/Pomorze_060_08_0001_0001.djvu

			330255 Prac. Pomorz Biblioteka U.M.K. Toruń
		

/Pomorze_060_08_0002_0001.djvu

			EX-LIBRIS EUGENJUSZA PRZYBYŁA
		

/Pomorze_060_08_0005_0001.djvu

			WIERZENIA MAZURSKIE.
		

/Pomorze_060_08_0006_0001.djvu

			■ ■
		

/Pomorze_060_08_0007_0001.djvu

			WIERZENIA MAZURSKIE Z DODATKIEM^ ZAWIERAJĄCYM KLECHDY I BAŚNIE MAZURÓW podał D« M. TOEPPEN. Dyrektor Gimnazjum w Olsztynku w Prusiech Wschodnich. % W drugiego Wydania pomnożonego licznemi uzupełnieniami i dodatkiem przełożyła Eugienia Piltzówna. (iOdbitka z tomu VI „Wisty.“) WARSZAWA. Druk Józefa Jeżyńskiego Danielewiezowska Nr. 16. 1894.
		

/Pomorze_060_08_0008_0001.djvu

			,Ho3BOJieHO U,eH3ypoH) Bapiuaea, 15 bonu 1893 ioda 31>0155 [MWBBVIBCKa)
		

/Pomorze_060_08_0009_0001.djvu

			Podając w Wiśle przekład dzieła Töppena, spełniamy nie¬ 
wykonany zamiar O. Kolberga i, zdaje się nam, oddajemy prawdzi¬ 
wą usługę czytelnikom. Wspomniany ludoznawca nasz tak mówi 
w referacie o książce Töppena (w Bibljotece Warszaw. 1868, t. II, 
str. 331): „Dzieło to zamierzam w przyszłości podać w przekładzie 
polskim i uzupełnić je wielu pozyskać się jeszcze z tamtych stron 
mogącemi nabytkami, a nadto pomnożyć pieśniami mazurskiemi przez 
ś. p. Gizewjusza w okolicy Ostrodu zebranemi i przesłanemi w rę¬ 
kopisie K. W. Wójcickiemu, który nie wahał się mi go powierzyć. 
Pomimo obfitości materjału, zawartego w tym rękopisie, dający się 
w nim przecież uczuwać brak stosownej do każdej pieśni melodji^ 
wzywać się mnie zdaje do odbycia oddzielnej w tamte okolice po¬ 
dróży, w interesie muzyki zarówno, jak i etuografji.“ I dalej (str. 
332): „Uznając wielką p. Töppena zasługę, niemała mu się i z na¬ 
szej strony należy wdzięczność, że w imię nauki, wyręczając nas, 
obeznał nas z zapomnianym tym ludem i nie szczędził' trudu nad 
wydobyciem ukrytych w jego łonie skarbów duchowych.“ Od czasu, 
gdy O. Kolberg to pisał, zjawiło się nie mało prac o Mazurach 
(wspomnimy dziełko W. Kętrzyńskiego i liczne artykuły w Wiśle, 
Pamiętniku Fizjograficznym i innych czasopismach); znakomitym ich do¬ 
pełnieniem stanie się, nie wątpimy, przetłumaczenie całości dzieła 
M. Töppena, które w ciągu roku bieżącego Wisla pomieści. Tytuł 
jego brzmi w oryginale: Aberglauben aus Masuren, mit einem Anbange, 
enthaltend Masurische Sagen und Mährchen. Wyd. 2-ie, pomnożone licz- 
nemi przyczynkami i dodatkiem. Gdansk 1867, str. 168 w 8-ce. 
Autor ogłosił również r. 1870 dzieje Mazur p. n. Geschichte Masu- 
rens, ein Beitrag zur preussischen Landes- und Kulturgeschichte, nach 
gedruckten und ungedruckteu Quellen, Gdańsk, str. 571 w 8-ce. 
W przypiskaeh zwracamy uwagę na usterki, wynikające z niedość 
dokładnej u autora znajomości języka Mazurów; w tekście spoty¬ 
kane wyrazy polskie poprawialiśmy według innych o Mazurach 
ogłoszonych przyczynków. Cała rzecz wyjdzie w osobnej odbitce, 
w roku przyszłym. Redakcja ,, Wisły.11
		

/Pomorze_060_08_0010_0001.djvu

			F Li i i ! i ł( -
		

/Pomorze_060_08_0011_0001.djvu

			Przedmowa do pierwszego wydania. Zbiór niniejszy ludowych podań zabobonnych u Mazurów wca¬ 
le nie ma uroszczeń do tego, ażeby go uważano za wyczerpujący; po- 
winienby wszakże budzić pewne zainteresowanie jako przyczynek do 
zbiorów tego rodzaju wogóle i jako podstawa do dalszych badań. 
Już i na Mazurach podania ludowe zaczynają się zacierać, jakkol¬ 
wiek tu są bardziej jeszcze żywotne niż gdzieindziej; wielki tedy już 
czas zająć się utrwaleniem ich i ocaleniem od zguby za pomocą 
pisma. Pożądaną byłoby rzeczą, iżby zwłaszcza osoby, znajdujące się 
w bardziej przyjaznych warunkach od autora tej pracy, ludzie, 
w których łączy się interes naukowy z gruntowną znajomością języ¬ 
ka polskiego i narzecza mazurskiego, podjęły się bardziej szczegóło¬ 
wych i rozległych badań w tyra kierunku i owoce swych usiłowań 
także ogłosiły. Nazwa Mazury używa się w rozmaitych znaczeniach; ściślej 
oznacza ona tylko położone na wschód od Szczytnowskiego powiaty 
z ludnością polską; w sensie jednak rozleglejszym oznacza ona tak¬ 
że powiaty górnej części regencji Królewieckiej. W tym właśnie 
bardziej rozległym znaczeniu używamy tu tej nazwy, gdyż niżej po¬ 
dany materjał w znacznej części był zebrany w tych mianowicie 
powiatach. Bądź co bądź jednak, i z tamtych bardziej ku wschodowi 
posuniętych okolic mamy nader cenny materjał; różnica zaś pomię¬ 
dzy podaniami ludowemi tych i tamtych okolic da się tylko zauwa¬ 
żyć w podrzędnych szczegółach. Wyzyskaliśmy tu niektóre starsze pisma o zwyczajach i wyob¬ 
rażeniach staropogańskich albo z czasów jeszcze pogańskich prze¬ 
chowanych, jakkolwiek w niewielu zaledwie miejscach, i to jedynie 
w celu nawiązania węzłów pomiędzy teraźniejszością a przeszłością, 
uwzględniamy takie najstarsze pisma, jak kroniki Szymona Grunaua, 
Łukasza Dawida albo pisma Jana Meletiusa i Hieronima Meletiusa, 
w których znajdujemy tak wyczerpujące wiadomości o tym, co prze¬ 
trwało z pogaństwa w Prusiech w wieku XVI. Sprawozdawca pozwala 
sobie powołać się na swoją rozprawę, skreśloną przed dwudziestu 
laty i drukowaną w Neue Preussische Provinzialblätter w r. 1846, tom 
II, o ostatnich śladach pogaństwa w Prusiech1); rzecz niniejsza mo¬ 
że być poniekąd uważana za dalszy ciąg tamtej rozprawy. Nato¬ 
miast praca Pisańskiego Von einigen Ueberbleibseln des Heidenthums und ») Świeżo ten sam przedmiot opracował profesor dr. J. Ben¬ 
der W artykule Zur altpreussischen Mythologie und Sittengeschichte, za¬ 
mieszczonym w Altpreussische Monatschrift w latach 1865 i 1867.
		

/Pomorze_060_08_0012_0001.djvu

			IV Pdbstthums, ogłoszona przed stu przeszło laty w Wöchentliche Königs- 
bergische Frag und Anzeigungsnachrichten w r. 1756, nr. 21—25, obec¬ 
nie bardzo rzadka, starannie była wyzyskana i materjał jej po¬ 
równany. Co prawda, Pisański nie samych tylko Mazurów ma na 
względzie, jak to widać z niektórych szczegółów w jego opisie; ale 
nie ulega wątpliwości, że przedew3zystkim chodzi mu o Mazurów. 
Pisański sam był rodowitym Mazurem, a zatym szczególnie na Ma¬ 
zurach poznał te zabobony, pochodzące z czasów jeszcze pogańskich; 
przy sposobności zresztą wyraźnie wskazuje tę okolicę i w in¬ 
nych takie pismach swoich składa dowody, ie nie brak mu zmysłu 
do podań ludowych mazurskich, że go one interesują, jak wogóle jest 
on bodaj jedynym pisarzem, który zrobił coś zasługującego na uwa¬ 
gę dla znawstwa przeszłości tego plemienia. Pozostaje tylko zazna 
czyć jeszcze zpośród źródeł, z których tu korzystaliśmy, pracę E. G. 
Hintza, opartą na urzędowych doniesieniach pastorów ewangielickich 
i bardzo w treść obfitą p. t. Die alte gute Sitte in Altpreussen (Króle¬ 
wiec, 1862, 8-ka), a takie bardzo zajmujący artykuł: Von Königsberg 
nach Preussischen Eylau und Mazuren w odcinku Königsberger Hartungsche 
Zeitung (rok 1865, nr. 302 i 1866, nr. 1, 2, 6—9). Wreszcie luźne 
notatki zapożyczamy z innych także pisarzy, którzy będą wymienie¬ 
ni na właściwym miejscu. Wydało się nam rzeczą stosowną skreślić w formie wstępu 
rzut oka na życie kościelne Mazurów. W dalszym zas ciągu w czte¬ 
rech rozdziałach, na które dzieli się praca nasza, mówimy: 1, o si¬ 
łach demonicznych; 2, o czarach i zamawianiach; 3, o wróżeniu i ka¬ 
lendarzu; 4, o zabobonach, mających związek z rozmaitemi okoliczno¬ 
ściami życiowemi, szczególnie zaś z chrztem, weselem, gospodarstwem 
i śmiercią. W tym ostatnim także rozdziale nie wypadało pominąć 
ogólnego opisu obchodów weselnych, żniwiarskich i pogrzebowych. Olsztynek, 17 maja 1866. Dr. M. Toeppen. Przedmowa do drugiego wydania. Wiadomości o zabobonnych wierzeniach Mazurów udało tui się 
w tym drugim wydaniu pomnożyć licznemi dodatkami. Zawdzięczam 
je przedewszystkim panom duchownym i nauczycielom, a także kilku 
obywatelom na Mazurach, jak również paniom należącym do sfer 
wymienionych. I w pierwszym już wydaniu tego dziełka także ko¬ 
rzystałem z ich uprzejmej gotowości. Winienera tu także złożyć 
szczere podziękowanie, za nadesłane mi z własnego popędu materja- 
ly, wielu nauczycielom, których osobiście poznać nie miałem spo¬ 
sobności. Pomnażając to wydanie dodatkiem, który zawiera klechdy 
i baśnie, w zupełności zdaję sobie sprawę z tego, że dodatek ton 
musi posiadać większe jeszcze braki, niż samo dziełko; dodaje 
mi wszakże otuchy nadzieja i gorące zarazem życzenie, iżby praca 
ta zachęciła innych, którzy dobrze władają mową Mazurów i w bliz-
		

/Pomorze_060_08_0013_0001.djvu

			V szej pozostają styczności z róźnemi warstwami ludności na Mazurach 
gdzie klechdy te przechodzą z ust do ust, do ogłoszenia czegoś 
lepszego i bardziej wyczerpującego. Co się tyczy klechd, Mazury niedostatecznie sa uwzględnione 
w znanym i cennym zbiorze von Tettaua i Temmego Volkssagen von 
Ostpreussen, Litauen und Westpreussen (Berlin 1837). Wszakże od chwili 
zjawienia się tego dzieła, tu i owdzie ogłoszono drukiem pewną 
lość luźnych klechd mazurskich. Zebrałem je tedy i pomnożyłem 
jeszcze kilku zaczerpniętemi z ust Indu. Co znów do baśni, mogę ich podać małą tylko próbkę. Baśń 
wiele traci przez sam przekład. Nadto, jeżeli trudno znaleźć dobre¬ 
go opowiadacza, to o wiele trudniej spotkać jednocześnie dobrego 
opowiadacza i zdolnego tłumacza; skoro zaś wezmą się wspólnemi 
siłami, opowiadacz, tłumacz i sprawozdawca do tak subtelnej rzeczy, 
jak baśń, łacno może zniknąć niezbędna w traktowaniu tej materji 
wolność od wszelkich uprzedzeń. Byłem przeto zmuszony prawie wy¬ 
łącznie poprzestać na ogłoszeniu tu tych tylko baśni, które inni pod¬ 
słuchali dla mnie i łaskawie mi ich udzielili w przekładzie niemiec¬ 
kim. Pośród baśni, do których posiadania przyszedłem tym sposo¬ 
bem, znalazła się pewna ilość oczywistych przeróbek znanych baśni 
niemieckich, głównie ze zbioru Grimma, w części płyciej tylko po¬ 
jętych, w części zaś treściwiej jedynie oddanych; wolałem je tedy 
pominąć. W tych, które podaję, czytelnik rozpozna także niektóre 
rysy znane z baśni niemieckich, ale bo też niewątpliwie skarbiec baś¬ 
ni jest dobrem wspólnym szczepów pokrewnych, wobec czego zgod¬ 
ność ta rysów pojedyńczych wcale nie może być uznana za powód 
dostateczny do odrzucenia odnośnych baśni. Czytelnik bardzo łatwo 
dostrzeże tu pewne rysy oryginalne, a także nie ujdzie jego baczno¬ 
ści tak znamienna u Mazurów skłonność do wprowadzania do baś¬ 
ni swoich pierwiastku kościelnego. Olsztynek, 25 maja 1867. Lr. M. Toeppen,
		

/Pomorze_060_08_0015_0001.djvu

			WSTĘP. Rzut oha na życie kościelne Maznrów. Stosunki kościelne na Mazurach i wogóle w polskich oko¬ 
licach Prus posiadają wiele rysów szczególnych. Mieszkańcy 
tych okolic bez wyjątku prawic są wyznania ewangielickiego, 
gdy tymczasem ich wspólplemieńcy w Polsce i na Warmji są 
gorliwemi katolikami. Słyną oni bardzo ze swego religijnego 
usposobienia. Wszyscy to przyznają, że pilnie uczęszczają do ko¬ 
ściołów, że gorliwie biorą udział we wszelkich praktykach ko¬ 
ścielnych, że starannie obserwują ceremonje kościelne. I w rze¬ 
czy samej, służba boża u Mazurów posiada rysy swoje, które 
wielce pociągają ku sobie, a nawet sprawiają podniosłe wra¬ 
żenie. W nader pouczającym artykule „Polacy ewangielicy w Pań¬ 
stwie Pruskiem“ (w piśmie Evangelisches Jahrbuch, wydawanym 
przez głównego kaznodzieję wojskowego Borcka w Poznaniu, 
rocznik V) czytamy, że na Mazurach objawia się naiwność i szcze¬ 
rość poczucia religijnego, których brak zupełny u Niemców, 
z usposobienia zimniejszych i do refleksji skłonnych. Więc też ży¬ 
cie Mazura, wobec tego, że lud ten pozostaje zdała od wielkich 
ognisk świata, istotnie zasadza się na poglądzie religijnym; po¬ 
karm swój czerpało ono dotąd prawie wyłącznie z Biblji, ze 
śpiewnika, z katechizmu, z żywego słowa kaznodziei i z wielce 
rozpowszechnionego zbioru kazań Dombrowskiego. Wszędzie 
widzimy zapełnione świątynie, w nich zaś zapał, pobożność, 
wrażliwość na słowa nauki, czego nie spotykamy w gminach 
niemieckich. A przytym zamiłowanie do śpiewu, tak, iż pobożni, 
skoro tylko wejdą do kościoła, nie czekając wcale służby bożej, 
zaczynają już śpiewać. Potym cała gmina śpiewa odpowiedzi, 
liturgję, na głos powtarza wyznanie wiary, pada na klęczki pod¬ 
czas „Ojcze nasz” i przyjmuje z ust kapłana słowa ustawy sakra¬ 
mentalnej i błogosławieństwo końcowe, śpiewając jednocześnie. 
Wszystko to nacechowane życiem, wszędzie obok wrażliwości
		

/Pomorze_060_08_0016_0001.djvu

			8 zachowanie się czynne. Z tego samego artykułu niewtajemni¬ 
czony czytelnik poznaje w ich właściwym charakterze polskie 
pieśni narodowe, w których ,,wiernie odzwierciadlają się zasad¬ 
nicze rysy charakteru narodowego: ta wesoła nieprzymuszona 
nuta, nietyle potrącająca tematy potępienia, ile raczej zbawienia 
rodzaju ludzkiego, to dumne wynoszenie i obrazowanie Królestwa 
Chrystusowego, to wojownicze upodobanie w walce Pana z dja- 
blem i zwycięztwieLuad tym ostatnim, wreszcie ta pełna radości 
duma, z jaką się wysławia wspólne panowanie i rządzenie zba¬ 
wionych, obok Boga i Chrystusa w chwale wieczystej, która bę¬ 
dzie udziałem zarówno ubogiego chłopa i mieszczanina, jak 
szlachcica.”1) Jest to zupełnie słuszne zdanie, że, aby zrozumieć służbę 
bożą Mazurów, należy przedewszystkim uwzględnić narodowy 
charakter ludności polskiej i odosobnienie jej od wielkich ognisk 
życia. Duchowy rozwój Mazurów pozostaje na nizkim szczeblu, 
i niepodobna wymagać od nich, iżby się oddawali refleksji, jak 
Niemcy, zupełnie tak samo, jak niepodobna wymagać, iżby Niemcy 
cofnęli się do niższych szczebli życia, gdzie główną rolę grają fan¬ 
tazja i marzycielstwo uczuciowe. Nie należy wszakże pomijać wielce 
ciemnych stron tego rodzaju religijności: dostarcza ona słabej za¬ 
ledwie podpory dla wiary chrześcjańskiej i nie uzbraja bynajmniej 
w szczególną siłę moralną, natomiast otwiera najszersze pole dla 
przesądu. Obok wymienionych już kościelnych ksiąg budujących, 
chciwie bywają także czytywane pisma w rodzaju „Klucza do 
nieba,“ który się rozpoczyna od „listu niebieskiego, pisanego włas¬ 
noręcznie złotemi literami przez Boga, Pana niebios; list ten 
znaleziono na górze dębowej w Brytanji przed ołtarzem świętego 
Michała archanioła; nikt przedtym nie znał tego listu ani pocho¬ 
dzenia jego.“ Skoro się już zbudowało w kościele, natenczas 
z tą samą powagą i szczerym oddaniem się można się zajmować 
zjednaniem tych ciemnych potęg, które oddziaływają na życie 
posługując się wszelkiego rodzaju zaklęciami i czarami; ten sam 
szacunek i pokora, z któremi się pobożny zbliża do swego pro 
boszcza, okazują się w stosunku jego do czarownika, jasnowi¬ 
dzącego lub ekstatyka. Mazurowi zarówno jak Polakowi szczególnie właściwe jest, 
żywe na zewnątrz wyrażanie tego, co odczuwa, a także zewnętrz- *) Porówn. G. Döring Choralkunde, Gdańsk 1865, str. 459.
		

/Pomorze_060_08_0017_0001.djvu

			ne okazywanie nabożeństwa swego1). Całowanie śpiewnika jest 
powszechnym u Mazurów zwyczajem: całują go przy zamykaniu, 
gdy skończono śpiewać pieśń, i wogóle przy każdym użyciu, 
a zwłaszcza przy podnoszeniu książki, skoro ta przez nicostroź 
ność upadnie na ziemię2). • Tak samo przy każdym polskim na¬ 
bożeństwie można spostrzegać niezwykle częste pochylanie gło¬ 
wy, przyklękanie, żegnanie się i bicie się w piersi. Same przez 
się, są to, co prawda, rzeczy podrzędne, które nie mogą uprze¬ 
dzać ani korzystnie ani niekorzystnie względem religijności da¬ 
nego człowieka. U Mazurów wszakże mają one cechę wielce 
podejrzaną, gdyż wiąże się z niemi wyobrażenie szczególnej sku¬ 
teczności. Już w połowie przeszłego stulecia Pisański zwraca 
uwagę na to, że u większości papistów, główną część ich re- 
ligji stanowi „wielkie zaufanie do wyłącznego przestrzegania 
pewnych zewnętrznych obowiązków i praktyk pobożnych, którym 
nie towarzyszy płynąca z serca pobożność w duchu, prawdziwa 
pobożność tego obłędu; niebezpiecznego kościół ewangielicki, po¬ 
mimo wszelkich usiłowań w tym kierunku, nie zdołał dotąd jesz¬ 
cze wszędzie wyplenić. Odrzuca on tedy bezwarunkowo trwa 
jące za naszych jeszcze czasów „urojenie, jakoby modlitwa za¬ 
chowywała niezwykłą moc swoją wtedy nawet, gdy przy za 
mkniętych drzwiach kościelnych będzie wypowiedziana przez 
dziurkę od klucza;“ dalej potępia „niewłaściwe hołdy, składane 
przed ołtarzem przez lud, który się pochyla przed niemi, albo nawet 
pada na klęczki;“ wreszcie potępia bezwarunkowo przesądne 
stosowanie znaku krzyża. „Przypisywana przez papistów moc 
cudowna, powiada on, obałamuca także prostotę naszych braci 
po wierze, tak, iż robią oni znak krzyża przed sobą zawsze, gdy 
chodzi o odwrócenie jakiegoś grożącego niebezpieczeństwa łub 
o jakieś przedsięwzięcie, któreby mogło być niebezpieczne. Woź¬ 
nicy robią znak krzyża biczyskiem przed końmi, gdy te się na¬ 
rowią, ażeby nie złamały koła; inni znów przed jedzeniem żeg¬ 
nają podawane potrawy, ażeby je uczynić nieszkodliwemi, 
w razie gdyby były, dajmy na to, zaczarowane3). Co Pisański 
mówi o przesądnym używaniu znaku krzyża, widzimy dziś jesz¬ 
cze na Mazurach codziennie. *) Por. C. G. Hintz Die alte gute Sitte in Altpreussen. Królewiec, 
1862, str. 3. 2) Hintz, str. 7, 8. 3) Pisański, tamże, nr. 23, § 11.
		

/Pomorze_060_08_0018_0001.djvu

			10 Jeszcze bardziej przypominają katolicyzm śluby i ofiary Ma¬ 
zurów. Śluby ich bywają różnego rodzaju. Ślubują one w cho¬ 
robach i innych krytycznych okolicznościach pościć w pewne dni 
za wyzdrowienie lub wybawienie, np. co piątek podczas postu, 
albo uczęszczać do kościoła, albo złożyć ofiarę w kościele. Dziew 
częta ślubują także powstrzymywać się od noszenia pewnych barw, 
np. czerwonej. Często ślub polega na tym, ażeby w pewne nie¬ 
dziele, np. w dni pokuty, albo po ukończeniu żniw uż iszłaike- 
m ą1), tj. dla zachowania, regularnie co rok powtarzać ofiarę, jak 
gdyby się przez to miało wykupić na wszystkie czasy kartę 
bezpieczeństwa albo ochronną kartę. Całe także okolice wiej¬ 
skie, dotknięte burzą, gradem, albo innym jakim nieszczęściem, 
składają śluby podobne'2)- Tak np. mieszkańcy wsi Bartoszki 
przez całe lata nie pracowali w sobotę. W innej znów wsi, 
która bardzo była ucierpiała od gradu, sołtys zapowiedział pub¬ 
licznie, że każdy ma się w sobotę po południu zupełnie po¬ 
wstrzymać od pracy w polu, ażeby Bóg na przyszłość uchronił 
od klęsk podobnych3). Szczególnie ślubują oni nie pracować 
w du i* apostołów i w takie dni, w które świętują katolicy, np. 
w dzień św. Jakóba, na Przemienienie Pańskie, w dni Najśw. 
Panny itd. Zresztą w te dni unikają oni tylko roboty w polu, 
żadnej innej. Często także unikają tylko roboty na własnym 
polu, chociaż nie wzdragają się pracować na cudzym za opłatą. 
Gdy niedawno temu proboszcz D. w L. w jeden z dni takich 
pozwolił pracować w polu, i nagle spadł grad, chłopi zebrali kil¬ 
ka korcy krup gradowych, zanieśli je coprędzej do naczelnika 
powiatowego w Niborku i zaskarżyli proboszcza o bezbożność, 
której dowodem miały być w ich mniemaniu owe krupy grado¬ 
we. Coś podobnego opowiada gmina dla usprawiedliwienia ślu 
bu swojego o proboszczu w J. Posłał on mianowicie w jednym 
z takich dni, wbrew ostrzeżeniu sołtysa, parobka swojego w po¬ 
le; naraz powstała burza, i piorun uderzył w komin proboszcza, 
nie wyrządzając zresztą tym razem szkód żadnych. Wreszcie 
bardzo są używane także śluby przynoszenia ofiar jednocześnie 
do trzech kościołów, przyczyni zazwyczaj wybierają się dwa 
kościoły ewaugielickie i jeden katolicki. ') Oczywiście są to wyrazy litewskie. — Przyp. Red. 2) Porów. Ilintz, str. 13, 14, 42, 117. 3) Hintz, str. 13.
		

/Pomorze_060_08_0019_0001.djvu

			11 Ofiary, składane przez Mazurów na ołtarzu, i dary ich na 
zakłady dobroczynne pochodzą częstokroć nie ze szczerego ser¬ 
ca, lecz z wyrachowania, jako dobre uczynki, które niechybnie 
będą wynagrodzone, i często grają przytym rolę bardzo prze¬ 
sądne względy uboczne. Ofiary na kościół zdarzają się bardzo 
często, jednakże prawie wyłącznie wtedy tylko, gdy ofiarodawca 
ma prosić o coś, lub złożyć dziękczynienia, albo gdy przystępuje 
do komunji. Wszelako prośby te i dziękczynienia mają w nich 
prawie nieograniczony zakres, gdyż podciągają oni pod tę kate- 
gorją wszelkie przygody życiowe i wypadki tak zewnętrzne, jak 
wewnętrzne, cielesne i duchowe, jak np. zmiany mieszkania, 
niepowodzenia w gospodarstwie, choroby itd.1). Przy komunji 
ołtarz bywa jakby oblężony, nim każdy dar swój złoży. Łatwo 
zrozumieć, jakie ma znaczenie u Mazura ofiarowana świeca w ra¬ 
zie choroby oczu2), i niegdyś praktyka ta była surowo zakazana 
jako pogańska. Ofiary na trzy kościoły, zposród których jeden, 
jak się rzekło, zazwyczaj bywa katolicki, bardzo są częste. Tak, 
niedawno przyniosła jedna chora na żółtaczkę kobieta dwóm 
duchownym ewangielickim i jednemu katolickiemu w O. mąkę, 
wosk i pieniądze, żeby odzyskać zdrowie. W Kr. pewna ko¬ 
bieta ofiarowała pięć szóstek na szpital za męża, którego dusza 
nie ma spokoju, i wyraziła przytym nadzieję, że być może jaka 
szczęśliwa dusza znajdzie te pięć szóstek i w szczęśliwą godzinę 
za pomocą modlitwy biedną tę duszę wybawi. Wyznała przy¬ 
tym proboszczowi, że chce także ofiarować na trzy jeszcze ko¬ 
ścioły, dwa ewangielickie i jeden katolicki, ażeby być tym pew¬ 
niejszą powodzenia. Na zapytanie proboszcza: „Czy w to wie¬ 
rzycie?’’ odpowiedziała: „A jużci, my prości ludzie w to wie¬ 
rzymy.” Nie jest w ich mniemaniu rzeczą niezbędną, ażeby je¬ 
den z trzech kościołów był katolicki, ale bądź co bądź utrzy¬ 
mują, że w takim razie ofiara bywa skuteczniejszą. Szpitale 
Mazurzy często obdarzają, gdyż łatwo się w nich budzi litość. 
Ale z tym aktem miłosierdzia łączy się w nich jednocześnie 
przesąd. Dają oni np. szpitalowi pierwsze cielę od ciołki, albo 
pierwsze masło od krowy, po raz pierwszy dojonej, gdyż mocno 
w to wierzą, że przynosi to szczęście. W samym sposobie święcenia uroczystości kościelnych zwy- *) Porówn. Hintz, str. 12. 
2) Porówn. Hintz, str. 14.
		

/Pomorze_060_08_0020_0001.djvu

			— 12 — czaję ich pod wielu względami różnią się od zwyczajów reszty 
ewangielików w Prusiech. W pierwsze święto Bożego Narodzenia odbywa się w ko¬ 
ściołach na Mazurach, a po wsiach, gdzie niema kościołów, w szko¬ 
łach, podczas nabożeństwa poraunego bardzo charakterystyczna 
i wielce ulubiona uroczystość. Główuą tu rolę grają dzieci szkol¬ 
ne, przygotowywane do tego przez nauczyciela; powierzchownie 
nawet przybierają postaci aniołów, gdyż przywdziewają białe 
ubrania, najczęściej koszulę ojcowską, przepasaną jaskrawą 
wstążką, i wysokie korony z kwiatów z papieru pozłacanego, 
dziewczęta zaś natomiast stroją się w wianki. Wchodzą oni do 
kościoła ze świecami (dawniej jarzęcemi), albo z choinkami zdob- 
ncmi w świeczki w ręku, obchodzą ołtarz dokoła; następnie 
siadają w części na ołtarzu, w części zaś na chórach, i śpiewa¬ 
ją kolejno pieśni, wygłaszają pojedynczo lub chórem odpowied¬ 
nie temu świętu ewangielje, albo recytują po jednemu wierszyki 
z dawnej przekazane tradycji na to właściwie święto (to się na¬ 
zywa o racja). Na nauczycielu leży już obowiązek wyuczyć 
dzieci tych wierszy i ułożyć należycie akcję dramatyczną. W uro¬ 
czystości tej, zwanej jutrznią, bierze najżywszy udział cała lud¬ 
ność polska, a nawet i wielu Niemców; od godziny drugiej lub 
trzeciej wszystko się w domach ożywia; uroczystość sama za¬ 
czyna się około czwartej, i z Polaków brakuje wtedy w kościo¬ 
łach tylko chorych i słabych. Wiele osób zapewnia, że uroczy¬ 
stość ta budzi podniosłe uczucia i działa budująco; nie ulega 
wątpliwości, że Polacy, wogóle miękkiego usposobienia, bardzo 
się rozczulają tą uroczystością, i szczególnie sieroty wierszykami 
swojemi budzą najżywszą dla siebie sympatję1). Uroczystość ta 
jest odwieczna; Pisański w swoich zapiskach Jausborskich, prze¬ 
chowanych w rękopisie, podaje, że uroczystość tę obchodzono 
w mieście Jansborku około r. 1735; obecnie zdarza się wogóle 
ona po miastach chyba tylko bardzo rzadko. Panowauie niegdyś kościoła rzymskiego i jego karnawały 
przypominają tu wszelkiego rodzaju maskarady, błazeństwa i wy¬ 
bryki, a nawet tu i owdzie wybuchy dzikich bachanalij przed na- ‘) Bardziej dokładne opisy tej uroczystości u Rosenheyna, Reiseskizzen aus Ost- und Westpreussen, Gdansk, 1858, II, 114 i nast. 
Gintz, Alte gute Sitte, str. 43 i nast.
		

/Pomorze_060_08_0021_0001.djvu

			13 staniem postu; kościół ewangielicki ma dużo do walczenia w ce¬ 
lu usunięcia tych objawów1). Wpływ kościoła katolickiego zaznacza się szczególnie wy¬ 
raźnie w zwyczaju, który się z dawnych czasów utrzymał u Ma¬ 
zurów, że nie uważają oni wielkiego piątku za prawdziwe świę¬ 
to; gdy zresztą tak starannie unikają oni roboty w święta, 
w wielki piątek, przynajmniej do niedawna jeszcze, oddawali się 
pracy, a wielu uważało nawet wielki czwartek za dzień waż¬ 
niejszy niż wielki piątek. Obecnie w ogólności miały zajść pod 
tym względem zmiany2). Dzień św. Trójcy, przypadający w pierwszą niedzielę po 
Zielonych Świątkach, uchodzi u Mazurów za główne święto i czę¬ 
sto uroczyściej bywa obchodzony niż same Zielone Świątki, cze¬ 
go dowodzi także ta okoliczność, że w tym dniu składa się uaj- 
więcej ofiar i darów na kościoły3). Polacy obchodzą podwójne święto żniw (okrężne), a miano¬ 
wicie, oprócz powszechnie przyjętego, w niedzielę jeszcze przed 
rozpoczęciem żniw: w niedzielę przed św. Jakóbem. Podczas tej 
uroczystości zawsze bywa śpiewana nadzwyczaj łubiana pieśń 
Pola już białe, prawdziwie polska, bardzo charakterystyczna pod • 
względem treści i melodji4). Dzień pokuty i modlitwy uważają Mazurzy za święto, 
z którym w gruncie rzeczy kościół nie ma nic do czynienia, 
i w tym okazują przywiązanie swoje do starych tradycji nawet 
w zakresie spraw kościelnych; ponieważ dzień ten ustanawiany ') Hintz, str. 46. 2) Hintz, str. 48 i nast. 3) Hintz, str. 53. 4) Hintz, str. 54. Uroczystość ta przed rozpoczęciem żniw, jak się zdaje, jest tradycją odwiecznych, pogańskich jeszcze czasów. 
Meletius (De sacrificiis veterum Prnssorura, in Act. Bor. T. II p. 403) 
pisze: Quando jam segetes sunt maturae, rustici in agris ad sacri¬ 
ficium congregantur, quod lingua Rutenica z a c z i n e k vocatur, id 
est initium messis. Hoc sacro peracto, unus e multitudine electus 
messem auspicatur, manipulo demesso, quem domum adfert. Postridie 
omnes, primo illius domestici, deinde caeteri, quicunque volunt, mes¬ 
sem faciunt. (Gdy już zasiewy dojrzeją, wieśniacy zbierają się w po¬ 
lach na uroczystość, która się po rusińsku nazywa zaczinek, tj. 
początek żniw. Po skończonych modłach jeden wybrany z gromady 
rozpoczyna żniwo i zżętą garść zboża odnosi do domu. Nazajutrz 
wszyscy już, nasamprzód domownicy tamtego żeńca, a potym i inni, 
kto tylko chce, biorą się do żniwa).
		

/Pomorze_060_08_0022_0001.djvu

			14 bywa przez państwo, więc nazywają go po prostu królow- 
skim świętem. Pospólstwo zachowuje się wobec tego dnia 
zimno i obojętnie. Tak samo małą przypisuje ono wagę dniowi 
zadusznemu, który powstał tym samym sposobem, w niektórych 
zaś okolicach dzień ten bywa nawet spędzany jakby rodzaj kar¬ 
nawału, wśród hałaśliwych zabaw, dla powetowania sobie ciszy 
i wstrzemięźliwości, które powinny być i bywają też sumiennie 
przestrzegane podczas adwentu1). Jak się zdaje, wzywanie świętych katolickich i nawet Naj¬ 
świętszej Panny nigdzie nie jest we zwyczaju na Mazurach-) Pomimo to jednak rozpowszechniony przez katolików „Klucz do 
ważnych tajemnic," w którym wielki kładzie się nacisk na orę¬ 
downictwo Marji Panny, często bywa czytany z namaszczeniem 
religijnym; a także pewna ilość świąt katolickich, szczególnie 
liczne dni poświęcone Marji i apostołom, dzień Hożego Ciała 
i nadewszystko dzień Przemienienia Pańskiego (6 sierpnia), 
w wielu okolicach na Mazurach są obchodzone dziś jeszcze razem 
z katolikami, w części wskutek ślubów, w części ze starego zwy¬ 
czaju, tak samo jak to było w przeszłym stuleciu3). Dzień obja¬ 
wienia się Chrystusa (Verklärung Christi) dla Mazura jest za¬ 
razem dniem Przemienienia Pańskiego, a także odmianą w jego 
biedzie i cierpieniach; jest to w jego mniemaniu dzień pomocy 
i poratowania, jakoż w dniu tym najhojniej spływają jego ofiary 
na kościoły ewangielicki i katolicki4). Naj uporczywiej wszakże ewangieliccy mieszkańcy na Ma¬ 
zurach utrzymali z czasów panowania katolicyzmu pielgrzymki, 
które i dziś jeszcze najbardziej wiążą ich z katolicyzmem. Prze¬ 
sąd, przywiązany do pola bitwy pod Tanncnbergiem, niewątpli¬ 
wie datuje się jeszcze z czasów panowania kościoła katolickie 
go i w obecnej chwili także jest bardzo wpośród katolików roz- — *) Hintz, str. 41 i nast., 54. 2) W jednym sprawozdaniu wizytacyjnym kościoła w Pasymie z r. 1667 spotykamy notatkę: ,,Jan Samplaki (tak) z Wielkiego 
Ruska obok „Wierzę w Boga“ odmawiał „ZdrowaśMarja” dodając: „Je¬ 
zus nie może być bez Marji.’’ Pisański, nr. 24, § 15, zaznacza tylko , około r. 1756, że niektórzy imię Marji wymawiają przy lekkomyśl¬ 
nych przysięgach, albo używają go jako wykrzyknika oznaczającego zdziwienie. 3) Pisański, nr. 25, § 16. 4) Por. Hintz, str. 56 i nast. j
		

/Pomorze_060_08_0023_0001.djvu

			15 powszechniony. F. S. Bock w swojej Wirtschaftliche Naturge¬ 
schichte von Preussen, Dessau, 1783, tom II, str. 14 i nast., pi¬ 
sze: „W pobliżu ocalałych jeszcze szczątków muru niegdyś ka¬ 
plicy tannenberskiej, na dość znacznej wysokości znajduje się 
sadzawka, wykopana jakoby ręką ludzką; oddawna już wodzie 
tej sadzawki przypisuje się moc szczególna, i mniemanie to do¬ 
tąd przetrwało u ludu, szczególnie wyznania rzymsko-katolickie¬ 
go; opowiadają oni sobie o wielu cudownych uzdrowieniach, do¬ 
konanych za sprawą tej wody. Tłumy pospólstwa z Polski, 
a także i z Prus przybywają tu w drugie święto Zielonych 
Świątek, żeby się obmyć i wykąpać w sadzawce; przytym po¬ 
zostawiają w wodzie różne części ubrania, jako to: koszule, 
czapki, czepce, chustki itp. Udają się tam niekiedy i osoby 
wyższego stanu, ale po nocy, wstydzą się bowiem przesądu swo¬ 
jego, i tam odbywają pielgrzymki i dopełniają ślubów.” Piel¬ 
grzymki te trwają zupełnie tak samo aż do dnia dzisiejszego1). Często także ewangielicy z Mazur udają się do kościo 
łów katolickich, gdzie odbywają się odpusty i praktykują się cu¬ 
downe uzdrowienia. Już Pisański2) uskarża się na to: „Zdarza 
się dość często, są jego słowa, że także zpośród ewangielików 
naiwni dają się namawiać, wobec chorób niebezpiecznych lub 
innych niepomyślnych okoliczności do przystąpienia do obrazu 
Matki Boskiej w Lipce, który uchodzi za cudowny.” Dalej opo¬ 
wiada on także o podróży do tego miejsca cudownego jakiegoś 
padaczką dotkniętego chłopca, i pielgrzymka ta miała przynieść 
najlepszy skutek. Zdawiendawna już i po dzień dzisiejszy 
z Mazur licznie i regularnie zwiedzane bywają jako miejsca 
pielgrzymek: Święta Lipka w dzień Piotra i Pawła (29 czerwca), 
Złotowo pod Lubawą w dzień Przemienienia Pańskiego (6 sierp¬ 
nia) i Bialuty pod Działdowem w dzień św. Jakóba (25 lipca); 
we wszystkich tych miejscowościach bywają odpusty i jarmarki. 
Co prawda, głównie tłum pociągają tam jarmarki, bez których 
lud nie może się obyć, szczególnie jarmark na płótno w Lipce 
i Złotowie, jarmark na konie w Białutach3); bądź co bądź jeduak, *) Wyraźnie poświadcza to duchowieństwo okoliczne. W po¬ 
zornej tylko sprzeczności z tym pozostaje podanie o jeziorze Tannen- 
berskim, które zamieściliśmy w dodatku. 2) Nr. 24 § 14. 3) Porówn. Hintz, str. 56.
		

/Pomorze_060_08_0024_0001.djvu

			16 korzystają oni często z tej sposobności, ażeby tam złożyć ofiarę, 
dać wino do poświęcenia, a nawet chodzi im o odpust. Duchow¬ 
ni katoliccy opowiadają o tym szczególne rzeczy1). Jak licznie 
ciągnie ludność protestancka do owych miejsc pielgrzymek, moż¬ 
na wnioskować z faktu następującego: Pewnego razu superin¬ 
tendent ewangielicki naznaczył był wizytację kościoła w Mielnie 
i Tannenbergu na dzień 6 sierpnia; musiano jednak termin ten 
odłożyć na dzień następny, gdyż 6 sierpnia znaczna część dzieci 
szkolnych pospołu z rodzicami była na jarmarku odpustowym 
w Złotowie. Pozwolimy sobie przytoczyć tu szereg poniższy faktów na 
dowód tego, jak dalece u Mazurów przesąd bezpośrednio wiąże 
się z chrześcjaństwem i nabożeństwem. Szczególna moc tkwi według Mazurów tak w modlitwie 
kościelnej, do której uciekają się nadzwyczaj często i w innych 
praktykach kościelnych, jak również w przedmiotach, przezna¬ 
czonych do celów kościelnych. Już Pisański2) zaznacza przesąd, 
według którego modlitwa w kościele ma być skuteczniejszą niż 
poza obrębem kościoła; w tej myśli przesądni zasyłają modły 
do kościoła przez dziurkę od klucza, kiedy drzwi kościelne by¬ 
wają zamknięte. Zdaje się, że ślad tego przesądu przetrwał do 
dni naszych. Jako środek przeciwko chorobie angielskiej podaje 
się co następuje: chore dziecko należy obnieść trzy razy dokoła 
świątyni i za każdym razem, gdy się mija drzwi kościelne, 
chuchnąć do wnętrza. (Olsztynek). Zdarza się też niekiedy, że ten i ów prosi o krót¬ 
kie bicie w dzwony, gdyż skradziono mu, dajmy na to, konia, 
a prosi w dobrej wierze, że złodziej nie będzie mógł z miejsca 
ruszyć, skoro tylko dzwon zadzwoni3). Gdy ktoś dopuszcza się krzywoprzysięstwa, w pobliżu zaś 
jego znajduje się broń nabita, wówczas broń wypala i kida tra¬ 
fia w krzywoprzysięzcę. Ztąd powstał bardzo pospolity sposób 
przysięgania się: „Mogę na to przysiąc przy stu strzelbach.” Skoro krzywoprzysięstwo było popełnione przed ołtarzem ł) Por. także Kolberga Geschichte der Heiligen Linde W Zeit¬ 
schrift für die Geschichte und Alterthumskunde Ermlands. Tom III. Mo¬ 
guncja 1864, str. 93. ‘ 2) Nr. 23, § 11. 3) Ilintz, str. 4.
		

/Pomorze_060_08_0025_0001.djvu

			i w kościele oświetlonym, w takim razie natychmiastowa zguba 
krzywoprzysięzcy jest jeszcze pewniejsza; ztąd pochodzą te¬ 
go lodzaju zaklęcia, jak: „Mogę na to przysiąc w kościele 
całkiem oświetlonym.” Gdy jednak przysięgający przy składaniu przysięgi podnie¬ 
sionych palców nie zwraca ku sobie, lecz je odwraca, wówczas 
może przysiąc fałszywie, i nic mu to potym nie szkodzi. (Dział¬ 
dowo). Również zagięcie wielkiego palca pomaga przysięgającemu 
przy krzywoprzysięstwie. Przysięgający bierze także podczas 
przysięgi kamienie do ust i potym je wypluwa razem z fałszy¬ 
wą przysięgą1). Kładzie się także podczas przysięgi złota moneta pod ję¬ 
zyk; jeżeli to ma być krzywoprzysięstwo, przystaje ono do mo¬ 
nety. Wino święcone, udzielane przy komunji, używa się jako 
najwyższa i ostatnia instancja we wszelkich chorobach. Mazurzy 
często proszą o nie proboszczów. Gdy zaś ci odmawiają, udają 
się do proboszczów katolickich, którzy, jak mi powiadano, dają 
wino takie bez wahania. Często także dają oni w katolickich 
miejscach odpustowych wiuo do poświęcenia. Niektórzy nawet 
utizymują, że wiuo eucharysfyjne z kościoła katolickiego silniej 
działa, aniżeli z ewangielickiego. Ale przychodzą także i kato¬ 
licy do ewangielickich proboszczów po takie wino. Chorzy na żółtaczkę każą sobie przynosić kielich od ko- 
munji i przeglądają się w nim, albo czynią to samo w kościele, 
w mniemaniu, iż przez to odzyskają zdrowie. Zdarza się także dość często, że otrzymany przy komunji 
opłatek zatrzymują, by zabrać go do domu. Taki opłatek w do¬ 
mu jest środkiem przeciwko kurczom. (Jansbork). Szczególnie 
jest to we zwyczaju u katolików, up. na Szląsku2). Karczmarka w Mikołajkach pod kotłem, w którym pędzono 
wódkę, kazała zamurować opłatek. Odtąd ludzie schodzili się 
do karczmy, jak do kościoła, i karczmarka dorobiła się rnająt- *) Kosnheyn, Reiseskizzen, Tom II, str. 92. 2) Przykład nadużywania hostji z czasów jeszcze Zakonu przy¬ 
tacza Grunau w Trakt. XII, rozdz. 13: Żyd nauczał rybaak, żeby 
ho8tję poświęconą zatknąć w kawałku drzewa i ten zawiesić na sie¬ 
ci; tym sposobem złowi dużo ryb i wzbogaci się itd. Porówn. Henne- 
berger Erklärung der Landtajel, str. 431. Wierzenia Mazurskie, 2
		

/Pomorze_060_08_0026_0001.djvu

			18 ku; ale po śmierci nie miała spokoju, dopóki przez niedziela¬ 
ka (Sonntagskind) nie wskazała tego mężowi, i dopóki ten nie 
odszukał opłatka i nie odniósł do kościoła. (Mikołajki). Jeżeli strzelec raz wystrzelił do takiego opłatka, może już 
później rozkazywać: „Zając tu” i zjawia się wnet zając i pada 
pod strzałem. (Olsztynek). Pewien kłusownik miał strzelbę, 
z której nigdy nie chybiał, ale nikomu nie chciał jej dać do rę¬ 
ki. Gdy razu pewnego na polowaniu się zdrzemnął, wziął ją 
towarzysz jego i zaczął brać na cel. Ale jakże był zdumiony, 
gdy spostrzegł chłopca w czerwonej czapce, trzymającego mu za¬ 
jąca przed wylotem lufy. (Wielbark). Niektórzy noszą opłatek 
z innemi jeszcze rzeczami w kolbie strzelby, ażeby pewniej tra¬ 
fiać do celu. (Wielbark). Czarownice używają opłatka do „o b s y p k i” (patrz niżej). 
Już Pisań8ki powiada: Złość straszliwa niejednego już doprowa¬ 
dziła do tego, że z otrzymanego przy komunji opłatka zrobił 
bezbożny użytek. Kto po przyjęciu komunji trzaśnie za ołtarzem z bata (któ¬ 
ry w tym celu trzyma pod połą ua pogotowiu) i natychmiast 
go znów schowa, ten odtąd może czarować. (Olsztynek). Wielu poszukuje wosku z kościoła, zwłaszcza zaś wosku 
ściekającego z kościelnych świeczników, gdyż uważają go za 
skuteczny środek przeciwko padaczce1). Chorzy na oczy ofiarowują do kościoła świece woskowe, 
upatrują bowiem przesądnie jakiś tajemniczy związek pomiędzy 
światłem oczu i światłem jarzęcym2), Ewangielja św. Jana, powiada Pisański3), ma o wiele 
wznioślejsze przeznaczenie niż służyć przesądowi, według które 
go ma być za jej pośrednictwem wypędzana febra, albo jeżeli 
do tego będzie jeszcze użyty klucz dziedziczny, wykrywana 
kradzież. Biblja wszakże i teraz jeszcze często bywa do podob¬ 
nych celów używana (Patrz niżej). Jest we zwyczaju kłaść noworodkowi śpiewnik pod głowę, 
ażeby nie przyszedł djabeł, nie zabrał dziecka i nie położył do 
kołyski podrzutka na jego miejsce4). *) Toppen w N. Pr. Prov.-Bl. 1846, tom II, str. 471. 2) Hintz, sir. 14. 3) Nr. 24, § 16. 4) Hintz, str. 74.
		

/Pomorze_060_08_0027_0001.djvu

			19 I. Siły demoniczne. Ciemne, tajemnicze siły wywierają na Mazurów wpływ po¬ 
tężny. Złe i dobre dni, złe i dobre znaki niebieskie, ludzie 0 dobrym lub złym spojrzeniu wpływają stanowczo na przyszły 
los noworodka1). Cokolwiekbądź się przedsiębierze, wszelki po- 
myślny skutek istotnie zależy od dobrej godziny, w której się 
bierzemy do przedsięwzięcia. Wszystkiego, co nam przynosi ra¬ 
dość, należy pilnie strzec od złego spojrzenia, gdyż nawet naj¬ 
życzliwszy przyjaciel, mimo wiedzy i woli swojej, może je nam 
zepsuć i zniweczyć złym spojrzeniem. Trzeba się udawać do 
pewnych miejsc, ażeby być bliżej owych sił ciemnych i ich 
działania. Najbardziej zewnętrzne formy i znaki zostają w związ¬ 
ku koniecznym z najdziwniejszemi skutkami; pewne sentencje 1 formułki, jak również pewne częstokroć dziwaczne praktyki, 
posiadają moc nieprawdopodobną; to też zdarzają się na Mazu- 
iach, wobec wszystkich, rzeczy, o których się na całym świecie 
nie słyszy. Co prawda, dawne niebo bogów prawie już wymarło. Je¬ 
żeli jeszcze w wieku XVI, pomimo wyznania i kościoła chrześ- 
cjańskiego, wzywano głównych bogów pogańskich, jak Perkuna, 1 atoli a, Potrimpa, P ergruba, Pilwita itd.2), i składano im ofiary 
publicznie, w czym brali udział mieszkańcy wielu wsi, to dziś 
naturalnie niema już o tym mowy3). *) Evangelisches Gemeindeblatt Weissa, 1857, str. 329. 2) Oczywiście są to nazwy bogów litewskich. — Przyp. Red. 3) Nazwy Perkuna nie zna już lud mazurski. Jeden misjo¬ 
narz kaznodzieja, pizybyły na Mazury ze stron dalekich, opowiadał 
mi na dowód tego, jak żywotne są tu jeszcze tradycje pogańskie, że 
razu pewnego zdarzyło mu się drogę odbywać z Mazurem podczas bu¬ 
rzy, Mazur podpił sobie trochę, a że drogi zasypał śnieg, i ściemni¬ 
ło się już ku wieczorowi, więc zabłądził i w końcu zaczął wzdychać 
i kląć: ,,0 Potrimpus, o Potrimpus!1’ Zaraz zwątpiłem mocno, ażeby ten 
wykrzyknik pochodził z tradycji ludowej, gdyż zostawał on w sprzecz¬ 
ności ze wszystkiemi mojemi dotychczasowemi spostrzeżeniami. Póź¬ 
niej dowiedziałem się, że właściciel furmanki był nauczycielem szko¬ 
ły i prawdopodobnie wiadomości swoje czerpał z Heinela. I pomimo 
wszelkich poszukiwań, nie mogłem odkryć najmniejszego śladu tego, 
żeby Perkun żył jeszcze w ustach ludu. Nazwa Pikullus, która 
zresztą wcale nie jest tyra samym, co nazwa Patollus, bo do¬ 
piero za czasów chrześcjaństwa miała się przeobrazić w przezwisko 
djabla albo boga piekła (Bender, De veterum Prutemrum diis, Brunzberga,
		

/Pomorze_060_08_0028_0001.djvu

			— 20 — Tu i owdzie zamiast dawnych bogów zjawia się poprostu 
djabeł, ale się woli unikać nazywania go i poprzestaje się na 
omówieniu: „to nie dobre,” albo się mówi o „złych ludziach,” 
którzy coś nabroili, i ma się przytym na myśli ludzi, którzy są 
ze złym duchem w stosunku. A także zwrot, że ktoś potrafi coś 
więcej, niż jeść chleb, jest specjalnym napomknieniem o związku 
ze złym duchem. Ale oczywiście wyraz djabeł albo zły, gdy 
się oczekuje czegoś dobrego od uznawanych sił wyższych, nie 
daje się zastosować, i w takim razie słyszy się godne uwagi wy¬ 
rażenie, że się zwracają Mazurzy do bożków, całkiem różnych 
od bóstw biblijnych (takich bożków nazywają bałdanami). Tylko niektóre przyjazne albo wrogie duchy niższego rzę¬ 
du bywają wyobrażane jako osoby i oznaczane pewnemi na¬ 
zwami. Najczęściej nazywają je chobołdami, czyli elfami. 
Podania o nich, tak obfite w wieku XVI, dadzą się z łatwością 
wyśledzić aż do najnowszych czasów. Tylko ten rys, że się 
unoszą w powietrzu w postaci ognistej, nie był, jak się zda¬ 
je, w wieku XVI zaznaczony. W dziele Christliches Bedenken 
von der Pestilenz doktora Bernarda Derschowa (Królewiec 1623, 
4, str. 264) czytamy: „Elf albo djabeł musiałby ci zostawić mie¬ 
nie twoje nienaruszone i nietknięte, gdyby go Pan Bóg zgóry 
już nie przeznaczył tobie1).” Krzysztof Pisański w pracy swojej 1865, str. 10), oznacza u Mazurów i wogóle u Polaków tyle. co wi- 
dlziadło, albo także postać zamaskowanego franta. Gdy się dzwoni 
na choinkę świąteczną, wtedy mówią: „Pikullus dzwonił“ (a zatym 
w danym razie jest on jakby tym samym, co knecht Ruprecht; w tym 
celu przeważnie używają się dzwonki gliniane, które też w wielkiej 
ilości sprzedają się na targu przedświątecznym). Także obrzydliwe 
figury, które występują w maskaradzie zapustnej, nazywają się Pi¬ 
kullus; nazwa ta jest także ulubioną połajanką, której używają 
szczególnie kobiety, gdy chcą wyrazić, że coś jest obrzydliwe.—Przyp. 
Red:. Widocznie autor miesza tutaj rzeczy litewskie z mazurskiemu 
>) Z pisma r. 1636, nieznanego nam jeszcze, gdy ogłaszaliśmy 
badania swoje nad chobołdem na Mazurach w Altpreussische Monats¬ 
schrift, rok 1866, z Reformatio gentis Letticae in ducatu Curlandiae P. 
Einhorna, co było przedrukowane także w Scriptores rerum Livonicarum, 
tom II, podajemy tu przesąd ludu pokrewnego o smokach i pukach 
ze względu na zdumiewającą zgodność. Einhorn mając na względzie 
greckiego Plutona, pisze na str. 624: „Tego złego i obrzydliwego 
bożka bogactwa miał także ten naród i nazywał go w swoim języku 
Puke; Niemcy, ponieważ nie umieją go nazwać inaczej, nazywają 
smokiem; wielu dziś jeszcze trzyma bożka tego, a ma on tym, któ-
		

/Pomorze_060_08_0029_0001.djvu

			2L Von einigen Ueberbleibseln des Heidenthums und Papsttliums iu 
Preussen (O niektórych pozostałościach z pogaństwa i papieztwa 
w Prusiech1), zaznacza: „Przesądna prostota wyobraża sobie elfy 
jako rodzaj złych duchów, które pod postacią smoków oguistych 
nocą unoszą się w powietrzu, czcicielom swoim znoszą wszelkiego 
rodzaju pieniądze i żywność, ale mszczą się także za wyrządzo¬ 
ne sobie krzywdy, paląc domy, opustoszając stodoły i sprowa- rzy go utrzymują, przynosić wszelkiego rodzaju zboże i mienie, 
które kradnie u nietrzymających z nim. Co się tyczy postaci, ma 
on być cały czerwony, jak ogień, i szybko latać w powietrzu, jak 
ogień płonący. Gdy jest wolny i nie obładowany zbożem, ma być 
czerwony jak ogień, gdy jednak nakradnie ziarna i innycli rzeczy 
i obładuje się niemi, bywa siny i obrzydliwego wejrzenia. Skoro 
gospodarz chce korzystać z jego posług i trzymać go, ażeby mu 
przynosił bogactwo, musi, jak mi powiadano, trzymać go w osob¬ 
nym budynku, który powinien być bardzo porządny, czysty i schlud¬ 
ny; nikt tam nie powinien wchodzić oprócz samego gospodarza i te¬ 
go, kogo on tam chce trzymać, i nie każdy ma wiedzieć, co to za 
budynek taki i po co on zbudowany. W budynku tym musi gospo¬ 
darz codziennie go karmić i poić, i od wszelkiego jadła przede- 
wszystkim jemu cząstkę przynieść i dać; tak np. gdy warzy piwo, 
zanim się sam napije i rodzina, musi trochę świeżego piwa tam za¬ 
nieść; skoro się tylko chleb piecze, nasamprzód musi Pukowi dać 
trochę chleba świeżego; tak samo, skoro się coś gotuje, Puk musi 
dostać cząstkę swoją. Gdy jednak gospodarz nie dba o to. żeby go 
dobrze utrzymywać, albo gdy domownicy drwią z niego, albo go lżą, 
wtedy wpada on w gniew taki, że podpala gospodarzowi dom i ca¬ 
łą zagrodę i puszcza je z dymem. Tyle tylko mogłem się o nim 
dowiedzieć, gdyż wszystko, co dotyczy Puka, utrzymuje się w wiel¬ 
kiej tajemnicy, tak, iż nawet domownicy niewiele potrafią o nim 
powiedzieć. Ponieważ jednak tyle się o nim mówi i baje, i często 
też daje się on widzieć wieczorem, tedy zrozumiałą jest rzeczą, że 
powstaje pytanie: czymże on jest właściwie, co stanowi jego sub¬ 
stancję i istotę, jak i jakim sposobem dźwiga on zboże i przynosi 
je swoim hołdownikom, i czy w rzeczy samej w sposób naturalny 
zjada i spożywa jadła, które mu się codzień podaje? Otóż trudno 
jest na to odpowiedzieć“ itd. Grimm, Mythologie str. 654, przytacza, 
że smok, z m e k, u Czechów jest duchem, który się ukazuje pod po¬ 
stacią zmokłego ptaka, najczęściej kurczęcia, i przynosi ludziom pie¬ 
niądze. Według Stendera Lettische. Grammatik, wyd. 2-ie, str. 268, 
Puhkis, smok, jest bogiem bogactwa, który porywa mienie u innych 
i przynosi swojemu gospodarzowi, ten zaś utrzymuje go pod posta¬ 
cią czerwonego koguta. Porówn. Bender, Altpreus. Monatsschr. 1867, 
str. 2, przyp. 3. ‘) Nr. 21, § 4.
		

/Pomorze_060_08_0030_0001.djvu

			22 dzając inne nieszczęścia. Wprawdzie po miastach rzadko się już 
czegokolwiek doznaje od tych latających duchów, ale zato po 
osadach i wsiach niejeden dziś jeszcze staje się dzięki nim ubo¬ 
gim lub bogatym i bywa wskutek tego narażony na najnielito- 
ściwsze sądy sąsiadów.” I za naszych jeszcze czasów w pol¬ 
skich okolicach Prus choboldy pełnią w najlepsze powołanie swo¬ 
je. W tym względzie udzielono mi następujących szczegółów. Nieboszczyk B. w Olsztynku miał chobołda. Wielu widziało 
go, jak wylatywał wieczorem. Również nieboszczyk R. w Olsztynku miał chobołda, i gdy 
taki chobołd albo elf leciał, zawsze ciągnęła się za nim smuga 
ognista. Często widywano u R. chobołda wlatującego do ko¬ 
mina. Starzy ludzie w Olsztynku mówią: Chobołd jest to rodzaj 
ptaka, którego się trzyma potajemnie, np. na strychu w beczce 
i karmi obficie wybranemi kąskami. W nocy wylatuje on i te¬ 
mu, kto go utrzymuje, przynosi pieniądze. Stolarz G. w Wielbarku, do którego należało utrzymanie 
w porządku pomp, musiał w zimie chodzić często do pompy 
z rozpalouym żelazem. Dopóki ludzie nie przekonali się, że to 
było rozpalone żelazo, pomawiali go, że ma kołbuka (tj. 
chobołda). Gdy kołbuk przelatuje w powietrzu, i gdy się widzi sypiące 
się z niego iskry, trzeba się schować pod dach, gdyż w przeciw¬ 
nym razie opadną wszy i robactwo. (Wielbark). Kołbuka chowa się zwykle na strychu, ażeby go nikt nie 
widział. Musi być dobrze karmiony, np. skwarkami i jajeczuicą, 
i musi mieć miękkie posłanie. We dnie chowa się pod pierzynę, 
w nocy zaś oddaje się swojemu rzemiosłu. Wyobrażają go sobie 
jako małe dziecko w czerwonej sukni1); tak widziała go siedzą¬ 
cego w łóżku jedna kobieta, która niespodziewanie na strych 
przyszła. (Wielbark). O p o d z i o m k a c h lud w okręgu Szczyciuskim nic nie 
wie; ale kołbuk jest znany. W gospodarstwie jest on po¬ 
mocny i włóczy się razem. Kto go posiada, ten ma zawsze zboże. 1) Porównaj wyżej, str. 160, chłopca w czerwonej czapce. 
W dalszym ciągu mówimy o duchach wodnych, podobnież wyobraża¬ 
nych. W mitologji niemieckiej spotykamy także „r ó t e z k e p p e 1“ 
albo płaszcz szkarłatny, jako strój elfów. Grimm, Mythologie, str. 431. 
Haupt, Zeitschrift für deutsches Alterthum, tom 6, Str. 179.
		

