Uniwersytet Mikołaja Kopernika : wspomnienia pracowników

UNIWERSYTET 
MIKOŁAJA 
KOPERNIKA 


WSPOMNIENIA 
PRACOWNIKÓW 


1995 


50 lat 
LAniwet'S):'łełł-\ MikołCljCl Kopemiko 
W Tot"ł-\nił-\
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW
>>>
KOMITET WYDAWNICTW JUBILEUSZOWYCH 
Z OKAZJI 50-LECIA UMK 


Przewodniczący: 
ANDRZEJ TOMCZAK 


Członkowie: 
Stanisław Dembiński, Henryka Duczkowska-Moraczewska 
(sekretarz), Andrzej Jamiołkowski, Sławomir Kalembka 


ŹRÓDŁA DO DZIEJÓW 
UNIWERSYTETU MIKOŁAJA KOPERNIKA 
W TORUNIU 


T om II
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA W TORUNIU 


WYDA WNICfW A JUBILEUSZOWE 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 


pod redakcją Andrzeja Tomczaka 


TORUŃ 1995
>>>
Recenzent 
Jan Bełkot 


@ Copyright by Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 1995 


ISBN H3-231-0609-6 


Redaktor 
Agnieszka Bojarska 


Korektorki 
Mirosława Maciejewska 
Magdalena Szczepańska 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA W TORUNIU 
Wydanie I. Nakład 1070 egz. Ark. wyd. 30,0 
Druk: Zakład Poligraficzno-Wydawniczy POZKAL, Inowrocław
>>>
Spis treści 


Wykaz skrótów........................................................... ................................ 7 
Wstęp (Andrzej Tomczak)...... ........ ....................................... ..................... 9 
Stefan Burhardt - Wspomnienia pierwszego dyrektora Biblioteki Głównej 
z lat 1945 - 1949.............. ......... ........................... .................................. 13 
Tadeusz Cieślak - Wspomnienia dyrektora administracyjnego UMK 
i asystenta na Wydziale Prawno-Ekonomicznym................................. 25 
Tadeusz Czeżowski - O początkach UMK i organizowaniu katedr 
filozoficznych w Toruniu............................... ..... ................................... 35 
Władysław Dziewulski - Podróż z Wilna i pierwsze miesiące pobytu 
w Toruniu........... .......... ................................. ..... ................................... 43 
Karol Górski - Na trzydziestolecie Instytutu Historii i Archiwistyki...... 59 
Konrad Górski - O początkach UMK i organizowaniu Wydziału 
Humanistycznego.................................................................................. 65 
Eugenia Gumowska - W Katedrze Prawa Rzymskiego (1946-1950) 
i w Studium Języków Obcych (1950-1971)......................................... 75 
Wojciech Hejnosz - GarŚĆ wspomnień sprzed 10 lat............................... 85 
Jerzy Hoppen - Insygnia rektorskie......................................................... 89 
Artur Hutnikiewicz - Moje pierwsze dziesięciolecie w Toruniu............... 93 
Wilhelmina Iwanowska - Wileńskie korzenie. Astronomia i radioastro- 
nomia w Toruniu......... .......... .......... ...................................................... 117 
Irena Janosz-Biskupowa - Nieco wspomnień o moim Uniwersytecie...... 143 
Kazimierz Jasiński - Wspomnienia historyka z pierwszych lat na UMK.. 153 
Marian Kaczmarek - Geneza powstania miasteczka uniwersyteckiego na 
Bielanach............................................................................................... 161 
Cecylia Lubieńska-Iwaniszewska - Moje pierwsze lata na UMK............ 169 
Edward Passendorfer - Wspomnienia geologa, współtwórcy Wydziału 
Matematyczno-Przyrodniczego UMK.................................................. 201 
Janusz Rulka - Moje studia na kierunku historii (1952-1956).............. 209 
Jerzy Serczyk - Wspomnienia z pierwszych lat uniwersyteckich 
(1947 -1950).......... ............. .................. ................................................. 243 
Irena Sławińska - Mój Toruń (1945-1949)............................................ 257
>>>
6 


Kazimierz Sokołowski - Wspomnienia profesora ekonomii z pracy na 
UMK w latach 1963 -1981................................................................... 265 
Stanisław Stani szewski - Wspomnienia dyrektora administracyjnego..... 287 
Adela Styczyńska - Anglistyka i romanistyka na UMK (1945-1951)... 305 
Henryk Szarski - Wspomnienia z okresu pracy na Uniwersytecie 
w Toruniu.................. ......................... .............. ............................. ........ 321 
Alina Ulińska - Jak powstała chemia na UMK w Toruniu.................... 351 
Jerzy Wojtowicz - Moi nauczyciele akademiccy - garść wspomnień 
historyka: studenta i pracownika naukowego UMK............................ 365 
Leonid Żytkowicz - Podróż z Wilna i pierwsze miesiące w Toruniu....... 381 
Noty o autorach (Renata Karpiesiuk)........................................................ 397 
Indeks osób (Henryka Duczkowska-Moraczewska)................................... 409
>>>
KUL 
UAM 
UJK 
UMCS 
UMK 
USB 
WSE 
WSP 
WSWRiA 
KC PZPR 


KW PZPR 


MRN 
PAN 
PPR 
PUR 
PZZ 
TNT 
ZMP 
ZNP 
ZSP 


Wykaz skrótów 


Katolicki Uniwersytet Lubelski 
Uniwersytet im. Adama Mickiewicza 
Uniwersytet Jana Kazimierza 
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej 
Uniwersytet Mikołaja Kopernika 
Uniwersytet Stefana Batorego 
Wyższa Szkoła Ekonomiczna 
-- Wyższa Szkoła Pedagogiczna 
- Wyższa Szkoła Wojsk Rakietowych i Artylerii 
Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii 
Robotniczej 
Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej 
Partii Robotniczej 
Miejska Rada Narodowa 
Polska Akademia Nauk 
Polska Partia Robotnicza 
Państwowy Urząd Repatriacyjny 
- Polski Związek Zachodni 
Towarzystwo Naukowe w Toruniu 
- Związek Młodzieży Polskiej 
Związek Nauczycielstwa Polskiego 
- Związek Studentów Polskich
>>>
Wstęp 


W 1995 r. mija 50 lat od powstania Uniwersytetu Mikołaja Kopernika 
w Toruniu. Z tej okazji przygotowano kilka publikacji, m.in. dwa tomy 
materałów źródłowych do dziejów uczelni. Pierwszy tom, wydany 
w styczniu 1995 r., zawiera źródła aktowe ilustrujące powstanie i pierwsze 
dziesięć lat Uniwersytetu I. Obecnie prezentujemy tom drugi, w którym 
zgromadzono źródła innego rodzaju, mianowicie wspomnienia pracow- 
ników UMK. 
Tego rodzaju materiały od dawna starało się zbierać uniwersyteckie 
Archiwum, zwłaszcza od starszych nauczycieli akademickich pracujących 
w Toruniu. Zwielokrotniono tę akcję od 1988 r. Wówczas to z inicjatywy 
Instytutu Historii i Archiwistyki ówczesny rektor - prof. dr Jan 
Kopcewicz powołał Komitet Wydawnictw Jubileuszowych UMK. Ten 
to Komitet zwrócił się do wielu osób z propozycją napisania wspomnień, 
co spotkało się ze znacznym odzewem. Rozpisano również konkurs na 
wspomnienia absolwentów UMK z okresu studiów. Wreszcie szukano 
już dawniej napisanych pamiętników lub wspomnień w spuściznach po 
zmarłych pracownikach 2 . 
W rezultacie zebrano znaczny materiał prezentowany w niniejszym 
tomie. Jest to materiał bardzo różnorodny - i pod względem treści, 


I Powstanie i pierwsze dziesięć lat UMK /945 - /956. Wybór źródeł, wyd. H. 
D u c z k o w s k a-M o r a c z e w s k a, Toruń 1995. 
2 Tak znaleziono wspomnienia i dziennik Władysława Dziewulskiego w Archiwum 
PAN w Warszawie. W tymże Archiwum złożono w depozyt spuściznę Ludwika 
Kolankowskiego, są w niej m.in. zapiski i notatki z okresu rektorstwa w Toruniu. 
Materiały te nie są jednak uporządkowane i dostępne. Do działu rękopisów Biblioteki 
Głównej UMK w 1994 r. złożono wspomnienia Jadwigi Puciaty-Pawłowskiej "Moje 
życie". W części obejmującej okres toruński jest to jednak wyłącznie korespondencja 
samej autorki, przeważnie z najbliższą rodziną.
>>>
10 


i formy. Część wspomnień ma bardzo osobisty charakter, dotyczą 
wydarzeń tylko bezpośrednio związanych z osobą wspominającą. Inne 
poświęcają więcej uwagi wydarzeniom z życia instytutu, kierunku, 
wydziału lub całej uczelni. Autorami są często osoby najpierw studiujące 
na UMK, a później podejmujące na macierzystej uczelni pracę -- wspo- 
mnienia tych osób obejmują obok lat pracy także lata studiów. Jedynie 
tekst Janusza Rulki (nagrodzony na konkursie na wspomnienia absol- 
wentów) dotyczy wyłącznie okresu studiów. Wspomnienia pisali przede 
wszystkim nauczyciele akademiccy, także ci, którzy z Torunia wywęd- 
rowali (albo byli zmuszeni Uniwersytet opuścić) na inne uczelnie 
w kraju. Znalazły się jednak w tomie również wspomnienia bibliotekarzy 
(Stefan Burhardt) oraz pracowników administracyjnych (Marian Kacz- 
marek, Stanisław Stani szewski). Wielu autorów już nie żyje. 
Większość osób wspomina swoje pierwsze lata w Toruniu, nie- 
którzy wilnianie sięgają nawet do czasów wileńskich. Niniejszy tom 
przynosi więc najwięcej informacji do okresu powstawania i pierw- 
szych lat UMK. Ale niektóre wspomnienia sięgają także lat osiem- 
dziesiątych. 
Pod względem formy, a i z uwagi na sposób zbierania, wśród 
materiałów można wyróżnić dwie grupy. Jedną stanowią właściwe 
wspomnienia napisane na prośbę Archiwum UMK lub Komitetu 
Wydawnictw Jubileuszowych (także odnalezione w spuściznach). Drugą 
- wypowiedzi nagrane na taśmach magnetofonowych przez pracow- 
ników Archiwum i następnie przez nich opracowane. W jednym wypadku 
(Jerzy Serczyk) publikowany jest fragment dużego pamiętnika, który 
w całości ma zostać udostępniony dopiero po śmierci autora. Wspo- 
mnienia Władysława Dziewulskiego przechodzą w pewnym momencie 
w dziennik prowadzony do 1961 r. -- opublikowano z niego zapiski 
sięgające uroczystej inauguracji w styczniu 1946 r. 
W dziejach UMK już dwa razy próbowano zebrać i opublikować 
wspomnienia pracowników. Zrobiła to redakcja "Głosu Uczelni" 
w 1956 r. i na trzydziestopięciolecie Uniwersytetu 3 . W niniejszym tomie 
przedrukowano z tego czasopisma dwa - ciekawsze, jak się wydawało 
- wspomnienia: Wojciecha Hejnosza i Jerzego Hoppena. 
Wychodziły już pamiętniki czy wspomnienia profesorów UMK jako 
publikacje samoistne, np. ostatnio Józefa Kozłowskiego, w którego 


3 "Głos Uczelni". Biuletyn Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, zwłaszcza nr 
12-13/3-41980.
>>>
11 


książeczce wiele o życiu uniwersyteckim w Toruniu 4 . Ale są i pamiętniki 
zupełnie okres profesury na UMK pomijające, np. Wspomnienia Tymona 
N iesiołowskiego 5 . 
Pewne elementy wspomnień zawierają autobiografie profesorów 
UMK publikowane w Kwartalniku Historii Nauki (Tadeusza Czeżow- 
skiego, Konrada i Karola Górskich, Wilhelminy Iwanowskiej) i prze- 
drukowane w osobnej publikacji Uczeni polscy o sobie 6 . Wspomnienia 
o pracownikach UMK można też znaleźć w rozmaitych innych 
wydawnictwach, jak np. Z dziejów nauki polskiel. Istnieje również już 
znaczna literatura biograficzna o pracownikach UMK 8 . 
N atomiast bliższe wyjaśnienie niektórych faktów z życia UMK 
przywołanych w niniejszych wspomnieniach znaleźć można w dotych- 
czasowych opracowaniach dziejów toruńskiej uczelni: w pracy Jana 
Bełkota 9 , w kolejnych tomach kroniki dziejów Uniwersytetu lfJ , a także 
we wspomnianym na wstępie pierwszym tomie źródeł do dziejów UMK!!. 
Złożone w Archiwum UMK lub nadesłane do Komitetu Wydawnictw 
Jubileuszowych wspomnienia drnkowane są jako teksty autorskie bez 
zmian i skrótów (zupełnie wyjątkowo opuszczano większe partie nie 
dotyczące pobytu Autora w Toruniu - opuszczenia oznaczono kropkami 
w kwadratowych nawiasach). Starano się jednak poprawić ewidentne 
pomyłki w nazwiskach i datach. Ewentualne dopiski od redaktorskie 
umieszczano w nawiasach kwadratowych. 


4 J. K o z ł o w s k i, Tak to zapamiętq/em. Wvpomnicnia z życia kulturalnego 
Torunia w 1945 roku i w latach późniejszych, oprac. Z. J ę d r z y ń s k i, Toruń 1993. 
s T. N i e s i o ł o w s k i, Wvpomnienia, Warszawa 1963. 
6 Uczeni poLvcy o sobie, t. l, Warszawa 1988. 
7 Z dziejów nauki polskiej, pod red. A. H u t n i k i e w i c z a, L. J a n i s z e w - 
skiego, Warszawa-Pomań-Toruń 1975. 
8 Największy dotąd zbiór biografii zawiera publikacja Toruńscy twórcy nauki 
i kultury (1945-1985), pod red. M. Biskupa, A. Gizińskiego, War- 
szawa-Poznań-Toruń 1983. 
9 J. B ełk o t, Uniwersytet Miko/aja Kopernika w Toruniu w latach 1945 - 1985, 
Toruń 1986. 
10 Uniwersytet Miko/aja Kopernika 1945-1955, Warszawa 1957, Uniwersytet 
Miko/aja Kopernika 1956 - 1965, Toruń 1965, Uniwersytet Miko/aja Kopernika 
1966- 1980, pod red. J. B ełk o t, t. 1-2, Toruń 1992; zob. też J. S t a s z c w s k i, 
Uniwersytet Miko/aja Kopernika w Toruniu w latach 1945 - 1963, Zapiski Historyczne, 
t. XXX, 1965, z. l, s. 137 -168. 
II Zob. przyp. 1.
>>>
12 


W spomnienia nagrane przez pracowników Archiwum nie dały się 
wydrukować w postaci dosłownie odtworzonego tekstu - dajemy je 
w opracowaniu osób, które przeprowadziły nagranie. N a stronie 
tytułowej każdego wsomnienia, u dołu, dawano stosowne objaśnienie, 
również z informacją o dacie powstania tekstu. 
Przypisy odautorskie oznaczono gwiazdkami. Pozostałe przypisy 
oraz przypis do tytułu pochodzą od redaktora lub od osób opra- 
cowujących tekst. Autorzy wspomnień często powołują się na własne 
prace. Jeśli czynią to nie wymieniając ich tytułów - dawano stosowne 
przypisy. Ale tylko wówczas. Inne pozycje czytelnik może odnaleźć 
w istniejących bibliografiach publikacji pracowników UMK 12 . Dane 
o osobach nie wymienionych z nazwiska podano w przypisach, 
chyba że z tekstu wynikało, iż autor nie życzy sobie tych nazwisk 
ujawnić. Indeksem osobowym objęto całość tekstu. 
Wiadomości o autorach wspomnień zawarto w osobnej nocie po 
tekście źródłowyml3. 


Andrzej Tomczak 


12 Bibliografię do 1965 r. zawierają dwie pierwsze pozycje cytowane w przyp. 10. 
Z lat późniejszych: Bihliogra.rlQ publikacji pracowników Uniwersytetu Mikolaja Kopernika 
za lata 1966 - 1975, Toruń 1978; Bihliogra.rlQ publikacji pracowników Uniwersytetu 
Mikolaja Kopernika za lata 1976 - 1988, cz. 1 i 2, Toruń 1990. 
13 Już po przygotowaniu niniejszego tomu do druku ukazał się artykuł 
Z. J ę d r z y ń s k i e g o "Pamiętnik" prof dr. Konrada Górskiego i okoliczności jego 
powstania, Rocznik Toruński, t. 22,1994, s. 7-22. W artykule opublikowano fragment 
pamiętnika profesora zbieżny w treści z tekstem umieszczonym na s. 65 - 73.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


STEFAN BURHARDT 


Wspomnienia pierwszego dyrektora Biblioteki 
Głównej UMK z lat 1945-1949* 


Podczas bombardowania Wilna 12 lipca 1944 r. spaliła się wraz 
z całym dobytkiem moja kamienica przy ul. Wiwulskiego 12. Piątego 
marca 1945 r. zapisałem się do Komisji Repatriacyjnej na wyjazd 
pierwszym transportem uniwersyteckim do Torunia, z zamiarem osied- 
lenia się tam, wzięcia udziału w organizowani n biblioteki dla mającego 
powstać uniwersytetu i sprowadzenia tam mojej rodziny. Wiedziałem 
bowiem od paru miesięcy, od prof. Zygmunta Fedorowicza i prof. 
Stanisława Zajączkowskiego - ówczesnego dziekana Wydziału Huma- 
nistycznego - i od pani Załuskiej, o uchwale kadłubowego Senatu USB 
[Uniwersytetu Stefana Batorego], powziętej już w prywatnym mieszkaniu, 
po oficjalnym zawieszeniu jego czynności, o postanowieniu skupienia się 
w Toruniu i robienia starań o utworzenie tam uniwersytetu I. 


. Tekst przygotowała Henryka Duczkowska-Moraczewska na podstawie wywiadu 
przeprowadzonego w lutym 1980 r. w mieszkaniu Stefana Burhardta w Toruniu (ul. 
Rybaki 53), zarejestrowanego na taśmie magnetofonowej (Archiwum UMK, sygn. 
T - 32). Tekst był autoryzowany 23 II 1988 r. Pierwszy raz dr Burhardt dzielił się swymi 
wspomnieniami z okazji dziesięciolecia UMK: S. B u r h a r d t, Virihus uniti.r, "Głos 
Uczelni" 1956, nr 2, s. 7 - 8; zob. również: Z dr Stefanem Burhardtem pierwszym 
dyrektorem Bihlioteki Uniwer.vyteckiej UMK rozmawia Micha' Strzelecki, "Głos Uczelni" 
1989, nr 1- 2, s. 75 -81 ... tu o okresie wileńskim (studiach, tajnym nauczaniu), o swojej 
pasji -- pracy nad polonezami, a także o pracy w Bibliotece UMK. 
I Dr Burhardt dwukrotnie w swych wspomnieniach informuje o tej uchwale 
kadłubowego Senatu USB, jest to jednak informacja nieścisła. Takiej uchwały po prostu 
nie było. Wyjaśniono to w obecności S. Burhardta na spotkaniu profesorów wileńskich 


-.
>>>
rys. L. Je.
manowicz 


-- 


- 


......
>>>
15 


Dnia 27 marca 1945 r., o sWlcle, ze ściśniętym sercem opuściłem 
ukochane Wilno na zawsze. Transport uniwersytecki nr 1 składał się 
wyłącznie z wagonów towarowych, wlókł się bardzo powoli, nieraz 
przejeżdżaliśmy po naprędce zbudowanych przez saperów drewnianych, 
kiwających się mostach. Stacje niektóre były zupełnie zdewastowane. 
Nasz pociąg idący poza rozkładem ustępował z drogi z reguły wszystkim 
innym, zwłaszcza eszelonom wojskowym, zatrzymywał się setki razy. 
Wjeżdżał na tor zapasowy nieraz daleko od stacji. Nigdy nie było 
pewności, jak długo będzie stał. 
Mieszkaliśmy stłoczeni w wagonach pełne dwa tygodnie. Litwini nie 
pozwalali wywieźć więcej jak jedno łóżko, jedno krzesło, jedną szafę dla 
rodziny. Ja jako pogorzelec mebli nie miałem Gedynie zegar"), ale 
w innych rodzinach w sumie zebrało się tego mnóstwo. 
W Białymstoku kolejarze zapewniali mnie, że transport ruszy nie 
wcześniej jak za 4 godziny. Wyszedłem do miasta, wróciłem na wszelki 
wypadek w niespełna godzinę - a transportu ani śladu! 
Komendantami ruchu do końca wojny byli oficerowie radzieccy. 
Ruch eszelonów był w zasadzie tajemnicą wojskową. Z trudem udało mi 
się dowiedzieć, jak można dogonić transport i dostać niezbędny bilet, 
ważny na wszelkiego rodzaju pociągi potrzebne do pościgu za uciekają- 
cym zegarem! Po wielu telefonach, nazajutrz dotarłem do wskazanej 
stacji j odnalazłem wśród wielu podobnych eszelonów transport 
uniwersytecki i mój wagon. Zegar le:l.ał milczący, szczelnie opakowany 
na swoim miejscu pod dachem. 
W drodze były wielkie trudności ze spaniem, aprowizacją, myciem się. 
Druga przygoda spotkała mnie w Bydgoszczy i też dobrze się 
skończyła. Przypadkowo dowiedziałem się, że za godzinę odjeżdżamy do 
Wyrzyska, że tak zdecydował PUR [Państwowy Urząd Repatriacyjny] 
z powodu braku wolnych mieszkań i trudności aprowizacyjnych 


w Łodzi l V 1945 r.. zob. Powstanie i pierw.fze 10 lat UMK 1945 - /956. Wybór źródeł, 
wyd. H. Duczkowska-Moraczewska, Toruń 1995, nr 8. 
. Zegar, antyk firmy Waight w Londynie, odziedziczyła moja żona Janina po swoim 
pradziadku Adamie Benedykcie J ocherze, bibliotekarzu i bibliografie, profesorze dawnego 
Uniwersytetu Wileńskiego, prekursorze Estreichera w dziedzinie bibliografii narodowej. 
Zegar ten, mający datę produkcji 1801, wskazuje oprócz sekund, minut i godzin jeszcze 
dni miesiąca i odmiany księżyca. Obecnie wybija już tylko godziny. Szafka jest tak 
wysoka, że nie mieści się w nowoczesnych mieszkaniach o niskich sufitach. Powolny 
chód wahadła od 180 lat wnosił kolejnym pokoleniom kojącą atmosferę powagi 
i spokoju. Mnie towarzyszy już od 62 lat, od daty mojego ślubu. Przy nim mniej 
odczuwam osamotnienie, dobrze się pracuje i przyjemnie śpi.
>>>
16 


w Toruniu l ze odpowiedni dokument kolejowy jest już wypisany. 
Zdążyłem odnaleźć kierownika PUR i wywalczyć wypisanie nowego 
dokumentu kolejowego na jazdę eszelonu do Torunia. 
Nie upłynęły dwie godziny i byliśmy już powitani na dworcu 
Głównym w Toruniu przez Emila Ogłozę - kierownika oddziału 
toruńskiego PUR i zarazem prezesa obwodu toruńskiego PZZ [Polski 
Związek Zachodni]. Po zapoznaniu się z nami i ze skrótem uchwały 
Senatu USB, naprędce przeze mnie opowiedzianym, zaproponował mi 
od razu stanowisko sekretarza toruńskiego obwodu PZZ do spraw 
uniwersyteckich oraz zajął się sprawą mieszkań, wyżywienia i zatrudnienia 
całej przypadkowej forpoczty mającej wkrótce nadjechać licznej grupy 
pracowników USB. 
Wkrótce porozwożono nas wszystkich do prowizorycznych pomiesz- 
czeń i mogliśmy nareszcie odpocząć po tak uciążliwej podróży. Ja 
dostałem platformę do przewiezienia paru skrzyń, walizek i zegara do 
domu położonego blisko Krzywej Wieży. Równocześnie nadjechał inny 
wóz z całą rodziną. Jako samotny podróżny dałem im pierwszeństwo 
i wycofałem się. Zaraz dostałem inny adres na Lubicką 42, nad apteką, 
gdzie u dołu w mieszkaniu po aptekarzu dość wygodnie przemieszkałem 
do przyjazdu mojej rodziny. 
Lokal PZZ mieścił się na pierwszym piętrze piętrowego domu nr 
3 przy ul. Różanej, prawie vis a vis kościoła Jezuitów. Moim zdaniem 
warto by wmurować tam skromną tabliczkę upamiętniającą, że to tu 
była kolebka UMK. Stąd wyszło do Wilna i do różnych miast w Polsce 
centralnej, a także na Ziemie Odzyskane koło stu listów zachęcających 
do przyjazdu, zapewniających, że uniwersytet powstanie, mieszkania 
będą. Prawie tyleż nadeszło odpowiedzi lub zapytań, tu był punkt 
informacyjny, jakby małe biuro adresowe, tu pisałem te listy i memoriały, 
które Ogłoza upolityczniał. Współpraca zawsze układała się nadzwyczaj 
harmonijnie. To samo należy powiedzieć o współpracy z przydzielonym 
mi do pomocy, byłym studentem historii Uniwersytetu Warszawskiego, 
porucznikiem Józefem Mossakowskim, rodowitym Pomorzaninem 
i znawcą Pomorza, entuzjastą idei założenia UMK w Toruniu. 
N asza trójka, tzn. prezes, sekretarz i zastępca sekretarza, wzajemnie 
się uzupełniała. Ogłoza i ja znaliśmy wielu Wilnian, a Mossakowski zaś 
- wielu Pomorzaków. 
Ostatni miesiąc wojny spędziłem już w Toruniu. Było to miasto 
szpitali. Czerwonoarmiści, ranni, lżej ranni i ozdrowieńcy tłumnie
>>>
17 


spacerowali po ulicach. Na Podgórz przechodziło się po prowizorycznie 
zesztukowanym konstrukcją drewnianą moście - grupkami, po kilka 
osób, w asyście krasnoarmiejca z bagnetem na karabinie. Obowiązywały: 
zaciemnienie okien i godzina policyjna. Niektóre witryny sklepowe 
miały całe szyby, inne częściowo oszklone, częściowo zabite dyktą 
i tekturą, przykrywały pustkę wnętrz. 
N ad Wisłą stało kilka zenitówek, których zadaniem było odpędzać 
od czasu do czasu nadlatujące jeszcze hitlerowskie aeroplany zwiadowcze. 
Światło reflektorów radzieckich z ziemi przemieszczało się z chmurki na 
chmurkę, usiłując wytropić trasę ich lotu, a lotnik zaś oświetlał 
interesujące go tereny jasno i długo świecącymi rakietami, powoli 
opadającymi na jedwabnych spadochronikach. Parę takich nalotów 
obserwowałem przez okno z ul. Lubickiej. Lotnik bomb nie rzucał, 
spadały tylko odłamki radzieckich szrapneli i piękne jedwabne spado- 
chroniki. Zenitówki strzelały zwykle tylko w granicach najwyżej jednego 
kwadransa. Reflektory trochę dłużej badały niebo. 
Początkowo wszelkie legitymacje wypisywano w dwóch językach: 
polskim i rosyjskim. To ułatwiało poruszanie się i załatwianie różnych 
spraw na terenach strzeżonych przez wojsko, jak np. stacje kolejowe, 
mosty, lotniska, pogranicza poligonów, budynki zajęte przez szpitale 
wojskowe, jak chociażby stary ratusz w Toruniu, mieszczący po 
wyzwoleniu jednocześnie jedno z większych archiwów w Polsce, wpraw- 
dzie częściowo ewakuowane, i radziecki szpital wojskowy. 
Po naszkicowaniu obrazu życia w Toruniu w ostatnim miesiącu 
wojny i w pierwszych tygodniach zgodnej entuzjastycznej pracy, już 
w warunkach pokojowych - postaram się przedstawić, jak przybycie 
9 kwietnia 1945 r. drobnej grupki byłych pracowników USB do Torunia 
stało się punktem zwrotnym w staraniach o utworzenie tu uniwersytetu, 
jak od fantastycznych, sprzecznych między sobą trzech koncepcji, 
opartych nieraz na nie sprawdzonych pogłoskach i domysłach, zabraliśmy 
się do natychmiastowej realizacji koncepcji - jedynie realnej - czwartej. 
Dla przypomnienia wyliczę pokrótce wszystkie cztery. 
Pierwsza koncepcja to przeniesienie UMCS, względnie utworzenie 
innego uniwersytetu w Toruniu, przedstawiona Rządowi w memoriale 
z 27 marca 1945 r. przez Zarząd Miejski i Prezydium MRN w Toruniu 
- akurat w dniu wyjazdu mojego z Wilna. 
Druga - czasowe przeniesienie ze zrujnowanej stolicy Uniwersytetu 
Warszawskiego - oparta na pogłoskach i domysłach.
>>>
18 


Trzecia - stworzenie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika z ulokowa- 
niemjednego z wydziałów w Toruniu, drugiego w Bydgoszczy, trzeciego 
w Gdańsku - koncepcja lansowana w memoriale z 15 kwietnia 1945 r. 
Zarządu Głównego PZZ, Towarzystwa Nauki i Sztuki w Gdańsku 
i Polskiego Towarzystwa Historyczneg0 2 . 
Czwarta - stworzenie UMK w całości w Toruniu z personelu USB 
uzupełnionego przez kandydatów z innych miast. Koncepcja ta sfor- 
mułowana w piśmie Emila Ogłozy do wojewody pomorskiego Henryka 
Świątkowskiego, datowanym 9 kwietnia, po dłuższej rozmowie ze mną, 
okazała się zwycięska. Przecięła akademickie spory, pchnęła całą sprawę 
na tory szybkiej, realnej, natychmiastowej, uzgodnionej akcji. 
Każdy memoriał proponował inne rozwiązanie problemów. Nawet ta 
sama instytucja PZZ - Zarząd Główny, w memoriale z 15 kwietnia 
lansowała podział uniwersytetu pomiędzy trzy miasta, a Oddział 
Powiatowy i Miejski w Toruniu 9 kwietnia prosił o utworzenie całości 
w Toruniu. Także i Ministerstwo informowało nowego wojewodę 
Pasemkiewicza, że do Torunia będzie przeniesiony Uniwersytet War- 
szawski, a w tymże dniu, bodaj 12 kwietnia, kuratora Skopowskiego, że 
Ministerstwo Oświaty poniechało w ogóle myśli tworzenia uniwersytetu 
w Toruniu. Przypadek zdarzył, że wiadomość o "pojałtańskiej" uchwale 
kadłubowego Senatu USB powziętej w prywatnym mieszkaniu (bo 
Uniwersytet był na skutek zarządzenia władz litewskich zmuszony 
przerwać swą działalność 15 grudnia 1939 r.), mianowicie o uchwale 
gremialnego wyjazdu do Torunia, dopiero ja Ogłozie ujawniłem i, co 
dziwniejsze, że to właśnie ja, który od 1934 r. formalnie związany z USB 
już nie byłem, będąc wtedy dyrektorem Biblioteki Państwowej im. 
Wróblewskich. Co więcej, uchwała ta nie dotarła wcześniej nie tylko do 
Torunia, ale nawet do wielu profesorów, nie mówiąc już o personelu 
pomocniczym w Wilnie, a także do tych, co wcześniej z Wilna wyjechali 
indywidualnie. Z różnych powodów wielu profesorów nie zastosowało 
się do uchwały, że wymienię z pamięci chociaż kilku. Byli to profesorowie: 
Zajączkowski, Jaworski, Niewodniczański, Świda, Wysłouch, Wilanow- 
ski i kilku innych. Nie jest moją zasługą, ani też przeciwnie, karygodną 
uzurpacją, występowanie jak bym był kierownikiem eszelonów raz na 
stacji w Bydgoszczy, kiedy to wymogłem zmianę końcowej trasy, drugi 
raz na dworcu w Toruniu w rozmowie z tylko co poznanym Ogłozą. Na 


2 Wspomniany memoriał przewidywał w każdym z wymienionych miast po dwa 
wydziały, a nie po jednym.
>>>
19 


dalsze rozmowy, później z grupą profesorów w Łodzi (dziewięciu 
mieszkało w hotelu) i wspólny z prof. Kolankowskim wyjazd do 
Ministerstwa Oświaty, miałem już upoważnienie, a nawet delegację od 
Komitetu Organizacyjnego Uniwersytetu w Toruniu. 
Przybycie 9 kwietnia pierwszej grupy byłych pracowników USB dało 
Ogłozie poważny atut do ręki, którego on nie zmarnował, a tego samego 
dnia i później umiejętnie wykorzystał dla dobra sprawy. Są tytuły, są 
słowa, które same przez się mają magiczny wpływ na otoczenie, np. 
minister, poseł, profesor. W końcowym etapie drogi pierwszego tran- 
sportu uniwersyteckiego nie było już ani jednego profesora. Nie można 
było czekać przyjazdu następnych transportów uniwersyteckich. Trzeba 
było pokazać społeczeństwu toruńskiemu, chociaż nie upiększoną 
szumnymi tytułami ani głośnymi nazwiskami, forpocztę tej szerokiej 
braci uniwersyteckiej mającej niebawem nadjechać. Czas naglił. Następny 
transport mógł tak samo stopnieć, nim dojechał do Torunia, jak ten 
pierwszy. Przyjezdni musieli gdzieś mieszkać, zarabiać na siebie i rodzinę, 
kształcić dzieci i młodzież. Nowy rok szkolny i akademicki nie mogły być 
zmarnowane. Bystry umysł Ogłozy od razu trafnie ocenił powagę 
sytuacji i konieczność szybkiego i starannie wyreżyserowanego działania. 
Ogłoza doprowadził do zwołania, już na czwarty dzień po naszym 
przyjeździe, według bardzo starannie ułożonej listy zaproszeń, zebrania 
inauguracyjnego Komitetu Organizacyjnego Uniwersytetu. Wielka sala 
posiedzeń MRN była wypełniona po brzegi. Prezesem Komitetu wybrano 
wojewodę Świątko
.'skiego, wiceprezesami zostali: kurator okręgu 
szkolnego, dr Skc powski i prezydent miasta, Dobrowolski, sekretarzem 
został Ogłoza. Nie przyjąłem zaproponowanej mi funkcji przewod- 
niczącego Komisji Wykonawczej, gdyż byłem przekonany, że Ogłoza, 
jako członek PPR, będzie mógł więcej zdziałać, i że mając wybitne 
zdolności organizacyjne z łatwością pogodzi obie funkcje: sekretarza 
Komitetu i przewodniczącego Komisji. Przyjąłem natomiast funkcję 
sekretarza trzyosobowej Komisji Wykonawczej, na której barkach 
właściwie cały ciężar spoczywał. Komitet pracę firmował, reprezentował 
na zewnątrz i dorywczo dawał się wciągać do poszczególnych akcji. 
N a inauguracyjnym zebraniu Komitetu wygłosiłem dłuższe przemó- 
wienie apelując o natychmiastową opiekę nad Książnicą Miejską im. 
Mikołaja Kopernika, która musiała szybko wykonać dwa wielkie 
zadania. Pierwsze - przywrócić swój dawny ład wypaczony germanizacją 
dokonaną podczas wojny, drugie - zorganizować podręczną bibliotekę
>>>
20 


nadającą się do potrzeb uniwersytetu (co niebawem zleciłem kustoszowi 
Walerianowi Preisnerowi, który nie zawiódł pokładanych w nim nadziei). 
Innym doświadczonym kolegom poleciłem zorganizować wymianę 
dubletów, wypożyczalnię między biblioteczną, wyraziłem też pogląd, że 
natychmiast trzeba przedłużyć godziny otwarcia czytelń, powiększyć od 
zaraz ilość etatów i wysokość dotacji na zakup książek, prenumeratę, 
oprawę itd. Uważałem to za swój obowiązek, bo święcie wówczas 
wierzyłem, że to jest nakaz chwili, która się nie powtórzy, i że jest to do 
zrealizowania dzięki nadzwyczajnej zręczności Ogłozy (przed którym 
jako partyjnym wszystkie drzwi stały otworem) i dzięki powszechnemu 
niezdecydowaniu i dezorientacji. 
Dnia 11 maja Ogłoza wysłał ułożony przez nas memoriał podobnej 
treści do Zarządu Miasta i MRN i do kierowanego przez dr. Grycza 
jeszcze i przed wojną Wydziału Bibliotek w Ministerstwie Oświaty. 
W miesiąc po tym, 11 czerwca, zostałem mianowany dyrektorem 
Książnicy Miejskiej, a od 1 września również dyrektorem Biblioteki 
Uniwersyteckiej. Na nowo uzyskane, co prawda bardzo skromne, etaty 
weszli wezwani przeze mnie doświadczeni bibliotekarze naukowi z Wilna. 
Nadchodzącego lata nikt z nas nie miał urlopu wypoczynkowego. 
Pracowaliśmy z niebywałym zapałem. 
Wielu profesorów miało trudne warunki mieszkaniowe. Biblioteki 
poszczególnych seminariów dopiero później zaczęły powstawać. Profe- 
sorowie więc przygotowywali się do wykładów w dostosowanej przez 
nas do nowych zadań czytelni Książnicy Miejskiej. Dnia 29 września 
odbyło się pierwsze posiedzenie Senatu UMK w Bibliotece Uniwersytec- 
kiej pod jednym dachem i pod jedną dyrekcją z Książnicą Miejską im. 
Mikołaja Kopernika. Tak więc powstanie Biblioteki Uniwersyteckiej de 
facto 11 czerwca, de iure 1 września poprzedziło powstanie Senatu, które 
nastąpiło i de facto i de iure dopiero 29 września. 
Założyciele powstałej w 1923 r. Książnicy Miejskiej marzyli, że stanie 
się ona kiedyś Biblioteką Uniwersytecką. W 1945 r. nie żył już pierwszy 
jej dyrektor Zygmunt Mocarski. Nie żył także przedwojenny, zasłużony 
dla Torunia działacz społeczny Otton Steinborn. Wsparcie moralne dla 
mojej koncepcji unii autonomicznych bibliotek pod jedną dyrekcją i pod 
jednym dachem, ale z oddzielnymi etatami, budżetami, wicedyrektorami, 
inwentarzami i tytułami własności, miałem u mieszkającej w Toruniu 
wdowy po prezydencie Steinbornie, znanej działaczki społecznej, u ich 
syna mieszkającego w Warszawie, u prezesa Rady Adwokackiej,
>>>
21 


mecenasa Ignacego Dziedzica, u dyrektorki Archiwum Miejskiego 
w Toruniu, pani Heleny Piskorskiej, i u szeregu znanych obywateli 
Torunia, członków Towarzystwa Naukowego, ZNP itp. Miałem też 
zdecydowaną większość zwolenników mego planu w sferach uniwer- 
syteckich i w Ministerstwie Oświaty. Zdawało się, że mój umiarkowany 
program nie wywoła jakiejś ważniejszej kontrakcji. Powodów nagłej 
zmiany sytuacji nie da się w paru słowach przedstawić. Na tę zmianę 
nastrojów wpłynęły takie wypadki jak: zbyt obcesowe ujęcie sprawy 
przez rektora Kolankowskiego, a zwłaszcza zbyt arbitralne opracowanie 
przez prorektora Koranyiego punktów umowy, które zraziło część 
dawnej inteligencji toruńskiej. Profesor Koranyi marzył o tym, żeby 
zostać rektorem i w bardzo krótkim czasie cel swój osiągnął. 
Przy reaktywowaniu prac Towarzystwa Naukowego też byłem 
świadkiem szeregu nietaktów wobec zasłużonych, przedwojennych 
członków Towarzystwa, popełnionych przez paru profesorów, raz po 
raz podkreślających, że dopiero teraz będzie prawdziwe Towarzystwo 
Naukowe, w odróżnieniu od dawnego, które w gruncie rzeczy było tylko 
Towarzystwem Przyjaciół Nauk, amatorów, a nie prawdziwych nauko- 
wców. Kilku członków Towarzystwa Naukowego N iemcy zastraszaniem 
zmusili do przyjęcia III grupy. Niektórzy profesorowie przybyli z Mało- 
polski lub Królestwa publicznie lekceważąco wyrażali się o Pomorzakach, 
zwłaszcza o tych, którzy po prostu tylko dla ratowania życia i stanowiska 
przyjęli III grupę. 
Wszystko to razem spowodowało wszczęcie ostrej kampanii w ogóle 
przeciwko wszystkim przyjezdnym, którzy chcieli rzekomo zawładnąć 
Książnicą, a po jakimś czasie wraz z nowo powstałym uniwersytetem 
i połączonymi bibliotekami - gotowi są przenieść się do innego miasta, 
chociażby do Bydgoszczy czy Gdańska. Najgorliwiej, choć bardzo 
skrycie, agitowała najbardziej osobiście zainteresowana w rozdziale 
bibliotek, skądinąd bardzo zasłużona, pierwsza powojenna dyrektorka 
Książnicy, nauczycielka, magister polonistyki, Janina Przybyłowa. 
Jednocześnie w kraju ustaliła się stalinowska zasada, że dyrektorami 
powinni być wyłącznie członkowie Partii, że kwalifikacje fachowe 
i długoletni staż na kierowniczym stanowisku nie wystarczają. Konieczne 
jest wstąpienie do Partii. Dwukrotnie zaproponowano mi kandydowanie 
na członka Partii. Po raz pierwszy wystąpił z taką propozycją i gorąco 
mnie namawiał wiceprezydent Torunia, Żółtowski, w kilka miesięcy 
później, w Ministerstwie, jeden z naczelników departamentów, którego
>>>
22 


nazwiska nie pamiętam (na wojnie był podporucznikiem VIII Pułku 
Ułanów stacjonujących w Krakowie, poznałem go na przeszkoleniu, 
w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu). W obu tych 
wypadkach z propozycji nie skorzystałem. Zbiegły się w czasie: akcja 
autochtonów toruńskich przeciw "zabużanom" z akcją rugowania 
w całym aparacie państwowym i komunalnym z kierowniczych stanowisk 
niepartyjnych pracowników. Obie te akcje doprowadziły do zwolnienia 
mnie z dniem 1 lutego 1946 r. re stanowiska w Książnicy. Dyrektorem 
Biblioteki Uniwersyteckiej byłem do 1 maja 1949 r., od której to daty 
przesunięto mnie na stanowisko kustosza (w IV grupie uposażenia, jako 
dyrektor miałem III grupę uposażenia). Prresunięto również na emery- 
turę, przed upływem kadencji, pierwszego rektora i założyciela Uniwer- 
sytetu, prof. Kolankowskiego, dając mu "na pocieszenie" opróżnione 
przeze mnie stanowisko dyrektora Biblioteki, a na miejsce wicedyrektora 
biblioteki mianowano partyjną osobę, panią dr Marię Puciatową, 
zdejmując z tego stanowiska zasłużonego, wytrawnego znawcę staro- 
druków, kustosza Stanisława Lisowskiego, który także w międzywojen- 
nym okresie, przez długie lata, był wicedyrektorem Biblioteki Uniwer- 
syteckiej w Wilnie. Prócz tego miał on duże zasługi w pracach Komisji 
Rewindykacyjnej Dóbr Kulturalnych wywiezionych do ZSRR, a zwra- 
canych Polsce na podstawie traktatu ryskiego. 
Po l lutego 1946 r., po zerwaniu "unii personalnej" dwóch bibliotek 
toruńskich, powstała sytuacja przypominająca kłopotliwe położenie 
małżeństwa mieszkającego nadal pod jednym dachem pomimo oficjal- 
nego rozwodu. Zabytkowy gmach TNT przy ul. Wysokiej był za mały 
nawet, żeby pomieścić tylko centralę Książnicy Miejskiej, a przecież 
dużo miejsca zajmowało samo TNT, a mianowicie odrębna biblioteka 
TNT, duże zapasy nakładów własnych wydawnictw, biuro ich wymiany, 
administracja. Po 11 czerwca doszły także szybko rozrastające się zbiory 
powstającej Biblioteki Uniwersyteckiej, doszły liczne depozyty, na razie 
bezdomnych, przyjezdnych, głównie z transportów uniwersyteckich 
z Wilna. Zaczęły też napływać książki do organizowanej przere mnie 
zbiornicy księgozbiorów zabezpieczonych, która później, już w gmachu 
przy ul. Chopina, rozrosła się do olbrzymich rozmiarów. Prawie każda 
sala, każdy zakamarek służył i Książnicy, i Bibliotece - wspólne 
wejście, szatnia, biura, czytelnie. Czytelnicy Książnicy nie potrzebowali 
wyrabiać karty czytelniczej Biblioteki Uniwersyteckiej i odwrotnie, 
czytelnik z kartą Biblioteki Uniwersyteckiej korzystał swobodnie re
>>>
23 


wszystkich działów Książnicy. Książnica podlegała władzy Ministerstwa 
Oświaty, podobnie jak i Biblioteka Uniwersytecka, która ponadto 
podlegała rektorowi Uniwersytetu, a Książnica prezydentowi miasta 
oraz prezesowi TNT. Pomimo tak skomplikowanej sytuacji prawnej 
i absolutnej niemożności rozgraniczenia terytorialnego współżycie do 
końca układało się całkiem poprawnie. 
Pierwsza wyprowadziła się Biblioteka Uniwersytecka do gmachu 
przy ul. Chopina3, a w 1973 r. do nowo zbudowanego gmachu 
w miasteczku uniwersyteckim, na dalekim krańcu miasta. Książnica 
również otrzymała nowoczesny gmach, ale zbudowany w centrum 
miasta. Człowiek, podobnie jak kot, przyzwyczaja się do miejsca, więc 
starzy czytelnicy i pracownicy Biblioteki Uniwersyteckiej z rozrzew- 
nieniem wspominają stare dobre czasy, kiedy to nie trzeba było jechać 
daleko brzydkimi ulicami, potem daleko dochodzić po wydmuchu, po 
cementowej pustyni upstr.lOnej mnóstwem schodków do brzydkiego 
i niezbyt funkcjonalnego gmachu, za który, Boże odpuść, architekt 4 
otrzymał wysoką nagrodę. Na ul. Chopina było każdemu blisko, 
powietrze było dobre, temperatura wszędzie wyrównana, oświetlenia 
naturalne, wykończenia dobre, teren pod rozbudowę rozległy. 
Położenie gmachu TNT wśród wąskich uliczek miało swoisty urok. 
Vis a vis wejścia do Książnicy, nie dalej jak o dziesięć kroków, 
w staroświeckiej kuźni często podkuwano konie i wykonywano wszelkie 
inne kowalskie roboty. Z okien mego gabinetu widywałem jakby obrazy 
z innych stuleci. W centrum miasta kuźnia - nawet w dziennym świetle 
widzałem snopy iskier na ciemnym tle jej wnętrza, słyszałem potę:l..ny 
odgłos młota po kowadle. Mniej więcej takie same wąskie zaułki i dziś 
wiodą do gmachu Narodowej Biblioteki w Paryżu. Był to obrazek 
zupełnie jak ze starego sztychu holenderskiej szkoły. 
Patrząc z odległości 35 lat na zmagania zwolenników rozdziału ze 
zwolennikami połączenia bibliotek, widzimy, że storpedowanie mojego 
planu utrwalenia unii nie stało się tragedią dla Uniwersytetu, raczej 
przyniosło szkodę Książnicy pozbawionej wytrawnych przedwojennych 
bibliotekarzy. Wtedy jednak bardzo niepokoiłem się, czy zdołamy dać 
Uniwersytetowi niezbędny dla niego warsztat pracy naukowej. Przy 


] Uroczyste otwarcie Biblioteki Głównej UMK w gmachu przy ul. Chopina odbyło 
się 10 V 1947r. 
. Architektem miasteczka uniwersyteckiego na Bielanach był prof. Ryszard Kar- 
łowicz.
>>>
24 


Bożej pomocy dokonaliśmy tego w rekordowo krótkim czasie i bez 
dalszego oparcia się na stosunkowo bogatych zbiorach bibliotecznych 
i zapasach własnych nakładów TNT i Książnicy mającej, bądź co bądź, 
już wtedy 22-letni dorobek. Jest to bezprecedensowy wypadek, że już po 
kilku latach młodziutka Biblioteka UMK mogła w wielu dziedzinach 
dorównać nawet najstarszym polskim bibliotekom uniwersyteckim, 
fundacyjnym i narodowym.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


TADEUSZ CIEśLAK 


Wspomnienia dyrektora administracyjnego UMK 
i asystenta na Wydziale Prawno-Ekonomicznym. 


Mówić na temat Uniwersytetu w Toruniu jest dla mnie specjalnie 
przyjemne. Uniwersytet powstał w mieście, w którym spędziłem 
całą swoją młodość, do którego powróciłem po pięciu latach kacetu l 
i szukałem odpowiedzi na pytanie - co dalej robić. Znalezienie 
się w kręgu tego Uniwersytetu określiło moje dalsze drogi. Natychmiast 
po powrocie do Torunia l sierpnia 1945 r. zapisałem się na seminarium 
doktoranckie z historii prawa, sugerując ewentualnie temat dotyczący 
jednej z naj starszych instytucji słowiańskich, a mianowicie drużyny 
książęcej związanej z Pomorzem Zachodnim. N o, ale w końcu, 
po dłuższych naradach, temat został zmieniony. Pisałem w efekcie 
o czym mnym. 
Związki moje z Uniwersytetem po krótkim czasie stały się związkami 
bliskimi - zacząłem na Uniwersytecie pracować. Dużą rolę odegrał 
przypadek, a nie tylko moje chęci i starania. Przypadkiem była 
konieczność jak najszybszego, jeszcze w roku 1945, obsadzenia etatu 
asystenta na Wydziale Prawa, bo kandydat na to stanowisko zwlekał 
z odpowiedzią - nie chciał się przenieść z Krakowa. Wobec tego 
zwrócono się do mnie, abym ten etat przyjął. W tej sytuacji oczywiście 
zgodziłem się i tak zaczęła się moja kilkuletnia praca na UMK. Najpierw 
na stanowisku asystenta, potem doszły do tego funkcje administracyjne, 


. Tekst opracowany przez Renatę Karpiesiuk na podstawie ronnowy zarejestrowanej 
na taśmie magnetofonowej w 1980 r. (Archiwum UMK, sygn. TK-l). 
I Tadeusz Cieśłak był więźniem obozu Sachsenhausen w latach 1940 - 1945.
>>>
rys. K. cS'tefań.l'ki 


f'
>>>
27 


a mianowiCie kierownika sekretariatu, a później dyrektora admini- 
stracyjnego. Po kilku latach nastąpiło przymusowe rozstanie na 
skutek zawieszenia w Toruniu naboru na studia prawnicze i rozesłania 
grona nauczającego do innych uczelni w Polsce (co do mnie był 
to Uniwersytet Łódzki). 
W czasie kilkuletniej pracy na UMK zetknąłem się ze światem 
niesłychanie interesującym. Z jednej strony nastąpiła realizacja dawno 
omawianych postulatów założenia na północy Polski uczelni akademi- 
ckiej, a więc zrealizowanie dążeń toruniaków, czy szerzej powiedziawszy 
pomorzaków, którzy chcieli mieć swój uniwersytet. A z drugiej strony 
wypadki wojenne i konieczności personalne doprowadziły do zgroma- 
dzenia w Toruniu w ramach Uniwersytetu ludzi z różnych środowisk: 
warszawskiego, poznańskiego, wileńskiego, lwowskiego, krakowskiego 
i innych. A więc były możliwości stworzenia z jednej strony harmonijnie 
działającego zespołu, bo owładniętego wspólnym celem - stworzenia 
możliwie szybko i na wysokim poziomie uczelni akademickiej, co nigdy 
nie było łatwe, a tym bardziej w warunkach powojennych zniszczeń, 
a z drugiej strony - pochodzenie tych ludzi z rÓ:l.nych środowisk, 
przyzwyczajenia dotychczasowe do różnych metod postępowania, do 
różnych stosunków międzyludzkich stwarzały oczywiście konflikty, 
z których czasami niełatwo było wyjść. Uważam, że był to okres dla 
mnie niesłychanie interesujący przede wszystkim jako pole obserwacji 
postępowania różnych ludzi, a z drugiej strony dający możliwości 
współdziałania w konkretnej pracy, tworzenia czegoś, czego dotychczas 
nie było, co powstawało i przybierało konkretne formy instytucjonalne. 
Wydaje mi się, że zespół tworzący UMK był bardzo ciekawy. Na 
przykład za niesłychanie barwną postać uważam pierwszego rektora 
UMK, z którym miałem możliwości stykania się w różnych sytuacjach. 
Profesor Ludwik Kolankowski był człowiekiem wybitnie uzdolnionym, 
jako organizator umiejętnie zdobywającym fundusze, co wcale wtedy nie 
było rzeczą łatwiejszą aniżeli dzisiaj. Tyle że wówczas można było 
pomysłowością, umiejętnością docierania do ludzi decydujących uzys- 
kiwać fundusze nie tylko te, które były dla nas w budżetach, ale 
i pozabudżetowe. To właśnie rektor Kolankowski w genialny sposób 
umiał dla Uniwersytetu wykorzystać. Potrafił uzyskiwać decyzje od 
władz miejscowych i wojewódzkich, przydziały budynków, które były 
przeznaczone dla zupełnie innych instytucji, a otrzymywał je Uniwersytet. 
Tak jak ten gmach, który miał stanowić muzeum, a stał się budynkiem
>>>
21; 


Biblioteki Uniwersyteckiej, czy też gmachy sądowe przy ul. Grudzią- 
dzkiej, które stały się Collegium Physicum i Collegium Chemicum. 
Potrafił uzyskać przydział dawnego Seminarium Nauczycielskiego 
mimo dużych potrzeb resortu oświaty dla kształcenia nauczycieli. 
Rzeczywiście, każda jego wyprawa do Warszawy przynosiła konkretne 
korzyści Uniwersytetowi. Pozwalała rozwiązać jakąś nabr ;..miałą spra- 
wę, usunąć jakąś "bolącz..1cę" i było to robione w sposób niesłychanie 
zręczny, dyplomatyczny, przy doskonałym znawstwie ludzi i podzi- 
wianej przez mnie umiejętności docierania do najwyższych czynników 
w kraju i uzyskiwania od nich decyzji, przed którymi uginały się 
wszystkie niższe instancje, wcześniej zgłaszające różne wątpliwości 
czy zastrzeżenia. Wobec tego, że rektor Kolankowski mógł się powołać 
na decyzje czy prezydenta Bolesława Bieruta, czy ówczesnego premiera, 
to oczywiście wszyscy miejscowi dygnitarze przyjmowali to jako 
zobowiązanie do znalezienia wyjścia prawnego czy organizacyjnego, 
by postulat Uniwersytetu zrealizować. Nie przebiegało to zawsze 
w sposób bardzo pokojowy, często wymagało wielokrotnych wyjazdów 
do Warszawy oraz ostrych nawet rozmów z władzami miejscowymi. 
Niemniej nie przypominam sobie sprawy, w której można by wskazać 
na rektora Kolankowskiego jako na stronę pokonaną, jako na tego, 
który musiał zrezygnować z jakiegoś postulatu, wycofać się. Zawsze 
znajdował takie dojścia i wyjścia, że ostatecznie wychodziło to na 
korzyść zgłaszanego przez niego wniosku o przydział dla Uniwersytetu, 
o wzbogacenie Uniwersytetu itp. 
Sprawy były o tyle jeszcze skomplikowane, że wprawdzie Uczelnia 
umieszczona była w Toruniu, ale to wszystko, co mogło wzbogacić jej 
zasoby, rozrzucone było po całej Polsce. Wspomnę chociażby o Bibliotece, 
które} trzeba było tworzyć z zasobów różnych bibliotek spoza Torunia, 
bibliotek, do których trzeba było jechać często ciężarówkami, w trudnych 
warunkach atmosferycznych. A chodziło o to, żeby dotrzeć jak 
najszybciej, dopóki jeszcze te cenne rzeczy były dostępne, póki nie poszły 
na makulaturę czy nie uległy zniszczeniu na skutek złego magazynowania. 
Ponadto skompletowanie pełnego zespołu uniwersyteckiego, i to dla 
wszystkich wydziałów (a w Toruniu, pamiętajmy, był jeszcze jedyny 
w Polsce Wydział Sztuk Pięknych), wymagało nieustannych starań 
w innych środowiskach uniwersyteckich. Kolankowski, ze względu na 
swoją wieloletnią pracę w okresie międzywojennym, był doskonale 
zorientowany w układach personalnych, różnych powiązaniach i wyko-
>>>
29 


rzystywał to dla wzbogacenia zespołu toruńskiego. Podkreślam tak 
mocno u rektora Kolankowskiego tę dziedzinę pracy administracyjnej 
pewnie i dlatego, że już przy następnych rektorach nie sprawowałem 
funkcji administracyjnych, a więc nie mam możliwości porównań. 
Niemniej jednak nie była to moja pierwsza praca zawodowa i muszę 
powiedzieć, że tak utalentowanego organizatora, tak zręcznego polityka, 
tak umiejętnego "pozyskiwacza ludzi" dla spraw Uniwersytetu, jak prof. 
Ludwik Kolankowski - nie spotkałem! 
Jeśli chodzi o pracę administracyjną, to chciałbym nie poprzestać 
tylko na charakterystyce prof. Kolankowskiego, ale dodać jeszcze kilka 
zdań na temat zespołu pracującego w ówczesnym Uniwersytecie. Na 
pewno miał Uniwersytet szczęście, bo przyszło do niego kilka osób 
starszych, które miały już doświadczenie w pracy uczelnianej: z jednej 
strony kwestor Hanka, z drugiej - kilka sekretarek dziekanatów, a więc 
te osoby, które decydowały o umiejętnym, szybkim i skutecznym 
załatwieniu spraw młodzieży i organizacji samego toku nauczania. 
Osoby takie, jak panie: Zanówna, Skuratowa czy Jeśmanówna, to były 
rzeczywiście bezcenne klejnoty, jeśli chodzi o umiejętność załatwiania 
codziennych spraw, załatwiania terminowo, w sposób przyjemny, co 
każdy student czy asystent, czy też profesor musiał przyjmować jako 
rzecz oczywistą. Można było zaufać, że sprawa została zawsze załatwiona 
w sposób słuszny, zgodnie z przepisami. 
Oczywiście, przy tworzeniu nowego Uniwersytetu szybko doszła 
nowa kadra. Ale tak szczęśliwie było w Toruniu, że z reguły każdy 
z nowych pracowników miał możliwość rok czy dwa stawiać kroki 
w dziedzinie nie znanej mu pod opieką kogoś, kto był fachowcem, kto się 
na tym znał. Myślę, że to było bardzo cenne i pozwoliło młodszej kadrze 
z chwilą, kiedy zajmowała miejsca odchodzących na emeryturę starszych 
kolegów, na prowadzenie prac na dotychczasowym poziomie. Oczywiście 
to wszystko też nie było takie proste, bo przecież ten Uniwersytet miał 
gmachy rozrzucone po całym mieście, a Toruń jest dosyć rozległy 
i wszędzie dotrzeć nie było rzeczą łatwą. Wydaje mi się jednak, że 
wówczas panowała (przypuszczam, że nie tylko na Uniwersytecie 
toruńskim, ale w ogóle w Polsce) jakaś taka szczególna atmosfera 
entuzjazmu, chęci wykazania się, że te pięć lat okupacji nie podcięły 
jednak naszych skrzydeł, że jednak jeszcze możemy coś zrobić, coś 
stworzyć, czegoś dokonać. I to było powszechne. Od tych niesłychanie 
ciekawych woźnych uniwersyteckich, o których można by też długo
>>>
30 


opowiadać, bo każdy z nich reprezentował jakieś szczególne cechy 
charakteru i często byli oni wyśmienitymi narratorami o sprawach 
dawnych, o poprzednich swoich miejscach pracy, poprzez personel 
administracyjny, aż do personelu nauczającego. Wydaje mi się, że jednak 
powszechnie, jako zasada, było przyjęte, że nie ma rzeczy, których 
rozwiązania byśmy się nie podjęli i rzeczywiście je rozwiązywaliśmy. 
Ponadto była też jakaś taka szczególna cecha tworzenia rodzinnej 
atmosfery. Pamiętam, że zbieraliśmy się, graliśmy w siatkówkę w gmachu 
przy ul. Sienkiewicza - profesorowie, asystenci, urzędnicy - wszyscy 
razem. Prowadziliśmy bogate życie towarzyskie. Interesowano się 
trudnościami każdego z pracowników i to była cecha bardzo miła. 
Jako wieloletni mieszkaniec Pomorza znałem tutejszych ludzi, którzy 
mieli szereg cech dodatnich, ale nie należała do nich ta wniejętność 
współżycia, tworzenia rodzinnej atmosfery. To byli ludzie, którzy 
pilnowali pracy , terminów, przepisów. A tutaj doszło coś innego, 
a mianowicie, oprócz tych cech, doszła umiejętność tworzenia zespołu 
harmonijnego, ogarniętego podobnymi dążeniami. Wydaje mi się, że to 
dla nas, ludzi Pomorza, było bardzo cenne i mam nadzieję, że pozostało 
trwałą cechą i na dalsze lata. 
Może warto by jeszcze coś powiedzieć (bo na ten temat panują różne 
opinie) o stosunku władz i ludności miejscowej do Uniwersytetu. 
Przypomnę, że Toruń wprawdzie był nie zniszczony, niemniej jednak 
przeżył lata okupacji bardzo ciężko. Poważna część mieszkańców 
Torunia spędziła lata okupacji w więzieniach i obozach koncentracyjnych. 
Parę tysięcy osób przeszło przez obóz (znany mi Sachsenhausen) 
i jednak paręset osób było rozstrzelanych we wrześniu i w październiku 
1939 r. Ponadto samo wyzwolenie Torunia wprawdzie dokonało się na 
skutek doskonałej taktyki okrążenia, przez co wyłączone zostało 
z bombardowania miasto, niemniej pozostał szereg elementów powie- 
działbym - nieprzyjemnych - w postaci licznych rozrachunków 
okupacji i powszechnej biedy. 
Tworzenie Uniwersytetu było pewnym zadośćuczynieniem dla miasta 
po decyzji przeniesienia do Bydgoszczy Urzędu Wojewódzkiego, który 
przez kilka miesięcy działał już w Toruniu. To wszystko stworzyło dosyć 
skomplikowaną sytuację. Toruńskie władze miejskie z jednej strony 
uważały decyzję umieszczenia tu Uniwersytetu za niesłychanie cenną 
i pożyteczną dla miasta, a z drugiej strony uważały, że miasto trochę 
zostało poszkodowane, bo jednak było siedzibą województwa przez cały
>>>
31 


okres międzywojenny i tę rolę wypełniało ku powszechnemu zadowole- 
niu. Z tego względu w stosunku do Uniwersytetu zasadniczo panowała 
atmosfera życzliwości i przyjaźni, ale przy różnych kwestiach, szczegól- 
nie mieszkaniowych, przydziału gmachów (a potrzeby Uniwersytetu 
w tym zakresie były ogromne) powstawały spięcia, różne trudności. Ci 
jednak, którzy tylko znają te lata z drugiej czy z trzeciej ręki, tworzą 
sobie obraz chyba niezupełnie prawdziwy, o niechęci władz miejskich. 
Wydaje mi się, że zasadniczo panował stosunek przyjazny, że przed- 
stawiciele władz miejskich, zarówno przewodniczący MRN, jak 
i prezydent miasta, często bywali na Uniwersytecie, z rektorem 
utrzymywali bardzo miłe stosunki, co oczywiście nie wykluczało 
ostrych sporów i przeciwstawiania się różnym postulatom. Inne grupy 
ludności wcale nie miały rajskiego życia w ówczesnym Toruniu 
i potrzebowały też mieszkań i różnych pomieszczeń. Jednak przy 
uzdolnieniach dyplomatycznych pro f. Kolankowskiego i przy uleganiu 
argumentom ogólnym to ostatecznie Uniwersytet "wychodził na 
swoje". Właściwie trudno by mi było wskazać na jakiś taki konkretny 
przykład odmowy permanentnej, mimo wielu zgłoszeń postulatów 
Uniwersytetu o mieszkania czy gmachy. Jeśli były możliwości, to 
postulaty te realizowano. 
Przechodzę do innego działu mej pracy. Równocześnie byłem 
asystentem stawiającym pierwsze kroki w warunkach bardzo trudnych, 
ponieważ często wśród studentów zapisujących się na studia byli moi 
koledzy z okresu okupacji, nawet lud7je starsi, którym dopiero w póź- 
niejszym wieku udało się rozpocząć studia. Sytuacja była czasem 
niełatwa i ze względu na cechy asystenta, czyli moje. Byłem człowiekiem 
młodym i bez doświadczenia i czasami powstawały spięcia zupełnie 
niepotrzebne. Generalnie biorąc o wszystkim decydował cel ogólny, to 
znaczy zdobywanie wiedzy i wszystko, co mogło w tym pomóc, uważane 
było za dobre. Jednak studenci bardzo chętnie, przy kawie czy na jakiejś 
zabawie, opowiadali różne dowcipy i prześmiewali różne cechy asysten- 
tów, a czasami nawet profesorów. Z drugiej strony na ćwiczeniach czy 
w czasie kolokwiów, czy w trakcie podawania im wiedzy stosunek był 
poprawny i rzeczowy - pomagający. Nigdy nie spotkałem się z jakimś 
wypadkiem utrudniania asystentowi pełnienia jego obowiązków. Zresztą 
asystenci byli również tym zainteresowani, żeby ćwiczenia przeprowadzić 
najlepiej i wykazać się wobec kierownika katedry dobrymi wynikami 
uczestników swoich zajęć. Podobnie studenci, nawet starsi, z chwilą,
>>>
32 


kiedy coś dotyczyło nauki, traktowali jak rzecz oczywistą, że trzeba się 
podporządkować nawet młodszemu asystentowi. 
W tych latach - 1946, 1947, 1948 - bardzo dużo było studentów, 
którzy łączyli studia z pracą zawodową. I tutaj przypomnę, że Uniwersytet 
Toruński nawet prowadził "filialną" pracę bez załatwiania wszystkich 
formalności z tym związanych. Profesorowie, a później nawet asystenci 
jeździli do Olsztyna, prowadzili z zespołami ludzi mieszkających tam 
ćwiczenia, ułatwiali im przygotowanie itp.2 Była to bardzo ciekawe 
metody zachęcania ludzi do pracy umysłowej. Jednak po pracy zawodo- 
wej umysł ich nie prezentował tej świeżości i tych możliwości przyswajania 
sobie bądź co bądź trudnego materiału, np. w zakresie historii prawa, 
gdzie była masa faktów, masa nazw. Dlatego też bardzo chętnie 
korzystano z wszelkich dodatkowo prowadzonych konsultacji, z wyjaz- 
dów asystentów i wyjaśniania na miejscu wszystkich powstających 
trudności. A więc tego rodzaju stosunki, szczególnie w tych pierwszych 
latach, nie prowadziły do napięć. Oczywiście studia przynosiły charak- 
terystyczne napięcia w okresie sesji egzaminacyjnej, zwłaszcza że nie 
brakowało profesorów, którzy nie skąpili ocen niedostatecznych. Nie 
było żadnej "taryfy ulgowej" i nie mógł się nikt powoływać na ciężar 
pracy zawodowej czy kłopoty rodzinne. Musiał znać materiał, orientować 
się i koniec. W związku z tym i rola dobrej współpracy z asystentem, 
uczestnictwa w ćwiczeniach była ceniona przez samych studentów i z ich 
strony był jak największy wysiłek, żeby wszystko układało się ku 
zadowoleniu obu stron. 
Chciałbym jeszcze wspomnieć o ważnej sprawie zdobywania "ostróg 
naukowych" w tym czasie. Powstanie Uniwersytetu wpłynęło oczywiście 
na miejscowe Towarzystwo Naukowe, do którego pracownicy Uniwer- 
sytetu zapisywali się, stali się jego główną bazą i stopniowo opanowali 
jego władze. 
Ale to też było skomplikowane, bo istniały tendencje elitarne 
w Towarzystwie, dopuszczania jedynie ludzi ze stopniami naukowymi, 
dorobkiem itp., a z drugiej strony byli zwolennicy dawnej linii rozwojowej 
TNT, a więc otwarcia, szerokiego dostępu dla ludzi, których interesowała 
przeszłość i problemy pomorskie oraz dostępu dla ludzi młodych. To 
były dwie ścierające się koncepcje. W tym czasie my, asystenci, pierwsze 


2 Przy Wydziale Prawno-Ekonomicznym afiliowane było w latach 1945 -1948 
Studium Prawno-Administracyjne w Olsztynie.
>>>
33 


swoje artykuły publikowaliśmy w "Zapiskach"3, braliśmy udział w ze- 
braniach TNT i interesowaliśmy się jego rozwojem. Staraliśmy się też 
o druk prac z wynikami swoich poszukiwań na łamach różnych 
czasopism w Polsce, w różnych ośrodkach, co nie było rzeczą łatwą ani 
też szybko osiąganą. To zdobywanie pozycji naukowej i stopni nauko- 
wych wymagało cierpliwości i obok zdobycia pewnego zasobu wiedzy 
i poszukiwań archiwalnych wymagało tcż długich starań. 
Na pewno pierwsze lata istnienia UMK przyniosły i Wydziałowi 
Prawa w Toruniu poważne sukcesy, w postaci dosyć pokaźnej ilości 
wydrukowanych prac, doktoratów. Zdawałoby się, że stabilizuje się 
pozycja Wydziału i będzie on istotnym elementem życia akademickiego 
w Polsce, tym bardziej, że Wydział ten był też gospodarzem spotkań 
ogólnokrajowych, w których uczestniczyli przedstawiciele wydziałów 
prawa innych uczelni, dyskusji mcrytorycznych związanych z programem 
studiów, np. historii prawa. I nagle nicoczckiwanic przyszła decyzja 
o zawieszeniu naboru. Dotknęła ona w picrwszej kolejności asystentów 
i profesorów związanych z pierwszym rokicm studiów, a więc i mnie. 
Wprawdzie Ministcrstwo starało się to rozwiązać w sposób ludzki, 
oferując posady w innych uczelniach, ale już tylko mój przykład może 
świadczyć, jakie to było skomplikowane rozwiązanie. Dostałem przenie- 
sienie i awans na zastępcę profesora oraz samodzielną Katedrę Historii 
Państwa i Prawa w Łodzi. Co z tcgo - skoro przez cztery lata musiałem 
dojeżdżać do Łodzi w warunkach arcytrudnych, nie mówiąc o tym, że 
przy bardzo niskim wynagrodzcniu, co też powodowało komplikacje 
rodzinne. 
Z niedowierzanicm podchodziłem do urzędowcgo tłumaczenia tej 
decyzji, co sprowadzało się do twicrdzenia o nasyccniu zicm północnych 
Polski potrzebną kadrą z wyższym wykształccniem prawniczym. Wydaje 
mi się, że odegrał tutaj rolę szcreg czynników. Na pcwno na Wydziale 
Prawa był wówczas duży proccnt profcsorów dojeżdżających, którzy nie 
związali się na stałe ze środowiskiem toruńskim, co było dużym 
mankamcntem. Jednak prawie wszyscy asystcnci i adiunkci mieszkali na 
miejscu. Ponadto ccntralizm dccyzji był wÓwczas powszcchny i nie tylko 
Toruń na tym ucicrpiał: każda warszawska instytucja wicdziała najlepiej, 
co należy na prowincji robić. Na pcwno jcdnak i sprzeciw samego 
zespołu nauczającego nie był dość ostry, jak wykazał dalszy bieg 
wypadków. Bo gdyby wówczas rozcsłano dclegacjc, protcsty, uchwały, 


J Zapiski Towarzystwa Naukowego w Toruniu.
>>>
34 


to skutek byłby najprawdopodobniej taki właśnie, jaki nastąpił po kilku 
latach a mianowicie, że nabór przywrócono bt. Niestety tego nie 
zrobiono, a stała się rzecz najgorsza, bo poszczególni profesorowie 
pozabierali stworzone przez siebie z takim trudem biblioteki i urządzenia 
seminaryjne. Wszystko trzeba było potem z ogromnym wysiłkiem 
i znacznymi kosztami tworzyć na nowo. 


4 Z tą oceną sytuacji prof. Cieślaka trudno się zgodzić. Jakiekolwiek protesty 
środowiska toruńskiego nie mogły na początku lat pięćdziesiątych doprowadzić do 
zmiany decyzji władz centralnych o likwidacji Wydziału. Na nowo Wydział zaczął 
funkcjonować na UMK od 1958 r.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


TADEUSZ CZEŻOWSKI 


o początkach UMK i organizowaniu katedr 
filozoficznych w Toruniu. 


Zacznę może od mojej młodości. Do szkół uczęszczałem najpierw 
w Żółkwi, gdzie ojciec mój był starostą, zanim został przeniesiony do 
Lwowa. Gimnazjum kończyłem we Lwowie. W szkole miałem trudne 
początki. Najwięcej trudności miałem z nauką języków. Najpierw 
z łaciną, potem z niemieckim i na koniec z greką. Dopiero w czwartej 
klasie gimnazjalnej rozjaśniło mi się w głowie. Widać ten rozwój szedł 
u mnie dość powoli. Później już nie miałem trudności i wspominam ten 
okres z przyjemnością. Matura przeszła mi bardzo pogodnie. Następnie 
przyszedł okres studiów uniwersyteckich, gdzie miałem trzech głównych 
profesorów: matematyki - prof. Puzyna, fizyki - Smoluchowski, 
filozofii - Twardowski. Na studiach uniwersyteckich więcej oddawałem 
się matematyce i fizyce niż filozofii. Ukończyłem studia z zakresu 
matematyki i fizyki, a potem robiłem doktorat z filozofii. Zainteresowania 
moje filozofią zbudziły się gdzieś w piętnastym lub szesnastym roku 
życia. Zacząłem się wtedy zastanawiać, co to jest "dobry" i jak należy 
postępować, żeby być dobrym. Rozwiązywałem to sobie w sposób 
bardzo naiwny, nie wiedząc o tym, że ludzie już wszystko o tym napisali. 
Moje wykształcenie filozoficzne otrzymałem w szkole Kazimierza 


. Tekst opracowany przez Renatę Karpiesiuk w 1994 r. na podstawie wspomnienia 
zarejestrowanego na taśmie magnetofonowej w 1979 r. (Archiwum UMK, sygn. T - 32) 
oraz przemówienia prof. Tadeusza Czeżowskiego z okazji uroczystości 20-1ecia UMK 
(4 XII 1965 r.), przechowywanego w spuściźnie profesora w Archiwum UMK, sygn. 
S-l/II /142.
>>>
/ 


rys. L Je' 
. smanowicz 



 - 
/' 


\
 


,II 
I '// 
". 
.;) 
-

 
c/t- ( 


-!
>>>
37 


Twardowskiego, który pozostawał pod wpływem swego nauczyciela 
Franciszka Brentany. Uczniowie filozoficzni Twardowskiego poświęcali 
się w swych własnych pracach przeważnie logice bądź psychologii. Do 
logików należał Jan Łukasiewicz, któremu również wiele zawdzięczam 
jako swemu nauczycielowi, gdy wykładał jako docent we Lwowie, 
przede wszystkim to, że zająłem się logiką, lecz nie wyłącznie, ponieważ 
interesowały mnie także zagadnienia historii i teorii nauki. 
Po skończeniu w 1912 r. studiów zaczynałem pracę jako nauczyciel 
gimnazjalny w VI gimnazjum we Lwowie, można by powiedzieć 
elitarnym, z którego wyszło potem kilku profesorów uniwersytetu. 
Stamtąd w roku 1918 zostałem oddelegowany do Ministerstwa Wyznań 
Religijnych i Oświecenia Publicznego, gdzie pracowałem przez pięć lat, 
najpierw jako starszy referendarz, a później kierownik Departamentu 
Nauki. Ja się tam dość burzliwie zachowywałem. Moim przełożonym był 
mój profesor lwowski Jan Łukasiewicz. Pod Łukasiewiczem służyłem, 
a on miał przyjaciela Wrzoska z Poznania, który został dyrektorem 
departamentu i jemu podlegałem. Ja jakoś nie bardzo mogłem się 
zgodzić z Wrzoskiem. Nie byłem też lubiany, ale mnie oszczędzano. 
Potem Wrzosek odszedł do Poznania na katedrę, a ja zostałem jego 
następcą. W 1920 r., na podstawie rozprawy "Zmienne i funkcje", 
habilitowałem się we Lwowie. Wkrótce zakończyłem moją karierę 
urzędniczą, gdy otworzyła się katedra w Wilnie; zaproponowano mi ją 
i przeszedłem na USB jako profesor nadzwyczajny. Zająłem się pracą 
naukową. Lecz na USB też miałem szereg tarć. Widocznie byłem jakiś 
nieokiełznany. Większość moich kolegów na Wydziale była narodowymi 
demokratami - narodowcami, a ja należałem do mniejszości, nie 
powiem postępowej, ale nie godzącej się z ich metodami i na tym tle były 
nieraz różnice, ale także żyliśmy ze sobą w zgodzie; tylko od czasu do 
czasu były tarcia. 
Na Uniwersytecie praktykowano wówczas dwa sposoby kończenia 
studiów. Albo kończyło się dokoratem, albo egzaminem państwowym 
na nauczyciela szkół średnich. Ja byłem przewodniczącym Komisji. 
Po zamknięciu Uniwersytetu brałem udział w tajnym nauczaniu na 
poziomie szkół średnich, a także prowadziłem wykłady i ćwiczenia 
uniwersyteckie, do tego dochodziły jeszcze koleżeńskie spotkania z moimi 
dawnymi studentami. Odbyliśmy sto czterdzieści kilka posiedzeń w czasie 
okupacji. Spotykaliśmy się po to, żeby ze sobą być, czasem coś 
powiedzieć. A jedna z moich dawnych słuchaczek, żona bo gatego kupca 


........
>>>
38 


(Żydówka), zawsze nam śniadania fundowała, co wówczas było bardzo 
dla nas ważne. 
Decydując się w 1945 r. na wyjazd do Torunia, poszedłem za 
większością. Ja najpierw myślałem, że będę mógł zostać w Wilnie. To się 
okazało potem niemożliwe i wyjechałem z Wilna dopiero jednym 
z ostatnich transportów. Była to dla nas bardzo przykra podróż. Przez 
sześć dni jechaliśmy w zamkniętych wagonach. Przywiozłem z sobą 
swoją bibliotekę. 
W Wilnie pozostał Uniwersytet, a w nim Katedra Filozofii budowana 
przeze mnie w ciągu dwudziestu kilku lat. A jednak przyjechałem w lipcu 
1945 r. do Torunia, gd7je przyjął nas gościnnie Komitet Organizacyjny 
przyszłego Uniwersytetu, a zwłaszcza jego naj czynniej si członkowie: 
Ogłoza, Burhardt i Mossakowski. Nie miałem ani chwili wątpliwości, że 
trzeba znów zacząć od początku. Przypadło mi zaś zadanie mało 
efektowne, ale ważne: organizacja administracji uniwersyteckiej, obsada 
biur, regulaminy czynności, wzory formularzy, druk kart wpisowych, 
indeksów studenckich, dyplomów itp. W zadaniu tym nieocenioną 
pomocą był zespół wytrawnych pracowników administracyjnych, przy- 
byłych wraz z nami z Uniwersytetu Wileńskiego: panie Zanówna, 
Szokalska, Jeśmanówna, Brzeska, Niekraszówna, Maciejewiczówna, 
kwestor Hanka, urzędnik gospodarczy Magier. Pracownicy ci, jak też 
inni, ze Lwowa, i nowo zaangażowani na miejscu, od razu weszli 
w normalny tok zajęć, mając do pomocy zastęp dobrze wyszkolonych 
- także przeważnie z wileńskiego Uniwersytetu - niższych funk- 
cjonariuszy z Kazimierzem Nowickim na czele. 
Zgłosili się do Uniwersytetu w znacznej liczbie absolwenci i studenci 
przedwojenni, którym wojna przerwała studia, a także uczestnicy 
tajnych kompletów z czasów wojny. Dla tych wszystkich trzeba było od 
razu zorganizować komisje egzaminów magisterskich z odrębnymi 
kancelariami. Na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym zorganizował 
ją prof. Dziewulski, na humanistyce ja. Wreszcie w porozumieniu 
z Kuratorium Okręgu Szkolnego została zorganizowana przy Uniwer- 
sytecie Komisja Egzaminów Państwowych na Nauczycieli Szkół Średnich 
- taka, jakie działały przy wszystkich innych uniwersytetach przed 
wojną i w pierwszych latach powojennych. 
Rektor Kolankowski przydzielił mi nadto funkcje delegata Senatu do 
spraw młodzieży i kuratora Bratniej Pomocy, świeżo powstałej. Tutaj 
jednak niewiele miałem do powiedzenia. Zarząd Bratniej Pomocy 


......
>>>
39 


doskonale sobie radził, mając bezpośrednie kontakty z władzami 
lokalnymi i centralnymi i nie szukał u mnie porady ani pomocy, a ja się 
z nią nie narzucałem, ograniczając się do czysto formalnego nadzoru. 
Sądzę, że w ten sposób udało się uniknąć zbędnych konfliktów z zapalną 
młodzieżą, chociaż miałem pewne trudności z ówczesnym kierownikiem 
Bratniej Pomocy - Zarembą. 
Jedną z pierwszych rzeczy, które zorganizowaliśmy w Toruniu, była 
pomoc lekarska dla młodzieży. Ja to zrobiłem na wzór wileńskiej 
organizacji, a zajęła się tym prof. Hurynowicz. Wszystko to bardzo 
ładnie zorganizowała, ale rektor Kolankowski tego nie chciał uznać, bo 
we Lwowie tego nie było. On miał swoją grupkę kolegów, z którymi 
przyjechał ze Lwowa, i na niej się opierał. A my byliśmy trochę 
w OPOZYCJI. 
Interesowały mnie takie sprawy, jak np. przydział lokali dla Wydziału 
Humanistycznego. Wtedy właśnie dwa budynki: Collegium Minus 
i Collegium Maius przydzielono Wydziałowi Humanistycznemu. Z dzia- 
łalności organizacyjnej ogólnouniwersyteckiej wycofałem się szybko 
przechodząc do działania na obszarze Wydziału Humanistycznego. 
Wreszcie sprawy najważniejsze, organizacja Katedry, pracy naukowej 
i studiów filozoficznych. Przyjechaliśmy z Wilna w zespole filozoficznym 
tamtejszej Katedry: prof. Elzenberg, asystenci Zajkowska i Indan, sam 
czwarty Gak się mówi z wileńska). Blisko z nami związani byli Stefan 
i Lidia Wołoszynowie (oboje przeszli na Uniwersytet Warszawski), on 
wszedł do Katedry Pedagogiki, ona do Katedry Psychologii, która przez 
kilka lat pozostawała pod moją opieką, póki jej nie objął prof. Lewicki 
(później przeszedł do Poznania). Dostaliśmy lokal, zaczęliśmy gromadzić 
bibliotekę podręczną, rozpoczęliśmy zwykłą pracę, wykłady, ćwiczenia. 
W październiku 1945 r. zostałem powołany na Katedrę Filozofii I. 
Była też Katedra Filozofii II, ale był to podział czysto konwencjonalny. 
Filozofia I w rozumieniu, jakie tutaj przyjęliśmy, to były podstawy, 
zasady, wstęp do filozofii, a filozofia II to już była specjalizacja. Katedrę 
Filozofii II objął prof. Henryk Elzenberg. 
Pierwszy w ogóle wykład w Uniwersytecie ja miałem. Tak się złożyło, 
choć to nie było zupełnie zamierzone; tylko jak się otworzyła możliwość 
wykładania, jak się znalazły sale wykładowe, to wtedy mój wykład był 
pierwszy, a drugi wykład miał prof. Stefan Srebrny, w listopadzie 
1945 r. I Wspominam to ze wzruszeniem. Było to pełne napięcia zebranie. 


I Wyklady te zostały wygłoszone 24 XI 1945 r. w Collegium Minus.
>>>
40 


Masa ludzi przyszła, nie tylko studentów i ludzi związanych z Uniwer- 
sytetem. W nieogrzanej sali ludzie siedzieli w paltach. 
Na początku miałem bardzo dobrych studentów, ludzi starszych, 
którzy już przeważnie jakieś studia za sobą mieli, kilku księży, 
studentów z Uniwersytetu Warszawskiego. Było z kim pracować. przy 
Katedrze powstało Towarzystwo Filozoficzne, zaczęliśmy wydawać 
ogólnopolskie czasopismo "Ruch Filozoficzny" jako kontynuację 
przedwojennego czasopisma, założonego we Lwowie przez Twardo- 
wskiego. Wychodziło we Lwowie do 1939 roku. Nasz pierwszy tom 
wyszedł chyba w 1948 r. 2 Potem jeszcze wyszedł drugi. Był to 
kwartalnik ukazujący się w zeszytach. Jak wiadomo, to wszystko 
zostało przerwane w roku 1951. Dopiero w 1957 r. wydano następny 
tom i czasopismo wychodzi do dziś jako organ Polskiego Towarzystwa 
Filozoficznego. 
Trzeba wspomnieć też o Tadeuszu Szczęsnym. To był kupiec, który 
założył Wydawnictwa Uniwersytetu w Toruniu 3 . To niestety trwało 
dosyć krótko, ale on wydał szereg rzeczy w ciągu pierwszych pięciu lat. 
Ja tam też mogłem umieścić swoje prace, które opracowywałem w czasie 
wojny - cztery czy pięć pozycji. 
W 1951 r. dwie wspomniane wyżej Katedry zostały skasowane. 
Powstała Katedra Logiki, a profesor Elzenberg dostał "urlop naukowy". 
Mnie zaś Ministerstwo pozwoliło wykładać filozofię. Była to akcja 
ogólnopolska. Chodziło o to, żeby otworzyć miejsce dla filozofii 
marksistowskiej. Moje wykłady z filozofii były elementarne, była duża 
frekwencja, a studenci pilnie pracowali. Wymagałem wypracowań 
pisemnych, sprawdzałem obecność, ale to jakoś nie odstraszało. Miałem 
też proseminarium, czyli rok wstępny, a potem wszystko było razem. 
Mam kilku wychowanków toruńskich, którzy zajmują kated ry 4. 
Epizodycznym zajęciem była dla mnie księga pamiątkowa dla pro f. 
Władysława Tatarkiewicza. Księga ta była przygotowywana w Wilnie 
ijają miałem wydać. Tymczasem wojna wybuchła, ale materiały ocalały, 


2 "Ruch Filozoficzny". Kwartalnik założony przez Kazimierza Twardowskiego, 
Organ Polskiego Towarzystwa Filozolicznego, wyd. staraniem Towarzystwa Filozoficz- 
nego pod red. T. C z e ż o w s k i e g o, t. 16 (1-4), Toruń 194M. 
3 Wydawnictwo to fonnalnie nie było wydawnictwem uniwersyteckim, choć wydało 
wiele publikacji profesorów UMK nosiło nazwę: Księgarnia Naukowa T. Szczęsny. 
4 Są to m.in. Leon Gumański, Franciszek Indan, Waldemar Voise, Bogusław 
Wolniewicz, Lidia i Stefan Wołoszynowie.
>>>
41 


zostały przywiezione przeze mnie do Torunia i potem zostały uzupełnione 
i wydane s . 
W Wilnie starałem się zrealizować pomysł opracowania "Polskiego 
słownika filozoficznego", nad którym pracowałem ze studentami. Miałem 
kilkunastu stałych współpracowników - wspólnie robiliśmy wypisy do 
tego słownika. Próbowałem to kontynuować w Toruniu. Niestety nie 
zebrałem takiego grona studentów, którzy mogliby się temu oddać. Po 
prostu brakowało wybitniejszych studentów po 1951 r. A poza tym 
"Polski słownik filozoficzny" nie znalazł uznania w PAN, nie dostaliśmy 
żadnych pieniędzy i nic się z tym dalej nie robi 6 . 
W 1957 r. został wznowiony filozoficzny kierunek studiów z limitem 
przyjmowania corocznie pięciu studentów. Trwało to trzy lata. Rekruta- 
cja na kierunek filozoficzny została wstrzymana w 1960 r., a ja w tym 
roku przeszedłem na emeryturę. 


5 "Charivteria": Rozprawy filozoficzne zlożone w darze Wladyslawowi Tatarkiewiczowi 
w .viedemdzie.viątą rocznicę urodzin, pod red. T. C z e Ż o w s k i e g o, Warszawa 1960. 
6 Słownik ten dotychczas nie został wydany.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TOR UŃ I99S 


WLADYSŁA W DZIEWULSKI 


Podróż z Wilna i pierwsze miesiące pobytu 
w Toruniu. 


Pociąg ewakuacyjny, tzw. uniwersytecki, miał wyruszyć 7 lipca 
1945 r. (w sobotę). Z ciężkim uczuciem i z bólem serca rozstawaliśmy 
się z Wilnem. Starałem się o tym nie myśleć, by nie poddawać 
się smutnym nastrojom. Nie chciałem żegnać się z Wilnem, nie 
pożegnałem się z Obserwatorium Astronomicznym. Poza wszystkim 
tragi(,'Zna była myśl, że pozostawiamy w więzieniu Anielkę\, a na 
wygnaniu Tadeusza2. 
Dnia 7 lipca przejechaliśmy na dworzec towarowy, noc spędziliśmy 
na rampie kolejowej. W południe 8 lipca podstawiono wagony; o 11 
wieczorem przesunięto nas na główną linię, a po północy pociąg 
wyruszył. Dnia 9 lipca w godzinach rannych byliśmy w Grodnie, 
pożegnaliśmy się z Niemnem, w Łosośnej odbyła się rewizja, w południe 
byliśmy w Białymstoku, gdzie spotkali nas państwo Skorkowie. Pocią- 
giem naszym jechali prof. prof. Limanowski, PriifTerowie, Szczeniowscy, 
Reicherowie, Mozołowscy, Hillerowie, Passendorferowie, Czeżowscy, 
Srebrni, Basińscy, Iwanowska, Dziewulscy; z asystentów m.in.: Rojeccy, 
Turczy(ński] Wacław, Kardymowiczowie, Haliccy (Bronisław Halicki na 
tydzień przed wyjazdem zaaresztowany), Ciopowie, Okołowiczowie, 
Kongielowie, Lenczewscy, Szczerbińscy, Tomaszewiczówna, Ulińska, 


. Archiwum PAN 11I- 146. Dziennik Władysława Dziewulskiego, sygn. 69, s. 1 -7. 
Do druku przygotowała Henryka Duczkowska-Moraczewska. 
l Córka prof. Dziewulskiego. 
2 Ginko, zięć profesora, mąż Wandy Dziewulskiej.
>>>
. E 
\ \\\\1\))} 


rys. L ,. 
. Jesman ow ' 
ICZ
>>>
45 


Zajkowska, Abramowiczówna; lekarze: Iszora, [...]8, Hrynkiewiczowie; 
urzędnicy: Brzeska, Jeśmanówna, Zanówna, Drużyłowscy; szereg znajo- 
mych,jak Borowscy, Nieciejowscy, Walterowie, funkcjonariusze kliniczni, 
funkcjonariusze niżsi. 
W Małkini byliśmy wieczorem; pociąg tam stał kilka godzin. W nocy 
wyruszyliśmy; nad ranem we wtorek 10 lipca objeżdżaliśmy Warszawę, 
widzieliśmy z daleka ruiny miasta. Po południu byliśmy w Kutnie, gdzie 
oświadczono nam, że przeładunek nie odbędzie się i mamy jechać do 
Poznania. Przez Konin i Koło jechaliśmy do Kobylego Pola, gdzie 
stanęliśmy późnym wieczorem. 
W dniu 11 lipca kazano nam się wyładować, a nad wieczorem 
dopiero podano wagony na linii normalnej torowej. Już po ciemku 
załadowaliśmy się do nowych wagonów. W Kobylim Polu złapały nas 
upały, dokuczliwe o tyle, że na torach zastaliśmy bagnisko i kupy 
nawozu. Powietrze było bardzo ciężkie. Po dwóch dobach wyprawiono 
nas do Poznania, gdzie staliśmy znowu dobę. Wyjechaliśmy z Poznania 
13 lipca, w Inowrocławiu zatrzymano nas i 14 lipca w sobotę wyprawiono 
do Torunia, dokąd zajechaliśmy o 5 po południu. Poszliśmy do miasta, 
gdzie o 20 spotkaliśmy się z prof. [Konradem] Górskim. Poznałem 
prezydenta miasta Dobrowolskiego, prezesa Rady Miejskiej Chojnickiego 
i prezesa [polskiego] Związku Zachodniego Ogłozę, u którego byłem 
w mieszkaniu. 
Dnie 15, 16, 17, 18 lipca spędziliśmy na szukaniu chwilowych 
mieszkań. Dostaliśmy dwa piętra w domu przy ul. Mickiewicza 5, dom 
przy ul. Kraszewskiego 15a, lokale szkolne: Piekary 49, Mickiewicza 90 
i 102. Dnia 18 lipca przeprowadziliśmy się z wagonów do pokoju 
szkolnego: Mickiewicza 102. Okres od 19 lipca do 9 sierpnia spędziliśmy 
na szukaniu lokali pod Uniwersytet i mieszkań. Chodziliśmy parokrotnie 
do prezydenta miasta, do kuratora, do starosty, do biura [polskiego] 
Związku Zachodniego (naprzód na Różanej l, potem na Szerokiej 33). 
W połowie lipca mianowano prof. Wilczyńskiego organizatorem 
Uniwersytetu, w pierwszych dniach sierpnia mianowano rektorem prof. 
Kolankowskiego 3 . 


· Wyraz nieczytelny. 
3 Prof. Kolankowski został mianowany delegatem Ministra Oświaty do spraw 
UMK z kompetencjami rektora 13 VIII 1945 r. n 
 zob. Powstanie i pierwsze 10 lat 
UMK, Toruń 1995, nr 19.
>>>
46 


W dniu 10 sierpnia odbyło się u prezydenta miasta większe zebranie 
w sprawie lokali dla Uniwersytetu i szkół z udziałem przedstawicieli 
władz wojskowości polskiej i sowieckiej. Ponieważ władze szpitalne 
stwierdziły, że nie mogą oddać lokali, uchwalono wysłać delegację do 
Legnicy, gdzie znajdują się władze naczelne szpitalnictwa. 
Był ks. prof. [Antoni] Pawłowski 4 dwa razy. 
Zgłaszały się do mnie uczennice w sprawach szkolnych i uniwersyte- 
ckich. Była pani Zanówna, przyjechała z Warszawy w sprawie zajęć 
w Uniwersytecie, i wielu innych. Odbyło się kilka posiedzeń profesorów, 
14 sierpnia przyjechał prof. Reicher. 


Dnia 15 sierpnia 1945 r. rozpoczynam ten dziennik. 
15 sierpnia. Był doc. S. Wysłouch, mgr Jasienowicz [1], sędzia 
Żmijewski. Wieczorem p. Rojecki, potem uczeń Szałkowski. Rektor 
Kolankowski nie przyjechał. 
16 sierpnia. Byłem w Izbie Skarbowej, w [polskim] Związku Zachod- 
nim. Depesza od Rektora, że opóźni przyjazd. W Bibliotece spotkałem 
się z prof. Antonim Pawłowskim. 
17 sierpnia. Byłem w Związku Zachodnim, w Starostwie, Izbie 
Skarbowej. 
18 sierpnia. Byłem w Związku Zachodnim, w domu PPR. Wieczorem 
był odczyt prof. Szczeniowskiego, na którym przeważała publiczność 
wileńska. 
19 sierpnia, Byliśmy na nabożeństwie u Redemptorystów, a potem 
poszliśmy na spacer, oglądaliśmy leśniczówkę. W południe i po obiedzie 
pisaliśmy (z panią Wilhelminą lwanowską) memoriał. 
20 sierpnia. Byliśmy u Starosty i Wicestarosty, omawialiśmy sprawę 
wypożyczenia 2-3 pokoi w gmachu PPR s . Przed wieczorem poszliśmy 
(z panią W. Iwanowską) koło kościoła Redemptorystów i leśniczówki do 
lasu, w którym znajduje się szkółka drzew owocowych. 
21 sierpnia. W Związku Zachodnim napisaliśmy z panią Jeśmanówną 
asygnatę, byliśmy w Izbie Skarbowej, podjęliśmy pieniądze. Pani 
Jeśmanówna zaczęła wypłacać. Byłem o 7 rano na dworcu. Kolankowski 
nie przyjechał. 


4 Ks. prof. Antoni Pawłowski zabiegał o włączenie byłego Wydziału Teologicznego 
USD do UMK -- zob. Pow.flank i pkrwsze lO lal UMK..., nr 17. 

 Róg ul. Olelmińskiej i pl. Teatralnego.
>>>
47 


22 sierpnia. W gmachu na rogu [placu] Teatralnego i Chełmińskiej 21 
pierwsze zebrania i prace profesorów i urzędników. Napisanie kilku 
wniosków. Byłem u Starosty i Wicestarosty. Z kolegą Priifferem 
u Kuratora i u wizytatorów Klimy i Rzeszowskiego. O godz. 15 
przyszedł prof. Górski z rektorem Kolankowskim. Poszliśmy obejrzeć 
gmachy na ulicy Sienkiewicza
 byliśmy u sędziego Wilewskiego
 potem 
w mieście
 po drodze w kościele NP Marii
 na podwieczorku
 wreszcie 
w pokoju Rektora
 gdzie omawialiśmy różne sprawy uniwersyteckie. 
Była pani Mosińska [?]
 potem państwo Szczeniowscy z pożegnaniem. 
23 sierpnia. Byliśmy u Starosty
 u naczelnika wydziału w kuratorium 
.- Błońskiego
 w Związku Zachodnim
 u Prezydenta miasta w sprawie 
przyznania lokali. Byłem w ZNP. Rozmowa z panem Chmarzyńskim. 
Do lokalu na Chełmińskiej przywieziono meble. Po obiedzie o 15 
[spotkanie] w bibliotece z Rektorem. O godz. 16 pierwsze posiedzenie 
Senatu (Rektor
 Prorektor
 dziekan Górski
 prodziekan Jamontt
 dziekan 
PriifTer
 prodziekan Passendorfer
 delegat Czeżowski). Rozmawiałem 
z Rektorem o potrzebie Katedry Astrofizyki. W drodze powrotnej 
byliśmy u państwa Szczeniowskich
 którzy wyjeżdżają do Poznania. 
24 sierpnia. Rozmowa z kierownikiem rachuby
 kuratorem
 panem 
Krześniakiem
 który ma zająć się Kwesturą Uniwersytetu. Objęcie 
lokalu w gmachu magistratu: pokoje 304
 303
 302. Pani Jcśmanówna 
pisała na maszynie w Związku Zachodnim wnioski Wydziału Ma- 
tematyczno-Przyrodniczego
 potem przeniosła się do nowego lokalu. 
Rozpoczęły pracę panie Czamowska i Jaroszewiczówna (przychodziły 
już od 22 sierpnia). W Izbie Skarbowej załatwialiśmy sprawę zwrotu 
35 tys. zł Uniwersytetowi Łódzkiemu. Byliśmy w starostwie (u Wi- 
ceprezydenta)
 u kierownika Komisji Mieszkaniowej. O [godz.] 15.30 
była pani Wilhelmina. O [godz.] 16 poszedłem do prof. Górskiego
 
tam wraz z Priifferem i Passendorferem układaliśmy kosztorys potrzeb 
Uniwersytetu. 
25 sierpnia. Godz. 8 - 11 posiedzenie Senatu. W czasie posiedzenia 
Senatu byli: pan Ogłoza i pan Mossakowski jako przedstawiciele 
Związku Zachodniego. Rozmowy z panem KIześniakiem (kwestorem) 
w sprawach budżetowych. Był pan Hulewicz z Dyrekcji Lasów Państwo- 
wych w sprawie folwarku Czerniewice w pobliżu Stawek z zapytaniem
 
(:Z.y nie byłby [...]8 folwark mógłby przydać się Wydziałowi Matematycz- 
no-Przyrodniczemu. Z Rektorem byłem z wizytą u Prezydenta
 który 


· Wyraz nieczytelny.
>>>
48 


ofiarował nam prowizorycznie lokal siedmiopokojowy na biura uniwer- 
syteckie. Opróżniano gmach na Sienkiewicza 34. Byliśmy z Rektorem. 
Po południu zorganizowaliśmy straż lokalową. Przyznano Uniwer- 
sytetowi na mieszkania willę przy ul. Danielewskiego 6. Byłem tam 
i zorganizowałem straż tego domu. Zwiedzałem sam. Wieczorem byłem 
z kolegą PriifTerem u Rektora. Tam zastaliśmy państwa profesorostwa 
Górskich. Rektor wyjeżdża. 
26 sierpnia. Rano w kościele św. Jana. Potem w lokalu na Danielew- 
skiego 6 (dwa razy). O [godz.] 12 posiedzenie z prof. Priifferem, prof. 
Passendorferem, doc. Iwanowską i panem Nowickim w sprawie ochrony 
lokali, przyznania mieszkań itp. 
27 sierpnia. Byliśmy w starostwie. Przyjmowałem interesantów 
w Rektoracie. Po południu zebranie u prof. Górskiego w sprawie 
mieszkań. 
28 sierpnia. W starostwie. O [godz.] 10 protokół na Sienkiewicza 34 
prof. Passendorfera z delegatem kuratorium, panem Arkuszewskim. 
Byłem w dziekanatach na Placu Teatralnym. Był pan Liszkiewicz. 
O [godz.] 12 dowiedziałem się, że Prezydent oddaje gmach na Sienkiewicza 
34 szkole powszechnej. Byliśmy z Passendorferem u Prezydenta. Obiecuje 
dać gmach Ubezpieczalni Społecznej. Była koleżanka pani Nagrabe- 
ckiej[?]. Był pan Czyżewski z art. malarzem przybyłym z [s]. Był dr 
Pacowski. 
29 sierpnia. Był wizytator Klima, reporter "Ziemi Pomorskiej", 
interesanci. Po południu pan Basiński, pani Puciatowa. Przeprowadzali 
się państwo PriifTerowie. 
30 sierpnia. Interesanci. Po południu nasza przeprowadzka do willi 
na Danielewskiego 6. 
31 sierpnia. Przyjmowanie interesantów. Po południu przewiezienie 
książek. Konferencja u prof. Górskiego w sprawie budżetu. 
l września. Przyjmowanie interesantów. Po południu był pan Rojecki, 
był [...]8 Cyb.[?] Wieczorem narada z prof. PriifTerem w sprawach 
budżetowych. 
2 września. Układaliśmy budżet na III kwartał. 
3 września. Interesanci. Z mgr Mironowiczem omawiałem sprawę 
wyjazdu jego do Łodzi, by wręczył Rektorowi budżet. Powrócił pan 
Kwestor. Był pan Wicestarosta i przyniósł wiadomości o domu przy ul. 
Kościuszki 48. Po południu była pani Wilhelmina. 


a Wyraz nieczytelny.
>>>
49 


4 września. Posiedzenie Senatu w sprawie podziału pomocy nauko- 
wych, w sprawie domu przy ul. Danielewskiego 6, w sprawie podziału 
przydziału żywnościowego i przydziału odzieżowego. Po południu był dr 
Sylwanowicz z listem prof. Reichera. 
5 września. Posiedzenie Senatu w sprawie podziału przydziałów 
odzieżowych. Interesanci. Byliśmy na Kościuszki 48. Dom już zajęty. 
6 września. Interesanci. Byłem u Prezydenta miasta i u dyrektora 
Zagrodzkiego. 
7 września. Interesanci. Byłem w Biurze Likwidacyjnym. 
8 września. Interesanci (rewizyta dyrektora Zagrodzkiego ). Zajście 
w mieszkaniu pani Iwanowskiej i pani Jastrzębskiej z przedstawicielem 
Urzędu Śledczego. Był później pan prokurator Szaniawski, który całą 
sprawę wyjaśnił 6 . 
9 września. Była pani Stornmowa. Byliśmy u państwa Sylwanowiczów 
i państwa Tarłowskich. 
10 września. Interesanci. Depesza od rektora Kol[ankowskiego]. 
Pojedzie prof. Górski. 
11 września. Interesanci. Dr Kongiel jedzie do Warszawy w sprawach 
aprowizacji, z powrotem wstąpi do Łodzi, ma zobaczyć się z dr. 
Szel[igowskim]. Byłem po południu u pana Rygielskiego dowiedzieć się 
o narzędzia. 
12 września. Prof. Srebrny jedzie do Łodzi. Rozmowa z prezesem 
Ogłozą w sprawie wizyty pułkownika Alstera. Po południu byłem u doc. 
Hurynowiczówny, potem z panią Iw[anowską] u Rygiclskiego. Narzędzie, 
które można otrzymać, jest to epidiaskop mały. 
13 września. Interesanci. Posiedzenie u Starosty z pułkownikiem 
Alsterem w sprawie lokali i gmachów. Po południu był pro f. Hiller 
w drodze z Gdańska do Łodzi. 
14 września. Interesanci. Prof. Passendorfer był u prezydenta 
w sprawie gmachów. 
15 września. Interesanci. Telefon do kapitana Radejewskiego w spra- 
wie gmachów. Po południu była pani Urbanowiczówna w drodze 
do Gdańska. 
16 września. Depesza od rektora Kolankowskiego. Szukałcm delegata 
do Łodzi. Przyszedł pan Turczyński i pan Ciopa. Jedzie pan Ciopa. 


6 W. Iwanowska i jej siostrzenica K. Jastrzębska otrzymały mieszkanie przy u1. 
Klonowicza. Mieszkanie to odzyskała poprzednia właścicielka, natomiast wspomniane 
panie otrzymały przydział na inne mieszkanie (róg Bema i Sienkiewicza).
>>>
50 


17 wrześni.. O 8 rano wraz z kolegą Passendorferem byliśmy 
w gmachu na Sienkiewicza 30/32. Oprowadzał kapitan Radejewski. 
Uzależniał oddanie gmachu od zwrotu przez Czerwoną Armię szpitala 
na Jęczmiennej. 
18 wrześni.. Interesanci. 
19 wrześni.. Interesanci. Byłem w Państwowym Urzędzie Likwidacyj- 
nym w sprawie mebli. Pani Jastrz[ębska] pomogła uzyskać przydział. 
20 wrześni.. Interesanci. Doc. Hucynowiczówna i mgr Mironowicz 
w sprawie Kasy Chorych. Podział prowiantów. 
21 września. Interesanci. O godz. 11 wyjazd samochodem do 
Czerniewic. Okolica nieładna. Chwilowo zajmuje wojsko. Pan Mod- 
rzejewski twierdzi, że odbierze swą własnoŚĆ. Po południu przyjeżdża 
pani Racięcka. 
22 wrześni.. Interesanci. Listy od Pawłowskiego, Reichera. 
23 wrześni.. Po południu byli pan Żmijewski z siostrą, pan Rojecki 
i pani Rojecka (którzy przyjechali z Warszawy), pani Iwan[owska], pani 
Jastrz[ębska], pan Szelig(owski]. 
24 wrześni.. Interesanci. Listy od Michalskiego, Wiśniewskiego, 
Rudnickiego. Byli państwo Borowscy. 
25 wrześni.. Interesanci. Delegacje dyrektorów w sprawie lokali, po 
południu pani Gaydówna z listem od Lagieżyńskiego(?] z Wilna. Wrócili 
państwo PnitTerowie. 
26 wrześni.. Interesanci. Był pan kwestor Hanka, który powrócił 
z kopalni węgla nad morzem Azowskim. Po rozmowach z nim 
(powiedziałem, jakie plotki krążyły o nim) była córka jego. 
27 wneśni.. Interesanci. Była córka pana Hanki, przedstawiła szereg 
dowodów, które wykazały wszelką bezpodstawność zarzutów'. Po 
południu byłem u pana Hanki. 
28 wneśni.. Interesanci. Po południu przyszedł rektor Kolankowski, 
byłem z nim u prof. Górskiego. 
29 wrześni.. Interesanci. Rektor chodził do generała Huleja. Passen- 
dorfer i ja do generała Skokowskiego w sprawie gmachów. Napisałem 
do doc. Pawłowskiego i do doc. Knastera. Był ksiądz Wąsowicz. 
30 wrześni.. Posiedzenie Senatu w Bibliotece 8 . 


7 Zarzut dotyczył lJDiany narodowości, por. list Hanki do Dziewulskiego z 27 IX 
1945 r. - Archiwum PAN III-I46, sygn. 88 k. 116. 
8 Książnica Miejska. ul. Wysoka 16.
>>>
51 


1 października. Posiedzenie z Rektorem, Dziekanem, Prodziekanem. 
Ustalenie katedr na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym i przed- 
stawienie kandydatur. 
2 października. Rozmowa z Prezydentem miasta. Żądano, by 
Uniwersytet ustąpił z Domu tzw. Społecznego w dniu 15 października. 
Tymczasem dopiero w dniu dzisiejszym zaczęło się porządkowanie tego 
gmachu. Stanowisko Prezydenta miasta w stosunku do Uniwersytetu 
jest bardzo dziwne. 
3 października. Początek przeprowadzki do nowego gmachu, tzw. 
Społecznego. 
4 października. Biura uruchomione w lokalu Domu Społecznego, ul. 
Mickiewicza 2 - 4. Po południu posiedzenie Wydziału w tym lokalu 
zoologii przy ul. Danielewskiego 6. 
5 października. Rozmowy z Rektorem, który wyjeżdża do Warszawy. 
9 października. Sprawy bieżące. Po południu był rektor Uniwersytetu 
Poznańskiego, Stefan Dąbrowski, i dziekan Wydziału Prawa, pro f. 
Zygmunt Wojciechowski. 
8 października. Sprawy bieżące. 
9 października. Sprawy bieżące. Organizacje młodzieżowe. Wprowa- 
dziłem się do gmachu Uniwersytetu. Po południu byliśmy u pani 
Kędziorowej i państwa N arębskich. 
10 października. Byli państwo Haliccy, przenoszą się do Warszawy. 
Dr Żytkowicz wyjeżdża do Poznania po książki. Doc. [...]a List do 
Białegostoku w sprawie narzędzi fizycznych i chemicznych. List od prof. 
Rudnickiego. Przyjmuje Katedrę. 
11 października. Rektor. Chodziliśmy do Prezydenta, do Przewod- 
niczącego Rady Miejskiej, do Kuratora, nie zastaliśmy. 
12 października. Posiedzenia Senatu w sprawie asystentur. O godz. 15 
zwiedzamy dom na ul. Konopnickiej 20 i na Danielewskiego 6. Byłem 
u pani Iw[anowskiej], która wyjeżdża do Poznania. 
13 października. Byli: dr Okołowicz, dyrektor Klawe, prof. Gumowski, 
mgr Ulińska. Układałem z kwestorem budżet dodatkowy, głównie 
w sprawie potrzeb młodzieży i remontu domów. 
14 października. Rozmowa z prof. Reicherem. Był pan Komp[...]a. 
15 października. Byli prof. Gumowski, mgr Ulińska, Chakiel itd. 
16 października. Byli mgr Skorko, prof. Reiss i inni. 


· Wyraz nieczytclny.
>>>
52 


17 października. Posiedzenia Komisji Mieszkaniowej u prezesa 
Chojnickiego. Sprawa mieszkań przy ul. Bydgoskiej 78. Byłem z kolegą 
Basińskim u Rektora. 
18 października. Byli pani Karlicka, pani Ciesielska, prof. Szczep- 
kowski, delegaci leśników. 
19 października. List od Rektora w Poznaniu. Sprawa wystąpienia do 
Rady Ministrów i Ministerstwa Oświaty w celu wystąpienia o rewin- 
dykacje mienia kulturalnego. Rektor był przeciwny wystąpieniu. My 
wszyscy zgłosiliśmy akces. Wizyta leśników. Rektor przyjął ofertę 
przeprowadzenia lokatorów z ul. Mickiewicza 5 na Krasińskiego 44. 
Tymczasem wywołało to słuszne niezadowolenie lokatorów, skoro nowi 
przybywający mają otrzymywać mieszkania. Była pani Karlicka. 
20 października. Przyjechał prof. Rudnicki (z rodziną) na stałe. Na 
razie zamieszkał w nowym hotelu (Mickiewicza 2/4). Przyjechał z wizytą 
prof. [Cezary] Pawłowski - przyjął katedrę fizyki doświadczalnej. 
W ten sposób mamy już jednego matematyka i jednego fizyka. Byli 
interesanci. Byli państwo Basińscy w sprawie mieszkania. 
21 października. Konferencja z dr. Sylwanowiczem w sprawie podziału 
mieszkań. Rozmowa z państwem Kardym[owiczami], panią Rojecką, p. 
Ole[...]a i panią Ciopową. 
22 października. Rozmowa z Rektorem. Chodziłem do Prezydenta 
miasta i Prezesa Rady Miejskiej, lecz nie zastałem. 
23 października. Rozmowa z Rektorem, który jedzie do Warszawy. 
O godz. 13 przejmujemy gmach tzw. Województwa 9 jako centralę 
Uniwersytetu. Rozmawialiśmy z komendantem szpitala, który oprowa- 
dził nas po gmachu. Przyjmowałem interesantów. 
24 października. Rektor nie wyjechał do Warszawy. Ma wyjechać 25 
października. Różni interesanci. O godz. 14 przekazanie protokołem 
gmachu powojewódzkiego. O godz. 15 byłem z prof. Passendorferem 
w domu na Bydgoskiej 78. 
25 października. Komisja budżetowa Wydziału Matematyczno-Przy- 
rodniczego. Posiedzenie dziekanów. Interesanci. 
26 października. O godz. 10 posiedzenie Komisji Opieki nad Młodzieżą 
w sali Rady Miejskiej. Byłem obecny. O godz. 15 Komisja w celu 
Uczczenia Święta Zmarłych. Uprosiłem pana Reissa. Interesanci. 
27 października. Zbierałem materiał do preliminarza budżetowego. 


· Wyraz nieczytelny. 
9 Późniejsze Collegium Maius.
>>>
53 


28 października. Wraz z Kwestorem opracowywałem preliminarz 
budżetowy. Przyjechali profesorowie lwowscy: Kreutz, Hoszowski 
i Hejnosz. Powrócił Rektor. 
29 października. Posiedzenie z Rektorem, potem z Kwestorem. 
Posiedzenie z dziekanem PriitTerem. Od [godz.] 17 do 20 praca 
z Kwestorem. 
30 października. Posiedzenie z Rektorem. Wyjazd Rektora o [godz.] 
12. Pismo Prezydenta miasta z ofiarowaniem domu po starostwie 1 °. 
Podejrzewam, że jest to podstęp, by zabrać nam gmach na Sienkiewicza 
30/32. Sprawa wystąpienia o kredyty na remont gmachów. 
31 października. Posiedzenie przewodniczących komisji senackich. 
Intendent Chmarzyński chodził do Prezydenta, obawy nasze okazały się 
słuszne; Prezydent miasta nie chce dać nam gmachu przy ul. Sienkiewicza. 
Pismo do Ministerstwa w sprawie remontu. Rozpatrywana sprawa prof. 
Wilczyńskiego, pismo Rektora. Po południu był intendent Chmarzyński. 
1 listopada. Zachorowałem. Był pan Basiński. 
2 listopada. Choruję. 
3 listopada. Choruję. Przyjechała pani Hlebowiczówna. Był pan 
Sylwanowicz. Przychodził Bronisław Włodarski, a potem Kiżuk z papie- 
rami. Był pan Turczyński. 
4 listopada. Pani Wilhelmina Iwanowska powróciła po trzytygod- 
niowej nieobecności. Była we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu; 
przywiozła bardzo wiele wiadomości. Była pani Hlebowiczówna, był 
pan Turczyński, państwo Tarłowscy. 
5 listopada. Wyjechała pani Hlebowiczówna. Interesanci. 
6 listopada. Komisja Żywnościowa i Komisja Odzieżowa. 
7 listopada. Interesanci. 
8 listopada. Przyjechał Rektor. Sprawozdanie. Posiedzenie Wydziału. 
Pierwsze stadium habilitacji dr. Sylwanowicza. 
9 listopada. Interesanci. Rektor zachorował. 
10 listopada. Interesanci. 
11 listopada. Byłem u pani Wilhelminy w sprawie memoriału. 
12 listopada. Interesanci. Byłem u Rektora. Wieczorem piszemy 
memoriały. 
13 listopada. Interesanci. Byłem u Rektora. Kończymy memoriały 
w sprawie odszkodowań wojennych w Niemczech i w sprawie listu do 


10 Późniejsze Collegium Minus.
>>>
54 


prof. Rajchmana. Po południu posiedzenie Towarzystwa Naukowego, 
poświęcone pamięci ks. Kujota. 
14 listopada. Interesanci. Byłem u Rektora. 
15 listopada. Interesanci. Byłem u Rektora. Był Prezydent miasta 
w Uniwersytecie i u Rektora. Podanie prof. PnifTera w sprawie 
wyjazdu[?], namówiłem, by zaszedł do Rektora. 
16 listopada. Interesanci. Byłem u Rektora. Była pani Iszorzyna. Byłem 
u pani Iszorzyny. W sprawie gmachu Sienkiewicza 30/32 krętactwo. 
17 listopada. Interesanci. Byliśmy z kolegą PriifTerem u naczelnika 
Kuratorium, Błońskiego, w sprawie gmachu Sienkiewicza 30/32. Kurator 
pragnie zająć gmach na szkoły. Byliśmy u Prezydenta miasta i Przewod- 
niczącego Rady Miejskiej. Mają poruszyć tę sprawę z wojewodą 18 
listopada. Byłem u Rektora: zapadła decyzja, że zajmujemy gmach na 
Sienkiewicza 30. Wieczorem był pan Sotnikow w sprawie wyjazdu 
w niedzielę na spotkanie Premiera udającego się do Bydgoszczy. 
N apisałem list do prof. Reissa. 
18 listopada. Okazało się, że Prezydent nie zajechał po prof. Reissa. 
Był pan Rojecki, po południu pan Mienicki. 
19 listopada. Byli prof. Czeżowski, Passendorfer, PnifTer, Jamontt 
w sprawie otwarcia Uniwersytetu. Przyszedł Rektor po raz pierwszy po 
chorobie; poznałem prof. Czernego u Rektora. Uzgodniliśmy, że raczej 
należy później dokonać otwarcia Uniwersytetu. Był pan Skorko, pragnie 
przenieść się do Łodzi. Namawiamy, by odłożył decyzję na miesiąc co 
najmniej. Po drodze byliśmy (prof. PnifTer, Iwanowska i ja) w gmachu 
na Sienkiewicza 30. 
20 listopada. Miały być posiedzenia Komisji Żywnościowej i Odzie- 
żowej, odwołałem. Rektor udał się do tzw. "Harmonijki", mającej 
otrzymać nazwę Collegium Minus. Byłem u koleżanki Wilhelminy 
Iwanowskiej. Zacząłem pisać referat, który ma być wygłoszony na 
inauguracji roku akademickiego. Powrócił prof. Górski. Zakomunikował 
- między innymi - że złożył w Ministerstwie memoriał w sprawie 
odszkodowań. Prof. Rajchmana już nie zastał, natomiast przesłał 
memoriał do prezesa Polonii amerykańskiej, pana Leona Krzyckiego. 
21 listopada. Posiedzenia Senatu: sprawy budżetowe, sprawa otwarcia 
Uniwersytetu, sprawa rozpoczęcia wykładów. 
22 listopada. Posiedzenie Senatu. Posiedzenie Towarzystwa Przyjaciół 
Uniwersytetu w Radzie Miejskiej. Przewodniczył Kurator. Na prezesa 
powołano dyrektora Niezabitowskiego. Był ksiądz, delegat biskupa. 


-...ł.
>>>
55 


Posiedzenie Komisji Żywnościowej. Byłem u dr Sienickiej w sprawie 
biologii na Kursie Wstępnym, byłem u koleżanki Iwanowskiej. 
23 listopada. Był prof. Hiller i prof. Grzegorzewski, pragną ściągnąć 
do Gdańska prof. Reichera. Przyjechał dr Koss, sekretarz Uniwersytetu. 
Rozmawiałem z proC. Rudnickim o matematyce na Kursie Wstępnym, 
byłem u pani Ulińskiej w sprawie chemii na Kursie Wstępnym. 
24 listopada. Interesanci. Ks. Pietkun u Rektora i u mnie. Rektor 
wyjechał. 
25 listopada. Niedziela. Był pan Ryszard Mieniclei. 
26 listopada. Jestem chory. Był pan PriitTer, pan Sylwanowicz 
i kwestor Hanka. 
27 listopada. Interesanci. Ks. Pietkun. Rozmowa z prof. Limanowskim 
o jego Katedrze i zwolnieniu od wykładów. 
28 listopada. Interesanci. Pan Wasilewski, pan Ma1icki. Delegacja 
studentów z Bydgoszczy. Omawiałem Rok Wstępny. Wyznaczyłem 
zebranie studentów Roku Wstępnego. 
29 listopada. Interesanci. Ks. Pietkun. 
30 listopada. Zebranie studentów Wstępnego Roku. Interesanci. 
Posiedzenie Komisji Odzieżowej. 
1 grudnia. Interesanci. 
3 grudnia. Interesanci bardzo liczni. Sprawa pani Zanówny. Po 
południu posiedzenie sekcji ZNP. Byłem w gimnazjum u prof. Szczur- 
kiewicza w sprawie wykładu matematyki. List od Anielki do Tadeuszali. 
Przyjechali państwo Reicherowie. 
4 grudnia. Pierwszy wykład. Posiedzenie Komisji Żywnościowej. 
5 grudnia. Wydział. Referat o pracach dr. Sylwanowicza. Urzędnik 
z Urzędu Ziemskiego w sprawie majątku dla Uniwersytetu. Sprawa 
pani Zanówny. 
6 grudnia. Interesanci. Konferencja z Rektorem w sprawie przemó- 
wienia w radiu. List od ordynariusza apostolskiego [ss] ks. Wronki. 
Colloquium habilitacyjne dr. W. Sylwanowicza l2 . Wieczorem przyjęcie 
u państwa Reicherów w mieszkaniu PriitTerów. 


II Zob. przyp. 1 i 2. 
12 Pierwsze colloquium babił. W. Syłwanowicza odbyło si
 6 XII 1945 r. i nie zostało 
zatwierdzone przez ówczesne Ministerstwo Oświaty, ponieważ jeden z referentów, 
Janina Hurynowicz, była docentem, a nie profesorem, jak wymagały przepisy. Ponownie 
przewód przeprowadzono 15 VII 1946 r., zatwierdzony został w maju 1947 r. 
- Archiwum UMK, Akta przewodu habilitacyjnego W. Sylwanowicza, sygn. MP 123.
>>>
56 


7 grudnia. Interesanci. O godz. 14.35 odczyt radiowy Rektora. 
Odczytałem. 
10 grudnia. Interesanci. 
11 grudnia. Początek przeprowadzki. 
12 grudnia. Koniec przeprowadzki do Collegium Maius. Byłem 
z Bronisławem Jamonttem u prałata [Franciszka] Janka. 
13 grudnia. Sprawa podań amerykańskich. 
14 grudnia. Rok Wstępny: rozkład godzin, sprawa sal. 
15 grudnia. Wrócił Rektor. Posiedzenie Senatu. Przyjechali pan 
Jabłoński i pan Zonn. Po południu zebranie z udziałem pani Iwanowskiej 
i pana Szeligowskiego. 
16 grudnia. Chodziliśmy z panem Jabłońskim do Rektora, nie 
zastaliśmy. Po południu pan Zonn. 
17 grudnia. Przepisywanie podań amerykańskich. Pierwszy wykład 
dla geografii. Posiedzenie Wydziału. Zmarł prof. Kuna. Ciężko za- 
chorowała pani Basińska. 
18 grudnia. Wykład astronomii. Sprawy uniwersyteckie. Po południu 
wykład 2 godz. na Kursie Wstępnym zamiast pani Ulińskiej. Posiedzenie 
Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika. 
19 grudnia. Sprawa wysłania podań o narzędzia i książki amerykań- 
skie. Zawozi dr Kongiel. Byłem na uroczystości ukończenia kursu 
przez Wandzię. 
20 grudnia. Pogrzeb prof. Kuny na cmentarzu św. Jerzego. Sprawy 
uniwersyteckie. Sprawa zaproszeń na inaugurację. O godz. 14-15 
w gmachu przy ul. Sienkiewicza. O godz. 15 na Kursie Wstępnym. 
Wieczorem był dr Szeligowski, omawialiśmy pracę. 
2l grudnia. Wykład. O [godz.] 12 rozmowa z Rektorem, który 
wyjeżdża na święta. O 12.30 Komisja Żywnościowa. 014.30 na Kursie 
Wstępnym. 
22 grudnia. Interesanci. Życzenia w biurach. 
24 grudnia. Byłem w Kwesturze. Wieczorem po wilii byliśmy z paniami 
Dworakowskimi, które przyjechały na święta, u państwa Priifferów. 
27 grudnia. Byłem w Kwesturze, przenosimy pozostałości kredytów 
do banku. 
28 grudnia. Sprawy bieżące. 
29 grudnia. Powrócił Rektor. Po południu opłatek w stowarzyszeniu 
"Jedność" w lokalu "Pomorzanki". Przemawiałem. Zachorował prof. 
Rudnicki (lekki atak apoplektyczny).
>>>
57 


31 grudnia. W Kwesturze zestawianie rachunków. 


1946 


1 stycznia. Posiedzenie w Rektoracie w związku z inauguracją. 
2 stycznia. Sprawy bieżące. Wizyta pana Findeisena. 
3 stycznia. Byli: pani Basińska
 Ulińska
 studenci. Po południu 
wykłady na Roku Wstępnym. 
4 stycznia. Interesanci. Przyjechała niespodziewanie Marysia 13 . 
Posiedzenie u Rektora. 
5 stycznia. Inauguracja. Nabożeństwo i kazanie biskupa Wronki. 
Rozmowa z Ministrem i Wiceministrem o sprawach astronomii
 
o ewentualnym wyjeździe koleżanki Iwanowskiej do Ameryki i o wyda- 
wnictwach. Inauguracja. Przemówienie Rektora. Odczyty prof. Hartleba 
i mój wykład. Śniadanie. Rektorostwo Dąbrowscy byli u nas. 


13 Siostra prof. Dziewulskiego, artystka-graficzka.
>>>
---Al.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNlKA. WSPOMNlEN1A PRACOWN1KÓW 
TORUŃ 1995 


KAROL GÓRSKI 


N a trzydziestolecie Instytutu Historii i Archiwistyki. 


Byłem jednym z pierwszych, którzy tutaj przybyli. Nominację mam 
z 1 października 1945 r., a pierwszy wykład zacząłem bodaj 27 listopada, 
w sali Collegium Minus. Świadkiem tego jest prof. Marian Biskup, który 
siedział w szaliku, w takim różowym szaliku, bo było tam bardzo zimno. 
Zespół profesorów tworzył wielką mozaikę, ale ta mozaika kierunków 
reprezentowanych przez profesorów sprowadzała się do dwóch -- Kra- 
kowa i Lwowa, ostatecznie prof. Mienicki studiował w Krakowie, 
a prof. Pawłowski we Lwowie. Więc to wszystko sprowadzało się do 
tych dwóch ośrodków -- jedynych, które przed 1914 r. reprezentowały 
naukę polską. Były między nami różnice zdań, różnice ujęć. Bardzo była 
ciekawa moja rozmowa z prof. Włodarskim, z którym się zawsze 
zgadzałem. Okazało się, że on się wywodzi ze szkoły Stanisława 
Zakrzewskiego, który przyszedł do Lwowa, ale z Krakowa. I to wydaje 
się może bardzo oryginalne, ale tak było. Te dwa uniwersytety ciążyły na 
całym dwudziestoleciu, a i później jeszcze się to odzywało. Całe to 
bogactwo kierunków we Lwowie: Bujak, Szelągowski, Kolankowski 
- wszyscy wywodzili się częściowo od Tadeusza Wojciechowskiego, 
podczas gdy to, co było w Krakowie, to była jeszcze inna tradycja. 
Jednym z ważniejszych zagadnień, nad którym stale dyskutowaliśmy 
przez pierwsze lata, było zagadnienie: regionalizm, historia ogólna 
Polski czy historia powszechna? I to na ten temat ciągle odbywały się 
dyskusje, bo Ministerstwo stawiało pytanie: jaki jest profil historii na 


. Tekst opracowała Henryka Duczkowska-Moraczewska na podstawie nagrania 
przemówienia Karola Górskiego wygłoszonego na uroczystości 30-lecia Instytutu 
Historii i Archiwistyki UMK 14 II 1975 r. (Archiwum UMK . - sygn. T -36).
>>>
\ 
i 
\ 


rys. L. Jeśmanow;cz
>>>
61 


UMK? To pytanie nie było stawiane bez kozery, szczególnie w latach, 
kiedy groziła likwidacja Wydziału. I kiedy prof. Hoszowski, który był 
specjalnie na to uwrażliwiony, przyjeżdżał i stawiał retoryczne pytanie: 
"może byśmy wreszcie ustalili program?", ja kiedyś powiedziałem: 
"może by najpierw opracować historię tworzenia naszych programów?". 
Dlatego, że już było ich kilka. No i to jakoś powstrzymało dalsze 
poszukiwania tego profilu. Ostatecznie w pierwszych latach zajmowaliśmy 
się przeważnie historią Pomorza, historią Północnej Polski. Sprawa 
została wyjaśniona, przecięta, że tak powiem w 1962 r. przez Ministerst- 
wo, które zażądało, żeby katedry historii powszechnej zajmowały się 
historią powszechną, a katedry historii Polski historią Polski. Przy czym 
uznano, że "styk" to jest historia Polski. To znaczy, że jeśli jakaś katedra 
zajmuje się powiedzmy wielką wojną 1409 -141 O, to jest to zagadnienie 
stykowe, a nie historia powszechna. I wtedy zaczęła się analiza; okazało 
się, że na blisko 30 tematów, jakie mają katedry historii powszechnej 
w skali ogólnopolskiej (ja te rzeczy opracowywałem, tutaj odbyła się 
konferencja w Toruniu 13 stycznia 1962 r.), na te blisko 30 tematów 14 
jest "stykowych" z historii politycznej, cztery z historii kultury, pięć 
z historii gospodarczej, z historii społecznej żaden temat z historii 
powszechnej nie był realizowany, a prócz tego zajmowano się "Atlasem 
historycznym". Otóż w rezultacie dyskusji przedstawiłem projekt, który 
został zaakceptowany i opublikowany, mianowicie, że zagadnienia 
stykowe są konieczne dla celów dydaktycznych, ale dla badawczych jest 
to za mało i że właściwie należy rozróżnić trzy możliwe do uprawiania 
kierunki historii powszechnej. Historia obca jest bardzo trudna, bo 
trzeba dostać stypendium i pojechać studiować przynajmniej na rok. 
Badania porównawcze, kiedy się bierze opublikowany już materiał 
i traktuje się go porównawczo - to jest istota historii powszechnej. 
Można w ten sposób uprawiać przede wszystkim historię kultury 
i historię gospodarczą. I wreszcie trzeci kierunek to jest to, co nazwałem 
semazjologią historyczną czyli historią terminologii. Te same określenia 
w różnych krajach mogą mieć różne odcienie i całkiem nawet inne 
znaczenie. Jest to dziedzina bardzo trudna przy naszym stanie bibliotek, 
ale niewątpliwie bardzo ważna. Otóż panowało wtedy przekonanie, że 
historia powszechna jest kierunkiem deficytowym, ale bardzo ważnym, 
ponieważ umożliwia kontakty z zagranicą. Powiedzmy sobie otwarcie, 
historyków zagranicznych, którzy zajmują się historią Polski, jest 
niesłychanie mało. Dlatego też aby mieć kontakty zagraniczne, trzeba się
>>>
62 


zajmować historią powszechną, co jest takie, zdawałoby się, proste 
w tych okolicznościach, gdy cudzoziemcy nie mówią po polsku. Badanie 
Prus daje nam możliwości takich kontaktów tylko z badaczami 
niemieckimi. 
Ja mam tutaj sprawozdanie z 1963 r. Wybiorę tylko parę takich 
"kawałków". Mianowicie: gości zagranicznych w 1961 r. przyjechało do 
nas sześć osób i jedna wycieczka, w 1962 r. - cztery osoby i jedna 
wycieczka, a wyjechały w roku 1961/1962 - trzy osoby i jedna 
wycieczka do Pragi, a w roku 1962/1963 - jedna osoba. Trochę więcej 
przyjazdów i wyjazdów było w 1957 i 1958 r., a potem to zaczęło maleć, 
z tym że z Warszawy wyjeżdżało znacznie więcej osób. 
Krótko powiem o sprawach bibliotecznych. Ludwik Kolankowski 
był przeciwny rozwojowi biblioteki Instytutu. Uważał, że wystarczy 
troszeczkę podręczników, a reszta winna trafić do biblioteki uniwer- 
syteckiej, ale jednak ciężar żądań profesorów był tego rodzaju, że 
biblioteka zaczęła się rozwijać i przekroczyła nawet nasze najśmielsze 
pragnienia. Ta biblioteka miała bardzo różne okresy swoich dziejów. 
Najtragiczniejszy z nich był czas, kiedy po kasacji Wydziału Prawa 
przywieziono książki Katedry Historii Państwa i Prawa Polskiego 
i Zagranicznego i wstawiono je między książki na półki u nas, i to bez 
katalogowania. Istniał ich katalog, istniał nasz katalog, a książki były 
przemieszane. No i te książki ginęły. Tutaj chcę wspomnieć o dużych 
zasługach, jakie położył pan Rusiecki, którego udało mi się zaangażować 
na bibliotekarza. Była to właściwie rzecz niezgodna z przepisami, bo on 
nie miał dyplomu bibliotekarskiego, ale był to pierwszorzędny biblio- 
tekarz. I on rzeczywiście bibliotekę uporządkował - stwierdził braki, 
wydzielił to wszystko, co sobie Wydział Prawa z powrotem później 
zabrał, i strzegł tej biblioteki jak oka w głowie. 
Przemiany zachodziły ciągle - przybywały katedry, przybywali 
pracownicy, odpadali pracownicy. W roku 1962, jak mi się zdaje, 
nastąpiło rozdzielenie etatów między Akademię i Uniwersytet. Kto miał 
drugi etat, musiał z niego ustąpić, i w ten sposób prof. Marian Biskup, 
który był na etacie samodzielnego pracownika nauki, odszedł do 
Akademii i prof. Żytkowicz odszedł. Straciliśmy wówczas dwóch 
pracowników i trzeba było z wielkim trudem nadrabiać te luki, które się 
potem tworLyły. 
Na koniec chciałbym dać takie jakby podsumowanie. Myśmy nieraz 
z prof. Włodarskim mówili na temat tego, jak to naszemu Wydziałowi 


.........
>>>
63 


Humanistycznemu, a w szczególności historii, udało się przetrwać ten 
bardzo niedobry czas, kiedy były wyraźne zamierzenia zlikwidowania 
UMK. Wychodziły one z różnych stron; między innymi np. w Gdańsku 
na Zjeździe PTH w oficjalnym referacie podano informację, że w ciągu 
10 lat istnienia UMK wypuścił, zdaje się, razem 80 magistrantów, czy 
coś takiego, przeciwko czemu ostro zaprotestował prof. Nadolski, który 
miał dane przy sobie. Ale takie posunięcia były bardzo złośliwe, a w tym 
wypadku nie wychodziły z Ministerstwa. 
Dlaczego myśmy przetrzymali, a Wydział Prawa nie przetrzymał? 
Otóż panowała w naszym gronie, mimo wszystkich tarć, jednak tendencja 
do utrzymania zgodnej, koleżeńskiej współpracy. Na innych wydziałach 
zdarzały się wypadki, że profesorowie, mający różne zdania, jeździli ze 
skargami do Ministra. Pojechał jeden, to pojechał i drugi, i tak sobie 
jeździli po kolei - jeden, drugi, trzeci. W Ministerstwie więc uważano, 
że mają doskonałe rozeznanie, co się dzieje na Wydziale Prawa i ten 
Wydział zlikwidowano. Natomiast u nas staraliśmy się te wszystkie 
różnice zdań załatwiać na miejscu i znosić te przykrości, drobnostki 
nieraz. I tutaj trzeba powiedzieć, że wielką zasługę miał prof. Bronisław 
Włodarski, który swoim taktem, swoją "zgodliwością", umiejętnością 
łagodzenia utrzymywał tę jedność, nie zawsze w łatwych warunkach, bo 
wśród tych, którzy przybyli tu po wojnie, znajdowali się ludzie, którzy 
po niedawnych wydarzeniach przyjechali zupełnie chorzy, nerwowo 
chorzy, i współpraca z nimi bywała czasami niesłychanie trudna. Otóż 
to, że prof. Włodarski umiał to wszystko załagodzić, było jego bardzo 
wielką zasługą. 
I jeśli bym chciał na zakończenie powiedzieć coś, co by miało być 
takim powiedzmy, zamknięciem tego trzydziestolecia, to będzie to 
wezwanie do zgodnej współpracy.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


KONRAD GÓRSKI 


o początkach UMK i organizowaniu Wydziału 
Humanistycznego * 


Nigdy nie prowadziłem notatek, więc podzielić się dziś mogę tylko 
tym, co pozostało W mojej pamięci. Otóż W czasie transportu z Wilna, 
kiedy siedzieliśmy już W pociągu repatriacyjnym I, byliśmy przekonani, 
że pojedziemy do Łodzi, bo takie były podobno pierwotne plany. 
Przyszedł do nas wtedy konsul polski, który zajmował się sprawą 
repatriacji ludności polskiej do Polski Ludowej, i powiedział, że nie 
pojedziemy do Łodzi, tylko do Torunia, bo tam ma powstać nowy 
uniwersytet. Ogromnie się ucieszyłem. To było dokładnie 28 kwietnia 
1945 r. Tego dnia wyjechaliśmy z Wilna. Ucieszyłem się, bo perspektywa 
Łodzi nie pociągała mnie. Natomiast Toruń znałem przed wojną. 
Wiedziałem, że to jest śliczne miasto, perła historycznych zabytków, 
mające w sobie ten smak. Miasto o wielkiej tradycji. No, zresztą 
wiedziałem, czym był Toruń w naszej historii, i już by to wystarczyło. 
Więc ogromnie się ucieszyłem z tej perspektywy. Zaczęliśmy jechać. 
Przyjechaliśmy 7 maja, czyli po dłuższej, że tak powiem, peregrynacji, bo 
to się jechało przez Warszawę, przez Poznań później, i tak dalej. 
W Poznaniu się trzy dni siedziało na Kobylim Polu, w Inowrocławiu trzy 


. Tekst opracowała Henryka Duczkowska-Moraczewska na podstawie rozmowy 
przeprowadzonej 22 XII 1975 r. w Archiwum UMK i zarejestrowanej na taśmie 
magnetofonowej (Archiwum UMK sygn. T - 32). Profesor tekst autoryzował 16 III 1988 
r. dopisując kilka zdań końcowych odręcmie. 
I Wspólnie z Konradem Górskim podróżowali m.in.: proC. Tymon Niesiołowski, 
doc. Janina H urynowicz, kustosz Stanisław Lisowski łącmie ponad 100 osób.
>>>
rys. L. Jeśmanow;cz
>>>
67 


dni na stacji towarowej. Więc zanim pociąg dotarł wreszcie do 
Torunia, to był 7 maja. Na spotkanie tego pociągu wyszła pewna 
młoda pani, Ewa Dobrowolska (wtedy nazywała się Troczyńska) 
i zaprowadziła mnie do pana Ogłozy. Był on wtedy takim właściwie 
w pewnym sensie przewodniczącym czy głównym człowiekiem, który 
pracował nad przygotowaniem tego uniwersytetu. Dowiedziałem się 
wtedy rzeczy, która mnie oczywiście zaskoczyła, że na razie to 
się jeszcze na ten uniwersytet "muchy nie gonią", że sprawa jest 
jeszcze zupełnie w proszku, że trzeba przekonywać zarówno miejscowe 
społeczeństwo o potrzebie uniwersytetu, jak również że trzeba jeszcze 
czekać na decyzje władz i tak dalej. 
To była pierwsza połowa maja. Na dwa dni przed końcem wojny. 
Wojna się skończyła, jak wiadomo, 9 maja. Myśmy dwa dni wcześniej 
przyjechali. Natomiast od pierwszej chwili zetknąłem się z panem 
Józefem Mossakowskim, późniejszym wykładowcą na naszym Uniwer- 
sytecie (wtedy nie miał jeszcze magisterium z historii), który rzeczywiście 
ogromnie dużo energii i poświęcenia wkładał w to, żeby przekonywać 
i społeczeństwo, i władze przede wszystkim, o konieczności utworzenia 
uniwersytetu. Pisał .memoriał za memoriałem. Uzgadniał ze mną te 
memoriały, okazywał niesłychanie dużo dobrej woli, poświęcenia, 
pracowitości itd. Wszystkie te starania do momentu, kiedy uniwersytet 
został oficjalnie powołany do życia, zostały bliżej opisane w broszurce 
panów Burhardta i Mossakowskieg0 2 . 
Jest tam jakieś pół stronicy poświęcone moim zabiegom i mojej 
osobie (bardzo im jestem wdzięczny za te pół stronicy). Oczywiście 
w ogromnym streszczeniu oddane są tam moje zabiegi. Bo ja jeździłem 
i do Bydgoszczy, i tu, i tam. Nawet w pewnym momencie prasa zaczęła 
o mnie pisać - "rektor Konrad Górski". M usiałem da wać sprostowanie, 
że żadnym rektorem nie jestem i nie będę, a że w tej chwili jestem tylko 
tym człowiekiem, który się zajmuje propagandą. 
W połowie lipca przyjechała tu już wielka ekipa uniwersytecka. 
Przyjechali prof. Dziewulski, prof. Czeżowski i inni. Ludzie przyjechali 
i nawet część otrzymała mieszkania, jednak zrujnowane, okropne, 
bowiem w nich mieszkali poprzednio różni żołnierze sowieccy itd. Te 
mieszkania były rzeczywiście zniszczone. I ludzie nie bardzo mieli 
pieniądze. W połowie sierpnia wyjechałem do Łodzi, ponieważ już 


2 S. B u r h a r d t, J. M o s s a k o w s k i, Z prehivtorii Uniwersytetu Mikolaja 
Kopernika, Toruń 1946.
>>>
68 


wiadomo było, że prof. Kolankowski będzie właśnie naszym rektorem, 
a on był wtedy prorektorem Uniwersytetu Łódzkiego. Pojechałem do 
niego, żeby go zdopingować, niech przyjeżdża i zaczyna coś robić, bo 
ludzie właściwie nie mają z czego żyć. Kolankowski kazał mi wypłacić 25 
tys. ówczesnych złotych jako zapomogę. Przyrzekł, że już niedługo 
przyjedzie. Podróż ta była koszmarna. W tamtą stronę, najdokładniej 
w świecie, jechałem w ubikacji wagonowej, bo nie było już możliwości 
wejścia dalej. Okno było otwarte, ja wyglądałem przez nie, a za moimi 
plecami ludzie załatwiali swoje potrzeby. A za powrotem był tak 
straszny tłok, że jak dojechałem do Torunia, to mowy nie było o tym, 
żeby wysiąść drzwiami. Wobec tego wysiadłem przez okno razem 
z wiezionymi pieniędzmi. To daje charakterystyczne pojęcie o tym, jak 
wyglądały ówczesne nasze warunki. 
Nie wiem (już nie pamiętam), czy w broszurze Burhardta i Mos- 
sakowskiego utrwalony jest ten szczegół, że tutaj przed wojną był 
Instytut BałtyckP. Na jego czele stał niejaki pan Józef Borowik. Miał 
w tym zakresie swoje zasługi. Ale, jak powiedział Cezar, "wolę być 
pierwszym na wsi niż drugim w Rzymie". On był pierwszym na wsi. 
Tymczasem wobec tego, że miał się utworzyć uniwersytet, stałby się 
drugim na wsi i na to nie miał ochoty. Wobec tego rozpoczął działalność 
wyraźnie skierowaną przeciwko uniwersytetowi. Między innymi udał się 
do Warszawy i agitował wśród członków Krajowej Rady Narodowej, że 
ci, co mają tworzyć ten uniwersytet, to są sami czarni reakcjoniści itd. 
Ten argument wykorzystywał, żeby nie było uniwersytetu. Wobec tego 
sprawa już wisiała na włosku i tu jest ogromna zasługa ówczesnego 
wicemarszałka Krajowej Rady Narodowej pana Stanisława Szwalbego, 
który się wtedy zainteresował sprawą, przyjechał do Torunia i zbadał na 
miejscu, jak to jest z tymi czarnymi reakcjonistami 4 . Wrócił do Warszawy 
i jemu trzeba zawdzięczać, że odwrócił sytuację w Krajowej Radzie 
Narodowej. Wprawdzie utworzenie uniwersytetu zostało uchwalone 
stosunkowo niedużą przewagą głosów, ale jednak większość ta się 
znalazła. 


