Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie 1941, R. 2 nr 33

, 
Nr. 33 (75) 
" 
, 
\ "' 
\ ,. , 
\ , I 
 
" \ \ 
, 
\. 
 
" 


DZiŚ: 


6 


. 
STRON 


CENA (PRICE) H. 


TBE 
POLISH NE 
WEEKLY 


\ - 


II 
\ II , 
I 

 , / 
I , / I 
..: 
/ 


s 


, . 



/ 


( 
I 


. Bolesław Pomian: "Come on, George, 
come on !". - Aleksander Hertz: AmE'- 
rykanin patrzy na wojnę niE'miE'cko- 
sowiecką. Korespondencja własna ,,\\"ia- 
domości Polskich", - Ksawery Pru- 
szyński: 1000 mil od prawdy. - Antoni 
Bogusławski: Widok z pociągu na po1a 
Lincolnshire. ..::..... Jerzy Faczyński: Sny 
niespokojnE'. - Ignacy Baliński: Rzecz 
o limerykach. - Zbigniew Grabowski: 
Teza "Times"a. - Marja Pawlikowska, 
rysunki autorki: Szkicownik pOE'tycki. 
- Książki angiE'lskie. Krzysztof Nie- 
naski: Przyczynki. Philip Guedalla: 
Polak i Anglik w jednej osobie. Henryk, 
Gotlib: O YermE'E'rzE'. - Beta: Szara 
eminencja historji. - Z teki Topol- 
skiego. - Alfa: Rozmaitości. - List 
generała Kazimierza Sosnkowskiego. - 
"Nazi" czy Kiemcy ? - Apogeum wolnośQi 
słowa. - Konkurs dla młodycll. - Ko- 
respondencja. Skarbnica Polska. 
Juljusz Słowacki: Ojciec zadżumionych. 
Kazimierz Tetmajer: Ze Skalnego Pod- 
hala: \ Babski wybór. Śpiący rycerze 
(jakby o nich chłop opowiE'dzieć po- 
I winien). 


( 


\ 
\ 



' 


I 


\ '-.. 


/ 


ROK II NR. 33 (75) - L O N D Y N 
NIEDZIELA 17 SIERPNIA 1941 


REDAKCJA 
229/231, HIGH HOLBORN, LONDON, W.C.1 
, - 
Telefon: CHANCERY 6128 


ADMINISTRACJA 
9, NEW OXFORD'ST., LONDON, W.C.I 
Telefon: HOLBoRN 0868 


PRENUMERATA 
kwartalrie 


w Anglji 
w innych krajach 


65. 6d. 
$1.50 


I .. 
I .1 
(, li , \ 
,;-/ 

- ('") ! 
'- 


. ' 


;... 


,1, 


..' \ 


- 
 


POLITYCZNE I LITERACKIE 
TYGODNIK 


Prosimy o przekazywanie należności za prenumeratę 
czekiem lub "Postal Order" na zlecenie: 
M. I. KOLI N (Publishers) LTD. 


BOLESŁAW POMIAN 




 


.. 


.. 


Dymią papierosy i fajki, stukają kule 
bilardowe, podzwaniają ciężkie srebrne ku- 
fle. Ożywiony gwar P.R. "party" prze- 
chodzi nagle w burzę śmiechu, krzyków, 
dzikiego gwizdania. Zii!.,kończono grę w 
"b
s¥:et" Oficerowie, zmęczeni, zziajani, 
spoceni, - niektórzy już bez kurtek i koł- 
nierzyków, - opadli na stojące pod icia- 
nami messy fotele. Lecz zanim. ręce zdą- 
żyły donieść do spragnionych warg kufel 
o"tywczego piwa, już niezmordowany "doc" 
organizuje następną grę. Już na środku 
sali formują się nowe szeregi. Krz¥ki ,,269 
contra P.R.", ,,42 with us", "Corne on, 
George, go, on!". I George staje w 
swoim szeregu. Opletli sobie wzajem ręce 
na ramionach. Zsunęli się. Stężeli w 
żywy wał ciał, w t.zw. "krokodyla". ro- 
kodyl, złożony OZ trzydziestu ciał, stara się 
siłą mięśni, ciężarem ciał przełamać kro- 
kodyla przeciwników, rozerwać go - a 
samemu pozostać całością. Zadygotała 
sała messy. Raz pośrodku, raz pod ścia- 
nami przewał a się wał sześćdziesięciu mło- 
dych, siłnych, półpijanych zabawą, ochotą 
i piwem ciał. Aby nie puścić! Krokodyl 
w straszliwych rzutach napotkał ścianę 
messy. Zakotłowało się - trzask - krzyk 
- drewna baraku nie wytrzymały. Kro- 
kodyl :p.R. znałazł się pod gwiazdami pół- 
nocnego nieba - cały i nierozerwany. W 
dzikim ryku zwycięzców utonęły jęki kilku 
pechowców, którzy pozostali "łeżeć" w 
szczątkach ściany, między zwalonemi sto- 
łąmi i fotelami. Już "doc" brał ich pod 
swoją opiekę, a wysoki Nowozelandczyk, 
"squadron-Ieader" J., ustawiał swój szereg 
do nowej gry w "wielbłąda"! Sławna 
P.R. "party" nie mogła się przecież prze- 
- rwą.ć_ dla takiego drobiazgu.. jak brak 
,szczytowej ściany. Pod gwiazdy północ- 
nego nieba bił radosny okrzyk rozbawio- 
nych lotników. P.R. "party" trwała, 
huczała radością i siłą. .. 
. . * 


lo 


I"- 

 


- Starboard engine aU elear? 

 AU elear! 
Kontakt. Zamiana obrzędowych słów 
między pilotem a mechanikiem. Dołączo- 
no' do prawego silnika kabel startera. 
Phafff-phafff - phafff. Potężny Bristol 
Merkury poruszył się leniwie, niechętnie. 
Kaszlnął, zakrztusił się - dmuchnął błę- 
kitną smugą spalonej oliwy - zaskoczył. 
Zagrał swą potężną melodję nocy. To 
samo "nabożeństwo" z silnikiem lewym. 
Tylko że teraz słowa mpszą być zastąpione 
7 nie mniej obrzędowemi gestami. Tak 
przecież wziął swój początek sławny 
"thumb up" - oznacza on w lotnictwie: 
"aU elear". Blenheim drży od potężnych 
rytmicznych obrotów. Rusza powolnie 
na "runway". Wyhamowanie silników. 
Błysk zielonego światła z wieży "dutyc 
- pilot"a-Blenheim rusza do startu - na- 
biera pędu - plynie po gładkim betonie 
"runway" u, odrywa, teraz już płynie wy- 
żej, wyżej. Zapada wciągnięte podwozie. 
Blenheim kładzie się miękko na lewe skrzy- 
dło, w łagodnie zakreślonym łuku okrąża- 
jąc lotnisko. 
George kochał potajemnie Blenheima. 
Naśladując kolegów, którzy latali na 
cudnych, śmigłych, zgrabnych Spitfire'ach 
i mieli Blenheima w pogardzie, on również 
nie mówił inaczej niż tylko "bloody 
Blenheim" . Ale kochał tego Blenheima i 
krył się ze swą miłością dla niego. Każde 
prawdziwe uczucie jest wstydliwe. Duże 
błękitne oczy Kanadyjczyka spojrzały py- 
tająco na George'a. George podał kurs. 
Teraz na długie godziny zostać miał w 
zamkniętym świecie przyrządów, zegarów, 
wskaźników, cyfr. Pas brzegu zniknął za 
nimi, pod nimi narastał zielony przestwór 
morza Pólnocnego. Teraz świąt na dole 
miaj sens i z.naczenie dla George' a tylko o 
tyle, o ile zgadzał się z wyliczeniami kursu, 
czasu, szybkości własnej i wiatru. Dla 
George' a wyliczenia nigdy nie zgadzały się 
z rzeczywistością - to rzeczywistość zga- 
dzała się z wyliczeniem. Widok linji brze- 
gowej, po długogodzinnym locie pozdra- 
wiającej oczy załogi, nigdy nie przynosił 
George' owi myśli: dobrze obliczyłem; a 
zawsze myśl układała się: zgadza się z 
wyliczeniem, tam powinien być - i jest. 
Rzeczywistością była mapa, ziemia - tyl- 
ko jej potwierdzeniem. Blenheim uniosił 
się nad morzem Pólnocnem. George uno- 
sił się w krótkich marzeniach w daleki kraj 
dzieciństwa. Pomiędzy pomiarami zosta- 
wało dużo czasu. Zanim ukażą się-skaliste 
brzegi, George zdąży powrócić z kraju 
marzeń 10 swego stolika nawigacyjnego. 
Blenheim leciał z szybkością 220 m.p.h. - 
ale myśłi George' a leciały szybciej. 
W pewnej chwili - zgodnie z wylicze- 
niem - ukazaly się wysokie skały. Uka- 
zały się ściśle co do minuty i ściśle co do 
stopnia. George pochylił się nad dzienni- 
kiem nawigacyjnym, aby zrob
ć notatkę- 
i raptem ujrzał, niby na ekranie kinowym, 
wyraźnie i jasno klasę swego dawnego 
"Odesskawo Realnawo Ucziliszcza". I gdy 


.l 


I; lJI 


II N 



 


ujrzał malego pętaka w granatowym mu n- 
durku"zabiło serce George' a. Poznał w sztu- 
baku n-letniego Jurka. Jurek stał przed 
wielką mapą Europy, a profesor J edochimow 
zapytywał Jurka o "Szetłandskii Ostrowa". 
George widział tak wyraźnie przerażenie i 
niepewność na twarzy Jurka, że aż kTzy- 
knął: "Ależ patrz, to wlaśnie tu, na północ 
od Anglji. Widzisz, tam, w dole, zjawiły 
się posłuszne co do minuty skały - to 
właśnie "Szetłandskii Ostrowa" - pokaż 
linijką prędko !". Ale \ Jurek nie słyszał 
George'a. W powietrzu pachniało-dwójką, 
Jedochimow zapytał o Islandję - i znów 
Jurek nie wiedzial, choć George znał ją jak 
własną kies
eń. Podpowiadał, krzyczał, 
wskazywał ręką na mapie. Jurek nie 
słyszał. .. 
Film się zerwał, przepadł, rozpłynął w 
zielone fale morza Pólnocnego. George 
pamiętał zresztą zakończenie filmu. Dostał 
pałę. Ach! Niechby się zapytali teraz. 
Spojrzał na mapę i .zdziwił się, że "Szet- 
łandskii Ostrowa" są oznaczone jako 
Shetlands Islands. 
Czas płynął. I zawieszony w powietrzu 
płynął Blenheim. O pewnej minucie zgo- 
dnie z wyliczeniel!l ukazały się białe obłoki 
zwil!."tujące bliskość lądu. Wkrótce uka- 
zały się skaliste \\;ysepki i szkery. Dalej, 
wysokie, białe od śniegu góry. Dziecinne 
oczy Kanadyjczyka spotkały sią z oczami 
George'a. Uśmiechnęli się wzajemnie głę- 
bokim uśmiechem zrozumienia. 
Należało przystąpić do wykonania za- 
dania. _ 
- Come on, George, go on ! 
* 
Zęby zacisnęły się w głuchej pasji. 
-Złemi oczami patrzył george na trzymap.q 
w ręku książkę "Droga wiodła przez 
NaTvik". Po jakiego djabła kupił tę 
książkę? Co za siła nieczysta skusiła? To 
że tak znanem brzmieniem zadźwięczał mu 
ten Narvik? George czuł głęboki żal do l 
autora, że mówi prawdę - i do siebie, że 
tej prawdy słucha. George był już przeszło 
od ośmiu miesięcy w czysto. angielskim 
dywizjonie. Z początku było trudno mu 
z językiem, a jego kolegom było trqdno z 
jego długiem, I pełnem spółgłosek nazwi- 
skieI,!1. "Batman" miał też trudności z 
czyszczeniem jego polskich guzików. Scza- 


, 


.E 


I 


hasła "WR.ÓCIMY". Bo i jak? Czyż ma 
wrócić w tryumfie ta cała swołocz z .zalesz- 
czyckiej szosy? Mają wrócić w glorji 
bohaterów ci wszyscy, co teraz tyją, opa- 
lają się, walczą o karjery i "cierpią" po 
różnych miejscowościach Anglji? Oni mają 
budować nową Polskę? 
Czy też mają stanąć do walki, wyginąć, 
zostawić tylko chwałę swego imienia, 
stać się nową, prawdziwą legendą? 
Czy gorsze są upiory żywe, czy martwe? 
I George' owi przypomniał się wiersz 
kolegi-lotnika, opisujący taki właśnie po- 
wrót dywizjonu: 


I oto wracają jak mary, 
Tułacze, sieroce, bezdomne, 
Tak harde - i takie niezłomne 
Płatowce bez załóg - upiory. 
Gdzież wasze młodzieńcze iałogi ? 
'Wieść jakaś mi o nich przynieście? 
I grają, łomocą ich śmigła 
Odpowiedź w posępnym szełeście. 


Porwały ich boje stokrotne, 
Ich śmierć - nam barwiła kolory - 
\Vięc oto wracamy samot
e 
Płatowce bez załóg - upiory. 


Czy lepszy jest dl
 kraju powrót zażyw- 
nych, opalonych, dobrze zakonserwowa- 
nych, znających gatunki whisky i ginu 
panów, czy powrót legendy o rycerzach 
walczącej Polski, co padli na szlakach 
bojowych od śnieżnego Narviku aż po 
piaszczyste pustynie Libji? . 
Niestety, George nie wiedział. Zadna 
formułka nawigacyjna nie rozwiązywała 
zagadnienia. Nie było wzoru na wyliczenie 
nieomylnych cyfr. Nawet wspaniały wzór 
SlLinmera 111c:UŻY leczny. George'a dusiła 
bezsilna pasja i gniew bezsiły. 
Przecież musi odnaleźć swój zatracony 
pogląd na świat. Nie może tak żyć od 
"party" do lotu i od lotu do "party". 
Nurtował też w nim podświadomy żal do 
autora, że mając możność i talent rzu:cania 
słów ważkich, słów-drogowskazów, wolał 
literackość uogólniań. To tak - myślał 
George - jakby wykonał trudny, ciężki 
lot bojowy, żeby potem, nąd celem, z\).- 
miast bomby, rzucić pudełko cukierków. 
'0 tak, jakby ktoś mogąc napisać "Mar- 
syljankę", napisał "Jak to na wojence ła- 



 


I 


sem wszystko się ułożyło. George podu- 
czył się języka, a gdy ktoś kiedyś nazwał 
go krótko i jasno Georgem, uprościło to 
znacznie sprawę. Polubił swych kolegów, 
strusi, jak ich nazywał, oni polubili jego, 
było im razem zupelnie dobrze. N a licz- 
nych "party" pozamieniał swe polskie 
guziki z bardziej lubianemi strusiami i 
mniej piegowatemi W.A.A.F.'kami, tak że 
nawet "batman" .nie miał klopotów z ich 
czyszczeniem. Powoli wrastał w otoczenie, 
stawal się jego częścią. 
Listów nit otrzymywał i nie pisal. 
Gazet polskich zdecydowanie unikal. 
Drażniły go. Nie lubił myśleć o sprawacjJ. 
polskich. Bolały go, powodowały zamęt 
myśli i uczuć, budziły głuchy gniew. Nie 
lubił Rubensa, Portland Place'u i tego 
tłumu rodaków, zakłamanych, skłóconych, 
leniwych, wiodących dekowniczy żywot 
bezrobotnych wygnańców. 
Wiedział, że jest ni
prawiedliwy, ale nie 
umiał swych uczuCi myśli odmienić. 
Wiedział tylko to jedno, że on, on saID, 
jest w śmiertelnej walce ze szkopami. Byl 
w swojej wlasnej "prywatnej" wojnie ze 
szkopami, w wojnie, w której chciał tylko 
 
jednego: pomścić to, że szkopy pogonili 
mu kota z Warszawy, że po bruku jego 
ukochanego Kościuszkowskiego wybrzeża 
stukają ich nienawistne kroki, że tam, gdzie 
była jego druga ojczyzna: 'Warszawa (o 
pierwszej, "Odessie - Mamie", zapomniał 
dawQo), jest teraz jakieś nienawistI].e: 
Warschau. I to było wszystko co wnosił 
do wojny George jako swój żołnierski 
"moral" . ;hęć zemsty, chęć pogonienia 
kota szkopom i niejasne przeczucie, że 
według wyliczeń - a rzeczywistość zawsze 
potwicrdzała_ wylicz..:nia Geor6e'a - nie 
mial żadnych szan
 na kupienie sobie 
lodów u p. :Wsieckiej na rogu Tamki i 
Wybrzeża, zaniesienia ich na ulubioną 
ławeczkę - pod pomnik Syreny - i skon- 
sumowania ich, gapiąc się na niskie, zielone 
łęgi prawego praskiego brzegu. 
I to mu wystarczało aż do chwili, gdy 
sk
ił go zI1j.ny dźwięk: Narvik, gdy ku- 
pił tę książKę, "f czarta namowy chyba. 
Stara się oto od kilku już dni zająć uczciwe 
i sprawiedliwe stanowisko wobec wysuwa- 
nych prz
z autora zagadnień - nie może, 
nie, umie. George czuje całą kłamliwość 
\ 


dnie". Nikt tak jak on nie był wybrany 
losem do napisania książki, książki, która- 
by była trzaśnięciem pięścią w stół, rzuce- 
niem słów prawdy. Nato trzeba mieć duże 
dane: być żołnierzem frontowym i - 
mieć talent. O to drugie znacznie trudniej, 
a on go właśnie ma. Mógł i powinien był 
powiedzieć całą prawdę - powiedział 
znacznie mniej. George żałował że Pru- 
szyński nie mógł słyszeć sądu o swojej 
książce tak j ak on go wielekroć słyszał. 
Trudno. George wiedział, że samoloty 
mogą latać i mogą gin"/:: wiedział jak 
wyznaczać lurs i obliczać poprawki zmien- 
nych wiatrów - ale nie mógł znaleźć, 
obliczyć i określić kursu i poprawki dla 
losów naszej emigracji. Ba - nie umiał 
wyznaczyć własnego na tę sprawę poglądu. 
* 
Przelecieli nad ostatniem wzgórzem, w 
znajomem, aż do znudzenia, miejscu prze- 
cięli linję 
ybr;teża. George wymienił z 
pilotelP zwykły uśmieszek porozumienia. 
Blenheim wychodził na Atlantyk, posuwał 
się posłusznie po nakreślonej na mapie 
linji. Na dole przewalały się wysokie 
białogrzy\Ve fale. Atlantyk był zły, 
ostrzegal. 
Ale załoga nie potrzebowała ostrzeżeń. 
Wiedzieli, że to nie to samo już co było na 
morzu Pólnocnem. Czuli, że wkraczają w 
kraj nagłych spotk;s.ń, w kraj szybkiego 
ognia, gdzie pod powłoką szaro-stalowych 
fal śnia na dnie morskiem setki nieostroż- 
nych z
łóg, które się dały zaskoczyć. Tu, 
w sferze nagłych spotlsań decydowały o 
wszystkiem wzrok i czujność. Zaskocwny, 
z reguły, szedł oglądać dno Atlantyku. 
Załoga zamieniła się w trzy pary oczu, 
om
atających horyzont, niebo, morze. 
Powoli, coraz to dalej na południe posu- 
wał się punkcik na mapie - i równo, sta- 
tecznie niósł się Blenheim, odrabiając swoje 
220 m.p.h. Minęli, zdaleka, na wiele mil 
widny, cypel Bretanji, lecąc wciąż na po- 
ługnie. I oto "douce France" przesłała im 
swe radosne pozdrowienie. Jak nożem 
uciął, skończyly się białe obłoki. Zajaśniało 
błękitne niebo, niebo południowej Francji. 
George oderwEJ-ł oczy od nieba, znacząc na 
mapie określoną przed chwilą pozycję. I 
w tej samej chwili w słuchawkach "inter- 
kom"u, zatrzeszczał, rozdygotał się, roz- 


J-_KAN-' N PAT 
NI
lUIE(JK .1- 


ALEKSANDER HERTZ 
AME- 


, 


" 


Nowy Jork, lipcu 1941. 


Amerykanin, czy może ściślej - przeciętny 
nowojorczyk, t, ki, jakiego się zna z codzien- 
nych stałych kontaktów, zareagował na 
wybuch wojny niemiecko-sowieckiej wyjąt- 
kowo mocno. Nasz czarny elevator-boy, 
witający mnie codziennie tem samem pyro- 
niem: "How about the war?" - owego 
pamiętnego dnia nie zadowolił się czemś tak 
ogólnikowem, lecz z pudnieceniem długo 
perorowal na temat wydarzenia historycz- 
nego. A jest to człowiek powściągliwy w 
swych uczuciach i pogJądach. Podobnie 
żywo reagował! wszyscy inni spotykani, 
białi i czarni, "hundred per cent Americans" 
i "of Europ
an dBscent", interwencjoniści i 
izolacjoniści, aportyczl}i i rozpolitykowani. 
1Viadomo
ci, przychodzące spoza Nowego 
Jorku, mówią, że i tam reakcje były silne i 
powszechne. Tą.k, amerykański człowiek ulicy 
mocno przeżył wstąpienie Sowietów do wojny. 
Właśnie wstąpienie. Albowiem czemś 
znacznie istotniejszem od nowej agresji 
hitlerowskiej był fakt, że uczestnikiem wojny 
po stronie sprzymierzonych stał się odtąd 
Związek sowiecki. 
Atak Hit.Jera był tu czemś najzupełl1iej 
nieoczekiwanem. 
 to, że był aż tak nie- 
oczekiwany, jeszcze bardziej wpłynęło na 
spotęgowanie wrażenia. Przecież jeszcze 
sobotnie pisma popołudniowe unisono twier- 
dziły, że koncentlacjo wojsk niemieckich na 
granicy sowieckiej. to tylko zasłona dymna 
i że wojny nie będzie. Poczciwe paniusie z 
komunistycznej ,;:\Iob
]isation for Peace" 
spacerowaly w sobotę do północy pl'oled 
Białym Domem z transparentami, domaga- 
jącumi się zaprzestania wojny imperjalistycz- 
nej i zawarcia pokoju lurlowego. NiedJ:i(!nv 
"Daily \Yorker", którego nie zdążono Pf eii- 
sonoWF.c., wyszedł jak gdyby nigdy' '''' z 
niezm:enionym artykułem wstQpnym, że 
pJotki o wojnie niemiecko-sowieckiej są 
celowo rozplL';zczane przez kapitałistów an- 
gielskich i amerykańfJkich. Na tle tego, co 
już było wiadome w ową niedzielę, ten 
numer "Daily Worker"a wyglądał SzczE'gólnie 
makabrycznie. Oczywiście poniedziałkowy 
był już calkiem inny. \ 
Są to zabawne drobiaolgi, które jE'dnak 
mówią, jak dalece rozwój wypadków był 
czemś całkowiciE' nieoczekiwanem. Lecz 
ta niespodzianka była tylko okolicznością 
potęgującą porru:zE'nie, ale go nie t.worzącą. 


. 
 


ZY NA 
SOWIE(JKA 
, 


I 


. 


Korespondencja własna "Wiadomości Polskich" 


Istota rzeczy jest w tem, że w Ameryce 
wogóle istnieje ogromne za:ntf'resowanie dla 
Rowietów. Rowiety na1eżą do tych niclicz- 
. nych punktów w pozaamerykaÓskiej rzeczy- 
wistości, które p['zpci
tnf'go AmE'1'ykanina 
zaciekawiają, nawet pasjonują. 
i(' trzeba 
tego utożsamiać ol jaj{'emiś S) mpatjarni 
prokomunistycznpmi. Swiadomych komu- 
nistów jest w Aml'rvce bardzo mr;,lo. Ist.nieie 
jednak, i to w li'cznych kolach, ogromr;f' 
zainteresowanie dIn ekfJperyrnentu sowiec- 
kiego od strony społecznej, ifJt.nieje pE'wiE'n 
podziw cHa rozmachu, z jakim Związek 
sowiecki rozwinął sip, go'podarczo. Od cza- 
sów ".:\'ew Deal"u zagadnienia polityki 
społecznej dominują w życiu amcrykań- 
skicm. Ta roJa problcmatyki społecznej 
sprawia, że kraj, który doko
al tak ogrom- 
nych eksperymentów społecznych, mu,i 
zwracać ku sobie szczególną uwag
 i musi 
pociągać. Rozmach so\\iecki, aLmosfera 
pionierska, są to rzeczy nactł;wyczaj bliskie 
Amerykaninowi, który w kombinatach ]\fag- 
nitogorska i gigantach Dnieprostroju odnaj- 
duje rzeczy bliskie mu i zrozumiałe. 
Oczywiście, wszystko t.o jE'st widziane na 
odleglość. Amerykanin przełamuje bez reszty 
rzeczywistość sowiecką przez pryzmat swojej 
rzeczywistości, jak to zresztą robi ze WS7YSt- 
kipm co dotyczy rzeczy pozaamerykaiJskich. 
Stąd wynikają osobliwe konfuzje. Nie- 
wątpJiwie proce,y pokazowe i czystki 1937, 
pakt z Kiemcami, udział w rozbiorze Polski, 
wojna z Fjnlandj'ł, cała późniejsza politJ'ka 
St,alina - wszystko to niesłychanie zdepopu- 
Jaryzowalo Sowiety na ulicy amerykańskicj. 
;,\fiało to zwłaszcza wpływ na środowiska 
inteligenckie, na młodzież uniwersytecką, 
gdzie pr7edtem urok nie tylko Sowietów, ale 
i ideologji komunistycznej był bardzo silny. 
Jednakże pf'wnC' elementy pozytywnE'j oceny 
S9 w ietów nie zORta1y zachwiane. Kaprzekór 
wszystkiemu, coś z dawnego mitu sowieckiego 
jakoś tI'\\ało i działalo. Rzeczy te były 
specyficznie wid
iane. Amerykanin, który 
nigdy na własnf' oczy nie oglądał rzeczy- 
wistości pozaamerykańskiej, nie umie zaadap- 
tować jej najbardziej jaskrawych faktów. 
Opisów, które dostajP, nie potrafi wziąć 
doslownie. Że ,,
7ystka" polega na stawianiu 
Judzi "pod sticnku", to niebardzo mif'ści 
się w jego głowic. Przecież i w Amc'ryce. 
gdy dochodzą do władzy demokraci, odbywa 
się wielka czystka urzędników republikaiJ- 
skich. \Vytłumacz takiE'mu, że to nie jE'fJt 


to samo ! Bardzo sympatyczna młoda dama. 
nastrojona' wyraznie konmniRtYQznie, udo- 
wadniała mi, że Roosevelt to też dyktator 
wcale nie lepszy od HitlE'ra. Xatomiast 
Stalin.jest czemś w rodzaju... Lincolna. Mój 
Boże! Mogłem jej tylko powiedzieć, że ona 
poza Amerykę nigdy nie wyjeżdżała, ja zaś 
7nam. zbliska rzeczywistość europejską i 
dyktatury europejskie, i że różnią się one 
cośniE'coś i oc1 RoofJovelta i od Lincolna. ]\fam 
wrażenie, że mi nie uwierzyła, a zapewniarp, 
że nie jest to osóbka głupia czy t
pa. Tylko, 
że nie mieści fJit) w jej glowiE', by stoslmki 
pozaamerykańskie mogły byc. naprawdę t,ak 
różne od amerykańskich. I pod tym wzglę- 
dem nie jefJt ona odosobniona. 
.Mimo więc wszyst.k:o utrwalily się pewne 
stałe momenty pozytywne w stosunku ogółu 
amerykańskiego do Sowietów. Nie trzeba 
też pomijać, że Amerykanin zachowuje w 
pamięci pomoc, udzielaną przez Sowiety 
ChiilCzykom, a dla Chin ma rzeczywiście 
głębóki sentyment. 'Na tych wszystkich 
momentach umiała wygrywać propaganda 
sowiecka. Posługiwała się ona powszechnie 
znanemi chwytami, które często trafiały, 
albowiem odpowiadały temu co się nazywa 
"wishful thinking": Stalin prowadzi chytrą 
politykę, czeka na sposobność i zabezpiecza 
swój kraj przed wojną. Nawiasowo dodam, 
że przykład Stalil!!t był wyzyskiwany dla 
celów izolacjonistycznych. Silny też był 
mit potęgi sowieckiej, wyrażonej w sposób 
przemawiający do wyobraźni Amerykanina 
- w danych statystycznych, w ogromie 
terenu, w liczbie ludności. W Nowym 
Jorku, wśród którego mieszkańców tak 
wielu opuściło Rosję carów lat temu trzydzie- 
ści czy czterdzieści, zachowało się wspomnie- 
nie potęgi rosyjskiej, niezburzone przez 
poprzednią wojnę światową. Z tym trwają- 
cym obrazem dawnej Rosji łączy się dość 
często spotykana cicha aprobata an
ksjoni- 
stycznej polityki sowieckiej w czasie tej 
wojny. Przecież tam zawsze była Rosja... 
Jakkolwiek prasa amerykańska bardzo 
trzeźwo oceniała wartość armji czerwonej 
i Związku sowieckiego, to jednak pierwsze 
rosyjskie porażki na froncie były przyjęte 
nie bez zdziwienia. Po wojnie finlandzkiej !... 
To przecenianie potęgi wojskowej Sowietów 
ma swój osobliwy efekt w pewnym wzroście 
nastrojów izolacjonistycznY9h. Izolacjoni- 
ści, którzy umieją się wczuć w umysłowość 
ogółu, zgrabnie wyzyskali udział Sowietów 
" 


0.11 T
 
. , 


w wojnie z Kiemcami. Skoro taka potęga, 
jak sowiecka, walczy z HitlE'rE'm, zbędna się 
staje pomoc amerykańska. I ten argument, 
nie zaś równocześnie wysuwany argument 
antykomunistyczny, wpłynął na wyniki 
ostatniego "sur\ ey"u Gallupa. Odsetek 
wypowiadających się za natychmiastowem 
wstąpieniem Stanów Zjednoczonych do woj- 
ny spadł z 24'10 na 21 %. Rzecz ciekawa, że 
jednocześnie podniósł się nieco odsetek zwo- 
lenników wysyłania konwojów do Anglji 
(z 55 0 0 na 56 0 0 ), 
\V tej charakterYĘ:;tycf' nastrojów amery- 
kańskich pominąłem rolę czynników komu- 
rystycznego i antykomunistycznego. Jest 
to bowiem zagadnienie specjalne, które 
jedynie zabarwia ogólne nastroje, ale nie ma 
na nie wpływu decydującego. Komunizm 
w Ameryce jest ilościowo bardzo słaby i w 
swem obliczu - bardzo amerykański. 1\130 
on sympatyków w niektórych środowiskach 
inteligenckich, wśród radykalnej młodzieży 
oraz w pewnych grupach marginesowych, 
upośledzonych i odczuwających swe upośle- 
dzenie. Tak jest np. 'z murzynami. Jeżeli 
chodzi o robotników, wpływy komunistyczne 
występują w najbardziej społecznie uwstecz- 
nionych i najpóźniej unijnie zorganizowanych 
działach produkcji i wymiany. Feudalna, 
anty związkowa polityka Forda sprawiła, że 
Detroit jest jednym z największych centrów 
kommustycznych w Ameryce. 
iestety, nie- 
pokojąco duże są wpływy komunistyczne 
wśród robotników polskich, pracujących 
masowo w zakładach Forda. 
VI' całości jednak oddziaływanie partji 
komlmistycznej i ideologji stalinowskiej na 
masy amerykańskie jest nadzwyczaj słabe. 
Amerykanin, nawet jaknajpozytywniej zain- 
teresowany państwem sowieckiem, nawet 
przy całym swym tak częstym radykaliźmie 
społecznym, nie łączy tych rzeczy z sym- 
patjami do komunizmu jako do doktryny, 
a tem bardziej - jako do pewnego systemu 
organizowania ludzi i rządzenia nimi. Nie 
kochając Stalina, odrzucając komunizm jako 
coś wyraźnie "nieamerykańskiego", uważa 
jednak, ż" wstąpienie Sowietów do wojny 
ma znaczenie kolosalne, żywi ogromne zain- 
teresowanie dla stosunków sowieckich, nieraz 
je idealizuje, jednak bardzo często umie je 
trzezwo i krytycznie ocenić. A wtedy sąd 
jego wypada bardzo "urowo. 