/Pomorze_060_08_0031_0001.djvu

			23 Razu pewnego podczas dżdżystej pory weszła do jednego 
domu kura; chciano ją wypędzić, ona jednak została, i dano jej 
spokój. Nakarmiono ją wkońcu i przetrzymano przez noc. Na¬ 
zajutrz, na miejscu, gdzie siedziała, leżała kupa zboża; i później 
także dbała o to, żeby ludzie, u których znalazła przytułek, 
zawsze mieli w domu zboża podostatkiem. Był to także k o ł- 
b u k. (Wielbark). Chobołd przybiera postać małpy. Gdy coś niesie, sypią się 
z niego iskry; gdy nic nie niesie, jest tylko małym płomykiem. 
(Jerutki). Jedna żona kupca w Niborku miała ptaka w rodzaju so¬ 
wy, który jej dostarczał bogactw; nie skąpiła też ona sobie 
wydatków. Po śmierci jej sowa miała wylecieć kominem i udać 
się do jednego z krewnych. Mąż po śmierci jej znalazł kilka 
tysięcy talarów i wszelkiego rodzaju kosztowności, jak: złote ze¬ 
garki, łańcuszki, drogie materje itp., o czym uie wiedział przed- 
tym; tym dopiero sposobem stwierdzono, jak się rzecz miała. Jedna kobieta pod Działdowem miała dużego kota i hodo¬ 
wała go z możliwą troskliwością. Dzięki niemu gospodarstwo, 
które już było podupadło, widocznie się polepszyło. Gdy kota 
zabito, wszystko u tej kobiety wróciło do dawnego stanu. Pewien chłop w Smolnikach wzbogacił się dzięki chobołdowi. 
Nad wieczorem chobołd wlatywał i wylatywał przez komiu jego 
domu. Gdy powracał do domu, miewał długi ogon, z którego 
sypały sie iskry. Gdy chobołd przychodzi do domu, wtenczas 
ma jakoby postać ludzką, ale gdy lata, jest rodzajem smoka. 
Takiemu chobołdowi niejeden zaprzedaje duszę swoją i wchodzi 
z nim w układy, aby mu czas jakiś służył i przynosił mie¬ 
nie. Gdy jeden człowiek w Smolnikach, który tak postąpił, zmarł 
nagle, powszechnie utrzymywano, że zabrał go chobołd. Najbardziej uderzającą jest następująca wiadomość z oko¬ 
licy Działdowa, za której zupełnie ludowe pochodzenie ręczyć 
nie mogę. Kołbuk wymaga za swoje usługi, aby mu wyznaczo¬ 
no pokój, który powinien być pomalowany na czarno, albo obity 
czarną materją. Do tego pokoju nikt nie powinien wchodzić 
oprócz właściciela domu o północy, ażeby go nakarmić. Kołbuk 
wszakże wymaga dobrego jedzenia i nie gardzi też winem. Ma 
on postać człowieczka i jestszklauj! Gdy ten, który go posiada, 
umrze, kołbuk wylatuje kominem i najczęściej udaje się do jed¬ 
nego z krewnych zmarłego. Skoro chobołd nie jest troskliwie pielęgnowany, porzuca
		

/Pomorze_060_08_0032_0001.djvu

			24 tego, u którego długo przebywał i powoli zabiera to także, co 
mu dotąd przynosił. Po śmierci swojego żywiciela przechodzi 
zazwyczaj do krewnych jego. (Olsztynek). Tyle tylko wiadomości o cbobołdzie zdołaliśmy podać 
w pierwszym wydaniu pracy niniejszej. Obecnie możemy do¬ 
dać jeszcze następujące, bardzo cenne wiadomości z Dąb¬ 
równa: Kolbuk, zwany także choboldem, jest istotą z rodzaju du¬ 
chów, postaci ptaka; najchętniej przybiera on postać sowy; ztąd 
pochodzi strach, jaki lud zawsze względem niej okazuje. Cho- 
bołd chętnie przebywa w pobliżu ludzi i bardzo ceni troskliwą 
opiekę. * Kto miał szczęście pozyskać względy cbobołda, temu 
otworem stoją drzwi do bogactw. Chobołd okazuje, wielkie pizy- 
wiązanie do ludzi i chętnie przy nich osiada. Tak, niejednemu 
już* chciał się on formalnie narzucić; ten i ów widział go w po¬ 
staci czarnej kury w komorze swojej; ale nie potrafił go sobie 
zniewolić. Innego znowu niepokoiło sumienie: nie miał odwagi 
zawiązywania pewnych stosunków ze ziemi silami i za pomocą 
modlitwy, oraz stanowczych słów: „Dziej się wola boża!’ odpę 
dzil od siebie kusiciela. Chobołd, podług wierzenia ludowego 
u Mazurów, jest istotą szczególnego rodzaju; klechdy niemieckie 
nie znają właściwie podobnej istoty. Co klechda i baśń niemiec¬ 
ka opowiadają o inkluzie, wabiku, o mandragorze, o „stoliku 
nakryj się,” „ośle wyciągnij się” itd., to wierzenie ludowe u Ma¬ 
zurów uosabia w swoim cbobołdzie. Jest on, jeżeli wolno użyć 
tego porównania, krukiem Eljasza, o przeciwnych wszakże włas¬ 
nościach; jak tamten przynosił Eljaszowi wszystko, co mu było 
do życia potrzebne, tak również chobołd zaopatruje aż do zbyt¬ 
ku we wszelkie dobro swoich ulubieńców. Jest on istotą z rzę¬ 
du duchów, dostaje się bowiem wszędzie na wewnątrz i na ze¬ 
wnątrz; zamek i zasuwka nie chronią przed nim; może on do¬ 
wolnie zmieniać postać swoją, zjawiać się i znikać, kiedy mu 
się podoba. Bądź co bądź, nie jest on dobrą istotą; ognisty ogon, 
widzialny podczas jego nocnych wycieczek, sposób, w jaki wzbo¬ 
gaca swoich żywicieli, mściwość jego, a także i ta okoliczuość, 
że modlitwa i znak krzyża przeszkadzają mu szkodzić komuś 
lub zbliżać się do człowieka, dowodzą jego natury demonicznej. 
Pomimo to, nie należy przez cbobołda rozumieć samego djabła, 
jakoby ten miał pod tą postacią zawierać układy i służyć lu¬ 
dziom, którzy mu się oddają; gdy bowiem djablu, w jego z wiąz. 
kach z ludźmi, chodzi tylko o ich dusze, chobołd za swoje usługi
		

/Pomorze_060_08_0033_0001.djvu

			25 nie wymaga nic więcej prócz troskliwej opieki. Rzecz to niesły¬ 
chana, ażeby chobołd po upływie terminu służby swojej, wydarł 
komuś gwałtem życie, aby porwać jego duszę, jako wynagro¬ 
dzenie za swoje trudy. Spokój i samotność najbardziej mają 
dogadzać chobołdowi; to też zazwyczaj wyznacza mu się na po¬ 
mieszczenie część strychu, którą we własnym interesie trzeba 
ukrywać przed wzrokiem ciekawych. Wielu trzyma go także 
w beczce, którą zazwyczaj na dzień przykrywają. Ulubioną je¬ 
go potrawą, między innemi mniej znauemi potrawami, mają być 
kluski. Myśl o chobołdzie przerażającą jest szczególuie dlate¬ 
go, że jest on istotą nadprzyrodzoną, złą, i że się przypuszcza, 
iż pielęgnowanie jego jest rodzajem czarodziejstwa, co jak wia¬ 
domo, nie każdemu jest daue. Wreszcie, jak się zdaje, bywa 
on w pewnym stosunku zależności od ludzi, którzy go potrafią 
ujarzmić. Dla ludzi jest on niebezpieczny z tego względu, że mo¬ 
że im porywać dobytek, aby obdarzać nim tych, którzy go umie¬ 
jętnie pielęgnują; innej obawy prócz tej, ażeby nie być przezeń 
okradzionym, niema nigdzie, gdy tymczasem djabeł i czarowni¬ 
ce, jak wiadomo, mogą także w inny sposób szkodzić ludziom 
i czynią też to często bez żadnej przyczyny. We dnie trzeba troskliwie pielęgnować chobołda, który nie 
opuszcza swojego mieszkania; wówczas kurczy się on często do 
znikomych rozmiarów; noc ciemna jest właściwą porą jego dzia¬ 
łalności; wówczas dopiero, podobnie jak sowa i wszystkie ptaki 
nocne, ujawnia on prawdziwą swoją naturę; kto go widział 
wtedy, ten wie, że jest on dość znacznej wielkości; dzięki ogni¬ 
stemu długiemu ogouowi, jak u komety, jest on każdemu wi¬ 
dzialny. Zdaje się, że posiada znaczną siłę; zauważono bo¬ 
wiem, iż może unosić ciężary, całkiem nieproporcjonalne do 
swojej wielkości. Jest on niebezpiecznym złodziejem; oprócz 
zuaku krzyża świętego, żadna siła i ostrożność nie potrafi uchronić od niego. Frzenika wszędzie, gdzie nie użyto odpowied¬ 
nich środków do zabezpieczenia się od niego; kradnie, co znaj¬ 
dzie: zboże, słoninę, pieniądze, płótno i inne przedmioty, i w dzio¬ 
bie lub na ogonie zanosi żywicielom swoim. Ci stanowczo mu¬ 
szą się wzbogacić; pieniądze i chleb nigdy się u nich nie wyczer¬ 
pują Ztąd pochodzi, że gdy u ludzi uczciwych strych jest pusty, przeciwnie u tych, którzy chowają chobołda, często grozi zawaleniem się pod ciężarem zboża. Dlatego to tak nagle do¬ 
chodzą oni do bogactw i znaczenia, tak, iż nie można spostrzedz, 
w jaki sposób i dzięki czemu. Kto jednak choć trochę jest Wier unia Mazurskie, 3
		

/Pomorze_060_08_0034_0001.djvu

			26 — uważny, ten spostrzeże wnet przyczynę ich nagłego wzbogace¬ 
nia się. Jedna kobieta widziała, jak chobołd obładowany znacznym 
ciężarem, leciał w powietrzu. Na jego ognistym ogonie, podob 
nym do ogona komety, wisiało dużo worków, które widocznie 
wypchane były cennemi rzeczami; co najmniej było tam zboże. 
Ogon uginał się ku ziemi, gdyż naturalnie pociągał go wielki 
ciężar. Nagle chobołd coś upuścił, kobieta podbiega w mnie¬ 
maniu, że znajdzie jakieś skarby, które ją uszczęśliwią; 
tymczasem ku wielkiemu zdziwieniu swojemu, znalazła tylko 
leżący na ziemi worek pakuł. Prawdopodobnie ciężar był dla 
chobołda za wielki, tak, iż musiał część jego zrzucić. By wszak¬ 
że właściwa zawartość worka nie wyszła na dobre temu, dla 
kogo nie byłą przeznaczona, zamienił ją w pakuły. Znak krzyża jest najpewniejszą ochroną od chobołda. To 
też każda kupa zboża w śpichlerzu albo na strychu nosi na so¬ 
bie znak krzyża. Nawet na klepisku zboże nieoczyszczone jesz¬ 
cze musi być na noc naznaczone krzyżem, żeby go chobołd nie 
zabrał. Rzecz to w wysokim stopniu godna uwagi, co się widzi 
i słyszy o różnych sposobach, jakiemi wierzenie ludowe stara 
się bronić przeciwko rzekomo szkodliwym wpływom, i niewiado¬ 
mo, co bardziej podziwiać: czy wyobraźnię, która roi te wszystkie 
wpływy szkodliwe, czy pomysłowość w wynajdowaniu przeciwko 
nim środków ochronnych? Jeżeli podczas młocki wieśniak roz¬ 
łoży na noc świeżą kupę snopów na klepisku, to nie wolno jej 
na noc zgrabić; należy to odłożyć na jutro i załatwić przed roz¬ 
poczęciem roboty. Jeżeli się zaś to uczyni dnia poprzedniego 
i tym sposobem przygotuje się snopy do młócenia, „znajdzie się 
ktoś, co je w nocy wymłóci:'1 ten sam chobołd. W nocy z czwart¬ 
ku na piątek chobołd szczególnie jakoby rozwija żywą działal¬ 
ność. Gdy we czwartek wieczorem kobieta prząść przestaje, 
musi nad kołowrotkiem uczynić znak krzyża; „w przeciwnym 
razie znajdzie się ktoś w nocy, co dalej prząść będzie:1' cho¬ 
bołd—naturalnie nie na jej korzyść. „Przodkowie nasi wszystko 
to już przeżyli i doświadczyli,—odpowiadają zazwyczaj temu, kto 
powątpiewa, — i my dobrze robimy, naśladując ich i nie zanie¬ 
dbując niczego, co może nas ochronić.“ Gdy chobołd przelatuje z ciężarem swoim, można zawsze, 
jeżeli się ma po temu ochotę, odebrać mu ten ciężar. W tym 
celu pokazuje mu się tę część ciała, którą zawsze gwoli przy¬ 
zwoitości staramy się zakrywać, i ciężar musi on upuścić.
		

/Pomorze_060_08_0035_0001.djvu

			27 Jednakże jest to zawsze krok niebezpieczny. Jeden człowiek 
postąpił raz tak dla próby. Ciężar spadł, ale cbobołd przez 
zemstę osypał wszami zuchwalca. Związek z chobołdem zawsze bywa fatalny, gdyż nie ma 
sposobu rozejść się z nim dobrze. Gdzie się zagnieździ, tam już 
siedzi mocno i służy dzieciom i wnukom. Gdy się komu sprzy¬ 
krzą jego usługi, albo gdy kogo sumienie dręczy, że w nieuczci¬ 
wy sposób stał się dzięki jemu bogatym, i wypędzi go z domu, 
pozbawiając zwykłej opieki, w takim razie chobołd zawsze będzie 
do niego żywił nienawiść, i jak przedtym znosił do domu wszel¬ 
kie dobro, tak teraz, mszcząc się, będzie je wynosił. Jeżeli mu 
się wiernie dochowuje związku, to się mu poświęca spokój du¬ 
szy; skoro znów związek będzie zerwany, mienie i dobytek 
stają się jego ofiarą. Szczęśliwy, kto nigdy nie miał z nim do 
czynienia. Żeby się od niego uwolnić na zawsze, jedna kobieta 
oparzyła go w beczce; zapomniała, czy też nie wiedziała, że j e- 
mu ani ogień, ani ukrop zaszkodzić nie mogą. Dopieroż miał się 
zemścić na niej za taką niewdzięczność! Tak samo, jak nagle 
wzbogaciła się, tak też i zubożała nagle. A więc i w tym poda¬ 
niu sprawdza się także prawidło, na doświadczeniu oparte, że 
związek ze złemi siłami zawsze musi złe przynosić owoce. Duchy domowe, o których mówiliśmy dotąd, mają tę ce¬ 
chę szczególną, że w postaci ognistej unoszą się w powietrzu, 
ażeby dostarczyć bogactw żywicielom swoim. Pisański nadaje 
im miano elfów i wbrew panującemu dziś jeszcze zwyczajowi 
odróżnia ich od innych, zwanych cbobołdami albo podziomkami. 
Trudno tę różnicę utrzymać. Pisański jednak opowiada o tych 
ostatnich, że zarówno w polskich, jak i w niemieckich okolicach 
Prus, dobrze ich znają. „Jeszcze za dni naszych budzą one oba¬ 
wę przy połogu. Miało się już nieraz zdarzyć, że jeżeli piastun¬ 
ka nie pilnuje bacznie niemowlęcia, szczególnie przed chrztem, 
człowieczek wielkości piędzi z długą brodą porywał dziecko 
z kołyski, rzucał je pod przypiecek, i gdyby nie spostrzeżono te¬ 
go w porę, uniósłby je z sobą w podziemia1).“ Dziś także obawa zamiany własnego dziecka na podrzutka 
bardzo jest rozpowszechniona i bardzo czujna; starają się zabez¬ 
pieczyć od zamiany dziecko przez to, że się mu kładzie do ko- ‘) Pisański, nr. 22, § 5. Rozróżnienia, które tu podaliśmy, 
nie potwierdzają ani Meletius, ani Hartknoch. Diss. VIII, § 5.
		

/Pomorze_060_08_0036_0001.djvu

			28 łyski kawałek stali. Bardzo stara wlościanka, Polka z okolicy 
Olsztynka, opowiadała, że podrzutek ma zwykle bardzo dużą 
głowę. Ale dodała, że są środki do odzyskania własnego dziec¬ 
ka. A mianowicie, trzeba wziąć dziecko podrzucone, oćwieży ć 
je mocno i na gnój wyrzucić. Wówczas podziomki odnoszą pra¬ 
we dziecko, naturalnie także mocno oćwiczone. Im mocniej się 
bije (nie zawadzi nawet do krwi), tym prędzej odzyskuje się 
dziecko własne. (Lubajny koło Ostróda). Złe istoty, które niemowlęta zamieniają na podrzutki, na¬ 
zywają się cbobołdami. (Olsztynek). Uderzyło mię, że w jednym 
przypadku owe złe istoty, które dzieci zamieniają, nazywano 
krasnoludkami. (Lubajny). Wiara w chobołdy, która jesz¬ 
cze na początku bieżącego stulecia była powszechną, mocno te¬ 
raz zanika. Złe dueby przedostają się nawet do ciała człowieka, by go 
dręczyć. Podziomki albo krasnoludki drażnią i dokuczają ludziom 
podobnie jak chobołdy, nietylko z zewnątrz, lecz częstokroć gra¬ 
ją właściwą sobie rolę w brzuchu ludzkim, co się daje ztąd za¬ 
uważyć, że człowiek uczuwa mniejszą lub większą ociężałość, 
a także słyszy wewnątrz jakby żabie rzechotanie i glegotanie, 
i należy to jaknajprędzej zamówić, gdyż może być bardzo źle. 
(Lubajny koło Ostróda). W okolicy Olsztynka krasnoludki są bardzo znane, gdy 
tymczasem w powiecie Szczycińskim dotąd napróżno się o nich 
dopytywałem. Mieszkańcy z okolicy Olsztynka powiadają, że 
krasnoludki są to drobniutkie robaczki czerwone, które, dostaw¬ 
szy się do wnętrzności człowieka, męczą i powoli niszczą, tak, 
iż w końcu zupełnie wysycha. Można je wszakże wypędzić. 
Bierze się do tego popiół, wypalony pomiędzy Bożym Narodze¬ 
niem a Nowym Kokiem, gdyż tylko taki popiół nadaje się do 
tego. Pokój, w którym chory przebywa, wymiata się czysto, 
rozściela się prześcieradło, kładzie się na nie chorego i posypuje 
się rzeczonym popiołem. Przytym odmawiają się formułki zama¬ 
wiania i kładą się znaki krzyża, poczym krasnoludki wychodzą. 
W Olsztynku i pod Olsztynkiem wiele osób uzdrawia tym spo¬ 
sobem. Jest także gra, w której wzywa się krasnoludka. Podobne 
to do znanej gry w „Pytkę.“ Chłopiec, który z kańczugiem in¬ 
nych goni, jest krasnoludek. (Dąbrówno). W Olsztynku był młody człowiek, którego od lat już wielu
		

/Pomorze_060_08_0037_0001.djvu

			29 męczyły krasnoludki. Wezwano słynnego wróża. Ten posypał 
podłogę popiołem, i chory położył się na popiele twarzą ku zie 
mi. Zaraz odeszło mnóstwo robaków bardzo rozmaitej wielkości, 
jedne zaledwie długości cała, inne na palec długie. Wyglądały 
one szkaradnie, gdyż miały ogromne głowy; głowy te były róż¬ 
nej barwy: czarne, czerwone, zielone itd. Robaki poprzeskaki- 
wały przez popiół ku ścianom i pochowały się pod sprzętami. 
Jeden robak wszedł choremu napowrót przez usta (notabene 
wszystkie robaki wyszły przez usta). Był to zły zuak. Chodzi 
o to, że robaki te mają króla; gdyby ten był wyszedł, byłby 
się już żaden z nich nie wrócił. Póki jednak nie wyszły wszyst¬ 
kie, choroba trwa dalej. (Olsztynek). Gdy się ma zażegnywać kogoś, co ma krasnoludki, wy¬ 
miata się izbę, i chory kładzie się po ciemku nago. Po niejakim 
czasie zapala się światło i znajduje się na popiele robaki, a tak¬ 
że włosy i nawet pluskwy. Jeżeli robaki oddalają się od czło¬ 
wieka, w takim razie będzie zdrów, jeżeli pełzną ku niemu mu¬ 
si umrzeć. Wróż zbiera robactwo i włosy i pali je. (Olsztynek). Zaźegnywanie krasnoludków odbywa się tylko we czwartek 
wieczorem. (Olsztynek). Z krasnoludkami można jeszcze zestawić białe i zimne 
ludzie. edług kroniki kościelnej w Smolnikach, miejscowy pro¬ 
boszcz 1< iszer około roku 1741 postanowił wytępić ten prze¬ 
sąd. Między innemi wyśledził on jednego starego wieśniaka, 
który do zażegnywań i cudownych uzdrowień używał następują¬ 
cej prostej formułki: Odmawiał najpierw „Ojcze nasz,“ a potym 
mówił. „Białe ludzie, zimne ludzie (albo jak Niemcy jeszcze mó¬ 
wią. małe), odstąpcie od tego chrzczonego Daniela, nie męczcie, 
nie dręczcie, nie gubcie jego serca, jego ciała i kości przez Sy¬ 
na Bożego, Matkę Boską i wszystkich świętych aniołów pau- 
skieh, nie macie go męczyć, dręczyć i gubić; a zatym ustąpcie 
lepiej i idźcie na zielone lasy i suche pustynie, żebyście go nie 
męczyli, nie dręczyli i nie gubili tego chrzczonego Daniela, przez 
Boga i przez Ducha św. I jak ten jasny i radosny dzień jest, 
niech on także będzie wesół i zdrów, przez Boga i przez Du¬ 
cha świętego1) “ Z tego podania wyraźnie wypadałoby, że także *) Kirchenchronik zu Friedrichshof, str. 28, gdzie nadto zanoto¬ 
wano, że wróż ten był wykluczony od komunji, i gdy wkrótce po- 
tym umarł, pochowano go bez asystencji.
		

/Pomorze_060_08_0038_0001.djvu

			30 białe i zimne ludzie muszą być zaliczone do podziomków albo 
chobołdów. Gdy chorego dręczą białe ludzie, w Polsce urządza się 
w piątek (?) posianie z grochowin, rozściela się prześcieradło 
i kładzie się na nie chorego. Wówczas bierze ktokolwiek sito 
z popiołem na plecy i obchodzi chorego dokoła i wysypuje po - 
piół tak, żeby całe posłanie było osypane. Nazajutrz rano liczy 
się wszystkie rysy na popiele, i milcząc, nie witając się z nikim 
po drodze, zanosi się popiół do jednej z mądrych bab. która już 
przepisuje odpowiedni środek. Na popiele odbijają się ślady du¬ 
chów; na podziomków także rozsypuje się popiół1). Czy ktoś jest opanowany przez białych ludzi, poznaje się 
na Mazurach, jak następuje: Składa się trzy rózgi wiśniowe 
i tnie się na małe kawałeczki, mówiąc: „Jeden nie jeden, dwa nie 
dwa,” itd. aż do: „dziewięć nie dziewięćl" i powtarza się to trzy 
razy, tak, że się otrzymuje trzy razy po 27, czyli 81 małycli 
patyczków. Te patyczki rzuca się do miski z wodą, którą się 
żegna i zamawia przy modlitwie. Zamawianie, w którym imię 
chorego, np. Bogumił, musi być wymienione, brzmi tak: „Do 
chrzczonego Bogumiła przyjdź Boże Ojcze, Synu i Duchu świę¬ 
ty.“ Amen nie dodaje się na końcu. Jeżeli te pręciki pływają, 
w takim razie chory jest wolny od białych ludzi; jeżeli jednak 
część ich tonie, w takim razie jest on przez nie opanowany, mia¬ 
nowicie w tej mierze, jak to wskazuje stosunek pręcików toną¬ 
cych do pływających. Do wypędzenia choroby używa się potym 
następującego zaklęcia: „Odejdźcie wy, białe ludzie, od tego 
chrzczonego Bogumiła, precz z jego skóry, z jego ciała, z je¬ 
go krwi, z jego żył, z jego stawów, z jego członków! 
Tam daleko w morzu jest wielki kamień, tam idźcie, tam jedź¬ 
cie, tam pijcie, tam jedzcie! Przez Boga Ojca, przez Syna Bo¬ 
żego, przez Ducha świętego “ Zaklęcie to powtarza się trzy ra¬ 
zy, i jednocześnie lewą ręką trzyma się miskę, prawą zas roz¬ 
pryskuje się wodę razem z pręcikami na ognisko, tak, iż ku koń¬ 
cowi zaklęcia wszystka woda jest wylana. Chorzy, którzy wy¬ 
glądają blado, niechętnie biorą się do pracy, cierpią na bezsen¬ 
ność i osłabienie członków (błędnica), odzyskują dzięki tej prak¬ 
tyce zdrowie2). *) Grimm, Deutsche Mythologie, str. 117. Biester, Neue Berliner Monatsschrift, 1802, 8-ka, str. 230. 2) Podane przez właściciela majątku Ilassensteina w N. Preuss. 
Provinzialblätter, 1847, tom 1, str. 473 i nast.
		

/Pomorze_060_08_0039_0001.djvu

			31 Coś podobnego opowiadano mi w Olsztynku: Kto ma krasnoludki, ten doznaje na całych piersiach świerz¬ 
bienia, jakby kto ręką drapał, skarży się na ból głowy, nie ma 
apetytu i powoli schnie, bo krasnoludki we wnętrzu zjadają mu 
płuca. Jeżeli choremu krew idzie z nosa i uszu, to bardzo już 
żle z nim, i wtedy chwytają się następującego środka: Nacina 
się z dziewięciu gatunków drzewa, np. jałowcu, olchy, brzozy 
itd., do 40 par drewienek; przytym należy trzymać nóż nie od 
siebie, lecz do siebie; drewienka obcinają się pod sęczkami, żeby 
razem z niemi miały kształt haczyków; należy też ścinać je pa¬ 
rami. Wtedy, we czwartek po wieczerzy, w ostatnią kwadrę, bo 
takie rzeczy zawsze trzeba przedsiębrać w ostatnią kwadrę, mil¬ 
cząc i nie oglądając się, czerpie się z bieżącej wody wiadro albo 
szaflik wody, zagrzewa się i wylewa na głowę choremu, który 
siedzi w balji, przyczym drzwi i okiennice powinny być poza¬ 
mykane. Drewienka rzuca się do wody parami, myje się cho¬ 
rego tą wodą, zwłaszcza uszy, nozdrza, pod pachami i podko- 
lanki. Podczas mycia odmawia się dziewięć „Ojcze nasz,” ale się 
nie wymawia: Amen. Wtedy chory wychodzi z balji, wkłada 
nową koszulę i patrzy, ile drewienek pływa po wierzchu, a ile 
zatonęło. Ile par drewienek zatonęło, tyle w sobie krasnolud¬ 
ków ma jeszcze chory. Drewienka te zawija się w chustkę, 
i chory nosi je na gołym ciele, wszystko jedno, czy pod prawą’ 
czy pod lewą pachą, aż do następnego czwartku. Powinien tak¬ 
że przez ten czas nosić przy sobie srebro, najczęściej monetę, 
i nic z domu nie należy wypożyczać. (Dlaczego? bo źli ludzie, od¬ 
dając rzeczy pożyczone, mogliby figle płatać). Użytą wodę od¬ 
nosi się w tym samym wiadrze i do tej samej wody bieżącej, 
nie oglądając się i milcząc. W następny i w trzeci czwartek 
powtarza się ten sam proceder; ile par drewienek pływa w dru- 
giej kąpieli, tyle krasnoludków wyszło z ciała. Niekiedy przy 
drugiej już kąpieli wypływają wszystkie. Za trzecim razem po¬ 
winny wszystkie wypłynąć, albo choroba jest nieuleczalna1). *) Porówn. tu także wiadomość podaną w Sonderbare Curen 
w Preuss. Provinz.-BlätterJ 1829 tom II, 407, według której jeden 
zamawiacz z Wielbarku objaśnił pewnej suchotnicy, „że miała zacza¬ 
rowanych w ciele dziewięć par zimnych ludzi, które gryzły jej wą¬ 
trobę. ’ Następuje opis oszustwa przy leczeniu, zapomocą którego 
wróż ukrył dwa razy po srebrniki.
		

/Pomorze_060_08_0040_0001.djvu

			32 Pod nazwą bladych albo zimnych ludzi, znana jest na wsi 
pewna wewnętrzna choroba (coś w rodzaju błędnicy). Cierpią 
na to szczególnie kobiety, i wyglądają przytym blade i wychud¬ 
łe. Dawniej istniało przekonanie, że chorzy opętani są przez 
istoty ludzkie, które mogą się przemieniać w zimnych i bladych 
gnomów itd. (Margrabowa). Nadaremnie w niektórych okolicach wypytywałem się 
o krasnoludki, gdy tymczasem zimne ludzie są tam dobrze 
znane. „On ma zimne ludzie,“ jest to określenie różnych cho¬ 
rób. Zimne ludzie, jak tu utrzymują, są to maleńkie zwierząt¬ 
ka, wielkości może główki od szpilki, które rzędami przez lasy 
wędrują i przynoszą chorobę, która się objawia szczególnie 
w posinieniu pazuogei. Ze względu na nich wystrzegają siębai- dzo kolei od wozów. (Jerutki). Jedna kobieta, która długo mieszkała w okolicy Jansborka, 
obecnie zaś mieszka w Olsztynku, zapewniała mię, że tam mia¬ 
nem zimne ludki oznaczają to, co tu nazywają krasnoludkami. 
Mają to być maleńkie istoty ludzkie, ale tak drobne, że ich za¬ 
ledwie dojrzeć można. Dokazują w głowie i sprowadzają dreszcze 
febryczne i bóle. Powinny być zażegnywane we czwartek po 
wieczerzy. Krasnoludki są może tak wielkie jak komary, albo jak ka¬ 
wałeczki szpilek z brunatnemi główkami. Należy je zamawiać 
w ostatnią kwadrę we czwartek. Komin się zamyka, ażeby 
w pokoju było zupełnie ciemno. Sypie się dokoła chorego po¬ 
piół przez sito włosiane, przytym sito obraca się, nie jak zwykle, 
na prawo, lecz na lewo. Wtedy otwiera się prędko komin, pręd¬ 
ko zapala się łuczywo i szuka się dróg, któremi robaki pełzły 
przez popiół.* Jeżeli się tych śladów nie znajduje, znaczy to, że 
robaki wróciły znowu do chorego, i niema już dla niego ra¬ 
tunku; jeżeli zaś ślady rozchodzą się od chorego, to dobry znak. 
(Olsztynek). Istoty te są rodzajem robaków, które mają niekiedy prze¬ 
bywać w ciele ludzkim. Różnią się one istotnie od glist, mniej¬ 
sze są od nich i zazwyczaj odmiennej bywają barwy. Niektóre 
z nich są tak małe, że niepodobna ich dojrzeć gołym okiem. 
Obecność ich wszakże w ciele ludzkim poznaje się po różno¬ 
rodnych odcieniach i kolorowych prążkach na wydzielinach ludz¬ 
kich Inny znów gatunek tych robaków jest dla oka widzialny, 
ale różni się barwą; są one albo całkiem czerwone, albo czer¬ 
wone i z czarną nadto główką. Robaki pierwszego gatunku
		

/Pomorze_060_08_0041_0001.djvu

			33 bywają przyczyną rozmaitych dolegliwości, chociaż nie są nie¬ 
bezpieczne; robaki drugiego gatunku są niechybnemi zwiastuna¬ 
mi śmierci; kto je w swoich wydzielinach dostrzeże, musi umrzeć. Do usunięcia tych robaków zastosowują się rozmaite środ¬ 
ki. Dwunastkowy popiół, tj. popiół, zebrany pomiędzy Bo¬ 
żym Narodzeniem i Nowym Bokiem, ma być wybornym przeciw¬ 
ko nim środkiem. Popiołu tego używa się na rozmaite cele; np. 
posypuje się nim drzewa owocowe i warzywa, aby je uchronić od 
gąsienic. Otóż i na te robaki popiół ma działać skutecznie. Wo¬ 
rek kiprowany, szyty od dołu do góry i, jeżeli się nie mylę, od 
lewej ku prawej ręce, wywraca się na lewą stronę i rozpoście- 
la na podłodze; pacjent kładzie się wzdłuż na tym worku, oso¬ 
ba zaś świadoma tych praktyk, obchodzi go kilkakrotnie dokoła 
i posypuje rzeczonym popiołem. Przeciwko robakom z czarną 
głową niema, jak się zdaje, żadnego środka. Cierpiący na nie 
opada wciąż z ciała, aż wysycha na szkielet i umiera. (Dą¬ 
brówno). Macica, według jednych, jestto kurcz żołądka, według in¬ 
nych kolki; inni znowu utrzymują, że wyraz ten nie daje się 
przetłumaczyć, ponieważ Niemiec nie zna tej choroby. Chłop 
tutejszy wyobraża sobie macicę, jako robaka z ostremi pazura¬ 
mi, który przebywa we wnętrznościach człowieka, i skoro z ja¬ 
kiego szczególnego powodu bywa podrażniony i rozzłoszczony, 
daje się we znaki człowiekowi, dręczy go i męczy. (Dział¬ 
dowo). Każdy ma w ciele swoim macicę, i ta go często straszli¬ 
wie męczy. Skoro wszakże ona wyjdzie, człowiek musi umrzeć. 
Opisał mi tę macicę jeden, co ją widział. Jest to robak o ciele 
okrągłym z niezliczonemi nogami, tak, iż wygląda prawie jak 
kiść' i wielkości jest może talara. (Olsztynek). Pewnemu człowiekowi wycięto po śmierci macicę żywą 
i usiłowano ją zabić, polewając ją wrzątkiem, kwasem azotowym 
itd. Ona wszakże przez to powiększała się tylko. Wreszcie 
polano ją rosołem z wołowiny, wskutek czego skurczyła się 
do drobnych rozmiarów i umarła. Jest ona wielkości ręki i ma* 
kończyny w rodzaju palców, któremi chwyta i ściska. * U mię¬ 
tusów spotyka się także tego rodzaju „rzeczy,” ale mniejsze, i lu¬ 
dzie prości cieszą się bardzo, gdy znajdą coś podobnego. Wyj¬ 
muje się to wtedy, suszy, zamienia na proszek i w tej postaci 
daje się z najlepszym skutkiem przeciwko dręczącej ludzi 
macicy. Wierzenia Mazurskie r.
		

/Pomorze_060_08_0042_0001.djvu

			34 2 Dąbrówua dochodzą mię dodatkowo następujące wiado¬ 
mości o macicy: Ból, który Niemiec zna pod nazwą „kurczu żołądka,“ Ma¬ 
zur nazywa macicą. Wszakże, według wyobrażenia Mazura, ma¬ 
cica nie jest chorobliwym stanem żołądka lub wnętrzności, lecz 
dolegliwością, której przyczyną jest obecność w ciele ludzkim 
żywej, szczególnego rodzaju istoty. Istota ta, podobnie jak ta¬ 
siemiec, ma być dziedziczną. Siedlisko jej jest w brzuchu, 
w okolicy pępka, albo raczej dokoła niego. Podług upowszech¬ 
nionego wyobrażenia, ma ona kształt jakby chrabąszcza, o wielu 
nogach nakształt szponów, zapomocą których trzyma się we¬ 
wnętrznej powierzchni okolicy pępkowej. Gdy z jakiegobądź po¬ 
wodu bywa zaniepokojona, wtedy zatapia swoje nogi jakby 
szpony w ciele i sprawia przez to ból okropny, który może spro¬ 
wadzić śmierć. Jakkolwiek siedlisko jej jest w wewnętrznych 
częściach ciała, wszakże bardzo jest czułą na wrażenia zewnętrz¬ 
ne! Przeziębienie ciała, albo spożycie wstrętnej dla niej potrawy, 
łatwo ją może podrażnić i skłonić do sprawienia bólów. Jeżeli 
ból następuje skutkiem przeziębienia, w takim razie skutecznie 
działa ogrzewanie pod postacią ciepłych okładów. W innych 
przypadkach, używa się także innych środków. Jeżeli bóle są 
uporczywe, w takim razie starają się je uśmierzyć i usunąć za 
pomocą kadzenia. Do kadzenia używa się w tym przypadku 
bursztynu, piór, włosów z głowy i z dolnej okolicy ciała, na 
krzyż pacjentowi uciętych, itp. Cierpiący wciąga w siebie dym 
przez nos i gardło. Skoro i to nie pomaga, wtedy się ucieka do 
środka radykalnego: „Trzeba macicę zbrzydzić,” powiada Ma¬ 
zur, to znaczy, że trzeba macicy zadać coś takiego, coby jej 
sprawiło nudności, poczym ból ustaje natychmiast, częstokroć 
nazawsze. Bierze się do tego trochę świeżego końskiego,'albo 
gęsiego pomiotu, przecedza się przez gałganek, dodaje się do wy¬ 
ciśniętego płynu trochę wódki, żeby to łatwiej było zażywać, i wy¬ 
pija się ten napój. Środek ten często nazawsze usuwa cierpienie. Według wyobrażenia znów innych, macica jest masą ro- 
bakowatą, podobną z kształtu do wątroby miętusa; wiele już 
osób zrzucało ją jakoby w tej właśnie postaci, poczym też ból 
ustąpił nazawsze. Podobieństwo macicy do wątroby miętusa było 
prawdopodobnie powodem tego, że używają tej ostatniej jako 
środka leczniczego przeciwko bólom. W tym celu wątroba mię¬ 
tusa suszy się, uciera i daje cierpiącemu na macicę, w wodzie 
albo w wódce.
		

/Pomorze_060_08_0043_0001.djvu

			35 Pewna kobieta była śmiertelnie chora z powodu boleści, 
sprawianych przez macicę. Od wielu dni nic już nie jadła, ciało 
było nabrzmiałe, i nikt nie umiał jej poradzić. Wtym mąż jej 
dowiaduje się, że przyszło do wsi kilku Cyganów, udaje się te¬ 
dy do jednej z Cyganek, która obiecuje pomoc. Po odwiedzeniu 
chorej, Cyganka orzekła, że macica wyszła ze swego położenia, 
i że ona ma ją nietylko przywrócić do pierwotnego jej położe¬ 
nia, lecz także uczynić ją nazawsze nieszkodliwą. Przepisała 
tedy chorej suche wanny codziennie przez trzy dni z rzędu. Do 
wody, przeznaczonej na kąpiel, włożyła kilka marchwi i ja¬ 
gód jałowcowych, dodała potym jeszcze do tej mieszaniny ja¬ 
kichś nieznanych korzeni i wylała tę masę na rozpaloną cegłę. 
Chora musiała siedzieć okryta prześcieradłem nad wanienką 
i oddychać wydzielającą się parą. Środek ten poskutkował na¬ 
zawsze. Użytą do tego cegłę mąż chorej musiał rozbić na trzy 
kawałki i w dzień ostatniej kąpieli zakopać przed wschodem 
słońca pod drzewem owocowym Według przepowiedni Cyganki, 
drzewo to powinno było uschnąć. Istotnie sprawdziła się przepo¬ 
wiednia: w następnym roku drzewo to zginęło w rzeczy samej, 
a później uschnęły nawet inne jeszcze drzewa w tym ogrodzie. Bardzo rozpowszechniona jest wiara w mary (zmory). Już 
Pisański wspomina o nich, jako o rodzaju elfów. „Szkodliwy 
ten potwór, powiada on, bardziej oddaje się trapieniu ciała czło¬ 
wieka, aniżeli rabowaniu pełnych stodół. Często tak uielitości- 
wie uciska niewinne osoby śpiące, że mogłyby umrzeć z braku 
oddechu i strachu. Bano nie mogą znaleźć słów do opisania 
męczarni, jaką przedtym przeszli. Lekarstwa i środki domowe 
napróżno bywają używane przeciwko temu; pożądany skutek 
wywierają jedynie pewne zaklęcia starej kumoszki, przed snem 
odmówione. Tak dalece zamętne jest wyobrażenie o zmorze! 
Nikt nie potrafi opisać tego dręczącego stworzenia; nikt go nie 
widział i nie dotykał; dlatego też musi to być duch1).“ Badania moje, zwłaszcza w okolicy Działdowa, uzupełniają 
te ogólne wskazówki istotnemi rysami. W charakterze zmory 
zjawiają się zarówno męskie, jak i żeńskie postacie, pospólstwo 
bowiem wyobraża sobie zmory, jako ludzi zaczarowanych, któ¬ 
rzy przybierają postać kotów, albo psów. Przychodzą w nocy *) Tamże, nr. 21, § 4,
		

/Pomorze_060_08_0044_0001.djvu

			% — 36 — droczyć śpiących. Obejmują łapami śpiącego i duszą go tak, że 
ten zaledwie może oddychać, jednocześnie zaś całują go i liżą. 
Zmora nawiedza zazwyczaj człowieka w określonych odstępach 
czasu, tak, iż prawie napewno można przewidzieć jej przyjście. 
Jednym ze środków, zabezpieczających przeciwko niej, jest kładze¬ 
nie się na brzuchu: gdy w takim razie zmora przychodzi i spo¬ 
strzega, całując, że nie w twarz całuje, rozgniewana odchodzi. Zmora kładzie język do ust osobie, którą dusi, aby nie 
mogła krzyczeć. (Olsztynek). Podczas duszenia człowiek jest całkiem przytomny, ale nie 
może się wcale ruszać. Powinien wówczas spróbować poruszyć 
wielkim palcem u prawej nogi, a zmora musi ustąpić. Podczas 
tego należy chwytać ją, i często zostaje coś w ręku, np. słomka, 
rózga, jabłko itd., coś, w co zmora przemienić się może. Zapra¬ 
sza się ją na śniadanie, zostawia się dla niej przy śniadaniu 
puste miejsce, a także talerz i łyżkę. Przyjdzie napewno, musi 
przyjść, i wiedzą już ludzie, kto to jest. (Wielbark). Pewien stolarz, którego zmora dusiła, schwycił ją, pasował 
się z nią i zabił jednym uderzeniem młotka. Zdarzało się to już 
nieraz. Dowiadywano się najczęściej niebawem, że w okolicy, 
oddalonej może o kilka mil od miejsca, gdzie zabito zmorę, zni¬ 
knął człowiek; po dłuższych zaś poszukiwaniach przekonywano 
się, że był to właśnie trup tego człowieka, który zginął1). Mazurzy wyobrażają sobie zmorę jako osobę; jeżeli się chce 
wiedzieć, kto ona jest, zaprasza się ją na śniadanie, stawia się 
potym miotłę przewróconą w kącie i tym sposobem przeszkadza 
się jej do wyjścia. Gdy tak załapana prosi, by ją wypuścić, 
bierze się miotłę i wali się ją mocno. Potym nie wraca już wię¬ 
cej. (Olsztynek). Zmora dusi także bydło i konie. Zaplata też koniom war¬ 
kocze. (Olsztynek). Pewien ojciec miał trzy córki, które musiały chodzić jako 
zmory; jedna musiała dusić krzaki cierniowe, druga wodę, trze¬ 
cia konie. Ojciec wszakże nie wiedział o tym. Razu pewnego, 
powróciwszy w nocy z wędrówek swoich do szopy, gdzie razem 
sypiały, uskarżały się na swoją dolę. Jedna była pokłuta przez 
ciernie, drugą fale wodne pobiły, trzecią konie potłukły kopy¬ 
tami. Ojciec podsłuchał tę rozmowę i dowiedział się tajemnicy. 
Były one wszakże całkiem temu niewinne, gdyż musiały chodzić *) Porównaj historyjkę z Królewca w Neue Pręuss. Pr 00,-Blätter, 
1846, t. I, str. 394.
		

/Pomorze_060_08_0045_0001.djvu

			37 jako zmory dlatego, że ich rodzice chrzestni myśleli o tym pod¬ 
czas chrztu. Natychmiast ojciec wezwał innych rodziców chrzest¬ 
nych i kazał wszystkie trzy córki przechrzcie. Od tego czasu 
nie przemieniały się już one w zmory. Środek ten stosuje się 
wogóle w tego rodzaju przypadkach. (Olsztynek). Podobnych historyjek opowiada się tu więcej. W jednej 
gospodzie podróżny człowiek podsłuchał trzy siostry, które po¬ 
wróciły ze swoich wypraw nocnych i rozmawiały o tym, której 
było najciężej. Jedna jako zmora musiała bydło dusić, druga 
ludzi, trzecia drzewa. Pierwszej oczywiście lżej było niż dru¬ 
giej, bo łatwiej jest przedostać się do obory, niż do mieszkań 
ludzkich; najciężej jednak było trzeciej, która, ażeby dusić drze¬ 
wa, musiała się na nie wdrapywać. Powtórzono ojcu tę rozmo¬ 
wę i dziewczęta przechrzczono. (Olsztynek). Gdy kogo zmora dusi, trzeba ją mocno trzymać i nie wy¬ 
puszczać. Przybiera ona wtedy wszelkie możliwe postacie, prze¬ 
mieniając się np. w żmiję, w żabę, w słomkę, Nic wszakże nie 
może ona zrobić, jakkolwiek jest rozzłoszczona, i w końcu musi 
się przemienić w postać ludzką. Gdy wówczas pozwoli się prze¬ 
chrzcie na inne imię, przestaje być zmorą. (Olsztynek). Zmora ma jakoby sprowadzać także choroby. Gdy ktoś 
cierpi na kłucie w brzuchu albo w głowie i chce, aby zamówio¬ 
no chorobę, wówczas wróż albo częściej jeszcze wróżka (naj¬ 
skuteczniej zamawia kobieta, i do tego stara) dotyka okolicy 
żołądka lub głowy, w której cierpiący ból uczuwa, i naguiata ją 
za każdym razem, ilekroć wymawia przy tym odpowiednie wy¬ 
razy. Zaklęcie powtarza się dziewięć razy i po każdych trzech 
razach odmawia się jedno , Ojcze nasz “ Brzmi ono dosłownie: 
„W imię Boga, Ojca, Syna i Ducha świętego. Amen. Pani mat¬ 
ko, chwytam cię, cisnę cię, idż-źe sobie na spoczynek do komo¬ 
ry swojej, gdzie cię Bóg łaskawy stworzył.“ Po tym akcie za¬ 
mówienia, ból chorego uśmierza się trochę, wkrótce zaś całkiem 
znika i nigdy już potym nie wraca, skoro tylko zamówienie by¬ 
ło wykonane należycie przez osobę wtajemniczoną w te prak¬ 
tyki i odpowiednią. Nie każdy bowiem nadaje się do tego 
kunsztu dziewiątkowego. Gdy jednokrotne zamówienie 
nie pomaga, można je raz jeszcze powtórzyć; częstsze jednakże 
próby nie opłacają się. Sprawozdawca (obywatel Hassenstein), 
zapytywał opowiadającą, jakie może mieć znaczenie Pani mat¬ 
ka, i otrzymał odpowiedź, że zamawiająca zwraca się tu do 
Matki Boskiej. Słusznie sądzi sprawozdawca, że tłumaczenie to
		

/Pomorze_060_08_0046_0001.djvu

			38 jest fałszywe, gdyż właśnie Pani matka jest wyklinana, i mnie¬ 
ma, źe można przypuszczać, iż chodzi tu o zmorę1). Czy nie ma 
ta formułka na względzie raczej macicy? Ze zmorą spokrewniony jest wilkołek, o ile obydwa złe 
duchy powstają z przeobrażenia się ludzi. Już w wieku XVI 
Jerzy Sabin podaje wiadomość o wilkołku. Za jego czasów mia¬ 
nowicie, człowieka, który uchodził za wilkołka, złapali chłopi 
zaprowadzili do księcia Albrechta do Królewca. Co prawda, 
zdziczała postać jego raczej przypominała zwierzę niż człowie¬ 
ka. Na twarzy miał rozmaite rany i blizny, które, jak sam 
utrzymywał, pochodziły od ukąszeń psów, ścigających go jak 
wilka. Książę kazał go śeiśle wybadać. Wyznał otwarcie, że 
dwa razy do roku, mianowicie koło Bożego Narodzenia i św. 
Jana, przemienia się w prawdziwego wilka, i źe jakiś popęd 
wewnętrzny zmusza go do przebywania w lasach wpośród wil¬ 
ków, jakkolwiek doznawać miał silnego przygnębienia ducha 
i osłabienia na ciele, nim włosy porastały i pokrył się futrem 
wilczym. Zawierzono mu, dopókiby odpowiednia próba nie prze¬ 
konała o tym, i strzeżono go bacznie w zamku królewieckim. 
Nadszedł wreszcie czas jego przeobrażenia się; pomimo to został 
człowiekiem. Czekano dłużej jeszcze, i wciąż pozostawał takim 
samym2). Jednakże wiara w wilkołki wciąż jeszcze utrzymuje się 
w Prusiech Rektor Gerss w Wielkich Sterławkach opowiada 
o tym co następuje: Wilkołka poznać można po krótkim ogo¬ 
nie, który ma na krzyżu, i po tym, źe ludziom, którzy go obra¬ 
zili, dusi bydło przez zemstę. Pewien przebiegły żebrak poda 
wał się za wilkołka, oczywiście w tym celu, żeby go hojniej 
obdarzano jałmużną. Chłopi z obawy, żeby nie ściągnąć na sie¬ 
bie gniewu jego, dawali mu bardzo hojnie słoninę, zboże itp. 
Z następującego opowiadania widać, jak straszne może po¬ 
ciągnąć następstwa ten zabobon. Do jednej wsi mazurskiej 
przybiegł w biały dzień wilk wściekły. Mieszkańcy miejscowi 
uroili sobie, źe to musi być wilkołek, bo wilk zwyczajny latem 
nie przyszedłby do wsi za dnia. Na nieszczęście w sąsiedniej ’) N. Pr. Prov.-Bl., 1847, tom I, str. 472. 2) Pisański, nr. 25 § 17, według Sabina Metamorphos. I, 
wiersz 232 i nast. Toppen, Leben des Georg. Salinus, 1844, 8-ka, 
str. 274.
		

/Pomorze_060_08_0047_0001.djvu

			39 wsi mieszkał człowiek, którego uważano za wilkołka, i wierzono 
stanowczo, że właśnie on musi siedzieć w wilku. Postanowiono 
dać mu nauczkę, wpędzono go do karczmy miejscowej, zamknię¬ 
to drzwi, i następnie, uzbroiwszy się w widły od siana i nawo¬ 
zu, w drągi itp., ludzie weszli do karczmy, by go zabić. Zanim 
jednak celu dopięto, wilk pokąsał kilka osób, które później po¬ 
umierały na wodowstręt1). Osoby, mające dwa wiry na głowie podejrzewane są o to, 
że mogą się przemieniać w wilki, wyrządzać szkody wszelkiego 
rodzaju i nawet ludzi pożerać. (Olsztynek). W wychodzącym w Lesznie w Poznańskim Przyjacielu Ludu 
czytamy: Ażeby rozpoznać wilkołka i przekonać się o tym, trzeba 
wziąć w usta skórkę chleba, i trzymając ją tam niewidocznie, 
obejść trzy razy dokoła domniemanego wilkołka. Wobec takiej 
praktyki traci on swoją ludzką postać i przybiera wilczą2). Jeżeli niektórzy ludzie muszą się przemieniać w wilkołków, 
winni są temu rodzice chrzestni, którzy podczas chrztu myśleli 
o takich rzeczach3). (Olsztynek). Z pomiędzy istot demonicznych, wyobrażanych przez lud 
jako osoby, najczęściej wspomina się o duchach wodnych, które 
wciągają ludzi do wody, o tak zwanych topichach. W jezio¬ 
rze Marksewo (pow. Szczyciński), są dwa topichy w postaci 
chłopczyków w czapkach czerwonych. Wynurzają się oni z wo¬ 
dy, klaszczą w dłonie trzy razy i znów znikają. Wtedy ktoś 
tonie. (Jerutki). W jeziorach Omulew i Święte (pod Kurkami) 
są również takie topichy. Każdy, jak się zdaje, większy obszar wody, według wie¬ 
rzenia ludowego, ma swojego topicha. Wierzenie to bardzo jest 
rozpowszechnione, i ludzie, mieszkający w bezpośrednim sąsiedz¬ 
twie jeziór lub rzek, są najmocniej przekonani o istnieniu tam 
istot owych. Miejsca najbardziej niebezpieczne i głębokie, gdzie 
zwykle fale wodne szumią najwścieklej, bywają siedliskami to- 
pichów. Niksy w klechdach niemieckich różnią się istotnie od 
opichów, które według ludowego wierzenia Mazurów, żyją w wo- *) N. Pr. Prov.-Bl. 1850, tom I, str. 468. Eine Notiz aus Li¬ 
tauen. N. Pr. Prov.-Bl. 1846, tom II, str. 379. 2) Przyjaciel Ludu, rok 1837, str. 75, cytowany przez Gerssa. 3) Przemienianie się ludzi w zmory i wilkołki przypomina 
jedną jeszcze dziwniejszą przemianę: Mazurzy potrafią z trocin robić 
pchły.
		

/Pomorze_060_08_0048_0001.djvu

			40 dzie. Wierzenie Mazrów nic nam nie mówi o istotach żeńskich 
tego rodzaju; owszem, wyobraża je sobe w postaci męzkiej 
i nazywa: topieli. Wiele osób miało go nawet,oglądać zblizka. 
Niewielki, mniej więcej jak sześcioletnie dziecko włosy ma ocie¬ 
kające wodą, a niekiedy okazuje się też w czerwonym ubraniu. 
Niksy w klechdzie niemieckiej są istotami okrutnemi, jeżeli je 
podrażnić przez złość i swawolę; często jednak okazują ludziom 
także przychyluość wsoją, świadcząc im obdro wszelkiego ro¬ 
dzaju. O takich własnościach topicha klechda mazurska nic nam 
nie mówi; jedno tylko jest pewne, że w pewnych porach wy¬ 
maga on ofiary. Dlatego też są jeziora, w których co rok musi 
pewna liczba osób utonąć. Jakoż, od czasu do czasu, skoro już 
nadejdzie chwila, w której toipch ma dostać ofiarę, można sły¬ 
szeć, jak w wodzie krzyczy, śmieje się, płacze, lamentuje, jak 
gdyby chciał przez to zwrócić na siebie uwagę przechodniów lub 
osób znajdujących się w pou.bliż Wielu jakoby wyraźnie sły¬ 
szało z ust jego słowa: „Czas idzie i godzina, A człowieka niema.“ (tj. zbliża się godzina, a ofiary ludzkiej nie widać jeszcze). Komu przeznaczono paść ofiarą topicha, tego z nieprzepartą 
siłą pędzi coś takiego (przeczucie jakieś) ku wodzie, i pomimo 
natychmiastowej pomocy musi on utonąć. Widywano też od 
czasu do czasu, jak ten lub ów tonący, pomimo największych 
wysiłków, żeby się utrzymać na powierzchni wody (lub zimą na 
lodzie), gwałtownie był porywany pod wodę i znikał. Dla przy¬ 
wabienia ludzi topich zawiesza często coś na drzewie lub krzaku 
rosnącym nad wodą, np. czapkę, but, albo inną jakąś rzecz po¬ 
nętną, i ciągnie ku sobie tych, którzy sięgają po przynętę i biorą. Kto jest przeznaczony na ofiarę topichowi, ten napewno 
zginie w wodzie albo w jakimś innym płynie; dowodem tego jest 
następująca opowieść: Pewien jegomość ze sługą swoim przejeżdża w noc ciemną 
mimo jeziora, które miało także swojego topicha. Służącego pa¬ 
liło pragnienie; chciał zatrzymać się i ugasić je wodą jeziora. 
Pan wiedział dobrze o tym, że jezioro co rok wymaga ofiary, 
i zbliżając się, słyszał żałosny glos topicha, przywołującego 
swoją ofiarę. Wszelkie prośby, aby powstrzymać sługę od na¬ 
picia się wody, były nadaremne; chciał koniecznie ugasić prag-
		

/Pomorze_060_08_0049_0001.djvu

			4i menie. Tylko środek gwałtowny mógł temu przeszkodzić. Spo¬ 
strzegł to pan, wziął cugle do ręki i popędził co koń wyskoczy 
do wioski sąsiedniej. W karczmie kazał podać służącemu szklan¬ 
kę piwa; ale zaledwie ten wypił, padł nawznak i umarł: nie 
uszedł swemu przeznaczeniu topich musiał dostać ofiarę swoją. Z powyższego opowiadania ujawnia się jeszcze jeden szcze¬ 
gólny rys topi cha: głosu jego nie słyszy przeznaczona dla niego 
ofiara, albo głos ten musi mieć dla ofiary coś w pobie tak 
nieprzeparcie pociągającego, że niepodobna mu się oprzeć. Często mówi się dzieciom, że w zbożu siedzi baba jeża, 
jak się zdaje dlatego, żeby nie chodziły w zboże rwać kwiatów. 
Baba jęza występuje w znanej bajce o domu z piernika. Skoro komu zginie z pod ręki coś, co przed chwilą miał 
w ręce, i szuka się tego próżno i znaleźć nie może, wtedy po¬ 
wiadają „pokusa wzięła.“ (Olsztynek). Gdy powstaje wicher, winne są temu siły demoniczne Wte¬ 
dy słyszy się pospolicie na Mazurach wyrażenie: „Djabeł jodzie 
na wesele.’ Gdy wicher jest tak silny, że porywa i unosi pia¬ 
sek, wtedy się mówi: „Koń leci przez chmury.” Wyrażenia te 
żywo przypominają dzikie łowy Wodaua. Zresztą wicher zrywa 
się także, gdy się ktoś powiesi. (Patrz niżej). Niekiedy ludzie na polu powiadają: „Tam pali się skarb,” 
lub: „Widziałem ognik.” Istnieje przy tym przekonanie, że gdyby 
się zaraz poszło kopać, znalazłoby się skarb; ale strach po¬ 
wstrzymuje. (Jerutki). Płomień niebieski, wybuchający z gruntu i wnet znikaj ący 
wskazuje miejsce, gdzie leży skarb zakopany. Kto ten płomyk 
zobaczy, powinien zdjąć prędko trzewik albo but z lewej nogi, 
i rzucie za siebie. Gdy się tego nie uczyni, skarb zapada się. 
Ale skoro się postąpiło według tego przepisu i następnie uda 
się o północy, by go odkopać, znajduje się garnek albo kociołek 
ze złotą lub srebrną monetą, albo jedną i drugą jednocześnie. Pod 
Kisinami w pobliżu Działdowa, był pastuch kulawy, któremu 
miały się palić pieniądze; otóż tak powszechnie wierzono, że zna¬ 
lazł on duży kocioł ze złotą monetą, że gdy nie chciał wydać 
pieniędzy, zaaresztowano go i długo trzymano. (Działdowo). Skarby zakopane muszą się co sześć lat czyścić; wtedy 
można widzieć, jak palą się płomykami jasnoniebieskiemu Skoro 
się wypalą, zapadają znowu głęboko w ziemię. Kto, spostrzegszy 
ten płomień, rzuci precz od siebie pantofel, kij, albo cośkolwiek, 
co ma przy sobie, ten może przez to sprawić, że płomień zgaśnie 
i skarb zapadnie się tylko tak głęboko, jak daleko odrzucony Wierzenia Mazurskie. k
		

/Pomorze_060_08_0050_0001.djvu

			42 był kij czy cokolwiek innego; wtedy napewuo może skarb Wy¬ 
kopać. (Wielbark). Grosze albo złotówki szczęśliwe powracają do właściciela, 
jeżeli ich się całych nie wydaje. Pieniądze są darem złego i rao* 
gą nawet narazić na niebezpieczeństwo. Jeden, co się chciał 
pozbyć takiego szczęśliwego grosza, nie mógł tego dopiąć, aż się 
w końcu dowiedział, że trzeba takie pieniądze kłaść na to samo 
miejsce, gdzie się je znalazło. (Olsztynek). 2. Czary i zamawiania. Już w XVI wieku Łukasz Dawid i obaj Meletiusowie wier¬ 
nie opisali wajdelotów, sygnotów i czarowników, którzy pośred¬ 
niczą pomiędzy słabym człowiekiem a siłami tajemuiczemi. Kod 
ich przez wszystkie wieki wciąż się odnawiał. W sprawozdaniu 
wizytacyjnym kościoła w Pasymie r. 1667 (w aktach kościel¬ 
nych w Pasymie) między innemi czytamy: „W gminie nic nie 
wiadomo o żadnym guślarzu ani wróżu, tylko Eljasza Szawicę 
oskarżono o zamawianie, wezwano przed sąd i pod groźbą su¬ 
rowej kary zabroniono mu nadal tym się zajmować.“ Formułka 
zamawiania dołączona była do akt, ale niestety, zaginęła. 
W wiadomości o białych i zimnych ludziach z r. 1741 spotyka¬ 
my także wzmiankę o zamawiaczu we Frydrychowie. Według 
Pisańskiego (Nr. 24, § 12) około r. 1756 zamawianie, jeżeli nie 
jawnie, to potajemnie, było tu i owdzie w użyciu wśród ludu. 
„Do zażegnywauia bydła, pisze dalej ten sam autor, przeważnie 
używani bywają zamawiacze katolicy, którzy nawet z dalekich 
stron sprowadzani bywają w tym celu na koszt całej wsi lute- 
rańskiej. Zdarzyło się to nie dawniej, niż przed dwudziestu 
przeszło laty, w jednej ze znaczniejszych gmin tego królestwa, 
z powodu, że w sąsiedztwie wsi, która się uciekła do zamawia- 
eza, wybuchła zaraza bydła. Rzecz się wydała, i winowajcy mu¬ 
sieli na rozkaz zwierzchności odbyć publiczną pokutę kościelną 
za to, że szerzyli zgorszenie. Kaznodzieje dołożyli wszelkich 
starań, ażeby im wykazać niedorzeczność i grzeszność ich po¬ 
stępowania, tak, iż zdawało się, że udzielona nauka powinnaby 
ich odwieść od tego. Ale skutek, który u tego rodzaju ludzi by¬ 
wa daleko pewniejszą rękojmią w sądach o moralnej wartości pew¬ 
nego postępku, niż najbardziej przekonywające dowodzenia, mu¬ 
siał utwierdzić ich w błędzie. W sąsiednich okolicach naokoło 
padało mnóstwo bydła od zarazy, gdy tymczasem ich wioska 
pozostała wolną od klęski. Co wszakże najciekawsza, że we wsi 
padła wprawdzie jedna sztuka bydła, ale ta właśnie, która była
		

/Pomorze_060_08_0051_0001.djvu

			43 uciekła podczas obrzędu zamawiania reszty zgromadzonego sta¬ 
da, której zatym w mniemaniu mieszkańców wsi nie udzieliła 
się skuteczność tego obrzędu. Niepodobna było w tym przypad¬ 
ku zaradzić przeciwko tak niezachwianym poglądom.“ I dziś jeszcze jest mnóstwo wajdelotów, sygnotów, czaro¬ 
dziejów, guślarzy, wróżów, zażegnywaczy, czarownic, mniejsza 
o to, jak będziemy nazywali osoby tego zawodu. Gdy się mówi 
o nich, specjalnie używa się eufemistycznego wyrażenia: „On 
umie coś więcej, niż jeść chleb.“ Kobiety o czerwonych oczach, zwłaszcza stare, uchodzą za 
złych ludzi; mogą one czarować, a cała wioska ma się wobec 
nich na baczności. W każdej wsi jest jedna lub kilka osób, najczęściej ko¬ 
biet, często wszakże i mężczyzn, którzy mają szczególną opinję 
znających się na sztuce zamawiania. Często bywają to osoby 
ułomne albo rzucające się w oczy, z powodu jakichkolwiek wad 
cielesnych, jak np. w K. pod Olsztynkiem opinji takiej zażywa 
karzeł. Przeważnie żyją oni w biedzie. Nieraz, jak opisuje Pisański przed przeszło stu laty, miesz¬ 
kańcy jednej albo kilku wsi udają się do nich o pomoc. Za 
czasów jeszcze wspólnych pastwisk, trzeba było według zwy¬ 
czaju na Zwiastowanie czyli na Matkę Bożą (25 marca) 
wyganiać bydło choćby na godzinę, bez względu na pogodę. 
Potym należało zamówić trzodę od wilka i chorób. Wzywano do 
tego człowieka świadomego rzeczy, który często znaczne otrzy¬ 
mywał wynagrodzenie. Po przybyciu na miejsce, obchodził do¬ 
koła trzodę, odmawiał zaklęcia swoje i jakuajśpieszniej udawał 
się w dalszą drogę, jeżeli miał tej samej czynności dopełnić 
w innych jeszcze miejscach, jak to się zwykle zdarzało. W takich przypadkach, podobnie jak wobec cięższych cho¬ 
rób, poszukiwano szczególnie świadomego rzeczy, głównego nie¬ 
jako czarownika. O tych głównych czarownikach, którzy mają 
do rozporządzenia silniejszych złych duchów, utrzymuje się po¬ 
spolicie, jak pisze były proboszcz w Kurkach, Królczyk1), że oni 
nigdy nie zaczarowują, lecz odczarowują tylko. „Opowiadano 
mi wszakże i o takich, mówi on dalej, którzy używają siły swo¬ 
jej w obu kierunkach, mianowicie bliższym mieszkańcom na 
szkodę, dalszym zaś na pożytek. Szkodzą oni takim również, ’) Evangelisches Gemeindeblatt, r. 1857, nr. 50.
		

