tych co przeżyli zsyłkę do sowieckiej Rosji w czasie drugiej wojny światowej. 
Zjednym równie klasycznym wyjątkiem Na nie1udzkIęj ziemi Józefa Czapskiego. Herling wzboga- 
cił tym dokumentem literaturę polską i historię tego niezwykłego okresu. Jako początkujący wów- 
czas pisarz i kronikarz wykazał w tej książce dyscyplinę wewnętrzną pisząc bez skargi i bez osobi- 
stego cierpiętnictwa. W sumie pisał o doświadczeniach wszystkich tych, których los rzucił w ten 
tak rzeczywiście inny i nieznany wtedy świat. Inny świat zaczął ukazywać się w druku we wskrze- 
szonych londyńskich" Wiadomościach" w roku 1946. Czyli pół wieku temu. W następnym półwie- 
czu twórczość Herlinga rozkwitła na dobre. Inni zajmą się na pewno tą twórczością i jego życiem 
wpierw w akcji wojennej w 2. Korpusie, potem krótko w Londynie, w Paryżu, w Monachium 
i wreszcie w Neapolu gdzie życie zakończył. Ten szkic to tylko krótkie wspomnienie osobiste, 
napisane zaraz po jego śmierci. 
Byliśmy rówieśnikami z roku 1919. Tak się stało, że znaliśmy się najlepiej w latach 
1936/1937, może też częściowo w 1938, w Warszawie, jeszcze przed maturą. Spotykaliśmy się 
w młodzieżowym klubie literackim "Parabumba" , w starej teatralnej kawiarni na ulicy Miodowej. 
Myślę że twórcą tego klubu byli starsi od nas studenci ze Związku Polskiej Młodzieży Demokra- 
tycznej, a więc najpewniej nieżyjący już Aleksander Mełeń-Korczyński, prawnik, po wojnie publi- 
cysta w Stanach Zjednoczonych, i zmarły w Londynie Ryszard Zakrzewski, członek rządu R.P. 
w Londynie i znany działacz społeczny wśród Polonii brytyjskiej. Najpoważniejszym literatem był 
starszy od nas polonista, krytyk i poeta Ludwik Fryde, którego Herling-Grudziński uważał za swo- 
jego mistrza. Fryde był już wtedy znany jako dobrze zapowiadający się pisarz, któremu wróżono 
wielką przyszłość. Zainteresowaniem Herlinga było dążenie do doskonałości w posługiwaniu się 
językiem polskim. Stąd w "Parabumbie" odbywały się długie, choć nieśmiałe debaty o klasycznych 
autorach polskich i współczesnych debiutantach. Fryde przewodził tym debatom jako dyrygent, 
ajego pierwszym skrzypkiem był zwykle Herling. Pamiętam zaciekłe debaty na temat skamandry- 
tów. Fryde, a za nim Herling i inni, uważali że skamandryci nie należą do żadnego kierunku lite- 
rackiego, ani żadnej kategorii, ale są zjawiskiem wyjątkowym powstałym razem z odrodzoną Pol- 
ską i wobec tego przeminą gdy polska świadomość literacka się ustali we własnym klimacie. Fryde 
nie uznawał szopek politycznych Tuwima, Słonimskiego czy Hemara za literaturę a jedynym we- 
dług niego wielkim poetą w grupie skamandrytów był Lechoń. Na drugim miejscu stawiał Tuwima, 
Iwaszkiewicza i Słonimskiego. Wśród bywalców "Parabumby" byli między innymi, Marta Wań- 
kowiczowa i jej siostra Krystyna, Kazimierz Koźniewski, Jan Krzysztof Sterling, Jan Strzelecki, 
Jan Kott. "Parabumba" nie miała żadnego wyrazistego zacięcia politycznego. Nie pamiętam kto był 
autorem tej nazwy. Był to raczej kociołek, w którym spotykali się młodzi piłsudczycy, młodzi nie- 
zdecydowani i młodzi lewicowcy. Wszyscy tak czy inaczej chcieli pisać i drukować. Jedyne do- 
stępne pisma to były "Kuźnia Młodych" i powstałe trochę później "Orka Na Ugorze", w którym 
chyba debiutował Herling i wielu z nas. Pismo miało charakter lewicujący ale zbliżony do piłsud- 
czyków. Z "Parabumby" wyszło zaledwie parę wydań pisemka pod nazwą "Trzynasty maja", 
w którym młode i naiwne pióra starały się zatrzymać lawinę zmian po śmierci Marszałka Piłsud- 
skiego. 
Jaki był udział Herlinga w tym kociołku trudno dziś odtworzyć. Pamięć przypomina jego już 
wtedy korpulentna postać, pochylona nad stołem i pisząca uwagi które wynikały z debat. Lubił też 
notować co celniejsze uwagi i komentarze swego mentora Frydego. Myślę dziś, że jego zaintere- 
sowaniem głównym byli młodzi wówczas powieściopisarze i poeci. O nich debatowano. Myślę 
o Stanisławie Piętaku, Jalu Kurek, poecie Jerzym Pietrkiewiczu, Stanisławie Młodożeńcu, Świato- 
pełku Karpińskim, Januszu Minkiewiczu, Andrzeju Nowickim, Zdzisławie Bronclu, Michale 


239
>>>
Chromańskim, Marianie Czuchnowskim, Witoldzie Gombrowiczu, Pawle Hertzu, Czesławie Milo- 
szu, Zbigniewie Unilowskim i innych. Członków Polskiej Akademii Literatury uważano - z ma- 
łymi wyjątkami - za postacie z przeszłości. Wspólczesność rządzila w debatach. Nowa literatura, 
której tematem nie była już historia odrodzenia Polski, wielka wojna i trudny pokój, ale nowe 
widnokręgi przyszłości. "Rozbieranie" dzieł trzech wieszczów i innych wielkich pisarzy zostawili- 
śmy w szkole. Jeśli mnie pamięć nie myli, Fryde lubil wracać w debatach do dzieł które, według 
niego zostaną w literaturze polskiej na zawsze. Herling zdawał się obstawać przy nowym, może 
bardziej agresywnym języku. Co do jego "wzruszeń" politycznych, myślę że był bliższy idealnego 
socjalizmu starej daty, czy liberalizmu, raczej niż gwałtownych zmian i ostrych sporów politycz- 
nych. Dziś myślę że w "Parabumbie" zaprawiał się pieczołowicie do swojej pasji - krytyki lite- 
rackiej i do studiów polonistycznych, które rozpoczął na Uniwersytecie Warszawskim w roku 
1938. Po wojnie została mu często agresywność słownika i raczej bezwzględne traktowanie tego co 
uważał za naruszenie suwerenności narodu. I tu był gotów do ostrych sporów politycznych. Nie 
przeszkodzilo mu to, raczej przeciwnie, pomogło w ukazaniu w swoim pisarstwie pełnej gamy 
talentu. 
W czasie wojny, choć obaj byliśmy w Rosji, nie spotkałem go. Wiem że był w wojsku, ale 
innym oddziale i w innym miejscu. Parokrotnie spotkaliśmy się w Londynie, gdzie byłem sekreta- 
rzem redakcji "Wiadomości", kiedy zaczął drukować w nich fragmenty Innego świata. Przychodzil 
jednak do redakcji bardzo rzadko i tylko wieczorem kiedy był tam redaktor Mieczysław Grydzew- 
ski. Ostatni raz przed jego wyjazdem z Londynu, gdzie zresztą nie był długo, spotkałem go 
w "Ognisku Polskim" na przedstawieniu teatru bodajże Mariana Hemara. Zamieniliśmy parę słów 
na schodach. Pytał, co wiem o niektórych członkach "Parabumby". Był to pewnie rok 1947, może 
1948? Miejsca zamieszkania wielu przyjaciół nie były jeszcze ustalone. Herling wkrótce potem 
wyjechał z Anglii, której zresztą nie lubil, i o ile wiem, nigdy już do niej nie wrócil. 


Krzysztof Muszkowski (Wielka Brytania)
>>>
SWOJE JEDNAK TRZEBA ROBIĆ 


BENEDYKT HEYDENKORN (1906-1999) 


W niedzielę la października 1999 roku zmarł w Toronto wytrawny dziennikarz, wydawca, 
erudyta, wybitny redaktor z niedościgłej szkoły Grydzewskiego i Giedroycia. 
Benedykta Heydenkorna (dla najbliższych, Bumka) poznałem zaraz po przyjeździe do Kanady 
w 1969 roku. O jego młodości nie dowiedziałem się zbyt wiele, gdyż nigdy o sobie nie mówił, 
a szczególnym tabu obłożony był okres polski jego życia. Urodził się w roku 1906 we wsi Stara 
Bircza koło Przemyśla. Był jednym z naj młodszych " Orląt Lwowskich". Jeszcze jako uczeń gim- 
nazjalny wkradał się na wykłady profesorów uniwersytetu prowadzonych w Ossolineum. Na Uni- 
wersytecie Warszawskim był wolnym słuchaczem, ale już w 1926 jeszcze jako student - notuje 
Jan Kowalik - rozpoczął pracę dziennikarską "pisząc korespondencje stołeczne do «Dziennika 
Lwowskiego», okazyjne artykuły do pro-rządowej «Epoki» i do dodatku literackiego «Głosu Praw- 
dy» prowadzonego przez]. Kadena-Bandrowskiego. Jakiś czas współpracował z «Buntem Mło- 
dych», z «Kroniką Polski i Świata» a także z «Drogą» redagowaną przez Wilama Horzycę. Kariera 
jego stabilizuje się, kiedy młody dziennikarz związał się z warszawskim biurem dziennika «Berli- 
ner Tageblatt». Przez sześć lat do wybuchu wojny pracował jako polityczno-parlamentarny kore- 
spondent francuskiej agencji prasowej Havas". Bywał w Paryżu, którego polską kolonię poznał 
doskonale. 
Z chwilą, kiedy wybuchła wojna, skończył się polski epizod bezpowrotnie. Rozdział za- 
mknięty, o którym mówił niechętnie. W Kanadzie wiele rzeczy go radowało, nie uchylał się od 
pracy dla niej. Ale - wyznał - że wszystko, co go otaczało, nie było jego. O Polsce szczęśliwej 
nie chciał mówić, ale czuło się, że to było jego jedyne ukochanie. 
Z oblężonej Warszawy 17 września skierował się na południowy wschód wpadając w ręce 
NKWD. Udało mu się połknąć wszystkie papiery. Przesłuchiwany najpierw w więzieniach na 
terenie Polski, został deportowany do łagrów w Woroneżu i Dniepropietrowsku. Może te przeżycia 
sprawiły, że nie lubował się wcale w kulturze rosyjskiej. Dzięki układowi Sikorski-Stalin wyszedł 
na wolność i dotarł do Tatiszczewa, gdzie zgłosił się do formującej się tam Armii Polskiej. Razem 
z nią ruszył przez Persję i Irak do Palestyny, a następnie z II Korpusem do Włoch. Po zakończeniu 
wojny demobilizował się w Anglii i stamtąd w roku 1949 przyjechał do Kanady. 
W wojsku dziennikarstwa nie zaprzestał: w 1944 roku we Florencji mianowany został zastępcą 
redaktora naczelnego "Dziennika Żołnierza" a następnie redagował go aż do likwidacji w 1946 
roku. W Anglii pracował czas jakiś w "Słowie Polskim" a potem w "Dzienniku Polskim i Dzienni- 
ku Żołnierza". 
Faza kanadyjska zaczęła się od kontraktowej pracy fizycznej. Ale z czasem Heydenkorn zna- 
lazł zatrudnienie w biurze hamiltońskiego oddziału Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Przychylny 
zbieg okoliczności umożliwił mu powrót do dziennikarstwa. W tym czasie z preryjnych ośrodków 
polonijnych w Manitobie i Saskatchewan punkt ciężkości przesuwać się zaczął na wschód, głównie 
do Quebecku i Ontario. Toronto stało się stolicą wojennej fali emigracyjnej. Tam od lat ukazywał 
się "Związkowiec", organ Związku Polaków w Kanadzie. Z "Gazety Katolickiej" i "Głosu Polskie- 
go" powstał pod redakcją Stanisława Zybały nowy "Głos Polski". O pierwszym spotkaniu z Hey- 
denkornem Zybała wspomina: 
W lipcu 1950 roku wypuściłem spod prasy pierwszy numer "Głosu Polskiego". By- 
łem sam jeden w redakcji, harowałem ciężko, zwłaszcza po fuzji z winnipeską "Gazetą 
Polską". Znany adwokat warszawski, Jan Ostrowski, kapitan w czasie wojny, prezes Sto- 
warzyszenia Polskich Kombatantów w Kanadzie, do którego również należałem, wspo- 
mniał mi parę razy nazwisko Heydenkorna sugerując, że byłby dobrym nabytkiem dla 
"Głosu". Podkreślił, że czyni to na prośbę gen. Władysława Andersa, który nie zapomniał 
o swym byłym podwładnym i interesował się jego losem. 


241
>>>
W rezultacie Bumek zjawił się w redakcji. Pogadaliśmy, nie przypuszczając, że to 
początek długiej przyjaźni. Zaczął mi przysyłać z Hamiltonu (bezpłatnie, bo na honora- 
rium nie było funduszy) artykuły, recenzje i eseje różnie podpisywane. W 1952 roku wy- 
dawca, Komitet Prasowy, Związku Narodowego Polskiego zaaprobował powiększenie re- 
dakcji o jedną osobę. Bumek zaczął pracować, pół etatu w redakcji, pół w administracji 
pisma. Jaką mieliśmy z niego pociechę w administracji, lepiej nie wspominać, ale jego 
pomoc w redakcji przeszła moje naj śmielsze oczekiwania. 
W "Głosie Polskim" Heydenkorn pracował do roku 1957. Wtedy przeszedł do kierowanego 
przez Franciszka Głogowskiego "Związkowca". We wrześniu 1964 Heydenkorn objął ster pisma. 
W odróżnieniu od pro-londyńskiego "Głosu Polskiego", "Związkowiec" miał tradycję pisma libe- 
ralnego, świeckiego, trybuny emigracji robotniczo-chłopskiej, która uważała się za obywateli ka- 
nadyjskich o polskim rodowodzie i sentymentach, ale chciała być nie zależna od politycznych dy- 
rektyw zarówno starego kraju jak też polskich władz emigracyjnych. Polonia ta angażowała się po 
stronie kanadyjskiej wchodząc w struktury gospodarcze, społeczne i polityczne kraju zamieszkania. 
Jako zawodowy dziennikarz z długim stażem doświadczenie swoje wprzągł w pracę nad ewo- 
lucją "Związkowca", który wybitnie przyczynil się do spopularyzowania istotnych akcji społecz- 
nych takich jak zbiórka pod hasłem "chleb dla Polski". Ważną też rolę odegrał w kontrowersyjnej 
w swoim czasie akcji zwrotu Polsce skarbów wawelskich. (Choć w niedawnym artykule amb. RP 
prof. B. Grzelońskiego na ten temat padło wiele nazwisk, nie znalazłem wśród nich nazwiska Hey- 
denkorna). Utrzymawszy formę półtygodnika Heydenkorn zapewnił drobne honoraria, by przycią- 
gnąć do współpracy znaczniejsze pióra. Dzięki prestiżowi pisma współpracowali z nim m.in. pisa- 
rze i publicyści: Adam Ciołkosz, Andrzej Chciuk, Maria Kuncewiczowa, Jan Nowak-Jeziorański, 
Józef Mackiewicz, Danuta Mostwin, Tadeusz Nowakowski, Wacław Zagórski. Pisali liczni kore- 
spondenci terenowi, z Polski przywozili nie cenzurowane artykuły pierwsi korespondenci odwie- 
dzający kraj. Heydenkorn wprowadzał nowe działy, wydawał numery specjalne, w tym świąteczne, 
nieraz liczące do 80 stron. 
Za jego redakcji "Związkowiec" stał się najlepszym i najbardziej poczytnym pismem polonij- 
nym w Kanadzie o imponującym nakładzie 12,500 egz. i wielu wiernych czytelnikach. Rozchodził 
się nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale wędrował też do różnych krajów na świecie. 
Heydenkorn rozumiał, że współpracowników trzeba sobie dobrać, zachęcać i utrzymywać 
z nimi ścisły kontakt. Odwiedziny redakcji zawsze znamionowały ciepłe przyjęcie i inspirującą 
rozmowę ze znakomitą osobowością. Tajemnicąjego atrakcyjności dla wielu była jego skromność 
i bezinteresowność. 


Nie usiłowałem nigdy być czołową osobistością, wybijać się. Byłem pracownikiem. 
Wyszukiwałem ludzi.. Żaden z moich szefów nie bał się mnie, mimo że czasami był słab- 
szy ode mnie. Usiłowałem i starałem się pracować jak najlepiej w granicach, które przy- 
jąłem albo które do mnie należały. Dlatego nie byłem w żadnej organizacji, nie mogłem 
być pod wpływem czy w zależności. Należałem tylko do zawodowych organizacji. Przed 
wojną do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 
Skromność ta, tak w naszym środowisku rzadka że aż podejrzana, niekiedy tylko była zauwa- 
żana a anonimowy reporter "demaskowany" przez zorientowanych czytelników. Franciszek Gło- 
gowski w liście do redakcji (Związkowiec, 9.12.1986) zatytułowanym "Czy nie zbytnia skrom- 
ność?" upomniał się o swojego byłego współpracownika i rzucił m.in. myśl, że należało "w jakiejś 
formie wyrazić uznanie i wdzięczność za tytaniczną wprost pracę red. Heydenkorna na polu dzien- 
nikarstwa w Kanadzie i jego dorobku w dziedzinie badań historycznych i socjologicznych". Zasu- 
gerował też, by "Związkowiec" stał się inicjatorem takiej imprezy skoro przez bez mała dwadzie- 
ścia lat Heydenkorn był jego redaktorem. Stopniowa degrengolada pisma, bardzo odmienni ludzie 
i inne cele sprawiły, że myśli tej nie podjęto. 
Lojalność współpracowników Heydenkorn zaskarbiał sobie ciągłym życzliwym kontaktem. 
Wyszukiwał ich, zachęcał, czasem również łajał. Umiał pochwalić, pogratulować a także wysłać 
ponaglenie. ".. .Ale ja z pretensjami. I to mocnymi. Gdzie jest Twój artykuł? Widzę iż bardziej Cię 
już interesuje felieton, krytyka (zawsze grzeczna, powściągliwa), aniżeli poważny artykuł, esej. To 
wstyd i źle! A więc do dzieła." Ijeszcze dodał: "PS. Ijestem zły!!!" 


242
>>>
Jan Kowalik w swoim artykule w "Kulturze" (10/1977) napisał, że Heydenkorn "...zostawił 
ustabilizowane pismo polonijne na dobrym poziomie, zrównoważone, tolerancyjne, pro-kana- 
dyjskie, ale zarazem otwarte na świat, a przede wszystkim na Polskę". W liście prywatnym nato- 
miast Heydenkorn zwierzył mi się: 
[...] Nie chciałem dłużej robić "Związkowca" z wielu względów, ale chyba zdecydowało 
stwierdzenie, iż nie mam partnerów dla przeprowadzenia zasadniczych sprawa sytuacja 
jest krytyczna. Nie obawiam się, ale jestem głęboko przekonany, iż nie tylko "Związko- 
wiec" będzie spadał, ale Związek Polaków w Kanadzie, jak również inne organizacje. 
Trzeba bowiem prawdziwej reformy, poważnych zmian a brak do tego odpowiednich lu- 
dzi. 


Heydenkorn pisał również do innych pism m.in. do "Dziennika Polskiego" w Londynie i pary- 
skiej "Kultury", w której przez wiele lat redagował "Kronikę kanadyjską". Kiedy zaczął odwiedzać 
Polskę i pisać korespondencje korygujące stereotypy panujące w emigracyjnej prasie, naraził się 
wielu ludziom innych poglądów. Nie zrażał się tymi głosami, bo otrzymywał też inne opinie. 
W. Giełżyński, jeden z czołowych dziennikarzy przedwojennych podnosił wysokie walory artyku- 
łów Heydenkorna o Polsce z roku 1958, kiedy tak łatwo było o przeholowanie w jedną czy drugą 
stronę, o bezkrytyczne potępianie lub lizusowskie chwalenie. Tego języczka u wagi odmierzające- 
go sprawiedliwie umiał Heydenkorn pilnować. Zauważyły to i doceniały najwyższe polskie auto- 
rytety takie jak J. Turowicz, S. Kisielewski, M. Kula czy M. Krąpiec. 
Po odejściu ze "Związkowca" na emeryturę w 1977 roku Heydenkorn przez cztery lata praco- 
wał jako wolontariusz w Multicultural History Society of Ontario. Taka praca nie była dlań żadną 
nowością wszak już w Polsko-Kanadyjskim Instytucie Badawczym, którego był jednym z założy- 
cieli a potem długoletnim zastępcą dyrektora, ani W. Turek, T. Krychowski, R. Kogler czy Hey- 
denkorn grosza nie brali za swą pracę. Byli społecznikami dawnej daty i dzięki takiej postawie 
mogli tyle dokonać przy notorycznym braku finansowego wsparcia. Dzięki tej współpracy z His- 
tory Society wyszły cztery "polskie" prace zaś periodyk "Polyphony" regularnie drukował teksty 
o tematyce polskiej. W uznaniu zasług nadano Heydenkornowi tytuł członka honorowego oraz 
ustanowiono stypendium jego imienia dla młodych badaczy problemów etnicznych w Kanadzie. 
Heydenkorna spojrzenie socjologa na społeczeństwo datuje się z lat trzydziestych. Wtedy za- 
debiutował pracą Proletaryzacja intel1gencji zawodowej w Polsce. W Kanadzie jako dziennikarz 
i współzałożyciel Polsko Kanadyjskiego Instytutu Badawczego, w aurze wielkodusznych pocią- 
gnięć rządu kanadyjskiego uwieńczonych wprowadzeniem polityki wielokulturowości, w miejsce 
dawnego zdezawuowanego tygla, jego dynamizm wyładowywał się w ochoczej pracy nad kanadyj- 
ską Polonią. 
Poświęcił jej wiele artykułów i szkiców, dla niej napisał, wprowadził i redagował bez mała 
dwadzieścia tomów prac w języku polskim ale także angielskim i francuskim. 
Wprowadzając tom tekstów referatów wygłoszonych w 1977 roku w Barry' s Bay na tzw. 
Sympozjum 50 (choć uczestników, jak pamiętam, było więcej) Heydenkorn wypowiedział swoją 
tezę, którą miał przez całe życie rozwijać, że Polonia nie jest organizmem zamkniętym, że jest 
powiązana w sposób szczególny z Kanadą, jako krajem osiedlenia, i Polską, ziemią pochodzenia 
i że te związki wpływają na oblicze Polonii. W miarę upływu czasu i zmian zachodzących w Polsce 
i w Kanadzie, należało przystosowywać organizacje polonijne do nowych sytuacji i zadań, by nie 
utracić kontaktu z młodym pokoleniem. 
Heydenkorn ochoczo sam włączył się do ogólnej dyskusji nad istotą i rolą wielokulturowości 
pisząc artykuły po polsku i po angielsku na przykład: "The Social Structure of Canadian Polonia" 
(1969), "Polish Contribution to Canadian Culture" (1970), "The Immigration Policy of Canada" 
(1971), "The Polish Alliance of Canada" (1974), "Poles in Canada" (1974) wraz z R. Koglerem, 
"Memories of the Polish Immigrants" (1974) czy "Memories of the Polish Immigrants to Canada" 
(1975), żeby wymienić jedynie prace, które ukazały się w języku angielskim. Jego wielka rola 
motoru polskich wysiłków celem nadrobienia braków w dokumentacji Polonii kanadyjskiej obja- 
wiła się szczególnie w pracach wydanych przez Instytut Badawczy, którego był nie tylko współza- 
łożycielem, ale przez długie lata wicedyrektorem i duchem sprawczym. 
Talentem swoim zabłysnął wydaniem monografii Po1es in Manitoba, którą Wiktor Turek po- 
zostawił w manuskrypcie, a która wymagała mozolnego opracowania i rewizji. Podobnego zachodu 


243
>>>
potrzebowała angielska wersja Tworzywa Melchiora Wańkowicza, które jako Three Generatlons 
wyszło w roku 1973. Także niedokończona antologia Danuty Bieńkowskiej Meetlng Polish Writers 
doznała edytorskiej pieczy Heydenkorna. 
Posypały się następnie tomy rozpraw i materiałów dokumentarnych o kanadyjskiej Polonii, in- 
spirowane, wspomagane, a potem fachowymi i wnikliwymi wprowadzeniami opatrzone i wydawa- 
ne przez Heydenkorna. Traktowały one o polonijnym szkolnictwie, o prasie, o organizacjach spo- 
łecznych, o literaturze emigrantów, o osadnictwie chłopów, o roli kobiety na emigracji, o środowi- 
sku polskim w Toronto. Jedna z publikacji, Po1es in Toronto (1982) to analiza ankiety przeprowa- 
dzonej przez Ewę Morawską i Rudolfa Koglera w 1978 roku. Opisanie Polaków w Toronto leżało 
Heydenkornowi na sercu. Nawracał chętnie do tego tematu w swoich rozmowach i zachęcał do 
pisania przyczynków wszelkiego rodzaju, by ułatwić pracę przyszłych badaczy Polonii. Książka 
jest fachową pozycją o naukowym podejściu i zachowaniu ostrożności w formułowaniu wniosków. 
Inną próbą studium tegoż tematu to opracowany przez Heydenkorna specjalny numer półrocznika 
"Polyphony" poświęcony "Poles in Ontario", praca nadal bardzo autorytatywna. 
Historię całej grupy polskiej w Kanadzie Heydenkorn wespół z Henrykiem Radeckim opraco- 
wał modelowo w znakomitej monografii A Member of A Distinguished Famlly: The Polish Group 
in Canada (1976). Ukazała się ona po angielsku i po francusku i doskonale się prezentuje w serii 
wydawnictw Ministerstwa Wielokulturowości. Heydenkorn jest również autorem polskich haseł 
w The Canadian Encyc1opaedia. 
Stanisław Zybała w pięknym artykule zatytułowanym "Benedyktyński żywot Bumka Heyden- 
korna" nazwał go "ojcem polonijnego pamiętnikarstwa w Kanadzie". Kto czytał te pięć tomów 
w języku polskim ijeden po angielsku, ten musi być pod wielkim wrażeniem ogromu pracy włożo- 
nej w organizowanie i przeprowadzenie konkursów na pamiętniki a następnie ich opracowanie 
i wydanie drukiem. Wzbogacają one znamiennie dokumenty odzwierciedlając polską obecność 
w Kanadzie, a samo już sprowokowanie tylu ludzi do spisania swoich przeżyć i doświadczeń jest 
zasługą nie lada. Pamiętniki, które nie zostały wybrane do druku, są obecnie przechowywane w ar- 
chiwach w Ottawie i Toronto. Pamiętniki wydane stanowią nie tylko poszerzenie naszej wiedzy 
o emigracji, ale są fascynującą lekturą i świadectwem naszego pobytu na ziemi kanadyjskiej. 


Na podstawie lektury tych pamiętników nasuwa się m.in. wniosek o braku ciągłości fal emi- 
gracyjnych. Ostatnia fala z lat osiemdziesiątych dla przykładu, różni się zasadniczo od poprzednich 
w układzie społecznym oraz młodym wiekiem przybyłych. Ludzie ci Polskę opuścili dobrowolnie, 
mają dobre wykształcenie, cenione nieraz zawody, pochodzą oni głównie z miast. 
Pisząc o swoim wielkim przyjacielu, entuzjastycznym działaczu społecznym, inż. Wojciechu 
Krajewskim, Heydenkorn określił, moim zdaniem, częściowo siebie, mówiąc: 
Nie głosił haseł politycznych, usuwał na bok tarcia organizacyjne w imię wychowania 
młodzieży, zatrzymania jej w Polonii. Dlatego zwalczał skrajności, tępił ostrości, wzywał 
do wzajemnej tolerancji, do uznania ewentualnych różnic, które bynajmniej nie znaczą 
wrogości. Z tą gałązką oliwną zjawiał się na zjazdach, posiedzeniach, ale z trudem i rzad- 
ko odnosił sukcesy. 
Heydenkorn połączył historię Polonii przedwojennej i powojennej, ukazał kanadyjskim go- 
spodarzom bogatą jej aktywność, dojrzałość aspiracji organizacji polonijnych i szeroki wachlarz 
ich zainteresowań i kompetencji. Pasował Polonię na pełnoprawnego członka kanadyjskiej rodziny. 
Zastawszy Polonię zróżnicowaną, ale zasadniczo mało widoczną jeśli wręcz nie anonimową, zo- 
stawił ją zbadaną, opisaną i przedstawioną Kanadyjczykom w oficjalnych językach. Stworzył, 
względnie przyczynił się do powstania pokaźnej biblioteczki rzetelnych dzieł dających dobre wy- 
obrażenie o polskiej społeczności. Na tych podwalinach może śmiało budować kolejna fala imi- 
grantów z Polski. 
Heydenkorn nie lubił udzielać wywiadów. Tłumaczył mi kiedyś: 
Nie mam "melodii" do wywiadów, nigdy nie miałem i dlatego z zasady nie udzielałem. 
Nie umiem też mówić o sobie, bardzo nawet nie lubię. Nie odpowiadałem na ankiety, 
kwestionariusze itp. Nie wiem, czy to wstyd a raczej bardzo daleko posunięta "intym- 
ność", "prywatność". Jak daleko sięga moja pamięć wstydziłem się rozbierać, obnażać, 
krępowało mnie gdy inni to robili w mojej obecności. Myślę iż są sprawy, przeżycia, my- 


244
>>>
śli, które winny pozostać tylko i wyłącznie u jednostki. Są osobistą tajemnicą i bynajm- 
niej to nie muszą być zagadnienia ważne, bardzo istotne, - oczywiście te również - ale 
jakieś specjalnie intymne. 
Miał kilka ofert, by napisać pamiętnik. Zachęcali go przyjaciele ale nie zdecydował się na 
żadną argumentując, że o samym "Związkowcu", o politykach, interesujących ludziach mogą pisać 
ci, którzy mają ścisłe notatki. Wtedy mogą wskrzesić przeszłość. Bo po czasie wiele rzeczy się 
miesza, wiele się zapomina. Ludzie piszący wspomnienia bez autentycznego podkładu albo zmy- 
ślają albo mieszają. Najczęściej piszą bajki, aby siebie wybielić a innych przy okazji pogrążyć. 
Heydenkorn pisał dużo, często tekstów swoich nie sygnował, żadnych manuskryptów nie 
przechowywał i nie zbierał odbitek swoich prac. Kiedy poszedł na emeryturę, nie mógł wracać do 
dawnych prac i nie podejmował prób rekonstrukcji przeszłości nie posiadając zapisów czy dzienni- 
ka. Szkoda to wielka i on sam bolał nad tą sytuacją widząc, że wiele artykułów przepadło bezpow- 
rotnie. Bo nawet do recenzji, a pisał ich bardzo dużo, robil sobie notatki i rzadko tylko ograniczał 
się do jednej lektury omawianej książki. Żałował tego, czego nie zdążył dokonać, nie skończył 
monografii "Gazety Katolickiej", której znaczący drukowany fragment pokazuje doskonale udo- 
kumentowaną pracę. 
Aczkolwiek nigdy nie pisał wierszy, poezję lubil i poważał. Przywiązywał do niej wielką wa- 
gę, lecz miał swoje predylekcje. Czytał chętnie dzieła obojga Noblistów, ale wolał silę wewnętrzną 
poezji Zbigniewa Herberta. Często kręcil głową nad wierszami znajdowanymi ostatnimi laty 
w "Kulturze". Wydawały mu się wprost okropne, nie na poziomie. "Po co pisane, dla kogo pisane 
i co one mają reprezentować", biadał. Był pod urokiem poezji]. Kasprowicza i L. Staffa. Nad 
wierszami tego ostatniego potrafił się rozczulić. Nie będąc miłośnikiem modnej w czasie wojny 
i po wojnie poezji żołnierskiej, gorliwie ją jednak propagował. Nie podzielał entuzjazmu dla tema- 
tyki Sienkiewicza lecz ceniłjego niezrównany dar i talent, mistrzowską umiejętność przekazywania 
aury, ducha polskości. Stawiał go pod tym względem wyżej od najlepszych, od ks. P. Skargi i St. 
Wyspiańskiego. O Norwidzie miał zdanie, że ten poeta ma wiersze bardzo piękne i takie jakby 
złamane w sobie, ze skazą, niewydarzone, szlachetne eksperymenty, które nie wyszły. Dopiero 
wnuki miały je zrozumieć, a tu już prawnuki też mają trudności z tymi tekstami. Niemniej był 
w Norwidzie zakochany za jego totalny indywidualizm, za jego niezależność i samotność. Nie 
poważał natomiast poezji Przybosia. Lubił Łobodowskiego jako poetę, ale prozę jego cenił mniej. 
Innąjego twórczość nazywał połajanką niewybredną stylem i językiem komunistycznej hałastry. 
Łobodowski "Problematykę ukraińską, stosunki polsko-ukraińskie omawiał namiętnie, z pasją. 
Nieraz miłość i obrona Ukrainy nasycona była niesprawiedliwością wobec Polski - 
w najszerszym tego słowa znaczeniu". 
Choć niepokaźnego wzrostu był człowiekiem nietuzinkowego formatu, dziennikarzem z cha- 
rakterem. Bystry, niezwykle oczytany, obdarzony doskonałą pamięcią był osobą odważną i często 
upartą choć właściwie miękką i łagodną. Nie znosił bufonów i hochsztaplerów, których na emigra- 
cji nigdy nie brakuje. Był twardym orzechem do zgryzienia przez swoją niezależność, skromność, 
pracowitość, sumienność i lojalność. To był człowiek bezinteresowny i nie do kupienia. 
Pamiętam jak jakaś pani z Ottawy nadesłała mu komunikat z prośbą o ogłoszenie w "Związ- 
kowcu", piśmie, jak chwaliła, poczytnym i znakomitym. List przyszedł na adres od lat już nieaktu- 
alny. Heydenkorn pokwitował przesyłkę lapidarnym "Łże!" i wrzucił do wielkiego kosza stojącego 
w redakcji. Będąc profesjonalistą, nie pozwalał sobą pomiatać dyrekcjom prasowym, zdobywając 
sobie rozgłos i prestiż. Był ozdobą swojej funkcji, która za jego czasów, choć liche dawała wyna- 
grodzenie, przynosiła prestiż i ludzką wdzięczność za załatwianie wielu spraw czytelników, którzy 
z całym zaufaniem wtedy zwracali się po radę do redaktora w najrozmaitszych sytuacjach, jako do 
człowieka z autorytetem i wpływem. 
Nienawidząc fuszerki, bylejakości i łatwizny, bardzo wysoko cenił społeczników i sumiennych 
fachowców. Rudolfa Koglera nazwał bardzo dobrym, uczciwym statystykiem, który opracowywał 
sprawozdania dla rządu federalnego. Kogler był ofiarnym bezinteresownym pracownikiem. Jako 
rzetelny statystyk sprzeciwiał się nieprawdziwym, z chybionego patriotyzmu nadymanym liczbom, 
w których się lubujemy, a także kwestionował uważanie za Polaków emigrantów w trzecim poko- 
leniu. Powtarzał, że liczy się rzeczywistość a nie chciejstwo. Solidaryzował się też z poglądami 
Koglera wyłuszczonymi w wywiadzie tego ostatniego z Aleksandrą Ziółkowską w 1991 roku: 


