Z filareckiego świata : zbiór wspomnień z lat 1816-1824

I', . ;- "II 


. 


Z FILARECKIEGO 

 
SW lATA 


ZBIÓR WSPOMNIEŃ Z LAT 1816-1824 


WYDAŁ 
HENRYK MOŚCICKI 


c
 

 



 



 .. . 

t{ł& ' 
/I. 
 

 \o 
( eIC!sy 
hl dzie 

 



 
""" 
..... 
;a 

 
,;;. 



 

G 
I N S ty TV T WYDAWNIC ZY 
B I BLJOT E KA POLS KA 

aWt0
>>>

>>>
.... 


, 
Z FILARECKIEGO SW/ATA 


.
>>>
ol 


,,:. 


.
 




 


',- 


.1;.. 
.. 


.. . 


, . 



 


\ 
\ 


... 
.
..- " 
j 


'''0 


" 


... 


.. 


łł 


...t:.J., 
f 



( 



. 


.' 


1 


. 
... 


- " 


to. . o' ...... ..
. 

 ... 'to . :;',Q.' 
 "11: 
' 
, . 
o" -..,...... 
 .
.... 
. 
-.. 
. 
 
.:P. .
. 

J, 
 
 

' 
.
 


.. 
 
9'- -r't.
. 
;:-r:
. 


.. 
 -_, .. li !'.,' 
."'4.......... 

_
.. 
 ... 
 ., ..... ' 
. 
 ..
 
.... '"'1- 


, ,J.. 
 
 
.' . :- 
.. ł: ' 



 


.
_._,. 


'. 

.. 



 


.', 
'I' . 


. ........ 


'.ot 


.". 


. 
. , 
; ,4 0 . 
.. 
lo. ...
.H. 


'\.' 


'. 
.. . 
.. 

 


-Ł 


"1,.- 
.ło- 
- ... .. 


....
 


. 
.. . 
. .i......;.. " 
'- "
, 'ł 
 
' .", fr'
 
. 
i)' o 
 
J" 'i; , 
.. 


-' 


. ..... 
-1 
 
. to 


M''ł,. 

 



 , 
lo '.ł...\ł. 
','Wf 
. " 



 


'. 


.. 
...... ..... 
,.
: 
4-
 


"" 


.'( 



 


Jfo 
..... 


\ 
'''. 

 


; 


,I 


'-1 
i .. 



 
... 

 
.. . e-. 

"'\ -....
 
"'
,..ł..:. _ 
f '" 
--: 
. ...., -.-
 


'. 


...), 
t-- 


t -- 


l. 


.. --1.. 


.;. 


..",.: 
 



;:.. t 
., 


" . 
.' - , 
. 
, ',ł. . 

 .' 


.. 'L 
. . 


., 



 




 


1t; .. 


ot 


"'1f 


- ". 

"
"łh 



 


: 


'o 



 
..;; 


::J 
.... 


. . 


... 
.'. ." 
.. Ił.., 


'
:j 
 9 


...t 


';. 
.II.. :_,. 
....... .,.
 
. .C" '" 



 

.
 .' 

 " 
' , '\ 
..-'...
 


\r 
ł..l 
'0 . 


-'-t 


". 

 


.
 



 


.. ... 


.. : 


.: 
 
- J, ".. 
.. "-:
. 
.. '.
.. l' 
h j 
",f,,
 .,. 
, 
.. 
r ""' 
,
 


'}.. 


l 


\ 


" 
 


ł .ł 
1. 



 


... 


". . 


" 


s 
,ł J, 


.; 



 

 ' 


, 



 




 
, :. 
 
ot 
 
,"y' ." 



/I 



 


.. 


. ""'
1 
 


- 
.-:" 


. 
; . 


. 
. 
'. " ?'-"", . ",jtk' . 
.' ...; 
oL' . .'
" . 

,. .... 


',. 


-t.". 


.
 ...... 


:.:.. 


',. 



 



 


.-1: 
" 
 ..,
 
; 11 ' 


--:1 

 


, 
,k- 
o" .; 


;('- 


.l II" 


 
. . 
. I 
{' 



. 


!J 
! 


.... ." 
"łł. 
.- ":J.


 
" , 
. '" (. . . 
.. 
 j 
-o, 


... 


.
 
f. · 

 
.. 

. 


,,' 
4

 

.
 
.. 




 '-, " 

. ". pI. 

 
.. a
 
,
 , '
""I 
., -.., - . 
. 
.
 .... . , 

 .:.. . 
.
 ;. 
. ł: 
.. . .. - . 


.t e 



 



 .. 
I __':
 '''; 
.' -"':: 
'1. 1 -y' -: 
-!". "4:" 
, .. .. '" 

 IJ 


" 
,
. 
( 


j 


. , 


\. 


, . 
tJ.. 


'. 


. 



. 


, 
."'W"'
 ",. 


-,. i 


, 
L, 
. 


.! 


'. . 


.
 


. 
;=t 

 

 
.
 

 

 

 
;=t 

 

 
t1 
Q 

 
.
 

 

 

 
....... 

 


1 


I 
t 


...r;: 
Q 

 

 
....;.;., 


. 
"
>>>
Z FILARECKIEGO 
........ , 
SW/ATA 
ZBIÓR WSPOMNIEŃ Z LA i 1816-1824 
. 


Z 24.MA IŁ US TRA CjA MI 


WYDAŁ 
HENRYK MOŚCICKI 


. 


. 


'.. 


WARSZAWA 1924 


- 
INSTYTUT U7YDAWNICZY 

,B I B L f O T E K A P O L S K Au -
>>>
.. 


. .) 


.... 


. 


...... -A, 


. 




 bLf.2J 


,.. 


. 


. 


. 



 


Wszelkie prawa zastrzetone 
Zakłady graficzne Instytutu Wydawniczego ..Błbljoteka Polska" w Bydgoszczy.
>>>
p 


R 


z 


E 


D 


M 


o 


w 


A 


..... 


W setną rocznicę procesu i kaźni promienistej młodzieży 
w£leńskiej wydajemy ten zbiór wspomnień. Zebrane w nim zostały 
opowieści o życiu pełne11'/, prężnych, 11zierzonych na zamiary, wy- 
siłków, w atmosferze górnych poczynań i nieustannej troski o naj- 
cenniejsze skarby narodu, wysoki jego poziom moralny, jaśniejszą 
przyszłość. Opowieści proste i szczere, jak prostem i szczerem było 
życie tej, w związki przyjaźni skonfederowanej, młodzieży. .Bije 
z tych kart dostojna jeno duma przeświadczenia, że czyniono dobrze, 
rzucano ziarna zdrowe i pożywne, że z posiewu promienistości 
Plon wzejdzie rzetelny i obfity. "Kochać Polskę, chcieć Polski - 
to jedyna politykaU, w tych słowach streszcza Domeyko patrjo- 
tyczny program filomatów; tworzyli więc "jakby sprzysiężenie 
zobopólne dać życie za ojczyznę, gdy godzina" wybije U , i byli 
pewni, iż 


Kiedyś Pl'zyjdą te lata, 
Że z jilal'eckiego świata, 
Powstanie zmal'ły Sal'mata, 
Do I'ządu i do bułata 
I kl'zywdy swoje polata. 


Nie szukajmy w tych zwierzeniach całkowitego obrazu dziejów 
filaretyzmu; Pisane ostrożnie, nieraz lękliwie, a zawsze czujnie 
na oko i słuch szpiegowski, musiały pominąć wiele szczegółów 
ważnych, wiele rozmyślnie zatrzeć śladów, łagodzić przezornie 
występne w oczach prześladowców zamierzenia. Brak w tych 
wspont.nieniach, sPisywanych przeważnie już po roku I824-tym, 
tej niefrasobliwości i niezmąconet}' jeszcze pogody ducha, jakie 
cechują otwartą korespondencję przyjaciół; jednakże materjały te 


.
>>>
2 


PRZED:\fOW A 


uzupełniają wiadomości o związkach wileńskich i pozwalają głębiej . 
wniknąć w istot, poczynań i ideałów "filareckiego światau. Wtem 
leży ich wartość i doniosłe po dziś dzień znaczenie. 


Zbiór niniejszy poprzedza rozprawa p. t. Z e s t o s u n k ó w 
w i l e ń s k i c h w o k r e s i e I 8 I 6 - I 823 r. Drukowana w roku 
I9 0 4- t ym na podstawie aktów procesu filareckiego, przechowy- 
wanych w małodostępnych podówczas dla badaczy archiwach rzą- 
dowych wileńskich, obecnie, wobec wydania Archiwum Filomatów, 
w.. wielu szczegółach wymagałaby uzupełnień; dajemy ją - jednak 
w niezl1zienionej prawie postaci ze względu na to, iż zawiera, w na- 
szem przekonaniu, niepozbawione i dziś wartości przyczynki 
źródłowe; najniezbędniejsze dopełnienia uwzględnione zostały w przy- . 
pisach. Przedrukowujemy również list' Ignacego Domeyki o fila- 
retac
 i filomatach, wprawdzie dobrze znany, posiadający atoli 
stałą wartość - informacyjną. Dziennik T eodora Krasińskiego, 
pamiętniki Michała Czarnockiego i Ottona Ślizienia wydano po- 
prawniej, z należytemi uzupełnieniami i objaśnieniami. W sp 0- 
mnienia Tomasza Zana i Edwarda Tomasza Massalskiego, oraz 
dziennik więzienny Franciszka M alewskiego ukazują się w druku 
po raz pierwszy. 


H. M.
>>>
HENRYK MOŚCICKI 


ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 
W OKRESIE 1816-1823 


.... 


- 


-
>>>
'. 


. 


- 


-
>>>
Ruch społeczny i na ukowy wśród młodzieży wileńskiej 
\v drugim i trzecim dziesiątku la t zeszłego wieku nie został do 
dziś dnia wystarczająco zbadany. 
Napozór wydawaćby się mogło, że jest inaczej; liczne pamięt- 
niki z tej epoki, listy, a nawet dokumenty urzędowe, sporo za- 
wierają materjału faktycznego, wyświet1ającego niejedną kwestję. 
Brak nam atoli dotychczas informacyj wiarogodnych, źródeł 
niezamąconych sądem stronniczym lub niedość ścisłym. Głó\vna 
uwaga opisujących ówczesną epokę skupia się na ostatnim akcie, 
"chmurnie" zamykającym okres stowarzyszeń młodzieży litew- 
skiej w pierwszej ćwierci ubiegłego stulecia. Brak nam również 
świadectw ze strony najpowołańszej, ze strony uczestników 
i głównych działaczy w tych stowarzyszeniach z przed la t 
182 3- 2 4. 
Część największa owych do\vodów zginęła dla nas niepo- 
wrotnie, zniszczona ręką samych twórców, część pozostała nie- 
dokładne zaledwie pojęcie da je o pracach stowarzyszonych. Do 
uja wnionych przedtem przyczynków pragniemy dorzucić nie- 
które uzupełnienia na podstawie dokumentów. Wyjaśnią może 
one choć niektóre szczegóły z życia "górnego" tego środowiska, 
w którem żył, obracał się i skąd czerpał natchnienie największy 
wieszcz nasz - Mickiewicz. 
Myśli przewodnie i cele związków młodzieży wileńskiej 
zaczerpnięte zostały niewątpliwie z Niemiec, będących ówcześnie 
w okresie tworzenia wielkiej poezji romantycznej, w tej powtórnej 
Sturm und D rang- Periode życia umysłowego i politycznego. 
W jakim stopniu i o ile wpłY'vały stowarzyszenia niemieckie na 
utworzenie związków wileńskich, trudno orzec. Duchowe jednak 
oddziaływanie istniało niewątpliwie. Si1ny pierwiastek narodo- 
wy, etykę obyczajową, za pał do nauki, odnajdujemy zarówno
>>>
6 


HENRYK MOŚCICKI 


. 


\v płomiennych poezjach Teodora Kornera, pismach Ernesta 
Arndta, jak i w młodzieńczych odach Mickiewicza. 
Utwory niemieckich liryków z okresu "wojny o niepodle- 
głość" znane były niewątpliwie młodzieńcom wileńskim. Zasady 
Fichtego o una rodowieniu wychowania przedostawały się na 
Litwę \vraz z burszowską pieśnią Karola Sanda, przetłumaczoną 
poetycko przez Mickiewicza. Powstałe z dawnego Tugendbundu 
burszenszafty zaszczytną odegrały rolę w dziejach duchowego 
i politycznego odrodzenia Niemiec, przeobraziły całą niemal 
młodzież ówczesną, powiodły ją drogą cnoty i obowiązku pod 
wzniosłem hasłem: Tugend, Wissenscha/t, Vaterland! i godnie 
uspra wiedliwiły słynną maksymę wybitnego męża stanu pru- 
skiego, Steina: "Durch Leitung der Literatur und der Erziehung 
ą-ahin zu wirken, dass die o//entliche Meinung rein und krii/tig 
erhalten werde". Czyste jak kryształ w samej zasadzie, choć 
później mocno spaczone w zastosowaniu, hasła twórców związkó\v 
niemieckich: szlachetnego a przyjaznego nam Wilhelma Snella, 
Hoffmanna, Arndta, Fichtego i w. in., znalazły oddźwięk u Filo- 
ma tów i Filaretów. Na wet organizacja stowarzyszeń wileńskich 
zbliżoną była, choć bez porównania węższą, do burszenszaftów. 
Dążąc atoli do pokrewnych celów, młodzież wileńska umiała 
nadać swym związkom charakter odmienny, nawskroś s\vojski 
i zastoso\vany do warunków miejscowych. 
Nie wdając się tutaj w szczegółowe roztrząsanie dziejów 
towarzystw młodzieży wileńskiej, narazie pragnęlibyśmy z wy- 
dobytych przez na s ma terjałów przedstawić niektóre celniejsze 
momenty, rzucające pożądane światło na pewne strony zasadnicze 
ówczesnych, stosunków n1łodzieży \vileńskiej. _ 
Dokumentem wagi pierwszorzędnej jest w tym względzie ze- 
znanie józefa jeżowskiego, prezesa Towarzystwa Filomatycznego, 
złożone przed \vileńską Komisją Śledczą dnia 19 kwietnia (I :maja) 
1824 r. 
"Cele zatrudnienia Towarzystwa Filomatów - tak brzmiało 
dosłownie obszerne i nader szczegółowe zeznanie jeżowskiego - 
nie były od początku aż do końca zupełnie jednostajne. Abym 
mógł w tej mierze dostatecznie się wytłumaczyć, przebiegnę 
historycznie egzystencję Filomatów, która to historja jaśniej da 
poznać naturę tego Towarzystwa, niżeliby dać mogło szcze-
>>>
ZE STOSUNKÓW \VILEŃSKICH 


7 


gółowe opisywanie organizacji, porządków i trudnych do pa- 
miętania drobnostek. Jeszcze w r. 1816 ja, Adam Mickiewicz, 
Tomasz Zan i Onufry Pietraszkiewicz, obcując ze sobą bliżej, 
rozprawiając o. naukach, o autorach, o książkach! składaliśmy 
dość ścisłą między sobą kompanję, czyli towarzystwo. Obcowanie 
to tak było przyjemne, tak szybko czas nam zabierało, że często- 
kroć zapominaliśmy o różnych przykrościach, mianowicie z nie- 
dosta tku pochodzących. Przypominam, że nieraz. żartobliwie 
mówiliśmy sobie, że składamy towarzystwo przeciw troskom, 
towarzystwo rozpędzające troski. Żeby jednak tak nasza kon- 
wersacja nie była. przyjemnem tylko próżnowaniem, rzucana 
była różne mi czasy myśl, aby przepisać jakikolwiek porządek, 
aby przyjąć postać rzetelnego towarzystwa. Razu jednego 
Tomasz Zan i Adam Mickiewicz przychodzą do mnie i przynoszą 
projekt do ustawek, oświadczając oraz, że chcą, abym był 
prezydentem. Nie odmówiłem im tego, przejrzałem ustawki, 
a że ułożone były w tonie lekkim i bardziej do zabawy, niż do 
na uki i pożytku prowadziły, starałem się nadać im więcej powagi 
i mocniej zobowiązać niemi do pracy. Zgodziliśmy się na to, 
aby przyjąć tytuł Towarzystwa Filomatycznego, aby każdy 
w przeciągu miesiąca wypracował jedno pisemko własne i jedną 
recenzję pisma cudzego, a by posiedzenia odbywały się co tydzień 
dla czytania. pism wygotowanych, aby wartość pisma oznaczać 
większością głosów czyli wotów. Nastąpiło to z końcem r. 1817((. 
Należy zwrócić uwagę na znaczenie tego nowego szczegółu 
chronologicznego, dotychczasowe bowiem badania kładą rok 1817 
za datę powstania Towarzystwa Filomatycznego, opierając się 
głównie,na świadectwie filomaty Kazimierza Piaseckiego, którego 
opowiadania spisał jego siostrzeniec, Ignacy Zdał:l0wicz, w swym 
"Pamiętniku o £ilomatach i filaretach ((. Zarówno N owosilcow 
\v urzędowym raporcie do w. ks. Konstantego, jak i inni potwier- 
dzają tę datę. Z powyższego zeznania Jeżowskiego widzimy, 
iż pierwsza myśl powstała o rok wcześniej, \V 1816.' Jest to 
szczegół interesujący i z tego względu, iż zbliża chronologicznie 
inicja tywę wileńską z zaznaczonemi wpływami niemieckiemi, 
wybujałemi głównie w 1813 - 14 r. W r. 1816 zawiązuje się 
również "na \vzór Tugendbundu (( tajne to\varzystwo wśród 
pficerów siemionowskiego pułku w Petersburgu. Do towarzystwa 


....
>>>
8 


HENRYK MOŚCICKI 


tego przyjmowano ludzi "zalet duchowych, o surowej moralności U , 
a głównem zadaniem jego było "usunięcie cudzoziemców od 
udziału w rządzie i uwolnienie włościan od pańszczyznyu. 
"Przyjęliśmy następnie osoby - ciągnie dalej Jeżowski: - 
Franciszka Malewskiego, Teodora Łozińskiego, Jana Czeczota, 
Józefa Kowalewskiego, Jana Sobolewskiego, Ignacego Domeykę, 
Wincentego Budrewicza. Zatrudnienia nasze z początku szły 
ochoczo, regularnie i stosownie do przepisów, niedługo wszakże 
ten porządek potrwał. Pokazało się naprzód, że pisma w przed- 
miocie fizyki i matematyki nie interesowały członków, oddają- 
cych się inny:m naukom, i nawzajem. Ta niegodność dała powód 
do podzielenia Towarzystwa na dwa wydziały: fizyczno-matema- 
tyczny i literacki. Oba odbywały posiedzenia oddzielnie i oba 
dostały osobnych naczelnikó\v; w jednym był naprzód Pietra- 
szkiewicz, potem Zan, w drugim naprzód Mickiewicz, potem 
Malewski. Tym sposobem z natury rzeczy \vynikło, aby prezy- 
dent i naczelnicy składali dyrekcję Towarzystwa, czyli rząd 
jego. Przeznaczeniem tego rządu było: ułatwiać wszelkiemi sposo- 
bami za trudnienia naukowe członków i zobowiązywać ich przy- 
kładem własnym i dozorem do dobrego postępo\vania. Lecz jeżeli 
podział Towarzystwa na dwa wydziały z jednej strony dobre, 
tedy z drugiej szkodliwe pociągnął skutki. Przez ten podział 
albowiem w jednym i drugim wydziale pokazała się ligba bardzo 
szczupła, a stąd większy ciężar dla każdego członka, stało się 
więc, że posiedzenia niegdyś tygodniowe, odbywane były ledwo 
co 2 tygodnie, potem we trzy, a potem i na dłuższy jeszcze czas 
zawieszane były. Również pisma, które według ustaw co miesiąc 
powinny były być od każdego podawane, we dwa i we trzy nie 
były gotowe. Dodajmy, że nowość Towarzystwa przestała być 
nowością, a przytem pomnażały się każdego z członków za- 
trudnienia prywatne, bądź z lekcyj akademickich, bądź z obo- 
wiązków pochodzące. To wszakże było j
szcze bodźcem do 
ciągnienia jakkolwiek zatrudnień, że oba wydziały we trzy mie- 
siące powinny były zda wać sprawę ze swoich czynności przed 
prezydent 
n1, na wspólne:m obu wydziałów posiedzeniu. Osła- 
bienie Towarzystwa widoczne m się pokazało mianowicie z po- 
czątkiem roku I8Ig. Lecz jeżeli ustawały zatrudnienia naukowe 
Filomatów i niknęła postać Towarzystwa., jako towarzystwa,
>>>
'( 
'.. 
 - 

, 
f/o' 


....J 


...ł. 


.... 


't'" 


" 

 


-1/ 


, 


.... 


......... 
l- 
4" 


\: 
 
\; 



 


, 



 


".. . 



 




 


....- 


.., 


4 


Adam Mz"ckiewicz. 


ł 


, 


. .. 


-: 
., .( 
 
:4 ;{ 
Ol 
t;;. 
. 
:... 
'" 
. 
....i 
... 
s::i. 


.'iii- ,
 . 
..
"! .{- 
l. 'i: 


J
 

. 
1ft
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


9 


nie ustawała przyjaźń i obcowanie ze sobą członków. Owszem,. 
pierwsza połowa 1819 r., od stycznia do lipca, stanowi okres 
rozwijających się wielkich życzeń, chęci i projektów Towarzyst\va 
Fi10ma tycznego. W tym okresie prezydent i naczelnicy usiło- 
wali poprawić i rozszerzyć ustawy i do nauki, dawniejszego 
celu Towarzystwa, dołączyli wyraz: "dobro kraju U , nie wchodząc 
bynajmniej, ani określając, na czemby to dobro zależeć miało. 
\V tymże okresie toczyły się rozpra\vy na pr:zechadzkach, na 
wieczorach i w całem ze sobą pożyciu, mianowicie prezydenta 
i naczelników, o różnych projektach, jako nadmieniłem. Aby zaś. 
zeznanie moje nie zosta wiło żadnej wątpliwości, sądzę, że 
winienem objaśnić, jakie to mogły być nasze wielkie życzenia, 
chęci i pro j ekta. . 
"Obdarzeni od natury ochotą do nauk, lecz przechodząc 
przez ręce niesposobnych lub niedość troskliwych nauczycieli, 
czuliśmy bardzo mocno i żywo skutki tego losu; doświadczyliśmy,. 
jak wiele czasu drogiego młodości nadaremnie tyrać się z\vykło,. 
jak przez brak książek i innych pomocy naukowych, przez 
niedostateczny plan w nabywaniu nauk, nietylko należyty nie 
odnosi się pożytek) ale nawet częstokroć nabywają się fałszywe 
o różnych rzeczach wyobrażenia, które zczasem prostować lub 
zapominać potrzeba. Postrzegaliśmy z żalem, ze podobnego losu 
". i inni z młodzieży doświadczali; widzieliśmy niekiedy, że zba- 
wienne dobroczynnego Rządu dla dobra instrukcji krajowej 
zakłady nie dosyć dopinają swego celu, równie, jak :zaufanie 
rodziców bądź w prywatnych nauczycielach, bądź w publicznych, 
często za wodzone bywa. Przejęci więc równie wdzięcznością dla 
Rządu, jak życzliwością dla rówienników i wszystkich krajowcó\V, 
tworzyliśmy zamiary zapobiegania wadom, słabościom, lub 
jakimkolwiek niedostatecznościom instrukcji krajowej. A że 
dobroć wychowania naukowego zależy po wielkiej części od 
dobroci książek i nauczycieli, zamiarem więc było naszym w obu 
tych względach czynić za dosyć, w miarę możności naszej, po- 
trzebom krajowym. Zaczęliśmy byli obeznawać się z lepszemi 
książkami elementarnemi w różnych językach, aby one zczasem 
albo tłumaczyć, albo stosownie do potrzeb szkół krajowych 
przerabiać. Lecz i najlepsza książka bez dobrego nauczyciela 
niewiele pomoże, stąd było staraniem naszem sposobić się na 


.
>>>
10 


HENRYK MOŚCICKI 


nauczycieli, poznawać ważność tego powołania, obudzać do niego 
ochotę i za:miłowanie i przekonywać się nawzajem, że nauczyciel 
nie dlatego jest nauczycielem, aby miał z tego placu sposób do 
życia, lecz, że :ma staraniu swe:mu poruczoną pierwszą i naj- 
ważniejszą część życia ludzkiego, że od pierwotnego wychowania 
ctłowieka los jego dalszy, jego cnoty lub wady, jego użyteczność 
dla drugich lub szkodliwość po największej części zależą. Te 
były \v nas myśli panujące pod względem instrukcji krajowej. 
Lecz nie dosyć na tern. \Vychowani \v ubóstwi
 lub ścisłej oszczęd- 
ności, doświadczając ciągle niedostatku, ucząc się potrzeby 
życia zaspakajać ekonomicznie, musieliśmy czuć w całej :mocy 
zbytki krajowe. Bolało to nas, że mnóstwo pieniędzy wychodzi 
zagranicę na towary obce, gdy tymczasem własna ziemia bogata 
jest w produkta przyrodzone, mogące niemal wszystkie, a przy- 
najmniej główne, zaspakajać potrzeby mieszkańców, byleby 
chcieli i umieli korzystać z darów przyrodzenia, przerabiać płody 
surowe, podnosić przemysł, zakładać fabryki, rzemiosła, ręko- 
dzieła i t. d. Było więc zamiarem naszym to samo przekonanie 
\vlewać w młodzież, mianowicie majętniejszą i zachęcać ją do 
wspierania z czasem przemysłu krajowego, a zdatniejszych 
z młodzieży uboższej zachęcać, aby się sposobili na technologów, 
mechaników, agronomów i t. d. Nadto, obdarzeni sercem czułem, 
napojeni w dzieciństwie zasadami czystej moralności i religji, do- 
świadczając wreszcie sami nieszczęść, nauczyliśmy się czuć 
mocno nędzę bliźniego, mia nowicie włościa n po bliższych pro- 
wincyj. Z przykrością przychodziło patrzeć nieraz na właścicieli, 
obchodzących się ze swoimi włościanami, jak z bydlętami, lubo 
takie postępowanie, nietylko przeciwne jest moralności i religji, 
ale idzie wbrew ojcowskim Rządu zaleceniom w tej mierze i prze- 
pisom. Było więc takoż życzeniem naszem obudzać w dzieciach 
rodziców majętniejszych uczucie ludzkości i 'skłaniać, aby, zo- 
sta wszy z czasem właścicielami, nie uciemiężali włościan swoich, 
udzielali im po:mocy i podnosili rolnictwo. Ale zdaje się, że sam 
'Bóg karze niekiedy właścicieli, dając im tę ślepotę, przez którą 
nie postrzegają, że, niszcząc włościan, sami sobie ruinę przyśpie- 
.szają, że, wydatkując więcej nad intratę, przywodzą się o ban- 
kructwo. Stąd otwiera się szerokie pole do pieniactwa, pozostaje 
niemal powszechne \v niem zamiłowanie i wyszukiwane byvva ją 


.
>>>
. 


ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


11 


wybiegi od sprawiedliwości i prawa. Zamiare:m więc jeszcze było 
naszym obudzać wcześnie sumienie w młodych, ugruntować 
uczucia cnoty i sprawiedliwości, aby, gdy zczasem zostaną 
urzędnikami, sędziami, adwokata:mi, nie pomnażali ..złego, lecz 
starali się pomniejszać. 
"Wszystkie zaś nasze życzenia, chęci i myśli :mieliśmy nie- 
tylko bezpośrednio udzielać osobom najbliższym, lecz oraz 
upowszechniać własne:m pismem perjodycznem, które takoż do 
naszych projektów należało. Tym sposobe:m tedy mieliśmy praco- 
\vać d1a dobra kraju, c
yli dla dobra ojczyzny. Ostrzec tu jednak 
muszę, że, jeżeJi był nam niekiedy w myśli i ustach wyraz ojczyzna, 
tedy jednak nie przywiązywaliśmy do niego takiego znaczenia, 
jakie :mu nada wać zwykJi zapaleńcy lub półgłówki. Ojczyzna 
w przekonaniu naszem niczem innem nie była, jak ziemią, na 
której kto się urodził, uważana złącznie z jego rodzeństwem, 
przyjaciółmi, językiem, prawami, obyczajami, zwyczajami, gospo- 
darstwem szczególnem i powszechnem, przemysłem, handlem 
i t. d. Kto w którymkolwiek z tych względów usłużnym jest 
dla większej lub mniejszej liczby krajowców lub dla całego kraju,' 
ten usłużnym jest dla ojczyzny, przykłada się do szczęścia 
ojczyzny. Wyrażenie więc w zapytaniu prześwietnej Ko:misji: 
"myśli o szczęściu zgasłej już ojczyzny" nie może stosować się 
do sposobu myślenia Towarzystwa Filomató\v, chyba może do 
jakiego w niem indywiduum. 
"Opisane zaś życzenia, chęci, zamiary pano\vały miano\vicie, 
. 
ja k wyżej powiedziałem, od stycznia 1819 do lipca tegoż roku. 
W tym czasie nastąpił rozjazd wszystkich członkó\v, a od miesiąca 
października poczęło się większe jeszcze osłabienie Towarzystwa, 
nietylko co do czynności naukowych, lecz na wet co do tworzenia 
projektów. Z początkiem października Mickiewicz wyjechał do 
Kowna na nauczyciela, a MaJewski zajął się całkien1 sposobie- 
niem się do stopnia magistra i egzaminami. Z początkiem zaś 
r. 1820 podobneż przedsięwzięli zatrudnienia Zan, Łoziński,. 
Sobolewski, Budrewicz i Domeyko, ja zaś zacząłe:m coraz bar- 
dziej zapadać na zdrowiu. I w tym stanie osłabienia, albo raczej 
zupełnego rozwiązania się, pozostało Towarzyst\vO do końca 
roku s.zkolnego, czyli do miesiąca lipca. Tu znowu nastąpił innych 
rozjazd, a moja silniejsza choroba. Z końcem września wyjecha- 


.
>>>
. 


12 


HENRYK MOŚCICKI 


" 


łem na wieś, a gdym powrócił na czas krótki ostatnich dni 
grudnia, nie znalazłem już wcale Towarzystwa imienia Filomatów, 
albowiem świeżo powstali Promieniści i Filareci pochłonęli 
w siebie resztki mojego Towarzystwa. 
"Taka jest historIa Filomatów, którą przekonany jestem, iż 
prześwietna Komisja przyjmie za rzetelną i jej za wierzy. Zda je 
mi się, że w niej zawarłem wszystko, cokolwiek było potrzebnem 
do dania poznać natury Towarzystwa Filomatów. Lecz ponie- 
waż dla porządku i związku :myśli lub dla jasności tłumaczenia 
się niektóre punkta, znajdujące się jeszcze w zapytaniu, zdało 
mi się opuścić, przeto opuszczenie to teraz dopełnię. Pis:ma 
czytane były na posiedzeniach w przedmiotach różnych nauk, 
w jednym wydziale były pisma zwyczajnie matematyczno- 
fizyczne, w drugim w przedmiotach litera tury. Ponieważ ja 
byłem ciągle prezydentem, a dlatego jednak nie byłem wolny 
od obowiązków każdego członka i nadto przykładem własnym 
zachęcać powinienem był do pracy, przeto pisałem podobno 
naj\vięcej, a pisma moje główniejsze były następnej treści: 
a) o dziełach Sofoklesa, b) śmierć Achillesa, przekład z greckiego, 
c) o trubadurach, czyli śpiewakach w wiekach średnich, w po- 
łudniowej Francji, d) o potrzebie doskonalenia w równym 
stopniu rozumu i serca, e) o potrzebie pewnego porządku planu 
w nabywaniu nauk, f) o logice, z pisarza angielskiego Stewarta, 
g) recenzja tłumaczenia Herodota przez Kowalewskiego i tłuma- 
czenia Plutarcha przez tegoż, wreszcie nie pamiętam. . Mowy 
właściwe nie miały miejsca, jako mniej potrzebne w gronie nie- 
wielu osób, dobrze się rozumiejących i ścisłą przyjaźnią połą- 
czonych. A jeże1i kto mówił kiedy, bądź prywatnie, bądź na po- 
siedzeniu, bądź ustnie, bądź na piśmie, mianowicie w czasach słab- 
nienia Towarzystwa, tedy przedmiotem taki
h mów było tylko 
zachęcanie do wytrwałości w pracy i przedsię\vzięciach. W tym 
guście mówiłem ja z parę razy, czy zaś inni mówili, nie pamiętam 
Rozumiem, że ta historja Towarzystwa naszego zdolna jest 
przeświadczać, żeśmy nie występowali z granic przyzwoitości, 
biorąc to słowo \v sensie moralnym. A jeżeli mieliśmy chęci lub 
zamiary \vyższe nad siły, albo wiek nasz, jeżeli było wiele myśli 
a mało rzeczy, wielkie projekta a żadne skutki: tedy, czy to 
nazvdemy próżnością, czy nierozwa.gą, Z2.\vsze należeć to będzie 


,
>>>
ZE STOSUNKÓW \VILEŃSKICH 


13 


do błędów rozbujałej imaginacji, nie zaś do wykroczeń, jakich 
zabrania przyzwoitość i uczciwość moralnego człowielfa. Owszem, 
jeżeli przez Towarzystwo nasze nikomu nie staliśmy się uży- 
tecznymi, tedy byliśmy dla siebie samych, zachęcając się na- 
wzajem do pracy, do nauki, do dobrych obyczajów i postępków. 
I to tylko uważać można za skutki Towarzystwa naszego, o któ- 
rych takoż w zapytaniu jest wzmianka". 
Zeznanie J eżowskiego należy oczywiście brać cum grano salis. 
Opowiada on o Towarzystwie, nie zapomina jąc wszakże, w jakim 
czyni to celu. Dlatego brak tu pewnych ińformacyj, w szcze- 
gólności zaś o roli Filo ma tów podczas istnienia Towarzystwa 
Filareckiego. 
Znamiennym rysem w słowach Jeżowskiego jest uderzający 
i nad wiek rozważny sposób, w jaki odwołuje się do pierwotnych 
intencyj cesarza Aleksandra I, ujawnionych dobitnie w mowie 
tronowej warszawskiej 1818 r., również szczegół o \vłościanach 
niezawodnie wyraźnem jest echem, jakie \v szerokich kołach wy- 
wołała uchwała sejmikowa obY'vateli gubemji \vileńskiej 1818 r. 
o uwolnieniu włościan. Na obradach sejmikowych bywali w cha- 
rakterze słuchaczy studenci Uniwersytetu. Raz zdarzył się nawet 
następujący vvypadek, który widkie spra wił na wszystkich 
wrażenie: 
"Gdy \vniesiona została dnia 22 (1817 p. a.) grudnia materja 
o zniesieniu poddaństwa włościan - pisze rektor Malewski do 
Adama ks. Czartoryskiego dnia 21 lutego 1818 r. - "wszczęły 
się w izbie szlacheckich obrad spory, czyli raczej roztrząsania 
tej materji dosyć ży,ve i jeden z delegatów JP. pułkownik 
Paszkowski (delegat powiatu oszmiańskiego), który zabierał 
wiele czasu swojemi głosami, tamującemi postanowienie zgro- 
madzenia szlacheckiego w tej materji, wielu miał nieukontentowa- 
nych przeciw sobie i mówią, że wtedy widziana była momental- 
nie ztyłu przypięta mu kartka z na piserp.: " szubienica u, co dało 
po\vód, że wicegubernator JP. Plater zamknąć kazał salę obrad 
i przerwać sejmikowanie; wdaną została w to policja, czynione 
były śledzenia dla wynalezienia autora tej kartki, później obra- 
dy sejmikowe pozwolono dokończyć, ale raporta poszły do mini- 
strów i do samego Monarchy o tem.zdarzeniu. JW. Korsakowpo- 
wrócił z Moskwy, mając polecenie dokładniej tę rzecz wyegza-
>>>
14 


HENRYK MOŚCICKI 


. 


minować i w Warszawie, dokąd wkrótce wyjeżdża, przedstawić 
Monarsze. Rzecz ta z siebie w Wilnie mała, bo żadnego rozruchu 
nie pociągnęła, ale w ra portach powiększona nazwana została nie- 
bezpieczną. W raportach towarzystwa francmasonów i szubraw- 
ców zacytowane są za sprawców tego zdarzenia, tu zaś w ustnem 
gadaniu mięszali i studentów uniwersytetu, którzy przez cieka- 
wość na obradach sejmiko\vych bywali". 
Energiczne śledztwo, prowadzone przez rektora i prokura tora 
Botwinkę, sprawców nie wykryło. Przekonanie o uskutecznieniu 
tego przez studentów, utrzymało się atoli i nadal. 
Hasła, rzucone przez inteligentnych obywateli ,vileńskich, 
znalazły przyjazny oddźwIęk na całej Litwie. Zgromadzona 
'v kwietniu 1819 r. szlachta czterech powiatów: białostockiego, 
sokólskiego, drohiczyńskiego i bielskiego, składających wówczas 
obwód białostocki, idąc, jak wyrażała się sama, "za głosem 
ludzkości i wewnętrznego przekonania", oraz za przykładem 
sąsiednich gubernij, jednomyślnie postanowiła znieść na zawsze 
poddaństwo, "jako przeciwne usta won1 Boskim i samej ludz- 
kości" i włożyła na obwodowego marszałka, Dominika Ciecier- 
skiego, obowiązek zaniesienia o to w jej imieniu prośby do tronu, . 
aby ta, "stawiąc nas w rzędzie najucywilizowańszych narodów 
Europy, świeżym była jeszcze dowodem, że Polak w żadnej 
obywatelskiej cnocie upośledzić się nie da". 
Marszałek Ciecierski uchwały sejmikowe, zawierające również 
inne jeszcze postanowienia głębokiego znaczenia politycznego, 
podał do tronu dnia 9 sierpma 1819 r. 
Przekonania szlachty litewskiej w zupełności podzielał Książę 
Kura tor. W miarę możności starał się o polepszenie fatalnego 
położenia włościan, podległych zarządowi Uniwersytetu. 
"W wielu miejscach - pisze do Malewskiego dnia 14 (26) 
marca 1819 r. - sposób wybierania podatków skarbowych jest 
bardzo niedogodny , częstokroć dowolny i połączony z niemałym 
dla włościan uciskiem. Dobrze byłoby, aby troskliwość komitetu 
ekonomicznego (z zarządu Uniwersytetu p. a.) zwróciła się na ten 
przedmiot w celu zapobieżenia mogącym się zdarzyć naduży- 
ciom, a by rozkład podatków do wybrania z włościan nie zależał 
od arbitralności bądź rządców dóbr, bądź posesorów, aby nie 
wybierać więcej, niż należy, a jeśli co pozostanie od składki,
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


15 


aby gromadom zwracać, zdając przed niemi rachunek z użytych 
pieniędzy". . 
Wyznaczony komitet ekonomiczny z ramienia Rządu Uni- 
wersytetu, w uwagach swych nad projektem urządzenia dóbr, do 
Gimnazjum Wołyńskiego należących, (z d. 2 lutego 1819 r.) zawarł 
niejeden interesujący i zdrowy pogląd na sprawę włościańską. 
Proponując zaczynszowanie gruntów włościanom, w ten sposób 
motywuje swój projekt: 
"W teraźniejszem położeniu rzeczy krajowych, kiedy usiło- 
wania rządu połączone z chęcią większej liczby właścicielów 
ziemi, dążą wspólnie do nadania właścianom osobistej wolności, 
najlepszy bezwątpienia jest środek, uprzedzając te odmiany, za- 
wierać wcześnie umowy z włościanami na opłaty czynszowe, 
uwalniając ich przez to od znienawidzonej przez nich pańszczyzny, 
którą oni podług swego powszechnego pojęcia za istotną poczy- 
tują niewolę'.'. 
"J. O. X. Kurator w r. 1817, - czytamy dalej w "Uwagach" 
komitetu - przepisując komisjom edukacyjnym prawidło dla 
urządzenia dóbr, przewidział wcześnie teraźniejszy wy pa dek 
i w punktach 8 i 9 przepisów, od siebie danych, zawieranie umów 
z włościanami na opłaty pieniężne w szczególności zalecił. Komi- 
tet ekonomiczny, przy Uniwersytecie ustanowiony, przywodząc 
do skutku zamiary ks. kuratora, porobił już umowy z zan10żniej- 
szemi wioskami, które od zarabiania pól dwornych odłączyć 
i na opłaty pieniężne obrócić można było. Dla tych zaś włościan, 
którzy przy zarabianiu dwornych krescencyj pozostali, stara się 
przynieść wszelkie ulgi, już to przez wprowadzenie wydziałowej 
roboty, już przez zniesienie rozmaitych 'z dawnych inwentarzów 
pozostałych przykrych dla włościan powinności". 
Ks. Kurator nie zgadzał się na natychmiastowe oczynszo- 
wanie włościan w dobrach beneficjalnych, obawy swe opierał na 
powszechnem ubóstwie i niezaradności włościan. 
W liście do rektora z dnia 28 lutego 1819 r. pisze: "Rzecz 
pewna, że, radząc tylko i obawiając się ciągle, nigdy do celu nie 
dojdziem. Wreszcie nie wystawiam tu Uniwersytet na wielkie 
straty, bo biorę na próbę dwa tylko folwarki, bo i w tych jeszcze 
nie zrazu, ale stopniowo i krok za krokiem zaczynszowanie chcę 
wprowadzić, po gorliwości WMPana spodziewając się wyboru
>>>
16 


HENRYK MOŚCICKI 


dobrych posesorów, ani wątpię, że nasz zamiar pomyślny uwień- 
czy skutek, to pewno, że danym przez to przykładem i krajowi 
oddałby Uniwersytet ważną przysługę i ściągnąłby na siebie 
uwagę Rządu, a na\vet samego Monarchy, którego znana nam jest 
dosyć o polepszenie bytu \vłościan ojcowska troskliwość". 
Nie zgadzał się również książę na projekt Malewskiego 
nadania wszystkich gruntów włościanom. "W ogólnem krajowem 
gospodarstwie - pisze do rektora dnia 21 lutego (5 marca) 181 9 r. 
z Pula w - potrzebne są różnej wielkości podziały gruntowe. 
Mamy szlachtę czynszową, mamy dzierżawców, którzy po 
zaczynszowaniu włościan będą musieli wziąć się do gospodaro- 
wania najemnikami, lub czeladzią domową. Oprócz tego rozdanie 
całkowite gruntów nriędzy włościan, w dzisiejszym ich stanie 
byłoby dla nich ciężarem. Chociaż to się nam udało we włości 
Polenkowskiej i Kronsztanskiej. Wiadomość o uiszczeniu się 
mieszkańców tych włości przyniosła mi prawdziwą radość. 
Chciałbym mieć szczegółowe opisanie ich urządzenia dla poda- 
nia do gazet. W moich dobrach także się jedna wieś z podobną 
chęcią oświadczyła. Takie przykłady może zachęcą drugież". 
Umyślnie dłużej zatrzymaliśmy się nad tą sprawą, aby 
wykazać, w jakim stopniu prądy postępowe, nurtujące ogół 
oświecony, wpływały na urabianie pojęć i przekonań młodzieży 
ówczesnej. 
Z powyżej cytowanych dokumentów poznajemy jedną 
jeszcze, mniej znaną stronę działalności księcia Adama Czartory- 
skiego, który \vszędzie i zawsze miał dobro społeczne na celu, 
a szedł ku niemu drogą nie gwałtownych przewrotów, lecz drogą 
rozumnej - a wytężonej pracy. Młodzież zrozumiała zamiary 
Księcia, podnosiła gorąco hasła, które on w życie usiłował wpro- 
wadzić. Chciał on mieć zdolnych nauczycieli, urzędników, 
fachowców we wszystkich gałęziach wiedzy - i młodzież szła 
w tym kierunku z głęboką wiarą w pożyteczność szlachetnej 
inicjatywy. 
Nietylko kwest ja włościańska interesowała Księcia. Pragnął 
on również podniesienia przemysłu krajowego, rozwoju nauk 
technicznych i społeczno-ekonomicznych. W tym celu pisze do 
rektora Malewskiego \v lipcu 1820 r.: 
"Tej młodzieży, która ze szkół powiatowych po kancelarjach 


. 


Ir
>>>
, 


...... 
I 
.----i-- 


" 


.. 


.. 


. 


,,
 



 
.,''''; , ,'-,- 
ł . . 
-:
.-
. :-T-=-- -;::-' 
- - 
 }' 
::" - --- 


----.- 
. 

 
-=-., - -t
' 





 


:- 

 
.... 
 


'. 


..... . 


-.,.-,. - 
-
 


Ił 



rt 


. 


.r'-
' 
l 


ł' 

t. 
.. ł ' T... 

 .' I 

._
.'
- 
t rr. . 


..... - 
i, 


'O. 11 
i 
I 
., 
I 
I 


J 
---- 
t-;--: .. 
.-ł";:::""":' ..,
 · .... 


l 
. 


ł,. 


. ł,. 


Jl ' 



-
 


} 


.. 


... 



 


!:i\. '" 



 


1ł 


T 'f' 


......... 
- *1-.""" 

 


1 r, 
 
.A. 



 
..... 
2+

 
.ł 
, " il 


_......-
 - 

"'
.
. 
 


t 


I 
J 


-'.. . 


ł 


"v 


-." 



Ł- 


,. 
r 
'; 


, , 
"'L 

 I, 


!-.......
.... 

y 
1" 

.. , 

....: 'I
l'- 
-ł 
............ - 
.
' 


:1 .. 



 


-ł 


1., 


Pod'llJórze Unlwersytetu l kościół sw. Jana w tf'lJ,tie. 


. 1 
.... 


... 


-."'- .. 



 


-...... 


I I 


, l .
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


17 


i palestrach się rozchodzi, należałoby dać kierunek do handlu, 
fabryk i rolnictwa. Szkoły mechaników i rolnictwa posłużą nam 
do tego, ale dla handlu nic jeszcze nie uczyniono. Już to dawniej 
w piśmie mojem o szkołach powiatowych nadmieniłem, aby 
dawano w nich naukę rachmistrzowstwa i buchalterji. Tę naukę 
szczególniej do handlu profesor stosowaćby powinien. Na ten 
koniec potrzebne jest dzieło elementarne, do którego przeszlę 
WPanu wkrótce programa". 
Dla osiągnięcia wyższego wykształcenia, starali się filomaci 
o wysyłanie zdolniejszych z pośród siebie zagranicę. I w tych 
za miarach znaleźli gorące poparcie kierownika o kręgu. Czarto- 
ryski sam polecał "na wojaż" uczniów Uniwersytetu, o ile prze- 
konał się o ich zdolnościach. 
Na Zachodzie wrzały tymczasem nowe hasła, powstawały 
nowe teorje społeczne i filozoficzne. Filomaci chciwie chwytali 
echa, płynące z zagranicy, szczególniej z Niemiec, gdzie najlepsze 
siły ogniskowały się w burszenszaftach i związkach tajnych. 
Obawy zawleczenia do Wilna "niemieckiej zarazy" dały 
powód do ścisłej obserwacji prądów, nurtujących młodzież. 
W zleceniu sekretnem z dnia 3 (15) listopada 1821 r., danem 
rektorowi Malewskiemu, kura tor A. ks. Czartoryski wyraża 
obawę przeniesienia haseł zachodnich na wszechnicę wileńską. 
Poleca więc ścisłe dawać baczenie na młodzież, tak jednak, 
"aby nietrafnem okazaniem podejrzenia nie dać początku i ciała 
myślom, które może bez tego byłyby się nie skleiły, a małym, 
nic nieznaczącym, odosobnionym i przypadkowym uczynkom 
przez niełagodne, głośne, lub raptowne skarcenie nie nadać 
. wzrostu i wagi". 
Dzięki takiemu stanowisku władz, usiłowania wyjazdu, czy- 
nione przez Mickiewicza, J eżowskiego i innych, spełzły na niczem. 
Udzielono jedynie pozwolenia na podróż synowi rektora, Fran- 
ciszkowi Malewskiemu, oraz l\1arja nowi Piaseckiemu i Michałowi 
Fryc.zyńskiemu, pierwszym dwum na studja prawne, ostatniemu 
na agronomiczne. Wszyscy trzej udali się do Niemiec. Malewski 
został wysłany na koszt Uniwersytetu, Piasecki i Fryczyński na 
koszt Liceum krzemienieckiego, którego byli wychO'wa ńca mi. 
. Wyjazd Malewskiego pozbawił filomatów jednego z naj- 
ruchliwszych członków; ciągłe narzekania na brak "Jarosza",. 
,'
 2 
...
>>>
" 


18 


HENRYK MOŚCICKI 


'- 


z którym "i rozum z Wilna do Berlina na wojaż pojechał" 
spotykamy w 1istach
 do niego przez przyjaciół pisanych. 
Donoszono Franciszkowi o najdrobniejszych szczegółach 
z życia wileńskiego, nie zawsze atoli z zachowaniem należytej 
ostrożności, gdyż .Mickiewicz w listopadzie 1822 r. tak do niego 
pisze: "List jeden od Józefa (Jeżowskiego) do ciebie podarłem, 
bo bardzo długi i pisany jak gdyby z Wilna do Europy, a mógłby 
b a r d z o d r o g o nas kosztować. Dlatego i list Tomasza 
(Za na ) przeczytałem'.'. 
Dopiero pod wrażeniem aresztowania syna pastora ewan- 
gielickiego w Wilnie, b. studenta wileńskiego, Reczyńskiego, 
który był czas jakiś na uniwersytecie w Marburgu i tam należał 
do związków studenckich, - większą zachowywano ostrożność 
w działaniach i listach, które jedynie przy wyjątkowo "zręcznej 
okazji" przesyłano. 
W tego rodzaju "okazjonalnych", a szczęśliwie zachowanych 
listach znajdujemy niejedną cenną wskazówkę, rzucającą światło 
na wewnętrzne pożycie ruchliwego światka filomackiego. 
Sporo takich szczegółów za wiera ją między inne mi listy, 
pisane z Wilna do Franciszka Malewskiego przez Kazimierza 
Piaseckiego, Jana Czeczota i Teodora Łozińskiego. 
Praca naukowa stanowiła główne zadanie młodzieży. W tym 
więc celu wyznaczyli filomaci specjalny komitet naukowy, który 
miał urządzać kursy przygotowawcze i pomocnicze do studjów 
uniwersyteckich dla filaretów. Z rękopiśmiennego zezna nia Kazi- 
mierza Piaseckiego, złożonego przed komisją śledczą dnia 5 (17) 
listopada 1823 r., dowiadujemy się bliższych szczegółów o tym 
komitecie. Składał się on zarówno z filoma tów, jak i filaretów. 
Reprezentant komitetu zasiadał w Izbie dozorczej, wydawane 
stamtąd polecenia składał w komitecie jako wniosek, który 
wtajemniczeni, czyli filomaci, mieli poprzeć i przeprowadzić. 
W czerwcu 1821 r. komitet składali: Franciszek Malewski, (po. 
jego wyjeździe obrano Czeczota), Kozakiewicz Stanisław, Pia- 
secki Kazimierz, Kowalewski Józef i Morawski Stanisław. 
Miano brać płatnych "metrów" do poszczególnych przedmio- 
tów, którzy jednak nie mieli wiedzieć o stowarzyszeniu; był 
również projekt założenia czytelni naukowej i bibljoteki. 
W liście K. Piaseckiego do Fr. Male\vskiego z 19 (31) grud-
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


19 


nia 1821 r. znajdujemy interesującą wzmiankę o instrukcji dla 
komitetu naukowego, jaką dał Teodorowi Łozińskiemu "Garbuś". 
Tym bowiem "Garbusiem" najprawdcpodobniej był Gotfryd 
Ernest Groddeck, znakomity profesor filologji klasycznej .na 
Uniwersytecie Wilellskim. Karol Kaczkowski we W s p o m n i e- 
n i a c h swych twierdzi, że całą duszą pokochał Groddeck 
młodzież i że, wiedząc o istnieniu Promienistych (późniejszych 
Filaretów), łączność młodzieży w pracy jako nowe zjawisko 
w Uniwersytecie i ź ród ł o, s k ą d p o c z ą t e k w z i ę ł a, 
bardzo pochwalał i do wytrwałości zachęcał. O pracach nauko- 
wych młodzieży wiedział dobrze, kierował niemi zarówno z ka- 
tedry, jak i w stosunkach prywatnych ze swymi uczniami. 
Na j wybitniej si filomaci: Mickiewicz, jeżowski, Kowalewski. 
\Viernikowski i inni, należeli do na jzdolniejszych i najulubieńszych 
jego uczniów. Skład filomackiego komitetu niewątp1iwie był 
mu znany; instrukcja, dana Łozińskiemu, zawierała zapewne 
wskazówki, w jaki sposób komitet ten miał działać. 
Na jsamprzód zorganizowano wykłady hodegetyki, czyli 
na uki o sposobach metodycznego odbywania studjów naukowych. 
Wykładał ją w r. 1821-1822 józef Jeżowski, wówczas już kan- 
dydat filozofji. "Rektor pozwolil sali na prośbę Żegoty (Ign. 
Domeyki) i Nowickiego - pisze Kazimierz Piasecki do F. Ma- 
lewskiego 7 (19) grudnia. - Z ośmdziesiąt osób na pełniały salę 
przez dwie lekcje w najlepszym porządku". Wykłady cieszyły 
się nadspodziewa nem powodzeniem, aż zwróciło to uwagę pro- 
fesorów. Groddeck odezwał się raz do Kontryma : "Hodegetyka 
to bardzo sucha nauka; co to jest, że na nią ma 50 słuchaczy 
pan Jeżowski". 
Na jednym wykładzie był na wet rektor Uniwersytetu, Szy- 
mon Malewski: "Wszedł na to, - pisze K. Piasecki - kiedy 
Jeżowski wykładał zamiar uczenia się w najkorzystniejszy 
sposób; mówił o tern baczeniu na kraj, jakie każdy obywatel mieć 
powinien. Zaledwo perjod ukończył, aż zdziwiony starzec zaczął 
przepatrywać uczniów, zrobił uwag
, że najpilniejsi uczniowie 
są słuchaczami jeżowskiego i że taka jest ich liczba. W rzeczy 
samej był zdziwiony, bo wśród największej cichości zastał 
wszystkich; gdy się spodziewał znaleźć sześciu, zastał dziewięć- 
2* 


.
>>>
20 


HENRYK MOŚCICKI 


dziesiąt osób, najpilniej słuchających... Wielkich spodzie\vamy 
się pożytków z hodegetyki". 
Mickiewicz pisał do Franciszka Malewskiego: "Słyszałeś za- 
pewne o hodegetyce i historji. Nasz mruka wy (J eżowski) prze- 
szedł moje, jakkolwiek dobre, o nim nadzieje, rozprawia płynnie 
i wybornie, wzorowo. Lekcja ta była by jeszcze pożyteczniejszą, 
gdyby cokolwiek bardziej była popularną". 
Prócz \vykładów hodegetyki i historji, oraz posiedzeń fila- 
reckich, na których omawiano kwest je naukowe i literackie, 
postanowili filomaci opracować zbiorowo statystykę kraju, gdyż 
bez niej "nauki administracyjne, w kraju naszym wykładane, 
będą nie dla nas, lecz dla Anglików, Holendrów, Francuzów; 
urzędnik będzie chwiał się w swoich czyńnościach, a dobrze 
myślący, gorliwy obywatel, nieświadomy stanu swojego kraju, 
chęciom swoim pożytecznego nie nada kierunku". 
W tym celu Tomasz Za n ułożył instrukcję do opisów staty- 
stycznych p. t.: O p i s j e o g r a f i c z n y, wzorowany na I n- 
strukcjach do układania po Gimnazjach 
i S z koł a c h p o w i a t o w Y c h z a p i s ó w w p r z e d- 
m i o t a c h róż n y c h n a u k, w y d a n y c h o d R z ą d u 
Głównego Szkół i ogłoszonych drukiem 
rok u 1812. (W Wilnie, drukiem Józefa Zawadzkiego, 181 7). 
W myśl instrukcji Zana, każdy filareta, wyjechawszy na 
wakacje, obowiązany był wypracować dokładny opis swej oko- 
licy, a nawet powiatu, lub gubernji. 
Op i s j e o g r a f i c z n y, tajnie wydrukowany w drukarni 
bazyljańskiej w Wilnie w dwustu egzemplarzach, zawierał naj- 
szczegółowsze wskazówki, dotyczące statystyki, stanu ekono- 
micznego i moralnego ludności w dawnej okolicy. Niektóre 
ustępy O p i s u, wymownie świadczące o tendencjach obywa- 
telskich filomatów, zostały należycie zużytkowane podczas wiel- 
kiego procesu w latach 1823-1824. Niektórzy filareci przy- 
gotowali takie opisy swych stron rodzinnych i odczytywali je 
na posiedzeniach. Np. Józef Kraskowski przygotował opis 
obwodu białostockiego, Teodor Łoziński opis Wołynia i t. d. 
Działalność filomatów nie ograniczała się jedynie do Wilna. 
Mamy pewne dowody, że sięgała znacznie dalej. 
W zeznaniu Jana Jankowskiego przed Komisją Śledczą
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


21 


z dnia 22 października (3 listopada 1823 r.), znajdujemy wia- 
domość o zawiązaniu przez Zana towarzystwa, na 'wzór wileń- 
skiego, w Liceum krzemienieckiem. Opiekować' się niem miał 
Karol ]entz, profesor w Krzemieńcu. 
Aczkolwiek Jankowski odwołał później tę rewelację i J entz 
został z braku dowodów uwolniony od odpowiedzialności, jednakże 
wiadomość ta wydaje się wielce prawdopodobną. Wzmianka 
w liście Kazimierza Piaseckiego do Franciszka Malewskiego 
z dnia 19 (31) grudnia 1821 r. o korespondencji Teodora Łoziń- 
skiego z Rafałówką w spra"\vach organizacyjnych zdaje się 
domysł ten potwierdzać. W Rafałówce bowiem mieszkał 
podówczas Narcyz Olizar, który w r. 1819 był w Uniwersytecie 
\Vileńskim i czynny brał udział w ówczesnym ruchu literackim 
wśród młodzieży, pisywał sporo w T y g o d n i k u W i l e ń- 
s k i m, z nim przeto za pewne korespondował Łoziński. 
Wiemy również skądinąd o podobnej akcji filomaty Michała 
Rukiewicza i o utworzeniu przez niego organizacji, zbliżonej do 
filareckiej ("Zorzanie U ) w Białymstoku. 
Tymczasem filomaci się rozpraszali. Mickiewicz był w Kow- 
nie, Franciszek Malewski i Marjan Piasecki zagranicą, prezes, 
józef Jeżowski, otrzymał posadę nauczyciela filozofji u bene- 
dyktynów trockich. Kierownictwo w stowarzyszeniu spadło na 
barki Zana, Czeczota i Łozińskiego. 
Franciszek Malewski nieustannie wstawiał się za przy ja- 
ciołmi przed ojcem. Szymon l\1alewski utrudniał korespon- 
dencję syna i miał mu za złe zajmowanie się sprawami kolegów. 
Na list 'l dnia 6 stycznia 1822 r., w którym Franciszek wstawia 
się za Jeżowskim i Mickiewiczem, prosząc o protekcję do kura- 
tora, rektor odpowiedział ostro synowi: "Źle jest, - pisze - 
że zajmujesz się protekcją dla swojego _ Mickiewicza, Zana, 
jeżowskiego etc., gdy sam jeszcze protekcji potrzebujesz; nic 
nie mam przeciwko tym osobom, ale, wyjąwszy Zana, Mickiewicz 
i jeźowski_źle sobie radzą i pretensje ich są bez sensu. Lepiejbyś 
zrobił, abyś o sobie najprzód pomyślał. Prosisz, aby ci pisali, 
co się na nic nie zda, tylko dla powiększenia expensy. Ja powta- 
rzam, że rektorstwo składam, a zatem i ubieganie się o moją 
protekcję ustanie, tak rzeczy idą na ś"\viecie. Ja jestem twoim 
ojcem, życzę ci najlepiej, ale ostrzegam, że trzeba być ostrożnym
>>>
22 


HENRYK \10ŚCICKI 


. 


z oświadczeniem protekcji, bo to jest 
zeczą delikatną, a często 
niewczesną i za wodzącą u . 'lo 
Filomaci usiłowali za władnąć wybitniejszemi stanowiskami 
w szkołach i gimnazjach, aby w ten sposób oddziaływać na lnłode 
pokolenie. Fr. Malewski w listach do ojca popierał kandydaturę 
Mickiewicza na profesora literatury w Krzemieńcu; stanowisko 
to uważano za jedno z najważniejszych. Z tychże zapewne po- 
wodów ula twiono wyjazd filarecie Karolowi Kaczkowskiemu 
na posadę lekarza do Krzemieńca. 
\V trakcie tych starań i zabiegów, w kwietniu i maju r822 r., 
wszczęto z rozporządzenia A. ks. Czartoryskiego śledztwo w spra- 
wie Towarzystwa Przyjaciół pożytecznej zabawy, znanych też 
pod nazwą Promienistych. Towarzystwo rozwiązano, a Zana, 
Mickiewicza i Łozińskiego oddano pod szczególny dozór władz 
uniwersyteckich. 
Stosunki w Uniwersytecie zmieniły się na niekorzyść filo- 
ma tów i stawiały ich w niezmiernie trudne m położeniu. 
"Jestem między młotem i ko\vadłem - pisze T. Łoziński 
do Fr. Malewskiego dnia 14 (26) grudnia r822 r. - młot chce, 
żebym jemu mówił wszystko, co wiem o kowadle, a ja wiem, że 
dla kowadła źle być może, \vięc nie chcę... Stoję nad przepaścią, 
widzę, i już znacznie w nią pochy]ony". - 
W listach przyjaciół znajdujemy interesujące szczegóły 
z życia młodzieży ówczesnej, o obchodach imienin Za na , o za- 
ba\vach wileńskich w t. zw. "Kasynie" i t. p. 
Wzmianki o Lubeckim, do którego uciekano się protekcji, 
łącznie z ciekawym ustępem w podanem powyżej zeznaniu Jeżow- 
skiego o potrzebie podniesienia przemysłu, muszą zwrócić na 
siebie uwagę, okazują mianowicie, że młodzież wileńska musiała 
dość żywo reagować na ten urok żywej i owocnej energji, jaki 
wychodził z działań ks. Lubeckiego, tego bądź co bądź bliższego 
współrodaka-Litwina, w pierwszej chwili objęcia przez niego 

Hnisterjum Skarbu w Królestwie Polskiern. 
W życiu młodzieży pierwszorzędny brał udział Adam 
Mickiewicz. Kochany i wielbiony przez współkolegów, był on 
uosobieniem wszystkich cnót i szczytnych haseł młodzi wileń- 
skiej. "Wielka jama, gdy niema Adama", powtarzałZan, i "V rze-
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


23 


£zy samej brak Mickiewicza dotkliwie da wał się odczuwać filo- 
matom. 
Gdy spotkał go zawód bolesny, w sercach przyjaciół ser- 
deczne znalazł poeta współczucie. Zaopiekowano się nim, roz- 
toczono czułą opiekę nad umiłowanym twórcą O d Y d o m ł o- 
d o ś c i. Za jęto się wydaniem pierwszego tomu poezyj, rozprze- 
dażą, podj
to wreszcie starania o umożliwienie mu wyjazdu 
zagranic
. W listach komunikowano Franciszkowi Malewskiemu 
nowe utwory Adama. 
Kazimierz Piasecki pisze dnia 19 (31) grudnia 1821 L: 
"Adam się polepsza, jakoż wydaje, wkrótce będzie się drukowało 
dziełko jego, wiele przydał wierszy, a szczególniej posyłam ci 
następne". Tu następuje wiersz, zatytułowany C z t e r y t 0- 
a s t y c h e m i k a. Po raz pierwszy spotykamy go w druku 
w 1828 r. w piśmie warszawskiem M o t Y l p. t. C z t e r y 
t o a s t y F r a n k l i n a; w wydaniu poznańskiem P o e z j i 
A. Ma. z r. 1828-32 nosi tytuł C z t e r y w i wa t y, 
 wy- 
daniu paryskiem z r. 1828 T o a s t y, który to tytuł utrzymał 
się w późniejszych wydaniach. W wydaniu paryskie m z 18 44 L, 
przejrzanem przez autora, nosi datę "Kowno 1822", ;l listu Pia- 
seckiego widzimy, iż napisany został wcześniej. Tekst, przesłany 
Fr. Malewskiemu, zawiera kilkanaście drobnych odmian znanego. 
Na jczynniej zaopi
kował się Mickiewiczem szkolny jego 
kolega Jan Czeczot. W listach do Fr. Malewskiego ciągle zajęty 
jest .myślą o jego poezjach, zdrowiu, wyjeździe etc. 
W liście z dnia 23 stycznia (4 lutego) 1822 r., zapytuje Ma- 
lewskiego, który się był zatrzymał w Warszawie, jadąc do Berlina: 
"Co sprzedaliście Adamowych biletów, i przez Guta dowiedzcie 
się, ile sprzedali Bansemer i Brzozowski, którym po sześć biletów 
zosta wiłem". 
Chcemy tu nawiasowo zwrócić uwag
 na pewien interesujący 
szczegół. Z powyższych słów Czeczota widzimy, że on, a więc 
i filomaci, mieli stosunek z Bansemerem, duszą związków mło- 
dzieży uniwersyteckiej w Warszawie, za pośrednictwem Gutta. 
Nie wiemy, o którym Gucie wspomina Czeczot. Było ich bowiem 
dwóch. Jeden, Ferdynand, niewątpliwie należący do filaretów 

w r. 1823 ukończył Uniwersytet ze stopniem doktora medycyny), 
l stałe z nimi utrzymujący stosuriki; drugi, Edward, student, 


.
>>>
24 


HENRYK MOŚCICKI 


może brat poprzedniego, był przez władze podejrzewany o udział 
w pracach stowarzyszonych. 
Dwudziestoletni Jan Marcin Bansemer odznaczał się \vy- 
bitnemi zdolnościami i gorącem sercem. Po r. 1831 był czynnym 
pomocnikiem w przedsięwzi
ciach Klaudji Potockiej. Fakt 
stosunku z nim wybitniejszych przedsta wicie1i młodzieży wileń- 
skiej jest nader interesujący i rzuca pewne światło na charakter 
stowarzyszeń wileńskich. _ 
W dalszym ciągu Czeczot zapytuje Ma1ewskiego: "Ile wi
c 
się zebrało pieniędzy, abym mógł wiedzieć, ile dodać i odesłać 
potrzeba będzie? Krasiński ile oddał za książeczkę? Uczyńcie 
rachunek ścisły swoich skarbów. Istotnie, nie wiemy, co począć 
z Adamem i z drukowaniem jego poezyj. Zasadziliśmy go tu, 
ja k w detencję, za jego kowieńskie skargi i psotki. Mało czynny, 
mało te
 ma przyjemności życia. Sam nie w dostatkach, patrzy 
i cierpi niedostatki innych. Ani wygód, ani zabaw, ani zatrud.:. 
niań. I to i owo boli, zęby wyrywa, a i' to bieda. Dobrzeby 
to było wyprawić go choć na kilka miesięcy na przejażdżkę. 
Możeby się tak rychło, jak wy, nie znudził, możeby mu to po- 
mogło do zdrowia? Poezyj wreszcie jego tu wydrukować nie 
można będzie, jest ksiądz w "Dziadach " , są "W imię Ojca, Syna, 
Ducha", "Zdrowaś Marja" etc., których, tu djabli wiedzą, i po- 
bożni i fanatycy nasucho nie przepuszczą. Wreszcie koszt nie- 
mały, prenumeratę (!) publicznie ogłaszać nie podobna (i nie do 
rzeczy, i tyleby tu znalazło się uszczypliwych szyderstw"). 
"Trzebaby tedy i z tego względu zaprobować, czy nie kupiłby 
za część egzemplarzy i gotowych pieniędzy Gligzberg. Wartoby 
więc wyprawić do Warszawy Adama, do końca wakacyj przy- 
najmniej, jeśli nadalej nie można, niechby przynajmniej odwie- 
dził z wami Berlin. Ale tu sęk, pieniędzy nigdzie a nigdzie 
niema. Ani z prenumeraty, ani z pożyczki nic prawie zebrać 
nie przyjdzie. Będziemy wszakże próbować, a nuż się uda? 
Donieście więc i o czasie wyjazdu, i o tem, ile na wasze finanse 
spuszczać się można. Wreszcie z doświadczenia obliczcie koszta 
życia i wskażcie, z jaką kwotą wyprawować Adama? A z tern 
nie marudźcie. Trzeba także dowiedzieć się (najlepiej przez 
jakąś akredytowaną osobę) u Gligzberga, czy on manuskrypta 
kupuje i jak płaci? Co u niego arkusz druku na papierze, jak 


.
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


25 


Trembecki, kosztuje. lotem oznajmić. Wiersze tam bardzo 
lubią, może też i popłatne. Co Brodziński wziął na swoje? Oba- 
czym, jak się ten handel powiedzie. Czekamy rychłej odpo- 
wiedzi" . 
W drugim liście z dnia 14 (26) lutego 1823 r. posyła Czeczot 
wiersz swój o Zofj i Chrzanowskiej, oraz U p i o r a mickiewiczow- 
skiego, jeszcze naówczas nieogłoszonego drukiem. 
"Siedzę \v stancji - pisze Czeczot - Onufr (Pietraszkiewicz) 
przyszedł i kazał dać do przepisania dla ciebie Adamowego 
"U p iora ", który będzie niejako służył za objaśnienie i przemowę 
do IV-ej części "Dziadów"} i mój spiewek, napisany dla Zosi". 
Zosią tą była młodsza córka rektora Malewskiego. "Liczyła 
się ona - mówi Otton Ślizień w swych pamiętnikach - do 
królowych młodego, romantycznego społeczeństwa. Była celem 
niejednych platonicznych i nieplatonicznych wzdychań. Między 
innymi zajmował się nią czule Aleksander Chodźko i wielbiciel 
wszystkich panienek, Jan Czeczot". Znał ją również bardzo 
dobrze Mickiewicz, i Zosia z D z ia d ó w, według twierdzenia prof. 
Tretia.ka, to panna Zofja Malewska. 
;, 
 
"Ponieważ w stancji siedzę, - ciągnie dalej Czeczot - sam 
się podjąłem przepisania i z kilka słów piszę do Ciebie. "Dziady", 
ci podobno znajome, jeszcze się urodziły za twojej bytności;. 
a choćby ci nie były znajome, nie można ci ich przesłać, jak- 
kolwiek ściśle pisanych, bo długie; nie można też "Grażyny" 
 
bo także długa. Po niedzieli zacznie się drukować, jak tylko 
wyjdzie z druku, natychmiast ci przeszlę. Jeśli już wówczas 
wyruszysz do Gietyngi, a Moryc tam nie ma swoich relacyj, to 
odeszle do' Ber]ina, a stamtąd proś, aby twój Buchhandler 
odesłał do Gietyngi". 
Dalej przytacza Czeczot wiersz Mickiewicza p. t. U P i ó r,. 
który tu składa się z dwudziestu pięciu czterowierszowych zwro- 
tek, we wszystkich zaś wydaniach poezyj Adama z dwudziestu 
czterech zwrotek. Wiersz ten w odpisie Czeczota, prócz kilku 
drobnych odmian znanego tekstu, zawiera następujące nowe 
zwrotki: 
Po czterowierszu dziesiątym czytamy u Czeczota:
>>>
26 


HENRYK MOŚCICKI 


Lecz do zbawienia ten środek jedyny, 
Taka zrządzeniem najwyższym pokuta, 
Za twoją czułość i za moje winy 
W opoce przeznaczeń kuta. 


Następnie kładzie Czeczot zwrotkę XI-tą i t. d. ("Żebym cię 
:znalazł, muszę..." i t. d.), jak w wydaniu z r. 1823 i inn. 
Wreszcie, zamiast dwóch ostatnich zwrotek, XXIII i XXIV, 
znanych w druku, Czeczot kładzie następujące (XXIV i XXV): 


Może ktoś także cierpliwy do końca 
Zechce podziemnej przysłuchać się mowie, 
I wzrok młodzieńczy, przywykły do słońca, 
N a trupiej zatrzymać głowie. 
I patrząc zważy, co mu w młode lata 
\Vyroczne pismo katechizmu rzekło, 
Ze ten nie grzeszy, kto używa świata, 
Pomniąc na śmierć, sąd i piekło. 


Dalej przytacza Czeczot wiersz swój o oblężeniu Trembowli 
i Zofji Chrzanowskiej, poprzedzony rymowaną dedykacją Zosi 
Malewskiej. 
"Notabene - dodaje później - napisałem jeszcze śpiewki 
'0 Mniszchównie, o Radziwiłłównie, o Jabłonowskiej, o Jadwidze, 
,o Małgorzacie Żębocińskiej, może nawet trochę od tego lepsze, 
tylko ten z primogenitury ma swoją prerogatywę. Chcę wszyst- 
-kie sławne Polki z niepamięci wydobyć, a potem przejść do 
litewskich bohaterów". 
, 
Wiersz o Zofji Chrzanowskiej odznacza się nader pospolitą 
myślą i nieudolne m rymowaniem. 
Tymc7..asem sprawa wyjazdu Mickiewicza w ciągłem była 
:zawieszeniu, zdrowie jego stale się pogarszało, budząc nieustanne 
-obawy w kolegach. Złożono wprawdzie kilkaset rubli w celu 
wysłania poety zagranicę, mianowicie Adam ks. Czartoryski, 
jak się zda je, złoźył bezimiennie 300 rb., Michał Fryczyński, 
"wielki przyjaciel Adama", jak nazywa go Malewski, ofiarował 
-200 rb., ze sprzedaźy poezyj spodziewano się osiągnąć około 
3 00 rb., ale wszystkie te zasoby wydawały się niedostatecznemi. 
O trudnościach w otrzymaniu dla Mickiewicza paszportu w na- 
.stępujący sposób opowiada Czeczot w zeznaniu swem, złożone m
>>>
ZE STOSUNKÓW WILEŃSKICH 


27 


dnia 17 (29) stycznia 182 4 r. przed Komisją Śledczą: "Adam 
od marca o paszport się starał, lecz gdy z przyczyny formalności 
w uzyskaniu uwolnienia zachodzących, gdy od prefekta do dy- 
rektora, od dyrektora do Uniwersytetu, od rektora do rządu, 
czy też rady Uniwersytetu, a stąd do kura tora pisma przechodzą 
i po uwolnieniu dopiero rekwizycja o paszport, a to wszystko nie 
rychło się dzieje - odwlekało się jego zyskanie, a odmieniony 
porządek zyskiwania paszportów, który utrudzać się nieco zda je 
ich pozyskanie; były powody do wniosku, iż go dostać jest rzeczą 
przytrudną i wątpliwą, to jest niezupełnie pewną. Do wzięcia 
mnie do więzienia \viem, że nie otrzymał. Zdrowie jego zbyt 
pogorszone, a życie w mieście niedogodne dla słabego zdrowia 
i Kosztowne przy szczupłym sposobie do utrzymania się, skłoniło 
mię, - pisze dalej Czeczot - że proponowałem mu przemie- 
szkanie czasu jakiego na wsi u pana Michała Rukiewicza, a troskli- 
wy o zdrowie przyjaciela, prosząc dla niego o pobyt, wyraziłem 
nadzieję moją, iż nie dozna u niego nieprzyjemności, abym ją 
mógł dla niego zapewnić". Powyższe słowa były odpowiedzią 
na za pytanie Komisji Śledczej, zadane z powodu listu, znalezio- 
nego przy rewizji u Michała Rukiewicza. 
'vV liście tym pisał Czeczot co następuje: 


"IB23. 7-bra I3. Wilno. 


Panie Michale! Adam, uwolniony od obowiązków dla 
słabości zdrowia, ciężko podupadły na zdrowiu i teraz nawet 
chory, już od marca czeka tentowanego paszportu i podług 
wszelkiego podobieństwa, jeśliby nawet (co także bardzo 
wątpliwe) otrzymał paszport, tę zimę przebyć w kraju musi. 
Zbyt niegododne i kosztowne, a niewiele przyjemności dla niego 
obiecujące, byłoby mieszkanie ciągłe w mieŚcie, proponowałem 
tedy jemu, ażeby, pomieszka wszy tu czas niejaki, do ciebie 
na jakiś czas pojechał. Przykro mu za pewne wycierać choć 
przyjacielsKie kąty, i propozycja ta, lubo dla niego niebardzo 
smaczna, jednak podług najlepszej rachuby musi zostać dobrą; 
a bez żadnych komplementów, przyjaciel u przyjaciela może 
znaleźć przytułek i przykrości nie czynić ani sobie, ani jemu. 
Spodziewam się nawet, że, mając tam familję i znajomych,
>>>
28 


HENRYK MOŚCICKI 


potrafisz dla niego zrobić wiele przyjemności, które życie jego, 
tak stargane, a tak dla nas drogie i miłe, pokrzepić zdoła ją. 
Przyjdzie może kiedyś pora, że ci to odwdzięczyć potrafim 
i przyjemnościami jakiemi nagrodzić. Donieś więc, jak ta ci 
propozycja spodoba się. Wszak dla siebie jeść gotujesz i stancją 
palisz, nie więcej przeto zachodu mieć będziesz z przyjacielem. 
Na list mój, który niedawno pocztą do ciebie pisałem, czekam 
odpowiedzi i odesłanie pieniędzy. Bądź zdró",-. 


Jan. 
List ten posyłam przez pocztyljona,. więc donieś, czy 
doszedł. Czekam jak najprędszej odpowiedzi. De rebus pu- 
blicis, musicie słyszeć, co się tu dzieje, pisać nie chcę. Jenerp,ł- 
Gubernator, kurator, X-źę wielkorządca Poznański, wszystko 
to jedzie, mając się widzieć z Monarchą". 


Odpowiedzi Czeczot już nie otrzymał. Rozpoczął się 
proces filaretów. 


, 


....
>>>
TEODOR KRASIŃSKI 


DZIENNIK UCZNIA UNIWERSYTETU 
WILEŃSKIEGO (1816-1818) 


.
>>>
.. 


- 


.
>>>
. 


A utor niniejszego "Dziennika", Teodor hr. Krasiński (z linii 
ukraińskiej), urodził si
 w Bohusławiu w I798 r. z ojca Kajetana 
Franciszka Salezego, marszałka szlachty pow. czehryńskiego, i matki 
Tekli z Pawulskich. Po chlubnem ukończeniu w I8I6 r. sześcio- 
klasowej szkoły bazyljańskiej w Humaniu przybył jesienią tegoż 
roku do Wilna i zapisał si
 na wykłady fizyczno-matematyczne 
oraz prawne Uniwersytetu. Z surowej szkoły humańskiej, kiero- 
wanej przez ks. Gracjana M ikulińskiego i ks. Leontego Skibowskiego, 
wyniósł zamilowanie do systematyczności i porządku, co jest wi- 
doczne z jego codziennych, niezmiernie drobiazgowych zaPisków 
w "Dzienniku". Na wykłady Krasiński ucz
szczał pilnie, wolne 
chwile poświ
cając muzyce, teatrowi, którego wielkim był milośni- 
kiem, wreszcie kolegom, z których najwi
cej cenił i lubił J óze/a J e- 
żowskiego, przewodniczącego Towarzystwa Filomatów, a starszego od 
siebie o sześć lat koleg
 ze szkół humańskich. Do związków mło- 
dzieży uniwersyteckiej Krasiński jednak nie wszedł, zapewne 
ze wzgl
du na wiek zbyt młody i może niedostateczne wyrobienie 
życiowe. Zamożny, nie potrzebował liczyć si
 z groszem, jak inni, żył 
wygodnie, ubierał si
 starannie, mógł ucz
szczać na zabawy i przed- 
stawienia teatralne, pieni
dzy wszakże nie trwonił, trzymając si
 
zdaleka od hulaszczej grupy "paniczyków", dość licznej wówczas 
na Uniwersytecie Wileńskim. Ściślejszą natomiast zawarł znajo- 
mość z Ignacym Emanuelem Lachnickim, redaktorem i wydawcą 
p a m i 
 t n i k a M a g n e t y c z n e g o, oraz z Kazimierzem 
Kontrymem, który zach
cił mlodego Krasińskiego do pomieszczenia 
w D z i e n n i k u W i l e ń s k i m przekładu "Pochwały życia 
wiejskiego" W irgiljusza (D z i e n n i k W i l e ń s k i z I8I7 r. 
t. I, 23). 
W czerwcu I8I8 r. Krasiński opuścił Wilno; na początku 
roku I8I9-g0 przyjeżdża do Warszawy, gdzie słucha wykładów
>>>
32 


TEODOR KRASIŃSKI 


uniwersyteckich Bandtkego, Urmowskiego, Bentkowskiego, Sza- 
niawskiego, Osińskiego i innych. Nieznane są powody wyjazdu 
autora "Dziennika" z Wilna; być może, iż Krasińskiego, podobnie 
jak jego mlodszych kolegów z Humania, Bohdana Zaleskiego i Se- 
weryna Goszczyńskiego, pociągało bujniejsze życie polityczne i to- 
warzyskie w stołecznej Warszawie; niektóre uwagi w "Dzienniku" 
zdaią si
 potwierdzać przypuszczenie ninieisze. 
W roku I823-im urz
dował młody Krasiński w jakiejś "Ko- 
misji" w Kijowie; z tego czasu zachowały si
 również luźne jego 
notatki o tamteiszem życiu towarzyskiem, w którem brał czynny 
udział. 
Teodor Krasiński zmarł w I870 r. Żonaty był z Konstancją 
Kotiużyńską, podkomorzanką czehryńską. Syn Teodora, Hubert 
Krasiński, był cenionym lekarzem i autorem wielu prac medycz- 
nych. 
W pomieszczonych niżej notatkach Teodora Krasińskiego 
z czasów pobytu jego w Uniwersytecie W ileńskim uwzgl
dniono 
wyłącznie zawieraiące ciekawsze szczegóły z życia publicznego, 
pomini
to natomiast liczne zapiski o charakterze ściśle prywatnY1n. 


- 


. - 


....
>>>
'"" 


, 


-"'4' 
" 
" 


JiJdrzej Śniadecki. 


-- 


,
>>>
ROK 1816. 


d. I6. 8-bris. ... Po skończonej lekcji fizyki poszliśmy wszyscy 
na chemję do oddzielnego opodal zabudowania, gdzie był profe- 
sorem ów sławny tylu przedziwne mi pismami swemi znakomity I 
chemik, Jędrzej Śniadecki. Miłą jest rzeczą czytać dzieła jego, 
cóż dopiero słyszeć go osobiście tłumaczącego się z cudo\vną 
płynnością i łatwością tak dalece, iż wdziękiem mowy swojej 
zachwyca, iż tak powiem, słuchaczów przytonmych, - widzieć 
go, robiącego z niepojętą zręcznością najtrudniejsze doświadcze- 
nia chemiczne. Sala, przeznaczona na lekcję chemji, jest bardzo 
wielka, okrągła, ławki dla słuchaczów po kondygnacjach do 
znacznej wysokości. Na końcu sali są narzędzia chemiczne, 
piecyki, kuźnie, miechy, kowadła, na stołach mnóstwo nieprze- 
liczone budów (!), flasz, bań, retort, rurek szklanych, nade- 
wszystko zaś w wanience marmurowej merkurjuszu, czyli żywego 
srebra, 200 przeszło funtów, - stawi oczom widok interesujący, 
ciekawy i niezwyczajny. Jest to lekcja najważniejsza w oddziale 
fizycznym, dlatego też ławki, będące w sali, nie mieszczą słu- 
chaczów akademickich, tudzież ci
ka wością sprowadzonych, 
wielu musi stać :po różnych miejscach sali i, kto pierwej przyj- 
dzie, ten podług upodobania miejsce sobie obiera... 
d. I. 9-bris. ...Wieczorem poszedłem na teatr. Grana dziś 
była po raz pierwszy nowa opera w 3 aktach, oryginalna Niem- 
cewicza, pod tytułem: J a d w i g a, k ról o w a p o l s k a, 
c z Y l i . P o ł ą c z e n i e Kor o n y z L i t w ą. Sztuka ta 
reprezentowana była najpyszniej, jak nigdy nie widziałem. Rzecz 
narodowa,- obyczaje i zwyczaje da\vnych Polaków wydane są 
w największej okazałości. Kosztowne ubiory aktorów i deko- 
racje, umyślnie przygotowane, czyniły tym świetniejszą repre- 
z filareckiego świata. 3
>>>
34 


TEODOR KRASIŃSKI 


zentację. Mó\viono mi, iż ubiory sa me aktorów kosztowały 200 
dukató\v. Jakoż nic nie było \vspanialszego, jak widzieć Włady- 
sława Jagiełłę i Jad\vigę w błyszczącym od złota i klejnotów 
ubiorze; przytem tron królowej, jej ministrowie, fraucymer, 
wojsko da \vne polskie i rycerze w pancerzach, tudzież mnóstwo 
narodu, \vyobrażającego da\vnych Polaków; wszystko to stawiało 
oczom widok ś\vietny i rozrzewniający. Liczba \vszystkich akto- 
. rów przeszło 50 wynosiła. P. Skibińska, grająca rolę Jadwigi, 
śpie\vała przedz.iwnie, - przyznam się, że ze wszystkich spekta- 
kłów wolę najlepiej operę. Muzyka doskonała doda\vała więe
j 
przedmiotów do zachwycenia słuchaczów. Wszyscy aktorowie 
znakomici dziś się popisf'Vali. Szczególniej rola p. Skibińskiej, 
. tak trudna do wykonania, ściągnęła nader głośne oklaski. Mia- 
. nawieie wtedy, kiedy Królowa walczy między miłością, powziętą 
ku \Vilhelmowi, książęciu rakuskiemu, a powinnością zadosyć- 
uczynienia żądaniO""1 narodu, dla dobra poddanych, rozrzewniła 
do łez słuchaczó\v, - miejsce zaś to, gdzie ci czuli kochankowie 
czynią sobie ostatnie pożegnanie, na nieustanne wołanie spekta- 
toró\v: fora, po\vtórzonem było. \Vakcie trzecim Jagiełło walczy 
z Konradem, wielkim mistrzem krzyżaków, (który, przeciwny 
połączeniu się d\vóch narodów, dla zniechęcenia \Vładysława 
oczernił honor Jad\vigi) i w szrankach, na tę walkę przeznaczo- 
nych, otoczony \vojskiem obu narodów, pospólstwem, rycerzów 
orszakiem, w przytomności Królowej, siedzącej na wspaniałym 
tronie w asystencji całego d\voru, zwycięża i zabija przeci\vnika. 
Naówczas Jadwiga podaje mu berło i koronę, umieszcza obok 
siebie na tronie i okrzykami zgromadzonego ludu: "Niech żyje 
Władysław i Jadwiga!" sztuka się zakończa. 
d. 8. 9- bris .... Dowiedziałem się, iź potrzeb.a iść do dziekana, 
który powinien potwierdzić świadectwo na początku kaźdego 
miesiąca. Ale poniewaź jest to dziwak stary i fana tyk, wymaga 
koniecznie, aby co miesiąc kaźdy student spowiadał się i kar- 
teczkę od spowiednika przynosił. Inni dziekani tego tak ściśle 
nie obser\vują. Ten zaś inaczej nie chce podpisywać świadectwa, 
które bez tego podpisania kaźdomiesięcznego nieważnem się 
stanie. Postanowiłem przeto dnia jutrzejszego wyspo\viadać się. 
d. 9 9-bris. Rano wsta \vszy, poszedłem na przód do domini- 
kanów, ale, że żadnego spowiedn
a jeszcze w kościele nie było,
>>>
DZIENNIK 


35 


udałem się do franciszkanó\v. Prosiłem księdza, aby mnie zaraz 
wyspowiadał. Był 
tak grzeczny, iż nie odmówił i lubo mszy nie 
było, odbyłem prędko spowiedź. Dał mi potem 
arteczkę, którą 
miałem okazać dziekanowi.... Po lekcji zoologji poszedłem do 
dziekana. Okazałem mu świadectwo i kartkę od spowiednika. 
podpisał się na świad
ctwie i zanotował, iż żadnej nie opuściłem 
lekcji... . 
d. I2. 9-bris. Z rana byłem na nabożeństwie u bernardynów, 
w kościele katedralnych i u dominikanów. Wszędzie były kaza- 
nia, lecz muszę uczynić \vzmiankę o dominikań5kim kaznodziei 
ks. Korzeniowskim. Jest on tu słynącym ze swego sposobu mó- 
wienia, wlazłszy bowiem na a n1bonę , wrzeszczy i plecie, co mu 
na myśl przypadnie; częstokroć łaje; dziwne gesta wyrabia tak 
· dalece, że zamiast uwagi śmiech tylko \v słuchaczach wzbudza. 
Wyjąwszy ks. Nosewicza, katedralnego kaznorlpiei, który spra- 
wiedlhvie jest sławnym z wymowy swojej, \vszyscy inni są lada- 
Jacy... 
d. IS. 9-bris. ...Było dziś ogłoszenie z Uniwersytetu, iż ju- 
trzejszy dzień będzie wolnym od lekcyj, a to z powodu obierania 
rektora. Na ten koniec mają się znajdować wszyscy studenci 
na soleIUlem nabożeństwie w akademickim kościele... 
. d. I6. 9-bris. ...0 g. 10 poszedłem do kościoła akademickiego. 
gromadzeni byli wszyscy profesorowie, dziekani i emeryci, 
niędzy którymi pierwszy raz widziałem sławnego Jana Śniadec- 
kiego. Także wszyscy studenci Uniwersytetu byli przytomnymi 
nabożeńst\vu. Po skończonej mszy św. śpiewano Te Deum, po- 
czem sami emeryci, dziekani i profesorowie aktualni udali się 
do sali elekcyjnej. W godzinę wiadomo było, iż Male\vski, dzie- 
kan oddziału moralnego, otrzymanemi 13 kreskami, został rek- 
torem Uniwersytetu. Jest to człowiek uczony, rozsądny i który 
potrafi godnie piastować swój urząd, tę tylko ma \vadę, iż jest 
(jak to jednogłośnie t\vierdzą) bardzo skąpym... 
d. 30. 9-bris. Dziś po południu nie było z\vyczajnych lekcyj, 
a to dla imienin Jędrzeja Śniadeckiego, profesora chemji. Soleni- 
zant zaprosił wielu profesorów na obiad do siebie, a stąd lekcje 
opołudniu opuszczone zostały. 
d. 4. X-bris. ....Byłem w bibljotece, przepatrywałem Ó\v 
sławny słownik Lindego, za który to autor złoty medal od roda- 
3*
>>>
36 


TEODOR KRASIŃSKI 


ków dostał. Miałem w zamiarze prosić Kontryma, bibljotekarza 
i redaktora D z i e n n i k a W i l e ń s k i e g o, a by mi dał co 
do przetłumaczenia do D z i e n n i k a... był tak łaska w, iż mi to 
przyrzekł ochotnie, owszem zachęcał do tego; kazał :mi dla rozmó- 
wienia się przyjść jutro o.g. 10 do bibljoteki. Jest to człowiek 
bardzo poważany dla swej poczciwości i chęci wszystkim dobrze 
czynienia i, jak mi o nim }eżowski mówił, on jest tu tylko 
jeden, do którego \v każdym razie udawać się można, zawsze 
on jest dla każdego przystępnym i nigdy nikomu swej łaski 
i pomocy nie odmawia. 
d. 5 X-bris. O godzinie naznaczonej udałem się do bibljoteki, 
jak mi zalecił p. Kontrym. Wypytywał mnie się naprzód, na 
jakie objekta uczęszczam. Dał mi potem dzieło M e t a m o r- . 
f o z y Owidjusza dla wybrania czego do przetłumaczenia na 
wiersz. Doniosłem mu, iż u p. Borowskiego znajduje się zbiór 
tłumaczeń z łacińskiego języka, przysłany z Humania, w którym 
kilka kawałków mojej pracy jest umieszczonych. Obiecał mi 
przejrzeć one i \vybrać potem do przetłumaczenia z francuskiego 
prozą, coby można w D z i e n n i k u umieścić. Podziękowałem 
mu za jego łaskę i odszedłem pełen uszanowania dla tego sza- 
nownego na uCl,yciela. . 
d. I2 X-bris. Dzień dzisiejszy, jako tabelny i uroczystoś€ią 
rocznicy urodzin naszego Monarchy znakomity, od wszelkich 
lekcyj był wolny. W wczorajszem od Uniwersytetu ogłoszeniu 
zaleconem było, aby akademicy o g. 10 zgromadzili się do kościoła 
ś. Jana. O wyznaczonym przeto czasie udałem się na publiczne 
nabożeństwo. Zebrani byli wszyscy profesorowie i studenci 
Uniwersytetu. Po skończonej mszy śpiewano Te Deum, ja zaś 
poszedłem do kościoła katedralnego, słyszałem bowiem, że tu 
ma być szczególniejsze nabożeństwo. Jakoż pierwszy raz znaj- 
dowałem się na podobnem. Po drodze spotykałem cechy różnych 
rzemiosł, na czele każdego była chorągie\v, na której wyrażone 
były przedmioty rzemiosła. Przy odgłosie bębnów weszły cho- 
rągwie do kościoła, a z niemi mnóstwo ludu miejskiego. Zgroma- 
dzony był magistrat, księża różnych zakonów, znajdujących się 
w Wilnie, którzy, uszykowani porządnie, byli przytomnymi nabo- 
żeństwu. Celebrował mszę najpierwszy kanonik wileński, a po 
zakończonej mszy św. w czasie śpiewania Te Deum dały się sły-
>>>
DZIENNIK 


37 


szeć wystrzały kilkakrotne z armat. Nabożeństwo skończyło 
się o g. l. - Była także i parada wojskowa na placu przed 
ratuszem, gdzie znajdował się gubernator i wielu znacznych woj- 
skowych urzędników.... W wieczór miałem się czem za ba wić. . 
Skoro bowiem zmierzchło zupełnie, zaczęto iluminować miasto, 
szczególniej wielkie ulice. Nie wiele tu potrzeba koło tego zachodu. 
Każdy właściciel domu powinien dwie świece w każdym oknie 
postawić i już po całej iluminacji, a że kamienica każda jest 
o 3 lub 4 piętrach, więc tym sposobem postawione świece bardzo 
dobrze oświecają ulicę. Oprócz tego jednak niektóre publiczne 
budowle, jak ratusz, akademja i inne, bardzo rzęsistem światłem 
okryte były. Na ulicy zaś Wielkiej najpiękniej oświecony był 
dom księdza kanonika Bogusławskiego. W kilku oknach na 
drugiem piętrze posta:wione były biusta i otoczone lampami" po 
środku zaś znajdował się transparent z kilku wierszami; wreszcie 
gzemsy rzęsistem obłożone były światłem. Przypatrzywszy się 
tym i innych iluminacjom, poszedłem na tea tr, spodziewając 
się reprezentacji jakiej ciekawej sztuki. Grano na przód komedję 
'v I akcie p. t. S ł u g a p o Ż y c z a n y, potem operę \V I akcie 
p. t.. A l e k s a n d e r i A p e 11 e s. Spektakl zakończony był 

anta tą, stosowną do dnia tego uroczystego. Komedja wcale 
niezła, ale nadewszystko podobała mi się opera, która tak jest 
w pamięci mojej dla swej piękności wrażona, iż mogę osnowę 
onej bez omyłki w krótkości powtórzyć... 
d. I4. X -bris. Z rana do godziny 9 wyspowiadałem się i dosta- 
lem od księdza kartkę, z którą mam pójść do dziekana. O g. I 
udałem się do niego. Co za dziwak L. potrzeba go koniecznIe 
w rękę pocałować, chcąc mieć dobre przyjęcie. Uprzedzony 
tem od mych kolegów, nie zaniedbałem tego uczynić. Bardzo 
JTInie grzecznie przyjął, potwierdził świadectwo, a przy mem 
bdejściu podał mi swą godną rączkę do pocałowania. Tak właśnie, 
jd k papież. 


. 


.
>>>
I 


ROK 1817. 


d. I. ]anuar.... Zwyczajem tu jest, czego w naszych stronach 
nie widziałem, posyłać znajomym swym bilety winszujące nowego 
roku. Przesadzają się \v rysowaniu i ozdobach tych biletó\v. 
Widziałem z nich kilka u }eżowskiego, które przysłane były 
prof. Żukowskiemu, u którego mieszka }eżowski. 
d. 4 ]anuar. W tym miesiącu trzeba zno\vu iść do dziekana 
dla potwierdzenia świadectwa, ale ja, zważywszy, iż niepodobna 
jest tak często się spowiadać, zrobiłem tak, jak wielu innych, 
to jest - na pisałem kartkę z podpisem księdza, u którego da \vniej 
się spowiadałem i z nią poszedłem do dziekana. Szczęściem on 
ją przyjął i nie czynił w tem żadnej trudności. 
d. 5 ] anuar. Doniósł mi }eżowski, iż odebrał list od ks. 
Hryniewieckiego, który wyraził swoje nieukontentowanie, iż 
z tych \\ierszy, które posłane były z Humania do redakcji 
D z i e n n i k a W i l e ń s k i e g o, żaden dotąd nie był .umie- 
szczony \v D z i e n n i k u, i pytał o przyczynę. T en rękopism, 
złożony z kilku tłumaczeń na wiersz z łacińskiego, między któ- 
remi i moich było cztery kawałki, po odebraniu w Wilnie oddany 
został profesorowi wymowy p. Borowskiemu dla korekcji. Lecz, 
ponieważ to wcale go nie interesowało, rękopism leżał- dotąd 
szczęśliwie nieprzeglądany. Przed kilku dniami redaktor D z i e n- 
n i kap. Kontrym wziął od p. Borowskiego i oddał jeżo\vskiemu, 
aby wybrał z nich, coby umieścić w D z i e n n i k u można. 
Z tej przyczyny był dziś u mnie }eżowski, radząc mi, abym 
tym czasem wygotował ze dwa wyjątki i poprawił to, co się je- 
szcze nie dość dokładnem będzie się zdawało. Zająłem się zatem 
przeglądaniem innych tłumaczeń, między innemi wyjątku 
z G e o r g i k ó w Wirgiljusza i jednej ody z Horacjusza. Od-
>>>
DZIENNIK 


39 


czyta wszy je pilnie, znalazłem jeszcze kilka błędów', które po- 
pra wiwszy, oddam redaktorowi D z i e n n i kap. Kontryrnowi. 
d. I5. J anuar.... Jędrzej Śniadecki... Jest to mąż głębokiej 
nauki, szczególniejszego talentu tłumaczenia się i uczucia, wielce 
znakomity. Posiada on \v wysokim stopniu medycynę i jest 
... pierwszym w Wilnie i najbardziej zawołanym lekarzem. Wielką 
część czasu traci na odwiedzanie swych pacjentó\v, których ma 
niemało i to z najdystyngwo\vańszych osób \v mieście. Lecz przy 
tern wszystkiem ma dziwny jakiś temperament. O nic nie dba, 
do niczego się nie wdaje, do żadnych sesyj akademickich wchodzić 
nie chce, w kościele rzadko bywa, zdaje się być zawsze humoru 
posępnego, niewiele gada, słowem, jest to prawdziwy filozof. 
Były, jak mówią, nieraz przykłady, iź \v pewnych zgromadzeniach 
uniwersyteckich, gdzie obecność jego koniecznie potrzebna była, 
ledwie za dziesiątym posłańcem przybył, podpisał się i odszedł. 
Lubiony jest jednak od wszystkich i wszyscy się ubiegają o to, 
ażeby słowo jakie z ust jego otrzymać, co za szc,?;ęście poczytać 
należy. 
d. 20 J anuar. Dziś była raz pier\vszy lekcja architektury. 
Podobał się wszystkim p. Podczaszyński, profesor, ró\vnie L pięk- 
nego i łatwego tłumaczenia się, jako też z wymownej odezwy, 
którą uczynił do słuchaczów na wstępie do katedry swojej. 
d. 24. ] anuar. Słyszałem, iż dnia jutrzejszego w kościele 
katedralnym ma się odbyć żałobne nabożeńst\vo za duszę Wa- 
\vrzeckiego, senatora i ministra spra\viedli\vości .\\" Królest\vie 
Polskiem, który przeszłego roku zszedł z tego świata. 
d. 25. ]anuar. Tyle mię o pompatycznym dzisiejszym po- 
grzebowym obchodzie uprzedzono, iż odważyłem się opuścić 
jedną lekcję, aby być nań przytomnym; lecz ponie\vaż raz pier\v- 
szy na podobnym pogrzebie znajdowałem się, przyznam się, 
iż mię okazałość ta z początku omamiła pra \vie i na pamiątkę 
tego zamyślam onę w krótkości przyna jmniej opisać, - a naprzód 
przystępuję do opisania katafalku. 
W środku kościoła, przy sklepieniu, przyczepiony był czarny, 
srebrne mi galonami i kutasami ozdobiony, pa\vilon, który na 
cztery części rozdzielony, dotykał się tyluż kolumn kościoła 
i osłaniał katafalk. Pod tym pa\vilonem \v.lniesione były na 20 
stopniach, kirem okrytych, pysznie złotemi galonami i kutasami 


.
>>>
40 


, 
TEODOR KRASINSKI 


. 


ozdobione mary, na których dopiero leżała trum

; tej przó
 
okryty srebrną blachą, mającą naJ?is. 
ki antabamI I frendz1a
I 
złotemi opasane były, .na trumnIe l
zał. kapelusz obyw
telskI, 
szpada i krucyfiks, nad nią zaś unosił Się WYS?KO polskI OJ:zeł 
Biały, trzymający w szponach napis w złotych hterach: Requ
es- 
cat in pace. W głowach stały dwa posągi, .wyobraż
jące Miner
y 
płaczą.ce, na trumnie oparte. U nóg zas, na dwoch wysokIch 
kolumnach posągi małe genjuszóW płaczących; po bokach kata- 
falku było sześć obelisków, z których cztery miały na sobie. 
srebrne, wielkie Orły polskie, na dwóch zaś ostatnich stały wazony" 
napełnione palącym się spirytusem. Ale najwięcej zastaną.wiał 
przód katafalku. Tu bowiem znajdował się wielki portret sena- 
tora Wa \Vfzeckiego, otoczony chorągwiami, pałaszami, kopjami" 
na wierzchu którego leżał herb jego, u spodu zaś na aksamitnej 
i galonowanej poduszce przypięte były ordery nieboszczyka
 
których ośm znajdowało się. Nakoniec mnóstwo świec jarzących,. 
w okazałych lichtarzach, otaczały katafalk. Wszystkie okna 
kościoła zasłonione kirem, kolumny zaś, gzemsy, facja ty ołtarzów 
. bocznych, okna etc., rzęsistem światłem oświecone były. Sam 
biskup Puzyna celebrował mszę, kazanie miał ks. Nose\vicz,. 
prócz tego egzortę mówił obywatel mar. Lachnicki, wszystkie 
zaś na jdystyngwowańsze osoby w Wilnie i wielkie mnóstwo ludu 
dodawały blasku i okazałości temu wspaniałemu obchodo\vi. 
Orkiestra egzekwowała Requiem, to samo, które na pogrzebie 
Stanisława Augusta grane było \v Peters burgu. Wszystkich zaś 
zastanowił i rozrzewnił koniec egzekwjów, gdy przy odgłosie 
smutnej muzyki i żałobnego śpiewania kapłanów sama trumna 
sztucznie i nieznacznie spuściła się w przygotowane mary, co 
\vyobrażało pogrzeb... 
. d: 27. J 
nuar. Z rana byłem w bibljotece u Kontryma; do- 
wIedzIałem SIę od niego, iż jedno moje tłumaczenie jest umie- 
szczone w tegomiesięcznym D z i e n n i k u.... 

. .30. , Januar. W i a d o m o ś c i B r u k o \Ve... jest to 
maleńkIe p
łarkuszowe pisemko perjodyczne, niemające redak- 
tora, a
e kazdy, kto chce, może w niem co dowcipnego umieścić,. 
- mające na celu poprawę obyczajów. Wyszło onych już ośm 
numeró
. Z
 jdują się tu częstokroć krytykujące dowcipnie 
elegantow, bIrbantów, obyczaje miejskie anegdotki. Lecz nie-
>>>
DZIENNIK 


41 


dawno bardzo uszczypliwa i do\vcipna umieszczona była krytyka 
naszych pp. magnetystów. Trzeba wiedzieć, że ci ichmoście 
bardzo ze swego magnetycznego tonu spadli, dziwiono się, iż 
w roku teraźniejszym kontynuują swoje P a m i ę t n i k i. 
.Wszędzie się z tego cudownego magnetyzmu śmieją, tymże spo- 
sobem W i a d o m o ś c i B r u k o wena większe. go jeszcze 
pośmiewisko podały. 
d. L. Febr. Oglądałem dnia dzisiejszego styczniowy 
D z i e n n i k W i l e ń s ki, \v którym postrzegłem moje wiersze 
wydrukowane. Ten, kto pier\vszy raz tego zaszczytu doznaje, 
niemałe czuć musi ukontentowanie i do dalszej pracy zachę- 
cenie. I p. Kontry m , redaktor D z i e n n i k a, umieścił pochwałę 
ks. Hryniewieckiego i Skibowskiego, a potem i szkołom humań- 
skim piękne dał zalety. 
d. 4. Febr. Postanowiłem pójść na maskaradę... Jakoż 
widowisko to dla swej nowości dosyć d1a mnie interesujące było. 
O godzinie tedy 9 w towarzystwie kilku kolegów pojechałem 
do oznaczonego domu (Miillerów p. w.). Zastaliśmy ju
 nie- 
zmierne mnóstwo gości, a1e to jeszcze mało było \v porównaniu 
do tego zgromadzenia, jakie około 12. godziny zebrało się. \Viele 
było masek, ale większa połowa była osób niemaskowanych. 
Dla zbytniego nacisku nie odważono się tańczyć z początku; 
ale, gdy się zaczęto po bocznych apartamentach rozchodzić, 
stanęli do mazurów i ciągle potem tańczyli. Miałem satysfakcję 
w przypatry\vaniu się maskom, a chociaż większa ich część nie- 
osobliwa była, wiele jednak oryginalną S\vą postacią i gustowne mi 
ubiorami celo\vała... Nie mogę tu zamilczeć także o tem, co mi 
raz pierwszy widzieć zdarzyło się. - \Vosobnym apartamencie 
założony był d\vór króla Faraona. Tu dopiero miałem czas przy- 
patrzeć się zapalonym szulerom, marnotrawiącym najohydniej- 
szym (podług mnie) sposobem czas i majątek. Tu widziałem 
i niefortunnego gracza, z wejrzeniem ponurem opuszcza jącego 
stół; który przegranemi zasypał dukatami, - i szulera, z dziką 
wesołością odchodzącego od banku; wydarłszy nie jednemu 
ostatni grosz z kieszeni, rozkosznie się w przyległym bufecie 
puharami szampana zalewał... 
. d. 5. Febr. Po wczorajszym niewczasie użyłem snu nad 
miarę i już była 9 g., gdy, ocknąwszy się, postrzegłem \\r mej
>>>
42 


. 
TEODOR KRASINSKI 


stancji jednego z m?ich koleg
w, któr
 prz
s

dł zwiastow
ć 
\vcale dla mnie przYJemną nOWInę; donlosł mi, IZ czytał obWIe- 
szczenie dziekana fakultetu fizycznego, który wzywał uczniów, 
którzy \v upłynionym egzaminie okazali postępek w naukach. 
W tych liczbie i ja miałem szczę
cie być. umiesz
zonym. W
r
- 
żone było w pomienione
 ObW1
szczenl
, abys
y .0 
odzlnle 
w pół do czwartej przyszlI do mieszkanIa ks. MIckIewicza dla 
odebrania nagrody, którą Uniwersytet przeznaczył.... Gdy był 
czas udać się do dziekana, poszedłem W towarzystwie dwunastu 
kolegów, w niepewności ciekawy, co to za nagroda mogła nam 
być ofiarowana. Za przybyciem postrzegłem, że to były książki. 
Dzieło mineralogji profesora Drzewińskiego, pięknie opra\vne 
z napisem "Nagrod.a za pilność", na prezent przeznaczone było. 
Ks. Mickiewicz po krótkiej do każdego z nas przemowie w przy- 
tomności czterech profesorów fakultetu dał do rąk pomienioną 
książkę, której każdy egzemplarz miał na czele imię i nazwisko 
. 
ucznia, któremu oddaną była.... 
. 
d. I4 marca. W bibljotece będąc z rana, poznałem się 
z p. Becu, doktorem, któremu p. Kontrym mię zarekomendował. 
Ponieważ on jest dyrektorem oratorjum, mającego się egzekwo- 
wać w \Vielki Piątek, więc prosiłem go o pozwolenie należenia 
do liczby egzekutorów. Przystał na to chętnie i ja \vziąłem glos 
altówki; doniósł mi, iż w sobotę po południu będzie pierwsza 
wielka próba ora torjum, trzeba więc, żebym się na ten dzień 
przygotował.... 
....Z kolei uczni, odwiedzających gabinet mineralogiczny, 
mnie dziś z kilku innymi być wypadło.... abym dał wyobrażenie 
o mnogości kamieni w gabinecie wileńskim, powiem, iż cztery 
wielkie sale zapełnione są szafami i stołami, na których porządnie 
podług klas i gatunków ułożone kamienie ukazują oczom nader 
przyjemny i zadzi
a jący widok. . 
, d. I7. m

ca. Dzień dzisiejszy jest przeznaczony na pierwszą 
pr
bę or
t?f)um. O drugiej godzinie udałem się do wyznaczonej 
sah, gdzIe JU
 wszyscy zgromadzeni byli. Muzyka od pierwszego 
razu udała SIę dobrze. Można sobie wyobrazić z wyliczenia osób, 
wchod
ących d? egzekucji, o wspaniałości w egzekwowani
 tego 
oratof]um: "SIedem słów Chrystusa na krzyżu'
.... Ogółem
>>>
DZIENNIK 


43 


osób przeszło 120. We środę przyszłą będzie próba wielka na 
chórze w kościele akademickim ś. Jana. 
d. I9 marca. Pogoda piękna dnia tego zachęciła mnie, abym 
się udał na przechadzkę..... poszedłem na cmentarz nobilium, 
z,vany katakomby. Miejsce to jest jednem z znakomitszych 
w Wilnie... Z pomiędzy wszystkich nagrobków najwięcej mnie 
zastanowił prostotą i pięknością swoją pomnik, wystawiony 
Euzebjuszowi Słowackiemu, który zbyt 'wcześnie i z żalem roda- 
ków, z nieporównaną dla litera tury polskiej szkodą użytecznego 
społeczności krajowej dokonał żywota '\v 1814 roku. Kogoz nie 
wzruszy i nie zastanowi \vidok prostej mogiły, na której nie- 
kształtnie ułożony stos kamieni zwyczajnych, naturalnie gdzie- 
niegdzie sterczących lub obwisłych, wśród których z ukosa i jakby 
od niechcenia leżący gładki kamień nosi na sobie najprostszy 
napis "Tu lezy Słowacki"?.. Kilka ponurych jodeł i sosen, 
obszernemi swemi gałęziami otulając grobowiec, niezmienną 
zielonością zdają się same jedne wśród śmiertelnych szczątków 
okazywać znaki życia.... 
d. 2I marca. O naznaczonej godzinie zebrali się \vszyscy 
amatorowie na chór. ('v kościele ś. Jana), gdzie już p. Becu kazał 
uporządkować i przygotować wszystko należycie, aby 120 osób 
wygodnie mieścić się mogło. Stąd wnosić można o obszerności 
tego chóru. Muzyka udała się jeszcze lepiej, niż za pier\vszym 
razem... Wszelkie poczyniono ostrożności, aby nikt obcy i nie- 
potrzebny do chóru nie wchodził, dlatego wszystkim należącym 
do oratorjum rozdano na \Vielki Piątek bilety. \Vszyscy z nie- 
cierpliwością oczekują dnia tego, w którym odbyć się ma raz 
pierwszy tak i1iepospolita muzyka. 
d. 22. marca.... Prenumerowałem na no\ve pisemko perjo- 
dyczne pod tytułem G ę b a c z. Dziś odebrałem pier\vszy nu- 
mer, za\vierający pół arkusza. Jest to \v tym samym guście, 
jak \V i a d o m o ś c i B r u k o w e, tylko \v lepszej edycji 
i podobno będzie to kontr-brukowista.. Później przyszlę do 
domu obadwa te pisn1a perjodyczne, które są bardzo zaba\vne. 
\V i a d o m o ś c i B r u k o w Y c h wyszło już numerów 16. 
Wiele jest w nich artykułów bardzo zabawnych; lecz niektórych 
dla ironji i skrytości zrozumiećby nie można \v tamtych stronach, 
nie wiedząc tutejszych okoliczności.:..
>>>
44 


TEODOR KRASIŃSKI 


d. 23. marca.... Godzina druga dała hasło .a
torom 
bie- 
rania się do kościoła święto
ańs1dego: Cał
 ko:cloł 
a
ełnl?
Y 
był już od południa osobamI znakomItszemI, ktore nleclerphwle 
chwili tej oczekiwali, \v której da się usły
zeć muzyka... Pod 
chórem \vystawiony był grób święty, nad którym zaczęło się 
w grzmiącem adagio ora torjum. p
 tej intro


cji zair:ton?\vały 
głosy pierwsze słowa Chrystusa "OJcze, odpusc Im, bo nIe \vledzą., 
co czynią", po których nastąpiła muzyka z chórem. I tak na- 
stępnie po każdem słowie odzywała się muzyka w adagiach,. 
andantach lub moderatach... Ale ostatnie presto, wyobrażające 
trzęsienie ziemi i wzruszenie natury całej po zgonie Chrystusa, 
które muzyka cała ze wszystkiej mocy i prędkości egzekwowała 
 
tak dobitnie i mocno malowała to okropne zdarzenie, iż wszyscy 
słuchacze przerażeni i zachwyceni przez cały ciąg onego zosta- 
\vali. Głośne pienia chorów rozlegały się po obszernych sklepie- 
niach kościoła, a od ogromnego huku trąb, kotłów i puzonów 
mury świątyni trzęść się zdawały. Nakoniec o godzinie wpół 
do piątej wszystko umilkło i ora torjum odbyte zostało... Jeden 
z akademików nazwiskiem Grzymała przetłumaczył tekst włoski 
ora torjum na wiersz polski i ten wydrukował na dochód ubogich 
t ypograf Zawadzki. 
d. I. APril. Z rana kazałem za\vołać pieczę tarza i obstalo- 
wałem pieczątkę z obustron z. dewizami. Na jednej gołąbek, 
trzymający w dziobie list, w dole którego napis "Voles, ou fe 
voudrais etre". Na drugiej - takiż gołąbek z napisem "Conso- 
lation de l' absence".... 
\Vieczorem byłem na teatrze. Reprezentowana była wielka 
opera w 5 aktach z francuskiego p. Bogusławskiego p. t. A x u r, 
k ról ° r m u s.... Z pomiędzy aktorów, którzy wszyscy egze- 
k\vowali wybornie "'operę, odznaczyła się w roli Aspasji szczegól- 
n
m tale
te.
 i najprzyjemniejszym głosem niejaka p. Aszper- 
gIerowa, sWlezo z Warszawy przybyła \vraz z mężem swoim. 
\
yśmienita ta aktorka, łącząca z pięknością ciała, zgrabność, 
m
y głos w śpiewaniu i deklamacji, jest teraz ozdobą' warsza w- 
sklego tea
ru. Przyb
szy do \Vilna na czas niejaki, pierv;szy 
raz wy.stąpJła w operze I na?er liczne ściągnęła oklaski i pochwały. 
Prz!

zła ona z so
ą pocles
ną dla teatru \vileńskiego wiado- 
mosć, IZ BogusławskI ma przyjechać do Wilna na początku maja.
>>>
DZIENNIK 


45 


Naó\vczas to będzie pole popisywania się artystom dramatycz- 
nym wileńskim, między którymi jest kilku niepospolitych i którzj 
w dwojnasób powiększą sceny tutejszej zalety, gdy nimi znako- 
mity w literaturze ojczys.tej rodak i ojci
c drama tyki polskiej 
dyrygować będzie. 
. 
d. 9 A prilis. Byłem na teatrze. \Varto było pójść na benefis 
nowoprzybyłej p. Aszpergierowej, która wszystkim mocno si
 
podobała. Zresztą nowość sztuki, dziś reprezentowanej, zachę- 
ciła mnie. Była to nowa opera wie!S7em przez Niemcewicza 
w 3 aktach p. t. J a n K o c h a n o w s k i \v C z a r n o l e s i u. 
Samo imię autora mówi za niepospolitością tej sztuki. Muzyka 
zaś p. Kurpińskiego, dyrektora orkiestry warszawskiej, przyda- 
wała jej niemało piękności. Rzecz jest wcale nieinteresująca 
i niemająca intrygi, podoba się jednak przez to, iź wystawia 
okoliczność z życia sławnego rodaka, który dla każdego z Polaków 
jest ważną i interesującą osobą. Treść jest taka, iż Kochanowski, 
mieszkający \v swej włości, zwanej Czarnolesie, wydaje zamąż 
siostrzenicę swoją, Hannę, za Odrowąża, rycerza polskiego, któ- 
rych miło
ci przeszkadza Odentowski hrabia, starający się o rękę 
Hanny. Ten jednak przy końcu, widząc lepszą sprawę swojego 
ry\vala, odstępuje oną Odrowążowi. Lecz co w reprezentacji tej 
-opery najmocniej uderzało to, iż p. Kuczyński, grający rolę Ko- 
chano\vskiego, był zupełnie prawi
 podobny do portretu poety 
tego, w Wyborze Pisarzy Polskich umieszczonego. To ułożenie 
włosów na głowie, te rysy, ta mała bródka, ubiór na koniec wcale 
był stosownie i trafnie udany. Muzyki starodawne mazurki, 
polonezy, i śpie'wy, przypominające cnoty, szlachetną prostotę 
przodków naszych, najżywiej przejmowały serca Polaków, przy- 
klaskujących każdemu słowu, patrjotyzmem tFhnącemu. Na 
końcu reprezentacji panna Górska, najpiękniejsza ze wszyc;tkich 
aktorek wileńskich, chociaż wcale mierna, z p. Piotrowskim, 
także aktorem, tańczyła dość zgrabnie kozaka. Oboje byli pięk- 
nie w kozackich ubiorach przebrani. 
d. IO A prilis. Dzisiejszy afisz ogłaszał dawną i ulubioną 
operę p. t. Kra k o \v i a c y i Gór a l e. Nie mogłem opuścić 
tej tak zachwalonej sztuki, która pomimo da\vności swojej dotąd 
podoba się jednostajnie. Zdawało mi się, że na żadnej jeszcze 
.sztuce aktorowie nie egzekwowali lepiej, jak teraz. Aszpergie-
>>>
46 


, 
TEODOR KRASINSKI 


rowa \V roli Basi nie\vymownie mi się podobała. Prz
jemną był
 
rzeczą słyszeć znajome i tylekrotnie 
,,:tar
ane z. te] narodowe] 
opery piosenki. Wesołe tańce krako\vlakow, Ich ubl0r'y ?ustowne: 
żwawi znowu górale i ich skoczne i zaba\vne arY]
I. po koleI 
zaba\viały. Nie mogłem dosyć się n
patrzeć, nasłucha
 1 nachw
: 
lić tego \vszystkiego i wyszedłem z teatru wesoły, mając w mysh 
wszelkie okoliczności tej nieporównanej opery. 
. . 
d. 23. APril. ...Dzień dzisiejszy, oznaczony uroczystosclą. 
św. Jerzego, jest znakomitą w Wilnie epoką. Jest to noc św. 
Bartłomieja, są to nieszpory sycylijskie dla tych, którzy, na; 
chwyta wszy się bez miłosierdzia, póki im wierzono, dziś nie mogąc 
lub nie chcąc oddać, kryć się muszą przed obliczem kredytorów, 
jak nietoperze cho\vać się zwykły przed obliczem jashego słońca. 
\Vielka liczba przybyłych z całej Litwy obywateli na teraźniejsze 
wileńskie kontrakty znacznie powiększyła ludność (miasta p. w.). 
Na placu Ratuszowym \vielki był nacisk przechadzających się; 
ze\vsząd tylko słychać głosy o procentach, o kapitałach, o eksdy- 
wizjach, o pieniędzach, o majątkach i tym podobnych artyku- 
łach. Rozmaite otworzyły się spektakle i zabawy. Kilku przy- 
byłych artystów muzycznych dawało \v. przeciągu tygodnia 
'koncerty, jako to: Biały na skrzypcach, Ławczyński na wiolon- 
czeli, Besser na flecie i żelaznych skrzypcach: Frankowa wo- 
kalny koncert dawała... Nakoniec teatr występował codziennie 
z pięknemi sztuka mi dla przyciągnięcia licznej publiczności 
i niemały przez tydzień profit odniósł. 
D. 30. APril ...Dziś popołudniu, będąc na lekcji botanicznej, 
przeczytany zostałem na liście studentów, którzy po kilku od- 
wiedzać mają gabinet historji naturalnej i ogród botaniczny... 
Dziś więc z kolei za prowadzono nas w liczbie dziesięciu na przód 
do gabinetu historji naturalnej. Tu dopiero miałem zręczność 
przypa trzenia się wielu osobliwościom, które w sześciu salach 

 porządnie ułożone... W pierwszej sali jest zebra, \vypchany 
Jest bar
zo pięknie. Tu widzieć można także wiele ptaków i ma- 
łych 
wlerząt czworonożnych. Inne sale są za pełnione samemi 
p
aw
e produktami .zieł:łnemi, jako to, kamieniami, petryfika- 
cJ
ml etc. ZnakomIta Jest sztuka ołowiu czer\vonego syberyj- 
skIego za szkłem utrzymywana, wartująca 1000 cz. zł., także 
sztuka rzadka przezroczystych kryształów siarki. Są piękne 


.
>>>
DZIENNIK 


47 


stoliki, sztuczkami kamieni najpiękniejszych \vykładane. Zna j- 
duje się kolekcja znaczna tabakierek najpiękniejszej roboty z ta- 
kichże kamieni. Kilkanaście sztuk naczyń dość widkich, z jednej 
sztuki kryształu górskiego \vyroQionych, tudzież rozmaite na- 
czynia, z pięknych kamieni gustownie szlifowane. \Varte są także 
widzenia wielkie sztuki bursztynu, w którym są naturalnie za- 
warte rozmaite drobne owady, jako to mrówki, muchy, komary 
itd.... Lecz większą część gabinetu zajmuje bardzo liczna kolekcja 
muszli... Oprócz tego znajduje się tu kilka słojów, mających 
w sobie umieszczone w spirytusie nieKtóre osobliwsze krajowe 
ga tunki wężów, jaszczurek itp... Widziałem tu portret Walic- 
kiego, hrabiego, który całą kolekcję muszli darował tutejszemu 
gabinetowi. Większa część osobliwości z jego daru pochodzi. 
Dlatego portret tego zacnego magnata mieści się w gabinecie, 
aby każdy, oglądając go, wzbudził w sobie uczucia dziękczy- 
nienia i uwielbienia szczodrobliwości tego wspaniałego męża. 
d. I. maja.... Po południu ks. Jundziłł zaprowadził nas 
k
lku do ogrodu botanicznego, oranżerji i trepauzów. Tu znowu 
\vidziałem osobliwości z innego królestwa przyrodzenia... Tu 
\vidziałem cedry wysokie, pomarańcze, cytryny, na drzewach 
\viszące, ogromne aloesy; niezmierne banany, których liście po 
trzy łokcie długości, a po łokciu szerokości ma ją; cudowne mi- 
. mozy, których listeczki za zbliżeniem palców kurczą. się i schy- 
lają, jakgdyby się wstydziły, dlatego wstydliwe mi są nazwane; 
krzaki kawy i herbaty; trzcinę cukrową, palmy różne, rośliny, 
celujące pięknością kwiatów etc. etc.... 
d. 3. maja. ...Dziś zabrałem znajomość, z której jestem 
kontent i która mi nadal pożyteczną być może, t. j. z jp. Igna- 
cym Lachnickim, redaktorem P a m i ę t n i k a 1\1 a g n e- 
t y c z n e g o i razem naczelnika m a g n e t y s t ó \v. Jest to 
człowiek młody, lecz na jwyborniej szej edukacji, posiadający 
przy gruntownych naukach wiele pięknych talentó\v, mający 
świetną w Wilnie reputację, słowem, jest to nec plus ultra. Przy- 
rzekł mi, iż będę przytomny na jego doświadczeniach magne-. 
tycznych, które wkrótce rozpocznie. 
d. 6. 11
aja.... Po południu miałem li siebie zacnych gości: 
był p. Kontrym z p. Lachnickim. Lachnicki mi przyniósł P a- 
m i ę t n i k 1\1 a g n e t y c z n y, o który prosiłem, aKontrym
>>>
48 


TEODOR KRASIŃSKI 


. 


zrobił mi przyjemną siurpryzę, przyniósłszy list .od mamy, który 
od pocztyljona odebrał. Chciałen: ich z
 ;prosIć na czekoladę, 
ale się wymówili i niedługo u mnIe ba will.... . 
d. 9 maja. ...posz]iśmy. do gabin
tu .a
atomlcz
ego. Tu- 
chociaż, zdaje się, byłem w przybytku śmle
c
, Jednak 
l1e mogłem 
si p dość wydziwić rozmaitym szczególnIejSzym Illieszczącym 
si; tu przedmiotom. W pierwszej sali znajduje się wiele szkie- 
letów ludzkich, w rozmaitych postaciach uszykowanych, na 
stołach zaś leżą rozmaite części kości naj porządniej ułożone. 
W innej są szafy, za pełnione niezliczonem mnóstwem słojów 
szklanych, nalanych spirytusem, w których widzieć można wszyst- 
kie części ciała ludzkiego, oddzielnie na j piękniej i v{ zupełnej 
całości zachowane. Lecz najbardziej zastanawia kolekcja ma- 
łych dzieci i niemowląt, których natura upośledziła, dając im 
poczwarne i okropne postacie. Najwięcej jest bliźniąt, zrosłych 
razem rozmaitym kierunkiem... W ostatniej nakoniec sali znaj- 
dują się całkowicie zasuszone i pokostowane korpusy, którym 
sztuka szczególniejsze nadała figury. Podoba się kolekcja, wy- 
obraża jąca rozłożenie systematu sercowego w człowieku; tu 
i serce i wszystkie od niego idące żyły są pokostowane koralową 
farbą.... Między zasuszonemi korpusami jest najznakon1itszy 
j"eden, zrobiony za czasów Briotego, medycyny i chirurgji dok- 
tora, który. wówczas był anatomji profesorem. Jest to ciało 
jednego złoczyńcy sławnego, który, mając pójść na stracenie, 
kilka godzin przed egzekucją po\viesił się w więzieniu, na pisa wszy 
,vprzód te słowa: "Djabłu duszę, a ciało Briotemu" - i na tę 
-pamiątkę korpus jego zachowano. Tu znajduje się także nie- 
dawnemi czasy znaleziony korpus w piasku, w dość znacznej 
-
łęboko
ci zupełnie zasuszony... Kończy gabinet anatomiczny 
lntereSująca bardzo kolekcja, kilkadziesiąt słojów wynosząca, 
która wystawia epoki rozmaite formowania się płodu człowie- 
czego .w żywocie macierzyńskim, począwszy od tygodnia po 
pOCZęCIU. aż do chwili przy wyjściu na świat.... Przeszliśmy 
. {nas.tęp
Ie p. w.) do innego od1ziału gabinetu anatomicznego, 
za Wlera jąceg? .w so.bie ana t?mję zwierząt. Tu przedmioty nie 
tyl
 okropnoscI zaWIerały. PIękny był widok mnó5twa szkieletó\v 
zWIerząt rozmaitych, których rozmaity sldad i szczególniejsza 
budowa zajmovTała uwagę. I tu są monstra zwierząt, jak np.
>>>
\ 

 



._. 


. 


..... 


.....,.. 


.,... 


'(" 


,. 


A.sźqże AdaJIl Czartoy)'ski. 