/Pomorze_060_08_0052_0001.djvu

			44 którzy przynoszą im zbyt małe podarki albo żadnych. Kogo 
tacy czarownicy oczarowali jakąś chorobą, ten dopiero ma bie¬ 
dę. Musi on wtedy udawać się często o jakie 10 lub 15 mil do 
szczególnie sławnego czarownika, któryby się cieszył większym 
rozgłosem od tego, który go oczarował. Wiele też opowiadają 
ludzie o zawziętych sporach pomiędzy służebnemi duchami obu 
czarowników. Zazwyczaj odbywają sic one w kuchni, najlepiej 
o północy, ale także przed wschodem i po zachodzie słońca, tj. 
w porach, kiedy według zwyczaju odbywają się zamawiania. 
W powiecie Niborskim czarownicy tacy mieszkają, o ile mi wia¬ 
domo, w S. (parafja Działdowska), w G., folwarku należącym 
do F. (parafja lłuszkowska), w G. (parafja Jedwabińska, obec¬ 
nie od roku tymczasowo przyłączona do Kurek). Praktyka ich 
rozciąga się na rozległy obszar, często na 3 do 4 mil dokoła. 
Główny czarownik w G. trzyma konie i objeżdża całą okolicę 
aż do Olsztyna i Dąbrówna. Zawdzięcza on tę praktykę głównej 
czarownicy 11. z Nowej Wsi (powiat Olsztynkowski, parafja Jed¬ 
wabińska, obecnie Jełgun). Objeżdżała ona, jak przedtym już jej 
matka, 4 powiaty: Niborski, Olsztynkowski, Ostrodzki i Szczy- 
ciński. Oprócz zwykłych praktyk czarowniczych, oddawała się 
ona także wróżeniu i dobywaniu skarbów. Przed dziesięciu mniej 
więcej laty, przy pomocy jednego nauczyciela ewangielickiego, 
który -występował przytym w roli księdza katolickiego, potrafiła 
ona zamożnego gospodarza w P. (parafja Zaborowska) wyzuć 
prawie z całej schedy, obiecawszy mu, że dobędzie skarb na 
jego podw7órku. Dostała się też za to, również jak i szanowny 
nauczyciel, do domu poprawy. Gdzie się ona teraz obraca, czy 
żyje jeszcze, czy umarła, tego nie wiem.“ Często tu daje się słyszeć, że czarownice albo czarownicy 
mogą uczynić ludziom wszelakie złe, zapomocą złego spoj¬ 
rzenia, chuchnięcia, dotknięcia, posypywania, albo dając im coś 
do zjedzenia. Złe spojrzenie budzi tu wielkie obawy. Kołtun lub 
nagłe kalectwo zawsze się przypisuje złemu spojrzeniu albo ocza¬ 
rowaniu, i ten, ktoby się chciał od tego uchronić i zabezpieczył', 
powiuien się żegnać znakiem krzyża. (Wały). Prawie wszystkie cięższe choroby, z wyjątkiem widocznych 
uszkodzeń zewnętrznych i zwykłej zimnicy, uważane bywają za 
skutek uczynku i przypisywane zazwyczaj kobietom z pośród 
blizkich znajomych lub krewnych, jeżeli mają czerwone oczy 
j są z usposobienia cokolwiek w sobie zamknięte.
		

/Pomorze_060_08_0053_0001.djvu

			45 Jeżeli na kogo spojrzy osoba o niedobrym wzroku, wtedy 
pada nań urok. Gdy ktoś nagle zasłabnie, wskutek tego, że mu krew do 
głowy uderzyła, mówi się wtedy, że padł nań urok, że jest 
urzeczony. Urok bywa następstwem wszelkiego rodzaju złych wpły¬ 
wów, mówi były proboszcz w Kurkach, Królczyk, i nie zawsze 
przypisuje się złym ludziom, lecz raczej, jak się zdaje, silom 
tajemniczym. O tym, że wyraz ten oznacza „oczarowanie,“ do¬ 
wiedziałem się dopiero ze słownika, jakkolwiek, według opowia 
dania rodziców, często miałem podlegać urokowi. Tyle przynaj¬ 
mniej pamiętam, że nudności, ból i zawrót głowy uważano za 
urok. Przyczyną uroku bywa i to także, gdy kobieta lub pewna 
liczba kobiet zbyt się przygląda jakiemu męźczyżuie, albo na- 
odwrót, gdy mężczyzna lub pewna liczba mężczyzn zbyt się przy¬ 
gląda jakiej kobiecie. (Wielbark). Gdy chłopcu zachoruje sztuka bydła, albo zdarzy się w do¬ 
mu jakieś nieszczęście, z pewnością winna temu czarownica; 
zwłaszcza dzieci narażone są na czarujący wpływ złego spojrze¬ 
nia. (Działdowo). Szczególnie często mówi się o rzucaniu czarów na krowy. 
Jeden z przykładów tego znalazłem między innemi w urzędo¬ 
wym rejestrze rachunków pow. Szczycińskiego z r. 1684. Niektóre osoby miewają złe spojrzenie, pomimo wiedzy 0 tym i bez wszelkiej chęci wyrządzania złego. Już Szymon 
Grunau pisze: „Gdy kobietę po połogu odwiedzają inne kobiety 1 przy oglądaniu dziecka wyrzekną tylko: „O, jakież to ładne 
dziecko!” uważa się, że dziecko jest urzeczone i nie będzie się 
hodowało.” *) Pewien obywatel, podczas odwiedzin przyjaciela swego, 
zwrócił się do niego między innemi z następującemi słowami: 
„Wyprowadziłem z jaj gniazdo dzikich kacząt; milutkie to stwo¬ 
rzonka; chodź je zobaczyć.“ Gość odrzekł na to: „Mam niedobre 
oczy; od spojrzenia mojego zginą wszystkie.“ Ulegając jednak namowom gospodarza, poszedł i obejrzał *) Toppen, Letzte Spuren itd. str. 337. Co się tyczy złego spoj¬ 
rzenia, porówn. artykuł w N. Pr. Pro«.-Blätter, 1846, tom I, 391. 
Grimm, Deutsche Mythologie, str. 1053.
		

/Pomorze_060_08_0054_0001.djvu

			młode kaczęta, które też rzeczywiście wkrótce potym wyginęły. 
Byłto także urok. (Wały). Często czarownice, gdy chcą rzucić na kogoś urok jaki, 
nasyłają go z wiatrem na tę osobę. (Olsztynek). Lud bardzo się obawia o b s y p k i. Chodzi tu o to, że 
czarownice obsypują człowieka jakimś proszkiem, wskutek cze¬ 
go dostaje on wyrzutów na rękach i nogach w rodzaju liszaju, 
który nosi także miano obsypki. Zdarza się to szczególnie u star¬ 
szych osób. (Olsztynek). Proszek do obsypki przygotowuje czarownica ze spalonej 
ropuchy krostawej. (Wały). Otrzymują go wszakże czarownice i innym sposobem. Przy- 
stępują one do Komunji, ale nie połykają otrzymanego opłatka, 
lecz zachowują; później zawieszają go i kładą pod nim kawałek 
cbleba. Wtedy na cbleb sączy się krew Chrystusa, a skoro cbleb 
wyschnie, używają go do obsypki. (Olsztynek). Często czarownice oczyniają jakieś miejsce i urok spada 
na tego, kto tego miejsca dotknie. To są „złe" miejsca. (Ol¬ 
sztynek). Zdarzają się wszakże „złe” miejsca i bez udziału „złych” 
ludzi. (Królczyk). Gdy ktoś zachoruje, powiadają: „Przełazi przez złe miej¬ 
sce.“ Tak mówią np. o małym B., który przed kilku laty uczęsz¬ 
czał do gimnazjum w Olsztynku, później zaś padł ofiarą jakiejś 
choroby. Kiedy czarownica chce kogoś oczarować i gdy jej się to 
nie udaje, w takim razie musi się sama oczynić. Zdarzyło się 
to np. z czarownicą w Jemiołowie pod Olsztynkiem. Często też 
bywa, że czarownica, która już oczyniła kogoś, poprawia 
swoje czary, czyli powiększa złe, którego nabawiła. Jeden główny czarownik, mieszkający w pobliżu Olsztyn¬ 
ka, posiada zwierciadło, w którym można zobaczyć tę czarowni¬ 
cę, która zadała urok. Z tego powodu odwiedza go dużo urze¬ 
czonych. Wtedy pyta on chorego: „Czy chcesz, żebym ci poka¬ 
zał czarownicę?“ Skoro się tego zażąda, ucina czarownicy w zwier- 
ciedle kawałek ucha albo nosa, oświadczając przytym: „Teraz 
poznacie czarownicę.” Ucina także czarownicy głowę, ale wiele 
osób nie życzy sobie, żeby się tak zle obchodzono z czarowni¬ 
cą. Pokazanie obrazu w zwierciedle wraz z operacją kosztuje 
jeden złoty. Skoro kogoś zły człowiek oczyni, udaje się on wtedy do
		

/Pomorze_060_08_0055_0001.djvu

			47 innego, lepiej znającego się na czarach, który odczynia tamten 
urok. Wszakże nie zawsze mu się to udaje; gdy bowiem ktoś 
słusznie był nabawiony złego, odczynianie bywa bezskuteczne. 
Pewna przekupka z Olsztynka, u której chłop kupował chleb, 
przywłaszczyła sobie sakiewkę z pieniędzmi, którą on przez nie¬ 
uwagę zostawił; kiedy chłop wrócił i dopytywał się o sakiewkę, 
przekupka zaparła się w żywe oczy. Za namową chłopa cza¬ 
rownik rzucił taki urok na babę, że ją skręciło. Udawała się 
ona do głównego czarownika, aby jej chorobę odczynił, ale bez 
skutku. Każdy zresztą wśród ludu wie dobrze, że jej wogóle 
nikt już nie jest w stanie pomóc, gdyż zasłużyła na to i słusznie 
była urzeczona. W jednej wsi pod Olsztynkiem umarła pewna kobieta na 
chorobę, zadaną przez czary. Gdy ją pogrzebano, przewrócono 
mary do góry nogami, aby wykryć czarownicę; lud mniema, że 
czarownica nie może znieść tego i przyjdzie odwrócić mary do 
zwykłego ich położenia. Gdy się widzi nadchodzącą kobietę, podejrzaną o to, że 
jest czarownicą, rzuca się za drzwi miotłę; wtedy czarownica 
wejść już nie może. (Olsztynek). Żebracy często bywają czarownikami i trzeba się ich bar¬ 
dzo wystrzegać. Kto ich hojnie nie wesprze, tego nieraz urzek- 
ną przez złe życzenia. Niejeden już dostał wysypki wskutek ich 
czarów. (Działdowo). Zresztą należy się wystrzegać złych życzeń takich nawet 
osób, które nie są w czary wtajemniczone. Już na początku XVI 
stulecia, Szymon Grunau podaje w swojej kronice pruskiej, co 
następuje: „Wierzą w to mocno, że czego się komuś życzy, to 
go nie minie, jakkolwiekby się tam zażegnywał ”‘). Można także niekiedy wyrządzić komuś innemu łatwym 
sposobem psotę na pamiątkę. Gdy ktoś jest obmawiany zaocz¬ 
nie, trzeszczy ogień na kominie. Obmawiany powinien zaraz po¬ 
sypać soli na ogień; wtedy trzeszczenie ustaje, obmowcy zaś do¬ 
stają pryszczów na języku. (Olsztynek). Jeżeli ogień trzeszczy na ognisku, wtedy ktoś z domowych 
jest obmawiany. W takim razie sypie się sól na ogień w mnie¬ 
maniu, że kiedyś tak samo w ogniu piec się będzie język oszczer¬ 
cy. (Dąbrówno). 1) Toppen, Letzte Spuren itd, sir. 337.
		

/Pomorze_060_08_0056_0001.djvu

			48 Jeżeli się ma pryszcze na języku, znaczy to, że ktoś nas 
obmawia. Wtedy trzeba trzy razy napluć w chustkę, związać 
ją w węzeł i ręką weń uderzać. Wskutek tego oszczerca naza¬ 
jutrz dostaje pryszczów1). Kiedy dzieci wskutek zadawnionego złego nałogu załatwia¬ 
ją naturalne potrzeby swoje w miejscach niewłaściwych, trzeba 
tylko nieczystości te posypać gorącym popiołem, a dostaną 
pryszczów na pośladku. (Olsztynek). Jeżeli ktoś tak jest rozgniewany na pewną osobę, że prag¬ 
nie jej śmierci, może to osiągnąć, śpiewając pieśń nabożną przez 
cały rok rano i wieczorem; znienawidzona osoba umrze potym 
z pewnością. W pow. Margrabowskim środek ten podobno czę¬ 
sto i z dobrym skutkiem bywa stosowany. (Margrabowa). W okolicy Olsztynka umieją także pośpiewać, tj. ko¬ 
goś na śmierć zaśpiewać. Pieśń, którą należy w tym celu śpie¬ 
wać przez cały rok rano i wieczorem, znajduje się w polskim 
śpiewniku. Oznacza się tam rodzina, w której mężowi i żonie 
śpiewa się na śmierć. Czarownica, która to sprawiła, ukazuje 
się na dziedzińcu w przeddzień jego, a także i w przeddzień 
jej śmierci. Ma to zależeć od tego, że urok działa. (Olsztynek). Jeżeli ktoś chce kogoś na śmierć zaśpiewać, powinien przez 
cały rok rano i wieczorem o 6-ej godzinie, na tym samym miejscu 
i w tej samej postawie trzykrotnie odśpiewać od końca do po¬ 
czątku psalm (jak się zdaje 94), i dodawać za każdym razem 
„Ojcze nasz,” dwa razy, bez „Amen;” za trzecim razem kończy się 
pacierz na „Amen.” Skoro tylko modlący się nie trzyma się ściśle 
godziny, albo zmieni miejsce i postawę, lub też omyli się pod¬ 
czas modlitwy, w takim razie śmierć, której innemu życzył, spo¬ 
tyka jego samego. Po upływie rocznego terminu, w ostatnim dniu 
modlitwy śmierć musi nastąpić. Wiele osób tak się tego obawia, 
że z samego strachu choruje i umiera... Modlitwy te odmawia 
się zazwyczaj w piwnicy. (Wielbark). Śpiewanie na śmierć jest 
także znane i bardzo rozpowszechnione w Szczytnie np , w Jans- 
horku itd. Dobrze jest ubezpieczyć się naprzód przeciwko złym wpły- *) Wiadomość, której mi udzielono z sąsiedztwa Olsztynka, 
Już Grunau w N. Fr. rrov.-Bl. 1846, tom II, 337, nadmienia o tym 
zabobonie: „Jeżeli komu wyskoczy pryszcz na języku, wtedy sądzi, 
że ktoś o nim rozpowszechnia kłamstwa oszczercze.“
		

/Pomorze_060_08_0057_0001.djvu

			49 wom i trzymać je zdała od siebie. Środki ocbronnś 
przeciwko złym wpływom są np. następujące: Noworodka strzeże się z wielką troskliwością przed cu¬ 
dzym wzrokiem, ponieważ jednak taki system odosobnienia nie 
da się ściśle przeprowadzić, tedy nie mogą się zdobyć na inny 
środek ochrony dziecka, prócz stosowania amuletów. Medaliki 
srebrne, pierścionki, albo złote monety, zarówno jak czerwone 
wstążeczki na szyję, uważane są za szczególnie skuteczne. Wstą¬ 
żeczki czerwone zawiązuje się także na szyi źrebiętom i cielę¬ 
tom, jako środek zabezpieczający od złego spojrzenia. (Królczyk). Przy bieleniu domu robi się dokoła drzwi głównycli pewną 
ilość plam pendzlem, aby djabeł został daleko. (Jerutki). W dzień św. Jana wieczorem, albo w wigilję Trzech Króli 
kreśli się na zewnętrznej stronie drzwi obory trzy krzyże. Chro¬ 
ni to od czarów. (Olsztynek, Działdowo). W powiatach warmiń¬ 
skich używa się w tym celu kredy poświęconej w kościele.1) Bezpieczeństwo i szczęście są zapewnione we wsi, którą 
dokoła oborauo parą krów czarnych.2) Od złego spojrzenia, które szczególnie niebezpieczne jest 
u starych kobiet, można się uchronić w ten sposób, że zachodzi 
się je ztyłu, i za ich plecami wskazującym palcem lewej ręki 
kiwa się trzy razy, nie mówiąc przytym ani słowa. (Działdowo). Ażeby się zabezpieczyć od złego spojrzenia, nosi się ko¬ 
szulę, pończochę, albo jakąkolwiek część odzienia na lewą stro¬ 
nę. (Dąbrówno). Porówn. wyżej podany sposób rozpoznawania wilkołka. Kto się chce uwolnić od strachów, ten w domu, do które¬ 
go po raz pierwszy wchodzi, zagląda do komina. (Olsztynek). Komedjantów (tj. linoskoków) lud także uważa za czarno¬ 
księżników, którzy sprawiają tylko omamienie. Jeżeli się 
chce wiedzieć, co oni właściwie przedstawiają, trzeba włożyć 
suknię na wywrót. Jedna kobieta, która tak sobie postąpiła, 
kiedy komedjaut, jak się zdawało, dźwigał dużą belkę, widziała, 
że on niósł słomkę. (Olsztynek). 3) ł) Według kalendarza ludowego w N. Pr. Prov.-Bl. 1848, t. 
II, str. 220. 2) Hurtungucłie Zeitung, 1866, nr. 8. 3) Czarownica kładzie na głowę szkopek od mleka i płachtę 
na siebie, albo koszyk od kartofli na głowę i okrywa się derą koń¬ 
ską, a Indzie myślą, że wystroiła się w najpiękniejsze czepki i chust- Wierzenia Mazurskie. 0
		

/Pomorze_060_08_0058_0001.djvu

			50 Szczególnego środka używają w celu zabezpieczenia się od 
poboru wojskowego. Na krótko przed oględzinami wojskowemi 
trzeba obetrzeć twarz całunem; kto tak postąpił, okaże się nie¬ 
zdatnym do wojska. (Dąbrówno). Jako rodzaj amuletów używane były, przynajmniej jeszcze 
w wieku zevzłym, tak zwane strzałki piorunowe. O używaniu 
cb Pisański zaznacza co następuje: Gdy się chmury zbierają 
i coraz głośniejszy łoskot zapowiada, że wkrótce burza nadciąg¬ 
nie, wówczas ktoś z domowników kładzie palec w otwór, znaj¬ 
dujący się w większych kamieniach, obraca kamień kilka razy 
dokoła, wymawia kilka zabobonnych wyrazów, rzuca kamień 
z całą siłą ku drzwiom i wierzy, iż tym sposobem zabezpiecza 
dom swój od pioruna. W tej samej intencji kładą takie strzał, 
ki piorunowe małym dzieciom do kołyski. Wierzą oni w ich si¬ 
łę ukrytą w takich nawet przypadkach, które nic wspólnego 
z piorunem nie mają; np. przez otwory tych kamieni doją kro' 
wy, kiedy z wymion z mlekiem krew wypływa1). ki. Wiadomość udzielona z Chojnic w Firmenicha Völkerstimmen Ger- 
maniens, t. III, str. 637. Porówn. także „ambalek“ (Hahnenbalken) 
w Grimma, Kinder-und IT ins mährchen) t. II, 277. *) Pisański, Ueberbleibsel itd. nr. 23, § 8. Pisański czerpie te 
szczegóły z wydanej w r. 1717 przez proboszcza Węgoborskiego 
llelwiga Lithograjia Angerbunjica. Ilelwig pisze na str. 30: „Ceraunito 
nomine venit iis, qui ex nubibus cadere autumabant, qua de causa 
etiam germanice Straalstein, Donnerstein, Donnerkeul efferebatur. 
Qui autem germanieo idiomate Alpschoss vocabant vel Schossstein, 
hi ab ephialte et sagittis appellationes traducebant, existimantes, Ia¬ 
pides ejusmodi quocunque modo potum contra hujusmodi suppressio¬ 
nes valere ac imprimis fascinationibus occurere posse; a similitudine 
vero teli, quod Schoss vocamus, jjerivabant. quod ad vulnera et pleu- 
ritidem prodesse conjiciebant.” Dalej na str. 84: „Et quoniam adhuc 
hodie e ruderibus quondam conflagratarum aedium, in primis, quae 
a gentilibus olim inhabitatae fuerunt, ejusmodi mallei eruuntur, cre¬ 
dibile est eos in usus sacros (potius dixerim superstitiosos) adhibitos 
et in domibus asservatos fuisse, quibus deinde incendio consumptis, 
terra obrutos remansisse, donec tandem qualicunque occasione ob¬ 
lata eifossi fuerunt. Quod occasionem multis dedisse videtur existi¬ 
mare, ea domicilia, in quibus inveniuntur, lapide fulminari e nubibus 
percussa, accensa et combusta fuisse, eoque ipso lapidibus his no¬ 
men lapidum fulminarium, germ. Donner-Keulen, Strahl, Donner-oder 
Stein-Hammer tam ex vulgi sententia, quam ex assensu doctiorum, 
quamquam minus considerate, impositum fuisse. Illustrare videtur 
hanc uostram opinionem abusus hujus lapidis a rusticis quibusdam
		

/Pomorze_060_08_0059_0001.djvu

			51 I dziś jeszcze lud prosty wierzy, że gdy podczas burzy po¬ 
łożymy strzałkę piorunową na lipowym stole, strzałka skacze. 
(Olsztynek). Mazur rozróżnia ściśle boży pekrąt (strzałkę piorunową), 
tj. krzemienie, mające kształt małego palca, które Niemiec na¬ 
zywa zazwyczaj Ltonnerkeulen, od klina piorunowego, 
którym Mazur oznacza topór kamienny starożytnych Prusaków 
itp. przedmioty. Kiedy grozi nawałnica gradowa, chłop bierze rydel, wyko¬ 
puje trzy kawałki darniny i przewraca je trawą ku ziemi. Ko¬ 
bieta bierze łopatę od chleba, obraca nią trzy razy dokoła dra¬ 
biny, prowadzącej na dach (rozumiem przez to, że obraca ją ku 
niebu i. znowu ku ziemi), i kładzie ją koło drabiny na ziemi. 
Świadek, któremu ten szczegół zawdzię.-zam, był obecny przy- 
tym, kiedy stosowauo ten środek, i zapewnia, że wiatr się obró¬ 
cił, chmura odeszła, i grad nie wyrządził żadnej szkody na po¬ 
lach gospodarza, który uciekł się do tego środka. Starzy ludzie 
potrafią to robić, od nich zaś uczą się młodzi (Olsztynek). O zbawiennym działaniu stali nieraz jeszcze będziemy mó¬ 
wili. Trzyma ona zdała wszystkie wpływy czarów. (Olsztynek). Niektóre osoby dla zabezpieczenia się od czarów noszą 
zawsze czosnek przy sobie. (Olsztynek). Znaleziona podkowa, przybita gwoździami do progu domu hucusque superstitiose observatus. Ut jam taceam superstitionem mu¬ 
liercularum, quae simulae vaccas lac cum cruore reddere observant, 
per foramen lapidis fulminaris eas mulgere solent, vel cunis infan¬ 
tum hos lapides imponere, ne fulmine tangantur, et quae sunt alia; 
solum hic in medium afferre operae pretium erit eum abusum, quo 
mediante audito tonitru sine mora lapidem fulminarem arripere so¬ 
lent, et si fuerit perforatus, foramini digitum immittere, in quo lapi¬ 
de velocissime circumacto, eodem tergeminis ictibus, et ut dicitur, 
sub murmure quodam ostia ferire, sperantes, quod hisce cerpmoniis 
peractis, aedificium a fulmime liberum sit mansurum, cujus abomina¬ 
bilis facti veritatem tempore pastoratus mei saepe sum expertus, quae 
tamen superstitio cum sub praesidio b. defuncti domini a Podewils 
t. t. districtus nostri capitanei et post fata venerandi, sub poena 
gravissima interdicta fuerit, hodiernum amplius, nisi id forsan occul¬ 
te fiat, non animadvertitur. Huc collimat opinio eorum, qui crede¬ 
bant, domum, in qua lapis fulminaris asservatur, fulmine non finiri, 
quemadmodum Agricola, Boetius, Wormius et alii hujus mentionem 
injecerunt, loci3 aDtea citatis.“ Porówn. także N. Pr. Proc.-Bl. 1848, 
II, 328.
		

/Pomorze_060_08_0060_0001.djvu

			52 końcami na zewnątrz, przynosi szczęście; do kupca np. sprowa¬ 
dza licznych gości i bogatych nabywców. (Lubajny). Do rodzaju amuletów należą także listy domowe i listy 
obronne (żelazne). Wspominaliśmy już o jednym z nich, miano¬ 
wicie o liście niebieskim, od którego rozpoczyna się „Klucz do 
nieba.“ Dwa inne, które posiadają szczególną własność zabezpie¬ 
czania żołnierzy od cięć i strzałów, były bardzo rozpowszech¬ 
nione w czasie ostatniej wojny w Holsztynie, a także za ostat¬ 
niej wojny w Czechach. Wszystkie one mają tę wspólną cechę, 
że podają pewne przepisy moralne, wymagają zachowania pew¬ 
nych formalności zewnętrznych, a przytym zawierają nadzwy¬ 
czajne obietnice, jak np. bezpieczeństwo wobec burzy i ran 
w bitwie, i inne także, oraz powiadamiają czytelnika o swoim 
nadzwyczaj cudownym pochodzeniu. List niebieski w „Kluczu do 
nieba,” napisany jest po polsku; drugiego udzielono mi piśmiennie 
w języku niemieckim, widać jednak, że jest tłumaczony z pol¬ 
skiego; trzeci mam przed sobą drukowany w języku niemieckim, 
jednakże pod względem treści tak blizko spokrewniony jest 
z dwoma pierwszemi, że wydaje mi się, iż powstał także w pol¬ 
skiej okolicy. Pierwszy za pośreduictwem „Klucza do nieba,“ któ¬ 
rego w krótkim przeciągu czasu otrzymałem cztery różne wy¬ 
dania, rozpowszechniony jest z pewnością w wielu tysiącach 
egzemplarzy, drugi dostałem od matki pewnego żołnierza w Ostró¬ 
dzie, gdzie podobno znany jest w całej kompanji załogowej; 
trzeci przyniósł pewien rezerwista, wracając do Olsztynka z Gru¬ 
dziądza, gdzie stał podczas ostatniej wojny. Przytoczylibyśmy 
je w całości, jako przerażające dowody wiary w zabobony po¬ 
śród ludności polskiej, gdyby treść ich nie była zbyt niedorzecz¬ 
na, tekst zaś zbyt długi. Głównym środkiem na wszelkiego rodzaju choroby jest za- 
żegnywanie1). Lekarz dla Mazura jest człowiekiem zupełnie *) Zaiegnywanie jest prastarym zwyczajem pogańskim, tak, 
iż jednym z najdawniejszych zabytków mowy niemieckiej jest pogań¬ 
ska formułka zamawiania. Porówn. Grimma Ueber zwei entdeckte Ge¬ 
dichte aus der Zeit des deutschen Heidenthums w jego drobnych pismach, 
tom II. str. I i nast. Dietricha: „Drei altheidnische Segensformeln" 
w Zeitschrift für deutsches Alterthum, wydawanym przez Haupta, tom 
XIII, str. 193 i nast. Kościół katolicki przejął i tolerował ten zwyczaj 
w dośó szerokim zakresie; tak, według jednego podania z Bazyle. 
% XIV stulecia, w Zeitschrift für deutsches Ąlterthum Haupta tom Vi * L.
		

/Pomorze_060_08_0061_0001.djvu

			niepotrzebnym, który czyba tylko na jego pieniądze. Gdy się 
ich napomina, że zaniedbują się w tym względzie, wymawiają 
się wszyscy jednostajnie: „I tam i owdzie także nie mógł pora¬ 
dzić.“‘). Niektórzy nawet są przekonania, że pomoc lekarska, 
jak piorunochron, jest wdzieraniem się w prawa boskie. (Dział¬ 
dowo). Zażegnywanie ma gorliwych obrońców nietylko pośród ehło- 
pów, ale i wśród oświeconych obywateli. Tak, opowiadał raz 
człowiek wolny zresztą od wszelkich przesądów, że baba, której 
śmiejąc się i drwiąc, obiecał 5 talarów, zażegnała mu rdzę, nie¬ 
uleczalną chorobę zboża, i to z najlepszym skutkiem. (Lubajny, 
pod Ostrodem). Inny, również wolny od wszelkich przesądów obywatel opo¬ 
wiada, że sam widział, jak robotnik, zraniwszy się niebezpiecz¬ 
nie w nogę siekierą, długo nadaremnie usiłował krew zatamo¬ 
wać. Wezwano babę do zażegnauia, i natychmiast krew po za¬ 
żegnaniu, jakby uciął, płynąć przestała. Wszelkie zażegnywania odbywają się zawsze trzy razy 
przed zachodem słońca, w pobliżu zaś zażegny wacza nie ma być 
ani psa ani kota. Wiara przytym w skuteczność zamówienia nie 
jest rzeczą konieczną; wystarcza, gdy się poda rękę komuś, co 
wierzy. (Lubajny). Zażegnywanie odbywa się następującym sposobem. Chory 
z zaźegnywaczem musi sam na sam być w izbie. Zażegnywacz 
nasamprzód czyni nad chorym trzy razy znak krzyża, poczym 
odmawia właściwą formułkę, w której „Amen” musi być opusz¬ 
czone, jeśli zażegnywanie ma pomóc. Po dopełnieniu tego ob¬ 
rządku, znowu czyni trzy razy znak krzyża nad chorym. Za- 
źegnywanie szczególnie stosowane bywa w celu zatamowania str. 576, całe chrześcjaństwo uznawało w owym czasie żegnanie po¬ 
piołu, palm, przy chrzcie, świec, wody, soli, mięsa i niektórych in¬ 
nych przedmiotów; odrzucono natomiast kładzenie znaku krzyża na 
głowie, oczach, żegnanie koni i ran. I dziś jeszcze w kościołach ka¬ 
tolickich w Warmji jest w użyciu żegnanie owsa, ziela świętojań¬ 
skiego, palm, ziół itp. (Porówn. Vallcsk. nr. 22, 23, 58, 224), co się 
wielce przyczynia do utrzymania dawnego zabobonu. Kościół kato¬ 
licki gorliwie walczył przeciwko temu; już w r. 1526 zabroniono sta¬ 
nowczo święcenia świec, placków i innych tego rodzaju przedmiotów. 
Jacobson, Quellen des evangelischen Kirchenrechts, II, 26. M Königsberger Zeitung 1866, nr. 8, por. Hintz, str. 117.
		

/Pomorze_060_08_0062_0001.djvu

			54 krwi, w przypadkach puchliny, bólu zębów, rwania i innych po 
dobnycb przypadłości. (Działdowo). O jednej formułce zamawiania róży powiadano mi: Należy 
odmawiać ją trzykrotnie przed zachodem słońca, potym następ¬ 
nego dnia trzy razy przed wschodem i jeszcze trzy razy przed 
zachodem słońca. (Jerutki). Zamówienia różnych chorób i dolegliwości złych1). I. Zamówienie krwi płynącej. Zamawiam cię bożą mocą, Pana Boga pomocą. Miała Mag¬ 
dalena trzy córki; jedna mówiła: „Pójdźmy ztąd i wędrujmy.“ 
Druga mówiła: „Stójmy." Trzecia mówiła: „Oto wróćmy się, zo¬ 
stańmy i osiądźmy.“ I ty, krwio, tu się zostań przez Pana Jezusa 
Syna Bożego, Matuchniczkę jego i całą chwalebną świętą Trójcę 
i Anioły święte w Duchu św. W imieniu Boga Ojca i Syna 
i Ducha świętego. Ojcze nasz, któryś itd. 2. Wielką chorobę i wrzody zamówić. Gdy nasz Pan Jezus Chrystus wędrował ze zwolennikami 
swemi, prosili, wołali, a kiedy od wielkiej choroby i wrzodu le¬ 
kowa!, rozkazał Jezus, mówiąc: „A na niemocne ręce kładźcie.“ 
Cicha woda stojała, gdy Matuchniczka Boża syna kąpała. Niech¬ 
że i ten wrzód cicho stanie, móżdżka nie poruszy, gnatów nie 
połamie, żył nie starga. Proszę ja ciebie, wystrzegaj się miejsca 
człowieczego przez Pana Boga moc, Syna Bożego i Ducha świę¬ 
tego pomoc. W imię Boga Ojca i Syna i Ducha świętego. Ojcze 
nasz itd. *) Tekst polski pierwszych dwunastu zamówień odpisujemy 
z broszury „Jakuba Turowskiego klucz do bardzo ważnych tajemnic,” 
(druk i nakład A. Gąsiorowskiego; miejsce wydania i data nie ozna¬ 
czone), str. lt—15. Zmieniamy tylko przecinkowanie i tu i owdzie 
widocznie wadliwą pisownię, bez wszelkiej zresztą ujmy dla treści. 
Dr. Toppen te same dwanaście zamówień podaje w przekładzie nie¬ 
mieckim z polskiego „Klucza do nieba“ (aus dem polnisch geschriebenen 
Himmels Schlüssel), — Przyp, tłum.
		

/Pomorze_060_08_0063_0001.djvu

			55 3. Kiedy kogo wąż albo żmija ukąsi. Modlitwę Pańską czyli „Ojcze nasz’’ itd. zmówić, a potym: 
„Wymawiam was bożą mocą, Pana Boga pomocą, węże, węży- 
ce, żmije, źmijice, padalce, padalczyce, i wszelki robaku. Z roz- 
kwituś się urodził, djabeł cię stworzył, Pan Jezus w cię ducha 
włożył, a nie dał ci żadnego jadu ani mocy. Przez Pana Boga 
moc i Syna i Ducha św. pomoc, jako ta woda odpływa, niechże 
i ten i to spływa w imieniu Boga Ojca i Syna i Ducha święte¬ 
go.” (Potym dmuchnij trzy razy i wodą oblej, albo wytrzyj to 
miejsce). 4. Od psa skażonego. Mów Modlitwę Pańską albo „Ojcze nasz“ itd. Nasz Pan Je¬ 
zus Chrystus, gdy ze zwolennikami swemi wędrował i prosili go, 
aby od skażonego psa i suki lekował, rzekł im: „Lekujcie przez 
Boga moc i Syna Bożego i Ducha św. pomoc.“ Cicho woda 
w morzu stojala, gdy Matuchniczka Boża Syna swego kąpała; 
uiechajźe żywina cicho lega, księżyczka masu wydawa jadu (?)t 
przez Pana Boga moc i Ducha św. pomoc, w imieniu Boga Ojca 
Syna i Ducha świętego. (Trzy razy wokoło obejść, ręce zło¬ 
żywszy, niechaj drugi przed tobą ogania). 5. Od zimnych ludzi. W imię Boga Ojca i Syna i Ducha św. Szła Matuchniczka 
Boża bez cisowy lasek; idąc, spotkał ją sam Pan Jezus. „Gdzie 
idziesz, Matko moja?“—„Idę do tego chrzczonego uciszać, uspoka¬ 
jać zimne ludzie, białe ludzie.1* Odstąpcie od tego ochrzczonego 
z jego żył, z jego mózgu, z jego głowy; przez Pana Boga moc 
i Syna Bożego i Ducha świętego pomoc, wysyłam ja was pod 
korzenie kamienne na puste lasy i na puste pola, gdzie nic nie 
przyjdzie. Ojcze nasz itd. 6. Proch żywinie odmawiać. Przyszedłem do cię, nieme stworzenie, ażeby od cię sam 
Pan Jezus proch odwrócił przez Pana Boga moc, Syna Bożego 
i Ducha świętego pomoc. Ojcze nasz itd. (Przy toj odmowie 
stalką trzeba trzeć ode łba do ogona, po każdej stronie do 
trzech razy).
		

/Pomorze_060_08_0064_0001.djvu

			56 7. Od gradu obłok zamówić. Na obłok spojrzawszy, przeżegnać się w imieniu Boga Oj¬ 
ca i Syna i Ducha świętego; wtedy zmówić: Ojcze nasz itd., 
a potym tę modlitwę: O wy, szkodliwe gradowe obłoki, rozka¬ 
zuje wam Chrystus Pan, mąż boży, przeze mię, sługę niegodue- 
go, żebyście szli na inne miejsca puste i tam się roztrzęśli, aby¬ 
ście wsiom, ogrodom i polom szkodliwemi nie byli, przez Pana 
Boga moc i Syna Bożego i Ducha świętego pomoc. 8. Ogień zamówić. Ojcze nasz itd. Ogniu, ty płomieniu gorejący, rozkazuje to¬ 
bie Chrystus Pan, mąż boży, przeze mię, sługę niegodnego, abyś 
się dalej nie rozszerzał, lecz na tym miejscu został; coś ujął, to 
trzymaj przez Pana Boga moc, Ojca i Syna i Ducha świętego 
pomoc. (Ogień do trzech razy oblecieć, co raz wchodząc, to „Oj¬ 
cze nasz“ zmówić). 9. Od kazu, gdy na oku stanie. Rano mówić: W imię Ojca i Syna i Ducha świętego, Oj¬ 
cze nasz, któryś jest w niebie itd. Jako ta ciemna nocka ustę¬ 
puje temu białemu dzionkowi, tak też temu chrzczonemu (tu 
trzeba nazwisko osoby wymówić) kaz coby ustąpił z jego oka, 
z jego źrenicy, z jego białka, i te wrzody, wrzedzienice, aby 
wyszły, wycięciały (?), niewieda kędy się podziały, przez Pana 
Boga moc, Syna Bożego i Ducha św. pomoc. Wieczór mówić: Zorze, zorzeczki, Chrystusa Pana służecz- 
ki, służycie wy Panu Chrystusowi we dnie i w nocy i temu 
chrzczonemu (tu zuów nazwisko chorej osoby wymówić) coby 
też same posłużyły, ten kaz z jego oka, z jego białka i jego 
źrenicy odmówiły, przez Pana Boga moc, syna Bożego i Ducha 
świętego pomoc. Potym trzy razy „Amen“ powtórzyć. 10. Od macicy. Naprzód zmów: Ojcze nasz itd. Poszła Matuchuiczka Boża 
w lichym uspokojeniu macicę z urazem lekować i ustanawiać. 
Jak ten kamień leży w ziemi, a nie będzie poruchowany, tak 
i macica z urazem u tego chrzczonego (tu nazwisko chorej osoby
		

/Pomorze_060_08_0065_0001.djvu

			57 wymów) nie ma się więcej pornchować. Przez Puna Boga moc, 
Syna Bożego i Ducha świętego pomoc masie uspokoić cichucb- 
no, lekuchno. Ty; macico, z urazem, masz łóżko usłane, tak od¬ 
poczywaj u tego chrzczonego (znów nazwisko wymówić), a nie 
masz się poruszać więcej, ani go trapić. Przez Pana Boga moc, 
Syna Bożego i Ducha świętego pomoc. W imię Boga Ojca i Sy¬ 
na i Ducha świętego. Amen. Amen. Amen. II. Urok jak lekować. Naprzód zmów Modlitwę Pańską: Ojcze nasz itd. Szła Ma 
tuchuiczka Boża przez cisowy las i spotkał ją sam Pan Jezus 
i spytał się jej: „Gdzie idziesz, Matko moja najmilsza?” Ona odpo¬ 
wiedziała: ,.Idę do tego chrzczonego (tu wymów nazwisko chorej 
osoby), trzy dziewięcie uroków odmawiać.” Rzekł Pan Jezus: „Idź, 
a odmawiaj przez Pana Boga moc, Syna Bożego i Ducha świę¬ 
tego pomoc i przez Ewangielję świętą.” W imię Boga Ojca i Sy¬ 
na i Ducha świętego. Amen. Amen. Amen. 12. Ból zębów jak zamówić. Bożą mocą, Pana Jezusa pomocą. Dąb w boru, kamień 
w morzu, księżyc na niebie, że póki te trzy bracia mocni się 
pospołu nie zejdą, tak długo mię zęby niech nie bolą. Przez 
Pana Boga moc, Syna Bożego i Ducha świętego pomoc i Anioły 
święte, Jego ciało chwalebne i przez Trójcę świętą. W imię 
Boga Ojca i Syna i Ducha świętego. Amen. Amen. Amen. 13. Od ukąszenia robaka1). Przeklinam cię, robactwo przeklęte, w imię Ojca i Syna 
i Ducha świętego. Zamawiam cię jednocześnie, ty wole (albo: 
krowo), od wszelkiego robactwa, które djabeł stworzył, a Pan 
Bóg ma... od wschodu do zachodu słońca; Pan Bóg zakazał mu 
tego. Zamawiam cię od..., od wężów i wcżyc, od żmij i żmijic, 
padalców i padalic, jaszczurek i jaszczurzyc, niedźwiadków sam¬ 
ców i samic i łasic samców i samic, nie przez moją, moją, mo¬ 
ją, lecz przez Pana Jezusa pomoc, jakoteż i wszystkich świę¬ 
tych. Ojcze nasz... (bez „Amen1'). *) W dalszym ciągu zamówienia tłumaczymy z niemieckiego 
tekstu dra Töppona.— Przyj), tłumacza. Wierzenia Mazurskie. 7
		

/Pomorze_060_08_0066_0001.djvu

			58 14. Od wścieklizny. Będę zamawiał oborę tego chrzczonego N. N. od psa wście¬ 
kłego. Szło 7 apostołów, wszyscy bracia pomiędzy sobą.—Do¬ 
kąd idziecie, wy, siedmiu apostołowie, wszyscy sobie bracia? 
-Idziemy zamawiać oborę tego chrzczonego N. N. od psa wście¬ 
kłego.—Idźcie i zamawiajcie w imię moje.-Co robią wściekli? 
Śpią—Niechże śpią. Weźcie włóczkę i bawełnę i zatkajcie ich 
rany, ażeby nie krzyczało, nie ryczało i nie wdrapywało sicna 
ściany, lecz żeby się uspokoiło, jak woda w Jordanie, kiedy św. 
Jan chrzcił Pana Jezusa. Nie przez moją, moją itd. 15. Zamawianie świń. Zamawiam świnie moje od choroby. Czy świnie twoje są 
w domu?—Nie, niema ich w domu.—Idź, zawołaj je na podwór¬ 
ko i daj im jęczmienia. Które z nich będzie jadło jęczmień, te¬ 
mu się nic nie stanie. Nie przez moją itd. Trzeba jęczmienia nasypać do spodni i trzy razy rzucić 
przez komin; odmówić przytym wyżej przytoczoną iormulkę 
i wtedy dać jęczmień świniom. 16. Qd ognia. Przyszedł do nas w pośpiechu Ezecbjasz, Mesjasz w gości¬ 
nę. Niechże się. zadowoli tym, co sam wziął od nas w nocy, 
w imię Ojca i Syna i Ducha świętego. „Amen“ się nie mówi. 17. Od grzybków. Zamówię temu chrzczonemu N. N. przykry wyrzut, trzy ra¬ 
zy po dziewięć pryszczów, trzy razy po dziewięć pęcherzyków, 
trzy razy po dziewięć narośli. Matka Boża szła ścieżką zieloną 
i znalazła na drodze trzy zioła. Jedno zerwała prawą ręką, dru¬ 
gie strąciła prawą nogą, a trzecie zginęło, niewiadomo gdzie. 
Niech tak samo niewiadomo gdzie zginą te narośle tego chrzczo¬ 
nego N. N. Nie przez moją itd. 18. Od róży. Szła Matka Boża ścieżką zieloną, i spotkał ją sam Pan Je¬ 
zus i spytał się jej: Dokąd idziesz, Matko Boża?—Idę do tego
		

/Pomorze_060_08_0067_0001.djvu

			59 chrzczonego N. N. zamówić różę pięciu palcami a szóstą dłonią, 
i proszę, aby go nie rwała, nie trzęsła, mózgu nie wysuszała, 
kiwi nie przelała. Jeżeli jest z wiatru, niech idzie do wiatru, 
jeżeli jrst z wody, niech idzie na wodę. Nie przez moją itd. 19. Od róży. Dokąd idziesz, Matko Boża? — Idę do tego chrzczonego N. N. 
ogień zamówić, od ognia wybawić, od ognia róży, od ognia gwał¬ 
townego, od ognia złośliwego. Pływa piórko po morzu tak le¬ 
ciutko, cichutko. Daj Boże, żeby temu chrzczonemu N. N. ogie ń 
ogień róży, gwałtowny ogień, złośliwy ogień wyszedł bez szar¬ 
pania i rwania, przez Pana Jezusa, przez Ducha świętego i przez 
wszystkich świętych aniołów pomoc, w imię Boga Ojca i Syna 
i Ducha świętego. 20. Od róży. Szła Matka Boża na zieloną łąkę, a za nią szedł Jej Sy¬ 
nek.—Dokąd idziesz, Matko miła?—Idę zamówić wyrzuty róży; 
chodź ze mną, Synku miły, pomożesz mi.—Idź, Matko miła, za¬ 
mów go z moją, moją, twoją pomocą, ażeby znikły z jego gło¬ 
wy, jego mózgu, jego wątroby i wszystkich członków, tak cicho 
i lekko, jak tylko można, z Boga pomocą itd. 21. Od róży. W morzu czerwonym stoi kamień, na nim łóżko usłane, 
pokryte bawełną; tam masz ty, różowy, przedziurawiony wrzo¬ 
dzie, swoje legowisko. Śpij i wypoczywaj aż do sądu ostatecz¬ 
nego. W imię Boga itd. 22. Od zastrzału. Szedł drogą anioł święty i spotkał go sam Pan Jezus.—Do¬ 
kąd idziesz, aniele święty?—Idę do tej chrzczonej N. N. zastrzał 
zamówić. —Idź i uwolnij wszystkie części jej ciała od głowy aż 
do końca palców u nóg. Bóg Ojciec, Syn i Duch święty, a ci 
trzej są jedno. Nie przez moją, lecz przez Pana Jezusa i Matki 
Bożej pomoc. Zmówić „Ojcze nasz“ trzy razy.
		

/Pomorze_060_08_0068_0001.djvu

			60 23. Od gąsienic. Panie, wszechmocny Boże, któryś ten nędzny świat stwo¬ 
rzył, wszelkie ptactwo i robactwo i nakoniec ezłowieka. Dałeś 
mu wolę, rozum i pamięć, ażeby się powstrzymywał od wszel¬ 
kich (złych) uczynków na ziemi. Zesłałeś nam Syna swego z wy¬ 
sokości, żeby nauczył człowieka, co czynić powinien. Daj, miły 
Boże, ażeby to robactwo, gąsienice, takie obrzydzenie sprawiały 
miłemu Bogu, jak człowiek, który w niedzielę krowy pasie i nie 
idzie do kościoła. 24. Od wrzodu strzelanego (czarnego zastrzału). Szli trzej apostołowie, bracia pomiędzy sobą i spotkali sa¬ 
mego Pana Jezusa.-Dokąd idziecie, trzej apostołowie, bracia 
pomiędzy sobą?—Idziemy do chrzczonej N. N. zamówić trzy razy 
dziewięciorny wrzód strzelany.—Idźcie i zamawiajcie z moją, mo¬ 
ją i wszystkich pomocą ten trzy razy dziewięciorny wrzód strze¬ 
lany. Od czego się to zrobiło? Czy od siedzenia, czy od leżenia, 
albo od picia, albo..., albo od słońca, albo od gwiazd? Niech 
zniknie jak można najciszej i najlżej, niech nie szarpie, nie trzę¬ 
sie, nie rwie w jego ciele, jego krwi, jego mózgu, jego kościach, 
niech idzie na ciemne lasy, w ciemne chmury, na twarde skały. 
Tam jest jego miejsce spoczynku aż do dnia ostatecznego. Ojcze 
nasz i trzykrotne żegnanie: W imię Ojca itd. bez „Amen.“ 25. Od skazu (czarnych plam). Szedł drogą Pan Jezus i spotkał Matkę Bożą. —Dokąd 
idziesz, Matko Boża?—Idę do tej chrzczonej N.N. krew siać, ko¬ 
ści łamać, a ja zabraniam ci tego. Idź tam, gdzie w dzwony 
biją i gdzie śpiewają pieśni, Syna Bożego mocą i Ducha świę¬ 
tego pomocą. Ojcze nasz... trzykrotny znak krzyża: W imię Boga 
itd., i trzykrotne zdmuchnięcie. 26. Od macicy (koleki. Matko macico, przeciwniczko Matki Bożej, proszę cię przez 
Boga Ojca, przez Boga Syna, przez Boga Syna i przez całą 
świętą Trójcę, ażebyś się natychmiast uspokoiła, duszy i ciała 
nie trapiła, lecz żebyś się położyła na poduszcczkę, którą ci
		

/Pomorze_060_08_0069_0001.djvu

			Gl Pan Jezus sam piędzią swoją odmierzył. Ojczenasz... przeżegnać 
się trzy razy, bez „Amen“1). Podajemy tu jeszcze przykład, jak się po wsiach bydło 
zamawia. Staje się przed urzeczoną sztuką bydła i ze złoioneuii 
rękoma, odmawia się najpierw „Ojcze nasz,” nie dodając wszak¬ 
że „Amen.” Potym następuje taka formułka zamawiania: „Kosa 
spadła z nieba, z kamienia na ziemię. Jak ta rosa znika, znik¬ 
nęła, ulotuiła się w powietrzu, tak też niech te trzy razy dzie¬ 
więć czarów znikną, rozejdą się w powietrzu i wywietrzeją.“ 
Powtarza się tę formułkę trzy razy, za trzecim razem żegna się 
sztukę bydła i w końcu mówi się: Amen. Zamówienie to zarów¬ 
no zabezpiecza od uroku, jak i leczy gotowe już jego skutki2). Z aktem zamawiania łączą się po większej części pewne 
obrzędy. Te praktyki towarzyszące często uchodzą za rzecz naj¬ 
ważniejszą; częstokroć one same pomagają. Tu i owdzie bywają 
stosowane obok tego materjalne środki lecznicze. Kóżę zamawia się temi słowy: „Jezus szedł ogrodem kopro¬ 
wym z głownią w ręku i mówił: Nie będziesz więcej ogniem 
pustoszyła.“ Formułkę tę odmawia się trzy dui z rzędu, codzień 
po zachodzie słońca trzy razy. Ilekroć odmawia się tę formułkę' 
trzy razy chucha się lekko na chore miejsce, spluwa się trzy 
razy na ziemię i na tym miejscu kładzie się znak krzyża. (Dą¬ 
brówno). Kiedy ktoś cierpi na jakąś ciężką chorobę, oddziera się 
szmat od jego koszuli i zawiesza się ten kawałek albo całą ko¬ 
szulę na rozdrożu, na drzewie albo na drogoskazie. Do tego 
szmata zatyka się igłę, a pod nim kładzie się złotą monetę. Lud 
mniema, że tym sposobem odbiera się choremu jego chorobę. 
Przechodnie wystrzegają się bardzo, ażeby nie dotknąć się szma¬ 
ta, lub nie ruszyć pieniędzy, gdyż w takim razie mogliby za¬ 
brać z sobą chorobę. (Jerutki) Królczyk, proboszcz w Kurkach, opowiada z lat swoich 
dziecinnych o leczeniu uroku: „Gdy pewnego razu przyjechałem 
z gimnazjum do domu na wakacje i, będąc urzeczonym, nie zgo- *) Nr. 13—26 otrzymałem w polskim rękopisie z Królikowa 
pod Olsztynkiem. 2) liassenstein, AT. Pr. Pr.-Bl. tom I, str. 474 i nast. Kilka 
formułek zamawiania z Natangji podaje J. Gottschalk w N. Pr. Pr.-Bl.} 
1857, tom I, str. 157 i nast.
		