J Autorzy przywołanej pracy wspominają nie tylko o Instytucie Bałtyckim, ale 
i o jego kierowniku Józefie Borowiku, przedstawionym dalej przez autora wspomnień 
jako przeciwnik powstania uniwersytetu w Toruniu; nic jednak nie piszą o jego 
negatywnej roli, jaką miał odegrać w 1945 r. 
4 Nie udało się potwierdzić faktu przybycia wówczas S. Szwalbego do Torunia. 


......
>>>
69 


Uchwała zapadła 24 sierpnia. Od tej pory zaczęliśmy prawnie istnieć s , 
ale do tego, żeby zacząć rzeczywiście działać, droga była jeszcze bardzo 
daleka. Był formalnie Uniwersytet, zaczęli się zjeżdżać już pierwsi 
profesorowie re Lwowa, ale nie było ani lokalu, ani studentów. 
Na przykład ja pierwsre posiedrenie Rady Wydziału Humanistycz- 
nego musiałem zrobić w moim mieszkaniu (ul. Bydgoska 14 m. 4). To się 
dopiero zaczynało. Nie mówiąc o wszystkich trudnościach, które trreba 
było wtedy pokonywać, kontaktach z ludźmi, rozmowach, korespon- 
dencji, którą trreba było prowadzić. DoŚĆ powiedzieć, że 24 listopada 
odbył się pierwszy wykład wygłoszony na Uniwersytecie przez prof. 
Tadeusza Creżowskiego. Czyli wtedy już mieliśmy Collegium Maius, już 
mieliśmy także tzw. "Harmonijkę" (Collegium Minus) i można było już 
działalność dydaktyczną rozpoczynać 6 . 
Jeśli chodzi o zorganizowanie poszcrególnych wydziałów: ja byłem 
zaangażowany do zorganizowania Wydziału Humanistycznego, prof. 
PriifTer - Wydziału Matematyczno-Przyrodnicrego, nie było jeszcze na 
razie żadnego kandydata do zorganizowania Wydziału Prawnego. 
Znalazł się tu na miejscu dawny radca prawny województwa wileńskiego, 
pan Witold Reiss. Rektor Kolankowski pytał mnie o niego, ale ja nic nie 
mogłem o nim powiedzieć. Później się okazało, że to jest osobistość 
niepoważna. Jak wiadomo, wysredł z Uniwersytetu ze skandalem. Nie 
miał doktoratu, chciał go zrobić, więc "zerżnął" jakąś tam książkę 
Taubenszlaga, przedstawiając ją jako własną. Znalazł się jednak profesor, 
który ten plagiat zdemaskował, i wtedy pan Reiss ustąpił, ale to już było 
później. Natomiast na razie on wziął się do organizowania Wydziału 
Prawnego. 
W Wilnie był Wydział Sztuki. Chcieliśmy go też zorganizować 
w Toruniu. Tymczasem tutaj początkowo na uruchomienie tego 
Wydziału Ministerstwo nie bardzo się zgadzało. Wobec tego posta- 
nowiliśmy zrobić tak, że "sztuka" (Wydział Sztuki) byłaby sekcją 
Wydziału Humanistycznego. I obok mnie jako dziekana Wydziału 


, Dekret o utworzeniu UMK uchwalony został na posiedzeniu Rady Ministrów 
Rządu Jedności Narodowej 24 sierpnia, parafowany jednak ostatecznie (brakowało 
pierwotnie podpisów prezydenta KRN Bieruta i premiera Osóbki-Morawskiego) po 
zatwierdzeniu przez KRN 11 września i wszedł w życie z dniem ogłoszenia, to jest 
19 tegoż miesiąca (Dz.U. z 191X 1945, Nr 34, poz. 208). 
6 Wykład Tadeusza Czeżowskiego odbył się w Collegium Minus, a nie, jak można by 
wnosić z tekstu Konrada Górskiego, w Collegium Maius (zagospodarowywanie 
Collegium Maius rozpoczęło się od 12 Xli 1(45).
>>>
70 


Humanistycznego został mianowany prodziekan dla zorganizowania 
"sztuki", prof. Bronisław Jamontt. Ja wobec tego brałem udział 
w sprawach zarówno organizacji całego Wydziału Humanistycznego, 
jak i Wydziału Sztuk Pięknych. 
W związku z tym pamiętam ciekawy moment, nadający się rzeczywiś- 
cie do pamiętników. Zeszliśmy się we czterech: rektor Kolankowski, 
Jamontt, Tymon Niesiołowski, jako najwybitniejszy z tych artystów, 
którzy mieli stanowić podstawę tego Wydziału, i ja. Przy tej okazji po 
raz pierwszy (chociaż znałem Niesiołowskiego dobrze jeszcze w Wilnie) 
zobaczyłem, co Niesiołowski potrafi. Był to człowiek łagodny i raczej 
dyskretny, nie narzucający się, ale jeśli coś dotyczyło spraw artystycznych, 
to potrafił okazać stanowczoŚĆ. 
Otóż jedną katedrę malarstwa chciał prof. Kolankowski obsadzić 
przez malarza Jana Skotnickiego, który w swoim czasie był dyrektorem 
Departamentu, a później Wydziału Sztuki w Ministerstwie Kultury 
i Sztuki. Nie wiem, co ich tam łączyło. Dość, że koniecznie chciał, żeby 
Skotnicki był. Natomiast Niesiołowski uważał, że Skotnicki nie jest 
żadnym artystą, że absolutnie nie zasługuje na to, żeby miał zostać 
profesorem i postawił się tak ostro, że Kolankowski skapitulował. 
I Skotnicki odpadł. Kiedy się zebranie skończyło i wychodziliśmy, 
Kolankowski, swym wielkim palcem kiwając do Niesiołowskiego, 
powiada: "no dobrze, żeśmy kiedyś chodzili na wódkę". Na to 
Niesiołowski odpowiedział: "i dzisiaj też możemy iść". Na tym się 
skończyło posiedzenie konstytuujące przyszły Wydział Sztuk Pięknych. 
Oczywiście już tam było przewidzianych kilku ludzi: Niesiołowski, 
następnie N arębski na architekturę wnętrz, Hoppen na grafikę i jeszcze 
Kuna na rzeźbę, ale ten wkrótce umarł (był chory na serce). 
Stwierdziłem wówczas konieczność powołania jakiegoś Studium 
Konserwatorskiego, a że Remer był na miejscu, więc jego wysunąłem 
jako kandydata na profesora konserwacji. 
Natomiast jeśli chodzi o humanistykę, to rzeczywiście tu podzieliliśmy 
się rolami z Kolankowskim - on zastrzegł dla siebie prawo obsadzenia 
katedr historii. Tę historię od razu niesłychanie silnie obsadził. Powstało 
sześć katedr, a nawet jeszcze dodatkowo przybył Gumowski, który 
katedry nie miał, ale wykładał wszystkie nauki pomocnicze. Rzeczywiście 
historię obsadzono bardzo bogato i we wszystkich kierunkach. Byli na 
niej: sam Kolankowski, następnie Hartleb, dalej Hoszowski, Mienicki, 
Włodarski i Karol Górski. Siódmy był Gumowski.
>>>
7l 


Filozofię, to znaczy logikę, objął prof. Czeżowski, filozofię wartości 
prof. Elzenberg, następnie pedagogikę Sośnicki, psychologię Andrzej 
Lewicki, już dziś nie żyjący. Najpiew miał być Kreutz. Jako profesor 
Kreutz wolał wybrać Wrocław i skończyło się na tym, że on został we 
Wrocławiu, a nam przysłał Lewickiego, swego ucznia. Lewicki począt- 
kowo wykładał jako zastępca profesora. W 1961 r. poszedł do Poznania 
i niestety przedwcześnie zmarł. W każdym razie on dobrze znał swój 
przedmiot. 
Na filologii był Słuszkiewicz jako profesor językoznawstwa indo- 
europejskiego. Początkowo też Taszycki, ale ten bardzo krótko wy- 
kładał: właściwie on tu nie chciał zostać, tylko chwilowo się zaczepił 
w Toruniu jako profesor języka polskiego. Następnie Hrabec jako 
adiunkt filologii słowiańskiej. Literaturę obsadzili: Tadeusz Mako- 
wiecki, Eugeniusz Kucharski (teoria literatury i literatura porówna- 
wcza), ja i następnie Karol Zawodziński, specjalista od literatur 
słowiańskich - głównie znał rosyjską. Zawodziński zasadniczo był 
z wykształcenia romanistą, ale przez sam fakt wieloletniego pobytu 
w Rosji (studiował w Petersburgu) i kontakty z literaturą rosyjską 
rzeczywiście doskonale ją poznał, zwłaszcza literaturę młodszą. W ten 
sposób można było i tę katedrę obsadzić. Nieprędko jednak objął 
swe obowiązki. Dopiero na wiosnę zaczął przyjeżdżać z Warszawy. 
Na dobre osiadł w Toruniu od 1946 r. Na filologię klasyczną przyszli 
Srebrny i Skimina (dojeżdżający z Krakowa). 
Archeologię śródziemnomorską objął Kazimierz Bulas, który 
w 1947 r. wyjechał do Włoch jako kierownik stacji naukowej w Rzymie. 
Bardzo wybitny archeolog klasyczny. Pisał również po polsku. Był to 
pół-Grek, pół-Polak (jego nazwisko Bulas - było rzeczywiście greckie). 
Jak się znalazł za granicą - wolał tam zostać. Później na archeologii 
klasycznej nie miał już następców. Natomiast archeologię prehistoryczną 
objął Roman Jakimowicz. To było jakby dopełnienie wszystkich katedr 
historii. 
Katedrę Historii Sztuki zastępczo objęła pani Puciata-Pawłowska. 
Później przeszła na Wydział Sztuk Pięknych, w czasach, gdy Wydział 
Humanistyczny był gruntownie rozbijany. 
Z filologii nowożytnych - romanistykę objął Czerny, anglistykę 
- Szczepkowski, znakomity, już dziś nie żyjący, znawca języka. Kiedy 
zapytałem Dyboskiego, czy on się będzie nadawał, Dyboski mi od- 
powiedział, że jest to świetny nauczyciel języka. Ale literaturę też
>>>
72 


opanował i tak wykładał, jak mógł. Tytuł miał wtedy magistra, ale 
wychował doskonałych anglistów. Między innymi Ada Styczyńska 
- obecnie w Łodzi - jest jego uczennicą. Przez szereg lat była tutaj 
tylko lektorką, bo anglistyka została zniesiona. 
Germanistykę objął doktor (jeszcze wtedy nie miał nawet doktoratu, 
zrobił go w 1947 r. w UMK) Gustaw Foss, świetny znawca języka. 
Ponieważ nie było profesora, a Foss wtedy jeszcze nie miał nawet 
doktoratu, ja zostałem mianowany opiekunem Katedry Germanistyki. 
Trochę nawet mu pomagałem, np. wygłaszałem wykłady z teorii literatury 
po niemiecku na seminariach. Niestety jego pracy doktorskiej nie 
wydrukowano i ona pewno nigdy nie będzie wydrukowana, bo napisał ją 
o dialekcie niemieckim w powiecie lipnowskim. 
Był jeszcze jeden przedmiot - antropogeografia, którą wykładała 
pani Maria Kiełczewska, potem Zaleska; niestety w 1961 r. wyjechała do 
Warszawy. I była jeszcze etnografia prowadzona przez panią Stel- 
machowską. 
Jeśli by teraz porównać cały Wydział Humanistyczny UMK w owym 
czasie z takimż Wydziałem na USB, to trzeba by powiedzieć jedno: 
w Wilnie po 20 latach istnienia Uniwersytetu było 17 katedr, a w Toruniu 
w pierwszym roku istnienia Uczelni -- 26. 
Po odsunięciu mnie w 1950 r. od spraw dydaktycznych musiałem 
zamknąć się we własnym gabinecie. Nastąpiły lata "błędów i wypaczeń". 
Kiedy wróciłem po 20 października 1956 r. do Zakładu, okazało się, że 
istniały już tylko dwa kierunki studiów: historia i polonistyka - nic 
więcej. Wszystko inne było zlikwidowane. 
Tyle miałbym do powiedzenia o zorganizowaniu Wydziału Humanis- 
tycznego. Były trudności wewnętrzne, które pochodziły z pewnych 
uprzedzeń. Kolankowski był przeciwnikiem tworzenia bibliotek za- 
kładowych. Chciał, żeby biblioteki zakładowe ograniczyły się tylko do 
najpotrzebniejszych podręczników. Pamiętam, że jak przyszły pieniądze, 
dotacja na ewentualne książki dla bibliotek zakładowych, to ja to 
rozparcelowałem i od tej chwili poszczególne zakłady mogły stworzyć 
podstawy swoich bibliotek. Dowiedział się o tym Kolankowski i zapytał: 
"kto Pana upoważnił, by Pan to rozdał"? Odpowiedziałem: "sądziłem, 
że to było moim obowiązkiem". I tak się stało wbrew Kolankowskiemu 
- biblioteki zakładowe znakomicie się rozwinęły.
>>>
73 


Niewielu było studentów, którzy mając 18 lat przyszli na Uniwersytet. 
Inni czekali przez całą wojnę na to. Kończyli czasami maturę albo 
w okresie wojny, albo i przed wojną. Ci zaczynali studia jako już ludzie 
zupełnie dorośli. N a przykład mój najbliższy obecnie współpracownik 
w Slowniku mickiewiczowskim [Słownik Języka Adama Mickiewicza] 
i sekretarz redakcji Pracowni Toruńskiej, dr Dokurno, urodził się 
w 1920 r., czyti, jak zaczynał studia, miał lat 25. I takich osób było dużo. 
To była generacja wspaniała. Ci ludzie się uczyli nadzwyczajnie, pracowali 
fenomenalnie. Do nich należy Franciszek Pepłowski, dziś profesor. 
Hutnikiewicz został sprowadzony jako asystent przez prof. Kucharskiego 
chyba na jesieni 1946 r. Znajdował się na prowincji, chyba w Wałczu, 
i stamtąd trzeba było go sprowadzać. 
Jeśli chodzi o siły pomocnicze w zakresie poszczególnych działów: 
pani Abramowiczówna wtedy była adiunktem, byli jeszcze Witkowski, 
Józefowiczowa i Małunowiczówna - na filologii klasycznej. 
Natomiast jeśli chodzi o polonistykę, to przyszli ludzie dawni, 
wileńscy: Zgorzel ski , Sławińska, Wasilewski, który miał już za sobą 
cztery lata studiów polonistyki w Wilnie. Do zdania pozostał mu tylko 
jeden egzamin z języka starosłowiańskiego. Wydawało mu się, że jak 
podchodzi do jakiegoś egzaminu, to musi go zdać na poziomie habilitacji. 
W rezultacie skończyło się tym, że musiał z asystentury odejść. Ciekawe, 
że jak na moich seminariach zabierał głos, to przeprowadzał analizę 
prześlicznie, koronkowo - zegarmistrzowska robota, żeby określić 
najdokładniej subtelności tego, jak on to robił. 
Wiele osób z grona sił pomocniczych z biegiem czasu znalazło się na 
katedrach. Na naszym Uniwersytecie są to: prof. Zofia Abramowiczówna, 
Barbara Józefowiczowa, Artur Hutnikiewicz, Franciszek Pepłowski, 
Teresa Friedelówna, Andrzej Tomczak. 
Leokadia Małunowiczówna objęła Katedrę Latynistyki na KUL 
- podobnie Czesław Zgorzelski i Irena Sławińska. Teresa Skubalanka 
jest profesorem UMCS w Lublinie. Stefan Hrabec objął Katedrę Języka 
Polskiego na Uniwersytecie w Łodzi.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


EUGENIA GUMOWSKA 


W Katedrze Prawa Rzymskiego (1946-1950) 
i w Studium Języków Obcych (1950-1971)* 


Skończyłam studia na USB i potem byłam adwokatem W Wilnie. 
W czasie okupacji pracowałam W Wydziale Zdrowia, gdzie moim szefem 
był prof. Pawlas, jeden re znakomitych specjalistów znanych W świecie. 
Wtedy właśnie nawiązałam bliskie stosunki z całą prawie profesurą 
Uniwersytetu Wileńskiego, dlatego że nasre biuro stanowiło swego 
rodzaju biuro tłumaczeń i pisania podań. Profesor Pawlas znał świetnie 
język niemiecki (kończył studia w Wiedniu), a ja i moja koleżanka 
znałyśmy świetnie język litewski. Wszystkie tłumaczenia (podania, 
ankiety) właśnie my pomagałyśmy wypełniać. I do nas "na górkę" przy 
Wydziale Zdrowia przychodziło bardzo dużo profesorów. Po wyjściu 
Niemców zostałam sekretarzem jednego z wydziałów Akademii Nauk 
Litwy Radzieckiej i moimi podwładnymi, to może zabawnie brzmi, 
zostali prof. Creżowski i prof. Reicher, którzy tam prowadzili statystykę. 
I wtedy właśnie zaczęłam im pomagać przy organizowaniu transportu 
uniwersyteckiego, który miał wyjechać do Polski, jeszcze nie wiadomo 
gdzie - myśleliśmy, że do Łodzi. Ze względu na włożoną przeze mnie 
pracę w organizację zabrano mnie do tego transportu z mamą i siostrą. 
Kiedy przyjechaliśmy do Łodzi, tam dopiero dowiedzieliśmy się, że 
jedziemy do Torunia, że w Toruniu już jest rozpoczęta praca przy 
organizacji uniwersytetu. Po przyjeździe do Torunia ulokowano mnie 
w willi przy ul. Krasińskiego, gdzie również lokowani byli inni pracownicy 


. Tekst opracowany przez Renatę Karpiesiuk na podstawie rozmowy zarejestrowanej 
na taśmie magnetofonowej w 1982 r. (Archiwum UMK, sygn. TK -- 2).
>>>
L Jeśmanow;cz 
rys. .
>>>
77 


Uniwersytetu. Jako prawnika i adwokata ciągle mnie o coś pytano 
- mogłam więc udzielać porad znajomym pracownikom Uniwersytetu. 
Pracę na UMK rozpoczęłam właściwie w grudniu 1945 r., kiedy to 
poproszono mnie o udział w pracy Katedry Prawa Rzymskiego. Znałam 
doskonale łacinę i byłam prawnikiem z wykształcenia. Formalnie umowę 
zawarto re mną w styczniu. Jednocześnie, ponieważ Uniwersytet nie 
miał radcy prawnego, pełniłam tę właśnie funkcję. Najwięcej spraw, 
które obijały się o mnie, to były sprawy lokalowe. Zjechało do Torunia 
bardzo dużo profesorów, przede wszystkim z Wilna, i nie mieli się gdzie 
podziać. Gnieździli się w zupełnie nieodpowiednich do tego dziurkach, 
pokoikach. Wtedy właśnie zaczęłam bardzo często chodzić do Wydziału 
Lokalowego MRN. Tam właściwie zupełnie nie rozumiano, na czym 
polega praca uniwersytetu. Dziwiono się, po co profesorowi potrzebny 
jest drugi pokój. Prrecież książki można zwieźć do biblioteki uniwer- 
syteckiej. Jak profesor będzie potrrebował jakiejś książki, to sobie 
pójdzie i weźmie. Przynajmniej będą je użytkowali wszyscy. Nie mogłam 
w żaden sposób wytłumaczyć, że przecież nie ma ustawy o konfiskacie 
książek. Skończyło się tym, że wspólnie z panią Puciatową, która 
wówczas była przewodniczącą Komisji Socjalno-Bytowej, opracowały- 
śmy memoriał do Ministra. Memoriał ten poskutkował. Niesłychanie 
szybko wydany został okólnik o konieczności przyznania profesorom 
dodatkowego pokoju. Kiedy zjawiłam się w MRN, niosąc re sobą odpis 
tego okólnika, potraktowano mnie najpierw bardzo niechętnie. Udawano, 
że nic na ten temat nie wiadomo. Dopiero po okazaniu okólnika 
wyznaczono rebranie. Zgłosiłam się na nie sama. Było sporo osób, 
wśród nich prrewodniczący MRN. Prrewodniczący zapytał mnie: "Proszę 
Pani, nie możemy zrozumieć, przecież profesor przychodzi do Uniwer- 
sytetu, przepracuje te swoje osiem, no może siedem, godzin jako ten 
pracownik umysłowy i idzie do domu ijest zwyczajnym człowiekiem. Na 
co więc mu ten specjalny pokój jest potrzebny"? Zdumienie było 
ogromne, kiedy powiedziałam, że profesor wcale nie osiem ani siedem 
godzin jest w Uniwersytecie, tylko pięć godzin na wykładach i dwie 
godziny na seminarium tygodniowo. - "To co on robi"? Ogólne 
zapytanie chóralne. N o i dopiero musiałam wszystko wytłumaczyć 
dokładnie re szczegółami - jak profesor czyta książki w domu, jak 
czasem w nocy pracuje i jak ta praca wygląda. Na zakończenie 
przewodniczący zabrał głos i całkowicie mnie rozbroił. Powiedział: 
"Proszę Pani, to my teraz wiemy, co ten profesor robi. Proszę się nam nie
>>>
78 


dziwić, ale my nie mamy takiego wykształcenia". W rezultacie powie- 
dziano mi, że mamy robić, co chcemy, sami przydzielać i wypisywać 
przydziały na mieszkania i tylko zgłaszać się po pieczątkę. I tak to trwało 
przez kilka lat. 
Były jeszcze inne rozmaite trudności, np. z przekwaterowywaniem. 
W ramach szczególnie pojętej demokracji lokowano np. profesorów we 
wspólnych mieszkaniach z woźnymi. Nie liczono się z tym, że rodziny 
takie prowadziły często zupełnie inny tryb życia, miały zupełnie inne 
zainteresowania i w rezultacie wzajemnie sobie przeszkadzały. Ktoś np. 
chciał pracować, a w sąsiednim pokoju ktoś inny grał na harmonii. Był 
taki jeden przypadek, gdzie musiałam interweniować. 
Poza tym z przydziałami były też różne zabawne rzeczy. Stawałam 
przed komisją mieszkaniową, gdzie był problem, komu przyznać 
mieszkanie -- profesorowi, którego nasz Uniwersytet zaprosił na katedrę, 
czy zdunowi. Tłumaczyłam, że zdun może mieszkać np. w Inowrocławiu, 
Aleksandrowie i wszędzie pracę znajdzie, a profesor właśnie tutaj jest 
potrzebny. I niestety wtedy sprawy nie wygrałam. Mieszkanie dostał 
zdun, a profesor nie mógł przyjechać do Torunia. 
Potem był taki przypadek, też zabawny, kiedy wpadł do mnie woźny 
z informacją, że pan rektor Kolankowski mnie niezwłocznie prosi do 
Uniwersytetu. Popędziłam, Rektor biegał po gabinecie zdenerwowany: 
"Przez Panią mnie wsadzą do kryminału". "Co Pan zmalował"? 
- zapytałam Rektora. Okazało się, że parę dni wcześniej Dygdała 
ponalepiał pieczątki uniwersyteckie na jednym z mieszkań opuszczonym 
przez właścicieli księgarni (Szczęsnych). Właściciel domu wytoczył 
powództwo Uniwersytetowi o te pieczątki, ponieważ do mieszkania nie 
było żadnego tytułu. Rektor nakazał mi wytłumaczyć sądowi, że rektora 
się do sądu nie wzywa. Uwłacza to godności rektora. Próbowałam 
wytłumaczyć, skąd wziął się ten pozew, ale Rektor wysłał mnie z tym do 
sądu. Oczywiście poszłam i załatwiłam tę sprawę. 
Przez kilka kolejnych lat porządkowaliśmy sprawy mieszkaniowe 
pracowników Uniwersytetu. Było z tym bardzo dużo roboty. Dużo 
problemów było chociażby z mieszkaniami, które były zajęte przez kilka 
rodzin. Jednak wygospodarowaliśmy w tym czasie dużo mieszkań. 
Potem nastały już normalne czasy, kiedy władze miasta mogły się już 
same tymi sprawami zająć. 
Uczestniczyłam także w kilku przetargach dotyczących wykańczania 
rozmaitych budynków uniwersyteckich. Przede wszystkim budynku
>>>
79 


przy ul. Grudziądzki
j. Tu należy wspomnieć, że na początku wszystkie 
wydziały mieściły się w Collegium Minus. Potem przydzielone zostało 
Collegium Maius i coś w Pałacu Biskupim dla sztuk pięknych l. Tam też 
odbywały się bale Uniwersyteckie. Były one bardzo uroczyste i piękne. 
Jeszcze na sposób przedwojenny organizowane, pomimo że brali w nich 
udział wszyscy od rektora do woźnego i zamiatacza ulicy. Były to jednak 
bale na bardzo wysokim poziomie. 
Jeśli chodzi o pracę ze studentami, to wyglądała ona rozmaicie. 
Prowadziłam najpierw ćwiczenia z prawa rzymskiego. Działy się tam 
nieraz dziwne rzeczy, ponieważ zebrała się młodzież bardzo rozmaicie 
przygotowana. Była młodzież po maturze, jeszcze przedwojennej. Mamy 
teraz z tego pierwszego narybku uniwersyteckiego profesorów i to nie 
byle jakich, takich jak prof. Biskup, prof. Jasiński. Ale byli i tacy, którzy 
kończyli maturę w trybie przyspieszonym. Z nimi były czasem duże 
kłopoty. Pamiętam taki może zabawny szczegół. Przychodzi do mnie 
student, który nie ma pojęcia o historii starożytnej, o historii rzymskiej, 
a było wielu takich. Nie odpowiedział na zadane mu pytania. Więc 
wyciągnęłam książkę do historii Rzymu i, pokazując wilczycę karmiącą 
Romulusa i Remusa, pytam: "co to jest za zwierzę"? - "To suczka, 
proszę Pani". Trzeba mu było zrobić ponowne kolokwium z historii. 
Czasem bardzo trudne było prowadzenie zajęć. Dużym problemem było 
dla mnie prowadzenie zajęć z łaciny. Ja znałam łacinę nie tylko 
starożytną, klasyczną i renesansową, ale także i średniowieczną. 
Chodziłam specjalnie do prof. Skirniny na opracowywanie nowoczesnych 
tekstów po łacinie. 
Prowadziłam oprócz tego ćwiczenia na prawie cywilnym. I tam też 
miałam kłopoty ze studentami. Musiałam im udzielać specjalnych 
dodatkowych korepetycji. Jeden z takich studentów mówił mi ze 
smutkiem, że był chłopem, posłali go na kursy maturalne, a potem kazali 
pójść na studia i musi teraz kończyć uniwersytet. Dowiedziałam się 
później, że musiano go po skończonych studiach zwolnić z aplikacji, bo 
nic z tego nie wychodziło i wrócił na wieś. Były więc takie smutne 
sprawy, ale często bywało odwrotnie. Studiowali ludzie, którzy się 
ogromnie rozwijali, szybko osiągali wysoki poziom kulturalny i intelek- 
tualny. Byli też tacy, którzy wchodzili na zajęcia w czapce na głowie, 
z papierosem w ustach, rękoma w kieszeni i jeszcze gwiżdżąc. Ale bywało 
też zupełnie inaczej. Mój mąż, Marian Gumowski, prowadził seminarium 


I Pałac Dąmbskich przy ul. Żeglarskiej 8.
>>>
80 


z nauk pomocniczych historii, które odbywało się u nas w domu. 
Przychodzili do nas obecny prof. Biskup, jego żona, wówczas Jano- 
szówna i inni. W tej chwili już nie pamiętam dobrze nazwisk. Z nimi 
można było mówić na poziomie takim, na jakim się prowadziło 
zajęcia w okresie międzywojennym. Ja natomiast miałam po kilka- 
dziesiąt osób w grupie, np. na zajęciach z prawa rzymskiego, i musia- 
łam wymyślać coś, co mogło ich wszystkich zainteresować. To była 
szkółka. O referatach, o jakichś poważniejszych pracach w rodzaju 
prac seminaryjnych niestety prawie mowy nie było. Wyjątkowi ludzie 
mogli tylko takim trudom podołać. Były też różne 
koki studen- 
tów, np. kiedy prowadziłam już lektorat z języka rosyjskiego. Po 
lektoracie podszedł do mnie student z rękoma w kieszeniach i arogan- 
cką miną: "Proszę Pani, siedzę tutaj całą godzinę i nic nie rozumiem. 
Jak Pani ten lektorat prowadzi"? Poprosiłam, żeby wyjął ręce z kie- 
szeni, a następnie wyjęłam notes, w którym miałam odnotowane 
obecności. - "Pan od początku jest drugi raz, a opuścił Pan pięć 
lektoratów. Ja już Pana skreśliłam. Jeżeli Pan chce wrócić, to musi 
Pan mieć zgodę dziekana". Zdziwił się bardzo, że go tak potrak- 
towałam. Takie sytuacje też bywały. 
Była też młodzież bardzo pilna, bardzo staranna także i na prawie. 
Gdy został zawieszony Wydział Prawa, ja prowadziłam już tylko 
lektoraty. Miałam np. taką bardzo przyjemną grupę studentek z chemii, 
z których każda mogłaby być tłumaczką - tak były zaawansowane i tak 
się starały. A na początku niczym się nie wyróżniały. Dopiero staranna, 
uczciwa praca przyniosła takie efekty. 
Bardzo mile wspominam współpracę z kolegami ze związków 
zawodowych (ZNP). W początkowych latach związek zawodowy miał 
duże znaczenie i uzgadnianie z nim różnych spraw nie było traktowane 
jako formalność. Myśmy zabierali głos i wywieraliśmy wpływ na 
przyjmowanie i odchodzenie pracowników. Ta działalność była na 
początku traktowana bardzo poważnie. Ja głównie zajmowałam się 
sprawami prawnymi i mieszkaniowymi. Ale wówczas i smalec przy- 
chodził, i ubrania, i tymi sprawami Związek też się gorliwie zajmował. 
Byłam przewodniczącą organizacji kobiecej na Uniwersytecie. Organi- 
zowałyśmy różne uroczystości. Stosunki układały się bardzo przyjemnie 
i ja mile ten okres wspominam. Były też różnego rodzaju wyskoki. Na 
przykład potrafiono przyjść do mnie z propozycją, że mam wygłosić 
przemówienie na zebraniu. "Na jaki temat"? - pytam. Temat nie jest
>>>
81 


Pani potrzebny, bo on jest gotowy - słyszę w odpowiedzi. ,,0 nie 
- odpowiadam - gotowego przemówienia to ja wygłaszać nie będę. 
Proszę sobie kogoś innego znaleźć". 
Próbując określić młodzież z tamtego okresu, mogę stwierdzić, że 
była ona bardzo nierówna, ale też bardzo staranna. Późniejsza zaś (w 
porównaniu do czasów naszych studiów) zbyt "dziecinna". Być może 
była to młodzież wychowana w zbyt dużym dobrobycie Uuż w szereg lat 
po wojnie) i przez to niedojrzała do studiów uniwersyteckich. Oczywiście 
były jednostki bardzo wybitne. Przypominam sobie jednak wrzask na 
korytarzach i zabawy z waleniem się w plecy, potrącaniem, obijaniem 
podeszwami ścian. W pierwszych latach po wojnie było to zupełnie nie 
do pomyślenia. Tak samo jak byłoby nie do pomyślenia w okresie 
międzywojennym na uniwersytecie. Za czasów moich studiów w uniwer- 
sytecie panowały obyczaje towarzyskie odpowiadające bardzo wysokiej 
kulturze. Ci, co nie wiedzieli, jak się zachować, dostosowywali się do 
tych lepszych. Potem nastąpiło coś odwrotnego, styl zaczęli nadawać ci 
rozwydrzeni, rozkrzyczani. Ja starałam się tłumaczyć zawsze studentom 
(chociaż było mi trudno), że demokracja nie polega na tym, że w salonie 
ludzie się zachowują jak w stodole, tylko na tym, że się zachowują 
w stodole tak jak w salonie. Ale to jakoś nie trafiało do przekonania. 
Było dużo niedociągnięć towarzyskich, na które ja zwracałam uwagę. 
Potem zaczęto przychodzić na egzaminy z długimi włosami związanymi 
gumką, w podartych dżinsach i obrzydliwych obłatanych kaftanach. 
Dobrze, jeśli nie w spodenkach kąpielowych, bo i taki się kiedyś zjawił 
u mojego męża. 
Mnie się zdaje, że na niektóre rzeczy musimy spojrzeć ogólnie. 
Przypomniałam sobie jeden z wykładów prof. Bossowskiego w Wilnie, 
specjalisty od prawa rzymskiego, na którym on mówił o problemach 
kultury w epoce upadku Rzymu i wędrówki ludów. Stwierdził, że to nic 
dziwnego, że wówczas kultura musiała się obniżyć, bo to jest coś 
w rodzaju naczyń połączonych: z chwilą gdy kultura rozlewa się na zbyt 
szerokie masy, a te masy są niedojrzałe do jej przyjęcia, to musi nastąpić 
na pewien czas obniżenie poziomu. Dopiero potem znowu następuje 
renesans. Mnie się to przypomniało w związku z naszymi sprawami 
uniwersyteckimi. Do studiów wyższych dopuszczone zostały bardzo 
szerokie masy, które często nie były do tego w stu procentach 
przygotowane. Wydaje mi się, że inaczej było przed wojną w Wilnie. 
Oddziaływanie USB było tak potężne, że ogarniało właściwie całe
>>>
82 


miasto. Pewne rzeczy rozumiane były przez najprostszego człowieka. 
Przypominam sobie moment walki o miasto, kiedy na dachach uniwer- 
syteckich, broniąc Uniwersytetu, siedziały dziady i baby, nieraz pijaczyny 
spod ciemnej gwiazdy. Dlaczego? - "bo to nasz - jak mówili w Wilnie 
- »Uniwerstytet«. Jak nasz dom się spali, to niewielka rzecz, ale jak 
»Uniwerstytet« się spali, to szkoda". To była ta ogromna miłoŚĆ do 
Uniwersytetu. Student w czapce uniwersyteckiej podlegał ochronie. 
Mowy nie było, żeby mu się coś złego stało. Złodziej-fachowiec nie 
okradł studenta. Dorożkarz przewoził studenta za darmo, nie żądając 
zapłaty. Te tradycje trwały już od wielu wieków. One były przerwane na 
jakiś czas, ale zostały w legendzie, w opowieściach. 
W Toruniu Uniwersytet to było novum. To, co ja mówiłam o stosunku 
MRN chociażby. Przecież nawet powstało na początku takie powiedzenie, 
że Uniwersytet to plama na Toruniu. Nie było tego, tak potrzebnego, 
zrozumienia. Ci, którzy szli na Uniwersytet, myśleli o karierze, o moż- 
liwości wyższych zarobków, a nie o samych studiach. Nie był to kraj, jak 
przed pierwszą wojną światową, gdzie niekiedy chłop szedł na studia nie 
po to, by później piąć się w górę w mieście, ale żeby wrócić - orać, siać 
i hodować świnie. Jak np. w Estonii. U nas po wojnie dużo było 
snobizmu, dużo liczenia na karierę i niezrozumienia. Tak jak z tym 
kmiotkiem, którego gwałtem do Uniwersytetu wpakowano, nie licząc się 
z jego możliwościami, który musiał potem wrócić do swoich świń i kur 
nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że się niczego nie nauczył. Brak 
tradycji był tu bardzo widoczny i zupełnie inna była mentalność 
młodzieży, której zaczęto dogadzać. 
Jeżeli więc chodzi o poziom intelektualny, kulturalny, to był on 
w Toruniu bez porównania niższy niż w Wilnie. Ale cóż - USB istniał 
400 lat, a UMK nie ma jeszcze nawet 40. Trudno przewidzieć, jak będzie 
dalej. Jest jeszcze bardzo dużo rzeczy, które wpływają na poziom 
uniwersytetu. To jest chociażby poziom szkolnictwa. Mnie się wydaje, że 
szkolnictwo średnie nie wypuszcza ludzi w stu procentach przygotowa- 
nych do studiów. Wynoszą oni zbyt mało wiedzy i nawyków do studiów 
- doszukiwania się prawdy, która nie tylko obliczona jest na stopnie. 
Następny problem to problem stypendiów. Myśmy się musieli tęgo 
napracować, żeby móc studiować, stypendiów prawie nie było. A teraz 
każdy prawie otrzymuje stypendium i to powoduje lekceważenie nauki. 
Poza tym jest jeszcze problem wykształcenia ogólnego, a nie tylko 
specjalistycznego. Przed wojną często studiowano długo, co świadczyło
>>>
83 


nieraz o bardzo szerokich zainteresowaniach. Ja np. chociaż studiowałam 
prawo. chodziłam też na wykłady z filozofii. do prof. Pigonia. prof. 
Zdziechowskiego. prof. Władyczki z psychologii. bo to mnie interesowało. 
Szerokie rozlanie kultury musiało ją obniżyć. Ale to się wyrówna. Już 
dzieci naszych studentów będą pokoleniem inteligenckim. Dzieci wieś- 
niaków już nie będą takim surowym materiałem. jak to było dwadzieścia 
czy trzydzieści lat temu. To podciąganie się do najlepszych musi 
przynieść efekty. Był taki styl przez jakiś czas równania do naj gorszych. 
a najlepszych uważano za kujonów. Trzeba przede wszystkim chcieć 
i wiedzieć. z kogo brać przykład - nie studentka od ekspedientki. tylko 
odwrotnie. I tak jest już na szczęście coraz częściej.
>>>
..... - 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


WOJCIECH HEJNOSZ 


Garść wspomnień sprzed 10 lat. 


Zaczęło się od spotkania W Krakowie jesienią 1945 r. z prof. 
Ludwikiem Kolankowskim, rektorem i organizatorem UMK, którego 
propozycję objęcia Katedry Historii Ustroju i Prawa Polskiego na 
Wydziale Prawno-Ekonomicznym przyjąłem i pod koniec października 
tego roku wybrałem się w towarzystwie dwu kolegów do Torunia celem 
bliższego zorientowania się w warunkach przyszłej pracy, a także celem 
zobaczenia samego miasta, o którego szczególnych walorach już przedtem 
nieco słyszałem. 
Wprawdzie przyroda zrobiła wszystko, by nam Toruń obrzydzić, 
gdyż dnie były wtedy pochmurne, dżdżyste i wietrzne. Wisła też robiła 
ponure grymasy, jednakże miasto samo podziałało na mnie, jako 
turystę-krajoznawcę, dość silnie i dodatnio, a zwłaszcza ta jego tak 
wyjątkowo dobrze zachowana patyna grodu średniowiecznego szczegól- 
nie do mnie przemówiła. Więc też nie zraziłem się następnym stwier- 
dzeniem, że sama organizacja uczelni jest właści wie jeszcze w powijakach 
i że trzeba tu będzie rozpocząć pracę istotnie całkowicie - jak to mówią 
źródła średniowieczne - "na surowym korzeniu". Decyzja na związanie 
mych losów z UMK zapadła. 
N a początek trzeba było pokonać duże trudności z wyszukaniem 
mieszkania i poprzestać właściwie na pewnym prowizorium bez szyb 
i opału (a mrozy już były dość silne), które z konieczności zmieniło się 
później w stałe "ognisko domowe". Dalszą troską był lokal Zakładu, 
złożony początkowo z dwu pustych pokoi, a także biblioteka zakładowa, 


. Przedruk z: "Głos Uczelni", Toruń 1956, nr 3, s. 8.
>>>
.- 


rys. L. Je/;manowicz 


.......
>>>
87 


wyposażona zaledwie w kilka nie całkiem przydatnych tomów. Na 
pocieszenie mówiliśmy sobie z ówczesnym adiunktem, obecnie docentem 
drem Janem Gerlachem, że "nie od razu Kraków zbudowano" i powoli 
pomnażaliśmy wyposażenie Zakładu. 
W dniu 6 grudnia odbył się mój pierwszy wykład. Sala "małej auli") 
była po brzegi wypełniona słuchaczami, wielu stało pod ścianami i na 
środku sali. Dziwna to była "młodzież", wśród której nietrudno było 
zauważyć niewątpliwie już "dojrzałych" ludzi, których skronie siwizna 
dobrze niekiedy przyprószyła. A na wszystkich twarzach widać było 
duże zainteresowanie, co wykładowcy dodawało nie tylko zapału, ale 
nawet natchnienia. Więc też mówiło się w tym wstępnym wykładzie 
m.in. o wielkim Patronie uczelni, o jego umiłowaniu prawdy i pracy, 
które doprowadziło go do wiekopomnych zdobyczy i okryło chwałą 
nicśmiertelną nie tylko jego i gród toruński, ale całą Ojczyznę. A więc: 
quod felix, faustum. 
Równocześnie z wykładami rozpoczęły się ćwiczenia i seminaria. 
Koło mego Zakładu zaczęła się częściowo skupiać najpierw grupa 
byłych harcerzy, którzy odznaczali się pewnym większym wyrobieniem, 
zdyscyplinowaniem, a także zapałem do nauki i pracy społecznej. 
Stworzyli oni najpierw "Koło Starszych Harcerzy", przekształcone 
niebawem na Akademicki Krąg Instruktorski "Gryfici". Z ramienia 
Senatu Akademickiego UMK sprawowałem opiekę nad tymi ugrupowa- 
niamijako kurator. Taka sama funkcja przypadła mi w udziale odnośnie 
do innej grupy młodzieży, przeważnie wiejskiego pochodzenia, zor- 
ganizowanej w Kole Młodzieży Wiejskiej "Wici". Z tych też grup na 
ogół wywodzili się początkowo asystenci mego Zakładu. 
Z dawnych już lat miałem wyrobione zainteresowania dla spraw 
samopomocy studenckiej, więc i teraz związałem się bliżej z tą pracą, 
zwłaszcza że widziałem, jak wielkie było zapotrzebowanie na tego 
rodzaju pomoc. Znalazło to wyraz w moim uczestnictwie w różnych 
komisjach "Bratniaka" oraz w Wojewódzkim Zarządzie Towarzystwa 
Przyjaciół Młodzieży Szkół Wyższych, a ponadto w sprawowaniu 
funkcji referenta stypendialnego z ramienia Rektoratu. 
Powoli ożywiały się względnie organizowały na nowo różne placówki 
pracy naukowej, jak Towarzystwo Naukowe, Polskie Towarzystwo 
Historyczne, Polskie Towarzystwo Prehistoryczne i inne, w których 


l Małą aulą nazywano największą salę (na parterze) Collegium Minus (Collegium 
Iuńdicum).
>>>
88 


działalności brałem coraz żywszy udział. Rozpoczęła się także akcja 
odczytowa w ramach popularyzacji wiedzy historycznej. A resztę 
wolnego czasu, zwłaszcza w porze letniej, wypełniały wycieczki w bliższe 
i dalsze okolice Torunia oraz do innych ośrodków zabytkowych 
na Pomorzu, co stopniowo przyczyniało się do głębszego zżycia 
się mego z tym nowym terenem. 
Ważną rolę odegrało tu również rozpoczęcie w 1946 r. pracy na 
Studium Prawno-Administracyjnym w Olsztynie, stanowiącym jakby 
filię tutejszego Wydziału Prawno-Ekonomicznego. Pozwoliło mi to 
zapoznać się przy różnych okazjach z pięknem ziemi warmiń- 
sko-mazurskiej, a także związać się z powstającym powoli życiem 
organizacyjno-naukowym i oświatowym w Olsztynie. 
Tak powoli wrastałem w teren.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


JERZY HOPPEN 


Insygnia rektorskie- 


Powołany do objęcia Katedry Grafiki przybyłem do Torunia W maju 
1946 r. W świeżo kreowanej Uczelni nie było żadnego inwentarza ani 
pomocy szkolnych, aby rozpocząć normalny przebieg ćwiczeń. Trzeba 
było organizować pracownię od podstaw. Na szczęście przywiozłem ze 
sobą własną prasę miedziorytniczą, ten najistotniejszy obiekt dla 
uruchomienia warsztatu wklęsłodrukowego. Kwas azotowy, igły, wer- 
niksy i blachę cynkową dostało się na miejscu. Narzędzia i materiały dla 
opracowania drzeworytów nie przedstawiały problemu, o nożyki i drewno 
nie było trudno. Z takim wyposażeniem Zakładu rozpoczęto pierwsze 
kroki nauki grafiki na Wydziale Sztuk Pięknych. 
W kilka dni po moim przyjeździe od ówczesnego pierwszego rektora 
Uczelni prof. dra Ludwika Kolankowskiego otrzymałem zlecenie 
wykończenia projektu insygniów rektorskich. Z zapałem zabrałem się do 
pracy zdając sobie sprawę z powagi zagadnienia. Należało bowiem 
nadać trwałą formę atrybutom władzy rektorskiej, kojarząc je na zawsze 
z Uczelnią. 
Potrzeba utworzenia wyższej uczelni na ziemiach pomorskich była 
dla mnie sprawą już od dawna znaną ze względu na szeroką społeczną 
działalność bliskiego mi człowieka i kolegi z lat gimnazjalnych, dyrektora 
Książnicy Miejskiej, Zygmunta Mocarskiego, tak boleśnie utraconego 
dla Torunia w latach okupacji. 
Odnalezienie właściwych symboli dla insygniów rektorskich było 
sprawą trudną. Zacząłem poszukiwania. Na szczęście patronat Kopernika 


. Przedruk z: "Głos Uczelni", Toruń 1956, nr 2, s. 11.
>>>
rys. L. JeŚ1nanoW;CZ 


-....ł....
>>>
,.,. - 


91 


uratował sytuację. Poprzednio były już próby przyjęcia kwiatu konwalii 
za godło Uczelni, zaczerpnięte z portretu Kopernika, z końca XVI 
stulecia, na którym nasz astronom trzyma w ręku ten kwiat. Wszakże 
godło takie wydało mi się mało poważne, zbyt sentymentalne. Po- 
szukiwania moje wkrótce dały pożądany rezultat. 
Na paru innych starych portretach Kopernika wyobrażono go 
z przyrządem ilustrującym system słoneczny. Ten, w ówczesnym pojęciu, 
wszechświat w jego ręku wydał mi się najodpowiedniejszym symbolem 
nie tylko ze względu na jego znaczenie pojęciowe, lecz także z uwagi na 
jego graficzny aspekt bardzo heraldyczny w swej formie. Wszechświat 
- universum już nawet fonetycznie kojarząc się z uniwersytetem 
- przesądził sprawę. Symbol ten, dziś już stale umieszczany na drukach 
uniwersyteckich, na okolicznościowych dekoracjach, jest zbyt dobrze 
znany, aby go opisywać. 
Na łańcuch rektorski złożyło się dwanaście ogniw ze znakami 
zodiaku oraz cztery z symbolami ówczesnych czterech wydziałów: 
dzieląc bieg zodiaku na cztery części niby pory roku, a słońce 
z ziemią, jak suty medalion zawieszone na łańcuchu, spoczywają 
na piersiach rektora. 
Berło - składające się z trzonu i głowicy, na szczycie również jest 
ozdobione symbolem astronomicznym, tzw. sferą armiratną, którą 
Kopernik trzyma także w swym ręku na pomniku toruńskim. Głowicę 
wspierają cztery tarcze z herbami Polski, Pomorza, Bydgoszczy i Torunia. 
Należy tu przypomnieć, iż insygnia rektorskie są darem rzemiosła 
bydgoskiego. Wykonał je cech pozłotników w osobie ob. Romana 
Sętkiewicza, który z całą powagą i znajomością rzeczy zabrał się do 
dzieła. Praca trwała prawie cały rok. Wykonano je ze srebra i grubo 
pozłocono. Emalia zdobi tarcze na berle. Insygnia spoczywają w heba- 
nowej skrzyni również misternie wykonanej l. 
Zaszczytne i piękne zadanie, rzadko nadarzające się do wykonania 
plastykowi, przypadło mnie właśnie! Szczęśliwy byłem, iż mogłem coś 
wnieść dla podniesienia splendoru naszej ukochanej Uczelni. 


I Insygnia uroczyście wręczono władzom UMK na Rynku Staromiejskim 23 V 1948 r.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


ARTUR HUTNIKIEWICZ 


Moje pierwsze dziesięciolecie w Toruniu. 


Uniwersytet Toruński narodził się dla mnie oczywiście później, niż 
mówią o tym dokumenty, pewnego październikowego dnia 1946 r., 
kiedy to otrzymałem list od mego lwowskiego Profesora i Mistrza 
Eugeniusza Kucharskiego, proponujący mi objęcie stanowiska starszego 
asystenta przy świeżo erygowanej Katedrze Teorii Literatury i Literatury 
Porównawczej. Przebywałem wówczas na tzw. głuchej prowincji, na 
Ziemiach Odzyskanych, w powiatowym miasteczku Wałcz (niem. 
Deutsch-Krone), gdzie trudniłem się chwalebną pracą pedagogiczną 
jako nauczyciel języka polskiego aż w trzech naraz instytucjach 
oświatowych: w gimnazjum i liceum ogólnokształcącym, W liceum 
pedagogicznym oraz w wieczorowym gimnazjum dla dorosłych, eduku- 
jącym wałecką elitę biurokratyczną z miejscowego starostwa. Była to 
moja pierwsza posada nauczycielska i tak zasmakowałem w tej robocie, 
tak nieomal rozmiłowałem się w tym oświecaniu umysłów od rana do 
wieczora, że aczkolwiek perspektywa powrotu do pracy uniwersyteckiej 
była dla mnie niesłychanie kusząca, jakoś wewnętrznie było mi niezwykle 
ciężko rozstać się z tą moją szkołą i mając już w kieszeni nominację 
asystencką, podpisaną przez rektora Kolank:owskiego, wciąż zwlekałem, 
ociągałem się, roiłem jakieś nierozsądne złudzenia, że może uda mi się 
dociągnąć przynajmniej ten rok szkolny do końca i objąć stanowisko 
w Toruniu dopiero w nowym roku akademickim. Była to oczywiście 
naiwność i twarda rzeczywistość przywołała mnie rychło do stanu 
realistycznej trzeźwości. Któregoś listopadowego dnia, gdy prowadziłem 


. Tekst dostarczony do druku w 1990 r.
>>>
J 
manowicz 
rys. L. c.
>>>
95 


lekcję bodaj w II klasie, uchyliły się nagle drzwi i tercjan szkolny podał 
mi adresowaną do mnie pocztówkę, dodając szeptem informację, że 
właśnie przed chwilą przyniesiono mi to z domu i że to bardzo pilne. 
Prowadząc dalej zajęcia ukradkiem zerkałem na wręczoną mi kartę 
i w miarę jak przelatywałem w pośpiechu po rządkach liter, czułem coraz 
wyraźniej, że robi mi się na przemian to gorąco, to zimno. Kartka była 
od Profesora. Uderzyło mnie przede wszystkim złowróżbne milmięcie 
zwyczajnego nagłówka "Kochany Panie Arturze", jakim zwykł był mój 
Mistrz zaczynać każdą swoją korespondencję. Treść pisma była przeraź- 
liwie rzeczowa, oschła i czuło się w nim wyraźny ton irytacji. "Albo Pan 
natychmiast załatwi sprawę swego przeniesienia i przybędzie do Torunia, 
albo naszą umowę będę zmuszony umać za nieważną". - Tak, to nie 
były przelewki, przeciągnąłeś, mój drogi, strunę - powiedziałem sobie 
w głębokości ducha. Ponieważ na szczęście była to sobota, więc, nie 
namyślając się wiele, wsiadłem do najbliższego pociągu i pojechałem do 
owego Torunia. 
Była to moja pierwsza wizyta w tym nie manym mi dotychczas 
mieście. Przyjechałem, gdy noc jeszcze stała nad starodrzewiem, szumią- 
cym wokół dworca, toteż czas do rana przeczekałem w jakiejś obskurnej, 
brudnej, dusmej, zatłoczonej tłumem podróżnych drewnianej szopie, 
pełniącej wówczas rolę tzw. poczekalni dworcowej. Gdy wreszcie szary, 
jesienny świt rozjaśnił nieco niebo nad Kępą Bazarową, puściłem się 
w drogę na poszukiwanie celu mej podróży. Most drogowy, zniszczony 
w toku działań wojennych, tylko wątłym prowizorycznym, drewnianym 
przęsłem łączył wówczas Podgórz z Toruniem. Trzęsło się to i dygotało 
podejrzanie, ilekroć przejeżdżał jakiś cięższy wehikuł, grożąc runięciem 
w burą, spienioną otchłań rwącego dołem nurtu. 
Profesor zajmował wówczas lokal tymczasowy, jeden pokój sublo- 
katorski w Rynku Staromiejskim pod numerem 5 na I piętrze. Znając 
obyczaje mojego Mistrza, który zwykł był intensywnie pracować tylko 
nocami, a poranki przesypiać, i nie mając odwagi niepokoić go o tak 
wczesnej godzinie, zwiedzałem chcąc nie chcąc miasto. Była niedziela, 
ranek, ulice prawie zupełnie puste. Nie zamącone codzienną krzątaniną, 
przykryte z lekka puszystą kołderką pierwszego śniegu, miasto wydało 
mi się urzekająco piękne. Błądziłem więc oczarowany w zamkniętym 
kręgu staromiejskich uliczek, między ratuszem, Panną Marią, św. 
Jakubem i Janem, nie mogąc się napatrzeć i nadziwić tym cudom.
>>>
96 


Gdzieś około dziesiątej zaryzykowałem i zapukałem do Profesora. 
To, co ujrzałem, wytłumaczyło mi natychmiast naglący i niecierpliwy 
ton profesorskiego wezwania. Przybywałem rzeczywiście w przysłowio- 
wym momencie na pięć przed dwunastą, była to istotnie pora ostateczna. 
Mego Mistrza zastałem leżącego na składanym, żelaznym, polowym 
łóżku, pośród ciasnoty pak rozmaitego rozmiaru, piętrzących się nieomal 
pod sufit i wypełniających niemal całą przestrzeń pokoju. Mieszkaniec 
tego locum nie umiał sobie i nie mógł z tym poradzić i trwał tak w tym 
prowizorium od tygodni. Moja interwencja była nagląco pilna i nie- 
odzowna. Z Torunia pojechałem wprost do Szczecina, gdzie mieściło się 
moje kuratorium i załatwiłem z miejsca sprawę rozwiązania stosunku 
służbowego. Na zastępstwo w Wałczu udało mi się szczęśliwie pozyskać 
Stanisława Topolskiego, jednego z moich uniwersyteckich kolegów 
jeszcze z czasów lwowskich, tak iż opuszczałem to miejsce ze spokojnym 
sumieniem. W dniu 16 listopada 1946 r. zameldowałem się ostatecznie 
w Toruniu. 
Katedra Teorii Literatury i Literatury Porównawczej, kierowana 
przez prof. Kucharskiego, mieściła się w Collegium Maius na I piętrze, 
w pokoju 20, ostatnim w amfiladzie, w tym samym, w którym gnieżdżę 
się do dzisiaj. Profesor rzadko tutaj bywał, tak iż okupowałem to miejsce 
od rana do późnego wieczora. Nieodżałowanej pamięci prof. Tadeusz 
Makowiecki, który był człowiekiem dowcipnym, nazwał to moje locum 
asystenckie ze względu zapewne na jego oddalenie w przestrzeni "portem 
Artura". Pokój ten miał liczne niedogodności, miał utrudniony dostęp, 
był jako narożny jednym z najzimniejszych z wszystkich polonistycznych 
pomieszczeń, wystawiony zimową porą na furie nadwiślańskich wichrów, 
ale mając kilkakroć możliwość przeniesienia się w jakieś miejsce 
łaskawsze, pozostałem w nim na całe czterdziestolecie. Człowiek jest 
istotą sentymentalną i przywiązuje się nawet do czterech kątów. 
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w swojej ludzkiej substancji był 
w momencie narodzin zbiorowiskiem osób o najróżniejszym rodowodzie, 
profesorów i asystentów wileńskich, lwowskich, warszawskich, krakow- 
skich i poznańskich. Wilno, rzecz jasna, przeważało, co było wynikiem 
naturalnego ciągu wileńskiego środowiska naukowego w prostej linii na 
zachód, gdy Lwów kierował się przeważnie na Śląsk i Wrocław. 
Niemniej lwowiaków była w owym czasie na Wydziale Humanistycznym 
i na innych kierunkach liczba dość spora. Na filologii polskiej oprócz 
Kucharskiego językoznawcy: Eugeniusz Słuszkiewicz, indoeuropeista,
>>>
97 


i poloniści, Stefan Hrabec i Przemysław Zwoliński, romaniści Zygmunt 
Czemy i jego asystentka pani Stefania Des Loges oraz znany mi dobrze 
z lwowskiej biblioteki uniwersyteckiej dr Walerian Preisner. Profesor 
pedagogiki dr Kazimierz Sośnicki i dwaj psychologowie: dr Andrzej 
Lewicki, starszy mój kolega z łyczakowskiego gimnazjum klasycznego, 
i pamiętny mi z czasów uniwersyteckich Stanisław Gerstman. Historycy: 
rektor Ludwik Kolankowski, Bronisław Włodarski, mój gimnazjalny 
nauczyciel historii, Kazimierz Hartleb i Stanisław Hoszowski oraz 
Adam Dygdała. Ze środowiska lwowskiego wywodzili się też: Jadwiga 
Lechicka, uczennica i asystentka przed laty Adama Szelągowskiego oraz 
jeden z wychowanków lwowskiej szkoły Szymona Askenazego docent 
Bronisław Pawłowski. Pokaźna grupa lwowiaków usadowiła się na 
prawie: Wojciech Hejnosz, Karol Koranyi, Władysław Namysłowski, 
Michał Wyszyński i Jan Gerlach oraz ich naj młodsi współpracownicy, 
ówcześni asystenci: Waldemar Voisć i Otmar Wandmayer. 
Na polonistyce jednak przeważali wilnianie. Wśród zżytej i trzymającej 
się razem społeczności wilnian byłem więc poniekąd przybyszem 
z zewnątrz, co oczywiście stanowiło dla mnie w tych początkach pewną 
trudność psychiczną. Muszę jednak powicdzieć, że to przełamywanie 
owych przysłowiowych lodów obcości odbywało się niezwykle gładko 
i nieomal niezauważalnie. Ówcześni asystenci studium polonistycznego: 
Irena Sławińska, Czesław Zgorzclski, Stanisław Wasilewski i Anatol 
Mirowicz, a także innych katedr filologicznych, z którymi utrzymywali- 
śmy jak najżywszy kontakt: Irena Tronowska - romanistka, Gustaw 
Foss - germanista, Leopold Rozental - rusycysta, panie z filologii 
klasycznej - Zofia Abramowiczówna i Leokadia Małunowicz, całe to 
towarzystwo wileńskie okazało się wbrew obawom gromadą miłych 
i sympatycznych kolegów, a nicbawem nawet przyjaciół. To zawiązywanie 
i zacieśnianie węzłów przyjaźni odbywało się tym łatwiej i szybciej, że 
właściwie mieszkało się w Zakładzie. Tu się dyżurowało od wczesnego 
rana do późnego wieczora, tu powstawały nasze pierwsze rozprawy 
naukowe, tu przygotowywało się ćwiczenia i tu zawzięcie dyskutowało. 
Czytelnia Zakładu była zawsze otwarta, przy ówczesnej swobodzie 
studiów wykłady i seminaria odbywały się przez cały dzień i o naj różniej- 
szych godzinach; sale wykładowe, korytarze i pokoje seminaryjne pełne 
były nieustającej studenckiej krzątaniny. Cały nastrój i klimat tych 
pierwszych lat był jaskrawym przeciwieństwcm późniejszej dezintegracji, 
zupełnego nieomal rozluźnicnia i zerwania wewnętrznych więzi, gdy
>>>
98 


wówczas tworzyliśmy zwarty i dzień w dzień, niemal od rana do 
wieczora obcujący ze sobą kolektyw ludzki, żyjący tymi samymi 
problemami, zawzięcie dyskutujący, kształcący się wzajemnie w ustawicz- 
nej wymianie myśli i poglądów. 
Ta wewnętrzna dynamika ówczesnego naszego życia znajdowała 
jeszcze bardziej spektakularny i wymowny wyraz w niezwykłej aktywności 
dwu instytucjonalnych form działalności naukowej i kulturalnej, w To- 
warzystwie Mickiewiczowskim i w "czwartkach literackich". Przewod- 
niczącym toruńskiego oddziału Towarzystwa był prof. Kucharski, ja 
sekretarzem. Te nad wyraz regularne, comiesięczne, a niekiedy nawet co- 
dwutygodniowe wieczory Towarzystwa Mickiewiczowskiego [Towarzy- 
stwo Literackie im. A. Mickiewicza] stały się rychło prawdziwymi 
wydarzeniami w życiu humanistyki toruńskiej dzięki wyjątkowo szczę- 
śliwemu zbiegowi okoliczności. Tak się bowiem złożyło, że Uniwersytet 
toruński w tych początkach swego istnienia zgromadził na humanistycz- 
nych katedrach wielu znakomitych uczonych, którzy, zajmując 
eksponowane stanowiska w zakresie reprezentowanych przez siebie 
specjalności naukowych, zapisali się jednocześnie trwale w dziedzinie 
twórczości artystycznej i literackiej. Obok więc ekipy polonistycznej 
z profesorami Górskim, Kucharskim i Makowieckim na czele, brali też 
aktywny udział w owych wieczorach Towarzystwa prof. Karol Wiktor 
Zawodziński, ówcześnie kierownik Katedry Literatur Słowiańskich, 
choć bardziej znany jako znakomity i głośny krytyk literacki, jeden 
z głównych i najsilniej zaangażowanych animatorów owych wieczorów 
dyskusyjnych, który właśnie wówczas w swoich głośnych, rewizjonis- 
tycznych wystąpieniach odkrywał na nowo "nieznanego", "zapomnia- 
nego" Kraszewskiego i "odbrązawiał" trzech powieściopisarzy pozytywis- 
tycznych; prof. Henryk Elzenberg, filozof i estetyk, teoretyk sztuki, 
pisarz i krytyk; Stefan Srebrny, filolog klasyczny, ale jednocześnie 
znawca teatru, współpracownik "Reduty", świetny tłumacz tragików 
greckich i nie mniej doskonały recytator własnych przekładów, władający 
pełnią aktorskich środków ekspresji; wybitny romanista prof. Zygmunt 
Czerny i jego żona, pani Anna Ludwika, poetka i znakomita tłumaczka 
poezji francuskiej i hiszpańskiej. Na czwartkowych wieczorach literackich, 
odbywających się w dzisiejszej sali Ludwika Kolankowskiego, brylował 
jako niezrównany gospodarz i causeur prof. [Konrad] Górski, ściągając 
regularnie co tydzień prawdziwe tłumy publiczności i co najlepszych 
prelegentów.
>>>
99 


Gdy przypominam sobie tamte lata, zadaję sobie nieraz pytanie, jak 
znajdowaliśmy na to wszystko czas? Bo pilnie uczestnicząc we wszystkich 
tych imprezach i żadnej z nich nie opuszczając, robiliśmy obok 
tego tysiąc rzeczy innych. Tworzyliśmy przede wszystkim z niczego 
Uniwersytet, jego katedry i zakłady, jeździliśmy po całej Polsce 
grzebiąc w gruzach i ruinach Warszawy i Wrocławia, wydzierając 
dosłownie spod ziemi tysiące książek dla naszych bibliotek zakła- 
dowych, skupowali księgozbiory prywatne, zwozili porzucone przez 
Niemców w wyludnionych jeszcze miastach i miasteczkach szczeciń- 
skiego i gdańskiego Pomorza sterty tomów, inwentaryzując je i ka- 
talogując własnoręcznie, pomagali swym profesorom w ich zajęciach, 
przygotowywali ćwiczenia, wykładali na Studium Wstępnym, pisali 
własne prace i doktoraty, uczestniczyli czynnie w życiu Uczelni, 
w pracach Związku Nauczycielstwa [polskiego] i w działalności To- 
warzystwa Naukowego - listę tych zatrudnień można by ciągnąć 
w nieskończoność. Czy ta samoczynnie odnawiająca się zdolność 
niezmordowanego działania na przestrzeni lat kilku wynikała po 
prostu z faktu, że byliśmy ówcześnie wszyscy o te niebagatelne 
lat czterdzieści młodsi? Zapewne tak, ale chyba nie tylko. Z całą 
pewnością istotniejsze miało tu znaczenie wojenne wyposzczenie in- 
telektualne, nieograniczona wprost chłonność i potrzeba doznań du- 
chowych, ajednocześnie świadomość, że się po katastrofie lat wojennych 
buduje coś naprawdę ważnego, była jakaś nadzieja, że się nie tylko 
uda odtworzyć przeszłość, nie tylko przenieść niejako ponad odmętem 
historii i ocalić to wszystko, co jako naród zdołaliśmy osiągnąć 
w ciągu dwudziestu lat naszej międzywojennej niepodległości, ale 
nadać ponadto tej odbudowanej rzeczywistości naszego życia kształt 
doskonalszy. 
Ten okres swoistej euforii twórczej trwał lat ledwie kilka. Potem 
wszystko się zaczęło walić, klęska spadać za klęską. Pierwszym sygnałem 
tych złowróżbnych przemian było przymusowe odejście w 1949 r. 
kolegów asystentów katedr polonistycznych, dr Ireny Sławińskiej i dra 
Czesława Zgorzelskiego. W maju 1950 r. odbył się w Warszawie słynny 
czy raczej osławiony ogólnopolski zjazd polonistów, na którym po raz 
ostatni zebrała się w komplecie polonistyczna elita naukowa, wszyscy 
żyjący jeszcze wówczas mistrzowie i nauczyciele naszej młodości. 
Znakomite to i dostojne zgromadzenie zwołano po to jedynie, aby mu 
przedstawić druzgocący akt oskarżenia i bez dania możliwości obrony
>>>
100 


czy dyskusji zawyrokować bezapelacyjne zwycięstwo nowej metodologii. 
Braliśmy wszyscy udział w tym osobliwym widowisku, z prof. Makowie- 
ckim stacjonowaliśmy w "Bristolu" w jednym pokoju, i przeżywaliśmy 
ciężko coraz bardziej posępną atmosferę obrad zjazdowych. Zjazd 
warszawski był momentem zwrotnym również w historii humanistyki 
toruńskiej. Profesora Konrada Górskiego natychmiast po powrocie 
z Warszawy poproszono na nieokreślony w czasie urlop dydaktyczny, 
prof. Makowiecki, przesunięty zrazu na boczny tor nauk pomocniczych, 
zmarł przedwcześnie w rok później. Jednocześnie zaś jakby los się 
sprzymierzył z tą ogólną tendencją likwidacyjną, bo w trzy miesiące po 
Makowieckim zmarł prof. Kucharski. Z całej niedawnej tak świetnej 
ekipy polonistycznej ocalałem tylko ja i wywodząca się z poznańskiego 
środowiska naukowego dr Bożena Osmólska. Tym żałosnym resztkom 
zdruzgotanej doszczętnie, a tak wybitnej, humanistyki toruńskiej (bo 
trzeba tu nawiasem dodać, żejcdnocześnie zawieszono lub zlikwidowano 
jako kierunki studiów filozofię i psychologię oraz wszystkie istniejące 
dotychczas filologie), miał przewodzić przybyły w tym czasie do Torunia 
dr Bronisław Nadolski jako jedyny samodzielny pracownik naukowy 
w randze zastępcy profesora. Nauczyciel szkół średnich ze Lwowa, 
opowiedziawszy się na zjeździe warszawskim po stronie "zwycięskiej 
rewolucji", przyjeżdżał do Torunia z określoną wyraźnie misją, miał 
nadać filologii toruńskiej "właściwy" impuls i orientację. 
Gdy wspominam te czasy, kojarzą mi się natrętnie zjakimś Witkacow- 
skim teatrem czystego nonsensu i absurdu. Wszystko zdawało się być 
wtedy postawione na głowie i wbrew logice życia. Chcąc przebudowywać 
i tworzyć coś rzekomo doskonalszego, w ślepym zapamiętaniu wszystko 
dookoła niszczono i likwidowano. "Reformując" pozbywano się ludzi, 
i to często najlepszych, najzdolniejszych, najofiarniejszych. Pragnąc 
wychowywać w "postępowym", jak twierdzono, i "rewolucyjnym" 
duchu, tworzono idealne, cieplarniane warunki dla wychowu konformis- 
tów, oportunistów i karierowiczów. "Nowoczesną" jakoby metodologię 
i myśl naukową reprezentować miał sztywny, rygorystyczny system 
dogmatycznie określonych, niesłychanie symplistycznych stereotypów 
i schematów pojęciowych, które zastosowane do literatury odbierały jej 
całkowicie ontologiczną swoistość dzieła sztuki, deformowały prawdę jej 
rzeczywistego wyrazu, a samą naukę o literaturze, na skutek sekciarskiej 
nieelastyczności narzuconych formułek interpretacyjnych, czyniły zaję- 
ciem najzupełniej jałowym, nudnym i po prostu bez sensu.
>>>
101 


Pierwsze lata owej "zwycięskiej ery stalinowskiej" były dla mnie 
szczególnie ciężkie. Po odejściu tylu kolegów i profesorów spadły na 
mnie znienacka liczne i pochłaniające mnie zupełnie zajęcia i obowiązki. 
Byłem jedynym wykładowcą teorii literatury i nauk pomocniczych, 
historii literatury młodopolskiej i lat międzywojennych oraz literatury 
powszechnej, miałem wykłady i ćwiczenia w grupach dochodzących do 
kilkudziesięciu osób, udzielałem konsultacji i prowadziłem nadal różne 
agendy administracyjne i biblioteczne. Zabierało mi to mnóstwo czasu, 
choć wiele się przy tym niejako z konieczności i mimo woli nauczyłem, 
a praca ta przynosiła mi też i pewną satysfakcję, zwłaszcza stały kontakt 
z audytorium studenckim dawał mi wiele radości. To poczucie mimo 
wszystko jakiegoś sensu tej roboty przyćmione jednak było coraz 
bardziej ponurą atmosferą, w jakiej pogrążała się uniwersytecka 
społeczność. 
Pochodziłem ze Wschodu, przywiozłem stamtąd, z lat okupacji 
sowieckiej, takie doświadczenia, jakich nie mieli Polacy z centralnych 
i zachodnich regionów Polski. Miałem więc pełną świadomość, jak 
szybko i w jak zastraszającym tempie dokonuje się i posuwa się naprzód 
sowietyzacja kraju. System studiów zaczął się nieomal całkowicie 
pokrywać z trybem nauczania znanym mi ze zsowietyzowanego w latach 
1939 - 1941 uniwersytetu lwowskiego. Rozbudowany do absurdalnych 
rozmiarów program zajęć obowiązkowych, mający na celu ustawiczną 
kontrolę studiujących, trzymanie ich w salach wykładowych pod czujną, 
nieustającą obserwacją i niepozostawianie im czasu na samodzielne 
myślenie czy też indywidualne poszukiwania. Totalna indoktrynacja 
ideologiczna całej nauki, dla której jedynym wzorem i jedyną dopusz- 
czalną metodologią miał być marksizm w stalinowskim ujęciu, a więc 
w formie wyjątkowo zwulgaryzowanej, sprowadzonej do prymitywnych 
formułek i stereotypów. W dziedzinie szeroko pojętej filologii taką 
ewangelią, którą miało się na każdym kroku cytować jako najwyższe 
objawienie nauki, były osławione "tezy Stalina o językoznawstwie", 
zbiór banałów, które recytowało z nabożeństwem wielu ludzi nauki, 
gotowych do najdalej idących kompromisów, aby robić kariery uniwer- 
syteckie za wszelką cenę. Niebotyczne głupstwa spływały w tych latach 
spod piór Stefana Żółkiewskiego, Kazimierza Wyki, Wacława Kuba- 
ckiego, Jana Kotta czy Kazimierza Budzyka, swoistej czołówki "nowego 
literaturoznawstwa", którego pepinierą stał się Instytut Badań Litera- 
ckich. Pod jego to opiekuńczymi skrzydłami rozwijało się jednocześnie,
>>>
102 


rosło i szybko dojrzewało pokolenie ,janczarów rewolucji": Maria 
J anion i Maria Żmigrodzka, pisujące ostre agresywne pamflety pod 
wspólnym pseudonimem Genowefa Szturchaniec, Stefan Treugutt i Jerzy 
Ziomek, Zofia Stefanowska i Zbigniew Żabicki oraz mnóstwo pomniej- 
szych, zaprzysięgłych adeptów "nowej ewangelii". Cechą narzucającą się 
tej "awangardy" była pewność siebie i bezgraniczna arogancja, pogarda 
dla przeszłości i dla tradycji, ślepa i bezkrytyczna wiara w niepodważalną 
słuszność objawienia idącego ze Wschodu. I jednocześnie walka, ponieważ 
rewolucja pożąda i łaknie ofiar. Pierwszy zastęp owych ofiar stanowili 
profesorowie, którzy byli jeszcze niedawno nauczycielami owych czoło- 
wych promotorów przewrotu. Niemal wszyscy znaleźli się na bocznym 
torze, odcięci od sal wykładowych, odstawieni na bocznicę prac 
materiałowych i edytorskich. 
Moje pierwsze, nieśmiałe próby pisarskie przypadły na ten właśnie 
okres bardzo już wyraźnej i silnej polaryzacji ideologicznej. Od początku 
nie brałem zupełnie pod uwagę możliwości prezentowania swoich 
prymicji krytycznych na łamach pism marksistowskich. "Tygodnik 
Powszechny", choć byłem od początku jego pilnym czytelnikiem 
i prenumeratorem, wydawał mi się zbyt solenny i niedosięgły dla mej 
skromnej osoby nic jeszcze sobą nie przedstawiającego adepta i aspiranta, 
gdy tam pisywali Górski, Borowy, Pigoń, Kleiner - luminarze mojej 
parafii. Szukałem trybuny mniej dostojnej i jeśli to możliwe ideologicznie 
neutralnej. Takim pismem był niezależny dwutygodnik, w istocie bardzo 
kapryśnie wychodzący, "Warszawa", redagowany przez poetę Jana 
Szczawieja przy współudziale Marii Dąbrowskiej. Opublikowałem w tym 
piśmie kilka recenzji oraz artykuł o Edgarze Allanie Poe l , bo już 
wówczas interesowałem się fantastyką i Grabińskim. Czytywałem "Słowo 
Powszechne" jako jedyną gazetę nie związaną bezpośrednio z reżimem, 
wysłałem tam kilka niewielkich artykulików sprawozdawczych o życiu 
kulturalnym Torunia i jakiś okolicznościowy artykuł o Mickiewiczu. 
Wdałem się w jakąś metodologiczną dyskusję z kolegą ZgorzeIskim 
w bydgoskiej "Arkonie", do łódzkiego "Życia Literackiego" wysłałem 
recenzję książki Tadeusza Mikulskiego o Adamie Czahrowskim z Czah- 
rowa, ale naj obficiej zaowocowała moja współpraca z Paxowskim "Dziś 


I Te i inne wzmiankowane w tym tekście prace Autora zob.: 8. Burdziej, Bihliografia 
prac Artura Hutnikiewicza, [w:] Od Kochanowskiego do Różewicza. Prace ofiarowane 
Arturowi Hutnikiewiczowi w .riedemdziesiątą rocznicę urodzin, pod red. J. Kryszaka, 
Warszawa - Poznań - Toruń 1988, s. 261 - 283.
>>>
103 


i Jutro". Wiedziałem już coś nie coś o genealogii tej dziwnej grupy, 
usiłującej pogodzić marksizm z katolicyzmem, wiedziałem też to i owo 
o przywódcy tej grupy Bolesławie Piaseckim i o jego przedwojennej 
przeszłości, która była tak jaskrawo w niezgodzie z jego stanowiskiem 
po wojnie; nie bardzo w ten sojusz katolicyzmu z komunizmem wierzyłem, 
ale nie usiłowałem wnikać głębiej w cele i zadania polityki Paxowskiej, 
a swoją literacką współpracę z "Dziś i Jutrem" traktowałem jako sui 
generis "wolną trybunę", gdzie nie ograniczano mnie - muszę to 
obiektywnie przyznać - ani w moich poglądach, ani w tematach. 
Oczywiście wszystkie te produkty mego ówczesnego pisarstwa nie 
zaspokajały mych w tym zakresie ambicji, była to jakaś publicystyka 
literacka, działalność recenzencka, a więc jakiś margines, bo czułem się 
aspirantem twórczości stricte naukowej, tylko ona mogła stać się dla 
mnie swoistym biletem wizytowym, wprowadzającym w środowisko 
ludzi nauki. Chciałem wzorem moich starszych kolegów, Sławińskiej 
i Zgorzelskiego, wydrukować przede wszystkim moją pracę doktorską 
o Formie motywacyjnej w kompozycji powidci Żeromskiego. Referowałem 
ją na jednym z posiedzeń Wydziału 11 TNT, gdzie znalazła ona uznanie 
i akceptację i skierowana została do opracowania redakcyjnego. Nie 
zdawałem sobie w tym momencie sprawy, że ten mój tak upragniony 
debiut był niestety spóźniony o tych parę fatalnych miesięcy na przełomie 
lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Ofensywa marksistowska była już 
w pełnym rozruchu i natarciu, wszystko, co aspirowało do druku, 
poddawane już było surowej i bezwzględnej kontroli. Obowiązywała 
najbardziej antydemokratyczna forma cenzury prewencyjnej i anonimo- 
wej, która odtrącała niewygodne pozycje bez żadnych możliwości 
obrony już w zalążku, zanim jeszcze zdołały one dotrzeć do bram 
drukarni. Kłopoty z drukiem swojej rozprawy doktorskiej miał już 
Zgorzelski, ale publikacja jego książki byłajuż tak daleko zaawansowana, 
że zdołała się jeszcze przecisnąć w ostatniej chwili przez coraz trudniejsze 
zapory i zagrody, których ja już ominąć nie mogłem. Anonimowa 
recenzja, przysłana do wydawnictwa z Warszawy, dyskredytowała 
totalnie moją pracę jako metodologicznie anachroniczną, fałszującą 
obraz pisarza, epigońską w stosunku do najbardziej reakcyjnej historio- 
grafii burżuazyjnej. Recenzja ta załatwiała sprawę definitywnie, o jakiej- 
kolwiek dyskusji czy obronie mowy nie było; zresztą z kim miałbym 
dyskutować, skoro recenzent był anonimowy, znajdowaliśmy się już 
w okresie "sądów kapturowych". Jedynym śladem istnienia kiedyś tej
>>>
104 


pracy było krótkiejej streszczenie w "Sprawozdaniach" TNT. A właściwie 
i ściśle mówiąc ujawnił się niebawem jeszcze ślad drugi, jeden z najbardziej 
osobliwych. W 1951 r. z okazji I Kongresu Nauki Polskiej Stefan 
Żółkiewski opublikował niewielką, ale niepokojącą książkę pt. Badania 
nad literaturą polską. Dorobek, stan i potrzeby. Na stronach 55-56 tej 
książeczki znalazł się passus, z którego wynikało ewidentnie, że tym 
anonimowym recenzentem mojej rozprawy, który skazał ją na wieczysty 
niebyt, był on właśnie, główny animator "marksistowskiej rewolucji" 
w historiografii literackiej. Referując mianowicie stan badań nad 
Żeromskim Żółkiewski wymienił nieoczekiwanie również moje nazwisko, 
lokując mnie w szeregu zresztą bardzo dla mnie zaszczytnym, bo 
z Zygmuntem Wasilewskim i Stanisławem Adamczewskim, ale wszystkich 
trzech wrzucając jednocześnie do jednego worka "reakcji". Miałem być 
kontynuatorem ich tradycji, oczywiście fatalnej, bo zacierającej jakoby 
"piękno radykalizmu Żeromskiego wbrew prawdzie historycznej, a na 
pożytek wsteczników społecznych" (s. 56). Pomijając język tej polemicznej 
diatryby jej szczególna osobliwość w tym się głównie kryła, że pisano tu 
o książce, która jako fakt społeczny nawet na moment nie zdołała 
zaistnieć, a nazwisko jej autora dla większości czytelników Żółkiewskiego 
było pustym dźwiękiem. Dla mnie zaś było to wyraźną wskazówką, że 
jeśli chcę zrealizować moje ambicje naukowe, to powinienem całą swą 
świadomość intelektualną do gruntu przebudować i zmienić. Ale to 
właśnie było dla mnie niemożliwością, odrzucałem ją z pełną świadomo- 
ścią dalszych możliwych konsekwencji. Zgodziłem się bez najmniejszego 
wahania, że pozostało mi jedynie pisanie do tzw. "szuflady" oraz 
kontynuowanie współpracy z "Dziś i Jutrem" na prawach "wolnego 
strzelca" . 
Moja pozycja uniwersytecka stawała się z każdym dniem coraz 
bardziej niepewna. Miałem stopień doktora, uzyskany jeszcze za życia 
mego Mistrza w 1948 r., ale w istocie w profesjonalnym środowisku 
polonistów byłcm poza Toruniem prawie nieznany. Nie chciałem poddać 
się presji ideologicznej, pisać pod dyktando, powoływać się ustawicznie 
na wulgarne schematy marksistowskie i na "czterech ewangelistów", 
Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, z tym ostatnim na czele jako 
nadludzkim geniuszem wszystkich czasów, co robili przecież liczni znani 
i sławni. Moja współpraca z prasą tzw. katolicką była przysłowiowym 
gwoździem do trumny, moje akcje spadały z każdym miesiącem coraz 
wyraźniej i liczyłem się z możliwością, że któregoś dnia zostanę po
>>>
105 


prostu "wylany", jak to się mówi potocznie, "na zbity pysk". Byłem na 
to psychicznie i moralnie przygotowany, myśl o ewentualnych następst- 
wach takiego możliwego obrotu rreczy przyjmowałem z tą cudowną 
lekkomyślnością, jaka jest przywilejem młodości, która się niczego nie 
boi. Niemniej odczuwałem potrzebę jakiejś pracy poważnej, nawet bez 
myśli o jakiejkolwiek publikacji, dla własnej jedynie satysfakcji i zado- 
wolenia, że robię to, co chcę, poza jakimkolwiek przymusem. I tak 
wpadłem na myśl napisania jakiegoś większego studium o Stefanie 
Grabińskim. Gdzieś w podświadomości tkwiła u źródeł tej decyzji 
pamięć o tym dziwnym człowieku, którego znałem kiedyś jako chłopiec, 
który uczył mnie nawet krótko w moim lwowskim gimnazjum i którego 
niesamowita twórczość zawsze mnie pociągała i pobudzała jakieś tkwiące 
we mnie osobliwe skłonności, jakąś szczególną wrażliwość na literaturę 
tego rodzaju. Pracę zaplanowałem sobie metodycznie, z wyraźnym 
ustaleniem kolejnych faz i stadiów realizowania pomysłu, które potem 
skrupulatnie i systematycznie usiłowałem wykonywać. Skompletowałem 
poprzez różne penetracje antykwaryczne maksimum osiągalnych tekstów 
tego pisarza, zwróciłem się do kilku pism literackich i społecz- 
no-kulturalnych z apelem do wszystkich osób, które bądź Grabińskiego 
znały, bądź posiadają jakiekolwiek materiały dotyczące jego osoby 
i twórczości, o skontaktowanie się ze mną. Odzew na ten apel okazał się 
wyjątkowo szeroki, odezwali się gimnazjalni koledzy Grabińskiego 
i jego uczniowie, przyjaciele i literaci, a co najważniejsze natrafiłem na 
źródło rękopisów w postaci papierów po pisarzu, które wywiózł był ze 
Lwowa jego młody podówczas sąsiad Ryszard Janiak, nic zresztą nie 
mający wspólnego z literaturą lekarz medycyny. Wielu cennych informacji 
dostarczył mi zaprzyjaźniony z pisarzem znany krytyk Jerzy Eugeniusz 
Płomieński, z którym nawiązałem potem wieloletnią, trwającą aż do jego 
śmierci wymianę listów. Moje ówczesne lektury obracały się odtąd 
niemal wyłącznie w kręgu polskiej i światowej fantastyki literackiej. Po 
mniej więcej roku tych przygotowań zasiadłem wreszcie do pisania. 
Odrabiałem tę robotę sumiennie, konsekwentnie, systematycznie, codzien- 
nie po kilka godzin z żelazną regularnością, aczkolwiek nikt nie 
popędzał mnie przecież, a myśl o ewentualnym opublikowaniu kiedyś 
książki tego rodzaju nie nawiedzała mnie nawet w najśmielszych snach. 
To, w czym tkwiłem myślowo, było przecież tak niebywale dalekie od 
wszystkiego, co mnie otaczało dokoła, że jakąkolwiek nadzieję na 
wydanie monografii, która wyraźnie rosła osiągając rozmiary, jakich nie
>>>
106 


przewidywałem pierwotnie, odrzucałem z miejsca jako śmieszną i niereal- 
ną utopię". Ale dawała mi zarazem ta na pozór całkowicie nieproduk- 
tywna i bezsensowna robota jakąś szczególną satysfakcję, poznawałem 
jak gdyby smak bezinteresownego poszukiwania, tę jedyną w swym 
rodzaju przyjemność, jaką daje wyłącznie twórczość, a więc i twórczość 
naukowa, odkrywania czegoś nowego dla samej radości z tego odsłaniania 
jakiejś rzeczy nieznanej. Była to też swoista ucieczka, niezastąpiony, 
idealny azyl, w którym się chroniłem przed coraz bardziej odpychającą 
i odrażającą rzeczywistością. 
A atmosfera stawała się istotnie coraz bardziej dławiąca. Zgodnie 
z tezą Stalina o "zaostrzaniu się walki klasowej w miarę budowy 
i zwycięstw socjalizmu" czułem rosnącą wokół mnie, coraz bardziej 
agresywną wrogość. Byłem ostatnim niedobitkiem starej ekipy asysten- 
ckiej, tolerowano mnie, bo na razie byłem potrzebny, ale była to 
widomie tolerancja do czasu. Czułem zaciskającą się na szyi pętlę. 
Animatorem tej akcji, świadomie organizowanej, był Sławomir Rogowski, 
jeden z młodszych asystentów Katedry. Umysł talmudyczny, skłonny do 
całkowicie oderwanych spekulacji myślowych, uchodzc!cy za główncgo 
teoretyka marksizmu w środowisku toruńskim, był autorem kuriozalncj 
rozprawki, opublikowanej w zdominowanym wówczas już zupełnie 
przez ekipę Żółkiewskiego "Pamiętniku Literackim" pt. O "Przedmowie" 
do "Ballad i romansów", w której wyłożoną w tcj przcdmowie estetykę 
Mickiewicza rozpatrywał w kategoriach walki klasowej, na tle buntów 
chłopskich i sprzeczności między feudalizmcm a kapitalizmcm; przykład 
wulgarnego socjologizmu, uchodzącego w tamtych latach za podstawową 
dyrcktywę metodologiczną w marksistowskich badaniach literackich. 
Otaczała go wpatrzona weń gromada studentów i najmłodszych 
asystentów, przyznających się otwarcie do synostwa duchowego z "genial- 
nym Sławkiem". Z tej to grupy rekrutowali się wszyscy najgorliwsi 
podsłuchiwacze i donosiciele, którzy uczestnictwo w moich ćwiczeniach 
traktowali przede wszystkim jako ideową powinność zbierania dowodów 
i materiałów "przeciwko" i demaskowania w moich wykładach .,wrogiej 
działalności klasowej". Po każdym z moich ćwiczeń odbywały się 
organizowane przez Rogowskiego spotkania korekcyjne, które miały na 
celu prostowanie tych manowców myślowych, na które wodziłem 
studentów swoimi "wstecznymi" poglądami. Na ćwiczeniach raz po raz 


. Książka ta ukazała się jednak w 1959 r., gdy mogły się już otworzyć wszystkie 
szuflady.
>>>
107 


występowali inspirowani przez ukrywającego się w kulisach reżysera 
rzekomi dyskutanci, zadający podchwytliwe pytania. Z różnymi "wąt- 
pliwościami" o równie prowokacyjnym charakterze zgłaszali się do mnie 
coraz częściej na ,,konsultacje". Miał z tego w przyszłości powstać 
potężny akt oskarżenia, który winien był położyć kres mojej antyso- 
cjalistycznej działalności. 
Równocześnie rozkręcała się coraz wyraźniej przeciw mnie akcja 
prasowa. Tu inspiratorem i wykonawcą jednocześnie tej kampanii był 
mój były słuchacz ze studium przygotowawczego, niejaki Stanisław 
Mędelski. Studium to, na którym prowadziłem wykłady z języka 
i literatury polskiej, istniejące w pierwszych latach po wojnie, w przy- 
spieszonym trybie miało doprowadzać opóźnioną przez wojnę młodzież 
najpierw do matury, a potem do normalnych studiów. Niepokaźny ten 
i na ogół milczący chłopaczyna nie brylował w tym gronie, miewał nawet 
różne kłopoty, ale puściłem go ostatecznie trochę z chrześcijańskiego 
miłosierdzia, a trochę i z tego względu, że deklarował ochotę zapisania 
się na studia polonistyczne, czym mnie sobie ujął, widziałem w tym 
pewną szansę, że te nie zawinione być może niedobory swej wiedzy 
i umiejętności będzie mógł w czasie studiów nadrobić. Już jako student 
okazał się jednak bardziej zaangażowany w działalności politycznej niż 
w naukowej, studia w końcu, nie ukończywszy ich, zarzucił, ale w zamian 
wyrósł niepostrzeżenie na czołowego ideologa najbardziej bojowo 
nastawionej młodzieży zetempowskiej. Ostatecznie usadowił się w "Ga- 
zecie Pomorskiej", stając się rychło jednym z głównych publicystów tego 
organu. Jego zasadniczą dziedziną zainteresowań były sprawy kultury 
i nauki, ledwie liznąwszy studiów podszywał się pod stanowisko eksperta 
w sprawach uniwersyteckich. Jego "interwencje" prasowe, tropiące ze 
szczególną gorliwością wszystkie ideologiczne odchylenia w środowisku 
naukowym, miały charakter najwyraźniej prowokatorski i donosicielski. 
Pierwsze poważne starcie moje z tym panem nastąpiło w początkach 
roku 1951. Na ten właśnie czas przypadły moje pierwsze próby 
działalności odczytowej. Gdzieś tuż po Nowym Roku miałem taką 
pierwszą swoją prelekcję o stosunku Żeromskiego do naturalizmu, 
najpierw w jednej z sal odczytowych toruńskiego ratusza, a krótko 
potem na jakiejś "środzie literackiej" w Bydgoszczy. Na tym drugim 
moim występie zdarzyła mi się przygoda, która mnie całkowicie 
zaskoczyła; było to coś, czego dotychczas nie znałem i w pierwszej chwili 
nie zdawałem sobie sprawy, co tu się dzieje. Dość duża sala odczytowa
>>>
108 


bydgoskiego Domu Kultury przy pryncypalnej ulicy tego miasta była 
nabita po brzegi, ale w dalszych jej miejscach, oddalonych od estrady, 
zgromadziła się jakaś dziwna publiczność, zachowująca się w nie- 
zrozumiały dla mnie sposób. Była to publiczność wyraźnie młodzieżowa, 
zachowująca się głośno, agresywnie, przerywająca mówiącemu jakimiś 
dziwnymi pomrukami jak gdyby gniewu i dezaprobaty. Zrazu wydawało 
mi się, że to po prostu jakaś chuliganeria miejscowa, która przez 
pomyłkę znalazła się na tym odczycie i nudząc się najwyraźniej objawiała 
to swoje niezadowolenie w ordynarny i chamski sposób. Wrzenie i hałas 
wzmagały się coraz silniej, ale nie dałem się sprowokować, nie przerwałem 
odczytu, co byłoby swoistym skandalem, zaprogramowanym, jak się 
zdaje, przez niektórych aranżerów imprezy, przetrwałem jakoś heroicznie 
i rzecz swoją dociągnąłem do końca. Ponieważ miałem jeszcze trochę 
czasu do odejścia pociągu, poszedłem z którymś z organizatorów 
odczytu do pobliskiej kawiarni. Do towarzystwa przyłączył się nieocze- 
kiwanie Mędelski. Na moje indagacje, co to było właściwie na tym 
odczycie, otrzymywałem jakieś wyjaśnienia wykrętne i enigmatyczne, 
niczego nie tłumaczące właściwie. Mędelski siedział w czasie całej tej 
rozmowy milczący, z ponurą miną. Sprawa wyjaśniła mi się dnia 
następnego. W numerze 20 "Gazety Pomorskiej" z 20 stycznia 1951 r. 
ukazało się dość obszerne sprawozdanie z owej "środy literackiej", 
podpisane przez Mędclskiego. Wielce wymowny był sam tytuł: Żeromski 
w krzywym zwierciadle. Cała reszta tej napastliwej wypowiedzi roiła się 
od znaczących inwektyw: "wykład o Żeromskim opracowany był starą 
pseudonaukową metodą", "doszliśmy tu zatem do ślepego zaułka 
burżuazyjnej nauki o literaturze", "niektóre tezy odczytu były tak 
karkołomne, że nie warto z nimi polemizować". "Sprawozdanie" 
kończyło się już wyraźnym donosem politycznym, adresowanym do 
władz odpowiedzialnych za właściwą atmosferę w szkolnictwie i nauce: 
"W okresie, kiedy krytyka marksistowska - kończył ten swój donos 
niezłomny obrońca czystości i poprawności ideowej - wszechstronnie 
oświetla twórczość Żeromskiego [...] nie wydaje się przypadkowe 
wystawianie przez dra Hutnikiewicza fałszywego portretu Żeromskiego 
- pesymisty i naturalistycznego sadysty. Jest w tym fakcie przedłużenie 
przedwojennej tendencji katolickiej krytyki literackiej, która za to, że 
Żeromski w Przedwio,
niu odsłonił całą ohydę ustroju kapitalistycznego, 
usiłowała drogą fałszów i chwytów formalistycznych pomniejszyć wartość 
artystyczną jego twórczości". 


---..
>>>
109 


Po przeczytaniu tego "sprawozdania" wszystko stało się już dla 
mnie jasne i zrozumiałe. Cała ta wrzawa na odczycie była świadomie 
zorganizowaną i wyreżyserowaną prowokacją i demonstracją tzw. 
"spontanicznego gniewu słuchaczy". Młodzieżowa, żarliwie ideowa 
publiczność, szukająca prawdy o ukochanym pisarzu, nie mogła 
znieść niebywałych bredni reakcyjnego prelegenta, obrażającego każ- 
dym słowem świetlaną postać Żeromskiego, sojusznika wojującego 
komunizmu. 
Aby było weselej, jednocześnie, niemal w tym samym dniu, w bydgo- 
skim "Ilustrowanym Kurierze Polskim", organie Stronnictwa Demo- 
kratycznego, ukazała się recenzja z tego samego odczytu, całkowicie 
odmienna, określająca mnie łaskawie jako "wybitnego polonistę i krytyka 
literackiego", który dał w swym odczycie "nowe spojrzenie na Żerom- 
skiego", oparte "na własnych, samodzielnych przemyśleniach". Recenzja 
podpisana była zagadkowymi literkami Z. H. Ukrywał się pod tym 
kryptonimem nie znany jeszcze nikomu, skromny student Wydziału 
Prawa UMK - Zbigniew Herbert. 
Kim więc byłem ostatecznie, "wrogiem klasowym" i "wstecznikiem", 
czy też zapowiadającym się nieźle, rokującym pewne nadzieje adeptem 
nauk o literaturze? Nie miałem żadnych niszczycielskich, przewrotnych, 
mefistofelicznych skłonności i zamiarów. Wszystko, co robiłem, czyniłem 
w jak najlepszej intencji. Znakomici mistrzowie mojej młodości, profeso- 
rowie Uniwersytetu Lwowskiego nauczyli mnie, że jedynym zadaniem 
i obowiązkiem uniwersytetu jest poszukiwanie prawdy i że w tym 
dążeniu do prawdy nauka nie może być niczym i przez nikogo krępowana, 
poddana czyjejkolwiek kontroli czy komendzie. Wolność jest przyrodzo- 
nym warunkiem jej istnienia i rzeczywistego rozwoju. N ie roszcząc sobie 
tytułu do nieomylności, chciałem być zgodny z samym sobą, z moim 
sumieniem, z tym, co za prawdę uważałem, co mi się prawdą wydawało. 
Nie chciałem się zamykać przed dostępem nowych idei, ale to, co mi 
Wówczas proponowano i co czytałem w ówczesnej prasie i w publikacjach 
pretendujących do naukowości, nie mogło mnie niestety zachęcać. 
Przyjąć to wbrew sobie byłoby równoznaczne z samobójstwem umy- 
słowym i z samolikwidacją moralną. 
Incydent z Mędelskim był zaledwie początkiem nagonki, której 
miałem się stać głównym obiektem w nadchodzących latach. Wszystkie 
moje zajęcia były stale pilnie obserwowane przez manipulowanych 
z ukrycia uczestników i niczmiennie poddawane "pryncypialnej" ocenie
>>>
110 


przez głównego animatora całej tej akcji - Rogowskiego. Tworzono 
wokół mnie klimat podejrzeń, stawałem się coraz wyraźniej osobą, 
której wpływ na świadomość młodzieży jest ewidentnie destrukcyjny. 
Tym bardziej, że moje poglądy większość studentów przyjmowała 
i przyswajała sobie nadzwyczaj łatwo, posługując się w rozmaitych 
pracach instrumentarium metodycznym, jakie im przekazywałem, bo 
były to zalecenia pojęciowo jasne, zrozumiałe i w zastosowaniu przydatne, 
dające sprawdzalne naukowo wyniki. Wszystkie próby Rogowskiego 
korygowania moich metodologicznych wskazówek nie dawały zamie- 
rzonych efektów, bo cała ta pojęciowo zawiła, artykułowana w języku 
całkowicie niezrozumiałym "nowatorska" metodologia mego głównego 
oponenta nie trafiała zupełnie do świadomości studentów, którzy 
z uporem trzymali się moich zaleceń. Sam Rogowski odwiedzał mnie 
niekiedy w moim "porcie Artura", usiłując w bezpośredniej rozmowie 
udowodnić mi zasadniczą fałszywość moich poglądów. Nie miałem nic 
przeciw temu, bo nie odrzucałem a priori żadnej idei, usiłując ją 
zrozumieć i dostrzec w niej pewne tkwiące w niej być może interesujące 
wartości. Dyskusje te kończyły się jednakże z reguły całkowitym 
wzajemnym niezrozumieniem. To, co usiłował mi narzucić mój rozmów- 
ca, nie było nawet marksizmem, nawet tą zwulgaryzowaną jego wersją, 
jaka się pleniła dokoła; było to coś przygnębiająco mętnego, jakaś 
oderwana od rzeczywistości magma nie powiązanych z sobą, chaotycz- 
nych myśli, którą produkowała talmudyczna umysłowość tego młodego 
człowieka. Przede wszystkim nie miało to nic wspólnego z literaturą. 
Była ona dla niego tylko pretekstem, zapominał o niej zupełnie pogrążając 
się całkowicie w budowaniu spekulatywnych konstrukcji, bez najmniej- 
szego związku z badaniem tekstów literackich, które z samej swej istoty 
jest czynnością na wskroś pragmatyczną, bo opartą na analizie nie 
jakichś bytów abstrakcyjnych, lecz konkretnych, istniejących przed- 
miotów. Rozstawaliśmy się z uczuciem, że jakiekolwiek porozumienie 
między nami jest nieosiągalne. Zaczynała się na nowo wojna podjazdowa. 
Ten spór można było rozstrzygnąć wyłącznie środkami politycz- 
no-represyjnymi, tzn. usunięciem mnie z Uniwersytetu jako osoby 
ewidentnie niepożądanej. 
W tej walce nie byłem całkowicie osamotniony. Popierała mnie część 
młodzieży nie należącej do osławionych bojówek ZMP. Uprzedzała 
mnie niejednokrotnie o akcjach, jakie przeciw mojej osobie przygotowy- 
wano. Istniał tajemny związek wzajemnego zaufania i porozumienia
>>>
111 


między mną a pokaźnym odłamem moich studentów, którzy widzieli we 
mnie wykładowcę przekazującego im wiedzę zrozumiałą, niezależną 
i wolną od koniunkturalnych zniekształccń. Była to dla mnie wiclka 
pomoc moralna. 
Miałcm tcż solidaryzujących się ze mną i próbujących mnie bronić 
sojuszników wśród profesury. Na polonistyce byłem całkowicie osa- 
motniony i pozbawiony jakiejkolwiek ochrony, rola Nadolskiego była 
żałosna, zostawił zupełnie polc Rogowskiemu, nie śmiał się odezwać 
ani jcdnym słowcm za tak nierozsądnym człowiekiem, który pisywał 
w prasie katolickiej i nie okazywał ochoty do poddania się dyktaturzc 
marksistów. Poparcic znajdowałcm natomiast wśród nicktórych histo- 
rykÓw, zwłaszcza dzickana Hoszowskiego, który zaniepokojony zupeł- 
nym rozkładem polonistyki, zagrożonej nawet w 1953 r. wstrzyma- 
nicm rekrutacji na studia, usiłował mnie kilkakrotni c zachęcać do 
zrobicnia za wszelką cenę docentury. Ale jego pomysły były dla mnie 
nie do przyjęcia. Proponował mi na przykład, abym wziął półroczny 
urlop, wyjcchał do jakiegoś inncgo uniwersytctu, oddał się tam pod 
opieki( jakicgoś dobrze notowanego profcsora-marksisty, "podciąg- 
nął" się metodologicznie i napisał pracę, która by zadowoliła moich 
oponcntów. Doccniałem jego dobrc intencje i jego przyjaźń, ale jcgo 
sugestic nie przcmawiały mi do przekonania. Równałyby się bowiem 
deklaracji ideologiczncj i byłyby oficjalnym zobowiązanicm wobec 
czynnikÓw politycznych. Takiej ceny za utrzymanie się na Uniwer- 
sytccie płacić nie zamicrzałcm, nie miałem tcż ochoty ratować poloni- 
styki toruńskiej składając jej w oficrze swoje poglądy. Rozmawiałcm 
na ten temat z przyjazną mi prof. Lechicką i z życzliwym zawsze 
Karolem Górskim; podzielali zupełnie moje stanowisko. Rozmowy 
z dziekanem stanęły więc na martwym punkcie, gdy w styczniu 
1954 r. Hoszowski znów wrócił do sprawy. Usiłował mnic przckonać, 
że w Warszawie pogłębiają się nastroje odwilżowe, że trzeba z tej 
okazji korzystać, żc przygotowuje się jakaś nowelizacja ustawy 
o stopniach naukowych i że do 30 czcrwca jcst jeszcze możliwość 
zdobycia tego tytułu, jeśli tylko przedstawię w Centralnej Komisji 
Kwalifikacyjnej odpowiednią pracę, spełniającą wymogi rozprawy 
habilItacyjnej. Podkrcślał szczególną wagę tego faktu i dla mnie 
osobiście, i dla polonistyki toruńskiej, która pod niedołężnym kierow- 
nictwem Nadolskiego ledwo wegetowała i na tle całej uniwersytcckiej 
polonistyki polskiej plasowała się na ostatnim miejscu, gdzieś na
>>>
112 


poziomie pseudowyższych szkół pedagogicznych. Były to argumenty 
ważkie i istotne, wobec których musiałem zająć stanowisko rzeczowe 
i odpowiedzialne. 
W tych trudnych dla mnie latach byłem w stałym kontakcie 
korespondencyjnym z moim lwowskim jeszcze opiekunem i przyjacielem, 
a ówcześnie profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego Władysławem 
Floryanem. Informowałem go dokładnie o wszystkich moich perypetiach, 
miałem do niego pełne zaufanie i przywiązywałem wielką wagę do jego 
opinii i zdania. Floryan wiedział o sprawie mojej ewentualnej docentury 
i uznał tę koncepcję Hoszowskiego za jak najbardziej słuszną i godną 
poważnego rozważenia. To przełamało ostatecznie moje opory. W kolej- 
nej rozmowie z dziekanem wyraziłem więc swoją zgodę i otrzymałem od 
niego urlop naukowy na trzy miesiące. W ciągu tych trzech miesięcy 
miałem napisać rozprawę habilitacyjną, rzecz wprost nieprawdopodobna 
w świetle praktyk późniejszych, gdy adiunktom pozostawiano na 
wymęczenie habilitacji czas w istocie żadnym terminem nie ograniczony. 
Nie miałem innego wyjścia, skoro raz zdecydowałem się powiedzieć tak. 
Zaraz po tej rozmowie wziąłem się więc pełną parą do roboty. Jako 
temat wybrałem sobie zagadnienie, w którym byłem już po trosze 
zorientowany, sprawę związków twórczości Żeromskiego z teorią 
i praktyką naturalistów. Problem ten był już kiedyś przedmiotem owego 
nieszczęsnego odczytu z 1951 r., który ściągnął na mnie tyle politycznych 
gromów ze strony stróżów i obrońców marksowskiego dogmatu. Ale 
wówczas był to tylko kilkunastostronicowy zaledwie szkic, który obecnie 
należało rozbudować w obszerną książkę, sprawy ledwie dotknięte 
rozwinąć i pogłębić, ukazać je w kontekście europejskim. Wymagało to 
dodatkowych studiów, lektur i przemyśleń. Nie było rady, musiałem to 
wykonać za wszelką cenę i najpóźniej w pierwszych dniach czerwca 
przedłożyć Radzie Wydziału. Pracowałem tcraz pilnie dzień w dzień, od 
rana do wieczora. I okazało się, ile głębokiej prawdy kryje się w tym 
popularnym przysłowiu, że "chcieć to móc". Chciałem wywiązać się 
z mego przyrzeczenia w myśl dewizy, którą nam wpajał w szkole nasz 
gimnazjalny germanista Gwido Holzer: "ein Mann - cin W ort". Słowo 
się rzekło i to zobowiązuje. Z początkiem czerwca zaniosłem Hoszow- 
skiemu gotowy maszynopis mojej pierwszej książki Żeromski i naturalizm. 
Jak się można było spodziewać, sprawa mej docentury spotkała się 
z natychmiastową reakcją strony przeciwnej. Pozytywnc recenzje Kleinera 
i Floryana zaniepokoiły adwersarzy animując ich do stanowczej
>>>
113 


kontrakcji. Na posiedzeniu Senatu, gdy sprawa moja znalazła się na 
porządku dziennym, Nadolski zaoponował, określił opinie moich 
recenzentów jako niekompetentne, nazwał mnie formalistą, co w tamtym 
czasie równało się totalnej dyskredytacji, i zażądał opinii dodatkowych 
z kręgu iblowskiego. Z miejsca było wiadome, że rzecz cała szyta jest 
grubymi nićmi, moja praca istotnie z marksizmem nic nie miała 
wspólnego, a Instytut Badań Literackich był pepinierą i centralą nowej 
metodologii. Kryjący się poza Nadolskim manipulatorzy polityczni 
spodziewali się uzyskać z głównego sztabu ofensywy marksistowskiej 
druzgocącą dyskredytację mojej rozprawy, co by mnie przekreśliło 
i unieszkodliwiło na zawsze. 
Jednocześnie pojawiły się na nowo insynuacje i ataki prasowe, 
sygnowane jak zwykle autorytetem najwybitniejszego specjalisty od 
spraw nauki i dydaktyki uniwersyteckiej Mędelskiego. Powtarzały się 
stare zarzuty, że moje teorie to pogrobowe echa nauki burżuazyjnej, ale 
pojawiło się też pewne novum, że jestem jakoby jednocześnie wul- 
garyzatorem marksizmu; wymicniano moje nazwisko jednym tchem 
z Karolcm Górskim, dla którego - jak twierdził autor tych elukubracji 
- najwyższym autorytetcm naukowym jest św. Tomasz z Akwinu. 
Jeden z tych artykułów kończył się już wyraźnym apelem do władz 
naczelnych o zdecydowaną i pryncypialną interwencję: "Towarzysze 
z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu liczą na to, że Minister- 
stwo stanie po ich stronie w toczącej się ostrej walce ideologicznej" 
("Gazeta Pomorska" 1954, nr 300). 
Czując znów coraz wyraźniej zaciskającą się pętlę, informowany 
przez oddaną mi część młodzieży studenckiej o przygotowywanych 
przeciw mnie kolejnych oskarżyciclskich afcrach, postanowiłem przy- 
stąpić do kontrakcji. Nie zamierzałem tak łatwo sprzedać swojej skóry 
i wiedziałem, że atak jest najskuteczniejszą formą obrony. Wyzyskałem 
moment dyskusji nad moją rozprawą o Żeromskim, którą wyznaczył mi 
Wyka na 5 stycznia 1955 r. Dyskusja miała się odbyć po południu 
w lokalu Instytutu Badań Literackich w Warszawic przy Krakowskim 
Przedmieściu. Przyjechałem jak zwykle "Kujawiakiem" około godziny 
10 rano, miałem więc sporo jeszcze czasu do dyspozycji. Postanowiłem 
go wyzyskać na wizytę w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, 
aby złożyć w Departamcncie Studiów Uniwersyteckich dłuższe oświad- 
czenie, dotyczące stosunków panujących na polonistyce toruńskiej 
i mojej sytuacji osobistej, uniemożliwiającej mi normalną pracę naukową
>>>
114 


i dydaktyczną. Żądałem też, aby Ministerstwo zbadało sprawę na 
miejscu i bądź zagwarantowało mi należyte warunki wykonywania 
moich obowiązków służbowych, bądź zwolniło mnie z pracy, jeśli 
zarzuty wysuwane przez moich toruńskich adwersarzy uzna za słuszne. 
Dyrektora Departamentu nie zastałem, przyjęła mnie jego za- 
stępczyni pani Pełczyna. Gdy przedstawiłem jej swoją sprawę, przyjęła 
zrazu to moje oświadczenie z pewną rezerwą, ale w miarę dalszej 
rozmowy jakby zmieniła swe powściągliwe z początku stanowisko 
okazując coraz większe zainteresowanie i zrozumienie. Pismo moje 
poleciła mi 710żyć w kancelarii głównej i oświadczyła, że powinienem 
nadal spokojnie pracować, że decydujące znaczenie będzie miało 
orzeczenie Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej i że gdyby tam sprawa 
nie przeszła, to pozostaje jeszcze możliwość mianowania mnie za- 
stępcą profesora lub przeniesienia do innego uniwersytetu. 
Po południu odbyła się dyskusja w Instytucie Badań Literackich 
o mojej pracy. Obecni byli Wyka, Sandler, Jakubowski, Baculewski 
i wielu młodszych, których nazwisk jeszcze wówczas nie znałem. 
W dyskusji podkreślono zalety, ale i niedociągnięcia rozprawy. Wyka 
uznał ją za książkę atakującą jeden z centralnych problemów twórczości 
Żeromskiego, pełną interesujących spostrzeżeń, konsekwentną metodo- 
logicznie i świetnie napisaną, Sandler za jedną z najlepszych, jakie 
ostatnio czytał i o wiele ciekawszą od mnóstwa poprawnych, ale 
nietwórczych prac dyskutowanych w Instytucie, Baculewski wyznał, że 
dawno już nie miał w ręku książki tak frapującej i zachęcającej do 
dyskusji. Ale wysuwano też istotne zarzuty i zastrzeżenia, że na konto 
naturalizmu zapisuję zbyt często to, co w istocie decyduje o realistycznym 
charakterze utworów Żeromskiego, że moja wersja naturalizmu oparta 
jest zbyt wyłącznie na teorii tego kierunku, a nie uwzględnia praktyki 
pisarskiej, dwu rzeczy, które nie są tożsame. Cała ta dyskusja wykazała, 
że ówcześni iblowcy nie dysponowali jeszcze wyraźnie określonym 
pojęciem naturalizmu, odzwierciedlała stan pewnego zamętu teoretycz- 
nego i metodologicznego, w jakim znalazło się literaturoznawstwo 
marksistowskie w momencie, gdy schematy dogmatycznego marksizmu 
ery stalinowskiej zaczynały już pękać i obnażać całą swą praktyczną 
nieprzydatność. Ujawnianie tych sprzeczności stało się główną linią 
mojej obrony.
>>>
115 


W ostatnich dniach lutego 1955 r. zjechała nieoczekiwanie do Torunia 
siedmioosobowa komisja ministerialna 2 dla zbadania i rozstrzygnięcia 
sprawy, jaką przedstawiłem w Ministerstwie z początkiem stycznia. Na 
czele komisji stał dyrektor Departamentu Studiów Uniwersyteckich Jan 
Lech. Przyjazd komisji stał się zupełnym zaskoczeniem, nikt się nie 
spodziewał, że omijając drogę służbową ośmielę się skontaktować 
z władzą wyższą. Był to mój atut, który należało wyzyskać. Rozmowy 
odbywały się w gabinecie prorektora w kilkuosobowej obstawie. 
Wysunięto oczywiście zarzuty, z którymi spotykałem się już dawniej. 
Dwie godziny trwała moja konfrontacja z Rogowskim. Postawiłem 
warunki: dialog, dyskusja - tak, podjazdowa wojna z wciąganiem w tę 
aferę młodzieży - nie. Jeśli kolega Rogowski chce tak bardzo pozyskać 
mnie dla swych poglądów, to niech się stara mnie przekonać. Te 
trzydniowe rozmowy podziałały na moich toruńskich prześladowców jak 
zimny tusz. Ostatecznie komisja nie znalazła w moim postępowaniu 
jakichś zachowań nagannych, zaproponowała wypracowanie wspólne 
jakiegoś modus vivendi, w którym różnice poglądów nie byłyby powodem 
obustronnej agresji. Na zapytanie Lecha, czy nie chciałbym się przenieść 
do innego uniwersytetu, co byłoby zupełnie możliwe, odpowiedziałem 
przecząco: "sądzę, że mogę być tu pożyteczny i że jest tu dosyć miejsca dla 
wszystkich, dla pana Rogowskiego i dla mnie". 
Sprowokowana przeze mnie konfrontacja z moimi toruńskimi 
przeciwnikami skończyła się więc moją bezapelacyjną wygraną. Moi 
dotychczasowi prześladowcy uświadomili sobie przede wszystkim, że 
jestem przeciwnikiem, który się łatwo nie poddaje i z którym trzeba się 
liczyć. Pokątnie wojna podjazdowa toczyła się rzecz jasna nadal, ale 
mogłem już nie zwracać na nią uwagi. Jeszcze w tym samym roku 
dostałem nominację na zastępcę profesora, co otworzyło mi nowe 
możliwości obrony w razie nowych ataków. Ewentualna dyskusja na 
temat mojej osoby musiałaby się już toczyć w mojej obecności, co bardzo 
istotnie paraliżowałoby swobodę działań mych potencjalnych oponentów. 
W lutym 1956 r. zatwierdzona została przez Centralną Komisję 
Kwalifikacyjną docentura, co definitywnie umocniło moją pozycję. 
W tymże roku ukazała się drukiem moja pierwsza książka Żeromski 
i naturalizm, przyjęta przez krytykę z zainteresowaniem i na ogół 
przychylnie. 


2 W Archiwum UMK nie odnaleziono dokumentów dotyczących wspommaneJ 
komisji.
>>>
116 


W życiu społecznym działają pewne samoczynne regulatory, które 
włączają się automatycznie, ilekroć ciśnienie wewnętrzne staje się już 
niemożliwe do wytrzymania. Można wykoncypować doskonale pro- 
sperujący literacki teatr absurdu, ale życia rzeczywistego na nonsensach 
budować niepodobna. Toteż samo życie zaczęło z wolna rozkruszać 
pętające je okowy, zdrowy rozsądek odzyskiwał swe prawa, nastroje 
od wilżowe ogarniać zaczęły również środowisko toruńskie. Pierwsze 
wolne wybory władz uniwersyteckich w październiku 1956 roku powołały 
mnie nieoczekiwanie na stanowisko prodziekana Wydziału Humani- 
stycznego. Nigdy nie miałem ani ambicji, ani skłonności do robienia 
jakiejś spektakularnej kariery uniwersyteckiej w postaci piastowania 
tzw. godności i urzędów. Najwyższym zaszczytem uniwersyteckim było 
i jest w moim przekonaniu stanowisko profesora, najistotniejszym 
zadaniem uprawianie nauki i nauczanie. Administrowanie jest oczywiście 
nieodzowne, ale zawsze miałem je za swoiste ma/um necessarium, 
konieczne zło. Jeśli przeto zgodziłem się na przyjęcie obowiązków 
prodziekana, któremu podlegały przede wszystkim sprawy studenckie 
i dydaktyczne, to jedynie dlatego, że stanowisko to stwarzało jakąś 
szansę wyprostowania pewnych zwichnięć i naprawienia pewnych szkód 
wychowawczych, jakie wyrządzono w okresie przedpaździernikowym. 
Te dwa lata mojego dziekańskiego urzędowania to już jednak zupełnie 
odrębny rozdział w mojej prywatnej historii UMK.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


WILHELMINA IW ANOWSKA 


Wileńskie korzenie. Astronomia i radioastronomia 
w Toruniu. 


W Toruniu powstaje Uniwersytet 


Toruń, trzynastowieczne miasto handlowe, leżące nad spławną ongiś 
Wisłą, w dolnym jej biegu, podobno zabiegał już od XlV wieku 
o utworzenie w nim uniwersytetu. Nie doszło wówczas, ani w następnych 
stuleciach do realizacji tego zamierzenia. W państwie jagiellońskim 
istniał Uniwersytet, założony w końcu XIV wieku w stolicy tego państwa 
Krakowie, a u schyłku wieku XVI został założony drugi Uniwersytet 
w drugiej stolicy tego państwa, w Wilnie. Uniwersytet Wileński, założony 
przez króla Stefana Batorego w roku 1579, został zamknięty w epoce 
rozbiorów w 1832 r. i wskrzeszony po odzyskaniu niepodległości 
w sierpniu roku 1919 dekretem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. 
W tym to Uniwersytecie studiowałam w latach 1923 - 1929 na Wydziale 
Matematyczno-Przyrodniczym. W 1929 r. otrzymałam dyplom magistra 
matematyki: pracę magisterską pL "Odwzorowanie podobne" z zakresu 
teorii funkcji analitycznych wykonałam pod kierunkiem prof. Juliusza 
Rudnickiego. W 1933 r. uzyskałam stopień doktora nauk w zakresie 
astronomii na podstawie pracy "Obscrwacje fotograficzne gwiazdy 
zmiennej RX Aurigae", której promotorem był prof. Władysław 
Dziewulski. W roku 1937 habilitowałam się w zakresie astronomii. 
Należę do pokolenia kilkudziesięciu docentów, których ten Uniwersytet 
zdążył wychować w ciągu międzywojcnnego dwudziestolecia. Od roku 


. Tekst złożono do druku w 1991 r.
>>>
rys. L. ]e,vmanowicz
>>>
119 


1927 pracowałam w Obserwatorium Astronomicznym USB, zorganizo- 
wanym i kierowanym przez pro f. Władysława Dziewulskiego. W r. 
]934/1935 odbyłam staż w Szwecji. 
Po wybuchu II wojny światowej i wkroczeniu 18 września 1939 r. do 
Wilna wojsk sowieckich, które oddały później miasto Litwinom, 
Uniwersytet Stefana Batorego został zamknięty 15 grudnia 1939 L, ajego 
mienie zostało przekazane przybyłym z Kowna profesorom litewskim. 
Imaliśmy się wówczas różnych zawodów, również nauczania w tajnych 
kompletach lub jawnych szkołach polskich, zależnie od sytuacji, ponieważ 
w czasie wojny pięciokrotnie zmieniały się władze wojenne w Wilnie. 
W nauczaniu tajnym, również na szczeblu uniwersyteckim, prawdziwym 
kuratorem i głównym organizatorem był pro f. Władysław Dziewulski. 
Latem 1944 r. po kilkudniowych bojach i przełamaniu oporu 
niemieckiego do Wilna ponownie wkroczyły wojska sowieckie i Wilno 
zostało proklamowane stolicą Sowieckiej Republiki Litewskiej. Na 
mocy układu z rządem PRL powstały tzw. urzędy "repatriacyjne", które 
miały się zająć "repatriacją", a właściwie ekspatriacją ludności polskiej 
z dawnych kresów wschodnich Rzeczypospolitej. A że chętnych do 
wyjazdu było bardzo mało, zastosowano skuteczne środki "zachęty" 
w postaci masowych aresztów wśród ludności polskiej i nowej fali 
wywożenia na Sybir. Było to w styczniu 1945 r. podczas szczególnie 
ostrej zimy. Zrozumieliśmy wówczas, że nie będzie nam dane pozostać 
w Wilnie, że będziemy musieli wyjechać albo na zachód, albo na wschód. 
Rząd PRL proponował nam, byłym pracownikom USB, tymczasowe 
osiedlenie w okolicach Łodzi "dla regeneracji sił", aby stamtąd stopniowo 
się rozproszyć po różnych istniejących w Polsce wyższych uczelniach, 
które gorąco popierały ten projekt, ponieważ wszystkie poniosły duże 
straty kadrowe podczas wojny i nadarzała się okazja uzupełnienia 
braków. Projekt ten nam nie odpowiadał, widzieliśmy bowiem potrzebę 
zakładania nowych uczelni na zachodnich terenach Polski i, mimo strat 
wojennych, czuliśmy się na siłach do organizowania takich uczelni. 
Z siedmiu wydziałów USB Wydział Lekarski "wybrał" Gdańsk i tam 
założył Akademię Medyczną, Wydział Rolny pojechał do Poznania, 
wiadomo było bowiem, że te wydziały nie będą istniały przy uniwer- 
sytetach l . Natomiast trzy główne Wydziały USB: Humanistyczny, 


I Wydziały rolne w 1945 r. nadal lokowano przy uniwersytetach (także nowo 
zakładanych, z wyjątkiem jednak właśnie T orunia). Zaczęto je li kwidować (przekształcać 
najczęściej w osobne szkoły) nieco później.
>>>
120 


Matematyczno-Przyrodniczy i Sztuk Pięknych - wybrały Toruń na 
miejsce przyszłego Uniwersytetu. Ten ostatni Wydział ostał się przy 
Uniwersytecie na zasadzie bardzo dawnej tradycji - jeszcze z czasów 
dawnego Uniwersytetu Wileńskiego, przyjechał zresztą do Torunia 
w silnej obsadzie - Jamontt, Niesiołowski, Hoppen, Narębski, Torwirt, 
Kuczyński i inni, co nie znaczy, że i pod nim nie kopano dołków. 
Personel Wydziału Prawno-Ekonomicznego obsadzano siłami z innych 
uczelni, ponieważ Wydział Prawa z USB udał się do Wrocławia. 


Dlaczego w Toruniu? 


Różne na to pytanie można dać odpowiedzi. Że Toruń od dawna 
zabiegał o uniwersytet, choć miał konkurentów w postaci innych 
miast pomorskich. Że Toruń nie był zniszczony w czasie wojny 
- to prawda, ale był mocno zdewastowany: w roku 1945 wszystkie 
większe budynki miasta były zajęte na szpitale dla wojsk radzieckich 
i trzeba było wielu zabiegów i starań o zwalnianie kolejnych budynków, 
pozostawianych zresztą z reguły w stanie skrajnej dewastacji. Że 
rozmieszczenie geopolityczne uniwersytetów w ówczesnej Polsce pre- 
destynowało Toruń na siedzibę uniwersytetu - też prawda. Że 
Toruń jest pięknym starożytnym miastem -- nie da się zaprzeczyć: 
można powiedzieć, że w tym względzie Toruń jest pierwszym po 
Krakowie miastem zabytkowym, a panorama Torunia z drugiej 
strony Wisły nie ma równych w Polsce. 
Nie ulega jednak wątpliwości, że dla nas, wileńskiej kadry uniwer- 
syteckiej, naj silniejszym magnesem było imię Mikołaja Kopernika, i to 
nie tylko dla astronomów. Do Kopernika jako patrona przyznają się 
również fizycy, ale też prawnicy i ekonomiści, ale też biologowie 
i lekarze. Można by jeszcze powiedzieć, że Kopernik był artystą, poetą 
i filozofem. Jego imię patronuje w Polsce dosłownie wszystkiemu: 
ulicom, osiedlom, szkołom, nie mówiąc o wspaniałej fabryce pierników 
w Toruniu. A tak naprawdę, czy wiemy, co zdziałał Kopernik wastro- 
nomii? N o tak, każde dziecko wie, że "wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię", 
można by powiedzieć, że uporządkował układ planetarny, że wprowadził 
inercjalny układ współrzędnych, jak mówią fizycy, i utorował drogę 
Keplerowi i Newtonowi do formułowania praw ruchu i dynamiki. Czy 
to jest wszystko? Nie, nie wszystko: Kopernik stworzył w i e l ki 


.......
>>>
121 


wszechświat. Przed nim, przez czternaście stuleci panował w astronomii 
i w powszechnej świadomości obraz małego, bardzo małego świata, 
w którego środku znajdowała się Ziemia i który kończył się tuż za sferą 
Saturna, naj dalszej znanej wówczas planety; kończył się sferą gwiazd 
stałych, przylepionych jak gdyby do tej sfery. Ptolemeusz musiał ściskać 
swój wszechświat do jak najmniejszych rozmiarów, skoro to wszystko 
musiało obracać się dokoła Ziemi. Kopernik rozerwał tę skorupę 
i odrzucił gwiazdy w dal. Musiał to zrobić, ponieważ najpoważniejszym 
zarzutem astronomów przeciw jego modelowi heliocentrycznemu był 
ten, że jeżeli Ziemia krąży po orbicie wokół Słońca, to gwiazdy powinny 
odzwierciedlać ten ruch podobnie jak to czynią planety: powinniśmy 
widzieć pozorne roczne oscylacje gwiazd, a tego nie obserwujemy. 
Kopernik miał odwagę powiedzieć, że gwiazdy wykonują te pozorne 
roczne wahania, ale są tak daleko od nas, że tych drobnych rocznych 
wahań nie możemy obecnymi naszymi przyrządami wykryć. Ale to była 
jego hipoteza i dlatego nie dziwmy się, że Osjander, recenzent jego dzieła, 
usunął przedmowę Kopernika i podstawił swoją własną, w której 
powiedział, że to dzieło nie przedstawia rzeczywistego wszechświata, ale 
podaje tylko pewne hipotezy. A władze kościelne umieściły dzieło 
Kopernika na indeksie dzieł zabronionych do rozpowszechniania, 
ponieważ głosi ono nie sprawdzone hipotezy. I dopiero w 300 lat po 
wydaniu dzieła Kopernika udało się astronomom zaobserwować drobne 
roczne wahania paralaktyczne najbliższych gwiazd, potwierdzające 
słuszność heliocentrycznej teorii Kopernika i jego modelu wielkiego 
wszechświata. Dlaczego tak podkreślam sprawę rozmiarów wszech- 
świata? Nie tylko dlatego, że stanowiła ona sprawdzian heliocentrycznej 
teorii, ale też była ważna w aspekcie filozofii przyrody i miejsca 
człowieka w kosmosie: człowiek w centrum małego światka u Ptolemeu- 
sza, czy człowiek na małej planecie w otchłani wielkiego wszechświata 
- u Kopernika. Czy ten wielki wszechświat jest skończony, czy 
nieskończony - "zostawmy do dyskusji filozofom przyrody" - zaleca 
Kopernik. 
Przed astronomią otwarła się nowa dziedzina badań zagadkowego 
wielkiego wszechświata - powstała kosmologia - wyzwanie dla 
umysłu ludzkiego, ale też perspektywa postępu w tych badaniach przez 
obserwacje coraz dalszych obiektów coraz doskonalszymi instrumentami. 
Do realizacji tych perspektyw powrócimy w dalszym rozważaniu historii 
UMK, na razie zapamiętajmy: Kopernik nie tylko uporządkował układ
>>>
122 


planetarny, ale też odkrył, że wszechświat jest wielki, bardzo wielki 
w porównaniu z rozmiarami układu planetarnego. 
Ludzie nauki, którzy w Toruniu zakładali i budowali Uniwersytet, 
mieli tę świadomość, że tu urodził się i wychował uczony, który był 
geniuszem najwyższej rangi w nauce. W tym fakcie widzieli olbrzymi 
kapitał duchowy przyszłej uczelni, ale też wielkie zobowiązanie wobec 
zasług swego Patrona. Nie tylko bowiem wyniki jego dociekań się liczą, 
ale też jego ogromne zaangażowanie, jego pasja badawcza. Kiedy i gdzie 
ten człowiek znajdował czas i warunki na opracowanie niełatwych nawet 
dziś do czytania wywodów swojej teorii, zawartej w sześciu księgach 
dzieła O obrotach, niełatwych, bo opartych na skromnym ówcześnie 
instrumentarium obserwacyjnym i skromnym ówcześnie aparacie mate- 
matycznym. Kiedy wykonywał te obserwacje i obliczenia, mając na 
głowie sprawy administracyjne kapituły fromborskiej i podległych jej 
dóbr, lecząc chorych i żyjąc w trudnych czasach wojen i zatargów 
z Krzyżakami (którzy mu spalili jego własnoręcznie skonstruowane 
instrumenty), organizując obronę Olsztyna. Dodajmy do tego, że nie 
towarzyszyły mu uznanie i zachęta do prowadzenia tych badań, wyjąwszy 
małe grono przyjaciół, jak biskup Tidemann Giese; nie miał też uczniów, 
oprócz jednego Retyka, przybysza z obcego kraju, który spędził z nim 
kilka lat, aby jego dzieło poznać, zapropagować, nakłonić Kopernika do 
jego wydania, zabrać rękopis do Norymbergi i oddać do druku 
u Pet rei usa po "korekcie" Osjandra. Widzimy więc w osobie Kopernika 
nie tylko geniusz naukowy, ale też umiłowanie pracy badawczej posunięte 
do granic heroizmu -- mamy w nim niedościgły wzór uczonego, jakiego 
daremnie szukalibyśmy w całej historii nauk. Takie więc były motywy 
zakładania Uniwersytetu w Toruniu i dla takich powodów nadano mu 
nazwę" Uniwersytet Mikołaja Kopernika", nie zaś" Uniwersytet imienia 
Mikołaja Kopernika", jak to później drukowały złe encyklopedie, a za 
nimi powtarzali nieuważni publicyści. Uniwersytet Toruński jest Uniwer- 
sytetem Mikołaja Kopernika, bo to On ten Uniwersytet stworzył mocą 
swego geniuszu i swojej osobowości uczonego. 
Można by pytać, czy to jest wzór uczonego na czasy dzisiejsze? 
Wierzę, że tak, bo chociaż obecnie prowadzi się badania naukowe 
w zespołach ludzkich, to jednak siłę wiodącą w tych badaniach stanowią 
"kopernikowie" - uzdolnione i zaangażowane jednostki. Można też 
zapytać po kilkudziesięciu latach, czy zakładanie uniwersytetu w małym, 
powiatowym mieście, jakim Toruń stał się w minionym okresie, nie było
>>>
123 


błędem taktycznym? A proszę mi pokazać, czy gdziekolwiek w krajach 
rozwiniętych lokuje się uniwersytety i ośrodki badawcze w stolicach 
i metropoliach państw? To wschodni centralizm zaciążył nad Polską, ale 
jest nadzieja, że od niego odejdziemy - dla badań naukowych potrzebna 
jest cisza i kontakt z przyrodą: in hoc remotissimo loco terrae, jak pisał 
Kopernik o swoim kraju, dedykując swe dzieło ówczesnemu papieżowi. 