. .. 
-ł.: 


f 
J 


...,.
>>>
DZIENNIK 


49 


cielę z d\viema głowami a sześciu nogami, prosię o dwuch nogach, 
o czterech głowach i jednem oku itd. itd. Nakoniec bawiło po- 
rządne uszykowanie niby drzewek z gałęziami, na których przy- 
twierdzone są szkielety mnóstwa ptakó\v... 
d. IO maja. I dziś widzieliśmy dość pięknych rzeczy. Ks. 
kanonik Bogusła\vski ma kolekcję portretów sławnych Polakó\v. 
Staruszek ten wesoły i zabawny swoją oryginalnością cieszy się 
bardzo, jeśli kto, zdjęty cieka\vością, przychodzi odwiedzać 
domek sławnych Polaków (tak on go nazywa). Poszliśmy tedy 
dziś do niego i, zarekomendowa\vszy się mu, byliśmy grzecznie 
od niego przyjęci; oprowadzał nas po swoich apartamentach, 
całkowicie okrytych obrazami większemi i mniejszemi. Kolekcja 
ta dosyć znaczna jest niemało ciekawa. Staruszek, lubiący ga- 
\vędę, a przytem lubiący się pochwalić, opowiadał, jak \v czasie 
bytności \v jego domu imperatora pokazywał mu owe malo- 
widła; cytował nam swoją z nim rozmowę itd. On nazywa siebie 
burgrabią domku sławnych Polaków i tak się za wsze rekomen- 
duje. Naprawił nam tysiąc facecyj... 
d. I3 Maji. Zielone świ,ta. Na ulicach niektóre domy były 
pięknie ma jem poubierane, mianowicie ks. Bogusławskiego .ozdo- 
biony był girlandami jodłowemi w rozmaitych deseniach i oto- 
czony gałęziami brzozowe mi. Stary dziwak chce koniecznie, 
aby domek sławnych Polakó\v między inne mi się odznaczał.... 
Poszedłem ° g. 10. rano do Lachnickiego. Wkrótce potem 
przyszedł Bohdanowicz, zecer w drukarni Zawadzkiego, którego 
magnetyzowanie jest w P a m i ę t n i k u ogłoszone; ale że on 
teraz jest zupełnie zdrów, więc tylko co d\va tygodnie Lachnicki 
go magnetyzuje. Teraz na moją prośbę kazał go zawołać i odbył 
tę cudowną operację. Spodziewam się, że każdy będzie ciekawy, 
wiedzieć szczegóły tego magnetyzowania, zwłaszcza z ust bez- 
stronnego, który pierwiej najmniejszej temu nie da wał wiary. 
Posadziwszy go na kanapie, siadł Lachnicki naprzeciw niego 
i na stoliku przy nim będącym kazał postawić szklankę wody. 
Kaza wszy pozamykać drzwi wewnątrz i za puścić firanki u okien, 
położył siedzącemu na kanapie poduszkę 'v głowach i rozpoczął 
dopiero operację rękami, obwodząc w rozmaitych kierunkach 
od głowy aż do kolan; dotykał się oczu, piersi, głowy, rąk; które 
te działania trwały około 6 minut. \V przeciągu onego magne- 
z filareckiego świata. 4
>>>
50 


TEODOR KRASIŃSKI 


tyzowania począł nieznacznie blednąć i oczy jego pomimowoli 
się zamykały. Wtedy magnetyzujący podał mu szklankę z wodą, 
której się trochę na pił. W tym momencie głowa mu na piersi 
zwisła, oczy \v pół otworzyły się i pochylił się na poduszkę.- Lach- 
nicki o bwiódł go kilka razy rękami, po czem za pytał: "Czy 
śpisz". - "Śpię", cichym głosem odpowiedział. W tedy dał mi 
znak Lachnicki, że już zostaje \v mocnym śnie magnetycznym. 
Zbliżyłem się do głowy jego, żebym wszystko słyszał, co prze- 
mawiać będzie. Spytał się go Lachnicki: "Jak się teraz masz?" 
_ "Jużem zdrów, tylko trzeba mi koniecznie na wieś wy- 
jechać, żeby brać kąpiele z wody stawowej. II 
"Czy pijesz lekarstwo, coś sobie wyznaczył?U 
_ "Zawsze piję; zobacz na łokciu, już dobr
e skutkuje. Ul 
Zobaczyliśmy na łokciu, w którym w s\vej chorobie dozna\vał 
wielkiego łamania, znaczną wysypkę. Potem pytał się go dalej: 
"Czy możesz teraz co gadać inszego; żebyś co temu panu, co 
koło ciebie siedzi, poradził ?" 
_ "Daremnie czeka, ja teraz komu innemu radzić nie mogę".. 
Zostawiliśmy go na trzy minuty w spoczynku; wtem po- 
strzegliśmy, iż on prawą rękę coraz posuwał do stolika, który mu 
w głowach stał. W momencie porwał za nóżkę u stolika, ale tak 
silnie, że mu wszystkie żyły u ręki naprężyły się. Ustawicznie 
się zżymał i kilka razy powtarzał te sło\va: "Niegodziwy, udajesz 
przyjaciela!" Domyśliliśmy się, że on musi się gniewać na jakie-o 
goś swego kolegę. Gdy mu ten gniew magnetyzujący zgasił, 
raptownie opuścił rękę, którą trzymał nóżkę u stolika, i począł 
gwałtownie oddychać. Spytał się go Lachnicki: "Długo spać 
będziesz?' · 
- "Obudź mnie zaraz"; wtem wziął za rękę Lachnickiego, 
położył ją na swojem kolanie prawem i rzekł: "Ściśnij mocno! ", 
A gdy uczynił, nagle się i z wielką przykrością ocknął, dreszcz 
go porwał; Lachnicki dał mu się napić wody. Poczem zaczął 
przychodzić do przytomności, przecierał ocz y, ale najwięcej 
przypatrywał się swojej prawej ręce i skarżył się, że go bardzo 
boli. Spostrzegliśmy, że były na niej cztery znacznie wyciśnięte 
ręby, których dostał wtedy, gdy w złości mocno porwał za nóżkę- 
u stolika. Gdy wstał i odział się, pytaliśmy się go, czy pamięta,. 
co gadał. Bynajmniej nie pamiętał. Spytaliśmy się, czy ma 


.
>>>
DZIENNIK 


51 


jaką wysypkę; ździwił się, gdy mu pokazaliśmy na łokciu jego, 
której nigdy nie spostrzegł. Zada waliśmy mu teraz pytanie, 
na kogo się on gniewa; odpowiedział, że ma nieprzyjaciela, ale 
go wymienić nie chciał. Oto wierna wiadomość o tym dziwnym 
wypadku, którego byłem dziś jedynym świadkiem. Niechże 
mi teraz kto powie, że magnetyzm jest niczem! Nie można było 
widzieć większego w tym względzie niedowiarka, jakim ja by- 
łem, ale po tern wszystkiem, com dziś widział, uznaję i wierzę, 
że to coś jest takiego, czego dociec żadnym sposobem nie można... 
d. I7. maja. Dziś z radością teatru wileńskiego przybył 
długo oczekiwany i pożądany aktor wzorowy, j. p. Bogusławski. 
Dopiero to coś lepszego usłyszymy. Goreję niecierpliwością 
widzenia go. Niewiadomo, jaką sztukę da na pierwszą repre- 
zentację. 
d. I8 maja. Dowiedziałem si
, że w ni
dzielę ukaże się Bogu- 
sławski w tragedji sławnej H o r a c j u s z e, w roli starego 
Horacjusza. 
d. 20 11'taja. ...Nad wieczorem, gdy był czas udania się na 
teatr, pośpieszyłem, gdyż dziś to jp. Bogusławski miał pierwszy 
raz wystąpić. Nacisk na parterze był bardzo wielki. Wszystkie 
loże pełno zajęte. Każdy pałał chęcią widzenia i słyszenia tego 
wzorowego aktora. Nakoniec zaczęto spektak1.... Skoro wy- 
stąpił stary Horacjusz, runęły ze wszech stron tak żywe oklaski, 
ja kich dotąd na tutejszym teatrze słyszeć się nie zdarzyło. Nie 
mogłem się dość nasłuchać jego przedziwnej dekla ma cji, pr
y- 
jemnemu organowi mówienia, napatrzeć się jego naturalnym 
i szlachetnym gestom, których on tak zręcznie używa, iż naj- 
mniejszej przesady w nich postrzec nie można. Lecz cóż powie- 
dzieć o końcu trzeciego aktu, który jest chef-d'oeuvre tragedji, 
a miejscem najgłó\\lliejszem w tej sztuce I Kiedy stary Horacjusz, 
nie pewny o losie bitwy trzech jego synów z trzema Kuracjuszami, 
ma jącym decydować o losie Rzymu, odebrawszy wiadomość 
od Julji, iż dwaj jego synowie pobici, a trzeci, przeciw trzem 
mając walczyć, uciec musiał z placu, przeklina go - i pytającej 
się Julji, cóż miał czynić, gdy sam jeden przeciw trzem pozostał, 
daje odpowiedź: "Umrzeć l" Odpowiedź, która jest wzorem 
prawdziwej górności uczucia. Tu dopiero otwiera się pole popi- 
sywania się Bogusławskiemu; któż dość pochwali wyraz, ton, 
4*
>>>
52 


TEODOR KRASIŃSKI 


gesta, deklamację, z jakiemi on tę najważniejszą wystawił scenę ł 
Niepodobna było od łez się wstrzymać w tern miejscu. Słuchacze 
zapomnieli zupełnie, gdzie się znajdują, widząc go tak naturalnie 
egzekwującego s,vą roję... Po skończonej reprezentacji publicz- 
ność wywołała Bogusławskiego, obsypując go brawem i nie- 
ustannemi oklaskami. Pięknie się znalazł, czyniąc gładką do 
publiczności odezwę, w której za łaskawe jego przyjęcie składał 
podziękowanie. 
d. 23 maja. Dotąd nie zdarzyło mi się być w sali skulpturo- 
wej. Dziś więc miałem sposobność zobaczenia onej. Profesorem 
snycerstwa jest p. Jelski. Uczniów zaś tylko trzech. Niemało 
jest biustów. Między inne mi najpiękniejsze obu Śniadeckich 
i kilku dawniejszych profesorów Uniwersytetu. Są także nie- 
które statuy i figury z gipsu robione. 
d. 5. czerwca. Dziś w wieczór przybył do Wilna długo wy- 
glądany i spodziewany ksią.źę Czartoryski, kurator. Natychmiast 
między profesorami w Uniwersytecie taki się wszczął ruch, jak, 
przypominam sobie, między studentami w szkołach, kiedy wizy- 
tator przyjedzie. Książę ma zupełną władzę nad Uniwersytetem 
i może odmienić lub zrobić, co mu się podoba. Dla tego wszyscy 
drżeć muszą przed nim. 
d. 6 czerwca. Dziś widziałem Czartoryskiego. Jest to, czło- 
wiek średniego wieku, przystojny, nielubiący znaków godności, 
i za wsze się tak ubiera, iż go nigdy nie można wziąć za takiego, 
jakim jest. Słyszałem, że jest bardzo dumny, wszystkich bez 
wyjątku inacł;ej nie nazywa, jak tylko: Asan. Najwięcej musi 
mieć przy nim Rektor Uniwersytetu subjekcji. Gdziekolwiek 
się Kurator obróci, ten musi być zawsze paradnie ubrany, to jest 
w mundurze, w krótkich spodniach, w trzewikach i przy szpadzie. 
Teraźniejszy rektor jest dość stary, więc mu nie bardzo miło tak 
się stroić. Słychać, że Książę będzie wszystkie lekcje wizytował, 
a to dla dowiedzenia się, jak tłumaczą profesorowie... 
d. 7 czerwca. ...Na lekcję chemji przyszedł Czartoryski z rek- 
torem Malewskim. Miałem czas należycie Księciu się przypa- 
trzyć. Poznałem dopiero, jak to w każdym stanie przytomność 
wyższej osoby ambarasuje. Ów Śniadecki, filozof, który na 
,vszystko obojętnem patrzał okiem, dziś jednak na niespodzie- 
wane przybycie Kuratora, zmieszał się, czego się po nim żaden
>>>
DZIENNIK 


53 


nie sfXJdziewał. Nie tak to się on zmieszał, jakby kto inny na 
jego miejscu, ale wszelako można było postrzec różnicę w sposobie 
jego tłumaczenia, zawsze tak płynnem, teraz nieco drżącem 
i przerywa nem. Ale to tylko kilka minut z początku trwało. 
Po skończonej lekcji Czartoryski zada wał kilka pytań Śniadec- 
kiemu, po których poznać było można, że wcale teraźniejszego 
stanu chemji nie rozumiał... . 
d. I4. 8-bris. ...Po skończonej reprezentacji ukazał się obraz 
szczególniejszego gatunku, przeznaczony na obchodzenie święta 
jakiej osoby z familji cesarskiej. Nic przedniejszego w tym ro- 
dza ju widzieć nie można. Tableau to jest wynalezienia prezydenta 
Chodźki, a przez malarza Rustema do skutku doprowadzone... 
Po odsłonieniu kurtyny daje się widzieć zasłona z gazy najprzed- 
niejszej, za którą znajduje się obraz góry Olimpu; na wierzchołku 
onej stoi świątynia sławy, mieszcząca w sobie popiersie cesarza 
lub osoby jego familji, której święto jest obchodzone. W różnych 
góry wysokościach spostrzega się wszystkie bóstwa starożytności. 

Iuzy, gracje, genjusze... Aktorowie, dzieci wyobrażają je w ta- 
kich pozycjach, w jakich malarze w mitologicznych wystawiają 
nam obrazach.... Z zachwyceniem spektatorowie obraz ten 
rozważa ją... Można pochwalić wyśmienity projekt zacnego 
obywa tela, który należy do dyrekcji teatralnej i przykłada się 
do rozmaicenia za ba w publiczności. 
d. I9. 8-bris. Dziś kupiłem kilka książek tanio u jednego 
żyda, który roznosi po ulicach książki. Widzę, że u nich można 
dobrych ksiąźe k czasem dostać. 
d. 2I. 8-bris. Już to co do niedzielnych nabożeństw pilnuje 
się zawsze jednostajnego porządku. Najczęściej bywam u domi- 
nikanów, bernardynów, a zawsze co niedzieli w katedralnym 
kościele nie opuszczam kazania ks. Nosewicza, który godnie 
obowiązek kaznodziei wypełnia. Kazania jego nie są długie, 
lecz pięknym stylem napisane i przedziwnem \vysłowieniem 
oddane, i on słusznie, wyjąwszy niekiedy używanie prowincjo- 
nalizmów, których się nie wystrzega, za doskonałego mówcę 
jest tu miany. 
d. 22. 8-bris. Przed dwoma tygodniami wieść się rozeszła, 
jakoby Adam książę Czartoryski, kurator Uniwersytetu, zabity 
został w pojedynku z Pacem.... wszyscy powszechnie żałowali
>>>
54 


TEODOR KRASIŃSKI 


wczesnej i nikczemnej stra ty tego znakomitego i nauką wsła- 
wionego męża, w której na jwięcejby poniósł Uniwersytet Wi- 
leński. Wszędzie o tern gadano, rozmaicie okoliczności wypadku 
tego odmieniano, aż oto niedawno pogłoska o śmierci Czarto- 
ryskiego okazała się być fałszywą. Pra wda, że Pac go wyzwał 
na pistolety, ale pojedynek ten przez zwierzchność aresztowany 
został... . 
d. 24. 8-bris. Trafiło mi się dziś być w jednem miejscu raz 
pierwszy, w miejscu znakomitern, gdzie się odbywa dotąd w roku 
zeszłym jeszcze rozpoczęta Komisja t. zw. Radziwiłłowska. Wi- 
działem tu ośmiu poważnych panów litewskich, zasiadających 
u stołu sądowniczego, na czele których był prezydent Pociej, 
znakomity litewski obywatel, jeden z pierwszych magnatów 
wileńskich. Słyszałem plenipotentów, indukujących sprawy, 
którzy krzyczeli, łajali, a to obcym wcale dla mnie prawniczym 
językiem... 
d. 25. 8-bris. Będąc u Kontryma złapałem coś do roboty 
dla umieszczenia w D z i e n n i k u W i l e ń s kim. Niewielka 
to rzecz jest, co mi dał, ale prosił mnie Kontrym, żebym mu prze- 
tłumaczył z rosyjskiego jednego pisma perjodycznego artykuł 
o kozakach zaporoskich. Będzie tego wszystkiego ze sześć arkuszy 
i ja, przyrzekłszy to wypełnić, wziąłem się do robot y... 
d. 26. 8-bris. Umarł tu jakiś marszałek trocki, Potrykowski, 
obywatel majętny, i ma być jutro pogrzeb jego u bernardynó\v. 
Dowiedziałem się o tern z małych drukowanych afiszów, gdzie 
familja zmarłego zaprasza publiczność na pogrzeb. Niechby 
sobie obwieszczenie takie przybite było na drzwiach kościoła, 
ale te rozrzucano po kawiarniach, bilardach, trakt jerach..... 
d. 4. 9- bris . Będąc w kościele katedralnym na nabożeństwie, 
umyśliłem wstąpić do sali sejmowej, która stąd jest niedaleko. 
Jeszcze się nic ważnego nie odbywało, listę tylko wotujących 
układano. Uważałem że lista wotujących do 200 kilkudziesięciu 
się rozciągała i to ty1ko obywateli powiatu wileńskiego. Straszny 
jest nacisk Litwinów. Sala sejmowa do tego mała... 
Afisze ogłaszały pierwszą maskaradę na dochód ubogich, 
pod opieką Towarzystwa Dobroczynności zostających; niektórzy 
akademicy mieli rozdane bilety, aby między sobą rozbierali. 
U Korsaka dostałem i ja biletu, którego cena zł. 4...
>>>
DZIENNIK 


55 


Trzy aktorki teatru wileńskiego, między niemi Górska, 
którą tu nazywają Izabelką, ciągnęły za sobą roje młodzików, 
gdyż ta jest prawdziwie piękną tak, iż do rzędu pierwszych 
piękności wileńskich należy. Dwie prawie było masek które 
dowcipnie wymyślono i dobrze zrobiono, a te chodziły w parze. 
Był to "Szlachcic Brukowy na łopacie" który w jednej ręce trzy- 
mał łopatę z napisem "Leci a leci", a drugą prowadził swoją 
przyjaciółkę, brukarkę, mającą miotłę w ręku, na której poprzy- 
czepiane były kartki z napisami różnych artykułów W i a d o- 
m o ś c i B r u k o w Y c h. Maska brukarki przedziwnie była 
zrobiona i wyobrażała zgrzybiałą babę. Te więc tylko maski 
ściągały na siebie uwagę.... 
d. 5. 9-bris. Sejmiki aktualne miały się dziś rozpocząć, uda- 
łem się przeto do sali. Już lista wotujących była ułożona, przy- 
stępowano do podawania kandydatów do urzędów. Sami się 
tu podają obywatele. Postrzegłem, że urzędy niektóre są od- 
miennym sposobem nazywane. I tak u nas zastępca marszałka 
jest pierwszy po aktualnym marszałku kandydat, gdy tu na 
zastępców osobno się podaję i osobno wotują. U nas są sędziowie 
powiatowi i podsędkowie, tu zaś tych ostatnich nie znają. Pre- 
zydent zasiada miejsce naszego sędziego, a nasi podsędkowie 
zowią się tu sędziami... Pełno było wrzawy. Obywatele, roz- 
dzieleni na part je sekretnie, zadawali objekcje tym, których nie 
chcieli mieć kandydatami, ci się uspra wied1iwiali etc.; stąd 
hałas i krzyk trwał nieustanny. Nacisk jeszcze większy, jak 
wczoraj, jednakowo byłem aż do końca, bawiły mnie bowiem 
sprzeczki i kłótnie, częstokroć z małej rzeczy powstające i nie- 
spra wiedliwie wszczęte. 
d. 69-bris. I dziś byłem na sejmikach... Niejaki Giecewicz, 
obywatel młody, wielce dokazywał. Nie było propozycji, której by 
się on nie sprzeciwił. Miał żwawe odezwy do obywateli i przez 
niego podobno \v przeciągu trzech sesyj nic nie zrobiono. To 
tylko dziwna, że sam jeden przeciw wszystkim wytrzymywał. 
Sprzeczek tych jednak najczęściej błahe okoliczności były przed- 
miotem. 
. d. I2. 9- bris . Było od Uniwersytetu ogłoszenie, że, jeśli 
kto jeszcze z pra wnego oddziału nie odebrał świadectwa aka- 
demickiego, po raz ostatni będzie na to sesja u dziekana oddziału
>>>
56 


TEODOR KRASIŃSKI 


moralńego, ks. Chodaniego. Jeszcze też nic o tym oryginale 
nigdy nie powiedziałem. Ten to jest sa.m, kt.óry d
ł tł
maczen
e 
H e nr j a d y Woltera. Jest to człowiek Wleku srednlego, dosć 
przystojny, :ł'tórego figura. i uło
enie ta
 pomIX1:tycz
e i. poważne, 
iż zdaje się, patrząc na niego, Jakby Się pysznił z sIebIe. Głowa 
do góry zadarta zawsze, chód powolny i majestatyczny, głos 
donośny, mowa przeciągana, to są jego przymioty, od wszystkich 
go odróżniające. Byłem dziś u niego dla wzięcia świadectwa. 
Oto,. jak go zastałem. Siedział przy stole, poważnie rozparty 
w krześle z poręczami, pytania swoje częstemi i długiemi prze- 
rywał oddechami z dmuchaniem, zadarłszy głowę do góry. Śmiech 
mię ledwie nie brał, patrząc na jego grymasy i gesta.... 
I d. I9. 9-bris.' Muszę dziś namienić o \vieści, jaka się tu roz- 
nosi, że ma być w Wilnie obchód żałobny za sławnego Kościuszkę, 
który, jak wiadomo, w miesiącu sierpniu (I5 października p. w.) 
zszedł z tego świata. Niewiadomo, jakim to sposobem odbędzie się, 
słychać tylko, ze to ma być obchodzone z wszelką wspaniałością d. 
ID X-bris; na ten koniec litewscy obywatele, Pociej i Chodźko, za- 
trudniają się zbieraniem składki pieniężnej. Powiadają, że Pociej 
dał IOOO rs., generał-gubernator Korsakow 50 dukatów, senator 
Ogiński 25 duka tów i inni obywa tele w miarę możności swojej przy- 
czyniają się do skladki ogólnej. Mówią, że obywatele prosili Śnia- 
deckiego, aby miał mowę na tym obchodzie i uczcił pamiątkę 
boha tera polskiego, ale ten odmówił, niewiadomo dla jakiej 
przyczyny. Zbierają się takoż amatorowie, którzy mają egze- 
kwować Requiem na chórze w czasie mszy źałobnej; ccś to ma 
być nakształt tego oratorjum, które na Wielki Piątek ISO amato- 
rów egzekwowało. Jeden Tyszkiewicz wileński zatrudnia się 
ułożeniem listy amatorów, którzy się zapisać powinni. Dziś 
właśnie ja zapisałem się i stawać będę do skrzypców. Coś to 
podobno będzie bardzo pompatycznego; słychać, że egzekwje 
te ma ją być w kościele św. Kazimierza, że wchodzić tam wolno 
tylko będzie tym, którzy mieć będą bilety, i na ten koniec 7 00 
biletów ma być rozdanyeh. 
. d. 24. 9-bris. Niedawno ogłaszano w gazecie, że niejakiś 
.Popow, kapitan rosyjski, zrobił szczególniejszej delikatności 
z 
ości słoniowej pomnik księcia Ponia:, towskiego który miał 
być wart widzenia. Ale dziś dowiedziałem się, że w księgami
>>>
DZIENNIK 


57 


Zawadzkiego osobliwość ta złożona jest i wolno widzieć każdemu. 
Poszedłem więc z Korsakiem i znalazłem w rzeczy samej osobli- 
wość rzadszą. Zrobiona jest z drzewa mahoniowego i hebanu 
niby świątynia, pięknym gustem, mająca ściany szklane, przez 
które wewnątrz widzieć można na podstawkach złożoną tabliczkę 
z kości słoniowej bardzo cienką, wielkości pół ćwiartki papieru, 
w której wyrznięte są a iour cztery \viersze polskie w literach 
z kości słoniowej drobnych, podobnych do sztychu, a delikatność 
onych wszelkie wyobrażenie przechodzi. Ozdabia je kilka bóstw 
alegorycznych, Pogoń litewska, Orzeł polski, w bareljefie ryte. 
Obok jest cyfra A] eksa n dra , któremu dzieło jest dedykowane. 
d. I. X-bris. Dano mi znać, że o g. IO. będzie próba mszy 
wielkiej, mającej się grać na egzekwjach za Kościuszkę. Udałem 
się na miejsce o,znaczone, gdzie zastałem zgromadzonych mu- 
zyków, amatorów, śpiewaków. Odby1iśmy próbę żałobnej mszy 
przez Kozłowskiego, którą grano na pogrzebie króla Stanisława 
Augusta. Liczba muzyków, chociaż nie była zupełna, dochod2iła 
jednak do 60. Drugą próbę wyznaczono na piątek, mającą się 
już odbywać w kościele na. chórze. 
d. 2. X-bris. Powiedziałem kiedyś, że na początku tego 
miesiąca miały się rozpocząć sejmiki guberskie. Dziś, kiedy ten 
termin nastąpił, nie od rzeczy będzie uczynić o nich wzmiankę. 
W kościele św. Jana zgromadzeni byli wszyscy sejmujący oby- 
watele dla wypełnienia przysięgi. Piękny był widok, patrząc 
na wybór obywateli gubernji wileńskiej, której każdy z dzie- 
sięciu powiatów wysłał po dziesięciu delegowanych na obieranie 
urzędników guberskich. Po skończonem nabożeństwie udali 
się wszyscy do sali sejmowej, gdzie każdemu znajdować się wolno 
było. Marszałek guberski na czele -IO powiatowych marszałków 
zasiadał, prezydując na sesji. Delegaci każdego powiatu byli 
uszykowani w ławkach, umyślnie dla każdego zasobna \vyzna- 
czone. Marszałek guberski Ropp zagaił posiedzenie. Przeczy- 
tano organizację sejmików. I na tern dzisiejsza sesja zakoń- 
czyła się. 
d. 7. X-bris. Dziś był dzień, wyznaczony na egzekwowanie 
próby wielkiej w kościele tego Requiem, którego raz już w prze- 
szłym tygodniu próba była. O g. ID. należało się udać do ko- 
ścioła św. Kazimierza, w którym mają być odbyte egzekwje.
>>>
58 


TEODOR KRASIŃSKI 


Znaleźliśmy chór obszerny, umyślnie zrobiony z desek, gdyżby 
tak liczna orkiestra pomieścić się na dawnym'nie mogła. Gdy 
się wszyscy zgromadzili, rozpoczęto granie.... liczba grających 
do IOO teraz dochodzi. Skibińska, najlepsza między aktorkami 
teatru wileńskiego śpiewaczka, w kilku miejscach w czasie Re- 
quiem pięknie wychodzi solo... 
Widziałem w kościele jakieś wielkie malowane kolosy, pira- 
midy; ale to wszystko jeszcze bez porządku. Broni wszelkiego 
rodzaju, jako to, karabinów, pałaszów, kopij, armat, kul, pan- 
cerzów, kirysów etc., wielkie mnóstwo stosami ułożone. Na coś 
potężnego się zanosi.... 
d. ID. X-bris. Dziś więc mam opisać obchód pogrzebowy 
Kościuszki. W rzeczy samej wspaniałość tego obchodu, uczęst- 
nictwo żalu po stracie sławnego tego rodaka, każe, abym dla 
.pamiątki kilka słów o tern powiedział..ó Dla obchodzenia smutnej 
tej uroczystości obrano miejsce stosowne w kościele św. Kazi- 
mierza, założonym niegdyś za króla Zygmunta Augusta. Kościół 
ten, lubo mały w proporcję ludności, która się na obchodzie znaj- 
dowała, wybrany był jedynie poto, że jest prawdziwie polski, 
przeto dla obchodzenia pamiątki sławnego w całym ś\viecie Po- 
laka naj stosowniejszy. Od tygodnia pracowano w kościele około 
ustawienia katafalku i osłaniania kirem całego kościoła. Plan 
zaś obchodu od prezydenta Pocieja był dany. Katafalk pyszny 
wznosił się wśród kościoła pod kopułę. Był kształtu następują- 
cego. Na miejscu, kilkunastu stopniami podwyższonem, usta- 
wiona była piramida najpiękniejszej struktury o trzech kondy- 
gnacjach, której wysokość całkowita od posadzki do 30 łokci- 
dochodziła. Wspaniały ten obelisk, umyślnie zrobiony, zastę- 
pował miejsce katafalku. Najniższe piętro miało napisy ze wszech 
stron, które tu \vymienię. We froncie na tablicy marmurowej, 
w złote ramy oprawnej, był złotemi literami wyryty napis ła- 
ciński: "Ducem lortissimum, Pietissimum civem. Libertatis et 
ReiPublicae vindicem ac Propugnatorem acerrimum. I ustitiae. H u- 
manitatis. Benelicentiae laude cumulatissimum, acerba morte erep- 
tum, Ilebiliter luget. et civium, qui sunt et nascuntur aeternae me- 
moriae tradit. commendat. Patria gratissima". 
Na pis ten prawdziwie cyceronowską łaciną zrobiony był 
przez Groddecka, profesora literatury starożytnej.
>>>
DZIENNIK 


59 


Z prawej strony tejże części piramidy leżał napis w następ- 
nych wyrazach: 


"w dwuch światach praw człowieka obrońca waleczny. 
Konającej Ojczyzny wziął ster niebezpieczny. 
Spełnił się wyrok smutny, runął gmach wspaniały! 
Padliśmy! - A on nie dał upaść nam bez chwały. 
Zniknie pamięć, na, spiżach i marmurze ryta, 
Lecz cię w sercach Polaków potomność wyczyta". 


Z lewej strony był także napis polski: 


"Wśród szczęścia i niedoli, pośród bojów wrzawy, 
Gardził krwawym wawrzynem ludobojczej sławy. 
Jedną ręką zwyciężał, drugą łzy ocierał, 
Tkliwy na los współludzi, żył, walczył, umierał". 


Oba te napisy, zrobione przez niejakiego Grzymałę, mają- 
cego prawdziwy talent poety,-zasługują na pochwałę, wyją\vszy 
kilka niewłaściwych wyrażeń. 
Na drugiej części piramidy ze wszech stron odmalowane 
były różne osoby alegoryczne; na froncie nad urną, u spodu 
której był napis: T a d e u s z Koś c i u s z k o, stała osoba, 
wyobrażająca smutek, w postawie żałobnej z zasłoniętą twarzą. 
Na ostatniej części piramidy, zwężującej się u góry, która 
była najwyższa, był odmalowany portret Kościuszki. U pod- 
stawy zaś jej widać było wsuniętą trumnę, której tylko przód 
był widziany, tak właśnie, jak w katakumbach. Na bokach 
tejże części odmalowano Orł
 polskie, Pogoń litewską, herby 
Kościuszki itd. 
To, co do samego obelisku. W czterech zaś rogach onego 
ułożone były cztery słupy z dawnej zbroi bardzo pięKnym gustem. 
Środek onych zajmowały karabiny i pałasze; spód - armaty, 
pancerze, kirysy, trąby, kule, szable; wierzch zaś - chorągwie, 
kopje i topory. Na samym szczycie zatknięta była kopja, na 
której pancerz świetny i hełm z piórami zawieszono. 
Zprzodu po obu stronach stały dwa balony ogromne, cał- 
kowicie świa tłem okryte, które całemu kata falkowi doda wały 
okazałości. 
Wreszcie ściany kościoła, kirem okryte, galerja, naokoło 
kościoła ciągnąca się, oświecone były.
>>>
60 


TEODOR KRASIŃSKI 


Co się tyczy nabożeństwa, to się z książęcą odbywało wspa- 
niałością. Od godziny 6. z rana księża rozmaitych zakonów 
odprawiali egzekwje i msze żałobne. O g. IO. rozpoczęła się msza 
wielka, na której trzech biskupów celebrowało. W czasie mszy 
muzyka, z IOO przeszło osób złożona, odzywając się w żałosnych 
adażiach lub grzmiących wspaniale prestach, wprowadzała smut- 
ną na twarzach ponurość i świętemu obchodowi przyczyniała 
wspaniałości. Po skończonej mszy wielkiej ks. Nosewicz wystąpił 
na ambonę i pięknem kazaniem, przypominając szczegóły życia 
Kcściuszki, rozczulił serca słuchaczów. 
W teraźniejszym stanie rzeczy nie wypadało wielu okolicz- 
ności wspominać, którychby w inszym czasie przemilczeć nie 
należało L. Okoliczności smutnych, aż nadto każdemu Polakowi 
pamiętnych, w których nazwisko Kościuszki z zapałem wspomi- 
nane być nie przestanie, lubo tylko tajemnie hołd wdzięczności 
i uwielbienia temu wielkiemu mężowi oddawać wolno L. 
Po s kończone m kazaniu rozpoczęły się egzekwje, odpra- 
wia ne przez każdego z biskupów i znaczniejszych prałatów ka pi- 
tuły wileńskiej. Wspaniałe onych obrzędy i ceromonje zachwy- 
cający przedstawiały widok. 
Zakończył obchód głos, miany przez Romera, marszałka 
trockiego, obywatela znakomitego i z cnót swoich słynącego, 
który, przemawiając do Litwinów, współziomków Kościuszki, 
tkliwemi wyrazy, pełnemiczułej wymowy, wszystkim go słuchają-o 
cym łzy rzewne z oczu wycisnął. 
Obchód ten pogrzebowy trwał do godziny 3. 
Niezmierne mnóstwo zgromadzonych z ca łej prawie Litwy 
obywateli uświęciło tę uroczystość, która pamiętną epoką w dzie- 
jach Wilna być nie przestanie. 
d. II. X-bris. . Dnia dzisiejszego w kościele luterskim od- 
pra wione były także egzekwje za Kościuszkę... Po skończeniu 
jego byłem dla przypatrzenia się katafalkowi. Był on ułożony 
pięknym sposobem i, gdyby to było w większym kościele, bardzo- 
by się dobrze wydawał. Powiadają, że kilku przemawiało nieźle 
':' czasie nabożeństwa. Osobliwie pastor Nikolai, który wzięty 
Jest z \vymo\vy, miał mówić piękne kazanie... 
d. I2. X-bris. Rocznica urodzin Monarchy Panującego 
obchodzona była uroczyście... Byłem w katedrze, gdzie zgro- 


.
>>>
DZIENNIK 


61 


madzeni byli obywatele, na sejmiki przybyli, tudzież urzędnicy 
miejscy i cechy. Lecz mówić mi wypada o balu, który z przy- 
czyny dzisiejszej uroczystości obywatele gubernji wileńskiej 
wydali. Miałem zręczność dostania biletu... Należało być ubra- 
nym en lorme, t. j. w pończochach i trzewikach... Udaliśmy 
się na bal o g. 9. do domu Miillerów. Już tańce rozpoczęto, 
kiedyśmy przybyli. Obywa tele w mundurach, damy zaś wszyst- 
kie pierwszego w Wilnie tonu, w galowe suknie ustrojone. Ba- 
wiono się wyśmienicie. Tańcowano bez przestanku. Młodzieży 
było mnóstwo, panien pięknych liczne grono. Nie można było 
docisnąć się do tańców. W mgnieniu oka rozbierano pary i for- 
mowano dwa koła mazurów lub dwa koła anglezów o kilkudzie- 
sięciu parach... O g. 2. dano kolację. Damy siadły do osobnego 
stołu; było ich przeszło 80. Co do mężczyzn, każdy zabierał · 
miejsce, gdzie kto chciał. Nacisk był niezmierny, w momencie 
znikały półmiski; cukry, ciasta w okamgnieniu rozchwytywano. 
Zalewano się porządnie szampanem i wśród toastów brzmiały 
sale okrzykami: "Niech żyje Aleksander!"
>>>
.. 


ROK 1818. 


t 
d. I7 lut. Na nabożeństwie byłem u dominikanów. Kazno- 
dzieja, o którym kiedyś wspominałem, dał się tu słyszeć i po- 
wszechnie jest chwalony. Jest to dominikanin z Grodna, nazwi- 
skiem Falkowski, z kazań swoich dosyć sławny; którego wileńscy 
dominikanie po zabronieniu wstępowania na ambonę ks. Korze- 
niowskiemu sprowadzili. Mnóstwo za wsze zbiera się słuchaczów 
na jego kazania, które, zawsze mówione z pamięci stylem moc- 
nym, naturalnym i jasnym, czynią ks. Falkowskiego niepospo- 
litym kaznodzieją. 
d. 28 lut. Dziś generał-gubernator Korsako\v wyjechał do 
Warszawy na sejm... Sejm ten wielki ma się rozpocząć 15 marca 
i trwać przez cały miesiąc. Cesarz, powiada ją, ma się już zna j- 
dować w Warszawie. Deputowani z całego Królestwa Polskiego 
są przez gazety ogłoszeni. Co jest szczególnego, to, iż gmina 
przedmieścia Pragi obrała deputatem swoim w. ks. Konstan- 
tego. Warszawa teraz będzie widzieć wybór obywateli polskich 
nietylko z swego kraju, ale i ze wszystkich prowincyj, dawniej 
do Polski należących. Wielka liczba panów litewskich wyjeżdża 
do Warszawy, chcąc być przytomnymi temu wielkiemu i przez 
tyle lat pożądanie oczekiwanemu aktowi, którym Królest\vo 
Polskie potwierdzenia konstytucji nowego nabędzie i blasku, i byt 
jego \v gronie egzystujących narodów ustalonym na zawsze zo- 
stanie. Wiele młodzieży wybiera się także do Warszawy i teraz- 
bym bardzo łatwo mógł znaleźć kompanję do podróży... 
d. 4. marca. ...Nie zaniedba.łem złożyć powinszowania imie- 
nin Kazimierzowi Kontrymowi. Miły stawiało widok zgroma- 
dzenie wielu osób, których przyjaźń i szacunek pozyskał Kon- 
trym przez szczególną dobroć serca swego i poświęcenia się dla 
dobra drugich.
>>>
DZ ENNIK 


63 


d. 20 marca. ...Poznałem się dziś z moim imiennikiem, Wale- 
rjanem Krasińskim, który na te same, co i ja, uczęszcza objekta. 
Dowiedziałem się od niego, że on jest z domu Krasińskich kal- 
winów, ma swych rodziców pod Mohylowem, był w akademji 
cbarkowskiej lat dwa i teraz do Wilna dla kontynuowania nauk 
w tym roku przybył. Jest to człowiek, około 22 lat mający, 
słusznego wzrostu, chudy, wysmukły, cokolwiek łysy... i z pozoru 
na wet na litera ta wygląda. Jakoż właśnie ma być biegłym w kilku 
językach, osoblhvie w angielskim i ustawicznie czytaniem książek 
za trudnia się.... 
d. 4. A pr. ...Wieść tu się rozchodzi, za pewną uznana, iż 
w przyszłym miesiącu przejeżdżać będzie przez Wilno król pruski, 
ma jący się stąd udać do Moskwy dla odwiedzenia swej córki. 
Niezliczone z tego względu czynią przygotowania. W mieście 
kazano znaczniejsze ulice brukować, trotuary koło bulwarów 
robić, okiennice u domów i drzwi biało malować, budki poli- 
cyjskie w kształcie wieżyczek murować, kamienic fronty odna- 
wiać i malować, słowem mnóstwo innych robót odbyw'ać dla 
upiększenia miasta. W Litwie, gdzie przejeżdżać ma król pruski,. 
zalecono z wielkim kosztem drogi nowe robić; z obu stron drogi 
mają być kopane rowy i drzewa w dwa rzędy sadzone. Ponieważ 
to wszystko z wielkim pośpiechem się robi, wnosić można, że 
roboty dłużej zapewne nad miesiąc trwać nie będą mogły. Do 
tego stopnia chciano uciemiężyć lud nowemi zbyteczne mi przy-- 
gotowaniami, iż, jak słyszałem, wszystkie wsie, na drodze prze- 
jazdu króla pruskiego znajdujące się, miano podług danego planu 
przebudować, a by na jjaśniejszego gościa tembardziej omamić. 
Lecz że rozkaz ten za późno był wydany, nie mógł za tern być 
uskuteczniony w tak krótkim czasie. 
d. 6. A pr. Przed tygodniem uformowało się pewne Towa- 
rzystwo Literackie między młodzieżą, z którą ściślejszą zabrałem 
zna jomość. Znajduje się w tern Towarzystwie osób dwanaście. 
Celem jego jest aby raz na tydzień każdy wygotował jakiekolwiek 
pisemko własnej pracy, bądź w prozie, bądź w wierszu i czytał 
je na posiedzeniu, które co soboty odbywać się ma w mieszkaniu 
Chodźków, jednego z moich kolegów. 
d. I7. A pr. U Tyszkiewiczów wołyńskich poznałem się- 
ze sławnym wirtuozem fortepianistą Rennerem. Oddawna już. 


..
>>>
64 


TEODOR KRASIŃSKI 


. 


słyszałem jego pochwały. Teraz zaś, będąc oczywistym świad- 
kiem jego grania, pierwszy raz zdarzyło mi się słyszeć z taką 
biegłością grającego. Tiebe przechodzi Rennera co do gustu 
i ekspresji, ale ten ostatni nieporównany jest co do obfitości 
myśli i niesłychanej biegłości palców. Siadłszy przy fortepianie, 
zdaje się, że dzień cały grałby nieprzerwanie, tak jest płodny 
w fantazje. 
d. 20. A pr. ...Ku wieczorowi... poszedłem do Chodźków 
na posiedzenie Towarzystwa, o którem wyżej wzmianka była. 
Przeszłej soboty posiedzenie odbyć się nie mogło, gdyż wszyscy 
znajdowaliśmy się na oratorjum u bonifratrów. Teraz czytało 
na posiedzeniu nas czterech w różnych ma terjach, ja zaś wygo- 
wałem ciekawy wyjątek z jednego nowego dzieła francuskiego: 
,,0 wynalazkach i odkryciach, w r. 1816 uczynionych". - Czy- 
tanie onego bardzo za jęło uwagę mych słuchaczów. Po skoń- 
czonem czytaniu nastąpiła zabawa tego rodzaju, iż każdy z człon- 
ków wybierał losem kartki z napisem imienia któregokolwiek 
z nas. Ten, kto dostał kartkę, pO'winien był na wyrażoną osobę 
kilka wierszyków napisać. To nas wielce zajmowało, a gdy wszy- 
scy skończyli, jeden z nas, za sekretarza obrany, czytał w głos 
wierszyki, z których się śmiano, i na tern zakończono zabawę. 
d. 28 Apr. Przyjechał dziś z Warszawy wojenny gubernator 
wileński. Tak się miasto wysadziło w spotykaniu tego gościa, 
że niewiadomo z jak większą okażałością przyjmować będzie 
króla pruskiego. Urzędnicy policyjni i cywilni tudzież cechy 
ze wszystkiemi swemi znakami wyszły na spotkanie gubenla tora. 
Do tego stopnia posunięto nikczemne pochlebstwo d]a starego 
satrapy, iż z ulic, którędy miał przejeżdżać, kazano umykać 
karet,om, i tak w licznej asystencji kawalerzystów, nadskakują- 
cych koło pojazdu, przejeżdżał gubernator przez miasto... 
d. 4 maja. Odbyło się dziś zwycza jne posiedzenie Towarzy- 
stwa, o którem z wyższych Tygodników (t. j. "Dziennika" autora 
p. w.) \viadomo. Czytało czterech członków dysertacje VI różnych 
materjach. Niejaki zaś Zan, posiadający zdatność i talent poe- 
tycki, czytał piękną dumę wierszem, 
tóra wszystkim się podo- 
bała. Kolej czytania przychodzi na mnie za" parę tygodni, do 
czego mi się przygotować" należy.' . . 
d. 7 maja. Przed kilku dniami ponowiłem znajomość z Fran-
>>>
i 
t 
f 
-I .J 


......-:J:; 



 ' 
..
 ,1 
" 

i 


.... 


. ''''''" 


.' . 


-:::- . 


'1 
,- 


....... -...
 
 


. 


, , 
\ \ 


." \ 


\ 

\\\. 
\ .... 
". 
 \ 
" . " 
".. . '\. '. 
- , ' \ ",. - 
. , 
\'. \. r 
Ił ,. .,. 
, . \ 
-, .. 

 
, 
-'
, \ 


.... 


... 




 
-... 
.r;.. 


1- 
, 


L __... 
.-;
' ,- 


(If' 


'\" 
'- 


v 

 


to. 


/ 
,«
. 
 
....,. 
" 


.... 


ł
 
 
... '''t- 


f 


... 
r. 
;i
 
. 
' . ' 
1- 
.4f r 


-, " 
.. . ł' 
\ . 


.. -
- 
.....
 

.Z - 


..... 


..1 



 
'\ 


. 
,. 
'p.), 
.rr- 
 " 


S 
,/ , ;1' - \ 
Iii ";'. , A \. 
r
. "'!'bl' 
-:' t '"'\S
 .. - .. 

'!I'" --:
 

\ \
 \, 
,)
 " r 
, 


I 


_
 I 
\f; 

" 
-.. 
. . . 
 


__ł-. 
] , ' . 
. 11 


, 
- \ 
r' 


j 


# 
.. 
.. 


-4 1 ,' 


,..?' 


.... 


- 
- 
 
 


- ;; 
-,...e:.....ł...".!..
.. - 
......-'- 
 -- 
 ........... ----.. 
,. ........?" "'7.:.. 

 

 '\.. -.. :f:!$
- ..ł. -- 
.. 
 
.. 


 :;c::"..;? .. -.., 
_,.
__
'I.s:........... -_ ......--7 
. 
 


- --- 


..... 


... 


... 


11 . 



..,' 
,
£ .:a., 
I . .
.
 IL. 
...
. '" 


lf, T idok Ostrej Bratny w 1 iT,.lnie. 


...... .- 


- 


--,i, 
. r l 
. , 
1ffl1t ,; 



 
R1 ----,
 
ł ' .,' f r;' 
"I 
 
l.,ł'. ł 
I 
 t ' ł-- 
,It.. ,.. 
" ".L 

 
I 


. , ł 
. 


i' 
 
" .,' .". 
, ł . 


..' 



 
'\ 
l' ł 
) , 
.$
-'"" 

.. --.po"'"" 



 
--r _ 


ił- ..... 
,. 


i.- 
,j 
 !l' 


\i f'.' . lo 
..1"' "'. -- 
- -ł - "'\.
:;.. 


. l ' 


,f' 
I 
 
',II. ' 


lit 
'- j 


- 'I 
, 

 ,. 
, 
] l . 
li' 
 "... 
.. 
-I I .. 
-.... _I 


r: 


.. 


. 



 ...
.... 


. ':" 



 


-110 ",
>>>
DZIENNIK 


65 


cuzen1 Quesnelem, który w przeszłym roku wyrobił mi zręczność 
widzenia gabinetu osobliwości generała Kossakowskiego....
 Ga- 
binet ten podzielićby można na cztery części le względu na hi- 
storję naturalną, sztuki piękne, starożytności i pamiątki od 
różnych osób.... W pierwszym (oddziale) naczelne miejsce trzyma 
gabinet mineralogiczny. \V nim, oprócz kompletnej kolekcji 
minerałów, znajduje się bardzo wiele klejnotów koszto\vnych. 
Takiemi są: szafir cudowny, odmieniający kolor przy ś\vietle 
świecy, szczególne beryle, topazy, ametysty, czarki na trzy cale 
średnicy, z jednej sztuki granatu wyrobione, mnóstwo osobliwych 
kryształów, między któremi najważniejsza jest kula, pół stopy 
średnicy mająca, z najprzezroczystszego kryształu z jednej sztuki 
zrobiona; mnóstwo także naczyń przedziwnie z kryształu wyro- 
bionych. Sztuki kryształu, osobliwe zawartą wewnątrz ich wodą, 
której kropelki są widoczne, i inne kawałki kryształu, osoblhve 
za \vartemi w nich cząstkami różnych metalów. Kolekcja burszty- 
nó\v z zamkniętemi wewnątrz ich rozmaitemi istotami organicz- 
nemi. Kolekcja szczególna turkusów, konch, korali, polipó\\", 
pertryfikacyj. Kolekcja rzadkich amerykańskich ptaków, \vy- 
pchanych kunsztownie, iż się ży\vemi być wydają; szczególny 
jest ptak rajski, papugi, kolibry i inne sławne z piękności piór 
ptaki. Nakoniec żywe rybki złote, karpikami chińskiemi zwane, 
takie jak w Sofijówce, są tu utrzymywane \v pokoju, \v dużych, 
szklanych słojach. 
Najosobliwszą część tego gabinetu składają kolekcje rozmai- 
tych arzedmiotów sztuk pięknych. Tak zbiór 'wybornych malo- 
wideł, między któremi jest kilka oryginałów pendzla najsławniej- 
szych malarzy, jako to Rubensa, Van Dycka i innych. Kolekcja 
lTIozaik od początkó\v jej wynalezienia, wystawująca postęp 
historyczny wydoskonalenia się tej sztuki. Znajdują się najdeli.. 
katniejsze mozaiki z kamieni, metalów, mas różnych i t. d., 
których delikatna robota przechodzi pojęcie. Kolekcja emalij, 
w postępie także historycznym zebrana. Kolekcja robót na jdeli- 
katniejszych z piór pawich, włosów, jedwabió\v, wysta\vujących 
bukiety kwiatów w naturalnych kolorach. Kolekcja robót dziw- 
nie delikatnych sztuki snycerskiej z kości słoniowej, drzewa, . 
złota i innych metalów. Tu szczególna jest sztuka z jednej szt
:ki 
całego zęba słoniowego, 10 calów wysoka, na której wokoło 


.... 


. 


Z filareckiego świata. 


5
>>>
66 


TEODOR KRASIŃSKI 


na jdelikatniej \vyrżnięty jest en bas relief tryumf Jana Sobie- 
skiego, - także przedziwna jest sztuka, snycerską robotą bare- 
ljefem, na ka\vałku drzewa wystawująca zgrzybiałą babę, w całej 
jej szpetności, której \vszystkie członki, twarz i odzież w na tu- 
ralnych kolorach oddane, tak doskonale są zrobione, iż postać 
staruszki prawie ożywioną być się zdaje. Mnóstwo figur roz- 
maitych z koralu, bursztynu, kamieni, metalów, którychby zliczyć 
było niepodobna. 
\Ve względzie osobliwości starożytnych pierwsze miejsce zaj- 
ITIuje zbiór naczyń dawnych Etruskó\v. Ogromna jest kolekcja 
chińskich i ja pońskich osobliwości, które z wielkim kosztem 
generał posprowadzał. Tak, są wazony znacznej wielkości z por- 
celany japońskiej, parawany chińskie dzhvnej roboty, naczynia 
wszelkiego rodzaju, pisma chińskie, roboty delikatne snycerskie, 
malowidła chińskie i mnóst\vo innych, godnych szczególnej uwagi 
przeą.miotó\v. Zna jdują się narzędzia rozmaite dzikich w Ame- 
ryce narodów, jako to maczugi, buławy, łuki, dzidy i t. d. Tu 
należy także nieliczna, ale wcale osobliwa kolekcja medaló\v 
i numizmatów. Między temi osta tniemi najwięcej znajduje się 
starożytnych. Ale medale bite są po \viększej części w Paryżu 
za czasów re\volucyjnych i za panowania Napoleona. Piękny 
między innemi jest duży złoty medal, wybity z okoliczności 
urodzin syna Napoleona, tudzież z okoliczności koronacji Cesarza. 
Ale szczególny jest srebrny medal, wielkości talara, bity w Paryżu 
na pamiątkę wejścia Francuzów do \Vilna. Wyobrażony jest 
na nim Napoleon, któremu ułan polski i Litwin oręże swoje u nóg 
składają. Wiele także jest medalów z portretami Napoleona, 
ale szczególny jeden ze szkła; jest on zrobiony ze srebrnej jakiejś 
masy, którą szkłem białem naokoło oblano i potem wyszlifowano, 
tak iż portret zda je się być cudownym sposobem wewnątrz szkła 
bez żadnego zewnętrznego przystępu osadzony. 
Generał, będąc w Paryżu za czasów rewolucji, miał zręczność 
dostania wielu osoblhvości starożytnych, które należały do głó\v 
koronowanych. Tak np. posiada kosztowną szkatułę srebrną, 
. naokoło rzeźbami z czerwonego koralu otoczoną i drogiemi wy_ 
sadzaną kamieniami, która należała niegdyś do Katarzyny de 
1t!edicis, królowej francuskiej. Ma także szczególny łuk, będący 


.
>>>
DZIE
NIK 


67 


niegdyś własnością Marji Antoniny, żony Lud\\Tika XVI. Obie 
te sztuki niewymownie są piękne i koszto\vne. 
Arsenał generała znakomity jest rozmaitego gatunku szcze- 
gólnemi orężan1i. Kosztowne są karabiny i puginały tureckie, 
drogie mi wysadzane kamieniami. Bardzo piękne strzelby i pisto- 
letyangielskie, między któremi osobliwa jest fuzja ukryta w lasce, 
która za pociśnie niem sprężyny \vystrzela. 
Gabinet generała Kossakowskiego posiada jeszcze skarb 
rzadki ze starożytności polskich. Jest to siodło \valecznego Ste- 
fana Czarnieckiego, daro\vane mu od króla Jana Ka.zimierza. 
Siodło to jest bardzo kosztowne, złotelni blachan1i okryte i dro- 
giemi kamieniami wysadzane. Przy nim zachowuje się dotąd 
patent królewski, stwierdzający rzeczY'vis1ość tego starożytności 
polskiej zabytku. Nie wiem, jakim sposobem siodło to dostało 
się Kossakowskiemu. Przytem znajdują się tu starożytne zbroje 
Polaków, pancerze i kirysy, tudzież buławy hetmańskie i może 
nie mniejszej wagi przedmioty... 
Nakoniec część czwartą gabinetu generała zajmują pamiątki, 
dane mu od rozmaitych osób. Pomiędzy wielu listami, sztambu- 
chami, które otrzymał od różnych znakomitych osób we Francji 
i kilku sławnych pisarzów francuskich, znajduje się najwięcej 
pa miątek od pani de Genlis, które okazują, iż generał ścisłą złą- 
czony był przyjaźnią z tą sławną autorką. \Viadomo, iż ona 
celuje robotą nadzwyczajnie delikatnych kwiató\v i innych sub- 
telnych przedmiotó\v, z jedwabiu \vyrabia, nych tudzież robie- 
niem przedziwnych mozaik; takich kilkanaście sztuk posiada 
generał, które \v koszto\vnym i !TIisternym sztambuchu, wraz 
z rysunkami, listami i inne mi pani de Genlis 'pa lniątkam i, za- 
chowuje... 
d. 29 maja. W ciągłem dnia dzisiejszego zosta\valiśmy oczeki- 
waniu przybycia wysokiego podróżnego, dla którego tyle poro- 
biono przygotowań, aby go, stosownie do jego wie1kości, przyjęto. 
Po południu wieść się rozeszła, że już wyjechał z Trok, gdzie 
popasał, i koło wieczora spodziewany \v Wilnie. Naówczas \vszczą.ł 
się ruch w mieście, ja.ki trudno opisać. Krzątano się nieustannie 
około zamiatania ulic i wyczyszczania miasta. Wielu urzędnikó"T 
wojskowych wierzchami udało się na Pohulankę, 
tórędy król 
pruski miał przejeżdżać. Policmajster Szłykow, na czele kom- 


5* 


...
>>>
68 


TEODOR KRASIXSKI 


panji żandarmów, wyjechał na przeciw królo\vi dla eskorto\vania 
w czasie przejazdu przez miasto. Na całej ulicy zebrało się nie- 
zmierne mnóstwo p08pólstwa aż do samej bramy, przez którą 
miał wjeżdżać. Wszystkie okna od ulicy od kilku godzin za jęte 
były przez damy, które ciekawe były widzieć króla pruskiego, 
a osoblhvie królewicza, następcę tronu, mającego sławę z przy- 
stojności swojej. Nakoniec postrzeżono kilku pędem lecących 
gońców do pałacu generał-gubernatora Korsakowa dla donie- 
sienia, iż król pruski wjechał do bramy miasta. Wkrótce potem, 
o god7inie s-tej, zobaczyliśmy powóz królewski, ciągnięty przez 
8 koni, otoczony kilku generała mi na 
oniach; poprzedzał ekwipaż 
Szłykow na c2,ele żandarmó\v. W powozie siedział król pruski, 
przebrany po podróżnemu, a obok niego jakiś stary Prusak, 
podobno adjutant jego. Przejeżdżając przez ulicę, był grzeczny 
i kłaniał się wszystkim, którzy przed nim uchylali kapelusze. 
Zawieziono go do pałacu Korsako\va, a \vysiadającego z powozu 
przyjął gubernator na czele znaczniejszych cywilnych i wojsko- 
wych urzędników. \Vszedłszy do pokojó\v dlań przeznaczonych, 
przebrał się \v mundur generalski i udał się do odwachu, na dzie- 
dzi11cu będącego, dla pozdrowienia żołnierzy i oficerów, w paradzie 
uszykowanych. Gdy przechodził koło szeregów, żołnierze powitali 
króla radośnym okrzykiem: Ura! Obejrzał potem oficeró\v, 
poczem zostawał kilka minut na dziedzińcu, rozmawiając z gene- 
rałami. Wtedy miałem zręczność dokładnego mu przypatrzenia 
się. Jest to mężczyzna dosyć słusznego wzrostu, niezbyt otyły, 
nierównie młodszy napozór wydający się, niż jest \v istocie; ma 
bowiem lat około czterdziestu kilku, lecz włosó\v siwych \vcale 
na głowie nie znać. Fizjognomia jego \\
cale j
st nieznacząca 
\v porównaniu z naszym monarchą (Aleksandrem I). Twarz 
pociągła, nos nieco spiczasty, fa\voryty i wąsy niewielkie, włosy 
blond, w mówieniu głos gruby, ale co. szczególna, że zdaje się, iż 
mówiąc zęby ściśnięte trzyma i, br\viami ściskając, zbliża je do 
siebie, co mu nadaje fizjognomję jakąś marsowatą. Zresztą po- 
stać jego nie jest tak ujmująca i przyjemna, jak imperatora 
Aleksandra. Oto jest opisanie postaci Fryderyka Wilhelma III, 
króla pruskiego, tak, jaką mi się \vydała. Pogada\vszy nieco 
z Korsakowem i Trubeckim, skłonił się i odszedł do swych po- 
kojó\v, gdzie miano mu dać kolację.
>>>
DZIE
XI K 


69 


\V tym czasie dano znać, że zajeżdża drugi ek\vipaż, wiozący 
I króle\vicza pruskiego. Żołni
rze stanęli pod bronią, gdy powóz 
zajechał. !{orsako\v, wysiadającego przy\vita\vszy, zaprowadził 
do pokojów oddzielnych. W kilka minut króle\vicz przebrał się 
w mundur i zszedł na dziedziniec dla obejrzenia żołnierzy w od- 
\vachcie. Jest to zape'wne jakiś z\vyczaj, iż panujący, przejeżdża- 
ją.cy przez kraj sąsiedni, pozdra\viają naj pierwej wojsko\vych. 
\V tej okoliczności miałem sposobność przypatrz2nia się króle- 
wiczo\vi. Podobała lni się posta\va jego. \Vzrost ma mierny, 
ale jak na \viek swój, gdyż nie \vięcej zdaje się mieć nad lat 20, 
(ur. \V 1795 r. miał zatem 23 lata p. w.) nazbyt jest otyły. 
Twarz okrągła, bardzo przyjemna, sło\vem, króle\vicz pruski 
jest bardzo przystojny mężczyzna. 
Po przeglądzie żołnierzy i oficerów króle\vicz, zatrzyma \vszy 
się na dziedzińcu, roz111awiał z generałami przez kilka minut, 
poczem udał się do sweich pokojów. Na dziedzińcu zebrało się 
niezmierne mnóstwo ludu ciekawego, aby zobaczyć Fryca. O go- 
dzinie szóstej wieczór król z następcą s\voim wsiadł do otwartego 
kocza z Korsakowem dla objechania miasta i zobaczenia znacz- 
niejszych zakładó\v \v \Vilnie. Oglądał naprzód katedrę, arsenał, 
potem kościół grecki i luterski, nakoniec, przejeżdżając przez 
wszystkie znaczniejsze ulice, przypatrywał się miastu. \Vieść 
roznieśli, że miał się znajdo\vać na teatrze. Jakoż loża umyślnie 
przygotowana i paradnie przybrana została. Obrano sztukę 
N a g r o d a, operę, po której baletmistrz Bernardelli z kom- 
panją, mieli dać no\vy balet pod tytułem: F l e t z a c z a- 
r o \va n y; ewolucje grenadjerów i tabltau miało kończyć 
dzisiejsze \vido\visko. .Afisze po francusku \vydruko\vano. Loże 
wszystkie zajęte były \vcześnie ciekawemi damami. Natłok na 
parterze był trudny do zniesienia, wszystkich zaś celem było 
widzenie raczej \vysokiego gościa, niż znajdowanie -się na balecie. 
Z tern \vszystkiem \vszyscy szkaradnie zawiedzeni zostali, gdyż 
jego królewska mość dla utrudzenia w podróży, chcąc sobie od- 
począć, nie raczył znajdować się na przygotowanym dla niego 
spektaklu. Tak \vięc, n8
czeka wszy się nadaremnie do ósmej 
godziny, o której przyszła rezolucja, n1usiano przesta \vać na wi- 
dzeniu dwóch jakichś Prusa kó\v, którzy miejsce królewskie \v loży 
za jęli. Pomimo to jednak ja nie żałowałem, żem na teatr poszedł,
>>>
70 


TEODOR KRASIŃSKI 


gdyż \vidziałem bardzo piękny balet, a nade\\.szystko podobały 
mi się ewolucje żołnierzów. Było tam ze 40 grenadjerów z pułku, 
który niedawno do Wilna przymaszerował. Od dwóch dni wzięto 
ich na naukę do teatru i wyśmienicie pojęli, co ich nauczano. 
Najstosowniej do muzyki 'wykonywali oni różne obroty i figury 
z karabinami, które, składając podług różnych pozycyj, formowali 
niby wrota i \vchody, którędy baletnicy przebiegali z chorągiew- 
kami. Wreszcie niepodobna tego opisać, co oni wyrabiali, zdaje 
się, iż łatwiej jest pojąć. Na końcu spektaklu uformowało się 
tableau z tychże samych baletników i żołnierz y; pierwsi dali 
widzieć imiona: Aleksander i Fryderyk, żołnierze zaś, skupiwszy 
się \v kilka grup wcale pięknych, zdawali się tym imionom przy- 
patty\vać. Na tym tableau zaKończyło się widowisko, które dla 
oczekiwania na króla pruskiego nadzwyczaj długo się pociągnęło, 
trwało bowiem do godziny blisko II-ej. 
Wyszedłszy z teatru, spostrzeżono w całem mieście ilumi- 
nację. Osobliwiej nad inne jaśniały budynki naprzeciw okien 
pokojów króla pruskiego. Katedra także pięKnie była oświecona. 
Cała ulica Zamkowa i Niemiecka, bramy Uniwersytetu i innych 
znaczniejszych gmachów rzęsistem jaśniały światłem. I ta k 
zakońc'lył się dzień dosyć znakomity w dziejach miasta Wilna; 
niewiadomo, jak długo zabawi król pruski. Żeby też czemkolwiek 
uświetnił tu..bytność swoją, gdyż dotąd nic szczególnego nie było. 
d. 30 maja. Ale Fryc nadspodziewanie dla wszystkich, dziś 
z rana o godzinie s-tej z Wilna wyruszył. Tym sposobem pokazał 
się wielkim spekulatorem, gdyż nigdzie nie był, gdzieby należało 
królewską jakąś pamiątkę po sobie zosta\vić. Wczoraj Korsakow, 
oprowadzając go po Wilnie, proponował mu, aby raczył oglądać 
Dom Dobroczynności. Ale zręcznie się wymówił od tego, gdyżby 
mu tam należało dobroczynnym po królewsku się okazać. Miał 
także opatry\\'ać Uniwersyt
t i gabinety, ale tego zaniechał, 
domyślawszy się, 
e wypadałoby mu jaki gabinetowy prezent 
z Berlina tutejszemu Uniwersytetowi darować. Nie był i na 
teatrze, choć, jak powiadają, jest nadzwyczajnym jego amatorem, 
tak dalece, że \v państwie swojem nie opuszcza parafjalnych 
nawet teatrzykó\v, gdzie farsy same zaledwie grane być mogą. 
Tu zaś, gdyby się znajdował na teatrz
, musiałby za lożę sto- 
sownie do s\vojej godności za płacić. Słowem unikał widzenia 


,
>>>
DZIENNIK 


71 


tego wszystkiego, gdzieby należało kró]ewski grosz zostawić. 
\V przeciągu swojej bytności szczodrobliwym się tylko okazał 
dla usługujących mu lokajów, wysypując im z garści... 15 du- 
katów! Słyszałem, że marszałkowi dworu Korsakowa darował 
pierścień kosztowny... czeslciemi kamykami vrysadzany. Tutejsi 
panowie urzędnicy miejsco\vi bardzo niekontenci byli z króla 
pruskiego. Niektórzy z nich, osobliwie Szłykow, pracowali jak 
woły, biegając tu i owdzie po mieście dla okazania porządku 
w mieście, a to wszystko było w nadziei dostania orderu pour 
te 1nerite. Jednakże Fryc za\viódł wszystkich ich nadzieję i 1110Że 
nieubłaganą w nich nienawiść ku sobie zostawił... 


, 


..
>>>
, 


, 


.
>>>
... 


Ignacy DOt1zeyko.
>>>
IGNACY DOMEYKO 
FILARECI I FILOMACI 


..
>>>

>>>
List Ignacego Domeyki do Bronisława Zaleskiego po dziś 
dzień jest najważniejszem źródłem pamilJtnikarskiem do dziejów 
Filomatów i Filaretów. Pisany przez jednego znajgorliwszych 
działaczy w związkach młodzieży wile-ńskiej, gorącego patriotlJ, 
żołnierza i uczonego, odznacza silJ prawdomównością, trafną cha- 
rakterystyką osoo i wypadków.
>>>
"
>>>
Kochany Panie B.......... 
Pół wieku minęło od czasó\v i wypadków, o których nli 
każesz pisać; trzydzieści i dwa lata, jak wiesz, przeżyłem o tysiąc 
mil od Polski, między A
erykanami; osiadły republikanin, nie 
z teorji, ale w praktycznem życiu, skołatany tylu przeciwnościami 
i zawiedzione mi nadziejami, przypomnęż sobie, co za wiosennych 
la t świeciło mi w serdeczne m życiu z tylu zapaleńcami, którzy 
już wszyscy prawie poumierali? Oh! gdyby myśl i uczucie były 
pod jakim bądź względem płodanli materjalnych sił i czynników, 
któżby szukał i pocóżby mial szukać tego, co ubiegło i co bez 
wątpienia już przemarło, przegniło, przerzuciło się w proch 
i nicość? Tymczasem, to, co było, porywa nas i unosi \vyźej 
i silniej, niż to, co jest, i w tern, co było, żyjemy ciągłą młodością, 
na przekór siwiźnie naszej i schyleniu. 
Trudno tylko i codzień trudniej wysłowić, wypo\\Tiedzieć, 
co jakby przymglone od tylu zewnętrznych burz i za\viei tuJi 
się do duszy; jak zestarzałemu śpiewakowi, co traci głos, trudno 
wyśpiewać te słodkie akordy i melodje, które nieustannie grają 
w jego duszy i zdają się już należeć do lepszego, do wyższego 
świata. 
Tak mi też trudno dziś władać piórem, kiedy się bierze do 
pisania o szczęśliwych latach naszej wileńskiej młodości, o której 
niepodobna \vspomnieć bez \vywołania z grobu Zana, Adama, 
Czeczota i tylu innych. Wiem, pe\vien jestem, że pamiętam, 
że widzę całą ową przeszłość: nie zmarnowałem, nie zgubiłem, 
wałęsa jąc się po dalekich krajach, nic z tego, co wyniosłem 
z domu; ale wypisać, przelać na papier to, co się działo, niepo- 
dobna. Co słowo - to się przerywa nić, co ch\vila - to się przypo- 
mina i zapomina, a im się bardziej natęża chęć i pamięć, tern 
się \vyda tniej czuje bezsilność i niemożność. 


. 


...
>>>
78 


IGNACY DOMEYKO 


Zacznę jednak. 
Było to za czasó\v kuratorji ks. Adama Czartoryskiego, 
którego wpływom i zabiegom winien był Uniwersytet Wileński 
wiele wolności i pewien samorząd, że szczęśliwym zbiegiem oko- 
liczności spotkali się z sobą i zaprzyjaźnili się w tymże Uni- 
wersytecie: Zan. Jeżowski, Male\vski i świeżo przybyli z
 szkół 
nowogródzkich - Czeczot i Mickie\vicz. Do nich przyłączył się 
wkrótce Pietra s zkiewicz, Łoziński, a potem innych pięciu. To 
było pier\vsze grono, którego wpływ na ó\vczesną młodzież nie 
łatwo jest określić i dostatecznie ocenić. 
Z początku nie myśleli oni zapewne o niczem więcej, jak 
żyć z sobą ściślej, niż z innymi, widywać się jak najczęściej, 
s.zukać wspólnej zabawy i nauki. Rzecz dziwna! różnili się 
z pozoru ci młodzi ludzie w charakterze, w humorze, rzekłbyś, 
w skłonnościach i usposobieniu. Za n uczył się nauk fizycznych 
i matematyki, Jeżo\vski oddany był filozofji i filologji, Malewski 
chodził na odczyty prawne; Mickie\vicz przekładał nadewszystko 
historję i literaturę nowożytną, a choć był jednym z najlepszycb 
uczniów Groddcka, nie lubił katedr uniwersyteckich, nudziły go, 
sam sobie był profesorem. Czeczot sposobił się .na adwokata 
przy nader nudnym i suchym mecenasie, chodził ze statutem 
i papierami pod pachą; Kowalewski cały był zatopiony w łacinie 
i greczyznie. Drudzy, jak Pietra szkiewicz , Łoziński, uczyH się 
nauk przyrodzonych, a jednocześnie chodzili na lekcje litera- 
tury polskiej Borowskiego i starożytnej Groddcka. Wszyscy 
bez wyjątku byli miłośnikami Lelewela i w stosunkach bliskich 
z Kontrymem, bibljotekarzem uniwersyteckim, człowiekiem 
bardzo zacnym; nieco gderą, kapryśnym i nieprzyjacielem 
szlachty, ale przystępnym dla wszystkich, ruchawym i wielkin1 
budzicielem do praco\vitości i oświaty. 
Zimny i poważny, blady, najczęściej zadumany Józef Je- 
żowski mało mó\vił i rzadko kiedy wdawał się w żarty, sprzeczki 
i dyskusje, a kiedy zabierał głos w rzeczy, tyc'lącej się dobra 
kraju, to zawsze mówił spokojnie, poprawnie, znajsurowszą 
logiką i do przekonania. Pochodził on z okolic Humania; był 
nader surowych obyczajów, lubił samotność, wiele czytał, mia- 
nowicie autorów klasycznych starożytnych; w filozofji trzymał 
się Kanta, ale nikomu nie narzucał swoich przekonań. Równie
>>>
FILARECI I FILOMACI 


79 


surowy dla siebie, jak pobłażający dla drugich; pamiętam, kiedy 
razu jednego opo,viadano jakiś czyn, w którym było związane 
głupstwo z wielkie m upodleniem i nikczemnością, a myśmy się 
srodźe oburzali na człowieka, który go popełnił, i ze zgrozą po- 
wstawaliśmy na samo wspomnienie szkaradnego czynu, spo- 
kojny Jeżowski rzekł: uW istocie, trudno powiedzieć, do jakiej 
klasy i rodzaju ułomności i słabości ludzkich należy rachować 
ten czyn; niktby go nie wymyślił a priori". 
Jakże różny od Jeżowskiego w ułożeniu, humorze i w cha- 
rakterze był Jan Czeczot. Żywy, tkliwy, wesoły, bratający się 
ze wszystkimi, prosty i poufały równie z najmlodszymi jak 
i z najnieuczeńszymi, śpiewny, czuły na wszelkie wrażenia, litu- 
jący się i gniewający się z łatwością, pobłażający mianowicie 
dla skromnych i pokornych, pra wdziwie wieśniaczej na tury; 
a przytem pobożny i dobry katolik: był za,vsze gotów słuźyć 
nam, ale też i gderał i napominał, kiedy co nie dobrego w nas 
obaczył: bo chciał, aby jego przyjaciele, mianowicie Adam, byli 
wolni od wszelkich wad, na wet powszednich. 
Trudniej opisać różny bardzo od poprzednich w tym czasie 
charakter Mic kiewicza. l\lożna b y wpra wdzie powziąć - o nim 
niejakie wyobrażenie z jego ballad i dwóch pierwszych części 
D z i a d ó w, które w tym czasie napisał: nie był on jednak tak 
posępny i melancholiczny, jakby się z tych jego utworów zda- 
wało; lubił być wesołym, kiedy się znajdował ze swoimi, mia- 
nowicie zZanem, Czeczotem, MaJewskim, i dziwnie przyjemnym 
był natenczas. Jego piękna twarz, koralowe usta, namiętne oczy, 
gęsty hebano\vy włos, przyjemny dź\vięk mowy, pewność siebie 
i niepospolita bystrość, - \vszystko to sobie dziś przypominam 
i staje mi na oku jego obraz w najżywszych kolorach. Nie zaj- 
mował się on wpra wdz.ie urządzeniem towarzystw tajnych, ani 
pisaniem ustaw dla nich, ani ich 
awiązywaniem między mło- 
dzieżą; ale się radzono go w rzeczach, tyczących się kierunku, 
zasad, i ce]ów, i słuchano go, bo jego sokole oko widziało dobrze 
i daleko. Powołany zbyt wcześnie na nauczyciela do Kowna, 
od czasu do czasu widywał się z nami, a kaźdy jego przyjazd 
do Wilna był uroczystością dla nas. On pisał pieśni dla nas, jego 
tylko pieśni śpiewano, a temi pieśniami panował, ożywiał, utrzy- 
mywał ducha między młodzieżą; w wierze był może natenczas
>>>
80 


IGKAGY DOMEYKO 


,vięccj poetą, niż powolnym sługą Kościoła; ale jego ut\vory 
w formie i duchu katolickie, oddana 'v nich 'v całej swej prostocie 
wiara i pobożność ludu naszego, wielce się przyczyniły do ura- 
towania ówczesnej młodzieży od suchego sceptycyzmu, ,'o]no- 
myślnego niedowiarstwa i materjalnej rachuby, które z taką siłą 
ogarniały młodzież na innych uniwersytetach. 
Figurą najniepoetyczniejszą ze \vszystkich był bez wątpienia 
Łoziński. Szerokiej twarzy, barczysty, nic ,vysoki, nieco twar- 
dych rysów, przekładał nad zbyteczne uniesienia życie praktycz- 
ne, dobry byt, niezależność: nie oddawał się żadnej '\vyłącznie 
gałęzi nauk, ale był dobrze obeznany tak z literaturą jakoteż 
z naukami przyrodzonemi i matematyką. Był on z Wołynia, 
z krzemienieckiej szkoły, wielbiciel Czackiego i ks. Osińskiego. 
Zawsze w dobrym humorze, rubaszny, umiał skarbić przyjaciół 
i miał prze,vagę między młodzieżą; zajl110wał się da".aniem lekcyj 
na pensjach panien i w prY'va tnych zakładach. . 
Nikt jednak nie dorównał 'v popularności, "'. sposobach i da- 
rze podobania się i pociągnięcia ku sobie młodzieży panu Toma- 
szowi Zano,vi, od którego powinienem był zacząć. 
. Zan był z powiatu nowogródz kiego, gdzie miał bardzo sza- 
nownego stryja, który si
 nim opiekował, księdza kanonika Zana, 
proboszcza W' Połonec,Zce (o dwie mile od domu rodziców moich). 
Był, jak to mówią, człowiekiem powszechnym: posiadał grunto,vną 
znajomość nauk przyrodzonych i doś,viadczalnych, był dobryn1 
matematykiem i poetą, znał literaturę i historję naszą i języki 
-starożytne; byl wielkim miłQśnikiem sztuk pięknych, miano,vicie 
muzyki, którą znał dobrze, i śpiewał ,vybornie. Średniego wzrostu 
i nieco śniadawej t,varzy, miał małe ogniste oczy, włos ciemny 
kędzierzawy, czoło wyniosłe, nieco z,vężające się u góry. Kiedy 
śpiewał, impro\vizował i '\vpadał w uniesienie, mó\viono, że z jego 
czoła i oczu strzelały jakoby p r o m i e n i e, któremi zdobywał 
. i pokonywał serca tych, co go słuchali; Stąd poszła owa promie- 
nistość i nazwanie P r o m i e n i s t y c h, o 1{tórych będzie niżej. 
Umiał z równą łatwością zniżać się do pojęcia niewinnych dzieci, 
ba\vić je i nauczać, jak wchodzić w rozprawy znajzimniejszymi 
uczonymi i z ludźmi podeszłego wieku. Za,vsze wesoły, wypogo- 
dzonej t\yarzy, żartobliwy, lubił płeć piękną, niewinną, a był 
bardzo przykładny \v obejściu się z nią; estetyczny, miłosny, nie
>>>
.
, 
.. 



 
 ." 


(!!.... 6- 


II 


,. "" 
t. 


, 



 


r. 


.' 


l' 


" 


.' 


'ł!' .:- 


TDHli./Sz:, 
DIl IV Inlodosc'-.
>>>
FILARECI I FILOMACI 


81 


mógł znieść najmniejszego słowa w młodych ludziach, które by 
zakrawało na nieobyczajność, zepsucie i zmysłowość, a nie cier- 
piał rozpustnych. Utrzymywał, że pierwszym krokiem do nie- 
uczciwości, upodlenia i zdrady jest niepowściągnienie grubych 
skłonności, obżarstwo i rozpusta, które zaraża ją otaczającą a tmo- 
sferę swędem i zgnilizną: to też dowodził, że muzyką i poezją, 
czystością obyczajów i miłością można uratować z upadku naj- 
bardziej zepsutych ludzi. Znany był też i lubiony p. Tomasz 
ze swoich ballad i trio]etów, które śpiewano, a do których sam 
dorabiał muzykę; czytano z przyjemnością jego poemat P a n 
T war d o w s k i, i on urządzał muzykę do śpiewów, które 
przysyłał nam z Kowna Mickiewicz. Utrzymywał się z dawania 
prywatnych lekcyj i był guwernerem Władysława, Józefa i Ale- 
ksandra, synów pana Jana Chodźki (autora P a n a J a n a 
z e Ś w i s ł o c z y), i młodych ŚJiźniów z Nowogródzkiego. 
Najrubaszniejszy z całego grona, najruchawszy, istny za- 
paleniec, był Onufry Pietraszkiewicz: na v.iego spadała miano- 
wicie materja]na praca w urządzeniu towarzystw, on był mi- 
strzem ceremonji, archiwistą, skarbnikiem; przyrządzał małe 
uczty, kiedy chodziło o obchód przyjazdu Adama z Kowna lub 
jakich imienin. Jedynym jego żywiołem i warunkiem bytu była 
narodowość, dobro kraju, przeszłość i przyszłość Polski. On 
tylko jeden nosił wąs zawiesisty na pamiątkę Sobieskich, Pu- 
łaskich, i lubił śpiewać: "Ozdobo twarzy, pokrętne wąsy"; nie- 
nawidził Moskalów, jak piekła. Znałem go od lat szkolnych, bo 
był moim guwernerem w Szczucz ynie, a potem ze mną na oddziale 
nauk fizycznycb w Uniwersytecie. 
Różniący się od wszystkich z powierzchowności, choć tychże 
samych uczuć i zasad, był syn ówczesnego rektora, Franciszek 
Malewski. Był to prawnik, większy od wszystkich nas polityk, 
światowy, znający wyższe towarzystwo, mówił czysto, jasno, 
ze zdrowym rozsądkiem; władał z łatwością nowożytnemi języ- 
kami i dobrą łaciną bronił swojej rozprawy' na magistra prawa; 
przytem dobrego humoru, przyjemnej twarzy, znawca i lubow- 
nik sztuk pięknych, towarzyski i praktyczny. 
Owóż siedmiu młodych uczniów uniwersyteckich, którzy 
od zbliżenia się ku sobie uczuli pierwszy popęd do wywarcia 
wpływu na młodzież wileńską. Nie mam potrzeby powtarzać, 
z filareckiego_świata. 6
>>>
82 


IGNACY DOMEYKO 


że siłą tego popędu i bodźcem do czynności, a głównym celem 
było dobro 1{raju, stara Polska, przechowanie narodowości i cha- 
rakteru polskiego. 
Wielkie i nieustanne konspiracje ryły natenczas Europę, 
wywoływane panowaniem ś'więtego przymierza we wschodnich 
i środkowych państwach, a restauracją burbońską w zachodnich. 
Mnożyły się tajne towarzystwa; po czarnych lochach nurtowało 
życie polityczne, szukało siły w przysięgach, którym nie wierzyło, 
w sztyletach, intrygach i w sztucznych organizacjach, o ile było 
można, zabezpieczających towarzystwa od wzajemnych zdrad 
i podstępów. Masoństwo, karbonaryzm, etc. podkopywały po- 
rządek towarzyski. Jak w obsaczeniu i zdobywaniu twierdzy, 
tak w tern ubijaniu się ..wolnych przeciw samowoli prowadzono 
miny i kontrarniny; z pod ohvartego despotyzmu zaciągali się 
ludzie do sekretnej służby, do podziemnego zaklęcia, z pod po- 
licyjnych straży i inkwizycj i pod terroryzm zakrytego mistrza 
i tajemnej rady. Plątana w owe zaklęte kluby i towarzystwa 
młodzież na'wykała do intrygi, skrytości, obłudy, niedowierzania 
sercu i przyjaźni, jak to wyj a wia ów napis w weneckie m '\vię- 
zieniu: "Broń mię, o Boże! od przyjaciół moich, bo od nieprzy- 
jaciół sam siebie obroni
". 
Były więc w tym czasie towarzystwa tajne na porządku 
dziennym: były czasową koniecznością; i nic bez nich w Moskwie, 
jak w Turynie, w Warszawie, jak w Madrycie i po całych Niem- 
czech obejść się nie mogło. 
Ten sam duch ogarnął i naszych siedmiu przyjaciół; ale też 
odrazu pojęli oni, i w tern ich wielka zasługa przed Bogiem 
i kra jem, jakie niebezpieczeństwo groziło tajnym towarzystwom, 
nie tyle ze strony rządu, który już szukał pretekstu do ścieśnienia 
wolności uniwersyteckiej i do prześladowania niewinnych, ile 
z uwagi na zepsucie, a przynajmniej na osłabienie moralnego 
charakteru i obałamucenie umysłów naszej szlachetnej, poczci- 
wej młodzieży, gdyby ją usiłowano podciągnąć pod włoskie i nie- 
mieckie formy tajemnych klubów, demagogicznych zborów, 
sztyletowych za przysiężeń i ślepego poddania się ukrytej i nie- 
prawej hierarchji. 
Pierwej nim się wzięto do napisania dla siebie ustaw, wy- 
mienieni towarzysze już byli towarzystwem uorganizowanem;
>>>
FILARECI I FILOMACI 


83 


spokojnie naradzali się, nie spisując rozprawi protokółów. Wi- 
dzieli jasno, że do zbliżenia ku sobie i związania młodzieży w tajne 
to,varzystwo należało unikać wyraźnie celów politycznych: 
kochać Polskę, chcieć Polski, to jedyna polityka dla nas; i po- 
trzebaż do tego propagandy, wtajemniczenia, konspiracji nie- 
wczesnej? potrzebaż tajemnych schadzek, sekretów, sprzysiężeń, 
na to, co każdemu na myśli, co we krwi i kościach naszych? 
Byłożby rozumniej przybrać dla zjednoczenia młodzieży jakie 
godlo socjalne, jaką wyłączną doktrynę? Nieprzyjaciel nas 
z róW n a ł; odjęciem wo l n o ś c i nauczył ją kochać; a przy- 
puściwszy, że cała 'wielkość naszej przeszłości, nasz duch naro- 
dowy katolicKi, nasz upadek nie zaszczepiły, lub nie zdołają 
zaszczepić w młodych pokoleniach zupełnego b r a t e r s t wa, 
toć nie narzuceniem jakiej nowej doktryny, lub sztucznem 
upstrzeniem umysłów w jakie socjalne dogma zdołanoby p o b r a- 
t a ć z sobą młodzież, owszem podzielonoby ją na p a r t j e, co 
z łaski bozej nieznane było wówczas między nami, ni z rzeczy, 
. .. . 
nI z ImIenIa. 
Potrzeba jednak było zjednoczenia; nadchodziła epoka do- 
tkliwszych prób i sroższego prześladowania: należało szukać 
sposobów do przechowania języka, litera tury, podań historycz- 
nych, do oŻY'vienia i utrwalenia charakteru i ducha poświęcenia 
się, prostoty i rozumu wobec chytrego wroga. Jakże się wziąć do 
tego, żeby nie ściągnąć odrazu podejrzenia rządu i nie narazić 
samego Uniwersytetu i jego młodzieży na niebezpieczeństwo? 
Uchwycono się nauki, potrzeby uczenia się, potrzeby ośwjaty, 
za cel towarzystwa tak, aby nawet na przypadek jego odkrycia 
było się czem zasłonić przed nieprzyjacielem. 
To było powodem, że nasi założyciele pierwszego towarzy- 
stwa przyjęli dla niego imię F i 10m a t ó w i zastrzegli w pierw- 
szym artykule swoich ustaw, że się nie będą zajmować polityką, 
tylko propagandą naukowej oświaty i braterstwa między uni- 
wersytecką młodzieżą. Ustawy były krótkie i, jak było można, 
najprostsze: prezes, sekretarz, skarbnik (opłata nie przechodziła 
dwóch złotych na miesiąc); na posiedzeniach czytano literackie 
prace i naukowe rozprawy, w których przedewszystkiem prze- 
strzegano czystości języka, a przedmiotem ustnych narad miało 
być wyłącznie obmyślanie środków, dąi;ących ku szerzeniu 
6*
>>>
84 


IGNACY DOMEYKO 


oświaty i braterstwa między młodzieżą, ku utrzymaniu w niej 
narodowego ducha, tak, a by każdy przekładał dobro powszechne 
nad interes prywatny i szanował bardziej cnotę i uczciwość oby- 
watelską, niż wszelkie dostojności światowe, bogactwa i wynie- 
sienie się. W pożyciu zaś między członkami Towarzystwa zale- 
cano przedewszystkiem szczerość i wzajemną pomoc. 
Prezesem Filomatów od początku aż do rozwiązania Towa- 
rzystwa był Jeżowski, sekretarzem Pietraszkiewicz. Posiedzenia 
odbywano co dwa tygodnie, a w razie potrzeby częściej, ale zaw- 
sze w tajemnicy; na nich czytał każdy prace swoje w gałęzi 
nauk, którym się poświęcał, a potem naradzano się nad sposo- 
bami rozszerzenia się Towarzystwa i jego działaniem nazewnątrz. 
W szukaniu mianowicie i przyjmowaniu nowych członków za- 
chowano wiele ostrożności; wyznaczono na to osobnych komisarzy 
dla śledzenia i poznawania kandydatów i nie pierwej wyja.wiano 
nawet już wybranym na członków byt Towarzystwa, aż się zu- 
pełnie przekonano, że nowo wybrany zgadzał się całkiem na 
zasady, przyjęte w organizacji tego Towarzystwa. Pospolicie 
używano do tego następnej filuterji. Dwóch czy trzech człon- 
ków, wyznaczonych do poznania kandydata, proponowało mu 
założenie towarzystwa, układało z nim statuta i całą organizację, 
odpowiednią tej, jaka była przyjętą li Filomatów, i kiedy cała 
ta robota udana, której on sądził się być współautorem, była 
ukończona, wprowadzono go na posiedzenie, oświadczając, że 
to, czego chciał, już egzystuje od dawnego czasu. Przy przy- 
jęciu nowego członka nie było wielkich ceremonij, ni gróźb, ni 
przysiąg: co się nie za wsze było podobało panu Pietraszkiewiczo- 
wi, który na ten akt zwykł przynosić krucyfiks i wymagał, aby 
solenne przyrzeczenie tajemnicy i poświęcenia się dobru po- 
wszechnemu odbyło się wobec wizerunku Zbawiciela. 
Nie śpieszono się też z powiększeniem Towarzystwa, a ostroż- 
ność była tak wielka, że pierwszego roku jego zawiązania zaledwo 
pięciu nowych członków, a na drugi rok tylko dwóch czy trzech 
innych przyjęto. W tym to czasie wszedł do Filomatów ś. p. Jan 
Sobolewski, najbieglejszy z naszych fizyków i matematyków: 
piękny człowiek, piękna dusza, umarł pierwszy ze wszystkich 
na wygnaniu w głębi Rosji, sprawując służbę inżyniera przy 
wodnej komunikacji (jeżeli si
 nie mylę) na Ładodze; i prawie
>>>
FILARECI I FILOMACI 


85 


jednocześnie przyłączył się do Towarzystwa uczony nasz filolog 
Józef Kowalewski, najulubieńszy uczeń Groddcka, pracowity, 
cichy, lubiony od młodzieży: obaj należeli do instytutu nauczy- 
cielskiego przy Uniwersytecie. Wkrótce po nich przyjęto adwo- 
kata Marjana Piaseckiego, jednego z najznakomitszych adwo- 
katów wileńs'kich, który potem wyszedł na adwokata Komisji 
Radziwiłłowskiej; i zimnego matematyka Budrewicza, kocha- 
nego oryginała, z dobrem sercem i zupełną obojętnością na przy- 
gody życia. Miał on przyjaciół i stronników, mianowicie między 
uczniami ma terna tyki, których był repetytorem, i znany z wieI:.. 
kiego roztargnienia, jakiemu ulegał. Powiadał mi Pietraszkie- 
wicz, że kiedy stawiono go przed policmajstrem moskiewskim 
i poczęto w inkwizycji od zwyczajnej formuły: "Kak prozywa-" 
jesz s£a?", zamyślony i uderzony jakąś formułą matematyczną, 
Budrewicz zapomniał, jak si
 nazywa, i pytał stojącego przy 
nim Pietraszkiewicza o swoje własne nazwisko, a na złość i po- 
rywanie się polic ma jstra uśmiechał się. 
W następnym dopiero roku weszli do Filomatów ksiądz 
Chlewiński, który sprawował parafjalną służbę przy kościele 
świętojańskim, a potem wyjechał na proboszcza do folwarku 
państwa Chlewińskich w Nowogródzkie; zacny Kozakiewicz, 
który znalazł śmierć na Syberji przy żonie i dzieciach po wojnie 
listopadowej, i jeden białostoczanin, uczeń prawa, powszechnie 
kochany, którego fizjognomię tak dobrze pamiętam, że dziśbym 
ją odmalował, gdybym był malarzem, ale nazwiska nie pamię- 
tam; wiem tylko, że pierwej, nim przyszło do rewolucji listopa- 
dowej, już go porwali Moskale i wywieźli na Syberję, gdzie umarł. 
Nakoniec i mnie niegodnego, najmłodszego ze wszystkich 
wiekiem i nauką, przyjęli do siebie Filomaci, bardziej z serca 
niż z potrzeby. 
Owóż całe Towarzystwo Filomatyczne, już urządzone i usta- 
lone, nie liczyło więcej nad I4 członków. Jego realne życie nie 
było na posiedzeniach, ale w nieprzerwanem, w nieustaIUlem 
znoszeniu się członków jednych z drugimi. Godziny wolne od 
pracy, przechadzki w okolice Wilna, wieczory zimowe do późnej 
nocy schodziły im na wspomnieniach przeszłości, na projektach 
i naradach nad sprawą publiczną, a zawsze przyszłość Polski 
była im na myśli. Bez wątpienia, przyjemnie jest dziś przy-
>>>
86 


IGNACY DOMEYKO 


pomnieć owe posiedzenia, które z wielką powagą zagajał Jeżowski, 
na których Pietraszkiewicz czytał dobrze zredagowane akta, 
Mickiewicz swoję Gra żynę, Odę do młodości i Hymn, 
Jeżowski, Ko\valewski, Malewski swoje pier
ze filozoficzne, 
filologiczne i prawne próby, Sobolewski, Budrewicz matema- 
tyczne, Zan i Czeczot literackie, a częstokroć żartobliwe, kro- 
tofilne utwory; ale wyznaję, że przyjemniej jeszcze dla mnie 
przypominać nasze przechadzki, rozmowy i zabawy. 
Były szczególnie wesołe i zajmujące, a niekiedy do białego 
dnia przeciągające się, nasze obchody imienin Zana, Jeżowskiego 
lub Adama, który na kucję przyjeżdżał z Kowna, i przyjmo- 
waliśmy go sowicie. Nie pamiętam z ja kich powodów Pietra- 
szkiewicz miał bliskie stosunki z rządcą pałacu Paca i to nam da- 
wało wstęp i sposobność do zbierania się na swe obchody i na 
posiedzenia do zamkniętych pospolicie pokojów generała, o czem 
sam dostojny gospodarz, żyjący w Warszawie, nie wiedział. 
Na jedne ze swoich imienin, pamiętam, jakby to się dziś 
stało, przywiózł Adam swoję pieśń H e j, u żyj m y ż y w o t a, 
która to pieśń stała się potem uroczystą pieśnią nietylko Filo- 
matów, ale Filaretów i Promienistych. Na te imieniny przyrzą- 
dził Pietraszkiewicz transparent, na nich Zan witał wierszem 
solenizanta i zdawał mu wierszem sprawę z czynności i życia 
Filo ma tów, potem śpiewał swój triolet: 


Wróć Feli spokojność moję, 
Bo nie wiem, co będzie ze mną; 
Kocham, trwożę się i boję, 
Wróć Feli spokojność moję. 


Albo zakryj krasę twoję, 
Albo kochaj, bądź wzajemną; 
Wróć Feli spokojność moję, 
Bo nie wiem, co będzie ze mną. 


a był zakochany w młodej i pięknej pannie Felicji Przeciszewskiej, 
ale tak platonicznie, że i ona sama o tern nie wiedziała; Czeczot 
zaś śpiewał na powinszowanie Adamowi na nutę naszych 
pieśni wieśniaczych i ich narzeczem piosneczkę, którą po upływie 
pięćdziesięciu lat, nie wiem jakim sposobem, dziś przypomnia- 
łem, wiersze i nutę, chociaż do wierszy nigdy nie miałem pamięci:
>>>
FILARECI I FILOMACI 


87 


Ach sztoż my waszeci skażem, 
Prostaho sieła dziewczata, 
J.akiejeż pieśnieczki zwiażem; 
U nas myśl niebahata, u nas myśl niebahata. 
Ale jak myślim, jak czujem, 
Tak tabie iaśpiewajem, 
Tak tabie powinsżujem; 
Nieszczyrości nie znajem, nieszczyrości nie zna jem. 
Budź jak lisiczka zdarowy, 
Jak konik wiesieł pry trudzie; 
Niech twaje piśmo i mowy 
Jak saławiej hołos budzie, jak sa.ławiej hołos budzie. 


Ta pieśń już może zaginęła i sam Czeczot może jej był za- 
pomniał przed śmiercią. Pan Onufry tymczasem przyrządzał 
herbatę, łakocie i dobył węgrzyna, a potem zaintonował: Z a 
s z u m n y m D n i e s t r e m, n a C e c o r s k i e m b ł o n i u 
i ulubione jego: W s z l a c h e t n y m d o m u, z n a n y m 
t y l k o z c n o t y. Na jutrznię dzwoniono, kiedyśmy się 
rozeszli. 
Kiedy Adam był znudzony i zapadał na tęsknotę w Kownie, 
to do niego jeździli nasi w gościnę i razu jednego wybieraliśmy 
się do niego iść piechotą: wszystko było przygotowane do po- 
dróży i nie pamiętam, co stanęło na przeszkodzie do jej wyko- 
nania. Mogę powiedzieć, że, choć oddalony na wiele mil od nas, 
:Mickiewicz był duszą Towarzystwa. 
Pierwsi też Filomaci znacznie się przyczynili swoim wpły- 
wem na młodzież do wspaniałego przyjęcia, jakie znalazł Lelewel 
za powrotem do Wilna, kiedy w skutek konkursu na katedrę 
historji był mianowany profesorem Uniwersytetu. Żadna z naj- 
obszerniejszych sal uniwersyteckich nie wystarczyła na pomie- 
szczenie uczniów, którzy się zbiegli na otwarcie jego kursu; musiano 
odłożyć to otwarcie na drugi dzień i przeznaczyć na to ogromną 
salę, która się otwierała tylko raz na rok, to jest: w dzień, kiedy 
cały senat profesorów w ponsowych togach i biretach zbierał 
się na zamknięci
 roku szkolnego i niesiono duże srebrne berło 
przed rektorem. Zasiadł na krześle rektorskiem Lelewel nieco 
skurczony, patrząc z ukosa ku ziemi, wśród okrzyków tysiąca 
młodzieży, a skoro począł mówić, nastala cichość zupełna i głos 
Lelewela nabierał coraz większej mocy i doniosłości; przy końcu
>>>
88' 


IGNACY DOMEYKO 


. 


wpadł w taki zapał profesor i obudził takie uniesienie w młodzieży, 
jakich nigdy dotąd i potem nie widziano na odczytach w Uni- 
wersytecie Wileńs kim. W parę dni później obiegał po calem 
mieście znany wiersz Mickiewicza do Lelewela, który przygo- 
tował niejako uczniów do słuchania nowego kursu historji i po- 
większył \vnich bardziej jeszcze uwielbienie i miłość ku Lelewelowi. 
Trudno dziś sobie przypomnieć i dokładnie opisać wszystkie 
ważniejsze wypadki, .które w dwóch pierwszych latach istnienia 
Towarzystwa zaszły w Wilnie, a w których pośrednio lub bezpo- 
średnio brali udział Filomaci. Obudzający się duch w młodzieży 
akademickiej, na którą wpływ wywierali, coraz bardziej odrywał 
ich od wewnętrznego ograniczonego ustawą życia i da wał czuć 
potrzebę rozwinięcia działań nazewnątrz. Już dla nich za ciasne 
było koło, w którem zespolili swoję pierwotną 'czynność i energję, 
każdy zosobna przygarnął był do siebie pe\vną liczbę przyjaciół, 
z którymi starał się utrzymywać bliższe stosunki, ale środkiem 
ruchu i działalności był dom Tomasza Zana, który nas wszystkich 
przewyższał w darze podobania się i pociągania do siebie mło- 
dych ludzi. Jego wesołość, poetyczność, oznajmienie ze wszyst- 
kiemi gałęziami nauk i sztuk pięknych, otwartość i pewien ta kt 
w obejściu się czyniły go wielce popularnym. Z przyczyny, że miał 
pod swoją opieką wielu uczniów, jego mieszkanie w domu Kukie- 
wicza było obszerniejsze i cisnęła się do niego młodzież, jak do 
ogniska zabaw i nauki. Miał też przy sobie dwóch braci równie 
serdecznego ujęcia jak on: Stefana, l{tóry w dziesięć lat potem 
poszedł na tułactwo, i Ignacego, sposobiącego się wtenczas na 
lekarza. Oni mu wtórowali w śpiewach i zabawach, oni przy- 
trzymywali tych, co zrazu nie śmieli przybliżyć się do Tomasza. 
Tu poczynało rozkwitać grono młodych, zaledwo szesnastolet- 
nich poetów, jak A]eksander Chodźko, Antoni Edward Odyniec, 
Ludwik Spitznagel, którzy dalekimi byli wtenczas od przewi- 
dzenia burzliwej przyszłości swojej. Wymyślono, jakem już po- 
. wiedział, że nietylko z oczu, ale i z czoła Tomasza, ilekroć razy 
był otoczony swemi kochanemi dziećmi, wychodziły p r o m i e- 
n i e, które przenikały duszę każdego, co był sposobny do prze- 
jęcia się uczuciem cnoty i piękności, a odbijały się w powietrzu 
lub gasły, ilekroć napotykały na zimne lub nieczyste serce. 
Nadchodziła wiosna (było to w 1819 czy 1820 roku, mniejsza
>>>
. 


FILARECI I FILOMACI 


89 


o datę); umyślono wyprawić "majówkę", zapraszając do nIe] 
tych wszystkich, których uważano jakoby u p r o m i e n i o- 
n y c h miłością Tomasza, - ,i tych wszystkich, których Filo- 
maci mieli jm na oku. Żeby nie zwrócić na siebie uwagi policji, 
uradzono pójść daleko na Popławy, zbierać się jak najciszej na 
rozmaitych punktach w mieście i iść spokojnie różnemi ulicami 
aż do wyjścią na zieloną doJinę, za którą piękne wzgórze o milę 
za miastem wyznaczono na mi8jsce zebra
a. 
Jakoż słońce poczynało wschodzić na czystem pogodnem 
niebie, kiedy się poczęły ukazywać wychodzące z miasta na ową 
dolinę pierwsze oddziały, liczące 20 do 30 uczniów, którzy róż- 
nemi drogami, lub bez drogi, ciągnęli na umówione wzgórze, 
śpiewając wesołe pieśni, zbierając kwiaty i zrywając gałązki 
świeżo rozpuszczonych krzewów. Na wzgórzu przygotowane 
były wiadra z mlekiem, biały chleb i świeże ciasta. 
Wszyscy się już byli zeszli, tylko brakowało Zana, kiedy 
po chwili spostrzeżono go w towarzystwie kilku innych, jakoby 
o parę staj .za nami, i poczęto go z daleka witać jako mistrza 
Promienistych. Uporządkowali się potem wszyscy w jedno 
obszerne koło, a skoro przyszedł Zan i stanął we środku, huknęli: 
H e j, u żyj m y ż y w o t a, w s z a k żyj e m t y l kor a z, 
pieśń, którą już byliśmy puścili między zaufańszymi. 
Poczem przemówił Tomasz wierszem, który, jeżeli nie za- 
ginął, da najlepsze wyobrażenie o duchu owego .zebrania. Śpie- 
wano też drugą poważną pieśń, z której pamiętam tylko jedną 
zwrotkę: 


Pochlebstwo, chytrość i zbytek, 
Niech każdy przed progiem miota; 
Bo tu mają swój przybytek, 
Oj czyzna, nauka, cnota! 


Osta tni wiersz chórem powtarzaliśmy wszyscy. Tu zaraz 
poczęli popisywać się jedni przed drugimi, nasi mlodzi zagorzalcy, 
jedni wierszem, drudzy prozą, inni wierszem i prozą, a potem 
przyszło do zabawy; biegaliśmy po murawie, piliśmy mleko, 
a co chwila to ktoś z weselszych odczytał jakiś ułamek swojego 
. 
utworu. 
Około dziesiątej wracaliśmy do miasta, podzieleni na od- 


.. 


'JIII'tt
>>>
90 


IGNACY DOMEYKO 


działy tal;{, jak pierwej, a że to była niedziela, uradzono pójść 
na mszą do kościoła św. Jana, co niemało zadziwiło publiczność, 
ponieważ nigdy nie widziano kościoła tak przepełnionego ucznia- 
mi uniwersyteckimi, jak tego razu. 
Ta pierwsza majówka P r o m i e n i s t Y c h, na której, 
jak się łatwo domyślić, nie byli bezczynnymi Filomaci i mieli 
porę do poznania młod
ieży, do odróżnienia szczerych i otwar- 
tych od ]ekkomyśl
ych przechwalców, lub skrytszych, którzy 
"nie 19nęli do fali, ani fala do nich", obudziła niezwyczajny ruch 
i czynność w młodzieży. Wiązali się jedni z drugimi, ponawiali 
wieczorne przechadzki za miasto i na nich śpiewano narodowe 
. , . 
plesnI. 
Spostrzegli Filomaci) że nie było czasu ociągać się i należało 
utworzyć towarzystwo odrazu liczniejsze, z zastosowaniem do 
jego organizacji zasad, które z doś\viadczenia okazały się na j- 
bezpieczniejszemi a razem najkorzystniejszemi dla nas. By zaś 
nie osłabić siebie, a zachować jedność i pewien niezachwiany cel 
raz przyjęty, postano\viliśmy zachować Towarzystwo Filoma- 
tyczne tak) jak było, tajemne, i nie przyjmować do siebie, chyba 
kogo) coby z zupełną szczerością i pewnością przyłączył się do 
naszej familji; ale odtąd Filomaci postanowili szczególnie kie- 
rować czynnościami Jiczniejszego towarzystwa, dla którego po- 
trzeba było natychmiast ułożyć ustawy i dać mu nazwisko, coby 
nie trąciło klubem lub konspiracją, albo gotowaniem się do jakich 
niewczesnych rewolucyjnych ruchów. Jeżowski zaproponował 
nazwać to nowe towarzystwo F i l a r e t a m i. 
W pierwszym zaraz artykule usta w zastrzeżono, że Filareci 
nie będą zajmować się polityką, a głównym ich celem będzie 
oświata) nauka, wzajemne braterstwo i miłość ojczyzny. Towa- 
rzystwo dzieliło się na grona czyli oddziały, stosownie do gałęzi 
na uk, ja kim się odda wali jego członkowie i utworzono grona: 
prawników, literatów, lekarzy, matematyków i naturalistów. 
Każde grono miało swego prezesa, sekretarza i skarbnika, a całe 
Towarzystwo głównego prezesa i sekretarza; wszystkie wybory 
odbywały się otwarcie i większością głosów. Żadnych sekretów, 
ni hierarchicznych wymysłów, żadnych znaków, ni ceremonij, 
mistrzów) ni sędziów. Ustawy były krótkie i jasne, przyrzekano 
tylko przed nienależącymi do Towarzystwa nie wyjawiać jego
>>>
FILARECI I FILOMACI 


91 


bytu, tak dla uniknienia nieprzyjemności od strony władz rzą- 
dowych i uniwersyteckich, jakoteż dla dobra samych filaretów, 
aby nie szukali cWuby z dobrych uczynków przed światem, 
a w cichości oddawali się naukom, zachowując między sobą 
zgodę, braterstwo i obyczajność. 
Każdy, kto mógł, płacił filareckiego podatku złoty na mie- 
siąc, a pieniądze obracano na książki, utrzymanie czytelni i nie- 
zbędne potrzeby. 
Na posiedzeniach czytano prace w przedmiotach, które odpo- 
wiadały gałęzi nauk naJeżących do grona, i toczyły się rozprawy 
w przedmiotach naukowych i literackich. Członkowie nietylko 
ćwiczyli się w sztuce pisania, ale też nabywali daru rozpra- 
wiania ustnie z umiarkowaniem i jasno w przedmiotach często- 
kroć zawiłych, przestrzegając wzajemnie przepisów dobrego wy- 
chowania, czystości języka i poprawności stylu. 
Że zaś nie mieliśmy salonów na liczne zebrania i ostrożność 
nakazywała unikać gromadnych schadzek, mianowano i wysy- 
łano na posiedzeniach z każdego grona delegatów na posiedzenia 
. 
innych gron, a ci delegaci byli obowiązani zdawać sprawę, każdy 
przed swojem gronem, z czynności grona, do którego byli posłani. 
Mogli jednak Filareci, którzy mieli czas i ochotę, iść na posie- 
dzenia wszystkich gron bez wyjątku, nawet nie będąc delega- 
tami do nich, mogli nawet zabierać głos na nich, ale nie mieli 
p
a wa mięszania się do wyboru urzędników w gronach, do któ- 
rych nie należeli. 
Z największą łatwością, bez oporu i ze zgodą powszechną, 
zawiązało się w jednym tygodniu "kilka gron Filar.etów, wybra- 
nych po większej części między promienistymi, co wzięli byli 
udział w ostatniej majówce. Kto ich wybrał, kto ich zebrał i urzą- 
dził, nie pytano si
: była to sprawa filomacka, dobrze ułożona i tak 
przywiedziona do skutku, że każdy z Filaretów, a znalazło się 
ich do stu na pierwszych posiedzeniach, sądził że był założycie- 
lem Towarzystwa. Było jednak wypadkiem bardzo naturalnym 
że na prezesów i sekretarzy pierwszych gron wybrali Filareci 
samych prawie Filomatów, jako promotorów, o których Towa- 
rzystwie nie wiedzieli, ani się jego bytu domyślali. A chociaż 
Filomaci kierowali czynnościami Filaretów i na swoich tajnych 
posiedzeniach naradzali się odtąd głównie nad utrzyma niem
>>>
92 


IGNACY DOMEYKO 


. 
między nimi zgody, porządku i uchronieniem ich od zejścia 
z obranej drogi, starali się, jak mogli, badać ich ducha, zadosyć- 
uczynić ich chęciom i dążeniom, nie przeciwić się ich słusznym 
wymaganIom. 
Zbierały się tedy grona Filaretów co piętnaście dni, niektóre 
co miesiąc, dla czytania swoich prac literackich i naukowych; 
żyli z sobą w bliższych stosunkach, niż z nie należącymi do To- 
warzystwa, pomagaJi sobie wzajemnie tak w utrzymaniu się, jak 
i w nauce; szukali jedni drugich w wolnych od pracy godzinach, 
na zabawie i przechadzkach, na których może lepiej objawiały 
się duch i życie Towarzystwa, niż na posiedzeniach. 
Od początku też obmyślono uorganizować odczyty pry- 
watne dla Filaretów i w tym celu pierwszej zimy Kowalewski 
otworzył lekcje łacińskiego języka i literatury starożytnej, Józef 
Chodźko fortyfikacji, Malewski prawa rzymskiego, Jeżowski 
historji, filozofji etc., ja gotowałem się na otworzenie na rok 
przyszły kursu geografji fizycznej, według nowszej metody, do 
czego i do innych odczytów sprowadziliśmy wiele książek nie- 
mieckich i angielskich. W istocie mogę powiedzieć, że wpływem 
Adama, ]eżowskiego i Malewskiego wzięto się szczerze do po- 
znania języków i litera tury niemieckiej i angielskiej, miano nie- 
jako w lekceważeniu autorów nowożytnych francuskich. 
Zamyślano też wydawać jakiś przegląd literacki i naukowy, 
do którego w istocie zaraz w pierwszym roku istnienia Filaretów 
ukazało się wiele prac i rozpraw, godnych ogłoszenia drukiem, 
a w nich przebijał głównie duch narodowy i cel rozszerzenia oświa- 
ty w kraju. . 
 
Przeszła zima szczęśliwie, a na wiosnę znowu wyprawiono 
dwie czy trzy majówki, na które zapraszano młodzież, na wet nie 
należącą do Towarzystwa Filaretów, upatrując między nią zdol- 
niejszych i sposobniejszych do nowego zaciągu. Na tych bowiem 
ma jówkach, noszących za wsze imię Promienistych, pod gołem 
niebem, na zielonej dolinie, przy wzajemnem wylaniu się, łatwiej 
się otwierały serca i wychodziła na ja w dusza. 
Pamiętam jedną z tych miłych schadzek w przewodnią nie- 
dzielę do folwarku, zwanego Markucie, sławnego fijołkami i śpie- 
wem swoich słowików, położonego na Popławach, o milkę od 
miasta, na wysokiem wzgórzu, z którego opodal widne były Po-
>>>
FILARECI I FILOMACI 


93 


nary, Bekieszowa góra i całe Wilno, jak na dłoni. Nie byłać to 
majówka, ale kwietniówka, bo przewodnia niedziela przypadała 
w kwietniu, i chcieliśmy tego dnia mieć wspólne święcone. Każdy 
niósł, co mógł, na to święcone: ten pieczonego baranka, ów szyn
 
czy półgęski, ów babę lub mazurka, niejeden pieśń tylko nową 
lub stosowne do uroczystości wiersze, a większa liczba dobre 
serce tylko, dobry humor i zdrowy żołądek. O świcie były za- 
stawione stoły, a na nich nic jeszcze; ale w pół godziny ożywiły 
się Popławy pieśniami ciągnących rozmaitemi drogami filarec- 
kich gron i za proszonych gości z tłomokami i koszykami, a nie- 
jeden niósł w zanadrzu butelkę, choć było za powiedziano, że 
tylko świeże mleko pić będziemy. W godzinę uginały się już 
stoły pod ciężarem przyniesionych jadeł; poświ
cił je ksiądz 
i przystąpiono do podziału jaj wielkanocnych na tyle cząstek, 
ilu było zebranych braci. Wzięto się do święconego nie bez wstęp- 
nych przemówień pana Tomasza wierszem i prozą i naprzemian 
śpiewano i deklamowano wiersze. Wesołość była powszechna, 
a przy końcu, kiedy się już gotowano do powrotu, siedzący na 
murawie pod drzewem nasz kochany Czeczot śpiewał swoją 
umyślnie na ten dzień ułożoną pieśń: 


Wstał pan Kwiecień z martwych ninie, 
U weselił l ud swój mile, 
Co nudnej zimy wlókł chwile, 
AleI uj a, aleluja I (bis.chór.) 


Zebrali się bracia mili, 
Aby jedli, aby pili 
I przystojnie się bawili, 
Aleluja... 


Lecz nie mniemaj zrz((do jaki, 
2e to jest ich zwyczaj taki, 
Aby żyli, jak próżniaki, 
AleI uj a.. . 


Są .oni i pracowici, 
I cnotami znamienici, 
Słowem szanowni Lechici, 
Aleluja...
>>>
94 


, 
IGNACY DOMEYKO 


Lubią nauki i cnoty, 
Piszą co kwartał roboty 
I co miesiąc dają - złoty! 
Aleluja.. . 


Tak serce kształcąc i pióro, 
Miłością Ojczyzny gorą, 
Ojczyzny chcą być podporą 
AleI uj a.. . 


I może błysną te lata, 
Ze z filareckiego świata 
Powstanie zmarły Sarmata, 
Aleluja... 


Powstanie z martwych Sarmata 
Do rządu i do bułata, 
I krzywdy swoje połata! 
Aleluja... 


Dziś błogo rosnąc śród cienia, 
Po pracy dla wypocznienia 
Łykniem mleka od niechcenia 
Aleluja.. . 


Po tej zwrotce porwali z radości Jana na ręce i o mało go 
z miłości nie udusili. Nigdy może w życiu nie widziałem tak 
uweselonej młodzieży i ta k serdecznego wylania się. Było na 
tern zebraniu półtorasta uczniów uni\versyteckich; przed j ede- 
nastą wróciliśmy do miasta i poszliśmy na mszę do św. Jana. 
Z tego, com dotąd powiedział, nie trudno przynajmniej bę- 
dzie zrozumieć, jakie rozmiary przybierał ruch, kierowany przez 
Filomatów, i jakiego planu trzymali się oni w rozwinięciu swoich 
czynności. Na wiosennych schadzkach i na zebraniach Promie- 
nistych, pod golem niebem, badano i poznawano -młodzież, wy- 
bierano i robiono zaciągi do Filareckiego Towarzystwa, a w fila- 
reckich gronach upatrywano zdolniejszych i silniejszych do 
utrzymania życia w ukrytem ognisku filomackiem. 
Łatwo pojąć, że w takim stanie rzeczy, Filomaci nie mieli 
potrzeby zajmować posiedzeń swoich czytaniem rozprawlite- 
rackich czy naukowych, bo na to już były przeznaczone posie- 
dzenia filareckie; a le narady Filoma tów były odtąd częstsze,
>>>
, 


FILARECI I FILOMACI 


95 


mozolniejsze, bo na nich chodziło o byt, bezpieczeństwo i moralne 
korzyści liczniejszego Towarzystwa Filaretów, do którego w sa- 
mem Wilnie przeszło 130 członków należało, a ich liczba rosła 
nieustannie. 
Między innemi widokami, które mieli na pieczy Filomaci, 
było szczególniej bronić Filaretów i młodzież uniwersytecką, 
która prędzej czy później mogła do nich należeć, od wpływu 
innych tajnych towarzystw i ich ajentów, którzy się poczynali 
pojawiać i bałamucić nieostrożnych. 
Jakoż, pierwszej zaraz zimy po zawiązaniu Towarzystwa 
Filaretów dowiedzieliśmy się, że niektórzy z t ch, co byli uczest- 
nikami pierwszych majówek, a nie byli jeszcze weszli do Fila- 
retów, dali się wciągnąć pod zaklęciem jakichś wichrzycieli do 
tajemnego klubu, którego :mistrze sami jeszcze nie wiedzieli, 
czego chcą, ale już mieli na pogotowiu czarną izbę, przysięgi, 
ceremonje, trupie głowy, sztylety, znaki do poznania się i tym 
podobne ceregiele) któremi, jak dzieci z ogniem, bawili się i stra- 
szyli, a policja już była ich zwietrzyła. Nie tracąc tedy czasu, 
delegowali Filomaci Łozińskiego i mnie, a byśmy się starali wejść 
jak najprędzej do tego klubu i usiłowali zaradzić złemu. Rzecz 
nie była trudna do wykonania. Na trzeciem czy czwartem po- 
siedzeniu tego klubu, który już zakrawał na karbonars1. WO, roz- 
sądniejsi obrali prezesem Łozińskiego, który, z urzędu swego 
zręcznie manewrując, przekonawszy się, że trudno było refor- 
mować, puścił w przewłokę czynności zagorzalszych, wstrzymy- 
wał od częstego zbierania się bojaźliwszych i przed. końcem 
jeszcze zimy, za wejściem dwóch czy trzech z tego klubu do Fila- 
retów, rozwiązał się sam przez się klub bez oporu. 
Pojawił się potem na wiosnę w Wilnie młody Ogiński z jakąś 
propagandą sekretną, a na niego, jakby na grubszego zwierza, 
posłano samego pana Tomasza i trzech innych doświadczeń- 
szych myśliwych. Mało się od niego dowiedzieli i on od nich, 
ale przyjęli od niego polecenie do naj skrytszych ruchów między 
!llłodzieżą i na tern się skończyło. Ten sam Ogiński, jeżeli się 
nie mylę, brał udział w tajnych towarzystwach warszawskich 
i petersburskich, które odkryto z rewolucją Pestla i Murawjewa. 
Przyjechał też później do Wilna młody Worcel i ktoś inny. 
których mieliśmy w podejrzeniu, że szukali tajemnych stosun- 


. 


\
>>>
96 


IGNACY DOMEYKO 


ków Z uczniami, co dało powód naszym do poznania ich i śledzenia 
ich obrotów. Pokazało się jednak, że ich zamiary nie miały nic 
niebezpiecznego, może i nie mieli oni natenczas żadnych dobrze 
oznaczonych zamiarów względem młodzieży uniwersyteckiej. 
Za wiele byłoby z :mojej strony przypominać i chcieć vłry- 
szczegółować mnóstwo wypadków i czynności, które wpłynęły 
na ro
winięcie naszych towarzystw. Sądzę, że Tomasz, Onufry, 
a może i Czeczot zostawili w swoich papierach szczegóły dokład- 
niejsze od tych, które tu pod antypodami mogłem opisać. Dosyć 
powiedzieć, że od początku aż do końca istniał w całej swej sile 
i jedności Związek Filomatów, że on właśnie wpłynął bezpośred- 
nio na organizację i kierunek o dziesięćkroć liczniejszego Towa- 
rzystwa Filaretów i za ich pośrednictwem na duch młodzieży 
uniwersyteckiej. 
Duch ten i całego stowarzyszenia był. czysto narodowy, pa- 
trjotyczny, polski, ale wolny od niewczesnych spisków i kon- 
spiracyj, wolny od demagogicznych szałów i straszydeł, a za tern 
od rozdwojenia, zawiści i dzielenia się na part je; - był też nie- 
za truty dumą ani bezbożnością. Pod tym ostatnim względem 
nie będzie od rzeczy rzucić raz jeszcze okiem na przeszłość. 
Nie byli wprawdzie Filomaci, i większa część Filaretów, 
bardzo pobożnymi katolikami, nie wszyscy dopełniali ściśle prze- 
pisó\v kościelnych i nie można ich było posądzać o zbyteczną 
uległość władzy duchownej. Za świeży jeszcze był natenczas 
wpływ rewolucji francuskiej i zagranicznych idej, które owładały 
:młodzieżą na początku wieku; za silny wpływ powszechnie se- 
kularyzowanej oświaty szkolnej, mianowicie tej, którą nam prze- 
kazała Komisja Edukacyjna, a w której pierwszeństwo brały: 
starożytna, klasyczna literatura i historja, matematyka i nauki 
przyrodzone; zbyt też żywy był jeszcze, urok napoleonizmu, 
żeby w tym czasie tak ci, co dali początek owemu ruchowi między 
młodzieżą,. jak ci, co nim owładnięci zostali, mogli się od po- 
czątku przejąć gorącą wiarą i pobożnością przodków swoich. 
Caryzm moskiewski, którego nie na widziliśm y, zda wał się na- 
pozór wyzyskiwać katolicyzm na korzyść swoją, udawał, że 
jemu tylko zostawionem było protegować jezuitów w Połocku 
i Petersburgu; Aleksander całował ręce proboszczów; Siestrzeń- 
cewicz w Petersburgu odegrywał rolę, której nie odgadywano
>>>
. 
ę
 '1t
':
 t, 
... I' l 
 ...... J,' 
-ł; 'o f!'" 
IJ 
'
. .,J, ,
; 
,-.' 

 '" .r . '.' 
\, :" (': 
't'-.l.. :if
-:';¥
""'-'" 

. "'l'r.:i "" . ., 
-7oł .. .r. 
.1 . . . ;C'
"''''A. 
 

 . .l -..: .
 
I 




 
:i. 


'-
 
, \
 
fi 
,J. 


:
 


, t, . 
.. - a#- .... 
'A: .r 
 
1" o 


, 
. I 
.'. .. 


't ° 1 0 J O
 
: .' 
 ... 
. ... . , 
' I 
.,,' 
 . ! 
";
. .' 
J .. 
,. 
 
łł ,. I o' 
,
 . 

I) 
)

A 'ł
- 
.,. , '.1' _ 
...,;-ę.;. .. 


. ,. 


'lo 


.... 


(ł:i- 
:., 

 


I. ... .. 
_ ;;f .t o' 
'A:-'" 
.... .or
.... ., ..!' 
,. . O 
 ./:J r' 
'o ',

' { 
"C: " .
- ..;-.. 
_ .'; 
... i. 
 
fc......$.'!... rf-..: 
""-
łJ 
 - C , 
r

 I.. 
.. ,. 
, 1j 
 , 
.......... A 
0"0 't-- 
 


.. . o 
" ..;tł.'!'..... ...,... :,.. . 
. 
o "- 
.... \.. 



 


."1. .
: 
 .. , .. 
 '. ,
. 
. . -: .ł
r o
\'
'. . 
.
 :

sf'- 
'-

... -'. "-'"'- ';. 
 
. 
 0'0::" -"....
 
;... . .
..,: ,-r_', A-\.. '. 
.
... .......- 
 :ł --- 

 

.. 
'1.-''' .' -. ':ł...-. 0:-' 
, ' 
",,
 ,: vi .\

 

'o, .1Jt
' - 
%'-- ..-111.. 
"I.""'" ' o
 

:'!'\'.S- 'ł--
 to

ł" 
 'li



 
.. 
 ..l't. 
t;.,. , . . .'. 
t'"-,.,o:, . 
 
. 
.:1"
 
....
 .' .............::.......... a ,. - 
 i . 


....... 


.. 


, . 
. 


.. 


". 


. 


'" 
..' 


".. . 'i' ...-,. 
.
..... . 
.. .. r ..
 


." Ił-, 


,.... 
'Ii' __ 

 
 
',:
" 


tł. 



 




 


" 


'''';f 


4 


. t 


i 


- 


ot. 


., 



 
. 
.. 


_ J 


..;i 
o_
 
, - 


. ' 


. 
o 



1 


\0 


.. 


1'- \. . 
..,.. -ł!. 


.. 
(' 


o', 


....-. 
.. 


!' 


:::t 


: 


, .- 
, 


r o 't 


:#' 


i' 


;
 
o
... 
.... - 
."... 
"" 


3 
.' 


..
 ' 
. 



 


i 
0\ 



. 


.
. 
, l.' 


If 



 



 


'1'\. 
. 


. 
.". .' 


!. 
}! . 
) 
 



. 
J .
. 
\ .,.. 
't' " 
.. 
- "., 
, . 
. 
. 


.' 


. . 
)0' 
ł 


l 


lo 
". 


:1 


4 
..
 



'\, 

'. 
.
 
". 



 


l 


J'o f 


. 


.... 


... 


. .. 


;. 


\" 

 



. 



 


't 
"'w. : l 
 
' 
. ,\ 1" 'I; 
, 
, 

.. o $- :. 

 .' .' 
. -. . 
. , 
.). ,t.\i' ... '. 
ł :
 
t' ..r 
,. {
.'. 
+
" 
I \..r ł q':j-", 
''\ '. t?- 

 .. :. ..... r... .£ 
1 "..' 
 . .";;'.," 

 -. 
 
.. C" 
"" 
.\ .:
\ 
"'':''':Lt ", 
:\ ...". o "
.\' 
 l 
1 "
"'. 
_..:' .

 
. r. . 
. 
.'. 
. t 
'" ','", 


 - 
..
..-ł:

 
to'... k ,." 1....... , 
'
: - f 
 
. _ . . -ł, 

 .'\.. \. 
.. 


 
ł '
o "
 '
o




" 
. 
 . ,!'i , ': 


. ',,-:!r.. 
o ..
. o:
, ......., e

,,
1"':' 
" J - 0?..1i.." 

 
.-,.t 5"
' .. :t
. 

, 
J-' j., o,' _ ' ,(_ 
.,,;
 
 '" 
 

 
.- 
.. . '
""' i¥: .' 
-.-'!' ..,.. 
,
 
..' 
. 


l'" 


"' , 

' ... 
, . 



..... 


, . 

 .
 ::ł-.'
 


"':" 


.£ .;.\.", 
'.
 J 
- :' 

: 
. '" \ 

 \ '. ... 
('., ' 
'., _. .. " ol. 
11 , , . . 
.ł. oj. 
,I:
.. 
\f. '. .
.;"..." 
- .
. , 
'..1 . 

 :,,:""
l..ł
'-ł IIL.. 
-..... 

 , .
. ...

1:';'" "o .'łJ . .. 
',
" ...;.,,
'"!A\' 
 - 
''; : .";t ":'
 
 '\
 -' 
 
'-'" ..\ L"" " r 
......, 
... o.
;/, .
...
.:-- ...
 
':.:.. 
ł tl,;
.t.'.. )..
...
......
 -
- 
..... t. 

 -
1t
 .' i'-
' 
;-.. ....
.

..

 - :1r---"\t .,...!.);, 
.:
-
':
 ,3,....
 ... -,. ,
. 
 t 
-';fl"'
 '..

. .
,.Ą. ł 
;'-"'l" 
 ' -
'l
...:
 .', 
fJ; 
.:1:.. . . .:'
'. . I 
.. 
 . 
-.... 
 -łł"- 
\.t. 
:.ł'
 .--'!!Io. .... _ _".,-- --V" .. 
.--'
 - ..... - 


-. '" 


łt.,':. 


.( 


, 


. 

 

 
;: 

 



 
C 

 


.
 