/Pomorze_060_08_0070_0001.djvu

			62 dzilem się na stosowauie czarów i wolałem położyć się spać, 
żeby się pozbyć bólu głowy i towarzyszących mu dolegliwości, 
podczas snu potarto mi twarz trzykrotnie używanym ręcznikiem 
z temi słowy: „W imię Ojca, Syna i Ducha świętego. Amen. 
Amen. Amen.“ Po przebudzeniu czułem się jak zwykle dobrze, 
i wtedy opowiedziano mi domniemaną przyczynę mego wyzdro¬ 
wienia. W takich razach używa się jeszcze skuteczniejszego 
środka, mianowicie dla mężczyzn odzienia kobiecego, dla kobiet 
zaś odzienia męzkiego. Kto jest urzeczony, temu trzeba dziewięciu różnemi chust¬ 
kami, albo szmatami otrzeć twarz. W jednej plebanji także śro¬ 
dek ten był zastosowany z dobrym skutkiem. Jeżeli urzeczony jest mężczyzna albo kobieta, wtedy ko¬ 
bieta ociera twarz mężczyźnie kobiecemi sukniami, zaś mężczyz¬ 
na kobiecie męzkiemi sukniami; spluwa się przytym trzy razy. 
(Olsztynek). Przytym wyciera się także od głowy do nóg. (Dą¬ 
brówno). , Środek przeciwko angielskiej chorobie. Piecze się duży pla¬ 
cek z mąki żytniej, wykrawa się w nim dużą dziurę, przeciąga 
się przez ten otwór dziecko i obnosi się je trzy razy dokoła 
kościoła; trzeba przytym zmówić „Ojcze nasz“ trzy razy, albo 
chuchnąć trzy razy przez dziurkę od klucza drzwi kościelnych. 
(Olsztynek). Angielska choroba pochodzi ztąd jakoby, że do żołądka 
dziecka dostały się włosy kocie. Żeby je usunąć, trzeba usma¬ 
żyć koguta, utrzeć na proszek żołądek i proszek ten z winem 
czerwonym dawać dziecku do picia. (Olsztynek). Inny jeszcze środek przeciwko angielskiej chorobie. Stawia 
się krzesło pomiędzy dwa wiadra, kładzie się dziecko chore poi 
pająk drugiego wiadra. Potym obraca się krzesło i obydwa 
wiadra; to są trzy roboty. I poraź drugi postępuje się z dziec¬ 
kiem, jak poprzednio. Następują znowu wskazane trzy roboty; 
potym znów postępuje się z dzieckiem tak samo po raz trzem. 
Nakoniec wsadza się dziecko do szafy i mówi się: „Ojcze nasz, 
ale bez „Amen.“ Środek ten bywa stosowany we czwartek po 
wieczerzy. Często pomaga jednokrotne zastosowanie; można jed¬ 
nakże w razie potrzeby powtórzyć je raz jeszcze i do trzeciego 
razu. Środek ten musi pomóc; oto niedawno jeszcze okazał się 
skutecznym. (Olsztynek). Jeszcze jeden środek przeciwko wycieńczeniu albo angiel¬ 
skiej chorobie. We czwartek po wieczerzy, podczas ostatniej
		

/Pomorze_060_08_0071_0001.djvu

			63 kwadry i tak samo w następną sobotę, a wreszcie po raz trzeci 
także we czwartek, po tygodniu robi się co następuje: Zarabia 
się ciasto, zrobiony z tego ciasta placek kładzie się na stole 
i stawia na niego dziecko najpierw obiema nóżkami, potym tylko 
prawą nóżką, tak, żeby się ślady odbiły na cieście. Potym ule¬ 
pia się z tego ciasta trzy małe placki, kładzie się je do pieca 
i piecze. Dziecko wsadza się do wody, do której -wsypuje się po¬ 
kruszone trzy placki, kąpie się je i odmawia przytym „Ojcze nasz“ 
bez „Amen.” Nakouiec bierze się trochę popiołu z pieca bądź 
ręką, bądź patyczkiem i posypuje się dziecku głowę od przodu 
ku tyłowi. Wodę po zachodzie słońca trzeba wylać, nic nie mó¬ 
wiąc i nie oglądając się przytym. „Jestto bardzo dobre —zade¬ 
cydował mój świadek: - państwo nie chcą temu wierzyć; moja 
żona zrobiła tak z Emilją i wyzdrowiała ona zupełnie.“ (Ol¬ 
sztynek). Środek przeciwko wycieńczeuiu. Bierze się łeb koński, i mil¬ 
cząc i nie oglądając się, idzie się we czwartek po wieczerzy do 
dołu glinianego, w którym zebrała się woda deszczowa; nabiera 
się pełue wiadro wody, którą się grzeje i wlewa do balji, trzy 
razy w tej wodzie przeprowadza się leb koński od wschodu ku 
zachodowi słońca i w tym kąpie się dziecko. Koszulę dziecka 
trzeba rozedrzeć przez pół na piersiach. W końcu odnosi się, 
nic nie mówiąc i nie oglądając się, wodę i koszulę napowrót do 
dołu glinianego. Praktyka ta powtarza się jeszcze przez dwa 
czwartki tym samym sposobem i sprowadza napewno polepszenie 
i wyzdrowienie. (Dąbrówno). Środek przeciwko wycieńczeniu. Dwie baby biorą chore 
dziecko, jedna podaje je drugiej przez płot i napowrót je ponad 
płotem odbiera. Powtarza się to trzy razy. (Jerutki). Środek przeciwko zimni cy. Trzy listki mirtowe ze ślub¬ 
nego wianka skuteczne są na zimnicę. (Lubajny). Od tegoż. Trzeba na miotle wyjechać z domu na rozdro¬ 
że, zostawić tam miotłę i znowu śpieszyć do domu, nie mówiąc 
ani słowa. (Olsztynek). Od tegoż. Idzie się na miedzę graniczną, wykopuje się 
dziurę w darninie, chucha się w nią trzy razy i napowrót zaty¬ 
ka się prędko. (Olsztynek). Od tegoż. Idzie się do brzozowego lasu, trzęsie się pewną 
liczbę brzóz i mówi: (słów opowiadający, niestety, nie wiedział, 
treść była mniej więcej taka:) Trząś mnie, jak ja ciebie, a po¬ 
tym przestań (Olsztynek).
		

/Pomorze_060_08_0072_0001.djvu

			r - 61 - Od tegoż. Skoro napad febry i gorączka przejdzie, zdej. 
muje się koszulę i wieczorem po zachodzie słońca, albo zrana 
przed wschodem słońca, jeżeli można—we czwartek, zanosi się 
na rozdroże i zawiesza się na drogoskazie. (Wały). Od tegoż. W niektórych miejscach dzwony wiszą w otwar¬ 
tej dzwonnicy, a zwieszający się sznur od dzwonów, dla każde¬ 
go jest dostępny. Tedy, przeciwko zimnicy, wkręca się złotą 
monetę do sznura od dzwonu. (Wały) *). Pisański2) wspomina w połowie zeszłego stulecia, iż daw¬ 
niej używano także Ewangielji św. Jana dla odpędzenia febry. Dalej, o księżycu Pisański*) pisze: Tu i owdzie otumania 
jeszcze pospólstwo prawdziwie pogański przesąd, pod którego 
wpływem, rzeczywiście oddaje się temu ciału niebieskiemu cześć 
bałwochwalczą. Przy zimuicy, silnym bólu oczu lub zębów, oiaz 
w niektórych innych chorobach, chorzy pilnie uważają na po¬ 
czątek nowiu; wychodzą wtedy pobożnie, ze złożonemi rękoma 
do księżyca i zwracają się do niego z modlitwą, ułożoną w for¬ 
mie niedorzecznych wierszydeł, z niewzruszoną nadzieją, iż tym 
sposobem będą uwolnieni od dolegliwości. Czy nie ujawnia 
się w tym pogaństwo? Czyżby Pisański miał co innego na myśli, 
niż zamawianie? Środek od żółtaczki. Na żółtaczkę pomaga robactwo na 
cblebie z masłem. (Olsztynek). Środek od bólu głowy. Stawia się cierpiącemu garnek z wo¬ 
dą na głowę i kładzie się kawałek stali do wody. Środek od bólu zębów. Pisański*) przytacza, co następuje: 
Wycina się drzazgę z pod kory drzewa bzowego, przekłuwa się 
nią do krwi dziąsło, poczym zatyka się ją w to samo miejsce, 
ażeby zarosła. Najbardziej wypróbowanym i najprostszym środkiem na 
ból zębów jest przyglądanie się księżycowi na nowiu w nieru¬ 
chomej i milczącej postawie. (Olsztynek). W okolicach niemiec- *) Rzuca się garnek za chorym na zimnicę, aby go przestra¬ 
szyć; albo mu się grozi, że się go wrzuci do studni w tym samym 
celu. Ma się rozumieć, że oba środki pomagają niekiedy. Nadto 
głównym środkiem przeciwko zimnicy u Mazurów jest wódka, 2) Nr. 21, § 15. 3) Nr. 22, § 6. 4) Nr. 22, § 6,
		

/Pomorze_060_08_0073_0001.djvu

			65 kich powtarza się przy tym trzykrotnie wyrazy: Nowy miesiącz¬ 
ku, zabierz mój ból, w imię Boga Ojca, Syna i Ducha świętego. Ból zębów przechodzi także, gdy się chory ząb dotknie 
trzy razy kością z cmentarza. (Dąbrówno). Jęczmień na oku leczy się przez trzykrotne potarcie 
obrączką ślubną matki. (Lubajny). Strzelany wrzód na palcu nie zgoi się, dopóki się nad 
nim nie wystrzeli z broni. Narośle na ciele ludzkim, zwane „kostkami,” leczą się na- 
stępującym sposobem: 1) Idzie się do domu, w którym się znaj¬ 
duje nieboszczyk, nic nie mówiąc, bierze się rękę nieboszczyka 
i palcem jej naciska się narośl trzykrotnie. 2) Kiedy przyjdzie 
żebrak do domu, bierze mu się, nie mówiąc aui słowa, kij z rę¬ 
ki i naciska się nim narośl trzykrotnie. 3) Gdy się znajdzie na 
polu w kości wydrążonej, albo na gnoju krowim wodę deszczo¬ 
wą, pociera się nią narośl trzykrotnie, poczym nie oglądając się 
i milcząc, idzie się do domu. Środek na brodawki. Dotyka się każdej brodawki ziarn¬ 
kiem grochu i ziarna te rzuca się do pieca. Wtedy ucieka się 
prędko, aby nie słyszeć trzeszczenia. Potym brodawki zginą. 
(Olsztynek). Od tegoż. Ażeby zniszczyć brodawki, trzeba tyle ziaren 
grochu, ile się ma brodawek, rzucić do pieca po wyjęciu Chle¬ 
ba, tak jednak, żeby nie słyszeć padania ich i trzeszczenia, gdy 
pękają. (Wały) •). Od tegoż. Zwilża się brodawki wodą deszczową, którą się 
na kamieniach znajduje, poczym w milczeniu i nie oglądając się, 
idzie się dalej. (Olsztynek). Od tegoż. Dotyka się brodawki mięsem kradzionym i mię¬ 
so to zakopuje się pod rynną. Gdy mięso zgnije, brodawki zgi¬ 
ną. (Olsztynek). Od tegoż. Patrzy się na księżyc w pełni i powtarza się 
trzy razy: „Tam coś jest, a tu (dotykając przytym brodawki) 
nic niema.“ Powtarza się to przez trzy dni z rzędu. Jestto 
bardzo pewny środek przeciwko brodawkom. (Olsztynek). W piątek przed pełnią trzeba, spoglądając na księżyc, po¬ 
wtarzać: „Na co patrzę, niech przybywa; czego się dotykam, ł) Inne jeszcze środki przeciwko brodawkom podane są w N. 
Pr. Pr.-BI. 1846, tom I, str. 132. Wiertenia Mazurskit. 8
		

/Pomorze_060_08_0074_0001.djvu

			66 niecli ubywa.“ Powtarza się to trzy razy zrzedu, zawsze w pią¬ 
tek przed pełnią. (Olsztynek). Gdy nieboszczyka chowają i właśnie w dzwony biją, trze¬ 
ba iść do wody bieżącej i wodą tą obmyć brodawki. (Olsztynek). Zawiązuje się na nitce tyle węzłów, ile się ma brodawek, 
i nitkę tę rzuca się Żydowi handlarzowi na worek jego. Potym 
brodawki zginą. Środek przeciwko wyrzutom. Patrz niżej kalendarz lu¬ 
dowy. Środek przeciwko liszajom. Pociera się liszaj potem 
z szyb, zdjętym palcami, i mówi się przytym: „Dzień dobry, pa- 
uie liszaj, nie bądź jutro, tylko dzisiaj.” (Olsztynek). Środek na ogni piór. Ognipiór jestto rodzaj wyrzutów 
u dzieci. Podczas gdy ludzie idą do kościoła, matka idzie z dziec¬ 
kiem na trzaśnisko, staje plecami do kościoła, bierze trzy razy 
ziemi z trzaskami i posypuje dziecku ognipiór, przyczyni mówi 
tak mniej więcej: „Jak ci ludzie idą teraz do kościoła, tak ty 
idź z głowy.“ Tym sposobem wyrzut przechodzi. (Olsztynek). Środek przeciwko kurczom. Kurcze lud nazywa karą 
boską. Mówią też przy kurczach: „Pan Jezus go nawiedził.” Kto 
pierwszy raz widzi u kogoś kurcze, wydrapuje mu szpilką 
krzyż na piersi tak, żeby krew płynęła. Ma to zapobiegać kur¬ 
czom. (Olsztynek). Matka nakrywa dotkniętego kurczami swoją suknią ślub¬ 
ną. (Olsztynek). W razie przełamania się albo podżwignięcia, zażywa się 
trocin od trumny z wódką, albo proszku od tak zwanego ka¬ 
mienia od poruszenia-w aptece pod nazwą lapis hae- 
matitis, najczęściej także z wódką zmieszanego. Środek od kołtuna. Jedną z chorób najczęstszych i bu¬ 
dzących najwięcej obaw u ludu jest kołtun1). Leczą od kołtuna 
najsławniejsi główni czarownicy, jak np. czarownik w G., który 
leczy w ten sposób, że wszelkie możliwe choroby podprowadza 
pod kołtun. Używa do tego zamawiać, ale także i ziół wszel¬ 
kiego rodzaju. Można być naprzód już prawie pewnym, że 
wszyscy odwiedzający go chorzy, w trzy lub cztery dni po po¬ 
wrocie z G., będą mieli kołtun zamiast dawniejszych chorób ‘) Na wschód od powiatu Szczycińskiego nie spotyka się go 
podobno.
		

/Pomorze_060_08_0075_0001.djvu

			67 swoich. A kołtun główny czarownik zdejmuje w swoim czasie 
bez niebezpieczeństwa. (Kurki). Najczęstsze choroby, jak reumatyzmy i choroby oczu, uwa- 
żnją się za zadane. Wszystkie one mają ujście w kołtunie. Do¬ 
tknięty jakąś chorobą ucina trochę włosów z głowy, zawija je 
w kawałek papieru, kładzie je albo na dołek, albo pod pachę 
i zostawia je tam na 24 godziny. Jeżeli po upływie tego czasu 
włosy się zbiją, jestto nieomylny znak, że chory jest urzeczo¬ 
ny. Nie czesze się już i naturalnie dostaje po 4 albo 5 tygod¬ 
niach kołtuna. Od tego kołtuna mogą leczyć tylko pewne oso¬ 
by , powszechnie znane, jako praktykujące czary. Ale osoby te 
mogą także sprowadzić komuś kołtun, albo go zadać. Niektórzy 
sądzą, że spożyte nasienie łopianu, albo też i ostu posiada szcze¬ 
gólną własność sprowadzania kołtuna. Przy leczeniu kołtuna 
czarownica daje choremu napój, który działa na dojrzewanie 
kołtuna. Gdy po pewnym czasie kołtun dojrzeje, wówczas cza- 
rownica zdejmuje go, ale nie nożyczkami lub nożem, lecz bar¬ 
dzo ostrym kamieniem, właściwie odgniata się od głowy. Wraz 
z kołtunem znikają także choroby, które go sprowadziły. (Dział¬ 
dowo). Najważniejszą po zamawianiu czynuością czarodziejów jest 
wykrywanie okradzionemu jego złodzieja'). 
Najbardziej wziętym w tym celu środkiem jest tak zwane krę¬ 
cenie sita, o którym przed stu jeszcze laty wspomina Pisański. 
„Kręcenie sita i inne niedorzeczne praktyki, do których się ucie¬ 
kają w celu wykrycia niewiadomego złodzieja i które wykony- 
wane bywają nietylko przez Cyganki, ale i przez innych częś- 
ciej, niżby się zdawać mogło, są oczywiście pozostałościami bał¬ 
wochwalstwa przodków’ naszych.“2) Kięcenie sita tak mi opisano. We czwartek po wieczerzy 
bierze się książkę treści religijnej, mianowicie pozostałą po nie¬ 
boszczyku, znanym z uczciwości swojej; pomiędzy kartki tej ) Złodziej, chcący zabezpieczyć się od wykrycia, musi sie 
s arać o to, zęby odwrot wykonać tą samą drogą, która przyszedł) 
albo na miejscu kradzieży załatwić potrzebę swoja. Dopoki się ku¬ 
rzy, me grozi mu niebezpieczeństwo. Świeca z ‘tłuszczu ludzkiego 
blaskiem swoim pogrąża wszystko w sen najgłębszy. Ztąd ma ona 
szczególne znaczenie dla złodzieja. (Dąbrówno). ) Nr. 23, § 9. O innym środku wspomina już Meletius 
w Erl. Preuasen, str. 719, 720.
		

/Pomorze_060_08_0076_0001.djvu

			68 książki kładzie się klucz długi tak, żeby po zamknięciu książ¬ 
ki cokolwiek z niej wystawał. Książkę przysuwa się na sam 
brzeg stołu. Potym na końcu klucza zawiesza się lekkie sito 
i wymienia się imiona osób, które się podejrzewa o kradzież, 
powtarzając przytym: „Sitko, sitko, powiedz mi wszytko.“ Przy 
wymówieniu imienia prawdziwego złodzieja, sito się porusza, gdy 
tymczasem podczas wywoływania osób niewinnych nie rusza się 
wcale. Takim samym sposobem można wyśledzić, gdzie złodziej 
ukrył rzecz skradzioną, wymieniając domniemane miejsca scho¬ 
wania. (Kurki). Nie wszędzie ten sam sposób postępowania jest w użyciu. 
W Gründen byłem obecny, pisze naoczny świadek, jak baba 
chciała wykryć złodzieja. Na stole dziedzicznym położono Biblję 
dziedziczną, a na niej klucz dziedziczny. Nad tym wszystkim 
umieszczono sito, wolno zawieszone na nitce przywiązanej do 
belki. Natenczas zakliuaczka wezwała trzykrotnie imię Boga 
i z małerni przerwami wymieniała potym imiona wszystkich osób 
podejrzanych o to, że się mogły dopuścić kradzieży, która do¬ 
tyczyła owcy. Przy wymienieniu nazwiska złodzieja sito powin¬ 
no się było poruszyć; ponieważ jednak nie poruszało się, tedy 
baba oświadczyła, że złodziej musi być całkiem jej nieznany, 
i uspokoiła się co do swoich domowników i znajomych1). Inny sposób wyśledzenia złodzieja nazywa się: głosić. Po¬ 
trzeba do tego śpiewnika i klucza; oba te przedmioty muszą być 
dziedziczne. Kładzie się klucz do śpiewnika i obwiązuje się 
śpiewnik wstążką. Zażegnywacz i okradziony kładą palec wska¬ 
zujący pod wystające kółko od klucza tak, ze ten zwiesza się 
razem ze śpiewnikiem. Zażegnywacz wywołuje trzy razy imię 
osoby, podejrzewanej o kradzież. Jeżeli klucz się kręci na kół¬ 
ku, wymieniona osoba jest winowajcą. (Olsztynek). W innych miejscowościach zamiast klucza, używa się no¬ 
życ do strzyżenia owiec; sito w takim razie zawiesza się na 
nożycach, zresztą postępuje się jak wyżej z kluczem. Skoro w jakim domu była spełniona kradzież, i podej¬ 
rzenie pada na domowników, gospodarz domu każe się wszyst¬ 
kim zebrać i rozdaje im słomki jednakowej długości; po kwa¬ 
dransie zaś bada słomki, gdyż słomka znajdująca się w ręku 
złodzieja, powinna była urosnąć. W Błędowic użyto tego sposo- ‘) N. Pr. Pr.-BI. 1847, tom I, str. 471.
		

/Pomorze_060_08_0077_0001.djvu

			bu i oto, jedna słomka (jak się później okazało t, która trzy¬ 
mał złodziej), skróciła się. Chodzi o to, że złodziej, obawiając 
się, iż słomka jego urośnie, pokryjomu oderwał jej kawałek1)- Zmusza się złodzieja do zwrócenia rzeczy skradzionej za- 
pomocą gróźb, które go jakimś już tam sposobem dochodzą, 
często z najlepszym skutkiem. Grozi mu się śpiewaniem na 
śmierć fpatrz wyżej), albo grozi mu się, że część skradzionego 
mienia, jeżeli ta przypadkiem ocalała, np. drzewa, rzeczy itd., 
położy się trupowi do trumny, albo zakopie się na cmentarzu, 
co pociąga za sobą niechybną śmierć złodzieja. Wogóle czarow¬ 
nicy osiągają wiele zapomocą napędzania strachu, gdyż pod 
tym względem Mazurzy są tchórzliwi. (Olsztynek). Wielu trzyma w tajemnicy sposób, w jaki możnaby zmu¬ 
sić złodzieja do zwrócenia rzeczy skradzionej. Znano środki są 
następujące: część rzeczy, z których złodziej coś ukradł, zatyka 
się do wywierconej dziury i zabija gwoździem. Albo: resztę rze¬ 
czy zawiesza się w woreczku w kominie. Albo: resztę skradzio¬ 
nych rzeczy zanosi się we czwartek do świeżo wykopanego gro¬ 
bu, przyczym osoba, która to robi, w drodze tam i z powrotem 
nic nie powinna mówić. Wtedy złodziej nie ma spokoju, dopóki 
nie wróci właścicielowi rzeczy skradzionej. (Wielbark). Ocalałą część skradzionego kładzie się pod cegłę ogniska 
i we czwartek po wieczerzy polisie na tym drzewo osinowe. Jak 
ogień i żar powoli obejmują rzecz schowaną, tak wyniszczają 
złodzieja nieznane wpływy nadprzyrodzone. Jeżeli się nic nie ma 
w ręku ze skradzionego, przynosi się we czwartek o północy, 
milcząc i nie oglądając się, węzły ze sznura z dzwonnicy. Po¬ 
stępuje się z tym tak samo, jak z pozostałemi resztkami rzeczy 
skradzionych. Kto jednak niezupełnie dobrze zua się na tym 
albo dopuści się nieznacznej omyłki, ten sam sobie grób kopie 
i umiera. (Dąbrówno). Trzeba sobie kazać zrobić świder, któryby się wświdrowy- 
wał do drzewa i innych rzeczy, nie jak zwykle pi^ez wiercenie 
na prawo, lecz na lewo. Z tym świdrem trzeba iść tyłem do 
osiny, wyświdrować w niej dziurę, wetknąć w nią coś z rzeczy, 
z których złodziej ukradł, i zatknąć dziurę kołkiem z tego sa¬ 
mego drzewa. Wkrótce zacznie trząść złodzieja, jak te liście 
osiny, i rzeczy skradzione zwróci. (Olsztynek)2). ‘) N. Pr. Pr.-Bl. 1847, tom I, str. 472. 2) Podobny sposb z Natangji opisuje J. Gottschalk w N.
		

/Pomorze_060_08_0078_0001.djvu

			70 Jeżeli się coś pozostałego ze skradzionych rzeczy kładzie 
do trumny, ażeby zgubić złodzieja, trzeba się bardzo strzec, 
żeby nie stąpić na cień swój własny. Jeżeli się tak stanie, na¬ 
leży samemu spodziewać się śmierci w przeciągu roku. Lud mniema, że złodziej nie może się ruszyć z miejsca, 
dopóki biją w dzwony. Są wszakże i zaklęcia, któremi można 
to samo sprawić1). Najprzezorniejsi są ci, którzy każą tak zamówić swoją 
własność, aby ta wogóle nie mogła być skradziona. Jeżeli przyj¬ 
dzie złodziej i zecbce wziąć cokolwiek, musi pozostać na miej¬ 
scu i nie może odejść, dopóki go sam właściciel nie uwolni. 
Takie zamawianie własności ma przynajmniej tę dobrą stronę, 
że budzi niepewność i strach u zabobonnych złodziei. (Olsztynek). Przy zamawianiu tego rodzaju posługują się następującą 
formułką: „Szła Przenajświętsza Panna do ogrodu. Usługiwali jej 
trzej aniołowie; pierwszy nazywał się św. Piotr, drugi św. Ga- 
brjel, trzeci św. Zacbarjasz. Spotykają ich trzej złodzieje, któ¬ 
rzy chcieli porwać dziecię Jezusa Piotr mówi do Zacharjasza: 
Idź i spętaj ich powrozem, łańcuchami i Słowem bożym, ażeby 
stali nieruchomi jak słupy. Niechaj liczą gwiazdy na niebie i nie 
mogą ruszyć się z miejsca, dopóki nie uwolnią ich moje usta 
i mój język. Ojcze nasz...“ itd. Okradziony owija serce dzwonu kawałkiem rzeczy, której 
część została ukradziona, np. kawałkiem płótna. Następujące 
potym bicie w dzwony przypomina złodziejowi, aby zwrócił rze¬ 
czy skradzione; przy drugim biciu w dzwony, złodziej umiera, 
jeżeli przez ten czas nie odniósł kradzieży właścicielowi. (Ol¬ 
sztynek). Kończymy opowieścią o czarach, która z wielu względów 
zasługuje na uwagę. Pr. Pr.-BI. 1857, tom I, str. 158: Robi się świdrem dziurę w gru¬ 
szy, albo w śliwie. Dziurę tę wywierca się aż do połowy grubości 
drzewa i wtyka się tam cokolwiek ze skradzionych rzeczy. Potym 
z tego samego drzewa robi się gwoźdź i zabija się nim dziurę. Tak 
jak zabita w drzewie rzecz skradziona zniszczeje, tak też i złodziej 
zginie. Jeżeli nie chce umrzeć, musi zwrócić rzeczy skradzione. Je¬ 
żeli jednak gwoźdź został całkowicie wbity w dziurę, w takim razie 
złodziej w tydzień umiera. ) Zaklęcie takie z Natangji podaje Gottschalk w N. Pr. Fr.-Bl. 
1857, tom I, str. 157.
		

/Pomorze_060_08_0079_0001.djvu

			71 Jedna matka miała chore dziecko. Chciała właśnie przy¬ 
gotować posłanie dla dziecka i podłożyć nowej słomy. Zualazła 
przytym w słomie, trzymając jednocześnie dziecko na lewej rę¬ 
ce, czarnego robaka, długiego przeszło na eal i trzymała go 
w palcach prawej ręki. Ale robak znikł jej w palcach i nie 
można go było nigdzie znaleźć. Zaraz potym dziecku pogorszyło 
się, zachorowało śmiertelnie. Ojciec postanowił udać się do cza¬ 
rownicy i, chcąc się dowiedzieć od niej prawdy, włożył dla 
pewności koszulę na lewą stronę. Takim sposobem nikt się nie 
da okpić. Ale czarownica wiedziała o tym i zapytała go, dla 
czego włożył koszulę na wywrót: nie ma się przecież czego oba¬ 
wiać. Przyniósł on z sobą w buteleczce moczu, który czarowni¬ 
ca obejrzała. Powiedziała ona: dziecko jest urzeczone i czarow¬ 
nica już podczas jego choroby poprawiła czary zapomocą czar¬ 
nego robaka. Gdyby matka była natychmiast robaka spaliła, 
(zadeptać nie jest tak dobrze', byłoby dziecko zdrowe; ale tak, 
robak dostał się do świeżej słomy, a potym dziecku przez usta 
do wnętrza. Tam gryzie mu serce i siedzi przy samej żyle; jak 
przegryzie żyłę, dziecko musi umrzeć. Wiedziała ona najdokład¬ 
niej wszystko, co się działo z robakiem i orzekła, że nic tu za¬ 
radzić nie może, że już po wszystkim. Choroba dziecka obja¬ 
wiała się w kurczach, w zaciskaniu zębów, przytym piana pły¬ 
nęła z ust i pięści nie dawały się otworzyć. Kiedy robak prze¬ 
stawał gryźć, przechodziły kurcze, i dziecko przyjmowało pierś. 
Mogła ona nawet wymienić czarownicę, która nabawiła tych 
cierpień dziecko, i przepowiedziała, że dziecko na trzeci dzień 
umrze, co się też sprawdziło. — I widziano czarownice. Kiedy 
wyniesiono zwłoki dziecka na cmentarz, wszystkie stoły i stołki 
w domu (tylko nie mary) przewrócono do góry nogami, wskutek 
czego czarownica musiała przyjść i trzy razy obiec dom dokoła 
(Olsztynek). *) ('.,Da; P°7ró,wnania Podajemy tu notatkę z okolic położonych 
na zachód od Wisły. Kujawski i Pomorski biskup Krzysztof Antoni 
na Słupowie Szembek wydał w r. 1727 rozporządzenie w sprawie 
czarownic (w języku polskim), w którym znajdujemy następujące 
godne uwagi szczegóły: wzywa on sądy świeckie, ażeby oskarżonych 
o czarodziejstwo itp. „pozostawili w więzieniu wolnymi i bez uciąż¬ 
liwych skrępowań, ażeby przy więzieniu powstrzymać się od wszel¬ 
kiego zawiązywania oczu pławienia, ranienia, a także aby więzio¬ 
nych nie niesiono i nie prowadzono tyłem lub nie przestrzegano iż-
		

/Pomorze_060_08_0080_0001.djvu

			72 3. Wróżenie i kalendarz. Tajemniczy związek istnieje pomiędzy teraźniejszością 
i przyszłością. Częstokroć wszystko zależy od chwili, w której 
rozpoczynamy jakieś przedsięwzięcie: jakże więc jest ważne tra¬ 
fienie na porę odpowiednią! Zwłaszcza wszystko, cokolwiek za¬ 
chodzi lub się przedsiębierze w pewno dni świąteczne, nabieia 
szczególniejszego znaczenia; należy tedy baczyć na wydarzenia 
i nie zaniedbywać okoliczności. Naturalnie, że dla tego i owego 
zajście jakieś, całkiem niezależne od jego woli i wiedzy, może 
na długo albo i na zawsze rozstrzygać o losie jego. Pod tym 
względem najważniejsze są dwunastnice, tj. dwanaście dni od 
Bożego Narodzenia aż do święta Trzech Króli. Już Pisański znał dobrze znaczenie dwunastnic, oraz in¬ 
nych związanych z tym przesądów, i potępia je tak surowo, jak 
może czynić tylko ten, w kim podania ludowe nie budzą żadnego 
zajęcia. Oto są słowa jego1): „Co za dziwactwa wytworzyły tak 
zwane dwunastnice! \V ciągu tych dni nie należy z wiadomych 
przyczyn wspominać wilka, nie można jeść grochu i bobu, jeżeli 
się nie ch-e dostać za to wrzodów; niemożna także przekraczać 
innych niedorzecznych przepisów. Szczególnie zaś dwanaście 
dni, zawarte pomiędzy pierwszym świętem Bożego Narodzenia 
i Trzema Królami, są nieomyluemi wskazówkami pogody, jaka 
będzie w każdym miesiącu następnego roku.“ Opowiada także Pisański o pewnym dość już starym dozor¬ 
cy szp talnym, który bardzo gorliwie spostrzegał co godzina po¬ 
godę podczas tych dwunastu dni we dnie i w nocy; zapisywał 
to sobie dokładnie po swojemu i potym przez cały rok, niby ja¬ 
ka wyrocznia, był oblegany przez żądnych informacji o pogodzie. 
Bardzo szczegółowe „Przepowiednie na rok cały z dnia by się nie dotykali ziemi, jako to wszystko jest zabobonem i nie po¬ 
winno trwać dalej.” W innym miejscu biskup tak dalej izecz wy- 
luszcza: „Przedewszystkim jednak zakazujemy uciekania się do praw¬ 
nie zabronionych sposobów wróżenia, jak również dochodzenia strat 
doznanych zapomocą wody, ognia, topieuia ołowiu i lania wosku, 
a także przędzenia wstecz i wypalania chorób, bo to są wszystko 
tylko djabelskie wymysły,“ Freust. Todestempel str. 322 — 327. Preuss. 
Sammlung, tom I, 8tr. 579 — 596. i\ Porównywamy tutaj i dalej „Kalendarz ludowy,“ przedruko¬ 
wany w BT. Pr. Pr.-BI, 1848, tom II, str. 206 i nast,, 1850, tom II 
str. 116 i nast, i 1853 tom I, str. 201.
		

/Pomorze_060_08_0081_0001.djvu

			73 Bożego Narodzenia i jedenastu następujących po nim dni i no¬ 
cy,“ zawiera wspominany kilkakrotnie już „Klucz do nieba.“ Je¬ 
żeli dzień Bożego Narodzenia wypada w niedzielę, wtedy zima 
będzie ciepła, wiosna dżdżysta i ciepła, lato przyjemne, suche 
i pogodne, jesień dżdżysta i wietrzna; wielki urodzaj będzie na 
zboże i miodu podostatkiem; śmierć będzie zabierała przede- 
wszystkim kobiety brzemienne; w stanie małżeńskim będzie pa¬ 
nował pokój. Tegoż rodzaju wróżby są na wypadek, gdy Boże 
Narodzenie wypada w poniedziałek, wtorek itd. Jeżeli dzień Bo¬ 
żego Narodzenia jest pogodny, w roku następnym będzie obfity 
urodzaj na zboże dobre i ładne. Jeżeli pierwszy dz'eń po Bo¬ 
żym Narodzeniu jest pogodny, następny rok przynosi swary 
i rozterki pośród duchowieństwa, itd. na wszystkie dwanaście 
dni, zawsze w przypuszczeniu, iż są pogodne. Jeżeli noc Boże¬ 
go Narodzenia jest wietrzna, śmierć grozi wielkim panom. Gdy 
pierwsza noc po Bożym Narodzeniu jest wietrzna, rok będzie 
spokojny, wolny od kłótni pomiędzy panującemi, itd. na wszyst¬ 
kie dwanaście dni, przyczym zawsze ma się na względzie pogo¬ 
dę wietrzną. Nie przytaczamy tu szczegółowo tych przepowied- 
ni, gdyż, jak się zdaje, zasadzają się nie na podaniach mitolo¬ 
gicznych, lecz na dowolnych wymysłach. Związek pomiędzy pogodą dwunastnicy i pogodą roku 
przyszłego gdzieindziej znów’, i to za dawnych jeszcze czasów, 
tak jest przedstawiony: każdy dzień dwunastnicy wróży pogodę 
pewnego miesiąca, 25 grudnia na styczeń, 26 grudnia na luty 
itd. Nadto każdy dzień dwunastnicy dzieli się na cztery części 
(od 6 godz. wieczorem do 12 w nocy, do 6 zrana, do 12 w po¬ 
łudnie, do 6 w wieczór), i każda taka ćwierć wróży pogodę na 
ćwierć, tj. na tydzień, odpowiedniego miesiąca (Olsztynek). *) Jakikolwiek tam jest związek, ale na pogodę tych dwuna¬ 
stu pierwszych dni po Bożym Narodzeniu zwraca się baczną 
uwagę; od nich bowiem zależy los całego kraju w roku przy¬ 
szłym. (Działdowo). „Dwunastnica budzi także obawy przed wilkołkami stroska¬ 
nego o swoją trzodę wieśniaka. Pojmany za czasów księcia Al¬ 
brechta człowiek, którego uważano za wilkołka, twierdził, że re¬ 
gularnie koło Bożego Narodzenia i na św. Jan musi się prze¬ 
mieniać w wilka.“ 2) ł) Porównaj Kalendarz ludowy nr. 18. 
2) Pisański, nr. 25 § 16. Wierzenia Mazurskie.
		

/Pomorze_060_08_0082_0001.djvu

			74 Podczas dwunastnicy niewolno prząść. Eto tego nie prze¬ 
strzega, temu wilk napada trzodą owiec. Zwykłym zajęciem po¬ 
między Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem jest darcie pie¬ 
rza. (Olsztynek). Jeżeli pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem śnieg 
pada dużemi piatami, umierają przeważnie starzy ludzie, jeżeli 
małemi płatkami, przeważnie młodzi. (Olsztynek). Pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem nie go¬ 
tuje się grochu, przynajmniej nie powinna jeść grochu czeladź, 
gdyż inaczej grozi niebezpieczeństwo, że w przyszłym roku je 
dzący groch będą obici przez swoich panów. (Olsztynek). We¬ 
dług innych unika się grochu w tym czasie dlatego, żeby wrzody 
nie panowały w domu. (Wielbark). Pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem spala się 
popiół potrzebny do pewnych zamawiań, jak już o tym wspomina¬ 
liśmy wyżej. Używa się także popiołu tego przy zasiewach1), 
oraz dla wygubienia robactwa u bydła i gąsienic na kapuście 
i drzewach. (Olsztynek). Podczas dwunastnicy zbiera się wszystek popiół z pieca 
i komina i przechowuje się na strychu na dopiero wskazane 
cele. Sny, które się miewa pomiędzy Bożym Narodzeniem i No¬ 
wym Rokiem, sprawdzają się. (Olsztynek, Dąbrówno itd.2). Wieczorem na Sylwestra (31 grudnia) uprząta się izba, 
wysypuje piaskiem, przystraja choinkami i nagrzewa dobrze, aby 
zstępującym aniołom było w niej przyjemnie3). W wieczór Sylwestrowy napala się mocno piec, żeby umarli 
mogli się ogrzać *). Jeżeli w noc Nowego Roku pomiędzy 11 i 12 godziną roz¬ 
nieci się ogień w piecu, przystawi się do pieca ławkę i posypie 
ją popiołem, rano na popiele znajdą się ślady nieboszczyka, któ¬ 
ry się wygrzewał w nocy5). *) Kalendarz ludowy, nr. 158. 2) Grunau w N. Pr. r.-Bl., 1846, t. II, str. 337, powiada 
nawet o dawnych Prusakach: „Co do snów wierzą oni stanowczo, że 
co kto przyśnił, to mu się sprawdzi,“ niezależnie od jakichkolwiek 
dni określonych. 3) Hintz, str. 118. ♦) Kalendarz ludowy, nr. 159. 5) Tamże, nr. 160.
		

/Pomorze_060_08_0083_0001.djvu

			75 Stawia się także krzesło z ręcznikiem w pokoju, jak to 
się czym po pogrzebie. (Olsztynek). G(iy się idzie w wieczór Sylwestrowy do kościoła, patrzy 
się na cień. Osoba, której cień wtedy nie ma głowy, musi W wieczór Sylwestrowy trzeba nóż od sieczkarni odjąć, 
s omę związać i schować do skrzyni, w przeciwnym bowiem ra¬ 
zie znajduje się nazajutrz w słomie człowieka bez głowy2). • i- W wieczór Sylwestrowy przygotowuje się za dn4e ryby' dużo pie- Ciągnienie szczęścia w noc Sylwestrową, o którym wspo¬ 
mina juz Pisanski ), jest bardzo rozpowszechnione, ale na Ma¬ 
zurach me poprzestają na zwykłej4) liczbie dziewięciu przed¬ 
miotów. Liczba ich jest nieograniczona. Oprócz monety dziec¬ 
ka, Chleba, pierścionka, drabiny, Klucza do nieba, trupiej gło- 
y, epią się także z ciasta postacie zwłaszcza osób różnych sta¬ 
nów, jak: gospodarzy, krawców, szewców itd., a także diabła 
1 kładzie się je pod miską. J ’ Znane jest także bardzo lanie ołowiu i rzucanie pantofla k o ^da”,a P^Mloścl5)- Godnym uwagi jest szczegół, że ten 
kto chce dowiedzieć się swego losu zapomocą lania ołowiu mu¬ 
si sam trzymać nad głową miskę z zimna wodą, do której ktoś 
inny wlewa ołów roztopiony e). d Do rzucania pantofla może być używany tylko pantofel 
z lewej nogi. Rzuca się go przez głowę za siebie. Jeżelfpanto- 
lel upadnie noskiem do drzwi, w takim razie ten albo ta^która 8° rZ*7UŚC1 doi“.1'odziciel8ki w przeciągu następnego roku. łada się także na noc trzewik na prawą (?!) nogę 
i wrazie przebudzenia się, rzuca się go przez głowę na pokój 
i wysnuwa stąd wnioski, jak poprzednio. P J nr. 36 ') Podobneż wiadomości ze Żmujdzi w „Kalendarzu ludowyr 2) „Kalendarz ludowy“ nr. lfii 3) Nr. 25, § 16. nr. 24 ') NaprZykład na ŻmuJdzi i «a Litwie, „Kalendarz ludowy“ 5) „Kalendarz ludowy“ nr. 25 i 26. 
lor- • Sz,c,ze.gd* tou’ Jak również niektóre inne, zapożyczam z las- S VTibPm5ei-Ud,Zie,°,niej I,raCy’ któn* »»cwiennaLyeierw pt laiji W lelbaickiej odczytał na posiedzeniu. P
		

/Pomorze_060_08_0084_0001.djvu

			76 Jeżeli się w noc Sylwestrową milcząc wpatruje w piec, 
spostrzeże się tam coś dobrego lub złego, czego należy się spo¬ 
dziewać w roku przyszłym’). Otwiera się na cbybił trafił śpiewnik albo Biblję, określiw¬ 
szy przedtym, po której stronie, po prawej lub po lewej, i któ¬ 
ry wiersz ma być czytany. Tym sposobem znalezione miejsce 
zawiera wskazówki o losie, jaki ma spotkać wróżącego w roku 
przyszłym2). Albo w wieczór Sylwestrowy chowa się śpiewnik pod po¬ 
duszkę, po przebudzeniu się zaś otwiera się go i tym sposobem 
otrzymuje się wskazówkę o losie swToim3). Numer odkrytej pieś¬ 
ni jest zarazem liczbą losową. (Dąbrówno). W bardzo starych wydaniach śpiewników, znajduje się 
pieśń4) złotego abecadła; „W Bogu tylko pokładaj ufność swoją” 
itd., pieśń, której 25 wierszy zaczyna się 25 literami alfabetu. 
Otóż w noc Sylwestrową, pisze się te 25 liter oddzielnie na kart¬ 
kach i wyciąga się trzy takie kartki; trzy wypisane na nich li¬ 
tery oznaczają właśnie wiersze tej pieśui, które szczególnie do 
serca wziąć należy. (Margrabowa). Rzuca się pieniądz do wody. Po dźwięku rozpoznaje się, 
czy kogoś czeka jaka choroba. Jeżeli pieuiądz z miski wysko¬ 
czy, oznacza to śmierć. (Działdowo). Szczególnie liczne są wróżby, do których uciekają się mło¬ 
de dziewczęta, pragnące wyjść za mąż. Udają się one do otwar¬ 
tej wody bieżącej, mającej dno kamieniste, chwytają pełną garś 
żwiru, przynoszą do izby do światła, wysypują na talerz i ba¬ 
dają go starannie. Jeżeli kamyczków jest do pary, w takim ra¬ 
zie dziewczyna w przeciągu następnego roku wyjdzie za mąż; 
jeżeli nie do pary, — zostanie niezamężną; jeżeli zaś pomiędzy 
kamykami znajdzie się do tego robaczek, dziewczyna będzie mia¬ 
ła dziecko, nie wychodząc za mąż. (Margrabowa). ’) Porówn. Kalendarz ludowy, nr. 32. 2) Nieco inaczej w Kalendarzu ludowym, nr. 37. 3) Hart. Zeitung, 1866, lir. 8. 4) Chodzi tu prawdopodobnie o 64 psalm Dawidowy, który 
się zaczyna od tych słów właśnie; że jednak pierwszy wiersz ma się 
zaczynać od litery A, jak to jest w niemieckim: Allein au/ Gutt setz 
dein V’ertraun, więc oczywiście autor mówi o jakimś śpiewniku nie¬ 
mieckim, wobec czego zachodzi pytanie: czy w rzeczy samej lud ma¬ 
zurski wróży według śpiewników niemieckich? (Przyj>. tłum.).
		

/Pomorze_060_08_0085_0001.djvu

			77 Sięgają też dziewczęta w przerębel aż do dna. Co tam 
złapią, ma oznaczać stan ich przyszłego. Jeżeli to kawałek że¬ 
laza, będzie kowal, jeżeli drzewo, to stolarz, jeżeli słomka, wyj¬ 
dzie za gospodarza wiejskiego. (Olsztynek). Tak, szkło, cegła- 
kamień, muszla oznaczają szklarza, cegieluika, mularza, rybaka 
(Wielbark). Idą także rzędem do płotu, każda na inne miejsce i wy¬ 
krzykują głośno wśród nocnego mroku: „Przyjdziesz? Tak?3 Je¬ 
żeli echo odpowie: tak, w takim razie dziewczyna wyjdzie za 
mąż; ale przytym bacznie uważa ona, z której strony pochodzi 
ta odpowiedź, gdyż z tej samej strony przyjdzie wyczekiwauy. 
(Margrabowa). Młodzież w noc Sylwestrową wstrząsa płotem i nasłuchuje, 
z której strony psy szczekają, bo z tej strony przyjdzie przysz¬ 
ły albo przyszła. (Lubajny). Dziewczęta udają się po ciemku do owczarni i chwytają 
owce, co każdej wolno tylko raz uczynić. Jeżeli która złapie ba- 
rana albo nawet kozła, wtedy zamążpójście jest pewme; owca 
oznacza dłuższe pozostawanie w stanie bezżeunym. Nierade są 
dziewczęta, gdy której wypada jagnię, bo oznacza ono dziecko. 
(Margrabowal). Albo udają się do drwalni, nie licząc chwytają naręcze 
drobnych drewek kominkowych i, przyniósszy je do izby, liczą. 
Jeżeli drewek jest do pary, będzie małżeństwo; jeżeli nie do pa¬ 
ry, ma to przeciwne zuaczenie2). Niekiedy powtarzają tę próbę 
trzy razy zrzędu; jeżeli trzy razy przyniosą parzystą liczbę dre¬ 
wek, tym pewniejsze jest małżeństwo. (Dąbrówno). Wyskubują także słomę z dachu. Jeżeli w wyciągniętych 
kłosach znajdują się jeszcze pojedyńcze ziarna, oznacza to, że 
dostaną męża gospodarza; jeżeli nie, mąż będzie parobkiem3). Napełnia się miskę wodą, świeżo przyniesioną ze studni, 
przyczym, niosąc ją, trzeba milczeć i nie oglądać się. Puszcza 
się na wodę dwa węgielki, z których jeden oznacza dziewczy- 
nę, drugi zaś miłego. Jeżeli drugi węgielek dogoni pierwszy, 
w takim razie małżeństwo przyjdzie napewno do skutku. Rzuca 
się także do miski kilka węgli, mających oznaczać młode dziew- ł) Porówn. podobne próby w gąsieńcu. Kalendarz lud. nr. 40. 
2) Porównaj tamże, nr. 42. 
a) Porównaj tamże, nr. 43.
		

/Pomorze_060_08_0086_0001.djvu

			78 czqta i jeden, oznaczający chłopca; uważa siępotym, który z wę¬ 
gielków będzie dogoniony przez ten ostatni i wnosi się stąd, do 
której dziewczyny chłopiec ma skłonność największą1). Osoba, wpatrująca się w milczeniu w zwierciadło na Syl¬ 
westra, o północy ujrzy tam przyszłą swoją albo przyszłego2). Sylwester także dostarcza niektórych wróżb gospodarskich. 
Wyskubuje się pewną liczbę słomek z dachu. Jeżeli w kłosach 
znajdują się jeszcze ziarna, następnego roku będzie się miało 
obfitość zboża, w przeciwnym razie będzie się cierpiało niedo¬ 
statek. ()V ielbark). Inni znów w celu tej samej wróżby wycią- 
gają pełną garść słomy ze snopa. (Dąbrówno). Kogo na Sylwestra pierwszy odwiedza mężczyzna, temu na 
rok przyszły rodzą się w trzodzie krowy i owce, kogo zaś od¬ 
wiedzi niewiasta, temu przybywają samcy. (Wały). Prawie 
wręcz przeciwnej treści jest następująca wiadomość: Jeżeli ostat¬ 
niego ranka przed Nowym Rokiem przyjdzie do domu mężczyz¬ 
na, w takim razie krowa, która sic pierwsza ocieli po Nowym 
Roku, będzie miała byczka, jeżeli zaś przyjdzie kobieta, będzie 
ciołka. (Wielbark). Wieczorem na Sylwestra idzie się do płotu granicznego 
i trzęsie się nim, wymawiając przytym słowa następujące: „Ja¬ 
ja dla nas, gdakanie dla was.“ Skutkiem tego kury sąsiada mają 
przychodzić składać jaja do zamawiającego, tam zaś idą gda¬ 
kać 8). Lud wierzy także, że w noc Nowego Roku pomiędzy 11 -tą 
a 12-tą godziną wszystkie zwierzęta mogą mówić, o czym wed¬ 
ług poważnych zapewnień Mazurów, niejeden już się przekonał. 
(Lubajny4). Z ciasta, z którego wypiekają się figurki do wróżby szczꜬ 
cia, pieką także małe bułeczki i w noc Sylwestrową dają je do 
jedzenia bydłu, aby się dobrze hodowało. (Olsztynek). W noc Sylwestrową okręca się młode drzewa słomą, aby 
się dobrze hodowały. (Olsztynek). Z ciasta noworocznego robią się tak zwane n o w e 1 a t k a ł) Podobnie pływanie świeczek, Kalendarz ludowy, nr. 28. 2) Porównaj tamże, nr. 47. ®) Hart. Zeitung, 1866, nr. 8. 4) Gdzieindziej to samo twierdzi się o Bożym Narodzeniu. Ka¬ 
lendarz ludowy, nr. 14. Tak samo na Litwie. Beiträge zur Kunde 
Breussens, t. II, str. 130.
		

/Pomorze_060_08_0087_0001.djvu

			— 79 rokU^kł nOnOr0CZne)’ ktÓre Się SUSZą * Pochowają starannie 
rfplJr7’- !yWają 0Ue Użyvvanc Przy chorobach bydła, przy 
81® krów> Przy koceniu się owiec. (Wielbark). SW..0?18*0, d° teg° ZagDiata 8ię w wielkieJ niecce na słomie, 
błomą tą okręca gospodarz swoje drzewa owocowe. Kto z tą niecką na głowie wejdzie tyłem po drabinie na dach i zgóry 
Jr/y ° komiua- ten zobaczy tam wszystkich, którzy umrą na- 
pnego ro u „Kowal, którego znałem,—pisze nauczyciel z pa- 
Młji wielbarckiej „odważył się na ten śmiały krok, zszedł ze 
zemem z drabiny i po kilku dniach umarł. Miał podobno sie¬ 
bie samego zobaczyć w kominie.” (Wielbark). Przed Nowym Kokiem należy spłacie wszystkie długi 
i wszystko pożyczone pooddawać. (Dąbrówno). Kto w dzień Nowego Koku pierwszy wróci z kościoła, ten 
pierwszy skończy żniwo tego roku. Stąd pośpiech wielki, z ja- 
Im ‘ego dnia pobożni wychodzą z kościoła. (Olsztynek). , eh " dzieó Nowego Roku ukaże się słońce, to się len 
uda chociażby tylko tyle jaśniało, ile czasu potrzeba, żeby czło- W‘t0“yĆi W prl!eciwnjm Wiatr na Nowy Rok zapowiada obfitość owoców. Jeżeli na- 
Nowy Kok śnieg pada, pszczoły będą się dobrze roiły. Gdy na Nowy Rok dużo gwiazd świeci, kury w tym roku będą sie do- 
brze niosły. (Olsztynek). ‘ * ^nWwK°k g°tU,je 8ię gr0cL’ aźeb* siS udal Da rok 
przyszły. (Dąbrówno). G stycznia Wieczorem w przeddzień Trzech Króli trzeba zro 
bic na drzwiach obory trzy krzyże. (Olsztynek) 25 stycznia. Nawrócenie św. Pawła, połowa zimy, chleba 
i paszy. Tego samego dnia przewraca się robactwo pogrążone 
w śnie zimowym na drugi bok. Tego dnia nie należy prząść 
ażeby krety me zryły pola. (Wały.1) 3 * * M P»2 !UtT; Matki boskiej Gromnicznej, albo Oczyszczenie N • -Jr\Kto:rnea’tea muai teg°dDia udać na p«e- 
Lj ,1 °w°Z y ”,eda'et0'4eby zapew,,id 80bie ‘w “r°- Wilki schodzą się na Mikołaja i rozchodzą się znowu na ł) str. 112, 1 oiównaj także Kalendarz ludowy nr. 61, 169, 170, i Hintz,
		

/Pomorze_060_08_0088_0001.djvu

			80 Oczyszczenie N. M. Panny. W tym czasie niebezpiecznie jest 
podróżować. (Olsztynek). Na uczty zapustne składają się pieniądze. (Olsztynek). Tu 
i owdzie uczty te przybierają charakter bachanalij’). Podczas 
tańca ..przesadza się” tancerki. Wsadza się im przez głowę 
obręcz ozdobioną wstążkami i przesadza się przez tę obręcz. 
Tancerki muszą się za to okupować datkiem pieniężnym. Która 
dużo płaci, tę częściej przesadzają2). Na zapusty trzeba tańczyć, bo to zapewnia urodzaj lnu. (Wały) • Kto chce mieć dobry len, musi na zapusty jeździć sania¬ 
mi. (Wielbark.3) Kto przędzie na zapusty, temu się len nie uda. (Dąbrówno). W środę popielcową wieczorem zbiera się młodzież 
i z krzykiem ciągnie przez wieś. Wiozą przytym w beczce na 
wózku popiół i przybiegającym na krzyk rzucają go w oczy. 
(Wielbark). 24 lutego. Na św. Mateusza gęsi znoszą jaja. Na Ma¬ 
cieja gęsi ni o s ą j aj a4). Kto tego dnia przędzie, u tego 
źle chowają się gęsi. (Olsztynek). 12 marca. Mazurzy powiadają: Na Grzegorza idzie 
zima do mor za5). Na Grzegorza znajduje się pod liśćmi głów kapusty nasie¬ 
nie, które się wybornie nadaje do zasiewu. (Dąbrówno). 25 marca. Zwiastowanie N. M. Panny. Tego dnia robi się 
pługiem pierwszą brózdę; stąd Najświętsza Marja Panna nazy¬ 
wa się M a t k a o t w o r n a, tj. otwierająca. Niekiedy wszakże 
w dzień Matki Otwornej grunt nie jest jeszcze w takim stanie, 
żeby można pług puszczać. Wiadomo to już zawczasu, gdyż za¬ 
leży to od tego, czy w pewne dni przedtym był mróz czy od¬ 
wilż6). Na Zwiastowanie bociany przylatują, a na Bartłomieja od¬ 
latują'’). ) Hintz, str. 46. 2) Bliższe szczegóły o tym zwyczaju znanym także w innych 
częściach Prus, podaje Kalendarz ludowy, nr. 69, 70, 173, 218. 3) Porówn. Kalendarz ludowy, nr. 74, Hintz, str. 112. 4) Frischbier, reussische Sprichwörter, wyd. 2-ie, str. 303. 5) Frischbier, Preuss. Sprichwörter, wyd. 2-ie, str. 301, podaje: 
Na Grzegorza śnieg ucieka do morza. 6) Porówn. Kalendarz ludowy, nr. 177. ’) Porówn. Kalendarz ludowy, nr, 222,
		

/Pomorze_060_08_0089_0001.djvu

			81 Na Zwiastowanie N. M. Panny, trzeba bydło wyganiać, 
w pole i zażegnywać. (Patrz wyżej). W wielki czwartek sadzi się sadzonki od roślin kwiatowych. 
W tym dniu także przesadza się rośliny doniczkowe. Wielki piątek tylko gdzieniegdzie na Mazurach uważany 
bywa za święto. W wielki piątek i w niedzielę wielkanocną nie należy się 
czesać; w przeciwnym bowiem razie kury grzebią w ogrodzie. 
(Olsztynek). W niedzielę wielkanocną słońce wschodzi podskakując, bo 
baranek boży cieszy się ze zmartwychwstania Chrystusa1). Wiele 
osób wstaje wcześnie, żeby zobaczyć to widowisko. Woda, czerpana tego dnia przed wschodem słońca, posiada 
moc cudowną. Wiele osób myje się tego dnia przed wschodem słońca 
w krynicy, żeby się pozbyć wyrzutów, chorób oczu i innych upor¬ 
czywych dolegliwości. Wychodzi się wcześnie ze wszelkiemi ostroż- 
nościami, ażeby nie byc widzianym; nikomu z zagabujących nie 
odpowiada się i wcale się nie dziękuje za pozdrowienia. Komu 
się uda wyjść z domu w szczęśliwą godzinę, ten pozbędzie się 
złego; w przeciwnym razie choroba pozostaje i jeszcze się po¬ 
gorszą. (Wały). Osoby, dotknięte liszajami i innemi wyrzutami, udają się 
w pierwszy dzień Wielkanocy rano zaraz po północy do wody 
i zanurzają się całym ciałem. Innych, którzy tak samo udają 
się do wody, starają się wyprzedzić. W drodze tam i z powro¬ 
tem niewolno wymówić ani słówka. Są pewne wody, słynne z tego, że w tym względzie po¬ 
siadają szczególną moc leczniczą, jak np. sadzawka w pobliżu 
pola bitwy pod Tanenbergiem. O pławieniu koni w noc wielkanocną mamy już wzmiankę 
z zeszłego stulecia2). W noc wielkanocną woda przemienia się w wino. Każdy z czeladzi otrzymuje pewną liczbę jaj3). W poniedziałek wielkanocny, a nawet i w niedzielę, jest 
we zwyczaju znany śmigus. Kózga wielkanocna ma jeszcze swoje szczególne znaczenie. 
Dziecku, które idzie śmigusować, bierze się z ręki przez ręcznik *) Porówn. Kalendarz ludowy, nr. 230. 2) Pisański, nr. 25 § 16. 3) Kalendarz ludowy, nr. 182. Wierzenia Mazurskie. 1 a
		

/Pomorze_060_08_0090_0001.djvu

			82 pierwszą lepszą rózgę, którą się przechowuje i potym wygania 
się nią bydło, gdy ma iść poraź pierwszy na pastwisko. (Dą¬ 
brówno). W poniedziałek wielkanocny, a nawet i w niedzielę wiel¬ 
kanocną dziewczęta i chłopcy oblewają się wodą nawzajem, co 
tak samo jak śmigus świadczy o pewnego rodzaju względach dla 
osoby oblewanej1). Gospodarz domu skrapia wodą rodzinę, nawet bydło w obo¬ 
rze (w niedzielę, czy w poniedziałek?). Powiadają, że kogo się 
pokropi, ten staje się pilnym. (Olsztynek). Na święta wielkanocne gospodarz domu musi pokropić wo¬ 
dą wielkanocną bydło swoje, czeladź i resztę domowników; spro¬ 
wadza to błogosławieństwo. Zresztą woda wielkanocna używa 
się w najrozmaitszych celach jako środek zbawienny. (Dą¬ 
brówno). 23 kwietnia. Dzień św. Jerzego, na który, jak powiadają 
Litwini, ruń żytnia powinna być tak wysoka, żeby się w niej 
mógł schować skowronek, uchodzi za ważny termin2). Tego dnia 
dawni Prusacy składali ofiary swojemu bożkowi Pergrubiusowi3) 24 kwietnia. Dzień św. Wojciecha jest radosny dla wołów. 
Na Wojciecha wołowa pociecha—według jednych dlate¬ 
go, że trawa już puszcza; inni znów podają następujące objaśnie¬ 
nie: tego dnia chłop mazurski daje wołom swoim zupełny wy¬ 
poczynek; jest to ich święto, tak jak 23 kwietnia (św. Jerzego) jest 
dniem wypoczynku dla koni4). Na św. Wojciecha przylatują także jaskółki. (Olsztynek). 1 maja. Walpurga. Jazda czarownic na Łysą górę5). Do dni pokutnych, jako świąt królewskich, Mazurzy nie przy¬ 
wiązują szczególnej wagi. Na Wniebowstąpienie przesadza się rozsada i sadzi się bób 
i ogórki. Na Zielone Świątki wół obwieszony zielonemi wiankami 
wygania się ze stadem w pole6). 4) Porówn. Kalendarz ludowy, nr. 2?3, 234. 2) N. Pr. Pr.-Bl., 1849, t. I, str. 336. 3) J. Meletius, str. 402. *) Frischbier, Preuss. Sprichwörter, wyd. 2-ie, str. 298. 5) Jedną tego rodzaju opowieść z nad polskiej granicy podaje 
N. Pr. Pr.-Bl., 1846, t. I, str. 228. 6) Kalendarz ludowy, nr. 237.
		

/Pomorze_060_08_0091_0001.djvu

			83 W soboty popołudniu od Zielonych Świątek do św. Jakóba 
w wielu miejscach na Mazurach lud nie pracuje zupełnie w polu1)- Niedzielę po Zielonych Świątkach, tj. dzień Trójcy św., 
uważają Mazurzy za jedno z większych świąt, za większe np. 
od Zielonych Świątek. Dzień, w którym (?) jeleń wskakuje do wody. Od tego 
czasu ma się zaczynać kąpiel. (Olsztynek). 8 czerwca. Medarda. Tego dnia trzeba len siać. (Wały). 24 czerwca. Wieczorem na św. Jana, pisze Pisański2), przy¬ 
czyni ma prawdopodobnie na myśli wieczór przed dniem św. 
Jana, zbierają się mieszkańcy wsi, zwłaszcza młodzież, znoszą 
wszelkiego rodzaju suche gałęzie, chrust, słomę, zapalają ten stos 
i tańczą dokoła, śpiewając i wykrzykując radośnie. W niektórych miejscowościach kraju naszego z dniem tym 
związany jest inny zwyczaj. Nad wieczorem gasi się w całej 
wsi wszelki ogień, potym wbija się kół dębowy w ziemię i wsa¬ 
dza się nań koło; parobcy, zmieniając się po kolei, dopóty 
szybko obracają koło, aż się kół od silnego tarcia zapali; wtedy 
każdy zabiera z sobą do domu głownię i w taki sposób roz¬ 
nieca się znowu ogień we wsi3). Wigilja św. Jana, pisze Preuss4), daje nadto pochop Mazu¬ 
rom do ogólnego świętowania i zabaw wesołych. Miejscem ze¬ 
brania bywa zazwyczaj jakieś wzgórze, na którym rozkłada się 
wielkie ognisko i utrzymuje się je przez noc całą wśród wszel¬ 
kiego rodzaju wesołych rozrywek. Nad rankiem w dzień św. 
Jana, którego się oczekuje czuwając, każdy zbiera mnóstwo roz¬ 
maitych ziół, których użycie w chorobach ludzi i zwierząt uwa¬ 
ża się za szczególnie zbawienne. *) Hintz, str. 117. 2) Nr. 22, § 7. 3) O tym i o niektórych innych zwyczajach świętojańskich 
wspomina także C. Henneberger w Erklärung der Landtaffel, str. 323. 
gdzie także jest wzmianka o formułce zamawiania, którą się odma¬ 
wia przy „dobywaniu ognia“ i o skuteczności dobywania ognia prze¬ 
ciwko czarownictwu, odjęciu mleka, burzy itd. Najdawniejszy znany 
ślad Sobótki spotykamy w warmińskich statutach synodalnych bi¬ 
skupa Henryka III (1373 -1401) w Index lect. Lyc. Ilosian. Brnnsb. 
Z zimy 1861, str. 9, § 22: Prohibemus etiam, ne celebretur Sabbatum, 
quod vulgariter Heilfeier dicitur, prout suggestione diaboli et adiuventione 
rusticorum a quibusdam consuevit celebrari. Por. Bendera Zur a/tpreuss. 
Mythol. und Sittengeschichte, w Altpreuss. Monatsschrift, 1867, str. 3. 4) W swojej Preuss. Landeskunde, 1835, Str. 235.
		