ALEKSAKDER HERTZ. 


.1 


,'6 
. 


szczekał łomot długiej serji oddanej przez 
"air-gunner"a. Blenheim runął w dół w 
zawrotnej pice. George skoczył do kara- 
binu. W lusterku ujrzał dwa Ju 88. Oba 
były poza jego polem obstrzału. Bliższy 
już walił się w dół, ciągnąc czarną smugę 
dymu. Dalszy pluł serjami smugowych 
pocisków ze swoich trzech stanowisk ognio- 
wych. George musiał czekać - obserwo- 
wał walkę swego "gunner"a, obserwując 
cały czas niebo. Pil Ol" wyprowadzał 
Blenheima - J u 88 zda wał się rezygnować 
z dalszej walki, odchodził. George poczuł 
nagle zimno, niedobry zimny dreszcz. 
Zrozumiał: J u 88 robił miejsce dla innych, 
łepszych. N a niebie, daleko w przodzie, 
od strony Francji, wysoko, wysoko, nad 
nim zabieliły trzy "condensation tra ck" ! 
Wszystko było jasne. Na radjowy alarm 
Ju, szły w odsiecz Me. Na szczęście, były 
daleko. Zawiadomil pilota, zwrot, znów 
pika, George utracił z oczu palącego się J u ; 
wszystko było tak szybko, że nie zdążył 
odprowadzić go oczami do rozszalałej, choć 
osłonecznionej powierzchni fal. Sami już 
byli o kilkanaście stóp nad zielono-bią.łą 
folą fal i brózd. Zamienili z pilotem spoj- 
rzenia i jedno słowo: "West !". Wiedzieli, 
że Me nie pójdą ich gonić daleko w 
Atlantyk, zabrakłoby im benzyny na 
powrót. George patrzył - wiedział, że 
jeśli te drobiny zaczną się powiększać, spra- 
wa jest przesądzona. Punkciki rozpływały 
się w powietrzu. Spojrzał na zegarek - 
zabawa trwała równo 7 minut. Należało 
wyznaczyć kurs. I znów leci Blenheim na 
północ, George oznacza punkcik
 na mapie, 
a szaro-stalowe fale ani nie potwierdzają, 
ani nie przeczą. Są ściśle neutralne, goto- 
we do przyjęcia w swe straszliwe otchłanie 
zarówno Ju, Me jak Blenheima. 
N atomiast wroga, wyratnie wroga jest 
pogoda. Po trawersie Brestu wchodzą w 
niskie, ołowiane chmury, które zdusz"ają 
ich na 80-roo stóp. Brzegi skaliste po- 
łudniowego Devonu maczają Swą krawędź 
w
 mgle. Wprawdzie ponad grubą na 
2000 stóp zasłoną chmur jest jasne niebo i 
słońce, ale wiecznie tam przebyw9-ć nie 
można, i kto wyszedł nad chmury, musi 
wcześniej czy później zapuścjć się w lepką 
mgłę, otulającą pagórki, góry, zapory 
balonowe i te wszystkie zasadzki, czekające 
na idący "na ślepo" samolot. George' owi 
przypomniały się słowa Wielkiego Mer- 
moza: "Przebijając w dół zasłonę chmur 
-należy pamiętać - tam, za ich taje- 
'!pniczą zasłoną, wielu pilotów przekroczyło 
próg wieczności". George' owi wcale się 
tam nie śpieszyło. Brzydkiemi słowami _ 
szerokiej ojczyzny rosyjskiej - klął szko- 
pów, ich matki, żony i siostry, głównie za 
to że jednak niektóre kule Ju były celne i 
potTZaskały radjostację. Pocieszał się tern, 
że prawdopodobnie teraz szkopi z J u 
plywają w zimnych falach Atlantyku. 
Ale los szkopów nie r_ozwiązywał losu 
załogi, a nawet trzypiętrowe przekleństwa 
nie mogły naprawić radja stacji i podnieść 
pułapu chmur. Faktem, rzeczywistością 
były cyfry. Pułap na wysokości 80-roo 
stóp i brzeg na wysokości 400-500 stóp. 
Cyfry były jasne, bezwzględne. Należało, 
nie mając radja, lądować na lotnisku polo- 
żonem poniżej 100 stóp. I stara powier- 
nica, mapa, podała nazwę lotniska, odle- 
głość, kierunek. Trzeba było iść linją 
brzegu - czekać aż się obniży, aż skały 
przejdą w plażę, aż zazieleni się darń 
lotniska. Daszki. Pułap pozwalał na 
przepisową rundę, podejście, lądowanie. 
Opadło, w dół opuszczone, podwozie, za- 
chybotał się Blenheim na wysuwanych 
klapach, wytracał szybkość - miękko 
musnęły kola gładką, zieloną darń, zasy- 
czały hamulce potężnych kól. Zagadały 
na małych obrotach motory. Kołowanie 
pod hangar. Mechanik J)brzędowym ge- 
stem wskazał miejsce. Pilot wyłączył mo- 
tory. Lot był ukończony. Niestety, zada- 
nie wykonane nie zostało. 
Pilot poszedł telefonować do swego 
"operations room"u po dalsze rozkazy i 
instrukcje. Mechanicy "karmili" Blen- 
heima. 
George zapalił fajkę, smakowala mu 
dziwnie dobrze, po pięciu godzinach lotu. 
Marzył - patrzył na niskie ołowiane zwały 
chmur, na dziury od kul w kadłubie 
"bloody Blenheima" i marzył o Kościusz- 
kowskiem wybrzeżu. Wiedział, że nigdy 
nie kupi już lodów w małej lodziarni na 
rogu Tamki i Wybrzeża. W uszach ,grały 
mu jeszcze silniki, w mózgu dzwoniły mu 
słowa Wielkiego Mermoza: "Każda go- 
dzina lotu rani, ostatnia - zabija". 
W drzwiach "watch office"u ukazał się 
pilot. Otrzymał dalsze rozkazy. George 
spojrzał pytająco. Pilot wskazał oczami 
na Atlantyk, południe, Francję. Uśmie- 
chnęli si
 
o siebie zwykłym uśmiechem 
porozumIem a : 
--; Com e on, George, go on ! 


,. 


BOLESŁAW PO MIAN . 


, 


"
>>>
,.
 


2 


KSAWERY PRUSZYŃSKI 


I- 


1.0.0 O 


- 


PIk. Roman Umiastowski, znany nie- 
Jednemu z warszawskiego radja, wydal 
broszurę ,,12 mil do Wars.zawy... 30 mil 
do Paryża"l), która ma być polemiką z 
mojemi wywodami o wrześniu (nr. nr. 60 
l 62 
,Wiadomości Polskich"). Niestety, 
nie jest to dyskusja.. Co do mnie bowiem, 
to w moich artykulach postawiłem jasne, 
wyraźne tezy. Powiedziałem, ż{do wojny 
byliśmy nieprzygotowani, a nawet źle 
przygotowani polityką zagraniczną, poli- 
tyką gospodarczą, a wreszcie polityką 
wojskową. Powiedziałem dalej, że czyn- 
nikami, które rozstrzygaly o naszych 
sojuszach zagranicznych, o naszem życiu 
gospodarczem, ba - o wszystkiem w 
Polsce, były czynniki wojskowe. Powie- 
działem wreszcie, że niemal każde państwo 
europej skie miało swoj ą koncepcj ę obronną, 
że szło albo na motoryzację, albo na linje 
:Maginot, albo na to i tamtp; dodalem że 
Polska jedna nie miała ani motoryzacji, 
ani linji Maginot. Wreszcie powiedziałem, 
że nieszczęściem wojska w Polsce bylo to 
że zajmowało się ono wszystkiem. Tam do- 
żywiało dzieci, ówdzie budowało kościoly, 
Jeszcze gdzieindziej nawracalo na katoli- 
cyzm (Wołyń) albo burzyło cerkwie (Ch.ełm- 
szczyzna). Były to rzeczy złe lub dobre, o 
to mniejsza, ale byly to rzeczy które 
uwagę i działalność wojska odciągaly ku 
mnym zupelnie dziedzinom. Powiedzia- 
łem, że większość budżetu wojskowego nie 
szła na oręż, na zbrojenia, na czołgi, ale na 
wydatki osobowe i inne, nieraz co naj- 
mniej bardzo luźno związane z obroną 
kraju. Żałuję, że nie mogę zaopatrzyć mo- 
jego artykuł w zdjęcia oficerskich ya€ht- 
klubów, tego w Warszawie a zwłaszcza 
tego na jeziorach augustowskich, promie- 
niejącego calą krasą reprezentacji, pełn-;go 
granitów, marmurów, kowanych żelaz- 
niczem .luksusoiYe sanatorjum zagraniczne. 
Powiedziałem, że w takich sprawach jak 
pobicie Nowaczyńskiego, jak dziesiątek 
'nnych spraw tego typu, honor oficerski, 
ten sam o którym niezbyt katolicko 
powiada płk. Umias owski iż jest "Bogiem 
Wojska" ,-"wygniwal" . Bardzo żaluję, że 
płk. Umiastowski nie zajął się tern mojem 
ostrem wyrażeniem o jego Bogu i że nie 
objaśnił nas czy a!:,mja polska zyskała na 
tern że pisarza tej miary co N owaczyńsii 
jacyś niegodni munduru zbrodniarze kato- 
wali w gliniankach, czy też że to jednak 
nie przysporzyło chwaly mundurowi pol- 
skiernu? O tern jednak, jak i o wielu 
innych rzeczach, bardzo wyr tnych w 
moich wywodach, wolał przezorny płk. 
Umiastowski nie rozpoczynać dyskusji. 
Znacznie wygodniej było odbiec od tematu 
ile tylko i gdzie się tylko dało. A przy 
iście zaleszczyckich zdolnościach odbiegu, 
jakie ujawnia płk. Umiastowski, udało 
mu się to z_nakomicie. Pisze o tern 
jak piękn
e wypadało święto pułkowe w 
jego okolicy; i jaki to on piękny film 
nakręcił o wojnie w Hiszpanji; i o tern 
że p. Ejzysztof Nienaski nieładnie pisze o 
Mościckim; i o tern że on sarn ofiarował 
z kolegami kilkadziesiąt funtów na bieqne 
dzięci angielskie; i o tern że powinienem 
pisać o poległych generalach i majorach; 
i o tern że sam pisał fantastyczne powieści ; 
i o tern że był w Grecji; i o tern że Hitler 
wyznaczył nam mIeJsce na Uralu; i o 
tern żeby "patrzeć przed siebie". Jest to, 
w rzeczy samej, doskonały pokaz jak wy- 
migać się od odpowiedzi, jak przeprowa- 
dzać jedynie częściowe natarcia, jak mówić 
o czem innem, a wreszcie umaić wszystko 
sz
reg
m tak pelnych treści haseł, jak 
"wszyscy do żagli i dział": jak "milczcie 
ludzie słabi", jak "z tern za burtę". 
Podziwiać należy w tern wszystkiem 
olbrzymią pewność siebie płk. Umiastow- 
skiego, że nikt jego samego za burtę 
kiedyś nie wyrzuci. 
A jednak to wszystko co płk. Umia- 
stowski napisal i wykrzyknikami tak 
sowicie opatrzył, nie na wiele się przyda. 
To wszystko nie zmieni bowiem w niczem 
tej jednej wielkiej i prostej prawdy, że 
Polską od szeregu lat rządzili wojskowi, 
że wojskowi byli na najważniejszych, naj- 
bardziej decydujących stanowiskach w 
państwie. Oni siedzieli w dyplomacji z 
płk. Beckiem, i z dziesiątkarri kapitanów 
Drymmerów, Ryszanków, Zarychtów i in.; 
oni sIedzieli w przemyśle zbrojeniowym, 
w C.O.P.ie, w przemyśle łódzkim i śląskim, 
w radach nadzorczych, w kontrolach; 
oni wojowali z cywilem !{wiatkowskim. 
To wojskowi ze Sławojem-Składkowskim 
sie zieli w prezydjum rady ministrów i 
w ministerstwie spraw wewnętrznych, to 
oni, z płk. Kostkiem-Biernackim, pIk. 


l) Roman Umwsto.wski. 12 mil do War- 
lS!:awy...30 mił do Pa1'yża. Edynburg, 1941; 
str.4711nl. 


ANTONI . BOGUSŁAWSKI 


Bociańskim, mjL Świtaiskim,' płk. Beliną- 
Prażmowskim, płk. Kirtiklisem i dziesiąt- 
kami, setkami innych, siedzieli na stolcach 
wojewódzkich, starościńskich, na tysiącach 
cywilnych posad, stanowisk, urzędów, nie- 
raz tworzonych specjalnie dla nich. '{o 
wojskowi kierowali stale życiem gospo- 
darczem Polski, z gen. Zarzyckim i mjL 
Rajchmanem) z gen. Góreckim i mJL 
Gruberem i płk. Kocem i gen. 
Iaciszew- 
skim, i setkami pomniejszych, sprawowali 
kontrolę państwa - ładnie też ona wyglą- 
cjała, ta kOlJ.trola ! - poprzez gen. Krze- 
mińskiego, to oni zalatwiali sprawy moto- 
ryzacji, a załatwili ją w sposób który 
czy nil z Polski kraj bez samochodów, co 
wytykała cała prasa polska z jednym 
jedynym wyjątkiem - "Polski Zbrojnej" 
organu wojskowego. Oni zajmowali sta- 
nowiska, na które czekał w administracji 
wyszkolony uniwersytecko młody prawnik 
- daremnie, oni zajmowali w przemyśle 
dyrektorskie stanowiska, na które czekał 
wyszkolony technicznie młody inżynier - 
daremnie, oni zajmowali w dyplomacji 
stanowiska, na które czekał młody wy- 
ksztalcony prawnik - daremnie, oni prze- 
ksztalcili całą organizację państwa nie na 
sprawny sztab obsługi bogacący się w 
najlepsze siły fachowe, ale w jakieś przy- 
tulisko dla. tych których albo uważano w 
wojsku za słabych, albo którYIJl ambicje 
polityczne kazały szukać sobie szerszego 
poligonu do popisu. Z wyjątkiem Wene- 
zueli, Costa-Riki, Kuby i Ekwadoru, oraz 
rej wiodącego tu Meksyku, żadne państwo 
na świecie nie posiadało takiego systemu 
rządzenia. Ale też żadne nię zapłacilo za 
to tak srogo. Mimo wszystkich wyzwisk 
i odbiegań od tematu, tego faktu pIk. 
Umiastowski nie zatrze w opinji polskiego 
czytelnika. Rządzili Polską wojskowi. 
I mimo wszelkich wywodów swoich nie 
wytłumaczy rozumnemu czytelnikowi, że 
rządzili om dobrze. Tak samo jak nie 
wytłumaczy już nikomu, że za swoje 
rządy nie są odpowiedzialni. \ 
Chaotyczność brpszury tego klasycznego 
pułkownika, który podcżas wojny nie do- 
wodził pułkiem ale przemawiał przez radjo; 
a w czaSIe pokoju także nie dowodził 
pułkiem, czy też dowodził nim na margi- 
nesie tak wojskowych zajęć, jak nakręcanie 
filmów lu.!? pisanie powieści, nie pozwala 
mI, niestety, ulożyć mej odpowiedzi w 
pewIen metodyczny wyklad. Chaotycz- 
nosć ta jest zresztą tak doskonalym spo- 
sqbem mącenia wody, że sarnbym w nią 
wpadł, gdybym miał iść punkt po punkcie 
za myślą płk. Umiastowskiego. Ograni- 
czyłem się więc w polemice do podzielenia 
całego jego bagażu na kilka: odrębnych 
kategoryj: 
I) gdy płk.' Umiastowski totalnie mija 
się z prawdą ; 

) gdy płk. Umiastowski jedynie ją 
wymacza; . . 
3) kiedy wysqwa materjał cjo dyskusji. 
Oczywiście, musialem tu pominąć prze- 
bogaty materjal, kiedy pIk. Umiastowski 
insynuuje, bawi się w personalja, poucza, 
monituje, napomina, czyniąc to z takiem 
namaszczemem jakby sam by! oJcem 
ojczyzny, chodzącym w sławie swych 
krystalicznych zasług, a ja krnąbrnym 
żakiem. Studja nad tern należaloby 
poruczyć naukowyw badaczom tupetu; 
gdyby tupetem dało SIę zastąpić su- 
rowce, uzbrojenie czy talenty strategiczne, 
to niewątpliwie ten rodzaj uzdolnień płk. 
Uri1iastowskiego przechyliłby szalę zwy- 
cięstwa już dawno na naszą stronę. Nie- 
stety, jest to wprawdzie towar który po- 
płacał w Polsce, ale który spadł w cenie 
. od dn. I września 1939 L 


GDY PŁK. U.MIASTOWSKI MIJA SIĘ 
Z PRAWDĄ 
A mija się z prawdą płk. Umiastowski 
nie raz; jeden, nie na jednej stronie, i nie 
jeden raz na jednej stronie, mija się z 
prawdą wytrwale, systematycznie, upor- 
czywie, z taką kawaleryjską' fantazją, z 
taką magnacką rozrzutnością, z taką zawo- 
dową braw,pI.:ą, z takim nieuleczalnym nalo- 
giem, że nam, "ludziom prostym", nie- 
sposób nieraz podążyć za tym potokiem 
nieprawdy, świadomej, radosnej, boha- 
terskiej, za tą Niagarą, za tą Sołą i Porąbką, 
za temi wodospadami fałszu. Mija się z 


2) Nawet o tak malutkie, jak to że "Wiado- 
mości Polskie" nie chciały drukować jego 
artykulu przeciwko mnie. Redakcja żądała 
od niego tylko tego by swój artykuł podpisał 
nie pseudonimem, ale nazwiskiem, oraz aby 
usunął z niego osobiste połajanki. Płk. 
Umiastowski zgod!:ił się na to, wziął artykuł 
do przeróbki... poczem go nie odesłał, a zato 
przystroił się w laur prześladowanej przez 
redakcję ofiary. Tak piękny laur, kosztem 
tak maleńkiego kłamstwa. 


WIDOK Z POCIAGU NA POLA LINCOLNSHIRE 
, 


Pola zielfniejące, 
dąbrowy kędzierzawe, 
rzeczułki, naglym spadem 
przecinające trawę, 
i niebo, o dwa tony 
zsiwiałe na odwieczerz, 
,gdzieniegdzie tylko rzuca 
promienne ostromlecze. 


Samopas para koni, 
brodzące w łąkach stada - 
drzemota przed spoczynkiem, 
co właśnie już zapada, 
i nawet ten samolot, 
zmalały w mgławej głębi 
w lot nie jastrzębi wcale, 
lecz prawie w lot golębi... 


N a całym krajobrazie 


... 


I są takie światłocienie .. 
dnia pogodnego schyłek, 
czlowiecze ukojenie. 
Uśmiecha się ze stacji 
dziewczyna, taka sama, 
jak czarnooka Mary, 
"sweetheart" z miłostek Sama. 


I tylko coś uparcie 
trzepoce się uczola . 
akerma1iskiemi słowy: 
"Cicho" i "Nikt nie w ła". 
I tylko w przedwieczornej 
zalegającej ciszy 
wiadomo, że się jeszcze 
m'c długo nie dosłyszy... .. 


ANTONI BOGUSŁAWSKI. 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


\ 


... 


M'IL 


.0 


prawdą gdy chodzi o rzeczy zasadnicze i 
pochodne, gdy chodzi o wielkie, gdy 
chodzi o małe i gdy chodz' o calkiem 
malutkie 2). Więc mija się z prawdą gdy 
pisze, że wojną lat 1914-1918 polski 
przemysł byl zniszczony docna; wie dobrze 
że gros polskiego przemysiu, a niemal 
cal ość ciężkiego, znajdowala się na Gór- 
nym Śląsku, którego zaklady przemysłowe 
me ulegly żadnemu zniszczeniu; WIe 
doskonale że z ziem polskich najbardziej 
zniszczone zostaly nieuprzemyslowione 
ziemie wschodnie i 
łabo uprzemyslowione 
środkowe. Wie dobrze że mija się tu z 
prawdą, ale bez tego me udowodniłby 
swej tezy; może czytelnik polski nie 
zauważy, prześlepi? I mija si
 z prawdą 
gdy pisze, że zato przemysł rosyjski nie 
był \'{yniszczony; bo \vłaśp.ie wojna do- 
mpwa 1917-1921 zniszczyla co bylo prze- 
mysłu rosyjskiego i w zagłębiu donieckiem, 
i wokoło Moskwy, i w okręgu leningra- 
dzkim. I mija się z prawdą gdy pisze, że 


Nowość! 


\ 
Nr. 33 (75) 
I 
I 
. 
'- 
- 
- 


1- 


P-B. A 1V D T 


ków w rodzaju gen. Arakczejewa, gen. 
Pahlena, gen. Durnowo (nomen omen), 
gen. \\'anowskiego, gen. Trepowa, gen. 
Suchomlinowa, gen. Kaulbarsa, gen. Sko- 
bielewa, nie mówiąc już o innych, choć,. 
coprawda, nie znam okresu w dziejach 
Rosji gdzie by tak o wszystkiem rozstrzy- 
gali wojskowi, jak w Polsce ostatnich lat. 
To wlaśnie w krajach demokratycznych 
nawet ministrem spraw'wojskowych bywa 
zazwyczaj cywil, i chyba w dorzeczu 
Amazonki lub nad zatoką meksykańską 
znalazlby pIk. Umiastowski ów \ swój 
szczególny typ "demokracji." Mija się z 
prawdą płk. Umiastowski gdy pisze, że mi- 
nistrem spraw zagranicznych w Polsce był 
"oficer rezerwy"; minister Beck był ofice- 
rem służby czynnej, oficerem zawodowyrp, 
który na wiele lat po zakończeniu wojny 
1920 L służył w wojsku, i jeszcze po prze- 
wrocie majowym był w wojsku przez lat 
kilka. Umiemy jeszcze rozróżniać pojęcie 
oficera rezerwy od oficera zawodowego. 


Nowość I 


Robert Vansittart 


CZARNY 


. 


EJESTR 


Niemcy dawniej a dziś 


. 


Przedmowa-Czterysta miljonów ludzki l szczęść - Niemcy w liczbie 
mnogiej-Bezczelna horda-Cechy stadO\
e występują i u jednostek 
-Honor i sława-Ueber all es-Wnioski 


, 


\ Cena 6d. 