Pierwsze kadry uczelni 


Mówiliśmy o duchowym twórcy Uniwersytetu Toruńskiego. Zejdźmy 
teraz z cokołu pomnika Mikołaja Kopernika na ziemię i zobaczmy, jacy 
ludzie i w jakich warunkach ten Uniwersytet tworzyli, nie pretendując do 
pełnej i obiektywnej ich prezentacji. Tak się złożyło w wyniku zamknięcia 
Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, że powstający w Toruniu 
Uniwersytet otrzymał większość obsady swych czterech wydziałów 
w dziedzictwie po Uniwersytecie Wileńskim, w szczególności na Wy- 
działach Matematyczno-Przyrodniczym i Sztuk Pięknych była to obsada 
prawie wyłącznie wileńska. 
Wojska hitlerowskie zostały wyparte z Torunia w końcu stycznia 
1945 r. 2 Pełnomocnik rządu PRL dr Henryk Świątkowski wkrótce po 
przyhyciu do Torunia rozpoczął starania o utworzenie uniwersytetu 
w tym mieście; włączył się czynnie do tych starań Polski Związek 
Zachodni zjego prezesem Emilem Ogłozą na czele. Pierwsza, "zwiadow- 
cza" grupa pracowników USB wraz z dr Stefanem Burhardtem, byłym 
dyrektorem Biblioteki im. Wróblewskich w Wilnie, przybyła do Torunia 
9 kwietnia 1945 r. Powołano Komitet Organizacyjny Uniwersytetu 
w Toruniu z prezesem Świątkowskim i sekretarzem Ogłozą oraz Komisję 
Wykonawczą z przewodniczącym Ogłozą i sekretarzem Burhardtem. 
Starania o Uniwersytet w Toruniu nie były łatwe: bliższe dane 
o trudnościach i ich pokonywaniu są opisane w niedawno wydanej 
książce Jana Bełkota (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu w latach 
1945 -1985, Toruń 1986). Akt erekcyjny Uniwersytetu Mikołaja Koper- 
nika wydany jako dekret Rady Ministrów z datą 24 sierpnia 1945 r., 
potwierdzony przez Krajową Radę Narodową, dotarł do Torunia 


2 Armia Czerwona wkroczyła do Torunia 1 II 1945 r.
>>>
124 


dopiero 27 września 1945 r., przywiezIOny przez prof. Ludwika 
Kolankowskiego, powołanego na pierwszego rektora UMK. 
Tymczasem z Wilna i Łodzi przybywały do Torunia kolejne grupy 
profesorów, docentów i pracowników USB: 7 maja - grupa licząca 
około 100 osób i 14 lipca - najliczniejszy transport liczący około 200 
osób. Seniorem tych zespołów był prof. Władysław Dziewulski, były 
rektor USB, powołany następnie na pierwszego prorektora UMK. 
Warto wspomnieć, że rektor Kolankowski, historyk, który przybył ze 
Lwowa do Torunia via Łódź, w przeszłości omal nie został pierwszym 
rektorem wskrzeszonego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie 
w 1919 r.: jego kandydatura była popierana przez N aczelnika Państwa, 
jednak wobec zaawansowania prac Komitetów Organizacyjnych USB 
w Wilnie i w Warszawie pro f. Kolankowski wycofał swą kandydaturę 
i pierwszym rektorem USB został pro f. Michał Siedlecki, biolog przybyły 
z Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Władysław Dziewulski był 
czwartym z kolei rektorem USB w latach 1924- 1925. Ostatni, trzynasty 
rektor USB, profesor prawa Stefan Ehrenkreutz, został aresztowany 
przez władze sowieckie w 1944 r. i zmarł w więzieniu 20 lipca 1945 r. 
Straty wojenne personelu USB były olbrzymie: samych profesorów 
i docentów zginęło na frontach oraz w sowieckich i niemieckich 
więzieniach i obozach około dwudziestu, a młodszych pracowników 
jeszcze więcej. W Katyniu zginęli: z matematyków - wybitnie uzdolniony 
doc. Józef Marcinkiewicz i dr Konstanty Sokół-Sokołowski; z Wydziału 
Lekarskiego prof. psychiatrii Włodzimierz Godłowski i dr Piotr Oficjaiski. 
Z Obserwatorium Astronomicznego USB ocalały i przybyły do Torunia 
tylko trzy osoby: prof. Władysław Dziewulski, doc. W. Iwanowska i dr 
S. Szcligowski, który po paru latach przeniósł się do Wrocławia. Córka 
prof. Dziewulskiego Aniela wróciła do Polski po jedenastoletniej zsyłce 
na Sybir. Z matematyków przybyli do Torunia: prof. Juliusz Rudnicki, 
który zmarł w 1948 r. i via Lublin dr Leon Jeśmanowicz. Profesor 
Antoni Zygmund wyemigrował w czasie wojny do Uniwersytetu 
w Chicago. Przybył z Uniwersytetu Warszawskiego wkrótce prof. 
Stanisław Jaśkowski. Z fizyków wileńskich przybył do Torunia via 
Warszawa prof. Aleksander Jabłoński oraz dr Kazimierz Antonowicz, 
uczeń prof. Wacława Dziewulskiego, zmarłego w 1938 r.; prof. Henryk 
Niewodniczański osiedlił się w Krakowie, prof. Szczeniowski - w Po- 
znaniu, skąd przeniósł się do Warszawy. Z chemików wileńskich 
przybyli do Torunia docenci Antoni Basiński i Witold Zacharewicz,
>>>
125 


powołani na profesorów, i spora grupa doktorów, adiunktów i asysten- 
tów. N a dalsze katedry zaproszono prof. Ernesta Pischingera i prof. 
Antoniego Swinarskiego. Na Wydziale Humanistycznym, obok kadry 
wileńskiej, znalazła się spora grupa profesorów lwowskich, ściągniętych 
staraniem rektora Kolankowskiego: Kazimierz Hartleb, Karol Koranyi, 
Wojciech Hejnosz, Zygmunt Czerny, Bronisław Włodarski i inni. 
Pierwsze miesiące w Toruniu nie były łatwe. Niepewność, czy 
uniwersytet tu powstanie, brak budynków, brak mieszkań dla przyby- 
wających pracowników (mieszkałam początkowo z rodziną w jednej 
z klas szkolnych przy ul. Mickiewicza 3 , kompletowanie kadr, brak 
bibliotek i wyposażenia pracowni i brak entuzjazmu dla idei powstania 
uniwersytetu wśród mieszkańców Torunia; kadra inteligencka została 
wyniszczona lub wysiedlona przez rządy hitlerowskie, jedynie garstka 
Polaków przy Książnicy Miejskiej i zdziesiątkowanym Towarzystwie 
Naukowym była dla nas pomocą i otuchą. Ale nadzieja na tworzenie 
uniwersytetu - tak tu potrzebnego - i głód pracy naukowej i nauczania 
porywały nas. Trzeba było do tej pracy się przygotować - byliśmy 
odcięci od literatury naukowej w ciągu ostatnich lat wojny. W pierwszych 
tygodniach "połknęłam" kilka książek z aktualnych zagadnień astro- 
nomii, które znalazłam w Książnicy Miejskiej, następnie udałam się na 
kilka tygodni do Poznania, gdzie N iemcy utrzymywali w latach wojny 
Obserwatorium z dobrze zaopatrzoną biblioteką. Profesor Józef Wit- 
kowski przyjął mnie i zakwaterował w bibliotece Obserwatorium, sam 
niedawno powrócił do Poznania z Krakowa, gdzie miał schronienie 
w latach wojny. Co więcej, zaopatrzył nas w cenne katalogi i atlasy 
astronomiczne, których duplikaty znalazły się w bibliotece Uniwersytetu 
Poznańskiego. Profesor Szczeniowski przekazał nam obiektyw Zeissa 
13-cm do pierwszej lunety i sekstans do ćwiczeń. Podobne starania 
czynili nasi koledzy profesorowie z innych katedr. Profesor Basiński, 
organizator zakładów chemii, wyprawiał się z grupą swych współ- 
pracowników "w Polskę" - do innych uczelni i do zakładów przemy- 
słowych, aby zaopatrywać przyszłe pracownie chemicznc w aparaturę 
laboratoryjną i odczynniki. 
Od początku października rekrutacja studentów na UMK była 
ogłoszona i z początkiem grudnia zaczęły się zajęcia: pierwszy wykład 
z astrofizyki miałam 3 grudnia, następnego dnia miał wykład z astronomii 


3 Wilnianie otrzymali wówczas jako swe tymczasowe locum dwie szkoły przy ul. 
Mickiewicza, pod nr 90 i nr 102.
>>>
126 


prof. Dziewulski. Inauguracja, poprzedzona nabożeństwem w kościele 
NP Marii, odbyła się 5 stycznia 1946 r. z dwoma wykładami inauguracyj- 
nymi o Mikołaju Koperniku: historyka - Kazimierza Hartleba i astro- 
noma - Władysława Dziewulskiego. 
Do końca roku ak. 1945 - 1946 ukonstytuowały się w UMK cztery 
wydziały: 


Wydział 


Dziekan 


Prodziekan 


iczba katedr 


Humanistyczny 
Matematyczno-Przyrodniczy 
Prawno-Ekonomiczny 
Sztuk Pięknych 


Konrad Górski 
Jan PriiITer 
Michał Wyszyński 
Bronisław Jamonll 


Kazimierz Sośnicki 
Ed ward Passendorfer 
Władysław Namysłowski 
Tymon Niesiołowski 


28 
24 
15 
8 


Na Delegata Rektora ds. organizacji biur Uniwersytetu został 
powołany prof. dr Tadeusz Czeżowski, profesor filozofii. 
Te cztery wydziały zatrudniały wówczas 60 profesorów i ok. 70 
pomocniczych pracowników naukowych. Podstawową jednostką or- 
ganizacyjną uniwersytetu była katedra. Utworzono 75 katedr. Obsadzono 
je w ciągu pierwszych kilku lat na trzech wydziałach, z wyjątkiem 
Wydziału Prawa, gdzie kadra była zbierana z innych uczelni. Wydział 
ten zresztą został zamknięty na okres lat 1953 - 1958. Zbiegło się to 
z okresem stalinowskiej opresji lat 1950 -1956, gdy w drodze dekretów 
i zarządzeń ograniczano coraz bardziej autonomię i samorządność 
uczelni w Polsce, a w polityce kadrowej realizowano system stalinowski. 
Na Wydziale Humanistycznym zlikwidowano szereg kierunków, wpro- 
wadzając na to miejsce przedmioty "ideologiczne", odsunięto od pracy 
dydaktycznej niektórych profesorów (prof. Konrad Górski, prof. 
Elzenberg), na wszystkich wydziałach usuwano "nieodpowiednich" 
pracowników i narzucano "odpowiednich", utrudniano przyjęcia studen- 
tów, którzy nie mieli "dobrego" pochodzenia i nie należeli do odpowied- 
nich organizacji. Poprawa w sytuacji Uczelni, jak i w całym kraju, 
nastąpiła w 1956 r. w postaci pewnej "odwilży". 
Z biegiem lat zachodziły w Uczelni rozwojowe zmiany organizacyjne. 
W 1951 r. Wydział Matematyczno-Przyrodniczy został podzielony na dwa 
Wydziały: Matematyki, Fizyki i Chemii (w tym również Astronomii) 
i Wydział Biologii i Nauk o Ziemi. Następował też proces łączenia 
pokrewnych kierunków: w 1952 r. utworzono zespoły katedr, lub katedry 
zespołowe, a w 1969 r. utworzono instytuty z zakładami na wszystkich 
wydziałach, pozostawając niewielką liczbę samodzielnych katedr.
>>>
127 


Astronomia w Uniwersytecie Mikolaja Kopernika 


Jest rzeczą zrozumiałą, że Uczelnia toruńska, a w niej astronomowie, 
mieli i mają szczególne zobowiązania wobec swego Patrona. Jak już 
wspomniałam, w 1945 r. przybyło do Torunia troje astronomów 
z Wilna: prof. Władysław Dziewulski, doc. Wilhelmina Iwanowska i dr 
Stanisław Szeligowski, który habilitował się w Toruniu i przeniósł do 
Wrocławia. Profesor Dziewulski, urodzony w Warszawie w 1878 r., 
ukończył studia matematyczno-fizyczne w rosyjskim Uniwersytecie 
Warszawskim, pracował w Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskał 
stopień doktora w 1906 r. i habilitował się w 1916 r. Dwukrotnie 
wyje7..dżał na dłuższe staże do Getyngi, gdzie współpracował z wybitnym 
astronomem Karolem Schwarzschildem. W 1919 r. wraz ze swym 
bratem Wacławem, fizykiem, przybył jako jeden z pierwszych do Wilna, 
aby podjąć trud organizowania astronomii we wskrzeszonym Uniwer- 
sytecie Stefana Batorego. Pociągała go wspaniała tradycja tego Uniwer- 
sytetu, w szczególności naj starszego w Polsce uniwersyteckiego Obser- 
watorium Astronomicznego, założonego w 1753 r., uświetnionego 
nazwiskami Marcina Odlanickiego-Poczobuta i Jana Śniadeckiego. To 
dawne Obserwatorium, wzniesione z fundacji Elżbiety z Ogińskich 
księżnej Puzyniny, stoi do dziś jako wspaniały zabytek architektury 
i muzeum wśród kompleksu dziedzińców i gmachów dawnego Uniwer- 
sytetu Wileńskiego, w centrum miasta. Nie nadaje się z tego powodu do 
prowadzenia obserwacji. Toteż prof. Dziewulski podjął i zrealizował 
budowę nowego Obserwatorium na krańcach miasta, na wysokim 
brzegu Wilii pod lasem Zakretowym. Wyposażył je w dwie lunety 
o średnicach 15 i 16 cm, zdatne do fotografowania nieba, oraz szereg 
pomocniczych przyrządów (zegary, fotometr) i mniejszych lunet. Założył 
bibliotekę przy Obserwatorium, zaopatrywaną w książki i czasopisma 
astronomiczne w drodze zakupów lub wymiany za "Biuletyn Obser- 
watorium Astronomicznego w Wilnie", który zaczął wydawać (w języku 
angielskim) już w 1921 r. i który zawierał jego własne prace badawcze 
i współpracowników. Do zamknięcia USB wyszły dwadzieścia dwa 
numery "Biuletynu". 
Pierwszymi współpracownikami pro f. Dziewulskiego byli: Stanisław 
Szeligowski, który przybył za prof. Dziewulskim z Krakowa, dok- 
toryzował się w 1923 r. i objął stanowisko adiunkta; dr Kazimierz 
Jantzen, który przybył z Warszawy, habilitował się i objął Katedrę
>>>
128 


Meteorologii w USB (zmarł w 1940 r.); Mieczysław Kowalczewski, 
również z Warszawy, doktoryzował się w 1932 r. - w czasie wojny 
zginął w Oświęcimiu. 
W 1927 r. przybyło troje młodych pracowników - studentów USB: 
Wilhelmina Iwanowska, Jerzy Jacyna i Włodzimierz Zonn, zatrudnionych 
na jednym etacie zastępcy asystenta; w następnym roku każdy z nich 
otrzymał już pełne zatrudnienie. Wspólnie z Katedrą Meteorologii prof. 
Dziewulski zainicjował seminarium i prowadził je do zamknięcia USB. 
Były to czasy bardzo ciekawe w astronomii: duże teleskopy (o średnicach 
1,5 m i 2,5 m) zainstalowane na Mt Wilson w Kalifornii owocowały 
badaniami widm gwiazd i galaktyk. Poznawano warunki fizyko-chemicz- 
ne atmosfer i wnętrz gwizd, odkryto (Hubble) fakt, że galaktyki uciekają 
od nas i to tym szybciej, im dalej się znajdują: oznaczało to, że był 
w przeszłości Wielki Wybuch wszechświata i że obecnie wszechświat się 
rozszerza. Te wiadomości fascynowały nas i zachęcały do dalszych, 
pogłębionych studiów: powstało samorzutnie seminarium specjalistyczne, 
a następnie pierwszy w Polsce wykład astrofizyki teoretycznej z budowy 
wewnętrznej gwiazd, który na naszą prośbę prowadził profesor fizyki 
teoretycznej Szczepan Szczeniowski. W 1939 r. w maju odbyła się 
w Wilnie ogólnopolska konferencja astrofizyczna. 
Profesor Dziewulski był wielkiej miary człowiekiem i uczonym 
również w tym sensie, że był otwarty na rozwój nauki. Sam uprawiał 
klasyczną mechanikę nieba, badając orbity małych planet, wychodzących 
poza tory Marsa i Jowisza, ale też chętnie obserwował gwiazdy zmienne 
wizualnie lunetą krótkoogniskową i miał w tym bardzo wprawne oko. 
Nam pozwalał śledzić zmienność cefeid metodą fotograficzną. Wreszcie 
uprawiał tzw. astronomię gwiazdową, badając ruchy gwiazd w stosunku 
do Słońca, w miarę jak pojawiały się katalogi prędkości radialnych, 
ruchów własnych i odległości gwiazd. Profesor wprowadzał nas do tych 
dziedzin badań, ale zostawiał nam swobodę dalszych samodzielnych 
prac. Na przykład, pierwsza moja praca dotyczyła ruchów gwiazd 
różnych typów widmowych, druga, już samodzielna, była próbą 
przedstawienia tych ruchów w postaci sumy dwóch rozkładów elip- 
soidalnych. Jako pracę doktorską wykonałam i opracowałam obserwacje 
fotograficzne zmiennej cefeidy RX Aurigae, a następnie podjęłam 
własny program wyznaczenia zmian blasku serii dziesięciu cefeid 
o różnych okresach w dwóch barwach w celu przetestowania teorii 
pulsacji tych gwizd. Profesor Dziewulski przyłączył się wraz z dwiema 


-a.
>>>
129 


asystentkami do opracowywania tych obszernych obserwacji i JUZ 
w Toruniu ukazała się zbiorowa praca potwierdzająca pulsowanie tych 
gwiazd. I wreszcie, mój staż podoktorski w latach 1934/1935 miał na celu 
opanowanie metod spektroskopowych, nie uprawianych w Polsce, 
badań gwiazd. Dzięki staraniom prof. Dziewulskiego otrzymałam 
stypendium z Funduszu Kultury Narodowej na roczny staż w Sztokhol- 
mskim Obserwatorium w Saltsj6baden, kierowanym przez wybitnego 
uczonego prof. Bertila Lindblada, który mi zlecił badania widm 
gwiazd-nadolbrzymów. Otrzymane tam widma za pomocą różnych, na 
owe czasy nowoczesnych, teleskopów i spektrografów dały mi możność 
poznania metod spektrografii i zaowocowały opublikowaniem trzech 
prac, w tym jednej habilitacyjnej (1937). Po moim powrocie zaczęliśmy 
przemyśliwać z prof. Dziewulskim nad uruchomieniem w Wilnie prac 
spektroskopowych: w 1939 r. został uruchomiony reflektor z lustrem 
o średnicy 48 cm, wyposażony w spektrograf bezszczelinowy Zeissa 
z montażem skonstruowanym we własnym zakresie. Zdążyłam otrzymać 
tym instrumentem około 50 zdjęć pól widmowych owych 10 cefeid 
i wyznaczyć dla nich ekstynkcję międzygwiazdową. 
Po przyjeździe do Torunia podjęliśmy wspólnie z prof. Dziewulskim 
starania o uruchomienie studiów na kierunkach astronomii i astrofizyki 
oraz o utworzenie obserwatorium astronomicznego, odpowiedniego dla 
tych kierunków. Z pomocą przyszedł nam prof. Lindblad, który zwrócił 
się do zasobnych obserwatoriów amerykańskich z prośbą o wypożyczenie 
nam już nie używanej, a jeszcze zdatnej do pracy lunety. W odpowiedzi 
prof. Harlow Shapley wypożyczył nam sławny astrograf Drapera 
z pryzmatami obiektywowymi, z pomocą których otrzymano w Harvard 
College Observatory widma gwiazd, które sklasyfikowała jedna osoba, 
miss Annie Cannon, tworząc dziesięciotomowy katalog widm gwia- 
zdowych, wydany jako słynny Henry Draper Cata/ogue w latach 
dwudziestych tego stulecia. Ten historyczny teleskop po pewnych 
adaptacjach wykonanych w Harvardzie i u nas został ustawiony 
w specjalnie zbudowanej kopule na terenie majątku Piwnice (11 km od 
Torunia) przejętego przez Uniwersytet na siedzibę Obserwatorium. 
Pierwsze obserwacje rozpoczęto w lipcu 1949 r. Z pomocą tego 
instrumentu nasi studenci i asystenci wykonywali prace magisterskie, 
a następnie doktorskie. W instalowaniu pierwszych lunet pomocny był 
szczególnie Henryk Iwaniszewski. Dwie następne nieduże lunety otrzy- 
maliśmy za symboliczną opłatą od inżynierów-optyków firmy AGA
>>>
130 


w Sztokholmie, z którymi mnie skontaktował prof. Lindblad podczas 
kolejnego mego pobytu w Szwecji w 1947 r. Profesor Lindblad przybył 
do Torunia w 1959 r., aby otrzymać pierwszy doktorat honorowy 
UMK 4 . Po raz drugi odwiedził Toruń wraz z prof. Shapleyem w maju 
1964 L, gdy jako delegaci swoich Akademii uczestniczyli w obchodach 
600-lecia UJ w Krakowie. Profesor Lindblad zmarł w 1965 r. Za- 
wdzięczam mu również swój pierwszy wyjazd do Stanów Zjednoczonych 
w roku 1948/1949. Jako ówczesny Prezes Międzynarodowej Unii 
Astronomicznej uzyskał dla mnie stypendium na ten wyjazd. Głównym 
moim celem było uzyskanie widm dla około 20 gwiazd pulsujących typu 
RR Lyrae w związku z problemem populacji gwiezdnych. Już prof. 
Lindblad wykrył istnienie tzw. podsystemów gwiezdnych w naszej 
Galaktyce: od podsystemów silnie spłaszczonych i szybko rotujących do 
podsystemów prawie kulistych wolno rotujących. Walter Baade wykrył 
w 1941 L różnice składu chemicznego w tych podsystemach: dużą (do 
2%) domieszkę ciężkich pierwiastków u gwiazd podsystemów płaskich, 
które Baade określił nazwą gwiazd l populacji, gwiazd młodych wiekiem, 
i prawie czystych wodorowo-helowych, starszych wiekiem gwiazd II 
populacji w podsystemach kulistych. Problem populacji gwiezdnych 
zajął mnie i grupę moich współpracowników na parę dziesiątków lat; był 
to pasjonujący problem chemicznej i kinematycznej ewolucji naszej 
i innych galaktyk. Przebadaliśmy siedemnaście rodzajów gwiazd (razem 
około 4000 gwiazd) naszej Galaktyki pod względem ich rozmieszczenia 
i ruchów (wprowadziłam "statystyczne indeksy populacji gwiazd", SPI) 
oraz ich składu chemicznego - z analizy widm tych gwiazd, otrzymywa- 
nych przeważnie w większych obserwatoriach zagranicznych. Główne 
wyniki tych badań można streścić w ten sposób: każdy rodzaj morfo- 
logiczny gwiazd jest sumą obu populacji, występujących w proporcjach 
zależnych od ich masy, wieku i miejsca urodzenia. Referowałam te 
wyniki m.in. w Uniwersytecie Stanu Ohio w USA, gdzie spędziłam jeden 
semestr w 1960 r. jako Foreign Vi:;iting ProJe:;:;or na zaproszenie tego 
Uniwersytetu. Tematyka populacji gwiezdnych przypadła na "odpowie- 


4 Pro£. dr Bertil Lindblad rzeczywiście otwiera listę uczonych, którym UMK nadał 
godność doktora honorLr cau.ra. Godzi się jednak przypomnieć, że już wcześniej (w 1948 
r.) Senat toruńskiej Uczelni podjął uchwałę o nadaniu takiejż godności prof. dr. 
Ludwikowi Kolankowskiemu, pierwszemu rektorowi UMK. Na realizację tej uchwały 
nie zgodziło się jednak wówczas Ministerstwo -
 zob. A. Tomczak, Kto mial został 
pkrwszym doktorem honorLr cau.ra Uniwer.rytetu M. Kopernika?, "Głos Uczelni", Toruń 
1990, nr t, s. 18.
>>>
131 


dni" okres mego życia, kiedy byłam coraz bardziej zaabsorbowana 
pracą organizacyjną i kształceniem młodej kadry, a pracą badawczą 
mogłam się zajmować niemal "ukradkiem" i dobrze było mieć wówczas 
na warsztacie ciekawy i szeroki program badawczy. 
A jak była ustawiona i jak się zmieniała organizacja astronomii 
w UMK? Kiedy przybyliśmy z prof. Dziewulskim do Torunia, ro- 
zumieliśmy, że w UMK astronomia powinna mieć możliwie szeroki 
i nowoczesny zakres specjalizacji w ramach naszych możliwości: 
prof. Dziewulski, jako organizator i prorektor Uniwersytetu, zażądał 
dwóch katedr: astronomii i astrofizyki, co było wówczas nowością 
w polskich uniwersytetach. Dnia 8 października 1945 r. takie dwie 
samodzielne katedry zostały utworzone, otrzymałam wówczas wstępną 
nominację rektorską na profesora nadzwyczajnego Katedry Astrofizyki, 
oficjalną - 22 maja 1946 r. Wspólnym zakładem obu katedr stało 
się Obserwatorium Astronomiczne organizowane w Piwnicach. Dwie 
katedry utworzyły w 1951 r. Zespół Katedr Astronomii i Astrofizyki 
pod kierunkiem prof. Dziewulskiego, a od 1 grudnia 1952 r. - na 
jego żądanie - moim. Nowy i bardzo nowoczesny kierunek badań 
- radioastronomia zaczął się formować przy Katedrze Astrofizyki 
w połowie lat pięćdziesiątych, ale tej bardzo ważnej sprawie poświęcę 
osobny rozdział moich wspomnień. 
W 1952 r. rozpoczęła działalność Polska Akademia Nauk - "na 
bazie" Polskiej Akademii Umiejętności i Towarzystwa Naukowego 
Warszawskiego. Profesor Dziewulski, członek obu tych instytucji, został 
powołany na członka tytularnego PAN, później w 1957 r. został 
członkiem rzeczywistym. Ja zostałam wybrana na członka korespondenta 
PAN w 1956 L, na rzeczywistego - w 1976 r. W 1957 L został 
utworzony Zakład Astronomii PAN z pracowniami: w Borowcu pod 
Poznaniem, w Toruniu (Pracownia Astrofizyki I) i w Warszawie 
(pracownia Astrofizyki II). Zakład Astronomii PAN miał być zalążkiem 
przyszłego Centralnego Obserwatorium PAN (COA PAN) z siedzibą 
w okolicach Warszawy, wyposażonego w duże nowoczesne teleskopy. 
Do realizacji tego projektu nie doszło, mniejszy z dwóch projektowanych 
teleskopów - teleskop Schmidta-Cassegraina (o średnicy lustra 90 cm) 
został zamówiony i wykonany w firmie Zeissa w Jenie i ustawiony za 
jednomyślną zgodą i do użytku wszystkich astronomów - w Obser- 
watorium Toruńskim w Piwnicach w 1962 L, gdzie do dziś jest czynny 
jako największy polski teleskop optyczny. Działa również i rozwija się
>>>
132 


Pracownia Astrofizyki I PAN. Utworzenie tej Pracowni wzmocniło 
kierunek astrofizyki w Toruniu i jego stan kadrowy, limitowany 
w Uniwersytecie potrzebami dydaktycznymi. 
W 1960 r. pro f. Dziewulski przeszedł na emeryturę w wieku lat 82. 
W miarę sił interesował się sprawami astronomii i pracą badawczą. 
Zmarł 6 lutego 1962 r. Przejęłam opiekę również nad Katedrą Astronomii, 
gdzie prof. Dziewulski zdążył wypromować dwóch doktorów: Stanisława 
Gąskę i Tadeusza Boenigka. Profesor Dziewulski otrzymał doktorat 
honorowy UMK 29 kwietnia 1961 r. Najobszerniejsze ze wspomnień 
pośmiertnych o prof. Dziewulskim zostało opracowane przez jego 
uczniów i współpracowników i wydane przez TNT w setną rocznicę 
urodzin (Wladyslaw Dziewu/ski, pod red. C. Iwaniszewskiej, Warszawa 
1978). W 1969 r. Zespół Katedr Astronomii i Astrofizyki został 
przekształcony w Instytut Astronomii z trzema Zakładami: 1. Astrofizyki 
i Astronomii Gwiazdowej, 2. Radioastronomii (kierownik prof. S. 
Gorgolewski), 3. Mechaniki Nieba (kierownik doc. S. Gąska). Kierowa- 
łam Zakładem pierwszym i całym Instytutem do przejścia na emeryturę 
w dniu 1 października 1976 r. 
W tym okresie przypadła pięćsetna rocznica urodzin Mikołaja 
Kopernika, a w związku z nią uroczystości i obchody w Polsce i na całym 
świecie. Siłą rzeczy Toruń znalazł się w centrum uwagi, toteż miasto 
i Uniwersytet nie szczędziły wysiłków, aby temu wydarzeniu sprostać. 
Uniwersytet uzyskał środki na budowę miasteczka uniwersyteckiego na 
Bielanach, astronomia zaś musiała bardzo uważać, aby o niej nie 
zapomniano. Na podstawie uchwały rządowej kopernikowskiej zostały 
wzniesione w Piwnicach w sąsiedztwie istniejącego Obserwatorium 
budynki specjalne dla radioastronomii oraz zaczęto budowę radiotele- 
skopu o średnicy 15 m, zakończoną w 1977 r. Był to ważny krok naprzód 
dla rozwoju Zakładu Radioastronomii. Zakład Astrofizyki i Astronomii 
Gwiazdowej otrzymał również cenny dar kopernikowski w postaci 
spektrografu do posiadanego już teleskopu optycznego o średnicy lustra 
90 cm. Był to faktycznie dar sfinansowany przez Polonię kanadyjską, 
a skonstruowany w obserwatorium kanadyjskim w Victoria przez dra 
Richardsona za zgodą National Research Council, któremu to obser- 
watorium podlega. Dnia 15 maja 1974 r. delegacja kanadyjska na czele 
z dr Z. Przygodą, dr J. L. Locke i dr E. H. Richardsonem uroczyście 
przekazała spektrograf. Z naszej strony orędownikiem był doc. Jan 
Smoliński, który przebywał na stażu w Obserwatorium Victoria, ja zaś
>>>
133 


zostałam zobowiązana do odbycia "rajdu" przez całą Kanadę z od- 
czytami kopernikowskimi w języku polskim i angielskim w dwunastu 
miastach. Było to w styczniu 1973 r. i miało charakter inauguracji 
obchodów kopernikowskich w Kanadzie, zakończonych przekazaniem 
spektrografu Uniwersytetowi Mikołaja Kopernika. W 1973 r. wyjeż- 
dżałam do ośmiu krajów na obchody kopernikowskie, czynili to również 
inni astronomowie toruńscy (dr Iwaniszewska, doc. Woszczyk). W kraju 
uroczysta inauguracja obchodów kopernikowskich odbyła się w Toruniu 
18 lutego w nowej auli UMK; przybyła na nią delegacja rządowa z prof. 
Januszem Groszkowskim, prezesem PAN na czele, aby tegoż wieczora 
odlecieć specjalnym samolotem (po dołączeniu mojej osoby i jednego ze 
studentów UMK) do Paryża, gdzie w dniu rocznicy odbyła się uroczysta 
sesja pod egidą UNESCO - z otwarciem wystawy kopernikowskiej 
i rautem w ambasadzie polskiej. 
Astronomowie toruńscy, zdając sobie sprawę, jak wielkie zobowiąza- 
nia nakłada na nich rocznica kopernikowska, musieli się do niej 
przygotować. Zaproponowałam swoim młodszym kolegom już rok 
wcześniej, abyśmy podjęli wspólnie studium dzieła Kopernika O obrotach, 
w tłumaczeniach polskich, jakie już istniały. Uważałam, że nic nas tak 
nie zbliży do Kopernika, jak poznanie jego własnego dzieła. Zbieraliśmy 
się więc na "seminarium kopernikowskim", dobrowolnym, w liczbie 
6- 8 osób, i kolejno rozdział po rozdziale uczestnicy referowali dzieło 
Kopernika. Nie były to łatwe referaty. Pomagał nam doc. Jerzy 
Dobrzycki z Instytutu Historii Nauki, Oświaty i Techniki PAN 
(habilitowany w UMK w 1965 r.). Muszę powiedzieć, że dla mnie te 
lektury były drogą do autentycznego poznania osoby i dzieła Kopernika. 
Również spotkanie na jednym z tych seminariów z prof. Karolem 
Górskim, historykiem w UMK, znawcą epoki, w której żył i działał 
Kopernik, było bardzo interesujące. Towarzystwo Naukowe w Toruniu 
wydało cykl siedemnastu książeczek popularnonaukowych pod ogólnym 
tytułem "Biblioteczka kopernikańska", napisanych przez astronomów 
i historyków, głównie toruńskich, omawiających w naj szerszym zakresie 
działalność Kopernika, tło historyczne, znaczenie naukowe, środowisko. 
Były organizowane wystawy wydań dzieła Kopernika, ale też jego 
księgozbioru, wypożyczonego z Uppsali. Teatr toruński wystawił piękny 
dramat Brandstaettera Miko/aj Kopernik. 
Najważniejszym wydarzeniem w astronomii międzynarodowej był 
Kongres Kopernikowski, jaki się odbył w Polsce w dniach 4 - 12
>>>
134 


września 1973 r. Sprawa ta miała doŚĆ dramatyczną historię. Między- 
narodowa Unia Astronomiczna urządza swoje kongresy co trzy lata 
i tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie w 1973 r. miał się odbyć kolejny 
XV kongres Unii. Polski Komitet Narodowy ds. Unii w osobie prof. 
Rybki zgłosił zawczasu w imieniu PAN zaproszenie na ten kongres do 
Polski w związku z przypadającą w tym roku pięćsetną rocznicą urodzin 
Kopernika. Gdy jednak zbliżał się termin XIV kongresu Unii, który miał 
się odbyć w Brighton (Anglia) i na którym miała zapaść decyzja co do 
miejsca XV kongresu, okazało się, że Australia, która podobno już 
dawniej występowała z taką inicjatywą, zgłasza zaproszenie na XV 
kongres i, co gorsza, Polska Akademia Nauk (idąc za sugestią 
przygodnych astronomów) wycofała swoje zaproszenie. Pertraktacje 
z ówczesnym prezesem Unii pro f. Otto Heckmannem nie dały rezultatu 
i sprawa została rozstrzygnięta w Brighton w ten sposób, że w 1973 r. 
odbędą się dwa kongresy: zwyczajny w Australii i nadzwyczajny 
- Kopernikowski - w Polsce. Rozegranie tej "bitwy pod Brighton" 
wymagało zabiegów dyplomatycznych ze strony delegacji polskiej (w 
szczególności mojej - jako ówczesnej przewodniczącej Komitetu 
Narodowego), nie chcieliśmy bowiem absolutnie "wojny" z Australią. 
Nadzwyczajny Kongres Unii w Polsce obejmował sesję w Warszawie 
oraz szereg sympozjów o problematyce aktualnej, ale wywodzącej się od 
Kopernika, z czego dwa sympozja przypadły na Toruń: "Badania 
układu planetarnego" oraz "Colloquia Copernicana", organizowane 
przez Międzynarodową Unię Historii i Filozofii Nauki. 
Wcześniej odbył się zwyczajny XV kongres Unii w Sydney, w Australii, 
na który byłam delegowana i na którym zostałam wybrana na jednego 
z sześciu wiceprezesów Unii na okres lat sześciu. Przysporzyło mi to 
trochę obowiązków - Komitet Wykonawczy Unii odbywał co roku swe 
posiedzenia w różnych krajach - udział w pracach tego Komitetu 
stanowił pewnego rodzaju powinność w ramach współpracy między- 
narodowej. Wspomnę wreszcie o miłym darze, jaki mi rocznica koper- 
nikowska przyniosła w postaci doktoratów honorowych trzech uczelni: 
Uniwersytetu w Leicester (Anglia), Uniwersytetu Manitoby (Kanada) 
i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
>>>
135 


Radioastronomia w Toruniu 


Po wojnie powstał nowy kierunek badań w astronomii: badania 
promieniowania radiowego wysyłanego przez obiekty niebieskie. Prekur- 
sorem tych badań był Karol Jansky, który jako pracownik Laboratorium 
Bella w USA, badając rozchodzenie się fal radiowych o długości 15 m 
w atmosferze ziemskiej, wykrył promieniowanie Drogi Mlecznej w 1931 
r. Nie zwrócono początkowo większej uwagi na to odkrycie. Dopiero 
w latach czterdziestych, gdy rozwinęła się wojenna technika radarowa, 
zaczęto wykrywać promieniowanie radiowe pochodzące ze Słońca 
i innych obiektów pozaziemskich, które nazwano radioźródłami. 
Atmosfera ziemska i jonosfera przepuszczają fale radiowe w ograniczo- 
nym zakresie od milimetra do kilkunastu metrów. W Polsce zapocząt- 
kowano obserwacje promieniowania radiowego Słońca w latach pięć- 
dziesiątych w Krakowie na falach decymetrowych (3D i 90 cm) i na 
falach metrowych (2,37 m) w Toruniu. Zaczęło się od seminarium dla 
niewielkiej grupy astronomów i fizyków zainteresowanych radioast- 
ronomią i wykładu z tej dziedziny, dalej nastąpiły próby skonstruowania 
radioteleskopu słonecznego i pierwsze udane obserwacje promieniowania 
radiowego Słońca na fali 2,37 m w lutym 1958 r. Dodać należy, że na 
falach radiowych Słońce jest bardzo niespokojnym źródłem promienio- 
wania; szczególnie na falach metrowych i dłuższych, pochodzących 
z korony słonecznej, promieniowanie to ulega gwałtownym zmianom, 
zwłaszcza w okresach maksimów aktywności słonecznej. Toteż istnieje 
międzynarodowa służba Słońca, która gromadzi i publikuje wyniki 
obserwacji Słońca we wszystkich zakresach długości fali i Toruń jest 
obecny w tej służbie od przeszło 30 lat. 
Punktem zwrotnym w początkach toruńskiej radioastronomii stał się 
wyjazd Stanisława Gorgolewskiego (wówczas magistra fizyki) na staż do 
Uniwersytetu w Cambridge (Anglia), gdzie prof. Martin Ryle (późniejszy 
laureat nagrody Nobla w 1974 r.) kierował najbardziej dynamicznym 
ośrodkiem radioastronomii. Wyjazd stał się możliwy dzięki otrzymaniu 
stypendium British Council przez mgra Gorgolewskiego na rok 
1958/1959. Pobyt w Cambridge był niezwykle korzystny pod każdym 
względem, w szczególności co do poznania zasad projektowania 
radioteleskopów, dziedziny bardzo ważnej dla powstającego ośrodka 
radioastronomii. Ponieważ fale radiowe, które przepuszcza atmosfera 
Ziemi, są miliony razy dłuższe od fal świetlnych, tyle razy silniej uginają
>>>
136 


się na czaszy radioteleskopu, która powinna mieć tyleż razy większą 
średnicę niż teleskop optyczny, jeżeli obraz radiowy ma być równie ostry 
co obraz optyczny. Toteż radioteleskopy mają większe rozmiary niż 
teleskopy optyczne, jednak nie w takim stosunku. Martin Ryle pokonał 
tę trudność, budując interferometry; budował kilka lub kilkanaście 
niedużych radioteleskopów i rozstawiał je w dużych odległościach od 
siebie, uzyskując w ten sposób ostre obrazy obserwowanych takim 
interferometrem obiektów. Zasada ta była znana i stosowana już 
dawniej, np. w interferometrze Micheisona. Nowym pomysłem Ryle'a 
było przesuwanie jednego z radioteleskopów w interferometrze i wyko- 
nywanie obserwacji w różnych konfiguracjach interferometru. a następnie 
syntetyzowanie tych obserwacji (synteza apertury). Metoda ta pozwala 
otrzymywać bardzo ostre obrazy obserwowanych obiektów stosunkowo 
tanim kosztem. Na jednym z interferometrów w Cambridge mgr 
Gorgolewski wspólnie z dr. Anthony Hewishem wykonał i opracował 
serię obserwacji zakryć mgławicy Krab przez koronę słoneczną. co 
pozwoliło określić strukturę i zasięg korony i jej pola magnetycznego. Ta 
praca stała się podstawą jego doktoratu z radioastronomii w 1960 r. po 
powrocie do Polski. Radioteleskop słoneczny został zastąpiony inter- 
ferometrem i zautomatyzowany; inny trój antenowy interferometr na 
fale 9 m został skonstruowany do obserwacji zakryć radioźródeł przez 
koronę słoneczną. Z tego powstała praca habilitacyjna dra Gorgolews- 
kiego w 1965 r. i został utworzony Zakład Radioastronomii pod jego 
kierownictwem przy Katedrze Astrofizyki UMK. 
Z Cambridge mgr Gorgolewski przywiózł elementy i materiały 
elektroniczne, zakupywane z oszczędzanego stypendium. Posłużyły one 
do budowy urządzeń odbiorczych na szereg lat. Do Cambridge proC. 
Gorgolewski powracał wielokrotnie, również jego współpracownicy 
wyjeżdżali tam na staże (Andrzej Kus). Profesor Gorgolewski nawiązywał 
współpracę również z innymi ośrodkami w Europie. USA i Kanadzie. 
Podjął pionierskie badania promieniowania radiowego galileuszowych 
satelitów Jowisza we współpracy z Obserwatorium Radioastronomicz- 
nym w Bonn. Na szczególną uwagę zasługuje zaprojektowanie i wykona- 
nie pod jego kierunkiem radiospektrografu do obserwacji promieniowa- 
nia radiowego korony słonecznej na falach hektometrowych. nie 
dochodzących do Ziemi. Spektrograf ten został wystrzelony 19 kwietnia 
1973 r. na radzieckim sztucznym satelicie "Interkosmos-Kopernik 500". 
O ile współpraca z ośrodkami zagranicznymi układała się proC.
>>>
137 


Gorgolewskiemu i innym pracownikom dobrze, o tyle w kraju nie 
zawsze spotykał się z lojalnością współpartnerów: przy rozliczaniu 
wyników eksperymentu kopernikowskiego jego prawa autorskie nie 
zostały uszanowane. 
Jak już wspomniałam, w 1973 r. zostały zbudowane specjalne 
budynki dla Zakładu Radioastronomii na podstawie kopernikowskiej 
uchwały rządowej, a w 1977 r. zakończono budowę radioteleskopu 
o średnicy 15 m. Tak powstało Toruńskie Obserwatorium Radio- 
astronomiczne ([RAO), pod kierunkiem prof. S. Gorgolewskiego. 
Formalnie należało ono, jak i Zakład Radioastronomii, do Instytutu 
Astronomii UMK, cieszyło się jednak pełną autonomią. Po moim 
przejściu na emeryturę sytuacja zmieniła się, doszło nawet do bezpraw- 
nego "rozbioru" pomieszczeń w budynkach przeznaczonych uchwałą 
rządową dla radioastronomii, w szczególności w 1980 r. nastąpiła 
aneksja warsztatów, nieodzownie potrzebnych do konstrukcji aparatury 
radioastronomicznej. Profesor qorgolewski i jego współpracownicy 
odwoływali się kolejno do wszystkich władz (z moim udziałem jako 
świadka) o przywrócenie praw Zakładu Radioastronomii i nadanie mu 
statusu niezależnej katedry (katedry takie istniały w łonie UMK). 
Katedra Radioastronomii została utworzona w UMK w wyniku decyzji 
Ministerstwa, ale ostateczne uchylenie bezprawnego rozbioru budynków 
Zakładu Radioastronomii i przydzielenie ich Katedrze nastąpiło dopiero 
w 1983 r. za rektoratu prof. Jana Kopcewicza. Czyniłam sobie wyrzuty, 
że nie uregulowałam tej sprawy przed przejściem na emeryturę - nie 
przewidziałam, że systemowe odrzucenie zasad etyki w życiu zbiorowym 
wyda swoje owoce już w następnym pokoleniu. 
Mimo tych walk i utrudnień radioastronomowie nie ustawali w pracy. 
Właśnie rodziła się w świecie idea "interferometrii na bardzo długich 
bazach" (Very Long Base Interferometry = VLBI) - łączenia radiotele- 
skopów w interferometry w ramach jednego państwa (Anglia - "MER- 
LIN", USA - "VLA"), kontynentu (europejska sieć VLBI), a wreszcie 
całego globu ziemskiego (global VLBI). Była to realizacja idei Martina 
Ryle'a, która pozwalała na otrzymywanie coraz ostrzejszych obrazów 
i sięganie do coraz dalszych obiektów Wszechświata - zagadkowych 
"kwazarów" (QSO) odległych o miliardy lat światła, a więc powstałych 
"zaraz" po Wielkim Wybuchu Wszechświata. Otwierał się "raj" dla 
kosmologii, badania w i e l k i e g o wszechświata, jaki odkrył Mikołaj 
Kopernik...
>>>
138 


Radioastronomowie toruńscy nie mogli pozostać głusi na ten zew 
i nie pozostali. Nadludzkim wysiłkiem swojej inwencji i zapału zdołali 
skonstruować niezwykle skomplikowaną i niezwykle czułą aparaturę 
odbiorczą do już posiadanego radioteleskopu o średnicy 15 m i wykonali 
pierwszą próbę obserwacji kwazara w europejskiej sieci VLBI. Odpowiedź 
z centrali w Bonn była c/ose to success. Sprawdzili wszystkie elementy 
swojej aparatury odbiorczej, wykryli błąd w dokumentacji, którą 
otrzymali z USA, i w następnych próbach - jeszcze w 1980 r. - mieli 
sukcesy. Tak więc w starożytnym Toruniu, in hoc remotissimo loco terrae 
powstało nowoczesne obserwatorium radioastronomiczne, włączone do 
europejskiej i globalnej sieci VLBI jako associate member, uczestniczące 
już od lat czternastu w najszlachetniejszej współpracy międzynarodowej 
w badaniach wielkiego kopernikowskiego Wszechświata. Jego partnerami 
w Europie są: Anglia ze swym MERLIN-em, Holandia - mały kraj ze 
swoim dużym interferometrem, Bolonia w Italii, Bonn ze swoim 
największym radioteleskopem o średnicy 100 m i... Krym. Nie jest to 
gęsta sieć, a TRAO pomiędzy Bonn a Krymem stanowi geograficznie 
bardzo ważne ogniwo w tej sieci. Obserwują w określonych, wybranych 
długościach fali: 2, 6, 18, 20, 90 cm. Nie są połączone kablami, każde 
obserwuje w swoim własnym czasie, dokładnym do tysięcznych części 
sekundy, wideokasety po zakończonej sesji obserwacyjnej wędrują do 
centrali w Bonn, gdzie superkomputer syntetyzuje obserwacje i powstają 
mapy obserwowanego kwazara ze zdolnością rozdzielczą tysięcznych 
części sekundy łuku. Klasycznie jest to jądro z dwoma przeciwległymi 
ramionami, wyrzuconymi z prędkościami bliskimi prędkości światła, 
a w rzeczywistości - bardziej złożona struktura. Kwazary są proto- 
galaktykami, a ich centralne źródła energii są największą zagadką 
kosmologii. 
W czasie, gdy to piszę (styczeń 1991 r.), trwa budowa nowego 
radioteleskopu s o średnicy 32 m - standarodowej dla VLBI: jest to duży 
wysiłek dla Uniwersytetu, ale cel - poznanie wielkiego wszechświata 
- godny Patrona Uczelni. Budowa radioteleskopu jest realizowana 
przez krajowych projektantów, krajowe przedsiębiorstwa, z krajowych 
materiałów. Jeśli chodzi o aparaturę odbiorczą, pewne jej elementy 
również będą zbudowane z krajowej elektroniki siłami naszych radio- 
astronomów, inne - nabyte z zagranicy, w znacznej mierze z pomocą 
partnerów z VLBI. A przed nami rok 1993 - pięćsetdwudziesta 


5 Budowę zakończono w 1994 r.
>>>
139 


rocznica urodzin Kopernika i czterystapięćdziesiąta rocznica Jego śmierci 
i wydania dzieła De re,olutionibus... I Zjazd Europejskiego Towarzystwa 
astronomicznego (BAS) w Toruniu. 
Wypada powiedzieć choć kilka słów o składzie osobowym TRAO. 
Jest to stosunkowo nielicmy zespół jak na skalę prowadzonych 
zadań - zespół dwudziestopięcioosobowy pracowników naukowych 
i specjalistów, którzy rekrutują się z astronomii, fizyki, nauk te- 
chnicznych. Profesor Gorgolewski wypromował ośmiu doktorów 
radioastronomów w Toruniu i kilku - poza Toruniem. Pierwsza 
habilitacja - po prof. Gorgolewskim - dra Andrzeja Kusa odbyła 
się w 1989 r., z badań nad osobliwym kwazarem. Docent Kus 
awansował na profesora i przejął kierownictwo Katedry Radioas- 
tronomii w 1992 r. 
Ten skład osobowy ubogacił się znacząco, gdy w roku kopernikows- 
kim dołączył do niego Aleksander Wolszczan, wychowany i doktoryzo- 
wany (1975) w UMK, który na początku lat osiemdziesiątych wyemig- 
rował z Torunia naprzód do Bonn, a następnie do USA, aby tam, 
obserwując pulsary (gwiazdy neutronowe, post-supernowe) na najwięk- 
szym w świecie 300-metrowym radioteleskopie w Arecibo odkryć układ 
planetarny, złożony z trzech planet krążących wokół pulsara. Otrzymał 
stanowisko profesora Uniwersytetu w stanie Pensylwania w USA 
i równolegle przyjął zatrudnienie jako profesor UMK, aby tu prowadzić 
wykłady i obserwować pulsary również na 32-metrowym toruńskim 
radioteleskopie... Mocnym filarem TRA O jest również pro f. Ryszard 
Wielebiński, dyrektor Obserwatorium Radioastronomicznego w Bonn, 
członek zagraniczny PAN i doktor honori.'i cau.'ia UMK. 


Zakończenie 


W 1945 r. przybyło do Torunia troje astronomów z Wilna: prof. 
Dziewulski, doc.lwanowska, dr Szeligowski; powstały dwie Katedry 
w UMK: Astronomii i Astrofizyki. Obecnie (1991 r.) jest jedenastu 
samodzielnych pracowników w trzech placówkach: Instytucie Astronomii 
UMK, Katedrze Radioastronomii UMK i Pracowni Astrofizyki PAN, 
która jest filią Centrum Astronomicznego PAN w Warszawie, składa się 
jednak z wychowanków UMK. Do czasu mego przejścia na emeryturę (1 
października 1976 r.) promowałam dziewiętnastu doktorów, z których
>>>
140 


pięciu przeszło do innych ośrodków. W tym okresie odbyło się osiem 
habilitacji w następującej kolejności: 


Habililanl 


Rok 


Późniejsze slanowisko 


Slanisław Gorgolewski 
Jerzy Dobrzycki 
Stanisław Gąska 
Robert Głębocki 
Andrzej Woszczyk 
Stefania Grudzińska 
Antoni Stawikowski 
Jan Smoliński 


1964 
1965 
1967 
1971 
1971 
1972 
1976 
1976 


profesor, kierownik Kaledry Radioastronomii UMK 
profesor, dyrektor Instytutu Historii Nauki PAN 
docent, kierownik Zakładu Mechaniki Nieba w lA UMK 
profesor, Zakład Aslrofizyki Uniwersytelu Gdańskiego 
profesor, dyreklor Inslylulu Astronomii UMK 
docenl, Inslytul Aslronomii UMK 
docent, Pracownia Astrofizyki PAN 
profesor, kierownik Pracowni Astrofizyki PAN 


Przytoczone dane obrazują w skrócie rozwój młodej kadry. Towarzy- 
szył mu rozwój badań naukowych - najbardziej dynamiczny w radioas- 
tronomii, o czym była mowa w poprzednim rozdziale. W astrofizyce, jak 
również wspomniałam, wiele uwagi i pracy poświęcono badaniom 
rozmieszczenia, ruchów i składu chemicznego gwiazd różnych populacji 
(Burnicki, Opaska, Kanthak, Boenigk, Głębocki, Iwaniszewska, Maron); 
badaniom widmowym gwiazd osobliwych, jak gwiazdy nowe, węglowe 
i magnetyczne (Stawikowski, Krempeć). Wspólnym wysiłkiem obser- 
watorów na teleskopie Schmidta z pryzmatami obiektywowymi było 
utworzenie kliszo teki widmowych zdjęć nieba do przyszłych badań. Inny 
"bank informacji" w postaci katalogu składu chemicznego gwiazd 
zebrali z opublikowanych źródeł Andrzej i Janina Strobelowie. W ukła- 
dzie planetarnym wiele prac wykonano w dziedzinie spektroskopii 
komet (A. W oszczyk, S. Grudzińska) we współpracy z Instytutem 
Astrofizyki w Liege (Belgia). Badaniem orbit kometarnych zajmowano 
się w Zakładzie Mechaniki Nieba (S. Gąska). Wśród gwiazd osobliwych 
szeroki program badania widm optycznych, ale też obrazów radiowych 
gwiazd-nadolbrzymów prowadzi w Pracowni PAN prof. Smoliński we 
współpracy z obserwatoriami kanadyjskimi. 
Przejście na emeryturę różnie bywa odbierane przez różnych ludzi, 
zależnie od ich stanu zdrowia, predyspozycji psychicznych i zamiłowań. 
Dla mnie ten okres do dziś był darem losu: wolna od obowiązków 
administracyjnych i wolniejsza od dydaktyki mogłam w znacznie 
większym stopniu kontemplować Wszechświat, najwięcej czasu trawiąc 
na lekturach bieżących prac z interesujących mnie dziedzin. Mam przy 
tym ten komfort, że otrzymuję na bieżąco 12 najlepszych czasopism 


----
>>>
141 


zagranicznych prenumerowanych lub otrzymywanych. To są moje 
"narkotyki": czytam, notuję, robię swoje uwagi, wyciągam wnioski 
i staram się szybko je przekazywać do TRAO jako depozyt, aby 
radioastronomowie mogli korzystać z tych czasopism w swoim miejscu 
pracy. Raz w tygodniu zawożę je osobiście, a przy okazji słucham ich 
seminariów lub gawędzę z nimi o tym, co się tam aktualnie robi. 
W dalszym ciągu służę jako recenzent w swojej dziedzinie czy to prac 
doktorskich i habilitacyjnych, czy to rocznych raportów z dziesiątków 
prac wykonanych w ramach problemów koordynowanych w UMK lub 
w PAN. Okazyjnie referuję interesujące mnie tematy na seminariach lub 
konferencjach. Z tym wszystkim brak mi czasu na własną pracę 
badawczą. A zainteresowania moje idą ku coraz szerszym obszarom 
wszechświata. Ostatnia moja praca oddana do druku w 1986 r., 
a opublikowana w 1989 r., dotyczyła Lokalnego Układu galaktyk, który 
się składa z naszej Galaktyki, Galaktyki Andromedy i około 30 średnich 
i karłowatych galaktyk - ich "dzieci", jak przypuszczam. Najbliższe 
naszej Galaktyki są Obłoki Magellana, Wielki i Mały, dobrze widoczne 
na południowej półkuli (widziałam je, gdy byłam na XV Kongresie Unii 
w Australii w 1973 r.). Galaktyka Andromedy ma również dwie małe, 
bardzo bliskie galaktyki, ma poza tym dwa ciągi małych galaktyk, 
rozmieszczonych jakby na dwóch ramionach wyciągniętych w przeciw- 
nych kierunkach. Jest w tym uderzająca analogia do dwuramiennych 
wyrzutów materii, jakie widzimy na mapach dalekich kwazarów, które 
są przecież protogalaktykami. A tak w ogóle, galaktyki nie są bezładnie 
rozrzucone w przestrzeni, ale występują w grupach i gromadach, a te 
z kolci tworzą supergromady. Stoimy wobec kapitalnego problemu: jak 
powstawały galaktyki i dlaczego występują w grupach, gromadach 
i supcrgromadach? Czy w Wielkim Wybuchu Wszechświata materia 
została rozproszona w sposób bezładny i dopiero grawitacja ściągała ją 
w skupienia, czy też Wielki Wybuch pociągnął za sobą kaskadowy, 
eksplozywny rozpad pierwotnej supergęstej materii: grawitacja czy 
eksplozja uformowała nasz Wszechświat? Istnieją dwie szkoły wśród 
kosmologów odnośnie do tego problemu. Nie jestem kosmologiem, ale 
proces wybuchowej fragmentacji uważam za bardziej prawdopodobny, 
skoro na mapach VLBI widzimy procesy gwałtownych wyrzutów 
(dwuramiennych) materii z potężnych jąder dalekich kwazarów, a nie 
widzimy kontrakcji.
>>>
142 


Wiktor A. Ambarcumian, wybitny ormiański astronom, doktor 
honoris causa naszego Uniwersytetu (który niedawno przeprowadził 
głodówkę w obronie Ormian uciskanych w Azerbejdżanie) jest prekur- 
sorem poglądu, że eksplozja i fragmentacja stanowią dominujący proces 
w ewolucji naszego Wszechświata, nie zaś kontrakcja. Co do mnie, sądzę 
również, że nasza Lokalna Grupa galaktyk powstała przez procesy 
wybuchowej fragmentacji pierwotnej supergęstej materii i że małe 
karłowate galaktyki zostały wyrzucone z jąder dużych galaktyk. W mojej 
pracy szukałam argumentów za takim powstaniem tej grupy galaktyk 
w ich przestrzennym rozkładzie. Chciałabym opracować część drugą, 
opartą na nowych dokładniejszych danych o fizycznych i kinematycznych 
cechach tych galaktyk. Czy zdążę? 


-----
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


IRENA JANOSZ-BISKUPOW A 


Nieco wspomnień o moim Uniwersytecie. 


Mimo że moi rodzice pochodzili z Galicji, ja urodziłam się, gdy już 
mieszkali w Wilnie, w 1925 r. Kiedy byłam W III klasie Gimnazjum im. 
ks. Adama Czartoryskiego, wybuchła wojna, a Wilno zajęła Armia 
Czerwona (a później Litwini). W odpowiedzi na represje i wydalanie 
z pracy nauczycieli w grudniu 1939 r. uczniowie ogłosili strajk. Wówczas 
część nas relegowano ze szkoły. Trzeba było podjąć pracę, naukę 
kontynuując na tajnych kompletach prowadzonych przez naszych 
dotychczasowych nauczycieli. Po utworzeniu Litewskiej Republiki Rad 
w 1940 r. zorganizowano na nowo szkolnictwo średnie i wówczas 
trafiłam do szkoły z polskim językiem nauczania, mieszczącej się 
w dawnym kolegium jezuickim. W czerwcu 1941 r. Wilno zajęli Niemcy 
i dalsza nauka odbywała się znowu na tajnych kompletach, a że wkrótce 
musiałam wyjechać na Litwę kowieńską, straciłam rok. Dalszą naukę 
podjęłam po powrocie do Wilna, ale w trybie eksternistycznym. Polegało 
to na tym, że z każdego przedmiotu zdawałam egzamin i otrzymywałam 
odpowiednie zaświadczenie. Później ktoś to przepisał najednym arkuszu, 
będącym defacto świadectwem maturalnym. Trzeba to było wprawdzie 
później zweryfikować (w komisji weryfikacyjnej w Toruniu zasiadała 
m.in. prof. Wilhelmina Iwanowska), ale pozwoliło to mnie i wielu 
podobnym na podjęcie studiów. 
W Toruniu znalazłam się w ramach akcji repatriacyjnej 15 września 
1945 r. Przyjechałyśmy tu z moją mamą - Henryką (ojcicc - Bronisław 


. Tekst przygotowany do druku przez Henrykę Duczkowską-Moraczewską na 
podstawie rozmowy zarejestrowanej na taśmie manetofonowej 2411I1994 r. (Archiwum 
UMK, sygn. TK -136). Autoryzowany 9 V 1994 r.
>>>
rys. A. Szymkow.rki 



 f18 
\ -. 
" . 



.
>>>
145 


zginął w Oświęcimiu), mieszkała bowiem tutaj moja babka ze strony ojca 
- Józefa. Był więc tu jakiś punkt zaczepienia i zamieszkałyśmy na 
początek przy ul. Klonowicza, a potem wynajęłyśmy dwa pokoje we 
wspólnym mieszkaniu, w domu na rogu ulic Mickiewicza i Moniuszki. 
Później przez rok (ja tymczasem wyszłam za mąż) mieszkaliśmy u państwa 
Swinarskich przy ul. Szerokiej. Gdy zaczęto budować tzw. "mądralin" , 
dzięki pomocy profesora Włodarskiego uzyskaliśmy tam przydział. 
"Gwiazdkę" 1960 r. obchodziliśmy jeszcze "na starym", ale już nowy 
- 1961 rok - witaliśmy w nowym mieszkaniu przy ul. Kraszewskiego, 
gdzie mieszkam do dzisiaj. 
Tak więc po przyjeździe do Torunia miałyśmy wprawdzie locum, 
jednak warunki mieszkaniowe były ciężkie, podobnie jak trudna była też 
nasza sytuacja finansowa. Mama robiła papierosy dla kiosku, ja zaś od 
1 listopada zaczęłam pracować w stołówce nauczycielskiej, mieszczącej 
się za kortami, na tyłach obecnego Urzędu Wojewódzkiego. Pierwszą 
gażę dostała mama dopiero w marcu 1946 r., a przyjechałyśmy przecież 
we wrześniu 1945 r. i z czegoś trzeba było żyć. Prawie cały dorobek 
pozostał w Wilnie, choć szczęśliwie, acz wbrew przepisom, udało się 
przewieźć prawie cały księgozbiór. Nie był to zbiór naukowy, ale 
beletrystyka, którą kupiło od nas Polskie Radio; udało się też sprzedać 
trochę innych rzeczy, które ocalały. Przypominam sobie, że po raz 
pierwszy napaliłyśmy w piecu na wigilię, bo wcześniej nie miałyśmy na 
węgiel. Była jeszcze tzw. "ciocia UNRRA" - zapasy przygotowywane 
na wojnę, które później trafiały do nas za pośrednictwem różnych 
instytucji, np. "Bratniaka", jako dary. Pamiętam, że z jednego przydziału 
dostałam zupełnie ładny żakiet z wielbłądziej sierści. 
Kiedy wyjeżdżałyśmy z Wilna, nic nie wiedziałyśmy o wcześniejszych 
"transportach uniwersyteckich" do Torunia i koncepcji erygowania 
tu Uniwersytetu. Nazajutrz po przyjeździe miałam bardzo przyjemne 
przypadkowe spotkanie z prof. Dziewulskim, znanym mi jeszcze 
z Wilna. On to właśnie powiedział mi o decyzji powołania w Toruniu 
uniwersytetu, a ja zdecydowałam się nań zapisać. Wybrałam historię, 
chociaż wcześniej interesowałam się psychologią. Prawdę mówiąc 
nie wiem, dlaczego podjęłam taką decyzję, na UMK wszak była 
również psychologia. 
Moi nowi uniwersyteccy koledzy (myślę tu o historii, choć dotyczyło 
to również innych kierunków) byli starsi niż zazwyczaj młodzież 
akademicka. Niektórzy przecież mieli prawie sześcioletnią przerwę
>>>
146 


w edukacji. Poza tym było wielu nauczycieli, którzy by nie podjęli 
studiów, gdyby nie uniwersytet na miejscu, a także absolwenci różnych 
szkół i kursów przyspieszonych (większość tych ostatnich zresztą szybko 
odpadła). 
Studia trwały wówczas cztery lata. Nasz rok był jedynym, który 
"przeszedł" studia od początku do końca według przedwojennego 
programu. W trakcie studiów trzeba było zdać (w dowolnej zresztą 
kolejności) pięć egzaminów. Przygotowanie się do nich nie było łatwe, 
nie było bowiem wykładów ,,kursowych", a brakowało podręczników. 
Studia kończył egzamin magisterski i ocena pracy - ja pisałam 
o szpitalnictwie w państwie Zakonu Krzyżackiego. 
Początkowo wykłady odbywały się w tzw. "Harmonijce" (dziś 
Collegium Minus), później przenieśliśmy się do Collegium Maius. 
Metody dydaktyczne profesorów bywały bardzo różne. Wyjątkowo 
dobrze pamiętam wykład prof. Karola Górskiego, który zaczął od 
wspomnienia swoich mistrzów, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. 
Profesor Bronisław Włodarski jak zaczął od Mieszka, to na IV roku 
doszedł do Łokietka. Profesorowie Górski i Hartleb uwielbiali kolokwia. 
Był pewien wykładowca nauk pomocniczych (nazwiska nie wymienię), 
który czytał swoje notatki, a czynił to w taki sposób, że można było albo 
zanotować wszystko dosłownie, albo nic - nazywaliśmy go "dy- 
ktatorem". Gdy byliśmy na I roku panował jeszcze organizacyjny 
bałagan. Nauki pomocnicze na przykład prowadziło kolejno trzech 
panów, którzy się ze sobą nie porozumiewali. W efekcie dopiero na 
końcu kursu od profesora Żytkowicza dowiedzieliśmy się o istnieniu 
Hi.'Itoryki Handelsmana. Od II roku chodziliśmy już na proseminaria. 
Bywały też sytuacje zabawne. Przypominam sobie pierwszy wykład 
prof. Tadeusza Czeżowskiego, na którego powitanie wstaliśmy, na co 
profesor stwierdził, że to nie szkoła średnia i należy siedzieć. Kiedy więc 
na wykłady przychodzili kolejni profesorowie - siedzieliśmy. Nadszedł 
czas wykładu rektora Ludwika Kolankowskiego, poprzedzony specjal- 
nym ogłoszeniem. Najpierw wszedł pedel, za nim dr Adam Dygdała, 
który obwieszczał, że idzie rektor Kolankowski. My wszyscy, zgodnie 
z otrzymanym od prof. Czeżowskiego pouczeniem, siedzieliśmy, dopiero 
na wyraźną komendę: "wstać, profesor wchodzi" - wstaliśmy. 
Może jeszcze coś o prof. Kolankowskim. W 1948 r. był zjazd 
historyków we Wrocławiu. "Pognało" tam oczywiście i naszą grupkę, 
o której później jeszcze nieco powiem. W Inowrocławiu mieliśmy
>>>
147 


przesiadkę i tam właśnie zauważył nas Kolankowski. Przysiadł się do 
nas (a jechaliśmy przecież z oczywistych powodów trzecią klasą) 
i towarzyszył nam do samego Wrocławia, po przyjeździe zaś zaprosił 
wszystkich na kolację. Wiedzieliśmy, że pensje profesorskie nie są 
wysokie, zostawiliśmy więc dr. Ślaskiego "na pożarcie", a sami 
uciekliśmy. Nazajutrz Profesor zauważył mnie na ulicy, zatrzymał 
i powiedział stanowczo, że ,jeśli profesor zaprasza, to student idzie!" 
Skończyło się miłym wspólnym śniadaniem z Profesorem. Wieczorem 
miał odbyć się wielki raut. przed wejściem stałam z profesorem 
Kolankowskim i rozmawialiśmy, gdy podszedł do nas minister Skrzeszew- 
ski - miałam wówczas zaszczyt jako pierwsza wejść do sali rautowej. 
przez cały okres studiów pracowałam zarobkowo, bo (jak wspomina- 
łam) było nam bardzo ciężko. Będąc na drugim roku miałam 1/3 etatu 
zastępcy asystenta, później połówkę młodszego asystenta - fikcyjnie 
w Katedrze Historii Kultury. W rzeczywistości bowiem prawie wszyscy 
pracownicy biblioteki Instytutu byli "górszczakami". Praca polegała na 
porządkowaniu biblioteki historycznej - jeszcze do dzisiejszego dnia 
można w katalogu spotkać sporządzone przeze mnie i moich kolegów 
karty katalogowe. Kierował tą grupą biblioteczną docent Żytkowicz, 
człowiek niezwykle dowcipny i piekielnie złośliwy. Powszechnie więc 
strasznie się go obawiano. Jak się okazało, byliśmy w Wilnie sąsiadami 
z ul. Senatorskiej - gimnazjalista mieszkał pod II-tym, a ja - małolat 
- pod 13-tym. W tej grupie było też dwóch adiunktów: dr Ślaski, zwany 
przez nas wielkim komturem (był bardzo wysoki), i dr Mossakowski, 
który był ,jednym wielkim dziwadłem" - wiedzę miał olbrzymią, ale 
nie umiał "robić kariery". Pozostali to: pochodzący z kresów Wacław 
Odyniec (obecnie jest profesorem w Gdańsku), Józef Rumiński - pedant 
nie z tej ziemi (później pracownik Archiwum Państwowego w Gdańsku) 
i Kazimierz Jasiński; później dołączył do nas z Łodzi Andrzej Tomczak, 
który przyszedł do Torunia za profesorem Kolankowskim, po zaliczeniu 
na UŁ drugiego roku studiów. Wszyscy są już emerytami. 
Ta "grupa biblioteczna" wodziła rej wśród studentów historii. 
Pamiętam nasz wypad z Leonidem Żytkowiczem i prof. Marianem 
Gumowskim do Poznania po książki. Jechaliśmy oczywiście ciężarówką. 
Na miejscu trzeba było dokonać jakiejś selekcji, bo okazało się, że 
książek jest na kilka wagonów, a nie na naszą małą ciężarówkę. 
Znaleźliśmy "wyborne" kryterium - była nim oprawa. Przy wszelkich 
wyjazdach najważniejszą rzeczą była komitywa z kierowcą. Dzięki niej
>>>
148 


nie musieliśmy wracać zaraz po załadowaniu ciężarówki książkami, 
zajechaliśmy więc pod Operę i kupiliśmy bilety na "Fausta". Życie 
zatruwał nam prof. Gumowski, który po obejrzeniu spektaklu twierdził, 
że "takich butów Faust nosić nie mógł". Wreszcie załadowaliśmy się do 
auta i ruszyliśmy w drogę powrotną do Torunia. Na rogatkach miasta 
zatrzymano nas ze względu na obowiązującą godzinę milicyjną - w po- 
dobnej sytuacji znalazło się kilkadziesiąt samochodów przed nami. 
Jednak był wśród nas Tadeusz Grudziński, należący do grupy aktywniej- 
szych studentów, choć w bibliotece nie pracował. Wcześniej był w wojsku 
i obeznany był z szarżami i zwyczajami wojskowymi, wybrał się więc do 
komendanta i przekonał go, jak ogromnie zasłuży się nauce polskiej, jeśli 
nas przepuści. Ku zazdrości innych "kolejkowiczów" triumfalnie 
ruszyliśmy w dalszą drogę. Tego rodzaju transportów było zresztą 
więcej, choć ja brałam udział tylko w tym jednym. 
Większość naszej paczki stanowili tzw. "górszczacy", czyli seminarzy- 
ści prof. Karola Górskiego. Mnie formalnie przydzielono do Katedry 
prof. Kazimierza HartIeba. Był to ogromnie kulturalny, starszy pan, 
pochodzący ze Lwowa. Przed wykładem udawał się do pokoiku za salą 
wykładową, po czym wzywał mnie i pytał, ile przyszło osób - dopiero 
po uzyskaniu odpowiedzi podejmował decyzję, czy wykład się odbędzie. 
Kiedyś poprosiłam Profesora, by skończył punktualnie, bowiem wybie- 
ramy się na rekolekcje. Przez cały czas wykładu spoglądał to na mnie, to 
na zegar i dopytywał się, czy już czas skończyć. 
Do naszej "bibliotecznej" grupki dołączyli potem: wspomniany już 
Tadeusz Grudziński, Marian Biskup (późniejszy mój mąż), Barbara 
Bohmówna i Renata Mayerówna. Stosunki z profesurą były nader 
bliskie, wręcz familiarne, wszakże byliśmy ich pierwszymi studentami po 
wojnie. Profesorowie zapraszali nas na imieniny, bywaliśmy u HartIeba, 
Kolankowskiego, Lechickiej. 
Po jednym z wykładów prof. Górski poprosił, żeby po wykładzie 
zostali kandydaci na jego seminarzystów. Nie wiem, jak Profesor 
doszedł do wniosku, że ja na jego seminarium uczęszczać nie zamierzam, 
ale zauważywszy mnie kazał opuścić salę. Kilkakrotnie to powtarzał, 
mimo moich upartych twierdzeń, że nie wyjdę. Mój upór okazał się 
skuteczny i Profesor dał za wygraną. Zostałam więc i od tej pory byłam 
wierna Profesorowi, który bardzo o nas dbał - "ciągnął nas za uszy", 
bardzo pilnował i zmuszał do referowania prac. Kiedy już skończyliśmy 
studia, pilnował starannie naszych doktoratów. Jeżeli Profesor nie pytał
>>>
149 


o przebieg prowadzonych prac i postępy w badaniach, znaczyło to, że 
jest bardzo źle. 
Profesor Górski uważał, że historyk musi znać tereny, które bada 
i opisuje, co skłoniło nas, zajmujących się Pomorzem, do zwiedzenia 
całego Wybrzeża - od Braniewa aż po Wolin. Znaczną rolę odegrało tu 
Koło Historyków, do którego należała strona organizacyjna tych 
wyjazdów, sprawy naukowe zaś brał na siebie sam Profesor, czasami 
zlecając coś któremuś z nas. Jeździliśmy w dość prymitywnych warun- 
kach, zazwyczaj ciężarówkami, czasem koleją - trzecią klasą. Przypo- 
minam sobie reakcję Profesora, gdy na jednej z wycieczek - wbrew jego 
opinii - zmieniliśmy trasę powrotu. Kiedy zorientował się, że jedziemy 
inną drogą, przez długi czas nie odzywał się do nas, wyraźnie okazując 
Swoje nieukontentowanie. Nie pamiętam, co było godnego zobaczenia 
na nowej trasie, zapadło mi jednak w pamięć, jak Profesor zdjął kapelusz 
i powiedział, że bardzo nam dziękuje, żeśmy go nie posłuchali. 
Tworzyliśmy grupę aktywną. W ramach Koła Historyków gromadzi- 
liśmy księgozbiór i opracowywaliśmy go, wygłaszaliśmy też prelekcje, 
których słuchali także profesorowie. Kiedyś ktoś z innej uczelni bardzo 
się dziwił, że student wygłasza odczyt, a profesor siedzi w ławce. 
Urządzaliśmy również wieczorki z różnymi występami, najczęściej 
w Cukierni Akademickiej przy ul. Fredry. Doktor Mossakowski przyznał 
mi się pewnego razu, że na wieczorek przyszedł tylko dlatego, że tak 
wypadało, spotkanie jednak go bardzo mile zaskoczyło i został do 
końca. Kuratorem Koła był prof. Włodarski. Raz, przeglądając listę 
uczestników jednej z wycieczek, zapytał, dlaczego nie ma na niej 
Janoszówny. Koledzy zgodnie z prawdą odpowiedzieli, że nie mam za 
co, wówczas wezwał mnie, wyjął z portfela pieniądze i, dając mi je, 
powiedział, że oddam, kiedy będę mogła. Wkrótce, dzięki Profesorowi 
właśnie, otrzymałam dwumiesięczne stypendium i dług mogłam zwrócić. 
Gest ten do dzisiaj wspominam bardzo miło. 
Funkcjonowało w Toruniu duszpasterstwo akademickie. Jego ofi- 
cjalnym opiekunem był późniejszy biskup pomocniczy w Pelplinie - ks. 
Zygfryd Kowalski. Szczerze mówiąc, zanadto się nami nie zajmował. 
Naprawdę pod swoje skrzydła wzięli nas jezuici, którzy organizowali 
różnego rodzaju zajęcia, a także wycieczki i obozy. Zapamiętałam 
zimowy obóz w Jaszczurówce i inny -letni - w Tleniu. Nie była to 
wcale działalność pozorowana, rzeczywiście czuliśmy duszpasterską 
"opiekę".
>>>
150 


W pewnym momencie wyszło zarządzenie nakazujące ujawnienie 
się przedwojennych harcerzy. Ponieważ byłam członkinią tej or- 
ganizacji, ujawniłam się. W kilka dni później odbywał się zjazd 
harcerzy w Katowicach, na który zostałam wytypowana przez 
komendantkę hufca. Pojechaliśmy do Bydgoszczy, gdzie zostałam 
przedstawiona komendantce chorągwi. Na zjeździe zabierałam głos, 
choć inni delegaci chorągwi nie bardzo mnie pamiętali i pytali 
komendantkę, kto to właściwie jest. Prowadziłam potem drużynę 
harcerską przy Gimnazjum Królowej Jadwigi, później zaś był krąg 
starszoharcerski. 
To wszystko działo się do 1949 r. Wówczas ukończyłam studia 
i urwały się kontakty z organizacjami, w których dotychczas działałam. 
Myśląc o tamtych czasach, zastanawiam się niejednokrotnie, skąd 
znajdowaliśmy dość czasu i energii, by się tym wszystkim zajmować. 
Przecież pracowaliśmy, uczyliśmy się (a trzeba pamiętać, że wyniki 
studiów były dobre i bardzo dobre) i jeszcze mieliśmy czas na działalność 
w różnych organizacjach. 
Jakby tego wszystkiego było nam mało, spotykaliśmy się w niefor- 
maJnych, towarzyskich grupkach. Sama należałam do takiej grupki 
koleżeńskiej, zwanej "ośmiornicą". Oprócz mnie były w niej jeszcze dwie 
koleżanki: Basia Bohmówna (obecnie Litwiniukowa) i Renata Mayerów- 
na oraz pięciu kolegów: Andrzej Tomczak, Tadeusz Grudziński, Jerzy 
Serczyk, Wacław Odyniec i Marian Biskup. Spotykaliśmy się zupełnie 
prywatnie, by wymieniać poglądy i "naprawiać świat". Rozmawialiśmy 
o różnych sprawach, które leżały nam na sercu, niekoniecznie naukowych 
czy światopoglądowych. Były to po prostu spotkania ludzi podobnie 
myślących i czujących. To my w gruncie rzeczy kierowaliśmy Kołem 
Historyków. 
Po magisterium dalej pracowałam na pół etatu w bibliotece, 
a jednocześnie podjęłam pracę w Gimnazjum Królowej Jadwigi. Miałam 
tam wychowawstwo ósmej klasy, uczyłam historii i... matematyki. 
Przedwojenny system edukacyjny przechodził wówczas reformę polega- 
jącą na zmianie szkoły dwunastoletniej na jedenastoletnią, czego efektem 
było zróżnicowane przygotowanie uczennic tej samej klasy. Moją 
ulubioną klasą była klasa maturalna. Jakież było moje przerażenie, gdy 
stwierdziłam, że pewne partie materiału dziewczęta znają zupełnie nieźle, 
o innych jednak nie mają zielonego pojęcia. Zabrałyśmy się do ciężkiej 
pracy. Koleżanki-nauczycielki nieco na mnie sarkały, bowiem dziewczęta
>>>
151 


ciągle uczyły się historii, a przynajmniej tak twierdziły. Nie było jednak 
chyba tak źle, skoro osiem osób podjęło potem studia historyczne. 
W czerwcu 1950 r. moją szkołę zlikwidowano i groziło mi przejście do 
Włocławka, na szczęście nie miałam wobec Kuratorium żadnych 
zobowiązań. Pomogli mi wówczas moi kochani uniwersyteccy profeso- 
rowie, uzyskując dla mnie pełny etat na UMK począwszy od roku akad. 
1950/1951. Szczęście jednak nie trwało długo. Z Uczelni mnie wprawdzie 
wprost nie wyrzucono, ale pracę straciłam - nie przedłużono ze mną 
umowy na rok następny. Był to koniec pierwszego okresu moich bliskich 
związków z toruńską Almae M atris jako studentki i pracownika. 
Rok 1951 był brzemienny w trzy ważne dla mnie wydarzenia: jedno 
przykre - to właśnie utrata pracy na UMK, pozostałe były milsze 
- zamążpójście i obrona pracy doktorskiej "Rola Torunia w Związku 
Pruskim i wojnie trzynastoletniej". Promotorem był oczywiście prof. 
K. Górski. 
Posadę znalazłam (zresztą także dzięki pomocy uniwersyteckich 
profesorów) w toruńskim Archiwum Państwowym, w którym pracowa- 
łam do 1966 r., dochodząc do stanowiska jego kierownika. Formalnie 
Archiwum było oddziałem Archiwum Wojewódzkiego w Bydgoszczy. 
Ale miało ono, podobnie jak radomskie, specyficzne uprawnienia 
i pewną autonomię. Kierownicy tych dwóch placówek mieli właściwie 
rangę równą randze dyrektorów archiwów wojewódzkich. Dosyć 
intensywnie uczestniczyłam w życiu państwowej służby archiwalnej. 
Byłam członkiem rady redakcyjnej "Archeionu", przewodniczącą Sekcji 
Archiwalnej PTH w Toruniu, przedstawicielką w Sekcji Archiwalnej 
Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Kultury. 
Stosunki w Archiwum toruńskim nie były najlepsze, głównie z racji 
podległości dyrektorowi Archiwum bydgoskiego. Źle czułam się pod 
tYmi skrzydłami. 
Jeszcze jako czynna archiwistka podjęłam zajęcia na Studium 
Zaocznym Historii UMK. Natomiast l stycznia 1966 r. zostałam 
kierownikiem Archiwum Uniwersyteckiego. Trudno opisać, co tam 
zastałam. Było po jakiejś awarii i remoncie - archiwalia leżały na 
posadzce przysypane warstwą gruzu. Początkowo byłam sama i, żeby 
było "ciekawiej", złamałam nogę. Założono mi wprawdzie gips, ale 
lekarz orzekł, że mogę się poruszać, więc przez dwa miesiące codziennie 
przyjeżdżał po mnie samochód rektora i zawoził do "Maiusa", gdzie 
mieściło się Archiwum, a po pracy odwoził do domu. Pracy było bardzo
>>>
152 


dużo. Do pomocy dostałam sprzątaczkę i udało się w ciągu kilku 
miesięcy poukładać akta na regałach, a także pooddawać różnym 
bibliotekom książki nagromadzone przez mojego poprzednika dr. Józefa 
Mossakowskiego. Z czasem udało się powiększyć obsadę personalną 
i uzyskać, dzięki przychylności i zrozumieniu rektora Łukaszewicza, 
najpierw pomieszczenie w nowym Rektoracie, a później dobry lokal 
w gmachu byłej Biblioteki Uniwersyteckiej na Chopina. Archiwum nie 
tylko pełniło funkcje archiwum zakładowego, ale uzyskało rangę placówki 
naukowej z prawem wieczystego przechowywania zasobu. Nie ograni- 
czyło się do gromadzenia akt komórek uniwersyteckich, ale przystąpiło 
do zbierania relacji i wspomnień pracowników Uniwersytetu, jak również 
ich spuścizn. Dokładniej o organizowaniu i działalności Archiwum 
UMK napisałam w osobnym artykule l . 
W 1971 r. habilitowałam się na podstawie pracy "Archiwum Ziem 
Pruskich", a w 1976 r. zaproponowano mi pełny etat w Instytucie 
Historii i Archiwistyki, choć nie w mojej specjalności historycznej. Jako 
wykwalifikowana archiwistka prowadziłam zajęcia kursowe dla studen- 
tów archiwistyki, a także seminaria magisterskie i wykłady monograficz- 
ne. W Archiwum UMK pozostała moja uczennica - Henryka Duczkow- 
ska-Moraczewska. 
W 1980 r. skończyłam 55 lat i zgodnie z ustawą "gierkowską" 
mogłam przejść na emeryturę. Wprawdzie były przeciw temu opory 
zarówno w domu, jak i na Uczelni, ale postawiłam na swoim. Szczególnie 
ciepło wspominam urządzone mi w Zakładzie Archiwistyki pożegnanie, 
w trakcie którego grupka życzliwych mi i miłych osób pamiętała nawet 
o moich drobnych przyzwyczajeniach (była kawa z ekspresu!). 
I tak zakończyła się moja uniwersytecka historia. Teraz siedzę 
w domu, a ponieważ historycy są w tej szczęśliwej sytuacji, że także 
w domu mogą pracować naukowo, nadal pracuję. Niedawno skończyli- 
śmy z mężem edycję Aktów Stanów Prus Królewskich, zapoczątkowaną 
jeszcze przez naszego mistrza Karola Górskiego 2 . 


I I. Janosz-Biskupowa, Archiwum Uniwersytetu M. Kopernika w Toruniu 
(1948-1968), Zesz. Nauk. UMK, Historia 5, Toruń 1969, s. 69-91. 
2 Wydawnictwo to, zapoczątkowane w 1955 r. przez prof. Karola Górskiego, 
przejęli później Marian Biskup i Irena Janosz-Biskupowa. Ostatni, ósmy tom wyszedł 
w 1993 r.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


KAZIMIERZ JASIŃSKI 


Wspomnienia historyka z pierwszych lat na UMK. 


Na studia W UMK zapisałem się z pewnym opóźnieniem. Ojciec 
(rolnik) i brat uważali, że mógłbym im jeszcze pomóc w prowadzeniu 
gospodarstwa, natomiast matka była za możliwie wczesnym podjęciem 
studiów. W końcu przeważyło jej zdanie i w lutym 1946 r. wysłano mnie 
do Torunia, abym zapisał się na Wydział Prawa. W domu znano moje 
zainteresowania historią, lecz oboje rodzice uważali, że historyk to 
marnie zarabiający nauczyciel, podczas gdy po ukończeniu prawa 
mógłbym zostać adwokatem, "a to jest już coś". Po przybyciu do 
Torunia, jako posłuszny syn, zgłosiłem się do Collegium Minus, aby 
zapisać się na Wydział Prawa. Okazało się jednak, że na prawo już od 
kilku dni nie przyjmowano. W tej sytuacji udałem się do Collegium 
Maius, gdzie w dziekanacie Wydziału Humanistycznego przyjęto mnie 
na kierunek historii. Dziekanem był wówczas prof. Konrad Górski, 
natomiast sekretarką Halina Jeśman. Egzaminów wstępnych wówczas 
nie było, wystarczyło świadectwo maturalne. Nie bez obaw wracałem do 
domu. Okazało się jednak, że rodzice pogodzili się z moim nieposłuszeń- 
stwem, tym bardziej, gdy dowiedzieli się, że studia prawnicze mógłbym 
podjąć dopiero w następnym roku akademickim. 
Wkrótce ze skromnym bagażem rzeczy osobistych udałem się do 
Torunia, aby studiować historię. Zamieszkałem w baraku (od wielu lat 
już nie istniejącym) przy Domu Akademickim nr l, w pokoju cztero- 
osobowym, wspólnie z kolegą Bolesławem Stachowiakiem, historykiem. 
Pozostali koledzy to student romanistyki, Zdzisław Wróbel, późniejszy 


. Tekst złożony do druku w 1994 r.
>>>
rys. K. Slelański 



 


')
>>>
155 


literat, oraz student prawa Tadeusz Falkowski. Warunki pobytu 
w baraku określibym krótko: spartańskie, lecz mimo wszystko mośne. 
Tak się złożyło, że moimi najbliższymi kolegami - do dzisiaj - poza 
historykami są prawnicy. 
Z wielką przyjemnością wspominam pierwsze tygodnie moich 
studiów historycznych. Szczególnie podobały mi się wykłady prof. 
Włodarskiego, kierownika Katedry Historii Polski Średniowiecznej. 
Dotyczyły one Polski okresu wczesnopiastowskiego. Podobały mi 
się także wykłady prof. Ludwika Kolankowskiego, odbywające się 
jednak doŚĆ rzadko, oraz wykłady prof. Karola Górskiego (liczył 
wówczas niespełna 43 lata), niewątpliwie najwybitniejszego historyka 
w dotychczasowych dziejach UMK. 
Jak już zamaczyłem, najbardziej zaimponowały mi wykłady prof. 
Włodarskiego. Rzecz zrozumiała, należy w tym miejscu przytoczyć 
łacińską sentencję: de gu.vtibus non est di.vputandum. Jednak mój 
gust był w tym wypadku podzielany przez licznych kolegów. Ci, 
którzy pamiętają prof. Włodarskiego z lat 60-tych i 70-tych (zmarł 
w 1974 r.), mogą mieć o nim całkiem mylne wyobrażenie. Profesor 
Wcześnie - w przeciwieństwie np. do prof. Górskiego - został 
dotknięty procesem starzenia się, natomiast końcowe lata 40-te i lata 
50-te stanowiły apogeum jego działalności naukowej i dydaktycznej. 
Dla mnie najbardziej pasjonującym elementem jego wykładów było 
zapoznanie nas z metodą badań naukowych - ze sposobem ustalania 
faktów historycznych. Nie jest dziełem przypadku, że na seminarium 
Profesora zgłaszali się liczni studenci, z których wielu zostało później 
pracownikami naukowymi (niektórzy z nich są już profesorami). 
Wśród jego uczniów spotykamy nie tylko mediewistów (zajmujących 
się historią średniowiecmą), lecz także specjalistów innych dziedzin 
historycznych, żeby wymienić tylko profesorów Ryszarda Kozłowskiego 
i Bohdana Ryszewskiego. Profesor Włodarski jest twórcą jednej 
z toruńskich szkół mediewistycznych, manych w skali ogólnopolskiej. 
Na seminarium dochodziło często do gorących, lecz zarazem rze- 
CZOwych, polemik i dyskusji, którym z niekłamaną satysfakcją przy- 
słuchiwał się kierownik seminarium. W polemikach brylowali zwłaszcza 
kOledzy: Tadeusz Grudziński i Janusz Bieniak. 
Początki mego zatrudnienia jako pracownika naukowego w UMK 
były również doŚĆ przypadkowe. W końcu 1947 r. prof. Włodarski 
zaproponował kol. Stachowiakowi, najlepszemu łacinnikowi z naszego
>>>
156 


seminarium, objęcie stanowiska (dzisiaj już nie istniejącego) zastępcy 
asystenta. Było to wówczas stanowisko pospolite, wynikające z wielkiego 
zapotrzebowania na tzw. pomocniczych pracowników nauki. Z braku 
asystentów zatrudniano w charakterze pracowników naukowych często 
osoby jeszcze studiujące, przed uzyskaniem przez nie magisterium. 
Kolega Stachowiak odmówił przyjęcia stanowiska zastępcy asystenta, 
tłumacząc się zaawansowanym wiekiem (ur. w 1905 r.), polecając 
zarazem "po kumotersku" na to stanowisko moją osobę. Profesor tę 
propozycję zaaprobował. Zostałem z dniem 1 grudnia 1947 r. zastępcą 
asystenta przy Katedrze Historii Polski Średniowiecznej. Gdy Profesor 
po pewnym czasie spotkał się z, wówczas jeszcze docentem, Leonidem 
Żytkowiczem, pochwalił się przed nim, że majuż własnego asystenta. Na 
pytanie, kto nim został, Profesor odpowiedział: "ten blondynek, 
Jasiński" . 
W ten sposób rozpoczęła się moja czterdziestoczteroletnia praca na 
UMK, zakończona przejściem na emeryturę w końcu sierpnia 1991 r. 
Nic dziwnego, że w czasie tak długoletniego zatrudnienia przestałem być 
blondynkiem. Jako jeden z nielicznych (a może jedyny?) pełniłem na 
UMK osiem funkcji jako: zastępca asystenta, asystent, starszy asystent, 
adiunkt, zastępca profesora, docent, prof. nadzwyczajny i zwyczajny. 
Największy wpływ na moją karierę naukową wywarł mój Mistrz, 
prof. Włodarski, pod którego kierunkiem pisałem prace: magisterską, 
doktorską i kandydacką. DoŚĆ bliskie kontakty miałem z prof. Karolem 
Górskim. Uczęszczałem na jego wykłady. Był on recenzentem mojej 
pracy magisterskiej i opiniodawcą wniosków dotyczących moich nomi- 
nacji. Profesor zapraszał mnie niekiedy do swego pokoju (Collegium 
Maius, pok. 3) na rozmowy przeważnie o rycerstwie wielkopolskim 
XIII w. Zdarzało się, że opowiadał o swoich studiach uniwersyteckich 
na Uniwersytecie Jagiellońskim, między innymi o swoim mistrzu prof. 
Władysławie Semkowiczu. 
Mile wspominam wszystkich moich profesorów i wykładowców. Ze 
szczególną życzliwością spotykałem się ze strony prof. Żytkowicza, 
z którym nie miałem zajęć dydaktycznych, nie licząc kilku godzin 
proseminaryjnych. 
Jak wyglądały początki mojego zatrudnienia na UMK? Wchodziłem 
w skład pomocniczych pracowników nauki, rekrutujących się przeważnie, 
chociaż nie wyłącznie, z zastępców asystentów. Naszym głównym 
miejscem pracy była biblioteka Instytutu Historii (nazwa umowna, bo
>>>
157 


oficjalnie Instytutu Historii jeszcze wówczas nie było), mieszcząca się na 
parterze Collegium Maius. Obowiązywał podział pracy. Każdy z nas 
wykonywał sobie tylko powierzoną czynność: zakup książek, inwen- 
taryzacja, katalogowanie (kilka osób), wstawianie książek na półki 
i przekazywanie ich do oprawy. Większość z nas pełniła dyżury w czytelni. 
Należy pamiętać o tym, że biblioteka powstawała od zera. Wymiar 
godzin dyżurów bibliotecznych był znaczny (dokładnej liczby dyżurów 
w tygodniu już nie pamiętam), ponieważ biblioteka była czynna co 
najmniej 10 godzin dziennie. 
O pełnym równouprawnieniu płci świadczyła obecność wśród 
nas jedynaczki, koleżanki Ireny Janosz, późniejszej małżonki kolegi 
Mariana Biskupa. Spotykaliśmy się codziennie (z wyjątkiem oczywiście 
niedziel i świąt) niemal w komplecie na zapleczu czytelni. Poza 
wypełnianiem zleconych nam prac bibliotecznych prowadziliśmy oży- 
wione dyskusje, wymienialiśmy wzajemnie nasze doświadczenia, in- 
formowaliśmy o naszej pracy naukowej (początkowo najczęściej o stanie 
zaawansowania pracy magisterskiej). Znana nam była z tych dyskusji 
problematyka i potrzeby nie tylko własnej katedry, lecz także po- 
Zostałych katedr. Stanowiliśmy zżytą ze sobą grupę osób, którą 
umownie można by nazwać "izbą niższą" Instytutu Historii. Nestorem 
był wśród nas mgr Mossakowski (ur. 1897 r.), człowiek prawy 
i niezwykle uczynny, a przy tym bardzo oryginalny. Drugi pod 
względem wieku, dr Kazimierz Ślaski, przeniósł się wkrótce do Po- 
znania. Naszym "bibliotecznym" szefem był doc. Leonid Żytkowicz, 
kierujący biblioteką sprawnie i zarazem taktownie. Był on osobą 
o specyficznym poczuciu humoru i niewątpliwie wybitnym uczonym. 
Dzięki dyżurom w czytelni mieliśmy bezpośredni kontakt ze studen- 
tami. Z własnego doświadczenia wiem, że znałem wszystkich lub prawie 
wszystkich studentów kierunku historii. Moje dyżury cieszyły się wśród 
studentów dobrą opinią. Wynikało to z dwóch przyczyn: 1) jedną 
z moich funkcji było wstawianie na półki skatalogowanych książek, 
dzięki czemu byłem najlepiej zorientowany w aktualnym rozmieszczeniu 
kSięgozbioru, oraz 2) (przyczyna niewątpliwie ważniejsza) wspólnie 
z mgr. Mossakowskim należeliśmy do najbardziej liberalnych wypoży- 
czających. Książki z przeterminowanym zwrotem wypożyczenia były 
zwracane wyłącznie na nasze ręce. Natomiast najbardziej obawiali się 
studenci kol. Józefa Rumińskiego, który bezwzględnie przestrzegał 
regulaminu wypożyczeń.
>>>
158 


Z dyżurami nie miałem kłopotów z jednym tylko wyjątkiem, 
mianowicie miałem trudności z wytłumaczeniem początkującemu studen- 
towi, dlaczego nie mógł on w Slowniku geograficznym Królestwa Polskiego 
maleźć informacji biograficznych o Tadeuszu Kościuszce. Rozgoryczony 
powiedział: "taka duża encyklopedia, a do niczego". 
Prawdziwe kłopoty miałem natomiast z moją promocją doktorską 
w końcu 1950 r. Do dzisiaj nie lubię wystąpień publicznych, przy których 
towarzyszy mi wielka trema, zwłaszcza gdy zdarzało się wystąpić przed 
licznym gremium. Tymczasem ówczesny rektor, prof. Karol Koranyi, 
bezpośredni następca pierwszego rektora UMK, prof. Ludwika Kolan- 
kowskiego (w związku z tym prof. Koranyi mawiał: "po Ludwiku 
Dumnym nastąpił Karol Szalony") wpadł na pomysł, aby moja promocja 
odbyła się w Collegium Maximum podczas wspólnej sesji UMK 
z Wojewódzką Radą Narodową z Bydgoszczy. Rektorowi chodziło o to, 
aby w pewnym momencie wystąpić w stroju rektorskim przede wszystkim 
przed bydgoszczanami, który to strój obowiązywał przy promocji. 
W oczekiwaniu na moją "egzekucję" przeżywałem ciężkie chwile. Gdy 
wreszcie nadszedł dzień sesji, umieszczono mnie na balkonie auli 
Collegium Maximum, skąd w odpowiednim momencie miałem być 
sprowadzony przez któregoś z pedlów uniwersyteckich na podium. 
Oczekiwałem tej chwili z całą pewnością w gorszym nastroju niż pacjent, 
który ma za chwilę zasiąść na fotelu dentystycznym. Po doŚĆ długim 
oczekiwaniu (godzina, dwie?) usłyszałem głos przewodniczącego obrad, 
Józefa Augustyna, radnego WRN w Bydgoszczy, oznajmujący, że punkt 
dotyczący promocji doktorskiej spada z porządku dziennego. Ode- 
tchnąłem z wielką ulgą. Znalazł się ktoś rozsądny, który wyperswadował 
rektorowi sztuczność imprezy promocyjnej. Szkoda tylko, że cała ta 
sprawa kosztowała mnie tyle nerwów. 
Promocja moja odbyła się nieco później, 22 grudnia 1950 r. 
w Collegium Minus. Grono promocyjne stanowili: promotor - prof. 
Włodarski, rektor - prof. Koranyi i prodziekan (zastępujący tym razem 
dziekana, którym był promotor) - prof. Stefan Hrabec. Świadkami 
mojej promocji było tylko kilkanaście osób, sami swoi: żona, koledzy 
z "niższej izby" i naj bliżsi przyjaciele. Nic też dziwnego, że chociaż nie 
należę do odważnych, stanąłem śmiało przed aeropagiem promocyjnym. 
Ta moja "zuchwałość" została jednak wkrótce skarcona. W momencie 
kulminacyjnym aktu promocji rektor Koranyi nagle spojrzał na mnie 
bardzo groźnie. Speszyło mnie to, wręcz przestraszyło. Pomyślałem
>>>
159 


sobie, może popełniłem jakąś gafę, co było o tyle możliwe, że 
należę do osób bardzo roztargnionych. Przyczyna złowieszczego wzroku 
Jego Magnificencji była bardzo prozaiczna. Było to spowodowane 
przygotowywaniem się fotografa do zrobienia zdjęcia. Nie wiedziałem, 
że prof. Koranyi wprost lubował się w pozowaniu do zdjęć, co 
potem uwiecznił na jednej ze swych karykatur prof. Leon JeŚlnanowicz. 
Rektorowi nie wystarczyło zatem, że wystąpił w rektorskich grono- 
stajach, lecz musiał jeszcze - na moje nieszczęście - przybrać 
marsową minę rzymskiego wodza. 
Na tym się jeszcze nie skończyło. Gdy bezpośrednio po promocji 
udałem się wspólnie z żoną na relaksowy spacer po ulicach Torunia, 
dopadł mnie na ulicy Chopina zdyszany jeden z pedlów uniwersyteckich l 
i zażądał zwrotu tuby, którą mi przecież uroczyście przy świadkach 
wręczono. Okazało się, że tuba jest własnością (i to zinwentaryzowaną!) 
uniwersytecką. Zwróciłem, zastrzegając jednak, że zatrzymam sobie 
dyplom doktorski, znajdujący się, jak przypuszczałem, wewnątrz tuby. 
Na to rzekł pedel, "ależ proszę pana, tuba jest w środku pusta, nie ma 
w niej dyplomu". Odpowiadało to - ku memu rozczarowaniu - praw- 
dzie. Dyplom otrzymałem oddzielnie w późniejszym terminie. 
Podsumowując moje wspomnienia chciałbym podkreślić, że studia 
uniwersyteckie oraz początki mej kariery naukowej na UMK wspominam 
z przyjemnością. Wprawdzie w starszym wieku wspomnienia z młodych 
lat ulegają pewnej idealizacji. Chwile przykre, a takich i w moim 
przypadku nie brakowało, jakby się zacierają w pamięci. Uważam 
jednak, że pozytywna ocena "tamtych" lat jest - jeżeli chodzi o moją 
osobę - zgodna z rzeczywistością. 
I Feliks Filipowicz.
>>>
UNIWERSYTBT MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TOR UŃ 1995 


MARIAN KACZMAREK 


Geneza powstania miasteczka uniwersyteckiego 
na Bielanach* 


Urodziłem się 8 listopada 1908 r. w Poznaniu. Jako harcerz wraz 
z dwoma braćmi brałem udział w powstaniu wielkopolskim pełniąc 
służbę łącznika i gońca przy Komendzie Miasta. Dowództwo powstania 
pomogło mi później w dostaniu się do Korpusu Kadetów we Lwowie. 
Stamtąd zostałem przyjęty do Szkoły Podchorążych Artylerii (obecna 
WSWRiA) w Toruniu, gdzie studiowałem w latach 1928 - 1930. Po 
nominacji na oficera pełniłem służbę w Przemyślu. W 1935 r. powróciłem 
do Torunia, skierowany do 31-PAL na Podgórzu. Służyłem w nim do 
wybuchu wojny. W kampanii wrześniowej zostałem ranny pod Ilowem 
i wzięty do niewoli, do Oflagu w Murnau (w południowych Niemczech). 
Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie dostałem się do II Korpusu 
We Włoszech, a stamtąd do Anglii. Dnia 15 września 1951 r. powróciłem 
do Kraju, do Torunia, gdzie przebywała moja rodzina, żona z córką. 
W latach 1951-1954 pracowałem w Toruńskich Zakładach Gastro- 
nomicznych jako szef administracji, skąd przeszedłem do Ministerstwa 
Szkolnictwa Wyższego w Warszawie. 
Tam byłem współorganizatorem przejmowania od Rosjan, budow- 
niczych Pałacu Kultury i Nauki, osiedla Jelonki, do mnie należała 
reorganizacja i unowocześnienie części gospodarczo-żywieniowo-usłu- 
gowej. Jelonki zostały później przejęte przez nasze Ministerstwo 
i zrobiono tam osiedle studenckie. Były tam między innymi domki 


. Tekst przygotowany do druku przez Henrykę Duczkowską-Moraczewską na 
POdstawie rozmów przeprowadzonych z Marianem Kaczmarkiem i autoryzowany 
5 III 1994 r.
>>>
rys. K. Stefański
>>>
163 


fińskie; w uznaniu mojej pracy jeden z nich zaproponowano mi na 
mieszkanie. Ze względów rodzinnych (żona chorowała na serce i pobyt 
w Warszawie był dla niej niewskazany) nie zamieszkaliśmy w Warszawie. 
Natomiast pojawiła się możliwość ciekawej pracy w Toruniu. Minister- 
stwo planowało ruszyć z inwestycjami na UMK, gdzie sprawami tymi 
zajmował się wprawdzie mgr Stanisław Nowicki, ale właściwie nic się nie 
działo. Zaproponowano mi kierowanie inwestycjami na Uniwersytecie. 
Przyjechałem do Torunia na spotkanie z rektorem UMK, Henrykiem 
Szarskim. "Proszę pana - powiedział - Uniwersytet dotychczas spał 
- to jest zdanie pana ministra Adama Rapackiego. Wiem o pana pracy 
na Jelonkach, chciałbym pana tu zaangażować, c;zy pan się podejmuje 
zapewnić rozwój naszym inwestycjom?" Zgodziłem się. 
Był kwiecień 1957 r. Jednym z ważniejszych zadań Uc;zelni było 
reaktywowanie Wydziału Prawa. Powołany został organizator tego 
Wydziału w osobie prof. Wojciecha Hejnosza. Pojawiły się jednak 
kłopoty. Była wprawdzie zgoda Ministerstwa na reaktywowanie Wy- 
działu Prawa, brakowało jednak pomieszczeń, kadry, finansów. Nam 
chodziło głównie o uzyskanie zgody i argumentowaliśmy w Warszawie, 
że gmach mamy (w grudniu 1956 r. Komitet Miejski PZPR przekazał 
UMK na potrzeby Wydziału Prawa budynek przy ul. Fredry 8). 
Wojciech Hejnosz c;zynił starania o ściągnięcie kadry z różnych ośrodków 
naukowych; twierdziliśmy, że pieniądze też nie są nam potrzebne i nie 
żądamy dofinansowania. Już w tym momencie wiedzieliśmy, że będziemy 
potrzebowali około 250 tys. zł z Ministerstwa. Rozpoczęliśmy starania. 
Mieliśmy ułatwione zadanie, bowiem dyrektorem finansów w Minister- 
stwie był serdec;zny przyjaciel naszego kwestora, Jana Hanki, którego 
nazwiska już nie pamiętam, znali się jeszcze z Wilna z Uniwersytetu 
Stefana Batorego. Zapewnił nam otrzymanie żądanej sumy z rezerw. 
Kolejną osobą, od której wiele zależało, była naczelniczka Wydziału 
pani Rosiecka (zdaje się - Zofia), lwowianka, bardzo życzliwa dla 
UMK, również z racji osobistych, jako że wielu pracowników z Uniwer- 
sytetu Jana Kazimierza objęło katedry w Toruniu. To, że byłem 
w Korpusie Kadetów we Lwowie, przyc;zyniło się również do pozyskania 
jej sympatii. Ponieważ nie stawialiśmy prawie żadnych żądań, sprawa 
była prosta. Odbyło się posiedzenie właściwej komisji, dostaliśmy 
oficjalną zgodę. Teraz nadszedł czas na "finanse". Udałem się do pani 
naczelnik i mówię, że po dokładnym rozpoznaniu będziemy jednak 
musieli dostać co najmniej 250 tys. zł. Nie obyło się bez drobnych
>>>
164 


zgrzytów, na SzczęSCle jednak okazało się, że Wydział Finansowy 
dysponuje akurat pewną nadwyżką. Pani naczelnik już nie miała 
oporów, a UMK miał środki na rozruch Wydziału. 
Wówczas dominowała koncepcja, aby rozbudowywać Uniwersytet 
poprzez budowę nowych obiektów i rozbudowę już istniejących. Nam 
zwłaszcza były bardzo potrzebne domy akademickie, jak i jednostki 
dydaktyczne. Problem polegał na braku terenów pod budowę. W tym 
czasie miasto opracowywało plan perspektywiczny rozwoju Torunia. 
Rektor delegował mnie do brania udziału w posiedzeniach Miejskiej 
Rady Narodowej poświęconych temu tematowi. Szybko zorientowałem 
się, że w planach nie uwzględnia się Uniwersytetu. Na moje pytania, jaka 
jest perspektywa rozwoju UMK, wskazano tereny ogrodnicze (obecnie 
znajduje się tam Książnica Miejska), wolne tereny przy al. 700-1ecia oraz 
nadbudowę "Harmonijki" itp. Ze względu na znacznie większe potrzeby 
Uczelni koncepcje te były nie do przyjęcia l . 
Plan perspektywiczny rozwoju Torunia opracowywał pod kierunkiem 
prof. Ryszarda Karłowicza zespół z Politechniki Warszawskiej. Wielo- 
krotnie spotykaliśmy się i szukaliśmy terenów, które można by wykorzys- 
tać dla Uniwersytetu. lon, i ja podczas pobytów za granicą widywaliśmy 
tzw. "campusy" uniwersyteckie. Idea budowy od nowa w dziewiczym 
terenie całego miasteczka uniwersyteckiego wydawała się bardzo słuszna 
i pociągająca. Rozważaliśmy tereny na Podgórzu (po likwidacji poligonu), 
obecnego osiedla na Skarpie, osiedla na Wrzosach. Wojsko skłonne było 
odstąpić zajmowany obiekt przy ul. Balonowej w zamian Z;l wybudowanie 
nowych obiektów na poligonie drawskim i poniesienie wszelkich kosztów 
związanych z przeprowadzką. Takiej propozycji również nie mogliśmy 
przyjąć. W tej pierwszej fazie najmniej uwzględniane były tereny 
dzisiejszego miasteczka uniwersyteckiego. W dalszych etapach, po 
odrzuceniu poprzednich koncepcji, zaczęliśmy bliżej rozważać lokalizację 
na Bielanach. Jednomyślności w tej sprawie nie było. Większość 


I UM K już w 1960 r. zlecił inż. Stefanowi Modrzejewskiemu z Torunia opracowanie 
wstępnych założeń projektu rozbudowy Uczelni. Autor projektu sugerował zlokalizowanie 
budynków Uniwersyteckich przy ul. Bielańskiej. Senat na posiedzeniu w styczniu 1962 r. 
jednak wypowiedział się przeciw tym koncepcjom. Eksperci powołani przez Prezydium 
MRN Torunia byli za. Wspólnie (UM K l M RN) zlecono przygotowanie ekspertyzy doc. 
Karłowiczowi i mgr. Eugeniuszowi Kosiackiemu z Wydziału Architektury Politechniki 
Warszawskiej. W ekspertyzie tej z 1962 r. postulowano wybudowanie dla UMK 
osobnego miasteczka uniwersyteckiego z uwzględnieniem wariantu bielańskiego. Tak 
zakończył się pierwszy etap dyskusji nad rozbudową UM K.
>>>
165 


profesorów forsowała koncepcję rozwoju w ramach istniejących jedno- 
stek, tzn. przez dobudowę i rozbudowę. Przypominam sobie taki 
moment, gdy mieliśmy iść z rektorem Antonim Swinarskim (który już 
dał się przekonać do projektu Bielan) na naradę z władzami miejskimi, 
że prof. Bronisław Włodarski, historyk, zażądał 'odebrania mi prawa 
głosu, ponieważ - jak twierdził - jestem zwolennikiem usunięcia 
Uczelni z Torunia i wyrzucenia gdzieś pod Bydgoszcz. Profesor Rajmund 
Galon natomiast widział rozbudową pomieszczeń dla geografii poprzez 
zabudowę parku przylegającego do istniejącego budynku przy ul. 
Fredry. Profesor Aleksander Jabłoński nie widział konieczności prze- 
prowadzki, natomiast ewentualną rozbudowę jedynie wzdłuż Szosy 
Chebnińskiej. 
Ostatecznie zwyciężyła koncepcja Bielan. Otóż ja w czerwcu 1963 r. 
opracowałem, po raz pierwszy w Polsce, długofalowy program roz- 
budowy Uniwersytetu: na podstawie danych z Ministerstwa dotyczących 
planowanej liczby studentów i zapotrzebowania na absolwentów. 
Uwzględniłem w nim ilość miejsc w domach akademickich, powierzchnię 
obiektów socjalno-bytowych, rodzaj i wielkość obiektów dydaktycznych 
i towarzyszących (to wszystko, co teraz jest specjalnym działem 
ekonomii). Pracowałem w tym czasie prawie 24 godziny na dobę, do 
domu przychodziłem na wet nie jeść, a tylko umyć się, przebrać i przespać. 
Zaimponował mi prof. Jabłoński, przeciwnik koncepcji bielańskiej. 
Był to uczony o wielkim autorytecie, silna osobowość, wiele osób wręcz 
bało się go. Opowiadano mi, że wejście do gabinetu profesora było 
problemem, gdy pracował, a pracował dużo, i nie można mu było 
przeszkadzać. Wejść można było tylko na wyraźne - "proszę wejść" 
- inaczej delikwent spotykał się z ostrą reprymendą. Ogromne było 
moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem w drzwiach mojego gabinetu 
profesora. Zacząłem zastanawiać się, dlaczego profesor przyszedł zamiast 
Wezwać mnie do siebie. Jeszcze większe było moje zdziwienie, gdy 
Poznałem cel tej wizyty. Profesor zapoznał się z moim programem 
i przyszedł mi pogratulować. Stojąc powiedział: "panie magistrze, 
przychodzę złożyć panu gratulacje, zaimponował mi pan, całkowicie 
pOdpisuję się pod tym programem, ma pan moje placet, to pan miał 
rację, nie ja". Jeden jedyny i to kto? profesor Jabłoński. Było to dla mnie 
Wyjątkowe wyróżnienie. 
Rektor Swinarski zlecił w marcu 1964 r. opracowanie projektu 
miasteczka uniwersyteckiego Wydziałowi Architektury Politechniki
>>>
166 


Warszawskiej. Projekt przygotowany został przez zespół: Ryszard 
Karłowicz, Witold Benedekt i Marek Różański. Realizację inwestycji 
podzielono na trzy etapy: 1967 - 1970, 1971- 1975, 1976 -1980. W czer- 
wcu 1965 r. zaakceptowały go władze UMK, a we wrześniu tegoż roku 
Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego. Dla realizacji tego 
przedsięwzięcia utworzono w Toruniu Zarząd Inwestycji Szkół Wyższych. 
Dnia 23 marca 1967 r. Rząd PRL włączył do programu obchodów 
500-lecia urodzin Mikołaja Kopernika budowę miasteczka uniwersyte- 
ckiego w Toruniu. Zatwierdzono pierwszy etap budowy, przeznaczając 
na ten cel 215 mln zł. 
Moim zdaniem, znaczącą rolę w realizacji budowy miasteczka 
uniwersyteckiego na Bielanach odegrał prorektor, późniejszy rektor 
UMK, prof. Witold Łukaszewicz. Miał dużą łatwość nawiązywania 
kontaktów, miał znajomości w KC PZPR, w Ministerstwie i w innych 
instytucjach, był posłem. Wykorzystywał to z powodzeniem dla dobra 
Uczelni. "Załatwiał" środki i decyzje. Towarzyszyłem zwykle Rektorowi 
w wyjazdach do Warszawy, gdzie, pracując uprzednio w Ministerstwie, 
zawarłem szereg znajomości, nawiązałem przyjaźnie, które później 
procentowały. Na przykład budowany przy ul. Kraszewskiego profesorski 
dom mieszkalny ("Mądralin") miał być krótszy o dwie klatki (w 
pierwszym etapie). Ale w okresie, gdy budowa zbliżała się ku końcowi, 
przypadkowo dowiedziałem się, że ośrodki w Krakowie i na Śląsku nie 
wykorzystają w tym roku części przyznanych im funduszy. A premia 
działu inwestycyjnego w Ministerstwie zależała od wykonania planu 
przerobu. Wykonawca "Mądralina" był w stanie ukończyć drugi etap 
budowy do końca roku. Wystarczyło odpowiednio "pochodzić" koło 
sprawy i UMK zyskał dodatkowe mieszkania, a ktoś tam premię. 
Toruńska koncepcja budowy miasteczka uniwersyteckiego odbiła się 
szerokim echem w środowisku akademickim w Polsce. Efektem tego 
były składane mi propozycje pracy w podobnym charakterze na innych 
uczelniach, np. na Uniwersytecie Śląskim, Politechnice i Uniwersytecie 
w Gdańsku. Mimo że oferowano mi lepsze warunki finansowe i mie- 
szkanie, odmówiłem. Sercem i duszą związany jestem z Toruniem. 
Chciałem być przy realizacji tego, nad czym ciężko pracowałem. Mimo 
że i na miejscu poczyniono mi szereg ciekawych, zwłaszcza finansowo, 
awansów (m.in. widziano mnie na stanowisku wiceprezydenta Torunia), 
pozostałem przy Uczelni.
>>>
167 


Budowę miasteczka rozpoczęliśmy od prawnego przejęcia terenu. 
Prowadził te sprawy bardzo sprawnie starszy radca prawny Leopold 
Ziegler. Większość terenu należała do miasta, część do wojska, na części 
znajdowały się ogródki działkowe, był dworzec kolejowy i linia 
prowadząca do Merinotexu, a część (obecnie są tam gmachy Chemii 
i Ekonomii) stanowiły tereny prywatne. Własność miejską i użytkowaną 
przejęto aktem notarialnym, przeniesiono linię kolejową, rozebrano 
dworzec, urządzenia wojskowe (mała strzelnica artyleryjska i obiekty 
towarzyszące). Dłużej trwało wykupywanie ziemi w ramach wywłasz- 
czania właścicieli prywatnych. Łączyło się to ze sprawą wykreślenia 
hipotek, związaną z tym procedurą i opłatami sądowymi, jak też 
z zapewnieniem kilku mieszkań dla lokatorów rozbieranych budynków. 
Ostatecznie rozpoczęliśmy inwestycję 18 kwietnia 1967 r. budową 
pierwszego domu studenckiego na Bielanach (DS 7), oddanego do 
użytku 30 września 1968 r. Symboliczny akt rozpoczęcia budowy 
miasteczka uniwersyteckiego - uroczyste wmurowanie kamienia węgiel- 
nego w południowo-zachodni narożnik fundamentu wspomnianego już 
DS 7 - odbył się 9 czerwca 1967 L Budowę stołówki studenckiej i sali 
gimnastycznej rozpocząto 10 listopada 1968 L (zakończono 31 grudnia 
1971 L). W grudniu tego samego roku przystąpiono do budowy hotelu 
asystenckiego (oddany 30 października 1970 r ). Rozpoczęcie budowy 
Rektoratu, Studium Języków Obcych i Biblioteki nastąpiło w marcu 
1969 L, w kwietniu przystąpiono do budowy drugiego hotelu asysten- 
Ckiego, w maju do budowy pierwszego etapu gmachu Instytutu Chemii, 
a we wrześniu do budowy przychodni zdrowia i półsanatorium oraz auli 
i pierwszego etapu gmachu Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi. Oficjalne 
przekazanie przez przedstawicieli Partii i Rządu PRL Miasteczka 
Uniwersyteckiego na Bielanach odbyło się 2 października 1973 r. 
Aula przewidywana do realizacji w trzecim etapie, ze względów 
finansowych nie miała być budowana. Ale rozpoC'.lęliśmy budowę, 
Wykonawcą części dydaktycznej była bydgoska "Przemysłówka", bardzo 
solidna firma, szybko budowali. Podczas wizyty ministra oświaty 
i szkolnictwa wyższego, Henryka Jabłońskiego w 1971 r., rektor 
- pokazując wznoszące się mury - powiedział: "panie ministrze, jak to 
auli ma nie być, przecież już prawie gotowa". Na to Jabłoński: 
"faktycznie, jak zaczęliście, to kończcie". Znalazły się fundusze i aula 
stoi, ale w okrojonej formie. Pierwotnie była zaprojektowana prawie jak 
filharmonia. Ministerstwo zgodziło się finansować budowę auli bez
>>>
168 


zaplecza, za drugą część miało zapłacić miasto. Niestety ówczesne 
władze nie wsparły finansowo tego przedsięwzięcia. W tej sytuacji 
zmieniono projekt i obecnie są kłopoty, gdy ma wystąpić większy zespół. 
Pojawiające się ciągle trudności (głównie finansowe) z realizacją 
przezwyciężaliśmy w Warszawie, wykorzystując kontakty osobiste. 
Z kolei rektor Łukaszewicz maksymalnie wykorzystywał zbliżające się 
obchody 500-lecia urodzin Mikołaja Kopernika 2 . 


2 Po zakończeniu uroczystości kopernikańskich stopniowo ograniczano prace 
inwestycyjne. Drugi etap budowy miasteczka uniwersyteckiego, który miał obejmować 
m.in. pomieszczenia dla Wydziału Nauk Ekonomicznych, nie został wówczas rozpoczęty. 
Wprowadzono poważne oszczędności inwestycyjne, a w końcu 1978 r. zlikwidowano 
Zarząd Inwestycji Szkół Wyższych w Toruniu. Dopiero po dłuższej przerwie przystąpiono 
do budowy gmachu dla Wydziału Nauk Ekonomicznych. Pierwsze w nim zajęcia odbyły 
się l X 1991 r.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


CECYLIA ŁUBIEŃSKA-IW ANISZEWSKA 


Moje pierwsze lata na UMK. 


Pamięci Profesora Leona Jdmanowicza** 


Pierwsze zapisy 


Moje najdawniejsze wspomnienia (listopad 1945 r.) z Uniwersytetu 
Mikołaja Kopernika wiążą się z budynkiem obecnego Domu Studen- 
ckiego nr 1 przy ul. Mickiewicza 2/4, mieszczącego jesienią 1945 r. całą 
administrację Uczelni. W narożnym pokoju, dzisiejszej portierni, tłoczyło 
się wówczas mnóstwo osób, zasięgających informacji, przygotowujących 
dokumenty, wypełniających formularze potrzebne do zapisania się na 
studia. Nie było wtedy egzaminów wstępnych, a słuchaczami stawali się 
w większości przedwojenni maturzyści, a więc osoby znacznie starsze od 
naszych obecnych studentów I roku. Były też i takie osoby, które 
musiały odtwarzać dokumenty szkolne zaginione -y czasie wojny, 
a wreszcie dla tych, którzy chcieli szybciej nadrobić przerwę w nauce 
Szkolnej spowodowaną wojną, Uniwersytet organizował przez parę lat 
tzw. "rok wstępny". 
Tak więc trzymając w ręku swe świadectwo maturalne z bydgoskiego 
liceum z datą 6 listopada 1945 r. snułam się po budynku uniwersyteckim, 


. Tekst złożono do druku w 1991 r. Poprawiony w 1994 r. 
.. Gdy zaczynałam pisać te wspomnienia, nadeszła żałobna wieŚĆ: 29 XII 1989 r. 
zakończył swe pracowite życie prof. Leon Jeśmanowicz, jeden z pierwszych moich 
profesorów. Niech mi więc będzie wolno Jego pamięci moją wypowiedź poświęcić.
>>>
? 


rys. K Slefań.l'kl
>>>
171 


wśród pokoi z niezrozumiałymi napisami: "Rektorat", "Dziekanat", 
"Kwestura", wreszcie, chyba w "Sekretariacie", napotkałam panią Julię 
Zan, która cierpliwie wytłumaczyła całą procedurę zapisywania się. I tak 
się złożyło, że w półtora roku później właśnie u pani Julii Zan składałam 
SWe dokumenty, aby objąć stanowisko zastępcy młodszego asystenta. 
Pamiętam jej komentarz: "Ależ moja droga, cóż to za zdjęcie? Pani 
wygląda tu tak poważnie jak własna babka!". Długie jeszcze lata 
w biurach Collegium Maius służyła Pani Julia Zan swym doświadczeniem 
wyniesionym z pracy na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. 
Również z USB przybyła wieloletnia nasza sekretarka Wydziału 
Matematyczno-Przyrodniczego, a później Biologii i Nauk o Ziemi, pani 
Alina Brzeska, człowiek niesłychanej dobroci, ale krótko trzymająca 
swych studentów. Czy ktokolwiek z ówczesnych słuchaczy pamięta 
jeszcze charakterystyczne spiczaste pismo, jakim pani Alina zapisywała 
nam w indeksie, że jesteśmy wpisani in a/bum Universitatis Toruniensis 
Facu/tatis M athematicae et Historiae Natura/is? Bo w tych odległych 
czasach ta pierwsza strona indeksu pisana była po łacinie! 


Pierwsze wykłady 


Pierwsze wykłady dla humanistów rozpoczęto w końcu listopada, dla 
słuchaczy Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego - w początku 
grudnia 1945 r.; odbywały się w Collegium Minus, obecnym Collegium 
Iuridicum, które zwane było krótko "Harmonijką". W największej sali 
tego budynku zasiedli wszyscy słuchacze tego Wydziału, a więc fizycy 
i matematycy, chemicy, przyrodnicy i geografowie, a dziekan, prof. Jan 
PriitTer, przedstawiał nam rozpoczynającego wykłady z matematyki 
prof. Juliusza Rudnickiego. Do dziś wdzięczna jestem Panu Dziekanowi, 
że w ten sposób poznaliśmy i Jego, i następnych naszych wykładowców, 
bo przecież do oficjalnej inauguracji roku akademickiego miał upłynąć 
jeszcze ponad miesiąc zajęć dydaktycznych. A czy nie warto byłoby 
takiej prezentacji profesorów stosować i obccnie dla najmłodszych, dla 
studentów pierwszego roku? Dodatkowym udogodnieniem sali, którego 
później nigdzie nie napotkałam, były dwa balkoniki z osobnym wejściem 
z korytarza pierwszego piętra, gdzie mogli spokojnie siadać spóźnialscy, 
nie wywołując tym zamieszania na sali wykładowej. Czyż nie jest to 
bowiem wręcz plagą, gdy w ciągu pierwszego kwadransa wykładu
>>>
172 


20 - 30 osób defiluje przed całym audytorium, bo drzwi wejściowe są 
z reguły umieszczone w pobliżu stolika wykładowcy! A jeżeli jeszcze 
słuchacze, chcąc okazać swe dobre wychowanie, wchodząc do sali 
mówią grzecznie: "dzień dobry!", na co prowadzący zajęcia przerywa 
wykład w pół słowa i również uprzejmie odpowiada: "dzień dobry!" i tak 
ze 30 razy, to wtedy zaczyna się żałować, że sali nie można jakoś 
zaryglować po rozpoczęciu zajęć! 
Studenci matematyki i fizyki uczęszczali zatem na zajęcia z geometrii 
analitycznej oraz rachunku różniczkowego i całkowego prof. Rudni- 
ckiego, z elementów logiki matematycznej i teorii grup prof. Stanisława 
Jaśkowskiego, ćwiczenia zaś prowadził mgr Aleksander Śniatycki. 
Z czasem zajęcia te zaczęły się odbywać w salach wykładowych Collegium 
Maius, gdzie na drugim piętrze w pokoju nr 45 i przyległych mieściło się 
Seminarium Matematyczne, jak wówczas nazywały się trzy katedry 
matematyki. Poważna choroba uniemożliwiła wkrótce prof. Rudnickiemu 
prowadzenie zajęć, rachunek różniczkowy i całkowy objął wtedy prof. 
Jaśkowski, zaś wykładu z geometrii analitycznej podjął się prof. 
Kazimierz Sośnicki z Katedry Pedagogiki UMK. Grupę matematyków 
wzmocnił przyjazd we wrześni u 1946 r. dra Leona J eśmanowicza, 
początkowo adiunkta, później zastępcy profesora i docenta. Profesor 
Rudnicki zmarł w początku 1948 r. Gdy oddano do użytku Collegium 
Chemicum przy ul. Grudziądzkiej 7, odbywały się tam również zajęcia 
matematyczne. I chyba właśnie w dużej sali audytoryjnej tego budynku 
odbył się zimą 1948/1949 wieczór poświęcony pamięci prof. J. Rudni- 
ckiego. Głos zabierali: prof. Władysław D7iewulski, który też był 
autorem wstępu do podręcznika geometrii Juliusza Rudnickiego, 
wydanego w 1949 r., prof. Jaśkowski, prof. Jeśmanowicz, Lech Dubikajtis 
- młody matematyk referujący swoją pierwszą pracę, no i w imieniu 
pierwszych studentów mnie przypadło w udziale parę słów powiedzieć. 
Wykłady z fizyki doświadczalnej rozpoczęły się dopiero na początku 
1946 r. wraz z przyjazdem do Torunia prof. Aleksandra Jabłońskiego. 
Odbywały się one początkowo w dużej sali na pierwszym piętrze 
Collegium Maius, gdzie słuchacze całego Wydziału tłoczyli się, siedząc 
tuż przy samej tablicy, i gdzie naturalnie nie mogło być mowy o żadnych 
doświadczeniach! Katedra Fizyki uzyskała z czasem parter budynku 
przy ul. Sienkiewicza 30/32, gdzie stopniowo organizowano pracownie 
dydaktyczne. Poszczególne ćwiczenia z pierwszej pracowni odbywały się 
wtedy w różnych pomieszczeniach, nawet w wydzielonej części korytarza,
>>>
173 


przy nie używanym bocznym wyjściu. Ale uruchomienie pełnego zestawu 
ćwiczeń musiało zabrać jakiś czas, stąd też w ciągu pierwszego roku 
akademickiego studenci całego Wydziału odrabiali pracownię fizyczną 
w oficynie Liceum im. Mikołaja Kopernika przy Zaułku Prosowym, pod 
czujnym okiem nauczycieli: mgr. Jana Kowala i mgr. Jana Szyca. 
Wykłady astronomiczne w tym pierwszym roku były dwa: prof. 
Dziewulski wykładał astronomię ogólną, zaś prof. Wilhelmina Iwanow- 
ska - astrofizykę; były też ćwiczenia rachunkowe z astronomii. Trzeci 
astronom, doktor, wkrótce docent, Stanisław Szeligowski, prowadził też 
zajęcia z teorii wyznaczników w zastępstwie prof. Rudnickiego. W na- 
stępnym roku akademickim katedry Astronomii i Astrofizyki zatrudniły 
Czwartego pracownika: na zastępcę młodszego asystenta została za- 
proszona ówczesna studentka II roku fizyki, Danuta Jabłońska (obecnie 
Frąckowiakowa, profesor Politechniki Poznańskiej). Astronomia zaj- 
mowała wówczas cztery pokoje na drugim piętrze budynku przy ul. 
Sienkiewicza 30/32, gdzie poza astronomią i fizyką były katedry 
przyrodnicze. Profesor Dziewulski w dalszym ciągu prowadził wykłady 
dla matematyków i fizyków pierwszego roku oraz dla geografów, zaś 
prof.Iwanowska wykładała matematykę dla przyrodników oraz wybrane 
rozdziały z astrofizyki: fizykę Słońca, a potem fizykę gwiazd dla 
dwu - trzech osób, tj. Danuty Jabłońskiej, Zofii Skrzatówny, również 
studentki fizyki i asystentki Katedry Mineralogii i Krystalografii, oraz 
dla mnie, wówczas studentki matematyki. Przy tak małym audytorium 
nie była potrzebna duża sala, słuchaczki siadały przy profesorskim 
biurku, a prof.Iwanowska stawiała tablicę na dwóch krzesłach i to 
musiało wystarczyć! 


Pierwsze lektoraty i zaliczenia 


W małych salkach na wyższych piętrach "Harmonijki" odbywały się 
w tym pierwszym roku istnienia Uniwersytetu lektoraty języków obcych. 
Nie było \\ t')wczas obowiązkowych lektoratów dla słuchaczy każdego 
kierunku; chyba dopiero w latach pięćdziesiątych zaczęto wymagać od 
młodych pracowników znajomości języków obcych, odbywały się zatem 
egzaminy dla asystentów całego Wydziału, później należało również 
obowiązkowo zdawać język rosyjski. Ale początkowo jedyne lektoraty 
prowadzone były tylko dla słuchaczy poszczególnych kierunków filolo-
>>>
174 


gicznych. Profesor JózefSzczepkowski pozwalał, by na lektoraty języka 
angielskiego dla filologów uczęszczali także słuchacze z innych kierun- 
ków, oczywiście znający już trochę ten język. Tak więc pamiętam zespół 
studentów filologii angielskiej, w znacznej części osoby starsze, równo- 
cześnie uczące w szkołach średnich i dojeżdżające na zajęcia z całego 
województwa, i nas, nieliczną garstkę niefilologów . Podręczników prawie 
nie było, z tych nielicznych trzeba było w przerwie, na korytarzu, szybko 
przepisać treŚĆ ćwiczenia na następne zajęcia, bo przecież każdy chciał 
być dobrze przygotowany! Chcąc nas zachęcić do nauki, prof. Szczep- 
kowski opowiadał barwne zdarzenia ze swych pobytów za granicą, 
oczywiście po angielsku. Do dziś pamiętam jego żale nad nieznajomością 
łaciny w krajach anglosaskich (a jak to jest obecnie u nas?) i anegdotę, 
jak to pan kupujący w sklepie pióro, chcąc je wypróbować, pisze na 
skrawku papieru: tempus fugit, tempus fugit..., a na to sprzedawca pyta: 
"Czy dobrze się pisze tym piórem, Mr Fugit?". W następnych latach 
prof. Szczepkowski prowadził lektoraty tzw.ogólnouniwersyteckie dla 
słuchaczy niefilologów. Odbywały się one w Collegium Maius, gdzie 
wówczas w salach wykładowych stały ci
żkie drewniane ławki z czarnymi 
pulpitami, a prowadzący zajęcia siedział na "prawdziwej katedrze", 
rodzaju mównicy obudowanej z trzech stron, ustawionej na kilku 
stopniach. Można było rzeczywiście wygłaszać opinie ex cathedra, ale 
niezbyt wygodnie było dochodzić do tablicy, aby jednak coś tam zapisać. 
Z pro f. Szczepkowskim zetknęliśmy się jeszcze po wielu latach, gdy 
zechciał nam służyć swą pomocą i radą przy przygotowywaniu wydaw- 
nictw w języku angielskim z okazji rocznicy kopernikańskiej. 
Ale wróćmy do pierwszych lat Uniwersytetu, do pierwszych studentów 
matematyki i fizyki, dla których początkowo zajęcia były wspólne. 
Większość stanowili przedwojenni maturzyści, nierzadko osoby obar- 
czone rodziną i szereg lat już pracujące zawodowo, najczęściej w szkołach, 
pragnące podnieść swe kwalifikacje i uzyskać dyplom uniwersytecki. 
Inną grupę stanowili przyszli inżynierowie, pragnący po zaliczeniu 
pierwszego roku studiów przenieść się na studia techniczne, najczęściej 
na Politechnikę w Gdańsku. Podobnie było również na kierunku 
przyrodniczym, skąd studenci przenosili się na medycynę do Gdańska, 
gdy wiadomo już było, że w Toruniu tego kierunku nie będzie, mimo 
ćwiczeń prowadzonych w prosektorium w części budynku przy ul. 
Sienkiewicza. Utarło się zatem, że studenci matematyki i fizyki, ci 
pracujący w szkołach na terenie całego Pomorza i ci dorywczo zarabiający
>>>
175 


na utrzymanie, prosili o takie układanie tygodniowego planu zajęć, by 
tylko jedna połowa tygodnia była zajęta. A trzeba pamiętać, że w tamtych 
czasach i długo jeszcze później istniał sześciodniowy tydzień pracy, 
zajęcia mogły się zatem odbywać nawet w sobotnie popołudnia! Wykłady, 
tak jak i teraz, nie były obowiązkowe, toteż nie zawsze sale były pełne, 
a studenci dobrze prowadzący notatki pożyczali je innym. Za to 
ćwiczenia trzeba było koniecznie zaliczać, najczęściej przez kolokwia, 
choćby parokrotne! Otrzymywało się wtedy podpis w indeksie w rubryce 
"poświadczenie profesora", ale bez oceny i bez daty! No, a najważniejsze 
to brak rygoru studiów, brak określonego terminu zdawania egzaminów! 
Można było wszystkie egzaminy zdawać na ostatnim roku studiów, jak 
to jeszcze w parę lat później uczynił jeden z matematyków! Ale, 
OCzywiście, praktyczniej było zdawać egzaminy w miarę kończenia 
danego przedmiotu i zaliczania ćwiczeń. 
Tymczasem - do zaliczenia przybył jeszcze jeden przedmiot, gdyż na 
moim czwartym roku studiów, w roku ak. 1948/1949 wprowadzono dla 
wszystkich studentów obowiązkowe zajęcia z wychowania fizycznego. 
Miałyśmy wykład z teorii oraz osobno ćwiczenia sprawnościowe w sali 
gimnastycznej przy ul. Sienkiewicza 30/32. Zajęcia te prowadzone były 
w dużych grupach dla studentek wszystkich kierunków przez mgr 
Jadwigę Zaleską, asystentkę Katedry Psychologii UMK. Jakież było 
oburzenie niektórych naszych koleżanek, zresztą wcale nie tych naj star- 
szych, że mają nagle wspinać się po drabinkach lub rzucać piłeczkami 
jak dzieci! A tymczasem przedmiot ten był pomyślany jako przygotowanie 
do samod7jelnego prowadzenia zajęć z w-f w szkole, gdy z braku kadry 
nauczycielka geografii czy języka polskiego będzie musiała takie zajęcia 
prowadzić. Pod koniec roku, aby uzyskać zaliczenie, miałyśmy przygo- 
tować i przeprowadzić wśród koleżanek jakąś grę ruchową, tłumacząc 
przy tym, jakie umiejętności chcemy wykształcić. Znalazłam się w gronie 
tych pilniejszych; przygotowałyśmy się, oznaczonego dnia nasze gry 
przeprowadziłyśmy. Ale potem, pod koniec roku akademickiego, czasu 
nie starczyło i na pewno nie wszystkie nasze koleżanki zdążyły 
przeprowadzić takie gry. Zaliczenia jednak widocznie dostały, skoro 
studia potem skończyły. Czy warto zatem być zawsze tym pilnym?!
>>>
176 


Pierwsze egzaminy 


Mając zdane latem 1946 r. logikę matematyczną, astronomię 
i astrofizykę i wiedząc, że pozostałe przedmioty będą jeszcze kon- 
tynuowane na drugim roku, postanowiłyśmy z Danutą Jabłońską zabrać 
się do geometrii, której kurs nie został przez prof. Kazimierza Sośnickiego 
ukończony. Cóż, kiedy jedyny podręcznik, jakim dysponowała biblioteka 
Seminarium Matematycznego, pochodził z XIX wieku i w dodatku był 
pisany po francusku! Ale przerabiałyśmy opasłe tomisko i oto we 
wrześniu 1946 r. okazało się, że możemy zdawać egzamin z geometrii 
analitycznej u świeżo przybyłego do Torunia z Lublina dra Leona 
Jeśmanowicza. Zgłosiłam się do niego w połowie miesiąca; kazał przyjść 
w południe do domu, bo tam będzie spokojniej. Zjawiłam się więc 
w wyznaczonej porze w domu przy ul. Bydgoskiej 14, na parterze po 
prawej stronie, i ... spędziłam półtorej godziny na zabawie kasztanami 
z dwuletnim Andrzejkiem, przyszłym fizykiem, podczas gdy pani Sabina 
Jeśmanowiczowa zajmowała się małym Sławkiem i gotowaniem obiadu. 
Egzaminator nie przejął się swoim spóźnieniem, ochoczo zabrał się do 
pytania, ale co chwilę łapał się za głowę i za bujną, wówczas jeszcze 
blond, czuprynę, słuchając moich dziewiętnastowiecznych, z francuskiego 
tłumaczonych, określeń i definicji. Widocznie jednak twierdzenia okazały 
się przyswojone poprawnie, albo też egzaminator uznał moje trudy 
w zdobywaniu wiedzy w tak dziwny sposób za okoliczność łagodzącą, 
dość, że egzamin zdałam z oceną dobrą. Ale przez długie, długie lata 
wypominał mi potem prof. Jeśmanowicz całe to zdarzenie! Taki to był 
początek mojej znajomości z Profesorem. 
Ochoczo zabrał się do pracy dr Jeśmanowicz od nowego roku ak. 
1946/1947. Wykładał nam bowiem rachunek różniczkowy i całkowy 
oraz algebrę wyższą, prowadził też ćwiczenia z obu tych przedmiotów. 
A w latach następnych wykładał metody matematyczne w fizyce (co 
stanowiło zupełną nowoŚĆ w owym czasie!) i to przez dwa lata, tyle że 
zajęcia odbywały się dla dwóch roczników studenckich łącznie. Niejedno 
jeszcze kolokwium i egzamin przyszło nam zdawać z tych przedmiotów, 
zwłaszcza że nasz trzeci i czwarty rok studiów, 1947/1948 i 1948/1949, 
podzielono, nie wiadomo dlaczego, na trymestry i trzeba było wszystkie 
zaliczenia uzyskiwać trzykrotnie w ciągu roku! Ale ostatni raz przepyty- 
wał mnie prof. Jeśmanowicz jeszcze kilka lat później, przy egzaminie 
doktorskim, któremu przewodniczył jako dziekan. Koruecznie chciał się 


......
>>>
177 


wtedy dowiedzieć szczegółów o hipotezach kosmogonicznych, mimo że 
w żaden sposób nie wiązało się to z moją pracą doktorską poświęconą 
strukturze Drogi Mlecznej. Ale, skoro osobno był egzamin szczegółowy 
związany z tematyką pracy (terazjuż takiej procedury nie ma), a osobno 
egzamin ogólny z astronomii jako takiej, uznał Profesor, że ma prawo 
pytać o wszystko! 