/Pomorze_060_08_0092_0001.djvu

			84 W wieczór św. Jana zrywa się dziewięć rodzajów ziół, 
przyczyna nigdy niepowinno brakować pewnych oznaczonych ga¬ 
tunków, jak rumianek i bez biały, i wije się z tego wianki. Ta¬ 
kie wianki posiadają szczególną moc uzdrawiającą i przechowują 
się staranuie. Z pojedynczych kwiatów tych wianków gotuje się 
ziółka, przeciwko wszelkiego rodzaju chorobom. (Olsztynek).') 
Wieczorem na św. Jana zrywa się świętojańskie ziele; musi ono 
być w dziewięciu rozmaitych gatunkach. Suszy się je pod po¬ 
duszką i następnie używa się jako środka leczniczego w cho¬ 
robach bydła. (Wielbark). Z cząbru ogrodowego zrywa się tyle gałązek, ilu jest człon¬ 
ków rodziny, i zatyka się je za belkę. Czyja gałązka następ¬ 
nego dnia zwiesza się zwiędła, ten umrze w ciągu roku. 
(Wielbark). W noc św. Jana zrywa się dwa krzaczki cząbru, nie mó¬ 
wiąc przytym ani słowa, i wsadza się je pod belkę w izbie. 
Chłopiec, który ucieka się do tego sposobu, mówi wtedy: „Wyo¬ 
brażacie mnie i moją narzeczoną.“ — Jeżeli rośliny połączą się przy 
dalszym wzroście, w takim razie para ta pobierze się jeszcze 
w tym roku; skoro wszakże to nie nastąpi, nic nie będzie z mał¬ 
żeństwa; jeżeli jedna z dwóch roślin uschnie, wtedy osoba, któ¬ 
rą ta roślina miała wyobrażać, umrze. (Olsztynek).2) Wieczorem przed św. Janem zbiera się w milczeniu roz¬ 
maite kwiaty polne i układa się je w równiankę. Potym o pół¬ 
nocy bierze się szklankę wody razem z równianką i mówi się: 
„Najmilszy przychodzi pić,” albo chłopiec mówi: „Najmilsza sercu 
niech przyjdzie i da mi pić.“ Jeżeli to serdeczne życzenie ma się 
spełnić, wtedy w wodzie pokazuje się odbity obraz narzeczone¬ 
go, do którego się tęskni.3) Dziewczęta wiją wianki i rzucają je przez głowę za siebie 
na drzewo. Jeżeli wianek zawiśnie na drzewie, dziewczyna, któ¬ 
ra go rzuciła, wyjdzie za mąż w przyszłym roku. Ile zaś razy 
spadnie, tyle lat zostanie jeszcze niezamężną. (Olsztynek, Wiel¬ 
bark). ') Bliższe szczegóły o tych ziołach świętojańskich można zna¬ 
leźć w Kalendarzu ludowym, nr. 116, 117, 194; także u Iłintza, 
str, 55. 2) Porówn. Hart. Ztg. 1866, nr. 8. 3) Hart. Ztg., tamże.
		

/Pomorze_060_08_0093_0001.djvu

			85 ścina się dwa szczypiorki cebuli jednakowej długości; je¬ 
den oznacza szczęście, drugi nieszczęście; który z nich do jutra 
większy urośnie, ten wskazuje wróżącemu, jaki go los czeka 
w przyszłym roku. (Wielbark). Dziewczęta zamyślają sobie na 
te szczypiorki chłopców, którzy mogliby mieć zamiary małżeń¬ 
skie i tym sposobem dowiadują się, który ma być właściwym. 
(Olsztynek). Pomiędzy 11 a 12 w noc świętojańską idzie się z chustką 
do krzaka ligustrowego, który jednak musi mieć siedra lat, i sta¬ 
ra się dostać jego kwiatów. Jeżeli się to uda, w takim razie 
spełnią się wszystkie życzenia tego, kto sie do tej wróżby 
ucieka.2) Pewne ziele, zwane wężownikiem, kwitnie tylko w noc 
świętojańską, i to bardzo krótko. Kto nosi przy sobie kwiaty 
tego ziela, temu użyczają one cudownej mocy. Pewien chłop, 
któremu ukradziono konia, potrącił chodakiem to zielę; kwiat 
spadł mu na chodak i chłop poniósł go z sobą; dzięki temu za¬ 
raz wiedział, gdzie znajduje się koń jego. Wkrótce jednak kwiat 
spadł na ziemie i wnet wszelka wiadomość o koniokradzie znik¬ 
ła. (Jerutki).2) W noc świętojańską o północy zakwita paproć. Kto miał 
szczęście znaleźć ten kwiat, ten wie o wszystkich ukrytych skar¬ 
bach. Kzadko jednak odważy się kto wyjść tej nocy z obawy 
przed djablem i czarownicami. Pewien chłop, któremu kwiat pa¬ 
proci wpadł niespodziewanie do jego nędznego chodaka, wybie¬ 
rał się do miejsca, gdzie leżał skarb ukryty. Spotyka go czło¬ 
wiek porządnie ubrany i w dobrych, nawet błyszczących butach, 
zaczepia go i zapytuje, czy chciałby mieć te błyszczące buty za 
swoje liche chodaki? Chłop dał się obałamucić i przystał na za¬ 
mianę, ale zaledwo odwiązał trzewiki, nic już nie wiedział 
o skarbie. Ów nieznajomy był to djabeł. Wykopuje się w jeduyru miejscu darninę i podnosi się ją, 
a potym wkłada się napo wrót. Nazajutrz rauo przychodzi się 
znowu, podnosi się ją i zagląda. Jeżeli się tam znajduje np. 
czeiwone albo zielone żuki, oznacza to kochanka w czerwonym 
albo zielonym kołnierzu. (Olsztynek). ') IJart. Z tg., tamże. 2) Cos podobnego znajdujemy także w Kalendarzu ludowym, 
nr. 112. 3 '
		

/Pomorze_060_08_0094_0001.djvu

			86 W noc świętojańską miewa się sny na cały rok. (Tak). 
Kładzie się pod poduszkę wianek z dziewięciu gatunków ziół, 
co się wtedy przyśni, to się sprawdza1). W dzień św. Jana i św. Jakóba nie wolno pracować; jest 
to grzech. Skoro się tego nie przestrzega, wtedy albo wilk roz¬ 
szarpie bydlę, którego się używało do roboty, albo piorun ude¬ 
rzy i spali cale gospodarstwo. (Działdowo).2 W wieczór świętojański kreśli się na drzwiach obory (ze¬ 
wnątrz) trzy krzyże, aby ją zabezpieczyć od czarów3). Często uży¬ 
wa się do tego dziegciu. (Olsztynek). W wigilję św. Jana, trzeba okopać przynajmniej trzy ka- 
liwa kapusty, żeby się udała. (Olsztynek). Nie zawsze św. Jan a'1). 29 czerwca. Piotr i Paweł suszą korzenie żyta. (Olsztynek). 2 lipca. Nawiedzenie N. M. Panny. Tego dnia nie wolno 
brać się do żadnej roboty w polu5). Niedziela przed św. Jakóbem. Święto żniw u Mazurów 
przed żniwami. 25 lipca. W dzień św. Jakóba wszelkie roboty muszą być 
zawieszone6). 6 sierpnia. Przemienienie Pańskie. Ważne święto i główny, 
dzień składania ofiar u Mazurów. 24 sierpnia. Na Bartłomieja odlatują bociany1). Na Bartłomiej nasienie miej8). 29 września. Michał ludzie wypychał. (Na św. 
Michał zmienia się mieszkanie3). 6 listopada. Na św. Mikołaja zbierają się wilki. (Porówn. 
N. Panny Gromnicznej). Niektórzy świecą dzień św. Mikołaja, jako patrona zwie- 1) O snach jest mowa także w Kalendarzu ludowym, nr. 116, 
117, 140. 2) Porówn. Kalendarz ludowy, nr. 125. 3) Porów. Kalend, lud. nr. 119—122. llintz, str. 118. 4) Frischbier, str. 302. 5) llintz, str. 117. G) Porówn. wyżej 24 czerwca i Kalendarz lud., nr. 127. 3) Porówn. wyżej Zwiastowanie N. M. Panny. 8) Frischbier, str. 298. *) Frischbier, str. 303.
		

/Pomorze_060_08_0095_0001.djvu

			87 rząt drapieżnych, ażeby zapobiedz nieszczęśliwym przypadkom 
od tych zwierząt1). Tego dnia nie przędzie się, żeby wilk nie wpadł do trzo¬ 
dy. (Olsztynek). Przez cały adwent co niedziela i następnie w wigilję Bo¬ 
żego Narodzenia, przeciąga młodzież konfirmowana przez wieś 
z transparentem, wyobrażającym gwiazdę2). 24 grudnia. W wigilję Bożego Narodź, każdy musi odebrać 
swoje wypożyczone rzeczy (z wyjątkiem pieniędzy). (Wielbark). W wigilję Bożego Narodzenia obchodzi chaty tak zwana 
gwiazdka (der heilige Christ), to jest chłop w kożuchu, wy¬ 
wróconym na lewą stronę, z kijem w ręku i egzaminuje drżące 
ze strachu dzieci. Jeżeli były pilne i dobrze odpowiadają, otrzy¬ 
mują po odejściu jego podarki, gdy tymczasem dla leniwych 
wisi na choince rózga pozłacana. Wszakże działalność gwiazdki 
nie ogranicza się jedynie na straszeniu dzieci; nawiedza on tak¬ 
że służbę, zwłaszcza żeńską i przy lada sposobności bije ją3). Bardzo często także w roli gwiazdki zjawia się niedźwiedź, 
który tak samo ma na sobie kożuch wywrócony na lewą stro¬ 
nę, od którego wlecze się rękaw niby ogon ogromny. Mrucząc, 
obchodzi on dokoła i domaga się od dzieci, aby odmawiały swo¬ 
je powinszowania świąteczne4). W noc wigilijną pomiędzy 11 i 12 godziną, woda staje się 
winem5). W noc Bożego Narodzenia o północy bydło rozmawia po¬ 
między sobą. Trzeba się wystrzegać podsłuchiwania tej rozmo¬ 
wy. Kto ją nawet przypadkiem usłyszy, ten umrze. (Dąbrów¬ 
no). Porówn. wyżej. Wielu, udając się na ranne kazanie w dzień Bożego Na¬ 
rodzenia, bierze z sobą do kieszeni potrosze zboża każdego 
gatunku. Zboże takie lepiej się uda, gdy się je zasieje, i daje 
więcej mąki, gdy się go na chleb używa. (Wielbark). Wpływ księżyca na sprawy ziemskie jest niezaprzeczony. 
Mazur bardzo pilnie zwraca uwagę na jego zmienne położenie 
względem ziemi i słońca i upatruje pewien systematyczny zwią- *) llintz, str. 117. 2) Porówn. Hintz, str. 40. Kalendarz lud., nr. 3. 3) Kalendarz ludowy, nr. 5. 4) Kalendarz ludowy, nr. 6. 5) Lineman u Pisańskiego, nr. 25 § 16. Porówn N, P. Pr.-Bl., 
1846, t. I, str. 395.
		

/Pomorze_060_08_0096_0001.djvu

			88 zek pomiędzy odmianami księżyca i określonemi dniami w ty¬ 
godniu. Według podań mazurskich, środa i piątek podczas pierw¬ 
szej i drugiej kwadry aż do pełni są to dni st are, pozostałe 
zaś dni w tym samym okresie czasu są młode, Po pełni aż do 
ostatniej kwadry środa i piątek są to dni młode, a zuów po¬ 
zostałe dni są stare. Te i tamte dni stare mają większe zna¬ 
czenie, niż wszystkie inne dni w miesiącu. W stare dni można 
zaczynać co się podoba, wszystko się powiedzie. (Ełgnówko pod 
Olsztynkiem). Inna wiadomość znacznie się od tej różni. Jako nowe dni 
uchodzą każda środa i sobota podczas przybywania księżyca, za 
stare zaś uważane są każda środa i sobota podczas ubywania 
W nowe dni rozpoczynają się takie czynności, które w następ¬ 
stwie mają się rozwijać pomyślnie, np. zasiewy; w stare zaś dni, 
przeciwnie, takie roboty, których celem wyniszczenie lub usu¬ 
nięcie czegoś niepożądanego, jak np. tępienie owadów itp. Za¬ 
zwyczaj także w dni te bielą się izby. (Elganowo na Warmji). Środa, piątek i sobota podczas przybywania księżyca są to 
dni dobre, jak powiadają w Olsztynku, gdyż pozostałe dni są 
mięsne. Widzimy tedy, że i w tym wyborze dni ujawniają się 
pozostałe wpływy katolickich zwyczajów kościelnych. Pojedyńcze dni w tygodniu i pod innym także względem 
miewają swoje określone znaczenie; tak, np. powiadają, że nie 
należy sadzić bobu w ten dzień tygodnia, w który pierwszy 
śnieg wypadł. Poniedziałe k1). Wielki wpływ na wypadki przyszłe¬ 
go roku ma ta okoliczność, czy pierwsze święto Bożego Naro¬ 
dzenia wypada w poniedziałek, wtorek lub środę itd. Jeżeli w poniedziałek pierwsza wejdzie do domu osoba ro¬ 
dzaju żeńskiego, oznacza to nieszczęście. Wtorek. Kto się urodzi we wtorek, temu przeznaczono 
być łotrem. (Królczyk). Wesela odbywają się najczęściej we wtorki i czwartki, pod¬ 
czas przybywania księżyca; inne dni nie przynoszą szczęścia. 
(Dąbrówno). Środa. Pszenicę trzeba siać nie w dzień ani w nocy, 
lecz we środę. ) Porówn. artykuł Wochenkalender w N. Pr. Pr.-BI., 1848 
t. II, str. 230 i nast.
		

/Pomorze_060_08_0097_0001.djvu

			89 Czwartek. We czwartek wieczorem nie przędzie się 
i wogóle unika się wszelkiego rodzaju zajęć codziennych'). We czwartek należy stosować znany środek przeciwko zimni- 
cy (patrz wyżej), jak również przeciwko krasnoludkom (p. w.), 
przeciw chwastom (patrz niżej), oraz przeciwko innemu złemu, 
które się chce usunąć; tegoż dnia należy także przedsiębiaokle¬ 
cenie sita (p. w.) 2). Kto we czwartek wstępuje na służbę, ten będzie cierpiał 
na wrzody i inne podobne choroby, bo to dzień mięsny. Piątek. Kto się urodził w piątek, a ochrzczony był 
w niedzielę, ten może widywać duchy. (Królczyk). Piątek jest dniem właściwym dla wesela. (Olsztynek). W piątek nie piecze się chleba. (Wielbark).3) W piątek przed pełnią stosuje się pewien środek przeciw¬ 
ko brodawkom (p. w.); tegoż dnia zamawianie białych ludzi (p. w.). Sobota. Kto się urodził w sobotę, temu przeznaczono być 
obłudnym i pożądliwym. Służący najchętniej wstępują na służbę w sobotę, gdyż 
wtedy rok służby wyda im się nie tak długim. Niedziela. Niedzielaki mogą widywać duchy. (Olszt.). W niedzielę trzeba zostawiać krowę w oborze, jeżeli się 
chce, żeby się cieliła we dnie (Wielbark). Właściwością kaleudarza polsko-mazurskiego, która u in¬ 
nych ludów nie występuje tak wybitnie, jest wyraźne oznaczenie 
dni nieszczęśliwych, które jednak w is ocie uważać należy za 
dni próżniackie. Przytoczone są one w jednej starej pisanej 
książce w Borkowie pod Wielbarkiem pod tautastycznym nagłów¬ 
kiem: „42 nieszczęśliwe dni w całym roku, które pewien autor 
grecki królewskiej egipskiej Mości objawił i które ten także ja¬ 
ko prawdę uznał.“ Klucz do Dieba przytacza także dni nie¬ 
szczęśliwe* ale poczet ich jest tu już nieco liczniejszy. Najgor¬ 
sze z niedobrych dni są: 1 kwietnia, którego się Judasz, zdraj¬ 
ca, powiesił; 1 sierpnia, w którym Kain zabił brata swego Abla, 
i 1 grudnia, w którym Sodoma była zgładzona ze świata. Nie¬ 
szczęśliwe dni są: ') Hintz, str. 111, Kalend, lud., nr. 204. 2) Porówn. także Schleicliera Litauische Märchen itd. str. 94-9 < 3) Porówn. Ilintz, str. 112. . II Wierzenia mazurskie
		

/Pomorze_060_08_0098_0001.djvu

			W miesiącu: Według rękopisu z Borkowa: Według Klucza do nieba: Styczniu . . . . 1. 2. 6. 11. 17. 18. 1. 2. 3. 4. 6. 11. 12. Lutyni . . . . . 8. 16. 17. 3. 8. 16. 17. Marcu . . . . . 1. 12. 13. 15. 1. 12. 13. 15. Kwietniu . . . . 1. 3. 15. 17. 18. 1. 3. 15. 17. 19. Maju. . . . . . 8. 10. 17. 30. 8. 10. II. 17. 30. Czerwcu . . . . 1. 7. 1. 7. Lipcu . . 4.5.6. (Now. wyd, 1.4.6.) Sierpniu. . . 1. 3. 18. 20. 1. 3. 5. 17. 20. Wrześniu . . • • 15. 18. 30. 13. 15. 29. 30. Październiku . . . 15. 17. 15. 17. Listopadzie. . . U. 17. 1. 7. 11. Grudniu. . . . 1. 7. 11. 1. 7. 11. Odmiennym drukiem uwydatnione różnice obu podań są 
więc dość znaczne. Zaznacza się wyraźnie, że kto się w te dni 
urodzi, albo wcześnie umiera, albo będzie musiał walczyć z ubó¬ 
stwem i nędzą, nie będzie mógł osiągnąć zamierzonych celów; 
a także w te dni nie należy wstępować w związki małżeńskie, 
ani się udawać w podróż, ani odsądzać młodych zwierząt, ani 
siać, ani szczepić. Tu następują niektóre zdarzenia, z których przyszłość prze¬ 
widzieć można. Jeżeli wyszedszy z domu, spotka się istotę płci żeńskiej, 
dajmy na to babę, oznacza to nieszczęście; jeżeli zaś osobę 
płci męskiej-szczęście. (Działdowo, Wielbark, Dąbrówno itd.)! Pewnemu chłopu, który wiózł do miasta sztukę budulcu, 
dziewczyna przeszła drogę. Zaczął narzekać i zażądał w końcu, 
by się wróciła. Uspokoił się, gdy go zapewniła, jakoby jest 
dzieckiem szczęścia (niedzielakiem). Wtedy opowiedział jej, że 
ma już lat pięćdziesiąt, ale nigdy nie zdarzyło mu się takie nie¬ 
szczęście, jak niedawno. Zaledwie on sam z bratem wyjechali 
za wieś, przeszła im drogę baba; kilka kroków dalej zerwał się 
im łańcuch, wóz się złamał i kawał drzewa o mało nie zabił 
brata. (Olsztynek). Gdy chłopu zając przebieży drogę, albo gdy spotka ba¬ 
bę, oznacza to nieszczęście. (Dąbrówno).') Gdy zając przebiegnie drogę, oznacza to nieszczęście, ') Porówn. Kosenlieyna, t. II, str. 91, 92.
		

/Pomorze_060_08_0099_0001.djvu

			91 mianowicie pożar. Pies, przebiegający drogę, oznacza także nie¬ 
szczęście. (?) Gdy drogę przebieży wilk albo 1 i s, wróży to szczęście. 
(Działdowo). Gdy ktoś jedzie wozem lub konno i przebiegnie mu drogę 
lis, to ma się mu stać szkoda jakaś. Tak podaje stary kroni¬ 
karz Szymon Grunau w XVI stuleciu1). Mężczyzna, orzeł, pies, wilk, żebrak wróżą podróżnemu 
szczęście. (Wielbark). Jeżeli podczas choroby jednego z domowników pies kładzie 
się tak, że pyskiem zwrócony jest ku drzwiom, oznacza to ko¬ 
niec życia2). Wycie psa przed domem również zwiastuje śmierć 
jednego z domowników3). Kołatanie tak zwanego kołatka wskazuje napewno, że 
wkrótce ktoś umrze w tym domu. (Działdowo). Ropucha w izbie oznacza nieszczęście. (Działdowo). Mazur czuje odrazę do żab i ropuch, mniema bowiem, iż 
czarownice chętnie przybierają postać tych zwierząt. Żaba w iz¬ 
bie oznacza czarownicę, mającą złe zamiary. Trzeba ją wziąć 
szczypcami od pieca i tym sposobem wyrzueić z izby. (Dąbrówno). Gdy pies wyje pod oknem, wkrótce ktoś w domu tym 
umrze. Nie można go wołać, gdyż widzi on śmierć, która po 
kogoś przychodzi. Raczej wszyscy się wtedy żegnają. Jeżeli pod¬ 
czas wycia psa zajdzie go się z tyłu i spojrzy się pomiędzy je¬ 
go uszami ponad pyskiem, to się także śmierć zobaczy. (Lubajny) Kiedy koty miauczą w pobliżu domu, oznacza to hałasy 
w domu. Kot myjący się zapowiada gościa; tak samo kogut, kiedy 
pieje pod oknem; tak samo żywo tryskające iskry w ognisku. 
(Dąbrówno). Bardzo stare są podania o wróżbach z krzyku ptaków. 
Występują one już na początku XVI stulecia u kronikarza Szy¬ 
mona Grunaua1). ‘) N. Pr. Pr.-]}/., 1846, t. 11, str. 338. 2) Hintz, str. 118. 3) Hintz, str. 118. 4) Kiedy sroka skrzeczy pod oknem, powiadają, że będą go¬ 
ście niepożądani. Kiedy kura gdacze, mówią, że sąsiadki posprze¬ 
czają się z sobą. Kiedy ptak, zwany puhaczem, krzyczy trzy noce 
z rzędu na jednym domu, utrzymują, że ktoś z tego domu musi
		

/Pomorze_060_08_0100_0001.djvu

			92 Pisański pisze1): „Za nieszczęśliwy znak uważa się, kiedy 
kura gdacze, i niewinna ta wieszczka zazwyczaj przypłaca po- 
tym głową swoje zuchwalstwo. Są także ślady wróżb z lotu 
ptaków. Tak np. liczne stada wielkich ptaków drapieżnych są 
zwiastunami wtargnienia licznych zastępów wojennych. Walka 
ptaków w powietrzu oznacza również wojnę. Jeżeli bocian 
opuści gniazdo na jakim domu, dom musi się spalić w tym sa¬ 
mym roku. Wiele osób uważa za grzech zabić jaskółkę.“ Kiedy kura gdacze, oznacza to wielkie nieszczęście. Kura 
w takim razie jest nieodwołalnie zgubiona: natychmiast ucinają 
jej głowę. (Działdowo). Kracząca wrona także oznacza nie¬ 
szczęście. (Wielbark). Kiedy sowa usiądzie na domu i wola żałośnie: puść! wte¬ 
dy ktoś umrze; kiedy zaś wola śmiejącym się głosem: k o ł y s 
będą chrzciny. Kukułkę Mazur, zarówno jak i Niemiec, uważa za ptaka 
wróżącego. Skoro się usłyszy jej głos, powtarza się następujący 
wierszyk: Kukaweczko, Moja miła panieneczko, Licz, licz, licz, Wiele lat ja jeszcze będę żyć. Ile razy odezwie się kukułka, tyle lat życia ma się jesz¬ 
cze przed sobą. Jeżeli, słysząc kukułkę po raz pierwszy na wios¬ 
nę, ma się przy sobie pieniądze, to przez cały rok ich nie zbrak¬ 
nie. (Dąbrówno). Prawo i lewo stanowi wielką różnicę przy wróż¬ 
bach. Co się stanie na lewo, oznacza dobre, co na prawo—nie¬ 
dobre. Kogo świerzbi lewa ręka, ten dostanie pieniądze; kogo 
prawa, ten będzie miał wydatek. Kogo świerzbi lewe oko, ten śmiać się będzie; kogo pra¬ 
we, ten będzie płakał. umrzeć. Nie pozwolą skrzywdzić bociana, gdyż utrzymują, ii gdziein¬ 
dziej bociany są ludźmi. Kiedy kury wabią, mają one widzieć du¬ 
cha, który błąka się w pobliżu i pragnie być przy ludziach. (Sz. 
Grunau w N. Pr. Pr.-Bl., 1846, t. II, str. 337, 338). 
ł) Nr. 23, § 19.
		

/Pomorze_060_08_0101_0001.djvu

			93 Kogo pali lewy policzek, tego chwalą; kogo prawy, tego 
obmawiają. Także, kiedy się widzi skarb palący się, trzeba rzucić za 
siebie trzewik z lewej nogi, żeby skarb dostać; chcąc się uchro¬ 
nić od złego spojrzenia czarownicy, trzeba używać palca wska¬ 
zującego u lewej ręki1). Pierwszeństwo lewej stronie daje się także przy smarowa¬ 
niu wrozu dziegciem. (Patrz niżej). 4. Zabobony, mające związek z rozmaitemi okolicz¬ 
nościami życiowemi. Przy samym już urodzeniu ciemne tajemnicze siły zagra¬ 
żają życiu człowieka, albo mu sprzyjają. Kto się urodzi w nie¬ 
dzielę, uposażony bywa w piękne dary, a obok tego posiada 
zdolność widywania duchów. Przyjście na świat we wtorek wią¬ 
że się z przeznaczeniem do łotrowstwa, w sobotę do obłudy 
i pożądliwości. Urodzenie w piątek i chrzest w niedzielę zapew¬ 
niają ten sam skutek, co i urodzenie w niedzielę. (Królczyk)2). Rozmaite niebezpieczeństwa grożą noworodkowi zaraz 
w pierwszych chwilach życia jego. Praktykują jeszcze swoje 
złośliwe rzemiosło koboldy, które często porywają dzieci i na 
ich miejsce kładą podrzutki. Kotom nigdy nie trzeba ufać. Nie¬ 
dobry wzrok może dziecko uczynić nieszczęśliwym na całe ży¬ 
cie. Dawniej używano jakoby strzałek piorunowych jako amu¬ 
letów. Obecnie głównym środkiem jest stal, którą się kładzie ») Kronikarz Szymon Grunau, który poruszał ten przedmiot 
już w początku XVI stulecia, podaje wiadomości wręcz przeciwne, 
ale jak się zdaje, musiał je czerpać raczej od Niemców niż od Pru¬ 
saków. Oto jego słowa: „Jeżeli komuś dzwoni w prawym uchu, wte¬ 
dy mówi: dobrze o mnie wspominają; jeżeli dzwoni w lewym uchu, 
wtedy mówi, że go okłamują, albo mu źle życzą.“ Dalej: „Jeżeli 
ktoś po raz pierwszy wchodzi do miasta, do wsi, albo do domu, 
i wstępuje lewą nogą, tłumaczy to sobie tak, że go tam coś złego 
spotka; gdy wszakże prawą wstępuje nogą, wtedy wszystko mu się 
tam szczęśliwie powiedzie.“ Szymon Grunau w N. Pr. Pr.-Bl. 1846, 
t. II, str. 337. O Prawym i Lewym wogóle porównaj Grimma: 
Geschichte der dexitschen Sprache, tom II, str. 980 i nast., 990. 2) W Evang. Gcmeindeblatt, 4
		

/Pomorze_060_08_0102_0001.djvu

			94 do kołyski, są wszakże w użyciu i medaliki srebrne, pierścion¬ 
ki^ monety złote i czerwone wstążeczki, albo kładzie się dziecku 
śpiewnik pod głowę1). Obcym wcale się dziecka nie pokazuje Stal usuwa się od dziecka wtedy dopiero, gdy już będzie 
ochrzczone. (Wielbark). Dzieci, które się urodziły w czepku, są dziećmi szczęścia. 
Czepek należy wysuszyć i starannie przechować. Trzeba go 
dziecku dać do chrztu, by na czepek niejako przeszedł wpływ 
uświęcający chrztu. Kto go nosi przy sobie, temu zapewnia sku¬ 
tek pomyślny w najtrudniejszych i najbardziej zawiłych przed¬ 
sięwzięciach. Pępowina odcięta suszy się i także się przechowuje; kiedy 
dziecko po raz pierwszy idzie do szkoły, kładzie mu się ją 
w zanadrze; wtedy będzie dobrze się uczyło. Przed chrztem nie można suszyć na dworze pieluch ani 
ubrania dziecka. Chrzest dziecka Mazurzy możliwie przyśpieszają, aby go 
djabeł nie dostał w swoje szpony, i w razie przedwczesnej śmier¬ 
ci nie musiało być pogrzebane pod płotem. Jeżeli dziecko umie¬ 
ra przed chrztem, pogrzeb odbywa się w godzinach wolnych od 
zajęć. W czasie pomiędzy narodzinami i chrztem nie wolno 
prząść. Wystrzegają się także wypożyczania czegokolwiek w tym 
czasie, ażeby dziecko, gdy dorośnie, nie było zbyt rozrzutne. 
Jeżeli dziecko ma się dobrze hodować, położnica nie powinna 
go karmić, dopóki nie będzie ochrzczone -). Zdarza się tu i owdzie, że noworodkowi, skoro tylko przyj 
dzie na świat, rodzice nadają imię, którego potym nie można 
już zmienić3). Gdzie to nie jest w użyciu, tam znów wystrze- 
gają się, żeby się nie zdradzić przed chrztem z wybranemi 
imionami. Trzyma się je wobec każdego w głębokiej tajemnicy 
i nawet proboszczowi oznajmia dopiero w kościele, ażeby dziec¬ 
ko nie otrzymało skłonności do gadulstwa na drogę życia4). Od 
wyboru imienia wiele zależy; jeżeli dziecko umrze, albo jeżeli 
kilkoro już umarło, oczywiście było temu winne imię źle wybra- x) Hintz, str. 75, Królczyk, tamże. 2) Hart. Ztg. 1866,Nr. 8. 3) Hintz, str. 74. *) Porówn. Hintz, str. 81, dodatek 8. k
		

/Pomorze_060_08_0103_0001.djvu

			95 fr- ne. Przy następnych chrzcinach zachowuje się już z większą 
ostrożnością i dla zupełnej pewności wybiera się często imiona 
Adama i Ewy1). Pomyślność dziecka zależy także od samych rodziców 
chrzestnych i ich zachowania się. Należy mieć baczność ua to, 
aby na rodziców chrzestnych wybierać osoby porządne, które 
nadto powinny tak się urządzić, iżby po przywdzianiu stroju od¬ 
świętnego do ceremonji nie załatwiały już przed ceremonją żad¬ 
nych potrzeb, a to dlatego, żeby dziecko nie zanieczyściło pie¬ 
luszek i pościeli. (Wały, Dąbrówno), ltodzice, którym się dzieci 
nie chowają, zapraszają zwykle dziadów szpitalnych na rodziców 
chrzestnych, żeby się chowały dzieci, które jeszcze mają być 
chrzczone2). Zaręczeni nie powinni trzymać razem do chrztu, 
gdyż w takim razie rozchwieje się ich małżeństwo. (Dąbrówno). Po drodze do kościoła chrzestni nie powinni się oglądać 
ani przystawać, inaczej dziecko będzie też niezdatnym gapiem 
(Dąbrówno). Podczas obrządku chrztu chrzestny nie powinien 
odrywać myśli swoich od aktu tego; jeżeli jest roztargniony, 
może to chrzestniakowi bardzo zaszkodzić; gdy np. myśli o ma¬ 
rze lub o wilkołku, dziecko będzie miało naturę mary albo wil- 
i kołka. (Olsztynek). Podarunek chrzestnych, który zawsze sta¬ nowią pieniądze, w domu pospolicie oddaje się dziecku; muszą 
to być srebrue pieniądze, gdyż inaczej mogłaby się dziecku stać 
szkoda największa3), Razem z podarowanemi pieniędzmi zawija 
się zwykle nieco okruszyn chleba, ażeby dziecku nigdy go nie 
zabrakło. Dziewczynce dodaje się zazwyczaj do tego igłę, aby 
z czasem była pilna; chłopcu—zatemperowaue pióro kanarka, aby 
był dobrym pisarzem, i iune temu podobne rzeczy (Wały). Nie¬ 
odzownym jest wszakże warunek, iżby chrzestny na podarek 
swój nie pożyczał pieniędzy, w takim razie bowiem chrzestniak 
z czasem popadłby w długi. (Olsztynek). Dzieci, które się urodziły w niedzielę, nie można chrzcić 
w niedzielę, gdyż otrzymałyby dar niebezpieczny widywania du¬ 
chów. (Dąbrówno, Wały). Rodzice zazwyczaj uchylają się od t ł) Królczyk, tamże. Ilintz, str. 78. 
2) Hintz, str. 77. 
a) Hart. Ztg. 1866, nr. 8. d
		

/Pomorze_060_08_0104_0001.djvu

			obecności przy chrzcie. (Królczyk) ł). Dobroczynnych wpływów 
stali nie można pozbawiać dziecka nigdy, nawet podczas aktu 
chrztu. Kiedy ma się już nieść dziecko do kościoła, wtedy baba 
bierze siekierę, kładzie na nią trzy węgle rozżarzone i przez to 
wychodzi z dzieckiem; jeslto najpewniejszy środek zabezpiecza¬ 
jący od wszelkiego złego (Dąbrówno) 2); pomimo tego kawałek 
stali kładzie się także w pieluchy, albo co czas jakiś dziec¬ 
ku na oczy. (Wały). Kiedy się dziecko wynosi do kościoła, 
baba powtarza trzy razy: „Zabieram poganina, a odniosę wam 
chrześcjanina.“ (Olsztynek). Unika się starannie, aby chłopcy 
i dziewczęta nie były chrzczone tą samą wodą, bo jeżeli dziew¬ 
czyna będzie ochrzczona po chłopcu tą samą wodą, to wyroś¬ 
nie jej broda, i odwrotnie, chłopcu nie będzie rosła broda, jeżeli 
będzie po dziewczynie ochrzczony3). Kiedy dziecko płacze pod¬ 
czas chrztu, nie trzeba go huśtać, gdyż nie będzie szanowało 
ubrania. (Jerutki). W domach, gdzie się dzieci nie chowają, udając się do 
chrztu, albo wracając z kościoła, podaje się nowochrzczeńca 
przez okno. (Dąbrówno, Olsztynek). Po powrocie znów z kościo¬ 
ła do domu, obnosi się nowochrzczeńca trzy razy dokoła stołu; 
jeżeli się tego nie uczyni, to dziewczynie, a właściwie żonie, 
będą kiedyś umierali mężowie i zbogaci się przez spadek; od¬ 
wrotny los czeka chłopca. Jeżeli się z nowochrzczeńcem pobieg¬ 
nie prędko do matki, to prędko nauczy się chodzić4). Kiedy się dziecko przyniesie z kościoła, trzeba je spiesznie 
rozpowić; jeżeli raźno trzepoce rączkami i nóżkami, to prędko 
zacznie chodzić. (Dąbrówno). Po powrocie ze chrztu, rzuca się 
często pieniądz na talerz, co ma zapewniać nowochrzczeńcowi 
dobry słuch i łatwą w przyszłości naukę. Pierwszą znalezioną na głowie dziecka wesz spotyka ten 
zaszczyt, że bywa wrzucana do kotła i tam ginie; jeżeli akto¬ 
wi rozgniatauia towarzyszy trzask wyraźny, będzie kiedyś 
z dziecka dzielny śpiewak5). ') Tamże. 2) Porównaj Hart. Ztg. 1866, nr. 8. 3) Hintz, str. 81. Hart. Ztg., tamże. 4) Hart. Ztg. tamże. 5) Hart. Ztg. tamże.
		

/Pomorze_060_08_0105_0001.djvu

			W pierwszym roku życia nie można dziecku ucinać ani 
czesać włosów; czesać można w ostateczności szczotką. Skoro 
się tego nie przestrzega, dziecko umrze. Dzieci, u których widocznie występuje ponad nosem żyła 
poprzeczna od jednego oka do drugiego, nie żyją długo. Odstawianie dzieci musi się odbywać w odpowiedniej po¬ 
rze. Nie należy odstawiać, kiedy ptaki odlatują, bo dziecko 
ucieknie i nie będzie miało spokoju; ani także kiedy układają 
stogi siana, bo dziecko ucieknie i skryje się. Musi to nastąpić 
pod dobrym znakiem niebieskim (Wały). Odstawia się dzieci, kiedy się zjawiają ptaki przelotne; 
w takim razie dziewczęta będą miały licznych kiedyś wielbicie¬ 
li, chłopcy będą mieli szczęście u dziewcząt. Jeżeli odstawienie 
nastąpi podczas odlotu ptaków, dziecko nie będzie stateczne. 
(Olsztynek). Kiedy matka ma odstawić dziecko, czeka, aż zaczną dzwo¬ 
nić w kościele; wtedy siada na kamieniu i daje dziecku pierś 
po raz ostatni. Pora odlotu ptaków uchodzi za przyjazną, pora 
zaś przylotu wogóle za nieprzyjazną. W pierwszym przypadku 
dziecko prędko piersi zapomina. Ze wszystkich dni najprzyjaź- 
niejszym do odstawienia jest dzień św. Jana (Dąbrówno). Pospolicie obiera się północ do odstawienia dzieci; wtedy 
wszystko spoczywa we śnie słodkim, i dziecko będzie się dobrze 
hodowało. (Olsztynek). Nie wolno przestąpić przez dziecko, bo się nie będzie ho¬ 
dowało. Niekiedy wszakże dzieci podnoszą lekkomyślnie nogę 
nad leżącym młodszym dzieckiem, mówiąc przytym: „Członki 
nie rośnijcie.“ Nie należy pozwalać, żeby dziecko chodziło z jedną nóżką 
nieobutą; takie dziecko nigdy się nie dorobi kawałka chleba. Gdy dziecku wypada ząb mleczny, nie powinno go rzucać 
byle gdzie, lecz koniecznie na piec, mówiąc przytym: Myszka, myszka, Para braciszka, Na gnaciany, A daj żelaznyl Elementarz kupuje się podrastającemu dziecku z pieniędzy 
od rodziców chrzestnych. (Wały). Wierzenie mazurskie 12
		

/Pomorze_060_08_0106_0001.djvu

			98 Szczegółowy opis zwyczajów weselnych u Ma¬ 
zurów z okolic wschodnich zawdzięczam niejakiemu panu Ber- 
cio, który dawniej był tam nauczycielem, później zaś, osiedliw¬ 
szy się w Kurkach pod Olsztynkiem, gdzie niedawno umarł, 
miał sposobność dokładnego pochwycenia zachodzących tu i tam 
różnic. Podaję tu najpierw opis jego, a następnie przejdę do po¬ 
szczególnych zwyczajów zabobonnych. Swat, człowiek starszy, cieszący się zaufaniem i przyzwoi¬ 
ty, udaje się w niedzielę wierzchem z głową kapusty — swaty 
odbywają się najczęściej na jesieni—do domu dziewczyny, o któ¬ 
rą ma się oświadczyć. Daje swojemu koniowi albo wołowi na¬ 
począć tej głowy kapusty, następnie wchodzi do domu, i przywi¬ 
tawszy się, zaczyna rozmowę, podczas której pokazuje uszko¬ 
dzoną głowę kapusty i mówi: „Była u nas koza, czy sarna 
w ogrodzie, głowa kapusty została uszkodzona; szedłem aż do¬ 
tąd po tropie i chciałbym tę sarnę zobaczyć.“ Kiedy to powie, 
wiadomo już o co chodzi. Dziewczyna, którą swat ma na myśli 
(i która między innemi później darowuje zwykle swatowi nową 
koszulę), ucieka na strych, przyodziewa się strojniej, i wtedy 
dopiero wywołują ją stamtąd. Z nią też swat rozmawia 0 uszkodzeniu kapusty. Potym wyłuszcza wprost rodzicom 
(dziewczęta bowiem nie mają w tym głosu), o co mu chodzi. 
Skoro rodzice zrobią mu nadzieję, przychodzi za tydzień z na¬ 
rzeczonym. Wówczas naradzają się co do zaręczyn, posagu 1 zapowiedzi, a skoro już zapowiedzi wyjdą, wtedy niełatwo ze¬ 
rwać zaręczyny. W niedzielę przed weselem narzeczeni muszą 
przystępować do Komunji, narzeczona w wianku ślubnym, żeby 
każdy odrazu widział, że to narzeczona. Wszystkie wesela 
w okolicach Margrahowej, Łęka itd. obchodzą się w piątek 
(w Kurkach na granicy warmińskiej, gdzie nie zachowują albo 
nie uwzględniają postów katolickich, zwyczaj ten nie bywa 
przestrzegany). Zaprosiny załatwiają się w niedzielę przed we¬ 
selem. Przyjaciół i sąsiadów z tej samej wsi zaprasza t. zw. 
proszek, zamiejscowych zaś jeden lub dwóch drużbów. Rolę 
proszka bierze zazwyczaj na siebie ktoś z krewnych, często 
członek rodziny, należący do jakiego cechu rzemieślniczego i za¬ 
łatwia czynność swoją pieszo. Drużbą bywa młodzieniec, 
który, przystroiwszy się suto we wstążki, objeżdża z zaprosina- 
mi po wsiach sąsiednich. Koło godziny 10-ej przed południem 
zbierają się goście w domu weselnym, gdzie ich przyjmują mu¬ 
zyką, a drużbowie spotykają z piwem. Skoro się goście zebrali,
		

/Pomorze_060_08_0107_0001.djvu

			99 podaje się małe śniadanie, najczęściej kiełbasa, później zaś nau¬ 
czyciel miejscowy powinien mieć przemówienie do narzeczonej 
(w Warmji, jak również w okolicach najbliższych Mazurów, np. 
w Kurkach, czyuuość tę pełni drużba); śpiewają także przytym 
pieśni. Gdy potym trzeba już jechać do kościoła, sadzają narze¬ 
czoną i swachnę (matkę narzeczonej) obok siebie na jednym 
wozie, przed niemi zaś druchny. Na wóz biorą spory zapas 
placka już pokrajanego i po drodze rzucają ludziom kawałki. 
W karczmie wsi kościelnej zatrzymują się, a także tańczą, do¬ 
póki się dzwony nie odezwą. Stąd do kościoła korowód udaje 
się pieszo. Po ślubie idą znów do karczmy i tam piją i tańczą, 
a później siadają na wozy i jadą do domu, ale nie wprost do 
domu weselnego, w którym już przygotowuje się obiad, i który 
przeto musi być wolny, lecz do domu swachny, gdzie się pije 
gorzałkę, piwo, je się ciasta i tańczy się. Skoro tylko obiad 
w domu weselnym gotów, proszek przychodzi do domu swach¬ 
ny, wchodzi do izby i kijem uderza o belkę, wobec czego mu¬ 
zyka milknie, i każdy pozostaje na tym samym miejscu, gdzie 
się znajdzie w tańcu. Natenczas proszek powiada: „Ojciec we¬ 
selny, matka weselna i państwo młodzi kłaniają się i pioszą 
oraz i zaraz przyjść do domu weselnego.“' Potym zawraca 
się, za nim podąża muzyka i goście weselni parami. Na spo¬ 
tkanie korowodu wychodzą drużbowie z piwem z domu weselne¬ 
go. Potym następuje obiad; przed obiadem i po nauczyciel od¬ 
mawia modlitwę, śpiewają przytym także niektóre pieśni. I anua 
młoda zajmuje miejsce za długim ciężkim stołem, tak iż trudno 
się do niej dostać i po skończonym obiedzie miejsce to opusz¬ 
cza niedobrowolnie, lecz chłopcy wyciągają ją zza stołu z „grona 
dziewcząt’' (zwyczaj ten bowiem ma pewne symboliczne zna¬ 
czenie), często z pewnym wysiłkiem. Skoro im się to uda, wte¬ 
dy panna młoda zaprasza każdego z gości mężczyzn do tańca 
i tańczy po kolei ze wszystkiemi. Jestto taniec panny młodej 
podczas którego muzyka bywa osobno opłacana. Nad wieczorem, 
często bywa to już noc późna, podaje się gęś pieczona, już ro¬ 
zebrana na części. Po tym posiłku roznoszą się pieczone gęsi 
nierozebrane i strucle; każda gęś i każdy strucel pokrajane na 
cztery części, i każdy gość ma prawo zabrać taką ćwiartkę 
z sobą do domu dla tych z rodziny, którzy musieli zostać w do¬ 
mu. Następnego dnia, w sobotę, o godzinie 10-ej przed połud¬ 
niem drużba musi być znowu na stanowisku. Zabiera z sobą 
muzykę i chodzi od domu do domu, aby znowu zebrać gości
		

/Pomorze_060_08_0108_0001.djvu

			100 znużonych dniem wczorajszym. Ci ubierają się i idą za nim. 
Skoro się już zbierze pewna liczba osób, wtedy w każdym do¬ 
mu, do którego wstępują i z którego zabierają gościa weselne' 
go, chwilę potańczą i popiją. Gromada powiększa się coraz bar¬ 
dziej, aż wreszcie wszyscy goście z drużbą na czele przybywają 
znowu do domu weselnego. Tego dnia najbardziej szanownym kobie¬ 
tom podaje się coś szczególnego: wódkę z miodem. Skoro one zje¬ 
dzą, wypiją i omówią, co należało, wtedy wkładają młodej mę¬ 
żatce czepek na głowę. Po tej ceremonji biorą ją do swego gro¬ 
na, prowadzą do izby, gdzie tańczą, i tam młoda tańczy z nie¬ 
mi. Tym sposobem „zostaje ona przyjęta do grona kobiet;” ce- 
remonję tę nazywają cepie (tj. czepić). Trzeciego dnia, w nie¬ 
dzielę, panna młoda jedzie do domu pana młodego. Goście zbie¬ 
rają się przed obiadem w domu weselnym, gdzie jedzą śniada¬ 
nie. Sąsiedzi zajeżdżają wielkiemi czterokonnemi wozami, na 
które kładzie się to, co panna młoda dostaje w posagu, a także 
siada na nie tylu z gości krewnych i dobrych znajomych, ile 
miejsca starczy na wozach, i tak orszak jedzie do domu pana 
młodego. Tu wysiadają i resztę niedzieli, a także poniedziałek spę¬ 
dzają przy udziale sąsiadów pana młodego. (Margrabowa, Łek). Do stroju proszka należą szczególnie kolorowe wstążki 
i kwiaty papierowe przy czapce, oraz dwie chustki kolorowe, 
jedna czerwona, druga żółta, na obu ramionach; nie obchodzi 
się także bez długiego bata, z którego mocno trzaska, zajeżdża¬ 
jąc przed dom i odjeżdżając od domu tych, których zaprasza. 
Ezeczą proszków sprowadzać gości, podawać na stół misy, ba¬ 
czyć, ażeby każdy miał jedzenie i żeby dzbany były pełne. Oni 
także zbierają składki na muzykę i dla panny młodej. NajczꜬ 
ciej proszkiem bywa brat pana młodego lub panny młodej. Go¬ 
ście przynoszą z sobą na wesele ciąsta, niekiedy także mięso; 
skoro wypiją wódkę, muszą się starać o więcej. Po weselu cały 
orszak obchodzi domy poszczególnych gości i u każdego przyj¬ 
muje ugoszczenie. Chłopcy i dziewczęta biorą się przytym za 
ręce i skaczą przez gościniec. Porządne wesele musi trwać 
przynajmniej trzy dni. (Jerutki). Na Mazurach, zarówno jak na Litwie, drużba przystrojony od¬ 
świętnie wjeżdża na koniu do domów i izb zapraszanych i ze swojej 
żywej mównicy wygłasza dobrze wyuczoną formułkę zaprosze¬ 
nia. W dzień wesela on przyjmuje gości i musi podjąć się nie¬ 
łatwej zaiste czynności wznoszenia przy stole zdrowia każdego 
z gości z odpowiednim przemówieniem. Każdy jednak z obec-
		

/Pomorze_060_08_0109_0001.djvu

			101 nych, któremu ten zaszczyt przypada w udziale, powinien pod 
każdym względem godnie na to odpowiedzieć. Zbytecznie by¬ 
łoby zaznaczać, że wśród tych okoliczności w bród bywa jadła 
i napoju; ucztowania nie kończą się pierwszego dnia. lecz trwają 
tydzień do dwóch tygodni, stosownie do liczby zaproszonych 
gości, którzy prześcigają się w tym, aby ulżyć gospodarzowi. To¬ 
warzystwo przechodzi mianowicie od domu do domu i w każdym 
bywa ugaszczane dzień cały. W celu powiększenia przyjemności 
przez zmianę, często przebierają się, przyczym nie brak naśla¬ 
dowania postaci i głosów zwierząt. (Drygały w powiecie Jans- 
borskim). Podczas wesela panuje niepohamowana wesołość. Wesele 
przechodzi hucznie. Dziewczęta hałasują i krzyczą ze szczerej 
radości, aż poczerwienieją jak wiśnie. Główną rolę odgrywają 
naturalnie drużbowie, jadący na czele orszaku. Gdy, wracając 
do domu, przyjadą do pierwszego mostu, woźnica wiozący pan¬ 
nę młodą zatrzymuje się; ma to znaczyć, że się kolo złamało. 
Natenczas śpiesznie składają pieniądze na sprawienie koła. Skoro 
już każdy wniósł swoją składkę, znów pędzą co koń wyskoczy. 
Drużbowie śpieszą, jak można najprędzej, do domu weselnego, 
biorą tam bochenek chleba, zawijają go w obrus i wynoszą na 
spotkanie młodej. Ta przyjmuje ten dar, jako znak, że nigdy 
jej w życiu nie zbraknie chleba. Młodą oprowadzają zaraz do¬ 
okoła pieca trzy razy, żeby nie mogła uciec od męża. Panna 
młoda przez stół robi podarek dziewosłębowi, przyczym przema¬ 
wia w te słowa: „Panie swacie, wychodzę przed ciebie, bo je¬ 
stem przez ciebie proszona. Dziś jest dzień części twojej, bo 
chciałabym ci przynieść mały podarek; trzymaj podarek mocno, 
jak drzewo gałęzie, jak dzwon swój dźwięk, jak woda swój 
bieg, jak księżyc swój blask; po roku musisz być znów moim 
najmilszym swatem.“ Tak uczczony swat odpowiada: „Za poda¬ 
rek składam dzięki, schowam go w szafach swoich, będę go 
miał w poszanowaniu i swoją pannę młodą poprowadzę z pra¬ 
wej strony. Muzykanci, vivat, niech żyje!“ Na pierwszym druż¬ 
bie leży obowiązek zabawienia godujących wynurzeniem poetycz¬ 
nym. W przekładzie brzmi ono tat mniej więcej1): *) 'Pa-k powyższe teksty, dotyczące ofiarowania i przyjęcia 
podarku, jak i niniejszy, podaje dr. Toeppen w niemieckim prze¬ 
kładzie i nawet wierszowanym, ale, niestety, nie podaje tekstu ory¬ 
ginalnego, tak, iż musimy z tłumaczenia tłumaczyć. (Przyp. Tłum,),
		

/Pomorze_060_08_0110_0001.djvu

			102 „Na tym weselu zebraliśmy się liczni goście; niechże serce 
każdego odpędzi wszelki smutek i zanuci pieśni radości. Od 
piosenki do kieliszka nawołuje dziś towarzystwo. Vivat! dopóki 
butelka pełna, nasza kompanja vivat! Młoda paro! Ty, panie 
młody! Dla dogodności swojej wziąłeś sobie miłą. To też ci 
nie zazdroszczę, mój bracie, żyj z nią wesół w swojej chacie; 
mnie miły dziś kieliszek. I ja w swoim czasie stanę przy Kach- 
nie, dziewusze mojej. Chcę się tylko nieco pokrzepić, żebym nie 
zmylił ścieżki. Ty, panno młoda, wypij prędko: kto smaruje, 
ten jedzie. Wózek małżeństwa waszego nie wywróci się, cho¬ 
ciażby wjechał w kałużę. Wypłucze się i pojedzie dalej, jesz¬ 
cze prędzej w kolejach. Więc smarujcie wóz pijąc! Nie śpijcie 
dziś, jeno tańczcie; pójdziemy skokiem za wami. Ej, zagrajcie 
wy, grajkowie i oracze, kiedy macie uszy i nogi. O, srebrnik za 
fatygę, oto rzucam go z brzękiem do szklanki! Grajcie więc 
nam bez troski!“ 2). Przy wyborze dnia, w którym ma się odbyć wesele, zwra¬ 
ca się zazwyczaj uwagę na znaki niebieskie. Pod znakiem Raka 
nie należy się poślubiać, żeby gospodarstwo nie szło na wspak; 
tak samo podczas ubywania księżyca, żeby gospodarstwo nie 
upadło. Najulubieńszym na ten cel dniem tygodni, tam, gdzie 
nie pozostały ślady wpływu katolicyzmu, jest piątek3). Odmienne zapatrywania na dzień najbardziej dla wesela 
przyjazny podane już były wyżej. Gdy dwie córki w jednym dniu za mąż wychodzą, sprowa¬ 
dza to nieszczęście na młode małżeństwa. Środek na miłość. Skoro zakochany albo zakocha¬ 
na napotka dwie żaby w chwili parzenia się, powinien podczas 
tego aktu przekłuć je igłą. Z tą igłą chłopiec zbliża się do uko¬ 
chanej dziewczyny (albo dziewczyna do chłopca) i spiua nią, 
chociażby na chwilę tylko, swoje ubranie z ubraniem ukochanej 
osoby. Od tego czasu należą już z pewnością do siebie. (Dą¬ 
brówno). Przywdziewając strój weselny, panua młoda starannie uni¬ 
ka barwy czerwouej, która groziłaby niebezpieczeństwem poża- 2) Hart. Ztg. nr. 9. 3) Porównaj w tym względzie N. P. Pr.-BI. 1848, I, str. 188, 
Hintz, str. 61,
		

/Pomorze_060_08_0111_0001.djvu

			lOB ru. Do trzewika wkłada pieniądz. (Jerutki). Ze względu na pro¬ 
gnostyk nie wdziewa na siebie nic pożyczanego. (Dąbrówno). Przed ślubem panna młoda powinna zażądać od pana mło¬ 
dego pieniędzy i zabrać je z sobą do kościoła, schowawszy do 
prawej pończochy. Jak teraz będąc narzeczonym, tak później 
zostawszy mężem, nie odmówi jej pieniędzy, i nigdy ona ich nie 
wyda zupełnie. Z tego samego względu narzeczony powinien tak¬ 
że mieć przy sobie pieniądze podczas ślubu. (Dąbrówno). Panna młoda wplata sobie do warkocza srebrnik i tak idzie 
do ślubu. Po ślubie kupuje za to wódki i wypija, żeby mąż 
nigdy nie pił więcej niż za srebrnik. (Wielbark). Przy wychodzeniu do ślubu, a także przy udawaniu się ko¬ 
biet do kościoła, musi być na progu położona siekiera ostrzem 
na zewnątrz. Do wozu państwa młodych zaprzęga się siwka, żeby dzie¬ 
ci zrodzone w małżeństwie nie umierały1). Nieżyczliwi ludzie, których nie zaproszono na wesele, chcąc 
się za to zemście, puszczają na drogę idącym albo jadącym do 
kościoła państwu młodym dwa koty, związaue razem ogonami, 
albo rzucają za niemi miotłę. Sprowadza to swary i kłótnie 
w małżeństwie. (Dąbrówno). Jeżeli się widzi orszak weselny, powracający z kościoła, 
i złapawszy wtedy kota za ogon, przeciągnie się go wpoprzek 
przez drogę, w takim razie muszą się wszystkie wozy na tym 
miejscu wywrócić. (Olsztynek). Jazda do kościoła musi się odbyć bez przerwy, ażeby póź¬ 
niej w małżeństwie nie było żaduych przeszkód. (Tamże). Jeżeli państwo młodzi nie pochodzą z tej samej wsi, w takim 
razie jadą do kościoła nie razem, lecz każdy ze swojego domu 
osobno; przy kościele pan młody czeka już na paune młodą. 
W kościele po odśpiewaniu: „Moja nadzieja jest mocna,” swat 
prowadzi do ołtarza pana młodego, a później pannę młodą, która 
się mocno temu opiera2). Kto koty dobrze karmi, ten ma na ślub pogodę. (Ol¬ 
sztynek) 3). 2) Hintz, str. 70. Uwaga 5. 2) Hintz, str. 65. 3) Porównaj N. Pr. Prov.-BI. 1847, t. I, str. 470'
		

/Pomorze_060_08_0112_0001.djvu

			104 Narzeczeni nie biorą nigdy ślubu wobec otwartego grobu, 
lecz czekają, aż pogrzeb przejdzie, zwyczaj, który coraz bar¬ 
dziej znika tam, gdzie powstają specjalne miejscowe pogrzeby, 
tak zwane mogił y1). Podczas aktu ślubu panna młoda powinna panu młodemu 
nastąpić na nogę, albo uklęknąć na jego ubraniu, albo przy 
braniu się za ręce położyć swoją rękę na wierzchu; wtedy ona 
panuje w małżeństwie; jeżeli to samo uda się pauu młodemu, 
wtedy panuje on. (Działdowo, Dąbrówno itd). Podczas ślubu panna młoda nie powinna puszczać ręki pa¬ 
na młodego; inaczej rozejdzie się małżeństwo. (Wielbark). Jeżeli przy zmianie pierścionków jeden z nich upaduie na 
ziemię, oznacza to nieszczęście, mianowicie niezgodę. (Działdowo). Jeżeli panna młoda zgubi pierścionek, oznacza to wielkie 
nieszczęście. (Dąbrówno). Po ślubie państwo młodzi baczą na to, żeby odchodząc od 
ołtarza być zwróconemi ku sobie; nie zależy im na tym, że pan¬ 
na młoda, która podczas ślubu stoi po prawej stronie, znajdzie 
się wówczas po lewej. (Jerutki). Po ślubie, gdy się odchodzi od ołtarza, panna młoda po¬ 
winna się postarać o to, żeby pan młody obszedł ją, co wróży 
w małżeństwie szczere przywiązanie i stałą usłużność ze stiony 
pana młodego. (Dąbrówno). Podczas ślubu zwraca się baczną uwagę na świece. Jeżeli 
jedna pali się ciemniej, oznacza to chorobę, jeżeli jedna zgaśnie, 
to śmierć tego mianowicie z młodej pary, po czyjej stronie świe¬ 
ca zgasła. (Działdowo, Olsztynek). Jeżeli panna młoda przy ślubie blado wygląda, to wkrótce 
umrze. (Olsztynek). Nowożeńcy po powrocie zkościoła muszą się napić do połowy, 
z jednego kieliszka, ażeby jedność była w małżeństwie. Wulbark. Gdzie się dużo tłucze, tam się szczęści; z tego powodu 
na weselach często umyślnie tłucze się dużo butelek, garnków, 
misek i szklanek. (Dąbrówno). U katolików w polskiej okolicy Warmji wysyłają zazwy¬ 
czaj zaraz po weselu pannę młodą z domu i przytym za odjeż¬ 
dżającym młodym małżeństwem uderzają kijami sosnowemi. (* Hintz, str. 70. Uwaga 5.
		