 
łił 
.tł) 

 
o,C)
>>>
FILARECI I FILOMACI 


97 


na tenczas, a i nuędzy duchowieństwem naszem świeckie m, mia- 
nowicie \vyższem, było wiele fałszywego liberalizmu. Ludzie, co 
uchodzili za uczeilszych, i panicze, co powracali z zagranicy, byli 
niedowiarkami lub ich udawali. Z profesorów unhversyteckich 
od śmierci pobożnego dziekana księdza l\Hckiewicza, który \vy- 
magał od uczniów świadectw miesięcznej spo,viedzi, jedni tylko 
Niemczewski, Jan Śniadecki, rektor Malewski, może który ze 
starszych emerytów chodzili na mszę, a w ogólności było 'v mo- 
dzie szydzić z księży i nabożeństw. 
. Z tem wszystkiem mogę po\viedzieć, że i pod względem reli- 
gijnym ukazali się Filomaci \vyższymi nad swój czas i, jeżeli nie 
wpoili w młodzież wiary katolickiej, w której sami nie byli jeszcze 
silnymi, to przynajmniej wywarli pewien kierunek nieznany 
przed tym, który utorował drogę za nadejściem cięższych czasó\v 
do nawrócenia się wielu ku Kościołowi i prostocie ,viary ojców. 
Pan Tomasz, synowiec jednego z naj zacniej szych probosz- 
czó'v, Adam, synowiec gorliwego katolika, tylko co wspomnia- 
nego dziekana pojezuity, który się nim opiekował, i ,viększa 
część filomatów i filaretów, co byli pobierali nauki 'v szkołach 
pijarskich, dominikańskich i bazyljańskich, a byli synami do- 
brych, pobożnych ma tek, nie pozwalali na najmniejsze żarty 
i szyderstwa z wiary, szanowali Kościół i księży, byli przykła- 
dem 'v obejściu się. Wiadomo, że Adam w swoich b a 11 a d a c h, 
w H y m n i e d o N a j ś w i ę t s z e j P a n n y, 'v s,voich 
D z i a d a c h, które napisał w tym czasie i które \vywarły wielki 
wpły". na wileńską młodzież, ukazał młodym poetom źródło, 
w którem powinni szukać na tchnienia i piękności naszych podań 
narodo,vych, odkrył przed nImi nasz wielki stary ś\via t i stare 
niebo. Za n w swoich improwizacjach i ognistych przemowach 
do Promienistych podnosił ducha młodzieży do wyższej sfery 
uczucio\vej, nadmaterjalnej. Czeczot w- swych pieśniach siel- 
skich 111alował prostotę i cnoty naszego pobożnego ludu. Obu- 
dzenie romantycznej poezji, a powstanie na francuską szkołę 
wielu literatów warszawskich przyczyniło się też może niemało 
do ochronienia naszych młodych akademików, co się brali do 
pisania, od owej oschłości i sofistycznych formuł, które tak po- 
płaca ją u wolnomyś1icieli. Już nadmieniłem, że był między 
filomatami ksiądz, który potem wyszedł na bardzo gorliwego 
z filareckiego świata. 7
>>>
98 


IGNACY DOMEYKO 


i pracowitego proboszcza; między zaś filaretami mieliśmy dwóch 
innych pobożnych księży, z których ksiądz pijar Lwowicz za- 
sługuje na szczególniejsze wspomnienie. Znałem go był jeszcze, 
kiedy pełnił obowiązek profesora w szkołach szczuczyńskich 
(gubernji grodzieńskiej); potem ćwiczył się w naukach matema- 
tycznych przy Unhversytecie \Vileńskim. Był bardzo wysoki, 
o trzy czy cztery cale wyższy od najroślejszych uczniów Uni- 
wersytetu, podługowatej twarzy, blady i pięknych oczu, 'bardzo 
poważny i ła.godnego obejścia się ze wszystkimi, lubili go fila- 
reci i miał wielką u nich wziętość i znaczenie; najupartszych 
nawet ciągnął mimo ich woli ku wierze i pobożności. Prości 
nawet żołnierze, którzy nas potem strzegli \v więzieniu, bali się 
go i byli dla niego z \vielką cżcią i uszano\vaniem. 
Z tego wszystkiego, com powiedział, można pojąć, dlaczego 
członko,vie ,vymienionych stowarzyszeń, Filomaci i Filareci, 
nigdy się nie targnęli w swoich pismach i rozprawach na wiarę 
katolicką, \viarę przodków, dlaczego się zawsze znajdowali przy- 
kładnie na uroczystościach kościelnych, mianowicie w święta 
patronów polskich, jak na przykład , na procesjach święto-kazi- 
mirskich i w dzień ś-go Stanisława, tudzież na mszach sobotnich 
w Ostrej-Bramie, w Kalwarji na Zielone Świątki, i jak miłe d]a 
nich były kolędy i północna rezurekcja na \Vielkanoc. 
Cztery czy pięć la t trwała cała ta czynność i praca kilku 
zrazu mlodych ludzi, związanych \v szczupłe nader grono filo- 
mackie, i rozwinięta potem w Towarzystwie Filaretów i na ma- 
jówkach Promienistych. Uniwersytet już liczył więcej lysiąca 
uczniów, nauki szły dobrym torem, u
tały dawne burdy i zawi- 
chrzenia między młodzieżą; ,vielu zdolniejszych wyjeżdżało lub 
gotowało się do wyjazdu zagranicę dla udoskonalenia się 
\v naukach i wszystko zapowiadało świetną przyszłość i postęp. 
Tu należałoby zatrzymać opowiadanie, oszczędzając wspo- 
mnień, które rozdziera ją serce i chmurzą umysł, ale kto zaczął 
historję, musi jej do kończyć. 


. Zdarzyło się, że głupi jakiś a niewczesny rokosz między 
gwardją cesarską w Petersburgu był przyczyną, że Aleksander 
posłał ją za karę w zimo,vą porę na przechadzkę po śniegu do
>>>
. 


FILARECI I FILOMACI 


99 


Rosień, do Sza ,vel i do Wilna. Przyszła tedy do nas na posteru- 
nek brygada nieproszonych gości pod do,vództ,\yem w. ks. Miko- 
łaja, od nieda\vna ożenionego z królewną pruską. Mikołaj cały 
zajęty musztrami, które były jedyną jego namiętnością, nie miał 
czasu \vdawać się w sprawy akademickie, a może i nie wiedział 
o bycie Uniwersytetu; ale między jego oficerami, synami najbo- 
gatszych i najdumniejszycjl bojarów, a naszą młodzieżą, która ich 
nie lubiła, przychodziło często do z,vad i pokątnych zajść, już to 
na teatrze i po salonach, już na ulicy. Na jednej przechadzce 
w marcu na Antokolu młody jeden porucznik z pułku W. Księcia, 
spotkał się z I7-letnim uczniem gimnazjalnym, który mu nie 
chciał ustąpić z drogi; ofuknął oficer i powiedział coś nieobyczaj- 
nego, a student mu dał policzek. Rozeszli się na pozór spokojnie, 
ale oficer nazajutrz szukał studenta, \vdała się policja, i owóż 
początek złości Mikołaja. 
Na \viosnę była re'vja całej gwardji cesarskiej za Zielonym 
mostem. Zjazd Aleksandra w Wilnie i jego trzech braci, między 
którymi pier,vszy raz obaczyJiśmy owe szpetne zwierzę, kniazia 
Konstantego. Za nim przY'vlokło się wielu z jego tajnej policji 
i między nią Nowosilcow, który już był powziął odrazę i niena- 
wiść ku naszemu Unhversytetowi, jako dziełu Czartoryskiego. 
\V bardzo złym humorze chodził w. książę Konstanty po \Vilnie; 
sam swoją ręką zrzucił czapkę Adolfowi Kublickiemu, który, 
będąc krótkiego wzroku, nasunął mu się nieostrożnie; a gdy się 
dowiedział o zaszłej burdzie między oficerem i studentem, na jsu- 
rowiej rozkazał genęrał-guberna torowi Korsako,vowi i policma j- 
strowi miasta wyśledzić rzecz, tyćzącą się znie\vagi wspomnio- 
nego porucznika, któremu już to przez wzgląd na młody wiek 
ucznia, już dla zakrycia przed rządem naszego Uniwersytetu, 
starano się dowodzić na śledzhvie i w opinji publicznej, że Ó\V 
student nie należał do gimnazjum, że był poprostu czeladnikiem 
jakiegoś szewca. To jeszcze bardziej jątrzyło umysł księcia Kon- 
stantego. 
Usunięto porucznika z gwardji, ale też razem tak się wzięto 
do śledzenia uczniów i do szpiegostwa, że przestraszony tem 
szanowny i kochający nas rektor, powziąwszy niejaką wiado- 
mość o istnieniu tajnych towarzystw, jakoteż o osobach, mają- 
cych najwięcej wpływu na młodzież, uprosił i zniewolił Zana i in- 
7* 


.
>>>
. 


100 


IGNACY DOMEYKO 


. 
nych, aby natychmiast zawiesili wszelkie czynności i tajne ze- 
brania, jeżeli nie chcą zguby Uniwersytetu i jego rozwiązania. 
Nie było czasu ociągać się; policja śledziła kroki wielu z na- 
szych towarzys
y i nie trudnoby było jej zdybać na zebraniach 
liczne grona filareckie. Postanowiono więc do nieograniczonego 
czasu zawiesić ,vszystkie posiedzenia i przyczaić się; ale się nie 
na tern skończyło. Doszło do uszu r
ktora, że chociaż czynności 
filareckie ograniczały się szczególnie do prac literackich i na uko- 
,vych, miały jednak pewną organizację, podlegały ustawom, 
i przechowywano dosyć obszerne archiwa. Przezorny tedy Ma- 
lewski 'v obawie, aby nie sch\vytano papierów, zmusił Zana, 
Pietraszkiewicza i Jeżo\vskiego do zebrania wszystkich proto- 
kółów; statutó,v filareckich i dokumentów w jedno miejsce. 
dla spalenia ich \vobec delegowanego na to od siebie. Płakał 
jak dziecko pan Pietraszkie,vicz, patrząc na płomienie, które 
pożerały tyle niewinnych rzeczy, i pomimo niebezpieczeństwa, 
jakie groziło, nie mógł się wstrzymać od przecho,vania ukrad- 
kiem niektórych slpargałów, które przez długi czas jeszcze prze- 
leżały podobno pod strzechą w jakiejś stodole. Co zaś do pa- 
pierów filomackich toby ich i pod torturą nie wydał pan Onufry, 
i nikomu z nas nigdy na myśl nie przyszło, żeby to Towarzyshvo 
było kiedy wykryte. 
Rok już upływał od czasu onej nieszczęsnej rewji i popa- 
lenia papierów \v cichości; a choć policja w. ks. Konstantego 
i Nowosilco\\-.a czujna była i coraz bardziej wdzierała się 'v sprawy 
uniwersyteckie, nigdyby może nie przyszło do odkrycia Filare- 
tów, i choć uszczuplone koło filomackie wyjazdem Franciszka 
Malewskiego powtórnie zagranicę i oddaleniem się na profeso- 
rów Sobolewskiego i innych, poczynało myśleć o odnowieniu 
posiedzeń, kiedy niespodzianie \v miesiącu październiku uwie- 
dziony nie wiedzieć jaką pokusą Jankowski wydaje Nowosil- 
cowo,vi tajemnicę bytu Towarzystwa Filareckiego, do którego 
należał. A jako kłamshvo idzie zawsze ze zdradą, tak i biedny 
Jankowski, odurzony może ,vielkiemi obietnicami senatora, przed- 
sta,vił Towarzystwo nie, jakiem \v istocie było, stosownie do 
swoich ustaw i organizacji, ale jako wielkie sprzysiężenie patrjo- 
tyczne na obalenie rządu. . 
 
Trudno mu było przypomnieć naz,viska wszystkich Fila- 


.
>>>
FILARECI I FILO:\IACI 


101 


retó\v, których do półtorasta licz.)no, spisał jednak na liście 
więcej stu i wszystkich bez wyjątku u\vięziono, porywając jed- 
nych \v mieście,. drugich na wsi, po domach, i napełniając cały 
kraj strachem i zgrozą. Wyznaczona Komisja Śledcza rozpoczęła 
natychmiast tajną inkwizycję pod czujnem okiem i rozkazami 

o\vosilco\va i jego przyjaciela Bajkowa. Jankowski nie wie- 
dział o Filomatach, ale domyślił 'się, od kogo pochodziły zawią- 
zanie i kierunek Towarzyst\va; \vskazał Zana jako głó\vnego 
mistrza i naczelnika. 
Tu się zno\vu rozbudziło życie filareckie. Jak pierwej po 
gronach, tak teraz po klasztorach, gdzie każdy pod zamkiem 
i pod silną strażą w osobnej ceJi był uwięziony, stano,vili związek 
ściślejszy, niż kiedykolwiek. We dnie wodzono nas do sądu; 
każdego pod strażą dwóch z karabinami żołnierzy i ciągnięto 
inkwizycje z całą formalnością moskiewską, z groźbami, pod- 
stępami, podchwycenianli za słowo, kłamst\vami i \vymysłami, 
których uży\vają pospolicie na wyśledzenie zbrodn;, tylko że nie 
bito; nocami zaś przekupy\va1iśmy szyld\vachó,v, którzy nam 
pozwalali schodzić się i przepędzać weselsze godziny. Za wię- 
zieniem była zima, mrozy i grożący nanl ,vszystkim S y b i r; 
\V więzieniu na schadzkach panowała ,viosna i nadzieja 'v przy- 
szłość, choć daleką, Polski. 
Nie było się 'v istocie czego lękać od najsłabszych na\vet 
Filaretó\v, żeby w zeznaniach s\voich nie \vydali czego, bo rzeczy- 
wiście każdy Filaret, stosując się do prawdy, nie mógł zataić, że 
pierwszym artykułem w organizacji To,varzyshva było zabro- 
niono za jmo,vać 
ię polityką i że na posiedzeniach czytano roz- 
pravv-y nauko,ve i literąckie. Ale Nowosilco,v i Bajkow, którzy 
na obżarstwie, opilstwie i rozpuście czas pędzili, nie spieszyli się 
y. ukończeniem śledztwa i chodziło im o pokazanie przed cesa- 
rzem, że była to rzecz \vielkiej wagi i spisek re\volucyjnj. 
Zana od początku strzeżono w samym pałacu, gdzie odby- 
wała s\voje czynności Komisja, i nielitościwie się z nim obcho- 
dzono: on brał odpowiedzialność na siebie za wszystko, chociaż 
nie było istotnej winy. Jankowski upierał się przy swojem, ale 

rzy końcu podobno odwołał, czego nie był \v stanie dowieść, 
l nie upierał się. 
Tymczasem odby,valy się, jakem po\viedział, schadzki nocne
>>>
102 


IGNACY DOMEYKO 


po więzieniach kJasztornych i utrzyn1Y'vały się, choć z wielką 
trudnością i narażeniem się, komunikacje między klasztorami, 
nie dla naradzania się nad te m, co mamy mówić przed komisją, 
(bo można po\viedzieć, że to już było prze\vidziane i obmyślone 
od założenia To\varzystwa, aby nie narazić nikogo na zgubę), 
ale aby się wzajemnie pociesza G i nie upadać na duchu. \Vięźnie 
z jednego klasztoru pisali do drugich, wychwalając każdy. swoje 
\vięzienie i rozweselając, jak mogli, jedni drugich. 
U bazyljanów siedzieli: Jan Sobole\vski, Freyend, ks. Lwo- 
wicz, Giedroyć, Adam Suzin, Aleksander Chodźko i inni ucznio- 
\vie Zana, a w połowie listopada przywieziono ze wsi i osadzono 
\v tymże klasztorze mnie i otyłego Jakóba Jagiełłę. Północ była 
dla nas wschodem słońca; zbieraliśmy się \\
 celi Adama i aż do 
ś\vitu przepędzaliśmy noce na rozmowie cichej, ale nie smutnej. 
Freyend przyrządzał herbatę i nas rozśmieszał. Kto dniem pier- 
\vej był zawołany na śledztwo, przynosił nowiny, jakie uzbierał 
\v sali i na ulicy. Ksiądz Lwo\vicz na drugi dzień po uwięzieniu 
go spadł, przechodząc nocą korytarzem, ze schódó\,. i był przez 
miesiąc niebezpiecznie chory; dla tego później od innych począł 
należeć do naszych nocnych schadzek i pamiętam, kiedy pierwszy 
raz o północy wszedł do nas, jak nas zabawił i rozczulił, mó\viąc 
z wyciągniętemi rękami poważnie: "K o z y, li C i 
 s z n e k o z y, 
ma t r z o d o j e d y na u . \"1 tejże celi na Nowy Rok czytał 
nam Adam S\vój piękny wi
rsz: S k o n a ł rok s t a r y etc., 
a z jutrzni \\7 noc Bożego Narodzenia dochodziła nas przy \vtó- 
rowaniu dalekiego organu przytłumiona pieśń P r z y b i e ż e l i 
P a s t u s z k o \v i e - która to pieśń przenosiła nas w progi 
domowe, gdzie po nas matki i siostry płakały. Zdarzyło się też, 
że jednej nocy o pier\vszej godzinie przyszło policma jstro\vi zwie- 
dzić nasze więzienie; szyldwachy spały, my, skupieni w izbie 
Adama, piliśmy spokojnie herbatę; wtem rozruch na koryta rzu, 
szczęk kluczy i karabinów; przestraszony podoficer zdobył się 
na koncept, że odrazu nie mógł trafić na klucz do drzwi, które 
\viodły do naszego korytarza; policmajster pękał ze złości, ale 
zyskaliśmy minutę czasu i w momencie, kiedy wysadził drzwi, 
już każdy z nas był w swojem łóżku i zagasił ś\viecę, a przy k ż
 
dego drzwiach stał szyldwach z karabinem, wyprostowany jakby 
przed cesarzem. Pamiętam też, jak nas bolało, kiedyśn1Y się
>>>
FILARECI I FILO:\IACI 


103 


. 
dowiedzieli o \vy\viezieniu studentó\v: spędziliśmy tę noc jakby 
oniemieli, smutnie, nie u".ażając nawet na żarty Freyenda i po- 
cieszne uwagi Jagiełły. 
Przez cały czas \vięzienia Adam, wyjąwszy wsponlniany 
wiersz, nic nie pisał, ale czytał wiele i był bardzo towarzyski 
z nami, przyjemny w rozmowie; niekiedy się zamyślał i milczał, 
a]e był spokojny. 
Tak przeszły zima, wiosna i lato dla naszych Filaretó\v 
i Filo ma tów w więzieniach; rzadko komu udało się wyro bić 
u Nowosilcowa i to nie za staraniem swojem, ale przez za biegi 
kobiet i rodziców, że go \VYPuszczono na wolność pod dozór poJicji. 
Nic zgoła nie wykazano, coby nosiło na sobie cechę zbrodni 
stanu, i trzeba było do tego całej złości i nienawiści ku nam No- 
wosilco\va.. żeby w końcu wycisnąć z tej spra\vy akt oskarżenia. 
\Vyszedł dekret, skazujący wszystkich prawie., co byli filoma- 
tami, i kilku filaretów na wywiezienie w głąb Rosji; Zana ska- 
zano do Orenburga, mnie, Piaseckiego i Kozakiewicza oddano 
pod wieczny dozór policji z usunięciem na za \vsze 0d \vszelkiej 
służby cesarskiej, a wszystkich na zwrot kosztów etc. etc. 
W jesieni wszystkich wypuszczono na wolność, Zana wy- 
wieziono prosto z więzienia na Sybir, innym zaś, skazanym na 
wywiezienie w głąb Rosji, dano czas niejaki na przygoto\vanie się 
do podróży, z czego też nasi nie omieszkali korzystać, bo tego 
kiótkiego czasu użyli na ostatnie tchnienie filareckiego życia 
na Litwie. 
W istocie, pomimo surowości środkó\\. i śledzenia policji, 
przepędzali oni noce gromadnie po dobrze zamkniętych domach, 
w towarzystwie Filaretów i da wnych promienistych, którym 
wolno było, pozostając w kraju, na z\vyczajnych zabawach przy- 
pominać błogie lata istnienia owych towarzyst\v i gotować się 
do znoszenia ciprpień i nieszczęść, jakie ich czekały. 
Byłem natenczas na wsi, \v domu stryja mojego, w Słonim- 
skiem. Pojechałem do Wilna dla pożegnania się ze skazanymi na 
wygnanie i przepędziłem z nimi ostatnią noc całą aż do świtu 
w jakimś domu, w głębi, na poddaszu, przy ulicy Ostrobramskiej, 
noc, której nigdy nie zapomnę. Znajdowali się wszyscy prawie 
Filomaci i wielu Filaretów, Feliks Kułakowski, Cyprjan Daszkie- 
wicz, młodzi poeci i na\vet niektórzy z nowych uczniów uniwer-
>>>
104 


IGNACY DOMEYKO 


. 
syteckich, którzy nie należeli byli do naszych towarzystw, a zda- 
wali się wiązać przeszłość naszą z przyszłością. Ale nie było ko- 
chanego Tomasza, tylko jego dwaj bracia: Stefan i Ignacy. Tej 
nocy wszyscy byli raczej weseli niż- smutni, nie pozwalano na wet 
ubolewać ani przypon1inać, co się przecierpiało. Kułakowski 
ba\vił nas nieustannie, opowiadał i odegry\vał role osób \v sław- 
nem spotkaniu się księdza Czerskiego (tegoż samego, co potem 
się zniósł z odszczepieńcem Runge, a którego posłał był Korsa- 
ko\v do W. ks. Michała dla da \vania lekcyj języka polskiego) 
z wielkim księciem 1\lichałem w Rosieniach. Odśpie\valiśmy 
wszystkie nasze pieśni smutne i wesołe, filareckie i ma j o 'we , po- 
cząwszy od H e j, u żyj m y ż y w o t a aż do T o a s't ó w. 
Przy końcu nalegano na Adama, żeby co zaimpro"wizował. 
Zrazu nie chciał, ale po chwili Freyend zagrał na flecie pieśń jego 
ulubioną" Już s ł o ń c e z a s z ł o, P s Y s i ę u ś P i ł Y i, na 
tę nutę śpiewając, improwizował balladę B a s z a (drugą część). 
Rozeszliśmy się w milczeniu, po cichu, kiedy już dzwoniono na 
pier\vszą mszę \v Ostrej Bramie, a lud klęczał na ulicy. 


Tu się poczyna epoka naszego rozproszenia. Orenburg, gdzie 
siedział Zan, stał się stolicą dla rozrzuconych po niezmiernej 
przestrzeni od Białego do Aralskiego morza naszych wygnańców. 
Nie ustawali oni 'v zawodzie: już nie między swoimi, ale na nie- 
przyjacielskiej ziemi i między wrogami sieli ziarna: nie o\ve na- 
siona złości i niepokoju, płodne w bunt i rokosze, które, jak ,,,iemy, 
kończą się między 
Ioskalami na nożu i po\vrozie, ni o\vej \vol- 
ności rzeźniczej i s\va\volnej, którą Skarga nazywa \volnością 
filio rum Belial, bo ta nigdy nie była siewbą naszą, ale 
nasiona surowej cnoty i uczciwości, nietylko w celach, ale i \v środ- 
kach, od\vagi nietylko bojo\\Tej, ale i obywatelskiej, wiary w spra- 
\viedliwość Bożą i nieuniknioną karę za ujarzmienie. Mozolnać 
to była ich praca i niewdzięczna! Wkrótce śmierć poczęła ich 
zmiatać jednego po drugim. Pierwsi Sobolewski i Daszkiewicz 
przenieśli się do wieczności. Umierający w Moskwie Daszkie- 
\vicz prosił na Boga, aby jego kości pochowano na Litwie, i nie- 
odstępny jego tO\\Tarzysz Pietraszkiewicz wyjednał u rządu, że 
mu poz\volono spełnić \volę nieboszczyka. Przed końcem zimy
>>>
;:
 


.. 
 
, 


I' 

: 
'ł 
"- 
- , 
'
 - 
:'k'
 


I I 


ł - n 
I 1., 
 
! .W 


JI1 


, '.' 
,I . 
. . 
. ' , -'''''' 
.. " . 
. .:. -'- . 
( ' 


" 
\ o 
, 
... 


'\.. 


'f ' 
ł \ 


j I 



;
. 


!ł. 



 


I 
t 


... J'"ofIt ...
 .. 
... 


ffl. 


\, 


, 


. f,. 
,....1. '-.:...aL. 
l ;" 1 

, :' 



. 
, :'i1 


:""';"'"-.:r-::'":. 


.' 


...,.: 


A 



 .....,. 
,
- 
 


-'i _ . 


-'o 


- ....-7
. '
:"7J 


;.A.
 


- 
\ -- r.e::." _
.
 


 it
;.,''i' 
 ':3;
Ł - 
,., .....'fi; 
 ). ,
 I' 
,..r __ ... .;'-I---jti 


-- 
, '- 


'1!--- 


.
.. 
y ., f' " . 
..!
_ _1 . 



. .""It."' 



 

. 


-. . 
 

 ...... 


'r.;..s 
 , .'. 

 . 


'."';
 


..;.. 1- 


.. Ir
_ -=-_ ___ .;:._ _ -:: I 
, ::. .-T _ -'- '. _ . 


. . 


... i. 


. 


" 



 .. ':f.... 


. - -
- ... 


-. 1- 



; 


- ,.... 
, 


...to 


. ' ł :':'" 
A 4 ,' 
 
, 
.'. 
1\ . 



 


... 
I 
': 

 
" ( 
) :\ 
: 
 
f,f( 
\ 
"t
' 
:, 
 t r , j ;'1 11 r 
: W 
\. h, 
': jll . ;;
 ł

 
--ł 
 -. 
: \ - ,F. : I 


....... 
:. 


,
 

 :ł_
,"_

;.
 _ 


',f 


ol' 

-ł . 


_. ,,
, -', . --. 
/- . 
 -. -
 
 


 --.
 
-., "?t, -- _. _-- t_
 - 
I -
-. _ __ _
 -f :- 
 .,,{""::";;--::. 
- 
: 
 --=..-:-:.. - .::..- --
 


. 
JI o; 
.' 
. 
\ 

 'I 
, 
/.. t 


, . 


rł 


 



 


r:. 



 
'
.w .... 
o f 
. J 
J 
JlJ j
 j 
; 
1-- J 

 


:::- ;, .
:
 


,:::'1 


.'ł 


.. 


lo; 


.
 


.
 


, . 


J 


\-,r 



'" 1 


'-! 



 

) 


t 

 


.: . 


, 'f" ,..z 11 
.' '

I 
...... - 


"" 


W njJtrze kaPlz',y w Ostrej Bramie w Wz"tnie.. 


ł, 


!'" 


¥' 


: l..__ =- 


, 
'.' 


...--.-"::\ - 


:


 


. 



. 


.. 


t
>>>
FILARECI I FILOMACI 


105 


przywiózł pan Onufry zwłoki Daszkie,vicza z l\iosk,vy do Wilna, 
gdzie za jego duszę odprawiono obchód pogrzebowy w kościołku 
świętej Anny u bernardynów. 
Pozostali ,,, kraju Filareci, Promieniści i powiązani w ostat- 
nim roku z nimi młodzi uczniowie uniwersyteccy, choć większa 
ich liczba osiadła już była na wsi lub rozpędzona po całej Litwie 
Wołyniu i Podolu, mieli zawsze obrócone serca swoje i widoki 
ku \Vilnu, gdzie się uczyło nowe pokolenie pod ,vpływem świeżych 
podań i pamiątek. W pięć la t niespełna spotkaliśmy się znowu, 
choć nie wszyscy, już nie na majó,vce ]ub posiedzeniu, lecz przy 
szabli i w narodo,vem powstaniu. Tu się ukazał legjon akade- 
micki, dzieci nasze; niektórzy z Filaretó,v, jak Parczewski, Sze- 
mioth, Pol, Chodźko\vie, Kubliccy, t,vorzyli kosztem swoim 
oddziały partyzanckie; drudzy, jak \Vierzboło,vicz, Zabiełło, 
przyszli z wojskiem polskiem na instruktorów, inni, jak Przecław- 
ski, \Vołłowicz, Kozakiewicz pełnili ciężką służbę emisarjuszów: 
rzadko kto pozostał w domu przy starym ojcu czy podeszłego 
wieku matce. 
Nic wszyscy przeżyli upadek spra ,vy. - \Valecznego Pola, 
w którego twarzy i układzie upatrywano ,vielkie podobieństwo 
do Lelewela, pocho\valiśmy na granicy pruskiej w Ascheken; 
tamże umarł z ran, odniesionych pod Powendownią, młody Bu- 
chO'wiecki, syn zamożnego obywatela; reszta poszła na tułactwo, 
i z tych niektórzy, jak Michał \Vołłowicz i Szymon Konarski, 
wrócili jeszcze szukać śmierci \v swoim kraju, inni ,vymarli na 
obcej ziemi; mało komu Opa trzność poz\voliła zasnąć spokojnie 
w domu ojca. Niech im \vszystkim świeci wieczna ś\viatłość, aż 
się o budzą !la głos Boży! 
Sa nt jago (Chili) w marcu 1870 roku
>>>
. 


, 


.
>>>
OTTO ŚLIZlEN 
Z P A"MIĘTNIKA (1821-1824)
>>>
...
>>>
Otto Ślizielz, syn chorążego nowogródzkiego, Jana i Anieli 
z Mackiewiczów, 'urodził się 24 czerwca I806 r. w Bartnikach, 
w N owogródzkiem. W ychowywał się początkowo .u dziadków swoich, 
w Druckowszczyźnie, później .u rodziców w Wolnej. W r. I8 I 7 
wraz z bratetn, Rafałetn, oddany został do szkoły dotninikańskiei 
w Nowogródku, skąd w r. I8I9 obaj ltracia przeniesieni zostali 
do szkół jez.uickich w Połocku, gdzie ksztacili się aż do ich zatnknię- 
cia w r. I820. Na jesień I82I r. Ślizieniowie wstąpili na Uni- 
wersytet Wileński; Rafał zapisał się na wydział prawny, Otto 
na fizyczno-matematyczny, wkrótce też, zapewne przez Zana, pod 
którego zostawał opieką, wprowadzony był do Towarzystwa F ila- 
retów. Podczas proces.u filareckiego aresztowany, więziony, wreszcie 
usunięty z U niwersytetu. W r. I825 Otto Ślizielz wstąpił do 3-g o 
pułku ułanów Królestwa Polskiego, w r. I83I brał 'udział z kor- 
pusetn Dembińskiego w wyprawie na Litwę; po upadku powstania 
ożenił się z Kazimierą Dobrowolską i osiadł w Dr-uckowszczyźnie, 
gdzie wzorowo gospodarował i pozyskał zaslużone uznanie wśród 
współobywateli, którzy wybrali go na wicetnarszałka powiatowego. 
Około r. I848, po śtnierci pierwszej żony, ożenił się powtórnie 
z L'udwiką Berktnanówną; od r. I872 prawie stale mieszkał w lrli1z- 
sku. Zmarł I9 gr.udnia st. st. I887 r. w Dr'uckowszczy.źnie. 
Pamiętniki Ottona Ślizienia obejtn'ują okres jego pobytu 
w szkołach nowogródzkich, połockich i w Uniwersytecie W ileńskitn. 
Spisane późno, w r. I882, zawierają pewne niedokładności, ale 
wogóle tło opowiadania jest wierne i obfituje w nieznane skądinąd 
szczegóły. Podane niżej wyjątki charakteryz'ują stos.unki szkolne 
i uniwers yteckie w okresie najb'uiniejszej działalności towarzystw 
młodzieży wileńskiej, oraz ich prześladowań.
>>>
. 


. 


.
>>>
ROK 1821. ZE SZKOL WILEŃSKICH. 


Przyjęto nas bez trudności na uczniów uniwersyteckich. 
Rektorem był \v tę porę trzęsący się starzec, Szymon Malewski, 
z dużą, rumianą, dobroduszną twarzą, z przerzedzonym si\vym 
włosem, zawsze w granatowym podnoszonym surducie, a zimową 
porą w granatowej bajówce. Przy rektorze była irektorowa, 
a przy niej dwie rektorówny. O starszej, Marji to tylko powiedzieć 
mogę, że była bardzo dobrą córką pana Szymona i bardzo dobrą 
siostrą pana Franciszka. O niej mówiono, jak o każdej nieładnej: 
że bardzo dobra. Druga -zaś, Zo
ia, do moralnych zalet s\vej 
siostry łączyła spory zapas fizycznych powabów. Była celem 
niejednych platonicznych i nie platonicznych wzdychań. Liczyła 
się do królowych :młodego romantycznego społeczeństwa. Między 
innymi zajmował się nią czule Aleksander Chodźko i wie]biciel 
wszystkich panienek, Jan Czeczot. · 
Rektorowi i biskupowi ó\vczesnemu, Kundziczowi, plotkarze 
zarzucali wielkie skąpst\vO i dU70 złośli\"ych anegdot na to konto 
wymyślali. 
Ja wybrałem sobie do nauki fakultet fizyczny, przeważnie 
przyrodniczy, ogólnie filozoficznym zwany. Zapisałem się na 
fizykę, chemję, zoologję, botanikę, mineralogję; w dodatek na 
algebrę, wykładaną przez Wyrwicza, na wyższą matematykę, wy- 
kładaną przez Po1ińskiego, i na filozofję,którąniby wykładał ksiądz 
kanonik Anioł Dowgird. Profesor fizyki, Drzewiński, niestary , 
chudy, sutołowaty, z dużym nosem, choć sam miernego wzrostu, 
był jednym z tych \vyjątkowych, co najfatalniej swój przedmiot 
wykładał; brakowało mu słów, jąkał się, zapominał, jakby nie 
był pewnym, co mówił;"" przy tern i w doświadczeniach był nie- 
zręcznym, narzędzia mu z rąk padały. Prawda, że czasem w nie- 
udaniu doświadczenia umiał sobie doradzać. Gdy raz nie udało
>>>
112 


OTTO ŚLIZlEŃ- 


mu się iskrą elektryczną za pomocą mosiężnej kulki kurę odręt\\Tić, 
to uderzył tą kulką w łeb tak mocno, że kura wyciągnęła się 
nieżywa. Słowem z tej pięknej nauki potra fil zrobić nie tylko 
dla kur zabójczą, ale i dla słuchaczó\v śmiertelnie nudną. Jedna 
tylko była dobra strona \v jego fizycznej sferze, że pani profe- 
sorowa była fizycznie arcy\vdzięcznie zbudowaną. 
Równie nudnym i \vięcej jeszcze może niedołężnym wykła- 
daczem był profesor filozofji, ksiądz Dowgird, bo ten na wet profeso- 
rowej nie miał; miał jednak jedną dodatnią stronę, że lekcje jego 
były bardzo nieregularne, z wielkie mi przer\vami, wkońcu zupeł- 
nie ustały, aż do przybycia dzielnego Gołuchowskiego. 
Lecz co to za miły był profesor nasz znamienity Andrzej 
Śniadecki. Jak czarujący był wykład jego chemji, co za słodki 
sposób wysłowienia się. Sala chemiczna była duża, okrągła, 
w krąg la wkami w amfiteatr ustawiona. Liczna publika od dołu 
coraz wyżej pod same ściany zapełniała salę. U dołu za długim 
stołem, zastawionym różnemi przyrządami che micznemi , zasia- 
dał przed książką i kajetem po\vażny biało\vlosy starzec, wy- 
kwintny czyścioch, ze słodkim \vyrazem twarzy, \v uśmiechu 
i wzroku przebijała \veśołość i odcień do\vcipnej ironji. Wogól- 
ności, cała jego osobistość ze s\voim nawet dużym, na bok skrzy- 
wionym nosem była wielce sympatyczna. W licznym tłumie 
słuchaczów nie słychać było najmniejszego szmeru. Wszystkich 
oczy i uszy z natężoną u\vagą z\vrócone były na siedzącą u dołu 
profesors ką godność. Ten zda wał się półszeptem przemawiać, 
.a każdy jego wyraz z miłem brzmieniem do najodleglejszego 
ucha wyraźnie \vpadał. Głęboką znajomością i zamiłowaniem 
swego przedmiotu umiał pociągnąć uwagę i wzbudzić w słucha- 
czach upodobanie do wykładanej przez siebie nauki. Nieraz 
wychodziło się na lekcje z zimną obojętnością, albo nawet nie- 
chęcią, a wnet za poja\vieniem Śniadeckiego, za pierwsze m po- 
słyszeniem jego przytłumionego głosu, obojętność i niecbęć zni- 
kały, przejmowało się coraz żywszym interesem, a po upływie go- 
dziny żal się uczuwał, że się lekcja skończyła, tak
y się chciało 
jeszcze trochę dłużej cichy ten organ mowy uczonego starca 
-słyszeć. \V cukier jednak burakowy, by ten wszedł w praktyczne 
użycie, chemik Śniadecki nie \vierzył i ironicznie odzy\val się
>>>
o 


, . STANISItAW. JIlNDZILh 
 
Pft()t': HIS'I': 1IATtIR. w a' UNIYl' nft. 
IJ .(.
 1. 


. 


I\
siqdz BOI1. .Stan. jundziłl.
>>>
. 


Z PAMIĘTNIKA 


113 


na lekcji: "Botwinka i barszczyk z buraków, to wyśmienity wy- 
nalazek, ale z cukrem niechaj się schowają". 
Zoologję i botanikę wykładał szanowny i światły ksiądz 
J undziłł. Dość wysoki z zaczesanemi gładko w tył siwemi wło- 
sami, które, odkrywając mu wysokie czoło, spadały na ramiona. 
Twarz choć niemłoda, ale gładka i dość czerstwa, przy niebieskich 
żywych oczach miała sympatyczny wyraz z nieco ponurym mar- 
sem. J ego lekcje też miały właściwy sobie urok, szczególnie 
botanikę z zamiłowaniem wykładał. Nie widziałem inaczej pro- 
fesora J undziłła jak w piaskowym fraku staroświeckiego fran- 
cuskiego kroju, ze stojącym odchylonym kołnierzem, w krótkich 
po kolana czarnych spodniach, za wiązanych przy kolanie czarną 
wstążką na kokardę, od kolan czarne lub białe pończochy i trze- 
wiki z dużemi sprzążkami. Prócz sali lekcyjnej, będącej tuż przy 
jego mieszkaniu i przy botanicznym ogrodzie, można tylko było 
widzieć profesora Jundziłła w tymźe botanicznym ogrodzie 
siedzącego z przymrużone m jednem okiem na ławeczce, lub 
przechadzającego się między swemi uIubionemi roślinami. Przez 
kilka lat swego pobytu w \Vilnie raz tylko jego spotkałem na 
ulicy, powracającego w kwaśnym humorze i jakby zawstydzo- 
nego ze spektaklu, na który go skusił jakiś szarlatan, ogłaszający 
w afiszach, że ukaże czworonożne zwierzę wielkości konia z dwo- 
rna skrzydłami, a zacieka wionym naturalistom wyprowadził 
schudzonego do ostateczności wielbłąda, którego opadły garb 
formował na bokach dwa duże worki, które, przez dwóch niedo- 
rostków podnoszone i machane, mianowały się skrzydłami. Nie- 
kiedy u marsowego botanika przebijał się wesoły temperament 
i komiczne słówko nieraz mu się wymknęło. 
Profesor mineralogji, Horodecki, oryginalna osobistość, mi- 
neralog uczony, swemu przedmiotowi oddany, ale w porównaniu 
do innych elegantów na profesora uniwersyteckiego wcale nie 
wyglądał. Człowiek półwieczny, siwego włosa nic lub mało; 
trudno o tern stanowczo powiedzieć, bo te włosy zawsze się przed- 
stawiały puchem przypruszone i jakby nigdy grzebienia nie wi- 
działy. Nie chorował nigdy, a twarz miał bladą, obwisłą, jakby 
schorzałą. Skoro wchodził do sali, wyglądał jakby tylko co z pu- 
'chówką się rozstał, za pierwszem ukazaniem się na progu roz- 
twierał szeroko swe szczęki przeciągłem poziewaniem, stawał 


.. 


Z filareckiego świata. 


8
>>>
. 


114 


OTTO ŚLIZlEŃ 



 


\ 


przed stolikiem, założonym kamieniami, o których ma być mowa, 
i zaczynał znowu od szerokiego ziewnięcia. Lekcje wykładał 
jakby odniechcenia, przeplatając ciągle szczerem poziewaniem; 
mówił wyraźnie, w sposób dość zajmujący, widać w nim było 
pewność siebie i głęboką znajomość przedmiotu. Całą go\zinę 
mówił stojąc. Frak nosił zawsze ciemno-zielony, nieokreślonego 
kroju, dobrze podnoszony, wisiał on na nim jak na szaragach 
i prawdopodobnie z miotełką się nie spotykał. Niekiedy przy 
szerokiem ziewnięciu i równie szerokim uśmiechu rzucił jakiś 
żartobliwy dwuznacznik, szczególnie mówiąc o kamieniu agacie, 
którem to imieniem i jego służąca się wabiła. Na jśmieszniejszern 
to było, że tenże sam koncept przy tejże okoliczności od kilku 
lat co rok się powtarzał i że w roku następnym, gdy przyjdzie 
mówić o kamieniu agacie, niechybnie temi samemi słowy się 
wypowIe. · 
Nie można powiedzieć, by profesor Horodecki był przy tern 
wszystkiem niesympatyczny, owszem, coś w nim było, co się 
podobało. Może to, że miał odwagę być sam sobą, nie dbając 
na ludzkie sądy; nie było w nim żadnej sztukaterji, żadnego 
naśladowania. Lubiliśmy go ze wszystkiemi jego śmiesznościami. 
Choćby mierny oryginał zawsze więcj wart niż najlepsza kopja; 
lecz biada, kiedy kto, nie będąc z natury oryginałem, w orygi- 
nalność się przybiera; będzie tylko nieznośną parodją. Nasz 
minerolog był przytem na miętnym myśliwym. Ledwo wyszedł 
z lekcyjnej sali, już z myśliwską siatkową torbą na boku, ze 
strzelbą na plecach, z wyżłem przy nogach profesor Hor od ec ki 
spieszy za miasto. 
Dziekanem mojego fakultetu był ksiądz Życki, chudy, 
ruchawy, ugrzeczniony, posuwisy staruszek; odziewał się tak 
saJ]1o, jak ksiądz Jundziłł, z tą różnicą, że kolor fraka był 
nie piaskowy, lecz szafirowy, z dużemi, stalowemi guzikami, 
tak samo z przodu ostro wycięty. 
...Znaleźli się tacy, którzy, wspomniawszy, że kiedyś w Wil- 
nie jakiś uliczny tuzinkowy poeta i malarz dostarczył w szejne- 
katrynce szkiełek z wizerunkami do pokazywania na ścianie 
figur znajomych i po większej części profesorskich, umyślili 
stary ten koncept podźwignąć, z tą różnicą, że dawniejszy był 
poniekąd w duchu panegirycznym, a teraźniejszy w celu złośli- 


#
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


115 


. 


wego wyśmiania. Ponama1owywali więc na szkiełkach dużo figur 
znajomych, przeważnie uniwersyteckich, z najdokładniejszem 
podobieństwem w twarzach i postaciach. pododawali im żartobli- 
we szej nekatrynkowe wiersze i puścili na łaskę Niemca, chodzą- 
cego z szejnekatrynką. Kopj a tych szejnekatrynkowych wierszy 
znalazła się niespodzianie w moich szpargałach, mogę więc je 
wam, jako autentyczne, na waszą pociechę zacytować. 
Byłem raz na herbacie u państwa Kuł..., gdzie było 
kilka osób i komunikowano sobie świeżutką nowinę o dowcipnej 
profesorskiej szejnekatrynce. Wszyscy byli ciekawi ją oglądać; 
posłano i przyprowadzono. Na wstępie Niemiec zadysponował, 
żeby na kolorowem obiciu ściany zawiesili białe prześcieradło, 
by cienie wyraźniej się rysowały. 
Najprzód przedstawił się otyły, stary Malewski w swej 
granatowej bajówce, przebierający palcami w długiej nicianej 
pełnej kiesce; przed nim pejsaty rektorski faktor z wyciągniętą 
dłonią, na której błyszczała złotówka. Wszystko tak naturalnie 
i zgodnie z oryginałem, że rektor na ścianie zdawał się trząść po 
swojemu. Podpis głosił: 


Oto rektor Malewski, co dobywa z kieski 
I złotówki daje na ratówki. 
Inaczej nikomu nie daje, 
Tylko każdego łaje. 


Potem dwaj bracia Śniadeccy, podobni do siebie białowłose 
starce, siedzą przed stolikiem, założonym książkami. Pan Jan 
w otwartej książce pokazuje palcem panu Andrzejowi, a z ust 
jego wychodzą wyrazy: 


Patrz waść, j ak on tu. dobrze twierdzi. 


A z ust Andrzeja czyta się odpowiedź: 


Cóż stąd, kiedy Niemcem śmierdzi. 


Pod spodem napis: 


Oto dwaj Śniadeccy, nieprzyjaciele niemieccy. 


8*
>>>
. 


.. 


OTTO ŚLIZlEŃ 


116 


, 
Dalej następował brzuchaty, wysoki doktór Frank :ze swoją 
olaągłą, rumianą twarzą, w haftowanym profesorskim mundu- 
rze; trzyma za puls trupa, leżącego na tapczanie. Podpis: 


Oto znamienity doktor Frank, 
Co bardzo często robi krank. 


Potem wysuwa się z suterenów astronom Reszka z podpisem: 


Oto Reszka, co na dole mieszka, 
Liczy gwiazd y, a tyle wie, j ak i każdy. 


. Dziekan Życki w starofrancuskim fraku, w krótkich spo- 
deńkach, uśmiechnięty staruszek, .z wysuniętą naprzód nogą, 
jakby chciał posuwiście publiczności grzecznie się skłonić. Podpis: 


Oto słodziutki ZydeL 
Byłby jakiś inszy, żeby nie był akademicki. 


ł 


Następuje przechadzający się z kijem w ręku profesor sta- 
rożytnej litera tury, ciemnej twarzy, z nieproporcjonalnie dużym 
nosem, garbaty Groddeck. Podpis: 


Jest mądry po starożytnemu Grodek, 
Prawdzi wy hubki wyrojek. 


Profesor malarstwa, Grek, Rustem, zjawia się w swojej czer- 
wonej mycce, stojący przed stalugą; w jednej ręce trzyma paletę 
z farbami, drugą maluje obraz. Podpis: 


Oto Grek Rusiem, 
Co każdym pendzlem maluje z gustem. 


Wtem ukazuje się na ścianie cień, z oklaskami przywitany 
Przedsta wiał on leżącego na stołku jednookiego kanonika, poły 
sutanny zarzucone na plecy; nad nim stal we fraku, małego 
wzrostu, podobniutki do pana S...: lewą ręką trzymał za kołnierz 
niefortunnego księdza, a prawą wznosił nad nim biczem, goto- 
wym zaraz się spuścić, gdzie potrzeba. Leżący ma twarz, zyrró- 
coną w znacznej części w górę, i swem jednem okiem pogląda 
błagająco na wzniesiony nad nim bizun, a z boku przez nawpół 
otwarte drzwi wychylona do połowy pełna, biała, ładna, wygor-
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


117 


sowa na blondynka, jak dwie krople podobna do pani S...., grozi 
palcem mężowi, jakby strasząc, by się nie ważył duchownego 
ruszyć i w czemkolwiek mu zawadzać. Podpisano: 


Rekomenduje się ksiądz ...iło, 
Co wziął w skórę aż miło. 


. 


Profesor litera tury polskiej Borowski, u którego na jednym 
policzku była wklęsła dziurka, zalepiona skórkowym plasterkiem. 
Podpis: 


Różnie natura ludzi darzy, 
Co u innych gdzieindziej, u Borowskiego na twarzy. 


Zja wia się szeroko poziewający Horodecki, trzyma kamień 
agat i rznie na nim djamentem; podpis: 


Ot i mineraloga macie, 
Choć poziewa, a rznie na agacie. 


Nauczyciel gimnazjalny, jowialny Szydłowski, siedzi przy 
stoliku, na którym trzy butelki wina. Szklankę nalaną trzyma 
przed sobą i wesołą twarzą śmieje się do publiczno
ci, jakby. 
chciał jej zdrowie wypić. Podpis: 


", 


Oto humorysta Szydłowski, co nie zna troski, 
Bo u niego na każdy frasunek dzielnie pomaga winny trunek. 


Profesor algebry Wyrwicz zjawia się, trzymając w jednym 
ręku grajcar, w drugim wielkie zero. Podpis: 


Niektórzy go zwą grajcarem; on się uparł być Wyrwiczem, 
Choć na prawdę jest wielkiem zerem czyli niczem. 


Pod tym podpisem następująca formuła: 


Zero + osieł = paniczu 
Grajcar + zero = Wyrwiczu. 


Profesor agronomji, Krassowski, był przedstawiony w kry_o 
jówce pod gęstym drzew cieniem siedzący obok swej żony, czule 
ją jedną ręką tulący do siebie, a w pewnej odległości kilkoro 
biegających drobnych ich dzieci. Podpis:
>>>
118 


OTTO ŚLIZlEŃ 


Oto agronom, co wszystkich zachęca do roli, 
A sam co innego woli. 


Profesor weterynarji, Bojanus, białej cery, upudrowany, 
stoi przy grupie domowych zwierząt; na jednym ręku trzyma 
strokatego pieska, drugą przykłada mu do nozdrzy podpis: 


Uczony weterynarz, choć wygląda, jak młynarz, 
Pewno uzdrowi psiaka, bo wziął nowego dukata 
I starego buziaka. 


Pelikan, wyelegantowany, siedzi pod stołem bez świecy, 
za jęty rozpatrywaniem trupich członków, w ciemnej, spóźnionej 
porze. Podpis: 


Anatom, chirurg niepospolity, wszystkiemi członkami umie dobrze władać 
I wie, choć pociemku, gdzie jaki wkładać. 


Występuje wreszcie profesor historji powszechnej, Kukolnik, 
z krzyżem Włodzimierza na czarnym fraku. Podpis: 


Oto historyk Kukulnik, do złego wspólnik, 
Prawdy dziejowe chętnie fałszuje, gdy za to order poczuje. 


. 


Profesor prawa, Chodani z futerałem od książki pod pachą. 
Podpis: 


A to szczególniejszy prawnik Chodani, 
Co to ni ch wali, ni gani. 


Każda przedsta wiona figura była tak wiernie z na tury 
wziętą, że niepodobna było pytać o nazwisko, i to właśnie naj- 
większą satysfakcję sprawiało, że się od pierwszego wejrzenia 
wiedziało, z kim się ma do czynienia. 
Niektórzy podejrzywali, że to była robota samego Rustema, 
lecz najprawdopodobniej była to czynność zbiorowa: jedni pro- 
jektowali, inni rysowali, drudzy podpisy konceptowali i t. d. 
... Naturalnie , że długo ta katarynka kursowa ć nie mogła, 
jednak dni dwa, trzy powałęsała się po mieście i jako nowoŚĆ 
na wszystkie strony porywaną była; gdyby jej jeszcze dano dni 
kilka, przemysłowiec Niemiec pięknyby pieniądz zebrał. Lecz 
policja się wmieszała i swawolne szkiełka skonfiskowała...
>>>
. 


ROK 1822. Z \VAKACYJ. 


Do uprzyjemnienia tych wakacjów najwięcej wpłynęło przy- 
bycie w naszą stronę trzech Zanów, Tomasza, Ignacego i S
efana 
Ich stryj, ksiądz kanonik Zan, był dziekanem i proboszczem 
w Iskołdzi; do stryja przyjechali synowcowie z Wileńskiego 
Uniwersytetu na wakacje. Zaraz kanonik przywiózł do Bartnik 
Tomasza i Ignacego. Tomasz był już wówczas magistrem filo- 
zofji, średniego wzrostu, brunet, o gęstych, czarnych, kędzierza- 
wych włosach; płci smagłej ze sła bemi znakami ospy, z kształt- 
nym orlim nosem, z pociągającym wyrazem oczu i twarzy, 
z odkrytem, wysokiem, o dużych kątach czołem. Bardzo miłego 
tempe
mentu, wesoły, towarzyski, ze wszystkimi dobry i deli- 
katny, chętny do projektowania i układania różnych zabaw, 
lubiący muzykę i śpiewy, śpiewający sam dobrze i przyjemnie, 
piszący z łatwością zgrabne triolety i różne okolicznościowe 
poezje i dramatyczne amatorskie sceny. Pierwsza jego drama- 
tyc
na sztuczka byla na pisana w Mołodecznie, kiedy tam jeszcze 
chodził do szkół. Była to komedja pod tytułem G r y c z a n e 
p i r o ż k i; bohaterem w niej i główną, komiczną figurą był stary 
Niemiec, przedający mołodeczańskim uczniom ciasta. 
Przylgnąłem do pana Tomasza odrazu, jak i wszyscy inni, 
którzy go poznawali; był bowiem szczery, grzeczny, pobłażliwy, 
w rozmowie miły i porywający. Młodszy jego brat, Ignacy, cho- 
dził 
a medycynę, wyższy od Tomasza wzrostem, z więcej po- 
dłużną i więcej ospowa tą bladej cery twarzą, z więcej garbatym 
nosem, równie mocny brunet o takichże kędzierzawych włosach, 
był dość mocno zajękliwym, co mu jednak nie przeszkadzało 
dobrze śpiewać. Niebawem pan Tomasz przywiózł do Bartnik 
i drugiego swego brata, Stefana, którego pannom odrekomen- 
dował, mówiąc: "Przedstawiam paniom mojego brata Stefana,
>>>
120 


OTTO ŚLIZlEŃ 


choć kiep, ale katolik". Stefan, blondyn, gładkiej twarzy, także 
z orlim nosem, z wesołem niebieskiem wejrzeniem, chodził na 
oddział prawny, grał doskonale na flecie i basetli; wszyscy trzej 
dobremi głosami przyjemnie śpiewali. Stefan w I83I-ym z wielu 
innymi powstańcami emigrował i oparł się w Paryżu, gdzie c
sto 
przebywał z Adamem Mickiewiczem; przyłączył się do jakiejś 
orkiestry; przed laty kilkunastu słyszałem, że jeszcze żył. 
Ignacy, zostawszy niezłym lekarzem, więcej lubił karty, niż 
medycynę, choć dla pacjentów był dość gorliwym, o He mu sztos 
lub faraon pozwalał. Będąc już półwiecznym, poznał w Doł- 
mato
szczyznie u Wierzbowskich guwernantkę. nieszpetną bru- 
netkę, pannę Pławską, i z nią się ożenił. Dzierżawił jakiś czas 
małe Zaosie ze swironkiem Adama Mickiewicza. Następnie 
mieszkał czasowie w Dołmatowszczyznie, potem blisko Nowogród- 
ka w Antowilu i tam bezpotomnie skończył. Przed swem oże- 
nieniem najwięcej przebywał w Bartnikach, niosąc swą lekarską 
pomoc. Ojciec Zanów był oficjalistą w Mołodecznie u książąt 
Ogińskich. Do ich wychowania najwięcej się przyczynił stryj, 
ksiądz kanonile 
Z Zanami nam wakacje nierównie ruchliwiej przechodziły; 
pra wie ciągle byliśmy razem, jeździliśmy z nimi do sąsiedzkich 
domów; szczególniej częstymi byliśmy gośćmi w Tuhanowiczacb, 
gdzie wówczas kawalerskiem życiem żyli Michał i Józef Were- 
szczakowie. Często tam spotykaliśmy ich matkę, bardzo miłą, 
łagodną staruszkę, panią marszałkowę. Przyjeżdżała z bliskiego 
folwarku, z Płużyn, ze swoją córką nadobną, Marją, która, choć 
się nie mogla nazywać piękną, miała rysy twarzy pełne powabu 
i w oczach wyraz wymowny dobroci i uczuciowości. Jak w roz- 
mowie, tak w całem swem obejściu się, była sympatyczna; umiar- 
kowanie wesoła, czy w ożywieniu, czy w melancholicznej zadu- 
mie, zawsze interesująca i pociągająca. Dał w tem świadectwo 
nasz wieszcz, Adam, swem poetycznem dla niej uczuciem.. Z Mic- 
kiewiczem jednak nie zdarzyło mi się spotkać w Tuhanowiczach 
i przy Maryli go nie widziałem...
>>>
ROK 1822. ZE SZKOL \VILENSKICH. 


Po wakacjach pojechaliśmy na drugi rok do \Vilna pod men- 
torstwo Tomasza Zana też na Zamkową ulicę, ale już bliżej ra- 
tusza, obok domu Gutta, do kamienicy sowietnika Kukiewicza. 
Zajmowaliśmy tam na czystym dziedzińcu czystą, zgrabną, całą. 
kamieniczkę, Vl której dolne piętro było stajnią i wozownią za- 
jęte. MieJiśmy na górze cztery wesołe pokoiki, których trzy 
okna wychodziły na dziedziniec, a trzy na wzorowo utrzymany 
niewielki ogród; gałęzie jego fruktowych drzew mogliśmy prawie 
ręką z okna dostawać; przez sień był pokój dla służby, a na pod- 
daszu jeszcze trzy nie złe pokoiki. 
Tomasz Zan, najmoralniejszych zasad człowiek, wszech- 
stronnie wykształcony, od wszystkich lubiany, wielki i sympa- 
tyczny wpływ wywierał na uniwersytecką młodzież, trafnie umiał 
jej przewodniczyć i ta z całem oddaniem się 19nęła do niego, 
i z pełną ufnością da wała mu się powodować. Z takiego stanu 
rzeczy korzystał pan Tomasz i przy pomocy Suzina, Czeczo- 
ta, Ignacego Domeyki, Łozińskiego, 1Iickiewicza, Malewskiego, 
Jeżowskiego i innych kilku starszych szybko rozwinął i rozszerzył 
filarecki duch w sposobie my
lenia i w zapatrywaniu się na 
ludzkość. 
Po niejakim czasie i ja zostałem przez Suzina podany, 
a przez wota przyjęty do Filaretów. 
Towarzystwo Filaretów dzieliło się na związki, czyli grona, 
składa jące się z dziesięciu do dwunastu członków i mianujące 
się kolorami. Każdy fakultet miał swój kolor, ja jako z fakultetu 
fizycznego należałem do grona różowego, w którem prezydo
ał 
Łoziński, zwany Szeroki, a Antoni Kamiński, mineralog, był 
sekretarzem. Związki do swego zbierania się nie miały oznaczo- 
nych stale ani czasu, ani miejsca, ale na ustne jeden drugiemu 


.
>>>
122 


OTTO ŚLIZIE
 


zakomunikowanie na tę lub owę godzinę, do tego lu!? owego 
mieszkania schodzili się. 
Na związkach mówiły się lub czytały rozprawy moralno- 
obyczajowe, £akta z dziejów historyczno-narodowych, lub w nau- 
kowych właściwych związkowi przedmiotach. Starszyzna miała 
swoje oddzielne tajne posiedzenia, nam innym niewiadome. 
Każdy członek dawał obowiązkowo po dwa złote na miesiąc do 
kasy, która na pomoc biednym uczniom lub w interesie ogólnym 
Towarzystwa się używała. 
Dla chcących w jakim przedmiocie się doskonalić dawane 
były przez umiejętniejszych kolegów bezpłatne korepetycje. 
Wzajemna pomoc w naukach była upowszechniona i każdy spie- 
szył, jeśli mógł w czemkolwiek komuś ułatwić. Doświadczyłem 
tego na sobie: koledzy filareci, znajdując mię niekiedy nad książką 
mineralogji i widząc na mojem oknie kilka kamieni i kilka ska- 
mieniałości, wyobrażali sobie, że muszę wyjść na mineraloga 
i, co który złapał jaki egzemplarz mineralogiczny, przynosili do 
mnie, zachęcając do mineralogji, tak, że w prędkim czasie utwo- 
rzył się u mnie niezły mineralogiczny zbiorek. 
Drzwi naszej kwatery prawie się nie zamykały; nie upływało 
godziny, żeby po kilku zmieniających się jedni za drugimi do 
pana Tomasza nie przychodziło. Tomasz Zan tego był przeko- 
nania, że młode serca nie mogą próżnować, że czysta platoniczna 
miłość powinna w nich przebywać. Sam też jakimś panieńskim 
ideałem zawsze był zajęty: z Felą, którą ubóstwiał i o której 
piosnki pisywał, mało się znał osobiście i rzadko się spotykał. 
Skromność Tomasza w obejściu się, w mowie, w obyczajach była, 
że tak powiem, panieńska: nie cierpiał dowcipnych dwuznacz- 
ników, unikał wzgardliwie tych rozmów, które (nie wiem dla- 
czego) zowią tłustemi, a które mi płeć brzydka częstokroć lubi 
się popisywać. Raz przez moję niebaczność brzydko się panu 
Tomaszowi naraziłem. Gdy on w czarnym fraku i w światło - zie- 
lonych trykotach (jak wówczas noszono) ba wił płeć piękną wy- 
liczaniem znaczenia kolorów; mnie zielone jego trykoty podały 
n'} myśl pewien dwuznacznik i jak z pilnego interesu wyszepta- 
łem mu go do ucha. Postrzegłszy raptowną, cierpką zmianę jego 
twarzy, przypomniałem po czasie, że cnota nad cnotami trzymać 
język za zębami; popsułem mu humor na cały wieczór, odszedł 


. 


\
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


123 


do siebie wcześniej, jak. zwykle, a przy rozbieraniu się nieszczę- · 
śliwe trykoty lokajowi darował. Byłem dotkliwie ukarany, bo 
dni dwa czy trzy ze mną nie gadał. 
Gdym po raz pierwszy przyjechał do Wilna, Mickiewicz był 
jeszcze wówczas profesorem w Kownie i tylko czasowo, na krótki 
czas do wileńskiej młodzieży, jako filaret dojeżdżał. Miałem 
jednak rozkosz słyszeć jego u nas improwizującego do Aleksandra 
Chodźki, w której to improwizacji kolibra, przedstawiającego 
AleKsandra, zestawiał z orłem. Mówiąc o Mickiewiczu, przychodzi 
mina myśl jego szkolny jeszcze koncept, o którym mi opowiadał 
ze śmiechem jego szkolny kolega, nieboszczyk Ludwik Berna- 
towicz, który razem z Mickiewiczem nowogródzkie dominikań- 
skie szkoły odbywał i był świadkiem i uczestnikiem, jak cała 
trzecia klasa razem z profesorem polegała ze śmiechu, wywoła- 
nego konceptem "Adasia ". Rzecz się tak miała: profesor które- 
goś z malców za pytał z geografji, ten, nie umiejąc odpowiedzieć, 
jak zwykle, tak i tą razą chciał się poratować podpowiadaniem 
siedzącego przy nim Adasia i ze ślepą wiarą wypowiedział pod- 
szepnięte mu następujące wyrazy: 


W Damaszku, siedział djabeł na daszku, 
W kapelusiku czerwonym 
R6żnemi pióram.i upstrzonym. 
" 


Codziennym naszym gościem był słodki moralista (wówczas 
jeszcze nie pedant) Jan Czeczot. Także co dzień, a czasem i dwa 
razy na dzień, odwiedzał naszą kwaterę wesoły szałaput Freyend... 
Nie gorszcie się teraźniejsza młodzi, że za moich młodzień- 
czych czasów każdy prawie z ?llodych był zakochany. Taki 
wówczas był nastrój ducha. Wy dziś roz\vijacie się pod wpływem 
zimnego pozytywizmu, myśmy rozwijali się w atmosferze ma- 
rzycielskiego romantyzmu. Każden mu')iał być małym Petrarką 
i mieć swoją Laurę. Nieszło wcale o dobijanie się wzajemności, 
nie było na wet koniecznością dać się swojej Dulcynelli poznać. 
Wielu miało się za dostatecznie szczęśliwych, gdy im się udało 
odkryć godzinę i dzień, w których nóżki ich ideału zwykły po 
tym i tym trotoarze przechodzić, bo serca ich rozkosznie się za- 
dowolniały, że te i te czarujące oczki nawykły regularnie z ich 
wzrokiem się spotykać. Dosyć im było wiedzieć, w jakim kościele
>>>
124 


OTTO ŚLIZlEŃ 


· i na jakiem miejscu ujrzą swe sJońce, z pod ka peluszyka świecące. 
Jedno spotkanie, jedno, choć przypadkowe, spojrzenie uwielbia- 
nych dostarczało błogości do drugiego spotkania. A też mała 
rzecz ujrzeć w oknie swą bohdankę i pieścić wzrokiem przytu- 
loną do szyby twarzyczkę, - a wieczorem, czyż nie rozkosz za 
oświetlonemi szybami śledzić przesuwający się ulubiony cień 
z rozpuszczonemi lokami? albo, posłyszawszy fortepian, odga- 
dywać przebieganie po kławiszach drogich, białych palczyków, 
a gdy jeszcze do tego wpadnie do ucha jej śpiew, choćby nawet 
z fałszem, to z przeciwległego trotoaru wyda się niechybnie 
pieniem chórów anielskich. Cza sem w niemożności dopatrzenia 
odwróconej twarzyczki umiano się zadowalniać wysta jącym 
loczkiem, a choćby na wet tylko kapelusildem lub chusteczką, 
pod któremi odgadywano z niczem niezrównane wdzięki. Od 
czegóż wszechwładna wyobraźnia, przed której okiem nic się 
ukryć nie może, która potrafi na jaw wywołać wszystko widome 
i niewidome, która z niczego umie wytwarzać roje niewyczerpa- 
nych delicyj. . 
...Niektórzy filareci dla krotofili mieli swoje śliczne, młode 
królowe, każda z nich miała swój dwór z kilku dworzan złożony; 
do królowej należało nadawać (według swego widzimisię) swym 
dworzanom tytuły; byli sekretarze, śpiewacy, pazie, czytelnicy, 
radcy, przyjaciele, powiernicy i t. p. 
Ja u mojej królowej Z. Sz. byłem paziem. Wystąpiłem dla 
mojej pani z prezentem, który mile P1"zyjęty został. Kazałem 
najlepszemu w Wilnie tokarzowi zrobić "berło królowej", a był 
to rzeczywiście wytoczony z hebanu kijek nieco więcej jak półłok- 
ciowej długości i ze srebrną u dołu na trzy cale skówką. Żeby 
to berło miało jakiś użytek, dawało się rozsuwać i formowało 
zgrabną laskę do przechadzki. Ignacy Zan był u tejże królowej 
nadwornym lekarzem, Stefan Zan flecistą, Marcinkiewicz radcą 
i jeszcze ktoś, których za pomniałem. 
W tym podobno roku wileńscy gimnazjaści napisali w klasie 
na tablicy kredą: "Wiwat konstytucja 3 maja u. Te trzy wyrazy, 
kredą przez żaka nakreślone, wywołały w sferze urzędowej ogrom- 
ny popłoch, posypały się mnogie areszta i silne malców prze- 
śladowanie, dopytujące się winowajcy, którego nikt wyznać nie 
chciał. Aż nareszcie- kilkunastoletni Michał Plater, chcąc już
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


125 


kolegom ulżyć, sam dobrowo]nie winę na siebie wyznał, zaco go 
odesłaniem w proste sołdaty wynagrodzono. 
Przemieszkaliśmy w kamienicy Kukiewicza razem z Za nami 
dwa la ta i to były właściwie najprzyjemniejsze chwile uniwersy- 
teckiego ży€ia. 
Pod koniec drugiego roku był w Wilnie zjazd cesarza Ale- 
ksandra I-go i 
szystkich trzech wielkich książąt, Konstantego. 
Mikołaja i Michała, którym asystował liczny orszak generałów 
z przybyłą nieco pierwej petersburską pieszą gwardją; przybył 
i nasz kura tor, Adam książę Czartoryski. Odbywały się na wielką 
skalę parady i manewry wojskowe. W mieście był tak wielki 
wówczas na tłok wojskowych i przyjezdnych, że pani Domini- 
kowa Tyszkiewi(;zowa, przyjechawszy z córką Kamilą na karna- 
wał, nie mogła znaleźć mieszkania i musiała tymczasowo przyjąć 
naszą kwaterę. 
...Między akademikami a gwardyjskimi oficerami zaczęły 
się pojawiać nieprzyjazne starcia. Na jednym koncercie Fran- 
ciszkowi Uzłowskiemu ze Słuczczyzny, siedzącemu w krześle, 
oficer Tyzenhauz wlazł na nogę. Uzłowski silnie go odtrącił 
i wyzwał na pojedynek. Oficer nie stanął, lecz udał się ze skargą 
do rektora i pan Franciszek uniwersyteckim aresztem dni kilka 
musiał odsiedzieć, co dało powód do różnych z gwardjakami 
szykanów. Sami oficerowie mieli swemu koledze T. za złe to jego 
znalezienie się. 
Młodzież akademicka zażalona, że znaczna część płci pięknej 
zaczęła si
 skłaniać więcej do oficerów, niż do nich, umyśliła 
wymówić to pannom publicznie. Nie pomnę z czyjej inicjatywy 
uprojektowano w tym celu maskaradową maskę pod hasłem, 
"Za mundurem panny sznurem'''. Maska ta składała się ze czte- 
rech osób: z krawca, niosącego pod pachą gwardyjski oficerski 
mundur, od którego guziki i hafty nazewnątrz świeciły, za 
krawcem trzy biegące panny, do których nosów przyczepione 
trzy lokciowej długości sznurki drugie mi końcami były przymo- 
Cowane do haftów i guzików mundurowych; - na plecach krawca 
papier z napisem: "Za mundurem panny sznurem". Krawcem 
był szeroki, niski Łoziński, trzema pannami: Aleksander Chodźko, 
Adam Kurowski i moja godność. Dla zabiezpieczenia naszej 
maskowej grupy od możebnej jakiej oficerskiej protestacji masa 


.
>>>
126 


OTTO ŚLIZlEŃ 


akademików wyprzedziła nas do sali maskaradowej i ustawili 
się gęsto po obu stronach przejścia. Znaczna część przyjaznej 
nam publiki była zawiadomiona i z dobrem usposobieniem nas 
oczekiwała; inni domyślali się, że coś niespodziewanego ma na- 
stąpić i zzaciekawieniem wyglądali. Gdyśmy w asystencji kil- 
kunastu młodzieży wpadli do sali, znale zliśmy wszystkie ławki 
i siedzenia stojące publiką pokryte, wszystkie oczy wlepiły się 
na nas, my ciągnieni sznurami za nosy, nieco w obawie, by któren 
nos się nie oberwał, przebiegliśmy wśród grzmotu oklasków i wo- 
łania: "Brawo! brawo l,t Przebiegłszy tak za naszym krawcem 
wśród szeregu uszykowanych akademików wkoło sali, zdążaliśmy 
ku drzwiom, ale na usilne wołania: "Jeszcze! jeszcze lU musie- 
Jiśmy przebiec po raz drugi i kontenci, że nosy całe, wylecieliśmy 
. za drzwi, wpadliśmy na czekające nas sanie i tyle nas widzieli. 


,
>>>
. 


ROK 1823. SPRAWA FILARETOW. 


. 
Na horyzoncie uniwersyteckim zaczęły się czarne punkty 
pojawiać, czuć się dawał jakiś niepokój, jakaś niepewność siebie, 
dolatywały różne niepokojące wieści i podejrzliwe ze strony 
rzą.du domysły. Tomasz Zan zakomunikował wszystkim towa- 
rzyszom, że Stowarzyszenie Filaretów na czas nieograniczony 
się rozwiązuje, że żadnych zebrań nadal nie będzie, że wszystko 
do pewnego czasu głuchem milczeniem si( pokrywa, wspomnień 
i \vzmianek nie czynić żadnych, jakby nic nie było. 
Wakacje smutno się zbliżały. W tej martwocie kilku z nas, 
Ignacy i Stefan Zanowie, Aleksander Chodźko, Edward Pułja- 
nowski, Rafał i ja, zrobiliśmy projekt wyjść na dalszą przechadzkę 
ża miasto. 
Kiedyśmy tak w sześciu przez Antokolską uUcę przecho- 
dzili, spotkaliśmy się na trotoarze z gwardyjskim oficerem; pięciu 
nas, idących poprzedzie, przyzwoicie i spokojnie z rycerzem 
się rozminęło, ale o kroków kilka za nami zaburmaszysty Pułja- 
nowski tak niezręcznie otarł się o oficera, że ten musiał z trotoaru 
zeskoczyć; wszczęła się między nimi sprzeczka, piątka nasza 
wraca z sukursem. W tę porę ktoś z obcych, przechodzący 
blisko środkiem ulicy, zawołał śtanowczo: "Pal w pysk!U i spie- 
sznie podążył dalej, a Pułjanowski jak nie swoją ręką pali w gwar- 
dyjski policzek. Oburzony i zdekoncertowany oficer,. przez 
sześciu otoczony , żałosnym głosem przemawia: "Gaspada, wy za 
zdielannuju mnie obidu dolżny dat' polnuju satisjakcju, ja nie 
Tyzenhauzen u i obracając się do Pułjanowskiego: "skażytie mnie 
waszu jamiliju i waszu kwartiru, ja kniaź P.H-. Pułjanowski zaczął 
majaczyć, a Rafał podchwytując zawołał: "Orłowski, w domu 
Gutta, przy ulicy Zamkowej". 
Oficer w pugilaresie zanotował i rozeszliśmy się spokojnie
>>>
. 


128 


OTTO ŚLIZlEŃ 


Taki był finał tej brzydkiej ulicznej katastrofy. Dobrze, że ulica 
Antokolska nie była wówczas zaludniona i nikt tej bójki ulicznej 
nie był świadkiem prócz tego niewiadomego, co mimochodem 
zakomenderował "Pal w pyskU, i prócz sołdata, stojącego na prze- 
ciwnej stronie ulicy na straży przy powietce pożarnych instru- 
mentów z karabinem w ręku. Stał on nieruchomi
 wyprężony, 
odda jący żołnierską cześć obitemu oficerowi. 
Napadliśmy na Rafała, czemu się nie zdobył na inną jaką 
kamienicę, a nie na Gutta, styka jąc,. się z naszą. Ale pokazało się, 
że figlarz wiedział o mieszkaniu szewca Orłowskiego w domu Gula 
i chciał przy jednym ogniu dwie pieczenie upiec. Ułożyliśmy 
się, żeby nie razem powracać, ale w rozsypce po jednemu z róż- 
nych stron poosobna do kwatery swojej wchodzić. Gdyby nie 
ta ostrożność, wpadlibyśmy jak raz w ręce kniazia P. Każdy 
bowiem z nas, wchodząc szczęśliwie do swej bramy, widział go 
na przeciwległym trotoarze ze wzruszoną wybladłą twarzą, nie- 
spokojnie w tył i wprzód przechadzającego się; chwilami w za- 
dumie się zatrzymywał, to znów się zrywał i szedł dalej, wpatru- 
jąc się pilnie w każdą spotykaną osobistość, niektórych nawet 
za pytaniami zatrzymywał. Był on wówczas już po rozmówieniu 
się ze wskazanym, Bogu duszy winnym Orłowskim; rozeszli się 
wzajemnie .z siebie niezadowoleni: Orłowski, że go gwardjak 
darmo turbował, nie dawszy nogi do zdjęcia miary, a kniaź, że 
. nie od szewca policzek dostał. I 
Skutkiem tego wypadku były różne ścisłe poszukiwania 
i ze strony władzy uniwersyteckiej, i od wojskowości, i od policji, 
lecz wszystko się zawsze skupiało na biednym szewcu Orłow- 
skim; prawdy nigdy nie doszli. Jeszcze w rok później w sprawie 
filareckiej na komisji Nowosilcowa między innymi zaprosnymi 
punktami było pytanie: "Kto oficera P. uderzył?U Wszyscy po- 
syłali. po objaśnienie do szewca Orłowskiego. Mówią, że gmie 
jest trzech, tam niema sekretu, tu było nas sześciu i nikt nikomu 
.ani pisnął; - prawda, że nie było z czem się chwaHć, - i ja do- 
piero po sześćdziesięciu latach, kiedy już aktorzy tej sceny po- 
wymierali, pierwszy raz z tem się wykrywam. 
R}chło po naszem u Orzechowskich zamieszkaniu zaczęło 
się Filaretów prześladowanie. Przysłany był na tę sprawę z War- 
sżawy od w-go księcia Konstantego senator Nowosilcow ze swoim
>>>
, 
" \ 
 -- ---- 
_. \ I.

..-- - 
- " "'JI]
 J 
 
\ , 



.::
....-.. A: 
 1 "m 
r- 
. 
.
 
-- """ 
;: 

 
__no 
 
-- - 
.. 
 
:" oc:: 

 " 
..... J .
 
.... .
 

 
OJ 
 
.. 
 
. .
 

 

 
- 
 
. , 
 
-.-., 
-..:.-. .. .
 
-. 
 
.-, 

, 
 
-- 
.
- --- oc:: 
,.....-- . 
. "!. i ;: 
. ..{tI. 
 
...;;::;..- ł 
 

 
f 
 60.- .;: 
..- .... 
- .-/' ... 
" 
- 
..., 
 
.{,Io 
 
- - 
- -. Ij, 
 
... 
 
- - - 
f 
 
-I lO ł() 
0/ CI) 
., 
 
I '_5 ..IIf 
 
"..:;;.; 
. I 
- 
t ,,
 - 
.
 t' 
, 
.1\ 

- 
ł 
- r '--r-+ - 
__o ____ I'-
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


129 


poą.ręcznym tłustym Bajkowem, tytułującyn1 się generałem, choć 
się ubierał po cywilnemu i w wojsku pono nigdy nie służył. Jeden 
z filaretów, Janko\vski, został najpier\v u\vięziony, \v czasie bo- 
wiem wakacjów po rozjechaniu się akademikó\v uczyniono po 
kwaterach akademickich ścisłą rewizję i znaleziono w papierach 
Jankowskiego pisane przez niego ostre artykuły przeciw ruskiemu 
rządowi i jaskrawo skanda1iczne"wiersze o cesarzowej Katarzynie. 
Jankowskiego groźbami, ostrem z nim obchodzeniem się i obiet- 
nicami skłoniono, że się do wszystkiego zeznał i z podanej sobie 
wpisowej uniwersyteckiej księgi wszystkich swych towarzyszy 
wyszczególnił. No\vy dowód, jak nie warto liczyć na krzykliwych 
zapaleńców. Jankowski przy łatwości pisania kostycznych wier- 
szy był pełen gorączkowego jadu i złośliwej żółci, a wszystkiemu 
w sobie dawał pozór patrjotycznego zapału; lubił swą dekla- 
macją się popisywać, na posiedzeniach czytY'vał lub deklamował 
burzliwe i jadowite swe prace, tak, że w końcu rada filarecka za- 
broniła mu stanowczo ze swemi odczytami na posiedzeniach 
występować, zaco się wielce zrazu oburzył i kolegów o 
łabe 
tchórzostwo szyderczo obwiniał, a gdy przyszło do rzeczy, on 
jeden tylko odrazu stchórzył i wszystko bojaźlhvie wyśpiewał. 
Zwykle tak się dzieje z krzykaczami. 
Zaczęły się codzienne, czyli raczej conocne areszta (\vyko- 
nywały się one bowiem nie \v dzień, ale w nocy). Żandarmy coraz 
przemykali się na pierekladnych, przywożąc ciągle pocztą aresz- 
tantów z prowincji. Wszystkie klasztory więźniami były zapeł- 
nione. Franciszka Malewskiego, wysłanego na wojaż, sprowa- 
dzono z zagranicy najprzód do Warszawy wprost do Be1wederu, 
do w-go księcia Konstantego, stamtąd pozwolono mu w kance.. 
!arji księcia na pisać do rodziców (kopja tego listu może się je- 
szcze między memi papierami znajdzie); w tym liście pan Franci- 
szek cytował słowa W-go Księcia i jego dość uprzejme z nim obej- 
,. . 
SCle SIę. 
Przyszła kolej i na mnie. J edn.ego wieczora przed samem 
rozejściem się do łóżek przyjechał do nas kwartalny Krukowski, 
pyta o mnie, potrzebuje wszystkich moich papierów (oddałem 
mu odda wna na to przygotowane moje dwie książki lekcyjnych 
notatek) i wzywa mnie jechać z"sobą; na zapytanie, czy ma mnie 
wieść do aresztu? że w takim razie zabrałbym pościel z sobą - 
Z filareckiego świata. 9
>>>
130 


OTTO ŚLIZlEŃ 


uręczał, że zawiezie mnie tylko do senatora. \Vziąłem więc tylko 
płaszcz na siebie i ruszyliśmy na remizowej dorożce. Rzeczy- 
\viście Krukowski przywiózł mię do domu przy Dominikańskiej 
ulicy, \v którym mieszkał senator No\vosilcow, ale wprowadził 
mię tylko z bramy na prawo do kwartalnego Jackowskiego; tu 
kwartalni trochę się z sobą posprzeczali. Jackowski narzekał: 
"Czemu sam nie odwozisz, a drugiemu narzucasz?U - ale \V koń- 
cu Krukowski odjechał, mnie zostawiając, i Jacko\vski musiał 
do klasztoru dominikanó\v odwieźć. 
\Vpro\vad'lono mię na kurytarz drugiego piętra, gdzie wzdłuż 
zamkniętych celi przechadzał się żołnierz z karabinem. Na odze\v 
żołnierza wyszedł podoficer z pękiem kluczó\v. Gdym wspomniał 
o przy\viezieniu mi pościeli, wyperswado\vano, bym tę noc prze- 
cierpiał, że już późno, że \V klasztorze klauzura, a że jutro będę 
miał wszystko, co potrzeba. 
Podoficer otworzył jedne drzwi, wpuścił do stancji i drzwi 
na klucz zan1knął. Noc była dość światła i mogłem się rozpa- 
trzeć \V n1ej nowej siedzibie. Niewiele na to trzeba było czasu. 
Izdebka mała, pięć łokci \vzdłuż i cztery \vszerz, z ceglaną po- 
sadzką, \V końcu stary, prosty stolik, przy nim stołek, a koło 
ściany najprostsze próżne łóźko, na którem nie było nietylko 
słomy, ani na\vet desek, ale tylko trzy cienkie poprzeczki na 
przyjęcie desek. Złożyłem \v kilkoro mój piękny granatowy 
płaszcz o czterech pelerynacb, cały grodenaplem podszyty, na- 
dając mu, ile można kształt, poduszki, a ułożywszy go na końcowej 
poprzeczce, umieściłem na tej improwizowanej poduszce moją 
gło\\.ę, na środkowej środek, a na drugiej końco\vej nogi. Tym 
porzą.dkiem, to leżąc na szczeblach, to siedząc na stołku, a na j- 
więcej chodząc po izbie, tę długą zimową noc przepędziłem. 
Naza jutrz rano nasz kozaczek Leonek przyniósł mi moją 
pościel, kawę z bułką i pokonsolował, że i obiad przyniesie; przy- 
biegł z nim i mój pudelek, chciałem go przy sobie za trzymać, ale 
nie poz\volono. Okno mojej izdebki, przybite na głucho i opie- 
częto\vane, nie mogą.ce się otwierać, nie było na środku ściany 
przeciw drzwion1, lecz 'v rogu bocznej ściany. Część ta klasz- 
toru, w której mieszkałem, wyskakiwała z linji klasztornego 
gmachu tak, że z mego rogowego okna mogłem widzieć w lewo 
po za JI1ną długi szereg okien klasztornych, należących do. moich
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


131 


areszto\vanych kolegów, a dalej do uczniów medycyny, będą- 
cych na koszcie skarbowym. Gdym raz z mojego okna powiódł- 
wzrokiem po szeregu okien, tuż zaraz \v pier\vszym za mną na 
lewo oknie spotkałem się z t\varzą i \vzrokiem Aleksandra Chodźki; 
postrzegłszy on Innie, uśmiechnął się, odskoczył szybko od okna 
i wnet się na PO\"TÓt . zja \vił, trzymając \v jednym ręku ka \vał 
szwajcarskiego sera, a \v drugim flecik z butelką 'wina i, potrząsa- 
ją.c szyderczo gło\vą.; jakby chciał po\viedzieć: "Kpię reszta ze 
wszystkiego u. 
Na tr
eci czy czwarty dzień za pro\vadzono mię do komisji, 
która się drz\viami komuniko\yala z mieszkaniem No\vosilcowa. 
\Vpro\vadzono mię do dużej sali o pięciu czy sześciu dużych 
oknach; z boku stół duży, czerwonem suknem pokryty, na nim 
dużo papieru i z\vyczajny wszystkim sądo\vnict\\yon1 orzeł, na- 
zywa jący się po rusku ziercalen
. Przy stole siedział Ba jko\v, 
prokurator Bot\vinko, so\vietnik Ławryno\vicz i policmajster 
Szłykow. Któryś z nich podał mi arkusz papieru, zapisany z jed- 
nego boku kilkunastu za pytaniami, przeciw których miałem 
odpisać odpowiedzi; pokazano mi stołek pod końco\vem oknem, 
bym tam na zaprosne punk ta odpo\viadał. Co się tyczyło Filare- 
tów lub jakich tajnych stowarzyszeń odpisałem negatywnie, że 
nic o nich nie wiem. Na inne kwest je, należące \vięcej do formy, 
odpo\viedziałem szczerze bez żadnych wykrętów. Na zapytanie 
tylko o uderzenie oficera P. odpisał
m: "Nie znaju i nie wiedaju u . 
Odniosłem papier do stołu i na PO\VTÓt do swojej wstrętnej izdebki 
zostałem odwieziony. W pół godziny potem wszedł podoficer 
naszej straży z oznajmieniem: "Kakaja to barinia w czornom 
Platii spraszywajet, nie nużdajetieś li wy w czom nibud'. Niekotoryf e 
iz waszych pożelali kolia i im akuratno prynosiatu. Nie potrzebując 
niczego, kazałem dobrej pani szczerze podzięko\vać. 
Atramentu i papieru nam nie pozwolono, ale książki do 
czytania \volno było mieć. l\fiałem właśnie w kwa terze sześć 
tOTI1ikćw D e l f i n y pani Stael i cztery tomy \v tłumaczeniu 
francuskieIll R o b - R o ya Walterskota. Książki te kiedyś z licy- 
tacji doktora Franka kupiłem i jeszcze nie przybrałem się ich 
przeczytać; kazałem więc Leonkowi one przynieść, które stano- 
wiły jedyną miłą rozrywkę n1ego więzienia. Literaturę przepla- 
tałem graniem na flażolecie i miIniką przez okno z Chodźką. 
9*
>>>
132 


OTTO ŚLIZlEŃ 


Mimika jednak niedługo tr\vała. Nie wiem, co było powodem, 
że wkrótce okna nasze, jak i po wszystkich innych klasztornych 
więzieniach, zostały z podwórza jednocześnie wapnem pozabielane. 
Później nowa jeszcze jakaś okoliczność wY'vołała ze strony 
naszych strażników jeszcze większą ostrożność; prócz szyld- 
wacha na korytarzu i drugiego na dworze pod oknem, stawiono 
na dzień i na noc w naszych izbach \vewnątrz po sołdacie z ka- 
rabinem, którego całą funkcją było, siedząc przy piecu, drzemać; 
lecz ta dzika nowość niedługo; ledwie dwa czy trzy dni tr\vała. 
Pra wdę powiedziawszy, zbyteczne te ostrożności po większej 
części wywoływa ne były przez samychże więźniów. Początkowo 
okna nie były na głucho pieczętowane, można było je otwierać, 
przestawiano na chodzących pod oknami szyldwachach. Ale, 
jak Lozit1ski, zrobiwszy ze swoich majtek i butów wypchanego 
bałwana, posadził go w otwartem oknie \vyższego piętra i zaczął 
pomału posuwać jakby do zeskoczenia, bawiąc się przerażeniem 
szyldwacha, który w przekonaniu, że aresztant gotuje się wy- 
skoczyć, groźnie woJał: "Nie smiej prygat', jej Bohu! sztykom 
pierekalu!" i rzeczywiście, gdy tłusty holofernes bez głowy 
z drugiego piętra leciał, przebił si
 na podstawiony bagnet nie- 
litościwego szyldwacha. Wskutek tego wszystkie okna popieczę- 
towano i poza bijano na głucho. . 
Póki jeszcze nie było wewnętrznego stróża wszedł raz do 
mnie podoficer i szepcząc rzekł: "Wielitie wiesti siebia k wietru, 
tam wy najdiotie swojewo towaryszcza, kotoryj żelajet z walni powi- 
dat'sia". Podziękowałem, dając mu dwa złote, i w z\vykłej w ta- 
kim razie asystencji sołdata z gołym pałaszem, podążyłem do 
komórek, tam znalazłem czekającego już na mnie Suzina, który, 
nie dowierzając może mojej młodości, uznał za potrzebne ze mną. 
się rozmówić, skłonił prośbą i złotówkami podoficera i ten nam 
to spotkanie ułatwił. Suzin wystąpił do mnie z patetyczną prze- 
mową, dodając mi ducha, zachęcając do wytrwałości, bym się 
ani groźbami zastraszyć, ani pochlebstwami zmiękczyć nie da- 
wał i t. p. Uspokoiwszy go na to konto, rozeszliśmy się. 
Ostatki moich obiadów oddawałem podoficerowi lub któ- 
remu 7ołnierzowi, co za wsze z wdzięcznością przyj mowane było. 
Ubawił mnie raz niespodzianką mój pod piecowy, pokojowy 
strażnik. Kiedy po drzemce zjadł z gustem resztki mego obiadu, 


.
>>>
z PA
nĘTNIKA 


133 


a ja, siedząc na łóżku, wywodziłem trele na moin1 flażolecie, po 
niejakiej chwili sołdat zapytuje: "Nie igraje#e li wy kakowo 
kozaczka?U Zagrałem, jakiego umiałem; musiał być dość skocz- 
nym, kiedy sołdat z początku siedząc podrygiwał, a w końcu 
się odezwał: "Chatitie, ja wan
 poPlaszu u . ,,/zwol u . Sądziłem, 
że żartuje, lecz on nie czekając odstawił karabin, zerwał się ze 
stołka i, wziąwszy się pod boki, przeszedł pod moją muzykę, 
w takt podrygując, raz, drugi i trzeci po czterołokciowym sal
nie, 
dalej coraz innemi, coraz więcej łamanemi krokami podskaktwał, 
w końcu puścił się w zwinne prysiudy wzdłuż i wkrąg salonu, 
w którym półtora tylko raza obrócić się można było. Krótką 
chwilę to mlłie pocieszyć mogło, bo wnet pył z ceglanej podłogi, 
w ciemnej ciupce stał się do niewytrzymania. "No, dawolno 
bratiec, ty umorylsia u, i rzeczywiście krople potu z pyłem na 
calem jego nosie osiadły; "blahadariu tiebia, maladiec, wot ty 
mienia utieszylU - i na potwierdzenie dałem mu dLiesięć groszy. 
Chwała Bogu, to była ostatnia \\Tewnętrzna ,varta i żaden tancerz 
więcej mi si
 nie pojawił. 
Pe,vnym późnym wieczorem po klasztornej klauzurze, kiedy 
już mniej \vięcej była pe\vność, że ani oficer, ani policja nie 
przyjdzie, wszedł nasz podoficer z oznajmieniem, że koledzy 
n1nie zapraszają, że on mnie do nich za prowadzi. \V prowadził 
mię do izby przezacnego naszego księdza Lwowicza, pijara, 
gdzie znalazłem kolosalnego' gospodarza zajętego koło samow'ara 
rozlewaniem herbaty, przy nim siedzących na łóżku, na stoliku 
i stołku Suzina, Chodźkę i nowo ze wsi przy,viezionego Józefa 
Tyszkiewicza, którego ma tka, pani Dominikowa , gdy żandarmy 
jej syna zabierali, nieutulona w pł3.cZU temi słowy syna żegnała: 
"Boleję, ale więcej bym bolała, gdybyś, będąc w Uniwersytecie, 
do Filaretów nie należał u . Nie trzeba wam opisywać, jak nam 
miło, choć nie jaskrawie, cała ta noc aż do dnia przy herbacie 
ze swoimi przeszła. Podoficer nas w niczem nie ścieśniał, choć 
nas nie odstępował. Chciał też nas zainteresować s\vojem opo- 
wiadaniem, jak on zwalczywszy Napoleona I-go przebywał 
w Paryżu, jak tam lud uczony i mądry: "W ot takoj malczyszka 
i tot po francuski breszet, nie skażet po naszemu chleb, adiu penu; 
przypomniał, jak tam jadł jabłka 'v buraki szczepione: "w sie- 
redinie nie bieloje, a prosto krasnoje, kak nastojaszczyj burak, jest'
>>>
134 


OTTO ŚLIZlEŃ 


drugiie W retku sczeplene, rozkusisz i, czort woznti, horkoie, czysto 
retka". 
Z nieocenionym księdzem Lwowiczem, który też do Filare- 
tów należał, spotkałem się jeszcze niespodzianie w lat kilkanaście 
czy dwadzieścia potem, w ch\vilo\vym moim przejeździe przez 
miasteczko Dołhinów, gdzie on \v tę porę był uwielbianyn1 pro- 
boszczem. Mężna jego wysoka postać, zda\valo się, że nas \vszyst- 
kich przeżyje, tymczasem led\vo lat sześćdziesięciu dożył i \V tyn1 
samym Dołhinowie życie zakończył, zostawiając po sobie w pa- 
rafjanach żal i czcigodną cnót jego pa mięć. 
Ksiądz L\vo\vicz, gdy odsiadywał swe \vięzienie u domini- 
kanów, był już ze stopniem magistra teologji i filozofji. 
Jeszcze mię razy d\va czy trzy do komisji wodzono; też 
salne pra\vie zapytania i też same odpowiedzi. 
Leonek, przynosząc mi obiad raz, przyniósł serwetę pięknych 
jabłek, mówiąc: "Pan Soroka z Bartnik przyjechał i te jabłka 
przy\viózł; kazał od wszystkich z Bartnik bardzo a bardzo panu 
się kłaniać". Po odejściu Leonka przyszła mi myśl przez jabłka 
z Bartnikami się skomunikować; odłożyłem sobie d\va, a na 
ośmnastu wyłamanym zębem z grzebienia powykoływałem wy- 
I 
razy do rodzicó\v i rodzeństwa. Nazajutrz odesłałem przez 
Leonka powykoły\vane jabłka panu Soroce z prośbą, by je w ca- 
łości do Bartnik odwiózł. Opo\viadano mi później, jak silne wra- 
żenie w domu te jabłka sprawiły i jak z wielkie m rozrzewnieniem 
odczytywane były. Kochana siostra Zosia, wówczas już narze- 
czona Michała Korb u ta , przepisywała z jabłek na papier i żało- 
wała, że nie było sposobu ja
łka z nienaruszonemi napisami 
, 
zasuszyc. 
 
Po pewnym czasie, nie wiem z jakiego powodu, przeniesiono 
mnie z ciasnej izdebki drugiego piętra na trzecie piętro, z czego 
zostałem bardzo zadowolony, bo tu dostałem obszerny o trzech 
oknach pokój, którego ściany, choć zblakłe i obszarpane, chwaliły 
się, że były kiedyś niebieską farbą pokryte; podłoga nie ceglana. 
ale dobra dre\vniana; koło ścian wskroś obiegała masywna. 
dębowa miejsco\va ła\va. \Vidoczna, że to była kiedyś, a może 
i nie da wno jakaś zborna 
ominikańska sala. Tu mogłem juz 

 przyjemnością wzdłuż obszernego pokoju swobodnie się prze- 
chadzać; było ciszej, nie słyszałem monotonnych kroków szyld- 


- 


,
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


135 


wacha, chodzącego bez przerwy po korytarzu, ani bezustannego 
karabinowego szczęku i tego wstrętnego szczęku kluczy \vięzien- 
nych. Tu było spokojnie, ledwo że nie rozkosznie. Na \vet stolik 
był porządny, zielono pokosto\vany z szufladką. Było mi tu 
pra\vie dobrze z moją D e l f i n ą i R o b - R o ye m. Tę tylko 
lniałern raz przykrość w 1110jej no \ve j siedzibie, że lnię '\v niej 
raczył nawiedzić S\voją \vstrętną osobistością prokurator Bot\\"in- 
ko. Szorstko i cierpko on mi wyma \viał, że się niepotrzebnie 
i próżno zapieram. "Chyba chcesz zgnić w kozie", na zakollczenie 
dodal. Odrzekłem ....mu tylko, że "choćbym najdłużej siedział, 
od ścian niczego się nie dowiem". Podoficer mi powiedział, że 
jednocześnie z memi przenosinami przepro\vadzono księdza L\vo- 
wicza, Chodźkę i Suzina do jakiegoś innego klasztoru... 
jeszcze ka\vał czasu upłynął, \vszedł Leonek \v niez\vykłej 
porze, cały wzruszony, z oznajmieniem, że "pan z Bartnik przy- 
jechał, że- był z księciem Konstantym Radziwiłłen1 u senatora 
i dziś panicza na Komisję za pro\vadzą". jakoż \v kilka godzin 
mnie tam zaprowadzono. W poło\vie sali spotkał mnie mój ojciec 
i, odprowadzi\vszy na stronę, po przywitaniu, po kilku słowach 
o matce i rodze1).stwie rzekł: "No, już rzecz skończona, nie masz 
ani obowiązku, ani potrzeby dłużej się za pierać. Toma sz Zan 
tu na piśmie do was \vszystkich się odzyvta, uwalniając od danej 
mu przysięgi, byście całą prawdę czysto \vyznali, że on sam 
wszystko wyznał i całą odpowiedzialność przyjął na siebie". 
Spytałem, czy mogę wid?;ieć odezvlę Zana? Ojciec podszedł 
do stołu, poprosił o skrypt Tomasza; pisał, że nie tylko od przy- 
sięgi uwalnia, ale i do wyznania czystej pra\vdy zobo\viązuje. 
Gdym oddał papier, ojciec, wskazując na piszących pod oknami, 
rzekł: "Ot \vidzisz, ilu jest tu twoich ko]egów, wskutek odezwy 
Za na szczerze odpisują". Podano i mnie papier, poszedłem z nim' 
na moje d.awne miejsce pod okno i tą razą szczerze na wszystkie 
zapytania odpisałem; tylko (rozumie się) do oficera P. nie przy- 
znałem się. Między odpisującymi kolegami widziałem \vó\vczas 
Chodźkę i Józefa Tyszkie\vicza, których zdaleka uśmiechem 
powitałem. 
Odniósłszy papier do stołu, musiałem zaraz z ojcem się po- 
żegnać; powiedział mi przy pożegnaniu, iż się spodziewa, że za 
dni kilka mię uwolnią. jakoż, ledwie dńi trzy upłynęło, \vszedł
>>>
136 


OTTO ŚLIZlEŃ 


k\vartaln y Z oficerem, za nimi nasz Leonek i puścili mnie po 
dziesięcio-tygodniowej nie\voli. Leonek zabrał mana tki; trzy ruble, 
jakie ojciec przez niego przysłał do rozdzielenia żołnierzom, wrę- 
czyłem podoficero\vi, by się ze swoją komendą podzielił, a sam 
po\viedziawszy dominikanom: "Pisujcie na Berdyczóv/', i do- 
padłszy do sanek, czmychnąłem do k\vatery. 
... Lekcje unhversyteckie były ja koś przez dziesiąte piąte 
z różnemi przez profesorów pauzami. Na Boże Narodzenie 
wszyscy czterej bracia z Francuzem Żorżem \vyjechaliśmy do 
domu; trzeba było jednak przed \vyjazdem Komisję zawiadomić, 
gdyż zostawałem jeszcze pod nadzorem policji. Rafał od tych 
świąt został w domu, mając jechać do Petersburga, a ja z Mie- 
czysławem i Lucjanem powróciłem do Wilna. Równie z innymi 
Filaretami zostałem wykluczony z listy akademików, a stąd po- 
zbawiony prawa ubiegać się o uczony stopień. Słuchałem dalej 
kursów uniwersyteckich po amatorsku, \vedług s\vego upodo- 
bania, a od Włocha Bramatego zacząłem się uczyć po \vłosku. 
\V tym podobno roku na Żmudzi \v Krożach zaszły między 
uczniami jakieś nieporządki, kilku czy kilkunastu wysłano 
\v proste sołdaty, a rektor Twardowski sam tam jeździł szkołę 
zamknąć i miał do ucznió\v stosowną pożegnalną mowę. Kopja 
tej mowy po\vinnaby między memi papierami się znajdować... 
Jak kochaliśmy naszego Tomasza Za na , może i to ponie- 
kąd służyć za dowód, że kiedy w kilkanaście tygodni po mojem 
uwolnieniu, przechodząc z Arlamem Kurowskim przez Domini- 
kańską ulicę, postrzegliśmy Tomasza Zana w jego piaskowym 
płaszczu, jak go do domu Nowosilco\va k\vartaln y na remizie 
odwoził, puściliśmy się jak \varjaci \v pogoń. Kurowski w biegu 
upadł, podvbno i obcasem ode mnie dostał, ja bez pamięci co 
tchu biegłem dalej. Tomasz z k\vartalnym kazali dorożce się 
przytrzymać, dobiegłem i kontentowałem się tern, że po długielll 
widzeniu się czule się z Tomaszem uścisnąłem. \Vó\vczas już 
było mniej ścieśnienia i \v kilka dni otrzymałem przez któregoś 
z kolegów od Tomasza Zana na k\vadratowym ka\vałku sinego 
papieru jego ręką ołówkiem kilka słów \vspółczucia nakreślonych. 
Cho\vałem ten siny papierek, może i dotąd gdzie się znajduje. 
Kilkakrotnie go jednak szukając, odszukać nie mogłem.
>>>
, 


ROK 1824. Z WAKACYJ. 


...Jesteśmy znowu na wakacjach w domu, ale jakże one 
w porównaniu do przeszłych były smutne... Nie sta\vało już 
Za nów, szczególnie Tomasza, któryby, powsta\vszy z lampeczką. 
miodu, pierwszy zaintonował: 


Pani chorążyna niechaj zdrowa żyje! 
Chór: A z nią cały jej dom, 
. Kto ją kocha ten wypije! 
Chór: Kto nie kocha tego precz, precz, won! 
Grajcie w trąby! 
Chór: Tra-ra-ra-ra 
Bijcie w kotły! 
Chór: Do-do-do-do! 
Niechaj hucznie z armat biją! 
Chór: Buf! 


. 


Potem następowało: "Pan chorąży niech zdrów żyje", tak 
dalej przebierano, póki ochota służyła. Albo śpiewano piosnkę 
(zdaje mi się) Czeczota: "Co to starzy za warjaci", albo piosnkę 
Promienistych Mickiewicza: "Coby było wśród zakresu". 
Ostatnich naszych wakacjów \vszystkie humory skłaniały się 
raczej ku zasępieniu niż do wesołości, po większej części u stołu 
po\yażnie milczano; nawet prezydent Kobyliński, teraz spokojnie 
przymrużywszy oko, smokcze lnelancholicznie swą szklankę 
wina, nie huknie już nam znienacka, jak by\vało: 


Wiwat nasi Glaubicze, 
Wszyscy goli, j ak bicze! 


al.bo "wypił Kuba do Jakuba", lub koniecznie rzewnym tonem 
nIe zanuci smutnej dumki:
>>>
. " 


. 


138 


OTTO ŚLIZlEK 


Siedzi sobie zając pod miedzą, 
A myśliwi o nim nie wiedzą, 
Siedzi sobie, medytuje, 
Testament życia spisuje. 


, 


... Przeszłych bY'vało \vakacjó\v każdego pra \vie wieczora przy 
dobranych głosach trzech Zanó\v, Gonzala i innych śpiewano 
z wielkiem wszystkich zadowoleniem filareckie pieśni pod nazwą 
akademickich, z których niektóre tylko wyrywki \v pamięci mi 
pozostały,naprzykład:"Hej, użyjmy żywota u albo "Hej, radością 
oczy błysną, I \vszyscy się mile ścisną u, albo "Niech w nas panuje 
miłość i zgoda, Gdy brat bratu swą rękę poda u, albo "Pochlebst\vo, 
chytrość i zbytek, niech każdy przed progiem miota u, albo: 


\Veselmy się koledzy, dopókiśmy młodzi, 
Prędko młody czas upływa; 
Za nim starość uciążliwa 
I wnet śmierć nadchodzi... 


, 


Jedną tylko v{ całości pamiętam, to \vyśpiewaną kiedyś 
przez Jana Czeczota w kwietniu, w przewodnią niedzielę przy 
święconem filareckiem, pod gołem niebem na Popławach w "'ił- 
nie: ,,\tV stal pan Kwiecień z martwych ninie u. 
Wieczory ostatnich wakacjów przechodziły po \viększej 
części na skromnych grach w czekino, w sąsiada, w pierścionek, 
\v cenzurowane i t. p. Za inicjatywą Marjana Piaseckiego i Onn. 
frego Pietraszkiewicza zbierałem składkę dla skazanych na 
wy\viezienie filaretó\v, przyjmowałem, co kto dał, prócz pieniędzy 
płótno, szytą bieliznę, pończochy i t. p. Najwięcej się poży\viłem 
w Zadwiei. Kapitan ]\łaciej Mierzejewski dał odrazu d\vadzieścia 
srebrnych karbowańcó\v, a kapitanowa półsztuczek płótna, niezły 
zapas bielizny gotowej i dwa dukaty w złocie. Największy zapas 
szytej bielizny i skarpetek dostarczyła nasza ma tka. Gotówki 
zebrałem wszystkiego osiemdziesiąt kilka rubli, z przyjęcia któ- 
rych pokwitowanie Piaseckiego znajdowało się do niedawnych 
czaSÓ\V u mnie, jakoteż i z przyjęcia bielizny. 


.
>>>
ROK 1824. ZE SZKOL \,TILEŃSKICH. 


Przyjecha\vszy z \vakacjó\v, znalazłem w \Vilnie spra\vę Fila- 
retów ostatecznie ukończoną; tr ej, uznani za winniejszych, skaza- 
ni do dalekich ruskich więzień, ze d\vudziesWl na mieszkanie w dal- 
szych ruskich gubernjach, a \vszyscy inni wykreśleni z listy aka- 
demików i oddani pod nadzór policji. 
Na dni kilka przed wywiezieniem trzech skazanych (Zana, 
Suzina i Czeczota) poz\volono było \vszystkhn, ktoby chciał, ich 
odwiedzić. Drzwi do izby Tomasza Zana w klasztorze bazylja- 
nó\v przez wszystkie te dnie prawie się nie zamykały. Tak męż- 
czyzni, jak kobiety, tłumnie się zbierali, by go pożegnać. KiedYITI 
po raz pierwszy doń przyszedł, znalazłem izbę narozcież otw'artą, 
przede dr
wiami sŁało kilkanaście osób na korytarzu i między - 
nielTIi czterech żołnierzy wartujących. \V miarę jak jedni przez 
drz\vi otwarte ze środka \vycho dz il i, inni na ich miejsce z kory- 
tarza po stępo\va li , każdy mniej \vięcej \,,"zruszony, a kobiety 
nieodzo\vnie z chustkami przy oczach. 
\V izbie chodzili i siedzieli: Tomasz, blady i \vzruszony, 
chodził od jednego do drugiego, ściskał i cało\vał \y milczeniu; 
kobiety też po bratersku z nim się ściskały tak wdo\vy, mężatki, 
jak i panny. 
lilczenie i \vzruszenie ogólne. Tylko Piasecki, 
Pietraszkie\vicz i dwaj bracia Tomasza, układając i pakując różne 
rzeczy, kiedy niekiedy z jakiemś slówkiem się odez".ali. Izba 
była zawalona książkami, nutami, ryzami czystego papieru 
i różnemi wraz od przychodniów dostarczonemi rzeczami. Coraz 
to ten, to Ó\v coś.do pakunku podsuwał. Stała na\vet no\va hisz- 
pailska gitara. Nie pojmuję, jak się to \vszystko dało zabrać. 
Druginl razem, przychodząc do pana Tomasza, znalazłem drzwi na 
klucz ze .środka zamknięte, postukałem znanynl hasłem t r z y 
p o t r z y i ohvorzono; było ". izbie kilka osób samych tylko
>>>
140 


OTTO ŚLIZlEŃ 


filaretów: Adam Mickiewicz, Odyniec, Czeczot, Suzin, Freyend, 
Piasecki, dwóch braci Tomasza, pewno i ktoś jeszcze. Ws
yst- 
kich znalazłem silnie rozrzewnionych, bo \vłaśnie w tej chwili 
Czeczot przy gitarze przez Tomasza akompanjującej wyśpiewał 
\v ludo\vem narzeczu świeżo przez siebie ułozoną pożegnalną, 
czułą pieśń, która \v5zystkich nutą i treścią do ogólnego płaczu 
pobudziła; ledwie cząstkę jeszcze tej nieocenionej pieśni za- 
ch\vyciłem. 
Po jej ukończeniu, gdy \vszyscy w największem rozrze\v- 
nieniu z Czeczotem, Tomaszen1 i Suzinem się ściskali, Mickie- 
\vicz stanął na środku blady i \vzruszony, jak nigdy, zawołał na 
Freyenda, by mu zaintonował na flecie ulubioną jego nutę F i - 
lon a i począł pieśń okolicznościową improwizować. Z początku 
nucił spokojnie, później głos nabierał coraz \viększej mocy, twarz 
się raz po raz mieniła, przy osta tnich strofach Improwizacji 
wpra\viła wszystkich słuchających \v milczące, podziwiające osłu- 
pienie, i znowu się zakończyło ogólnym płaczem i pocałunkami. 
Pierwszy to i ostatni raz widziałem pana Adama pod tak silnem 
i rzewnem wzruszeniem. W ogólności mało go spotykałem, tylko 
gdy ch\vilo\vie przyjeżdżał z Ko\vna do \vileńskiej młodzieży, co 
. bardzo nieczęsto się trafiało. 
Tomasz Zan został skazany i wywieziony na cały rok do 
Orenburskiej fortecy; Czeczot i Suzin na pół roku do ostrogo- 
wego \vięzienia, a później na zamieszkanie \v ruskich gubernjach. 
Innych z dwudziestu kilku, w których liczbie Mickiewicz, Ma- 
lewski, Łoziński, Ko\valewski, Kułakowski, Jeżowski, Freyend 
i t. d. poroz\vożeni po różnych punktach Rosji po wi
kszej części 
na na ukowe posady. 
Ostatni, ten rok mojego pobytu w Wilnie, nie licząc się już 
do akademikó\v, chodziłem po amatorsku na jakie mi się podo- 
bało uni\versyteckie \vykłady, a przez ciekawość, choć po razu 
na \vszystkie. 
Forma i wykład ana tomji przez Pelikana bardzo mi się po- 
dobała. Był on podobno najmłodszy, a najpewniej najprzystoj- 
niejszy z profesoró\v. Pięknej, nieco smagła'wej twarzy brunet, 
nie inaczej zjawiał się do sali, tylko wystrojony jak na bal \v czar- 
nym świeżym garniturze, w sklniącej białością bieliźnie, \v bia- 
łych rękawiczkach, wyperfumo\vany, mó\vił czystym, dobitnym,
>>>
Z PAMIĘTNIKA 


141 


lec'l niekrzykliwym głosem. \Vszystkie jego ruchy i obejście się 
z trupiemi członkami były spokojne, naturalne i gracjozne. Na- 
pieściwszy się przez godzinę z leżącą przed sobą na stole trupią 
ręką, nasunął białe rękawiczki, wziął szapoklak z laseczką, 
uprzejmie się skłonił i odszedł. 
Przybył i Lelewel wykładać historję po\vszechną. Bylem 
na jego już nie wstępnej, lecz na drugiej czy trzeciej le
cji, 
ogromna sala była literalnie słuchaczami przepełniona, dużo 
stało w sieniach za otwartemi drzwiami. \V chodzi wreszcie szyb- 
kim krokiem wychudły dość \vysokiego wzrostu, nieco przy- 
garbiony z wypieczonym rumieńcem na twarzy, jeszcze nie stary 
pan Joachim Lelewel: Włosy jego blond, oczy duże niebieskie, 
na \vierzch nieco wypukłe, nos duży, nieco garbaty; wYraz ła- 
. 
godny człowieka myślącego. Nim nowy profesor dobiegł do ka- 
tedry, grzmot oklasków mu t0warzyszył. Skłoniwszy się od 
niechcenia, jakby nierad z oklasków, zaczął dźwięcznym, ury- 
wanym, jakby s t a c c a t o głosem mówić. Na słuchac.zach, bli- 
żej "katedry stojących, malowało się silne zainteresowanie; dalsi, 
w których liczbie i ja zaciśnięty byłem, przez piąte łowili profe- 
sorskie słowa, niemniej jednak słuchali z całem oddaniem się. 
Milczenie i cisza największa; po skończonej lekcji grzmot oklasków 
znowu mu aż na dziedziniec prze\vodniczył. Ozięble i niechętnie 
przyjmo\vał te owacje, na\vet nie kłaniając się za nie, jakby one 
nie dla niego były. Niedługo też Lelewelem młodzież się cieszyła; 
rychło go zmienił wysoki, cienki Kukolnik, na którego ani na 
wstępną, ani późniejszą lekcję nie \vybrałem się. 
Równie krótko, ledwo na kilka tygodni, zajaśniał bardzo 
sympatyc?;nemi lekcjami profesor filozofji Gołuchowski; bladej 
cery, ospowaty, z czarnym mocno kędzierzawym \vłosem, z czar- 
nemi ognistemi oczami; miłe regularne rysy pra\vie młodej twa- 
rzy. Nos kształtny nieduży, cała postać podobająca się. Śliczną 
gładką polszczyzną i harmonijnym głosem się wysławiał; wykład 
lekcji pociągający, każdą treść umiał wyłożyć dla wszystkich 
przystępnie i zrozumiale; kobiety z gustem na jego lekcję uczęsz- 
czały. Księżna Kalasantowa Czetwertyńska była jego stałą słu- 
chacz ką. 
Jednego pięknego dnia Aleksander Domeyko (były filaret 
w jednym ze mną różowym związku) wyprowadził mnie na prze-
>>>
142 


OTTO ŚLIZlEŃ 


chadzkę na Bekieszową górę i \v długiej poufnej rozmowie z\vie- 
rzył się, że egzystuje Sto\varzyszenie Filomató\v, że on do niego 
należy, że się dzieli na kółka czyli piątki, składające się każde 
z pięciu członkó\v, \viedzących tylko o swoich piątkach, a nic 
zgoła o innych to\varzyszach, że każdy członek może bezpo- 
średnio formować od siebie no\ve piątki i że on do swojej piątki 
mnie zaprasza. Dałem. się z\verbować i pan Aleksander nazajutrz 
do o\vego kółka mnie wprowadził, gdzie znalazłem czterech zna- 
jomych mnie exfilaretów. Na ten raz prezydo\vał w kółku głę- 
boki i ciężki matematyk Budre\vicz. Prezydencja w kółkach 
odbywała się po kolei, na każdej sesji się zmieniając. Było to już 
przed samą ,vakacją, na którą już bez po\vrotu z Wilna wyjecha- 
łem i na kilku schadzkach cały mój udział \v no\vych Filomatach 
się skończył...
>>>
MICHAŁ CZARNOCKI 
. 


KRÓTKA WIADOMOŚĆ O TAJNYCH 
TOWARZYSTWACH UCZNIÓW UNI.. 
WERSYTETU WILEŃSKIEGO AŻ DO 
. I
H ROZWIĄZANIA W ROK U J 824. 


. 


.
>>>
! 


. 


.
>>>
. 


- 


Józef Tu'ardowski
 rektor U
wersyte/u Wileńskiego.
>>>
Atttor pami,tników poniższych, M ichal Czarnocki, syn Ste- 
fana, a stryjeczny brat znanego etnografa Zoriana Dołęgi Choda- 
kowskiego (Czarnockiego ), wstąpil do Uniwersytetu Wileńskiego 
w r. I8I7, d.YPlom magistra nauk fizyczno-matematycznych otrzy- 
mal dnia I8 liPca I829 r. Po ukończeniu studiów byl w Łohoisku 
nauczycielem synów Dominika hr. Tyszkiewicza, marszalka pow. 
borysowskiego. Przyjaźń, zawartą z mlodymi T yszkiewiczami, 
zachowal przez cale życie. W r. I845 nabyl w Mohilewszczyźnie 
od ks. ks. Sanguszków majątek Ledniewicze, polożony w odległości 
Pi,ciu wiorst od Kochaczyna, posiadlości Tomasza Zana. Po- 
ślubiwszy Józef, W ollowiczówn" cioteczną siostr, Rozalii J óze- 
lowej Tyszkiewiczowej, oddal si, pracy na roli, wychowaniu czte- 
rech córek, wolne zaś chwile poświ,cal gromadzeniu cennego ksi,go- 
zbioru oraz ulubionYln studjom nad literaturą pi,kną; pisal wiersze, 
utwory dramatyczne, wreszcie pami,tniki. 
Zmarl w r. I854, pochowany.zostal w Smolanach, gdzie też 
w rok po nim spocząl T O1nasz Z ano 
Pami,tnik Czarnockiego posiada w autografie tytul nast,- 
pujący: "K r ó t k a w i a d o m ość o t a j n y c h t o war z y- 
stwach uczniów Uniwersytetu Wileńskiego 
a ż d o i c h r o z w i ą z a n i a w r. I824. W iadontość ta po- 
przedzona autentyczny,n protokólem "Towarzystwa Sześciu", a za- 
kończona Prawidlami dla mlodzi, należącej do zgrol1tadzenia "Przy- 
iaciól pożytecznej zabawy", uchwalonemi na maiówce dnia I7-g o 
maja I820 r. w Wilnie. Napisaną byla przez Michala Czarnockiego. 
R,kopis ten, oprawny z aneksami, zawiera kart 57 pracy J.1f ichala 
Czarnockiego, kart zaś I4 znaiduje si, w niln potcln wkleionych, 
na których na prośb, właściciela tego r,kopisu, Konstantego hr. 
Tyszkiewicza, Tomasz Zan, jako pierwszy zalożyciel Towarzystwa 
Filaretów w Uniwersytecie Wileńskim, a zatent najświadomszy 
z filareckiego świata. I. 10 

ł. 


.
>>>
, 


146 


MICHAŁ CZARNOCKI 


wszystkich szczególów jego, wypisal niektóre objaśnienia £ dopelnil 
wiadomość niniejszą". 
Ty tul ten dostatecznie zatem wyjaśnia genez, wlasnor,cznych 
doPisków i uzupelnień "Tomasza Z ana. 
Niezależnie od pami,tników powyższych Czarnocki sPisywal 
obszerny dziennik, zawierający obfite szczegóły o owoczesnent życiu 
towarzyskiem na Litwie; nienadający si, do druku w całości, zo- 
stanie zużytkowany na inne1n miejscu. . 
K r ó t k ą w i a d o m ość dajemy w całości wraz z dopiska'mi 
Zana i protokóla1ni "Towarzystwa Myślącej Mlodzieży", o któ- 
rego działalności żadne źródla nie podają bliższych informacyj. 
U zupelnienia Z ana wydrukowane są kursywą w nawiasach; nad- 
tnienić przytet1
 należy, że doPiski Z ana niezawsze są zrozumiałe 
i nieraz nieczytelne. U1nieszczone przez Czarnockiego w aneksach: 
"Pi,tnaście prawidel post,powania dla młodzieży, należącej do 
zgromadzenia Przyjaciół pożytecznej zabawy", 11wwa Józefa Twar- 
dowskiego, rek
ora Uno Wil., podczas zalnkni,cia szkoły kiei da1i - 
skiej w dn. I marca I824 r., list Franciszka M alewskiego do ojca, 
z TVarszawy dn. I4 lutego I824 r., wreszcie wyrok na Filaretów 
i Filomatów z dn. 7 sierpnia I824 r. - zostaly opuszczone, jako j'ltŻ 
w druku znane.
>>>
. 


p 


R 


z 


E 


D 


M 


o 


w 


A 


- 


. 


Żyjemy dziś w takim wieku, że ,vszystkie instytucje (ży- 
wioły) naszego narodu jedne przed drugiemi nikną (wyłuszczaią 
się), nie zosta,viając prawie śladu po sobie (znikomych). Wie- 
leśmy już stracili (có nas gubi) i \viele stracimy jeszcze, aż wszyst- 
ko (co zbawia) przejdzie do san1ego (co... i tan'ltych) ,vspomnienia 
(nie będzie). Lecz \v cóż się obróci z czasem wspomnienie, po- 
zostałe w ustach ludu? (Stanie się wieczną przeszkodą.) Dzi- 
waczną ga dką dla gmin u (czystą prawdą,. powieść) legendą dla 
pobożnych (poboznego życia wzorem), a balladą lub (tylko) dumą 
dla poety. Dla ochrony od powszechnej (nas) zagłady, każdy 
z nas za święty obowiązek mieć powinien zbierać najdrobniejsze 
materjały (szczegóły, które) lub rzetelnie opisywać (i daią) wszelkie 
wiadomości o zniesionych instytucjach (i o takich, które nic 
i nikt... nie zdoła). Prawda, że te \viadomości ludzi pry\\ratnych, 
i nie zawsze dobrze świadomych rzeczy, nosić nie mogą na sobie 
ani cechy doskonałości, ani jasnego układu faktów (dannych), 
wszakże (póki oni sami) w ogólnym zbiorze ma terjałó\v (nie) 
staną się kiedyś (cząstką nafbardziej żywą tej) boga tą skarbnicą. 
Przed niewielu jeszcze laty byłem bogaty 'v drogie materjały 
z Uniwersytetu Wileńskiego, lecz ich część największa zbut,viała 
w ziemi r. 1831. Część utraciłem w życiu koczującem, jeden 
tylko protokół "Towarzystwa Sześciu" u mnie pozostał i ten 
chętnie ofiaruję do zbioru łohojskiego. 
Ioże mój przykład innych 
zachęci i przyczyni się cokolwiek do tak pięknych zamiarów Hra- 
biego. Ofiarowany ten przeze mnie protokół "Towarzystwa 
Sześciu", czyli ,,
Iyślącej Młodzieży" bez objaśnień stałby się 
zagadką prawie dla wszystkich. Kilka osób, pracujących w ci- 
chości i pod imionami przybranemi, led\vo zostały w pamięci 
sa mych że członków Towarzystwa, nie rościłyby pewnie do jakie- 
10*
>>>
148 


MIOHAL CZARNOCKI 


gokolwiek \vspomnienia, gdyby następne okoliczności nie stały 
się tak głośnemi w dziejach Uniwersytetu Wileńskiego i nie słu- 
żyły za pozór do \vażnych reform Uniwersytetu, a później ska- 
so\vania. (Niewątpliwe, że te osoby miały wszelką . łatwość być 
w nich uczestnikami, żadna atoli, aż do dziś, nigdzie się nie obja- 
wila i najbardziej i1n przystoi nazwisko tajnych.) "Towarzystwo 
Sześciu", było (być nie moglo, -a tembardziej) początkiem i za- 
sadą tajnych towarzyst\v ucznió\v Uniwersytetu. (Że znaczenie 
towarzystwa wcale nie bylo znajome " Sześciu" , dowodzi ich same 
to nazwisko. Odmiana jego stala się przez wplyw już - od parę lat 
mającego sw6j byt związklt "Miłośników Nauki (Filomatów)", 
w liczbie których już od początku znajdowal się Goworek. (Zan) , 
który, jak protokól wyraża, co posiedzenie obdarzal robotami, tUŻ 
wprzódy u F il01natów upodobanemi i osądzonemi; i wprędce potem 
Patrokl (Morawski), pierwszy panicz, oddający się ścislym na- 
ukom, mającY1n widoczl1,e zastosowanie, pomiędzy któremi pierwsze 
miejsce trzy"'tala medycyna, - i to zwróciło nań uwagę przewodni- 
czącego "Miłośników Nauki", którym był od pierwszego ich za- 
wiązku (I8I7-I8I8) , aż do prześladowania i rozeslania ( I82 4)J 
Józef Jeżowski z Ukrainy, ostanek (!) rzezi w Humaniu. 
te "Towarzystwo Sześciu," nie miało żadnego celu, dowodzi 
jego nazwisko liczbowe, następnie przyjęło nazwisko "Myślącej 
Młodzieży", podane 11'tnie przez }eżowskiego, które natchnąłem 
moim zawsze kochanym mi1''tczukom, towarzyszom wprawdzie 
moim, ale bardziej ogładzonyn't, bogatszym, imion sławniejszych, po- 
siadającym języki i nabytą gotową cudzą uczoność, w której sama 
powierzchowość byla wsz?stkiem, dusza niczem. Tylko do jednego 
jeżowskiego przypadalo ściśle i sprawiedliwie imię ,,1nyślący", 
reszta wszyscy byli tylko przednią mlodzieżą, wyborem krain Litwy, 
Bialej, Czarnej i Czerwonej polskiej Rusi...) 
rr Jeden z naszych członków zamiar z małej skali przeniósł na 
\viększą, tworząc na przód "Promienistych", a z tych później 
"Filaretów". Członkiem tym był Tomasz Zan. 
\Vielu było tego przekonania, że burszostwo niemieckie 
\vpływało na związek ucznió\v \vileńskich. Mniemanie to jest 
najfałsz)'\vsze. Towarzystwo to z niczego (z prawdy) i małych 
początkó\v po\vstało. Cel jego był sżlachetnym (szlacheckim), 
pożytecznym i pięknym (bo chrześcija1''tskim), młodzież (zawsze)
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


149 


czuła 'ochotę i zapał do nauki i cnoty, nic \vięc dziwnego, że się 
Towarzystwo prędko wzrosło i wykształciło się. Że te myśli 
moje nie są bezzasadne, postanowiłem pokrótce opisać kształcenie 
się kolejne towarzystw uczniów wileńskich, z pozostałych u mnie 
notat, z przyłączeniem niektórych aneksów, służących do tego 
przedmiotu. \V szakże to wszystko będzie led\vo wstępem do 
dzieła o Filaretach, jeśliby kto miał kiedy za jąć się ich historją. 
Proszę nie rzecz samą oceniać, ale ch
ci ofiarującego, który- 
by z duszy pragnął conajrychlej widzieć zbiór łohojski jednym 
znajbogatszych \v pamiątki narodo\ve. 


:\1. CZARNOCKI. 