Pierwsze "czwartki" u fizyków 


Stopniowo zapełniał się parter budynku przy ul. Sienkiewicza 30/32 
stanowiący domenę fizyków. Wśród przyrządów montowanych do 
kolejnych zestawów ćwiczeń dla studentów w pierwszej pracowni krzątał 
się laborant, pan Błażej Kaluga, z wielkim sarmackim wąsem, gromiący 
niesfornych lub opieszałych. Ćwiczenia rachunkowe z fizyki prowadził 
Wówczas dr Wacław Turczyński, który po ciężkiej chorobie zmarł 
w 1949 r. W pracowni pomagali kolejni studenci - zastępcy asystentów: 
Andrzej Hrynkiewicz, który wkrótce przeniósł się do Krakowa i jest 
obecnie profesorem w Instytucie Badań Jądrowych, Czesław Pabis 
-późniejszy nauczyciel toruńskich szkół średnich, Andrzej Taczanowski 
- docent w Instytucie Technologii Elektronowej w Warszawie, Tadeusz 
Tietz - profesor Uniwersytetu Łódzkiego, od 1947 r. Danuta Jabłońska, 
potem Mieczysław Frąckowiak - zmarły w 1974 r. docent Politechniki 
Poznańskiej i inni. Pamiętam, z jaką radością odpakowywano nowe 
instrumenty, debatując nad tym, jakie to kolejne doświadczenie będzie 
mOżna w pracowni uruchomić. .Przeważnie zresztą kończyło się na tym, 
że prof. Jabłoński polecał parze (ćwiczenia w pracowni odrabiało się 
parami) pilnych studentek, Jabłońska + Łubieńska, ćwiczenie prze- 
prowadzić i potem jeszcze dokładnie przygotować jego opis, pozosta- 
Wiany "dla udręki" przyszłych pokoleń studentów odrabiających tę 
pracownię. Z moich zapisków wynika, że przerobiłyśmy około 40 ćwiczeń! 
W salce od podwórza mieściła się biblioteka fizyczna, gromadzono 
przyrządy i odbywały się zajęcia dla niewielkich grup. Jednym z takich 
zajęć było, odbywane w czwartkowe popołudnia, konwersatorium czy 
też kolokwium fizyczne, które do dziś jeszcze we czwartki w Instytucie 
Fizyki jest prowadzone. Tematyka była w zasadzie fizyczna, choć 
niekiedy referowali też swe prace astronomowie: prof.Iwanowska, prof. 
Dziewulski, doc. Szeligowski czy też dr Włodzimierz Zonn z Warszawy,
>>>
178 


który w 1948 r. habilitował się na UMK. Był on wychowankiem 
astronomii wileńskiej, później profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, 
długoletnim prezesem Polskiego Towarzystwa Astronomicznego. Zmarł 
w 1975 r. Prelegent miał do dyspozycji tablicę, ewentualnie epidiaskop. 
Przy stole zasiadali profesorowie, dalej starsi pracownicy, wreszcie 
w ostatnim rzędzie krzeseł, tuż pod szafami bibliotecznymi - studenci. 
Ale kiedyś prof. Jabłoński odkrył, że studenci niezbyt uważnie przy- 
słuchiwali się wywodom prelegenta i zarządził zmianę: odtąd studenci 
zasiadali w pierwszym rzędzie, a profesorowie z tyłu! Zapamiętałam 
prof. Jabłońskiego, zasiadającego sobie wygodnie pod samą szafą 
i pykającego z nieodstępnej fajki... 
Nie uczęszczałam na wykłady czy ćwiczenia z fizyki do nowego 
gmachu Collegium Physicum przy ul. Grudziądzkiej 5, gdyż ten budynek 
oddany był do użytku w 1951 r.,już po ukończeniu przeze mnie studiów. 
Ale mam jeszcze w pamięci, jak stopniowo zmieniało się otoczenie tego 
odcinka ulicy Grudziądzkiej. Jeszcze zaraz po wojnie teren między 
ulicami Grudziądzką i Odrodzenia był rozległym ... pastwiskiem, gdzie 
można było napotkać pasące się konie i krowy! Zresztą, jeszcze później, 
w latach 1956-1957 pokazywałam moim dzieciom, jak wygląda koń czy 
krowa, wychodząc na rozległy teren między ulicami Kraszewskiego i św. 
Jerzego, gdzie potem zbudowano Osiedle Młodych i budynek dla 
pracowników UMK przy ul. Kraszewskiego. A wracając do Grudziądz- 
kiej, to nie wiem, czy ktoś jeszcze dziś pamięta, że w najbliższym 
sąsiedztwie obecnego Instytutu Aleksandra Jabłońskiego, od strony ul. 
Chełmińskiej, na miejscu obecnego parkingu, długi czas stał mały, 
niepozorny domek z szeroką drogą dojazdową i mieściła się tam 
wypożyczalnia... karet do ślubu! Przechodząc widywało się wyjeżdżający 
zaprzęg: para koni, ładnie wyczyszczona kareta i kierowca, nie, woźnica 
w cylindrze i białych rękawiczkach. Państwa młodych oczywiście nie 
było, kareta właśnie po nich jechała! 


Początki fizyki teoretycznej 


Z biegiem lat przybywali również na Uniwersytet fizycy-teoretycy. 
Pierwszym był prof. Wacław Staszewski, który po roku przeniósł się na 
Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zmarł w Lublinie w 1970 r. Wykładał 
on w roku ak. 1946/1947 mechanikę teoretyczną wraz z ćwiczeniami
>>>
179 


oraz tzw. rachunek przybliżony. Na ten ostatni temat wydał potem 
broszurkę do użytku szkół średnich. N a zajęcia prof. Staszewskiego 
uczęszczało niewielu słuchaczy, tak że mogły się one odbywać w gabinecie 
profesora, u początku długiego "korytarza fizyków". Siadywaliśmy 
wokół jednego stołu, profesor pisał na stojącej tablicy. W przerwie 
wychodziliśmy na korytarz, a profesor zaparzał sobie na oknie herbatę 
małą grzałką elektryczną, a potem pełen wigoru "znęcał się" nad nami 
na ćwiczeniach. Jako zamiłowany dydaktyk (był w Wilnie dyrektorem 
eksperymentalnego liceum przy USB) zwracał baczną uwagę na sposób 
pisania i wymawiania pisanych symboli. Było to chyba już na zajęciach 
z rachunku przybliżonego, na które uczęszczałyśmy tylko we dwie 
z Danutą Jabłońską, gdy prof. Staszewski strofował mnie: "Dobrze Pani 
napisała ten wzór, ale jak Pani to wymawia? Literę "g" należy wymawiać 
bardziej miękko, a nie tak, jak Pani to robi!". Nieszczęsna kuliłam się 
przy tablicy, próbując możliwie szybko przebrnąć przez plątaninę 
symboli i wymamrotać pisane litery i znaki w sposób niedosłyszalny, ale 
profesor był nieubłagany! A w dodatku ta właśnie nieszczęsna litera "g" 
występowała w tylu wzorach! 
W następnym roku ak., 1947/1948, przybył prof. Jerzy Rayski 
i znowu zasiadaliśmy wokół niewielkiego stołu w jego gabinecie na 
zajęciach z fizyki teoretycznej. Tu z kolei prosiliśmy o skracanie przerw, 
aby zdążyć do Collegium Maius na wykłady prof. Jaśkowskiego 
z podstaw geometrii. Było kilka wariantów tras, oczywiście pieszych. Na 
przykład skrótem przez lasek przy ul. Bema i potem schodkami na ul. 
Słowackiego (ale w lasku taki piasek!) czy też obok zajezdni tramwajowej 
i dalej ul. Słowackiego lub ul. Mickiewicza. Ale tak naprawdę, to było 
nas najwyżej 2-3 osoby uczęszczające na wykłady z matematyki 
i z fizyki teoretycznej równocześnie! 
W 1948 r. przybył do Torunia prof. Jan Rzewuski, który wykładał 
dla młodszych roczników studenckich mechanikę teoretyczną. Przeniósł 
się on w 1952 r. na Uniwersytet Wrocławski, zaś prof. Rayski przeszedł 
w 1957 r. na Uniwersytet Jagielloński. 
Na zajęciach prof. Rayskiego zjawiała się również mgr Wanda 
Hanusowa, sL asystent Katedry Fizyki Doświadczalnej, która w 1950 r. 
po doktoracie przeszła do fizyki teoretycznej. Zmarła w Toruniu 
w 1973 r. jako profesor fizyki teoretycznej UMK. Mieszkała wraz 
z rodziną, mężem Tadeuszem, uczącym w szkołach średnich, i małym 
Andrzejkiem, w jednym z pokoi u "teoretycznego" krańca korytarza na
>>>
180 


parterze budynku przy ul. Sienkiewicza 30/32. W bocznym skrzydle, od 
ul. Bema, mieszkali przez szereg lat: prof. Wilhelmina Iwanowska 
z rodziną, profesorostwo Jadwiga i Władysław Dziewulscy, Wiktoria 
i Aleksander Jabłońscy, biologowie: Zofia i Jan Walasowie, Wanda i Jan 
Zabłoccy, i pracujący w Dziale Gospodarczym UMK pan Sergiusz 
Magier z żoną. Każda rodzina miała przydzielony skrawek ogródka 
wzdłuż ul. Bema, gdzie uprawiano kwiaty i warzywa. 


Pierwsze kola naukowe 


W przerwach między zajęciami gwarno i rojno bywało zawsze wokół 
pierwszego Domu Akademickiego przy ul. Mickiewicza. N a piętrach były 
pokoje studenckie, na parterze - stołówka, przychodnia lekarska od 
strony ul. Mickiewicza, a w skrzydle prostopadłym, w dużej sali (dziś 
przylegającej do bufetu) mieściły się różne agendy studenckie, przede 
wszystkim zaś Bratnia Pomoc Studentów UMK, zajmująca się ich 
sprawami materialno-bytowymi. Poszczególne kierunki studiów szybko 
zakładały własne koła naukowe, działające najczęściej na terenie katedr, 
bibliotek naukowych. Organizowano pomoc dla studentów lat niższych, 
próbowano zdobywać podręczniki, niekiedy wydawano skrypty, a raz 
w roku musiała się odbyć zabawa każdego koła. Jeden wieczór karnawa- 
łowy Koła Matematyczno-Fizycznego, którego kuratorem był prof. 
Dziewulski, odbył się w sali gimnastycznej w gmachu przy ul. Sienkiewicza 
30/32. Sala "balowa" została oświetlona jako lampionami kolorowymi 
modelami kryształów, z jakimi studenci fizyki i chemii borykali się na 
zajęciach z krystalografii pod czujnym okiem prof. Marii Kołaczkowskiej. 
Bohdan Horbaczewski, wówczas student chemii, później pracujący m.in. 
w Katedrze Fizjologii Roślin UMK oraz w Muzeum Etnograficznym, 
wspomina, jak to z Henrykiem I waniszewskim, ówczesnym studentem 
fizyki, skonstruowali wtedy księżyc zmieniający swe fazy w przedziwny 
sposób, w takt specjalnie dobranej piosenki. Mimo upływu tylu lat 
Bohdan Horbaczewski pozostał wierny Uniwersytetowi, rejestrując na 
błonie fotograficznej i na taśmie wszystkie uroczystości uniwersyteckie. 
W innym roku, na wieczorze Koła Matematyczno-Fizycznego 
przygotowano dowcipne wierszyki o każdym z profesorów. Oto jak 
widziano kuratora Koła: 


-....tlI
>>>
181 


Włos przybrał już barwę miesiąca, 
Lecz uśmiech jasnego ma słońca. 
Malutki, leciutki, zgrabniutki, 
W dzień gwiazd y ogląda bez wódki. 
Z Piwnic, a nie ze studni 
Celuje w niebieski równik. 
A oto "Kobieta z Zodiaku", oczywiście prof.Iwanowska: 
Okulary nosi made in USA, 
Podniebne, nadziemskie ma gusta, 
Zapatrzona w niebieskie stropy, 
Przyrodników oblewa na kopy! 
Od początku istnienia Uniwersytetu działał też chór akademicki, 
z którym śpiewałam Gaude Mater na pierwszej inauguracji. Na próby 
zbieraliśmy się w budynku przy ul. Fredry 6/8 - obecnym Collegium 
Geographicum, gdzie kiedyś była kawiarnia akademicka, prowadzona 
przez studentów, a na piętrze pokoje dla różnych organizacji studenckich. 
Od początku istniał też Akademicki Związek Sportowy z kilkoma 
sekcjami. 


Pierwsi absolwenci 


Wydaje mi się, że drugi, a już na pewno trzeci rok studiów 
matematyki i fizyki składał się z "normalnych" studentów, którzy swe 
studia rozpoczynali zaraz po złożonej "normalnej" maturze. Nie byli oni 
jeszcze obarczeni rodzinami, utrzymywali się z dorywczej pracy lub ze 
styPendiów, gdyż chyba już wtedy istniały stypendia fundowane, tj. 
finansowane przez różne instytucje czy urzędy. Ten trzeci rok studentów 
matematyki - fizyki był też chyba najbardziej zżyty z prof. JeŚJnanowi- 
C'lem, z którym od początku mieli prawie wszystkie zajęcia matematyczne. 
W którymś roku na imieniny Profesora, 20 lutego, studenci przygotowali 
Cały numer "Przekroju", z wszystkimi stałymi pozycjami, rubrykami, 
ZWiązanymi z osobą solenizanta i z matematyką, zaczynając od definicji 
"przekroju Dedekinda" z matematyki. Ale jaka była wysokość nakładu? 
Czy istniał tylko ten jeden egzemplarz? Niestety, nie wiem! 
Tymczasem jednak kończyli już studia niektórzy studenci, raczej ci, 
którzy rozpoczynali studia przed wojną albo w czasie wojny, a teraz
>>>
182 


musieli odtwarzać niektóre dane i studia kończyć. Ponieważ prof. 
Dziewulski był przewodniczącym Komisji Egzaminów Magisterskich na 
Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym, wszyscy ci przyszli magistrowie 
trafiali do niego. W wyznaczone dni trzeba było również zgłaszać się do 
prof. Dziewulskiego, aby otrzymać odpowiedni, ręcznie wypisany, 
kwitek do kwestury, gdyż wszystkie egzaminy były płatne. Również 
zupełnie inaczej wyglądały pierwsze dyplomy magisterskie, przypominały 
raczej świadectwa dojrzałości; wszystkie egzaminy były wyszczególnione 
ze stopniami, oczywiście wymieniony był temat pracy magisterskiej. 
Jednakże, o ile świadectwa szkolne nauczyciel wypełnia korzystając 
z gotowych formularzy, to dyplomy magisterskie były wówczas druko- 
wane dla każdego magistra oddzielnie! Można więc sobie wyobrazić, ile 
to musiał się nachodzić do drukarni przy ul. Rabiańskiej prof. Dziewulski, 
odnosząc gotowe teksty, dokonując kolejnych korekt każdego z dy- 
plomów magisterskich osobno! Oczywiście nie pamiętam dokładnych 
danych liczbowych, ale z zestawienia zamieszczonego w tomie Uniwersytet 
Mikolaja Kopernika 1945 -1955 (Warszawa 1957) wynika, że w okresie 
od 1945/1946 do 1948/1949 wydano na Wydziale Matematycz- 
no-Przyrodniczym 36 dyplomów magisterskich. Natomiast w 1949/1950 
roku dyplomy otrzymało 10 osób i byli wśród nich już ci, którzy 
zaczynali studia na naszym Uniwersytecie w 1945 r. O ile dobrze 
pamiętam, matematykę jako pierwszy kończył Jan Czajkowski, asystent 
Katedry Matematyki, który później przeniósł się do Bydgoszczy; fizykę 
- Tadeusz Tietz, asystent Katedry Fizyki, zaś astronomię - ja. 
Gdy bowiem Danuta Jabłońska na trzecim roku studiów fizyki 
została zaangażowana na zastępcę asystenta do Katedry Fizyki, prof. 
Iwanowska zaproponowała mi objęcie jej obowiązków. I tak oto jako 
studentka trzeciego roku matematyki rozpoczęłam od pierwszego 
września 1947 r. moją pierwszą pracę. W czasie studiów w ciągu czterech 
lat uczęszczałam na wszystkie wykłady kursowe, monograficzne i semi- 
naria,jakie prowadzone były dla matematyków. Równocześnie chodziłam 
też na zajęcia astronomiczne, na ogół prowadzone dla dwóch roczników 
studenckich jednocześnie. Ale kiedy na piątym roku coraz więcej czasu 
spędzałam w Obserwatorium, jasne się stało, że będę kończyć astronomię. 
Nie zdążyłam jednak zmienić napisu na indeksie, do końca miałam tam 
pieczątkę "kierunek matematyczny". 
Kiedy w 1976 r., na trzydziestolecie UMK, organizowano zjazd 
pierwszych absolwentów, okazało się, że to właśnie prof. Jeśmanowicz
>>>
183 


miał najpełniejszą listę absolwentów matematyki i fizyki, studiujących tu 
w latach 1945 - 1952. Mam przed sobą taki wykaz, gdzie ręką Profesora 
wpisane są niektóre adresy. Prawie o każdym z około czterdziestu 
matematyków i około dwudziestu fizyków umiał Profesor powiedzieć 
COś dodatkowego, o jego dalszych losach, o kolejnym zatrudnieniu, 
o nowych nazwiskach mężatek. Okazało się zresztą, że pięć czy sześć 
osób z tej listy już nie żyje. Obawiam się, że z odejściem prof. 
Jeśmanowicza potargane zostały te więzy, które naszych pierwszych 
absolwentów z Toruniem łączyły przez tyle lat! 


Pierwsze zatrudnienie i moi pierwsi słuchacze 


Gdy jako zastępca młodszego asystenta zaczynałam w 1947 r. 
pracę, dostałam pod opiekę bibliotekę: wpisywanie nowych nabytków 
do inwentarza, pisanie kart katalogowych, wysyłanie za granicę wy- 
dawnictw astronomicznych w ramach wymiany, pisanie na maszynie. 
W wolnych chwilach miałam doskonalić znajomość naukowego słowni- 
ctwa w językach obcych. Zapisywałam więc przykładnie do zeszytu 
obszerne streszczenie czy też tłumaczenie angielskiej książki o Drodze 
Mlecznej. Niestety, w tekście nie było żadnych wzorów, ułatwiających 
rozumienie; przeważał opis, niekiedy bardzo górnolotny, a ja miałam 
do dyspozycji prywatny słownik kieszonkowy angielsko-niemiecki 
i to jeszcze z pisownią gotycką! 
Od drugiego roku mojej pracy miałam też zajęcia dydaktyczne. Oto 
w 1948/1949 r. prof.Iwanowska miała spędzić pół roku w Obserwatorium 
McDonalda i w innych w USA. Prowadziła wtedy, jak i poprzednio, 
zajęcia z matematyki dla przyrodników. Wyłożyła zatem półroczny 
materiał studentom (a były to różniczki i całki!), a nam, trójce zastępców 
asystentów, przydzieliła prowadzenie ćwiczeń. Po swym powrocie prof. 
Iwanowska wyłożyła w szybkim tempie statystykę, a ja wtedy prowadzi- 
łam ćwiczenia dla wszystkich. Tak się wówczas składało, że większość 
moich pierwszych studentów była ode mnie znacznie starsza, mimo że 
byłam na czwartym roku studiów. W dodatku - ten rocznik był bardzo 
liCZny, pod koniec roku akademickiego było jeszcze ponad 160 osób i to 
Podzielonych na ćwiczeniach ze statystyki tylko na dwie grupy! Zajęcia 
Odbywały się w dużej sali na drugim piętrze gmachu przy ul. Sienkiewicza 
30/32, w dawnej kaplicy szkolnej, później nazwanej "salą Darwina". 


.......
>>>
184 


Z tych moich pierwszyc:l słuchaczy, niektórzy jeszcze pracują na UMK, 
wielu jest już na emeryturze, niektórzy przysyłali potem swe dzieci na 
studia biologiczne i wtedy też mieli ze statystyką i ze mną do czynienia! 
Dziś, po czterdziestu paru latach, znów mam około 150 słuchaczy 
pierwszego roku biologii, znów zajęcia ze statystyki odbywają się 
w wielkiej sali Darwina, choć już w innym budynku. Tak się nawet 
w tym (1991 r.) roku złożyło, że rodzice trojga moich tegorocznych 
słuchaczy dwadzieścia lat temu tu na Uniwersytecie też biologię studiowali 
i przez statystykę pomyślnie przebrnęli. - "Nic się Pani od tamtego 
czasu, od moich studiów, nie zmieniła!" - mówi uprzejmie ojciec, 
odbierający indeks swej chorej córki. Hm, czyżbym już wtedy miała tyle 
siwych włosów, co dziś?! 
W czasie tych minionych czterdziestu paru lat prowadziłam kolejno 
wszystkie (poza mechaniką nieba) zajęcia na kierunku astronomii, 
astrofizykę dla wielu roczników fizyków, astronomię i matematykę dla 
wielu geografów, przez dwadzieścia parę lat uczestniczyłam w egzaminach 
wstępnych, a potem stopniowo wszystkie te zajęcia przekazywałam 
moim młodszym kolegom. I znów prowadziłam zajęcia ze statystyki 
matematycznej dla biologów, dla studentów stacjonarnych i zaocznych, 
a także dla studentów archeologii. Wśród blisko sześciu tysięcy moich 
słuchaczy byli późniejsi docenci i profesorowie, dyrektorzy instytutów 
i dziekani, rektorzy, ach tak, nawet jeden minister edukacji!l Wspominając 
ich dziś myślę, co właściwie pozostaje po latach z naszego nauczania? 
Jak mierzyć włożony trud i pracę? Czyżby liczbą piątek, czy właśnie 
dwójek stawianych w indeksach? 


Pierwsze wydawnictwa astronomiczne 


Wspominałam wyżej o wydawnictwach astronomicznych wysyłanych 
za granicę w ramach wymiany. Otóż trzeba tu koniecznie zaznaczyć, że 
nasi toruńscy profesorowie jako pierwsi uruchomili swe wydawnictwo 
naukowe. Pierwszy zeszyt "Biuletynu Obserwatorium Astronomicznego 
UMK w Toruniu" pod redakcją prof. Dziewulskiego ukazał się już 
w czerwcu 1946 r. i został następnie rozesłany do około 200 placówek 
zagranicznych, z którymi astronomowie wileńscy, prof. Dziewulski, 
prof.Iwanowska i doc. Szeligowski, utrzymywali kontakty przed wojną. 


I Robert Głębocki.
>>>
185 


Oczywiście, zeszyt zawierał opracowane obecnie wyniki prac obser- 
wacyjnych wykonanych jeszcze przed wojną lub na początku wojny, no 
i ukazywał się po angielsku, aby był zrozumiały dla astronomów na 
całym świecie. Profesor Dziewulski pozostał redaktorem "Biuletynu" aż 
do swej śmierci w 1962 r., a wiązało się to, zwłaszcza w tym początkowym 
okresie, z wielokrotnym dokonywaniem korekt i osobistym ich od- 
noszeniem do drukarni. Łączył to Profesor przeważnie ze swymi dyżurami 
prorektora, w wąskim pokoiku na pierwszym piętrze Collegium Maius, 
z oknem wychodzącym na strzeliste wieżyczki i potężne mury kościoła 
NM Panny. Któż mógł wtedy przypuszczać, że właśnie obok, w starym 
zbiorniku gazowym przy ul. Franciszkańskiej, powstanie kiedyś planeta- 
rium, noszące jego imię? Gdy piszę te słowa, jest już rok 1991, 
planetarium ma piękną kopułę, ale prace we wnętrzu budynku potrwają 
jeszcze jakiś czas 2 . 
Profesor Dziewulski nie znosił pompy i obchodów, więc prof. 
Iwanowska postanowiła jubileusz czterdziestopięciolecia jego pracy 
naukowej uczcić tylko wydaniem specjalnego zeszytu "Biuletynu" w 1950 
r. Znalazły się w nim prace uczniów, a przede wszystkim piękna 
fotografia Profesora, biografia naukowa i wykaz jego publikacji. Można 
więc sobie wyobrazić, jakiej ekwilibrystyki wymagało umieszczenie tych 
dodatkowych materiałów "za plecami" redaktora "Biuletynu"! Ostatecz- 
nie, z dwóch przygotowywanych równocześnie do druku zeszytów 
Wydawnictwa, wcześniej ukazał się nr 8, "oficjalny", znacznie cieńszy, 
a w parę tygodni później wręczaliśmy Profesorowi jubileuszowy nr 9, 
znacznie obszerniejszy. Ponieważ wydawnictwo to wchodziło już wtedy 
do serii Studia Societatis Scientiarum Torunensis wydawanej przez 
Wydział III TNT, pamiętam, jak niekiedy korekty numeru dziewiątego 
"przemycał" w swej teczce prof. Jan PriifTer, ówczesny przewodniczący 
Wydziału III TNT, nasz sąsiad z II piętra w budynku przy ul. 
Sienkiewicza 30/32. 
Pisząc te słowa uświadomiłam sobie raz jeszcze ogromną pracowitość 
prof. Dziewulskiego: przecież jeszcze po 1950 r., od siedemdziesiątego 
drugiego do osiemdziesiątego czwartego roku życia, opublikował 50 
pozycji! A wszak był w tym czasie początkowo kierownikiem zespołu 
katedr i Obserwatorium, przewodniczącym Komisji Egzaminów Magi- 
sterskich, przez dwa lata prorektorem UMK, przewodniczącym Wydziału 
III TNT, a później prezesem TNT. Przecież prowadził wykłady nie tylko 


2 Planetarium otwarto 17 II 1994 r.
>>>
186 


dla paru studentów astronomii, ale i dla studentów innych kierunków, 
przecież zdawały u niego całe roczniki studentów fizyki, matematyki 
i geografii, a Profesor pytał każdego i nie stawiał dwójek! Postawiona 
trójka - to był właściwie egzamin "oblany". Na emeryturę poszedł 
prof. Dziewulski dopiero w osiemdziesiątym drugim roku życia! Przede 
wszystkim zaś - prawie do końca życia Profesor obserwował, naprzód 
ucząc nas młodych pracy z teleskopem w Obserwatorium, a potem 
jeszcze wykonując lornetką długie serie obserwacji wybranych gwiazd 
zmiennych! 
O dorobku naukowym prof. Dziewulskiego mieliśmy okazję mówić 
dopiero na uroczystej dwudniowej sesji zorganizowanej przez UMK, 
TNT i Polskie Towarzystwo Astronomiczne w 1972 r., w dziesięciolecie 
śmierci Profesora. W hallu Biblioteki Głównej UMK była wtedy przez 
trzy miesiące eksponowana specjalna wystawa jemu poświęcona. Mate- 
riały z tej sesji, uzupełnione m.in. pełnym wykazem prac, wydaliśmy 
w Towarzystwie Naukowym w 1978 r., w stulecie urodzin Profesora. 
Trzeba też dodać, że od 1978 r. jest w Toruniu, na Rubinkowie, ulica 
Władysława Dziewulskiego, a jeden z kraterów na odwrotnej stronie 
Księżyca nosi nazwę "Dziewulski" . 
W róćmy jednak do lat czterdziestych, do początków Uniwersytetu. 
Ukazujące się zeszyty "Biuletynu" należało szybko wysyłać - adreso- 
wałam więc kopertę za kopertą (ach, cóż to była za wspaniała powtórka 
z geografii!), a potem odnosiłam stosy zapakowanych wydawnictw na 
pocztę. Jakże cieszyło otrzymanie w parę tygodni później podziękowania 
z egzotycznym znaczkiem, najlepszym dowodem nawiązanego kontaktu! 
Oczywiście, nie było w owym czasie większych funduszy na zakup 
książek, ale było wiele darów: prof. Dziewulski przekazał bibliotece 
zakładowej znaczną część swego księgozbioru, z takim trudem wywie- 
zionego z Wilna; z Biblioteki Uniwersytetu Poznańskiego otrzymaliśmy 
szereg cennych "dubletów"; zaczynały napływać publikacje zagraniczne 
w zamian na nasz "Biuletyn", wreszcie pokaźna przesyłka książek 
z Harvard College w Cambridge (USA) była sygnałem, że astronomowie 
spieszą nam z pomocą, a wkrótce przecież dotarł wypożyczony z Har- 
vardu teleskop - astrograf Drapera.
>>>
187 


Pierwsza wizyta w Piwnicach 


Istniało już zatem wydawnictwo Obserwatorium, był telcskop, tylko 
nie było samego Obserwatorium! Oboje profesorowie objeżdżali już 
w 1946 r. najbliższe okolice Torunia, szukając dogodnego miejsca pod 
budowę, wreszcie wybrano Piwnice, przejęte jako majątek uniwersytecki 
w 1947 r., po siedmiokrotnie uchylanych decyzjach! Pamiętam taki 
jesienny poranek w połowie września 1947 r., gdy prof. Iwanowska 
bawiła w obserwatorium sztokholmskim. Wpisywałam właśnie kolejną 
pozycję do inwentarza, gdy wszedł prof. Dziewulski: "Proszę się zaraz 
zbierać, pojedzie Pani z nami do Piwnic!" Za chwilę ładowaliśmy się 
z inżynierami, którzy mieli później budować pawilon, do ciężarówki 
uniwersyteckiej, prowadzonej przez pana Stanisława Lewandowskiego. 
Nie przypuszczałam wtedy, że będę później szereg razy przcmierzała tę 
trasę, wożąc ciężarówką pana Lewandowskiego wiele roczników studen- 
tów fizyki i geografii na ćwiczenia do Obserwatorium. 
Mijając zabudowania folwarczne, warzywnik i sad -- ach, jak 
pięknie pachniały zbierane właśnie jabłka! - wąską dró7..ką między 
zaoranym ścierniskiem a czekającymi na wykopanie burakami udaliśmy 
się w kierunku niewielkiego lasku. "Tutaj, obok tej polnej drogi 
prowadzącej do Świerczyn, stanie nasz pierwszy pawilon, w którym 
ustawimy astrograf Drapera" - powiedział prof. Dzicwulski. Za chwilę 
Poszukiwaliśmy paru palików, aby umieścić je na linii cienia rzucanego 
przez Słońce dokładnie w momencie górowania, w samo tzw. prawdziwe 
południe. Tak miał zostać wytyczony kierunek pÓłnoc-południe dla 
przyszłych budowniczych. Ale później ktoś trochę poprzestawiał paliki 
i pawilon nie został ustawiony zupełnie prawidłowo! 


Pierwsze obserwacje w Piwnicach - dyżury astronomów 


W następnym roku, gdy budynek został już ukończony, nalcżało tam 
umieścić teleskop. Aby lepiej doglądać prac wykończeniowych, picrwszy 
przeniósł się do Piwnic doc. Szeligowski, spędzając tam już zimę 
1948/1949. Specjalną domenę jego zainteresowań stanowiła mechanika 
nieba, stąd też dzień w dzień spędzał długie godziny przy obliczeniach 
zakłóceń w ruchach planet i planetoid. Do tej pracy musiały wówczas 
wystarczać tablice logarytmiczne i prosty arytmometr, a przede wszystkim
>>>
188 


- ogromna cierpliwość! Chodziły słuchy, że w swych studenckich 
czasach na UJ Szeligowski był zapalonym sportowcem, zawodnikiem 
jednego z klubów piłki nożnej, "Wisły" lub "Cracovii"! Ale którego? 
Jakoś nie zdążyliśmy go o to zapytać, bo wiosną 1949 r. doc. Szeligowski 
przeniósł się do Wrocławia, do tamtejszego Uniwersytetu. Zapamiętali- 
śmy najlepiej jego łagodność, cierpliwość i pogodę, z jaką znosił trudne 
warunki bytowania w Obserwatorium w tym przedhistorycznym okresie. 
Pierwsze prace obserwacyjne - to było mozolne sprawdzanie 
zamontowania astrografu, bo przecież miał teraz pracować w innej 
szerokości geograficznej niż pierwotnie w Harvard. Powoli, śrubka po 
śrubce, trzeba było dopasowywać ustawienie teleskopu tak, aby gwiazdy 
fotografowane przecież niekiedy przez godzinę albo i dłużej ukazywały 
się na kliszy jako punkty, a nie kreski. Te prace wykonywano w czasie 
pogodnych nocy, a uczestniczyli w nich pod okiem profesorów wszyscy 
młodzi pracownicy, studenci, zaangażowani na zastępców asystentów 
w końcu 1947 r. Byli to w Katedrze Astrofizyki: Marian Kaźmierczak 
- zmarły po ciężkiej chorobie w maju 1949 r., Mieczysław Frąckowiak 
- późniejszy asystent w Katedrze Fizyki oraz ja, zaś w Katedrze 
Astronomii: Halina Gadzikowska-H utorowiczowa - obecnie profesor 
Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie i Henryk Iwaniszewski 
- później docent w Instytucie Technologii Elektronowej, zmarły 
w 1981 r. W 1950 r. dołączył do tej grupy Andrzej Lisicki - później 
docent Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni oraz w 1951 r. Regina 
Piątkowska-Rumińska - nauczycielka liceum w Gdańsku. 
Przy tych pierwszych zdjęciach próbnych ustalił się już pewien rytuał: 
dyżurny obserwator wywoływał rano swoje klisze z poprzedniej nocy, 
nast
pnie suszyły się one na biurku. Najciekawszy był moment oglądania 
otrzymanego materiału przez profesorów, omawiania błędów w prowa- 
dzeniu teleskopu, w wywołaniu czy utrwaleniu. I wreszcie ocena: czy to 
już jest naprawdę dobrze? Latem teleskop był już wreszcie poprawnie 
ustawiony, zdjęcia próbne ukończone. Uzyskane przez Henryka Iwani- 
szewskiego 24 lipca 1949 r. zdjęcie Drogi Mlecznej w okolicy gwiazdo- 
zbioru Orła, a tego obszaru dotyczyła później jego praca doktorska, 
zostało jako pierwsze zakwalifikowane jako dobre i wpisane przez 
Halinę Gadzikowską do katalogu klisz wykonanych astrografem. 
Z tej pierwszej śnieżnej zimy w Piwnicach zapamiętałam takie 
zdarzenie. O szarym świcie spieszyłam przez las na pociąg odchodzący ze 
stacji Olek około godz. 7. Weszłam właśnie na leśną polanę, a tu 


-....ł..
>>>
189 


w odległości paru kroków... stoi dzik! Popatrzyliśmy na siebie, ale 
najwyraźniej dzik nie był zainteresowany wykładem z metod matematycz- 
nych w fizyce prof. Jeśmanowicza i zawrócił do lasu, a ja zdążyłam na 
pociąg i na wykład! Widocznie dziki z lat czterdziestych nie zamierzały 
się kształcić w naukach ścisłych, za to pokolenia następne (jak długo żyje 
dzik?), z lat osiemdziesiątych, próbując zapoznać się z astronomią, 
systematycznie przeorują nam park w Obserwatorium, niszcząc drzewka 
i krzewy. Obecnie, gdy przez Piwnice przejeżdżają autobusy z Torunia 
do Lulkowa co dwie godziny, dojazd jest łatwy, a i dzików w dzień się nie 
Spotyka. Ale na początku dojeżdżało się do Piwnic pociągiem trzy razy 
na dobę łączącym Toruń z Chełmnem, wysiadając na stacji Olek, gdzie 
nie było żadnych budynków stacyjnych, kas, a za schronienie służył stary 
wagon kolejowy ustawiony przy torze. Potem trzeba było iść przez las, 
obok rezerwatu dębów, przez kładkę nad strumykiem zwanym "Rzeka 
Eridanus" (od gwiazdozbioru na niebie południowym), przez piękną 
POlanę, zwaną "Mare Serenitatis" (od księżycowego "Morza Spokoju"), 
a wreszcie szeroką polną drogą, niekiedy błotnistą, wśród wiejskich 
zabudowań dochodziło się do dawnego dworu, gdzie w pierwszych 
latach mieściły się pracownie naukowe i pokoje noclegowe astronomów. 
Chyba gdzieś w 1950 r. ustalił się pewien porządek dyżurów 
w Obserwatorium: w poniedziałki rano wszyscy spotykali się w Toruniu 
na seminarium (do dziś jeszcze w poniedziałki to seminarium się 
odbywa!), a potem prof. Iwanowska ze swoimi asystentami, tj. A. 
lisickim i ze mną, wyjeżdżała do Piwnic. We czwartek następowała 
ZIniana, dyżury obserwacyjne obejmował prof. Dziewulski ze swoimi 
asystentami, H. Gadzikowską, H. lwaniszewskim, później również 
R.. Piątkowską, a prof. Iwanowska wracała do Torunia. Ile to było 
nieraz śmiechu przy ustalaniu, w której połowie tygodnia pogoda 
bywa dla astronomów najłaskawsza, oczywiście chodziło o pogodne, 
bezksiężycowe noce. Andrzej Lisicki, który absolutnie "musiał" wy- 
słuchać cotygodniowych wieczornych radiowych koncertów chopino- 
:Wskich, twierdził, że w te dni nigdy nie ma pogody! Ale co robić, 
Jeśli innego wieczoru nadawano muzykę Bacha, który także należał 
do ulubionych kompozytorów naszego kolegi? Andrzej zajmował 
się zaopatrywaniem ciemni w potrzebne chemikalia, zatem co jakiś 
Czas obserwatorzy dostawali inne mieszaniny i przepisy, jak wywoływać 
klisze. Z kolei H. lwaniszewski organizował warsztat mechaniczny, 
a ilość zakupywanych przez niego drobnych części przerażała prof.
>>>
190 


Dziewulskiego, prowadzącego finanse Zespołu Katedr. "Od tej ilości 
wierteł, jakie Pan Henryk kupuje dla nas, powinniśmy się nazywać 
WierHowo, a nie Piwnice" mawiał żartobliwie. Halina Gadzikowska 
miała piękne regularne pismo, powierzono jej więc wpisywanie naszych 
"plonów" do katalogu klisz, dalej staranne opisywanie kopert ze 
zdjęciami nieba, wpisywanie do inwentarza kupowanych mebli i przy- 
rządów. W oczekiwaniu na pogodę potrafiła Halina cierpliwie spędzać 
długie godziny niestrudzenie poruszając drutami, produkując barwne 
wełniane swetry czy szaliki. Regina Piątkowska szybko wciągnęła się do 
pracy obserwacyjnej; mam właśnie w ręku zeszyt "Biuletynu" z pracami 
naszej piątki, dotyczącymi badania jasności gwiazd w wybranych 
częściach Drogi Mlecznej, złożonymi do druku w 1954 r. 
Zaburzeniami w pracy tego zespołu okazały się jednak kolejne 
małżeństwa całej piątki, już po ukończeniu studiów. Halina Hutorowi- 
czowa przeprowadziła się w 1953 r. wraz z mężem Januszem, biologiem, 
do Olsztyna; mąż Reginy Rumińskiej Józef, historyk, pracował już 
w Gdańsku, dokąd ona też w 1953 r. się przeniosła; żona Andrzeja 
Lisickiego Anna Borowikówna-Lisicka studiowała i pracowała w Toruniu 
i Andrzej w 1955 r. rozpoczął pracę w toruńskim szkolnictwie. Mój ślub 
z Henrykiem Iwaniszewskim w 1952 r. nie spowodował większych 
zakłóceń, choć oczywiście w związku z urodzeniem synów (w 1953 r. 
- Stanisława, w 1955 r. - Jana) musiałam przez jakiś czas mniej 
aktywnie uczestniczyć w obserwacjach. Na zwolnione miejsca zostali 
angażowani kolejno następni zastępcy asystentów, studenci starszych 
lat: Stefania Grudzińska, Roman Ampel, Stanisław Gąska. 
Wróćmy jednak do roku 1950, do ustalonych dyżurów w Obser- 
watorium. Do takiego podziału tygodnia należało dopasować wykłady 
obojga profesorów, natomiast studenci-asystenci nieraz musieli częściej 
bywać w Toruniu, aby uczestniczyć we wspólnych z fizykami wykładach. 
Czasem drogę do Piwnic odbywało się końmi, bryczką, lub nawet ... 
saniami, od ostatniego przystanku tramwaju linii ,,3". W późniejszych 
czasach dwa razy w tygodniu do dyspozycji profesorów był samochód 
rektorski, czarna warszawa. Niekiedy zimą zdarzały się lokalne trudności 
i trzeba było przywieźć ze sobą z Torunia dzbanek z paroma litrami... 
zwykłej wody, aby umyć choć czubek nosa, gdy zamarzła woda w starej 
instalacji, zaś wody destylowanej, skrzętnie przywożonej do wywoływania 
klisz, nie wolno było zużywać! Za to wracając do Torunia można było 
niekiedy przywieźć dzbanek dobrego mleka, takiego "prosto od krowy"!
>>>
191 


Dobrą, mleczną kawę (zbożową oczywiście!) pijaliśmy na śniadanie 
przygotowywane przez żonę administratora majątku Piwnice, Bronisława 
Przybylskiego. Z budynku dworskiego chodziliśmy na śniadania, obiady 
i kolacje do sąsiedniego, białego domu - mieszkania państwa Przybyl- 
skich. Przy okazji wysłuchiwało się radiowej prognozy pogody, czasem 
wiadomości dziennika. Po obiedzie zwykle odbywało się przechadzkę po 
parceli Obserwatorium, po terenie otaczającym pawilon, stopniowo 
zagospodarowywanym, obsadzanym pięknymi drzewami i krzewami, 
Sprowadzanymi przez prof. Dziewulskiego. Opiekował się nimi pa- 
lacz-ogrodnik, pan Hipolit Górski, ale astronomowie także musieli 
nieraz pomagać w utrzymaniu porządku w parku, w walce z ch wastami. 
Ileż godzin spędziła prof.Iwanowska przy pieleniu rabat z różami wokół 
pawilonu teleskopu Schmidta-Cassegraina jeszcze w latach sześćdziesią- 
tych! Wierną towarzyszką astronomów w spacerach po parceli była suka 
Górskiego, Morwa. Stopniowo przyzwyczaiła się ona do wieczornych 
Wypraw na obserwacje i spędzała noce na hasaniu wśród pól buraczanych 
CZy kartoflanych otaczających pawilon astrografu Drapera w tych 

ajdawniejszych czasach. Swoją troskę o astronomów Morwa posuwała 
Jednak zbyt daleko, gdyż kiedyś zawędrowała za mną aż do kościółka 
w Świerczynkach, i nie dając się odpędzić od wrót, weszła do wnętrza! 
Musiałam wyjść i wrócić z psem aż do Piwnic! 


Pierwsi goście w Piwnicach 


We wczesnych latach pięćdziesiątych, w okresie najlepszych astro- 
nOmicznych "żniw", tj. pogodnych okresów sierpnia i września, gdy 
noce są już dłuższe, a nie ma jeszcze zajęć dydaktycznych, przebywaliśmy 
w Obserwatorium całymi tygodniami, przyjeżdżali też do nas na 
parotygodniowe zbieranie materiału obserwacyjnego astronomowie 
Warszawscy, prof. Zonn, o którym pisałam wyżej, oraz jego asystenci, 
I11gr Halina Tomasik i mgr Konrad Rudnicki. Zapamiętałam takie 
POPOłudnie, kiedy prof. Zonn opowiadał nam młodym w swój niezwykle 
barwny sposób, jak przebiegało życie w obozie jenieckim, chyba w oflagu 
w Woldenbergu, jak polscy oficerowie organizowali samokształcenie 
w czasie ubiegłej wojny. Dla nas był to fragment nie znanej bliżej 
najnowszej historii Polski! Halina Tomasik, mieszkanka stolicy, za- 
chwycała się przyrodą, zbierała polne kwiaty i robiła z nich bukiety,
>>>
192 


towarzyszyła prof. Dziewulskiemu w "odwiedzinach" koni na podwórzu 
majątkowym, karmiąc je kostkami cukru. W Obserwatorium naszym 
zapoznawała się ze spektroskopią, jej dwie prace z tej dziedziny ukazały 
się w naszym "Biuletynie". Kiedyś z Haliną poszłyśmy na stację Olek 
powitać wracającą z Warszawy prof. Iwanowską. Ważyły się wtedy 
sprawy ewentualnego przejścia prof. Iwanowskiej do obserwatorium 
warszawskiego, które miało zostać wyposażone w duży teleskop. 
Oczywiście takie rozwiązanie byłoby bardziej korzystne dla Haliny, 
pracującej pod kierunkiem prof. Iwanowskiej w czasie pobytów w Piw- 
nicach. Za to my, jako pracownicy obserwatorium toruńskiego, byliśmy 
zaniepokojeni taką możliwością. Ostatecznie jednak prof.lwanowska 
pozostała w Toruniu, a największy, do dziś jeszcze, polski teleskop, 
o średnicy lustra 90 cm, został ustawiony w dziesięć lat później właśnie 
w Piwnicach! 
Konrad Rudnicki bywał w Toruniu już wcześniej, z jego bytności 
latem 1950 r. utkwiło mi w pamięci takie zabawne zdarzenie: schodzimy 
rano na śniadanie, a tu na tablicy w sali napis: "Pojechałem rano do 
Torunia, weźcie dla mnie kanapki na śniadanie; mleka nie trzeba, wypiję 
sobie wody, dziękuję, Konrad". I tu któryś z kolegów, chyba Andrzej 
Lisicki, dopisał "ze stawu". Oczywiście, było dużo śmiechu, do końca 
pobytu Konrad był przezywany jako ten, który "pija wodę ze stawu"! 
Dziś oba stawy, znajdujące się wtedy między dworem a podwórzem, 
z wolna wysychają, niedługo śladu po nich nie zostanie! A Konrad 
Rudnicki przyjeżdża do nas co jakiś czas z referatem na seminarium jako 
dostojny profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego; właśnie będzie promował 
na kolejnym święcie UMK swego ucznia, który w Toruniu zrobił 
doktorat3 . 
Z gości zagranicznych - pierwszy odwiedził toruńskich astronomów 
sam królewski astronom sir Harold Spencer Jones, dyrektor Obser- 
watorium Greenwich (Wlk. Brytania) w 1948 r. W dużej sali gmachu 
przy ul. Sienkiewicza 30/32 wygłosił referat. Potem w 1950 r. odwiedziła 
nas grupa 12 astronomów radzieckich, wracających z II Zjazdu Polskiego 
Towarzystwa Astronomicznego we Wrocławiu. Był też w listopadzie 
1951 r. III Zjazd Polskiego Towarzystwa Astronomicznego, obrady 
odbywały się w Collegium Physicum, zwiedzano Piwnice; jedna sesja 
poświęcona historii astronomii odbyła się na drugim piętrze ówczesnej 


3 Bohdan Wszołek z Obserwatorium Astronomicznego UJ. 


-..tlI
>>>
193 


Biblioteki Głównej UMK przy ul. Chopina 12/18, w budynku, w którym 
obecnie znajduje się Instytut Astronomii. 
Gdy w 1953 r. odwiedził nas astronom holenderski, prof. Marcel 
Minnaert, pokazywaliśmy mu także nasz drugi instrument umieszczony 
w prowizorycznym drewnianym budynku. Tak się bowiem złożyło, że 
Szybciej udało się skompletować re sprowadzonych części kamerę 
Schmidta o średnicy 30 cm, niż uzyskać kredyty na budowę pawilonu. 
Latem 1952 r. podjęto decyzję: "Budujemy pawilon sami!" Projektantem 
i głównym wykonawcą był H. Iwaniszewski, podmurówkę wykonał 
murarz z majątku, asystenci z mechanikiem przycinali belki na szkielet 
ścian, a piłowanie płyt pilśniowych do obicia ścian należało do pań 
z prof. Iwanowską na czele. Jeszcze należało wymyśleć dach, oczywiście 
nie normalną astronomiczną kopułę, lecz obity papą okrągły daszek, 
otwierany jak pokrywka pudełka, i po wykonaniu zdjęć próbnych, od 
Września 1953 r., rozpoczęto fotografowanie widm gwiazd tym nowym 
teleskopem. Dopiero w latach 1957 -1958 ukończono budowę dwóch 
pawilonów obserwacyjnych i budynku mieszczącego pracownie, biblio- 
tekę, pokoje noclegowe, warsztaty. 
Mówiąc o gościach w Obserwatorium nie sposób zapomnieć o dzien- 
nikarzach i filmowcach - telewizji w tych czasach jeszcze nie było! 
Stawał tedy wielki wóz transmisyjny Polskiego Radia z Bydgoszczy na 
drodze obok pawilonu Drapera i nagrywał efekty akustyczne: głuchy 
stukot kroków po schodach, gdy astronom w ciężkich filcowych butach 
udawał się na obserwacje, tykanie zegara regulującego ruch teleskopu 
w ślad za pozornym ruchem sfery niebieskiej, no i rozmowę przy 
teleskopie. A kiedy indziej przyjeżdżała ekipa filmowców i "ustawiała" 
nas po swojemu przy pracy tak, aby można było wszystko dobrze objąć 
kamerą. Przy teleskopie jakoś to wychodziło, za to, gdy chciano 
pokazać, w jaki sposób opracowuje się otrzymany materiał, to zgroma- 
dzono nas w jednym z pokoi w ten sposób: w jednym kącie prof. 
Iwanowska nadzorowała H. Gadzikowską mierzącą kliszę na fotometrre, 
a był to aparat archaiczny, prezentujący się malowniczo!, na środku 
pokoju - A. Lisicki wertował gruby katalog gwiazd zmiennych i potem 
bardzo długo wykonywał wyimaginowane obliczenia arytmometrem 
typu "kręciołek", mnie zaś przypadło w udziale oglądanie kliszy 
Z widmami gwiazd pod mikroskopem i porównywanie z atlasem widm, 
zapewne z kartami atlasu Morgana-Keenana, bo te były znacznie
>>>
194 


bardziej efektowne od innych. Nikt z nas nie oglądał niestety nigdy 
gotowego filmu o pracy astronomów! 
A wreszcie - goŚĆmi Obserwatorium były wycieczki. Od początku 
powstania Obserwatorium tak blisko Torunia stało się jasne. że będzie 
ono spełniało zadania popularyzatorskie. I tak zaczęły się wycieczki 
młodzieży szkolnej. wycieczki turystów zwiedzających jeszcze jedną 
atrakcję w Toruniu, wycieczki całych zakładów pracy w ramach "akcji 
socjalnej i kulturalno-oświatowej". Na ogół wycieczki powinny były 
zgłaszać się wcześniej na konkretny dzień i godzinę. ale zdarzały się 
i nagłe odwiedziny. Chyba gdzieś na przełomie kwietnia i maja 1952 r. 
przypadło mi pokazywać Obserwatorium. a właściwie teleskop Drapera, 
grupie studentów UMK, którzy zgłosili się późnym wieczorem, przebyw- 

y pieszo trasę z Torunia. gdyż spóźnili się na ostatni pociąg. Wśród tej 
grupy studenckiej znalazł się nasz obecny dyrektor. prof. Andrzej 
W oszczyk. wówczas student pierwszego roku matematyki. co można 
sprawdzić w skrupulatnie prowadzonej księdze gości. rejestrującej 
wycieczki i podpisy ich uczestników. 
Zdarzały się też sytuacje nieoczekiwane. gdy liczba uczestników 
zapowiedzianej wycieczki nagle wzrosła. Legendą obrosła chyba już 
wycieczka uczestników imprezy PTTK, gdzieś w końcu lat pięćdziesią- 
tych. kiedy oczekiwaliśmy grupy autokarowej. Wiadomo bowiem było. 
że jeden autokar zabiera około 40 osób. co podzielone na dwie części 
daje grupy mogące pomieścić się przy teleskopie. aby oglądać np. 
Księżyc. Tymczasem, po zjawieniu się grupy głównej. zaczęły się 
pojawiać grupy następne. które dostały się do Piwnic prywatnymi 
samochodami i rowerami. a potem docierali i piesi. Jak się później 
okazało. Obserwatorium zostało wyznaczone na metę, punkt docelowy 
rajdu ..gwiaździstego" odbywanego różnymi środkami lokomocji, po 
różnych trasach. Był już zupełnie późny wieczór, a tu dochodziły wciąż 
kolejne grupy i ustawiały się w kolejce do teleskopu. do oglądania 
Księżyca. Trzeba było uruchomić przenośne lunetki. ale i to nie 
wystarczało. Gorzej. bo tłum przybywających poważnie zagrażał naszym 
kwiatom i krzewom. których w ciemności nie sposób było zauważyć! Oj, 
na długo zapamiętaliśmy ten wieczór! I przez jakiś czas nieufnie 
przyjmowaliśmy wycieczki zgłaszane przez PTTK! Ale teraz to już czasy 
prawie przedhistoryczne! 


-11III
>>>
195 


Seminaryjne "szlifowanie" młodych 


Gdzieś chyba od 1948/1949, zgodnie z zapisem w moim indeksie, 
Wprowadzone zostało seminarium astronomiczne, odbywające się po- 
czątkowo w czwartek, a gdy rozpoczęły się regularne dyżury w Piwnicach, 
przeniesione na poniedziałek. Skoro było nas pięcioro studentów 
- zastępców asystentów, każdy musiał dwa lub trzy razy w semestrze 
przygotować referat. Różna to była tematyka; czasem przerabialiśmy 
przez cały rok jeden temat, np. jakąś monografię, tak że każdy musiał 
kOlejny rozdział przygotować, ale przy istniejącym jednym egzemplarzu 
źródła niemożliwe stawało się opracowanie materiału w ciągu jednego 
tygodnia. Niekiedy kierowano się doborem tego samego tematu, do 
którego materiały trzeba było znaleźć w bieżącej literaturze, wspierając 
się swymi umiejętnościami językowymi. Byli więc w naszej grupie tacy, 
Co woleli literaturę w języku angielskim, niemieckim czy rosyjskim, bo 
OCzywiście nie zdarzało się mieć materiałów w języku polskim. Pewnie 
dopiero po latach zdaliśmy sobie sprawę z tego, jaką świetną szkołą było 
częste referowanie, bo rzeczywiście prowadząca seminarium prof. 
Iwanowska bardzo zwracała uwagę na sposób przedstawiania referatu. 
Pamiętam kilka takich wypadków, gdy seminarium zostało w połowie 
przerwane, a prelegent odesłany do "poprawki" na następny tydzień! 
Kiedyś, gdy prof. Iwanowska była na dłużej unieruchomiona w domu 
(miała nogę w opatrunku gipsowym), seminaria odbywały się w jej 
mieszkaniu. Musieliśmy tylko przejść przez podwórko i przynieść tablicę 
stawianą na dwóch krzesłach obok jej tapczanu. Bywały też i tzw. 
seminaria specjalistyczne, gdy węższą tematyką zajmowała się tylko 
mała grupa osób. Na początku było zapewne odbywające się 
w 1951/1952 r. seminarium z teorii pulsacji gwiazd, gdy z prof. 
lwanowską przerabiałyśmy we dwie monografię Rosselanda na ten 
temat. Kolejno referowałyśmy każda po rozdziale z tej książki, poza 
normalnym seminarium poniedziałkowym. 
Jeszcze wiele lat później wspominała prof. Iwanowska, jak oceniając 
młodego studenta, potem już magistra, zawsze wielką wagę przywiązy- 
wała do tego, jak dana osoba wygłaszała swe referaty na seminariach. To 
właśnie był egzamin!
>>>
196 


Historia "zagubionego" teleskopu 


W spokojnej pracy astronoma zdarzają się takie zjawiska niezwykłe, 
rzadkie, do których trzeba się długo przygotowywać. Takimi zjawiskami, 
z góry przewidzianymi, są coroczne zaćmienia Słońca, obserwowane 
w wąskich strefach na kuli ziemskiej. Większość takiego pasa widoczności 
przebiega zazwyczaj na morzu, część na lądzie, a już ogromnie rzadko 
zdarza się, żeby było to w pobliżu istniejącego obserwatorium. Aby 
zatem obserwować szczególnie ważne tzw. całkowite zaćmienia Słońca, 
organizuje się wyprawy na teren pasa widoczności. Tak się zdarzyło, że 
całkowite zaćmienie Słońca z 30 czerwca 1954 r. miało być widoczne 
w Polsce na samym jej północnowschodnim krańcu, a dalej strefa 
widoczności przebiegała przez teren Związku Radzieckiego, w kierunku 
Kaukazu. Podjęto decyzję zorganizowania polskiej wyprawy na zaćmienie 
Słońca i wybrano na terenj
j działania miejscowość Nalczyk, uzdrowisko 
na północnym stoku Kaukazu. Na czele dziesięcioosobowej grupy 
stanęła prof. Iwanowska, prócz niej z Torunia udział brali: mgr 
Iwaniszewski i mgr Lisicki oraz zastępca asystenta student Roman 
Ampel. Była także czwórka astronomów z Wrocławi a 4 oraz dwoje 
meteorologów 5 . Ale jak z instrumentem? Toruńczycy postanowili zabrać 
ze sobą szacowny astrograf Drapera, któremu dodano dodatkową 
kamerę do fotografii z filtrem. I znowu pamiętam wczesny ranek, około 
10 czerwca, gdy przed Collegium Maius żegnałam Henryka, wsiadającego 
do ciężarówki uniwersyteckiej, załadowanej skrzyniami z rozłożonym na 
części naszym teleskopem. 
Jak się okazało, cała wyprawa szczęśliwie dotarła na miejsce, teleskop 
udało się zmontować i ustawić pod prowizorycznym daszkiem w oczeki- 
waniu na dzień zaćmienia całkowitego. Pogoda była na ogół dobra, 
jednakże akurat 30 czerwca pokazały się chmury! A tu obok Polaków 
rozłożyły się inne ekspedycje, ze Związku Radzieckiego, z Czechosłowacji. 
Podobno jeden z astronomów wziął teleskop na plecy i wskoczył na 
motocykl, aby "przegonić" nadciągające chmury, aby dojechać do 
terenu, do którego chmury jeszcze nie doszły. Ale chyba i on nie miał 
szczęścia! Cóż było robić? Trzeba było teleskop znowu rozmontować 
i zapakować do skrzyń. Tym razem jednak miał on być nadany na bagaż 


4 Byli to: prof. dr hab. Antoni Opolski, mgr Tadeusz Jarzębowski, mgr Jan 
Kubikowski i mgr Przemysław Rybka. 
5 Prof. dr hab. Edward Stenz z Warszawy i mgr Lutosława Skrzypkowa z Torunia.
>>>
197 


i przyjechać do Polski pociągiem, niezależnie od astronomów, gdy 
tymczasem członkowie wyprawy zwiedzili jeszcze okolice Nalczyka, 
wchodzili na zaśnieżone szczyty Kaukazu i w połowie lipca wrócili 
do Polski. 
Zaczął się okres pogodnych nocy sierpniowych i wrześniowych, a tu 
teleskopu nie ma. Skrzynie z teleskopem odbywały długą wędrówkę 
szlakami kolejowymi, "zwiedzając" kraj sąsiadów na swój sposób! 
Wyglądało to jużjak w bajeczce, kiedy to "idzie jesień i zima, teleskopu 
ni ma i ni ma...", ale szczęśliwie w październiku prof. Iwanowska dostała 
zaproszenie na konferencję kosmogoniczną do Moskwy. Zaczęła stamtąd 
energicznie domagać się poszukiwania teleskopu, który wreszcie dotarł 
do nas pod koniec 1954 r. 
Niezależnie od tej wielkiej ekspedycji do Nalczyku wyruszyła 
też wycieczka naszych studentów na Suwalszczyznę, mieli chyba 
nieco lepszą pogodę. A tymczasem w Piwnicach, gdzie tarcza słoneczna 
miała być zasłonięta w 87%, próbowaliśmy również wykonywać 
zdjęcia. Niespodziewanie zjechały do Obserwatorium lokalne władze 
gminne czy też powiatowe, tak że prof. Dziewulski musiał uprzejmie 
gości zabawiać przed pawilonem, wręczywszy im zakopcone szkiełka 
do oglądania Słońca. Mnie przypadło w udziale wykonywanie zdjęć 
prowizorycznie ustawionym reflektorem parabolicznym, w czym po- 
magała mi specjalnie do Piwnic przybyła nasza dawna asystentka 
mgr Rumińska. Tak więc z tego zaćmienia zapamiętałam fakt, że 
nie zdążyłam nawet rzucić okiem na zewnątrz, gdyż cały czas spędziłam 

 ciemni przy wymianie klisz lub przy teleskopie. Ale tak to już 
Jest w wypadku zjawisk trwających tylko minuty! 


o sprawach bytowych i pracach spolecznych 


W tych pierwszych powojennych latach różne bywały formy pomocy 
dla osób zatrudnionych w Uniwersytecie. Czasem były to przydziały 
odzieży, np. brązowe kurtki podbite kożuszkiem, w które zostali 
"umundurowani" profesorowie UMK. Profesor Iwanowska chodziła 
w swej kurtce na obserwacje nocne w Piwnicach, gdy było jeszcze zbyt 
ciepło na włożenie długiego astronomicznego kożucha. Z daleka 
rozpoznawało się potężną sylwetkę prof. Sośnickiego, zdążającego 
w swym kożuszku z mieszkania przy ul. Bydgoskiej 14 na zajęcia
>>>
198 


w Katedrze Pedagogiki w Collegium Maius. Profesor Dziewulski nosił 
długie lata płaszcz zimowy z przydziałowego materiału "w jodełkę". 
Z kolei dzieci profesorskie nosiły koszule lub sukienki z wesołej flaneli 
w czerwoną kratkę. 
Były także przydziały żywności, tłuszczu, mięsa. W zakamarkach 
piwnicy Collegium Maius stawał wtedy prof. Jeśmanowicz, aby 
jako członek Zarządu, a potem prezes Związku Nauczycielstwa 
Polskiego przy UMK, obdzielać czekających w kolejce pracowników 
porcjami mięsa, odrąbywanymi wielkim tasakiem... Związek orga- 
nizował także zakup biletów do kina po cenach zniżkowych na 
ciekawsze filmy. W latach pięćdziesiątych zajmował się tym H. 
Iwaniszewski. W okresie naszego narzeczeństwa lub wkrótce po 
ślubie poznałam dobrze okolice naszych trzech kin, bo nieraz przyszło 
mi tam spacerować czekając na Henryka wykupującego kilkadziesiąt 
biletów na umówione seanse filmowe. 
Ale wspólne wyprawy pracowników nie dotyczyły tylko rozrywek, 
czasem wyjeżdżano na wspólne "prace społeczne". Pamiętam taką 
słoneczną niedzielę wiosną 1951 r., gdy pracownicy UMK pojechali 
sadzić las w Cierpicach. Pracowaliśmy w sąsiednich bruzdach, Andrzej 
Lisicki z żoną Anną w jednej, Henryk i ja w drugiej. Zapewne 
urządzaliśmy wyścigi, która para lepiej wywiąże się ze swego zadania! 
W przerwie śniadaniowej napotkaliśmy prof. Stanisława Jaśkowskiego, 
w "mundurowym" brązowym kożuszku, siedzącego na trawie z jajkiem 
na twardo w ręku. Zagarnęliśmy profesora do naszej grupy, na zmianę 
z Anią asystowałyśmy mu przy sadzeniu, a Andrzej z Henrykiem 
uwieczniali na zdjęciach pracowników Uczelni w tak niezwykłych dla 
nich okolicznościach. Niestety nikt z nas nie zapamiętał, w którym to 
było miejscu, czyje rządki drzew posadzonych w Cierpicach lepiej 
wyrosły? Czy w ogóle las daje się sadzić przez niewykwalifikowany 
personel? 
W Obserwatorium w Piwnicach wiele było sposobności do wykony- 
wania prac fizycznych na świeżym powietrzu, np. przy porządkowaniu 
parku na wiosnę, czasem biorąc udział w pracach żniwnych na terenie 
majątku, czy też w jesiennych wykopkach buraków. Kiedyś istniał 
zwyczaj, że studenci z innych ośrodków, przyjeżdżający w sierpniu na 
praktyki do Piwnic, wykonują również drobne prace fizyczne, np. 
pomagają przy grodzeniu parku, przy malowaniu ogrodzenia, przy 
grabieniu siana. Ale były to chyba głównie lata pięćdziesiąte. Były
>>>
199 


również wiosenne przyjazdy pracowników Uniwersytetu, np. pomagają- 
cych przy budowaniu drogi prowadzącej od szosy do parku Obser- 
watorium w Piwnicach. 
Może warto wspomnieć tu o jeszcze jednym rodzaju pracy wykony- 
wanej przez pracowników na rzecz Uniwersytetu: dublowaniu kart 
katalogowych, gdy Biblioteka Główna wprowadzała katalog rzeczowy. 
W określonym terminie każdy pracownik naukowy winien był zgłosić się 
do działu katalogów, aby otrzymać przydzieloną szufladkę kart katalo- 
gowych, które należało przepisać, oczywiście ręcznie. Siedzieliśmy zatem 
po kilka godzin w budynku przy ul. Chopina 12/18, na parterze; 
pamiętam przy sąsiednim stoliku bujną czuprynę prof. Jeśmanowicza, 
nachylającego się nad swoją szufladką. Gdy teraz czasem zdarza mi się 
w katalogu Biblioteki Głównej znaleźć ręcznie pisaną kartę, to myślę, że 
może jest to produkt tej działalności niefachowego personelu! 


Zakończenie 


Przeglądam zapisane już strony i stwierdzam, że ciągle używałam 
słów "pierwszy, pierwsze...", ale tak to już było w okresie początków 
Uniwersytetu, wszystko się wtedy rozpoczynało... 
Widzę także, że nie wspomniałam tu o okresie, krótkim na szczęście, 
gdy nie byłam oficjalnie zatrudniona na UMK. Nominacje asystenckie 
w pierwszych latach były na rok, przedłużenie następowało na jesieni. 
I oto w listopadzie 1949 r. okazało się, że Ministerstwo Oświaty 
negatywnie załatwiło wnioski o zatrudnienie na UMK w Toruniu 
kilkudziesięciu pracowników; w naszym astronomicznym zespole doty- 
czyło to Mieczysława Frąckowiaka i mnie. Było to szczególnie uciążliwe 
dla prof. Iwanowskiej, która w maju tego roku wróciła z obserwatoriów 
amerykańskich z bogatym materiałem obserwacyjnym do dalszego 
Opracowywania, a wobec śmierci Mariana Kaźmierczaka i naszego 
odejścia - pozostawała bez asystentów! Frąckowiak kontynuował swe 
studia na kierunku fizyki, z czasem uzyskał asystenturę w Katedrze 
Fizyki. A ja właśnie kończyłam studia astronomiczne. Pozostałam 
w zespole, dojeżdżając jak poprzednio do Piwnic, a oboje nasi profesoro- 
wie wyszukiwali dla mnie fundusze, bo nie było w owym czasie prac 
zleconych w Uniwersytecie. Między innymi przez jakiś czas otrzymywa- 
łam stypendium im. prof. Juliusza Rudnickiego. Była to fundacja
>>>
200 


założona przez jego kolegów-profesorów wileńskich, zlikwidowana 
w 1950 r. Z czasem sytuacja kadrowa polepszyła się: z Warszawy 
przeniósł się A. Lisicki, zatrudniony w Katedrze Astrofizyki od 1950 r., 
a dzięki usilnym zabiegom prof. Iwanowskiej zostałam ponownie 
zatrudniona w Uniwersytecie od września 1950 r., już jako magister. 
Pytano mnie niedawno o wrażenia z pierwszych obserwacji. Była 
taka pogodna sierpniowa noc, gdy wyszłam na balkon pawilonu 
Drapera, aby ustalić kierunek, w którym zwrócimy teleskop do 
następnego zdjęcia. Spoglądając w wygwieżdżone niebo myślałam o tym, 
jak niewiele właściwie wiemy o otaczającym nas świecie, bo wszak nasze 
badania dotyczą zawsze jego części, bo nasza wiedza posuwa się naprzód 
tak powoli! Ale z tych drobnych okruchów, z tych fragmentów zaczyna 
stopniowo rysować się obraz wyraźniejszy. Ważne są i duże kamienie 
i małe, zupełnie małe kamyczki, którymi wypełnia się z wolna ten obraz 
Wszechświata, obraz, który będzie jeszcze budowany przez pokolenia 
naszych następców... 


-...a.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


EDWARD PASSENDORFER 


Wspomnienia geologa, współtwórcy Wydziału 
Matematyczno- Przyrodniczego UMK- 


Zacznę od Wilna, do którego przyjechałem pod koniec 1936 r., 
a wykłady rozpocząłem W 1937 r. Asystentami moimi byli wówczas 
doc. Halicki, dr Kongiel i pani Matwiejewówna, która została później 
w Wilnie. W 1938 r. objechałem Francję. Po powrocie urządziłem 
sobie laboratorium i bibliotekę. Na swoje badania otrzymałem z Mi- 
nisterstwa tzw. "posag" w celu urządzenia warsztatu pracy do roz- 
poczętych badań. Było to 15 tys. zł, co stanowiło dużą sumę (dobra 
lupa biokularowa kosztowała wówczas 300 zł). Kompletną bibliotekę 
udało mi się zgromadzić za pośrednictwem Księgarni Zawadzkiego 
w Wilnie z centralnego antykwariatu w Lipsku. Prowadziliśmy wówczas 
olbrzymią wymianę z zagranicą. Mieliśmy też bardzo dobre urządzenia, 
m.in. wspomniane wyżej lupy biokularowe oraz mikroskop polary- 
zacyjny. To wszystko oczywiście zostało w Wilnie, bo nam nic 
z Uniwersytetu zabrać nie pozwolono, nawet osobiste notatki tam 
Zostały. Uniwersytet był czynny do 15 grudnia 1939 r. Potem po- 
mieszczenia zostały zamknięte, a nas wyproszono. Tak więc już 
nigdy do tego wszystkiego dostępu nie miałem. 
Geologowie pracowali w Litewskim Komitecie Energetycznym, 
którego celem było poszukiwanie pewnych surowców mineralnych. 
Później zostało to przejęte przez Wydział Geologii radziecki i myśmy 
pracowali tam w dalszym ciągu. Jak przyszli Niemcy, to nas oczywiście 


. Tekst opracowany przez Renatę Karpiesiuk na podstawie rozmowy zarejestrowanej 
w 1980 r. na taśmie magnetofonowej (Archiwum UMK, sygn. TK-6).
>>>
rys. L. Je.l;manowic::
>>>
203 


wyrzucili. Robiliśmy różne rzeczy, aby zarobić na życie, np. robiliśmy 
papierosy. Potem Litwini przyjęli nas ponownie, bo byliśmy im potrzebni. 
Ja miałem za zadanie zrobienie mapy geologicznej Wilna. Mapę zrobiłem, 
a opublikowałem ją potem w Warszawie. Kiedy weszły wojska radzieckie, 
zgłosiłem się, żeby zorganizować Wydział Geologii z Polaków. I znowu 
wszyscy znaleźli się w tym instytucie - nie tylko geologowie, np. prof. 
Szczeniowski - wybitny fizyk, prof. Niewodniczański, także wybitny 
fizyk, który później w Krakowie zorganizował Zakład Fizyki Jądrowej. 
W tym instytucie znalazło się sześćdziesiąt parę osób. Zatrudnienie 
chroniło nas od wojska i dawało możliwość egzystencji. Cały szereg 
studentów znalazł tam też miejsce. Prowadziliśmy badania geologiczne 
- wiercenia w okolicy Wilna. Chodziło o znalezienie pewnych surowców 
ceramicznych do wyrobu cegieł. Ja prowadziłem badania wielkiego 
terenu pod budowę zakładu ceramicznego, który tam później stanął. 
Było to zimą. Trzeba było przeprowadzić kilkadziesiąt głębokich wierceń. 
Miałem asystenta Litwina, bardzo miły chłopak, który ze mną zdeptał 
całą Litwę aż po granicę łotewską. Na tej podstawie powstał szereg 
zakładów i bardzo wiele osób (geologów, geografów) znalazło zatrud- 
nienie. Najpierw ja byłem kierownikiem, później na to miejsce przysłano 
z Moskwy majora, a ja byłem głównym geologiem. W 1945 r. 
proponowali nam, żebyśmy pojechali prowadzić badania na Uralu. 
Pod7jękowaliśmy i z całym transportem uniwersyteckim pojechaliśmy 
do Polski. Ten transport wyglądał dziwnie, bo jego główną część 
stanowiły nie meble, a skrzynie, w których jechała biblioteka i kamienie. 
W Wilnie warunki były nadzwyczajne. Była bardzo miła atmosfera. 
Stosunki pomiędzy pracownikami, a także ze studentami, układały się 
bardzo dobrze. Zorganizowaliśmy bardzo dużo wycieczek w okolice 
Wilna, a także w Tatry i w Góry Świętokrzyskie. W czasie wojny brałem 
udział w tajnym nauczaniu. Były to wykłady z geologii i geografii dla 
studentów, a także uczyłem geologii w liceum. Byłem jednak głównie 
w terenie, gdzie prowadziłem badania. Z tego okresu pamiętam taki 
dramatyczny epizod. Prowadziłem wtedy badania daleko na północ od 
Wilna nad Wilią. Byłem tam z prof.Okołowiczem. Mieliśmy oczywiście 
odpowiednie dokumenty. W pewnym momencie zatrzymali nas ge- 
stapowcy, na czarno ubrani - to byli Łotysze. Sprawdzili nasze 
dOkumenty i puścili. Czuliśmy się niepewnie. Wsiedliśmy do małej 
łódeczki, żeby przepłynąć Wilię. I mniej więcej pośrodku usłyszeliśmy 
gwizdy kul wokół nas. Była to taka "zabawa", żeby nas nastraszyć, bo
>>>
204 


gdyby chcieli, to trafiliby nas. Zachowywaliśmy się spokojnie. Dopiero 
jak doszliśmy do lasu - zaczęliśmy uciekać. Wilno i okolica to teren 
bardzo ciekawy pod względem badawczym. Jednak już tam nie wróciłem 
- bałem się. Polaków na całej Wileńszczyźnie było mnóstwo. Nazwy 
były litewskie, ale wszystko inne polskie. N ie wynikało to z przymusu, 
a z wyższości kultury polskiej, która przyciągała mieszkańców tych 
terenów. Współpracowałem też z wieloma Litwinami. Litwin, który 
odbierał ode mnie zakład, powiedział mi, że chciałby mi go jak 
najszybciej oddać. Niestety do tego już nie doszło. 
Kiedy byliśmy jeszcze w Wilnie, otrzymaliśmy propozycję osiedlenia 
się w Toruniu. Obiecywano nam wówczas gmachy i mieszkania. Potem 
okazało się, że z tego wszystkiego niewiele było. Jechaliśmy z Wilna do 
Torunia tydzień w dziurawych wagonach, tak że trzeba było jechać pod 
parasolami. Po przyjeździe rozdzieliliśmy się. Część z nas została 
w Toruniu, dając początki Uniwersytetowi, a "medycyna" pojechała do 
Gdańska i tam została, tworząc początek Akademii Medycznej. Po 
przyjeździe okazało się, że nie ma dla nas mieszkań. Mieszkaliśmy trzy 
dni na dworcu w otwartych wagonach - szczęściem była pogoda. 
Dopiero potem udało nam się zdobyć mieszkania na Mickiewicza. 
Na początku było bardzo dużo trudności. Najwięcej, jak wspo- 
mniałem, z budynkami, które trzeba było wywalczyć dla nowo powstałego 
Uniwersytetu. Różne instytucje odnosiły się z niechęcią do tego 
Uniwersytetu, bo jego powstanie nakładało na nie rozmaite ciężary, 
przede wszystkim lokalowe. Byłem pełnomocnikiem z ramienia rektora 
Kolankowskiego do spraw mieszkań. Wszyscy zwracali się do mnie 
w sprawie mieszkań, a mieszkań nie było. Ja zamieszkałem w "Weście", 
gdzie nie było ani okien, ani też żadnych urządzeń sanitarnych!. 
Mieszkała tam również pani Hurynowiczówna i państwo Basińscy. 
Gmach był strasznie zapuszczony. Inni gnieździli się też w zagęszczonych 
lokalach, kilka rodzin musiało korzystać ze wspólnej kuchni. 
Od początku powierzono mi sprawy nauk o ziemi: matematykę, 
fizykę i chemię, a prof. PriifTer miał biologię. Za zadanie mieliśmy 
ściągnięcie profesorów, a następnie zdobycie gmachów. Na początku 
wykładaliśmy w Collegium Minus. Ja wykładałem geologię nie mając 
żadnych zbiorów, absolutnie ani jednego okazu. Te okazy zaczęliśmy 
zdobywać z pól. Wyjeżdżałem na wycieczki ze studentami i przywoziliśmy 
rozmaite materiały. W następnej fazie zdobyliśmy gmach przy ul. 


I Budynek przy uJ. Mickiewicza 7.
>>>
205 


Sienkiewicza 30 i tam powstał Zakład Geologii, Zakład Botaniki 
Systematycznej, Botaniki Ogólnej i Astronomii. Tam też zostały ulokowa- 
ne przywiezione przeze mnie z Wilna zbiory, które stały się podstawą do 
przeprowadzania ćwiczeń. Pierwsze ćwiczenia ze studentami były oparte 
na moich prywatnych zbiorach, bo żadnych innych nie było. Udało mi się 
nawiązać kontakty z antykwariatem w Bazylei, gdzie zakupiłem dużą 
bibliotekę geologiczną, która częściowo pozostała w Toruniu, a częściowo 
Została później przewieziona do Warszawy. Ponieważ zajmowałem się 
formacją jurajską, była więc to głównie literatura dotycząca tego okresu 
geologicznego, ale również inne podręczniki. Znaczną część mojej pracy 
stanowiły wycieczki z asystentami. Moimi asystenatami byli wówczas: 
Wiesław Barczyk, Zbigniew Kotański i Andrzej Wilczyński. Zdeptaliśmy 
razem duży teren od Torunia aż po Dobrzyń. Odbywałem też bardzo 
liczne wycieczki ze studentami, na których uczyłem ich obserwacji, 
profilów, rysowania itd. Te wycieczki były niezwyklc ważne w nauczaniu 
geologii (np. do Dobrzynia, gdzie odsłaniają się wzdłuż Wisły piękne 
Odkrywki utworów czwartorzędowych). 
Jak przebiegała sama organizacja Wydziału? Po pewnym czasie 
udało mi się ściągnąć prof. Galona na geografię i prof. Kołaczkowską na 
mineralogię. Ja wykładałem: geologię dynamiczną, historyczną i geologię 
Polski. Profesor Galon zajął na zakład gmach przy ul. Fredry. Pani prof. 
Kołaczkowska wykładała mineralogię i hydrografię przy ul. Sienkiewicza. 
To były początki. Były duże trudności z uzyskanicm gmachu przy ul. 
Sienkiewicza, który wcześniej należał do Kuratorium. Został on w końcu 
zaadaptowany na potrzeby wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. 
Ważną sprawą, jak już wspomniałem, było zdobywanie mieszkań. 
Myśmy mieszkali w budynku przy ul. Mickiewicza, o czym też 
wspomniałem. Później dopiero nas rozlokowano. Niektórzy z profesorów 
mieszkali przez dłuższy czas w szkołach, np. prof. Dziewulski. 
Na początku nie było też w Toruniu żadnych książek przyrodniczych. 
Ja przywiozłem ze sobą bibliotekę geologiczną (kilkanaście skrzyń) i 23 
Skrzynie kamieni. Wszystkie książki przyrodnicze zostały zgromadzone 
dopiero przez nas, tzn. przez prof. Galona, prof. Kołaczkowską i przeze 
mnie. Nie było też żadnych instrumentów, jak np. mikroskopy czy 
biokulary i lupy. To wszystko trzeba było dopiero zdobyć i kupić. Cały 
Uniwersytet powstał z niczego 
 naszym wysiłkiem. Przyjechaliśmy 
w lipcu (1945 r.), a w listopadzie już zaczęliśmy wykłady. Studentów 
było dość dużo. Byli oni bardzo chętni i rozumieli potrzebę nauki.
>>>
206 


Będąc w Wilnie byłem kierownikiem wykładów powszechnych. 
Objąłem je również w Toruniu. Moim zamiarem było zorganizowanie 
pewnych cyklów wykładów. Na głównych prelegentów zaangażowałem: 
Konrada Górskiego, Wilhelminę Iwanowską i jeszcze jednego profesora 
z fizyki 2 . Pierwszym prelegentem był prof. Konrad Górski. I tu moje 
zaskoczenie - aula była pełna. Ludzie siedzieli nawet na schodach, tak: 
byli spragnieni słowa polskiego. Były to wykłady z zakresu literatury 
polskiej. Pani prof.Iwanowska mówiła o budowie wszechświata i na te 
wykłady też przychodziły tłumy ludzi. Trzeci cykl wykładów to były 
zagadnienia fizyki współczesnej. Wszystkie te wykłady cieszyły się 
olbrzymim powodzeniem. 
Duże znaczenie dla rozwoju wiedzy popularnonaukowej miała 
funkcjonująca wówczas w Toruniu księgarnia i wydawnictwo Szczęsnego, 
gdzie między innymi ja opublikowałem szereg rzeczy z zakresu geologii. 
Książki bardzo szybko się rozchodziły, bo Szczęsny rozwoził je po 
okolicy, tak że nakład pięciotysięczny rozchodził się w bardzo krótkim 
czasie. W późniejszym okresie opracowałem wraz z moim asystentem 
Wilczyńskim przewodnik geologiczny okolic Torunia 3 , który cieszył się 
dużym powodzeniem wśród studentów. Była to pomoc dla tych, którzy 
chcieli się sami czegoś dowiedzieć i nauczyć z zakresu geologii. 
Wprowadzałem w geologię Roszkównę, Kotańskiego i Wilczyńskiego, 
prowadząc z nimi obserwacje w terenie, ucząc metod prac geologicznych 
- bo geologii uczy się głównie w terenie. 
Dziekanem Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego był najpierw 
Priiffer - ja byłem prodziekanem. Potem ja zostałem dziekanem. 
Zajmowałem się w dalszym ciągu obsadą katedr i zapewnieniem 
nowo przyjętym pracownikom warsztatu naukowego. Kierowałem 
pracowniami Katedr Mineralogii, Geologii i Geografii - to było 
niełatwe zadanie. 
Pamiętam jeszcze różne sprawy. I tak: prof. Limanowski - specjalista 
z zakresu geografii fizycznej. Był to człowiek wręcz genialny, o szerokich 
horyzontach myślowych. Wybitny geolog, który jednocześnie interesował 
się tragedią grecką, inscenizacją Dziadów. Był kierownikiem literackim 
"Reduty" Osterwy. W 1926 r. przeniósł się do Wilna, gdzie objął 
Katedrę Geologii. W tym samym roku odbył się w Wilnie Zjazd 


2 Był to zapewne prof. Aleksander Jabłoński. 
3 E. Passendorfer, A. Wilczyński, Przewodnik geologiczny po Kujawach i Pomorzu, 
Warszawa 1961.
>>>
207 


Geologiczny, którego duszą był Limanowski. Zrobił doktorat z geologii 
w Szwajcarii. W Toruniu oprócz wykładów na Wydziale Matematycz- 
no-Przyrodniczym miał też wykłady na humanistyce. I tak, jednego roku 
były to wykłady o Norwidzie, a drugiego o Dziadach. Opowiadała mi 
jedna z moich uczennic o swoim ostatnim spotkaniu z Limanowskim 
w Wilnie. Był grudzień - w nie opalanym pokoju, na stole stał prof. 
Limanowski pod lampą i czytał. Na pytanie, dlaczego to robi, od- 
powiedział, że tu jest mu trochę cieplej w ręce. 
Bywały kłopoty przy przyjmowaniu na studia. Kiedyś w czasie 
egzaminowania powiedziano mi, że jedna z kandydatek, najlepsza 
uczennica gimnazjum (siostrzenica pani Iwanowskiej), nie może być 
przyjęta, bo była harcerk ą 4. Stwierdziłem, że nie mogę się na to zgodzić 
i w takim razie przerywam przyjmowanie. Pertraktowano ze mną pół 
godziny, ale nie ustąpiłem. Trzech takich odrzuconych kandydatów 
przyjąłem jako wolnych słuchaczy. Jeden z nich jest teraz członkiem 
Akademii. Jak przyjmowałem Kotańskiego, to sugerowano, że mówi 
nieszczerze, bo mówi zbyt gładko. Gdy go zapytano, co by zrobił, gdyby 
wybuchła wojna pomiędzy Turcją a Rumunią, za czyim byłby zwycię- 
stwem, oczywiście musiał powiedzieć - Rumunii. Ale uznano to za 
nieszczerość z jego strony. 
W Toruniu czułem się dobrze. Żyłem w bardzo dobrych, serdecznych 
stosunkach z prof. Konradem Górskim, z prof. Aleksandrem Jabłońskim 
i prof. Wilhelminą Iwanowską. Tak więc wyjeżdżałem z Torunia 
niechętnie. Miałem już tutaj warsztat naukowy, zgromadzoną literaturę 
i rozpocząłem właściwą pracę. Miałem teżjuż wykształconych w geologii 
swoich asystentów. Byli to: Barczyk, Kotański i Wilczyński. Prowadzili- 
ŚIny badania w dość szerokim zakresie, obejmujące obszary okolic 
Torunia, Dobrzynia, a także Szczecin i Gdańsk oraz badania tatrzańskie. 
Niestety wezwano mnie do Ministerstwa i powiedziano, że przenoszą 
Innie do Warszawy, gdzie tworzy się nowy wydział i jestem tam 
Potrzebny. Bardzo się broniłem, ale musiałem pojechać - jako pierwszy 
dziekan pierwszego w Polsce Wydziału Geologicznego, który powstał na 
Uniwersytecie Warszawskims. Byłemjednak w dalszym ciągu w kontakcie 


-- 


4 Kamila Jastrzębska --- studiowała fizykę na Wydziale Matematyczno-Przyrod- 
niczym UMK. 
5 Było to w 1952 r.
>>>
208 


z pracownikami UMK. Obserwuję stały rozwój tego Uniwersytetu. 
Bardzo bujnie rozwinął się organizowany przeze mnie Wydział, jak 
również inne kierunki. Toruń ma bodaj najpiękniejsze w Polsce 
miasteczko uniwersyteckie. Uniwersytet toruński stanął na dobrym 
poziomie naukowym. 


--.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


JANUSZ RULKA 


Moje studia na kierunku historii 
1952 -1956. 


W latach 1952 - 1956 na Uniwersytecic Mikołaja Kopcrnika w Toru- 
niu studiowałem historię. Rok 1952 był dla mnie obfity w wydarzcnia. 
Uczęszczałem do klasy maturalncj w I Liceum Ogólnokształcącym we 
Wrocławiu. To miasto, w którym mieszkałcm z rodzicami od października 
1945 r., stało się - bez przesady - moją pierwszą miłością. Był to 
przejaw patriotyzmu lokalnego i narodowego, który w takim natężeniu 
mógł wystąpić jedynie u młodzieży powojennego pokolenia. Długo by 
o tym mówić, ale to temat oddzielny. 
W każdym razie wtedy to, w maturalnej klasie, dopadły mnie 
wydarzenia, burzące mój dotychczasowy świat, chyba raczej dziecięcy 
niż młodzieżowy (miałcm wtedy niecałe 16 lat). Najpicrw ogromna 
pierwsza miłość do Irenyl, koleżanki z klasy, w równym ze mną wieku, 
dZiewczyny z charaktercm i nieco kapryśncj. A w marcu zaginięcie Ojca 2 
po wyjściu z domu do pracy. Nikt - łącznic z milicją - nie umiał, czy 
nie chciał, udzielić nam informacji. Po tygodniu, gdy odbyła się 
w mieszkaniu gruntowna rewizja, już wiedzieliśmy. Dnia 13 maja 1952 f. 
po rozprawie przed Rejonowym Sądem Wojskowym, na której obrońca 
adwokat Maurer zadał podsądnemu jedynie dwa zdawkowe pytania, 
a mowę "obrończą" rozpoczął od stwicrdzenia: "wina oskarżonego jest 
bezsporna...", prokurator w randze porucznika zażądał 8 lat więzienia, 


- 


. Tekt złożony do druku w 19HH r. Przypisy dodane w 1994 r. 
I Irena Sas. 
2 Mieczysław Rutka.
>>>
rys. K. SteJań.vki
>>>
211 


a sędzia, kapitan Olechnowicz, ogłosił wyrok opiewający na lat ...dziesięć! 
Świat mi się walił na głowę. W ciągu trzech następnych lat kolejne 
sympatie mówiły mi czasem na spacerach: "Janusz, przecież ty masz 
sporo siwych włosów!" Po kilku latach, gdy Ojciec wrócił, te włosy 
zniknęły. Dziś, po pięćdziesiątce, nadal jestem zdecydowanym brunetem. 
W tej atmosferze klęski rodzinnej przygotowywałem się do matury 
i wypełniałem wielostronicową ankietę (miała ona minimum 12, ale 
przypuszczam, że raczej 16 stron formatu A-4) na egzamin wstępny. 
Wychowawczyni - mgr Maria Ziębina - człowiek wielkiego serca 
i charakteru, własnoręcznie wpisała dane, już nieaktualne, o miejscu 
zatrudnienia ojca. Jej w pierwszym rzędzie zawdzięczam studia. W tej też 
atmosferze moja siostra Irena kończyła wtedy medycynę i czyniła 
przygotowania do ślubu. Ponieważ jej przyszły mąż, świeży inżynier 3 , 
miał przydział pracy do Włocławka, postanowiliśmy, że Mama wróci do 
rodzinnej wsi na północnym Mazowszu, a ja będę się starał dostać na 
studia do Torunia. Zawsze to dalej od Wrocławia, może się nie dowiedzą. 
Maturę zdałem mimo wszystko z wyróżnieniem, a dyrektor wspomniał 
nawet w pożegnalnym przemówieniu moją decyzję pójścia na kierunek 
nauczycielski. Prawie wszyscy koledzy, z pewnością życiowo ode mnie 
mądrzejsi, wybierali się na kierunki politechniczne, medyczne i rolnicze. 
Wkrótce potem był ślub mojej siostry, przypominający w nastroju raczej 
pogrzeb, bez Ojca i z płaczącą ciągle Matką\ a ja wyjechałem do 
Torunia na egzamin wstępny. 
Ulokowano nas wstępniaków w domu czynszowym, pełniącym 
funkcje domu studenckicgo, na ulicy Piastowskiej. Pokój hył na parterze, 
z wielkim oknem, zastawiony piętrowymi łóżkami. Był wieczór i nagle 
Zobaczyłem, że dzieciarnia patrzy przez brudną szybę na nas, roz- 
bierających się prawie na tej wystawie. 
Nazajutrz rozpoczęły się egzaminy. Na historię przypadało 25 miejsc, 
chętnych było z 15 więcej. Towarzystwo za bardzo mi się nie podobało, 
z wyjątkiem jednej koleżanki (Teresy Sznajder - jak się potem okazało), 
która zc stoickim spokojcm czytała powieść i to po rosyjsku! Bardzo mi 
to zaimponowało. Egzamin nie sprawiał wrażenia trudnego. Nie czułem 
wielkiego zdenerwowania, dufny w swą szkolną opinię historyka i lekką 
zaprawę czytelniczą w pięknym wrocławskim Ossolineum. Tymczasem 
na ustnym polskim zaczęło się źlc. Dostałem pytanie o charakterystykę 


3 Bolesław Skowyrski. 
4 Leokadia z Przybyszewskich.
>>>
212 


polskiego Odrodzenia i już po kilku zdaniach usłyszałem okrzyk 
egzaminatora: "panie, co pan mi tu będziesz opowiadał" - poparte na 
dodatek machnięciem ręki. Zamiast zdeprymować, dodało mi to energii, 
tym bardziej, że byłem dobrym polonistą ze szkoły prof. Marii 
Przybytkowej (niedawno przeczytałem we wspomnieniach Miłosza, że 
uczyła go przed wojną w Wilnie), a na dodatek miałem po siostrze 
Literaturę Chrzanowskiego, w owym czasie rzadkość. Również i ja 
podniosłem głos i z 10 minut dyskutowaliśmy zawzięcie, ku zdziwieniu 
całej Komisji. O ile pamiętam, każdy z nas został przy swoim zdaniu. 
Czego rzecz konkretnie dotyczyła w poglądach pisarzy politycznych 
Odrodzenia, już nie pamiętam. Tak poznałem ówczesnego docenta 
polonistyki i dziekana zarazem - Bronisława Nadolskiego. Potem 
stwierdziłem, że jest to człowiek bezpośredni i życzliwy studentom. 
Wszyscy nazywali go i wtedy, i później "Bronkiem". 
Ten tydzień spędzony wtedy w Toruniu dostarczył mi dużo wrażeń. 
Poznałem nowych kolegów: z Bydgoskiego, Mazowsza, Kaszub, Biało- 
stockiego, przesiedleńców z Wileńszczyzny. Byli to jednak inni ludzie niż 
środowisko, w którym obracałem się dotychczas, gdzie ton nadawali 
lwowiacy. Sam Toruń podobał mi się ze względu na zieleń i Stare 
Miasto, natomiast miasto w całości i Uniwersytet wydały mi się małe 
i takie jakieś zaściankowe. 
Na początku września pierwszy rok rozpoczął zajęcia. Inauguracja 
odbyła się 1 października w auli Collegium Maximum na Rynku 
Staromiejskim. Było to dla mnie, pierwszaka, duże przeżycie. Togi, 
birety, gronostaje rektorskie i biedny pedcl stojący w czasie całej 
uroczystości za krzesłcm Rektora. Magnificencją był wtedy Antoni 
Basiński - wybitny chemik. Słusznej postawy, w trakcie przemowy od 
czasu do czasu gładził ręką krótko przystrzyżone włosy. Na jego twarzy 
rysowała się szlachetność i uczciwość. Ale nie to przyciągało wtedy moją 
uwagę. Kupiłem rano "Gazetę Toruńską", a gdy w czasie przemówienia 
zobaczyłem, że kilku studcntów coś w gazetach czyta, zajrzałem i ja do 
swojej. I oto widzę przcmówienie naszego Rektora. Po chwili trafiam na 
słowa, które właśnie Magnificcncja mówi. Mówi następne i następne, 
dosłownie tak jak jest napisane. A przecież nie patrzy do tekstu, tylko na 
jakiś punkt na suficie! Zgadzało się słowo w słowo do samego końca. Za 
rok powtórzyło się to znowu. Część zainteresowanych twierdziła, że 
Rektor ma łatwość zapamiętywania tekstów, inni (złośliwi) mówili, że 
w pocie czoła kuje tekst w łazience.
>>>
213 


Dowiedziałem się też, że Uniwersytet jest niewielki i liczy nieco tylko 
Ponad 1000 studentów. Uwaga dodatkowa: Wydział Prawa był już 
wtedy w likwidacji, a za rok wstrzymano, na szczęście przejściowo, 
rekrutację na polonistykę. Już wcześniej zlikwidowano psychologię, 
filologię klasyczną i neofilologie. Kilku profesorom, między innymi 
Konradowi Górskiemu, odebrano prawo wykładania. Chodziły wtedy 
wieści, że Uniwersytet ma być przekształcony w samodzielny Instytut 
Fizyko-Chemiczny. Na szczęście już od 1954 r. te trendy likwidacyjne 
zniknęły. Ale Uniwersytet odrabiał te straty wolno, w czasie dziesięcioleci, 
według mnie - zbyt wolno. 
Zajęć i pracy na pierwszym roku, w porównaniu ze szkołą średnią, 
nie było wiele. Najbardziej przejmowaliśmy się na początku... Studium 
WOjskowym. Przywitano nas na zbiórce przed Collegium Minus gromkim 
oświadczeniem: "tu nie Uniwersytet, tu trzeba myśleć". Komendantem 
był płk Wróblewski, zastępcą mjr Wilman. Później, gdy ich bliżej 
poznałem, płk Wróblewski imponował mi postawą żołnierską i poczuciem 
sprawiedliwości, mjr Wilman natomiast - sercem. Ten frontowy żołnierz 
miał w sobie ogromny zasób dobroci. 
Na co dzień stykaliśmy się jcdnak głównie z naszymi starszymi 
kolegami - studentami, którzy mieli już stopnie podporucznika lub 
podoficerskie. Dowódcą kompanii był student II roku historii pod- 
Porucznik Zdzisław Herman, późniejszy długoletni dyrektor V Liceum 
Ogólnokształcącego a następnie Technikum Elektronicznego w Byd- 
goszczy (już nie żyje). Na II roku student geografii -- Tadeusz Orłowski. 
Natomiast szefem kompanii był też starszy kolega S. O ile dowódców 
cechował umiar i kultura, o tyle sierżant-szcf, człowiek z natury dobry, 
jak się mogłem później przekonać - przybrał maskę "zupaka". I marsze 
nam nadprogramowe z karabinkami "na baczność" urządzał, i czołganie 
na placu ćwiczeń po deszczu - też. Miał też parę ulubionych określeń 
wojskowych rzucanych przed szykicm kompanii. Najbardziej ładne 
i łagodne brzmiało: "Nie rusz się ch... rybi!". Gdy po kilku miesiącach 
trafił z powiedzeniem brzydkim o mamusi do naszego aktywisty 
partyjnego, ten wystąpił z szeregu i wbrew pokrzykiwaniom sierżan- 
ta-szefa, pomaszerował do pułkownika. Problem był trudny do roz- 
wiązania, bo poszkodowany moralnie żądał przeproszenia przed frontem 
kompanii. Za jednym stał ówczesny wielki autorytet Komitetu Uczel- 
nianego PZPR, a za drugim znaczenic armii pod wodzą marszałka 
ROkossowskiego i to na dodatck w czasie wojny z impcrializmem
>>>
214 


amerykańskim w Korei. Osiągnięto jakiś kompromis, ale obydwie 
strony nie wyglądały na zadowolone. 
Ja - jako niepełnoletni - musiałem napisać specjalną prośbę 
o przyjęcie na szkolenie wojskowe. Zachętę do tego stanowiła informacja, 
że w przeciwnym razie pójdę po studiach na dwa lata do woja. 
Podpisałem podanie bez wahania, bo uważałem odbycie przeszkolenia 
za rzecz naturalną. Dzięki Studium Wojskowemu musieliśmy też wszyscy 
kupić czapki studenckie z białym denkiem i czarnym otokiem. W tych 
czapkach trzeba się było zjawiać na zajęciach trwających od rana do 
wieczora. Imponowało to większości z nas. Wiadomo, szedł student. 
Kurs historii zaczynaliśmy od starożytności. Historię Wschodu 
i Grecji wykładał prof. Stefan Srebrny. Mówił z pewnym wysiłkiem, lecz 
wykłady miał piękne, szczególnie z dziejów Grecji. Często przytaczał też 
fragmenty starogreckich utworów poetyckich, których - jak się z czasem 
dowiedziałem - był świetnym znawcą i tłumaczem. Po półroczu historię 
Rzymu objął doc. Marian Gumowski, świetny znawca numizmatyki. 
Jego wykłady mniej mi się podobały. Były drobiazgowo faktograficzne, 
nie miały natomiast tego powiewu wielkiej myśli humanistycznej, 
widocznej u profesora Srebrnego. Wykładowca dość mocno się jąkał. 
Utkwiła mi w pamięci jedna z dygresji doc. Gumowskiego, którymi nas 
od czasu do czasu raczył: "Gdy bbolszewicy ppo traktacie ryskim 
musieli nam oddać arrasy, Uo ppowiedzieli, że nam tego nigdy nie 
zappomną. A nasz pprzedstawiciel im odpowiedział: nnie trzeba bbyło 
kraść, to nie trzeba byłoby oddawać". Proszę sobie wyobrazić jakie to 
robiło wrażenie w początkach 1953 r. wśród nielicznej grupy złożonej 
z grubsza mówiąc z jednej trzeciej aktywistów partyjnych i zetempow- 
skich, jednej trzeciej zamaskowanych "wrogów ustroju" i jednej trzeciej 
nie wiadomo jakich. 
Archeologię prowadził doc. Kazimierz Żurowski dojeżdżający z Gnie- 
zna, gdzie kierował badaniami archeologicznymi w Katedrze. Jego 
zajęcia były bogato ilustrowane obrazami episkopowymi w jedynej 
przystosowanej do tego sali w Collegium Maius. Episkop (dość już 
wiekowy) obsługiwał z wyraźnym upodobaniem nasz kolega Genek 
Tomaszewski - toruńczyk. Była też ekonomia polityczna wykładana 
przez mgra Karola Ciszewskiego, człowieka sympatycznego i przed- 
stawiającego nam tajniki bazy i nadbudowy według - jak się później 
przekonałem - Pogadanek filozoficznych SchafTa i zeszytów propagan- 
dowych z ekonomii Brusa i Pohorillego. Ten, w przeciwieństwie do 


--AlI.
>>>
215 


wykładowców historii, rozmawiał z nami na przerwach, był bezpośredni 
i nie tworzył dystansu. Po dwu latach, po jakichś nieporozumieniach 
z pracownikami Katedry Ekonomii, którą jako magister(!) kierował, 
przeszedł do pracy w szkole średniej. 
Osobą najbardziej malowniczą wśród wykładowców (chciałoby się 
powiedzieć: nauczycieli akademickich, ale wtedy nikt takiego terminu 
nie używał) był na naszym kierunku starszy asystent, człowiek koło 
Pięćdziesiątki, mgr Józef Mossakowski. Był wysoki, chudy, z nieodmien- 
nie wyłożonym kołnierzykiem a la Słowacki, niezwykle zaangażowany 
w pracę. Niestety, kołnierzyki były bardzo zniszczone, i co tu dużo 
mówić, przeważnie "drugiej świeżości". Bardzo często palił papierosy. 
Ciągnął je przez szklaną fifkę, wówczas modną, a każdy papieros dzielił 
na trzy (!) części. Papierosy nie tyle wypalał, co wysysał do ostatniego 
źdźbła. Z wielką pasją wpajał nam na ćwiczeniach wiedzę o starożytności, 
szczególnie z zakresu geografii historycznej. Studenci żartowali z niego 
po cichu. Mnie jego chuda, wysoka sylwetka z głową o szlachetnym 
CZole i wysuniętym ostrym nosie kojarzyła się nieodmiennie z postacią 
Don Kichota. Wrażenie takie nawiedzało mnie szczególnie, gdy kilka- 
krotnie widziałem go w silne mrozy, bez czapki i palta, wkraczającego na 
most wiślany, by pieszo iść na Podgórz. Chodziły słuchy, że był oficerem 
kawalerii i w czasie wojny razem z prof. Karolem Górskim przebywali 
w otlagu s . 
Studia - jak nakazywały ówczesne czasy - odbywały się w "ostrej 
walce klasowej". Ofiarą tej walki na naszym roku padła dziewczyna, 
którą już po tygodniu wyrzucono, bo podała niezgodne z prawdą, czy 
też po prostu miała, niewłaściwe pochodzenie społeczne. Odbyło się to 
tak szybko, że większość zorientowała się w wydarzeniach i to niezbyt 
dokładnie, gdy już jej nie było. 
Po miesiącu przyszła kolej na mnie. Zostałem nagle wezwany do 
dziekanatu na rozmowę z sekretarzem Komisji Rekrutacyjnej, studentem 
chyba trzeciego roku. Uprawnienia sekretarza Komisji były w owym 
CZasie dużo większe niż później. Podlegał on bezpośrednio etatowemu 
pełnomocnikowi uczelnianemu do spraw rekrutacji, którym był w owym 
CZasie towarzysz Jędras. Sekretarz Komisji z surową miną spytał, czy to 
prawda, że mój ojciec jest w więzieniu. 
- Tak. 
- Dlaczegoście tego nie napisali? 


- 


5 Oflag II C w Woldenbergu (Dobiegniewie).
>>>
216 


Bo nie zostałbym przyjęty na studia. 
Sekretarz popatrzył wtedy na mnie i stwierdził, że mimo tego nie 
zostanę usunięty. - "Dobrze wypadliście na egzaminie, a i grupa ma 
o was dobre zdanie. Ale będziemy na was uważać". 
Byłem wtedy przepełniony wdzięcznością dla starszego kolegi, który 
podjął taką decyzję. Dziś również. Myślę jednak obecnie, że tę decyzję 
podjęto wyżej, "na szczeblu" pełnomocnika uczelnianego. Nigdy też nie 
dowiedziałem się, czy "cynk" na mnie przyszedł z Wrocławia, tyle, że 
z opóźnieniem, czy ja wygadałem się niechcący wobec któregoś z kolegów. 
Nie wiem też, który (którzy) z grupy aktywistów powiedział(li) o mnie 
dobre słowo, bo że opinii takiej zasięgano, to pewne. 
Jak przystało na kierunek ideologiczny, za jaki uważano historię, 
była na roku grupa aktywistów zetempowskich mająca odpowiednie 
rekomendacje ze szkół średnich. Byli to: 
- Krzysztof Jabłoński będący już przed studiami rok (;Zy dwa 
etatowym pracownikiem powiatowego zarządu ZMP gdzieś w Białostoc- 
kiem. C7jowiek inteligentny i obrotny. Jedyny na roku III i IV stypendysta 
naukowy. Obecnie pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych. 
- Stanisław Rak (później: Rakowicz, wojewoda toruński), były 
przewodniczący ZMP w Liceum Pedagogicznym w Bydgoszczy, skiero- 
wany na studia, zamiast do pracy, jako przodownik nauki i pracy 
społecznej. Ogólnie lubiany, prostolinijny, rzeczowy, dobry organizator. 
- Bernard Dołeckf, o którym to moim koledze niżej. 
- Teresa Sznajder, szczycąca się tym, że jej "sympatia" był na 
studiach w Moskwie. 
Oni nadawali ton wysokiej aktywności społecznej rocznika. Krzysio 
Jabłoński zaczął pracować w Komitecie Zakładowym PZPR. Staś 
Rakowicz został kierownikiem Wydziału Agitacji i Propagandy (tak, 
były takie wydziały) w Zarządzie Uczelnianym ZMP u przewodniczącego 
Tadeusza Murawskiego - studenta geografii. Pamiętam jedną z narad 
w Zarządzie Uczelnianym, w czasie której zachęcano nas, abyśmy 
studiowali pracę Lenina Marksizm a empiokrytycyzm (!). Zwróciłem 
uwagę, że chodzi o empiriokrytycyzm. Oczywiście ani propagator, ani 
ja, nie czytaliśmy tej książki, ani nie wiedzieli, o co w niej chodzi. Na 
zajęcia z marksizmu, prowadzone przez mgra Bogdana Głębowicza, 
w którym podkochiwało się sporo studentek, wystarczały kolejne 
rozdziały Krótkiego kursu historii WKP(b). 


. Imię i nazwisko zmienione.
>>>
217 


Teresa została po kilku miesiącach przewodniczącą wydziałowego 
zarządu ZMP, któremu podlegały koła organizacji na wszystkich 
rocznikach historii i polonistyki. Jednakże w następnych wyborach jej 
kandydatura, mimo, że zgłoszona, nie znalazła uznania przedstawicielki 
Zarządu Uczelnianego mgr Teresy Zerzoń. 
Najszybszą karierę zrobił Benio Dołecki. Był to chłopak wysoki, 
szeroki w barach, nieco pochylony, flegmatyk, świetnie wyczuwający 
sytuację. N ajwiększymi jego zaletami były obok flegmy - bas baryton 
oraz ...tupet. Do każdego prawie zwracał się basem - przez nos per 
"towarzyszu", przy czym brzmiało to poważnie, nobliwie i przeciągle 
"toowarzyyszuu". Była w tym jakaś nuta niedookreśloności i tajemnicy. 
Nie minęły trzy miesiące, a trzeba było zdjąć w trybie pilnym dotych- 
czasowego prezesa ZSP. Coś im się nie zgadzało w kasie. A trzeba 
wiedzieć, że organizacja ta posiadała dość znaczne fundusze, z których 
m.in. udzielała zapomóg, przeważnie swoim funkcyjnym. Z kandydatami 
na nowego prezesa były jakieś kłopoty. Wtedy ktoś "na szczeblu" 
Komitetu Uczelnianego wpadł na pomysł: - "a może by tak towarzysza 
DOłeckiego Bernarda z pierwszego roku historii?". I oto w listopadzie 
Zobaczyliśmy na drzwiach biura ZSP na parterze ,jedynki" napis: B. 
Dołecki, przewodniczący ZSP. Od tego czasu Benio rzadko bywał na 
wykładach. Z ciekawości zaglądaliśmy czasem idąc na obiad "do 
Benia". W sekretariacie siedziała świeżo zatrudniona piękna czarnula 
Z I roku polonistyki (kol. Kalinowska), w której się część z nas 
Podkochiwała, a chętni na rozmowę z Prezesem zapisywali się w kolejkę. 
Już na wiosnę był "zdejmowany" w trybie pilnym za bałagan or- 
ganizacyjny i finansowy. Przez następne trzy lata opowiadał chętnym 
l niechętnym, gdzie to on ma wszystkie władze i ich szefów. Słuchaliśmy 
tego albo się podśmiewając, albo i ze strachem, bo czasy były takie, jakie 
bYły, i niektórzy podejrzewali, że Benio jest też na służbie w "organach". 
By skończyć kwestię naszego hochsztaplera. Po studiach, miernie 
ukończonych, został niespodziewanie asystentem, a potem i opiekunem 
jednego z profesorów'. Z nim razem wywędrował na inną uczelnię. 
W 1968 r. - jużjako doktor - po słynnym zarządzeniu o docentach bez 
habilitacji, jako działacz związkowy - zapragnął tego mianowania. 
Niestety, nikt nie podchwycił jego inicjatywy. Wtedy zebrał pod jakimś 
Pozorem kilka podpisów in blanco i sam wysłał wniosek do Ministerstwa. 
Sprawa się wydała i Benio pożegnał uczelnię. Po paru latach dotarła do 


-- 


. Z tej funkcji opiekuna starego człowieka wywiązywał się naprawdę wzorowo.
>>>
218 


mnie wieść, że pracuje na ojcowiźnie, a już w 1980 - 1981 r. należał do 
kierowniczego kręgu krajowego Solidarności Wiejskiej. Po wprowadzeniu 
stanu wojennego pierwszy udzielał prasowych wywiadów, w których 
opluwał tę organizację i jej przywódców.... 
Wróćmy do 1952 r. Pierwszacy zakwaterowani byli w Domu 
Studenckim przy ul. Rybaki. Był to stary dom czynszowy. Studenci 
mieszkali w pokojach po 6 - 10 osób. W wielu pomieszczeniach stały 
piętrowe łóżka. Czasami pokazywały się myszy i szczury. Trafiłem, 
razem z czterema kolegami, do dużego, słonecznego pokoju na pierwszym 
piętrze. Takich jasnych pomieszczeń było niewiele. Wydawało się, że 
wygrałem los na loterii. Niestety, czterech czy pięciu pozostałych 
mieszkańców to byli poloniści z II roku. Każdy z nich pojedynczo był 
uroczym kumplem. Niestety, zebrani razem stawali się nieznośni. Ich 
zachowanie spowodowało, że kolejno wyprowadzili się moi koledzy 
z roku, a ostatni również ja. W dwa lata później opisałem to w "Głosie 
Uczelni". Myślałem, że przy najbliższym spotkaniu "obsmarowani" 
będą się na mnie boczyć, tymczasem oni biegali po stołówce ze świeżym 
numerem w rękach, krzycząc radośnie: "Rulka nas opisał". Dwóch 
z nich - najsympatyczniejszych - Krzysztof i Zdzisław - już nie żyj ą 6. 
Jeden z pozostałych doszedł nawet na krótko do rangi ministra 7 . Jeszcze 
kilka lat temu czytałem w "Trybunie Ludu" jego bardzo dogmatyczny 
artykuł pisany z nostalgią partyjnego emeryta. 
Materialne początki mojego pobytu były ciężkie. Żyłem tylko 
z drobnych sum otrzymywanych od stryja 8 i siostry. Na dodatek nie 
miałem kartek mięsnych. Akurat były "przejściowe trudności" wywołane 
kolektywizacją rolnictwa i te kartki wprowadzono. Jako szesnastolatek 
nie miałem tzw. karty tożsamości, które właśnie wtedy wymieniano 
sukcesywnie na dowody osobiste. Byłem wpisany do karty ojca. Ten 
dokument na szczęście miałem, ale kartkę mięsną mógł otrzymać tylko 
ojciec, a ojciec... Koło się zamykało. Po dwóch miesiącach życia na 
margarynie (ceres po dwu próbach odrzuciłem) i bez obiadów, wybrałem 


. Tak pisałem w 1988 r. Życie dopisało ciąg dalszy. W 1989 r. Benio oczywiście 
startował w wyborach do Sejmu z listy jednego z małych ugrupowań chrześcijańskich. 
Wycofany w ostatniej chwili, doprowadził do awantury na krajową skalę. 
6 Krzysztof Różański i Zdzisław Zawadzki. O zachowaniu studentów w Domu 
Studenckim na Rybakach artykuł J. Rulki, Systematyczna nauka. "Głos Uczelni" 1954, 
nr 8. 
1 Zygmunt Najdowski. 
8 Tadeusz Rulka.
>>>
219 


się akurat 7 listopada, po uroczystej akademii w Collegium Maximum, 
w zetempowskim stroju organizacyjnym, do komendanta najbliższego 
komisariatu i przedstawiwszy otwarcie swoją sytuację, zażądałem 
wydania mi tymczasowego (ze względu na wiek) dowodu osobistego 
(wtedy te sprawy prowadziła milicja). Nie wiem, czy zadziałał mój 
czerwony krawat na zielonej koszuli, czy komendant był dobrym, 
porządnym człowiekiem, w każdym razie kazał zostawić odpowiednią 
ilość zdjęć i zgłosić się po dowód za dwa tygodnie. Rzeczywiście, dowód 
otrzymałem i był to dla mnie szczęśliwy dzień. Zyskałem osobowość, boć 
przecież bez dowodu człowiek był wtedy nieważny . Zyskałem też 
w grudniu możliwość kupna kiełbasy oraz pełnych obiadów w stołówce. 
Niestety, już w styczniu 1953 r. nastąpiła regulacja (czytaj: wielka 
podwyżka) cen i kartki zniesiono. Cała ta sytuacja wpłynęła na mnie 
w ten sposób, że przestałem rosnąć. Od listopada 1952 r. nie urosłem już 
ani centymetra! · 
Żeby skończyć sprawy materialne. Od półrocza dostałem stypendium 
300 zł, by dojść na IV roku do 450. Oprócz tego od II roku dostawałem 
stale po 60 zł premii za dobre wyniki w studiach; 300 zł otrzymywałem 
od stryja. Sytuacja moja wyraźnie się poprawiła! Dla porównania: obiad 
kosztował najpierw 2,60, potem 3,50, potem 4 zł. N atomiast na III i IV 
roku odżywiałem się zupełnie dobrze. Wprowadzono wtedy, już za 
rządów w dziale bytowym młodego absolwenta prawa Zdzisława Marca, 
kartki śniadaniowo-kolacyjne uprawniające do jedzenia albo w stołówce, 
albo w barach rozmieszczonych w poszczególnych budynkach uniwer- 
syteckich. Kupowałem tych kartek nie 30, a dużo więcej. Miały one 
o 50% wyższą wartość, niż kwota, za jaką się je kupowało. Za takie dwie 
kartki mO:7..na było najeść się do syta, a zaopatrzenie barów było 
naprawdę dobre, bez porównania z obecnym. Szczególnie miło wspomi- 
nam panią Natalię i jej mamę9, które prowadziły bufet w Maiusie. 
Studenci uczestniczyli też w akcjach politycznych i gospodarczych. 
Już w listopadzie 1952 r.zmobilizowano wszystkich zetempowców 
z naszego roku i wysłano do Tucholi. Z innych lat pojechali do innych 
Powiatów woj. bydgoskiego. W Komitecie Powiatowym przydzielono 
nas do poszczególnych gmin jako agitatorów przy wyborach. Każdy 
dostał na dwa dni 100 zł, co było dla mnie wówczas sumą ogromną. 
Przypadła mi miejscowość Legbąd w głębi Borów Tucholskich, dokąd 
Zostałem dowieziony samochodem. Po nocy przespanej u jakiegoś 


9 Natalia Bondarowska i jej matka Daniela.
>>>
220 


gospodarza, poszedłem do lokalu wyborczego, z niepokojem wynikają- 
cym z absolutnej niewiedzy co do moich zadań. Po przedstawieniu się 
przewodniczącemu komisji, okazało się, że oprócz mnie jest takich 
przybyłych agitatorów jeszcze kilku: z Partii, ZSL-u, Służby Polsce, nie 
mówiąc już o "niemundurowych". Co mieliśmy robić, ciągle nie było 
wiadomo. Przez pewien czas zmienialiśmy się, podając komisji kartki. 
Ludzie przychodzili falami, które wzbierały po każdej mszy. Oddawano 
kartki na zasadzie taśmowej: tu pobierano, tam wrzucano; bez skreślania, 
bez patrzenia na nazwiska kandydatów, byle szybciej. Po południu 
zaczęto wysyłać agitatorów do ociągających się. Mnie tego nie propono- 
wano, być może wyglądałem zbyt dziecinnie. W końcu jednak, już przed 
zmrokiem, wysłano mnie do mieszkających na skraju Legbądu świadków 
Jehowy. Rodzina "świadków" przyjęła mnie grzecznie, ale udania się do 
urn, ze względów religijnych, stanowczo odmówiła. Wydało mi się to 
w ówczesnej sytuacji wprost groźne dla nich. Nie umiałem ich jednak 
namówić i wróciłem z niczym. 
W tym czasie przyjechał samochód, zabrał wszystkich zamiejscowych 
agitatorów, a ja zostałem na lodzie. Ulitował się nade mną miejscowy 
sekretarz, dał rower, który miałem zostawić w tucholskim Komitecie 
i pokazał drogę. Kilkanaście kilometrów jechałem w zupełnej ciemności, 
w nieznanym terenie, kierując się tylko "białą - jeszcze wtedy - wstęgą 
szos". W pamięci ciągle tkwiło mi ostatnie zdanie sekretarza: "A 
uważajcie, bo tu w naszych Borach jeszcze różni ludzie chodzą". 
W dobrym tempie, spocony jak mysz, dojechałem do Tucholi i zastałem 
jeszcze moich kolegów. 
W soboty i niedziele jeździliśmy też na wykopki ziemniaków do 
okolicznych spółdzielni i PGR-ów. Przy na ogół sprzyjającej pogodzie 
nie było to uciążliwe. W ciężarówkach lub na przyczepach traktorowych 
wiozących nas, śpiewaliśmy ówczesne piosenki, głównie rosyjskie 
i zetempowskie. Dziw, jak szybko wyzbyliśmy się chociażby harcerskich 
pieśni na rzecz niecenzuralnych czastuszek. Może dlatego, że były 
nieobyczajne? Ale i "Sziroka strana maja radnaja, gdie tak wolno dyszi 
czełowiek" i "Suliko" - ulubiona pieśń towaszysza Stalina wychodziły 
nam lepiej niż cokolwiek polskiego. Naszym czołowym zapiewajłą był 
sympatyczny i wesoły Lech Wabia z wyższego rocznika. Z przebojów 
zetempowskich pamiętam: 
"My zetempe, my zetempe, reakcji nie boimy się, nie, nie nie!" 
lub:
>>>
221 


"N iedaleko od Krakowa, od Krakowa, 
Stoi huta betonowa, betonowa". 
Albo 
"Słońce świeci, deszczyk mży, 
Zetempe pomaga wsi". 
Nawet wtedy zdawaliśmy sobie sprawę z ułomności tych agitacyjnych 
przyśpiewek. Natomiast z przyjemnością śpiewałem zawsze, miłą 
melodyjnie, pieśń Służby Polsce: 
"Znów się pieśń na usta rwie, espe, hej espe, 
Nierozłączne siostry dwie: młodzież i espe. 
Szumem wabi morza siny brzeg, 
Wzywa pieśń Warszawy, 
Rytmem łopat rozdzwonimy wnet, 
Piastowskie szlaki sławy". 
Raz tylko nie chciało nam się śpiewać. Dopiero w grudniu wywieziono 
nas na olbrzymie pole przykryte śniegiem, spod którego smętnie 
Wystawały liścic buraków. W miejskich bucikach i paletkach zabraliśmy 
się do wykopków. Gdy odjeżdżaliśmy, kontrast między niewielkim 
spłachctkiem wykopanych przez nas korzeni, a bezmiarem nieruszonego 
Pola był tak olbrzymi, żc musiało to budzić nieprzyjemne refleksje. Poza 
tym byliśmy porządnic przcmarznięci. 
W połowie roku złapałcm silną anginę i dr Sylwestrowiczowa solidnie 
mnie przebadała. Była to piękna kobieta w średnim wieku, żona 
Wojskowcgo chirurga 10, bardzo zaangażowana w opiekę zdrowotną nad 
studentami. Dostałcm serię zastrzyków i niestety oświadczenie o wadzie 
serca. Początki tcj wady sięgały szkoły podstawowej, gdy przeszedłem 
dYfteryt. Dzięki pani doktor zostałcm przeniesiony do Baraku przy 
"Jedynce". (W owym czasie Uniwersytet nie dysponował żadnym 
wYbudowanym specjalnie dla tego celu domem studcnckim.) Ten 
piętrowy barak, pozostałość po hitlcrowskim Wehrmachcie, uchodził za 

epszy akademik, ponieważ pokoje były jedynie czteroosobowe. Miał 
Jedną niestety wadę. Palacz w Domu Studenckim nr l, ogrzewający 
również Barak, pracował tylko przez część doby. Gdy grzał, było 
strasznie gorąco, gdy przestawał - mocno zimno. 
Tu już, w początkach marca 1953 r. dopadła mnie, wszystkich 
studentów, naród polski i całą postępową ludzkość, straszliwa wiadomość 
o chorobie towarzysza J ózcf a Stalina. Żałobna muzyka w radio, te same 
--- 
10 Bolesława Sylwestrowicza.
>>>
222 


komunikaty o paraliżu - w gazetach, ogromnie poważne zachowanie 
ludzi na ulicach i nagle straszliwa wiadomość: umarł! W Collegium 
Maximum odbywa się natychmiast wiec żałobny. Przy obiedzie siedzę 
w stołówce z Teresą Sznajder - już przewodniczącą Zarządu Wy- 
działowego ZMP. Obydwoje nie jemy, chociaż ona swym zdecydowanym 
altem namawia mnie do tego. To, że ona jeść nie będzie i ma łzy w oczach 
- to oczywiste. Ponieważ wcześniej, przez krótki czas sympatyzowaliśmy 
ze sobą, wiemy, że ja mam ojca "wroga ludu", a ona jako dwuletnie 
dziecko przez rok (1939 - 1940) przebywała z matką w wilgotnej celi 
więzienia we Włodzimierzu Wołyńskim. Od tego czasu ma ten straszliwy 
artretyzm, który wykrzywia jej stawy. Mimo to znowu walił nam się 
świat. Co teraz nastąpi, jak będziemy żyć bez towarzysza Stalina? 
Ale w głębi duszy coś mi mówiło; a może zmieni się na lepsze, może 
szybciej wróci Ojciec? Widocznie już wieczorem ten drugi nastrój zaczął 
zwyciężać, bo nagle, w obecności współmieszkańca barakowego pokoju, 
zacytowałem bezmyślnie czterowiersz z Boya, którego S/ówka w dużej 
części znałem na pamięć: 
Pamiętajcie miłe dziatki, 
Nie żartować z ojca, matki, 
Bo paraliż postępowy 
Najzacniejsze trafia głowy. 
Współmieszkaniec, student II roku geografii był człowiekiem jak 
najdalszym od wszelkiej polityki. Nigdy się na te tematy nie wypowiadał, 
nie należał do ZMP (takich było niewielu), jedyną jego pasją był brydż 
(gra imperialistycznej proweniencji). I oto usłyszawszy wierszyk, do- 
skakuje do mnie z zaciśniętymi pięściami i chce mnie po prostu bić! 
Oto była siła kultu Stalina. Ale już najbliższe miesiące zaczęły nieco 
zmieniać atmosferę. Nastąpiło zawieszenie broni w Korei, w "Trybunie 
Ludu" przeczytałem obszerne i rzetelne streszczenie przemówienia 
Churchilla, zaczęto mówić o niedociągnięciach w radzieckim i polskim 
rolnictwie. Coś drgnęło, ale nie za bardzo. W tymże samym roku 1953 
aresztowano i osądzono biskupów Adamskiego i Kaczmarka, a we 
wrześniu uwięziono samego kardynała Wyszyńskiego. Nadal przymuso- 
wo zakładano spółdzielnie produkcyjne, których liczba doszła po kilku 
latach do l O tys. Komentowała to wszystko swym zjadliwym głosem, 
ogólnie znienawidzona, ale niewątpliwie zdolna, felietonistka radiowa 
- Wanda Odoiska.
>>>
223 


W czasie wakacji po I roku wyjechałem na studenckie skierowanie do 
sanatorium do Krynicy. Uzdrowisko było zadbane. Zarówno ono, jak 
i "deptakowa" publiczność robiły wrażenie "niedzisiejszej" , przed- 
Wojennej. Miałem wspólny pokój z byłym rzemieślnikiem z Nysy. Po 
Wojnie, przesiedliwszy się z Krakowskiego, objął duży, zatrudniający 
kilkunastu pracowników warsztat blacharsko-hydrauliczny. "Obsługi- 
Wałem panie całe miasto". Niestety, od 1949 r. tak go obłożyli podatkami, 
domiarami i wyrównaniami do domiarów, że musiał zostawić państwu 
cały warsztat. Dostał przy tym strasznych wrzodów żołądka i dwunast- 
nicy, a teraz, po czterech latach jest już na rencie. Była to fizyczna ruina 
człowieka, ratująca się tylko Zuberem. Z gorzką ironią mówił: - "mnie 
wYkończyli, a teraz rynny i krany ciekną, ludzie błagają, bym pomógł, 
a co ja mo gę?" 
Naczelny lekarz Krynicy przedłużył mi pobyt o dwa dni, bym 
W drodze powrotnej trafił na dzień widzeń w Centralnym Więzieniu 
Karnym w Strzelcach Opolskich, gdzie przebywał Ojciec. Wizyta w tym 
kompleksie zbudowanym za czasów hitlerowskich, głównie dla byłych 
Powstańców śląskich, to temat sam w sobie, który nie mieści się już w tej 
Wypowiedzi. Nie mogę jednak nie wspomnieć o wydarzeniu na dworcu 
W Strzelcach. Gdy czekałem wczesnym rankiem na godziny widzeń, 
podszedł do mnie człowiek około pięćdziesiątki, mówiący gwarą śląską 
z mocnymi naleciałościami niemieckimi. Poprosił o napisanie podania 
do władz o zmniejszenie dostaw obowiązkowych. Okazało się, że to 
40-hektarowy "kułak" - autochton. Pisałem mu to podanie z godzinę, 
W kilku wersjach. W trakcie dyktowania ten człowiek, pełen widocznej 
goryczy, tak się wzburzył niesprawiedliwością na nim i na innych 
Popełnianą, że w końcu podarł wszystkie te wersje i ze łzami i nienawiścią 
na twarzy gdzieś poszedł. W ten sposób otarłem się o jedną z przyczyn 
naszej klęski narodowej na Śląsku Opolskim i Mazurach. 
Po powrocie z sanatorium pomagałem wujowill na gospodarce 
w Mławskiem, przy zwózce i podorywkach. W ten sposób ominął mnie 
Wyjazd na miesięczną pracę w PGR. Koledzy opowiadali z tego pobytu 
doŚĆ ciekawe historie, głównie o charakterze erotycznym. W każdym 
razie jedno małżeństwo (nie z naszego roku) musiało się po tym turnusie 
"zarejestrować", gdyż w drodze okazał się być owoc miłości. 
Na drugim roku studiów warunki mieszkaniowe mieliśmy najgorsze: 
dZiesięcioosobowy ciemny i zatęchły pokój na parterze Domu Studenc- 


- 
11 Stanisław Przybyszewski.
>>>
224 


kiego na Rybakach. Łóżka były piętrowe. Miałem górną pryczę, pode 
mną zamieszkiwał Staś Smoliński. Ponieważ sprężyny mojego łóżka były 
wypracowane, a przez to wygięte, zaczął kiedyś dla żartów podrzucać 
mnie nogami. W pewnym momencie rama mojej pryczy wyskoczyła 
z zawiasów i spadłem z nią razem na leżącego kolegę. Całe szczęście, że 
jedna ze śrub "w głowach" nie puściła i spadłem mu tylko na nogi, a nie na 
twarz. Żeby skończyć temat akademików dodam, że na trzecim roku 
mieszkaliśmy w Domu Studenckim na Bydgoskiej, a na czwartym znów 
w Baraku koło "Jedynki". Dom studencki na Bydgoskiej mieścił się 
w stylowym budynku drewniano-murowanym z ładnymi wykuszami, 
wieżyczkami i fragmentami muru pruskiego. Był lepiej utrzymany, 
a w dużym pokoju mieszkało nas już tylko sześciu na normalnych łóżkach. 
Na roku ostatnim mieliśmy czteroosobowy pokój znów w Baraku koło 
"Jedynki". Wszystkie studentki z kolei musiały się pomieścić w dawnym 
domu społecznym, czyli Domu Studenckim nr l, oraz w akademiku na 
Piastowskiej, który był w stanie takim samym, jak ten na Rybakach. Tak 
więc, warunki lokalowe studentów były bez porównania gorsze niż dziś. 
W rok czy dwa po naszym ukończeniu studiów Barak się spalił, a na to 
miejsce powstał dzisiejszy Dom Studencki nr 5. Tam, gdzie dziś jest 
kolejny akademik nr 6, znajdowało się wtedy boisko do siatkówki. 
Brylowali na nim często dwaj Bolkowie: Danilczuk - asystent prof. 
Łukaszewicza i Favre - późniejszy szef Cenzury w Bydgoszczy. 
Na drugim roku studiów wykopki odbywaliśmy na tygodniowym 
turnusie aż w Koszalińskiem. PGR był w poprzednich latach admini- 
strowany przez Armię Radziecką, a załogę w całości stanowiła ludność 
niemiecka. Mieli nawet niemiecką szkołę, na której powiewał transparent 
"Es lebe die DDR!". Było to dla mnie dość zaskakujące. Nasi szybko 
nawiązali kontakty z niemieckimi dziewczynami i niektórzy wieczorami 
chodzili na spacery i uściski. W dzień szły zaloty na rzucanie się 
ziemniakami. Jedna z jurnych dziewczyn "zagięła parol" na Franka 
Szałach a z polonistyki i tak mu przyłożyła ziemniakiem po żebrach, że 
przez tydzień miał kłopoty ze schylaniem. 
Z drugiego roku wspominam szczególnie zajęcia prof. Karola 
Górskiego, wykładającego nam powszechną historię średniowieczną. 
Wykładał ją spokojnie, z głębokim znawstwem rzeczy. Nie prowadził ze 
studentami pogawędek, były to erudycyjne wykłady w tradycyjnym stylu. 
Podobne wrażenia jasności, precyzji i świetnej konstrukcji odnosiłem 
na wykładach prof. Kazimierza Sośnickiego. Nie wyczuwało się też
>>>
225 