245
>>>
Kongres oraz organizacje członkowskie nie powinny wtrącać się do działalności politycz- 
nej w Polsce w jakiejkolwiek formie. Uważam, że działalność taka jest przywilejem lub 
obowiązkiem tych, którzy w Polsce mieszkają, bo oni będą ponosić odpowiedzialność 
i skutki ich poczynań politycznych. My, mieszkańcy Kanady, nie mamy moralnego prawa 
ingerować w polityczne spory i przetargi polityczne w Polsce, ponieważ nie będziemy 
ponosić żadnych konsekwencji z tej ingerencji wynikających. Żyjąc poza Polską jesteśmy 
skazani na rolę życzliwych obserwatorów życia politycznego w Polsce, i nic więcej. 
Wielkim respektem darzył Stanisława Zybałę, posiada on ".. . ogromne poczucie humoru i po- 
zbawiony jest nadętej, koturnowej powagi; błyskotliwy, mistrzowsko operuje docinkami w dysku- 
sjach; trzeźwy w ocenach nie daje się uwieść efekciarskim pozorom, ale stara się dotrzeć do sedna 
rzeczy... " 
Bolał nad stratami naszej społeczności: "Jestem bardzo przygnębiony. Wczoraj przed połu- 
dniem zmarł na udar serca Tadeusz Glista a wiesz jak byliśmy bliscy... Straciłem serdecznego 
i dobrego przyjaciela a myślę iż Polonia jednego z najwybitniejszych działaczy pokolenia tutaj 
urodzonego" pisał w liście. 
Będąc osobą suwerenną, nie pozwalającą, by nim rządzono, stał się celem częstych napaści 
i nagonek, które przyjmował z wyrozumiałością doświadczonego człowieka. Nie skarżył się, choć 
nieraz potrafił w prywatnych listach takie ataki nazwać po imieniu: "Jak długo mam czyste sumie- 
nie nie przejmuję się najohydniejszymi oszczerstwami [...] Wiedziałem, iż... jest świnia i chyba 
również nienormalny. Dyszy ponadto - jak niektórzy mu podobni - nienawiścią do wszystkich, 
którym coś zazdrości. . ." 
Kiedy sam stałem się przedmiotem insynuacji, pocieszał mnie, bym nie oczekiwał niczego in- 
nego ".. jak kamieni, kubłów obrzydliwości itp. Swoje jednak trzeba robić. Całe życie byłem bity 
i kopany, ale nie potrafili mnie ani zgnoić ani zgnębić. Byłem i zostałem nonkonformistą. Miałem 
najsilniejsze oparcie w żonie". Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Pani Anna znakomicie potra- 
fiła zabezpieczyć Bumkowi byt i umożliwić godziwe życie intelektualisty i społecznika na emigra- 
cji. Ich ponad pięćdziesięcioletnie szczęśliwe pożycie małżeńskie dały Bumkowi podstawy mate- 
rialne i psychiczne, na których mógł rozwinąć swoje talenty dziennikarskie i społeczno-kulturalne. 
Żona dała mu skromny ale śliczny i komfortowy dom, pełen obrazów i rzeźb emigracyjnych arty- 
stów, dom, odwiedzany chętnie przez przyjaciół z bliska i daleka, łącznie z całą generalicją "Tygo- 
dnika Powszechnego" i KUL-u włącznie. W bogatej bibliotece można było znaleźć książki dedy- 
kowane mu przez wybitnych pisarzy. Ze ścian spoglądała skupiona twarz ukochanego Komendan- 
ta. Nie była to z pewnością tylko dekoracja czy pamiątka. 
Do końca interesowała go prasa polonijna, czytał i komentował ją. Oglądając meandry 
"Związkowca" zauważał jego brak stateczności, ustawiczne zmiany redaktorów. Mawiał, że każdy 
numer jest inny. Z doświadczenia wiedział, że gazeta jest czymś nietrwałym, dziś się ją czyta 
ajutro wyrzuca. Dlatego nie rozumiał drukowania artykułów w częściach, uważał, że wszystko 
musi się mieścić w tym samym numerze. Nie widział sensu dawania powieści w odcinkach. Kie- 
dyś, owszem, wycinano je i zbierano, bo trudno było o książki. Ale dziś? Dziwował się ogłaszaniu 
tasiemcowych listów do redakcji. Przeciwny był używaniu ordynarnego języka w prasie. Mawiał, 
że to dziedzictwo komunistów, którzy dziś poszli w podziemie, ale chamstwo pozostało na wierz- 
chu. W piśmie szukał artykułu wstępnego. Badał, czy redaktor jest za czymś czy przeciwko cze- 
muś. Nie poważał ludzi bez twarzy. Śmiał się z buńczucznych zapowiedzi i bombastycznych ocze- 
kiwań, kiedy rzeczywistość pokazywała, że autorzy nie cieszą się żadnym autorytetem i poparciem, 
a ich zamiary i wyobrażenia przerastały ich możliwości. Liczyła się u niego rzeczywistość a nie 
mrzonki, wspomnienia i chciejstwo. 
Kiwał dobrodusznie głową nad hałaśliwą autoreklamą wątpliwych emigracyjnych notabli 
o nadętych życiorysach i przemilczanych potknięciach, ludzi, którzy z palca wyssali tytuły 
i pozycje, bajali o niesprawdzonych dokonaniach, którzy ośmieszali się w chorobliwym pragnieniu, 
by zaimponować naiwnym. Rozpoznawał nagle nawróconych, lawirujących na emigracji aparat- 
czyków. Może dlatego sam stronił od tej fałszywej reklamy nacechowanej zazwyczaj proliferacją 
fotografii mającą zatuszować brak substancji, od promowania siebie za wszelką cenę. Uważał to za 
brak dojrzałości. Nie znosił karierowiczów, cwaniactwa, i zawiści. Nie był łasy na pieniądze ani na 
zaszczyty i odznaczenia. Bawiły go owcze pędy do orderów i wyróżnień. Na ludziach znał się 
znakomicie i wiedział, że nie tak wielu było zasłużonych w tej galerii przepychanek lansowanej 


246
>>>
przez różnych szalbierzy. Raczej z zażenowaniem mówil o tym, że dostał Złotą Odznakę Kongresu 
Polonii Kanadyjskiej oraz order Polonia Restituta od ostatniego Prezydenta Rządu Emigracyjnego. 
Popierał dobrą robotę. Zachęcał bez końca, inspirował, nakłaniał do wysilku, doradzał, pod- 
suwał materiały, polecał lekturę. Imponowali mu ludzie czynu bez rozgłosu osiągający cel swój, 
ofiarni, nacechowani młodzieńczym optymizmem, radzący, jak najlepiej służyć wszystkim. Do 
nich zaliczał m.in. ks. St. Puchniaka, ks. ]. Smitha, ks. ]. Capigę, inż. Z. Przygodę. 
Heydenkorn nigdy nie miał samochodu, zapewniał mnie też, że również nigdy nie posiadał 
konta bankowego. Bawilo go moje zaaferowanie kanadyjską przyrodą i na mój entuzjastyczny list 
sprzed laty, odpowiedział spokojnie: 
Nie wybieram się do lasu ani nad jezioro. Nie znoszę komarów, nie uprawiam żadnych 
sportów. Kocham muzykę, lubię dobre koniaki, piękne kobiety, wesołe dzieci, rozmowy 
z milymi ludźmi. Bardzo konserwatywne i staroświeckie zamilowania, prawda? No, trud- 
no, już chyba nie zmienię się. 
Heydenkorn pasjonował się muzyką klasyczną i operą. Jak długo mógł, chodzil na koncerty. 
Doczekał się nie lada pochwały, bo w egzemplarzu książki Stefana Kisielewskiego Gwiazdozbiór 
muzyczny znalazłem następującą dedykację: "Bumkowi Heydenkornowi jedynemu prawdziwemu 
milośnikowi muzyki jakiego znam. Stefan Kisielewski. Toronto 17 XI 73". 
Straciliśmy pilnego pracownika na polu polonijnej samowiedzy w Kanadzie i niestrudzonego 
animatora życia kulturalnego. Odszedł kolejny reprezentant ideowej emigracji żołnierskiej. Zamilkł 
jeszcze jeden z pocztu wspaniałych. 


Florian Śmieja (Kanada)
>>>
STARSZY PAN Z ST. ANDREWS CZYLI 


STANISŁAW KOTWICZ (1896-1976) 


Niebieska kartko-koperta zaadresowana: W.P. Kotwicz, 2331 Observatory Ave. Hollywood 
Cal. USA. Na górze kartki nadruk: WIADOMOŚCI, Tygodnik, 67, Great Russel Street, London, 
W.C.I. Tel. CHAncery 3644. 
3.8.64. 
Drogi Panie. Fraszki dobre i gdyby były wymierzone przeciw" Wiadomościom", wydru- 
kowałbym je bez wahania. Ale w tej sytuacji wynikłyby kwasy, których unikam, dopatrzo- 
no by się ataku na "konkurencję". Może miałby Drogi Pan więcej takich jak o "Marii Stu- 
art"? Dłoń ściskam serdecznie. Przypominam sobie, że umieściłem kiedyś na emigracji 
niewinne pastiches na styl współpracowników. Nie było takiego, który by się nie obraził. 


[Mieczysław Grydzewski]. Podpis nie czy teIny. 
Adresat fraszek miał więcej. Pisał je przez ponad trzydzieści lat. Drukował rzadko. Częściej 
czytał publicznie, na wieczorach literackich, jakich wiele było na emigracji w Wielkiej Brytanii, 
Paryżu, Los Angeles. Po jego śmierci, Wanda Stabrowska (wierna towarzyszka życia) wydała je 
w obszernym tomie Fraszki i wiersze (Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn 1977). Tom ma nastę- 
pujące rozdziały: Szkocja 1940-1942; Anglia 1942-1946; Paryż 1947-1951 i 1959-1962; Los 
Angeles 1962-1976. Trudno dziś ustalić (a może jest to możliwe na podstawie archiwum kore- 
spondencji redakcji "Wiadomości"?), o które fraszki mogliby się obrazić współpracownicy zasłu- 
żonego tygodnika. Bohaterami wielu byli pisarze (Hemar, Zbyszewski, Stefania Kossowska), 
politycy emigracyjni (raczej nie wymienieni z nazwiska) i obcy: Chruszczow, Beria, de Gaulle. 
I sam Grydzewski (np.: "Wszystko w koło się obrzydza! Lecz się nie obrzydzi Grydza"). Wymie- 
niona przez nadawcę listu fraszka ma tytuł "Przedstawienie" - "Przewrócili się razem, chociaż 
każde sobie: Maria Stuart na scenie, a Słowacki w grobie". 
Inne, dotyczące tego samego tematu (artystów, teatru), które warto przypomnieć to m.in.: 
"Skarga dyrektora teatru" - "Na dramat nie chce się iść nikomu. Szkoda fatygi. Każdy ma 
w domu."; "Okradziona śpiewaczka" - "Okradli śpiewaczkę. Sopran jej zabrali. Nic nie zauwa- 
żyła. Wydziera się dalej."; "Ref-Renowie" - "Udało się tylko Felkowi i Ninie. Zarabiać 
w Ameryce, a mieszkać w Londynie."; "O jednej artystce" - "Wszechstronna. W teatrze wszystko 
sama zrobi. Zagra. Wystawi. I sztukę przerobi. Powie. Zaśpiewa. Recenzję wyprosi. Czemuż, ach 
czemuż scena jej nie znosi?" Dosyć, choć chętnie przedrukowałabym całą książkę wspaniale zre- 
dagowaną przez Wandę Stabrowską, która we wstępie napisała m.in., że był Kotwicz nie tylko 
autorem licznych artykułów, felietonów, fraszek i sztuk, ale napisał także "kilkanaście prawdziwie 
pięknych wierszy sentymentalnych, jak zwykle oszczędnych w słowa, głębokich w uczuciach. 
Pisał, myślał i żył jak poeta". Mało wiadomo o jego życiu do chwili wybuchu wojny. "Bardzo nie 
lubił mówić o sobie i swoich zasługach." Niestety nie pisał wspomnień, chociaż notował dużo 
z bieżącego życia. Odnalazłam wiele cennych informacji o innych w jego zapiskach, które prowa- 
dziłjuż w Kalifornii. Był serdecznym i troskliwym przyjacielem i towarzyszem ostatnich lat życia 
Konrada Toma (1887-1957), który od 1952 mieszkał w Los Angeles. Dzięki Kotwiczowi pozna- 
łam warunki (ciężkie!) życia i okoliczności śmierci wybitnego artysty teatru i filmu przedwojenne- 
go. Okres powojenny - to nieustająca walka z biedą, upokorzeniem, osamotnieniem, bezwzględ- 
nością emigracyjnej egzystencji niemłodego już człowieka. Pod datą 9 VIII 1957, Kotwicz 
zanotował: 


Konrad Tom umarł. Byłem u niego w przeddzień śmierci. Wyglądał źle, ale był oży- 
wiony, rozmowny. To był rak, ale tajemnica była dobrze zachowana. Wcale nie zdawał 


248
>>>
sobie sprawy ze swego stanu. Pogrzeb był na żydowskim cmentarzu, "postępowym", da- 
leko aż koło lotniska. [Cmentarz Hillside Memorial Park, w połowie drogi między Holly- 
wood a Santa Monica - AM.] Cała historia była z tym pogrzebem, i to dość smutna, ale 
skończyło się na tym, że dzięki gwałtownej interwencji Krystyny Dubrawskiej pochowa- 
no go w oddzielnym grobie, a nie wspólnym - dla biedoty. Na domiar wszystkiego on 
był katolikiem, ale podobno chciał leżeć na cmentarzu żydowskim. Nie bardzo w to wie- 
rzę. Cmentarz, jak wszystkie cmentarze tutaj, nie przypomina niczym cmentarza. Wyglą- 
da, jak wielkie pole golfowe. Zielony, wypielęgnowany, a nieboszczycy jak zagubione 
pilki pochowani są do dziurek. Czasem jakaś płytka z krótkim napisem, czasem flakon 
z kwiatkiem. Króluje tam wielki marmurowy sarkofag Al. Jonsona, żyda, który umalowa- 
ny na murzyna śpiewał targające wówczas serca, piosenki np. "Sunny boy". Był to pierw- 
szy film dźwiękowy w kinie Galerii Luxenburga, jaki Warszawa widziała. Było bardzo 
mało osób na pogrzebie. W kaplicy mówil jakiś młody rabin po angielsku, który Toma 
wcale nie znał, i mówil źle. Żal mi bardzo Konrada, męczył się tutaj. Nie miał właściwie 
ani jednej jasnej chwili. Ciągle pisał scenariusze filmowe, telewizyjne. Nikt ich nie chciał 
nawet czytać. Tym bardziej kupować. 
Kim był autor tych notatek? On sam napisał kiedyś we wspomnieniu pośmiertnym o przyja- 
cielu: 


To niedobrze, że tylu odchodzących od nas żegnamy milczeniem. Każdemu należy 
się wspomnienie, choćby najkrótsze. Żyli przecież wśród nas. [...] Tworzyli z nami spo- 
łeczność wychodźczą, byli towarzyszami wygnania. Groby osuną się, zapadną, napisy 
zatrą, któż tam kiedy wszystkie te nazwiska odczyta? Jednak pisma wychodzące prze- 
trwają, nawet gdy zakurzone ich stosy leżeć będą w piwnicach bibliotek. Ktoś kiedyś je 
odnajdzie, jakiś badacz, historyk. Choćby miało to stać się za sto lat. Będzie nie tylko 
szukał walk, poglądów, dążeń, prądów nurtujących nasze pokolenie. Będzie szukał i ludzi. 
Niechże dowie się więc, że żył wśród nas... 
Stanisław Klemens Pężko (Kotwicz to pseudonim) urodził się 16 października 1896 roku 
w Warszawie, z ojca Jana i matki Kazimiery Marianny Stanisławy z Kalickich. "Ochrzczony 
w parafii tutejszej 29 listopada 1896" - jak informuje metryka wydana przez rzymsko-katolicką 
parafię Wszystkich Świętych w Warszawie, przy Placu Grzybowskim 3/5. 
Ukończył gimnazjum Rontallera i studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Był 
ochotnikiem wojny 1920 roku, wachmistrzem l. Pułku Szwoleżerów. Pracował jako radca w Mini- 
sterstwie Spraw Wewnętrznych. Później został przeniesiony do Prezydium Rady Ministrów. Po 
wybuchu wojny, jako bliski współpracownik generała Sławoja-Składkowskiego - do zleceń spe- 
cjalnych, przekroczył granicę rumuńską i zgłosił się do formującej się Armii Polskiej we Francji. 
Najpierw przebywał w obozie szkoleniowym w Coetquidan, później znalazł się w szeregach Bry- 
gady Podhalańskiej gen. Maczka. Stamtąd powołano go do lotnictwa w charakterze oficera oświa- 
towego Dywizjonu 304. Pisał fraszki, piosenki i skecze dla teatru l. Brygady pod pseudonimem 
Starszy Pan z St. Andrews. Był ostatnim kierownikiem Lotniczej Czołówki Teatralnej w latach 
1944-1946 1 . W maju 1944 w Blackpoolu Stanisław Zięciakiewicz wyreżyserował Męża 
z grzeczności Abrahamowicza i Ruszkowskiego w adaptacji Stanisława Kotwicza. On sam przy- 
gotował dwa ostatnie widowiska w wykonaniu tego zespołu - "Hejnał krakowski" (1944) i "Ko- 
chany Jasiu!" (1946). Po zakończeniu działalności LCT (31 III 1946) pozostał na krótko w Wiel- 
kiej Brytanii, którajuż po wojnie nie była przyjazna dla ogromnej rzeszy polskich uchodźców. Jego 
samego, świadka bezgranicznej ofiarności polskich żołnierzy, lotników i marynarzy w czasie dzia- 
łań wojennych bolała lekceważąca obojętność wobec Polaków władz państwowych i społeczeństwa 
angielskiego - już po Jałcie! Na kilka lat (1947-1951) zamieszkał w Paryżu. Działał w środowi- 
sku polskich kombatantów, został prezesem Związku Polskich Dziennikarzy, pisywał do wielu 
pism emigracyjnych (m.in.: "Białego Orła", "Syreny", "Skrzydeł Lotniczych", nowojorskiego 
"Nowego Świata"). Był autorem audycji polskich radia francuskiego. Napisał w tym czasie dwie 
sztuki - C'est pour madame (która przetłumaczona na francuski i grana przez francuskich akto- 


1 Dokładna historia tego zespołu żołnierskiego została opisana w moim szkicu: Lotnicza Czolówka Te- 
atralna 1941-1946, Pamiętnik Teatralny 1998 z. 1-2 s. 138-161. 


249
>>>
rów zdobyła nagrodę na festiwalu teatralnym w Paryżu w 1951 r.) i Balzac, która niesłusznie pozo- 
stała sztuką nieznaną i zapomnianą. 
W 1949 wspólnie z Januszem Laskowskim założyli teatrzyk literacki "Latająca Kotwica"z. 
Obaj pisali teksty skeczy, piosenek i wierszy satyrycznych. Poza nimi występowali: Wanda Sta- 
browska, Alfred Cher (akompaniator), Edward Kozłowski. A okazjonalnie, przebywający gościn- 
nie w Paryżu Feliks Konarski i Nina Oleńska. 
Teatrzyk działał krótko, dał kilka programów w sali Towarzystwa Rzemieślników i Robotni- 
ków Polskich im. ]. Piłsudskiego przy 32 rue Basfroi, i w kawiarni Domu Kombatanta (przy 20 rue 
Legendre) . Ale publiczność nie zawsze dopisywała, o czym wspominał recenzent jednego z wie- 
czorów literackich, który odbył się 27 II 1949 3 . 
Te wieczory literackie czasem nawiązywały do częstej na emigracji formuły "Żywych Dzien- 
ników" (znanych także w środowisku wychodźczym na wyspach brytyjskich)4. 
Kontynuowano także tradycję akademii okolicznościowych, patriotycznych, np. z okazji 
3. Maja, w 1949 przygotowano (ten sam zespół) utwory Mickiewicza (fragment Pana Tadeusza), 
Słowackiego, Wyspiańskiego (fragment Wesela), i Mariana Hemara. 
23 października 1949 pod szyldem Organizacji Wolnych Polaków we Francji przygotowano 
uroczystość, "poświęconą upamiętnieniu polskiego wysiłku zbrojnego pod hasłem «Polska w walce 
1939-1949»", która odbyła się pod protektoratem "pana Kajetana Morawskiego, Ambasadora R.P., 
w wielkiej sali Cercie Militaire, 8 Place St.-Augustin" - jak pisano w zaproszeniu. 
Trzy razy (I -3 luty 195 I) pokazano program specjalny "Huk triumfalny!", właśnie z udziałem 
gości londyńskich - Niny Oleńskiej i Ref-Rena (F. Konarskiego). Większość tekstów "kazała 
przypominać sobie najlepsze czasy warszawskiego Qui Pro Quo". 
W latach 1952-1959 mieszkał Kotwicz w Los Angeles. Pracował w magazynie miejscowej 
biblioteki. Praca była ciężka, a on już niemłody i chory na serce. W wolnych chwilach pisał do 
prasy polonijnej (w Nowym Jorku - "Nowy Świat"). W Londynie do współpracy z "Dziennikiem 
Polskim i Dziennikiem Żołnierza" potem także z "Tygodnikiem Polskim" zaprosił go Tadeusz 
Horko. Organizował także wieczory artystyczno-literackie 5. Występowali w nich poza nim i Wan- 
dą Stabrowską także Tomasz Gliński (pianista znany z występów dla wojska polskiego i oddziałów 
angielskich w czasie wojny w Wielkiej Brytanii. Akompaniował na wieczorach literackich Mariana 
Hemara i w jego kabarecie "Szóstka" w Orle Białym) oraz Zofia Batycka znana przedwojenna 
aktorka, która występowała w wielu filmach i w teatrach w Krakowie. Ale największy chyba suk- 
ces odniósł Kotwicz jako inicjator, organizator i wykonawca czterech dużych imprez teatralnych 
w środowisku Polonii kalifornijskiej. 
Pierwsza odbyła się w 1953 z okazji przyjazdu na stałe do Los Angeles Konrada Toma. Druga, 
3 grudnia 1955 z okazji Roku Mickiewiczowskiego. Przygotował akademię, w której wzięli udział 
m.in. Krystyna Dubrawska, Maria Sznuk i Zbigniew Blichewicz (dwoje ostatnich to absolwenci 
warszawskiego PIST-u, zasłużeni aktorzy sceny emigracyjnej w Londynie). Pokazano m.in. Im- 
prowizację III części Dziadów oraz sceny z Pana Tadeusza. 
A 15 września 1957 pod egidą "Koła b. więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych" 
widowisko artystyczne w dwóch częściach (we własnym układzie i reżyserii) "Różowe okulary". 
Wystąpili m.in.: Stabrowska, Dubrawska, Jerzy Grzybowski, Nina Wilczyńska, Zbigniew Wilczyń- 
ski, Mieczysław TOll1Żyński. W obszernym sprawozdaniu dla "Nowego Świata" napisał: "wszyscy 
byli zadowoleni, aja najbardziej, bo mam spokój na jakieś dwa lata"6. 


2 Nazwa zespołu pochodziła stąd, że Kotwicz w czasie wojny służył w lotnictwie, a Laskowski w mary- 
narce wojennej. Pisano o tym w: "Syrena. Tygodnik Wolnych Polaków" 1949 nr 62. 
3 Z. M. pisał m.in.: "Kotwicz jest satyrykiem. Jego podejście do zjawisk życiowych jest pełne pogody, za- 
barwionej równocześnie dyskretną ironią". Przewidywania recenzenta, że "program ten to skromny zalążek 
przyszłego teatru polskiego, mającego pod kierownictwem Kotwicza i Laskowskiego widoki doskonałego 
rozwoju i powodzenia" - nie sprawdziły się. Polonia francuska nie podtrzymała tradycji teatralnej na skalę 
londyńską. To powojenny Londyn na kilkadziesiąt lat stał się teatralną stolicą polskiej emigracji. Cytaty pocho- 
dzą z: "Polska Wierna. Tygodnik Katolicki" 1949 nr 10. 
4 Jeden z takich wieczorów odbył się 23 XI 1949. Pisano o tym w: "Placówka. Tygodnik polityczny, spo- 
łeczny i literacki" 17 XII 1949. 
5 Wieczór odbył się 21 V 1955 w sali "Philanthropy and Civics Club" (występ artystów był honorowy, do- 
chód przeznaczono na rzecz organizacji "Samopomoc". 
6 S. Kotwicz, Hallo, tu Kalifornia, Nowy Swiat 31 X 1957. 


250
>>>
Latem 1958 nawiązuje korespondencję z Romanem Brandstaetterem, którego dramat Mllcze- 
nie wystawił w Los Angeles 12 lipca. Reżyserował i grał główną rolę. "Sztuka ta jest tragicznym 
dokumentem polskiej rzeczywistości. W niezwykle śmiały, przejmujący sposób mówi o tragedii 
człowieka w szponach totalitarnego systemu." - pisano w ulotce reklamowej. A po premierze, 
Tadeusz Zieliński na łamach "Nowego Świata" pisał: "Przedstawienie było połączonym wysiłkiem 
zawodowców i amatorów. [...] Dla wszystkich widzów było to głębokie przeżycie"7. Dla tamtejszej 
publiczności polonijnej przyzwyczajonej do określonego typu widowisk: rozrywkowe, patriotyczne 
akademie z próbami wystawiania klasyki siłami amatorskimi, była to pierwsza próba pokazania 
sztuki współczesnej, żyjącego w kraju pisarza, który okres wojny przeżył na Bliskim Wschodzie. 
W przedstawionych niżej listach pisarza do Stanisława Kotwicza czuje się poważne zaintere- 
sowanie odbiorem własnej twórczości. Gotowość podtrzymania dalszej znajomości, chęć rozsze- 
rzenia kontaktów (podanie adresu Morstina, wysyłka "Dialogu") świadczy o potrzebie wymiany 
doświadczeń i wzajemnego poznania, którego odległość i sytuacja polityczna nie ułatwiały. 
Niestety zachowały się tylko trzy listy pisarza do poety, reżysera jego sztuki. Może było ich 
więcej, ale podczas wędrownego jednak życia emigranta, mogły zostać zagubione. 
W roku 1960 Kotwicz pojechał znowu do Paryża. Poczym wrócił do Kalifornii w 1962. 
Mieszkał w samym Hollywood z Wandą Stabrowską, która otoczyła go naj czulszą opieką w trud- 
nych latach choroby. Dedykował jej jeden z najpiękniejszych lirycznych wierszy: 
Nie szukaj mojej młodości 
W żadnej z pożółkłych kart! 
Tyś była moją młodością, 
Jak słońce, jak deszcz, jak wiatr... 


W cokolwiek się obrócę - 
W jaką zapadnę stronę, 
Znajdą mnie oczy wierne, 
Serce nienasycone... 
Dlaczego się zainteresowałam Stanisławem Kotwiczem? W 1995 byłam w Los Angeles go- 
ściem Wandy Stabrowskiej, ostatniej aktorki, która występowała w LCT w czasie wojny. Miesz- 
kałam w pokoju Stanisława Kotwicza. Siedziałam przy jego biurku. Oglądałam jego notatki, kore- 
spondencję, albumy z wycinkami własnych artykułów (niestety nie opisanymi!). Byłam na jego 
grobie. Żyłam wśród jego mebli i przedmiotów osobistych, obrazów, własnych portretów (był 
bardzo dobrym modelem właśnie Wandy Stabrowskiej). Po przejrzeniu tego wszystkiego, zrozu- 
miałam, że mam szczęście poznać (niestety nie osobiście) arcyciekawą osobowość artystyczną. 
Pisał dużo i na wiele tematów. Od kroniki towarzyskiej, kulturalnej (cykl "Hallo, tu Kalifor- 
nia!"), wydarzeń pozornie błahych (bale, wybory miss, "obiady żołnierskie", "obiady literackie") 
do poważnych dotyczących przyszłości życia polskiej emigracji na obczyźnie, w krajach osiedle- 
nia. O szkołach polskich, kościołach, w których (dzięki obszernym salom parafialnym) zawsze 
koncentrowało się życie towarzyskie i kulturalno-patriotyczne. Pisał o dramatach codzienności 
zwykłych emigrantów i tragediach, które dotknęły wybitnych przedstawicieli świata kultury, teatru: 
śmierć Konrada Toma (1957), okoliczności śmierci Leny Żelichowskiej (1958). Pisał językiem 
barwnym, który mimo oddalenia od kraju ewoluował (co nie było i nie jest częstym zjawiskiem na 
emigracji, nawet wśród piszących!). 
Jego dowcip, kultura literacka, poczucie humoru zainspirowały go do założenia "prywatnego 
muzeum okropności". Były to wycinane z prasy polonijnej ewidentne bzdury, głupstwa tak śmiesz- 
ne, że mogły stanowić inspirację twórczą. Czasem (nie zawsze!) opatrywał te cytaty własnym ko- 
mentarzem. Warto chyba przytoczyć kilka przykładów jego "eksponatów", aby pokazać problem 
wyjaławiania się języka w warunkach emigracyjnych. W wielu środowiskach zatracona została 
wrażliwość piszących na treść i formę własnych wypowiedzi. Wielu redaktorów przepuszczało ta- 
kie "eksponaty" nie widząc w nich niczego złego. I to najbardziej irytowało i śmieszyło Kotwicza. 
W zapowiedzi programu patriotycznego reklamowano: "Hymny narodowe odśpiewa pani Ko- 
gut". Z pochlebnej recenzji przedstawienia, w którym występowała Lidia Próchnicka (1919-1994), 


7 T. Zieliński, Milczenie, Nowy Świat 4 VIII 1958. 


251
>>>
aktorka nazywana "drugą Modrzejewską" - "Próchnicka nie łże ani przez sekundę". Reklama 
kursu tańca: "Lekcje tańca prowadzi oficer z Oświęcimia". Życzenia świąteczne - "Wesołego 
Alleluja - życzy Dom Pogrzebowy". 
Miał Stanisław Kotwicz ogromną pasję dokumentalisty. Przepiękną, oprawioną w czerwoną 
skórę księgę LCT prowadził systematycznie od chwili gdy został jej kierownikiem do ostatniego 
występu. Przekazał ją po latach do Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. 
Wspomniałam, że jego obie sztuki nie były wystawione w emigracyjnym (ani tym bardziej 
krajowym) teatrze. Są napisane jakby specjalnie dla radia. I mam nadzieję, że Teatr Polskiego 
Radia kiedyś je wydobędzie z mroków niepamięci. C'est pour madame - jest sztuką autobiogra- 
ficzną, której akcja rozgrywa się w skromnym środowisku Polonii francuskiej. Ilustruje warunki 
życia i poczucia beznadziei tych ludzi w tamtym czasie (koniec lat 40.). Francuska prapremiera 
odbyła się 13 czerwca 1951 w Paryżu. Polskich bohaterów grali: Claude Luguet i Lucien Plaissy. 
Reżyserował Bronisław Horowicz. 
Balzac - trzyaktowa sztuka, której akcja dzieje się w latach 1842-1850 w domu Balzaca "Les 
Jardies", w St Petersburgu i w Paryżu. Wśród aż dwudziestu czterech postaci występują m.in.: 
Matka Balzaca, Wiktor Hugo, Franciszek Liszt, Adam Rzewuski, Karol Hański, Ewelina Hańska. 
"Stanisław Kotwicz zakończył życie w Los Angeles 18 sierpnia 1976 roku - został pochowa- 
ny na cmentarzu Holly Cross. Żyje jednak w swych utworach" napisała na zakończenie wstępu do 
tomu wierszy i fraszek Wanda Stabrowska. Mam nadzieję, że ożyje także dzięki temu przypomnie- 
niu. I listom, które dokładnie 40 lat temu napisał do niego Roman Brandstaetter. 