Pisałem \v Borkach 1844 r. kwietnia 22 (maja 3) dnia. 
.
>>>
KROTKA \VIADOMOSC 
o TO\V ARZYST\V ACH (O ZWIĄZKACH) UCZNIOW 
UNIWERSYTETU \VILEŃSKIEGO 


Dwadzieścia la t upłynęło od ukarania (rozeslania) filare- 
tów, a dziesięć lat od skasowania Uniwersytetu \Vileńskiego 
(sześć od powrotu zesla1tców), założonego w szczęślhvej dla nas 
epoce przez Stefana Batorego. Dwieście pięćdziesiąt sześć la t 
trwał Uniwersytet, z nieszczęsną (psującą si, w osnowie) ojczyzną, 
doznając różnej (nieuniknionej tego) losu kolei. A choć się chlubił 
(wydal bez chluby) Sarbiewskim, Skargą, Poczobutem i \vielą 
innych mężów uczonych, nigdy za rządó\v (zawsze jak i za czasów) 
polskich nie odpowiedział (on) ani swojemu przeznaczeniu, ani 
(celowi) s\vojego założyciela. Oświecenie z murów zakonnych 
jezuitó\v przedrzeć się nie mogło (mieszalo si, ze świeckie11t i cu- 
dzoziemczem i bezwiernem) do szlachty litewskiej. Wazowie, 
Piastowie i Sasi (każdy podlug siebie i wieku) \vcale nie myśleli 
o kulturze narodowej i naród sam o sobie nie myślał. (Jak być 
powinni, zawsze wielmożniejsi zagranicznem światłem, aby chwał, 
narodu lączniej dać poznać w kraju) Owszem magnaci cieszyli 
się, że ciemną szlachtą łahvo rządzić mogą, kiero\vać do swoich 
widokó\v. W roku 1773 piorun \vatykański skruszył ogromny 
kolos jezuicki, z tym upadkiem \vzniosła się owa nasza sławna 
:l\Iagistratura, która pier\vsza dała przykład całej Europie, wy- 
rzekłszy, że naród \vinien dać wychowanie s\vojej młodzi - i że 
to wychowanie po\vinno być narodowem. 
Wprzódy jeszcze Konarski, mąż nieśmiertelnej sławy, zwal- 
czał przesąd i wychowanie dziwaczne już to pismami swojemi, już 
założeniem Konwiktu Pijarskiego, gdzie przedniejsza szlachta na- 
bierała no\vych zasad i \vyobrażeń patrjotycznych. Komisja 
Edukacyjna, złożona ż mężów \vziętych \v narodzie i uczonych, 
odrazu zba\vienny \vpływ \vywierać poczęła na Koronę; Lit\vie
>>>
152 


MICHAŁ CZARNOCKI 


jednak nie zaświeciła zupełnie tak szczęśliwa gwiazda. Biskup 
Massalski, jeden z członków Komisji, miał to światło \v Litwie 
rozpostrzenić (!); w pamiętnikach jednak Wybickiego czytam 
najwyraźniej, że biskup dochody edukacyjne na swoją korzyść 
obracał, puszczając w przewłokę dobro ojczyzny. Wreszcie Ko- 
misja led\vo się rozwinąć mogła, kiedy nastał bezprzykładny 
rozbiór kraju. Litwie Katarzyna II zapewniła wiarę, prawa" i ję- 
zyk - a tern samem i wychowanie młodzi w polskich szkołach, 
lecz nauczyciele byli bez płacy i opieki rządowej, - a tak szkoły 
świeckie upadać musiały, tylko się utrzymały po klasztorach. 
Nie mogli się zakonnicy piękniej od\vdzięczyć narodowi za ich 
uposażenie, jak podtrzymując ś\via tło \v narodzie, który byt 
swój polityczny utracił. Bazyljanie i pijarzy największą w tern 
gorliwość okazali. 
Paweł I, \vięcej łaskawy na Lit\\Tę, rozkazał gubernatorom 
po\vrócić szkoły ś\vieckie i opłacać ze skarbu nauczycieli. Nie 
wiem, jak się to działo w innych gubernjach, w mińskiej guber- 
na tor Karniejew kilka szkół urządził. \Vybór nauczycieli dziw- 
nym losem przypadł na tych, którzy może nigdy o tem nie 
myśleli. Karniejew z radą obywateli wyrezonował, że polic- 
ma jster utrzyma porządek i karność, więc policmajstra zrobił 
dyrektorem. Że szafarz umie liczyć, pisać i wie niektóre miasta, 
przynajmniej Rygę, Królewiec, Berdyczów, - skąd się spro\va- 
dzają wina i korzenie, a zatem znać musi arytmetykę, kaligrafję 
i geografję - i jemu oddano \vykładać te przedmioty. Że ko- 
mornik nie mógł mierzyć bez znajomości geometrji, uczył więc 
matematyki, na tych zasadach Francuz z kolonji Prószyńskich 
uczył. po francusku, Niemiec po niemiecKu i inni innych przed- 
miotów. Rzecz bardzo jasna, jak podobny wybór nie odpowiadał 
swojemu celowi. Lecz wstąpił na tron Aleksander, z kulturą juź 
europejską i z żywą chęcią wprowadzenia oświaty do kraju. 
Zbliżył się do tronu książę Czartoryski i pod jego wpływem za- 
błysnął pamiętny dla Litwy rok 1803. Akademja Wileńska otrzy- 
mała najłaskawsze przywileje od cesarza z tytułem Imperator- 
skiego Wileńskiego Uniwersytetu. Ustanowiono dwie Komisje 
Edukacyjne, jedną dla Litwy w Wilnie, drugą dla Wołynia 
w Krzemieńcu. Czartoryski został kuratorem całego \Vydzialu 
Uniwersytetu, obejmującego wszystkie dawne polskie prowincje,
>>>
o TAJNYCH TOWARZYST\VACH 


153 


a Czacki wizyta torem \vołyńskim. Obaj mężowie za jęli się z bez- 
przykładną gorlhvością \vprowadzeniem oświaty narodowej. 
Niedostatek \vielki się okazał w ludziach uczonych. Szukali ich 
po całej Polsce, szukali u obcych - i tyle byli szczęśli\\'i, że 
w.krótkim czasie \vszystkie katedry obsadzili datnymi nauczy- 
cielami \v Uni\versytecie i \v Liceum Krzemienieckiem. Łatwiej 
jednak się udało zebrać na utzycieli, niż ucznió\v, - led\vo z kilku 
tylko szkół ucznio\vie słuchać mogli 'wyższych kursó\v. Szkoły 
te były żuro\vickie, szczuczyńskie, lubieszo\vskie i słuckie. Taki 
si
 niedostatek uczniów pokazał, sżczególnie "-. medycznym od- 
dziale, że Frank \vypisać musiał 50-ciu uczniów z Niemiec, tak 
dla dogodzenia' chęci cesarza Aleksandra, który mieć chciał 
własnego kraju medykó\v, jakoteż dla podtrzymania Unhversy- 
tetu. Pra\vda, że się to przedsięwzięcie nie udało, bo \vszyscy 
:Kiemcy czas przepędzali z kuflem i fajką i po roku led\vo ich 
czterech zosta\viono, resztę odesłano napO\\Tót do ich kraju. 
Odrazę do medycyny \v Lit\vie podtrzymy\vał jeszcze przesąd 
narodo\vy, że żaden szlachcic, czyli dobrze urodzony (bene natus 
et possesionat1ts), trudnić się nie mógł łokciem, k\vartą i doktor- 
stwem, jako \vyłącznie należącemi do Żydów i Niemcó".. Brak 
oświecenia i uczuć narodo\vych \ve \vszystkiem się ukazy\vał. Że 
tak było oczywiście, do\vodzi upadek pism perjodycznych, \vyż- 
szych nierównie od wielu pism zagranicznych, wyda\vanych 
w o\vym czasie. Były to: l. D z i e n n i k \V i l e ń s k i, wy- 
da\vany \V 1805 - 1806 r. przez członków Unhversytetu i miło- 
śników literatury ojczystej. (Mam u siebie jedenaście numerów 
z r. 1805 i wiem, że \v r. 180 5 \vięcej nad sześć nie \vyszło; oto jest 
dosłowne uwiadomienie: "Dziennik ten utrzymywany od kilku- 
nastu poświęconych naukom osób, które \v zamiarze rozszerzenia 
powszechnego oś\\'iecenia \v jedno się towarzystwo złączyły, za wie- 
rat będzie \vszystkie przedmioty, tyczące się umiejętności, kun- 
sztów, rolnictwa, rękodzieł, rzemiosł; tudzież wybrane kawałki 
literatury wierszem i prozą. Wyjątki, rozbiór i krytykę pism 
polskich Jub obcych \vażniejszych; ogłoszenie i wykład no\vych 
wynalazków, mniemań i systemó:'; życia sła\vniejszych uczonych 
tak krajowych jako i zagranicznych; postano\vienie i urządzenie 

yczące się edukacji pub1icznej, uwagi nad stanem oś\viecenia 
l wykształcenia różnych społeczeństw. II Towarzystwo to skła- 


9
>>>
154 


MICHAŁ CZARNOCKI 


dali: Śńiadecki, Jundzilł, Matusewicz, Czacki, Kossako\vski, Kru- 
szyński, Groddeck i \viel u innych. Mała liczba prenumera torów 
przerwała dalszy ciąg tego dziennika. - Przyp. Czarnockiego ). 
2. G a z e t a L i t e r a c k a, wydawana przez profesora Groddcka. 
Jakże się pisma powyższe utrzymać mogły, kiedy nikt nic nie 
czytał, chyba Kurjera Litewskiego (Bo książki wówczas 
wydawaly si
 tylko dla profesorów i uczniów, coby miało po- 
wszechny krajowy miejscowy pożytek lub interes, co niemało stało 
si
 przyczyną rozpowszechnienia cudzoziemszczyzny, w której wiele 
czytano) lub kalendarz da \vniej tak obszerny i obfity \v \viado- 
mości wszelkiego rodzaju. Filareci, gorliwi o rozszerzenie oświaty 
w Litwie, na szczęśliwą myśl wpadli, uważająć kalendarz jako 
jedyne pismo perjodyczne, zdolne rozpostrzenić (!) wiadomości 
i uczucie narodowe, bo któryż szlachcic choć raz \v miesiąc 
kalendarza nie przeczyta. Czeczot Jan był redaktorem tego 
kalendarza, 1823 roku już kalendarz nieznacznym odmianom 
uległ, aby nagłym przekształceniem nikogo nie raził. Na rok 
1824 Czeczot dalej posunął przedsięwzięcie, ale przedsiębiorcy, 
przestraszeni uwięzieniem filaretów, tego kalendarza w obieg 
handlo\vy nie puścili, aż po przedruko\vaniu na nowo dodatków. 
Konwersacyjny język, nawet polski, tak był zaniedbany, że 
w nim dostrzec trudno było rodzajów, a nawet liczby, przy ty- 
siącznych \vadach, które, dziś powtórzone, za przesadę i złośli- 
wość pe\vnoby u\vażano. Jan Śniadecki, skoro został rektorem, 
baczność szczególną zwrócił na język, ciągłemi pismy upominał 
nauczycieli, aby się \vpajać starali \v uczniów zamiłowanie do 
pop:a \vnej mowy. Sam zaś pracował nad uczniami pedago- 
gicznymi i dziwnie \vpływał na ich ukształcenie. I rzeczywiście, 
\vychowańcy Śniadeckiego, jako nauczyciele rozesłani po kraju, 
powinni się uważać .za pra\vdziwych apostołów nauki i ducha 
narodo\vego. Oni to podnieśli ochotę i za pał do nauki i cnoty 
pięknym \vykładem przedmiotów, łagodne m się obejściem 
i pe\vną \vyrozumiałością, przy bezstronnej spra wiedli\vości. 
Ucznio\vie postrzegli (że łatwiej stać si
 płatnY1n i chwalonym 
gadaCZel1t, niż mądrY1n i dobry': człowiekiem, którynl zostawal za- 
ledwo, kiedy komu przychodziło), że niekoniecznie być starym, 
aby zostać mądrym, - pod\vajać zaczęli starania. (Nigdy 
w szkolach 1nojego czasu. ani cienia nie dOlnagalo si
 jakowej bądź
>>>
o TAJNYCH TO\VARZYSTWACH 


155 


różnicy, oprócz niezb
dnej i koniecznej 11ti
dzy ubogimi i bogatymi 
1J) szkole, nauczyciele prawie wszyscy, sami pochodząc ze stanu ubo- 
giego, raczej biedniejszym gotowi dawać pierwszeństwo przed boga- 
tymi.) Bogaci i biedni nie byli to da\vni panicze i wszelka różnica 
stanu i urodzenia znikła. Cnota i nauka brały pierwszeilstwo 
i miło było widzieć siermiężne kapotki, z ładnymi surducika mi 
pomieszane, a często pierwsze miejsce zajmujące. 
Szlachcic, mogący stracić mało więcej nad sto złotych, od- 
dawał syna do szkół, bo, kiedy mu zgodził stół u jakiego biedaka 
i sprawił buty i kapotę, był pewnym, że syn chodzić będzie 
do szkół. 
Ledwo lat kilka upłynęło, już wydział Uniwersytetu Wi- 
leńskiego liczył szesnaście tysięcy uczącej się młodzi; jak świadczy. 
Śniadecki w jednem ze swoich sprawozdań, liczba ta \vostatnich 
czasach urosła do trzydziestu kilku tysięcy. 
\Vojna Napoleona r. 1812 zach\viała na lat kilka postęp 
nagły oświaty. 'Viele młodzieży i przedtem uchodziło do Księ- 
stwa \Varszawskiego, lecz za wtargnięciem wojsk francuskich 
i polskich do Litwy cała młodzież do broni się rzuciła, pozostali 
ci tylko, którym wiek młody nie doz\volił \vstąpić do wojska. 
Upadł Na poleon, upadły wielkie nadzieje Polaków,' - 
wróciło \vojsko polskie do ojczyzny, ale młodzież już \vrócić nie 
chciała dQ świątyni nauk i Uni\versytet znó\v cierpiał niedostatek 
uczniów. (Owszem, fuż w I5 roku mieliśmy wśród kolegów jilol1'tat
 
i jilaret
J J ózeja Rukiewicza, z odstawką podporucznika des che- 
vauxlegers. Po sk01zczonych kursach w I825 roku zamieszany został 
do sprawy, odmawiającej przysi
gi nowel1'tU cesarzowi przez wzgląd 
na daną w. ks. Konstantemu; sądzony był na ci
żkie roboty do 
Nerczyńska, skąd ledwo si
 teraz, słychać, wyswobadza.) 
Cesarz Aleksander został królem polskim i Lit\vę, zawsze 
s
rcami połączoną z Koroną, bardziej do siebie zbliżył - i zda- 
wało się, że milsze m na nią pogląda okiem. Naznaczył guberna- 
torami Polakó\v - \volność druku prawie doz\volona. Uczuło to 
naprzód \Vilno i \v r. 1815 zjawiły się pisma perjodyczne i za- 
wiązało się "Towarzyst\vO Szubra\vcó\V", tak dzielnie wpły- 
wa jące na moralność całego narodu. (Duch szubrawski wrazby 

a swem pojawienie111ł si
 upadł, gdyby go nie trzymały tak szczere 
ł mocne talenta rOZU11't1t i dowciPu, jak J
drzeja Śniadeckiego,
>>>
156 


MICHAŁ CZARNOCKI 


Szymkiewicza, doktora; i Żukowskiego Szymona, greko-hebrajczyka. 
Duch szubrawski z Sękowskim, Grecze11't, Bulharynem, przeniósł 
się do Petersburga, a jako niewlaściwy Polakom w Wilnie trwać 
dlugo nie 11'lógl.) \V tym \vłaśnie roku \vielu nas przybyło do Uni- 
\versytetu z mińskiego gimnazjum: Zenowiczo\vie, Śleżanowscy, 
l\Iickiewicz (ale nie Adam), Szulc Dominik, Tomasz Zan i ja. 
Ta k się zdarzyło, żeśmy się razem zeszli na posiedzenie Rady 
Uniwersyteckiej dla wpisania się do Albumu. Male,vski jako 
dziekan Oddziału Pra \vnego zasiadał wó,vczas i, za wsze czynny, 
pierwszy przejrzał nasze szkolne świadectwa, a widząc nas 
wszystkich z jednego gimnazjum mińskiego, wyrzekł uroczyście: 
"Uniwersytet się cieszy z tylu uczniów, przyby\vających z gimna- 
zjum mińskiego, i ma nadzieję, że panowie i nadal utrzymacie 
piękną opinję s\vojego gimnazjum". 
Ta odez\va nieopisaną radością nas przejęła; ja, stojąc naj- 
bliżej l\Ialewskiego, odpowiedziałem: "Starać się będziemy od- 
po\viedzieć ta k zachęca jącej opinji i te:m się \vy\vdzięczyć naszym 
nauczycielom". - "To pięknie, mości dobrodzieju l" rzekł Ma- 
lewski: "zasługują na to nauczyciele, tak gorli\\Tie przez nas wy. 
brani" . 
Słowa i\Iale\vskiego ,vielkim się bodźcem dla nas stały, nie 
tylko do postępu \v naukach, lecz i do \vzorowych obyczajów. 
Tegoż jeszcze wieczora \Vszyscyśmy do Zenowiczów zebrali się 
na wieczór i jednomyślnie uchwalili pewny rodzaj braterstwa 
pomiędzy sobą, tak ,ve wzajemnych pomocach naukowych, jak 
i \v przestrzeganiu obyczajów, że nikt z nas jeden na drugiego 
się gniewać nie mógł. \V postanowieniu naszem nam się wytrwać 
udało. Wszyscyśmy otrzymali stopnie kandydatów filozofji 
i ustną pochwałę dziekana z postępków. 
I w drugim roku towarzyst\VO się nasze nie tylko nie zmnie
- 
szyło, o\vszem się powiększyło jeszcze kilku mińszczanaJ1u: 
Chodźkami, Gierło\viczami i Protem Prószyńskim. Dla lepszego 
skoncentrowania naszego bract\va, większej korzyści, a uniknie- 
nia często mozolnej pracy odczytywania wszystkich wykłada- 
nych przedmiotów, przyszła nam myśl, aby każdy z nas obrał 
jeden przedmiot i ten \vszystkim kolegom wykładał. Taki sposób 
uczenia się najkorzystniejszym się okazał w oddziale fizyczno- 
matematycznym. Nauka się z przyjemnością nabywała. (pro t
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


]57 


Prószyński wykladal fizyk
, a 11tial nadzwyczajną zr
czność na- 
śladowania tonu, postawy i mowy każdego czlowieka, właśnie 
zawsze fizykę tak wykładal, naśladująĆ glos, gesta i akcenta pro- 
fesora, że niewiedzący o tem koledzy wychodzili od nas z pierwszego 
pokoju, nie chcąc profesorowi przeszkadzać powtarzania nam lekcyj.) 
Kilku z nas otrzymało stopnie magistra, niektórzy odłożyli 
na powakacje. Nieszczęściem okropnie zostali za\viedzeni, bo, kie- 
dy czas \vakacyjny poświęca ją mozolnej nauce i wypracowaniu 
rozpra w, minister oświecenia na dwa la ta wstrzymał stopnie do no- 
wego w tern rozporządzenia. \Vypadek ten sparaliżo\vał wszystkie 
nasze zamiary. Po kilkodniowej naradzie spostrzegłszy, że i liczba 
nasza się zmniejszyła, - wielu bo\viem nie życzyło sobie czekać 
dwa lata na stopnie, - postanowiliśmy \v tym czasie więcej się 
poświęcać literaturze i historji, niż umiejętnościom. 
Kilku z nas, rozsypanych po całem pra \vie mieście i za ję- 
tych inne mi obowiązkami, nie mogło codzień już się schodzić dla 
wzajemnej pomocy naukowej; przykro jednak było nam zer- 
wać zupełnie, obraliśmy więc jeden dzień w tygodniu, w którym 
się zszedłszy mieliśmy czytać 
asze roboty literackie. K\vatera 
Chodźków była miejscem zgromadzenia. Na odgłos literackich 
posiedzeń wielu się znalazło ciekawych i ochotników. I ci przy- 
bysze zmusili nas do zrzeczenia się naszego przedsięwzięcia. 
Jedni zajmowali nas dziennemi nowostkami - drudzy miłością - 
a najbardziej się nam uprzykrzali amatorowie muzyki, nie miło- 
siernie rzępoląc na skrzypcach. (Muzyka kwartetów była pi
knym 
powodem zgromadzenia i bawienia. Slynąl niemi szczególniej fila- 
ret, p. Jan J undzill ze Slonimskiego, T yszkiewiczowie wolo- 
żyńscy, a p. Ignacy Zenowicz mial w nich upodobanie osobliwsze.) 
Chodźkowie zaś gościnni zamknąć nie chcieli s\vojej kwa tery, 
chociazem zgóry ostrzegał, że bez wyboru osób nic z naszych po- 
siedzeń nie będzie. Byli na wet tacy, co moją radę uważali za 
dziwactwo i wbrew przechvną dobru powszechnemu. Czas jednak 
przekonał, żem słusznie mó\vił. Przeglądaliśmy k\va tery dogodne. 
Z
nowiczów była nadto ciasna, Hipolita i Se\veryna Tyszkie- 
wiczów nadto uczęszczana przez wszystkich fajkarzy, a nawet 
wesoły Hipolit nie zniósłby, aby on i drudzy choć kwandrans 
przemilczeli, słuchając czytania. l\1imo \vięc chęć największą sto- 
warzyszenia się, nic zdziałać nie mogliśmy. Rok cz\varty, 181 9. 


. 


.--
>>>
158 


MICHAŁ CZARNOCKI 


stał się zupełnie dogodnym - a choć to już nie było połączenie 
samych mińszczanów, uformowało się porządne Towarzystwo - 
z początku pod imieniem ;,Sześciu", a potem "l\Iyślącej Młodzie- 
ży". Pęczkowski miał wygodne i odosobnione mieszkanie - 
przełożenie nasze chętnie przyjął. Czego protokół, zachowany 
od zatraty, jest dostatecznym świadkiem, jak to nasze To\varzy- 
stwo, skromne wprawdzie, święcie wykonywało raz przyjęte 
usta wy. 
Tomasz Zan, gorliwy członek, do obszerniejszego tęsknił 
koła, zawsze mawiał: "Wielkiej przyczyny mały skutek - 
z kilkuset uczniów ledwo sześciu wybrano. \Vówczas kiedy 
w całym Uniwersytecie ledwo kilkunastu młodzieńców próżnu- 
jących naliczyć można". Wreszcie tyle nastawał, żeśmy się zgo- 
dzili na przyjmowanie no\vych członków - utrudniając \vszakże 
ich wybór. Zasady nasze \vyraźnie dążyły do jednego roku sto- 
warzyszenia się. Z rozjechaniem się naszem to ustać musiało, 
tem więcej, że w roku piątym zostali tylko Zan, Józef Chodźko 
i Stanisław Nlora wski. (Wszyscy trzej Filomaci. ) Zosta \vało więc 
otwarte pole Zanowi do rozprzestrzeniania swoich pomysłów filan- 
tropicznych (!) na \vszystkich uczniów. Z pomocą Chodźki, 
Morawskiego i innych, nad ut\vorzeniem obszernego towarzystwa 
pracował - pod nazwaniem "Przyjaciół pożytecznej za ba wy" - 
czyli "Promienistych". 
Skutek uwiellczył starania - w maju przed świtem już cała 
młodzież się zgromadziła na Popławach i pierwszy promień słońca 
powitała (modlitwą p. w.) K i e d y r a n n e w s t a j ą z o r z e 
ze śpiewem i muzyką. 
Ułożone pra widła rektor Malewski potwierdził - a tak 
już do trwałości Towarzystwa nic nie brakło przy sankcji rzą.- 
dowej. 
Zamiłowanie nauk fizyko-matematycznych w owym czasie 
jeszcze było bardzo wielkie - skutkiem przewagi Jana Śnia- 
deckiego. Zan te umiejętności, jak sarn mÓ'wił, ulubował - 
tworzył różne teorje na wytłumaczenie nieznanych przyczyn - 
na wet w przedmiotach moralnych, tłumacząc je sposobem fi- 
zycznym. Między innemi fałszywą rzeczywiście, albo dowcipną. 
teorję, przypominam o sympatji i jej skutkach - to jest miłości 
i przyjaźni - które tak pojmował: kiedy dwaj ludzie niezna JOW i 


.
>>>
. 
o TAJNYCH TOWARZYST\VACH 


159 


z sobą się zejdą i na się spojrzą, uczuć muszą, w większym lub 
mniejszym stopniu, pociąg lub odrazę (sympa tję i antypa tję), 
co wynika z prostych przyczyn fizycznych. 
Promienie światła od oka jednego czło\vieka przechodzą do 
oka drugiego czło\vieka w kształcie ostro kręgu, obu ?aś tych 
ostro kręgów promiennych podsta \vą będzie oko patrzącego, 
a wierzchołek \v soczewce, na którego się patrzy, a że oba na 
się patrzą, \vięc dwa ostrokręgi promienne w przejściu muszą się 
przeciąć. Otóż właśnie od tego przecięcia zawisła sympatja 
i antypa t ja. Jeśli to przecięcie będzie doskonalem kołem, dwaj 
ludzie się pokocha ją, jeśli owalem i im' węższym, tym się bardziej 
zniena widzą. Przecięcie to między jedną płcią stanowi przyjaźń, 
między różną - miłość. Zczasem to przecięcie między dwojgiem 
ludzi zmienia swoje kształty; a stąd przyjaźń i miłość ulega nie- 
stałości. 
Na tej teorji Zana oparto nazwi
ko Promieńistych. (TV y- 
łożenie matematyczne projektu mojego, a raczej któremu ja wyna- 
lazłem nazwisko Promionków, należy całe Czarnockiemu lub innym 
naszym przyjaciołom matematykom. Do mnie należy ta 11tyśl 
żywiołowa, że każdy człowiek promionkuje si
 stosownie do ścisłości 
i ładności swego połączenia duszy z cialem i tworzy wokoło siebie 
atmosfer
 obszerniejszą lub ściślejszą, mniej lub wi
cej uj1nującą 
lub wstr
tną; t
 pierwiastkową rJ'tyśl rozwijali i tłumaczyli każdy 
swoim sposobem i poj
ciem, nietylko Promieniści, ale i... Prze- 
czystość duszy i ciala, czyli niewinność, uważała si
 warunkiem do 
uczynienia tej atmosfery miłą i przyciągającą. Wszeteczne słowa 
obudzały u Promienistych uczucia zlej woni, dlatego na dwuznaczne 
rzeczy lub mowy nos zatykano.) l\1ickiewicz inaczej to pojmo\vał 
i po mistrzowsku wyłożył w \vierszu p. t. "C z t e r y t o a s t y". 
Na pierwszej majó\vce już się wielu znalazło, którzy to zgro- 
madzenie Promienistych uważali za nadto dziecinne i dobre dla 

zkół nie zaś dla Uniwersytetu, - inni się po prostu naśmiewali 
l szydzili, a na wet przeciwna part ja utworzyła inne to\varzystwo 
?od nazwaniem Antypromienistych. Tym razem teorja Zana miała 
Jakieś podobieńst\vo do prawdy: między Promienistymi koło 
w przecięciu było doskonałe i uwielbiali siebie, lecz między 
Promienistymi i Antypromienistymi, nie \viem, czy się kiedy 
spotykały J bo się (ci ostatni) znienawidzili i (tamtych) miotali 


-
>>>
160 


MICHAŁ CZARNOCKI 


na siebie (nich) potwarze. Najzawziętszym nieprzyjacielem 
Prómienistych okazał się Wolański, uważany przez (niektórych 
może) rromienistych za syna naturalnego Stanisława ]undziłła. 
(Bartoszewicz i Szahin należeli do Towarzystwa A ntypromieni- 
stych, Korowtcki, Smokowski, W yrwicz, .Capelli i wielu in1
ych 
formalistów) . 
" Majówki poszły nieładem i wkrótce ustały, na każdej mu- 
siano robić przegląd, czy' się antypromieniści nie wmieszali, 
którzy za wsze się starali całe Towarzystwo śmiesznością okryć. 
Niepowodzenie się Zana. i prześladowanie miało dla niego 
inną dobrą stronę, - na nieprzyjaciół znaleźli się gorlhvi przyja- 
ciele i obrońcy,.wkrótce się Zan otoczył jakby nauczyciel adepta- 
mi i uczniami, gotowymi życie za niego położyć. Taka miłość ko- 
legów wzniosła go \v \vielkie znaczenie i za pewniła pewną po 
wagę, tak dalece, że w ut\vorzeniu Filaretó\v, czyli Miłośników 
Cnoty, żadnej przeszkody nie znalazł. (Al ajówki trzy były dla 
uładzenia si
 (! ) i szły, jak nie można lePiej, na każdej starano 
si
 unikać w mowie i czynie, coby było przeciw Promienistym. 
Zana zwano Arcypromienistym, który o antypromienistych do- 
wiedzał si
 daleko pó.źniej z Pism zagranicznych. Niepowodzenia, 
ani prześladowania z tego względu najmniejszego nie doznałem. 
Pierwsza majówka była 6 maja I8I9 r. Wnet si
 utworzyło siedem 
gron, albo województw, wedle siedmiu kolorów światła. Pi
t1taście 
prawidel zostaw podPisanych tegoż czasu. W czerwcu, przy roz- 
1'eździe na wakacje, już byli uregulowani Filareci. Za powrotem 
na rok następny M alewski brał podpisy i przyrzeczenia od ucz- 
niów, że do Promienistych należeć nie b
dą). 
Towarzystwo Filaretów już zpstało tajemnem (zwinionem) 
i zupełnie urządzone m (zawieszone) w roku 1821. Ilość \vielka 
członków ze wszystkich cżtere"ch oddziałów, przy szczupłości 
kwater i dla utrzymania tajemnicy, zgromadzać się nie mogła 
. . 
w jedno miejsce. Podzieliło się więc Towarzystwo na siedm sekcyj 
(gron) I zwanych kolorami tęczy. Promienistość wszędzie się prze- 
bija. Każda sękcja wysyłała delegatów do innych sekcyj na 
każde posiedzenie i ci zda \vali sprawę w czynnościach szczegółóW 
posiedzeń, czem się utrzymało całe Towarzyst\vO w jedności. 
(Jedność utrzymywała si
 przez rad
 około prezydenta, złożona. 
z radczego po jednemu z każdego grona, które za przewyżką lic::by
>>>
..... 
...- " \.' . 
. -
.. . 
"'
. ;i,:- 
-c ....... . .

.; 
., .I 
... 
,
. '''ł. t '" -.' 
{. .\ ; " .,"'" 
'II . "
,;_ 
.
 -
 .;; '1...,
 

\.., : 
 y. 
:\ '. . 
 ,\. 
.. 
 -. 
., 


.' , 
, 
1 


,- 



 


, 
." 


..t" 



 . 

 ...
 
''II. 


t ':t- ''o! 
.


- 
-- 

 ...... 
:: . . ... " ........ ." 
;.,... ł ',' !':, 
-.:. . .y,'
',:'1' y' .. 
...
 t
.. 
 .., '

' . 
 -ł' -$' 
t :: 
- ... .... 
.... :i: 
 ;
..... 
 
..... 
 . . i!o-:
 , :t ':'--s..-" ",' ,. 
i
'
' t - ',' 
..... . 
 ''':t-,'i
 
, l 
" 
'.- t' .:;. .ł
'; 
'Ii _
 

 -;iP" /", 
,. 
" ' '; '.' 
J.. ... 
I! 
t --:'. .-t." o"
 'Oft ,'l 
. 
 . . "':. 
.: . J -. 


'. !".. 


;o. U: .s'
. 
 ._ 
ł.... 
...... ....... _ 
. 
!--...
 
"Ł ..
 __ . 

., Ił.. ". I 
 .ił- .. J!o.._ _.... 
. 
. (- 
\.' ,:f '. . 



 


...-- 
-
'fr 

...... 
',- 


!'- 


':'t' '(..... :--....ł 


....,.. 



 
.. 


17 


"\d 


.. 


i 


, 
, 



 



 
\ . . 



 !r- 
'"! ....

 
 

 'J * 
l' ł ł.;.... }o 
'o '10!":-
". ' ._ '2.,:" ł ..' 
o 1:." .., . 
-£ 
-', "'. 

 " .', ',.o;:s. 
.-i(1.,'.... 
._".
 .... 
... 
 - , . 


.;",,' 
,,:......- 
.-",. 


,:r.
: . 



 .. 
, ł.: .. . 
.;t. I.,""'r."f. i.
 
.
 ..... ".f; 
::." { 
J.'o 
"l 
o'
 "', .1- 
.III!:-,... -t 


! "'J"
' . 
.. . 


ło 


. . 


, , 
.."'\\
. . .....'
I. 
t' 
. 
,,-\ - . , 
'. ,. '
. " '," f'" 






) ' \' 

\ ':
. .
". 
11 
: \ 
.", 


I' 


.; 


, . 


.. car: 
 
l" 
o!-- - . . 
, I :.::...- -l. 

. 

 t 
" 


.ł 


'I' 


,,:{( 


,. 
 


... 



 


'" . 


.).J 


" \. 
": 


.... ? ... 
''I: 
.: 

,-
 


-- 



 . 


,. 
. -1... .l 
.... (

'łw 


.. ::. 


-. 
.. '»:.
 
-: ."':) 
 
.

:
- 
..ł.- "'.,a.- 

 , 


'" 


" 


"'Y. 

 



 
... 
y 


. 


'
Jr. 


t;.... 


\ , 


-'I 



 


-=- 



 


,\,- 


.... " 
,,,, 0,1.
 ,- 
,... ..;. 
 


'+ 


" 


-rr- 
t.'-.t: 
, 
, 


. ,i 
o' 


;. : 


. . . 



 
"
 

. 
. 

 
. ! 
f . 
, 
ł' 

: 
. 
, 
 
-::. 
li. __ 
"I 
.., 
 


. 


f. 


. . 



ę
 
-:: . .'{"; 
.....
 
t. .. 


-l 


f" 


- 
: 

'1 


,.', 


.'
 
ł. .: 
 


'" 



 


1--:- . 
" - 
 , I 
I '.; 
I 


.... 
) 
1- I 
J' 


f l" 


tt 


l 


r 
/ 



 ....
 
.,"f. 
'\ ..t.! ...... 
\.;. 

:.;.. 


- ' ...... 
. 
"-; 
 

- 


- r 


:;. 


. 
, 


. 
..... 
'" 
.... 

 
;: 

 

 

 

 
c 

 
.
 

 

 
........ 
,
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


161 


członków dzieliło si
 na dwa. Filareci po roku trwania zgr01nadzili 
si
 na Markucie 6 maja dla uwieńczenia prezydenta i udarowania 
go pierścieniem żelaznym zewnątrz, złotYl1Z, wewnątrz, z naPisem 
"Przyjaźń zasłudze". Pamiątki tej pozbawiła go przy śledztwie - 
policja czy Komisja. Wierszy i Pism było dużo. N ajpami
tniejszy 
Czeczota: "Bodaj to złote wieki, kiedy mioden1, i mlekiem słodkie 
plyn
ły rzeki i człek był słodkim człekiem. U) Raz się tylko wszyscy 
filareci zgromadzili za miastem na Przewodnią Niedzielę. Tam 
każdy członek, co mógł, przyniósł na święcone. W stodole wło- 
ściańskiej ustawiono stoły - złożono ciasta i mięsiwa, które 
ks. Lwowicz poświęcił. Znalazły się i trunki - wznoszono toasty. 
Tam właśnie Czeczot, jeden z wajdelotów filareckich, zainto- 
nował owe A 11 e lu ja, malujące dokładnie obowiązki i cel 
Towarzystwa.. . 
Filareci rzeczywiście za głó\vny cel obrali nauki i cnoty. 
Uczucia jednak narodowe nie były im obce. Filomaci, czyli 
wyższy stopień Filaretów, zdaje się, że mieli cel daleko \vyższy 
i rozleglejszy (nad cnoty i nauki niema innego wyższego i roz- 
leglejszego celu, byle te były Chrystusowe); lecz mało o nich \viem J 
abym coś pe\vnego mógł powiedzieć. Widać tylko wyraźnieJ 
że śpiewy l\lickiewicza i Czeczota nos!ły głęboką cechę narodową, 
lub tęsknotę do wolności. 
Zdanie to moje że nie jest bezdo\vodnem, przytaczam 
jeszcze dwa śpie\vy jeden Mickie\vicza - drugi Czeczota. 


Ś p i e w M i c k i e w i c z a. (tłumaczony z swobodnych pieśni bur- 
szowskich) 
Hej! użyjmy żywota i t. d. 


Ś P i e w C z e c z o t a. 
Precz, precz nudy, troski! 
Hej, lej nektar boski! 
Niech iskry lecą nad szklanki 
Dla przyj aciół, dla kochanki! 


Pij! pal, bądź wesoły! 
Skacz, tańcz z przyjacioły! 
Kto wieJ czy jutra doży jem: 
To, co dziś wypijem. 


Z filareckiego świata. 


11
>>>
162 


MICHAŁ OZARNOCKI 


Hej, daj nam skrzypaka ! 
Hej. graj nam Polaka, 
To król tańców, to ojczysty. 
To poważny, uroczysty! 


J. 


On nam niech przypomni, 
Ze my tych potomni, 
Którzy, chociaż tęgo pili, 
Wrogów jeszcze dZIelniej bili. 


Te d\va śpie\vy malować mogą charakterystycznie Filare 4 
tów i Filomatów (te śpiewy malujące: pierwszy młódź, uczącą si
 
w Uniwersytecie, drugi samego najbardziej Czeczota) i stają się 
nieodłącznemi od ich dziejów - ró\vnie jak później sparodjo- 
wana pieśń burszowska \Ve s e l m y s i ę, k o l e d z y przed- 
stawia Komisję i intrygi uniwersyteckie. 
Cieszyli się Filareci w szczerości serca i z młode m uniesie- 
niem (już daleko Pierwej nim si
 zawiązali, przewidwjąc dokladnie) J 
ani przewidzieć mogli zdaleka szumiącej burzy i, że oni będą 
narzędziem wywrotu jednych, a podź\vignieniem drugich kolosó\v 
(lecz że nie), że oni wydadzą Unhversytet na pastwę spekulan- 
to:m. Przeznaczenie chciało, aby \vszystkie okoliczności tak nie- 
przyjazne tak szybko po sobie następowały. Pobyt (czas) 
gwardji rosyjskiej \v \Vilnie i rektorstwo Tvvardowskiego do naj- 
większych klęsk i zguby Uniwersytetu liczyć wypada - przynaj- 
mniej ja te rzeczy tak pojmuję. 
Po re\vji w Bieszeńkowiczach r. 1822 gwardja się rozeszła 
na zimowe leże po Litwie - zajęła :mińską, grodzieńską i \vileńską 
gubernję. Wielu oficerów było dobrze wychowanych, ale większa 
część nieznośną się wydała przechwałką z urojonych bogactw T 
fanfaronadą i wyraźną pogardą cywilnych, nie mając prawie za 
ludzi tych, którzy nie chodzili w haftowanych mundurach. 
Pełno słyszano niedorzeczności, śmieszniejszych jedne od 
drugich - jakiemi się prowincje rozlegały - o o\vych remizach 
na karkach żydo\vskich - o koniku Rogowskiego, o szampań- 
skie:m winie Kra je,vskiego i t. p. 
W \Vilnie pod okie:m w. księcia, a późniejszego cesarza :Mi- 
kolaja, nie mogli się publicznych niedorzeczności dopuszczać, na 
prywa tnych jednak nie brakło. 'Viele się utaiło, lecz przypadek 
Pelskiego i 
a targi Uzłowskiego z Tyzenha uzenem nadto były
>>>
o TAJNYCH TOWARZYST\VACH 


163 


głośne, aby o nich nie wiedziano. Filareci na to patrzyli z obu- 
rzeniem ł więcej jeszcze ich bolało (wcale oboj
tnie, bo byli czeJn 
lepszem zaj
ci), że damy nadto się odda wały g\vardzistom, z za- 
niedbaniem cy\vilnych. (Lecz) Łoziński (ufny na przypadek 
niepowodzenia we wsparcie swych kolegów, których 1niał u Tr
- 
bacza, j ak i l1
i
dzy Promienistymi) chciał pomścić się nie 
nad oficerami, ale nad płcią piękną. Na maskaradzie zjawił się 
krawiec pod pachą z mundurem gwardyjskim, od którego kilka- 
naście sznurkó\v przyczepione były do nosów kilkunastu panien 
- na mundurze czytelny napis: "Za mundurem - panny sznu- 
rem". Grupa tych masek obiegła \vszystkie sale, wszystkim 
się damom ukazały i znikły w tłumie młodzieży. Tako\ve 
szyderstwo obraziło i damy i gwardję. \Valiły się góry na aka- 
demikó\v, wymyślano nawet awantury na ich rachunek, 
a gwardja, ściskając ramionanli, powtarzała sobie jak o dzi- 
wie jakim. 
Byłem w \Vilnie w czasie rewji; z kilkoma oficerami zwiedza- 
łem wszystkie zakłady Uni\versytetu - i jako przewodnik i jako 
z dobrze znajomymi ot\vartą prowadziłem roz:mo\yę. I kiedym się 
wkońcu za pytał, jak im się Uniwersytet \Vileński podobał, - 
Protasow odpowiedział: "Piękny to jest zakład naukowy, jakie- 
go w Rosji nie mamy i w obcych krajach z trudnością napotkać. 
Szczególnie nas zastana \via tak \\Tielka liczba uczniów, że nie 
wiem, czy wszystkie nasze uniwersytety razem tyle mieć mogą. 
Piękny zakład, ale on, jak dziś jest, utrzymać się nie może" - 
"Owszem", rzekłem: "fundusze są dostateczne." "Nie o fundu- 
szach chcę mówić," rzekł Pro
aso\v: "ale o młodzieży tutejszej, 
która ma zasady republikańskie i niechętna rządowi, który na- 
turaln ym porządkiem tego nie zniesie." - "Ale tu nic niema 
przeciw rządowi. " Protasow mi przerwał: "Pan słusznie bronisz 
jako współziomków i jako Polak, wszakże się sam zastanów, czy 
w rządzie samowładnym istnieć powinny republikańskie uczucia. 
Jestem małą figurą, abym wyrokował, lecz, słysząc sarkania 
. gwardji, wnoszę, że la t kilka nie upłynie, a pano\vie Uniwersy- 
tetu swego nie poznacie. Głos g\vardji dojdzie do wiadonlości 
najwyższej władzy, a ta na tej stopie rzeczy nie zostawi." Za- 
milkłem z zupełną niewiarą, bo aż nadto byłem przekonany, że 
Uniwersytet w niczem nie wykraczał; a jeśli uczniowie gorliwie 
11*
>>>
. 


164 


MICHAŁ CZARNOCKI 


się do nauk przykładali, tem samem odpowiadali dobrotliwym 
zamIarom cesarza. 
Wyszła gwardja i wkrótce w Wilnie odebrano ukaz. kasu- 
jący Towarzyst"
o Szubra wców i ich pismo \V i a d o m o ś c i 
B r u k o w e. Głos powszechny przypisał to wojskowym 
staraniom (wojskowi. można być doskonale pewnym, żadnego 
udziału nie mieli w sprawie Filaretów, ani Uniwersytetu. oprócz 
tych. którzy tajną policj
 składają - najpewniej usilnościom Bo- 
twinki i Szłykowa - ten ostatni, b,dąc okradziony. przeczytał 
w "Brukowcu" nazajutrz: ..Ogłasza si
, iż pewny złodziej. kradnąc 
bezkarnie lat dziesiątek, na 1ed)J1tastym sam okradziony został")- 
prawdziwa jednak przyczyna była inna. Inkwizytor hiszpański 
męczył jakiegoś szewca Francuza i zmuszał do wyznania tajemnic 
masońskich. Za to Szubrawcy posłali urzędowy patent. przy- 
bierając go za czynnego swojego członka z prośbą. aby dał po- 
kój szewco\vi biednemu, a lepiej przysłał kogo do Wilna. gdzie 
od Kontryma i Żukowskiego bez męki wszystkiego się dowie. 
jako chcących odkryć lożę dla pub1iczności i jawne posiedzenia 
odbywać. Pa tent ten ja kimś przypadkiem doszedł rąk w. ks. 
Konstantego, który o takich nadużyciach i rozstrząsaniu działań 
rządowych przez Szubrawców doniósl cesarzowi i jako niebez- 
pieczne przedstawił do skasowania. Przedstawienie otrzymało 
skutek. I W i a d o m o ś c i B r u k o wedla jednych z wiel- 
kim żalem, dla drugich z największą radością wychodzić prze- 
stały. 
B1isko dwudziestoletnie usilne staranie Uniwersytetu po 
całej Litwie i Wołyniu światło rozszerzyło, które się we wszyst- 
kiem wyraźnie widzieć da wało. Miasta przybierać zaczęły postać 
okazalszą pod przewodnictwem uczonych architektów. Rol- 
nictwo gdzieniegdzie zaczęŁo umiejętniej prowadzić. Wprowa- 
dzono owce poprawne i rozmnożono. W budowach gospodarczych 
\vygoda i smak się przebijał. Na wet przemysł i rękodzieła gdzie- 
niegdzie się ukazywały. Znaleźli się obywatele światli z duchem 
gorliwym i przedsiębiorczym, którzyby kraj podnieść chcieli. 
Między innymi zyskał popularnością swą sławę Józef Twar- 
dowski, uczeń Uniwersytetu Wileńskiego; nie zaniedbywał nigdy 
nauki. czego do\viódł \v uczonej recenzji trygonometrji kulistej. 
przez Jana Śniadeckiego \vydanej. Obywatel piński i marszałek ,
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


165 


wizytator wreszcie szkół, miał lepszą zręczność przypatrzyć się 
tokowi edukacyjnemu - widzieć niektórych gałęzi uchybienia 
i roić -o ich ulepszeniu. \V tym celu odwiedził Puła,vy i tam, 
zyskawszy zaufanie kuratora, Adama ks. Czartoryskiego, wy- 
stawił konieczną. reformę i nieznacznie myśl podał, że onby sanl 
"najlepiej tę reformę \vprowadzil, skoroby został rektorem Uni- 
wersytetu. 
-" Trzeba \vięc było \vprzód zostać zwyczajnym profesorenl, 
a z tego nliejsca już się starać o rektorstwo. I tu los Twardo\v- 
skiemu sprzyjać się zdawał. Po śnlierci Niemcze\vskiego - Po- 
liński za jął katedrę wyższej ma terna tyki, a algebra do ubiegania 
się została. Ks. Czartoryski w czasie bytności s\,"ojej w vVilnie 
na jgorzej przyjął rektora Malewskiego. Słuchał nic nieznaczą- 
cych na niego zażaleń, kazał się z nich tłumaczyć i nieraz ostro 
upominał - tak, że biedny starzec, uderzony taką niespra \,'iedli- 
wością i cierpkiem się obejściem tego, którego \vszyscy jako 
bóstwo dobroci i opiekuną widzieć pragnęli, - \vychodzil często 
jak pomięszany. Oburzenie się Kuratora na rektora Malewskiego 
zadziwiło ,vielu, tem bardziej, że Malewski ,vięcej nliljona zło- 
-tych oszczędził i w gotowiźnie trzymał na ulepszenie zakładu 
(oszcz,dność ta właśnie mogła być slusznY1n zarzutent bez niespra- 
wiedliwości i cierpkości, gdyż tylko hojność i obfitość kosztów wydaje 
zakłady i zgromadzenie odznaczające si,) ,-_ źe ,vielu profesoró\v 
w Uniwersytecie zdatnych z lepszych ucznió\v \vybrać umiał, że 
liczba uczniów szybko wzrastała, słowelll, że za jego rektorstwa 
najwięcej Uniwersytet zajaśniał. Zdaje się, że to opiekanie Ma- 
lewskiego było wstępem dyplomatycznym do wyniesienia Twar- 
dowskiego na ten urząd, bo wkrótce potem za usilnem stara- 
niem i przew"agą ks. Czartoryskiego obrano Twardowskiego pro- 
fesorem algebry, a zaraz i rektorem, mimo tylu uczonych 
prawdziwie mężów i zasłużonych w Unhversytecie i którzy 
rektorstwo uważali jako wynagrodzenie od narodu i uczczenie 
przez kolegów wolnym wyborem. Rektorstwo Twardowskiego 
zniszczyło od\vieczny porządek, odkąd, zdaje się, uniwersytety 
istnieć poczęły. 
Nie przecz
, że Twardowski mógł mieć i naukę odpowiednią, 
lecz o. tern sądzić trudno - bo lekcyj nie wykładał - ale nie taką 
wszakże naukę, żeby go nlogła \VJ'vyższyć nad innych. Ale 


.
>>>
166 


MICHAŁ CZARNOCKI 


. 


przepuściwszy naukę - jakież miał zasługi, które go powołać 
mogły na tę \vysoką posadę, kierującą wychowaniem młodzi 
całej Litwy i \Vołynia? (Wszystkim Polak01n
 profesorom i ucz- 
niom, łatwo było przeczuwać najlepsze cele w wyniesieniu Twar- 
dowskiego, tylko to szkoda, że ono nie nastąPiło wcześniej i przy- 
gotowane. Biegącym wypadkom jeden Twardowski obronić si
 
nie mógł, przecież najgłówniejszy skutek osiągniony: patrio- 
tyczne Plany Czartoryskiego zasłoniło si, sprawami Miłośników 
Cnoty i prześladowaniem niewinnych dziatek.) Żadnej - i dla- 
tego wszyscy profesorov{ie u\vażali T\vardowskiego jako przy- 
właściciela. Jedni z zadziwieniem poglądali i taili "r sobie 
nienawiść. Drudzy ja\vniej uczuć dawali sv{oje nieukontentowa- 
nie na każdem pra\vie posiedzeniu, szlachetniejszych jednak 
uczuć - nie n1yśleli o zemście. Ale się znalazł jeden, który 
wzdychał do tej godności i całe życie o niej l11arzył. - Becu 
\vłaśnie się spodzie\vał po Malewskim zostać rektorem
 nagle 
z niespodziewanych przeszkód nadzieja go minęła. Zaprzysiągł 
\vięc zemstę Czartoryskiemu, puszczając się na wszelkie środki, 
choćby najniegodziwsze. Skupiało się koło Betu stronnictwo 
i zdaje się, że skutkiem tego O.strowski, nauczyciel wileńskiego 
gimnazjum, miną\vszy dyrektora i rektora, władzą swoją, do- 
niósł generał-gubernatorowi Korsakowowi, że znalazł na tablicy 
napisano: ,,\Vhvat Konstytucja 3-go Maja". Tak rzecz błaha 
i nic nieznacząca swa\vola jednego ucznia przez nie\vyrozumia- 
łość Korsakowa najsmutniejszy obrót \vzięła. Bo skoro przed- 
stawił w. ks. Konstantemu za rzecz \vażną, ten rozkazał natych- 
miast usunąć rektora Twardowskiego, zastępcę dyrektora Skocz- 
kowskiego i profesora \\?ó\vczas gimnazjalnego Waszkiewicza, 
a Nowosi1cowowi poruczył dośledzenie - z czego się pokazało, 
że Plater bez żadnej myśJi to napisał i został za to oddany 
w sołdaty. 
Możeby tak sroga kara nie nastąpiła, gdyby się Becu nie 
zbliżył do Nowosilco\va i podszeptami nie skłonił go do swoich 
widoków. Becu naprzód z\vrócił uwagę na Filaretów, jako związek 
z natchnienia księcia Czartoryskiego i, że Twardowski z ręki ku- 
ratora jest tylko prostem narzędziem do zamiarów, szkodlh\'ych 
rządowi. Zosta\vili jednak roz\vinięcie planów czasowi i pierwszej 
wydarzonej okoliczności. Działo się to w czerwcu roku 1823.
>>>
o TAJNYCH TO\VARZYST\VACH 


167 


Ledwo Nowosilcow do \Varszawy odjechał, kiedy dzhvaczny 
i zagadko\vy postępek 
Iassalskiego zatrwożył 'ViIno. Massalski 
Józef, uczeń połocki, nie zostawszy asesorem w sądzie ziemskim 
ihumeńskim w czasie sejmikó\v, udał się do Uniwersytetu i tam 
się zakochał w córce profesora Becu. Nie ,viem z pe\vnością, jak 
mu szła ta miłość, to tylko pewne, że bez żadnego \vyraźnego 
powodu jednego dnia u policmajstra Szłykowa jak desperat się 
zjawił z oświadczeniem, że ma wielką tajemnicę, którą tylko po- 
wierzyć może Wielkiemu Księciu. 
Przelękniony Szłyko\v tajemnicą, o której on nie wiedział, 
wprzód sam badał Massalskiego, a później, zawiózłszy go do Kor- 
sakowa, jęli się we dwóch do pytania - lecz to było napróżno - 
a tak Massalski ruszył z kwartalnym do \Varszawy. Stawiony 
przed W. Księciem oświadczył, że użył tego fortelu, chcąc się 
dostać do wojska, a nie miał za czem. Ten wybryk był źle przy- 
jętym, odesłano go do ostrogu wileńskiego, a później oddano 
w sołdaty. Wszyscy się gubili \v domysłach, co dało powód 
Massalskiemu do tak nierozsądnego kroku. 
Przyjaciele jego przypisali to szało\vi romansowemu z nie- 
powodzeń miłości i wszyscy, zdaje mi się, bezzasadnie po\vtarzali 
jako przygodę romansową; według mojego jednak rzeczy wi- 
dzenia wyskok Massalskiego uważam za intrygę Becu, jako zgo- 
dną z całym biegiem fa któ\v. 
Becu, \vidząc Massalskiego zapamiętale zakochanym w swo- 
jej córce, ożywił w nim nadzieję otrzymania ręki, jeśli przyjmie 
na siebie charakter "donoszczyka" ; żywa imaginacja poety 
w osiągnieniu celu ubóstwianego zagłuszyła była na chwilę 
wszelkie szlachetne uczucia. Rzucił się jak \v przepaść, ale 
podróż z kwartalnym, kilkodniowe odosobnienie od ludzi, przed- 
stawiły mu szkaradność występku - zrzekł się szczęścia i na- 
dziei, poniósł obelgę i karę, lecz z cnotą i tajemnicą, ucierpiaw- 
gzy wiele, zstąpił do grobu. 
Czego \vymyślna intryga dokazać nie mogła, to traf dokonał. 
Przyszła wakacja - rozjechali się uczniowie - wten1 się zdarza 
w Wilnie pożar, i z uratowanych rzeczy akademika Jankowskiego 
dostaje się policji brudny paszkwil podobno na cesarzy rosyjskich. 
Wzięty Jankowski \v tłumaczeniu się swojem objaśnia, że do pi- 
sania tego paszkwilu zmuszony był przez towarzystwo tajne 


,
>>>
168 


:MICHAŁ CZARNOCKI 


ucznió\v \v Świsłoczy i w Wilnie - i na dowód wypisał nazwiska 
i liczbę członków. Zaraz schwytano Zana na wileńskich roga t- 
kach, kiedy wracał z Chodźką, prezydentem, z wizytacji. Kiedy 
innych chwytano i zwożono do Wilna, w. ks. Konstanty usta- 
no\vił wielką komisję do śledzenia klubów i tajnych towarzystw. 
Nowosilcow był prezydującym, członkami: Bajkow, Botwinko, 
Ławrynowicz, Szłykow. Do których Uniwersytet jednego człon- 
ka powinien był dodać, jako deputata i obrońc
 akademików. 
Sto kilkadziesiąt uczniów przez miesięcy siedm \vięziono 
i bada no. Z początku szły rzeczy oporem, nim Zan niewiadomo 
(że należało jak najwcześniej dowieść przezacności i niewinności 
tak całego Towarzystwa, jak też i każdego z członków, co w zupeł- 
ności osiągniono, wskutek czego, kiedy dziatki sądzono, o Filaretach 
zaś zrobiono rozporządzenie rozesłania 1ta sl-ttżb
 w celu udalenia 
przeszkód do przedsi
branej reformy U n-iwersytetu, która wraz na- 
stąPiła, której żądano, a do której oddawna szukano powodów) d1a- 
£zego napisał odez\vę do Filaretów, aby \vszystko szczerze 
wyznali. Klasztory \vileńskie przepełnione były \vięźniami. 
Pełno ich było u dominikanów, franciszkanów, bazyljanó\v 
i bernard ynÓ\v. 
Mó\viąc.o śledztwie Filaretów, nie można się nie dzi\vić nad 
Piotrem :perszkofem. On się całkiem poś\vięcił dobru Towa- 
rzystwa z na jwiększym własnym niebezpieczeństwem. Wy- 
jeżdżał za miasto spotykać więzionych kolegów, aby uświadomić 
ich z biegiem sprawy i jak się tłumaczyć mają. Pod rozmaitemi 
postaciami \vsuwał się do klasztorów, a kiedy nie mógł ujść 
za kre\vnego lub służącego, to pieniędzmi straż przekupił, 
a- zawsze, z kim chciał, widzieć się musiał. On wiedział o każdego 
potrzebach i nie do sta tku i temu zaradzał przez składki lub odezwy 
do krewnych. Słowem był duszą wszystkich \vięźniów i sam do 
końca u\vięzionym nie był. Komisja ta mogła by się skończyć, 
ale jak zwyczajnie wielkiej epopei są rozmaite wstępy. Naprzód 
Nowosilcow działał w interesie Zubowowej w nadziei, że się 
z nią ożeni, powtóre uczniowie po różnych szkołach, dowie- 
.. dziawszy się o towarzystwie wileńskiem, myśleć zaczęli o zapro- 
wadzeniu u siebie. Tak Jancze\vski założył w Krożach "Braci 
Czarnych", l\loleson i Tyr w Kiejdanach, w Poniewieżu znóW 
inni inne. I tam- śledzono, i malców, okutych w łańcuchy, \vywie- 


'"
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


169 



iono do ciężkich robót, a szkoły kiejdańskie zamknięte zostały. 
Po trzecie Uniwersytet sa ID jeszcze uraził Nowosilco\va. Go- 
łuchO'wskiego lekcje nadzwyczaj liczne, na które i damy uczęszczać 
zaczęły, bo miło było słyszeć tak wykładaną filozofję. 
Ten pociąg i ten za pał ta kiego tłumu dla jednego profesora 
Nowosilcowowi się nie podobał, puszczano więc na przód bajeczki 
o zmianie godzin, o skasowaniu katedry, lecz kiedy to nie po- 
lnogło, przedstawił Gołucho\vskiego jako człowieka niebez- 
piecznego. 
W tymże czasie przy obiorze dziekana w oddziale prawnym 
zaszły nieporozumienia i przymówki między Twardowskim a pro- 
fesoran1i. I mimo jego opór Lelewel został dziekanem, wsparty 
przez ks. Bobro\vskiego, Daniłowicza i Gołuchowskiego. Na- 
rzekał Twardo",.ski (mi
dzy Twardowskil1t a L elew elel1t bylo 
chyba pozorne i udawane nieporozumienie, o tyle, o ile potrzeba 
było patrjocie dla dosiągnienia skutku zakrycia si
 i posuwania 
zamiarów), że niesforni profesorowie i przeciwnego ducha do- 
bremu rządo\vi \vybrali na dziekana człowieka podobnego cha- 
ra kteru. No\vosilcow wiedział o ten1 i umieścił w sprawozdaniu 
o nieporządkach Uniwersytetu. Skończyła się jednak Komisja. 
Czartoryski już przestał być kuratorem - jego miejsce zajął 
Lawal - ciężyło i to Nowosilcowowi, ułożył sprawozdanie i pro- 
jekty reform. Przedstawił w. ks. Konstantemu, a ten cesarzowi. 
Cesarz kazał urządzić kon1itet do rozpatrzenia dzieła o WileńskiJ11 
Uni\versytecie, dodając do Nowosilcowa Arakczejewa i Szyszko- 
wa. Po rozpatrzeniu 7 sierpnia 1824 r. \vyszedł ukaz i rozporzą- 
dzenie względem Filaretów, Uniwersytetu i szkół. Twardowski 
się podał do odstawki, zawiedziony (nie mając już nic do osią- 
gnienia) w swoich nadziejach i w radach Kontryma. Dobry 

Ialewski i otwarty ostrzegał, ale jego nie słuchał, jak sam to 
słyszałem z ust Malewskiego: "Uważałem, moci dobrodzieju, 
że naszemu Unhversytetowi brakuje zupełnie galerji obrazów, 
że narzędzia w obserwatorjum już nadpsute, że gabinet historji 
naturalnej niekompletny; myślałem tedy, moci dobrodzieju, 
zebrać dwa miljony - z tych jeden obrócić na zakupienie obra- 
'łÓW, a drugi miljon na dokupienie lub odnowienie gabinetów. 
Nie poszedł za radą moją p. Twardowski, ale posłuchał p. Kazi- 
mierza (Kontryma) i \vprowadzili formy, reformy, z których
>>>
170 


MICHAŁ CZARNOCKI 


teraz, moci dobrodzieju, niech się cieszą." (Malewski do patrjo- 
tów odkrytych I826 r. nie należal i dla niego manewry Twardow- 
skiego i Lelewela musialy być zagadkowe, jak i dla wielu innych.) 
No,vosilcow z Petersburga wyjechał kuratorem \Vydziału \Vi- 
leńskiego. Nie cieszył się Becu, zabity piorunem, nie cieszył się 
Bajkow, uderzony apopleksją w drodze do kochanki. Na ich 
upadku powstał Pelikan, \vykona\\Tca woli No\vosilcowa. 
Filareci, osta tnie chwile pobytu s\vojego w Wilnie zamknięci 
w klasztorze bazyljańskim, odśpiewali w swojem gronie pieśtl, 
sparodjowaną z burszowskiej, którą nie dla wartości, ale jako 
wykazującą osoby i ich działania umieszczam: 


Weselmy się koledzy, dopókiśmy w kozie [ 
Tu nam płynie czas bezpiecznie, 
Kied Y na świecie zło wiecznie, 
J ak na złym przewozie. 


Głupi nad naukami rozum tylko suszy, 
Niech zaginie ród Polaków! 
Wiwat stary pan Korsakow! 
Wi wat długie uszy! 


Bierz djable akademją z jej profesorami, 
Niechaj światło czart zabierze, 
Wiwat sowy, nietoperze, 
Lepiej żyć durniami. . 


Niech przepadnie historja i prawne nauki, 
\Viwat Kontrym, co rył z cicha, 
I rektor, co nas wypycha, 
Niech żyją Pińczukił 


Niech żyje komisja do śledzenia klubów, 
Wiwat Bajkow, Nowosilców 
I kochanka tych opilców, 
\Viwat księżna Zubow. 


Niech kursują bumażki i żydki. i winko. 
Niech żyje nasz pan Szłykow 
I najlepszy z sowietników, 
I zacny Botwinko! 


Niech żyje policja, wiwat pan Krukowski, 
Niech żyje każdy szpieg,
>>>
o TAJNYCH TO\VARZYSTWACH 


171 


Każdy zdrajca - każdy zbieg. 
Wiwat Królikowski, wiwat pan Jankowski! 


Dwudziestu filaretów \\rywieziono do Rosji - inni się 
w różne strony rozproszyli. Wydaleni z Uniwersytetu profeso- 
rowie, Lelewel, Gołuchowski, Daniłowicz i ks. Bobrowski, musieli 
się udać na wskazane im miejsce. I na tem się zakończyły (si, 
widoki i czynności) marzenia młodzieży i widoki reformy (i po- 
lityka) Twardowskiego, który dowiódł oczy\viście, że nie każde- 
mu dał Pan Bóg moc i umiejętność w uforn1owaniu ludzi - i że 
tylko instytucje nowe zaprowadzone są dobre, co n1ają zasadą 
zwyczaje, charakter pra\va a na\\?et i nałogi ufonno\vanego zgro- 
madzenia albo ludu. Przytem jeszcze \v reforma torze mieć po- 
winni wiarę bez granic i niezłomne dobre o nim przekonanie. 
Nie podaję tych \viadomości za sine qua non, tylko za fakta, 
przeze mnie widziane, słyszane, albo przeze mnie samego pojęte. 
Nie pragnę ich-na wet za nieodmienne uważać. Może kto będ'lie 
świadomszym odemnie i lepiej dzieje Filaretów wyjaśni, rad od- 
czytam to dzieło - jeśliby się jemu przedrzeć udało aż do Biało- 
. 
rUSI. 


. .
>>>
PROTOKÓŁY 
"TOWARZYSTWA SZEŚCIU" 
CZYLI 


"M Y ŚLĄ C E J M Ł O D Z I E Z Y" · 


Wyjaśnienie in1ion osób, należących do "To\varzystwa 
Myślącej ł'ł'Iłodzieży": 

ILLADES - Pęczko\vski z Królestwa Polskiego. 
ORESTES - Seweryn hr. Tyszkiewicz z gub. kijowSkiej. 
DAMON - Ignacy Zenowicz z gub. mińskiej. 
PITIJASZ (Pinthias) - Józef Chodźko z gub. mińskiej. 
GOWOREK - Tomasz Zan z gub. mińskiej. 
LESZEK - l\Iichał Czarnocki z gub. n1ińskiej. 
PATROKL - Stanisław Morawski z gub. wileńskiej. 
ACHILLES - Dauksza, sędzia departamento\vy z gub. \vileńsk. 


POSIEDZENIE I. 
Wilno. Roku IBI9, m-ca stycznia dnia IB. 
Na pierwsze m posiedzeniu i przy zawiązaniu się Towarzy- 
stwa Sześciu czytali naprzód Goworek balladę p. t. "Twar- 
dowski"; po wtóre: Damon rozprawę o różnicy między miłością 
a przyjaźnią, z przydaniem do tego uwag, ściągających się do 
ulepszenia naszego z\vią.zku; po trzecie Pitijasz - powieść, której 
głównym celem było pokazać czułość serca, rozciągającą się 
ż 
do zwierząt; po czwarte Pillades w dorywczej i pięknej mowIe 
okazał korzyści i przyjemność naszego Towarzystwa. 
Na temże posiedzeniu jednogłośnie mianowany został 
prezydentem Towarzystwa Sześciu jeden z członków naz\viskiern 
Pillades, 3: sekretarst\vo Leszek otrzymał. · 
(Podpisali) Prezydent Pillades. Sekretarz Leszek.
>>>
:r 
 
.
 ł"" ..
 
". '( -.r:-
' Je 
.1/fIł-
 .: 

! 


, . 


_ . ......:.,-1', r-- 
"

 
:f.
... ....... .... 
.. .:--- 
..l- .'0 
. , 
,..
 ' 
.",.. .l 


. C\ , " . 
" 
-' ł-
J 
.... 
. 


.r. . 
;jl:" 


)i;. 
- .... 


....,A. , " 
# -ł 
"- 
:. :
 
. " '" 
ot. ,. '" 


.0" 


",- 
,.. 


.' 


.' 
:f '.
- 
\o .... ;!
 
," '" 
;.. I. 
. ., 
: 


. 
 
. 



 
.- i.' )' 
',
 ;. 



 



r 


.
I 
,- 



.. 
 ...
( 
t." . . ,., '1 
.,"
 ." 
ci 
; " 
 
 
:ł'. . 
o t 
 .. , ,.". 
 .. 
i) ... 

 '. . ':i  
 ., 
· V . 
.. ' 



 
-{ 


'a 


-" 


, of
 
... 
': 
 
l 


.. 


- 



' 


", 


.
Ą 
'$&.. 
Oj 


.t. 


.- ....... 
o:; ..,. - 
1: £ir. :- -.. 
1 .;:: J."-" ' 

 - ... ....: 
" ... a- 
J. . 


; ł. 
.; -
 
j 


,'0: .. 
."'" - 


...... 
.: ',;" ....- 
.. I..!"r : w-.. 


... 


..... 
'?, 


r 


,t 



, 


f .. . 


..- 

 
"- rl" 
... ... 
"'" 
'" 
. 
;:ł 


 
... 
. 



 


.,. '" 
 
'.. .J..
, j.
;' · 
y ,
. ';', ," " ł-' 
... .,:'.,*, 
 
 ,'i.: ..
 
''i* 
-:.
 t:t.fI 
 . 
.ł" ....-.: 11:.» 
...... .-..-.. .''';' 
.,
 
 
oi ' .
, ' I: 
 

 . 
. . ' '--.. £.:..- 

, 
Ir -=--......... 


.. 


."", 


-, 
, ''f- 
\ 



 
\' 


';
 
, 


.., " 


. ,- 


,
 


1 


. 


I 


I 


, .-ł. 
'. 
.' ,,
., 
t ,
.o. -.t 
,.a.. '

:J'
 


!t}'-: : 

" + 

: 



 

l . 
, . 



 
\. 
.,.- 
..'" . 
" 
 
, ..., 
..t" 
.. 


ol 


-' 



 



. ' 



 
. . 
. " 
_.i1 
:J';
 
-' 
 

. ;..1 


:. 


. 
II 


" 


,I 
, 
. 


f. 


" '\, i ' 
, ' 

, 
\. .. 
';" 
-'. 
.' .

i 
....- 
., ' 
.... 
..
 
o' ;:_0 



 


.. ... 
... 


" ,. 
. 
 


\ 
I. 
,.j 'Ą
 ' 
"
".

' 
. 
... . .....

., 
 
....
 . 
i 
 :
o 


. .; 



 


- 


ł. 


; 


'p 
I 


Jf_-{2: 
....
- 

 .! 



 to"'),. 
I.t 

.(o _ 
\ 
. . . 
, . 
V
 ;.:: 
A - 'f-J 
-.. t"-. 
.;.("- 
. ' .
 .r 
" p.. 
r.:.. 
'v#!\' 

 


" 


/f'
# .:.' 
-ł-. .... 
 
...' 'ł" , 
 
f ...
 i .:

 . 
 .
, !. 
. J'.
J l' 

_"'"." V'ł".ro 
....1 .. 
.. '"t' 


'. .. ,. 


. 
.... 
;: 

 
;: 

 


 

 
-...:.. 



 
::: 

 


..... 

 
20.-
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


173 


POSIEDZENIE II. 
Roku I8I9, m-ca stycznia dnia 25. Wilno. 
Rozpoczął Orestes posiedzenie rozprawą, w której się starał 
okazać, jak w każdym zamiarze ma być cel założony. Pillades 
miał mowę na pochwałę trzech sławnych \vojo\vników polskich: 
Józefa księcia Poniatowskiego, Tadeusza Kościuszki i Dąbrow- 
skiego. Goworek czytał idyllę p. t. "Przechadzka". Po przeczy- 
ł2niu robót na tern posiedzeniu roztrząsano ogólne usf:2,wy To- 
warzystwa Sześciu, a ułożenie onych powierzono jednemu z człon- 
ków naszego towarzystwa nazwiskiem Damon. 
(Podpisy, jak wyżej.) 


POSIEDZENIE III. 
W ilno. Roku I8I9, m-ca lutego dnia I. 
Rozpoczął posiedzenie Leszek krótką przemową do towa- 
rzystwa, dalej wskazał niektóre pożytki, przyniesione z obcych 
krajów do Polski przez zwiedzanie innych narodów. Po nim 
; Goworek czytał idyllę p. t. "Różowy krzaku. Prezydent uczynił 
I krótki wstęp do Ustaw, które później Damon odczytywał i z nich 
spra wę zda wał, zaco mu Pillades podziękował i złożył powinszo- 
wanie, jako w dzień imienin Damona, wraz z członkami, którym 
Damon wynurzył swoją radość w wierszach, naprędce ułożonych. 
(Podpisy j. w.) 


POSIEDZENIE IV. 
W ilno. Roku I8I9, m-ca lutego dnia 22. 
Za danym znakiem prezydenta Damon rozpoczął posiedze- 
nie sielanką pod napisem "Narzekanie i zgoda u, po sielance 
czytał "Odę do nadziei" i anakreontyk. Pitijasz \v rozprawie 
swojej okazał, na czem zależy pra wdzhvy pa trjotyzm. Da lszy 
ciąg poświęcono rozstrząsaniu powtórnemu Usta \v i dzień 25 tego 
miesiąca przeznaczono na wpisanie tychże usta \v (przy zebraniu 
się wszystkich członków) do protokółu. 
Dla mającej się powiększać liczby członkó\v nazwisko 
Sześciu zmieniono na naz\visko Myślącej Młodzieży. 
(Podpisy j. \v.)
>>>
, 


174 


MICHAŁ CZARNOCKI 


USTA\VY 
"TO\VARZYSTWA lVIYŚLĄCEJ }IŁODZIEŻYu. 
My, zebrani "'1\7 in1ię przyjaźni dla przepędzenia przyjemnie 
i pożytecznie czasu w braterskiej poufałości, tworzymy To,va- 
rzystwo z osób dobranych w celu ćwiczenia się w stylu i kompo- 
zycji. Dla nadania pewnego bytu i postaci zewnętrznej naszemu 
zgromadzeniu stanowimy, co następuje: 
Artykuł I. Odbywać będziemy co tydzień jedno posiedze- 
nie w sobotę, od godziny szóstej wieczornej najdalej do północy 
tr\vać mające. 
Artykuł II. Ponieważ przyjaźń była pierwszą pobudką, 
ścisłego naszego stowarzyszenia się, na pamiątkę więc tego przy- 
bieramy imiona bohaterów, wsławionych przyjaźnią, np. Orestes 
i PiHades, Damon i Pitjasz, Lesz
k i Gowoiek. 
Artykuł III. Z pomiędzy nas jeden członek ma być obrany 
prezydentem, drugi sekretarzem; czas ich urzędowania jest nie- 
zakreślony, wolno im będzie złożyć urząd dobrowolnie dla słusznej 
przyczyny. Po dobrowolnem złożeniu, lub kiedy nie będzie mógł 
wypełniać po\vinności, które się w dalszych artykułach wyjaśnia, 
dla jakich przeszkód istotnych, członkowie przystąpią do obra- 
nia drugiego urzędnika sposobem w VIII artykule wyrażonym. 
Prezydent i sekretarz mogą na czas urząd złożyć, w takim razie 
zastępca losem się wyciąga. 
Artykuł IV. Każdej soboty dwóch członków przyniesie 
roboty w języku polskim, w jakimbą'dź przedmiocie wypraco- 
wane. Czytający w sobotę mają mieć imiona, które \v księdze 
przyjaźni obok stoją, jak to: Damon i Pitjasz, Orestes i Pillades 
i t. d. Koleją członkowie ma ją się zmieniać po parze 'v sobotę, 
wolno będzie czytać członkowi dobro\volnie się ofiarującemu; 
to go jednak nie uwolni od obowiązku czytania zkolei. Ani dru- 
giego będzie mógł zastąpić, chyba dla przyczyny, którą prezy- 
dent wcześnie uwiadomiony za słuszną osądzi. Rozpocznie się 
posiedzenie temi słowami prezydenta: "Otwiera się posiedzenie"; 
zakończy się temi: "Zamyka się posiedzenie". Po przeczytaniu 
każdej roboty da prezydent 5 minut czasu do namysłu, w prze- 
ciągu którego każdy członek będzie miał wolność poda nia swoich 
uwag względem roboty. Po zakończeniu roztrząśnień, lub pO
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


175 


upłynieniu bez nich 5 minut za danym znakiem od prezydenta 
druga robota będzie czytaną, a po niej się zamknie posiedzenier 
Sekretarz po każdem posiedzeniu do księgi wpisze \v krótkich 
słowach, co się działo której soboty, i osobno utrzymywać będzie 
spis chTonologiczny robót czytanych, a pisarze tych robót są. 
obowiązani na każde zapotrzebowanie za rewersem 'wydać. 
Artykuł V. Ponieważ T owarzyst\VO to ma być z osób do- 
branych złożone, stanowimy, że nie wprzód kto przyjętym będzie, 
aż zrozumiemy: I. że docho\va tajemnicy , inaczej wybór nie 
byłby zupełnie \volnym; 2. że lubi i zdolnym jest pożytecznie 
się zatrudniać w przedmiotach naukowych lub sztuk pięknych; 
3. że jest temperamentu 19nącego i łagodnego; 4. że szczególne 
okoliczności jemu nie przeszkadza ją. Ktokohviek z nas ujrzy 
godnego, według zdania swego, do przypuszczenia, da go poznać, 
choć zdaleka członkom, a będzie się na zY'vał "naznaczony". 
Jeżeli uznają, że odpowiada warunkom powyższym, za zgodą. 
zgromadzenia \vedług artykułu IV-go jeden z członkó\v, naj- 
bliższe mający związki z "naznaczonym", \vpro\vadzi go \v roz- 
mo,vę o podobnych to\varzystwach, cel im stosowny zakreśli, 
powie, że 1?yło już towarzystwo, że można je skojarzyć, i o po- 
trzebie tajemnicy przekonać będzie się starał. Widząc usposo- 
bionego albo żądającego, oznajmi prezydentowi, 'że "nazna- 
czony" już jest przygotowany, a prezydent posiedzenie przyjęcia 
naznaczy. Ponie\vaż na każdem posiedzeniu najmniej dwie ro- 
boty mają być czytane, a obraliśmy nazwiska ludzi wsławionych 
przez przyjaźń, które wszędzie po pismach i ustach obok siebie 
nierozdzielnie stoją, stąd wypada, że liczba członków nieparzystą 
być nie może, a zatem, że po dwóch członków przyjmo\vać na- 
leży. Jak już tak dwóch naznaczonych i przygotowanych będzie, 
członkowie przyprowadzający na nieja.ki czas przed posiedze- 
niem powiedzą o bytności rzeczywistej Towarzystwa i o godzinie 
naznaczonej na miejsce schadzki przyprowadzą, gdzie reszta 
członków z prezydentem, lub zastępcą wcześniej zgromadzeni 
oczekiwać będą. Za proszeni znajdą dla siebie dwa n1iejsca od- 
dzielne, które prezydent im wskaże. Dopiero członek z dwóch 
w ten dzień czytających, losem wprzód wyciągnięty, zwracając 
mowę do gości będzie się starał wyrazić radość To\va rzyst\va 
z ich przybycia, ol{azać piękny onego cel, wychwalać przyjemność
>>>
176 


MICHAŁ CZARNOCKI 


chwil, przepędzonych między przyjaciółmi, i dowieść nieodbitą 
potrzebę tajemnicy. To będzie pierwszą. częścią jego mo\vy, po 
której prezydent spyta, czyli mają wolę wcielenia się do towa- 
rzystwa. Po odpowiedzi, na skinienie prezydenta przybliżą. się 
do stołu i pomiędzy członkami miejsca wezmą., a witajnik, dalej 
rzecz prowadząc, porządnie opo\vie usta\vy Towarzystwa 
i obrządki. 
Poczem przeczytają. aryngę następną.: 
"Ja N. N. słowem honoru i poczciwości mOJe] ręczę, że 
o tem towarzystwie nic przed nikim i nigdy nie odkryję, chyba 
za zgodą Towarzystwa; a na wszystkie ustawy, dotąd postano- 
wione i nadal porządkiem przepisanym mogące się stanowić, 
przysta ję i one pełnić przyrzekam. te Po wykonaniu przyrzeczenia 
prezydent im powie, iż z woli zgromadzenia nie nazywają się 
między nami NN a le MM, i nada im nazwiska \vprzód uch\,,"alone. 
Wcieleni nowem naz\viskiem podpiszą ustawy, a za danym zna- 
kiem od prezydenta roboty swoim porządkiem będą czytane. 
Przy rozejściu się prezydent naznaczy wcielonym posiedzenie, 
na które roboty przynieść będą powinni. 
Artykuł VI. Towarzystwo ma sobie właściwe znaki i spo- 
soby witania, pukania do drzwi, podpisywania się i t. p. Ale to, 
ja ko do istoty Towarzyst\va nienależące, w pisanych niniejszych 
ustawach nie mają miejsca, a ustna uchwała, co do znaków ze- 
wnętrznych tak stanowić, jako odmieniać jest dostateczną.. 
Artykuł VII. Czas zgromadzenia się jest godzina szósta 
wieczorna. Członkowie, późnią.cy się, nie dalej, jak do siódmej, 
ma ją być oczekiwani. 
Artykuł VIII. Cokolwiek na przyszłość stano\vić będziemy, 
to tym a nie innym porządkiem. Każdy członek ma prawo robić 
wniesienie, prosząc o głos prezydenta, podać na piśmie projekt 
do ustawy. Każdy członek, a naprzód prezydent ma pra\vo i po- 
winien \x.niesienie roztrząsać i zdanie głośno oświadczyć z przy- 
toczeniem pobudek. Po dostatecznem roztrząśnieniu prezydent 
policzy głosy. Żeby \vniesienie było utrzymane, liczba głosóW 
potwierdzających powinna wynosić 2/3 zgromadzenia, jeżeli nie 
będzie mogło być 2/ 3 , to przewyżka strony większej ma być 
czwartą lub przynajmniej piątą częścią. całości zgromadzeni
 
przytomnego. Inaczej \vniesienie upada. W obiorze na urzędnl-
>>>
o TAJNYCH TOWARZYSTWACH 


177 


ków i głosowaniu na naznaczonych głosy będą cicho rzucane, 
które prezydent w obecności wszystkich policzy i ogłosi. 
Artykuł IX. Co zgromadzenie uchwali, to sekretarz do 
ustaw niniejszych dołączy, robiąc osobny artykuł i numerując 
z porządku. . 
Działo się w Wilnie, roku 1819 m-ca lutego dnia 26-go. 
Uręczając, iż święcie te u'5tawy mamy dochowywać, własną ręką 
podpisujemy. 
Prezydent Pillades. - Orestes. Damon. Pithjasz J Goworek, 
Achilles, PatrokIJ Leszek, sekretarz. 


POSIEDZENIE V. 
Wilno. Roku I8I9, m-ca marca dnia L. 
Prezydent z czterema członkami Towarzystwa oczekiwał 
na przybycie dwóch przygotowanych, który
h Orestes gdy na 
miejsce zgromadzenia przyprowadził, powitał nowych przyby- 
szów .prezydent, a po ukończonych obrządkach nadano im na- 
zwiska Achillesa i Patrokla. Z porządku czytał później Orestes 
krótką \viadomość o życiu kniazia Michała Glińskiego. Goworek, 
który każdego posiedzenia obdarza nas robotami, przyniósł 
dziś balladę p. t. "Neryna". Achillesowi i Patroklowi na czytanie 
robót przeznaczono dzień IS-y tego miesiąca. 
Prezydent PiUades. Leszek, sekretarz. 


POSIEDZENIE VI. 
Wilno. Roku I8I9, m-ca marca dnia 8. 
Rozpoczął posiedzenie Leszek krótką rozprawą o "Powierz- 
chowności wiersza polskiego", po nim czytał Goworek rozprawę 
,,0 sztuce dramatycznej", \v kt6rej przebiegał historję dramatyki 
aż do Augusta, cesarza rzymskiego. Nakoniec Patrokl podzięko- 
wał w uprzejmych wyrazach całemu Towarzystwu za przyjęcie 
jego między członkami tegoż Towarzystwa, poczem \vysławiał 
skutki, jakie mogą przynosić niektóre cnoty i \vystępki. Dzi- 
siejsze pósiedzenie odprawiło się \v liczbie sied
iu członków, 
Achilles bowiem nie znajdo,vał się. Go\vorek oprócz r
zl
lawy 
czytał jeszcze balladę. (Podpisy j. \v.) 
Z filareckiego świata. 12
>>>
178 


MICHAŁ CZARNOCKI 


POSIEDZENIE VII. 

t"lno. Roku I8I9, l1'z-ca 1narca dnia IS. 
Na począ.tku posiedzenia roztrząsano pismo, przysłane od 
jednego z członków, nazwiskiem Achillesa, do Towarzystwa 
Myślącej Młodzieży, a po różnych uwagach przyporęczono prezy- 
dentowi odpisanie na to pismo. Poczem Pa trokI czytał rozprawę 
,,0 wolności narodów", aGoworek poemę kon1iczną p. t. "Zgon 
tabakiery". Na tej sesji Achilles się nie znajdował. 
(Podpisy j. w.) 


POSIEDZENIE VIII. 
Wilno. Roku I8I9, m-ca kwietnia I2. 
Prezydent -rozpoczął posiedzenie od powitania ustnego człon- 
ków Towarzystwa i od wyrażenia swojej radości, iż po długinl 
czasie znowu się zgromadzili, poczem Damon czytał rozprawę: 
"Ogólny rzut oka na zdolności człowieka, zwane władzami, i na 
wza jemny wpływ sił przyrodzenia i pracy człowieka w tworze- 
niu bogactw fizycznych", a Pitjasz: "Uwagi nad pra\vdziwenl 
męstwem". Na tej sesji Achilles się nie znajdował. 
(Podpisy j. \v.) 


POSIEDZENIE IX. 
Wilno. Roku I8I9, nt-ca Inaja dnia 24. 
Prezydent miał mowę pochwalną dwóch sławnych w Polsce 
mężów: Ks. Hugona Kołłątaja i Ignacego Potockiego, okazał 
zasługi w ojczyźnie, przez co zasłużyli sobie na chwałę nie- 
ftmierteJną. Goworek czytał pOema żartobliwe p. t. "Forteca". 
Posiedzenie się odprawiło z sześciu członków, bo Achilles. 
i Leszek nie byli przytomni. Or
stes z przypadają.cej nań kolei 
nie czytał na tern posiedzeniu swojej roboty. 
(Podpisy j. \\'.) 


POSIEDZENIE X. 
Wilno. Roku I8I9, m-ca maja dnia 3 I . 
Leszek zaczął posiedzenie od poematu żartobliwego p. t. 
"Studentomachia u. Po nim Goworek czytał wiersz: "poże- 
gnanie panny AABCD". To posiedzenie odbyło się w przytomno- 


.
>>>
. 
o TAJNYCH-TO\VARZYST\VACH 


179 


ści wszystkich członków, jeden się tylko Orestes zapóźnił. Pre- 
zydent zakończył krótką rozprawą o pismach Tadeusza Czackiego. 
(Podpisy j. \v.) 


POSIEDZENIE XI. 
JVilno. Roku I8I9, 11tiesiąca czerwca dnia 7. 
Na tem posiedzeniu czytali: Damon rozprawę ,,0 śmierci", 
Pitjasz ,,0 przysłowiach", Patrokl "Życie i rządy kardynała de 
Richelieu". Na tej sesji Achilles się nie znajdo\vał. 
(Podpisy j. w.) 


POSIEDZENIE XII. 
Wilno. Roku I8I9, miesiąca czerwca I4 dnia. 
Dnia dzisiejszego rozpoczął Orestes posiedzenie "Opisaniem 
wiosny", w mowie wiązanej ułożonem. Prezydent Pillades czytał 
powieść wierszem na pisaną: "Ludomir i l\rIahvina"; zakończył 
Orestes rozprawą, \v której okazał, "Jak żyć należy, aby nie lękać 
się śmierci", a tak wynagrodził ten członek opóźnienie, na lekcji 
IX-ej zdarzone. AchiIJes i Go\vorek nie byli przytomni. 
Prezydent Pillades. 
Z przyczyny odjazdu sekretarza Leszka zastępujący 
jego miejsce Pitjasz, członek To,,'arzystwa. 


POSIEDZENIE XIII. 
TV ilno. Roku I8I9, dnia 22 czerwca. 
Kiedy o zwyczajnej szóstej godzinie zebrali się członko\vie, 
Goworek czytał rozprav:ę "O poemacie bohaterskim" prozą, 
poczen1 pieśń drugą "Tabakiery", poematu żartobliwego, opo- 
wiedzia wszy pierwej treść pier\vszej, którq na VII posiedzeniu 
dał poznać zgromadzeniu. Drugi członek Leszek nie mógł odbyć 
kolei, gdyż nie znajdował się w mieście. AchiUes nie był przy- 
tomny. (P d . . ) 
o PISY J. w. 


POSIEDZENIE XIV. 
W ilno. Roku I8I9, dnia 29 czerwca. 
Otworzył posiedzenie w krótkich wyrazach Prezydent, po- 
CZem Damon czytał powieść ,,0 Izaarze, jako przyczynie związku 
12* 


.,
>>>
180 


MICHAŁ CZARNOCKI 


wesołości w Tuluzie, a stą.d porównanie z "Towarzystwem My- 
ślącej Młodzieży". - Poczem Pitjasz: ,,0 życiu i czynach Wła:- 
dysława Jagiełły", przyczem pożegnał członków. Patrokl w krót- 
kich słowach wyraził swój żal z rozstania. Achilles i Leszek nie 
byli przytomni na tern posiedzeniu. 


(Podpisy j. w.) 


. 


...... 


.. 



 


-
>>>
I . 


. 


. 


- .. 


(? 


.. 



 

 
'.;: 


.t 


t 


"- 


Tomasz Zall I1todlqcy Sili w podróży. 


')-
>>>
TOMASZ ZAN 
NQTATKI PAMIĘTNIKARSKIE
>>>

>>>
Niniejsze notatki nap£sane były przez Zana na życzenie Kon- 
stantego hr. Tyszkiewicza, jako uzupełnienie wydrukowanych wy- 
żej wspOJltnień Michała Czarnockiego. 
T01nasz Zan parokrotnie przystr:pował do opracowania swoich 
pal11,ir:tników, niestety, jednak nigdy zamiarów tych nie doprowa- 
dził do kOl1ca. Jeszcze w czasach 'uniwersyteckich pisał obszerną 
powieść autobiograficzną p. t. Ś w i a t i M i łoś ć; z rr:koPisu, 
zabranego przez Kontisjr: Śledczą podczas procesu filareckiego, 
drobne jeno ocalaly strzr:Py, świadczące wszakże, że był to doku- 
11lent wagi pierwszorzr:dnej. N a wygnaniu, w Orenburgu, prowa- 
dził szczegółowy dziennik, z którego fragmenty, opisujące cir:ż kie 
przeżycia wygnańcze, ogłosił prof. Pigoń w D z i e n n i k te W i- 
leńs ki n
 z I923 r. Po powrocie do kraju Zan zaczął pisać auto- 
hiografjr:, którą doprowadził jednak tylko do I800 r., - zużytko- 
wał ją ..:1// arjan Gawalewicz w studjum o D r u h u M i c k i e- 
w i c z a (T y g o d n i k P o l s k i z I899 r.). 
U zupelnienia do pantir:tników Czarnockiego powstały mniej 
wir:cej okolo I8S0 r., t. i- w okresie, kiedy Zan, według określenia 
Mickiewicza, "stracił drogr:" i oddał sir: dziwacznymi, 1nistyczno- 
religijnYl1t rozmyślaniom; nie odtwarzają całokształtu działa1i pro- 
mienistego wodza związków 1nłodzieży wileńskiej, niejednokrot- 
nie spotykają sir: tu niedokładności i nied01nówienia, w mglistą, 
niezrozul11,iałą czr:sto, przybrane formr: stylową, ze względu wszakże 
na osobr: autora oraz niektóre nowe i cenne przyczynki z g6rnego 
życia świata filareckiego kartki te zasługują niewątpliwie na uwagr:. 
W wydaniu zachowane zostały wszystkie właściwości lingwistyczne 
Zana, więc nietylko rusycyzl1ty i prowincjonaliznty, lecz i 'ulu- 
bione przez niego, a tak naówczas wśród ePigonów r011tantyzmu 
modne, nowotwory jr:zykowe, w przypadkowem podobieństwie wy- 
razów rzekomo zawl
erające glr:bokie filozoficzne ujr:cie istotnej
>>>
184 


TOMASZ ZAN 


treści duchowej pewnych pojr:ć i zjawisk. W yrazy i objaśnie- 
nia, podane w nawiasach kwadratowych [], pochodzą od wy- 
dawcy, inne od autora,' wielokroPki oznaczają wyrazy lub ustę- 
py, opuszczone w druku, jako calkowicie niezrozumiałe albo nie- 
czytelne. 


, 


.....
>>>
I. 


\:Vyraz "towarzystwo II. Młodzież w Liceum Krzemienieckiem. Uwagi o Uni- 
wersytecie Wileńskim. Lekarze wileńscy. Religijność i zabobonność Zana. 


\Vyraz "towarzysh'.o" nie jest' 'żgoła wileński, lecz \vzięty 
z\Varsza\vy przez naśladowanie Towarzystwa Przyjaciół Nauk, 
DobrQczynności, i z Krzemienca przeniósł się między ucznie 
wszechni wileńskiej na uj{ przez ucznjó\v Czackiego uczwy [tak l] 
(Liceum), kt?rzy od jej założenia składali w niej w ciągu nauk 
jawne
 ..z obo\viązku nawet, towa.rzystwo pilnej, dobrze uczącej 
się młodzieży, wielu [dla] ćwiczenia' się w wymowie ś\viatowej 
i nabycia wprawy do \vyrazania się VI językach no\votnych 
wiązanym i \volnyn1 sp
sobe
. Rodzice, ba\viący \v Krzemień- 
cu, dbsta"tni Wołynianie, pr
ez- ciąg nauk ich dzieci, w dzień po- 
siedzeń bywali obecni i poklaskiwali tym robotom młodzieży, 

tóre w' duchu i piśmiennictwie na rodowe m żadnego nie zosta wi- 
ły śladu i znikły, jak \vszystkie zajęcia każdej uczwy... Po po- 
siedzeniu odkrywały się [tak l] za ba wy, ta11ce, świetne zgro- 
madzeriia' po,vs"zechności Krzemieńca, tej stolicy możnych \Vo.. 
łynia i Podola. _ 
Póki żył Polak prawdziwy i mądry, Czacki, [był Krzemie- 
niec] niejakąś stoliczką Warszawy, a nawet stoliczeczką Paryża, 
oboich już wtedy miast filozoficznej i pore\volucyjnej Francji 
'v czasie napoleonowskiej; ta ostatnia przebywała w naszym 
Ki-aju do 1831 r. i schroniła się do swojej niestałej [monarchji] , 
już wtedy lipcowej, uległej królowi Francuzów. 
Że pierwiastek zasadowy polski, pobożna wiara i \\.ierność 
kościołowi chrześcijańskIemu, którego widomą głową jest za wsze 
następca św. Piotra, cale już nie uważał się koniecznym do 
oświecenia się i do ogłady, a szczególniej' do przejęcia się odży\v- 
nością ścisłych nauk i pięknością wszelkiej \vprawy (sztuki),
>>>
186 


TOMASZ ZAN 


ukafało niebo \vyborną młodź krzemieniecką pewną zarozu111iałą 
ufnością w po\vierzchowność pokaźną, bez prawdy i szczerości; 
a w każdem żywotnem wzruszeniu i szykowaniu się ży\viołów 
bytu narodu wcale nieznaczący miała udział, tak dalece, że jeszcze 
i dziś nawet zaledwie coś w tym \vzględzie liczyć na nią i polegać 
na niej godzi się. Czcigodna dzielność Jeło\vickich, chwalebny 
kierunek nowoczesnych pism Chołoniewskiego, Hoło\vińskiego, 
a na ,vet Henryka Rzewuskiego, wzięły swoje na tchnienia po- 
czątkowe z ducha uczwy wileńskiej. Ta albowiem, chociaż 
oprócz Groddcka i Franka nie miała doskonałych, oprócz Jun- 
dziłła dobrych, oprócz Jędrzeja Śniadeckiego samotwórczych 
nauczycieli; w każdym oddziale posiadała wyobraziciela nauki 
\viernych. Ślepy Mazur, sumienny rządca tego zgromadzenia 
[Jan Śniadecki?] uczonych, mjędzy którymi kra jowcy wcale 
podrzędną trzymaJi rolę, jako tłumacze francuskich dzieł i czytań; 
i dobroduszny oszczędny gospodarz jego [Szymon Malewski?] 
by1i to zupełni naó\vczas Polacy, oba szczerze i jawnie pobożni, 
obrzędy i rozkazy kościoła wiernie szanujący, miłujący domo\ve 
pożycie i dobro narodu, zakładający ch\vałę swoją na zobowią- 
zaniu rodziny, na zasiewie na roli ojczystej najpożyteczniejszych 
nasion prawdy, która wedle pier\vszego [t. j. Śniadeckiego] tern 
się odznacza od tego, co nie jest prawdą, że jej da je pojąć ustawną 
postacią, \vyrazić się stanowczą liczbą, i drugiego [t. j. Szymona 
Male,vskiego] to, co daje chleb powszedni każdemu stanowi 
ojczyzny. 
Uczebność świetna zdrowiedajnego wydziału ,vszechni wi- 
leńskiej dzieliła się między Polaków i przeważnych Niemców 
(Frank, Bojanus, Śniadecki, Szymkiewicz, Niszko\vski,. Lej- 
boszyc), oddawała chorobę cierpiących to na łaskę kiero\vanego 
przez nich przyrodzenia, to na naukę i rozum lekarza, który 
temu ostatniemu biegu swobodnego nie dozwala i wraz na po- 
czątku ,vstrzymuje lub odwraca. Przekonanie, że wiara ciebie 
uzdrowiła, za marle w świecie uczonym, chroniło się dzielnie 
w tajemnicy matek domów szlachetnych, niebogatych, ale nad 
wszystkie stany posępniejszej i ocalonej części narodu, którego 
prawem bytu i wzrostu była ch\vała boża i miłość samych nawet 
nieprzyjaciół, obrona wiary, wolności i własności osobistej, po- 
święceniem życia i majątku. .
>>>
NOTATKI PA
nĘTNIKARSKIE 


187 



 
Naród nasz zwyciężał barbarzy6.stwo, pogańst\\
o i arab- 
stwo, zagrażające roz\vijaniu się zbawiennych zasad \viernego 
powszechnego kościoła ode wschodu, a \v układach rad oddawał 
graniczące z niemi ziemie, w przekonaniu, że nie zieluia i twier- 
dze stanowią ojczyznę, ale sa mo tylko szlachectwo. Jeszcze 
w tym czasie,.do którego ściąga się ten protokół, drobna szlachta, 
której Goworek szc.
yci się być nieodrodnym synem, szczyciła 
się być żołnierstvlem Bożej Rodzicy, Słowa, które się stało cia- 
łem i mieszkało między nami, Pani świata, Królowej Polskiej 
i Litewskiej Księżny; bractwem, służbą królestwa, ludzioln za- 
pewnionego \v niebie przez zasługi Zba\\'iciela. 
\Vinienem uzdro\vienie w słabości zagrażającej lunie ślepotą 
nie doktorom, ale matce, która ofiarowała syna s\vego do Mia- 
dzioła; uzdrowienie od lis za ja na twarzy (ognik) pacierzom babuli, 
która mnie aż do ich ukończenia trzymała na przeciw płomienia, 
czy żaru palących się drzewek na kominie. Od podobnej do- 
legliwości uleczony też został jeden mój znajomy po odstąpie-" 
niu wszystkich wileńskich doktoró\\- i przyznaniu choroby za 
rodzaj nieuleczony; [\vyleczony został] \vodą, z obmycia rąk, 
mieszących chlebo\ve ciasto, \v której rozżarzone gaszono węgle 
przez ciąg pewnej liczby odmawianych "Ojcze nasz", i "Zdro- 
. " 
was .. . 


. 
Sześć lat upłynęło od po\vrotu do ojczyzny przywódcy 
M i łoś n i k ó \v C n o t y [t. j. Zana] , uczniów \vileńskiej 
wszechni, rozesłanych do pogranicznych pustyń Rossieji. D7.ie- 
si
ć od rozproszenia jej zakładu, któremu dał początek Stefan 
Batory, wódz mości-panów, za zwycięst\vo nad ślepą wschodu 
północnego złą wiarą; jezuitów na \valkę z \vędrującą zachodu 
hiewiarą. Świątynia, \v której pięćdziesiąt sześć na d\vusetnym 
roku trwała cześć pobożnej i prawo\viernej nauce, pr.lezroczy- 
stemi zewsząd okolona niegdyś oknami, już wtedy była obwie- 
dziona ostrogiem i zamykała młódź, że ,vszędzie szukała gaszo- 
nego oświecenia, na wet \v Dorpacie i nauczyciela zdro\yia prze- 
śladowanego, powszechnym był kochankielTI wszystkich, co go 
znali lub o jego czynnej dobroci słyszeli (rłIianowskiego). Nauki 
w Wilnie już pra\vie zgoła nie było, lecz pozostała dobroczynność 
i przywróciła się cuda rozumiejąca i \vy\vołująca pobożność. 
Pani świata zaprzestała odbierać hołdy, jako Królowa, Księżna,
>>>
188 


TO:\IASZ ZAN 


# 


Panna i Matka nasza. Wileńska wszechnia nauk z zachwianą 
ojczyzną różnowierstwem dozna wała nieuniknionej kolei statku 
psującego się, a \v niej rozprzęgającego się w osnowie. Wydawszy 
Sarbiewskiego, Skargę (szczyt chluby), Poczobuta i wielu in- 
nych mądrych i poczciwych ludzi; przy wezbraniu zarozumia- 
łości (filozof ja), wygładzania się (cywilizacja) i u;;tawiania się 
(rewolucja), już na schyłku nie mogła zostawić osób tak jaśni
 
oświeconych i wielmożnych i za\vsze usiłowała odpowiadać celo- 
Wi swego założyciela: "Disce puer faciam te M ości-panie !"
 
Niewątpliwie chrześcijańskie i ogarnione zakonne oświecenie du- 
chownych od czasu do czasu mieszało się ze szlacheckiem i roz- 
garnionem świeckich: . Rzeczpospolita polacka, stawszy się la
 
tawską i słowaczną, rozumiała, że bezkarnie stać się może nie- 
mecżną, rozwierną (disunici), s\vowolną, za modną [tak]. Wazo- 
wie: i: Piastowie, i Sasi z przewodnikami narodu myśleli o jego 
oświacie, każdy podług swojego widzimisię i wieku; a choć 
i wybierani bywali, przecież czuło się, że już nie mogą być jego 
żywotną i główną częścią. Stając się coraz wyraźniejszemi ka- 
raJami grzechów jego samolubstwa, samochwalstwa, obojętności, 
niędowiarstwa, pyszenia się. Dostatniejsi lubili się odznaczyć 
słowem światłem z zagranicy, nabytem stratą czasu i skarbu; 
razem też potrzebowali krajowego, aby się jako tako porozu- 
miewać z szlachtą- bracią, grzeczną, pisemną, szablistą. Światło 
duszy zostawało przy kościołach i zakonach, gdzie strzegło się 
brzmienie Bożego słowa: światło serca w ognisku domowych 
obyczajów, które tu i dziś jeszcze, co lepsze, przewodniczy się; 
przez karę boską pozór i barwę powierzchowną przyjęto za lepsze 
światło w towarzystwach górniejszych. Tego światła królem był 
Stanisław i Katarzyna z Wolterem i Fryderykiem Wielkim: 
Biedziła się w niem słodkość przedziwna Krasickiego, spotykała 
się tęgość zdolności krajo\vych Naruszewicza. Konarski przy- 
świea,tl konaniu zakonu, który sam jeden \v ostatnim zasieku 
bronił sprawy chrześcijańskiej wiary, która stworzyła i wsła- 
wiła Polskę i odrodzić zawsze jest zdolna'. Jej dzielny obrońca 
zowie się Wiara. Cielesne światło nawet z pobożnej uczwy 
i nauczycielów nie mogło dalej przyświecać, jak w okręgu rOz- 
marzeń, w których się poczynał szał ustawiania i przestawiania 
narodów; światło 3-go maja
 czemu nie Zmartwychwstania,
>>>
NOTATKI PAMIĘTNIKARSKIE 


189 


\Vniebowstąpienia, Zielonych Świątek, Ducha Świętego.?-; Bez 
tego kierowali się i kierowali swoim lub cudzym mniej lub .wię- 
cej lepszym duchem, ale za wsze nie boskitn i nie ŚwiętYIn. 
W I773 r, pióro watykańskie, bo tego był godzien świat, ogła- 
dzający się, zniosło kolos towarzystwa Jezusowego na rozchwyt 
wolnych mularzy, odwiecznych budownikó\v wieży Babel. Szczę- 
ściem, że prawość urzędu, któremu zwierzono rozporządzenie 
zasobów narodowego (już czemu nie boskiego) oświecenia, nie 
dozwoliła ze szczętem rozchwytać ich Jednocie kalwińskiej 
i Reformie; przecież daje się przeczuwać przeniewierstwo za- 
sadom szlachetnym i tępość w uczuciu sło\va Bożego, nad które 
przeniesiono Dekarta, Buffona i t. p. Źródło i świątynia riauk 
było tylko wytryskiem i odbicIem rozumu w siebie wieizącego 
krajów, z pod praw Chrystusa i kościoła jego wyłamanych. 
\V Unhversytecie wszystkiego było można się nauczyć, oprócz 
poznania Boga, własnego kraju i siebie. Była to Polska war- 
sza\vska, napoleono\vska, bez Poznania i Wieliczki. Znaliśmy 
niebo, w które m największą lunetą nikt nie zobaczył Boga 
i. Syna na pra wicy, [nieczytel'ne] ... ziemski bez czci i wiary; 
znaliśmy stare i nowe języki, tylko- nie znając ducha prawdy, 
który był życiem narodu; wiadomościom naszym nie byliśmy 
w stanie dać obliczenia i stanowiska, bo były bez świętobliwej 
posady. Wszystko w tym stanie rzeczy musiało nie szerzyć 
się, ale rozwalać, myśl czasu szerzyła puste piśmiennictwo, 
szczere uczucie (kochanie się, patrjotyzm zamiast poświęcenia 
się), same tylko tworzyła wierszyska głupiej skargi, lub nieclalno- 
widnej dowolności, wykrzykiwanie groźby lub późniejszych 
jeszcze przechwałek. Kościół po\vszechny, którego rzymski arcy- 
kapłan jest Ojcem św., którego służbą i wojskiem byli i są za- 
kony, że mianowicie na czas towarzystwo Jezusowe nigdy nie 
za przecza \vychowaniu i nauce, tylko dba, iżby było dobre 
i prawdziwe, to jest istotne i rzeczywiste. "Ani się zo\vcie nau- 
czycielami, gdyż jeden na uczyćiel wasz, Chrystus, a ojca nie 
zowcie sobie na ziemi, albowiem jeden jest Ojciec wasz w nie- 
biesiech, a wy wszyscy jesteście bracia u. '''skutek przestą- 
pienia od tej przestrogi każdy naród przyjdzie do wychowania 
i oświecenia wcale nie narodowego lecz koniecznego, niezbędnego, 
które będzie karą Bożą, musem przewagi nieuków nad uczonYlni J 


.
>>>
190 


To.:\IASZ ZAN 


lub przeciwnie; tak się stało w Polsce. Przecież tak Konarskiego 
(a za nim i pijarów) i Komisji Edukacyjnej było wielkim i szkod- 
liwym bJędem, że odmieniła, a raczej, że nie ukrzepiła zasad 
odwiecznych ojczystego wychow'ania, jakiemi są nauki i wzór 
Chrystusa, poda wane przez Ma tczyznę kościół, jak wielką za- 
sługą, że użyła ludzi najszczerszych, najzdolniejszych do uło- 
żenia zasad s\vobodnego, swo\volnego roz\vijania się zdolności 
w książkach szkolnych, które tern były doskonalsze, im bardziej 
były samot\vorne, nie tłumaczone z francuskiego, nie naślado- 
wane z obczyzny. Nie jestem w stanie wierzyć i nikomu z ziom- 
kó\v nie radzę także, że osoby, powołane do szafowania dobrami 
edukacji, przyswajały na korzyść własną z ich dochody, pu- 
szcza jąc 'v prze\vłokę kra jo\ve Rzeczypospolitej; póki był urząd 
nie rozebrał sprawy i nie rozstrzygnął \vątplhvości skarg i obwi- 
nienia. Lit\va nie łatwiej straciła ojczyste obyczaje i moc, od nich 
powziętą, niż Korona, jakoż zagarniona przez nieprzyjaciół, bez 
przeszkody zachowała, co miała tylko lepszego: wiarę, prawa, 
język, szkoły po plebanjach i klasztorach, urzędy. Ale zepsuta, 
to jest cywilizowana szlachta, palestra szukała s\vego ogłupie- 
nia, potwierdzenia samolubnych i niespra \vieilliwych wyroków 
w stolicach zagranicznych.
>>>
I 


II. 


Uwagi Zana o szkołach Da Litwie za panowania Pawła I. Pobyt w szkole 
mińskiej. Nauczyciele. Rok I8I2-ty. Uczniowie, ich zabawy. Szkoła w l\10
 
łodecznie. Nastrój umysłów po r. 1812. 


...Nie wie
, czyli były i jakie szkoły świeckie na Lit\vie, 
kiedy podług uwagi p. Czarnockiego (zob. wyżej str. I52 p. w.j 
wyprowadzały się, jak widać, podczas panowania Pa\vła. 
Sposób, jak się obsadzały, pochwalam, bo zupełnie odpo\viadał 
swojemu celowi, gdy obywatelstwo z zarządem s\voim naradzało 
się, kto najlepiej między nimi mierzyć, obliczać, mówić umie; 
co.-Zaś do nauczania być mogło, że nie mieli do tego 
i doświad- 
czenia, ni wprawy, ni steru. Wolę jednakże to, niż co poten1 
nastąpiło, że nauczyciel, nieumiejący rozróżnić kapusty od 
ta baki, najpiękniej wykładał botanikę i t. p. Tembardziej uczu- 
wam dobry skutek wyboru nauczycieli w Mińsku przez Karnie- 
jewa , że niektórych jeszcze zastałem, postąpiwszy na ucznia 
jej \V 1807-1808 r. [oraz], że tej szkole sam p. Czarnocki zdaje 
się przyznawać acz odległy wpływ na te przymioty młodzi; 
działalność, którą pochwala. Wszyscy do istoty swego przezna- 
czenia w rzeczy byli nieskończenie ważniejszymi nad swoich 
uczonych na nowy sposób następców. Wzajemne nauczanie 
.się górowało. Uczniowie więcej czerpali serdecznej i umysłowej 
siły do rozwijania z domu i [od] domowych swych nauczycieli, 
publiczni byli nieja ko ich postępków i postępów urzędowymi 
kontrolerami, karalami (!). Ćwiczenie rózgą w dvvóch pierwszych 
klasach i klęczenie było używane nie ta k w celu wzbudzenia 
ochoty, lub sposobem do nauki, lecz dla dosięgnienia owoców 
karności podług rady Ducha Ś. Na uczyciele publiczni kiero- 
wali się i oświecali duchem uczniów różnych stanów i stron 
Hczn ych.
>>>
192 


TOMASZ ZAN 


Nauczyciele: Michał Hołownia - poczchve, pobożne, gar- 
bate i małe ziemioznastwo i liczebnictwo, nabyte na strugach 
i \vicinach po Niemnie, Dźwinie i Prypeci, uczone napamięć 
z dobrej książki Komisji Edukacyjnej i Uniwersytetu \Vileń- 
skiego J803 r. Pilecki, skamieniałość długonosa i pracowita 
Alwara, oprawna \v ramy pijarskie, ożywiona ciepłem i elektrycz- 
nością gramatyk Kopczyńskiego, \vypisów przecudnych konju- 
gacyjka i deklinacyjka (?)... Michałowski, eks-jezuita, wymowny 
i czuły jak niedotknianka, śpie\vak czci ś. Felicjana mińskiego. 
obrońcy i stróża,. nie twórczy, ale płodotworny duch duszek 
dziecięcych, lach i polach [tak!], powierzchowności zmiętej i po- 
krzywionej, jakoby mieszek, dudy (kobzy), -nie szanowany, ale 
c
ci najgodniejszy i kochany, mimo woli rozmieszanej i roz- 
rywanej [?], uczył składni i miar mo\vy lackiej i polachckiej [?J. 
Na najdrobniejszy szmer swawolników i nieuważnych zrywający 
się, \vołając na różne strony i biegając w różne strony "A proszę 
cicho". "I Dafnisa wynoszą az pod niebo", - a proszę cicho, 
a kto tam? - "Słodko za ojczyznę", - a proszę cicho; "Słodko 
za ojczyznę" - a proszę cicho - "Ś\vj
ia miłości'f i t. "d... 
Miernictwa doskonale uczył Jan Suchecki, teologji i fi1ozofji 
doktór, zaczynający \vykładać elementarnej ma tema tyki od 
modlit\vy. Takim, jak on osobom, winna była młódź najwy- 
raź
iejsze usposobienie do tej nauki, na którem Jan Śniadecki 
budował swoją patrjotyczną sławę, które zjednało jej [t. j. mło
 
dzieży] odznaczenie się wśród młodzi innych unhver$yletów, 
z którego tak skorzystały instytuty dróg i komunikacji, arty- 
leryjskie i inne -y.,? Petersburgu. Ona też da \vała biedniejszym 
ludziom pierwszy sposób utrzymania się w szkole narodowej 
i w obywatelstwie (Komornicy-nauczyciele). -, 
O Michałowskim wspomniałem; on wszczepiał sam .iii
wia- 
domie ducha poezji i wymowy krajowej, prawdziwszego,. nim 
się te nie przerodziły w pustosłowectwo. [!] Sucheckiego zll1ienił 
Poliński, człowiek, który już granice matematycznych nauk 
rozszerzył widocznie, to rozszerzenie wynikło stąd, że "wprowa- 
dzono do rozun10wań i dowodów geometrycznych zamiast Eukli- 
desowych sposobó\v algebraiczI;le, znakowe. Za pomocą algebry 
ludzie małych zdolności, lub małego rozwinienia mogli rozwią- 
zy}vać najgłębsze zadania, nie czując wcale swego w tern uczę-
>>>
- 
 
. . 
- - 
... 
..... . . 
4_ --
- 
.:. ..- 
lit 
...-q 
:t 
- L 
--. I

 
. ,- {t' 
e. ..... 
I ł 
I 
" 
.. 
 
.., . 



 
{ y 
 
..." .
 
;: 
.,. 
 
.
 
f""" 
 1 ..... 
,. 
 
I' """""" 
-
 . 
J' I 
 
.. - 

'" 
- '- 
'z .....- '- 
 
'" 
+
 
 
- 't .II
 
 
-....- 
 
, ""'" 
 
, 
.. I tI!oA.;rJ' 
- 
, 
I 
! 


" 



 



1 


-. 


P- 


t: 


.... 


,\ 


=:!7 


-
 


.'- 
,.. 


....J
 


'W 
. - .;.
>>>
. 


NOTATKI PAMIĘTNIKARSKIE 


193 


stnictwa. Szkody dla kształcenia umysłu z tej przemiany nie- 
zmierne wynikły, które jednakże samowładne rządy poczytują 
za korzyść, jako stosujące się do ujmy siły osobistej, a dające 
zabawkę niespokojnym jej usilnościom, podstawującą formę 
zamiast rzeczy. Gorli\vość i przezacność nauczyciela, osobli- 
wość i nowość nauki, że tak rzec można, na poleonowskiej, miała 
swój \vplyw bardzo znaczny na młódź uniwersytecką, którego 
szkodę zaledwo przeczuwał Śniadecki, tak czuły... [nieczytelneJ 
od niemieckich marzeń i filozofji, albo\viem on rad był wszystko 
zarówno użyteczne przyjmować, co nosiło barwę królowej nauk, 
matematyki. Rachunek i form roz\vijanie \vzięły górę nad rozu- 
mowaniem i rozmyślaniem. 
Thiele [Karol, uczeń GroddckaJ, któregoby zwać można wy- 
prostowanym, gładkim i otyłym Groddckiem, lubość i śmie- 
szność uczniów, nie uczył, a wrażał potęgę mowy i skandów 
Rzymu i Greków. Wprawdzie nikt tu ani języka, ani litera- 
tury tych narodó\v nauczyć się nie mógł, ale każdy uczuł, 
że każdemu \vszędzie i za wsze byłyby miłe i użyteczne... 
W czasie najścia Francuzów Thiele miał poruczony sobie 
dozór szpitala \vojskowego w Mińsku. Pewnego dnia powołany 
został do tłumaczenia się przed Knorringiem, guberna torem 
wojennym. W czasie rozmo\\'Y Knorring rzekł: "Znaju fa was, 
wy wsie miateżniki", i po gło\vie Thielego pogłaskał. Thiele obu- 
rzony tern mówił: "Ja, który po piętnastu uni\versytetach tłu- 
kłem się, który do mnie mówiły koronowane głowy, a ten huncfot 
mnie pogładzić odwatył się". To była jego ostatnia boleść, po 
tygodniu umarł. 
Niemniej dobry i tkliwy był staruszek o białych i sterc'lą- 
eych \vłosach, starej daty i kroju Francuz, mr. Pidot, berajter, 
fechmist
z niegdyś u Prószyńskich, i wysoki i prędki Niemiec 
Sterzler. Te dwa narody miały tu swoich przedstawicieli jakby 
dla wrażenia promienistej dziatwie tego, co miały tylko dobrego, 
co wstrętnego i śmiesznego: " Ani fizik, ani matematik, ani 
retorik, ani kto, tylko francuski janzik najpotrzebności" [po- 
wtarzał mr. Pidot...] 
Lekcje języków nie były konieczne, kto i kiedy chciał, mógł 
na nie uczęszczać, bardzo ważny i stano\vczy obyczaj. Do tego 
rzędu należał także ruski język. Małoros Andrzej Zacharzewski 
z filareckiego świata. 13
>>>
I 


194 


TOMASZ ZA
 


nocą rozweselał się pończem i gęślą, \v mundurze i chustce spał 
dniem, a by wczas gotowym być za przebudzeniem się na lekcje, 
na które swowolnicy, mający dozór domowy dla nich niepomyśl- 
ny, zbierali się dla rozrywki i komedji. Pierwsze bajki o B o wie- 
k o r o l e \v i c z u, o Żar - p t i c y, o Kor o w k i e i t. p. on roz- 
powiadał; pierwszy uczył: "dieła nie diełat', od dieła nie biegat H '. 
W gniewie pozwalał wino\vajcę każdemu z obecnych karać, jak się 
podoba, byleby na środku sali ("skwoź stroj"), a nie \v ławkach, 
skąd mógł apelować; hasło do tej kary, istnej w szkole rewolucji, 
by\vało słowo: "zadat"'. Zacharze\vski nie miał siły oprzeć się 
prośbie dzieci i wszystko czynił im "w ugodnost"'. Uwalniał 
od godzin lekcyj i obowiązków z warunkiem i bez \varunku 
odpowiedzialności na przypadek nieprzewidziany śledztwa. "Go- 
spodin uczitiel gołowa boZit" . - "N u, tak idi domoi, prefekt nie 
pryjdiot, twoio szczastje, pryidiot - skażu: bieżał". Szanował 
wstręt, jakiśmy' okazywali do ruszczyzny, a myśmy kochali 
szczególność jego uczuć, pomysłó\v i obyczajów. Następcę, 
Ostroumowa..., byle okoliczność napasto\vały dzieci i tłukły. Piotr 
Cejs, dyrektor szkoły, że kochał je i rad i gotÓ\V im był ulegać, 
musiał mieć dobre serce i rozsądek. Rozhukanych przestraszał 
głosem... przybliżających się pieścił i wystrzygał im z papieru 
czapki. Kołyszko, jego totumfacki, trzymał pióro rządu, wzią- 
tecznik i dureń, jak wieść późniejsza niosła. Prefektem był 
Jan Łapinkie\\ricz, szlachcic wesoły i poczciwy. Uczył niby 
historji i prawa Stroyno\vskiego, zadając z książki na pamięć. 
Że nauczyciele, a osobliwie językó\v, nie mieli prawa karania 
sami, powoływał się do sprawy między nimi w klasie... Przy- 
zwa ny z\vykle brał stronę uczniów, głos i twarz mimo udawania, 
że się sroży, dowodziła, że gotów im ulegać i że sWC1:wolę nie- 
umyślną nie bierze za złość. Wreszcie inne między sobą sprawy 
sądzili sami studenci, którzy już od trzeciej klasy co trzy mie- 
siące wybierali sobie sędziów, adwokatów, jakby w obywatel- 
stwie. Sądy odbywały się we wtorek, czwartek i niedzielę w go- 
dziny poobiednie rekreacji. Ignacy Szydłowski sławił się jakO 
prezydent i mecenas sądów. 
Około 1812 roku coraz skład nauczycielów się odmieniał, 
usuwano starych, nasyłano nowych z Uniwersytetu. Abłam o ' 
wicz Ignacy wymownie czytał dzieła jundziłła do historji natu-
>>>
NOTATKI PAMIĘTNIKARSKIE 


195 


ralnej, które ja tylko sam jeden mogłem za lekcją naznaczone 
przerecytować, choć na egzaminie sam osobiście zapytany nie 
podołałem z pamięci rozróżnić konia od osła. Przewaga słów 
i form nad rzeczą mimowolnie i powolnie już się uczuwać dawała. 
Sienkiewicz \vyprowadzał doświadczenia fizyczne i chemiczne, 
raczej dla podlhvu i zaba'wy, niż dla istotnej nauki. Fizyka 
wpływ robiła niezły, tylko tłumaczenie było trudnowate, chemja 
Śniadeckiego była wzorem stylu, któremu po )Iichałowskim prze- 
wodniczył Brodowski. Ćwiczył młódź na przerabianiu wierszy 
. 
Naruszewicza i Krasickiego na prozę, a bajek na wiersze. Moja 
o Ba bie i Kurze, co złote jaja nosiła, pierwszy raz w piątej 
klasie stała się powodem do śmiechu artystycznego, że skoń.czyła 
się niesłychanym tedy przykładem na 9 wiersza ch. 
Wpływ nauczycieli obowiązkowy był wcale nieznaczny, lub 
przeciwny początkowemu celowi. Klasyk wyrodził romantyków. 
Zato młódź, dziat\va bez rygoru i porządków, ogrze\vała się sama 
swemi na tchnieniami i nastręczaniami. Nauczyciele religji, ber- 
nasie kwestarze, nabożeństwa i uroczystości, ks. biskup Dederko, 
teatr amatorski w domu szkolnym, a raczej obywatelski i sz]a- 
checki, Jan Chodźko, prezydent, kontrakty, sejmiki, musztra, 
przechody wojsk i jeńców z Francji, wreszcie najście Napoleona - 
były to tern rozliczne m podścieliskiem gniazda, w którem swe 
pierwiastkowe w Mińsku poczęcie powzięła promienista dziatwa. 
Mińską szkołę, jak ją zastałem, uważam istotnie za to gnia- 
zdo, które dziś stoi opuszczone i roz\valające się. l\iiałem zręcz- 
ność w 1820-1821 objeżdżać szkoły wszystkie. wileńskiej gu- 
bernji, mohil ewskiej i witebskiej, które po większej części ob- 
sadzone były nauczycielami nowej metody, w której sło
'o, 
forma, okaz ceniło się wyżej, niż istota i rzecz, niż Bóg, owszem 
było wszystkiem. Myślę, że Mickiewicz z dominikanów szkoły 
nowogródzkiej żadnego nie miał nauczyciela unhversyteckiego, 
to jest filozofji i uczoności, niezasadzonej na prawdach obja- 
wionych, które żywią \vszelką naukę i są jej duszą ożywną. Zbiór 
uczniów, dochodzący liczby 800, składał się z dzieci szlachty, 
służącej u obywateli, księży unickich, szlachty zaściankowej 
i bobyiskiej, urzędników (Małafiejew, Dudin, jełszyn, Jarci- 
mowicz). W każdej klasie, a osobliwie zaczynając od trzeciej, 
byli i naj znakomitszych obywateli dzieci. Kamieńscy (Aleksan- 
13* 


.
>>>
196 


TOMASZ ZAN 


der, już wtedy maltański kawaler), Prószyński, Obuchowiczo- 
wie, Kostrowiccy, \Vereszczakowie,' bracia Marji, moi 'współ- 
koledzy i sąsiedzi, Wańkowicze, Zenowiczowie, Chodźko\vie, Gier- 
... łowiczowie, Korsakowie, Hrehorowiczowie, Tyszkiewiczowie, Śle- 
żanowscy - moi koledzy uniwersyteccy. Odznaczała się szkoła 
widokiem niepowabnym co do ochędóstwa i bogactwa, wyją\vszy 
paniczów, reszta istne obszarpańcy i obedrańcy. Gimnastyki 
i tańców prawie nie było, piłka i \vłasne wymysły stano\viły 
cały przedmiot ćwiczeń się. Rekreacja i majówka dzieliła szkołę 
na dwie strony, paniczowską i szlachecką, która przewodziła 
w pieśniach, wynalazkach zabawy, bajkach, przedstawianych 
z siebie widowiskach. Budziłowicz, średniej klasy profesor, 
obudzał te zabawy czasem. Brzuszkiewicz uczył rysunku; mu- 
zyki prawie nikt. Ks. Zyliński uczył śpiewać nabożne' pieśni 
polskie i łacińskie dla mszy codziennej studenckiej w katedrze. 
Sztuki piękne zaniedbane, lecz pełność serc nie dawała czuć 
jej potrzeby. Spowiedź musiała być co miesiąc, lecz jej prowa- 
dzenie nie było dość porządne. Nie było też w zarządzie szkoły 
osobliwego ochraniania niewinności dziatek od wpływów szkodli- 
wych, przynoszonych z rozmaitości domó\v, a osobliwie miej- 
skich. Co podlejsza część, to osobliwie mieszczańska przyno- 
siła na szkodę, to zacniejsza i czystsza, stanów i imion wyższych 
i cnotliwszych miarkowała. Zydówka z obwarzankami, Niemiec 
z gryczanemi pierożkami, }asiuta dzwonnik, Janek pomieszany, 
niedźwiedzie smorgońskie, dzwonienie w cerkwi, ogród Kamie- 
jewa, Złota Górka i - Kalwarja, archirej Potemkin - były to 
osobliwości studenckie, około których krążyły wyobrażenia dzieci 
mińskich do 1812 roku. Nienawiści i różnicy między narodo- 
wościami nie znano, tylko strach nieoznaczony Cejsa, litoŚĆ 
nad Moskalem, którego wszędzie na ulicy bito lub łajano. Z tego 
grubjańskiego.i dzikiego języka Moskali, bo chłopska niszczyzna 
[t. j. język białoruski] między studentami chętnie była używana, 
upowszechniło się baszkirskie "hajda". 
· Najpamiętniejsze wypadki były wizytatorzy, ks. Andrzej 
Szperkowicz, Krusiński, a z nimi ich sekretarze, Żukowski i Le- 
gatowicz; a najbardziej wakacja,' która odżywiała wszystko 
i nadawała klasykom dążenia romantyczne. Dzieła Krasickiego, 
w części Naruszewicza, a najbardziej piosneczki wpłynęły na
>>>
NOTATKI PĄMIĘTNIKARSKIE 


197 


poprawę mowy prowincjonalnej. \V Mołodecznej szkole, z Posta w 
przeniesionej, zebrał się duch i usposobienie szkół okolicznych 
bazyljańskich (Boruny i Berezwecz) i akademickich... Szum- 
skiego historja, seksterna poezji i wymowy, a nadto ć\viczenia 
prozą i wierszem z treści zadanej lub tłumaczenia z łacińskiego, 
szczególniej zaś dzieła ks. Jundziłła, Jędrzeja Śniadeckiego, 
Piramowicza wpływ na czystość języka wywierały widbczny 
i stanowczy... 
[Przez lat pięć uczęszczał Zan I do szkoły mińskiej." Przy 
wejściu do szóstej klasy zachorował na febrę, która go cały rok 
dręczyła, skutkiem czego rodzice za brali go na \vieś. \V tym 
samym czasie nabyli Zanowie fohvarczek \Viewióry wpobliżu 
::\Iołodeczna, gdzie odtąd w ciągu 1813 i 1814 roku Tomasz 
miał uzupełniać s\voje wykształcenie, zanim przeszedł na Uni- 
wersytet do \Vilna.] 
"Duch młodzi tu [\v }Iołodecznie] się odś\vieżył i \vstrzą'5nął 
wypadkami wojny 1812 r. [pisze Zan w dalszym ciągu s\vego 
pa miętnika] - \vnosiła się doń niezna joma dotąd ojczyzna 
z pieśniami, powieściami, mowami; każde słowo, dotąd nie żywo 
w pamięć kładzione z różnych nauk przyrodzonych i ludzkich, 
z poezji i rzeczywistości, przyjęło byt widzialny i dotykalny; 
między rodzica mi a dziećmi zaszła pewna zmiana w postępo- 
waniu, z tajemniczości wynurzyły się ich utyskhvania. Matki 
gorzały niezwykłem uczuciem, znajomem tylko Polkom, modli- 
twy od ołtarz j przemieniał y się w pe\vne zachęty do synów. 
Pod taką matką wzrastali Chodźkowie i ładniuchny i deli- 
katny Leonard z Dederkowej. Przeważałem w sz'kole uczo- 
nością (mińską) i czasem pierwszego się rozwijania zdolności 
dotąd obudzonych. Kochaliśmy się przyjaźnią i miłością. 
Obowiązki dyrektorskie (kondycja)" i studenckie służyły tylko 
do urzeczywistnienia wszystkiego, cośmy gdzie słyszeli, czy- 
tali, widzieli. 
Szkoła podzieliła się na Marsowych i Apollinowych żoł- 
nierzy, Moskali, Polaków. Tamci (przywódcą był boruszczyk 
Józef Suchocki) odznaczali się siłą i praktyką, ci (przywódcą 
byłem ja) poezją i lubością. \Vszyscy znakomitsi tej strony - 
Chodźkowie, Giecze\viczowie, Słotwiński, Mackiewicz, (Muchliń- 


.. 


. 


I
>>>
198 


TOMASZ ZAN 


ski) rozebrali pomiędzy siebie imiona znakomitszych przyjaciół 
w historji starożytnej i nowszej i te mi w czas rekreacji 
i w czas walki ze stroną przeci\vną bez nienawiści jednak na- 
zywali się, podpisy\vali, a to nazwisko było razem świadectwen1 
zasługi, niejakim stopniem, urzędem. 


-- 


\
>>>
. 


III. 


przybycie Zana do Uniwersytetu Wileńskiego. Spotkanie z Mickiewiczem. 
Koledzy uniwersyteccy. J eżowski. Duch towarzyski wśród młodzieży. 
Towarzystwa młodzieży. Udział Zana w życiu społecznem i towarzyskiem 
\Vilna. Kontrym. Filomaci i Filareci. Antypromieniści. Adam ks. Czar- 
toryski. Uwagi Zana o śledztwie Nowosilcowa. Zakończenie. 