/Pomorze_060_08_0113_0001.djvu

			105 Kto z nowożeńców pierwszy zasypia na łożu ślubnym, ten 
pierwszy umiera1). W celu dowiedzenia się, kto pierwszy umrze z nowożeń¬ 
ców, pisze się imiona ich jedno obok drugiego. Przy każdej li¬ 
terze tego szeregu wymawia się naprzemian imiona: Adam i Ewa; 
jeżeli na ostatnią literę wypadnie Adam, mąż umrze pierwszy. Wyżej już była wzmianka, że zbliżającej się do domu mę¬ 
żowskiego pani młodej wychodzą na spotkanie z chlebem. Oprócz 
tego niosą przed nią do nowego domu chleb i sól, co zresztą 
jest w użyciu przy każdej zmiauie mieszkania. Gdzieindziej 
znów młodej pani, wchodzącej do własnego domu, daje się chleb, 
sól i pieniądz; trzy te przedmioty powinna starannie przechowy¬ 
wać. (Lubajny). Placek i piwo powinny być wyniesione na spotkanie pani 
młodej aż do granicy wsi; czego nie zjedzą nowożeńcy, rzuca się 
ubogim. Kiedy panna młoda powraca z kościoła, drużbowie bio¬ 
rą garnek, napełniony zbożem wszelkiego rodzaju i innemi arty¬ 
kułami żywności, niosą go na spotkanie nadjeżdżającego wozu 
i rzucają je pod koło. Ofiarowuje się to nowożeńcom. (Olsztynek). Jeżeli mężowi umarło kilka żon zrzedu, zdarza sie, że na- * « > «7 stępna potym żona wprowadza się do jego domu nie przez drzwi, 
lecz przez okno. Prastarym zwyczajem pani młoda oprowadza się trzy razy 
dokoła ogniska nowego domu. Już w XVI wieku wspomina 
o tym Hieronim Meletius, opisując zwyczaje dawnych Pru¬ 
saków2). Na weselach i innych uroczystościach niewolno świecić 
pod stołem świecą, powstają bowiem kłótnie i bójki. (Wielbark). Wianek ślubny przechowuje się starannie, gdyż oddaje 
wielkie usługi przy leczeniu bydła. (Dąbrówno). Jeżeli jedno z małżonków zgubi obrączkę ślubną, będzie 
nieszczęście3). Sól rozsypana wróży kłótnie i nieporozumienia w małżeństwie. Położnicy kładzie się stal pod łóżko, aby ją zabezpieczyć 
od czarów. (Olsztynek). Jeżeli się przeprowadza do całkiem nowego domu, pierw¬ 
szą wchodzącą tam istotą nie powinien być człowiek. Wtedy ’) O wróżbie tej wspomina już w XVI stuleciu Szymon Gru- 
nau N. Pr. Prov.-Bl. 1846, tom II, str. 337. 2) Er laut. Preus. t. V, str. 715. 3) Hintz, str. 70, uwaga 5, str. 118. Wierzenie mazurskie 13
		

/Pomorze_060_08_0114_0001.djvu

			— 106 śmierć na swój łup czyha; kto pierwszy wejdzie, pierwszy pad¬ 
nie jej ofiarą. Z tego powodu zazwyczaj rzucają najpierw psa, 
albo kota do izby. (Dąbrówno). Przed wprowadzeniem się do nowo wybudowanego domu, 
zabija się zwierzę np. kurę i obnosi się ją po wszystkich izbach. 
Jeżeli się tego nie przestrzega, wkrótce ktoś z domu umrze. 
(Olsztynek). Kiedy się zmienia mieszkanie, trzeba do nowego mieszka¬ 
nia wnieść przedewszystkim chleb, stół i pieniądze. Sen, który się 
ma pierwszej nocy na nowym mieszkaniu, spełnia się. (Dąbrówno). Najprzyjaźniejsza pora do zmiany mieszkania lub obowiąz¬ 
ku jest podczas przybywania księżyca albo pełni. Podobnie jak 
przybywa księżyca, tak samo wzrasta błogosławieństwo domu. 
Stąd wprowadzania się odbywają się zazwyczaj w tej porze. Dni, w które wypada parzysta data miesiąca, uchodzą po¬ 
wszechnie za nieszczęśliwe; w te dni nie należy się przeprowa¬ 
dzać. (Dąbrówno). Kiedy się łóżko ściele na noc, nie odkrywa się pierzyny 
przed pójściem spać, gdyż inaczej duch się położy do łóżka. 
(Dąbrówno). Trzeba spać zawsze na prawym boku: wtedy aniołowie 
strzegą śpiącego. (Dąbrówno). Gospodarstwo zasadza się przedewszystkim na uro¬ 
dzaju plonów polnych i hodowli bydła. Wiele sposobów zabobon¬ 
nych używa się w celu, żeby się bydło i konie pomyślnie hodo¬ 
wały, żeby ziemia wydawała plon obfity, żeby chwasty wyple¬ 
nić ze zboża, pszenicę i jęczmień uchronić od źarłoctwa ptaków. 
(Działo do w). Chłop zwozi nawóz przeważnie podczas przybywania księ¬ 
życa i roztrząsa natychmiast pierwszą kupę, gdyż inaczej ro¬ 
bactwo dostanie się do zboża. (Wały). Nie zdołaliśmy zebrać u Mazurów żadnych innych przepi¬ 
sów co do pogody, prócz następujących: Kiedy pewae zwierzątka 
pełzną z włosów na uszy, jest to nieomylną zapowiedzią deszczu. 
(Jerutki). Z wielką przezornością rzuca się pierwszy zasiew w zie¬ 
mię. Jeżeli się ktoś odważy iść we dnie na rolę i siać, wtedy 
każdego, kogo napotka, omija bojażliwie, żeby nie być zmuszo¬ 
nym do rozmowy. Wielu udaje się w pole o północy, i rzucają 
nasienie, rozebrawszy się do naga1). l) Hart. Ztrj. nr. 8.
		

/Pomorze_060_08_0115_0001.djvu

			107 Pora odpowiednia do zasiewu ściśle się oznacza. Pszenicy 
nie należy siać ani we dnie, ani w nocy, lecz we środę (1); w ta¬ 
kim razie wróble nie będą jej jadły. (Wały). Nie sieje się podczas zmiany księżyca, gdyż wtedy zmie¬ 
niają nasiona, np, z nasienia brukwi robi się nasienie gorczycy. Nie sieje się i nie sadzi pod znakiem Raka i Niedźwiadka, 
jako robaków, gdyż w takim razie robactwo plon opadnie; sieje 
się i sadzi pod znakiem Lwa, Byka, Panny, ażeby wszystko by¬ 
ło silne i mocne. (Olsztynek). Kto przy siejbie używa płachty, którą uprzędla i utkała 
dziewczyna niekonfirmowana, temu się siejba powiedzie. Takiej 
płachty nikt nie wypożycza, gdyż tym sposobem oddałby swoje 
błogosławieństwo. (Olsztynek). Nie należy kłaśó na stół nasienia, które się ma siać, gdyż 
nie wzejdzie. (Olsztynek). W supełek od płachty zawiązuje chłop cbleb i pieniądze 
i zostawia je tam podczas siejby. Zapewnia to urodzaj. (Lubaj- 
ny). Gdzieindziej zawiązuje się pieniądz srebrny, chleb, sól i ko¬ 
per. (Olsztynek). Jeżeli chce się mieć następnego roku wydajny plon z ozi¬ 
miny, trzeba posiać najpierw kłosy wieńca uwitego na okrężne. 
Przepis ten dotyczy pszenicy i żyta*). Gdy się przystępuje do zasiewu oziminy, zdejmuje się wie¬ 
niec, który od ostatniego okrężnego wisiał u sufitu w sieni, wy¬ 
krusza się z niego ziarna na stole jadalnym, zawiązuje się osob¬ 
no w płachcie siewnej i zasiewa się je nasamprzód, ażeby żni¬ 
wa były pomyślne w roku przyszłym2). Według tego, zdaje się, iż mamy do czynienia z nieporo¬ 
zumieniem, gdy inny sprawozdawca powiada: ze snopka okr꿬 
nego z ubiegłego roku gospodarz wytrzęsa sypiące się ziarna 
1 zawiązuje razem ze złotym pieniądzem w róg płachty, gdzie 
przedmioty te pozostają aż do końca zasiewu. Przez to ma się 
osiągać dobry sprzęt i wysoką cenę za zboże3). W czasie zasiewu niewolno pożyczać ognia, gdyż zasiewy 
nie udadzą się. (Dąbrówno). W czasie zasiewu niewolno robić ługu z popiołu; w tym 
czasie unika się także wogóle prania, bo zboże nie obrodzi. 
(Olsztynek). *) N. Pr. Prov.-Bl. 1847, t. I, str. 473. 2) N. Pr. Pr.-BI. 1847, t. II, str. 54. 3) Hart. Z tg. nr. 8.
		

/Pomorze_060_08_0116_0001.djvu

			108 Kiedy się w drodze do siejby przechodzi przez płot, prze¬ 
mienia się nasienie; naprzykład z nasienia kapnsty będzie nasie¬ 
nie brukwi. (Olsztynek). Popiół spalony podczas dwunastnicy, przymieszany do ma¬ 
łej ilości nasienia zboża, sypie się wiosną i jesienią na rolę na 
krzyż, przyczym się mówi: „W imię Boga, Ojca, Syna i Ducha 
świętego.“ Wtedy plon będzie omłotny)1. Krzyż taki robi się tylko na tym polu, gdzie ma być groch 
zasiany. (Dąbrówno). Przed siejbą mieszają nasienie z trzema garściami ziemi 
z roli sąsiada; ma to wróżyć szczęście2). Jeżeli siewca zostawi kawałek roli niezasianej, to umrze 
w tym roku. Wymieniają kilka osób, którym djabeł spłatał ta¬ 
kiego figla z powodu ich roztargnienia. Wobec tego każdy siew¬ 
ca wystrzega się bardzo, żeby się nie przesiać3). Przy sianiu żyta mówi się: „Pierwsza garść dla Pana, dru¬ 
ga dla mnie, trzecia dla ptaków.“ Ażeby zabezpieczyć od źarłoctwa ptaków pszenicę i jęcz¬ 
mień, te zwłaszcza, które się zasiewa koło domu, rzuca się precz 
od siebie pełną garść nasienia dla ptaków. (Wały). Ażeby wyplenić z pola siewnego chwast, zwłaszcza oset 
zakopuje się na tym polu we czwartek po zachodzie słońca drzaz¬ 
gę z drzewa, w które piorun uderzył. (Wały). Groch rzadko się udaje; dlatego też należy zachować wiele 
ostrożności podczas jego siewu. Nie należy siać grochu pod zna¬ 
kiem Niedźwiadka. Trzeba go siać pod znakiem Lwa. Nie wol¬ 
no dawać ani sprzedawać z nasienia grochu, dopóki się nie za¬ 
sieje własnego pola, inaczej oddaje się błogosławieństwo. (Ol¬ 
sztynek). O krzyżu z popiołu na polu, przeznaczonym pod groch, 
była dopiero co mowa. Nim się posieje groch, trzeba go przepuścić przez piastę 
koła, ażeby na pole nie napadła mączna rosa. (Olsztynek). Ażeby na groch nie padła mączna rosa, powinna dokoła 
pola obejść niewiasta... albo koszulę jej obnieść należy. (Olsztyn.). Przy zasiewie grochu nie rnożua puszczać wiatrów, gdyż 
robactwo dostanie się do grochu. (Dąbrówno). Bób przed zasianiem trzeba trzy razy przesypać przez 
spodnie. (Dąbrówno). ‘) N. Gr. Prov.-Iil. 1850, t. II, str. 116, nr. 158. 2) Hart. Ztg. nr. 8. 3) N. Pr. Prov.-Bl. 1847, t. I, str. 473.
		

/Pomorze_060_08_0117_0001.djvu

			109 Nie sadzi się bobu w tym dniu tygodnia, w którym pierw¬ 
szy śnieg wypadł. (Wielbark). Kapusty nie należy sadzić pod znakiem Strzelca, lecz pod 
znakiem Panny i Wag, ażeby się nie rozstrzeliwała, żeby była 
czysta i miała wagę. (Olsztynek). Kiedy zagon na kapustę został już wygładzony, kładzie się 
na nim kamień, w tym mniemaniu, że główki kapusty będą tak 
twarde jak kamień. W niektórych miejscowościach kładzie się 
jeszcze pokrzywę pod kamień (Olsztynek). W wieczór świętojański muszą być okopane conajmniej 
trzy sztuki kapusty. (Olsztynek). Ażeby zabezpieczyć kapustę od gąsienic, trzeba wziąć pias¬ 
ku z grobu ostatniego nieboszczyka, ale przytym nie oglądać 
się i nic nie mówić, i posypać piaskiem tym sadzonkę kapusty 
(Kurki). W Kruklankach pewna baba zamówiła kapustę, na której 
znajdowały się niezliczone gąsienice. Używała ona do tego pa¬ 
telni z rozźarzonemi węglami, kładła na nie zioła silnie pachną¬ 
ce, które przy spalaniu wydawały zapach nieprzyjemny, mru¬ 
czała przytym nieustannie i robiła rozmaite miny. Jakkolwiek 
dym rozchodził się tylko na bardzo małą część pola, nazajutrz 
jednak zniknęły wszystkie gąsienice. Swojej formułki zamawia¬ 
nia nie chciała udzielić nikomu, gdyż, według niej, straciłaby 
ona moc swoją1). Len sieje się na św. Medarda. Ażeby się udał, trzeba 
tańczyć w noc zapustną albo pojechać na spacer. (Patrz wyżej) Kiedy pies albo kot zdechnie, trzeba trupa rzucić wysoko 
przez płot, żeby len wyrósł wysoki. (Olsztynek). Jeżeli słońce świeci w dzień Nowego Koku, zapowiada to 
len dobry. (Patrz wyżej). Nie sadzi się ziemniaków pod znakiem Raka. (Wały) Ktoś kupował ziemniaki na nasienie. Sprzedający miał ich 
za wiele, oddał je wszystkie, zostawił sobie wszakże trzy ziem¬ 
niaki, które zatrzymał w swoim worku. Na zapytanie, dlacze¬ 
go tak postąpił, powiedział kupującemu: „Nie sadziłem jeszcze 
ziemniaków, tym sposobem mogłyby przejść do pana (to zna¬ 
czy, że u niego mogłyby chybić, kupcowi zaś obrodzić); gdybym 
był już coś zasadził, mógłbym bez szkody wysypać wszystkie *) N. Pr. Prov.-Bl. 1847, t. I, str. 471.
		

/Pomorze_060_08_0118_0001.djvu

			-110 ziemniaki.” (Magd al cni ec pod Niborkiem). Zresztą daje się tak¬ 
że słyszeć, że powołają się na ukończenie siewu. Co się tyczy okrężnego, następujące notatki mogą się 
wzajemnie uzupełniać. Pierwsza dotyczy powiatu Szczycińskiego. 
U chłopów okrężne następuje po większej części tylko po sprzę¬ 
cie żyta, co się już przez to objaśnia, że tylko nieznaczna część 
chłopów uprawia pszenicę. Zyto żną mężczyźni i kobiety sier¬ 
pem (brakiem uszanowania wydaje się im przystępowanie do 
darów bożych z kosą). Kupkę kłosów, tyle mniej więcej, ile 
za jednym zamachem można ściąć sierpem, zostawia się w koń¬ 
cu na pniu. Po skończonej robocie stają dokoła niego żeńcy 
i śpiewają pieśń pobożną. Wybierają się najpiękniejsze kłosy 
układają w równiankę i przystrajają kwiatami. Ta ze żniwia¬ 
rek, która najpierw ukończyła swój zagon, zanosi równiankę do 
domu. Po drodze do domu śpiewają pieśń świecką, najczęściej 
żartobliwą, którą zarówno, jak samą równiankę, nazywają plo¬ 
nem; przytym uważają na to, żeby do domu zbliżać się śpie¬ 
wając. Ci, którzy nie byli na polu, na powitanie oblewają ich 
z różnych kryjówek wodą. Mężczyźni zaciągają niektóre z dziew¬ 
cząt pod studnię i z wiadra oblewają je wodą. W domu podaje 
się najpierw wódkę i placek, potym obiad, przy którym oprócz 
innych potraw nie powinno brakować klusek z makiem; u za¬ 
możniejszych bywają też tańce. Zboże z równianki wysiewa się je- 
sienią. (Jerutki). Podobnież w powiecie Szezycińskim jest we zwyczaju, że 
żeniec stojący na przedzie wiąże stojącemu na końcu snop ostat¬ 
ni, który nazywają p ę p e m i dokoła którego na rżysku ostat¬ 
ni żąć musi, nie zacinając pępa. Zmuszają go także, żeby się 
przeczołgał przez pęp. Dziewczyna, której nie oblano wodą, by¬ 
wa zasmucona, gdyż ominął ją zaszczyt. Na okrężnym podaje 
się także czernina z kluskami: kasza na gęsto z miodem. Przy 
tej uczcie niewolno mówić „Ojcze Nasz,“ bo umrze ktokolwiek 
w następnym roku. Odmawiają inne modlitwy i śpiewają pieśni 
nabożne. (Wały). Ostatni snop zostawia się w polu niezżęty, żeby myszy nie 
dostały się do sąsieków. (Olsztynek). Z okolic mazurskich, położonych bardziej na wschód, pocho¬ 
dzi następujące sprawozdanie: Na Mazurach żniwiarze wybierają 
najdłuższe i najpiękniejsze snopy i podają je podbieraczom, któ¬ 
rzy stojąc w kole i śpiewając pieśni: „Jedyny'Pan na wysoko¬ 
ści niech będzie pochwalony,” splatają je w wieniec okrężny
		

/Pomorze_060_08_0119_0001.djvu

			111 w kształcie korony i przystrajają we wstążki i kwiaty. Wieniec 
uwity bierze główny żniwiarz na swoją kosę i idzie na czele 
pochodu, utworzonego przez wszystkich żniwiarzy. Nim pochód 
dojdzie do wsi albo do dworu, do którego żniwiarze należą, po 
drodze śpiewają różne pieśni, aż wreszcie zanucą plon, pieśń, 
w której bardzo żywo wyraża się niecierpliwa nadzieja, że bę¬ 
dzie piwo, kluski, mięso i taniec, do którego oczekiwani bywają 
grajkowie z Łęka. Pieśń ta śpiewa się dopóty, aż wejdzie przo- 
dujący żniwiarz z wieńcem okrężnym do domu. Wieniec u chło¬ 
pów kładzie się na stole jadalnym, u obywateli zaś wnosi 
się do sieni albo do pokoju. Chłop zawiesza go na belce od pu¬ 
łapu, znajdującej się nad stołem, obywatel na suficie w sieni. 
Tu wisi wieniec aż do czasu, kiedy nadejdzie pora zasiewów 
ozimych. Gdy przodujący żeniec zbliży się do domu i wchodzi 
na schody albo na dziedziniec, przyjmują go oblewaniem wodą 
czego się także dostaje obficie reszcie żniwiarzy, a nawet pań¬ 
stwu właścicielom. Następnie żeńcy gonią oblewających, zazwy¬ 
czaj dziewczęta, ciągną je do poblizkiego stawu, rzeki albo je¬ 
ziora i zanurzają pod wodę. Im więcej bywa oblewania i zanu¬ 
rzania, tym pomyślniejsze mają być w mniemaniu ludu żniwa 
w roku przyszłym. Uroczystość ta nazywa się plon, na Litwie 
zaś, gdzie zwyczaje są prawie takie same, Bectuwis1). Podobnież z Mazur wschodnich mamy następującą jesz¬ 
cze notatkę: Młode dziewczęta starają się nieznacznie oblać wo¬ 
dą mężczyzn, zachodząc ich z tyłu, byleby prędko i zręcznie; 
a biada tej, która będzie złapaną z niewypróźnionym naczy¬ 
niem: wtedy nic już nie pomoże, dziewczyna musi obejść wszyst¬ 
kich dokoła, i każdy chłopiec ma prawo żądać od niej pocałuu- 
ku, którego nie może odmówić2). Kiedy się młóci młode żyto, dziewka bierze warząchew, 
biegnie z nią na klepisko i, rzuciwszy ją tam, ucieka. Jeżeli 
uciekającą dogoni który z młocarzy, musi wykupić się podar¬ 
kiem, (najczęściej wódką), jeżeli zaś nie dogoni, wtedy ucieka¬ 
jąca powinna dostać podarek 3). ') N. Pr. Prov -BI. 18-17, t. II, str. 51—54. 2) Iiosenlicyn, t. II, str. 94. Dają się rozpoznać, chociaż 
w postaci bardziej już grubej, obyczaje plonu mazurskiego w okr꿬 
nym Zuławian, którzy do żniw żyta i pszenicy najmują przycho¬ 
dzących tam Mazurów. Heinel w N. Pr. Prov.-BI. 1846, t. II, 404. 3) Hart. Ztg. nr. 8.
		

/Pomorze_060_08_0120_0001.djvu

			112 Przeciwko psuciu się w spichlerzu zboża wymlócon uży¬ 
wa się następującego środka: ścina się na wiosnę zielony kij 
leszczynowy, i kiedy pierwszy raz zagrzmi na wiosnę, robi się 
kijem tym znak krzyża nad każdą kupą zboża; tym sposobem 
zboże trzyma się lata całe. (Kurki). Kiedy się sprzedaje dobry gatunek nasienia albo coś w tym 
rodzaju, sprzedający, odmierzywszy kupcowi towar, bierze pełną 
garść z tego i rzuca napowrót na swoją kupę, albo do swojego 
worka; ma to zabezpieczać od tego, żeby razem ze sprzedanym 
dobrem przywiązane do niego błogosławieństwo nie odwróciło się 
od sprzedającego. Z tych samych względów sprzedawanemu 
drobiowi ucina się kilka piór i zachowuje się. Jeżeli się jaką 
sztukę wyprowadza na sprzedaż, trzeba rzucić na nią pełną 
garść śmieci; ma to oznaczać szczęście i pomyślny skutek. (Dą¬ 
brówno). Nie wolno darowywać ani wypożyczać całego bochenka 
cbleba, żeby błogosławieństwo nie odwróciło się zupełnie od do¬ 
mu. Z uwagi na to zawsze się kawałek odkrawa. (Dąbrówno). Bydło. W drugie święto Bożego Narodzenia pastuch 
obłamuje piękue, proste rózgi brzozowe i, wziąwszy je pod pa¬ 
chę, idzie tak przez wieś albo miasto od domu do domu (natu¬ 
ralnie tylko do tych domów, z których bydło pasa) po kolę¬ 
dzie. Każda gospodyni wyciąga mu z pod pachy jedną rózgę, 
nie gołą ręką, ale pokrywszy palce fartuchem, i kładzie ją na 
stole, a broń* Boże, nigdzie indziej! Później zanosi ją na strych, 
wtyka w wymlócone na zapas zboże, gałązkami do góry, i zo¬ 
stawia tam aż do Matki Bożej (25 marca), lego dnia wy¬ 
ciąga rózgę i, nie zatrzymując się i słowa nie mówiąc, (żeby 
później bydło nie zatrzymywało się i nie ryczało, lecz wprost 
szło do obory), idzie do obory i wypędza bydło; jednocześnie 
gospodarz robi siekierą znak krzyża przed wrotami obory i kła¬ 
dzie na progu siekierę. (Olsztynek). Na Zwiastowanie N. M. Panny (25 marca) bydło po raz 
pierwszy wygania się w pole i zamawia się przez czarowników, 
sprowadzanych często zdaleka (patrz wyżej). Kiedy pastuch po raz pierwszy wygania bydło w pole, żo¬ 
na jego, klęcząc przy wrotach wsi, odmawia rozmaite modlitwy. 
Zdarzyło się w Napiwodzie, że żona pewnego pastucha, którą 
wyśmiewano z tego powodu, zaniechała modlitwy; wskutek tego 
na św. Jana dwa wilki wpadły do obory i rozszarpały dwie 
karmne świnie i krowę. (Olsztynek).
		

/Pomorze_060_08_0121_0001.djvu

			113 Przy wyganianiu bydła pastusi mają swoje szczególne zwy¬ 
czaje, prastare formułki i wiersze, i stanowczo niezbędną jest 
rzeczą powtarzać je ściśle tak samo, jak za dawnych czasów, 
w przeciwnym bowiem razie na Walpórga mógłby jeden sąsiad 
urzec drugiemu krowy, żeby zamiast mleka dawały krew i zmar¬ 
niały1). Kiedy się bydło po raz pierwszy wygania w pole, nie na¬ 
leży prząść2). Pastuch zgarnia starannie węgle ze swego ogniska do ku¬ 
py, żeby mu się trzoda nie rozpraszała3). Kiedy mąż wraca z nabytą sztuką bydła do domu, żona 
przynosi dzbanek wody i oblewa ją wodą od rogów wzdłuż ca¬ 
łego grzbietu, od przodu ku tyłowi; mąż zaś jednocześnie opro¬ 
wadza ją dokoła siebie; robi się tak trzy razy, nim pójdzie do 
obory. (Olsztynek). Nowonabyte bydlę powinno przejść do obory przez stal, co 
zabezpiecza od czarów. (Olsztynek). Jeżeli nowonabyte bydlę nie może się przyzwyczaić do 
obory, natenczas obmywa mu się w naczyniu nogi i użytą do 
tego wodę wylewa się do obory; to pomaga (Dąbrówno). Jeżeli sprzedawca żałuje później sprzedanej sztuki bydła, 
nie hoduje się ona u nabywcy. (Dąbrówno). Należy baczyć na to, jakiej barwy jest łasica, którą się 
po raz pierwszy widzi. Tej samej maści bydło będzie się hodo¬ 
wało. (Olsztynek). Albo jeszcze inaczej: Jeżeli w oborze gnież¬ 
dżą się białe łasice, gospodarz powinien trzymać białe bydło; to 
samo stosuje się do lasie pstrych, rudych. Przekona się, że mu 
się takie bydło będzie hodowało. (Dąbrówno). Jeżeli nabyta sztuka, Świnia np. albo koń, źle jada, to się 
nazywa: nie poręczyło się. Taką sztukę trzeba sprze¬ 
dać. Gospodarz stara się, żeby ją nabył sąsiad: przychodzi, 
prosi i nalega uporczywie i długo. Potym bydlę napewno będzie 
dobrze jadło. (Wielbark). Jeżeli komuś sztuka bydła, np. Świnia, nie chce się hodo¬ 
wać, jeżeli np. nie chce jeść, jak się należy, wtedy sprzedaje 
się ją raz jeszcze, chociażby pozornie, kobiecie dajmy na to, albo ł) Rosenheyn, t. II, str. 95. 2) Rosenheyn, t. II, str. 92. 3) Rosenheyn, t. II, str. 92. Wierzenie mazurskie 14
		

/Pomorze_060_08_0122_0001.djvu

			114 dziecku. Żeby nie uchybić formie kupna, trzeba przytym za¬ 
płacić pieniądze i wypić 1 i t k u p. (Olsztynek, Dąbrówno itd.). Litkup (wyraz ukuty z niemieckiego Leihkauf, po litewsku 
margricz) jest to trunek, który się pije przy sprzedaży. 
Przytym wylewa się resztkę przez głowę poza siebie, żeby ku¬ 
pującemu nabyta sztuka bydła rosła, hodowała się itd.1). Kiedy kto wyprowadza z obory sztukę bydła na sprzedaż, 
powinien wyrwać jej pęczek włosów i zakopać pod żłobem. Ma 
to oznaczać, że pozostałe bydło nie pójdzie w ślad za sprzeda¬ 
ną sztuką i nie wywiedzie się z obory. (Olsztynek). Mazur ma szczególne upodobanie do zwierząt bliźniaczych, 
bo te mają szczęście przynosić. Chętnie płaci on za nie naj¬ 
wyższe ceny2). Źrebiętom i cielętom zawiązuje się czerwone tasiemki na 
szyi dla ochrony od niedobrego wzroku. (Patrz wyżej). We czwartek trzeba nakarmić konie przed wieczerzą, gdyż 
w przeciwnym razie będzie je dusiła mara. (Olsztynek). Na wrotach obory w wieczór przed Trzema Królami, albo 
w wigilię św. Jana, robią się trzy krzyże, co ma zabezpieczać 
bydło od czarów. (Patrz wyżej). Jeżeli w gospodarstwie ginie kilka sztuk bydła, znaczy to, 
że ktoś je oczarzył. Czary trzeba wykryć i spalić, bo 
padnie i reszta bydła. W tym celu kopią pod progiem obory, 
pod wszystkiemi czterema ścianami, a gdy się tam nic nie znaj¬ 
dzie, w samej oborze. W końcu znajduje się żołądek bydlęcy 
z wielu szpilkami. Ody się go spali, żadna już sztuka nie 
padnie więcej. (Wielbark). Mazurzy unikają zabijania węży, bo to oznacza nieszczꜬ 
cie, szczególnie ma to pociągać za sobą stratę w bydle. Zwyczaj 
ten, o którym wzmiankuje Pisański3), wyraźnie przypomina kult 
węża za czasów pogaństwa. Wodę, którą się wygładza bochenki cbleba przed piecze¬ 
niem, dostają świnie, żeby także były gładkie. (Dąbrówno). W kuble, w którym się zbiera poidło dla świń, trzymają *) Porównaj o litkupiejjHaupta Zeitschrift für deutsches Alter¬ 
thum, t. VI, str. 269 i nast. Litkup wskazany już jest w prawie 
pomorskim około połowy XIV stulecia. Laband, Jura Brutenorum, 
1866, str. 12. 2) Hart. Ztg. nr, 8. 3) Nr. 23, § 9.
		

/Pomorze_060_08_0123_0001.djvu

			115 żółwia; przez to świnie będą tłuste. Gdy jednak żółw zdycha, 
giną także świnie pojone z tego naczynia. (Olsztynek). Środek przeciwko kolkom u koni. Pociera się konie 
trzy razy łopatą, którą się chleb sadzi do pieca, i spluwa się 
trzy razy. Przy tym odmawia się pewną formułkę. (Jerutki). Kiedy bydło podlega urokowi, postępuje się tak samo jak 
z ludźmi: pociera się pysk (u ludzi twarz) spodniami. (Olsztynek). Pewna choroba bydła nazywa się żab a. Na targu w Ol¬ 
sztynku stała sztuka bydła napozór zupełnie zdrowa; naraz za¬ 
częła się rzucać na ziemię. Ludzie mówili, że ma żabę. W ta¬ 
kim razie bierze się obrus, pokrywa się nim grzbiet bydlęcia 
i kąsa się grzbiet przez obrus od szyi do krzyża. Tym sposo¬ 
bem żaba ustępuje. (Olsztynek). Środek przeciwko robactwu w ranach. Jeżeli 
u zwierzęcia wpadnie robactwo do ran, trzeba udać się przed 
wschodem słońca do miejsca, gdzie rosną pokrzywy kwitnące 
o kolczastych łodygach, nagiąć cztery pokrzywy ku sobie, tak, 
żeby cztery wierzchołki skierowane były na cztery strony świa¬ 
ta, i miejsce skrzyżowania ich przycisnąć kamieniem. Przedtym 
trzeba zmówić „Ojcze Nasz.” Pewien proboszcz uciekł się do 
tego środka, ale nie zmówił „Ojcze Nasz,“ a jednak także po¬ 
mogło. Kobactwo przepadło. (Wały). Gospodarstwo mleczne wymaga szczególnej sta¬ 
ranności. Jeżeli się chce, żeby się krowa cieliła w dzień, nie 
trzeba jej w niedzielę wyganiać w pole. (Wielbark). W dwunastnice pociera się cielną krowę trzy razy grabia¬ 
mi po boku, żeby przy cieleniu się nie dostała bielma. (Olsztynek). Jeżeli krowa po ocieleniu nie może się oczyścić, należy spro¬ 
wadzić czystą dziewczynkę, najlepiej ze szkoły, i „ta powinna 
grabiami krowę trzy razy poskrobać;“ wtedy oczyści się. (Ol¬ 
sztynek). „Miałam krowę cielną w późnym już okresie, - opowiadała 
pewna wieśniaczka.—Gdy wypędziłam ją po raz pierwszy w po¬ 
le, ubodła ją inna krowa; zaledwie przypędzić ją zdołałam do 
obory, wyciągnęła nogi, i wydawało się, jak gdyby miała poro¬ 
nić. Wtedy wzięłam trzy rodzaje zboża, zeskrobałam nożem trzy 
razy trochę z łopaty od chleba, trzy razy z koryta i trzy razy 
z talara, domieszałam do tego trochę nasienia z marchwi, zro¬ 
biłam z tego gomułkę i wsadziłam jej do pyska, a musiałam tra¬ 
fić w dobrą godzinę, bo krowa zaraz wstała i teraz jest zdro¬ 
wa.“ (Olsztynek).
		

/Pomorze_060_08_0124_0001.djvu

			116 Kiedy się krowa ocieliła, pierwszych dni po ocieleniu się 
nie należy nic pożyczać1). Pierwsze cielę od ciołki; pierwsze masło z jej mleka ofia¬ 
rowuje się szpitalom, bo to dobry prognostyk. Dziewczęta, wracając od dojenia krów, nie powinny nieść 
szkopków z mlekiem bez przykrycia, ażeby czasem ptaki nie¬ 
bieskie nie zajrzały do nieb, gdyż w przeciwnym razie mleka 
ubędzie, i nie będzie się ustawała śmietanka2). Jeżeli przy dojeniu razem z mlekiem odchodzi krew z wy¬ 
mion, w takim razie, przynajmniej według zapewnienia Pisań- 
skiego3), doi się krowy przez otwór strzałki piorunowej. Jeżeli przy dojeniu razem z mlekiem odchodzi krew, naten¬ 
czas odlewa się trochę tego mleka do skorupki i stawia się to 
na płocie. Musi to stać, dopóki nie przeleci jaskółka; wtedy bę¬ 
dzie już dobrze. (Olsztynek, Dąbrówno). Jeżeli mleko zaraz po wydojeniu zsiada się, wylewa się je 
na trzy progi i uderza się miotłą dopóty, aż wyschnie. Wtedy 
krowa znów będzie dawała dobre mleko. (Olsztynek). Mleko, które się zsiada zaraz po wydojeniu, trzeba cedzić 
przez wianek ślubny; także przy dojeniu kładzie się do szkopka 
obrączkę ślubną. To pomaga. (Dąbrówno). Przy zbijaniu masła kładzie się do śmietany pieniądz, pod 
obręcze kierzanki zatyka się nóż, pod kierzankę kładzie się 
grzebień. Im brudniejszy grzebień, tym lepsze będzie masło. 
(Jerutki). Przy zbijaniu masła bacznie zwraca się uwagę na to, żeby 
kierzanka nie stała pod belką. (Wielbark). Pewna kobieta, która pomimo wszelkich usiłowań nie 
mogła zbić masła, siadła na koń, wzięła kierzankę zawiązaną 
w prześcieradło na plecy i objechała całą granicę wsi Pucbało- 
wa pod Komorową. Rozumie się samo przez się, że gdy wró¬ 
ciła, okazało się, iż ze śmietany zrobiło się masło. Co dziw¬ 
niejsza, od tego czasu przychodziło jej łatwo zbijanie masła. Dziewczyna, która ma odwagę rozgnieść dłonią na ziemi 
niedźwiadka, łatwo zbija masło. *) Porównaj wyżej ten sam zabobon przy rodzeniu się 
dzieci. 2) Hart. Zlg. nr. 8. 3) Nr. 23, § 8.
		

/Pomorze_060_08_0125_0001.djvu

			117 W wieczór św. Jana przed zachodem słońca robi się trzy 
krzyże na wrotach obory, żeby wiedźmy, które właśnie w tę noc 
odprawiają igrzyska, nie odebrały mleka; wobec krzyżów, wiedźmy 
nie mają przystępu. Mleko, odebrane od jednego, wiedźmy dają 
innemu. Mają one swoich ulubieńców, a kto im składa ofiary, 
tego też i darzą. Musi być przygotowana szczególna potrawa, 
którą wiedźmy lubią. Potrawa ta musi w noc świętojańską stać 
na stole. Jeżeli się nazajutrz rano okaże, że zjedzono ją, 
natenczas z pewnością można rachować na to, że będzie się 
miało podostatkiem mleka, ba! nawet z paznogci może mleko 
wypływać. (Wielbark). W wieczór świętojański dostają także krowy dla zabez¬ 
pieczenia od czarów różnego rodzaju zioła, np. tatarak i temu 
podobne. Rogi i wymiona nacierają się koprem. W wieczór świętojański zatyka się za odrzwia obory ko- 
lendrę i koper, żeby krowy zabezpieczyć od czarów. Kupujący krowę niech nie zapomni dodać, że kupuje tak¬ 
że mleko; najbezpieczniej dać osobny pieniądz za mleko; w prze¬ 
ciwnym bowiem razie krowa nie będzie go dawała. (Olsztynek). Sprzedając, albo wogóle dając komuś mleko, trzeba je po¬ 
sypać solą; jeżeli się tego zaniecha, czarownica, którejby się to 
mleko do rąk dostało, miałaby władzę nad resztą mleka tejże 
krowy i mogłaby je odebrać. (Olsztynek, Dąbrówno). Drób sąsiada nie hoduje się, gdy się rzuci odarte pierze 
na miedzę graniczną. (Olsztynek). O sprzedaży drobiu była już wyżej wzmianka. Kury sąsiada można zapomocą pewnego obrzędu w noc 
noworoczną przewabić do siebie. (Patrz wyżej). Pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem drze się 
pierze. W tym samym czasie trzeba drób karmić grochem, żeby 
znosił jaja obficie. (Olsztynek). Kiedy się ma kwoce kłaść jaja do wysiadywania, trzeba 
je wprzód włożyć do czapki, najlepiej do żydowskiej. (Ol¬ 
sztynek). W Wielki Piątek i w niedzielę wielkanocną nie można się 
czesać, bo kury będą grzebały w ogrodzie. Kiedy się ma wypuścić po raz pierwszy gąsięta, trzeba je 
przesadzić przez spodnie. (Olsztynek, Dąbrówno itd.). Przędzenie i tkanie. Kiedy się osnowę (do tkania) 
przenosi z jednej wsi do drugiej (do własnej), nie zamknąwszy
		

/Pomorze_060_08_0126_0001.djvu

			jej u jednego końca na kłódkę, przyczynia się tym sposobem 
do tego, że wilki przychodzą do wsi, a nawet do obór. (Ol¬ 
sztynek). Nie należy prząść w dwunastnice, na Matkę Boską Grom¬ 
niczną, na św. Mateusza, na św. Mikołaja, w dni Matki Boskiej 
i wogóle w wielkie i małe święta. (Olsztynek). Nie przędzie się także we czwartek po wieczerzy, bo 
przy szłaby mara i przędła dalej. Jeżeli się jednak podczas przę¬ 
dzenia, ma skórkę chleba w ustach, natenczas nic to nie szko¬ 
dzi; dar boży sprawia, że nieczysty duch taki, jak mara, nie ma 
żadnego wpływu na człowieka. (Tamże). Kiedy się we czwartek po wieczerzy przędzie i mota, ko¬ 
łowrotek i motowidło same się będą poruszały przez noc całą. 
Ma to robić zły duch, który naśladuje człowieka. (Tamże). Nie przędzie się także, dopóki w domu jest niecbrzczone 
dziecko albo nieboszczyk. (Tamże). Podczas nowiu pod znakiem Ryb rybak zaczyna wiązać 
sieć swoją. (Olsztynek). Kiedy rybacy idą na połów, kładą na szczęście trochę 
śmieci do siatki. (Olsztynek). Hodowli pszczół dotyczy następująca notatka: W Wiel¬ 
ki Piątek bierze się talerz śrutowej mąki przed wschodem 
słońca, i błogosławi się ule, obchodząc je i rozsypując mąkę po 
pasiece, przyczym powtarza się następujące wyrazy: „Wy, 
pszczoły, królowe, siadajcie na roli i na łąkach waszego pana, 
jak to Chrystus Pan nakazał, i zbierajcie wosk i miód.” Potym 
robi się trzy znaki krzyża i mówi się: „W imię Ojca i Syna 
i Ducha św. Amen.“ (Anten tu się mówi). Służba najchętniej wstępuje do obowiązku w sobotę, bo 
rok tym sposobem wyda się krótszy. Kiedy się służbę rozpo¬ 
czyna w piątek, jest obawa, że się będzie cierpiało na wrzody 
i inne tego rodzaju choroby. (Olsztynek). Kiedy się zamiata izbę po zachodzie słońca, śmieci wy¬ 
rzucać nie można; kto je wyrzuca, ten wyrzuca mienie swoje 
(Tamże). Przy smarowaniu kół woza, nigdy chłop Mazur nie rozpo¬ 
czyna od prawej strony, gdyż w takim razie łatwoby się konie 
męczyły. Ale same koła powinien przy tym obracać na lewo, gdyż 
w przeciwnym razie djabeł będzie chodził za wozem'). ') liosenheyn, t. II, str. 92.
		

/Pomorze_060_08_0127_0001.djvu

			119 Dobrze jest odjeżdżać z ogniem; dlatego też na wóz siada 
się z zapaloną fajką albo cygarem. Zabieranie z sobą stali 
zaleca się szczególnie podczas nocnych podróży, jako środek 
chroniący przed złym nieprzyjacielem. Jeżeli, wyjechawszy z do¬ 
mu, trzeba się wrócić dlatego, że się czegoś zapomniało, ozna¬ 
cza to nieszczęście. Jeżeli konie w drodze parskają, to zuaczy, 
że cieszą się z naszych odwiedzin, i nie można zaniedbać po¬ 
wiedzieć parskającemu koniowi: „Na zdrowie.“ (Dąbrówno). Nie daje się żebrakowi ani odlepki ani przylepki chleba, 
gdyż wkrótce rozdalibyśmy chleb, to znaczy, oddalibyśmy żebra¬ 
kowi i musielibyśmy sami żebrać. (Olsztynek). Plama pomarańczowa na ręku albo na palcach oznacza 
nowinę. Jeżeli ta plama jest mała, albo w takim miejscu, że 
przy składaniu pięści staje się niewidzialną, w takim razie nowina 
bęuzie dość przyjemna, w przeciwnym razie oznacza ona wieści 
Hiobowe. Taką plamę pomarańczową lud nazywa s wądra. (Ol¬ 
sztynek). Zwyczaje dotyczące umarłych przedstawimy zda¬ 
niem naszym najlepiej, poprzedzając je opisem uroczystości po¬ 
grzebowych, który zawdzięczamy wspomnianemu już wyżej panu 
Bercio. We wschodnich okolicach Mazur uczty pogrzebowe są 
wprawdzie powszechnie we zwyczaju, nazwy ich wszakże ża¬ 
rem albo stypa są nieznane. Przy pogrzebie, jak również 
i przy innych uroczystościach, we wsiach mianowicie, które nie 
posiadają własnego kościoła, mają wszakże własny cmentarz, nau¬ 
czyciel, jako naturalny zastępca proboszcza, odgrywa ważną rolę. Od dnia, w którym ktoś umarł, aż do dnia pogrzebu, co 
wieczór śpiewa się przy nieboszczyku. Śpiewają wszakże nietylko 
domownicy, lecz posyła się kogoś na wieś, żeby wzywał 
do śpiewania przy nieboszczyku. Podczas śpiewów tu i ow¬ 
dzie podają wódkę. W dzień pogrzebu znowu wysyłają kogoś 
na wieś z wezwaniem na pogrzeb: „Przychodźcie na pogrzeb, 
i to zaraz.” Schodzą się tedy po większej części bardzo licznie, 
kobiety, które stać na to, w czarnych sukniach, wszystkie z bia 
łemi chustkami do nosa i ze śpiewnikami. W izbie, gdzie znaj¬ 
duje się nieboszczyk, stoi wielki, długi stół na zwykłym miej¬ 
scu wzdłuż ściany; dokoła stoją ławy i stołki dla jnężczyzn 
pośrodku trumna ze zwłokami, przyczym nogi bywają zwrócone 
ku drzwiom; po drugiej stronie układają się długie deski na 
stołkach, przeznaczone na siedzenie dla kobiet. Zatym mężczyźni 
i kobiety stoją albo siedzą osobno. Pod przewodnictwem
		

/Pomorze_060_08_0128_0001.djvu

			120 nauczyciela śpiewają dwie długie pieśni. Potym zastawia się na 
stole placek i wódkę dla mężczyzn, wódkę w butelce i jeden 
kieliszek, z którego piją wszyscy po kolei. Dla kobiet wódkę 
nalewają do miski i dają łyżkę do tego; miska i łyżka prze¬ 
chodzą po kolei od jednej do drugiej; każda z kobiet bierze 
łyżkę lub dwie, według życzenia; placek podaje się im w bia¬ 
łym fartuchu albo w koszyku. Ta przerwa trwa mniej więcej 
pól godziny. Potym znowu śpiewają dwie pieśni, następnie nau¬ 
czyciel ma mowę żałobną, w której podnosi cnoty zmarłego 
i w imieniu jego składa podziękowanie jego przyjaciołom i są¬ 
siadom za oddaną mu ostatnią posługę, żegna się z obecnemi 
i zwraca się z ogólnemi napomnieniami do wszystkich obecnych. 
Po wyrzeczeniu „Amen,“ znowu robią przerwę, krótszą jednak od 
poprzedniej, i znowu się posilają. Podczas pieśni: „Kiedy na¬ 
deszła moja godzina,” wyprowadza się zwłoki i zanosi się na 
cmentarz (nigdy się nie zawozi). Nauczyciel z uczniami i m꿬 
czyźni, którzy śpiewają, idą przed ciałem, niosący ciało bezpo¬ 
średnio za nim, potym idzie tłum. Na cmentarzu śpiewają: „Po¬ 
chowajmy ciało.“ Na cmentarzu otwiera się jeszcze trumnę, po¬ 
prawia się zwłoki, żegna się i spuszcza do grobu. Nauczyciel 
odśpiewuje litanję za umarłych, na którą odpowiada gmina; po¬ 
tym jeszcze mówi słów kilka, a w końcu „Ojcze nasz,“ podczas 
którego niosący ciało klęczą dokoła grobu. Po odśpiewaniu 
wreszcie jeszcze jednego wiersza, zasypuje się grób. Wtedy 
każdy udaje się przedewszystkim do domu i chowa swój śpiew¬ 
nik, kobiety zdejmują lepsze suknie i zmieniają je na skrom¬ 
niejsze; potym zbierają się na ucztę do domu żałobnego. Ław¬ 
ki ustawione z desek i stołków przysuwa się także do stołu, 
tak, ażeby teraz kobiety mogły także siedzieć przy stole. Wobec 
tego podaje się im teraz wódkę nie, jak poprzednio, w miskach, 
lecz—zmieszaną z miodem —w butelkach, jeżeli jej nie trzeba 
teraz dopiero gotować i mieszać z miodem; trunek taki nazywa 
się przeparl anka. Na obiad podają się mięsiwa, ryby, ka¬ 
pusta z mięsem, w końcu kasza na gęsto, miodem polana. Na¬ 
stępnego dnia po większej części zbierają się w domu żałobnym 
mężczyźni, ażeby np. ojca pocieszać po stracie dziecka; spożywają 
oni resztki i spędzają ten dzień aż do wieczora przy kieliszku. Jeżeli kret ryje w domu, wkrótce ktoś umrze. To samo 
zapowiada kołatek, jeżeli toczy w domu drzewo. (Dąbrówno). Kiedy ktoś w domu chory, powiada Szymon Grunau1), ‘) N. Pr. Prov.-Bl. 1846, t. II, str. 337.
		

/Pomorze_060_08_0129_0001.djvu

			121 i przychodzi do niego znajomy i zapytuje go, jak się miewa, 
a chory odpowie: „O, jestem bardzo chory!” to już więcej nie 
wstanie z łóżka; kiedy jednak odpowie: „Tak, jak wola Pana 
Boga!“ w takim razie wstanie z łoża i będzie zdrów. Z Komunją, przyjmowaną przez chorych, wiążą się roz¬ 
maite wyobrażenia o cudownym jej działaniu, np. to, że po 
przyjęciu jej następuje zwrot, przesilenie na śmierć albo na 
życie; albo znów to, że chory dopiero gdy umiera, powinien 
przyjmować Komunję świętą, jeżeli ma być nadzieja na wyzdro¬ 
wienie; przeciwnie, dopóki stan jego pozostawia jeszcze nadzie¬ 
ję życia, przyjęcie Komunji nieuniknienie śmierć sprowadza1). Po gaszeniu świec z ołtarza, używanych przy udzielaniu 
Komunji chorym, poznaje się, czy chory żyć będzie czy nie. 
Jeżeli przy gaszeniu dym idzie ku drzwiom, chory umrze, 
w przeciwnym razie żyć będzie. Niekiedy jedna ze świec nie 
chce się wcale palić, albo sama gaśnie; wtedy można być pew¬ 
nym, że chory nie przyjdzie do siebie. (Dąbrówno). Kiedy stolarzowi piła trzeszczy, wnosi on z tego, że ktoś 
umrze, i że nazajutrz otrzyma zamówienie na trumnę. (Olsztynek). Jeszcze bardziej godnym uwagi było następujące zdarzenie: 
Pewien czeladnik w Olsztynku miał odwagę sypiać w zapaso¬ 
wej trumnie majstra swojego. Jednej nocy jakaś siła tajemnicza 
wyrzuciła go z trumny. Położył się powtórnie do trumny i znów 
został wyrzucony. Dopiero wtedy spostrzegł, że trumna zapewne 
ma być użyta dla umarłego. Położył się tedy do innej i spał 
w niej spokojnie, tamtą zaś nazajutrz rano sprzedano. (Ol¬ 
sztynek). Śmierć przychodzi przez trzy wieczory zrzędu, ażeby oznaj¬ 
mić o zgonie czyimś, krewnym jego. Za każdym razem stuka do 
okna albo do drzwi. Psy widzą ją i wyją żałośnie. (Patrz wy¬ 
żej). (Działdowo). Proboszczowi E., który już oddawna nie żyje, zdawało się, 
że za każdym razem naprzód wiedział, kiedy ktoś miał umrzeć 
w jego parafji. Śmierć oznajmiała mu to regularnie, tak, że był 
do tego przyzwyczajony i na trzykrotne pukanie odpowiadał: 
„Tak, tak!”albo: „Dobrze, dobrze!“ Kiedy zaś nie odpowiadał, śmierć 
powtarzała swoje trzykrotne pukanie. Zazwyczaj następnego dnia 
przychodzili ludzie i zamawiali pogrzeb. (Działdowo). *) Hintz, str. 82. 
Witrlenie mazurskie 16
		

/Pomorze_060_08_0130_0001.djvu

			122 Proboszcz S. sypiał zwykle w swoim gabinecie. U wez¬ 
głowia stała szafa z księgami kościelnemi. Kiedy ktoś w pa- 
rafji umarł, zdawało mu się, jak gdyby książki kościelne ktoś 
wyrzucał na podłogę i potym wciągał napowrót do szafy, co 
się powtarzało dopóty, aż dał znak, że słyszał: „Tak, tak!” albo 
coś podobnego. (Działdowo). Na Mazurach (i tak samo na Litwie) umierającego wyj¬ 
mują z łóżka i kładą na podłodze na słomę. Robią to, jak mó¬ 
wią, dlatego, żeby umierającemu ułatwić ostatnią walkę1). Jeżeli konanie u dziecka trwa długo, należy wezwać ro¬ 
dziców chrzestnych; skoro ich obecność nie pomaga, akuszerka 
klęka na progu domu i odmawia „Ojcze nasz,“ wskutek czego 
natychmiast ustają cierpienia dziecka2). Nie można umierać na pierzynie z piór kurzych. Dlatego 
umierającego kładzie się na słomie. (Olsztynek). Gdy chory umrze (ale nie wcześniej), kładzie się niebosz¬ 
czyka na ławie pod oknem; ławka zaściela się wiązką słomy 
i pokrywa białym prześcieradłem. (Wały). Tężec trupi nie u każdego występuje. Jeżeli tężec nie na¬ 
stąpił, jest to znak nieomylny, że jeszcze ktoś umrze z członków 
rodziny. (Dąbrówno). Dopóki nieboszczyk leży w domu, zawiesza się wszelką ro¬ 
botę, przynajmniej przędzenie, „żeby nie niepokoić zmarłego“ 3). Skoro dawny pan zamknie powieki, nowy pan domu po¬ 
winien wyjść i bydłu, zabudowaniom, drzewom, słowem całej 
posiadłości, oznajmić o śmierci pana mniej więcej temi słowy: 
„Dawny pan już nie żyje, ja jestem teraz nowym panem.“ (Lu- 
bajny 4). Oznajmia się żywemu inwentarzowi o śmierci właściciela 
jego, żeby nie poszedł za umarłym5). Krewni i znajomi, mieszkający ) daleko, bywają zawiada¬ 
miani o śmierci sposobem tajemniczym zapomocą jakiego znaku, 
czy to pukania czy trzasku albo czegoś podobnego. (Działdowo). Nie stawia się nigdy zwłok przed zwierciadłem; jeżeli to 
jest nieuniknione, jeżeli naprzykład rozkład mieszkania nie po- ‘) Hintz, str. 101. 2) Hart. Z tg. nr. 8. 3) Hintz, str. 83. 4) Porówn. także Ilintza, str. 101. 5) Hart. Ztg. 1866, nr. 9.
		

/Pomorze_060_08_0131_0001.djvu

			123 zwala na inne miejsce, w takim razie zawiesza się zwierciadło. 
(Dąbrówno). W izbie, w której nieboszczyk leży, zawiesza się starannie 
wszystkie zwierciadła, żeby obrazu nieboszczyka w zwierciedle, 
a zatym dwóch nieboszczyków jednocześnie nie widzieć, gdyż 
w takim razie wkrótce ktoś z krewnych umarłego musi pójść za 
nim. (Lubajny)1). Kto przez okno przygląda się nieboszczykowi, dostaje żół¬ 
taczki. (Lubajny). Nie należy się przypatrywać nieboszczykowi 
przez okno. (Dąbrówno). Nigdy nie należy kłaść nieboszczyka na stole familijnym, 
gdyż wkrótce ktoś z rodziny umrze. (Dąbrówno). Ból zębów leczy się w ten sposób, że wskazującym palcem 
umarłego naciska się ząb bolący2). Krew straconego przynosi szczęście; ludzie jeżdżą po nią 
często o mil kilka. (Nibork). Szczególnie podążają tam kupcy. 
Ponieważ przy egzekucji zbiera się tłum ludzi (przynajmniej tak 
bywało dawniej, gdy egzekucje były publiczne), więc tłumnie 
schodzą się do nich kupujący. (Wielbark). Palec zamordowanego otwiera wszystkie zamki. (Lubajny). Lampa, paląca się tłuszczem zamordowanego, czyni człowie¬ 
ka niewidzialnym. O tym przesądzie mówiono jeszcze w roku 
1864 z powodu morderstwa popełnionego na Żuławach. Kiedy morderca zbliży się do ciała zamordowanego pod¬ 
czas sekcji, gdziekolwiekby stanął, krew bryzgnie na niego. 
Wierzenie to znane z pieśni Nibelungów. (Lubajny). Kiedy się kto powiesi, zrywa się wiatr i ustaje dopiero 
w dzień pogrzebu, a więc na trzeci dzień. (Lubajny). Wiórów od trumny z wódką używa się przeciwko podżwig- 
nięciu albo przełamaniu. (Lubajny). Nie należy robić supełków na nitce, którą się szyje suknie 
dla umarłego. (Dąbrówno). Nieboszczyka trzeba zawsze obuć w trzewiki albo buty. 
(Dąbrówno). Pewna kobieta groziła swojemu mężowi: „Włożę 
ci chodaki, jak będziesz leżał w trumnie; spóźnisz się na sąd 
ostateczny! Jaki będzie wstydl“ *) Objaśnienie tego zwyczaju, podane u Ilintza na str. 83, jest 
niewątpliwie błędne. 2) Hart. Ztg. 1866, nr. 9.
		

/Pomorze_060_08_0132_0001.djvu

			124 Zmarłej niewieście nie można upinać włosów szpilkami, bo 
pozostali krewni dostają silnego bólu głowy, który ustaje do¬ 
piero po odkopaniu zwłok i wyjęciu szpilek, świeżo zdarzył się 
taki przypadek w Olsztynku. W niektórych rodzinach, ale nie wszędzie, panuje zwyczaj 
kładzenia nieboszczykowi pieniądza do ręki. (Wały)4). Skoro nieboszczyka umyto i ubrano, daje mu się do ręki 
pieniądz, co ma oznaczać, iż się wszystko od niego według słusz¬ 
ności kupiło. (Lubajny). Ma się także jakoby zdarzać, że umarłemu wciska się pie ¬ 
niądz do ręki, jako wynagrodzenie za jego tu pracę; przytym 
się mówi: „Otrzymałeś teraz wynagrodzenie, nie masz zatym po 
co wracać“2). Kładzie się umarłemu na pierś śpiewnik, małym dzieciom 
daje się równianki i pozłacane jabłka do ręki, żeby po przyby¬ 
ciu do raju mogły się bawić na wielkiej łące, przeznaczonej dla 
nich do zabawy. (Dąbrówno). Wodę, użytą do mycia nieboszczyka, przechowuje się, i kie¬ 
dy nieboszczyka wynoszą już na marach, wtedy kobieta, która 
myła nieboszczyka, wynosi za nim wodę i wylewa ją za mara¬ 
mi albo karawanem. Ma to oznaczać: jeżeli dusza umarłego ze¬ 
chce wrócić, przed domem będzie jezioro, którego przejść nie 
zdoła. (Olsztynek). Wodę, którą myto ciało, zostawia się na misce pod trum¬ 
ną i dopiero po wyniesieniu jej wyrzuca się razem z grzebie¬ 
niem, którym czesano nieboszczyka. (Dąbrówno). Miska z wodą, którą myto ciało, wyrzuca się z domu za 
trumną. (Olsztynek). Robi się tak, żeby później nie straszyło. 
(Wielbark). Przy wynoszeniu zwłok, przewraca się krzesła do góry no¬ 
gami. Jeżeli się tego zaniedba, następnego roku umiera znowu 
ktoś z mieszkańców tego domu. (Olsztynek). *) Helwing mówi w Lithogr. Angerb. Cz. I, 1717, str. 93 
Quod autem nummos sepulcrales veteres Prussos indidisse, constans 
est historicorum sententia, qua superstitione adhuc hodienum ita fas¬ 
cinatae sunt nonnullae vetulae, ut sibi ab ea temperare non possint, 
sed crucigeros dentibus demortuorum, quamvis id clanculum fiat, im¬ 
mittunt. Porówn. Preuss. Archiv. 1790, str. 609. N. Pr. Pr.-Bl., 1848, 
t. II, str. 338. 2) Hart. Ztg., tamże. i
		

/Pomorze_060_08_0133_0001.djvu

			125 Dopóki nie pochowano zwłok, dusza przebywa w pobliżu 
ich i niekiedy daje się widzieć. Małe dzieci często widywały 
matki swoje i pokazywały je palcami. Kiedy wynoszą ciało 
z izby, trzeba na progu drzwi położyć siekierę, przez którą 
trumna musi być przeniesiona. Tak samo drzwi i okna trzeba 
czas jakiś zostawić otworem, żeby dusza, której rozstanie się 
z miejscem swojej działalności bywa niekiedy ciężkie, mogła je 
opuścić powoli i bez przeszkód. Przy wynoszeniu na cmentarz 
dusza umieszcza się na górnej części trumny i opuszcza miejsce 
swojej ziemskiej pielgrzymki dopiero przy zasypywaniu zwłok. 
Jeżeli dusza wskutek zbyt wczesnego zamknięcia drzwi i okien 
przemocą zostanie do zwłok niedopuszczona, natenczas wogóle 
pozostaje ona nazewnątrz i niepokoi dom jako strach. (Dą¬ 
brówno). Przy wyprowadzaniu nieboszczyka z domu, wypuszcza się 
wszystko bydło z obory, ażeby były pan mógł je jeszcze po¬ 
błogosławić. Od ułów także odejmują się pokrywy i dopóty po¬ 
zostawiają się otworem, aż nieboszczyk nie będzie pogrze¬ 
bany, a to w celu, ażeby i pszczoły mogły otrzymać błogosła¬ 
wieństwo gospodarza. (Wały) ‘). Bydło, które widziało zwłoki gospodarza, ma jakoby długo 
później chodzić smutne. (Lubajny). Podczas przenoszenia zwłok na cmentarz otwierają się 
wszystkie drzwi domu, ażeby przez to pokazać, że i po śmierci 
gospodarza wszystko pozostaje nietknięte, chociaż wszystko stoi 
otworem2). Na Mazurach wielu otwiera przed wyprowadzeniem niebosz¬ 
czyka wszystkie drzwi obory, i we wrotach, kędy ma być wie¬ 
ziony ^nieboszczyk, kładą siekierę i kłódkę. (Jeże) 3). W dniu pogrzebu bacznie zwraca się uwagę na kierunek 
wiatru. Jeżeli wiatr wieje ku dworowi zmarłego, gospodarstwo ł) Jak tylko umrze gospodarz, trzeba pszczoły powiadomić 
o tym i dać im żałobę, to znaczy—do każdego ula przypiąć czarny 
gałganek. Gdy się tego zaniecha, pszczoły, według powszechnego 
mniemania, wymierają w swoich zamknięciach. Tak samo powiada¬ 
mia się o śmierci trzodę i mianowicie owce. Tylko zwyczaj t. zw. 
dawania żałoby nie zachowuje się w tym razie. N. Pr. Pr.-Bl., 1846, 
t. I, str. 388. 2) Hart. Ztg., tamże. 3) Hintz, str. 102.
		