Anna Mieszkowska (Warszawa) 


l. 


Zakopane 6 VIII 1958 


Szanowny Panie, przed kilkoma dniami wróciłem z kuracji z Karlowych Varów i zastałem 
w domu dwa Pańskie listy, za które serdecznie dziękuję. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość o su- 
kcesie mojej sztuki. Gorąco ściskam Pana i najserdeczniej dziękuję za Państwa wkład artystyczny. 
Bardzo proszę o wyrażenie w moim imieniu podziękowania wszystkim wykonawcom, a specjalnie 
Pani Wandzie Stabrowskiej. Może pana zainteresuje wiadomość, że Wojtecki' w Londynie zamie- 
rza również tę sztukę wystawić. Wczoraj podałem telefonicznie Morstinowi Pański adres. Wkrótce 
prześle panu Przygodę florencką. Adres Ludwika Morstina: Zakopane, ul. Kasprusie, Willa "Kozi- 
ca". Za dwa tygodnie otrzyma Pan ode mnie nowy wybór moich dramatów, które wkrótce ukażą 
się w osobnym tomie. Wydaje mi się, że znajdzie Pan tam inne sztuki, które może Drogiego Pana 
zainteresują: Upadek kamiennego domu (trzyosobowa sztuka z dużą rolą Matki, którą grała 
w Krakowie Maria Malicka) i Dramat księżycowy (sześcioosobowa, również kameralna sztuka). 
Postaram się przesłać Panu mój poprzedni wybór dramatów, który ukazał się w 1954 roku, ale tom 
jest zupełnie wyczerpany, więc muszę go po księgarniach szukać. No i poślę także mój Powrót 
syna marnotrawnego - dramat o Rembrandtcie. Sztuka ta miała w roku 1947 bardzo duże powo- 
dzenie w Teatrze Słowackiego w Krakowie, ale występuje w niej - niestety - trzydzieści osób. 
Znowu czekam na kilka słów od Pana i na wycinki recenzji. Całych gazet proszę nie przysy- 
łać. Tvlko wycinki. Serdecznie Pana pozdrawiam i dłoń ściskam. 


Roman Brandstaetter 


Rękopis. 
* Wojciech Wojtecki (właśc. Wasilewski) (1908-1964), aktor, reżyser. Zagrał główną rolę w sztuce 
Milczenie w Londynie. Premiera w reżyserii Leopolda Kielanowskiego 24 IV 1959 w Teatrze Aktora (Wojcie- 
cha Wojteckiego), scen. Tadeusz Orłowi cz. 


252
>>>
2. 


Zakopane 20 grudnia 1958 


Wschodnia 17 


Drogi Panie, 
bardzo dziękuję za list. Dziś otrzymałem kilka recenzji o Pańskim świetnym przedstawieniu Mil- 
czenia. Recenzję przesłał mój znajomy z Londynu. Ale skąd, na litość Boga, wziął recenzent 
z "Samopomocy" wiadomość, że Milczeniejest moim debiutem literackim? I że jestem historykiem 
sztuki? Ale mniejsza z tym. Cieszę się bardzo, że tak świetnie wyreżyserował Pan moją sztukę i że 
tak doskonale grał Pan rolę Poniłowskiego. To wielka satysfakcja dla autora. 
Milczenie ma w tej chwili olbrzymie powodzenie w Wiedniu, Oberhausen i Amsterdamie. 
Otrzymałem stamtąd gruby plik entuzjastycznych recenzji. Otrzymałem również wiele propozycji 
z Broadwayu. Załatwiaje mój wiedeński wydawca. 
Równocześnie piszę do Pani Stabrowskiej. 
Czy otrzymał Pan moje książki, które jeszcze przed kilkoma tygodniami wysłałem na Pański 
adres do Los Angeles? 
Bardzo proszę o łaskawe potwierdzenie odbioru. Dobrze? 
Gdy piszę do Pana ten list, wieje w Zakopanem piekielny halny wiatr. Cała chałupa trzęsie się, 
huragan hula po dachu, śniegu ani śladu. Barbara była "po lodzie", będziemy mieli Boże Narodze- 
nie "po wodzie". Życzę Drogiemu Panu Wesołych Swiąt i Szczęśliwego i Dobrego Nowego Roku. 
Łamię się z Panem polskim opłatkiem. 
Serdecznie Pana pozdrawiam i dłoń ściskam. Oddany 


Roman Brandstaetter 


Maszynopis. 


3. 


Zakopane 25 stycznia 1959 


Wschodnia 17 


Drogi Panie, 
bardzo ucieszyłem się Pańskim listem, który otrzymałem przed kilkoma dniami. Dziękuję również 
za wiadomość o zamierzonym wystawieniu Milczenia w Chicago. Jeżeli Pani Dziewońska* nie 
posiada egzemplarza, chętnie prześlę jej wydanie książkowe tej sztuki. Nazwisko p. Dziewońskiej 
pamiętam z czasów przedwojennych. To była bardzo dobra aktorka. Nie wiedziałem, że przebywa 
obecnie w Chicago. Wojna ludzi rozsypała po całym świecie, i od czasu do czasu wypływa nazwi- 
sko człowieka, o którego istnieniu już się dawno zapomniało. To jest bolesne zjawisko. Na Boże 
Narodzenie otrzymałem życzenia świąteczne od jakiegoś pana z Londynu. W pierwszej chwili nie 
mogłem zorientować się kim ten pan jest. Potem przypomniałem sobie: kolega szkolny, którego już 
dwadzieścia kilka lat nie widziałem. 3 lutego jest premiera Milczenia w Paryżu, w Theatre de Terte. 
Reżyseruje i gra główną rolę Jacques Chavert, młody, ale szalenie zdolny aktor i reżyser. Otrzy- 
małem przed kilkoma dniami afisz. Jest rzeczą znamienną, że w tej sztuce każdorazowy wykonaw- 
ca roli Poniłowskiego jest równocześnie reżyserem sztuki. Tak było w Los Angeles, Wiedniu, 
w kilku teatrach w Niemczech Zachodnich, a teraz w Paryżu, i za kilka tygodni na Broadwayu 
w Nowym Jorku. Pisze mi bowiem właśnie mój wydawca wiedeński, że podpisał umowę na wy- 
stawienie sztuki na Broadwayu. 
Bardzo się ucieszę, gdy mi Pan znowu kilka słów napisze o sobie, co Pan obecnie robi, nad 
czym Pan obecnie pracuje. Może są Panu potrzebne jakieś sztuki polskie, jakieś książki polskie, 


253
>>>
bardzo proszę o wiadomość, a chętnie prześlę je Panu. Czy otrzymuje Pan miesięcznik teatralny 
"Dialog"? To jest najlepsze pismo periodyczne w Polsce, świetnie redagowane przez Tarna, który 
wprawdzie nie jest zbyt dobrym dramatopisarzem, ale natomiast wspaniałym redaktorem, który 
postawil "Dialog" na europejskim poziomie. 
Byłbym Panu bardzo wdzięczny, gdyby zechciał Pan poprosić Panią Dziewońską, by mi kilka 
słów łaskawie napisała. Jestem ciekaw, jaka będzie w Chicago obsada itd., itd. 
Polskie spektakle zawsze - jak to się zwykło mówić - leżą mi na sercu. 
Bardzo panu za tę grzeczność dziękuję. 
Tymczasem tyle. Przepraszam za niechlujną pisaninę na maszynie. To już taki mój wrodzony 
mankament - to pisanie na maszynie, a pismo ręczne mam nieczytelne. 
Łączę wiele serdecznych pozdrowień i uścisk dłoni. 


Roman Brandstaetter 


Maszynopis. 
* Elżbieta Dziewońska (1903-1977), aktorka, reżyser, dyrektor teatru.
>>>
SPEŁNIONE POWOŁANIE 


REGINA KOWALEWSKA (1909-1999) 


Regina Kowalewska, z domu Orzech (2 VII 1909 Warszawa - 14 VIII 1999 Londyn), reżyser, 
dyrektor teatru - tak zaczyna się hasło w Slowniku biograficznym teatru polskiego. A ja mam 
w pamięci drobną, filigranową panią o ciepłym, serdecznym uśmiechu, która powitała mnie we 
wrześniu 1991 roku w progu swojego londyńskiego domku przy Grange Road. 
Chwilę wcześniej poznałam jej męża Janusza Kowalewskiego, dziennikarza, pisarza, który 
uprzejmie wyszedł mi na spotkanie. Nie znałam jeszcze Londynu i wszystkie spotkania w domach 
polskich artystów rozrzuconych po całym ogromnym mieście były problemem. Czy trafię, czy 
zdążę na czas... Już w czasie rozmowy telefonicznej, gdy uzgadniałyśmy termin spotkania, usły- 
szałam: proszę się nie bać, na przystanku będzie czekał na panią mój mąż, będzie trzymał różę 
z naszego ogrodu. I tak się poznaliśmy. Spędziłam w tym domu cały dzień. Słuchałam niezwykłych 
opowieści niezwykłych ludzi. Oglądałam zdjęcia, programy, recenzje. Kim była Pani Regina 
w Londynie, dowiedziałam się z przepięknie wydanego przez Polską Fundację Kulturalną albumu 
Syrena nad Tamizą (1990). Ale interesowały mnie początki kariery pani reżyser, jej droga do Lon- 
dynu. Usłyszałam: "miałam skromne, niełatwe życie, ale szczęśliwe! Bo spełniło się moje powoła- 
nie". Tak powiedziała. "Powołanie" a nie "marzenie". 
W rodzinie była bieda. Matka umarła przedwcześnie, ojciec nie miał szczęścia do intere- 
sów. Wychowywała ją starsza siostra. [...] Od dziecka przywykła do ograniczania swoich 
potrzeb osobistych. Nie pragnęła strojów, nie używała kosmetyków. Te rzeczy mogły dla 
niej nie istnieć, zawsze jednak nosiła białe kołnierzyki, by wyglądać czysto i schludnie. 
Od dzieciństwa marzyła o teatrze. Ten świat ułudy wypełniał i zastępował wszystkie braki 
codziennego życia!. 
Już w szkole, jako uczennica gimnazjalna znalazła się pod wpływem wspaniałego pedagoga 
Lucjusza Komarnickiego, twórcy idei nowoczesnego teatru szkolnego, które opisał w kilku swoich 
pracach (Teatr szkolny, Czarodzięjstwa teatru, Historia literatury dla samouków). Profesor choro- 
wał na oczy. Przeżył depresję, po której popełnił samobójstwo. Młodziutka uczennica, zafascyno- 
wana osobowością pedagoga postanowiła kontynuować dzieło mistrza. "Służbie tej idei (nowocze- 
snego teatru dla dzieci) poświęciłam swoją działalność artystyczną, bez względu na warunki, 
w jakich przyszło mi pracować przez wszystkie lata." W 1937 jako absolwentka Uniwersytetu 
Warszawskiego (filologii polskiej), zachęcona przez kierownika wydziału reżyserskiego warszaw- 
skiego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, Leona Schillera, podjęła naukę na tym kierunku. 
Wśród szerokiego grona pedagogów jej zapał i pomysły znalazły uznanie. Rozumiano potrzebę 
istnienia odrębnego teatru dla dzieci. Nie okolicznościowych przedstawień, ale specjalnego teatru, 
którego zadaniem byłoby wywoływanie i kształtowanie wrażliwości dziecka, czuwanie nad jego 
prawidłowym rozwojem emocjonalnym, wpływanie na rozumienie treści i formy widowisk. 
W czasie dwuletnich studiów pani Regina odbyła cztery asystentury reżyserskie w stołecznych 
teatrach, m.in. Małym i Letnim. Współpracowała jako asystentka ze Zbigniewem Ziembińskim, 
Aleksandrem Zelwerowiczem, Antonim Cwojdzińskim i Leonem Schillerem. Ten ostatni popierał 
jej zainteresowania. Ale trzeci, ostatni rok nauki przerwała wojna. Tuż przed jej wybuchem wyszła 
za mąż. Rozdzieleni przez wojnę małżonkowie spotkali się dopiero w 1949 w Paryżu. Ona pięć lat 
cudem przeżyła w "głodowym stepie Kazachstanu". On, po także dramatycznych przejściach, 
przeszedł żołnierski szlak z 2. Korpusem. Odnaleźli się korespondencyjnie w 1945. Ona, po po- 
wrocie do kraju zgłosiła się w Łodzi, gdzie powstała pierwsza szkoła teatralna, do Leona Schillera. 
W 1946 wznowiła studia na wydziale reżyserskim. 


1 Z. Sikorska-Ratschka, Pani Regina, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza 1999 nr 206. 


255
>>>
Jako przedstawienie dyplomowe wyreżyserowała bajkę Samuela Marszaka Dwanaścle miesię- 
cy (prem. 7 III 1947 w Teatrze Wojska Polskiego). W tym przedstawieniu jako Kwiecień występo- 
wał młody Kazimierz Dejmek. 
Dostałam od pani Reginy fotografie z tego przedstawienia z pięknymi dekoracjami Władysła- 
wa Daszewskiego i kostiumami Olgi Siemaszkowej. W tym samym czasie (1947) asystowała Sta- 
nisławowi Daczyńskiemu przy Profe
jl pani Warren Shaw' a. 
Leon Schiller znał osobistą, rodzinną sytuację swojej studentki. Pomógł jej wyjechać z Polski. 
Dzięki jego rekomendacji otrzymała stypendium od rządu francuskiego. Wyjechała do Paryża. 
Potem był Londyn. Prawie od razu podjęła pracę (społeczną, oczywiście!) w środowisku teatral- 
nym polskiej emigracji. Współpracowała z teatrem prowadzonym przez kolegę z PIST-u, Leopolda 
Skwierczyńskiego. Wyreżyserowała dla niego Męża przeznaczenia Shaw' a (195 I), jeszcze w sali 
Orła Białego na Knightsbridge, granego także w objazdach na angielskiej prowincji, z dekoracjami 
Tadeusza Orłowicza. Dla Teatru Aktora (Wojciecha Wojteckiego), wyreżyserowała dramaturgicz- 
ny debiut Fryderyka Jarosy' ego - Okolicznoścl1agodzące (1952). Inny kolega z PIST -u, Wiesław 
Mirecki, gdy założył swój drugi emigracyjny teatrzyk Warsztat Teatralny, zaproponował pani 
Reginie wystawienie sztuki Ferdynanda Goetla Odm1odzony Mister G1l1 z Barbarą Reńską, Zyg- 
muntem Rewkowskim, Stanisławem Szpiganowiczem, Józefem Bzowskim, Beatą Ostrowską 
(1956). W tym samym roku podjęła (długo oczekiwaną!) współpracę z Teatrem ZASP-u, który 
nagrodził sztukę Edwarda Chudzyńskiego - Wodewll warszawski. W tym przedstawieniu wystą- 
pili m.in.: Maria Arczyńska, Stanisław Belski, Gwidon Borucki, Wacław Dybowski, Wacław Kra- 
jewski, Mieczysław Malicz, Roman Ratschka, Zygmunt Rewkowski, Janina Sempolińska, Stani- 
sław Zięciakiewicz. W liście do mnie pani Regina tak ten czas wspominała: "Ta ostatnia praca, 
w której mogłam poznać bohaterską walkę prawdziwych aktorów zawodowych, walczących 
w głodowych prawie warunkach o kontynuację bytu aktorskiego, pozwoliła mi zrozumieć londyń- 
ską brać aktorską, jej słabości i zalety". 
O potrzebie istnienia teatru dla dzieci i młodzieży na emigracji mówiono i pisano już od 1946!, 
od pierwszych miesięcy przyjazdu do Wielkiej Brytanii (czy najazdu jak mówią złośliwi!) zespołu 
Teatru Dramatycznego 2. Korpusu. Wśród aktywnych społecznie aktorów, zdających sobie sprawę 
z niebezpieczeństw emigracji dla najmłodszych, którzy o tym alarmowali wręcz środowiska kom- 
batanckie, polityczne, literackie byli m.in.: Leopold Kielanowski, Jadwiga Domańska, Barbara 
Reńska, Stanisław Szpiganowicz. Ale dopiero przybycie Reginy Kowalewskiej, niejako stworzonej 
do tego typu działań, zmobilizowało chętnych i życzliwych sprawie do zorganizowania "teatru bez 
teatru". Bo przez prawie wszystkie lata Quż 40!) był ten teatr bez stałego budynku, zaplecza orga- 
nizacyjno-technicznego. Książka-album o Teatrze Syrena jest nie tylko historiąjednego teatru, jest 
także dramatycznie, a pięknie ilustrowaną opowieścią o losach emigracji, tej najmłodszej. Jest 
zapisem pamięci o ludziach, którzy kształtowali tej ogromnej rzeszy dzieci i młodzieży wrażliwość 
i estetykę, kulturę słowa i muzyki, nieobojętność na to co polskie, z tej wówczas dla nich nieznanej 
Ojczyzny. 
Na 41 przedstawień przygotowanych w Teatrze Syrena, Pani Regina reżyserowała 37. Teatr 
zainaugurował działalność wystawieniem bajki Hanny Januszewskiej Przygody kota w butach 
z Władą Majewską w roli tytułowej. 
Miała Pani Regina niezwykły dar jednoczenia ludzi wokół spraw, którym sama służyła i po- 
święcała się bez reszty. Wystarczy przypomnieć nazwiska aktorów, którzy nie odmawiali udziału 
w reżyserowanych przez nią widowiskach. Grali prawie wszyscy wybitni emigracyjni aktorzy: 
Barbara Reńska, Janina Sempolińska, Krystyna Dygat, Irena Brzezińska, Eugenia Magierówna, 
Tola Korian, Maryna Buchwaldowa, Janina Jakóbówna, Maria Arczyńska, ijej córka Joanna Rew- 
kowska, Jadwiga Butscherowa (z mężem Arturem Butscherem), Danuta Czyrska-Mierzanowska, 
Nina Oleńska i Feliks Konarski (Ref-Ren) oraz Ludwik Lawiński, Józef Bzowski, Zygmunt Rew- 
kowski, Roman Ratschka (którego żona Zofia Sikorska projektowała i szyła wielokrotnie kostiu- 
my), Ryszard Kiersnowski z synem Michałem, Stanisław Szpiganowicz, Józef Opieński. Także 
plastycy nie odmawiali współpracy z tym teatrem: Tadeusz Orłowicz, Halina Żeleńska, Jadwiga 
i Feliks Matyjaszkiewiczowie, Tadeusz Terlecki i inni. Mam m.in. afisze, które dla tego właśnie 
teatru projektował Feliks Topolski. 


256
>>>
Jeden z takich afiszów jest szczególnie cenny. Podpisali się na nim występujący w sztuce Mie- 
czysława Lisiewicza Zaczarowane noce (opowieść o młodym Chopinie) - aktorzy. Ofiarowała mi 
ten afisz grająca wówczas także Eugenia Magierówna. 
Udało się Reginie Kowalewskiej stworzyć pewne literackie lobby, które wspierało teatr dla 
dzieci pisząc dla niego specjalne sztuki (Mieczysław Lisiewicz, Maria Reszczyńska-Stypińska). 
Nie bez przesady można dzisiaj napisać, że oglądały te przedstawienia nie tylko najmłodsze 
pokolenia emigracji w Londynie i na angielskiej prowincji, ale prawie cały elitarny "polski Lon- 
dyn". Wśród publiczności bywał generał Anders z żoną (Renatą Bogdańską) i córką Anną, Kazi- 
mierz Wierzyński, generał Marian Kukiel. A recenzje z przedstawień pisali m.in.: Marian Hemar, 
Zygmunt Nowakowski, Stanisław Baliński, Maria Danilewicz, Władysław Giinter, Tymon Terlec- 
ki, Tamara Karren... 
O ogromnej roli społecznej, wychowawczej, psychologicznej i moralnej Teatru dla Dzieci 
i Młodzieży Syrena (który pod innym kierownictwem działa do dzisiaj), pisała Małgorzata Nieci- 
kowska w referacie, który wrgłosiła jesienią 1992 roku w Poznaniu, na sesji naukowej "Dni dra- 
matu i teatru emigracyjnego" . 
Raz jeszcze przeglądam programy, fotografie, recenzje. Wiem, że Pani Regina próbowała 
pisać wspomnienia. Ostatnią wzmiankę o tych planach znalazłam w liście z 1992: "Miałam zamiar 
napisać o nieprzeciętnych ludziach, których spotkałam na swojej drodze życiowej. Ale ten wysiłek 
przekracza moje możliwości". Pewnie w tym samym czasie podjęła się napisania o Leopoldzie 
Kielanowskim do książki wspomnieniowej poświęconej wybitnemu artyście teatru 3 . Czytamy 
w nim m.in.: "Mam pisać o Leopoldzie Kielanowskim, człowieku, który nie był mi zbyt bliski i nie 
miał zbyt wielkiego uznania dla mojej pracy w teatrze". Gorycz tych słów usprawiedliwia bolesna 
prawda o ich współpracy przy scenicznej realizacji Pana Tadeusza (prem. 15 XII 1955 w Scala 
Theatre w Londynie), o której pisze w swoim artykule zamieszczonym w bezcennej książce wyda- 
nej z inicjatywy ZASP-u za Granicą. Jest to dowód na to, jak niełatwe wyznaczyła sobie pani Regi- 
na cele i zadania i jak wiele trudności musiała pokonywać przez wszystkie lata swojej zawodowej, 
artystycznej i przede wszystkim społecznej pracy w środowisku polskiej emigracji 4 . Przez cały czas 
wspierał ją mąż - Janusz Kowalewski, dziennikarz i pisarz (zm. w 1996), z którym razem doko- 
nali adaptacji sześciu sztuk dla potrzeb "Syreny". 
Wiem też, że była pani Regina osobą skromną, nieprzywiązującą wagi do odznaczeń, wyróż- 
nień i nagród. Ale jest taka nagroda w kraju, którą od lat przyznają dorosłym dzieci. Dostają tę 
nagrodę lekarze, nauczyciele, artyści, pisarze, nawet papież Jan Paweł II jest tej nagrody laureatem. 
Jest to Order Uśmiechu. Myślę, że pani Regina, "która mierząc siły na zamiary, z uporem pokony- 
wała trudności z wiarą w cel, jaki ma przed sobą" - zasłużyła na niego także 5 . 
Warto odnotować, że była honorowym członkiem ZASP-u za Granicą oraz członkiem Brytyj- 
skiej Sekcji Międzynarodowej Organizacji Teatrów dla Dzieci i Młodzieży (ASSITEJ). 
Zostawiła po sobie pamięć kilku pokoleń polskich dzieci urodzonych poza Krajem. 


Anna Mieszkowska (Warszawa) 


2 M. Niecikowska, "Teatr serdeczny" - parę uwag o repertuarze Teatru Syrena, [w:] Teatr i dramat pol- 
skięj emigracji 1939-1989, praca zbiorowa pod red. L Kiec, D. Ratajczakowej, ]. Wachowskiego. Poznań 1994 
s.251-257. 
3 R. Kowalewska, "Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny lono. ", [w:] O Leopoldzie Kielanowskim, 
wspomnienia-szldce teatralne-dokumenty, red. K. Fejcher -Akhtar. Londyn 1994 s. 108-111. 
4 Wspominała o tym Jadwiga Otwinowska w "Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza" nr 65 z 16 III 
1964 (Kowalewska nagrodzona), omawiając uroczystość wręczenia nagrody ufundowanej przez organizacje 
i instytucje społeczne Wielkiej Brytanii. 
5 Pisałam o tym w "Tygodniu Polskim" nr 37 z II IX 1999. W odpowiedzi zareagował Stanisław Nowo- 
dworski, Członek Kapituły Orderu Uśmiechu: "Zgadzam się w pełni: kto jak kto, ale Pani Regina na pewno na 
order ten zasłużyła. Niestety, już jest za późno order ten nie jest nadawany pośmiertnie - "Tydzień Polski" 
nr 44 z 30 X 1999. 


257
>>>
W.S. KUNICZAK 


(1930-2000) 


W dniu 20 września zmarł w Quakertown, P A Wiesław Stanisław Kuniczak, jeden z najwybit- 
niejszych współczesnych powieściopisarzy, laureat Nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyź- 
nie z roku 1999. 
Urodził się we Lwowie w dniu 4 lutego 1930 r., w rodzinie pułkownika służby stałej i wycho- 
wany był w duchu głęboko patriotycznym, przesiąkniętym tradycją Wojska Polskiego. Po najeź- 
dzie sowieckim udało mu się wraz z matką i siostrą wyjechać z Polski, potem przez Rumunię, 
Francję i Hiszpanię przedostać do Anglii, gdzie ukończył szkołę, poczym w 1950 r. wyjechał do 
Stanów Zjednoczonych jako stypendysta. W czasie wojny koreańskiej Kuniczak służył w stopniu 
sierżanta w 7 Dywizji Piechoty i zdemobilizowany został z bojowymi odznaczeniami. Łączył 
następnie studia uniwersyteckie z pracą dziennikarską, przy czym zainteresowania literackie stale 
znajdowały się w centrum jego uwagi. W rezultacie postanowił poświęcić się wyłącznie powie- 
ściopisarstwu, wybierając język angielski jako środek wyrazu artystycznego. 
W roku 1967 ukazała się jego pierwsza powieść The Thousand Hour Day (Dzień o tysiącu 
godzin), będąca epickim obrazem kampanii wrześniowej w Polsce. Książka została wyróżniona 
jako selekcja największego amerykańskiego klubu książki The Book-of-the-Month Club i docze- 
kała się tłumaczenia na dziesięć języków, z wyjątkiem polskiego. Przekładu w kraju podjął się 
znakomity tłumacz Bronisław Zieliński, wydanie jednak rozbiło się o stanowisko cenzury, która 
zażądała usunięcia rozdziałów mówiących o bestialstwach Ukraińców po 17 września 1939 r., na 
co autor oczywiście nie chciał wyrazić zgody. Powieść ta stanowiła pierwszą część trylogii poświę- 
conej polskiemu żołnierzowi - jej następne części The March (1979, Marsz) i Va1edictory (1983, 
Mowa pożegnalna) kontynuowały wątek pierwszej powieści, kolejno mówiąc o martyrologii Pola- 
ków w Rosji Sowieckiej i o udziale polskich pilotów w lotniczej Bitwie o Anglię. W sumie trylogia 
Kuniczaka stanowi najpełniejszy obraz polskiego wysiłku wojennego, nieprześcigniony zarówno 
pod względem historycznym jak i artystycznym przez żadnego pisarza polskiego, czy to w kraju, 
czy na emigracji. W początku lat 90. podjęto tłumaczenie całości na polski, niestety jednak do 
wydania polskiego razjeszcze nie doszło, tym razem z powodów ekonomicznych. 
Pozostałe prace pisarskie Kuniczaka - powieść sensacyjna The SempinskI Affair (1969, 
Sprawa Sempińskiego), historia Polonii amerykańskiej My Name Is Mi1l1on (1978, nowe wyd. 
2000, Na imię mam milion) i drobne prace edytorskie - nie dorównywały trylogii powieściowej 
- omawiając pierwszą z nich w "Kulturze", określiłem ją krótko jako "fikcję i fiasko" (1969). 
Wkrótce też pisarz poświęcił się ogromnej pracy nad nowoczesnym przekładem na angielski Try- 
logii Henryka Sienkiewicza, której pierwsza część With Bre and Sword (Ogniem i mieczem) uka- 
zała się w 1991 r., podczas gdy tomy następne, The De1uge (Potop) i Bre in the Steppe (Pan Wo1o- 
dyjowskl) opublikowane zostały w roku 1992. I mimo że wydawnictwo finansowane było przez 
The Copernicus Society of America, Kuniczak był faktycznie nie tylko tłumaczem ale także wy- 
dawcą, redaktorem, sprzedawcą i kierownikiem reklamy, objeżdżając prawie wszystkie większe 
ośrodki polonijne w Stanach Zjednoczonych, propagując i reklamując książki, co w rezultacie 
pozwoliło na sprzedanie ponad 100 tysięcy egzemplarzy Trylogii, od przeszło stu lat nieobecnej na 
amerykańskim rynku księgarskim. Był to bezprecedensowy sukces wydawniczy, mogący się rów- 
nać z jedynie z powodzeniem Quo vadis na przełomie wieków. Kuniczak zresztą dokonał własnego 
przekładu Quo vadis, podobnie jak Trylogię przystosowując angielski tekst powieści do gustów 
i potrzeb współczesnego czytelnika, co ściągnęło na niego surową krytykę niektórych purystów 
polonijnych, uważających tego rodzaju praktykę za wypaczanie Sienkiewiczowskich oryginałów, 
zwłaszcza w przypadkach nazwisk, które Kuniczak istotnie zmieniał dosyć dowolnie (np. Kmita 
zamiast Kmicic, Skshetuski zamiast Skrzetuski itp.). 


258
>>>
Takie i podobne konflikty ze środowiskiem polonijnym zniechęcily pisarza do jedynej tematy- 
ki jaka była mu bliska i wraz z pogarszającym się stanem zdrowia doprowadzily do całkowitego 
niemal zamilknięcia w latach dziewięćdziesiątych. Ostatnim tekstem, jaki mi nadesłał było prze- 
mówienie przygotowane na uroczystość wręczenia Nagrody Związku Pisarzy w Polskich na Ob- 
czyźnie w Londynie. Zaczynało się ono od słów: "Szanowni Państwo. Pragnę podziękować Wam 
za wyróżnienie. Czuję się zdumiony Waszym gestem, Waszą nadzwyczajną uprzejmością i tą 
najzupełniej nieoczekiwaną oznaką uznania, tym bardziej, że przywykłem - ze smutkiem choć nie 
zaskoczony - do czegoś wręcz przeciwnego ze strony stowarzyszeń podobnych Waszemu". 
Przemówienie zaś kończyło się następującym stwierdzeniem: "Muszę się Państwu przyznać, iż 
zdałem sobie sprawę zbyt późno, że zrobilbym znacznie lepiej, gdybym nigdy nie napisał ani jed- 
nego słowa o Polakach czy Polsce, ale tego zrobić nie mogłem. Czułem w początkach mojego 
żywota jako pisarz to, co czuję dzisiaj, pod koniec życia, to mianowicie, że pisanie bezjakiejś misji 
czy poczucia misji, jest marnowaniem tych lat, jakie zostały nam dane, i że jeśli człowiek nie potra- 
fi oddać się całym sercem sprawie większej niż on sam, bez względu na konsekwencje, a nie postę- 
puje tylko za głosem serca, osiągnąć może jedynie małość i zasłużone zapomnienie. Wierzę w to 
do dzisiaj." Gorzkie, smutne słowa. 