Marcin Zaleski, 'wizytator, powołał mnie, a raczej oŚll1ielił 
do Uniwersytetu bez uprzedniego oznaczenia celu i sposobu. 
Pobożność domowa rodziców, a osobliwie babuni, ich błogosła- 
wieństwa z natchnienia ks. trynitarzy v,r Mołodecznie były mi 
całym funduszem i przewodnictwem. Ojciec mnie za wiózł do 
Wilna razem z rabinem jakimś, bo był bardzo łatwy do dogo- 
dzenia Żydom. Smutno mi było rozstawać się z ruiną zamku, 
pałacu, ogrodu mołodecznańskiego, w którym zapewne duch 
jakiś osobliwy przebywał, którego Z\vę Ogińskim. Już przy 
senatorze w Zalesiu [Michale Kleofasie Ogińskim] jako pod- 
ręczny sekretarz umieścił się kochanek mój, Leonard Chodźko. 
Przybyłem do Uniwersytetu w r. I8IS \V cza
ie przejazdu 
Aleksandra w powrocie z kongresu z Wiednia , kiedy Giecewicza 
wezwano na gubernatorstwo w Mińsku. Już od czterech la t 
wszelkie wrażenia wyśpiewywały się wierszami i listami. Znacz- 
ni
jsza część dostała się w ręce Komisji Śledczej, i bieda mi była 
tłumaczyć się, dlaczego wolałbym, ażeby się świeciło w przezro- 
czu N, aniżeli A, i temu podobne dziecińst\va. 
Lepszą część współkolegów znalazłem tutaj. Byłem się 
zapisał jako współubiegający się do pomieszczenia \v instytucie 
pedagogicznym na koszt skarbo\vy; do jednego miejsca los zda- 
rzył, że się współubiegał ze mną Mickiewicz i \vziął je przede 
mną. Że zaś rozumiał, że to mu pierwszeństwo dało najbardziej 
pokrewieństwo z dziekanem, prezydującym na egzaminie, bom 


. 


l"
>>>
200 


TOMASZ ZAN 


od niego o tyle był mocniejszy \V matematyce i fi
yce, o ile on 
nade mną \V litera turze i stanowczości i bystrości na każde py- 
tanie, stąd po\vziął na tchnienie nagradzać mię przyjaźnią swą, 
którą mi wiernie i nieodstępnie okazywał. 
Mieszkałem u Kazimierza Kontryma z obowiązkiem kore- 
petowania gimnazjalnych leKcyj jego syno\vcowi. W Uniwersy- 
tecie na tymże piętrze, co on, \V ob\vodzie tych2e murów, co 
Franciszek Malewski, syn rektora, mieszkał jego pierwszy przy- 
jaciel, syn rosyjskiej literatury profesora, Czemiawski, wielce 
utalentowany, acz nie pobożnie i nie przezroczyście, jak tamten. 
Jeżowski Józef wtedyż przybył na Uni\versytet z Winnicy, 
najwięcej usposobiony \V naukach i do dalszych postępÓ\V w filo- 
zofji, przeciw któremu my wszyscy byliśmy nieuki. On, oprócz 
Groddcka, w nikim już nie uważał sobie za przewodnika, siedział 
tedy najczęściej \V bibljotece, kiedyśmy z lekcji na lekcje biegali, 
od rana do \vieczora, rozmaite i wszelkie, i miał z Kontrymem 
za wsze do czynienia. Że miałem stosunki i znajomości, jako 
student d\vóch szkół, liczne, dar przenikania się wszelkie mi naj- 
drobniejszemi \\'Tażeniami i okolicznościami i wystawiania ich 
\V śpiewie, \v \vierszu, \V mimice, byłem z tego względu pożą- 
ł 
dany między wszystkimi kolegami i tem \vięcej, im mniej sam 
ich dla siebie w czem niebądź potrzebo\valem. 
Kwatera Franciszka [Malewskiego], \V Kukiewicza domu, 
była miejscem schadzki wspomnianych osób, do ich serjo 
uczonych i literacKich pomysłów i zamiaró\v i moja dziecin- 
ność i wesołość niewyczerpana, szczera i potulna, była KO- 
nieczną przyprawą i potrzebą. Niemniej też mile byłem ocze- 
khvany i przyjmowany w Kardynalji, gdzie mieszkali synowie 
Jana Chodźki z Gierłowiczem (Ignacym), u bazyljanó\v, gdzie 
[mieszkali] Zenowicze. Z Ignacym byliśmy pierwszym przy- 
kładem uczniami generał-basu u Rollanda, który nie miał nigdy 
innych, oprócz jednego lub dwóch organistów, i muzyczny mie- 
liśmy z nim stosunek. ,,' 
Duch to\varzysKi niezmiernie był rozszerzony i sZYKowały 
się pierwiastki do siebie przystające. Nigdzie nie było ani celu, 
ani planu; jakaś niewidzialna potrzeba i zdarzenia łączyły je 
w grona mniej więcej trwa jące i ścisłe. Co Kontrym znaczył 
mimowolnie i nierozmyślnie u Wolnych Mularzy z Mikołajem 


.
>>>
NOTATKI PAMIĘTNIKARSKIE 


201 


1tIianowskim, u członków Unhversytetu z I..ele\velem, \v kahale 
z Żukowskim, \v ka pitule, w zgromadzeniach szlachty, na wybo- 
rach, zaba\vach, .projektach zjeIskim, \v palestrze z Karczew- 
skim i w późniejszych różnych towarzystwach Jiterackich i patrjo- 
tycznych i przemysłowych z Józefem Zawadzkim, Antonim Mar- 
cinowskim, Rychterem, Lachnickim (magnetystą), dobroczyn- 
ności, u Szubrawców z Ignacym Szydło\vskim, Ja kóbem Szym- 
kiewiczem, - to mi przyszło znaczyć między młodzieżą, rÓ"'llież 
bez uprzedniego celu i planu. 
Do Jeżo\vskiego należy początek uregulizowanego To\va- 
rzyst\va, które naz\vał Filomatycznem; składało się z dwóch 
wydziałów: literacko - filozoficznego, \v którym on przewodni- 
czył, i matematyczno-fizycznego, w którym ja najczęściej, za- 
czynając posiedzenie od przepraszania członków, że ono bardziej 
będzie poetyczne, niż matematyczne Urzędy były wyborcze, 
prezydent, wybierany z prze\vodników, (Jeżo\vski) składał główną 
radę z trzema radcami (Malewski, 
Iickiewicz, Pietraszkiewicz). 
Mimo usilności uczonych prezesa, brała górę poezja, u mnie, 
jakby powiedzieć, domQ\va, u. innych tłumaczona z greckiego, 
łacińskiego, niemieckiego, francuskiego. Woltera powieści tłu- 
macz ył l\1ic kie\vicz; Józefa de Berchoux G a s t r o n o m i e - 

Ia Je\vs ki. 
Poważniejsze roboty odwlekały się z roku na rok; przed- 
siębrane: encyklopedja, zbiór historyków Bretona, k
iążki ele- 
mentarne Niemcó\v. Kowale\vski z tego natchnienia 
aj"więcej 
prąc szczerych dokonał, \vytłumaczył Longina z oryginału; tłu- 
maczenie Herodota, śliczności przedziwnej, gdzieś trwoni się 
w policji petersburskiej, zabrane po nagłej śmierci wyda\vcy 
B a ł a m u t a, dowcipnego KUlako\vskiego, któremu, jako \vspół- 
koledze, Kowalewski rękopis pożyczył. Dwoma czy trzema Ja ty 
filoma tyczne posiedzenia poprzedziły T o war z y s t w o S z e- 
Ś c i u, które zosta\vało pod jego [t. j. Tow. Filomató\v] natchnie- 
niem i kierunkiem, jaki inne między. młodzieżą wszelkie; u niego 
o każdym z Filaretów wiadomość mogła być dokładna, gdyż 
każdy z nich miał obowiązek uwiadomić prezesa, do jakiego 
towarzyshva należy. Między fi10matycznem a fi1areckiem środ- 
kowało T o \V a r z y s t woP r z y j a c i ó ł , z dojrzalszych Fila- 
retów "Nypływające 'i wzór dające, rozumiejące się być nieza-
>>>
202 


TOMASZ ZAN 


.... 


leżnem. Tego, jak i tamtego, głównym i oznaczonym zamiarem 
było wspomaganie się radą, pomocą i przykładem w kształce- 
niu się naukowem, moralne m, narodowem, w oddziaływaniu 
przeci\v spiskom, re\voJucji,pati-jotycznym zarozumieniom i wspy- 


m. · 
Położenie moje u Kontryma i młodzieży łączyło mię ze 
wszystkiemi sprzecznemi i łączne mi działaniami, wiadomemi 
i niewiadomemi.. \Vilna. Przez jego natchnienia wydawałem 
kalendarzyk, tak z\vany polityczny, taryfę państ\va rosyjskiego, 
uczyłem czytać żonę Mia, nowskiego wyprawionego zagranicę, 
zbierałem składkę na podróż Józefa Sękow
kiego po Turcji, 
korepetowałem lekcje na pensji u Dąbro\vskiego TyszkiewiczoJIl 
wołożyżskim, Kamińskim, Prozorowi, Turskim; pisałem im ko- 
medję G r y c z a n e P i e ro ż k i; wprowadzony do loży [masoń- 
skiej, prawdopodobnie PalemonaJ pod prze\vodnictwem Justyna 
Biesiekierskiego, do Szubrawców pod imieniem Goniglisa; by- 
wałem na doświadczeniach magnetycznych Lachnickiego (Woj- 
ciecho\vska u X.X. Lubeckich), na amatorskich muzykach 
prof. Becu i pani Franko\vej, na balach .Karpia, X.X. Czetwer- 
tyńskich, p. Tyszkie\viczo\vej, Łopacińskiej; miałem znajomość 
z uczonymi przyjaciołami niespracowanego Kontryma: Lele- 
welem, ks. Bobro\vskim, WoUgangiem, Niszkowskim, Herber- 
skim i wielu innymi, którzy S\voją uczoność i sławę winni byli 
na jbardziej jemu, a na \vet z Pelikanem, którego siostra była 
za moilI). mińskim i mołodeczańs kim profesorem, Hołownią. 
Kontrym, zdaniem mojem, był najużyteczniejszą sprężyną 
\vidokó\v ks. Czartoryskiego o dobro kraju, który chciał wyswo- 
badzać zapomocą oś\viecenia, które m owładał i rządził. Przecież 
śmiem utrzymywać i mocno jestem \v tem przekonany, że F i- 
I a r e c i, ró\vnie jak P r z y j a c i e l e i P r o m i e n i ś c i po- 
wstali, że tak można, z siebie i za granicą wszelkich ówczesnych 
re\volucyjnych, patrjotycznych i wolnomularskich zabiegó\v i ma- 
newrów i zawsze różnili się w zasadach i sposobach, choć w celu 
się częstokroć nadprzewidzianie, spotykali. 
Zaledwie w 1821 roku dokładniejsze wiadomości dochodzić 
mogły ks. Czartoryskiego o skutkach wyraźnych i ch\valebnych 
M i łoś n i k ó w C n o t y. Więcej pięćdziesięciu uczniów \v Uni- 
wersytecie utrzymywało się ich kosztem, oś\viecało się ich poradą 


.
>>>
NOTATKI PA:\IIĘTNIKARSKIE 


203 


i porr.ocą. Uczeńsi wykładali współkolegom kur
a, których nie 
było w szkołach lub w Uniwersytecie. Jeżowski wykładał hode- 
getykę, Malewski niemiecki język, inni, co kto mógł i umiał. 
Rozprężeni czasami wpływami patrjotó\v skupić się rozumieli 
i ochronić pod postacią Towarzystwa Niedostatnich Uczniów, 
Typograficznego, które było już [pod] wpły,,:em Filaretów. Fila- 
reci działać starali się na powstrzymanie tworzenia się niewcze- 
snych i bezużytecznych gmin Oborskiego, z których, jak i z po- 
siedzeń wolnomularskich, żaden postęp korzystny nie wynikał. 
Zapewne okoliczności, w jakich ukaz, zabraniający towarzystw 
. 
tajemnych, zastał \volnomularzy różnego nazwania, .przemienio- 
nych w patrjotów, skłonił ich do korzystania z wiadomości 
o Filaretach i za krycia siebie przed poszukiwaniem Nowosil- 
cowa ich odkryciem \v przekonaniu, że \v nim nie znajdzie on 
powodó\v, jak i było, do przekonania rzeczy, iż zarząd Czarto- 
ryskiego ma widoki polityczne, wychodzące za zakres oświecenia, 
jemu \vręczonego. Kto chciał, co o nich wiedzieć, mógł to łatwo, 
albowiem nie wzbroniono było nikomu z Filaretów mówić o swych 
czynnościach w Towarzyshvie przed rodzicami i nauczycielami. 
Chodźko wiedział o F i l a r e t a c h od synÓ\V, z których Józef 
i Aleksander byli P r z y j a c i ó ł m i, toż Twardowski [rektor] 
od Michała Szyrmy i innych pińczuj{ów. O tym ostatnim młódź 
nasza, równie jak i o Czartoryskim, "najlepiej była uprzedzona. 
Malewskiego kochaliśmy przez najlepsze stosunki i zasługi dzieci 
jego, syna i córek. Tym ostatnim da\vałem lekcje i najmilsze sto- 
sunki nas z niemi łączyły. On podpisał 15 p r a w i d e ł d l a P ro- 
m i e n i s t Y c h, z których, gdy się od nich \vzbI'3;niał na rok 
następny, utaili się jako F i l a r e c i, i \v duchu im każdy sprzy- 
jał naj szczerzej i najlepszych owoców oczeki\vać miał niewątpli- 
wy powód, mimo przygan antypromienistych formalistów (Ca- 
pelli, Koro\vicki, Bartoszewicz, malarz Smoko\vski, chemik 
Fonberg i inni, u\vażający się za partję Śniadeckiego) i po- 
ważnych, a wsławionych literató"9 i praktycznych uczonych 
ludzi. 
Z tych po\vodó\v i dla tych widoków ks. Czartoryski, uprze- 
dzając Nowosilcowa zamiary, które był przeniknął, naznaczył 
komisją do wYśledzenia towarzyst\v, jakie są, a najbardziej P r o- 
m ie n i s t e g o, pod prezydencją Bojanusa, także kochanka mło-
>>>
204 


TOMASZ ZAN 


dzieży. Komisją składał z nimi ks. Kłągiewicz i.podobno Znosko 
i ktoś jeszcze. Człowiek ten pełen najczystszych chęci dla nauki 
i dobra ucieszył się z odkrycia tak jasnych celó\v i tak trafnych 
i nowych sposobó\v ich osiągania, dał najlepsze i uspakające 
o p r o m i e n i s t Y c h zdanie. Tymczasem Twardowski użył 
Chodźkę, .aby mu doradzał zniszczenie wszelkich protokółó\v 
filareckich i śladó\v, . mogących świadczyć o ich kiedy bytności, 
i nastał na ich spalenie, które się dokonało wobec niego za nale- 
ganiem i prośbą przez \vzgląd na widoki Czatoryskiego, któremu 
kopja usta\v przez T\vardo\vskiego została wręczona. Wypadek 
ten nastał kilku miesiącami przed rozpoczęciem badań u' Fila- 
retó\v,- których urzędowa egzystencja rozwiązaną została rokiem 
wprzódy przed wyprawą moją na wizytę szkół białoruskich, 
a to w celu oswobodzenia się delikatnego od członków, 'wcale nie 
odpowiadających ducho\vi i dążeniu Towarzystwa, aby \v oko- 
licznościach sprzyja jących, wedle potrzeby złożyć j e z osób 
bardziej doznanych i godnych. Pierwszem prawidłem i art y- 
kułem usta w filareckich było nie zaprzątać umysłu polityką. 
i religją jako nauką, ani się mieszać do spra\v, które obywatel- 
st\VU i ludziom dojrzałym należą, - póki są \V Uniwersytecie. 
Nie prz
chwalać się, ale owszem taić się z pracami i dobroczyn- 
nością swoją. No\vosilcow, nie najdując żadnego przedmiotu 
\v śledztwie o Towarzystwie nietylko przeciwnego prawu, ale 
nagannego, oparł swe zdanie na tem, że ono twórcy jego są tym 
niebezpieczniejsi, że źle są przeciw rządo\vi usposobieni, nieprzy- 
jazne mają zamiary i szkodlhve jemu czynności, im bardziej je 
ukryć umieją i dać im pozór chwalebny. Reforma Uniwersytetu 
koniecznie jest rychło potrzebną. Oni jej będą na przeszkodzie 
i wstręcie. 
. W książkach, naukach i pismach dają się postrzęgać życzenia 
narodowości przeszłej, \V wierszach brudnych Jankowskiego, 
w pismach Czeczota, \V seksternach i \vypisach Suzina; że 
. o narodowość chodziło, ś\viadczył Janko\vski i nie zaprzeczał 
Malewski. Chociaż chytry Zan dowodził, że jeśli duch Towa- 
rzyshva wyda je się narodowym, to pochodzi stąd, że ono skła- 
dało się z większej liczby Polaków, z przyjęciem narodowość 
żadna nie miała się na względzie, ruskich było kilku (Dudin).
>>>
NOTATKI PAMIĘTNIKARSKIE 


205 


Wcale to narodowość nie wynikała z celu i usta\\", które dążyły 
najbardziej do nauki i cnoty nabycia, wczas ku temu najprzy- 
jemniejszy. 


........................... . 


-. Nie mam dosyć miejsca wyłuszczać tu cudo\vne szczegóły, 
które sprowadziły w jedną myśl i uczucie o50by prawie różnego 
wieku, ale z różnych przechvległych stron litewskiej i ruskiej 
Polski. I tak każdy, różnie \v ciele, w sercu, \V duszy odlany, 
ta k różnie urodzon y, wychowany i uczony, że , gdyby nie Opa trzno- 
ści wola, czuwająca nad losami dzieci tylu przodkó\v świętobli- 
wych, króle\vskich, szlachetnych, bogobojnych i ludzkich, szcze- 
rze i zupełnie chrześcijańskich, wiernych i bitnych członków 
powszechnego Kościoła, jedynych obywateli prawdziwie oświe- 
conych Rzeczypospolitej, słowem bożem wyzwolonych, nie 
możnaby inaczej pojąć tych, tak różnorodnych pierwiastków 
w zjednocze
iu. Przecież każdy z tych pierwiastków był czysto 
narodowym polskim. f. nikomu, a raczej \vszystkim, należy przy- 
pisać początek tych wypadkó\v i \vrażeń, które imieniem mojem 
przezwane, tyle u ziomków znalazły współczucia, taką je ota- 
czały niezasłużoną ch\vałą, tyle mi sprawiły niewypowiedzianie 
miłych wzruszeń wdzięczności, że za powrotem moim z pustyń 
kirgiskich, od gór baszkirskich, czułem się być \vszędzie na Li- 
twie i na Rusi synem czcigodnych ma tek i rodziców, bratem 
ukochanej rodziny, nauczycielem dziatwy, sługą i gospodarzem 
kraju. 


.
>>>
. 


. 


.
>>>
EDWARD TOMASZ MASSALSKI 
Z PAMIĘTNIKÓW (1799-1824) 


.
>>>
.. 


- 


.
>>>
. 



 
e d...... 


_t 
t.... . 
V" I 


... 



.- 

 
- 

t=I 
... 
1-- 


\ 


( 
 I 

 I 
Ił 
. ji 

 . 


. .. 
. J
 
. 
! i ' 
. t. 
_. 
 
'-'.... . 

n - 1 
iiiR. 


I 
.. .
 
., 
'{- 
1- 'I 
. 

'1 

 
! 


'" 
.. 
i' 
I 
r - 
\ 

 
... " 
.. 


\ 
. 

I- 
!Ił i- 
ł 

 - 
r. .. 
.. 


fqJ 


H..ł 
m:& 
EłIJ 
l!. 


: ' 


fRf 


j. 


.' '" 




 
S 
.... 

 

 


. 


. .' .
 
Co ..,-. 
... ., 


. "" 


.. 


. 
..... 



 . 


-.. 
... 
. 


_. 


.. 


". 
)..\ 
. . 
 '1'\.
;., 

'1' 


. ł' 
i 

 


l' 
,. . 
i 
. I 
-3 t 
 
t 
t' .1 
\
 , , 
I I , 

 
- 
...l- 
.,. ,. 
.. 

 


, 
. 


r 
... 


A

' . 
..(... ;.. 

.ł 
 ?p. 
"''''',. . 
, ' . . ,. 'ł 


'

i ,. 
. ,'. 
i't ,0: ' 
",,' ..' 
, 


-1 
'ł 
1, 
r' 
i 


" 
ił' . 


',. 
f( ,. 
" , 


, i 

 


Ił 


. . 


J 


:..... 


" 


.. 


.: 



 
.\,) 

 
..:t 

 
.
 

 

 
.... 

 

 
.
 

 
C 
...... 
t:::s 

 

 

 
--C 
... 
- 

 

 

 
b.() 


.
 
.... 

 

 
...... 

 

 

 


.. 

 
.
 

 
.... 

 

 
.", 
--C 
\,) 
t:::s 
""- 
ci:
>>>
Edward Tomasz Massalski, urodzony dn. 23 września I799 r. 
w Rudawce pod Nieświeżem, był syne1n Onufrego, b. 1najora wojsk 
polskich. b,ygady petyhorskiej, następnie pisarza ihul1'telzskiego 
sądu ziemskiego, i Katarzyny z Korbutów. Tomasz wraz z braćmi, 
Józefem i Karolel1t, i siostrą, Salomeą, kształcił się najpierw w do- 
mu rodzicielskim, otoczony dostatkiem i licznem, a doborowem to- 
warzystwem; jednym z guwernerów młodych M assalskich był 
Muśnicki, brat Nikodema, jezuity, autora osławionej P u ł t a w y. 
Czasy dzieciństwa, życie rodzinne, typowe dla tego okresu na Li- 
twie, stosunki towarzyskie i obyczajowe barwnie maluje w swych 
wspomnieniach. Rok IBI2-ty, pochód wojsk napoleońskich i tra- 
giczna rejterada, złudne marzenia o powrocie Napoleona - wszystko 
to znajduje żywe odbicie na kartach pamiętników M assalskiego. 
Nadchodzą lata szkolne, najpierw w szkole jezuickiej w kIohylewie, 
gdzie wśród celujących uczniów widzimy obu kI ass als kich, pote1n 
w Akademji Połockiej, której stosunki i brutalną przez rząd ro- 
syjski kasatę z niekłamaną oPisuje sy"!patją i współczuciem. 
Dalsze karty wspomnień zapełniają czasy pobytu M assalskiego 
w Uniwersytecie JVileńskim na wydziale nauk moralnych i poli- 
tycznych, dzieje towarzystw młodzieży, zwłaszcza Filaretów, do 
których błękitnego grona należał Massalski, wprowadzony przez 
] ako'ba Jagiellę. N ajwięcej miejsca 'udziela historji prześladowa- 
nia, procesu i więzienia; oględnie, jakby z tendencją rehabilitacyjną, 
oPowiada o zagadkowym postępku swego brata, ] ózefa, który po- 
średnio przyczynił się do ujawnienia towarzystw wileńskich. Tę 
część pamiętników kończy przytoczeniem charakterystycznych szcze- 
gółów o korupcji w stosunkach uniwersyteckich za rządów kura- 
torskich Nowosilcowa i rektorskich Pelikana. 
Podejrzany o sprzyjanie powstaniu w r. IB3I, dzifJki jednak 
szlachetnemu wstawiennictwu mińskiego gubernatora wojennego, 
z fi] areckiego świata. 14 
# 


. 


. 


.
>>>
- 


210 


EDWARD MASSALSKI 


. 


Sergjusza Stroganowa, został uwolniony od wszelkiej odPowie- 
dzialności i mógł w r. I832 wyjechać do Petersburga, gdzie zna- 
lazł niebawem posadfJ w komisji do porównania miar rosyjskich 
z zagranicznemi, utworzonej przez Kankrina przy Ministerstwie 
Finansów. W Petersburgu zetknął sifJ z liczną kolonją polską, 
wszedł w stosunki z ówczesnym światem literacki11'l, był czas jakiś 
redaktorem wydawanego przez Józefa Sękowskiego tygodnika p. t. 
B a ł a m u t, oraz współpracownikiem T y g o d n i k a P e t e r s- 
b u r s k i e g o. Równocześnie nie zaniedbywał pracy, którą był 
jeszcze w lVilnie rozpoczął, nad powieścią p. t. P a n P o d s t o l i C J 
a l b o c z e m j e s t e ś m y, c z e m b y ć m o ż e m y (Wilno 
i Petersburg, I83I - 33, 5 t.); jest to, zdanien'l Piotra Chmielow- 
skiego, pierwsza nasza powieść społeczna. Autor nazwał utwór 
swój "romansen1- administracyjnymU, osnutym na tle stosunków 
włościańskich, zwłaszcza w dobrach znanego ze swej humanitar.nej 
działalności Dominika M oniuszki w powiecie ihumeńskim. Po- 
wieść tfJ uważał Massalski za dalszy niejako ciąg P a n a P o d- 
s t o l e g o Krasickiego. W trzech pierwszych tomach wystawił 
nędzę i ucisk chłopa białoruskiego, ruinfJ majątków szlacheckich 
wskutek złego zarządu, życia nad stan i próżności, wreszcie nędzny 
stan miasteczek naszych pod względe1n przemysłu i handlu; - 
w dwu następnych skreślił "ideałyu, t. 1- 11'lajątek Pana Podsto- 
lica, który oswobodził i oczynszował swoich włościan, zaprowadził 
płodozmian, zakładał fabryki, potrafił zużytkować ludność żydow- 
ską w pewnych działach pracy, tworzył kasy oszczfJdności i t. P'J 
słowem, uczynił dobra swoje i sąsiadów, którzy poszli za jego przy- 
kładem, kwitnącemi. 
Po opuszczeniu Petersburga Tomasz Massalski zarządzał 
dobra11ti Lubomirskich na W ołyni'lt, odbywał częste podróże, np. 
do Odesy, dokładnie poznawał stosunki włościańskie w okresie 
zaprowadzania t. zw. inwentarzy bibikowskich. W r. I853 prze- 
niósł sifJ do Warszawy, gdzie otrzymał posadę urzfJdnika w Bibljo- 
tece Głównej. Żonaty był z Pa'ltliną Nowosielską. Zmarł 
dn. 28 czerwca I879 r. w. Louvain, w Belgji. 
Oprócz P a n a P o d s t o l i c a, który wyszedł również w prze- 
kładzie na jfJzyk rosyjski (P a n P o d s t o l i c, r o m a n u j e z d- 
n y j, tłu.maczenie Pawła . Gajewskiego. Petersburg, I832-33, 
4 t.), ogłosił drukiem prace nastfJpujące: T a b l i c e" p o r ó w- 


.. 


.
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


211 


n a w c z e w s z y s t k i c h w i a d o m y c h m o n e t, wag 
i m i a r, w y r a c h o w a n y c h n a m o n e t y, wag i i m i a- 
r y n o w e I r a n c u s k i e, n o w e p o l s k i e i r o s y i- 
s k i e (Petersburg, I834 - też po rosyjsku; zob. " W i z e r u n k i 
i r o z t r z. n a u k." Wilno, s. 1. VIII, I26); " W Y c i ą g 
z g r a m a t y k i P o l s k i e i (Wilno, I849); O s kar b a c h 
słowiańskich a szczególnie o gramatyce i
- 
z y k a p o l s k i e g o u wag i (Warszawa, I8S3): P r z e s t r 0- 
g i d l a m ó w i ą c y c h i P i s z ą c y c h P o P o l s k u (War- 
szawa' I8S7); G r a m a t y k a i ę z y k a p o l s k i e g o (War- 
szawa' I8S8; wyd. skrócone, tamże, I8S8); G r a m a t y k a i ę- 
z y k a p o l s k i e g o, d o .w y m a g a ń i n a t u r y b r z m i e ń 
i e g o z a s t o s o w a n a (Paryż I867); nadto przełożył z fran- 
cuskiego dzieło Augusta Nicolasa p. t. W Y w ó d p r a w d y 
c h r z e ś c i i a ń s k i e i z e s t a n o w i s k a F i l o z o f i i, 
D o g m a t u i H i s t o r y i (pod pseudonimem R. Michalskiego, 
Warszawa, I8S6; wyd. drugie w Wilnie, I87o-7I, 2 tomy),. 
wiele artykułów z zakresu gospodarstwa i przemysłu leśnego po- 
mieszczał (cz
sto pod pseudonimem Antoniego Odrowąża Kamiń- 
skiego) w D z i e n n i k u W i l e ń s k i m i T Y g o d n i k u 
p e t e r s b u r s kim. 


. 


14*
>>>
... 


.
>>>
.. 


. 


I 


Ojciec mój, Onufry, major wojsk polskich, służył w bry- 
gadzie petyhorskiej drugiej, a po rozbiorze kraju w młodym 
jeszcze wieku osiadł na wsi w słuckim powiecie, w dobrach Naczy, 
będących własnością dziada mego Tomasza, pułkownika wojsk 
polskich. Matka moja, Katarzyna, była córką Leona Korbuta, 
który po klęskach, poniesionych w czasie wojen, musiał sprzedać 
swe dobra Druckowszczyznę w nowogródzkim powiecie i umarł, 
zostawiwszy żonę, Eleonorę z Mackiewiczów, i dwie córki: star- 
szą, która potem wyszła zamąż za ]achniewicza na Ukrainie, 
i moją matkę, na opiece u synowca swego, którego sam hodo\va}, 
Józefa Korbuta, później marszałka nowogródzkiego, mieszka- 
jącego w powiecie nowogródzkim w dobrach pojezuickich, prze- 
zeń nabytych, Rudawce pod Nieświeżem. M
 tka ojca mego 
była z domu Ochotnicka, córka obywatela w Augustowskiem; 
krewni jej, Hordynowie, Olszewscy, mieszkali w nowogródzkim 
powiecie. Rodzicie moi pobrali się w Rudawce. Po ślubie prze- 
nieśli się na mieszkanie do Godlewszczyzny, należącej do dóbr 
Naczy, a puszczonej ojcowi memu przez jego ojca. Na urodziny 
jednak moje zjechali do Rudawki i tam ja przybyłem na świat 
12 września 1799 r. w oficynie, która była zbudowana w sposób 
ldaszt,orku, z korytarzami, celami i z kaplicą pośrodku. ;:hrzciny 
moje odbyły się z wielką pompą, jak to wskazuje poczet kumów, 
zapisanych w mojej metryce chrzestnej. Wujaszek mój bowiem, 
Korbut, zakrawał na pana, a lubo bardzo rządny i pomnażający 
I fortunę, lubił "'"ystawę i gości,. których zawsze była pełna Ru- 
dawka, i do matki mojej był przywiązany serdecznie, jakby 
rodzonym był bratem. 
Nie wiem już, kiedy przewieziono mnie do Gocllewszczy- 
zny czy do Naczy; a dziada mego pamiętam tylko z wąsów 


.. 


.
>>>
, 


214 


EDWARD MASSALSKI 


, 


białych, które mi się wraziły, kiedy leżał w trumnie na kata- 
falku w sali nackiej: miałem wtedy rok trzeci. Drugi tak- 
że szczegół z owego prawie czasu pamiętam, że stałem za 
piecem na pokucie zato, że nie mogłem wymówić Z, kiedy 
mnie uczono czytać. Bo od końca drugiego roku zaczęła się 
już dla mnie ta męka; w czwartym miałem już dyrektora, Opa- 
nowicza, który zaczął mnie uczyć łaciny i arytmetyki, - tudziel 
bonę Hanyżową, która mnie dręczyła gramatyką niemiecką Got- 
szeda. Przez dwa lata wyuczyłem się jej napan1ięć, ale tak się 
do niemiecczyzny zraziłem, że potem już żaden nauczyciel 
nigdy mnie do niej zachęcić nie potrafił. Francuszczyzna zręcz- 
niej poszła: w szóstym roku miałem guwernera Witorskiego, 
od którego wiele skorzystałem, tak w tym języku, jak w aryt- 
metyce i geografji. Pamięć miałem lotną i pojęcie bystre. Ale 
swa wola była nie ukrócona : to też niemało miałem wypadków 
z psami i z rówieśnikami, którzy nieraz mnie pokaleczyli, chociaż 
w6zyscy"oni mnie obawiali się, bo za lada co natychmiast biłelll 
się. W czwartym roku mego życia odbyłem z rodzica mi podróż na 
Ukrainę do Korostyszowa, gdzie jachniewicz, szwagier ojca 
mego, był plenipotentem u Olizara. Z tej podróży to tylko 
pamiętam, że gdzieś za Pińskiem widziałem zakopywaną do 
rowów szarańczę, w Korcu fabrykę porcelany, gdzie zakupiono 
dla mnie jakieś zabawki porcelanowe, a w Korostyszowie, że 
pierwszego dnia po przyjeździe w gościnę dostałem porządnie 
rózgami zato, że na wstępie wybiłem ciotecznego brata mego, 
Feliksa jachniewicza, starszego ode mnie dwo11la laty, pokłó- 
ciwszy się z nim ° babkę naszą, którą każdy z nas chciał nazywać 
wyłącznie swoją. 
W 1806 roku rodzice moi, \vydzierżawiwszy już przedtem 
Nacz Okołowowi, teraz oddali też w dzierżawę Godlewszczyznę 
Karolowi Massalskiemu, synowi joachima, który z braćmi swymi, 
Robertem i józefem, mieszkał wówczas w drugiej Naczy, swojej 
dziedzicznej, w sąsiedztwie z naszą. Sami zaś, zabrawszy z sobą 
mnie, brata mego józefa, siostrę naszą Salomeę i guwernera 
naszego Witorskiego, przejechali w jesieni na mieszkanie do 
Wilna. Słyszałem potem od ojca, że przyczyną tego przejazdu 
było to, iż ojciec miał być pełnomocnikiem u Michała Ogińskiego, 


óry uprzednio, za rządu jeszcze polskiego, będąc mianowany 


. 


.
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


215 


,. 


posłem do Holandji, wybrał był sobie ojca mego na sekretarza; 
ale do tego poselstwa nie przyszło. W tej podróży do Wilna 
zajeżdżaliśmy do Olszewskich w Starzynkach, pod SJonimem. 
Olszewski był żonaty z Ochotnicką, ciotką ojca mego; z tego 
małżeństwa był Onufry, rówieśnik i wielki przyjaciel ojca mego. 
Po śmierci Ochotnickiej Olszewski ożenił się z drugą, której 
nazwiska nie pamiętam, i, z niej zostawiwszy synów Ignacego 
i Wincentego, sam umarł. Podczas tej bytności naszej w Sta- 
rzynkach byłem świadkiem staroś\vieckiej hulanki, kiedy męż- 
czyźni podochociwszy pili zdrowie z trze\vików pani Olszewskiej 
i mojej matki, a nam i młodym Olszewskim kazaJi nóżki dam 
całować. Byliśmy następnie \v Zyrowicach u cudownego obrazu 
Najświętszej Panny, a stamtąd już ruszyliśmy przez Słonim 
pocztowym traktem do Wilna, wymijając bezustannie ciągnące 
wojska rosyjskie, które \vtedy śpieszyły do Prus przeciw Napo- 
leonowi. 
W Wilnie zamieszkaliśmy w domu, należącym naó\v- . 
czas do Dąbro\vskich, na placu Ś. 1\lichalskin1 \V rogu, prawie 
przeciw uniwersyteckiego domu, w którym później były sale 
chemiczne. Mieszkanie mieliślllY na piętrze od placu. W tymże 
domu z tyłu na dole mieszkał adwokat Gorecki, bez nogi, z który In 
rodzice moi zabrali znajon10ść, a my z jego synami: Antoniu1 
i józefem, starszymi od nas. Córki tego Goreckiego były: jedna 
za Melchjorem Wańkowiczem, dziedzicem Kałużyc w Ihumeń- 
skiem, z którym później sąsiadowa1iśu1Y, mieszkając w Bie- 
liczanach, druga za Wysogierdem najprzód, a następnie za bli- 
skim krewnYJii. swoin1, Ludwikiem Zambrzyckim, który umarł 
w Paryżu w 1832 f. Drugą znajomością, której pamięć z owych 
czasów z Wilna \vy\viozłęm, był dom Strumiłów. Sam był se- 
kretarzem Deputacji Szlacheckiej; żona jego słyn
ła z piękności 
i z moją matką była w wielkiej zażyłości, a córka ich jedynaczka, 
panna józefa, dwoma laty starsza ode mnie, bawiła się z nan1i 
w batalje i konie. Później, w I820 r., przybywszy do Wilna 
na Uniwersytet, śpieszyłem przypomnieć się tej rodzinie; pani 
Strumiłowa już była druga, bo tamta umarła, a panna józefa 
nieba rdzo się uradowała z przypomnienia zabaw z 1806 roku. 
Wilno było \vówczas huczne i bogate; ceny produktów były 
niesłychane: beczka żyta 30 rubli, faska masła 15 rubli. Panowie
>>>
216 


EDWARD MASSALSKI 


z całej prowincji, przyłączonej od Polski, do niego się na zimę 
zjechali; przepych był w ekwipażach i strojach; samych sklepów 
z brylantami liczono dziewięć, a na jsła wniejszy niejakiego Rej- 
znera; na ulicach i placach kilkaset karet do na jęcia; trakt jer 
Millera miał codzień stół nakryty na dwieście osób; obiad po 
dukacie, a docisnąć się było trudno. Kiedy pani Millerowa wy- 
jeżdżała na podwieczorek do jakiej willi za miasto, kilkadziesiąt 
karet jej towar.zyszyło. W każdym domu w sali stół zasypany 
kupami złota, i gra szalona bezustanna w faraona. Kiedy dukat 
spadł na podłogę, to już go nikt nie podjął, należał do lokajów; 
za karty lokajom dukatami płacono: to też oni panoszyli się. 
Nasz Filip, poddany rudawski, zebrał przez zimę siedem tysięcy 
dukatów i na wiosnę drapnął za Niemen w Augustowskie, gdzie, 
jak później słyszałem, kupił dobra i został obywatelem. Po- 
życzki wtedy były bardzo łatwe: od słowa przesypywały się 
ogromne sumy, a nikt nie oszczędzał; przetoż po upadku owych 
cen, które podtrzymywał systemat kontynentalny, gdy prawie 
nagle znikły pieniądze na Litwie, większa część szlachty ujrzała 
się obarczoną długami, które pier\vej za nic poczytywała, ceniąc 
s\ve dobra podług ogromnej ceny produktów, a które po upadku 
cen i wartości dóbr przywiodły prawie całą Litwę do bankruchva 
i stały się powodem najhaniebniejszych eksdywizyj. Prawie 
wszystkie większe dobra zostały wtenczas przez nie rozszarpane 
na cząstki, a te następnie przez nowe eksdywizje na mniejsze 
znowu czą
teczki. Ale w końcu 1806 r. i w 1807 nikt jeszcze 
tego upadku nie przewidywał. Szlachta marnotrawiła złote 
dochody, najwięcej na karty, a szlachcianki na stroje, ubiorki, 
brylanty. Kupcy obcy i Zydzi bogaciJi się, wymagając także 
cen bajecznych za swe towary. Pamiętam, matka moja kupiła 
jakiś perkal na suknię, nazywany persem, i płaciła po dwadzieścia 
złotych za łokieć. Z tego można brać miarę, co materje, szale, 
koruny, gazy i inne pajęczyny kosztowały. Wilno też było 
świetne, bale bezustanne, zwłaszczą kiedy przybył tam cesarz 
Aleksander, młody, grzeczny, lubiący zabawy. Nie zapominał 
on wprawdzie o swoich interesach, głaszcząc Litwinów. Zgro- 
madzonej szlachcie oświadczył, że potrzebuje pieniędzy na wojnę, 
a zatem czy nie podobałoby się im postąpić na jeden rok podatki, 
równe z innemi prowincjami Cesarstwa. Miała bowiem Litwa
>>>
- 
Z PAMIĘTNIKÓW 


217 


przyrzeczenie. od Katarzyny przy zaborze kraju, że podatki 
dawniejsze nigdy podwyższone nie będą, a były nic nie znaczące: 
bo podobno po złotemu z dymu wynosiły. Szlachta obecna 
przyzwoliła na wniosek cesarski: więc, ani pytając się już nie- 
obecnych, porównano we wszystkich gubernjach przyłączonych 
podatki z rosyjskiemi, ustanawiając je z liczby dusz poddanych. 
Wówczas to jeszcze przy niezmiernym napływie pieniędzy nie 
wydało się ciężkiem; ale następnie, kiedy, już nie czekając po- 
nowienia ofiary, rząd samowolnie te same podatki na rok drugi 
i nadal egzekwować zaczął, a dochody z dóbr upadły, zastękała 
Litwa pod tem brzemieniem, które na za wsze pozostało. 
Wkrótce po pierwszych bitwach w Polsce i w Prusach ujrze- 
liśmy jeńców francusKich w Wilnie; wprawdzie w małej liczbie, 
jakby tylko dla próby pokazanych. Wszystko, co żyło w mieście 
i w okolicach, ubiegało się o szczęście ugoszczenia Francuzów. 
Obsypywano ich pieniędzmi i wszystkie potrzeby ich uprzedzano: 
bo wszyscy na Francuzach i Napoleonie pokładali nadzieję 
przywrócenia Polski. Jaki duch panował "między starszymi, 
takim i młode pokolenie zapalało się. U nas cała zabawa była 
ustawiać szeregi żołnierz ów cynowych na wielkim stole w sali, 
dwa \vojska: francuskie i rosyjskie, i wyda\vać batalję. Fran- 
cuskiem wojskiem dowodził Na pol eon, cynowy żołnierz większy 
od innych, z chorągwią, a rosyjskiem jakiś kaduk z bębnem, 
którego nazywaliśmy Bennigsenem. My z bratem na przemian, 
obierając sobie wojsko, strzelaliśmy do przeciwnego ze strzelbek, 
zrobionych z piszczelów gęsich, kulami z marchwi. Tego wojsko 
przegrywało batalję, który miał więcej żołnierz ów obalonych 
kulami przeciwnika. Ale bywało w zapale, że strzelec rosyj- 
skiego wojska pomagał przeciwnikowi, a do Napoleona żaden 
mierzyć nie śmiał. 
Raz wypadek szczególniejszy przy tej zabawie - o mało 
nie naraził rodziców naszych na wielką biedę. Kiedyśmy 
sobie wydawali batalję, któryś z nas trafił w Bennigsena. Więc: 
"Ura! Bennigsen za bity! Moskal, szelma, Bennigsen zabity L. II 
Aż wtem otwierają się drzwi od przedpokoju i żywy Bennig- 
sen wchodzi. Bywał on u moich rodziców, bo wtedy ojciec 
targował u niego dobra Sawejki, przyległe Naczy. Usłyszaw- 
szy te nasze wywoływania, uraził się generał, i nie wiem 


'-
>>>
. 


. 


218 


EDWARD MASSALSKI 


już, jakim sposobem ojciec go ułagodził, za prowadziwszy do 
ba\vialnego pokoju. Ale Sawejek ojciec nie kupił, czego potem 
bardzo żałował; ani drugich dóbr, które targował pod Wilnem 
u Kontrymów: bo kilkadziesiąt tysięcy, które w owym czasie 
użyczył na parę dni niejakiemu Lugajle, nieoddane i potem 
przez Luga jłę przekazane na RadziwiłłÓw żyrmuńsk ich , zami- 
trężyły ten projekt nabycia dóbr. A podobno nieszczęśliwy 
wypadek pochłonął resztę kapitału, wziętego zgóry za kilko- 
letnią dzierżawę Naczy i Godlewszczyzny, i zdaje się jeszcze 
z przewyżką jakąś na kredyt. Zatem na wiosnę 180 7 L, kiedy 
i układy z Ogińskim nie doszły, wyjechaliśmy z Wilna do Godlew- 
szczyzny, której dzierżawę Karol Massalski napowrót ojcu 
ustąpB, przestając na rewersie za kapitał, na nią zaliczony, co 
potem ojciec z intrat wypłacił. 
Przed \vyjazdem z Wilna zaszedł był dla mnie i dla 
mego brata jeszcze jeden wypadek, który stał się niejako 
przepowiednią przyszłych naszych losów. Że byliśmy bardzo 
swawolni, a przeto i lekcje często cierpiały, rodzice, wymy- 
ślając różne skarcenia, straszyli nas niekiedy oddaniem 'v re- 
kruty. Raz więc, kiedyśmy przebrali w czemś miarę, nasrożyli 
się, że już nas chcą wyprawić: ubrano nas płaczących \v jakieś 
kurteczki i kazano zaprzęgać konie dla odwiezienia nas do ko- 
mendanta rekrutów. Łzy i wypraszania się nie pomagały; \vy- 
ciągnięto już nas na schody, gdzie dopiero przy powozie matka 
\vyprosiła u ojca odroczenie kary, dając nam czas do popra\vy. 
Nie pamiętam już, jakeśmy się poprawili, ale potem w 18 2 3 r. 
ta pogróżka rodzicie]ska smutnie spełniła się na Józefie, a ja 
ledwo ocalałem, o czem na swoj ero miejscu wyłuszczę. 
Nacz pozostała w dzierżawie u Około\va, przy którego synach 
był wówczas gu\vernerem Oczapowski, późniejszy profesor gospo- 
darstwa w Wilnie i następnie dyrektor Instytutu marymonckiego. 
Znajomość moja z nim datowała się od Naczy, chociaż mało go 
pamiętałem, i dopiero później przypomnidiśmy się. Nauki nasze 
w Goillewszczyźnie szły swoin1 porządkiem przy \Vitorskim, 
a swawole i bójki z rowieśnikami s\voim porządkiem. Zgroma- 
dzenia nasze dziecinne bywały liczne: Okołow miał kilku synóW, 
w drugiej Naczy było dwóch Wołków, krewnych Karola Mas. 
sa]skiego, jednego prawie z na n1i wieku, Karol i Marcin; nieco
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


219 


dalej, w Nowosiółkach mieszkaJi Poradowscy, On sam był wtedy 
sprawnikiem słuckim; urodzony na Białejrusi, odstawny rotmistrz 
od ułanów-rosyjskich, przystojny i zręczny, podobał się siostrze 
ojca mego, Katarzynie. Dziad mój nie chciał jej wydawać za 
niego, jako za oficera rosyjskiego; ale ciocia uciekła i wzięła 
ślub z Poradowskim. Dziad mój odmówił jej zato posagu, lecz 
po jego śmierci mój ojciec odstąpił jej za posag sun1ę, u]okowaną 
przez dziada u Józefa Radziwiłła, \vojewody trockiego, na za- 
stawie Nowosiółek. Poradowscy więc objęli ten folwark; później 
z zasta\vu przeszli na oblig prosty. I ta suma pod dziś dzień 
ugrzęzła w masie kleckiej Leona Radziwiłła, równie jak i posag 
drugiej ciotki mojej, Antoniny, którą dziad mój wydał za sę- 
dziego Wierzejskiego, mieszkającego w Urwiedzi za Kleckiem. 
Wierzejscy mieli czterech synów i córkę, Poradowscy trzech 
synów i dwie córki, wszystko. w bliskich z nami latach. Zjazdy 
więc, jako między familją, były częste, a między nami zabawy 
i bitwy. Sam rodzaj zabawy usposabiał nas do bójek: pospo- 
licie bawiliśmy -się w musztrę; mieliśmy pałasze i karabinki 
drewniane; trzebaż było próbować się to w bagnety, to w pała- 
sze, a owocem tego były gęste sińce i guzy. Zimą śnieżki były 
ulubione, a pod wiosnę, kiedy śnieg zaczynał tajać, naj milsza 
była swa\vola wpychać się nawzajem w jamy, pełne \vody pod 
śniegiem. I jakoś rześko się wyskaki\vało i ze śmiechem z takiej 
kąpieli. 
Na początku jakoś IBoB r. Poradowski był w Mińsku 
i za powrotem zaczął namawiać ojca do kupna Bieliczan w po- 
wiecie ihumeńskim. Opowiadał, że to przepyszne dobra, złote 
jabłko, że trzysta włók gruntu, z którego większa połowa pod 
lasem towarnytn; że chłopi, trzysta kilkadziesiąt dusz męskich, 
są bardzo bogaci, mają po kilkadziesiąt koni, lecz gospodarstwo 
folwarczne opuszczone; bo to dobra odebrane od bazyljanó\v wileń- 
skich, którzy po zakordonowaniu mińskiej gubernji nie chcieli przy- 
sięgać na poddaństwo Rosji; darowane jenerałowi kozackiemu, 
Sieluńskiemu, którego syn sprzedał je Miezieńcowo\vi, sekreta- 
rzowi przy gubernatorze mińskim, Karniejewie ; ale że Miezień- 
cow także nie gospodarz, nie umie ocenić tego złotego jabłka 
i chce kupić inne dobra większe, Lenczyce, w mozyrskim powie- 
cie; zatem Bieliczany ma do sprzedania, i w porównaniu ich 


.
>>>
220 


EDWARD MASSALSKI 


wartości za małą cenę, za nic prawie, bo tylko za czterykroć 
sto tysięcy złotych, kiedy sam las towarny w tych dobrach wart 
bez porównania więcej i, sprzedany Żydom, wróciłby w jednym 
roku wydane na kupno tych dóbr pieniądze. Poradowski był 
przywiązany do mego ojca; wątpię tedy, żeby przez jakiś oso- 
bisty interes podawał tę radę; ale był łatwowierny, a do tego 
zosta wał pod wpływem pana sekretarza gubernatorskiego , trzę- 
sącego wówczas gubernją. Może więc być, że, najniewinniej 
uwierzywszy słowom chcącego sprzedać Bieliczany, a przytem 
chcąc jemu i ojcowi zrobić przysługę, gardłował za tym projek- 
tem. Ojciec mój poczytał to za szczęśliwą zręczność poprawienia 
swych interesów, podupadłych w Wilnie; pojechał natychmiast 
obejrzeć Bieliczany. A tam nasadzony na niego plenipotent Mie- 
zieńcowa Złotogłów, także Rosjanin, dokompletował oszustwa. 
Pokazał wprawdzie ojcu mnóstwo ciągła u włościan, w które 
oni rzeczywiście byli zamożni, mając ogromne zarobki leśne 
w tamtych stronach; pokazał dogodne spławy na Uszy i Bere- 
zynie, a na mapie ogromną przestrzeń lasów. Ale kiedy przyszło 
. 
do obejrzenia ich w naturze, obwoził ojca po cudzych puszczach, 
których siedem schodziło się klinami w jednym punkcie pod 
folwarkiem Wedreckim, należącym do Bieliczan. Cudze te pełne 
były towarnego drzewa, lecz rozróżnić je w granicach od bieli- 
czańskich zimą i niewiadomemu było trudno, chociaż i konfron- 
tując z mapą. Od rozpytania się zaś u sąsiadów Złotogłów po- 
trafił zastrzec. Owszem, jeden z nich wysoki na wet urzędnik 
od o bywa telstwa, który, niby nie wiedząc o bytności ojca, nad- 
jechał do Bieliczan, zapewne uproszony od Miezieńcowa, najwięcej 
przyczynił się do utwierdzenia ich podań; sam bowiem zagajał 
umowę ze Złotogłowem, okazując chęć nabycia tych dóbr, i la- 
sów nie podawał w wątpliwość. Tym podstępem dojechali ojca. 
Bojąc się, żeby ów sąsiad, lub kto inny nie uprzedził, pośpie- 
szył ojciec do Mińska na przypadające wówczas kontrakty i z Mie- 
zieńcowem umowę zawarł. Warunek był, że na tych kontrak- 
tach ojciec za płaci trzy1croć, a sto tysięcy na przyszłych za rok. 
Dla zebrania więc umówionej sumy wypuścił w zastaw Nacz 
z Godlewszczyzną Ksaweremu Czarnockiemu za 260 t., oddzielny 
folwarczek swój blisko Naczy, Hulicze, zastawił Packiewiczo wi 
za 16 t., dopożyczył jeszcze u Korbuta 30 t. i u Niedźwiedzkieg o ,
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


221 


z którym razem w wojsku służył, 20 t. Wypłacił więc Miezień- 
cowowi 300 t. a przewyżkę pożyczki wydał na poszliny rządowe 
i na porękawiczne Złotogłowowi. I cieszył się nadzieją, że przez 
rok, \vyprzedawszy las, uzbiera zasób na opłatę wszystkich 
pożyczek i zostanie panem czystych Bieliczan i Na czy. Było 
wielkie podobieństwo do tego, bo nieco przedtem tak samo 
udało się zrobić fortunę kilku nabywcom dóbr w Ihumeńskiem, 
mianowicie Łukaszewiczowi w Brodcu, Pawlikowskiemu w Nie- 
siecie, Rogowskiemu w Osmołówce, i innym. Ale tam rze- 
czywiście były lasy, w Bieliczanach zaś już Sieluński je wy- 
pustoszył. 
Ojciec, żwawo z tą facjendą uwinąwszy się, powrócił do do- 
mu przygotowywać się na przenosiny do Bieliczan, uszczęśliwiony 
z pomnożenia, jak mniemał, fortuny. Utyskiwali na ten pośpiech 
i rezulta t interesu tego 1crewni, nam przychylni, zwłaszcza Wie- 
rzejscy, Hordynowie, brat mego ojca, Ksa\very, który po podziale 
kupił sobie blisko Naczy niewielki folwark Kiernożyce, i szcze- 
gólniej przywiązana do matki mojej żona jego, Laskowska 
z domu, bardzo rozumna kobieta; chociaż wszyscy może bar- 
dziej opierając się na jakiemś przeczuciu i na niedowierzaniu 
w zdat:lie Poradowskiego. Ale i drudzy, znający lepiej owe strony 
bieliczańskie i Miezieńcowa, a między tymi i Korbut, zapowiadali 
zły koniec temu obrotowi. Korbutowi zaś nad innych wierzyć 
można było, bo to człowiek praktyczny, sam dorobił się znacznej 
fortuny rządnością w gospodarstwie i przezornością w interesach; 
lubo i on wkońcu pobłądził, zaufawszy zbytecznie Radziwiłłom. 
Ale naówczas i przez całe życie, .aż do katastrofy z Radziwiłłami, 
był jakby wyrocznią między szlachtą grodzieńskiej i mińskiej 
gubernji. Rudawka była zawsze pełna szukających u niego 
porady w interesach i stosunkach na wet oso bistych. Względem 
ojca późne to wszystko były już narzekania i nagany; interes 
był skończony, nie było sposobu cofnąć się; należało więc tylko 
egzekwować i przejeżdżać do Bieliczan. Jakoż rodzice zajęli 
się przygotowaniami do przenosin, a syn Ksawerego Czarnockie- 
go, Michał, któremu się potem Nacz dostała, przybył dla spraw- 
dzenia ma p z gruntami, a razem dla dopilnowania w Godlew- 
SZczyźnie zasiewów jarych, które już miały do niego należeć. 
Nacz bowiem zostawać miała w dzierżawie u Okołowa... 


. 


.
>>>
222 


EDWARD MASSALSKI 


. 


Okolice Naczy przed naszym stamtąd odjazdem były we- 
sołe, sąsiedztwo liczne, ludzie, chociaż po większej części myśleli 
już po nowemu, żyli jednak podług staroświeckich obyczajów, 
prosto, bez wykwintów, bez miękkich mebli: ławy, stoły proste, 
krzesła domowej roboty, i kuchnia prosta, chociaż obfita. Do- 
tychczas Litwa tą obfitością odznacza się. Znając dziś wszyst- 
kie prowincje dawnej Polski, mogę poświadczyć, że nigdzie 
takiej rozmaitości potraw nie mają, ani tak smaczno, chociaż 
poprostu, nie gotują. To nieprzebrane mnóstwo potraw na- 
białowych, wędliny, zwierzyna, owoce wyborne, ryby wszędzie; 
gospodynie, dbałe o zapasy domowe, to tylko na Litwie. Jakoż 
niewyczerpane są tam śpiżarnie. Zgromadzenia sąsiadó,v bywały 
wówczas bardzo częste; to imieniny, to chrzciny, to dożynki, 
to z rozmaitych innych powodów zjazdy całemi fami1jami, 
a czę
to po kilka dni w jednym domu trwające, nie zdołalynigdzie 
wypróżnić spiżarni. Zimą od Bożego Narodzenia do zapust 
kulig prawie bezustanny: całą gromadą, poprzebierani, z muzyką 
zajadą dz
edziniec, skaczą, hulają, w nocy śpią pokotem i, na- 
bawiwszy się w jednym donlu do woli, zabierają gospodarzów, 
i dalej do drugiego. W możniejszych domach, a zwłaszcza 
w Radziwiłmontach u ks. wojewody trockiego i w Nieświeżu 
u ks. Dominika Radziwiłła, zgromadzenia bywały świetne, a także 
częste. Tylko ta różnica między temi dworami, że w Radziwił- 
montach staroświeckie assamble i gale poważne, chociaż i tam 
huczno się bawiono, a w zanlku nieświeskim bardziej hulaszczo 
i roztrzepanie. Młody książę Dominik lubił otaczać się szaloną 
młodzieżą, a najmilszą jego rozrywką była stajnia i furmaństwo. 
Bywało w kilkadziesiąt wozów, czwórkami zaprzężonych, pędzą 
z zamku do Alby po siano; książe sam na pierwszym powozi, 
a za nim młodzież szlachecka, i, nabrawszy siana w Albie, wiozą 
napowrót fury do zamku. 
Mieszkając przez niejaki czas w Nieświeżu przy matce, 
która tam brała kurację, i często z Michałem i Kornelem 
Korbutami mając towarzystwo, bawiliśmy się na wzór księcia 
najwięcej w furmaństwo. Ale tej zabawy raz tylko co życiem 
nie przepłaciłem w Rudawce, kiedy braciszkom pomieszałeJI1 
zaprzęg kijowy w wózku, chcąc koniecznie być za forysia, bo 
to było honorowe miejsce, a oni, borykając 
ię ze mną koło 


-
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


223 


stawku, wrzucili mnie do wody. Szczęściem, że ktoś starszy 
pośpieszył wyratować tonącego. 
Między znajomymi, którzy mi się z czasów nackich naj- 
bardziej w pamięć wrazili, były dwa oryginalne typy, jakich 
dziś nigdzie nie spotkać. Jeden był sąsiad nasz, Ja cynicz , 
właściciel szlacheckiej cząstki w Sołowiach, małego wzrostu, 
chudy, wąsaty, nie z wielkie m okrzesaniem, ale czło\viek całą 
duszą poczciwy, a tak pokorny, tak kłaniający się każdemu, 
że nawet do swoich włościan inaczej nie przemówił, jak z po- 
korą i kłaniając się. Na pańszczyznę ich wzywając, sam biegał 
· od chaty do chaty i z pod okna prosił na robotę; a włościanie 
tak się z nim spoufalili, że nieraz bywało grubemi słowy 
proszącego odpędzali. Wkrótce jakoś po zaborze kraju, kiedy 
obywatelom kazano wybierać sobie urzędników, a na poli- 
cyjny urząd iść nikt nie chciał, obywatele słuckiego po,viatu 
wybrali Jacynicza na sprawnika. Dziwne później anegdoty 
opowiadano o tem spra wnikowstwie: jak ten nieborak, na- 
przykład, nie mogąc nikogo z podkomendnych swoich upro- 
sić do rozwiezienia po powiecie obwieitzczeń rządowych, sam je 
konno w kontuszu mundurowym przy szerpent ynie roz,voził 
i upraszał, żeby raczono je przeczytać. 
Drugi był pan Bonifacy Płaskowicki, wysoki, gruby, łysy, 
ogolony, jak księżyc w pełni, wiecznie w światło-piaskowej ka- 
pocie, śmiejący się i pełen d()wcipnych, ale rubasznych facecyj. 
Miał jakąś wioskę' swoją, ale sprzedał ją i kapitalik swój 
rozlokował u różnych znajomych. A gdziekolwiek loko\vał 
sumkę, zamawiał sobie "świeronek", lub, jeśli tego nie było, 
jakąkolwiek izdebkę na przyjazd i skład ruchomości. Zamykał 
to wyjeżdżając i pęk kluczy od tych składów przy sobie 
zawsze nosił. Jeździł kałamaszką, jednym koniem, sam się 
powożąc; a wszędzie, gdzie zajechał, czy to w karczmie, czy 
przez wieś jadąc, czy we dworze jakim, zbierał \vszelkie sta- 
rzyzny: obuwie wyrzucone, klepki od starych baryłek, żela- 
stwo i cokolwiek walającego się znalazł; wszystko to ładował do 
swojej kałamaszki i ciągnął do któregokolwiek swego świeronka. to 
Wszystkie też jego te składy były na pchane starą rupiecią, 
którą bawił się, porządkując, oczyszczając i do gatunków do- 
biera jąc. Ale między tą rupiecią chował i pieniądze swoje, 


.. 


.
>>>
224 


EDW ARD MASSALSKI 


odbierane z procentów, które mu nieraz słudzy podpatrzywszy 
wykradali. 
Bywały i z panami różne o procenty korowody. Pa- 
miętam, że krewny nasz, Hordyna, człowiek niezmiernie we- 
soły, przyjąwszy od niego w lokatę sto dukatów, dał mu oblig 
, na sto bizunów; i kiedy Płaskowicki w rok potem dopominał 
się o procent, Hordyna kazał rozpostrzec kobierzec i ńamówio- 
nym sługom z bizunami brać Płaskowickiego. "Co to? za co? 
jakto ?". "A procent wypłacić od stu bizunów pożyczonych, 
jak masz w obligu". Ten do pularesu i dopiero wtenczas prze- 
czytał, że w obligu zapisane nie dukaty, ale bizuny. Skończyło 
się na śmiechu, i on sam tę facecję potem wszędzie rozpowiadał. 
Lubiono go wszędzie za jego wesołość; a zwłaszcza my, dzieci, 
bardzośmy go kochali, bo zawsze nam wymyślał jakieś zabawki, 
to dykteryjki ucieszne, i bawił się z nami, jak dziecko. Szcze- 
gólniejsze też miał upodobanie do wymyślania różnych strachów, 
powszechnie bowiem wówczas w strachy się bawiono. Dosta- 
wało się nadewszystko mężc.zyznom po nocach, a czasem i bardzo 
nie przyj e mnie , bo strachy niekiedy oblewały wodą, obsypy- 
wały popiołem lub sadzą. Ale i Płaskowickiemu dostawało się 
nad innych, bo jego nawzajem straszono i pokoju mu nie dawano. 
Przez długie lata go widywałem i w Naczy, i w Bieliczanach, 
gdzie przyjeżdżał co rok, mając jakąś sumkę w lokacie u mego 
. . 
ojca. 
Tymczasem w Bieliczanach stosunki nasze z ludźmi zaczęły 
się zawiązywać. Najprzód włościanie weszli z nami w dobrą 
zażyłość, bo też rodzice z nimi po ludzku obchodzili się: a lud 
to był patrjarchalny, przywykły do ojcowskiego zarządu księży 
bazyljanów, . ugnieciony później przez Sieluńskiego i rządców 
Miezieńcowa, rad był, że się dostał pod opiekę dobrych panów, 
i okazywał na fi swą przychyhiość pa trjarchalnym sposobem. 
Kobiety inaczej nie witały się z moją matką, jak całując się 
w twarz, a mężczyźni, zwłaszcza gospodarze starsi, z moim 
ojcem byli, jak przyjaciele, jak bracia; co i pomnik, wystawiony 
ojcu memu na cmentarzu wsi Dubowrucza, do którego i włościa- 
nie przyłożyli się, zaświadcza. 
Sąsiedztwo nasze było nieliczne, a najbliższe o milę; dwoje 
Lohów, w jednych Wincenty Moszyński, świeżo ożeniony 


.
>>>
'IV 


, ' 


.-. .. 


.... 
- 


- .... 


" 


E 
ł---. 

 


... 


r--=: 
_
 :. 
..".- 
 i.;:'.w..:.,h .. 

 ,..' 


 


,",-
 
.
 


:.. 



 



 


4 
t 



 
ł t
 


-..- ... 
ł' ?f 


.... 


t!'. 


- 


i 


.:t 
f 


]J' 


\ 
I 


ol 


o(" 



 
 '. 
-r,c; ".,1. '\. --: 
." ..,. 


.... 
.. l. I 



 


, 
. :-.. r

. 
c.. ,-t -0_" 
 
. 
' 
'
;t",
 



 

 



r ,:l
 
I. 



.,;
. 
. łł.,. 
, 


o 
 


.
 , 
,

 



! -:i 
'h 


...' 


o' 


6,\ 


-" 


ł-ł:. 
o. " o 


..,.... ..: 


'o 


..' 
'o
 


 
.".- 


" . 
.... 



 


.
: 'Ii 
rO

 



C
 


1 r 

 

 . 
1(' 


Q, 


.-. 'ojIt ;.;r.' o 
......' ..... I... 
· f:--t, iŁ 
. :', '.: . ;$ ' 
. 
 - 
 '). 
..
 ':.... ... ' 
: .): 
 ; ł 1. ...... 
\o ,
......
Jr .'
 ;"i
ł'"

 £. 

. 
'v':",,
} ,
 S
 o :: 

ł. :t\;
, '. łI
-:-
_ \ ł. 

.. . '7 ..(.; _' i 
, '1 '

 l ł
 
'. 14" 0'0 "''', t! 
. , 1- F 
"Ił.,.. " l {. 
,'"r -' ,," 
,J.ł: 
I 



 
 
. '. 


..W 


." .
. .. 


. , 

7"'I 
. JI
T .' 
,-7, 

 .,.. 


' 


.. 


l. 


. 
".-i
 


l'" 
I 
I 
, \ 
.t, 
.: 


. 


I 


, 


ł 



. 
.F 


,. 


.". 


""... 
t .
 


t 1 
4 !' 
... ... 
f' 


-, ł .. 
-t 
- ił 
'*- .' 
-- "0 


. 
.
 
..... 
;: 
=' 
,,'ISo 

 

 


.' 


..:: 
t:) 

 
t:) 
""-010 
;: 

 

 
;: 

 

 

 

 


. 'ISo 



 

 
""-010 
. t:) 
.... 

 

 
"(I) 



 
"C 
...... 

 
"
 

 


. ł
>>>
z PAMIĘTNIK6W 


225 


z Jeśmanówną, w drugich zastawniczka pani Borsukowa, 
z domu Baczyzmalska, wdo\va z trzema małemi córkami; 
z drugiej strony w Uszy - Felicjan Moszyński, brat Wincen- 
tego, z matką i dwiema siostrami, nieco starszemi od nas; 
obok w Kałużycach, należących do Melchjora Wańkowicza, 
żonatego z Gorecką, właściciele wówczas nie mieszkali, co nam 
było nie na rękę, bo u nich było dwóch synów: Walenty, później 
malarz, i Karol, prawie równego z nami wieku. Dalej już nikogo 
blisko, bo od reszty świata przedzielały nas z jednej strony 
dobra luboszańskie Potockich, z drugiej ihumeńskie, rozdaro- 
wane ruskim jenerałom, którzy w nich nie mieszkali; z trzeciej 
Rewanicze, za naszą wsią Dubowruczem, należące do mało- 
letniego Lu iwika Słotwińskiego, który hodował się w Wilej- 
skiem u wuja swego Giecze
icza, później gubernatora mińskiego; 
z czwartej Kniaziówka Stanisława Wańkowicza, który też w niej 
nie mieszkał. Za tą dopiero Kniaziówką o milę była nasza Kru- 
szyna z wsią Czerniewiczami, a za wsią Bieliczanami, po drodze 
do Kałużyc, wieś nasza Borowina. Taka była cała geograf ja 
naszego zakątka, po.zbawionego chłopców, równego nam stanu 
i wieku. Tylko u księdza unickiego Popejki we wsi Biellczanach 
było dwóch synów, z którymi zabraliśmy prędko stosunki i na- 
wet razem uczyć się zaczęliśmy, bo ojciec spro\vadził niezwłocznie 
guwernera do nas Kozielskiego, do którego na lekcje przycho- 
dzili też i owi synowie księżowscy, Jan i Bazyli. 
Z dalszych okolic zawiązywały się także rychło zna- 
jomości, mianowicie z Rogo\vskimi w Osmołówce, gdzie byli 
starsi od nas dwaj chłopcy; Roman i Robert, który póź- 
niej ożenił się z moją siostrą Salomeą; z Szemeszami 
w Bora tyczach , gdzie także było trzech chłopców, ale znacznie 
młodszych od nas, a między nimi Adam, później kolega mój 
w Uniwersytecie; z sąsiadami ich La tkowskimi, Ignacym 
i Leonem, naszego wieku; z Klaczkowskimi w Koupczy, 
gdzie także byli w naszym wieku chłopcy, Erazm i Feliks; z Je- 
rzym Massalskim w Przyborkach, którego ojciec nazY'vał bratem, 
a my stryjaszkiem, chociaż on był tylko dale 1 dm i z drugiej 

inji. U niego mieszkali siostrzeńcy jego Okulicze, Stanisła w 
l Józef, także rowieśnicy nasi. Z tymi wszystkimi skorośmy się 
poznali, zaczęto nas odwiedzać i jakoś nigdy bez gości nie było. 
Z filareckiego świata. 15
>>>
226 


EDWARD MASSALSKI 


My jednak, blisko towarzyszów zabawy nie mając, mniej by- 
liśmy narażeni na swawolę i może dlatego \vięcej korzystaliśmy 
z nauki. Kozielski też był bardzo dobrym nauczycielem; on 
rzeczywiście położył fundament naszego wychowania nauko. 
wego; przy nim poduczyliśmy się łaciny i historji, które, ugrun- 
towane dobrym wykładem, lubo potem nieco zaniedbane, po- 
służyły nam wielce w szkołach. Był on przy nas dwa la ta, do 
jesieni 1810 r. Po jego wyjeździe ojciec wezwał do nas Korni- 
łowicza, syna księdza unickiego ze Zmitrowicz, wsi, leżącej po- 
dobno o milę za miasteczkiem Berezyną, na granicy starostwa 
borysowskiego, wśród ogromnych lasów. Dlatego nadmieniam 
o tern położeniu, że w owej okolicy słynął wtenczas rozbójnik, 
Hrysza, pochodzący ze szlachty, którego jakoby ów ksiądz . 
Korniłowicz oddał był w rekruty za swoich włościan, których 
miał w cerkiewnym funduszu kilkadziesiąt dymów. Hrysza 
uciekł z wojska i krył się w puszczy koło Zmitrowicz, grożąc 
zawsze księdzu; jednakże nigdy mu nic złego nie zrobił, jakoby 
przez wzgląd na synów księżowskich, których lubił. I rozboje 
jego ograniczały się wyłącznie na Żydach, lecz i tych nie zabijał, 
tylko rabował. Pod jego rozkazami była szajka zbiegów i różnych 
łotrów, którzy w nieobecności jego dopuszczali 
ię niekiedy 
i mordów przy rabunku. Policja ziemska usiłowała ich poła- 
pać, lecz nie mogła wykorzenić tego łotrostwa przez dłu- 
gie lata; sam Hrysza, kilkakrotnie pojmany, uciekał' zawsze 
do swych kryjówek koło Zmitrowicz i niezwłocznie nową 
bandę zbierał. 
Nasz guwerner Korniłowicz niedługo był przy na s i niewiele 
od niego korzystaliśmy. Pod wiosnę I8II r. zaciągnął się do 
wojska i podobno dosłużył się rangi jeneralskiej. Nas zaś ojciec 
odwiózł do Przyborek, gdzie zastaliśmy już ugodzonego guwer- 
nera Muśnickiego, który był bratem księdza jezuity, autora 
p u ł t a w y. Umówiony był przez p. Jerzego i ojca na koszt 
wspólny, tak, że mieliśmy przez pół roku zostawać w Przybor- 
1{ach, a drugie pół w BieHczanach. Kompanja zaś uczniów była 
dosyć liczna, bo oprócz dwóch Okuliczów i siostry ich Wiktorji, 
było nas dwóch i siostra nasza Salomeja, syn i córka Omieciń- 
skich i syn Iwaszkiewicza, który wtedy zadzierżawił naszą Kru- 
. szynę. Muśnicki, człowiek poważny, podobno i uczony, uczył
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


227 


nas jednak bez korzyści, bo cała nauka zależała na wokabułach 
francuskich, niemieckich i łacińskich z N o m e n k l a t o r a. 
Było tam coś i geografji i arytmetyki, ale wogóle więcej trudu, 
niż pożytku, a swawoli jeszcze więcej, ni
 trudu. 
Zabawy nasze najulubieńsze były: łowienie ryby kryhą 
w rzece, która przy dworze płynęła, strzelanie z łuku i pę- 
dzanie kuli. Łuki mieliśmy w kształcie kuszy przydłuższej, 
osadzone na drzewcu, z rowkiem po wierzchu dla położenia 
strzały, z zamkiem i przykładem, jak u strzelby. Strzały 
zaś zamiast grotu opatrzone były w końcu igłą grubą. 
W tern strzelaniu doszliśmy byli do wielkiej wprawy, trafia- 
liśmy do celu łatwo; w lot jednak ptaszków bić nie udawało 
się, a to było ustawicznem dążeniem naszem, żeby z łuku dorównać 
naszemu stryjaszkowi Jerzemu, który w galopie konia z pisto- 
letu kulą w lot ptaszki zabijał. Ale za to wszystko, co chodziło 
po ziemi we dworze: ptactwo, świnie, psy, a szczególniej 
niedźwiedź hodowany, poszpikowane bywało naszemi igłami. 
Zabraniano nam tego, i najbardziej strzałów do niedźwiedzia 
z obawy jego zemsty; lecz, kiedy się upatrzyło, że gdzieś opodal 
przechodził, a nie widział strze1ca, to strzałka niezawodnie w nim 
utkwiła. Pędzanie kuli odbywało się dla ruchu i rozwijało siłę 
w ręku. Sta waliśmy do tego we dwie part je przeciwne, wszyscy 
z drążkami porządnemi. Z jednej partji wyrzucano ku drugiej 
kulę drewnianą, wielką, jak głowa; przeciwnicy powinni byli 
ją przejąć drążkiem i odbić napowrót; jeżeli nie udało się przejąć, 
musieli biec za nią i tam stanąć, gdzie się kula zatrzymała, 
i stamtąd dopiero wyrzucać ją na powrót. Wygrywała ta strona, 
która drugą najdalej zapędziła. 
Do zabaw tych często należeli też bliscy sąsiedzi przy- 
borscy, Snitkowie z Kozłowego Brzegu, Jan i Józefa t, z któ- 
rymi później w szkołach kolegowaliśmy. Sni tko był to nowy 
?bywa tel z tegoż ga tunku, co i Miezieńcow, i Mierżyński, 
l.mnóstwo innych, którzy, po zabraniu przez Rosję Litwy, 

Iągnęli z Rosji lub z Białorusi do miast litewsKich piechotą 
l obdarci, ale posiadający język rosyjski i zaufanie u rządu. 
Byli to wszystko mieszczanie albo popowicze, lecz na Litwie 
na urzędach koronnych dosłużyli się rang, nadających . szla- 
15* 


"
>>>
228 


EDWARD MASSALSKI 


chectwo, zbogacili się i, pokupowawszy dobra, zostali oby- 
wa tela mi. 
W jesieni całą czeredą przyborską przejechaliśmy podług 
układu do Bieliczan. Tu przynajmniej pod opatrznem okiem bogo- 
bojnej matki naszej dozór nad postępowaniem naszem był tro- 
skliwszy i nauka jakoś gorliwsza, chociaż jednostajnie bez syste- 
matu prowadzona, bezpożyteczna. Ale i na przeszkodach do 
nauki nie zbywało z przyczyny szczególniej gości i zabaw są- 
siedzkich. Widać, że w całym kraju wesoło wówczas się bawiono, 
kiedy i w tamtej stronie, zapadłej napozór, bezustannie bywały 
zjazdy szlacheckie pod różnemi pretekstami: to imienin, to 
oględzin zboża, to polowań, z tą tylko różnicą od Słuczczyzny, 
że tu każdy zjazd musiał trwać po dni kilka; bo tu zbierano się 
nietylko z bliższego sąsiedztwa, ]ecz i z dalszego, a przestrzenie 
leśne wielkie, drogi po lasach i brodach trudne i dwory da- 
leko jeden od drugiego wśród puszcz rozrzucone. Naj słynniej sze 
w tej oKolicy imieniny bywały w Osmołówce u Rogowskich, 
w - Lohach u Borsukowej, w Bora tyczach u Szemeszów; a polo- 
wania w Uszy U Moszyńskich i u nas w Wedrecku. Oprócz tego 
z\vyczajnie w miasteczku Berezynie na Przemienienie Pańskie 
i na Trzy Króle urządzały się bale, pod nazwiskiem redut. 
Bywały tu i maskarady i po dworkach miasteczkowych, gdzie 
kwaterowano, kolejno obiady huczne, chociai wszystko niewy- 
kwintne, bo szło tylko o to, żeby się razem ba wić, a na etykiety 
i ceremonje niewiele zwracano uwagi. Stołowe, naprzykład, na- 
czynia składkowe przechodziły po bratersku z jednego obiadu 
na drugi, a tańce, jeżeli pora pozwalała, pospolicie zawiązywały 
się po każdym obiedzie tuż na murawie dziedzińca, co nawet 
i w wiejskich dworach zdarzało się, kiedy w sali pomieścić się 
było trudno. Nawet i na polowaniach towarzyszyły za wsze 
tańce, bo nietylko mężczyźni ze strzelbami swemi, ale i damy 
zjeżdżały się na te polowania. Z rana, jak dzień, mężczyźni wy- 
chodzą do głębokich ostępów na grubego zwierza, a damy ubie- 
rają się i przyrządzają obiad; po obiedzie wyjeżdżają i damy 
już na mniejsze łowy do kniej pobliższych koło dworów i wiosek. 
Na podwieczorek zaś wraca ją wszyscy do głównej kwa tery i zaraz 
muzyka i tańce, zwyczajnie na dziedzińcu. Strzelcy, służba I
>>>
. Z PAMIĘTNIKÓW 


229 


konie i psy nawet, wszystko używało hojnej gościnności; bo tego 
nie znano na Litwie, żeby sług i konie gościnne odsyłać do auste- 
rji. Bra terstwo było powszechne. Wpra wdzie i kłótnie bywały 
niekiedy, przychodziło nawet i do pojedynków, ale to więcej 
zdarzało się wówczas, kiedy się kompanji trafił ktoś obcy, a szcze- 
gólniej jeżeli to był oficer rosyjski; bo ci pospolicie chcieli impo- 
nować, a szlachta nieba rdzo jeszcze była wtenczas potulna. 
Między sobą na wet sąsiedzkie waśnie załatwiała jeszcze staro- 
świeckim obyczajem, batalją na czele swych gromad. 
Pamiętam taki jeden spór między moim ojcem a Melchjorem 
Wańkowiczem. Ojciec za mierzył wybudować młyn na swojej 
rzeczce Bielicy; oba jej brzegi i łąki wszystkie w górze należały do 
ojca, ale grobla, którą wypadło usypać dla zrobienia stawu do tego 
młyna, jednym końcem dotknęła gruntu kalużyckiego. Wań- 
kowicz zaś miał na tym gruncie wpobliżu wielki młyn intratny 
na rzecze Uszy. Kiedy mu doniesiono o tym nowym młynie 
bielickim, który naturalnie mógł przyczyniać uszczerbku w in- 
tracie kalużyckiemu, protestował przeciw temu zamiarowi ojca; 
i widać, że oba gorąco przy swoim obstawali, bo przyszło do 
zajścia, które omal co się krwawo nie zakończyło. Kiedy nasz 
młyn juź był gotowy, przed samem zamełciem WańkowicL pr.zy- 
jechał i zebrał ludzi z rydlami z zamiarem rozkopania naszej 
grobli; brzegu bowiem swego rozkopać nie mógł tak głęboko, 
żeby staw odwrócić. Ojciec, rychło uwiadomiony, wystąpił też 
ze swymi bronić swej grobli. Wańkowicz w zapędzie zapowiada, 
ie nie tylko groblę rozkopie, ale i młyn zrzuci. Jakoż posłał 
niezwłocznie zgromadzać swoich włościan z toporami i strzel- 
bami, żeby odeprzeć naszych przebojem i młyn zrzucić. Ojciec 
też zgromadził swoich strzelców i toporników, i kilkunastu dwor- 
skich konno z pistoletami i szablami. Stanęły zastępy z obu 
stron do boju i już miała zacząć się batalja. Przyczyną tej waśni 
był Szloma, arendarz młyna kalużyckiego. Bojąc się podrywu 
od tego nowego i chcąc go pozbyć się, zrobił plotkę przed Wań- 
kowiczem, jakoby mój ojciec pomawiał go o zdzierstwo w pobie- 

aniu za pła ty od włościan za mlewo w jego młynie. Ale, kiedy 
JUŻ miało przyjść do bitwy, sąsiedzi, przyjaciele obu stron, 
wdali się w tę sprawę i wykryła się intryga Szlomy. Ochłonął tedy 
Wańkowicz, a może i pomiarkował się, że taka sprawka jużby
>>>
230 


EDWARD MASSALSKI 


wtedy niekoniecznie na sucho uszła; sam bowiem wówczas był 
prezesem Sądu Głównego w Mińsku. Podał więc rękę ojcu i po- 
godzili się. A cała ta zawierucha zakończyła się sutą ucztą obu 
wojsk na pozdrowienie nowego młyna" i Szloma naturalnie zo- 
stał od arendy kalużyckiego młyna usunięty. 


... 


- 


.
>>>
. 


II. 


Edukację naszą przy Muśnickim zakończyło wtargnienie 
Francuzów. Będąc w Przyborkach 1 widy\valiśmy już ich emi- - 
sarjuszów, czyli eksploratorów, którzy pod postacią to księży, 
to kupców, jeździli po kraju, zbierali wiadomości statystyczne 
i plany okolic zdejmowali. Starsi nasi wiedzieli zapewne o tem 
doskonale, co to są za ludzie, a policja ziemska, z grona obywa- 
teli jeszcze wtedy wybierana, sama ilU ułatwiała owe badania 
kraju. Nasz pan stryjaszek Jerzy sam był wówczas sprawni- 
kielu ihumeńskim i w Przyborkach swoich miewał takich gości; 
sam ich rozwoził gdzie indziej i sekretu z tego prawie nie robiono, 
kiedy i my dzieci o tem wiedzieliśmy. W Murawie, atynencji 
bieliczańskiej, folwarczku, położonym nad Berezyną, mieszkał 
hrabia de Clermont Tonner, Fra.ncuz, niby emigrant, i zatrud- 
niał się na pozór handlem win. Ojciec mój później utrzYluywał, 
że to był agent napoleoński. Przy nim był niejaki Weber, niby 
plenipotent, który ciągle jeździł po kraju pod pozorem interesów 
handlowych i z moim ojcem był w zażyłości. Na wiosnę IBI2 r., 
kied¥ zaczęły szerzyć się pogłoski o b1iskiej wojnie z Napoleo- 
nem, Clermont zniknął, został tylko Weber, który podobno tę 
Murawę, pierwej przez Clermonta nabytą, ojcu odsprzedał. 
Otóż Muśnicki nasz, nie wiem, czy dla zbliżającej się wojny, 
czy dla innych pobudek, ale, biorąc za pretekst wojnę, nas po- 
żegnał i kompanja nasza rozjechała się. Na jego miejsce znalazł 
był wprawdzie ojciec niejakiego Antoniego Massalskiego, nie- 
wiadomej nam linji, rodem ze Żmudzi, który miał być przy 
nas guwernerem, ale i ten niedługo pobył, bo za przyjściem 
Francuzów zaciągnął się wkrótce do wojska, do pułku Konopki, 
który się sztyftował podobno kolo Słonima. Jak tylko gruchnęła 
wieść, że Francuzi już idą, całe sąsiedztwo nasze z kobietami
>>>
232 


EDWARD MASSALSKI 


i dziećmi zgromadziło się do naszego Wedrecka, jako położo- 
nego w głębi lasów niezmiernych, między błotami tak, że przy- 
stęp do niego był tylko z jednej strony za wsią Dubowruczem, 
i to przez groble, w lesie ciągnące się, które bardzo łatwo było 
przerwać i bronić. Z całego tedy sąsiedztwa zwieziono tu co 
kosztowniejsze ruchomości i zebrano mnóstwo strzelców w za- 
miarze bronienia się tu od Rosjan, jeśliby ci rejterując chcieli 
rabować i kraj pustoszyć, jak się spodziewano. Dowódcą tej 
wszystkiej siły naturalnie wybrany major wojsk polskich, mój 
ojciec. Pamiętam, jak matka moja z kompanją dam hurmem 
wybrały się do lhumenia witać Da vousta i księcia Poniatowskiego. 
Postrojone tedy, jak mogły, najparadniej pojechały. Ale o milę 
od lhumenia spotkały kilku znajomych obywateli, pędzących 
na jednym wózku, którzy je zatrzymali, zwiastując, że sami 
ledwo uciekli z lhumenia, postrada wszy swe konie; bo Francuzi 
je wyprzęgają bez względu każdemu, kogo nadybają; że miastecz- 
ko całkiem zrabowali pod oczyma Davousta, który tego nie 
bronił, a Poniatowskiego jeszcze tam niema. Spłoszone tedy 
nasze damy za wróciły śpiesznie do domów chovvać swe kosztow- 
ności, któremi tylko co chciały popisywać się przed Francuzami. 
Da voust i Poniatowski ze swemi korpusami szybko pobiegli 
z Ihumenia małemi drogami przez n1iasteczko Berezynę, Przy- 
borki, Białynicze ku Mohylewu \TV zamiarze przejąć tam nad 
Dnieprem Bagrationa, który, un1knąwszy im z pod Nieświeża, 
pocztowym traktem przez Słuck i Bobrujsk dążył także do 
Mohylewa dla połączenia się z główną armją rosyjską koło 
Witebska. \Viedzieliśmy o wszystkich poruszeniach wojsk. obu 
z gazet, które wtenczas w Mińsku niezwłocznie po przybyciu 
tam Francuzów wydawać zaczęto, a które i my, podrostki, 
chciwie czytaliśmy, \vierząc, jak i nasi starsi, że wszystkie umie- 
szczone w tych gazetach wiadomości o zwycięstwach i postępach 
Napoleona były czystą prawdą, że Rosjanie pobici wszędzie 
ucieka ją i że Polska powstaje. Za pał pomiędzy obywa telarni 
i włościanami był powszechny; wszystka młodzież obywatelska 
zapisała się do wojsKa; sąsiedzi nasi, Felicjan Moszyński, Robert 
Rogowski, nasz guwerner, Antoni Massalski, wszystko, słowem, 
co tylko było z młodzieży, wsiadło na koń. 
ly płakaliśmy, że 
nam nie pozwalano. Włościanie z ochotą szli w rekruty, czyli,
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


233 


.. 


jak wtenczas zwano, w kantonisty, których nakazano dostar- 
czyć do dziewięciu pułków, przeznaczonych do usztyftowania 
z Litwy. Ale szlachta "okoliczna" wahała się. Kiedy ich nama- 
wiano do vvojska, odpowiadali: "A poco my pójdziemy? Czy 
nam źle pod panowaniem imperatora rosyjskiego? Podatków 
żadnych nie płacimy, ciężarów żadnych nie znosimy; siedzimy, 
jak u Pana Boga za piecem. A jeśli który z nas chce iść do służby 
wojskowej, to przyjmowany jest na równi z paniczami za junkra 
i zostaje wkrótce oficerem, nie tak, jak u Polaków, którzy nas 
. , c c 
wzywa Ją na szeregowcow . 
Wszelako i w naszej sferze zaczęły powoli przebijać się 
powątpiewania; zaczęły do nas dochodzić wieści z Polski, że 
tam duch narodu został sparaliżowany d wuznaczną odpo- 
wiedzią Napoleona w Wilnie deputowanym polskim; starsi 
nasi zaczęli zastanawiać się nad nieporządkiem armji fran- 
cuskiej, a Żydzi pod sekretem ostrzegali tych, którym sprzy- 
jali, żeby nie zapędzać się w poświęceniach dla ojczyzny, 
bo z tego nic nie będzie. Między innymi stryjaszek nasz, pan 
Jerzy, już się był przysposobił do wstąpienia do wojska, gdzie 
go przyjmowano w randze kapitana, lecz jeden Żyd, przychylny 
mu odda wna za jakieś dobrodziejstwo, usilnie mu perswadował, 
żeby się wstrzymał przynajmniej dwa miesiące; ponieważ oni, 
Żydzi, mają pewne przeświadczenie, iż Napoleon źle skończy 
kampanję i Rosja do nas powróci. Poradziwszy się tedy pan 
Jerzy z przyjaciółmi postanowił zaczekać nieco i dobrze na 
tern wyszedł. Ojciec mój też ochłonął z zapału, szczególniej 
po rozmowach z kilku wyższymi oficerami polskimi, którzy 
ranni wracali z pod Smoleńska i u nas niejaki czas odpoczywali. 
Dopomagały do tego rozczarowania naszych starszych i ciągłe 
walki z maroderami różnych narodowości, należącymi do armji 
francuskiej, którzy, ustawnie po całym kraju naszym plądrując, 
wielkie nadużycia, gwałty' i rozboje popełniali. W Bieliczanach 
także mieliśmy niemało na paści od nich; ale że ojciec miał za wsze 
w pogotowiu kilkudziesięciu ludzi dobrze uzbrojonych, dlatego 
z nami nie uda wało się maroderom i za wsze obronną ręką z tych 
rozpraw wychodziliśmy. 
Pamiętam kilka utarczek naszych z nimi, bo i ja za wsze 
z pistoletami pilnowałem ojca w zamiarze bronić jego życia,
>>>
234 


EDW ARD MASSALSKI 


jeśliby który nań się zamierzył; ale mnie do wystrzału nigdy 
nie przyszło, bo te marodery, zwyczajnie tchórze, jak tylko 
mój ojciec huknął, a ludzie z bronią koło nich pokazali się, na- 
· tychmiast uciekali, albo po małym oporze podda wali się. U nie- 
których zaś sąsiadów naszych, gdzie im postawić się nie umiano, 
albo siły nie było, dali się nieraz okrutnie we znaki. Wincentego 
Moszyńskiego w Lohach napadli raz we dwadzieścia kilka koni, 
powiązali panów i sług, pastwili się nad nimi przez całą prawie 
dobę, złupili dwór doszczętu, zabrali konie stajenne i folwarczne 
i, zaprzągłszy je do wozów i pojazdów, spakowali w nie ko- 
sztowności, odzież, płótna zapasne, wina i co tylko dało się zmie- 
ścić, i tak wyruszyli do nas. Nie trafili jednak do Bieliczan, bo 
kiedy, przyszedłszy do Dubowrucza, pytali się o drogę do dworu. 
włościanie nasi, życzliwi nam, ukazali im zamiast do Bieliczan 
drogę do Rewanicz Słotwińskiego, gdzie wtenczas zarządzał 
komisarz jarmołkiewicz. Tam oni, po drodze znalazłszy naj- 
przód kościół otwarty i w nim księdza, odprawiającego właśnie 
mszę świętą, wpadli 0.0 kościoła, podchwycili księdza przy oł- 
tarzu, podniósłszy albę, zawiązali mu ją nad głową, z kieszeń 
wybrali pieniądze, zabrali patynę, kielich i puszkę z cyborjum, 
wyrzuciwszy z nich na ziemię Przenajświętszy Sakrament, złu- 
pili ołtarze i zakrystję i rzucili się do dworu. Tu, powiązawszy 
czeladź, zaczęli męczyć jannołkiewicza, żeby wyznał, gdzie ma 
zacpowane pieniądze: zapuszczali mu w palce jakieś druty pod 
skórę i tak pruli niemi pod skórą aż do ramion. Tą katuszą. 
zmusili nieszczęśliwego do wyznania, iż w jednej kafli od pieca 
ma wmurowane trzy tysiące dukatów. Dobyli więc je, a prócz 
tego wynaleźli także zakopaną w ogrodzie skrzynię ze srebrem 
stołowe m Słotwińskich. I, złupiwszy dwór również jak, w Lohach, 
pociągnęli gdzieś dalej. 
Między maro dera mi zdarzali się i Polacy. Raz przyszła 
do nas part ja osiemnastu szeregowców od piechoty, z bronią., 
jakby w marszu, pod dowództwem podoficera, niejakiego 
pana jagiełły, młodego chłopca, rodem, jak powiadał, ze 
Lwowa. Opowiadali, że są komenderowani do Mińska z pod 
Bobrujska od dywizji Dąbrowskiego, który wtenczas właśnie 
krążył w tamtej stronie; lecz nieco zboczyli z drogi, omyleni 
gdzieś przez fałszywe wskazania. Zrazu porządnie prez en -
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


235 


tując si
, nie wzbudzili w mohu ojcu żadnego podejrzenia. 
Owszem, gościnnie przyjęci, uczęstowani, przenocowali spokoj- 
nie u nas i rano wyruszyli po ukazanej im drodze w kierunku 
do Mińska. Aż po południu przybiegają do nas ludzie z Dubo- 
wrucza ze skargą, iż Polacy, którzy u nas noco\vali, rzną u nich 
kury i owce, piją i zabierają buty, chustki, płótna i t. d. Ojciec 
nie chciał wierzyć w rabunek, sądząc, że tylko dla pożywienia 
się cokolwiek nadużyli. Posłał jednak oficjalistę dla przekonania 
się i wyperswadowania panu Jagielle, żeby swoim podkomendnym 
nie dozwalał swawoli. Ale posłaniec nie zastał już w Dubowruczu, 
tylko przywiózł wiadomość, że to muszą być marodery, bo 
z Dubowruc7a wpadli do Hajdukowej Słobody, okolicy szla- 
checkiej, i tam formalnie rabują. Z rana zaś nazajutrz przybiegli 
włościanie z Borowiny, drugiej wsi naszej, leżącej już z prze- 
ciwnej strony od Bieliczan, prosząc o pomoc przeciw tym samym 
Polakom, prowadzonym przez Jagiełłę, którzy w nocy, omijając 
Bieliczany, drogą, idącą poza dworem, z Hajdukowej Słobody 
przyciągnęli do nich i dopuszcza ją się różnych gwałtów. Ojciec 
jeszcze się ubierał, a ja siedziałem na ganku, czytając książkę; 
wtem widzę, że ta sama banda już ciągnie do nas z Borowiny, 
tąż drogą, co przedwczoraj przyszli, i już jest w ulicy przy bra- 
mie. Poskoczyłem tedy do ojca, dając znać. Wybiega ojciec 
i spotyka właśnie pana Jagiełłę, wstępującego na ganek. Huknął 
nań i palnął go w mordę potężnie, a do mnie krzyknął: "Zabieraj 
od nich karabiny t" Rzuciłem się do żołnierzy i wyrywałem je 
bez oporu, ciskając na ganek. Ojciec też powyrywał resztę 
i całą bandę w mgnieniu ol{a we dwóch rozbroiliśmy: taki jakiś 
strach ich opanował. Wprawdzie widzieli tuż na łące przed 
dworem kilkadziesiąt ludzi i kosami i strzelbami, zaraz też 
i dworscy zbiegli się. Ojciec kazał ich wszystkich powiązać, 
zaczynając od pana Jagiełły, i zaprzęgać konie, żeby ich odsta- 
wić do Mińska pod eskortą. Na tę wieść, że mają być odstawieni 
do Mińska, upadli wszyscy na kolana, błagając o miłosierdzie; 
bo wiedzieli, że tam generał Bronikowski, guberna tor miński, 
karze niezwłocznie śmiercią wszystkich maro der ów. Ja koż 
w przeciągu kilku niedziel więcej dwóch tysięcy pojmanych i do- 
stawionych przez okolicznych obywateli kazał rozstrzelać. Na 
płacz Jagiełły i wiarusów, którzy przysięgali, że tylko ten raz
>>>
236' 


EDWARD MASSALSKI 


pierwszy poswawolili, ale że chcą poprawić się i dążyć do wojska, 
ojciec zmiękczył się. Okazało się jednak, że pierwej kłamali 
o swej drodze i komenderówce, bo nie z dywizji Dąbrowskiego, 
ale z jakiejś innej od korpusu Poniatowskiego, z pod Nieświeża, 
oderwali się i powinni byli dążyć przez Borysów ku Smoleńskowi, 
gdzie ów korpus działał już z wielką armją. Po lamentach tedy, 
wyznaniach i przysięgach, że, jeśli otrzymają przebaczenie, 
pociągną wprost ku swemu pułkowi, ojciec upomnia ł ich, ale 
kazał na przygotowanych już wozach wieść ich powiązanych nie 
do Mińska, -lecz w kierunku drogi smoleńskiej, do Borysowa 
i, przywiózłszy pod sam Borysów, puścić ich wolno do miasta, 
oddawszy im karabiny. Ruchomości zaś zabrane u włościan 
i szlachty wszystkie zwrócili. Tymczasem, kiedyśmy, otrząsa- 
jąc się od złych pogłosek o tej wojnie i od maroderów, cieszyli 
się w najlepsze, iż odzyskaliśmy ojczyznę, a ślepo wierząc w wia- 
domości o zwycięstwach Napoleona , triumfowali z wzięcia 
Moskwy, nagle zaczęły zewsząd koło nas gromadzić się wskazówki 
upadku naszej sprawy. Najprzód przyszła wieść, że korpus 
Czyczagowa odparł Szwarcenberga z pod Łucka i pomknął 
przednie swoje straże aż pod Warsza wę; potem, że Regniera 
pobił pod Kobryniem i posuwa się ku Mińskowi. Z drugiej 
strony, że jenerał Ertel odparł Dąbrowskiego z pod Bobrujska 
i wiesza \v tamtych stronach o bywa teli, którzy okazali się przy- 
chylnymi sprawie narodowej. 
Niezwłocznie zja wiło się u nas kilkudziesięciu niedo- 
bitków z oddziału Koseckiego, który był odparty z pod Koj- 
danowa przez Lamberta, idącego w przedniej straży korpusu 
Czyczagowa. Niektórzy tylko z nich mieli karabiny, inni 
tylko bagnety lub szabelki, a wszyscy prawie bez butów. 
Zasileni u nas, pociągnęli ku Borysowowi, gdzie spodziewali 
się spotkać z Dąbrowskim. Jakoż w parę dni Dąbrowski 
przeciągnął ze swą dywizją z Ihumenia przez miasteczko Berezynę 
i przez Uszę, Kruszynę naszą ku Borysowowi. Za nim w tylnej 
straży szedł generał Pakosz, a naprzełaj jemu zaskoczył od 
Iwanowska przez Łohy i wieś BieJiczany pułkownik Łukowkin 
z sześciu tysiącami wojska rosyjskiego. Ostatnich PolakóW 
zbrojnych pożegnaliśmy z patrolu ułanów pakoszowskich, któ- 
rzy się ścierali z kozakami pod Iwanowskiem i, pokarmieni
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


237 


u nas, pośpieszyli do Uszy. Na za jutrz dodnia obudził mnie 
tentent koni na dziedzińcu. Nie potrafię opisać boleści, której 
doznałem, postrzegłszy w zmroku kozaków, wykręcających się 
i wypatrujących koło naszych zabudowań. Nic nam oni nie 
zrobili i milczkiem z dziedzińca wynieśli się, pędząc drogą ku 
Uszy. Stamtąd niezwłocznie zagrzmiały działa. Przerażenie 
u nas było wielkie; wszyscy, jakby przybici, słuchaliśmy tylko 
tego gromu, oczekując co chwila wiadomości od wysłanych 
przez ojca ludzi na zwiady. Jakoż koło południa nadbiegli, 
, 
już nie drogą, ale przez lasy z uwiadomieniem, że na polach 
uszańskich bitwa i że Polacy, przebiwszy si
 przez Rosjan, 
rejterują ku Kruszynie (drogą ku Borysowowi). Wkrótce też 
huk dział umilkł, a pod wieczór dowiedzieliśmy się, że do wsi 
Bieliczan przywieziono jakiegoś pułkownika kozackiego zabitego 
i tam na cmentarzu pogrzebiono; do księdza zaś Popejki przy- 
wieziono jakiegoś majora rosyjskiego, szpetnie zranionego, 
a córki księżowskie zaszywają mu rany. 
Dowiedzieliśmy się potem, że Pakosz, mając tylko ty- 
siąc ludzi, odparł sześć tysięcy Rosjan i tylko utracił swe 
bagaże; szwadron zaś ułanów, odcięty od niego przez dwa 
pułki kozackie na polu uszańskiem, rejterował do Mura wy 
i tam, trafiwszy na zamarzając.ą w owej chwili Berezynę, 
odważnie rzucił się na cieniutki lód i szczęśliwie dostał się na 
drugą stronę, skąd już bez przeszkody mógł dążyć ku Bory- 
sowowi; a kozacy, pędzący za nimi, przybywszy nad tę rzekę, 
nie ośmielili się po tym lodzie jej przebywać. Na. drugi 
dzień potem przy silnym mrozie i gwałtownym wietrze pół- 
nocnym usłyszeliśmy huk dział od strony Borysowa, chociaż 
to miasto leży o mil osiem od Bieliczan, jadąc drogą, nawprost 
jednak jest znacznie bliżej. Tę kanonadę słyszeliśmy prawie 
przez cały dzień i już nie pamiętam, jak długo trwała, bo po 
małych przerwach powtarzała się codzień, zwłaszcza kiedy wiatr 
się wzmagał. A wiatr ciągle północny i mróz ciągle wzrastał. 
Następnie zaś, kiedy ten zmniejszał się, po\vsta wała zawierucha 
, . . 
SUlezna, gorsza jeszcze od mrozu. 
U nas już bezustannie zjawiały się coraz to nowe ocl- 
I działy z wojska rosyjskiego, ale niewielkie i najwięcej ko- 


. 


t
>>>
. 


238 


EDWARD MASSALSKI 


zaków, lub rannych z pod Borysowa. A tymczasem i Po- 
lacy, odcięci od swoich komend pod Uszą i pod Boryso- 
wem, zaczęli do nas przychodzić ukradkiem, nocami i przez 
manowce leśne. Niektórzy z nich byli ranni, a między 
tymi niejaki Czarnecki, młody chłopiec, podoficer, któremu 
kula przez szyję z tyłu przeleciała po języku, rozerwawszy go 
i wybiwszy kilka zębów i dziurę w twarzy. Wszystkich ojciec 
przyjmował i niezwłocznie odziewał w szare kapoty i odsyłał 
do Wedrecka, nazywając ich swoimi oficjalistami, kiedy kto 
z Rosjan zapytywał , jacy to. ludzie. Nazbierało się ich dwu- 
dziestu kilku, a ojciec rad był, że zachowa ich na powrót Napo- 
leona; bo byliśmy pewni, że pod wiosnę on z nowem wojskiem 
powróci i zwycięży Rosję. U sąsiadów naszych także mnóstwo 
ich było i nawet włościanie przechowywali ich, jak mogli, w tejże 
nadziei powrotu Napoleona i odrodzenia się Polski. Rannych, 
którzy między nimi u nas byli, leczyła moja matka. Mnie do- 
stał się do opatrywania Czarnecki, którego rana zagoiła się 
w kilka tygodni, ale potem, kiedy raz dostał niestrawności, 
widać od zbytku jakiegoś pokarmu, rana się odnowiła, gangrena 
wpadła i prędko nieborak umarł. W tymże czasie jakiś oficer 
rosyjski, przywieziony do nas z przestrzeloną na wylot piersią, 
za staraniem mojej D1a tki zupełnie wyzdrowiał. 
Opłakane były te dni nasze, kiedyśmy po kolei dowiadywali 
się o klęskach Dąbrowskiego i następnie wielkiej armji Napoleona ; 
lecz nastąpiły gorsze, kiedy, po uciszeniu się gromu dział pod Bo- 
rysowem, nawaliła do nas główna armja rosyjska, która pod wodzą 
Kutuzowa bocznemi traktami od Orszy posuwała się za Francu- 
zami. Na wieść o zbliżeniu się tej armji wszystkie nasze sąsiedz- 
two, równie jak uprzednio przed wtargnieniem Francuzów, 
teraz zwieźli, co tylko mieli droższego, do naszego Wedrecka. 
Sami jednak tam się nie zgromadzili, bo szczupłe mieszkanie 
w chłodnej porze nie mogłoby" ich pomieścić, a tern bardziej 
D1aSY strzelców. I ci nie byliby wreszcie przydatni, bo błota 
zaD1arzłe uła twily przystęp do tego folwarku, a przytem już 
tu wypadłoby bronić się nie od kilku sotni kozaków, ale od całej 
armji. Zda wszy się więc na wolę boską, pochowali tam tylko 
swoje skarby, jako w miejscu bardziej, niż inne, ustronneJ11. 
Lecz i to było nadaremno, bo skoro tylko nadciągnęła masa 


.
>>>
Z PAMIĘTNIK6\V 


239 


wojska i rozłożyła się po folwarkach i wsiach okolicznych, jakaś 
part ja \vpadła do Wedrecka i wszystko tam zrabowała. 
U nas też i we wsiach wyrznięto wszystko bydło co do sztuki, 
wszystkie owce, świnie, ptactwo; zabrano wszystkie konie i zboże, 
młócone i w snopkach; barbarzyńskie żołdactwo wydarło po 
wsiach i lasach pszczoły, których do owego czasu tameczni 
włościanie wielką ilość posiadali; zabrano nawet sprzęty lepsze, 
u nas stołowe i kuchenne naczynia, oprócz sreber, które były 
I zakopane; u włościan odzież, płótna, skóry; popalili nawet bu- 
dowle gospodarskie, gumna, obory, zabierając je na drwa, cho- 
ciaż las mieli dokoła. Słowem, że przez te kilka dni pobytu 
wielkiej armji rosyjskiej w naszej okolicy zostaliśmy ogołoceni 
kompletnie. Szczęściem', że domy mieszkalne we dworach i cha- 
łupy włościańskie ocałały, bo w nich k\vaterowała starszyzna 
wojskowa; i że podług zwyczaju tamtej strony włościanie mieli 
cokolwiek zapasu zboża, zachowanego w jamach, którem prze- 
żyliśmy do nowego, a lasy dostarczyły zwierzyny. Strzelb zaś, 
prochu i kul nie brakowało; bo i nasi żołnierze, i szlachta oko- 
liczna, i chłopi nazbierali tego dużo, przechowując to w lasach. 
I dali się nawet we znaki Rosjanom, zabijając ich bez miłosier- 
dzia, których pojedyńczo lub małemi partjami na drożynach 
leśnych lub przy wydzieraniu pszczół natrafiali. Za owe zabie- 
rane hurtem zboże, konie i bydło niektórzy dowódcy komend 
wydawali kwity, ale większą część rozchwytano bez kwitów. 
Ojciec chciał o nie upominać się, chodził piechotą, bo jeździć 
już nie było na czem, do Kutuzowa, który stał w Dubo\vruczu, 
i do w. ks. Konstantego, który stał w Rewaniczach, i prosił 
o zakwitowanie ogólne i urzędowe za te zabory \ve dworze i u wło- 
ścian; lecz i u jednego i u drugiego odpowiedziano mu: "Kto 
wam wsiem kwitancif nadafotsia" . Jednakże z tych niekom- 
pletnych kwitów, które otrzymał od komend częściami, zebrała 
się suma 27 tysięcy rubli. Te kwity potem złożone do Komisji 
Likwidacyjnej, wyznaczonej dla całego kraju, zostały w lat osiem- 
naście prawie wszystkie umorzone, jako nieformalne ; a za całą 
krzywdę ojcu przyznano tylko dwieście rubli, których także 
nie odebrał, bo, przechodząc przez ręce urzędników, gdzieś 
Ugrzęzły, jak to pospolicie u nas bywa z wypłatami od rządu. 
We dworze bieliczańskim stała artylerja g\vardji cesarskiej.
>>>
240 


EDWARD MASSALSKI 


Oficerowie, a między nimi niejaki książe Trubeckoj, Demidow 
i inni, upodobawszy mnie, że szczebiotałem po francusku, a spryt- 
nie im odpowiadałem, nastavvali na ojca, żeby mnie oddał do 
ich artylerji, obiecując opiekę swoją i najdalej za rok rangę 
oficerską. Jak dziś uważam, niezła to byłaby.karjera; bo z kam- 
panij następnych mógłbym powrócić z wyższym stopniem i, słu- 
żąc w gwardji, w młodym wieku dojść do rangi generalskiej. 
Ale i sam tego nie żałuję, i na wet wtenczas nie pragnąłem, i oj- 
ciec daleki był od przyjęcia takiej propozycji, tem bard,Ziej, 
że spodziewał się powrotu Napoleona i wskrzeszenia ojczyzny. 
Po przewaleniu się głównej armji ciągle potem tąż drogą 
przez Bieliczany przechodziły mniejsze komendy, unikając zni- 
szczonego traktu pocztowego z Orszy do Wilna. Wśród tych prze- 
chodów zjawiali się Francuzi, którzy z pod Borysowa rozpierzchli 
się byli po lasach i kryli się po zaściankach i u strażników leśnych; 
ale ci, wychodząc ze swych kryjówek w najokropniejszej nędzy, 
przemarzli i wygłodniali, tak byli słabi, że od najmniejszej przy- 
czyny ginęli. Pamiętam, że jeden taki u któregoś z naszych 
sąsiadó\v, gdy. wchodził we drzwi, potrącony niemi przez kozaka, 
upadł martwy. Drugi takiż przywlókł się do nas właśnie, kiedy 
dwóch braci Naryszkinów, gwardyjskich oficerów, zajecha\vszy 
do nas, jedli śniadanie. Postrzegłszy oni tego nędzarza, umyślili 
pożartować z moją matką i panną Anielą. Udali, że chcą go 
zar
bać, a na płacz i prośby mojej matki ofiarowali zostawić 
go przy życiu, jeśli moja Dm tka i panna Aniela ich wycałują. 
Musiały nieboraczki nato przystać, i ciesząc się, że ocaliły życie 
Francuzowi, wzięły go w opiekę; lecz, ile mogę sobie przypomnieć, 
zdaje mi się, że ten biedak tegoż dnia czy nazajutrz un1arł. 
I wogóle prawie wszyscy tacy, skoro zostali ogrzani i nakar- 
mieni, za taczali się i tuż konali. 
Takie okropne sceny powtarzały si
 często, a te nie- 
dobitki francuskie, rozchodząc się po wsiach i dworach, i tam 
umiera jąc, rozniosły zarazę, która musiała już być \v po- 
wietrzu od mnóstwa trupów pod Borysowem i po głównym 
trakcie, a rozpostarła się szczególniej od opustoszenia i nę- 
dzy, którą wojsko rosyjskie po sobie zostawiło. W naszych 
wsiach rychło zjawiła się o1cropna gorączka, która poło\vę lu- 
dności zmiotła; u nas we dworze także kilku ludzi umarło;
>>>
- 
- .- 
:::.., 



 
.... 


, 
.. 
C' 
-- 
. 
, 


"'łn- 


---- 


--- ..-- 


:JI 
:'P 


. "", 
....... 


-....... 


-- 


-
 
j. 'i;1 


O\. 
... .. 


..... 


13ra1na klasztoru hazyljanów w IPilnie. 


... 
T v- ' . 



 


:....;. 


-, 


J/

\
. 

 _ ...ł....
 , 
....'.ii..
!!.f
. .., 
;Jai. 
fi
 
... "1 

 
___:.o--- 
 
- ---- -
 
--- ,
 

.:........ 



 

 



 


--.....
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


2-1-1 


matka moja, ratując chorych po wsiach, san1a zaraziła się, ale, 
chociaż była mocno chorą, prędzej ja koś przyszła do zdrowia; 
lecz ojciec bardzo długo i ciężko choro\vał. Nie było już nadziei 
wyzdro\vienia, aż jakiś doktór pułkowy przejeżdżając poratował 
skutecznie. Nakoniec pod wiosnę ojciec, przyszedłszy do sił, 
zaczął krzątać się około podźwignienia gospodarshva \ve dworze 
i u włościa n. Miał trochę kłopotu i ze swymi Polaka mi, których 
przecho\vał do wiosny; bo policja ziemska, która natenczas 
wyłącznie z Rosjan została u na s ustano\viona, pa trząc na to 
przecho\vywanie przez palce w ciągu całej zimy, może dla tego, 
żeby nie karmić jeńców kosztem rządu, na \viosnę zacz
ła pilnie 
poszukhvać ich \vszystkich, a ob)'\va telów pomimo ogłoszonej 
amnestji pociągać do odpowiedzialności za przecho\vanie. Pa- 
miętam, że sprawnika ojciec ułagodził, odda wszy mu konie 
powozowe, które świeżo był dla siebie nabył za d\vieście rubli. 
Nie wiem już, co tam \vięcej popłacił za tych jeńców, lecz musie- 
liśmy się z nimi pożegnać. Zabrano ich od nas i od sąsiadów 
i popro\vadzono do Mińska. Rozsta\vali się z nami ze łzami 
wdzięczności, zosta\viwszy nam broń S\voją na pamiątkę. Tu 
już był koniec całego dran1atu francuskiego i ó\vczesnej naszej 
nadziei na odrodzenie się Polski. 
Powrócili też z \vojaczki i niektórzy z naszych są- 
siadów, Felicjan IvIos'?;yński i Robert Rogowski, którzy z pod 
Borysowa dostali się do Mołodeczna; ale tam po rozpręże- 
niu się całkovtitem armji francuskiej ukryli się u kogoś ze 
znajomych i doczekali się amnestji. Powrócił także i nasz 
były guwerner, Antoni Massalski; ale, zrażony nieszczęśliwą 
wyprawą i zdesperowawszy o przyszłych losach, pojechał \vkrótce 
do Mińska i wstąpił do seminarjum diecezjalnego. 


Z filareckiego świata. 


16 


. 


.
>>>
III. 


Na wiosn
 1813 r. ojciec odwiózł nas znó\,", na naukę 
do Przyborek. P. Jerzy, pomimo zaleceń rządowych, ufny 
w swe stosunki z urzędnikami, zatrzymał u siebie na gu- 
wernera do siostrzanów jednego z rozbitków francuskich, nie- 
jakiego Mecnaura (piSc;Lł się Metznauer), który był oficerem 
w konnej artylerji wirtemberskiej i po\viadał się być synem 
ministra wirtemberskiego. Czy był nim istotnie, tego nie 
wiem, ale \vidać było po nim, że należał do cywilizowańszej 
klasy, posiadał kilka języków, jako oficer artylerji musiał 
posiadać i nauki odpowiednie, a rysował prześlicznie. Ale 
z nauki tej korzyści nie było. Mecna Uf bo\viem, nie sposobiąc 
się nigdy na pedagoga, nie był w możności prowadzić edukację; 
zada\vał nam wprawdzie do uczenia się napamięć rozmOWj 
francuskie i niemieckie, czasem próbował uczyć nas rysunku 
i arytmetyki, ale to \vszystko było dorY'vcze, bez planu, i prze- 
rywane polowaniem, rybołóstwem, konną jazdą i innemi zaba- 
wami tak, że nauki było bardzo mało. 
Ojciec, postrzegłszy, że my przy }Iecnaurze prawie nic 
nie korzystamy, zabrał nas do domu i zdeterminował się 
oddać nas do szkół jezuickich w Mohyle\vie. Jakoż, sprowa- 
dziwszy z miasteczka krawców, kazał nam uszyć z liberyj- 
nego sukna szaraczkowego nowe surduty i płaszcze, a z daw- 
nych mundurów swoich fraki, i wyprawił do Moh ylewa pod 
przewodnict\vem przyjaciela swego, porucznika Niedźwieckie- 
go, który często u nas przesiadywał, n1ając u ojca należność. 
Ubierał się on po polsku, a w dnie uroczyste przywdziewał 
ponsO\vą ferezję z pięknego sukna, sobolami okładaną. W tej 
właśnie prezentował nas w Mohylewie księdzu Korsakowi, rek- 
torowi kolegjum jezuickiego. Umieszczeni zostaliśmy \.v kor:- 


.
>>>
Z PAMIĘT
IK6\V . 


243 


wikcie pod dozorem ks. Reuta, regensa konwiktu. Ponieważ 
mieliśmy początki łaciny, przyjęto nas wprost do drugiej klasy, 
t. j. do "grama tyki" , a na Nowy Rok obaj z bratem zostaliśmy 
promowani do "syntaksymy", t. j. do trzeciej klasy. Pierwsza 
zwała się "infimą" , czwarta "poet yką" , piąta "retoryką", 
a szósta "filozof ją". Nauki u jezuitów były takie: łacina sta- 
nowiła podstawę całego kształcenia naukowego; obok niej wy- 
kładano w trzech niższych klasach początki arytmetyki, geo- 
grafji, cokolwiek historji świętej i starożytnej; w trzech wyżs
ych 
uczono poetyki, retoryki, filozofji, to jest logiki i metafizyki 
staroświeckiej, kontynuowano historję starożytną i powszechną, 
wykładano początki algebry do ró\vnań 2 stopnia i nieco geo- 

 
metrji z zastoso\vaniem jej do praktyki miernictwa w polu. 
Języków francuskiego i niemieckiego uczono we wszystkich 
klasach, a konwiktorowie mieli nadto jeszcze osobne godziny 
w domu do języków i wprawę przy swych dozorcach jezuitach, 
Francuzie i Niemcu. Historja wykładana była sposobem anegdo- 
tycznym, poetyka i retoryka podług metod staroświeckich, z przy- 
kładami z klasykó\v łacińskich i niekiedy z pisarzy naszych 
złotego wieku: Kochanowskiego, Skargi, Górnickiego; filozof ja 
podług Anżoliniego, Storchenawa i innych spółczesnych im 
scholastyków. \Vogóle \vszystkie nauki wykładano podług au- 
toró\v i metod, przez czas uświęconych. 
O nowszych autorach, niepe\vnych, jezuici przeważnie sły- 
szeć nie chcieli, mając ich wszystkich za napojonych duchem 
filozoficznym osiemnastego \vieku, a zatem za niebezpiecznych 
dla \viary. Celem ich wychowania było nietylko wykształcenie 
umysło\ve młodzieży, jak przedew
zystkiem moralne, chrześci- 
jańskie. I rzeczywiście, zastano\viwszy 
ię po chrześcijańsku, 
zdrowym rozsądkiem nad celem stworzenia człowieka na świecie: 
że Bóg stworzył nas nie dla ziemi wyłącznie, ale głównie dlatego, 
żebyśmy tu sobie \vysłużyli ,,\vieczność" szczęśliwą, należy przy- 
znać, iż jezuici mieli rację troszczyć się \v \vychowaniu najprzód 
o moralne i religijne nas \vykształcenie. \Vszelako i to musimy 
wyznać, iż grunto\vne oświecenie w naukach nicby nie 
zko- 
dziło do głównego celu, owszem nieza\vodnie byłoby dlań poży- 
teczne. A przytem, że i w religijnym \vzględzie, jezuici zanadto 
ostrożnie nas traktując, głó\vnie do praktyki religijnej przyu- 
. 
16* 


, 


.
>>>
244 


ED\VARD MASSALSKI 


czając, a nie uzbrajając nas \\
cale, ani ". szkołach, ani nawet 
w dojrzalszym \vieku w Akademji, przeciw zarzutom, fałszom 
i zgorszeniu, z któremi musieliśmy spotkać się na świecie, nara
 
zi1i wielu nas na obłąkanie i wyrzeczenie się na\vet zasad religij- 
nych, kiedyśmy po \vyjściu z ich szkół wpadli w sferę niedo\viar- 
stwa, panującego wówczas \v naszym kraju
 
Cokol\viek bądź jednak, pomimo błędnego pojęcia o wychowa- 
niu na ukowem i pomimo niedosta teczności wycho\vania religijnego, 
szkoły ich z zasady swojej były lepsze od ó\vczesnych świeckich, 
gdzie na religję i prowadzenie się młodzieży żadnego względu nie 
obracano. U nas panowała świętość obycza jów i przyzwoitość 
w obcowaniu, zgorszenia żadnego nie było i pod tym względem 
. 
sami jezuici byli na j piękniejszym wzorem. Zarzucają im powszech- 
nie kosmopolityzm, wpajanie uległości niewolniczej , przyuczanie 
do despotyzmu i inne wykroczenia przechv pra\vom społeczeństwa; 
lecz mogę śmiało, z własnego przekonania zaświadczyć, że to 
jest czysta po t\varz, przynajmniej \vzględem tych jezuitów, 
którzy byli w naszym kraju. U nich powzięliśmy najczystsze 
wyobrażenia obowiązków i praw czło\vieka, obywatela i syna 
ojczyzny. Będąc potem w Uniwersytecie Wileńskim, nic święt- 
szego w tych przedmiotach nie słyszeliśmy. Prawda, że i przy- 
byliśmy do jezuitów, lubo w dziecinnym \vieku, ale już po świe- 
żem wstrząśnieniu politycznem, dobrze usposobieni, a nawet 
z przesadzonym zapałem, który nas był przywiódł w samym 
początku do szalonego zamiaru. 
Po bitwie Davousta z Bagrationem pod l\lohylewern Fran- 
cuzi złożyli byli \v kolegjum jezuickiem ilość różnej broni, 
zbywającej, czy z pobojowiska zebranej. Skład ten znaj- 
dował się \V obszernem parlatorjum, tuż za furtką. My 
podpatrzyliśmy tę broń i zaraz ukartowaliśmy projekt sko- 
rzystać z niej na pomoc ojczyźnie, t. j. opatrzyć się \v karabinki, 
pistolety, pałasze, i kupą przemknąć się do Polski, żeby połą- 
czyć się z \vojskiem Napoleona. Wszyscy więc starsi, którzy 
byliśmy w kon\vikcie, związaliśmy się słowem honoru, postana- 
wiając wykonać niez\vłocznie ten zamiar. Ale nietylko ci, któ- 
. , 
. rych rodzice byli pa h-jotami, lecz i inni, co \v domu mog1i ffilec 
przechvne \vrażenia, między nami za palili się do tego za miarn. 
l\iiędzy innymi Sn
tkowie, synowie ruskiego urzędnika, chociaż
>>>
z PAl\HĘTNIK6\V 


245 


katolicy po matce, Antoni i Aleksander Lubomirscy, synowie 
księcia Ksawerego, urodzeni z Naryszkinó\vny, a nawet czysty 
Rosjanin Chołodkowski, syn prokura tora mohyle\vs
iego, któremu 
wma\vialiśmy, że on, polskie nazwisko nosząc, musi pochodzić 
z rodu polskiego, a gdy uwierzył temu, któryś z nas odkrył 
mu nasz zamiar. On z zapałem zań się chwycił, więc już i \vszyscy 
musieliśmy przypuścić go do kompanji. Przygoto\vania do. 
ucieczki poszły żwa\vo; broń, ile nam było potrzeba, \vykradli- 
śmy z owego składu, dobrawszy klucz od któregoś z naszych 
kufrów. Ale na podróż trzeba było pieniędzy, \vięc złożyliśmy, 
ile każdy z nas miał zapasu, z danych od rodzicó\v na drobne 
spra\vunki; a że to było bardzo mało, więc ułożyliśmy się sprze- 
dać odzież i bieliznę, których nie moglibyśmy zabrać w ucieczce. 
Służący przy kolegach naszych, Sianożęckich, lokaj Płaton, 
podjął się tę sprzedaż ułat\vić; jakoż pozabierał nasze rucho- 
mości i dał nam za nie, ile mu się podobało pieniędzy. A Cho- 
łodkowski ukradł u swego ojca pięćset rubli i te do ka
y przy-, 
niósł. Ale to sa mo powiększyło naszą nieufność ku niemu i nie. 
chcielibyśmy już brać go z sobą, lecz, że wiedział nasz sekret, 
musieliśmy. Nie pamiętam już dobrze, jaka \v tym \vzględzie 
nastąpiła między nami umo\va, ale zdaje mi się, iż było uło- 
żono, żeby na wypadek dostrzeżenia \v nim jakiejkolwiek chęci 
zdrady palnąć mu w łeb. 
A plan późniejszej podróży, oparty był na te.m, że na- 
trafimy zapewne na jakieś konie \vłościańskie na polu, na 
te wsiądzielny i popędzimy! póki na drugie nie trafimy. Tam 
przemienhvszy konie, dalej, i tak aż do Polski. Taka poczta 
wydała się nam bardzo możebną i godziwą; bo każdy 
włościanin mógłby odzyskać swe konie na miejscu ich przemiany 
na drugie. W kilka dni przygotowania wszystkie były ukończone, 
i już \v nocy mieliśmy uciekać, a sekret był tak ściśle między 
nami dochowany, że jezuici o niczem podejrzenia" nie . mieli. 
Aż tu wieczorem wpada gubernator do rektora i objawia mu 
o naszym zamiarze. Natychmiast rewizja: znaleziono \v naszych 
łóżkach broń ukrytą i zapasy chleba na drogę, nakupionego 
przez tegoż Płatona, który,. to wszystko zrobhvszy i skorzystaw- 
szy na sprzedaży naszych ruchomości, sam też doniósł o tern 
gubernatorowi. Jez.uici byli w wielkim kłopocie. Gdyby się to
>>>
246 


EDWARD MASSALSKI 


później zdarzyło, pod koniec panowania Aleksandra lub za Mi- 
kołaja, poszlibyśmy nieza\\Yodnie \v sołdaty, ró\vnie jak ci, co 
potem z innych szkół i za mniejsze prze\vinienia w to nieszczęście 
popadli. Ale \vó\vczas nie pastwiono się jeszcze z taką tyranją 
nad młodzieżą. A przytem gubernator Tołstoj był człowiek 
\vyrozumiały, \\yziął to za swawolę dziecinną, uspokoił jezuitów, 
kazał to 'Za trzeć \y domu, i tylko broń. od nas odebraną, i ów cały 
skład zabrał. Cała tedy ta sprawka nasza skończyła się na upo- 
mnieniu i na szkodzie \v ruchomościa ch; a jeden tylko Chołod- 
kowski odpokutował za wszystkich, bo dostał rózgami od swego 
Ojca. 
Duch jednak \vojowniczy między nami nie zgasnął. Naj- 
milszą zabawą naszą były batalje, a zawsze d\vie strony, polska 
i moskiewska. Że zaś z początku nikt nie chciał należeć do obozu 
moskiewsłdego, więc ułożyliśmy się, żeby, podzieJiwszy się na 
dwie równe part je, \vydać pierwszą batalję bezimienną, a kto 
bitwę przegra, ten musi należeć do partji moskiew5kiej póty, 
aż \v innej batalji dostanie się do partji wygrywających. Batalje 
zaś nasze odbywały się pospolicie na \vałach, okrążających górne 
miasto, \vysokich i stromych. Jedna part ja broniła wałów, 
druga je zdobywała; kto został strącony z wału, ten przegrywał. 
Tym sposobem part je nie ciągle były złożone z tych samych 
kolegów, lecz z tryumfujących jedna, ze strąconych składała 
się druga. Za miastem, dokąd na reKreację co wtorek i co czwar- 
tek pod dozorem jezuitów wychodziliśmy, była gra w palanta; 
lecz i tam te obozy walczyły, a która strona drugą dalej prze- 
pędziła, ta wygrY'vała i przybierała nazwę polskiej, a przegry- 
wająca moskiewskiej. 
Co do na uk, ja byłem przez \vszystkie klasy ciągle 
pierwszym \v swojej. Pierwszeństwo naby\vało się podług 
liczby kresek, z\vanych "laudesami", które dawano za do- 
bre wydanie lekcji, a najwięcej za nauczenie się na pa mięć 
\vierszy łacińskich, albo za tłumaczenie klasyków. Dla tej próż- 
ności poświęcałem gruntowniejsze studjowanie nad wykłada- 
nemi w klasach przedmiota mi, uczyłem się wierszy na wet u stołu, 
trzymając książkę na kolanach; i w ciągu trzech lat, przez które 
byłem w "syntaksymie", "poetyce" j "retoryce", wyuczyłem 
się był jak pacierza znaczną część Eneidy, mnóst\vo od Horacju-
>>>
z PAMIĘTNIKÓ\V 


247 


sza i przetłumac
yłem dużo mów Cicerona, komentarzy Cezara, 
wielką część Lhvjusza i t. d. 
Wakacje nasze z drugiego na trzeci rok szkolny, t. j. 
w r. 1815, przeciągnęły się do późnej jesieni, poczem zosta- 
liśmy od\vie'lieni do piątej klasy. W 1816 r. ukończyliśmy 
piątą klasę w szkołach mohylewskich i ojciec odwiózł nas do 
Połockiej Akademji jezuitów. Najął dla nas mieszkanie i stół 
w mieście u niejakiej pani Massyniilej, Włoszki, wdowy po 
cukierniku. Zaprezento'wał nas u ks. Landesa, prowincjała, 
i u rektora Akademji, ks. Brzozowskiego, i zostaliśmy zapisani 
w poczet uczniów fakultetu nauk wyzwolonych, \v wydziale 
filozoficznym. Fakultetó\v było trzy w Akademji, mianowicie: 
fak. językó\v, fak. nauk \vyzwolonych i fak. teologiczny. Ale 
fakuJtet nauk wyzwolonych dzielił się na trzy wydziały: l. wła- 
ściwie "nauk wyzwolonych", w którym się wykładały: sztuka 
rymot\vórcza, krasomóshvo, historja powszechna, staro
ytności, 
tudzież malarstwo, muzyka i t. d.; 2. ,v filozoficznym wykła- 
dano logikę, metafizykę, dialektykę, etykę; teologję naturalną, 
tudzież matematykę czystą i stosowaną, fizykę, chemję i historję 
na turalną ; 3. w pra \vniczym było prawo na tury, prawo kano- 
niczne, rzymskie i krajowe cywilne i kryminalne, tudzież proces 
sądowy. W pierwszych dwóch wydziałach tego fakultetu wszyst- 
kie nauki były po łacinie i spowite w sylogizmy, wszystko po- 
dług autorów dawniejszych. 
Wydział prawniczy, chociaż wolniejszy od sylogizmów 
i mający niektóre przedmioty \vykładane po polsku, jakoto 
statut litewski i proces sądowy, był jednak naj biedniej szym, 
bo profesorowie często ograniczali swój wykład na czytaniu 
kodeksó\v, prawie bez żadnych u
ag i objaśnień. 
Fakultet tylko teologiczny pod tym względem stał daleko 
wyżej; bo tu i profesoro,,'ie byli lepiej dobrani i mogli używać 
świeższych autorów, jako niezarażonych filozofizmem. Dlatego 
też niektórzy z naszych kolegów, sprobo\vawszy wydziału filo- 
zoficznego lub pra\vniczego, przechodzili na fakultet teologicz- 
ny: jedni z powołania do stanu duchownego, jak między innymi 
Fijałkowski, dzisiejszy biskup kamieniecki, i Lipski, sufragan 
teraz diecezji saratowskiej, drudzy dla otrzymania stopnia dokto- 
ra, który da\vał wtedy prawo do rangi ósmej klasy. 