Zbytniego podporządkowania "przodującej pedagogice radzieckiej". 
Jego wykłady mieliśmy razem z równoległym rocznikiem polonistów. 
BYło tam sporo ładnych dziewcząt, co rozpraszało nieco naszą uwagę. 
Profesor Sośnicki miał jedną wadę: spóźniał się na zajęcia, czasem 
o 10-15 minut i o tyleż samo przedłużał wykład. W tej sytuacji mieliśmy 
CZasem kłopoty z dotarciem na następne zajęcia. Kiedyś ktoś zostawił 
mu na katedrze kartkę: "prosimy o punktualne kończenie wykładów". 
Profesor wszedł, usiadł na podwyższeniu w dużej sali nr V w Maiusie, 
przeczytał kartkę i nagle dosłownie ryknął: "Kto to napisał?" Oczywiście 
nikt się nie zgłosił, a zachowanie Profesora wydało nam się mocno 
niepedagogiczne. 
Na egzamin do niego szliśmy więc zdenerwowani. Pytał pojedynczo. 
W trakcie odpowiedzi zdarzyła mi się sytuacja, której raz tylko zaznałem: 
mimo znajomości rzeczy poczułcm kompletną pustkę w głowie. Machinal- 
nie giąłem tylko i rozprostowywałem spinacz, wzięty zrcsztą z profe- 
sorskiego biurka. Profesor Sośnicki spojrzał na mnie i nic nie mówiąc 
Z sympatycznym uśmiechem czekał. Jakoż po chwili, która wydała mi się 
wtedy bardzo długa, nastąpiło odblokowanic. 
Do egzaminu u prof. Górskiego, odbywającego się w scsji zimowej, 
nie byłem - i kilku moich kolegów - należycie przygotowany. Materiał 
olbrzymi, a my, w przeciwieństwie do dziewczyn, zdawaliśmy w tzw. 
"międzyczasie" wojsko składające się z kilku przedmiotów. Wskutek 
tego jeszcze pod drzwiami egzaminatora dziewczyny poduczały nas, jak 
mogły. Ze szczególnym poświęceniem czyniła to J ulcia Godlewska, 
starsza od nas wiekiem, koleżanka o gołębim sercu, zawsze niezwykle 
solidnie przygotowana, niestety dość nicśmiała. Profesor pytał grupowo. 
Cała nasza czwórka wchodziła na miękkich nogach. Zaczął Alfred Sulik 
- nasz Ślązak i piłkarz mówiący z pięknym akcentem - wspaniale. 
Dalej też tak szło. Pytania nam "podpasowały" wyjątkowo. Stosunkowo 
szybko wyszliśmy z ocenami dobrymi i bardzo dobrymi. Weszła czwórka 
dZiewcząt, wśród nich Jula. Po długicj nieobecności wyszły skwaszone, 
a Jula po prostu z płaczem. Usłyszała bowiem: "Daję pani trójkę, ale za 
bardzo to się pani nie przyłożyła". Tak to bywa na egzaminach... 
Mniej odpowiadały mi zajęcia z historii śrcdniowiecznej Polski, gdyż 
Prof. Bronisław Włodarski, świetny mcdiewista i dyrektor Instytutu 
liistorii, wychowawca wielu profesorów (Grudzińskiego, Jasińskiego, 
Bieniaka) miał dość szkolny sposób nawiązywania dialogu ze studentami. 
W połowie zdania zawieszał głos, żądając, by któryś ze słuchaczy je
>>>
226 


kończył. Jeśli nie było chętnych, Profesor mówił: "a nie powiem dalej..." 
W efekcie z przodu siadały naj grzeczniejsze dziewczyny na czele z Krysią 
Zielińską i Olą Horbowską, wyrozumiałą starościną, i prowadziły z nim 
ten dialog zdań nie dokończonych. 
Jeszcze mniej lubiłem wykłady prof. Stanisława Hoszowskiego, 
wybitnego specjalisty z zakresu historii gospodarczej I Rzeczypospolitej. 
Po prostu ta problematyka mi nie odpowiadała. 
Z ćwiczeń najwyżej ceniłem zajęcia z ówczesnym magistrem Jerzym 
Serczykiem. Były to przeważnie analizy tekstów źródłowych o charakterze 
prawnym lub kronikarskim, które stanowiły świetną szkołę wielostron- 
nego, wnikliwego myślenia historycznego. Pamiętam szczególnie zajęcia 
poświęcone analizie prawa salickiego oraz innych dokumentów z epoki 
Karola Wielkiego. 
Staram się tu nie rozdawać ocen moim koleżankom i kolegom, 
wspominam ich jedynie w kontekście spraw, które przedstawiam. Kilka 
zdań chciałbym jednak poświęcić Romanowi RolhofTowi. Był to człowiek 
po bardzo ciężko przebytej chorobie Heinego-Mediny z rozległymi 
uszkodzeniami systemu nerwowego i mięśniowego. Chodzić mógł tylko 
z kulą, trzymając się drugiej osoby. Był niezwykle dzielny i pogodny, 
mimo ciągłych bólów nasilających się szczególnie w okresach zmian 
pogody. Wyniki w studiach osiągał zupełnie przyzwoite. Duża w tym 
zasługa naszych dziewczyn, które mu wiele pomagały: Weroniki 
Klonowskiej, Julii Godlewskiej, Krystyny Zielińskiej i Oli Horbowskiej. 
Niestety, w kilka lat po studiach Roman umarł. 
Pod koniec II roku okazało się, że moja wada serca dyskwalifikuje 
mnie jako przyszłego oficera rezerwy i ze Studium Wojskowego zostałem 
zwolniony. Decyzję przyjąłem ambiwalentnie. Z jednej strony byłem 
zadowolony, miałem więcej czasu; z drugiej żal mi było wspólnych zajęć 
z kolegami i tego, że nie będę oficerem. Dziś brzmi to wyznanie dość 
dziwnie, ale ja, syn przedwojennego starszego ogniomistrza, wychowany 
w kulcie polskiego munduru, właśnie tak to odczuwałem. 
W czasie drugiego roku studiów zaczęło się wyraźnie zmieniać moje 
myślenie o sprawach społecznych. Zostałem wciągnięty do pracy w ZMP. 
Najgorsze zjawiska, po śmierci Stalina, jakby się kończyły. Byłem 
zawsze pilnym czytelnikiem prasy. W "Nowej Kulturze", "Życiu 
Literackim", a nawet w "Trybunie Ludu" pojawiły się śmielsze materiały 
krytyczne, świadczące o pewnej samodzielności myślenia autorów. 
Wszystko to było niczym z perspektywy dzisiejszych czasów, ale wtedy,
>>>
227 


po szkole lat 1949 -1952 odczuwałem istotną zmianę. Pamiętam, że 
Itl.in. "odkryto" wtedy jako zjawiska społeczne przestępstwa pospolite 
tyPu złodziejstwo czy rozboje. Zastanawiano się w dyskusjach, czy to 
jedynie przeżytki kapitalizmu w mentalności człowieka, czy też nadal 
w państwach socjalistycznych tego typu przestępstwa będą występowały... 
Problem ten przejawił się np. na spotkaniu autorskim z Jerzym 
Putramentem w 1954 r. Jeden z dyskutantów wystąpił też z pretensją do 
Ąutora, że jeździ bezwstydnie własnym samochodem. Tenże Putrament 
w jednym z tomów swoich pamiętników wspomina z kolei te czasy 
z nostalgią, gdy jeździło mu się pięknie po pustych szosach... Takie to 
bYły dyskusje w owe lata. (Rozliczaliśmy też na zebraniu ZMP jedną 
z koleżanek Krystynę Sz., która ośmieliła się flirtować z dwoma naraz 
chłopakami. Serio!) 
Również na Uniwersytecie nieco się zmieniło. Etatowy I sekretarz 
- Zenon Jundził reprezentował wyważone, jak na owe czasy, poglądy. 
W zachowaniu był prosty - chciałoby się rzec -- proletariacki. Nie 
wiedziałem wtedy, że nazwisko miał jak najbardziej wielkoszlacheckie, 
by nie powiedzieć magnackie, z terenów Wielkiego Księstwa Litewskiego. 
Skrajni lewicowcy stali się bardziej zrównoważeni. Zniknęła m.in. 
z Uniwersytetu, najbardziej chyba nawiedzona "ciotka rewolucji" 
- mgr Teresa Zerzoń. 
Natomiast u mnie zarysował się proces odwrotny. Socjalizm w ujęciu 
Itlodelowym podobał mi się coraz więcej. Nie przystającą do niego 
Praktykę zacząłem traktować jako wytwór nieudolnych, lub złych, nie 
rOZumiejących istoty nadchodzącego ustroju --ludzi. Tak np. odrzucały 
Itlnie prymitywne akcje antyreligijne. Oto na święto Bożego Ciała 
Zorganizowano specjalnie wycieczkę statkiem do Ciechocinka. Nie 
wziąłem w niej udziału, mimo na wpół obowiązkowego charakteru. 
Miałem też satysfakcję, gdy statek się popsuł i wszyscy po godzinie 
Wrócili z przystani. Co środę popielcową w stołówce był kotlet schabowy 
- rzadkość niesłychana. Część studentów nie jadła wcale, część jadła 
w tej sytuacji po kilka'. 
. Ani wtedy, ani później nie traktowałem socjalizmu jako czegoś 
Idealnego, lecz jako formę ustrojową, stanowiącą pewien postęp 


- 
. 
Za udział w uroczystościach kośÓelnych Leszka Mokrze
kiego chÓano pozbawić 
styPendium (uratował go sprzeÓw na zebraniu roku rozpoczęty przez Kazimierza 
Jarzyńskiego), a K. Zielińska i A. Horbowska (jak się niedawno dowiedziałem) były 
Przesłuchiwane w UB.
>>>
228 


w stosunku do tego, co było poprzednio. W tym duchu odbywaliśmy 
czasem dyskusje w akademiku. Były one jednak dość dyskretne i najlepiej, 
jeśli tylko dwuosobowe. Kiedyś odbyłem taką rozmowę z Krzysztofem 
Jabłońskim - wytykając właśnie różne takie błędy ustrojowe. On 
i bronił, i trochę potakiwał, w końcu powiedział, że nie jest tak źle, bo 
przecież za tę naszą rozmowę trzeba byłoby nas zamknąć, a nikt tego nie 
zrobił. A było nas ciągle dwóch i od czasu do czasu machinalnie na drzwi 
spo glądaliśm y ... 
W każdym razie moja pozycja "społeczna" zwyżkowała. Na I roku 
zacząłem od członkostwa Komisji Stołówkowej. Moim największym 
osiągnięciem było wstrzymanie wydawania zapleśniałej kiełbasy, wsku- 
tek czego na obiad zjedliśmy tylko ziemniaki i kiszoną kapustę. 
Koledzy więcej mieli pretensji do mnie niż do personelu stołówki. 
Na II roku byłem przewodniczącym koła ZMP, a na początku 
III roku doszedłem do funkcji przewodniczącego Zarządu Wydzia- 
łowego, obejmując to stanowisko po Jacku Staszewskim. Byłem 
nim krótko, bo zaraz jesienią na 7ebraniu wyborczym delegatów 
z wszystkich wydziałów (trwała taka impreza cały dzień, z przerwą 
na darmowy obiad) ktoś z sali zaproponował mnie na członka 
Zarządu Uczelnianego. Wywołało to lekki popłoch, bo wtedy wszystkie 
takie kandydatury były wcześniej uzgadniane, a moja przez takie 
uzgodnienia nie przeszłaby. Było już jednak za późno i w wyborach 
uzyskałem wymaganą ilość głosów. Po zebraniu, w trakcie konsty- 
tuowania zarządu, Jasio Chamot (dziś już nie żyje) jako przedstawiciel 
Komitetu Uczelnianego Partii powiedział wprost, nie krępując się 
moją obecnością, że sprawa nie została należycie dopilnowana. 
Natomiast dla mnie istotny był tylko jeden dylemat: czy biorąc 
aktywny udział w pracy ZMP, akceptując jego założenia, nie sprzenie- 
wierzam się Ojcu i jego męce w więzieniu. Były to dla mnie ciężkie 
rozterki. 
W zarządzie znalazłem się w towarzystwie Romana Samsela, Franka 
Szałacha, Stanisława Trawińskiego z fizyki. Mocno byli z zarządem 
związani, chociaż nie pamiętam, czy już byli jego formalnymi członkami 
w tym czasie, Czesław Niedzielski, Stefan Kościelecki, Zefiryn Jędrzyński. 
Dzisiaj Samsel jest pisarzem i publicystą, którego obecne poglądy 
odpowiadają mi zdecydowanie mniej niż ówczesne. Franek był potem 
wojewódzkim działaczem młodzieżowym i posłem na Sejm, niestety 
popadł w poważne kłopoty osobiste. Trawiński, doktor fizyki, dyrek- 


-....ł...
>>>
229 


toruje od wielu lat bydgoskiemu Polonowi. Niedzielski, wiadomo 
- docent i wiceprzewodniczący Narodowej Rady Kultury. Kościelecki 
to dziekan na Wydziale Sztuk Pięknych UMK, a Jędrzyński, po krótkim 
etapie asystentury, został dziennikarzem i od wielu lat włodarzy 
w "Gazecie Pomorskiej" przyprawiając mnie czasem o szczery podziw, 
a czasem o zgrzytanie zębów. Jak z tego wynika, albo ludzi dobierano 
tam nienajgorszych, albo ich ta praca rozwijała, albo stanowiska 
w młodzieżowej organizacji politycznej pomagały im w zajmowaniu 
kOlejnych stanowisk. A może i jedno, i drugie, i trzecie... 
Naszym przewodniczącym był Włodek Dąbrowski, dziś już nie 
żyjący. Przywieziono go - jak już wtedy, a może parę lat później, 
zaczęto mówić - "w teczce". Przyjechała z Bydgoszczy wiceprzewod- 
nicząca Zarządu Wojewódzkiego - Gabinowska. Powiedziała: "Jest 
taka sprawa, towarzysze. Zarząd Wojewódzki rekomenduje na przewod- 
niczącego Zarządu Uczelnianego towarzysza Dąbrowskiego Włodzimie- 
rza". Towarzysz Dąbrowski zabrał głos. Wystąpił wprost fatalnie. 
Strasznie się denerwował, mówił coś tam o Hance Sawickiej i Janku 
Krasickim. To był taki rytuał. Mimo wszystko wybraliśmy go. Nawet 
chyba nikomu nie przyszło do głowy sprzeciwić się Instancji. Później 
okazało się, że chociaż Włodek nie miał studiów i nic umiał publicznie 
Występować, to jednak był to człowiek rozsądny, zrównoważony i dobry, 
chociaż niewątpliwie skrępowany ówczesnymi stereotypami. "Rządził" 
nami dwa lata, aż do końca moich studiów w połowie 1956 roku. 
Nastąpiła też zmiana pierwszgo sekretarza Komitetu Uczelnianego. Na 
miejsce etatowego Zenona Jundziła wybrany został nowy asystent, po 
magisterium w Poznaniu, historyk, Kazimierz Wajda, prezentujący 
Potężną objętość, co dodawało mu powagi. Później ten splendor przejęła 
także jego broda. 
Praca w Zarządzie nie układała się tak, jak byśmy tego oczekiwali. 
Aktywność członków malała, my sami mieliśmy coraz więcej wątpliwości. 
Ostatnią, długofalową, udaną chyba, akcją była praca przed Warszaws- 
kim Festiwalem Młodzieży i Studentów w lipcu 1955 r. Wyróżniający się 
kOledzy, wybrani przez koła ZMP, jechali w nagrodę na czterodniowe 
turnusy na ten Festiwal. Z Bydgoskiego ruszył cały pociąg. Jechaliśmy 
wolno przez całą noc. Było ciepło, pogodnie, świecił księżyc. Rozśpiewany 
pociąg, jadący boczną linią przez Sierpc, stawał w polu, na którym widać 
było sztygi świeżo ściętego zboża. Czułem radość i satysfakcję, że jestem 
z innymi, że zetknę się z młodzieżą innych krajów, że zobaczę stolicę.
>>>
230 


Rano dojeżdżaliśmy do Warszawy, nad którą górował akurat ukończony 
Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina. Śpiewaliśmy piosenki 
z repertuaru Mazowsza, "Naprzód młodzieży świata", a potem najnow
 
szy przebój ówczesny: "Na granicy jest strażnica" z refrenem: 
"Gdy ty śpisz, kraju strzeże ktoś tu, 
By cię nikt nie zbudził ze snu". 
W ojskowymi ciężarówkami zawieziono nas na Ochotę, gdzie wyrosło 
ogromne miasteczko namiotów, z siecią sanitariatów i stołówek. pogoda 
cały czas była piękna, słoneczna. Na imprezach festiwalowych przeby
 
wałem w dzień i w nocy. Włóczyłem się od estrady do estrady, patrzyłe11l 
na spontaniczne pochody różnobarwnej pod względem skóry i ubioru 
młodzieży z innych krajów, nawet kontynentów. W hermetycznie 
dotychczas izolowanym państwie był to ewenement. Szczególną sensację 
budzili Czarni, którzy na ogół zachowywali się dość swobodnie. Gdy po 
latach w jednym z odcinków serialu "Dom" pojawił się brat głównego 
bohatera i oświadczył, że jego marzeniem jest zobaczenie Murzyna, 
uśmiałem się serdecznie. A za moment przyszła refleksja: przecież to 
jestem ja z 1955 roku! 
Z występów artystycznych najmocniej utkwił mi w pamięci taniec 
z bambusami w wykonaniu zespołu wietnamskiego oraz pieśni ukraińskie 
zawodowego chyba chóru z Kijowa. "Wieczorny dzwon" śpiewany 
basem przez solistę z towarzyszeniem chóru i orkiestry ludowych 
instrumentów i dziś, po przeszło trzydziestu latach, dźwięczy mi w uszach. 
Największe jednak wrażenie zrobił nie Pałac Kultury, nie Plac Defilad, 
nie Stadion Dziesięciolecia wreszcie, ale oprawa plastyczna towarzysząca 
Festiwalowi. 
Warszawa była wtedy miastem na wpół odbudowanym. Stało na 
nowo pięknie odbudowane Stare i Nowe Miasto, Trakt Królewski, Plac 
Konstytucji, Mariensztat, Muranów, dzielnica ministerstw przy Kruczej. 
Natomiast późniejsza ściana wschodnia przy Marszałkowskiej była 
parterowa, pierzeja północna i zachodnia Placu Defilad - też. Nie 
mówiąc już o tzw. "dzikim zachodzie" i okolicach Dworca Gdańskiego. 
Cała parterowa Marszałkowska została zasłonięta rozpiętymi na rusZ
 
towaniach pasmami płótna z abstrakcyjnymi kompozycjami. Podświet
 
lone różnokolorowymi reflektorami dawały urzekająco piękne wrażenia 
estetyczne, jakże odbiegające od oficjalnie jeszcze obowiązujących 
kanonów realizmu socjalistycznego. Nad tymi inspirowanymi przeZ 
Picassa, Paula Klee czy naszego Stażewskiego kompozycjami górował 


-...ł...
>>>
231 


V szkielet wypalonego i częściowo zwalonego wieżowca na ro gu Marszał- 
1 kowskiej i Świętokrzyskiej. Na nim umieszczono przestrzenną replikę 

łynnego plakatu Trepkowskiego przedstawiającego spadającą bombę 
l wielki napis "NIE". Na pokoleniu pamiętającym wojnę z własnego 
dzieciństwa c::zy młodości, nie mówiąc już o społeczeństwie dorosłych, 
kompozycja ta, wydobyta z ciemności ostrym światłem lotniczych 
reflektorów, musiała robić wstrząsające wrażenie. Podobnie jak wystawa 
młodych plastyków w Arsenale, której już nie miałem czasu obejrzeć. 
Wiele reprodukcji z tej wystawy, szczególnie Wróblewskiego, zamieściło 
Wtedy "Po prostu" i "Nowa Kultura". 
Te tylko trzy i pół dnia nie pozwoliły mi na bliższe kontakty 
z zagranicznymi uczestnikami Festiwalu. Rozmawiałem z jakimś Cze- 
chem, próbowałem z Anglikiem, ale ten się gdzieś śpicszył, a moja 
angielszczyzna okazała się bardzo uboga. Z kolei delegacja radziecka 
chodziła w zwartych grupach i z pospólstwem się nie mieszała. Festiwal 
udowodnił mi jedną gorzką sprawę: na studiach zaniedbałem języki. 
Wprawdzie mieliśmy ćwiczenia z łaciny średniowiecznej, ale zapomniałem 
mocno łacinę klasyczną, z której byłem zupełnie dobry w szkole średniej. 
W angielskim nie poczyniłem postępów. Podciągnąłem się jedynie 
w języku rosyjskim. Na II roku uczęszczałem na dodatkowy lektorat 
niemiecki, ale bariery języka mówionego nie przckroczyłcm. To wszystko 
UWażam za największy minus moich studiów. Nie usprawiedliwia mnie 
fakt, że ówczesna izolacja międzynarodowa nie pozwalała realnie myśleć 
o możliwości wojaży zagranicznych. 
Po krótkim pobycie na Festiwalu pojechałem na wieś do wuja 12. 
Kiedyś wracając z lasu zatrzymałem się na skraju drogi przy pastwiskach. 
Proszę mi wierzyć, coś kazało mi tam siedzieć. Po pewnym czasie, na 
drodze schodzącej nieco w dół, ukazał się człowiek, który serdecznie 
ZOstał powitany przez mijającego go rolnika. Po kilku minutach był już 
bliżej. Znów spojrzałem w jego stronę. Coś mnie podcrwało: nie, to nie 
może być prawda. Przccież jeszcze przed micsiącem byłem na widzeniu 
W Strzelcach, a prokurator we Wrocławiu dawał nadzieję najwyżej na 
częściowe skrócenie wyroku. - A jednak! Pędem pobiegłem w stronę 
krótko ostrzyżonego starszego człowieka. - Ojcicc! Łzy radości 
przysłoniły nam świat. Trzy lata i cztery miesięce rozłąki minęły. 


----- 
12 Zo 
b. przyp. 11.
>>>
- T 


232 


* 
* * 


Czwarty rok studiów, w normalnej już sytuacji rodzinnej, był dla 
mnie odmienny. Jakby mi ktoś kamień zwalił z piersi. Na początku III 
roku dokonywaliśmy wyboru seminarium magisterskiego. Najbardziej 
interesowała mnie historia nowożytna i najnowsza. Zastanawiałem się, 
czy pójść na seminarium do docent (później profesor) Jadwigi Lechickiej 
(XVIII wiek), czy doc. Witolda Łukaszewicza (XIX wiek). Zwyciężyło to 
drugie. Znaleźliśmy się u doc. Łukaszewicza w piątkę: Krzysztof 
Jabłoński - obecnie w służbie zagranicznej, otrzymywał jako jedyny 
stypendium naukowe w wysokości 800 zł (tyle zarabiał wtedy nauczyciel 
licealny); Staszek Rakowicz - niedawno wojewoda toruński; Halina 
Żłobecka - nauczycielka historii w Toruniu (zdaje się, już na emerytu
 
rze); Stasio Smoliński z Brodnicy i ja. Pisaliśmy głównie o Wielkiej 
Emigracji. Ja - "Poglądy społeczno-polityczne Joachima Lelewela na 
emigracji". Na III roku dawaliśmy sobie sporo luzu, ale rok IV 
poświęciłem solidnie na zbieranie materiałów i pisanie pracy. To 
ostatnie, mimo pewnej łatwości pisania, szło mi ciężko. Na studiach 
mieliśmy w ogóle mało prac pisemnych. 
Wiele siedziałem wtedy w Bibliotece Uniwersyteckiej, trochę też 
w Instytutowej. Na marginesie warunków tej pracy powstał wtedy mój 
felieton w "Głosie Uczelni"'). 
W trakcie przygotowań do pracy musiałem m.in. przewertować 
dwadzieścia tomów prac Lelewela wydanych w połowie XIX w. przez 
poznańskiego księgarza Żupańskiego. Wszystkie te tomy w Bibliotece 
Uniwersyteckiej dotrwały przez sto lat w stanie dziewiczym i dopiero ja 
- magistrant - musiałem je rozcinać. W tej sytuacji ubawiła mnie 
wypowiedź prof. Mariana Serejskiego, który właśnie wtedy postulował 
ponowne wydanie dzieł wszystkich Lelewela, gdyż poprzednie wydania 
są absolutnie "wyczytane". Wtedy też, któregoś dnia podeszło do mnie 
w czytelni dwóch kolegów. Jeden z nich -- Stasio Smoliński - podetknął 
mi pod nos Encyklopedię Trzaski, Everta i Michalskiego i z satysfakcją 
w głosie powiedział: - "popatrz na ten twój socjalizm i na swobody 
w tym socjalizmie". Rzeczywiście, encyklopedia w kilku miejscach miała 
strony podwójnie owinięte papierowymi opaskami z pieczęciami i napi
 
sem: "nie wolno rozrywać". Podniecony, zniszczyłem te opaski na 


13 J. Rulka, A jednak nos dla tahakiery, "Glos Uczelni" 1955, nr 2. 


--ł..
>>>
233 


oczach zdumionych i nieco przerażonych kolegów. Pamiętam, że jedna 
z nich zamykała przed niegodnymi hasło: "Piłsudski". Następnie 
zaniosłem tom do dyżurnej bibliotekarki, informując ją o fakcie 
i motywach czynu. Ta oczywiście pobiegła do zwierzchników i za chwilę 
stałem w gabinecie wicedyrektora Edmunda Józefowicza. Był w tym 
momencie jeszcze bardziej blady niż zwykle. Zagroził mi odebraniem 
prawa korzystania z Biblioteki i czytelni. Ja znów coś tam mówiłem 
o konstytucyjnej wolności słowa i druku. Widać było, że wewnętrznie 
dyrektor jest po mojej stronie. Czy opaski wróciły, nie wiem. Zaczął się 
bowiem rok 1956 i były ważniejsze problemy. 
O naszym Promotorze mam mieszane wspomnienia. Była to wscho- 
dząca gwiazda Uniwersytetu. Właśnie wtedy przeniósł się na stałe 
z Łodzi do Torunia. Dojeżdżał też na WSP w Gdańsku. Wykłady 
z historii nowożytnej i najnowszej miał ciężkie. Nie doszedł w nich nawet 
do I wojny światowej. Zdecydowanie nastawiony na stosowanie marksi- 
stowskiej interpretacji historii, prezentował sądy uproszczone. Równo- 
cześnie niewątpliwie przyczynił się do rozwinięcia badań nad historią 
ruchu robotniczego w zaborze pruskim, a także na Pomorzu w czasach 
II Rzeczypospolitej. Wypromował też wielu uczniów - doktorów 
i docentów. Stworzył, można powiedzieć, "szkołę Łukaszewicza". 
Był dla nas wielkim autorytetem, ale czasem przeciwstawialiśmy mu 
Swoje poglądy. Ja starłem się z nim przy omawianiu Lelewelowskiej 
koncepcji federalistycznej (państwa Polaków, Litwinów i Rusinów). 
Przedstawiałem to jako koncepcję postępową, on natomiast nazwał ją 
konserwatywną, gdyż narody te powinny tworzyć unię z Rosjanami. Ja 
na to, że jeśli tak, to albo obydwie koncepcje były postępowe, albo 
obydwie reakcyjne. Dyskusja, bez dorzucania nowych argumentów, 
trwała bardzo długo. Każdy został przy swoim, z tym, że ja już na trwałe 
z przydomkiem czy piętnem "nacjonalisty". Na naszym IV roku 
seminarium zasiliła grupa kolegów z III roku, którzy zajmowali się 
zagadnieniami późniejszymi, z zakresu ruchu robotniczego. 
Ostatni semestr IV roku był nasycony zarówno pracą nad magis- 
terium, jak i wydarzeniami politycznymi. Jeszcze w jesieni 1955 r., gdy 
byliśmy na praktyce nauczycielskiej w renomowanym liceum toruńskim 
doświadczony nauczyciel historii, potępiając odchylenie nacjonalistycz- 
no-prawicowe, mówił, że jego przywódcą był Władysław Gomułko (!). 
Czuliśmy pewne zmiany - "odwilż" - jak się wtedy za Erenburgiem 
mówiło. Ale XX Zjazd KPZR był zdecydowanym, pozytywnym
>>>
234 


zaskoczeniem. Nie tyle sam Zjazd, gdyż informacje z jego obrad były 
nadal sztampowe, a wystąpienia w dyskusji Mołotowa, Bułganina, 
nawet Mikojana i innych, były jak odbite z jednej sztancy. Przewrót 
wywołał tajny referat Chruszczowa. To po "likwidacji" Berii i rewelacjach 
Światły był kolejny wstrząs. Dla mnie może mniejszy niż dla innych, bo 
miałem za sobą straszliwe sceny zbiorowych widzeń w więzieniach 
i opowiadania Ojca po jego zwolnieniu. 
Słuchaliśmy tego referatu Chruszczowa na zebraniu partyjno-zetem- 
powskim już oczywiście po XX Zjeździe. Nie pamiętam, czy było to 
przed, czy po śmierci Bolesława Bieruta. Gdy rozeszła się wieść o jego 
śmierci w Moskwie i wystawieniu zwłok w Warszawie, postanowiliśmy 
z Romkiem Samselem pojechać do Warszawy. Trudno mi podać 
motywy decyzji Romana. Ja jechałem z pozycji obserwatora-historyka, 
by uczestniczyć w jednym ze znaczących faktów historycznych. Śmierć 
Bieruta przyjąłem na zimno, bez takiego wrażenia jak zgon Stalina. 
W odniesieniu do naszego przywódcy dochodziły jeszcze i niejasne 
przyczyny zgonu. Chociaż i o okolicznościach śmierci Stalina ludzie 
- szczególnie starsi - też różnie mówili. Jeśli chodzi o Bieruta, to np. 
we wsi moich rodziców l4 i okolicy mówiono po prostu, że "Ruski go 
otruli". 
W Warszawie zobaczyliśmy gmach Komitetu Centralnego otoczony 
morzem ludzi. Nastrój tych ludzi był różnorodny: u części poważny, 
u części taki jak na festynie ludowym, Jaki-taki porządek usiłowały 
zaprowadzić oddziały wojsk wewnętrznych. Ustawiano żołnierzy trzy- 
mających liny, by powstrzymać napór ludzi. Zorganizowana wielo- 
rzędowa kolejka ciągnęła się Nowym Światem do placu Trzech Krzyży, 
a potem Książęcą w dół, prawic do ulicy Rozbrat. W którymś momencie 
tłum nas rozdzielił. W efekcie Roman przemaszerował przed trumną, 
a ja po dłuższym czasie zrezygnowałem z oczekiwania i poszedłem "w 
miasto". Centrum, chociaż częściowo już odbudowane, nadal robiło 
przygnębiające wrażenie. 
Drugi pobyt w Warszawie z tego czasu związany był ze studenckim 
tygodnikiem "Po prostu" (a raczej "Poprostu", bo tak to pisano). Byłem 
jego uczelnianym korespondentem. Początkowo pismo niczym szczegól- 
nym się nie wyróżniało. N atomiast od 1955 r. stało się ono awangar- 
dowym pismem poruszającym dotychczasowe tematy tabu. Szefem 
tygodnika był Eligiusz Lassota, ale właściwy ton pismu nadawali Anna 


14 Zgliczyn n. Wkrą.
>>>
235 


i Stefan Bratkowscy, Marian Turski i drugi Turski, Ryszard, Szynd- 
ler-Głowacki i jeszcze młodsi: Jerzy Urban, Jerzy Ambroziewicz, Walery 
Namiotkiewicz. Później politycznie bardzo się ci redaktorzy podzielili. 
Słuchanie wystąpień przedstawicieli Redakcji wiosną 1956 r. było 
olśnieniem. Jakby człowiek znalazł się w innym świecie. Ważna była 
zarówno bezkompromisowa treść publikacji, jak i nowoczesna forma 
dziennikarskiej wypowiedzi. Cechowała się ona z jednej strony rzetel- 
nością dokumentacyjną, z drugiej dość lekkim, swobodnym, często 
ironizującym przedstawieniem tematu. Apogeum "Po prostu" to lato 
i jesień 1956. Ale wtedy byłem już po studiach. 
Po zapoznaniu się z referatem Chruszczowa, czytając też ówczesne 
artykuły prasowe, nawet w "Trybunie Ludu" i "Nowej Kulturze" 
(słynny wiersz Ważyka), ale przede wszystkim w "Po prostu", doszedłem 
do wniosku, że taki socjalizm, jaki się t e r a z zaczyna, mogę popierać 
czynnie, wstępując do PZPR. Namawiano mnie do tego wcześniej, ale 
zdecydowanie odmawiałem, zarówno ze względu na sprawę Ojca, jak 
i na wątpliwości natury ogólnej. Teraz uznałem, że zachodzące przemiany 
są zgodne z tym, co czuję i myślę. Przyjęto mnie na kandydata dość 
uroczyście, na ogólnym zebraniu. Poparło mój wniosek kilku kolegów 
oraz Promotor, wygłaszając przyjemną opinię. Ja z kolei oświadczyłem, 
że będę czynnie dążył do pozytywnych przemian w Partii i Kraju. 
Okazja do zademonstrowania tej postawy zdarzyła się bardzo szybko. 
Po XX Zjeździe, w atmosferze zmian przede wszystkim w świadomości 
ludzi, odbyło się w auli Collegium Maximum spotkanie społeczności 
akademickiej z pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR 
w Bydgoszczy - Władysławem Kruczkiem i całą chyba egzekutywą. 
Ludzi przyszło co niemiara: i pracowników, i studentów. W tej nabitej 
sali znalazła się też grupa kolegów z naszego roku. Wystąpienie Kruczka 
dotyczące aktualnej sytuacji politycznej było nijakie, natomiast dyskusja 
odbywała się już po nowemu. Występowali i pracownicy, i studenci. 
Wydawało mi się, że najbardziej zdecydowanie zabrało głos dwu: 
Staszek Rakowicz i ja, czyli seminarium prof. Łukaszewicza. Staszek 
mówił o paradoksach życia społecznego, a sprowokował go do wy- 
stąpienia głos "z konserwy" - jak wtedy zaczęto mówić - magistra 
Strzały (dziś już nie żyjącego), asystenta z Katedry - zdaje się 
- Ekonomii Politycznej. Był to chudy, blady flegmatyk, który każdą 
swoją wypowiedź, a wypowiadał się często, zaczynał cedząc: "U nas 
towarzysze w Ulianowsku..." (przed dwoma laty ukończył tam studia).
>>>
236 


Staszek w swym wystąpieniu m.in. mówił mniej więcej tak: "...a jak 
zaczyna mówić tow. Strzała, to mnie po prostu mdli. Nie jesteśmy 
w Ulianowsku, tylko w Polsce i to, co może być dobre tam, nie znaczy, 
że pasuje do naszych stosunków i sposobów myślenia. A zresztą 
w Ulianowsku w ciągu tych dwu lat z pewnością się też wiele zmieniło 
na lepsze". 
Ja natomiast w swym wystąpieniu skoncentrowałem się na zadaniu 
kilku pytań dotyczących dostaw obowiązkowych, więziennictwa i woj- 
ska. Pytałem, dlaczego chłopi muszą odstawiać zboże już w lipcu, 
gdy żniwa kończą się dopiero w sierpniu i czy trzeba robić z tego 
taką "frontową" akcję, łącznie z aresztowaniami rolników. Pytałem, 
dlaczego w Polsce jest tylu więźniów politycznych. Dlaczego w więzieniu 
karno-śledczym we Wrocławiu jest tak ciasno, że aresztowani śpiąc 
na cienkich siennikach na bctonie, muszą się odwracać z boku 
na bok równocześnie, bo inaczej nie ma miejsca. Dlaczego w więzieniu 
karnym w Strzelcach Opolskich doprowadza się więźniów do głodówek. 
Dlaczego młodemu porucznikowi Ludowego Wojska Polskiego, żą- 
dającemu rewizji procesu, nikt w czasie głodówki nie udzielił pomocy, 
a służba więzienna i naczelnik miały na to jedno tylko określenie: 
"Niech zdycha sk..." I po miesiącu, przy niemym współczuciu ogółu 
więźniów, skonał. Potem przeszedłem do sytuacji w wojsku. 
"Dlaczego wszyscy dowódcy w wojsku polskim, od dowódcy dywizji 
wzwyż są Rosjanami. Czyż nie ma Polaków, którzy potrafią dowodzić 
i są zwolennikami Polski socjalistycznej?" 
To, co tu piszę, to nie zmyślanie, tylko prawda. Sama wypowiedź 
była chyba jeszcze ostrzejsza. Na sali była kompletna cisza. Była to 
bowiem wczesna wiosna, a nie jesień 1956 r. (Jeszcze po dziesięciu latach 
to moje wystąpienie przypomniał mi ze zdumieniem i podziwem Tadeusz 
Połatyński, ówczesny działacz ZNP.) Towarzysz Kruczek zabierając 
głos, "podsumowując" -- jak się wtedy i później mówiło -- do moich 
kwestii odniósł się następująco: "W lipcu chłopi są zobowiązani do 
odstawiania tylko części zboża, 
 Jak jest w więzieniach, nie orientuję 
się, ale wiem, że wielu więźniów jest zwalnianych [to była prawda 

 J. R.]. 
 O tym, aby w wojsku polskim dowodzili Rosjanie, nie 
słyszałem". Mówił to sekretarz KW PZPR w Bydgoszczy, siedziby 
największego okręgu wojskowego, który ciągle stykał się z dowódcą, 
generałcm Wiaczesławem Połturzyckim i jego najbliższymi współpracow- 
nikami, też Rosjanami.
>>>
237 


Od tego czasu (a może wcześniej?) mam założoną kartotekę "w 
organach". W połowie lat siedemdziesiątych, gdy byłem prorektorem 
WSP w Bydgoszczy, "opiekun" z SB, kapitan L., w przypływie szczerości 
i dobrego humoru, czy braku czujności, poinformował mnie radośnie: 
"A my to się znamy jeszcze z czasów studenckich. Moi zwierzchnicy 
wysłali mnie specjalnie na jakieś zajęcia, bym sprawdził, jak wy się 
zachowujecie po tym słynnym wystąpieniu w Collegium Maximum". 
Nie wiem, czego oczekiwał ode mnie w tym momencie. Radosnej 
aprobaty, czy pochwały za czujność? 
Natomiast nasz Mistrz wpadł wtedy w istny szał, być może podszyty 
strachem. Oto on, najbardziej prorządowy i partyjny profesor, wychował 
na seminarium takich ludzi! Jedyny raz widziałem go wtedy bijącego 
pięścią w stół i krzyczącego, że on, Łukaszewicz, nie pozwoli na takie 
Wyskoki. Zdaje się, że tym wystąpieniem załatwiłem też sobie negatywnie 
asystenturę, o której poprzednio powiedziano mi nieoficjalnie, że jest już 
prawie pewna. Zamiast tego otrzymałem przydział do szkoły wiejskiej 
w powiecie malborskim. Moje pojawienie się tam po ukończeniu 
studiów wywołało popłoch u kierownika szkoły, który ahsolutnie nie 
miał zamiaru zatrudniać jakiegoś magistra... 
Gdy w jedenaście lat późnicj Uniwersytet zwrócił się do mnie 
z propozycją etatowej pracy w Uczelni, ówczesny rcktor Łukaszewicz 
przywitał mnie słowami: "myślę, że już pan zmądrzał". A ja na to: 
"niezupełnie". To "niezupełnie" powodowało, że zarówno wtedy, jak 
i za Gierka, i Jaruzelskiego miałem sporo perturbacji, ale i wiele 
satysfakcji. Przyjemnie jest żyć w zgodzie z posiadanym systemem 
wartości! 
Uwaga dla pełnej jasności. Ceniłem bardzo rektora Witolda Łukasze- 
wicza za jego ogromny wkład w rozwój Uniwersytetu, a szczególnie 
budowę pierwszego etapu "Bielan" oraz powołanie Wydziału Ekonomicz- 
nego. Ale już politykę kadrową potrafił mieć bardzo dziwną... 
Z ostatniego roku (studia trwały wtedy cztery lata) utkwiły mi 
w pamięci jeszcze dwa wydarzenia. Chyba jcsicnią 1955 r. byłem 
przez Uczelnię delegowany na uroczystą sesję PAN-owską w stulecie 
śmierci Mickiewicza. Na sesji tej odbywanej w nowo odbudowanym 
Pałacu Staszica referaty wygłaszali głównie luminarze polonistyki. 
Wrócił już wtedy ponownie do publicznego życia naukowego prof. 
Konrad Górski. W dyskusji wystąpił przeciw prof. Krzyżanowskiemu, 
zarzucając mu wykorzystanie jego (Górskiego) krytycznych przypisów
>>>
238 


do Pana Tadeusza, bez podania autora. Za moment wystąpił prof. 
Krzyżanowski. Zaczął cicho, stopniowo lekko podnosząc głos: "Rzeczy- 
wiście miałem dostęp do uwag prof. Górskiego. Przyznaję, że kilka z nich 
wykorzystałem bez podania nazwiska mego szacownego przedmówcy. 
Przyznaję się do tego z przykrością - i tu nagle podniósł głos i po prostu 
ryknął: - z przykrością, bo to były plewy!". Dalej następowało 
wyjaśnienie, dlaczego to plewy, co mnie jako historyka mniej interesowa- 
ło. W każdym razie dała mi ta sesja pogląd, zjaką werwą ludzie drzewiej 
polemizowali, boć to było przed wojenne pokolenie. 
A oto drugie wydarzenie, z wiosny 1956 r.: w Grand Hotelu 
w Sopocie Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego zorganizowało kon- 
ferencję na temat zmian w programach studiów na kierunkach humanis- 
tycznych. Z naszego Uniwersytetu przyjechał prof. Łukaszewicz i ja jako 
przedstawiciel studentów. Studentów było kilku, po jednym z każdego 
uniwersytetu. Miałem tam doŚĆ ostre wystąpienie sprowokowane kilkoma 
głosami o nijakości aktualnego wtedy pokolenia studentów. Mówiłem, 
że nie jest to prawda, a jeśli nawet część zarzutów jest słuszna, to winę za 
to ponoszą wykładowcy, którzy nas w taki sposób i takimi treściami 
kształtują. Najblisze, jesienne szczególnie, miesiące 1956 roku udowod- 
niły, że chyba miałem rację. 
W obradach sekcyjnych drugiego dnia zaproponowałem zmianę 
nazwy przedmiotu "Historia ZSRR" na "Historia krajów Europy 
Wschodniej". Po tym wystąpieniu, w czasie przerwy, obecny tam 
"obserwator" radziecki, profesor uniwersytetu moskiewskiego, zapro- 
ponował mi aspiranturę (czyli studia doktoranckie) na Uniwersytecie 
Łomonosowa. Miałem na to chęć, ale z drugiej strony bałem się zbytniej 
indoktrynacji. Poza tym byłem przekonany, że po napisaniu danych 
ankietowych sprawa upadnie. Propozycji nie podjąłem i do dziś nie 
wiem, czy zrobiłem dobrze, czy źle. 
Konferencję prowadził nowy minister - prof. Stefan Żółkiewski. 
W swym bardzo ciekawym wystąpieniu zapowiadał szereg zmian 
w zarządzaniu uczelniami. Miały uzyskać większą autonomię, a ostatecz- 
ny kształt przemian miał się wyrazić w przygotowywanej nowej ustawie 
o szkolnictwie wyższym. Ileż to tych ustaw i ich nowelizacji przeżyliśmy 
przez czterdziestopięciolecie! Największe wrażenie związane z tą kon- 
ferencją wywarły na mnie dwie rzeczy: 
Śniadanie. Przysiadł się do mnie, pytając grzecznie o miejsce, starszy 
pan z siwymi wąsami i szlachetną twarzą. A mnie zabiło serce: tak, jem
>>>
239 


śniadanie z profesorem Kotarbińskim! Przez cały czas On - Wielki 
Profesor, rozmawiał ze mną jak z równym sobie, powodując, że pod 
koniec zacząłem się wyrażać względnie składnie i sensownie. 
Morze. Był to piękny koniec kwietnia lub początek maja. Było 
wyjątkowo ciepło, aja po raz pierwszy widziałem morze. Widok i zapach 
morza był dla mnie wtedy urzekający. Nigdy już tak silnych wrażeń nad 
morzem nie odczuwałem. Chyba dlatego, że pierwszy raz, że młodość, że 
CZysta wtedy jeszcze woda. 
W tym miejscu może kilka słów ożyciu kulturalnym i towarzyskim 
lat 1952-1956. Życie towarzyskie w akademikach było doŚĆ monotonne. 
Do koleżanek można było iść w odwiedziny tylko w wyznaczonych 
godzinach i po pozostawieniu legitymacji w portierni. My, humaniści, 
szukaliśmy przewainie sympatii na biologii i chemii, gdzie był istny 
rezerwuar dziewczyn. W męskich akademikach popularnością cieszyły 
się bibki, a czasem i solidne popijawy. W tych ostatnich nie uczest- 
niczyłem. Nie wiem, dlaczego picie było uważane za przejaw "proletariac- 
kiego stylu życia". Dlatego kilku chętnych do tego procederu uważało, 
że mam "drobnomieszczańskie nawyki". Ogólnie w domach studenckich 
było jednak spokojnie. 
My z "akademików" utrzymywaliśmy dość IU7.J1Y kontakt z toruń- 
czykami. Ja jedynie z Leszkiem Mokrzeckim. Do dziś pamiętam 
serdeczność i gościnność jego mamy i babci. U nich słuchałem m.in. 
transmisji konkursu Chopinowskiego z odbudowanej właśnie Filharmonii 
Narodowej, a czasem byłem i dożywiany. 
Przejawy życia kulturalnego. Na niiszych latach chodziliśmy kilka- 
krotnie zbiorowo do teatru. Nie pamiętam żadnego z przedstawień jako 
wydarzenia, które do tej pory tkwiłoby mi w pamięci. Nie były to już 
niestety czasy teatru Wilama Horzycy. Raz próbowano po spektaklu dla 
społeczności akademickiej zorganizować dyskusję, ale chętnych do 
wypowied7i brakowało. 
W latach 1952 -1953 istniał zespół studencki, który przygotował 
dwie sztuki wystawione w teatrze toruńskim, ale każda miała tylko jedno 
przedstawienie. W przygotowaniu jednej brałem przez kilka tygodni 
udział. Gdy jednak aktor zawodowy, będący naszym reiyserem, przez 
trzy tygodnie nie był zadowolony ze sposobu wypowiadania przeze mnie 
kwestii: "Marzę... marzę o człowieku bez nienawiści" -- zrezygnowałem. 
Poloniści z różnych lat utworzyli Koło Młodych przy oddziale 
Związku Literatów Polskich. Pisali przede wszystkim: Wiesław Rogowski,
>>>
240 


Mirosław Kasjan, Andrzej Baszkowski i mój serdeczny kolega - Roman 
Samsel. Dziś niestety czytuję jego publicystyczne wypowiedzi z wyraźną 
niechęcią. 
Razem z kilkoma kolegami współpracowałem przy wydawaniu 
"Głosu Uczelni". Jego redaktorem był dr Bolesław PIeśniarski - peda- 
gog. Pamiętam dumę i radość, jaką sprawiła mi jedyna premia pieniężna, 
jaką od redakcji otrzymałem w wysokości złotych stu. 
Na ostatnim roku zaproszono nas kilku na dyskusję o ZMP 
w toruńskim studio radiowym. Dyskusja była ożywiona i poszła 
w lokalnym programie. Wtedy to postanowiliśmy we dwóch z Samselem 
napisać do "Gazety Pomorskiej" krytyczny artykuł o ZMP, sami będąc 
przecież jego aktywnymi członkami. Artykuł poszedł, ale poszedł też 
w odstawkę ówczesny redaktor naczelny "Gazety" o nazwisku Cukier. 
Ktoś powiedział, że przez ten tekst. Myślę, że to nieprawda. 
W czasie studiów często chodziłem na mecze koszykówki. Kibicowała 
większość studentów, bo nasz AZS był w I lidze, a Olszewski i Grecki 
- czołowi gracze - byli chyba najbardziej znani w środowisku. 
Na koncerty symfoniczne namówił mnie Lech Mokrzecki, który nie 
tylko był wzorowym studentem naszego roku, lecz i uczniem średniej 
szkoły muzycznej w klasie wiolonczeli. Potem ukończył z wyróżnieniem 
Wyższą Szkołę Muzyczną w klasie prof. Wiłkomirskiego. Ale w końcu 
jest profesorem Uniwersytetu Gdańskiego. Z przyjemnością słuchałem 
orkiestry Filharmonii Pomorskiej pod dyrekcją Roberta Satanowskiego. 
Mimo że wtedy nie znałem historii jego życia, wydało mi się, że świetnie 
kierując orkiestrą, jednocześnie jest trochę sztywny, jakby oficer 
przebrany we frak. Okazało się potem, że byłem bliski prawdy. Koncerty 
odbywały się w Auli Collegium Maximum. 
Tamże odbywały się i zabawy taneczne. Początkowo tańczono 
tradycyjnie: tango, walca, a czasem i oberek się trafił. Ubieraliśmy się też 
tradycyjnie, skromnie, ale schludnie. Aula wyglądała jak wielokrotnie 
powiększona świetlica wiejska: dziewczyny na krzesłach pod ścianami, 
chłopaki w gęstym tłumie przy drzwiach. Kiedy orkiestra Andrzeja 
Mroczyńskiego (też student historii) zaczynała grać, tłum spod drzwi 
ruszał w stronę swoich wybranek. W karnawale odbywały się bale 
bardziej uroczyste, przy stolikach. Przy niektórych ostro popijano. 
Gdzieś w 1954 r. zaczęły się zmiany. Nadszedł jazz. Modnym strojem 
stały się na zabawach stare swetry. Nie było to higieniczne ani wygodne, 
bo człowiek strasznie się pocił. Ale cóż było robić! W 1956 r. swetry
>>>
241 


poszły w kąt, bo nadszedł szał rock and rolla. To już nie były 
przelewki. Cała sala drgała i wirowała. Niestety, ja nie należałem 
do tej grupy, która mogła się poszczycić opanowaniem trudnej sztuki 
przerzutów partnerek nad głową i między nogami. Większość dziewczyn 
też tego nie umiała. Ale sporo było par-solistów, które wyczyniały 
w tym tańcu istne cuda. 
Przy nudnym radiu, nieistnieniu telewizji, naj popularniejszym środ- 
kiem rozrywki i kultury było kino. Niestety, w owym czasie była to 
rozrywka postna. Repertuar był mało urozmaicony, a często po prostu 
nudny. Filmów polskich było mało, a i te przeważnie socrealistyczne. 
Ciekawszymi pozycjami były: "Przygoda na Mariensztacie", "Czarci 
żleb", a potem już tylko "Pamiątka z Celulozy" i zauroczenie widzów 
"Madzią" - Winnicką. 
Radzieckie filmy grano w kółko: dobre przedwojenne komedie 
"Wołga, Wołga", "Świat się śmiejc" i napuszone, socrealistyczne: 
"Upadek Berlina", "Kawaler złotej gwiazdy", "Donieccy górnicy". 
Dosyć spodobał mi się "Bohatcr naszych czasów" według Lermontowa. 
Filmów zachodnich było bardzo mało i to przeważnie "postępowe". 
Zapamiętałem sobie francuskich "Nędzników" i meksykańską "Palomę" 
- obydwa mocno przeżyte. Najbardziej z tego czasu podobały mi się 
filmy włoskiego neorealizmu. 
Nadeszła ostatnia sesja egzaminacyjna. W pamięci pozostała mi 
jedyna w czasie studiów wpadka. Egzamin z filozofii. Historię filozofii 
Wykładał, już w nowy, obiektywny sposób, dr Franciszek lndan -filozof 
i matematyk. Bardzo lubiłem te zajęcia. W maju spotkałem pewnego 
dnia na ulicy Staszka Rakowicza idącego na egzamin w terminie 
zerowym. Nie wiem, dlaczego, po jcgo namowach, postanowiłem b e z 
p r z y g o t o w a n i a iść razem z nim. On zdał na bardzo dobrze, a ja 
oczywiście już na pierwszym pytaniu się "wyłożyłem". Gdy powiedziałem 
już kilka ogólników i zamilkłcm, dr Indan spokojnie oświadczył: "to był 
wstęp, proszę przejść do tematu". Cóż było robić. Zaproponowałem 
przyjście w normalnym tcrminie. - "Podjął pan słuszną decyzję" 
- oświadczył egzaminator. Było mi strasznic wstyd zarówno wobec 
egzaminatora, jak i Czcśka Nicdzielskiego, obccncgo w pokoju, w tym 
czasie już asystenta. Niedzielskiego znałcm z pracy w ZMP i ceniłem 
bardzo za kulturę osobistą, piękny sposób mówienia i zaangażowanie 
w sprawy, które uważał za słuszne. Oczywiście w tcrminie właściwym 
bYłem tak obkuty, że egzaminator zoricntował się w tym szybko
>>>
242 


i pamiętając poprzednią sytuację, z uśmiechem stwierdził: - "Dziś też 
nie mamy o czym rozmawiać. Z przyjemnością stawiam bardzo dobry". 
W czerwcu 1956 r. zdawaliśmy egzaminy magisterskie. Pracę miałem 
ocenioną na b. dobrze, ale egzamin na dobrze. Ówczesny doktor, bliski 
współpracownik profesora Lukaszewicza, Władysław Lewandowski, 
zadawał mi pytania typu: "W którym roku Krępowiecki zrobił to 
a tamto, a co robił Zwierkowski w powstaniu listopadowym?". Inne 
miałem wyobrażenie o celach i przebiegu egzaminu końcowego. Znalaz- 
łem się na korytarzu. Kazano iść do dziekanatu po pieczątki. Dyplom 
odebrałem po pewnym czasie z rąk urzędniczki w dziekanacie. My ze 
swej strony nie daliśmy promotorowi nawet kwiatka. Odczuwałem 
i wtedy i dziś, iż w inny sposób, bardziej serdecznie i uroczyście, powinno 
się to wszystko zakończyć. 
Ukończyłem studia. Miałem wtedy 19 lat i jedenaście miesięcy. 
Myślę, że jestem jednym z najmłodszych absolwentów UMK w jego 
dziejach. W ciągu studiów z dwu egzaminów uzyskałem oceny dobre, 
z wszystkich pozostałych - oceny bardzo dobre. Mimo to stałem wtedy 
na korytarzu bezradny, nie wiedząc, co będę robił ijak ułożę sobie życie. 
Podobno ktoś ważny miał powiedzieć: "niech idzie na wieś i nabierze 
rozumu". Czułem się gorzej niż przed egzaminami wstępnymi. Podszedł 
wtedy do mnie Lech Mokrzecki. Powiedział: "nie przejmuj się, z pewno- 
ścią wszystko się ułoży". 
Była piękna, słoneczna pogoda. Pojechałem do rodziców odpocząć. 
Za kilka dni doszły i tam informacje o wydarzeniach poznańskich. 
Wyczuwało się, że to przeddzień wielkich zmian.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


JERZY SERCZYK 


W spomnienia z pierwszych lat uniwersyteckich 
(1947 -1950)" 


W pierwszych latach powojennych studentom przysługiwały kartki 
żywnościowe pierwszej, czyli najlepszej, kategorii. Rozprowadzaniem 
kartek zajmował się tzw. "Bratniak", czyli "Bratnia Pomoc", ogólno- 
studencka organizacja samorządowa o nazwie odziedziczonej z lat 
l11iędzywojennych. Siedzibą toruńskiego "Bratniaka" był dom akademi- 
cki nr l, przed wojną "Dom Społeczny im. Józefa Piłsudskiego", 
Wówczas siedziba różnych organizacji i stowarzyszeń, po wojnie 
przekazany przez władze miejskie Uniwersytetowi jako jego pierwsza 
siedziba w okresie, gdy większość gmachów publicznych w Toruniu 
zajęta była jeszcze przez sowieckie szpitale wojskowe. Tu u wylotu ulicy 
Mickiewicza skupiało 
ię początkowo całe życie uniwersyteckie, a gdy 

czelnia otrzymała już swoje pierwsze budynki przy Fosie Staromiejskiej 
l przy ulicy Sienkiewicza, dom akademicki nr 1 stał się na wiele lat 
głównym ośrodkiem życia studenckiego. Prezesował w nim Jerzy 
Zaremba, stojąc równocześnie na czele "Bratniej Pomocy" i "Życia" (tj. 
Akademickiego Związku Walki Młodych "Życie", przybudówki PPR), 


. Fragmenty poniższe są nieco skróconymi i dla celów publikacji w paru miejscach 
przeredagowanymi wyjątkami ze wspomnień autora, spisywanych na podstawie 
prowadzonych od czasów studenckich dzienników. Dotychczas spisanych zostało w ten 
sposób około 400 stron, które zostały zdeponowane w zbiorach UM K z zastrzeżeniem, 
iż będą mogły zostać udostępnione dopiero po śmierci autora. Do publikacji małej 
cząstki tych wspomnień skłonili autora koledzy, którzy uznali, że pięćdziesięciolecie 
istnienia Uniwersytetu toruńskiego jest wystarczającym tego usprawiedliwieniem. Tekst 
dostarczony do druku w 1994 r.
>>>
rys. A. S:-ymkowski
>>>
245 


przez co był on na Uniwersytecie praktycznie drugą osobą po rektorze, 
a w pewnych kwestiach nawet pierwszą. 
Czy to sam Zaremba, czy ktoś z jego otoczenia, wymyślili, że samo 
studiowanie nie jest jeszcze wystarczającym uzasadnieniem dla otrzymy- 
Wania kartek żywnościowych. W każdym razie w roku akademickim 
1946/1947 (moim pierwszym) obowiązywała zasada, że prawo do 
otrzymania kartek będą mieli tylko ci studenci, którzy w ciągu roku 
odpracują co najmniej 80 godzin dla uczelni. Odpracowywać można 
było różnie: przy kopaniu ziemniaków i buraków w majątkach uniwer- 
syteckich - Piwnicach i Koniczynce, przy porządkowaniu i sprzątaniu 
przebudowywanych gmachów na ulicy Grudziądzkiej, gdzie przedwojen- 
ny wzniesiony w stanie surowym budynek Sądu Apelacyjnego przerabia- 
no na Collegium Chemicum, albo wreszcie przy noszeniu książek 
w nowym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej przy ulicy Szopena (tak 
bowiem na tabliczkach ulicznych wypisano nazwisko Chopin). Ta 
ostatnia możliwość wydała mi się interesująca. Biblioteka Uniwersytecka 
była gmachem wzniesionym tuż przed wojną, wyposażonym w pięcio- 
kondygnacyjny magazyn o wzmocnionych stropach, gdzie miały znaleźć 
Pomieszczenie zbiory Książnicy Miejskiej, oraz kilka dużych sal wy- 

tawowych z górnym oświetleniem, gdzie planowano umieścić muzealia 
l galerię obrazów z Ratusza Staromiejskiego. W czasie wojny Niemcy 
ulokowali w tym budynku szkołę techniczną, tzw. Ingenieurschule, 
a w pierwszych miesiącach po wyzwoleniu wojsko umieściło tu, podobnie 
jak w licznych innych budowlach publicznych, etapowy lazaret dla 
rannych i chorych żołnierzy. 
Po utworzeniu Uniwersytetu budynek ten przyznano mu na siedzibę 
biblioteki, tymczasem jednak w latach 1945 i 1946 oraz w pierwszych 
miesiącach roku 1947 jako zastępcza biblioteka uniwersytecka funk- 
cjonowała Książnica Miejska w budynku Towarzystwa Naukowego 
przy ulicy Wysokiej. Było tam ciasno i niewygodnie, w maleńkiej czytelni 
mieściła się również wypożyczalnia i katalogi, a czytelnicy tłoczyli się 
przy jednym niezbyt wielkim stole. Po opróżnieniu gmachu przy ulicy 
Chopina przez wojsko, co nastąpiło w roku 1946, rozpoczęto remont 
oraz przystosowywanie do potrzeb wyłącznie bibliotecznych. 
Równocześnie zaczęło się zwożenie do Torunia tzw. "księgozbiorów 
zabezpieczonych". N azwą tą okrcślano ksią7..ki niemieckie, znajdowane 
na "Ziemiach Odzyskanych", pochodzące z bibliotek publicznych, 
Szkolnych, różnych niemieckich instytucji, a i niektóre księgozbiory
>>>
246 


prywatne, np. z dworów wielkiej własności ziemskiej w dawnych 
Prusach Wschodnich i na Pomorzu Zachodnim. 
Bibliotekarze toruńscy, wśród których przeważali "repatrianci" 
z Wilna, ale byli i lwowianie, zaopatrzeni w stosowne upoważnienia 
z Ministerstwa Oświaty oraz Ministerstwa Kultury i Sztuki, wyprawiali 
się dwiema uniwersyteckimi ciężarówkami: bedfordem i chevroletem 
pochodzącymi z demobilizowanych przydziałów UNRRA, powożonymi 
przez szoferów Lewandowskiego i Nowackiego, na Ziemie Odzyskane 
i zwozili wszystkie znalezione zbiory książek do Torunia. Obszar tych 
książkowych polowań sięgał od okolic Szczecina aż po Giżycko, które 
się wtedy nazywało Luczany. Na ten sam "rewir łowiecki" wypuszczały 
się również "zagony" bibliotekarzy gdańskich pod wodzą dra Mariana 
Pelczara, którzy dysponowali takimi samymi upoważnieniami i zaświad- 
czeniami oraz taborem samochodowym. Toczyły się więc swoiste walki 
podjazdowe, polegające na tym, że konkurenci starali się odnaleźć 
i zwieźć - każdy do swojego ośrodka -- nie tylko jak najwięcej, lecz 
przede wszystkim najbardziej wartościowych pod względcm treści 
książek. Literatura bclctrystyczna była w tych łowach najpodlejszą 
zwierzyną, natomiast wysoko były cenione książki naukowe, zwłaszcza 
historyczne, komplety czasopism, wydawnictwa źródłowe i wszelkiego 
rodzaju starodruki. Po odkryciu jakiegoś księgozbioru w terenie nie 
bawiono się w selekcjonowanie na miejscu, lecz ładowano wszystko na 
ciężarówkę i wieziono do Torunia, zwalając to na ogromny stos, 
stopniowo sięgający aż pod sufit w wielkiej sali na parterze gmachu przy 
ulicy Chopina. Sortowanie, porządkowanie, katalogowanie -- wszystko 
to miało nastąpić później, gdy zakończy się zwózka, czyli owo zabez- 
pieczanie narażonych na zniszczenie i zatratę książek. Osadnicy z Polski 
centralnej i zza Buga nie żywili szacunku dla znajdowanych w nowych 
siedzibach książek w języku wczorajszego wroga i traktowali je hurtem 
jak makulaturę. Zabezpieczanie musiało się więc odbywać szybko, jeśli 
miało dać jakieś rezultaty. 
Tymczasem stos, a właściwie gigantyczna już nie sterta, lecz wręcz 
hałda książek na parterze stale rosła i zaczynało brakować miejsca na 
przywożone wciąż nowe książki, nie tylko zresztą (jak wtedy się mówiło) 
poniemieckie. Jakkolwiek bowiem możc się to wydawać dziwne, tworzący 
się od podstaw Uniwersytet toruński otrzymał wcale obfite dary 
książkowe dla swojej biblioteki od ośrodków tak mocno zubożonych 
w czasie wojny, jak Warszawa i Poznań. I te dary, tym cenniejsze, że 



 


--..
>>>
247 


składające się z polskich książek i czasopism, trzeba było zmagazynować 
w nowym gmachu bibliotecznym. Cała ta praca wymagała nie tyle 
wiedzy i ..uczonych" umiejętności, ile zdrowych mięśni i odrobiny 
szacunku dla wszelkiego słowa drukowanego, czego można się było 
spodziewać od studentów, ludzi w tamtej powojennej epoce na ogół 
dojrzałych i świadomych tego, gdzie i po co żyją. 
Taka była w skrócie geneza otwartej za pośrednictwem ..Bratniaka" 
możliwości pracy w bibliotece dla otrzymania kartek żywnościowych 
pierwszej kategorii. Podjąwszy zatem decyzję odpracowania owych 
obligatoryjnych 80 godzin właśnie w Bibliotece Uniwersyteckiej, a nie 
gdziekolwiek indziej, zjawiłem się w zimowe przedpołudnie - był to 
styczeń 1947 roku - w budynku bibliotecznym dla dopełnienia tego 
obowiązku. W budynku pełno było murarzy i malarzy, remont bowiem 
jeszcze trwał. W jednym z już wyremontowanych pokojów drugiego 
piętra przyjął mnie niedużego wzrostu pan o okrągłej łysej głowie, 
w okularach w drucianej oprawie, jak się później okazało, dr Walerian 
Preisner ze Lwowa, którego dyrektor dr Stefan Burhardt delegował do 
kierowania ..ochotniczą" pracą studentów i załatwiania związanych 
z tym formalności. Rozmowa była krótka i rzeczowa. Przedstawiłem 
się, zostałem zapisany na arkuszu papieru (a może był to zeszyt? nie 
pamiętam już), i po paru jeszcze zdaniach na temat tego, co studiuję, 
CZym się interesuję, na które, stremowany, odpowiedziałem -- zdaje się 
- niezbyt składnie, zostałem skierowany na parter, gdzie mieli mi 
przydzielić robotę panowie Meszko, Mosiewicz lub Kwieciński. 
Panowie ci należeli do grupy repatriantów z Wilna, którzy już przed 
Wojną związani byli z Uniwersytetem Stefana Batorego jako pedle, 
woźni czy magazynierzy biblioteczni. Przeniesieni na grunt toruński, 
stworzyli tu swojego rodzaju korporację, a duch solidnej pracy 
i profesjonalnej dumy korzystnie ich odróżniał od następnej generacji 
pracowników na tych stanowiskach, obojętnych na to, gdzie pracują, 
jeśli tylko można coś zarobić nie wysilając się nadmiernie. 
Otóż jeden z wymienionych panów wręczył mi tzw. ..kozę" czyli 
drewniane nosidło, na jakich dawniej murarze nosili na plecach cegły na 
rusztowanie, drugi zaprowadził mnie do porażającego swym ogromem 
stosu książek w przestrzennej parterowej sali, pokazał, skąd trzeba brać 
książki i dokąd je nosić:
>>>
248 


,,-- Ot, załaduje koza ksionżkami, włoży na plecy i zaniesie, jak 
widzi, na trzecie pientro. Tam regały bendo, półki znaczy, i ustawi po 
wielkosci: wienkszy na doł, mieńszy na góra". 
I tak się zaczęło. Błyskawicznie przyswoiłem sobie wolny, rytmiczny 
krok jucznego zwierzęcia i dreptałem z parteru przez długi korytarz, 
potem magazynową klatką schodową na trzecie piętro, z powrotem, 
znów do góry, i tak w kółko. Za każdym razem zabierałem około 
dwudziestu książek, jeden przemarsz razem z załadowaniem książek 
i potem rozstawieniem ich na regale zabierał 10-12 minut, w ciągu 
przedpołudnia transportowało się więc tą metodą 350 - 400 książek, 
zależnie od ich wielkości i ciężaru. Była to jednak liczba teoretyczna, 
w rzeczywistości zaś przenosiło się mniej, ponieważ niektóre z książek 
zwracały uwagę swoją treścią, trzeba je było przynajmniej przekartkować. 
Z czytaniem nie było kłopotu, język niemiecki i pismo gotyckie znałem 
dobrze, nie istniała więc żadna bariera. Doktor Preisner, który od czasu 
do czasu wychodził ze swojego pokoju, żeby zobaczyć, jak też to 
pracujemy, zorientował się szybko, który z odrabiających swoją normę 
studentów wykonuje to jako nieuniknione pensum pańszczyzny, a który 
jednak interesuje się przenoszonymi książkami. Myślę, że to też było 
jedno z jego zadań: wyłowić spośród studenckich tragarzy książek 
kandydatów na przyszłych bibliotekarzy. Nigdy go wprawdzie później 
o to nie zapytałem, czego dziś bardzo żałuję, wyobrażam sobie jednak, że 
bibliotekarze średniej i starszej generacji musieli naradzać się i troszczyć 
o zebranie i wychowanie następnego pokolenia, a pojawianie się w ich 
polu widzenia coraz to nowych studentów "księgonoszy" było doskonałą 
okazją do przyjrzenia się ewentualnym kandydatom. To jednak tylko 
domysły, a fakty wyglądały tak, że po kilkunastu dniach noszenia 
książek na "kozie" zostałem przez dyrektora Burhardta, co pewien czas 
zaglądającego na inspekcję do gmachu przy Chopina, zapytany, czy nie 
miałbym ochoty pracować przy katalogowaniu tych samych książek, 
które dotąd dźwigałem na plecach. Podobne pytania otrzymali moi 
koledzy, o rok (ściśle: o siedem miesięcy) dłużej już ode mnie studiujący: 
Marian Biskup i Tadeusz Grudziński. Wszyscy zgodziliśmy się na tę 
propozycję, kierując się zresztą bynajmniej nie tylko pobudkami 
idealnymi: podparcie budżetu studenckiego paroma tysiącami złotych 
(były to chyba wtedy dwa tysiące...) było nie do pogardzenia. 
Zostaliśmy jeszcze poddani "próbie pisma". Trzeba było napisać 
kilkanaście wyrazów w sposób możliwie czytelny. Dyrektor Burhardt 


-..41.
>>>
249 


doŚĆ krytycznie oglądał próbki pisma moich starszych kolegów, kręcił 
głową, w końcu powiedział coś w tym rodzaju, że "powinni się panowie 
starać o bardzo wyraźne pisanie". Mnie nie powiedział niczego takiego, 
ale się nie ucieszyłem, ponieważ w tej samej chwili przypomniałem sobie 
SCenę z klasowym mistrzem kaligrafii ze Wspomnień niebieskiego 
tnundurka Wiktora Gomulickiego, z której wynikało, że umiejętność 
czytelnego pisania wcale się nie łączy z większymi walorami umysłowymi. 
Najważniejsze jednak w owej chwili było to, że zostałem przyjęty. 
W latach czterdziestych, kiedy system studiowania był przedłużeniem 
systemu uniwersyteckiego z lat przedwojennych, było możliwe łączenie 
studiów z pracą zawodową, jeśli się mieszkało w mieście uniwersyteckim. 
Studenta Wydziału Humanistycznego obowiązywało uczęszczanie na 
dziesięć godzin zajęć w tygodniu, które sobie sam wybierał ze spisu 
Wykładów. Duża część wykładów odbywała się po południu, właśnie ze 
wZględu na studentów pracujących. Seminaria wprawdzie przeważnie 
urządzano przed południem, ale to były już tylko dwie godziny, na które 
1110żna się było raz w tygodniu jakoś wyrwać Z pracy. Żadne zezwolenia 
na podejmowanie pracy przez studentów nie były wymagane, podobnie 
też nie proszono na ogół pracodawców o formalne zezwolenie na 
studiowanie. Dlatego nie istniały wówczas osobne studia zaoczne; 
powstały one dopiero później, w miarę postępującej reglamentacji 
różnych dziedzin życia. 
Pracę już normalną, płatną - chociaż w niepełnym wymiarze godzin 
- rozpocząłem w Bibliotece Uniwersyteckiej w lutym 1947 r. Zostałem 
oddany pod opiekę dwóch pań z Wilna, które mnie miały nauczyć zasad 

atalogowania i kontrolować następnie moją pracę: dr Marii Dunajówny 
1l11gr Janiny Kapuścińskiej. Doktor Dunajówna była wysoka, poważna 
i wiadomo było o niej, że już w Wilnie przed wojną drukowała swoje 
prace naukowe (pracę o Tomaszu Zanie miałem przeczytać dopiero 
znacznie później). Budziła respekt, który w stosunku do niej zachowuję 
chyba do dziś, chociaż nie ma jej już wśród żywych. Magister 
Kapuścińska była również niewiastą dość wysokiego wzrostu, ale często 
się śmiała i jej tak się nie obawiałem. Jako podstawowy podręcznik 
l11ający mnie wprowadzić w tajniki czekającej mnie pracy wręczono mi 
cienką, ale nie zawierającą ani jednego niepotrzebnego słowa, książeczkę 
Grycza i Borkowskiej Skrócone przepisy katalogowania alfabetycznego. 
R.ównocześnie zostałem pouczony, że w praktycznej robocie nie będzie 
trzeba stosować wszystkich, choćby i skróconych, przepisów, ponieważ
>>>
250 


w sytuacji zaczynania w Bibliotece wszystkiego od samego początku 
chodzi przede wszystkim o to, aby jak najszybciej wprowadzić do obiegu 
czytelniczego już zgromadzone książki. Katalogować trzeba szybko 
i w sposób tak dalece uproszczony, żeby na kartach katalogowych 
znajdowały się tylko te informacje, które są absolutnie niezbędne do 
zidentyfikowania danego druku: nazwisko autora, tytuł (jeśli w oryginale 
nazbyt długi, to też skrócony), numery tomów przy dziełach wielo- 
tomowych, miejsce i rok wydania, no i sygnatura. Pomijać mieliśmy 
wydawnictwo, nawet liczbę stron! Za to przy tak radykalnie zredukowa- 
nym opisie katalogowym dzienna norma wynosiła 80 książek (w 
normalnych warunkach przedwojennych katalogował wykształcony 
bibliotekarz 10-15 książek dziennie) i potrafiliśmy ją nawet przekraczać. 
Pamiętam, że najlepiej, tzn. najszybciej, katalogowało się niemieckie 
dysertacje doktorskie o standaryzowanych kartach tytułowych, gdzie nie 
trzeba było niczego szukać ani sprawdzać i gdzie pracowało się prawie 
mechanicznie, bez wysiłku myślowego. Takich dysertacji można było 
skatalogować i setkę dziennie. Najgorsze natomiast i naj trudniejsze były 
wielotomowe "Handbuchy" dzielące się na tomy, części i podczęści, 
a każda miała oddzielnych autorów, redaktorów i wydawców - zupełny 
obłęd! Bywało też tak, że gdy przynoszono nam z magazynu książki do 
katalogowania, odkładaliśmy te wydawnicze dinozaury w kąt, wybierając 
do opracowania te łatwiejsze. Dyrektor Burhardt umiał jednak wytropić 
te nasze niegodziwe poczynania, wyciągał z niższych półek regałów 
w naszych pokojach skomplikowane dzieła, a kiedy tłumaczyliśmy, że 
prawidłowe ich skatalogowanie wymaga sprawdzenia w bibliografii 
Kaisera i innych, załatwiał to, pisząc ołówkiem na kartach tytułowych: 
"Nie rezonować! Skatalogować!" Na to już nie było argumentu. 
Samo katalogowanie zresztą nie wyczerpywało zakresu naszych 
zadań, które zmieniały się bardzo często. Stałych etatowych pracowników 
Biblioteka nie miała zbyt wielu, a już osoby, które by miały za sobą 
i teoretyczne wykształcenie, i solidną praktykę w bibliotece naukowej, 
można było na palcach porachować. Nas, opłacanych z funduszów 
Zbiornicy, było raz więcej, raz mniej, w zależności od dopływu pieniędzy; 
poza tym raczej w mniejszości byli w tej grupie tacy, którzy zamierzali 
związać się z Biblioteką Uniwersytecką na stałe. Większość szukała po 
prostu dorywczego zarobku. Ta sytuacja zmuszała dyrekcję Biblioteki 
do częstego przesuwania młodszych pracowników, z których zamierzano 
zrobić prawdziwych bibliotekarzy, na stanowiska, gdzie akurat brako-
>>>
251 


wało ludzi. W ten sposób przez pewien czas dyżurowałem na "katedrze" 
w czytelni głównej, co nie zwalniało od obowiązku katalogowania. 
Trzeba było obsługiwać czytelników, których wtedy na szczęście 
nie było zbyt wielu, i zarazem wypisywać kartki katalogowe. Nie 
uważaliśmy jednak, że dzieje nam się krzywda, wydawało się nam, 
że inaczej być nie może. 


. 
. . 


Od jesieni 1947 r. wynajmowaliśmy wspólnie z Andrzejem Tom- 
czakiem pokój w mieszkaniu dra Emila Swinarskiego, nestora toruńskiej 
medycyny, ojca późniejszego rektora Uniwersytetu. Był to ogromny 
pokój na II piętrze przy ulicy Szerokiej 37, z widokiem na ulicę. Pod 
naszymi oknami znajdowała się mijanka tramwajowa, ale jakoś nam nie 
przeszkadzały wtedy hałasy, które stąd wynikały. Tramwaj był zresztą 
głównym składnikiem ruchu na Szerokiej, samochodów prywatnych 
prawie nie było, a nieliczne ciężarówki z towarem do sklepów też nie 
zjawiały się za często. Zaletą tego pokoju było oddzielne wyjście na 
klatkę schodową bez konieczności przechodzenia przez mieszkanie 
naszych gospodarzy. Niedługo po naszym zamieszkaniu tam wprowadził 
się do nas jeszcze Tadeusz Grudziński i przez przeszło rok, aż do mojego 
ślubu z Basią l, bytowaliśmy tam we trójkę. Rytm dzienny w dni 
powszednie wyglądał w ten sposób, że z naszej trójki ja wstawałem 
pierwszy, bo na ósmą musiałem być w Bibliotece. Wstawałem więc 
kilkanaście minut po szóstej i schodziłem z kartkami żywnościowymi na 
dół do sklepu, gdzie kupowałem pieczywo i butelkę mleka. Podgrzewali- 
śmy je, podobnie jak herbatę, na płytce elektrycznej w naszym pokoju. 
Kiedy zbierałem się do wyjścia, wstawał Andrzej [u.]. W Bibliotece praca 
trwała wtedy teoretycznie do 14-ej, ale jeśli wykonałem dzienną normę 
katalogowania, to bez wyrzutów sumienia wychodziłem wcześniej. 
Oprócz tego raz lub dwa razy w tygodniu wychodziłem z Biblioteki na 
któryś z nielicznych wykładów odbywanych przed południem, no i na 
seminarium prof. Kolankowskiego. Rektor Kolankowski nie odbywał 
go co tydzień, czasem kazał prowadzić je Andrzejowi, który już kończył 


ł Barbara Gąsowska- już wówczas (i później przez wiele lat) była pracownikiem 
Biblioteki Głównej UMK.
>>>
252 


pisanie swojej pracy magisterskiej. W pierwszym moim roku seminaryj- 
nym pisałem referaty o różnych historykach polskich na podstawie 
materiałów drukowanych. Nasz Mistrz chciał, aby najmłodsi członkowie 
seminariwn zdobyli trochę ogólnej wiedzy o historiografii, zanim sami 
się do pisania zabiorą. Takie było moje pierwsze zetknięcie się z historią 
historiografii, zanim do niej nie powróciłem w kilkanaście lat później, 
już po śmierci Ludwika Kolankowskiego. Na nasze seminarium przy- 
chodzili jako rodzaj hospitantów koledzy zapisani na inne seminaria, 
wtedy coś takiego było możliwe, oczywiście za pozwolcniem profesora. 
Najdłużej chodził do nas w ten sposób Wacek Odyniec, ale żaden z tych 
"gości" nie został na stałe. 
Po napisaniu swej pracy w rękopisie Andrzej zastanawiał się, jak by 
ją tu przepisać na maszynie. Maszyny oczywiście żaden z nas nie miał, 
a pisać umiałem tylko ja, jeszcze z czasów wojcnnych. W końcu maszyna 
została pożyczona od profesora Hartleba: była to ładna walizkowa 
"Erika" z małymi czcionkami, dającymi piękny obraz pisma. Ofiarowa- 
łem się, że mu tę pracę przepiszę, ale nie za darmo, tylko za honorarium, 
którym miało być pudełko amerykańskich papicrosów za dwa dni 
pisania. Papierosy amerykańskie były wtedy w kioskach, ale kosztowały 
dwa albo i trzy razy więcej niż krajowe. Przez kilkanaście dni przepisy- 
wania czułem się luksusowo paląc pachnące dobrym tytoniem "Camele" 
i "Lucky Strike". Pisałem pod dyktando Andrzeja, bo odczytywanie 
jego rękopisu sprawiało mi niejaką trudność. 
W tym też roku akademickim zostałem wybrany na trzeciego z kolei 
prezesa Koła Historyków. Pierwszym byłjeszczc przed moim powrotem 
do Torunia Wacek Odyniec, a drugim Józio Rumiński, też z seminarium 
Karola Górskiego, późnicj po studiach archiwista w Gdańsku. [...] 
OprÓcz zajęć historycznych zacząłem chodzić na ćwiczenia z filozofii. 
Trzeba było odbyć takie ćwiczenia jako warunek dopuszczenia do 
egzaminu z "Głównych zasad nauk filozoficznych" u profesora Czeżow- 
skiego. Ćwiczenia te prowadził profesor w największej sali, "piątce", 
Collegium Maius, bo musieli je przejść wszyscy studenci Wydziału 
Humanistycznego. Zawsze była obecna setka albo i więcej studentów. 
O żadncj dyskusji w takich warunkach mowy być nie mogło, profesor 
zresztą nawet niczego takiego od nas nie oczckiwał. Był to więc właściwie 
wykład, polegający na analizie różnych filozofów; kilkanaście powielo- 
nych egzemplarzy tekstów profesor Czcżowski rozdawał przed ćwicze- 
niami. Trwał 90-minutowy monolog, a nasz udział sprowadzał się do
>>>
253 


notowania. Trzeba było potem z tych notatek zrobić jednokartkowe 
sprawozdanie, które należało przed następnymi ćwic:z.eniami, podpisane, 
wrzucić do skrzynki zawieszonej przy gabinecie profesora, mieszczącym 
się razem z całym zakładem filozofii na II piętrze w pokojach 
południowego skrzydła Maiusa. Potem profesor wyrywkowo przeglądał 
sprawozdania i czasem zaczynał ćwiczenia od krótkiego ich omówienia. 
Był to jednak przede wszystkim środek kontroli naszej obecności, 
niezbyt doskonały, bo można było napisać sprawozdanie z notatek 
kolegi, a na ćwiczenia chodzić "w kratkę". Ja akurat chodziłem dość 
regularnie, ale zdarzało mi się pisać sprawozdania nie tylko za siebie, ale 
i za koleżanki - od czasu do czasu. 
N atomiast z własnej już chęci zapisałem się na proseminarium 
historii filozofii profesora Henryka Elzenberga. Te proseminaria bardzo 
mi się podobały, chociaż dotyczyły w moich czasach wąziuteńkich 

ematów. Moja grupa analizowała przez cały rok dwa dialogi Platona 
l to wcale nie te największe. Ale dzięki Elzenbergowi odkrywało się 
w tych tekstach w przekładzie Witwickiego niespodziewane bogactwo 
myśli, paradoksu, specyficznego, prawie angielskiego poczucia humoru, 
było to bardzo miłe. Ze zdumieniem odkryłem przy tym, że moim kolegą 
na tym proseminarium jest mój przed wojenny katecheta, ks. Zygfryd 
Ko wa l s ki 2 . Poznał mnie zaraz, zainteresował się, co się ze mną działo 
Podczas wojny i po wojnie [...]. 
Przy katedrach filozoficznych była niewielka biblioteczka, która 
miała tę zaletę, że nie było w niej żadnego bibliotekarza ani asystenta. 
Studenci, których profesorowie Czeżowski i Elzenberg obdarzyli zaufa- 
niem, otrzymywali rodzaj przepustki, tekturkę z pieczątką upoważniającą 
do brania klucza z portierni i wchodzenia do biblioteczki z prawem 
korzystania z książek na miejscu. Dzięki temu systemowi miałem na 
Uniwersytecie przez kilkanaście miesięcy rodzaj własnego spokojnego 
gabinetu, bo nie przychodziło tam wiele osób, a każdy obsługiwał się 
sam. W czasie moich lektur w tej czytelence odkryłem dla siebie po raz 
Pierwszy Stanisława Lema. Był tam bowiem komplet pierwszych 
roczników "Życia Nauki", pisma wydawanego przez krakowskie 
Konwersatorium Naukoznawcze zorganizowane przez Mieczysława 
Choynowskiego. Pismo zafascynowało mnie. Przeczytałem wszystkie 
nUmery od deski do deski, podobał mi się klimat duchowy, jaki z niego 
emanował, i nawet, dowiedziawszy się, że można je z Krakowa 


-- 


2 Późniejszy biskup pomocniczy chełmiński.
>>>
254 


sprowadzić, kupiłem sobie na własność, chociaż w moim ówczesnym 
budżecie był to wydatek znaczny. Lem pisywał wtedy do "Życia Nauki" 
sprawozdania z zagranicznych czasopism i robił to świetnie. 


. 
. . 


Na początku września 1950 r. była wreszcie gotowa i przepisana moja 
praca magisterska o Florianie Zebrzydowskim. Recenzentem miał być 
profesor Kazimierz Hartleb, już wtedy niedomagający i coraz rzadziej 
pokazujący się na Uniwersytecie. Zaniosłem mu oprawiony egzemplarz 
do domu dnia 5 września. We wrześniu czytałem trochę, z myślą 
o egzaminie, książki moich egzaminatorów, lecz naprawdę nadmiernie 
się tym egzaminem magisterskim nie przejmowałem. Po egzaminie 
u Tadeusza Czeżowskiego nie wydawał mi się taki groźny. [...] Wreszcie 
przyszedł dzień egzaminu - 5 października. Egzamin musiał się odbyć 
w mieszkaniu profesora Hartleba, bo profesor nie czuł się na tyle dobrze, 
żeby móc wyjść z domu. Był też problem z Kolankowskim, który akurat 
tego dnia musiał niespodziewanie wyjechać do Bydgoszczy (koleją, bo 
nie będąc już rektorem, utracił prawo do samochodu służbowego). 
Bałem się, czy w tych warunkach egzamin dojdzie do skutku, po- 
stanowiłem więc działać. Pojechałem tramwajem zawczasu na dworzec 
główny, żeby zdybać profesora, gdy będzie wysiadał z pociągu (tramwaj 
jeździł na dworzec dopiero od pięciu dni; oddanie mostu do użytku 
odbyło się 1 października). Na dworcu zarezerwowałem sobie jedną 
z nielicznych wtedy taksówek i czyhałem na swego Mistrza. Gdy 
wreszcie przyjechał pociąg z Bydgoszczy, zapakowałem profesora do tej 
taksówki i zawiozłem prosto do Hartleba. Był na tyle dobry, że poddał 
się temu bez protestu, a ja na wszelki wypadek nie pytałem, czy zjadł 
jakiś obiad w Bydgoszczy. Już zaczynało się ściemniać, gdy znaleźliśmy 
się na rogu Konopnickiej i Bydgoskiej. Hartleb przyjął nas ubrany 
w ciepły szlafrok i bambosze. [...] 
Sam egzamin też miał przebieg niekonwencjonalny. Po kilku małych 
łatwych pytaniach sprawdzających moje wiadomości "encyklopedyczne" 
Kolankowski poprosił o przedstawienie wyprawy rodoszkowickiej razem 
z okolicznościami towarzyszącymi, przedtem i potem. Zacząłem mówić 
szykując się do obszernej odpowiedzi, gdy po parunastu minutach
>>>
255 


Hartleb zwrócił się do Kolankowskiego (nie do mnie!) z jakimś 
Polemicznie brzmiącym pytaniem o politykę Zygmunta Augusta wobec 
Iwana, mowa była o jakichś nie wykorzystanych szansach. Kolankowski 
Coś na to odpowiedział i nagle obaj panowie jakby zapomnieli o mojej 
obecności i zaczęli się między sobą spierać o ocenę polityki zagranicznej 
ostatniego Jagiellona. Słuchałem tego z należnym szacunkiem, ale nie 
wiedziałem, co mam robić: czy wtrącić się z moimi trzema groszami do 
tej dyskusji (bo może to jest część egzaminu, specjalnie tak zaaran- 
ŻOwana?), c:zy też grzecznie siedzieć czekając, aż zostanę poproszony 
o zabranie głosu. Trwało to dobrych kilkanaście minut, a ja coraz 
bardziej nie wiedziałem, co począć. Nagle obaj panowie jakby sobie 
uświadomili moją obecność i jeden z nich, nie pamiętam który, rzucił: 
"No to niech pan kolega wyjdzie na chwileczkę". Wyszedłem więc do 
ciemnego przedpokoju, nie ośmielając się zaświecić tam lampy. Po 
bardzo długiej dla mnie chwili, w czasie której słyszałem głosy obu 
Panów, ale nie mogłem zrozumieć ani słowa, drzwi się otwarły, stanął 
w nich Ludwik Kolankowski i zawołał mnie do środka. Hartleb 
z trudem podniósł się z fotela i powiedział, występując w roli dziekana, 
Że zdałem egzamin z wynikiem bardzo dobrym. Było to najdziwniejsze 
"bardzo dobre", jakie zdobyłem w życiu. I nie jestem pewien do dziś, czy 
l11i się rzeczywiście należało za to, co zdążyłem na tym egzaminie 
Powiedzi eć... 


* 
* * 


Czas dla uprawiania historii na uniwersytecie był jednak niedobry. 
Nacisk ideologiczny powiększał się i przybierał formy instytucjonalne. 
Wymagano od pracowników składania deklaracji, od których nie 
l110żna się było wykręcić. Działacze partyjni odbywali z "postępowymi 
bezpartyjnymi" rozmowy, w czasie których trzeba się było jakoś 
Zdeklarować. Złożenie deklaracji, która była tylko ustna, pociągało za 
sobą dalsze konsewkencje. Jeśli była to deklaracja na "nie", to można 
bYło - w wypadku asystentów - oczekiwać nieprzedłużenia wnowy 
o zatrudnieniu na uczelni na następny okres. Wprowadzane wtedy 
przepisy o "nakazach pracy" dla absolwentów szkół wszelkich typów 
Znakomicie ułatwiały przeprowadzanie tych operacji. W uczelniach
>>>
256 


wyższych zaprowadzony został urząd pełnomocnika ministra dla tych 
spraw. Pełnomocnikiem takim zostawał zwykle ktoś z zaufanych 
i należących do Partii pracowników naukowych. Najczęściej byli to 
adiunkci lub docenci. Na naszym Wydziale działali w tym charakterze 
archeolog Włodzimierz Hołubowicz i filolog Stefan Hrabec, obaj mający 
spore ambicje uczestniczenia w sprawowaniu władzy. 
Wobec profesorów stosowana była taktyka "kija i marchewki". 
Niektórych profesorów uznawano jednak z góry za "reakcyjnych", 
zwłaszcza jeśli mieli za sobą przedwojenną działalność lub znane 
sympatie polityczne, piłsudczykowskie czy narodowe. N a toruńskiej 
humanistyce za reakcyjnych ex definitione uznani zostali obydwaj 
Górscy: Karol i Konrad, a nieco później także Marian Gumowski. 
"Reakcyjność" profesora udzielała się także jego asystentom. Pozostali 
byli tolerowani, a o niektórych mówiło się, że "powoli dojrzewają do 
przyjęcia naukowego światopoglądu". Naukowym światopoglądem był 
oczywiście marksizm-leninizm. W skali całego kraju historycy zostali 
zaliczeni do tzw. pracowników frontu ideologicznego i postarano się 
o stworzenie formy instytucjonalnej, która by ułatwiła poklasyfikowanie 
ich na bardziej i mniej postępowych oraz reakcyjnych. Tą instytucją było 
powołane do życia właśnie w 1950 r. Marksistowskie Zrzeszenie 
Historyków. Jego filie powstały we wszystkich środowiskach uniwer- 
syteckich. [...]
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TOR UŃ 1995 


IRENA SŁAWIŃSKA 


Mój Toruń (1945-1949)* 


Przeżyłam go w podwójnym wymiarze. Lata te to dla mnie: 1) udział 
w tworzeniu wspólnoty akademickiej, W życiu Uniwersytetu Mikołaja 
Kopernika i 2) zderzenie z obyczajowością pomorską. Pierwszy plan 
w tonacji "wielkiego serio", drugi - rozedrgany śmiechem. 
Zacznijmy jednak od tej "serioznej" tonacji. Zjawiłam się w koper- 
nikańskim i piernikowym grodzie o świtaniu pewnego lipcowego dnia 
1945 roku, na wezwanie profesora Konrada Górskiego. Podróż z Białego- 
stoku była podówczas wyprawą pełną pułapek, nieoczekiwanych prze- 
siadek, ataków na pociągi. Na dworcu w Łodzi wyciągałam spod kół 
żałosne resztki mojej pracy doktorskiej, którą miałam złożyć u stóp 
profesorów. He/as! 
Ląduję wreszcie w Toruniu. Czwarta rano. Niezbyt właściwa pora na 
oficjalne wizyty. Co robić? - Jak to - co robić? Jest przecież lato 
- i rzeka! Ponoć królowa rzek polskich (ale gdzie jej do Niemna!). Na 
1110ście - żołnierz z karabinem, coraz bardziej podejrzliwy. Co ta panna 
Wyprawia? Rozbiera się? płynie na drugi brzeg? wraca? Nie zastrzelił 
mnie jednak ani zaaresztował: idylliczne to były jeszcze czasy... 
Po miłej rozmowie z profesorami wypadło mi zaraz jechać z powrotem 
do Białegostoku, gdzie młodzież gotowała się przez lato do egzaminów 
maturalnych. Do Torunia zjechałam we wrześniu. Aura w Uczelni 
- wspaniała: Górsio l dwoi się i troi, aż parska entuzjazmem. Polonistyka 
Zapowiada się świetnie: obok Górsia i Makowieckiego - Karol W. 


- 


. Tekst złożony do druku w 1990 r. We fragmentach drukowany też w "Głosie 
Uczelni" (pismo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika), 3 111 1994, s. 12 -13. 
I Konrad Górski, organizator Wydziału H umanistycznego i pierwszy jego dziekan. 
Inne osoby wymienione dalej przybyły jednak do Torunia nieco później.
>>>
L J evmanowicz 
rys. . . 


-ł..
>>>
259 


Zawodziński, Eugeniusz Kucharski... Będą też wykłady (choć poza 
oficjalnym programem polonistycznym) - Srebrnego, Elzenberga, 
Czeżowskiego, Limanowskiego. Wszystkich ich znamy z USB. Kadra 
"oficerska" - znakomita, a wśród szeregowców -- pisząca te słowa, 
Arturek Hutnikiewicz, Staś Wasilewski. Czesław Zgorzelski, jeszcze 
podówczas w "hotelu" na Lukiszkach, miał do nas przymknąć później. 
Pierwsze spotkania ze studentami: młodzież po tajnych kompletach 
OCzytana, zgłodniała wiedzy, chętna, responsive. Mnóstwo wśród nich 
moich uczniów z Wilna i Białegostoku, ściągnęli tu za mną. Miejscowi są 
niezbyt liczną garstką. Mniej dynamiczni, pracowitością i dyscypliną 
Wyrównają wszelkie braki. 
Organizujemy bibliotekę zakładową, spędzamy w niej całe dnie, 
utrzymując -- we troje - całodzienne dyżury. Tak będzie do końca, do 
1949 r. włącznie. Mamy też wiernych czytelników spoza polonistycznego 
grona: codziennie po pracy zjawia się pewien młodzjeniec, prosi 
przeważnie o Peipera 2 . Nazywa się: Zbigniew Herbert. 
Na razie przyglądamy się wszyscy sobie nawzajem: i my, przybyli tu 
z pomiętą i brudną kartą repatriacyjną - i ci tutejsi. Co nas połączy? 
Studia, ale może jeszcze ściślej - Kościół. Im większy nacisk ideologii 
marksistowskiej, tym większy odpór i potrzeba wspólnoty. Umacniają 
się więzi. Skrzykuje się pokolenie wychowane jeszcze w stowarzyszeniach 
akademickich II Rzeczypospolitej: w "Odrodzeniu", "Iuventus", "So- 
dalicji". Pierwszy zjazd w Poznaniu (listopad 1945) omal nie kończy się 
katastrofą: otoczeni i aresztowani przez Urząd Bezpieczeństwa wydo- 
stajemy się jednak bez szwanku dzięki nieugiętcj postawie rektora 
Stefana Dąbrowskiego. Powstaje nadrzędne stowarzyszenie społeczne: 
"Caritas Academica", powraca do życia "Iuvcntus Christiana" (we 
Wszystkich uczelniach), sodalicje. Jest to pierwsza zorganizowana 
Opozycja młodych, okres intensywnej formacji religijnej i filozoficznej: 
legalnie - istnieje przez trzy lata, alc nie kończy się bynajmniej z dniem 
oficjalnego zakazu. Formacji tej służą cotygodniowe zcbrania z referata- 
mi, przede wszystkim jednak -- obozy wakacyjne, międzyuczelniane. 
Niemal wszyscy uczestnicy tych zebrań, jak ich pamiętam z tych lat, 
wYkładają dziś na uniwersytetach. Wówczas jednak, po 1948/1949 roku, 
większość miała być "ogniem próbowana": nieustanne przesłuchania, 
areszty, zwolnienia z pracy i - więzienia. Jaki udział w akcjach 
represyjnych mieli zetempowcy? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. 


- 


2 Tadeusz Peiper, pisarz, krytyk i teoretyk poezji.
>>>
260 


Nie było ich chyba wielu. W groźnych, agresywnych "pryszczatych" 
obfitował Uniwersytet Warszawski. 
Usytuowanie Uniwersytetu toruńskiego: naprzeciw więzienia i tuż 
koło Kościoła NP Marii dało asumpt do dowcipu: "trójkąt wychowaw- 
czy". Formułę tę potwierdzał ścisły kontakt z Kościołem, a potem 
- częsty z więzieniem, choć zazwyczaj gdzie indziej lokowano za- 
trzymanych asystentów i studentów. 
A tak bliski teatr? Więc może nie trójkąt wychowawczy, ale 
czworokąt? O "wielkich dniach małej sceny" już opowiedziano: prof. 
Kuchtówna odnotowała też głęboko sięgające współżycie teatru z Uczel- 
ni ą 3. Ileż wspólnych dyskusji po takich premierach jak Za kulisami 
- Norwida, Magia - Chestertona, Orfeusz - Świrszczyńskiej! 
Z dyskusji tych, prowadzonych przeważnie pod przewodnictwem Górsia 
i Horzycy, rodziły się recenzje prasowe, ale i większe eseje, jak np. mój 
dialog z prof. Makowieckim o Norwidzie, utrwalony później w publikacji 
książkowe/o Udział teatru Horzycy w formacji studentów, w rozwoju 
moich namiętności naukowych i w całej atmosferze intelektualnej 
Torunia był na pewno bardzo znaczny, choć trudno wymierny. 
Przez pewien czas istniał też w Toruniu radiowęzeł, zależny chyba od 
Bydgoszczy. Na parę miesięcy 1946 r. wskoczył on i w moją biografię, 
jako że zostałam tam zaangażowana w charakterze konsultanta literac- 
kiego. Tekstów dostarczali - w znacznej mierze -- pracownicy UMK. 
Aliści nastało wówczas tzw. "referendum": miasto oblepiono afiszami 
3 x tak (a tzw. "chuligańska ręka" dopisywała stale: "tylko kaczka, głupi 
ptak, woła ciągle: tak-tak-tak"). Z okazji tej, zapewne na życzenie 
Bydgoszczy, zamówiono u prof. Koranyiego aktualny felieton na temat 
wyborów. Profesor istotnie przyniósł wielce uczony elaborat, niewątpliwie 
aktualny, pL Jakfalszowano wybory w ciągu wieków. Tekst był świetny, 
ale notorycznie pozbawieni poczucia humoru tzw. decydenci - nie tylko 
odrzucili tekst (z należnym oburzeniem), ale i zlikwidowali placówkę. 
Tak skończyła się moja przemiła współpraca z p. Czesławem Nowickim. 
Wiosną 1946 r., chyba w maju 5 , stanęłam jako pierwsza delikwentka 
na Uczelni do egzaminu doktorskiego. Na inauguracji, jesienią tego 
roku, była już koło mnie druga wilnianka, a w następnym roku 


3 L. Kuchtówna, Wielkie dni malej sceny. Witam Horzyca w Teatrze Ziemi 
Pomorskiej w Toruniu /945 -/948, Wrocław 1972. 
4 K. Górski, T. Makowiecki, L Sławińska, O Norwidzie pięć studiów, Toruń 1949. 
5 Egzamin doktorski Ireny Sławińskiej odbył się 16 V 1946 r.
>>>
261 


- Czesław Zgorzel ski. Nie było oCZywIscle żadnej tradycji w tym 
zakresie. W egzaminie moim wzięło udział pięciu profesorów różnych 
specjalności, wśród nich profesorowie Elzenberg i Srebrny, gdyż był to 
- jak usłyszałam - "egzamin z horyzontów naukowych". Obecność 
prof. Czernego uzasadniał mój wybór filologii francuskiej jako przed- 
miotu pobocznego. Zapamiętałam ten dzień również z powodu zjazdu 
kolegów z USB, którzy przyjechali mnie uczcić i spędzić razem wieczór 
(na spektaklu Orfeusza). 
Już koniec 1948 r. przyniósł odczuwalną zmianę temperatury: nacisk 
polityczny wzrastał, postawy ulegały polaryzacji, nawet w gronie 
wykładowców. Wyraziście zarysowała się opozycja: nietrudno ją było 
w 1949 roku wyłowić i odciąć od Uczelni. Czystka - pierwsza 
w zakresie uczelni wyższych - odbyła się "po czynam" w stosunku do 
"niebłagonadioŻllych". Profesorowie (np. Konrad Górski, Elzenberg) 
Zostali posłani na płatne urlopy, bez prawa wykładania; my - starsi, 
asystenci czy adiunkci, przeważnie już po doktoratach, wyrzuceni 
z dniem 9 listopada 1949 r. Z listy pracowników UMK skreśliła nas 
w Ministerstwie anonimowa ręka, papier przyszedł bez podpisu (nikt nie 
miał odwagi tego aktu podpisać), ale rektor Koranyi uznał to pismo za 
obowiązujące. Studentami zaopiekował się Urząd Bezpieczeństwa: 
oznaczało to przesłuchania, areszty i więzienia. 
Zastosowano - jak się wydaje - podwójne kryterium wyboru: 
l) doświadczenie sowieckie - za "niewychowalnych" uznano (słusznie) 
tych, co za dużo widzieli w bratniej republice, chyba że skłonni byli 
o tym zapomnieć; 2) jawne współdziałanie z "ośrodkiem reakcji", tj. 
z Kościołem. Dwa grzechy łącznie zasługiwały na bezwzględny ostracyzm: 
Wyrzucono więc Zgorzelskiego (najpierw), mnie, Leokadię Małunowi- 
CZównę, Zofię Abramowiczównę i kilkunastu innych (nazwiska ich 
przechowały archiwa Uczelni, spodziewam si ę 6). Główny cios mierzył 
w humanistykę, przede wszystkim w filologie obce: germanistykę, 
anglistykę, romanistykę. Zniszczono je brutalnie i doszczętnie, uznając 
- nie bez racji - że znajomość języków obcych otwiera drogę do 
kultury (zgniłego) Zachodu, zaś nieznajomość - skutecznie zamyka. 
Nie otrzymaliśmy oczywiście żadnych wyjaśnień: zresztą, jak łatwo się 


- 


6 W 1949 r. musieli odejść z UM K jeszcze: Z. Abramowiczówna, M. Frąckowiak, 
C. Łubieńska (Iwaniszewska), L. Małunowiczówna, Z. Skłodowska (Antonowicz), K. 
Swinarska, K. Ślaski, W. Voise, C. Zgorzelski; A. Zajkowską przesunięto do Biblioteki 
Uniwersyteckiej; w 1950 r. -- A. Tomczak. Niektórzy z usuniętych wrócili później na 
toruńską uczelnię.
>>>
262 


domyślić, nasze akta personalne" właśnie zginęły". Wbrew zapowiedziom 
wykonawców programu likwidacji nauki polskiej niemal wszyscy 
wypędzeni wówczas z UMK młodzi asystenci znaleźli się po 1956 r. na 
polskich lub obcych uniwersytetach. Ale rany zadane przez ową czystkę 
studiom humanistycznym okazały się długotrwałe i w pewnym zakresie 
- nie zagojone. Pewnemu pokoleniu (pokoleniom) wyrządzono wielką 
krzywdę: zostało pozbawione wykładów i kontaktu z uczonymi po- 
przednio wymienionymi, uczonymi niecodziennej rangi i osobowości, 
erudycji i kultury ogólnej. Na szczęście długo jeszcze służyli młodzieży 
profesorowie: Konrad Górski, Zofia Abramowiczówna, Artur Hut- 
nikiewicz i kilku historyków. 
Co osobiście wyniosłam z tych czterech lat w UMK? Na pewno 
więcej niż dziś nawet sobie uświadamiam. Zauroczona nową metodo- 
logią, rodem z seminariów Manfreda Kridla, więc formalizmem 
i strukturalizmem, lekceważyłam erudycję historycznoliteracką star- 
szych badaczy. Olśniewały mnie w Toruniu wykłady i odczyty 
Elzenberga - tak finezyjnie uderzające w obowiązującą doktrynę. To 
wtedy podbił mnie Norwid -- w odkrywczej interpretacji Makowiec- 
kiego, ale i dzięki Horzycy -- z pokolenia świetnie wykształconych 
ludzi teatru, obeznanych z literaturą obcą, filozofią... Dyskusje 
klubowe, o których wspomniałam wcześniej, były i dla mnie szkołą 
czytania teatru! 
Największy dar moich toruńskich lat to trwałe przyjaźnie: związały 
mnie one z moimi okupacyjnymi uczniami, tam na nowo spotkanymi, 
jak też z młodzieżą uczestniczącą w zebraniach i dyskusjach zasadniczych. 
Przeważali tu fizycy, chemicy, matematycy; łączyły nas nieraz pasje 
turystyczne, letnie obozy, włóczęgi. Ze zdumieniem odkrywam, że Zuzia, 
Irenka, Staszek, Lula i Marek, Jurek 7 - mają już wnuki, a "trzech 
budrysów" z Kaługi: Heniek, Miś-Józek, Kazik 8 nie tak długo odejdą na 
profesorską emeryturę! 


7 Później: prof. dr Zuzanna Kowszyk-Gindiferowa, mgr praw Irena Czepułkow- 
ska-Lewgowdowa, dr Stanisław Ziemiański, mgr fil. pol. Julia Cywińska-Kryszewska, 
prof. dr Marian Kryszewski, Jerzy Juniewicz, wykładowca na Politechnice Szczecińskiej. 
8 Później: prof. dr Henryk Koneczny, prof. dr Józef Łukaszewicz, prof. dr Kazimierz 
Łukaszewicz, brat Józefa.
>>>
263 


. 
. . 


Mój Toruń ówczesny - to także zderzenie dwóch opozycyjnych 
modeli życia. Do spokojnie zasiadłego w swych kamieniczkach grodu, 
kamieniczkach gdzie od wieków kobiety, z prababki na prawnuczkę, 
oglądały życie znad poduszek w oknie - wtargnęła nagle gromada 
Włóczęgów, z tobołkami, plecakami, albo bez; chłopców, jeszcze 
W szynelach, a potem oberwańców z Kaługi. Tak właśnie wyglądali moi 
okupacyjni uczniowie: walili się na podłogę w moim pokoju, ku 
przerażeniu gospodyni. - "Oni pewno mają pchły!" Rozwiewałam 
pogodnie jej wątpliwości: Na pewno mają. Tudzież wszy. "A dlaczego 
nie jadą do swoich domów?" - dochodziła. 
Hmm... Jak tu wyjaśnić tej zasobnej mieszczce, że nikt z nas nie ma 
już domu? Że nie mamy żadnych serwet, firanek, poduszek ani obleczeń? 
Z czasem przywykła jednak do tych najazdów, koczowań, wygłodniałych 
OCzu - już bez wstępnych pytań stawiała na stół sterty pączków. A ja 
- podła niewdzięcznica -- zabawiałam moich gości cytatami z naszych 
rozmów. Pani Wagnerowa roztaczała kiedyś przede mną wspomnienia 
przeszłego bogactwa i chwały (resztki "preżniewo wieliczja" - jakby się 
U nas powiedziało): "Mieliśmy dwie fabryki, tartak, kamienicę - po 
Odliczeniu wszelkich inwestycji było 2000 zł czystego dochodu miesięcz- 
nie". Aż krzyknęłam, olśniona tak bajeczną sumą, przykładając ją 
szybko do własnych majętności. -- Ależ się Pani musiała napodróżować! 
"Owszem - usłyszałam w odpowiedzi - byłam raz w Gdańsku i raz 
W Mogilnie" . Ze zdumieniem patrzyła na moje wybuchy śmiechu. 
Wreszcie wyjaśniła: "Pani chyba nigdy nic nie miała? (Tak, to się 

gadza). Bo jak się ma jakieś dobro, trzeba przy nim siedzieć na tyłku 
l Warować". 
Z przykrością dostrzegła, że jej wizja dobrego życia łaskocze moje 
gruczoły śmiechu. Gorszyła ją moja niefrasobliwość: "Pani Sławińska, 
może by pani sobie coś kupiła - jaki wazonik czy serwetkę?". A ja 
-- jeździłam tylko nad jeziora czy w góry, gdy trochę się już opierzyły 
moje kaczątka. Włóczyłam się po obozach - i to nie zawsze oficjalnych 
- zamiast coś gromadzić, urządzać się... 
Ale owszem -- pani Wagnerowa ucieszyła się szczerze, zobaczywszy 
dużą paczkę, którą przydźwigałam. Zrzedła jej jednak mina, gdy 
z paczki wywinął się gruby wąż wielkiego sznura (taternicka lina,
>>>
264 


oczywiście). "Czyż można wieszać bieliznę na takim sznurze?" - zdu- 
miewała się. "To nie bielizna, to ja będę na nim wisieć" - oświadczyłam 
ponuro. Odebrało jej mowę. "Pani... pani przecież chodzi do kościoła?" 
Tak niegodziwie zabawiałam się z moją poczciwą gospodynią. 
No i moja ignorancja w zakresie podstawowych obowiązków 
kobiety, pani domu! Ujawnił ją taki np. dialog (miejsce: kuchnia, 
czas: prawie północ): 
Pani W.: Umieram z głodu! 
J a: A to czemu? 
Pani W.: Bo miałam od południa wizytę przyjaciółki. 
Ja: I nic jej pani nie dała? 
Pani W.: Pani nic nie rozumie, pani Sławińska. Dziś jest niedziela, 
więc powinnam była wczoraj upiec placek. A nie upiekłam... Strasznie 
by mnie obmówiła! 
Ja (bezlitośnie): Ajak teraz panią obmawia, dorwawszy się do kuchni! 
Nikt nie mógł też pojąć, czemu ryczę ze śmiechu na widok olbrzymich 
pudeł do kapeluszy, przywiezionych na pogrzeb. Skąd mogłam odgadnąć, 
że na pogrzeb trzeba przynosić torty! 


* 
* * 


Mój Toruń - to również pełne zachwytu chwile w przepięknych 
kościołach i włóczęgi po lasach okolicznych, gdzie obnosiło się tęsknotę 
do utraconych puszcz litewskich. To także regularne wyprawy do 
Fordonu, gdzie moja wileńska przyjaciółka 9 odsiadywała swoje osiem lat 
za przyjęcie paczki dla sąsiada. Jak w kraju ponurej anegdoty - groza 
splatała się ze śmiechem, absurdem, groteską. 


9 Alicja Kępińska-Tracewska, dziś w Londynie.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


KAZIMIERZ SOKOŁOWSKI 


Wspomnienia profesora ekonomii 
z pracy na UMK w latach 1963-198ł- 


Początki. Moje warunki pracy 


Kiedy pod koniec 1963 r. Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego 
zaproponowało mi objęcie stanowiska kierownika Katedry Ekonomii 
Politycznej na Wydziale Prawa UMK propozycję tę przyjąłem bez 
Wahania i z prawdziwą radością. Dwie były przyczyny takiej decyzji: 
emocjonalna i zdrowo-rozsądkowa. Emocjonalna dlatego, że gdy 
pierwszy raz w życiu przybyłem do Torunia (a był to wrzesień 1921 f., 
W drodze powrotnej z obozu akademickiego w Gdyni), zakochałem się 
W stolicy gotyku nadwiślańskiego. Zachęcił mnie do tych odwiedzin 
prof. Wincenty Trojanowski, znany w okresie międzywojennym war- 
szawski historyk sztuki, który udzielił mi fachowych wskazówek odnośnie 
do wspaniałych zabytków miasta z ratuszem i kościołami św. Jana, św. 
Jakuba i NP Marii na czele. Wąskie uliczki, gwarne, pełne sklepów, 
zachwyciły mnie od razu, a miary dopełniła wspaniała panorama stolicy 
Województwa pomorskiego, oglądana z drugiego brzegu Wisły. 
Powtórna moja wizyta w przedwojennym Toruniu miała charakter 
Odmienny. Przybyłem do niego już nie jako student Uniwersytetu 
Warszawskiego, zwiedzający kraj na własną rękę, lecz jako oficjalny 
Przedstawiciel Ministra Przemysłu i Handlu na odbywający się 


-- 


. Tekst złożony w Archiwum UMK w 1983 r. Tytuł dodany przez redaktora, 
Podobnie śródtytuły, którymi zastąpiono numery 1- 3 nadane przez autora poszczegól- 
nYrn częściom jego opracowania.
>>>
rys. K. Srejań.vki 



 


-.Al.
>>>
267 


pod koniec czerwca 1935 r. zlot rzemiosł województwa pomorskiego; 
byłem w tym czasie naczelnikiem Wydziału Administracji Przemysłowej 
i Rzemiosła w tymże Ministerstwie. Wraz z ówczesnym wojewodą 
Pomorskim, Kirtiklisem, na trybunie, ustawionej pod Dworem Artusa 
(obecnym Collegium Maximum)I , odbierałem w piekielnym upale 
Wielogodzinną defiladę pomorskich cechów, wychodzących z ulicy 
Szerokiej i przemieszczających się na Rynek Staromiejski i w ulicę 
Różaną. 
Rozsądkowa przyczyna przyjęcia propozycji Ministerstwa leżała 
W dydaktyce. W latach 1950-1952 byłem kierownikiem Katedry 
Planowania w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Szczecinie, 
a W 1952-1953 r. takiej samej katedry w Wyższej Szkole Ekonomicznej 
W Łodzi, skąd zostałem usunięty w wyniku szykan politycznych, które 
W okresie przedpaździernikowym nie ominęły wyższych uczelni. Po 
przeszło dwóch latach pracy w Polskim Wydawnictwie Gospodarczym 
na stanowisku kierownika redakcji dostałem się do Zakładu Nauk 
Ekonomicznych PAN, gdzie objąłem funkcję zastępcy kierownika 
Zakładu i zająłem się pracą naukową nad problemami ekonomicznymi, 
W pierwszej linii z zakresu ekonomiki rolnictwa (z tej racji zostałem 
CZłonkiem Komitetu Ekonomiki Rolnictwa PAN). Jednakże praca 
teoretyczna nie dawała mi pełnej satysfakcji, gdyż odbiorcą moich 
opracowań był tylko - poza kręgiem kolegów - nie znany mi czytelnik 
PUblikacji Zakładu, nie było zaś odbiorcy, z którym badacz może się 
zetknąć bezpośrednio. Takim odbiorcą jest słuchacz, a zatem dydaktyka 
staje się w tych warunkach logiczną koniecznością. Mało tego: zmusza 
ona do ciągłego wysiłku, do pilnowania, by wykład był up to date, do 
Posługiwania się takim sposobem wyrażania myśli, by słuchacze 
Zrozumieli bez trudu, o co chodzi. Dalej: dydaktyka wymaga znajomości 
nie tylko danego przedmiotu, ale i innych zagadnień (w ekonomii np. 
SOcjologii), trzeba się więc douczać. A już specjalnego znaczenia nabiera 
kierowanie seminarium magisterskim, dające okazję do wychowawczego 
Oddziaływania na młodzież studiującą i również zmuszające do po- 
głębiania własnej wiedzy. Kontakt z młodzieżą wywiera więc dodatni 
wpływ na samopoczucie dydaktyka, nie mówiąc o satysfakcji, jaką daje 
sam fakt, że się jest słuchanym. 


--- 
. I Gmach zwany Collegium Maximum został w 1993 r. zwrócony przez Uniwersytet 
mIastu.
>>>
268 


Po sformalizowaniu decyzji Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego 
przyjechałem do Torunia, by przedstawić się rektorowi prof. Antoniemu 
Swinarskiemu i odbyć z nim wstępną rozmowę. Nie muszę podkreślać, 
że rozmowa ta - co zawdzięczam ogromnej życzliwości Rektora 
dla nie znanej mu przedtem osoby -- stanowiła mocny bodziec 
do pracy i stała się "zielonym światłem", które miałem przed oczyma 
przez cały czas pobytu na Uniwersytecie. Tej życzliwości i serdeczności 
zarówno rektora Swinarskiego na starcie (1964), jak i rektora Bohra 
przy moim dojściu do mety (1981), zawdzięczam bardzo wiele i nigdy 
ich nie zapomnę. 
Katedrę Ekonomii Politycznej, która wówczas znajdowała się na 
Wydziale Prawa, przedtem prowadzili różni, często zmieniający się, 
wykładowcy. Ostatnim z nich, czyli moim bezpośrednim poprzednikiem, 
był dr Ludwik Biliński, który postanowił pozostać tylko w swej 
macierzystej uczelni, jaką była dla nicgo Szkoła Główna Planowania 
i Statystyki w Warszawie, i tam się habilitować; ponicważ Katedrę 
objąłem w połowie roku akademickiego (od scmcstru letniego, dr Biliński 
zgodził się prowadzić część zajęć do końca tegoż roku. Oprócz niego 
zastałem dr. Alfonsa Mykaja (wykładowcę planowania) oraz asystentów: 
Romana Kiżuka [zmarł tragicznie w 1987 r.] i Bogdana Zalskiego 
(długoletni pracownik Ministerstwa Handlu Zagranicznego). Z zespołem 
tym, który pozostał ze mną, współpraca układała się zawsze doskonale, 
bez tarć i zgrzytów, sprawnie i w atmosfcrze przyjaznej koleżeńskości. 
Do UMK przyszedłem na drugi etat, zachowałem bowiem pierwsze 
miejsce pracy w PAN, gdzie pełniłem swe czynności jak poprzednio, 
z tym że dwa dni w tygodniu spędzałcm w Toruniu. Wymagało to 
dojazdów, tj. podróży pociągiem do Torunia i z powrotem do Warszawy. 
Ponieważ do Torunia jeździłem ekspresem, a więc z miejscówką, podróż 
w tamtym kierunku nie nastręczała żadnych kłopotów i nie była 
męcząca, o ile pociąg się nie spóźnił i o ile w wagonie nie gasło światło. 
Powrotna podróż pociągiem pośpiesznym niejednokrotnie wymagała 
uciążliwego poszukiwania miejsca do siedzenia, ewentualnego przesia- 
dania się w Aleksandrowie do wagonu Ciechocinck--Warszawa z miej- 
scówkami lub poszukiwania w Toruniu wolnych miejsc w wagonie 
z Inowrocławia równicż z micjscówkami; w ostatnich latach często 
wracałcm do Warszawy przez Sierpc---Płońsk pociągicm osobowym 
z Kołobrzegu lub pociągiem osobowym do Kutna, gdzie przesiadałem 
się na warszawski pociąg podmicjski. Ponieważ od dzieciństwa lubiłem
>>>
269 


jazdę pociągami, owe podróże nie męczyły mnie, najwyzeJ nudziły 
jednostajnością trasy (z wariantem sierpecko-płockim). Przed nudą 
broniłem się czytaniem książek; w czasie tych niezliczonych podróży 
przeczytałem ich mnóstwo. Nie czytałem tylko wówczas, kiedy podróż 
odbywałem samochodem - któregoś z kolegów (Jarzębowskiego 
i Sudoła) lub własnym. Zawsze lubiłem prowadzić samochód, ale jazda 
ciągle tymi samymi drogami (przez Płońsk-Sicrpc, przez Płock-Lipno 
lub przez Sochaczew-Włocławek z kilkoma wariantami) nie dawała mi 
SZczególnej satysfakcji. 
W związku z tymi moimi przejazdami chciałbym zwrócić uwagę na 
trzy - różnc zresztą - fakty i aspekty. Po pierwsze, w odróżnieniu od 
tYch moich kolegów, którzy również dojeżdżali (i nadal dojeżdżają) 
z Warszawy do Torunia, koszty przejazdu opłacałem nie ja, lecz 
Kwestura UMK. Gdy przeszedłem na emeryturę i tym samym na 
godziny zlecone (o nich powiem oddzielnie), ponoszenie tych kosztów 
przez Kwesturę weszło do jej normalnych, powszechnych obowiązków; 
przedtem jednak znajdowałem się na etacie, a mimo to zwracano mi 
koszty podróży. Działo się tak dlatego, że przepisy ministerialne uważały 
ekonomię polityczną za przedmiot ideologiczny (podobnie działo się 
Z filozofią) i z tej racji Państwo pokrywało wspomniane koszty. 
Po drugie, koledzy, zamieszkali stale w Toruniu, dawali mi i innym 
dOjeżdżającym do zrozumienia, że kto dojeżdża, ten niewiele interesuje się 
życiem uczelni, wydziału i katedry (zakładu), bo wpada na 1- 3 dni, 
a resztę tygodnia spędza gdzie indziej. Formalnie rzecz biorąc, krytycy ci 
mają rację; nie mają jej jednak merytorycznie, albowiem: a) wymagane 

ową pensum było przez każdego z nas wypełniane w całości 
l sumiennie, b) dojeżdżaliśmy i powracali bez względu na warunki 
atmosferyczne (a zdarzyło się nieraz, że były one bardzo trudne), 
c) w czasie pobytu w Toruniu uczestniczyliśmy prawie we wszystkich 
Zebraniach partyjnych i związkowych, a także spotkaniach organizacyj- 
nYch i naukowych, nie mówiąc o stałym uczestnictwie w posiedzeniach 
Rady Wydziału. Ponadto dojeżdżający musieli ponosić dodatkowe 
-- w porównaniu z mieszkającymi w Toruniu - wydatki związane 
z dojazdami na dworzec kolejowy, z posiłkami w jadłodajniach, 
droższymi z konieczności od posiłków domowych, i z opłatami za locum 
W Toruniu; w latach 1964-1974 wynajmowałem pokój prywatnie, 
w latach 1975 - 1981 korzystałem z pokoju początkowo w Domu 
Asystenckim nr l, a później w Domu Studenckim nr 10.
>>>
270 


Po trzecie, w ciągu 17 pełnych lat akademickich, w czasie których 
jeździłem stale do Torunia, pociągiem i samochodem, przejechałem 
w sumie circa 240 tys. km, co odpowiada sześciu okrążeniom kuli 
ziemskiej. Z faktu tego nie należy jednak wyciągać żadnych wniosków. 
Zanim przejdę do omówienia swej pracy naukowo-dydaktycznej 
w UMK, pragnę zwrócić uwagę na pewne okoliczności, związane 
z materialną stroną wykonywanych przeze mnie obowiązków. 
Jako pierwszą okoliczność wymienię to, że w pierwszym półroczu 
mojej pracy w UMK przyznano mi nie etat, lecz wynagrodzenie za 
godziny zlecone; co gorsza, wynosiło ono 60 zł za godzinę, podczas gdy 
dr Biliński (o czym wcześniej, podpisując umowę, nie wiedziałem) 
otrzymywał 100 zł, chociaż był adiunktem, kiedy ja profesorem 
nadzwyczajnym. 
Drugą okolicznością były niepomyślne skutki dwuetatowości, gdy 
i w UMK przyznano mi etat. Zdawałoby się, że skoro podstawową 
zasadą socjalizmu jest wynagradzanie według ilości i jakości pracy, to 
przy dwu etatach (1964 - 1970) powinienem był otrzymywać pełne 
wynagrodzenie za podwójną pracę; nie muszę dodawać, że i tu i tam 
obowiązki swe spełniałem w sposób maksymalny, nikt mi nigdzie nie 
czynił zarzutów, iż czegoś nie wykonałem lub wykonałem źle c:zy 
niedbale; godziny pracy nie były godzinami urzędniczymi, lecz pracowało 
się tyle, ile trzeba było do wykonania zadania. Jednakże nasze przepisy 
nie brały pod uwagę ani wspomnianej zasady, ani pozytywnego stanU 
faktycznego, lecz potraktowały mój casus (oczywiście, nie był to casUS 
wyjątkowy) jako przykład... nadmiernego "wzbogacenia się" (kosztem 
własnej pracy lub własnego wypoczynku). Dlatego z dwóch posad na 
szczeblu profesora nadzwyczajnego otrzymywałem nie 200% zasad- 
niczego wynagrodzenia, lecz tylko 150%; 50% zabierało zwiększone 
opodatkowanie i skreślenie dodatków, w tym dodatku funkcyjnego za 
prowadzenie w UMK Zakładu Ekonomii Politycznej, zatrudniającego 
ponad 10 osób'. 
Trzecia okoliczność powstała po przejściu moim na emeryturę (W 
1971 r. skończyłem 70 lat). Ponieważ Instytut Ekonomiczny UMJ( 
odczuwał niedostatek kadr, jego kierownictwo zaproponowało mi 


. Jak dalece absurdalne było to podejście fiskalne, wystarczy powiedzieć, że gdY 
w roku akademickim 1970/1971 pozostałem - na własne żądanie -- tylko na jednyJ11 
etacie (w UMK), mój dochód netto z tego jednego etatu okazał się niewiele mniejszy od 
dochodu netto wypłacanego mi przy dwu etatach. 


-JII.
>>>
271 


kontynuowanie zajęć (wykłady plus seminarium magisterskie) w tej 
samej liczbie godzin (210) lub - w razie potrzeby - więcej (dochodziłem 
Potem do 300). Wymagania jakościowe, jakie mi stawiano i jakie 
stawiałem sam sobie, nie różniły się niczym od wymagań z poprzedniego 
okresu. A mimo to wynagrodzenie za tę pracę zmniejszyło się mniej 
więcej trzykrotnie, gdyż płacono mi po 100 zł (od 1980 r. po 115 zł), co 
dawało mi 21 000 zł : 12 = 1750 zł miesięcznie, czyli mniej niż zarabiała 
wÓwczas sprzątaczka. Oczywiście, przysługiwała mi emerytura, ale 
płacono ją nie za moją pracę aktualną, lecz za pracę przeszłą czy 
w związku z nią; gdybym nie był zatrudniony w UMK, dostawałbym ją 
w tej samej wysokości. Stąd ponowny wniosek, że w ustroju, którego 
POdstawową zasadą jest honorowanie konkretnej pracy, rzeczywiście 
decydowała wtórna zasada egalitaryzmu, zrównująca wysiłek z brakiem 
Wysiłku, byle ktoś nie "wzbogacił się" ...własną pracą. I dlatego sprawie 
tej - nie ze względów osobistych - nadaję tutaj takie znaczenie. Gdy 
o tym mówiłem z kim należy, każdy mi odpowiadał: "cóż robić, takie są 
przepisy"". Dodam zaś, że dzięki nim Skarb Państwa zyskał na mojej 
dObrowolnej pracy (wykonywanej zgodnie z przepisami) około pół 
Il1iliona 710tych, mających siłę nabywczą kilkakrotnie większą niż 
obecnie. Pomijam za to trzy momenty dodatkowc: primo -- płacono mi 
tYlko za godziny rzeczywiście przepracowane, a więc gdy wykład 
przypadał w dniu kalendarzowego święta, wynagrodzenia nie otrzymy- 
wałem; secundo- kazano składać miesięczne sprawozdania z wykonanej 
pracy (nie ma tego przy etacie) i dziekan musiał je potwierdzać, bo bez 
tego było ono dla Kwestury niewiarygodnc; tertio - wypłata wyna- 
grodzenia następowała dopiero w 10 - 15 dni po zakończeniu prze- 
pracowanego miesiąca. 


Na Wydziale Prawa 


Wydział Prawa (później Wydział Prawa i Administracji), którego 
dziekanem w 1964 r. był prof. dr Wacław Dawidowicz, ustosunkował się 


- 
.. Przepisy ułożone przez urzędników Ministerstwa, oderwanych od życia, dotyczyły 
Pracowników etatowych, których zajęcia przekraczały obowiązkowe pen.rum, wyna- 
grOdzenie godzinowe było więc dodatkiem, a nie przewidywały takiej sytuacji jak moja 
(Wcale nie wyjątkowa); za wykonywanie pensum otrzymywałem tyle, ile ktoś inny za jego 
Przekroczenie.
>>>
272 


do mnie pozytywnie, zwłaszcza w okresie, kiedy do jego agend 
zaliczała się prowadzona przeze mnie Katedra Ekonomii Politycznej. 
Obdarzano mnie zaufaniem, dano carte blanche w działaniu, nie 
wtrącano się do moich czynności, nie czyniono żadnych trudności 
w prowadzeniu zajęć przez mnie, dr. Mykaja i asystentów. Wydział 
miał ambicję posiadania tej Katedry i, jak mi się wydaje, z ambicji 
tej nie zrezygnował do czasu, gdy zarządzeniem Ministerstwa przeszła 
ona na Wydział N auk Ekonomicznych. 
Z racji przynależności do Wydziału Prawa uczestniczyłem w posie- 
dzeniach jego Rady. Odznaczały się one - nie bez powodu - popisami 
krasomówstwa, uprawianego przez większość jej członków. Biorąc 
udział w tych posiedzeniach, czułem się często jak widz i słuchacz na 
popisie mówców, którzy w eleganckiej formie, maskującej rzeczywiste 
czy pozorne animozje lub kontrowersje, toczyli ze sobą burzliwe 
i namiętne boje na tematy personalne, organizacyjne i inne. Można było 
mówić nawet o antagonizmach personalnych lub grupowych, częściowo 
na tle przynależności do PZPR lub też miejsca stałego zamieszkania 
(dwu profesorów dojeżdżało wówczas z Gdańska, dwu - wraz ze mną 
- z Warszawy, jeden z Poznania). Nie będąc w pełni au courant meritum 
sporów, nie zabierałem w tych wypadkach głosu, jak również nigdy nie 
byłem podmiotem polemik. Mam zaś prawo uważać, że cieszyłem się 
sympatią ze strony członków Rady, zwłaszcza pro f. Kazimierza Biskup- 
skiego i prof. Zbigniewa J aśkiewicza. 
Kiedy ekonomia polityczna jesienią 1968 r. została umiejscowiona 
w nowo powstałym Instytucie Ekonomicznym (dawniejsza forma 
organizacyjna i nazwa Wydziału Nauk Ekonomicznych, który powołano 
w 1976 r.), stosunek Wydziału Prawa i Administracji i do mnie, i do 
moich zajęć uległ pewnej metamorfozie. Prowadząc wykłady ekonomii 
dla słuchaczy czy to Wydziału, czy też jego Studium Administracji, 
odczuwałem dystans i ochłodzenie, gdyż nie byłem już "swój", lecz 
"obcy". Wyrażało się to w zaskakiwaniu mnie czasem decyzjami 
w sprawie godzin i miejsca wykładu, co mnie zmuszało do stanowczej 
kontrakcji nie bez pozytywnych dla mnie rezultatów. Ponadto odnosiłem 
wrażenie, iż Wydział stosował łagodniejszą taryfę wobec studentów 
niezbyt posłusznych programowi i wykładów i zajęć z ekonomii aniżeli 
wówczas, gdy chodziło o przedmioty ściśle prawnicze; niekiedy zdawało 
mi się, że studentom-prawnikom wolno traktować mój przedmiot jako 
drugorzędny, a może jako nieprzydatny (?). Podejrzenia moje sprawdziły
>>>
273 


się pod koniec roku akademickiego 1980/1981, kiedy to Rada c:zy 
kierownictwo Wydziału doszły do przekonania, że egzamin z ekonomii 
dla słuchac:zy Studium Administracji jest niepotrzebny. Co więcej, krok 
ten uczyniono bez porozumienia ze mną i nawet mnie o nim nie 
uprzedzono, tylko postawiono przed faktem dokonanym. Rezultat 
wychowawc:zy zaś był taki, że studenci, uwolnieni od egzaminu z przed- 
miotu już nie drugo-, lecz trzeciorzędnego, przestali przychodzić na 
wykłady, tzn. na godziny, które mi zlecono. Mam zaś prawo przypusz- 
czać, że u podstaw tego demagogicznego (nie cofnę się przed użyciem tak 
mocnego słowa) postanowienia leżał lansowany w tym burzliwym czasie 
pogląd, że ekonomia polityczna (z uwagi na swój przymiotnik, fałszywie 
interpretowana) jest przedmiotem nie naukowym, lecz ideologicznym; 
do takiego poglądu Wydziału zapewne skłaniał niepotrzebnie podkreślany 
przez władze ministerialne ów przymiotnik. 
Po opisie tego postępowania, które sprawiło mi dużą przykrość, tak 
z obiektywnego, jak i z subiektywnego punktu widzenia, powracam do 
głównego nurtu mojej obecności na Wydziale Prawa w latach 
1964-1966. Wykłady toczyły się normalnie, młodsi koledzy prowadzili 
zajęcia ze studentami i odbywały się regulaminowe egzaminy kursowe, 
WÓwczas tylko ustne. [...]. 
W czasie pierwszej dla mnie sesji egzaminacyjnej przepytałem około 
100 osób, stawiając kilkanaście piątek i tyleż dwójek, reszta zaś stopni to 
bYły trójki i czwórki. Dwójki stawiałem z przykrością, piątki z zadowole- 
niem. Ale ogólne wrażenie nie było korzystne: zbyt wiele miernot, na 
dobrą sprawę co najmniej połowa. To ci, którzy podobno się uczyli, 
a mimo to nie umieli. Co gorsza, zwykle nie rozumieli tego, co mówili. 
Nie orientowali się w sprawach ekonomicznych dnia powszedniego, 
szermowali frazesami i formułkami, za którymi nie widzieli konkretnych 
faktów. Nie było w nich ciekawości poznania mechanizmów życia 
gospodarczego. Dwójki tłumaczyli tylko pechem. 
I tak się miało powtarzać na następnych egzaminach - czy to na 
Wydziale Prawa i Administracji, czy to na Wydziale Nauk Ekonomicz- 
nych, czy też na innych wydziałach, gdzie od czasu do czasu wy- 
kładałem ekonomię. Raz tylko- i to na Wydziale Sztuk Pięknych 
- zdarzyło się, że studenci (było ich tam wtedy niewielu) odpowiadali 
dobrze, inteligentnie, ze zrozumieniem przedmiotu; była to jednak, 
niestety, wyjątkowa grupa, o czym się mogłem przekonać przy innych 
okazjach.
>>>
274 


W okresie mego pobytu na Wydziale Prawa Katedra nasza ograniczała 
się jedynie do dydaktyki. Było nas za mało, by podjąć wspólnie badania 
naukowe, asystenci stawiali dopiero pierwsze kroki, dr Mykaj był 
jednocześnie przewodniczącym Wojewódzkiej Komisji Planowania 
Gospodarczego w Bydgoszczy i z tej racji tam się "wyżywał", ja zaś 
warsztat naukowy miałem w Zakładzie Nauk Ekonomicznych PAN. 
Poza tym nie istniał jeszcze państwowy system organizacji badań 
o szczególnym znaczeniu dla naszej gospodarki, a lokalne instytucje 
i przedsiębiorstwa nie zamawiały takich badań i opracowań dla własnych 
potrzeb; nastąpiło to dopiero w latach siedemdziesiątych. 
Pod koniec 1965 r. - nie bez starań z mojej strony - otrzymałem, za 
pośrednictwem Komitetu Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, pro- 
pozycję odnośnych agend ONZ wyjazdu do Afryki w charakterze 
eksperta do spraw planowania gospodarczego; planowaniem w sensie 
praktycznym zajmowałem się jako wiceprezes Centralnego Urzędu 
Planowania w latach 1947 -1949 i jako przewodniczący Wojewódzkiej 
Komisji Planowania Gospodarczego w Szczecinie w latach 1949 - 1950, 
zaś planowaniem teoretycznym jako wykładowca tego przedmiotu 
w WSE w Szczecinie i Łodzi w latach 1949 - 1953, miałem więc już 
pewne w tym zakresie doświadczenie. Wymiana korespondencji pomiędzy 
Nowym Jorkiem a Warszawą, rozmowy z przedstawicielami agend ONZ 
oraz badania lekarskie ciągnęły się przeszło pół roku. Wreszcie wiosną 
1966 r. zyskałem zgodę na wyjazd do Afryki, przy czym spośród trzech 
krajów, jakie wchodziły dla mnie w rachubę (Burundi, Dahomej i Togo) 
Dahomej zgłosił chęć zatrudnienia mnie jako eksperta w swym Komisa- 
riacie Planu. W czerwcu 1966 r. miałem w ręku paszport, a 13 lipca 
wyleciałem przez Genewę i Paryż do Cotonou, faktycznej stolicy 
Dahomeju (obecnie kraj ten nazywa się Benin), gdzie przebywałem od 20 
lipca 1966 do 30 grudnia 1967 r. 
Mój wyjazd do Afryki mógł spowodować pewne zamieszanie 
w Katedrze Ekonomii Politycznej UMK, skoro kierownik Katedry 
opuszczał ją na rok Gak pierwotnie przewidywał kontrakt z ONZ), 
w rzeczywistości zaś na półtora roku, kontrakt bowiem został z inicjatywy 
ONZ przedłużony pomimo sprzeciwu ze strony rektora Łukaszewicza, 
którego musiało uspokoić Ministerstwo, rozumiejące celowość prze- 
dłużenia umowy. Do zamieszania jednak nie doszło, albowiem rektor 
Łukaszewicz uzyskał w Ministerstwie zgodę na utworzenie odrębnego 
Wydziału Ekonomicznego, który siłą rzeczy wchłonąłby Katedrę 


-..ł..
>>>
275 


Ekonomii Politycznej2. Zorganizowanie nowego wydziału Rektor po- 
wierzył doc. Jerzemu Liczkowskiemu, który wolał z przyczyn osobistych 
porzucić Katedrę Ekonomiki Rolnictwa w WSE w Poznaniu i przenieść 
się do UMK, by tu, kontynuując pracę w swej specjalności, zająć się 
powołaniem do życia Wydziału Ekonomicznego i zostać jego kierow- 
nikiem. Temuż doc. Liczkowskiemu Rektor powierzył funkcję kuratora 
Katedry Ekonomii Politycznej, przy czym doc. Liczkowski miał prowa- 
dzić wykłady z tego przedmiotu. 
Rzeczywistość w tym punkcie okazała się odmienna. Czy to z braku 
czasu, czy też z innych powodów doc. Liczkowski nie tylko nie 
prowadził wspomnianych wykładów i powierzył je doc. Zygmuntowi 
Narskiemu, który raz na tydzień przyjeżdżał z Poznania do Torunia, ale 
jako kurator Katedry jej sprawami interesował się minimalnie, czego 
dowodem było m.in. zaniechanie zwoływania zebrań pracowników 
Katedry, które ja odbywałem regularnie. Tenże doc. Liczkowski 
w rozmowach z asystentami Katedry wyrażał wątpliwość czy powrócę 
z Mryki. W tym czasie z Katedry odszedł mgr Zalski, doszli natomiast 
asystenci-magistrzy: Maria Anna Karwowska i Ryszard Żukowski. 
Pomagał im trochę dr Eugeniusz Rychlewski, pracownik Zakładu Nauk 
Ekonomicznych PAN, który dojeżdżał do Torunia z Warszawy. 
Pod koniec stycznia 1968 r. zameldowałem się w UMK po powrocie 
z Czarnej Afryki, z której przywiozłem m.in. sporo przezroczy, ilu- 
strujących krajobraz, mieszkańców i przejawy życia tego niezwykle 
ciekawego kontynentu. Miałem potem wielokrotnie okazję i przyjemność 
pokazywania studentom i innym osobom tych przezroczy, spotykając się 
na ogół z żywym zainteresowaniem i zadowoleniem. 
Zajęcia, tzn. wykłady i zebrania pracowników Katedry, podjąłem 
w początkach semestru letniego i doprowadziłem je, jak zwykle, do 
egzaminów czerwcowych. W początkach lipca uczestniczyłem w egza- 
minach wstępnych na Wydziale Prawa, po czym rozpocząłem pracę 
w Instytucie Ekonomicznym; nie utraciłem wszakże kontaktu z Wy- 
działem Prawa, bowiem nadal wykładałem tam ekonomię. 