Przełożył Ryszard Brynick' 


D
 nabycia w księgarniach 
M. l. KOLIN (Publishers) LTD., LONDON: 9, New Oxford street, W.C.l. 
PERTH: 28, King Edward street. DUNDEE: 24a, Cowgate. 


przemysł rosyjski rósł w latach 1914-1918, 
bo przemysł rosyjski powstal naprawdę po 
L 1929, i dokonały tego rządy Stalina w 
czasie, kiedy u nas jeszcze się nie gwarzyło 
o C.O.]?.ie. I mija się z prawdą gdy pisze, 
że naczelny wódz armji greckiej opuścil 
swój kraj, podobnie jak u nas Śmigły-Ę.ydz, 
i że to sarno uczynił naczelny wódz armji 
norweskiej, i inni naczelni wodzowie. 
Nieprawda, 
ieprawcja, ;Ilieprawda. Wbrew 
twierdzeniu płk. Umiastowskiemu j\!;koby 
obecni "królowie-wodzowie" jak w średnio- 
w
czu (?) opuszczali swe armje i kraje, 
jest zupełn.ie inaczej. To nie tylko gen. 
Garnelin, były naczelny wódz francuski, 
pozostał w swym kraju i przebywa w 
więzieniu, to nie tylko naczelny wódz 
an,pji holenderskiej poszedł do niewoli, 
choć mógł opuścić swój kraj i wojsko, to 
nie tylko "król-wódz" belgijski jest jeńcem 
wojennym, to także - wbrew ,slowom 
płk. Umiastowskiego - naczelny wódz 
armji greckiej, która tak dług. o i tak wspa- 
niale walczyła, gen. Papagos, i naczelny 
wódz armji norweskiej, gen. Runge, znaj- 
dują się w niewoli, bo kraju swego i 
żołnierzy nie opuścili, bo za prowadzenie 
kampanji czuli się odpowiedzialni., Wice- 
król wódz, ks. Aosta, także wolał niewolę. 
Przypomnę płk. Umiastowskiemu że na- 
czelni wodzowie trzech państw bałtyckich 
pozostali w swym kraju kiedy zostal on 
włączony do Rosj i sowieckiej, choć wiedzieli 
że nazajutrz będą wywiezieni, a może i 
zginą. Jedynie naczelny wódz armji jugo- 
sławiańskiej, która walczyla tak niespodzia- 
nie krótko, opuścił swoj kraj; był także 
premjerem. Bo Jugosławja i Polska z lat 
niedawnych posiadają zdumiewające po- 
dobieństwa. Oba kraje dzielnego żoł- 
nierz,e.; oba prowadzily grę z .
 iemcami 
niemal doostatka; w obu od szeregu 
lat rządzili; panoszyli SIę,' robili i 
obalali rządy - wojskowi; w obu dzielny 
żołnierz okazal SIę nieprzygotowany do 
nowoczesnej 
alki. Tak. Ale wodzowie 
naczelni wszystkich innych państw me 
postąpili jak Śmigły-Rydz. Poszli do 
niewoli, na ich miej sce pomianowano 
nowych, walka trwa dalej. 
Tak rozpocząwszy mijanie się z prawdą, 
prowadzi j e pIk. U miastowski dalej i d
 lej. 
Mija SIę WIęC z prawdą, gdy pIsze, że 
zastrzelony przez Gestapo gen. Schleicher 
b:!;onił armji przed polityką; prawdą jest za- 
to, że gen. Schleicher byl typowym politycz- 
nym generalem, że był dwukrotnie kancle- 
rzem, t.j. premjerem, w Niemczech, e.e on 
to wprowadził do władzy kliki woj skowe 
wlaśnie z zastrzelonym von Bredowem, 
Fritschem i płk. Hindenburgiem. Nie- 
prawda jest także, jakoby Tuchaczewskij 
9ył apolitycznym wojskowym, albowiem 
ambicje politYfzne tego mlodego mar- 
szałka były znane powszechnie, widzja- 
no w niqł 'Bonapartego rewolucji rosyj- 
skiej, a 'oskarżono o konszachty z Reichs- 
wehrą. Nieprawdą jest dalej, że w innych 
armjach obsadzano stanowiska wyższyc,b. 
dowódców "wedle klucza partyjnego", bo 
po pierwsze, nie było tak ani w Anglji 
ani we Francji, ani w Niemczech, ani w 
dziesiątku innych armij, a natomiast nie 
można tego powiedzieć, niestety, o Polsce, 
gdzie jednak po przewrocie wojskowym w 
r. 1926 szereg zdolnych gęnerałów usunięto 
właśnie ze wzg1.ędów politycznych. Mija 
się z prawdą płk. Umiastowski gdy żądanie 
by wojsko zajęło SIę wojskiem, a me 
rządzeniem, uważa za "pogląd antydemo- 
kratyczny z' okresu samodzierżawia", bo 
wlasnie żądanie by wojsko nie zajmowało 
się polityką jest kardynalną podstawą 
demokracji; przeciwnie, samodzierżawia, 
od rosyjskiego począwszy, apelowały do 
sotni kozackich, do szarż na młodzież, do 
ministrów-generałów i generalów-polity- 


.". v 


Mija się z prawdą płk. Umiastowski gdy 
Winstona Churchilla przedstawia nam 
zato jako... maJora, albowiem Winston 
Churchill, poza młodzieńczą i wojenną 
karjerą wojskową, jaką w dawnej Anglji 
przechodzili zwykle pokrótce synlJwie wy- 
bitnych rodzin, poświęcił się polityce, był 
pisarzem i autorem książek historycznych, 
posłem do parlamentu i dziennikarzem, i 
w jego życiu slużba wojskowa odgrywała 
o ileż niklejszą rolę niż w życiu "oficera 
rezerwy" płk. Becka. I mija się z prawdą 
pIk. Umiastowski kiedy zapytuje, czy 
wskutek tego że wojskowi zajmowali u nas 
stanowiska cywilne zmniej szyla się możność 
pracy dlą innych, w tej Polsce tak ubogiej 
w inteligencję? Coprawda, nie uznaję 
tego zwyczaju traktowania Polski jako 
koryta przy którem zmniejsza się czy nie 
zwiększa dla kogoś miejsce; ale. mogę 
odpowiedzieć że istotnie, zmniejszyła się 
możność pracy, że bezrobocie młoqej inteli 
gencji z autentycznemi dyplomami było w 
Polsce wprost ogromne, a było zwiększone 
tern właśnie, że wszędzie rozpierali się byli 
wojskowi, choć coprawda, zgoła nie żadni 
"podoficerowie", jak nam to delikatnie 
przekręca pIk. Umiastowski. Nie; me 
jacyś biedni kaprale, sierżanci czy yach- 
mistrze zajmowali to miejsce, i nie oni 
rządzili Polską; czynili to owi wojskowi 
wyższej zgoła rangi, którzy władali i w 
ministerstwie oświecenia publicznego i 
wyznań religijnych, i w izbie skarbowej, 
i w starostwach, i wszędzie. I mija się z 
prawdą pIk. Umiastowski gdy ąpwodzi że 
obsadzanie stanowisk cywilnych przez 
wojskowych jest "sprawą normalną w 
każdem państwie", bo właśnie tak nie jest, 
i angielscy ministrowie, gq,bernatorzy, 
dyrektorzy banków czy dyplomaci nie są 
generalami, pułkownikami i oficerami 'za- 
wodowymi. I mija się z prawdą gdy pisze za- 
gadkowo o jakichś polskich planach wspól- 
nego państwa polsko-czeskiego w L 1933; 
bo takiego planu, niestety, historja nie zna, 
i zrodził on się w głowie płk. Umiastow- 
ski ego, autora - jak pisze - fantastycz- 
nej powieści. Przeciwnie, dyplomacja 
polska owego okresu byla z praską w jak 
najgors.zych stosunkach. I mija się z 
prawdą gdy pisze że sily "blitzu" nikt nie 
przewidział, bo przewidywał go niejeden 
autor wojskowy, z Lyddell Hartem i gen. 
de Gaulle, bo Niemcy obliczyły rozbicie 
Polski na trzy tygodnie (mowa Hitlera 
dn. I wrześni,.a 1939 L), bo jej apokalip- 
tyczny obraz zgadywali u nas trafnie 
mlodzi harcerze, ale wyśmiewali go zadu- 
fani sztabowcy. I mija się z prawdą gdy 
pisze, że nasza armja zaćmiewała inne 
ilością ludzi wykształconych, b9 to także 
nie jest prawda, bo to wlaśnie armja 
niemiecka miala wspaniały zapas wy- 
kształconych głęboko dowódców, znaj ących 
i socjologję i ekonomję i prawo i geopoli- 
tykę i historję i technikę, podczas gdy u 
nas pełno bylo niedokończonych doktorów, 
handlowców, prawników, medyków, no a 
niestety także - niedokończonych wOJ- 
skowych. ,... 
Natomiast w jednem zgadzam się z pIk. 
Umiastowskim. Nasi wojskowi istotnie 
nie znali się na polityce. .Nie znali się zresz- 
tą także na skomplikowanych zagadnie- 
niach narodowościowych, na trudnych za- 
gadnieniach gospodarczych, na. zawiłych 
prawnych i niełatwych dyplomatycznych. 
To prawdą, i póki taki oficer znał się na 
wojsku i siedzial w mem, nie bylo to 
jeszcze nieszczęście. Wojsko jest tak 
rozleglą, bogatą, ciekawą i zmieniającą się 
dziedziną, że ono sarno jest polem ogrom- 
nem, jeśli ktoś chce nad niem rzetelnie 
pracować. Nieszczęście następowało do- 
piero wtedy kiedy wojskowy, który nie znał 
się na sprawach narodowościowych, za- 


czynał je "amcić", gdy wojskowy, który 
nie znał się na sprawach gospodarczych, 
zostawał dyrektorem banku, gdy porucznik 
obejmował konsulat, major stawał na czele 
firmy wydawniczej i gdy każdemu z 
nich się zdawało że pewność siebie zastąpi 
fachowe przygotowanie, a poparcIe- 
zdolności. 
A tak wlaśnie działo się w Polsce na 
każdem miejscu i o każdej, w 
statnicp 
czasach, dobie. 


GDY PŁK. UMIASTOWSKI JEDYNIE 
KOLORYZUJE... 
Z grubszej, pospolitszej serji kłamstw, 
oczyściliśmy już krzykliwą broszurę tego 
polskiego Wellsa, domorosiego Rene Claira 
i rodzimego Queipa de LIano, tego powie- 
ściopisarza, reżysera filmowego, speakera 
radjowego, no i - "w międzyczasie" - 
także i oficera. Bylo tego niemalo! przyzna 
czytelnik. Ale obok nieprawdy stuprocen- 
towej, obok solidnego, totalnego, stupro- 
centowego kłamstwa, jest jeszcze i pół- 
klamstwo, ersatznieprawda, mniej szla- 
chetny kruszec łgarstwa. Są to przeina- 
czania i wypaczania, przekręcania i wsze- 
lakie kombinacje, a wszystkie ciekawe, 
dające należyte zrozumienie o niepospo- 
litych zdolnościach koloryzacyjnych na- 
szego' autora. Trudno żebym wymie- 
niał je pokole i ; wymienię najbardziej 
typowe. 
I. "Przeczyta wówczas uważniej książkę 

iackiewicza i dowie się, że ten publicysta 
nigdy nie żądał formowania czterech 
dywizyj zmotoryzowanych". 
Istotnie, Mackiewicz w swojej książce 
me wspomma żeby żądał kiedykolwiek 
czterech dywizyj zmotoryzowanych. N a 
czemże więc polega chwyt pIk. Umiatow- 
skiego ? Gdzie tu leży koloryzacja? Otóż 
płk. Umiastowski wolal zapomnieć o tern, 
iż Mackiewicz żądał tych czterech dywizyj 
jeszcze w Polsce, jako publicysta "Słowa" 
- a nie na kartach swe] londyńskiej 
"Historj i Polski". Istotnie, w książce 
wydanej w Londynie nic o tej starej 
rzeczy niem
; natomiast kilka lat wcześ- 
niej, gdy stworzenie czterech dywizyj 
było w pełni możliwe, Mackiewicz w. 
szeregu artykułów wołał i o te cztery 
dywizje więcej, i o motoryzację. 
II. Drugi przykład tej "polemicznej 
taktyki" naszego pulkownika : Umiastow- 
ski pIsze, że koszt produkcji średniego 
bombowca w Wielkiej Brytanji wy- 
nosi 60 000 funtów. Nasz budżet - wedle 
jego obliczeń, - wynosił 100 miljonów 
funtów. Czy więc było nas stać na 
bombowce? - 
Płk. Umiastowski zgola nie przypadkowo 
wybrał sobie te ciężkie brytyjskie funty. 
Wie on doskonale, że może nigdzie na 
świecie robocizna nie jest tak droga - jak 
wlaśnie w Anglji. Ale wie on również 
;l,oskonale, że może nigdzie na świecie 
robocizna, nawet fabryczna, nie była tak 
tania - jak wlaśnie w Polsce. I wie.on 
przecież doskonale, że koszt produkcji w 
jednym kraju jest większy, a w innym 
mniejszy. Wie, wie świetnie; tylko, 
myśli, że czytelnik się nie spostrzeże na 
tej... podwójnej buchalterji. " 
Istotnie; wiele robiono w Polsce lat 
ostatnich aby czytelnika polskiego utrzy- 
mać w ciemnocie! Kto zaś robił, wiadomo. 
Ale ta praca, która jeszcze teraz ma swych 
zwolenników, udaje się coraz gorzej. A 
nadobitkę wyszedł wlaśnie pierwszy numer 
fachowego polskiego pisma "Myśl Lot- 
nicza". Jest tam długie i ciekawe 'oblicze- 
nie, z którego wynika że produkcja samo- 
lotu u nas w kraju powinna kosztować... 
jedr.ą cz-\'artą tego co kcsztuje zagra- 
nicą. - 
HI. 
lk. Umiastowski cytuje z zachwy- 
tem zdanie angielskiego dziennikarza o 
tern, że żołnierze, którzy dzisiaj uratowali 
życie Wielkiej Brytanji, mają po wojnie 
stworzyć - nową Wielką Brytanję. Po- 
równywa to zdanie z misją tych, co u nas 
wyszli z legjonów, .no i z misją naszego 
wojska w przyszłości... Cóż odpowiedzieć 
na ten nowy objaw koloryzacyjny? Odpo- 
wiedź jest prosta. Każdy Anglik rozumie 
to zdanie swego dziennikarza tak, że po 
wojnie ci co walczyli będą przebudowy- 
wali swoją ojczyznę. Ale ż
aden Ąnglik 
nie sądzi, że dokona się to z zachowaniem 
hierarchji wojskowej, żaden Anglik nie 
widzi swojej ojczyzny z generalami na 
stanowiskach ministrów, z pułkownikami 
w randze dyrektorów departamentów, z 
majorami, z kapitanami. Przeciwnie. W 
pojęciu każdego Anglika wojskowi zawo- 
dowi wrócą do swoich zawodowych zajęć; 
olbrzymia masa obywateli, którzy spelnili 
swój obowiązek, zajmie SIę przebudową 
państwa. To tylko płk. Umiastowski 
zręcznym wybiegiem robi z tego radosną 


, 
JERZY FACZYNSKI 


nowinę, że Anglja otrzyma po wojnie ten 
genjalny ustrój, jaki miała Polska przed 
swą klęską... 
IV. Ostatni przykład. "...w jednym z 
ostatnich numerów "Picture Post" (organ 
Labour Party) w nr. 6 z dn. 10.5.1941, przy 
artykule na temat "blitzu" umieścił ten 
Wintringham kilka szkiców. Pokazuje na 
nich "zdumiewającą szybkość", z jaką 
Niemcy szturmujący Europę szli przez 
różne państwa. Zobaczcie jaki jest sens 
tych szkiców, które zro:.mmiał każdy 
człowiek w Anglji. Oto nic innego, a jest 
to tylko chyba stwierdzenie faktu, że 
nasze wojsko było najlepsze na świecie". 
Jest to rozumowanie bardzo dowolne. 
Wintringham w swych artykułach po 
wrześniu 1939 L wyraził zupelne inne, a 
nawet krzywdzące nas zdanie o obronie 
Warszawy, zestawiając ją na niekorzyść 
z Madrytem; poco mu wmawiać że uważa 
naszą armję ,za najlepszą w świecie? 
Dlaczego nie pamiętać, że do Polski wkra- 
czali Niemcy frontem paru tysięcy kilo- 
metrów, ogarniającym nas od Suwalk do 
Rymanowa, od Litwy i Węgier, podczas 
gdy do Belgji, Holandji i Francji szI' 
wąską bramą, gdy przez Libję - nad- 
brzeżnym szlakiem, w Grecji - dolinami 
górskiemi. Poco zapominać że w L 1939 
mieli dywizyj pancernych mniej niż w 
L 1940, a znacznie mniej niż w L 1941, że 
więc i z tej jeszcze racji musieli iść wolniej 
i ostrożniej? Poco... Poco wreszcie przy- 
puszczać, że dzisiejszy czytelnik polski, 
który i sarn niejedno przemyślał, i gazety 
angielskie sam czyta, i mimo "black- 
out"u Jeszcze nie zgnił umyslowo, _nie 
zlapie p. autora na tych niezbyt po- 
myslowych kruczkach? 
Oto kilka przykładów; mogloby ich 
być znacznie więcej. Nie skontrolowa- 
liśmy bardzo wielu cyfr, wywodów i 
danych, któremi pIk. Umiastowski upstrzył 
swe wywody... 
 
W czytelniku jednak musi obudzić się 
pytanie : 
- jeśli kilkanaście razy zdolaliśmy 
udowodnić pIk. Umiastowskiemu że wprost 
mija się z prawdą, a kilka razy że ją 
bardzo dowolnie przekręca - co pomyśleć 
o j ego wiarogodności? 
A to przecież jeszcze nie wszystko. 


1 


.. 


. , 


- \ 


GDY PŁK. UMIASTOWSKI 
DYSKUTUJE... 
Jest tego n
jmniej, nie godzi to w moje 
zasadnieze tezy, ale nie 'pominiemy i tego. 
Wskutek falszywych poglądów państwa 
padają, wskutek właściwych podnoszą się 
Z upadku: prostujmy falszywe poglądy. 
Otóż gotowi jesteśmy nawet przyjąć 
wywody pIk. Umiastowskiego że dobrej 
broni nikt nie sprzedawał, tylko zlą, i że 
dobrej broqi, gdyśmy sarni jej na czas 
nie wytworzyli, nie można bylo jednak - 
kupić. Niestety, szereg państw na świecie 
broń sprzedawało, i szereg ją kupowało. 
Sprzedawał broń przemysł belgijski, czeski, 
amerykański, angielski; kupowala broń 
Grecja, kupowała ją Finlandja, kupowała 
. ją Hiszpanja, która bronila się dwa lata. 
Mpgłbym zresztą przyjąć w pełni rozumo- 
wanie płk. Umiastowskiego, że Polska nie 
miała u kogo i nie miała za co kupić broni 
- ale musialbym zapytać go dlaczego nie 
porusza tak kapitalnej kwestji jak tego, 
e 
ol
a, która nie miała broni, broń 
sprzedawała? 
"Polska sprzedaje broń starą" - mó- 
wiono nam przez całe lata. Ale już w 
Hiszpanji w L 1936 widzialem polskie 
karabiny z d
tą 1929. Zatem produkcji 
polskiej, a nie "powojenny szmelc fran. 
cuski". Trochę mnie to zaniepokoiło, 
zwłaszcza że Hiszpanie chwalili jakość 
tej broni; przekonano mnie jednak, że 
przecież nasze wojsko wie co robi i że 
jeśli te karabiny sprzedaje, to ma na 
-składzie wiele lepsze. 
1ymczasem w L 1939 ząbrakło Polsce i 
karabinów. Brakło ich na Śląsku, gdzie 
Grażyński chciał zorganizować party- 
zantkę robotniczą i broni na to nie dostał; 
brakło ich na Pomorzu, gdzie Gdynię 
bronily wycięte w pień oddziały - kosy- 
nierów. Śliczna rzecz kosynierzy, i literat 
polski mógłby opiewać ich męstwo. Ale 
są literaci polscy którzy' uważają, że ich 
pióro jest nie tylko do opisywania rozpa- 
czliwego męstwa a przesłaniania zbrodni- 
czej niedbalości. N aród płacił podatki 
poto, by me braklo karabinów; naród 
chce wiedzieć, dlaczego ich brakło. 
A Polska spr edawała nie tylko kara 
biny. Polska sprzedawala samoloty do 
państw bałkańskich, choć sarna ich me 
miała; sprzedawala zenitówki, doskonale 
dzieło polskiego inżyniera i robotnika, 
choć też ich nie miala dosyć, do Anglji, do 
Holandji i gdzieindziej ; sprzedała ich. 


/" 


- I 



 


SNY NIESPOKOJNE 


Wiem, moja Miła, że do Ciebie wróc
 .. 
tylko nie pytaj: kiedy? - bo nieprędko ! 
Chyba, że gwiazda blyśnie betlejemska - 
wtedy, Mateńko. 


Wierzę: tak będzie. Lecz kto mi dztś powie, 
jaką do Ciebie pójdę jeszcze steczką 
i kiedy Twoje ucaluję dłonie, 
moja Mateczko. 


Lecz wrócę, Mila, i to co 11?arzyle1ll 
w tęsknoty nasze wplotę męską ręką, 
po lożę niebo na ojczystej przyzbie, 
moja M ate1iko. 


A Tobie chatę zasadzę blękitną, 
w ogródku kwiatów białą jabloneczkę, 
pod oknem malwy posieję czerwone, 


da Bóg, Mateczko. 


I codzień rano po jaskrach i rosie 
przyjdę z jadwinią zapukać w okienko, 
niosąc dzień dobry utulony w dłoniach 
Tobie, .1\1 ateńk
: - 


. 


Z liści jarzębin jadwiś złotowłosa 
wystrzyże dzionek i wstążką uśn iechu 
zawiąże szczęście i ręce nas trojga 
na wieki wieków. 


Lecz dzisiaj o tem z niepokojem w duszy 
myślę, Najmilsza, Dobra, Nieszczęśliwa, 
że gdy powrócę - już nie będę chlopcem, 
Ty będziesz siwa. 


JERZY FACZYŃSKI.
>>>
, 
Nr. 33 (75) 


\ , 


, 


W początku wrzeŚnia b. r. ukaże się w nowem wydaniu 


SŁOWNIK 
I 


ANGIELSKO..POLSKI 


I 


POLSKO..ANGIELSKI 


J. Stanisławskiego 
Cena 10/6 (w opr.) 


f- 
r 
I 


Ze względm na ograniczoną ilość egzemplarzy nowego nakład
t prosimy o 
nadsylanie zamówień wraz z należnością w terminie do dn. 20 sierpnia b.r. 
, 


229- 2 3 1 , 


PUBLISHING 
High Holbo I, 


London, 
I 


MIN.RVA 


.. 


240 i dokonała tego tuż przed samą wojną. 
Sprzedawąła działka przeciwpancerne, któ- 
rych także zabrakło; sprzedawała. gra- 
naty; sprzedawała broń, sprzedawała 
broń, sprzedawała broń. Była ogarnięta 
radosna orgją sprzedawania. Broń polska 
wędrowała z Polski do innych. kLajów; 
broni tej miało w Polsce zabraknąć. 
Sztaby polskie nie mogły potem działać, 
bo nie miały osłony przeciwlotniczej zeni- 
tówek; miasta polskie padały w gruzy, 
bo brakło im choć po kilka tych dział; 
mobilizacja polska nie spełniła' zadania, bo 
dworce, drogi, koleje, wszystko to -było 
bezkarnie pod ogniem. Ba, dn. 4 września 
w Toruniu armja gen. Bortnowskiego 
wydobyła z wagonów, wysyłane do Holan- 
dji, cztery działa przeciwlotnicze. Oto 
przykład jak do 'ostatniej chwili szedł 
nasz radosny handel bronią. Oto także 
ilustracja do tez że mieliśmy "świetny 
wywiad" i wiedzieliśmy "doskonale" o za- 
mierzeniach sąsiadów; widocznie dlatego 
sprzedawaliśmy najcenniejszą broń tuż 
przed sarną wojną... . 
Przez cały ciąg broszury płk. Umiastow- 
skiego słyszę, że Polska nie miała pieniędzy 
i dlatego nie stać ją było na zenij:ówki i 
czolgi. Niestety, Polskę stać było na 
tysiące luksusów reprezentacji; niestety, 
większość naszego budżetu wojskowego 
nie szła na zbrojenia; niestety, od naszego 
własnego Prezydenta zakupiliśmy jego 
genjalny wynalazek "powietrza górskiego" 
za cztery miljony złotych; zrobiło to' 
ministerstwo opieki społecznej, które nie 
miało na najbardziej prymitywne urzą- 
dzenia hygjeny ludowej. Budowaliśmy 
_ kolejkę na Kasprowy; luksusy Juraty ; 
wspaniałe gmachy banków państwowych 
i województw; ba, niektóre nasze czyn- 
niki wojskowe żądały w r. 1939 od cywila 
w ministerstwie skarbu by stworzono 
pr
mje na wywóz broni z Polski, jak były 
premje wywozowe na cukier czy węgiel. 
Ale może to jest nie prawda? Ale może 
jest to przesada? M,oże tego nie było? 
No i może o tern płk. Umiastowski nic a 
nic nie wie? 'ak, na pewne rzeczy u nas 
pieniądze były, ale na inne tych pieniędzy 
brakło. Piechota sowiecka wkraczała do 
Lwowa z karabinami na sznurkach, ku 
pogardzie naszych sztabowców; ale ku 
goryczy rozumnych ludzi wkraczała oto- 
czona stupudowemi czołgami. 
K to rządził państwem? Kto w szczegól- 
ności rządził obroną kraju? Czy przemysł 
wojenny nie był pod zarządem wojska? 
Kto jest odpowiedzialny za to że Polska 
w przededniu wojny wyprzedawała się 
ze swego najlepszego uzbrojenia? 
Oto sprawy które płk. Umiastowski woli 
pominąć milczeniem. 
Natomiast woli ująć się za człowiekiem, 
który posiadał najwięcej miru w narodzie, 
najwięcej władzy w państwie, największy 
związek z armj ą-za marszałkiem Smigłyrn- 
Rydzem. I wywodzi: "Naczelny Wódz 
kampanji 1939 r. jest atakowany w arty- 
kułach Pruszyńskiego za swą działalność 
polityczną i wojskową. Jest on nadal 
żołnierzem w czynnej służbie i, jeżeli 
zawinił w swem działaniu politycznem, 
ocena' tego należy do Sejmu i Rządu w 
wolnej Polsce, a narazie jedynemi insty- 
tucjami, które posiadają prawo autoryta- 
tywnej oceny - jest Rząd i Rada Naro- 
dowa. Jeżeli zaś zawinił jako żołnierz, to 
jedynym, mającym prawo do wydania 
opinji i oddania go sądowi wojskowemu 
- jest jego przełożony Minister Spraw 
Wojskowych". 
W tym "prawniczym" wywodzie płk. 
Umiastowski myli się bardzo a bardzo. 
Dzialalność naczelnego wodza nigdy i 
nigdzie nie jest przedmiotem zastrzeżonym 
kompetencyjnie; przeciwnie, omawia ją 
każdy obywatel, nawet w państwie niede- 
mokratycznem. I działalność Śmigłego- 
Rydza była omawiana w Polsce.po klęsce, 
była omawian
 na emigracji, a wszędzie 
była i jest potępiana. Inaczej nawet być 
nie może. To nie tylko publicysta ma 
prawo, a także i obowiązek, pisać o tych 
ponurych sprawach; to każdy żołnierz 
który walczył, każda matka której syn 
p9legł, każde dziecko które straciło ojca, 
każdy człowiek który stracił dom, cały 
naród który stracił ojczyznę, ma prawo o 
to pytać, to osądzać, mieć o to żale i 
gniewy. To nie jakieś zastrzeżone koło 
osób, nie jakaś warstwa czy gorzej kasta, 
a tern mniej klika, ma prawo o tern mówić. 
Prawo to posiada cały naród, i walczymy 
tu także i o to właśnie żeby tego prawa, 


, . 


. 


\ 


" 


) 


co., LTD., 
W.C.I 


- 


mu na przyszłość, jak niedawno, nie 
odbierano, a przeciwnie, by mógł je spra- 
wować, jak w wizji Wyspiańskiego, "wy- 
robnik i dziewka bosa". Oto właśnie jest 
demokracja, o której teraz nawet płk:, 
Umiastowski nam mówi! A tamto jest 
jakimś rodzajem neoszlachetczyzny, ale 
bez zalet dawnej szlachty, jakiemś po- 
twornem samodzierżawiem nikłej i wątpli- 
wej elity, nad ogromną i świadomą masą. 
Jeżeli się nie mylę, płk. Umiastowski 
ma na celu obronę marszałka Śmigłego- 
Rydza. Nie wiem dlaczego pOl;ównywa 
go do "królów-wodzów średniowiecza"; 
w
do
znie nie rozumie, czem był średnio- 
wIeczny król, pomazaniec Boży, właś- 
ciciel państwa; widocznie nie rozumie, że 
nawet marszałek jest dziś tylko dowódcą 
wojska. Wysuwa on różne możliwości, 
jakie stały przed Śmigłym-Rydzem: mógł 
zginąć na polu walki; mógł dostać się do 


""\ 
, 
IGNACY BALINSKI 


I 


'Wpadł mi w ręce maszynopis p.t. "Swa- 
wolne wierszyki, czyli polskie limeryki", 
zawierający kilkanaście hurnorycznych wier- 
szy z życia naszego garnizonu w L., zabaw- 
nych wprawdzie, ale zupelnie niepodobnych 
do angielskich "limericks". 
Tytuł jednak świadczy, że niektórym 
naszym rodakom przybyłym do Anglji nie 
jest obcy ten specyficzny a bardzo w tym 
kraju popularny rodzaj wierszowanego do- 
wcipkowania. 
Z myślą o nich piszę ten artykuł. 
Limeryk - nazwa wzięta od miasta w 
Irlandji - jest to przedewszystkiem utwór 
wierszowany, ujęty, jak sonet i triolet, w 
ścisłe reguły wersyfikacyjne, od których nie 
wolno odstępować. Każdy limeryk składa 
się tylko z jednej strofy o pięciu wierszach. 
Pierwszy, drugi i piąty wiersz rymują się z 
sobą (aabba), przyczem pierwszy, (Irugi i 
piąty muszą być o jedną do trzech sylab 
dłuższe od. trzeciego i czwartego. Rymy, 
zwłas:i;cza w ostatnim wierszu, powinny 
być możliwie dziwaczne, groteskowe i nie- 
spodziane. 
Co do treści - każdy limeryk ma podawać 
jakieś zdarzenie, jakąś króciutką komiczną 
historyjkę w miniaturze. Cel jego jedyny 
- rozśmieszenie. Nie znajdziemy w nim 
żadnego liryzmu ani refleksji, jak np. w 
meandrach, gnomach czy rymowanych epi- 
gramatach lub aforyzmach. Pod tym wzglę- 
dem zbliża się może najbardziej do naszych 
skotopasków lub figlików sowizdrzalskich. 
Pierwszy wiersz jest ekspozycją bohatera 
ze wskazaniem miejsca akcji przez wymie- 
nienie nazwy jakiegoś miasta, dobieranej 
odpowiednio dla ułatwienia rymowania. 
Trzy następne wiersze ukazują przebieg 
akcji, a piąty - jej epilog lub rezultat. 
Ten ostatni, piąty, wiet:sz jest najważnies,ty 
w każdym limeryku, stanowi jego - że się 
tak wyrażę - "smak" i decyduje o udat- 
ności i wartości utworu. 
Owe nakazane regulaminowo zwięzlość i 
porządek przeprowauzania pomysłu mają tę 
dobrą stronę, że wykluczają rozwlekłość i 
gadatliwość, które tak często psują humory- 
styczne wiersze, ale z drugiej strony Judzą 
autorów... iż samo ścisłe trzymanie się reguły 
nadaje cechy śmieszności czy dowcipu byłe 
jakiemu nonsensowi lub bzdurze. O wielu 
limerykach angielskich powiedziałbym, jak 
mawiał Pląskowski, redaktor "Kurjera Świą- 
tecznego", przed pięćdziesięciu laty: "Dam 
temu angielski pens, kto w tem znajdzie 
jakiś sens". 
Ze zbioru p. Langforda Reeda, zawierają- 
cego około czterystu limeryków, przyta- 
czam narazie, jako wzór jeden z najdawniej- 
szych, a tak podobno wzięty, że został 
przełożony na łacinę i w samym zbiorze 
zillL';trowany rysunkiem tygrysa ze zmarsz- 
czoną paszczą i wzdętym brzuchem. 


THE LADY AND THE TlGER 
T/wre was a young lady of Niger, 
Who went for a ride on a tiger. 
They ret
trned from the ride 
With the lady inside 
And a smile on the face of the tiger. 


Po łacinie: 


Pudla Nigerensis ridebat, 
· Quam tigris in tergo velwbat, 
Externa profecta 
Interno revecta, 
Sed risus C
tm tigre manebat. 


HENRYK 


I 


OT 


ukazał 


cena 



 


do no b) cia uj ksiegarniach: 
M. I. KOUN (Publishers), LTD;) 
PERTH: %8, Km, Edward 
\ 


SIENKIEWICZ 


I 


I 


. 


SIę 


tom 


trzeci 


4/6 (opr.) 