/Pomorze_060_08_0134_0001.djvu

			126 pójdzie starym trybem; jeżeli wszakże w przeciwnym wieje kio- 
runku, gospodarstwo niebawem upadnie1). Gdy się wynosi nieboszczyka chłopa z dworu jego, na 
granicy jego posiadłości kładą się wprost gościńca dwie siekie¬ 
ry albo dwa topory na krzyż, i przez nie muszą być zwłoki 
przenoszone. (Wały). Duch nieboszczyka, który aż do dnia pogrzebu pozostaje 
w domu, gdzie śmierć nastąpiła, zawsze podąża za zwłokami 
przenoszonemi na cmentarz. (Działdowo). Kiedy się nieboszczyka w drodze do cmentarza przewozi 
przez granicę, rzuca się z karawanu garść słomy, żeby duch nie¬ 
boszczyka miał na czym usiąść i spocząć. (Lubajny). Duch chętnie odpoczywa na każdym rozdrożu. Dlatego 
też kładzie się wiązkę słomy na drogach rozstajnych, żeby duch 
miał na czym usiąść. (Działdowo). Przy wyprowadzaniu zwłok na cmentarz zabiera się sło¬ 
mę, na której śmierć nastąpiła, i za powrotem wyrzuca się na 
granicy wsi. (Dąbrówno) 2). Słoma, którą mary były wysłane, pali się albo na granicy 
wsi, albo na grobie. (Wielbark). Niedobrze, kiedy się z pochodem pogrzebowym spotyka 
wóz albo jeździec, gdyż zabiera on z sobą napowrót niebosz¬ 
czyka do najbliższej wsi albo miasta, wobec czego wkrótce ktoś 
musi umrzeć z tej miejscowości. (Olsztynek). Kiedy się wóz spotka z pochodem żałobnym, w przyszłym 
roku musi umrzeć ktoś z siedzących na wozie. (Olsztynek). Kiedy podczas grzebania ciała zapada się grób, co się 
często zdarza na gruntach piaszczystych, niebawem musi umrzeć 
ktoś z osób grób otaczających. (Działdowo). Gdy komuś z otaczających grób wpadnie cokolwiek do gro¬ 
bu, ma oczekiwać rychłej śmierci. (Olsztynek). 1 Hart. Ztg., tamże. 2) To samo w innych okolicach Prus; bardzo upowszechniony 
jest obyczaj, że skoro tylko orszak pogrzebowy dojdzie do granicy 
wsi kościelnej, albo za powrotem z pogrzebu w tymże miejscu wy¬ 
rzuca się wiązkę słomy, tak zwaną słomę zmarłych, która w końcu 
tworzy wielką kupę i z którą powiązane są różne zabobony, szcze¬ 
gólnie zaś ten: „żeby nieboszczyk podczas wędrówki swojej do do¬ 
mu żałoby mógł na tej słomie spocząć; gdyby nie znalazł wiązki 
słomy, nie wróciłby do domu.” Hintz, str. 102.
		

/Pomorze_060_08_0135_0001.djvu

			127 Osoba, z której mienia włoży się coś do trumny i pogrze¬ 
bie razem z ciałem, wkrótce umrze. (Olsztynek). Jeżeli osoba, której coś skradziono, włoży pozostały przy¬ 
padkiem kawałek skradzionego płótna, drzewa, albo czegoś ta¬ 
kiego do grobu albo zresztą zakopie na cmentarzu, natenczas 
złodziej uschnie, o ile nie pośpieszy ze zwrotem kradzieży. (Lu- 
bajny, Olsztynek). Dziecku, które podniosło rękę na rodziców, z grobu ręka 
wyrasta. Nie można wąchać kwiatów na cmentarzu, bo się traci 
powonienie. (Olsztynek). Gdy wraca do domu pierwszy karawaniarz, towarzyszy mu 
nieboszczyk, co wszakże bynajmniej śmiałka nie niepokoi; za¬ 
pytuje on wtedy: „Czy dobrze ci łoże usłałem? Jeżeli nie dobrze, 
to ci je poprawię.“ Po takim zapewnieniu nieboszczyk wraca już 
spokojny do mogiły1). Nieboszczyk przychodzi do składu, gdzie się przechowują 
czarne płaszcze żałobne, żeby podziękować. (Olsztynek). Ręczniki, na których się spuszcza trumnę do grobu, za¬ 
wiesza się w domu na drzwiach; za niemi znajduje się nie¬ 
boszczyk2). Ponieważ dusza przed pogrzebem pozostaje przy zwłokach, 
ustawia się więc stołek przy nich, żeby dusza miała na czym 
siedzieć. (Dąbrówno). Wieczorem w dniu pogrzebu stawia się nieboszczykowi sto¬ 
łek w izbie, w której umarł, zawiesza się ręcznik u drzwi i tak 
się na niego czeka; nieboszczyk wraca tego wieczora, siada na 
stołku, płacze bardzo i ociera łzy zawieszonym ręcznikiem. Po- 
tym znika już na zawsze. (Lubajny). Po pogrzebie stawia się u drzwi izby stołek, zawiesza się 
na nich ręcznik i przez noc pali się światło. Nieboszczyk wtedy 
przychodzi podziękować. (Olsztynek) 3). Przy wynoszeniu zwłok z domu żałoby (w tej redakcji wia- *) Hart. Ztg., tamże. 2) Hart. Ztg., tamże. 3) Porówn. notatkę z N, Pr. Pr.-Bl., 1846, t. I, str. 132: 
Nieboszczyk, którego zwłoki pięknie przystrojono, przychodzi po po¬ 
grzebie podziękować za to; dlatego trzeba dobrze uszyć suknie nie¬ 
boszczyka, gdyż w przeciwnym razie, wstając z grobu, mógłby je 
zgubić.
		

/Pomorze_060_08_0136_0001.djvu

			128 domość niniejsza różni się od wszystkich pokrewnych, dotyczą¬ 
cych tego samego przedmiotu), stawia się stołek z ręcznikiem, 
żeby się nieboszczyk mógł przyglądać wszystkim ceremonjom 
żałobnym, poczym wynoszą już ciało. Zwyczaj ten wszakże za¬ 
chowuje się tylko w razie śmierci gospodarza, pana domu, wła¬ 
ściciela całego gospodarstwa. Nieboszczyk wraca raz jeden albo 
i więcej, przez mniej lub więcej długi czas, do trzeciego, dzie¬ 
wiątego, piętnastego dnia, a nawet do czterech tygodni, siada 
na stołku i ociera się ręcznikiem. (Wały) *). Skoro ktoś umrze, trupa pokrywają obrusem; obrusem tym 
podczas stypy nakrywa się stół, na którym stoi jedzenie prze¬ 
znaczone dla nieboszczyka. Wtedy nikt, chociażby był bardzo 
głodny, nie może spożywać tego jadła. (Olsztynek). Żeby zrobić oszczędność przy stypie, ten i ów biorą na¬ 
wet szmaty, któremi obmywano trupa, i oprowadza się niemi 
jadło2). Żałoba po zmarłym nie trwa zbyt długo i nie nosi głęb¬ 
szego charakteru. Na stypie bywają obfite libacje z wódki. Kie¬ 
liszek, który się ma wychylić, podnosi ze słowami: „Wieczny po¬ 
kój daj mu (albo jej), Panie!“ Tuż potym następuje nowy kieli¬ 
szek w towarzystwie tej samej formułki, i tak trwa dopóty, aż 
się ten i ów upije3). Bojaźliwego leczy się przy tej sposobności, jak następuje: 
łrzeba go posadzić albo położyć na desce lub stole, na którym *) ^ niemieckich okolic w rusiech mamy następującą wia¬ domość: o powrocie z pogrzebu stawia się przy drzwiach w izbie 
stołek, na którym nikt nie powinien siadać. Na stołku tym kładą 
się niekiedy ręczniki, na których spuszczano trumnę do grobu. Często 
w domu żałoby kąt izby zawiesza się białym płótnem, żeby stamtąd 
nieboszczyk mógł licz przeszkody przyglądać się obchodom żałobnym. 
Podczas stypy pozostawia się dla nieboszczyka wolne miejsce przy 
stole, zastawione jadłem i napojem. Hintz, str. 102. Dawni Prusacy 
zapraszali swoich zmarłych na stypę (według J. Moletiusa w Acta 
Bor. t. II, str. 411; porównaj także II. Mełetiusa w Erl. Preussen, 
t. V, str. 718) i rzucali przeznaczone dla nich jadło pod stół, wy¬ 
lewali także dla nich część napoju na ziemię. W wysokim stopniu 
godnym uwagi wydaje mi się fakt, że J. Meletius wyraźnie przytym 
zaznacza: krewni odprawiali stypy w dniach trzecim, szóstym, dzie¬ 
wiątym i czterdziestym. 2) Hart. Ztg., nr. 9. 3) Hart. Ztg., tamże.
		

/Pomorze_060_08_0137_0001.djvu

			129 leżały zwłoki przed włożeniem do trumny, i w tym położeniu 
musi on pozostawać dopóty, aż go chłód (dreszcz) nie przejmie 
do kości1). Matka zmarła przy porodzie albo wkrótce po porodzie 
schodzi co noc z nieba, żeby dać pierś dziecku, i tak dzieje się 
przez sześć tygodni, rachując od dnia pogrzebu (nie od dnia 
śmierci, który ma tu podrzędniejsze znaczenie). (Wały). Zmarłych nie trzeba zbyt opłakiwać, bo to zakłóca ich 
spokój. Trupa albo szat na trupie nie powinien nikt oblewać 
łzami albo potem, gdyż odbywające się w ziemi gnicie udziela 
$ się łzom, co sprowadza śmierć osoby, która łzy wylała. (Dą¬ 
brówno). Łzy matki nie dają zmarłemu dziecku pokoju w grobie 
zwilżają one sukienki trupa. Dziecko wtedy dopiero doznaje spo¬ 
koju, kiedy się matka uspokoiła2). Gdy umiera w rodzinie dziecko pierworodne, matka nie 
powinna mu towarzyszyć do cmentarza. Skoro zaniecha tej 
ostrożności, nie uchowa się jej żadne dziecko. Jeżeli zawiele 
dzieci umiera jakiemu małżeństwu, dla zapobieżenia nadal ta¬ 
kiemu nieszczęściu trzeba zwłoki wynosić przez okno. (Dą¬ 
brówno). Wodę, którą się wylewa przede drzwiami, trzeba lać albo 
tuż przy nogach albo na ścianę, gdyż w przeciwnym razie moż¬ 
na oblać jednego z duchów, które się zazwyczaj znajdują przy 
wejściu do domu, i ten byłby smutny. (Lubajny)3). Nie każda dusza zaraz po śmierci udaje się do miejsca 
przeznaczenia swego; niektóre dusze mają jeszcze ciężkie winy 
do odpokutowania i wiodą tu jeszcze długo nędzny byt, prosząc 
wciąż o zbawienie. (Dąbrówno). Zmarły tu w Olsztynku przed kilku tygodniami S., który 
zresztą miał kobolda, jakoby chodzi jeszcze po śmierci. W dzień 
pogrzebu miał on po powrocie orszaku pogrzebowego stać z ki- ‘) Hart. Ztg., nr. 9. 2) N. Pr. Pr.-BI., 1850, t. II, str. 469. Porównaj Grimma 
Kinder- und Hausmärchen t. II, str. 120. 3) Godną uwagi jest notatka w Hart. Ztg. nr. 9: „Wejście 
do domu zagradza się nieboszczykowi, gdy się położy siekierę na 
progu.“ Wyżej podaliśmy, że przy wyprowadzaniu zwłok kładzie 
się na progu jedna siekiera lub dwie; ale potym nieboszczyk od¬ 
wiedza dom jeszcze. Wierzenia mazurskie 16
		

/Pomorze_060_08_0138_0001.djvu

			130 jem u drzwi karczmy i zabraniać kobiecie podawania rumu 
i wódki gościom. Pewien kamieniarz zapewnia, źe spotkał go 
w alei wiodącej do lasku pod miastem, gdzie mu wciąż zastępował 
drogę, i źe wskutek tego w duiu tym nie przyszed na robotę 
przy budowie, lecz przestraszony wrócił do miasta. Dar widywania duchów, który posiadają niedzielaki, bywa 
związany z wielkiemi przykrościami, gdyż często bardzo muszą 
oni zanosić dusze zmarłych i inne duchy na cmentarz i wyko¬ 
nywać różne ich polecenia. Znałem, opowiada rektor Gersz w W. 
Sterlawkacli, starego już człowieka w Mikołajkach, który się 
nazywał Joppek; o tym powszechnie wiedziano, źe widuje duchy. 
Był za uczciwy, ażeby go można było posądzać o oszustwo; jed¬ 
nakże, jakkolwiek zdrów cieleśnie, sprawiał wrażenie melancho- 
lika. Wciąż pogrążony bywał w myślach, które go dręczyły. Czę- 
to się zdarzało, że opuszczał łóżko około północy, szedł zady¬ 
szany na cmentarz i wracał później stamtąd znużony i spocony 
Wracając do domu, z nikim nie rozmawiał i zagadującym nie 
odpowiadał, w domu zaś opowiadał, źe musiał tyle a tyle du¬ 
chów zanieść na cmentarz. Gdy ktoś umarł, Joppek utrzymywał, 
że rozmawiał z duszą zmarłego, która mu dała takie a takie 
polecenia do pozostałych przy życiu. W kościele bardzo często 
podczas nabożeństwa występował przed ołtarz i tak stał przez 
długi czas nieruchomo. Później twierdził, że musiał tak postąpić 
z nakazu duchów. Pewnego razu przy tej sposobności, milcząc, 
pobłogosławił ręką gminę. Po skończonym nabożeństwie opowia¬ 
dał, jakoby mu się objawił zmarły proboszcz Raabe (fi828)» 
który, niewidziany przez pobożnych, błogosławił gminę od ołta¬ 
rza i jemu rozkazał jednocześnie czynić to samo. Niższe warst¬ 
wy ludności wierzyły stanowczo w jego duchowidztwo1). Pewna kobieta w Mikołajkach, która zrobiła niedozwolony 
użytek z opłatka danego jej podczas Komunji, po śmierci nie 
znalazła pokoju i długo tułała się po ziemi. W końcu poleciła 
pewnemu duchowidcy, ażeby mężowi odsłonił tajemnicę. Skoro 
tylko ten odnalazł opłatek i odniósł do kościoła, nieboszczka po¬ 
zyskała pokój. (Mikołajki). W Mikołajkach, kiedy dzwonnik obudził się rano na Boże 
Narodzenie i wstał, żeby dzwonić na ranną mszę, usłyszał śpiew 
w kościele. W mniemaniu, źe zaspał porę, pośpieszył do kościo- ‘) N. Pr. Pr.-Dl., 1850, t. II, str. 467.
		

/Pomorze_060_08_0139_0001.djvu

			131 ła Kościół był rzęsiście oświetlony i napełniony ludem; ale 
byli to sami nieboszczycy i przy ołtarzu stał zmarły proboszcz. 
Przerażony dzwonnik pobiegł do żywego proboszcza, żeby mu 
donieść co widział. Tymczasem jednak upłynęła godzina duchów 
(dzwonnik obudził się o północy), i te spiesznie opuściły kościół. 
Pewna kobieta, żyjąca dotąd, obudziła się razu pewnego o pół¬ 
nocy i podążyła przez cmentarz na ranuą mszę do kościoła; 
znalazła się jeduak wśród tłumu i niebawem się przekonała, że 
to byli umarli, chciała więc uciekać. Ale duchy podążyły wślad 
za nią, zrywały jej okrycie z ramion, tak, iż potym znajdowano 
szczątki jego na grobach, i tak ją przelękły, że wkrótce potym 
umarła (Mikołajki). Dawniej nie była także obcą mieszkańcom Prus wiara 
w upiory, tych niespokojnych nieboszczyków, którzy wysysają 
żywym krew w okrutny sposób i porywają ich z sobą do gro¬ 
bów. Henneberger opowiada, że widziano na oczy smoktanie 
i jedzenie nieboszczyków w grobach, i że szczególnie miało się 
to zdarzać w roku 1564, kiedy w Prusiech grasowała zaraza1). 
Proboszcz węgoborski Helwing podaje następującą wiadomość 
Kiedy w r. 1710 grasowała u nas silna zaraza, i szczególnie w ludnej 
wsi Horsen wielu ludzi padło jej ofiarą, niektórzy, jako radę prze¬ 
ciwko zarazie zaproponowali, że trzeba wykopać zmarłego na zara¬ 
zę, i mianowicie takiego, na którym byłyby znaki, że w grobie za¬ 
czął sam siebie pożerać. Stało się teinu zadość; grabarze jednak nic 
znaleźli takiego trupa, któryby sam siebie pożerał. W końcu podali 
za takiego trupa, którego sami rozszarpali. Natenczas trupowi 
uroczyście ucięto głowę i zwłoki razem z żywym psem wrzucono 
do grobu; zaraza jednakże nie ustała2). Wreszcie Pisański około 
roku 17563) sądzi, że: „Te bezczelne psy krwiożercze, którym 
uczeni odmawiają wszelkiego kredytu, mogłyby się już stać nie¬ 
co skromniejszcmi. Tymczasem, pisze on dalej, człowiek pospo¬ 
lity nie jest jeszcze zupełnie wolny od strachu przed niemi. 
Dowodem tego strachu jest fakt, że się zwraca baczną uwagę 
na zwłoki, które są blade przed pogrzebaniem. W wielu miej¬ 
scowościach panuje jeszcze zwyczaj, że w chwili, gdy się ma D Hennobcrger, Erklärung der Landtafel, str. 324, 325. l’or- 
Derschow Christliches Bedenken von der Pestilenz, Królewiec, 1623, 4, 
str. 21. 2) W Breslauer Sammlung naturwissenschaftlicher u. a. Nachrichten, 
1722, styczeń, str. 83. 3) W cytowanym piśmie, nr. 24, § 13.
		

/Pomorze_060_08_0140_0001.djvu

			132 trumnę spuszczać do grobu, otwiera się ją raz jeszcze i te części 
ubrania nieboszczyka, które się przypadkiem wskutek wstrząś- 
nień przy przenoszeniu zbliżyły do ust nieboszczyka, starannie 
się odsuwa, a czyni się to w tej myśli, że mogłoby to dać po- 
chop nieboszczykowi do pożerania samego siebie.“ W piekle dusze gotują się w smole. Są jednak i kary 
osobliwe. Kto ukradł sieć, co uważa się za jeden z najcięższych 
grzechów, temu po śmierci będą wyrwane paznogcie ze wszyst¬ 
kich palców, i temi palcami będzie musiał rozwiązywać wszyst¬ 
kie węzły tej sieci. (Dąbrówno). PODANIA I BAŚNIE. 1. PODANIA. Karozmarka z Nakomiad. Karczmarka z Nakomiad (pomiędzy Kynem i Rastembor- 
kiem) była tak bezbożna, że często zamiast jednej zapisywała 
chłopom dwie półgarcówki piwa. Zmiarkowali to wszakże chło¬ 
pi i, kiedy przyszło do zapłaty, wytykali jej oszukaństwo i mó¬ 
wili jej: „Jeżeli się chcecie dostać do Pana Boga, powinniście 
postępować uczciwie.'* A inni na to: „Ona nie ma ochoty do Pana 
Boga, jeno do djabła." Wtedy karczmarka zaczęła się zaklinać, 
że niech ją djabeł w ich oczach z ciałem i duszą porwie, jeżeli 
ich na jedną półgarcówkę skrzywdziła. Djabeł nie ociągał się, 
natychmiast zjawił się w izbie i w oczach ludzi porwał karcz- 
markę. Przytym powstał przeraźliwy hałas w izbie, tak, iż obec¬ 
ni z wielkiego przerażenia popadali jak nieżywi na podłogę. 
Tymczasem djabeł przemienił ją w czarną kobyłę i tegoż wie¬ 
czoru zajechał na niej przed kuźnię w SzwarczszŁynie, obudził 
kowala i zażądał od niego, aby mu okuł jego szkapę. Kowal 
nie zgadzał się, bo i ogień już był zgaszony i czeladź udała się 
na spoczynek. Ale djabeł nie ustąpił i tak powiada: „Mam listy, 
które dziś jeszcze w nocy odwieźć muszę; jeżeli nie wstaniesz 
i nie okujesz mi szkapy, zaskarżę cię przed swoim jaśnie wiel¬ 
możnym panem.“ Kowal zląkł się, wstał i przyszykował obie 
podkowy. Kiedy wszakże przyłożył podkowę koniowi do kopyta, 
koń przemówił w te słowa: „Jeno ostrożnie, ojcze, bo jestem 
karczmarka z Nakomiad.“ Kowal tak się przestraszył, że mu 
obcęgi i podkowa z rąk wypadły. Djabeł napędzał go wciąż,
		

/Pomorze_060_08_0141_0001.djvu

			133 żeby się śpieszył, bo jeszcze tej nocy musi być z listami na 
miejscu. Ale kowal, nawpól żywy ze strachu, nie posuwał się 
naprzód z robotą, aż wreszcie kur zapiał. Wówczas koń prze¬ 
mienił się napowrót w człowieka. Djabeł uderzył karczmarkę 
trzy razy w pysk, tak, że ślady jego palców i pazurów „wypa¬ 
lone jakby dziegieć“ na jej policzkach były do końca życia, 
i zniknął. Karczmarka żyła jeszcze pół roku, ale biegała jak 
„obłąkana,“ i nie można jej było ani związać ani uwięzić; straciła 
też mowę. Podkowy zawieszono w kościele w Szwarczsztynie, 
gdzie je widział jeszcze biskup Paweł Speratus podczas wizy¬ 
tacji kościoła w r. 1562. Miało się to zdarzyć w r. 1473'). Chciwie o. Kiedy wielki mistrz Fryderyk Saski udał się na wyprawę 
z kraju (r. 1507), został w Pasymie namiestnik, którego pod¬ 
dani z powodu jego zdzierstwa nazywali chciwcem. Zabronił on 
rybakom, którzy posiadali prawo łowienia ryb w jeziorach pań¬ 
skich na potrzeby swojego stołu, oddawać się temu zajęciu. 
Rybacy powoływali sic na swoje prawo, ale napróżno, i łowili 
ryby pomimo zakazu. Namiestnik kazał ich ująć, ci jednak 
stawili opór i zabili jednego z pachołków. Wtedy namiestnik 
zabrał im najlepsze konie i woły, wskutek czego spokornieli 
i musieli powstrzymać się od rybołówstwa. Ale od tego dnia 
namiestnik nie mógł złowić ani jednej ryby swoją siecią. Uwa¬ 
żał on to nie za karę boską, lecz za czary, przypisał winę ko¬ 
bietom, które jakoby mu oczarzyły sieć i ryby, uwięził je i ka¬ 
zał katowi badać je (torturować), ale nie dowiedział się od nich 
niczego. Dobry nurek, który trzy godziny mógł zostawać pod 
wodą, podczas wyciągania sieci namiestnika, musiał wskoczyć 
do jeziora i zapewnił namiestnika, że w jeziorze jest dużo ryb, 
ale nader zręcznie umieją ustrzec się sieci; namiestnik myślał, 
że go przekupili chłopi. Udał się potym do jednej czarowni¬ 
cy, o której się dowiedział, że potrafiłaby to odczarzyć, co inne 
mogły oczarzyć. Ta jednak oświadczyła mu, że to pochodzi od *) Jeszcze bardziej szczegółowo jest opisane to zdarzenie 
w Erläutertes Preussen, t. I, str. 195—200 i 858. Porówu. Ilennen- 
berger, str. 429; Tettau i Temine, Volkssagen, str. 193.
		

/Pomorze_060_08_0142_0001.djvu

			134 Boga, który go karze za jego niesprawiedliwość, i że nie można 
tego ani odpokutować, ani naprawić, bo wprzód on ma umrzeć 
i wszystkie ryby wyginą w jeziorze, a potym jezioro będzie 
znowu obfitowało w ryby. Namiestnik jednak myślał, że i ona 
także jest przekupiona, i klnąc odjecbał. Wkrótce potym udał 
się namiestnik na polowanie. Naraz natyka się na strasznego 
niedźwiedzia, który się przeciw niemu podnosi. Koń przestra- 
szony zaczyna ponosić. Namiestnik chce powściągnąć cugle, ale 
uzda się zrywa, i koń w niepohamowanym pędzie rzuca się 
wprost do wymienionego jeziora, gdzie tonie razem z jeźdźcem. 
Nazajutrz przekonano się, że ryby w jeziorze także posnęły 
i pływają po wodzie. Tego roku nie było aui jednej ryby w je¬ 
ziorze; potym jednak było ich dość, jak dawniej. Szymon Grunau, który w początku XVI stulecia pierwszy 
opowiada to podanie, nie wymienia nazwy tego jeziora, ale 
Hennenberger słyszał od mieszkańców Pasyma, że to ma być 
jezioro Leleskie'). Kara za rozpustę w Kehl. W Kehl, wiosce nad jeziorem Niebolskim, położonej mniej 
więcej o pół mili od Węgoborka, w r. 15(J4 djabeł dał się 
straszliwie we znaki. Cztery osoby, które przedtym już żyły z sobą w podej¬ 
rzanym stosunku, w dzień Młodzianków (28 grudnia), upojone 
wódką udały się do małego polskim sposobem z drzewa zbudo¬ 
wanego domku i zamknęły się w nim od wewnątrz, by tam od¬ 
dawać się rozpuście. Ale djabeł nie dał długo czekać na sie¬ 
bie; zjawił się pośród nich nagle i najpierw jednej parze, której 
na imię było Paweł i Gertruda, karki poskręcał. Skoro to inni, 
Róża i Benedykt, zobaczyli, chciał Benedykt wydostać się przeze 
drzwi, ale djabeł tak go odciągnął, że skóra z jego ręki została 
przy zamku, i jemu także „kark złamał.“ Róży nietylko kark 
skręcił, lecz spalił jej także całe ciało od nóg aż do piersi, tak, *) Szymon Grunau, Preuss. Chronik XVI, 6. . Hennenberger, 
str. 342 i nast. Tettau i Temme, Volkssagen Ostpreussens itd. opuścili 
to podanie. Przeciwnie, sądzimy, że liistorję o synu marnotrawnym, 
którą Tettau i Temme opowiadają na str. 144 według Hennenbergera 
str. 345, powinniśmy tu opuścić.
		

/Pomorze_060_08_0143_0001.djvu

			135 że nic nie zostało z mięsa i wnętrzności; „tłuszcz z niej (bo to 
była dziewczyna dobrej tuszy) wsiąknął w ziemię, że, choćby 
kopać po kolana głęboko, wszystko jedno nie można się było 
dokopać do końca tłuszczu; a przytym tak strasznie cuchnęło, 
że niepodobna tego wypowiedzieć.” Przez kilka dni nie wie¬ 
dziano, gdzie się podziały te cztery osoby, chociaż krakanie 
mnóstwa kruków i wron koło doniku budziło najrozmaitsze do¬ 
mysły. W następną niedzielę (nieszczęście to stało się we czwar¬ 
tek) bracia tych dwóch dziewcząt chcieli napić się piwa, które 
było schowane w tym domku, i po długich i nadaremnych po¬ 
szukiwaniach lducza, wyłamali wreszcie drzwi. Wtedy ujrzeli 
tych czworo w opłakanym stanie. Ogarnęła ich wielka zgroza, 
i drżąc ze strachu uciekli. Djabeł rzucił za nimi pudłem, ale 
w żadnego z nich nie trafił; przeleciało ponad niemi precz za 
płot. Później zawleczono ciała do bagna i tam pogrzebano. 
Odtąd przychodziło wielu obcych, żeby zobaczyć to miejsce. 
Sprzykrzyło się to chłopom i próbowali przenieść ten domek; 
w tym celu podważyli go i podłożyli wielkie pnie, ale nie mogli 
go zanic ruszyć z miejsca, i zdjął ich strach taki, że zostawili 
pnie podłożone i odeszli. W takim stanie domek ten z podło- 
żonemi pniami oglądał uczony Hennenberger w r. 1573. Później 
wzniesiono na tym miejscu pomnik murowany z napisem w ję¬ 
zykach: łacińskim, niemieckim, litewskim i polskim, objaśniają¬ 
cym wypadek i ostrzegającym przed grzechem. Inna odmianka tego podania jest następująca: Nad tą roz¬ 
pustą w suszarni niebo się rozsrożyło, nadciągnęły czarne chmu¬ 
ry i niezwykłe błyskawice i pioruny miały ukarać ten wystę¬ 
pek. Wszystkie cztery osoby spaliły się w suszarni, a na pa¬ 
miątkę tego ohydnego występku wzniesiono pomnik. Jak tylko 
mur rujnuje się i pada, wtedy żałosne jęki i wycia w godzinach 
północnych nawołują ludność wiejską, żeby pomnik odnowiła 
i doprowadziła go do należytego stanu l). *) Hennenberger, str. 166. Vine. Barfus vera historia de cala¬ 
mitoso et horrendo quatuor personarum interitu, furoribus diabolicis 
e medio sublatarum, Duntisci 1593. Porównaj L. A. v. Werner, 
Historia de columna Kelnensi w Königsb. wöchentlich. Nachrichten 1744 
Nr. 48, 1748, nr. 49. Wollwcbcr w Freuss. Archiv 1791, str. 379 
i nast. Tettau i Temmc, Volkssagen von Ostpreussen, Litauen und Wcst- 
preussen, str. 173.
		

/Pomorze_060_08_0144_0001.djvu

			136 Wypędzenie djabła w Kłusach. Następujące zdarzenie przechowało się w aktach kościel¬ 
nych w Kłusach. W r. 1640 proboszcz Wiśniewski w drugą niedzielę po św. 
Trójcy, po wygłoszonym przez siebie kazaniu, podczas kiedy 
gmina śpiewała z wielką pobożnością psalm: „Bóg mocną twier¬ 
dzą naszą,” z kobiety wyznania rzymsko-katolickiego, opętanej 
przez djabła, wypędził djabła kobolda, który ją kusił do wszel¬ 
kiego złego, tak, iż nietylko sobie chciała uciąć szyję, lecz tak¬ 
że innym ludziom życie odebrać i przybić ich do ściany widła¬ 
mi od siana i od gnoju; a że po wyjściu zły duch ukazał się 
na progu kościelnym w przybranej ohydnej postaci, więc miej¬ 
scowy duszpasterz wyszedł ku niemu i zawołał: Exi, male spi¬ 
ritus, et da locum Spiritui Sancto! I kiedy mu wytknął grzechy 
jego: O ingrate, oblitus es Domini Dei, Creatoris tui omnipoten¬ 
tis, qui te creavit sanctum, sed tu a se (!) ipso impurus et 
malus factus es!— djabeł rozjuszył się niesłychanie i zaczął ry¬ 
czeć jak lew: „Exibo, non autem tuo jussu, sed ad interdictum 
Jesu Nazareni, przestałem dręczyć tę kobietę; jakem kobołd, 
tak prawda; będziesz miał pamiątkę!“ Potym, odwróciwszy się 
tyłem, uderzył krzywą nogą swoją w kamień, leżący przed 
drzwiami kościoła, i odcisnął na nim ślad stopy swojej tak, iż 
najdokładniej widać było wielki palec i trzy inne palce ludzkiej 
nogi, oraz piętę jakby wielkiej nogi koguta,—co uczyniwszy, dja¬ 
beł zniknął. Wiadomość o wypędzeniu djabła w związku z odbiciem 
nogi jego na kamieniu przed drzwiami kościelnemi powstrzy¬ 
mała Polaków i Tatarów podczas napadu w r. 1656 od spale¬ 
nia tego kościoła. Przy przebudowywaniu go w r. 1754 usunięto 
kamień z poprzedniego miejsca przed drzwiami kościoła, żeby 
kobiety brzemienne nie potrzebowały go przestępować ’). Stan niewinności. Przed bardzo dawnemi laty żył człowiek, którego ojczyzną 
i siedzibą było niezmierzone morze; to morze przepływał on *) Według wiadomości proboszcza Grosza w Kłusach, podanej 
w r. 1786 biskupowi Giseviusowi z Jansborka (rękopis w archiwum 
kościelnym w Łęku), który przytacza starsze akty kościelne w Kłusach.
		

/Pomorze_060_08_0145_0001.djvu

			137 z końca w koniec na słupku. Pewnego razu fale zagnały go 
do lądu, i tu ku zdziwieniu swemu spotkał istotę, jakiej dotych¬ 
czas nie widział nigdy — człowieka. Ten niemniej dziwił się 
niezwykłemu wyglądowi przybysza i jego statku i przeżegnał 
się, gdy się dowiedział, że wyrósł w zupełnej ciemnocie, że 
o Bogu nic nie wie. Z litości nauczył go „Ojcze Nasz“ i ob¬ 
jaśnił mu w krótkich słowach naturę i przeznaczenie człowieka. 
Obcemu przybyszowi otwmrzyły się naraz oczy. Udał się znowu 
na morze, ale o dziwo! nie chciało go ono już nosić. Wraz 
z „Ojcze Nasz“ poznał słabość swoją i nigdy już nie odzyskał 
siły dawniejszej *). (Z Dąbrówna). Pobożność w kościele. Był sobie człowiek, który bardzo niechętnie chodził do 
kościoła; na każde wezwanie, by szedł do kościoła, odpowiadał: 
„Ci, którzy regularnie chodzą do kościoła, niezawsze bywają naj- 
lepszemi ludźmi; wiele także grzeszy się w kościele, szczególnie, 
kiedy się tam idzie nie z wewnętrznego popędu, lecz gwoli 
zwyczajowi.“ Zdarzyło się wszakże jednej niedzieli, że zaszedł 
do kościoła. Przygląda się wchodzącym, ale jakże musiał się 
zdziwić, gdy oparty o ścianę, zobaczył tam djabla z szyfrem 
w ręku. Przed djablem leżała rozpostarta ogromna skóra wo¬ 
łowa, na której zapisywał wszelkie niewłaściwe postępki obec¬ 
nych w kościele. Djabeł pisał bezustanku. Cała skóra była 
już zapisana, nie brakowało na niej nikogo z obecnych; wyjątek 
stanowił tylko nasz rzadki gość w kościele. Gniewało to djabla, 
że ten tylko miał ujść cało. Cóż więc czyni? Schwycił zębami 
skórę wołową i ciągnie z całej siły. Coś niepojętego trzyma ł) Legiendę powyższą możnaby niewątpliwie odszukać w bar¬ 
dzo starych źródłach, ale nie udało mi się to na razie. Piękną le¬ 
giendę o łożu Madejowym, zapisaną dla mnie w Jerutkacli, opusz¬ 
czam tu, gdyż czytelnik znajdzie ją po polsku w A. Poplińskiego 
„Wybór prozy i poezji polskiej,” wyd. 3, Poznań 1853, str. 139; 
tak samo legienda „Pobożność chłopca,“ którą otrzymałem z Dąbrów¬ 
na, znajduje się u Poplińskiego, tamże, str. 341; wreszcie legienda 
„Mazur mądrzejszy od djabła,” której nie słyszałem na Mazurach, 
należących do Prus, i której co prawda nie można stosować szcze¬ 
gólnie do mieszkańców tej okolicy, znajduje się u Poplińskiego, 
tamże, str. 115. Wierzenia mazurskie 17
		

/Pomorze_060_08_0146_0001.djvu

			138 skórę na miejscu; nagle jednak skóra ustąpiła, i zły tak się 
uderzył głową o ścianę, źe upadł. Wobec tego nasz rzadki gość 
nie mógł dłużej wytrzymać; roześmiał się serdecznie z tej przy¬ 
gody djabła. Tego tylko potrzeba było djabłu. Z miną szy¬ 
derczą wciągnął go także na listę1). (Z Dąbrówna). Winowajcy w Jansborku. Przed niejakim czasem w Jansborku umarli rychło jeden 
po drugim sędzia, burmistrz i egzekutor, a zaraz potym piorun 
uderzył w sklep kupca M. Opowiadano z tego powodu nastę¬ 
pującą historję: Kiedy sędzia stanął przed Sędzią Przedwiecznym, ten go 
zapytał, dlaczego on tak dręczył ludzi uciąźliwemi podatkami 
i różnemi innemi sposobami. Sędzia usprawiedliwiał się i za¬ 
pewniał, że wina ciąży na burmistrzu. Wtedy Sędzia Przedwiecz¬ 
ny rozkazał słudze swemu: „Idź i zawołaj mi burmistrza!“ Wtedy 
umarł burmistrz i stanął przed sądem Przedwiecznego. Prze- 
słucbywany, usprawiedliwiał się i winę spędził na egzekutora. 
Wtedy powiedziano: „Idź, sprowadź mi egzekutora!“ Egzekutor 
umarł, stanął przed sądem Przedwiecznego i był przesłuchany. 
Egzekutor także się usprawiedliwiał i rzekł: „Cała wina ciąży 
na kupcu M., który ma dobrą wódkę; zachodziłem do niego co 
czas jakiś i wypijałem po parę kieliszków; będąc pijany, 
nie wiedziałem, co czynię.“ Wtedy odezwał się głos: „Niechaj 
grom święty uderzy w sklep kupca M.,u co się też niebawem 
ziściło. W jakiś czas potym pewien człowiek z Jansborka spotyka 
kowala z wozem węgli, zaprzężonym w trzy duże konie; kowal 
był właśnie zajęty dorzucaniem koniom węgla na obrok zamiast 
owsa lub siana. Jansborczanin pyta: „Co to robicie? Czyż konie 
jedzą węgle?“ A kowal na to: „Nie zasłużyły na nic lepszego! 
Czyż ich nie znacie?” Tamten odparł: „Jakże miałbym je znać? 
nigdy ich nie widziałem.“ Na to kowal ciągnął dalej: „W ta¬ 
kim razie powiem wam, kto są te konie; jeden jest sędzia, dru- ) lę Samą historję podaje Eirmenich w Völkerstimmen Germa- 
niens, t. III, str. 636, z okolicy Chojnic. Zaznaczyć należy, iż Ma¬ 
zurzy, którzy tak regularnie uczęszczają do kościoła, znają dobrze 
tę historję.
		

/Pomorze_060_08_0147_0001.djvu

			139 gi burmistrz, trzeci egzekutor H. Tak się im dzieje po śmierci. 
Wiecie już teraz i możecie każdemu dalej opowiadać.” Ten ko¬ 
wal był to djabeł1). Zmory. Dwaj terminatorzy, wędrując sobie po świecie, wstąpili na 
nocleg do jednej gospody. A gospodarz jej miał trzy córki; 
wszystkie one były zmorami i musiały wychodzić co noc, żeby 
dręczyć: jedua ludzi, druga bydło, trzecia drzewa. Podróżni po¬ 
łożyli się na jednym posłauiu, ale jeden z nich nie mógł zasnąć, 
i kiedy północ nadeszła, słyszał, jak trzy córki wróciły do domu 
i rozmawiały między sobą. Były mocno przeziębię i uskarżały 
się na swoją biedę. Jedua rzekła do innych: „Tobie jednak 
lepiej niż mnie, bo daleko łatwiej przedostawać się do obór do 
bydła, niż do domów ludzkich, szczeluie pozamykanych! ’ Na to 
odezwała się trzecia: „Mnie jednakże jest najciężej, bo muszę 
w zimno włazić na drzewa, by je dusić.“ Podróżny obudził 
8 woj ego towarzysza, żeby także przysłuchał się tej rozmowie. 
Nazajutrz udali się do ojca tych trzech dziewcząt i powiedzieli: 
„Czy wy też wiecie, że córki wasze są zmorami?“ Ojciec nie 
wiedział o niczym; kiedy mu jednak powiedzieli, co słyszeli 
w nocy, przekonał się, dlaczego wyglądały zawsze tak blado. 
Idąc za radą gości, ochrzcił je raz jeszcze, i dzięki temu uwol¬ 
niły się od złego2). Podanie o górze Gołdapskiej. Dawno już temu stał na górze Gołdapskiej piękny zamek, 
zamieszkany przez możnego pana, którego jednak wszyscy się 
bali, gdyż znany był jako straszny rozbójnik. Przeciwieństwem 
jego była jego córka (według innych było ich dwie), która 1) Jakkolwiek podanie to sprawia raczej wrażenie anegdoty 
albo poprostu wymysłu fantazji, zawiera ono wszakże w sobie nader 
znamienne pierwiastki ludowe. Przemianę winowajców w konie zna¬ 
my już z historji karczmarki z Nakomiad. Jest to zresztą wogóle 
pospolite u Mazurów wierzenie, że źli ludzie po śmierci w postaci 
koni muszą się męcczyć w ciężkiej pracy. 2) Z okolicy Olsztynka. Porówn. od str. 177 t. VI Wisły.
		

/Pomorze_060_08_0148_0001.djvu

			140 w cichości starała się robić dobrze, gdzie on co złego zrobił. 
Kiedy jednak gwałty i nieprawości jego przebrały miarę, znik¬ 
nął nagle zamek ze wszystkim, co w nim było, i zapadł się 
w górę. Od tego czasu co sto lat, tej samej nocy, pomiędzy 
godziną 11 wieczorem a pierwszym pianiem koguta, daje się 
widzieć na górze dziewica i czeka na wybawienie, kiedy zamek 
z całą swoją okazałością wynurzy się znowu, ona zaś, jako 
małżonka swojego wybawcy, uczyni go panem zamku. Wyba¬ 
wienie to jednak nie jest łatwe, jak się zresztą o tym prze¬ 
konał pewien mieszczanin z Gołdapią. Zabłądził jednej nocy na 
wysoką górę i zobaczył tam tułającą się postać w bieli. Jak¬ 
kolwiek postać przyjaźnie kiwała mu głową, ociągał się zrazu, 
aż wkońcu zdobył się na odwagę i zbliżył się ku niej. Postać 
zapytała go, czy zechciałby zanieść ją na plecach do miasta, 
przez co wybawiłby ją i zamek, ale nie wolno mu się przytym 
obejrzeć. Przyrzekł jej to, wziął ją na plecy i ruszył ku Goł- 
dapiowi. Wkrótce jednak usłyszał za sobą straszny zgiełk, jak 
gdyby dzikie zwierzęta miały się rzucić na niego; ogarnął go 
strach wielki, zapomniał o swoim przyrzeczeniu, obejrzał się, 
i—ciężar jego oraz wrzawa zniknęły. Od tego czasu człowiek 
wpadł w zadumę i wkrótce też potym umarł. To był ostatni, 
który widział białą postać; być może, iż po tym nieszczęśliwym 
wypadku nie ukaże się już więcej1). Podanie o górze pod Pietraszami. Na górze pod Pietraszami (na południe od Gołdapią) stała 
niegdyś twierdza. Twierdza ta zniknęła, ale co noc ukazywała 
się na górze postać biała, która padała na kolana i modliła się, 
jak powiadają, żeby zmazać grzechy swojego ojca, właściciela 
zamku zapadłego. Jednej nocy zbłąkany pastuch ujrzał tam 
modlącą się dziewczynę i zbliżył się do niej; postać się pod¬ 
niosła, zbliżyła się do niego i spytała łagodnym głosem, czy nie 
zgodziłby się wziąć jej w swoje objęcia i trzymać tak aż do 
pierwszego piania koguta; ocaliłby przez to ją i zamek, a sam 
zostałby panem zamku. Pastuch przyrzekł jej to i pochwycił 
ją w objęcia. Wtedy piękna postać zaczęła się opierać, on jed- *) N. Pr. Prov.-Bl, 1847, t. I, str, 478.
		

/Pomorze_060_08_0149_0001.djvu

			141 nak trzymał ją tym mocniej; wkońeu przemieniła się w strasz¬ 
nego zwierza, czym jednak nie dał się odstraszyć; pięćdziesiąt 
najrozmaitszych postaci zmieniało się w jego ręku, jedne od 
drugich straszniejsze, aż wreszcie ujrzał w objęciach swoich 
obrzydliwego smoka. To złamało odwagę jego, otworzył ramio¬ 
na, plunął na potwora i uciekł stamtąd jak szalony. Ledwie 
świt, przybył do Gołdapią, oblany potem i kurzem okryty. 
Chciał opowiedzieć, ale przestrach odjął mu słuch i mowę, tak, 
iż mógł porozumiewać się tylko na migi. Od tego czasu nie 
widywano już tej postaci1). Podanie o górze pod Grodziskiem. Na górze pod Grodziskiem (pomiędzy Węgoborkiem i Goł- 
dapiem) stał niegdyś zamek, w którym mieszkał dumny rycerz 
ze swoim synem, a obadwaj żyli z grabieży. Podczas jednego 
napadu na kupców przejezdnych syn został zabity. Kiedy pa¬ 
chołkowie przynieśli zwłoki do domu, stary zaczął przeklinać 
wszystkich i poprzysiągł wymordować tylu, ilu tylko zdoła; do¬ 
trzymał też wiernie swojej przysięgi. Jakiś pielgrzym pobożny, 
który szedł tą drogą i również miał paść ofiarą zemsty ryce¬ 
rza, zaklął go w psa, poczym zamek się zapadł, a na tym miej¬ 
scu powstała sadzawka. W godzinie duchów widziano pływa¬ 
jącą skrzynię ogromną, na której leżał na straży pies czarny. 
Każdy ze strachem unikał tej sadzawki, aż pewnego razu wreszła 
na górę gromada dziarskiej młodzieży, żeby zbadać głębokość 
sadzawki zapomocą powrozu z kamieniem uwiązanym na końcu. 
Zaledwie wszakże zabrali się do tego zuchwałego przedsięwzię¬ 
cia, gdy z głębi jeziora dało się słyszeć ochrypłe warczenie, wo¬ 
bec czego młodzież wielkiemi susami szybko zbiegła z góry. 
Potym nigdy już nie słyszano tego hałasu na sadzawce, i obec¬ 
nie tak się jej ludzie nie boją, że wzięto się już do przemienie¬ 
nia dna dawnej sadzawki w pole uprawne2). Podanie o górze Djabelskiej w Borkowskiej puszczy. W puszczy Borkowskiej, położonej w parafji Knopki, pow. 
Węgoborskim, niedaleko od wielkiego majątku Lekuk, górę jed- ‘) N. Pr. Prov.-Bl. 1847, t. I, str. 480. 
N. Pr. Pr.-BI. 1847, t. I, str. 479.
		

/Pomorze_060_08_0150_0001.djvu

			— 142 - ną nazwano Dj a bełską. Powód tej nazwy jest następujący: Na górze miał niegdyś mieszkać gospodarz, który ubogo żył i nie 
miał pieniędzy. Zabudowania jego były tak nędzne, że się już 
zapadały; nikt nie chciał mu pomóc, on zaś nie miał własnych 
środków na wznoszenie budowli. W takiej potrzebie, według podania, wezwał on djabła o północy i prosił go o pomoc. Dja- beł stawił się też na wezwanie z jedną nogą ludzką a drugą 
końską i za pomoc swoją zażądał od niego duszy. Gospodarz 
zgodził się oddać djabłu nawet duszę swoją, jeżeli się ten po¬ 
dejmie napełnić mu za to miarkę jego złotem. Gdyby jednak 
djabeł nie napełuił miarki gospodarza, tedy znów ten nie będzie 
obowiązany oddawać mu duszy swojej. Kiedy umowa stanęła, go¬ 
spodarz, uradowany, że wydobędzie się z nędzy, podstawił miar¬ 
kę bez dna nad wielkim dołem od kartofli; djabeł nic o tym 
nie wiedząc, sypie a sypie pieniądze do miarki, ale zanic nie 
może jej napełnić. Tak, oszukawszy djabła, gospodarz dzięki 
przebiegłości swojej zyskał dużo pieniędzy, wyszedł z nędzy 
i ocalił duszę swoją. Na górze tej, którą potym król odkupił, 
mieszka leśniczy, należący do puszczy Borkowskiej, a obok za¬ 
budowań jego stoi duży kamień, na którym na pamiątkę umiesz¬ 
czono wizerunek djabła, i dlatego właśnie miejscowość ta nosi 
nazwę „góry Djabelskiej.“ Podanie o Złotej górze w lesie Przezdzęekim. W lesie Przezdzęekim, parafji Kruklankach, pow. Węgo- 
borskim, wznosi się góra tuż nad rzeką „Lupiner.“ Ludziom, 
którzy w tej rzece łowili ryby, zdawało się zarówno we dnie, 
jak i w nocy, że rozlega się dźwięk, jakby przesypywanie złota 
szuflą i turkot powozów, albo halas polowania na dzikiego zwie¬ 
rza. Gospodarze, w przekonaniu, że w tym coś być musi, zmu¬ 
szeni byli sprowadzić czarownika. Ten po przybyciu na miejsce 
wskazał im, gdzie na górze tej w jego obecności kopać mają, 
co też uczynili. Kiedy już wykopali na półtora czy dwa sążnie 
głęboko, natknęli się na sklepienie z cegieł. Po wyłamaniu kilku 
cegieł przekonali się, że była tam duża piwnica; czarownik 
w żelaznych rękawicach spuścił się w dół i rozmawiał tam 
z jakimś duchem. Kiedy wydostał się na wierzch, oznajmił 
obecnym, że jest tam wielka skrzynia ze złotem i srebrem, i pro¬ 
sił, aby mu dano z niej to tylko, co jest w szufladce tej skrzyni
		

/Pomorze_060_08_0151_0001.djvu

			143 wszystko zaś, co się poza tym w uiej znajdzie, mają sobie 
wziąć na własność. To usłyszawszy, jednomyślnie zgodzili się 
z jego wolą; wydobyto skrzynię na wierzch i do odwiezienia 
jej sprowadzono i zaprzężono już konie. Ze jednak przez ten 
czas niektórzy chcieli zmienić swoje przyrzeczenie i mówili mię¬ 
dzy sobą, że mu nie dadzą tego, co jest w szufladzie, tedy 
czarownik powiedział im: „Ponieważ zgrzeszyliście tym, żeście nie 
wytrwali przy jednym postanowieniu, więc nikt z was nic nie 
dostanie. Odetnijcie prędko powrozy i ratujcie konie, nim 
się stanie nieszczęście.” Zaledwie wyprzężono konie, skrzynia 
z wielkim hałasem stoczyła się do rzeki „Lupiner11 i zostawiła 
po sohie rów głęboki, który dziś jeszcze oglądać można. Od 
tego czasu przestali ludzie słyszeć dźwięki, które się przedtym 
powtarzały. Kiedy wkońcu gospodarze dowiedzieli się od cza¬ 
rownika, że w szufladzie nie było nic oprócz pasa i złotych 
rękawiczek, a przeznaczona dla nich skrzynia pełna była złota, 
żałowali bardzo, że mu nie ustąpili tego, co było w szufladzie. 
Dlatego za swoje starania mieli tylko tę korzyść, że z cegieł 
w tej górze mogli sobie zbudować kilka stajni; i po tylu latach 
aż do dnia dzisiejszego stoją jeszcze mocno dwie nienaprawiane 
wcale stajnie u dwóch gospodarzy, Kreślą i Sadowskiego. Wielu 
jeszcze w to wierzy i uważa to za rzecz prawdziwą i nazywają 
tę górę ,.Złotą.” Widać na niej dziś jeszcze dół, z którego 
skrzynię wydobyto i brano cegły na stajnie. Podanie o wyspie Gilm. Na wyspie Gilm, znajdującej się na jeziorze Dobskim, 
w pobliżu samej wsi Doby, stał za dawnych czasów zamek, 
z którym także wiążą się stare podania. Przekonywamy się 
o tym z opisu wyspy Gilm, ułożonego przez proboszcza węgobor- 
skiego Pisańskiego w r. 1794; w opisie tym między innemi czytamy: „W końcu należy zauważyć jeszcze, że gmin tu wszędzie 
opowiada różne o tej górze bajki; nawet przed kilku laty jesz¬ 
cze ludzie, jadący zimą z Węgoborka do Barycza, mieli jakoby 
widzieć dziewicę, siedzącą w nocy przy świetle. Ten wytwór 
wyobraźni być może stąd pochodzi, że gmin jeszcze tu i owdzie 
wierzy, że muszą w tej górze być skarby ukryte, których właś¬ 
nie owa widziana dziewica dogląda i strzeże1).“ *) Preuss. Archiv, 1794, str. 556, 557.
		

/Pomorze_060_08_0152_0001.djvu

			144 Podanie o zamku nad jeziorem Satint. Nad najwęższą częścią jeziora Satint, leżącego pomiędzy 
Szeszkami i Białągórą, wznosi się wzgórze, a na nim przetrwały 
jeszcze szczątki starego wału. Ma tam być skarb ukryty. Je¬ 
den chłop z poblizkiej wsi Popowa, tuż nad samym jeziorem 
położonej, dowiedział się, jakim sposobem skarb ten można wy¬ 
dostać, ale zarazem z naciskiem go ostrzegano, żeby się nie 
śmiał, cokolwiek mu się zdarzy po drodze; inaczej mogłoby go 
spotkać wielkie nieszczęście. Nasz chłop wydostaje skarb, 
przenosi go do czółna i płynie sobie wesół do domu, ani dbając 
o tych wszystkich karzełków, którzy mu z brzegu wyprawiają 
pocieszne harce, by go pobudzić do śmiechu. Ale, wtym ukazuje 
się sam djabeł wierzchem na koźle, i nuż wyprawiać rozpaczliwe 
giesty i ruchy motające, jakie przypisujemy zupełnie niesłusznie 
towarzyszom cechu krawieckiego. To już było zanadto śmieszne; 
roześmiał się chłop na całe gardło i—wokamgnieniu czółno się 
wywróciło, i skarb i jego znalazca poszli na dno ‘). Podanie o zamku przy Nowo-Bagienieach. Przy Nowo-Bagienicach nad jeziorem Janowskim pomiędzy 
Ządzborkiem i Sorkwitami wznosi się wzgórek z wałem, zwany 
przez lud zameczkiem, albo okopem szwedzkim. Krążą o nim 
różne podania. Dwaj rybacy, przechodząc późnym wieczorem mimo za¬ 
meczka, widzieli żołnierza bez głowy, który dwa razy okrążył 
wał i potym zniknął nagle. Niegdyś panny mieszkanki zamku chodziły w Nowy lłok na 
tańce do karczmy w Staro-Bagienicach; to znów widziano, jak 
w noc świętojańską dwie panie w białych okryciach wyszły 
z wewnątrz okopu i kąpały się w jeziorze. Nie brak tu także i czarowników. Jeden z nich znalazł 
na górze książkę, w której opisane były dzieje zamku, a zwłasz¬ 
cza wiadomość o skarbie, jakoby tam zakopanym. Kiedy główny 
czarownik zapomocą czarów wydostał ciężką, żelazną skrzynię, 
posprzeczał się ze swoimi wspólnikami o to, kto ma wziąć to, 
co się w samej skrzyni znajduje, a kto to, co leży w szufladzie. *) N. rr. Pr.-BI. 1865, str. 539, 540.
		

/Pomorze_060_08_0153_0001.djvu

			145 Gdy zaś w szufladzie znalazły się tylko pas ze złotą klamrą 
i para złotych czy też złotem przetykanych rękawiczek, a w skrzy¬ 
ni czyste czerwone złoto, sprzeczkom końca nie było, aż wresz¬ 
cie pokrzywdzony przeklął skrzynię. Wtedy wieko jej zapadło 
się natychmiast, a skrzynia powoli zsunęła się do jeziora i zato¬ 
nęła w nurtach jego. Pomimo wszelkich poszukiwań nie odna¬ 
leziono jej do dnia dzisiejszego, bo co ludzie we dnie rozkopią, 
to się w nocy znów zapada *). Podanie o Świętym jeziorze. Odpływ Świętego jeziora, nad którym leży młyn kurkow- 
ski, wpada do Łyny. W miejscu, gdzie odpływ ten wychodzi 
ze Świętego jeziora, a zatym powyżej młyna kurkowskiego, znaj¬ 
duje się stara szluza. Łyna przerzyna szereg małych jezior, mię¬ 
dzy innemi jezioro Kernoz pod Kurkami. Powyżej jeziora Ker- 
noz po lewej stronie Łyny leży jezioro Dillik pod Lipowem. Koło starej szluzy pokazywało się dawniej dość często 
widmo białego konia, którego rżenie i tętent można było sły¬ 
szeć zdaleka. Na intencję usunięcia tego widziadła miało się 
tam odbyć przed dawnemi laty nabożeństwo tak piękne, iż 
wszyscy płakali. Nie osiągnięto wszakże skutku pożądanego, 
bo wciąż jeszcze ukazuje się biały koń, dosiadany niekiedy 
przez widmo białego rycerza, zarówno nad jeziorem Świętym, 
jak i nad jeziorem Kernoz i Dillik, i sieje postrach wśród 
ludzi. Podczas nieszczęsnej wojny francuskiej w r. 1807 szkolny 
nauczyciel z Brzeżna (wpobliźu Kurek i Lipowa) udał się do 
Olsztynka, żeby odebrać napowrót konia, którego uprowadzili 
Francuzi. Kiedy wracając, doszedł do bagna za Szlagami, uj¬ 
rzał na nim białego konia, który się zbliżył ku niemu i prze¬ 
straszył go przeraźliwym rżeniem. Niektórzy dodają, że koń 
ów tyłem przygalopował do niego. Jednakże nauczyciel wyszedł 
z tej przygody bez szwanku 2). N. Pr. Prov.-Bl. 1865, str. 539. 2) Z ustnego opowiadania w Kurkach. 
Wierzenia Mazurskie.
		

/Pomorze_060_08_0154_0001.djvu

			146 Jezioro Tanenberskie. Pod Tanenbergiem leży jezioro, którego woda w dawnych 
czasach posiadała cudowną moc leczniczą. Wielu cierpiących na 
oczy odbywało tam wędrówki, i wracali uzdrowieni. Ślepi nawet 
dzięki cudownej sile wody wzrok odzyskiwali. Tak działo się 
przez długie czasy. Ale mieszkała tam niegdyś pani, która 
miała pieska faworyta i lubiła go niezmiernie. Piesek zachorował 
na oczy, i pani niczego tak nie pragnęła, jak przywrócić mu 
zdrowie. Ponieważ jednak wszelkie środki nie pomagały, więc 
zaniosła go do jeziora i obmyła wodą uzdrawiającą. Pani osiąg¬ 
nęła, czego chciała. Piesek wyzdrowiał—ale od tej chwili woda 
straciła swoją moc uzdrawiającą1). Podanie o Złotych górach pod Niborkiem. Na najwyższym szczycie Złotych gór (na północo-wschód 
od Niborka) stoi wielowiekowa sosna, z której można widzieć 
ciągnące się daleko dokoła lasy wiecznie zielone. Koło tej sosny 
ukazywała się dawniej dość często prześliczna panna, która 
wśród długiego oczekiwania na wybawienie wydostawała się 
z podziemnego pałacu swego na światło dzienne przez zagłębie¬ 
nie w kształcie studni, dziś jeszcze widoczne. Promieniejąca 
wdziękiem i drogiemi klejnotami siadała na karczu sosnowym 
i złotym grzebieniem czesała swoje długie złociste włosy. Kto 
tylko ją zobaczył, drżał na widok takiej cudnej piękności, i nikt 
nie śmiał zbliżyć się do niej. Jeden młodzieniec, idąc tam za¬ 
topiony w myślach i nie widząc, co się dokoła dzieje, podszedł 
do niej tuż blizko, i ujrzawszy ją, padł przed nią na kolana 
w błogim zachwycie. Dziewica rzekła do niego: „Jeżeli mię wy¬ 
bawisz z mojej samotności, możesz żądać ode mnie w nagrodę, 
czego tylko zechcesz.“ Obiecała mu w darze swoje klejnoty; 
przyrzekła mu także cudowne dary ze swego podziemnego pa¬ 
łacu: trzy karmne świnie z ciężkim złotym korytem, z którego 
je karmiono, jeżeli mu się tylko uda wydostać to koryto na 
światło dzienne; trzy kury jak śnieg białe, które znosiły tylko *) N. Pr. Prov.-Pl., 1846, t. II, str. 44. (Porówn. Temme 
i Tettau Preuss. Volkswagen, nr. 176, 198. Mtillenhof, Schleswigs Sa¬ 
gen, str. 106, nr. 126.
		