2 Dzieje Wydziału zob.-. Wydział Nauk Ekonomicznych i Zarządzania Uniwersytetu 
Mikołaja Kopernika w Toruniu /968-/993. pod red. P. Jaworowskiego, Toruń 1993.
>>>
276 


W Instytucie i na Wydziale Ekonomicznym 


Dlaczego piszę o Instytucie Ekonomicznym, a nie o Wydziale 
Ekonomicznym? Dlatego, że w okresie tworzenia nowego organizmu 
w UMK Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego forsowało przekształcenie 
wydziałów uczelni w instytuty, katedr zaś w zakłady. Z tej racji powstał 
Instytut Ekonomiczny na prawach wydziału, ale jego zwierzchnik nie 
nosił tytułu dziekana, lecz dyrektora, co niesłychanie odpowiadało 
ambicjom doc. Liczkowskiego: dokoła tylko dziekani, a on - dyrektor. 
Dopiero w 1976 r. Ministerstwo, które swą "reformę" ograniczyło tylko 
do naszego Instytutu, zgodziło się po wielu staraniach przekształcić 
Instytut Ekonomiczny w Wydział Nauk Ekonomicznych. My, pracow- 
nicy, nie odczuliśmy żadnej zmiany z tego powodu, gdyż ważna dla nas 
była treść, a nie forma, musieliśmy jednak przyznać, że w pojęciu wielu 
kolegów z innych wydziałów i pracowników UMK instytut to było coś 
niższego aniżeli tradycyjny wydział. Trzeba bowiem dodać, iż inne 
wydziały UMK pozostały tym, czym były przedtem. 
W Instytucie Ekonomicznym objąłem kierownictwo Zakładu Ekono- 
mii Politycznej. W rozrastającej się placówce mój Zakład rozrastał się 
w jeszcze szybszym tempie, gdyż stawał się de facto, lecz nie de iure, 
kolebką, z której w niedługim czasie asystenci zaczęli wychodzić do 
innych, później tworzonych zakładów. Ponado Ministerstwo rozciągnęło 
na wszystkie wydziały obowiązek wprowadzenia ekonomii politycznej 
jako przedmiotu obowiązkowego. Przybyło więc nam wiele zajęć, tj. 
wykładów (ich część otrzymał doc. Jerzy Tomala, który prowadził 
Zakład Planowania i Polityki Gospodarczej) i przede wszystkim ćwiczeń 
(też obowiązkowych). Dlatego doŚĆ szybko liczba pracowników naszego 
Zakładu przekroczyła 10 (był to Zakład w tym względzie największy 
w Instytucie) i obowiązków stale przybywało. 
Mimo że, pracując nadal (do 1970 r.) na dwu etatach, mogłem 
Toruniowi poświęcać w każdym tygodniu tylko dwa pełne dni robocze, 
praca moja w Zakładzie nie wywoływała żadnych zastrzeżeń. Działo się 
to przede wszystkim dlatego, że Zakład dysponował współpracownikami 
stojącymi na wysokim poziomie. Byli zawsze oddani pracy, obowiązkowi, 
sumienni, chętni, pomysłowi, karni, koleżeńscy - niczego im nie 
mogłem zarzucić. Spotykałem się z nimi bez przerwy, zwłaszcza że raz 
w tygodniu zbieraliśmy się dla omówienia ważnych spraw, związanych 
z programem wykładów i ćwiczeń. Ponieważ wprowadziłem samorzutnie
>>>
277 


hospitowanie ćwiczeń (dopiero po kilku latach Ministerstwo nałożyło na 
kierowników zakładów i innych samodzielnych pracowników nauko- 
Wo-dydaktycznych obowiązek dokonywania tych hospitacji), nasze 
zebrania były w dużym stopniu poświęcane omawianiu wniosków, jakie 
w sensie dydaktycznym (merytorycznym) wyciągałem z przeprowadzo- 
nych hospitacji. Porównywaliśmy różne metody, stosowane przez różnych 
asystentów, próbowaliśmy preferować najlepsze z nich i wszystkie 
udoskonalać. Dyskusje na ten temat odbywały się w spokojnej, rzeczowej 
atmosferze, gdyż nie chodziło o formalistyczną lub biurokratyczną 
kontrolę podwładnych przez zwierzchnika, lecz o kolektywne modelo- 
Wanie tej części dydaktyki uczelnianej. Czy wszyscy asystenci poddawali 
się tego rodzaju niewymuszonym ustaleniom, to już inna sprawa. 
Moim zasadniczym przedmiotem dydaktycznym była ekonomia 
Polityczna tak kapitalizmu, jak i socjalizmu, z tym jednak, że ta druga 
stanowiła główne moje zainteresowanie. Ponieważ z ekonomią związana 
jest ściśle historia myśli ekonomicznej, a miejsce wykładowcy tego 
przedmiotu zwolniło się w 1974 L, objąłem je i zajmowałem do 1978 r., 
aby" wymienić się" z doc. Narskim na ekonomię polityczną socjalizmu, 
którą wykładał na II roku Wydziału Nauk Ekonomicznych. Historię 
myśli traktowałem nie tylko jako dyscyplinę pomocniczą lub uzupeł- 
niającą ekonomię, lecz również jako okazję do jej pogłębienia, ponadto 
zaś zawsze lubiłem historię jako taką i zapoznawanie się z nią sprawiało 
mi wiele radości. 
W ciągu wielu lat byłem proszony o wzięcie udziału w egzaminach 
doktorskich poza Instytutem Ekonomicznym, doktoranci bowiem byli 
obowiązani zdawać egzamin również z ekonomii. W grę wchodzili tu 
głównie doktoranci fizyki i chemii, ale zdarzali się również z Wydziału 
Biologii i Nauk o Ziemi oraz z Wydziału Humanistycznego i Wydziału 
Prawa. Doktoranci kuli tę nieszczęsną dla nich ekonomię i z wielką na 
ogół tremą przystępowali do komisyjnego egzaminu z tego przedmiotu, 
przy czym czasami padali ofiarą owego wykuwania, gdy zadawałem im 
Pytania nie ze znajomości podręcznikowych formułck, Iccz po prostu 
z życia gospodarczego, z którym mają do czynienia jako obywatele. 
Najlepsze wyniki na tych egzaminach osiągali doktoranci fizyki, 
zwłaszcza na początku lat siedemdziesiątych. 
O istniejącej w naszym Zakładzie atmosferze mogły również świadczyć 
koleżeńskie spotkania towarzyskie, organizowane w tcn sposób, że co 
miesiąc kto inny zapraszał do swego mieszkania na skromną składkową
>>>
278 


kolację. Spotkania te trwały tylko dwa lata, gdyż po rozrośnięciu się 
Zakładu i całego Instytutu było tak wielu chętnych na tego rodzaju 
imprezy, że musilibyśmy dysponować obszernymi lokalami, korzystanie 
zaś z publicznych lokali gastronomicznych mijało się z sensem spotkań, 
nie mówiąc już o kosztach. 
Równolegle ze spotkaniami o charakterze towarzyskim zainicjowali- 
śmy i zorganizowali comiesięczne zebrania naukowe w skali całego 
Instytutu. Prelegentami byli nie tylko samodzielni, ale i pomocniczy 
pracownicy naukowo-dydaktyczni. Miejscem spotkań była któraś z sal 
Instytutu, który musiał pracować w szczególnie niekorzystnych warun- 
kach lokalowych. Instytutowi obiecano wprawdzie cztery kondygnacje 
tej części gmachu Urzędu Wojewódzkiego, którą udostępniono Uniwer- 
sytetowi, jednakże rektor Łukaszewicz (historyk) w ostatniej chwili dwie 
kondygnacje przekazał Instytutowi Historii, pozbawiając Instytut 
Ekonomiczny połowy przewidzianego dla niego i niezbędnego mu 
locum. Rezultat tego był taki, że ekonomiści mieli na cele wykładowe 
jedną jedyną salę wykładową, która mogła zresztą pomieścić najwyżej 60 
osób, co odpowiadało liczbie studentów Instytutu do 1970 L, ale potem 
przestało odpowiadać, skoro Ministerstwo co roku zwiększało limit 
przyjęć: po kilku latach doszedł on do 180. Stąd nie tylko wykłady 
ekonomii dla własnych słuchaczy, ale i ćwiczenia z własnymi i obcymi 
studentami odbywać się musiały w różnych punktach Torunia poza 
lokalem na placu Czerwonej Armii [dziś Plac Teatralny 2a]. Wydziałowi 
Nauk Ekonomicznych wielokrotnie obiecywano budowę własnego 
gmachu na Bielanach, ale musiał się przebijać najpierw przez zapory 
stawiane przez inne wydziały, potem przez przepisy i brak środków 
finansowych, z kolei przez skutki skoncentrowania dyspozycji budow- 
lanych w Bydgoszczy (gdy Toruń należał do województwa bydgoskiego), 
wreszcie przez niedostatek "mocy przerobowych" toruńskich przedsię- 
biorstw budowlanych. A kiedy doszło do kryzysowych restrykcji 
inwestycyjnych, koło się zamknęło: Wydział się nie przebił, status quo 
pozostałoJ. 
Dekada lat siedemdziesiątych przyniosła pewien rozwój gospodarczy 
PRL i jednocześnie Instytutu Ekonomicznego. Można przyjąć z całą 
pewnością, że jako młoda i rozwijająca się instytucja stwarzała ona 
poniekąd automatycznie atmosferę współdziałania i koleżeńskości. Mam 


3 Gmach jednak zbudowano. Od 1991 r. rozpoczęły się przenosiny doń Wydziału, 
zakończone w 1993 r.
>>>
279 


prawo napisać, że inne wydziały, o wiele starsze od naszego, zazdrościły 
nam tego, że pracujemy bez tarć, zgrzytów i konfliktów, bez podstawiania 
jeden drugiemu nogi. Rozrastająca się instytucja, powołująca do życia 
nowe zakłady i kierunki, wchłaniała coraz to nowych ludzi, przy czym 
nowi wykładowcy rekrutowali się przeważnie z Warszawy, skąd - jak 
i ja - musieli co tydzień przyjeżdżać do Torunia. Jeśli chodzi o kadrę 
młodych pracowników naukowych, to część (zwłaszcza adiunktów) 
dyrektor Liczkowski ściągał przeważnie z poznańskiej WSE, część 
adiunktów stanowili nasi dotychczasowi asystenci, po uzyskaniu stopnia 
naukowego doktora, a zdecydowana część nowych asystentów re- 
krutowała się z wychowanków naszego Instytutu, z reguły najlepszych 
z nich czy najbardziej przydatnych do pracy naukowo-dydaktycznej. 
Przed zakończeniem swej kadencji dyrektor Liczkowski sprowadził 
do UMK doc. Zygmunta Narskiego, który zmuszony był opuścić 
Poznań i tamtejszą Akademię Ekonomiczną. Będąc z nim na stopie 
przyjacielskiej, doc. Liczkowski nie tylko postarał się dla doc. Narskiego 
? posadę, mieszkanie i prodziekaństwo (które trwało zaledwie rok), ale 
l oddał mu wykłady ekonomii politycznej socjalizmu w Instytucie 
Ekonomicznym i na Wydziale Prawa i Administracji, które prowadziłem 
Od 1968 r. Mnie powierzono wykłady ekonomii na Wydziale Sztuk 
Pięknych i na Studium Administracji, przy czym dyrektor Liczkowski 
mnie i swego następcę na stanowisku dyrektora, tj. doc. Sudoła, postawił 
wobec faktów dokonanych. 
W 1970 r. z własnej inicjatywy zrezygnowałem z pierwszego etatu, 
który od 1966 r. zajmowałem już nie w Zakładzie Nauk Ekonomicznych 
PAN, lecz w Zakładzie Prakseologii PAN. Pozwoliło mi to skoncen- 
trować wysiłki w jednym tylko kierunku, przy czym nie ukrywam, że 
drugi etat (UMK) stawiałem wyżej aniżeli pierwszy (PAN): przede 
:-vszystkim ze względu na to, że w UMK mogłem zajmować się i nauką, 
l dydaktyką, natomiast w PAN jedynie nauką, ponadto zaś dlatego, że 
atmosfera pracy w Toruniu była korzystniejsza aniżeli w PAN. 
Jednoetatowość umożliwiła mi - w sensie formalnym - wybór na 
delegata Instytutu Ekonomicznego do Senatu UMK. W tym charakterze 
działałem tylko rok (1970/1971), jako że jesienią 1971 r. przeszedłem na 
emeryturę, a przepisy dla wyższych uczelni, ułożone przez urzędników, 
POmyślane są w taki sposób, że nauczyciela-emeryta traktują jako 
kogoś, kto już nie istnieje. Nie tylko nie może niczym kierować (dlatego 
utraciłem kierownictwo Zakładu Ekonomii Politycznej - przejął je
>>>
280 


wówczas docent Tomala), ale nie może nawet reprezentować interesów 
swego wydziału: pozwolono mi jedynie pozostać pełnoprawnym człon- 
kiem Rady Wydziału. 
Póki byłem tym jednorocznym delegatem do Senatu, uczęszczałem na 
wszystkie jego posiedzenia, rzadko wszakże zabierając głos, skoro 
należał on w pierwszym rzędzie do dyrektora Instytutu. Kiedy jednak 
postawił on na Senacie wniosek o zaangażowanie do Katedry Ekonomii 
Politycznej doc. X z UM es w Lublinie, zaprotestowałem przeciwko tej 
kandydaturze, gdyż kandydat znany był z zamiłowania do intryg, od 
których Instytut Ekonomiczny był wolny i przed którymi należało go 
chronić; ponadto wiedziałem, że docentowi X tak bardzo na Toruniu nie 
zależało. Senat poparł wszakże nie mnie, lecz dyrektora Instytutu. Jak 
przyszło co do czego, to okazało się, że miałem rację, bo doc. X odmówił 
przeniesienia się do Torunia, co przyjąłem z zadowoleniem, gdyż dobra 
atmosfera pracy w Instytucie Ekonomicznym nie uległa pogorszeniu. 
Po 1970 r. Instytut Ekonomiczny zaczął uczestniczyć w ogólno- 
krajowych zespołach badawczych, a jego pracownicy podpisywali umowy 
o przeprowadzenie i opracowanie badań na określone tematy; stronę 
formalną i organizacyjną brała na siebie kwestura UMK, z którą 
autorzy musieli (i nadal muszą) się rozliczać. N ie wziąłem jednak udziału 
w podobnych przedsięwzięciach, przeprowadziłem natomiast indywidual- 
nie i poza wspomnianym systemem fiskalno-biurokratycznym dwa 
badania, z których jedno dotyczyło stanu, warunków i możliwości 
rozwoju powiatu radziejowsklego (1972), drugie zaś stosunków pracy 
w oddziale "Społem" w Bydgoszczy (1974). 
W tym samym czasie zostałem wciągnięty do pracy nad organizowa- 
niem i redagowaniem zeszytów naukowych Instytutu (potem Wydziału). 
Wiosną 1972 r. zmontowałem pierwszy zeszyt, a do 1981 r. ukazało się 
ogółem dziewięć zeszytów pod moją redakcj ą 4. W kilku z nich ukazały 
się moje własne przyczynki na różne tematy społeczno-gospodarcze. 
Praca nad zeszytami była dla mnie dużą satysfakcją, gdyż autorami 
większości artykułów byli nasi młodsi pracownicy naukowo-dydaktyczni. 
W 1972 r. Instytut Ekonomiczny wypuścił pierwszych magistrów, 
wśród których znajdowało się siedmioro uczestników prowadzonego 
przeze mnie seminarium magisterskiego. Potem rok po roku (z wyjątkiem 
1980 r.) spod moich "skrzydeł" wychodzili coraz to nowi magistrzy; 


4 Pierwszy zeszyt nosił nazwę Zeszyty Naukowe UMK, Nauki Humanistyczne, 
Ekonomia I; następne Acta Universilatis Nicolai Copernici...
>>>
281 


w sumie było ich 81. Ponadto doprowadziłem do magisterium 10 
osób z seminarium prowadzonego przez prof. Tomalę, który musiał 
przed IV semestrem kursu magisterskiego wyjechać za granicę, po- 
Wierzając mi - za moją chętną zgodą - dokończenie zajęć, ocenę 
prac dyplomowych i udział w egzaminie magisterskim. Spośród moich 
Własnych 81 absolwentów dziewięciu zostało asystentami ekonomii 
politycznej, z czego sześciu na naszym Wydziale. Dodam, że gdy 
na konkurs prac magisterskich zgłosiłem do Ministerstwa Pracy, 
Płac i Spraw Socjalnych dwie prace, jedna z nich otrzymała wyróżnienie, 
druga zaś II nagrodę (1977). 
W 1973 r. doszło do powszechnego skasowania należności za 
egzaminy kursowe, mimo że zawierane ze mną umowy o dzieło nie 
obejmowały obowiązku egzaminowania. Po kilku latach należności te 
Przywrócono, jednakże nic na tym nie skorzystałem, gdyż zmieniono 
brzmienie umów, zmuszając do egzaminowania (nb. 300 osób) za 
darmo. Biurokratyczną decyzją nie tylko zostałem pozbawiony skrom- 
nego skądinąd wynagrodzenia, lecz wyrządzono mi krzywdę moralną, 
dyskryminując moją pracę tylko dlatego, że nie byłem pracownikiem 
etatowym. Dopiero w latach 1980 - 1981 ktoś tam dopuścił emerytów 
do owych 1O-złotowych należności. Dodam zaś, że ani dyrektor Instytutu, 
ani ZNP nie reagowali na mój sprzeciw wobec tej polityki dyskryminacji. 
Ale li propos egzaminów kursowych (kończących rok akademicki): 
przepisy ministerialne układane są przez różnych urzędników (wprawdzie 
WSzystkie podpisuje minister lub wiceminister), którzy nie są ze sobą 

grani; w rezultacie jedno polecenie każe coraz to bardziej powiększać 
ltCZbę przyjętych studentów (a tym samym rośnie liczba absolwentów), 
drugie zaś każe czerwcowe egzaminy kursowe (nie licząc magisterskich) 
Odbyć w ciągu maksimum 21 dni kalendarzowych, ale 18 roboczych. 
Skoro do egzaminu staje lub stanąć powinno co najmniej 150 osób, 
prZedmiotów egzaminacyjnych jest, powiedzmy, pięć, a przerwa między 
egzaminami nie może trwać krócej niż dwa dni łatwo obliczyć, że owe 
150 osób trzeba z danego przedmiotu przeegzaminować w ciągu dwu 
dni. Przyjmując 8 godzin na egzaminowanie, otrzymuje się wynik, 
W którym 150 : (8 x 2) = 9 osób na godzinę, czyli egzamin jednej osoby 
może trwać zaledwie 6 - 7 minut. Cóż jest więc wart taki egzamin? 
Nawet przedłużenie dnia egzaminacyjnego z 8 do 12 godzin lub 
Przeznaczenie na egzamin jednego dnia z przerwy między egzaminami, 
CZyli zwiększenie czasu trwania egzaminu jednej osoby do 10 minut nie
>>>
282 


rozwiązuje problemu. Nie ma zaś, oczywiście, mowy o przedłużeniu sesji 
egzaminacyjnej. Dlatego też, o ile w pierwszych latach, kiedy do egzaminu 
przystępowało 50 - 80 osób, można było stosować ustną formę egzaminu, 
o tyle w dalszych latach, kiedy trzeba było przepytać 100 osób i więcej, 
przeszedłem - znów z własnej inicjatywy - na formę pisemną. 
Zgromadzeni w tym celu studenci, kontrolowani przez asystentów, mieli 
do napisania odpowiedzi na 3 - 5 pytań półtorej do dwóch godzin, przez 
co: a) egzamin dla wszystkich trwał nie dwa dni, lecz 1,5-2 godziny; 
b) czas ten wystarczał do dania wyczerpującej odpowiedzi na pytania. 
Dodam, iż egzamin pisemny jednocześnie pozwala: a) zwiększyć do 
maksimum obiektywizm ocen, gdyż egzaminator z reguły nie zna osób 
zdających, nie kieruje się sympatiami lub antypatiami, które mimo woli 
mogą powstawać przy egzaminie ustnym (widzi się przecież osobę 
zdającą); b) uniknąć zdenerwowania zdających (zwłaszcza "na chybcika") 
lub zredukować je do minimum (jest czas zastanowić się nad odpowiedzią); 
c) zmniejszyć wysiłek i napięcie uwagi ze strony egzaminatora, bo może on 
rozłożyć sobie na więcej niż dwa dni przeczytanie i ocenę odpowiedzi, 
gdyż wpisanie stopni do indeksów może nastąpić np. po pięciu dniach od 
dnia egzaminu. Wielu egzaminatorów trzyma się jednak dawnego 
sposobu, odrzucając pisemną formę egzaminów. 
Wydział Nauk Ekonomicznych, przekształcony wreszcie z Instytutu, 
obchodził w 1978 r. swe lO-lecie. Polegał ten obchód na zjeździe sześciu 
roczników absolwenckich (spotkanie i bal) oraz na dwudniowej 
- z udziałem przedstawicieli kilku innych ośrodków - konferencji 
naukowej na temat efektywności gospodarczej, w której wziąłem aktywny 
udział. Do mnie należało również zebranie i opracowanie materiału 
obrad w celu opublikowania go przez Dział Wydawnictw UMK s . 
Istniejące na Wydziale Ekonomicznym Koło Naukowe Studentów 
organizowało wakacyjne obozy poświęcone pracom poszczególnych 
przedmiotowych sekcji Koła (głównie w zakresie rolnictwa i przemysłu). 
Trzykrotnie podjąłem się wizytacji tych obozów: w Charzykowych, 
Kusowie pod Bydgoszczą i Człuchowie; w czasie każdej z nich miałem 
dla studentów prelekcje na ekonomiczne tematy. Wysłuchiwano ich, ale 
dyskusji nie podejmowano i z reguły nie zadawano mi pytań; przyjmijmy, 
że przyczyną tego było zmęczenie wywołane zajęciami praktycznymi 
obozowiczów. 


, Materiały z sympozjum naukowego z okazji dziesięciolecia studiów ekonomicznych 
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Toruń 1979.
>>>
283 


Moim własnym zainteresowaniom naukowym dawałem wyraz w ar- 
tYkułach i przyczynkach, które drukowałem w Acta Universitatis 
Nicolai Copernici - Ekonomia oraz w czasopismach pozatoruńskich. 
Opracowałem również cztery maszynopisy poświęcone polskim za- 
gadnieniom gospodarczym, ale warszawskie redakcje nie chciały ich 
Wydać, zasłaniając się uwagami recenzentów, które były i pozytywne, 
i krytyczne - jak to zwykle bywa - ale nie były jednoznacznie 
POchwalne. Odrzucone maszynopisy złożyłem więc w bibliotece Wy- 
działu Nauk Ekonomicznych, by z nich mogli korzystać przynajmniej 
studenci piszący prace magisterskie; wiem, że niejednokrotnie tak 
właśnie się działo. 
Nie znajdując życzliwości w rodzonym mieście, znalazłem ją w mieście 
przybranym (dobrowolnie), tj. w Toruniu. Nowy od 1975 r. dyrektor 
Instytutu Ekonomicznego, prof. Stanisław Sudoł, zachęcił mnie do 
napisania książki o spożyciu, którą by mogło wydać TNT (obaj byliśmy 
Od dawna jego członkami). Istotnie, w początkach 1978 r. w serii prac 
Popularnonaukowych ukazało się moje Spożycie. Model i sterowanie, 
które spotkało się z nader pochlebnymi recenzjami. A pod koniec tegoż 
1978 r. nakładem UMK wyszła moja ostatnia praca (w katalogu mych 
publikacji książkowych pozycja trzynasta), pt. Inflacja, która recenzji się 
nie doczekała, gdyż była nieudolnie rozprowadzona lub też redakcje 
CZasopism odmawiały publikowania recenzji książki o nakładzie mniej- 
SZym od tysiąca egzemplarzy (biurokratyczne podejście nie ma w Polsce 
granic). Na szczęście książka ta w 1980 r. doczekała się II nagrody 
Ministra Szkolnictwa Wyższego, Nauki i Techniki. 
W 1975 r. nastąpiła - jak wspomniałem - zmiana na stanowisku 
dyrektora Instytutu Ekonomicznego UMK: prof. Liczkowskiego zastąpił 
docent (wkrótce potem już profesor nadzwyczajny) Stanisław Sudoł. 
Zmiana ta oznaczała coś więcej niż rotację lub zmianę warty: przyszedł 
kierownik o szerokich zainteresowaniach i zamiarach, umiejący je 
Zresztą wcielać w życie, przedsiębiorczy i ruchliwy, doskonały organizator, 
obowiązkowy i pracowity, umiejący współżyć z ludźmi i chętny im 

omagać, przyjaźnie usposobiony do kolegów, pracowników sekretariatu 
l studentów. Stopniowo rozbudowywał Wydział. Z miejsca zreorganizo- 
wał i usprawnił sekretariat, stawiając na jego czele panią Zofię 
Kwiatkowską, która, spełniając bez zarzutu funkcję kierowniczki 
sekretariatu, potrafiła celująco ukończyć ze stopniem magistra zaoczne 
studia ekonomiczne. Obok zapracowanego i sprawnego sekretariatu
>>>
284 


muszę ocenić również dodatnio bibliotekę Wydziału, prowadzoną przez 
mgr Zofię Baranowską i mgr Iwonę Didkowską. Paniom tym oraZ 
zbiorom książkowym i czasopismom biblioteki, nad którą pieczę 
sprawował prof. Tomala, mam bardzo wiele do zawdzięczenia. 
W 1975 r. zostałem przez Universite d'Aix-Marseille III (Francja) 
zaproszony do wzięcia udziału w tzw. konferencji okrągłego stołu, 
poświęconej zagadnieniom konsumpcji. Przygotowałem i przesłałem 
odnośny referat i miałem go we wrześniu osobiście przedstawić gronu nie 
tylko francuskich naukowców, ale - niestety - w sierpniu musiałem się 
poddać (nieudanej zresztą) operacji oka i z tego powodu ominął mnie 
wyjazd na konferencję. Polską stronę reprezentował zaproponowany 
przeze mnie prof. Remigiusz Krzyżewski, a mój referat wydrukowano 
w materiałach konferencji. 
Niedoszły wyjazd do Francji natchnął mnie myślą o współpracy 
naukowej UMK z Universite d'Aix-Marseille III. Pomysłem tym 
podzieliłem się z dyrektorem Sudołem, który podjął go z radością 
i rozpoczął starania o jego realizację. Przygotowania do zawarcia 
umowy trwały jednak długo zarówno po polskiej, jak i po francuskiej 
stronie, tym dłużej, że na początek wymagały posługiwania się jedynie 
drogą korespondencyjną. Dopiero w październiku 1978 r. przybył do 
Polski prof. R. Granier, prorektor uniwersytetu francuskiego; prof. 
Sudoł ija "odebraliśmy" go na lotnisku i zawieźli do Torunia, by można 
było osobiście i bezpośrednio omówić szczegóły ustalonego wcześniej 
po rozumienia. 
W miesiąc po pobycie prof. Granier w Toruniu prof. Tomala, dr 
Tomasz Skąpski i ja udaliśmy się do Aix-en-Provence w celu definityw
 
nego zakończenia pertraktacji. Przyjęci niezwykle gościnnie i życzliwie 
przez stronę francuską, nawiązaliśmy z nią żywy, przyjacielski kontakt 
i wygłosiliśmy szereg odczytów na Wydziale Ekonomii Stosowanej 
wspomnianego Uniwersytetu. W następnym roku odwiedziło nas dwóch 
profesorów z Aix, w 1980 r. dalszych dwóch, w tym samym roku 
wizytowali Aix prof. Sudoł i doc. Tadeusz Kisielewski, w 1981 r. prof. 
Tomala udał się do Aix na półroczny staż naukowy (jako tzw. visiting 
professor),ja zaś na pobyt tygodniowy w sprawach głównie wydawniczych 
jako polski redaktor wspólnego tomu polsko-francuskiego poświęconego 
zagadnieniom szeroko ujętej konsumpcji. 
Nadeszły gorące, niespokojne dni, tygodnie i miesiące lat 1980 i 1981. 
Przeżywałem je podwójnie: w Warszawie jako obywatel, w Toruniujako
>>>
285 


prowadzący wykłady i ostatnie (dzicwiąte) seminarium magisterskie 
Oraz członek Rady Wydziału. Stosunki na Wydziale układały się dobrze, 
atmosfera była "podgrzana", ale praca nasza (w tym i moja) przebiegała 
sprawnie. W czerwcu 1981 r. pod moim przewodnictwcm odbyły się 
Wybory nowcgo dziekana, którym - na mój zresztą wniosek - został 
prof. Zygmunt Zieliński, oraz dwóch prodziekanów, którymi zostali 
dr Tomasz Skąpski i dr Konrad Sienkiewicz. 
W marcu 1981 r. spotkał mnic na Wydziale szereg przyjemności 
SZczególnego rodzaju. Z racji ukończenia przeze mnie 80 lat życia 
studenci Wydziału zaprosili mnie na spotkanie, na którym odśpiewano 
?1 i "sto lat" i wręczono olbrzymi bukiet kwiatów, następnie koledzy 
l panie z sekretariatu zorganizowali małe przyjęcie i ofiarowali mnóstwo 
kWiecia, z kolei młodzi pracownicy naukowo-dydaktyczni Zakładu 
Ekonomii Polityczncj urządzili na moją cześć "spotkanie przy świecach", 
gdzie również otrzymałem kwiaty, życzenia i "sto lat", wreszcie na 
Radzie Wydziału wręczono mi -- wraz z życzeniami - dalsze kwiaty. 
Serdecznie wszystkim jeszczc raz za to dziękuję. 
Kicdy zakończyłcm ostatnie egzaminy kursowe i magisterskie (był to 
cZerwiec 1981 r.), poinformowałem dzickana Zielińskiego, że z dniem 30 
Października 1981 r. dobrowolnie i dcfinitywnie kończę swe wieloletnie 
obowiązki w UMK. Dzicsięć lat cmerytalnych przcpracowałem w tej 
Samej co przed emerytun! liczbie godzin! Czas wreszcie odejść - moje 
l11iejscc wypełni nie ten, to inny młody naukowiec i dydaktyk; m.in. ja 
sam nad niejcdnym z nich pracowałem. Dzickan prosił jednak, żebym 
POzostał pełnoprawnym członkicm Rady Wydziału, na co wyraziłem 
Zgodę, widząc w tym jcszczc jedcn dowód wielkiej życzliwości, jaka na 
UMK otaczała mnie od 1964 r. 
Mimo że żyję wiele lat i nie mam podstaw do narzckania na los, 
UWażam za konieczne podkrcślić, iż tc 17 (dla dokładnego zaś rachunku 
--- ze względu na pobyt w Afryce - 16) lat pracy w UMK zaliczam do 
llajpiękniejszego okresu mego życia. W całym powojennym 35-leciu 

Ylko w Toruniu byłem traktowany nie tylko przyzwoicie, ale i bardzo 
zYczliwie - i to decydowało o wszystkim. Starano się ułatwiać mi 
większe i mniejsze sprawy, akccptowano moje propozycje, oceniano 
POzytywnie, nawet z uznaniem, moją pracę w UMK, popierano, a nie 
zWalczano. Wiele, bardzo wiele mam do zawdzięczcnia przyjaznemu 
stosunkowi do mnic przcde wszystkim takich ludzi jak rektorzy Antoni 
SWinarski i Ryszard Bohr, jak dziekani Stanisław Sudoł i Zygmunt
>>>
286 


Zieliński, jak profesorowie Jerzy Toma1a i Kazimierz Czyżniewski, jak 
docent Janusz Czarnek i adiunkt Roman Kiżuk. A jeżeli dodam, iż nikt 
nigdy nie kwestionował moich poglądów nonkonformistycznych, który11l 
dawałem wyraz w odczytach i wykładach (odrzucałem schematyzm 
i dogmatyzm, starałem się mówić prawdę, nawet przykrą), że wy- 
drukowano wszystkie zgłoszone przeze mnie artykuły, pisane w ty11l 
samym duchu, i że, pokonując trudności stawiane przez ówczesną 
cenzurę, wydano mi Inflację, której gdzie indziej bym nie opublikował, 
a potem wystąpiono do Ministerstwa o jej nagrodzenie, to otrzymamY 
pełny obraz stosunku Uczelni i Wydziału do mnie. I nie jest to żaden 
panegiryk pod adresem tych instytucji, lecz serdeczne podziękowanie za 
to, że w ciągu owych 16 czy 17 lat stale odczuwałem dobroczynne skutki 
wyciągnięcia do mnie pomocnej dłoni najlepszych ludzi w Toruniu.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


- 


ST ANISLA W STANISZEWSKI 


Wspomnienia dyrektora administracyjnego. 


Po wojnie, we wrześniu 1945 r. przyjechałem do Torunia. Byli tu już 
tadeusz Cieślak (późniejszy profesor), Władysław Dudek (późniejszy 
prezes Samopomocy Chłopskiej w Bydgoszczy) i Stanisław Potocki 
(Późniejszy dyrektor Instytutu Bałtyckiego w Gdańsku). Wszyscy 
zaczynaliśmy pracę w spółdzielczości. Rozpocząłem jako wiceprezes 
toruńskiej Spółdzielni Spożywców, odpowiedzialny za sprawy finansowe, 
a później również za sprawy handlowe. 
W 1948 r. zaproponowano mi prezesurę w znacznie większej 
sPółdzielni w Szczecinie. Pojechałem zobaczyć, jak sprawy wyglądają na 
l11iejscu, i po kilku dniach wróciłem. Tam, ledwie mnie poznano, a już 
proponowano mi podejrzane transakcje związane z zaopatrzeniem 
statków. Otrzymałem piękne poniemieckie mieszkanie W centrum miasta, 
ale zrezygnowałem z tego i wróciłem. Opowiedziałem o wszystkim 
!. Cieślakowi, który w tym czasie był asystentem u prof. Koranyiego 
l jednocześnie dyrektorem administracyjnym UMK. Pełnienie obu 
funkcji przez dłuższy czas było niemożliwe i Cieślak zaproponował mi 
objęcie stanowiska dyrektora administracyjnego, oczywiście po uzgod- 
nieniu mojej kandydatury z rektorem Kolankowskim. 
. Wahałem się, bo dochodziły mnie wieści, że to człowiek twardy 
l nieprzystępny. Po zapewnieniach Cieślaka, że to tylko pozory i on jest 
Przekonany, że współpraca ułoży się dobrze, mimo że Rektor jest bardzo 
wYmagający - zgodziłem się. Pierwsze spotkanie nie wróżyło jednak 


--- 
. Tekst opracowany pr.lez H. Duczkowską-Moraczewską na podstawie rozmów 
irejestrowanych na taśmy magnetofonowe w l. 1987 i 1988 (Archiwum UMK, sygn. 
-73 i 74). Tekst rozszerzony i autoryzowany 25 I 1994 r.
>>>
rys. L. Jeśmanowicz
>>>
289 


najlepiej. Kolankowski był taki jak na zdjęciach: dostojny, władczy, 
nieprzystępny. Po kilku tygodniach zgodnej współpracy doszło do 
incydentu, który o mało nie zakończył mojej pracy w Uniwersytecie. 
Rektor wprowadził taki zwyczaj, że korespondencję do podpisu przygo- 
towywał dyrektor i musiał on być obecny przy jej podpisywaniu. 
Chodziło o to, żeby wyjaśniać sprawy, których Rektor nie znał lub też 
chciał więcej o nich wiedzieć. 
Pewnego dnia przy podpisywaniu usłyszałem: -"Co mi pan tu takie 
bzdury daje do podpisu. Kto tak budżet ustalił? Tak wcale nie było" 
- i coś tam jeszcze już podniesionym głosem wykrzykiwał. Chodziło 
o to, że kilka dni wcześniej Senat uchwalił projekt podziału budżetu. Nie 
byłem jeszcze wówczas członkiem Senatu i w posiedzeniu nie uczest- 
niczyłem. Autorem pisma był ówczesny kwestor, zresztą znakomity, Jan 
Edward Hanka. Zdenerwowany krzykami Rektora, nie namyślając się, 
zabrałem teczkę z pocztą i wyszedłem. Opowiadał mi później Cieślak, że 
l.olankowski zawołał dyżurującego na korytarzu woźnego i polecił mu 
go sprowadzić. Usłyszał wówczas o mnie najgorsze rzeczy z poleceniem 
natychmiastowego wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. Sprawa 
Została wyjaśniona przez kwestora: okazało się, że wszystko było 
prawidłowo sporządzone i Rektor nie miał racji. 
Następnego dnia spotkałem się z panem Rektorem w jego gabinecie 
przy podpisywaniu kolejnej poczty. Na temat incydentu z poprzedniego 
dnia nie było mowy, zachowywaliśmy się tak, jakby nic się nie stało. 
Z Kolankowskim jako rektorem pracowałem zresztą bardzo krótko, 
tylko pięć miesięcy. Został odwołany (ze względów politycznych) i objął 
stanowisko dyrektora Biblioteki Głównej. 
Po jakimś czasie, bodajże był to już rok 1950, pan Rektor za- 
proponował mi wspólne śniadania w "Pomorzance". Byłem - rzecz 
jasna - zaskoczony, ale zgodziłem się. Rektor na śniadanie zamawiał 
dwie małe bułki, porcję masła, plasterek szynki, kawę z mlekiem 
i kieliszek brandy. Tylko kieliszek, nigdy więcej. Pierwszego dnia doszło 
do nieporozumienia między nim a kelnerem. A chodziło nie o brandy, 
a o szynkę. - "Proszę plasterek szynki" - zamawia pan Rektor. 
- "Na plasterki nie sprzedajemy, tylko na wagę. Najmniejsza porcja..." 
- próbuje tłumaczyć kelner. - "To mnie nie obchodzi, jak wy 
sprzedajecie, ja proszę o plasterek". Nie wiadomo, jakby ta dyskusja się 
skończyła, gdyby jej nie zauważył ówczesny kierownik lokalu, a przed- 
Wojenny właściciel, pan Szwiec (ojciec skoczka spadochronowego
>>>
290 


oddziału partyzanckiego AK w Górach Świętokrzyskich, Waldemara 
- pseudonim "Robot"), który podszedł do stolika i burzę zażegnał. 
Odtąd pan Rektor dostawał na śniadanie plasterek szynki. 
Rozmawialiśmy przede wszystkim o Uniwersytecie, o jego przyszłości 
- Rektor chciał koniecznie powołać Wydział Lekarski. Zaprosił nawet 
w tym celu ministra Sztachelskiego, którego znał z Wilna (był on 
wówczas ministrem zdrowia). Mocno zabiegał o powiększenie zbiorów 
Biblioteki Głównej. Udało się uratować wiele zbiorów niemieckich 
z Elbląga, Olsztyna i Fromborka, a także księgozbiorów z naszych 
dworów (Ślaskich, Gajewskich, Iwanowskich itd.). 
Rektor był również myśliwym. Mało kto dziś pamięta, że na jednym 
polowaniu w Nawrze (wówczas ten majątek należał do UMK) był 
marszałek Rola-Żymierski. Była to jesień 1948 r., o ile dobrze pamiętam. 
Wiele czasu zajmowały nam również rozmowy o sytuacji politycznej. 
Był to okres szalejącego stalinizmu, bezprawia i wszechmocy bezpieki. 
Nigdy zresztą nie mogliśmy zbyt dużo czasu poświęcać na dyskusję, bo 
nie zapominałem, że jestem przede wszystkim pracownikiem Uczelni 
i o określonej porze muszę być w Rektoracie. 
Największą jednak namiętnością Rektora były szachy. Ubolewał nad 
tym, że na Uniwersytecie nie ma godnego przeciwnika. Grywał najczęściej 
z profesorami: Hartlebem, Wyszyńskim, z Leonem Cylke, zastępcą 
dyrektora majątków uniwersyteckich, i z wieloma przygodnymi szachi- 
stami w "Pomorzance" i "Europejskiej". Z reguły wygrywał z wszystkimi 
i zaczęło go to nudzić. Kiedyś zapytał mnie, czy nie znam jakiegoś 
dobrego szachisty w Toruniu. Na szczęście znałem takiego. Zorganizo- 
wałem spotkanie w "Pomorzance" i pan Rektor przegrał pod rząd cztery 
partie. Nie mógł się uspokoić. - "Panie, kto to jest?" - zapytał mnie 
następnego dnia. - "Panie Rektorze" -- odpowiedziałem - "to jest 
jedyny toruńczyk, który przed wojną na turnieju w Toruniu potrafił 
zremisować z Najdorfem". Interesujący się szachami wiedzą, że Najdorf, 
arcymistrz, należał wówczas do czołówki światowej. - "Teraz rozu- 
miem" - odetchnął pan Rektor. Tym szachistą był księgowy w Elektro- 
wni, nie żyjący już, Wincenty Kladziński. 
Czasami wspominał też rektor Kolankowski swoje młodsze lata. 
"Było to w 1920 roku, po wojnie polsko-bolszewickiej" - mówił. 
Piłsudski postanowił urządzić galowe przyjęcie dla korpusu dyploma- 
tycznego, na które zaprosił również rektorów uczelni i inne wybitne 
osoby świata politycznego. Ówczesny rektor uniwersytetu wileńskiego 


---ł....
>>>
291 


nie mógł przyjechać i wysłał w zastępstwie prof. Kolankowskiego, który 
w tym czasie był chyba prorektorem [pełnomocnikiem Naczelnika 
Państwa ds. reaktywowania Uniwersytetu]. Zgodnie ze zwyczajem 
dziekanem korpusu dyplomatycznego był zawsze przedstawiciel Stolicy 
Apostolskiej. Czekają więc wszyscy na przyjazd Jego Eminencji, który, 
również zgodnie ze zwyczajem, przyjechać musiał ostatni. Oczywiście nie 
samochodem, tylko elegancką karetą, w towarzystwie szwadronu 
szwoleżerów. Piłsudski przedstawiał kolejno swoich gości, a pan Rektor, 
jako najmłodszy w tym towarzystwie, stał skromnie z tyłu. Gdy tylko 
nuncjusz go zobaczył, serdecznie się z nim przywitał, wycałowali się 
z dubeltówki i zaczęli przyjaźnie rozmawiać po włosku. Zaskoczenie 
było ogromne. 
Kiedy uroczystość dobiegała końca, podszedł do Kolankowskiego 
Piłsudski i zapytał - "skąd wy się tak dobrze znacie?". Okazało się, że 
pan Rektor, jeszcze przed pierwszą wojną światową, był stypendystą 
Fundacji Zamoyskich w Rzymie przez dwa lata. Tam w bibliotece 
watykańskiej poznał kustosza Achillesa Rattiego - późniejszego 
nuncjusza w Polsce, a następnie papieża Piusa Xl. Zaprzyjaźnili się, 
razem jeździli na odpusty do Albanii i krajów późniejszej Jugosławii. 
- "Było znacznie taniej niż w Rzymie, a poza tym byliśmy młodzi 
i przyjemnie było co jakiś czas wyrwać się z Rzymu" - opowiadał 
Kolankowski. 
Ludwik Kolankowski był postacią nietuzinkową. Opowiem o jeszcze 
jednym zdarzeniu. Początek lat pięćdziesiątych to szczególnie trudny 
okres mieszkaniowy. My teraz narzekamy na brak mieszkań, ale wtedy 
było znacznie gorzej. Szczególnie dotkliwie odczuwali to ci pracownicy 
naukowi, którzy uratowali swoje księgozbiory i nie mogąc ich roz- 
pakować, trzymali wszystko w skrzyniach i paczkach. Głównie dotyczyło 
to pracowników przybyłych z Wilna i Lwowa. Wielokrotne moje zabiegi 
u władz miejskich o dodatkowe locum na te właśnie książki pozostawały 
bezskuteczne. Pamiętam, że przewodniczącym Prezydium Miejskiej 
Rady Narodowej był wtedy pan Wardach. Odpowiadał niezmiennie: 
- "Co wy tu mi głowę zawracacie jakimś dodatkowym pomieszczeniem 
na książki! Macie taką dużą Bibliotekę, to niech wasi profesorowie, jeżeli 
mają tak dużo książek, oddadzą je do niej". 
Przy którymś tam śniadaniu opowiedziałem o tych swoich kłopotach 
Rektorowi. A on na to: "ministrem gospodarki komunalnej jest teraz 
Mijał. To jest mój dobry znajomy z Łodzi. Pojedziemy do niego".
>>>
292 


- "Kiedy? - spytałem. - "Jak najszybciej". Po przyjściu do biura 
usiłowałem skontaktować się z Warszawą, ale nie było to takie łatwe. 
Kiedy dodzwoniłem się już do Ministerstwa, to nie miałem szczęścia, 
żeby móc rozmawiać z ministrem. Zrelacjonowałem wszystko Rektorowi, 
a on zdecydowanie powiedział - ,jedziemy!" Przyjechaliśmy do 
Warszawy dość wcześnie i pan Rektor zaproponował śniadanie. 
Poszliśmy do "Marca" na placu Zbawiciela. Nie pozwolił mi uregulować 
mojej należności, oburzył się, przestrzegał starej zasady - płaci ten, kto 
zaprasza. 
Dotarliśmy wreszcie do sekretariatu ministra. Sekretarka po stwier- 
dzeniu, że nie jesteśmy umówieni, oświadczyła, że nie zostaniemy 
przyjęci, bo pan minister jest bardzo zajęty. - "Wierzę pani, ale proszę 
podać mu moją wizytówkę". Za chwilę wyszedł z gabinetu minister, a za 
nim kilku dyrektorów departamentów; okazało się, że prowadził jakąś 
naradę, którą przerwał, żeby nas przyjąć. Po zapoznaniu się z naszą 
sprawą wezwał właściwego dyrektora i polecił mu przygotować od- 
powiedni dokument, a sekretarce - podać nam kawę i koniak. 
Wyszliśmy bardzo zadowoleni i poszliśmy na obiad do "Bristolu". Był 
to ulubiony lokal Rektora jeszcze z czasów przedwojennych. Lokal, jak 
zawsze elegancki, kelnerzy w smokingach. Przeglądając kartę dań, 
Rektor powiedział do mnie: - "i znowu »sznycel górski«". - "Ależ 
panie Rektorze, przecież jest tyle innych dań do wyboru, nie musi pan 
jeść sznycla górskiego". - "Nie o to chodzi" - odpowiedział i wyjaśnił 
mi: - "Przed wojną był w tym lokalu znakomity kucharz, Górski, 
i specjalnością tego lokalu był sznycel ci la Górski, a nie »sznycel 
górski«. Ale pan wie, teraz jest Polska Ludowa więc to ci la jakoś 
dziwnie brzmi". Tak się dowiedziałem, skąd się wziął "sznycel górski". 
Dokument, który przywieźliśmy z Warszawy, pomógł oczywiście, ale 
nie od razu. Mieliśmy już prawo ubiegać się, przy staraniach o mieszkanie 
dla samodzielnych pracowników naukowych, o dodatkowe pomiesz- 
czenie. Nigdy bym tego nie załatwił bez Kolankowskiego. Nie był już 
rektorem, a jednak... 
Jak każdy śmiertelnik, nie był pozbawiony wad, a raczej śmiesznostek. 
Opowiadał mi jego kierowca, Lewandowski, takie zdarzenie. Jechali 
kiedyś zimą do Warszawy przez Włocławek, droga była marna, bez 
porównania gorsza niż dziś. Gdzieś na zakręcie Lewandowski "nie 
zmieścił się" i wjechał do rowu. Szczęście, że było dużo śniegu i samochód 
nie wywrócił się, ale śnieg utrudniał wydostanie się z rowu. - "Trzeba 


-...ł..
>>>
293 


wysiąść panie Rektorze" - powiedział kierowca. Pan rektor wysiadł, 
ale podniósł zaraz swoją czarną laskę ze srebrną główką i krzyknął: "ty 
rektora do rowu pakujesz! Ja ci pokażę". Pan Lewandowski był 
potężnym grubasem, ale na wszelki wypadek schował się za samochód. 
Pan rektor opanował się jednak szybko i powiedział: - "Masz 
szczęście, że teraz jest Polska Ludowa". Po tym incydencie pan 
Lewandowski nie ryzykował już podróży z Rektorem do Warszawy 
i poprosił o przeniesienie na samochód ciężarowy. Jeździł nim aż do 
przejścia na emeryturę. 
Następcą Lewandowskiego na "demokratce" (tak nazywaliśmy 
starego chevroleta z demobilu) był Nawacki (nie Nowacki, a Nawacki). 
Opowiadał mi taki wypadek. Jechał z rektorem Kolankowskim do 
Warszawy, przed Włocławkiem musiał się zatrzymać przed przejazdem 
kolejowym. Rektor jak zwykle siedział koło kierowcy z nieodłączną 
laseczką między nogami. Zaczął się denerwować, pukać laseczką, wreszcie 
powiedział do kierowcy: "idź pan do dróżnika i powiedz pan, że rektor 
jedzie" . 
Pan Nawacki posłusznie poszedł do dróżnika z prośbą: "panie 
przepuść pan nas, wiozę takiego, wie pan", tu puknął się znacząco 
w czoło. Dróżnik spojrzał na zegarek, było jeszcze trochę czasu, więc ich 
przepuścił. Po przejechaniu przez tory Rektor, zadowolony, powiedział: 
"widzisz pan, co to rektor znaczy"! 
Ludwika Kolankowskiego uważam za jednego znajwspanialszych 
rektorów spośród tych, z którymi miałem zaszczyt współpracować. 
A było ich ośmiu. Z przekonania demokrata, liberał i zdecydowany 
antykomunista. Wierzył w to, że komunizm musi upaść. - "Ja już się 
tego nie doczekam, ale Pan?" Miał do mnie zaufanie, wierzył, że nie 
pobiegnę do UB, i dlatego lubił ze mną dyskutować na tematy polityczne, 
o sytuacji w kraju, o idiotycznych oskarżeniach, o sfingowanych 
procesach. Najbardziej denerwowała go prymitywna propaganda ów- 
czesnych władz. - "Oni nas wszystkich uważają za kompletnych 
idiotów. Mam nadzieję, że sądzą po sobie". 
Następny rektor - Koranyi - to przeciwieństwo Kolankowskiego. 
I fizycznie, i psychicznie. Niski, szczupły, z wydatnym nosem, dokładnie 
taki, jakim sportretował go Zygmunt Kotlarczyk. Koranyi był przechrztą. 
Chrzczony był w Toruniu, bodajże dopiero w 1948 r. Ojcem chrzestnym 
był Tadeusz Cieślak, jego ówczesny asystent. Kto był matką chrzestną, 
niestety nie pamiętam. Żona jego, pani Kazimiera, z domu Barszczewska,
>>>
294 


bardzo sympatyczna i kulturalna pani, była siostrą adwokata lwowskiego, 
po wojnie dziekana Izby Adwokackiej w Warszawie. 
Koranyi - w przeciwieństwie do Kolankowskiego - przystępny, 
wesoły, choć bywał impulsywny i porywczy. Po prostu "nerwus". Lubił 
kawały żydowskie, oczywiście nie antyżydowskie. Przychodził do 
Rektoratu regularnie po godz. 12 (po wykładzie w Minusie) i pierwsze 
spotkanie miał zawsze ze mną. Lubił, jak zacząłem od opowiedzenia 
jakiegoś kawału czy dykteryjki. Miałem z tym pewien kłopot, bo 
kawałów żydowskich wiele nie znałem, a poza tym nie mam talentu do 
opowiadania kawałów. Z kłopotów tych wybawiła mnie dopiero świeżo 
wydana książka z dowcipami i kawałami żydowskimi, do dziś znana 
i popularna, ale autora zapomniałem. Codziennie więc zaczynałem 
urzędowanie u Koranyiego od powiedzenia dwu - trzech żydowskich 
dowcipów. Wprowadzało go to w pogodny nastrój. 
Pewnego dnia zadzwonił do mnie komendant Ochotniczych Hufców 
Pracy, kapitan Tarnowski. Nasze majątki uniwersyteckie wielokrotnie 
korzystały z jego usług, więc znaliśmy się bardzo dobrze. - "Daj mi 
samochód na godzinę, mam coś do załatwienia w Lubiczu, a nasz 
samochód nawalił". Zastanowiłem się chwilę, była godz. 10, stwierdziłem, 
że na godzinę mogę dać i dałem. Minęła godz. 12, a samochód jeszcze nie 
wrócił. Był to czerwiec, popatrzyłem na nadciągające chmury, zbliżała 
się burza. Rzeczywiście wkrótce zaczęło padać. Rektor Koranyi chodził 
do domu zawsze pieszo, mieszkał bowiem blisko, na Szymanowskiego. 
Wychodził zawsze (oczywiście były wyjątki) o 13.30, tak umówiony był 
z żoną na obiad (o tej porze wstawiała kartofle). Tego dnia chciał być 
również punktualny mimo deszczu. Wyszedł z gmachu, ale samochodu 
nie było. Od portiera dowiedział się, że dyrektor pożyczył jakiemuś 
oficerowi. Trzeba pamiętać, że był to jedyny samochód osobowy, jaki 
Uniwersytet posiadał. Ja urzędowałem na I piętrze Collegium Maius, 
obok gabinetu rektora. Wejście do mnie było przez sekretariat, i drugie 
z korytarza. W pewnym momencie stanął w drzwiach Koranyi krzycząc: 
,ja wiem, że pan ma mnie w d..., tylko bardzo pana proszę, aby miał 
mnie w d... jak deszcz nie pada". 
Incydent ten wcale nie zakłócił dobrych stosunków między nami. 
Jeszcze tego samego dnia spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo 
w Collegium Maius na odczycie prof. Ajdukiewicza, lwowskiego filozofa 
i logika, który przyjechał na zaproszenie naszego prof. Czeżowskiego. 
Rektor Koranyi był z żoną. Wiedziała o "sprawie samochodowej", 


--ł.....
>>>
295 


podeszła do mnie i powiedziała: - "panie Stanisławie, pan się chyba nie 
gniewa na Karola. Pan wie, on taki porywczy, ale on przecie nie chciał 
pana obrazić, on pana lubi". Po wykładzie podszedł do mnie Rektor, 
podał rękę i powiedział: "co - szafa gra?" - "gra" - odpowiedziałem. 
I na tym skończyło się to przykre zajście. 
Trzeba przyznać, że Koranyi miał poczucie humoru, był dowcipny. 
Opowiadali mi studenci takie zdarzenie. W czasie egzaminów na 
korytarzu jest wielu studentów: i zdających, i tych, którzy będą zdawali 
za kilka dni. Pewnego razu wyskakuje z gabinetu na korytarz student 
i podniecony mówi: "sukinsyn oblał mnie". Nie zauważył, że za nim 
wyszedł Koranyi. - "Hola panie, uważaj pan, tu Uniwersytet, tu 
obowiązują tytuły naukowe, a nie rodowe". Studentów lubił i studenci 
lubili go również. Rzadko "oblewał" przy pierwszym podejściu. Dener- 
wował się, wyrzucał za drzwi, kazał przyjść za dwa dni lub za dwa 
tygodnie, ale dwói nie wstawił. Natomiast przy drugim "podejściu" 
bywał już znacznie surowszy. 
Znane i cenione na Wydziale Prawa było seminarium doktoranckie 
prof. Koranyiego. Chodzili na nie nie tylko jego doktoranci - tzn. 
Cieślak, Matysik, Zdrójkowski, później (po powrocie z Francji) młodszy 
Cieślak, Edmund - ale i tacy asystenci, którzy doktoraty robili u innych 
profesorów. Na przykład, jak sobie przypominam, Jaśkiewicz robił 
doktorat u prof. Kurowskiego, Wandmayer, zdaje się, również. Przycią- 
gała wszystkich atmosfera, jaką potrafił stworzyć Koranyi. Była to 
atmosfera gorących, ale życzliwych wzajemnie, dyskusji. Sam lubił 
dyskutować i umiał zachęcać do tego innych. 
Zachęcony przez Tadeusza Cieślaka poszedłem i ja. Tak mi się 
spodobało, że zacząłem brać czynny udział w dyskusjach i raz wygłosiłem 
nawet referat - pamiętam do dziś - "Glosy do marksizmu", w którym 
usiłowałem przekonać uczestników seminarium, powołując się na 
niemieckiego fizyka, laureata Nobla, Haisenberga, że w naturze panuje 
indeterminizm, a nie determinizm, jak twierdzą marksiści. Pomijam już 
polityczne echa tego referatu, bo, rzecz jasna, "podpadłem" czujnym 
partyjniakom, ale pan Rektor zaczął mnie namawiać do pisania 
doktoratu. Nie mógł mnie jakoś do tego nakłonić. Pewnego razu spotkał 
moją żonę koło kościoła NM Panny i, wskazując na jakiś nekrolog na 
murze kościoła powiedział: "niech Pani mu wytłumaczy, jak to będzie 
wyglądało w nekrologu, »mgr Staniszewski « - nikt nawet nie 
spojrzy, a jak będzie» dr Staniszewski «, to już co innego, może i jakieś
>>>
296 


wspomnienie pośmiertne napiszą". Takie miał poczucie humoru. Ogólnie 
był lubiany, wyczuwało się u niego jakąś życzliwość. 
Z Kolankowskim nie lubili się. Nie wiem dlaczego, obaj przecież 
lwowiacy. Może decydowała o tym różnica charakterów, może i po- 
glądów. Koranyi, jak każdy przechrzta, był bardzo pobożny. Regularnie 
chodził do kościoła i do spowiedzi. Kolankowski, liberał, był raczej 
obojętny, był wierzący, ale nie umiem powiedzieć, czy był praktykujący. 
Koranyi był przy tym bardziej towarzyski. Raz w roku zapraszał nas 
(mam na myśli uczestników seminarium doktoranckiego) na imieniny 
swojej żony Kazimiery, do domu, na Szymanowskiego, i raz w roku na 
swoje imieniny, ale już nie do domu, ale do restauracji hotelu "Polonia". 
Po prostu dlatego, że na jego imieninach bywali niektórzy profesorowie, 
w mieszkaniu nie było tyle miejsca. Zawsze było sympatycznie i wesoło, 
mimo trudnych czasów. 
Z prof. Wyszyńskim Koranyi przyjaźnił się najbardziej. Wyszyński 
był wykładowcą prawa rzymskiego, a przez pewien czas wykładał 
również filozofię prawa. Był z natury pogodny, wesoły i życzliwy. Może 
dlatego lubił się z Koranyim, że łączyło ich podobieństwo charakterów. 
Pewnego razu spotkała nas prawdziwa niespodzianka. Zmarł prof. 
Hartleb, historyk kultury, lwowiak, przyjaciel Kolankowskiego. Poszed- 
łem z Tadeuszem Cieślakiem na mszę żałobną, która odbywała się 
w kościele NM Panny. Ku naszemu zaskoczeniu mszę odprawiał prof. 
Wyszyński, który, jak się okazało, był księdzem. Był suspendowany. Nie 
umiem dokładnie określić, za jakie grzechy Kościół takiego księdza 
karze i co mu wolno, czego nie; słyszałem, że nie może słuchać spowiedzi 
i udzielać sakramentów św., a wolno mu trzy razy w roku odprawiać 
mszę św. l z tego prawa korzystał właśnie ks. prof. Wyszyński. Byliśmy 
wówczas całkowicie zaskoczeni. Być może wiedział o tym Koranyi 
i Kolankowski, ale my obaj nie mieliśmy o tym pojęcia. Muszę jeszcze 
dodać, że Wyszyński miał wspaniały głos, czysty, donośny baryton. 
Oczywiście po wyjściu z kościoła znowu był cywilem w jasnym eleganckim 
garniturze. Kiedy zawieszona została działalność naszego Wydziału 
Prawa, prof. Michał Wyszyński przeniósł się do Wrocławia, gdzie był 
wykładowcą na uniwersytecie wrocławskim i w seminarium duchowym. 
Muszę też wspomnieć o innej, ciekawej i popularnej na Uniwersytecie 
postaci, a mianowicie o prof. Józefie Kozłowskim. Plastyk, architekt 
wnętrz, uczeń prof. Narębskiego, objął po nim kierownictwo zakładu na 
Wydziale Sztuk Pięknych. Były to czasy wszechwładnego panowania 


----ł...
>>>
297 


Partii i UB. Józio (tak będę go dalej nazywał) był wielbicielem Józefa 
Piłsudskiego i wcale się z tym nie krył. Studenci o tym wiedzieli i co roku 
19 marca witali go "Pierwszą brygadą". Doprowadzało to do znacznego 
zdenerwowania właściwe władze, ale nie umiały jakoś temu zaradzić. 
Władze uniwersyteckie nie interweniowały nigdy w te sprawy, ale znalazł 
się taki Rektor, mocno partyjny, który nie mógł tego znieść. - "Znowu 
śpiewali mu »Pierwszą brygadę« " - mówił do mnie po takim właśnie 
dniu. - "I niech pan sobie wyobrazi" - dodał - "że nie tylko z nimi 
śpiewał, ale jeszcze nimi dyrygował". Próbowałem Rektora uspokoić 
i powiedziałem: "Panie rektorze, żeby to był historyk, prawnik lub 
matematyk, to bym rozumiał, ale plastyk?" - "Ma pan rację" 
- odpowiedział Rektor - "ich traktować poważnie nie można". Po 
kilku dniach spotkałem Józia. - "Wzywał mnie Rektor" - "I co?" 
- spytałem z zaciekawieniem. - "Wszystko w porządku. Obiecałem, że 
więcej dyrygować nie będę". 
Jeżeli chodzi o administrację i zaplecze socjalno-bytowe w tych 
pierwszych latach funkcjonowania UMK, było ono znacznie skromniejsze 
niż dzisiaj. W przeważającej części składało się z byłych pracowników 
USB. Kwestor, jego zastępczyni, wszystkie dziekanaty, sekretariat, 
dyrekcja majątków, introligatornia, a nawet kilku woźnych, to wszystko 
byli pracownicy uniwersytetu wileńskiego. 
Jedynym wyjątkiem był dział gospodarczy, któremu podlegał również 
pion techniczny i gdzie królował st. sierżant Klemens Kruża, mając do 
pomocy sierżanta BetIejewskiego i sierżanta Czerwińskiego. Tego 
ostatniego przeniosłem zresztą do Sekretariatu. Był tam tylko jeden 
pracownik z Wilna - pan Magier. Zespół był zdyscyplinowany, 
obowiązkowy i pracowity, nigdy nie miałem z nim kłopotu. Pan Kruża 
potrafił wstawać tak wcześnie, by o godz. szóstej móc skontrolować 
pracę sprzątaczek w poszczególnych gmachach. 
Inna była też organizacja Uniwersytetu, np. Wydział Matematycz- 
no-Przyrodniczy obejmował: chemię, fizykę, matematykę, astronomię 
i biologię z geografią. W tym Wydziale były trzy pracowniczki, a we 
wszystkich innych tylko po dwie. W Kwesturze pracowało czternaście 
osób. Ja nie miałem zastępcy, a rektorowi pomagał tylko jeden prorektor. 
Oczywiście w miarę rozrastania się Uniwersytetu rosła i administracja, 
ale w stopniu bardzo nieznacznym. 
W 1950 r. na kierownika introligatorni przyszedł znakomity pan 
Szulc. Musiałem go mocno i długo namawiać, aby skłonić go do objęcia 


J
>>>
298 


kierownictwa po zmarłym Wincentym Januszewskim, "wilniuku". 
Pan Szulc był specjalistą od konserwacji starodruków (przed wojną 
odbył w tym zakresie przeszkolenie i praktykę w Muzeum Narodowym 
w Warszawie u prof. Lenarta), dlatego był dla nas szczególnie 
cenny, zwłaszcza dla Biblioteki Głównej. Po wojnie prowadził własny 
warsztat, ale władze mu go zamknęły, ur
ądzenia zabrały, bo zakład 
był, jak na owe czasy, zbyt duży. Część urządzeń pan Szulc odzyskał 
po 1956 r. 
W 1950 r. przyszedł też technik Piotr Czubak. Przejął od pana Kruży 
cały pion techniczny. Mimo młodego wieku doskonale dawał sobie radę. 
Od samego początku były kłopoty z zaopatrzeniem i remontami 
z powodu braków materiałowych. Raz były mniejsze, raz większe, ale 
zawsze czegoś brakowało. Najgorzej było z brakiem proszków i mydła, 
których nie wystarczało, dlatego też utrzymanie czystości w poszczegól- 
nych gmachach nie było sprawą łatwą. Trudności były też z remontami, 
także z powodu braków materiałowych. Mieliśmy własne brygady, ale 
korzystaliśmy również z usług spółdzielni. Nadbudowę piętra w gmachu 
na ul. Sienkiewicza, gdzie dziś mieści się Wydział Sztuk Pięknych, 
wykonywała Spółd7ielnia Budowlano-Montażowa. Stałe braki cementu, 
wapna, farb czy nawet gwoździ mocno utrudniały życie Czubakowi. 
Muszę powiedzieć, że nigdy nie miałem, może poza nielicznymi 
wyjątkami, żadnych problemów z pracownikami. Wszyscy, a zwłaszcza 
kadra kierownicza, starała się jak mogła najlepiej podołać nałożonym 
obowiązkom. Myślę, 7.£ udało mi się przekonać, przynajmniej tych 
wszystkich, z którymi stykałem ,ię codziennie, że administracja jest 
komórką usługową Uczelni, niczym więcej, że naszym obowiązkiem jest 
ułatwić pracę naukową i dydaktyczną. Choćby to były drobiazgi mało 
znaczące, ale ich suma już stanowi jakąś wartość. 
Teraz słów parę o domach akademickich i stołówce. Uniwersytet nie 
posiadał ani jednego domu akademickiego z prawdziwego zdarzenia. 
Najstarsza ,jedynka" na Mickiewicza była adaptowanym Domem 
Społecznym im. Józefa Piłsudskiego wybudowanym tuż przed wojną. 
Korzystaliśmy między innymi z pospiesznie adaptowanych domów na 
ul. Bydgoskiej, Rybakach i Piastowskiej. Wspólne sanitariaty, kuchenki 
gazowe na korytarzach, pokoje dwu-trzy-osobowe należały do wyjątków, 
przeważały pięcio-sześcioosobowe, a były i dziesięcioosobowe. Staraliśmy 
się wydzielać pokoje do nauki, ale nie wszędzie to było możliwe. 
Utrzymanie czystości i porządku w takich warunkach nie było łatwe.
>>>
299 


Osobnym problemem była sprawa wyżywienia takiej masy studentów, 
czyli stołówka i bufety. Stołówka mieściła się w ,jedynce". Początkowo 
prowadziła ją Toruńska Spółdzielnia Spożywców (później przemiano- 
wana na PSS). Udało mi się przejąć ją na rzecz Uniwersytetu. Przed 
przyjściem na UMK byłem wiceprezesem Toruńskiej Spółdzielni Spożyw- 
ców, miałem więc pewne osobiste "układy", które sprawę tę ułatwiły. 
Domy studenckie i stołówka stanowiły wydzielony dział administracji, 
gdzie królował Zdzisław Marzec. Muszę przyznać, że Marzec jako 
bezpośredni szef i stołówki, i domów studenckich spisywał się znakomicie. 
Pilnował czystości i porządku zarówno w kuchni, jak i w domach, 
i znany był z tego, że od rana do wieczora był zawsze na miejscu, tzn. 
albo w swoim biurze w ,jedynce", a później w "dwójce" albo w stołówce. 
Przetrwał na tym niełatwym przecież stanowisku aż do emerytury. 
Stosunek władz miejskich do Uczelni był na ogół pozytywny. Poza 
historią z Wardachem, o której wspomniałem, kontakty, które ja 
wówczas z nimi miałem, upoważniają do takiego stwierdzenia. Muszę 
powiedzieć, że do UMK odnoszono się z pewnym uznaniem i szacunkiem. 
Ale jakiejś konkretnej pomocy nie było. Nie wynikało to, mam wrażenie, 
ze złej woli kolejnych szefów władz miejskich, ale po prostu z ich 
niemocy. Nie wolno bowiem zapominać, że Województwo mieściło się 
w Bydgoszczy, która też miała wielkie ambicje, by stać się miastem 
jakiejś wyższej uczelni i rozwój UMK wcale nie leżał w jej interesie. 
Utworzenie tam Wyższej Szkoły Pedagogicznej o charakterze typowo 
humanistycznym - w sąsiedztwie UMK - było typowym nonsensem 
i musiało być potraktowane jako próba podłożenia kłody pod dalszy 
rozwój UMK. 
Jestem również przekonany, że próby rektora Kolankowskiego 
utworzenia Wydziału Lekarskiego, jego rozmowy z ówczesnym ministrem 
zdrowia Sztachelskim, zarówno w Warszawie, jak i w Toruniu, miałyby 
zupełnie inny wynik, gdyby Województwo było w Toruniu. Muszę więc 
powiedzieć, że miasto pomagało tyle, ile mo gło, a że było to niewiele, to 
już inna sprawa. Myślę, że był to bardzo trudny okres dla Uniwersytetu, 
który na szczęście już minął, mam nadzieję, bezpowrotnie. 
Budowa miasteczka na Bielanach zaczęła się od bojów o lokalizację. 
Główny projektant prof. Karłowicz z Politechniki Warszawskiej (wów- 
czas jeszcze docent) upierał się przy lokalizacji na Bielanach. Jego 
projekt spotkał się z ostrym sprzeciwem wielu członków Senatu. W ich 
przekonaniu Bielany to było gdzieś daleko za miastem; głosili, że będzie
>>>
300 


to jakieś getto nie mające powiązania z miastem itp. bzdury. Wygłaszali 
je mądrzy skądinąd profesorowie. Kosztowało to dużo wysiłku zarówno 
Karłowicza, jak i nas dwóch, tzn. Kaczmarka i mnie (Kaczmarek był 
wówczas moim zastępcą, a od czasu rektora Łukaszewicza jego delegatem 
do spraw rozbudowy), aby przekonać ówczesnego rektora Swinarskiego 
i jego następcę Łukaszewicza, że lokalizacja na Bielanach jest najlepsza. 
Udało się. 
Zaczęły się jednak nowe trudności, i to nie w sferze projektowania, 
ale pieniędzy. - "Ja wam zaprojektuję wszystko, co chcecie" - powie- 
dział Karłowicz - "tylko ile macie pieniędzy?" Trafiliśmy na bardzo 
trudny okres. Ministerstwo nie miało środków. W Departamencie 
Inwestycji dyrektorem był wtedy inż. Dżuganowski, bardzo twardy 
negocjator. 
Praca nad projektem rozbudowy zaczynała się od założeń, które 
dla każdego obiektu trzeba było opracować oddzielnie. Dla przykładu: 
dla Biblioteki Głównej robiła to pani Puciatowa (Kolankowski już 
nie żył), dla Biologii - prof. Mikulski, dla Chemii - prof. Koneczny, 
domy studenckie i stołówkę - Marzec, rektorat i aulę - ja. Do 
tego należało opracować rachunek ekonomiczny, nad którym męczył 
się Kaczmarek wspólnie z bliskim współpracownikiem Karłowicza, 
Eugeniuszem Kosiackim. 
O Marianie Kaczmarku muszę wspomnieć specjalnie. Gdy wróciłem 
na UMK w 1957 r., Kaczmarek już pracował. Był przedwojennym 
zawodowym oficerem artylerii, kończył w tym czasie u nas prawo. 
Szybko zorientowałem się, że będę miał tu istotną pomoc. Nie pomyliłem 
się. Był inteligentny, zdyscyplinowany i niezwykle pracowity. Został 
moim zastępcą, jcdnakże w 1967 r. rektor Łukaszewicz mianował go 
swoim pełnomocnikicm do spraw rozbudowy i odtąd Kaczmarek 
całkowicie poświęcił się sprawom inwestycji. Był w stałym kontakcie 
z doc. Karłowiczem i jego biurem i jcmu też Uczelnia zawdzięcza, że ta 
współpraca między Uniwersytetem a projektantami układała się tak 
znakomicie. 
Założenia wraz z rachunkiem ekonomicznym przesyłano do Depar- 
tamentu Inwestycji do dyr. Dżuganowskiego i tam dopiero zaczynała się 
walka o każdą salę czy pokój, czyli o pieniądze. Muszę powiedzieć, że 
mieliśmy w Ministerstwie dwóch przyjaciół, a mianowicie zastępcę 
dyrektora Departamentu, Józefa Pastuszkę, i naczelnika do spraw 
finansowania inwestycji, Romualda Krajewskiego. Obaj mieli wielki
>>>
301 


wpływ na Dżuganowskiego i właśnie dzięki nim udało się wiele 
wynegocjować. Obaj są już na emeryturze, ale zasługują na wdzięczną 
pamięć Uniwersytetu. 
Mnie zależało najbardziej na auli. Starałem się o to, aby tak ją 
zaprojektować, by mogły się w niej odbywać koncerty symfoniczne. 
Tego samego zdania był też młody projektant, asystent Karłowicza, 
Marek Różański. Wiązało się to z koniecznością pobudowania większej 
niż ta obecna sceny, a przede wszystkim większego zaplecza dla solistów, 
orkiestry, a także chóru. I tu się Dżunganowski oparł. Powiedział tak: 
"chce pan, aby aula pełniła również funkcję sali koncertowej? Proszę 
bardzo - pod warunkiem, że współudział w zwiększeniu kosztów 
weźmie na siebie miasto". I tak sprawa upadła. Wszystkie moje zabiegi, 
aby miasto dołożyło choć trochę grosza, skończyły się niepowodzeniem. 
Miasto nie miało pieniędzy, mogło je uzyskać tylko z Bydgoszczy, 
a w Bydgoszczy kończono właśnie budowę Filharmonii! 
Nie wszystko udało mi się również z projektem Rektoratu. Nie 
chodzi o samą bryłę, która nie podoba mi się, a o której kształcie 
zadecydował protest wojska przeciw budowie wysokościowca z uwagi 
na stosunkowo bliskie położenie lotniska. W swoich założeniach 
postulowałem, aby w Rektoracie umieścić wszystkie dziekanaty. Ścierały 
się wówczas dwa poglądy: jeden, by dziekanaty mieściły się przy 
poszczególnych wydziałach, i drugi, by usytuować je w jednym miejscu 
- w Rektoracie. Reprezentowałem drugie stanowisko, wychodziłem 
bowiem z założenia, że w gmachu Rektoratu mieści się kwestura, z której 
usług znaczna część studentów korzysta, oraz Studium Języków Obcych, 
obowiązkowe dla połowy studentów. Poza tym dziekanat to także 
miejsce urzędowania dziekana i dla żadnego rektora nie jest rzeczą 
obojętną, czy ma dziekana "pod ręką", czy tylko "pod telefonem". 
Przeważyło jednak stanowisko Ministerstwa i nie jestem do dziś pewny, 
czy ja miałem rację, czy też Ministerstwo. Jeśli jednak chodzi o aulę, to 
nadal mam pretensję do władz miasta, że nie wsparło wówczas starań 
Uniwersytetu, choćby jakąś nawet skromną sumą. 
Cały ten, wielokrotnie dyskutowany i "obcinany", projekt musiał 
jeszcze zostać zatwierdzony przez ministra Golańskiego. Ministerstwo 
było biedne, w kraju finansami tak naprawdę rządził wicepremier 
Jaroszewicz i minister Golański zdawał sobie sprawę z tego, że żadnych 
dodatkowych kredytów od niego nie uzyska. Jechaliśmy na spotkanie 
z Ministrem z pewnym niepokojem we czwórkę, tzn. rektor Swinarski,
>>>
302 


nowy rektor Łukaszewicz, Kaczmarek i ja. W naradzie poza przed- 
stawicielami resortu brał też udział doc. Karłowicz ze swoim zespołem. 
Na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie, pan Minister projekt 
zatwierdził i dopiero teraz mogliśmy przystąpić do realizacji. Zadecydo- 
wała zbliżająca się rocznica Kopernikowska. Inaczej - aż strach myśleć 
- jakby wyglądał dziś Uniwersytet. Nasz sukces odbił się oczywiście 
niekorzystnie na planach inwestycyjnych innych uczelni, dlatego też przy 
różnych spotkaniach nam to wytykano. 
Wspomniałem wyżej, że w 1957 r. ponownie powróciłem na UMK. 
Po raz pierwszy pracę podjąłem 1 czerwca 1948 r. Nagonka na mnie 
zaczęła się już w 1953 r. Był to rok w Polsce szczególny. Mnie zarzucano 
- na zebraniu partyjnym - że należałem do AK, że popieram na 
Uniwersytecie reakcję, szczególnie wileńską. Całej prawdy o sobie 
dowiedziałem się jednak dopiero na posiedzeniu Wojewódzkiej Komisji 
Kontroli Partyjnej w Bydgoszczy. Oczywiście wyjaśniono mi, że AK to 
w gruncie rzeczy zakłamani szubrawcy i reakcjoniści, a gdy poprosiłem 
o wyjaśnienie, w jaki sposób popieram "reakcję wileńską" - usłyszałem, 
że wniosłem przecież o odznaczenie złotym krzyżem zasługi kwestora 
Jana Edwarda Hankę oraz kierowniczkę sekretariatu panią Julię Zan 
(wnuczkę Tomasza Zana). Największą jednak moją zbrodnią był fakt, że 
przyjąłem do pracy Mieczysława Mariańskiego, oficera od Andersa i to 
wbrew woli Partii. Była to prawda, a na moją uwagę, że tylko na 
podrzędne stanowisko w Kwesturze, zareagowali ironicznymi uwagami, 
iż ja zamiast przyznać się z ubolewaniem do popełnionych błędów, 
usiłuję się bronić. Byli tak na mnie oburzeni, że zaczęli bić się we własne 
piersi, oskarżając się o brak czujności. - "Jak mogliśmy dopuścić do 
tego, aby taki człowiek został dyrektorem Uniwersytetu" - zawołał 
jeden z sędziów. 
Wyszedłem zdruzgotany. Nie tym, że uznano mnie za takiego 
reakcjonistę, tylko tym, że mam dwoje małych dzieci i zostałem bez 
pracy. Na szczęście miałem w Toruniu mnóstwo przyjaciół i znajomych 
i wkrótce dostałem pracę w Przed$iębiorstwie Remontowo-Montażowym 
Przemysłu Młynarskiego (obecnie SPOMASZ) jako kierownik sekcji 
umów. Oczywiście moje śniadaniowe kontakty z Kolankowskim skoń- 
czyły się, a kiedy wróciłem na Uniwersytet w 1957 r., już nie żył. 
Rektorem wówczas był prof. Henryk Szarski. Spotkaliśmy się 
przypadkowo w tramwaju. - ,,0, dobrze, że pana widzę, wpadnij pan 
do mnie, to porozmawiamy". Tak się zaczęło. Na drugi dzień, ale nie 


--AlI..
>>>
303 


w Rektoracie, tylko w jego gabinecie na Sienkiewicza, przedstawił mi 
propozycję powrotu na UMK, uzgodnioną z prof. Galonem, wówczas 
prorektorem. Byłem zaskoczony, to jasne, ale specjalnej ochoty powrotu 
nie miałem, raz dlatego, że zacząłem pracować już jako radca prawny 
w Cegielni "Grębocin" i starałem się o dalsze dwie "połówki" etatów 
w innych instytucjach. W 1957 r. powstał właśnie zawód radcy prawnego. 
Jeszcze wprawdzie ustawy nie było, ale praktycznie już wszystkie 
zakłady przyjmowały radców prawnych. Zwolniłem się właśnie z tego 
przedsiębiorstwa, w którym dotąd byłem zatrudniony, i zamierzałem 
odtąd pracować jako radca prawny. Po drugie dlatego, że Partia przecież 
nadal rządziła i nie miałem ochoty po raz drugi z jakiegoś tam 
niepowaŻllego powodu być wyrzucony. Rektor tłumaczył mi, że teraz 
inne czasy, 7.£ nie będę musiał do Partii wstępować itd. Postawiłem więc 
warunek: "Dobrze, wrócę, jeżeli pan Rektor zezwoli mi równocześnie na 
pełnienie funkcji radcy prawnego w wymiarze pół etatu poza Uczelnią". 
Rektor zastanowił się i powiedział: "Ja o tym zadecydować nie mogę. 
Muszę mieć na to zgodę ministra". Pożegnałem się, będąc przekonany, 
że takiej zgody nie uzyska. Tymczasem po kilku tygodniach nadeszła 
pisemna zgoda i nie mogłem już odmówić. 
Miałem tę satysfakcję, że gdy po trzyletniej przerwie wchodziłem na 
pierwsze posiedzenie Senatu w roku akademickim 1957/1958, zostałem 
powitany oklaskami. Przez pewien czas czułem się jednak niepewnie. 
Kilka tygodni po moim powrocie przyszedł do mnie ówczesny sekretarz 
Komitetu Uczelnianego, Zygmunt Najdowski, sympatyczny i kulturalny 
pan (późniejszy minister kultury i sztuki oraz I sekretarz Komitetu 
Wojewódzkiego PZPR w Toruniu) i proponował ponowne wstąpienie 
do Partii. Grzecznie ale stanowczo odmówiłem. 
Po kilku tygodniach wezwano mnie na posiedzenie egzekutywy 
w składzie poszerzonym o dwóch przedstawicieli Komitetu Wojewódz- 
kiego w Bydgoszczy. Zrozumiarem, że to nie żarty. Usiłowano mnie 
przekonać, że to wyrzucenie z 1954 r. to nieporozumienie, że Partia 
Uważa mnie za całkowicie zrehabilitowanego, ma do mnie zaufanie itp. 
Ponownie stanowczo odmówiłem. Byłem przekonany, że za kilka dni 
otrzymam grzeczną propozycję złożenia rezygnacji ze stanowiska, ale ku 
mojemu zł7iwieniu nic takiego się nie stało. Sądzę, że zawdzięczam to 
pewnej "odwilży", jaka w 1957 r. jeszcze w Partii istniała. Nie obyło się 
jednak bez pewnych reperkusji, które odczułem dopiero po niejakim 
czasie. Wszyscy moi koledzy bezpośrednio podlegający mi służbowo
>>>
304 


otrzymywali na mój wniosek Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia 
Polski, tzw. "chlebowy", a ja nie. O odznaczenie mnie wniosek musiał 
złożyć rektor Lukaszewicz. Tłumaczył mi: - ,jak pan to sobie wyobraża, 
nie dość, żejest pan wyrzucony, to jeszcze odmawia pan, i to dwukrotnie, 
powrotu do Partii. Przecież pan wie, że taki wniosek musi Partia 
poprzeć". Miał rację! I krzyża nie dostałem. 
Z Uczelni odszedłem w 1973 r. i od tego czasu poświęciłem się 
całkowicie zawodowi radcy prawnego.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


AD ELA STYCZYŃSKA 


Anglistyka i romanistyka na UMK (1945-1951Y 


Katedra Filologii Angielskiej UMK powstała późną jesienią 1945 r. 
Pierwsze wykłady rozpoczęły się w grudniu, tak jak na innych kierun- 
kach [pierwszy wykład był już jednak 24 listopada]. Kierownikiem 
Katedry został zastępca profesora dr Józef Szczepkowski. Wykłady 
początkowo odbywały się w auli Collegium Minus, wkrótce po rozpo- 
częciu zajęć jednak przeniesiono je do pomieszczeń Zakładu na I piętrze 
tego gmachu. 
Pierwszy rok - dalszych lat jeszcze nie było - liczył ok. 25 osób. 
Sądzę, że wszyscy absolwenci UMK, a chyba także i innych uniwer- 
sytetów w Polsce, którzy rozpoczynali studia późną jesienią 1945 r., 
pamiętają tę niezwykłą atmosferę entuzjazmu, która trwała na wykładach 
i seminariach. Zaczynaliśmy pracę w warunkach pionierskich, ale może 
nigdzie nie było to tak uderzające jak na anglistyce. Profesor Szczepkow- 
ski był sam, nie miał asystentów. Katedra nie miała księgozbioru. 
Profesor miał własną bibliotekę, którą jakimś cudem udało mu się ocalić 
- przynajmniej częściowo - z katastrofy wojennej. Katedra miała "na 
dobry początek" jedenaście (sic!) książek, w tym Consise Oxford 
Dictionary, historię literatury angielskiej prof. Tarnawskiego (po polsku) 
i - niesłychane, wręcz humorystyczny fakt - Debretta, czyli heraldykę 
angielską, księgę arystokracji najprawdopodobniej zjakiegoś "szabru"l. 


. Tekst złożony do druku w 1990 r. 
I Po likwidacji anglistyki na UMK książki te trafiły do Biblioteki Głównej. Dziś są 
w niej dwie książki Johna Debretta: Dehretts Peerage, Baronetage, Knightage and 
Companionage. Revided hy the Nohility and Ari.l'tocracy, London 1900; Peerage oj 
England, Scotland and [reland: eon ta in ing an account oj aU the peers oj the United 
Kingdom ol Great Britain and !re/and, London, voL 2, l X06.
>>>
-- 
u 


/( 


rys. L. Je.rmanowicz
>>>
307 


Pamiętam żywo pierwszy wykład prof. Szczepkowskiego z historii 
literatury angielskiej. Był to wykład inaugurujący nasze zajęcia. Sie- 
dzieliśmy zasłuchani i zafascynowani historią inwazji Anglów, Sasów 
i Jutów na Wyspy Brytyjskie, notowaliśmy skrzętnie (przecież nie 
było podręczników) fakty o przemieszczaniu kultur, powstawaniu 
nowego narodu z całą złożoną historią jego języka i literatury. 
Profesor wykładał po angielsku i wszystkie wykłady prowadzone 
były w tym języku, z wyjątkiem wykładu z historii Anglii, który 
zgodnie z regulaminem studiów udostępniono studentom innych kie- 
runków. Profesor Szczepkowski mówił językiem prostym, jasnym 
i eleganckim. Jego wykłady były świetną szkołą języka angielskiego 
dla wszystkich słuchaczy, którzy zresztą przyszli na studia z różnym 
poziomem przygotowania po latach wojny. 
Warunki, jak wspomniano, były pionierskie, także jeśli chodzi 
o lokal. Wprawdzie audytorium w Collegium Minus doskonale nadawało 
się do wykładów dla szerszego grona słuchaczy, ale w pierwszych 
tygodniach roku akademickiego różnie bywało z opałem. Siedzieliśmy 
więc w płaszczach i notowaliśmy zgrabiałymi palcami szczęśliwi, że 
jesteśmy właśnie tu, że możemy studiować, że to, co słyszymy z katedry, 
jest tak pochłaniające. 
Mrozy były ostre zimą 1945/1946 roku. Któregoś dnia saperzy 
wysadzali lód na Wiśle i po jakiejś większej eksplozji wyleciały szyby (a 
było to prawie pół ściany) w auli Collegium Minus. Stało się to przed 
południem, ale po południu szyby już były wstawione i gdy przyszliśmy 
na wykład wieczorem, opowiadano sobie o tym wydarzeniu jako 
o zabawnej sensacji dnia, a ślady tego, co się stało, widać było jeszcze po 
kątach gdzie topniały trójkąciki śniegu... 
Nasze zainteresowanie i zaangażowanie w studia było niewątpliwie 
spowodowane "wygłodzeniem" umysłowym po latach koszmaru wojen- 
nego. Byliśmy szczęśliwi, że ocaleliśmy, że otwierają się przed nami nowe 
perspektywy. Zapał do nauki, pragnienie wiedzy nie były dla nas 
zużytymi sloganami; to było autentyczne przeżycie, źródło energii, które 
dawało nam siły wbrew trudnym warunkom na co dzień. Nasz własny 
entuzjazm, dynamika młodych ludzi, świadomość, że przyszedł czas 
pokoju, czas życia i budowania, znajdowały rezonans w postawie 
naszych profesorów, a ich własny zapał do pracy, radość dzielenia się 
wiedzą z chłonnym audytorium stanowiły niepowtarzalną atmosferę, 
swoiste i jedyne w swoim rodzaju "sprzężenie zwrotne".
>>>
308 


Humanistykę UMK tworzyli wspaniali ludzie. Byli to wybitni uczeni, 
profesorowie w przeważającej części z dwóch wielkich uniwersytetów 
polskich - Uniwersytetu Stefana Batorego z Wilna i Uniwersytetu Jana 
Kazimierza ze Lwowa (ale nie tylko), którzy mieli za sobą trudne, 
czasem tragiczne, przeżycia okresu wojennego; ludzie oddani całkowicie 
pracy z młodzieżą. 
Profesor Józef Szczepkowski, kierownik Katedry Filologii Angielskiej, 
był postacią oryginalną, niezwykle barwną, chciałoby się powiedzieć 
renesansową, ale nie - to był właśnie człowiek XX w. Syn emigrantów 
polskich z Mazur z końca XIX w., urodził się w Nowym Jorku, 
w Brooklynie, już jako obywatel USA. Nie znał polskiego, ale gdy jego 
bracia zmienili nazwisko, on pozostał przy jego polskim brzmieniu. Jako 
student został zmobilizowany w czasie I wojny światowej do marynarki 
USA i życie marynarza wywarło niezatarte, wręcz conradowskie, piętno 
na jego charakterze. Po zakończeniu wojny i demobilizacji przyjechał do 
Polski, żeby poznać kraj swoich przodków i odwiedzić polską gałąź 
rodziny. I tu pozostał. Ożenił się z Polką, dr Zofią Makowską, 
i zamieszkał w Toruniu. W latach międzywojennych wyjeżdżał na studia 
do Cambridge, był także przez wiele lat wykładowcą w Szkole Marynarki 
Wojenncj w Toruniu i pływał ze swoimi uczniami - podchorążymi 
marynarki - na statku szkolnym "Iskra" po morzach świata. Profesor 
lubił nawiązywać do tamtych doświadczeń i były w jego wspomnieniach 
wątki godne Conrada. Przez cały czas miał obywatelstwo USA i mówił 
po polsku z błędami. Na wiosnę 1939 L, gdy sytuacja stawała się coraz 
bardziej napięta, zrzekł się obywatelstwa amerykańskiego i przyjął 
polskie. Konsul USA powiedział do niego w najwyższym zdumieniu: 
"Pan chyba zwariował - przecież będzie wojna, może pan wyjechać do 
Stanów!" - "Tylko szczury uciekają z tonącego okręgu" - odpowiedział 
marynarz. 
W czasie wojny Profesor został wysiedlony z rodziną z Torunia. 
Wojnę przeżył w Warszawie, a po powstaniu warszawskim znalazł się 
w Krakowie i tam został zaangażowany w Katedrze Filologii Angielskiej 
u prof. Romana Dyboskiego. Wkrótce po jego śmierci przyjechał do 
Torunia na zaproszenie dziekana prof. Konrada Górskiego, który mu 
powierzył zorganizowanie anglistyki na UMK. Profesor Szczepkowski 
łączył powołanie nauczyciela i uczonego z powołaniem duchownego. Był 
pastorem i superintendentem metodystów w Polsce i ta działalność była 
drugim, niezwykle mocnym, nurtem kształtującym jego osobowość. Był
>>>
309 


wspaniałym chrześcijaninem i nauczycielem akademickim. Angażował 
się z całą mocą w pracę dydaktyczną w nieprawdopodobnym wprost 
wymiarze godzin, zwłaszcza w pierwszym roku. Dopiero pod koniec 
roku akademickiego 1945/1946 mógł zaangażować pierwszą asystentkę 
- autorkę tych wspomnień - i wkrótce potem dwie następne, Katarzynę 
Drathównę i Marię Borysównę. Asystentki, choć same jeszcze były 
"surowym materiałem" i nie miały pełnych kwalifikacji (Katarzyna 
Drathówna miała już magisterium z filologii klasycznej uzyskane przed 
wojną), angażowały się wzorem swego Mistrza w zajęcia dydaktyczne, 
mogły go już odciążyć na lektoratach ogólnouniwersyteckich, a przede 
wszystkim w sprawach administracyjno-organizacyjnych Katedry. 
Wykłady Profesora były ogromnie interesujące i pobudzające do 
dyskusji. Seminaria dawały możność prowadzenia tej dyskusji wprost na 
zajęciach. Od razu wysunęły się na pierwszy plan zagadnienia moralne. 
Studenci żywo odczuwali ogromny wkład pracy Profesora, czas, który 
nam poświęcał i to dopingowało nas wszystkich. Profesor był człowiekiem 
o ogromnym poczuciu humoru, przy tym wielkiej szlachetności i dobroci. 
Z natury łagodny, na egzaminie "nie popuścił" i wymagał solidnej pracy. 
Są egzaminy, których student się boi, gdy np. profesor jest wielkim 
erudytą; bywają surowsi, nawet sarkastyczni egzaminatorzy, zadający 
dowcipnie sformułowane, ale podstępne pytania. O egzaminach na 
prawie krążyły legendy i anegdoty, niektóre zresztą bardzo dobre. 
Student zdający u prof. Szczepkowskiego wstydził się zrobić zawód 
Profesorowi, niezależnie od tego, czy przedmiot go interesował, dlatego 
przygotowywał się solidnie. Wiadomo było także, że egzamin trwa 
godzinę, albo blisko tego i Profesor będzie miał czas przekonać się, jak 
solidna - albo jak powierzchowna - jest wiedza zdającego. Stosując 
czasem system amerykański, Profesor przeprowadzał testy pisemne. 
Wychowywał nas do samodzielności i uczciwości. Ściąganie było uważane 
za nieuczciwą grę, za postępowanie wbrew zasadom fair play. Chciał 
mieć do nas zaufanie - staraliśmy się go nie zawieść. 
Katedra rozwijała się dzięki staraniom Profesora i bardzo życzliwemu 
poparciu dziekana Wydziału, prof. Konrada Górskiego i władz Uczelni. 
Powiększał się księgozbiór. W podziemiach Collegium Maius leżały 
stosy książek zwiezionych z bibliotek poniemieckich. Pieczę nad tym 
magazynem miał dr Walerian Preisner, lektor języka włoskiego, później 
docent. Znaleźliśmy w magazynie całe mnóstwo klasyków w wydaniach 
Tauchnitza i innych, które pozwoliły zaspokoić pierwsze potrzeby, jeśli
>>>
310 


chodzi o lektury. Wkrótce potem, dzięki współpracy z British Council, 
otworzyły się możliwości sprowadzania książek z Anglii. Biblioteka 
wzbogaciła się o wiele cennych pozycji, naj nowszych opracowań 
krytycznych, a także szereg publikacji, pięknie ilustrowanych, z historii 
sztuki angielskiej. Katalogowanie przypadło w udziale autorce wspo- 
mnień, która z wdzięcznością wspomina pomoc okazywaną jej przez dr 
Marię Dunajównę z Biblioteki Głównej. 
Drugi rok studiów rozpoczynał się w znacznie lepszych warunkach. 
Przyszedł nowy rocznik anglistów, który był także pełen entuzjazmu 
i zapału do pracy. A praca stawała się coraz bardziej normalna, studia 
coraz bardziej pogłębione. Wychodziliśmy z pionierskiej walki o byt. 
W 1949 r. prof. Szczepkowski wyjechał na dwa lata do USA. Istnienie 
anglistyki było przez krótki czas zagrożone, ale sytuację uratowały 
władze Uniwersytetu. Wybitną rolę odegrał w tym prof. Zygmunt 
Czerny, ówczesny prorektor UMK. Zwrócił się o pomoc do kierownika 
Katedry Filologii Angielskiej w UAM, profesora Bernarda Massey, 
Anglika, przyjaciela Polski, który, ożeniony z Polką, osiedlił się w naszym 
kraju i prowadził anglistykę w Poznaniu. Profesor Massey sam do nas 
dojeżdżać nie mógł, ponieważ był inwalidą wojennym, ale miał w swoim 
zespole adiunkta, dr Irenę Dobrzycką, która zgodziła się podjąć trud 
prowadzenia zajęć na anglistyce w Toruniu. Była to bardzo szczęśliwa 
decyzja dla toruńskiej anglistyki. Wiosną 1989 r. Uniwersytet Warszawski 
obchodził jubileusz prof. Dobrzyckiej, która dziś należy do naj starszych 
i najbardziej zasłużonych anglistów polskich. Dziękowałam jej wtedy, 
wymieniając jej zasługi, także za uratowanie anglistyki toruńskiej. 
Doktor Dobrzycka dojeżdżała do Torunia dwa razy w miesiącu 
i wtedy komasowaliśmy jej zajęcia. Specjalizowała się w literaturze 
wiktoriańskiej, zwłaszcza powieści. Poprowadziła zajęcia energicznie, 
sprawnie, ucząc nas dobrej "roboty warsztatowej". Dotychczas nasze 
zainteresowania koncentrowały się na poezji i dramacie, dr Dobrzycka 
natomiast prowadziła bardzo interesujące seminarium z powieści, 
zwłaszcza wiktoriańskiej i wczesnego modernizmu. Wkrótce także nasz 
zespół wykładających powiększył się o wybitnego szekspirologa z War- 
szawy, Witolda Chwalewika, później profesora. Zajęcia zjęzykoznawstwa 
objął prof. Eugeniusz Słuszkiewicz. Profesor Chwalewik prowadził 
seminarium z Hamleta i przygotowywał wtedy swoją własną wersję 
tłumaczenia tej tragedii. Miał bardzo indywidualne, czasem może nawet 
zbyt oryginalne, interpretacje, m.in. nie zgadzał się ze słynną interpretacją
>>>
311 


roli Hamleta przez Laurence'a Oliviera, którego film właśnie wszedł na 
ekrany, ale niewątpliwie był jednym z najwybitniejszych szekspirologów 
i renesansistów w Polsce. Zajęcia te, bardzo interesujące, świadczyły 
o erudycji i szerokich horyzontach uczonego. Kuratorem Katedry 
w okresie nieobecności prof. Szczepkowskiego był początkowo prof. 
Słuszkiewicz, a w następnych latach prof. Czerny. Była to bardzo cenna, 
życzliwa opieka i dobra współpraca, ale jednocześnie sytuacja, w jakiej 
znalazła się Katedra, wymagała dużej samodzielności od asystentek, 
które pracowały harmonijnie i praktycznie wykonywały całość roboty 
administracyjnej z planami zajęć, sprawozdaniami i biblioteką włącznie. 
Profesor Szczepkowski wrócił, gdy Katedra - niestety jak wiele 
innych katedr neofilologicznych w Polsce - była już w stanie likwidacji. 
Witaliśmy go z radością, ale decyzja Ministerstwa o zamknięciu Katedry 
była dla nas ciosem. Stało się to po pięciu latach wielkiej pracy, 
wspólnego dążenia do rozwoju Katedry, w doskonałej koleżeńskiej 
atmosferze, w serdecznym kontakcie z profesorami. Pod koniec 1950 r. 
(dokładnie 13 grudnia 1950 r.) dyplomy uzyskały pierwsze magistrantki 
(Drathówna i Styczyńska), następni magistranci wyszli w 1951 i 1952 r. 
Angliści UMK rozjechali się po świecie, poszli do szkół średnich, 
niektórzy zostali zatrudnieni jako lektorzy. Profesor Szczepkowski 
został dyrektorem Collegium Metodystów w Warszawie i prowadził tę 
szkołę języka angielskiego do emerytury. Czuł się jednak zawsze związany 
z UMK i zgodził się objąć lektoraty na poszczególnych wydziałach. 
Prowadził je w niewielkim wymiarze jeszcze po przejściu na emeryturę. 
Miał serdeczne kontakty z uczniami do końca życia. 
Doktor Irena Dobrzycka została przeniesiona służbowo po za- 
mknięciu Katedry Filologii Angielskiej na UAM w Poznaniu - do 
Warszawy. Przez szereg lat,jużjako profesor, była dyrektorem Instytutu 
Filologii Angielskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Wykształciła kilka 
pokoleń anglistów, niektórzy z jej uczniów są dziś profesorami. 
Spośród absolwentów UMK wymieniam bardziej znanych i wybit- 
nych: mgr Anna Rostworowska została lektorką na UMK, Katarzyna 
Drathówna - nauczycielką angielskiego w liceum w Kutnie, Maria 
Borysówna - w Częstochowie; Witold Rumszewicz i jego żona 
Aleksandra Siudowska - lektorami w Wyższej Szkole Rolniczej 
w Kortowie-Olsztynie; Joanna Szmelterowa pracowała w Bydgoszczy, 
Irena Maćkowiak-Bzdęgowa została lektorką UAM w Poznaniu; Felicja 
Cłunurzyńska-Tietzowa - była wieloletnią lektorką w Uniwersytecie
>>>
312 


Łódzkim i Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Autorka wspomnień była 
przez wiele lat lektorką angielskiego głównie na Wydziale Humanistycz- 
nym, ale także na Matematyczno-Fizyczno-Chemicznym i na Wydziale 
Sztuk Pięknych UMK. Obecnie jest profesorem literatury angielskiej 
w Instytucie Filologii Angielskiej Uniwersytetu Łódzkiego. 
Po 1956 r. absolwenci UMK, lektorzy wyższych uczelni, spotykali się 
na kursach języka angielskiego organizowanych przez Ministerstwo 
Szkolnictwa Wyższego we współpracy z British Council i Ambasadą 
USA. Celem tych kursów było podniesienie kwalifikacji zawodowych 
lektorów. Stopniowo także nastąpiło reaktywowanie katedr filologii 
angielskiej na poszczególnych uniwersytetach. Ponowne otwarcie Katedry 
Filologii Angielskiej na UMK 2 jest sukcesem władz Uniwersytetu 
i radością dla dawnych absolwentów tej Uczelni. 


Kolo Anglistów 


Już pod koniec pierwszego roku studiów zostało powołane Koło 
Anglistów, którego kuratorem został prof. Szczepkowski, a pierwszym 
prezesem - Ignacy Dargiewicz. Działalność Koła rozwinęła się dyna- 
micznie w krótkim czasie i szła w dwóch kierunkach: była to w dużym 
stopniu praca samokształceniowa oraz żywa działalność towarzyska. 
W pionierskich latach, gdy z trudem zdobywaliśmy księgozbiór brako- 
wało podręczników, a ksero nie istniało, członkowie Koła przygotowywali 
i wygłaszali referaty o różnej tematyce, a więc o najnowszej poezji 
angielskiej (z recytacjami), o dramacie - w tym oczywiście o Szekspirze 
- a także o teatrze G. B. Shawa, którego sztuki wtedy były dość często 
grywane w Polsce. Niewątpliwie Horzyca, który wystawił Majora 
Barbarę, a później ambitnie - Cezara i Kleopatrę i Czarną Damę 
z Sonetów, przyczynił się do zainteresowania dramatem Shawa. Mieliśmy 
również bardziej osobiste kontakty z aktorami teatru Horzycy: Broni- 
sława Frejtażanka, wybitna aktorka charakterystyczna, uczęszczała na 
wykłady prof. Szczepkowskiego z literatury i uczestniczyła w naszych 
spotkaniach towarzyskich. Któregoś dnia grupa anglistów odwiedziła za 
kulisami aktorów w czasie dłuższej przerwy. Były to - jak to już ktoś 
napisał - "wieki e dni Małej Sceny". Ambitny młody zespół Horzycy 


2 W 1983 r. powołano Zakład Filologii Angielskiej, następnie przekształcony 
w Katedrę. Studia wznowiono w 1987 r.
>>>
313 


był popularny wśród młodzieży akademickiej, każda nowa sztuka była 
wydarzeniem w naszym życiu kulturalnym. 
Życie towarzyskie Koła Anglistów znajdowało odzew w kołach 
bratnich filologii. Herbatki anglistów, na których nie było nigdy kropli 
alkoholu, miały zwykle (choć to nie była reguła) część naukową 
- referat, po którym następowała część towarzyska. Bardzo szybko 
zyskaliśmy w Uniwersytecie dobrą sławę wśród kolegów. Zapraszaliśmy 
na nasze spotkania polonistów, a także kolegów z Wydziału Prawa, 
którzy uczęszczali na lektoraty prof. Szczepkowskiego i z którymi 
zaprzyjaźniliśmy się na letnich obozach akademickich urządzanych 
przez Caritas Academica (była to Caritas sprzed 1948 r.). Honorowymi 
gośćmi byli oczywiście kurator Koła, prof. Szczepkowski, czasem także 
- dziekan Wydziału Humanistycznego prof. Konrad Górski. Za- 
praszaliśmy również adiunkta dr Irenę Sławińską, która bardzo dobrze 
znała angielski i chętnie uczestniczyła w naszych spotkaniach. Poloniści 
odwzajemniali się nam i zapraszali nas na swoje herbatki, które również 
miały świetną reputację. Atmosfera spotkań anglistycznych i poloni- 
stycznych była znakomita. 
Prezes Koła, Ignacy Dargiewicz, syn prof. Konrada Dargiewicza, był 
pełen inicjatywy i energii. Bardzo dobrze prowadził Koło, ale niestety ze 
względów rodzinnych musiał dość szybko ustąpić, tym bardziej że 
wyjechał z Torunia. Jego następcą został Witold Rumszewicz, też 
energiczny, wspaniały kolega, przy tym zamiłowany sportowiec. 
Ignacemu Dargiewiczowi zawdzięczamy pamiątkowy album Koła 
dedykowany profesorowe. Album ten, zestawiony przez małą grupkę 
dowcipnych anglistów, o wyraźnym zacięciu satyrycznym, zawierał 
portrety członków Koła z odpowiednim tekstem dla każdej osoby. 
Portrety - w tym niecodzienna wartość albumu - rysował z naszych 
fotografii prof. Konrad Dargiewicz. Były to kapitalne kompozycje 
zawierające szczegóły charakterystyczne, czasem w rysach, czasem w tle 
głowy modela. A więc Profesor - głowa wynurzająca się z morza i łodzi, 
nad łodzią gwiaździsta bandera, a podtrzymuje ją lew brytyjski - alu7ja 
do podwójnego rodowodu Profesora: kraju jego urodzenia i kraju 
studiów w Wielkiej Brytanii. Ten jeden tekst nie był satyryczny, nie 
z obawy, żeby nie urazić Szefa, ale o tym pogodnym szlachetnym 
człowieku n,ie można było mówić z satyrycznym zacięciem. Profesor 
Dargiewicz bardzo dobrze uchwycił półuśmiech Profesora i to raczej nie 


3 Album ten przechowuje do dziś autorka tych wspomnień.
>>>
314 


ze zdjęcia, ale z natury. 7
by jednak ten portret naszego Mistrza nie był 
przesłodzony, warto dodać, że koledzy używali sobie najego polszczyźnie 
i notowali co celniejsze kawałki z jedynego wykładu, który Profesor 
prowadził po polsku, mianowicie z historii Anglii. Na drugim roku 
jednak Profesor zdecydował i ten wykład prowadzić po angielsku. 
Herbatki odbywały się raz na sześć tygodni lub dwa miesiące, czasem 
częściej, w zależności od materiału referatu, okoliczności i nastroju. 
Obchodziliśmy uroczyście imieniny Profesora 19 marca w nastroju 
nadchodzącej wiosny. Przed Świętami Bożego Narodzenia była jemioła 
(ale tylko dla dekora
ji) i śpiewanie kolęd angielskich, które są równie 
piękne jak polskie. Udzielał się nam bardzo na "sesjach muzyki" kolega 
polonista, Zygmunt Dokurno, który grał na instrumencie i został przez 
anglistów ochrzczony wdzięcznie i muzycznie -- "Nokturno". Zdarzało 
się, że grupa anglistów rozchodziła się rozbawiona po herbatce wieczorem 
i z daleka słychać było jeszcze murzyńskie rytmy śpiewane w dialekcie: 
Oh, I went down South 
For to see my Sal, 
Sing Polly WoBy Doodle all the day... 


I am going to Louisiana 
F or to see my Suziana, 
Sin g Polly WoBy Do(){ile 
AlI the day! 


Koło Anglistów miało swoją skromną bibliotekę, w której było parę 
bieżących czasopism, wśród nich także magazyny angielskie i amerykań- 
skie przysyłane w ramach darów z Ambasady USA czy British Council. 
Prowadziła tę bibliotekę bezinteresownie młodsza koleżanka, Małgosia 
Lampartówna, która także studiowała romanistykę. W miarę jak 
nadchodziły smutne wiadomości o zamiarach Ministerstwa dotyczących 
zamknięcia anglistyki toruńskiej, likwidacji także uległa biblioteka Koła 
i zakończona została jego działalność. 
Zgodnie z systemem studiów obowiązującym do końca 1950 r. 
student wybierał przedmiot główny i przedmiot poboczny. Angliści 
wybierali dość często historię sztuki, czasem psychologię, także inne 
filologie --- germanistykę, romanistykę, rzadko polonistykę. Rzadko, 
ponieważ polonistyka jako przedmiot poboczny obejmowała zbyt wiele 
zajęć i w praktyce rozrastała się do przedmiotu głównego, a pogodzenie
>>>
315 


dwóch przedmiotów o takim wymiarze hyło praktycznie niemożliwe. 
Spośród polonistów radziła sobie z tym dobrze Maria Borysówna. 
Wykłady z literatury na polonistyce miały wielką sławt;:, przychodzili 
na nie także studenci innych kierunków. Najpopularniejszą postacią 
wśród profesorów na filologii polskiej był dziekan Wydziału Hu- 
manistycznego, prof. Konrad Górski, który z wielkim rozmachem 
organizował studia na Humanistyce,. sprowadzał doskonałych spe- 
cjalistów, powołał nowe kierunki, przed wojn:! repre;;entowane nie 
we wszystkich ośrodkach uniwersyteckich w Poisce, jak np. filologia 
angielska. Autorka wspomnień uczt;:szczała regubrnic w ciągu I roku 
studiów na proseminarium z poezji i wykłady o twÓrcwści Kocha- 
nowskiego oraz z teorii literatury prowadzone przez prof. Górskiego. 
Proseminarium odbywało się wieczorem. Pierwszy rok polonistyki 
był liczny i zajęcia odbywały się w auli Colleg.ium Minus. W sali 
było zimno, tak jak na wykładach z literatury angielskiej, siedzieliśmy 
w płaszczach. Profesor Górski tak:i,c przychodził w płaszczu, ale 
żeby mieć swobodę ruchów, zdejmował go, zarzucał Ha ramiona 
jednym zamaszystym ruchem jak peleryny (płaszCl. był czarny) i roz- 
poczynał analizę kolejnego utworu poetyckiego. Słuch,lliśmy inter- 
pretacji Sonetów krymskich. Metafory, obrazy w analizie Profesora 
przenosiły nas w świat daleki od codziennej r:;,cclywist IJści. W zimowy 
wieczór strofy A/uszty w dzień wywołały nagłe wi:rj\
 rnur;::l w słońcu: 
W twoich pianach gra światło 
Jak w oczach tygrysa... 


Znikały ściany sali, wyobraźnia wyświetlała swÓj film z cgLOtyczną 
scenerią. Zajęcia Profesora były przeżyciem e
;tcLycznyrn i s/koh! analizy 
literackiej. 


Romanistyka 


W końcu zimy 1946 r. przyjechał ze Lwowa :lC W",Hm zespołem 
asystentek prof. Zygmunt Czerny. Romanistyka tOft!ll'
ka nie miała 
wielu słuchaczy, ale była to Katedra doskonale ,
org:J() l..dWdna. Ogło- 
szono zebranie informacyjne dla kandydatÓw n.l fOfil:ltllstykt; W Col- 
legium Minus. Idąc na zebranie spotkałam szcZlIpL',I',o S/
lt,!la w czarnym 
płaszczu (wciąż nie było za ciepło w gmachach) c.p:lccfllj
!Ccgo szybkim
>>>
316 


krokiem po korytarzu. Twarz surowa, śniada, binokle, ściągnięte brwi 
- prof. Czerny. Zebranie było rzeczowe, sprężyście prowadzone, start 
pracy już w następnych dniach. W ciągu lat studiów na romanistyce 
prof. Czerny ukazywał się nam jako erudyta, świetny znawca literatury 
francuskiej i języka, doskonały dydaktyk. Był - jak wielu profesorów 
tamtego pokolenia - literaturoznawcą i językoznawcą. Zajęcia na 
romanistyce pochłaniały mnóstwo czasu studentom, wymagały wielkiego 
wkładu pracy i dawały ogromne korzyści. Na jednym z pierwszych 
proseminariów Profesor rozmawiał indywidualnie z każdym słuchaczem 
- a raczej słuchaczką, bo kierunek był prawie całkowicie sfeminizowany 
- pytając o zainteresowania, przygotowanie do studiów i uprzedzał, że 
praca na kierunku romanistyki jest bardzo angażująca i będzie konsek- 
wentnie egzekwowana. Lubił powtarzać: - "La philologie fran
aise est 
une maitresse jalouse qui n'admet pas de rivales!". 
N a wiele lat przed oficjalnie wprowadzoną tzw. "d yscypliną studiów" 
zajęcia na romanistyce były prowadzone bardzo sprężyście, dyscyplina 
obowiązywała zarówno studentów, jak i zespół asystentek. Wykłady 
teoretycznie nie były obowiązkowe, ale Profesor kiedyś powiedział 
z lekką nutą ironii: "Wykłady nie są obowiązkowe, ale jest obowiązkową 
przyzwoitością uczęszczać na wykłady profesora". Studenci zresztą 
uczęszczali po prostu dla samego zainteresowania przedmiotem, absencje 
zdarzały się wyjątkowo, ale w małym zespole były oczywiście od razu 
widoczne. Styl pracy i atmosfera były inne niż na anglistyce. Profesor był 
na piedestale, zresztą z natury był dość oficjalny i suchy, miał jednak 
swoiste poczucie humoru, a raczej francuski esprit, dar riposty, czasem 
bardzo ostrej. Miał szacunek dla studenta, umiał zachęcić i rozwinąć 
zainteresowania, a tym bardziej talent. Imponował swoją wiedzą i energią, 
staraliśmy się odpowiedzieć najego wysokie wymagania. Niezapomniane 
są pasjonujące seminaria z teorii i historii powieści francuskiej, zajęcia 
z literatury średniowiecznej poświęcone Chan.'Ion de Roland; dyskusja 
o Tristanie i Izoldzie. Urok języka starofrancuskiego towarzyszył nam 
poza salą wykładową. W atmosferze tej pierwszej powojennej wiosny 
toruńskiej urzekały słowa pieśni Tristana: 
Iseut ma beBe, Iseut, ma mie, 
En vos ma mort En vos ma vie... 


Profesor Czerny był człowiekiem niespożytej energii i wielkich 
talentów organizacyjnych. Działał jako prorektor UMK [w "latach
>>>
317 


1948 -1951], był przewodniczącym lub członkiem różnych komisji 
rektorskich, raz na dwa tygodnie jeździł z wykładami do Poznania 
i Wrocławia. Wracał stamtąd w doskonałej formie, bez śladu zmęczenia, 
a na seminariach przedstawiał m.in. interpretacje, które opracowywał 
w czasie nocy spędzonych w pociągu. Miał ogromne zasługi w zrefor- 
mowaniu studiów romanistycznych jeszcze we Lwowie i nauczaniu 
języka francuskiego w szkołach średnich w ostatnich latach przedwojen- 
nych. Był doskonałym praktykiem, świetnie zorganizował zajęcia zjęzyka 
francuskiego na studiach ze swoim małym zespołem asystentek. Studenci, 
którzy na I roku wykazywali wielkie braki, po latach nieregularnej nauki 
w czasie wojny, wychodzili z dobrą i bardzo dobrą płynną, nowoczesną 
francuszczyzną. A przecież nie mieli tych możliwości, które mają 
studenci neofilologii dzisiaj. Ale niełatwo było dojść do magisterium 
i w ciągu lat pracy okazywało się rzeczywiście, że maitresse ja/ouse ma 
bardzo wysokie wymagania, choć niektórym studentom udało się 
pogodzić "wymagające rywalki", dwie różne neofilologie - angielską 
i francuską. Profesor Czerny był osobowością zupełnie inną niż prof. 
Szczepkowski czy prof. Konrad Górski - i dobrze, że tak było, w tym 
jest bogactwo, którego student doświadcza w spotkaniach z mistrzami. 
Każdy z nich kształtuje nas w inny sposób i każdy wyzwala inny 
rezonans. Profesora Szczepkowskiego cechowała serdeczność, ciepło, 
poczucie humoru w stosunku do studenta i do siebie. Na wykładach 
i seminariach rozwijał zagadnienia moralno-etyczne, wciągał do dyskusji 
nad tymi zagadnieniami, dawał rzetelną wiedzę. Profesor Czerny 
mobilizował studenta intelektualnie, akcentował i rozwijał zagadnienia 
struktury i artyzmu dzieła literackiego, zachowywał jednak dystans. 
Każdy z nich był wymagający, każdy imponował studentom inaczej 
i każdy doskonale przekazywał tradycję kulturową kraju, którego 
literaturę wykładał. 
Po zamknięciu Katedry Filologii Romańskiej prof. Czerny wyjechał 
do Krakowa i tam objął katedrę na UJ. Cenił sobie bardzo kontakty 
z uczniami i korespondował z nimi. Był niezwykle czynny do końca 
życia. Za wybitne zasługi dla kultury francuskiej dostał doktorat honoris 
causa Sorbony. Umarł "śmiercią uczonego" w drodze na zebranie 
komisji Literatury PAN na atak serca. 
Profesor Czerny miał zespół asystentek, które prowadziły zajęcia 
praktyczne. Kiedyś George Bernard Shaw powiedział, że geniusz to 
człowiek, który potrafi zabić pracą sześciu sekretarzy. Nie wiem, czy
>>>
_ . 


318 


pro f. Czerny hy! geniu:.;

cm (bardzo mu się podobało to powiedzenie 
Shawa), :tle a',yslcntki jego miały pełne ręce roboty. Ponieważ brakowało 
podręcznikÓw, a Profesor prowadził bardzo interesujące i kluczowo 
ważnc wyk h
(iy l1loHograliczne (m.in. o sztuce i literaturze baroku 
w krajach rom;lI'lskich), a także teorię powieści w ramach seminarium, 
zadaniem asystentek było uporządkowanie i uzupełnienie notatek z tych 
zajęć. Być może miały one stanowić materiał do przyszłej publikacji. 
Wykłady Profesora były hogate w treść, nasycone rzeczową informacją, 
nie było w nich anei;dot czy dygresji, które niejednokrotnie zabarwiają 
wykłady rÓżnycli ?;widnych prelegentów. Wykłady te stanowiły kurs 
bardzo intew;yw\1Y, wymagający stale napiętej uwagi studenta, dobrej 
techniki notowania, a uzupełnienie i uporządkowanie stenogramu, który 
prowadziła a,;yslcntka wyznaczona do sekretarzowania na danym rodzaju 
zajęć ProfesonI, wymagało potem wielu godzin pracy. Asystentki, które 
pragnę wymienić, były trl.)', wszystkie miały pełne kwalifikacje: adiunkt 
Stefania Des Loges, st. asystent mgr Irena Tronowska, st. asystent mgr 
Maria Ger:
tman. Pani Des Loges - delikatna, bardzo ładna blondynka, 
typu Fagi!c była prawą ręką Profesora, prowadziła zajęcia praktyczne 
i pomocniczne, m.in. historię i geografię Francji, egzekwowała lektury 
do egzaminu z likratury. Mimo pozornej kruchości i delikatności była 
niezwykle konschvcnlna i wymagająca. Studenci nieraz mieli trudności 
z zalic/,cnlami (oczywi'::;cic tylko ci mniej zdyscyplinowani), a brak 
zaliczl:nia u adiunk ::1 właściwie zamykał drogę do zaliczenia u Profesora. 
Po zamklli
cjl! Katedry Romanistyki w Toruniu pani Des Loges 
wyjechała z Proksorcl1l do Krakowa i tam, w Katedrze Filologii 
Francuski\'j UJ, f.robiła doktorat. 
!rcw,: TroJlowsL! pamiętają starsi pracownicy UMK, ale także wiele 
osób z pokolenia średniego. Zupełne przeciwieństwo pani Des Loges; 
była nic/.\\ykk harwn:! postacią. Wysoka brunetka o żywych czarnych 
oczach, IlIasywl1cj sylwetce, kochała życie i pracowała z wielkim 
zaangażn',o'ian icm. Przeszła daleką drogę z Wilna przez obóz w głębi 
Związku Rad;jeckiego. Przed wojną była nauczycielką języka francus- 
kiego w jednym z gimnazjÓw wileńskich. W Toruniu przystąpiła do 
pracy z l'.apałcl1l. Miała duże zdolności organizacyjne i była utalen- 
towanym dydak1ykicm. Po zamknięciu romanistyki w Toruniu została 
lektorką i "Lybko doszła do czołówki lektorów w Polsce. Gdy po 1956 r. 
MinistC"r
lvv'o Szkolnictwa Wyższego zainteresowało się znowu neofilo- 
logiamI, :1 takj,c poziomem lektoratów w wyższych uczelniach kraju,
>>>
319 


I. Tronowska dała się poznać jako specjalista wysokiej klasy, toteż 
dostawała stypendia krótkoterminowe na kursy lektorów do przodują- 
cych ośrodków we Francji, m.in. w BcsancQn i innych. Nawiązywała 
łatwo kontakty z ludźmi, uczestniczyła aktywnie w spotkaniach z wybit- 
nymi Francuzami odwiedzającymi UMK, była niejednokrotnie współor- 
ganizatorem tych spotkań, które miały duże znaczenie dla Uczelni. 
Wśród gości odwiedzających UMK był prof. Jean Bourilly, wielki 
przyjaciel Polski. Profesor BOllI'illy, przez pewien czas Attachć Culturel 
w Krakowie, został profesorem literatury polskiej w Sorbonie. Słyszeliśmy 
jego wykład o Balladynie i fragmenty jego pięknego przekładu. Mówił 
nieźle po polsku. Irena Tronowska odegrała ważną rolę w Studium 
Języków Obcych, najpierw jako wybitna lektorka, potem kierownik 
zespołu języków zachodnioeuropejskich, a następnie jako kierownik tej 
jednostki. Prowadziła kursy w KMPiK, dużo podróżowała służbowo 
i prywatnie, wiodła także bogate życie towarzyskie. Za zasługi w dziedzi- 
nie szerzenia znajomości języka i kultury francuskiej została wyróżniona 
francuskim odznaczeniem Palme; Academiques. Trudno było uwierzyć, 
że ten, zdawałoby się niespożyty, organizm wyczerpał się dość wcześnie, 
może właśnie dlatego, że jej życie było tak intensywne, a w okresie 
wojennym szczególnie dramatyczne. Ciężka choroba serca trwała wiele 
lat i wyniszczyła ją, zanim w 1983 r. nastąpiła śmierć. 
Trzecią asystentką była mgr Maria Gerstman, siostra Stanisława 
Gerstmana, profesora psychologii Uniwersytetu Łódzkiego [adiunkta 
w Toruniu], który potem zginął tragicznie z całą rodziną, dzieliła etat 
między filologię romańską i angielską. Studiowała obie filologie we 
Lwowie: anglistykę u prof. Tarnawskiego, który potem umarł w wi\?zie-. 
niu. Przeszła daleką drogę z matką ze LwO\\-'a przez Kazachstan do 
Iranu. Tam była dyrektorką polskiego liceum. W 1947 r. przyjechała do 
Polski i objęła zajęcia praktyczne w obu Katedrach, prowadziła także 
lektoraty. Miała zrujnowane zdrowie i przeszła trepanację czaszki, która 
zostawiła dotkliwe komplikacje. Cierpiała na bezsenność, mimo to 
pracowała z wielkim poświęceniem, pokonując nieraz własne cierpienie. 
Była cenionym, bardzo dobrym dydaktykiem. Stwierdzenie to powtarza 
się często w tych wspomnieniach w odniesieniu do różnych osób. 
Świadczy to o kadrze naukowo-dydaktycznej UMK, o poziomie. 
nauczania w różnych katedrach na Wydziale Humanistycznym. Pani 
Gerstman umiała zachęcić i zainteresować słabych studentów. Była 
specjalistą wysokiej klasy, osob'l uczynną, m.in. przyjęła zastępstwo
>>>
320 


za chorą koleżankę na długie mIeSIące, muno ze sama walczyła 
o własne zdrowie. 
Przedstawiłam w swoim szkicu główne postaci anglistyki i romanistyki 
- profesorów i asystentów. Ale w miarę pisania pamięć wywoływała 
sylwetki wielu innych osób związanych, choć bardziej luźno, z obydwoma 
kierunkami. Tak więc na herbatce u romanistów, gdzieś na czwartym 
roku, zjawił się pro f. Henryk Elzenberg. Był przecież także romanistą. 
Profesor Elzenberg miał bardzo subtelne poczucie humoru - tego typu, 
który Francuzi określają: tres fin - i bawił się z nami znakomicie. Nie 
można też pominąć pani Anny Ludwiki Czerny, żony Profesora, poetki 
i świetnej tłumaczki. Pamiętamy jej odczyt o poezji Paula Valery i jej 
własny niezrównany przekład Pa/my. Ona też jako hispanistka jest 
autorką powojennego przekładu Don Quichota i Cyda. 
Poloniści natomiast zgromadzeni wokół prof. Konrada Górskiego (w 
tym dwie anglistki) zbierali się na herbatkach zimą i wiosną 1945/1946 
w mieszkaniu Ireny Wremblówny. Profesor był zawsze gościem honoro- 
wym, gwiazdą towarzystwa. Irena Wremblówna, jedna z bardzo 
aktywnych polonistek na I roku studiów, miała hobby - fotografię 
artystyczną. Zanim poznała tajemnice tej sztuki, fotografowała nas i jej 
zawdzięczamy zdjęcie I roku polonistyki przed frontem Collegium 
Minus, z dwoma jakże popularnymi profesorami - Konradem Górskim 
i Józefem Szczepkowskim, z czerwca 1946 r. Gdy myślę o tamtych 
dniach, nasuwają mi się słowa piosenki: 
Those were the days, my friends, 
We thought they'd never end... 
"To były piękne dni..." Dni wielkiej pracy, entuzjazmu, doskonałej 
więzi z profesorami. Kilka lat temu pro f. Jan Błoński z UJ napisał 
artykuł pt. Czym by/bym bez nich - poświęcony Kazimierzowi Wyce 
i Zygmuntowi Czernemu. Chiałabym odnieść te słowa do tych wszystkich, 
których przedstawiłam w moim szkicu. Czym bylibyśmy bez nich? 
Przekazywali nam wiedzę, kształtowali nas intelektualnie, wpływali na 
nasze postawy. W osobistych kontaktach, któreśmy tak bardzo cenili, 
odsłaniali swoje bogate osobowości. Podziwialiśmy ich, mieliśmy do 
nich osobisty, często serdeczny stosunek, ale dopiero z perspektywy 
czasu w pełni jesteśmy świadomi, jak wiele im zawdzięczamy. To oni 
stworzyli wspólnotę, której na imię" Uniwersytet Mikołaja Kopernika". 
Zapoczątkowali tradycję, która wzbogaca nowe pokolenia profesorów 
i studentów.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


HENRYK SZARSKI 


Wspomnienia z okresu pracy na Uniwersytecie 
w Toruniu. 