LONDON: 9, New Oxford Street, W.C.I) 
Street; DUNDEE: %4a, CoW(ate 


.. 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


niewoli. Doprawdy, czy nie rozumie, że 
każda z tych możliwości była dla tego 
nieszczęsnego człowieka lepszem wyjściem, 
że w każdej ocaliłby honor? W niewoli nie- 
mieckiej czy rosyjskiej jakżeby inaczej 
dziś wyglądał? Gdyby zginął na polu 
walki, ileżby mu naród wybaczył... Każde 
wyjście było lepsze od tego jakie obrał! 
Napoleon III szukał śmierci pod Sedanem ; 
nawet Wilhelm II brał pod rozwagę takie 
właśnie wyjście. I nikt i nic nie wytłu- 
maczy Polakom, że przekraczając granicę 
rumuńską w chwiliIgdy Polska walczyła, 
Śmigły-Rydz postąpił jak przystało. Na- 
wet tak powściągliwy pisarz jak gen. 
Norwid-Neugebauer nie znajduje dla tego 
postępku ani jednego słowa obrony. 
Naj dziwniej sze, że jednoczesnie płk. 
Umiastowski parokrotnie atakuje przed- 
stawicieli, a nawet... przedstawicielki lite- 
ratury, które szukały schronienia zagra- 
nicą. Cóż odpowiedzieć na taki typ 
rozumowania, wedle którego powieściopi- 
sarka Marja Kuncewiczowa czy Stefanja 
Zahorska nie powinna była wyjechać z 
Kraju, ale zato marszałek Śmigły-Rydz, 
wódz armji która broniła jeszcze i stolicy, 
i morza, i znacznej części Kraju, miał 
wszelkie prawo swój kraj i żołnierzy 
porzucić? Cały świat uważa za normalne, 
że pisarze krajów zagrożonych przez 
Hitlera opuścili te kraje, by swą twór- 
czością na emigracj i móc wolać o swej 
ojczyznie ; ba, ma się za złe wielu pisarzom 
francuskim, że pozostali w swym kraju, 
zamiast iść na wygnanie za armją de 
Gaulle' a ; tylko w pewnych polskich 
mózgach bełta się cudaczny.... pogląd, że 
nawet kobietom nie wolno było wyjeżdżać, 
ale zato wodzom wolno bylo uciekać. 
Otóż to są wszystko systemy myślenia, 
świat pojęć, sposób rozumowania, z któ- 
rym dla dobra Polski- należy nareszcie 
skończyć. Nie można uważać za coś 


u 


l' 


,V przekładzie polskim ze zmianą dla 
ułatwienia rymowania nazwy miejsco- 
wości, która zresztą naogól jest bez zna- 
czenia. 


-- 


DAMA I TYGRYS 
Raz pewna młoda dama U' Tygrysie, 
Przejechać chciała się na tygrysie, 
Wrócili z tego obrządku 
Ona U' tygrysa żołądku, 
On na paszczy mial 
tś1J1iech w zarysie. 
* 


W przedmowie do swego zbioru p. Reed 
podaje dużo danych o powstaniu, rozpow- 
szechnieniu się j powodzeniu limeryków w 
Anglji i Ameryce. 
Okazuje się, Le ta forma fraszki zrodziła 
się bardzo dawno we Francji, n.ajprzód do 
bawienia dzieci i do uLytku w szkołach 
klasztornych. Od wieków był tam znany 
piastunkom przyśpiewek : 


Digerie, digerie, doge, 
La sow'is ascend l'horloge. 
L'horloge frappe, 
La souris s' echappe. 
Dige1'ie, digerie, doge. 


Pewien pamiętnik z kOTlCa XVII w. przy- 
tacza epigramat. ułożony 
 tej okazji, 7e 
jakaś znana piękność w czasie naj ostrzej- 
szych sporów o wolną wolę i przeznaczenie 
między molinistami i jansenistami - wystą- 
piła na lJalu kostjumowym w ubiorze jezuity. 


On s'etonne ir;i que Caliste 
Ait prit l'habit de Moliniste, 
Puisque cette jeww beaute - 
Ote li chac
tn sa liberte - 
]I.-'est-ce pas ww Janseniste ? 


(Dziwią się t
t, że Kalista 
Ubrala się, jak molinista. 
Skoro mocą swej urody 
Pozbawia każdego swobody, 
Ozyż nie jest to jansenista f). 
'. 


* 


J akiemiż drogami ten rodzaj wiersza 
dostał się na wyspy brytyjskie i otrzymał 
nazwę miasta irlandzkiego? 
Nastąpiło to, jako uboczny skutek trak- 
taku pokojowego, zawartego w r. 1691 
właśnie w mieście Limerick między Anglją i 
Irlandją. Po tym traktacie żołnierze i 
oficerowie licznej brygady irlandzkiej, rekru- 
towanej przeważnie z mieszkałlców hrabstwa 
Limerick do walczenia w armji francuskiej, 
wrócili po kilkunastu latach do swego 
kraju. 
Przywieźli oni z Francji wiele rozmaitych 
rodzajów piosenek i fraszek tak do śpiewania 
chórem jak wypowiadania, a m.in. i ową 
pięciowierszówkę, nadając jej z żołnierską 
treść śmieszną i rubaszną, nieraz nawet swa- 
wolną i drastyczną. Tą drogą, w ciągu 
XVII w. zaaklimatyzowała się ona w 
Irlandji i zaczęła przenikać do Anglji. 
Człowiekiem jednak, który zaszczepił, za- 
pewne nie spodziewając się tego, zamiłowa- 
nia do limeryków śród szerokiej publiczności 
angielskiej, był Anglik pochodzenia duńskiego 
o tragicznem nazwisku - Lear (ur. 1812). 
Był on przyrodnikiem z wykształcenia a 
jednocześnie rysownikiem i humorystą. Pra- 
cując jako ilustrator dzieła o zwierzyńcu 
lorda Derby w Knowsley, napisał ku uciesze 
wnuków lorda i wydał w 1846 r. z rysunkami 
rzecz p.t. "Księga nonsensów" ("Book of 
Nonsense"), zawierającą rozmaite facecje i 
dowcipuszki w formie limerykowej, która nie 
była mu obca. 
Dzięki. tej książce, w drugiej połowie 
XIX w. zapanowała w Anglji wśród szero- 
kich sfer moda nie tylko zabawiania się 
odczytywaniem, ale i układaniem limery- 
ków, coś w rodzaju mody do szarad, jaka w 
latach 1810 -1820 grasowąła w .Mińszczyźnie 
i Słuczyźnie, o czem wspomina Ewa Felińska 
w swych pamiętnikach, tylko na daleko 
większą i ogólniejszą skalę. 
Przyczyniła się do tego najbardziej prasa, 
najprzód humorystyczna, jak "Punch", po- 
tem popularna niedzielna (różne "Tit-Bits" 
i in.), wreszcie gazety codzienne, zwłaszcza 
przez ogłaszanie licznych konkursów z nagro- 
dami pienięLnemi od 5 do 100 funtów. 
Śród autorów nie gardzących pisaniem 
limeryków, byli liczni duchowni, wy/si 
urzędnicy, profesorowie, redaktorzy wziętych 
czasopism a nawet pisarze tej miary, co 
Bennett, Galsworthy, Kipling. 
Powodzenie limeryków doszło do apogeum 
w latach 1907-1908. 'Vobec tego, że czaso- 


na.dzwyczajnego, że na wojnie ginęli 
"nawet" generałowie, bo to' że giną na 
wojnie generałowie, to rzecz w normalnej 
armji - normalna. Jeśli czyje bohater- 
stwo zasługuje już na uwagę, to przede- 
wszystkiem bohaterstwo kobiet, dzieci, 
starców, tych którzy tego co wojskowi 
obowiązku nie mieli. Nie można potępiać 
pisarzy opuszczających kraj, w którym 
pierwsi padliby pastwą najeźdźcy;- a jedno- 
czesnie bronić wodza który ten kraj w 
pełni wojny porzucił. Nie wolno powia- 
dać, że o prowadzeniu wojny pisarz pisać 
nie może, a nawet "jak śmie", bo 
okolo 
nas codziennie setki pisarzy obcych pisze, 
krytykuje, omawia i oświetla, nie nara- 
żając się przez to na połajanki i pogróżki. 
Nie można uważać za zrozumiałe żeby z 
grona ,,18 000 oficerów" wychodzili rządcy 
trzydziestopięciomiljonowego państwa, bo 
dobre sto lat ternu odrzucono zasadę by 
kilkunastomiljonowyrn wówczas narodem 
rządzlJ:o około miljona warstwy szlachec- 
kiej, a jeśli tamto w w. XVIII dopiero 
zaczynało być anachronizmem, to to było 
nim w w. XX napewno.. I nie płk. 
Umiastowski będzie decydował kiedy nam 
wolno, a kiedy nie wolno, stosować słowa 
Żeromskiego, i nie płk. Umiastowski będ- 
zie ustalał kto należy do "ludzi silnych", 
a kto do "ludzi słabych". komu "wolno" 
mówić, a komu wolno tylko... milczeć. 
Niestety, podziśdzień jest u nas' zbyt 
wielu amatorów aby inni milczeli! Nie- 
stety, po dziś dzień demokracja nasza jest 
na gębę i na święto! Ale co do ludzi 
"silnych" i ludzi "słabych", to pozwoli 
płk. Umiastowski, że podziękujemy mu 
najserde!=zniej że przypomina nam pewne 
rzeczy ze słowem "silni" i z jego nazwis- 
kiem nie rozdzielnie i na zawsze związane. 


SILNI, ZWAROI, GOTOWI... 
Albowiem pIk. Roman Umig,stowski nie 


I 


E 


K' 


pisma, ogłaszające konkursy, 'żądały od 
uczestników nadsyłania 6-pensowego prze- 
kazu pocztowego i z otrzymanej w ten 
sposób kwoty po odtrąceniu 5% na koszta 
własne, resztę rozdzielały w postaci nagród, 
okazało się z rozpraw nad budLetem poczty 
w Izbie Gmin dn. 17 lipca !908 r., że liczba 
tych 6-pensowych przekazów, wynosząca 
dawniej od 700 000 do 800 000 półrocznie, 
podniosła się w półroczu sprawozdawczem, 
glównie dzięki tym konkursom, do 11400 000. 
Aż trudno uwierzyć ! 
Z tej prawdziwej epidemji skorzystała 
reklama hanulowa. 
Różne firmy poczęły ogłaszać konkursy z 
nagrodami na limeryki w związku z ich 
wyrobami. Tu naczelne miejsce zajął p. Sa- 
muda, właściciel wielkiego interesu tyto- 
niowego. Jesienią 1907 r. w celu reklamo. 
wania nowego gatunku papierosów ogłosił 
konkurs na najuuatniejszy piąty, t.j. ostatni, 
wiersz z pointe'ą, do czterach pierwszych, 
przez niego podanych, a zachęcających 
oczywiście do kupowania owych papierosów. 
Pierwszą nagrodę stanowiła ni mniej ni wię- 
cej tylko renta dożywotnia po 3 funty tygod- 
niowo (150 rocznie) 
Warunek był tylko jeden: kaLdy sta- 
wający do konkursu musiał dołączyć spe- 
cjalnie rozsyłany do dystrybucji kupon, 
świadczący o nabyciu przez niego tych 
właśnie papierosów przynajmniej za pół 
korony. 
Szczęśliwcem został p. Rhodes z Cardiff, 
który w ten sposób otrzymał największe w 
dziejach świata wynagrodzenie za utwór 
literacki bo - jak obliczono - wynoszące 
przy skapitalizowaniu po 550 funtów za 
jeden wyraz. · 
"V następnym roku p. Samuda ogłosił 
drugi podobny konkurs z nagrodą już po 
2 funty dożywotniej renty tygodniowej, a]e 
z dodatkiem dożywotniej używalności willi 
z ogrodem i calkowitem umeblowaniem. 
Nie stracił on na tem, skoro raz jeszcze 
ogłosił konkurs z nagrodą 1000 funtów, 
płatnych odrazu. 
Chociaż po wielkiej wojnie moda na lime- 
ryki minęła, jednakże ten rodzaj humory- 
styki ma tu wciąż bardzo wielu zwolenników, 
skoro p. Reed w 4-em wydaniu swego zbioru 
zaznacza że pierwszych wydań (z lat 1924, 
1926 i 1930) rozeszło się kilkadziesiąt tysięcy I 
egzemplarzy. 


* 


Nie pamiętam, czy w humorystyce pol- 
skiej spotkałem fraszki o ściśle limerykowej 
formie. Utkwił mi tylko w pamięci praw- 
dziwie klasyczny limeryk, pióra - zdaje mi 
się - dr. Romana Jasińskiego w kalen- 
darzyku humorystycznym, wydanym bodaj 
w 1890 r. w kształcie składanego parawa- 
ni
a. l\Iiałem go w swoich zbiorach w 
'Varszawie, ale teraz już zapewne przepadł. 
Zapamiętałem ten wierszyk w stylu' ludo- 
wym, bo jeden z kolegów długo nas nim 
nudził. 


Niosła Magda karafijol, 
Wojtek ją w ogrodzie mijal. 
.. Tak im się ręce splotły 
Że karafijol zgniotły, 
Potem się Wojtek od oiamentów wywijal. 


Jeśli pamiętam dobrze, kilku naj młodszych 
poetów przed obecną wojną próbowało pisać 
limeryki, m.in. ś. p. Światopelk Karpiński, 
autor pięknego poematu o warszawie, oraz 
Janusz l\finkiewicz. 
Oto kilka przekładóv
:-łimeryków z angiel- 
skiego: -.. 


NIEWPRA WNY STRZE,LEO 
Raz mlody strzełec w JJlaroko 
Pocalowal panienkę w oko. 
Ona rzekla: "Kochanie, 
PopraU' swe celowanie, 
Bo jeszcze trafiasz za wysoko". 


NIEŚMIAŁA OSA 
Była peuma dama w Ohicago, 
00 chadzała po ogrodzie nago. 
Raz jedna z os 
Ugryzla ją w nos. 
Osy nie odznaczają ,ęię odwagą. 


GWAŁTOWNY KONKURE1YT 
Konkurent do panny w mieście Para 
Raz tak mocno sklonić ją się stara, 
By wyrzekla słówko "tak I" 
Że jej tchu J'
tż bylo brak, 
A sobie w marynarce zlamal trzy cygara. 


3 


" 


Asiqżka dla naszych angielskich przyjaciół! 


Nakładem wydawnictwa 
INERVA PUBLISHING COMPANY ukazała się 


THE LAND OFTHE RAINBOW 
POLAND AND BER PEOPLE 
By Violet Mason 


328 stron 


/2 ilustracyj na oddzielnych planszach 
kilkadziesiąt rysunków w tekście 


3 mapy 


Cena 


7/6 


(wopr.) 


Do nabycia W księgarniach M. I. KOLIN (Publishers), LTD.: 
LONDON: 9, New Oxford st.; W.C.t, PERTH: 28, King Edward St.; DUNDEE: 24a, Cowgate 


jest postacią nieznaną, choć nie jest 
jednym z tych dzielnych oficerów polskich 
co na czele swych pułków krwawili się w 
nierównej walce, pozbawieni samolotów 
których nie budowano wznosząc repre- 
zentacyjne pałace, pozbawieni zenitówek 
które sprzedawano na tygodnie przed 
wOJną, pozbawieni dział przeciwpancer- 
nych które wynalazł polski technik, ale 
których nie zakupił polski sztab, pozba- 
wieni czasamI nawet i karabinów. Nie. 
Nie należy do nich. Ale płk. Umiastowski 
ma jednak swoj e mIeJ sce w dziej ach 
Września. 
Płk. Umiastowski prowadził warszawskie 
radjo. 
To płk. Umiastowski zapewniał nas po 
wielekroć, że w postaci Śmigłego-Rydza 
"mamy wodza jakiego nie ma cała 
Europa". Istotnie, nie miała. To płk. 
Umiastowski siał przez radjo nieopisane 


,. 


u.. 


OBOJĘTNY 
. "Niechże uważa pan dobrodzie.i, 
Bo jakaś m
tszka po nim chodzi" - 
Raz żyrafa, grzeczna dama, 
Ostrzega hippopotama... 
Hippopotam rzekl: "Nic nie szkodzi". 


PRZEPIS NIE LADA 
Byl pustelnik nad Eufratem brodaty, 
('o z traw pyszne przyrządzał sala ty, 
"Pl'zepis - mawiał
- mam nie od 
wczora, 
Bo od Nab
tchodonozora, 
Gdy, jak wół, pasl się tuta.l, pl'zed laty". 


POŻYTEOZNE ZAJĘ(,IE 
Rył raz staruszek w Londonderry 
Bez pracy mimo chęci szczere.l. 
J ąl więc, siadłszy przy kominie, 
Rachować włosy na czuprynie. 
Naliczył ich - Biedemdz1:es1'ąt cztery. 


SKANDAL 
Na śniadaniu nudystów w zamku Urach 
Zaszedł skandal niebywały w tych m
trach. 
G08cie, .lak się należy, 
Przybyli bez odzieży, 
Ałe podano kartofle - w m
tndurach 1 


DOBR1" SŁUOH 
Byl krytyk muzyczny w J}[ ombassie, 
00 w dż
tnglowej orkiestry hałasie 
Subtelnie razy dwa 
Rozróżnił ryki lwa. 
Dobry słuch i u nich zdarza się. 


Naogół limeryki angielskie dotychczas za- 
biegały tylko o rozśmieszenie i groteskowość. 
Są jowialne i trywialne. Dziwić się nawet 
można, że tak rzadko spotyka się w nich 
ironja i satyra. J eclnakże ta forma wybornie 
nadaje się do tego, a może nawet i do po- 
ważniejszego tomu. Niedawno, bo w "Daily 
Telegraph" z dn. 26 maja b.r., feljetonista, 
podpisujący się Peterborough, przytoczył 
limeryk, uchodzący za rzadki okaz limeryka 
serjo. 


8ą ludzie, co żyją ciszą owiani, 
Nieznani nikomu i zapomniani. 
Podobnież drzemią na wodzie 
Bez steru l' wioselłodzie, 
Ukryte w zarośniętej przystani. 


Być może, iż ta pięciowierszowa strofa o 
swoistym układzie posiada jakiś pociągający 
urok. 
Teraz przypomniałem sobie, że w fanta- 
stycznym dra;macie Deotymy ,,'Vanda", 
napisanym przez nią w latach 1864-1865 w 
Symbirsku, gdzie była z ojcem na wygnaniu, 
znajduje się w jednej ze scen, rozgrywających 
się w Tatrach, dialog, prowadzony temi 
strofami. Pierwszą, która mnie ujęła swym 
smętnym, fatalistycznym nastrojem, zapa- 
miętałem : I 


Raz mlody góral szedl na wędrowanie, 
Biały chleb jadal nie na jednym łan.ie. 
JJlorza przeplynął, 
Na Dunajc
t zginął, 
00 ma się stać - nie odstanie. 


IGNACY BALIŃSKI. 


Truckett's Hall, w czerwcu 1941. 
, 


.. 


IT 


zapowiedzi, wyjaśnienia, fikcje, nieprawdy, 
które obiegały kraj i front. To on na 
konferencji prasowej drwił z Hitlera że 
walczy "po kapralsku", waląc "jak kło- 
nicą". I wreSZCIe, to on wydał słynne 
nocne wezwanie do mieszkańców \Var- 
szawy, by opuścili miasto. To na jego 
wezwarue radjowe kilkadziesiąt tysięcy 
mężczyzn a może i więcej, zdatnych do 
noszenia broni, wyszło z miasta. Wpadli 
potem pod bolszewików, pozapychali sobą 
drogi, rozstrzeliwali ich Niemcy, zabrakło 
ich w Warszawie. Dzięki temu rozkazowi 
w warszawskich zakładach użyteczności 
publicznej zabrakło naraz pracowników 
gazowni, elektrowni, wodociągów, zabrakło 
policji, poczty. Dzięki ternu rozkazowi 
nie byJo mężczyzn 'do gaszenia pożarów 
w Warszawie; dokonywały tego słabe, 
wynędzniałe z głodu kobiety, przeklina- 
jąc tego kto był ternu winien. Za spóźnie- 
nie się z przepustki zwykły strzelec idzie 
do paki, i idzie słusznie; j akąż odpowie
 
dzialność poniósł płk. Umiastowski za swój 
straszliwy rozkaz? Kto tu woła o proku- 
ratora i gdzie tu jest sąd polowy? Trudno 
wyobrazić sobie robotę, któraby lepiej 
przysłużyła się armji niemieckiej. Toteż 
po tern dokonaniu płk. Umiastowski nale- 
żał do najbardziej znienawidzonych w 
Kraju postaci. Po takim wspaniałym 
dowodzie wojskowej bezmyślności możeby 
lepiej nie pouczał nikogo o zagadnieniach 
..strategji, których pełną nieznajomość oso- 
biście wykazał, i możeby lepiej nie chwalił 
SIę nam że służąc w wojsku na)uęcał 
filmy, pisał powieści i wojażował po 
Grecji, ani nie zapowiadał że w przysz- 
łości w PoJsce będziemy mieli rządy tej 
samej kasty, jakąśmy mieli przed wrześ- 
niem. Naród polski chce właśnie tego 
żeby pułkownicy me kierowali radjem, 
ale pułkiem; żeby nie kręcili filmów, ale 
zajmowali się wyszkolenie!ll żołnierza; 
żeby'nie sprzedawali broni, skoro jej dosyć 
nie mają; żeby nikogo za pieniądze 
państwowe nie dożywiali, ale żeby za pie- 
niądze państwowe nie budowali i yacht- 
clubów; żeby swą religijność okazał' 
mniejszą ilością rozwodów, a me roz- 
bieraniem cudzych cerkwi. I żeby wreszcie 
przestali pouczać literatów co mają i jak 
mają pisać. 
Nie; nie jest przypadkiem że obrońcą 
tego straśzliwego stanu rzeczy jaki pano- 
wał w Polsce i z jakim trzeba będzie 
wziąć nareszcie rozbrat, jest wlaśnie pIk. 
Roman Umiastowski. Nikt nie zawarł w 
sobie w tak chemicznem zgęszczemu 
wszystkich cech tego typu wojskowego; 
ignorancja, nieprawda, chęć decydowanLa 
o wszystkiem i o wszystkich, żądza władzy, 
niechęć do wolności, frazeologja, chaotycz- 
ność, kult niekompetencji, a wreszcie nie- 
samowity tupet, zupełnie nierozumienie 
tego że po swej roli w Polsce móglby przy 
najmniej milczeć, a me żądać milczenia 
od innych. Zło, jakie było w Polsce, 
znalazło w Romanie Umiastowskim naj- 
bardziej powołanego, najgodniejszego 
obroncę3) . 


KSA WERY PRUSZyŃSKI" 


3) Dla unilmir;cia jakichkolwiek nieporo- 
zumielI zaznaczam że moje krytyczne uwagi 
ni!' mialy ani nie mają na celu korpusu 
oficerskiego jako calości czy też wszystkich 
oficerów polskich wogóle. Przeciwnie, w 
wielu artykułach zaznaczałem przecież roz- 
paczne bohaterstwo tych co zamiast zalesz- 
czyckiego sromu wybrali rzeź pod Kutnem. 
Co krytykuję, to l) karygodne nieprzygoto- 
wanie naszej armji do wojny nowoczesnej, 
zawinione przez szereg kierownic7ych ele- 
mentów; 2) wkraczanie poszczególnych 
wojskowych do tych dziedzin życia pań- 
stwowego do których z racji swego zawodu _ 
czy wykształcenia się nie nadawali; 3) zaj- 
mowanie się przez nich sprawami które 
nigdy i nigdzie w normalnem państwie 
wojskowych nie oQchodzą. 
Pozatem jednak znajdowali się ludzie w 
armji, którzy patrzyli z niepokojem na 
nasze nieprzygotowanie, którzy nie kwapili 
się w opuszczaniu koszar na rzecz konsulatu, 
banku państwowego czy ministerstwa lub 
starostwa, i którzy rozmnieli że armja na 
mieszaniu się' do polityki tylko straci. 
Znajdowali się i inni, którzy spełnili chlubnie 
swój obowiązek. Nikt, a ja najmniej tym 
naszym wojskowym niczego nie zarzuca. 
Sądzimy właśnie że w interesie tego co było 
zdrowe jest oddzielenie go od tego co zdrowe 
napewno nie było. VlT przyszłej Polsce taki 
właśnie typ żołnierza będzie miał zaufanie 
narodu. 


. 


: KSIĄŻNICA NARODOWA 


ADAM MICKIEWICZ 


GRAŻYNA 


TEOFIL LENARTOWICZ 


BITWA RAC A WICKA 


c na 6d. za tomik 


, 


da nabycia w księgarniach M. I. KOUN (Publishers) LTD., LONDON: 9, New Oxford 
Street, W.C.I; PERm: 28, Kinr Str
et; DUNDEĘ: 24a, Cowgate. 


.....
>>>
'- 


4 


TEZA 


. 


ARTYKUŁ "TIMES"A, ZAMIESZCZONY 
PttZED PARU TYGODNIAMI A MÓWIĄCY 
O SPORACH TERYTORJALNYCH POLSKI 
z Rosją i o wazn;ścI porozumienia polsko- 
sowieckiego, był niewątpliwie znamienny. 
Pozwoliłem sobie zwrócić nań uwagę w 
rozbiorze p.t. "Od Krebsa do Crippsa" 
(w nr. 72 ,,\Vmdomości PolsklCh"). Nw- 
bezpieczeństwa tezy, wysuniętej przez 
"Tlmes"a w tym artykule, były oczywiste 
dla 'uwaznego czytelnika. DZIsiaj "Tlmes" 
w wywodzie z dn. l sierpnia posuwa się o 
krok dalej. Proponuje mianowicie pewnego 
rodzaju Monachjum a la russe. - 
Wielki organ konserwatywny stara się 
wysnuć wniosek z faktu, że Europa powojenna 
mUSI być zreorganizowana na innych, obszer- 
niejszych zasadach. Polityka memiecka 
ukuła na to nazwę "Grossraum" : pohtyka 
angielska, rozumująca kategorjaml gospo- 
darczemi, widzi że porządek powojenny 
nie może być nawrotem mechanicznym do 
"status quo". Wprawdzie na zewnątrz 
stawia Anglja tezę powrotu do "status quo" 
i głosi przywróceme wolnOŚCI wszystkim 
państwom, które padły ofiarą agresjI, lecz 
jest rzeczą jasną, że stanowisko to nie 
wyczerpuje jeszcze sprawy. 
Coraz głębIej zapada w świadomość angiel- 
ską pr7ekonanie, że n16 mo ze być powrotu do 
wybujałej samodzielności P!!iństw Europy 
przedwojennej, że kraje mnwjsze muszą 
nawyknąć do myśli o pewnych ofiarach ze 
swojej suwerenności państwowej i ze również 
na połu gospodarczem musi być wprowadzony 
niejaki ład i hierarchja. Narazie Anglja 
zbliża się do tych zagadnień od strony eko- 
nomji, i Jest rzeczą znamienną, IŻ najblizsza 
narada państw sprzymierzonych, jaka od- 
będzie się w Londynie, poświęcona będzie 
omówieniu spraw gospodarczych w dobie 
powojennej. Anglja rozumie, ze zagadnienie 
gramc jest najbardziej drażliwym punktem 
wszelaklCh konferencyj. 
Podkreślałem już tutaj, ze Anglja ma 
słabość niejako do wielkich obszarów. Z tej 
to racji Rosja zawsze fascynowała Anglję: 
dZlsmj, gdy Rosja ukazuje w ognm walkI 
odpór l siłę, gdy dowodzi, że Jej potencjał 
wojskowy, wsparty na potencjale przemysIo- 
wym, jest nie tyłko nie do pogardzenia, ale 
zastanawiająco silny - fascynacja....Rosją 
musi rosnąć niejako automatycznie. Na to 
niema rady, jak i na zjawisko odwrotne: w 
razie porażek i klęsk sowieckich urzeczenie 
to będzie powoli ustępowało. 
W danej jednak chwili Anglja patrzy na 
Sowiety jako na jedyne na wschodzIe Europy 
mocarstwo, które wytrzymuje próbę ogniową: 
uderzenie niemieckle. Dotychczas tylko dwa 
państwa zdały w tym wzgłędzie egzamin: 
Anglja- jezeli chodzi o powietrze i morze, 
Rosja - jeżeli cł:łodzi o działania lądowe. 
Tego faktu nic nie zmieni: autor tych słów, 
który mejednokrotnie wyrażał się sceptycznie 
o sile rosyjskiego odporu, gotów jest przyznać 
się, że przekroczył on Jego oczekiwania. Nic 
nie pomoże tu bronienie SIę, że grono zasko- 
czonych jest spore - zarówno w Anglji jak 
w innych krajach. Wniosek moralny, jakI 
płynie z kampanji sowieckiej, jest oczyWiście 
niezbyt pocieszający: jak ktoś słusznie 
powiedział, okazuje się, że totalny ucisk 
urabia nienajgorszych żołnierzy a stawia na 
nogi naprawdę potęzne maszyny wojskowe. 
Janczarstwo totalne okazuje się wcale sku- 
teczne; powstaje na tem tle pytanie, czy 
janczarstwo brunatnego chowu będzie 
równie twarde w oporze jak janczarstwo 
czerwone. 