Moja znajomość z Kuniczakiem rozpoczęła się nader wcześnie, gdy tuż po publikacji jego 
pierwszej powieści recenzowałem ją w "Kulturze", omówienie tytułując "Hemingway polskiego 
Września" (1967), pierwszy jednak bezpośredni kontakt nastąpil po tym, jak ogłosilem w krakow- 
skim "Ruchu Literackim" obszerny szkic analityczny "Struktura powieści W. S. Kuniczaka The 
Thousand Hour Daj' (1971, przedruk w pracy zbiorowej Druga wojna światowa w l1teraturze 
polskiej i obcęj, Lublin, 1994). Na przesłaną odbitkę pracy pisarz zareagował gorącym, pełnym 
uznania listem i od tego czasu, przez lat bez mała trzydzieści, wymieniliśmy setki listów. A kiedy 
w roku 1984 The Polish Cultural Alliance wznowiła tę powieść, zostałem zaproszony do napisania 
przedmowy, którą rozpocząłem od słów: "Wielkie powieści trwają wiecznie". 
Podobne zaproszenie wystosował do mnie Kuniczak po ogłoszeniu tłumaczenia With Fire and 
Sword z moim wstępem. Czytając przychylne na ogół recenzje zorientowaliśmy się, że zarówno 
tematyka jak i historia przedstawiane w powieściach Sienkiewicza są dla amerykańskich krytyków 
i czytelników tak egzotyczne, że powodują szereg nieporozumień. Chcąc nieporozumieniom tym 
zaradzić postanowiliśmy wydać książeczkę stanowiącą niejako przewodnik po Trylogii. Ukazała 
się ona pod moją redakcjąjako The Tri10gy Companion. A Reader's Guide to the Tri10gy of Henryk 
Sienkiewicz (1991), przynosząc obok kilku rozpraw i przedruku przedmów do trzech powieści 
słowniki i mapy, mające ułatwić orientację w problematyce dla obcego czytelnika mało znanej. 
Wydaje się, że było to wydawnictwo potrzebne, jeśli nie zgoła konieczne dla amerykańskiego 
sukcesu Trylogii. 
W okresie kampanii reklamowej Trylogii zorganizowałem na zjazdach naukowych szereg sesji 
Sienkiewiczowskich, zapraszając Kuniczaka do podzielenia się ze słuchaczami swoimi uwagami 
o pracy nad przekładami, a wystąpienia te przyjmowane zawsze były z dużym zainteresowaniem, 
niejednokrotnie powodując żywe dyskusje. Sam zaś często pisałem do amerykańskich czasopism 
naukowych i literackich, starając się przybliżyć czytelnikom postać autora i jego dzieło. W trakcie 
wszystkich tych imprez pozostawaliśmy z Kuniczakiem w najbliższym kontakcie osobistym, listo- 
wym i telefonicznym, on odwiedzał nas w Columbus, a my z żoną parokrotnie jeździliśmy do 
"szaleństwa Kuni czaka " , jak żartobliwie ochrzciliśmy jego zagubiony w lasach Pensylwanii dom 
w Warrington przy Folly Road., nawiązując do Conradowskiego A1mayer's Folly. Pisarz dzielił się 
też ze mną swoimi bieżącymi projektami literackimi, a często przysyłał całe rozdziały przygoto- 
wywanej do druku powieści o charakterze wyraźnie autobiograficznym. Ja z kolei rewanżowałem 
mu się odbitkami szeregu prac poświęconych jego twórczości i przekładów fragmentów jego po- 
wieści, jakie dosyć systematycznie ogłaszałem w Polsce, Anglii, Niemczech i Stanach Zjednoczo- 
nych. Były zawsze przyjmowane z wdzięcznością. Wolno mieć nadzieję, że gdy powstanie kiedyś 
monografia poświęcona powieściom Kuniczaka nasza wymiana doświadczeń, prac i listów znaj- 
dzie w niej należne miejsce. 


Jerzy R. Krzyżanowski (Stany Zjednoczone) 


259
>>>
WSPOMNIENIE O BRONISŁAWIE MAZOWIECKIM 


(1907-1997) 


Poznałem go w roku 1940. Po klęsce Francji znaleźliśmy się obaj w strefie nieokupowanej , 
w Grenoble, gdzie dzięki pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża mogliśmy, ja zacząć, a on konty- 
nuować studia uniwersyteckie. Spotykaliśmy się rzadko bo Mazowiecki trzymał się na uboczu, nie 
przychodził ani na wieczory towarzyskie do domu polskich studentów ani na "żywe dzienniki" 
w schronisku dla starszych. 
Po wojnie zamieszkaliśmy w Paryżu i spotykaliśmy się również dość rzadko i to chyba głów- 
nie dlatego, że Mazowiecki, z natury nieśmiały, wiódł żywot samotnika. Parę razy odwiedziłem go 
na poddaszu w kamienicy przy bulwarze St. Michel. Gospodarz obracał się tam na paru metrach 
kwadratowych, całą przestrzeń wypełniały sięgające sufitu kolumny książek. Przekładałem wów- 
czas poezję hiszpańską i w paru trudnych wypadkach skorzystałem z jego pomocy, gdyż był on nie 
tylko doktorem nauk ekonomicznych i magistrem jeszcze jednego fakultetu, ale także poliglotą, 
najważniejsze zaś, że posiadał wspaniałe słowniki, dzięki którym udało się nam - poprzez łacinę 
- ustalić polską nazwę pewnych roślin. Przy okazji dowiedziałem się, że pracę zawodową rozpo- 
cząłjako nauczyciel na Wołyniu, ale zamiast uczyć dzieci ukraińskie, wolał sam się uczyć i w tym 
celu wybrał się do Paryża, na Sorbonę. Zaprzyjaźnił się tutaj z Olgą Boznańską, która naszkicowała 
mu portret'. 
Po wojnie sekretarzował przez pewien czas ciężko choremu profesorowi Stanisławowi Koto- 
wi, z którym łączyła go przynależność do Stronnictwa Ludowego. Przez parę lat miał też podrzęd- 
ną posadę w Kongresie Wolności Kultury, gdzie rej wodził Konstanty Jeleński. Ale były to zajęcia 
krótkotrwałe i bardzo źle płatne. Z czego żył w innych latach, nie wiem i nikt z mego otoczenia 
paryskiego nie zna tej tajemnicy. To pewne, że biedował. Ze swych dyplomów i swej wiedzy zu- 
pełnie nie korzystał. 
Koło roku 1960 założył księgarnię antykwarską na ulicy Cardinal Lemoine. Sąsiadując z nim, 
raz po raz wpadałem do tego sklepu, a raczej sklepiku. Z powodu braku półek książki piętrzyły się 
tam kolumnami do sufitu. Gdyby klient zechciał zakupić tom ze spodu, księgarz musiałby rozebrać 
cały stos, ale klientów nigdy tam nie widziałem. Mazowiecki nie miał naj mniejszego zmysłu han- 
dlowego i księgarnia trwała nie dłużej, jak dwa lata. 
Gdy w tym czasie opracowywałem polski przewodnik po Paryżu, Mazowiecki udzielił mi 
wiele cennych informacji o uwielbianej Marii Curie-Skłodowskiej i oprowadził mnie po miejscach 
jej pracy i zamieszkania. 
Grał na skrzypcach, pewnie jako amator, ale zamiłowanie to zbliżyło go do znanego pianisty, 
Miłosza Magina. Zabawił się w jego impresaria i urządził mu parę koncertów w sali Pleyela. Mnie 
namawiał wielokrotnie, żebym napisał wiersz o Chopinie. 
Mimo biedy, zachowywał godność i entuzjazm. Mimo dyplomów i wiedzy, zachował prostotę 
i naiwność. 
Pod koniec życia otrzymał od Miasta Paryża tanie mieszkanko koło Panteonu. Odwiedziłem to 
jasne i schludne wnętrze, gdzie mimo nawału książek Mazowiecki dysponował trochę większą 
przestrzenią na własny użytek. 
Żył, jak zakonnik. Jak pustelnik rozmodlony w książkach. 


Jan Winczakiewicz (Francja) 


* Decyzją właściciela i rodziny, potwierdzoną przez sąd, księgozbiór, archiwum oraz pamiątki 
B. Mazowieckiego trafiły w połowie 2000 roku do toruńskiego Archiwum Emigracji. Wśród przekazanych 
Archiwum pamiątek nie było obrazu Olgi Boznańskiej. Nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach zaginął. 


260
>>>
ALFRED SCHUTZ 


(1910-1999) 


Do legendy przeszedł jako kompozytor pieśni do słów Feliksa Konarskiego "Czerwone maki 
na Monte Cassino". Urodził się 2 lipca 1910 w Tarnopolu jako syn Zofii i Ottona. Ojciec był ban- 
kowcem, dyrektorem Towarzystwa Asekuracyjnego Feniks-Varsovia, później dyrektorem admini- 
stracyjnym "Kuriera Lwowskiego" oraz prokurentem Banku Hipotecznego we Lwowie. Alfred 
Longin Schiitz ukończył II Gimnazjum Państwowe we Lwowie i Lwowskie Konserwatorium Mu- 
zyczne. Dla Muzyki porzucił studia prawnicze (pięć lat na Uniwersytecie Jana Kazimierza). 
W czasie pierwszej wojny światowej przebywał w Wiedniu i Pradze. Po zakończeniu działań wo- 
jennych powrócił do Lwowa. W latach 1929-1930 zaliczył dwuletnią praktykę bankową w War- 
szawskim Banku Dyskontowym (Oddział we Lwowie). I po tej praktyce jego kariera urzędnicza 
skończyła się. Już jako student komponował i aranżował utwory dla teatrzyków akademickich: 
Złoty Pieprzyk, Osma Pięć. 
W latach 1932-1936 był stałym akompaniatorem, kompozytorem i kierownikiem muzycznym 
programu literacko-muzycznego "Wesoła Lwowska Fala" w Rozgłośni Polskiego Radia we Lwo- 
wie. W roku 1936 przeniósł się do Warszawy. Do wybuchu wojny współpracował z wieloma te- 
atrami, zespołami rewiowymi, m.in.: 1936-1937 był kapelmistrzem i kierownikiem muzycznym 
operetki ,,8.15", 1937-1938 współpracował jako kompozytor i kierownik muzyczny z Teatrem 
Narodowym (ilustracja muzyczna do komedii Zielony frak R. Flersa i G. Caillavetta), Teatrem 
Letnim (przygotowanie chórów do przedstawienia Madame Sans Gene), Teatrem Nowym (kompo- 
zycja piosenek do sztuki Cowarda Weekend), Cyrulikiem Warszawskim (muzyka do komedii mu- 
zycznej Romans z urzędem skarbowym i wiele kompozycji do piosenek we wszystkich programach 
tego teatru). Współpracował także z teatrami: Wielka Rewia, Ali Baba. W tym czasie wydanych 
zostało drukiem około 35 jego piosenek i pieśni oraz nagranych kilkadziesiąt płyt gramofonowych 
zjego utworami. 
W ostatnim przedwojennym sezonie (1938/1939) był kierownikiem muzycznym Teatru Buffo 
(opracował muzycznie farsę Porwanie Sabinek F. Schanthana w tłumaczeniu Juliana Tuwima, 
z Józefem Węgrzynem i w reżyseriiJanusza Warneckiego). 
We wrześniu 1939, niezmobilizowany wyszedł z Warszawy do Lwowa, gdzie w październiku 
wraz z grupą artystów-uciekinierów współorganizował Teatr Miniatur (kierownikiem był Konrad 
Tom). Przez trzy miesiące był kierownikiem muzycznym zespołu, a po upaństwowieniu teatru 
przez władze sowieckie pozostał w charakterze koncertmistrza. Z tym teatrem odbył dwukrotne 
tournee po ZSRR. Występowali m.in. w Taszkiencie, Bucharze, Samarkandzie. Wybuch wojny 
niemiecko-rosyjskiej zastał go wraz z kolegami w Kujbyszewie. We Frunze (Średnia Azja) zacho- 
rował na tyfus. Cudem ocalony od śmierci (z braku leków i żywności, tragicznych warunków 
szpitalnych), w grudniu 1941 dotarł do Buzułuku, gdzie przy sztabie Armii Polskiej generała An- 
dersa, tworzyły się czołówki rewiowe (Kazimierza Krukowskiego, Feliksa Konarskiego), drama- 
tyczna i filmowa. Dostał przydział do Wydziału Propagandy Sztabowej. 
W ciągu kilku lat (do 1946) współpracował ze wszystkimi grupami artystycznymi Armii Pol- 
skiej na Wschodzie, później 2. Korpusu. Wspólnie z Henrykiem Warsem kierował prawie 40 oso- 
bową orkiestrą, która towarzyszyła występom czołówek rewiowych od Teheranu do Monte Cassi- 
no. W tym samym czasie opracowywał i prowadził audycje muzyczne w radiostacjach Bagdadu, 
Jerozolimy, Kairu, Rzymu i Florencji. Często występował dla oddziałów przyfrontowych. Skom- 
ponował wówczas muzykę do wielu pieśni i piosenek żołnierskich, które pisali m.in. Kazimierz 
Krukowski, Konrad Tom i Feliks Konarski (Ref-Ren). Jeszcze w Rosji napisali z Ref-Renem kilka 
piosenek, które odegrały wówczas ogromną rolę w kształtowaniu morale żołnierzy po tragicznych 
przejściach wojenno-łagiernych. Były to piosenki o tęsknocie za najbliższymi, którzy zostali 
w kraju (lub których losów często nie znali) i o nadziei ("Jak bociany na wiosnę, powrócimy do 


261
>>>
gniazd..."). Piosenka "Łzy matczyne" była wykonywana zaledwie kilka razy, "bo widownia żoł- 
nierska reagowała zbyt silnie. (...) O wesołe piosenki było jeszcze zbyt trudno. Wszystko było za 
świeże, za bliskie. Ludzie powoli dochodzili do równowagi"!. 
Już we Włoszech "występy wszystkich zespołów teatralnych były niezwykle ważne. Piosenką, 
dowcipem, tańcami i muzyką staraliśmy się podtrzymywać na duchu walczących żołnierzy", 
wspominał po latach aktor i piosenkarz - Gwidon Borucki 2 . Opisał on okoliczności powstania 
w ciągu jednej nocy (z 17 na 18 maja 1944) pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino". Prawyko- 
nanie odbyło się u stóp Monte Cassino, 19 maja 1944. W pamiętnym koncercie dla zwycięzców - 
zdobywców klasztornej góry (12 Pułku Ułanów Podolskich) wystąpili: Ela Niewiadomska, Nina 
Oleńska, Renata Bogdańska, Filip Ende, Ludwik Olszyński, Stanisław Ruszała, Feliks Konarski, 
Alfred Schiitz oraz orkiestra Henryka Warsa. "Na widowni obecny był generał Władysław Anders, 
generał Nikodem Sulik (dowódca 5 Dywizji Kresowej) oraz kilku dowódców wojsk alianckich" 3. 
Pieśń ta w niedługim czasie stała się jakby drugim hymnem narodowym. Jej pierwszym wy- 
konawcą był właśnie Gwidon Borucki (obecnie w Melbourne), dopiero później po jego wyjeździe 
do Wielkiej Brytanii, przejęli tę pieśń i spopularyzowali jeszcze bardziej dzięki nagraniom płyto- 
wym: Adam Aston (1902-1993) i Paweł Prokopieni (zm. w 1976 w Nowym Jorku). 
Na wieść o upadku powstania warszawskiego, Alfred Schiitz wspólnie z Ref-Renem napisali 
pieśń o bohaterskiej stolicy "Warszawo". Jej pierwszym i chyba jedynym (!) wykonawcą był aktor 
i śpiewak (tenor) Mieczysław Pręgowski (1915-1971) 4 . 
Po demobilizacji Quż w Anglii), na początku 1947 Alfred Schiitz wspólnie z Jerzym Peters- 
burskim wyemigrowali do Brazylii. Koncertowali tam na dwa fortepiany na estradach i w studiach 
radiowych Rio de Janeiro i San Paulo. Ponadto jako pianista występował w klubach Copacabany, 
był kierownikiem muzycznym wielu rewii i komedii, akompaniował wielu wybitnym artystom 
(George Boulanger, Wanda Wermińska), komponował przeboje brazylijskie z własnymi tekstami 
w języku portugalskim, udzielał korepetycji solistom śpiewakom. W 1961 wrócił do Europy. Kil- 
kakrotnie odwiedził Polskę. Na stałe zamieszkał w Monachium, gdzie przez 25 lat współpracował 
z RWE. Komponował muzykę do programów literacko-muzycznych, piosenek do m.in. prowadzo- 
nego przez Wiktora Budzyńskiego "Podwieczorku przy mikrofonie" (napisał ich około 300!). Jego 
piosenki w Monachium śpiewali m.in. Wojciech Wojtecki, Stanisław Ruszała, Wacław Krajewski 
i Jadwiga Czerwińska. 
Był kompozytorem m.in. takich szlagierów przedwojennych jak: "Samotność", "Winna jest 
wiosna - dziewczyno", "Przyszła do mnie miłość", "Tak mi wstyd", "Miłość pali jak słońce", 
"Czemuś przyszła nieproszona" , "Przyszła do mnie miłość", "Ewentualnie", "Stara miłość nie 
rdzewieje", "Na każdym kroku jest dziewczyna", "Noc w Barcelonie", "Co słychać w eleganckim 
świecie", "Aja nic tylko ona", "Żołnierska brać". Ich wykonawcami byli m.in.: Adam Aston, Wera 
Gran, Eugeniusz Bodo, Lucyna Szczepańska, Zofia Terne, Stefan Witas, Mieczysław Fogg, Janusz 
Popławski. Był także autorem słów i muzyki do tanga "Zazdrość". Te piosenki często są nadawane 
w niedzielnych porankach Słodkiego Radia Retro (Danuty Żelechowskiehj i Jana Zagozdy, 
I Program PR). W maju 1998 (18, 19,20), w audycji Witryna Sztuk Wszelkich obszerne wspo- 
mnienia dźwiękowe kompozytora, przygotował Jerzy SwaIski dla Programu II PR. 
Wiem, że pisał wspomnienia (fragmenty drukował m.in. w "Orle Białym" (Londyn, czerwiec 
1986) i "Dzienniku Pojezierza" (Olsztyn, 30 VI 1994). 
Sporo miejsca w swojej książce Skąd ta pieśń (Olsztyn 1987), kompozytorowi ponad tysiąca 
pieśni i piosenek o różnorodnym charakterze, poświęcił Tadeusz Matulewicz. Planowano także 
film dokumentalny z jego udziałem, którego nie zdążono już zrealizować. W ostatnich latach żył 
bardzo skromnie w swoim monachijskim mieszkaniu, skupiony na opiece nad chorą żoną. Boleśnie 


1 F. Konarski, Piosenld z plecaka Helenld. Rzym 1946 s. 31-32. 
2 G. Borucki, Na wloskim froncie (wspomnienia), Tydzień Polski (Londyn) 1998 nr 44. 
3 G. Borucki, Jeszcze Wlochy (wspomnienia), Tydzień Polski (Londyn) 1998 nr 45. 
4 Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w zbiorach kolekcjonerów archiwalnych nagrań ocalało to właśnie 
wykonanie tej zapomnianej dziś pieśni. Słowa i nuty opublikował Konarski w cytowanym już zbiorku "Piosen- 
ki z plecaka Helenki" (s. 163). Obecnie nagranie znajduje się w archiwum autorów cotygodniowej niedzielnej 
audycji "Mijają lata, zostają piosenki", Danuty Żelechowskiej i Jana Zagozdy (I Program Polskiego Radia), 
którzy 12 i 19 XII 1999 przygotowali dwie godzinne audycje poświęcone życiu i twórczości muzycznej Alfreda 
Schiitza. 


262
>>>
odczuwał swoją samotność i oddalenie od odchodzących na zawsze przyjaciół z jego pokolenia. 
Zmarł 21 października 1999 w Monachium. Ale wskutek różnych komplikacji finansowo-pra- 
wnychjego pogrzeb odbył się dopiero 10 grudnia. 
"Z głośników monachijskiej cmentarnej kaplicy na Ostriedhof popłynęły utrwalone na taśmie 
dźwiękowej słowa pieśni (Czerwone maki na Monte Cassino»). Nagranie wykonane przed laty 
przez Wacława Krajewskiego. (...) W kaplicy urnę z prochami ustawiono na wysokim, otoczonym 
zielenią podium przykrytym biało-czerwoną flagą. Z boku ustrojone kirem dwie fotografie zmarłe- 
go. Kwiaty." Wybitnego artystę żegnała konsul generalny RP Jolanta Kozłowska. Po jej słowach 
raz jeszcze zabrzmiała melodia "Czerwonych maków", tym razem było to nagranie fortepianowe 
Stanisława Deji. Z kaplicy kondukt szedł powoli cmentarnymi dróżkami. Było mokro, ponuro. Na 
grobie, do którego złożono urnę, wśród wielu kwiatów, zwracał uwagę duży wieniec z czerwonymi 
makami. Sztuczne, ale wyglądały jak prawdziwe. Przywiózł je zastępca redaktora naczelnego 
łódzkiego Expressu Ilustrowanego. Gazeta ta włączyła się aktywnie do rozpoczętej w Monachium 
i Londynie zbiórki na pokrycie kosztów pogrzebu. Tę zbiórkę rozpoczęto spontanicznie na wiado- 
mość, że pochodząca z Węgier 79-letnia schorowana wdowa po kompozytorze, przerażona wyso- 
kimi kosztami pogrzebu zdecydowała o spopieleniu ciała męża i naj skromniejszym pochówku 
w podziemiach cmentarnej kaplicy, pod anonimową płytą bez nazwiska, tylko z numerem rejestra- 
cyjnym. "Zbiórkę prowadzono tak sprawnie, że gdy konsul generalny RP dosłownie w ostatniej 
chwili uzyskał zgodę na czasowe wstrzymanie zapowiedzianego na 15 listopada pogrzebu, można 
już było zakupić na cmentarzu ziemny grób. Brakowało tylko wciąż jeszcze środków na kamień 
nagrobny. Zapadła więc decyzja, aby postawić go później, na wiosnę, na przypadającą w maju 
2000 roku kolejną rocznicę zwycięstwa pod Monte Cassino."s Z propozycją przygotowania pro- 
jektu nagrobka dla Alfreda Schiitza wystąpił profesor Bronisław Chromy. 


Wybrana bibliografia w układzie chronologicznym: 
Manuskrypt (słowa i nuty) pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino" w zbiorach Instytutu i Mu- 
zeum im. gen. W. Sikorskiego w Londynie (dar G. Boruckiego). 
F. Konarski, Piosenki z plecaka Helenki. Rzym 1946. 
F. Konarski, Historia *' Czerwonych maków". Londyn 1961. 
J. Ostrowski, Polski teatr żołnierski w Ro
i, Orzeł Biały - Na Antenie, maj 1978. 
A. Schiitz, Czo1ówki teatralne przed bitwą, Orzeł Biały (Londyn), czerwiec 1986 (nr 1407 /XLVI) 
T. Matulewicz, Skąd ta pieśń. Olsztyn 1987 s. 194-197. 
A. Schiitz, Dzieje melodii *' Czerwone maki na Monte Cassino ", Dziennik Związkowy (Chicago), 
21-23 VI 1991. 
W.]. Podgórski, Skąd nasz ród. Polskie pieśni hymniczne. Warszawa 1991 s. 209. 
A. Schiitz, Arabeski z kraju tysiąca ijednęj nocy, Dziennik Pojezierza (Olsztyn), 30 VI 1994. 
]. Witek, Wyciszona pamięć, Tydzień Polski (Londyn) 1999 nr 20. 
A. Mieszkowska, Czo1ówkI rewiowe ArmJj Po1skięj na Wschodzie 1941-1947, Pamiętnik Teatralny 
1998 z. 1-2 s. 162-177. 
A. Mieszkowska, Artyści emigracyjnej Melpomeny. Londyn 1998. 
A. Mieszkowska, Alfred Schutz 1910-1999, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza (Londyn), 
18 XI 1999; Gazeta Stołeczna (dodatek Gazety Wyborczej), l XII 1999. 
J. Kaniewicz, Czerwone maki na Monte Cassino - to nie pieśń, to legenda, Rzeczpospolita, la XII 
1999. 
(agr), Pożegnanie maków, Ilustrowany Express (Łódź), II XII 1999. 
(ik), Kompozytor Czerwonych maków nie będzie zapomniany, Ilustrowany Express (Łódź), 20 XII 
1999. 
Listy Alfreda Schiitza z lat 1996-1998 do autorki. 
Archiwum nutowe Zbigniewa Rymarza (Warszawa). 


Anna Mieszkowska (Warszawa) 


5 A. Menhard, Pogrzeb kompozytora" Czerwonych maków", Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza (Lon- 
dyn), 16XII 1999. 


263
>>>
*** 


Już po napisaniu tego artykułu otrzymałam od pani Wandy Szolgininy listy Alfreda Schiitza 
do jej męża - Witolda Szolgini*, pisane w latach 1991-1996. Jest to bardzo osobista koresponden- 
cja. Listy są pełne wdzięczności za otrzymywane książki dotyczące Lwowa. Przypominały one 
adresatowi naj szczęśliwsze lata beztroskiej młodości, przywoływały wspomnienia i wzruszenia. Za 
zgodą Pani Wandy Szolgininy publikuję fragmenty kilku z nich. 


LISTY 


l. 


5.12.1991 


Szanowny Panie, Drogi Lwowiaku! 
Może zdziwi Pana ten mój list - ale po przeczytaniu książki Pana Na Wesolej Lwowskiej Fa- 
11, która wzruszyła mnie do łez - nie mogłem odmówić sobie przyjemności i zaszczytu skreślenia 
tych paru słów. Przypomniały mi się owe dawne czasy, kiedy byliśmy młodzi, pełni dobrej myśli 
i szczęśliwi w naszym kochanym Lwowie. (...) 
Nie wiem czy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych słuchał Pan Radia Wolnej Euro- 
py, kiedy z Tolkiem Budzyńskim (po moim powrocie z Brazylii) napisałem kilkaset piosenek, a po 
jego odjeździe z Monachium do Londynu kończyłem cały szereg moich audycji wspomnieniami 
o Lwowie ze słowami: "Lwowiacy swojego Lwowa nigdy nie zapomną"! Tymczasem starzy Lwo- 
wianie stopniowo wymierają, a młodzi, choć wyjeżdżają tam z wycieczkami, nie rozumieją tego 
sentymentu do Lwowa. W załączeniu pozwalam sobie przesłać Panu kopię piosenki - ostatnią, 
jaką napisałem z Wiktorem dla Wesołej Fali w roku 1936 ("Koniec, kropka, pas...). Był to rodzaj 
pożegnania, bo wyjechałem do Warszawy na stanowisko kapelmistrza operetki ,,8.15". (...) 
Młoda generacja w RWE zaprosiła mnie do napisania w skrótach historii mojego życia. Audy- 
cja przewidziana jest na święta Bożego Narodzenia w dwóch częściach 50. minutowych. 
Zaskoczyła mnie fotografia na stronie 48 Pańskiej książki (Włada, T olek i ja). Nie pamiętam skąd 
ona pochodzi. Czyżby na występach na Śląsku, w Cieszynie? Mam prośbę do Kochanego Pana. 
Pracuję od dłuższego czasu nad moimi wspomnieniami i bardzo by mi zależało, aby tę fotografię 
w części lwowskiej umieścić. Czy byłoby możliwe mnie tę fotografię przy okazji przesłać? Bardzo 
byłbym wdzięczny. (...) 


Bardzo serdecznie pozdrawiam 


Alfred Schiitz. 


* Witold Szolginia (1923-1996) był z zawodu architektem (inżynier doktor habilitowany) a z zamiłowania 
historykiem. Obie dziedziny swojej zawodowej i hobbystycznej działalności pogodził w licznych publikacjach 
poświęconych architekturze i historii rodzinnego miasta - Lwowa. Nazywano go "ambasadorem Lwowa na 
wygnaniu", ajego książki uznano za "testament dla następnych pokoleń Polaków, którzy polskiego Lwowajuż 
nie poznali". 
Pani Wandzie Szolgininie serdecznie dziękuję za łaskawe udostępnienie korespondencji Męża z Alfredem 
Schiitzem i zgodę na publikację tych fragmentów, które wzbogacają naszą skromną wiedzę o wspaniałym kom- 
pozytorze nie tylko pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino". 


264
>>>
2. 


24 marca 1992 


Szanowny i Drogi Panie Witoldzie, 
Pozwalam sobie nazywać Pana po imieniu i proszę pod tym względem o wzajemność. W roku 
Pańskiego urodzenia (1923) chodziłem "już" do trzeciej klasy gimnazjalnej na Podwalu (Kanarki). 
Mieszkaliśmy początkowo przy ulicy Tarnowskiego - potem na Wincentego Pola, a więc zawsze 
w pobliżu ul. Zielonej, która tramwajem prowadziła na Pański Łyczaków. (...) 
Przede wszystkiem pragnę podziękować serdecznie za przysłaną fotografię, za wspaniałą 
książkę oraz za kawałek "Przekroju" o Lwowie, przy którego czytaniu odżyły znowu inne wspo- 
mnienia... 
Z Józefem Wittlinem byłem spowinowacony poprzez moją ciotkę Wittlinową (siostra mojej 
matki), która była również ciotką poety. Odnośnie poety Kazimierza Bartla mam inne wspomnie- 
nia. Przed objęciem premierostwa, Bartel potrzebował jakieś pismo dla celów propagandy. Prof. 
Kamil Stefko, dziekan Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza i kolega szkolny moje- 
go ojca - przed wojną w Tarnopolu - skontaktował go z Bartlem, do tego doszedł polonista prof. 
Geszwind i we trójkę kupili "Kuriera Lwowskiego", pismo konserwatywno-liberalne. (...) 
W oczekiwaniu wiadomości jak najserdeczniej Kochanego Pana Pozdrawiam i mocno dłoń 
ściskam. Oddany 


Alfred Schiitz. 


3. 


Monachium 27.3.1994 


Drogi Panie Witoldzie, 
Chciałem Panu podziękować za wspaniały czwarty tom Pańskiej encyklopedii, a tu nadszedł 
wczoraj już tom piąty. Dziękuję za tyle dobroci i pamięci o mnie. Ten ostatni tylko przeglądnąłem, 
ale czwarty tom przeczytałem dwa razy i kilkakrotnie śmiałem się jak małe dziecko. Ta syzyfowa 
praca jest jedyna w swoim rodzaju, bo nie znam drugiego pisarza, który poza tekstem wzbogacił 
książki własnymi sztychami i rysunkami. Tyle wspomnień łączy się z szeregiem osób wymienio- 
nych, że trudno ich wszystkich wyliczyć. Bracia Haarowie byli nie rozłączonymi bliźniakami: 
Leopold był dobrym malarzem-rysownikiem a Zygmunt fotografem. Założyli przed wojną w Kra- 
kowie orkiestrę akademicką "Szał" a całą wojnę przeżyli wraz ze mną w Propagandzie Sztabowej 
2. Korpusu. Oni zaprojektowali okładkę do wydania oryginalnego "Czerwonych maków" w Rzy- 
mie. Stanisław Mikuła był moim kolegą z ławki szkolnej w II Gimnazjum (Kanarki). Trzy karyka- 
tury Bickelsa (Lipczyński, Halski, Schiitz) wisiały za biurkiem Tolka Budzyńskiego w Radio 
Lwowskim. (...) 
U Edzia Atlasa w Rynku bywałem kilkakrotnie, ale jego historii po zajęciu Lwowa przez So- 
wietów zdaje się Pan nie zna. Założył on w jednym z domów przy ulicy Jagiellońskiej, na drugim 
piętrze kantynę artystyczną blisko byłego kina "Marysieńka". W tymże kinie zorganizowałem wraz 
z aktorami warszawskimi: Ludwikiem Lawińskim, Konradem Tomem, Eugeniuszem Bodo, Zofią 
Terne, Jadzią Andrzejewską itd. lwowski "Teatr Miniatur". (...) W moich wspomnieniach, które 
ciągle jeszcze piszę i nie wiadomo czy i kiedy skończę, poświęcam temu kilka stron. 
W styczniu odwiedził mnie team Telewizji Łódzkiej i przez dwa dni przemienił moje miesz- 
kanie w studio filmowe. Zdjęcia trwały ok. 15 godzin i gadałem chyba 7-8 godzin. 
W związku ze zbliżającymi się uroczystościami z okazji 50. lecia Monte Cassino, mam dużo pracy. 
Niestety jednak tam nie pojadę, bo stan moich chorych żył w nogach na to nie pozwala. Postaram 
się jednak tę moją nieobecność w inny sposób zrekompensować. 
Bardzo serdecznie Drogiego Pana pozdrawiam i mocno ściskam. Oddany 


Alfred Schiitz. 


265
>>>
4. 