W lecie 1946 r. została zatwierdzona moja habilitacja na Uniwersytecie 
Jagiellońskim. Wedle obowiązujących wówczas przepisów uzyskiwałem 
tytuł docenta, który nie miał jednak bezpośredniego związku z charak- 
terem zatrudnienia. Pozostawałem nadal adiunktem w Zakładzie 
Anatomii Porównawczej UJ i miałem te same prawa i obowiązki co 
przed habilitacją. Awans był możliwy tylko na wakujące stanowisko 
profesora. Nie było na UJ odpowiedniego wakansu. Mój nieco starszy 
kolega, Fryderyk Pautsch, który habilitował się wcześniej, w roku 
akademickim 1946/1947 był już profesorem anatomii porównawczej na 
organizującym się uniwersytecie toruńskim. Mój kuzyn, Kazimierz W. 
Szarski, habilitowany przed wojną, był profesorem na uniwersytecie 
wrocławskim. 
Wiosną 1947 r. dowiedziałem się od prof. Pautscha, że rezygnuje ze 
stanowiska W Toruniu i przenosi się do Gdańska. Decyzja ta była 
spowodowana podobno spotkaniem z funkcjonariuszem British Council, 
który po odwiedzeniu Torunia oświadczył, że jego organizacja nie może 
W niczym pomóc nowo powstającej uczelni, gdyż stan jej jest tak 
rozpaczliwy, że nie można marzyć o rozpoczęciu sensownej działalności. 
Natomiast Akademia Medyczna w Gdańsku uzyskała dość obfite 
wyposażenie aparaturowe. Przed wojną F. Pautsch był asystentem 
w Zakładzie Biologii Ogólnej Wydziału Lekarskiego UJ, a więc 
kierowanie odpowiednim zakładem bardziej mu odpowiadało od 


. Tekst złożony do druku w 1988 r., poprawiony w 1993 r.
>>>
rys. L Je.\:m a . 
nOHl/CZ
>>>
323 


stanowiska na Wydziale Matematyczno- Przyrodniczym. Pautsch oświad- 
czył też, że na swoje miejsce w Toruniu zaproponował moją kandydaturę. 
Istotnie niedługo otrzymałem od prof. Jana Priiffera, dziekana Wydziału 
Matematyczno-Przyrodniczego UMK w latach 1945/1946 i 1946/1947 
propozycję objęcia stanowiska w Toruniu. Profesor Priiffer prosił mnie 
równocześnie o rozpoczęcie wykładów w roku ak. 1947/1948 jako zajęć 
zleconych, co czasu nadejścia nominacji, i o objęcie faktycznego 
kierownictwa Zakładu, którego on był formalnym opiekunem. Przekazał 
mi również obietnicę rektora, wówczas prof. L. Kolankowskiego, 
zapewnienia mi mieszkania w Toruniu. Propozycje te przyjąłem i wy- 
słałem do Torunia papiery potrzebne do wniosku o profesurę. 
Niestety w sierpniu 1947 r. dostałem ostrych bólów kręgosłupa. We 
wrześniu bywały dnie, w których nie byłem w stanie wstać z łóżka 
o własnych siłach, nie mogłem chodzić po schodach. Leczyłem się 
intensywnie, ale poprawa dość długo była minimalna. Nie mogłem 
myśleć o podróży do Torunia w ówczesnych fatalnych warunkach, 
a przecież trzeba było zabrać ze sobą dość dużą walizkę. Mój stan 
polepszył się wreszcie, tak że do Torunia dotarłem 8 grudnia 1947 r. 
Zamieszkałem w jednym z pokoi Zakładu w gmachu przy ul. Sienkiewicza 
30/32. Zakład Anatomii Porównawczej obejmował wówczas trzy małe 
pokoje po jednej stronie korytarza II piętra i trzy obszerne sale 
naprzeciwko. Były one prawie puste. Inwentarz Zakładu składał się 
z jednego mikroskopu, paru stołów i stołków. Poza tym mikroskopem 
nie było żadnej optyki, mikrotomu, termostatu, maszyny do pisania. 
Były jednak w depozycie Zakładu interesujące okazy: trzy czaszki słoni, 
czaszka hipopotama, wypchane głowy kilku antylop, żyrafy, wspaniałego 
jelenia itp. Większość z nich stanowiły trofea myśliwskie pana MycieI- 
skiego, ziemianina z okolic Torunia. Były też w Zakładzie obiekty 
o mniej jasnym pochodzeniu, np. fragmenty czaszek turów. Znala7Jy się 
one w kościele w Świeciu, gdzie Niemcy, cofając się przed armią 
radziecką, zwozili w pośpiechu m.in. inwentarze szkolne. Było wiele 
książek, które weszły do powstającej Biblioteki Uniwersyteckiej, były też 
rozmaite rupiecie. Niektóre z nich weszły w skład zbiorów Uniwersytetu. 
Fragmenty czaszek turów zostały po wielu latach opisane przez dr M. 
Borsuk - Białynicką. 
Dnia 8 grudnia 1947 r. zastałem w Zakładzie bardzo uprzejme 
zaprosiny, gdyż w tym dniu przypadały imieniny pani Prufferowej. 
Spotkałem tam po raz pierwszy wielu profesorów UMK, moich
>>>
324 


późniejszych kolegów. Czułem się wówczas dość obco, gdyż w roz- 
mowie używano powszechnie wyrażeń zaczerpniętych z książki o Misiu 
Puchatku w tłumaczeniu Ireny Tuwim. Książki tej nie znałem, a więc 
chwilami nie wiedziałem, o czym mowa i czemu wszyscy wybuchają 
śmiechem. 
Personel Zakładu Anatomii Porównawczej składał się wówczas 
z trzech osób: mgr. Lucjana Tomasika, przedwojennego absolwenta UJ, 
i studenckiego małżeństwa państwa Chicewiczów. Po wygłoszeniu 
wykładów w dniach następnych wróciłem do Krakowa. W zimie i na 
wiosnę 1948 r. odbyłem kilka podobnych podróży. Przywiozłem wówczas 
do Torunia wypożyczone z UJ mikrotom, termostat, nieco preparatów 
mikroskopowych i inne drobiazgi. W czasie pobytów w Toruniu brałem 
udział w posiedzeniach Rady Wydziału. Dziekanem w roku ak. 1947/1948 
był prof. Edward Passendorfer, człowiek uroczy, ale niecierpliwy 
i pasjonat. Na posiedzeniach Rady dochodziło do gwałtownych sporów, 
gdy zabierał głos prof. Jan Zabłocki, złotousty gaduła. Dziekan przerywał 
mu przemówienia, nakazując streszczanie się, co wywoływało oczywiście 
ostrą reakcję prof. Zabłockiego. Wreszcie 3 maja 1948 r. otrzymałem 
w Rektoracie nominację na profesora nadzwyczajnego podpisaną przez 
Bolesława Bieruta, Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Skrzeszewskiego. 
W czerwcu 1948 r. trójka pracowników Zakładu zgłosiła rezygnację 
- przenosili się do Gdańska w ślad za prof. Pautschem. W pierwszej 
chwili bardzo mnie to zmartwiło. Zastanawiałem się, czy ich odejście nie 
było wynikiem jakichś moich błędów. Jednak skutki ich rezygnacji 
okazały się bardzo szczęśliwe. Opróżnione stanowiska zajęli; jako 
adiunkt dr Izabella Mikulska, żona kolegi pro f. Mikulskiego i moja 
nieco starsza koleżanka ze studiów na UJ, i dwaj młodzi ludzie, 
kończący wówczas studia na UJ, Juliusz Czopek i Stefan Strawiński. 
W chwili, gdy to piszę (1988 r.) cała trójka dawno uzyskała profesury 
zwyczajne. Profesor Milculska jest na emeryturze, a pro f. Czopek zmarł. 
Doktor Milculska była uczennicą profesorów Tadeusza Garbowskiego, 
Teodora Marchlewskiego i Stanisława Smerczyńskiego; miała własną 
tematykę badań. Mogłem jej doradzać, ale nie kierowałem nigdy jej 
badaniami. Dwaj młodsi koledzy wykonali prace magisterskie w Krako- 
wie pod kierunkiem prof. Zygmunta Grodzińskiego. W Toruniu trzeba 
było im wskazać nową tematykę, co nie było łatwe wobec ubóstwa 
aparaturowego. Zamieszkali oni obaj w lokalu Zakładu. Byli jeszcze 
nieżonaci i spartańskie warunki egzystencji ich nie odstraszyły.
>>>
325 


Gdy w jesieni 1948 r. zwróciłem się do nowego rektora UMK, prof. 
Karola Koranyiego, powołując się na obietnicę zapewnienia mi miesz- 
kania w Toruniu, usłyszałem: "Ja panu niczego nie obiecywałem. Nic nie 
mam do dyspozycji, musi pan sam szukać". Było to jednak dość 
beznadziejne. Cały rok ak. 1948/1949 przemieszkaliśmy więc w Krakowie, 
a ja regularnie jeździłem na wykłady i inne zajęcia do Torunia. Będąc 
przejazdem w Warszawie zgłosiłem się do prof. Romana Kozłowskiego, 
który był wówczas przewodniczącym komisji dysponującej dewizami na 
potrzeby placówek naukowych (nazwy oficjalnej nie pamiętam). Po dość 
krótkiej rozmowie, w której profesor Kozłowski wypytywał mnie o moje 
dotychczasowe publikacje i o plany przyszłych badań, otrzymałem 
przydział jakiejś sumy, z której kupiłem dla Zakładu dwa szwajcarskie 
termostaty i angielski mikrotom saneczkowy oraz trochę drobiazgów do 
pracowni. Profesor Priiffer dowiedziawszy się o tym, robił mi w bardzo 
delikatnej formie wymówki. Jego zdaniem lojalność wobec przełożonych 
wymagała, abym z prof. Kozłowskim nawiązał kontakt pisemny, przy 
czym pisma powinny były iść drogą służbową przez Dziekanat, Rektorat 
i Ministerstwo. Udało mi się też kupić w Warszawie za złotówki maszynę 
do pisania. Mikroskopy kupowałem, gdy trafiła się okazja. Chyba 
w końcu roku kalendarzowego 1950 dowiedziałem się od ówczesnego 
prorektora UMK, prof. Czernego, że Ministerstwo ma do dyspozycji 
doŚĆ znaczną kwotę nie wykorzystaną. Pojechałem do Łodzi, gdzie 
mieściła się centrala handlowa zajmująca się aparaturą, i między 
świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem kupiłem kilkanaście 
mikroskopów dla Wydziału. Pomimo tego sukcesu jeszcze przez parę lat 
trzeba było zabierać z zakładów wszystkie mikroskopy, aby mogły się 
odbyć ćwiczenia ze studentami. Wówczas praca w zakładach musiała 
być przerwana. 
W jesieni 1948 r. polecono mi pośrednika mieszkaniowego, a ten 
skierował mnie do opuszczonej właśnie przez męża żony dziennikarza, 
która postanowiła opuścić Toruń i posiadane w nim mieszkanie. 
Zobowiązała się ona odstąpić mi mieszkanie za dość znaczną sumę (co 
było oczywiście niedozwolone). Zgodziłem się, pieniądze wpłaciłem, ale 
mieszkanie urząd kwaterunkowy przydzielił komu innemu. Pieniądze 
przepadły, właścicielki mieszkania nigdy więcej nie spotkałem. Ogła- 
szałem chęć zamiany mieszkania w gazetach krakowskich i toruńskich. 
Niestety większość proponowanych mi w Toruniu lokali była nie do 
przyjęcia - bez kanalizacji, w zaniedbanych domach na peryferiach
>>>
326 


miasta. Jedno tylko mieszkanie wydało się doskonałe i bliskie Zakładu, 
ale z kolei mieszkająca tam rodzina odrzuciła nasze krakowskie 
mieszkanie. Wczesną wiosną 1949 r. zaproponowano mi mieszkanie 
przy ul. Żeromskiego nr 8. Zajmująca je rodzina przenosiła się do 
Poznania. Zgodziła się (za kolejną sumę) na zameldowanie mnie w jednym 
pokoju, gdzie istotnie zamieszkałem. Przeprowadzenie sprawy w urzędzie 
kwaterunkowym zleciłem polecanemu adwokatowi, który miał sprawę 
"załatwić" urzędowo. Tak się stało i w czerwcu 1949 r. mogłem wreszcie 
sprowadzić rod7inę do Torunia. Mieszkanie to opuściliśmy dopiero 
w lutym 1967 r., gdy zostałem przeniesiony na UJ. Koszt opłat, remontu 
mieszkania, kupienia wanny, piecyka gazowego, transport mebli tak nas 
wydrenowały z gotówki, że musiałem się zapożyczyć u państwa 
Mikulskich. 
W 1949 r. Ministerstwo nakazało łączyć zakłady w zespoły lub 
instytuty. Zostałem mianowany pełnomocnikiem Ministra do prze- 
prowadzenia tych zmian na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. 
Szumny tytuł w istocie nie wymagał prawie żadnych działań. Bez oporu 
powstały zespoły katedr matematyki, fizyki, chemii, astronomii, zoologii 
i botaniki oraz geografii. Mineralogia i geologia pozostały poza 
zespołami. Po raz pierwszy zastosowano wówczas w Polsce nazwę 
"katedra" do tworu organizacyjnego. Do tego czasu w zwyczajach 
polskich, zgodnie z tradycją zachodnioeuropejską, katedra oznaczała 
jedynie etat profesora. 
We wrześniu 1950 r. zostałem niespodziewanie mianowany dzjekanem 
Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Próba odrzucenia tego za- 
szczytu na nic się nie zdała, chociaż była jak najbardziej szczera, gdyż 
każde wybitniejsze stanowisko w okresie stalinowskim narażało na 
różne przykrości, nie dawało też żadnych korzyści, gdyż była to wówczas 
funkcja niepłatna. Częstym zwyczajem było wówczas zmuszanie po- 
szczególnych osób lub też ciał zbiorowych do ogłaszania oświadczeń 
wychwalających osiągnięcia władz lub potępiających działania rządów 
zachodnich, Kościoła lub papieża. Otwarty sprzeciw był wykluczony, co 
najwyżej można było milczeć, ale i milczenie mogło mieć niemiłe 
konsekwencje. Dlatego okres pełnienia funkcji dziekana wspominam 
z niechęcią. Każde wezwanie na posiedzenie czy nawet na rozmowę 
z rektorem lub prorektorem budziło niemiłą tremę. Miałem jednak 
szczęście, gdyż nigdy nie zdarzyło się, abym był istotnie zmuszony do 
wypowiedzenia poglądów niezgodnych z mymi przekonaniami.
>>>
327 


Co prawda, po wymianie pieniędzy 20 października 1950 r. w "Gazecie 
Toruńskiej" ukazała się notatka, chwaląca tę operację, zatytułowana: 
"Prof. Henryk Szarski z UMK mówi..." Była ona jedną z kilku 
podobnych i oczywiście nie napisałem jej. Zatelefonowałem zaraz do 
redaktora Felskiego prosząc o zamieszczenie sprostowania. Redaktor 
rozpoczął od przeprosin, ale zamieszczenie sprostowania wykluczył. 
Powiedział też: "Dostaliśmy wczoraj wieczorem gotowe teksty z War- 
szawy, do nas należało tylko dodanie nazwisk do tekstów. Przypisane 
panu oświadczenie należy przecież do spokojniejszych". Warto zapisać, 
że parę dni przedtem zainkasowałem honorarium za książkę, nie 
wpłaciłem go jeszcze na konto, a więc utraciłem dwie trzecie jego wartości. 
M uszę też napisać, iż pomimo tego, że byłem jednym z młodszych 
profesorów, jako dziekan nie miałem prawie żadnych kłopotów ze 
strony kolegów. Starsi profesorowie, którzy już przed wojną zajmowali 
poważne stanowiska organizacyjne, jak Władysław Dziewulski i Jan 
Priiffer, nieraz mi doradzali, ale czynili to tak taktownie, że zasięganie 
ich rady było przyjemnością. Dziekanem byłem tylko w roku ak. 
1950/1951, który był też ostatnim rokiem kadencji rektora Koranyiego. 
Nie ustalił się jeszcze wówczas zwyczaj, że sprawy studenckie należą do 
prodziekana. Był nim prof. Witold Zacharewicz, dziekan w latach 
1948/1949 i 1949/1950, nie mogłem się nim wyręczać, toteż sam 
prowadziłem całość spraw dużego Wydziału. Profesor Zacharewicz 
występował tylko wówczas, gdy w tym samym czasie trzeba było 
reprezentować Wydział w dwu miejscach. 
We wrześniu 1950 r. nie mieliśmy wykładowcy przedmiotów ideo- 
logicznych. Poinformowano mnie, że wskaże go komitet PZPR - nie 
pamiętam czy miejski, czy uczelniany. Także w październiku po 
rozpoczęciu zajęć nie wiadomo było, kto się zgłosi. Dopiero pod koniec 
października lub później złożył w Dziekanacie wizytę osobnik, który 
przedstawił się chyba: Masiewicki. Oświadczył, że jest skierowany jako 
wykładowca i podał dni tygodnia i godziny, w jakich będzie prowadził 
zajęcia. Powiedziałem mu, że dostosowanie się do jego rozkładu będzie 
zapewne bardzo trudne oraz poprosiłem, aby się zwrócił do dr. Stefana 
Kownasa, wówczas adiunkta w Zakładzie Botaniki Ogólnej, który był 
koordynatorem rozkładu zajęć dla Wydziału. Przyszły wykładowca 
stwierdził stanowczo, że z nikim nie będzie się porozumiewał, podane 
przez niego terminy są ostateczne. Musiałem więc mu powiedzieć, że 
wobec tego nie będzie zajęć ideologicznych na Wydziale. Na to zostałem
>>>
- 


328 


ostrzeżony tonem bardzo ostrym, że widocznie moim zamiarem jest 
sabotowanie przedmiotów ideologicznych. Gość wyszedł bez pożegnania. 
Ułożenie rozkładu zajęć i wykładów na Wydziale było wówczas 
trudną łamigłówką, która zajęła grupie osób pracujących pod kierowni- 
ctwem dr. Kownasa kilka dni. Niektóre zajęcia obowiązywały tylko 
niewielkie grupy studentów, np. określonego roku i kierunku studiów, 
inne łączyły po kilka kierunków, jak np. matematyka dla chemików 
i biologów, były też zajęcia wspólne dla całego Wydziału, a nawet dla 
paru wydziałów, jak np. lektoraty języków obcych i wychowanie 
fizyczne, gdzie uczestnicy dzielili się na grupy w inny sposób - wedle 
języków, czy wedle płci. Do tego trzeba było uwzględnić niedostatek sal 
wykładowych i ćwiczeniowych oraz aparatury. Wspominałem już, że 
uruchomienie zajęć mikroskopowych wymagało zabrania wszystkich 
mikroskopów z zakładów, dwie grupy ćwiczeń nie mogły więc pracować 
równocześnie. Nie było także dostatecznej liczby wykładowców, którzy 
musieli nieraz prowadzić kilka odmiennych przedmiotów. Tak np. był 
tylko jeden profesor wykładający chemię nieorganiczną i fizyczną. 
Starałem się to wszystko wyjaśnić niedoszłemu wykładowcy, ale nie 
chciał słuchać. 
Po jego wyjściu zatelefonowałem do rektora Koranyiego opisując 
incydent. Rektor obiecał zwrócić się zaraz do PZPR. Za parę dni zgłosił 
się inny wykładowca, z którym dr Kownas zdołał się porozumieć. Także 
i w innych kłopotach, jak np. sprawy mieszkaniowe, rektor Koranyi 
bardzo stanowczo bronił Uniwersytetu. Ówczesny "burmistrz" (tytuł 
prawdziwy bardzo długiI) zwrócił się z apelem do profesorów, aby swoje 
biblioteki przenieśli do zakładów, uzyskując w ten sposób zwolnienie 
przydziałowego pokoju do pracy w swoich mieszkaniach. Pokój ten miał 
być przyznany rodzinie robotniczej. Rektor natychmiast odrzucił ten 
pomysł w bardzo ostrej formie. 
Inicjatywa Rektora sprowadziła mi jednak na głowę kłopot, który 
mnie zajmował przez parę tygodni. Wrócił wówczas do Polski znakomity 
fizyk Leopold Infeld. Rektor doszedł do wniosku, że UMK powinien mu 
nadać doktorat honoris causa - pierwszy w dziejach UczelnF. Do 
złożenia wniosku na Senat była jego zdaniem powołana Rada Wydziału 
Matematyczno-Przyrodniczego. Mnie przypadło postawienie wniosku 


I "Przewodniczący Prezydium MRN w Toruniu". 
2 Por. przyp. 4 do wspomnień WilheJminy Iwanowskiej publikowanych w nin. 
tomie. W Archiwum UMK nie maleziono śladów sprawy, o której pisze Autor.
>>>
329 


na posiedzeniu Rady. Jednak po kilku rozmowach z kolegami przekona- 
łem się, że wniosek nie zostanie przyjęty. Twierdzono bowiem, że prof. 
Infeld, pochodzący z krakowskiej żydowskiej rodziny, przebywając 
podczas wojny w Ameryce, uskarżał się na polski antysemityzm, czym 
zaszkodził Polsce w opinii międzynarodowej. Były to wiadomości 
uzyskane okrężną drogą i niezupełnie pewne. Większość Rady Wydziału 
była jednak zdecydowanie negatywnie nastawiona do wniosku Rektora. 
Powiedziałem więc Rektorowi, że nie mogę tego wniosku postawić. 
Rektor bardzo się wzburzył i wymagał ode mnie, abym mu dokładnie 
zreferował "którzy profesorowie są przeciwni i jak wyglądają dokładnie 
ich argumenty". Nie mogłem spełnić tego żądania bez nadużycia zaufania, 
z jakim ze mną rozmawiano. Odmawiając jeszcze bardziej Rektora 
rozgniewałem. Opuszczając gabinet rektorski obiecałem, że będę dalej 
rozmawiał z kolegami w nadziei, że uda mi się zmienić ich stanowisko. 
Prowadziłem w tej sprawie dalsze rozmowy. W trakcie jednej z nich 
prof. Władysław Dziewulski oświadczył, że jego zdaniem zarzuty stawiane 
prof. Infeldowi nie są dostatecznie uzasadnione, a więc on podejmuje się 
zostać promotorem i ma nadzieję zmienić stanowisko fizyków. Profesor 
Dziewulski, były rektor USB w Wilnie i były pierwszy prorektor UMK, 
cieszył się ogromną sympatią i poważaniem. Pod jego wpływem 
stanowisko opozycji zmieniło się, a więc zawiadomiłem Rektora, że 
wniosek obecnie mogę postawić. Przepisy wymagały jednak wcześniejszej 
zgody Ministra. Miał ją uzyskać Rektor. Po paru dniach dowiedzieliśmy 
się ze zdziwieniem, że Minister odmówił zgody. Nigdy nie dowiedziałem 
się niczego o przyczynach tej odmowy. 
Z końcem swej kadencji pro f. Koranyi przenosił się do Warszawy, 
gdyż Wydział Prawa na UMK miał zostać zlikwidowany. Rozmawiając ze 
mną Rektor wspomniał, że zaproponował między innymi mnie na swego 
następcę. Powody, dla których nie chciałem zostać dziekanem, jeszcze 
silniej przemawiały przeciwko obejmowaniu trudnego stanowiska rekto- 
ra. Postanowiłem przeciwdziałać. W prywatnych rozmowach opowiada- 
łem fakty najzupełniej prawdziwe, np. że mój ojciec) nigdy nie miał 
żadnego przełożonego, gdyż prowadził własną firmę "Szarski i Syn", że 
bezpośrednio przed wojną był właścicielem dwu samochodów, że również 
moi dziadkowie i nawet pradziadkowie byli niewątpliwymi burżujami, 
a jeden dziadek miał papieską komandorię orderu św. Sylwestra itp. 
Istotnie namowy i plotki na temat mego rektoratu skończyły się. 


3 Adam Szarski.
>>>
r-- 


330 


Inne możc godne uwagi wydarzenia. Należało wówczas organizować 
tak zwane "zebrania produkcyjne" na poszczególnych kierunkach. 
Otrzymaliśmy z Ministerstwa instrukcje co do porządku dziennego. 
Pamiętam naradę biologiczną. Na parę godzin przed jej rozpoczęciem 
odezwał się przez telefon działacz studencki, którego nazwiska nie 
pamiętam. Oświadczył, że zarządzony przeze mnie porządek dzienny jest 
niedobry. On był właśnie w Warszawie na jakimś zebraniu swej 
organizacji, gdzie zebranych pouczono, jak ma wyglądać narada 
produkcyjna. Pomimo dość natarczywych nalegań porządku dziennego 
nie zmieniłem, oświadczając, żc polecenia organizacji młodzieżowej 
mnie nie obchodzą. Trzeba wiedzieć, że tacy działacze bywali czasem 
"bardzo dobrze ustawieni" i szerzyli postrach. 
N a popołudniowym zebraniu sprawy biegły wedle mego planu. 
Działaczowi udzieliłem głosu dopiero pod konicc - w dyskusji. 
Wygłosił on wówczas bardzo ostrą krytykę mego postępowania. Ja 
jednak miałem głos ostateczny, a więc podsumowałem zebranie i zakoń- 
czyłem. Nikt mnie później nie krytykował. 
Pewnego dnia przyszedł do Dziekanatu przedstawiciel PZPR prosząc 
o zwrócenie uwagi jednemu z profesorów na jego "feudalne" zachowanie. 
Profesor ów prowadził wycieczkę z udziałem studentów i asystentów. 
Zdarzyło mu się postawić nogę na - zapewne psim - odchodzie. 
Pośliznął się i z niezadowoleniem uniósł stopę. Wówczas jeden z asysten- 
tów ułamał z krzaka gałązkę i otarł nią profesorski but. Zdaniem mego 
rozmówcy asystenci nic powinni czyścić profesorowi butów, a szczególnie 
z takiej substancji. Zgodziłcm się z tym wnioskiem, zadania asystentów 
są odmienne, ale starałem się uzmysłowić interwentowi komizm robienia 
problemu z tego wydarzenia. 
Inny podobny rozmówca przyszedł do Dziekanatu użalając się, żc 
gdy podczas inauguracji roku akademickiego z trybuny padało wyrażenie 
"PZPR", jeden z profesorów "lekceważąco poruszał ramionami". 
Demonstrował mi te ruchy! 
Poważniejsze zdarzenie nastąpiło po zakończeniu roku akademi- 
ckiego. Kończący magistrzy otrzymywali wówczas nakaz pracy. Nakaz 
wydawała komisja, której przewodniczył dziekan, a w której skład 
wchodzili ponadto jeszcze jeden profesor jako przedstawiciel Rady 
Wydziału i delegaci resortów zatrudniających absolwentów. Być możc 
byli jeszcze inni członkowie, np. delegat PZPR -- nie pamiętam. 
Postępowaliśmy następująco: Zapraszano kolejno przed oblicze komisji
>>>
331 


młodych magistrów, których pytano o zainteresowania, stosunki 
rodzinne, plany i przedstawiano ofertę resortów. Po opuszczeniu 
pokoju przez magistra komisja decydowała najczęściej bez sporów 
i zgodnie z życzeniami zainteresowanego. Załatwiliśmy kilka spraw 
bez większych problemów, chociaż jeden z delegatów stawiał niekiedy 
niemiłe pytania i stwarzał niewielkie trudności. W kolejności zaproszono 
młodego chemika cieszącego się znakomitą opinią wśród profesorów. 
N a pytanie o plany odpowiedział on, że zaproponowano mu asystenturę 
w jednym z zakładów UMK, co mu jak najbardziej odpowiada. 
Kontrowersyjny delegat spytał go, jaki zawód wybrałby, gdyby komisja 
nie skierowała go do UMK. Magister wyraźnie się zmieszał i nastąpiła 
szybka wymiana zdań: 
- Nie mam innych planów! Czemu komisja miałaby tak postąpić? 
- Proszę się więc zastanowić i odpowiedzieć na pytanie! 
- Nie zamierzam się zastanawiać! Proszę o odpowiedź, czemu 
komisja nie miałaby mnie kierować na UMK! 
- Pan ma odpowiadać, a nie zadawać nam pytania! 
Nagle włączył się delegat Rady Wydziału, którym była pani prof. 
Hurynowicz, kiedyś w Wilnie kierownik kliniki neurologicznej USB: 
"Panie dziekanie, proszę o zarządzenie przerwy!" Tak się stało, a gdy 
magister wyszedł, pro f. Hurynowicz powiedziała do delegata tonem 
spokojnym, ale bardzo stanowczo: "Jestem lekarzem - neurologiem. 
Czy pan nie widzi, jak magistrowi K. zależy na pracy naukowej? Nie ma 
też żadnych powodów, aby komisja przeszkadzała mu w realizacji jego 
planów. Pana wypowiedzi wyglądają na złą wolę i prowokują magistra 
K., co może doprowadzić do bardzo niemiłego incydentu. Proponuję, 
abyśmy wydali nakaz pracy na UMK magistrowi K." 
Delegat nie odezwał się, uchwała zapadła. W dalszej działalności 
komisji nie było już żadnych sporów. O ile mi wiadomo, ówczesny 
magister K. jest obecnie kierownikiem zakładu i profesorem zwyczajnym 
UMK 4 . 
W okresie wakacji 1951 r. Minister przeprowadził reorganizację 
Wydziału przez podział. Otrzymałem zwolnienie ze stanowiska dziekana 
Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego i równocześnie nominację na 
organizatora Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi. W istocie żadne 


4 Autor wspomnień jest przekonany, że owym młodym magistrem chemii stojącym 
przed komisją był Henryk Koneczny. Obecny prof. Koneczny jednak tego epizodu sobie 
nie przypomina.
>>>
332 


czynności organizacyjne nie były potrzebne, dział ten był bardzo dobrze 
zorganizowany przez prof. PnjtTera. Oczywiście konieczne było zwięk- 
szenie liczby profesorów, lecz realizację tego postulatu trzeba było 
odłożyć do czasu zdobycia tytułów naukowych przez młodszych kolegów. 
Wszyscy przedwojenni pracownicy nauki, którzy wojnę przeżyli i nie 
pozostali na emigracji, byli już zaangażowani, niektórzy na dwu 
uczelniach. Faktycznie pełniłem tylko funkcje dziekana. Prodziekanem 
został zastępca profesora dr Wincenty Okołowicz, geograf i meteorolog. 
Prowadził on sprawy studenckie, ponieważ zaś nowy wydział był 
znacznie mniejszy od poprzedniego, można by sądzić, że moje obowiązki 
wyraźnie się zmniejszyły. Pojawiły się jednak kłopoty. Prodziekan 
Okołowicz w Zespole Katedr Geografii podlegał kierownikowi Zespołu, 
prof. Galonowi, wynikały z tego zatargi, które musiałem łagodzić. Ten 
kłopot nie był jednak wielki. 
Stanowisko dziekana stało się uciążliwe za sprawą nowego rektora, 
prof. Leona Kurowskiego, zwolnionego równocześnie po pięciu latach 
urzędowania ze stanowiska podsekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu. 
Był to człowiek młody (44 lata), wybitnie inteligentny, miły towarzysko 
i obdarzony niezwykłą energią i inicjatywą. Okazał się jednak chyba 
najgorszym z rektorów, z jakimi się zetknąłem w ciągu 34 lat pracy 
profesorskiej. 
Pozycję uczelni wyższej determinuje liczba wybitnych indywidualności, 
nauczających bardzo różnych dyscyplin, a więc nieuchronnie różniących 
się między sobą temperamentem, zainteresowaniami, zwykle kształconych 
na odmiennych uczelniach. Ludzie ci powinni sami prowadzić badania, 
a na wykładach, seminariach i innych zajęciach demonstrować, możliwie 
jak najszczerzej, swe własne sposoby rozumowania i własny "warsztat 
naukowy". W ten sposób najlepiej kształcą swych słuchaczy. 
Podstawowym zadaniem administracji uczelni jest ułatwianie pracy 
nauczycielom akademickim i studentom. N a drugim miejscu należy 
postawić współdziałanie z wydziałami w zdobywaniu najlcpszych 
kandydatów na obsadę wakansów oraz cnergiczne usuwanie osób, które 
okazały się niezdatne. Niestety, niektórym rektorom wydaje się, że 
uczelnią trzeba kierować tak jak np. fabryką. Każdemu pracownikowi 
wyznaczyć zakres obowiązków, rozwinąć kontrolę wykonania i nie 
dopuszczać, aby personel "tracił czas" na cokolwiek innego niż zajęcia 
wynikające z poleceń przełożonych. Kierownicy tego typu, pochłonięci 
namiętnością rządzenia, zamykają oczy na to, że tylko specjaliści mają
>>>
333 


kwalifikacje do oceny dorobku naukowego osób zajmujących się bardzo 
odmiennymi naukami. Nie tylko cele, do których dążą np. filolodzy są 
odmienne od tych, które stawiają sobie np. chemicy, ale nawet w obrębie 
tej samej dyscypliny, jak w zoologii, ogromne różnice dzielą fachowców, 
np. cytologów od faunistów. 
Niestety rektor Kurowski był zapalonym rządcą i kontrolerem. 
Posiedzenia Senatu odbywały się co tydzień, rozpoczynały się wcześnie 
rano, kończyły po wielu godzinach. Plan posiedzeń został z góry 
ustalony na cały rok. Na kolejnych zebraniach kierownicy zakładów 
referowali szczegółowo organizację i plan pracy swego zespołu. Rektor 
bardzo często przerywał te referaty dodatkowymi pytaniami i zarzutami. 
Stwierdzał np., że tematyka badań nie jest dobrze wybrana, że plan nie 
jest dostatecznie napięty itd. Rektor odwiedzał też zakłady i niekiedy 
polecał np. zmianę poszczególnych pomieszczeń, odmienne ustawienie 
mebli. Starsi profesorowie z dużym dorobkiem i doświadczeniem 
reagowali czasem wyraźną irytacją na takie uwagi, co powodowało, że 
posiedzenia Senatu i wizyty w zakładach bywały czasem bardzo niemiłe. 
Dziekan musiał towarzyszyć Rektorowi w tych odwiedzinach. 
Gdy zwiedzaliśmy Zakład Botaniki Ogólnej, mieszczący się wówczas 
w gmachu przy ul. Sienkiewicza 30, rozmowny prof. Zabłocki długo 
narzekał na szczupłość lokalu. Na ul. Sienkiewicza mieściły się wówczas 
także zakłady astronomii i fizyki. Rektor dłuższy czas nie komentował 
skarg prof. Zabłockiego, lecz dopytywał się: "Co jest w tych szafach, 
jaką rolę pełni ten stół, kto siedzi przy tym biurku", itd. Gdy wizyta 
miała się ku końcowi Rektor przerwał narzekania prof. Zabłockiego 
oświadczeniem: "Miejsca ma pan dosyć, trzeba jednak pomieszczenia 
inaczej zagospodarować. Szafy z książkami przenieść, pewne stoły 
usunąć, ludzi poprzesadzać". Projekt był oczywiście nie do przyjęcia, 
Rektor nie zdawał sobie sprawy ze wszystkich szczegółów i ograniczeń 
botaników. Profesor Zabłocki, o 13 lat starszy od Rektora, siwy, uniósł 
się i zaprotestował. Rektor zareagował jeszcze ostrzej i wyszedł - o ile 
pamiętam - bez pożegnania. Wracaliśmy do Rektoratu, na Fosę 
Staromiejską, samochodem w zupełnym milczeniu. Przed opuszczeniem 
samochodu Rektor zwrócił się do mnie. "Niepotrzebnie się uniosłem. 
Bardzo pana proszę, panie dziekanie, niech pan nie wysiada, tylko zaraz 
wraca samochodem na Sienkiewicza i przeprosi prof. Zahłockiego 
w moim imieniu". Był to ładny gest, ale stałe zagrożenie podobnymi 
spięciami wywoływało bardzo przykre stosunki.
>>>
334 


Rektor Kurowski miał też niezwykłą inwencję w zlecaniu dziekanatom 
i innym jednostkom organizacyjnym najróżniejszych zadań. Na kon- 
ferencji rektorów i dziekanów w Warszawie siedziałem niedaleko rektora 
Kurowskiego i obserwowałem, jak ten, rzekomo słuchając referatów 
i dyskusji, szybkim i regularnym pismem wypełniał stos przygotowanych 
kartek. Tego dnia wieczorem wracałem do Torunia, a Rektor zostawał 
w Warszawie, gdzie stale mieszkał. Dostałem ten stos kartek celem 
rozdania ich adresatom. Był to zbiór rozmaitych poleceń. Byliśmy 
wprost za waleni zadaniami, co do których celowości można było mieć 
poważne wątpliwości. Przytaczam polecenie, które Rektor wreszcie 
odwołał po długiej dyskusji w Senacie. Wedle tego zarządzenia każdy 
asystent lub adiunkt miał założyć zeszyt, w którym miał notować tytuły 
przeczytanych przez siebie książek i prac naukowych. Profesorowie mieli 
zlecone regularne przeglądanie tych zeszytów i sprawdzanie, czy 
pracownik dostatecznie dużo czyta, czy wybiera do czytania właściwą 
lekturę oraz, czy czyta starannie, rozumie i pamięta przeczytaną treść. 
Pewnego razu dziekani dostali od prorektora polecenie dostarczenia 
w krótkim terminie szczegółowych danych o studentach. O ile pamiętam 
chodziło o stan majątkowy rodziców, np. rozmiary gospodarstw 
chłopskich. Prodziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii prof. 
Leon Jeśmanowicz dostarczył te dane natychmiast, przeczytał z wyjętego 
z kieszeni notatnika. Na moje niedyskretne pytanie (w cztery oczy na 
korytarzu), skąd miał te dane, odpowiedział: "Z sufitu, nie będę tracił 
czasu na takie bzdury". 
Przed zimową sesją egzaminacyjną studenci drugiego roku biologii 
zwrócili się do Rady Wydziału z prośbą o przełożenie jednego z egza- 
minów na czerwiec, gdyż ich zdaniem sesja była przeciążona. Nie 
pamiętam dzisiaj, jakie były przyczyny odrzucenia tej prośby. Zapewne 
sądziliśmy, że przełożenie jednego przedmiotu na następną sesję wywoła 
z kolei przeciążenie tamtej. Gdy nadeszła sesja, okazało się, że ani jedna 
osoba nie zgłosiła się do zdawania egzaminu, o którego przeniesienie 
występowano. Fakt ten został potraktowany przez Ministerstwo jako 
dowód istnienia konspiracji. Zjechała z Warszawy komisja, w której 
skład wchodzili profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego Zygmunt 
Kraczkiewicz i Zdzisław Raabe oraz jakiś starszy, okryty odznaczeniami 
robotnik. Komisja ta przesłuchiwała wszystkich studentów w mojej 
obecnoścP. 



 Protokół przesłuchań zachował się: Archiwum UMK, WMP-72, nr 912/51/52.
>>>
335 


Pytania robotnika domagały się wskazania organizatorów bojkotu. 
Studenci odpowiadali jednolicie, że się nie umawiali, po prostu nie mieli 
czasu na przygotowanie jednego z przedmiotów. Trudno było w to 
uwierzyć, ale studenci trzymali się stanowczo tego wyjaśnienia. Szczegól- 
nie nieprawdopodobnie brzmiało to w ustach dwójki najlepszych 
studentów, Lucyny Sochackiej i Romana Andrzejewskiego, którzy zdali 
pozostałe egzaminy z bardzo dobrymi wynikami. Werdykt komisji 
okazał się łagodny. Nie było w nim mowy o spisku. Skreślono z listy 
jedną osobę, naj słabszą, która nie zaliczyła kilku przedmiotów. Para 
prymusów została ukarana odebraniem stypendiów do końca roku 
akademickiego. 
Pełnienie kłopotliwej funkcji dziekana przyniosło mi jednak poważną 
korzyść. Prowadzono wówczas intensywną propagandę "twórczego 
darwinizmu" czyli teorii Łysenki. Biolodzy pracujący na UMK musieli 
brać udział w kursach organizowanych w Poznaniu. Dziekanowi zlecono 
wyznaczenie osób uczestniczących w poszczególnych zajęciach i dopil- 
nowanie ich udziału. Nie było to sympatyczne polecenie, nie miałem 
z nim jednak kłopotów. Koledzy znali moje poglądy i rozumieli, że 
trzeba było się podporządkować. Ułożyliśmy wspólnie plan wyjazdów, 
którego szczegółów nie pamiętam. Dziekana obowiązywały tylko funkcje 
organizatora, od brania udziału byłem zwolniony! 
Pod koniec roku ak. 1951/1952 prof. Kurowski przestał być rektorem, 
a ja organizatorem Wydziału. Obowiązki rektora objął prof. Antoni 
Basiński, zaś dziekanem został prof. Józef Mikulski. W latach 1952-1956 
nie brałem żadnego udziału w zarządzaniu Uniwersytetem. 
W jesieni chyba 1953 r. zjawiła się u nas w mieszkaniu młoda pani, 
przedstawiła się jako pracownica Biblioteki Głównej UMK i pokazała 
decyzję uniwersyteckiej komisji lokalowej, która przydzieliła dwa pokoje 
mojego mieszkania jej i jej matce 6 . Tę naj zupełniej niespodziewaną 
wiadomość przyjąłem z przerażeniem. Wprawdzie mieliśmy istotnie 
mieszkanie pięciopokojowe na czteroosobową rodzinę?, ale pokoje były 
bardzo niewielkie, a co ważniejsze, maleńka była kuchnia i bardzo mała 
łazienka, w której hył również jedyny w mieszkaniu sedes. Dzieci były 


Według tego protokołu obecnymi na przesłuchaniach byli: "Dyrektor Kleszczewski, 
prof. Raabe, dziekan Szarski, prodziekan Okołowicz, opiekunowie grup . - Mikulski 
i Wilkoń, obywatele Holzer, Kempa, Gierszewski, Brzyski". 
6 Ewa Woźniak z matką Marią z Kamińskich. 
7 Poza profesorem tworzyły ją: żona Irena Jordan-Warzycka i dzieci - Marcin 
oraz Maria.
>>>
336 


małe (8 i 51at). Perspektywa wspólnej kuchni i łazienki była przerażająca. 
Złożyłem odwołanie - przegrałem. Odwołałem się ponownie do 
komisji miejskiej, a potem do wojewódzkiej. Przegrałem w obu instan- 
cjach. Pojechałem z prośbą o ratunek do Ministerstwa Szkolnictwa 
Wyższego. Rozmawiałem z wiceminister Krassowską. Oświadczyłem, że 
od paru miesięcy nie jestem w stanie o niczym innym myśleć - poza 
zmorą mieszkaniową - co było rzetelną prawdą. Pani Krassowska 
poleciła mi udać się do prof. Maurycego Jaroszyńskiego, który miał 
pozycję decydującą w Ministerstwie Gospodarki Komunalnej. Ten po 
wysłuchaniu mnie odparł: "Proszę spokojnie wracać do Torunia. 
Ministerstwo w trybie nadzoru zażąda przysłania akt pańskiego miesz- 
kania. Nigdy one do Torunia nie wrócą". Tak się zapewne stało. Jednak 
w następnym roku akademickim wynajęliśmy pokój dwóm bardzo 
miłym studentkom polonistyki, a nim one ukończyły studia, prze- 
prowadziła się do nas z Krakowa moja matka 8 . 
Zmiany klimatu politycznego w roku ak. 1955/1956 budziły nadzieję 
na powrót do wybieralności władz uczelni wyższych. Profesor Stanisław 
Jaśkowski, z którym się zaprzyjaźniłem, namawiał mnie do kandydowa- 
nia na stanowisko rektora i prowadził za mną agitację. Istotnie 
w październiku 1956 r. zarządzono wybory. Zostałem wybrany dziekanem 
Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi. Uznałem to za wielki sukces osobisty. 
Koledzy, pamiętający jak działałem jako dziekan z nominacji, powołują 
mnie na to stanowisko dobrowolnie. Niedługo później nastąpiły wybory 
rektora. Wybierał Senat, w którego składzie byli ówcześni rektor 
i prorektorzy oraz nowo wybrani dziekani. Postawiono trzy kandydatury: 
Antoniego Basińskiego, Rajmunda Galona i moją. O ile pamiętam, 
w drugim głosowaniu zostałem wybrany jednym głosem większości. 
Wydaje mi się, że na tym samym posiedzeniu wybrano też dwu 
prorektorów: Stanisława Jaśkowskiego (nauka) i Bronisława Włodar- 
skiego (dydaktyka). Nowi dziekani mieli objąć urzędowanie l listopada, 
a nowi rektorzy 1 grudnia. Tak więc przez listopad urzędowałem 
ponownie jako dziekan. To jednomiesięczne dziekaństwo nie jest 
uwzględniane w publikacjach UMK. Gdy je opuściłem, został wybrany 
na to stanowisko prof. Mikulski. 
W spółpraca nowych władz układała się bardzo harmonijnie. Z prof. 
Jaśkowskim byłem dalej w przyjaźni, prof. Włodarski był od nas obu 
znacznie starszy, co powodowało pewien dystans. Miał on ogromne 


8 Anna z Gwiazdomorskich.
>>>
337 


doświadczenie pedagogiczne, rozsądek, takt i stanowczość, i trudne 
zadanie utrzymania na wszystkich wydziałach jednolitej dyscypliny 
wśród studentów wypełniał znakomicie. Jego zasługą było wpojenie 
młodzieży przekonania, że omijanie przepisów i kombinatorstwo nie 
popłaca. Konieczna jest systematyczna nauka. Z wielkim zdziwieniem 
dowiadywaliśmy się czasem od urzędników Ministerstwa, że na nie- 
których uniwersytetach nie byli rzadkością studenci zbliżający się do 
zakończenia studiów, a mający zaległy egzamin z początkowych lat 
nauki. Najwięcej ich wówczas było na Uniwersytecie Warszawskim. 
Nasuwało to podejrzenia, że mieli bardzo wpływowych rodziców i zbyt 
elastycznych przełożonych. 
Przypominam sobie okoliczności, w których okazanie koniecznej 
stanowczości było istotnie nieprzyjemne. Jeden z profesorów chemii 
rozchorował się pod koniec roku akademickiego, a wobec tego egza- 
minował zastępca, zdaniem studentów znacznie bardziej wymagający. 
Część studentów czwartego roku studiów nie stawiła się więc na 
egzamin, a Dziekanat wpisał im noty niedostateczne. Studenci spodziewali 
się, że po wakacjach będzie egzaminował wyleczony profesor. Okazało 
się jednak, że we wrześniu musiał dalej działać zastępca. Parę osób 
egzaminu nie zdało, a ponieważ były to egzaminy poprawkowe, regulamin 
wymagał uznania not za ostateczne. Dziekan zarządził więc powtarzanie 
roku - o ile pamiętam chodziło tu o pięć osób, które odwołały się do 
rektora. Profesor Włodarski uznał za konieczne podtrzymanie decyzji 
dziekana, w czym go poparłem. 
W lokalnej prasie codziennej kilkakrotnie atakowano UMK za 
regulamin domów studenckich. Były one podzielone na męskie i żeńskie, 
czas odwiedzin był ograniczony do paru godzin popołudniowych. 
Przepis ten był istotnie egzekwowany. Zarzucano więc władzom 
Uniwersytetu zacofanie i działania sprzeczne z Konstytucją, gdyż 
ograniczające swobodę dorosłych obywateli. Nie znieśliśmy tych ograni- 
czeń i nie podjęliśmy polemiki w prasie. Używam liczby mnogiej, gdyż 
były to postanowienia rektora Włodarskiego i moje. 
Nie z całym kierownictwem Uczelni miałem równie dobre stosunki. 
Podejrzewałem o nielojalność dyrektora administracyjneg0 9 , pomimo 
tego - a raczej może właśnie dlatego - że w rozmowach zawsze 
przytakiwał, na wszystko się łatwo godził. Równocześnie natrafiałem na 


9 W nomenklaturze urzędowej: zastępca rektora do spraw administracyjnych. Był 
nim wówczas Stanisław Tyczyński.
>>>
338 


obserwacje budzące podejrzenia postępowania dwulicowego. Postano- 
wiłem sprawę rozstrzygnąć eksperymentem. Omawiając z dyrektorem 
pewną sprawę dostrzegłem, że przyjmuje on moje projekty bez entuzja- 
zmu. Powiedziałem więc wyraźnie, że moja decyzja zapadła i proszę o jej 
wykonanie. Odczekawszy parę dni postarałem się o okrężną informację, 
co w tej sprawie zrobiono. Okazało się, że nic. Przy kolejnym spotkaniu 
spytałem więc dyrektora, czy rozesłał odpowiednie pisma zgodnie 
z moim poleceniem, a gdy otrzymałem odpowiedź pozytywną, poprosiłem 
o dokładne daty. Dyrektor wymyślił coś naprędce. Wobec tego oświad- 
czyłem: "Wiem, że stało się inaczej i że pan próbuje mnie okłamać. 
Wobec tego nie mogę z panem współpracować. Proszę więc bardzo, aby 
pan poszukał sobie szybko innego zajęcia". Po około dwu tygodniach 
dyrektor poprosił o zwolnienie za obopólną zgodą. Udało mi się 
wówczas namówić do powrotu na UMK poprzedniego dyrektora, mgra 
Stanisława Staniszewskiego, do którego miałem zupełne zaufanie. 
Wiele korzystałem z doświadczenia dwojga starszych urzędników. 
Jednym z nich był kwestor Jan Hanka, drugim kierowniczka sekretariatu, 
pani Julia Zanówna. Oboje pełnili podobne funkcje jeszcze na USB 
w Wilnie. Kwestor bywał co prawda czasem wielkim formalistą, co 
doprowadzało niekiedy do konfliktów z profesorami. Jeżeli jednak: 
zniecierpliwiony kierownik zakładu skarżył się w Rektoracie na Kwestora, 
to na prośbę rektora Kwestor zwykle wskazywał sposób ominięcia 
formalnej przeszkody. A więc sposób był, ale Kwestor wolał go nie 
wskazywać. Rektorowi jednak: ustępował, a więc nie była to zbyt 
uciążliwa cecha. 
Panna Zanówna, wnuczka Tomasza Zana, była nieocenionym 
skarbem. Uprzejma, taktowna, pracowita i dokładna, znakomicie znała 
tradycje uniwersyteckie i savoir-vivre tego środowiska. Układała bardzo 
zręczne pisma i listy okolicznościowe, w razie potrzeby również piękną 
francuszczyzną. Nie miała jednak formalnie ukończonych studiów 
wyższych i trzeba było jej bronić przed formalistami z Ministerstwa. 
Była niemłoda i parę lat po zakończeniu mojej kadencji przeszła na 
emeryturę. 
W jednej sprawie administracyjnej natrafiłem na opory, które 
przełamałem tylko dzięki uporowi. Jeszcze będąc studentem UJ zauwa- 
żyłem, że z reguły w niektórych biurach Uniwersytetu rosną długie 
kolejki czekających, gdy w innych urzędnicy się nudzą. Przyczyną była 
sezonowość zajęć. Z końcem roku kalendarzowego zapracowana jest
>>>
339 


kwestura, w okresie sesji egzaminacyjnych powstają zaległości w dzieka- 
natach, na początku roku akademickiego piętrzą się prace w dziale 
młodzieżowym itd. Postanowiłem zwiększyć elastyczność organizacji. 
Polecałem np. pracownikom pozostałych biur pomoc kwesturze przy 
sporządzaniu bilansu. Opór był zaciekły i to nie tylko ze strony samych 
czasowo delegowanych do innych zajęć, ale i ze strony kierowników 
biur, broniących własnego personelu. Starałem się jednak nie ustępować 
i mam nadzieję, że nieco usprawniłem niektóre operacje biurokratyczne. 
Byłem bardzo zadowolony, gdym się dowie(i7iał o mojej niepopularności 
wśród personelu administracyjnego. 
Parę lat przed moją kadencją Minister odsunął od zajęć dydaktycznych 
trzech bardzo wybitnych profesorów UMK. Byli to Tadeusz Czeżowski, 
Henryk Elzenberg i Konrad Górski. N a początku roku ak. 1956/1957 
Wydział Humanistyczny poprosił Ministra o uchylenie tego zarządzenia. 
Wniosek został uwzględniony. Niespodziewanie zjawił się u mnie 
wówczas prof. Elzenberg z pretensją: - On nie prosił o cofnięcie zakazu, 
nikt się go nie spytał, czy chce prowadzić zajęcia dydaktyczne. Co więcej, 
on ich prowadzić nie będzie. Zawsze go męczyły, teraz jest człowiekiem 
starym (miał lat 69) i prosi o pozostawienie go w spokoju. Próbowałem 
go namówić, chociaż do opieki nad jakimiś magistrantami, ale daremnie. 
Przepisy nie zawierały wówczas granicy wieku dla profesorów, nic 
przewidywały też zwolnienia od zajęć dydaktycznych z powodu wieku. 
Pani dziekan Lechicka znalazła jcdnak jakieś wyjście, o ile pamiętam 
prof. Elzenbcrg otrzymał urlop na pracę naukową. 
Bardzo kłopotliwe i absorbujące było odtworzenie Wydziału Prawa, 
który uległ likwidacji po roku ak. 1951/1952. Starania rozpoczął rektor 
Basiński, nie można ich było przerwać ani zaniedbywać. Minister 
Żółkiewski w zasadzie nie był przeciwny, wymagał jednak, aby mu 
przedstawić listę przyszłych wykładowców, którzy wyrazili zgodę na 
przeniesienie się do Torunia. Z kolei, kandydaci wprawdzie byli, ale 
większość z nich prosiła o dyskrecję. Zapewniali, że chętnie przejdą do 
Torunia, ale po oficjalnym uruchomieniu Wydziału. Obawiali się, że ich 
obecni przełożeni będą ich pomijać przy wnioskach awansowych czy 
lokalowych, gdy się dowiedzą, że zamierzają opuścić dotychczasowe 
pozycje. Trzeba było wielokrotnych rozmów tak w Ministerstwie, jak 
i z przyszłymi profesorami UMK, aby te nożycc wreszcie się domknęły. 
W końcu odnowiony Wydział rozpoczął działalność w roku ak. 
1958/1959. Wielc cnergii włożył w to prof. Wojciech Hejnosz, historyk
>>>
340 


prawa, który w 1951 r. został przeniesiony na Wydział Humanistyczny, 
a teraz poświęcił się całkowicie sprawie odrodzenia prawa na UMK. 
Najpoważniejszy incydent mego rektoratu, bojkot stołówki, wydarzył 
się w 1958 r. Gdy na wiosnę otrzymaliśmy budżet, okazało się, że suma 
przeznaczona na żywienie studentów w stołówkach nie wystarczy do 
końca roku przy obecnych wydatkach. Dyrektor domów i stołówek 
pojechał interweniować w Ministerstwie, lecz nic nie uzyskał na piśmie. 
Jednak życzliwy dyrektor departamentu finansowego zapewnił go, że we 
wrześniu otrzymamy dofinansowanie i radził prowadzić stołówki tak jak 
dotychczas. Tak się też stało. 
Niestety na kolejną prośbę o dofinansowanie, we wrześniu, otrzymali- 
śmy z Ministerstwa odmowę. Moja rozmowa z wiceminister Krassowską 
też nie pomogła. Aby utrzymać czynną stołówkę przez miesiące 
pozostające do końca roku, trzeba było dość znacznie ograniczyć wydatki. 
Dyrektor domów przygotował projekt oszczędności, który w Rektoracie 
zatwierdzono. Kaloryczność wyżywienia nie ulegała zmianie, ograniczono 
jednak niektóre droższe składniki, innych postanowiono nie kupować 
zupełnie. Sądzę, że studentom nie udałoby się dostrzec oszczędności bez 
dokładnego porównania tygodniowego jadłospisu. Jednak oczywiście 
personel stołówki wiedział o oszczędnościach i studenci dowiedzieli się. 
Pewnego dnia doniesiono mi, że w południe wybuchł bojkot stołówki 
wywołany oszczędnościami. Znacznie mniej osób zjawiło się w porze 
obiadowej, a ci, którzy przyszli, odbierają jedzenie na talerzach, po 
czym, nie tknąwszy go, wyrzucają do pojemników rr .,o/naczonych na 
resztki. Nie opuszczają też stołówki, lecz chcą rozma ....Iać z Rektorem. 
Natychmiast pojechałem na miejsce i stanąwszy na krześle starałem się 
namówić studentów do przerwania demonstracji. Skądś pojawił się 
mikrofon i moje słowa zostały nagrane na taśmę. Opisałem genezę 
oszczędności, nie wspominając jednak, że oparłem się na radach 
urzędników uniwersyteckich i Ministerstwa, oświadczyłem, że winna jest 
moja osobista lekkomyślność. Gdyby oszczędności wprowadzić na 
wiosnę, byłyby onc niedostrzegalne. Tłumaczyłem, że jedzenie, być może 
mniej smaczne, jest jednak wystarczające. Nic nie osiągnąłem. Dowie- 
działem się też, że rankiem tego dnia delegacja złożona z działaczy 
organizacji młodzieżowych pojechała do Warszawy. 
Powróciwszy do Rektoratu odebrałem telefony od zaniepokojonych 
władz miejskich i wojewódzkich. Wracając samochodem do domu 
widziałem wokół domów studenckich zwiększoną obecność milicji.
>>>
341 


Rano następnego dnia doniesiono mi, że wczoraj późnym wieczorem 
studenci telefonowali z Warszawy, że dyrektor departamentu finansowego 
znalazł potrzebną sumę. W Rektoracie jednak były gorsze wiadomości. 
Na telefoniczne zapytanie kwestora Ministerstwo oświadczyło, że 
wprawdzie dyrektor departamentu istotnie miał plan jakiegoś przeniesie- 
nia kredytów, ale minister Krassowska stanowczo się temu sprzeciwiła. 
Zamówiłem zaraz pilną rozmowę z panią Krassowską. Powiedziała ona, 
że postępowanie dyrektora departamentu jest błędne. Jeśli ona przed 
kilkunastoma dniami odmówiła rektorowi, to ustępstwo wobec demon- 
stracji studentów narusza prestiż rektora. Ona musi się więc sprzeciwić 
i zdania nie zmieni. Nie godziłem się jednak na zakończenie rozmowy, 
lecz powtarzałem, że studenci wiedzą obecnie, że Ministerstwo dysponuje 
potrzebną kwotą. Jeśli się dowiedzą, że na przeszkodzie stoi prestiż 
rektora, to efektem będzie właśnie zupełna utrata mego autorytetu, jak 
również prorektora Włodarskiego i obaj będziemy musieli podać się do 
dymisji. Po dłuższej rozmowie zdołałem wreszcie uzyskać ustępstwo pani 
Krassowskiej. Gdy studenci dowiedzieli się o powiększeniu kredytów, 
bojkot stołówki się zakończył. 
Sprawa miała jeszcze dwa epilogi. Po pewnym czasie zostałem 
wezwany przez ministra Golańskiego, któremu musiałem się szczegółowo 
tłumaczyć. Oczywiście wobec Ministra również nie wspominałem 
o radach urzędników, lecz wziąłem winę w całości na siebie. Nie było to 
bynajmniej trudne, gdyż zmiana rektora byłaby dla Ministra niewygodna, 
co więcej, utrata rektorstwa nie ograniczała moich kompetencji jako 
zoologa. Natomiast zależność urzędników od ministra była tak znaczna, 
że musiałem ich osłaniać. Otrzymałem od Ministra ostrą reprymendę 
ustną, ale rektorem pozostałem. 
Na terenie Uczelni rozpoczęło się natomiast długo trwające do- 
chodzenie prowadzone przez Urząd Bezpieczeństwa. Zapowiedziano 
nam, że po wykryciu organizatorów bojkotu będziemy musieli ich 
Surowo ukarać, być może relegować. Do tego nie doszło, gdyż żadnego 
zawiadomienia nie nadesłano. Albo więc nie wykryto organizatorów, 
albo - co uważam za prawdopodobne - okazało się, że organizatora- 
mi byli działacze młodzieżowi, których należało oszczędzać, a ukarać 
w jakiś inny sposób. 
Gdy obejmowałem rektorat, chyba większość profesorów w Polsce 
miała po dwie posady, niektórzy nawet więcej. Wynikało to z wielu 
przyczyn. Po pierwsze, pobory profesorskie były tak małe, że nie
>>>
342 


wystarczały na utrzymanie rodziny. Po drugie, brak nauczycieli akade- 
mickich po wojnie jeszcze się potęgował. N aj starsi umierali, równocześnie 
tworzono nowe uczelnic oraz instytuty Polskiej Akademii Nauk i resor- 
towe. Były więc okazje do dodatkowego zatrudnienia. Najłatwiej było 
zapewnić sobie pracę na dwu etatach w takich miastach jak Warszawa, 
Kraków czy Lublin, gdzie było kilka szkół wyższych. Praca na dwu 
etatach dla profesora UMK była znacznie bardziej kłopotliwa, skoro na 
miejscu była tylko jedna szkoła wyższa, lecz pomimo tego dość 
powszechna. W instytutach PAN pracowali spośród toruńskich profeso- 
rów przeważnie matematycy, fizycy, historycy. Na Wydziale Biologii 
i Nauk o Ziemi mało osób miało dwa etaty. Ja nigdy ich nie miałem, 
podobnie jak profesorowie Priiffer, Zabłocki, Walas. Po roku 1956 
zaczęto stopniowo likwidować dwuetatowość, skoro liczba habilitacji 
zaczęła się powiększać. Podnoszono pobory pracowników nauki, 
równocześnie obniżając wynagrodzenia pobierane w drugim miejscu 
pracy. Wobec tego łączenie dwu etatów w różnych miastach traciło 
atrakcyjność. W roku ak. 1958/1959 Ministerstwo zapytało uniwersytcty, 
czy profesorowie zajęci na dwu etatach w pełni wywiązują się ze swych 
obowiązków. Po otrzymaniu takiego pisma poprosiłem dziekanów 
o informację. Większość odpowiadających oceniła pracę dwuetatowców 
dodatnio, tylko pismo dziekana Wydziału Humanistycznego prof. 
Jadwigi Lechickiej zawicrało zastrzeżenia ilustrowane częstymi nieobec- 
nościami na zajęciach prof. Andrzeja Bukowskiego, który mieszkał stale 
w Gdańsku, był profesorcm na WSP i chyba wówczas rektorem. 
Sporządzając odpowiedź dla Ministerstwa przytoczyłem przykład podany 
przez prof. Lechicką. 
Po upływie niewielu dni od wicdził mnie wRektoracic prof. Bukowski, 
któremu ktoś w Ministerstwie pokazał pismo z UMK. Był oburzony. 
Twierdził, że zarówno prof. Lechicka, jak i ja postąpiliśmy nielojalnie 
skarżąc się na nicgo wobec Ministerstwa, bez pytania go o usprawiedliwie- 
nie nieobccności. Naszym obowiązkiem było -jego zdaniem -- zwróce- 
nie mu najpierw uwagi. Pisać do Ministerstwa mogliśmy dopiero po tej 
rozmowie. Odpowiedziałem, że moje pismo nic miało charakteru skargi 
na jego zachowanie, lecz było odpowiedzią na zapytanie ze strony 
Ministcrstwa. Formułując odpowiedź miałem obowiązek opisać stan 
faktyczny, co też uczyniłem. Okoliczności, które ewentualnie uniemożli- 
wiały prof. Bukowskiemu wyjazdy z Gdańska, grały rolę drugorzędną, nie 
musiałem więc o nie pytać. Rozstaliśmy się bez zgody.
>>>
343 


Po następnych paru dniach pojawił się w Toruniu naczelnik wydziału 
personalnego z Ministerstwa, który przywiózł pismo Ministra zawierające 
polecenie złożenia wyjaśnień w odpowiedzi na złożoną w Ministerstwie 
pisemną skargę prof. Bukowskiego. Zarzucał on prof. Lechickiej, że 
prowadzi ona na Wydziale politykę prześladowania członków PZPR, na 
dowód czego powoływał się na pismo UMK w sprawie osób zatrud- 
nionych na dwu etatach. Naczelnik podkreślał, że jego osobisty przyjazd 
ma na celu podkreślenie wagi, jaką Minister przykłada do skargi prof. 
Bukowskiego. 
Wobec tego na posiedzeniu Senatu powołano komisję do rozpatrzenia 
sprawy. Weszli do niej profesorowie: Bronisław Nadolski, Witold 
Zacharewicz i Kazimierz Biskupski - wszyscy członkowie PZPR - i ja 
jako przewodniczący. Na pierwszym zebraniu komisja upewniła się, że 
istotnie w dniach wymienionych przez prof. Lechicką zajęcia planowane 
przez prof. Bukowskiego nie odbyły się, po czym przesłuchano prof. 
Bukowskiego. Rozpoczął on od gwałtownego ataku na dziekan Lechicką, 
przytaczając przyczyny, dla których w wymienionych dniach nie mógł 
opuścić Gdańska. Następnie komisja zadawała mu pytania. Wydaje mi 
się, że główną rolę odegrały pytania pro f. Biskupskiego. Pierwsze z nich 
brzmiało: 
- Czy uważa pan zarzut działalności przeciwko PZPR za poważny? 
- Oczywiście poważny. 
- Jak dalece poważny? Czy może stwierdzenie takiej sytuacji 
dyskwalifikuje dziekana, a mO:l..e także profesora, albo nawet pracownika? 
- Nie chciałbym tego zbyt szeroko omawiać, ale niewątpliwie 
zatrudnienie osób wrogich PZPR na uniwersytecie jest niewskazane. 
- A więc jest to zarzut bardzo poważny. Proszę więc o wyliczenie 
przykładówantypartyjnego działania prof. Lechickiej. 
W odpowiedzi prof. Bukowski raz jeszcze dość szeroko opisał własną 
sprawę. Wówczas prof. Biskupski: 
- Rozumiem pana poruszenie. Ponieważ jednak nikt nie jest dobrym 
sędzią we własnej sprawie, muszę prosić o wymienienie przykładów nie 
dotyczących pana profesora. 
Profesor Bukowski zaczerwienił się, ale milczał. Na to prof. Biskupski: 
- Nam się nie spieszy, niech pan poszuka w pamięci, sprawa - jak 
pan widzi - jest ważna. - A gdy milczenie ciągnęło się jeszcze dość 
długą chwilę, zwrócił się do mnie ze słowami: 
- Dziękuję, nie mam więcej pytań.
>>>
344 


Na tym posiedzenie zamknięto, a na drugi dzień otrzymałem pismo 
prof. Bukowskiego zawierające rezygnację z pracy na UMK. Komisja 
podjęła wówczas uchwałę, że zarzuty skierowane przeciwko prof. 
Lechickiej nie potwierdziły się. Ministerstwo do sprawy nie wracało. 
Muszę podkreślić, że opieram się tylko na pamięci, pisząc to w 1988 r., 
po upływie trzydziestu lat. W archiwach UMK i Ministerstwa muszą być 
pisma wymieniane w tej sprawie i protokóły posiedzeń Senatu i komisjilO. 
Podobną sprawę wszczął prof. Witold Łukaszewicz, późniejszy 
wieloletni rektor UMK. Nie dotyczyła ona bezpośrednio Uniwersytetu, 
ale warto ją opisać. Profesor Łukaszewicz był członkiem zwyczajnym 
TNT. Postawiono wniosek o powołanie go na członka czynnego 
Wydziału I, ale wniosek nie uzyskał większości głosów w tajnym 
głosowaniu. Podobno przyczyną negatywnego nastawienia Wydziału 
była bardzo surowo skrytykowana książka prof. Łukaszewicza o Ig- 
nacym Krasickim II. Profesor Łukaszewicz skierował wówczas do 
Polskiej Akademii Nauk, która dotowała Towarzystwo i nadzorowała 
je, pismo zarzucające Towarzystwu niewłaściwe postępowanie. Aka- 
demia wysłała do Torunia komisję, w której skład wchodzili pro- 
fesorowie: Stanisław Arnold, Zdzisław Kaczmarczyk i Bogusław Le- 
śnodorski. Komisja złożyła mi wizytę w Rektoracie i pytała o opinię. 
W parę tygodni później spotkałem prof. Leśnodorskiego w korytarzu 
Ministerstwa w Warszawie. Zaczepił mnie, pytał, co słychać w Toruniu, 
po czym dodał: "Przez jakiś czas będziecie mieli spokój od Łuka- 
szewicza. Natarliśmy mu dobrze uszu". 
Odmienny problem powstał w sprawie doc. Ludmiły Roszkówny, 
geografki. Uniwersytet otrzymał pismo od prokuratora donoszące, że 
doc. Roszkówna zorganizowała tajną organizację i w tej sprawie 
biegnie dochodzenie. Wobec tego, na mój wniosek, Senat uchwalił 


10 Zob. Archiwum UMK, Protokoły posiedzeń Senatu 1958/1959, k. 49, 67: 
- 1959/60, k. 63. 
II W. Łukaszewicz pisał o Krasickim już w pracy Targowica i powstanie kościuszkow- 
skie (Warszawa 1953); w 1955 r. opublikował w Pracach Polonistycznych studium 
Przyczynek do dzialalno.ki spoleczno-gospodarczej Ignacego Kra.fickiego na Warmii w l. 
1767 -1774, które zostało w środowisku uczonych źle przyjęte (polemika: R. Wołoszyński, 
O "rewelacjach" na temat l. Kra.fickiego, Pamiętnik Literacki, R. 48, 1957, z. 3; W. 
Ogrodziński, Pomiędzy Kra.fickim a von Zehmenem, Rocznik Olsztyński, t. 1, Olsztyn 
1958). Sprawa, o której pisze Henryk Szarski, ciągnęła się od 1958 r. (wniosek o przyjęcie 
Łukaszewicza na członka czynnego Wydziału I TNT) do początków 1960 r. (interwencje 
w tej sprawie z Warszawy) - - zob. Akta TNT z tych lat w siedzibie Towarzystwa 
w Toruniu, Wysoka 16 (nie uporządkowane).
>>>
345 


odsunięcie doc. Roszkówny od pracy dydaktycznej do czasu wyjaśnienia 
sprawy. Wyrok zapadł dopiero po ukończeniu mej kadencji rektorskiej 
i był uniewinniający. Istotnie, doc. Roszkówna zorganizowała paro- 
osobową grupę pań, której celem było opiekowanie się osobami 
samotnymi, starymi lub niedołężnymi, a pozbawionymi opieki. Koniecz- 
na w takich sprawach niezawodność wymagała organizacji. Grupa 
zwróciła się najpierw do kurii biskupiej o roztoczenie opieki, ta jednak 
zwlekała z zajęciem stanowiska. N a procesie oskarżone tłumaczyły brak 
zgłoszenia organizacji do władz oczekiwaniem na stanowisko kurii l2 . 
Interesującym wydarzeniem była też sprawa mgr. Adama Krzemienia. 
Był to adiunkt w zakładzie kierowanym przez prof. Jerzego Remera. 
Magister Krzemień opublikował skrypt pod tytułem Materiałoznawstwo 
tworzyw artystycznych, który został surowo skrytykowany przez recen- 
zentów zarzucających mu liczne błędy merytoryczne. Profesor Remer 
złożył wniosek o zwolnienie mgr. Krzemienia, uzasadniając to brakiem 
dorobku naukowego, który mgr Krzemień tłumaczył pracą nad skryptem. 
Skoro skrypt okazał się bezwartościowy, zwolnienie wydawało się 
uzasadnione. Magister Krzemień otrzymał wymówienie. Okazało się 
wówczas, że jest on członkiem rady na którymś szczeblu związku 
zawodowego [ZNP]. Popełniliśmy więc błąd zwalniając go bez zezwolenia 
Związku. Poprosiliśmy Związek o zgodę. Związek nie spiesząc się dał 
odpowiedź negatywną, pisząc, że mgr Krzemień nie uczynił niczego, co 
wymagałoby takich konsekwencji. Odwołaliśmy się do centrali w War- 
szawie, również bezskutecznie. Profesor Remer nie chciał przydzielić 
mgr. Krzemieniowi żadnych zajęć w Zakładzie uzasadniając to brakiem 
kwalifikacji. Magister Krzemień zgłaszał się więc na Uniwersytecie tylko 
po pobory. Poprosiłem go do Rektoratu i starałem się go skłonić do 
rezygnacji apelując do jego ambicji. Dowiedziałem się jednak, że on tego 
uczynić nie może. Czuje się bowiem skrzywdzonym członkiem władz 
Związku, walczy o prawa Związku. Gdyby zrezygnował, zdradziłby swą 
organizację. Sprawa ciągnęła się długo, chyba ponad rok. W końcu 
jednak mgr Krzemień zrezygnował z pracy na UMK\). 


12 Ludmiła Raszko została zawieszona w czynnościach służbowych zgodnie z uchwałą 
Senatu UM K z dnia 11 X 1960 r. Uchylono zarządzenie w tej sprawie dopiero 28 III 
1963 r. . Archiwum UMK, Akta osobowe L. Roszko, sygn. K-34N/36. 
13 Przestał pracować na UMK 31 I 1959 r. - Archiwum UMK, Akta osobowe 
Krzemień Adam. Sprawa zwolnienia znalazła też odbicie w aktach ZNP - Archiwum 
UMK, Akta ZNP, sygn. 1/7.
>>>
346 


Profesor Remer był też stroną w innym sporze, w którym chciano 
posłużyć się autorytetem Uniwersytetu. Odnawiano wówczas ratusz 
toruński, wspaniałą budowlę gotycką. Plan odnowy został przygo- 
towany zgodnie z poglądami prof. Remera. Niektórzy profesorowie 
historii uważali jednak, że plany są złe 14 i chcieli, aby sprawa stanęła 
na posiedzeniu Senatu. Nie godziłem się na to, gdyż uważałem, 
że Senat uniwersytecki nie ma kompetencji ani formalnych, ani 
merytorycznych, do zabierania tu głosu. Prorektor Włodarski, historyk, 
zgadzał się ze mną. Uważam za swój sukces, że Senat UMK nie 
wypowiadał się w tej sprawie. 
W roku ak. 1958/1959 otrzymaliśmy z Ministerstwa meble, które 
znajdowały się w gabinecie wiceminister Krassowskiej. Ustawiono je 
w gabinecie rektora, gdyż poprzednie umeblowanie było bardzo nieładne: 
ciężkie, dość zniszczone, w "nowoczesnym" stylu lat ok. 1930. Otrzymali- 
śmy autentyczne antyki z epoki rewolucji francuskiej. Niestety, gdy jako 
emeryt chyba w 1983 r. odwiedziłem rektora UMK, zastałem w jego 
gabinecie meble znowu nieładne, pretensjonalnie nowoczesne. 
Zapewne Czytelnik spodziewa się, że kończąc te wspomnienia z mego 
rektoratu wymienię jakieś trwałe osiągnięcie, które w kronikach UMK 
można by zapisać na mój rachunek. Nie mogę tego uczynić. Wprawdzie 
za mojej kadencji doszło do reaktywowania Wydziału Prawa i zapewne 
nieco się do tego przyczyniłem, lecz inicjatywa nie wyszła ode mnie, na 
pewno też najwięcej uczynił w tym kierunku prof. Hejnosz. Dużą zasługę 
mają też ówczesne władze Torunia i województwa bydgoskiego -- choćby 
tylko przez zapewnienie mieszkań przybywającym do Torunia wy- 
kładowcom. Był to ważny argument w rozmowach z kandydatami. 
Jednak najważniejszym powodem, dla którego mój rektorat nie zapisał 
się żadnym szczególnym osiągnięciem, było moje głębokie przekonanie, 
że wiele osób pełniących funkcje kierownicze dąży świadomie do 
skupienia swych wysiłków na pewnym wąskim odcinku właśnie w celu 
"pozostawienia po sobie śladu", podobnie jak niekulturalni turyści 
wydrapujący swe nazwiska na ścianach zabytkowych budowli. 
Jeśli w okresach pracy na stanowiskach dziekana i rektora miałem 
jakieś plany działania, to nie myślałem nigdy ocelach, lecz o metodach 
postępowania. Już jako uczeń gimnazjalny uwierzyłem w demokrację. 


14 Historycy toruńscy nie mogli darować prof. Remerowi, że w odnowionym ratuszu 
nie przewidywał miejsca na Archiwum, które mieściło się tam nieprzerwanie od 
średniowiecza.
>>>
347 


Nie oznacza to wiary w mądrość większości, a więc w rozstrzyganie 
kwestii merytorycznych za pomocą głosowania. Głosowanie ma tylko 
wybrać osoby, którym przypadnie trud decydowania. Osoby te muszą 
przestrzegać przepisów prawa i co pewien czas stawać do powtórnych 
wyborów. Nigdy nie byłem ani buntownikiem, ani radykałem. Od 1945 
r. byliśmy pod naciskiem ideologii przepojonej radykalizmem, pogardą 
dla kompromisów i wiarą w nieomylność władz. Ulegało jej w pewnej 
mierze nawet środowisko uniwersyteckie. Starałem się własnym po- 
stępowaniem pokazywać, że można i należy mieć inne poglądy. Tak np. 
starałem się w każdej sprawie wyrobić sobie własne zdanie, wnioski 
i plany działania. Nie starałem się jednak ich narzucać, lecz chętnie 
dawałem się przekonać. Chciałem w ten sposób wpływać dodatnio na 
stosunki międzyludzkie. Nie da się oczywiście stwierdzić, czy zdołałem 
coś w tym względzie osiągnąć. 
Organizm tak złożony jak uniwersytet powinien się rozwijać har- 
monijnie. Skupienie wysiłków na wąskim polu musi prowadzić do 
zaniedbywania innych zadań, co może być później trudne do odrobienia. 
Ponadto jeśli kolejni kierownicy rozpraszają swe wysiłki w różne strony, 
całość - zmieniając często kurs - nie może wiele osiągnąć. Za 
pierwszy obowiązek każdego nowego kierownika uważam zachowanie 
i kontynuowanie wszystkich sensownych inicjatyw poprzednika i nie- 
wprowadzanie zbyt szybko własnych pomysłów. Trzeba też pamiętać 
o tym, że kierownik zbyt bezwzględnie dążący do osiągnięcia za- 
planowanych celów ma tendencje do nadmiernej interwencji w działalność 
podwładnych, co podkopuje ich autorytet, poczucie odpowiedzialności, 
i wiarę we własne siły. Musi też angażować się w sojusze i układy, które 
zmuszają go do rozmaitych ustępstw z własnych przekonań. 
Twierdzenie, że cel uświęca środki, jest fatalnym błędem, którego 
stosowanie spowodowało nieprawdopodobną ilość krzywd i nieszczęść. 
Jestem przekonany, że środki decydują o celu, do którego można dążyć. 
Zapewne obserwatorzy mojej działalności organizacyjnej mogli mi 
zarzucać brak inicjatywy. Nie starałem się jej okazywać. Zwykły bieg 
zdarzeń wystarczająco zmusza do działania. Ważne jest, aby wypełniając 
pojawiające się obowiązki, postępować z pełnym poczuciem odpowie- 
dzialności, posługując się metodami szanującymi godność i przekonania 
wszystkich włączonych w nie osób. Nie jest to rzecz łatwa, szczególnie na 
uczelni wyższej, gdzie równocześnie powinien panować nastrój rywalizacji 
i współzawodnictwa.
>>>
348 


Utrzymanie poziomu uczelni wyższej wymaga, aby wakujące stanowi- 
ska powierzać zawsze kandydatom rokującym najlepsze nadzieje przy- 
szłych osiągnięć, a nie najbardziej zasłużonym, ani tym bardziej 
najstarszym i najsympatyczniejszym. Tymczasem najłatwiej mianować 
najstarszego i najbardziej zasłużonego, a najtrudniej ocenić czyjeś 
przyszłe sukcesy. Dlatego tak często upadają szkoły naukowe, a nawet 
całe uczelnie wyższe, jak np. w pewnym okresie Uniwersytet Jagielloński. 
Rok ak. 1958/1959 był ostatnim w mojej kadencji. Mógłbym wówczas 
kandydować na powtórny wybór. Nie zrobiłem tego pomimo namowy 
niektórych kolegów oraz pewnego nacisku ze strony pani Krassowskiej. 
Miałem pewną pokusę, by się zgodzić. Kierowanie uczelnią wyższą 
dostarcza pewnych satysfakcji. Wielu uczonych i artystów polskich 
niechętnie podejmuje się funkcji kierowniczych, a, co gorzej, niekiedy 
lekceważy je i wypełnia niedbale, znacznie wyżej ceniąc własną twórczość. 
Mam odmienne przekonania. Zapewne jest to wpływ mego otoczenia. 
Mój ojciec za rzecz najtrudniejszą i najważniejszą uważał kierowanie 
grupą ludzi. Dlatego byłem bardzo zadowolony, gdy mnie wybrano 
dziekanem w 1956 r., dając tym dowód dodatniej oceny mej przeszłej 
działalności. Jednak trzyletnią kadencję rektorską uznałem za wystar- 
czające spełnienie obowiązku. Ponadto przeciwko godzeniu się na 
powtórny wybór przemawiały istotne argumenty. 
Po pierwsze, zostałem rektorem mając bardzo skromny dorobek 
naukowy. Moja poprzednia działalność badawcza, przerwana najpierw 
przez wojnę, a potem przez zajęcia organizacyjne, przyniosła niewielkie 
owoce. Wypełnianie obowiązków rektora bardzo utrudnia działalność 
naukową, jeśli jej zupełnie nie hamuje. Miałem rozmaite plany, które 
chciałem realizować. Uważałem też, że jestem lepszym nauczycielem niż 
organ izatorem, a powinno się przede wszystkim iść za swoim powołaniem. 
N a miesiące wrzesień - grudzień 1959 r. otrzymałem stypendium Fundacji 
Rockefellera na odwiedzenie pracowni naukowych USA. Była to wielka 
okazja zetknięcia się z bieżącym stanem nauki, od którego byliśmy 
odcięci przez okupację i czasy stalinizmu. Wykorzystanie jej było 
koniecznością. Ministerstwo podsuwało mi wprawdzie możliwość uzy- 
skania urlopu na wyjazd nawet po powtórnym wyborze, nie mogłem 
jednak dać się wybrać, a potem prawie na pół roku wyjechać. Nie 
byłbym też w stanie interesować się dostatecznie bieżącym stanem 
zoologii, gdybym był odpowiedzialny za Uniwersytet. Wreszcie, zakres 
działań rektora ulegał ciągłemu zacieśnianiu. O coraz większej liczbie
>>>
349 


spraw decydowali urzędnicy Ministerstwa, coraz mniej okazji do działania 
miał rektor. Odwilż z 1956 r. wyraźnie się kończyła. Dokuczała mi rola 
osoby piszącej mcmoriały do władz, interweniującej w urzędach i wymu- 
szającej na Uniwersytecie wypełnianie nadsyłanych z Warszawy poleceń. 
Nie brakło też chętnych, i w moim przekonaniu wyśmienitych, kan- 
dydatów na stanowisko rektora. 
Po odejściu ze stanowiska rektora nie wróciłem już na stanowiska 
administracyjne na UMK, a wiftc wpływ mój na losy Uniwersytetu był 
minimalny. Pod koniec kadencji rektorskiej Stanisława Jaśkowskiego 
odwodziłem go od powtórnego kandydowania, które brał pod uwagę. 
Był onjuż wówczas poważnie chory i obowiązki rektora mogły pogorszyć 
jego stan zdrowia. Za rektoratu Antoniego Swinarskiego, gdy byłem 
delegatem Wydziału do Senatu rozważano plany rozbudowy Uczelni. 
Chciałem wówczas namówić zarówno Uniwersytet, jak i władze Miasta, 
do rozlokowania nowych gmachów na wolnych parcelach w obrębie 
miasta. Uważałem, że jest ich dość. Budowanie miasteczka uniwersyte- 
ckiego na peryferiach, nawet skupionych razem, nie wydawało mi się 
wygodne. Nic wiem, czy obccnie pracownicy UMK i władze Miasta są 
zadowolone z lokalizacji Uczelni. 
Czemu w 1967 r. dobrowolnie opuściłem UMK, godząc się na 
przeniesienie na UJ? Złożył się na to splot różnych okoliczności. W 1966 
r. prof. Zygmunt Grodziński, którego byłem najstarszym uczniem, 
musiał przejść na emeryturę. Przewidując to już w 1961 r. zwrócił się do 
mnie z propozycją objęcia po nim kierownictwa krakowskiego zakładu. 
Miałem zastrzeżenia wobec obecności w jego katedrze mego przyjaciela 
Andrzeja Pigonia, który był profesorem nadzwyczajnym i miał pełne 
kwalifikacje do objftcia kierownictwa. Profesor Grodziński odparł, że 
z Pigoniem rozmawiał, alc on nie chce się podjąć kierownictwa całej 
katedry, woli pozostać w jcj obrębie kicrownikiem Zakładu Cytofizjologii. 
Mówiłem też o tym z prof. Pigoniem. W październiku 1961 r. prof. 
Grodziński odwiedził Toruń celem wygłoszenia odczytu. Po paru dniach 
dostałem od Andrzeja Pigonia list, datowany 11 października 1961 r., 
kończący się słowami: "Profesor wrócił od Ciebie w doskonałym 
humorze, więc widać, że zadowolenie obustronne. Mówił, że nie bardzo 
masz ochotę przychodzić tutaj. Myślę jednak, że np. twoja Żona bardzo 
by się cieszyła, gdybyś przyszedł do Krakowa. Pozostawiam do osobistej 
decyzji kwestię, co ważniejsze: Żona czy bibliotcka? Dużo najlcpszych 
pozdrowień" .
>>>
350 


T oteż było dla mnie bardzo niemiłą niespodzianką, że w czerwcu 
1966 r. państwo Pigoniowie wyjechali turystycznie do Szwecji, po czym 
dali znać, że do Polski nie wrócą. W liście prywatnym do mnie Andrzej 
Pigoń szeroko to uzasadniał, bynajmniej nie polityką! Równocześnie 
jednak zastrzegł, że jego argumenty mam zachować w tajemnicy. 
Rzeczywiście nie bardzo miałem ochotę na przenosiny. W Toruniu 
jako były dziekan i rektor miałem pewną pozycję wśród kolegów, byłem 
też dość znanym obywatelem miasta. W Krakowie wśród paru setek 
profesorów ginąłem w tłumie, a wobec wieku nie miałem już możliwości 
starania się o nowe funkcje, na co zresztą nie miałem ochoty. Bibliotekę 
Zakładu zaopatrywałem od lat w książki potrzebne mi do pracy. Także 
Bibliotekę Uniwersytecką i zbiory TNT skłaniałem do sprowadzania 
interesujących dla mnie czasopism i dzieł. W Krakowie zastanę biblioteki 
w zasadzie zasobniejsze, ale inaczej dobrane. Będę musiał opiekować się 
dość liczną grupą współpracowników, których prawie nie znam i których 
nie dobierałem. Obawiałem się także temperamentu prof. Grodzińskiego, 
którego znałem jako człowieka pełnego inicjatywy, energicznego i prze- 
prowadzającego swoje plany. Pomimo całej sympatii, przywiązania 
i szacunku miałem jednak w pewnych sprawach odmienne poglądy 
i bałem się skrępowania. Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. 
Profesor Grodziński jako emeryt w żadnym stopniu nie mieszał się do 
kierownictwa. 
W Toruniu mieliśmy przyjaciół, z którymi przykro było się rozstawać. 
Ajednak przenieśliśmy się głównie z powodów rodzinnych. W Krakowie 
mieszkali rodzice żony. Ojciec osiągał w 1966 r. lat osiemdziesiąt, matka 
była niewiele młodsza. Opieka nad nimi z Torunia była bardzo trudna, 
czasem niemożliwa. W 1966 r. moja córka zdawała maturę i zamierzała 
studiować anglistykę, której w Toruniu nie było. Wreszcie mój syn ożenił 
się i jego żona z córką zamieszkali z nami 1s . Uniwersytet Jagielloński 
dawał mi mieszkanie, a więc przenosiny powodowały, że moi synostwo 
w Toruniu zyskiwali mieszkaniową samodzielność. Były to argumenty 
nie do odparcia. Nie miałem też wyrzutów, że pozostawiam UMK 
osierocony, gdyż w Zakładzie poza mną pracowali prof. Juliusz Czopek 
i doc. dr hab. Stefan Strawiński, obaj w pełni dojrzali do samodzielności. 


15 Żona Marcina Szarskiego Ewa Sen tek i ich córka Ewa.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


ALINA ULIŃSKA 


Jak powstała chemia na UMK w Toruniu. 


W dniu 14 lipca 1945 r. na Dworcu Głównym W Toruniu, na 
bocznym torze, zakończył bieg pociąg (eszelon, jak się wtedy mówiło), 
który przywiózł pracowników naukowych i administracyjnych USB 
W Wilnie. W eszelonie przeważali naukowcy Wydziału Matematy- 
czno- Przyrodnicze go. 
Pomiędzy chemikami, którzy przyjechali, nic było nicstety już ani 
jednego profesora spomiędzy czterech, którzy tworzyli chemię na USB 
w Wilnie po wskrzeszcniu Uniwersytetu w 1919 r. Prof. dr Edward 
Bekier, organizator i kierownik Zakładu Chemii Fizycznej USB, zmarł 
na zawał serca 10 lutego 1945 r. Pochowany został na cmentarzu Rossa 
w Wilnie. Prof. dr Marian Hlasko, organizator i kierownik Zakładu 
Chemii Nieorganiczncj, zmarł tragicznie podczas okupacji w swoim 
folwarku na Wileńszczyźnie. Popcłnił samobójstwo, nie wytrzymując 
samotności na prowincji w burzliwych czasach okupacyjnych. Prof. dr 
Witold Kraszewski, organizator i kierownik Zakładu Chemii Technicznej 
USB, odszedł na emeryturę w 1939 r., zamieszkał w Warszawie, gdzie 
zmarł w 1943 r. Prof. dr Kazimierz Sławiński, organizator i kierownik 
Zakładu Chemii Organiczncj, zmarł 14 października 1941 r. w Warszawie. 
Pochowano go na Powązkach. 
Trzeba tu wyjaśnić, że przed wojną na USB terminem "zakład" 
nazywano samodzielną jednostkę naukowo-badawczą i dydaktyczną, 
która po wojnie na UMK była oznaczana terminem "katedra". 
Chemików wileńskich ze wspomnianego eszelonu reprezentowało kolejne 
młodsze pokolenie. Na jego czele stał najstarszy stopniem docent Antoni 


. Tekst złożony do druku w 1990 r. 


..........
>>>
L 'dmanowicz 
rys. . J.
>>>
353 


Basiński, były sL asystent i docent w Zakładzie Chemii Fizycznej 
USB. N a UMK organizował w początkowych latach całość chemii. 
Wpływał na obsadzanie stanowisk kierowników poszczególnych katedr, 
sam był bezpośrednim kierownikiem dwóch z nich: Chemii Nieor- 
ganicznej i Chemii Fizycznej - do powołania w 1951 r. prof. 
Antoniego Swinarskiego na kierownika Katedry Chemii Nieorgani- 
cznej. Można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że był inicjatorem 
i najczęściej realizatorem każdego przejawu życia "chemii" w pierwszych 
latach na UMK. 
Magister Halina Basińska, jego żona, były sL asystent w pracowni 
Chemii Ilościowej Zakładu Chemii Nieorganicznej USB, objęła kierow- 
nictwo pracowni Chemii Analitycznej Ilościowej UMK. Zmarła na 
zawał serca w 1983 r. jako profesor zwyczajny. Pochowano ją w Toruniu. 
Doktor Jadwiga Kuszpecińska i dr Dominik Ważewski, byli sL 
asystenci Zakładu Chemii Nieorganicznej USB, w krótkim czasie opuścili 
UMK i pracowali w zakładach chemicznych "Polchern" w Toruniu. 
Magister Alina Ulińska, były mł. asystent Zakładu Chemii Fizycznej 
USB, objęła kierownictwo pracowni Chemii Analitycznej Jakościowej 
UMK, a od l kwietnia 1951 r. do emerytury w 1975 r. kierownictwo 
Katedry, a następnie Zakładu Chemii Ogólnej UMK. 
Zofia Tomaszewiczówna, absolwentka chemii USB, obecnie doc. 
dr Matysik, pracuje na Uniwersytecie Gdańskim. 
W późniejszym czasie dołączyli nastt;pni pracownicy i absolwenci 
USB. Dnia 30 września 1945 r. przyjechali Irena i Zenon Czerwińscy, 
absolwenci USB. Czerwiński włączył się natychmiast do pomocy prof. 
Basińskiemu i objął asystenturę w Katedrze Chemii Fizycznej. Zmarł 
w 1987 r. jako profesor zwyczajny. Pochowany w Toruniu. Irena 
Czerwińska objęła asystenturę w Katedrze Technologii Chemicznej, 
skąd jako doktor chemii przeszła na emeryturę w 1974 r. 
Dnia 27 sierpnia 1946 r. przyjechał prof. dr hab. Witold Zacharewicz, 
były docent Zakładu Chemii Organicznej USB. Objął Katedrę Chemii 
Organicznej UMK. Zmarł 12 lipca 1974 r. jako profesor zwyczajny, 
pochowano go w Toruniu. 
W 1946 r. powrócił z wędrówek po więzieniach i łagrach ZSRR Jan 
Krupowicz, absolwent USB. Pracował jako asystent, adiunkt i docent 
w Katedrze Chemii Organicznej UMK do 1964 r., następnie jako 
kierownik Katedry Chemii Ogólnej Akademii Rolniczej w Lublinie do 
odejścia na emeryturę w 1977 r. jako profesor zwyczajny.
>>>
354 


Również w 1946 r. przyjechał z Brześcia, via posada nauczyciela 
w Cieszynie k. Drawska, Jerzy Jaromczyk, absolwent USB. Objął on 
demonstracje przy wykładach prof. Basińskiego, następnie był asystentem 
w Pracowni Chemii Analitycznej Ilościowej. Wkrótce odszedł z pracy 
w Uniwersytecie. 
Poza wyżej wymienionymi osobami, które przyjechały z Wilna, 
w organizowaniu zrębów chemii w Toruniu brali udział chemicy spoza 
Wilna. Katedrą Chemii Technicznej do 1947 r. kierował zastępca 
profesora dr Piotr Wierzchowski, również z USB, ale od roku ak. 
1947/1948 Katedrę tę objął zastępca profesora dr Ernest Pischinger 
z Krakowa. Przed przyjściem do Torunia był dyrektorem fabryki sody 
w Inowrocławiu. Zmarł w 1980 r. w Poznaniu jako em. profesor 
zwyczajny technologii chemicznej. Pochowano go na cmentarzu Rako- 
wickim w Krakowie. 
Należy również wspomnieć o grupie pierwszych studentów chemii 
UMK, ludzi zdolnych, dojrzałych doświadczeniami okupacji, którzy, 
studiując normalnie, włączyli się w organizację chemii jako wolontariusze, 
następnie zastępcy asystentów. Byli to: Władysław Chodkiewicz, obecnie 
profesor w Uniwersytecie w Paryżu: prawdopodobnie na emeryturze; 
Marian Kryszewski, profesor zwyczajny fizyki w Politechnice Łódzkiej, 
następnie profesor zwyczajny w Centrum Badań Molekularnych i Mak- 
romolekularnych PAN w Łodzi, członek PAN; Aleksander Matawowski, 
adiunkt Katedry Chemii Organicznej (zmarł na zawał serca w 1981 r.); 
Lucyna Lipczyńska, obecnie Tomaszewska [zmarła w 1994 r.] em. 
adiunkt Katedry Chemii Organicznej; Janina Gryźlakówna, obecnie 
Gronowska profesor zwyczajny w Zakładzie Chemii Organicznej UMK. 
Pierwszą działalnością organizacyjną było znalezienie mieszkań dla 
personelu, lokalu dla katedr chemii oraz gromadzenie pomocy nauko- 
wych i ksią7..ek chemicznych, co umożliwiałoby rozpoczęcie pracy ze 
studentami. Personel naukowy został ulokowany na trzecim piętrze 
domu przy ul. Mickiewicza 5. Każda rodzina otrzymała jeden pokój 
- większy lub mniejszy w zależności od jej liczebności. Profesor 
Basiński, wówczas młody docent, spędzał długie godziny w dużym holu, 
wertując książki i notatki. 
Chemia jako instytucja otrzymała nieduży pokój bez mebli na 
pierwszym piętrze obecnego akademika nr 1 przy ul. Mickiewicza oraz 
pokój, obecnie nr 36, na pierwszym piętrze Collegium Maius. Była tam 
woda i zlew, więc został urządzony pierwszy "pokój przygotowawczy"
>>>
355 


do wykładów chemii, które odbywały się w obecnej sali wykładowej 
V (pokój 24) na tymże piętrze. Na wiosnę 1946 r. przydzielono jeszcze 
dwa pokoje z kuchnią na parterze przy ul. Danielewskiego 6 (obecnie 
mieszczą się tam Zakłady Klimatologii i Geografii Ekonomicznej 
Instytutu Geografii). W sierpniu zaś 1946 r. rozpoczęto budowę gmachu 
chemii i fizyki, wykorzystując zaawansowaną przedwojenną budowę 
gmachu Sądu Apelacyjnego przy ul. Grudziądzkiej 5/7. W listopadzie 
tegoż roku oddano do użytku 12 sal gmachu chemii. Zakończenie 
budowy przypadło na koniec 1947 r. Bardzo dużo czasu i sił nadzorowi 
budowy tego gmachu poświęcili prof. Basiński i mgr Czerwiński. Nie 
obeszło się bez konfliktów (na szczęście przyjmowane były na wesoło 
przez społeczność chemiczną) pomiędzy profesorami Basińskim i J ab- 
łońskim. Każdy chciał zdobyć jak najwięcej przestrzeni dla swojego 
kierunku. 
Problemem bardzo ważnym było gromadzenie pomocy naukowych. 
Moc pracy włożyli w to prof. Basiński i absolwcnt Czerwiński oraz 
dorywczo inni zaangażowani asystenci, m.in. absolwentka Zofia Toma- 
szewiczówna. Pierwsze probówki dostaliśmy z Toruńskiej Fabryki 
Pierników (niestety przy ogrzewaniu pękały), z Włocławka przywieziono 
wyposażenie całego laboratorium wojskowego z digestoriami włącznie. 
Jeżdżono po cukrowniach, pomorskich fabrykach chemicznych, z dal- 
szych ośrodków eksploatowano Białogard i Gdańsk. Jeżdżono w od- 
krytych ciężarówkach, siedząc na zapasowych kołach lub jakichś pakach. 
Drogi były wyboiste, więc nierzadkie było przewracanie się ofiarnych 
pracowników chemii. 
W styczniu 1946 r. odbył się pierwszy wykład prof. Basińskiego w sali 
wykładowej w Collegium Maius. Wykład był uzupełniany pokazami, 
które prowadziła mgr Zofia Tomaszewiczówna, a młodzież przyjęła go 
entuzjastycznie. Profesor miał wtedy donośny głos, "grzmiał" na cały 
gmach, przekazując stęsknionej nauki powojennej młodzieży prawdy 
chemiczne, ubarwione efektownymi pokazami. Jak podkreślał ówczesny 
rektor, prof. Ludwik Kolankowski, młodzież czuła się bardzo dobrze na 
wykładach. 
Pierwsze ćwiczenia z chemii analitycznej jakościowej odbyły się 
w listopadzie 1946 r. w pomieszczeniu przy ul. Danielewskiego 6. Brało 
w nich udział pięciu studentów pierwszego roku chcmii: Marian 
Kryszewski, Władysław Chodkiewicz, Aleksander Matawowski, Witold 
Januszkowski, Henryk Jabłoński i ja jako kierowniczka Pracowni
>>>
356 


Chemii Jakościowej. Spomiędzy wymienionych studentów Kryszewski 
i Chodkiewicz byli już powołani na zastępców asystentów. 
Organizowanie ćwiczeń należało rozpocząć od podstaw. Przystąpiono 
do ćwiczeń z pierwszej grupy analitycznej. Odbyło się to w ten sposób, że 
wspólnie przygotowaliśmy odczynniki, następnie ja "wydałam" zadania, 
no i strącił się pierwszy biały osad na UMK. Zadania zostały zaliczone. 
Euforia sukcesu! 
N ależało przystąpić do drugiej grupy analitycznej. Pojawił się problem 
siarkowodoru. Digestorium nie było. W naiwności zdecydowaliśmy, że 
jeśli strącanie siarkowodorem wykonamy przy otwartych drzwiczkach 
pieca w kuchni, to nadmiar H 2 S uleci przez komin. Ale siarkowodór nie 
miał ochoty ulecieć przez komin, tylko po schodach wszedł do mieszkania 
prof. Jana Priiffera. Profesor przyleciał z "piekielną" awanturą. Próbo- 
waliśmy używać siarkowodoru na podwórzu, ale i to nie zostało przez 
niego zaakceptowane i ćwiczenia należało przerwać. W początkach 
chemii siarkowodór robił karierę na Uniwersytecie. Wspomina doc. 
Zofia Tomaszewicz-Matysik, jak pewnego późnego popołudnia wraz 
z pomagającymi jej studentami, wśród których był obecny prof. Marian 
Kryszewski i obecna prof. Janina Gronowska, przygotowywała otrzy- 
mywanie siarkowodoru do pokazu na wykład prof. Basińskiego. Koledzy 
z wielkim zapałem tłukli bardzo twarde kawałki siarczku żelaza. Hałas 
w pustym już gmachu był okrutny, a z aparatu Kippa wydobywał się gaz 
o "wspaniałym zapachu". Wtem w drzwiach stanął Jego Magnificencja 
Rektor UMK, prof. dr Ludwik Kolankowski: "Co to za awantura, co tu 
się dzieje, co za hałas, co za wstrętny zapach!". Studenci odpowiedzieli 
dumnie: "To jest pokój przygotowawczy do wykładów chemii". Awan- 
tura była mniejsza. Prawdopodobnie prof. Kolankowski jako humanista 
nie zdawał sobie sprawy ze szkodliwości siarkowodoru i skończyło się 
tylko zapewnieniem Rektora, że niedługo chemicy wyprowadzą się stąd 
do innego gmachu. 
Na szczęście przerwa w ćwiczeniach nie trwała długo. W końcu 
listopada 1946 r. przenieśliśmy się z całym dobytkiem (wieźliśmy go na 
wózku zaprzężonym w jednego konika) do oddanych nam do użytku 
pomieszczeń na parterze gmachu chemii na ul. Grudziądzkiej1. Pomiesz- 
czenie składało się z sali ćwiczeniowej, pokoju przygotowawczego 


I Z budynku tego wyprowadziła się chemia dopiero po zbudowaniu miasteczka 
uniwersyteckiego na Bielanach w okresie obchodów 500-lecia urodzin Mikołaja 
Kopernika (1973 r.).
>>>
357 


i pokoju siarkowodorowego. Były digestoria. Nie brakowało również 
i tutaj na początku niedogodności. Gmach był jeszcze w budowie. Często 
gęsto lała nam się woda z górnych pięter. Nie było wówczas instytucji 
sprzątaczek, początkowo nie mieliśmy nawet woźnego. Zdarzało się więc 
nam, nie wyłączając i mojej osoby, myć własnoręcznie podłogi. Należy 
podkreślić zaangażowanie cechujące wszystkich ówczesnych pracow- 
ników. Nikt nie pytał, ile czasu ma poświęcić pracy w Uniwersytecie i ile 
za to dostanie - a dostawaliśmy mało. Ten zapał udzielał się również 
studentom pierwszego roku, którzy rozpoczęli pracownię chemii anali- 
tycznej jakościowej. 
Po przeniesieniu się na ul. Grudziądzką prędko zorganizowaliśmy 
pracownię, wyposażając ją w meble i potrzebne materiały. Były jednak 
duże braki w szkle i odczynnikach. Studenci bez szemrania sami 
kupowali (organizowali sobie) szkło, a czasem i odczynniki, np. azotan 
srebra (Koło Chemików prowadziło sklepik z naczyniami i odczyn- 
nikami). Wykazywali często dużą pomysłowość. Zamiast deficytowych 
parowniczek używali np. porcelanowych kubków (były wtedy robione 
z dobrej porcelany!). 
Ćwiczenia poprzedzone były kolokwium wstępnym z materiału 
ogólnego chemii. Kandydaci do pracowni składali je u prof. Ba- 
sińskiego, następnie przed rozpoczęciem ćwiczeń każdej grupy ko- 
lokwium z matcriału danej grupy składali u mnie. Kolokwium za- 
liczeniowe również u mnie. Metodyka pracy była inna niż obecnie. 
Nieznana była jeszcze mikroanaliza i ćwiczenia odbywały się mctodą 
przedwojenną, czyli z dużymi ilościami płynów. Nazywaliśmy tę 
metodę "metodą kubełkową". 
Pierwszymi zastępcami asystentów na pół etatu byli wymienieni już: 
Władysław Chodkiewicz i Marian Kryszewski. Pracowali oni równolegle 
na pół etatu w szkolnictwie średnim. Zatrudniliśmy również młodego 
chłopca jako woźnego. Jego cechą wyróżniającą było to, że tłukł szkło. 
Stłukł kolejno trzy aparaty Kippa. Trzeci był ostatnim, jaki posiadaliśmy. 
Było to pod wieczór. Załamałam się całkowicie, rozpłakałam się i poszłam 
do domu. Rano idę do pracowni, rozmyślając, jak zastąpić Kippa 
kolbami. W drzwiach spotykają mnie obaj asystenci z rozradowanymi 
minami: "Jest Kipp". Przed pójściem do szkoły kleili stłuczony aparat za 
pomocą szmat i smoły. Woźnego "wyrzuciliśmy" definitywnie, a zrepe- 
rowany Kipp służył kilka tygodni do chwili kupienia nowego. Na 
miejsce woźnego-laboranta przyszedł starszy wiekiem Teofil Stanke,
>>>
358 


bardzo ciekawa i barwna postać. Przed wojną był kapralem, na chemii 
nie znał się oczywiście wcale. Potrafił jednak tak opanować czynności 
chemiczne, że robił nawet proste preparaty. Oddany bez reszty swojej 
pracy, był ogromną pomocą najpierw w Pracowni Chemii Jakościowej, 
następnie w Katedrze Chemii Ogólnej. Pisze o nim obszerniej doc. dr 
hab. Lesław Huppenthal (Profesor Alina Ulińska, "Głos Uczelni", nr 
12 -13, 1980, s. 85). 
Liczba asystentów w pracowni powiększyła się o dwie osoby. Po 
bardzo dobrze złożonym kolokwium z drugiej grupy analitycznej został 
zaangażowany Lesław Huppenthal, najpierw jako wolontariusz, następ- 
nie zastępca asystenta. W krótkim czasie po nim zaczął pracować na 
tych samych warunkach Zbigniew Mańkowski. 
Poza wykładami prof. Basińskiego ćwiczenia w Pracowni Chemii 
Analitycznej były jedyną placówką dydaktyczną na chemii w roku 
1946/1947. Stąd cieszyły się dużym zainteresowaniem profesora. Zainte- 
resowanie to przejawiało się w dwojaki sposób. Po pierwsze, Profesor 
często przychodził do pracowni, pytał znienacka studenta o wykonywane 
ćwiczenie, zwracając przede wszystkim uwagę na to, jakie są podstawy 
wykonywanej czynności (słynne: "dlaczego?"), rzucał krótkie uwagi, 
w wypadku spostrzeżonego nieporządku dowcipnie, często złośliwie. I to 
było dobre. Studenci bali się bardzo Profesora, ale jednocześnie bawiło 
ich to. Obecnie spotykam ówczesnych studentów, którzy po blisko 50 
latach wspominają z rozrzewnieniem te wizyty Profesora. 
Drugie zainteresowanie Profesora miało gorsze skutki. Profesor 
chciał koniecznie, żeby pracownia wyglądała "elegancko", tzn. żeby 
jeden student zajmował jedno miejsce przy stole, a miejsc w pracowni 
było tylko 32. Następnego studenta można było przyjąć, gdy poprzedni 
ukończył pracownię. A ćwiczenia jednego studenta trwały kilka miesięcy. 
Ja wówczas uczestniczyłam w Radach Wydziału i nie zdawałam sobie 
sprawy, że narasta ogromna kolejka do pracowni. Oprócz chemików 
Pracownię Chemii Analitycznej Jakościowej musieli zaliczyć również 
biolodzy, geolodzy, fizycy, a w późniejszym czasie również studenci 
Wydziału Sztuk Pięknych. Przybywali również nowi studenci pierwszego 
roku chemii. Wytworzyła się sytuacja, że studenci chemii, będąc na 
trzecim roku studiów, nie mieli odrobionej pracowni jakościowej. 
Wytworzył się ów sławny "korek". 
Gdy po interwencji u mnie profesorów biologii zorientowałam się 
w sytuacji, rozpoczęło się "rozładowywanie korka". Na jednym miejscu
>>>
359 


w pracowni umieszczono po dwóch studentów, otrzymaliśmy dodatkową 
salę na parterze w Katedrze Chemii Nieorganicznej (późniejsza sala 
analizy instrumentalnej), prof. Pischinger odstąpił swoją salę ćwiczeniową 
w piwnicy, zrobiono dwie zmiany w niektórych pracowniach. Chwilami 
równocześnie odrabiało ćwiczenia przeszło 200 studentów. 
Ustalono odrębny tryb przyjmowania chemików do pracowni. Listę 
kandydatów do pracowni stanowili ci studenci, którzy złożyli kolokwium 
wstępne u prof. Basińskiego (dwa i pół tomu skryptu A. Basińsk:iego, 
Chemia nieorganiczna i ogólna). Jednak kolejność przyjmowania do 
pracowni wyznaczano na podstawie liczby złożonych egzaminów (uwaga: 
w pierwszych latach uniwersyteckich po wojnie nie było na chemii 
systemu rocznego studiów i egzamin można było składać w dowolnym 
czasie po odrobieniu przepisanych ćwiczeń z przedmiotu egzaminacyj- 
nego; np. na chemii można było składać, przed odrobieniem pracowni 
jakościowej, egzaminy z krystalografii, matematyki, a nawet fizyki). 
Przy tak dużej liczbie studentów odrabiających ćwiczenia należało 
zwiększyć personel asystencki. Powstały duże trudności. Odeszli najbar- 
dziej wyrobieni asystenci. Marian Kryszewski został "wyrzucony" 
z asystentury, bo należał do Juventus Christiana. Władysław Chodkiewicz 
wyjechał do Francji. Znów trzeba było pracować z "surowym materia- 
łem" asystenckim. 
Po odejściu tych asystentów zastępcami asystentów na pół etatu 
zostali następujący studenci: nie żyjący już Zygmunt Sierocki, Lesław 
Huppenthal (obecnie doc. dr hab. w Zakładzie Chemii Ogólnej UMK), 
Zbigniew Mańkowski (obecnie pracownik naukowy uniwersytetu w Pa- 
ryżu), zmarły już Mieczysław Tyrakowski, Alicja Wilmańska (obecnie 
prof. dr hab. Alicja Lodzińska, kierownik Zakładu Chemii Nieorganicz- 
nej), Tatiana Kaczarska (obecnie dr Tatiana Wasąg, em. adiunkt chemii 
nieorganicznej politechniki w Szczecinie), Marian Czerniawski (obecnie 
doc. dr hab. w Zakładzie Chemii Nieorganicznej - specjalista chemii 
analitycznej i analizy instrumentalnej). Najbardziej "dojrzałym" asys- 
tentem z tej grupy był Zygmunt Sierocki i on prowadził samodzielnie 
grupę chemików, pracując w małej pracowni na parterze. Pomagali mu 
kolejno zastępcy asystentów Kazimierz Pujszo i Alina Brodecka. 
Wszystkie pozostałe grupy były pod moim kierownictwem. "Roz- 
ładowywanie korka" rozpoczęło się z początkiem roku ak. 1948/1949, 
zakończyło się w roku 1949/1950. Należy tu znów podkreślić ofiarność 
i zapał do pracy asystentów, jak również wspomnianego już laboranta
>>>
360 


Teofila Stanke. Przygotowanie do ćwiczeń w tym okresie wymagało 
ogromnej pracy. Stanke wykonywał pracę z całą gotowością i wszystko 
było zrobione na czas. 
Następne pracownie chemiczne powstawały po ukończeniu przez 
studentów pracowni chemii jakościowej. Pracownia Chemii Analitycznej 
Ilościowej rozpoczęła pracę 3 stycznia 1948 r. Kolejno uruchamiano 
Pracownię Chemii Organicznej, Pracownię Chemii Fizycznej i Pracownię 
Chemii Technicznej. 
Dnia l września 1950 r. została kreowana Katedra Chemii Ogólnej 
w wyniku konieczności wydzielenia z obowiązków Katedry Chemii 
Nieorganicznej nauczania studentów kierunków niechemicznych. Na 
stanowisko kierownika Katedry została powołana jako zastępca profe- 
sora obecny em. profesor zwyczajny Alina Ulińska. Konieczność 
wyodrębnienia kierunków niechemicznych powstała ze względu na 
skargi profesorów biologii na złe przygotowanie studentów z chemii i na 
skargi studentów, że ćwiczenia z chemii są niezrozumiałe i trudne. 
Biolodzy odrabiali ćwiczenia wspólnie z chemikami (program był 
cokolwiek skrócony - co do liczby zadań), co nie pozwalało zastosować 
wobec nich odrębnego programu i metodyki. Tymczasem biolog nie ma 
najczęściej żadnych predyspozycji do chemii, ze szkoły średniej zaś 
wyniósł nikłe albo żadne wiadomości z chemii. Po kreowaniu Katedry 
Chemii Ogólnej jeszcze daleko przed powstaniem oficjalnych programów 
dla biologów, opracowaliśmy pod moim kierownictwem program dla 
nich, opierając się na dwóch zasadach: 
l. Materiał chemiczny jest dostosowany jak naj szerzej do zjawisk, 
z którymi spotyka się biolog w przyrodzie (liczne konsultacje z profeso- 
rami biologii). 
2. Założyliśmy, że do personelu nauczającego biologii należy roz- 
wijanie samodzielności studenta, zaś do nas jedynie nauczanie od 
podstaw chemii. Obrano metodę drobiazgowego podawania pojęć 
chemicznych, egzekwowania ich i ciągłego czuwania nad pracą studenta. 
Wyniki były jak najlepsze. 
Na uruchomieniu pracowni dydaktycznej w Katedrze Chemii Ogólnej 
zakończyło się montowanie strony dydaktycznej na kierunku chemii. 
Taka ożywiona działalność dydaktyczna była możliwa po oddaniu do 
użytku całego gmachu przy ul. Grudziądzkiej. W pierwszych miesiącach 
całe życie chemii koncentrowało się na parterze. Późniejsza sala Chemii 
Analitycznej Ilościowej służyła jako sala wykładowa, gdzie odbywały się
>>>
361 


wykłady profesora Basińskiego, demonstracje, które prowadził Jerzy 
Jaromczyk. Tu również w grudniu 1946 r. odbył się mój pierwszy zlecony 
wykład na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym z chemii analitycznej 
jakościowej. W tym miejscu pragnę podkreślić zwyczaj, wprowadzony 
przez prof. Basińskiego, asystowania całego personelu naukowego 
chemii, gdy ktoś rozpoczynał nową serię wykładów. Nadawało to 
właściwą rangę pojęciu "wykład" i zobowiązywało wykładającego. 
Uroczystość poświęcenia i otwarcia zakładów chemii odbyła się 
w dniu 12 grudnia 1947 r. w wielkiej sali wykładowej Collegium 
Chemicum wobec pracowników i studentów chemii, Rektora, Dziekana 
oraz licznie zaproszonych gości. Poprzedziła tę uroczystość msza św. 
w kościele NP Marii. Wykład inauguracyjny pt. "Z dziejów rozwoju 
chemii" wygłosił prof. Basiński. 
Pierwsze egzaminy magisterskie studentów, którzy rozpoczęli studia 
w 1945 r., odbyły się w 1950 r. Zdali je : Marian Kryszewski i Bogdan 
Dirska u prof. Basińskiego; Henryk Koneczny i Henryk Jabłoński 
u prof. Pischingera; Aleksander Matawowski i Janina Gryźlakówna 
u prof. Zacharewicza. 
Życie akademickie studentów-chemików rozwijało się również inten- 
sywnie w Kole Chemików. Koło powstało na przełomie lutego i marca 
1946 r. Pierwszym jego prezesem był Władysław Chodkiewicz, se- 
kretarzem Witold Januszkowski, opiekunką Koła od początku była mgr 
Halina Basińska. Cele Koła Chemików były różnorodne: 
- pomoc kolegom w uczeniu się (chodziło szczególnie o ma- 
tematykę); 
- prowadzenie wspomnianego sklepiku ze szkłem i chemikaliami; 
- prowadzenie biblioteki (bibliotekarką była Krystyna Oryl ska, 
obecnie em. adiunkt w Zakładzie Chemii Nieorganicznej UMK); 
- pomoc w organizowaniu studentom praktyk chemicznych 
w przemyśle; 
- działalność rekreacyjna, na którą składały się: gra w siatkówkę 
(studenci wydzierżawiali w tym celu raz w tygodniu od gimnazjum im. 
Mikołaja Kopernika salę gimnastyczną przy ul. Krasińskiego 2) oraz 
wycieczki do lasu na Barbark ę 2 bądź do Dębowej Góry za Cierpicami. 
Oczywiście, nie mniej doniosłą sprawą obok dydaktyki było urucho- 
mienie pracy naukowej na chemii. Rozpoczęła się ona, jeżeli to można 
nazwać pracą naukową, od zaliczenia prac magisterskich, wykonanych 


2 Las, osada leśna z kaplicą pod Toruniem.
>>>
362 


jeszcze na USB w Wilnie. W 1947 r. uzyskali pierwsze magisteria na 
UMK: Irena Czerwińska, śp. Zenon Czerwiński, Jerzy Jaromczyk, śp. 
Teofil Dąbrowski, śp. Władysław Piotrowicz i Zofia Tomaszewicz. 
Od 1946 r. rozpoczęły się samodzielne już badawcze prace, które 
doprowadziły do obrony pięciu doktoratów 30 stycznia 1950 r. 
Tematyka tych pierwszych prac była różnorodna, a uzależniona 
od możliwości materiałowych. Czasem była to kontynuacja prac 
prowadzonych w Wilnie. Pierwszymi doktorantami byli: Halina Ba- 
sińska, Zenon Czerwiński, Jan Krupowicz, Zofia Tomas:zewicz (Ma- 
tysik) i Alina Ulińska. Były to tzw. "pięcioraczki". W okresie tym 
zawiązała się pierwsza współpraca z przemysłem. W 1946 r. Żupa 
Solna w Inowrocławiu zwróciła się do prof. Basińskiego o zbadanie 
przyezyny tworzenia się tzw. "kożuchów" na powierzchni solanki, 
wpływających niekorzystnie na proces otrzymywania soli kuchennej. 
Profesor Basiński przy współpracy Z. Czerwińskiego rozwiązał to 
zagadnienie. Pamiętam nasz entuzjazm, gdy prof. Basiński zademon- 
strował pomyślny wynik. Ponadto opracowali oni metodę zapobiegającą 
zbrylaniu soli kuchennej. Został w ten sposób zapoczątkowany kierunek 
naukowy prof. Czerwińskiego - krystalochemia. 
W roku ak. 1948/1949 powstał problem dostarczenia materiału do 
pierwszych prac magisterskich studentów, którzy rozpoczęli studia 
w 1945 r. Obecny prof. Kryszewski opracował metodę syntezy bromku 
winylu i spolimeryzował go. Po jego wyjeździe do Łodzi metoda syntezy 
bromku winylu pozostała w nowo kreowanej Katedrze Chemii Ogólnej 
i pozwoliła na zapoczątkowanie kierunku naukowego polimerów 
- kierunku, który trwa i rozwija się do dziś, zagarniając coraz szersze 
obszary. Każda z pozostałych katedr wypracowała w tych początkowych 
latach swój kierunek naukowy, często kontynuując zainteresowania 
"przywiezione" z Wilna (terpeny w Katedrze Chemii Organicznej). 
Rozwojowi życia naukowego na chemii w pierwszych latach sprzyjały 
również posiedzenia naukowe Polskiego Towarzystwa Chemicznego. 
Towarzystwo powstało 11 października 1946 r. jako Oddział Pomorski 
Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Członkami-założycielami Towa- 
rzystwa byli przedwojenni członkowie PTCh.: prof. dr Antoni Basiński, 
dyr. inż. Stanisław Zagrodzki, insp. inż. Aleksander Żelazny, mgr Halina 
Basińska, mgr Alina Ulińska, prof. dr Witold Zacharewicz, zast. 
prof. Piotr Wierzchowski, prof. dr Kazimierz Boratyński, mgr Zenon 
Czerwiński, dyr. mgr Franciszek Madej, dr Irena Kardymowiczowa, dr
>>>
363 


Stefan Obarski. Pierwszym prezesem Oddziału Pomorskiego PTCh 
został prof. Basiński. Głównym celem Towarzystwa było organizowanie 
zebrań naukowych t na których były wygłaszane referaty z dyskusją. 
Profesor Basiński wprowadził zwyczajt że obok podstawowego referatu 
naukowego wygłaszano krótkie komunikaty o nowościach w chemii t 
jakie można było wyczytać w jakże nikłej wówczas literaturze chemicznej 
w Toruniu. Ożywiało to bardzo zebrania. 
Cechą charakterystyczną ówczesnego Towarzystwa Chemicznego był 
jego szeroki zasięg. Należeli do niego obok chemików farmaceuci, ludzie 
z przemysłut osoby prywatne. Ci członkowie również wygłaszali referaty.
>>>
UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW, 
TORUŃ 1995 


JERZY WOJTOWICZ 


Moi nauczyciele akademiccy - garść wspomnień 
historyka: studenta i pracownika naukowego UMK. 


Wczesnym rankiem we wrzeSlllU 1947 L, po całonocnej jeździe 
pociągiem, wysiadłem na dworcu Toruń-Miasto, wraz z grupą pasażerów 
wyszedłem na zewnątrz dworca i stanąłem trochę bezradnie, nie wiedząc, 
w którą stronę iść dalej. Wzrok mój skierował się w stronę Wisły, która 
wydała mi się rzeką ogromną, a następnie dalej w stronę Kępy 
Bazarowej ozdobionej złotem jesieni. Widok wydał mi się wspaniały, 
odczułem nagły przypływ sympatii do tego nie znancgo mi dotychczas 
miasta, w którym miałem spędzić lata mych studiów, jak zamierzałem 
pierwotnie, prawniczych. Następnie rozpocząłem powolny marsz w stronę 
Uniwersytetu, kierując się wskazówkami miejscowych ludzi. Po kilku- 
miesięcznych studiach w Wyższej Szkole Dziennikarskiej w Warszawie, 
rozczarowany do tego, z czym się tam zetknąłem, chciałem studiować 
prawo na prawdziwym uniwersytecie, a o Toruniu w moim środowisku 
ciechanowskim mówiono, że miasto nie jcst zniszczone i łatwiej dostać 
tam jakieś lokum. 
Do Wydziału Prawa nigdy jednak nie dotarłem i prawnikiem nie 
zostałem. Po drodze zauważyłem w budynku Collegium Maius informa- 
cję, że mieści się tam punkt konsultacyjny dla kandydatów na studia. 
Istotnie punkt taki był czynny, "urzędował" w nim student Andrzej 
Tomczak, który wymownie przekonał mnic, że prawem nie ma co sobie 
zawracać głowy, prawdziwe studium to historia, że trzeba zostać 
studentem historii i studiować od razu poważnie. Przckonał mnie bez 


. Tekst złożony do druku w 1994 r.
>>>
\ 


rys. A. Szymkowski
>>>
367 


większych trudności (historię jako przedmiot szkolny zawsze lubiłem), 
a co ważniejsze zorientował mnie dokładnie w toku studiów (które 
wtedy. były inne niż późniejsze), nastawił na pracę samodzielną ("trzeba 
przeczytać w ciągu roku co najmniej 50 książek historycznych" 
- rzeczywiście to wykonałem). Dokonałem więc wpisu, wypełniłem 
wszelkie formularze, których nie było zbyt wiele i w ciągu tego samego 
dnia udało mi się uzyskać miejsce w domu akademickim, w tzw. Baraku, 
który od wielu lat już nie istnieje, a który był usytuowany na zapleczu 
dziej szych trzech domów akademickich, przy ul. Mickiewicza i sąsiednich. 
Dnia 11 października miałem już indeks podpisany przez rektora 
Ludwika Kolankowskiego i dziekana Wydziału Humanistycznego prof. 
Kazimierza Hartleba. W październiku zacząłem uczęszczać na wykłady 
wpisane do indeksu w liczbie 18 godzin w pierwszym trymestrze. Wpis 
obejmował proseminarium prof. dr. Stanisława Hoszowskiego, nauki 
pomocnicze, jak paleografia łacińska, genealogia i heraldyka, oraz 
wykłady podstawowe, które otwierał wykład prof. Hartleba z historii 
kultury oraz wykład prof. Bronisława Włodarskiego pL "Polska i jej 
sąsiedzi w XIII wieku". 
W tajniki genealogii i heraldyki wprowadzał nas dr Zygmunt 
Wdowiszewski. W pamięci mojej został jego obraz: małego człowieczka 
z dużym, mięsistym nosem, bardzo uprzejmego i cierpliwego. Pokazywał 
nam tablice herbów polskich, tłumaczył, a potem odpytywał i udawał, że 
nie widzi, jak pomagaliśmy sobie wzajemnie. Dość szybko opuścił Toruń 
i przeniósł się do Warszawy, gdzie działał przez dłuższy czas. Nigdy 
więcej go nie spotkałem. 
Ćwiczenia z paleografii prowadził dr Michał Wyszyński, profesor 
na Wydziale Prawa. Miał chrapliwy głos, właściwie tyle tylko mogę 
o nim powiedzieć; uczył nas paleografii łacińskiej i potrafił z nas 
wycisnąć, co trzeba. 
Profesor Marian Gumowski prowadził zajęcia ze sfragistyki średnio- 
wiecznej polskiej. Niewiele z tych zajęć zapamiętałem, ale za to 
z profesorem, a właściwie docentem, Gumowskim jako egzaminatorem 
z historii starożytnej spotkałem się 26 czerwca 1948 r. Do egzaminu 
z historii starożytnej przygotowywałem się samodzielnie cały rok po 
kilka godzin dziennie, wykładów z historii starożytnej w tym czasie 
jeszcze nie było. Profesor egzaminował u siebie w mieszkaniu, które 
mieściło się gdzieś (numeru dzisiaj nie pamiętam) przy ul. Szerokiej. 
Udałem się pod wskazany numer, drzwi otworzyła mi małżonka
>>>
368 


Profesora, pani Eugenia, asystentka na prawie, później lektorka języków 
obcych. Pochyliła się do mnie i ściszonym głosem, konfidencjonalnie, 
zapytała, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Podobno pani ta, 
gołębiego serca, interweniowała niekiedy u małżonka, gdy egzamin 
wydawał się jej za srogi; czy to prawda - nie wiem, ale takie wieści 
wśród studentów krążyły. W moim przypadku nie było potrzeby, 
egzamin wypadł dobrze, obydwaj, mój egzaminator i ja, byliśmy 
zadowoleni. Na tym mój kontakt z prof. Gumowskim skończył się, ale 
później poznałem część jego znacznego dorobku, a także jego biografię 
naukową. Profesor do późnej starości zachował sprawność fizyczną 
i umysłową: jako osiemdziesięcioletni starzec potrafił całą noc spędzić na 
balu uniwersyteckim. 
Więcej kontaktów miałem z prof. Hartlebem, jego wykładu z historii 
kultury słuchałem przez trzy trymestry pierwszego roku. Był to dosyć 
wysoki, postawny, bardzo urodziwy (mimo zaawansowanego wieku) 
mężczyzna. Wykłady prowadził znakomicie, imponował wiedzą, i formą 
wypowiedzi, jako egzaminator budził zaufanie i nie wywoływał stresów. 
Kolokwium z historii kultury zdałem z wynikiem bardzo dobrym. Po 
wielu latach już jako samodzielny pracownik nauki wróciłem jeszcze raz 
do problematyki historii kultury, tym razem jako badacz. Coś z kontak- 
tów z prof. Hartlebem musiało zapaść głęboko w mojej świadomości. 
Krótko, na trzecim roku studiów, zetknąłem się z prof. Ryszardem 
Mienickim jako słuchacz jego wykładu pt. "Dzieje Inflant w drugiej 
połowie XVII wieku". Był to starszy wysoki pan, zawsze wyprostowany, 
w czasie wykładu siedział nieruchorno, trzymając przed sobą splecione 
dłonie, patrzył przed siebie i nigdy nie korzystał z żadnych notatek, choć 
podawał różne szczegóły i detale, które "normalnie" odczytuje się 
z kartek. Był doskonałym znawcą dziejów Rosji. Jego wiedza musiała 
zrobić na mnie wielkie wrażenie, gdyż w następnym, ostatnim, roku 
studiów słuchałem jeszcze jego wykładu pt. "Rosja w okresie 
1725 - 1762". Później spotykałem profesora sporadycznie, niebawem 
zniknął mi z oczu, w 1956 r. dowiedziałem się o jego śmierci. 
Na czwartym roku słuchałem pro f. Ludwika Kolankowskiego, 
pierwszego rektora UMK, który jeden wykład poświ
cił Zygmuntowi 
Augustowi, a drugi stosunkom polsko-czeskim w XV i XVI wieku. 
Wykłady prof. Kolankowskiego to było prawdziwe misterium. Sala była 
zawsze pełna. Słuchacze czekali w napięciu. Otwierały się drzwi, wkraczał 
jako pierwszy adiunkt - dr Adam Dydgała (później zastąpił go mgr
>>>
369 


Andrzej Tomczak), Rektor kroczył powoli, dostojnym krokiem, na 
końcu szedł pedel, który zostawał przy drzwiach, zamykał je i nie 
wpuszczał spóźnialskich. Kolankowski był wybitnym uczonym, znanym 
już w Polsce międzywojennej znawcą epoki jagiellońskiej. Wykładowcą 
był znakomitym, do wykładanego przedmiotu (epoka jagiellońska) miał 
bardzo subiektywny, emocjonalny stosunek. 
Z osobą Rektora wiąże się pewne moje osobiste przeżycie. Razu 
pewnego na samym początku studiów stałem z kimś w korytarzu 
Collegium Maius. W pewnej chwili w głębi mrocznego dość korytarza 
pojawiła się wysoka postać starszego pana, sunącego rytmicznie 
i postukującego laseczką (ten stukot słyszę jeszcze dzisiaj po upływie 
kilku dziesiątków lat). Mijając mnie spojrzał na mnie ostro i powiedział: 
"a, dzień dobry panu" - i pokusztykał dalej. Zdziwiony, nic nie 
rozumiejący, odbąknąłem swoje "dzień dobry", po czym natychmiast 
zapytałem kogoś przechodzącego, kim jest ten starszy pan? Odpowiedź 
brzmiała: ,jak to? pan nie wie? to przecież rektor Kolankowski". Chyba 
było to jedyne moje spotkanie twarz w twarz z urzędującym Rektorem. 
Spotykałem go za to częściej w latach późniejszych: kiedy był dyrektorem 
Biblioteki Uniwersyteckiej, zdarzyło mi się kilkakrotnie być w jego 
towarzystwie. 
O Rektorze dużo w owym czasie mówiono w środowisku studenckim, 
np. o jego zamiłowaniu do gry w szachy, przesiadywaniu w kawiarni 
"Europejska". Krążyło wśród nas powiedzenie jego żony (może tylko 
rzekome?): "Kiedy ten Ludwik miał czas to wszystko napisać"? Profesor 
Kolankowski był twórcą i organizatorem UMK, temu zadaniu poświęcił 
wiele sił i czasu, ściągał ze wszystkich stron profesorów (zespół, który 
zgromadził w tym czasie, był znakomity). W 1948 r., kiedy nastawały 
i krzepły nowe "socjalistyczne" porządki, rektor Kolankowski został 
odwołany (właściwie zmuszony do rezygnacji), ale wykłady prowadził 
w dalszym ciągu, miał też seminarium magisterskie, z którego wyszło 
kilku późniejszych badaczy-historyków, pełnił też funkcję dyrektora 
Biblioteki Uniwersyteckiej. Siły jego słabły, zaczęły się choroby, zmarł 
w 1956 r. Spoczywa na cmentarzu św. Jerzego. 
Znacznie więcej kontaktów, bo od pierwszego roku studiów aż po 
czasy późniejsze, kiedy zostałem już samodzielnym pracownikiem, 
miałem z prof. Bronisławem Włodarskim. Był to doktor habilitowany 
uniwersytetu we Lwowie, który etatowo pracował jako nauczyciel 
w jednym z lwowskich gimnazjów, a w uniwersytecie prowadził tylko
>>>
370 


wykład. Pod jego kierunkiem odbyłem ćwiczenia proseminaryjne na 
pierwszym roku, słuchałem także jego wykładów: "Polska i jej sąsiedzi 
w XIII w.", "Odrodzenie Królestwa Polskiego za ostatnich Piastów" 
(wykład był całoroczny). Profesor uchodził, jak najbardziej słusznie, za 
znawcę stosunków polsko-ruskich, jego prace były często cytowane. 
Utrzymywał żywe kontakty z prof. Aleksandrem Gieysztorem, który 
będąc w Toruniu zawsze odwiedzał Profesora. Zapamiętałem na całe 
życie fragment jego wykładu, w którym mówił o organizacji armii 
tatarskiej, służbie wywiadowczej, systemie łączności itp. Była to dla 
mnie, wychowanka "skróconego" gimnazjum powojennego, rewelacja. 
U prof. Włodarskiego zdawałem egzamin z historii średniowiecza. Był 
sympatycznym egzaminatorem, lekko pochrząkiwał (miał jakiś nieżyt 
gardła), gdy stawiał pytania, słuchał uważnie. 
Po skończonych studiach mój kontakt z Profesorem znacznie się 
ożywił: zostałem asystentem, później adiunktem i doktorem habilitowa- 
nym. Profesor prowadził tzw. Zespół Katedr, który był namiastką 
Instytutu Historii (ten powstał znacznie później, gdyż władze początkowo 
nie zezwalały na utworzenie takiej jednostki organizacyjnej)\. Zespół 
Katedr był próbą, zresztą całkowicie udaną, zintegrowania luźnych 
katedr, prowadzących w zupełnym oderwaniu nie tylko działalność 
badawczą i dydaktyczną, ale także i organizacyjną. Zespalał tę luźną 
strukturę, dokonywano wspólnie podziału środków, prowadzono wspól- 
ną bibliotekę, politykę etatową itp. Czasy były trudne, kraj pogrążał się 
w stalinizmie, "marksizacja" była narzucana odgórnie, ujawniały się 
różne interesy i punkty widzenia. Trzeba było mieć dużo taktu, spokoju 
i zdolności do kompromisu, aby móc przezwyciężyć różnorodne kryzysy, 
zwłaszcza że UMK zaczął przeżywać trudności. Władze nie bardzo 
ceniły tę Uczelnię, formułowano pod jej adresem różne zarzuty, 
rozpoczęto likwidację Wydziału Prawa, zlikwidowano tak bardzo 
rozbudowane filologie obce, doskonale obsadzone, poprzenoszono 
pracowników. Odbudowa tego pierwotnego stanu przeciągnęła się 
prawie do dzisiaj. Łatwo coś zniszczyć, odbudować trudno. 
Profesor Włodarski przeprowadził Zespół przez liczne rafy, później 
po nim stanowisko dyrektora czy kierownika Zespołu Katedr Historycz- 
nych objął prof. Karol Górski, znakomity uczony, drugi, obok prof. 
Włodarskiego, współtwórca toruńskiej mediewistyki (zajmował się 


I Zob. J. Sziling, Instytut Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika 
w łatach 1945 - 1975, Acta Universitatis Nicolai Copemici, Historia XII, Toruń 1978, s. 7.
>>>
l 
! 


371 


czasami późniejszymi). Wykładów tego Profesora - tak się złożyło 
- nigdy nie słuchałem, ale za to w późniejszych latach uczestniczyłem 
w różnych konferencjach i słuchałem jego wystąpień. Po przejściu prof. 
Górskiego na emeryturę kontakty nasze nie osłabły, odwiedzałem go 
niekiedy w domu. Rozmawiał o przeczytanych książkach, śledził bacznie 
rozwój nauki niemieckiej, do której miał krytyczny stosunek za jej 
nacjonalizm. Kiedy po jednej z konferencji w Austrii spotkałem się 
z niemieckim badaczem, prof. Maschke, ten prosił mnie, aby pozdrowić 
prof. Górskiego, o którym przy stole biesiadnym (tam spotkaliśmy się) 
wyrażał się z dużym uznaniem. Przekazałem jego pozdrowienia prof. 
Górskiemu. Wysłuchał uważnie i powiedział: "A tak, w roku tym a tym 
(dokładnej daty nie pamiętam), prof. Maschke nie wpuścił mnie do 
archiwum zakonu krzyżackiego w Królewcu". Ale było to wypowiedziane 
bez urazy, czas wygasił gorycz. Ówczesna nauka historyczna niemiecka 
nie hołubiła zbytnio prof. Górskiego, jego wyniki badawcze nie 
potwierdzały na ogół koronnych tez historiografii niemieckiej. Z czasem 
i to stopniowo zmieniało się. Po drugiej wojnie światowej pojawiła się 
nowa generacja niemieckich badaczy, którzy rozumieli doskonale, że 
badań Górskiego nie można ignorować, choć można z nimi dyskutować. 
Dorobek badawczy Karola Górskiego śledziłem uważnie, wiele jego 
prac mam w swojej bibliotece. Osobiście najwięcej skorzystałem z jego 
monografii Zakon krzyżacki a powstanie państwa pruskiego, wydanej 
przez Ossolineum w 1977 r., a będącej podsumowaniem 40 lat badań nad 
dziejami zakonu krzyżackiego. Mam tę książkę z własnoręczną dedykacją 
autora, w swojej bibliotece domowej. Ukazał się również jej włoski 
przekład. Dzieło to w swoim czasie wzbudziło powszechne zainteresowa- 
nie historyków europejskich. 
Jako dyrektor Zespołu Katedr Historycznych, a później Instytutu 
Historii, prof. Górski kontynuował pracę swojego poprzednika, choć 
jego temperament bardziej żywy, a nawet niekiedy porywczy, dyktował 
mu nieraz wypowiedzi i decyzje szybkie, nie zawsze do końca wyważone. 
Nie był jednak niewrażliwy na rzeczową argumentację. Zapamiętałem 
pewną sytuację w Instytucie, która na tle różnicy zdań między prof. 
Górskim a innymi pracownikami grozić mogła przerośnięciem w konflikt. 
Profesor Górski był podekscytowany i niezbyt skłonny do dalszych 
rozmów, powoli jednak ochłonął, wysłuchał już spokojnie propozycji 
kompromisowego rozwiązania sprawy, zgodził się na nie i cała sprawa 
została załatwiona bez urazów i dalszej kontrowersji. Jego wielki
>>>
372 


międzynarodowy autorytet działał korzystnie na rzecz naszego młodego 
Instytutu, gdyż przyciągał do nas wybitnych badaczy, nie tylko 
europejskich, co owocowało w perspektywie dalszymi kontaktami. 
Wieloletnie kontakty miałem z prof. Bronisławem Pawłowskim. 
Uczony ten przybył do Torunia w podeszłym wieku, wojna zniszczyła 
prawie całkowicie jego warsztat pracy, z dymem poszły jego notatki, 
wyciągi ze źródeł i maszynopisy. W Toruniu odtwarzał swój warsztat 
badawczy prawie od zera, co mogło mu się udać tylko częściowo. 
Prowadził jednak seminaria magisterskie i wykłady, na drugim roku 
studiów słuchałem jego wykładu: "Dzieje nowoczesne za Napoleona" 
oraz na roku czwartym: "Dzieje nowoczesne do 1949 r." Zdawałem też 
u niego egzamin z historii nowożytnej, a później już jako aspirant 
historię nowożytną Polski i Europy jako jedno z rygorozów doktorskich. 
Był już człowiekiem nieco przygaszonym, zdaje się chorował, ale 
cechowała go życzliwość dla studentów i młodych początkujących 
badaczy, do których się zaliczałem. Stosunków towarzyskich nie 
utrzymywałem z nim, profesor w ostatnim okresie życia zajęcia 
seminaryjne prowadził w domu i na Uczelni już się nie pojawiał. 
Bardziej systematyczne i rozbudowane związki, trwające przez wiele 
lat, miałem z profesorami: Stanisławem Hoszowskim i Jadwigą Lechicką. 
Tych dwoje uważałem za swoich mistrzów, którzy wywarli silny wpływ 
na ukształtowanie mego naukowego oblicza. Profesor Hoszowski przybył 
do Torunia ze Lwowa, był uczniem słynnego uczonego lwowskiego 
Franciszka Bujaka, który skupił wokół siebie liczne grono młodych 
badaczy cen w poszczególnych miastach Rzeczypospolitej epoki nowożyt- 
nej. Sam Hoszowski był autorem pracy ocenach we Lwowie, do Torunia 
przeniósł nie tylko tematykę naukową, ale także wypracowane techniki 
i metody badawcze. Na jego proseminarium historii gospodar- 
czo-społecznej zacząłem uczęszczać już w pierwszym trymestrze pierw- 
szego roku studiów w latach 1947- 1948, a następnie kontynuowałem 
studia na jego seminarium. Skupiało ono szerokie grono studentów 
toruńczyków, a także z innych uczelni; przewinęli się więc tu późniejsi 
profesorowie Biernat i Gierszewski z Gdańska, Korcz, późniejszy 
profesor z WSP w Zielonej Górze i wielu innych. Seminarium to było 
właściwą szkołą warsztatu historycznego. Profesor uczył dociekliwości, 
analizy źródła, "zamęczając" uczestników ciągłymi pytaniami w rodzaju: 
"co pan sądzi?", "dlaczego tak, a nie inaczej"?, zmuszając nas do 
dyskusji. Dyskusje były istotnie ciekawe. Wspierał go też prof. Żytkowicz,
>>>
373 


wtedy jeszcze adiunkt, a później docent, który brał udział w pracach 
Zespołu, a przez pewien czas był nawet członkiem Katedry Historii 
Społecznej i Gospodarczej. Już na drugim roku studiów Profesor 
posłał mnie do archiwum toruńskiego, gdzie po kilka godzin dziennie 
w pocie czoła odczytywałem dostępny mi materiał źródłowy. Gdzieś 
po pół roku polecił przynieść zebrane notaty źródłowe, bardzo 
starannie je przejrzał (zgromadziłem ich zaledwie kilkadziesiąt, gdyż 
odczytywanie tekstów źródłowych postępowało powoli), ale z pracy 
był wyraźnie zadowolony i więcej mnie nie kontrolował. Powstała 
w wyniku tych wysiłków moja praca magisterska, obroniona w 1951 
r. i opublikowana w "Rocznikach Dziejów Społecznych i Gospo- 
darczych". Na trzecim roku studiów zostałem zastępcą asystenta 
i musiałem włączyć się w tok prac dydaktycznych Katedry: ucze- 
stniczyłem w zajęciach seminaryjnych i powoli zaczynałem pod 
kierunkiem prof. Hoszowskiego prowadzić ćwiczenia ze studentami. 
U niego też przygotowałem i obroniłem po sześciu - siedmiu latach 
pracy rozprawę doktorską. Kiedy przyniosłem pierwszą redakcję 
swej rozprawy, Profesor wraz ze mną rozpoczął jej powolne czytanie 
i komentowanie, co zajęło wiele godzin w ciągu kilku spotkań. 
Po zakończeniu czytania czułem się bardzo zmęczony, ale była 
to wielka lekcja dla mnie i bardzo wszechstronna, Profesor nauczył 
mnie czytania krytycznego i redagowania tekstu, co przydało mi 
się na całe życie. 
Z prof. Hoszowskim utrzymywałem przez wiele lat stosunki 
towarzyskie. Przez pewien czas grywaliśmy w tenisa, byłem młodszy 
i łatwiej biegałem do siatki, Profesor starał się, ale nie zawsze 
zdążał. Bywałem też raz do roku na jego imieninach, które odbywały 
się przy ul. Szymanowskiego 20, gdzie Profesor wraz z rodziną 
zajmował dość obszerne mieszkanie. Miał dwie córki i syna Leszka, 
obecnie lekarza krakowskiego. Jego żona, Maria, pełna uroku i bardzo 
dystyngowana pani była już (chyba przedwczesną) emerytką, uprzednio 
pracowała jakiś czas w Ministerstwie Oświaty. W Toruniu pełniła, 
z wielką umiejętnością, obowiązki pani domu. Rzadkie spotkania 
u państwa Hoszowskich, które gromadziły mnóstwo osób z tzw. 
kręgu lwowskiego (tj. pracowników nauki repatriowanych ze Lwowa) 
były nadzwyczaj ciekawe i odgrywały na pewno ważną rolę w in- 
tegrowaniu środowiska naukowego, dla którego szybkim krokiem 
zbliżały się czasy trudnych prób.
>>>
374 


Profesor Hoszowski, w odróżnieniu od innych swych kolegów 
lwowskich c:zy wileńskich czynnych na UMK, był znacznie młodszy 
i miał wiele energii. Obok pełnienia normalnych dydaktycznych 
obowiązków angażował się w liczne przedsięwzięcia poza Toruniem. 
Brał udział w konferencjach naukowych. Uczestniczył w redagowaniu 
"Roczników Dziejów Społec:znych i Gospodarczych", kształcił kadry 
naukowe nie tylko dla uniwersytetu toruńskiego, ale także dla innych 
środowisk, jak gdańskie czy krakowskie. Dużo podróżował, zdaje się, 
że lubił nawet podróżowanie po Polsce, w pociągu nie tracił czasu, ale 
brał ze sobą różne materiały, które w c:zasie podróży studiował. Z jego 
toruńskich uczniów czynni są do dziś Jerzy Wojtowicz i Stefan 
Cackowski. 
Odejście prof. Hoszowskiego z Torunia do Krakowa, do WSP, 
zaskoczyło środowisko toruńskie, krążyły różne wersje na temat przyczyn 
tego odejścia, nie warto ich powtarzać ze względu na brak możliwości 
weryftkacji; dla toruńczyków była to duża strata, niektórzy mówili 
nawet, że utracili przyszłego rektora. Na stanowisku kierownika Katedry 
zastąpił go prof. Leonid Żytkowicz, wilnianin, uczeń Stanisława 
Kościałkowskiego, który jednak po pewnym czasie zrezygnował z pracy 
na UMK na rzecz etatu w Instytucie Historii PAN. 
Odejście prof. Hoszowskiego z Torunia siłą rzeczy osłabiło nasze 
wzajemne kontakty, widywaliśmy się jednak od czasu do czasu głównie 
na terenie Warszawy, w Toruniu prof. Hoszowski już się więcej nie 
pojawił. Pamiętam jedno spotkanie z nim w Warszawie, na walnym 
zebraniu Polskiego Towarzystwa Historycznego. Był to początek stanu 
wojennego, atmosfera była - łagodnie mówiąc - nie najlepsza, 
siedziałem wraz z innymi w zatłoczonej sali, niezbyt wielkiej. W pewnym 
momencie spostrzegłem siedzącego w głębi Profesora. Pozdrowiliśmy się 
skinieniem głowy, w czasie krótkiej przerwy zamieniliśmy kilka słów, 
gdyż na więcej nie stało czasu. Drugi raz spotkałem go w Ciechocinku, 
gdzie przebywał na kuracji w jednym z sanatoriów. Pojechałem go 
odwiedzić, odbyliśmy dłuższy spacer. Był żwawy, chodził szybko, był 
w niezłym humorze. Spędziliśmy razem kilka godzin, informowałem go 
o tym, co się dzieje u nas, wypytywał o kolegów. To było ostatnie nasze 
spotkanie. Później dochodziły wiadomości o jego długotrwałej chorobie, 
śmierci żony i wreszcie o jego śmierci 21 stycznia 1987 r. w Warszawie, 
u córki. Ostatnią posługę oddał mu dr Stefan Cackowski, ja nie mogłem 
pojechać do Krakowa. 