ANGLJA BYŁA ZAWSZE REALISTĄ, 
i względy natury ideowej nie hamowały jej 
posunięć politycznych. Totez dla każdego 
znającego Anglję było rzeczą oczywistą, że w 
razw potrzeby Anglja przymknIe óczy na 
totalizm sowiecki i pójdzie na daleko idącą 
współpracę z Sowietami. Polityka angielska 
jest polityką doraźnych skutków, realnych 
osiągnięć i zdobyczy; unika ona dalekiego 
dystansu, możnaby powiedzieć, że cierpi na 
łęk przestrzeni. 
Dlatego Rosja jest' dzisiaj nie tylko 


'\ 


modna, ale wyrasta na nadzieję przyszłości. 
Angljamówi: R.I!,sja, nie kłopocząc się zbytnio, 
że Rosja obecna, Rosja sowiecka nie jest 
partnerem normałnego rodzaju. Przez tyle 
lat Anglja trzymała się zdala od ROSjI: ci, 
którzy zarzucają nam, że Polska odgradzała 
się od SowiE'tów, zapominają często, że to 
Polska wystąpiła kiedyś z inicjatywą paktu 
o nieagresji z Sowietami, ale że Zachód długo 
nie kwapił się z nawiązaniem kontaktów 
z Moskwą. Traktowanie ::\'Ioskwy przez 
Zachód w różnych okresach, przedewszyst- 
kiem zaś w dQbie Monachjum, napewno nie 
dowodziło gotowości współpracy Zachodu z 
Rosją. 
Anglja przymyka oczy na oblicze komu- 
nistyczne Rosji. Nie zapomina o niem, ale 
narazie nie chce o tem myśleć. Dlatego 
godzi się na uzycie w układzie z Rosją 
zwrotu o walce z "Rzeszą hitlerowską", który 
to zwrot przeprowadza dyplomacja sowiecka 
nader logicznie przez wszystkie układy z 
innemi państwami. Na łamach "Sunday 
Times"a z dn. 4 sierpnia pojawił się list do 
redakcjI, w którym pada zapytanie, dlaczego 
odstąpiono od normalnej formuły i przyjęto 
formułę sowiecką. Czy zrobiono ustępstwo 
dla stanowiską sowIeckiego i co kryje ten 
zwrot? Odpowiedź wypadłaby prosto: 
Sowiety walczą Istotnie z Rzeszą HItlera. We 
wszystkich swoich wypowwdziach Moskwa 
podkreśla walkę z "faszyzmem niemieckim". 
Jest przecież Irzeczą jasną, że Sowiety nie 
zamierzają walczyć z Rzeszą komunistycz- 
ną. 


PRZYPUSZGZAÓ WOLNO, ŻE ANGLJA 
ZDAJE SOBIE SPRAWĘ" z mozhwośCl 
takiego połączenia, które byłoby najgorsze i 
najgroźniejsze dla przyszłości całej Europy. 
Trudno przypuszczać, aby Sowiety na wy- 
padek zlamania wojskowego Rzeszy zatrzy- 
mały się na granicy tego czy innego pallstwa. 
Sowiety pójdą dalej, jak najdalej, ale WątpIĆ 
trzeba, czy zdołają opanować teren Europy, 
a cóż dopiero zorgaJ!jzować Europę czerwoną. 
Do tego potrzebna jest centrali Moskwa - 
FIliale Berlin. 
- Nie wolno nam' spuszczać z oka tej 
możliwości. NIe nalezy łudzIć się, że cele 
rewolucyjne Sowietów pqwędrowały do la- 
musa. Jak słusznie podkreślono w artyku- 
łach, które pojawiały się na łamach "DziennI- 
ka Żołnierza" i "Dziennika Polskiego" na 
temat kampanji w Rosji, wpływy bezpośre- 
dnie Kominternu na rząd sowieckI wzmocmły 
się. Rewolucyjna maszyna sowiecka jest w 
pełnym rozmachu propagandowym. Poli
ka 
Moskwy okazuje wielką zręczność, przy- 
tomnoŚĆ i - powiedzmy wyraźnie - dużą 
szczerość. W audycjach po angielsku Moskwa 
gra na nucie panslawizmu, nutę tę podchwy- 
tuje "Prawda". W audycjach na Polskę 
apeluje się do "narodu polskiego", do uczuć 
"demokratycznych", do wspólnoty doli ludu 
roboczego. Moskwa w niczem się nie 
angażuje, w niczem nie utrudnia sobie pOZYCjI 
wypadowej do dalszej akcji. 
"Izwiestja" pplemizują już z przemówie- 
niem gen. Slkotskiego, który słusznie przy- 
równał akcję niemiecko-sowiecką z września 
1939 r. do rozbiorów Polski w w. XVIII. 
"Izwiestja" twierdzą, ze Rosjanie zajęli zw- 
mie wschodnie dla zabezpieczenia pola przed 
atakiem niemieckim (ta teza sowiecka zyskuje 
teraz niewątpliwie na sile w politycznem 
myśleniu Anglji). "Izwiestja" starają się 
suggerować, ze wojska sowieckie nios 1 y w 
wrześniu 1939 r. hasła demokratyczne do 
reakcyjnej Polski, podczas gdy w dobie roz- 
biorów Rosja carska zgnębiła przemocą odru- 
chy rewolucyjne Polski, echa "rewolucjI fran- 
cuskiej prz\:,niesione na grunt 3 maja. 
"Izwiestja" powiadają dalej, że traktat ryski 
nie jest ważny w oczach Moskwy, że "granice 
wschodnie Polski nie są niezm16nialne i że 
Wielka Brytanja nie udzieliła żadnych w 
tym względzie gwarancyj". 
Strona polska wykazała maximlUll dobrej 
woli: pierwsza podała rękę Rosji, pierwsza 
zdecydowała się na krok "podyktowany na- 
kazami chwili", jak powiedział gen, SikorskI, 
czyli krok politycznego realizmu, który odsu- 
wa nabok momenty uczuciowe tak sIlnie 
g:ające. w naturze Polaka. 'Rząd gen. 
Slkorskwgo okazał naj dalej idącą lojalność 
wobec . sojusznika brytyjskiego, który ze 
zrozumIałych względów chciał za "szelką 
cenę zmontować jednolity front przecIwko 
RzesilY, 
Strona polska zaznaczyła parokrotnie że 
układ jest g,ałkowicie zależny od dobrej woli 
kontrahenta' i od czynów, jakie nastąpią 
obecnie. Sowiety odpowiadają już w pierw- 
szych dniach korektamI i polemikam!. _ 


. MONACHJUM A LA RUSSE, JAKIEM 
CZĘSTUJE NAS "TIMES", jest wyjściem, 
które musi budzić słuszne obawy państw 
wschodu Europy. Państwa te nie chciały się 
pogodzić z wruoskami Monachjum brunatne- 
go, nie widzą też konieczności przyjęcia fa- 
talistycznego wniosku Monachjum a la 
russe. 
Czy istotnie' niema innego wyjścia dla 
wschodu Europy niż oddanie go albo pod 
niemiecką albo pod rosyjską egidę? Prze- 
cież w ten właśnie sposób zbliza się oba te 
państwa, ich sfery wpływów będą się stykały. 
Jeżeli zetknie się Rosja sowiecka z Rzeszą 
komunistyczną - wiemy już jaki będzie 
wynik. Ale nawet jeżeli zetknie się Rosja 
nowa, odbudowana z pożogi wojny, z Rzeszą 
powojenną - położeme nie będzie 30m wy- 
godne ani bezpieczne dla całej Europy. 
Z tego to względu teza, że koniecznością 
jest powołanie do życia bloku państw od 
Bałtyku po morze Czarne i Adrjatyckie, 
związanego gospodarczo, liczącego 80 przeszło 
rniljonów mieszkańców (aby zrównoważyć 
parcie 70 miljonów Niemców), jest dla bez- 
pieczeństwa Europy pożądana. Blok taki me 
tylko powinien ale musi współpracować z 
Rosją. Rosja nie moze być wyłączona z 
gospodarczego obiegu świata. 
Narody Europy wschodniej nie mogą uznać 
komeczności przesądzania juz teraz ich losów. 
Rozumieją, że skończył się okres egoistycz- 
nej samodzielności państw, że przychodzi era 
wielkich całości. Wiedzą, że będą musiały 
zrobIć wiele, ażeby posunąć sprawę porozu- 
mienia między sobą, by już teraz, na wygna- 
niu, stworzyć podstawy przyszłej współpracy. 
Należy podjąć najszybciej nici porozumienia 
z Jugosławją, nie cofać się przez rozmowami 
z Węgrami, Rumunami. Tylko przez zmon- 
towanie prozumienia politycznego na wielką 
skalę tutaj, na 
migracji, od.eprzemy skutecz- 
nie sugestje Monachjum a la russe. Ofensy- 
wie politycznej Moskwy musimy przeciwsta- 
wić konkretny plan, konkretne wyniki. 
Musimy również przekonać świat anglosaski, 
że wpływ tego świata na wschodzie Europy 
powinien być powaźny;- że właśnie Anglja i 
Ameryka powinny wkroczyć czynnie na ten 
teren - nie słuchając głosów takich jak głos 
"Times"a, które kryją sobie zarodkI nie- 
wiary, by nie powiedzieć - zgubnej 
słabości. 


ZBIGNEW GRABOWSKI. 


Londyn, dn. 5 sierpnia 1941 r. 


I 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


SZKICOWNIK 


I 
Gdy dzisiaj do zwierzyńców wstępuję i wzdhtż 
jJzeregu więzień przechodzę, niechaj mnie nie 
opuszcza. mech mnie prowadzi franciszkańska 
pokora. Gdyż dano mi zrozumieć wreszcie, dla- 
czego tygrysy, lwy, pantery, jaguar'1j odwracaly 
zawsze oczy ode mnie, lub spoglądały wskroś 
mnie z obrażającą, wyniosłą wzgardą, jakbym 
szklem była przejrzystem, niezatrzyn,ującem 
uwagi. 


..,/ 
rp/f 


Była to wzgardliwość poczęści nienawistna, 
poczęści pełna bojaźni. Nie chciały mierzyć 
się wzrokiem z przed
tawicielką rodu ludzkiego, 
najstraszliwiej, 1wjbezlitośniej drapieżnego. 
Wyobrażam sobie dzisiaj dopiero grozę ludzkie- 
go oka, wobec !:tórego gęsta czerń ślepi jaguara, 
zdających się skl-adać z jednej żałubnej, wielkiej 
soczewki -- to pogoda, to czysta jasn04ć i 
krynica lask ! 
O, bo nie jest zbrodnią łamać kręgi posiłkowi 
przeznaczonemu nam, zgodnie z wolą natury, 
życie prędko zgasić trafną łapą i żywot własny 
krwią cudzą podtrzymywać podług praw. Ale 
uczynić komuś z krótkiego żywota takie oto 
piekło, piękny cud energji i rozmachu wtrącić 
w taką twardą i Ubogą celę i naśmiewać się 
tłumie z bezsilnego jeńca - to umie tylko jeden 
pośród zwierząt, człowiek. 
TV poczuciu wielu jeszcze innych ciężkich 
win wlaslwgo gatunku, patrzę na was, bestje, z 
siostrzaną litością. Ryk wasz nie wydaje mi 
się już tak obcy jak dawniej, gdyż mam obecnie 
w pamięci chóralne, chrapliwe ok.rzyki tłumów, 
gdy do nich przemawial ten czy inny prowodyr, 
w krwawych sprawach nienawiści i pychy. 
"Gotowi" byli i chwalili morderczych pie- 
niaczy i wietrzyli krew z lubością i dobywali 
głosu pustyni i puszczy ze swoich płuc zwy- 
czajnie zwierzęcych, tylko slabych, nie dorówny- 
wających wspaniałym miechom "fełisów". 
które grzmotami 'dysponują... O, już mnie 
uświadomiono, jaki jest mój ród ludzki! 


II 
Jest wojna, i mewiadomo }ak długo jeszcze 
ludzie, o jadło słusznie zazdrośni, żyć pozwolą 
swU'tm ofiarom. Żywot tych wszystkich wspa- 
niałych istot jest już tylko w ręht i mózgu 
człowieka złoiony. A jednak one Boga w nim 
nie uznają.. pełne wzgardy, traktują go jak 
niedostępny posiłek, jak mięso wzbronione, mi- 
gające za kratą. Ciężko a bezmyślnie wzdycha- 
jąc, odwracaJą się do mego tyłem. Jakże je 
za to szanu}ę ! 


III 

Mu8kuly }aguara wiotkie są w spoczynku 
tak bardzo, że młode jego ciało wygląda }ak 
wzorzysty wór pelen kości, opuszczony na zie- 
mię. Ile w tym spoczynku oszczędności, ile 
zapasu energji do zrywu, do zapłonu, do 
skoku. I 
Gdzie, kiedy ten skok, wyczekiwany skok wol- 
ności? W śmierć więzienną, w śmierć tylko, 
ale ona będzie i dzika i cienista, jak puszcz 
pręgowate księżycem arkady, ona przyjmie wy- 
gnańców, _ona pozwoli przyśnić się raz jeszcze 
dawnemu życiu w mokrych wysokich tmwach. 
życiu na czatach, wśród wolnego polowania i 
wolnej miłości, Śmierć nie czł()lL
ek - może 
się zmiłuje... .. 
Ja mogę jeszcze marzyć, słusznie czy nie, o 
powrocie w moją życi01&J.ą trawę, b
tjną i rośną, 
w mój klimat i w moje dawne szczęście. Wy 
J'Uż nie, i dlatego z wielkim 8zacunkiem i wspól- 
czuciem patrzę w oczy wasze tragiczne, które 
mnie tak słusznie znać nie chcą. Ból w
 jest, 
być może, niewyraźny, nieuświadomiony .. ale 
czyż nie jest gorzki i nasz własny płacz gdy 
cierpimy przez sen? suchy płacz, który jest 
tylko przywidzeniem - zwykle gdy się na lewym 
boku leżąc, serce ucisnęło... Wasz nie}asny ból, 
ciężki musi być też nadwyraz, a jęk nudy i 
skargi, jakieś okropne, tęskne, znudzone. powta- 
rzające się "uęę" rzucane w przestrzeń,jest nutą 
jakby od niedawna znajomą mojej duszy... 
O, niema się już nad kogo wywyższać! Każ- 
dego z nas może spotkać w obecnych czasach 
potrzask, sidło i wywóz w obce krainy, gdzie do 
swoich równie latwy będzie powrót i równie 
staranna komunikacJa pocztowa jak od tej oto 
kłatki z tym jaguarem, do rodziny jego stęs- 
knionej, wśród ostępów i gęstwin zielonych, 
somewhere in Africa. 
I tyleż nadziei przesłania pozdrowień! 


IV 
Ludzie są źli i bardzo silni. 
Ludzie znoszą najokrutniejszą z wojen, ten 
swój kataklizm, z najlepszą wolą, z przedziwną 
łatwością. Nie inacze} niż wogóle znoszą życie 
i jego tak dła człowieka ciężkie prawa. Z wy- 
}ątkiem rzadkich chwil, zwykle z chorobliwym 
stanem związanych, czuJ'e się drapi
żca- 


Stanisła W 


POETYCKI 


człowiek w tym całym chaosie - nie tylko 
wojennym - jak u siebie w domu.. nie dz
wi 
się, i nie protestuje zbytnio. Świat ten jest z 
nas samych wysnuty, podobnie jak promienna, 
imponująca, choć wst? ętna, arena pajęczyny, w 
które} tkwi pająk, wysnutajest z niego samego. 
Jak może mu być obca? Jak może się 
przeciw niej buntować? Żądać wyzwolenia z 
własnej 'lnatelj
 ? 


V 
Rozbrzmiały ryki od klatki do klatki. To nie 
głód, gdyż minęła }uż godzina posilku i nastę- 
pnej drzemki, Obiad był 1liedawno, i drzemano 
jeszcze pl'zed chwilą. 
To niepokój bezsilnej namiętności, siły, nie- 
znośnego zdrowia. Dynamika wspanialego 
stworzenia pyta się co wlaściwie począć ma ze 
sobą? Podobme i my, gdy nas ml.odość przy- 
gniatała, przeciągaliśmy się w oknie na świat, 
łamiąc ręce z żądzą bez ob}ektu, z pytaniem bez 
kierunku, z porjpbną melodją w duszy. 


Yl 
I coz się dziwić ludzkiem
t egoizmowi, na 
który skarży się spoleczeństwo w chwilach gdy 
od wszystkich żąda ofiar i przymusqwego po- 
święcenia? Lub sobkostwu wygnańców, obco- 
. 


krajowców, żyjących w anormalnych warun- 
kach ? Spójrzc
e jak lew-niewolnik wlasne 
łapy ze czcią meomal liże i p
elęgnuje. I cier- 
pliwie i miłośnie, niby czyści. a właściwie 
całuje. Sam sobie jedynie życzliwy i wierny 
sojusznik, tem więcej dba o siebie im bardziej 
czuje się poniżony. Nwma ktoby go uszanował, 
ktoby m
t prawo do wolności przyznał. Gdy się 
postarzeje, wartość skóry jego płowe} przewazy 


wal'tość jego życia, duszy wzgardzonej, i uczynią 
go dywan{!,'ln, kły szczerzącym pod stopami 
człowieka. 
Dlatego poświęca się sam 80bie, swohn spra- 
wom, swoim łapom, do których aż oczy mruży 
z opiekuńczą czułością... 


VIT 
Człowiek "misC1icordią" nazwał sztylet a 
słowm//2 "coup de grace" określa śmiertelny 
strzał w głowę ofiary. JJ[ereżkowskij, pl'zeczu- 
wając dzisiejszą wojnę, nazwał Europejczy- 
ków poprostu aJttropofagami. Drapieżcy są 
lepsi od nas: nie polują na swój wlasny gatu- 
nek. Ani nawet na pokreu'ny. 


VIII 
Z oczu }aguarzycy patrzy noc tropikalna. 
gęsta i pełna ,4mierci .. ciemna otchłań przyrody. 
Chwilami niebieścieją jakby mgłą, odurzeniem 
okrucieństwa. TV ężowa, dumna, tajemnicza, 
jak młodzieńcze wyobrrfżenia o kobiecie, nosi 
skórę swo}ą }ak strój z miedzianego atłaSIt, 
haftowany w czarne irysy pięciolistne. 
Podgardle je} otacza jakby naszyJnik z lawy, 
glowę o tęgi ch policzkach zdobi }ej drobny czarny 
tatuaż egzotyczny. Łapy ma miękkie i kobiece. 
I tyle krat koło niPj, tak sw'owe ostrzcżenia na 
tablicy. Odrutowana ,iest najgęśme}, widocznie 
podstępna i bardzo zręczna być potrafi. 
.d gniewa się nieustannie, gdyż wierna jest 
w,
pomnieniom, zrodzona w pu_szczy. Gra 
światłocieniem, omijq IÓ} wzrok, chodzi i 
WIjdaje ort czasu do czasu taki krzyk jakby sama 
własną ofiarą była. 
Dziecko jakieś zapłakało na ręku żołniel'za. 
Poczuło się kęskiem m
ęsa. Ale zacny, zrówno- 
ważony jego papa uspokoił je bardzo pomysło- 
wo: ,.Patrz, jak to ona gmewa Się że jej 
herbaty nie przyn08zą ! ". 
Dziecina roześmiała się przez lzy, i już .się 
nie trwożyła. 
Obok inna samotnica, wspaniała lwica NIta, 
najnamiętniej8za twarz jaką w życiu' u'1,dzia- 
łam! Wzgardliwie wysunąwszy dolną szczękę i 
podniósłszy głowę, ruszając czarnemi nozdrza- 
m
, patrzy w dal. Sie opowiada, }ak inne 
Wljgnańcze hrabiny, łamaną nieco angielszczyz- 
ną o swoim rodzie, o wspaniałości swojego 
dawnego życia, bogactw straconych nie wylicza, 
nie żąda leps%ych warunków, nie płacze. 
Łzy, łwie lzy płyną tylko z bładych oczu 
bardzo stm'e.{Jo, grzywiastego jak snop zboża, 
płowego lwa samca, który też i prosto, jasno 
patrzy w oczy ludziom. Ale ślepy jest, dlatego 
me umyka wzroku przed człowiekiem, i łzy też 
ze starości tylko płyną mu tak.... 
Vajwięcej 
budzi niedzielnej wesCll.ości, najwięcej koło niego 
widzów. Tylko krzywdy fizyczne} nikt mIt nie 
uczyni, bo to angielski tł
tm, stosunkowo naj- 
mnie} ze wszystkich tłumów świata dziki... 


MARJA PA WLIKOWSKA, 
rysunki AUTORKI. 


Baliński 


WIEL 


PO 


A 


I 


, 
ł 


. 


. TIMES" A 


 - 
"OCZYWISTA WSPÓLNOTA INTERE- 
SÓW, STWORZONA W EUROPIE WSKU- 
TEK NAJAZDU HITLERA - NA ROSJĘ, 
może być rzutowa
 w przyszłość i da Się 
zastosować do przyszłego układu stosunków 
_ w EuropIe. Emopie wschodniej zasadnIczo 
potrzebne jest kwrownictwo, jeżeli ma się uni- 
knąć rozprzężenia ubiegłych lat dwudzwstu 
i jeżeli kraje słabsze nie mają być narażone 
raz jeszcze na katastrofę gospodarczą lub na 
brutalną napaść zbrojną. Kwrownictwo na 
wschodzie Europy może przypaść tylko albo 
Rzeszy Niemiecl{lej ałbo Rosji. Ani \Vielka 
Brytanja ani Stany Zjednoczone nie mogą 
wywierać czy nawet próbować wywierać 
jakiegoś dominującego wpływu i grać roli 
w tej strefie Europy. Byłoby rzeczą fatałną 
odnawiać politykę sprzymierzonych z r. 1919, 
która stworzyła więzy porozumIenia między 
Niemcami a Rosją, skupiając i łąc'ząc te 
państwa przeciwko zachodowI Europy. NIe 
ulega "ątphwości, że zarówno strona brytyj- 
ska jak rosyjska - a można również dodać, 
że także i amerykańska - będą się domagały, 
żeby wpływy rosyjskie w Europie "schodniej 
nie zostały usunięte w cień przez wpływy 
niemieckie". 
Tego rodzaju te:;::ę postawił w artykule p.t. 
"Peace and Power" w numerze z dn. l 
sierpnia b.r. wielki dzwnnik konserwatywny 
"Times". Pismo to jest nie tylko - jak to 
powiedziano swojego czasu ----, organem prasy 
ale i instytucją: jest ono instytucją i w 
tym sensie, ze wychowuje się tam rządzącą 
klasę Anglji w pewnym typie myślenia, że 
przyzwyczaja się społeczeństwo angielskie - 
to społeczeństwo, "które znaczy' l waży" - 
do pewnego toru myśli; "Tlmes" jest dla 
uwaznego czytelnika nader pożytecznym 
drogowskazem na przyszłość, przesącza w 
S" oich artykułach wstępnych opinje, które 
sczasem wejdą w skład czynnej doktryny 
politycznej i pohtycznego dZIałania. 
PamIętamy_doskonale, jak to akurat trzy 
lata temu "Tlmes" usankcjonował oddame 
Sudetów Rzeszy w artykule, który inspiro- 
wany był przez rząd Nevllle'a Chamberlaina 
a wyszedł - jak głosi wieść - spod pióra 
zaufanego doradcy zmarłego premjera VlTiel- 
kwj Brytanji, Sir,Horace WIlsona (dodajmy, 
że premjer Chamberlain juz na wiosnę r. 1938 
na ś.niadaniu wydanem w Londynie dla prasy 
amerykańskiej w zaufaniu wsp mniał, że 
byłoby najlepiej gdyby Praga ,zrzekła się 
Sudetów). Pojawienie się artykułu "Tlmes"a 
w lecie 1938 r. wywołało zywe zaniepokojeme 
Pragi. Istotnie, było się czego obawiać. 
Artykuł ten stanowi] sygnał, po którym 
przyszło l\'Ionachjum. - 
Publicystyka angielska, którą cechuj9 
niezalezność i odwaga myślenia, przyznaje 
dzisiaj otwarcie, iż l\'Ionachjum oddawało 
wschód E1{ropy Rzeszy, Potwierdził 'to 
układ 
ranclL';ko-niemiecki z grudnia 1938 r., 
który stanowił ciche wyrzeczenie się przez 
Francję całegQ systemu - a raczej szczątków 
systemu - zbudowanego przed łaty na 
wschodzie Europy. 


I 


cena 4/6 (wopr.) 


Do n bycia w księgarniach 
M. I. KOLlN {Publishers} LTD., LONDON: 9, New Oxford Street, W.C.I. · 
PERTH: 98, King Edward Street. DUNDEE: 24a, Cowgate. 


SKŁADY APTECZNE 


J, 


Nr. 33 (75) 


. 


DROGERJE 


-j 


pROSIMY wszystkich Polaków przebywających w Anglji 
aby zwracah się z zaufaniem osobiście lub drogą 
pocztową z receptami i z wszelkiemi zapotrzebowaniami far- 
maceutycznemi lub medycznemi do składów aptecznych: 
John Bell & Croyden, SD/52, Wigmore Street, W.I 
(służba dzienna i nocna) 
Wrn. Martindale, 75, New Cavendish Street, W.I 
Wallas & Co., 45, New Cavendish Street, W.I 


" 


wszystkie pod ścisł", kontrol" 
SA VORY & MOORE LIMITED 
Aptekarzy Jego Królewskiej Mości 
143, New Bond Street 


LONDON 


r 


W.I 


s
 ążki a I:ieis 
Przyczyn.lki 


l\IatlL';zewski porównyw ał kiedyś zbiury 
artykułów do zastygłych odłamków granatów 
na wymarłem polu bItwy. Każdy artykuł 
żyje pasją dnia, jest różą, która więdnie o 
zmroku, mutylem, który obumiera o zmw- 
rzchu. Gdy prof, Namier drukował swe 
artykuły. feljetony, recenzje, memorjały, 
były one zapewne Clepłe namIętnością, gorące 
ogniem po.Jemik. DZIŚ są zdobne. wycyze- 
lowane, wypolerowane -- l zImne, Klew 
się nie burzy przy ich lekturze. Ale i nie 
kip!. 
ZblOrek l ) tego ongi głośnego pisarza, dZisiaj 
już mniej modnego, zawiera rzeczy nIerównej 
"artoscJ. Jest kilka SZkICÓW o pohtyce 
zagranicznej: poprawne, ale nIe "lnclsive" 
- artykuly doradcy, nie męza stanu. eks- 
perta - me polityka. Dla nas Polaków 
1?rzyjemny jest jego artykuł, o Pomorzu i 
SJąsku: Namier. który ma tyle uprzedzeń w 
stosunku do naszych ziem wschodnlCh, jest 
propolski, jeśli chodzI o ziemie zachodnie, a 
jego rozumowanie w sprawie narodo"ośCl 
"in posse" może być uważane _za wzór 
dyskretnpj, wytwornej propagandy, dostoso- 
wanej do anglosaskiego terenu. 
SzklCe o róznych osobIstościach angiel- 
sklCh XVIII wwku - zajmujące, lecz zbyt 
błahe, zwłaszcza w doborze tematów, 
aby głr:bsze zostawIĆ wrażenie. Są to 
dość miłe drohiazgi, rózniące się od "przy- 
ciynków" naszych drugorzędnych history- 
ków wi
kszą gltdkością litelacką, wyraźllle 
zresztą zapozyczoną od francuskich essayi- 
stów. , 
Ten sam charakter mają "Napoleonica". 
Sam Napoleon blady, zamazany, dqść bez 
wymzu. Lepszy Talleyrand, szkoda że tak 
krótki. Najlepszy SZkIC o Ntpoleonie II 
-- szkoda znowuz że tak zwięzły. 
Bardziej zajmujący rozdZiał o "winowaj- 
cach" wojny 1914--1918 r. Kamier, podob- 
me jak MackiewIcz, poddaje dosadnej krytyce 
BiiJowa, choĆ' kolory, użyte przez Mackie- 
wicza, są jaskra"sze. Rzecz Cleka"a- 
MackiewIcz jest prześwmdczony, ze Billow 
kłamaI gdy tWJerdzlł, ze głośnego mterview 
\Vllhelma II w ,.Daily Telegraph" nie 
czytał - NamI er przyjmuje te twierdzenia 
Biilo"a za dobrą monetę. 
Kamler daje nam sylwetki austrjackich 
męzów stanu. Nie są rewelacYJne: masy" na 


l) In the l\'Iargin of History by L. B. 
Namier, J\'I.A., Professor of Modern History 
in tho Unh"ersity of Manchester. Londyn, 
Macmillan, 1939; str. VIII i 303 i ln1. 