Monachium, 27.3.1996 


Mój Drogi Panie Witoldzie, 
(...) Pięknie dziękuję za cudną książkę Kwiaty lwowskie, której dwukrotne czytanie sprawiło 
mi prawdziwą przyjemność. Jakkolwiek nie jestem specjalistą lwowskiego bałaku, to pękałem ze 
śmiechu. Podziwiam Pańskie niezwykłe zdolności odtwarzania lwowskich kościołów i pomników. 
(...) 
Moja generacja przerzedza się coraz bardziej. Najlepsi odchodzą. Z Ludzi mi bliskich odeszli 
ostatnio Ludwik Łubieński i Tadeusz Nowakowski, z którymi przez tyle lat przyjaźniłem się. 
Z pierwszym od czasów wojskowych, a z obydwoma w RWE. Rezultat jest dla mnie ten, że zwra- 
cają się do mnie ludzie z prośbą o materiały z czasów wojska, jako do jednego z nielicznych, któ- 
rzy jeszcze żyją. (...) 
"Czerwone maki" ukazały się w ponad 20. filmach polskich (3 Andrzeja Wajdy) i teraz były 
włączone w nowe filmy: 1. "Pułkownik Kwiatkowski" i 2. 100 lat kina (fragment filmu Andrzeja 
Wajdy "Popiół i diament", który stał się klasykiem filmowym od 50. lat. 
Bardzo będę się cieszył, jeżeli zechce mi Pan znowu napisać coś niecoś o sobie. Bardzo serdecznie 
ściskam i pozdrawiam. Oddany 


Alfred Schiitz.
>>>
BENIAMIN TENENBAUM-TENE 


(1914-1999) 


Urodzony 9 XII 1914 w Warszawie, wychowanek gimnazjum hebrajskiego "Chinuch", czynny 
był Beniamin Tene w socjalistycznym ruchu syjonistycznym Haszomer Hacair. Do Palestyny 
przybył jako chaluc (pionier) w 1937 r. i przez dziesięć lat był członkiem kibucu w Galilei; po 
wystąpieniu z kibucu zamieszkał w Tel-Awiwie. 
W latach 1946-1947 przebywał w Polsce na zaproszenie rządu polskiego. Oficjalnym celem 
wizyty było zebranie materiału do dwóch polskich antologii w przekładzie hebrajskim - poezji 
i prozy. Spotykał się wtedy z Władysławem Broniewskim, z którym od czasu wojennego pobytu 
poety w Palestynie łączyła go osobista przyjaźń. Wtedy też złożył wizytę Julianowi Tuwimowi 
i wręczył mu właśnie wydany w Tel-Awiwie tomik jego wierszy we własnym przekładzie. W 
czasach tego pobytu drukował po polsku pisane artykuły w łódzkim polsko-żydowskim piśmie 
"Mosty", tam również ukazywały się jego wiersze w tłumaczeniu polskim Natana Grossa, Horace- 
go Safrina i Janki Sack (Jonat Sened). 
Od powrotu z Polski, przez niemal ćwierćwiecze, w latach 1948-1972 redagował Tene tygo- 
dnik dla dzieci "Miszmar le-jeladim", gdzie we własnym przekładzie drukował polskie bajki 
i opowieści ludowe oraz utwory Sienkiewicza, Makuszyńskiego, Górskiej, Tuwima, Brzechwy, 
Hena, Kerna i innych polskich autorów. 
Tene był poetą swoją twórczością klamrującym w jakiś sposób hebrajską poezję diasporyczną 
z poezją izraelską (od 1939 r. wydał ponad dziesięć tomów poematów i zbiorów wierszy), autorem 
utworów dla dzieci (wierszy i prozy), tomów wspomnień oraz tłumaczeń literatury polskiej na 
język hebrajski; tłumaczył też zjęzyka żydowskiego. Zaś na początku swojej twórczości - jeszcze 
przed wyjazdem do Palestyny - również tłumaczem paru utworów Ch. N. Bialika i Sz. Szaloma 
na język polski. Wtedy też, w latach 1935-1936, ogłosił w ukazującej się w Warszawie literackiej 
prasie hebrajskiej, swoje pierwsze przekłady poezji polskiej, były to wiersze Kasprowicza, Tuwi- 
ma, Wittlina, Jasieńskiego i Wygodzkiego. 
Własna twórczość poetycka Tenego osadzona jest głęboko we wzorach literatury polskiej, 
której w piśmienniczej domenie hebrajskiej stał się wybitnym i bardzo płodnym rzecznikiem. 
W przedmowie do hebrajskiego wyboru wierszy Tuwima (1945) umieścił takie oto zniewalające 
wyznanie: 
Liryka poety towarzyszyła pokoleniu, do którego należę, pokoleniu urodzonemu 
w czasie pierwszej wojny światowej. On właśnie nauczył to pokolenie kochać poezję, 
ukazał mu jej blaski, otworzył zarazem owo okienko, przez które pieśń wyniosła płynie. 
Pieśń, która uszlachetnia człowieka i czyni go lepszym. 
W rozproszeniu po gazetach, czasopismach, almanachach, antologiach itp. Pozostają przekła- 
dy Tenego wierszy Mickiewicza, Leśmiana, Tuwima, Słonimskiego, Wittlina (osobno opublikował 
w 1942 r. jego Hymn;), Broniewskiego, Wygodzkiego, Miłosza, Borwicza, Kotta, Łazowertównej; 
w 1974 r. wydał Wesole smutki Kotarbińskiego. 
Nieprzerwanie od 1940 r., kiedy to ukazały się w jego tłumaczeniu Plomienie Brzozowskiego 
(powieści, która w oryginale i w przekładzie wywarła olbrzymi wpływ na rozwój ideologiczny 
socjalistycznego syjonizmu) Tene wydawał książki prozy - powieści i opowiadania współcze- 
snych polskich autorów: Wittlina Sól ziemi (1943), Hłaski Ósmy dzień tygodnia (1959), Andrze- 
jewskiego Ciemności kryją ziemię (1961), Idzie skacząc po górach (1964), K. Brandysa Matkę 
Królów wraz z Obroną Grenady (1963), A. Rudnickiego Żywe i martwe morze łącznie ze Zlotymi 
oknami (1964), opowiadania Wygodzkiego W ukryciu (1970), Szczypiorskiego Msza za miasto 
Arras (1981), S. Łubieńśkiego Januszka (1984), Idy Fink Opowiadania (1989) - a także książki 
wierszy dla dzieci Tuwima, Brzechwy i Kerna. 


267
>>>
Jest także Tene współautorem - jako tłumacz i redaktor - dwóch hebrajskich antologii 
polskiej prozy wydanych w 1959 r.: Miwchar ha-sippur ha-polani (Wybór opowiadań polskich) 
oraz Ha-zaam we-ha-1ew (Gniew i serce), na którą złożyły się teksty polskiego "czasu burzliwego", 
"wiosny w październiku" 1956. Nie udało mu się natomiast urzeczywistnić zamiaru zredagowania 
i wydania antologii poezji polskiej. 
Tenenbaum- Tene otrzymał kilka nagród literackich, wśród nich międzynarodową im. ]. Kor- 
czaka (1980) i polską A. Jurzykowskiego (1970) - właśnie za przekłady literatury polskiej na 
język hebrajski. Od dłuższego już czasu nieczynny twórczo zmarł Tene w Tel-Awiwie 13 kwietnia 
1999 r. 
Dorobek translatorski Tenego jest bez wątpienia imponujący - nie tylko ilościowo. Władał 
on najbardziej wspólczesnym, potocznie w Izraelu używanym językiem hebrajskim, językiem 
precyzyjnym i zwięzłym. Więc przekłady jego autorstwa są łatwo czytelne, zaś nieobecność ich 
w obrocie księgarskim wskutek wyczerpania nakładów świadczy o tym, że były również poczytne. 
W wyborze tłumaczonych utworów kierował się Tene osobistym zaciekawieniem i własnym roze- 
znaniem, ich spis dowodzi, że było to rozeznanie zakotwiczone w znajomości wspólczesnej litera- 
tury polskiej, z którą obcował bezustannie. W gronie działających obecnie w Izraelu tłumaczy 
literatury polskiej trudno by wskazać kogoś tak wszechstronnego w swoich polskich zainteresowa- 
niach, i tak zarazem pracowitego. 


Ryszard Law (Izrael)
>>>
AUDYCJE POLSKIE Z PARYŻA 


W grudniu 1944 Radio Francuskie zaczęło nadawać na falach krótkich audycje w językach 
obcych. Była to decyzja czysto prestiżowa. Skoro Londyn, Waszyngton, Watykan i Moskwa upra- 
wiały tego rodzaju propagandę, to generał de Gaulle nie mógł dopuścić do tego, aby Francja pozo- 
stawała w tyle. 
Wiadomo, że Francuzi mają dość mgliste pojęcia o Europie Środkowej i Wschodniej, nic więc 
dziwnego, że kierownikiem Sekcji Polskiej mianowano ks. Floriana, a to tylko dlatego, że przez 
kilka lat kierował francuskim kościołem św. Ludwika w Moskwie. Jego polskim zastępcą został 
ekonomista S. Kowalski, redaktorami byli dwaj historycy, Władysław Pobóg-Malinowski i Witold 
Nowosad oraz młody literat, Roman Kowaliczko. Ponieważ ks. Florian urzędujący nie w sutannie, 
lecz w mundurze kapelana wojskowego, zajmował się bez żenady polowaniem na młode sekretarki, 
poproszono go powrót do zakrystii, a najego miejsce zjawił się wydzielony z ministerstwa spraw 
wewnętrznych Andre Moosmann i po wyjeździe do Polski Kowalskiego funkcję sekretarza objął 
Tadeusz Święcicki. 
W tym czasie ambasada PRL usiłowała narzucić swoich ludzi, co jej się nie udało, osiągnęła 
jednak to, że usunięto piłsudczyka Pobóg-Malinowskiego i związanego ze Stronnictwem Narodo- 
wym Nowosada. 
Otrzymałem wówczas propozycję postawienia swojej kandydatury i znalazłem się w kłopotli- 
wej sytuacji. W przeddzień demobilizacji, bez zawodu, bez żadnych perspektyw na przyszłość 
miałem wielką ochotę skorzystać z tej niezwykłej okazji, ajednocześnie było mi głupio zajmować 
miejsce po niesłusznie wyrzuconych, których znałem i szanowałem. Wybrnąłem z tej trudności, 
stawiając się na wstępną rozmowę w mundurze oficera, z "Polandami" na ramieniu, czyli należą- 
cego do armii polskiej podległej rządowi polskiemu w Londynie. Dyrekcję musiano też powiado- 
mić, że do niedawna redagowałem kilka numerów wojskowego pisma "Wrócimy" napiętnowanego 
przez komunistyczny dziennik "L'Humanite". Wbrew mym oczekiwaniom zostałem przyjęty 
ijeszcze przez parę miesięcy przychodziłem do pracy w mundurze, czym zaskarbiłem sobie sym- 
patię emigrantów z innych sekcji. 
Nadawaliśmy dwie audycje dziennie i ten stan rzeczy z małymi zmianami utrzymał się przez 
cały czas naszej działalności. Audycja wieczorna na falach krótkich skierowana do słuchaczy 
w Polsce trwała godzinę. Półgodzinna audycja popołudniowa transmitowana na falach średnich 
przez rozgłośnię w Lilie była przeznaczona dla Polonii robotniczej we Francji Północnej i w Belgii. 
Naturalnie, każda z nich miała całkiem inne oblicze. 
Na audycję wieczorną składał się pięciominutowy artykuł wstępny o najważniejszym proble- 
mie dnia, informacje z Francji i ze świata - około 20 min. - przegląd prasy paryskiej oraz poga- 
danki kulturalne, sportowe itp. 
W audycjach na Lilie informacje zabierały tylko pięć minut, a resztę czasu poświęcano pol- 
skim piosenkom, skeczom, monologom, reportażom z terenu. 
W Sekcji pracowały wówczas na etacie następujące osoby: dyrektor Andre Moosmann, sekre- 
tarz redakcji Tadeusz Święcicki, dziennikarze Rega Lanoix, Roman Kowaliczko i niżej podpisany, 
spikerka Barbara Maliszewska i trzy sekretarki Eliza Gonkiewicz, Gniewa Wołosiewicz i Anna 
Kirszbraun (później Winczakiewiczowa). Mieliśmy też kilku współpracowników z zewnątrz, auto- 
rów cotygodniowych pogadanek. Gnieździliśmy wszyscy w jednym pokoju, nikt nikomu nie prze- 
szkadzał, panowała jak najlepsza atmosfera. Nasze biuro znajdowało się nie byle gdzie, bo na 
Polach Elizejskich. W kamienicy o jakiej takiej fasadzie ale z wnętrzem zapuszczonym, brudnym 
i z windą, która zatrzymywała się codziennie na innym półpiętrze. Studia mieliśmy na miejscu, ale 
pamiętam, że drzwi do jednego z nich nie miały klamki i zamykano je sznurkiem. Były to więc 
warunki pracy iście pionierskie. 


269
>>>
W pierwszym okresie obarczono mnie pisaniem wstępniaków i redagowaniem wiadomości do 
audycji wieczornej. Na moim biurku gromadzily się stosy teleskryptowych taśm z czterech agencji. 
Trzebaje było czytać, segregować, zestawiać według tematów etc., aby w końcu uzyskać informa- 
cję na parę linijek. Harowałem jak dziki osioł, ale ta praca pasjonowała mnie, zabierałem się do 
niej z przyjemnością. Nie zastanawiając się, czy mój głos dochodzi nad Wisłę starałem się dla 
własnej satysfakcji wykonywać swój zawód jak najlepiej i usilowałem nadać tekstom wydźwięk 
antykomunistyczny. Wymagało to pewnej dyplomacji, gdyż nasze audycje nie były audycjami 
polskimi, lecz głosem Francji, która utrzymywała stosunki dyplomatyczne z PRL. Podlegały dy- 
rekcji Radia Francuskiego, ale były finansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wraż- 
liwe na wszelkie protesty ambasad, jak to na przykład działo się w wypadku Sekcji Hiszpańskiej 
obsadzonej przez republikanów nienawidzących generała Franco. Musiałem więc działać ostrożnie, 
drogami okrężnymi. Gdy tylko nadarzała się okazja, uwydatniałem zalety ustroju demokratyczne- 
go, przypominałem wolność słowa, rozwijałem informacje o strajkach, których na szczęście we 
Francji nie brakowało, informowałem moich biednych rodaków o sile zakupu zarobków robotni- 
czych we Francji. W przeglądzie prasy przytaczałem cytaty jak najdalsze od mentalności marksi- 
stowskiej, a z organu partii komunistycznej "L'Humanite" cytowałem takie zdania, które mogły 
tylko wywołać śmiech słuchacza. Wychodząc z założenia, że "Kultura" ukazuje się w Paryżu, 
a więc jest pismem paryskim, włączałem ją do przeglądu prasy paryskiej i przytaczałem spore jej 
fragmenty. Naturalnie, wartość naszego dziennika polegała przede wszystkim na tym, że dostar- 
czaliśmy słuchaczowi wiadomości z całego świata w tonie obiektywnym, bez narzucania mu ja- 
kichkolwiek opinii. Rychło przyszła mi w sukurs blokada Berlina, zimna wojna, wojna w Korei. 
Oto jeden z przykładów mojej strategii. W połowie kwietnia 1955 roku rząd Stanów Zjedno- 
czonych wystosował do Związku Radzieckiego notę protestacyjną w sprawie szesnastu przywód- 
ców polskiego Podziemia, których w roku 1945 podstępnie aresztowano a następnie skazano 
w Moskwie na wieloletnie więzienia. Nie bez zdumienia stwierdziłem, że tego dnia nie znalazłem 
w dziennikach paryskich ani jednej wzmianki na ten temat. Nawet popołudniowy "Le Monde" 
zamieszczający skrupulatnie wszelką dokumentację z dziedziny polityki międzynarodowej pominął 
tę sprawę milczeniem. Czyżby depesze agencji prasowych nadeszły do dzienników z opóźnieniem? 
Ale dlaczego ja otrzymałem je na czas? A może Quai d'Orsay zabiegające wówczas o zwołanie 
nowej konferencji Wielkiej Czwórki zwróciło się dyskretnie do redakcji gazet, aby zamknęły oczy 
na tę wiadomość tak nieprzyjemną dla przyszłego interlokutora ze wschodu? Zmowa milczenia 
trwała nazajutrz i utrzymała się przez następne dni. Ale myśmy tej cenzury nie zastosowali. Infor- 
mację o nocie amerykańskiej zredagowałem osobiście na jedną stronę maszynopisu i umieściliśmy 
ją na honorowym miejscu audycji. 
Cała ta moja strategia nie była bynajmniej wynikiemjakiegoś walenrodyzmu. To był po prostu 
odruch emigranta politycznego. Wyobrażam sobie, że takim kompromisem między wiernością dla 
sprawy polskiej, lojalnością wobec chlebodawcy i troską o utrzymanie się na posadzie kierowali się 
wszyscy dziennikarze emigracyjni zatrudnieni w rozgłośniach Londynu, Waszyngtonu, Madrytu 
i nawet Monachium. W moim wypadku liczył się bardzo fakt, że zwierzchnicy francuscy nas nie 
kontrolowali. Odkomenderowani z różnych ministerstw nie mieli nic wspólnego z radiem i dzien- 
nikarstwem. Byli administratorami i wykonywali biernie zlecenia, nie wierząc zupełnie w ich 
sensowność. Nie wyobrażali sobie, że jakiś Portugalczyk czy Bułgar się męczył, aby złapać na 
zatłoczonych falach krótkich audycję w swoim języku z Paryża. Każdy z tych urzędników czy 
urzędasów miał dewizę: "Nie zawracajcie mi głowy" i w zamian odpłacał się uczciwie: "Dajemy 
wam święty spokój" . 
Taka też była postawa naszego bezpośredniego dyrektora. Do biura przychodził na parę go- 
dzin, z nikim prawie nie rozmawiał, miał na biurku maszynopisy audycji i chyba je przeglądał, ale 
nigdy nas nie skrytykował, nigdy nie usłyszeliśmy jego dyrektyw. 
Naturalnie, Warszawa nas zagłuszała, co dowodziło niezbicie, że nasze audycje stanowiły 
jakąś przeszkodę w budowaniu socjalistycznego raju. Co dziwniejsze i paskudniejsze, byliśmy 
także przedmiotem ataków ze strony pewnych emigracyjnych kół. Pomówienia o flirty z reżymem 
warszawskim ukazały się w londyńskim "Dzienniku Polskim" w rubryce "Szperacz" i w paryskiej 
"Syrenie". Zgodnie też z tradycją sięgającą czasów emigracji mickiewiczowskiej sypały się donosy 
do policji francuskiej, co niejednemu z nas zatruło życie. Dzięki pewnym niedyskrecjom poznałem 
później niektóre z tych bzdurnych doniesień, dowiedziałem się też, kim byli ich autorzy, ale zobo- 


270
>>>
wiązany do zachowania tajemnicy nie zrobilem nigdy użytku z tych informacji, a nawet podawa- 
łem rękę moim szanownym donosicielom. 
W gastronomii liczy się zasadniczo to, co na talerzu, a nie to, co się dzieje w kuchni. Kiedy 
jednak kucharza boli ząb, sos traci połowę smaku, pieczeń jest przypalona, zupa przesolona. Zro- 
zumiałe przeto, że opisano dość szczegółowo zakulisowe oblicze Wolnej Europy. Kuchnia naszej 
Sekcji zasługuje na jeszcze szerszą relację, gdyż wywierała przemożny, decydujący wpływ na 
charakter i jakość audycji. Choć nie lubię bawić się w plotki i sprawy personalne, dzisiaj, gdy od 
tego okresu minęło pół wieku, czuję się w obowiązku przezwyciężyć skrupuły i odsłonić podszew- 
kę naszych audycji. 
Andre Moosmann. Znał język rosyjski i polski. Protestant. Ożeniony z Polką. Przed wojną 
spędzil rok czasu w Warszawie w administracji Institut de France. Przybył do nas z Ministerstwa 
Spraw Wewnętrznych i panowała dość powszechna opinia, że zachował kontakty z policją, zwłasz- 
cza z organami o charakterze wywiadowczym, DST i RG, co znajdowało pewne potwierdzenie 
w jego zachowaniu. Otoczone tajemnicą i tajemniczością instytucje te działają dyskretnie i deli- 
katnie, ale tak się utarło we Francji, że żadna administracja nie odmawia ich żądaniom. Nasi wyżsi 
zwierzchnicy nie przepadali za Moosmannem, ale się go bali. Mimo, że jej szedł na rękę, jego 
własna sekretarka nazywała go Stalinem. Gniewa Wołosiewiczowa, która zawdzięczała mu bardzo 
wiele, nie zawahała się napisać w swych wspomnieniach, że był to człowiek cyniczny i brutalny. 
Moosmann miał do Polaków stosunek lekceważący. O wiele bardziej interesowała go Rosja i ubo- 
lewał, że mu nie powierzono kierownictwa Sekcji Rosyjskiej. 
Tadeusz Święcicki. Legionista. Dowódca batalionu w wojnie bolszewickiej. Następnie szef 
biura prasowego sejmu, wieloletni redaktor tygodnika literackiego "Pion" i w końcu kierownik 
Polskiej Agencji Telegraficznej w Paryżu. Podczas wojny uczestnik polskiego Ruchu Oporu we 
Francji, więzień Buchenwaldu. Naturalnie, pracę u nas uważał za degradację, ale nigdy się nie 
skarżył. To on ustalił linię audycji i podjął mądrą decyzję nie poruszenia spraw krajowych. Cho- 
dzilo tu nie tylko o unikanie protestów ze strony ambasady PRL. O tym, co się dzieje w Polsce 
wiedzieliśmy ze skąpych depesz agencji prasowych z przekręconymi nazwiskami i szczegółami 
budzącymi wątpliwości. W przeciwieństwie do Wolnej Europy, która dysponowała olbrzymim 
archiwum, nasłuchami itp., nie mieliśmy żadnego warsztatu, nie otrzymywaliśmy nawet pism 
krajowych. Święcicki potrafił wpływać na Moosmanna i zwerbował do współpracy Pobóg- 
-Malinowskiego i Ludwika LilIego. Pobóg-Malinowski pracował wtedy nad swą trzytomową Hi- 
storią Polski wspó1czesnej i żył tylko z tego, co zdołała uciułać jego żona, jako krawcowa. Mizerne 
honoraria z radia były dla niego na wagę złota. Wygłaszał pogadanki z najnowszej historii polskiej 
w duchu naj czystszego patriotyzmu. Lilie, wybitny malarz i znawca sztuki wygłaszał urocze pre- 
lekcje o muzeach i wystawach. A ponieważ ten niezaradny artysta nie umiał sprzedawać swych 
obrazów, grosze, które zarabiał u nas, ratowały go od śmierci głodowej. Łączyła mnie z nim bardzo 
serdeczna zażyłość. Święcicki, mimo, że był dziennikarzem doświadczonym a ja początkującym, 
nie używał tonu profesorskiego i zdaje się, że mnie dość cenił. To on mnie nauczył, że nie ważne, 
co się mówi, ważne, kto to mówi, gdzie i kiedy. Utrzymywaliśmy ze sobą jak najlepsze stosunki, 
razem rozwiązywaliśmy krzyżówki, bywałem w jego domu, ale czasem nie krępowałem się wygła- 
szać odmienne opinie. "Rogata dusza" - odpowiadał dobrodusznie "dziadzio", bo tak żeśmy go 
nazywali. Jego funkcje polegały na poprawianiu tekstów, na kontaktach z pracownikami i z ze- 
wnątrz, on też redagował informacje w audycji Lilie. 
Roman Kowaliczko. Bez większej kultury, ale zdolny, rzutki, urodzony radiota. To z jego 
inicjatywy i prawie że za plecami, a w każdym razie bez udziału Moosmanna powstała audycja 
Lilie, którą świetnie kierował. Umiał trafić do tych robotniczych słuchaczy, nawiązał z nimi ser- 
deczny kontakt, jeździł często do Francji Północnej aby przeprowadzać wywiady z prezesami 
polonijnych stowarzyszeń i kółek. Parę razy Moosmann towarzyszył mu w tych eskapadach i dzię- 
ki niemu poznał to środowisko. Kowaliczko nie miał etatu i nie chciał go mieć, bo jako wolny 
strzelec zarabiał więcej od Moosmanna, on zaś wykorzystywał sukcesy Kowaliczki i po paru latach 
wyrzucił go bez pardonu, po prostu dlatego, że był od niego zbyt nie zależny. Kowaliczko zdążył 
jednak wyrobić sobie stosunki wśród Francuzów i dostał od razu pracę w Tunisie, gdzie się całkiem 
dobrze spisywał. Jego dymisja była dla Sekcji poważną stratą. 
Rega Lanoix. Pochodziła z rosyjskiej rodziny żydowskiej, młodość spędziła w Polsce, od 
dwudziestu lat mieszkała we Francji. Moosmann wyrobił jej u nas posadę, gdyż była przyjaciółką 


271
>>>
jego żony. Rega komunizowała, prenumerowała organ partii "L'Humanite", ale w biurze wstrzy- 
mywała się od głoszenia swych przekonań, a ponieważ była dobrą, uczynną koleżanką, wszyscy- 
śmy ją lubili. Mimo moje
o antykomunizmu byłem z nią na ty. Kłopot sprawiała tylko jej pół 
zapomniana polszczyzna i Swięcicki poświęcał sporo czasu na poprawianie jej tekstów. 
Pewnego dnia otrzymaliśmy list z prośbą o ogłoszenie takiego komunikatu: "Pani XY poszu- 
kuje swego syna. Ostatni raz widziano go na Starym Mieście podczas powstania. Podobno przeby- 
wał w Stalagu". Naturalnie, nadaliśmy komunikat parę razy i wkrótce potem zaczęły napływać 
z Polski podobne prośby. Tak powstała "skrzynka poszukiwań", której poświęcaliśmy ostatnie 
dwie minuty audycji wieczornej i to przez wiele, wiele lat, niestety z bardzo nikłymi rezultatami. 
Dzięki tej rubryce otrzymywaliśmy pewną ilość listów, co świadczyło, że ktoś nas słucha, ale te 
listy mogły też pochodzić od osób nie posiadających w ogóle radioodbiornika. 
Podobnie, jak niektórzy dziennikarze z sekcji zagranicznych, stawiałem sobie pytanie, ilu 
możemy mieć słuchaczy i czy nie przemawiamy w próżnię. Wystarałem się o nagrody w postaci 
trzech najnowocześniejszych radioodbiorników, co w owej przed-telewizyjnej epoce miało sporą 
wartość, i urządziłem konkurs" Czym jest dla mnie radio?". Wiadomości o tym konkursie ogłasza- 
liśmy wyłącznie w naszych audycjach, aby nikt nie dowiedział się o nim z innych źródeł. Stał się 
cud. Nadeszło koło 800 odpowiedzi i mimo stalinowskiej cenzury prawie połowa nadeszła z Polski. 
A więc mamy słuchaczy! Ilu? Na to pytanie nie było odpowiedzi. Może ilość prac konkursowych 
należało pomnożyć przez sto? Może przez tysiąc? Zgodnie z moim wnioskiem nagrody przyznano 
trzem ociemniałym, mieszkającym w Polsce, w Anglii i we Francji. Pierwszy stracił wzrok podczas 
powstania warszawskiego, drugi w bitwie pod Monte Cassino. Trzeciemu na północy Francji Mo- 
osmann zawiózł nagrodę zabierając ze sobą parę osób z Sekcji, w tajemnicy przede mną. Po roku 
wystarałem się o dalsze trzy radioodbiorniki, a tematem nowego konkursu było pytanie "Czymjest 
dla mnie Francja?". Jedną nagrodę otrzymała żona górnika, która bardzo ładnie i prosto opisała 
przyjazd swej rodziny do Francji po pierwszej wojnie światowej, trudności językowe i obyczajowe, 
pracowite i powolne dorabianie się do normalnego poziomu życia. Z pośród kilkuset odpowiedzi, 
jakie nadeszły z Polski, niektóre o wysokim poziomie, zwróciła moją uwagę praca napisana 
z dużym zacięciem literackim. Nadesłał ją nieznany mi Leopold Tyrmand, autor słynnej później 
powieści Zly. Parę lat potem przyjechał do Paryża i przyszedł do naszej Sekcji, gdzie przyjął go 
Moosmann, znowu w tajemnicy przede mną. 
Koło roku 1950 nastąpiło trzęsienie ziemi. Naturalnie, z powodu kobiety. Sex appeal, futro 
z norek, brylanty, perfumy, maniery gwiazdy w Hollywood. Nasz dyrektor zakochał się w niej do 
nieprzytomności. Dramat polegał na tym, że gwiazda chciała śpiewać, naturalnie, w naszych audy- 
cjach, bo nigdzie indziej jej nie chciano. Nasz dyrektor oszalał i polecił okraszać każdą audycję aż 
czterema piosenkami. Próby z pianistą i nagrania takich dzieł jak "Umówiłem się z nią na dziewią- 
tą" pochłaniały lwią część budżetu. Połowa naszej audycji zmieniła się w kabaret. Z Londynu 
sprowadzono na rok Ninę Oleńską i Feliksa Konarskiego (Ref-Ren), przemiłą i wybitnie uzdolnio- 
ną parę artystów. W ramach tej reformy zrodziły się także takie mało poważne działy, jak "Klub 
optymistów", "Michaś Lwowiak", "Klub filatelistów", "Moda paryska", prowadzone przez Gniewę 
Wołosiewicz, która z sekretarki zaawansowała na dziennikarkę*. Cała ta rosnąca produkcja nie 
budziła we mnie zachwytu i wypaczała zasadniczy charakter audycji, ale trzymałem język za zę- 
bami. Święcicki był tego samego zdania, ale on również musiał milczeć. 
Opracowałem wówczas memorandum z projektem zastąpienia audycji godzinnej przez dwie 
audycje półgodzinne. Dowodziłem, że słuchanie audycji na falach krótkich wymaga dużego wysił- 
ku i cierpliwości, wobec czego audycje krótsze mają większe szanse powodzenia. Mimo, że 
w moim memorandum nie było ani słowa o piosenkach i skeczach, Moosmann odmówił przekaza- 
nia go wyższym instancjom i dał mi do zrozumienia, że nie powinienem się wtrącać w sprawy, 
które do mnie nie należą. 
Wkrótce potem spotkałem się z odmową urządzenia nowego konkursu i zadanie to otrzymała 
Gniewa Wołosiewicz, z czego zresztą wywiązała się jak najlepiej. Nie potrzebuję dodawać, że 
tematem konkursu były piosenki. Gniewa domyślała się moich opinii, co nie naruszało naszej 
przyjaźni. Ceniłem jej żywotność i pomysłowość, bywałem też gościem w jej domu na przemiłych 


* Patrz: G. Wołosiewicz, 33 lata mąjęj pracy w Sekcji Polskięj Radia Francusldego, Archiwum Emigracji 
1999 z. 2 s. 247. Krótką historię Sekcji napisał też Leszek Talko, prawie że pod dyktando Moosmanna. 


272
>>>
zabawach z tańcami i znakomitym bufetem. Z jej mężem, inżynierem, kolegowaliśmy na studiach 
w Grenoble. 
Te przyjęcia miały drugą stronę medalu. Rozwiedziony, a więc niejako bezdomny Moosmann 
zapraszał na nie swoich zwierzchników. Gniewa powtarzała lojalnie, że Moosmannowi zawdzięcza 
bardzo dużo, ale on zawdzięczał jej jeszcze więcej. To dzięki tym potańcówkom i kolacjom 
z polską wódką i bigosem zaawansował koło 1965 r. na szefa sześciu sekcji wschodnioeuropej- 
skich, co zresztą było funkcją wypraną z jakiegokolwiek znaczenia. 
W okresie 1950-1953 przewinęło się u nas kilku dziennikarzy politycznych, ale żaden nie 
zdołał uzyskać etatu i zadomowić się na dłużej. Wymieniam ich w celach kronikarskich: 
- Władysław Żeleński, bratanek Boya, w latach dwudziestych, przed wstąpieniem do sądow- 
nictwa, dziennikarz w "Kurierze Porannym" i "Kurierze Wieczornym". Wybitna inteligencja, 
szerokie horyzonty. 
- Władysław Wolski, również dziennikarz przedwojenny z prasy warszawskiej. Świetna orien- 
tacja w sprawach międzynarodowych. 
- Wacław Zbyszewski,jeden z najwybitniejszych publicystów emigracyjnych. Błyskotliwy styl, 
wielka wyobraźnia, wielka kultura. Niestety, Moosmann nie kiwnął palcem aby uzyskać dla niego 
stały etat. Zbyszewski zaprosił mnie kiedyś na kawę, aby zapytać, co należałoby zrobić aby pod- 
nieść poziom audycji, ale nie wymyśliliśmy żadnego lekarstwa. 
- Raz w tygodniu i to przez długie lata wygłaszał u nas komentarze dotyczące polityki francu- 
skiej Roman Fajans. Był to dziennikarz o dużym doświadczeniu i jeszcze przed wojną zabłysnął 
w "Kurierze Warszawskim" korespondencjami z obu stron frontu hiszpańskiego. W Paryżu był 
stałym korespondentem belgijskiego dziennika" Ce soir". Swe kompetentne komentarze wygłaszał 
tonem mentorskim, co nie mogło się podobać słuchaczom. 
W roku 1953 przyjechał do Paryża Edward Borowski i korzystał zapewne z wysokich protek- 
cji, gdyż natychmiast uzyskał etat. W czasie wojny pracował w londyńskim Ministerstwie Spraw 
Zagranicznych, następnie był sekretarzem naszej ambasady przy Watykanie. Znakomity poliglota, 
otrzaskany z problemami międzynarodowymi, biegły w historii i w historii sztuki. Snob, kawaler 
maltański. Pasjonował się genealogią i znał wszelkie koligacje i tajemnice łoża Potockich, Sa- 
gnuszków i Radziwiłłów. Wyposażony w rozliczne uzdolnienia nie posiadał zupełnie smykałki 
dziennikarskiej i redagowane przez niego informacje przypominały oficjalne komunikaty ministe- 
rialne. Od tej pory redagowaliśmy dzienniki wieczorne na zmianę, każdy co drugi dzień. 
W 1953 r. powstała potężna rozgłośnia Wolnej Europy, szybko się rozkręciła i nas zakasowa- 
ła, ale jeszcze do roku 1956, a nawet 1958 otrzymywaliśmy tysiące listów rocznie. 
Mimo, że nie mogłem liczyć na najmniejszą życzliwość Moosmanna i jakby zapominając 
o dotychczasowych doświadczeniach, pozwoliłem sobie wystąpić z nową inicjatywą. Stwierdziw- 
szy, że nasze audycje na falach średnich przez rozgłośnię Lilie są słyszalne i słuchane w wielu 
okręgach Polski, zaproponowałem, aby audycje wieczorne na kapryśnych i zagłuszanych falach 
krótkich nadawać też na falach średnich przez rozgłośnię w Strasburgu. Mimo, że się upewniłem, 
że ten projekt był łatwy do zrealizowania pod względem technicznym, natrafiłem znowu na veto 
Moosmanna, który po raz drugi upomniał mnie ostro, żebym nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. 
Zanotowałem też inne ostrzeżenie. Rega Lanoix wyjechała na wakacje, zostawiając swój adres 
w Szwajcarii. Otrzymała tam list Moosmanna z wnioskiem, aby z własnej inicjatywy podała się do 
dymisji. Rega przerwała urlop i wzburzona zaprotestowała przeciwko tym skandalicznym meto- 
dom. Doszło do kompromisu. Dyrekcja przeniosła Regę do innego działu, gdzie poczuła się znacz- 
nie lepiej, niż u nas. 
W roku 1959 wszedł w życie statut dziennikarzy radiowych. Musiano nas zrównać z lepiej za- 
rabiającymi dziennikarzami francuskimi i moja pensja uległa prawie że podwojeniu. Stwierdziłem, 
że Borowskiego zakwalifikowano do wyższej kategorii niż mnie, mimo, że pracowałem w Sekcji 
dwa razy dłużej i miałem szerszy zakres pracy. Zrozumiałem, że Moosmann typuje go na następcę 
Święcickiego, który zbliżał się do emerytury. Borowski był tym awansem zażenowany i zapewniał 
mnie, że się wcale o to nie ubiegał. Była to niewątpliwie prawda i nasze dobre stosunki nie uległy 
zmianie. Borowskiego lubiłem, rozumieliśmy się w pół słowa, czasem go zapraszałem do nas do 
domu, często gawędziliśmy o malarstwie włoskim i pejzażach toskańskich. 
W tym samym roku 1959 de Gaulle powrócił do władzy i aby mu zapewnić jak najwięcej gło- 
sów w referendum stworzono nową półgodzinną audycję na falach Lilie o godzinie 9-tej rano. 