........
>>>
375 


W czasie nieobecności prof. Hoszowskiego w Toruniu jego miejsce 
do chwili odejścia do Akademii zajmował - jak wspomniałem - prof. 
Żytkowicz. Znałem go również z okresu studiów, prowad7ił zajęcia, 
a także jako adiunkt pełnił funkcję kierownika rozwijającej się biblioteki 
Zespołu Katedr, a później Instytutu Historii i stąd podlegałem mu 
w ciągu pierwszego roku mego stażu asystenckiego, który odbywałem 
w bibliotece Zespołu. Obok mnie pracowali koledzy - stare wygi, jak 
Wacek Odyniec, którzy wprowadzali mnie w życie bibliotekarza. Moim 
obowiązkiem było wypisywanie kart bibliotecznych; katalogowałem 
głównie zawartość czasopism. Do dzisiaj w katalogu Instytutu znajduję 
z przyjemnością kartki zapisane moim ręcznym pismem. Obowiązywała 
wtedy (nieoficjalna, ale respektowana) norma 50 kartek dziennie. 
Adiunkt Żytkowicz siedział przy małym stoliku twarzą do sali, stale 
czymś zajęty (w gwarze instytutowej nazywano to siedzeniem na biczu), 
pod koniec dnia sprawdzał wykonaną pracę. Trwało to cały rok, później 
przeszedłem do zajęć dydaktycznych. Po jego przejściu do pracy 
w Akademii moje kontakty z docentem, a później prof. Żytkowiczem 
uległy rozluźnieniu. Spotykaliśmy się niekiedy na posiedzeniach Towa- 
rzystwa Naukowego, ale niezbyt często. W pracach TNT nie brał zbyt 
żywego udziału, nigdy nie wygłosił żadnego referatu. Towarzysko 
spotkaliśmy się tylko jeden raz w czasie krótkiego pobytu w Toruniu 
francuskiego historyka Ambroise Joberta, autora znanej, ale bardzo 
późno wydanej po polsku, fundamentalnej pracy Komisja Edukacji 
Narodowej w Polsce (1773-1794). Poszliśmy we trzech na kolację, 
rozmowa toczyła się po francusku; prof. Jobert rozumiał dużo po 
polsku, ale miał trudności z mówieniem. Utkwił mi z tej rozmowy 
drobny szczególik. W pewnym momencie francuski gość zwrócił się do 
prof. Żytkowicza z zapytaniem: "Czy pani profesorowa robi w dalszym 
ciągu takie doskonałe jabłka w cieście"? To "jabłka w cieście" 
wypowiedziane zostało po polsku. 
Profesor Żytkowicz był dobrym piechurem, przez wiele lat robił 
długie, wielogodzinne spacery, kilkakrotnie spotkaliśmy się na Barbarce 2 , 
on zawsze wracał ze spaceru, ja szedłem w stronę przeciwną, razem nigdy 
nie spacerowaliśmy, ale zawsze witaliśmy się na trasie z wielką 
przyjemnością. Raz taki spacer zakończył się dla niego tragicznie, został 
ciężko poturbowany przezjakiegoś zwyrodnialca. Byłjuż wtedy starcem, 
znalazł się w szpitalu, na szczęście rany okazały się niegroźne dla życia. 


2 Zob. przyp. 2 do wspomnień Aliny Ulińskiej w nin. tomie.
>>>
376 


Z wielką przyjemnością już jako dyrektor Instytutu Historii i Ar- 
chiwistyki zorganizowałem jubileusz Profesora z okazji chyba 60-lecia 
urodzin (dokładnie nie pamiętam)3. Sala była nabita po brzegi, atmosfera 
ciepła i pełna uznania dla Jubilata, zaś sam Jubilat wzruszony, ale 
zarazem - jak to było w zwyczaju -lekko autoironiczny i dowcipny. 
Ten styl mówienia o sobie zachował także w wiele lat później, kiedy 
w Uniwersytecie odbywała się uroczystość wznowienia jego doktoratu 4 . 
Leonid Żytkowicz był znawcą problematyki agrarnej, polskiej i europej- 
skiej, opublikował w tym zakresie wiele cennych prac, a także wydawnictw 
źródłowych, które nadzwyczaj starannie i z wielkim nakładem wysiłku 
opracował. 
Wieloletnie, wyjątkowo ścisłe i przyjazne związki łączyły mnie 
z prof. Jadwigą Lechicką. Jako student trzeciego roku słuchałem 
jej wykładów: "Polska a Europa w XVIII wieku", "Polska w dobie 
francuskiej rewolucji burżuazyjnej" oraz wykładu z dydaktyki historii. 
Lechicka, uczennica znanego uczonego Adama Szelągowskiego, twó- 
rcy szerokich syntez dziejów powszechnych, wnosiła do swoich 
wykładów spojrzenie na sprawy polskie w kontekście dziejów eu- 
ropejskich. Wzbudziła we mnie zainteresowanie dziejami francuskiej 
rewolucji 1789 r., co zaowocowało dalszymi mymi studiami nad 
tym ciekawym okresem i dwiema publikacjami. Po odejściu prof. 
Żytkowicza aż do swojej śmierci w 1965 r. pełniła obowiązki kie- 
rownika Katedry. Nie były to złe czasy dla nas młodszych pra- 
cowników, przybył nam nowy kolega mgr Marian Pawlak (obecnie 
profesor WSP w Bydgoszczy), który rozpoczął przygotowywanie 
swojej rozprawy doktorskiej pod kierunkiem prof. Lechickiej. 
Nasza szefowa miała duże doświadczenie dydaktyczne, praktyczne 
i teoretyczne, dydaktyką historii interesowała się już przed wojną. Znała 
bardzo dobrze wielu wybitnych uczonych starszej generacji, opowiadała 
nam o nich (np. o Szelągowskim) w czasie spotkań towarzyskich, 
odsłaniając różne szczegóły ich życia zawodowego, ale także towarzy- 
skiego i rodzinnego. Była w tym zakresie nieprzebraną kopalnią wiedzy. 
Poznawaliśmy w ten sposób ludzi nauki nie od strony oficjalnej, ale 
jakby prywatnej, znanej tylko najbliższym. 


3 Jubileusz prof. Leonida Żytkowicza (ur. 17 VII 1910 r.) odbył się rzeczywiście 
z okazji jego sześćdziesiątej rocznicy urodzin. 
4 Uroczystość odbyła się 19 II 1990 r. w dniu Święta UMK.
>>>
377 


Jako badacz w ostatnich latach życia prof. Lechicka interesowała się 
głównie okresem polskiego oświecenia, a zwłaszcza osobą Józefa 
Wybickiego. Pogarszający się stan zdrowia uniemożliwiał jej jednak 
wyjazdy do bibliotek i pogłębione zajęcie się tą ważną w dziejach 
polskich postacią. Wokół jej osoby gromadzili się koledzy i młodsi 
współpracownicy, którym okazywała wiele życzliwości. Wielokrotnie 
wraz z żoną byliśmy jej imieninowymi gośćmi. Spotykaliśmy się tam na 
płaszczyźnie towarzyskiej z profesorami Włodarskim, Hejnoszem, 
Gerlachem i innymi i mogliśmy ich poznać lepiej od strony "nieurzędo- 
wej" . Atmosfera była wesoła, a o słynnych tortach pani Profesor 
(przyrządzanych chyba przez jej siostrę Marię) krążyły prawie legendy. 
Ostatnie miesiące życia pani Profesor spędzała w domu. W łóżku już, 
ubrana jednak w togę, przyjęła wysokie odznaczenie państwowe wręczone 
przez przedstawiciela władz w obecności władz Uczelni. Była już ciężko 
chora. Pewnego dnia zadzwonił telefon, podniosłem słuchawkę i usłysza- 
łem słabiutki głos pani Profesor, która znajdowała się w szpitalu 
w Chełmży (dlaczego ją tam odesłano - nie wiadomo)5. Powiedziała mi, 
z wielką trudnością wymawiając poszczególne słowa, że jest zatruta 
i ciężko chora. W dwa dni później - 20 kwietnia 1965 r. - zmarła. 
Spoczęła na cmentarzu św. Jerzego w Toruniu, ale później została 
zabrana przez rodzinę do grobu rodzinnego w Jarosławiu. 
W moim indeksie znajdują się także i inne nazwiska ówczesnych 
wykładowców. U prof. Tadeusza Czeżowskiego odbyłem proseminarium 
filozoficzne w ciągu drugiego roku studiów. Profesor Czeżowski przybył 
do Torunia z Wilna, u nas prowadził wykłady i egzaminy z logiki. 
U niego składałem też egzamin z głównych zasad nauk filozoficznych. 
Z prof. Czeżowskim w wiele lat później spotkałem się na terenie Zarządu 
TNT, w skład którego wchodziliśmy obaj w ciągu jednej kadencji. Był 
już wtedy człowiekiem dobrze po siedemdziesiątce, ale zachował dużą 
sprawność fizyczną i umysłową. 
Przez jeden semestr słuchałem wykładu dr. Mateusza Puciaty na 
temat polskiej dyplomacji, niewiele z tego zostało mi w pamięci, poza 
tym, że zapamiętałem dr. Puciatę jako wykładowcę ciekawego, który na 
wykładany temat miał dużo do powiedzenia. Z późniejszych rozmów 
w czasie licznych, ale przypadkowych, spotkań wyniosłem wrażenie, 
że był to człowiek dużej wiedzy, ale mający trudności z przelaniem 


5 W dniu zasłabnięcia prof. Lechickiej właśnie szpital w Chełmży miał ostry dyżur 
- szpital ten był wówczas ściśle zintegrowany ze służbą zdrowia Torunia.
>>>
378 


I 


Jej na papier. Jako emeryta spotykałem go znacznie rzadziej, ale 
zawsze te przypadkowe spotkania sprawiały mi wiele satysfakcji. 
Puciata opowiadał m.in. o swej podróży naukowej do Rapperswillu, 
z której przywiózł liczące się materiały źródłowe, zaginione następnie 
w czasie wOJny. 
Na terenie Instytutu miałem częste kontakty z dr. Adamem 
Dygdałą, niegdyś uczniem Szelągowskiego. Miał dużą wiedzę i do- 
świadczenie życiowe, którym niekiedy dzielił się ze mną. Wykładał 
u nas wtedy świeżo wprowadzony przedmiot - historię ZSRR. 
W intencji władz miał to być ważny składnik indoktrynacji. Ja tego 
wykładu już nie słuchałem, gdyż zdążyłem ukończyć studia. Doktor 
Puciata i dr Dygdała pracowali też na drugim etacie w WSP 
w Gdańsku. 
Do grona ludzi, których zachowałem w pamięci, chciałbym dołączyć, 
choć nie był moim wykładowcą ani egzaminatorem, Józefa Mossakow- 
skiego, adiunkta, później starszego wykładowcę i archiwistę uniwer- 
syteckiego. Syn ziemi chełmińskiej, zubożały ziemianin, student historii 
i geografii Uniwersytetu Warszawskiego przed 1926 L, wykładowca 
historii starożytnej u nas przez wiele lat, gdyż dopiero znacznie później 
pojawili się wykształceni w tym zakresie specjaliści. Mossakowski 
przygotowywał swoje wykłady bardzo starannie, dysponował zresztą 
- nie tylko w tym zakresie -- naprawdę imponującą wiedzą. 
Przygotował i obronił rozprawę doktorską bardzo wysoko ocenioną 
przez recenzentów, z zakresu geografii historycznej. Do jej publikacji 
jednak nie doszło. Mossakowski, "pan Józio", jak go potocznie zwaliśmy, 
był niesłychanym skrupulatem, latami cyzelował swoje dzieło i nigdy nie 
był z niego zadowolony. Ciągle też mawiał, że musi zobaczyć kataster 
szwedzki, co mu się w końcu udało: wrócił ze swej podróży naukowej 
załamany, gdyż -- jak twierdził - musiałby nad mapami szwedzkimi 
pracować całe lata. Jego rozprawa do dziś pozostała w rękopisie. 
Mossakowski to postać niezmiernie barwna i nietuzinkowa. Jego 
sylwetka wyraźnie rysuje mi się w pamięci. Wysoki, szczupły, zawsze 
skromnie ubrany, z szerokim kołnierzem li la Słowacki (w krawacie nie 
widziałem go nigdy) i z gołą głową, z którą wychodził nawet na wielkie 
mrozy. Mocno mnie to intrygowało, w końcu kiedyś odważyłem się 
zapytać go, dlaczego nie nosi w mrozy nakrycia głowy. Odpowiedź 
zapamiętałem na zawsze: "bo widzi pan, kiedy wyjdę na śnieg i na gołą 
głowę napada mi śniegu, to odczuwam wielką przyjemność".
>>>
l 


379 


W jego pokoju pracy "szalał" zawsze ogromny bałagan, nad którym 
doskonale panował. N a ogromnym stole walały się notatki, otwarte 
książki i różne papiery, obok stały jabłka, których jadał dużo, ale 
z oszczędności (może zresztą i nie miał pieniędzy, gdyż pobory były 
więcej niż skromne) kupował zawsze gatunki naj tańsze, często nadpsute; 
starannie je obierał i fragmenty zepsute wycinał. Lubił też cebulę, której 
spożywał wiele, w jego pokoju zawsze odczuwalny był zapaszek cebuli. 
Na zebraniach naukowych często zabierał głos i wtedy ujawniła się 
jego wszechstronna erudycja, warto było go słuchać. Prowadził nie- 
słychanie uregulowany tryb życia, w określonych godzinach odbywał 
długie spacery, pod koniec życia tracił szybko wzrok i odbywał te 
spacery wieczorami, gdyż wtedy czuł się lepiej niż przy świetle dziennym. 
Był serdecznym kolegą i bardzo dobrym człowiekiem. Koleje jego życia 
były zawiłe. Podczas ostatniej wojny był jeńcem w Woldenbergu; 
Instytut Historii i Archiwistyki był jego ostatnią przystanią życiową. Żył 
i pracował otoczony powszechną życzliwością, nie mógł się tylko 
"dogadać" jakoś z prof. Karolem Górskim, który oceniał go surowo. 
Mieszkał na rogu ulic Matejki i św. Jerzego, w starym domu, mieszkanie 
nie było ani ciepłe, ani przestronne; nigdy jednak się nie skarżył. 
W kontaktach z kolegami był zawsze pogodny, chętny do rozmowy 
i pomocy. Odszedł nagle, wzbudzając powszechny żal. Należał do grupy 
organizatorów UMK, która po dekrecie erekcyjnym podjęła działania 
mające na celu szybkie uruchomienie Uczelni; współdziałał wtedy ściśle 
z dr. Burhardtem, późniejszym dyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej. 
Wszyscy moi nauczyciele akademiccy, wykładowcy, profesorowie 
i adiunkci, dawno już odeszli. Pamięć o nich przechowuję wdzięczną, 
choć nieubłagany czas zatarł wiele rozmów, spotkań i innych szczegółów 
godnych uwiecznienia. Byli oni właściwymi twórcami toruńskiej humani- 
styki. Przybywając do Torunia na ostatnie w swym życiu stanowisko byli 
już ludźmi niemłodymi, często schorowanymi. W Toruniu zaczynali 
nieraz od zera, gdyż ich biblioteki, zbiory materiałów źródłowych, które 
gromadzili całymi latami, a często także rękopisy gotowych prac, uległy 
zniszczeniu wskutek pożogi wojennej. Młoda Uczelnia dzięki nim nie 
borykała się z trudnościami kadrowymi. Z dwu polskich uniwersytetów 
kresowych: wileńskiego i lwowskiego przybyli świetni uczeni z poważnym, 
a nieraz nawet ogromnym dorobkiem naukowym i doświadczeniem 
dydaktycznym. Z miejsca zapewnili nam różnorodne wykłady z dziejów 
Polski i Europy na najwyższym poziomie, przyciągające słuchaczy,
>>>
380 


dzięki czemu sale wykładowe były ciągle pełne. Starczyło im sił i czasu na 
wykształcenie jednej generacji młodych doktorów, którzy potem kon- 
tynuowali ich dzieło. Przyszło im działać i żyć w warunkach zagęsz- 
czającego się totalitaryzmu stalinowskiego, który nie zostawił bynajmniej 
na uboczu wyższych uczelni. Pracowali odcięci od osiągnięć nauki 
zachodniej, pozbawieni kontaktów naukowych, ostro krytykowani, 
a nawet pozbawiani możliwości kształcenia studentów. Wobec tych 
represji zachowali godność i powagę, potrafili przetrwać i nie utracić 
osobowości. Ale w moich oczach nie rysują się jako oderwane od życia 
postacie olimpijczyków. Mieli swoje ludzkie słabości, umieli żyć, cieszyć 
się chwilą bieżącą, utrzymywać stosunki towarzyskie. Wspierali też 
wydatnie miejscowe, stare Towarzystwo Naukowe, które dzięki ich 
udziałowi stało się uznanym w Polsce towarzystwem akademickim. 
Wspomnienie to chciałbym zakończyć odpowiedzią na pytanie, co 
osobiście zyskałem od tej generacji profesorów - jako student, a później 
asystent. Otóż dali mi podstawy wiedzy historycznej i nauczyli, jak ją 
dalej rozwijać na własną rękę, nauczyli myślenia i wnioskowania 
historycznego od pierwszej chwili traktując mnie na serio. Ale może nie 
mniej ważne jest co innego. Stworzyli godny naśladowania wzorzec 
kultury, zachowania w różnych sytuacjach, także zachowania towarzy- 
skiego (czego nie należy lekceważyć), nie towarzyszyła temu nigdy żadna 
moralistyka, wytykanie błędów czy inna gadanina. Po prostu zachowy- 
wali się tak, że skłaniali do mimowolnego nawet niekiedy naśladowania. 
Wiele z nich zostało w nas, ich wychowankach, wiele zostało we mnie. 
Wspominam ich wszystkich ze świadomością, że to jedyna możliwa 
forma hołdu dla nich, na który w całej pełni zasłużyli.
>>>
l 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 


LEONID ŻYTKOWICZ 


Podróż z Wilna i pierwsze miesiące w Toruniu. 


Zimą 1944 -1945 i na przedwiośniu 1945 r. przed tymi spośród 
mieszkańców Wilna, którzy zdecydowali się na "repatriację" do 
Polski - sd/icet w nowych ,Jałtańskich" granicach - stawało 
naglące pytanie: dokąd się udać i gdzie się osiedlić? Środowisko 
uniwersyteckie, a przynajmniej historycy - niewielu ich wówczas 
było na miejscu - w pierwszej fazie orientowali się na Królewiec. 
Przewidywano, że Królewiec znajdzie się w granicach Polski, przeto 
utworzenie tam polskiego uniwersytetu nie ulegało wątpliwości. Po 
uchwałach jałtańskich to odpadło. A więc Gdańsk - który zresztą 
nie był jeszcze wyzwolony. Pono w tej sprawie bawił w Wilnie 
kurator gdański (in partibus) i jakieś rozmowy odbywały się w urzędzie 
pełnomocnika do spraw repatriacji. Ale nic o tym bliżej nie wiem, 
nie pamiętam ani nazwiska kuratora, ani daty jego przyjazdu (pewno 
luty lub marzec 1945 r.). Po wyzwoleniu Gdańska przyszły wieści 
o jego straszliwym zniszczeniu - wieści z pewnością bardziej ponure 
aniżeli tragiczna rzeczywistość. lpso facto Gdańsk odpadł - bo 
tam rzekomo nie było warunków do utworzenia uniwersytetu. Piszę 
rzekomo, bo przecież niebawem powstały w Gdańsku akademia 
medyczna i politechnika, których potrzeby są nie mniejsze niż uni- 
wersytetu. 
Jednocześnie rozeszła się zachęcająca wieść, że ówczesny wojewoda 
białostocki Jerzy Sztachelski, wychowanek USB (w przyszłości długoletni 


. Tekst złożony w Archiwum UM K w 1983 r. Autor zawarł w nim fragment swego 
przemówienia wygłoszonego na uroczystości trzydziestolecia Instytutu Historii i Ar- 
chiwistyki UMK 14 II 1975 r. Archiwum UMK, nagrania sygn. T-36.
>>>
rys. L. Je.vmanowicz
>>>
383 


minister zdrowia) przygotował w Białymstoku willę (tak), zapewniając 
pracownikom USB dach nad głową, a nawet utrzymanie - wprawdzie 
skromne - do momentu wyjaśnienia się sytuacji i zanim zostaną 
podjęte decyzje, gdzie będzie zakotwiczony USB. Słowem podwoje 
willi czekają, przybywajcie dostojni profesorowie, rozkładajcie swoje 
biblioteki - i pracujcie! Uwierzyli w to między innymi prof. Iwo 
Jaworski (prawo) i Stanisław Zajączkowski (historia), którzy - jeżeli 
mnie pamięć nie myli - jeszcze w marcu (a może na początku 
kwietnia) wyruszyli kolejnym transportem do Polski. Po przybyciu 
do Białegostoku - tamtędy wówczas szły wszystkie pociągi repa- 
triacyjne - obaj panowie udali się do wojewody Sztachelskiego 
i wyłuszczyli sprawę. Zostali bardzo uprzejmie przyjęci, mimo że 
wojewoda był ogromnie zaskoczony, bo jako żywo nigdy nie słyszał 
o willi przeznaczonej na potrzeby USB. Obaj panowie wydatkowali 
się na dorożkę, a to był wówczas ogromny luksus; szczęściem zdążyli 
wrócić na dworzec, nim ich pociąg ruszył w dalszą drogę. 
Tymczasem w Wilnie rozeszła się wieść, że powstaje uniwersytet 
w Łodzi. Mało tego, organizatorem jest prof. USB Bolesław Wilanowski 
(prawo). A więc do Łodzi! Wówczas, w tej fazie pogłosek, wyjechali 
państwo Łowmiańscy. Tu dodam, że Maria Łowmiańska, z domu 
Plackowska, pochodziła z okolic Łodzi i miała tam rodzinę. 
Mój transport nr 26 miał odejść 13 maja. I ja byłem nastawiony na 
Łódź, tym bardziej, że jeszcze przed wojną znałem dobrze prof. 
Wilanowskiego i doznawałem od niego wiele życzliwości (był naczelnym 
redaktorem wydawnictwa Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a ja debiuto- 
wałemjako autor). Właściwie w transporcie nr 26 byłem niemal jedynym 
pracownikiem USB. Przyczynił się do tego prof. Kazimierz Moszyński, 
etnograf. Miałem jechać jednym z wcześniejszych transportów w wagonie 
prof. Moszyńskiego. Wyraziłem życzenie, aby ze mną mógł zabrać się 
i mój brat z rodziną. Profesor Moszyński spełnił je w ten sposób, że 
spowodował moje przeniesienie do następnego transportu, właśnie nr 
26. Mogła nim powodować troska o jego dużą i cenną bibliotekę, która 
potrzebowała miejsca. Przeto mógł sobie życzyć, aby wagon nie był 
przepełniony. I dobrze zrobił. Jego transport wlókł się aż 2 tygodnie, 
mókł na deszczu w otwartych lorach, omal nie został ograbiony przez 
podochoconych wojaków w momencie ogłoszenia kapitulacji Niemiec 
i zakończenia działań wojennych.
>>>
384 


Tak c::zy owak, w sobotę 12 maja załadowałem przy pomocy żony 
Anny i teściowej Stefanii swój skromny dobytek na ciężarówkę - głównie 
książki - i stanąłem na rampie stacji towarowej Wilno. Z łatwością 
odnalazłem swój wagon (były numerowane). Starostą wagonu był dr 
medycyny Eugeniusz Mancewicz, popularny w Wilnie stomatolog, 
a jednoc::ześnie kierownik prosektorium USB (druga specjalność: anato- 
mia). Nie zastałem go u wejścia do wagonu (był to oczywiście wagon 
towarowy); natomiast w szeroko rozsuniętych drzwiach stał okazały 
fotel, a w nim siedziała biała jak gołąb dama, która w mgnieniu oka 
zorientowała się w moich niecnych zamiarach wtargnięcia do wagonu 
celem wstawienia moich gratów i energic::znie uderzając w podłogę laską, 
która mogła wzbudzić respekt nie tylko we mnie, rzekła: "Ja tu nikogo 
nie wpuszczę, bo pan profesor tego sobie nie życzy" (mowa o dr. 
Mancewiczu - jej zięciu). Speszony, odszukałem jednego z konwojentów 
transportu (zwykle było ich kilku, gdyż konwojowanie transportu 
dawało okazję do atrakcyjnych operacji handlowych - wolę nie używać 
brzydkiego terminu spekulacji - natomiast konwojowani podróżni nie 
mieli z nich wiele pożytku), ów pan całą sprawę potraktował z filozoficzną 
wyrozumiałością, spokojnie: "złoży pan swoje rzeczy na peronie 
i pojedzie, tam w Polsce nie brak dobra wszelakiego". Pan konwojent nie 
był bezinteresowny, czego byłem niedyskretnym świadkiem w parę 
godzin później. Tymczasem nadszedł pan Mancewicz z wiadomością, że 
widział się na peronie z przedstawicielem urzędu pełnomocnika do spraw 
repatriacji w Wilnie, który mu przekazał wiadomość, iż w Toruniu 
powstaje uniwersytet. Z punktu zrezygnowałem z Łodzi, decydując się 
na Toruń. Nie znałem Torunia z autopsji, ale słyszałem i czytałem 
bardzo wiele o jego urokach. W ten sposób, niemal błyskawicznie, 
rozstrzygnęły się moje dalsze losy. 
Sprawę moich bagaży i rozmieszczenia w pociągu mojej i mego brata 
rodziny załatwiliśmy kompromisowo (niestety, nie mogłem posłużyć się 
tym samym argumentem co pan Mancewicz w stosunku do konwojen- 
tów): ja z c::zęścią bagaży miałem jechać w wagonie "mancewiczowskim", 
do którego byłem przypisany, reszta rozmieściła się w kilku innych, 
korzystając z uprzejmości jadących. Ruszyliśmy nad ranem w niedzielę 
13 maja. Nigdy nie zapomnę przejazdu na trasie Wilno - Grodno, 
mijaliśmy po raz ostatni miejsca znane mi z niedzielnych wycieczek 
i grzybobrania, ku wieczorowi tegoż dnia zbliżyliśmy się do Grodna, 
a niebawem w Łosośnie mieliśmy przejechać granicę. I tu klops, który 


...,.j....
>>>
l 


385 


przeraził sporo osób jadących. W każdym transporcie jechało kil- 
ka-kilkanaście osób nie mających dokumentów ewakuacyjnych, po- 
szukiwanych przez NKWD, AK-owców i innych, którzy uniknęli 
deportacji. Tymczasem okazało się, że "litewski" konwojent naszego 
transportu zgubił spisy jadących i na punkcie kontrolnym oświadczono, 
że w tej sytuacji kontrola jest niemożliwa, transport zostanie cofnięty do 
Wilna, tam zostaną sporządzone uwierzytelnione spisy. Powstał ogólny 
u/u/atus! Polscy konwojenci, na szczęście, nie zgubili spisów, ale były one 
pisane alfabetem łacińskim, przeto nieczytelne dla strony radzieckiej. 
Ale od czegóż industria humana. Rozpoczęły się pertraktacje. Jednocześnie 
grupka repatriantów obchodziła kolejno wagony, ściągając po 10 rubli 
od głowy na pokrycie kosztów ugody. Ugoda nie kazała na siebie długo 
czekać. Wykazy, posiadane przez polskich konwojentów, zostaną 
przepisane na miejscu, ręcznie, grażdanką, czyli alfabetem rosyjskim, 
i na ich podstawie odbędzie się kontrola graniczna. Poświadczenie 
ważności wykazów nastąpi ex post w Wilnie, gdy konwojenci po 
odprawieniu pociągu wrócą do Wilna. Aliści okazało się, że ani 
konwojenci polscy, ani litewscy nie posiadają papieru do pisania 
i żadnych materiałów pisarskich. l temu zaradzono. Ja wydobyłem ze 
swojej teczki trochę czystego papieru pro puh/ico hono. Pomagałem 
uczynnie w pracy, nie wszyscy bowiem znali oba alfabety. Przepisałem aż 
kilka stron (ołówkiem). Jak i kto później to czytał? Nie bardzo to sobie 
mogę wyobrazić. 
A oto jak wyglądała groźnie zapowiadana kontrola graniczna. Na 
stopniach naszego wagonu - była jeszcze noc - stanął, trochę 
niepewnie, pan kontroler i powołując się na nienajlepszy stan swego 
zdrowia, który nie pozwala mu wejść do wnętrza wagonu i w sposób 
właściwy dokonać czynności służbowych, życzył nam szczęśliwej podróży. 
Jedynie prosił, byśmy oddali mu złoto, jeśli je wieziemy, i listy, bo ani 
jednego ani drugiego nie wolno przewozić przez granicę. Z całą 
szczerością zapewniłem go co do pierwszego punktu, mniej zapewne 
szczerze co do drugiego. Domyśliłem się, że nasza drobna ofiara nie 
poszła na marne. Na granicy opuściła nas radziecka obsługa pociągu 
i konwojenci litewscy. 
Rychło ruszyliśmy w dalszą drogę. Humory poprawiły się. Rano 14 
maja byliśmy w Białymstoku i niebawem ruszyliśmy do Warszawy. 
Stolica wywarła na mnie niesamowite wrażenie: ruiny, kilometry ruin. 
Jechaliśmy z Warszawy Wschodniej przez most o drewnianej konstrukcji
>>>
386 


koło Cytadeli (stał jeszcze wiele lat później) do Warszawy Zachodniej. 
Dopiero okrążając Wolę zobaczyłem z dala sznury z bielizną - ozna- 
czało to istnienie życia ludzkiego wśród ruin. Ale na peronach Warszawy 
Zachodniej był ruch, widziało się wielu ludzi oczekujących na pociągi. 
Zbliżał się wieczór. Po krótkim postoju ruszyliśmy w kierunku Poznania. 
Tam mieliśmy przeładować się z wagonów radzieckich (szerokotorowych) 
do polskich (normalnotorowych). Jeszcze w nocy, a może już o świcie 15 
maja, stanęliśmy na Kobylem Polu pod Poznaniem. Dzień był pogodny. 
Na horyzoncie widać było zabudowę miejską, niestety doŚĆ daleko. Na 
polu w pobliżu torów kolejowych pracowali ludzie. W powietrzu piały 
skowronki. - Mój brat, absolwent Uniwersytetu Poznańskiego przed 
wojną (Wydział Leśny) wyszedł pogawędzić z pracującymi rolnikami. 
Wrócił speszony. A oto w skrócie przebieg rozmowy. Chłop zapytał o cel 
przyjazdu tylu ludzi w transporcie. Brat objaśnił. Reakcja była nieocze- 
kiwana: "To wy jedziecie na nasze domy i ziemie! Byli też tacy, Niemiec 
(a może German?, nie pamiętam dobrze) ich wiózł! (pewno miał na myśli 
"repatriantów" - volksdeutschów z różnych krajów ze środkowej 
i wschodniej Europy), oni teraz w ziemi. I z wami tak będzie". Mnie nęcił 
Poznań. Chciałem dowiedzieć się czegoś o tamtejszym uniwersytecie. 
Gdybym dotarł do dziekanatu Wydziału Humanistycznego (Słowackiego 
25), byłbym się dowiedział, że już 28 kwietnia Rada Wydziału na 
wniosek prof. Łowmiańskiego uchwaliła dla mnie etat starszego asystenta, 
od chwili mcgo zgłoszenia się do pracy. Byłbym oczywiście przyjął, 
wyładował się w pustym polu -- i jakoś to byłoby! Ale tymczasem 
podstawiono obok pociąg przeznaczony dla nas. I tak się ponownie 
zdecydowały moje losy na resztę życia: sądzony nam był Toruń! 
Przeładunek pochłonął moc energii, byłem nieludzko zmęczony, ale 
pomogłem jeszcze kilku stroskanym paniusiom. Mój "wagon" to była 
otwarta węglarka. Ulokowaliśmy się w niej. Państwo Mancewiczowie 
z ową groźną teściową panią Pożaryską, mój brat Konstanty i ja 
z rodzinami, łącznie jedenaście osób, w tym dwuletnia córcczka mojego 
brata, do tego bagaże. Pogoda nam sprzyjała. Ruszyliśmy rankiem 16 
maja na południe. Ostrów, Kalisz, Sieradz - byliśmy pewni, że jedziemy 
do Łodzi. Ale w Zduńskiej Woli (Karsznicach) skręciliśmy nagle na 
północ -- w kierunku Inowrocławia. Przejazd przez Wielkopolskę był 
prawdziwym wypoczynkiem. Nie widać było zniszczeń wojennych, ni 
ruin, ni zgliszcz. Wiosna była w pełni. Zieleniły się zboża, kwitły sady. 
Mijane stacyjki były czyste j ukwiecone. Na peronach dyżurni ruchu,
>>>
387 


w mundurach nienagannie odprasowanych, w czerwonych czapkach, 
odprawiali nasz pociąg. 
Rankiem 17 maja stanęliśmy w Inowrocławiu, po zatoczeniu dużego 
koła. Pociąg zatrzymał się w znacznej odległości od dworca. Na 
sąsiednim torze stał transport wiozący kilkaset krów w kierunku 
przeciwnym. Mieliśmy w bród mleka. Na peronie kupiliśmy gazetę 
- może było to "Słowo Pomorskie"? Była tam wiadomość o posiedzeniu 
Komitetu Uniwersyteckiego w Toruniu. Sądziliśmy, że możemy tam 
stanąć w ciągu godziny. Ale konwojenci powiadają, że pojedziemy do 
Bydgoszczy i Gdańska. Domyśliłem się, że zapewne tam są lepsze terms 
ol trade na ich towar (nie zdołałem przewąchać, co to było, dodam 
nawiasowo, że trochę dogryzałem im w sposób aluzyjny i pod koniec 
podróży na mój widok po prostu znikali, stali się całkiem nieuchwytni). 
Doktor Mancewicz wykazał w tym momencie ogromny kunszt życiowy. 
Wziąwszy mnie przyjaźnie pod ramię, poprowadził do biura zawiadowcy 
stacji. W drugiej ręce miał zawiniętą w gazetę butelczynę niemieckiego 
koniaku. W Wilnie nie było oń trudno, pozostały całe magazyny. 
Gdyśmy stanęli przed obliczem pana zawiadowcy, usłyszałem mniej 
więcej te słowa: "Jedziemy z kolegą (tzn. ze mną) organizować w Toruniu 
uniwersytet" - w tym momencie poruszył dyskretnie butelczyną 
z koniakiem, który apetycznie zabulgotał - "wieziemy wagon książek 
i aparatury (istotnie na środku naszej węglarki stała, z dala widoczna, 
maszyna dentystyczna do wiercenia zębów), przeto zależy nam na 
szybkim dostaniu się do Torunia" (tu znów lekki ruch butelką 
z koniakiem - bulgotanie). Odpowiedź zawiadowcy odbierała wszelką 
nadzieję: "N ie mamy lokomotywy i nie możemy odczepić waszego 
wagonu". Ale z ust któregoś z obecnych kolejarzy padła życzliwa uwaga: 
"O godz. 18 nadejdzie pociąg osobowy relacji Poznań - Toruń, będzie 
więc lokomotywa i pociąg zabierze wasz wagon". W tym momencie 
(właśnie!) pan Mancewicz przyjacielskim gestem wręczył butelczynę 
panu zawiadowcy, wyrażając życzenie, aby została wypita za pomyślność 
rodzącej się wszechnicy toruńskiej. Nie mam powodu powątpiewać, że 
życzenie zostało spełnione, chociaż świadkiem nie byłem. Być może 
zostały tam wzniesionc pierwsze toasty za pomyślność przyszłego UMK. 
Istotnie o godz. 18 pociąg z Poznania wtoczył się przed dworzec. 
Otucha wstąpiła w nasze serca. Manewrowanie naszą węglarką trwało 
niemal dwie godziny, była bowiem w środku składu. Domyśliłem się, że 
walory koniaku zostały wysoko ocenione przez panów kolejarzy.
>>>
388 


A jednocześnie widziałem na peronie radzieckiego oficera z rewolwerem 
w ręku, wyrażającego dobitnymi słowy gotowość zastrzelenia na miejscu 
sprawców opóźnienia odjazdu pociągu do Torunia. Ruszyliśmy ok. 
godz. 20-tej czasu letniego (może nawet był to czas moskiewski, bo kolej 
do 20 sierpnia była pod zarządem wojskowym). 
Z wolna zapadał zmrok. Mijany pejzaż był spokojny i pogodny. 
O godz. 20.45 stanęliśmy na stacji Toruń Główny. Naszą węglarkę 
przetoczono na tory postojowe - ślepy tor za budynkiem pocztowym. 
Obok stał wagon kryty, którym przyjechała pani kuratorowa Skopowska 
z Lublina. Niepokoiły nas gromadzące się chmury. Zaczęło grzmieć. 
Ruszyliśmy z panem Mancewiczem na poszukiwanie noclegu - bez 
koniaku! W budynku pocztowym, ale od strony gmachu dworcowego, 
który zresztą był wypalony, w otwartym oknie, w kręgu lampy, przy 
biurku siedział zadumany nad otwartą księgą kolejarz. Mancewicz 
wyciągnął prawicę w jego kierunku, przedstawił się: profesor Eugeniusz 
Mancewicz! Obudzony z zadumy urzędnik spojrzał pytająco na nas. 
Padło pytanie o możliwość noclegu, bo przecież przyjechaliśmy or- 
ganizować uniwersytet. Doradził uprzejmie, ale jednocześnie jakby 
powątpiewając w skuteczność swojej rady, udać się do Czerwonego 
Krzyża w baraku vis a vis wyjścia z tunelu. Barak ten w stanie dość 
lichym trwał jeszcze długo, bardzo długo naprzeciw obecnego przystanku 
tramwajowego. Tam - przed panem w białym kitlu - powtórzyła się 
scena prezentacji, padło słowo "uniwersytet". Ów pan w białym kitlu 
uprzejmie wyjaśnił, że barak jest pełen nie tylko nocujących ludzi, ale 
także insektów różnych gatunków. Wyszliśmy jak niepyszni, kierując się 
ku naszej węglarce. Deszcz jeszcze nie padał. Tymczasem nasze panie 
nawiązały kontakt z panią Skopowską, która zaprosiła nas wszystkich 
do swego krytego wagonu. Zabezpieczyliśmy jakoś bagaże i pierwszą 
noc spędziliśmy w wagonie. Tak się rozpoczął nasz pobyt w Toruniu. 
Nazajutrz rano, 18 maja (piątek), Mancewicz i ja udaliśmy się do 
miasta. Wskazano nam drogę wprost przez tory. Natrafiliśmy na 
rodzinę repatriancką biwakującą pomiędzy torami już czwarty dzień! 
Nie podniosło to naszych nastrojów. Weszliśmy na most, który wówczas 
w swej części nadwodnej, aż do 1950 r., był drewniany, prowizoryczny, 
bo konstrukcja stalowa spoczywała na dnie Wisły. Z mostu oglądałem 
po raz pierwszy w życiu wspaniałą panoramę Torunia, która mnie 
urzekła. Ale jednocześnie powiało od niej czymś obcym - nie znałem 
z autopsji czerwonego gotyku nadwiślańskiego ani też krajobrazu 


....111 lila.
>>>
389 


miejskiego tego typu. Wszak Wilno to miasto baroku! Minęliśmy most. 
N a prawo stała jeszcze stara gazownia, oddzielona wysokimi sztachetami 
od trasy ulicznej. Spostrzegłem dużą tablicę informacyjną wspartą na 
dwóch słupach: "Uwaga repatrianci zza Bugu" (dalej adres PUR). 
Zacząłem zastanawiać się, kto to mogą być owi "zza Bugu"? Pewno 
jacyś z Wołynia, aż tu przyjechali. Dopiero po kilku dobrych minutach 
zreflektowałem się, że przecież i nasz transport przekraczał Bug 
w Małkini. A więc to my! Taki dowód troskliwości natchnął mnie 
optymizmem. W tym miejscu mała dygresja: aż do tego momentu byłem 
przekonany, że przyjechaliśmy zza Niemna. Stąd moje zaskoczenie. 
Ale ad rem. PUR mieścił się w dużym gmachu nad Wisłą, extra 
muro..., obecnie jest tam jakaś szkoła lub może internat. Weszliśmy na 
doŚĆ rozległe podwórze. Paliły się ogniska, ludzie warzyli strawę. Ten 
widok napełnił nas niepokojem; wprawdzie był 18 maja, ale dzień 
- i parę następnych - był chłodny, wietrzny i wilgotny. Weszliśmy do 
wnętrza masywnego gmachu. W jednym z biurowych pokoi powtórzyła 
się znowu scena prezentacji. Otrzymaliśmy informację, że sprawami 
uniwersytetu zajmuje się p. Emil Ogłoza, prezes miejscowego oddziału 
Polskiego Związku Zachodniego, przy ulicy Różanej (numeru nie 
pamiętam), który nas przyjął życzliwie i wyjaśnił, że sprawy uniwersytetu 
ma w ręku porucznik Józef Mossakowski, który niebawem serdecznie 
nas witał (istotnie miał na sobie mundur, zapewne pamiętający kampanię 
1939 r.). Zaprosił nas do osobnego pokoju. Usiedliśmy, a pan Mos- 
sakowski zaciągnął się nysą (wówczas to były papierosy, a nie samochody) 
i rozpoczął orację na temat zadań, które czekają przyszły uniwersytet... 
Jestem gotów założyć się, że nawiązując do przeszłości, zaczął od epoki 
Kopernika, ale nim doszedł do oświecenia, zobaczyłem przechodzącego 
przez pokój dra Stefana Burhardta, mego dawncgo znajomego z Wilna 
i po dzień dzisiejszy niczmiernie mi przyjaznego. Jak okazało się, pan 
Burhardt był właśnie sckrctarzem Komisji Wykonawczej Komitetu 
Uniwersyteckiego. Przywitanie było scrdcczne. Pan Mossakowski widząc 
naszą niecierpliwość - zależało nam mocno na zdobyciu jakiegoś 
schronienia przed deszczem i chłodem - "przeskoczył" przez całą epokę 
od oświecenia aż do 1945 r., potrącając już tylko ogólnie o zabiegi 
społeczeństwa toruńskiego o własny uniwersytet w okrcsie międzywojen- 
nym i obecnie. Poinformował nas też, że w Toruniu już się zebrało grono 
pracowników USB, z prof. Konradem Górskim na czele. Zdołano ich 
umieścić w domu (nie baraku) obok szpitala dziecięcego przy końcu ul.
>>>
390 


Bydgoskiej, że budynek zdołano nawet wyremontować i każda rodzina 
otrzymała osobny pokój dla siebie. Jednak nie dla wszystkich starczyło 
miejsca. Profesor Konrad Górski miałjuż własne mieszkanie (Klonowicza 
43). Ponadto zdobyto spory blok mieszkalny przy ul. Mickiewicza nr 7, 
częściowo już zwolniony przez wojsko radzieckie i stopniowo zasiedlany 
przez pracowników USB. Na miejscu administrują nim dr Otto 
Karwowski (lekarz, zmarł przed dwoma laty w Grębocinie, gdzie się 
osiedlił) oraz pan Wigura, nauczyciel wychowania fizycznego z Wilna. 
Zdaniem pana Mossakowskiego, mogą tam jeszcze być wolne mieszkania. 
W te pędy udaliśmy się pod wskazany adres. Istotnie było tamjeszcze 
jedyne wolne mieszkanie, dwa pokoiki na piątym piętrze, (w narożnej 
części budynku); ich stanu nie będę opisywać (w całym domu nie działały 
ani wodociągi, ani inne urządzenia). Pan Mancewicz zrezygnował 
z punktu, bo zamierzał uruchomić własny gabinet dentystyczny w śród- 
mieściu. Ja postanowiłem pokazać to lokum żonie - niech decyduje. 
O dziwo, zgodziła się, widząc, że innych możliwości nie ma. Nawet 
wpłaciłem jakąś kwotę na koszta naprawy wodociągów. 
Ktoś nieznajomy, spotkany na klatce schodowej, wyraził zdumienie: 
i pan tu chce mieszkać! Przecież w skrzydle od ulicy jest puste mieszkanie 
w stanie wcale przyzwoitym; ktoś, nie wiadomo kto, powiesił kłódkę 
i pewno klucz ma u siebie. Radził złamać zamek i zamieszkać tam. 
Szczęściem mówił głośno, gdyż po chwili otworzyły się drzwi wiodące do 
mieszkania na IV piętrze, obok których staliśmy, ukazała się nieznana 
mi wówczas lokatorka tego mieszkania z kluczem w ręku: "Proszę Pana, 
niech pan nie łamie mcgo zamka, oto klucz. Zamek powicsiłam, licząc, 
że może przyjedzie ktoś ze znajomych". Później dowiedziałem się, że 
była to pani Hankowa, żona kwestora USB (później UMK), który 
jeszcze nie wrócił z Donbassu. Błyskawicznie obejrzałem i z tryumfem 
pokazałem żonie swoją zdobycz (od ulicy, III piętro, od strony Dyrekcji 
Lasów, trzy pokoje, względnie czyste, ale aż do sufitu zapełnione słomą, 
która poprzednio służyła jako posłanie dla wojska). Mieszkanie było 
ogołocone z okuć, zamków, klamek itd., ale za to z drzwiami i oknami. 
Uprzątnęliśmy jeden pokój, słoma przydała się jako opał w kuchni 
i umożliwiła nam ugotowanie pierwszego od wyjazdu posiłku - u siebie! 
Nazajutrz, 19 maja, przywieźliśmy nasze rzeczy z wagonu. Złożyliśmy je 
na dole w pustym lokalu sklepowym; pro posse meo dźwigałem je 
stopniowo na górę. Nieoczekiwanie odnalazł nas tutaj pan M. Zaremba, 
nasz dawny znajomy z Wilna. Od niego dowiedzieliśmy się, że nasz
>>>
391 


transport wyruszywszy z Inowrocławia via Bydgoszcz i Gdańsk, dotarł 
wreszcie do Torunia. 
Po dwu lub trzech dniach żona spostrzegła przez okno, że wojsko 
opuszcza pozostałą część domu i ludzie biegną dosłownie, aby 
zajmować mieszkania, bądź też szabrować, co jeszcze się da. Po 
krótkim wahaniu - czy uchodzi? - podbiegłem i ja. O dziwo 
zdążyłem na czas. Na drugim piętrze było jeszcze jedno mieszkanie nie 
zajęte, być może dlatego, że nie wyprowadził się jeszcze z niego oficer 
radziecki, który tam mieszkał. Ów pan wyraził zgodę na naszą 
intromisję. Pośpiesznie napisałem na drzewiach ołówkiem: "Miesz- 
kanie L. Żytkowicza" i pobiegłem po żonę, by dokonać okupacji de 
facto. Zdążyliśmy w porę. Ów oficer, zbesztany do tego przez majora, 
nie taił złego humoru. Zebrał swój skromny dobytek i zniknął. 
Byliśmy panami sytuacji. Był to szczyt komfortu w porównaniu z tym, 
co nas spotkało na początku. Mieszkanie nie było zrujnowane 
i stosunkowo czyste. Było zajmowane przez oficerów, na drzwiach 
pokoju, w którym te kartki piszę, była jeszcze przymocowana kartka 
z napisem: "lekarz". Zabraliśmy się żwawo do porządkowania, 
przenoszenia rzeczy, niezbędnych drobnych napraw. Poszedłem do 
Zarządu Miejskiego zameldować się na pobyt stały, otrzymałem kartki 
żywnościowe. Było to 22 maja - w dziesiątym dniu od opuszczenia 
Wilna -. i ta data została później wpisana do mego dowodu 
osobistego. Nie wiem do dziś, czy wówczas funkcjonował Wydział 
Spraw Lokalowych. Wspaniale później rozwinięta biurokracja nie 
dawała się jeszcze we znaki. Sprawy załatwiano od ręki. Dopiero 
później władze Uniwersytetu zalegalizowały mieszkania swoich pra- 
cowników za pomocą kartek z napisem: "mieszkanie uniwersyteckie", 
opatrzonych okrągłą pieczęcią UMK. 
A więc znowu drobny przypadek - głośna rozmowa na klatce 
schodowej, usłyszana przez panią Hankową - uwolnił nas nie tylko od 
brudnej, ciasnej rudery na V piętrze, ale i później od nie kończących się 
kłopotów mieszkaniowych. Nie mieliśmy ich zupełnie w ciągu już blisko 
czterdziestoletniego zamieszkiwania w Toruniu. W 1977 r. wykupiłem to 
mieszkanie na własność i mam nadzieję, re post fata mea zamieszka tu 
moja córka z rodziną. Nie będę taił, że to właśnie szybkie i łatwe 
zdobycie dachu nad głową mocniej związało mnie z Toruniem. Nie 
skorzystałem z propozycji Uniwersytetu Poznańskiego, o czym już 
wspominałem. Nigdy nie dowiem się, nie będę mógł sprawdzić, czy
>>>
392 


postąpiłem rozsądnie. Profesor Łowmiański czasem mi to jeszcze do dziś 
wypomina, zwykle w sposób aluzyjny. 
Ale ad rem. Sprawa uniwersytetu była wciąż jeszcze daleka od 
załatwienia i niepewna. Z natury rzeczy musiały o tym zadecydować 
najwyższe władze krajowe. Być może pewną jaskółką, zapowiadającą 
wiosnę, była decyzja (zapewne Ministerstwa Oświaty, chyba tak się ono 
wówczas nazywało), wypłacenia poborów obecnym w Toruniu pracow- 
nikom USB, według stanowisk zajmowanych w dniu 1 września 1939 r. 
Oznaczało to, że Ministerstwo akceptuje fakt skupienia się w Toruniu 
pracowników naukowych, co stanowiło podstawę personalną urucho- 
mienia uniwersytetu. Profesor Konrad Górski zaproponował mi sporzą- 
dzenie listy uprawnionych. Ochoczo się do tego zabrałem. Chyba w lipcu 
zaczęły się wypłaty. Zajęło się tym Kuratorium Okręgu Szkolnego i tam 
zapewne zachowały się odpowiednie akta. Było to zaopatrzenie bardzo 
skromne, niemal symboliczne, ale ułatwiło przetrwanie trudnego okresu. 
Również w lipcu przydzielono nam ulgowe obiady (a może bezpłatne?) 
w stołówce PPS przy ul. Szczytnej (obecnie restauracja "Staropolska"'), 
które bardzo nam smakowały. Można też było jadać w stołówce PCK 
przy ul. św. Jana, ale tam było tłoczno i obiady były dość marne. 
W sierpniu jadaliśmy w stołówce ZNP w nie istniejącym już obecnie 
baraku za gmachem Województwa od ul. Nowickiego, gdzie dziś są 
korty tenisowe. 
Pan Burhardt, który objął stanowisko dyrektora Książnicy Miejskiej, 
zaproponował mi stanowisko bibliotekarza od 14 czerwca. Wszystko to 
razem nie uchroniło mojej żony od zarobkowania handlem (sposób 
praktykowany zresztą przez wiele pań ze środowiska uniwersyteckiego). 
Odczuwałem to jako upokorzenie, ale nie było rady! 
Dnia 14 lipca przybyło z Wilna bardzo liczne grono pracowników 
USB, tzw. "transport uniwersytecki". Z prawdziwym wzruszeniem 
witałem znajomych - jeszcze w wagonach. Pan Burhardt zdobył kilka 
(bezpłatnych) fur do przewiezienia rzeczy i kilku ludzi do pomocy przy 
przeładunku. Przybycie tak licznego transportu stanowiło punkt zwrotny 
w "prehistorii" uniwersytetu w Toruniu. Z trudem zdobyto dla nich 
chociaż tymczasowy dach nad głową, w proporcji jeden pokój na 
rodzinę, częściowo w barakach, niektóre z nich trwają jeszcze w trójkącie 
ulic: Żwirki i Wigury, św. Józefa, Nowickiego. Może warto przytoczyć 
pewien, mający swoją wymowę, incydent, który się rozegrał vis a vis 


I Dziś: "Ristorante Italiana Staromiejska".
>>>
393 


moich okien. N a kilka, a może kilkanaście dni przed nadejściem 
"uniwersyteckiego" transportu z Wilna, spostrzegłem, że są wolne 
pomieszczenia w dużej kamienicy mieszkalnej przy ul. Mickiewicza 5, 
właśnie naprzeciw moich okien, jakieś kilkanaście pokoi łącznie. W te 
pędy udałem się do pana Mossakowskiego, który wciąż działał w Związku 
Zachodnim przy ul. Różanej. Sugerowałem mu potrzebę uzyskania tych 
lokali dla pracowników USB, którzy niebawem mogą zjechać do 
Torunia. Pan Mossakowski wziął sobie sprawę do serca i oświadczył, że 
Związek Zachodni rzucił na szalę cały swój autorytet, by sprawę załatwić 
pozytywnie. A muszę zaznaczyć, że w tym czasie władze miejskie szły we 
wszystkim na rękę uniwersytetowi (in spe); hasło "uniwersytet" otwierało 
wszystkie drzwi. Zabiegi o lokale przy ul. Mickiewicza 5 udały się 
i sprawa została załatwiona szybko i pozytywnie. 
Po przybyciu w dniu 14 lipca transportu uniwersyteckiego powstała 
nawet koleżeńska komisja, która zajęła się przydziałem pokoi. Aliści 
ledwo zgłosili się kandydaci do zamieszkania, zjawił się niejaki pan Dec 
z Dyrekcji Lasów Państwowych, który też robił zabiegi o te lokale (nie 
pamiętam już w jakim celu, później mieściło się w nich przedszkole). Pan 
Dec poczynał sobie bardzo energicznie: "Ja tu wilniuków nie puszczę!" 
- wołał donośnym głosem, zagradzając własną osobą wejście do 
gmachu. Profesor Konrad Górski, zachowując imponujący spokój, 
przekonywał go, że "wilniuki" to również dobrzy Polacy i że nie można 
rozczłonkowywać narodu na wilniuków i nie-wilniuków, na składniki 
gorsze i lepsze. Nie wiem, czy to wszystko przekonało pana Deca, czy po 
prostu został odwołany przez swych przełożonych, dość, że wycofał się 
i "wilniuki" mogli wprowadzić się do pomieszczeń tak im potrzebnych, 
bo przecież nie mogli mieszkać w wagonach. Dopiero począwszy od 
jesieni i w ciągu zimy stopniowo zaczęli przeprowadzać się do samodziel- 
nych mieszkań, a niektórzy byli zmuszeni popasać dłużej w obecnym 
Domu Akademickim nr 1, gdzie wówczas mieściły się biura Uniwersytetu, 
zanim przeniosły się do obecnego Collegium Maius. Opisany tu incydent 
nie był jedynym tego rodzaju. Może jestem tu niesprawiedliwy i nie 
przytaczam tych, które świadczyły o czymś wręcz przeciwnym. 
Spieszę zaznaczyć, że ani ja, ani moja rodzina nie doznaliśmy 
żadnych przykrości ze strony władz lub osób prywatnych. A oto 
jak wyglądał pierwszy kontakt mego brata Konstantego, leśnika, 
z Dyrekcją Lasów Państwowych. Wprost z wagonu zgłosił się tam 
wnet po przyjeździe. Przypadek (znowu przypadek!) sprawił, że w klapie
>>>
394 


marynarki miał odznakę (był to głuszec) Koleżeńskiego Koła Studentów 
Uniwersytetu Poznańskiego. Rozmowa z przedstawicielem władz Dyre- 
kcji wyglądała tak: "A więc pan jest absolwentem Uniwersytetu 
Poznańskiego?" - Brat potwierdził. "A od tej chwili jest pan naszym 
pracownikiem". Przydzielono mu duży pokój przy ul. Krasińskiego, 
samochód do przewiezienia rzeczy z dworca i niebawem delegowano 
w teren, gdzie zajął się szacowaniem szkód wyrządzonych w lasach przez 
Niemców. Tam mógł odpocząć nerwowo. Gdy prace terenowe zakoń- 
czyły się - pracował w Dyrekcji Lasów. Mieszkanie dla niego 
znaleźliśmy przypadkowo już w lipcu lub w sierpniu, przy ul. Słowac- 
kiego. Skądinąd wiem, że administracja ówczesna nie była zachwycona 
najazdem repatriantów do miast, co innego wieś, bo tam było sporo 
gospodarstw opuszczonych, które popadały w ruinę - ale to już inny 
temat, który się nadaje raczej do opracowania naukowego. 
Ja miałem sporo czasu wolnego, bo praca w Książnicy Miejskiej nie 
była absorbująca. Zajmowałem się głównie segregacją książek pozo- 
stawionych przez Niemców w stanie nie uporządkowanym. Czułem się 
tam dobrze, było kilku moich znajomych z Wilna, a z paniami z Torunia 
byłem w dobrych stosunkach. Naturalnie pracę w Książnicy traktowałem 
jako zajęcie tymczasowe. Niebawem odwiedziłem dyrektor Helenę 
Piskorską w Archiwum Miejskim, aby się rozejrzeć w możliwościach 
pracy badawczej. Nie były zachwycające. Archiwum było częściowo 
wywiezione, reszta, przerzucona (dosłownie) z ratusza do lokali zastęp- 
czych, leżała nie uporządkowana. Zacząłem na razie od "nadbudowy 
umysłowej" (tak to określiłem), czyli systematycznej lektury opracowań 
historycznch, które mogłem znaleźć w Książnicy, celem odświeżenia 
tego wszystkiego, co wywietrzało bądź wyblakło w ciągu sześciu lat 
wojny i okupacji. Zmiana miejsca zamieszkania i środowiska oznaczała 
dla historyka, zwłaszcza nowożytnego, zmianę warsztatu pracy (archiwa!) 
i zakresu badań. Zdawałem sobie sprawę, że muszę się nauczyć wielu 
rzeczy ah ovo. Zazdrościłem tym kolegom, którzy mogli kontynuować 
swoje przedwojenne badania. Ale może i dobrze na tym wyszedłem; 
poszerzenie horyzontu badawczego jest zawsze użyteczne, wręcz koniecz- 
ne. Potrzebę tego odczuwałem stale, odczuwam i obecnie jako imperatyw 
metodyczny. 
Tymczasem Uniwersytet stał się rzeczywistością. Dnia l października 
1945 r. otrzymałem nominację na asystenta, aż do odwołania, przy 
Katedrze Historii Europy (sic) UMK, a od 1 listopada tego roku 


I 
..l.
>>>
395 


"prowizorycznie" na st. asystenta przy Katedrze Historii Europy 
Wschodniej. Niezależnie od tych finezyjnych sformułowań nominacyj- 
nych oznaczało to zamknięcie etapu tymczasowego mego pobytu 
w Toruniu. 
Moje impresje i spostrzeżenia z okresu tworzenia się uniwersytetu 
toruńskiego postaram się fatis iurantibus opowiedzieć w następnym 
rozdziale 2 . 


2 Prof. Leonid Żytkowicz, zmarly 4 XII 1991 r., dalszego ciągu wspomnień nie napisał.
>>>
..........
>>>
T 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA. WSPOMNIENIA PRACOWNIKÓW 
TORUŃ 1995 



oty O autorach 
(opracowala Renata Karpiesiuk) 


Stefan B u r h a r d t - filozof, bibliotekarz, muzykolog. Urodzony 
18 grudnia 1899 r. W Wilnie. Ukończył Konserwatorium Wileńskie 
w 1923 r. oraz studia filozoficzne na USB doktoratem w 1927 r. Adiunkt 
w Bibliotece Uniwersyteckiej USB (1927 -1934). Następnie dyrektor 
Biblioteki Państwowej im. Wróblewskich w Wilnie (1934-1939). 
Pracował także w Bibliotece Szkoły Nauk Politycznych Europy Wschod- 
niej oraz Muzeum Ikonografii Wilna i Inflant. Po przybyciu do Torunia 
został sekretarzem Polskiego Związku Zachodniego, następnie sek- 
retarzem Komisji Wykonawczej Komitetu Organizacyjnego UMK. 
Pierwszy dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej UMK (1945-1949). 
W Bibliotece Uniwersyteckiej pracował do przejścia na emeryturę 
w 1971 r. (po 1949 r. jako kierownik Oddziału Zbiorów Specjalnych, 
a następnie Zbiorów Muzycznych). Zmarł w Toruniu w 1991 r. 
Opracował i wydał katalog polonezów (ponad 10 tys. pozycji.) będący 
dokumentem dziejów polskiej kultury muzycznej. 


Tadeusz Wiktor C i e ś ł a k - historyk i prawnik. Urodzony 
w 1917 r. w Wanne-Eickel w Westfalii. Studia prawnicze na Uniwer- 
sytecie Poznańskim (1935-1938 i 1945). W L 1940-1945 w obozie 
koncentracyjnym Oranienburg - Sachsenhausen. Pracownik UMK 
1946 - 1952: asystent, następnie adiunkt na Wydziale Prawa, dyrektor 
administracyjny Uczelni (1948 -1949). Potem na Uniwersytecie Łódzkim, 
w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w Instytucie Kultury Polskiej 
w Londynie i w PAN (m.in. zastępca sekretarza Wydziału I). Zmarł 
w Warszawie w 1985 r. jako pracownik Instytutu Historii PAN. 
Organizator nauki w PRL. Jako badacz zajmował się głównie stosunkami
>>>
398 


polsko-niemieckimi w XIX i XX W., także dziejami Pomorza w tychże 
stuleciach. 


Tadeusz C z e Ż o w s k i - filozof. Urodzony w 1889 r. w Wiedniu. 
Studiował na uniwersytecie lwowskim w I. 1907 - 1912 filozofię, 
matematykę i fizykę. Nauczyciel gimnazjalny we Lwowie (1912). Praca 
w administracji uniwersytetu lwowskiego w Wiedniu i Lwowie 
(1914-1918). W Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia 
Publicznego, Departament Nauki i Szkół Wyższych (referent, a następnie 
kierownik) w l. 1918 -1923. Od 1923 r. profesor USB, kierownik 
Katedry Filozofii. W USB był też m.in. prorektorem oraz dziekanem 
i prodziekanem Wydziału Humanistycznego. W 1945 r. przybył do 
Torunia. Współorganizator UMK oraz kierownik Katedry Filozofii I, 
przemianowanej następnie na Katedrę Logiki. Od 1951 r. także profesor 
w Zakładzie Logiki Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Od 1960 r. na 
emeryturze jako profesor zwyczajny. Doktor honori.f causa UMK 
(1979). Zmarł w Toruniu w 1981 r. Zajmował się różnymi dziedzinami 
filozofii, a szczególnie logiką, teorią poznania i teorią nauki. Pisał o roli 
i zadaniach uniwersytetu. Miłośnik gór i turystyki. 


Władysław D z i e w u ł s k i - astronom. Urodził się 2 września 
1878 r. w Warszawie. Ukończył studia matematyczno-fizyczne na 
Uniwersytecie Warszawskim w 1901 r. (srebrny medal). Pracę rozpoczął 
w Obserwatorium Astronomicznym UW i Obserwatorium im. Jęd- 
rzejewicza w Warszawie (1901-1902). Następnie w latach 1902-1903 
studiował na uniwersytecie w Getyndze, gdzie też w l. 1907 - 1909 
prowadził badania z mechaniki nieba i fotometrii. Od 1903 r. pracował 
w Obserwatorium Astronomicznym UJ (asystent, potem adiunkt). W I. 
1919-1939 był profesorem astronomii na USD. Był też na USB: 
dziekanem, prodziekanem, rektorem i prorektorem oraz organizatorem 
Obserwatorium Astronomicznego. W czasie wojny organizator i wy- 
kładowca na tajnych kursach szkolnych i uniwersyteckich. Do Torunia 
przybył w lipcu 1945 r. Współorganizator UMK, gdzie został mianowany 
profesorem astronomii i prorektorem w 1945 r. Był też organizatorem 
Obserwatorium w Piwnicach i jego kierownikiem do 1952 r., kierow- 
nikiem Zespołu Katedr Astronomii i Astrofizyki do 1952 r. i Katedry 


...........
>>>
l 
I 
I 
I 


399 


Astronomii w latach 1945 -1960. Członek korespondent PAU, członek 
rzeczywisty PAN, członek Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego 
w Londynie i Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Doktor honoris 
causa UMK w 1961 r. Na emeryturę przeszedł w 1960 r. Zmarł w 1962 r. 
w Toruniu. Specjalizował się w zakresie mechaniki nieba, fotometrii, 
astronomii gwiazdowej i historii astronomii. 


Karol Gór s ki - historyk. Urodził się 30 kwietnia 1903 r. 
w Odessie. Studia historyczne ukończył na UJ w 1925 r. Nauczyciel 
gimnazjalny w Poznaniu w latach 1928-1937. Prywatny docent 
Uniwersytetu Poznańskiego (wykłady zlecone) w latach 1933-1939. 
W okresie okupacji przebywał w obozach jenieckich: IX B (Brunswik), II 
C (Woldenberg-Dobiegniewo), gdzie zajmował się nauczaniem. Po 
oswobodzeniu obozu wrócił do Poznania i rozpoczął pracę jako docent 
na Uniwersytecie Poznańskim. W październiku 1945 r. przeniósł się do 
Torunia. Był od ] 945 r. organizatorem i kierownikiem Katedry Historii 
Ziem Pomorskich i Krajów Nadbałtyckich. Był też m.in.: dyrektorem 
Instytutu Historii i Archiwistyki (1959-1963), kierownikiem Zespołu 
Badawczego Historii Późnego Feudalizmu od 1969 r. Na emeryturę jako 
profesor zwyczajny przeszedł w 1973 r. (aktywny naukowo do końca 
życia). Zmarł w 1988 r. w Toruniu. Doktor honoris causa UMK (1979) 
i Uniwersytetu Wrocławskiego (1984). Członek PAU (1950). Członek 
wielu towarzystw naukowych. Członek korespondent Mediaeval Acade- 
my of America (1970), członek zagraniczny Duńskiej Akademii Nauk 
(1979). Zajmował się historią średniowieczną i nowożytną powszechną 
i Polski, szczególnie dziejami zakonu krzY7..ackiego, historią życia 
duchowego, edytorstwem źródeł historycznych. 


Konrad Gór s k i - historyk literatury polskiej. Urodzony 
w 1895 r. w Wągrach (woj. skierniewickie). Studiował na Uniwersytecie 
w Dorpacie (Wydział Prawny 1913-1915), Uniwersytecie Warszawskim 
(filologia polska 1918-1921), Uniwersytecie Karola w Pradze (slawistyka 
1922-1923). Nauczyciel gimnazjalny w Warszawie od 1918 r. Lektor 
języka polskiego w Pradze (1922 - 1923), w Lille (1927 -1928). N au- 
czyciel akademicki: docent na UW (1930 -1934), profesor nadzwyczajny 
na Katedrze Historii Literatury USB (1934-1939). W okresie okupacji
>>>
400 


wykładał na tajnych kompletach w Wilnie. W maju 1945 r. przybył 
do Torunia. Organizator i pierwszy dziekan Wydziału Humanistycznego 
UMK (1945 -1947), prodziekan (1947-1948). Profesor zwyczajny 
historii literatury polskiej na UMK w L 1945 - 1970 (kierownik 
Zakładu Literatury Polskiej XIX w.). W1. 1950-1956 odsunięty 
od życia dydaktycznego. Był inicjatorem i redaktorem naczelnym 
Slownika Języka Adama Mickiewicza (1950-1983). Na emeryturę 
przeszedł formalni
 w 1965 r. Członek korespondent PAU (1947), 
członek rzeczywisty PAN (1969). Wieloletni prezes TNT oraz członek 
wielu towarzystw naukowych polskich i zagranicznych. Doktor honoris 
causa UJ (1973), KUL (1980), UMK (1981). Zmarł w Toruniu 
w 1990 r. Zainteresowania naukowe: historia i teoria literatury polskiej 
(zwłaszcza literatury staropolskiej i romantycznej), prądy umysłowe 
w Polsce, historia teatru i muzyki, edytorstwo oraz edycja krytyczna 
i komentowana. 


Eugenia G u m o w s k a - prawnik. Urodzona w Wilnie w 1905 r. 
Studia prawnicze na USB ukończyła w 1930 r., jednocześnie doskonaląc 
umiejętności językowe (rosyjski, francuski, niemiecki). Adwokat w Wilnie 
(1937 - 1939). W okresie okupacji działała w wileńskich organizacjach 
społecznych. Współorganizatorka transportu uniwersyteckiego z Wilna 
do Torunia (1945). Praca na UMK: adwokat - doradca prawny (1945), 
starszy asystent w Katedrze Prawa Rzymskiego na Wydziale Praw- 
no-Ekonomicznym od 1946 r., lektorka języka rosyjskiego od 1950 r. 
W 1971 r. przeszła na emeryturę. Zmarła w Toruniu w 1992 r. 


Wojciech H e j n o s z - historyk prawa, archiwista. Urodzony 
3 kwietnia 1895 r. w Budach Łańcuckich. Studia prawnicze ukończył na 
UJK we Lwowie w 1924 r. (doktor praw), studiował jednocześnie 
historię społeczno-gospodarczą i filozofię ścisłą (uzyskał absolutorium 
z tych dziedzin). Od 1924 r. pracował w Archiwum Ziemskim we Lwowie 
(z przerwą w latach 1925 - 1929 na aplikację i pracę sędziowską 
w Drohobyczu). Aplikant, potem archiwista (także w czasie wojny). 
W 1939 r. jako docent prowadził wykłady zlecone z prawa na UJK. 
W 1945 r. wykładał krótko na UJ, a od listopada tego roku związał się 
z Toruniem. Objął kierownictwo Katedry Historii Ustroju i Prawa 


...........
>>>
401 


Polskiego na Wydziale Prawno-Ekonomicznym UMK, jako profesor 
zwyczajny. Po likwidacji Wydziału Prawa przeniesiony wraz z Katedrą 
na Wydział Humanistyczny (1952 r.) do nowo utworzonego Studium 
Archiwistyki. Opiekun specjalizacji archiwistycznej do 1965 r. Bardzo 
aktywny w staraniach o reaktywowanie Wydziału Prawa na UMK i jego 
organizator do pełnego uruchomienia w 1960 r. Na emeryturę przeszedł 
w 1965 r. Zmarł w Toruniu w 1976 r. Prowadził badania nad historią 
prawa sądowego i historią prawa narodów słowiańskich, zajmował się 
także problematyką pomorską oraz archiwistyką. 


Jerzy H o P p e n - artysta malarz, grafik. Urodził się w 1891 r. 
w Kownie. Od 1913 r. studiował w Krakowie w Akademii Sztuk 
Pięknych oraz był słuchaczem na Wydziale Humanistycznym UJ. Po 
wybuchu wojny zmuszony do opuszczenia Krakowa (poddany rosyjski). 
Wędrówka wojenna poprzez Petersburg (studiował prawo), Wiedeń 
i Krasnojarsk. Studia artystyczne na Wydziale Sztuk Pięknych USB 
(dyplom artysty malarza w 1934 r.). Od 1931 r. kierownik Zakładu 
Grafiki na tym Wydziale, docent w latach 1937 -1939. Wykładał 
rysunek na Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie w L 1940 - 1942. Od 
1944 r. kustosz w Muzeum Państwowym w Wilnie. W 1946 r. przybył 
do Torunia transportem repatriacyjnym. Na UMK: kierownik Zakładu 
Grafiki na Wydziale Sztuk Pięknych od 1946 r., od 1951 r. profesor 
nadzwyczajny (prodziekan 1946 - 1948 i 1951 - 1952, dziekan 
1956-1958), przeniesiony na emeryturę w 1961 r. Zmarł w Toruniu 
w 1969 r. Autor licznych prac graficznych, malarstwa ściennego, 
portrecista, konserwator malarstwa monumentalnego. Autor projektu 
insygniów rektorskich UMK. 


Artur H u t n i k i e w i c z - historyk literatury polskiej. Urodził 
się w 1916 r. we Lwowie. Filologię polską ukończył na UJK w 1939 r. 
Uzyskał także absolutorium w zakresie historii na Uniwersytecie im. 
I. Franki we Lwowie, studiując w latach 1940-1941 i 1944-1945. 
Nauczyciel akademicki na UMK od 1946 r. Pełnione funkcje: 
prodziekan Wydziału Humanistycznego (1956 -1958), kierownik Za- 
kładu Literatury XX wieku (1956 - 1968), kierownik Zakładu Historii 
Literatury Polskiej (1973 -1986), dyrektor Instytutu Filologii Polskiej
>>>
402 


(1981-1986). Na emeryturze jako profesor zwyczajny od 1986 L 
Zatrudniony nadal w niepełnym wymiarze godzin w Instytucie Filologii 
Polskiej. Członek Związku Literatów Polskich (1967 -1981), członek 
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (od 1989). Kierunki badań: historia 
literatury polskiej XIX i XX w., fantastyka literacka i twórczość 
S. Grabińskiego, twórczość S. Żeromskiego, teorie literackie XX w., 
historia nauki o literaturze polskiej. Także działalność krytyczna 
i eseistyczna w czasopismach literackich i społeczno-kulturalnych. 


Wilhelmina I w a n o w s k a - astronom. Urodzona 2 września 
1905 r. w Wilnie. Ukończyła studia matematyczne na USB w 1929 r., 
tam też doktorat z astronomii w 1933 L i habilitacja w 1937 L Praca na 
USB: asystent, st. asystent (1927 -1937), docent (1937 -1939). W okresie 
wojny nauczycielka w szkolnictwie średnim jawnym i tajnym w Wilnie. 
W 1945 r. przybyła do Torunia z transportem uniwersyteckim. Praca na 
UMK: profesor astrofizyki (1945--1976), kierownik Zespołu Katedr 
Astronomii (1952-1969), dyrektor Instytutu Astronomii (1969-1976). 
Także kierownik Pracowni Astrofizyki Zakładu Astronomii PAN 
(1957 -1977). Członek korespondent PAN od 1956 L i członek 
rzeczywisty od 1976 r. Doktor honoris causa: University of Leicester, 
Anglia (1973), University of Manitoha, Kanada (1973), UMK (1973). 
Na emeryturze od 1976 r. W dalszym ciągu pracuje naukowo. Członek 
wielu krajowych towarzystw i komitetów naukowych, także towarzystw 
zagranicznych (m.in. członek honorowy Royal Astronomical Society of 
Canada od 1973 r.), oraz międzynarodowych m.in. Międzynarodowej 
Unii Astronomicznej (członek od 1938 L, wiceprezes 1973 -1979). 
Kierunki badań: astronomia gwiazdowa, fotometria gwiazd zmiennych, 
test pulsacji Cepheid, badanie populacji gwiazdowych (statystyczne 
indeksy populacji), badania nad powstaniem lokalnego układu grupy 
galaktyk, kwazary. 


Irena J a n o s z- B i s k u P o w a - historyk, archiwista. Urodzona 
w 1925 L w Wilnie. Jako studentka historii rozpoczęła pracę zastępcy 
asystenta na UMK w 1946 r. Studia ukończyła w 1949 L Do 1951 r. była 
asystentem w Katedrze Ziem Pomorskich i Krajów Nadbałtyckich, 
następnie st. asystentem w Katedrze Historii Kultury. W l. 1951-1965 
pracowała w Archiwum Państwowym w Toruniu (kierownik Archiwum
>>>
403 


od 1961 r.). Ponownie na UMK od 1966 r. w Katedrze Nauk 
Pomocniczych Historii i Archiwistyki, później w Zakładzie Archiwistyki. 
Także kierownik Archiwum Uniwersyteckiego w l. 1966 -1976. 
W 1980 r. przeszła na emeryturę jako docent dr habil. W dalszym ciągu 
pracuje naukowo. Zajmuje się dziejami archiwów w Prusach Królewskich 
i edytorstwem źródeł. 


Kazimierz J a s i ń s k i - historyk. Urodził się w 1920 r. w Jan- 
kowicach w województwie toruńskim. Studia historyczne na UMK 
ukończył w 1949 r. Jako student został zastępcą asystenta w 1947 r. 
Pracował nieprzerwanie na Wydziale Humanistycznym w Instytucie 
Historii i Archiwistyki do przejścia na emeryturę w 1991 r. Pełnione 
funkcje: kierownik Katedry Archiwistyki i Nauk Pomocniczych Historii 
w l. 1962-1969, kierownik Zakładu Nauk Pomocniczych Historii w l. 
1969-1986. Na emeryturę przeszedł jako profesor zwyczajny. Specjal- 
noŚĆ naukowa: nauki pomocnicze historii, głównie genealogia, chrono- 
logia i dyplomatyka średniowieczna. Autor Genealogii Piastów. 


Marian K a c z m a rek - prawnik. Urodzony w 1908 r. w Po- 
znaniu. Ukończył Szkołę Podchorążych Artylerii w Toruniu w 1930 r. 
N astępnie pełnił służbę wojskową jako oficer w Przemyślu i w Toruniu. 
Ranny w kampanii wrześniowej przebywał w latach 1939 - 1945 w Oflagu 
VIIA w Murnau, następnie po wyzwoleniu z II Korpusem we Włoszech 
i w Anglii. Do Polski powrócił w 1951 r. W latach pięćdziesiątych 
z ramienia Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego pracował w Warszawie 
na osiedlu Jelonki (przejmowanie obiektów od Rosjan - budowniczych 
Pałacu Kultury i Nauki). Przeniesiony służbowo do Torunia w ramach 
rozpoczęcia prac inwestycyjnych przy rozbudowie UMK w 1957 r. 
Kierownik Działu Inwestycji, a od 1965 r. zastępca dyrektora admini- 
stracyjnego Uczelni. Po przejściu na emeryturę w 1977 r. w dalszym 
ciągu związany z UMK. 


Cecylia L u b i e ń s k a - I w a n i s z e w s k a - astronom. Uro- 
dzona w 1928 r. w Warszawie. Ukończyła studia astronomiczne na 
UMK w 1950 r. Pracę na UMK rozpoczęła jako zastępca asystenta
>>>
404 


w 1947 r. Następnie asystent wolontariusz, adiunkt i st. wykładowca 
w Katedrze Astrofizyki Zespołu Katedr Astronomii i Astrofizyki, a od 
1970 r. w Zakładzie Astrofizyki i Astronomii Gwiazdowej w Instytucie 
Astronomii UMK. Zastępca dyrektora Instytutu Astronomii w L 
1980-1984. Na emeryturze od 1989 r., w dalszym ciągu prowadzi 
zajęcia dydaktyczne. Członek polskich i międzynarodowych towarzystw 
naukowych. Członek Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Zaintere- 
sowania naukowe: astronomia gwiazdowa, historia astronomii, nauczanie 
astronomii i jej popularyzacja. 


Edward P a s s e n d o r f er - geolog. Urodził się w Wadowicach 
Górnych, pow. Mielec w 1894 r. Studia na UJ z zakresu geologii 
ukończył w 1919 r. Pracował w Państwowym Instytucie Geologii 
w Warszawie (1919 - 1929), następnie w Akademii Górniczo-Hutniczej 
w Krakowie zajmował się dydaktyką (1920-1930), kierował Katedrą 
Paleontologii Uniwersytetu Poznańskiego (1930 -1934); nauczyciel 
gimnazjalny w Siemianowicach (1934 - 1936), profesor nadzwyczajny, 
kierownik Katedry Geologii USB (1936 - 1939). W l. 1940 - 1945 geolog 
w Litewskim Urzędzie i Instytucie Geologicznym w Wilnie. W Toruniu 
profesor zwyczajny geologii na UMK w l. 1945-1952 (także organizator, 
prodziekan i dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego). Prze- 
niesiony do Warszawy w 1952 r. w celu zorganizowania Wydziału 
Geologii na UW. Tam kierownik Katedry Geologii Ogólnej do przejścia 
na emeryturę w 1964 r. Także organizator i kierownik Instytutu Nauk 
Geologicznych PAN (1959 - 1972). Od 1960 r. członek korespondent, 
a od 1976 członek rzeczywisty PAN. Zmarł w Warszawie w 1984 r. 
Zajmował się geologią regionalną, geologią czwartorzędu, stratygrafią, 
tektoniką i paleontologią. 


Janusz R u l k a - historyk, pedagog. Urodził się w 1936 r. 
w Płocku. Studia historyczne na UMK odhył w latach 1952-1956. Był 
nauczycielem w szkołach podstawowych i średnich oraz w Studium 
Nauczycielskim w Bydgoszczy do 1967 r. Na UMK w L 1967-1992 
w Instytucie Historii i Archiwistyki (adiunkt, docent, kierownik Zakładu 
Dydaktyki Historii w l. 1974-1977 i 1982-1992). Od 1974 r. na WSP 
w Bydgoszczy (docent 1974-1991, profesor od 1991, prorektor 
1975 - 1980). Kierunki hadań: dydaktyka historii i wiedzy o społeczeń- 
stwie.
>>>
405 


Jerzy S e r c z y k - historyk. Urodzony w 1927 r. w Krakowie. 
Na przełomie 1945/1946 r. przez kilka miesięcy więzień polityczny. 
Studia historyczne ukończył na UMK w 1950 r. Pracę rozpoczął 
w Bibliotece Uniwersyteckiej UMK w 1947 r., początkowo jako 
pracownik kontraktowy, w L 1948-1949 etatowy. Od 1949 r. asystent 
w Zakładzie Historii Polski Nowożytnej na Wydziale Humanistycznym, 
następnie adiunkt (1955), docent (1969), profesor nadzwyczajny (1990). 
Funkcje pełnione na UMK: kierownik Zakładu Metodologii Nauk 
Historycznych (1969 -1980), prodziekan Wydziału Humanistycznego 
(1969 - 1970), kierownik Zakładu Bibliotekoznawstwa i Informacji 
Naukowej (1982-1985) Na emeryturze od 1991 r. Nadal prowadzi 
zajęcia zlecone w Instytucie Historii i Archiwistyki oraz w Katedrze 
Filologii Germańskiej. Kierunki badań: do 1960 r. historia ruchu 
husyckiego w Polsce, później historia historiografii i historia nauki. 
Także publicysta prasowy - autor felietonów, artykułów. 


Irena S I a w i ń s k a- historyk literatury, teatrolog. Urodzona 30 
sierpnia 1913 r. w Wilnie. Ukończyła studia z zakresu filologii polskiej 
i francuskiej na USB w 1935 r. Nauczycielka gimnazjalna w Wilnie od 
1937 r. (tajne nauczanie w okrcsie okupacji). Studia na Sorbonie 
w Paryżu (1938-1939), a także w Yale University (1958-1959). Na 
UMK w L 1945-1949 jako sL asystent w Katedrze Historii Literatury 
Polskiej (zwolniona z przyczyn politycznych). Następnie nauczyciel 
akademicki: KUL - adiunkt, profesor (1950-1983), Uniwersytet 
Gdański (1976 - 1978). Visiting professor w l. 1968 -1982 na uniwer- 
sytetach w USA i Europie Zachodniej. Profesor zwyczajny, od 1983 r. na 
emeryturze. Członek krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych 
z zakresu literaturoznawstwa i teatrologii (m.in. TNT, TN KUL, 
PEN-Club). Zainteresowania naukowe: teoria literatury, metodologia 
badań literackich, teoria teatru. 


Kazimierz S o k o I o w s k i - prawnik, ekonomista. Urodzony 
w 1901 r. w Warszawie. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim 
w 1924 r. W okresie przed- i powojennym pracował w urzędach 
państwowych, głównie w administracji gospodarczej. Od 1956 r. 
skoncentrował się na pracy naukowo-badawczej. Praca w Zakładzie
>>>
406 


Nauk Ekonomicznych, później w Zakładzie Prakseologii PAN, w wyż- 
szych szkołach ekonomicznych (Szczecin, Łódź, Poznań). Od 1964 r. 
kierownik Katedry Ekonomii Politycznej na Wydziale Prawa UMK, 
przeniesionej do nowo utworzonego Instytutu Ekonomicznego (później 
- Wydział Nauk Ekonomicznych), gdzie pracował do 1981 r. (od 
1971 r. jako emeryt). Zmarł w Warszawie w 1988 r. W badaniach 
i publikacjach zajmował się problematyką ruchu spółdzielczego, a także 
problemami ogólnogospodarczymi z zakresu skarbowości, bilansu 
płatniczego, dumpingu oraz wsi i rolnictwa. 


Stanislaw S t a n i s z e w s k i - prawnik. Urodzony w 1913 r. 
w Borkowie (powiat Września). Ukończył prawo na Uniwersytecie 
Poznańskim w 1935 r. Przed wojną pracował w administracji i bankowo- 
ści w Toruniu i Grudziądzu, a po wojnie rozpoczął pracę w spółdzielczości 
w Toruniu. Od 1948 r. sekretarz, od 1949 r. dyrektor administracyjny 
UMK, zwolniony z przyczyn politycznych w 1954 r. Ponownie dyrektor 
administracyjny Uczelni w l. 1957 -1973. Po odejściu z UMK pracował 
w różnych instytucjach Torunia jako radca prawny. Obecnie na 
emeryturze. 


Adela S t Y c z y ń s k a - filolog. Urodzona w 1923 r. w Wilnie. 
Filologię angielską na UMK ukończyła w 1950 r. Praca na UMK w l. 
1946-1966: asystent, sL asystent w Katedrze Filologii Angielskiej 
1946-1951 (likwidacja Katedry), lektor języka angielskiego w Studium 
Języków Obcych (1951-1966). Przeniesienie służbowe na Uniwersytet 
Łódzki, gdzie pracuje do dziś w Katedrze Literatury Angielskiej (kolejno: 
sL wykładowca, docent, profesor). Wielokrotnie na stypendiach nauko- 
wych zagranicznych (głównie w USA i Wielkiej Brytanii). Specjalność 
naukowa: literatura angielska (powieść okresu wiktoriańskiego i wcze- 
snego modernizmu), nowela amerykańska XIX-XX w. 


Henryk S z a r s k i - zoolog. Urodzony w 1912 r. w Krakowie. 
Studia biologiczne ukończył na UJ w 1935 r. W tym roku został 
asystentem w Zakładzie Anatomii Porównawczej UJ (asystent do 1939 
r., adiunkt 1945 -1948, profesor 1967 -1982). Na UMK: wykłady 


....oi...
>>>
407 


zlecone (1947- 1948), kierownik Zakładu Anatomii Porównawczej 
(1948 -1966). Był też dziekanem Wydziału Matematyczno-Przyrod- 
niczego (1950-1951), organizatorem Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi 
(1951-1952). Rektor UMK w latach 1956-1959. Na emeryturę jako 
profesor zwyczajny przeszedł w 1982 r. Członek korespondent PAN 
(1965), członek rzeczywisty PAN (1971), członek rzeczywisty reak- 
tywowanej PAU (1990). Przewodniczący Komitetu Zoologicznego PAN 
(1968 -1976 i 1978 -1980). Członek wielu krajowych i zagranicznych 
towarzystw naukowych. Członek honorowy (m.in.): American Society 
of Ichthyologists and Herpetologist (1970), Societe Zoologique de 
France (1979). Doktor honoris causa UMK (1985). Kierunki badań: 
zoologia kręgowców, ewolucjonizm. 


Alina U I i ń s k a -- chemik. Urodzona w 1905 r. w Jenakiewie na 
Ukrainie. Studia w zakresie chemii fizycznej ukończyła na USB w 1931 r. 
W okresie przedwojennym pracę na USB i Politechnice Warszawskiej 
przedzielały okresy nauczania w gimnazjach i liceach w różnych miastach 
Polski. W czasie okupacji tajne nauczanie w Wilnie. Od 1945 r. związała 
się z UMK. Kierownik Katedry, później Zakładu Chemii Ogólnej 
(1951 - 1975), a także zastępca prorektora do spraw dydaktycznych 
(1952-1953), prodziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii 
(1954 -1956). Przeszła na emeryturę jako profesor zwyczajny chemii 
ogólnej w 1975 r. Zmarła w Toruniu w 1990 r. Specjalista z zakresu 
kinetyki chemicznej i fizykochemii polimerów. Zamiłowania turystyczne, 
zwłaszcza turystyka kajakowa. 


Jerzy Woj t o w i c z -- historyk. Urodzony w 1924 r. w Rumoce 
w powiecie mławskim. Studia historyczne ukończył na UMK w 1951 r. 
Od 1950 r. zatrudniony na UMK jako zastępca asystenta w Katedrze 
Historii Społeczno-Gospodarczej, następnie w Zakładzie Historii Pow- 
szechnej i Polski XVI-XVIII w., na Wydziale Humanistycznym. 
Pełnione funkcje: prodziekan Wydziału Humanistycznego w L 
1962-1964, dyrektor Instytutu Historii i Archiwistyki w l. 1969-1973, 
kierownik Zakładu Historii Powszechnej i Polski XVI - XVIII w. 
(1973-1991). Profesor zwyczajny, na emeryturze od 1991 r. Kierunki 
badań: elity epoki Oświecenia, masoneria europejska, historia regionalna 
(Toruń i region chełmiński). 



.....
>>>
408 


Leonid Ż y t k o w i c z - historyk. Urodzony w 1910 r. w Smor- 
goniach k. Oszmiany. Ukończył studia historyczne na Wydziale Humani- 
stycznym USB w 1933 r. W tym roku został stypendystą Funduszu 
Kultury Narodowej. Asystent wolontariusz na USB do 1939 r., sekretarz 
redakcji "Ateneum Wileńskiego" w l. 1935- 1939. W okresie okupacji 
pracował m.in. w Archiwum Państwowym w Wilnie. Po przybyciu do 
Torunia w październiku 1945 r. został st. asystentem, następnie 
adiunktem w Katedrze Historii Europy Wschodniej na Wydziale 
Humanistycznym UMK (1945-1953). Odsunięty od zajęć dydaktycz- 
nych w l. 1951-1954, był kierownikiem Archiwum UMK. Profesor 
nadzwyczajny, kierownik Katedry Historii Polski i Powszechnej 
XVI-XVIII w. w l. 1959-1962. Dziekan Wydziału Humanistycznego 
UMK w l. 1958 - 1960. Samodzielny pracownik naukowy w Instytucie 
Historii PAN (1953-1980). Profesor zwyczajny, w 1980 r. przeszedł na 
emeryturę. Zmarł w Toruniu w 1991 r. W okresie przedwojennym 
zajmował się głównie historią Wielkiego Księstwa Litewskiego, w Toruniu 
historią gospodarczą (historia stosunków agrarnych w Polsce przedroz- 
biorowej).
>>>
INDEKS OSÓB 


(Opracowała Henryka Duczkowska-Moraczewska) 


W indeksie uwzględniono osoby występujące w całym tekście. Na- 
zwiska autorów, redaktorów i wydawców prac cytowanych w przypisach 
wyróżniono kursywą. 


Abramowiczówna Zofia 45, 73, 97, 261, 262 
Adamczewski Stanisław 104 
Adamski Stanisław, biskup 222 
Ajdukiewicz Kazimicrz 294 
Alster Antoni 49 
Ambarcumian Wiktor 142 
Ambroziewicz Jcrzy 235 
Ampel Roman 190, 196 
Anders Władysław 302 
Andrzejewski Roman 335 
Antonowicz Kazimierz 124 
Antonowicz Zofia zob. Skłodowska-Antonowicz Z. 
Arkuszewski Leon 48 
Arnold Stanisław 344 
Askenazy Szymon 97 
Augustyn Józef 158 
Baade Walter 130 
Baculewski 114 
Baranowska (Czurówna) Zofia 284 
Barczyk Wiesław 205, 207 
Barszczewska Jadwiga zob. Koranyi J. 
Basińscy 43, 52, 204 
Basińska Halina 56, 57, 353, 362 
Basiński Antoni 48, 52, 53, 124, 125, 212, 335, 336, 339, 353-359, 
361-363 
Baszkowski Andrzej 240 
Bekier Edward 351 
Bełkot Jan 11, 123 
Bełkot Jan 11
>>>
410 


Benedekt Witold 166 
Beria Ławrientij 234 
Betlejewski Julian 297 
Białynicka Magdalena zob. Borsuk-Białynicka M. 
Bieniak Janusz 155, 225 
Bieńkowski Władysław 57 
Biernat Czesław 372 
Bierut Bolesław 28, 69, 234, 324 
Biliński Ludwik 268 
Biskup Marian 59,62, 79-80, 148, 150, 152, 157,248 
Biskup M arian 11 
Biskupowa Irena zob. Janosz-Biskupowa l. 
Biskupski Kazimierz 272, 343 
Błoński Jan 47, 54, 320 
Boenigk Tadeusz 132, 140 
Bolu Ryszard 268, 285 
Bondarowska Daniela 219 
Bondarowska Natalia 219 
Boratyński Kazimierz 362 
Borkowska Władysława 249 
Borowik Józef 68 
Borowikówna-Lisicka Anna 190, 198 
Borowscy 45, 50 
Borowy Wacław 102 
Borsuk-Białynicka Magdalena 323 
Borysówna Maria 309, 311, 315 
Bossowski Franciszek 81 
Bourilly Jean 319 
Bohmówna Barbara zob. Litwiniukowa B. 
Brandstaetter Roman 133 
Bratkowska Anna 235 
Bratkowski Stefan 235 
Brentana Franciszek 37 
Brodecka Alina 359 
Brus Włodzimierz 214 
Brzeska Alina 38, 45, 171 
Brzyski 335 
Budzyk Kazimierz 101 


--11I1I-"
>>>
l 
I 


411 


Bujak Franciszek 59, 372 
Bukowski Andrzej 342-344 
Bulas Kazimierz 71 
Bułganin Nikołaj 234 
Burdziej Bogdan 102 
Burhardt Stefan 10, 13, 19, 38, 67, 68, 123, 247-248, 250, 379, 389, 
392, 397 
Burhardt Stefan 67 
Burhardtowa Janina 15 
Burnicka (Opaska) Anna 140 
Burnicki Alojzy 140 
Bzdęgowa Irena zob. Maćkowiak-Bzdęgowa l. 
Cackowski Stefan 374 
Cannon Annie 129 
Chakiel 51 
Charnot Jan 228 
Chesterton Gilbert 260 
Chicewicz-Korzeniewski Mirosław 324 
Chicewiczowa- Korzeniewska Anna 324 
Chmarzyński Stefan 47, 53 
Chmurzyńska-Tietzowa Felicja 311 
Chodkiewicz Władysław 354-357, 359, 361 
Chojnicki Zygmunt 45, 52 
Choynowski Mieczysław 253 
Chruszczow Nikita 234, 235 
Chrzanowski Ignacy 212 
Churchill Winston 222 
Chwalewik Witold 310 
Ciesielska 52 
Cieślak Edmund 295 
Cieślak Tadeusz 25, 34; 287, 289, 293, 295-296, 397 
Ciopa Aleksander zob. Sniatycki A. 
Ciopowa 52 
Ciopowie 43 
Ciszewski Karol 214 
Cukier 240 
Cylke Leon 290 
Cyrankiewicz Józef 324
>>>
410 


Benedekt Witold 166 
Beria łJawrientij 234 
Betlejewski Julian 297 
Białynicka Magdalena zob. Borsuk-Białynicka M. 
Bieniak Janusz 155, 225 
Bieńkowski Władysław 57 
Biernat Czesław 372 
Bierut Bolesław 28, 69, 234, 324 
Biliński Ludwik 268 
Biskup Marian 59,62, 79-80, 148, 150, 152, 157,248 
Biskup Marian 11 
Biskupowa Irena zob. Janosz-Biskupowa l. 
Biskupski Kazimierz 272, 343 
Błoński Jan 47, 54, 320 
Boenigk Tadeusz 132, 140 
Bolu Ryszard 268, 285 
Bondarowska Daniela 219 
Bondarowska N atalia 219 
Boratyński Kazimierz 362 
Borkowska Władysława 249 
Borowik Józef 68 
Borowikówna-Lisicka Anna 190, 198 
Borowscy 45, 50 
Borowy Wacław 102 
Borsuk-Białynicka Magdalena 323 
Borysówna Maria 309,311, 315 
Bossowski Franciszek 81 
Bourilly Jean 319 
Bohmówna Barbara zob. Litwiniukowa B. 
Brandstaetter Roman 133 
Bratkowska Anna 235 
Bratkowski Stefan 235 
Brentana Franciszek 37 
Brodecka Alina 359 
Brus Włodzimierz 214 
Brzeska Alina 38, 45, 171 
Brzyski 335 
Budzyk Kazimierz 101
>>>
! 


411 


Bujak Franciszek 59, 372 
Bukowski Andrzej 342-344 
Bulas Kazimierz 71 
Bułganin Nikołaj 234 
Burdziej Bogdan 102 
Burhardt Stefan 10, 13, 19, 38, 67, 68, 123, 247-248, 250, 379, 389, 
392, 397 
Burhardt Stefan 67 
Burhardtowa Janina 15 
Burnicka (Opaska) Anna 140 
Burnicki Alojzy 140 
Bzdęgowa Irena zob. Maćkowiak-Bzdęgowa l. 
Cackowski Stefan 374 
Cannon Annie 129 
Chakiel 51 
Charnot Jan 228 
Chesterton Gilbert 260 
Chicewicz-Korzeniewski Mirosław 324 
Chicewiczowa-Korzeniewska Anna 324 
Chmarzyński Stefan 47, 53 
Chmurzyńska-Tietzowa Felicja 311 
Chodkiewicz Władysław 354-357, 359, 361 
Chojnicki Zygmunt 45, 52 
Choynowski Mieczysław 253 
Chruszczow Nikita 234, 235 
Chrzanowski Ignacy 212 
Churchill Winston 222 
Chwalewik Witold 310 
Ciesielska 52 
Cieślak Edmund 295 
Cieślak Tadeusz 25, 3
 287, 289, 293, 295-296, 397 
Ciopa Aleksander zob. Sniatycki A. 
Ciopowa 52 
Ci opowie 43 
Ciszewski Karol 214 
Cukier 240 
Cylke Leon 290 
Cyrankiewicz Józef 324
>>>
412 


Cywińska-Kryszcwska Julia 262 
Czahrowski Adam 102 
Czaj kowski Jan 182 
Czarnek Janusz 286 
Czarnowska Maria 47 
Czepulkowska- Lcwgowdowa Irena 262 
Czerniawski Marian 359 
Czcrny Anna Ludwika 98, 320 
Czerny Zygmunt 54, 71, 97-98, 125, 261, 310-311, 315-318, 320, 325 
Czerwińska Ircna 353, 362 
Czerwiński Stanisław 297 
Czerwiński Zenon 353, 355, 362 
Czeżowscy 43 
Czeżowski Tadeusz 11,35,38,40,41,47, 54, 67, 69, 71,75, 126, 146, 
252, 254, 259, 294, 339, 377, 398 
Czeżowski Tadeusz 40-41 
Czopek Juliusz 324, 350 
Czubak Piotr 298 
Czurówna Zofia zob. Baranowska Z. 
Czyżewski 48 
Czyżniewski Kazimierz 286 
Danilczuk Bolesław 224 
Dargiewicz Ignacy 312-313 
Dargiewicz Konrad 313 
Dawidowicz Wacław 271 
Dąbrowscy 57 
Dąbrowska Maria 102 
Dąbrowski Stefan 51, 57, 259 
Dąbrowski Teofil 362 
Dąbrowski Włodzimierz 229 
Debrett John 305 
Dec 393 
Des Logcs Stefania 97, 318 
Didkowska Iwona 284 
Dirska Bogdan 361 
Dobrowolska Ewa zob. Troczyńska E. 
D0browolski Władysław 19,45,47, 49, 51, 53-54 
D'obrzycka Irena 310-311
>>>
413 


Dobrzycki Jcrzy 133, 140 
Dokurno Zygmunt 73, 314 
Dołecki Bernard 216-217 
Drathówna Katarzyna 309, 311 
Drużyłowscy 45 
Dubikajtis Lech 172 
Duczkowska-Moraczewska Hcnryka 152 
Duczkowska-Moraczewska Henryka 9, 13, 15,43,59,65, 143, 161,287 
Dudek Władysław 287 
Dunajówna Maria 249, 310 
Dworakowskie 56 
Dyboski Roman 71, 308 
Dygdała Adam 78, 97, 146, 368, 378 
Dziedzic Ignacy 21 
Dziewulscy 43 
Dziewulska (Malinowska) .Jadwiga 180 
Dziewulska-Ginko Wanda 43, 56 
Dziewulska-Łosiowa Aniela 43, 55, 124 
Dziewulski Wacław 124, 127 
Dziewulski Władysław 9-10, 38, 43, 57, 67, 117, 119, 124-125, 
127-129, 131-132, 139, 145, 172-173, 177, 180-182, 184-187, 
189-192, 197-198, 205, 327, 329, 398 
Dżuganowski 300-30 l 
Ehrenkreutz Stefan 124 
Elzenberg Henryk 39-40, 71, 98, 126, 253, 259, 261-262, 320, 339 
Engels Fryderyk 104 
Erenburg Ilia 233 
Estreichcr Karol 15 
Falkowski Tadeusz 153 
Favre Bolesław 224 
Fedorowicz Zygmunt 13 
Felski Adam 327 
Filipowicz Feliks 159 
Findeisen 57 
Floryan Władysław 112 
Foss Gustaw 72, 97 
Frąckowiak (Jabłońska) Danuta 173,176-177,179, 182 
Frąckowiak Mieczysław 177, 188, 199
>>>
414 


Frejtażanka Bronisława 312 
Friedelówna Teresa 73 
Gabinowska 229 
Gadzikowska-Hutorowiczowa Halina 188-190, 193 
Gajewscy 290 
Galon Rajmund 165, 205, 303, 332, 336 
Garbowski Tadeusz 324 
Gaydówna Eugenia 50 
Gąska Stanisław 132, 140, 190 
Gąsowska Barbara zob. Serczyk B. 
Gerlach Jan 87, 97, 377 
Gerstman Maria 318-319 
Gerstman Stanisław 97, 319 
Gierek Edward 237 
Gierszewski 335 
Gierszewski Stanisław 372 
Giese Tidemann 122 
Gieysztor Aleksander 370 
Gindiferowa Zuzanna zob. Kowszyk-Gindiferowa Z. 
Ginko Tadeusz 43, 55 
Ginko Wanda zob. Dziewulska-Ginko W. 
Gizil1ski Andrzej 11 
Głębocki Robert 140, 184 
Głębowicz Bogdan 216 
Godlewska Julia 225-226 
Godłowski Włodzimierz 124 
Golański Henryk 301, 341 
Gomulicki Wiktor 249 
Gomułka Władysław 233 
Gorgolewski Stanisław 132, 135-137, 139-140 
Górscy 48 
Górski 292 
Górski Hipolit 191 
Górski Karol 11, 59, 70, 111, 113, 133, 146, 148-149, 151-152, 
155-156, 215, 224-225, 252, 256, 370-371, 379, 399 
Górski Konrad 11, 12,45, 47, 50, 54, 65, 67, 70-72, 98, 100, 102, 126, 
153, 206-207, 213, 237-238, 256-257, 260-262, 308-309, 313, 315, 
317,320,339,389-390,392-393,399
>>>
415 


Górski Konrad 260 
Grabiński Stefan 102, 105 
Granier R. 284 
Grecki Jerzy 240 
Grodziński Zygmunt 324, 349-350 
Gronowska (Gryźlakówna) Janina 354, 356, 361 
Groszkowski Janusz 133 
Grudzińska Stefania 140, 190 
Grudziński Tadeusz 148, 150, 155, 225, 248, 251 
Grycz Józef 20, 249 
Gryźlakówna Janina zob. Gronowska J. 
Grzegorzewski 55 
Gumański Leon 40 
Gumowska (Hryniewiczówna) Eugenia 75, 368, 400 
Gumowski Marian 51, 70, 79, 147-148, 214, 256, 367-368 
Gwiazdornorska Anna zob. Szarska A. 
Haliccy 43, 51 
Halicki Bronisław 43, 201 
I-IandeIsman Marceli 146 
Hanka Jan Edward 29, 38, 50-51, 53, 55, 163, 289, 302, 338 
Hanka Zdzisława 50 
Hankowa (Szwabowicz) Michalina 390-391 
Hanus Andrzej 179 
Hanus Tadeusz 179 
Hanusowa Wanda 179 
Hartleb Kazimierz 57, 70, 97, 125-126, 146, 148, 252, 254-255, 290, 
296, 367-368 
I-Ieckmann Otto 134 
Heisenberg Werner Carl 295 
Hejnosz Wojciech 10, 53, 85, 97, 125, 163,339,346,377, 400 
Herbert Zbigniew 109, 259 
Herman Zdzisław 213 
Hewish Anthony 136 
Hiller 49, 55 
Hillerowie 43 
Hlasko Marian 351 
Hlebowiczówna 53 
Holzer 335
>>>
416 


Holzer Gwido 112 
Hołubowicz Włodzimierz. 253 
Hoppen Jerzy 10, 70, 89, 401 
Horbaczewski Bohdan 180 
Horbowska Olga 226
227 
Horzyca Wilam 260, 262, 312 
Hoszowska (Wydrówna) Maria 373 
Hoszowski Lesław 373 
Hoszowski Stanisław 53, 61, 70, 97, 111-112, 226, 367, 372-375 
Hrabec Stefan 71, 73, 97, 158, 256 
Hryniewiczówna Eugenia zob. Gumowska E. 
Hrynkiewicz Andrzej 177 
Hrynkiewiczowie 45 
Hulej Artur 50 
Hulewicz 47 
Huppenthal Lesław 358-359 
Hurynowicz Janina 39, 49-50, 55, 65, 204, 331 
Hutnikiewicz Artur 11, 73, 93,98, 102, lOS, 259, 262, 401-402 
Hutnikiewicz Artur 11 
Hutorowicz Janusz 190 
Hutorowiczowa Halina zob. Gadzikowska-Hutorowiczowa H. 
Indan :Franciszek 39-40, 241 
Infeld Leopold 32S-329 
Iszora 45 
Iszorzyna 54 
Iwan Groźny 255 
Iwaniszewska (Łubieńska) Cecylia 132, 133, 140, 169, 172, 177, 179, 
182, 188-190, 197-200, 261, 403-404 
Iwaniszewski Henryk 129, 180, 188-190, 193, 196, 19S 
Iwaniszewski Jan 190 
lwaniszewski Stanisław 190 
I wanowscy 290 
Iwanowska Wilhelmina 11, 43, 46-51, 53-57, 117, 124, 127-128, 139, 
143, 173, 180-185, 187, 189, 191-193, 195-197, 199-200, 206-207, 
402 
Jabłońska Danuta zob. Frąckowiak D. 
Jabłońska Wiktoria 180 
Jabłoński Aleksander 56, 124, 165, 172, 177-178, 180,206-207, 355
>>>
417 


Jabłoński Henryk 167 
Jabłoński Henryk 355, 361 
Jabłoński Krzysztof 216, 228, 232 
Jacyna Jerzy 128 
Jakimowicz Roman 71 
Jakubowski Jan Zygmunt 114 
Jamontt Bronisław 47, 54, 56, 70, 120, 126 
Janiak Ryszard 105 
J anion Maria 102 
Janiszewski Leszek 11 
Jank Franciszek, prałat 56 
Janosz Bronisław 145 
Janosz Henryka 143 
Janosz Józefa 145 
Janosz-Biskupowa Irena 80, 143, 149, 152, 157, 402-403 
Janosz-Biskupowa Irena 152 
Jansky Karol 135 
Jantzen Kazimierz 127 
Januszewski Wincenty 298 
Januszkowski Witold 355, 361 
Jaromczyk Jerzy 354, 361-362 
Jaroszewicz Piotr 301 
J aroszewiczówna 47 
J aroszyński Maurycy 336 
Jaruzelski Wojciech 237 
Jarzębowski Tadeusz 196 
Jarzębowski Witold 269 
Jarzyński Kazimierz 227 
Jasienowicz 46 
Jasiński Kazimierz 79, 147, 153, 225, 403 
Jastrzębska Kamila 49-50, 207 
Ja.śkiewicz Zbigniew 272, 295 
Ja.śkowski Stanisław 124, 172, 179, 198, 336, 349 
Jaworowski Piotr 275 
Jaworski Iwo 18, 383 
Jeśmanowicz Andrzej 
Jeśmanowicz Leon 
198-199, 334 


176 
124, 159, 169, 172, 176-177, 181-183, 189,
>>>
418 


Jeśmanowicz Sławomir 176 
Jeśmanowiczowa Sabina 176 
Jeśmanówna Halina 29, 38, 45-47, 153 
Jędras Lucjan 215 
Jędrzyński Zefiryn 11, 12, 228, 229 
Jędrzyński Zefiryn 11-12 
Jobert Ambroise 375 
Jocher Adam Benedykt 15 
Jones Harold Spencer 192 
Jordan Warzycka Irena zob. Szarska l. 
Józefowicz Edmund 233 
Józefowiczowa Barbara 73 
Jundziłł Zenon 227, 229 
Kaczarska Tatiana zob. Wasąg T. 
Kaczmarczyk Zdzisław 344 
Kaczmarek Czesław, biskup 222 
Kaczmarek Marian 10, 161,300, 302, 403 
Kalinowska Zofia 217 
Kaluga Błażej 177 
Kamińska Maria zob. Woźniak M. 
Kantak Jan 140 
Kapuścińska Janina 249 
Kardymowiczowa Irena 362 
Kardymowiczowie 43, 52 
Karlicka 52 
Karłowicz Ryszard 23, 164-165, 299-302 
Karpiesiuk Renata 25, 35, 75, 201, 397 
Karwowska Maria Anna 275 
Karwowski Otto 390 
Kasatkin Stefania 384 
Kasjan Mirosław 240 
Kaźmierczak Marian 188, 199 
Kempa 335 
Kepler Johannes 120 
Kędziorowa 51 
Kępińska-Tracewska Alicja 264 
Kiełczewska-Zaleska Maria 72 
Kirtiklis Stefan 267
>>>
419 


Kisielewski Tadeusz 284 
Kiżuk Bolesław 53 
Kiżuk Roman 268, 286 
Kladziński Wincenty 290 
Klawe 51 
Klee Paul 230 
Kleiner Juliusz 102, 112 
Kleszczewski 335 
Klima 47 
Klonowska Weronika 226 
Knaster Bronisław 50 
Kochanowski Jan 102, 315 
Kolankowska (Tyszyńska) Teresa 369 
Kolankowski Ludwik 9, 19, 21-22, 27-29, 31, 38-39, 45-48, 50-57, 
59, 62, 68-70, 72, 78, 85, 89, 93, 97, 124, 130, 146-148, 155, 158, 
204, 251-252, 254-255, 287, 289-294, 296, 299, 302, 323, 355-369 
Kołaczkowska Maria 180, 205 
Koneczny Henryk 262, 300, 321, 361 
Kongiel Roman 49, 56, 201 
Kongielowie 43 
Kopcewicz Jan 9, 137 
Kopernik Mikołaj 120-123, 126, 133, 137, 139 
Koranyi (Barszczewska) Jadwiga 293-294, 296 
Koranyi Karol 21, 97, 125, 158-159, 260-261, 287, 293-296, 325, 
327-329 
Korcz 372 
Kosiacki Eugeniusz 164, 300 
Koss Władysław 55 
Kościałkowski Stanisław 374 
Kościelecki Stefan 228-229 
Kościuszko Tadeusz 158 
Kotański Zbigniew 205-207 
Kotarbiński Tadeusz 239 
Kotlarczyk Zygmunt 293 
Kott Jan 101 
Kowal Jan 173 
Kowalczewski Mieczysław 128 
Kowalski Zygfryd, biskup 149, 253
>>>
420 


Kownas Stefan 327-328 
Kowszyk-Gindiferowa Zuzanna 262 
Kozłowski Józef 10, 296-297 
Kozłowski Józef 11 
Kozłowski Roman 325 
Kozłowski Ryszard 155 
Kraczkiewicz Zygmunt 334 
Krajewski Romuald 300 
Krasicki Ignacy 344 
Krasicki Janek 229 
Krassowska Eugenia 336, 340-341, 346, 348 
Kraszewski Józef Ignacy 98 
Krempeć (Krygier) Janina 140 
Kreutz Mieczysław 53, 71 
Krępowiecki Tadeusz 242 
Kridl Manfred 262 
Kruczek Władysław 235 
Krupowicz Jan 353, 362 
Kruża Klemens 297-298 
Krygier Janina zob. Krempeć J. 
Kryłowicz Helena zob. Magierowa H. 
Kryszak Janusz 102 
Kryszewska Julia zob. Cywińska-Kryszewska J. 
Kryszewski Marian 262, 354-357, 359, 361-362 
Krzemień Adam 345 
Krześniak Antoni 47 
Krzycki Lech 54 
Krzyżanowski Julian 237-238 
Krzyżewski Remigiusz 284 
Kubacki Wacław 101 
Kubikowski Jan 196 
Kucharski Eugeniusz 71, 73, 93, 95-96, 98, 100, 259 
Kuchtówna Lidia 260 
K uchtówna Lidia 260 
Kuczyński Edward 120 
Kujot Stanisław, ks 54 
Kuna Henryk 56, 70 
Kurowski Leon 295, 332-335
>>>
421 


Kus Andrzej 136, 139 
Kuszpecińska Jadwiga 353 
Kwiatkowska Zofia 283 
Kwieciński Grzegorz 247 
Lampartówna Małgorzata 314 
Lassota Eligiusz 234 
Lech Jan 115 
Lechicka Jadwiga 97, 111, 148, 232, 339, 342-344, 372, 376-377 
Lechicka Maria 377 
Lelewel Joachim 232 
Lem Stanisław 253-254 
Lenart Bonawentura 298 
Lenczewscy 43 
Lenin Włodzimierz 104, 216 
Leśnodorski Bogusław 344 
Lewandowski Stanisław 187, 246, 292-293 
Lewandowski Władysław 242 
Lewgowdowa Irena zob. Czepułkowska-Lewgowdowa L 
Lewicki Andrzej 39, 71, 97 
Liczkowski Jerzy 275-276, 279, 283 
Limanowski Mieczysław 43, 55, 206, 207, 259 
Lindblad Bertil 129-130 
LipczY{lska Lucyna zob. Tomaszewska L. 
Lisicka Anna zob. Borowikówna-Lisicka A. 
Lisicki Andrzej 188-190, 192-193, 196, 198, 200 
Lisowski Stanisław 22, 65 
Liszkiewicz 48 
Litwiniukowa (Bohmówna) Barbara 148, 150 
Locke Jack L. 132 
Łagieżyński 50 
Łodzińska (Wilmańska) Alicja 359 
Łosiowa Aniela zob. Dziewulsa-Łosiowa A. 
Łowmiańska (Plackowska) Maria 383 
Łowmiański Henryk 383, 386, 392 
Łubieńska Cecylia zob. Iwaniszewska C. 
Łukasiewicz Jan 37 
Łukaszewicz Józef 262 
Łukaszewicz Kazimierz 262
>>>
422 


Łukaszewicz Witold 152, 166, 168, 224, 232-233, 235, 237-238, 242, 
274, 278, 300, 302, 304, 344 
Lukaszewicz Witold 344 
Łysenko Trofim D. 335 
Maciejewiczówna Barbara 38 
Maćkowiak-Bzdęgowa Irena 311 
Madej Franciszek 362 
Magier Sergiusz 38, 180, 297 
Magierowa (Kryłowicz) Helena 180 
Makowiecki Tadeusz 71, 96, 98, 100, 257, 260, 262 
Makowiecki Tadeusz 260 
Makowska. Zofia zob. Szczepkowska Z. 
Malicki 55 
Malinowska. Jadwiga zob. Dziewulska J. 
Mahl1lowiczówna Leokadia 73, 97, 261 
Manccwicz Eugeniusz 384, 387-388, 390 
Mancewiczowie 386 
Mańkowski Zbigniew 358-359 
Marchlewski Teodor 324 
Marcinkiewicz Józef 124 
Mariański Mieczysław 302 
Marks Karol 104 
Maron Napoleon 140 
Marzec Zdzisław 219, 299-300 
Maschke Erich 371 
Masiewicki 327 
Massey Bernard 310 
Matawowski Aleksander 354-355, 361 
Matwiejówna 201 
Matysik Stanisław 295 
Matysikowa (Tomaszewiczówna) Zofia 43, 353, 355-356, 362 
Maurer 209 
Mayerówna Renata 148, 150 
Melkowska. (Zielińska.) Krystyna 226-227 
Meszko Piotr 247 
Mędelski Stanisław 107-109, 113 
Michalska Jadwiga zob. Wilkoń-Michalska. J. 
Michalski 50
>>>
423 


Michelson 136 
Mickiewicz Adam 102, 106, 237 
Mienicki Ryszard 54-55, 59, 70, 368 
Mijal Kazimierz 291 
Mikojan Anastas 234 
Mikulska Izabela 324, 326 
Mikulski Józef 300, 324, 326, 335-336 
Mikulski Tadeusz 102 
Miłosz Czesław 212 
Minnaert Marcel 193 
Mironowicz Glebiusz zob. Sotnikow-Mironowicz G. 
Mirowicz Anatol 97 
Mocarski Zygmunt 20, 89 
Modrzejewski Stefan 50, 164 
Mokrzecki Lech 227, 239-240, 242 
Mołotow Wiaczesław 234 
Moraczewska Henryka zob. Duczkowska-Moraczewska H. 
Mosiewicz Eugeniusz 247 
Mosińska 47 
Mossakowski Józef 16, 38, 47, 67-68, 147, 149, 152, 157, 215, 378, 
389-390, 393 
Mossakowski Józef 67 
Moszyński Kazimierz 383 
Mozołowscy 43 
Mroczyński Andrzej 240 
Murawski Tadeusz 216 
MycieIski Jan 323 
Mykaj Alfons 268, 272, 274 
Nadolski Bronisław 63, 100, 111-112, 212, 343 
Nagrabecka 48 
Najdorf Mieczysław 290 
Najdowski Zygmunt 218, 303 
Namiotkiewicz Walery 235 
Namysłowski Władysław 97, 126 
Narębscy 51 
Narębski Stefan 70, 120, 296 
Narski Zygmunt 275, 277, 279 
N awacki Zygmunt 293
>>>
424 


Newton Isaac 120 
Nieciejowscy 45 
Niedzielski Czesław 228-229, 241 
Niekraszówna Leokadia 38 
Niesiołowski Tymon 10, 65, 70, 120, 126 
Niesiolowski Tymon 11 
Niewodniczański Henryk 18, 124, 203 
Niezabitowski Mieczysław 54 
Norwid Cyprian 207, 260, 262 
Nowacki 246 
Nowicki Czesław 260 
Nowicki Kazimierz 38, 48 
Nowicki Stanisław 163 
Obarski Stefan 363 
OdoIska Wanda 222 
Odyniec Wacław 147, 150, 252, 375 
OficjaIski Piotr 124 
Ogińska Elżbieta zob. Puzynina E. 
Ogłoza Emil 16, 18-20, 38, 45, 47, 49, 67, 123, 389 
Ogrodziński Wladyslaw 344 
Okołowicz Wincenty 51, 203, 332, 335 
Okołowiczowie 43 
Olechnowicz 211 
Olivier Lawrance 311 
Olszewski Ryszard 240 
Opaska Anna zob. Burnicka A. 
Opolski Antoni 196 
Orłowski Tadeusz 213 
Orylska (Zaleśkiewicz) Krystyna 361 
Osjander 121, 122 
Osmólska Bożena 100 
Osóbka-Morawski Edward 69 
Pabis Czesław 177 
Pacowski 48 
Pasemkiewicz Kazimierz 18 
Passendorfer Edward 47-50, 52, 54, 126, 201, 205, 324, 404 
Passendorfer Edward 206 
Passendorferowie 43
>>>
425 


Pastuszka Józef 300 
Pautsch Fryderyk 321, 323-324 
Pawlak Marian 376 
Pawlas 75 
Pawłowska Jadwiga zob. Puciata-Pawłowska J. 
Pawłowski Antoni, ks 46, 50 
Pawłowski Bronisław 59, 97, 372 
Pawłowski Cezary 52 
Peiper Tadeusz 259 
Pelczar Marian 246 
Pełczyna Jadwiga 114 
Pepłowski Franciszek 73 
Petreius 122 
Piasecki Bolesław 103 
Piątkowska-Rumińska Regina 188-190, 197 
Picasso Pablo 230 
Pietkun Witold, ks 55 
Pigoniowie 350 
Pigoń Andrzej 349 
Pigoń Stanisław 83, 102 
Piłsudski Józef 117, 233, 290-291, 297 
Piotrowicz Władysław 362 
Pischinger Ernest 125, 354, 359, 361 
Piskorska Helena 21, 394 
Plackowska Maria zob. Łowmiańska M. 
Platon 253 
PIeśniarski Bolesław 240 
Płomieński Eugeniusz Jerzy 105 
Poczobut-Odlanicki Marcin 127 
Poe Edgar Allan 102 
Pohorille Maksymilian 214 
Połatyński Tadeusz 236 
Połturzycki Wiaczesław 236 
Potocki Stanisław 287 
Pożaryska 386 
Preisner Walerian 20, 97, 247-248, 309 
Priiffer Jan 47-48,53-55,69,126,171, 185,204,206,323,325,327, 
332, 342, 356
>>>
426 


Priifferowa Maria zob. Znamierowska.-Priifferowa M. 
Priifferowie 43, 50, 55-56 
Przybylski Bronisław 191 
Przybyłowa Janina 21 
Przybyszewska Leokadia zob. Rulka L. 
Przybyszewski Stanisław 223, 231 
Przybytkowa Maria 212 
Przygoda Z. 132 
Ptolemeusz 121 
Puciata Mateusz 377-378 
Puciata-Pawłowska Jadwiga 9, 71 
Puciatowa Maria 22, 48, 77, 300 
Pujszo Kazimierz 359 
Putrament Jerzy 227 
Puzyna Józef 35 
Puzynina (Ogińska) Elżbieta 127 
Pyrek Julia zob. Staniszewska J. 
Raabe Zdzisław 334-335 
Racięcka. Maria 50 
Radejewski 50 
Rajchman 54 
Rakowicz (Rak) Stanisław 216, 232, 235-236, 241 
Rapacki Adam 163 
Ratti Achilles 291 
Rayski Jerzy 179 
Reicher Michał 46, 49-51, 55, 75 
Reicherowie 43, 55 
Reiss Witold 51-52, 54, 69 
Remer Jerzy 70, 345-346 
Retyk 122 
Richardson E. Harvey 132 
Rogowski Sławomir 106, 110-111, 115 
Rogowski Wiesław 239 
Rojeccy 43 
Rojecka 50, 52 
Rojecki Ananiasz 46, 48, 54 
Rokossowski Konstanty 213 
Rola-Żymierski Michał 290
>>>
427 


Rolhoff Roman 226 
Rosiecka Zofia 163 
Rostworowska. Anna 311 
Roszkówna Ludmiła 206, 334, 345 
Rozental Leopold 97 
Różański Krzysztof 218 
Różański Marek 166, 30 l 
Różewicz Tadeusz 102 
Rudnicki Juliusz 50-52, 55-56, 117, 124, 171-173, 199 
Rudnicki Konrad 191-192 
Rulka. (Przybyszewska) Leokadia 211 
Rulka. Irena zob. Skowyrska 1. 
Rulka Janusz 10, 209, 218, 232, 235, 237-238, 404 
Rulka Janusz 218, 232 
Rulka Mieczysław 209, 211, 222-223, 228, 234-235 
Rulka Tadeusz 218 
Rumińska. Regina zob. Piątkowska-Rumińska R. 
Rumiński Józef 147, 157, 190, 252 
Rumszewicz (Siudowska) Aleksandra 311 
Rumszewicz Witold 311, 313 
Rusiecki Kazimierz 62 
Rybka Eugeniusz 134 
Rybka Przemysław 196 
Rychlewski Eugeniusz 275 
Rygielski 49 
Ryle Martin 135-137 
Ryszewski Bohdan 155 
Rzeszewski 47 
Rzewuski Jan 179 
Samsel Roman 228, 234, 240 
Sandler 114 
Sas Irena 209 
Satanowski Robert 240 
Sawicka Hanna 229 
Schaff Adam 214 
Schwarzschild Karol 127 
Semkowicz Władysław 156 
Sentek (Szarska.) Ewa 350
>>>
428 


Serczyk (Gąsowska) Barbara 251 
Serczyk Jerzy 10, 150, 226, 243, 405 
Serejski Marian 232 
Sętkiewicz Roman 91 
Shapley Harlow 129-130 
Shaw George Bernard 312, 317 
Siedlecki Michał 124 
Sienicka Antonina 55 
Sienkiewicz Konrad 285 
Sierocki Zygmunt 359 
Siudowska Aleksandra zob. Rumszewicz A. 
Skąpski Tomasz 284-285 
Skirnina Stanisław 71, 79 
Skłodowska-Antonowicz Zofia 261 
Skokowski Julian 50 
Skopowska 388 
Skopowski Czesław 18, 19 
Skorko Eugeiusz 51, 54 
Skorkowie 43 
Skotnicki Jan 70 
Skowyrski Bolesław 211 
Skrzatówna Zofia 173 
Skrzeszewski Stanisław 147, 324 
Skrzypkowa Lutosława 196 
Skubalanka Teresa 73 
Skuratowa Władysława 29 
Sławińska Irena 73, 97, 99, 103, 257, 259, 260, 263-264, 313, 405 
Slawińska Irena 260 
Słuszkiewicz Eugeniusz 71, 96, 310-311 
Smoliński Jan 132, 140 
Smoliński Stanisław 224, 232 
Smoluchowski Marian 35 
Smreczyński Stanisław 324 
Sochacka Lucyna 335 
Sokołowski Kazimierz 265, 405-406 
Sokół-Sokołowski Konstanty 124 
Sośnicki Kazimierz 71, 97, 126, 172, 176, 197,224-225 
Sotnikow-Mironowicz Glebiusz 48, 50, 54
>>>
Srebrni 43 
Srebrny Stefan 49, 71, 98, 214, 259, 261 
Stachowiak Bolesław 153, 155-156 
Stalin Józef 101, 104, 106, 220-222, 226, 230, 234 
Staniszewska (Pyrek) Julia 295 
Staniszewski Stanisław 10, 287, 295, 300, 302, 338, 406 
Stanke Teofil 357, 360 
Staszewski Jacek 11, 228 
Staszewski Jacek 11 
Staszewski Wacław 178-179 
Stawikowski Antoni 140 
Stażewski Henryk 230 
Stefanowska Zofia 102 
Steinborn Otton 20 
Steinborn Witold 20 
Steinbornowa Helena 20 
Stelmachowska Bożena 72 
Stenz Edward 196 
Stommowa 49 
Strawiński Stefan 324, 350 
Strobel (Timofiejew) Janina 140 
Strobel Andrzej 140 
Strzała 235-236 
Strzelecki Michal 13 
Styczyńska Adela 72, 305, 309, 310, 406 
Sudoł Stanisław 269, 279, 283-285 
Sulik Alfred 225 
Swinarscy 145 
Swinarska Krystyna 261 
Swinarski Antoni 125, 165, 251, 268, 285, 300-301, 349, 353 
Swinarski Emil 251 
Sylwanowicz Witold 49, 52-53, 55 
Sylwanowiczowie 49 
Sylwestrowicz Bolesław 222 
Sylwestrowicz Jadwiga 221 
Szałach Franciszek 224, 228 
Szałkowski 46 
Szaniawski 49 


429
>>>
430 


Szarska. (Gwiazdornorska.) Anna 336, 349 
Szarska (Jordan Warzycka.) Irena 335 
Szarska. Ewa 350 
Szarska Ewa zob. Sentek E. 
Szarska. Maria 335 
Szarski Adam 329, 334 
Szarski Henryk 163, 302-303, 321, 327, 335-336, 340, 343, 406-407 
Szarski Kazimierz W. 321 
Szarski Marcin 335, 350 
Szczawiej Jan 102 
Szczeniowscy 43, 47 
Szczeniowski Szczepan 46-47, 124-125, 128, 203 
Szczepkowska. (Makowska.) Zofia 308 
Szczepkowski Józef 52, 71, 174, 305, 307-308, 310-314, 317, 320 
Szczerbińscy 43 
Szczęsny Tadeusz 40, 78, 206 
Szczurkiewicz Jan 55 
Szekspir William 312 
Szelągowski Adam 59, 97, 376, 378 
Szeligowski Stanisław 49-50,56, 124, 127, 139, 173, 177, 184, 187-188 
Sziling Jan 370 
Szmelterowa Joanna 311 
Sznajder Teresa 211, 216-217, 222 
Szokalska Zofia 38 
Sztachelski Jerzy 290, 299, 381 
Szturchaniec Genowefa 102 
Szulc Marian 297-298 
Szwabowicz Michalina zob. Hankowa M. 
Szwalbe Stanisław 68 
Szwiec 289 
Szwiec Waldemar 290 
Szyc Jan 173 
Szyndler-Głowacki 235 
Ślascy 290 
Ślaski Kazimierz 147, 157, 261 
Śniadecki Jan 127 
Śniatycki (Ciopa) Aleksander 49, 172 
Światło Józef 234
>>>
431 


Świątkowski Henryk 18-19, 123 
Świda Witold 18 
Świrszczyńska. Anna 260 
Taczanowski Andrzej 177 
Tarłowscy 49, 53 
Tarnawski Władysław 305, 319 
Tarnowski 294 
Taszycki Witold 71 
Tatarkiewicz Władysław 40-41 
Taubenschlag Rafał 69 
Tietz Tadeusz 177, 182 
Tietzowa Felicja zob. Chmurzyńska.- Tietzowa F. 
Tomala Jerzy 276, 280-281, 284, 286 
Tomasik Halina 191-192 
Tomasik Lucjan 324 
Tomaszewiczówna Zofia zob. Matysikowa Z. 
Tomaszewska. (Lipczyńska.) Lucyna 354 
Tomaszewski Eugeniusz 214 
Tomczak Andrzej 73, 147, 150, 251-252, 261, 365, 369 
Tomczak Andrzej 130 
Topolski Stanisław 96 
Torwirt Leonard 120 
Tracewska. Alicja zob. Kępińska.-Tracewska A. 
Trawiński Stanisław 228 
Trepkowski Tadeusz 231 
Treugutt Stefan 102 
Troczyńska. (Dobrowolska.) Ewa 67 
Trojanowski Wincenty 265 
Tronowska. Irena 97, 318-319 
Turczyński Wacław 43, 49, 53, 177 
Turski Marian 235 
Turski Ryszard 235 
Tuwim Irena 324 
Twardowski Kazimierz 35, 37, 40 
Tyczyński Stanisław 337 
Tyrakowski Mieczysław 359 
Ulińska Alina 43, 51, 55-57, 351, 353, 355, 358, 360, 362, 375, 407 
Urban Jerzy 235
>>>
432 


Urbanowiczówna 49 
Valery Paul 320 
Voisć Waldemar 40, 97, 261 
Wabia Lech 220 
Wagnerowa 263-264 
Wajda Kazimierz 229 
Walas Jan 180, 342 
Walasowa Zofia 180 
Walterowie 45 
Wandmayer Otmar 97, 295 
Wardach Jan 291, 299 
Wasąg (Kaczarska) Tatiana 359 
Wasilewski Stanisław 55, 73, 97, 259 
Wasilewski Zygmunt 104 
Ważewski Dominik 353 
Ważyk Adam 235 
W ąsowicz 50 
W dowiszewski Zygmunt 367 
Wielebiński Ryszard 139 
Wierzchowski Piotr 354, 362 
Wigura 390 
Wilanowski Bolesław 18, 383 
Wilczyński Andrzej 205-207 
Wilczyński Andrzej 206 
WilczyiIski Jan 45, 53 
Wilewski Marian 47 
Wilkoń-Michalska Jadwiga 335 
Wilman Marian 213 
Wilmańska Alicja zob. Łodzińska A. 
Wiłkomirski Kazimierz 240 
Winnicka Lucyna 241 
Wiśniewski 50 
Witkowski Józef 125 
Witkowski Leon 73 
Witwicki Władysław 253 
Władyczko Stanisław 83 
Włodarski Bronisław 53, 59, 62-63, 70, 97, 125, 145-146, 149, 
155-156, 158, 165, 225, 336-337, 341, 346, 367, 369-370, 377
>>>
433 


Wojciechowski Tadeusz 59 
Wojciechowski Zygmunt 51-52 
Wojtowicz Jerzy 365, 374, 407 
Wolniewicz Bogusław 40 
Wolszczn Aleksander 139 
Wołoszyn Stefan 39-40 
Wołoszynowa Lidia 39-40 
WoloszYll.ski Ryszard 344 
Woszczyk Andrzej 133, 140, 194 
Woźniak (KamilIska) Maria 335 
Woźniak Ewa 335 
Wremblówna Irena 320 
Wronka Andrzej, ks 55, 57 
Wróbel Zdzisław 153 
Wróblewski Karol 213 
Wróblewski Leon 231 
Wrzosek Adam 37 
Wszołek Bohdan 192 
Wybicki Józef 377 
Wycech Czesław 57 
Wyka Kazimierz 101, 113-114, 320 
Wysłouch Seweryn 18, 46 
Wyszyński Michał 97, 126, 290, 296, 367 
Wyszyński Stefan, kardynał 222 
Zabłocka Wanda 180 
Zabłocki Jan 180, 324, 333, 342 
Zacharewicz Witold 124, 327, 343, 353, 361-362 
Zagrodzki Stanisław 49, 362 
Zajączkowski Stanisław 13, 18, 383 
Zajkowska Aleksandra 39, 45, 261 
Zakrzewski Stanisław 59 
Zaleska Jadwiga 175 
Zaleska Maria zob. Kiełczewska-Zaleska M. 
Zaleśkiewicz Krystyna zob.Orylska K. 
Zalski Bogdan 268, 275 
Załuska 13 
Zan Tomasz 249, 302, 338 
Zanówna Julia 29, 38, 45-46, 55, 171, 302, 338
>>>
434 


Zaremba Jerzy 39, 243, 245 
Zaremba M. 390 
Zawadzki Zdzisław 218 
Zawodziński Karol 71, 98, 259 
Zdrójkowski Zbigniew 295 
Zdziechowski Marian 83 
Zebrzydowski Florian 254 
Zerzoń Teresa 217, 227 
Zgorzelski Czesław 73, 97, 99, 102-103, 259, 261 
Ziegler Leopold 167 
Zielińska Krystyna zob. Melkowska. K. 
Zieliński Zygmunt 285-286 
Ziemiański Stanisław 262 
Ziębi na Maria 211 
Ziomek Jerzy 102 
Znamierowska- Priifferowa Maria 323 
Zonn Włodzimierz 56, 128, 177, 191 
Zwierkowski 242 
Zwoliński Przemysław 97 
Zygmund Antoni 124 
Zygmunt August 255, 368 
Żabicki Zbigniew 102 
Żelazny Aleksander 362 
Żeromski Stefan 103-104, 107-109, 112-113 
Żłobecka Halina 232 
Żmigrodzka Maria 102 
Żmijewski 46, 50 
Żółkiewski Stefan 101, 104, 106, 238, 339 
Żółtowski Stanisław 21 
Żukowski Ryszard 275 
Żupański 232 
Żurowski Kazimierz 214 
Żytkowicz Helena 391 
Żytkowicz Konstanty 383-384, 386, 393 
Żytkowicz Leonid 51, 62, 146-147, 156-157, 372, 374-376, 381, 391, 
395, 408 
Żytkowiczowa (Kasatkin) Anna 375, 384, 390-392
>>>