ł
>>>
248 


ED"VARD MASSALSKI 


Na uka, słowem, \V Akadenlji Połockiej wszystka, oprócz fa- 
kultetu teologicznego, nie stała bardzo wysoko, lecz my, nie zna- 
jąc lepszej, poczytywaliśmy ją za k\vintesencję ludzkiej mądrości. 
Profesorowie też nasi, jedni szczerze dzie1iH to przekonanie, dru- 
dzy, szczególniej młodzi, lubo prze\Vidy\vali potrzebę reformy, jak 
się później pokazało, umieli jednak ulegać pra\vidłom i \voli 
starszych s\voich. Oprócz bowiem fana tycznego trzynlania się 
przed\viecznych a utoró\v, drugą wadą było: bra k 
 pecjalistów 
\V pe\vnych gałęziach nauki, szczególniej dla szkół niższych. 
Po zapisaniu nas tedy do Akadenlji zaczęliśmy uczęszczać 
na lekcje. Józef, ż\va\vszy ode mnie, bystrzejszy i usposobiony 
raczej do poezji, aniżeli do nauk refleksyjnych, znudził się \vy- 
działem filozoficznym i przeszedł na literacki, to jest \vłaściwy 
nauk wyz\volonych. A że tu mu \vszystko szło bardzo łahvo 
tak, że, nie potrzebując praco\vać \v domu, lekcje wszystkie 
z sanlego słuchania pamiętał, zaczął \vięcej czasu poś\vięcać 
na pisanie \vierszy, a także i na nieco za długie obco\vanie z ko- 
legami. Pomiędzy nimi było niemało praco\vitych i pilnych, 
jak np. 'na pra \vnym "ydziałe Dona t Żebro\vski, Konstanty 
Serbino\vicz, Piotr Elijasze\vicz; na literackim Szepiele,vicz 
i Barszcze\vski. Ci obaj mieli dużo ducha poetyckiego i, gdyby 
trafił się był lepszy profesor, pewnoby zosta \vili po sobie lepsze 
uhvory niżeli te, które \vydali. Ale \vielu też między nimi było 
i paniczyków, którzy mało się uczyli, tracąc naj\vięcej czasu 
na rozry\vki, i poz\valając sobie na\vet kart i różnych \vybryków, 
p6mimo całej suro\vości nadzoru jezuickiego. Z liczby tych 
ba\viących się bliższe z nami stosunki mieli Komorow'scy, Że- 
browscy, bracia Donata, Petryko\\Tscy, kre\vni ich jurje\vicze, 
Benisła\vscy, \vszystko Białorusini, dobrzy chłopcy i poczchvi, - 
ale do Akademji chodzili tylko dla formy, raczej dla zabawy. 
Miło mi jednak \VspolTInieć te czasy, przepędzone "
y Połocku, 
bo i najszczęślhvsze w życiu tam chwile przeszły, i koledzy ta- 
meczni, z którymi się za przyjaźniłenl, tr\vali w tej przyjaźni 
za\vsze, a niektórzy na\vet, jak Elijasze\vicz i jure\yicz, dużo 
w późniejszym czasie na mój los \vpły\vali. józef, pomimo że 
się niebardzo przykładał, zdał jednak przy egzaminie (". 18 1 7 r.) 
jak najpiękniej i otrzymał stopień studenta nauk \vyz,,'olonych, 
a ja otrzymałem. stopień studenta filozofji.
>>>
. 
z PAMIĘTNIKÓ\rV 


249 


\V kilka tygodni po przyjeździe naszym do Bieliczan 
na wakacje ojciec po\viózł nas do Mińska na elekcje urzęd- 
nikó\v szlacheckich. Że nas \vzięto tam, była to forsa stry- 
jaszka naszego, p. Jerzego, który, przez zemstę za owo zapi- 
sanie go w 1812 r. \v proste żandarmy przez Osztorpa, posta- 
nowił z\valić go z marszałko\vst\va ihumeńskiego i przez to 
niedopuścić do kandydatury na gubernjalnego marszałka, do 
czego on już \vó\vczas sięgał. Zbierał \vięc p. Jerzy. partję 
przychylnych sobie \votów i dlatego przy\viózł siostrzanó\v 
swoich Okuliczó\v, uprosił sąsiada s\vego Snitkę o przy\vie- 
zienie synó\v, uprosił też ojca mego \vzględem nas, tudzież cio- 
tecznych braci s\voich, \Vańko\vicza Melchjora i Klaczko\vskiego 
z ich synami. \Vielu z nas nie miało jeszcze lat, pra'wem \vYllla- 
ganych do \voto\vania, t. j. osiemnastu skończonych, między 
tymi i n1ój brat Józef, który dopiero był jakoś \v połowie siedem- 
nastego; lecz pan Jerzy potrafił to \vszystko tak ukarto\vać, 
że wszyscy byliśmy przypuszczeni, jako pełnoletni. A oprócz 
naszej falangi miał jeszcze i \viele innych \votÓ\V niebardzo 
słusznych. Pra \VO bo\viem \vó\vczas przypuszczało do \voto\yania 
wszystkich tych, którzy sami lub ich rodzice posiadali obecnie 
prawem dziedzicznem, albo za sta\vnem , dobra, liczące naj- 
mniej 25 dusz 11lęskich poddanych. Otóż pan Jerzy, dla pomno- 
żenia sobie partji, przyjaciołom s\voim, nie posiadającym tej 
kwalifikacji, wyrobił u rótnych oby\vateli i sam poda\vał na cząstki 
swoich Przyborek pra\va zasta\vne kondyktowe, to jest zmyślone, 
tymczaso\ve. Nakoniec i życzliwych sobie \v po\viecie dużo 
liczył, którzy mu \vszyscy przyrzekli pomagać przechv Osztor- 
powi, a na 11larszałkost\vo ihumel1skie wybrać Za ,,'iszę, dzie- 
dzica Kuchcic, pana Jerzego zaś na podkomors hvo, które było 
wówczas pier\vszym po marszałkoshvie urzędem ". powiecie. 
Nasza k\vatera podczas \vyborów podobna była do owych 
dawniejszych sejmikowych, kiedy pano\vie. zgromadzili tłumy 
szlachty. Mieszkanie i stół nlieliśmy kosztem wspólnym w jednym 
domu obszernyn 1 . Przyłączyli się bowiem do nas Rogo\vscy, 
Moszyńscy, Jeśmanowie i \vielu innych, których dziś już nie 
pamiętam, kresek ze trzydzieści, tchnących wszystkie jednym 
duchem p. Jerzego. Taka gromada jednomyślna miała s\,.oje 
znaczenie w gubernji. Jakoż ze \vszystkich po\viató\v starszyzna
>>>
250 


EDWARD MASSALSKI 


i marszałko\vie o naszą przyjaźń starali się; wizytowali nas, 
nadskakiwali naszym dowódcom, a poufalsi osypywali nas, smar- 
kaczów cukierkami i sapieżankami, zamawiając sobie nasze 
gałki. Osztorp także do nas uczęszczał, i chociaż przeczu\vał, 
że ta falanga przeciw niemu, jednakże nie \vydał się z tern prze w 
czuciem i uprzejmością starał się nas zaskarbić; ale p. Jerzy 
otwarcie okazywał mu oziębłość, a inni politykowali. 
Sesje elekcyjne odbywały się dwojakie: powiato\ve i guber- 
njalne. Na powiatowych sesjach, dla których każdy po\viat 
z przyczyny wielkiej liczby wyborców miał w osobnem miejscu 
salę, wybierano marszałka, podkomorzego, chorążego, deputata 
do zgromadzenia szlacheckiego gubernjalnego; prezydenta, pod- 
sądkó\v i pisarza do sądu powiatowego, spra \vnika i asesorów 
do sądu ziemskiego; kasjera powiatowego; tudzież kandydatów 
do \vszystkich urzędów gubernjalnych, oprócz marszałkostwa, 
bo do tego był kandydatem wyłącznie no\vowybrany w każ- 
dym po\viecie marszałek powiatowy. 
Nasza sala powiatu ihurneńskiego była na wszystkich 
wyborach w refektarzu bernardyńskim. Gubernjalne sesje od- 
bywały się \v kościele dominikańskim. Tam powiaty miały 
każdy osobne miejsce za stołem i la \vkami w na \vie kościel- 
nej i po bokach, a \v presbiterjum koło marszałków pod prezy- 
dencją gubernjalnego; tam na ich stół znoszono z powiatowych 
stołów urny z wotami po przewotowaniu na każdego kandy- 
data, tam je zsypy\\-ano do urny gubernjalnej i liczono. Na tych 
sesjach z kandydatów, podanych przez po\viaty, wybierano 
gubernjalnego marszałka, prezydenta i asesorów do pierwszego 
departamentu Sądów Głównych, nazwanego później Izbą Kry- 
minalną; prezydenta i asesorów do 2 departamentu, naz\vanego 
później Izbą Cywilną; kura tora szkół, znajdujących się w gu- 
bernji, nakoniec sekretarza i kasjera do zgromadzenia szlachec- 
kiego gubernjalnego. Kiedy przyszło do wotowania na powia- 
towych urzędników, a za kandydatów do marszałkostwa ihu- 
meńskiego podano Zawiszę i Osztorpa, ojciec, wziąwszy mnie 
i Józefa na stronę, powiedział: "Nie godzi się nam za nikogo 
mścić się. Osztorp jest dobrym urzędnikiem: wotujcie podług 
sumienia ". Tak upomniany, ja rzuciłem gałkę za Osztorpem. 
Pan Jerzy, który był w licznie cenzorów, przestrzegających po-
>>>
ł". 


z PAMIĘTNIKÓW 


251 


rządku, a nliał bystre oko, z poruszenia ręki mojej zrniarko\vał 
na którą stronę gałkę rzuciłem. Spojrzał tylko na mnie suro\vo, 
lecz wtedy nic nie po\viedział, bo i beze mnie Osztorp upadł 
przewyżką dwóch 'wotów przeciwnych, ale odtąd p. Jerzy trak- 
to\vał mnie ozięble i nigdy już nie \vspomniał o za pisaniu mnie 
swoich Przyborek, co od la t kilku za powiadał przy każdym wi- 
dzeniu się, obiecując mnie przybrać za s\vego dziedzica. Jakoż 
zapisał je potem swemu bra tu bezwładnemu, Franciszkowi, 
po którym te dobra spadły na ich siostrzanów, Okuliczów. Mar- 
szałkiem tedy ihumeńskim został Za\visza, a podkomorzym 
pan Jerzy. 
Po ukończeniu \vyborów niezwłocznie po\wóciliśmy do 
Bieliczan i stamtąd wkrótce odesłał nas ojciec do Polocka. 
Zabraliśmy z sobą młodszego brata naszego Karola, zamie- 
rzając przysposabiać go do szkół. Czas tak spędzaliśmy: 
wychodziliśmy na kilka godzin codzień do Akademji, a resztę 
dnia poś\vięcaliśmy zabawom z kolegami, które \vtenczas właśnie 
w naszej k\vaterze zaprowadziły się bardzo częste przez zbieg 
okoliczności. K\vatera ta w domu obszernym na piętrze składała 
się z trzech pokoi i przedpokoju; a że reszta tego piętra była 
nieza jęta, gospodarz nasz przez grzeczność, pozwolił nan1 uży- 
wać przyległej do naszego mieszkania \vielkiej sali na lekcje 
tańców. Do kompletu biorących te lekcje przyłączyli się koledzy 
nasi, chłopców kilkunastu, którzy się już nietylko dla lekcji, ale 
i dla zabawy u nas zgromadzali. Lekcje zaś tańcó\v napro\va- 
dziły prędko na wniosek, że one nieskładnie idą bez panien. 
Więc natychmiast ukartowaliśmy projekt za pro\vadzenia bali- 
ków. A do tego nastręczyła się zręczność taka, że w Połocku był 
nadzorcą wodnej komunikacji na Dź\vinie niejaki Fiedor Mas- 
salski J Rosjanin, ze smoleńskiej gubernji rodem, ale dowodzący, 
że jego przodkowie pochodzili z Litwy. Był on żona ty i my 
mieliśmy z jego domem znajomość; uprosiliśmy więc jego żonę 
na gospodynię do naszych balików. Ona tedy już od siebie za- 
praszała panie urzędnikowe z córkami, kilka Niemek ze stanu 
I kupieckiego i obY'va telki, mieszkające \v mieście dla edukacji 
I dzieci. A mieliśmy tę przeżorność, żeby dla zasłonienia się od 

ezuitówJ jeśliby oni, dowiedziawszy się o tych balikach, za złe 
]e poczytali, zapraszać między innemi siostrę naszego prefekta 


..
>>>
252 


EDW ARD :MASSALSKI 


ks. Snarskiego. Baliki te zresztą były rzeczY'viście skromne 
i przyz\voite; tańczyliśmy przy fortepianie, a cały traktament 
składał się z herbaty, ciast i małej ilości lekkiego \vina, 'wszystko 
to kosztem składko\vynl. Ale do nauk niemniej były \vielką 
przeszkodą. Oprócz tej przybyła \vkrótce i druga. 
Przyjechał do Połocka niejaki Marks, młody i przystojny 
człowiek, mianujący się profesorem językó\v angielskiego i hebraj- 
I skiego, a jak się potem wykryło, Żyd angielski, przechrzta, ajent 
To,varzyst\va Biblijnego i podobno a \vanturnik. Zarekomendował 
się jezuitom, ofiarując s\voje usługi do wykładu tych języków 
w Akademji. Jezuici mieli do nich swoich nauczycieli, a przytem, 
ostrożni, nie dali się \vyciągnąć \v pole; ale że l\Iarks prezentował 
się przyzwoicie, nie bronili mu dawać lekcyj prywatnych akademi- 
kom, którzyby sobie tego życzyli. Ja miałem wielką pasję do 
wschodnich językó\v; za proponowałem tedy 
Iarkso\vi mieszkanie 
w naszej kwa terze i lekcje. On chętnie na to przystał, a że dobrze 
po francusku wysła,viał się i umiał zająć słuchaczó\v swojem 
opo\viadaniem, koledzy nasi zaczęli zbierać się do niego na ga- 
wędę, i te posiedzenia naturalnie przymnożyły nam roztargnień. 
Trwało to wszystko przez całą pra,vie zimę, aż do zapustóW. 
\V post nasze .baliki musiały ustać, a pan l\tlarks, zakocha \vszy 
się 'v jednej z tych Niemek, które u nas b)'\vały, zaręczył się 
z nią i \vyjechał do Petersburga dla objęcia, jak po,viadał, po- 
sady jakiejś przed ożenieniem. Na tę podróż \vyłudził u mnie 
pra\vie \vszystek zapas, jaki miałem na utrzymanie nasze do 
\vakacyj, . obiecując za parę tygodni powrócić i mnie uiścić się. 
Na zabezpieczenie zaś tego długu zosta\vił u mnie pakę biblij 
hebrajskich. Ale tyle go i \vidzieliśmy. Niemka, nie doczekawszy 
się go na termin, wyszła za mąż za połockiego kupca, a moje 
pieniądze przepadły; bo za te biblje niktby mnie ani grosza nie 
dał, i wreszcie jezuici, do\viedzia wszy się o nich, zabrali je dla 
zniszczenia, jako heretyckie. 
Z końcem roku, uzyska\vszy z Józefem patenty na 
stopnie kandydatów, wyruszyliśmy do Bieliczyn. Ojciec, chcąc 
nas rozer\vać, \voził nas na zgromadzenia, po imieninach 
i innych uroczystościach, z\vykle \vówczas obchodzonych. 
w powiecie. Ale te \vszystkie zjazdy, tańce, polowania huczne 
i inne zaba, \vy chociaż uprzyjemniały nam pobyt przy ojcu,
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


253 


nie zado\valniały jednak naszych życzeń. Czuliśmy już po- 
trzebę za jęcia się czemś poważniejszem, sposobienia się do 
jakiejś karjery na ś\viecie. Józef układał sobie wstąpić do 
wojska,. ja zaś, zamiłowany szczerze w naukach, \vzdychałem 
do ich kontynuo\vania. Chciałem poznać \vykłady \v Unhversy- 
tecie \Vileńskim, miewałem zachcenia tam się udać; ale z drugiej 
strony prz)'\viążanie osobiste do kilku profesoró\v połockich, 
. których poznałem, i w ogólności szacunek ś\viętości, panującej 
w ich zgromadzeniu, a nakoniec- zażyłość ze znajomymi już 
kolegami - prze\vażyły szalę moich dążeń na stronę Połocka. 
Obiecywałem też sobie, że czytaniem pry\vatnem dokompletuję 
to, co w wykładzie profesorskim byłoby niedokładne, lub 
niedosta teczne. Czytałem bo\viem \viele i w Połocku, mając 
ułatwiony \vstęp do bibljoteki jezuickiej, i w domu, gdyż u ojca 
był zbiór książek nielllały. Ale to czytanie dorywcze, bez dyrekcji, 
bez planu, co wpadło pod rękę, lub do czego cieka\\Tość pociągała, 
chocia ż rozjaśniało \vyobrażenie o \vielu przedmiotach, przez to 
jednak było szkodlh\'e, że bez dobrego fundamentu w jakiej- 
kolwiek na uce, nie stosowane wyłącznie do zgłębienia żadnej, roz- 
praszało umysł, a raczej t\vorzyło w nim zbieraninę \viado- 
mostek, nie z\viązanych żadnym systematem, żadnym celem, 
a przeto 11larnych i bezpożytecznych. Jakoż później okazało 
się, że z całego o\vego perjodu kształcenia się mojego, ze \vszyst- 
kich trudów nauko\vych i ślęczenia nad czytaniem nie odnio- 
słem \vielkiego pożytku. 
Po przybyciu do Połocka zastałem \v owym roku krew- 
nych moich z No\vogródzkiego: Dominika Korbuta i Śliź- 
niów, Rafała i Ottona. Zastałem też \v kon\vikcie sąsiadó\v 
swoich z Kałużyc, Walentego i Karola Wańkowiczó\v, z któ- 
rymi już od d\\róch la t w Akademji kolego\vałem. Na uki 
mnie szły łatwo, a wykład ich \v szczupłym zakresie doz\valał 
uczęszczać na różnorodne przedmioty. Uczęszczałem tedy na 
kursy dwóch wydziałó\v: matematycznego i pra\vniczego, i mia- 
łem jeszcze dosyć czasu na języki grecki i hebrajski, których 
głównie \v tym roku się uczyłem. Oprócz tego ułożyliśmy się 
z kolegami wydawać tygodnio\vo pismo perj, odyczne w którem 
umieszczaliśmy prace nasze literackie. Należeli do tego: Wit- 
kowski Hemyk, Józef Sury n, dwaj Szadurscy, Bohomolec,
>>>
, 


254 


ED\VARD MASSALSKI 


Arkady Roszko\vski, Józef Kossakowski z pod Kowna, Roman 
Lachnicki z pod Grodna, Karol Wańkowicz i ja. Pismo to było 
nie druko\vane, ale pisane na kilkadziesiąt egzemplarzy; a prenu- 
merowali je nasi profesoro\vie i niektórzy z obywateli, mieszka- 
jących w mieście dla edukacji dzieci. 
W końcu tego roku szkolnego zdałem egzamin na stopnie 
magistra filozofji i kandydata obojga pra\v. Ale te stopnie 
straciły już były s\voje znaczenie przed rządem, bo. cesarz 
Aleksander, mając już jakieś nieukontento\vanie do jezu- 
itó\v, odwołał w tym roku przywilej, którym przy nadaniu im 
praw Akademji porównał był co do rang stopnie uczone, 
w niej dawane, ze stopniami, dawanenli w unhversytetach 
. rosyjskich. Racja tego odwołania w ukazie cesarskim była ta: 
że ponie\vaż Akademja jezuicka utrzymuje się kosztem nie Ce-. 
sarst\va, lecz ,vłasnym, \vięc i stopnie uczone, w niej da \vane, 
nie powinny być u\vażane naró\vni z da\vnemi w za 1 dadach 
Cesarst\va, lecz jako cudzoziemskie; a zatem i rang odpowiednich 
przy wstąpieniu do służby za stopnie połockie nie da \vać. Ukaz 
ten podobno nie był powszechnie ogłoszony; ale, jak \viele in- 
nych, przesłany do władzy \vłaściwej, pozostał nieznany innym 
\vładzom. Albo\viem niektórzy z ucznió\v połockich, miano- 
\vicie: Serbino\vicz, Dukszyński, Drużyna, Eljasze\vicz i inni, 
\vkrótce potem \vstąpiwszy do służby \v Petersburgu, otrzyn1ali 
niezwłocznie za s\voje stopnie rangi takie same, jakie należy 
za stopnie, da\vane \v uniwersytetach. Nam ten ukaz ogłoszono 
\vidocznie w tym celu, żeby nas odstręczyć od tej Akademji; 
ale to \vywołało w nas tylko oburzenie i niektórych bardziej 
jeszcze przy\viązało do jezuitów. Poczytując ten krok rządu 
za prześlado\vanie, \vielu wtedy z naszych kolegó\v wstąpiło 
do zgromadzenia; ja też, czując się do wdzięczności za łaskę, 
którą jezuici mnie ,WYŚ\via, dczyli i coraz lepiej poznając ich 
zacność i cnoty, po\vziąłem był szczerą chęć zostać jezuitą. 
U\\1.adomiłem o tern ojca i prosiłem o poz\volenie. Ale ojciec 
zabronił mnie myśleć o tern, a nareszcie i sami jezuici mnie \vy: 
pers\vado\vali, radząc, żebym siebie lepiej doś\viadczył, a jeżelI 
będę miał prawdzhve powołanie, to jeszcze dosyć będzie czasU 
i później o s\vojem przeznaczeniu pomyśleć. . 
W pier\vszych tygodniach 1820 r. koledzy moi wybrah
>>>
., 


Z PA..'\fIĘTNIKÓ"V 


255 


mnie na urząd prefekta sodalisów. Był to zaszczyt u nas 
niemały ; pier\vszym bo\viem w Połocku prefektem sodalisów 
był król Batory, założyciel kolegjum połockiego, a po nim 
piastowali ten urząd z\vyczajnie najwyżsi dygnitarze krajowi; 
po ustano\vieniu zaś Akademji wybierano nań ucznió\v na j- 
starszych i naj porządniej szych. Moja też próżność była tym 
wyborem bardzó podłechtana. Ceremonje też przy wyborze 
i w uroczystości sodalisowskie b)'\vały \vcale imponujące. Sa- 
dzano prefekta na tronie w kościele; przed nim na ta bore- 
łach po obu stronach zasiadali wiceprefekci i asystenci, a \vy- 
brani z sodalisó\v ucznio\vie prawili orację prefektowi. On pod- 
pisY'vał i rozdawał patenty nowo przyjętym sodalisom i miał 
nadzór nad ich pro\vadzeniem się. Do niego też należało poda- 
wanie przełożonym jezuickim listy uczniów, wybranych na 
stypendystów kasy sodaliso\vskiej. Kasa ta zbierała się ze sprze- 
daży gromnic podczas uroczystości Oczyszczenia Najświętszej 
Panny. Z\vyczajem bo\viem było, że \v tę uroczystość i w ciągu 
oktawy prefekt sodalisó\v ze swymi asystentami rozwoził gromnice 
po domach w mieście i po d\vorach okolicznych za miastem, 
a składka tynl sposobem zebrana szła do kasy sodaliso\vskiej 
i obracana była na stypendja dla ubogich uczniów. 
. Pod koniec jakoś zimy umarł \v Połocku generał Zgromadze- 
nia Jezuitó\v, ks. Brzozo\vski, który pra\vie już od roku, za rozka- 
zem cesarskim wypra\viony z Petersburga, tu był zamieszkał. 
Przed śmiercią rozpisał on swój osobisty kapitał na \vszystkich 
członków Zgromadzenia; bo już \vtenczas prze\vidywali jezuici, że 
jakaś katastrofa ich czeka. Jakoż za pier\vszem za\viadomieniem 
do Petersburga o śmierci generała otrzymali podobno ,,-ez\vanie 
od ks. metropolity Siestrzeńce\vic:z;a, źeby odtąd jego rozporzą- 
dzeniom ulegali, bo dotychczas, podług s\vego przywileju, \vła- 
snemu wyłącznie generało\vi podlegali. Nie \viem z pe\vnością, 
jaka była ich odpo\viedź, lecz nieza\vodnie musiała być odmowna,. 
bo rząd w ukazie o wydaleniu jezuitów z kraju \vłaśnie tę nieu- 
ległość metropolicie za głó\vną tego przyc?;ynę wymienił. Ale 
to tak nagle stało się, że nikt się nie spodzie\yał. 
W kilkanaście dni bowiem po pogrzebie generała, \v \vielkim 
tygodniu, kiedy ucznio\vie, tylko co ukończy\vszy rekolekcje, mieli 
rozjeżdżać się na ś\vięta \vielkanocne do domó\v, jednej nocy
>>>
256 


ED\V ARD MASSALSKI 


po\vstał g\var \v mieście i dowiedzieliśmy się, że rota żołnierzy 
otoczyła kolegjum jezuickie, a \ve \vszystkich wejściach do niego 
postawiono \vartę, żeby nikogo nie przepuszczać. Rozporządze- 
nie to wyszło od urzędników gubernjalnych, którzy tejże nocy 
przyjechali z Witebska z ukazel11 cesarskim. Skoro dzień, przy- 
stąpili oni do opieczętowania \vszystkich zakładó\v jezuickich: 
bibljoteki, gabinetu fizycznego, muzeum, drukarni, bogatej za- 
krystji, fabryki, która dostarczała sukna dla \vszystkich jezuitów 
i czeladzi; składó,v nareszcie wszelkich, lochó\v z \vinami sta- 
remi, miodami, śpiżarni, śpićhlerzy ogromnych, bo to kolegjum, 
to było miasto, za'wierające do 800 ludzi i we wszystkie zapasy 
dla nich obficie zaopatrzone. Jezuitom obja\vili, żeby się \vybie- 
rali \v drogę, bo mają rozkaz niez\vłocznie ich \vszystkich \'ysłać 
z kraju zagranicę, wyłączywszy tych, którzyby chcieli \vystąpić 
ze Zgromadzenia. Lecz na to żaden się nie podpisał; wszyscy 
woleli kraj opuścić. Nam zaś ci urzędnicy za powiedzieli, że 
Akademja i \vszystkie szkoły jezuickie w kraju są skaso\vane 
i że możemy sobie rozjeżdżać się do domu. 
Tegoż dnia nastąpił rabunek kolegjum. Widzieliśmy, jak 
ci sami urzędnicy, sprowadzhvszy pod\vody z okolicznych \viosek, 
wywozili, co tylko dało się zabrać, a szczególniej \vina, sukna i inne 
mające \vartość zapasy, bo trzeba im oddać spra\viedliwość, że 
przedmioty nauko\ve, książki, obrazy, narzędzia fizyczne bynaj- 
mniej chchvości ich nie kusiły. Te niezwłocznie kazano przyjmo- 
waĆ księżom dominikanom, którym i kolegjum z kościołem oddać 
przeznaczono. Ale za o\ve bogact\va naukowe urzędnicy potrafili 
sobie wyna.grodzić brzęczącą monetą. Cesarz w zamianę za ogro- 
mne dobra jezuickie, które kazał zabrać na rzecz skarbu państwa, 
przeznaczył, żeby im wydano na drogę każdemu kapłanowi po 
trzydzieści dukató\v, a klerykom i braciszkom po d\vadzieścia. 
Urzędnicy tedy, przystępując do \vypełnienia tej łaski cesar- 
skiej, wzy\vali każdego osobno jezuitę i pytali go, ile ma pieniędzy. 
Każdy zaś miał najmniej sto rubli, bo właśnie taką sumę przed 
kilku dniami ks. rektor Brzozowski, brat generała, egzekwują.c 
jego zapis, wypłacił każdemu gotó\vką. A jezuitów w Połocku 
było sto kilkadziesiąt osób i \v innych kolegjach białoruskich drugie 
tyle. Urzędnicy tedy odbierali od każdego to, co przewyższało 
nad wyznaczenie cesarskie, i każdemu kapłano\vi kazali pod-
>>>
"*-+ 


;......aF- 


, 


- 


:. 


"'.'. 
 . 
-- , 
, .. 

 ii:'- 


.. 
 " 


.
 '\.. 


..;-....... 
" . 
l. . 
).., 
'10'''
-. 
'I 
_ 
 ; 


'\. 


"'" 


]lo 


- - 
- 
- - 



 


. - 



 
.-a:" 


-, 


... 
'1::.... 
-
 


-... 


--=:j 

.' er:-: 


v 



 


ł:=:' 
. ...... 


. 
 


- 


'
 


 
- .- 

1" 


-- 



 


F' 
!
. 


.;. 


. 


..... 
 


C 




..: - 


. 

,.. 
f'$. 
'" 
.. 
- 
 


.' 


1" 


'.... 


.., 


ł: 


'. 


); 

. 
.:...,.i 



 ..

 
.. ;. 
,.. 
1 ;: 
T .
. 
.. - - y....
 
, 
" 
 
'" - .:: 
\: ..:.. 
. I 
. 
..... ...... 

 
.... 
.. 

. 
 
- "J,;i.;ł.-.:
1 
.iI."
 ,.!I'#! ;,t. 


... 
, 


... 
-- 


- 


.. 


... 


- 


. 


- 


- 


l, 


. 
.. 


... 


- 


.... . 



 



 
"", 


.. . 



. 


I'i. 
 
: . 
\. . . 

 - - 
f. 


.. 


.. 


: 


. ., 
'J 
ł . · 

 ,.'. 


. 


. 
.
 
"" 

 

 


 

 
o....::.. 



 

 



 
"" 

 
- 
.... 
.C 

 
...... 

 



 
"O 
."" 

 
"f.I) 
C 

 


.
 


"- 

 
ł-:ł 
CI)
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


257 


pisać rewers, ze otrzymał i ma na drogę trzydzieści dukatów, 
a klerykom i braciszkom, ze mają po 
:hvadzieścia. Sumę zaś ową, 
przez cesarza naznaczoną, całko,vicie zabrali. Szczęścicn1 dla 
jezuitów i dla obywateli, którzy im byli dłużni, że archiwunl 
kasy Zgromadzenia nie wpadło w ręce tych urzędnikó,v. Jezuici, 
chociaż znienacka zaskoczeni, potrafili je sprzątnąć i mogli 
zabrać z sobą weksle bankierskie i bilety bankowe; a obligi 
obywa telskie wszystkie im zwrócili i darowali. Słyszałem wtedy 
od poważnych obywateli, którzy sami wielkie sumy tym spo- 
soLem mieli sobie darowane, że takich obligów jezuici zwrócili 
na kilka miljonów. 
. Oprócz weksli i bankowych biletów ocalały jeszcze z wła- 
sności jezuickiej gabinet starożytności i bibljoteka polska, 
o których widać rząd nie wiedział, i które jezuici, między sobą 
rozebra wszy, wszystko wywieźli. Gabinet szczególniej był 
zamożny 'v boga te pamiątki różnych monarchó,v i znakomitych 
ludzi:' berła, buławy, osadzane drogimi kamieniami, pierścienie, 
zegary kosztowne, tabakiery i t. d. Bibljoteka polska liczyła 
dwanaście tysięcy tOlllÓW, któremi jezuici na pełnili swe kufry, 
bo innych ruchómości jako księż3. niewiele do pako,vania mieli, 
a każdy jednak wyjeżdżając wziął kufer ładowny i tłomok. 
Przed wyjazdem jeszcze i nam, uczniom Akademji, jezuici 
wyświadczyli tę łaskę, nadaren1ną wprawdzie, że \vydali patenty 
urzędowe, zaliczając rok niedokończony kursó,v za kompletny 
i przyznając nam stopnie uczone, jakby po egzaminie. l\inie 
tym sposobem przyznali stopień magistra prawi \vydali pa tent 
razem na \vszystkie stopnie uprzednio otrzymane. Oprócz tego 
ja, że pomagałem im do zdawania wielkiej bibljoteki d0111inika- 
nom, liczącej około 60000 ksiąg, dostałem w prezencie orygi- 
nalny portret w całej postaci Stefana Batorego. Ten obraz, 
chociaż jakiegoś mistrzowskiego pendzla, nie był umieszczony 
w galerji obrazów, ale w refektarzu. Przytem niektórzy pro- 
fesorowie Akademji, jezuici, podaro,vali mnie na pamiątkę mnó- 
stwo książek, każdy sW0ich własnych, których nie mogli z sobą 
zabrać; a te stały się za'wiązkiem zbioru mego, który później 
namiętnie pomnażałem. I nietylko z daru miałem od nich książki, 
lecz i kupiłem znaczną partję u ks. Wiljoma, miano\vicie do 
wschodnich języków, do których miałem wielki pociąg. Zby\\"ał 
filareckiego świata. 1 7 


c
>>>
258 


EDWARD MASSALSKI 


on między innemi biblję Poliglottę AntwerpsKą w ośmiu ogrom- 
nych woluminach, dzieło rzadkie i kosztowne, i żądał za nią, 
a razem i za kilkadziesiąt innych syryjskich, arabskich, perskich, 
dykcjonarzy, gramatyk i rozmaitych dzieł tylko tysiąc rubli 
asygnacyjnych. Była to cena za pe\vne w połowę rzeczywistej 
wartości, pośpieszyłem więc za płacić ks. Wiljomowi za te księgi 
i zaraz napisałem do ojca, prosząc, żeby przysłał po mnie konie 
dla odwiezienia ll1ego skarbu do domu. 
Tymczasem jezuici zaraz po świętach wielkanocnych za- 
częli wyjeżdżać na rozstawnych od rządu konia ch partjami 
po dwudziestu, a po dwóch na jednej bryce, obładowanej 
kuframi i tłomokami. Za każdym razem na pożegnanie wy- 
sypywało się całe miasto; placz i lament mieszkańców wszel- 
. kiego stanu i wyznania towarzyszył każdemu pożegnaniu. 
Nawet Żydzi chwytali błoto od kół ich bryczek na pamiątkę. 
Oni też ze łzami nas żegnali i błogosławili. Pamiętam, jak 
jeden 
 nich, stojąc już na bryce, przemówił do zgroma- 
dzonych obywateli i do nas, uczniów, którzyśmy tłumem ich 
otoczyli. Treścią tej mowy było, żebyśmy trwali w wierze ka- 
tolickiej, która jedna może wybawić Polskę. 
Około Zielonych Świątek, kiedy już pra \vie wszyscy 
jezuici byli wyjechali, przyjechał po mnie Józef z podwodą 
osobną pod księgi. Pożegnawszy tedy Połock i zabrawszy 
paki z książkami i ll1Ój portret Batorego, wyjęty z ram i skrę- 
cony w rulon, wyjechaliśmy z tego miejsca, w którem kilka 
la t prawdziwie szczęśliwych, bo spokojnych i świętobliwych 
przeżyłem. Wkrótce po powrocie do Mozołowa ojciec dał mi 
konie do Rudawki dla zobaczenia się z matką, która wów. 
czas przebywała u Korbutó\v przy Salomei, która się tam 
uczyła. We d\va dni po moim przyjeździe do Rudawki po- 
wrócił z podróży wuj Korb ut i za proponował mnie, żebym 
po wyborach, które w końcu tego miesiąca w Mińsku za czy. 
nały się, przyjechał do niego, a stąd już razem z Dominikiem 
i ze Śliźniami żebyśn1Y jechali do Uniwersytetu Wileńskiego 
i żebym, jako starszy od nich, miał nad nimi pewien rodzaj 
opieki. Przyjąłem tę propozycję i pośpieszyłem do ojca, wybie. 
rającego się już także na wybory. 
Zebraliśmy się w Mińsku, równie jak przed trzema laty,
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


259 


gromadą, pod przewodnictwem stryjaszka p. Jerzego, który 
trwał w zamiarze niedopuszczenia Osztorpa do gubernjalnego 
Iuarszałkostwa. Jakoż Osztorp, pomiarkowawszy, iż mógłby 
znoWU dostać u nas odkosza, nie podał się nawet na kandy- 
data; a że Zawisza nie chciał być dalej marszałkiem, p. Jerzy 
namówił Janiszewskiego, żeby ten urząd przyjął, i on jedno- 
myślnie został u nas okrzyknięty. Na tych wyborach więcej 
u nas było bankietów i traktamentów, to dla forsy, to niby 
z podziękowaniem za otrzymane urzędy; a między młodzieżą 
więcej żartów i swa woli, aniżeli za jęcia się ważną funkcją, 
do której byliśmy wezwani. 


17* 


...
>>>
IV. 


Po wyborach ja z wujem wyruszyłem zaraz do Rudawki, 
zabrawszy z sobą moją Poliglottę, z której zamierzałem kon- 
tynuować naukę wschodnich języków. Przyjechał Ślizień z sy- 
nami, a Korbut w ich kompanji wyprawił Dominika i mnie, 
przyda wszy na m za przewodnika w podróży Kornela, który 
miał nam w Wilnie nająć mieszkanie. \Vyprawując, wuj, jako 
bardzo porządny i akuratny człowiek, dał nam marszrutę, kędy 
mieliśmy jechać, gdzie po drodze i na jak długo zajeżdżać. 
lVliędzy inne mi był przepis, aby zajechać do Niańkowa, gdzie 
mieszkał August Wojniłowicz, niedawno ożeniony z Józefiną 
Korbutówną. "Tam, powiada wuj, przyjedziecie z rana, po 
noclegu w Koreliczach, zjecie u nich śniada nie i na południe 
będziecie w Nowogródku, gdzie możecie być na obiedzie u Igel- 
stromów", stamtąd na noc, już nie pamiętam, do jakiego 
miej sca, i tak na całą drogę. Ślizień i Kornel przyrzekli na j- 
święciej spełnić te przepisy. 
Zajechaliśmy więc do Wilna i znaleźliśmy umieszczenie 
wygodne w pensjonacie pana Żakotego, Szwajcara, żonatego 
z naszą szlachcia, nlą Kamińską. Pensjona t ten mieścił się na 
pierwszem piętrze w domu kapitulnym na Za mkowej ulicy 
przy zaułku Bernardyńskim, gdzie potem na dole była księ- 
garnia Zawadzkiego. Zastaliśmy już w nim Józefa i Ludwika 
Kossakowskich, Brunona, Urbana Benisławskiego, z połockich 
kolegów, i kilku innych 'nowych. Zaraz po za pisaniu się do 
albumu ja zacząłem odwiedzać lekcje różnych kursów uniwersy- 
teckich, żeby \vybrać sobie przedlniot, z którego wykładem 
tamecznym nieco się obezna 'wszy mógłbym zdać egzamin dla 
potwierdzenia któregokolwiek z moich stopni połockich, to 
jest magistra filozofji lub magistra prawa. Bo zwierzchncść
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


261 


uniwersytecka, do której się udawałem o to potwierdzenie, 
sta wiła egzamin za nieodzowny warunek. Chciałem zaś. otrzy- 
mać to potwierdzenie na wstępie, żeby po roku, który zamie- 
rzałem przebyć \v Uniwersytecie, ubiegać się o stopień doktora. 
Ale musiałem tego projektu odstąpić, bo byłoby za trudno, vdęc 
za pisałem się tedy na wydział prawa i wziąłem się szczerze do 
.. 
pracy. 
W krótkim czasie pilnością i odpowiedziami na powta- 
rzaniach lekcyj (bo ten był zwyczaj w Uniwersytecie, że 
profesorowie co kilka lekcyj odbywali gatunek małego egza- 
minu' z którego formowali swe zdanie o postępie uczniów) 
zasłużyłem na dobrą opinję u profesorów: Capellego, Daniło- 
wicza, Lelewela, i na szacunek u n10ich kolegó\v 
 A to była rzecz 
wyjątkowa względem nas przybyłych, bo ze stu pra \vie takich, 
którzy się zapisali do Uniwersytetu, led,vo kilku brało się szcze- 
rze do nauk; inni wszyscy, zrażeni trudnością, cdznaczali się 
tylko hulanką i powoli poznikali z ła ,vek uniwersyteckich. 
Pilnością moją do nauk i prowadzeniem się tyle pozyskałem 
względów u starszych kolegów, że zaszczycili mię wezwaniem do 
Towarzystwa Filaretów. Bo nie wszystkich przyjn10\vali, któ- 
rzy byli w Uniwersytecie, ani tych, co sa mi chcieli, ale tylko wy- 
branych. Towarzystwo to było niby tajemne, chociaż i zwierzch- 
ność i wszyscy bardzo dobrze o niem wiedzieli. Tajemnica 
zaś cała była tylko w tem, że posied7enia nie były publiczne, 
ale wyłącznie z członków Towarzystwa zgromadzane. Celem 
tego Towarzystwa było usposobienie młodzieży do stania się 
pożytecznymi dla kraju oby\vatelami, a to przez popravlę oby- 
I czajów i pilne przykładanie się do nauk. Uprzednio bowiem, 
a mianowicie po wojnie francuskiej, młodzież unhversytecka, 
puszczona do miasta bez hamulca, wdała się była w swawolę, 
nauki zaniedbywała i zasłynęła rozpustnem prowadzeniem się 
i zuchwalstwem. Trudno było temu zaradzić, bo zwierzchność 
uniwersytecka nie miała wtedy wła.dzy karcenia młodzieży; 
wyłączyć także źle prowadzących się z liczby uczniów nie mogła, 
?o zepsucie ogarnęło było prawie \vszystką masę młodzieży; 
l przytem na lekcje uni\versyteckie ,volno było każdemu, nawet 
nieza pisanemu do albumu, a na wet i damom uczęszczać. Ale 
kilku gorliwszych obywateli, a między nimi Jan Chodźko i Michał 
. 


. 


"
>>>
262 


EDW ARD MASSALSKI 


Romer, dbając o przyszłość kraju, któryby wielce ucierpiał, 
gdyby taka zepsuta młodzież ciągle z Uniwersytetu wychodziła, 
za wiadomością, a podobno i za natchnieniem od księcia Czarto- 
ryskiego, kuratora Uniwersytetu, postanowili wpłynąć na mło- 
dzież środkami, zdolnemi zachęcić do pracy i poprawy obyczajów. 
Za najdzielniejszy zaś środek między innemi poczytali: zało- 
żenie towarzystwa między tą samą młodzieżą, mającego te dwa 
_ względy na celu. 
Samo przypuszczenie do tego towarzystwa musiało być 
już podnietą do odznaczenia się szlachetnem postępowaniem 
i p
lnością w naukach. Zwrócili więc oko na najlepszych 
w owym czasie uczniów uniwersyteckich i zachęcili ich do 
założenia takiego towarzystwa, niby z własnego ich samych 
popędu. Zebrało się tedy grono niewielkie z ogromnej liczby 
uczniów, bo tylko kilkunastu, a mianowicie: Franciszek Malewski, 
syn rektora Uniwersytetu, Adam Mickiewicz, Tomasz Zan, Józef 
Jeżowski starszy, Jan Czeczot, Józef Kowalewski, Teodor Ło- 
ziński, Onufry Pietraszkiewicz, Adam Suzin, Jan Sobolewski, 
Wincenty Budrewicz, Ksa wery Wysocki i jeszcze kilku, któ- 
rych nazwisk zapomniałem. Ci wszyscy w 1816 roku zawiąza.li 
Towarzystwo pod imieniem Filomató,v, to jest przyjaciół pracy, 
w tym celu, żeby się samym najpr'lód ukształcić do przewodni- 
czenia młodzieży, a następnie przykładem własnym i wpływem 
pobudzić innych do za wiązania się w towarzystwo pilnych i dob- 
rze prowadzących się uczniów. Jakoż, lubo sami już kończyli 
nauki i otrzymali s topnie ,poświęcili się szlachetnie dla dobra 
kra ju na dalsze trwanie w Uniwersytecie jako uczniowie i, przy- 
sposobiwszy już cokolwiek młodzież przez dwa lata swoim wpły- ] 
wem, w 1818 roku założyli Towarzystwo Pron1ienistych, tak 
nazwane przez aluzję: że członkowie tego Towarzystwa, jak 
promienie wychodząc z tego ogniska, rozniosą po kraju oświatę, 
dobre obyczaje i zacny sposób myślenia. I nie zawiedli się w tej 
proroczej nazwie, bo rzeczywiście od owego czasu, w miarę wy- 
chodzenia młodzieży z Uniwersytetu, zaczęły polepszać się oby- 
czaje w całym naszym kraju: bezbożność, pijatyka, szulerstwo, 
rozpusta powoli gasły i nareszcie całkiem pomiędzy nami znik- 
nęły. 
Dla tego Towarzystwa Promienistych sama zwierzchność 
.
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


263 


uniwersytecka ułożyła ustawę. Przystąpiło doń zaraz ze trzystu 
uczniów i na prezydenta Towarzystwa wybrali Tomasza Zana. 
Od pierwszej chwili niezwłocznie okazały się wyśmienite skutki, 
na.gła zn1iana w pro\vadzeniu się młodzieży; zamiast tego co 
dawniej na salach lekcyjnych ledwo po kilku znajdowało się, 
a w kościele nikt prawie; od owego czasu sale zawsze były pełne 
i kościół uczęszczany, a rozpusta i burdy poprzednie za hańbę 
już były poczytane. Cieszyli się tedy i założyciele, i wszyscy 
zacni ludzie w Wilnie, i w całym kraju z takiego zwrotu sposobu 
myślenia młodzieży. Ale, jak to pospolicie bywa na ś,viecie, 
między zacnymi i mądrymi znaleźli się i nikczemnicy i ciemni. 
W 181 9 r. profesor ekonomji politycznej, Znosko, tchórz i nie- 
dowarzony człowiek, słysząc, że cesarz Aleksander zaczął krzywo 
patrzeć na masonów i wogóle z liberalnego, jakim się okazywał 
dotąd, zaczął prześladować liberalność, \\ryobrazil sobie, że takie 
towarzystwo młodzieży może także być poczytane za liberalne, 
ten1 bardziej, że młodzież polska rozprawiała o podtrzymaniu. 
narodowości; a zatem, że cesarz może rozgniewać się na Uni- 
wersytet, zamknąć go, i profesoro\vie potracą s\ve pensje. Sam 
siebie tedy trwoząc, zaczął trwożyć i kolegów, a nakoniec traf H 
do biskupa Kundzicza, strasząc go, że młodzież pod nazwą 
Promienistych zakłada no\vą religję, czci słońce, bo zgromadza 
się za miastem przed wschodem słońca i wita je hymnami i t. d. 
To zgromadzenie się ranne za miastem było prawdą, bo Zan, 
chcąc zachęcić nllodzież do rannego wsta \vania i rzeź,vości, a nie 
przerywać lekcyj na posiedzenia Towarzystwa, wyprowadzał 
ją w ranki letnie za miasto na śliczne doliny Popław lub Hry- 
biszek; i tam przy rannelll śniadaniu ze świeżego mleka odby- 
wały się mowy, czytano wiersze, śpie\vano hymny dla zabawy, 
a naturalnie były aluzje do Promienistych i do słońca. 
Biskup Kundzicz, uwierzywszy panu profesorowi, udaje się 
do rektora i prosi go, żeby zabronił tego Towarzystwa, bo młodzież 
dopra wdy może wpa ść w jakieś błędy względem religji. Pomogli 
zaraz i niektórzy koledzy Znoski, z\vłaszcza cudzoziemcy, przezeń 
już przestraszeni, egzagerując różne plotki o niebezpiecznych 
zamysłach młodzieży tak, że rektor nakoniec cofnął swoją ustawę 
i zakazał Towarzyst\va. Ale założyciele i Filomaci, oceniając 
wyprowadzone już skutki tego To,varzystwa, uchwalili założyć
>>>
264 


EDWARD MASSALSKI 


no\ve, ta jemne ; a doświadczeniem na uczeni, postanowili sko- 
rzystać z tego zakazu, żeby wyłączyć tych, którzy weszli do 
Towarzystwa tylko dla zabawy, przypuścić zaś do nowego sam 
wybór młodzieży. Zeby jednak i na resztę uczniów działać, 
umyślili tym wybranym polecić opiekę nad całą masą uczniów, 
rozdziela jąc ich każdemu po kilku, których miał nadzierać 
. i przykładem swoim ku dobremu sprawowaniu się prowadzić. 
Takim sposobem, zamiast pewnej liczby, wszyscy uczniowie 
n1ieli być niejako ogarnięci pod wplywem zbawiennyn1 przewodni- 
czej myśli. To nowe towarzystwo, już niby tajemne, nazwali 
Filaretami, to jest przyjaciółmi cnoty. 
Otóż będąc i ja postrzegany w ciągu kilku miesięcy 
przez jednego z owych nadzorców Filaretów, mianowicie przez 
Jakóba Jagiełłę, któremu bez wiadomości mojej byłem poru- 
czony, zostałem nakoniec za jego przedstawieniem wezwany 
i sam na członka Towarzystwa. Rozumie się, że chętnie 
i z radością przyjąłem to wezwanie i zostałem wprowadzo- 
ny net główne posiedzenie, odbywające się pod przewod- 
nictwem prezydenta Towarzyst\va, Tomasza Zana. Forma 1- 
. ności \v przyjęciu żadnych szczególniejszych nie było, tylko 
prezydent krótką przemo
ą witał przyjmowanego, \vyłuszczał 
mu cel To\varzystwa i obowią.zki, a przyjmowany odczytał zo- 
bowiązanie, które podpisa wszy składał w ręce prezydenta. Zobo- 
\viązanie to na uczciwość i sło\vo honoru nie było właściwie 
przysięgą, ale warte przysięgi; tak święcie je pojmowaliśmy 
i Z3. cho\vywa li. Odczytałem je z energją, podpisałem i odtąd 
zasiadłem w poczcie towarzyszów, z którymi i prace zacząłem 
podzielać. 
Towarzystwo dzieliło się na siedn1 gron, przezwanych od 
kolorów składanych promienia słonecznego: różowe, poma- 
rańczowe, żółte, zielone, błękitne, szafirowe, fioletowe; nazwy te 
od kolorów pozostały w spadku po uprzedniem Towarzystwie 
Promienistych. Każde grono odbywało swe posiedzenia od- 
dzielnie, co dwa tygodnie, pod kierunkiem wybranego przez 
członków przewodnika. Co dwa tygodnie były posiedzenia kaŻ- 
dego grona i co drugie dwa tygodnie posiedzenie główne, tak, 
że one szły kolejno, jednego tygodnia w gronach, drugiego 
główne. Na tych posiedzeniach zdawano sprawę przewodnikowi
>>>
z PA:\lIĘTNIK6w 


265 


z czynności czlonków względem nadzoru nad kolega mi, nie- 
należącymi do Towarzystwa, i czytano rozprawy i różne wypra- 
cowania w przedmiotach naukowych. A z każdego grona po 
dwóch deputowanych kolejno i przewodnik zgromadzali się na 
główne posiedzenie pod kierunkienl prezydenta Towarzy!:rtwa, 
dla zdania sprawy z posiedzeń i czynności gron, tudzież dla przy- 
jęcia rozporządzeń. 
Grona formo\valy się po
policie z kolegów jednego fakul- 
tetu nauk, to jest: w osobne;m byli prawnicy, w osobnem 
filozofowie, toż matematycy i n1edycy. Ale ten podział nie 
był zupełnie ścisły, bo naprzykład filolog mógł liczyć się 
w gronie prawników, i nawzajem, chociaż każdy wolał być 
z kolegami swego przedmiotu dla tej przyczyny, że czytane 
na posiedzeniach wypracowania były zwyczajnie stosowne do 
oddziału nauk, właściwych ogółowi członków grona. Wydziały 
naukowe składały niektóre po dwa grona, niektóre po jednem, 
to się układało podług liczby członków z różnych fakultetów, 
chociaż i ta nie była w każdem gronie jednostajna. Ja, trzymając 
się byłego opiekuna mego, Jagiełły, zaliczony zostałen1 do grona 
literackiego, zwanego blękitnem, do którego i on należał, i w któ- 
rem przewodnikiem był Józef Kowalewski. . 
\V tym samym domu, gdzie był nasz pensjon, mieszkała wtedy 
na drugiem piętrze osoba, która później przyc'?;yniła się, chociaż 
mimowolnie, do utrapienia filaretów. Była to owa sławna Tekla 
Walentynowiczówna, z którą w tymże roku ożenił się Zubow. Ro- 
dzice jej posiadali pod Wilnęm fortunkę z kilkunastu włościan; 
ojciec już nie żył, tylko matka. Ta, mając kilka pięknych córek, 
przybyła z niemi do miasta w zapliarze za pewne nastręczenia im 
sposobności łatwiejszego znalezienia mężów. Jakoż, nad jej 
spodziewanie udało się to jej pomyślnie. Starsza córka była 
już za pisarzem ziemskim, Pisanką; ale kiedy Zubow ożenił się 
z drugą, a ta, wprędce owdowiawszy, zachwyciła swerni wdzię- 
kami Nowosilcowa, znaleźli się natychmiast amatorowie i na 
Pozostałe panny i na Pisankową, której już za nisko się wydało 
być tylko panią pisarzową. Rozwiodła się niezwłocznie z tym 
męienl i wyszła za wileńskiego wicegubernatora Bob ia tyńskiego, 
zapewniwszy mu przez fawor Nowosilcowa gubernatorstwo gro- 
dzieńskie, które zaraz otrzymał. Z panien zaś jedną chwycił 
.
>>>
266 


EDWARD MASSALSKI 


niejaki Siesicki, sąsiad podobno Zubowa na. Żmudzi, drugą 
03 tromęcki , kolega mój uniwersytecki, rodem z pod Grodna, 
obaj bogaci. Przyszła księżna Zubowowa, naówczas jeszcze 
pokorna panienka, była narzeczoną i miała wkrótce zaślubić 
niejakiego Wyżyckiego z Białejrusi, który ją kosztem swoim 
edukował i podobno na potrzeby całego ich domu podpornagał, 
bo wiem, że prawie całą swoją fortunkę, ze sto kilkadziesiąt 
tysięcy, na nich wyekspensował. Wiem zaś o tern, bo Wyżycki 
często u mnie przesiadywał, a zwłaszcza kiedy Zubow zaczął 
nacierać, opowiadał n1nie o swoich prawach. Zubow z początku 
nie miał zamiaru żenić się z panną Walentynowiczówną; ale 
spodziewał się, że, ofiarując jej te same wa.runki, co innym po- 
przednim swoim przyjaciółkom, to jest 1nil jon dla niej i po 
miljonie dla każdego z dzieci, któreby z nią miał, otrzyma łatwo 
jej i familji zezwolenie. Postrzegłszy tedy ją na reducie, przy- 
słał do jej matki z tą propozycją. Ta, rozumniejsza od innych, 
popróbowała, czy nie uda się lepiej córki sprzedać. Odrzuciła 
tedy ową propozycję, oświadczając, że kiedy pan Zubow chce 
jej córkę posiadać, to nie inaczej otrzyma, jak pojmując ją za 
żonę. Odrazu więc była już zdecydowaną, pomimo tylu ofiar 
Wyżyckiego, zerwać dane mu przyrzeczenie. 
Stary Zubow po niejakich wahaniach się, podżegany wdzię- 
kami panny, której widok często już miał sobie nastręczany, zde- 
cydował się nakoniec oświadczyć się o jej rękę. Panna Tekla podob- 
no z początku nic o propozycjach owych nie wiedziała. Kochała, 
zda je się, szczerze \Vyżyckiego, bo, kiedy Zubow oświadczył się 
o jej rękę, ona długo z odrazą od niego uciekała, płakała, lamen- 
towała, zaprzysięgała Wyżyckiemu, że nigdy go nie porzuci. Ale, 
kiedy matka i siostry na kolanach ją błagać zaczęły, żeby dla 
uszczęśliwienia familji poświęciła się, ona nareszcie "poświęciła 
się", i ślub z Zubowem natychmiast nastąpił tamże u nich w mie- 
szkaniu. Wyżycki podczas tego ślubu u mnie desperował i wkrótce 
potem, wyrzekłszy się na wet kilkudziesięciu tysięcy rubli, które 
mu Zubow ofiarował na wynagrodzenie kosztów, przezeń po- 
niesion Jch, wyjechał do Królestwa Polskiego i tu zaciągnął się 
w służbę wojskową. Pokazało się później, że pani Zubowo wa 
nie tylko poświęciła się, ale i miłości swej dla Wyżyckiego szczerze 
wyrzekła się. Bo kiedy po śmierci księcia została wolną i bogatą,
>>>
.... 


Z PAMIĘTNIKÓW 


267 


a Wyżycki przyleciał, sądząc, że teraz może jemu i sobie wyna- 
grodzić owo poświęcenie się, ona go odtrąciła. Pobałamuciwszy 
potem czas niejaki ze swym opiekunem, Nowosilcowem, gdy 
umarła jej córeczka, urodzona już po śmierci Zubowa, wzięła 
po niej ogromną sukcesję w Kurlandji i wyszła nakoniec zamąż 
za grafa Szuwałowa . 
Na wakacje w tym roku pojechałem do domu już nie 
przez Rudawkę, ale prosto przez Mińsk. Po kilku tygodniach, 
przepędzonych dosyć wesoło, jak zwyczajnie wtedy było 
w naszych stronach, zabierałem się zpowrotem do Wilna. 
Umyśliłem na ten rok wziąć z sobą Karola, uprosiłem ojca, żeby 
pozwolił mnie zabrać go z sobą do Wilna. Przybyliśmy z nim 
do Wilna przed rozpoczęciem kursów uniwersyteckich. Mieszka-, 
nie nająłem w domu Ogińskiego na Rudnickiej ulicy; a że miałem 
dwa pokoje dosyć obszerne, zaprosiłem swoich kolegów, filare- 
tów grona błękitnego, na posiedzenia do mnie. Później i drugie 
grono, różowe-prawnicze, także u mnie odbywało swe posiedze- 
nia, jedno w sobotę, drugie w niedzielę. Ale to nasze zbawienne 
Towarzystwo w pół roku l11USiało już rozwiązać się. W lutym 
bowiem, czy w marcu, wyszedł ukaz cesarski, zabraniający pod 
surowe mi karami wszelkich ta. jemnych towarzystw. Nasi dy- 
rygujący niewidomie młodzieżą, na 
zele których był podobno 
gubernjalny marszałek Romer, obawiając się, żeby nas nie nara- 
zić przed rządem, uradzili wskutek tego ukazu zamknąć nasze 
Towarzystwo. Zan tedy, zgromadziwszy przewodników i depu- 
towanych ze wszystkich gron, obwieścił o potrzebie tego roz- 
wiązania i niezwłocznie wszyscy na posiedzeniach gronowych, 
lubo z wielkim żalem, podpisaliśmy tę uchwałę i rozwiązaliśmy 
się stanowczo. Byliśmy spokojni co do następstw, bo spełni- 
liśmy nie tylko bez oporu, ale dobrowolnie wolę rządu; wszelako 
to później nam nic nie pomogło. 
Razel11 z rozwiązaniem Towarzystwa musiały też ustać 
rÓżne zaprowadzone w niem pożyteczne instytucje, miano- 
wicie: komitet do wspierania niedostatnich uczniów, który 
ze składek dobro\volnych przyczyniał się do ntrzynlania kil- 
kudziesięciu kolegów; komitet statystyczny, który l11iał już 
przygotowany znaczny zbiór materjałów do ułożenia staty- 
styki wszystkich naszych gubemij, przyłączonych od Polski.
>>>
268 


EDWARD MASSALSKI 


Materjały te zbierały się pod;zas wakacyj przez n.as, każdy 
ze swego powiatu, podług ogólnej danej nam instrukcji. Ja 
złożyłem podług niej opisanie powiatu ihumeńskiego z wyszcze- 
gólnieniem wszystkich lTIiasteczek, osad, wsi, dóbr, ludności 
wszelkich stanów i wieku, zakładów, lasów, pól, łąk, urodzajów 
przemysłu i t. d. Wia.domości te były nader dokładne, czerpano 
po większej części z aktów urzędowych i z naocznego obejrzenia. 
Musiały też ustać lekcje publiczne, wykła.dane przez naszych 
kolegów w salach unhversyteckich, które zwierzchność naukowa 
dozwoliła była z ta.kich przedmiotów, do których nie było pro- 
fesorów. Między tymi odznaczali się jeżowski, który wykładał 
hodegietykę, to jest objaśnienia treści i związku wszystkich nauk, 
żeby ułat\vić początkującym uczniom wiadomość o nich dla 
wybrania sobie nadal przedmiotów, w których mogliby kształ- 
cić się; tudzież Józef Chodźko, junkier wówczas od inżynierów, 
dziś generał, Filaret, który wykładał jakąś gałęź nauk matema- 
tycznych, zastosowanych do inżynierji. Ustała nakoniec i opieka 
filarecka nad wszystkimi kolegami, nienależącymi do Towa- 
rzystwa, których, każdy w swojem wydzielonem mu kółku, 
przykładem, zachętą, namową, pobudzał do pilności, dobrych 
obyczajów i sposobienia się na pożytecznych dla kraju obywateli. 
jednakże popęd, dany w tym kierunku, i nadal między młodzieżą 
pozostał. 
Rok ten odznaczył się w Wilnie pobytem gwardji, która 
była wysłana z Petersburga na Litwę, jak powiadano, za jakąś 
pokutę, lecz rzeczywiście podobno za demonstrację czyli pogróżkę 
komuś podczas ówczesnych za wichrzeń włoskich i hiszpańskich. 
Oficerowie na wszystkich zgromadzeniach rej chcieli prowa- 
dzić, stąd zachodziły nieraz pr
ykre zajścia z akademikami. 
Wielki książę, wówczas i komenderujący brygadą, stojącą w Wil- 
nie, Mikołaj obraźał się temi zajściami; a co go najwięcej przeciw 
nam i przeciw Wilnu rozjątrzało, to, że nikt go samego bardzo 
nie szanował; zwłaszcza na akadelTIików był urażony, iż czapki 
przed nim nie zdejmowali. Sam był zawsze ponury, wywiędły, 
zgoła niepodobny do tego, jak potem, zostawszy cesarzem, wy- 
glądał. jeżeli pokazał się kiedy na ulicy, to szedł szparko, ze 
spuszczoną głową, kwaśny, jakby z siebie i z całego świa ta nie- 
kontent. A przez cały czas w domu nic więcej nie robił, tylko
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


269 


po całych dniach musztrował w sali swoich sołdatów, co przez 
okna widywaliśmy. Nikt go też nie lubił, nie przewidując na wet 
jeszcze, iż on wkrótce zostanie naszym panem; ale może prze- 
czuwając, jakim będzie. Michał, także komendant brygady, 
stał w Święcianach. Ten tylko hulał, ale po swojemu. Na przy- 
kład, na rozrywkę obrał sobie jeżdżenie na Żydach. Skoro deszcz 
wypadł, a w miasteczku niebrukowanem zrobiło się błoto, on 
zwoływał Żydów, kazał im stawać na czworakach, siadał na naj- 
roślejszego, jak na konia, z nim na drugich cała świta oficerów, 
i tak kazali siebie obwozić po ulicach, płacąc im wprawdzie zato 
hojnie. 
w. ks. Konstantego, który często przyjeżdżał do Wilna, 
więcej szanowaliśmy, choć może z obawy przed nim, i akademicy 
czapkowali. Aleksandra zaś, kiedy przyjechał \viosną na rewizję 
korpusu gwardyjskiego, który cały był w Wilnie zgromadzony, 
witaliśmy z uniesieniem; bo ciągle jeszcze marzyliśmy, że on 
podług swej obietnicy Litwę do Polski przyłączy i stanie się 
doprawdy naszym dobroczyńcą. Ale on te marzenia wkrótce 
wybił nam z głowy i za życzliwość naszą ku niemu zapłacił naIQ 
prześladowaniem. 


(
>>>
v. 


, 


Tymczasem rok szkolny kończył się i wyjechałem na wakacje 
do domu. Wakacje przepędziłem częścią w Rudawce, częścią 
w Mińsku. W Rudawce poznałem się z senatorem Ilińskim. 
który z żoną swoją Francuzką lTIieszkał kilka miesięcy w Nie- 
świeżu w oficynie klasztoru panien benedyktynek. Powiadał 
sam, że przyjechał do klasztoru na pokutę, którą sam sobie na 
cały rok założył; ludzie powiadali, że tę pokutę on naznaczył 
był żonie za jakieś o niej podejrzenie, lecz nie_chcąc opuścić 
żony, i sam z nią pokutował. Zabawną nawet historję o tern 
opowiadano. Jakoby on składał na żonę sąd z oficjalistów 
dóbr swoich, Romanowa, na Wołyniu, i sam, zasiadłszy w sali 
na tronie \v asystencji siedzących w półkole sędziów, kazał 
przyzwać żonę i, wyprowadzhvszy jej sprawę ze \vszystkiemi 
formalnościami, po naradzie z owym sądem wydał na nią dekret 
na rok pokuty w klasztorze. A dekret ten, równie jak i wszystkie 
wychodzące od niego polecenia, nawet gospodarskie, zaczynały 
się od tych wyrazów: "My, z Bożej łaski hrabia na Romanowie, 
August Iliński, pierwszy senator Cesarstwa Rosyjskiego i t. d. u 
Dlaczego mianował się "pierwszym" senatorem, nie wiem, po- 
dobno ze starszeństwa daty nominacji, ale na godność senatora 
wyniesiony był przez Pawła, któremu pierwszy donió
ł o śmierci 
Katarzyny, a służył wtedy w gwardji w randze pułkownika. 
Pomimo tego dziwactwa co do swej wielkości, był to człowiek 
prawy i religijny. Wpadł w niełaskę u Aleksandra zato, że, kiedy 
było prze;z cesarza polecone Senatowi wydać, czy zatwierdzić, 
już gotowy ukaz o przyłączeniu naszych unitów do kościoła 
pra wosła wnego, Iliński oparł się temu na zgromadzeniu Senatu 
i wywiódł, że właśnie kościół prawosławny jest w błędzie i po- 
winienby przychylić się do papieża. Przyłączenie więc oWO
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


271 


unitów powstrzymane było wówczas przez Ilińskiego; lecz za to, 
chociaż pod jakimś innym pozorem, kazano mu wyjechać z Pe- 
tersburga i dlatego mieszkał u siebie w Romanowie. Z kompanją 
rudawską byłem u niego kilka razy na obiedzie i na koncertach, 
da wanych przez jego muzykę. Odznaczała się w nich szczególniej 
śpiewaczka panna Romani. Była to włościańska dziewczyna 
z Romanowa, która za swój talent do śpiewu została wyedukowana 
kosztem Ilińskiego i do kompanji państwa przypuszczona. Iliń- 
ski, mając zamiar przyjechać na zimę do Wilna dla dopełnienia 
roku swej pokuty, raczył mnie zapowiedzieć, iż w Wilnie będzie 
rad mnie u siebie widywał. Jakoż nie zaniedbałem korzystać 
z tej jego grzeczności, a on wzajemnie nie zaniedbywał oświad- 
czać mi zawsze swoją protekcję. Ale ja wiedziałem, że to tylko 
słowa, i to trochę na dziwactwo zakrawające, bo wszystkim 
zawsze zapowiadał swoją protekcję, i tym nawet, którzy \vcale 
żadnej protekcji nie potrzebowali. ' 
Ubole\vałem nad Józefem, że on, siedząc w domu, nie 
może dalej kształcić się naukowo. Namówiłem go tedy, żeby 
na ten rok jechał ze mną do Uniwersytetu. Wkrótce po 
przybyciu do Wilna przyjął Józef posadę guwernera u pro- 
fesora Becu, przy pasierbie jego, Juljuszu Słowackim. Ja zaś 
dla siebie z Karolem nająłem mieszkanie w domu Gutta, apte- 
karza. Zaczęliśmy rok szkolny pracowicie i wesoło. vVieczory 
przepędzaliśmy kolejno w domach Becu, Guttów, vVysogier- 
dowej, Woyniłowicza, który był żonaty z Giintherówną, 
siostrą nieboszczki wujenki naszej Korbutowej, i najmi1sze 
dla mnie u Narkiewiczów, przy których mieszkała wten- 
czas cioteczna siostra nasza, Antonina PoradowsKa. Sama pani 
Narkiewiczowa była siostrą jej ojca, Poradowskiego. Na zimę 
zebrało się do Wilna mnóstwo zamożniejszych i kilka pailskich 
domów: Potockiej, Pacówny z domu, która potem wyszła za 
jenerała Niesiołowskiego, a przy której mieszkała starsza Po- 
radowska, Zofja; Czetwertyńskich, Tyszkiewiczów, Radziwił- 
łów, Łopacińskich i innych, którzy, rozebra\vszy sobie dnie 
koleją, da wali przez cały karna wał świetne bale, naz,vane przez 
skromność "wieczorami". Zgromadzało się na każdy po ki1kaset 
osób, niekiedy w kostjumach; a co tylko Litwa miała dostoj- 
niejszego i piękniejszego, wszystko na tych zgromadzeniach
>>>
272 


EDWARD MASSALSKI 


n10żna było spotkać. Poeci też nasi młodzi: Odyniec, Chodźko 
Aleksa.nder, Juljan Korsak, mój Józef, opiewali te wieczory 
w ulotnych drukach, które publiczność na pamiątkę owej świetnej 
zimy rozrywała. Niestety! były to ostatnie chwile 'wesołych 
dni na Litwie, po których mialy nastąpić ciężkie utra pienia, 
jak żałobny mrok po jaśniejszym połysku dogorywającej lampy. 
W tych czasach także Towiański zaczął rozwijać swoje uro- 
jenia. Poznał się on był z Guttem Ferdynandem i z Walentym 
Wańkowiczem właśnie u mnie. Prawił on i mnie o swojej teorji, 
którą był wysnuł wtedy, przechadzając się z Guttem po bulwarze 
przed ratusZeITI. Postrzegli obok na ulicy jakiegoś Żyda, wio- 
zącego drwa na koniu kula wyro; koń pod wozem ciężkim usta wał, 
a Żyd go niemiłosiernie grzmocił drągiem. Towiański zatrzymuje 
się na ten widok i powiada do Gutta: "Patrzaj, koń kulawy nie 
może podołać ciężarowi, a jednak niewinnie cierpi. Wszakże 
t
 istota, mająca duszę, równie jak i my; za cóż ta dusza cierpi, 
kiedy jest niewinna? Bardzo może być, że to za grzechy przeszłe- 
go życia. W tern cierpieniu oczyszcza się i zbliża się do Boga. 
Więc to musi być kolej nasza i wszystkich st\vorzeń żyjących. 
Dusze ludzi złych nie mogą wstąpić do Boga, aż po oczyszczeniu 
się przez cierpienie, które zape\vne w ciałach zwierząt ponoszą. 
Lecz, że prócz oczyszczenia trzeba petem zasług, a tych nie 
mogą mieć w stanie .zwierząt, więc odradzają się znowu w lu- 
dziach i, jeżeli położą zasługi, przechodzą \v jakieś doskonalsze 
istoty, aż póki nie zostaną godne połączyć się z Bóstwem. Musi 
tedy być pewien rodzaj drabiny, po której szczeblach albo 
wstępujemy coraz wyzej - ku doskonałości, albo zniżamy się 
w twory niższe od nas, i na nowo musimy zaczynać pracę wstę- 
po\vania. W ciągu nawet jednego życia człowiek lTIOże' wznosić 
się po tej drabinie coraz wyżej przez Kształcenie swej duszy 
wykonywaniem cnoty, albo zniżać się przez nikczemność i podłe 
uczynki. To pęd dolny, a tamten górny. Usiłować tedy każdemu 
należy, aby trzymać się p
du górnego; i kto kocha bliźnich, 
powinien im w tem pomagać, żeby w tymże pęd'de postępowalt. 
Tak się wyformułowała u niego począt kowa jego teorja, 
której elTIblematem została "drabina". W dalszym rozwoju 
dogmatycznym wymarzył sobie Towiański, że w objawieniach 
religji swojej ludziom Bóg także używał pewnego stopniowania,
>>>
ł 


.... 
". 
-- 


" ff - . 
 - 
f lo- 
" 
''''
- -"'-', 


( 


.( 


. 
, 
,f 
\ ,- 


( 
\ 


r 


..lIlko/tlj J.Vowosilcow. 


. 
łit 


... 


ł
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


273 


t.]. zesłał najprzód Chrystusa dla obja\vienia ś\viatu e\van- 
gelji, której treścią i celem jest rozniecenie lnilości bra terskiej 
między ludźmi pojedyńczymi. W drugim stopniu zesłcł Xa po- 
Jeona, którego celem miało być, podług mniemania Towiańskiego, 
utworzenie braterstwa między narodami; przeto Napoleon już 
miał wyższą misję od Chrystusa i, co zateIll idzie, wyższym od 
niego był prorokiem. W. trzecim dopieio stopniu miał być ten, 
któremu Bóg natchnął pomysł tej drabiny, wieńczącej piramidę 
myśli Bożej względem udoskonalenia rodu ludzkiego. Ten pro- 
rok oczywiście miał posłannictwo najwyższe, którego celem być 
miało skoncentrowanie masy spółziomków koło niego, żeby tą 
nową siłą podźwignąć Polskę, jako męczenniczkę, cierpiącą dla 
zbawienia ludzkości; przez nią podźwignąć całą Słowiańszczyznę, 
a przez tę już wpłynąć na udoskonalenie i podźwignienie do 
górnego pędu wszystkich ludów ziemi. Takim sposobem, chociaż 
w gruncie rzeczy upośledzał Chrystusa i religję chrześcijańską, 
stawiąc ją jednak na pierwszym szczeblu obja'wienia bożego, 
zalecał ją szanować i owszem najprzód do niej nawracać tych, 
którzy żadnej religji nie wyznawali, albo słabymi w pełnieniu 
jej przepisów okazywali się. 
W 'późniejszych czasach, kiedy postrzegł oburzenie po\vszech- 
ne na to stopnio\vanie objawień bożych, zaczął ukrywać dalszy 
szereg swych pomysłów, udając nawet najgorliwszego katolika 
i tylko głównYIll adeptom zwierzając resztę swej myś1i; ale z po- 
czątku otwarciej całą osnowę objawiał. Że zaś miał dar szcze- 
gólniejszy wymowy, a siłę myślenia wielką, łat\vo wpłY'vał na 
słabe umysły z bujniej£zą wyobraźnią i nieugrunto\vane \v re- 
Jig j i. 
Pier-wszymi jego zwolennikami zostali Gutt i Wańkowicz. 
Gutt, człowiek. z bystrem objęciem, dobrze pojmujący nauki 
medyczne, w których świeżo stopień doktora otrzymał, ale za- 
paleniec, tern łatwiej uwierzył \v urojenia Towiańskiego, że pra- 
wie nie znał religji chrześcijańskiej, będąc \vycho\vany bez gor- 
liwości w kalwińskiem wyznaniu; Wańkowicz z tępą głową, za- 

rzątnięty jedynie malarstwem, nigdy się nie wda wał \v głębsze 
Idee naukowe lub religijne; ale sldonny do ponurych marzeń, 
uderzony pozorną wielkością pomysłó\v Towiańskiego i misty- 
cyzmem, którego nie rozumiał, ślepo Il1U za wierzył i tylko 
z filareckiego świata. 18
>>>
274 


EDWARD MASSALSKI 


w praktyce domowego życia dawał uczuć swą gorliwość o po- 
budzanie do górnego pędu wszystkich, na których mógł działać. 
Z zasad To\viańskiego wypadało, że przez lTIiłość bliźniego 
należy pobudzać ludzi do górnego pędu wszelkiemi sposoban1i, 
jakie tylko Pl0gą być skuteczne. Zatem, nie zważając, czy to 
swoi, czy obcy, czy mamy nad nimi jakie prawo, czy nie Il10my 
żadnego, skoro tylko mamy zręczność po temu, powinniśmy 
pysznych upokarzać, mającym pęd dolny szkodzić na.wet, żeby 
ich przeto zwrócić do. górnego pędu. Więc tem bardziej, jeśli 
żona, dzieci lub sługi wydają się komu zniżającemi się na dra- 
binie, powinien je karcić, surowo karać i dręczyć na wet, aż póki 
się nie zwrócą ku górze. Rodziców na wet nie powinien szanować, 
jeśli mu się zda je, iż ma ją pęd dolny. Owszem, okazywać im 
pogardę, aż póki się nie poprawią. 
Sam Towiański dał przykład takiego postępowania z rodzi- 
cami, kiedy się żenił. Upodobał był pannę Mak sównę , córkę 
fabrykanta powozów, który już był umarł, a zostawała tylko 
matka. Ta staruszka miała jakiś defekt w nogach i dla złago- 
dzenia cierpień kazała sobie je drapać, kiedy się kładła do łóżka. 
Towiailski uznał to za pęd dolny i wmówił w swoją narzeczoną, 
żeby do ślubu nie prosiła o błogosławieństwo matczyne, gdyż 
matka tego niewarta. Jakoż panna, wstawszy rano, kiedy nlatka 
jeszcze spała, poszła sobie do kościoła i ślub wzięła. Powróciwszy 
zaś do domu, zabrała swe ruchomości i tylko na wyjezdnem 
powiedziała matce, że się przenosi do m
ża, z którym już jest 
po ślubie. . 
Według tej nauki postępowali z rodzicami i zwolennicy 
Towiańskiego, ale zato jego mieli za wyrocznię bożą i za pana 
wszystkiego, co sami posiadali. Zwali go mistrzem i prorokiem, 
wyższym od Chrystusa i na wet od Napoleona. . Żył też, nie ża
 
łując sobie, ich kosztem, póki po swoim ojcu spadku nie otrzy
 
maI. 
Senator Iliński, przybywszy na zimę do Wilna, zamieszkał 
w do:mu pani Wysogierdowej, na ulicy Subocz, zwalniając tyJ11 
sposobem nieco swą pokutę, iż nie zamykał się już w klasztorz
; 
chociaż to prawie na jedno wychodziło, żonie z dOlTIU nigdzIe 
ani za próg wyjrzeć nie pozwalał, i u nich lTIało kto bywał. Ra
 
zem z nimi przyjechał i u nich :mieszkał sławny na Litwie ksiądz
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


275 


Szantyr, proboszcz słucki, któremu lliński obiecywał fundować 
w Romanowie infułację. Ten ks. Szantyr był wielkim dziwakiem; 
oprócz pretensji bowiem do biskupstwa, którego stroju nie śmiał 
jednak sobie przywłaszczać, nosił ordery Złotej Ostrogi, Grobu 
Jerozolimskiego, medalik za rok 1812 i coś więcej jeszcze. Tytu- 
łował się hrabią, twierdził że się nazywa .,z-Santyr", i gniewał 
się, że ludzie tak nie mogli wymawiać. Wydn 1 "ował swój wy- 
wód genealogiczny, w którym dowiódł, że jest naj starszym 
szlachcicem w świecie, bo ród jego pochodzi aż z Troi od Eneasza, 
przez królów rzymskich, a przez ich potomków połączony jest 
związkami familijnemi ze wszystkie mi domami panujących 
i z na jpoważniejszemi rodami szlacheckiemi w całej Europie, 
a naturalnie i w Polsce. Pomimo tego dziwactwa, był to jednak 
człowiek niepospolity, zacności duszy nieposzlakowanej, nie ła- 
komy, owszem hojny i czuły dla ubogich; założył w Słucku 
towarzystwo dobroczynności i całem swojem mieniem je wspie- 
rał; gorliwy kapłan, prowadził ustawną polemikę z tamecznemi 
kalwinami. Sławne jego przysłowie: "Starsza słucka fara, niż 
kalwińska wiara ". W społeczeństwie przyjemny i przez to nawet 
pociągający, że każdego, kto tylko nosił szlacheckie nazwisko, 
a tem bardziej jakie znakomitsze, wyprowadzał zaraz genealogję, 
do pokrewieństwa z sobą przypuszczał i traktował jako krewne- 
go z całą serdecznością. 
Pod koniec jakoś zimy zdarzyła się na lekcjach na- 
szych pocieszna awantura, która przez wdanie się tego 
ks. Szantyra tylko co nie narobiła Uniwersytetowi kłopotu. 
Capelli, który oprócz prawa rzymskiego wykładał i kano- 
niczne, pewnego razu, na lekcji tego ostatniego, zaczął do- 
wodzić, że czyściec jest urojeniem, przez księży w średnich 
wiekach wym yślonem, że przedtem kościół nie uzna wał tego 
dogma tu, że i w starym zakonie go nie znano i t. d. Wywód 
swój wspierał nietylko powagą wielu autorów i ojców kościoła, 
lecz i rozumowaniem o na turze ducha i rozmaitemi argumentami 
metafizyczne mi. Ani słówka zaś nie powiedział na obronę tego 
dogmatu, ani przytoczył żadnych dowodów, jakie ma kościół 
o jego rzeczywistości. Uczniowie, mianowicie JUy, świeccy pro- 
fani, całą wiarą przylgnęliśmy do słów uczonego profesora; du- 
chowni zaś, klerycy, zmarszczywszy czoła, zwidocznem obu- 
18*
>>>
276 


EDWARD MASSALSKI 


rzeniem słuchali, ale milczeJi. Po lekcji jeden ze świeckich, 
Jacyna, krewny jak iImi Szantyra, znajomy jemu i często prze- 
zeń na kłaniany do szanowania religji, pobiegł do niego przez 
płochość, uradowany, że świeżym owym wywodem Capellego 
przedysputuje żarliwego kapłana i os\vobodzi się od jego ustaw- 
nych napomnień. Sza ntyr , wysłuchawszy to wszystko, rus la 
do Ilińskiego i qpowiada mu, co się dzieje w Uniwersytecie. 
Więc obydwa razem lecą do biskupa i do rektera, proszą o po- 
łożenie tamy przeciw herezji, którą sami profesorowie usiłują 
widocznie młodzież zarazić. Przytaczają podejrzenia, które już 
miano o prawowierności Lelewela i Gołuchowskiego, a tym 
nowym faktem Capellego stwierdzają S\vój zarzut. Rektor, 
którym był już wówczas Twardowski, czło,viek sam też reli- 
gijny, znając tych profesorów, nie dzielił tego posądzenia o nich, 
lecz na \vrzawę, podjętą przez Ilińskiego, Szantyra, biskupa 
i wszystkie duchowieństwo, przy groźbach, że się to wyżej oprze, 
musiał przyrzec, że za pobieży, o ile zdoła, \vszelkim nadal nie- 
ostrożnościom profesorskim, bo tak je nazywał; i rzeczywiście 
nic innego nie było, tylko nieostrożność. Jakoż Capelli zaraz 
na następnej lekcji przyszedł do sali wszystek wzburzony, zaczął 
od wYlTIówki, że uczniowie za pośpiesznie go posądzili, bo na 
poprzedniej lekcji on wykładał tylko zarzuty, stawione przez 
heretyków, a teraz dopiero miał wykazać ich wartość, a dogmatu 
kościelnego gruntowność i prawdziwość. I, rozwijając następnie 
to założenie, tak gruntownie wszystko :zbił, co na poprzedniej 
lekcji dowodził, tak stanowczo dowiódł i z metafizyki i z ojców 
kościoła, a na wet ze Starego Testamentu, że jest czyściec, iż 
wszystkie owe poprzednie wrażenia zniszczył. a przekonanie 
u;zniów o prawdziwości tego dogmatu utwierdził. 
· Tej zimy brat mój Karol zachorował na nerwową gorączkę, ale 
w parę tygodni wyzdrowiał, i wkrótce potem musiałem wyprawić 
go do domu. Dowiedziałem się bowiem, że on wplątał się w ta- 
jemne towarzystwo, dziecinne wprawdzie, ale wówczas już bardzo 
niebezpieczne z przyczyny ś,vieżo zaszłego wypadku w szkołach 
wileńskich. Ludwik Spitznagel, syn profesora farmacji, kocba ł 
się w pannie Aleksandrze Becu. Sam był bardzo małej urody; 
wyglądał, jak dziesięcioletni chłopczyk, chociaż miał już lat 
około siedemnastu; Becuwna zaś piękna wprawdzie i wspaniała,
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


277 


ale najsłuszniejsza ze wszystkich kobiet w Wilnie, prawie ol- 
brzymka. Szpitznagel też uwielbiał ją raczej jak boginię, i posta- 
nowił wyprowadzić ją na królowę polską. A środki do tego ukarto- 
wał takie: założyć towarzyst\VO między ucznia mi, naturalnie ró- 
wieśnikami swymi, wszyątkim Kształcić się jak najusilniej, 
a szczególniej w matematyce, potem wszystkim wstąpić do 
służby morskiej, opanować okręt wojenny, opłynąć na nim świat 
ai do Mandżurji, tam wylądować, ucywilizować Mandżurów, 
Mongołów i innych Tatarów, uformo\vać z nich potężną armję, 
przywrócić Polskę i pannę Aleksandrę Becuwnę koronować na 
królowę polską. Karol mój, przebywając u Józefa \V domu 
Becu, gdzie często spotykał Spitznagla, przypuszczony został 
do tajemnicy i przyjął urząd sekretarza towarzystwa, którego 
prezydentem był na tura lnie Spitznagel. Skoro mnie o tern 
ostrzeżono, ja, słysząc już, co się wó\vczas stało z uczniami 
w gimnazjum, pośpieszyłem \vziąć dla niego uwolnienie z Uni- 
wersytetu, bo już był za pisany do albumu, i odesłałem go do 
ojca z uwiadomieniem o przyczynie. Spitznagel zaś ów, ukoń- 
czywszy zaszczytnie nauki w Uniwersyte
ie, dostał się potem 
do Instytutu Wschodnich Języków w Petersburgu i mógłby 
zrobić piękną karjerę, bo miał otwartą gło\\yę i bardzo wiele 
zdolności; ale zapaleniec zawsze do najwyższego stopnia, przy- 
bywszy z Instytutu do Wilna} poznał tam pannę Rdułtowską, 
zakochał się w niej, pojechał za nią do Snowia, dóbr jej ojca 
w Nowogródzkiew, i, nie widząc podobno wzajemności w pannie, 
tamże w ogrodzie w łeb sobie wypalił. 
Co do wzmiankowanego wypadku z uczniami \V gimna- 
zjum wileńskiem, który roz{-oczął szereg prześladowań mło- 
dzieży w Litwie, trzeba wied7ieć, że głó\vną przyczyną tego 
wszystkiego było czyhanie No\vosilco\va na dochody boga- 
tego Uniwersytetu w Wilnie. No\vosilcow był sam bogaty, 
miał podobno i rodowe jakieś dobra, ale oprócz tych z sa- 
mej pensji, którą pobierał jako minister rosyjski przy Kon- 
stantym w Warszawie, tudzież za inne s\ve urzędy i za ordery, 
a nadto z dochodÓ'w starostwa słonimskiego, które mu cesarz 
dał na utrzymanie, i z dóbr probost\\Ta tamecznego, które, jako 
dwieście dymów posiadające, także sobie wyprosił u cesarza, 
mógł mieć rocznego dochodu więcej miljona. Ale to wszystko
>>>
278 


EDWARD MASSALSKI 


marnotra wnie przepuszczał, jak wodę przez rzeszoto, i za wsze 
mu było mało. Rzuciwszy tedy okiem pożądliwem na dochody 
Uniwersytetu Wileńskiego, postanowił dostać je w swoje zawia- 
dywanie; a dlatego trzeba mu było zaintrygować, żeby ks. Czar- 
o toryskiego z 
ura torstwa ZTzucić i samemu na jego miejscu 
kuratorem zostać. Sposób do tego wydał mu się najłatwiejszy: 
przedstawić w. ks. Konstantemu, że pod zwierzchnictwem, a za- 
tem i pod wpływem Czartoryskiego młodzież litewska kształci 
się na nieprzyjaciół rządu rosyjskiego. Nie trudno było tak rzeczy 
nastroić, żeby W. Ks. przekonać. 


---
>>>
. 


VI. 


Wiadolllo było bo\viem wszystkim, że w Wilnie istniały 
owe nasze towarzystwa i jawne, i tajemne, i że one miały 
na celu uzacnienie narodowości. Trzeba więc było tylko 
trochę przeistoczyć wyrazy, a z o\vego uzacnienia narodo- 
wości zrobiłoby się sposobienie do powstania przeciw rządowi. 
Że zaś i to wiadon10 było, iż Filal-eci swe Towarzystwo sto- 
sownie do ukazu rozwiązali, należało tylko wykazać, iż po- 
mimo to zamysły nasze trwają i duch przeciwny rządowi prze- 
wodniczy wychowaniu młodzieży; a do takiego wykazania lada 
najmniejszy pozór mógł być nakręcony. W tym celu Nowosilcow 
dał swoim agentolll tajemne polecenie, żeby donosili o pierwszym, 
jaki się zdarzy, wybryku między młodzieżą. Niedługo trzeba 
było na to czekać. 
W czwartej klasie gimnazjun1 wileńskiego, któryś smar- 
kacz, podobno Plater, po wyjściu jednego profesora, nim 
przyszedł następny, przez pustotę gryzmoląc kredą na ta- 
blicy, na pisał: " Wiwa t Konstancja" . Drugi, podobno Cze- 
chowicz, poprawił zamiast "Konstancja" - "Konstytucja"; trzeci 
dodał nakońcu wykrzyknik, czwarty znowu coś także poprawił; 
aż w tem wchodzi następujący zkolei profesor rosyjskiego ję- 
zyka, Ostrowski. Postrzegłszy zgromadzonych koło tablicy i Ó\v 
napis, pyta, kto to napisał. Oni, jako przez pustotę pisali, tak 
i opowiedzieli, co który zrobił. Ostrowski \v ten moment rusza 
do generała-gubernatora Korsakowa z donosem, że w szko- 
łach bunt. Tacy a tacy to i to zrobili, a cała klasa przykla.ski- 
wała, i cenzor czwartej klasy nic temu nie przeszkadzał. Kor- 
sakow niezwłocznie przez kurjera, jakby szło o losy monarchji, 
cały ten donos przesłał w. ks. Konstantemu. Nowosilcow, przed- 
stawiając depeszę, zapewne nie pożałował farb na odmalowanie,
>>>
.... 


280 


EDW ARD MASSALSKI 


jak oni wyrażali się, nieporządków w Uniwersytecie. W. Książę 
także przez ull1yś!nego kurjera przysłał rozkaz: natychmiast 
aresztować całą. czwartą klasę, owych czterech pisarzy wpakować 
do więzienia, każdego osobno, żeby z nimi nikt nie miał żadnej 
komunikacji, a rektora Uniwersytetu i cenzora czwartej klasy 
osadzić pod aresztem przy odwachu ka 'limirows kim, da jąc im 
jednak odpowiednie do rangi obydwom po p
 pokoi. I tak 
wszystkich trzymać póki nie przyjedzie Nowosilcow na śledztwo 
i nie rozstrzygnie o dalszym ich losie. Przerażenie padło na 
\Vilno, bo wszyscy już byli pewni, że z tego dzieciństwa wynikną 
smutne następstwa. Lecz i śmiech był razem, że W. Książę tego 
smarkacza, chwilowego dozorcę w czwartej klasie, zwanego po 
staroświecku cenzorem, wziął, jak widać, za urzędnika cenzury, 
mającego rangę generalską, czyli czwartej klasy. 
W kilka dni po uwięzieniu tak ważnych przestępców i nie- 
wiedzieć zaco rektora Uniwersytetu: tylko co ja wyprawiłem 
Karola do domu, \vpada ją do mnie koledzy z doniesieniem, że 
Józefa mego powieziono pod strażą do Warszawy. Zaco? Nikt 
nie \vie. Powiadają tylko, że on był w kawiarni, gdzie grając 
w bilard, śmiał się z owej pomyłki W. Księcia względem cenzora 
i z uwięzienia dzieci, a nakońcu powiedział: ,,0, gdybym ja mógł 
,vidzieć się z W. Księciem, \vskazałbym jemu kogo słuszniej nale- 
żałoby wsadzić do turmy"! Myślał właśnie o gałganie Ostrow- 
skim, jak to sam potem przede mną wyznał, lecz cała ta gada- 
nina była tylko płochość, jak zwyczajnie w kawiarni między 
kolegami. Tymczasem, kiedy chciał wychodzić, zjawia się 
we drzwiach policmajster Szłykow i, dowiedziawszy się, kto 
z obecnych Józef Massalski, kaźe mu siadać z sobą na drążki 
i \viezie do Korsakowa. Stamtąd w półgodziny już był w drodze 
do Warszawy. W tydzień przywieziono go napowrót i osadzono 
t3.kże przy odwachu, obok cenzora czwartej klasy. 
Ja, niespokojny, co się z nim dzieje, skoro się dowiedziałem 
o jego powrocie, natychmiast pojechałem na odwach i prosiłem 
o pozwolenie zobaczenie się z bra tern. Oficer; będący na warcie, nie 
śmiał sam pozwolić; ale, gdy nadszedł kapitan dyżurny, który nie 
miał zakazu, żeby aresztowanych przy odwachu nie pozwalać od- 
wiedzać, pozwolił, owszem sam zaprowadził mnie do brata. Tu 
dowiedziałem się, że Korsakow pytał go, co on miałby do donie- 


"
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


281 


sienia W. Księciu, jak to zapowiadał w kawiarni. Józef mu od- 
powiedział, że nic nie miał do doniesienia, a l ylko przez pustotę 
tak gadał. "Nieprawda, musisz coś \viedzieć, wyznaj", Józef, 
myśląc, że pozbędzie się tej na paści, powia da: "Gdybym miał 
do powiedzenia cokolwiek W. Księciu, to powiedziałbym tylko 
jemu, ale nie panu gubernatorowi". "A, kiedy tak, więc powiozą 
ciebie do W. Księcia ". I w ten moment kazał napisać raport, 
podać konie pocztowe i z czastnym prysta wem , Moszyńskim, 
wyprawił go do Warszawy. 
Tu Moszyński zawiózł go do generała Kuruty, który, 
rozpytawszy się Józefa, o co to rzecz idzie, kazał mu zatrzy- 
mać się u siebie, a sanl pojechał do W. Księcia. Powróciwszy, 
jeszcze go przez dwa dni ciągle się wypytywał o całem 
jego życiu, o stosunkach w Wilnie, o znajomych, słowem o naj- 
drobniejszych szczegółach; traktując go u siebie przyzwoicie. 
Nakoniec, widać, zmiarkowawszy ze szczerych opowiadań Józefa, 
że w nim nic utajonego niema, i podobno upodobawszy go za 
jego wesołość i dowcipne opowiadania, powiada mu: "Ja wierzę, 
że nic nie \viesz takiego, cobyś mógł donieść, i że tylko przez 
niechęć ku Ostrowskiemu tak ci się owe słowa wymknęły. Ale 
\V. Księciu to trudno będzie wyperswadować. Teraz muszę cię 
stawić przed nim". I zaraz powiózł go do Belwederu. Tam, 
zostawiwszy go w sali, sam udał się do gabinetu W. Księcia, gdzie 
widać zdawał mu o nim spra"'ę. Po ch\vili wyszedł W. Książę 
szparkim krbkiem ze złoconem cygarem w ustach i, zbliżywszy 
się do Józefa, prawie tak, że piersią go dotykał, harknął: "Ga- 
wari" I Józef, ujrzawszy taką mitologiczną figurę tuż przed sobą, 
uśmiechnął się. A Książe odskoczył od niego krzycząc: "Szczenok! 
Szczenokl W sołdaty, skatinal" i wrócił do gabinetu. Kuruta 
na pierwszy krzyk W. Księcia już wbiegł do sali; \vidząc, co się 
dzieje, zbladł i za Księciem wszedł także do gabinetu. W parę 
minut wyszedł, powiedział Józefowi zimno: "Proszę za mną", 
i odwiózł go do swego mieszkania. Tu z utyskiwaniem zaczął 
mu wyrzucać, jak można było tak postąpić z Księciem. "Kazał", 
powiada: "odesłać cię do Wilna i trzymać tam pod aresztem do 
przyjazdu NowosilcO'wa, który tam jedzie na śledztwo względem 
owych studentów, a razem i o tobie przekona się. Podobno 
będziesz skazany do wojska, lecz nie trać nadziei; zczasem się
>>>
282 


EDW ARD MASSALSKI 


wyratujesz." Potem, zjadłszy tylko jeszcze obiad z Józefem, 
odprawił go z tymże Moszyńskim napowrót do Wilna. 
Przyjechał też i za powiedziany Nowosilcow i rozpoczął niby 
wywiadywanie się przed śledztwem; bo rzeczywiście on bardzo 
dobrze wiedział, że tu same dzieciństwa i niema czego śledzić, 
a tylko trzeba było nastra jać i kartować intrygę przeciw Czarto- 
ryskielTIu. Ja.kkolwiekby się ta intryga skończyła, lecz to pewna, 
że cała ta spra wa z dziećmi i następna z Filaretami nie przecią- 
gnęłyby się tak długo i z takiem dla nas uciemięźeniem, gdyby go 
nie uwięziły w Wilnie piękne qczy pani Zubowowej, która go sobie 
obrała za opiekuna i, dla protekcji jego w sprawie z familją mę- 
żowską o sukcesję, potrafiła go w swe sieci uplątać. 
Ponieważ to wszystko działo się około ś. Jana i termin najmu 
mieszkania mego w domu Gutta kończył się, wypadało mnie albo 
'vyjeżdżać na wakacje, albo nowe mieszkanie na jąć. Ale wyjechać 
nie mogłe ITI , bo zatrzymywała mnie w Wilnie spra,va Józefa, 
a najmować mieszkanie nie ,viedziałem na jak długi termin, gdyż 
po ukończeniu tej sprawy nie widziałenl potrzeby dłużej ba wić 
w Wilnie. 
Tymczasem zdarzyło się, że Tomasz Zan, mając obok 
mieszkanie w donlU Kukiewicza, najęte na rok następny, wy- 
jeżdżał na wakacje. Pozwolił tedy mnie je za jąć na czas swej 
niebytności. Przeniosłem się tedy do niego, a ledwo się uloko- 
wałem, zjawił się policmajster Szłykow i bardzo grzecznie prosił 
mnie o pokazanie moich papierów. Opieczętował je i zabrał, 
powiadając! że są potrzebne do śledztwa o Józefie. W parę dni 
potem wezwano mnie do Nowosilcowa. Ja, wszedłszy, ukłoniłem 
się przed siedzącym z powagą naprzeciw drzwi na kanapie; ale 
przez nieuwa.gę nie stanąłem przy drzwiach, lecz zbliżyłen1 się 
ku oknu, blisko kanapy. Postrzegłem, że on bystro na mnie 
spojrzał i \vidać wziął ten krok mój za zuchwalstwo, które może 
już w tej chwili postanowił ukarać; ale nic mnie na to nie po
 
wiedział, tylko zaczął wypytywać się o Józefie: coby on mógł 
przed W. Księciem powiedzieć. Ja opowied'liałem rzecz, jak 
wiedziałem. On na to: "Skądże wiesz o tych szczegółach, kied
 
ani w owej kawiarni, ani u Korsakowa nie byłeś". ,Brat nu 
opowiedział". "Jakim sposobem i gdzie"? "W jego więzieniu lf . 
"Więc byłeś u niego w więzieniu"? "Byłem". "Któż puściłlf?
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


283 


"Oficer dyżurny pozwolił". "To źle, to bardzo źle; a teraz mo- 
iesz odejść". "Czy mogę odebrać moje papiery i czy jestem 
wolny?". "Papiery ci oddadzą i możesz jechać, gdzie się podoba". 
Na tem skończyła się konferencja, jak mnie zdało się, dosyć po- 
myślnie, ale on co innego myślał. 
Odebrałem papiery w całości, bo nic w nich kompromi- 
tującego nie było, lecz nie wyjeżdżałem z Wilna, czekając 
końca sprawy Józefa. Nareszcie po dwóch tygodniach uwiada- 
miają mnie, że jest już decyzja W. Księcia: kazał wysłać Józefa 
w proste sołdaty do żytomierskiego pułku, stojącego ,ve Wło- 
dzimierzu na Wołyniu. Nazajutrz przeprowadziłem go za mia- 
sto, wiezionego pod strażą, i rozstaliśmy się z kochanym bra- 
tem we łzach. 
Nie było jemu źle w pułku; bo
 skoro tam przybył, po- 
zyskał miłość u wszystkich swoich naczelników; kochano go 
tam i pieszczono, a do służby wcale nie naglono. Tylko kiedy 
stali w obozie, albo miał być jakiś przegląd wojskowy przed 
\V. Księciem, czy przed inspektorami, musiał stawać do frontu. 
Reszta czasu płynęła mu wesoło; ciągle bowiem wyrywali go 
sobie okoliczni obywatele, a pospolicie wespół ze szlachtą 
i kapitan jego, i pułkownik, i inna starszyzna za nim, gdzie- 
kolwiek się o brócił tak, że jakby procesja jaka przeprowadzała 
go od domu do domu. I to trwało przez siedem lat, póki 
po awansie na oficera nie wysłużył w tej randze roku; bo wtedy 
już, będąc wolnym, wziął dymisję. 
Ja tymczasem, pożegnawszy go, nająłem sobie konie 
i z moim sługą, Stefankiem, ruszyłem do Mińska, gdzie zaba- 
wiwszy parę dni, przybyłem do Mozołowa. W parę tygodni 
potem otrz ymałem list od pani Chra powickiej z u,viadomie- 
niem, że brat jej, Oubril, dostał nominację na posła do Hi- 
szpanji, przyjmuje mnie na służbę w liczbę urzędników posel- 
stwa i za kilka tygodni ma wyjechać do Madrytu; żebym wi
c 
przyjeżdżał do Jakubowa, ażeby razem z nim wyjechać. Wy- 
brałem się więc do Wilna dla wzięcia świadectwa z Uniwer- 
sytetu. · 
Przejeżdżając przez Nowogródek, odwiedziłem Igelstro- 
mów i od nich dowiedziałem się, iż ktoś przejeżdżający świeżo 
z Wilna powiedział im, że stamtąd za rozKazem W. Księcia
>>>
- 


284 


EDW ARD MASSALSKI 


wysłano kwartalnego w Ihumeńskie, żeby mnie odszukał i przy- 
wiózł do Wilna dla osadzenia w więzieniu. Zmieszała mnie ta 
nowina, bo nie mogłem sobie wyobrazić, zacoby mnie ten los 
mógł spotkać. tem bardziej, że Nowosilcow po przejrzeniu moich 
papierów powiedział, iż jestem wolny i mogę jechać. gdzie mi 
się podoba. Rozmyślając tedy, iż napróżnobym się ukrywał, 
a jeżeli co ma być, to lepiej żeby prędzej się zdeklarowało, i dla 
uniknięcia wres'lcie podróży do Wilna pod aresztem. jeśliby 
mnie ten kwartalny odszukał, ruszam tam już co najśpieszniej. 
Za przybyciem do Wilna dowiaduję się od przyjaciół, że isto- 
tnie W. Książę kazał mnie posadzić do więzienia na sześć tygodni 
za to niby, że widziałem się z bratem, kiedy on był uwięziony. 
Tu otworzyły się mnie oczy, że to sprawka Nowosilcowa za karę, 
iż nie stanąłem u niego przy drzwiach i bez wielkiej czołobitności 
z takim potentatem rozmawiałem; bo z bratem widziałem się 
za pozwoleniem straży, zatem nie było w tem mojej winy. Prze- 
widywałem też, że moja karjera przy Oubrilu zachwiała się, gdyż 
on miał w kilka tygodni od da ty listu Chra powickiej wyjeżdżać 
do Hiszpanji, a tu już ze dwa upłynęło i sześć jeszcze trzeba 
wysiehieć w więzieniu. Jednakże, nie tracąc jeszcze zupełnie 
nadziei. chciałem przynajmniej mieć już w ręku świadectwo 
uniwersyteckie, żebym po odbyciu mojej pokuty mógł niezwłocz- 
nie udać się, czy do Jakubowa, czy za Oubrilem w pogoń, jeśli- 
bym ta m już go nie zastał. Ruszam więc do policmajstra Szły- 
kowa i powiadam, 
e, dowiedziawszy się w Nowogródku, iż posłano 
mnie szukać w Thumeńskiem dla spełnienia rozkazu W. Księcia, 
przybyłem do Wilna sam i stawię się, ulegając zwierzchności; 
ale proszę o trzy dni czasu dla wyrobienia swego świadectwa, 
nim pójdę do więzienia. Szłykow dobrze to przyjął i dozwolił 
mnie trzy dni pobyć w Wilnie, niby wolno, chociaż zapewne 
policja tajemnie czuwała nade mną. Na drugi dzień potem 
już otrzymałem był owo świadectwo i, żeby przyśpieszyć termin 
mego uwolnienia. nie tracąc ani jednej chwili, tegoż dnia sta- 
wiłem się znów u Szłykowa z oś,viadczeniem. że już gotów jestem 
do przyjęcia pokuty. On poruczył mnie czastne
u prystawowi, 
Depertesowi, który. poczciwy ja kiś człowiek, za wiózł mnie na jprzód 
do siebie na obiad, a po nim odwiózł do turmy. Wjeżdżając pod to 
niskie sklepienie bramy w zamku turemnym, uczułem takie same
>>>
z PAMIĘTNIKÓW 


285 


. 
przerażenie, jak w 1812 r., kiedy pierwszy raz po Francuzach po- 
strzegłem kozaków na dziedzińcu naszym w Bieliczanach. Teraz 
jasno zrozumiałem, co znaczy despotyzm i jeszcze obcy. Pako- 
wano mnie jak zbrodniarza do turmy, tamowano karjerę może 
na całe życie, a to bez sądu, bez winy, tylko zato, że z miłości 
ku bratu odwiedziłem go w nieszczęściu i za pozwoleniem władzy. 
A iluż to spółbraci naszych takiegoż losu doznało i jeszcze sto- 
kroć cięższego! 
Depertes zdał mnie dozorcy więzienia, ka pita nowi Pa- 
niewskiemu, który podług odebranego rozkazu od Szłykowa 
wprowadził mnie nie do samego gmachu więzień, stojącego 
na środku dziedzińca, lecz nad swojem mieszkaniem w bramie 
do sali posiedzeń komitetu turemnego. W tej sali miałem ob- 
szerne miejsce do przechadzki, \V)'godne siedzenia, stoły, na- 
rzędzia do pisania i łóżko, które tam za\vsze stało; bo ta sala 
przez cały ciąg rządów \V. Księcia prawie nigdy nie była bez 
mieszkańców, równie jak ja winnych. Świeżo przede mną mie- 
szkał w niej sześć tygodni Marcinowski, redaktor D z i e n n i k a 
\V i l e ń s k i e g o, za jakiś nieostrożny wyraz w tem piśmie. 
Paniewski, mój nowy opiekun, odrazu za przyjaźnił się ze mną, 
co widać Bóg zrządził dla pomocy naszym braciom Filaretom, 
jak się to następnie okazało. Pod tym względem uważając, i moje 
więzienie było też łaską boską; bo zostałem użyty za narzędzie 
pożyteczne dla spółbraci, a to należy niezawodnie poczytywać 
za szczęśliwszy los, aniżeli O\Va świetna karjera, którą mi to wię- 
zienie zniszczyło. 
Paniewski był rodem z Mozyrskiego, typ starych pocz- 
ciwców, którzy, w służbie wojskowej nie znalazłszy szczę- 
ścia, radzi przestają na pokornem stanowisku, zapewniającem 
im ubogie utrzymanie się. Pilny w służbie, czujny, zawsze 
w dobrym humorze, żyjący śledziem i kapustą surową, które 
przez cały dzień stały u niego na stole obok flaszki z gorzałką, 
bo i tem nie pogardzał, chociaż nie upijał się, uprzejmy dla 
odwiedzających, prostoduszny i, pomimo powierzcho\vnej suro- 
. . 
WOSCl, wyborne miał serce. 
Sprawa uc?niów gimnazjalnych czwartej klasy przed 
przyjazdem jeszcze moim była skończona; rektora Uniwer- 
sytetu, nie mogą.c znaleźć żadnej styczności jego z tą sprawą, 


..
>>>
286 


EDWARD MASSALSKI 


wypuszczono z pod aresztu; ale wkrótce potem, może wreszcie 
i nie za to, usunięto go z urzędu. Dostojnego cenzora 
czwartej klasy uznano winnym niedozoru, lecz naj miłości- 
wiej policzono mu ów areszt za karę i uwolniono; czterech 
owych kryminalistów, którzy ośmielili się bazgrać na tablicy, 
jako zarażonych duchem niebezpiecznym dla rządu, skazano 
za karę w sołdaty, rujnując im karjerę; a resztę ich kolegów, 
nastraszonych i wygłodzonych, wspaniałomyślnie wypędzono 
z więzienia. Powiadam wspaniałomyślnie, bo w innych szkołach 
wkrótce takie nawet dzieci, co nie były w jednej klasie z obwi- 
nionemi, ani może ich znały, daleko sroższym prześladowaniom 
uległy. Ale w tej wileńskiej sprawie z dziećmi cel Nowosi1cowa 
jeszcze nie był dopięty. Cała ona tak dalece była dziecinna, iż 
pomimo biegłości jego w machiawelstwie niepodobna było z niej 
wysnuć obwinienia przeciw Czartoryskiemu. Zostawały owe 
towarzystwa między akademikami. Tu łatwiejsze byłoby obwi
 
nienie, ale na nieszczęście te towarzystwa dawno już były od 
samejże zwierzchności uniwersyteckiej zakazane lub dobrowolnie 
rozwiązały się. Wszelako nic innego nie mając pod ręką, trzeba 
było chwycić się za tę przeszłość i naciągnąć ją na teraźniejszość, 
wplątać w nią i profesorów, a tak już przynajmniej rzucić podej- 
rzenie na wpływ Czartoryskiego, co było dosta tecznem do usu- 
nięcia go od kuratorstwa. Lecz i tu stawała jeszcze na zawadzie 
ta okoliczność, iż, jakkolwiek młodzież mogła rozprawiać o naro- 
dowości lub o patrjotyzmie, cel jednak tych towarzystw nie był 
polityczny, tylko moralny, o czem bardzo dobrze wiedziano. 
Ale to już była fraszka dla takiego majstra, jak Nowosilcow; 
moralność tak ściśle łączy się z narodowością, a ta z polityką, 
że, zręcznie używając badań, można już łatwo podstawić jedno 
za drugie. Trzeba mu było tylko uderzającego wstępu, któryby 
przeraził wyobraźnię W. Księcia, a to już on sam potrafił utwor
yć, 
pochwyciwszy zręczność, którą mu nadarzył przypadek. 
Przy rewizj i papierów owych czterech kryminalistów gimna- 
zjalnych natrafiono w mieszkaniu jednego z nich na kufer ucznia 
Uniwersytetu, Jankowskiego, który otworzywszy znaleziono ja- 
kieś plugawe wiersze na Ka\.arzynę. Nowosilcow, uradowany z tego 
odkrycia, natychmiast widać usnuł plan zniewolenia Janko
\'- 
skiego do takich zeznań, jakich mu było potrzeba. Dowiedział
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 
f 


287 


się bowiem, że Jankowski był także Filaretą. Wyjechał on 
był wtenczas podobno do Warszawy; lecz No\vosilcow posłał 
za nim w pogoń, przywiezionego pod aresztem zaczął straszyć, 
iż będzie ciężko ukarany za owe wiersze, których wyprzeć się 
nie mógł, bo były ręką jego pisane. Ale, udając, że go żałuje, 
nastręcza mu niby ratunek, żeby zasłużył się rządowi, odkry- 
wając, jaki był istotny cel Towarzystwa między młodzieżą uni- 
wersytecką. Podsuwa mu myśl, że za pewne ten cel musiał być 
przeciw rządowi, bo dlaczegóż innego Towarzystwo Filaretów 
byłoby tajemne. Jeśli więc odkryje takiego rodzaju zamysły, 
JTIoże spodziewać się ułaskawienia; bo inaczej on nawet sam, 
chociaż go bardzo upodobał i radby ochronić, nie b,
dzie w moż- 
ności. Jankowski z oburzeniem odrzucił wszystkie takie insy- 
nuacje i karesy Nowosilcowa, twierdząc stale, że to byłoby po- 
twarzą, gdyby cokolwiek podobnego Filaretom zarzucać. Na wet 
kiedy Nowosilcow, udając wielki smutek, objawił mu, że jest 
już rozkaz od W. Księcia, żeby go rozstrzelać, ale że on to wstrzy- 
ma, jeśli Jankowski uczyni owo zeznanie, ten i wtedy jeszcze 
nie odważył się szukać ocalenia życia prze.z potwarz; i można 
ufać, że póki był zdrów na ciele, podjąłby raczej śmierć za po- 
wiedzianą, aniżeli hańbę fałszywego donosiciela. Ale No\vosilcow, 
zmiarkowawszy, iż pogróżkami nic nie wyn1oże, rzucił się do 
skuteczniejszych środków. Kazał mu najprzód nie dawać nic 
jeść przez dwa dni, a na trzeci dać mu śledzia mocno zasolonego. 
Jankowski z głodu zjadł; prosi o wodę, nie dają. Pragnienie 
wzmaga się, rozpala go, dręczy; ale straż, głucha na wołanie 
i jęki, wody nie daje. Wtenczas Nowosilcow go wzywa i ofiaruje 
mu ulgę, pod warunkiem wyznania, jak powiada, prawdy. On 
zmęczony, nie będąc już panem siebie, pisze pod insynuacją 
Nowosilcowa zeznanie: że celem Filaretów, Pro!1 1 ienistych, 
a szczególniej już Filaretów, było wymordo\vanie familji cesar- 
skiej, wywołanie rewolucji w Rosji, powstanie \v zabranym kra ju, 
przywrócenie Polski, i resztę temu podobnych absurdó\v. 
Kazał mu potem Nowosilcow spisać rejestr członków tych 
Towarzystw, których tylko mógł Jankowski 7apamiętać, a, po- 
. chwyciwszy te spisy i zeznania, pewny już dopięcia głó\vnego celu 
SWego, chciał jeszcze osiągnąć drugi, t. j. nieprędko być odwołanym 
z Wilna, żeby tu miał czas upajać się wdziękanli pani Zubowowej
>>>
288 


EDW ARD MASSALSKI 


i zasłużyć na jej rękę. Natychmiast więc oVve spisy i zeznania 
posłał przez kurjera do W. Księcia, wysta\vując mu, że tak ważne 
odkrycie wymaga piJnego dośledzenia, zatem niema łych trudów 
i dużo czasu, tern bardziej, że do Towarzystw owych należała 
bezpośrednio lub pośrednio młodzież całego kraju i knuła, jak 
\vidać, jakieś niebezpieczne zamiary, zapewne nie bez wpływu 
na nie starszych, a może i kuratora. Tymczasem zaś kazał areszto- 
wać tych wszystkich z rejestru Jankowskiego, którzy zna jdo- 
wali się w Wilnie; a po innych, będących w kraju, lub gdziekol- 
wiek na służbie w Rosji, rozesłał policję albo wezwania do władz 
miejscowych, żeby ich niezwłocznie aresztowano i pod strażą 
dostawiono do Wilna. 
Dla prowadzenia zaś śledztwa pod s\voim kierunkiem 
ustanowił komisję, złożoną z naczelnika kancelarji jego Baj- 
ko\va, prokuratora wileńskiego Botwinki, radcy rządu gu- 
bernjalnego Ławrynowicza, policmajstra Szłykowa i profesora 
chirurgji Pelikana, który już wówczas, zrozumiawszy może plany 
Nowosilcowa względem Uni\versytetu, zdeterminował się po- 
święcić swoją zasłużoną opinję dobrego profesora dla korzystniej- 
szych widoków na jego usługach. Komisja ta niebawem przy- 
stąpiła do śledztwa i odkryła swe posiedzenia w pałacu guberna- 
torskim, gdzie \vtedy Nowosilcow mieszkał, w tej samej sali, 
w której Mikołaj na rok przedtem swoich sołdatów musztrował. 
Pochwytani w mieście lub przywożeni z kraju Filomaci, Promie- 
niści i Filareci, osadzani byli po klasztorach, które w Wilnie liczne 
i przestronne dostarczyły kilkaset cel na więzienia. W każdej 
. mieszczono po jednemu, a wszędzie okna były zabielone wapnem, 
zabite zewnątrz deskami, i drzwi na zan1ek zamknięte. Na 
korytarzach zaś przechadzały się szyldwachy z karabinami, nie 
dopuszczając nikomu zbliżania się do więzień: i w każdym klaszto- 
rze dla zmiany tej warty urządzony został ga tunek odwachu 
pod naczelnictwem podoficera; oficerowie zaś mieli rozkaz często 
zazierać do klasztorów dla dozoru, żeby o\ve warty pilnie swój 
obowiązek pełniły. Ale i Filareci, znajdujący się w mieście, mieli 
się na baczności od samego przyjazdu Nowosilcowa. Wówczas 
więc, skoro się dowiedzieli o zeznaniach Jankowskiego, ci mian
- 
wicie z nich, których on za pomniał wymienić, niepochwytaIl1, 
natychmiast utworzyli między sobą komitet do czu\vania nad
>>>
. 


- , 
.\- 


'I.. ,,
 
. ..;: 
"\ 


Profesor Augusf Beczt.
>>>
z PAMIĘTNIKÓw1 


289 


tokiem zawiązującej się sprawy, żeby siebie i braci, o ile da się, 
rato\vać. Niezwłocznie więc obmyślili sposoby do komunikowania 
się z uwięzionymi; a względem działań Komisji, chociaż ta po- 
stępowała nader sekretnie, jak wszystko dzieje się w Rosji, zna- 
leźli także drogi do odbierania dokładnych informacyj, zj
dna \v- 
szy sobie niektórych z kancelarji Nowo s ilcowa, Gdyby nie 
ta przedajność urzędników w Rosji, na którą pospolicie utysku- 
jemy, często dla uciemiężonych nie byłoby żadnego ratunku. 
Prawda, że i prześladowcy pr)T\vatni przekupstwem górę biorą, 
lecz i to pewna, że skoro ciemiężony płaci, mniej w każdym razie 
. . 
UCIerpI. 
Zaczęło się więc śledztwo. Zeby czas drogi dla No\vosilcowa 
przedłużyć, sprowadzano po jednemu z więźnió\v do Komisji 
i kazano mu pisać historję swego życia. Naturalnie to szło ma- 
rudnie, chociaż każdy, będąc w kwiecie młodości, niewiele miał 
do na pisania; następowały odpowiedzi na pytania Komisji, także 
wszystko na piśmie. W tych jedni według instrukcji, uradzonej 
w naszym komitecie, szczerze zeznawali wszystko, co wiedzieli 
. 
o celach i działaniach towarzystw: przez kogo byli wprowadzeni, 
kto więcej należał do Towarzystwa, i wszystkie okoliczności; 
jako rzeczywiście nie mieli racji z niczem się taić, nie czując się 
do żadnego występku przeciwko prawom lub przechv rządo\vi. 
Drudzy przez obawę nie chcieli przyznawać się do tego, iż należeli 
do któregokolwiek z owych towarzystw. Tych więc przekony- 
wano spisami kolegó\v i oczne mi stawkami. 
Ale zdarzały się wypadki, że niektórzy byli \v takich 
okolicznościach domowych, iż należ3.ło starać się, żeby ich 
zaraz uwolniono, albo żeby ochronić ich od wszelkich na \vet 
podejrzeń u rządu. Komitet więc nasz polecał kolegom ta- 
kich wszystkich, nie wymieniać w spisach członków, albo 
jeśli przez kogo zostali wymienieni, cofać to zezna ie. Jakoż 
na ocznych stawkach w takim razie cofali, powiadając, że 
tego więźnia nie znają, lub że go zapisali tylko z domysłu. 
Takim sposobem wielu zostało t1\volnionych. Członkowie Ko- 
misji niekiedy wpadali na domysł, że to zmowa, lecz nie mo- 

li 
igdy dośledzić, jakim sposobem u\vięzieni tak ściśle i strze- 
zenI tak pilnie zmawiać się by zdołali. Zastanawiała ich i ta jed- 
nostajność zeznań, że cokolwiek jeden powiedział, jakkolwiek 
z filareckiego świata. 19
>>>
. 