273
>>>
Ponieważ nikt nie miał ochoty zrywać się o świcie, odkomenderowano mnie do tej roboty i pewnie 
Moosmann wyobrażał sobie, że połamię sobie na niej zęby, bo o tej porze ludzie są w pracy i nikt 
audycji słuchać nie będzie. Ku mojemu i ogólnemu zdumieniu audycja spowodowała nową, dość 
poważną ilość listów. Pamiętam, że Tadeusz Święcicki składał mi gratulacje. Ale po referendum 
audycję zlikwidowano. 
W tym samym czasie przenieśliśmy się z Pól Elizejskich do luksusowego gmachu Radia nad 
Sekwaną. Z racji nowego statutu Sekcja przyjęła trzech nowych redaktorów. Byli nimi: 
- Janusz Laskowski. W czasie wojny korespondent wojenny z okrętów polskiej marynarki, 
następnie korespondent na procesie norymberskim. Inteligentny, dobre pióro. 
- Witold Nowosad. Historyk odznaczający się świetną klarowną polszczyzną, jakby ze szkoły 
Sienkiewicza. 
- Tadeusz Parczewski. Były urzędnik konsularny, przemiły kompan, kobieciarz, smakosz. Do 
jego specjalności należały pogadanki gastronomiczne. 
- Później doszlusował Jan Grużewski. Rzutki, przedsiębiorczy, dbający o swoje interesy, jeździł 
często do Francji Północnej, skąd przywoził wywiady z działaczami polonijnymi. 
Po odejściu Moosmanna mianowano Borowskiego szefem Sekcji, co już mnie nie zaskoczyło 
i w naj mniejszym stopniu nie wpłynęło na nasze dobre stosunki. Pasjonowałem się moją pracą 
dziennikarską i na zaszczytach, tytułach i stanowiskach wcale mi nie zależało. Wobec nowego 
szefa zachowywałem się z jak największą lojalnością, składając mu sprawozdania z wszystkiego co 
robiłem, on zaś dawał mi wolną rękę i wstrzymywał się od udzielenia dyrektyw. Jako sekretarz 
redakcji układałem programy obu audycji, ale nie chciałem grać roli zwierzchnika i nie poprawia- 
łem tekstów mych kolegów, wprowadziłem jednak zasadę, że każda informacja czy pogadanka 
musiała być przejrzana przez innego redaktora. Przede wszystkim zajmowałem się wówczas dzia- 
łem kulturalnym, co mi sprawiało wielką satysfakcję. Biegałem na premiery do teatrów i kin, czy- 
tałem nowości literackie, odwiedzałem galerie sztuki, zapraszałem na wywiady różne osobistości. 
Z Kazimierzem Wierzyńskim, który mieszkał wtedy w Paryżu, przeprowadziłem chyba z dziesięć 
rozmów. A inni to Antoni Słonimski, Józef Wittlin, Wacław Solski, Sławomir Mrożek, Zbigniew 
Herbert, Witold Gombrowicz, gen. Maczek, Wojciech Natanson, malarze wystawiający w Galerie 
Lambert, Ewa Osińska, Elżbieta Chojnacka etc. 
Gdy ci wybitni pisarze i artyści przychodzili do studia, ani Borowski, ani Moosmann nie po- 
fatygowali się aby się z nimi przywitać. 
Korzystając z paroletniego pobytu w Paryżu znakomitej aktorki, Ewy Krasnodębskiej, zało- 
żyłem miniaturowy teatr radiowy. W ramach nie więcej niż dwudziestu minut graliśmy fragmenty 
sztuk Moliera, Musseta, Rostanda, a także Girodoux, Bernanosa, Geneta, Salacrou, Claudela, Ione- 
sco i innych. Opracowywałem tłumaczenia, odpowiednie objaśnienia i tło muzyczne oraz próbo- 
wałem swych sił aktorskich. Ewa Krasnodębska udzielała mi dyskretnie lekcji i zdaje się, że była 
dość zadowolona z ucznia. Raz udało mi się zwabić przebywającego przejazdem we Francji Gu- 
stawa Holoubka. Miał odczytać słynny monolog Figara, ale dano nam studio o godzinie la-tej rano 
i Holoubek przyszedł nie całkiem rozbudzony. Recytował bez ognia i wówczas zdobyłem się na 
śmiałość, aby mu zwrócić na to uwagę. Holoubek kiwnął głową i posłusznie przeczytał monolog 
powtórnie, już z odpowiednią werwą. Rok potem spotkałem go z Krafftówną na festiwalu filmo- 
wym w Locarno i sporo czasu spędzaliśmy na opowiadaniu sobie dowcipów. Wieczorami Holo- 
ubek uczył się na pamięć roli Konrada do historycznego przedstawienia "Dziadów". 
Cała ta działalność kulturalna pochłaniała mnie, bawiła, każdego dnia sprawiała przyjemność 
i muszę przyznać, że dawna pasja polityczna z pierwszych lat powojennych wywietrzała mi trochę 
z głowy. Inna rzecz, że z każdym rokiem traciliśmy coraz więcej słuchaczy. Gwoździem do trumny 
było polecenie Moosmanna, aby każdą audycję rozpoczynać od piosenki francuskiej. Słuchacz 
polski szukający nas w dżungli fal krótkich natrafiał na śpiew po francusku i przekonany, że ma do 
czynienia z rozgłośnią francuską przesuwał się na głos Wolnej Europy. Nowe zarządzenie wzięło 
się stąd, że ktoś podszepnął Moosmannowi, że młodzież polska lubi słuchać rozgłośni luksembur- 
skiej z najnowszymi sambami i boogie-woogie. 
Koło roku 1965 dyrekcja powiadomiła nas, że z końcem miesiąca zostaną zlikwidowane audy- 
cje przez rozgłośnię Lilie. Trudno mi było z tym się pogodzić, obawiałem się też, że w ślad za tą 
decyzją mogą nastąpić redukcje personelu. W rozmowie ze mną na ten temat Borowski wzruszył 
ramionami, Moosmann zaś oświadczył mi wprost, że jest to decyzja słuszna. Miałem wówczas 


274
>>>
pewne dyskretne chody, z których zresztą nie korzystałem nigdy dla celów osobistych. Zredago- 
wałem odpowiednie memorandum, które trafilo ponoć na biurko premiera i audycja została przy- 
wrócona. Naturalnie, nikt się o mojej interwencji nie dowiedział. Co zabawniejsze, audycje te 
utrzymały się do roku 1997!!! 
Na wzmiankę zasługują trzy inne działy naszej działalności: 
- Religia. Raz na tydzień na falach Lilie i raz na tydzień na falach krótkich nadawaliśmy poga- 
danki religijne. Najpierw wygłaszał je ks. Florian Kaszubowski, a po nim ks. Witold Kiedrowski. 
Co niedziela transmitowaliśmy też mszę św. z Kościoła polskiego w Paryżu. Była to wówczas 
jedyna msza polska na falach radiowych. Naturalnie, kazania odbiegały daleko od marksizmu- 
-leninizmu i często przybierały charakter patriotyczny. Po oficjalnej wizycie Gierka we Francji 
transmisje te przerwano na polecenie Pałacu Elizejskiego. Mimo interwencji ze strony arcybiskupa 
z Lilie i nuncjatury Giscard d' Estaing nie cofnął obietnicy danej Gierkowi. 
- Wysyłka lekarstw do Polski. Działem tym kierowała Anna Winczakiewiczowa. Aby leki nie 
przedostawały się na czarny rynek, wymagała recept lekarza z pieczątką. Kontrolę sprawował też 
polski lekarz z Paryża, dr Laskowski. Znajoma apteka udzielała poważnych zniżek. Finansowali- 
śmy tę akcję z dobrowolnych datek, jakie przysyłali nam rodacy z Francji Północnej w zamian za 
ogłoszenia w koncercie życzeń. Najwięcej zapotrzebowań przychodziło od astmatyków. Pewnego 
dnia wczesnym popołudniem odezwał się telefon z Żoliborza: "Mojego synka ugryzł wściekły pies. 
W Polsce nie ma na to lekarstw. Można je nabyć tylko w Paryżu. Ratujcie". Udałem się natych- 
miast do Instytutu Pasteura, kupiłem odpowiednią szczepionkę, przed wieczorem Janusz Laskow- 
ski pojechał na lotnisko i wręczył ją polskiemu pilotowi, na którego czekał już na Okęciu zaniepo- 
kojony ojciec. 
- Koncert życzeń. Tylko na falach Lilie. Nasze utrapienie. Na Zofię i na Stanisława wypełniali- 
śmy nim audycje przez trzy dni. Chciałem używać skróconej formy: krewni i przyjaciele przesyłają 
życzenia Stanisławom XYZ. Ale Tadeusz Święcicki wymieniał nie tylko solenizanta, ale też po 
imieniu i nazwisku żonę, synów, synowe, córki, zięciów wszystkie wnuczki i wnuków. To on miał 
rację. Prości ludzie mają niesłychaną frajdę, gdy usłyszą przez radio swoje imię i nazwisko. Naj- 
częściej proszono nas o nadanie dość katarynkowej piosenki "Gdzieś ty moja chatko biała" i wyko- 
naniu Marysi Data polonijnej piosenkarki z Ameryki. 
Oddzielne słowa należą się spikerom. Jest to funkcja bardzo ważna. Od spikera wymaga się 
nie tylko miłego głosu i nieskazitelnej dykcji, ale też inteligencji. Dobry tekst słabo odczytany to 
fiasko. I przeciwnie, spiker może uratować kiepski tekst. W tej dziedzinie dopisywało nam szczę- 
ście. Świetną spikerką okazała się Barbara Maliszewska, sekundowali jej z dużym powodzeniem 
Jan Maluty i Ryszard Żaba i periodycznie Leszek Talko. Ciekawostka. W roku 1952 znakomity 
kompozytor Roman Palester, zerwał z reżymem komunistycznym i znalazł się z żoną w Paryżu 
w bardzo trudnych warunkach finansowych. Przez pół roku zarabiał u nas na chleb spikerując w 
obu codziennych audycjach. 
Lipiec 1969. Gdy po audycji wieczornej zostałem w biurze sam, żeby jeszcze coś zrobić, przy- 
szła sekretarka z dyrekcji i wręczyła mi list: "Z dniem dzisiejszym przestaje pan pracować w Sekcji 
Polskiej. Po nowy przydział zgłosi się pan do dyr. Studera. Podpis - C. Boissiere" . Zabrałem 
z szuflady moje osobiste drobiazgi, zostawiłem na biurku z odpowiednią notatką materiały na 
przyszłe audycje i wyszedłem w czarną noc. Ponieważ Moosmann pozostawał w tym czasie na 
urlopie, wniosek o wyrzuceniu mnie z Sekcji przedstawił dyrekcji nasz rycerz maltański. Jeśli 
działał z własnej inicjatywy, to na pewno z błogosławieństwem Moosmanna. Bardziej prawdopo- 
dobne, że działał na polecenie Moosmanna, a że miał swą starannie ukrywaną piętę Achillesa, mógł 
łatwo ulec szantażowi. Scenariusz wyreżyserowano kunsztownie, wyśledzono nawet moment, 
kiedy będę w biurze sam i z doręczeniem listu czekano do późnej godziny. Nie wiem, czy kiedy- 
kolwiek na świecie potraktowano dziennikarza w sposób równie brutalny i cyniczny. 
Dyrektor Studer zapewnił mnie, że o całej tej sprawie nie ma zielonego pojęcia, polecił czekać 
w domu na nowy przydział a po wyjaśnienia odesłał mnie do Boissiere' a. Tu zaś natrafiłem na mur. 
Na moje argumenty, że nie popełniłem najmniejszego błędu, że nie spotkałem się z żadnym zarzu- 
tem i że utrzymywałem z kolegami dobre stosunki, Boissiere odpowiedział zimnym milczeniem, 
a gdy postawiłem wniosek o przeprowadzenie ankiety, oświadczył, że nie ma na to czasu. W Sekcji 
jedna tylko Gniewa Wołosiewicz (!) ujęła się za mną przed Moosmannem, za co zachowuję dla niej 
wdzięczność. 


275
>>>
Znalazłem się w potrzasku. Z punktu widzenia prawa dyrekcja decyduje sama o przydziałach 
pracowników. Protesty związku zawodowego dziennikarzy spełzłyby na niczym i tylko mogłyby 
pogorszyć moją sytuację. Znalazłem się w sztabie dyrekcji, w dziale współpracy z Telewizjami 
i Radiami dawnych kolonii w Afryce Czarnej. Brałem nawet czynny udział w konferencji tych 
zamorskich dyrektorów. 
W tym okresie napisałem na zamówienie Księgarni Polskiej przewodnik po Paryżu, a następ- 
nie Jan Nowak Jeziorański, kierownik Wolnej Europy, zwrócil się do mnie z propozycją objęcia 
działu kulturalnego po przechodzącym na emeryturę Romanie Palestrze. Była to propozycja więcej 
niż zachęcająca. Wolna Europa to wymarzony warsztat pracy dla dziennikarza. Wyrazilem więc 
z entuzjazmem wstępną zgodę, prosilem tylko o pewną zwłokę na uregulowanie moich spraw z Ra- 
diem Francuskim. Jan Nowak Jeziorański okazał zrozumienie, jeśli chodzi o prawa nabyte i przez 
kilka miesięcy czekał cierpliwie na moją odpowiedź. Byłem ujęty jego kurtuazją, do dziś dnia 
jestem wdzięczny za okazanie mi tak dobrej woli, zachowuję jego listy. 
Mojemu zwierzchnikowi zaproponowałem, aby Radio zwolnilo mnie z przewidzianymi przez 
prawo odszkodowaniami (pensja za 12 ostatnich przepracowanych lat). Studer zajął przychylne 
stanowisko i wszczął odpowiednie kroki, ale po tygodniu udzielił mi z żalem odpowiedzi odmow- 
nej. Ministerstwo nie pozwala nikogo zwalniać, żeby nie powiększać ilości bezrobotnych. 
Nie miałem ochoty robić prezentu instytucji, która mnie tak brzydko potraktowała. Z żalem 
zrezygnowałem z oferty Jana Nowaka Jeziorańskiego i - rogata dusza - wytoczyłem mojej 
dyrekcji proces. Wymiar sprawiedliwości we Francji odznacza się żółwią powolnością. Po dwóch 
latach wygrałem proces w pierwszej instancji, ale Radio wniosło apelację, co zabrało jeszcze wię- 
cej czasu, w końcu jednak odniosłem całkowity sukces. Był on tym większy, że z natury rzeczy 
Trybunał odnosi się z większym zaufaniem do dokumentów przedstawionych przez tak poważną 
instytucję jak Radio, niż do pretensji dziennikarza cierpiącego może na megalomanię lub osobiste 
urazy. Miałem jednak dobrego, pracowitego adwokata, dostarczyłem obszerną dokumentację 
i korzystałem z zeznań świadków, przede wszystkim szefa sekcji jugosłowiańskiej. Z kategorii 
czwartej Sąd Apelacyjny przesunął mnie do kategorii szóstej, z wieloletnim działaniem wstecznym, 
równając mnie z kategorią Moosmanna i Borowskiego. Wypłacono mi za zaległe lata poważne 
odszkodowania, za które kupiłem sobie luksusowe mieszkanie w znanej miejscowości nadmorskiej 
Le Touquet, odtąd też pobierałem podwyższoną pensję. 
Z takim wyrokiem w kieszeni zamierzałem rozrachować się z moimi prześladowcami i tryum- 
falnie wrócić do Sekcji Polskiej. Niestety, parę miesięcy wcześniej, dnia l stycznia 1975 zlikwido- 
wano wszystkie sekcje zagraniczne, a Boissiere, Moosmann i Borowski przeszli na przyspieszoną 
emeryturę. Donkiszot atakował wiatraki, moje ataki zapadłyby w próżnię. 
Zostałem na lodzie. Po rozbiciu ORTF czyli Urzędu Radia i Telewizji Francuskiej na sześć 
niezależnych od siebie członów (kanał I, kanał II, kanał III, radio, produkcja i dyrekcja techniczna) 
dostałem się do Dyrekcji Technicznej, zatrudniającej wyłącznie inżynierów i techników. Wylądo- 
wało tam kilku podobnych do mnie rozbitków, utworzono dla nas biuro badań, które niczego nie 
badało, mieliśmy wspólny pokój i czas spływał nam na gadaninie, nie mogłem tam ani pisać, ani 
czytać. Tyle tylko, że regularnie co miesiąc kapała mi pensja. Gdy w roku 1981 wskrzeszono audy- 
cje na Polskę, zgłosiłem się o przydział do mej dawnej redakcji, ale znowu spotkałem się z odmo- 
wą, gdyż panowała żelazna zasada, że nikogo nie wolno było przenosić z jednego do drugiego 
członu dawnego ORTF. Wystosowałem ponownie wniosek o zwolnienie z odszkodowaniami, 
udowadniając, że te odszkodowania byłyby trzy razy niższe, niż suma pensji, jakie mam pobierać 
do emerytury. Znowu odmowa. Biurokracja, biurokracja. Ale zamykano oczy, gdy przychodziłem 
do biura z opóźnieniem i wymykałem się coraz wcześniej. 
Od tych wzlotów i upadków upłynęło dużo czasu i albo o przeszłości w ogóle nie myślę, albo 
wspominam ją już bez goryczy. Ci, którzy wyrządzili mi tak wielką krzywdę, leżą w grobie. Naj- 
większy żal miałem do Borowskiego. W 1972 r. na kiermaszu książki w Księgarni Polskiej odmó- 
wiłem mu podania ręki, gdy się do mnie zbliżał z czarującym uśmiechem, ale później w Bibliotece 
Polskiej podałem mu dłoń. Z litości. 
Audycje polskie z Paryża istnieją nadal. W momencie likwidacji w 1975 r. zachowano audycje 
dla robotników cudzoziemskich pracujących we Francji, dzięki czemu uratowały się audycje przez 
rozgłośnie Lilie z personelem zredukowanym do trzech osób z Leszkiem Talko na czele. Kiedy zaś 
w roku 1981 wprowadzono w Polsce stan wojenny i kiedy cała Francja manifestowała swą sympa- 


276
>>>
tię dla Solidarności, wskrzeszono audycje polskie na falach krótkich. Wyobrażam sobie, że stanęły 
na wysokości zadania, ale musiały się uginać pod przemożną konkurencją Wolnej Europy, BBC 
i Głosu Ameryki. 
W późniejszym okresie powstało Francuskie Radio Międzynarodowe RFI z audycjami 
w osiemnastu językach, nastawione głównie na Azję i Afrykę. Wskrzeszono też sekcję rosyjską, 
rumuńską, serbską i inne, a Sekcja Polska znacznie się rozrosła. Obecnie trzy codzienne audycje 
w języku polskim trwają łącznie 2 godziny i 15 minut. Słuchaczy na falach krótkich zachowało się 
zapewne malutko, co nie ma znaczenia, gdyż audycje te są transmitowane poprzez satelitę do wielu 
rozgłośni regionalnych w Polsce - Radio Classic, Radio Bis, Warszawa, Zakopane itd., skąd 
rozchodzą się w tych rejonach na falach UKF (FM). Audycje mają więc całkiem inne posłannictwo 
i inny charakter. Składają się na nie wiadomości ze świata i z Francji, komentarze, przeglądy prasy, 
pogadanki z życia kulturalnego Paryża. Piosenki usunięto na daleki margines, wyrugowano kaba- 
ret, ale raz na tydzień poświęca się kwadrans czasu na francuski jazz i kwadrans na paryskie kon- 
certy muzyki klasycznej. Funkcję kierownika spełnia od wielu lat niezwykle sprawny i inteligentny 
Kazimierz Piekarec na czele zespołu złożonego z dziennikarzy fachowych i błyskotliwych, wśród 
których znalazł się świetny eseista, Krzysztof Rutkowski i znany we Francji muzykolog, Piotr 
Kamiński. Jak się orientuję, praca w zespole toczy się harmonijnie, bez zgrzytów. Składa się on 
z dwunastu redaktorów, dwóch asystentek i jednej sekretarki. (Kiedyś było na etacie tylko czterech 
redaktorów, aż trzy sekretarki i spikerka.) Ten nowy okres od roku 1981 do dnia dzisiejszego, już 
bez żadnego pracownika z ekipy dawniejszej, wymaga osobnego omówienia. 


Jan Winczakiewicz (Francja)
>>>
w POLSKIEJ SZKOLE DP W NIEMCZECH PO DRUGIEJ WOJNIE 
ŚWIATOWEJ 


WSPOMNIENIA UCZNIA Z LAT 1945-1949 1 


Już od pierwszych chwil istnienia obozów Dp 2 w Niemczech, władze obozowe organizowały 
w nich polskie szkoły dla dzieci i młodzieży. W połowie maja 1945 roku uczęszczałem do pierw- 
szej takiej szkoły jako 17 -letni młodzieniec, razem z mym o dwa lata młodszym bratem Cześkiem. 
Było to w obozie Haldern w Nadrenii, w angielskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Obóz składał się 
z namiotów ustawionych na ogromnej łące, a szkoła mieściła się w jednym z większych namiotów. 
Materiałów szkolnych prawie nie było. Pisaliśmy resztkami ołówków na skrawkach papieru. 
Pod koniec maja kilka rodzin, w tym też nasza rodzina, przeniosły się do obozu urządzonego 
w trzech wioskach, Praest, Dornick i Vrasselt, niedaleko granicy holenderskiej, koło miasta Emme- 
rich. We wiosce Dornick zorganizowano szkołę podstawową, w której uczniów podzielono na trzy 
grupy. My obaj byliśmy w trzeciej, najstarszej grupie. Pierwsze stadium nauki zakończyło się 
w połowie sierpnia, kiedy to zaczęły się wakacje szkolne. 
Nowy rok szkolny rozpoczął się 3 września w szkole zorganizowanej już jako normalna szkoła 
podstawowa o siedmiu klasach. Cześka umieszczono w klasie 6, aja byłem w klasie 7, która miała 
15 uczniów. Uczyliśmy się polskiego, historii, śpiewu, arytmetyki, rysunków, zajęć praktycznych, 
ćwiczeń cielesnych, przyrody, geografii, łaciny i religii. 
Pięcioro uczniów z 7 klasy, łącznie ze mną, niedługo jednak chodziło do szkoły podstawowej. 
Pod koniec października przestaliśmy uczęszczać na regularne lekcje i zamiast tego przygotowy- 
waliśmy się do rozpoczęcia nauki w gimnazjum polskim w Kaln-Miilheim, przedmieściu Kolonii. 
Początkowo mieliśmy jechać do szkoły średniej w Lippstadt, ale były jakieś trudności z umiesz- 
czeniem nas tam. 
Wyjazd do nowej szkoły nastąpił 9 listopada 1945 roku. Szkoła mieściła się w polskim obozie 
DP w Miilheim, mieszczącym się w dawnych koszarach niemieckich, częściowo zniszczonych. 
Mieszkaliśmy w internacie. W pokoju było nas siedmiu, a cała szkoła liczyła około 50 uczniów 
i uczennic. Następnego rana o 8.00 zacząłem naukę w pierwszej klasie gimnazjum. 
Pan Wacław Dudziński był dyrektorem gimnazjum i uczył języka polskiego i rysunków; pan 
Lindner uczył matematyki; pan Mielcarek prowadził historię i geografię; pan Bazan uczył biologii; 
pan Kazimierz Odrobny języka angielskiego; pan Dyniewicz uczył łaciny; ksiądz Perski miał reli- 
gię; pan Domański miał z nami gimnastykę i wreszcie pani Dymek śpiew. Ponieważ przyjechali- 
śmy do gimnazjum już po rozpoczęciu roku szkolnego, mieliśmy dużo materiału do przepisywania 
z biologii, historii i geografii. 
W połowie grudnia, gdy nadeszła zima, nastąpiła przerwa w nauce, gdyż nie było węgla do 
ogrzewania klas. Dyrektor miał tylko z nami lekcje śpiewu każdego rana. Przygotowywaliśmy się 
do wieczorku literacko-wokalnego, który przy końcu stycznia z powodzeniem zaprezentowaliśmy 
mieszkańcom obozu. Wieczorek zaczął się hejnałem mariackim, były wiersze, muzyka fortepiano- 
wa Chopina i kolędy na nasz czterogłosowy chór szkolny. Według oceny słuchaczy te "Odgłosy 
z kraju" były bardzo miłe i wzruszające. Po wieczorku urządzano w sali zabawę. Lekcje zaczęły się 
znów w lutym, gdy dostaliśmy węgiel do ogrzewania. 
Naszą rozrywką było najczęściej kino. Miilheim była to dzielnica Kolonii położona na 
wschodnim brzegu Renu. Część dzielnicy bardzo ucierpiała podczas wojny, tak że niektóre ulice 
były po prostu ścieżkami pomiędzy górami gruzów. Ale wśród tych gruzów, jakby jakiś feniks, 
powstało małe, w pełni funkcjonujące kino. W wolnym czasie tam właśnie uczęszczaliśmy i z przy- 
jemnością oglądaliśmy przedwojenne filmy niemieckie. Drugie kino było w miasteczku Wiesdorf, 


1 Na podstawie maszynopisu książki Kadencja mllośc1, historia emigranta do Australii 1939-1956. 
2 Displaced Person, dipis - osoba znajdująca się poza własnym krajem w rezultacie wojny. 


278
>>>
do którego dojeżdżaliśmy tramwajem. Wyświetlano też filmy wieczorami w sali obozowej, czasem 
nawet polskie. W dzień zaś odbywały się tam lekcje tańca, w których uczniowie brali udział. Kie- 
rownictwo gimnazjum urządzało też wyjazdy do teatrów niemieckich i taneczne zabawy 
w budynku szkolnym. Jeszcze inną rozrywką były spacery nad Renem, szczególnie w piękne wie- 
czory wiosenne. 
Szkoła organizowała też wykłady na popularne tematy, na przykład o bombie atomowej, a ofi- 
cer polskiego lotnictwa mówił o udziale w walkach kilku tysięcy polskich lotników stacjonujących 
w Anglii podczas wojny i o roli lotnictwa wojskowego w ogóle. Odwiedziliśmy również słynną 
katedrę kolońską na przeciwległym brzegu Renu, którą budowano przez 600 lat od 1248 roku 
i która uległa uszkodzeniu podczas wojny. 
W czasie wakacji wielkanocnych czy na Boże Narodzenie, ci uczniowie, którzy mieli rodzi- 
ców w Niemczech, zazwyczaj mieszkających w innym obozie DP, rozjeżdżali się do swych rodzi- 
ców. Niektórzy uczniowie i nauczyciele wracali do kraju. Początkowo repatriacja była zupełnie 
dobrowolna, ale później zarówno warszawskie jak i angielskie władze wywierały presję na nas, 
żeby wracać. Zachodni alianci uznali komunistyczny rząd w Polsce, więc z nim współpracowali. 
Mieliśmy informacje, że warunki materialne w kraju były złe, ale uważaliśmy, że to nie było rzeczą 
najważniejszą. Za to martwily nas docierające tu wiadomości o aresztowaniach a nawet egzeku- 
cjach ludzi pod pretekstem tego, że byli "wrogami ojczyzny". 
W obozie zorganizowano kurs samochodowy, a 20 kandydatów ze szkoły uczęszczało nań 
jako osobna grupa. Kurs obejmował nie tylko naukę jazdy, ale też teorię, to znaczy części składowe 
i działanie pojazdu mechanicznego. Po zdaniu egzaminu otrzymaliśmy niemieckie prawo jazdy. 
Pierwszy rok szkolny po wojnie zakończył się oficjalnie w sobotę l czerwca 1946 roku mszą 
świętą odprawioną przez naszego księdza prefekta, a potem w szkole każdy z wychowawców 
wydał swym uczniom świadectwa. Uczniowie klasy 4 otrzymali świadectwa "małej matury" 
w obecności całej szkoły, a o godzinie 11.30 w największej klasie udekorowanej portretami wiel- 
kich Polaków, godłem polskim, chorągwiami polskimi i angielskimi i kwiatami, zaczęła się aka- 
demia na zakończenie roku. Śpiewał nasz chór, przemawiał dyrektor, były wiersze po polsku, 
angielsku i po łacinie, solo wokalne i fortepianowe i na zakończenie hymn angielski i polski. Wie- 
czorem cała szkoła łącznie z kierownictwem i gronem nauczycielskim bawila się na zabawie ta- 
necznej. 
Nastąpila zmiana na stanowisku dyrektora gimnazjum. Nowym dyrektorem został pan Kazi- 
mierz Odrobny. Dyrektor Dudziński oświadczył, że ustępuje na rzecz pana Odrobnego z powodu 
jakiś swych zajęć, które nie pozwalają mu pozostać na stanowisku. Mówiono jednak, że go zwol- 
niono i były podejrzenia, że zmiana nastąpila z powodów politycznych. 
Podczas wojny polska młodzież szkolna stracila dużo czasu gdyż Niemcy nie pozwolili jej się 
uczyć. Aby to przynajmniej częściowo naprawić, dyrektor gimnazjum pod koniec roku szkolnego 
zaproponował kilku uczniom, żeby przez długie, letnie wakacje przerobili materiał klasy 2 i gdy 
zdadzą egzaminy z niego po wakacjach, zaczęli naukę w klasie 3. Zachęcał do tego pięcioro 
uczniów i uczennic, ale w końcu tylko dwóch uczniów, mój przyjaciel Józek i ja, zdecydowało 
przyjąć propozycję dyrektora i jeszcze przed końcem roku szkolnego spędzaliśmy trochę czasu ze 
starszym uczniem, który uczył nas algebry. Gdy zaczęły się wakacje, zabraliśmy się na serio do 
materiału 2 klasy. 
I choć były wakacje, pan Odrobny prowadzil też dalej lekcje angielskiego. Nie były one przy- 
musowe, ale rozsądek mówił nam, że należy na nie uczęszczać, bo znajomość tego języka mogła 
się w przyszłości przydać. 
Podczas wakacji szkoła urządzila dwie wycieczki z Kolonii statkiem w górę Renu, pierwszą 
do Kanigswinter, a drugą do Koblencji. 
Nasze przyswajanie sobie materiału 2-giej klasy postępowało naprzód, ale powoli. Może 
gdyby nauczyciel to prowadzil i zadawał materiał do nauczenia się, byłoby to jakoś łatwiej, niż gdy 
musieliśmy sami kontrolować naukę. 
Ale jednak przy końcu lipca i na początku sierpnia Józek i ja zdawaliśmy ustne i pisemne 
egzaminy z materiału 2 klasy, który podczas wakacji przerobiliśmy. Osiągnęliśmy dobre wyniki we 
wszystkich przedmiotach oprócz botaniki, którą czytaliśmy dopiero w ostatnich dniach. W każdym 
razie, gdy 6 sierpnia zaczął się rok szkolny, byliśmy w klasie 3. 