Polak 


. 
e 


, 


postać Tiszy, podzegacz wojenny Conrad von 
Hotzendorf, blady mlodszy Andrassy. W 
całym tym rozdziale przebIja niechęć autora 
do monarchJi habsburskiej, do "Węgier, do 
wiedeńskiej racji stanu, która znaltzła tak 
karykaturalny wyraz w kSIążce jego uczI1ia, 
TayJora 2 ). . Dzmna to psychoza. Czyżby 
autor rzeczywIście uważał, że ReI howJe, 
rządzeni przez drugooddziałową mafję, że 
bezrozumna, pl'estige'owa polityka Sazonowa 
l Tz,\olskiego reprezentowała jakąkolwiek 
wyższość w stosunku do }Jaństwa Fran- 
ciszka Józefa? 
Lecz naj ciekawszy rodzia! w tej książce, 
to "JudalCa", a zwłaszcza "The .Jews In the 
Modern \VorJd". Ten szkic zwłaszcza jest 
głębokI, i szczery, i piękny. Autor, sam Żyd 
i czynny syjonista, pisze o losach swych 
ziomków ze wzruszającą, rZf'kłbym -- roz- 
czuJającą melancholja. Nie wpada w ton 
irytaCjI ezy gróźb. czy banałów, czy frazesów. 
Piśze --l ta szczerość godna jest podziwu- 
ze nie można uważać antysemItyzmu za 
zjawisko moralnie ujemne ("Dor IS there 
anythmg necessarily and inherent1y wlCked 
in anhsemltism"). Pokolei omawllJ. wszystkie 
próby "rozwlflmnia" kwestji żydowskiej, z 
bolesnym uśmwchem stw16rdza, że jedyne 
rozwiązama praktyczne sprowadzają się do 
"non-existence", do zmknięcia, do niehytu, 
do odpadnięcia od pnia źydowsklego. \\Ty_ 
śmiewa tych, którzy w judaiźmie chcą 
.widzieć tylko religję. \\"yśmiE'wa asymilację: 
asynElować się mogą jednostki, nie mogą 
masy. Blada nad losem swego narodu, 
jednocześnie jJrzyznaje, że na kapltaliźmie 
najwIęcej zarobili AnglosasI i Żydzi. Jego 
uwagi o pantleliźmie anglosasko-żydowskim 
są ciekawe i pouczające. 
Tu i ówdzie duzo jest spostrzezeń głęho- 

ich i tmfnych. Ciekawa np. jest uwaga, że 
Zydzi zwiąwli się tak bhsko z kultW'ą 
memlecką, bo była to kultura czysto m1E'jska, 
w której wytworzeniu - w przeCiwieństw w 
do Polski, Francji, Anglji - szlachta i 
ziemiaństwo niemieckie niemal żadnej nie 
odegrały roli. Nas, Polaków, razIć je(lnak 
musi to, ze ilekroć NallllCr pisze o :ż,ydostwie 
wschodmoeuropejskiem, tylekroć zaznacza, 
IŻ naszych Zjem kresowych me uwa7.a za 
częśĆ' PolskI, lecz za litewskie, białoruskie, 
ukraińskie, rosyjskie. Taka "jJoRrednia" 
vropaganda jest zawsze najba,rdziej sku- 
teczna. 


" 


. 


KRZYSZTOF NIRNASKI. 


2) por. recenzję "IV nr. 64 ,,"Tmdomości 
Polskich". 


i Alłł:
k W jed
łej 


osobie 


Kjm był Joseph Conrad? VlT jego własnych 
oczach mezmwnny "melonik" i monokl w 
oku nadawał mu -w jakiś tajemniczy sposób 
-wygląd Anglika. Dla p. Retmgera *) świetny 
pisarz, napotkany na peronie stacyjnym 
gdzieś na wsi angielskiej, wyglądał - w 
swoim brązowym płaszczu - na "typowego 
polskiego właściciela ziemskiego z Ukrainy". 
Która z tych sylwet oddaje prawdę, która 
zbliża Się do rzeczywistości? Poprawdzie- 
żadna i obydwie zarazem. Conrad był 
bowiem najbardziej znakomitym Polakiem, 
który kiedykolwiek przemierzał morza. I 
oceany na zaglowych statkach brytyjskich i 
pisał prozą angielską. Conrad był zjawiskIem 
jedynem w swoim rodzaju, 
W życiu narodu takiego jak polski, którego 
tragiczne dzieje znają wszelkie odmIany i 
skale wygnańczej tęsknoty, znajdzie się może 
niejecten wypadek, niejeden fakt, któryby po- 
równać można do sytuacji psychlCznej i na- 
stroj ów Conrada, Jako chłopak Conrad poże- 
gnał się z krajem. Ale Polska nie odstępowała 
go, i oto.wr. 1914uległpok;w)le i powróCił na 
czas jakiś do kraju. Autor ogłoszonych 
właśnie wspomnień był jego towarzyszem w 
tym okresie, a nowe szczegóły ich wspólnej 
podróży do Polski są cennym wkładem i 
dodatkiem do naszej wiedzy o ConradzIe. 
Pan Retmger był w przyjaźni z au.torem i 
bywał stale w jego domu. W uwagach 
swoich o kręgu znajomych Conrada nie po- 
mIja żadnych szczegółów, poza - być może 
- przyjaźnią Conrada dla Johna Galsworthy 


*) Conrad and His Contemporaries. Sou- 
vemrs by J. H. Retinger. Lon yn, "Minerva ", 
1941; str. 156. 


w dobie kiedy dwaj pisarze dziehli ze sobąr 
w Londynie pracownię. Raz p. Retinger 
dopuszczony został do ściślejszej współpracy 
z Conradem, kiedy do spółkI napisali szkic 
sztuki po francusku o pewnym dyktatorze 
meksykańskim - zapaleni autorzy dokonali 
tego na skradzionych arkuszach papieru, 
przeznaczonego do wykładama półek w kuch- 
m (pani Conrad spała spokojnie w pokoju, 
gdzie leżały zapasy bardziej odpowiedniego 
papieru). Szkic ten dostał się na przechowa- 
nie do rąk jednego z przyjaciół szwajcarsklCh, 
który przepadł później razem z rękopisem. 
Ze szkicu nakreślonego przez p. Retmgera 
wychyla się żywo sylwetka autora, który 
miał upodobanie do francusklCh powwdzeń 
("II ne faut pas aller contre le courant des 
choses", "II y a quelque chose derriere mOl") 
a równocześnie niecierpIał DlCkensa i zbyt 
sztywnych sąsiadów wsiowych. NiekIedy 
jednak p. Retinger jest wyraźnie niesprawie- 
dliwy dla krytyki angielskiej ("Kiedy przy- 
byłem do Londynu na początku XX w., nie 
można było uBwiadczyć ani jednego krytyka 
literackiego, któryby potrafii określić wyraź- 
nie CZj3m różni się Thomas Hardy od takiego, 
powiedzmy, Hall Caine'a"). Być może, że 
krytycy angielscy nie wysiadują w hterackich 
knajpach, ale trzeba stwierdzić, że znają 
dobrze swoje rzemiosło. Krytyka angielska 
powita z uznaniem przyczynki do naszej 
wiedzy o Conradzie, które wyszły spod pióra 
p. Retingera, podobnie jak powitała kIedyś 
pojawieni
 się samego Conrada. Być może, 
uznanie to przyszło nieco późno, ale juz taki 
jest nasz ahgielskI obyczaj. 


PHILIP GUEDALLA. 


n 1 T 
 "'meerze 


Vermeer von Delft, który przyszedł na 
ŚWIat d"adzieścia lat później niz Rembrandt 
i umarł w sześć lat po nim, uchodzi dZIś 'za 
jedną z naj Ciekawszych I największych pos- 
taci w malarstwie wszystkich czasów j 
narodowo 
Pozostało po nim niespełna czterdzieści 
płócien, przyczem autentyczność niektórych 
z nich podają liczni badacze w wątpliwość. 
Nietrudno zatem było wydawnictwu londyń- 
skiemu Allen and Unwm, którego nakładem 
ukazała się niedawno dużych rozmiarów mo- 
nografja Vermeera *), przedstawić w książce 
wszystkie dzieła wIelkiego malarza, w tej 
liczbie i kilka kwestjonowanych. 
J\'IonografJa zasługuje na uwagę głównie 
dlatego, że wydawca pokazać się staral 
reprodukcjamI nie tylko to co obrazy te 
przedstawiają, ale - stosując się do panu- 
Jącej dZIś, na SzczęśCie, mody - prze- 
dewszystkiem to, jak Vermeer wymalował 
swoje wnętrza, ;;icdzące lub stojące przy 
okme kobiety, fragmenty pejzażu czy t. zw. 
kompozycyj. Niektóre obrazy pokazane są, 
poza reprodukcją całości, we fragmentach: 
martwej natury, głowy czy rąk, w wymiarze 
nie mniejszym od wymiaru orygmału. Wy- 


*) The Paintings of Jan Vermeer. Phaidon 
Edition. Londyn, Allen and Unwin, 1940; 
str. 14 i 2nl. i tab!. 34 i 4n1. 


dawca uzyskał wskutek tego intymność tak 
dużą, że niemal ze wzruszeniem śledzić można 
na reprodukcji wrażhwe dotknIęcie pędzla 
Vermeera i jego transpozycje natury na cu- 
downą formę malarską. 
Kolorowe reprodukcje, zawarte w książce, 
są niestety, mniej udatne. Wskutek zbyt 
pośpiesznego i zapewne niedość kosztownego 
procederu reprodukcyjnego (książkę wydano 
bardzo tanio), tony zółte i czerwone mieszają 
się I plączą na reprodukcji i dają zgoła 
opaczne wy obrazem e o kolorze dzieł. Wwl- 
kość Vermeera leży bowIem właśnie wtem, 
że będąc jednym z najwrażliwszych i naj- 
subtelniejszych kolorystów jakich zna malar- 
stwo, budował obraz zapomocą kontrastów 
kolorów tak energicznych i zdecydowanych, 
że pod tym względem pr7ewyższa wszystkich 
Holendrów, z Rembrandtem włączme. 
Tej strony malarstwa Vermeera książka 
nie, oświetla. Ale braki te wynagradmją 
nam sowicie reprodukcje biało-czarne. Sma- 
kować na nich możemy swoistą, paradoksalną 
formę Vermeora, z jej nieugiętą dyscypliną i 
rytmiką, bardziej matematycznie śCisłą niż 
u Włochów renesansu, z zarazem stwarzającą 
wizję natury bardziej ludzką, prawdzIwą i 
bezschematyczną, niż ta, którą dali ludzkości 
najbardziej "naturalistyczni" Holendrzy lub 
Hiszpanie XVII w. 


HENRYK GOTLIB.
>>>
Nr. 33 (75) 


" 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


5 


SZA
RA EMINEN(jJA 
ISrrORJI 


r 


C' 


,- 

 


\Vspółczesna epidemjologja zachwiała wie- 
loma naszemi poglądami na historję 
wiata. 
Okazuje się, że Imperjum RzymskiE' upadło 
właściwie wskutek złych warunków higje- 
nicznych a na rezultat bitwy pod Trafalgar 
większy wplyw miały epidemje dziesiątkujące 
armję i flotę francuską, niż genjusz Nelsona. 
Na czele tych epidemij kroczy zawsze zwy- 
cięski i bezwzględny tyfus plamisty, zrodzony 
z małE'j, niewinnej wszy. Dlatego też głów- 
nym doradcą w sprawach higjeny wojskowej 
i cywihłej jest dziś entomolog, który w ostat- 
niem dziesięcioleciu dał studja nad historją, 
anatomją, biologją i... psychologją wszy. 
* 
Herodot opowiada, jak Grecję uratowała 
zaraza, prawdopodobnie dżuma wraz z czer- 
wonką. Gdy Kserkses wkroczyl to Tessalji 
z SOO-tysięczną armją - natychmiast cho- 
roba zaczęła następować na pięty źle odży- 
wionych i zmęczonych żolnierzy. Kampanji 
zaJJ.iechano, i król wrócił do Azji z połową 
wojska. 
\Yielka zaraza w Atenach polo żyłę. kres 
potędze Grecji. Oto jak Tucydydes opisuje 
piE'rwszą wojnę peloponeską: ,,
a początku 
lata (430 przed Chr.) wielkie armje obozowały 
w Attyce. Choroba rozpoczęła się, zdaje się, 
w Etjopji, potem wędrowała przez Egipt i 
Libję i wreszcie dotarła do portu Pireus. 
Rozszerzała się szybko. Xikt już nie robił 
tego co dawniej uważano za uczciwe. \Vszys- 
cy widzieli, jak szybko zmienia się los - ci 
(?() mieli wszystko, nagle umierali, ci co przed- 
tE'fl1 nie mieli nic, nagle stawali się posiada- 
czami fortuny innych". W drugim roku 
wojny zginęło 55 000 Ateńczyków, Perykles 
_ umarł od zarazy a Lacedemończycy rozpano- 
szyli się po półwyspie gdy Ateńczycy siedzieli 
zamknięci w swych miastach. 
Ta sama zaraza uwolniła Syrakuzy w r. 
414 i 396 od obłe
jących je Kartagiń- 
czyków. Jaki byłby koniec wojen punickich, 
gdyby Hannibal mial swoją flotę i armję 
usadowioną na dobre na Sycylji? 
\"ojnę domową w r. SS przed Chr. wygrał 
nie }larjusz ale 170 000 żołnierzy armji 
Oktawjusza zmarłych od zarązy. 
A potem panowanie Nerona przyćmi cho- 
roba, która wedle słów Tacyta "szerzyła się 
z domu do domu z taką szybkością, że żałob- 
nicy chowani byli w tych samych grobach, 
co ci których przyszli opłakiwać". Ta sama 
zaraza pchnęła 30-tysięczną armję Hunów 
do wędrówki na zachód. 
Pierwsze stulecie po narodzeniu Chrystusa 
- trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów 
i epidemje, które wraz z wracającymi 
z wypraw i wyruszającymi na nie żołnierzami 
zapanowały od Persji aż po Ren, szerząc 
się nawet wśród plemion gęrmańskich i gaIlij- 
skich. }Iiasta w Italji i prowincjach pusto- 
szały i zamieniały się w ruiny. Marek Aurel- 
jusz umarł na siódmy dzieJi choroby. Tylko 
dziewięć lat zaraza litowała się nad Imperjum. 
W r. 189 wybuchła znowu, i w samym Rzymie 
było dziennie ponad 2000 zgonów. 
I za Cyprjana choroba o bliżej nieznanY£.,h 
Bymptomach srożyła się od Egiptu aż po 
Szkocję; ta wielka klęska wraz z głodem i 
trzęsieniami ziemi przyczyniła się w najwięk- 
szym może stopniu do masowych nawróceń 
na chrześcijaństwo. Wśród chaosu i epi- 
demij, gdzie dżuma i tyfus mieszają się z 
ospą i zkarlatyną, upada Imperjum Rzym- 
skie. Jest jeszcze Bizancjum - cesarz 
Justynjan. 
I tu znowu przywleka się straszliwa "dżu- 
ma Justynjana" z Egiptu poprzez Palestynę 
do Bizancjum. Rok 540-10 000 zmarłych 
dziennie. Trupy ładuje się na statki i 
posyła !la dno morza. . 
"A gdy dżuma ustała, było tyle deprawacji 
i zbrodniczości jakby zaraza oszczędziła tylko 
najniegodziwszych" - pisał Prokopjusz. 
Przedtem Hunowie odstąpili od Konstan- 
tynopola spowodu plagi dziesiątkującej ich 
hordy. Imperjum Saracenów rozpadło się, 
bo król Abisynji wrócił spod Mekki gdy 
"święty ogień" zniszczył jego .60-tysi
czną 
.armję. Wojnę' wygrała czarna ospa. 
* 
Pierwsza armja krzyżowa w sile _ 300 000 
ludzi o!?legała Antjochję. Kawalerja stała 
.się bezużyteczna, bo z 7000 koni pozostało 
zaledwie 2000. }limo to miasto zdobyto po 
dziewięciomiesięcznem oblężeniu.. Ale w 
marszu na J erozoJimę za krzyżowcami szedł 
wróg gorszy ód pogan. Gdy wzięto Jerozo- 
limę, z 300 000 została jedna piąta a i ta 
stopniała w ciągu dwóch lat do 20 000. 
Druga wyprawa krzyżowa jest jeszcze 
trag'IczniE'jsza. Ludwik VII, król Francji, 
poprowadził pół miljona ludzi, garstka zale- 
dwie wróciła do Europy. Podobny los 
-spotkał następne. 
Tyfus plamisty zniszczył armję Fryqeryka 
Barbarossy w Rzymie w, r. ll57. Smier- 
teIność i strach wśród żołnierzy były tał.., 
wielkie, że w r. ll67 Niemcy zwinęli namioty 
i ruszyli na północ. Taki sam los spotkał w 
osiemdziesiąt lat później _wyprawę króla 
Francji Filipa II na Aragonję. 
\ Dn. 1 października 1439 r. cesarz Nierriiec 
Albrecht dotarł pod mury Bagdadu, dn: 13 
t.m. armja była w rozsypce a cesarz w grobie. 
Zwycięzcą była czerwonka, naj bliższa krewna 
tyfusu. 


.- 



 


III. 


. . 


DWIE ŚWIETNE 


RESTAURACJE FRANCUSKIE 


LI' 


OflUILL 


RESTAURANT 
. . 


79, St. Martin's Lane, London, 
W.C.2 Tempie Bar 8768 
W NIEDZIELE ZAMKNI:Ę:T A 
i- 


hA l' ł LE 
RESTAURANT 


29, Romilly Street, London, W.I 
w Soho' Gerrard 3437 
OTWARTA W NIEDZIELE 


BRYLANTY ZDROŻAŁY O 50% 
PLACIMY NA
WYŻSZE CENY W LONDYNIE 
ZA BRYLANTY, ZLOTO (168/- ZA UNCoIĘ) 
BItute,)" kiejDaty, ka.lenle azlaehetne, aubro, pialIry, 
antyki I kosztownojei wazelkieco rodzaju. Gotówka natyo' . 
miast Rząd J. K. Mości przejmuje cale zakupywane 
przez nas zloto. Prosimy o odwiedzenie nas lub z!:,łoszenh 
przesyłkę poleconą. 
UNDEN" CO., 85, NIw Bond st",!, loRd,.., W.1 
PIIlRW8zr 8IlLIlP JUBILIlR8Il1 PRzr NIl'" JJQlfD /lr'. 


Spór, kto ma rządzić Europą w. XVI, - 
Francja czy His;ł:panja, - rozstrzygnął ener- 
gicznem posunięcem... tyfus. Papież Kle- 
mens VII w niewoli, Rzym w rękach armji 
Franciszka I pod wodzą Lautreca, który 
oblega Neapol. Książę Oranji pisze dn. 14 
czerwca 1528 r'. z oblężonego miasta do 
Karola V: "Od dziE'sięciu dni już żyjemy o 
chlebie i wodzie. Wojska Twoje nie otrzy- 
mują żołdu. Ani ja ani żo.łnierze nie potra- 
fimy dokonać rzeczy niemożliwych. Zanim 
minie miesiąc, będziemy u kresu". 
I znowu woln.o nam spytać, jak wygląda- 
łaby przysL:!a Europa gdyby Neapol upadł 
wt.edy, gdy Wlochy i papież byli już gotowi 
uznać Fran
iszka I za obrońcę świata i wiary. 
Dn. 5 lipca Lautrec uważa, że Neapol nie 
może się już bronić, ale oto tyfus zaczyna się 
szerzyć wśród błot obozów francuskich. 
Lautrec i dwóch pozostałych generałów 
umiera. Zdziesiątkowana armja francuska 
zostaje rozbita w drzazgi, a Karol V uzyskuje 
koronę w Bolonji jako cesarz Imperjum 
Rzymskiego z łaski i woli tyfusu plamistego. 
Wojna trzydziestoletnia jest nieprzebra- 
nym skarbcem dla epidemjologa. \V ciągu 
pierwszej połowy owego trzydziestolecia 
bitwy wygrywał niepodzielnie tyfus a nie 
bohaterowie w rodzaju \Vallensteina. Potem 
do tyfusu przyłączyła się jego naj bliższa 
rodzina i przyjaciele. Dn. 3 września 1632 r. 
Gustaw Adolf odstąpił od oblężenia Korym- 
bergi. Pozostawił za sobą stratowane 
pola, popioły wsi i stosy trupów na ulicach 
miasteczek. Resztki ocalałej ludności i ma- 
rucł.e
y z obydwu armij włóczyli się po 
opustoszałych obozach żołnierskich w po- 
szukiwaniu żywności i tak rozwlekali tyfus 
i inne choroby po całej Europie - od Rosji, 
po zachodnią granicę }francji. 
* 
Napoleon, znalazłszy się z wojskiem na 
terenie biednej i w urządzenia sanitarne 
ubogiej Polski, właściwie przegrał już odrazu 
wyprawę na :Moskwę. Po bitwie pod Ostro- 
wem armja dźwigać musiała ciężaI: 80 000 
chorych. Chirurg armji Kapoleona de Kir- 
choff twierdzi nawet, że wszystko było by ina- 
czej gdyby cesarz zadowolił się na jakiś czas 
Polską i podniósłszy jej stan gospodarczy, 
zorganizował odpowiednią smżbę sanitarną 
w kraju i armji. Tymczasem już od chwili 
przekroczenia Niemna, tyfus ani na krok nie 
odstępuje Francuzów. Zorganizowano laza- 
rety w Gdańsku, Królewcu i Toruniu. Gdy 
dotarto do .Moskwy, nie można było zużyć 
stosunkowo dobrze skądinąd wyekwipowa- 
nych szpitali, bo miasto podpalili Rosjanie. 
Chorzy, ranni i dotąd zdrowi żołnierze obozo- 
wali w przepełnionych barakach. Żywności 
nie było. 
Podczas odwrotu, w Smoleńsku pozostawio- 
no 20000 "przypadków tyfusu plamistego". 
Dn. S grudnia do \\-ilna wróciły resztki armji 
CE'sarza - 20 000 złamanych na duchu i 
chorych żołnierzy. Chorzy na tyfus zapełnili 
wszystkie szpitale. Leżeli na słomie wśród 
własnych wydalin, o chłodzie i głodzie, 
bez opieki. Jedli skórę i podobno nawet 
ludzkię mięso. Nie było żołnierza, któryby 
nie przeszedł tyfysu - wyzdrowiało tylko 
3000. 
Tak wielki był genjusz Napoleona, że mimo 
tej straszliwej katastrofy, w niespełna rok 
zdołał zebrać nową armję, pół miljona ludzi. 
:ijie znał się jedn.ak na epidemjologji i nie 
przewidział, .że z braku starszych werbując 
młodzież, zbiera tylko paliwo pod ogień zara- 
zy. Zanim doszło do bitwy pod Lips
iem, 
armja Francuzów stopniała do trzeciej części. 
Z tego dwukrotnie większe żniwo zebrały 
epidemje aniżeli broń nieprzyjaciela. 
Pod wpływem grozy tych straszliwych epi- 
demij tyfusu był Mickiewicz, gdy pisał, że 
"bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w 
Grenadzie zaraza". Żołnierze hiszpańscy 
przywieźli ją z Cypru po wojnie z Turkami. 
\V obozie pod Grenadą Ferdynand i Izabella 
przekonali się, że armja ich zmalała o 
-20000 ludzi. 3000 zabili 
iaurowie, 17 000 
zginęło od zarazy, którą sądząc z dokładnych 
opisów ówczesnych kronikarzy był z pew- 
nością tyfus plamisty. 
* 


Tyfus towarzyszy uparcie wszystkim po- 
wstaniom i wojnom wolnościowym na obu 
kontynentach. Ktoś nawet powiedział kie- 
dyś, że właściwie tyfus plamisty a nie sprzy- 
mierzeni wygrał wielką wojnę. Zaczął się na 
froncie serbskim już w listopadzie 1914 r. 
Wszyscy niemal lekarze serbscy zapadli na 
tyfus, trzecia część zmarła. VV lutym i marcu 
tyfus szerzył się z zastraszającą szybkością. 
W kwietniu 2500 chorych na tyfus przyjmo- 
wano dziennie do samyeh tylko szpitali 
wojskowych. \V ciągu pół roku zmarło 
150 000 ludzi. Z liczby 60 000 jeńców 
auEttrjackich pozostała połowa. 
I Tak więc Serbja była bezsilna. Ale mimo 
to Austrja nie atakowała. Strategicy mona!:.- 
chji wiedzieli dobrze co oznaczałoby wkro- 
czenie do Serbji w tych warunkach. Granicy 
pilnował tyfus. l\{ocarstwa środkowe straciły 
bezpowrotnie pół roku. Gdyby w tym czasie 
zajęto Serbję, zdobyto Saloniki i stworzono 
front południowo-zachodni przeciwko Rosji, 
losy wojny wyglądałyby inaczej. 
Tyfus zalał Rosję. 25 miljonów choryeh, 
3 miljony zgonów, i niechże historycy 
zastanawiają się, co utorowaIo drogę rewo- 
lucji: stoslmki społeczne, klęski wojskowe 
czy tyfus? 
Teren walk we wschodniej Polsce stał się 
zachodnią granicą panowania tyfusu. Na 
zachodnim froncie tyfusu plamistego w jego 
najczystszej i najgroźniejszej formie nie było. 
Drogo zapłaciła za ten zaszczyt ludność i 
armje wschodnich rubieży Rzeczypospolitej. 
Ale tam właśnie zrodziło się jedno z najwięk- 
szych odkryć - tam profesor uniwersytetu 
lwowskiego Rudolf \Yeigl wypracował szcze- 
pionkę, po którą później przysyłaly kliniki 
całego świata. 
Tyfus plamisty nie zginął, i groza jego wisi 
nad dzisiejszym światem. Czeka tylko, by 

atakować tlumy uciekinierów, skupiska 
ludzkie w schronach, które zaniosą zarazę cl,o 
wojsk walczących. Ta obawa kieruje pra- 
cami ,,
ledical Research Counci1", gdzie 
higjenista i entomolog przynoszą raporty o 
zawszeniu ludności. Dlatego z ulgą powitano 
oświadczenie Sir \\-ilson Jamesona, głównego 
lekarza ministerstwa zdrowia, że . . . pod tym 
względem jest znacznie lepiej niż przypusz- 
czano. 
Niektórym z na-;' staje przed oczami tyfus 
w VlTarszawie, tyfm; w Białymstoku, Lwowie 
i \Vilnie. Vl T lL'Bach brzmi przemówienie 
wygłoszone w jednym z ośrodków zdrowia 
magistratu m. st. \\'arszawy dn. 9 październi- 
ka 1939 r. Oberstaatsarzt prof. von Richter 
w mundurze pulkownika z piersią obwieszoną 
orderami, od nas lekarzy ze zburzonych szpi- 
tali, lekarzy \\'ms7awy w gruzach, miasta bez 
wody i światła, OD KAS prof. "on Richter 
żądał przyneczenia, że wszy i tyfus nie 
zjed"ą wypasionego żołnierza niemieckiego. 


BETA. 


Z 'EKI' TOPOLSKIEGO 


"';( 

...;; 


Poległy w akcji nad Francją dowódca 302-go Dywizjonu yśliwskiego (pierwszy z lew:ej) 
. ze swoim "kluczem" 


Odpoczynek 


I :R-() ZM 
Przed poprzednią wojną LE'nin, który 
wówczas używał swego prawdziwego naz 
wiska, - Uljanow, - wysiadywał godzinami 
w bibljotece British :\iusemn. 
Niedawno pewien Rosjanin zapytał jed- 
nego ze starych woźnych bibljoteki : 
- Czy pamięta pan człowieka o nazwisku 
Ulja,now ? 
- A jakże. Taki łysy z brodą. Co też 
się z nim stało? 