290 


EDWARD MASSALSKI 


nową okoliczność objaśnił, tak samo już i \vszyscy, następnie 
badani mówili i objaśniali. Zdarzało się między innemi, że ba- 
dano o znanych śpiewkach PromienIstych i Filaretów, które 
krążyły w całym kraju, a zawierały niemało liberalnych pomy- 
słów. Komisja chciałaby nakręcić i je za podnietę do buntu, 
i kazała Mickiewiczowi i Odyńcowi, których o te śpiewki oskar- 
żano, pisać je tuż w sali; oni w zwrotkach delikatnych improwi- 
zowali p:[
zemiany i twierdzili, że one takie z pod ich pióra po- 
czątkowo \vyszły i tak były przez kolegów śpiewane. Komisja 
przyzywała natychmiast różnych więźniów z różnych klasztorów 
i każdy. te śpiewki już z owemi przemiany recytował. C
łonko- 
wie Komisji, będąc. pe\vni, że to była improwizacja, w ich obec- 
ności wykonana, dziwili się tylko, jakim sposobem następowało 
tak rychłe porozulnienie się wszystkich i \vsz
dzie; ale nic dojść 
nie zdołali. Trafiało się nawet że wpadali na trop, lecz Opatrz- 
ność zawsze nad nami czuwała i wszelkie ich obostrzenia, wszelkie 
wybiegi ostrożności znikały przed dowcipem i działalnością 
naszego komitetu. Jeżeli jeden jaki sposób komunikacji został 
zatamowany, to natychmiast znajdowały się inne jeszcze do- 
godniejsze. 
Między innemi zdarzyło się, że profesor Becu, który za 
pozwoleniem Komisji pożyczał książek byłemu guwernerowi 
Słowackiego, Antoniemu Kamińskiemu, znalazłszy w jakiejś 
książce, odesłanej na powró t , karteczkę ołówkiem do siebie napi- 
saną o jakimś ustronnym interesie, przez tchórzostwo przed- 
sta wił ją do Komisji. [Poma \viano Becu, że on był naszym wro- 
giem i przez pochlebstwo Nowosilcowowi czernił profesorów 
i ten donos o karteczce Kamińskiego zrobił; ale to nieprawda; 
bo on był tylko tchórz, a zresztą poczciwy człąwiek. W tymże 
roku 182 4 został zabity od pioruna, co uprzedzeni przeciw niemu 
poczytali 
a karę Bożą, równie jak nagłą śmierć Bajkowa przy 
końcu śledztwa naszego, który, odwiedzając swoją narzeczoną, 
pannę Chłopicką, u drzwi jej został tknięty apopleksją. ŁawT)°- 
. I 
nowicz także w końcu śledzt\va z gorączki umarł, i tego śll1Ierc 
przypisywano karze boskiej, lecz i to niesłusznie; bo on, będ.ą
 
urzędnikiem, kiedy został wyznac.zony do śledztwa, mUSIał 
obowiązek swój spełniać; ale gdzie mógł, to nam pomagał, co 
ja sam zaświadczyć mogę, bo i mnie w kilku punktach mego 


.
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


291 


zeznania tajemnie ostrzegł, żebym ostrożniej pisał, nie ufając 
sprawiedlhvości rządu i naszej spra\vy. Gdyby wreszcie Bóg 
miał widocznie karać prowadzących to śledzt\vo, prędzej by 
ukarał Pelikana, albo Botwinkę, który okazał się zajadłym na- 
szym prześladowcą]. Ta natychmiast wpadła na domysł, że 
w książkach mogą być do \vszystkich przesyłane komunikacje; 
więc niezwłocznie kazała poodbierać u wszystkich więźniów 
książki i więcej ich niedopuszczać, a nadto rewidować bieliznę, 
chleb, potrawy nawet, naprzykład naleśniki, zrazy zawijane 
i t. d., czy się w nich co nie znajduje. Ale to wszystko na nic 
nie przydało się, bo pomimo przekupienia 50łdatów, którzy nie- 
kiedy sami listy więźniów i nawzajem roznosili, kiedy szło o co 
ważniejszego, komitet nasz znalazł za\vsze sposoby rychłej ko- 
munikacji, która nigdy nie ustała. 
Jednym z głównych punktów badań Komisji było py- 
tanie, każdemu zadawane, względem ustawy filareckiej. Ta, 
przez Zana napisana, przy rozwiązaniu To'warzystwa była 
zniszczona. Wielu na wet z Filaretów nigdy jej nie czytało; 
starsi zaś, a szczególniej Filomaci, którzy jako założyciele 
Filaretów, tę ustawę wspólnie z Zanem układali, pamiętali 
ją i \vszyscy mniej więcej dokładnie na rozkaz Komisji ją 
wypisywali. Ale Komisja, mając i to za zmowę, koniecznie 
domagała się oryginału, ręką Zana pisanego, o czem z zeznań 
wiedziała. Nie wierzyła bowiem twierdzeniu, że ów oryginał 
zniszczony; owszem z tego twierdzenia wnosząc, że w tej usta- 
wie zawierały się rzeczy przeciw rządowi, kuczyła Zana, żeby 
koniecznie wykrył gdzie się ów oryginał 'lna jduje; grożąc mu 
najsroższemi karami, jeśli się on nie okaże, i wszystkim badanym 
zapowiada jąc, że w razie nieznalezienia tej usta wy w oryginale, 
będą sądzeni podług oskarżeń, uczynionych przez Jankowskiego. 
Ja w mojem więzieniu byłem od samego początku o tych 
wszystkich przejściach uwiadamiany, bo tych z więźniów, którzy 
nie podlegali śledztwu, lecz tylko już za karę wysiadywali, wolno 
było odwiedzać. Koledzy wprawdzie dla ostrożności bywać 
u mnie nie mogli, ale inni znajomi mnie odwiedzali; a po utwo- 
rzeniu w mieście naszego komitetu komunikację między nim) 
a mną przyjęły na siebie pewne święte niewiasty, których nazwisk 
przyrzekłem nigdy nie wymieniać, a które i przedtem często 
19*
>>>
292 


EDWARD MASSALSKI 


przynosiły wsparcie dla więźniów zan1kowych. Widywały się 
one ze mną u Paniewskiego na dole, gdzie mnie przez wszystek 
czas pobytu mego \v więzieniu bywać nie broniono. Chociaż 
bowiem Jankowski wpisał był i moje nazwisko w owych reje- 
strach, lecz, że już siedziałem w więzieniu i s
ukać mnie nie było 
potrzeba, zapomniano zapewne obostrzyć czujność nade mną. 
Do badania nawet nieprędko :mnie wezwano, bo dopiero w pięć 
tygodni po zeznaniu Jankowskiego, to jest na końcu siódmego 
tygodnia po mojem uwięzieniu. Odpisałem szczerze to samo, 
. co inni, i po kilkugodzinne m posiedzeniu w sali śledczej odwie- 
ziony zostałem znowu na swe miejsce. Cierpiałem już wówczas 
bardzo na zdrowiu; za pewne zamknięte powietrze i brak ruchu 
na to wpływały. Czułem wzrastający ból w piersiach i zachodziła 
obawa, żebym, po wiosennej chorobie osłabiony, nie dostał suchot. 
Lecz moje opiekunki skutecznie mnie pomogły. Najprzód do- 
starczały mnie dobrego :mleka, które prawie wyłącznym było 
moim posiłkiem przez cały czas więzienia w zamku; następnie, 
kiedy ów ból w piersiach objawił się i wzrastał, dały mnie jakiś 
plaster na piersi tak bolesny, że ledwo go znieść mogłem. Ale 
ten plaster mnie wyratował; w parę dni wysypały się pod nim 
gęste pryszcze i widać wypro\vadziły wszystką 
horobę na ze- 
wnątrz. 
Kiedy się tak 
z tern cierpieniem kawęczyłem, jednej nocy 
\vsunął się do mnie pocichu z latarką Paniewski, uwiadamiając, 
że przed chwilą Botwinko przywiózł sam do zamku Tomasza 
Zana i osadził go w jednej z komórek środkowego gmachu, 
gdzie okna były zakratowane i zabite deskami. Paniewskiemu, 
zaś przykazał, żeby go trzymał w jak największym sekrecie, nie 
mówiąc, ani przyznając się nikomu, ani nawet policyjnym urzęd- 
nikom, że on tu osadzony. Zabronił też pod najsroższą odpo- 
wiedzialnością puszcza ć do niego sołdatów ze straży, ani na wet 
ich oficera, którego powinnością było codzień zaglądać do wszyst- 
kich więźniów. Jedzenie dlań nosić polecił samemu Paniew- 
skiemu, i to nie inne, jak kawałek czarnego chleba i trochę obrzy- 
dłej strawy aresztanckiej. Umówiliśmy się tedy najprzód co do 
jedzenia, że Paniewski będzie mu nosił w kieszeni kawę w b
- 
telce, czysty chleb i pieczyste; następnie, że będzie przeno
il 
moje pisma do Zana i od niego do mnie, tylko z tem, że nie }110ze 


..
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


293 


mu dać kałamarza, żeby tego na przypadek niespodziewanej 
rewizji nie znaleziono; ale zaniesie mu ołówek i papier. Po tej 
umowie zaraz poszedł do Zana i przyniósł mi od niego polecenie, 
napisane ołówkiem, żeby uwiadomić nasz komitet o miejscu jego 
pobytu. Było to wielce potrzebne, bo komitet ową jednostajność 
w zeznaniach utrzymywał pod kierunkiem Zana i wypadało, 
ieby tu, jak w każdej sprawie, jeśli ma iść porządnie, jedna głowa 
kierowała. Komisja też, która nie wiedziała o komitecie, do- 
myślała się jednak z jednostajności o\vej wszelkich zeznań, że 
wszystkiemi musiał kierować Zan, jako wódz Filaretów; a cho- 
ciaż nie zdołała wyśledzić środkó\v porozumienia się między 
nami, uradziła tak tajemnie go ukryć, żeby nam przecią.ć nie- 
tylko sposobność, ale na\vet i zamysły o wznowieniu z nim sto- 
sunków; i dla tego rozpuściła po mieście pogłoskę, że go 
wywieziono do Warszawy. 
Naza jutrz zaraz doniosłem komitetowi o tern, co zaszło 
w nocy. Członkowie jego przelękli się na tę wiadomość o tak 
sekretnem zamknięciu Zana; wyobrazili sobie, że to jest 
wstęp do ziszczenia owych pogróżek, któremi Komisja go 
straszyła, domagając się oryginału ustawy. Przysłali ,,'ięc 
niezwłocznie na moje ręce pisma do niego z ubole\vaniem 
i przy nich paczkę z trucizną, żeby Zan mógł ,l1\volnić się od 
mąk, jeśliby go chciano niemi zniewalać do fałszy\vych ze- 
znań, które za pewne miałyby większą powagę \v oczach rządu, 
niżeli zeznania Jankowskiego., zaprzeczane przez \vszystkich 
badanych, i upoważniłyby rząd do surowego nas ukarania. 
Szczególniej zaś obawiano się, żeby Zan pod n1ękami nie wplątał 
owych opiekunów młodzieży, którzy pierwsi podali myśl zało- 
żenia Towarzystwa i niewidomie nami kierowali przez Zana. 
Lecz ja, wyczytawszy w owych pismach, co zawiera ta paczka, 
Wzdrygnąłem się ze zgrozą na tę myśl, żebym miał zostać po- 
średnikiem do takiej zbrodni samobójstwa. \Vysypałem natych- 
miast za okno truciznę, a ufając Opatrzności, że nas i bez tego 
wybawi, poradziłem Zanowi, żeby napisał O\vą ustawę, której 
?ryginału Komisja tak usilnie domagała się, i żeby, włożywszy 
Ją między papiery którego z Filaretów, mających być areszto- 
wanymi, dać tym sposobem zręczność Komisji do znalezienia 
tego pisma. Spodziewałem się bowiem, że to nietylko nie po-
>>>
294 


EDW ARD MASSALSKI 


gorszy naszej sprawy, lecz w oczach rządu, jeśliby przyszło do 
sądzenia nas, będzie dowodem, przekony\va jącym o naszej nie- 
\vinności i o prawdziwości naszych zeznań przed Komisją. Po- 
ruczyć zaś tę ustawę komu z mających być aresztowanymi było 
bardzo łatwo, bo każdemu badanemu kazano pisać listę towa- 
rzyszó\V, i ta kompletowała się ustawicznie, gdyż Jankowski ani 
połowy nie wypisał. Należało tylko polecić któremu z nowoba- 
danych, żeby, pisząc listę, wymienił tego, któremu ta ustawa 
byłaby już poruczoną, a tego uprzedzić, jak ma odpowiadać, 
kiedy ją "\v jego papierach znajdą. Zan usłuchał mojej rady. 
A że nie mógł mieć kałamarza, ustawa zaś musiała być koniecz- 
nie jego ręką pisana, żeby mogła uchodzić za oryginał, ułoży- 
liśmy się, że Zan będzie ją pisał ołó\vkiem, a ja po ołówku na- 
prowadzę litery atramentem, zachowując jak naj staranniej 
charakteru jego cechę. Zaczęliśmy więc robotę, która, jako 
obejmująca kilka arkuszów, potrzebowała kilka dni czasu. \V mia- 
rę tedy przychodzących do mnie arkuszy, które poczciwy Pa- 
niewski, nie mogący czytać bez okularów, a zatem nie wiedząc 
nawet, co się w nich zawiera, przynosił, czerniłem litery, a potem 
ślad y ołówka wycierałem. 
Kiedym tak był zajęty dzień i noc tą robotą, niespo- 
dzianie odbieram wiadomość, że Woj niłowicz , sz\vagier mego 
wuja Korbuta , prezydujący wówczas w Komisji Radziwiłłow- 
skiej, dowiedziawszy si
, iż jestem niezdrów, podał do naszej 
Komisji prośbę o wypuszczenie mnie z więz.ienia na jego 
porękę. Było już bowiem kilka przykładów, że za staraniem 
familji uwalniano na porękę tych, którzy, nie należąc do star- 
szyzny Towarzystwa, ukończyli już swe zeznania. Uwalniano 
zaś ich nie bez interesu, a obok tego może i dla tej przyczyny, 
żeby na ich miejscu osadzać nowo aresztowanych, dla których 
już i więzień nie starczyło. Natychmiast wi
c posła.łem do 'Voj- 
niłowicza, zaklinając, żeby swą prośbę cofnął; chociaż bowiem 
chory i pragnący dotychczas uwolnienia w nadziei, że pośpieszę 
jeszcze do Oubrila, czułem, że tu Opatrzność wymagała mego 
poświęcenia się dla dobra spółbraci. Wojniłowicz zdziwił się n
 
moją odezwę, a le prośbę swoją cofnął, i tak mogłem dokona c 
zaczętej roboty. Ale po dokonaniu jej omal co nie zostałem
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


295 


poświęcony na pastwę Nowosilcowowi przez tych samych, dla 
których pozostałem w więzieniu. 
Kiedy robota moja zbHżała się już do końca, dałem 
wiedzieć naszemu komitetowi, żeby który z członków jego 
przyszedł pod wieczór do Paniewskiego pod pozorem szlach- 
cica, ofiarującego do sprzedania produkty do zamku, gdzie 
będzie miał wręczone przeze mnie bardzo ważne papiery, 
których nie śmiem poruczyć nikomu innemu. Chciałem bo- 
wiem, żeby ta cała czynność z ustawą odbyła się w jak naj- 
większej tajemnicy, a obawiałem się, żeby, przechodząc przez 
ręce, jakimkolwiek niespodziewanym wypadkiem nie została 
zwietrzoną przez Komisję Śledczą. Bracia nasi 'v komitecie, nie 
mogąc wpaść na domysł, jakieby to mogły być tak ważne papiery, 
kiedy 
szelkie od Zana bez takiej obawy do nich przechodziły, 
ze zbytniej ostrożności potracili głowy. Uprojektowali sobie, 
że to może być zdrada, bo coś zanadto tajemniczego, a zatem 
moźe to zasadzka na złapanie którego z członków komitetu na 
gorącym uczynku dla łatwiejszego odkrycia o całym jego składzie. 
Radzili więc długo, nie dając mnie żadnej odpowiedzi. Ja w nie- 
cierpliwości, jak na torturach, co moment wyglądałem ich przy- 
bycia i nie mogłem sobie wytłumaczyć ich zwłoki. Gdybym mógł 
przewidzieć ich podejrzenia, łat,vobym je zniszczył, posyłając 
to wez\vanie napisane przez Zana; lecz ani mnie, ani Zanowi na 
myśl nie przyszło, żeby oni przypuścili do siebie podejrzenie 
po uprzednich naszych komunikacjach. 
Na.reszcie a.ż na trzeci dzień za ponowioną odez\vą moją Ksa- 
wery Wysocki, jeden z członków komitetu, odważył się udać do 
zamku; ale z tą umową, że Onufry Pietraszkiewicz, kolega jego, 
będzie opodal pilnował, czy nie pojedzie kto z policjantó\\
 do 
zamku w tym czasie, kiedy Wysocki tam będzie. I skóroby tylko 
to ujrzał, żeby natychmiast leciał do policmajstra i oddał mu 
pismo \Vysockiego, w którem było wyrażono, że on, wezwany ode 
mnie dla przyjęcia jakichś ważnych papierów, chcąc przez gorli- 
wość dla rządu nie dać mnie pobudki do ich zatracenia, udaje się 
do mnie; ale donosi o tern policmajstrowi i prosi, żeby pośpieszył 
zastać go jeszcze w zamku i te papiery zabrać. Bóg opatrzny 
zlitował się nad wszystkimi nami, że na tę porę żaden policjant 
do zamku nie jechał, chociaż to często bywało. Wysocki przyszedł
>>>
296 


EDW ARD MASSALSKI 


do Pa niewskiego , udał jakiegoś ekonoma, a ja, dopilnowawszy 
go, także tam zszedłem i, nie okazując, że znam Wysockiego, 
bo w tak ważnej rzeczy nie śmiałem i Paniewskiego mieć za 
świadka, kiedy się on odwrócił, wsunąłem Wysockiemu do kape- 
lusza ustawę i karteczkę od Zana z poleceniem, co z tą ustawą 
zrobić. Natychmiast Wysocki wyszedł, a w ki]J{a dni wszystko 
się podług planu wykonało. Ustawę za wieziono jednemu z Fila- 
retów na wieś, nauczono go, jak z nią postąpić i co ma odpo.. 
wiadać, kiedy ją u niego znajdą, a tymczasem któremuś z nowo- 
badanych polecono go wymienić w nowej liście, wskutek czego 
aresztowano go, wzięto jego papiery i ustawa dostała się w ręce 
komisji. Zan, kiedy mu ją pokazano, przypomniał niby, że ory- 
ginał był w dwóch egzemplarzach, z których jeden, będący u niego, 
on zniszczył, a drugi, o którym "był za pomniał, chodził po ręku 
przewodników gron i że to musi być ten sam. Poświadczyli to 
salllO zaraz i przewodnicy, po osobno przywołani; a ten, u którego 
znaleziono go, twierdził, że go właśnie u jednego z nich wziąw- 
szy, przy rozwiązaniu Towarzystwa dla pamiątki zachował. 
Takim sposobem i zeznanie Zana bez cofnięcia zostało wytłu- 
maczone i Komisja dała nareszcie wszystkim o tę ustawę pokój, 
a ciągnęła tylko dalej zeznania z pozostałych- więźniów. 
Po Nowym Roku przeniesiono Zana znowu bliżej Kom-isji, bo 
tam często bywał potrzebny dla sprawdzeń i objaśnień. Wtedy ja, 
straciwszy już nadzieję na posadę przy Oubrilu, o którym dowie- 
działem się, że dawno już wyjechał do Hiszpanji, a nie mając 
pobudki do mieszkania dalej w zamku, postarałem się o prze- 
niesienie mnie do któregokolwiek klasztoru, gdzie było weselej 
w towarzystwie. Jakoż przeniesiono mnie do bazyljanów, a we 
trzy dni potem do karmelitów ostrobramskich, gdzie zastałem 
ze dwudziestu kolegów. 
W dzień wszyscy byliśmy zamknięci, czytaliśmy dostar- 
czane nam ukradkiem książki, albo spali; lecz skoro zmierzchło 
i klasztor zamknięto, a straż nasza była już bezpieczna od 
wizyty oficerów, odmykały się wszystkie nasze cele, nastę- 
powała uczta, gawęda i za ba wa przez całą noc. Przychodziły 
deputacje z innych klasztorów do nas, nie przez furtę, ale już 
przez bramę; my także chodziliśmy do nich, bo to wszys
- 
ko ułatwiało się przez zaprzedane nam warty. Słowem, baWI-
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


297 


liśmy się, jak chcieli, na wet w teatrze niektórzy bywali. A oz rana, 
jak dzień, każdy do swojej celi, drzwi się zalllykały i szyldwachy 
znoWU czuwały, żeby nikt nie potrzebny snu nam nie przeszkadzał. 
Nowosilcow tymczasem także hulał ze swoją Zubowową, 
ażeby W. Księcia utrzymać w mniemaniu, iż on jeszcze w Wilnie 
potrzebny, wynajdywał coraz to no,ve spiski na Rosję między 
młodzieżą litewską. Nie mogąc nic przeświadczyć na pełno- 
letnich, wpadł na małoletnich. Sypały się, zape,vne na polecenie 
jego, zewsząd donosy o złym duchu, objawiającym się między 
dziećmi w szkołach. W Kiejdanach 
1011eson, syn tamecznego 
pastora, dwunastoletni smarkacz, słysząc, że w Wilnie czwarta 
klasa, wzięta pod areszt, przez długi czas lekcyj nie miała, napisał 
dziegciem na bra.mie swego mieszkania: "Wiwat konstytucja ", 
na próbę, czy im także nie uda się dostąpić takich wakacyj. Na 
donos o tym kryminale polecieli Bajkow z Botwinką, ćwiczyli 
całą szkołę, kilkuset uczniów, zmuszając ich do wyznania złych 
zamiarów przeciw rządowi, i pod okrutnemi rózgami odkryli, 
że Molleson uknuł spisek na zamordo,vani
 W. Księcia, cała zaś 
szkoła zarażona była złym duchem; bo na ,vet profesorowie nie 
byli w stanie im opłacić się. Więc na przedstawienie Nowosil- 
cowa do W. Księcia za najwyższym rozkazem naj miłościwszego 
Aleksandra czterech profesorów o,vej szkoły i główny winowajca, 
Molleson, zostali zesłani do katorgi, t. j. do robót' przymusowych 
w kopalniach sybirskich na całe życie; dziesięciu towarzyszów 
Mollesona, którzy z nim mieszkali, zesłano w sołdaty, chociaż 
może i nie wiedzieli o jego koncepcie, a resztę wszystkich uczniów 
tej szkoły, kilkuset biednych chłopców, kazano rozesłać do do- 
mów i nigdzie więcej ani do szkół, ani do żadnej służby potem 
nie przyjmować. To działo się zaraz po ś\viętach noworocznych 
1824 r. · 
Przed zapustami taka sama zabawka Bajkowa i Botwinki 
z dziećmi w Krożach. W czasie zapust Bajkow umarł, a po za- 
pustach kontynuowali owo pastwienie się Botwinko i podobno 
Homzin, podręczny Nowosilcowa, w Poniewieżu i w Swisłoczy. 
Ażeby i wileńskie szkoły odzwyczajały się od złego ducha, który 
opanował dzieci w całej Litwie, ukazy,vano im przykład kary, 
wymierzanej na przestępcach. 
1iędzy tyn1i wzbudzały litość 
SZczególniej dwa chłopczyki z Kroż: Witkiewicz i ]anczewski,
>>>
298 


EDWARD MASSALSKI 


. a jeden z Poniewieża Więckowicz, których obciążonych kajda- 
nami, jak zbrodniarzy, wodzono po ulicach wileńskich i z osten- 
tacją wyprawiano w sołdaty gdzieś daleko do Rosji. 
Nasze śledztwo trwało ciągle aż do końca prawie maja, kiedy 
Czartoryski, zrozumiawszy nakoniec, o co rzecz idzie, podał się do 
dymisji, a na jego miejsce kuratorem nauko\vego o1cręgu wileńskie- 
go mianowany został Nowosilcow. Wtedy zaczęto nas gęściej wy- 
puszczać na porękę; a Nowosilcow po wygraniu procesu Zubo- 
wowej z familją mężowską, protegowanego przezeń, dostał od 
niej odkosza i wyjechał do Petersburga sądzić naszą. sprawę 
wespół z generałem Arakczejewem i admirałem Szyszkowem, 
z których trzech cesarz ustanowił najwyższą nad nami komisję. 
Widać, pomimo wszelkich usiłowań Nowosilcowa i znanej sro- 
gości Arakczejewa, niepodobna było znaleźć w całej naszej spra- 
wie nic takiego, za coby nas można było obwinić, na\vet ani 
tyle, co owe dzieci w szkołach. Albowiem w dekrecie, wydanym 
przez tę komisję i zat\vierdzonym przez cesarza, oskarżano tylko 
duch czasu, który nas pobudził do utworzenia tajnego towarzy- 
stwa; lecz o celu tego towarzystwa lub o przestępnych zamy- 
słach, czy działaniach naszych, ani słowa w tym dekrecie nie 
było. Wszelako, żeby świat nie sądził, że rząd daremnie tak 
prześladował młodzież, powiedziano w de1crecie, że nam wogóle 
więzienie zalicza się za karę (zaco, niewiadomo). 
Dwudziestu z Filomatów i Filaretów, a mianowicie: Tomasza 
Zana, Jana Czeczota, Adama Suzina, Franciszka Malewskiego, 
Józefa Jeżowskiego, Adama Mickie\vicza, Józefa Kowalewskiego, 
Jana Wiernikowskiego, Teodora Łozińskiego, Jana Sobolewskiego, 
Onufrego Pietraszkiewicza, (który przez cały czas śledztwa zdołał 
ukryć się w Wilnie, uczestniczył w naszym komitecie, i chociaż 
wymieniony w kilku spisach, uniknął był więzienia), Wincentego 
Budrewicza, 
iikołaja Kozłowskiego, Jana Heydatela, Jana 
Michalewicza, Jana Krynickiego, Feliksa Kułakowskiego, Cy- 
prjana Daszkiewicza, Hilarego Łukaszewskiego, i w nagrodę 
za pierwsze wydanie wszystkich dołączonego do tych dziewięt- 
nastu najświatlejszych z pomiędzy nas, dwudziestego, Jankow- 
skiego, - wysłać do rosyjskich gubernij, gdzie in1 dać odpo- 
wiednie posady, wytrzymawszy jednak Zana rok w fortecy, 
a Suzina i Czeczota po pół roku. Pierwszego za to, że założył 


.
>>>
. 


Z PAMIĘTNIKÓW 


299 


Towarzystwo, dwóch drugich za "podejrzane" wiersze i mowy 
(a właściwie za to, że na śledztwie, gdy in1 prawiono grubjaństwa 
i pogróżki, oni odpowiadali członkom Komisji z pogardą). Resztę 
nas wszystkich uwolnić od wszelkiej odpowiedzialności, uzyska w- 
szy tylko z nas wyda tki, na prowadzenie śledztwa poniesione. 
Ale co lepsza, tymże dekretem o naszej sprawie skazano też 
i kilku profesorów uni\versyteckich, którzy ani do śledztwa po- 
ciągani nie byli, ani obwinieni żadnem zeznaniem badanych 
na śledztwie. Powiedziano tylkQ bez żadnej racji: "Dla prze- 
cięcia szkodliwego wpływu, jaki miała sprzeciwia jąca się zwierzch- 
ności uniwersyteckiej part ja, oddalić od obowiązków profesorów: 
Lelewela, ks. Bobrowskiego i Daniłowicza ; Gołuchowskiego 
.także wydalić za skierowanie się umysłu jego do jakiejś filozofji 
mistycznej." Zatem, Lelewelowi kazano wyjechać do Polski, 
Gołuchowskiemu do Galicji, Daniłowiczowi w głąb Rosji, a ks. 
Bobrowskiego oddano pod dozór zwierzchności jego duchownej 
z tem, żeby nie mieszkał w Wilnie. 
Wiedzieliśmy bardzo dobrze, co znaczyło to "sprzeci- 
wianie się. zwierzchności uniwersyteckiej". Oto, że, kiedy 
Pelikan, jako najzręczniejszy do wynajdywania dochodów dla 
Nowosilcowa, został rektorem Uniwersytetu i, nie przestając 
na drapiestwie jego intrat, nałożył gruby podatek na wszyst- 
kich profesorów za utrzymanie ich przy ka tedra
h, ci, wy- 
mienieni w dekrecie, woleli raczej utracić swe posady, aniżeli 
ulec tak niegodziwemu bezprawiu. To zdzierstwo z profesorów 
nie jedyną wreszcie było grzanką dla Nowosilco,va, upieczoną 
przy naszej sprawie. J uź w ciągu samego śledztwa wyłudził 
był z niektórych naszych braci niemało pieniędzy za uwolnienie. 
Wielu bowiem, widząc prześladowanie dzieci niewinnych, oba- 
wiało się takiegoż albo i gorszego losu. Rodzice więc możniejsi 
starali się wykupywać swoich synów. Jeden Giedrojć dał za 
swego syna, Adolfa, dwa tysiące dukatów; Makowiecki, oby- 
wate] z pod Mohylewa, za swoich dwóch synów - dwadzieścia 
pięć tysięcy rubli asygnacyjnych. Ta.kie ,vykupna bywały natu- 
ralnie pod sekretem, 'więc o wielu zapewne nie mog1iśmy wiedzieć; 
a]e dochód z nich musiał być znaczny, bo niemało możniejszych 
przed innymi wypuszczono z więzienia. Owe też wydatki na 
śledztwo, które z nas uzyskać kazano, podał Nowosilcow Jakoby
>>>
. 


300 


EDWARD MASSALSKI 


na ośmdziesiąt z czemś tysięcy rubli srebrnych. Wł.aściwie zaś 
wynosić mogły zaledwie kilka tysięcy, użytych na zwożenie 
obwinionych do Wilna. Utrzymanie bowiem nasze nic ani rządo- 
wi, ani Nowosilcowowi nie kosztowało; więzienie było w klaszto- 
rach, straży dostarczyło wojsko, a żywność każdy z nas własnym 
kosztem sobie obmyślił, lub, jeśli był ubogim, komite
 nasz 
ze składek miłosiernych ludzi dostarczał. Wszystka więc owa 
suma Nowosilcowowi się dostała. I to bez żadnego niedoboru, 
bo, jeśli kto z nas albo rodzice nie mogli za płacić, to policja, 
której nakazano tę wypłatę uzyskiwać, potrafiła krewnych albo 
sąsiadów nakłonić do za pła ty. 
Kura torstwo jego było też bezpośrednim owocem naszej 
sprawy; a jak dalece okazało się dlań korzystnem, z racji 
różnych interesów, nawet oprócz kierowania dochodami Uni- 
wersytetu, można wnosić z kupna fohvarku Zameczka, które 
w następnym roku zrobił. Pelikan, jadąc raz na spacer za 
miasto, spotkał ad,vokata Kukiewicza, właściciela tego fol- 
warku, leżącego blisko Wilna. A że się znali, zapytał go, 
czemu wyglądał tak zafrasowany. Kukiewicz zaczął utyskiwać 
na swe gospodarstwo w Zameczku, że porobił znaczne nakłady, 
a dochodu niema, tylko kłopoty. "Przedaj," powiada Pelikan: 
"ten folwark dla Uniwersytetu; on będzie nam przyda.tny na 
zakład agronomiczny". "Najchętniej". "Ile go cenisz?" "Sto 
pięćdziesiąt tysięcy". "To mało; ten folwark więcej wart; my 
damy dwakroć". "A dobrodzieju t" "Niezwłocznie posyłam 
do ministra o za twierdzenie tego kupna". I posłał rzeczywiście 
sztafetę nie do ministra, lecz do Nowosilcowa, do Warszawy, 
z uwiadomieniem. Ten na tychmi
st przedstawił ministrowi 
o potrzebie folwarku dla praktycznych lekcyj agronomji, l11ającej 
się wyldadać w Uniwersytecie, i prosił Q zezwolenie nabycia za- 
targowanego już na ten cel Zameczka. Wymiarkowa wszy zaś 
czas, kiedy może nadejść ta pożądana rezolucja, przyleciał na 
ten dzień do Wilna, otrzymał ją i przyzwał Kukiewicza. "Wać- 
pan przedajesz swój Zameczek i chcesz zań dwakroć sto tysięcy?" 
"Tak jest, jaśnie wielmożny panie". "Bardzo dobrze; oto kon- 
trakt przygoto\vany, oto pieniądze i kwitancja z ich wypłaty, 
podpisz waćpan". Kukiewicz, otumaniony szczęściem niespo- 
dziewanem i tak gładkiem ukończeniem interesu, podpisuje.
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


301 


Skoro podpisał, Nowosilcow oddał kontrakt i kwitancję Pelika- 
nowi, a oddarłszy z leżących na-stole papierów kawałek, napisał 
na nim rewers, że pożyczył u Kukiewicza trzydzieści tysięcy 
rubli srebrnych, i oddał mu ten szpargał. Kukiewicz stracił przy- 
ton1ność. Opamiętawszy się jednak, jako to był człowiek ro- 
zumny i przebiegły, pada do nóg Nowosilcowowi i prosi, żeby 
n1U dał posadę przy swej kancelarji. To łatwo było. Nowosilcow 
już wiedział, jakich to zdolności człowiek, wziął go do siebie i Ku- 
kie\vicz mógł się cieszyć, że dobrze swój Zameczek sprzedał, bo 
w krótkim czasie na swej nowej posadzie zarobił w kilkoro tyle, 
co mu za ten folwark należało, a co na Nowosilcowie ?;a przepadłe 
n1usiał poczytywać. 
I koniec też Nowosilcowa był odpo,viedni tym jego ta- 
lentom. Historja za pewne opisze jego dLieła warsza wskie 
i petersburskie, ale o końcu może i nie wspomni. Że roz- 
wiodłem się tu o nim, powtórzę, co o tern słyszałem, nie ręcząc 
wszakże za prawdziwość tego podania. 
Posiadał on, jak wiadomo, dane mu na utrzymanie 
starostwo i razem z niem probostwo słonimskie. W ogrom- 
nych lasdch, do tych dóbr należących, miał pozwolenie brać 
drzewo na budowle i potrzeby gospodarskie, ale inny wszelki 
z nich użytek zawarowany był dla skarbu państwa. Nowo- 
silcow postarał się, że nadzór nad temi lasami poruczony 
został Poradowskiemu. Dał mu, jakoby z łaski, folwarczek 
z dóbr słonimskich, zwany Mickiewicze, w arendę bezpłatnie. 
Zobowiązany tern Poradowski, a przytem bojąc się prze- 
możnego pana, musiał patrzeć przez palce na nadużycia, 
które Nowosilcow robił w tych lasach. Pod pretekstem budulcu 
dla folwarków i włościan kazał rąbać corocznie kilkadziesiąt 
tysięcy belek towarowych i sprzedawał je Żydom na handel za- 
graniczny, znacząc je klejmami sąsiadów, jakoby to drzewo 
z ich lasów pochodziło. Udawała mu się ta frymarka przez długie 
lata, bo ani urzędnicy leśni, którzy zato pobierali nagrodę od 
niego, ani obcy nikt nie od\vażał się skarżyć takiego potentata. 
Nakoniec ktoś ośmielił się donieść o tern ministrowi skarbu Kan- 
krinowi. Ten, nie śmiejąc także obwiniać No\vosilco\va bez prze- 
konania, posłał na miejsce, pod innym pozorem, zaufanych urzęd-
>>>
302 


EDWARD MASSALSKI 


ników, którzy odkryli wszystkie okoliczności: jacy ludzie las 
rąbali i wywozili, jakie były gatunki, kto kupował, czyje były 
klejma i t. d. Kankrin, mając to w ręku, nie śmiał jeszcze sam 
skarżyć Nowosilcowa przed Mikołajem, ale użył wybiegu. Wie- 
dząc, że cesarz czyta od deski do deski Gazetę Hamburską, posłał 
sekretnie artykuł do wydrukowania w tej gazecie pod imieniem 
jakiegoś kupca tamecznego. Zapowiadał w nim: że spodziewają 
się tańszych cen na drzewo rosyjskie, bo między innemi wielka 
part ja belek kupiona została od Nowosilcowa w tym roku, równie 
jak w poprzednich latach, z dóbr słonimskich i już znajduje się 
w drodze. Cesarz, postrzegłszy ten artykuł, przywoływa Kan- 
krina, pokazuje mu i zarzuca niedbałość. Kankrin odpowiada, 
że to może bajka, że trzeba się przekonać. Cesarz więc każe 
Benkendorffowi wybrać kogo ze sztabu żandarmów tak pewnego, 
żeby mu z zupełną ufnością można było poruczyć to śledztwo. 
Benkendorff przedstawił jakiegoś pułkownika, ręcząc za niego. 
Pułkownik przywiózł te same rezultaty śledztwa, co i owi urzędni- 
cy kankrinowscy. Wtedy cesarz, przyzwawszy N owosi1cowa , 
wpadł na niego; ten niezmieszany powiada, że to potwarz, ie 
Kankrin zmówił się z Benkendorffem, że to niemiecka part ja 
chce go zgubić przed cesarzem, jako Rosjanina; nakoniec prosi 
o wyznaczenie formalnego śledztwa, lecz żeby nań cesarz raczył 
wybrać ludzi znakomitych i nie z niemieckiej partji. Cesarz, 
zachwiany, komu wierzyć, wyznacza sam dwóch senatorów 
i, nie dając im czasu porozumienia się ani z Nowosilcowem, ani 
z Benkendor ffe m , wysyła w tejże chwili do Słonima, zaleciwszy 
im jak najsumienniejsze śledztwo. Ci powracają z wywodem, 
jak najkompletniej oczyszczającym Nowosilcowa. Cesarz w gnie- 
wie woła Benkendorffa. "To", powiada: "intryga, to zmowa 
na Rosjan; wy, Niemcy, chcecie ich pozbawić mego zaufania" 
i t. d. A pułkownika owego każe degradować w proste sołdaty. 
Benkendorff przysięga, że pułkownik nie zdradził, i prosi, żeby 
cesarz zawiesił swe zdanie w tej sprawie, a posłał na śledztwo 
Wasilczykowa, który, sam Rosjanin, posiadał nie ograniczone 
zaufanie Mikołaja. Posłał go tedy cesarz i okazało się, że sena- 
torowie byli ujęci przez Nowosilcowa, pułkownik zaś ów prawdę 
doniósł. Wtenczas już Mikołaj napuścił się na Nowosi1co wa , 
złajał go z ostatnich słów i wypędził od siebie jako łotra. On,
>>>
Z PAMIĘTNIKÓW 


303 


- 


przyj echa wszy do domu, na tychmiast wziął pigułkę i tern godnie 
za pieczętował swe życie. 
Wyrok ów komisji o naszej spra\vie, najwyżej zat\vier- 
dzony 7 sierpnia, odczytano nam w końcu tegoż miesiąca 
i zaraz, wziąwszy od każdego z nas pojedyńczo podpiski, "że 
nic przed nikim nie powiemy, o co nas pytano i co działo 
się na śledztwie", wypuszczono wszystkich z więzienia, wy- 
jąwszy tych, co byli skazani na wywiezienie do Rosji. Tym 
nie pozwolono nawet zajechać do familji dla pożegnania się 
i wyprawiono ich wkrótce każdego na miejsce jego przeznaczenia. 
Jankowskiego także wysłano, ale tego wskutek wielkich obietnic 
nagrody od rządu na urząd kwartalnego do Wołogdy. Nam zaś, 
uwolnionym, kazano płacić owe naliczone na nas \vyda tki na 
śledztwo. Wypadło na każdego po sto czterdzieści rubli 
srebrnych. ..
>>>
,- . 


.'t 
l . 
\ 


. -- 


't 
\. 
\ 


" 


li'-. 


" '. 


\" 


1
 


.) 
( 

 


FraJlciszek Malewskl.
>>>

>>>
F R A N C I S Z E K M A L E W S
 K I 
DZIENNIK WIĘZIENNY 


\ 


. 


Z filareckiego świata. 


20
>>>
. 


0.- 


.
>>>
Syn Szymona, rektora Uniwersytetu Wileńskiego, był Fran- 
ciszek M alewski obok Mickiewicza i J eżowskiego nafwybitnief- 
szym działaczem w związkach młodzieży wileńskiej. "Reprezen- 
tował wśród Filomatów - temi sło
y charakteryzuje go prof. Kallen- 
bach - pierwiastek wysokiej kultury umysłowej; prawnik z za- 
wodu.. nie zasklepił się w swef specjalności, ale bardzo żywo i ro- 
zumnie interesował się historją i literaturą, a znając fęzyki fran- 
cuski, niemiecki, angielski, włoski i inne, obejmował szersze hory- 
zonty i ku nim zwracał swych przyjaciół. Dzięki femu prądy 
zachodnief literatury wcześnie przedostały się do grona filoma- 
tycznego i nie pozwoliły mu zacieśnić się w obrębie prowincfonalnym. 
"Niewymowna chęć nauki, " sprawiła, że M alewski stał się bardzo 
szybko erudytetnł niezwykłym, z którym w latach uniwersyteckich 
mógł się tylko feden J eżowski mierzyć. N ad innymi Filomatami 
górował M alewski wczesną znafomością fęzyka i literatury nie- 
mieckief. I on także przejęty był ciągłą troską o byt i ulepszenie 
Towarzystwa Filomatów, i on był wzorem pracowitości dla innych, 
wiele wymag a 1ącym od drugich, ale przedewszystkiem od siebie". 
Urodzony w r. I8oo, po ukończeniu szkół wileńskich i wydziału 
nauk prawnych Uniwersytetu Wileńskiego, na którym po wy- 
tężonef pracy otrzymał stopień magistra, wysłany zostal, jako 
upatrzony profesor uniwersytetu, do Berlina dla uzupełnienia 
studfów. W czasie procesu filareckiego wymienione zostało nazwisko 
Franciszka M alewskiego, jako fednego z głównych działaczy w związ- 
kach tajnych. Aresztowany na żądanie władz rosyjskich, po paro- 
tygodniowym pobycie w więzieniu berlińskiem wyslany został do 
Warszawy i stawiony przed w. ks. Konstantym, a następnie, po 
Poczynieniu zeznań, do Wilna. Skazany wraz z innym,i Filontatami 
na wygnanie do Rosji, czas jakiś spędził z Mickiewiczem w Peters- 
burgu, Odesie i Moskwie. W r. I829 otrzyt11ał posadę urzędnika 
20.
>>>
iJ08 


FRANOISZEK MALEWSKI 


w Metryce Litewskiej przy 3-im departamencie Senatu; I5 stycznia 
I830 r. powołany został Malewski do t. zw. drugiego oddziału 
kancelarji cesarskiej dla ułożenia wraz z Daniłowiczem, Koro- 
wickim, a pod przewodnictwem Sperańskiego, zbioru praw guberni; 
polskich. Pensji do I834 r. nie pobierał, następnie przyznano mu 
5 00 rs. rocznie, od I836 r. - IOOO rs., po ukończeniu prac nad 
zbiorem praw otrzymał IO 000 rs. nagrody, order św. Anny i trzy 
tysiące rocznej pensji dożywotniej. Oprócz zajęć, związanych ze 
stanowiskiem . urzędowem, żywo zajmowal się sprawami literac- 
kiemi, założył w r. I830 T Y g o d n i k P e t e r s b u r s ki, 
troszczył się o wydanie dzi.el Mickiewicza, z którym stale w naj- 
serdeczniejszych pozostawał stosunkach i którego żony siostr" 
H elenę Szymanowską, poślubił. W ysoce ceniony dla głębokiej 
wiedzy, nieskalanej uczciwości i bezinteresowności, skromny, 
nie dbający o zaszczyty i odznaczenia, odrzucał proponowaną mu 
niezwykłą, jak dla Polaka, godność senatorską. Do końca życia 
pozostał wierny ideałom młodości 
 dzieciom jako stałą powtarzał 
przestrogę i naukę: "M iejcie zawsze na myśli, czy spełniacie 
obowiązki wasze względem ojczyzny". Zmarl IO kwietnia I870 r. 
Postać to, jako typ filarecki, w swem długiem, pracowitem 
życiu niepospolita, a uderzająco hartowana, na tem miejscu ledwo 
rysami naszkicowana, lecz której slusznie oddzielny staranny 
należałby się wizerunek. 
Dziennik Franciszka M alewskiego, który zawdzięczamy nie- 
zwykłej uczynności czcigodnego pana Wladysława M ick
ewicza, 
obejmuje szczere zwierzenia aresztowanego za winy niepopełnione 
Filomaty, który z refleksyj i przeżyć swoich zwierzał się serdecz. 
nemu przyjacielowi, M ichalowi Fryczyńskiemu. Pisany ostrożnie, 
z obawy ujawnienia przez władze, maluje stan psychiczny M alew- 
skiego, a dla nastroju czasów i autora stanowi przyczynek war. 
, . .. . 
tOSC1,owy 't 'tnteresu1ący. 


\ 


-
>>>
d. 3I stycznia I824, Berlin. Cóż mam na pisać tobie, ko- 
chany Michale, jakie wyrazy zostawić ci na pamiątkę ?... Myśla- 
łem o tern dziś w nocy, nic mi nie przyszło, co by moje życzenia 
zaspokoić mogło. Nasza mowa jest uboga, też same znaki 
malują boleść i radość, mała ich liczba nie tylko uczuć, lecz 
i myśli za wrzeć nie może. Znikome słowo przywiązane jest do 
czasu, brzmi i ulata, możeż mu papier dodać trochę trwałości. 
Daruj więc, Michale, nie napiszę ci nic z tej głębi, z której głos 
w oku tylko, w niernem poruszeniu się maluje. 1vloich nadziei, 
moich ślubów dla ciebie nie będę powtarzał, bo jużeś albo je 
ziścił, albo sam przez siebie ziścisz. Idź za popędem serca, za 
głosem duszy! Ten głos nigdy cię nie zawiedzie, szczęśliwy, 
w kim tak wyraźnie, tak czysto przemawia! Ten głos i twoje 
żywe dla Ojczyzny uczucie doprowadzą cię do świątyni prawdy! 
Przez ciernie życia dobijesz się szczęścia. W moim dzienniku 
znajdziesz więcej wyrazów dla siebie. Proszę cię, zachowaj ten 
dziennik dla sióstr i przyjaciół moich. Nic w nim nie zmieniłem, 
nic nie dodałem. Zawiera chwilowe myśli. Zrób też rachunek 
mojego długu, zda je się, że przeszło 200 tal. zostaję ci winien. 
Ojciec za płaci, albo ja ci zwrócę i o teIn będę się starał na j- 
prędzej ci donieść. Książki można będzie wysłać w końcu lub 
w połowie marca, adresując do Królewca an den D. Levy in 
Konigsberg jur Friedrich Moritz in JVilna. Rejestr ich zrobisz 
osobno dla komory, jeśli będzie można. Diimmler niech mi do koń- 
ca kwietnia czasu zostawi i niech przed terminem nie upomina 
się o pieniądze. Oto wszystko, o co cię ma m prosić, drogi Mi- 
chale, kochaj mnie i moich! Żegnam cię na długo. 
... Die Thoren sagen auj ewig. 
Jestem spokojny i, gdyby nie myśl o rodzicach, byłbym 
szczęśliwy. Wiesz że, jaki mnie obłok otoczył \vśród przeciwno-
>>>
310 


FRANCISZEK MALEWSKI 


, 
ści? wiesz, co jest przyczyną tego pokoju? Oto radość, żem 
z własnego przekonania już dawno tam się zwrócił, gdzie czło- 
wieka nieszczęścia zwracają, gdzie dusza zbolała ostatniej szuka 
pociechy. Patrz i ty, Michale, w tamtą krainę. Wszystko, co 
człowiek ma najlepszego, najszlachetniejszego w sobie, nie jest 
z ziemi ani dla ziemi. 


Twój tu i tam 
Franciszek. 


......................... -. 


d. 20 grudnia, I823. Berlin. O godzinie wpół do ósmej 
z rana wszedł do mnie komisarz policji Dekart z drugim komi- 
sarzem Eberhardem. Zapytany o powód wizyty odpo\viedzial. 
że ma rozkaz zaprowadzić mnie do Stadt-Polizei i zabrać moje 
papiery. Nie mogłem mu odmówić tak sprawiedliwego Żą- 
dania, sam mu złożyłem \vszystkie moje pisma i około IO z drugim 
komisarzem udałem się na Molken-Markt. Wprowadzono mnie 
do sali cenzury, przyda n y stra żnik pozwolił mnie odczytać le- 
żące gazety. Po godzinie Dekart wz.iął mnie z sobą do jakiegoś 
Falkenberga, lecz zamiast do niego trafiłem do izby, oczepionej 
dzwonkami, w której mnie Dekart powierzył jakiemuś inspekto- 
rowi, zalecając dać mi stancję i czuwać, abym z nikim nie mówił. 
Była to, jak się domyśliłem, izba aresztowa, przeszło przez nią 
kilkanaście osób, prowadzonych do więzienia i z więzienia 
i biorących znaki na wchód do więźniów. 
Ktoś, za biurem siedzący, zapytał mnie o nazwisko, wiek, 
religję, mieszkanie. Strażnik ruszył się z \vielkiego krzesła dla 
za prowadzenia mnie do nowej mojej izby. Była jeszcze nieopa- 
lona , żądałem jeszcze zosta ć czas niejaki na dole, nie odmówił 
mi tego inspektor, wróciłem więc na dół, po pół godziny po- 
szedłem znów ze strażnikiem na górę. Drzwi trzasły za mną; 
już jestem więźniem. 
Fryczyński widział się z Radziwiłłem. 
Między godziną 4-tą a s-tą wezwano mnie do Falkenberga. 
Od niego tylem się tylko dowiedział, że areszt nastąpił wskutek 
rozkazu ministra spraw wewnętrznych i policji. Powód, jak 
mówił, dotąd jemu samemu jest niewiadomy. Byłem przy topmY 
spisaniu zabranych papierów i podpisałem wzięty o tem 
r
- 
tokół. - Michał, kochany Michał, biegał do prezydenta polIcJI,
>>>
DZIENNIK WIĘZIENNY 


311 


prosząc o pozwoleni
 mówienia ze mną. Na próżno. Ile on 
cierpieć musi, kiedy ja tu z zimną krwią słucham brzęku kluczów, 
kajdanów, patrzę na zamurowane okna. Ile cierpieliby rodzice, 
siostry, ale to dla nich może zostanie tajemnicą. 
d. 2I grudnia. Dzięki człowieko\vi, który sen wynalazł! 
0, głęboka prawda Sanszo-Pansy. Powtórzyłem ją, wstając dziś 
z rana. Brzemię myśli, które mi wczoraj ciężyło, kiedym dzień 
cały wysilał się na odgadnienie przyczyny mojego więzienia, 
spadło we śnie; zdało się, żem był w mojej stancji, o małom nie 
pozdrowił Fryczyńskiego. I czemżeby się dzień ten miał różnić 
od innych? Nic mnie spotkać nie może, bom nic nie przewinił, 
coby na sąd ludzki zasługiwało, w tem nawet, w czembym sam 
błąd młodości uznał, o żadne występne pobudki sumienie mnie 
nie oskarża. Z tem samem uczuciem, z jakiem patrzyłem na 
burze przyrodzenia, patrzeć będę i na grożącą mi ludzką burzę! 
Jak mnie przy tamtych wiara w Opatrzność broniła od trwogi, 
tak i przy tej obawa nie wejdzie do mojej duszy. 
Do was tylko, kochani rodzice, zwraca się myśl moja, już 
odda\vna nic \vam oprócz przeci\vności donosić nie mogłem, 
wasze nadzieje nie towarzyszyły mi nigdy zapewne do więzie- 
nia! Przyjaciele, którym żadna myśl moja tajną nie była, nie 
będą się lito\vali nad tym wypadkiem, ujrzą w nim cios prze- 
ciwnych wyroków, lecz rodzicom i siostrom tej pociechy zanieść 
niepod.)bna. Smutek siadł przy mnie, muszę go odegnać i, kiedy 
historja świata jest jedną \vielką elegją, nie będę jej powiększał 
kartą, pisaną w berlińskiem więzieniu. 
d. 22 grudnia. Dzień \vczorajszy nic mi nowego nie przy- 
niósł; jednostajna niepe\vność tr\va aż dotąd. Dziś już raz 
ostatni ufam \v szybkość i pewność pruskiej sprawied1iwości. 
Dziś będę pisał prośbę do ministra, jeśli mi i do tego nie 
odmówią atramentu. 
Moje mieszkanie! Poznajmy się z niln lepiej. Z ]udź- 
mi mówić nie,wolno, mów lny ze ścianami, albo rac'zej o ścianach. 
Moja izba jest pierwszą w tym hotelu występku i kary, 
CZemuż nie cierpienia i niewinności? Nie \viem, jak inne wyglą- 
dają, lecz moja - Nr. I - jest znośna, przynajmniej nie przeraża. 
Tak to bywa: "Trochę stara, trochę krzywa". 
Ma długości najwięcej 8 do 9 kroków, szerokości 4 do 5.
>>>
312 


FRANCISZEK MALEWSKI 


, 


Ściany byly kiedyś żółto malowane, jeszcze się utrzymał szlak 
kolorowy u góry; nade drzwiami małe okienko z żelaznemi pręty, 
wychcdzące w korytarz. Naprzeciw drzwi wielkie okno, takoż 
obwarowane żelazem. Półki przybite, łóżko, kanapa, dwa 
krzesła, stół, stołek z dzbankiem i z miską, szklanka, lichtarz 
i drewniany a para t do pewnego użytku, oto są wszystkie sprzęty, 
ozdabiające moje mieszkanie. Józef przysłał mi kiedyś odryso- 
wanego siebie w izbie za stołem. Plato leżał na boku, Horacv 
" 
na stole. Piwa butelki stały. Było to w Szczorsach, ja inny dla 
pamiątki zrobię rysunek. 
Michał mnie doniósł o wpół do 12-tej, że musz
 na Warszawę 
jechać do Wilna. Teraz więc pierwsze światło zabłysło. Z Wilna 
będę musiał się spodziewać ostatniej wiadomości o mojem wy- 
kroczeniu. Już i powód widzę jasno, już zapewne podobny los 
spotkał moich przyjaciół. Nie mam czego narzekać, ale mój 
ojciec, ale matka, ale siostry! ach to jedno, to jedno mnie tylko 
przeraża. 
Bóg mnie osądzi. W Jego ręku i mój, i moich sędziów los 
. . 
SIę za Wlera . 
FC!.lkenberg nic mi nie miał do po\viedzenia, pozwolił tylko 
atramentu dla napisania prośby do ministra. 
d. 23 grudnia. Jouy w więzieniu odkrył na ścianie rękę 
Józefiny, ja na moich murach żadnego nie zrobię odkrycia. Nic 
niemasz oprócz kilku cyfer, dat i dwóch węglem odrysowanych 
figur. W jednym kącie grupa z golarni, w drugim kobieta z kotwi- 
cą, zapewne nadzieja, ale tak straszna, że muszę od niej oczy 
odwracać. Czyjaś ręka w kilku miejscach napisała "wer weiss, 
obs wahr ist" , a inna pod półką cztery wiersze: 


Quand le Ciel en colere 
De ceux qu'il persecute a comble la misere 
I I les soutient souvent dans .. .Ieu"s 
Et leu" donne un courage egal au
 malheurs. 


Z murem odpadła jakaś apostrofa, zaczynająca się od Fiirsten 
und Volker, kończąca się na Gerechtigkeit - z podpisem m. N. fJ. 
Lsx. Jedno tylko imię kobiece dopatrzyłem, dopisałem po nim 
drugie z prośbą, a by każdy po mnie dodał swoje. Może niejeden 
tern się rozerwie i pisząc odetchnie lepszem powietrzem. Za
>>>
DZIENNIK WIĘZIENNY 


313 


cóżby każdy przychodzień nie zostawił następcy jakiejkolwiek 
pociechy, za cóżby nie pomyślał o uldze spółtowarzyszowi nie- 
szczęścia. Człowiek, dla człowieka rysy swoje zostawując, obu- 
dziłby w nim wdzięczność, wywołałby myśl jego Z więzienia. 
Ślad ludzki na pustej wyspie konlużby radości nie przyniósł. 
Czemże się więzień niewinny różni od nieszczęśliwego rozbitka. 
Gdybym był malarzem, tobym sztukę moją wysilił, lecz i teraz 
wszystko cokolwiek przypomnę, zostawię na ścianie. 
Na pisałem prośbę do ministra Schudtmana o przyśpieszenie 
wyroku i o pozwolenie mówienia z Fryczyńskim. 
Michał przysłał mi chustkę czarną, prześcieradło, dwie 
koszule, chustkę białą do nosa. . 
d. 24 grudnia. Niezdrów dziś wstałem, głowa i piersi mocno 
mi dolegają. O gdyby mnie zdrowie, jakiekolwiek jest, na teraz 
nie opuściło, z nim będę mógł jeszcze wytrzymać cierpienia nie- 
woli, bez niego kra ta będzie mi jeszcze nieznośniejszą. Dzień 
jakiś słotny - deszcz i śnieg razem. Źle się zaczynają moje 
święta. W przeszłym roku byłem wolny o tej porze, cieszyłem 
się z przyjaciółnli. Na cztery lata przedtem był obchód imienia 
Adama, czara krążyła wkoło, pieśni roznosiły radość, dłoń 
w przyjaznej ogrzewała się dłoni, skinieniem był uścisk. 
W spomnieniach był promień nadziei, dusza zlewała się na 
duszę. 


E"d und Himmel schwammen 
Wie ze""issefJ., um die Liebenden. 


Bóstwo przyjaźni musjało być z nami, bo nigdy czło,viek 
czystszemi ofiary nie ozdobił jej ołtarza. Dziś tenże sa m dzień 
witam w więzieniu i rocznicę ,vspólnegÓ szczęścia święcić muszę 
myślą o wspólnej niedoli. . 
Pisałem to z rana - i z temi myślami o przeszłości ubiegł 
mi dzień jasny. Wieczorem strażnik wszedł z \\ręzłem do izby. 
Godzinę wprzódy prosiłem go o jabłko, a tu - jabłka, gruszki, 
ananasy, migdały, marcepany i cukrów w różnych postaciach, 
mnóstwo z węzła się rozsypało. Jakżem bogaty w słodycze! 

aruj, kochany Michale, daruj, żem ciebie dziś do prze....szłości 
IUe powołał, żem o czasie ubiegłym myślał, o niepowrotnej 
zgubie, kiedy ty zostałeś do jej zwrócenia. Luby, dobry Michale,
>>>
314 


FRANCISZEK MALEWSKI 


ze łzami przyjąłem twoje dary, wiem, co cię kosztują, wiem) 
że ostatek poświęcasz, aby mnie na chwilę rozerwać, aby mię 
złudzić, - ale pocóżeś zapytał, czy co mogę dać ci nawzajem 
w świątecznym podarku. To za pytanie przypomniało mi nie- 
dolę i dług' podwójny. W przeszłym roku, t y i Marjan, da- 
liście mi podarek z napisem, całe wasze nadzieje, całą życzliwość 
malującym. I wówczas nie mogłem wam zawdzięczyć, i dziś 
zarówno nie mogę. Nic prócz życzeń dla was nie mam do po- 
słania, a i te życzenia są łatwe i proste, bądźcie takimi sami) 
jakim mnie chcieliście widzieć, czyńcie tak, jakeście chcieli) 
abym ja czynił. Szczęśliwsi ode mnie - dojdziecie do celu 
za pewne spokojnie. Nikt was za błędy serca karać nie będzie) 
może wa s los od nich uchowa. 
Dla mnie pozostanie pociecha, żeście mię godnym waszej 
przyjaźni uznali. "Tej pociechy nikt nie zabierze. Miałem przy- 
jaciół, jakiemi niebo rzadko ludzi uszczęśliwia. Ty z nich ostatni) 
Michale, na j prędzej osiągniesz cel wspólnych naszych życzeń. 
Będziesz p:żyteczny ziemi, matce s\vojej, wypłacisz się z długu, 
dla niej za ciągnionego, rozniesiesz światło, zaszczepisz pokój, 
pomnożysz dostatek. Lepszym wyborem wziąłeś rolę za na- 
rzędzie, przy niej bliższy będziesz Boga, prędzej odsłonisz 
ukryty posąg prawdy, prędzej odgadniesz tajemnicę życia ludz- 
kiego, pogodnem okiem spojrzysz na ten obraz podarty, odkry- 
jesz w nim pra wdzhvą piękność i ludziom ją pokażesz w twojem 
życiu, w twoich czynach, w twoich naukach. Tego się po tobie 
spodziewam, to ci posyłam za twoje słodycze. A jeśli prośba 
moja nie będzie ci obojętną - p e. w n y n a wet j e s t e m. 
ż e n i e b ę d z i e - pozwól siebie prosić, aby w wiosce, którą. 
będziesz uprawiał, tam, gdzie się najczęściej będziesz prze- 
chadzał, lipa, dąb lub kamień przypomniał ci mnie i przy- 
jaciół moich, bo to, żeś mnie pokochał, ich jest dziełem. 
Czemuż nie jestem Jean-Paulem, abym dłużej i lepiej 
słodycz tej chwili opisał. Mógłżem się spodziewać takich marzeń 
i gdzież mnie one porwały? Ty i temu winien, ty, co przysyłasz 
ananasy do więzienia, dobry, kochany Michale! 
d. 25 grudnia. Gorączka nie dała mi snu dobrego dzisiejszej 
nocy, kłucie w boku coraz mocniej dokucza i głowa rozgrzana. 
Będę prosił doktora, może mnie nie odmówią. Zapach ananas u
>>>
DZIENNIK WIĘZIENNY 


315 


powitał mnie z rana, myślałem o Michale, o moim pocieszycielu, 
kiedy mnie strażnik znów przyniósł od niego brzytwę i ciasta. 
Czyż mogę powiedzieć, że jestem w więzieniu? Jakaż! jakaż 
zapora zdoła pokonać moc niewidomą przyjaźni, przeszkodzić 
sile współczucia. Wiem, że od tych myśli jeden krok tylko pro- 
wadzi do mistycyzmu, lecz niepodobna obronić się uczuciu. 
Czuję, przeczuwam przyjaźń Michała, zdaje się, że wspólnem 
powietrzem oddycham, pewny jestem, że on przez ścianę tak 
w moich czyta oczach, jak ja w jego. Jest wspólność ducha, 
człowiek dlatego jej tylko nie uznaje, że rozum jego może jest 
za grubem narzędziem, że go takie badania tak ociemnia ją, jak 
patrzenie na ciągłą błyskawicę. SzyBer jest jednym z poetó\v, 
któremu ten świat ducha najwięcej był znajomy. Więzienie 
i samotność poświęcają człowieka; ja pewnie teraz postąpię, bo 
tak mam jasne dowody sympatji, która mnie dziś łączy z Wilnem 
i Michałem. Posłałem l\lichało\vi kij mój z wyrzniętą datą dzi- 
siejszą. Może go przerobić na rationettę i z nim będzie chodził 
po polu. Jeszcze się raz do ciebie zwracam. Nieraz sarkałem za 
twoje do praktyki przywiązanie się. Ma m nadzieję, że teraźniej- 
sze półrocze uniwersyteckie postawi cię właśnie w środku właści- 
wym; jednego trzeba tylko, żebyś jeszcze nie zapominał. Poznaj 
się bliżej ze światem starożytnym. Wolffa rozprawa pokaże ci całą 

 jego rozległość, na prowadzi na trafny układ pracy. Orygina.ły 
greckie będą ci niedostępne, - dobiera j jak najlepszych tłumaczeń 
i z niemi przenoś się do Aten. Mam to za najważniejsze, bo mi 
się zdaje, że ludzi podzielić można na dwa szeregi: na kształ- 
conych przez Grekó\v i przez Rzymian. Na tamtych ludzkość 
więcej zyska. T\voje żywe uczucia natury i twoja bliskość ziemi, 
zdaje się, że cię poprowadzą. do odkryć w geografji fizycznej. 
Stara j się, staraj się oderwać od pierwiastkowych WTC3.żeń, które 
na ciebie wiele jeszcze ma ją wpływu. Pracuj nad precyzją pamięci, 
to rzecz bardzo łatwa. Nie czytaj wiele, lecz mocno. Non 11tultum 
sed multa. Autorstwa wystrzegaj się, dopóki książka ci w głowie 
cała nie urośnie i mimowolnie nie wypadnie. Co do tłumaczeń, 
do których masz sKłonność, znudzisz się dość, jeśli będziesz 
cudze poprawiał. Odrzucaj przypadkowe i zewnętrzne. Uwa- 
żałem, że cię w obrazach świeżość i ogień farb mocno porywa, 
mnie się zdaje, że prawdziwa moc farby przez czas zyskuje.
>>>
316 


FRANCISZEK MALEWSKI 


Jaskrawość niknie, harn10nja się rodzi. Dawne obrazy mają tę 
czarującą łagodność, ja to uważam za tryumf mistrza i to si
 
pra wdzi nietylko w sztuce malarskiej, ale w sztuce życia i we 
wszystkich umysłowych sztukach człowieka. Wiesz, że sztuki 
mam za nauki, nauki za sztuki i tego, w kim się tak zbiegają, 
jak koła spółśrodkowe, mam za najbliższego bóstwa, za czło- 
wieka, prawdziwie na obraz i podobieństwo Boga stworzonego. 
Jest to dodatek do mojego bambusa, droższy ci będzie, bo idzie 
z głębi duszy. Obym cię widział za lat kilka, kilkanaście. Takiegoż 
ciebie zobaczę - ojca, nauczyciela, Polaka! Bądź zdrów, 
a kiedy będziesz drugą podróż do Francji, do Anglji, do Rzymu 
odbywał, bo odbywać powinieneś, nie jedź na Berlin! Za- 
pomniałem napisać, że mi strażnik winszował takiego, jak ty 
jesteś; przyjaciela. 
d. 26 grudnia. Niezdrów dziś jestem z rana (bardziej), niż by- 
łem wczora, ból w sercu połączył się z da wnem cierpieniem; led- 
wo o 2-ej w nocy zasnąłem. Potrzeba koniecznie lekarza, wczoraj 
nie można się było doprosić. Już się wyczerpały przedmioty 
mojej rozrywki, oszczędzałem je sobie z jednego dnia na drugi, 
aby mieć o czem pisać, ale już i treści braknie, i to pisanie, 
jakkolwiek przyjemne, męczy mnie, za wsze mocniej przypomi- 
na jąc dom i przyjaciół. Może też wkrótce i papieru nie stanie. 
Nowego, kto wie, czy pozwolą. Okno moje wychodzi na niewielki 
dzied2iniec ukośny, dwóch jego boków widzieć nie mogę. Naj- 
dłuższy przeciwny ma na dole kurytarz dość długi, filary jego 
dźwigają dwa piętra, mające 27 małych okien, zabitych cegłami 
lub drzewem. Tam mieszka ją po 6-7 w izbie więźnie, zbrodnia- 
rze, i przy mdłem świetle, wciskającem się przez cegły, robią 
przeznaczone roboty. Jak trzeba zająć człowie'ka, chcąc mu 
odjąć władzę szkodzenia, kiedy raZ wola zły wzięła kierunek. 
Lecz za co człowiek karze człowieka, odejmując mu dar boski 
światło! Okropny los ludzkości! Jednak cisza tam panuje; 
żaden jęk się nie przebija. Na kurytarzu kilka razy na dzień · 
widzieć można więźniów przecha.dzających się, w jednej porze 
mężczyzn, w drugiej kobiety. Jest to inna klasa, bliżej mnie 
mieszkająca, skaza.na na areszt kilkodniowy 
a mniejsze wykro- 
czenia i na cielesne po kuty . Wychodzą dla odetchnienia świeżem 
powietrzem, bo zwyczajnie po dwudziestu siedzą zamknięci
>>>
DZIENNIK WIĘZIENNY 


317 


w jednej izbie i tak noc przepędza ją. Musi być dobrze, kiedy 
mój strażnik, wchodząc przed jedynastu la ty w swoje urzędo- 
wanie, dwa razy po wejściu do tych izb chciał uciekać. Mimo 
tego jednak codzieńludzie wracają i wczoraj czterech, puszczonych 
na wolność z rana, dobrowolnie przyszło wieczorem. Zima, 
posłanka nędzy, przywodzi ich na powrót , nie mają czem żyć, 
czem się ogrzać, opatrzenie wszystkich potrzeb przecięte, wraca- 
ją do więzienia. 
Dziwna, jak tego przykładu nikt jeszcze nie użył na poparcie 
teorji Russa o oddawaniu pewnej części \volności przy wchodzie 
do społecznego związku. Zapewne i większa część występków, 
za które tacy więźnie pokutują, pochodzi z nędzy, i ta zdolność 
do występku wzięła początek w nędzy, może nawet w nędzy 
rodziców, w niedostatku sposobów wychowania. Cóż jednak 
najlepszy prawodawca, największy przyjaciel ludzkości zdoła 
na przeciw nędzy zasta wić? jak dziecię od tej mamki, zły pokarm 
ma jącej, oderwać? Da wniej o tem wcale nie myślano. Połowa 
ilotów lub niewolników ginęła marnie w świecie starożytnym; 
ani mędrzec, ani rządca głowy sobie nie łamał. W wiekach 
średnich człowiek mógł się więcej trzymać roli i wreszcie los 
ubóstwa całkiem przypadł kościołom; dziś sprawa ludzkości stała 
się sprawą powszechną. Człowiek rzucił się z zapałem do szuka- 
nia jej przyczyn i sposobów ulgi i z czemże wyszedł z tego la- 
biryntu, jakąż pra\vdę zdobył? Oto, że na pewnym stopniu 
społeczności bez nędzy obejść się nie można, że kultura i nędza 
są dwa odpowiednie bieguny, że do odegnania niedoli albo 
kulturę cofać, albo ludność wstrzymywać potrzeba. Któraż z tych 
prawd więcej dotyka serca, nie sąż wszystkie równie bolesne. 
Jest to jednak korzyść nauki. Rzućmy te dalekie wnioski, 
ściągające się do ogromu społecznego w miastach; można nędzy 
niezawodnie przeszkodzić, nie dopuszczając wchodu ludziom nie 
mającym sposobów utrzymania się; w mieście zubożałych 
Wspierają kosztem miasta. Taż sama nędza, zostawiona na wsi, 
nie miałaby nigdy tak złych skutków moralnych. 
Michał przysłał mi dziś świeże ciasto i nowe buty. 
d. 27 grudnia. Nie pozwolono mi wezwać mojego lekarza, 
tutejszy domowy doktór jeden tylko może mię leczyć, dziś go 
uŻyję. Michał pomimo prośby mojej, że nic kupowanego nie 
,
>>>
318 


FRANCISZEK MALEWSKI 


przyjmę, przysłał mi butelkę wina. Chce mi gwałtem więzienie 
na dom zamienić - ale któż może sam jeden pić winO? Jest to 
napój to\varzyski; wesołość w nim ukryta, ogień w nim tlejący, 
mówność, którą podnosi, wszystko woła wspólnika, przyjaciela. 
Bez tej potrzeby, z niego rodzącej się, wino nie byłoby tak 
wsławione. Luter nie miał za dobrego chrześcijanina człowieka, 
kto się sam zamyka na picie wina, kto sam jego dobroć, jego 
smak wychwalać może. Źle się mówi kieliszek w liczbie po- 
jedyńczej. Numerus dualis przynajmniej jest nieodbicie po- 
trzebny. Ja moje wino wypiję ze strażnikiem, już z nim bliską 
zabrałem znajomość podług teorji Tomasza: "Dwie ilości, znające 
się z jedną trzecią, poznają się między sobą". On chwali i dziwi 
się Michałowi, ja chwalę i dziwię się, i kocham Michała. Oto 
już pierwszy punkt zetknięcia się naszego. Za pomnę na chwilę, 
że sam jeden jestem więźniem niewinnym, włoż
 na chwilę 
maskę występku i za pytam siebie, czyli więzienie berlińskie 
odpowiada potrzebom sprawiedliwości i ludzkiego uczucia. Są- 
dzić o tern nie mogę z mojego położenia, lecz z spostrzeżeń, przez 
szparę czynionych. Nie znam dobrze ludzi, mających rząd domu; 
ważąc ich podług prawidła, zdają się dobrze dobrani. Dozorca, 
nieco podobny do szpitalowego zwierzchnika w Gil-Blasie, jest 
jednak niewątpliwie ludzki i uczynny i strażnik pomimo, że jest 
w obo\viązku najlepiej oduczającym wszelkiego uczucia, nie 
stracił go jednak i nie ma oka ponurego, w głosie nie ma dzikości; 
nie zdałby się do romansu pani Radcliff. 
Ten dziennik, jak widzę, zapisany będzie samemi darami 
Michała. Tylko co wniósł strażnik znowu jabłka i gruszki; 
i Goethe, i Niebuhr, i Hegel za witali do mojej ciupy, a co naj- 
ważniejsza, papier i ołówek; rzucam pisanie, aby się nacieszyć 
nowym podarkiem. Dalej do Goethego! To tylko jeszcze, 
Maryniu i Zosiu! Czytając ten dziennik, pamiętajcie na przy- 
kład Michała; uczcie się od niego przyjaźni. Miłość rodziców, 
miłość krewnych, pierwsza miłość i przyjaźń są brzmienia jedn
j 
lutni, echa jednego głosu. O mój boski Goethe! led\vom Clę 
wziął w ręce, lepsza mię aura obwiała. Przez ciebie mówić będę 
do przyjaciół, bo i ty musiałeś być takiego szczęścia, jak naszej 
wspólnikiem. Oto twoja i nasza strofa: 
So kommst deine Freunde wenn auf euren Wegen des Leben s
>>>
DZIENNIK WIĘZIENNY 


319 


Biirde schwer und schwerer driickt, wenn eure Bahn, ein jrisch- 
erneuter 5egen mit Blumen ziert, mit goldnen Fruchten schmiickt, 
Wir gehen vereint dem niichsten Tag aujgegen. 50 leben wir, 
so wandeln wir begliickt und dann auch soll, wenn Enkel um uns 
trauen, zu Ihrer Lust must unsere Liebe dauern. 
Jeszcze się nie mogę nacieszyć; co wezmę, to perła tak 
okrągła, tak czysta, tak jasna! Dzisiejszy ranek stał się pra w- 
dziwie Goethowy. Nie mogę się oprzeć, jeszcze muszę jedno wy- 
pisać. Pisząc, zaraz będę umiał napamięć, a to zostanie w dzien- 
niku, jak róża na piasku; mam teraz papieru dosyć... 
Około 6-ej wieczorem wezwał mię Falkenberg do siebie 
i odczytał rezolucję ministra na moją prośbę. Nic w niej nie 
było oprócz wiadomości, żem został uwięziony na Kaiserlich- 
Russische Requisition i że o to już potrzebne komunikacje między 
Ministerjum Spraw Zewnętrznych a Rosji poselstwem uczynione 
zostały. Tydzień cały trzeba było siedzieć, aby to posłyszeć; 
tyle mogą nieszczęsne formy. 
d. 28 grudnia. Około pół do jedynastej odwiedził mnie 
doktór Na torpp; nic nie przepisał, chcąc się wprzódy z moim 
dawnym doktorem rozmówić. Ten mnie powiada, że mam 
hemoroidy, tamten, że reumatyzm, ja mówię i jedno i drugie; 
mam teraz książki, dziennik coraz, coraz krótszy. - :M:ichał 
dotąd nie przychodzi, czy nie chory? Cóżbym dał teraz za 
wiadomości z Wilna, cóż, gdyby mi ta wiadomość powiedziała 
o zdrowiu rodziców i przyjaciół! Niechby mnie potem nieszczęście 
nasyciło, gdyby tylko moje cierpienia do nich nie przeszły. Ja 
jestem w sobie spokojny, nie sądzę, aby mię potępiono bez 
wysłuchania, a wkońcu, jeśli mię koło niespra \viedlhvości przej- 
dzie, to się i na mnie choć o jedną tysiączną opóźni. 
d. 29 grudnia. Nic nie zapisałem w dzienniku. N iebuhr 
i Goethe zajęli mię dzień cały. Michał wczoraj z płaczem odszedł, 
to mi nie dało spać w nocy. Jakże on musi po\viększać moje 
cierpienia! Przysłał mi chodaki, cukry i ciasto. 
d. 30 grudnia. Znowu nie wziąłem dziennika, pomimo że 
w tym dniu miałbym wiele do na pisania. Mnóstwo myśli o domu, 
o przyjaciołach. Jakieś przeczucie nie da wało mi spoczynku. 

o Maryni zwracałem się z prośbą, a by do mnie pisała, za pewne 
Ją usłyszała z mojego więzienia, zapewne chciała mię u\viadomić 


.
>>>
320 


FRANCISZEK MALEWSKI 


o wypadkach, ale czyż list jej doszedłby niet knięty do mnie, 
czyżby mi go oddano, czybym odebrał go choć teraz! Prosiłem 
doktora, żeby na pisał do ojca o mojenl położeniu. Michał 
pomnaża coraz moją bibljotekę, coraz to dziennik będzie krótszy. 
Z a p o m n i a ł e m o w ł o s k i c h o r z e c h a c h, k t ó r e 
m i p r z y s ł a ł, d z i ś j e z j a d ł e m i chciałbym więcej. 
Dobry Michale, rnamże cię prosić, rnamże ci dziękować? Ty 
umiesz dobierać, co się mnie najwięcej podoba, cóż kiedy się 
wszystko w proch, w popiół obrócić musi! 
(D o p i s e k n a m a r g i n e s a c h: W tych orzechach 
był list od Maryni i Michał po posłaniu ich był niespokojny, 
żeby Fr. dzieciom nie oddał. Zapytywał po kilka razy, czy jadł 
orzechy? ten odpisał: "Dawaj więcej takich"). 
d. 3 I grudnia. Wziąłem się zapisywać wszystko, co Michał 
przyszle. - Dziś przyszły cytryny, cukier potłuczony, wino, 
nowe ciasta, rozynki, migdały. Mógłbym założyć sklep cukier- 
niczy. Niczego mi nie braknie, oprócz Michała samego. Strażnik 
z ucieszoną twarzą, co także dla więźnia jest wielkim darem, 
zwiastował mi z rana przyjemną wiadomość, że odtąd już mogę 
pisać atramentem. Winienem to doktorowi zapewne, a może 
i dobroci samych zwierzchników. Zdaje się, że mię już teraz 
nie mają za występnego, kto wie, czy się nie zaczną rozwalniać 
moje więzy. Cierpliwość doczeka się czegoś. 


.
>>>
ROK 182!. 


d. I stycznia. Mam już atrament, lecz dziś jeszcze przez 
wdzięczność dla ołówka nie będę go uży\vał. Ołówek był dotąd 
moim towarzyszem, niewdzięczność byłaby go rzucać. 
Otóż dzień Nowego Roku, jeden drugiemu winszuje, wielu 
się cieszy, niektórzy się smucą. Radbym się spytał, czem się ten 
dzień różni od innych? I w tym dniu człowiek się rodzi, jak 
I w innym, i w tym, jak w innym, umiera, weseli się i płacze, 
a jednak jest coś, co go zatrzymuje i z pociechą każe mu powitać 
rok nowy. Nie sama to sprawia nadzieja, owszem pr
eszłość 
ma wtem \vięcej udziału. Ów czas, z którym czło\\iek \valczył 
co chwila, stawi mu się w większym orszaku dni i godzin, jak 
słup milowy po wielu mniejszych przedziałach ukazuje mu się 
na drodze życia. Pokonaliśmy jeden element, chociaż z nim do 
nowego niepokoju jużeśmy gotowi, chociaż w pierwszej chwili. 
kiedyśmy 365 dni do grobu zanieśli, już i tęż samą ch\vilę cho- 
wamy. O dziwne złudzenie człowieka! o jakże na. lada fikcji 
przestajesz! Czemże jest ten czas nieprzyjazny, jeżeli nie pasmem 
naszych myśli, naszych uczuć? Bez nich nie mielibyśmy pojęcia 
czasu, przez nie liczymy godziny i ch\vile. My to płyniemy, 
a nie brzegi przed nami uciekają! Każdy z nas jest Saturnem 
dla siebie i w tem szkle zwodniczem proch naszych marzeń 
i działań przebiega. Wpadłem na inne pole, ale rzeczywistość 
przywodzi mię napO\Vfót do wię7.ienia! Tu zacząłem rok nowy, 
ale tu pewnie nie skończę. Tu go zaczną i moi przyjaciele. Cóż, 
kiedy różnica kalendarza tej mi nawet pociechy zabrania, abym 
z nimi mógł o jednem w jednej myśleć godzinie. Za dwanaście 
dni jeszcze stanie przed wami rok nowy, ale może, nietylko 
może, niezawodnie, wy teraz wstecz dni liczycie i wy pamiętacie 
o moim No\vym Roku; jesteśmy nierozdzieleni, ta ziemia znika 


Z filareckiego świata. 


21 


, 


.. 


,
>>>
322 


FRANCISZEK ::\IALEWSKI 


przed nami, \vasze okna patrzą na moje, krata nas jeszcze roz- 
łącza, niernasz i kraty, ja w \vaszem, Józefie, Adamie, Janie, 
objęciu, \vy \V mojem. Teraz nas karzcie, teraz nas sądźcie! 
Na waszej szali \vażcie występki, zbrodnie, spiski, tajemnice! 
Jest inna, na której łza i tchnienie stracone nie będą. 
Michał przysłał mi \vieczorem ciasto, cóż, kiedy on sam 
przyjść nie może. i moich życzeń nie przyjmie. I jemu Nowy 
Rok równie jest smutny. 
d. 2 stycznia. O I2 był doktór i przepisał pigułki. Noc 
miałem niedobrą. Sen przypomniał mi ojca i matkę, nie mogłem 
potem zamknąć powieki. 
Iichał przysłał mi \vieCZOrenl ciasto, 
ob\vinione \v gazetę. Wszystko moją teorj
 popiera, miłość 
i przyjaźń uczą dovlcipu. 
d. 3 stycznia I824. Zapomniałem napisać, że \vczoraj zawi- 
tały do mnie dwa kopersztychy - d\vie }Iadonny Rafaelowe. 
Powoli moja stancja ubierze się \ve \vszystkie małe ozdoby; 
ja kże lubo pomyśleć o tem. 
Napisałem list do mojej l\laryni, donosząc jej ogólnie o moim 
przypadku. \Viem, że ten list przyczyni smutku, po\viększy 
tr\vogę w domu, ale nie godziło się milczeć. Dobrze na ten raz, 
że jestem na obcej ziemi. Gdybym był na miejscu, możeby mi 
nie pozwolono rzucić się do stóp ojca, matki, ucało,vać siostry 
i prosić o przebaczenie za tyle gorzkich chvlil, które im przy- 
noszę mimowolnie. Michał przysłał zno\VU mnóst\vo ja błek 
i gruszek, razem karty geograficzne, cyrkle, globusy i farby. 
Będę miał się czem bawić, będę rysował, malo\vał... ziemię. 
d. 4 stycznia. Około południa korzystałem z poz\volenia 
doktora, wyszedłem przejść się nieco na kurytarzu pod słupami. 
Nie przyniosło mi takiej rozrywki, jaką \vróżyłem: gdyby to 
była i cała ulica Pod Lipami, lecz, gdyby otoczona była takim 
szeregiem brudnych, dzikich okien, gdyby za nią wejrzyć nie 
było \volno, nie chcia.łbym po niej chodzić. Około 7-ej Michał 
przysłał odzienie i książki. Jeszcze niedługo będę mógł z pewno- 

ią oczekiwać jego przyjścia, lekcje odbiorą mi tę pociechę. 
Chciał mi przysłać fortepiano. O, za pewne miałbym wielką 
przyjemność. Lecz czyż wolno te mury, przy\vykłe do jęk
, 
trwożyć innym głosem? daj pokój, dobry Michale, i tak nIe 
zginę. I
>>>
DZIENNIK \VIĘZIENNY 


323 


d. 5 stycznia nie za pisałem \v dzienniku. 
d.. 6 stycznia. Doktór był około 10, przepisał mnie nie- 
znośnie przykre leka.rstwo. Jestem rzeczywiście mocniej chory, 
niż dotąd. Nlichał przysłał mi listy z Bremy i rachunek Oppen- 
hej ma. Książki przyszły wpra\vdzie nie \v porę, ale tanio. Wczo- 
ra odebrałem list od Oppen., przyniósł mi dobrą chwile, bo 
dowód pamięci w nieszczęściu jest przyjemny. Odpisałem na 
ręce Michała. 
d. 7 stycznia. Był doktór z rana, Falkenberg zawołał mnie 
około Iz-ej. Zapo\viedział mi podróż do Słupcó\v, gdzie mam 
być oddany ruskiemu feldjegrowi. Odpowiedziałem, że podróz 
teraz nie może nastąpić dla mojej choroby i od\vołałem się do 
świadectwa doktora. W parę godzin przyszedł do mnie jakiś 
policjant, zapowiadając mi swoje towarzyst"To do jutrzejszej 
podróży. Odpowiedziałem mu ditto. Napisałem prośbę do 
ministra Schudtmana. 
Michał! Michał! lVIichał ! \vszedł niespodzianie po 4-ej, ba- 
wił z pół godziny... Wszedł ze łzami, odszedł ze łzami; jednak 
musiał się przekonać, że ja nie tyle cierpię, jak on sobie wy- 
obraża. Ach, gdyby on wiedział, jak mnie łzy jego przera- 
żają! Nie mogę dłużej pisać: ,,\Vidziałem }Iichała !". 
d. I2 stycznia. Ogromnej przer\vy \v dzienniku nie mam czasu 
za pełnić. Codzień przychodził doktór i codzień od\\'iedzał mnie 
Michał! Teraz się już przecie ukoił, jużem go podobno prze- 
konał o mojej zupełnej obojętności. Goethemu ,,'inien jestem 
rozpędzenie ciężkich myśli. Cztery tomy dotąd odczytałem. Jego 
L e her j a h r e przypomnią.ły mi całe pasmo naszych działań. 
L e h r b r i e f Wilhelma zdaje się, że nam został odebrany. 
Tylko Goethe Bildung \v rozleglejszem bierze znaczeniu, do 
tak jasnego pojęcia myśmy jeszcze nie przyszli. Zapomniałem 
zapisać, żem przed dwoma dniami oddał prośbę do \V. Księcia. 
d. I7 stycznia. Pomimo, że się więzy moje roz\valniają, coraz 
stają się przykrzejsze. Mam już teraz c04zień :Michała, mam 
codzień gazety, a jednak smutniej, niż dotąd, czas mi zaczyna 
ubiegać. Praca zamiast rozrywki, którą 
i sprawiała, coraz to 
więcej utrudza i drętwi. Może i pra\vda, co doktór po\viedział, 
że się hypokondrji strzec po,,'inienem. - Strzec się, dobra rada - 
ale kiedy rodzice cierpią, kiedy siostry płaczą, kiedy przyjaciele 
21*
>>>
.' 


324 


FRANCISŻEK MALE\VSKI 


\v wi,zieniu i tej na\vet pióra pociechy nie mają, strzec się i ustrzec 
się nie tak łatwo; gdybyż już wybiła godzina wolności lub kary! 
d. I8 stycznia. Cóżem napisał wczoraj i co mam dziś do 
napisania? Jużem wprządł się jak gąsiennica w mojem więzieniu, 
jużem spoufalił się ze ścianami mojej ciupy, jużem tu moje 
pustelnicze życie tak uprzyjemnił, kiedy mi dziś dano towarzysza, 
studenta z Hali. Jakże mi ten gość nowy nie w porę trafił, 
jakże mi ?woją lulką zaćmił i zepsuł ostatek powietrza, którem 
mogłem jeszcze oddychać. Teraz pocznie się prawdziwe \vięzie- 
nie, więzienie duszy. Nie mogę dotąd wyszukać \v sobie przy- 
czyny, dlaczego tak przykre uczucie we mnie się teraz obudza. 
Los jego ma z moim wiele podobieńst\va, po\vinienbym się cie- 
szyć, przypomnieć straconą mowę, a jednak nie mogę oprzeć 
się cierpkiej myśli, słowa drętwieją i książkę nawet porzucam. 
Michał był dziś najdłużej, bo całe trzy k\vadranse, przyniósł mi 
Sa viniego ś\viadect\vo. 
d. 23 stycznia. Poczchvy ober inspektor poz\voJił mi czas 
niejaki u siebie pfzepędzać. Ch\vile ubiega ją mnie tam przy- 
jemnie; wśród dzieci i wśród domowego gospodarstwa przypomi- 
nam sobie tak odległe rodzinne pożycie; zdaje mi się, że jestem 
\v domu; że się wszystko koło mnie, koło mądrego widza obraca. 
Wmawiam sobie, że może w domu siostry hie płaczą, może ll1nie 
za straconego nie mają, i tak zapominam, i łudzę siebie. Ten 
oberinspektor Riihe bardzo zacny i uczci\vy człowiek. Obowiązek 
nie zatarł w nim uczucia, umie litować się i chce, ile można, 
osładzać. Żona, prawdziwa Niemka, cicha, rządna i pracowita. 
Sama całe gospodarstwo utrzymuje bez służącej, bo tej trzymać 
nie wolno. Dzieci nieśmiałe, nieco pieszczone. Jeden bardzo 
. 
pilny chłopiec, niewiele ma zdolności, lecz zato \viele ochoty 
i wytrwania, zbiera motyle i ładnie na szpilkach ustawia, rysuje 
starannie. Napisałem wczora list do Alopeusa, prosząc go 
o pozwolenie przesłania d\vóch listów do Twardowskiego i do 
Ojca. 
Mój towarzysz dymi a dymi. 
d. 26 stycznia. Z rana około godziny ID zawołany byłem do 
biura, gdzie mnie odda no list Twardows kiego z wekslem na 
3 2 7 T. i gr. 26; w liście, 20 gr. r. z. pisanym, ani wzmianki o ni
 
czem. Coś mi te pieniądze bardzo się nie podobają. O II-e]
>>>
DZIENNIK \VIĘZIENNY 


'}9 5 
.: .;J 


wszedł do mnie prezydent policji i stary Hejm. Do zabrania 
znajomości w Berlinie potrzeba, jak \vidzę, być w wIęzIeniu. 
Prezydent, jak \vidzę, usiadł się na mój \vyjazd; prawił mnie, że, 
kiedy zostanę, położenie moje coraz się pogorszy, pójdę do 
kryminalnego więzienia. Fi, jak chytrze. Hejm macał pulsu, 
niech da świadectwo. Podobał mi się; żywy i czerstwy starzec; 
przypomniałem sobie \vszystkie poch\vały jego biegłości i serca, 
odważyłem się mówić prosto i szczerze, słuchał mnie z u\vagą. 
Prezydent dawał mu jakieś znaki głową; niech robią, co się po- 
doba, niech mnie wiozą, gdzie chcą, wszak jestem w ich ręku. 
I to minie. Jednak niespokojność nieprędko minęła. Zno\vu 
gorączka odezwała 
ię. l\Iichał znalazł n1nie zn1ienionego. \Vśród 
dzieci inspektora przebawiłem z nim godzinę, odszedłem ucie- 
szony, że w świecie dziecinnym można za pomnieć o nieszczęściu. 
d. 26 stycznia. Hejm był znowu u mnie po południu, powie- 
dział mi w imieniu Kamptza, że Alopeus doniósł o moim stanie 
cesarzo\vi. Wyborna była jego rozmowa. Wenn sie ein Tauge- 
nichts wiiren, so hole si e der T eufel, aber si e sind ein guter 1kl ensch, 
ich habe alles zu ihrem Lobe gehort, ich werde selbst zum Alopeus 
gehen. 
Przyszedł l\Hchał z oberinspektorem, rozmo\va była natu- 
ralnie o Hejmie, zaraz zebrało się kilka anegdot o nim. Za\vołano 
go do kupca. Dziecko było mocno chore; Hejm, podochocony, 
jak z\vykle wieczorem, \vziął za puls. "To dziecko jest pijane l" 
za \vołał , "puls jego bije, jak mój". I rzeczy\viście mamka dała 
była wódki dziecięciu. Powracał konno ze spaceru i jeden z jego 
pacjentów za\vołał go z okna. Hejm) widząc, że chory dziś go 
wcale nie potrzebował, nie chciał się zatrzymać, stanął wkońcu 
i zapytał: "Czego chcesz?" "Chory jestem", odpowiedział 
pacjent z drugiego piętra. "Pokaż język". 
Na obchód jego imienin jubileuszu \v nocy posłano mu 
przed dom beczkę reńskiego wina. 
d. 27 stycznia. Nadspodziewanie Goethe, któremu dotąd 
tyle winien byłem pociechy I sprawił mi dziś nową, jakby do 
więzienia przeznaczoną. Odczytałem tłumaczoną przez niego 
autobiografję Celliniego. Koniec jej zgadza się zupełnie z moim 
teraźniejszym stanem. Wprawdzie cierpienia jego były większe, 
lecz może i moje kiedyś \vyró\vnają! Zamknięty w więzieniu,
>>>
326 


FRANCISZEK MALEWSKI 


"\ 


w ciemnicy 2 godzin tylko świa tła używał. Lecz niewinność 
uzbroiła wielką jego duszę. Zwrócił się ku pociechom religji, 
widzenia jego świadczą o sile \viary. Pomimo zboczeń zabobonu 
trafił na drogę, wiodącą nas do Twórcy. 
[Tu się kończy dziennik. Więzień wyjechał I-go lutego. 
Dnia I-go lutego o godzinie 8 z rana \vyjechał Franciszek w to- 
warzystwie żandarma, a jam poszedł pierwszy raz do Tiergartenu. 
Była to niedziela. Słońce świeciło, dzień piękny. Pożegnanie 
nasze odbyło się dosyć mężnie. Ukryłem łzę w oku przed nim, 
uściskając go po raz ostatni, uśmiechnąłem się do niego. Twarz 
jego \v tej chwili wypogodziła się, rzucił się z radości i wymówił: 
"Das liebe ich u . Wtem konie ruszyły. Byłbym może, tak 
wzmógłszy się na siłach, odszedł spokojny, ale, wychodząc 
z bramy, ujrzałem żonę i córkę inspektora, zalane łzami, patrzące 
na uchodzący pojazd. O Boże! jakaż boleść serce moje ogar- 
nęła! Potok łez, wezbranych w oku, rozerwał tamę, uczucie 
i żal wzięły górę nad rozwagą. Nie umiem opisać stanu mojej 
duszy; to wiem, żem wydał głos i, zasłoniwszy oczy, uciekłem 
z tych murów, dopiero \v kościele odetchnąłem. Tu dopiero 
serce zbolałe znalazło ulgę. Widziałem cię, najdroższy Franiu, 
w tej chwili przed Najwyższym Sędzią, z jaką spokojną wypogo- 
dzoną t\varzą tam stałeś. Niewinność Twoja niebo wzruszyła, 
a serc zakamieniałych poruszyć jednak nie zdoła. O wy
 powiedz- 
cie, kto wam dał prawo karać za przewinienia serca ł] 
3 czy 4 lutego. Dostałem się ze Strzałkowa do Słupców 
w ręce kapitana kozaków Goworuskiego. Miał rozkaz dosta- 
wienia mnie do Mła\vy do pułko\vnika. O koszcie ani wzmianki. 
Miałem być transportowany koło granicy od oficerskiej jednej 
do drugiej stacji. Miałem iść pieszo, albo jechać furmankami. 
Rek\vizycje byłyby trudne, za pół miesiąca nie byłbym w War- 
szawie, wolałem nająć furmana za pięć dukató\v i z nim puścić 
się \v tę nieszczęśliwą podróż. Burmistrz i kapitan opieczętowali 
przysłane ze mną papiery. Wiele \vdzięczności winienem temu 
kapitanowi, chociaż nie mógł \v niczem od przepisów władzy 
odstąpić. Z rana nazajutrz \vyjechałem ze Słupców o 5 godzinie 
z dwoma kozakami. Po niesłychanej grudzie dobiłem się \Vil- 
czyna w południe. 
Oficer kozacki zasługiwałby na osobny opis, gdyby mi czas
>>>
DZIENNIK \YIĘZIENNY 


327 


pozwolił: takiej dobroci duszy, takiej ścisłości \v służbie, przy 
takiem nieoś\vieceniu trudno znaleźć kopję. Wziął list odkryty 
i rzucił się do czytania, ale czytać nie umiał. \Vstydził się tego 
niepotrzebnie; odstąpiłbym mu wszystkiego, co umiem za jego 
złotą spokojność, za jego mocną \viarę \v tego kto sozdal niebo 
i ziem lu i w gosudara. 
Zgotowalem sobie obiad i ruszyłem na noc do Radziejo\va; 
po drodze zmieniali się kozacy, \v żadnym nie znalazlem brutala 
i szczerze dziwiłem się ich życiu. Kontrast dzikości i naturalnej 
prostoty mocno mnie zajmo\vał. Po drodze \v różnych miastecz- 
kach atakowali mnie różni urzędnicy celni, cieka\vi poco i dokąd 
jadę. \Vszyscy pijani. W Radziejo\vie przyjął mnie kapitan 
na noc. Smród straszny, \v izbie prosię kwiczało i grało rolę 
pudla, ale po herbacie zapomniałem o wszystkich niewygodach, 
znalazłem punkt rozmowy z kapitanem o gra
icy czerkieskiej. 
Idąc spać i wstając nazajutrz zrana, długo się modlił przed zawie- 
szonym w kącie obrazkiem. Dobry, poczciwy czło\viek, nigdy 
nic prostszego nie widziałem. Po\vziąłem szacunek dla jego 
dobroci. Z rana wyniósł mi biblję i w liście ś. Pa\vła czytał mi 
opisanie biskupa, że powinien być mężem jednej żony; grun- 
townie dowodził potrzeby małżeństwa dla księży. l\lógłby na 
sobie tego dowodzić. \V Bronisławiu znalazlem w kurniku 
o 9 z rana śpiącego oficera, nieporządek w izbie, ściany obwie- 
szone obrazami świętemi. Grzecznie mnie odprawił. Stamtąd 
zatrzymałem się w małej kordono\vej chacie, gdzie sześciu koza- 
ków najorygina1niejsze tworzyło grupy. Przyszedł tam ce]ny, 
białokołnierzowy urzędnik, Żmudzin, Narkie,,-icz. Urzędnik za- 
prosił go na wódkę i mnie. Odma\viałem wszędzie tej chętnie 
ofiarowanej. 
W Służewie nie znalazłem w ładnej i czystej izbie kapitana. 
Wachmistrz spra\vdził moje papiery. W dwie godziny przy- 
jechał i kapitan, ponury jakiś, ale dobry czło\viek. \Vysiadły 
z nim dwie kobiety, jedna pani kapitano\va, chociaż nie żona. 
O 2-ej po południu z dwoma kozakami wyjechałem do Nieszawy, 
gdzie dostałem się \v ręce przykaźnego kozaka, bo oficera nie 
masz. Nie pojmuję, skąd mi wraca zapomn
any język rosyjski; 
kozacy dzhvią się mojej biegłości, i tak im Laimponowałem, że 
mógłbym ich z sobą \vy\vieźć do Prus, gdybym potrzebował
>>>
328 


FRANCISZEK MALEWSKI 


uciekać przed sprawiedliwością. Zajechałem do oberiy, gdzie 
w ciepłej porządnej izbie czterech kozaków biwakuje koło pieca. 
Kurzą fajki, mój furman chrapie na jednym łóżku, a ja idę 
spać do drugiego, po rozmowie z posthalterem, po herbacie i po tern 
. krótkiem przypomnieniu dziwnych przygód, jakie \v dwóch 
dniach przeżyłem. 
Nazajutrz ledwo o II-ej przeprawiłem się przez Wisłę: kra 
utrudniała przewóz, lecz więcej mię zatrzymała. chciwość prze- 
woźnika. Żądał dukata I od konia, musiałem chodzić do bur- 
lnistrza i musiałem kłócić się; na drodze do Osieka spotkał mię 
jakiś nadleśniczy, powiedział, że moje nazwisko jest w rozkazie 
dziennym ogłoszone. Zatruł mi spokojność, ażem się gniewał 
za zaczętą z nim rozmo\v
. \V Lubiczu, o milę od Torunia, 
" znalazłem porucznika młodego, także ni czytać, ni pisać, siedział 
z drugim młodym przed garnkiem kartofli. W Ciechocinie 
) na noclegu długą wiodłem rozmowę ze starym karczmarzem. 
\Vyborny charakter, wart opisu - \v nim się przebijała orygi- 
nalność starego, bywałego Polaka. Dla mnie kontrast z Niem- 
cami był interesujący. Nazajutrz w Dobrzyniu znalazłem 
poczciwego, zacnego kapitana. Jemu pobyt \v Polsce dlatego 
się nie podoba, że siedzi spokojnie, że pałasz i pistolety rdzewieją. 
W Osieku \v karczmie obiad niezły nagrodził mi długie posty, 
przyszedł do mnie kapitan jakiś, dziki, uśmiech nigdy nie siadł 
na jego ustach; więcej mię ubawił stary żebrak, oryginał, Ochil- 
troe u Skota, stracił majątek na procederze, służył za patrolistę 
w policji warszawskiej, uczy dzieci po wsiach, włóczy się \V eX- 
pektaty\vie nadleśnictwa. - Temu kapitanowi winien byłem 
zapewne, że mnie trzech nie dwóch kozakó\v eskortowało do 
Besznicy, że mię za aresztanta wzięto i przegrażano. ,V' Besznicy 
\v karczmie gospodyni pijana przyjęła mię ze łzami radości, 
kilkanaście dziewek uwij ało się z chłopcami i z kozakami. Pan 
Ochocki przegrywał na skrzypcach ułomnych, pan strażnik 
ton dawał kompanji, pan młody w czerwonej kamizelce szynko: 
wał gorzałkę, stary dziad i baba z trudnością ledwo mi zgotowalI 
jajek i herbatę. Między dziewc
ętami Marysia była prawdziwie 
ładna i tańcowała, nie z\vażając, że jej kozak ostrogą. obdarł 
skórę na nodze. Nie było ani nadziei noclegu, bo taniec zaciągał 
. się aż do dnia biał
go. Lecz dziewki uciekły, a żona p. Ochockiego
>>>
DZIENNIK WIĘZIENNY 


329 


zaczęła go w pysk trzepać i wypychać z karczmy, bo v,-yjść nie 
mógł. Kozaki nie chciały się uciszyć, jeden zaczął mieć do mnie 
pretensję; była to pier\vsza impertynencja, doznana w podróży. 
Zasnąłem \vreszcie. Nazajutrz trafiłem do Zielunia, skąd mię 
grzeczny porucznik "T)'prawił prosto do Mławy. \Vieczorem 
mój niecierplhvy Szymański stanął przecie na !łnawie. Zapro- 
wadzono mię do pułkownika Bezkrownego. Znalazłem go w dym- 
nej kancelarji. Sprowadzono burmistrza i obrano mi k\yaterę 
u Żyda w karczmie. Pułko\vnik zaprosił mię na herbatę. Zna- 
lazłem młódź nieszpetną, żonę i pannę jakąś, rezydentkę czy 
guwernantkę. Pułkownik, bardzo grzeczny człowiek, zaprósił 
nlię na jutro na obiad do siebie. \V karczmie, jak z\yyczajnie 
u brudnego Żyda, nocowałem \vśród kopy żydów. 
9 lutego. Na o biedzie u pułkownika i na herbacie grzecznie 
nlię przyjmowano i szczerze; nie mogę bez wdzięczności mó\vić 
o jego całem obejściu się. \Vróciłem do siebie wieczorem i sia- 
dłem zapisać dziennik. Kozak, niepospolity \virtuoz, z melancho- 
licznym rymem przegrywa mi dumki na skrzypcach, - idę spać 
pomimo tego hałasu. Ten kozak ma nieza\vodną zdolność do 
muzyki, a u pułkownika \vidziałem drugiego kozaka malarza. 
\ridać, że mu na wszystkiem zbywało, oprócz na zdolności i na 
ochocie do gorzałki. .W nocy około pier\vszej obudziło JTię 
stukanie w okno, koło którego spałem. "Otwieraj", za,,-ołał ktoś 
za karczmą: "jest dzieło, jest poimka!" \Vkrótce "-padła jaka.
 
długa figura z fajką w ustach. "Hej, panie karczmarzu, siana, 
owsa dla koni, \\'ódki dla ludzi, ja zapłacę, jest poimka. Dziesi
ć 
koni - pan jakiś 111iał się meldować na komorze, nie meldo,,-ał 
się, u strażnika zapisał 8 koni, miał 14, ja dognałem i 10 pojnla- 
łem". Żyd z puchó\v podniósł się i różne czynił postrzeżenie, że 
to pachnie tysiączkiem talarków. "Ale co za szkoda, jaka bieda 
dla pana". "A mnie co do tego", - odpowiedział strażnik, ciesząc 
się z przyszłej poło\vy. Wódka krążyła długo jeszcze, karczma 
napełniała się coraz więcej, lecz nie tak hałas ten spać mi prze- 
szkodził, jak gniew na tę powszechną radość z cudzego nie- 
szczęścia, na tę chciwość zbójecką, ukrytą pod maską po,,'inno
ci. 
IO lutego. Około Io-tej z rana zaprosił mię pułko\vnik do sie- 
bie na herbatę i na śniadanie. Z jego domu około 12-tej \vyje- 
chałem z pożegnaniem prawdzi\vie uprzejmem... Trzech kozaków'
>>>
330 


FRANCISZEK MALE\VSKI 


to\varzyszyło do Ciechano\va, lecz droga stala się nieprzyjemną, 
nie lTIOŻna było pośpieszać, bo z nami szli razem jacyś włóczędzy 
z Poznania, mąż i żona. Małżeńst\vo, jak się zdaje, na lewą rękę. 
'Vziąłem kobietę .-na wóz, ratując ją. od nielitości\\Tego śniegu, 
męża kozak \vziął za siebie na siodło i cała kalwakada nasza 
śmieszny stano\viła obraz. \V Ciechano\vie burmistrz pijany wy- 
pra\vił nas do jakiejś karczmy generała Krasińskiego. Izba była 
z firankami, ale drzwi nie mogły się zamknąć i bez niesłychanego 
ciągu piec nie mógł być ogrzany. Niegodzhvy nocleg. 
II lutego. Popas w jakiejś nędznej karczmie, nocleg \v Na- 
sielsku. Pan z Poznania uparł się nie iść dalej. Nie mogłem 
pojechać. Wprawdzie mam nadzieję niezłego noclegu. Siedzę 
\v ciepłej izbie sam jeden, mam stół czysty. Gospodyni krząta 
się koło kaszy. Obejrzałem za\vieszone kopersztychy i obrazy, 
wszystkie są niemieckie po większej części z polskich, na drzewie 
ryte \vesele, koza z \vilkiem się żeni. Rzeczy\viście koza podaje 
łapy \vilko\vi, nad niemi kielich z patyną, niedź\viedź trąbi, 
zając bębni, ptak gra na gitarze - osoblhve \vynalezienie. \Varto- 
by więcej uwagi na podobne płody naszego gustu i imaginacji 
pospólstwa poś\vięcać. W ramkach wisi list odpustny Pana 
Jezusa, znaleziony w Rzymie, sam się otworzył i złotemi lite- 
rami był pisany. Dziwne skutki tego listu; kto \veń u\vierzy, 
odpust za wszystkie grzechy otrzyma, nieprzyjaciel nie znajdzie 
domu, pożar nie spali, kobiety brzemienne, jeśli go nosić będą, 
lekko porodzą. Pan Jezus przykazuje święcić niedzielę i godzin 
nieszpornych nie opuszczać. Za teraźniejszego papieża list ten 
miał być na nowo znaleziony. 
W piątek I3 lutego o godzinie 6 \vieczorem \vjechałem 
do Warszawy. Zaprowadzono mnie do generała Lewickiego 
kancelarji, stamtąd miałem iść do kancelarji Wielkiego Księcia 
w pałacu Briihlowskim, kiedy mię na ulicy dopędził jakiś oficer 
kozacki, zapytał o nazwisko i powiedział, że właśnie miał jechać 
mnie szukać do Mławy, aby niepotrzebną podróż \vzdłuż granicy 
przerwać. Z nim poszedłem do Briihlowskiego pałacu, gdzie na do- 
le, w ogromnej kancelarji, znaleźliśmy generała Kry\vcowa. Ten 
mię przywitał po francusku, mówiąc, że umiem bardzo dobrze. Za- 
pytałem, skąd wie o tern. - "A ja mam listy, które \V. Pan pisałeś 
do ojca i do p. Twardowskiego." - Wsiadłem potem z oficerem
>>>
. 


DZIENNIK \VIĘZIENNY 


331 


kozackim do doróżki, pojechaliśmy do Behvederu. Generał 
Kuruta spał. Oficer go obudził. Czekaliśmy aż się ubrał, za\vo- 
łani potem i przyjęci przez niego przy toalecie, piliśmy u niego 
herbatę. Wypyty\vał mię o podróż po granicy i o więzieniu 
w Berlinie: kazał nam pójść do pokojów \Vielkiego Księcia. .. 
Czekaliśmy tam długo: przyszedł Kuruta, a \vkrótce \vrócił 
z \Vielkim 1Csięciem. 
- A cóż, dla czego tak późno? - Nie moj a to ","ina. A czy- 
ja? - Tego nie \viem. - Uda,,"ałeś chorobę. Nie \vyglądasz na 
chorego. Znalazłeś osła doktora. - Radca Heim także mnie 
odwiedził. - Poświadczył żeś zdrów. - 
Iogę tylko po\viedzieć, 
żem był chory i u\vięziony. - Od jakiej daty? - Od 20 grud- 
nia. -Czy ze strony rządu pruskiego byłeś poddany jakiejś inda- 
gacji? - Żadnej. Nie powiedziano mi jednego sło\va. \Vięzienie 
było zbyt surowe. - Jeżeli tak, to bądź spokojny. \Vidzę, że nie 
twoja, ale nasza \vina. Uprzedzam cię, że jesteś skompromitov;a- 
ny jako \viceprezes pewnego towarzyst\va. Czy piasto\\-ałeś ten 
urząd? - Tak, \Vasza Książęca Mość. - Po\viedz mi, jak się na- 
zywało \vasze To\varzystwo? Czy nie Filaretó\v? - Tak, \Vasza 
Książęca Mość. - Pan Nowosilco\v jest \v Wilnie, śledztwo ukoń- 
czone. Badam cię ostatniego. Cóż to za To\varzyst\vO Filaretów? 
Skąd wynikło? - Z To\varzyst\va Filomató\v. - Cóż to za jed- 
ni?- Przyjaciele nauki.- Nie. Filareci pochodzą z To\varzystwa 
i Promienistych. - Tak, Wasza Książęca Mość. - Czem byli Fila- 
reci? - Jak naz\va ich to \vskazuje - przyjaciółmi cnoty. 
-- Umiem dosyć po grecku, aby to zrozumieć, ale cel ich był poli- 
tyczny. - Nie, Wasza Książęca l\lość. - Cel był polityczny, 
to wiem. Wymień mi kilku cLłonkó\v. - Zan. - Czem był Zan? 
Waszym prezesem? - Tak je'3t. - Czy Łoziński nie jest "rysoki 
i barczysty? - Nie, Wasza Książęca Mość. - Czy nie jest 
synem tego Łozińskiego, który się odznaczył w rewolucji pol- 
skiej? - Nie, Wasza 1Csiążęca 
Iość. - Czy Giedroyć nie jest 
synem generała, który służył w g\vardji? - Nie. Jest na to 
za stary. - Wiem to, ale ma młQSlszego brata u pijaró".. Szcze- 
rZe wyznaj wszystko i bądź spokojny. - Do Kuruty: Dasz mu 
mieszkanie u siebie. Niech odpocz ie i napisze jutro \vszystko 
co wie. Będziesz miał papier i atrament. Napisz ","szystko. 
Czy mogę błagać o poz\volenie pisania do mojego ojca? - 
.
>>>
332 


FRANCISZEK MALEWSKI 


Tak, napisz jutro do niego. Listy, któreś napisał do ojca i do 
Twardowskiego, są u mnie..." 
I7 lutego. Z Belwederu o dwunastej w nocy 13-g o zawiózł 
mnie oficer kozacki Roduchin do Brlihlowskiego pałacu, gdzie 
. na górze wentresoli mam kwaterę. Pokój mały, w nim dwóch 
kozaków, drugi pokój większy, czysty, trochę ciemny dla małych 
okien i niskiego stolowania. Jest mi tu nieporównanie lepiej, 
niż w pruskiem więzieniu. -Nazajutrz odwiedził mię z rana gene- 
rał Kuruta z radcą stanu Hintzem. Wezwany na dół, do pokoju 
gen. Kuruty, przytomny byłem otwarciu moich papierów, kazał 
j'e' czytać Lubowidzki, a j a zasiadłem do pisania moich spowiedzi 
i dziś je skończyłem. Jeszcze mi nie zwrócono moich papierów... 
2 marca. Przez cały ten długi przeciąg czasu nic nie zaszło, 
coby mię o końcu moich cierpień oświecić mogło. Muszę czekać 
powrotu Wielkiego Księcia. Z mojej stancji wyjrzałem dwa 
razy tylko na \tVarszawę, raz jadąc do Sielców, folwarku Wiel- 
kiego Księcia, drugi do mieszkania radcy Hintza, gdzie się kąpa- 
łem. Kiedyż i jak to wszystko się skończy? Zdaje się, że już 
ja jeden tylko cierpię, bo niepodobna przypuścić, aby inni aż 
dotąd siedzieli w więzieniu. Posłałem Marji (Malewskiej) mój 
portret, nie wiem, czy dojdzie... 
2I marca. Jużem przestał liczyć dni mojego więzienia, 
liczę na tygodnie. Wielki Książę powrócił z Petersburga 8-go 
n1arca i ja dnia tegoż oddałem odpowiedź na przysłane z Wilna 
pytania. Dotąd nie wiem o jej skutku. W zapytaniach nie 
obeszło się bez kruczków, nie było dobrej wiary. Ale jakże może 
być inaczej, kiedy ta spra\va jest w ręku osób, które nie pojmują 
ani nauki, ani przyjaźni naszej, a szukają koniecznie \vyst
pku. 
N apisałem raz jeszcze do Maryni i wyjeżdżałem raz do obozu 
na Powązkach. Jestem pra\vdziwie teraz w więzieniu a la Berlin." 


, . . 


. 


. . . 


, . . 


--
>>>
p 


R 


z 


y 


p 


I 


s 


y 


Do str. 6. J o a c h i m L e o p. H a u p t. Landwirtschaiten und 
Burschenschaft, (Altenburg, 1820); A. L e h m a n n, Der Tugendbund 
(Berlin. 1867); M e i n e c k e. Die deutsch. Gesellschaften u. der Hoff- 
mannJsche Bund (Stuttgard. 1891); K e i l. Die Griindung d. deutsch. 
Burschenschaft in Jena (Jena, 1865); S t e t t i n e r. Der Tugendbund 
(Konigsberg, 1904); H e r m a n H a u p t. Quellen und Darstellungen zur 
Geschichte der Burschenschaft und der deutschen Einheitsbewegung (Heidel- 
berg.I9II-I3). Por.: Erman und Ewald Horn, Bibliographie 
der deutschen Universitaten (Leipzig u. Berlin, 1904-5); S z p o t a ń s ki, 
A. Mickiewicz, I (\Varszawa 1921). 103 sq. Pisma T. K  r n era. E. A r n d t a 
(..Von Bildung deutscher GeselIschaften aIs dem vorziiglichsten Mittel, Liebe 
zuro Vaterlande und alle aus dieser Liebe entspringenden Tugenden in allen 
deutschen 
Iannern u. Frauen, Jiinglingen und Jungfrauen, Knaben u. Mag- 
delein zu frdern, zu starken u. in kindlicher Reinheit auf die spatesten Zeiten 
zu vererben. Zum Besten der \Vaisen deutscher Landwehrmanner. Deutsch- 
land. 1814" i in.) i w. in. 
Do str. 7. "Bibl. ludowa polska" (Paryż. b. T.) t. LX; D u b r o w i n. 
Posle otiecz. wojny. "Russkaja St.", I (1904), 481 sq. 
Do str. 12. D u g a l d S t e war t (1753- 1828), filozof angielski, 
autor dzieł: "Elements of the philosophy of the human mind u ; "Outlines 
oi moral philosophy". . 
Do stl'. 13. G ł o s Jeż o w s k i e g o uzupełnia zeznanie Mickiewicza 
z d. 20 kwietnia st. st. 182 4 (Zob.: Wierzbowski. Z badań nad Mickiewiczem. 
Warszawa. 1916, str. 53 sq.), oraz raport Nowosilcowa do w. ks. Konstantego 
z 13 (25) maja 182 4 r. (\Vierzbowski, K istorji tajnych obszczestw. Warszawa. 
18 98; przekł. pol.: "Rok Mickiewiczowski", Lwów, 1899, str. 291 sq.; Krecho- 
'wiecki: Prawdy i bajki. Warszawa. I9II, str. 125 sq.). wreszcie pamiętniki 
Domeyki, Zdanowicza i in. Zob.: P i e t r a s z k i e w i c z ó w n a. Dzieje 
Filomatów w zarysie (Kraków, 1912), passim. 
Do str.1S sq. Korespondencja rekt. S. l\Ialewskiego z kuratorem A. ks. 
Czartoryskim. Vol. I N. 4 2 (Arch. ks. Czartoryskich); l\I o ś c i c ki. Pod 
znakiem Orła (Lwów, 1923), 41 sq. 
Do str. 17 f'iq. Archiwum do dziejów lit. i ośw. w Polsce, VI, 223. 
F r a n c i s z e k M a l e w s k i był wiceprezesem Tow. Filaretów i oczywiście
>>>
334 


HENRYK MOŚCICKI 


filomatą. M a r j a n P i a s e c k i, również filomata, był przewodniczącym 
białego grona Filaretów. :\1 i c h a l F r y c z y ń s k i po pÓwrocie z zagra- 
nicy został prof. agronomji w Krzemieńcu, a w 1829 r. prof. agronomji prakt. 
w Uno Wił. Bieliński, Uno \Vil., III, 173. Mickiewicz do Fr. Malewskiego: 
"Józef (Jeżowski) nudzi po tobie, i nikt miejsca twojego nie zastąpi w jego 
sercu. Każdy list kończy wykrzyknikiem: nie masz Franciszka!U Koresp. 
Mickiewicza, I (Paryż, 1880), 6. K a z i m i e r z P i a s e c k i ukończył 
Uniw. \V'ił. w r. 1821 ze stopniem kandydata utriusque juris, następnie byl 
adwokatem wileńskich izb sądowych; po wyjeździe ::\farjana Piaseckiego 
przewodniczący białego grona filaretów. Zob.: Księga pam. na uczcz. setnej 
rocznicy urodzin A. :M-cza, II (\Varszawa, 1 8 9 8 ). 77 sq.; Pigoń, Głosy z prze- 
szłości .( \Vi1no, 1924), 214 sq. 
Do str. 18. \V y kła d y f i 10m a t ó w: Korespondencja A. Mickie- 
wicza, I, 7; Domeyko, Pam. o filomatach (zob. niżej). \V zeznaniu swem, 
złożonem przed Komisją Śledczą 28 stycznia st. st. 1824 r. (Archiwum Państwo- 
we w \Vilnie), Tomasz Zan w następujący sposób pisze o Komitecie Nauko- 
wym i Kursach Pomocniczych: "Korepetytorami, których organizacja prze- 
znaczyła do składania Komitetu Naukowego, byli w różnych czasach prze- 
ze mnie wyznaczeni i uproszeni, albo sami z ochoty ofiarujący się do tej po- 
sługi następujący, jeżeli ich wszystkich dobrze przypominam. \V oddziale 
nauk matematyczno-fizycznych powtarzali kursa uniwersyteckie: matema- 
tyki wyższej - Sobolewski Jan, Heydatel Jan; algebry - Chodźko Józef, 
Pietkiewicz Dominik; fizyki - Klukowski Jan; chemji - Łoziński; mechaniki 
- Budrewicz. \Vykładali nauki elementarne: arytmetyki - Zan Tomasz; 
geometrji - Łoziński. \V oddziale nauk prawnych powtórzyli kursa uniwer- 
syteckie: prawa rzymskiego - Karabanowicz; prawa kanonicznego - 
ks. Brodowicz; historji powszechnej starożytnej 
 Daszkiewicz. \Y oddziale 
literatury i sztuk powtarzali kursa uniwersyteckie: literatury łacińskiej 
i greckiej - \Viernikowski, Kułakowski, Malinowski; języka greckiego - 
\Viernikowski. \Vykładali nauki elementarne: gramatyki łacińskiej i tłu- 
maczenia - Kowalewski Józef; języka fran"cuskiego - dla poczynających 
Orlicki. dla postępujących Łukaszewski, Jarmułowicz; języka niemieckiego - 
Piasecki :Marjan. \Vykładali kursa nauk, których jeszcze w uniwersytecie 
nie zaprowadzono: prywatnie - encyklopedji nauk prawnych - Ma1ews ki 
Franciszek; publicznie hodegetyki - Jeżowski Józef. Wyznaczeni, aby się 
przygotowali do wykładu następujących kursów: do historji naturalnej 
i zootomji - Jurewicz Fortunat; do geografji - Domeyko Ignacy; do repe- 
tycji historji powszechnej wieków średnich: Malinowski; do historji noWO- 
żytnej - Pohl; do historjl krajowej - Kozakiewicz; do procesu sądowego - 
Piasecki Kazimierz; do gramatyki języków rosyjskiego i polskiego - Koła- 
kowski; do rysunków - Kulesza i :Miłakowski. Członkowie grona medycz- 
nego sami dla siebie repetycje w razie potrzeby urządzali, ich albov;1.eD! 
przedmiot był oddzielny od innych." (Zeznanie Zana z d. 28 stycznia 18 2 4 r. 
Arch. Państw. w Wilnie). 
Do str. 19. G r o d d e c k: Karol Kaczkowski, \Vspomnienia I (LwÓ'\i',
>>>
, 


PRZYPISY 


335 


1876), 124 sq.; Jocher, Obraz bibl.-hist. liter. i nat:k w Polsce l (\Vilno, 18 4 0 ). 
208 sq.; \Vęc1ewski. Wiadomość o życiu i pismach Grodka (Kraków, 18 7 6 ). 
K o n t r y m: Brensztejn, Bibljoteka Uniw. w \Vilnie (\Vilno, 1922), passim. 
Do str. 20. "Opis jeograficzny": Mościcki, Wilno i \Varszawa w ..Dzia- 
dach" (\Varszawa, 1908), 15 1 ; zeznanie Czeczota z 17 (29) stycznia 1824 r. 
(Arch. Bibl. Uno \Vil.); Archiwum do dz. Jit. i ośw. w Polsce IX, 177. 169. 
Do str. 21. \V R a f a łów c e istniała loża masońsfa. wykryta w r. 
1826. Kierownikiem jej był, jak się zdaje, Narcyz Olizar, człowiek nader 
czynny i wpływowy; odegrał wybitniejszą rolę w r. 1831. jako senator i kaszte- 
lan Król. Polskiego. Nader zdobnym i sprężystym był również brat jego, 
Gustaw, o cztery lata młodszy, sądzony w r. 1826 za współudział z deka- 
brystami. Zo b. : Narcyz Olizar, Pamiętniki w Bronikowskiego "Pamiętni- 
kach polskich" (Paryż. 1844); Bajkow, Z kartek pam. rękops. (Lwów. 1893); 
Gustaw OJizar, Pamiętniki (Lwów, 1892); Mochnacki. Powstanie nar. pol., 
I (BerJin. 1863). 236 sq.; Ochocki. Pamiętniki. III (\Vilno. 1857), 240 sq., 
271 sq.; Hellenjusz. Listki. I (Kraków, 1911), 119. Z o r z a n i e: :\'Iościcki. 
Pod znakiem Orła i Pogoni (Lwów. 1923), 125 sq. 
Do str. 22. \Vł. Mickiewicz, Żywot A. i\'I-cza I (Poznań. 1890), 109 sq.. 
119, 871 sq. 82 sq.; Kar. Kaczkowski. \Vspomn.. L 152 sq. Filareta, Jan 
Michalewicz, tak charakteryzuje s t o s u n k i w ś ród w i 1. m ł o d z i e- 
żywIiście do ks. :\Iacieja Brodowicza, \Vilno 24 paźdz. st. st. 1822 r.: "...Daw- 
ne nasze przyjemności zupełnie zaginęły (zebrania i wycieczki promienistych 
p. w.), ani pomyśleć o nich nie można, zapewnie to samo i w tamtych stronach. 
co i u nas się praktykuje. Pełno podejrzeń. pełno czuwań i podsłuchów. 
Szpiegostwo niesłychane. Siedzim więc spokojnie i wyglądamy tego dobra. 
które 'Włochy i 
iemcy mają nam narodzić (aluzja do ówczesnych wydarzeń 
politycznych zagranicą p. w.). Nic nie mamy nowego. Żaden teraz jeszcze 
uczony w kozie nie siedzi". (W r. 1822 skazani byli na więzienie: Antoni 
Marcinowski, redaktor "Kurjera Litewskiego" za pomieszczenie w X. 86 
artykułu o Grekach i Turkach, oraz drukarz Aleksander Żółkowski za artykuł 
w N. 10 ..Tygodnika \Vileńskiego" - zob. Koresp. Filomatów, IV, 226, 
229, 231; Pigoń, \Vesołe sceny z-życia dawnego Uniw. \"il. w "Słowie" "iI. 
N. 217 z 19 2 3 r.). 
Do str. 23 sq. G u t t: Bieliński, "Cn. \Vil., III, 399; Roczn. Tow. 
hist.-lit. w Paryżu (Poznań, 1872). 608 (zob. niżej). B a n s e m e r: ..Trzeci 
Maj". czasopismo paryskie z 27 lutego 1841 r. str. 29- 30. BieliIiski, Król. 
Uniw. Warsz., II (\Varszawa, I9 II ). 524. \V a l e r j a n S kor o b o h a t y 
Kra s i ń s k i, autor "Historji reformacji", ukollczył "Cn. \Yil. w 1822 r., 
WYjechał następnie do \Varszawy, gdzie otrzymał urząd. w Komisji \Yyzn. 
i Ośw. Pub1. Posiadał rozległe stosunki w sferach literackich stolicy, zajmował 
się szczerze rozprzedażą poezyj 
Iickiewicza, których ukazanie się powszechn y 
obudziło entuzjazm w \Varszawie. Zob.: Encykl. Orgelbranda (większa) 
XV; Wł. Mickie\\icz, Żywot, l, II2, 139; \V. Encykl. iłl.. XL, 721. G l fi c k s- 
b e r g - księgarz warszawski. ::\lickiewicz do Fr. :\Ialewskiego, z \Vilna bez 
daty: ..Myślę sam udać się do \Varszawy, bo tu. zwłaszcza 
 o w y c h D z i a.
>>>
336 


HENRYK MOŚCICKI 


d ó w, drukować niepodobna. Koresp.. I, 8. Obawy okazały się płonne; 
po usunięciu w jesieni 1822 r. z urzędu cenzora surowego ks. Kłągiewicza. 
wybrany na jego miejsce Lelewel wydał 21 lutego 1 82 3 r. pozwolenie na 
wydrukowanie II-go tomu poezyj. Zob.: Tretiak, M-cz w Wilnie i Kownie. 
II (Lwów, 1884), 204 sq.; Wł. Korotyński. Lelewel cenzorem .Mickiewicza - 
"Kurje r warsz." 1922 r. N: 22. 
Do str. 25. "Upiór": Kallenbach, A. Mickiewicz. I (Lwów. 19 2 3). 
268 sq.) Tretiak, Dwie Zosie w czas. "Świat" (Kraków, 1 8 9 0 ), 3 20 . \V Bibljo- 
tece im. Ossolińskich we Lwowie znajduje się pierwsze wydanie poezyj Odyńca 
z następującą własnoręczną dedykacją autora: "Zofii Malewskiey, w dowód 
najwyższego szacunku ofiaruję. Ant. Edw. Odyniec". Koresp. A. M-cza. 
III, 5 sq. 1\1 o r i t z F r y d e ryk, księgarz wileński. przesyłał Fr. l\Ialew- 
skiemu do Berlina pierwszy tom poezyj Mickiewicza. 
Do str. 26. Ś p i e w k i C z e c z o t a w rękopisach znajdują się w po- 
siadaniu p. \Vł. Mickiewicza, w zbiorach po ś. p. d-rze Pietraszkiewiczu, 
w zbiorach p. Karpińskiej. Zob.: Wł. Mickiewicz, Zywot A. M-cza. I. dod. 
XVIII; "Tyg. Hl." 1922 r. N. 22; Poezja Filomatów, I-II (Kraków, 19 22 ). 
Do str. 27. Koresp. A. M-cza, I, 23; III, 5. P o d a n i e M i c k i e w i c z a do 
Rządu Cesarskiego \Vileńskiego Uniwersytetu z 25 marca 1823 r.. zob.: \Vierz- 
bowski, Z badań nad Mickiewiczem (Warszawa, 19 16 ), 4 2 sq.; \Vierzbowski, 
K biografji Mickiewicza (Petersburg, 1898), 20; Bujakowski. Z młodości 
Mickiewicza (Warszawa, 1914), 23 sq. Uzupełniają powyższe podanie l\1ic- 
kiewicza następujące wyciągi z Protokółów posiedzeń Rządu Uno \ViI. (rkpisy 
BibI. Publicznej w Petersburgu): Posiedzenie z 3 kwietnia st. st. 182 3 r. 
(obecni Twardowski, Zycki, Mianowski, Chodani i Groddeck), punkt 3 0 - t y: 
"Raport zast
pcy dyrektora szkół gub. \\ileńskiej Skoczkowskiego z datą 
29 marca N. 138 z dołączeniem prośby nauczyciela w szkole kowieńskiej 
Adama ::\Iickiev.-icza. który przy złożeniu świadectwa doktora o słabości 
swego zdrowia, prosi o uwolnienie go od obowiązków nauczycielskich i wyjedna- 
nia paszportu na wyjazd do wód pirmontskich (!), tudzież do \Vłoch i Francji, 
oraz zapewnienie mu placu nauczycielskiego za powrotem. Zastępca dyrek- 
tora wyraża swe zdanie, czy nie możnaby uwolnić tego nauczyciela na dwa 
lata. Postanowiono: Ponieważ p. Mickiewicz składa świadectwo doktorskie 
o chorobie swojej, dla której bez osłabienia większego swego zdrowia obo- 
wiązków nauczycielskich pełnić nie może. przeto przedstawić X. Kurato- 
rowi czy nie będzie się zdawało zezwolić na uwolnienie pomienionego nauczy- 
ciela od obowiązków na dwa lata. Przyczem dołączyć kopję świadectwa." 
Posiedzenie nadzwyczajne z 18 maja st. st. 1823 r. (obecni Zycki, Chodani, 
Mianowski i Groddeck), punkt 8-my: "Zalecenie X. Kuratora d. II maja 
N. 23 6 , w którem zezwala na zwolnienie od obowiązków nauczyciela w szkole 
kowieńskiej Adama Mickiewicza. stosownie do przedstawienia Rządu Uni- 
wersytetu dla wyjazdu zagranicę w celu polepszenia zdrowia. Ze zaś p, l\fic- 
kiewicz edukował się kosztem funduszu w seminarjum nauczyciel skieIIl 
i za koszta w Instytucie nań łożone nie odsłużył jeszcze naznaczonych l,at 
sześciu. przeto Książę Kurator poleca wziąć od niego na piśmie zaręczenIe, 


..
>>>
PRZYPI SY 


337 


że, powróciwszy z wód, znowu wejdzie do służby dla dopełnienia przepisanej 
liczby lat. Postanowiono o takowem uwolnieniu nauczyciela Mickiewicza 
uwiadomić zastępcę Dyrektora szkół gubernji wileńskiej dla objawiema 
przez pośrednictwo dozorcy temu nauczycielowi, przytem polecić zastępcy 
Dyrektora, iżby poruczył dozorcy wziąć od tego nauczyciela submisję dla 
przesłania przez dyrekcję do Rządu Uniwersytetu. że za powrotem do kraju 
wejdzie w pełnienie obowiązków nauczycielskich dla odsłużenia skarbowi za 
koszta w seminarjum nauczycieIskiem na edukację jego poniesione." Por.: 
"'ierzbowski, Luźne dokumenty do życiorysu A. .Mickiewicza - "Ateneum" 
XI (1897). 5 21 sq. R u k i e w i c z: lyciorys zob. Mościcki, Pod znakiem 
Orła (Lwów, 1922), 134 sq. Za należenic do tajnych organizacyj wojskowych 
Rukiewicz skazany został na pozbawienie szlachectwa i śmierć, wyrokiem 
Mikołaja I z 2 maja st. st. 1827 r. N. 1096 skazany na pozbawienie szlachectwa. 
10 lat katorgi i osiedlenie na Syberji; ukazem z 26 listop. 1832 r. N. 48 zwol- 
niono go z katorgi w t. zw. Pietrowskim Zawodie i zesłano do wsi Korkinow 
gub. irkuckiej. Zob.: Siwers, Tajnoje obszczestwo \Vojewnych Druziej 
w czas. "Dzieła i dni", I (Petersburg, 1920), 239 sq. \V r. 1828 spotkała się 
z Rukiewiczem w Czycie księżna Marja \Vołkońska, zob. \Vołkonskaja. 
Zapiski (Petersburg, 1904), 62. Korespondencją Czeczota z Rukie\\iczem 
zob. Arch. Filomatów, Koresp., V, pass. 
Do str. 2-8. Z j a z d w B r z e ś c i u l i t. we wrześniu 1823 r. Zob. 
Szilder, Imp. Aleksandr I, t. IV, 282 sq. 
Do str. 31 sq. "D z i e n n i k" T e o d o raK r a s i ń s k i e g o, prze- 
chowywany obecnie w Bibljotece Ordynacji hr. Krasińskich w \Varszawie 
(liczba inw. rękop. 3500), składa się z 326 kart papieru listowego, formatu 
przeważnie II X 19% 'cm., oprawionych razem w półskórek czerwony z wy- 
ciśniętym na grzbiecie tytułem: ,,.Dziennik Teodora Krasińskiego, 1816, 
1817, 1818, 1823". Na pierwszej karcie napis: "Dziennik zaczęty dnia 
26 Septembra 1816 Roku. T. K.". Dalej następują codzienne notatki od 
26 września 1816 r. do 17 lutego 1817 r. i od II marca 1817 r. do II czerwca 
1817 r. (ogółem 228 stron nieliczbowanych). Po przerwie wakacyjncj 1817 r. 
notatki zaczynają się 20 września 1817 r. i ciągną aż do 29 czerwca 1818 r., 
wszakże kart z notami od I2-go do I8-go maja 1818 r. niema, musiały prawdo- 
podobnie zaginąć (ogółem 254 stron liczb., lecz str. 219-222 brakuje). Druga 
niejako część "Dziennika", zawicra zapiski z podróży do \Varszawy i pobytu 
tamże, od 4 lutego 1819 r. do 4 sierpnia 1818 r. (ogółem 154 str. liczb., lecz 
str. 64- 6 8 brakuje, z notami od II-go do I7-go k\\ietnia t. r.). Trzecią wresz- 
cie część stanowią zapiski, czynione w Kijowie od 20 marca do I I kwietnia 
182 3 r. (ogółem 24 str. nieliczb.). 
Dane życiorysowe: Boniecki, Herbarz polski, XII. 214; lychliński, 
Złota księga szI. poL, XII, 216; \Vołyniak, Bazyljanie w Humaniu. "Prze- 
wodnik nauk. i lit." z 1 8 99 5'.; Tretiak, Bohdan-Zaleski (Kraków, 19 11 ), 
26 sq., 69 sq.; Zygmunt Kotiużyński, Pamiętnik (Kraków, 19II); Seweryn 
Goszczyński, Podróż mojego życia (\Vilno, 1924). List pochwalny -ze szkoły 
humańskiej dla Teodora Krasińskiego, ucznia klasy II-ej z 25 czerwca 1810 r.; 
Z filareckiego świata. 22 


.
>>>
338 


HENRYK MOŚCICKI 


takiż list z kl. III-ej z 17 lutego 1812 r.; świadectwo z ukończenia 6 klas 
szkoły humańskiej: "W państwie Jego Imperatorskiey Mości Alexandra I. 
Ipsperatora i Samowładcy Wszech-Rossyi i t. d., i t. d.. i t. d. Szkoła powiatowa 
Humańska zaświadcza, iż lP. Teodor Krasiński ukończył kurs nauk przepi- 
sanych dla szkół o sześciu klasach i znakomity okazał postępek w literaturze 
polskiej i łacińskiej, w umiejętnościach fizycznych i moralnych, \V językach 
francuskim i niemieckim. Uporczywa praca, wielka sposobność do wszyst- 
kich nauk, chwalebne postępowanie z r6wiennikami, uczucie honoru i cnotliwe 
skłonności są zaletą tego młodzieńca. Zaszczyconemu kilkakrotnie od J ene- 
ralnych Wizytatorów Szkół chlubnemi świadectwami, a teraz wyjeżdżają- 
cemu do Imperatorskiego \Vileńskiego Uniwersytetu dla dalszego doskona- 
lenia się w naukach zaświadczenie to szkolne przy wyciśnieni u zwykłej pie- 
częci wydaliśmy w Kollegium naszem Humańskiem. Dnia ósmego lipca 
1816 r. Prefekt Szkoły i nauczyciel fizyki X. Leon Skibowski Bazylian. 
Nauczyciel wymowy i prawa X. Klemens Hryniewicz Zakonu S-o Bazylego. 
N. 23." Zaświadczenie z dwuletnich studjów na Uniwers. Wileńskim z dn. 
2 lipca 1818 r. - Rpisy z archiwum rodzinnego w posiadaniu wnuka Teodora, 
A.ugusta hr. Krasińskiego. 
Do str. 33 są. O p e r a N i e m c e w i c z a "J a d w i g aU z muzyką 
Karpińskiego: zob. Skibiński, Pam. aktora (Warszawa, 1912), 120; Ruli- 
kowski, Teatr polski na Litwie (Wilno, 1917) - tamże o teatrze i aktorach 
wileńskich. 
Do str. 3ł sq. D z i e k a n e m oddA::.iału nauk fizycznych i matematycznych 
był ks. Józef Mickiewicz. (Zob. o nim niżej str. 97)' Ks. Kor z e n i o w s ki 
A l o j z Y (1766- 1826) był autorem słynnych kazań, wyd. w Warszawie 
1824 r. M a l e w s k i S z y m o n był rektorem w 1816-22 r., o jego skąp- 
stwie liczne wzmianki w pamiętnikach współczesnych; zob. Lelewel, Przygody 
w poszukiwaniach (Poznań, 1858), 38. L e o n B o r o w s ki (1784- 1 8 4 6 ) 
prof. Uteratury w Uno WiJ. 'l u k o w s k i S z y m o n (1782-1834), prof. 
jęz. hebrajskiego w Uniw. WiJ. 
Do str. 39. Podczaszyński Karol (1790-1860), pro£. archi- 
tektury w Uno Wił. W a w r z e c k i T o m a s z, następca Kościuszki po 
Maciejowicach, u_r. 1753, um. 5 sierpnia 1816 r.; wiadomość o obchodzie ża- 
łobnym w Wilnie pomieścił "Kurjer Litewski" w N. 9 z 30 stycznia 1817 r. 
Do str. 41. P a m i ę t n i ki, t. j. wydawany od 1816 r. pod redakcją 
Ign. Em. Lachnickiego II Pamiętnik Magnetyczny Wileński." 
Do str. 42. D r z e w i ń s k i F e 1 i k s, prof
 mineralogji w Uno Wil., 
w r. IRI6 _wydał w Wilnie "Początki mineralogji podług Wernera ułożone 
dla słuchaczów akademickich. II B e c u A u g u s t (177 I - 1824) prof. nauk 
lekarskich w Uno \ViI. 
D.o str. 43 sq. Pierwszy numer G ę b a c z a, wydawanego przez adwo- 
kata .Ignacego Łagiewnickiego przy współudziale Konata, nosi datę 23 marca 
181 7 r.; rzadkie komplety tego czasopisma, składające się z pięciu tylko 
numerów. posiada Bibljoteka Uniwersytecka w Warszawie i Bibljoteka 
Ord. Zamoyskich. A s z p e r g i e r o w a K a t a r z y n a, słynna artystka
>>>
PRZYPI SY 


339 


dramatyczna. żona Wojciecha, również art. dram., zmarła w Warszawie 
w 1835 r. F r a n k o w aKr y s t y n a. żona Józefa, prof. Uno wil., o jej 
koncertach zob. Józef Frank, Pamiętniki (Wilno, 1913), pass. 
Do str. 47 sq. Wal i c k i M i c h a ł, podstoli lit., w 1804 r, ofiarował 
Uno Wil. cenne zbiory mineralogiczne 
 in. Zob. Enc. Orgelbranda, XXVI, 
339. J u n d z i ł ł S t a n i s ł a w (1761 - 1847), prof. botaniki w Uno Wil. 
Opis gabinetu anatomicznego zob.: dr. Wł. Zahorski, Gabinet anatomiczny 
Uniwersytetu i Akademji med.-chir. w Wilnie (\Varszawa 1901), D r. B r i o- 
t e t Jak ó b (1746-1819) prof. medycyny w Uno Wił. 
Ks. Bogusławski Józef Konstanty (1754-1819), prof. 
teologji, 
bieracz obrazów, zob. Bieliński, Uno "Vił. III, 13 0 . 
Do str. 51 sq. B o g u s ł a w s k i Woj c i e c h, słynny artysta i autor 
. 
dzieł dramatycznych, o jego występach w Wilnie zob. Skibiński, Pam. aktora 
(\Varszawa, 1912). J e l s ki K a z i m i e r z (zm. 1867 r.), prof. rzeźbiarstwa 
w Uno Wil. 
Do str. 62 sq. "Kurjer Litewski" w N. 46 z 8 czerwca 1817 r. zawia- 
domił o p r z y b Y c i u C z a r t o r y s k i e g o do Wilna "w nocy z 6 na 7 
czerwca". C h o d ź k o J a n (1777-1851), prezydent izby cywilnej miń- 
skiej, głośny działacz społeczny i pisarz, zob. "Teka wileńska" (1858), 272 sq. 
Pojedynek A. ks. Czartoryskiego z gen. Ludwikiem Pacem odbył się na tle 
rywalizacji o rękę księżniczki Anny Sapieżanki, późniejszej żony ks. Adama. 
Czartoryski odniósł lekką ranę. K o m i s jaR a d z i w i ł ł J) w s k a utwo- 
rzona 24 lutego st.st. 1814 r. miała na celu likwidację spadku i interesów ma- 
jątkowych po zmarłym w 1813 r. ordynacie Dominiku Radziwille, istniała 
do 1839 r. Zob.: Morawski, Kilka lat mI. m. w Wilnie, 467. P o c i e j A l e- 
k s a n d e r, oboźny lit., zasłużony patrjota. 
Do str. 55. "I.. e c i a l e c i" - godło Tow. Szubrawców, wzięte 
prawdopodobnie z wiersza Korsaka o ks. Bace. Krasiński wspomina również 
w swym "Dzienniku" pod datą 27 stycznia 1818 r. o maskaradzie, opisanej 
w N. 63 "Wiadomości Brukowych". 
Do str. 66. Ks. Chodani Jan Kanty (1767-1823), prof. 
teologji w Uno Wił. Obchód żałobny po zgonie Kościuszki zob.: "Zbiór 
mów w różnych miejscach mianych oraz opisów obchodu żałobnego nabo- 
żeństwa po zgonie... (Wi
no, 1818), por. Mościcki, Pod znakiem Orła (Lwów, 
19 22 ), 62 sq. 
Do str. 5'1. R o p P T e o d o r, ur. I stycznia 1748, zm. 16 lutego 
182 4 r., marszałek gubern. wileński w 1815-1818 r. 
Do str. 60. R o m e r 1\1 i c h a ł (1778-1853), zasłużony patrjota. od 
181 7 marszałek pow. trock., następnie marszałek gub. wileński, zob.: Mościcki, 
Pod znakiem Orła, 67. 215. 
Do str. 62 są. Ks. F a l k o w s kiJ ak 6 b (1778- 1836), kaznodzieja, 
nauczyciel Mickiewicza w szkole nowogródzkiej. Kor s a k o w - R i m s kij 
A 1 e k s a n d e r, w 1812- 18 3 0 gubernator wojenny wileński. W y bór 
w. ks. K o n s t a n t e g o n a p o s ł a z P r a g i zob. Mościcki, Pod berłem 
carów (Warszawa, 1924), 269. 