279
>>>
W nowym roku szkolnym mieliśmy o jedną klasę więcej - pierwszą licealną, składającą się 
z zeszłorocznych uczniów klasy 4. Ponieważ w budynku służącym nam za szkołę brakowało po- 
mieszczeń, pokój nauczycielski został klasą licealną, biuro zostało pokojem nauczycielskim, a szat- 
nia biurem. 
Liczba uczniów bardzo się powiększyła z nowym rokiem szkolnym. Najliczniejsza była, jak 
zwykle, klasa pierwsza, w której przeważały dziewczęta. Było też w szkole dużo małych chłopców 
z krzykiem uganiających się na przerwie za pilką. Szkoła stracila zupełnie powagę, którą mogła się 
przedtem szczycić! 
Delegat Rady Obozowej zwołał zebranie wszystkich uczniów i polecil nam wybrać spośród 
siebie trzech reprezentantów, którzy by przedstawiali Radzie nasze problemy i potrzeby. Repre- 
zentantów wybraliśmy, a rezultaty ich starań były natychmiast widoczne. Za kilka dni wydano nam 
bieliznę, po części nową, skarpety i swetry i tym, którzy o to prosili, płaszcze. 
Czasem nasze obozowe menu uzupełniały paczki żywnościowe organizacji UNRRA 3 . Zawie- 
rały takie produkty jak biskwity, marmoladę, ser, konserwy rybne, konserwy fasoli z boczkiem. 
Rodzice uczniów przysyłali im też od czasu do czasu ze swego obozu paczki z żywnością. Ale 
warunki w naszym obozie stawały się coraz gorsze. Ilość żywności, którą kiedyś wydawano co- 
dziennie, teraz miała starczyć prawie na cały tydzień. Bochenek chleba był na cztery osoby: porcja 
masła albo smalcu wydana na dwa lub cztery dni wystarczała tylko na jeden dzień. Zupa w połu- 
dnie była często po prostu jak woda. Tym uczniom, którzy byli sami, bez rodziny, więc nie dosta- 
wali paczek z domu, było naprawdę trudno przeżyć na tym, co wydawano. Objawiła się bezna- 
dziejność naszej sytuacji. Pozostawanie tutaj do niczego nie prowadziło, a sytuacja w Polsce była 
niejasna. 
Nie było pewności czy szkoła będzie mogła dalej istnieć. Była możliwość, że wszyscy 
uczniowie i ich rodzice przeniosą się do Ameryki i tam będą kontynuować naukę, wspierani przez 
Związek Polsko-Amerykański. Dla uczniów po maturze, będących na razie w Niemczech, starano 
się o miejsca na studia w uniwersytetach zachodniej Europy. 
W końcu, po prawie roku wykorzystanym na naukę w szkole w Kolonii-Miilheim, obóz i szko- 
ła miały być przeniesione gdzie indziej. Szukano odpowiedniego miejsca, gdzie uczniowie i ich 
rodzice mogliby zamieszkać razem w tym samym obozie. Jednym z możliwych był obóz przej- 
ściowy, ale zanim można było tam zamieszkać, trzeba było zdecydować, gdzie się chce emigrować: 
do Chile, Peru czy do Argentyny. Zresztą pobyt w takim obozie byłby tylko stosunkowo krótki - 
do czasu wyjazdu do wybranego kraju. 
Kilka dni później podano do wiadomości że szkoła przeniesie się... do klasztoru! W miejsco- 
wości Knechtsteden, około godziny jazdy od Kolonii, znajdował się w opactwie obóz DP. Obóz 
mógł przyjąć tylko dodatkowe 150 osób, więc nie było tam miejsca dla całych naszych rodzin. 
Najpierw przewieźliśmy z Miilheim do nowego obozu trochę mebli i materiałów szkolnych, a 22 
sierpnia 1946 roku szkoła przeniosła się na dobre do knechtstedeńskiego klasztoru, który był pięk- 
nie położony wśród lasów. 
Kwatera chłopców była w dużej sali na poddaszu, do której wnieśliśmy nasze bagaże i ciężkie 
szafy wojskowe. Józek, drugi kolega, Sylwek i ja urządziliśmy sobie prywatny "pokój" w części 
naszej sali. Łóżka i stół postawiliśmy przy zewnętrznej ścianie, a szafy ustawione ku środkowi sali 
tworzyły przepierzenie razem z zasłoną z koca. Luksus w naszym "pokoju" stanowił jedyny, gdzieś 
zdobyty fotel. Było ciepło, więc okna w pochyłym suficie mogły być otwarte przez cały dzień. Ale 
mieliśmy nieprzyjemną niespodziankę gdy zaczęło padać - niektóre okna były nieszczelne, na 
szczęście nasze nie. 
Przez pierwsze kilka dni w Knechtsteden ustawialiśmy ławki, tablice i inne meble szkolne 
w klasach, jeśliby można tak nazwać pomieszczenia przeznaczone na klasy. Trudno było znaleźć 
odpowiednie pokoje, może dlatego, że niektórzy pracownicy administracji obozowej nie byli nam 
przyjaźni. Klasa l miała szczęście dostać dobrą salkę, klasa 2 i 3 mieściły się w gospodzie Ga- 
sthaus K1osterhof, zaraz za murami klasztornymi, klasa 4 obok mojego łóżka (!), ale najgorsze 
miejsce miała l liceum - jej klasa była w starym schronie, czyli w piwnicy. 


3 Un1ted Natlons Relief and Rehabilitatlon Administratlon. Organizacja stworzona przez Narody Zjedno- 
czone do spraw pomocy i rehabilitacji, która prowadziła obozy DP. 


280
>>>
..... 


-ao A
 


.... 
... . 
_.:
 


.. 


. 


.

\;.'I.' 


...
 
-' ..t 


r
_ 


J
'r 


... 


.- 



\"' 


'.'-- 


", . 


., 


.. 
.- . 



 


... 
--- 


,.,t 

 


"
.
 
-ł;ł. . 


li _ 
. "_ 'lit 



 .' 


-
 - - j ". 


-:- 


y
 


, 
.0 _... 
_- -\/,a. 
... ;.....:.
 . 
.- 
. 
 "1 ,- 


'.. .1 



 



 


.', --- 
- ,- 


." 


,. ..... 


,. 
. 


.t 

 
, ,... 


.,;.. 


_-1 
'.. I 
""l 


.' 


Klasa I Gimnazjum Polskiego w Kolonii-Muelheim. 28.03.1946 r.: I-szy rząd od lewej: Irena Stasińska. 
Wacław Dudziński - dyrektor. Halina Dmitryjewska. Sylwester Dmitryjewski. nn. Józef Jeziorski; 2-gi rząd: 
Maria Buda. Halina Szwarc. nn. Janina Januszkiewicz. Józef Stasiński. nn. Leonard Węgrzynowicz; 3-ci rząd: 
Janina Chmielowska. nn. Józef Jankowiak. Zbigniew Borkowski. Zygmunt Bruch; 4-ty rząd: Jolanta Dymek. 
Wacław Jędrzejczak. nn. Karol Grzonka. nn. Jerzy Ozoling. Tadeusz Buda. Andrzej Łagodka 



 .-- 

:.ł": 


.. 
-:!:
. 
. ł' .;'- 
":t.. ::.. 
,. 


.. 

.-:.
 


J I 
o. 
 .o t .t:; ;. 
j.= 
 J .

. 
i , ł 


-k ",. 



.'. 
..;:.
 . : 


(:'. 
I 


r 



 


. . , 

-- .. 


...ł 
..., 



 .. _, 
 J 
..... 
;..
 :.:

;- -i

-:':-
 
:._ 
 
.'C
- -'
:i,""'._ ..... 
-::'!'-I;7:.-....."i..7- ;:
 - . 

- ł-l 'u - - - os - 
 
.;
.. 
ttl


t 
I 0 1 o' -;; 'ii l ;:.'!;: ... 
f
" . 
 ) , 


.. 
.
 


Chór męski Polskiego Ośrodka Szkolnego w Lippstadt. 12.12.1948 r.: siedzi ks. prefekt Józef Kopczewski; rząd 
ł -SZYł od lewej: Stanisław Królak. nn. nn. Józef Jankowiak. Józef Ojrzyński. Jan Oziembło - dyrygent. Stefan 
Jaworski. Wacław Narkun, Tadeusz Tarasiak. nn. Wojciech Narkiewicz; rząd 2-gi: Wacław Jędrzejczak. Stefan 
Wicik. Witold Staszewski. Włodzimierz Tyde. nn. Tomecki. nn. Czesław Jędrzejczak. nn. Byczkowski. nn 


.......
>>>
".II J. 
-
 
II" 

 

 , 
..... ... 

. 
-. 
.1 
 J Ó{
 


',;.. 


, 


-, ; 


; 



.. 
"- 

 
 , --..ł. f" 
f -==-- -..... 
; l 
'. .,
 ... .. 
, '. 
.

 
.... -::- ------....... 
- 


.. r 


I,." 


'I 


Egzamin maturalny z fizyki, maj 1949: Wiktor Kowaluk, za nim z prawej Wacław Jędrzejczak 


-, 
.!o" ł.... 


... 
-X 
"'-..."" , 
.-
 
 
-'
 
1tF,.y.: 


.".1". ....f.. 


.... 
 


! 
.' 
.. JII4. 
.. ., 
,....1 

 '\. 


, 


1 
.,.... 


) 


..... ,. 


I

 


.
., 


;. ;i, : r 
, . ""t; 


\ . 



 
=ł 


.... 
/.\ . 
. ..
. 
., 4;-': \'
. 
I
 ł:::.. . 


'. 


.. 
, 


-. . 


'" 


-4 


\\\ ' 

 

. "- 


\ L . \ . \..... 
\. 1 
 "\...1, ; 
. J'L, " X, 
_ .. 1 
- .... 


, " 
-:;.
' '. '-,. 
-... 


.- . 


. --lo 



:
. 


. 
.. .. 


iI. 


',. ; 


"" 


i\ 


t: 


:l 


, 


, , 


, 
. , 


:.... 


--- 1*1 ..... 
... 


Maturzyści i wykładowcy Liceum Matematyczno-Fizycznego w Lippstadt. 28.05.1949 r.: siedzą od lewej: Jan 
Oziembło (śpiew), Stanisław Michalicki (historia), Czesław Majewski (matematyka), Alicja Kowalczyk 
(j. polski), Zygmunt Wygocki (dyr., propedeutyka filozofii), ks. Józef Kopczewski (religia), Kazimierz 
Odrobny (j. angielski), Kazimierz Liberadzki (zagadnienia życia współczesnego), Zenon Frank (fizyka); stoją: 
Mikołaj Dolmat, Zbigniew Borkowski. Wiktor Kowaluk, Stefan Jaworski, Regina Nowicka, Alina Weging, 
Wacław Nowicki, Janusz Osomański, Jan Mieleszuk i Wacław Jędrzejczak
>>>
W niedzielę wszyscy uczniowie szli razem na mszę. Gdy ustawialiśmy się czwórkami i masze- 
rowaliśmy do kościoła, przyglądali się nam mieszkańcy obozu i zakonnicy. Na ogół ludzie intere- 
sowali się naszą szkołą, a my ze swej strony staraliśmy się zdobyć przez swe postępowanie dobrą 
opinię u zakonników i u polskich mieszkańców. Obóz Knechtsteden też miał być niezadługo za- 
mknięty i nasz dyrektor czynil starania, żeby szkoła mogła tu pozostać. 
Codzienne zajęcia postępowały według ustalonego programu. Budzono nas o 7.00 i natych- 
miast biegłem do umywalni. Gdy przyszło się trochę później, trzeba było stać w kolejce, bo do 
mycia były tylko dwa krany. O 7.30 mieliśmy modlitwę, a potem gimnastykę w określone dni. 
Gdzieś tam trzeba było znaleźć czas na śniadanie, czasem nawet bez garnuszka kawy, bo nie było 
jej gdzie zagrzać. Do szkoły szliśmy o 8.30. Po szkole czekały nas zadania domowe, a o 9.30 wie- 
czorna modlitwa. Gdyby chcieć ułożyć kodeks internatu, zaczynałby się chyba tak: "S!. Każdy 
spóźniający się lub uchylający się od wspólnej modlitwy lub porannej gimnastyki, winien jest myć 
kotły w kuchni przez dzień jeden". I niektórzy z kolegów mieli takiego pecha, że właśnie im to 
mycie już przypadło. 
Inspektor szkolny z Lippstadt przeprowadził wizytację szkoły i kwater mieszkalnych. Wyglą- 
dało na to, że niedługo znów będziemy przeniesieni do innego obozu. 
Środa 9 października 1946 roku była "czarnym dniem" naszej knechtstedeńskiej szkoły. 
Wszyscy czuli się zdenerwowani i przygnębieni, bo zawiadomiono nas, że we wtorek 15 paź- 
dziernika przyjeżdża 30 samochodów, które zabiorą wszystkich mieszkańców obozu do Lippstadt. 
Nikt nie chciał tam jechać, ani uczniowie ani nauczyciele. Mówiono, że Lippstadt było pod zupeł- 
nym wpływem warszawskiego rządu komunistycznego i tamtejszy obóz i szkoła też prawdopodob- 
nie miały być wkrótce rozwiązane. Władze alianckie dążyły do zamknięcia wszystkich takich 
gimnazjów DP i nasz dyrektor chciał znaleźć jakiś odpowiedni obóz, gdzie mógłby szkołę dalej 
prowadzić, choćby nawet nieoficjalnie. Wysłał dwóch uczniów liceum do obozu w Cleve, aby 
dowiedzieli się jakie tam są warunki. 
Byłem pełen podziwu i szacunku dla naszego dyrektora i nauczycieli, którzy pomimo wszyst- 
kich trudności dalej uczyli i opiekowali się szkołą. Celem polskich szkół w Niemczech było wy- 
rwanie młodzieży z nienormalnych warunków życia w obozach, zajęcie ich nauką dla ich własnego 
dobra i o ile to było możliwe, nadrobienie straconych podczas wojny lat szkolnych. Szkoły były 
bezpłatne i dostępne dla każdego, nawet gdy kandydat znacznie przekraczał normalny wiek szkol- 
nl. Nauczyciele byli też pod naciskiem komunistycznego rządu polskiego, który starał się poddać 
ich swej kontroli. Praca nauczycieli, ich przeciwstawianie się naciskom komunistycznym i poświę- 
cenie się ideałom wolności, były wspaniałym przykładem prawdziwego patriotyzmu. 
Dyrektor Odrobny i jeden z nauczycieli odwiedzili Lippstadt i wrócili z pomyślnymi wiado- 
mościami. Przeprowadzka tam była ze wszech miar wskazana, szkoła była teraz wolna od niepo- 
rządanych nacisków politycznych, warunki mieszkaniowe były dobre, a szkoła zajmowała budynek 
dawnego gimnazjum niemieckiego i była wyposażona we wszystkie potrzebne sale i laboratoria. 
Opuściliśmy Knechtsteden rankiem 15 października 1946 roku i zajechaliśmy do Lippstadt po 
południu pełni nadziei na lepsze warunki do nauki w nowej szkole. Lipsztacki "obóz" składał się 
z małej części miasta zarezerwowanej dla "dipisów". Internat męski i żeński mieściły się 
w osobnych budynkach na tej samej ulicy. Z internatu szło się tylko kilka minut do szkoły znajdu- 
jącej się w starym, imponującym, dwupiętrowym budynku niemieckiego Gymnasium, który był 
obrośnięty winoroślami, w tym czasie już bez liści. Wokoło budynku trawniki, krzewy, ścieżki 
wyłożone kamiennymi płytami, a przed budynkiem pomnik założyciela szkoły Ostendorfa. Wyso- 
ko na frontonie budynku widniał teraz duży napis: "Polski Ośrodek Szkolny". 
Tutejszy dyrektor przywitał nas wszystkich w obecności całej szkoły zebranej w auli na dru- 
gim piętrze i zaczęły się lekcje. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że aby być na równym poziomie 
z miejscowymi uczniami, musieliśmy nadrobić matematykę i historię, oni zaś musieli poprawić 
łacinę i angielski, aby nam dorównać. 
Lekcje fizyki w nowej szkole były przyjemnością, gdyż mieliśmy do dyspozycji w pełni wy- 
posażone laboratorium i można było przeprowadzić wszystkie potrzebne doświadczenia. Bardzo 
ciężko szła nam jednak matematyka, bo nauczyciel jakoś nie potrafił materiału jasno wyłożyć i był 
wielkim pedantem. Zrozumiałe, że w matematyce trzeba być dokładnym, ale gdy ktoś powiedział 


4 W. Kowalczyk, Szkolnictwo polskie w Niemczech 1945-1948. Warszawa 1961. 


281
>>>
"uwalniać z nawiasów" zamiast "otworzyć nawiasy", albo pięć "do potęgi" trzeciej zamiast pięć 
"w potędze" trzeciej, to przecież nie był to koniec świata?! 
Ale za to nasza nauczycielka polskiego, była prawdziwym skarbem! Pani już nie pierwszej 
młodości, ale bardzo miła i świetna nauczycielka. Wiedziała jak stworzyć swobodną atmosferę 
w klasie i w ten sposób osiągnąć dobre wyniki. Zawsze zachęcała nas do chodzenia do teatru, na 
opery i wskazywała dobre filmy w lipsztackich kinach. Była z tym w kolizji z kierownictwem 
Ośrodka Szkolnego, którego oficjalna polityka nie pozwalała na branie udziału w imprezach 
i przedstawieniach organizowanych przez Niemców. My w tych sprawach w pełni zgadzaliśmy się 
z postawą polonistki, a nie kierownictwa. 
Należeliśmy do czwartego okręgu szkolnego, którego kierownik, major Scheybal, wizytował 
szkołę. W naszej klasie był na historii i matematyce, a wieczorem wizytował nasz internat. 
Aby nadrobić czas stracony bez możności uczenia się podczas wojny, staraliśmy się przerobić 
cały rok szkolny w przeciągu około sześciu miesięcy i w lutym 1947 roku właśnie nadchodził 
koniec tego sześciomiesięcznego okresu. Odbywały się klasówki, więc pracy mieliśmy jeszcze 
więcej niż zazwyczaj i regularnie chodziło się bardzo późno spać. W tym tak bardzo krytycznym 
czasie miasto ograniczało też prąd elektryczny. Elektryczność mieliśmy tylko od 7 do 9 rano, od 12 
do 2 po południu i od 5 do 9 wieczorem. W niektóre wieczory jedliśmy kolację przy świetle palą- 
cych się odłupanych z deski, cienkich kawałków drzewa, bo nawet świeczek zabrakło. Na szczęście 
w szkole światła nie wyłączano i czasem chodziliśmy tam się uczyć w pokojach nauczycielskich. 
Po zdaniu egzaminów skończyłem wtedy trzecią klasę gimnazjum, która miała następujący 
program: religia, język polski, język łaciński, język angielski, historia, geografia, fizyka i chemia, 
matematyka, ćwiczenia cielesne. 
W Lippstadt, oprócz uczęszczania do kin, gdy nie było zbyt wielkiego nawału pracy, mieliśmy 
też okazję bywać na operach, operetkach, sztukach teatralnych i koncertach symfonicznych. Do 
naszego miasta przybywały na gościnne występy dobre zespoły operowe i teatralne z większych 
miast niemieckich, a raz wystąpiła nawet słynna berlińska orkiestra filharmoniczna pod batutą 
znanego Rumuna Sergiu Celibidache. Powstał też w Lippstadt miejscowy teatr operetkowy, do 
którego uczęszczaliśmy, choć jego poziom artystyczny był sporo niższy od poziomu przyjeżdżają- 
cych zespołów. A szkoła urządzała co kilka tygodni zabawy taneczne najpierw w auli a później 
w sali gimnastycznej. Mieliśmy też świetny szkolny chór męski prowadzony przez zdolnego mu- 
zyka pana Oziembło. Podczas wakacji chór dał serię koncertów w polskich obozach DP. 
W maju 1947 roku dwóch uczniów zostało wydalonych ze szkoły za podsłuchiwanie konfe- 
rencji klasyfikacyjnej. Poprzedniego dnia odbywała się właśnie konferencja na zakończenie pierw- 
szego okresu, a uczeń klasy 3, chcąc ją podsłuchać, ukrył się w sali konferencyjnej pod mapą 
na szafie. Leżał tam przeszło trzy godziny bez ruchu, a gdy już nie mógł dalej wytrzymać i poru- 
szył się, zauważono go. Jego przyjaciel chciał mu oddać przysługę i zerwał z tablicy kartkę dyrek- 
cji o wydaleniu, za co też został natychmiast wydalony. Obaj mieszkali potem w prywatnym 
mieszkaniu, bo z internatu też ich wydalono. 
Z powodu skróconego roku szkolnego nie można było nadążyć z pracą szkolną. Spać szło się 
regularnie o 1.00 albo 1.30 po północy, a czasem jeszcze później. A w szkole, gdy trzeba było 
słuchać wykładu, oczy się zamykały i nie było na to rady. Ale zależało to też od tego, jaki był 
wykład. Nie można było usypiać na łacinie, bo było nas tylko pięciu, łacinnik przepytywał co- 
dziennie, więc trzeba było stale uważać. Nie było drzemania na polskim, bo lekcje były zbyt żywe 
i interesujące. To samo można było powiedzieć o matematyce i angielskim. Najbardziej chciało się 
spać na lekcji religii, bo ksiądz, mówiąc, siedział za katedrą ze schyloną głową, albo jeszcze gorzej, 
z zamkniętymi oczami. 
Demoralizowała nas niepewność, czy pozostaniemy w Lippstadt. Jeszcze w marcu 1947 roku 
wywieszono zawiadomienie, że obóz może być zamknięty pod koniec miesiąca, a nie wracający do 
Polski mieli być rozmieszczeni po innych obozach. Istniała jednak możliwość, że szkoła i rodzice 
uczniów pozostaną nadal w Lippstadt choć Niemcy bardzo się starali aby nas się pozbyć i odzyskać 
budynek szkolny. I na szczęście, po kilku dniach okazało się, że choć inni wyjadą, prawdopodobnie 
nasza społeczność szkolna tu pozostanie, w całości około 250 osób. Ale w ostatnim tygodniu 
czerwca, ku naszemu zmartwieniu, znów były pogłoski, że może nas przeniosą i to jeszcze przed 
końcem roku szkolnego. A do końca roku było tylko kilka tygodni, więc myśleliśmy, że władze 
mogłyby przynajmniej tyle zaczekać! Dziwiło nas bardzo, że dyrektor okręgu UNRRA, Polak 


282
>>>
zresztą, nie mógł nam oszczędzić takiego nieszczęścia. Ale 3 lipca otrzymaliśmy dobrą wiadomość 
- nauczyciele, uczniowie i rodzice pozostaną w Lippstadt, przynajmniej na razie. Co za ulga! 
Resztę mieszkańców przeniesiono do obozu w Augustdorfie. 
Kuchnia czasem zrobila nam niespodziankę i podała treściwy posilek: mięso, ziemniaki 
z sosem i buraczki. Na ogół jednak wyżywienie było bardzo biedne. Często, gdy dodatkowe dosta- 
wy z domu się wyczerpały, jedliśmy suchy chleb. Pokonani Niemcy mieli lepsze wyżywienie niż 
my, rzekomi zwycięzcy. 
Nasz instruktor wychowania fizycznego po prostu kochał przesadną dyscyplinę! Przyszedł 
jednego wieczoru o 9.30 z zastępcą dyrektora, łacinnikiem, i po modlitwie obaj przeprowadzali 
inspekcję mieszkań. Podczas inspekcji my wszyscy staliśmy na dole i swobodnie sobie rozmawiali- 
śmy, a raczej porządnie hałasowaliśmy. Gdy instruktor zeszedł na dół wykrzyczał nas najpierw, 
a potem zwolnil tylko klasy licealne, a reszcie kazał pomaszerować na dwór! Do pół do jedenastej 
brzmiał na boisku jego głos szczególnie donośny i krzykliwy tego wieczora. Do pół do jedenastej 
maszerowaliśmy, biegaliśmy, robiliśmy przysiady, zwroty i tym podobne sztuczki. Gdy się już 
wszystko skończyło byliśmy porządnie zmęczeni i zgrzani. Mnie złościlo najwięcej to, że stracilem 
tak dużo czasu. Miałem zamiar zacząć się uczyć bezpośrednio po modlitwie. 
31 lipca 1947 roku nareszcie nadszedł koniec roku szkolnego, uczczony uroczystą mszą św., 
na której śpiewał nasz chór, a potem odbyła się tradycyjna akademia. Były przemówienia, dekla- 
macje i wystąpil znów nasz chór, tym razem z pieśniami ludowymi na chór męski i innymi na chór 
mieszany. Świadectwa dostaliśmy w swych klasach. Nasze, z klasy 4, było w pewnym stopniu 
ważniejsze, bo oznaczało ukończenie gimnazjum, czyli osiągnięcie tzw. "małej matury". 
N owy rok szkolny rozpoczął się 15 września 1947 roku, a miał to być tym razem pełny rok, 
nie skrócony jak poprzednie, a więc kończący się w czerwcu 1948 roku. Zastępca dyrektora, łacin- 
nik, miał do mnie żal, że nie wybrałem liceum humanistycznego, tylko matematyczno-fizyczne. 
Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie wyemigrujemy do jakiegoś obcego kraju 
i polskie świadectwo humanistyczne nie na wiele by się tam przydało, zaś wyksztalcenie technicz- 
ne miałoby zastosowanie wszędzie. Z praktycznych więc względów większość uczniów właśnie to 
wybrała. W programie pierwszej licealnej mieliśmy: religię, język polski, angielski, historię, za- 
gadnienia życia wspólczesnego, biologię, fizykę z astronomią, chemię, matematykę, ćwiczenia 
cielesne, miernictwo i geometrię wykreślną. Miałem też przedmioty nadobowiązkowe: język fran- 
cuski i niemiecki i śpiew. 
Do naszej klasy pierwszej licealnej dołączył kontyngent uczniów z obozu w Borghorst. Razem 
z nimi nasza klasa była teraz liczna - szesnaścioro uczniów: troje w liceum humanistycznym, 
trzynaścioro w matematyczno-fizycznym. 
Wyglądało na to, że w naszym Polskim Ośrodku Szkolnym w Lippstadt prowadzono jakieś 
intrygi. Ośrodek składał się z kilku szkół: Ogólnoksztalcącej Szkoły Średniej, Handlowej Szkoły 
Średniej, Szkoły Rolniczej, Szkoły Techników Radiowych i Kursu Mierniczego. Dyrektor Odrobny 
był kierownikiem całego ośrodka, na ogół szanowanym i lubianym. Krążyły jednak pogłoski, że 
został usunięty z kierownictwa ośrodka przez intrygi jakichś ludzi z Lippstadt. Podczas regularnej, 
niedzielnej pogadanki wychowawczej po mszy, prowadzonej tym razem przez ks. prefekta Kop- 
czewskiego, powiedział on, że w rzeczywistości władze szkolnictwa zlikwidowały funkcje kierow- 
ników we wszystkich takich ośrodkach szkolnych w Niemczech, więc p. Odrobny też przestał być 
oficjalnym kierownikiem naszego ośrodka. Zaofiarowano mu wysokie stanowisko w centralnych 
władzach szkolnictwa, ale odmówil przyjęcia, woląc pozostać w Lippstadt jako nauczyciel i nasz 
mentor. Jednak nauczyciele wszystkich szkół lipsztackich prosili go, aby pozostał, choć nieoficjal- 
nie, kierownikiem ośrodka i naszym reprezentantem u władz angielskich, na co się zgodzil. 
Wychowawca naszej klasy pan Napierała-Kowalski organizował nam wycieczki klasowe. Na 
początku roku szkolnego byliśmy pociągiem w mieście Detmold aby obejrzeć tam ogromny po- 
mnik bohatera niemieckiego Hermana, a drugą wycieczkę mieliśmy w lutym do miasta Wuppertal. 
Pod koniec roku zaś, w czerwcu, cała szkoła wyjechała do grot szczelinowych w Warstein niedale- 
ko od Lippstadt. 
Uroczyste zakończenie roku szkolnego odbyło się 22 czerwca 1948 roku, a już 2 lipca wyje- 
chaliśmy na obóz szkolny w namiotach w Miingersdorf na krańcach Kolonii, który trwał przeszło 
miesiąc. 


283
>>>
Nowy rok szkolny zaczął się w pierwszych dniach września. Dla mnie był to rok maturalny 
z następującymi przedmiotami: religia, język polski, język angielski, historia, zagadnienia życia 
wspólczesnego, biologia, fizyka z astronomią, chemia, matematyka, propedeutyka filozofii, ćwi- 
czenia cielesne, miernictwo, geometria wykreślna i nadobowiązkowy śpiew. 
Mieszkańcy obozów DP zaczęli zgłaszać się na emigrację. Dotyczyło to też uczniów, więc 
w szkole następowały zmiany. Kilku uczniów zapisało się na emigrację do Kanady, zwolnilo się ze 
szkoły i pojechało do pobliskiego obozu w Paderborn na komisję emigracyjną. Pozostawała po nich 
smutna pustka. Nie wiadomo było, czy nam, którzy na razie zostawaliśmy, będzie danym skończyć 
liceum i dojść do matury, ale zawsze milej by było dążyć do tego celu w większej grupie, wspólnie, 
zamiast patrzeć jak po drodze to ten to ów odchodzil. 
Niezadługo potem pan Napierała-Kowalski zapisał się na emigrację do Australii, mieszkał 
w obozie przejściowym w Paderborn i tylko dojeżdżał do nas na lekcje, które prowadzil po połu- 
dniu. Ponieważ jego transport do Australii miał ruszać dopiero w połowie grudnia, zamierzał do 
tego czasu skończyć z nami program chemii, przeprowadzić egzaminy i wystawić stopnie do matu- 
ry. Egzaminy maturalne też miały być wcześniej, prawdopodobnie w marcu, ze względu na możli- 
wość emigracji. Nasza niezastąpiona polonistka, pani Kowalczyk też planowała emigrację - do 
Kanady. 
Nasz męski chór szkolny wystąpił z koncertem we więzieniu w Werl, około godziny drogi od 
Lippstadt. Prosił o to kapelan więzienia, ks. Wnuk. Pierwszy występ daliśmy dla więźniów Pola- 
ków, a drugi dla Niemców, między którymi było ośmiu generałów Wehrmachtu i marszałek Kes- 
selring. 
Zbliżały się egzaminy maturalne. Rok szkolny został skrócony do 30 maja, zajęcia szkolne 
maturzystów kończyły się 2 maja, a 17 miały się zacząć egzaminy pisemne. W poniedziałek 
16 maja odbyła się konferencja pedagogiczna decydująca o tym, kogo dopuścić do egzaminów 
maturalnych. W pierwszym dniu miał być pisemny egzamin z języka polskiego, następnie mate- 
matyka a w czwartek fizyka. Tak więc we wtorek o siódmej trzydzieści rano dziesięcioro nas było 
na mszy i u komunii, a o ósmej zaczęliśmy pisać egzamin z języka polskiego w dużej sali rysun- 
kowej obok kaplicy. Sala była jasna, z dużymi oknami i długimi stołami, przeważnie po jednym 
kandydacie przy każdym stole. Do wyboru były trzy tematy. Ja wybrałem "Znaczenie wychowaw- 
cze literatury polskiej w dziejach naszego narodu". Przez sześć godzin przeznaczonych na wypra- 
cowanie maturalne, nasze młodsze koleżanki podawały nam od czasu do czasu bułki z masłem 
i herbatę. We środę pisaliśmy matematykę, a we czwartek fizykę. Egzaminy ustne miałem tylko 
z chemii i matematyki, bo z polskiego zostałem zwolniony. 
W środę 25 maja ogłoszono wyniki i dowiedziałem się, że zdałem maturę! Byłem więc "doj- 
rzałym" człowiekiem! 
Po egzaminach maturalnych wyjechałem do obozu rodziców na krótkie wakacje, ale w poło- 
wie czerwca wróciłem do Lippstadt na trzymiesięczny kurs techników mierniczych. Kurs ukoń- 
czyłem na krótko przez wezwaniem naszej całej rodziny do obozu przejściowego w Miinster na 
komisję emigracyjną do Australii w dniu 23 września 1949 roku. 


Wacław]. Jędrzejczak (Australia) 


* 


Wacław Jędrzejczak przybył do Australii z rodzicami i rodzeństwem w styczniu 1950 r. Na 
początku pracował fizycznie, według kontraktu podpisanego z australijskim urzędem imigracyj- 
nym. Studiował potem inżynierię lądową, a po skończeniu studiów pracował aż do emerytury 
w 1987 r. jako inżynier w stanowej instytucji energetycznej. Na emeryturze zdobył kwalifikacje 
polsko-angielskiego tłumacza przysięgłego i pracował dorywczo jako tłumacz przez następne 
dziewięć lat. Ożenił się w Australii z Polką i wychowali pięcioro dzieci. 