* 


Korespondent tygodnika amerykańskiego 
"Time" odwiedził P. G.' VI'odehouse'a, gdy 
ten jeszcze przebywał w obozie dla interno- 
wanych. 
Amerykanin powiedział \Vodehouse'owi, 
że Hemingway napisał nową książkę o wojnie 
hiszpańsJdej. 
- Doprawdy, - zawołał humorysta, - 
nie mogę sobie wyobrazić bardziej nudnego 
przedmiotu. - 


* 


Ostatnia książka Hemingwaya p.t. "For 
Who m the Bells Toll" cieszy się rekordową 
poczytnością zarówno w Ameryce jak i w 
Anglji. Honorarja pisarza przekroczyły 
sumę 150000 dolarów. 
* 
Przemówienia radjowe \Vodehouse'a, któJ'Y 
z Berlina opowiada Amerykanom jak mu 
się dobrze dzieje, wywołały niE'słabnącą falę 
oburzenia w Anglji. Nikt wprawdzie nie 
pali na stosach książek tego humorysty, ale 
zato szereg bibljotek publicznych wycofało 
jego utwory z obiegu. 
* 
Jeden z angielskich sądów powiatowych 
miał do rozstrzYgllięcia nielada zagadnienie: 
kiedy Sk011CZY się wojna? 
Oczywiście, nie szło tu o to ile lat dł:ieli 
nas jeszcze od zwycięstwa nad Hitlerem von 
Schickelgruber. Niemniej zagadn'enie jest 
za\:ile. Sędzia musiał bowiem rozważyć, czy 
WOjna kończy się z cJ;1wilą zawieszenia broni 
podpisania traktatu pokojowego czy też jeg
 
ratyfikacji. 
\Vszystko dlatego, że doszło do sporu o 
'willę wydzierżawioną na "czas trwania 
wojny". 
\ryrok nie został jeszcze ogłoszony. 
* 
Opowiadają, że Niemcy zbudowali w 
północnej Francji specjalne lotnisko dla 
zmylenia Anglików. Wszystkie szczegóły 
były dos
onałem naśladownictwem prawdzi- 
wego lotmska. "Hangary" i "maszyny" były 
starannie zamaskowane. 
Dywizjon bombowców brytyjskich pojawił 
się nad tem lotniskiem i zaatakowal je gwał- 
townie bombami... z tekturv 
* . . 
"Polowanie na człowieka", to tytuł filmu, 
który wzbudził sensację w. Kowym Jorku. 
Jest to całkiem nowe ujęcie zagadnienia 
hitlero:,'skiego. Treść filmu, to polowanie 
na HItlera - największego zbroclniarza 
ś,:ia
a. l\Iyśli:vym jest. Anglik, którego 
wIdzImy w leCIe 1939 r. w górach bawar- 
skich, w pobliżu Berchtesgauen. Kilkakrot- 
we bierze on Hitlera na celownik, ale zawsze 
coś mu. staje na przeskodzie. "-ięziE'nie, 
tortury l pasmo fantastycznych przygód nie 




! oś ci I 


n;łogą powstrzymać Anglika od dalszego 
polowania. \V ostatniej scenie widzimy jak 
ląduje w :J\iemczech przy użyciu spado- 
chronu. Z ekranu rozlega się głos: ,,}Ioże 
to potrwać tygodnie, miesiące, nawet lata, 
alę myśliwy ustrzeli swą zwierzynę". 
* 
. 
pt. Ramsay, członek Izby Gmin, który 
Jl
Z od roku przebyw
 ,w więzieniu, oskarży! 
pismo "New York TImE'S" o zniesławienie: 
dziennik amerykański zarzucił mu zdradę 

anu. . 
. Podczas długiej rozprawy ;ądowej kpt. 
Ramsay wygłaszał piękne przemówiE'nia jak 
to pragnie pokoju i dobra Wielkiej Brytanji, 
ale z 
eznań świadków wynikało jasno, że 
uprawiał on propagandę fas
yf,iowską i że 
zwalczał wysiłek wojenny państwa. 
Przedstąwiciele "New York TimE's"a nie 
zdołali natomiast udowodnić zarzutu litE'ral- 
nej z
rady stanu, i sędzia wycl,ał salomo- 
nowy wyrok: kpt. Ramsay otrzywa pół 
pensa odszkodowania, ale zapłaci niemal 
całe koszta procesu, któ
 wynoszą sporą 
sumę. 
W motywach wyroku sędzia podkreślił że 
nie daje wiary zeznaniom Ramsaya', i 
do
ał : . ,:Ramsay nie 'mówi prawdy gdy 
tWIerdzI, ze były możliwości zawarcia hono- 
rowego i sprawiedliwego pokoju. \\Tie on 
doskonale, że traktat z Hitlerem jest bez- 
,,:artości\lwy i równoznaczny z wypowiedze- 
niem wOJny". 
* 
.O'powiada)
, że. A.rnery
anie formują dy- 
wIzJon, mfshwskl zupełll1e nowego typu. 
Składac SIę on ma z sokołów specjalnie 
wyszkol
:mych .do.wyłapywania gołębi poczto- 
,:ych meprzYJaClela. Amerykanie nie boją 
SIę o swe własne gołębie, ktore zaprawiają 
podobno do lotów nocnych. 
* 
,,
czyw.iście, jnni kłamią. Nasze sprawo- 
zdama wOjenne natoUJiast są wzorem prawdo- 
mówności. Radjo niemieckie jest świetem 
źródłem prawdy" (dr. Goebbels). . 
, * 
Amerykanie wynaleźli sposób robienia 
szkła - bez piasku i kwarcu. N owe szkło 
składa si
 z trzech rzadkich metali: tantalu 
tlmgstenu i lanthanu. ' 
* 
VI
 No;vym Jorku opowiadają o pewnej 
-,?am.. ktora postanowiła okazać gościnność 
zołmerzon; amerykaIlskim z sąsiE'dniego 
oboz? wOJskowego. Przesłała ona' na ręce 
dowodcy obozu zaproszenie na obiad dla 
dwóch żołnierzy, dodając aby w żadnym 
razie nie przysyłać jej Żydów. 
O wyznaczonej godzinie stawiło się dwóch 
żołnierzy -murzynów. 
.- 
lusiała zajść jakaś pomyłka - po- 
wIedzIała na ich widok niewiasta. 
-:.O.nie, pułkownik Cohen on nigdy nie 
myhc SIę. 
* 
Podsłuchane w autobusie londyńskim: - 
- Biedni ci Rosjanie. Te naloty muszą 
być dla nich straszne. Nie są przecież tak 
przyzwyczajeni jak my. 


ALFA. 


.. 


KSA WERY PRUSZYŃSKI 


DROGA 


WIODŁA 
NARVIK 


PRZEZ 


Jo nabycia W księgarniach: 


cena 4/6 (opr.) 


M. I. 


KOLlt'l (Publishers) LTD., LONDON: 9, New Oxford Street, 
PERTH: 28, King Edward Street; DUNDEE: 24a, Cowgate. 


W. C.I; 


List genera a Kazi- 
mierz
 Sosn
owskiego 
TV "Dm'ly Telegraph" z dn. 7 sierpnia b.r. 
u kazal się ,lisl treści następujqcej. 
Szanowny Panie. 
:Nawiązując do artykum sprawozdawcy dy- 
plomatycznego pisma Pana p.t. "Dwie dalsze 
rezygnacje polskie - rozłam spowodu Ro- 
sji" w numerze z dn. 2 sierpnia, mam 
nadzieję, że pozwoli mi Pan sprostować 
pewne niedokładności. 
Nie byłem nigdy i nie jestem "pr7edsta- 
wicielem arystokracji", w rządzie zaś zajmo- 
wałem stanowisko wicepremjera i jako taki 
miałem 'iobie powierzoną ważną flmkcję. 
\\. młodości swej walczyłem o wolność 
mojego narodu w szeregach Polskiej Partji 
Socjalistycznej w na.jtrudniejszych warun- 
kach konspiracyjnych. Od wybuchu wojny 
światowej służyłem mojej Ojczyżnie jako 
żołnierz i nie należałem do żadnego stron- 
nictwa, zachowując przytem szczerze demo- 
kratyczne poglądy. 
Aczkolwiek nie jestem wielbicielem ko- 
munizmu, uznaję całkowie konieczność sku- 
pienia wszystkich możliwych sił do walki 
z głównym wrogiem, a powody mojej rezyg- 
nacji mają swe źródło w zgoła innych 
względach. 
Mogę jedynie powiedzieć, że jakkolwiek 
szczerze pragnę porozumienia rosyjsko-pol- 
skiego, głosowałem przeciwko zawarciu paktu 
w formie, w której był nam zaproponowany, 
nie przez jakieś uprzedzenia do rosyjskiego 
systemu politycznego czy też społecznego, 
ale ponieważ w sumieniu mojellJ. przekonany 
jestem, że umowa przemilcza pewne funda- 
mentalne prawa mojego narodu, którego 
sprawa, jak to powiedział Prezydent Roose- 
velt, jest natchnieniem ludzkości. 
;\Iam nadzieję że Pan zr07umie moje sta- 
nowisko jeśli powiem, że byłem głęboko 
wstrząśnięty, gdy nazajutrz po zawarciu 
paktu wyczytałem w czołowem piśmie 
angielskiem artykuł wysuwający pogląd, że 
"przewództwo w Europie wschodniej może 
przypaść jedynie Xiemcom lub Rosji" i 
zalecający przyszłym budowniczym pokoju 
dzieło kongresu wiedeńskiego z r. 1815- 
który zatwierdził rozbiory mojej ojczyzny 
- jako wzór godniejszy naśladowanja, ani- 
żeli traktat wersalski z r. 1919 - który 
uznał niepodległość Polski. 


KAznIIERZ SOSNKOWSK1. 


Apogeum wolności 
słowa 


\V artykule wstępnym Andrzeja Lubicza 
,..Za.mgłą" ("vViadomości ze Świata", organ 
zołmerzy lotnictwa, z dn. 7/8 sierpnia b.r.) 
czytamy: 
,,\Y polemice, jaka toczy :ię od dmższego 
czasu pomiędzy "Dziennikiem Po]skim" a 
,,\Viadomościami Polskiemi", - polemice 
wywołanej zupełnie słusznemi artykułami p. 
Grabowskiego, - padła w "Dzienniku Pol- 
skim" taka oto uwaga: . "p. Grabowski 
dowiódł że jest niezależny ód dwóch jE'szcze 
jnstancyj: od cenzora i od redaktora 
"Wiadomości Polskich.". Tak - dodają 
,,\Viadomości ze Świata'". - Xie można 
p. Grabowskiego pokonać argumentami, 
niech więc to zrobi cenzor. "'oJność sło,va 
w państwie demokratyc7nem znajduje się u 
szczytu swego rozkwitu. Xiech żyje pan 
cenzor !"'. 


N ." 
, , aZI 


Nie 


cy? 


czy 


\V nr. 73 ,,\Viadomości Polskich" w 
notatce "Kazi" czy poprostu Niemcy?" 
poruszyliśmy sprawę używa1łia terminu 
"nazi" zamiast "Xiemcy" w artykułach 
politycznych pisanych przez Polaków. Że 
to. rozróżnienie budzi sprzeciw także w 
społeczeństwie angielskięm, świadczy list 
kpt. J. H. F. McEwena, członka Izby Gmin, 
ogłosz\lny. w "Sunday Times" b.r. (por. arty- 
kuł zbIgnwwa Grabowskiego w numerze bie- 
żęcym "Wiadomości Polskich"). 
. "\Vypa
a,, są
zić, że wyra
enie "Xiemcy 
llltlerowskw ,uzyte po raz pIerwszy w nie- 
dawnym traktacie angielsko-sowieckim, ma 
pewne 
naczenie. }Iinister spraw zagranicz- 
nych uzył go ponownie, mówiąc w ubiegłą 
środę o układzie, d.o jakiego szczęśliwie 
doszło między rządami Sowietów i Polski. 
\Vaham się z wysnuwaniem wniosku, że 
to wyrażenie. wskazuje na zamiar rządu, aby 
przeprowadzIć rozmyślne rozróżnienie między 
Kiem?ami hit
erowskiemi a :Niemcami innego 
rodzaJu, gdy z rząd częstokroć wypierał się 
tych intencyj. 
"VI'obe! tego, cóż ono oznacza? \V roko- 
waniach ci wspomiane układy używano jed- 
rrngo wspólnego mianownika, i może to nie 
my jesteśmy odpowiedzialni za ten wyraz, 
lecz jest on wynikiem kompromisu osiągnię- 
tego cE'lem uniknięcia jeszcze bardziej nie- 
dorzecznego i niepożądanego określenia. \V 
każdym jednak razie użycie tego 'rodzaju 
wyrt!.żenia jest niezgodne z uznaną postawą 
rządu J. K. 111ości wobec naszego niemiec- 
kiego wroga". 


* 
Ten sam h.-pt. }IcE
ven wezwał ministra 
informacji o "unikanie troskliwego rozr.óżnia- 
nia "nazich" i XieJl}ców" w propagandzie 
radjowej. 


Konkurs dla młodych 
Dyr
kcja Państwowego Liceum i Gimna- 
zjum Zei1

iego im. 7\larji Skłodowskiej -Curie 
w SZkOCJI ogłasza konkurs literacki dla 
młodzieży pozaszkolnej płci obojga w WIekU 
14--19 lat. 
Tematem pracy byłyby przeżycia osobiste 
związane z wypadkami wojennemi ostatnich 
dwóch lat. 
Praca powinna być ujęta w formę bądź 
nowelki, bądź reportażu; nie powinna 
przekraczać 6 stron pisma maszynow
o 
(arkusz konceptowy - foolscap). 
Prace ,Przesłane do oceny naieży podpisać 
pseudo
llm.em aut
ra - a w załączonej 
zamkmęteJ koperCle pod danym pseu'do- 
nimem przesłać imię, nazwisko, (klasę), wiek 
autora i adres. 
I ?,ermin złożenia prac uplywa dn. J paź- 
dZiernIka b.r. Rozstrzygni
cie konkursu na- 
stąpi w listopadzie b.r. 
Przewodnictwo jury konkursowego objął 
Zygmunt Nowakowski. 
. 
p
 prac
 pr
yznane ]
ędą nagrody pie- 
męzne: dw_c pH'rwsze po £3, dwie drugie 
po £1. lOs. 
Przewidziane są ponadto nagrody dla 
autorów prac wyróżnionych. 
KajIep'sze prace zostaną oJłoszone. 
Prace na!eży nadsyła{' pod adresem dyrek- 
cji Liceum w Scone' Palace, by Perth, 
Scotland. 


KORESPONDENCJA 


CO MYŚLĄ I W LONDYNIE I W WAR- 
SZA WIE 


Do redaktora "TV iadomości Polskich" 
\V artykule p. ministra Jana Stai1Czyka w 
nr. 73 ,,\Viadomości Polskich" znajdujęnastę- 
pujące zdanie: "Otwarcie więziE'ń, w których 
giną najszlachetniejsi bojownicy o ideały 
wolności i sprawiedliwości społE'cznej, wzmo- 
cniłoby nie tylko jednolity front robotników 
świata z frontem czerwonej armji, ale"... i 
.d. 
O ile zrozumiałem, p. Stańczyk, wysuwając 
aż nadto uzasadnione żądanie otwarcia wię- 
zień sowieckich, formułuje intE'resującą moż- 
liwoŚĆ "jednolitego frontu robotnikÓw świata 
z frontem czerwonej armji". 
Przed kilku miesiącami w jednem z pol- 
kich pism emigracyjnych wyczytałem prze. 
druk odezwy, wydanej przez robotników war- 
szawskich w listopadzie ub. r. JaKo cel 
walki odE'zwa ta wskazuje niepodległą Polskę 
ludową, "która zrE'alizuje wreszcie ideały 
wolności, sprawiedliwości społecznej i równo- 
uprawnienia wszystkich narodów jej ziemie 
zamieszkujących". Odezwa ta jednak wska- 
zuje drogi, prowadzące do osiągnięcia tego 
celu: "Zwycięstwa w tej walce nie przynies'e 
zbawcze przybycie takiej czy innej armji na 
nasze ziemie, nie dadzą go pakty i umowy- 
ale rewolucyjny rm
h mas ludowych Polski, 
zbratanych z innemi ludami Europy, walczą. 
cemi dziś z faszyzmem i z wszelkiemi obja- 
wami tyranji i totalizmu na wszystkich wojen- 
nych i podziemnych frontach". 
Odezwę tę nazwalbym potrosze jasnowi- 
dzącą, gdybym nie wiedział, jak bardzo wy- 
ostr
ona jE'st ,świadomość i !:dolność prze- 
widywania, cechująca naogół masy robotn'- 
cze. 
Mając przed sobą dwa sformułowania 
zasadnicze - zawarte w nr. 73 ,,\\'iadomości 
Polskich" i w odezwie robotników warszaw- 
skich - wybieram to drugie. 
Pozwalam sobie nakoniec poświęcić kilka 
słów zagadnieniu t. zw. "jednolitego frontu". 
VV żargonie politycznym oznac.za on zazwy- 
czaj współdziałanie z komunistami. 
W Wielkiej Brytanji Part ja Komunistyczna 
po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej 
zwróciła się do tutejszych organizacyj robotni- 
czych z propozycją współdziałania. Dn. 31 
lipca b.r. Part ja Pracy oraz Kongres Zwill- 
zków Zawodowych powzięły wspólną uch- 
wałę, witającą serdecznie przymierze z Rosją 
w walce z Kietncami, ale zarazem odrzucającą 
współpracę z Part ja Komunistyczną. Uch. 
wała ta przypomina kilkakrotne zmiany w 
polityce komunistów, dokonywane zawsze 
bez porozumienia z masą członków partji. 
"Brytyjska Wspólnota Ludów - mówi 
uchwała - od niemal dwóch lat dźwiga brze. 
mię tej tytanicznej walki. W godzinie wspól. 
nego niebezpieczeństwa jedność ludów Bry- 
tanji w obronie swobód i urządzeń demokra- 
tycznych osiągnęła stopień nieznany dotych- 
czas w dziejach... Jedynym uderzającym 
wyjątkiem była Part ja Komunistyczna... 
Cierpienia ludu brytyjskiego pod naporem 
niemal nieustannych nalotów hitlerowskich 
nie poruszaly jej i nie obchodziły. W dekla- 
racjach komlmistycznych nie było śladu 
współczucia ani dla ludu brytyjskiego, ani dla 
sprawy o którą walczy Brytanja... Ta polityka 
nie jest i nigdy nie była określana przy po- 
mocy metod demokratycznych' ani przoo 
wzgląd na potrzeby i na cele ludu brytyj- 
skiego. KongrE's Związków Zawodowych i 
Part ja Pracy dochodzą przeto do wniosku, 
że żadne skojar7enie się z Part ją Komu- 
nistyczną nie jest możliwe". 
Przypuszczam że poglądy p. Stańczyka. 
są podobne, i chyba tylko przez nieuwagę w 
artykule jego znalazł się termin, który po- 
siada -treŚć zdpkredytowan
. 


JAN WOJ
I9Z, 


.. 


JĘZYK I "RADYCJA 


Do redaktora ,;Wiadomości Polskich" 
Pisząc swojego czasu artykuł p.t. "Język 
a rasa" musiałem się liczyć z polemikami. 
Uwagi na ten temat p. Stanisława Westfala 
w.nr: 69 "Wiad\lmości Polskich" są niewąt- 
phwIe bardzo CIekawe, lecz nie są dla mnie 
bynajmniej przekonywające, mimo apodyk- 
tyczności "naukowej", z wyjątkiem słusznego 

prostowania o pochpdzeniu sanskrytu od 
Języka praindoeuropejskiego. Pan Westfa.l 
się myli, nie wierząc w słuchowe rozróźnianie _ 
r
 i ż, Ó .i u 'przez wielu ludzi, szczególnie 
przez znających - ze szkoły - źródłosłowy. 
Przyznaję, że jestem pod względem kultu 
języka tradycjonalistą (nie "purystą"), a 
tradycjonalizm w kraju, którego jesteśmy 
gośćmi, stanowi jeden z czynników siły 
narodowej. 


ADAM ROl\IER. 


* 


Alfr. Szr. w Dunfermline. Prosimy o 
dokladniejszy adres. ' 
M. L. Z wiorsza nie skorzystamy. 
Br. G. Z uwag nie skorzystamy. 
Edmund Dąmbski. Zamówiliśmy już re. 
cenzję z tej książkj. . 
B. F. P. List wysłaliśmy. Adres był 
rzeczywiście ąiepeJny: brakow(łło Greenford 
Park. .. 
T. S. . Prace są w czytaniu; niestety, 
czlonkowre jury mają niewiele czasu, i stąd 
zwłoka. \Vyjaśnienia w tej sprawie udzieli. 
liśmy w nr. 69 ,,\Viadomości Polskich". 


W poprzednim 6-stronicowym numerze (73) 
"Wi
domości Polskich" (17 ilustracyj): 
Stamslaw Baliński: O ziemi Nowogródzkiej. 
- Zygmunt 
Vow{lkowski: Kiwerowa Górka. 
- Stam'sław Jiackiewicz: Odpowiadam na 
zarzuty. - Zygmunt Bohusz-Szyszko: O 
książce "Droga wiodła przez :N'arvik".- 
Tymon Terlecki: Stanisła\\a \\'ysocka.- 
Henryk Gotlib: Posłannictwo Józefa Pan. 
kie,:icz
. - Janusz.Laskowski: Powszechny 
benJammek. - Zbtg'{l.iew Grabowski: Prze- 
wodnik po Londynie. - Waclaw Solski: 
Parodja "Wiadomości Polskich". - Jerzy 
Horzelski: "Nocna dusza" człowieka. - 
Alfa: Rozmaitości. - Ęorespondencja. - 
,,
mnestja" dla jeńców wojennych. - 
"Cechoslovak" o numerze czechosłowackin1 
,,\Yiadomości P.olskich". - \Vzruszający 
hold. - Skarbmca Polska. Stanislaw Wy- 
spiański: Batory pod Pskowem. Star,islr:.w 
Witkiewicz: O obrazie Matejki "SteLdl 
Batory pod Psk..wem". 


POLKI ODWIEDZAJĄ SALON FRYZJERSKI 
LUlGI, 46, Buckinrham PaIace Rd., S.W.I 
Mówi się wszystkiemi jezykami miedzynarodowemi 
Pr.,im. o zopouJiedź le'.fonicznQ pod VICloria 9508 


Redaktor: ZYGM1JNT NOWAKOWSKI 
'II 
Printed in Great Britain for M. L Kolin 
(Publishers), Ltd., by Williams, Lea &; 0., 
Ltd., Clifton House, Worship Street, E.C. 2 ; 
Published every TU9sday at 229/231 
High Holborn, London, W,C. l. '
>>>
"- 


6 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


Nr. 33 (75) 


" . 

 1111111111111111111111111111111111111111111111111111 tlllllllllllllllllł Illłlllllll1I 11111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111IIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIUlIIIIIIHlIIHłllllllllllllllllllllllllllłll1IIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIłIIllllllltIIlłłlHlłlllllllllllllllllllHIIIIIllłIIllllllllIllllIlIllllllllllllllllllllllllllllllIlllllIllIlltllllllllllllllll liliililiiliii!!: 
- - 
= ,. = 
- - 

 "
 . . : 
 .. ' .ł ' 
 
= ....' J.... = 
- - 
= ' = 
- . - - 
- ' - 
s:; 111 11111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111 11111111111111111 '"11111111111111111111111111111111111111111 111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111 11111111111111111111111" 1111111 111111111111111111111111111111111111111111111111 1111111111111111 IIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIJ 11111111 ffi 


JULJUSZ SŁOWACKI 


Dla. objąśnienia następnego poematu, po- 
trzeJ:a mi nieodbicie powiedzieć kilka słów o 
kwarantannie na pustyni. między Egiptem a 
Palestyną, blisko miasteczka EI-Arish. Wy- 
mysłem to jest dziwnym Mohameda Ali, że 
między dwoma swojemi państwami zazna'czył 
myślą na. błędnym piasku. granicę i pod karą 
miecza zmusił wolne Beduiny rozbijać w 
tem miejscu namioty i żyt; przez dni kilka- 
naście pod dozorem straży i doktora; inaczej 
z Egiptu do Syrji dostać się nie mogą. 
Podróżując na wielbłądzie, musiałem podob- 
nemu ulec losowi. Po ośmiu dniach drogi, 
przybyłem z Kairu na smutną dolinę piasz- 
czystą, abym na niej przeli dni dwanaście 
zamieszkał. Zrazu pojąć nie mogłem, jak 
miejsce puste, bez żadnego domu, błędnym 
piaskiem zawiane, mogło prawu ludzkiemu 
podlegać; ale miecz Baszy zdawał się wisieć 
w błękitnem niebie, nad głową moich prze- 
wodników Arabów, bo przybywszy na dolinę 
kwarantanny, kazali zaraz uklęknąć wielbłą- 
dom, a w twarzach ich czarnych widać było 
głębokie poddanie się ludzi woh}.ych pod 
prawo strasznego człowie1.m. Przybył doktór 
z miasteczka EI-Arish; pierwsze to było 
miasteczko, które od wyjazdu z Kairu oba- 
czyłem zdaleka, a doktór pierwszym na- 
potkanym człowiekiem. ł:an Steble, tak się 
nazywał ów lekarz
 emigrant włoski, ożeniony 
świeżo z panną Malagamba, sławną pięk- 
nością na Wschodzie, o ,tórej Lamartine z 
takiem 
iesieniem rozpowiada, starał się 
natychmiast mój pobyt pod otwartemniebem 
jak najwygodniejszym uczynić; wydał ze 
składu kilka namiotów dla naszej podróżnej 
gromag.ki; a jak się później dowiedziałem, 
rączki jego żony grzęzły w białej i srebrnej 
mące, aby Iili na chlebie europejskim nie 
zabrakło. Rozłożywszy się pod namiotem, 
przywykać zacząłem do smutnego widoku, 
który mnie otacza. Opodal nieco rzeczka, 
sucha prawie aż do dna, przerzynała piasku 
dolinę, i szła do morza, za nią szara wstęga 
palmowych lasów.. od północy błękitna 
szarfa morza Śródziemn go roztrącj!ła się o 
piasek i smutnym gwarem fal napełniała 
ciche nad pustynią powietrze; nad morzem 
zaś na piramidalnej piasku mogile błyszczał 
białą kopułą mały grobowiec Szecha, straszny, 
albowiem tam w jego lochach składano 
umarłych z dżumy; a zaś architektura jego 
i żółtawa białość nadawały mu pozór kościo- 
trupa. Z innych str2n wzgórza piaskowe i 
na nich straży namioty, i patrzący na 
kwarantannę straźnicy w jaskrawych, orjen- 
talnych ubiorach; w środku zaś doliny niby 
stożec piaskowy, z którego muezin pbwoływai 
d9110g.nYIlł. głosem wielkość Boga rano, 
wieczorem i w nocy. Wtlzystkie te obrazy 
czytelnik ą..rugi raz odbite znajdzie w następu- 
jącej powieści; a pokażą się mu we właściw- 
szem świetle, albowiem je zobaczy przez łzy 
ludzkie. Co do mnie, przywykać zacząłem 
do mego namiotu i podobałem sobie w 
ciszy piaskowego stepu i w szumie morza, 
do którego brzegów pozwalano mi chodzić, 
wziąwszy z sobą jednego z kwarantanny 
strażników. W wigiliją Bożego Narodzenia 
(1836), kiedy z tej spokojnej pustyni myśli 
moje odbiegły aż do dalekiej ojczyzny mojej 
i ku owym dniom, które dawniej spędzałem 
na ucztach w gronie rodzinnem, okropna 
burza, przewiewana wichrem z morza Czer- 
wonego na Śródziemne, gruchnęła w nocy 
i polala się deszczem piorunów na mój 
namiot oddalony od lu(izi. W smutQe i 
zamyślone o ].iraju serce zaczęło wchodzić 
powoli przerażenie... Szeleszczący od wich- 
rów i deszczu namiot chwiał się nade mną, 
i zaczerwieniony od piorunów wydawał się 
ognistym i strzegącym łoża bezsennego 
cherubinem... vVicher mi zagasił światło, a 
wilgotny knot nanowo zapalić się nie chciał. 
Próżne tu byłyby opisy; albowiem wielko- 
ścią biblijną nacechowana była ta burza w 
pustyni, - Anhelli myślał, że już przyszedł 
wicher, który go z ziemi zwieje i zaniesie w 
krainę cichą, - przeszła jednali. ta bezsenna 
noc zgrozy, a gdy nad rankiem wyszedłem 
z namiotu, chmury żelazne okrywały niebo 
i drobny deszczyk zasmucał powietrze. Ale 
nie tu był koniec przestrachów; krzyk 
Arabów uwiadomił mnie o nowem niebez- 
pieczeństwie; owa rzeczka, gdzie wczora 
zaledwo nitke: wody sączyła się po piasko- 
wem korycie, nabrzmiała nocną ulewą i 
srebrnemi pletwami prosto biegła roztoczyć 
się po dolinie, na której stały nasze namioty; 
zaledwo kilka chwil czasu zostawało do 
ratunku; unieśliśmy zapomocą Arabów 
na!?ioty nasze na najbliższe wzgórze pias- 
kowe, a zaraz po nas przyszła woda napełnić 
owe kręgi piaskowe, które jako ślady naszych 
zę"rwanych domów, zostały w dolinie. Zziębły 
i ponury patrzałem ze wzgórza na tryumf 
tej biednej rzeczki, a patrząc tak, dziwnego 
doznawałem wrażenia. Bez dachu, bez 
ognia, bez pokarmu, doznawszy morskiego 
prawie na ziemi rozbicia, nie mogłem jednak 
udać się do bliskiego miasteczka gdzie byli 
ludzie, ani prosić aby mnie pod dach jaki 
przyjęto i przy gościnnem posadzono 
- ognisku. A mogły ną.dejść okropniejsze 
burze, mogło nareszcie przyjść morze i 
zatopić wzgórze, na którem stałem; a 
wszystko to trzeba było własnemi siłami 
wytrzymać, ocalić się lub zginąć, pod okiem 
ludzi, którzy się mnie i rzeczy moich dotknąć 
" nie mogli i nie śmieli. Wyjaśniło się nako- 
niec niebo, a ja, nauczony doświadczeniem 
już"nie w dolinie, lecz mi wzgórzu najwyższe
 
rozbiłem namiot; i przyszły dnie pogodne, 
ciche, spokojnie płynące w pustyni. Drog- 
man mój Soliman, sławny z tego i chełpliwy, 
że był niegdyś tłumaczem Champolliona, 
Roseliniego, Fresnela i wielu innych, opo- 
wiadał mi o swoich dawnych panach różne 
drobne szczegóły ich podróży i ze mnie 
zapewne zbierał zapas małych spostrzeżeń, 
któremi będzie bawił przyszłych wędrow- 
ników. WieczoWJm zaś, usiadłszy na ziemi 
u wejścia do namiotu, piękny ten Arab, z 
długą brodą, oświecony wzierającym między 
płótna księżycem, śpiewał mi strofy z poema- 
tów arabskich, których dżwięk niezrozu- 
miały i smutna nuta kołysały mnie do' snu. 
A wtenczas - rrmże mnie anioł znów okry- 
C wał płaszczem rycerza Soli
y i naznaczał 
krzyzem czerwonym na pIersiach, a zaś 
Araba tego przemieniał w giermka śpie- 
wającego smutne dumy z ziemi rodzinnej. 
Lecz dosyć już o tym śnie tajemniczym życia 
mojego, o tym złotym stepiE' i o tym namiocie, 
gdzie miałem-chwile spokojnli, gdzie budząc 
się, przez roztworzone plótno oczy moje 