22* 


..
>>>
340 


HENRYK MOŚCICKI 


Do str. 63. Kra s i ń s k i Wal e r j a n zob. wyżej przypis do str. 23. 
O z g r o m a d z e n i a c h l i t e r a c k i c h u C h o d ź k ó w opo- 
wiada w swym pamiętniku Michał Czarnocki, p. niżej. · 
Do str. 65. Kossakowski Józef Antoni (177 2 - 18 4 2 ), uczest- 
nik kampanji 1794 r. i wojen napoleońskich; o nim i cennych jego zbiorach 
zob.: Leon Potocki. Pamiętniki pana Kamertara, III (Poznań. 1 86 9). 66 sq.. 
Konstanty Tyszkiewicz, Wilja i jej brzegi (Drezno, 18 7 1 ), 17, 257 sq.. Żych- 
liński. Złota księga szlachty pol., XII, 88 sq. S o f i j ów k a - słynny ogród 
Szczęsnego Potockiego pod H umaniem. 
Do stl'. 67. ,,\V Y s o k i P o d róż n y" - Król pruski, Fryderyk 
\Yilhelm III, który jechał do Moskwy. "Kurjer Litewski" w N. 44 Z 3 1 maja 
1818 r. donosił, że "mias
o nasze uszczęśliwione zostało przybyciem Wyso- 
kiego Podróżnego pod imieniem hr. Ruppin." Zob.: Frank, Pamiętniki, 
III, 192 sq. 
Do str. 75. L i s t D o m e y k i pisany do Bronisława Zaleskiego, 
redaktora wydawanych w Paryżu "Roczników Towarzystwa historyczno- 
literackiego", i po raz pierwszy ogłoszony był drukiem w tychże "Rocznikach" 
z 1872 r. O D o m e y c e: Sto lat myśli polskiej, III (\Varszawa. 19 0 7), 
4 1 7 sq.; Korbut, Literatura polska, III. 77. 
Do str. 78 sq. O Jeż o w s k i m J ó z e f i e 
J{allenbach, Ród filomatów. "Bibl. warsz.", 1914. Ks. 
(177 0 - 18 4 2 ), profesor w Liceum krzemienieckiem. 
Do str. 81. "Ozdobo twarzy, pokrętne wąsy" - .wiersz Kniaźnina. 
O Malewskim Franciszku zob. niżej. 
Do str. 83 i 101. \V u s t a w a c h T o w . F i 10m a t ó w byla 
istotnie mowa o wyłączeniu z prac T -wa "materyj religijnych i politycznych", 
ale działalność filomatów miała charakter wybitnie patrjotyczny, co w oczach 
rządu było " polityką". Zob.: Szpotański i Pietraszkiewicz6wna, Materjały 
do historji T-wa Filomatów, I -II (Kraków, 1920), pass.; Mościcki. Wilno 
i \\rarszawa w " Dziadach", 5 sq. 
Do str. 85 sq. B u d r e w i c z \V i n c e n t y - "Mickiewicz przypi- 
sał jemu balladę p. t. "Trzech Budrysów" (przypisek Br. Zaleskiego). K o- 
z ak j e w i c z S t a n i s ł a w - "Zesłany był do ciężkich robót za sprawę 
Szymona Konarskiego w 1838 r:. (przypisek j. w.). "B i a ł o s t o c z a n i n " 
. _ Michał Rubiewicz, zob. wyżej przypis do str. 27. 
Do str. 86. O b c h o d Y i m i e n i n o we - zob. Tretiak, A. Mickie- 
wicz w świetle nowych źródeł (Kraków, 1917), pass.; Poezja Filomatów, 
II (Krak6w, 1922). K u c ja - \VieczeTza w \Vigilję Bożego Narodzenia. P r z e- 
c i s z e w s k a F e l i c j a - Domeyko się myli, ukochaną Zana była uczen- 
nica jego z pensji Deyblów w \Vilnie, Felicja Micewiczówna, córka marszałka 
pow. wiłkomirskiego, Dominika; około r. 1825 wyszła za marszałka pow. 
kowieńskiego, Ignacego Wilamowicza, a po jego zgonie w r. 1830, za Filaretę 
Napoleona Nowickiego; zmarła w 1883 r.; zob.: "Kłosy" XLV (1885), 3 0 5 sq. 
Do str. 87. L i s i c z k a - "Ze wszystkich grzybów litewskich lisiczki 
są jedyne, których żaden owad nie gryzie i starzeją zdrowe, zachowując 


i innych filomatach: 
Osiński Alojzy
>>>
PRZYPI SY 


341 


swój piękny kolor żółto-czerwoniawy. lydzi Litwy przenoszą lisiczki nad 
inne grzyby dlatego, że nierobaczywe i dużo ich zjadają" (przypisek Domeyki). 
\V autografie p i e ś ń C z e c z o t a posiada treść następującą: 


Sztoż my waszeci skażem, 
Prostyje z sieła ludzie, 
J akije pieśniaczki zwiażem, 
Budź rad z tajej, co budzie. 
Bo my, jak myślim, czujem, 
Tak tabie zaśpiewajem, 
Tak tabie pawinszujem, 
Nieszczyrości nie znajem. 
Lisiczka żouty hrybok, 
Ślimaczkou nie baicca, 
Nie toczyć j aho czerwiaczok, 
J on u lesie zdarou bliszczycca. 
Konik na polu dureje, 
Choć kopy wozić niedbaje; 
Saławiej choroszo pieje, 
Samiczku k sabie sklikuje. 
Budź jak lisiczka zdarowy, 
J ak konik wiesioły pry trudzie, 
Niech twaje piśma, razmowy, 
Jak sałauja hołos budzie. 


Do str. 88. O C h o d ź c e A l e k s a n d r z e zob. Pigoń, Głosy 
z przed wieku (Wilno, 1924), 9 sq., por. "Tyg. UL" 1892, I. 
Do str. 9ł. Przytoczona przez Domeykę p i e ś ń C z e c z o t a została 
poprawiona i uzupełniona dwiema zwrotkami (6 i 9) według autentycznego 
tekstu w aktach wileńskiej Komisji Śledczej z 1823-24 r. 
Do str. 95 sq. O O g i ń 9 k i m K s a w e r y m: Archiwum Filoma- 
tów. Korespondencja, (Kraków, 1913), pass.; Askenazy, Łukasiński, II, 65. 
O Wo r c e II u S t a n i s ł a w i e zob. Limanowski, St. \Vorcell (Kraków 
b. r.). O arcybiskupie S i e s t r z e ń c e w i c z u B o h u s z u S t a n i 9 ł a- 
w i e: Loret, Kościół katolicki a Katarzyna II (Kraków, 1910) pass.; Mo- 
roszkin, Jezuity w Rossii I -II (Petersburg, 1867) pass. 
Niemczewski Zacharjasz (1766-1820). prof. mechaniki, 
od 1817 r. dziekan wydz. fizyczno-matem. w Uniw. \ViI. 
Ks. L w o w i c z K a l a 9 a n t y C y r jak, ur. 1794 r. w pow. du- 
bieńskim, kształcił się w szkole powiatowej ołyckiej, potem rówieńskiej 
i u ks. ks. pijarów w Międzyrzeczu, gdzie w 1814 r. wstąpił do zakon,: pi- 
jarów, nowicjat odbywał w Lubieszowie, tamże oraz w szkole szczuczyńskiej 
uczył matematyki; 26 sierpnia 1819 r. został wyświęcony w \Vilnie przez 
bisk. Kundzicza, w tymże roku wstąpił do Uno WiJ. na wydział matem.-fiz. J 
który w r. 1822 ukończył ze stopniem magistra filozofji, następnie był duchow-
>>>
342 


HENRYK MOŚCICKI 


nym w Ostrożanach w Białostockiem. Akta Kom. Śl., oraz Mościcki, Pod 
znakiem Orła (19 22 ), 226; Tygodnik Petersburski N. 28 z 18 5 8 r. 
Do str. 99 sq. w. ks. M i koł a j, późniejszy car Mikołaj I, ożenił 
się w T. 181 7 z królewną pruską Karoliną, córką Fryderyka \Vilhelma III. 
O z aj ś c i a c h a k a d e m i k ó w z oficerami: zob. niżej Pamiętniki 
Massalskiego; Dr. Z. Bujakowski, Sprawa Zana i Domeyków z chorążym 
Pełskim (Lwów, 1913); Archiwum Filomatów, Koresp., IV, 173, 24 0 , 3 2 5: 
Pigoń, Awantura w teatrze. "Słowo" wileńskie N. 23 8 z 19 2 3 r. P a p i e r y 
F i 10m a t ó w przechowane zostały przez rodzinę Pietraszkiewiczów, zob. 
"Bibljoteka \Varsz.", I (19 0 9). 
O w Y kry c i u w i 1 e ń s k i c h t o war z y s t w t a j n y c h zob. 
Mościcki, \Vilno i \Varszawa w "Dziadach" Mickiewicza (Warszawa, 19 08 ), 
pass. Wyrok na akademików wileńskich z 14 (27) sierpnia 182 4 r. ogłoszony 
był po raz pierwszy w języku polskim w broszurze Lelewela "Nowosilcow 
w Wilnie"' (\Varszawa, 18 3 1 ). 
Do str. 102 sq. F r e y e n d A n t o n i. ur. w 179 8 r. syn Ludwika. 
majora czy podpułkownika wojsk pruskich, rodzice mieszkali najpierw na 
Litwie, później w pow. hajsyńskim. gdzie mieli folwark; kształcił się naj- 
pierw w szkole bazyljańskiej w Borynach, od r. 1818 na wydziale fi7Ycz- 
nym Uniw. \ViI. (Akta Kom. Śl.). Szczegóły w Mościckiego, Pod znakiem 
Orła (19 22 ), 227 - niedokładne. J a g i e ł ł o Jak ó b. ur. w 179 6 r. 
we wsi Remeysie pow. wileńskiego, gdzie rodzice posiadali kilka włók ziemi 
"prawem lenności sobie nadane"; od 1817 r. kształcił się w Uno Wil. na wy- 
działach fizycznym, medycznym i literackim, uzyskał stopień kandydata 
filozofji; był nauczydelem domowym u Korsaków w majątku Micewicze pow. 
d!1ckiego, później zaś profesorem w gimnazjum słuckiem. Akta Kom. Śled- 
czej; \Valicki. Al. Moniuszko (Warszawa. 1 8 73), 4 2 ; B. J. K., Wspomnienia 
o Słucku (Gniezno, 1905), 74. Kuł a k o w s k i F e l i k s w Wilnie był 
dozorcą dzieci kapitana Owieczkina. Zob.: Księga pam. ku uczcz. Ioo-ej 
roczno ur. A. Mickiewicza. I (\Varszawa, 18 99), 53 są. 
D a s z k i e w i c z C y P r j a n, UT. 1803 r., pochodził z pow. słonimskiego, 
po ukończeniu gimnazjum białostockiego uczęszczał od 1820 r. do Uno \ViI. 
na wydział nauk moralno-politycznych. Zmarł na wygnaniu w r. 1 8 3 0 . Zob.: 
Athenaeum wil., III (1847), 152; Kallenbach, A Mickiewicz. I (Lwów, 19 2 3), 
386 są. 
Do str. 10-:1 sq. Domeyko mylnie zestawił apostatę. księdza Jana 
Czerskiego (ur. 1813 1".., zm. 1893 r.), współzałożyciela w r. 1844 z Janem 
Ronge kościoła "niemiecko-katolickiego", z księdzem S t a n i s ł a w e m 
C z e r s k i m (ur. 1777 r., zm. ok. 1840 r.), filologiem, nauczycielem językóW 
starożytnych w gimnazjum wileńskiem. O apostacie Czer5kim zob.: Gille r , 
Hist. powst. t III (Paryż, 1870), 172; dr. St. Karwowski, Hist. W. Ks. Po znań- 
. . 
skiego, I (Poznań, 1918). 230. O w Y s ł a n i u f i l a r e t ó w z \Vilna: Mo- 
ścicki. Pod znakiem Orła (1922), III są. S o b o l e w s kiJ a n, ur. 1800 r., 
szlachcic rodem z obwodu łomżyńskiego, powiatu t ykocińskiego , parafji po- 
świątczyńskiej. z majątku Grochy; po ukończeniu gimnazjum w BiałymstokU
>>>
PRZYPISY 


343 


wstąpił w 1816 r. do Uno \ViI. na oddział fiz.-mat. uzyskał stopień kandy- 
data filozofji; od r. 182 I był nauczycielem fizyki w szkole krożańskiej; 
filomata; zmarł w Rosji na wygnaniu w 1830 r. 
O u d z i a l e m ł o d z i e ż y l i t. w P o w s t a n i u 1831 r.: Janowski, 
\V promieniach Wilna i Krzemieńca (Wilno, 1923), 214 sq.; Mościcki, Pod 
znakiem Orła (1922), 240. P o h l R o m u a l d J u s t y n, ur. w 1801 r.. 
pochodził z gub. wileńskiej, szkoły kończył w Wilnie, następnie kształcił 
się w Akademji Połockiej, gdzie uzyskał stopicń kandydata filozofji, później 
w Uno 'ViI. który ukończył w 1823 r. ze stopniem kandydata ob. praw.; był 
jednym z naj czynniejszych organizatorów powstania 1831 r. wśród młodzieży 
wil. i szlachty oszmiańskiej; wyszedł z oddziałem gen. Chłapowskiego. do Prus, 
zmarł w 1831 r. w Ascheken, wpobliżu Kłajpedy. Mickiewicz, przebywając 
w grudniu 1831 r. w Łukowie pod Poznaniem u Józefa hr. Grabowskiego, 
ukrywał się pod nazwiskiem Justyna Pohla. Akta Kom. Śl. wil.; Domeyko, 
Pamiętniki (Kraków. 1908), 47; Bronikowski, Pamiętniki polskie, I (Paryż, 
1844), 153, 23 0 ; Wrotnowski, Zbiór pam. o powst. Litwy (Paryż, 1835), 
231 sq. .Mann, ""inc. Pol. I (Kraków, 1904), 173 sq., 204 sq. 
\Vo ł ł o w i c z M i c h a ł, ur. 1806 r., syn Kazimierza i Marjanny 
z Felkiersahmów, dziedzic Porzecza w pow. słomińskim. "w styczniu 1831 r. 
przybył z Litwy do Warszawy, skąd przez Rząd Narodowy wysłany na Litwę 
jako emisarjusz dla przyjęcia broni. w Połądze wylądować się mającej; znajdu- 
jąc się w bitwach w powstaniu telszewskiem, awansował tamże na kapitana 
kawalerji; wrócił do Polski i znowu z korpusem Giełguda przybył na Litwę, 
przyłączony do sztabu gen. Szymanowskiego odbył całą z nim kampanję, 
naostatek z; korpusem gen. Rolanda wszedł do Prus". Upoważnienie Rządu 
Narodowego, Warszawa 4 kwietnia 1831 r., dla M. \Vołłowicza "do działania 
w sprawie Narodu polskiego" i wezwanie do obywateli Żmudzi i Litwy, aby 
mu zaufali. List Gtwarty ministra spraw zagr. Małachowskiego, Warszawa 
5 kwietnia 1831 r., do władz cywilnych i wojskowych, aby nie odmawiały 
pomocy M. \Vołłowiczowi, "udającemu się z woli Rządu w woj. grodzień-kie, 
\\ileńskie i starostwo żmudzkie". Świadectwo: "Jenerał-major dowódca 
wojsk poL-lit. pow. telszewskiego wydaje niniejsze, iż Michał Wołłowicz, 
delegowany od Najwyższego Rządu Król. Polskiego, czynnie się przykładał 
do sprawy naszej ojczyzny, znajdywał się na kilku potyczkach w Litwie, 
później w bitwach pod Dorbianami i Połągą, wszędy okazywał dowody nie- 
Pospolitego męstwa i dzielnej rozwagi. słowem dowiódł czynem, że jest praw- 
dziwym Polakiem i dobrym oficerem. 'V nagrodę więc za swoje poświęcenie 
się i okazaną zdolność w oczach moich uznaję godnym .Michała \Vołłowicza 
stopnia rotmistrza kawalerji litcwsko-polskiej; takowy stopień nadaję mu 
wskutek przyznanej mi władzy przez Rząd lit.-polski p-tu telszewskiego. 
Dowódca wojsk p-tu telszewskiego gen.-major O. Jacewicz, adjutant Czer- 
niewski. Dane w obozie pod Taurogami 17 maja 1831 r." (papiery M. \Vołło- 
wicza, poruczone Domeyce w Paryżu w 1833 r. Rkpisy Bibl. polskiej w Paryżu). 
Zob.: Straszewicz. Les Polon ais (Paris. 1836); Domeyko, Pami
tniki (Kraków, 
[9 0 8); "Ateneum Wileńskie" (1923).
>>>
344 


HENRYK MOŚCICKI 


Do 8tr. 109. W Y j ą t k i z p a m i ę t n i k ó w O t t o n a Ś l i z i e- 
n i a ogłosił prof. Ludwik FinkeI w "Pamiętniku Tow. literackiego im. A Mic- 
kiewicza" (Lwów, 1888); rękopis. o ile wiadomo, zaginął; fragmenty dotyczą- 
ce Akademji Połockiej ogłosił J. G. (Giżycki) w "Materjałach do dziejów 
Ak. Pol." (Kraków, 1905). O Ottonie Ślizieniu: L. FinkeI. Wstęp do pamiętni- 
ków, j. w.; informacje od wnuka, prof. Marjana Massoniusa; życiorys Rafała 
Ślizienia, wydany bezimiennie (przez Henryka Ślizienia) w \Varszawie, 1890; 
J. G. (Giżycki), Materjały do dziejów Akademji Połockiej (Kraków, 1905), 
pass. 
Do str. 111 sq. Ks. Kundzicz Tadeusz (1747-1829). biskup 
sufragan trocki, rektorem nigdy nie był, czas jakiś administrował diecezję 
wileńską. W y r w i c z A n t o n i (1791 - 1865), profesor matematyki w Uno 
WiJ. - Poliński Pełka Michał (1784-1848), prof. matematyki 
w Uno Wil. pozostawił pamiętniki, obecnie w archiwum uniwersyteckiem 
w \Vilnie. - Ks. D o w g i r d A n i o ł (1776- 1835), prof. filozofji w Uno 
Wił. H o T o d e c k i I g n a c y (1776- 1824), prof. mineralogji w Uno \YiI. 
Ż y c k i T o m a s z (1762- 1839), prof. matematyki w Uno Wil. 
Do str. 115 sq. O s z e j n e k a t r y n c e w i l e ń s k i e j opowiada 
Odyniec w swych "Wspomnieniach" (Warszawa, 1884), wygładzając jednak 
i zmieniając WIersze. Michał Czarnocki w swym rkps. "Dzienniku"umieszcza 
nadto następujące wiersze z wil. szejnekatrynki: 


Oto profesor Grodek, 
Natury wyrodek, 
Lecz dobrze kurs wykłada 
I głowę ma nielada. 


Oto jest Żukowski, 
Profesor żydowski. 


. 


A czyście widzieli, 
J ak idzie Capelli, 
Co gdyby był gdzie się urodził 
. 
Byłby małpy wodził. 


Oto astronom Reszka, 
Co na dole mieszka, 
Bóg wie, co nie widzi w niebie, 
A gachów nie może dopatrzeć u 5iebie. 


Oto jest Życki,. 
Profesor akademicki. 


Oto jest Znosko, 
Profesor za łaską Boską,
>>>
. 


PRZYPISY 


345 


Przy Kuratorze, jak wody zapragnie, 
Krzepiąc siły. do ust z wiadrem nagnie. 


Oto macie przed oczyma 
Kazimierza Kontryma, 
Co skarbiąc ludzkie afekta, 
Podaje nowe projekta. 


. 


Oto Oczapowski agronom, 
Oto Sławiński astronom. 


R e s z k a I g n a c y (1760- I830), profesor astronomji w Uno \YiI. 
R u s t e fi J a n (1761 - I335). profesor malarstwa, wybitny portrecista. 
z pochodzenia Turek. S ł a w i ń s k i P i o t r (I795-I88I), prof. astro- 
nomji w Uno \ViI. S z y d ł o w s k i I g n a c y (1793- I846), nauczyciel 
gimnazjum wiL, literat, jeden z naj czynniejszych członków T-wa Szubrawców; 
znan y był ze swych skłonności do alkoholu. Zob. Morawski, Kilka lat, 482. Kra s 
s o w s k i K a j e t a n, prof. agronomji w Uno Wil. B o j a n u s L u d w i k 
(I776-I827), prof. weterynarji w Uno Wił. Kuk o l n i k P a w e ł (1795 do 
I884), prof. historji w Uno \ViI. znany z swego lojalizmu. 
Do str. 119 sq. O r o d z i n i e T o m a s z a Z a n a zob. nlzeJ. 
Komedj.a G r y c z a n e p i e r o ż k i zob.: "Pamiętnik literacki", IX (Lwów. 
I900), 319 sq.; "Poezya Filomatów", I. 228 sq. 
Do str. 124: sq. S p r a wag i m n a z j u m w i l e ń s k i e g o zob.: 
Mościcki, Wilno i \Varszawa w "Dziadach" (I908), pass. O m a s kar a- 
d z i e: Pigoń, Wesołe sceny z życia dawnego Uno \ViL "Słowo" (\Vilno 1923) 
N. 217. 
Do str. 129. P o r n o g r a f i c z n e w i e r s z e J a n k o w s k i e g o 
m. in. o Katarzynie II w aktach Komisji Śledczej (Rkpsy BibL Uno WiL). 
Listy Fr. l\Ialewskiego do ojca: Archiwum do dziejów lit. i ośw. w Polsce, 
VI, 278 sq. O K r u k o w s k i m: dr. Stanisław Morawski, Kilka lat mło- 
dości mojej w Wilnie (Warsza
a, I924). 
Do str. 136. \V y p a d k i w Kro ż a c h: :Mościcki, \Vilno i Warsza- 
wa; szkołę zamknięto nie w Krożach, lecz w Kiejdanach. 1\:1 o waT w a r- 
d o w s k i e g o przy zamknięciu szkoły kiejdańskiej, I (I3) marca 1824 r. 
Druk. w "Kurjerze Litewskim". 
Do str. 138. G o n z a l a J ó z e f, malarz, uczeń Rustema. Bieliński, 
Un, Wił., II, 743, 747. 
Do str. 1-15. C z a r n o c k i 2\1 i c h a ł: Dekret wywodowy Czamoc- 
kich z gub. mińskiej, 29 kwietnia st. sto 1802 r.; dyplom uniwersytecki :\Iichała 
Czarnockiego, 18 lipca st. st. 1829 r.; Dzienniki z lat 1824 - 28, wiersze i t. d.- 

kp3Y W pos. rodzin y; informacje od p. J ózefy z Świętorzeckich Obiezierskiej 
l od prof. Leona Petrażyckiego, syna Rozalji z Czarnockich, córki ::\Iichała. 
Rękopis drukowanych obecnie wspomnień otrzymaliśmy w r. 1906 od p. Jana
>>>
3-16 


HENRYK MOŚCICKI 


Łuckiewicza, pochodził naj pewniej ze zbiorów łohojskich; odpis posiada 
Bibljoteka Ord. Krasińskich. 
Do str. 148. M o r a w s k i S t a n i s ł a w: zob. jego pamiętniki p. t. 
"Kilka lat młodości mojej w Wilnie" (Warszawa, 1924). O wpływie ZWIąz- 
ków niemieckich na wileńskie-zob. wyżej przypis do str. 6. 
Do str. 1;)2. Wybicki, Pamiętniki, II (Warszawa, 1905), 47 sq. K a r- 
I] i e j e w Z a c h a T j a s z był cywilnym gubernatorem mińskim w 179 6 - 
1806 r., zob. o nim: (Jackowski), Powieść z c
asu mojego (Poznań. 18 5 8 ). 
60 sq. 
Do str. 155. L i c z b a s z kół, n a u c z y c i e J i i u c z n i ó w 
w okręgu wileńskim była najwyższa w porównaniu z innemi okręgami Ce- 
sarstwa Rosyjskiego. W r. 1820 było w okręgu wileńskim: 430 zakładów 
naukowych, 983 nauczycieli i 21 174 uczniów. Zob. "Dniewnik Departamienta 
nar. prośw.", III (1821). 502. - Nie Józef, lecz Michał Rukiewicz, zob. wy- 
żej przypis do str. 27. 
Do str. 156. S z y m k i e w i c z Jak ó b. głośny lekarz wil., pisarz, 
pierwszy prezes Tow. Szubrawców. Sęk o w s kiJ ó z e f (1800- 18 5 8 ), 
wychowaniec Uno Wil., głośny orjentalista, zob. Mościcki. Pod znakiem 
Orła (1922), 175, 237. G r e c z M i koł aj (1787 - 1867), właściwie Gretsch, 
znany literat rosyjski, pozostawił inter. "Zapiski" (Petersburg.I 886). B u 1- 
h a r y n T a d e u s z (1789-1859), literat rosyjski, Polak z pochodzenia, 
renegat. Słynny był swego czasu wiersz o nim Puszkina: 


Nie to bieda, czto ty Polak, 
Mickiewicz Lach, Kostiuszko Lach; 
Bud' ty Zyd, bud' Tatarin, 
No to bieda, czto ty Vidocq Bułharyn. 


(Vidocq Eugenjusz, głośny awanturnik i szpieg francuski, ur. 1775, 
zm. 1857. pozostawił inter. "Memoires" - Paryż 1828). Bułharyn pozostawił 
cenne "Wospominanja" (Petersburg, 1846-49). o jego działalności m. in.: 
"Russkaja Starina", IV (1871); Bisk. Ad. St. Krasiński, Wspomnienia (Kra- 
ków, 1900), 59 sq; Skarbek, Pamiętniki (Poznań, 1878), 181. Lemke, Niko- 
łajewskije żandarmy (Petersburg. 1908), 232 sq. 
Do str. 158. T o war z y s t w o S z e ś c i u - charakterystycz nem 
jest, że w tymże 1819 r. zawiązane zostało w \Varszawie wśród młodzieży 
akademickiej stowarzyszenie "dla układania wyboru poezji i prozy«, oży- 
, . II 
wione dążnościami narodowemi również pod nazwą "Towarzystwa SzesclU , 
zamienione później na "Towarzys.two Czcicieli Nauk"; należeli do niego: 
Mikołaj Chomętowski. Dominik Lisiecki, Kobyliński, Zakrzewski, \Vojciech 
Jarociński, Zaleski Ferdynand, Keller, Zajdler, Karol Milewski, prezesem był 
Henryk Nakwaski, syn senatora kasztelana, później głośny poseł na sejm 
rewolucyjny 1830- 31. r. W bliskich stosunkach z temi związkami pozostawał 
Józef Gołuchowski. głośny filozof. późniejszy profesor Uno Wił. Zob.: pro- 
tokół Rady T-wa Sześciu i inn. w rkps. Ak. Umiej.; Kwart. hist.. XVIII
>>>
PRZYPISY 


347 


(1904); Bieliński, Król. Uno warsz., I. 253 sq., II. 411; Askenazy. Łukasiński, 
I. 25 6 sq., 3 8 7. Chodźko Józef i M:orawski Stanisław nie byli Filomatami. 
Do str. 159 sq. T e o r j a p r o m i o n k ów - zob. zeznanie Zana z I maja 
st. st. 1822 r. - Archiwum do dz. lit. i ośw., IX, 154 sq.; Korespondencja 
Mickiewicza, III (Paryż.I883), 85. A n t y P r o m i e n i ś c i: Arch. Filomatów. 
Korespondencja, II, 126. 14 1 , 15 6 . 378; Mochnacki. Powst. nar. pol. w 18 3 0 - 
31 r., I (Poznań, 186 3), 256 sq. (zapewne Zan miał na myśli to "pismo zagra- 
niczne"). W o l a ń s k i prawdopodobnie Adam, zob. Bieliński. Uno Wil.. 
11,13 2 , 153. Bartoszewicz Zygmunt. wychowaniec Uno Wil., 
w 1827 r. wydał w \Vilnie "Historję literatury polskiej". S z a k i n A n t o n i 
(1790 - 18 45), pomocnik przy o bserwatorj um astronom. wil., później pro£. 
geodezji w Uno Wił. Kor o w i c k i A l e k s a n d er (1797- 1864). prof. 
prawa cyw. w Uno \Vil. S m o k o w s k i W i n c e n ty (1796- 18 7 6 ), 
malarz wil., uczeń Rustema. 
W i e r s z C z e c z o t a "Bodaj to złote wieki" druk. z nutami z ręko- 
pisu Zana w Horoszkiewicza "Echach min. lat", I (Lwów. 1889), 72. Śpiew 
Czeczota "Precz, precz" został poprawiony według oryg. tekstu druk. w "Poe- 
zyach Filomatów", II (Kraków, 1922), 105; nadto w oryginale po zwrotce 
drugiej następuje: 


Pój dź. chodź. moj a miła! 
Tyś to mię zwalczyła; 
Lecz ja ciebie zwalczę w tanie, 
Sił w n użętach twych nie stanie. 


A po zwrotce czwartej (właściwie piątej): 


Nuż. więc szlachta brat y, 
Gdy ty dziś wiwaty 
Spełniasz za zdrowie kochanki, 
Bądź mężem, spróżniwszy szklanki. 


Przy cytowanym wierszu Mickiewicza "Hej, użyjmy żywota" do wspo- 
mnianego tamże imienia "Feli" Czarnocki dodał następujące objaśnienie: 
..Feli oznacza Felicję M:ice.wiczównę, jedną ze słuchaczek lekcyj Tomasza 
Zana, które to imię Filareci przyjęli na oznaczenie kochanki. Uczucia deh- 
katne miłości i przyjaźni. a naj krócej i jaśniej powiedziawszy - czystość 
i szczerość, były wyższym szczeblem doskonałości filaretyzmu. Zan pierwszy 
został tych prostych uczuć apostołem, l\Iickiewicz swoim genjuszem utrwalił. 
To uczucie dotąd jest hasłem i cechą poetów litewskich. mianowicie Fila- 
retów" . 
Do str. 162 sq. P e l ski. U z ł o w s ki - zob. przypis do str. 99. 
Trę b a c z - Niejaki Hołubowicz, były trębacz wojsk poL, miał browar 
w Wilnie przy zaułkach nazwanych od jego nazwiska Hołubowiczow.:'kiem; 
u "Trębacza" zbierała się palestra wileńska na słynne piwo. zwane trębackiem,
>>>
34.8 


HENRYK MOŚCICKI 


bardzo mocne; amatorowie tego trunku odznaczali się chorobliwemi na twa: 
rzach rumieńcami; podobno wyrazy "trąbić" (pić) "strąbić się" i t. p. pochodzą 
od tego piwa. Jan ze Śliwina (Kirkor), Przechadzki po Wilnie (Wilno, 18 59), 
166; relacja ustna p. Edw. \Vołodki. Maskarada - zob. przypis do str. 124. 
Do str. 16ł. B o t w i n k o H i e r o n i m, prokurator, i S z łyk o w 
P i o t r. policmajster wił. - zob. Mościcki, Wilno i Warsz., 43 sq. Notatka 
w "Wiadomościach Brukowych", N.4 z 1816 r., miała treść następującą: 
"Pewien najprzebieglejszy złodziej wyznał na egzaminie, że jednej nocy w na- 
szem mieście tak był okradziony, iż wszystko utracił, cokolwiek przez lat 
dziesięć ciągłą kradzieżą zgromadził. To bardzo dobre na wzbudzenie ostroż- 
ności". Franciszek Grzymała w liście do Leona Zienkowicza, I stycznia 
18 59 r. (rkps. w pos. pryw.). tak o tern opowiada: "Zaraz w początkach 
wychodzenia" Wiadomości Brukowych" Szłykow, policmajster Wilna, w no- 
cy jednej, kiedy był na balu, okradziony został. Zręczni złodzieje wkradli 
się do jego domu i zabrali sumę 10000 rb. srebrnych obok wielu kosztowności. 
Szłykow był człowiekiem ugrzecznionym, ale zarazem znany był, jako biorący 
pieniądze na prawo i na lewo, jako zupełnie wolny od wszelkich skrupułów, 
które cechują uczciwych i nieprzedajnych urzędników. Rozchodzi się wieść 
o tej kradzieży i w kilka dni całe Wilno czyta w"Wiadomościach Brukowych" 
następne ogłoszenie - p. wyżej - Po wyjściu dziennika z podobnem donie- 
sieniem grupy ciekawych zbierają się na ulicach, rozkupują całą edycję.. 'Wia- 
domości". Śmiech powszechny panuje w mieście, wszyscy zrozumieli. co to 
za złodziej okradziony. Policmajster w nadmiarze gniewu i urazy wpada do 
do wojennego gubernatora Korsakowa, zanosi skargę i żąda ukarania redakto- 
rów za taką zniewagę. Korsakow, nieprzyjaciel złodziejów, z flegmą mity- 
guje swego podwładnego i mówi do niego: "Uspokój się, stłum gniew. Ja czy- 
tałem także ten dziennik. ależ tam nIema twego nazwiska, Szłykow, nie przy- 
znawaj się do tego, boby sprawdziło się przysłowie polskie: na złodzieju czapka 
gore". Policmajster, na nowo zdetonowany przez Najwyższego urzędnika. 
zamilkł, ale z gniewu zachorował". 
Relacja Czarnockiego o Szubrawcach nie jest prawdopodobna, uważać 
ją należy za odbicie kursujących ówcześnie pogłosek o zamierzonych przez 
Kontryma reformach w wolnomularstwie wileńskiem, zob.: Lelewel, Listy, 
I (Poznań, 1878), 316 sq.; Sobarri (Kirkor), Obrazki lit. (Poznań 1874). 175 sq.; 
Załęski, O masonii (Kraków, 1908), 211; Dobrianskij, Masonskija łożi w Li. 
twie (Wilno, 191 I). 
Do str. 165. S p r a w a w y n i e s i e n i a T war d o w s k i e g o 
przedstawiona nader stronnie i niedokładnie, por. życiorys Twardowskie[O 
przez d-ra Szeli gę (Bielińskiego) w Archiwum do dziejów lit. i ośw. w polsce, 
VI (1888) 172 sq. 
Do str. 16'7 sq. O s p r a w i e M a s s a l s k i e g o zob. Mościcki, 
Pod znakiem Orła (1922), 159 sq. 
D e r s z k o f P i o t r, ur. 1802 r., syn kupca z Mińska, Filareta, kształ- 
cił się w gimnazjum mińskiem i wileńskiem, później w Uno Wił. na wydz. 
fiz.-mat., gdzie otrzymał stopień kandydata filoz., zamożny, posiadał w pow.
>>>
PRZYPI SY 


349 


mińskim majątki: Maślaczanka. Malawki, Klin, oraz kamienice w Mińsku 
i w Wilnie. (Akta Kom. Śl.) 
Do str. 169. L a v a l hr. J a n (de la Valle) , urzędnik w petersb. 
Kolegjum spraw zagr. i człowiek Głównego Rządu szkół, inspektor w kadeckim 
korpusie morskim, mianowany czasowo po Czartoryskim - kuratorem okręgu 
naukowego wil., zm. w 1846 r. Zob.: "Russkij WiertnikU z 1864 r. N. 6 
i nast. 
Do str. 171. 
Komisji Śledczej 


Dalszy ciąg wiersza 
brzmiał, jak następuje: 


według tekstu w aktach 


Kiech się słowo w słowo stanie, co rzekł pan Senator, 
Niech się durnie z durniów rodzą 
I co nas za nosy wodzą. 
Kiech żyje Kurator I 
Gdy wolność stracona ze świata niknic, 
Pijmy zdrowie Pelikana, 
Nauk i ludzi tyrana, 
Niech każdy łyknie. 
Niech żyją matrony, co dobrocią słyną: 
\Viwat Księżna Zubowa 
I \Valentynowiczowa 
Z córką Karoliną! 
Jeszcze jedno zdrowie za damę wypiję: 
Nasza Gubernatorowa, 
Jaśnie \Yielmożna Hornowa 
Niech sto lat żyje! 
Szkoda nam Ławrynowicza, że już w groLie leży, 
Już mordów nie wznieci, 
"'
ieczny pokój niech mu świeci. 
Płacz. czuła młodzieży. 


, 


. 


Michał Czarnocki w swym "Dzienniku" po pierwszej zwrotce umIcszcza 
jeszcze dwie następujące: 


Niech żyją Moskale i ich pan łaskawy. 
Pijmy na cześć Konstantyna 
I cała carska rodzina 
Niech używa sławy. 
Niech żyją despoci I Niech żyją królowie. 
Ministry i senatory 
I ich służalcze dwory, 
Niech im służy zdro\\ie! 


Do str. 172. P ę c z k o w s ki, rodcm z Król. Pol., był w r. 1806 prze- 
wodniczącym założonego podówczas w Wilnie Towarzystwa Filomatycznego;
>>>
. 


350 


HENRYK MOŚCICKI 


czy jest to ta sama osoba - nie wiemy. Zob. Lelewel, Listy, I (Poznań, 18 7 8 ), 
4 1 sq. Michał Czarnocki w swym rkps. "Dzienniku" podaje nieco inny skład 
Towarzystwa Sześciu, a mianowicie: 
Achilles, prezydent, - Pęczkowski Piotr z gub. wileńskiej, z wydz. prawnego. 
Patrokl, członek - Zenowicz Ignacy z gub. mińskiej, z wydz. fizycznego. 
Orestes, członek Tyszkiewicz Seweryn, z gub. wołyńskiej, z wydz. lite- 
rackiego. 
Pilades, członek Chodźko Józef, z gub. mińskiej, z wydz. fizycznego. 
Goworek, członek - Zan Tomasz. z gub. mińskiej, z wydz. fizycznego. 
Leszek, sekretarz - Czarnocki Michał, z gub. mińskiej, z wydz. fizycznego. 
Polluks, członek - Szukszta, sędzia 2-go Departamentu wileńskiego. 
Kastor, członek - Morawski Stanisław, z gub. wileńskiej, z wydz. me- 
dycznego. 
Do str. 177 sq. B al] a d a Z a n a p. t. "Neryna" druk. w "Dziejach 
dobrocz. kraj. i zagr." (Wilno, 182 4). 
W i e r s z Z a n a "Pożegnanie panny AABcD", prawdopodobnie jest 
to "Elegia na odjazd uczennicy'. (Olimpji Przezdzieckiej ?) druk. w Gawale- 
wicza, Poeta promienisty (Warszawa, 19 11 ), 4 6 sq. 
W i e r s z Z a n a "Tabakiera" druk. w "Poezyach Filomatów", 
I, 283 sq. 
Do str. 183. L i t e r a t u r ę, d o t y c z ą c ą Z a n a, podaje prof. Kor- 
but w t. III "Stu lat myśli polskiej" i w "Literaturze polskiej", III, 73 są. 
Rodzina Zanów wywodzi się od Zania, bojara nowogrodzkiego z XVI w.; 
znani są: Zań Antiuchowicz, bojar hospodarski nowogrodzki z 15 11 r.; Zań, 
bojar lubecki 1522 r.; Zańko Iwanowicz, horodniczy wileński w 1499- 1 5 11 r. 
Rodzina Zanów w 1842 r. została wniesiona do VI-ej księgi szlachty gub. 
mińskiej. Zob.: Litowskaja l\1ietńka, I (Petersburg, 1903); Boniecki, Poczet 
rodów, 39 6 ; Ałfawitnyj spisok dworianskich rodow Minskoj gub. wnies. 
w dwor. rodosł. Knigi (Mińsk, 1903). Interesujące wiadomości o swej rodzi- 
nie podaje Tomasz Zan w swem zeznaniu przed wił. Komisją Śledczą z dn. 
28 stycznia st. st. 1824 r. (Archiwum Państw. w Wilnie): 
-"Nazywam się Tomasz, syn Karola, Zan, wieku mam lat 28, jestem 
religji rz.-katolickiej, spo
edź wielkanocną corocznie odbywam. Urodzenia 
jestem szlacheckiego, na co mam świadectwo J. W. Michała Kurowskiego, 
zastępującego miejsce marszałka powiatu wilejskiego, które świadczy, że 
ojciec mój, ja i bracia znajdujemy się w księgach szlacheckich tegoż powiatu. 
Urodziłem się w gubemji mińskiej, powiecie wilej ski m, parafji mołodeczań- 
skiej. Ojciec mój, wyszedłszy z opieki, ze znacznej części spadku po rodzi- 
cach w kapitałach, sumę do 20 000 złotych polskich wynoszącą, oddał na za- 
staw folwarku Chaleckowszczyzny, nie pamiętam do czyjego dziedzictwa 
należącej, w tejże gubernji i powiecie położonej, gdzie przez nieznajomOŚĆ 
prawa stracił i sumę i sposoby do jej dochodzenia. Udał się więc do służbY 
dworskiej i w r. 179 8 przyjął obowiązek ekonoma w Wiazyniu u J. W. puł- 
kownika Trębickiego, u którego służył lat 9, a potem rok u J. W. Gieczewi cza , 
teraźniejszego gubernatora (mińskiego), któremu się ów majątek dostał.
>>>
PRZYPISY 


351 


Po skończonej służbie za sumę 10000 zł. pol. wziął w zastaw folwark Iwiery, 
dwóch chłopów mający, do dziedzictwa niejakich J. P. Juszyńskich należący, 
w powiecie wilejskim, parafji mołodeczańskiej położony; folwark ten trzymał 
do r. 1819, nim go dziedzice nie przedali J. W. Michałowi Ogińskiemu. Prze- 
niósł się zatem na mieszkanie w gubernję grodzieńską, powiat nowogródzki, 
do Iskołdzi, gdzie u brata swojego, ks. \Valentego Zana, kanonika mińskiego, 
dziekana nowogródzkiego, plebana iskoldzkiego, z procentu od sumy 1000 
rubli sr., u wspomnianego Ogińskiego zlokowanej, utrzymuje się. zarządzając 
przytem majątkiem brata swojego. Jak służąc. tak trzymając folwark Iwiery 
z jego dochodów utrzymywał siebie i nas, dzieci. wychowywał. Ojciec mój 
żadnej nie ma rangi; na wezwanie kapitana sprawnego od r. 1811 aż do prze- 
dania Iwier używany był do posług w powiecie, a mianowicie do robienia 
dróg pocztowych i t. p., a w r. 1812 do robienia wojennych lazaretów w l\Io- 
łodecznej; w pismach i zaleceniach do niego przysyłanych mianowany był 
dworzańskim czynownikiem. Nauki pierwsze brałem w Mińsku, w gimnazjum, 
aż do klasy szóstej, od r. 1807 aż do r. 1812, w którym naprzód choroba, 
a potem rewolucja przeszkodziła do zupełnego szkół ukończenia. Później 
podupadły majątek ojca przez rewolucję nie dozwalał mu nas, synów jego, 
do Mińska oddawać i kiedy tymczasem blisko od Iwier w Mołodecznej otwo- 
rzyły się szkoły powiatowe, gdzie przez dwa lata, razem z trzema braćmi 
moimi zostając, dokończyłem nauk na szkoły przepisanych; wnet w r. 1 81 5 
przybyłem do Uniwersytetu. Od tego czasu aż do wzięcia W are5zt słuchałem 
kursów w oddziale nauk fizyczno-matematycznych; utrzymywałem się po 
największej części z dawania lekcyj prywatnych uczniów gimnazjum i Uni- 
wersytetu, z dawania lekcyj na pensjach, a w mniejszej części z pomocy, 
od stryja i od ojca w miarę ich możności i drobnych moich potrzeb udzielanych. 
W r. 1816 w Oddziale nauk fizyczno-matematycznych otrzymałem stopień 
kandydata filozofji, a w latach 1822 i 1823 zdawałem egzamina podług nowych 
prawideł na stopień magistra filozofji, który stopień lubo od tegoż Oddziału 
został mi przyznany, lecz jeszcze od J. O. X. Ministra nie jest potwierdzony". 
O zamiarze pisania pamiętników po powrocie z wygnania wspomina 
Zan kilkakrotnie w swoich listach; pamiętniki te miały stanowić część należ- 
ności, jaką Zan zobowiązał się zapłacić Adolfowi Dobrowolskiemu za nabyty 
od niego majątek Kokowczyn; zezasem prawo do tych pamiętników przeszło 
za zgodą Dobrowolskiego na Karola hr. Chodkiewicza. Zob.: Czernicki, 
Żywot i koresp. Tomasza Zana (Kraków, 1863), 129, 143, 147, 154, 160; Michał 
Rolle. Z minionych stuleci (Lwów, 1908), 104 sq. 
W liście do :Maryli Puttkamerowej z Wilna 2 list. st. st. 1849 r. pisał 
Zan m. in.: "Adamowicz (Adam, prof. Akademji med.-chirurg. w \Vilnie - 
p. w.) i Odyniec oświadczają mi pomoc do układania. przedsięwziętych pamiętni- 
ków, jako osoby przywykłe do redagowania, tem bardziej, że piśmiennictwo 
nie zdaje się być mojem powołaniem i w niem dotąd żadnego nie miawszy 
znaczenia, wątpię, abym co kiedy mógł znaczyć" (rkps. w pos. pryw.). Za- 
mierzony pamiętnik miał nosić tytuł: "Początnik mowy czyli nauk polskich". 
Wyjątki z pamiętnika Zana p. t. "Świat i miłość" ogłosił prof. Pigoń w "Gło-
>>>
, 


352 


HENRYK MOŚCICKI 


sach z przed wieku" (Wilno, 1924), 104 sq., oraz fragmenty z jego wspomnień 
orenburskich w N. 289-90 "Dziennika \Vileńskiego" z r. 19 2 3. 
\V ogłoszonych "Notatkach pamiętnikarskich" podział na rozdziały 
i podanie ich treści należy do wydawcy. 
Do str. 186 sq. J e ł o w i c c Y - patrjotyczna ta rodzina odznaczyła 
się zwłaszcza podczas powstania 1831 r. na Podolu. Zob. Wrotnowski, Hi- 
storja powst. na \Vołyniu. Podolu i Ukrainie w r. 1831, I (Lipsk, 18 75), 288 sq. 
Chołoniewski Stanisław ksiądz (1791-1846), pisarz religijny, 
przyjaciel Mickiewicza. H o ł o w i ń s kiJ g n a c y ks. ( 180 7- 18 55). później- 
. szy arcybiskup metropolita mohylewski, pisarz religijny. R z e w u s k i 
H e n ryk (1791-1866), znakomity pisarz, autor "Listopada". Ś n i a d e c- 
k i J a n był z pochodzenia Wielkopolaninem. L e j b o s z y c albo L i- 
b o s z y c, głośny na pocz. XIX w. lekarz wileński, o nim: Frank. Pamiętniki 
(\Vilno, 19 1 3), pass. G o wo rek - pseudonim Zana w Tow. Śześciu zob. 
wyżej str. 172. 1\1 i a d z i o ł - miasteczko w pow. ooWilejskim z kościołem 
ks. ks. karmelitów bosych, posiadającym relikwje św. Justyna. M i a n o ws ki 
_ prawdopodobnie Zan miał na myśli l\Jikołaja Mianowskiego (17 8 3- 18 43), 
prof. medycyny w Uno \ViI., późniejszego rektora Akademji Medyko-Chirur- 
gicznej w "-ilnie. "D i s c e p u er. . ." - powiedzeme, przypisywane 
- Stefanowi Batoremu. 
Do str. 192. J a n S u c h e c k i, nauczyciel matematyki w gim. miń- 
skiem. l\1ich. Czarnocki w rkps. "Dzienniku" mówi o nim: "Nie wiem. dla- 
czego zarobił on na opinję wielkiego matematyka, cała jego nauka się koń- 
czyła na powtarzaniu tych dwóch wierszy: 


Co to mi za pan podkomorzy, 
Co na hipoten uzę wielki pysk otworzy. 


Syn jego. Bruno, sławnym był urwiszem w gimn. mińskiem, zostawszy jednak 
profesorem w gimn. ",ileńskiem, znikło trzpiotostwo a został dowcip i weso- 
łość". Bruno Suchecld należał czas jakiś do Tow. Filomatów, za rozgłaszanie 
wiadomości o T -wie i opieszałość został usunięty. Arch. Filomatów. Koresp. 
I, 241. P o l i ń s k i P ełk a M i c h a ł - późniejszy prof. Uno WiI. 
C e j s P i o t r - pierwszy dyrektor przekształconej w 1 80 3 r. szkoły podwy- 
działowej mińskiej na gimnazj um siedmioklasowe. Cejs. wychowaniec korpusu 
marynarki, niegdyś oficer marynarki rosyjskiej, następnie policmajster 
miński, na stanowisko dyrektora gimn. wyniesiony przez kaprys gubernatora 
Karniej ewa, którego zdaniem kwalifikacje policmajstra były zupełnie wy- 
starczające do kierowania wychowaniem młodzieży. Zob.: Iwaszkiewicz, 
Mińsk, (Poznań b. r.), 10. S t r o y n o w s k i H i e r o n i m, prof. i rektor 
Uno WiI., autor podręcznika: "Nauka prawa przyrodzonego, politycznego, 
ekonomji pol. i prawa narodów" (Wilno, 180 5). 
Do str. 194 sq. A b ł a m o w i c z I g n a c y, późniejszy prof. Liceum 
Krzemienieckiego i Uniw. Kijowskiego. B r o d o w s k i I g n a c y, naU- 
czyciel historji i prawa, później zasłużony dyrektor gimn. świsłockiego, reda k -
>>>
\ 


PRZYPISY 


353 


. 
tor "Gazety Tymczasowej Mińskiej" w 1812 r. Ks. D e d e r k o Jak ó b 
I g n a c y - pierwszy od 179 8 r. biskup miński, za przystąpienie do Konfe- 
deracji w 1812 r. usunięty od rządów diecezji, zamieszkał w Ołyce, gdzie 
zmarł 24 grudnia 182 9 r., otoczony czcią powszechną. Z ł o t a Gór k a .- 
cmentarz w Mińsku. P o t e m k i n lo w był archirejem prawosł. w Mińsku 
1796- 18"12; o jego działalności: Runkiewicz, Istorja Minskoj archijeskopii 
(Petersburg, 1893), 358 sq. L e o n a r d C h o d ź k o (1800- 1871), syn 
Ludwika l Walerji z Dederków. znany pisarz hist. i działacz na emigr. po 
1831. Zob. Wernicki. L. Chodźko i jego prace (Lwów. 1880). 
O z a b a w a c h woj s k o w Y c h w M o ł o d e c z n i e: raport 
Nowosilcowa z 13 (25) maja 1824 r. - Wierzbowski, K istorji tajnych obszczestw 
(\Varszawa, 18 9 8 ), 48 sq.; Pigoń, Głosy z przedwieku (\Vilno, 1924). 94 sq., 
por. Fr. MickieW1cz. Pamiętnik (Lwów, 1923), 40. M u c h l i ń s k i A n t o n i 
(1808- 18 77), uczył się w Mołodecznie 1817-23, i w Uno WiI.. późniejszy 
prof. Uniw. Petersburskiego, znany orjentalista. 
Do str. 199 sq. "N, a n i ż e l i A" = Napoleon - Aleksander, 
zob. o kulcie Napoleona na Litwie por. 1812: Mościcki, Pod znakiem Orła 
(19 22 ), 212; Pigoń, Głosy, 94. C z e r n i a w s kiJ a n, od 1803 r. prof. 
jęz. i lit. ros. w Uno WiI. Kar d y n a l j a - dom przy ul. \Vielkiej w \Vilnie, 
należący niegdyś do Jerzego ks. Radziwiłła, kardynała i bisk. krak. H o II a n d 
J a n D a w i d, w 1802-25 prof. muzyki w Uno \ViI. Kar C z e w s ki 
J ó z e f. sekretarz T-wa Szubrawców, pozostawił inter. pamiętniki rkps.. 
zob. Jankowski, Powiat oszmiański, I (Petersburg. 1896). 42 sq. J ó ż e f 
Z a wad z k j - (1778-1838), znany księgarz wileński. A n t o n i l\I a r- 
C i n o w s k i (1781 -1855), redaktor "Kurjera Lit." i "Dziennika \ViI." 
Zob. "Tyg. lU." N. 3 z 1905 r. R y c h t e r J a n B o g u s ł a w (1787-1853). 
redaktor "Wiadomości Brukowych". Zob.: J. B. Rychter, O lnie towamym 
lit., poprzedzone życiorysem przez \VI. Syrokomlę (Wilno. 1859) L a c h n i c- 
k i I g n a c y E m a n 
 e l (1793- 1826), redaktor .,Pamiętnika Magnetycz- 
nego V\?ileńskiego" (1816-18). J ó z e f K o wal e w sk i (1800-78), filo- 
mata, późmejszy prof. Un.. Kazańskiego i Szkoły Głównej warsz., głośny 
filolog. B a ł a m u t - czasopismo satyryczne wyd. w Petersburgu w 1830 do 
35 r. przez Bułharyna, Rogalskiego, Sękowskiego i in. T o war z y S t w o 
P r z y j a c i ó ł zob. Pietraszkiewiczówna, Dzieje Filomatów (Kra- 
ków, 1912), 3 0 . 
Do str. 202. 6 w c z e s n e t o war z y s t w o wiI. zob. listy Lele- 
wela, pamiętniki prof. Franka, :\Iik. Malinowskiego, St. Morawskiego i inn. 
Do str. 203. G m i n y O b o r s k i e g o - gminy Towarzystwa Pa- 
trjotycznego, zob. Mościcki, \Vilno i \Yarszawa, 10. l\'I i c h a ł S z y r m a 
ur. w 1802 r., kandydat praw Uno \ViI., Filareta. A n t y P r o m i e n i ś c i - 
zob. przypis do str. 159. 
K o m i s j a. u t wo r z o n a w 1822 r. z rozkazu Czartoryskiego 
do śledztwa w sprawie Promienistych, składała SIę z profesorów: Bojanusa, 
ks. Kłągiewicza i Łobojki, akta jej ogłosz. w Archiwum do dziejów lit. i ośw., 
IX, 136 sq. 


Z filareckiego świata. 


23 


. 


.
>>>
354 


HENRYK MOŚCICKI 


. 
D u d i n A n t o n i, ur. 1802, prawosławny, szlachcic z gub. mińskiej, 
syn dymisjo porucznika i horodniczego w Bobrujsku, kształcił się w szkole 
pow. ihumeńskiej, potem w lVlołodecznie, w 1818 r. zapisał się na oddz. fizyczny 
Uno Wil., w 1821 otrzymał stopień kandydata filozofji, należał do T-wa 
Filaretów (Akta Kom. Śl.). 
Do str. 209 sq. lVI a s s a l s k i E d war d T o m a s z: Encykl. Orgel- 
branda, XVIII, 156; Chmielowski, Hist. lit. pol., III (Warszawa, 1899), 
233; Bibljografja Estreichera, III, 80, 225; Rogalski, Hist. liter. pol. (Warszawa, 
1871), I, 22, II, 448; J. G. (Giżycki), Materjały do dziejów Akademji Połoc- 
kiej (Kraków, 1905), 124 sq., 255; Bieliński, Uno WiJ., III, 442; 1\10ścicki. 
Pod znakiem Orła (1922), 162 sq., 235. Rękopis pamiętników, doprowadzo- 
nych do 1853 r.. znajduje się w posiadaniu syna autora, prof. Urbana Wareg- 
Massalskiego. 
S t r o g a n o w S e r g j u s z, syn Grzegorza, ur. 1794 r. zm. 1882 r., 
generał, znany działacz rosyjski, kurator okręgu nauk. moskiewskiego etc.; 
w r. 1831 był gubernatorem wojennym mińskim i na tem stanowisku pozyskał 
sympatję ludności. W r. 1832 Aleksander l\Ioniuszko (stryj muzyka, syn Sta- 
nisława i Ewy z Woyniłłowiczów) przyjechał do Petersburga, "jako deputo- 
wany od obywateli gub. mińskiej, żeby z ich składki ofiarować Stroganowowi 
prezent odpowiedni na pamiątkę ich wdzięcznośc1 za jego ludzkość, okazaną 
w sprawach powstania i wogóle przez czas jego zarządu gub. mińską. Ura- 
dzono, żeby zrobić urnę złotą z nadpisem stosownym. O ten nadpis było 
wiele rozpraw; Moniuszko projektował nadpisać: "a l'homme le plus vertueux" 
i pod spodem od kogo i rok. 1\1nie się zdało, że więcej by zawierało się myśli 
w jednem słowie: "a l'homme",... ale moje zdanie musiało uledz przewadze 
głosów. I tak owa urna, ślicznie w Petersburgu wykonana, została Stroga- 
nowowi ofiarowaną" (Z pamiętników Edw. Tom. 1\1assalskiego). l\finjaturę 
Stroganowa, malowaną w Mińsku w r. 1830- 31 przez Wańkowicza, posiadał 
Al. 1\10niuszko w Śmiłowiczach. Zob.: Russkij biograf. słowar, XIII (19 0 9), 
5 2 3 sq.; Rastawiecki, Słownik malarzy pol., III, 28. O D o m i n i ku 1\1 o- 
n i u s z c e: Walicki, St. 1\10niuszko 20 sq., 86 sq., Mościcki, Pod znakiem 
Orła, 223. 
Do str. 215. P o s e l s t wo M i c h a ł a O g i ń s k i e g o do Ho- 
landji doszło do skutku w r. 1788, zob. Ogiński, Memoires, I (Paris, 1826). 
O G o r e c k i c h zob. St. 1\10rawski, Kilka lat młodości mojej w Wilnie 
(Warszawa, 1924). 
Do str. 217 sq. B e n n i g s e n L e o n c j u s z, gubernator woj. wiI. 
1801 -06, wódz ros. w 1806--7 i 1812 r. O c z a p o w s ki 1\1 i c h a ł (17 88 - 
1854), prof. gospodarstwa wiejsk. w Uno WiJ. 
Do str. 225 sq. G i e c e w i c z vel G i e c z e w i c z W i n c e n t y, guber- 
nator cywilny miński w I8I7-3Ir. Ks. Muśnicki Nikodem 
(17 6 5- 180 5), jezuita., prof. szkół połockich, wydał w Połocku 1803 r. głośny 
poemat p. t. "Pułtawa", zob. Chmielowski, Liberalizm i obskurantyzm na 
Litwie i Rusi (Warszawa, 1898), 49 sq. 
Do str. 231. P u ł kKo n o p kiJ a n a formowany był 
a Litwie
>>>
PRZYPI SY 


355 


w r. 1812 z młodzieży szlacheckiej, zob. Iwaszkiewicz, Litwa w 1812 r. (War- 
szawa, 1912), 171 sq. B r o n i k o w s k i 
I i koł a j gen., gubernator 
miński w r. 1812 Iwaszkiewicz, I. c. 
Do str. 243. A n g i o l i n i J ó z e f (1747-1814) prof. Akademji Po- 
łockiej, wydał "Institutiones philosophiae" (Połock, 181 9). 
Do str. 247 sq. O A k a d e m j i P o ł o c k i e j, jej profesorach, 
uczniach etc. zob.: J. G. (Giżycki), Materjały do dziejów Akademji Połockiej 
i szkół od niej zależnych (Kraków, 19 0 5). 
Do str. 249. O s z t o r p L e o n, w 1823-47 marszałek gub. mińsk. Zm. 
3 1 stycznia 1851 r. w Dukorze, pozostawił pamiętniki w rkpsie. Portret 
jego mieści w Albumie \Vilczyńskiego. 
Do str. 252. T o war z y s t w o B i b l i j n e, rozpowszechniające Pi- 
smo św., o jego działalności na Litwie zob.: Chmielowski. Liberalizm i obsk. 
( 18 9 8 ), 15 1 sq.; Bobrowskij, Russkaja gr.-uniatskaja cerkow w carstw. Ale- 
ksandra I (Petersburg, 1890), 182 sq. 
Do str. 263. O b i s k. K u n d z i c z u i P r o m i e n i s t Y c h zob. 
Archiwum Filomatów. Koresp.. II, 110 sq. 
Do str. 2
O. I l i ń s kiJ ó z e f A u g u s t hr. (1766-1844), generał- 
inspektor wojsk kor., później senator ros..starosta ulanowski, dziedzic Roma- 
nowa; żonaty powtórnie z Francuską. p. Crac. O jego dziwactwach wiele 
w pamiętnikach współcz., np. Seweryna Bukara, Ochockiego, Steckiego 
i inn., nadto lVlorawski, Kilka lat, 5 0 3. 
Do str. 272. Odyniec wydał wtedy wiersz p. t. "Kasino, wiersz na 
dochód Tow. Dobrocz." (\Vilno, 1823); Al. Chodźko p. t. "Przypomnienie, 
wiersz z powodu grania przez amatorów na zysk Tow. Dobroczynności Komedji 
"Barbara Zapolska" w \Vilnie" (WIlno, 1823); Józef Massalski p. t. "Karnawał, 
wiersz pisany r. 1823 dn. 22 lutego" (tamże). T o w i a ń s k i A n d r z ej 
(1799- 18 7 8 ), słynny mistyk; literaturę o nim podaje prof. Korbut w "Lite- 
raturze poI.". III, 268 sq. G u t t F e r d y n a n d, najstarszy syn Jerzego, 
aptekarza w \Vilnie, ur. 1790 r., Filareta, Uno \ViI. ukończył w 1823. zm. 
26 grudnia 1871 r. Zob.: Wł. Mickiewicz, Żywot A. M-cza, III, 93, XVIII; 
Koresp. A. M-cza. I, 244; Witwicki, Towiańszczyzna wystawiona (Paryż, 
1844), 6; Pigoń, Z epoki 
lickiewicza (Lwów, 1922), 171 sq.; Mościcki, \Vspo- 
mnienie o Towiańskim. "Bibl. Warsz.", I (1907), 595 sq. Bieliński, Uno 
Wił., III, 399; Roczn. Tow. hist.-lit. w Paryżu (Poznań, 1872). 608. \V a ń- 
kowicz Walenty (1799-1842), słynny malarz wil. O działa 1- 
n o ś c i T o w i a ń s k i e g o w 1832 - 33 r. tak: mówi Massalski w dalszym 
ciągu swoich pamiętników: 
"W tymże prawie czasie (w r. 1832) przybyli do Petersburga Towiański 
i Aleksander Moniuszko, obaj z interesami do Stroganowa... Towiański przy- 
był poprostu w celu nawrócenia Stroganowa na swoją wiarę. Trudno było 
temu uwierzyć, ale istotnie tak było. W Mińsku jeszcze Stroganow, chcąc 
mieć swój portret, wezwał Walentego Wańkowicza jako słynnego już wówczas 
malarza. Ten przy malowaniu w rozmowach ze Stroganowem powziął myśl, 
że on, człowiek postępowy, łatwoby chwycił się, pędu górnego". gdyby tylko 
23*
>>>
356 


HENRYK MOŚCICKI 


Towiański mógł z nim pokonferować. Zakomunikował więc mistrzowi swoje 
postrzeżenia i uradzili "działać" na Stroganowa, i kiedy się to uda, wpłynąć 
za jego pomocą na innych rosyjskich magnatów, ponawracać ich, t. j. nakłonić, 
żeby uznali Towiańskiego za mistrza i podług jego planów służyli sprawie 
polskiej, a następnie słowiańskiej i całej ludzkości. Że by' zaś nastręczyć 
mu pretekst do zawiązania znajomości ze Stroganowem. który pod
zas ich 
narad wyjechał już był do Petersburga, \Vańkowicz wymalował śliczny obraz 
Pana Jezusa, któryby Towiański ofiarował Stroganowowi i miał zręczność 
od Pana Jezusa skierować rozmowę do swoich dogmatów. Jakoż ten pośpie- 
szył do Petersburga za Stroganowem i prezentował się u niego z owym obra- 
zem, jakoby przysłanym od \Vańkowicza w podarunku. Stroganow, jak wszyst- 
kich, tak i jego przyjął grzecznie. ale kiedy się zawiązała nastrojowa rozmowa, 
musiał pomiarkować z kim ma do czynienia. bo chociaż Towiański po dłu- 
giej konferencyi zamówił sobie następne odwiedziny. ale nigdy już, pomimo 
wszelkich jego usiłowań, nie mógł ze Stroganowem zobaczyć się. \-Yreszcie 
zrozumiał, że ten go puszczać do siebie zabronił. Rzucił się więc Towiański 
do innych Rosjan, a nie mogąc do panów, próbował na każdym, z kim tylko 
mógł mieć jakikolwiek stosunek; ale z pozytywnymi Rosjanami trudniejsza 
była sprawa, niżeli ze swymi. więcej poetyckich mającymi usposobień. Sło- 
wem, że, przez siedem miesięcy siedząc w Petersburgu, nikogo nie nawrócił, 
nawet ani Litwina żadnego..." . 
"W końcu czerwca (r. 1833) zdarzyła się Karolowi (Massalskiemu, młod- 
szemu bratu Tomasza) zręczność odjechać do Wilna na koszt wspólny razem 
z Towiańskim. Ten, nie mogąc nikogo nawrócić w Petersburgu, zaczynał 
już tęsknić do swoich zwolenników w Wilnie, których miał tam obu płci 
kilkunastu, lecz możeby jeszcze tak prędko północnej misji swej nie opuścil, 
gdyby nie list \Vańkowicza, który go zastraszył. Napisał bowiem doń \Yań- 
kowicz, że tak wysoko postąpił na swojej mistycznej drabinie, iż Towiański 
już nie jest godzien rozwiązać rzemyka u jego obuwia. Przeczytawszy to, 
mistrz natychmiast wysłał rozkaz do Gutta. żeby niezwłocznie pośpieszył 
do Mińska puścić krew Wańkowiczowi, bo widocznie warj uje, i sam zaraz 
zabrał się do powrotu. Wyjechali więc z Karolem. W tej podróży usiłowal 
Karola na swoją wiarę nawrócić, ale kiedy mu się to żadną miarą nie udawało, 
umyślił go podług swego systemu zażyć. To jest żeby pokornych wspierać 
wszelkie mi siłami, a pysznym też wszeJkiemi siłami szkodzić dlatego, żeby 
ich upokorzyć i przez to na dobrą drogę wprowadzić. Pokornym zaś i zwał 
tych, którzy ślepo Towiańskiemu wierzyli; ci mieli podług niego pęd górny; 
pysznymi naturalnie byli w oczach jego i mieli pęd dolny wszyscy, którzy nie 
chcieli uledz jego wymowie. Zatem przez miłość bliiniego należało ich upo- 
korzyć i tym sposobem z upadku na stopniach świętej drabiny podźwignąć. 
Otóż i Karol, kiedy w tej podróży okazał się nie uległym, a zatem pysznym, 
Towiański przez miłość bliźniego porzucił go na poczcie, o kilka stacyj przed 
Wilnem, zabrawszy z sobą tłomok. w którym były Karolowe pieniądze i pa- 
szport. Z wielką biedą dostał się Karol do Wilna, wyłajał Towiańskiego, ode. 
brał swój tłomok i na tem się ich znajomość zakończyła".
>>>
PRZYPISY 


357 


Do str. 215. S z a n t y r S t a n i s ł a w ks. wydał "Wiadomości do 
dziejów Kościoła i religji katolickiej w krajach panowaniu rosyjskiemu pod- 
ległych" (Poznań, 1843), zostawił pamiętnik p. t. "Pamiątki mego życia 
i w niem zdarzeń różnych z pamięci spisany z opisaniem miejsc znajomych 
oraz biografia współczesnych osób przeze mnie X. Stanisława Ursyna z Zantyr 
prałata r. 1846 napisany" - druk. w obsz. wyjątkach przez Helenjusza 
(Iwanowskiego) w "Pamiątkach pol. z różnych czasów, II (Kraków, 1882), 
83 sq.; por.: "Dzieje dobrocz. kraj. i zagr.", I (Wilno, 1820), 440. 
Do str. 2'76. Spitznagel Ferdynand (1760-1826), prof. me- 
dycyny w Uno \ViI., o synu jego, Ludwiku, przyjacielu Juljusza Słowackiego: 
Hoesick, Życie J. Słowackiego, I (Kraków, 1896), pass. 
Do str. 279 sq. O s p r a w i e u c z n i Ó w w i l. i J ó z e f a M a s- 
s a l s k i e g o d a n e n i e ś c i sł e, zob.: Mościcki, Wilno i \Varszawa 
(1908), pass.; Mościcki. Pod znakiem Orła (1922). 159 sq. 
Do str. 283 sq. Oubril, właściwie Oubri Piotr (1774-1847), 
poseł rosyjski w lVladrycie i Frankfurcie. 
P a n i e w s k i: zob. Mościcki, Kapral w "Dziadach" - "Tyg. lU." 
N. 32 - 1913 r. · 
Do str. 290. O A n t. K a m i ń s k i m zob.: Mościcki, Pod znakiem 
Orła, 236. 
Do str. 307 sq. Dane biograficzne o F r a n c i s z k u M a l e w s k i ID 
rozproszone są w literaturze mickiewiczowskiej, charakterystyka u Kallen- 
bacha, Ród Filomatów. - "Bibl. warsz.", I (1914), 23 sq.; nadto: Bieliński, 
Uno Wił., III, 439; Nolde, Popytka kodyfikacji lit.-pols. prawa (Petersburg, 
196), 97. Listy Fr. Malewskiego ogłosz. m. in. w: "Księdze pam. na uczcz. 
setnej rocznicy ur. A. Mickiewicza" (Warszawa, 1899); "Z nad Wilji i Niemna 
(Wilno, 1906); "Rok Mickiewiczowski" (Lwów, 1899); "Sami sobie" (War- 
szawa, 1900) in ter. listy do Lelewela i do żony, z lat 1827, 1829, 1838 ogłosił 
Wł. l\1ickiewicz w czas. "Echo polskie" (Moskwa, 1916 r.) NN. 2 3, 6, 7, 14, 
4 1 -2. Bibljografja prac Fr. Malewskiego - w rkpisach Bib!. Ord. Krasiń- 
skich. Interesujące dane zawierał rkps. pamiętnik ojca Franci
ka, rektora 
Szymona Malewskiego, prawdopodobnie zaginiony, nadto rękopisy w archiwum 
rodzinnem p. Wł. Mickiewicza. 
F r y C z Y ń s ki .M i c h a ł, wychowaniec Liceum Krzem. i Un. Wil., 
wysłany był przez Liceum zagranicę dla kształcenia się w agronomji, po 
powrocie w r. 1824 mianowany był nauczycielem agronomji w Krzemieńcu, 
stamtąd .zaś powołany w 1829 r. na prof. agronomji praktycznej do Uno \ViJ. 
i na dyrektora Instytutu Agron. w Zameczku, folwarku, położonym pod \Vil- 
nem. 
Do str. 310. A r e s z t o w a n i a l\I a l e w s k i e g o zażądał Nowo- 
silców od w. ks. Konstantego z \Viłna 21 listopada st. st. 1823 r., W. Książę 
odpowiednie polecenie przesłał Alopeusowi d. 30 listopada st. st. t. r. ' 
R a d z i w ił ł A n t o n i, ówczesny namiestnik \V. Ks. Poznańskiego. 
. Do str. 312. J ó z e f = Jeżowski. J o u y \V i k t o r (1764- 1846), 
pIsarz francuski, więziony podczas Rewolucji.
>>>
358 


HENRYK MOŚCICKI 


Do str. 314. P i a s e c k i M a r j a n, ur. 1796 r., kandydat praw 
Uno Wil. przewodnik białego grona Filaretów. 
Do str. 318. T o m a s z = Zan. M a r y n i a, Z o s i a - Malewskie, 
siostry Franciszka. R a d c l i f f e A n n a (1764 - 1824), powieściopisarka 
angielska. lubująca się w opisywaniu scen grozy i strachu. 
Do str. 324. A l o p e u s D a w i d (1769- 1831). od r. 181 3 do 18 3 1 
poseł rosyjski w Berlinie. O nim i jego działalności zob.: Spiski titułowannym 
rodam i licam Ross. Impierji (Petersburg. 1892) 114: Russkij biogr. słowar. 
II (Petersburg, 1900). 60 sq. Askenazy, Dwa stulecia, I (19 01 ) 3 6 9. 4 0 I. 
Do str. 330. G e n e r a ł L e w i c kij 
 komendant m. Warszawy 
w dobie Król. Polskiego. Kur U t a - szef sztabu w. ks. Konstantego, 
Grek z pochodzenia. H i n t z L e o n - radca dworu, zarządzający spra- 
wami Litwy. b. rządca dóbr prywatnych w. ks. Konstantego. L u b o w i d z- 
k i lVI a t e u s z. wiceprezydent m. \Varszawy w dobie Król. Polskiego. 
Do str. 332. T war d o w s kiJ ó z e f (1786- 1840). rektor Uno \ViI. 
w latach 1822-24; list do niego od Fr. Malewskiego z Berlina 22 stycznia 
182 4 r. druk. w "Archiwum do dziejów lit. i ośw. w Polsce«. VI. 27 8 . 
O wielu osobach, wspomnianych w tym tomie. porównaj - Dr. Stanislaw 
Morawski: Kilka lat młodości mojej w Wilnie (1818 - 1825) - \Varszawa 
19 2 4. 


. 


--
>>>
INDEKS 


Abłamowicz Ignacy - 194. 352. 
Aleksander I - 13. 28. 36. 61. 
68, 70, 96, 98, 99, 12 5, 15 2 . 153, 
155, 169, 199, 216, 24 6 . 254. 26 9, 
27 0 , 297. 
Alopeus - 3 2 4, 3 2 5. 358. 
Angiolini - 244, 355. 
Arakczejew - 169, 298. 
Arndt Ernest - 6. 
Aszpergierowa, aktorka - 44. 45. 
338. 


Bagration - 232, 244. 
Bajkow - 101, 129, 131. 168. 170, 
288, 290, 297. 
Baka, ks. - 339. 
Bandtlrie - 32. 
Bansemer Jan .Marcin - 23, 24,335. 
Barszczewski - 248. 
Bartoszewicz Zygmunt - 160, 203. 
347. 
Batory Stefan - 151, 255. 
Becu Aleksandra - 276. 277. 
Becu August, prof. - 42, 43, 166. 
16 7, 17 0 , 202, 271. 29 0 , 338. 
Benisławscy - 24 8 . 
Benisławski Urban - 260. 
Benkendorff - 3 02 . 
Bennigsen Leoncjusz - 21 7. 354. 
Bentkowski - 3 2 . 
Berchoux de Józef - 201. 
Eernatowicz Ludwik - 12 3. 
Bernardelli, baletmistrz 69- 
Besser, aktor - 4 6 . 
Bezkrownyj. pułkownik - 3 2 9. 


NAZWISK 


Biały, skrzypek - 46. 
Biesiekierski Justyn - 202. 
Bobiatyński, wicegubernator - 26 5. 
Bobrowski, ks. - 169, 170, 202. 299. 
Bohdanowicz. zecer - 49 - 51. 
Bohomolec - 253. 
Bogusławski. ks. kanonik - 37, 49. 
339. 
Bogusławski Wojciech - 44, 45, 
51 - 52, 339. 
Bojanus Ludwik, prof. - 118, 186, 
20 3, 345. 353. 
Borowski Leon, prof. - 3 6 , 3 8 , 7 8 , 
117, 33 8 . 
Borsukowa, z domu Baczyzmalska - 
223, 228. 
Botwinko. prokurator - 14. 13 1 . 
135, 164, 168, 170, 288, 291, 29 2 , 
297, 348. 
Bramaty - 136. 
Briotet. prof. - 4 8 , 339. 
Brodowicz - 334. 335. 
Brodowski Ignacy - 195, 35 2 . 
Bronikowski Mikołaj. generał - 235, 
355. 
Brodziński - 25. 
Brzozowski - 23. 
Brzozowski, ks., generał Zgromadze- 
nia Jezuitów - 255. 
Brzozowski, ks., rektor Akademji 
Połockiej - 247, 25 6 . 
Brzuszkiewicz - 19 6 . 
Buchowiecki - 105. 
Budrewicz \Vincenty - 8, I I, 85, 
86, 142, 262, 29 8 , 334, 340.
>>>
. 


360 


INDEKS NAZWISK 


. 


Budziłowicz - 19 6 . 
Bułharyn Tadeusz - 15 6 . 34 6 . 
Capelli prof. - 160, 203, 261, 275, 
27 6 , 344. 
Cejs Piotr - 194, 19 6 . 
Chlewiński, ks. - 85. 
Chłapowski, gen. - 343. 
Chłopicka - 290. 
Chmielowski Piotr - 210. 
Chodakowski Zorjan Dołęga - 145. 
Chodani. ks. - 56, 118, 336, 339. 
Chodźko Aleksander - 25, 81, 88, 
102, I II, 123, 125, 127, 13 1 , 133, 
135, 20 3, 20 4, 27 2 , 34 I , 355. 
Chodźko Jan - 53, 56, 81, 168, 
195, 200, 20 3, 261, 339. 
Chodźko Józef - 81, 92, 15 8 , 17 2 , 
173,177, 179, 180. 20 3, 268,334,35°. 
Chodźko Leonard - 197. 199, 353. 
Chodźko Wład ysła w - 8 I. 
Chodźkowie - 63, 64. 10 5, 15 6 , 157, 
19 6 . 197, 340. 
Chołodkowski - 245, 24 6 . 
Chołoniewski Stanisław, ks. 186, 
35 2 . 
Chomętowski Mikołaj - 34 6 . 
Chrapowi ck a, z domu OUblil 28 3, 
28 4. 
Ciecierski Dominik - 14. 
Clermont de Tonnerre hr. 231. 
Czacki Tadeusz - 80, 153, 154, 179, 
1 8 5. 
Czarnecki - 23 8 . 
Czarniecki Stefan - 67. 
Czarnocki Ksawery - 220, 221. 
Czarnocki Michał (Leszek) 2, 
148-180. 172-180, 183, 191, 2.21, 
340, 344, 345, 347, 34 8 , 349, 35°. 
Czarnocki Stefan - 145 
Czartoryski, ks. Adam, kurator Uno 
Wił. - 13, 14, 15, 16, 17, 22, 26, 
28, 52, 53, 54, 7 8 , 99, 12 5, 15 2 , 
165, 166, 169, 199, 202. 2 0 3, 20 4, 
262, 278, 282, 286, 29 8 , 336, 339, 
345, 349, 353. 


Czechowicz - 279. 
Czeczot Jan - 8, I8
 21, 23, 24, 
25, 26, 27, 28, 77, 7 8 , 79, 86. 
93-94. 96, 97, III, 121, 1 2 3, 137, 
138, 139, 14 0 , 154, 161, 162, 20 4. 
262, 298, 336. 337, 34 I , 347. 
Czerniawski Jan - 200, 353. 
Czerski Jan, ks. - 34 2 . 
Czerski Stanisław, ks. - 10 4, 34 2 . 
Czetwertyńscy - 202, 271. 
Czetwertyńska, ks. Kalasantowa- 
141. 
Czyczagow - 23 6 . 


Daniłowicz prof. - 169, 171, 261, 
299, 3 08 . 
Daszkiewicz Cyprjan 1 0 3, 10 4. 
1 0 5, 29 8 , 334. 34 2 . 
Davoust - 23 2 , 244. 
Dauksza (Achilles) - 17 2 , 177, 17 8 , 
179, 180. 
Dąbrowscy - 21 5. 
Dąbrowski Henryk, gen. - 173, 234, 
236, 23 8 . 
Dederko J akób, biskup miński 
195, 353. 
Dekart, komisarz policji - 3 10 . 
Dembiński Henryk, gen. - 109. 
Demidow - 240. 
Depertes, prystaw - 284, 2 8 5. 
Derszkoff Piotr - 168, 348. 
Domeyko Aleksander - 141 - Q2. 
Domeyko Ignacy - 2, 8, I I, 19. 
73 - 10 5, 121, 334, 340, 34 I , 34 2 . 
Dowgird Anioł ks. - II I, 344. 
Drużyna - 254. 
Drzewiński prof. - 42, l II, 338. 
Dudin Antoni - 195, 354. 
Dukszyński - 254. 


Eberhard, komisarz policji - 3 10 . 
Eljaszewicz Piotr - 24 8 , 254. 
Ertel, generał - 23 6 . 


Falkenberg - 310, 319, 3 2 3. 
Falkowski ks. - 62, 339.
>>>
361 


INDEKS NAZWISK 


Fichte - 6. 
Fijałkowski, biskup kamieni.ecki - 
247. 
Fonberg - 20 3. 
Frank, dr. prof. - 116, 131, 153, 186. 
Frankowa, śpiewaczka - 46. 202, 
339- 
Freyend Antoni 102, 103, 104, 
123, 14 0 , 34 2 . 
,- Freyend Ludwik 342. 
Fryczyński Michał - 17, 26, 3 08 , 
309. 310, 3 11 , 3 12 , 3 1 3, 3 1 4, 3 1 5, 
317, 318, 319, 3 20 , 3 22 , 3 2 3. 3 2 4, 
3 26 , 334. 357. 
Fryderyk Wielki - 188. 
Fryderyk Wilhelm III, król pruski - 
63, 67-7 1 , 340, 34 2 . 
Fryderyk Wilhelm, królewicz pru- 
ski - 69-71. 


Gajewski Paweł - 210. 
Gawalewicz Marjan 183. 
Genlis de pani - 67. 
Giecewicz - 55. 
Giecewicz, gubernator miński - 199, 
225, 354. 
Giecewicze - 197. 
Giedroyć - 102. 
Giedroyć - 299. 
Giedroyć Adolf - 229, 33 I. 
Gierłowicz I 6 nacy - 200. 
Gierłowicze - 156, 196. 
Gligzberg (Gliiksberg) - 24, 335. 
Gliński l'vlichał kniaź - 177. 
Goethe - 318, 319, 323, 3 2 5. 
Gołuchowski prof. - 112, 141, 169, 
17 1 , 27 6 , 299, 346. 
Gonzala Józef - 13 8 , 345. 
Gorecka z domu, Wańkowiczowa 
Melchjorowa - 225. 
Gorecki, adwokat - 215, 354. 
Gorecki Antoni - 215, 354. 
Gorecki Józef - 215, 354. 
Goszczyński Seweryn - 3 2 . 
Gotszed - 21 4. 
Goworuski, kapitan - 3 26 . 


. 


. 


Górska Izabela, aktorka - 45. 55. 
Grabowski Józef hr. - 343. 
Grecz - 156, 346. 
Groddeck Ernest Gotfryd, prof. 
19, 58, 7 8 , 85, II 6, 154, 186, 200, 
334, 336, 344. 
Grzymała Franciszek - 44, 59, 348- 
Gutt - 121, 127, 128, 271, 282. 
Gutt Edward - 23. 
Gutt Ferdynand - 23, 27 2 , 273, 
335, 355, 35 6 . 
Giintherówna. zamężna Wojniłowi 
czowa - 271. 


Han yżowa - 2 I 4. 
Hegel - 318 
Hejdatel Jan - 29 8 , 334. 
Hejm, dr. - 3 2 5, 331. 
Herberski - 202. 
Hintze, radca - 33 2 , 358. 
Hoffmann - 6. 
Holland Jan Dawid - 200, 353. 
Hołowiński Ignacy ks. - 186, 35 2 . 
Hołownia Michał - 192, 202. 
Hołubowicz - 347. 
Homzin - 297. 
Hordyna - 224. 
Hordynowie - 213, 221. 
Hornowa, gubernatorowa - 349. 
Horodecki Ignacy, prof. - II3, II4, 
117. 344. 
Hrehorowicze - 196. 
Hryniewicz Klemens, ks. - 338. 
Hryniewiecki, ks. - 3 8 , 4 I. 
Hrysza, rozbojnik - 226. 


. 


Igelstromowie - 260, 2 8 3. 
Ilińska, senatorowa - 27 0 , 274. 
I1iński Józef August hr.. senator 
270, 271, 274, 275, 27 6 , 355. 
...Ho, ks. - II 7. 
Iwaszkiewicz - 226. 


Jachniewicz - 21 3, 21 4. 
J achniewicz Feliks, syn poprzedni 9 - 
go - 214.
>>>
362 


INDEKS NAZWISK 


Jackowski - 13 0 . 
J acyna - 27 6 . 
Jacynicz - 223. 
Jagiełło Jakób - "102, 103, 20 9. 
264, 26 5. 34 2 . 
Jagiełło, podoficer - 234, 235. 
J anczewski - 168. 297. 
Janiszewski, marszałek - 259. 
Jankowski Jan - 20, 21, 100. 101, 
129, 167, 171, 204. 286, 287, 288, 
291, 292, 293, 294, 3 0 3, 345. 
Jarcimowicz - 195 
Jarmołkiewicz - 234. 
Jarmułowicz - 334. 
Jarociński Wojciech - 34 6 . 
J elski Kazimierz, prof. - 52, 339. 
. . 
Jelski - 201. 
Jełowiccy - 186, 35 2 . 
Jełszyn - 195. 
Jentz Karol - 21. 
J eśmanowie - 249. 
J eśmanówna z domu, Moszyńska 
\Vincentowa - 225. 
Jeżowski Józef - 6. 7, 8, 12, 13, 
17, 18, 19. 20, 21. 3 1 . 3 6 . 3 8 . 7 8 , 
79, 84, 86, 90, 92, 100, 121. 14 0 , 
148, 199, 200, 201, 203, 262. 268. 
29 8 , 3 0 7, 3 22 . 333, 334, 340, 357. 
Jouy - 3 12 , 357. 
Jundziłł Jan - 157. 197. 
Jundziłł Stanisław Bonifacy. ks., 
prof. botaniki - 47, 113, 114. 154, 
160, 186, 194. 339. 
J urewicz Fortunat - 334. 
Jurjewicze - 24 8 . 
Kaczkowski Karol - 19. 22. 
Kallen bach prof. - 307. 
Kamińscy - 195, 19 6 . 
Kamińska, zamężna Żakote 260. 
Kamiński - 202. 
Kamiński Antoni - 121, 29 0 , 357. 
Kamiński Odrowąż Antoni pseud. 
E. T. Massalskiego - 2 I I. 
Kamptz - 325. 
Kankrin, minister - 2 10. 


Karabanowicz - 334. 
Karczewski Józef - 201, 353. 
Karniejew, gubernator miński 
152, 19 1 , 213. 34 6 . 
Karolina, królewna pruska - 34 2 . 
Karp - 202. 
Katarzyna II - 129, 15 2 , 188, 21 7. 
270. 286. 
Katarzyna de Medicis - 66. 
Keller - 346. 
Klaczkowscy z Koupczy - 225, 249. 
Klaczkowski Erazm - 225. 
Klaczkowski Feliks - 225. 
Klukowski Jan - 334. 
Kłągiewicz ks. - 20 4, 33 6 , 353. 
Kniaźnin - 340. 
Knorring, guber. woj. miński - 193. 
Kobyliński. prezydent - 137. 
Kobyliński - 346. 
Kołłątaj Hugo - 17 8 . 
Kołyszko - 194. 
Komorowscy - 24 8 . 
Konarski Stanisław, ks. - 151. 188. 
19 0 . 
Konarski Szymon - 10 5. 
Konat - 338. 
Konstanty w. ks. - 7, 62. 99. 100. 
12 5. 128. 129, 155, 164, 166. I6
 
168. 169. 239. 269, 277. 27 8 . 279. 
281, 283. 284, 288, 297, 3 0 7. 
33 0 - 33 2 , 333, 349. 
Konopka Jan - 23 1 , 354. 
Kontrym Kazimierz - 19. 3 1 , 3 6 . 
38, 39, 4 0 , 4 1 , 4 2 . 47. 54. 62. 7 8 , 
16 4, 169, 170. 199, 200, 202, 335. 
345. 34 8 . 
Kontrymowie - 2 I 8 
Korbut Dominik - 253. 258. 260. 
Korbut Kornel - 222. 260. 
Korbut Leon 2 1 3. 
Korbut Józef - 213. 220, 221. 260. 
294. 
Korbut Michał - 134. 222. 
Korbutowa Eleonora z Mackiewi- 
czów - 21 3. 


.
>>>
INDEKS NAZWISK 


363 


Korbutówna Józefa, zamężna Augu- 
stowa \Vojniłowiczowa - 260. 
Korowieki Aleksander, prof. - 160, 
20 3. 3 08 . 347. 
Korniłowicz - 226. 
Korsak - 54. 57. 
Korsak Juljan - 27 2 . 334. 
Korsak, ks. - 242. 
Korsakow-Rimskij Aleksander. gene- 
rał-gubernator wileński - 13. 28, 
56. 62, 64. 68, 69. 71, 99. 10 4. 
166. 167. 170, 279, 280. 281, 282, 
339. 34 8 . 
Korsakowie - 196. 
Korzeniowski Alojzy, ks. - 35. 62. 
338. 
Kosowski - 154. 
Kossakowski, generał - 64 -67. 
Kossakowski Józef - 254, 260, 340, 
Kossakowski Ludwik - 260. 
Kossecki - 236. 
Kostrowiccy - 196. 
Kościuszko Tadeusz - 5 6 - 60 . 173. 
Kowalewski Józef - 8. 12, 18. 19, 
78. 85, 86, 92, 140, 201. 262. 
26 5, 29 8 , 334. 353. 
Kozakiewicz Stanisław - 18, 55. 
10 3. 10 5. 334, 340. 
Kozielski - 225, 226. 
Kozłowski - 57. 
Kozłowski Mikołaj - 298. 
Korner Teodor - 6. 
Krajewski - 162. 
Krasicki Ignacy - 188, 195, 19 6 . 
Krasińska Konstancja z Kotiużyń- 
ski ch - 3 2 . 
Krasińska Tekla z Pa wulskich - 3 l. 
Krasiński August - 338. 
Krasiński, generał - 330. 
Krasiński Hubert - 32. 
Krasiński Kajetan - 31. 
Krasiński Teodor 2, 29-71, 
337-338, 339. 
Krasiński Skorobohaty \Valerjan - 
24, 63. 335. 340. 


Kraskowski Józef - 20. 
Krassowski Kajetan. pro£. 117, 
345. 
Królikowski - [ 7 I. 
Krukowski, kwartalny - 129, 130, 
170. 345. 
Krusiński - 196. 
Kruszyński - 154. 
Krynicki Jan - 29 8 . 
Krywcow, generał - 330. 
Kubliccy - 105. 
Kublicki Adolf - 99. 
Kuczyński. aktor - 45. 
Kukolnik Paweł, prof. 118. [41, 
345. 
Kukiewicz, adwokat - 300 - 301. 
Kukiewicz. sowietnik - 121, 125, 
200, 282. 
Kulesza - 334. 
Kułakowski Feliks - 103. 104. 140. 
201. 29 8 , 334, 34 2 . 
Kundzicz, biskup - I[ I, 263, 34I, 
344. 355. 
Kurowski Adam - 125, 136. 
Kurpiński, muzyk - 45. 
Kuruta, generał - 281. 331 - 33 2 , 
358. 
Kutuzow - 23 8 , 239. 
Lachnicki Ignacy Emanuel - 31. 
47, 49-5 1 , 201. 202. 338. 353. 
Lachnicki. marszałek - 4 0 . 
Lachnicki Roman - 253. 
Lambert - 236. 
Landes, ks. 247. 
Laskowska z domu. Ksawerowa 
Massalska 22 I. 
Latkowski Ignacy - 225. 
Latkowski Leon - 225 
Laval Jan hr. - 1 6 9. 349. 
Legatowicz - 19 6 . 
Lejboszyc - 186, 352. 
Lelewel Joachim - 7 8 , 87- 88 , 10 5. 
140, 169, 170. 171, 201, 202. 261, 
27 6 , 299, 336. 
Leonek, służący - 13 0 , 13 1 , 134, 13 6 .
>>>
364 


INDEKS NAZWISK 


Lewicki, generał - 33 0 , 35 8 . 
Linde Bogumił - 35. 
Lipski, biskup, sufragan saratowski 
- 247. 
Lisiecki Dominik - 346 
Lubeccy, książęta - 202. 
Lubecki, ks., minister - 22. 
Lubomirscy, Antoni i Aleksander 
245. 
Lubomirski, ks. Ksawery - 245. 
Lubowidzki - 33 2 , 358. 
Luter - 318. 
Lwowicz, ks. pijar - 98, 102, 133, 
134, 135, 161, 34 I . 


Łagiewnicki - 338. 
Łapinkiewicz Jan - 194. 
Ławczyński, wiolonczelista - 4 6 
Ławrynowicz. sowietnik - 131, 168, 
288, 29 0 , 349. 
Łobojko - 353. 
Łopacińscy - 27 1 . 
Łopacińska - 202. 
Łoziński Teodor - 8, II, 18, 19, 
20, 21, 22. 78, 80, 95, 121, 1 2 5, 
132, 140, 163, 262, 29 8 , 33 1 , 334. 
Łukaszewicz - 221. 
Łukaszewski Hilary - 29 8 , 334. 
Łukowkin, pułkownik - 23 6 . 


Mackiewicz - 197. 
Makowiecki - 299. 
Maksówna, zamężna Andrzejowa To- 
wiańska - 274. 
Malewska Marja - III, 3 18 , 3 1 9, 
320, 3 22 , 33 2 , 35 8 . 
Malewska Zofja - 25, 26, III, 3 18 , 
336, 358. 
Malewski Franciszek - 2, 8, I I, 17, 
18. 19, 20, 21, 22, 23, 24, 26, 7 8 , 
79, 81. 86, 92, 100. III, 121, 12 9, 
140. 146, 200, 201, 203, 204, 262. 
29 8 , 3 06 - 33 2 , 333, 334. 335. 
357. 
Malewski Szymon - 13, 14, 15, 16. 
17, 19, 21, 35, 52, 97, 100, III, 


. 


II5, 156, 15 8 , 1 6 5, 169, 17 0 , 186, 
263. 3 0 7, 3 0 9, 338, 357. 
Malinowski Mikołaj - 334. 
Małafiejew - 195. 
Marcinkiewicz - 124. 
Marcinowski Antoni 201, 28 5. 
335, 353. 
Marja-Antonina - 67. 
Marks - 252. 
Massalska Katarzyna z Korbutów 
209, 213, 240. 241, 25 8 . 
Massalska Salomea - 209, 214, 225. 
226, 258. 
Massalska Tomaszowa z Ochotnic- 
kich - 213. 
Massalski Antoni - 231, 23 2 , 241. 
Massalski, biskup - 15 2 . 
Massalski Edward Tomasz - 2 0 9- 
3 0 3, 354. 
Massalski Franciszek - 251. 
Massalski Fiedor - 251. 
Massalski Jerzy - 225. 226, 227, 
231, 233, 24 2 , 249. 25 0 , 25 1 , 259. 
Massalski Józef. syn Joachima 
21 4. 
Massalski Józef, syn On ufrego 
167, 209, 214. 248, 249, 25 0 , 25 2 , 
253. 25 8 , 27 1 , 27 2 , 277, 28 9, 281. 
282, 283, 34 8 , 355, 357. 
Massalski Karol, syn Joachima 
214, 218. 
Massalski Karol, syn Onufrego 
209, 251, 267, 271, 276, 277. 280, 
356. 
Massalski Ksawery - 221. 
Massalski Onufry - 209. 213. 214. 
21 5. 21 7, 218, 219, 220, 221, 225. 
228- 230. 231, 233. 235. 23 6 , 239, 
241, 242, 250, 252, 258, 26 7. 
Massalski Robert - 21 4. 
Massalski Tomasz, pułkownik 
213, 21 9. 
Massynina - 247. 
Mecnauer (Metznauer) - 24 2 . 
Mianowski - 187.
>>>
INDEKS NAZWISK 


365 


Mianowski Mikołaj 201, 202. 336, 
35 2 . 
Micewicz Dominik 340. 
Micewiczówna Felicja - 340, 347. 
Michalewicz Jan - 29 8 , 335. 
Michalski R., pseudonim E. T. Mas- 
salskiego - 2 I I. 
Michał. w. ks. - 104, 125. 269. 
Michałowski - 192, 195. 
Mic1iewicz - 156. 
Mickiewicz Adam - 5, 6. 7. 8, I I, 
17. 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24, 25, 
26, 27, 77, 7 8 , 79- 80 , 92, 97, 
102, 103, 104, 120, 121, 123, 137, 
140, 159, 161, 195. 199, 201, 262. 
29 0 , 29 8 , 3 06 , 3 0 7, 3 1 3, 3 22 , 333, 
334. 335, 336. 337, 343, 347. 
Mickiewicz Józef, ks., dziekan - 34, 
37. 3 8 , 4 2 , 86, 87, 88, 97, 33 8 . 
Mickiewicz \Vładysław - 308. 
lVIierzejewski, kapitan - 138. 
Mierzyński - 227. 
Miezieńcow - 219. 220. 221, 224, 227. 
Mikołaj, w. ks. - 99. 125. 162, 246, 
268, 288, 302, 342. 
Mikuliński Gracjan, ks. - 31. 
Milewski Karol - 346. 
Miłakowski - 334. 
Moleson - 168, 297. 
Moniuszko Aleksander - 354, 355. 
Moniuszko Dominik - 210. 354. 
Morawski Stanisław (Patrokl) - 18, 
14 8 , 15 8 , 17 2 , 177, 17 8 , 179, 180, 
346. 
Moritz (J\foryc) Friedrich - 25, 309, 
336. . 
Moszyńscy - 228, 249. 
Moszyński Felicjan - 225, 232. 
Moszyński, prystaw - 281, 282. 
Moszyński Wincenty - 224, 225, 
234. 
Muchliński A n toni ' 353 
197. . 
Murawjew - 95. 
Muśnicki Nikodem, jezuita - 2 0 9, 
226, 354. 


Muśnicki. brat poprzedniego - 209, 
226, 231. 
Mftllerowie (Millerowie) - 4[. 61, 
216. 


Nakwaski Henryk - 346. 
Napoleon I - 66, 155. 217. 236, 
23 8 , 24 0 , 273, 274. 
Narkiewicz, urzędnik celny - 327. 
Narkiewiczowie - 271. 
Naruszewicz Adam - 188, 195, 196. 
Naryszkinowie. bracia - 240. 
N aryszkinówna z domu. Ksawerowa 
Lubomirska - 245. 
Natorpp, dr. - 319. 
Niebuhr - 318, 319. 
Niedźwiedzki - 220, 242. 
Niesiołowski, generał - 271. 
Niemcewicz Juljan - 33, 358. 
Niemczewski Zacharjasz - 97, 1 6 5, 
34 I . 
Nikolai. pastor - 60. 
Niszkowski - 186. 202. 
Nosewicz, ks. - 35. 40. 53, 60. 
Nowicki - 19. 
Nowicki Napoleon - 340. 
Nowosielska Paulina = Massalska 
Tomaszowa - 210. 
Nowosilcow "Mikołaj. senator - 7, 
99, 100. 101, 103, 128, 13 0 , 13 1 , 
136, 165, 167, 168. 169, 170, 203, 
204. 209, 265, 26 7, 277, 27 8 . 279, 
280, 281. 282, 284, 286, 287. 288. 
289. 295. 297, 29 8 . 299, 300. 3 01 , 
3 02 , 33 1 , 333, 349. 


Oborski - 20 3, 353. 
()buchowicze - 196. 
Ochocki - 328. 
Ochotnicka. zamężnaOlszewska -215. 
Oczapowski - 218, 345, 354. 
Odyniec A. E. - 80, 140, 272, 29 0 , 
336, 344, 355. 
Ogiński Ksawery - 95, 34 I . 
Ogiński, ks. Michał- Kleofas, senator 
- 56, 199, 21 4, 218, 26 7, 35 I , 354.
>>>
366 


INDEKS NAZWISK 


- 214, 218. 219. 
Józef - 225, 226, 249, 
Stanisław - 225, 226, 


. 


Okołow 
Okulicz 
Okulicz 
251. 
Okuliczówna \Viktorj a - 226. 
Olizar - 214. 
Olizar Gustaw - 335. 
Olizar Narcyz - 21, 335. 
Olszewscy - 213, 215. 
. Olszewski - 215. 
Olszewski Ignacy - 2 I 5. 
Olszewski Onufry - 2 I 5. 
Olszewski Wincenty - 215. 
Omiecińscy - 226. 
Opanowicz - 214. 
Oppenheim - 323. 
Orlicki - '334. 
Orłowski, szewc - 127, 128. 
Orzechowscy - 128. 
Osiński Józef - 3 2 . 
Osiński Alojzy, ks. 
Ostromęcki - 266. 
Ostroumow - 194. 
Ostrowski, naucz. jęz. ros. - 166, 
279, 280, 281. 
Osztorp Leon - 249. 25 0 , 25 1 , 259, 
355. 
Oubril Piotr, poseł ros. w Hiszpanji 
- 283, 284, 294, 29 6 , 357. 
Owieczkin, kapitan - 34 2 . 


251. 
249, 


80, 340. 


Pac Ludwik - 53 - 54, 86, 339. 
Packiewicz - 220. 
Pakosz. generał - 23 6 , 237. 
Paniewski - 285, 29 2 , 293, 295, 
29 6 , 357. 
Parczewski - 1 0 5. 
Paszkowski, pułkownik - 13. 
Paweł I - 152, 19 1 , 27 0 . 
Pawlikowski - 221. 
Pelikan, rektor - I 18, 14 0 , 170, 
202, 209, 288, 291, 299, 3 00 , 3 01 , 
349. 
Pelskij - 99, 127, 128, 13 1 , 347. 
Pestel - 95. 
Petrykowscy - 24 8 . 


.. 


Pęczkowski (Pillades) - 15 8 , 17 2 . 
173, 177, 179, 349, 35°. 
Piasecki Kazimierz - 7, 18, 19, 21, 
23, 1 0 3, 14 0 , 334. 
Piasecki Marjan - 17, 21, 85, 13 8 , 
139. 3 1 4, 334, 35 8 . 
Pietkiewicz Dominik - 334. 
Pietraszkiewicz Onufry - 7, 8, 25, 
78, 81, 84, 85, 86, 9 6 , 100, 10 4, 
105, 138, 139, 201, 262, 295, 29 8 . 
Pidot - 193. 
Pigoń prof. - 1 8 3. 
Pilecki - 19 2 . 
Piotrowski, aktor - 45. 
Piramowicz - 197. 
Pisanko, pisarz - 2 6 5. 
Pisankowa z Walentynowiczów 
26 5. 
Plater Michał - 124, 166, 279. 
Plater , wice-gubernator - 13. 
Płaskowieki Bonifacy - 223, 224. 
Płaton. lokaj - 245. 
Pławska - 120. 
Pociej Aleksander - 54, 56, 58, 339. 
Poczobut-Odlanicki, astronom - 15 1 , 
188. 
Podczaszyński, prof. - 39, 33 8 . 
Pohl Justyn Romuald 1 0 5, 334, 
343. 
Poliński Michał, prof. 1 l I, 19 2 , 
344, 352. 
Poniatowski ks. Józef - 5 6 -57, 
173, 23 2 , 23 6 . 
Popejko Bazyli - 225. 
Popejko Jan - 225. 
Popejko, ksiądz - 225, 237. 
Popow - 56. 
Poradowscy - 219. 
Poradowska Antonina - 27 1 . 
Poradowska Katarzyna z Massal- 
skich - 219. 
Poradowska Zofja - 271. 
Poradowski, sprawnik słucki - 219. 
220, 221. 
Poradowski - 3 0 1.
>>>
367 


INDEKS NAZ\VISK 


Potemkin Iow, archirej - 190, 353. 
Potoccy - 225. 
Potocka. z domu Pacówna. 2-V. Nie- 
siołowska generałowa - 271. 
Potocka Klaudja - 24. 
Potocki Ignacy - 178. 
Potrykowski, marszałek 54. 
Protasow - 163. 
Prozor - 202. 
Prószyński Prot - 196. 
Przeciszewska Felicj a - 86, 122, 340. 
Przecławski - 105. 
Pułjanowski Edward - 127. 
Puzyna, biskup - 40. 


Quesnel - 65. 


Radcliffe Anna 318, 358. 
Radziwiłł ks. Antoni - 28, 3 10 , 357. 
Radziwiłł Dominik - 222, 339. 
. 
Radziwiłł Józef, woj. trocki - 219, 
222. 
Radziwiłł ks. Konstanty - 135. 
Radziwiłł Leon. ord. kIecki - 219. 
Radziwiłłowie - 271. 
Radziwiłłowie żyrmuńscy - 218, 221. 
Rdułtowski - 277. 
. Reczyński - 18. 
Regnier - 236. 
Rejzner - 215. 
Reut. ks. - 243. 
Renner, muzyk 63-64. 
Reszka Ignacy, prof. - 116, 344, 
345. 
Roduchin, oficer kozacki - 332. 
Rogowscy - 228, 249. 
Rogowski - 162. 
Rogowski - 221, 225. 
Rogowski Robert - 225, 232, 241. 
Rogowski Roman - 225. 
Romani, śpiewaczka - 271. 
Ropp. marszałek - 57, 339. 
Ros z kowski Arkady - 254. 
Romer Michał - 60, 262, 267. 339. 
Rukiewicz Michał - 21, 27, 85, 155, 
337, 340. 


. 
Runge (Ronge) Jan - 10 4, 342. 
Rustem Jan - 53, 116, 118, 345. 
Ruhe, oberinspektor - 3 2 4, 325. 
Rzewuski Henryk - 186, 352. 
Rychter Jan Bogusław - 201, 353. 


s.... pan i pani - 116- 117. 
Sand Karol - 6. 
Sanguszkowie, ks. ks. - 145. 
Sapieżanka Anna - 339. 
Sarbiewski - 151, 188. 
Schudtmann, minister pruski 313, 
3 2 3. 
Serbinowicz Konstanty - 24 8 , 254. 
Sękowski Józef - 15 6 , 202. 210, 346. 
Sianożęccy - 245. 
Sieluński - 219. 221, 224. 
Sienkiewicz - 195. 
Siesicki - 266. 
Siestrzencewicz, arcy
iskup - 96, 
255. 34 I . 
Skarga Piotr - 15 I, 188. 
Skibińska, aktorka - 34, 58. 
Skibowski Leonty, ks. - 3 1 , 4 1 , 33 8 . 
Skoczkowski - 166, 336. 
Sławiński Piotr - 345. 
Słotwiński - 197. 
Słotwiński Ludwik - 225, 234. 
Słowacki Euzebjusz - 43. 
Słowacki Juljusz - 271, 29 0 . 
Smokowski Wincenty - 160, 20 3, 
347. 
Snarski, ks. - 25 2 . 
Snell \Vilhelm - 6. 
Snitko Jan - 227, 244. 
Snitko J 6zef - 227, 244. 
Sobolewski Jan - 8, II, 84, 86, 100, 
102. 104, 262, 29 8 , 3 22 , 334, 34 2 . 
Soroka - 134. 
Speranskij - 3 08 . 
Stanisław-August, król 4 0 , 57. 
188. 
Stefanek, służący - 28 3. 
Stein - 6. 
Sterzler - 193. 
Stewart Dugald - 12, 333.
>>>
368 


INDEKS NAZWISK 


Stroganow Sergjusz - 210, 354, 
355-35 6 . 
Strojnowski Hieronim 194, 352. 
Strumiłowie - 213. 
Strumiłówna - 215. 
Suchecki Bruno - 352. 
Suchecki Jan - 19 2 , 35 2 . 
Suchocki Józef - 197. 
Suryn Józef - 253. 
Suzin Adam - 102. 121, 13 2 , 133. 
135, 139, 140. 204, 262. 29 8 . 
Szadurscy - 253. 
Szakin Antoni - 160, 347. 
Szaniawski - 3 2 . 
Szantyr Stanisław, ks. 275. 27 6 , 
357. 
Szemesz Adam - 225. 
Szemeszowie - 225, 228. 
Szemioth - 105. 
Szepielewicz - 248. 
Szloma, arendarz - 229- 2 3 0 . 
Szłykow, policmajster - 67. 68, 7 1 , 
131, 164, 167, 168, 170, 280, 282, 
284, 288, 348. 
Szperkowicz Andrzej, ks. - 196. 
Szpitznagel Ferdynand - 27 6 , 357. 
Szpitznagel Ludwik - 88, 27 6 , 277, 
357. 
Szulc Dominik - 156. 
Szumski - 197. 
Szuwałow, graf - 257. 
Szwarcenberg, książę - 23 6 . 
Szydłowski Ignacy - 117, 194, 201, 
345, 
Szyller - 3 I 5. 
Szymanowska Helena, zamężna Fran- 
ciszkowa Malewska - 306. 
Szymkiewicz Jakób. dr. - 156, [86, 
201, 346. 
Szyrma Michał - 203. 353. 
Szyszko w, admirał - 169, 29 8 . 
Ślezanowscy - 156, 19 6 . 
Ślizień Jan - 109. 135, 260. 
Ślizień Otton - 2, 25, 81, 107- 14 2 . 
253, 25 8 , 260, 344. 


Ślizień Rafał - 81, 109, 12 7, 158, 
13 6 , 253. 25 8 , 260, 344. 
Śliźniowa Aniela z Mackiewiczów - 
1°9. 
Śliźniowa Kazimiera z Dobrowol- 
skich - 109. 
Śliźniowa Ludwika z Berkmanów 
109. 
Śliźniowie. Lucjan i Mieczysław 
13 6 . 
Śliźniówna Zofj a - 134. 
Śniadecki Jan - 35, 52, 97. 115, 
154. 15 8 . 16 4, 186, 19 2 , 193. 197. 
352. 
Śniadecki Jędrzej - 33, 35, 39, 52, 
56. 112, 115, 154, 155, 186. [95. 
20 3. 
Thiele Karol - 193. 
Tiebe, muzyk - 64. 
Tołstoj, gubernator - 24 6 . 
Towiański Andrzej 27 2 - 2 74, 
355 - 35 6 . 
Trembecki - 25. 
Tretiak prof. - 25. 
Tru beckij - 68. 
Trubeckoj, ks. - 240. 
Turski - 202. 
Twardowski, rektor - 136. 146. 162, 
164, 165 - 166, [69, 170, 171, 2 0 3. 
204, 276, 280, 285, 324, 33 0 , 33 6 , 
345, 34 8 , 358. 
Tyr - 168. 
Tyszkiewicz hr. Dominik - 145. 
Tyszkiewicz Hi poli t - 157. 
Tyszkiewicz Józef - 133, 135. 
Tyszkiewicz hr. Konstanty - 145, 
1 8 3. 
Tyszkiewicz Seweryn (Orestes) - 
157, 17 2 , 173, 177, 17 8 , 179, 35°. 
. 
Tyszkiewi cz wileński - 56. 
Tysz1ciewkze - 196, 271. 
Tyszkiewicze wołożyńscy - 157, 202. 
Tys?;kiewicze wołyńscy - 63. 
Tyszkiewiczowa Dominikowa - 125. 
133.
>>>
INDEKS NAZWISK 


369 


Tyszkiewiczowa Józefowa Rozalj a - 
145. 
Tyszkiewiczówna Kamila - 125. 
Tyzenhauzen - 125, 162. 


Grmowski - 32. 
Uzłowski - 125, 162. 347. 


\Valicki Michał, hr. - 47, 339. 
\Valentynowiczowa matka - 26 5, 
266, 349. 
\Valentynowiczówna Karolina - 349. 
\Vańkowicz Karol - 225, 253. 254. 
\Vańkowicz :\Ielchjor 215, 225, 
228 - 230, 249. 
\V ańkowicz Stanisław 
\Vańkowicz \Valenty 
27 2 , 273, 355, 356. 
\Vańkowicze - 19 6 . 
\Vasilczykow - 3 02 . 
\Vaszkiewicz - 166. 
\Vawrzecki, senator - 39-4 0 , 33 8 . 
\Veber - 231. 
\Vereszczakowie: Józef, 
Iarja i :Mi- 
chał - 120,' 196. 
\Yiernikowski - 19, 334. 
\Viernikowski Jan - 29 8 . 
\Vierzbowscy - 120. 
\Vierzbołowicz - 105. 
\Vierzejscy - 221. 
\Vierzejska Antonina z Massałskich 
- 2 19. 
\Vierzejski, sędzia - 219. 
\Vięckowski - 298. 
Wilamowicz Ignacy 
Wiljom, ks. jezuita 
\Vitkiewicz - 297. 
\Vitkowski Henryk - 253. 
\Vitorski - 2 I 4. 
Wojciechowska - 202. 
Wojniłowicz - 271. 
Wojniłowicz August - 260, 294. 
Wolański - 160. 347. 
Wolfgang - 202. 
Wolter - 188, 201. 
\V ołkońska, ks. :\larj a - 337. 


225. 
225, 253, 


34°. 
257- 2 5 8 . 


\Volkowie: Karol i Marcin - 218. 
\Vołłowicz Michał - 10 5, 343. 
Wołłowiczówna Józefa (Michałowa 
Czarnocka) - 145. 
Worcell Stanisław - 95, 34 I . 
Wybicki Józef - 15 2 . 
Wyrwicz Antoni, prof. - III, 117, 
160, 344. 
\Vysocki Ksawery - 262, 295, 29 6 . 
\Vysogierd - 215. 
Wysogierdowa - 27 1 , 274. 
\Y yżycki - 266, 26 7. 


Z. Sz. - 124. 
Zabiełło - 105. 
Zacharzewski Andrzej - 193. 
Zajdler - 346. 
Zakrzewski - 34 6 . 
Zaleski Bohdan - 3 2 . 
. Zaleski Bronisław - 75, 340. 
Zaleski 
Iarcin - 199. 
Zambrzycki Ludwik - 215. 
Zan Ignacy - 88, 104, 119, 120, 
124. 127, 13 8 , 139, 14 0 . 
Zan Karol, ojciec Tomasza Zana - 
120. 
Zan Stefan - 88, 109, II 9, 120, 
124. 127, 13 8 , 139, 14 0 . 
Zan Tomasz (Goworek) - 2, 7, 8, 
I I, 20, 21, 22. 64, 77, 7 8 , 80, 
81, 86, 88, 89, 93, 95, 9 6 , 97, 
100, 101, 103, 104, 109, 119, 121, 
122, 125, 127, 135, 13 6 - 1 37, 13 8 , 
139, 14 0 , 145, 14 6 . 14 8 , 15 6 , 15 8 , 
159, 160, 161, 162, 17 2 , 173, 177, 
178, 179, 181 - 205. 262, 26 3, 26 4, 
282, 291, 292, 293, 294, 295, 29 6 , 
298, 331, 334, 340, 345, 347. 35°, 
35 I , 35 8 . 
Zan \Valenty, ks. kanonik - 80, 119. 
Zawadzki Józef - 44, 49, 201, 353. 
Zawisza Ignacy. marszałek - 249, 
250, 25 1 , 259. 
Zdanowicz Ignacy - 7. 
Zenowicz Ignacy (Damon) - 157, 
172, 173, 177, 17 8 , 179, 35°. 


.
>>>
INDEKS N _\Z\VI SK 


Zenowicze - 156, 157. 196. 200. 
Złotogłów - 220, 221. 
Znosko - 20 4, 26 3, 344. 
Zubow ks. Platon - 265, 266. 26 7. 
Zubowowa ks. Tekla z \Valentyno- 
wiczów, 2-V. hr. Szuwałowowa - 
168, 170, 265, 266, 282, 297, 349. 


Żakote - 260. 
Żebrowscy - 248. 


Żebrowski Donat - 24 8 . 
Żorż - 136. 
Żółkowski Aleksander - 335. 
Żuk Anioł, ks. kanonik - II I, 112. 
Żukowski - 196. 
Żukowski Szymon 3 8 , 15 6 , 164, 
33 8 , 344. 
Życki ks., dziekan 114, 116, 336, 
344. 
Żyliński ks. - 196. 


.
>>>
s 


P I 


s 


I 


L 


u s 


T 


R 


A 


c y J 


I 


;' 


Str. 


I. \Vidok \Vilna, według obrazu, który wisiał nad biurkiem Adama :\Iic- 
kiewicza, ze zbiorów p. \Yładysława Mickiewicza w Paryżu - przed 
tytułem. 
2. Adam Mickiewicz, według kredkowego portretu \V. \Vańkowicza 
w zbiorach Bib!. Ord. Krasińskich w \Yarszawie ...... 8 
3. Podwórze Uniwersytetu \Vileńskiego z kościołem św. Jana według 
litografji w Albumie Wilczyńskiego . . . . . . . . . . . . . . 
4. Jędrzej Śniadecki, wedlug sztychu w Albumie \Vilczyńskiego 16 
5. Adam ks. Czartoryski, według portretu J. Oleszkie\\icza. repr. 3 2 
w "Russkije Portriety" - w. ks. Mikołaja l\fichajłowicza . . . . 48 
6. Ostra-Brama w Wilnie od ulicy, według litografji w Albumie \Vilczyń- 
skiego ........................... 64 
7. Ignacy Domeyko, według akwarelowego portretu A. Kurowskiego 7 2 
8. Tomasz Zan w młodości, według portretu olejnego nieznanego autora 
w zbiorach p. Jana Michalskiego w \Yarszawie . . . . . . . . . 80 
9. Rybiszki, jedno z miejsc wycieczek młodzieży wlleńskiej. wedlug lito- 
grafji w Albumie Wilczyńskiego ............... 9 6 
10. Wnętrze kaplicy w Ostrej Bramie, według sztychu w Albumie \Vilczyń- 
s kiego ........................... 10 4 
II. Ks. Bon. Stan. Jundziłł, prof. botaniki \Y. Uniwersytecie \Vileńskim, 
wed!. kopji H. Dawida z portretu Jana Rustema - w zbiorach 
Zakładu Botanicznego Uniw. \Varszawskiego . . . . . . . . . . 112 
12. Klasztor dominikanów w \Vilnie, \y którym byli więzieni Filareci. we- 
dług litografji w Albumie \Vilczyńskiego . . . . . . . . . . . . [28 
13. Twardowski, rektor Uniwersytetu \Yileńskiego w latach 1820 - 1824. 
według portretu nieznanego autora . . . . . . . . . . .. [44 
14. Kalwarja pod Wilnem, miejsce wycieczek młodzieży wileńskiej, we- 
dług litografji w Albumie \Vilczyńskiego . . . . . . . . . . . . [60 
15. Zakret pod \Vilnem, miejsce wycieczek młodzieży wileńskiej, według 
litografji w Albumie Wilczyń.skiego . . . . . . . . . . . . . . [7 2 
15. Tomasz Zan, modlący się w kościele podczas podróży do miejsca ze- 
słania. według szkicu olejnego w zbiorach 
Iuzeum ks. ks. Lubo- 
mirskich w Ossolineum we Lwowie . . . . . . . . . . . . . . 180 
17. Katedra św. Stanisława w \Vilnie, według litografji z Albumu \Yilczyń- 
skieg o . . . . r . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 192
>>>
. 


572 


SPIS ILUSTRACY J 


Str
 


18. Pałac biskupów wileńskich, następnie gen.-gubernatorów wileńskich, 
obecnie Rzeczypospolitej, według litografji w Albumie \Vilczyń- 
skiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 208 
19. Antokol z kościołem św.Piotra i Pawła, według litografji w Albumie 
Wilczyńskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 224 
20. Brama klasztoru bazyljanów w \Yilnie, w którym byli więzieni Fila- 
reci, według fotografji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24 0 
21. Klasztor i kościół misjonarzy w \Yilnie, według litografji w Albumie 
\Vilczyńskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 6 
22. Senator Mikołaj syn Mikołaja :Nowosilcow, według portretu, repro- 
dukowanego w "Russkije Portriety" w. ks. Mikołaja :\1ichajłowicza. 27 2 
23. August Becu, prof. fizjologji w Uniwersytecie \Vileńskim, według 
portretu Jana Rustema w zbiorach :\IuzeumNarodowego w \Yarszawie 288 
24. Franciszek Malewski, według portretu \V. \Vańkowicza w zbiorach 
p. \Vładysława :\lickiewicza w Paryżu . . . . . . . . . . . . . 3 0 4 


... 


. 


..
>>>
s 


p 


I 


s 


R 


z 


E 


c 


z 


y 


Str. 
Przedmowa. . . . . . . . . . . . . . . . .. ..... [ 
H e n ryk M o ś c i c k i: Ze stosunk6w wileńskich fi) okl'esie I8I6 -I 82 3 3 
T e o d o r Kra 5 i ń 5 k i: Dziennik ucznia Uniwel'sytetu Wileńskiego 
(I8I6-I8I8) . . . . . . . . . . . . . 29 
I g n a c y D o m e y k o: Filal'eci i Filomaci ........... 73 
O t t o Ś l i z i e ń: Z pamiętnika (I82I- I82 4). . . . . . . . . . . 1°7 
:M i c h a ł C z a r n o c ki: KI'6tka wiadomość o tajnych towaf'zystwach 
uczni6w l!niwef'sytetu Wileńskiego al do ich I'ozwiązania w I'oku I824 143 
T ° m a s z Z a n: Notatki pamiętnikal'skie . . . . . . . . . . . . . 181 
E d war d T o m a s z M a s s a l s k i: Z pamiętnik6rv (I799- I82 4) . 207 
F r a n c i s z e k M a l e w s k i: Dziennik więzienny . 3°5 
P r z y P i s y . . . . 333 
J n d e ks. . . . . . . . . . . . 359 
S P i s i l u s t r a c y j . . . . .. . 37 1
>>>