284
>>>
BEZ MĘCZEŃSKIEJ AUREOLI 


WSPOMNIENIA CZASU EMIGRACJI 


Kiedy z Armią generała Andersa przyjechałem do Anglii w roku 1946 miałem lat 24, stopień 
bombardiera i skończony pierwszy rok medycyny na Uniwersytecie w Bolonii. Nie były to kwalifi- 
kacje imponujące ale uprawniały mnie do starania się o stypendium na skończenie studiów. O dos- 
tanie się na medycynę w Anglii nie warto było nawet starać się, bo na wszystkie wolne miejsca 
priorytet mieli świeżo zdemobilizowani obywatele brytyjscy. Wybrałem więc najbliższą medycynie 
biologię z chemią i złożyłem podanie o stypendium 
Przydziałem stypendiów zajmował się urząd zwany Komitet Edukacji Polaków w Wielkiej 
Brytanii, bo tak niezgrabnie przemianowano dawne polskie Ministerstwo Edukacji (czasu wojny). 
Komitet Edukacji dawał stypendia tylko na "studia praktyczne", a naj chętniej na nasz własny, 
polski Polish University College gdzie można było studiować różne działy inżynierii, aja nie mia- 
łem w tym kierunku żadnych zdolności ani ochoty. 
Ostatecznie udało mi się przekonać "Panów z Komitetu", że dyplom z chemii, z dodatkiem 
zoologii i botaniki byłby wysoko ceniony w takich praktycznych laboratoriach jak szpitalne, wete- 
rynaryjne, farmaceutyczne itp. 
Stypendium dostałem w październiku 1947 roku i zacząłem "życie w cywilu" jako student jed- 
nego z college' ów uniwersytetu londyńskiego. Stypendium było skromne (20 funtów miesięcznie) 
ale przy ówczesnej, częściowej kontroli cen i racjonowaniu niektórych towarów, wystarczyło na 
opłacenie jednopokojowego mieszkania, wyżywienia i ubrania, a także na kupienie podręczników, 
zeszytów, itp. Studia nie wydawały się trudne. Co jakiś czas wykładowcy urządzali próbne egza- 
miny, tzw. "testy", z których przeważnie dostawałem ocenę "zadowalająco". Wszystko zapowia- 
dało się jak najlepiej, choć, jak wkrótce okazało się ten optymizm polegał na złej ocenie sytuacji. 
Wprawdzie wiedziałem, że na uniwersytetach brytyjskich obowiązują egzaminy pisemne, ale 
nie spodziewałem się, że egzamin będzie przez to trudniejszy. Egzamin był trudny o tyle, że ilość 
pytań i ograniczony czas na napisanie odpowiedzi wymagały szybkości nakręconej katarynki, czyli 
wykucia na pamięć całego materiału. Tego nie zrobiłem i nikogo nie winię za to, że egzaminu nie 
zdałem. Oblanie egzaminu oznaczało automatyczne cofnięcie stypendium, więc szybko postarałem 
się i znalazłem pracę zwykłego robotnika w dużej fabryce lodów, z zarobkiem prawie równym 
straconemu stypendium. Praca nie była ciężka tak, że po powrocie do domu mogłem bez trudu 
poświęcić kilka godzin na wkuwanie chemii, zoologii i botaniki. 
Przez następnych la miesięcy prowadziłem bardzo monotonny tryb życia: 9 godzin pracy 
w fabryce a po powrocie do domu, około 6-tej, pięć godzin wkuwania. Na weekendy odpadały 
tylko godziny pracy zarobkowej, ale nigdy nie pofolgowałem sobie w upartej powtórce, porządko- 
waniu i upychaniu w głowie materiału egzaminacyjnego. Oczywiście egzamin zdałem, w lipcu 
1949 r. Stypendium przywrócono mi bez zwłoki i zacząłem dwuletni kurs dyplomowy. Tym razem, 
nauczony gorzkim doświadczeniem, zacząłem uczyć się metodycznie od pierwszego dnia i końco- 
wy egzamin zdałem w czerwcu 1951 roku. Z dyplomem RSc. (Bachelor of Science) zacząłem 
szukać pracy ale okazało się, że nawet stopień naukowy zdobyty na londyńskim uniwersytecie nie 
gwarantuje pracy cudzoziemcowi. Dopiero po kilku tygodniach przyjęto mnie na stanowisko tech- 
nika w laboratorium patologicznym jednego ze szpitali londyńskich. Trafiłem szczęśliwie, bo 
związek zawodowy techników szpitalnych uznał mój dyplom za równoważny ich własnemu egza- 
minowi na członka związku, co było bardzo ważne bo bez ich zgody nie miałbym prawa wykony- 
wania swej pracy (nie wiedziałem wtedy, że doświadczam na własnej skórze pierwszych, i słabych 
jeszcze, nacisków rosnącej potęgi związków zawodowych). Praca w laboratorium wydawała mi się 
ciekawa. Płaca była niewielka ale i tak wyższa o 20% niż moje dotychczasowe stypendium, 
a zespół pracowników bez zarzutu. Nasza grupa liczyła 15 osób i mieściła się w jednym dużym 


285
>>>
i dobrze wyposażonym laboratorium. Na ogół wszyscy byli nawzajem sobie pomocni i pracowali- 
śmy w najlepszej komitywie. 
Fakt, że znalazłem płatną pracę wpłynął na moje samopoczucie, dotychczas bowiem dostawa- 
łem pieniądze jak daninę, zapomogę uałmużnę prawie) z dobrej woli ofiarodawcy. Teraz wypłaca- 
no mi pieniądze zarobione, które mi się należały. Wreszcie osiągnąłem status przeciętnego, pełno- 
letniego obywatela, który sam decyduje o tym co, gdzie i jak chce robić. Najoczywiściej moja 
sytuacja vis a vis reszty społeczeństwa normalizowała się stopniowo i wkrótce miała osiągnąć 
następne stadium, mianowicie mój ożenek z panną Zofią Rymarską, którą poznałem w pierwszym 
dniu rozpoczęcia studiów w 1947 roku. W cztery lata potem nasza sytuacja polepszyła się o tyle, że 
mieliśmy studia za sobą, jak to mówią "z głowy" i przez to więcej czasu dla siebie, a nasze wspólne 
zarobki pozwalały na wynajęcie dwupokojowego mieszkania. Ślub i przeprowadzka nastąpiły 
szybko po sobie, w tym samym dniu, 5-go stycznia 1952 roku. W parę tygodni potem zaprosiliśmy 
na podwieczorek naszych pierwszych gości. Zaczęliśmy prowadzić tzw. życie towarzyskie. 
Mając więcej wolnego czasu korzystaliśmy też z dużych możliwości kulturowo-rozryw- 
kowych Londynu: świetne teatry, słynna opera, balet i akustycznie doskonałe sale koncertowe 
nęciły ciekawymi programami w interpretacji sławnych wykonawców. Nie zawsze jednak nasze 
szczupłe finanse pozwalały na zaspokojenie wszystkich naszych pragnień. W takich wypadkach 
wybieraliśmy się do jakiegoś muzeum lub galerii obrazów, które ofiarowywały zwiedzającym 
wstęp wolny na oglądanie swych bogatych zbiorów. Najczęściej jednak spędzaliśmy wieczory 
w domu na czytaniu książek lub słuchaniu radia; jak większość znajomych Polaków staraliśmy się 
zaoszczędzić tyle, by móc kupić mieszkanie (ewentualnie dom) na własność i umeblować je we- 
dług własnego gustu i urządzić się w nim według własnych potrzeb i uznania. W półtora roku po 
ślubie udało się nam ten cel osiągnąć. 
Niestety, normalizacja i stabilizacja naszego życia miała, dla mnie osobiście, tę niemiłą konse- 
kwencję, że moja praca w szpitalu nie dawała sposobności do nauczenia się czegoś nowego i zdo- 
bycia większych kwalifikacji. Robiąc dzień w dzień te same standartowe analizy zauważyłem, że 
zaczynam się nudzić, co było znakiem ostrzegawczym, aby rozglądnąć się za inną pracą. 
Wiedziałem, że istnieją laboratoria uniwersyteckie, subwencjonowane przez Instytut Medycy- 
ny Doświadczalnej (Medica1 Research Counci
, gdzie przeprowadza się ciekawe badania z dzie- 
dziny biochemii. Planowałem sobie, że praca w takim laboratorium będzie nie tylko ciekawa, ale 
może też dać mi szansę zdobycia wyższego dyplomu uniwersyteckiego. Wkrótce nadarzyła się taka 
okazja w laboratorium biofizyki przy londyńskim King's College, gdzie głównym przedmiotem 
studiów było DNA (kwasy nukleinowe, czyli biologiczne makromolekuły wchodzące w skład 
chromosomów). Z tego laboratorium, we wczesnych latach 50. grupa Dr. Wilkins' a ogłosiła pierw- 
sze wyniki analizy krystalograficznej kwasów nukleinowych. Wyniki te, uzupełnione wnioskami 
teoretycznymi przedstawionymi przez Dra. Crick' a i Watson' a (z uniwersytetu w Cambridge) do- 
prowadziły do odkrycia struktury DNA i przyniosły całej trójce naukowców nagrodę Nobla w 1962 
roku. W międzyczasie jednak wszyscy zabrali się do sprawdzania wyników (własnych i cudzych) 
używając nowych i coraz bardziej precyzyjnych metod analizy. 
Do takich należał bliski współpracownik Dr. Wilkins'a, Dr. Geoffrey Brown, któremu zosta- 
łem przydzielony do pracy. Pod jego też kierunkiem miałem równocześnie przygotowywać tezę 
dyplomu M.Sc. (Master of Science). Nasza współpraca układała się jak najlepiej tak, że w ciągu 
3 lat zebraliśmy dość materiału na ogłoszenie wyników w czasopiśmie naukowym, a w obszernej 
formie w tezie przedstawionej przeze mnie do dyplomu M.Sc. Teza została przyjęta i po egzaminie 
kwalifikującym przyznano mi ten nowy stopień. 
W niespełna rok potem przyznano mi pełne prawa pracownika Medica1 Research Counci1 
z równoczesną podwyżką w poborach, więc znalazłszy się w tak korzystnej finansowo sytuacji 
zadecydowałem, że nie będę szukał lepszych warunków gdzie indziej. Prawdę mówiąc nie miałoby 
to wielkiego sensu, gdyż po zakończeniu prac nad analizą chemiczną DNA nasza grupa zaczęła 
równie ciekawe badania nad rodzajem protein, które funkcjonują jako receptory i przekaźniki 
bodźców w komórkach nerwowych. Studia te prowadziliśmy ze zmiennym powodzeniem, aż do 
roku 1982, kiedy osiągnąwszy wiek lat sześćdziesięciu przeszedłem na emeryturę. Ponieważ jed- 
nak nie wyobrażałem sobie życia w kompletnym bezrobociu więc postarałem się o pracę na pół 
etatu w szpitalu św. Bartłomieja w Londynie, gdzie preparowałem (do celów diagnostycznych) 
wyciągi hormonów z przysadki mózgowej. W trzecim roku pracy dostałem nagle zawału serca, ale 


286
>>>
szczęśliwie zdarzyło się to podczas pracy więc miałem na miejscu doskonałą, fachową opiekę, 
a następnie operację na coronary by-pass. Ten wypadek przyspieszył mą decyzję faktycznego 
przejścia na emeryturę co nastąpilo w 1985 r. Ostatecznie przekazaliśmy mieszkanie londyńskie 
naszej córce, a sami przenieśliśmy się na wieś do Devonu, gdzie do dziś mieszkamy. 
Tak wygląda historia mego życia na emigracji z punktu widzenia codziennych wydarzeń, 
dobrych i złych, których bilans określiłbym jako średnio pomyślny jeśli chodzi o stronę czysto 
materialną. Nie-materialny aspekt rzeczy, czyli wszystkie idealizmy i duchowe tęsknoty intereso- 
wały mnie bardzo mało. Sprawami polskimi interesowałem się o tyle, że prenumerowaliśmy lon- 
dyński "Dziennik Polski" i "Wiadomości", a później, począwszy od lat 60. "Twórczość". Stronni- 
czość tych trzech publikacji nie przeszkadzała mi wcale, bo czytałem je w tym celu aby się dowie- 
dzieć co nowego i ciekawego dzieje się w literaturze, teatrze, muzyce i sztukach pięknych. Poza 
tym, dla równowagi, mieliśmy dwie gazety angielskie: konserwatywny "Daily Telegraph" na dni 
powszednie i liberalny "The Observer" na niedziele. Dziś już nie pamiętam czy z polskiej czy 
angielskiej gazety dowiedzieliśmy się o wielkim sukcesie literackim Jerzego Pietrkiewicza, poety 
i emigranta polskiego, który napisał po angielsku powieść i znalazł wydawcę, co więcej, także 
czytelników i to zarówno wśród szerokiej publiczności, jak i wśród zawodowych krytyków literac- 
kich. Obydwie grupy uważały że The knotted cord Pietrkiewicza jest powieścią tematycznie fascy- 
nującą, a stylistycznie tak doskonałą, że z miejsca przywodzi na myśl postać innego Polaka, emi- 
granta i słynnego powieściopisarza angielskiego Josepha Conrada. Następne dwie powieści Pietr- 
kiewicza spotkały się z dobrym odzewem krytyki ale ukazanie się czwartej, p.t. Iso1ation nie za- 
chęciło nikogo ze stałych współpracowników "Wiadomości" do napisania krytyki. Odczekawszy 
dwa tygodnie napisałem list do redakcji wyrażający zdziwienie, że nikt z zawodowych ludzi pióra 
nie zechciał nawet powiadomić czytelników o ukazaniu się nowej książki Pietrkiewicza i że wobec 
tego robię to ja, zwykły czytelnik. Reszta listu zawierała krótkie streszczenie i przychylne omówie- 
nie powieści. Tę właśnie, istotną część mego listu, wydrukował redaktor Grydzewski w swych 
"Wiadomościach" p.t. "Czwarta powieść Jerzego Pietrkiewicza". Recenzja ukazała się w numerze 
714-tym z 6-go grudnia 1959 roku i chociaż w druku zajęła nie więcej niż ćwierć strony "Wiado- 
mości" to dla mnie miała znaczenie pierwszorzędne: była dowodem, że "nie święci garnki lepią" 
i że ja też potrafię napisać artykuł do tygodnika literackiego. 
W jakiś czas potem dostałem od Redaktora (tytułem honorarium) czek na £4 i tak się ucieszy- 
łem, że zrobiłem sobie z niego fotokopię zanim czek wpłaciłem na swoje konto. Te 4 funty miały 
tam czekać aż wpadnę na pomysł kupienia czegoś, co godnie upamiętni mój debiut literacki. Oka- 
zja nadarzyła się dopiero w rok potem, kiedy dowiedziałem się, że w maju 1961 r. Jury Wiadomo- 
ści ogłosi swój wybór najlepszej książki wydanej na Emigracji w roku 1960. Wiedziałem z po- 
przednich lat, że po ogłoszeniu swego wyboru Jury zostaje niezmiennie zapraszane przez 
red. Grydzewskiego na wytworną kolację, której menu układa zawsze sam Pan Redaktor, znany 
smakosz i koneser wyborowych win. Wtedy poczułem nagle jak te wszystkie fakty sprzęgły się 
i zabłysła mi myśl: już wiem! - wystawię czek na £4 i poślę go do Redaktora z wyjaśniającym 
listem skąd ta cyfra i z prośbą, aby zakończył kolację dla jurorów postawieniem butelki koniaku 
i wezwaniem swych gości by wypili na cześć mego debiutu w "Wiadomościach". 
Byłem pewien, że tak zrobił, tym niemniej bardzo się ucieszyłem, gdy w dwa dni po kolacji 
dostałem eleganckie zawiadomienie pocztą: był to prostokąt dwukolorowego kartonu (ok. 20 cm x 
14 cm) z wydrukowanym "Menu" kolacji: u góry, ręką Redaktora, pozdrowienia i podpis, a poniżej 
podpisy ośmiu członków Jury. Wzruszył mnie ten piękny gest i nieraz, wdzięcznym sercem, 
wspominam wspaniałego Redaktora, który bez ceregieli przyjął pieniądze i zmieniwszy tylko 
butelkę koniaku na "magnum" szampana (co z miejsca zmieniło jak ość toastu) wprowadził 
mnie do grona swych współpracowników. 
Aprobata Dr. Grydzewskiego zachęciła mnie do dalszych prób. Cokolwiek ciekawego prze- 
czytałem, zobaczyłem lub usłyszałem stawało się tematem kolejnych recenzji, sprawozdania lub 
eseju. Nie ukazało się tego wiele, bo każdy tekst przechodził długi okres łączenia wybranego te- 
matu z oporną formą zanim zdecydowałem się wysłać go do Redakcji. Muszę przyznać, że ta me- 
toda samokrytyki dawała dobre rezultaty bo nigdy nie zdarzyło się aby Redaktor zwrócił mi ma- 
szynopis. Moja współpraca z "Wiadomościami" układała się więc jak najlepiej zarówno za czasów 
Grydzewskiego jak i za jego następcy Michała Chmielowca i za ostatniego redaktora, pani Stefanii 
Kossowskiej, aż do zamknięcia pisma w 1981 roku. 


287
>>>
W końcowym rachunku cała moja, przeszło 20 letnia, "twórczość literacka" osiągnęła cyfrę 
zaledwie 30 pozycji wydrukowanych w "Wiadomościach". Co najmniej 80% tego stanowiły recen- 
zje z książek lub szkice krytyczne obejmujące całość twórczości poszczególnych pisarzy (Proust, 
Gombrowicz, Hłasko). Zupełnie wyjątkowo wystąpiłem raz jako sprawozdawca z wystawy mala- 
rzy polskich w Londynie (w 1970 r.) i raz jako autor wiersza, elegii wydrukowanej w roku 1960. 
Mówiąc o wystąpieniach muszę wspomnieć moje dwa wystąpienia publiczne w roli prelegen- 
ta. Pierwszy odczyt (o Gombrowiczu) wygłosiłem na zaproszenie klubu literackiego "Kontynenty". 
Zebranie odbyło się w miłej atmosferze "Kółka Miłośników Literatury", którzy przyszli aby do- 
wiedzieć się czegoś ciekawego o tym wyzywająco oryginalnym pisarzu. Dlatego, rozpoczynając 
pogadankę poprosiłem słuchaczy, aby się nie krępowali okazaniem amatorskiego zainteresowania 
przez stawianie wścibskich pytań, bo w odpowiedzi nie mogę oferować im nic lepszego niż, równie 
amatorską, interpretację utworów Gombrowicza. Wobec tego, po skończonej prelekcji i po krót- 
kiej, przyjaznej dyskusji rozeszliśmy się do domów. 
Druga pogadanka była poważniejszą sprawą bo chodziło o to, aby nagrać dla Radia Free Eu- 
rope kilkuminutową audycję z omówieniem pierwszego, polskiego przekładu powieści James 
Joyce'a Ulysses. Ten przekład zrobiony przez Macieja Słomczyńskiego, znałem już od kilku mie- 
sięcy i nawet zdążyłem napisać dłuższą i przychylną recenzję o nim (i o angielskim oryginale) do 
"Wiadomości" (numer 12, z lipca 1970). Przyciąłem go więc do wymaganej długości i wyszedł 
z tego dość zgrabny wizerunek Tłumacza, choć muszę przyznać, że wolałem swój pierwszy portret 
Słomczyńskiego (ten z "Wiadomości") bo był robiony w pełnym świetle angielskiego oryginału. 
Podobno audycja została nadana do Polski, ale Radio Free Europe nigdy już potem nie zapraszało 
mnie do współpracy. Widocznie pogadanka nie przyniosła odzewu od słuchaczy. 
Moje zainteresowania literackie i naukowe nie zostawiały mi wiele wolnego czasu i z tego 
powodu nie należałem do organizacji polonijnych. To jednak nie przeszkadzało, że popierałem 
niektóre, gdy znalazły się w kłopotach finansowych i ogłaszały publicznie apel o pomoc. Do takich 
należał POSK, Teatr i Macierz Szkolna. Specjalne uznanie miałem dla Macierzy Szkolnej za jej 
pomoc w prowadzeniu "Sobotnich Szkół Polskich", dzięki którym polscy emigranci w Wielkiej 
Brytanii mogli przeciwdziałać stopniowemu angielszczeniu swych dzieci w miejscowych szkołach. 
Szkoły sobotnie dawały rodzicom gwarancję, że przez cztery godziny, każdej soboty ich dzieci są 
pod należytą opieką dorosłych, a równocześnie przebywają w towarzystwie swych rówieśników, 
ucząc się lub bawiąc i porozumiewają się ze sobą tylko w języku polskim. Dzieci czuły się dobrze 
w szkole sobotniej bo nikogo tu nie dziwiły, ani nie śmieszyły ich polskie imiona i nazwiska 
a rodzinny język był tu przedmiotem nauki równie poważnej i trudnej jak język angielski w miej- 
scowej szkole powszechnej. Dodatkową zachętą do nauki polskiego na poziomie gimnazjum było 
to, że brytyjskie ministerstwo oświaty uznało język polski za dodatkowy język obcy, który można 
było zdawać na maturze małej i dużej. W ten sposób polski uczeń zyskiwał znaczną ilość punktów 
i w końcowej klasyfikacji zwiększał znacznie swe szanse dostania się na uniwersytet lub do wyż- 
szej szkoły zawodowej. 
Znam tę sprawę dobrze z własnego domowego doświadczenia, bo zaczęliśmy razem z żoną 
uczyć naszą córkę czytania i pisania po polsku, ale po kilku nieudanych próbach zapisaliśmy Klarę 
do Polskiej Szkoły na Devonia Rd. w północnym Londynie, gdzie okazała się pilną i zdolną uczen- 
nicą i pozdawała pięknie wszystkie egzaminy z języka polskiego, włącznie z dużą maturą. 
W ogóle nasza szkoła na Devonii miała dobre wyniki egzaminów, ale nie uważała tego za 
jedyny swój cel; dbała o to, aby dzieci poznawały się bliżej i zaprzyjaźniały ze sobą. Okazji ku 
temu było dużo, bo na Devonii wszyscy nawzajem się znali i wspomagali. Najstarszym polskim 
"rezydentem" był KOŚCIÓŁ, bo zbudowany jeszcze w latach 20. jako pierwszy polski kościół 
parafialny w Londynie, a zaraz po zakończeniu wojny w 1945 roku stał się naturalnym ośrodkiem 
życia tych polskich emigrantów, którzy osiedlili się w północnym Londynie. Kilka kroków w bok 
od kościoła stał duży, piętrowy budynek parafialny, gdzie mieściło się biuro parafii, mieszkanie ks. 
Proboszcza, pokoje gościnne dla przyjezdnych księży i kilka pokojów oddanych Szkole do użytku 
jako klasy. Znaczną część parteru zajmowała wielka, podłużna sala, zdolna pomieścić co najmniej 
setkę ludzi, która świetnie nadawała się do użytku jako widownia teatralna lub kinowa i tu zbierała 
się cała Szkoła na patriotyczne akademie z okazji świąt narodowych, na zakończenie roku szkolne- 
go i na przeróżne imprezy dochodowe, jak bazar, licytacja, loteria fantowa itp. Zebrane pieniądze 
wysyłaliśmy zawsze na ten sam adres do Szkoły dla Niewidomych Dzieci w Laskach pod Warsza- 


288
>>>
wą. Wszystkie te aktywności i zabawy pozwalały dzieciom na dłuższe spotkania, ułatwiały wza- 
jemne poznanie i dawały okazję do zawarcia przyjaźni. Nasza szkoła emigracyjna spełniała więc, 
oprócz funkcji oświatowej bardzo ważną funkcję wychowania obywatelskiego, czyli po prostu 
współżycia z ludźmi, a tego z książki nauczyć się nie można. Ale można i należy zdobywać tę 
umiejętność przez naśladowanie innych, przeważnie starszych, jak np. rodziców. 
Rodzice na Devonii dawali pod tym względem jak najlepszy przykład swoim dzieciom 
w pracy społecznej. Przed każdą imprezą matki szyły kostiumy a ojcowie sprawdzali stan sceny 
teatralnej, świateł, dekoracji itp., a w czasie przedstawienia obsługiwali maszynerię produkującą 
efekty świetlne i dźwiękowe. Po spektaklu rodzice zapraszali widzów i wykonawców na podwie- 
czorek, na którym podawano ciasta i torty matczynych wypieków, podczas gdy ojcowie dopełniali 
kubki herbatą lub lemoniadą. Na Devonii nigdy chyba nie zabrakło chętnych do pomocy! 
Może właśnie dlatego, gdy pewnej soboty zachorował nagle nauczyciel w jednej z młodszych 
klas i kierowniczka poprosila mnie o przejęcie jego funkcji, nie mogłem odmówić. Dostałem klasę 
dwanaściorga dzieci (chłopców i dziewczynek) w wieku lat dziewięciu. Lekcje zaczęliśmy od 
dyktanda i czytania na głos. Obydwie próby zgodnie wskazały, że poziom znajomości języka pol- 
skiego jest bardzo nierówny wśród moich uczniów. Postanowilem, że przy najbliższej okazji za- 
wiadomię o tym wyniku zainteresowanych rodziców, a na razie powiedziałem dzieciom, że oprócz 
lekcji polskiego będziemy mieli historię i geografię Polski i że wszystkie trzy przedmioty są bardzo 
ważne, specjalnie dla tych, co chcą do Polski pojechać z rodzicami na wakacje. Z miejsca zrobilem 
lekcję historii i geografii, aby się zorientować który przedmiot jest naj ciekawszy dla moich 
uczniów i okazało się, że geografia z dodatkiem geologii, przyrody, sportów itp. Dowód tej próby 
był oczywisty: należy zainteresować dzieci przedmiotem... ale jak? W wypadku języka polskiego 
sprawa rozwiązała się samorzutnie - choć przez zwykły przypadek. Mianowicie, dostałem od 
dawnego Kierownika Szkoły "Szopkę Krakowską", którą on sam zrobil (przy pomocy swych 
uczniów) i kilka lat temu dał przedstawienie polskich jasełek na zakończenie pierwszego trymestru 
(w połowie grudnia). Jasełka cieszyły się wielkim powodzeniem i kierownik uważał, że dorosło już 
następne pokolenie potencjalnych widzów. 
Moi uczniowie zaaprobowali ten pomysł i zabrali się do odrestaurowania szopki i do uzupeł- 
nienia garderoby kukiełek, w czym pomagali dzielnie rodzice i starsze rodzeństwo. W międzycza- 
sie, aktorzy ćwiczyli swe podwójne role ożywienia kukiełek własnymi palcami i własnym głosem. 
Aktorów wybrałem tylko pięciu, tych z najlepszą dykcją i z talentem komicznym, więc na pozo- 
stałą siódemkę uczniów spadły skromniejsze funkcje muzykantów, śpiewaków, malarzy afiszów 
i programów itp. zakulisowych pomocników. Ale wszyscy byli przekonani o ważności swoich 
funkcji, w czym ich utwierdzałem, chwaląc ich wyczyny artystyczne. Po kilku tygodniach "gene- 
ralnych" prób zaprosiliśmy całą Szkołę (razem z rodzicami) w ostatnią sobotę pierwszego tryme- 
stru i rzecz wypadła tak dobrze, że ktoś z Koła Rodzicielskiego zaprosil cały zespół do powtórzenia 
jasełek na "Opłatku" Koła Rodzicielskiego w styczniu. 
Sukces jasełek pomógł bardzo moim młodocianym aktorom w przezwyciężeniu tremy i nabra- 
niu odwagi do dalszych występów, ale już we własnej osobie. Nie zabrakło więc ochotnych akto- 
rów do wystąpienia w inscenizacji "lwowskiej" ballady o "Nieszczęśliwej milości panny Francisz- 
ki" i do krótkiej dwuaktówki patriotycznej na zakończenie roku szkolnego. 
Wydaje mi się, że przez poznanie teatru od praktycznej, aktorskiej strony, moi uczniowie 
przekonali się również, że ich język ojczysty nie jest aż tak uroczyście poważny, jak im się wyda- 
wało. Dotychczas bowiem słyszeli tylko jeden, specjalny gatunek polskiego, tzn. ten jakim prze- 
mawiały trzy główne Autorytety: Kościół, Dom rodzicielski i Szkoła polska. Wszystkie trzy mó- 
wily najczęściej o obowiązkach i przypominały dzieciom, że zaniedbanie tych obowiązków grozi 
karą. Teraz, na próbach teatralnych, usłyszały, że język polski jest nie tylko językiem przykazów 
i zakazów lecz bywa również, językiem zabawy, czasem nawet zabawy szalonej, bez reguł i z bła- 
zeńskimi wygłupami, jak to robią słynni komicy w swoich programach telewizyjnych. Nie jest 
więc język polski gorszy pod żadnym względem od angielskiego. 
Nie chcę sugerować, że właśnie w ten sposób moi uczniowie odkryli równowartość polskiego 
z angielskim, ale próbuję wyjaśnić dlaczego zmienilo się ich nastawienie do języka polskiego. Po 
trzech latach nauki zaczęły znikać okropne błędy ortograficzne, stylistyczne i znaczeniowe z wy- 
pracowań domowych. Nauka polskiego zaczęła być traktowana poważnie. Oczywiście jest zupełnie 
możliwe, że te zmiany nastąpily w wyniku presji Rodziców, którzy po prostu kazali się uczyć 


289
>>>
i pilnowali aby zadanie domowe zostało napisane i oddane do oceny. Jeśli rzeczywiście tak się 
rzeczy miały to gotów jestem przyznać wyższość rodzicielskiej dyscyplinie nad każdym innym 
systemem wychowania. Zresztą sam byłem wychowany w takim systemie za dawnych przedwo- 
jennych czasów i nie uważam się z tego powodu za poszkodowanego ani za nieszczęśliwego. 
Oczywiście byłem bardzo zadowolony z postępów moich uczniów i miałem nadzieję, że w ciągu 
następnych dwóch lat doprowadzę ich do małej matury, ale niestety Kierowniczka miała inne plany 
i w międzyczasie wyznaczyła mi przygotowanie innej, starszej klasy do dużej matury. Wiedziałem, 
że decyzja Kierowniczki jest pewnego rodzaju awansem, więc nie wypadało mi nic innego zrobić 
jak przyjąć nowe zadanie z podziękowaniem. 
Przygotowanie do dużej matury było kursem dwuletnim, który miał umożliwić uczniom zdo- 
bycie bogatszego słownictwa i operowania nim w sposób gramatycznie bezbłędny i stylistycznie 
gładki. Wzorem do naśladowania były tu utwory literatury polskiej, wybrane przez egzaminatorów 
jako lektura obowiązkowa. Pełna lista obejmowała 8 książek należących do czterech różnych ga- 
tunków literackich: I) Poezja, 2) Powieść, 3) Nowela, 4) Dramat (sztuka teatralna). Decyzja nale- 
żała do prowadzącego kurs więc wybrałem: I) Pana Tadeusza Mickiewicza, 2) Listy Nikodema 
Dobraczyńskiego, 3) Latarnika i Wspomnienie z Maripozy Sienkiewicza i 4) Ptaka Szaniawskiego. 
W wyborze lektury brałem pod uwagę ładunek intelektualny i emocjonalny każdego utworu i pil- 
nowałem aby nie przekraczał zdolności l5-letnich podrostków i dlatego np. z działu poezji wybra- 
łem raczej Pana Tadeusza niż Treny Kochanowskiego. Tym niemniej Pan Tadeusz w otoczeniu 
reprezentantów innych gatunków literackich, okazał się lekturą lingwistycznie najtrudniejszą. Nie 
ulegało więc wątpliwości, że nie mogę oczekiwać od mych uczniów samodzielnego przeczytania 
poematu i aby dać im szansę powodzenia musimy go czytać razem na lekcjach. 
Odbywało się to w ten sposób, że po przeczytaniu na głos kilkunastu wierszy (linijek) przy- 
stawałem na chwilę i dawałem uczniom krótszą i łatwiejszą parafrazę przeczytanego odcinka, 
równocześnie wyjaśniając np. dlaczego polski poeta, piszący po polsku, mówi o Litwie "Ojczyzno 
moja". Otóż dla tego samego powodu, dla którego kilku znanych pisarzy piszących po angielsku 
nie nazwałoby nigdy Anglii "Ojczyzną", bo byli Szkotem, Walijczykiem lub Irlandczykiem! Po 
takim wyjaśnieniu f a k t ó w dochodziły rozważania co do głębszych tajemnic tekstu: dlaczego 
np. Mickiewicz opowiada historię jakiegoś młodego człowieka (Tadeusza) i opowiadają wierszem. 
Otóż chodzi, o to, że Mickiewicz pamięta takich ludzi jak Tadeusz i innych, o których pisze. Pa- 
mięta ich wszystkich ze swych młodych lat, gdy podobnie jak Tadeusz, przyjeżdżali do domu na 
wakacje. Teraz, w roku 1832-1834, mieszkając na wygnaniu w Paryżu, tęskni za Litwą i za tymi 
ludźmi, więc myśli o nich ze wzruszeniem. A u poety wzruszenie zawsze układa mu słowa w re- 
gularny rytm i łączy je rymem i puszcza je, jak tancerzy, parami. Ten taneczny ruch słów nazywa 
się Poezją, która pochodzi wprost z tęsknoty za Ojczyzną i jest wewnętrznym, ukrytym motorem 
akcji Pana Tadeusza. Ale widocznymi, ruchomymi częściami poematu są trzy wątki: I) wątek 
miłosny, czyli romans młodego, niespełna 20-letniego Tadeusza z dojrzałą k