I 


(j 


napotykały konstelacją Oriona, tak podobną 
do gwiaździstej lutni zawiE'szonej przez Boga 
nad biednym namiotem błędnego Polaka. 
Dosyć o tym cichym tygodniu życia - prze- 
minął. - Wielbłądy moje znów uklękły 
przede mną i podniosły się z pielgrzymem 
zadumanym. wyciągając długie, wężom po. 
dobne szyje ku grobowcowi Chrystusowemu; 
a kiedy już byłem o godzinę drogi ku wscho- 
Cilowi, obróciłem się na siodl(' aby raz jeszcze 
spojrzeć na mój namiot zielony; obaczyłem 
go na wzgórzu, i zdawało mi się, że sam 
wyszedł na miejsce wysokie aby mnie 
pożegnać; a czy to ludzie pakując rzeczy, 
czyli też sam namiot nie czując już w sobie 
mieszkańca, wyrwał kilka kołów z piasku i 
skrzydłem powiewał za mną, pokazując mi 
swoje łono czarne i puste. - Odwróciłem się 
od tej rzeczy co miała serce rozdarte po 
mnie. A wkrótce zaczęły się pokazywać na 
piasku lilije białe, zwiastując, że się zbliżam 
do żyźniejszej krainy: i pomyślałem, że 
na te same kwiaty obróciwszy oczy, mówił 
Chrystus do uczniów swoich, aby się nie 
troszczyli o jutro i o rżeczy z tego świata, 
patrząc na lilije, które Bóg odziewa. 
Oto jest opis kwarantanny odbytej przeze 
mnie na pustyni; gorszą daleko wysiedział 
ów starzec opowiadający niE'szczęścia swoje 
w następnym poemacie. Historja jego boleści 
nie jest całkowicie zmyślona: opowiadał 
mi ją doktór Steble,' któremu tak za nią 
jako za chleby i za uprzejmość dla mnie, 
podziękowałbym tutaj, gdybym wiedział że 
te kilka wyrazów znajdzie go na pustyni. 
A le czemże jest dla niego wspomnienie 
w niezrozumianym języku i wymówione gło- 
sem, który zaledwo się tak ro'zchodzi jak 
kręgi na wodzie po rzuconym do niej 
kamieniu. 
I 
Trzy razy ksi
życ odmienił si
 złoty, 
lak na tym piasku rozbiłem namioty. 
Maleńkie dziecko karmiła mi żo.na, 
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki, 
Cala rodzina, dzisiaj pogrzebiona, 
Przybyla ;:e mną. ziewięć dromaderów 
Chodziło co dnia na pia
ku pagórki, 
Karmić się chwastem nadmorskich 
ajerów, 
A wieczór wszystkie tu si
 kładly 
\ wiankiem, 
Tu, gdzie si
 ogień już daw1W nie pali. 
Córki po wodę chodzily z& dzbankiem, 
SY1Wwie nwi ogień rozl?ladali, 
Zcna, z synaczkiem przy Piersiach, 
warzyła. 
Wszystko to dzisiaj tam - gdzie ta mogiła 
Promienistemu słońcu si
 uśmiecha, 
Wszystko tam leży pod kopułą Szecha. 
A ja sanwtny wracam - o I lz.£leści I... 
Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści, 
Odkąd do mego Plóciennego iworu . 
}V tej kwarantannie wszedl aniol ponwru. 
O I niewiadoma ta boleśc nikomu 
l aka si
 w mojem sercu dziś zamyka I 
Wracam na Liban, o nwjego .domu- 
W dziedzińcu nwim pomaral1cza dzika 
Zapyta: "Starcze! gdzie są twoje dziatki?"- 
W dziedziltClt moim córek moich kwiatki 
Spytają: "Ętarcze I gdzle są twojt; córki ?". 
Naprzód bł
kitne na Libanie chmurki 
Pytać mnie b
dą o synów, o żon
, 
O dzieci nwje, ,/!szystkie pogrzebione 
Tam pod grobowcem tym okropnym 
S zecha 
I wszystkie b
dą mi
 pytały echa, 
I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem 
Pytać si
 b
dą. - Cóż ja im odPowiem? I 


Przybyłem. N amio t rozbiłem na piasku. 
\ Wielblądy nwje cicho si
 pokładły ,- 
Dziecko, jak mały aniołek Ul obrazku, 
Karmiło wróble, a ptasz
ta jadły, 
Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie - 
Widzisz t
 małą rzeczułk
 w dolinie? 
Od niej wracala najmłodsza dziewczyna, 
Z dzbankiem na głowie, prościutka jak 
trzcina. 
Przyszła do ognia i wodą z potoku, 
Śmiejąc si
, lekko trysn
ła na braci - 
Najstarszy - z ogniem zapalonym w oku 
W stał, dzbanek wody ch ycil w drżące 
dłonie 
I rzekł: "Sam Bóg ci za wod
 zaplaci, 
Bo chc
 pić jak pies, bo ogidt mam w 
. łonie" . 
To mówiąc, wod
 wypiwszy ze dzbana,' 
Powalił si
 tu jak palma złamana. 
Przybiegłem" - nie czas już było ratować. - 
Siostry go chciały martwego całować ,- 
Krzyknąłem wściekły: "Niech si
 nikt 
. . lU 
nle wazy. . 
Porwałem trupa i rzuciłem straży, 
Aby go wzi
la na żelazne zgrzebła 
I tam gdzie grzebią zarażonych grzebła. 
A od tej rwcy, tak pełnej boleści, 
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści. 


T ej samej nocy H afne i A mina - 
Umarły, leżąc nil łożu przy sobie. 
4 patrz! - tak cicho umieraly obie, 
Ze choć po śmierci najstarszego syna 
Oczy si
 l1Wje do snu nie zawarły, 
A nie slyszałem jak obie umarły, 
I nawet matka własna nie slyszała, 
Choć wiem, że także tej nocy nie spała. 
Rankiem, obiedwie sine jak żelazo, 
Dwie moje fórki, zabite zarazą, 
Wywlec kazałem strażnikom z namiotu ,- 
I porzuciły nas / - i bez powrotu I... 
A jak dorosłym przystoi dziewicom, 
Włosami ziemi
 zamiotły rodzicom. 


Widzisz to słol1ce w niebie lazurowem ? 
Zawsze tam wschodzi za lasem palnwwym, 
Zawsze zachodzi'za tą Piasku górą,- 
Zawsze to niebo nie splamione chmurą ,- 
A mnie si
 zdało wtenczas, nie wiem, 
. ... czem'l, 
Ze słoiice SłOl1cU nie równe złotemu,- 
I już nie takie jakie było wczora, 
Ale podobne do słol1ca-upiora. 
A niebo, które patrzało na zgub
' 
Mego rodzeństwa, nwich trojga dzieci, 
T ak mi si
 mgliste zdawało i grube 


(J' 


ZA 



iemi wyziewem 1 słońca purpurą, 
Ze nie wiedzialem czy pacierz doleci - 
Do Pana Boga co si
 zakrył chmurą. 
I tak dni dziesi
ć przeszło, choć nie skoro. 
Reszta mych dzieci żyła - wszystko czworo. 
Małżonka nwja serce miala lżejsze, 
r nawet nwje dzieciątko najmniejsze 
Zyło i kwiatkiem nie chciało usychać - 
l a sam nareszcie zacząłem oddychac,- 
Bo nie wierzyłem, żeby wziąwszy troje, 
Bóg mi chciał zabrać wszystkie dzieci nwje. 


O I była to wi
c Piekielna godzina! 
Gdy patrząc na twarz najmłodszego syna, 
Śmierć zobaczyłem. - Ach, ja go tak 
strzegłem / - 
Pierwszy na twarzy znak wystąpił drobny ,- 
Niktby nie dostrzegł-ja ojciec . 
_ spostrzegłem. 
On do tamtego stawal się podobny ,- 
Stawał si
 jak mój trup jierworodzony, 
Z jasnego blady, z bladego czerwony. 
Patrz
 / - N a twarzy Plam żelażnych 
krocie - 
Wi
c zawołałem glośno: "Śmierć w 
namiocie I" 
I pochwyciwszy go z talłiemi trądy, 
Wyniosłem na step, pomi
dzy wielblądy ,- 
Aby go_ tam śmierć zgryzła doostatka,- 
I żeby na to nie patrzała - matka. 


Przy konającym czuwaliśmv bliscv, 
l a z wielbłądami - na kolanach wszyscy. 
Łamałem r
ce i wolalem głośno : 
"Oby n
e l.-marl! lub si
 byl nie rodzil !"- 
A tam nad palmy, z twarzą nielitośną, 
Gdy konal mój syn, blady miesiąc 
wschodził: 
I patrzał: - tego z pami
ci nie 
. zatrzeć / 
I nie wiem jak ten sam miesiąc mógl 
patrzeć! 
Gdy skonał w nwim ojcowskim uścisku, 
Chcialem go spalić na popiół w ognisku: 
Lecz ledwie ogień zaczął biec po szacie, 
Wyrwałem trupa i rzuciłem straży - 
Ponioslo mi go czarnych dwóch grabarzy, 
I lePiej mu tam przy siostrach i br(.lcie. _, 
Od tego zgonu i od tej boleści 
Naznaczono mi n
wych dni czte
d3.ieści. 


Pod kr
giem słottca jako krew czerwonym, 
r pod namiotem tym zapowietrzonym, 
Zyliśmy, słowa nie mówiąc da siebte, 
I śmierć przed samą śmiercią udawali, 
}
yśląc, że Boga oszukamy w niebie, 
Ze si
 ten balwan zarazy przeu:ali. -
 
Powrócil! - Aniol powrócil morderca! 
Ale mnie znalazł bez łez i bez serca, 
Iuż omdlałego na boleści świeże, 
I1tŻ mówiącego: , Niech Bóg wszystko 
- biey'-ze /". 


 I 


żu 


I 


Miałem na syna trzeciego cierPienia 
Powieki bez łez i serce z kamienia. 
Boleść już była jako chleb powszedni. 
I pod oczyma mi konał mój średni, 
Najmniej kochany w mem r(ldzinnem gronie 
I najmniej z dzieci płakany po zgonie. 
Toteż Bóg jemu wynagrodził za to, 
Bo mu dal cichą śmierć i lodowatą, 
Bez żadnych bolów, bez żadnych omamie11. 
Skonał i skostnial i stał si
 jak kamień. 
A tak okropnie po śmierci wyglądal, 
l akb.'\' już próżnych naszych lez nie żądal, 
Ale chciał tylko lice swoje wrazić 
TV serca nieczułe, oczy nam przerazi6, 
I wiecznie zostać w rodziców pami
ci, - 
Z twarzą co woła: "Iesteście 
przekl
ci I". - 


Skonał. ..
1yślałem wtenczas - o / 
. ' , ro
uzyl- 
Ze jeślt reszcie Pan Bóg nie przebaczy, 
Ieśli anioła śmierci przyśle po nie, 
Dziecko mi weźmie - żon
 - a po żonie 
Mnie.ł1ieszcz
snego zawoła przed Stwórc
. 
C órkq ! - l a myśleć nie śmiałem o córce I 
I trwoga o nią nie gryzła mi
 żadna. 
Ach ona bvla młoda, taka ładna / 
Taka wesóła, kiedy moją glow
 
Do lilijowych brała chłodzić rączek, 
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnow
, 
Okolo cedru biegala po trawie, 
l ak pracowity snując si
 pajączek. 
Patrz / i ten pas mój blyszczący jaskrawie 
Ona robila 
 i te smutne oczy 
Ona rąbkami złocistych warkoczy 
Tak przeslaniała, że patrzałem na nią 
lako na róż
, przeze lzy i słońce. 
Ach, ona była domu mego panią! 
01.1:.a jak jaśnie anieli-obrOllce, 
Najmłodsze dziecko w kolyseczce strzegła 
I gdzie Plac z jaki słyszała, tam biegła ,- 
I wszystkie nasze opłakała ciosy, 
I wszystkie nasze lzy - wzi
ła na włosy. 


I?ziesi
ć dni przeszło i nocy tak dlugich, 
Ze śmierć już nwgla na gwiazdy odlecić. 
Dziesi
ć dni przeszło, dziesi
ć nocy drugich 
Przeszło - nadzieja zaczynała' świecić... 
Po dzieciach ltstał wielki 'płacz niewieści, 
I naliczyliśmy ranków trzydzieści. 
Nareszcie zbywszy pami
ci i nwcy, 
Położyłem si
 i zasnąlem w nocy. 
I we śnie, w lekkie owinięte eltm'try, 
Ujrzałem l1wje dwie umarłe córy. 
Przyszły, za r
ce trzymając si
 obie, 
I pozdrO'lg;iwszy mi
 pokojem w grobte, 
Poszły, oczyrł}a cichęl1.1 i błyszlfzące, 'J ,..,.. 
Nawiedzać inne, po namiocie śpiące. 
Szły cicho, zwolna,' schylały si
 nisko 
Nad matki łożem, nad dziecka kołyską,- 
Potem, na moją najmłodszą dziewczyn
, 
Obiedwie r
ce polożyły sine! 


Boleslł-w Leitc:eber 
i O N D .T N 


J 


. 


oblicze i maska 


z rysunkami autora 


Cena 4/6 (opr.) 


/ 


Do nabycia W księgarniach 
M. I. KOLIN (Publishers) LTD., LONDON: 9, New Oxford street, W.C.l 
PERTH: 28,. King Edward street. DU!'DEE: 24a, Cowgate. 


KAZIMIERZ TETMAJER 


\ 
ZE SKALNEGO PODH
l LA 


, 
BABSKI WYBOR 


Byli w jednej wsi gazdowie bardzo 
bogaci, mieli syna jedynaka i chcieliby go 
byli strasznie dobrze ożenić. Ale wybór 
byl trudny, bo się dziewki pchaly jedna 
przez drugą i każda swoje cnoty przedsta- 
wiała.  
Aż raz powiada baba do chłopa: ' 
- Wies, Wojtek, tak nie źrobimy nic. 
Nie pozna s clowieka, ino wtedej, kie nie 
wie, ze na niego patrzis. Oblec sie za 
dziada i pomiendzy halupy idź - wtora 
cie dziewka nolepi obdarzy, s tom nasego 
Kube ozenime. Bedzie nolepsa. 
Zwidziało się to chlopu, ta babska rada, 
wdzial starą czuchę, łatane portki, wziął 
na plecy torbę, w rękę kij, i poszedł. 
Rzekomo dziad. 
Idzie pomiędzy chałupy, chodzil cały 
dzień, wrócii wieczorem i siada na ławie 
zmartwiony, a gębę miał z jednej strony 
spuchniętą: 


- N o coz? - pyta się go baba.- 
\Vtoraz ci sie na niewiaste udała? 
- He, - powiada chłop, - obiór 
trudny. Zasełek ku piersej: dała mi 
spyrki, zasełek ku drugiej: dała mi obro- 
zek świencony, zasełek ku trzeciej: wy'- 
prała mi kosule - cos teroz wies? )" edno 
scodra, drugo nabozna, trzecio robotna - 
syćkie dobre. 
- Hm - mruknęla baba. - Iści ze 
obiór trudny... Ale coz ci to, co mas gębe 
spuchnionom? 
- E to nic, ani gwary nie warce. 
Zasełek ku scwortej, dała mi w pysk- 
powiada chlop. 
A baba jak nie skoczy z ławy, jak nie 
krzyknie: 
- E glu ptaku jeden! Nie gados nic? 
I j esce medetuj es?! J edy to tak, jakby 
ci sam Pon Jezus Przenojświentsy z 
nieba pale,em pokazał ! 


, 
SPIĄCY RYCERZE (JAKBY O NICH CHŁOP 
OPOWIEDZIEĆ POWINIEN) 


O zaśpionyk rycerzak opowiadaj om, ze 
majom być kajsi zaśpioni w Giewoncie. 
Konie hań stoj om przy złobak, bo ig hań 
widział kowal, Fakla, co ig kuł. Bo sie im 
podkowy psujom i przekuwać ig trzeba. 
J anioł po tego Fakle do wsi, w Koście- 
liska, hodzieł kielka razy za jego zywo- 
-bycia. 
Jest hań grota niezmierna, ciemna, ino 
sie kaganki świecom po ścianak. Ci ry- 
cerze śpiom, a co dziesieńć lat to nostarsy 
pomiendzy niemi podźwiguje głowe i pyto 
sie janioła, co ig pilnuje: 
- Cy juz cas? 
I sytka rycerze podźwigujom głowy w 
hełmak zelaznyk, ale janioł odpowiado : 
- Nie. Śpijcie. 


I śpiom dalej. 
Nad nimi jest skała wielga, i głęboko do 
ziemie trza iść ku nim. Ino ze hań nie 
trefi jacy ten, co go janioł pilnujący 
powiedzie. 
Jo se to nieroz myślał o tern i medetujem 
se, a i Faklek znał i słysałek, jako opo- 
wiadał. 
Jo se to nieroz myślem i myślem se: 
moze to i być. Mozom być zaśpioni rycerze 
w Giewoncie, bo sytko w boskiej mocy. 
Ale se i to myślem kie niekie, ze wto wie, 
jako to? Cy som nie jest w naskik 
hłopskik piersiak zaśpioni śpiący rycerze i 
cy to pote ta skała, kany śpiom, to nie 
my?... 


KAZIMIERZ TETMAJER. 


I 
- 
'tf.. 


N 


Budzę si
 z krzykiem i umarłą dziatw
 
Klnąc, wołam dziko: "Haife, nwja 
H aife 'f" . 
Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu, 
Rzuciła mi si
 rączkami na szyj
 : 
I przekonałem si
, ze H atfe żyje, 
Slysząc jej serce bIjące na sercu. 
Ale nazajutrz grom przyszedluderzyć - 
Córka / / ! - Lecz naco z boleścią się 
szerzyć? 
I to mi dziecko sroga śmier
 wydarła! 
I ta mi córka na r
kach 1t1narla l 
A była jedna naj straszniejsza chwil{l - 
Kiedy ją bóle targały zabójcze, 
TV olała: "RatlJj mi
 l ratuj, mój ojcze l". 
I miala wtenczas czerwone usteczka, 
l ak młoda róża kiedy si
 rozchyla. - 
l tak umarła ta nwja dziewec7.ka, 
Że mi si
 serce. rozdario na ćwierci - 
A pię}ma była jak anioł - po śmierci! 


Przyszli nade mną płakać nieborakie!Jl 
Strażnicy: przyszli mi wydrzeć to ciało 
Inieostrożni zuzepili hak 'em - ) 
H ak padł na pierś jej twardą, krągłą, 
bialą... 
I t1! - bogdajby jak ja nie umarli / - 
TIJ ją pod memi oczyma rozdarli. - 
Ty im to, Boże niebitski, spami
tasz l 
TVziąłem ją - i sam zaniosłem na 
cmentarz. 


Z zało.żonemi na Piersiach r
koma 
Siedziala trzy dni matka nieruchoma, 
W kącie namiotu, żółta jakby z drewna. 
Dziecina stała si
 blada i rzewna, 
Bo mleko matki zacz
ło wysychać, 
I co dnia było płacz w kolysce słychać. 
A ta pu.stynia - niemasz dzieci w grobie / 
Ona inaczej wydaje si
 tobie, . 
Może złocista, jasna i weselna? 
Lecz dla mnie, jest to równina Piekielna l 
Przez t
 równin
, przez te Piasku kupy, 
Ciągni
to śniade nwich dzieci trupy. 
A tam na wzgórzu, k
dy morze bije, 
Dla ciebie szumi nwrze - dla mnie wyje ,- 
A kiedy z wichrem na brzegi nie skacze, 
Dla ciebie szemrze tylko - dla mnie 
płacze. 


Co dnia, gdy przyszła wieczorna godz'na, 
Śpiewającegom słyszał muezina: 
l akby si
 nad mym ulitował losem, 
Zaczął smutniejszym obwoływać głosem ,- 
Krzyczeć ze swego piaskowego stoga 
Nieszcz
śliwemu ojcu - wielkość Boga. 
O I bądźże ty mi pochwalony, Alla l 
Szumem pożam, co miasta zapala, 
Trz
sieniem ziemi, co grody wywraca, 
Zarazą, która dzieci mi wytraca 
I bierze syny z łona rodzicielki. 
O l Allach / Akbar Allach l jesteś wielki / 


W szvstko co miało tvlko twarz człowieka 
Zacź
ło Stronić ode -mnie zdaleka. . 
Namiot1t mego - córki go uprz
dły - 
Plótna na rosie poczerniały, zwi
dły, 
I podarly si
 i lekko napi
te 
Były jak próchna z ludzkich trumien 
zdj
te. 
Zaraz
 było znać na tym namiocie- 
I wiesz? że nawet tych wróbelków krocie, 
C o zlatywały siC tutaj o brzasku, 
Ieść okrus
yny i kąpać si
 w Piasku, 
Odkąd mi dzieci zacz
ło ubywać, 
Po żer przesta
v si
 wszystkie zlatywać. 
Czy odstraszyło je podarte plótno 
Namiotu 11 1 ego ? czy twarz moja biedna? 
Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna. 
I spostrzegłem to - i było mi smutn,(J. 


Po córce w pi
ć dni - o ! Boże mój / 
Boże l - 
Z wieczora huczeć już zaczęło morze, 
I słońca si
 krąg pochował pon1try, 
I niebo czarne zaciągn
ły chmury. 
Noc przyszla, dotąd w pami
ci ohydna, 
Ciemna, od gromów czerwoności widna. 
leszcze dziś czuj
 i widz
 i slysz
, 
Słysz
, jak namiot g
ste sieką deszcze, 
l ak S1
 rozciąga, jak głucho szeleszcze. 
l ak si
 nade mną w ciemności ko(vsze 
I od Piorunów si
 cały czerwieni, . 
Podobny grobom szatańskin z plomieni. 
Zdawało mi si
 za burzy łoskotem, 
Żem słyszał martwe dzieci, za namiot/m, 
. W szystkie j
czące przeraźliwie, gh:cho. 
Wi
c nat
żałem wzrok, serce i ucho ,- 
I z przerażeniem rozmyślałem w sobie 
l ak moim dzieciom takiej nocy w grobie? 


I nagle - czemuż ta śmierć tak zdradziecko l 
T ak ścicha weszła pod namiotu żagle? / ...:... 
Grom spadał hucząc po grOl1łie - i nagle 
TV kołysce cicho zapłakało dziecko - 
A płacz ten musial być strasznym wyrazem... 
Bo zaraz - matka - ja - oboje razem- 
Rzuciliśmy si
 gdzie robaczek lichy... - 
A choć dzitci
cia j
k byl bardzo cichy? 
To taIł wydawał si
 obojgu głośny, 
I tak rozdarty i taki żałośny, 
.l tak z gl
bokich wn
trzności wyjęty l 

 tak rozumny l i taki przekl
ty / / l 
Ześmy oboje biegli gromem tkni
ci, 
I bez nadziei już I i bez pami
ci l 


I nie zawiodło przeczucie żałoby l 
Umarło - z takiej jak tamte choroby. 
I poszlo mi
dzy trupy bratnie, 
Moje najmilsze /... i moje ostatnie / / / 
Śmierć mi go czarna wzięła nielitośnie. 
I już nie wróci l ani mi urośnie I 
A ni go kiedy mój dom już zobaczy / - 
I już nie wróci nigdy / - o ! rozpaczy / / / 
Noc przyszła druga, błyszcząca gwiazdami. 
Byliśmy z matką w nam10cie - przed nami 
Leżalo dziecko na stole, nieżywe. 
Nieruchonwścią śmierci przeraźliwe. 
Uczułem wtenczas, patrząc na t
 postać, 
Że gdyby mogło choć tat? z nami zostać, 
Przez wszystkie lata - choć tak, l:ie . 
l11aCzeJ - 


-I 
I 


., 


Ubyłoby mi z serca pól rozpaczy. 
A to już - ani zarazy strażnicy, 
Ani ja niosłem do Szecha kaPlicy. 
Gdzie si
 nam truPia otwierała brama, 
Ale je matka tam zaniosła sa'ma. 
, 


W namiocie pustym ja ostalem z żoną. 
Ale czy pojmiesz? - zamiast nas polączyć. 
Boleść, obojgu nam rozdarłszy łono. 
Zacz
ła jakieś jady w serca sączyć, 
I teraz chyba je sam Bóg oczyści. 
Smutek podobny był do nienawiści 
I s!anął czarny, wielki między nami. 
W1
C rozłączeni byliśmy i sami. 
I nie mówiliśmy do siebie słowa - 
Bo powiedz, jakaż być mogla rozmowa 
W pustym namiocie mi
dzy mną i żoną ?" 
Pomi
dzy oj
iem i matką tych dzieci ?... 
Słońce wschodziło w upały czerwono, 
Co dnia ton
lo tam gdzie teraz świeci, 
l ak jaka skrawa pożaru pochodnia. - 
Wi
c tak bezdzietnym było - i tak co 
dnia. 
 
Cisza ogromna namiot nasz zaległa. 
Chyba mysz jaka w ksi
żyClt przebiegła ,- 
Zgoła innego jęku ni szelestu... 
Doczekaliśmy wi
c tak dni czterdziestu. 
I kwarantanny przybyli lekarze, 
Gl
boko patrząc w nasze smutne twarze. 
 
Widzialem, jak si
 każdy z nich zadziwiał ,- 
Bo nachyliłem się był i posiwiał. 
A żona moja od niespari i troski 
Byla jak bursztyn, albo żółte woski ,- 
Na glowie miała z włosów siwych wieniec, 
Iakiś okropny ceglany rumieniec, 
A oczy pełne takiej błyskawicy 
l ak ci co wyjdą na słOlice z ciemnicy. 
Lekarz nam kazał w Sil stawy uderzyć, 
Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strltpy - 
Zdrów byłem. Ludzie l czy b
dziecie 
wierzyć? 
l a, co me wszystkie całowalsm tr1tpy, 

 tej kwarantanny wychodziłem zdrowy; 
Zona, co nawet nie tkn
ła połowy, 
Nad Piersiami si
 uderzywszy, zbladla, 
I zachwiała si
. z j
kiem - illpadła. 
A ja na r
ce wziąłem trup niewieści, 
Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię, 
Upadłem przy niej jak martwy na ziemi
. 
I obudziłem si
 - na dni czterdzieści... 


... 


Przed samą śmiercią wyznała mi matka, 
Że chciała z grobu swojego dzieciątka 
l akiej pamiątki, kamienia lub kwiatka, 
Włoska w złocistych na głowie obrączkach ,- 
I ta po dziecku umarłem pamiątka - 
Patrzaj / obrazek ten co trzymai w rączkach.. 
T e włoski złote i tak dzisiaj świ
te, 
W mogiłce z glówki maleńkie11!'1 zdj
te - 
Bo biedna matka miała tyle mocy, 
Że odkopała dziecko o północy ,- 
Znalazła jeszcze niezepsutem wcale, 
Pocałowała w usteczek korale 
"1 znów włożyła do truPich obsłonek - 
T e upominki i ten pocałunek, 
Zazdrosnej ziemi Szecha Itkradzione, 
Zabiły matk
 i wzi
ły mi żon
. 
I znów si
 łolW Piaskowe otwarło, 
Gdzie pochowałem matk
 martwych 
. zmarłą
 
Potem wróciłem do płóciennej nory, 
Schować si
 w cieniu jak nocne potwory. 
Ani ja słońca na niebieskim sklePie, 
Ani mnie ludzie widzieli na stePie. 
Stałem si
 jako zdziecinniali - starzy - 
W pami
ci mojej - żadnej żywej twarzy, 
Tylko te sine i okropne ljca, 
Ktore mi wzi
ła zarazy martwica. 
I w dzień bł
kitny i w 1ioc każdą ciemną, 
Oni tu byli w tym namiocie ze mną ,- 
Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy, 
W których rozmawiał ze mną tłum 
. grobowy; 
I cz
sto dziwnym natrafiłem losem 
Na głos, co moich był dzieciątek głosem. 
Z.obląkanego budziły mię śnicia 
Po nocy hien przeraźliwe wycia, 
T am nad trumnami... i sluchałem blady 
l ak nad trupami płaczą trupo-jady. 
Stałem si
 wreszcie jak wąż, gdy ocblodnie. 
I przechodzily mi dnie i tygodnie 
Bez żadnych bólów, pamiątek, omamień. 
Stalem si
 twardy i zimny jak kamień. 
I raz - ach, boska nade mną oPieka / 
Patrz
, ktoś w namiot mój cicho zagląda - 
I ach - nie byla to już twarz człowieka, 
Lecz glowa mego starego wielbiąda. 
Spojrzał - i spojrzał z twarzą tak litośną. 
Że rozp
akałem si
 jak dziecko głośno. 


/:-" 


I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście ,
 
Przyszli mi
 ludzie uwolnić nareszcie. 
O (gorzka wolność i chwila odlotll ! 
lam do ciemnego j1tŻ przywykl namiotu ,- 
Z uczuciem smu.tku, boleści i zgrozy, 
B
d
 wyrywał koly i powrozy, 
Które.... ( o! Boże wiekuisty, świeć mi l.:.. } 
Dr tego pia'!;kit zatykałel1l z dziećmi. 
Ach, pomóż ty mi je zerwać - sam jestem r 
A może tobie pos
pnym szelestem 
T e płótna wi
cej boleści powiedzą? 
One widziały wszystko! wszystko wiedzą l 
Czyż nie są teraz jak m
ki obrazy? 
Patrz na nie, dotknij! nie bój się zarazy, 
Nie bój S1
 śmi
rci co dotkni
ciem sinem... 
.Wszak ty nie jesteś, synu, nwim synem, 
Lecz nie - uciekaj! ja wiem, że te płótna 
Straszne się muszą obcym ludzion zdawać. 
Śmierć od zarazy? ach! to śmierć okrutna! 
Zaczynasz własnych braci. nie poznawać, 
Potem ci
 ogień pali, piel'si gorą... 
Ach I ja tak moich widziałem ośmioro l 
I co dnia patrząc na tak konające, 
Wysiedziałem tu całe trzy miesiące. 
Dziś - oto dziewi
ć wielblądów 
. podróżnych! 
A na nich - patrzaj, osiem juków 
_ próżnych. 
I nie zostało mi nic - oprócz Boga ,- 
I tam mój cmen!arz - a tamt
dy droga. - 
IULIUSZ SŁOWACKI. 


... 


I 
.....,i 


I 


.
>>>