/Pomorze_060_08_0155_0001.djvu

			147 złote jajka; wreszcie (ja^ wolno przypuszczać z iuuyck klechd 
podobnej treści), zapewne też obiecała mu rękę swoją.^ Mło¬ 
dzieniec, niedługo się namyślając, bierze pannę na barki i chce 
ją unieść stamtąd. Ale w tejże chwili widzi, że go otoczyły 
wszystkie zwierzęta ze Złotych gór, tak, iż nie może ruszyć się 
z miejsca. Panna objaśniła go: „Dzieło mojego wybawienia uda 
się tobie, jeżeli bez strachu pocałujesz każde z zebrauych tu 
zwierząt.“ Poddał się młodzian rozkazowi i, zdobywszy się na 
odwagę, całuje zwierzęta po kolei, jak się zbliżają, samy, za¬ 
jące, żbiki itd., całuje sowy, dzięcioły, jastrzębie, zięby itd., ca¬ 
łuje żmije, padalce, jaszczurki, szczury, salamandry, robaki, żuki 
itd. Kiedy myślał, że skończył już swoją robotę, podpełzła 
jeszcze wielka obrzydliwa ropucha, cała pokryta stiupami i trą¬ 
dem z czerwonemi mrugającemi oczyma. Wtedy wyczerpała się 
odwaga jego, i zamiast pocałować ropuchę, zawołał: „A jeszczeż 
to i ciebie tu djabli mają?“ Wtedy panna zapadła się w głębię, 
żaląc się w te słowa: „Teraz zakląłeś mię już na wieki; teiaz 
już muszę zrzec się wszelkiej nadziei, abym kiedykolwiek była 
wybawiona.” Próba wybawienia odbyła się w sobotę i nie udała się; na¬ 
zajutrz w niedzielę tam, gdzie się panna czesała, ukazało się 
trzech czarnych młodzieńców, którzy wypłoszyli z góry wszelką 
istotę ludzką. Ale, panny już od tego czasu żadne oko ludz¬ 
kie nie widziało1). Podanie o Złotych górach pod Niborkiem. W Złotych • górach zapadł się nietylko zamek, lecz całe 
miasto. Za dawnych czasów dość często wynurzały się stamtąd 
dwie panny. Jedna z nich uprosiła chłopa z Zimnej wody, by 
ją wybawił; nauczyła go nawet, jakim sposobem ma to uczynić, 
i zamówiła go sobie w tym celu, by się na oznaczony dzień 
stawił na górze. Skoro tam przyszedł, natarł na niego tłum 
jeźdźców, wyszły cli z góry i groził mu porąbaniem w kawałki. 
Chłop tak się przeląkł, że uciekł i zaniechał wszelkich prób wy¬ 
bawienia. Od tego czasu ukazywała się tylko jedna panna, 
wszakże i ta już teraz znikła2). ») Według podania ustnego z Wałów. 2) Według podania ustnego ze Zgniłochy.
		

/Pomorze_060_08_0156_0001.djvu

			148 Podanie o Złotych górach. Pewien chłop usiłował wybawić pannę ze Złotej góry przez 
codzienne w ciągu sześciu tygodni modły za nią, jak to mu by¬ 
ło polecone. Pełnił to przez czas jakiś bardzo sumiennie. Ale 
razu pewnego, właśnie kiedy się modlił, zdarzyło sie, źe sztuka 
bydła chciała mu uciec z podwórka. Przerwał tedy modlitwę 
i próba wybawienia została skutkiem tego nazawsze udarem¬ 
niona *). Podanie o Złotych góraoh pod Niborkiem. Na Złotej górze widać zagłębienie, które w rodzaju jaskini 
ma się przedłużać w niezmierzoną głębię2). Starzy ludzie po¬ 
wiadają, że te jamy miały pozostać po dawniejszych kopalniach 
siarki. I astuszkowie przez ciekawość zapuszczali nieraz do tych 
otworów i lochów drągi i powrozy; po wyciągnięciu okazywało 
się, źe same końce ich zawsze bywały oberwane, Inni utrzymują, źe w takich razach pastuszkowie wycią¬ 
gali nieraz złote monety, przywiązane do drągów albo powro¬ 
zów. To skłoniło ich do spuszczenia na powrozie czapki, która 
także wyciągnęli ^ pełną złotej monety. Otóż przyszła jednemu 
z nich ochota dać się przez swoich towarzyszów spuścić na po¬ 
wrozie; ale na złe mu to wyszło. Kiedy go towarzysze znowu 
wyciągnęli, znaleźli wprawdzie czapkę jego pełną złota, ale jego 
samego bez głowy3). Podanie o Majnegórach pod Niborkiem. Majnegóry (zwane po niemiecku Irrberge), położone nie¬ 
daleko od Złotych gór, miały otrzymać swoją nazwę niemiecką 
od następującej okoliczności: Wojna w r. 1807 wypędziła mieszkańców Wałów oraz in- ‘) Według podania ustnego ze Zgniłocliy. ) Całkiem podobne zagłębienie znajduje się według Pisań- 
skiego Merkwürdigkeiten des Spirdingsees także na górze Terkło nad 
jeziorem Spirding i według Drigalskiego Merkwürdigkeiten des Kutten- 
schen Kirchspiels także na górze pod Grodziskiem. 3) Według ustnego opowiadania z Kurek.
		

/Pomorze_060_08_0157_0001.djvu

			149 nych wiosek sąsiednich w Majnegóry. Ale w całej okolicy pa¬ 
nował głód wielki. Wtedy jedna dziewczyna znalazła u stóp 
góry korzeń jadalny, podobny do marchwi, i głód nim zaspokoiła. 
Przykład jej zwrócił na to uwagę innych; wszyscy zaczęli szu¬ 
kać tego korzenia i im więcej go szukali, tym więcej znajdowali. 
Kto zjadł tego korzenia, zapominał o nędzy i troskach, ale też 
nie mógł odnaleźć drogi z gór do domu. Wyszedszy z lasu, lu¬ 
dzie dobrze widzieli swoje mieszkania i pola, ale skoro tylko 
usiłowali dojść do nich, błądzili. Błądzili tak w górach dni 
całe, aż wkoucu udali się do obcych sąsiednich wiosek i stamtąd 
dopiero bocznemi drogami dostali się do domu1). Podanie o zamku Pupach. Pod Pupami, gdzie w dawnych wiekach stał najwspanial¬ 
szy ze wszystkich pańskich domków myśliwskich, był niegdyś 
zamek; ale dawno już się zapadł. Tylko niekiedy występują 
z ziemi trzy piękne panny w białych sukniach, i cudowny ich 
śpiew rozlega się wśród nocy. Niejeden już je widział i słyszał 
śpiew ich, ale nikt nie ma odwagi zbliżyć się do nich“). Podania o Djablej wyspie. O podaniach, wiążących się z Djablą wyspą na jeziorze 
Spirding, Pisański w r. 1794 podaje, co następuje: „Pospólstwo w całej tamecznej okolicy utrzymuje, że często 
ukazujące się tam widma dały powód do nazwy powyższej. 
Umieją tam przytoczyć niezliczone opowieści i bajki o poczwa¬ 
rach djabelskich, ukazujących się bądź pod postacią lwa, bądź 
psa czarnego, bądź inną jaką, siejących postrach wśród ludzi. 
Szczególnie zaś rybaków miało często spotykać nieszczęście, że 
się im sieci rwały, ukazywały się wielkie skarby i inne w tym 
rodzaju przygody3). O strachach na Djablej wyspie wspomina już Hennenberger4). 4) Według ustnego podania z Wałów. 2) Według ustnego podania z Jerutek. Podanie z Nidden na 
Mierzei Kurońskiej pod Rhesą, patrz Prutena, str. /4. lettau i lem- 
me, Volkssayen, str. 172. 3) Pisański Merkwürdigkeiten des Spirdingsees W Königsb. wöchentl. 
Nachrichten, 1749, nr. 37. 4) Ilennenberger, Seen itd. fol. 21. Por. także Tettau i lemine, 
Volkssagen, Str. 172.
		

/Pomorze_060_08_0158_0001.djvu

			150 Podanie o kościele na górze pod Wierzbowem. Na górze j od Wierzbowem (na północo-wschód od Łęka) 
miał niegdyś stać kościół. Po upadku jego dzwon pogrążył się 
w sąsiednim bagnie. Odnaleziono go tam później i sprzedano 
Polakom, którzy go w Kaczkach obrócili na użytek publiczny. Według jednego podania, na górze pod Wierzbowem miał 
stać zamek Skumanda, znanego w historji wodza Sudawów'). Według innego znów podania, zamek Skumanda miał stać 
na wzgórzu nad jeziorem Skomętuym, według jeszcze innego: 
na wzgórzu nad jeziorem Hausen2). Nazwa miasta Passenbeim (Pasym). Następujące podania, będące w związku z nazwami poje¬ 
dynczych miejscowości, są oczywiście prostą grą dowcipu, cho¬ 
ciaż w części są bardzo dawne, w części zaś powiązane ze 
słusznemi przypuszczeniami, wskutek czego nie pomijamy ich 
tutaj. Passenheim, założony przez komtura w Elblągu, przełożo- 
nego Braci Szpitalnych, Zygfryda Walpota von Bassenheim i na 
cześć jego nazwany, według podania przekazanego jeszcze przez 
lienuenbergera, miał otrzymać nazwę swoją z następującego po¬ 
wodu: r Piciwsze fundamenty Passenheimu założono według planu 
zbyt rozległego, miastu dano za wielki obwód. Kiedy przełożony 
(przełożony Braci Szpitalnych?) przybył w tę okolicę obejrzeć 
miasto założone, miał wyrazić wolę swoją, żeby miasto było 
mniejsze, temi słowy: Basz hinein! albo! Pasz hinein: Stąd miała 
powstać nazwa miasta Passenheim3). Nazwa miasta Ortelsburg (Szczytno). Miasto Ortelsburg, dawniej Ortolfsburg, nosi miano na 
cześć swojego założyciela, komtura z Elbląga i przełożonego 
Braci Szpitalnych Ortolfa von Trier. Podanie jednak wywodzi 
tę nazwę od innej okoliczności. *) 1 isanski, De montibus Prussiae, str. 17. 2) Koseilheyn, Reiseskizzen, t. II, str. 82. 3) Ilennenberger, str. 342.
		

/Pomorze_060_08_0159_0001.djvu

			15t Zamek Orteisburg miał jakoby odnaleźć pewien myśliwy, 
imieniem Ortels, ścigając jelenia w ówczesnym lesio dziewiczym; 
zamek był pusty zupełnie, niezamieszkany i otoczony kilku za¬ 
ledwie domami. Od tego właśnie myśliwego zamek, a później 
i miasto miało otrzymać nazwą swoją. Za powyższym podaniem 
przemawia, jak się zdaje, ta przynajmniej okoliczność (!), że po 
nadaniu tej miejscowości w r. 1616 prawa miejskiego przez 
markgrafa Jana Zygmunta, w herbie miasta figurował wizerunek 
jelenia, wyskakującego z zarośli ‘). Nazwa miasta Sensburg (Ządzbork). Miasto Sensburg nazywało sią dawniej Segensburg i wyraź¬ 
nie nazwą swoją otrzymało od Segen (błogosławieństwa), które¬ 
go człowiek pożąda dla wszystkiego, co przedsiąbierze. Obok 
tego wszakże powstało nastąpujące podanie, mające związek 
z herbem miasta: Straszny niedźwiedź siał postrach w okolicy Rastemborka. 
Mieszkańcy miasta, o którym tu mowa (a które oczywiście wtedy 
nie miało jeszcze żadnej albo też miało jakąś inną na¬ 
zwą), uzbrojeni w kosy podążyli na pomoc Restemborczanom 
i w mążnej walce odciąli strasznemu zwierząciu łapą, która na 
wieczną rzeczy pamiątką wyobrażona jest na herbie tego miasta, 
posiadającym czarną łapą niedźwiedzia na białym polu z da¬ 
tą 1348 roku. Rastemborczanie dziąki temu uwolnili sią od 
niedźwiedzia i w herbie mają tułów z uciętą łapą2). ») Wiadomość już późniejsza, zaczerpnięta z urzędu powiato¬ 
wego w Szczytnie. 2) N. Pr. Pr.-BI., 1865, str. 586, gdzie także jest chybiona 
próba wyprowadzenia nazwy Sensburg od See (jezioro, a więc jak 
gdyby było: Seeburg). Rastenburg ma stąd wywodzić nazwę swoją, 
że kiedy zakon Krzyżaków daleko już zaszedł w podbojach swoich 
i był znużony, zbudował tu twierdzę, ażeby na tym poprzestać i od¬ 
począć. Hennenberger, str. 391. Erleutertes Preussen, t. 3, str. 656. 
Anegdota o tym, jak w Ządzborku djabeł dał jednemu człowiekowi 
matkę, posiada tak mało cecli podaniowych, że ją tu pomijamy; moż¬ 
na ją przeczytać w Kalendarzu królewsko-pruskim Gersza na rok 
1865, albo w Preuss. Sprichwörter Frischbicra, str. 303 i nast.
		

/Pomorze_060_08_0160_0001.djvu

			152 Tatarska góra pod Lekiem. Kiedy Tatarzy napadli na Prusy (1656, 1657) i zapuścili 
się w głąb kraju, niszcząc, mordując i paląc po drodze, oszczę¬ 
dzali wszakże najsilniejszych ludzi, którzy im wpadali w ręce 
ażeby ich uprowadzić za sobą w niewolę. Po zdobyciu Łęka 
zaprowadzono gromadę pojmanych i powiązanych mężów do po- 
blizkiego lasu, gdzie Tatarzy mieli zamiar wypocząć i przeno¬ 
cować. Nasamprzód wszakże urządzili pijatykę, gorliwie odda¬ 
jąc się zrabowanym napojom, aż pijani i wyczerpani pokładli 
się na ziemi i pogrążyli we śnie głębokim. Z tej okoliczności 
skorzystały wierne żony jeńców, podkradły się przez zarośla, 
poprzecinały łyka krępujące mężów i tym sposobem ich uwolniły. 
Uwolnieni tedy mężowie porąbali pijanych Tatarów ich własne- 
mi mieczami i wrócili z żonami z Tatarskiej góry do Łęka *). 2. BAŚNIE. Titelitury. Był sobie niegdyś książę, który rad byłby się ożenił, ale 
nie mógł znaleźć księżniczki, którą by sobie podobał. Kiedy tak 
szukając, podróżuje po kraju, patrzy, aż w lesie stoi chatka. 
Mieszkała tam stara kobieta z córką swoją. Córka była bardzo 
piękna, ale nie chciała nic robić, i za karę matka sadzała ją 
z kądzielą na dachu, gdzie prząść musiała. Książę przyjeżdża 
a ona właśnie siedzi na dachu; odrazu bardzo mu się podobała. 
Idzie tedy do chaty i zapytuje starej, czy oddałaby mu swoją 
córkę za żonę. Przystała na to i rzekła: „Tak, bardzo chętnie' 
i pochwaliła jeszcze córkę swoją, że potrafi ze słomy prząść 
złoto. Zaraz więc wyprawiono wesele, i książę zabiera młodą 
żonę do zamku. Tu zwołano wszystkie służebnice z kądzielami, 
i książę żąda od młodej żony swojej, żeby im dała dobry przy¬ 
kład. Siedzi ona taka smutna, bo jakże to będzie, kiedy nie 
potrafi przecież prząść złota! Kiedy tak siedzi strapiona, wy¬ 
chodzi z pod komina koboldzik, jakby mały człowieczek, i pyta, 
co jej jest, a ona skarży mu się na swoją biedę. A na to ko- *) Podanie to było opowiedziane wierszem w Licker Unterhal¬ 
tungsblatt, 1841, nr. 20.
		

/Pomorze_060_08_0161_0001.djvu

			153 bold: „O, ja mogę ci pomóc; dam ci takie rękawiczki, że wło¬ 
żywszy je, będziesz mogła prząść złoto; ale za to musisz mi ju¬ 
tro, kiedy tu wrócę, powiedzieć, jak się nazywam, albo wziąć 
ślub ze mną.“ Siada tedy żona księcia do kądzieli, wkłada rę¬ 
kawiczki i naprawdę przędzie złoto; przędzie i przędzie wrze¬ 
ciono po wrzecionie samo złoto. Ale, skończywszy robotę, znów 
siedzi stroskana, bo nie wie, jak się nazywa ten karzełek. Mąż 
jej tymczasem udał się na polowanie, a kobold przemienił się 
w ptaka i poleciał do lasu. Usiadł tam sobie na drzewie i śpie¬ 
wa a śpiewa wciąż: „Jutro moje wesele, moja narzeczona przę¬ 
dzie złoto; ona nie wie, jak się nazywam, a ja się nazywam 
Titelituri!“ Książę słyszał co ptak śpiewa, i powróciwszy do 
domu, opowiedział wszystko żonie. Ta domyśliła się odrazu, że 
ptak o niej śpiewał, i cieszy się, że wie już jego imię; siedzi 
i cały dzień wciąż je powtarza, żeby nie zapomnieć. Naząjutrz, 
kiedy koboldzik znowu się zjawił z pod komina, woła na niego 
po imieniu: „Titelituri tobie na imię!“ Na te słowa kobold wy¬ 
latuje kominem, porywa z sobą dach domu i znika na zawsze. 
A książę ze swoją żoną żyli sobie szczęśliwi i w zadowoleniu *). 
(Z Jerutek). Złote jabłko. Był sobie gospodarz, który miał trzech synów, a jednego 
głupiego. Miał on także złotą jabłoń, z której co noc ginęło po 
jednym jabłku. Otóż ojciec kazał najstarszemu z synów, żeby 
następnej nocy czuwał przy drzewie i wyśledził, kto jest tym 
złodziejem. Syn udał się na czaty, ale jak tylko wieczór nad¬ 
szedł, zasnął, a rano znowu nie było jabłka. Wtedy drugi syn 
rzekł: „Teraz ja pójdę czuwać.“ Postąpił jednak tak samo, jak 
brat: zasnął, a zrana znowu brakowało jednego jabłka. Wtedy 
najmłodszy, głupi rzekł: ,,Teraz ja pójdę czuwać; już ja złapię 
złodzieja!“ Poszedł, usiadł pod drzewem i czuwał rzeczywiście. 
O dwunastej godzinie w północ zjawia się czarna Świnia z dwo¬ 
ma rogami; był to djabeł. Głupi przyskakuje do niej i zabija. 
A bracia jego stali na czatach, bo chcieli zobaczyć, jak mu też Ł) Porównaj Rumpelstilzchen w Kinder- und Hausmährchen Grim¬ 
ma, t. I, str. 281. W baśni mazurskiej znamiennym jest rys, że 
kobold gra tu główną rolę. Godne są także uwagi: jego nazwa Ti¬ 
telituri, złote rękawiczki, jego przemiana w ptaka i zniknięcie. Wiercenia Mazurskie. 19
		

/Pomorze_060_08_0162_0001.djvu

			154 pójdzie. Kiedy zobaczyli, że zabił świnię, napadli na niego, 
zabili go i pogrzebali ciało w bagnie. Na miejscu, gdzie pocho¬ 
wali nieboszczyka, wyrosła trzcina. Stary pastuch, który tam 
owce pasał, ściął tę trzcinę i zrobił z niej sobie fujarkę. Fujar¬ 
ka ta śpiewała następującą zwrotkę: „Graj, kochana fujarko, 
kamień leży mi na sercu, najstarszy brat mię zabił, drugi mu 
to doradził, a ja zabiłem ojcu świnię.“ Pastuch spalił fujarkę, 
ale na tym miejscu wyrosła jabłoń ze złotemi jabłkami. Nikt 
oprócz pastucha nie mógł dostać tych jabłek: kiedy kto inny 
chciał je zrywać, drzewo zaraz wyrastało tak wysoko, że nie 
mógł ich dosięgnąć. Otóż, przybiegł raz kotek, który powiedział 
pastuchowi, żeby zerwał największe i najpiękniejsze jabłko i scho¬ 
wał je. Uczynił tak pastuch, i kiedy zerwał jabłko, zaczęło ono 
także śpiewać i śpiewało tę samą piosnkę. Schował jabłko do 
skrzyni, a kot usiadł na niej i nie chciał odejść. Kot powiedział 
pastuchowi, żeby przyprowadził najpiękniejszą, jaka tylko jest 
księżniczkę, niech ona zje jabłko. Udał się tedy pastuch do 
króla, przywiózł najpiękniejszą księżniczkę, i ta musiała zjeść 
jabłko. Kiedy rzuciła ogonek, powstał hałas, i z ogonka tego 
stanął przed nią głupi z trzech braci. I pobrali się głupi z ksi꿬 
niczką. I ja byłem na tym weselu, piwko tam piłem; ale wszyst¬ 
ko po brodzie pociekło, a w ustach nic nie było l). (Z Jerutek). Złote gołębie. Był sobie chłop, który miał trzech synów: dwóch mądrych, 
a jednego, którego tamci nazywali głupim. Chłop ten miał także 
złotą łąkę. Każdego ranka, kiedy chłop przychodził na łąkę, 
spostrzegał, że ktoś tamdańczył, bo trawa była wkoło wydepta¬ 
na. Posłał więc syna najstarszego, żeby przez noc czuwał na 
łące. Ten wszakże nic nie zauważył, prawdopodobnie dlatego, 
że zasnął. Potym czuwał drugi, ale i temu nie lepiej się po¬ 
wiodło. Wtedy rzekł głupi: „Ojcze, pozwól mi czuwać, już ja 
coś wykryję.” I rzeczywiście, kiedy on czuwał, przyleciały o pół- *) Porównaj baśń o złotym ptaku w Kinder- und Hausmähr- 
clten Grimma, t. I, str. 290. Śpiew fujarki i jabłka przypomina 
kość śpiewającą, tamże, t. I, str. 149. Co się tyczy świni rogatej, 
porów, podanie o Złotych górach.
		

/Pomorze_060_08_0163_0001.djvu

			155 nocy trzy złote gołębie, które się przemieniły w księżniczkę 
i dwie służące, położyły skrzydła swoje w krzaki i zaczęły tań¬ 
czyć; po kolei, jedna śpiewała, a dwie tańczyły. Wtedy głupi 
przekradł się w krzaki, zabrał im skrzydła, a kiedy zażądały, 
żeby je oddał, rzekł: ,,Nie oddam wam skrzydeł pierwej, aż mi 
każda z was coś podaruje.“ Wtedy księżniczka podarowała mu 
złoty pierścień, jedna ze służących złote jabłko, druga służąca... 
(co mu druga podarowała, zapomniała opowiadająca). Głupi za¬ 
pytał księżniczki, czy wyszłaby za niego, i księżniczka przystała 
na to. Pojechali więc do jego rodziców i wyprawili wesele. 
Kiedy księżniczka chciała wrócić do swojego zamku, głupi 
zamierzał jej towarzyszyć, ale żona prosiła go, żeby został rok 
jeszcze u rodziców, gdyż ona chce z dziewczętami swojemi po¬ 
lecieć naprzód. Kiedy zapytał, gdzie loży jej zamek, odpowie¬ 
działa mu na to: „Mój zamek leży tam, gdzie słońce zachodzi, 
i gdzie zawsze zima.“ Odleciała potym, a on został rok jeszcze 
u rodziców. Po upływie roku puścił się w drogę do złotego 
zamku. Musiał iść daleko przez góry i doliny, przez pola i la¬ 
sy; nareszcie przyszedł do łąki, na której dwóch olbrzymów biło 
się o but. Zapytał ich: „Czemu się bijecie?“ Na to jeden ol¬ 
brzym odrzekł: „Odziedziczyliśmy po ojcu but, który co krok 
sto mil robi; ale nie wiemy, do kogo z nas ma należeć.“ Wtedy 
głupi, niewiele czekając, zaproponował im: „Wiecie co? Mnie 
go oddajcie.“ Olbrzymi naprawdę oddali mu but; głupi obuł go 
i poszedł, robiąc za każdym krokiem sto mil. lak idąc, pizy- 
chodzi znów na łąkę, gdzie dwóch olbrzymów znów bije się 
już o płaszcz tym razem. Zapytał więc ich: „Czemu się bijecie 
i co to za płaszcz taki?“ Na to jeden z olbrzymów odrzekł: 
,,Odziedziczyliśmy ten płaszcz, a posiada on taką moc, że kto 
się nim okryje, staje się niewidzialnym.“ A głupi powiada: 
„Mnie go oddajcie i będziecie mieli pokój.“ I dostał płaszcz, 
w który się odział. Wędruje tedy dalej i znów przychodzi na 
łąkę, gdzie dwóch olbrzymów walczy o szablę. Na zapytanie, 
jaką moc posiada ta szabla, jeden z olbrzymów odpowiedział: 
„Szabla ta posiada taką moc, że cokolwiek się nią poruszy, to 
ożyje.“ Głupi dostaje szablę w ten sam sposób, jak poprzednio 
but i płaszcz, idzie dalej i przychodzi do domku w lesie, gdzie 
mieszkała stara czarownica. Prosi ją o nocleg; czarownica 
przyjmuje go. Zapytuje ją także o drogę do złotego zamku, na 
co mu odpowiada: „Złoty zamek leży tam, gdzie słońce zachodzi 
i gdzie nigdy lata nie bywa.“ Ale czarownica ta posiadała
		

/Pomorze_060_08_0164_0001.djvu

			156 władzę nad zwierzętami leśnemi i zatrąbiła w róg. Zjawił się 
wtedy lew, któremu nakazała, żeby tego przybysza strzegł w le- 
sie i nie dopuścił żadnej krzywdy. I tak się stało; przechodzi 
on cało las ogromny i znowu znajduje chatkę, gdzie mieszka 
stara czarownica. Ta przyjmuje go bardzo mile i mówi, że ma 
władzę nad wszystkiemi ptakami. Trąbi w róg i przylatuje my¬ 
szy królik. Nakazuje mu ona, żeby wziął przybysza na plecy 
i leciał z nim do złotego zamku, ale ten musiał wziąć na siebie 
płaszcz, żeby być niewidzialnym. Myszy królik leci z nim przez 
morza, lasy, jeziora i miasta i pyta go co chwila: „Co tam 
widzisz?“ Ten odpowiada: „Widzę obłoki tam w dali.“ A ptak 
na to: „Nie, to jest złoty zamek, gdzie mieszka księżniczka.“ 
Tak, po długiej wędrówce przybywają nareszcie do zamku, ale 
drzwi są zamknięte, a na dziedzińcu wszystko zamarło: zwie¬ 
rzęta i rośliny są jak zaczarowane. Dobija się do drzwi i myśli: 
„Mogę się tutaj zastukać, nikt nie posłyszy!“ Wkońcu woła: 
„Ewo, Ewo, otwórz drzwi!“ Wysyła ona wtedy swoją służącą, 
a on mówi jej, że jest mężem księżniczki, że rok już upłynął, 
a zatym przychodzi do niej. Dziewczyna żąda od niego znaku 
na dowód, że to on jest właśnie; wtedy głupi rzuca jabłko do 
zamku. Dziewczyna idzie do księżniczki i oznajmia jej, że mąż 
jej przyszedł. Księżniczka śmieje się i mówi: „To nie może 
być, żeby on się tu znalazł; to pewnie ktoś inny!“ Dziewczyna 
wszakże pokazuje jej złote jabłko; księżniczka uwierzyła i wpusz¬ 
cza go. Kiedy wszedł, powiedziała mu: „Nie będziesz tu miał 
spokoju, dopóki nie zwyciężysz w tym domu dwa razy po dwu¬ 
nastu djabłów; w pierwszym pokoju jest ich dwunastu; jedenastu 
ma po jednej głowie; dwunasty ma głów dwanaście; jeżeli temu 
utniesz jedną z jego dwunastu głów, natychmiast odrośnie mu 
na jej miejscu dwanaście nowych; jeżeli go jednak zwyciężysz, 
wtedy pozostałe dwanaście zginie (tak). W drugim pokoju jest 
znowu dwunastu djabłów, z których jeden ma dwadzieścia cztery 
głowy, i o cokolwiekby się ciebie pytali, masz nie słuchać i nie 
odpowiadać.“ Wchodzi do pierwszego pokoju i pokonywa dwu¬ 
nastu djabłów. Potym wchodzi do drugiego pokoju; tu wycho¬ 
dzi ku niemu djabeł i zapytuje: czego tu szuka? Ale głupi jest 
zupełnie niemy i nic nie mówi. - „Dlaczego nie odpowiadałeś, 
kiedy cię pytano?“ Ale on znowu nie mówi ani słowa i pozo¬ 
staje niemy, o cokolwiek go pytają. Tak pokonywa i tych 
djabłów. Wchodzi nareszcie do trzeciego pokoju: tam król i kró¬ 
lowa leżą martwi. Dotyka ich mieczem, i wtedy cały zamek ze
		

/Pomorze_060_08_0165_0001.djvu

			157 wszystkim, co się w nim znajduje, wstrząsa się, i on sam także, 
aż się w nim wnętrzności przewróciły; król i królowa ożyli, 
a także wszystkie zwierzęta i rośliny. Zaprowadził króla i kró¬ 
lową do żony swojej i żył z nią bardzo szczęśliwie. Może do¬ 
tąd jeszcze żyją1). (Z Jerutek). Róża. Pewien kupiec miał trzy córki, z których najmłodszą 
szczególnie kochał. Kiedy się razu pewnego wybierał w podróż 
morzem w dalekie kraje, żegnając się, zapytał córek, co ma im 
przywieźć z obcego kraju. „Mnie, drogi ojcze, rzekła najstar¬ 
sza, przywieź suknię słoneczną2).“—„Mnie, mówiła druga, przy¬ 
wieź złoty czepek.“—„A ja proszę, zawołała najmłodsza, o różę: 
chciałabym zobaczyć, jak kwitną róże w obcych krajach.“ Oj¬ 
ciec przyrzekł spełnić ich życzenia i odpłynął przy pomyślnym 
wietrze. Kiedy pozałatwiał swoje zakupy w dalekim kraju 
i udał się w podróż powrotną, pierwszego dnia zaraz zerwała 
się gwałtowna burza; statek, zagnany na skałę, rozbił się, 
i wszystkie skarby i towary zatonęły. Kupiec, uczepiwszy się 
deski z rozbitego statku, sam jeden był zagnany do lądu i tak 
uszedł śmierci. Chodził nad brzegiem w tę i ową stronę i ubo¬ 
lewał nad stratą dobytku, ale najwięcej żal mu było podarków, 
które zabrał dla córek, a także trapiło go, że nie będzie mógł 
sprawić im żadnej uciechy; wtym niedaleko od miejsca, na któ¬ 
rym się znajdował, ujrzał domek, a obok krzak różany z prze- 
ślicznemi różami. „Toż ja widzę różel myślał sobie, i mogę 
przynajmniej mojej najukochańszej córce sprawić uciechę.“ I po¬ 
szedł zerwać różę. Kiedy był już bliziutko, wyszedł z domku 
zwierz szkaradny, ni to wilk, ni to niedźwiedź; umiał wszakże 
mówić i zapytał go zaraz, co on za jeden i czego żąda. Kupiec 
opowiedział, co mu się przytrafiło, że niczego tak nie żałuje, jak 
utraty trzech podarków dla trzech córek swoich, i że właśnie 
chciał sobie zerwać różę z tego krzaku dla swojej najmłodszej ‘) Pojedyncze szczegóły tej baśni znajdujemy w baśni Grim¬ 
ma: Der König vom goldenen Berg, w Kinder- und Hausmährchen, t. II, 
str. 35, gdzie także bójki olbrzymów lepiej są umotywowane; ale co 
do reszty, dwie te baśnie różnią się od siebie stanowczo. 2) Często wspominana, np. w Grimma Kinder- und Hausmährchen, 
t. I, str. 354, t. II, str. 10, 400, 435.
		

/Pomorze_060_08_0166_0001.djvu

			158 i najukochańszej córki. Zwierz, jakkolwiek wyglądał odrażają¬ 
co, był w istocie bardzo łaskawy, zaprosił kupca, by odpoczął 
dni parę w jego chałupie, i przyrzekł mu także dać różę. Ku¬ 
piec przyjął to wszystko z wdzięcznością, i kiedy po kilku dniach 
okazał chęć odjazdu do domu, zwierz rzekł: „Masz tu różę, jedź 
pomyślnie, ale po pewnym czasie (który mu zwierz oznaczył), 
twoja najmłodsza córka musi być tutaj, inaczej zginiemy ja i wy 
wszyscy.“ Kupiec musiał mu to przyrzec. Gdy poszedł potym do 
brzegu, by szukać okazji do odjazdu, zastał tam gotowy już 
statek, dla niego tylko, jak się zdawało, przeznaczony, i wsiadł 
nań zaraz. Bardzo prędko i szczęśliwie dostał się do domu, 
gdzie opowiedział swoje przygody. Ze smutkiem w sercu oświad¬ 
czył także, czego zwierz zażądał od córki najmłodszej. Wszyscy 
bardzo się tym zasmucili, tylko najmłodsza córka sama ich po¬ 
cieszała i rzekła: „Nie trapcie się, lepiej przecież, że ja sama 
zginę, aniżeli was wszystkich miałoby spotkać to nieszczęście; 
a może też i mnie nie spotka nic złego/“ Kiedy upłynął czas 
przez zwierza oznaczony, pożegnała się ze swojemi i udała się 
na brzeg. Czekał tam na nią ten sam statek, który przywiózł 
jej ojca, a kapitan wołał na nią: „Niech się panienka śpieszy, 
bo już czas wielki!“ Po szybkiej i szczęśliwej podróży dostała 
się do wiadomej chatki. Na brzegu spotkały ją trzy piękne 
panny czarno ubrane, które jednak wkrótce zniknęły i zostawi¬ 
ły ją samą. Poszła więc sama do chatki, a kiedy weszła do 
ogrodu i wyszedł naprzeciwko niej zwierz, tak się przestraszyła, 
że zemdlała. Zwierz bardzo się o nią troszczył, przyniósł wody, 
by ją przywrócić do życia, co mu się też udało. Przekonywał 
ją także, żeby go się nie hala, gdyż nic jej się nie stanie i ni¬ 
czego jej brakować nie będzie. Uspokoiła się też w rzeczy sa¬ 
mej, a że miała zresztą, czego potrzebowała: dobre jedzenie 
i picie, porządne odzienie itd., i mogła rozmawiać ze zwierzem, 
więc powoli uczuła się zadowoloną. Jednakże po kilku miesią¬ 
cach zaczęła tęsknić. Zwierz zauważył to i pocieszał ją, że 
w domu wszyscy zdrowi i weseli, i dał jej przytym zwierciadło, 
w którym mogła swoich oglądać1). Zobaczyła tam, jak jej 
wszyscy tańczyli i skakali i byli weseli. Zasmuciło ją to wszak¬ 
że. „Nie troszczą się wcale o ciebie—powiedziała sobie—i nie ł) Porówn. wyżej zwierciadło czarownicy i cudowne zwier¬ 
ciadło w Grimma Kinder- und llausmährchen, t. II, str. 448.
		

/Pomorze_060_08_0167_0001.djvu

			159 wiedzą nawet, czy ty żyjesz jeszcze.“ Chciała także nie tęsk¬ 
nić do nich więcej, ale po kilku dniach znowu ogarnął .ją 
smutek. Wtedy zwierz powiedział: „Poślę cię w odwiedziny do 
domu, ale za kilka dni musisz znowu wrócić, inaczej musimy ja 
i wy wszyscy umrzeć/' I uczynił jak rzekł; wsiadła na okręt 
i w jednej chwili była w domu. Ojciec i siostry byli ucieszeni 
niespodzianką i bardzo szczęśliwi, gdy ją znów mieli, i nie chcieli 
jej zanic puścić, ale ona nie dala się skłonić do pozostania 
w domu, gdyż w takim razie wszyscy musieliby umrzeć. Gdy 
upłynęły dni oznaczone, udała się znowu na brzeg, gdzie statek 
stał już gotów, i kapitan czekał na nią z niecierpliwością. Myś¬ 
lał, że przybyła już cokolwiek zapóżno. Wsiadła jednakże i za 
chwilę była znów u tego tajemniczego zwierza. Czekał na nią 
z wielkim niepokojem, i kiedy minął czas oznaczony, zemdlał, 
i w takim stanie dziewczyna zastała go leżącego na ziemi. 
Zmartwiło ją to wielce, uklękła przy nim i pocałowała. Wtedy 
kudłata skóra spadła z jego ciała, i stanął przed nią piękny 
książę; chatka przemieniła się w zamek wśród przepysznego 
parku, i w zamku wszystko odżyło, co dotychczas było w odręt¬ 
wienia: rodzice i rodzeństwo księcia i wszystka służba. Książę 
uścisnął dziewczę i opowiedział jej, że był zaklęty, i tylko po¬ 
całunek czystego, niewinnego dziewczęcia, przy jego odrażającej 
postaci, mógł go wybawić. Ożenił się z nią, i szczęśliwa ta pa¬ 
ra po dziś dzień żyje1). (Z Jerutek). Siostra i narzeczona. Jeden młody król miał piękną siostrę i bardzo chciałby się 
ożenić, ale nie mógł znaleźć księżniczki, któraby była tak pięk¬ 
ną, jak siostra jego. Wtedy siostra oświadczyła, że poszuka 
dla niego pięknej narzeczonej, i w tym celu udała się w podróż 
po kraju. Kiedy już długo była w drodze i objechała także 
wiele innych krajów, napotkała w lesie małą chatkę, w której 
przy oknie siedziała bardzo piękna dziewczyna i tkała. Ude¬ 
rzyło ją to, i zaraz zmiarkowała, że żadna inna tylko ta prze- *) Dalekie podobieństwo przedstawia śpiewający, skaczący 
Löweneckerchen w Grimma Kinder- und Hausmährchcn, t. II, str. 6. 
Nie można wszakże odmówić oryginalności tej baśni mazurskiej.
		

/Pomorze_060_08_0168_0001.djvu

			160 znaczona jest na żonę dla brata. Weszła do chatki, zaznajomiła 
się z dziewczyną, i bardzo się obie pokochały. Księżniczka opo¬ 
wiedziała nieznajomej, w jakim celu podróżuje, i oświadczyła 
jej, że teraz znalazła już narzeczoną dla swojego brata, a tą 
jest ona właśnie, i że musi towarzyszyć jej zaraz do brata. 
Młoda dziewczyna bardzo się tym ucieszyła i rzekła: „Bardzo 
chętnie zostanę żoną brata twojego, ale najpierw muszę utkać 
płótno, które jest w krosnach, a to potrwa czas jakiś; po dru¬ 
gie moja matka jest czarownicą i nie zechce mię puścić, bę¬ 
dziemy zatym musiały dużo wycierpieć. Niema jej teraz w do¬ 
mu, ale przeczuwam, że teraz znajduje się już tylko o trzydzieści 
mil od domu, i jeżeli cię tutaj zastanie, zabije cię. Przemienię 
cię w węgiel; wtedy już cię nie znajdzie.“ Tak też zrobiła 
i położyła ją razem z innemi węglami do pieca. Kiedy przyszła 
matka, poczuła zaraz, że w domu znajduje się człowiek, ale 
córka zapewniała, że nie: wszak to niemożliwe, żeby się do tej 
puszczy dostał jaki człowiekl To uspokoiło czarownicę. Kiedy 
następnego dnia znowu opuściła dom, żeby iść za swojemi in¬ 
teresami, córka znów przemieniła węgiel w księżniczkę, i tkały 
pilnie, ażeby prędzej skończyć. Kiedy wszakże czarownica zno¬ 
wu zbliżała się do domu, i córka to spostrzegła, przemieniła 
księżniczkę w ziarnko grochu i włożyła je do naczynia z gro¬ 
chem. Przyszła stara i pyta znowu: „Tu czuć ludzkie mięso!“ — 
na co córka upewniła ją, że to niemożliwe. „Czy nie masz dla 
mnie czego do jedzenia?“ spytała stara. „Nic, oprócz tego su¬ 
rowego grochu,“ odparła córka. Czarownica zabiera się do gro¬ 
chu i zjada prawie wszystek; zostały tylko trzy ziarnka, a po¬ 
między niemi także księżniczka. Na trzeci dzień, kiedy stara 
znowu poszła, dziewczyna odczarowała znowu księżniczkę, pra¬ 
cowały obie gorliwie, utkały płótno do końca i puściły się 
w drogę do miejsca rodzinnego księżniczki. Córka czarownicy 
wzięła przezornie z sobą grzebień, szczotkę i jajko. Stara cza¬ 
rownica wróciła tymczasem do domu i, nie zastawszy córki 
w domu, zmiarkowała odrazu, co zaszło, wybrała się w drogę 
i puściła w pogoń za niemi. Obydwie młode dziewczyny, oba¬ 
wiając się pogoni, oglądają się co chwila bojażliwie i spostrze¬ 
gają z przerażeniem, że czarownica goni rzeczywiście i zbliża 
się ku nim coraz bardziej. Kiedy już całkiem jest blizko, córka 
rzuca za siebie szczotkę, i powstaje las gęsty dziewiczy, do któ¬ 
rego nikt nie może przeniknąć. Stara nie może iść dalej, musi 
najpierw wracać do domu, wziąć siekierę, żeby sobie wyrąbać
		

/Pomorze_060_08_0169_0001.djvu

			161 drogę. Po skończeniu tej pracy chce położyć siekierę pod krza¬ 
kiem, ale wtym słyszy, jak ptak śpiewa’. „Zauważę, gdzie leży 
siekiera, i później wezmę ją sobie!“ „E, niedoczekanie twoje!“ 
odpowiada i biegnie napowrót, żeby siekierę schować w domu. 
I znowu goni dziewczyny, a ponieważ może stawiać daleko 
większe kroki niż ktokolwiek z ludzi, więc niebawem zbliża się 
znów do nich tak blizko, iż się obawiają, żeby ich lada chwila 
nie złapała. W strachu córka czarownicy rzuca grzebień za 
siebie, i powstają przepaści i góry i skały, przez które nikt 
przejść nie może. Stara musi znowu iść do domu po rydel. 
Kiedy już nareszcie wyrównała wązką drożynę, żeby prędko iść 
dalej, chce rydel schować tylko pod krzakiem, ale ten sam ptak 
znowu śpiewa: „Zauważę, gdzie schowany rydel, to go później 
zabiorę sobie!“ Czarownica zatym musi znowu iść do domu, 
żeby schować rydel. Kiedy po raz trzeci zbliża się już tuż tuż 
do dziewcząt, córka rzuca za siebie jajko, i powstaje wielkie 
zamarzłe jezioro, a lód na nim gładki jak zwierciadło. Stara 
próbuje przejść, ale upada i lamie sobie kark i nogi. Teraz 
dziewczęta mogą spokojnie iść dalej. Kiedy przyszły do kraju, 
gdzie był dom księżniczki, i zbliżały się już do zamku, w któ¬ 
rym mieszkał brat księżniczki, wtedy córka czarownicy prze¬ 
mieniła siebie i księżniczkę w dwa gołębie, i w tej postaci ży¬ 
wiły się czas jakiś na polu królewskim, zasianym prosem. Razu 
pewnego idzie sobie polem służący królewski i słyszy, jak je¬ 
den gołąb śpiewa: „Jestem siostrą króla, przejechałam kraje 
żeby mu wyszukać narzeczoną, i ona właśnie jest tutaj. ’ Słu¬ 
żący opowiedział to natychmiast królowi, który posłał drugiego 
służącego dla przekonania się, czy to prawda, co tamten opo¬ 
wiedział; gdy jednak i ten to potwierdził, król sam poszedł, że¬ 
by się przekonać osobiście. Słyszy te same słowa gołębia i bar¬ 
dzo jest zasmucony, że dziewczęta stały się gołębiami; postana¬ 
wia je wszakże złapać. Udało się to nareszcie po wielu mozo¬ 
łach, i w tej chwili gołębie znów przemieniły się w dziewczęta. 
Ale obydwie były pod każdym względem tak do siebie podobne, 
że król nie mógł poznać, która z nich jest siostrą, a która na¬ 
rzeczoną; tymczasem więc nic z małżeństwa być nie mogło. 
Król z tego powodu był bardzo strapiony. Kiedy raz taki bardzo 
zasmucony idzie po mieście, spotyka go rzeźuiczka i pyta, dla¬ 
czego taki smutny. Opowiedział jej całe swoje strapienie, i że 
teraz po tak długim oczekiwaniu, kiedy już narzeczona jest 
w zamku jego, nie może odróżnić siostry od narzeczonej. Wierzenia. Mazurskie. -0
		

/Pomorze_060_08_0170_0001.djvu

			162 „O, znam na to radę! rzekła kobieta: weź tylko od nas, królu, 
krwi w pęcherzu wieprzowym i przywiąź go sobie jakimkolwiek 
sposobem na piersiach; wtedy udaj bardzo zasmuconego i zroz¬ 
paczonego, wyjmij nóż z kieszeni i niby się nim przekłuj; jak 
tylko dziewczyny zobaczą krew, rzucą się ku tobie: siostra znaj¬ 
dzie się przy głowie, a narzeczona u nóg twoich.“ Król usłu¬ 
chał rady, i kiedy narzeczona była zajęta u nóg jego, wstał, 
objął ją i powiedział im, dlaczego je tak przestraszył. Od tej 
chwili dziewczęta przybrały swoje rzeczywiste postacie; były 
wprawdzie bardzo do siebie podobne, ale można je było odróż¬ 
nić. Wtedy król wyprawi! wesele z narzeczoną swoją, i żyli 
z sobą szczęśliwie przez długie lata1). (Z Jerutek). Cudowna fujarka. Jeden parobek służył w piekle i tak dobrze wysługiwał 
się panu swojemu, djabłu, że ten mu powiedział: „Kiedy bę¬ 
dziesz opuszczał służbę u mnie, możesz prosić o co zechcesz, 
dam ci to na drogę.“' Parobek musiał w wielkim kotle gotować 
złych łudzi. Dusze prosiły go, aby nie żądał nic więcej, tylko 
szumowin z kotła. Kiedy wysłużył już dwa lata, rzekł do 
djabła: „Chcę teraz odejść ze służby i jako wynagrodzenie pro¬ 
szę o szumowiny z kotła.“ Djabeł podrapał się za uchem; było 
to bardzo mu nieprzyjemne żądanie, ale nic nie może na to po¬ 
radzić: musi dotrzymać słowa. Bierze więc sobie parobek pełen 
woreczek szumowin i odchodzi. Przychodzi na jedną łąkę i od¬ 
poczywa nieco. Przytym chce zobaczyć, co się stało z szumo¬ 
winami, i wytrząsa je na trawę, a tu powstają z nich same 
owieczki2). Przechodzi Pan Jezus i zapytuje go, czy nie sprze¬ 
dałby mu tych owieczek. „O, tak! rzecze parobek.—„Ale nie 
mogę ci dać nic więcej za to, tylko fujarkę; czy chcesz ją 
wziąć za owce?” „Niech i tak będzie,“ odparł parobek, i dobili 
targu. Fujarka miała tę własność, że skoro się na niej zagrało, 
wszyscy, którzy słuchali, musieli tańczyć. Parobek gra na swojej *) Ucieczka obydwóch dziewcząt przypomina Wassernixe 
w Grimma Kinder- und Hausmährchen t. I, str. 399. Poza tym dwie te 
baśnie nie mają nic wspólnego. 2) Gdzieindziej dusze wyobraża się jako skrzydełka, sma¬ 
żone w piekle. Wiadomość udzielona z Lipowa pod Kurkami.
		

/Pomorze_060_08_0171_0001.djvu

			163 fujarce, a wtym przechodzi żyd z porcelaną; usłyszawszy granie, 
musiał tańczyć i skakać, aż potłukła się wszystka porcelana...1). 
Żyd zaskarża parobka przed sądem, parobka sądzą i skazują 
na powieszenie. Kiedy stoi już przy szubienicy, prosi jeszcze 
o łaskę, żeby mu pozwolono raz jeszcze zagrać na ukochanej 
fujarce. Żyd, który jest także obecny na placu, prosi, aby mu 
nie pozwolono na to; kiedy mu jednak dano pozwolenie, żyd 
krzyczy: „Wiążcie mię, wiążcie mię, bo znów będę musiał tań¬ 
czyć.“ Parobek wszakże wyjął swoją fujarkę i zagrał, a wszys¬ 
cy obecni sędziowie i widzowie, wzięli się wpół i tańczą, nie¬ 
mal do upadłego. Wkońcu sędziowie darowali mu karę, i pa¬ 
robek poszedł sobie dalej2). Jazda konno na czwarte piętro. Był sobie człowiek, który miał trzech synów; dwóch ucho 
dziło za mądrych, trzeci za głupiego. Umierając, powiedział on 
synom swoim: „Kiedy mnie pochowają, niechaj każdy z was 
czuwa przez jedną noc na moim grobie.“ Ci przyrzekli; kiedy 
jednakże pierwsza uoc nadeszła, i najstarszy miał pierwszy czu¬ 
wać, ogarnęła go trwoga i nie chciał. Wtedy odezwał się naj¬ 
młodszy: „To ja pójdę za ciebie i będę czuwał-“ Tak się też 
stało. O północy grób się otworzył, ojciec wstał i dał synowi 
trzy rózgi, które ten zachował sobie. Braciom wszakże nic o tym 
nie opowiedział. Kiedy nadeszła następna noc, i drugi brat miał 
czuwać, postąpił on tak samo, jak brat najstarszy: nie chciał 
iść na grób ojca i przystał na to, żeby młodszy czuwał za nie¬ 
go. Kiedy najmłodszy stal nad grobem, grób otworzył się zno¬ 
wu, ojciec wstał i dał mu kłębek przędzy, który ten zachował 
sobie. Ale był w tym samym mieście król i miał córkę, która 
mieszkała w zamku na czwartym piętrze i kazała ogłosić, że 
ten tylko może zostać jej mężem, kto dwa razy wjedzie na ko- 1) Tu niewątpliwie czegoś brakuje. 2) Chociaż baśń ta oczywiście opowiedziana jest z opuszcze¬ 
niami i ogólnikowo, zdawało się nam jednak, że winniśmy ją po¬ 
wtórzyć ze względu na wstęp jej w najwyższym stopniu godny 
uwagi. Dalsze rozwinięcie znane jest z baśni Grimma Der Jude in 
Dorn w Kinder- und Hausmährcften, t. II, str. 121.
		

/Pomorze_060_08_0172_0001.djvu

			164 niu na czwarte piętro do jej komnaty; na znak, że tego doko¬ 
nał, da mu za pierwszym razem chusteczkę, a za drugim pierś¬ 
cień. Wielu książąt i szlachty próbowało już dostać się tam po 
murze, ale nikomu się dotąd nie udało. Kiedy najmłodszy z trzech wymienionych braci czuwał już 
przez dwie noce nad grobem ojca za starszych braci, przyszła 
kolej na niego samego, i chociaż był bardzo znużony, udał się 
na cmentarz, żeby spełnić polecenie ojca. Grób otworzył się 
znowu, ojciec wstał, pochwalił syna za wierność jego i dodał: 
„Wiesz przecie o tej królewnie, która nie chce mieć nikogo in¬ 
nego za męża, tylko tego, kto konno wjedzie do niej na 
czwarte piętro. Weź te trzy rózgi, idź do dębu w ogrodzie, 
uderz rózgami w pień jego, a wtedy dowiesz się, co masz da¬ 
lej czynić.“ Następnego dnia, kiedy bracia byli razem, rozmawiali mię¬ 
dzy innemi o królewnie, i dwaj starsi wpadli na myśl spróbo¬ 
wać jazdy na czwarte piętro. Kupili sobie piękue konie i ślicz¬ 
ne ubrania i z pogardą powiedzieli najmłodszemu: „Ty zostań 
w domu, nakarm świnie i w piecu napal.“ Kiedy starsi bracia poszli, najmłodszy wziął owe trzy róz¬ 
gi, poszedł do dębu, uderzył trzy razy w pień i przytym prze¬ 
mówił: „Dębie, otwórz się!“ Drzewo natychmiast się otworzy¬ 
ło, a w nim było prześliczne ubranie; stał tam także złoty koń 
osiodłany. Młodzian zdjął zaraz swoje ubranie, przywdział stroj- 
niejsze, dosiadł złotego rumaka i pocwałował do królewskiego 
pałacu. W tym samym celu zebrało się tam wielu książąt, ale 
on był najpiękniejszy i koń też jego był najpyszniejszy; kiedy 
się chciał odważyć na próbę wjechania na czwarte piętro, 
wszyscy się cofnęli i puścili go naprzód. I udało mu się tam 
dostać: dotarł do pokoju królewny i poprosił o chusteczkę. Kró¬ 
lewna dała mu ją chętnie, ciesząc się tymbardziej, że to był 
taki ładny i strojny młodzieniec. Odjechał pełen radosnej otu¬ 
chy, zmienił w dębie ubranie, zostawił tam konia i chusteczkę, 
i poszedł do zwykłej roboty, żeby bracia po powrocie do domu 
niczego nie zmiarkowali. Kiedy bracia wrócili do domu, wy¬ 
śmiewali się znów z niego, mówiąc: „Gdybyś ty wiedział, ja¬ 
kiego pięknego widzieliśmy księcia!“ A on im na to: „Mądrzy 
tylko patrzą na takie rzeczy, a głupi je posiadają.“—„Co? Ty 
myślisz może, że ten książę to był taki głupi, jak ty?“ odparli 
mu na to i drwili sobie jeszcze bardziej z niego.
		

/Pomorze_060_08_0173_0001.djvu

			165 Nazajutrz bracia wybrali się zuów do zamku, i kiedy już 
odjechali, najmłodszy poszedł do dębu, włożył zuowu piękue 
ubranie, dosiadł złotego rumaka i pojechał do zamku. Powiodła 
mu się jazda po murze, jak dnia poprzedniego, i otrzymał od 
księżniczki pierścień. W powrocie do domu ktoś strzelił do nie¬ 
go i zranił go w nogę1). Przybywszy do domu, schował znów 
rumaka i ubranie, chustkę i pierścień do dębu, jak gdyby nic 
nie było. Ale królewna chciała się dowiedzieć, jak się nazywa ksią¬ 
żę, który ją zdobył, a ponieważ słyszała, że jest ranny, kazała 
śledzić wszystkich kulawych w całym kraju i każdego z nich 
prowadzić do siebie. Spodziewała się, że tym sposobem pozna 
go napewno. Gońcy przyszli także do domu trzech braci, gdzie 
im dwaj starsi powiedzieli, że ich brat wprawdzie kuleje, ale 
że w żadnym razie nie o niego chodzi. Gońcy jednakże zabrali 
go z sobą i przyprowadzili do królewny. Tym razem królewna 
zobaczyła go w jego zwykłym, bardzo brudnym odzieniu, ale 
że sądząc rany, on to właśnie był prawdziwym zdobywcą, 
więc królewna płakała, że dostanie tak brzydkiego męża. Wte¬ 
dy on udał się do dębu, przywdział strojne swoje ubranie, do¬ 
siadł złotego rumaka i zbierał się już napowrót jechać do kró¬ 
lewny. Aż tu przybywa jeszcze pachołek i wiedzie z sobą 
sześć złotych rumaków i dwanaście klaczy srebrnych z dwunastu 
srebrnemi źrebiętami, które odtąd także stały się jego własno¬ 
ścią. Kiedy go teraz królewna zobaczyła, a jeszcze pokazał jej 
chustkę i pierścionek, ucieszyła się bardzo, i wyprawili zaraz 
wesele, i ja także na weselu byłem i piwko piłem itd.2). (Z Je- 
rutek). Wróżba skowronka. Był sobie kupiec, a miał jedynego syna, i rodzice nie wie¬ 
dzieli zupełuie, na jaką naukę mają go oddać, bo chcieli go jak- 
najlepiej wychować, i on też miał dobrą głowę ua karku. Ku¬ 
piec nie podobało się im; proboszcz - także wydawało się im 
niewłaściwe. Aż dowiedzieli się o jednym człowieku, który ro- *) Porówn. Grimma Kinder- und Ilausmährchen, t. II, str. 249. 
2) Odmianka do Aschenbüttel U Grimma, Kinder- und Hausmähr- 
chen, t. I, str. 109.
		

/Pomorze_060_08_0174_0001.djvu

			166 zumiał mowę ptaków1), i postanowili syna do niego oddać na 
naukę. Tak się stało, i kiedy pobył u niego na nauce dwa la¬ 
ta i dużo pieniędzy kosztował rodziców, wrócił do domu z fu¬ 
jarką, którą mógł wabić wszystkie ptaki i rozmawiać z niemi. 
Rodzice bardzo się z tego cieszyli i byli bardzo dumni z niego. 
Ale, zachciało mu się teraz iść w świat, i rodzice już byli mu 
pozwolili na to. Stoi on razu pewnego we drzwiach domu i roz¬ 
mawia ze skowronkiem, a ojciec pocichu podchodzi ztyłu i nie- 
spostrzeźony przez syna przysłuchuje się rozmowie. I słyszy te 
słowa syna: „No, skowronku, gdyby to była prawda, co mó¬ 
wisz, byłoby bardzo żle i smutno.“ Ojciec chciał się koniecznie 
dowiedzieć, co powiedział skowronek, ale syn nie chciał nic 
mówić, tylko wciąż powtarzał: „Ależ on nic nie powiedział!“ 
Wtedy ojciec poszedł do matki i powiada: „Żono, spytaj-no ty 
syna, co skowronek powiedział, bo słyszałem wyraźnie, jak syn 
mówił do niego: No, skowronku, gdyby to była prawda, co 
mówisz, to byłoby bardzo żle i smutno. Może ci prędzej po¬ 
wie. Matka póty pieszczotliwie prosiła syna, aż jej wszystko 
wygadał. „Kiedy już muszę konieczuie powiedzieć, odrzekł syn, 
to wiedzcie, że skowronek powiedział: Kiedy wrócisz z wę¬ 
drówki, będziesz bardzo bogaty, ale ojciec twój całkiem zubo¬ 
żeje, tak, że będzie bardzo potrzebował twojej pomocy; matka 
obmyje ci nogi, a ojciec tę wodę wypije.“ Kiedy rodzice to 
usłyszeli, rozgniewali się bardzo na syna i uradzili go zabić. 
Ojciec zwabił go do śpichrza i uderzył go prętem żelaznym, ale 
że trafił go tylko w biodro, więc nabił mu guza wielkiego, 
a zabić go nie mógł. Aż tu przychodzi do niego kupiec z An- 
glji, żeby zakupić u niego towary i pyta o cenę. Bezlitosny 
ojciec odpowiedział mu: „Oddam ci darmo te towary, jeżeli mi 
wyświadczysz przysługę: zabijesz mego syna i na znak przynie¬ 
siesz mi jego oczy i mały palec.“ Przytym opowiedział mu całą 
historję. Kupiec angielski przystał był na to i powiada; „Daj¬ 
cie mi tylko syna zabrać z sobą; jak tylko odpłyniemy, zabiję 
go.“ Powiedziano tedy synowi, że ma jechać z kupcem cudzo¬ 
ziemskim. Syn bardzo się z tego ucieszył; wsiedli na okręt 
i odpłynęli. Z początku kupiec obchodził się z nim bardzo źle r *) Porówn. Grimma Kinder-und Hausmährchen, t. I, str. 172. 
Toppen, Thiersprachc und Thiermährchen, N. Pr. Pr.-BI 1846 t I 
str. 435. ’ '
		

/Pomorze_060_08_0175_0001.djvu

			107 i nie dawał mu jeść; wtedy wziął on fujarkę swoją, zagrał na 
niej i zaraz przyleciały trzy gołębie, z których dwa złowił 
i ugotował. Po kilku dniach podróży kupiec przypomniał sobie 0 danym przyrzeczeniu, ale chłopak bardzo mu się podobał. 
Był taki rozsądny i zawsze taki posłuszny; modlił się też każ¬ 
dego ranka i wieczoru, tak, że kupcowi szkoda go było zabijać. 
Wziął go tedy na stronę, opowiedział mu wszystko i wkońcu 
powiada: „Ale odtąd będziesz u mnie, jak syn; przyjmuję cię za 
swojego syna.“ Ucieszył się z tego chłopak i od tego czasu 
nazywał kupca ojcem. Zawinęli oni po drodze do pięknego 
miasta, gdzie król mieszkał. Już zdaleka ujrzeli kościół, na 
którym siedziało mnóstwo wron i kruków. Syn zauważył to 1 zaczął rozpytywać się przybranego ojca. „A, powiada ojciec, 
kościół ten był niegdyś bardzo piękny, był nawet pokryty da¬ 
chem złotym, ale przyszły duchy nieczyste i zawładnęły nim, 
tak, że teraz nikt się tam wejść nie odważa. Te wrony i kruki 
to nieczyste duchy. Król obiecywał znaczną sumę pieniędzy 
temu, ktoby ten kościół oczyścił, ale nikt nie potrafi.“— ,,0, rze¬ 
cze syn przybrany, a jabym się tego podjął.” Kupiec starał się 
wybić mu to z głowy, ale chłopak stał przy swoim, i kiedy przy¬ 
byli do miasta, udał się zaraz do króla, stanął przed nim i po¬ 
wiada: „Wasza królewska mość! słyszałem o tym kościele, że 
go opanowały złe duchy; chciałbym go oczyścić.” — „Gdybyś to 
uczynił, rzekł król, wynagrodziłbym cię za to sowicie.“ Chłopiec 
poszedł do kościoła i przesiedział tam trzy dni bez jadła i na¬ 
poju, pasował się tylko z duchami, aż je pokonał; wtedy dzwo¬ 
ny zaczęły same dzwonić i świece same się zapaliły na ołtarzu. 
Kiedy się król o tym dowiedział, ucieszył się bardzo, kazał 
przywołać chłopca i powiada mu: „Mów teraz; jakiego żądasz 
wynagrodzenia, takie otrzymasz; mam także córkę, którą ci dam 
za żonę, i będziesz moim następcą na tronie.” Ale on za wszyst¬ 
ko podziękował i za córkę także, bo za młody był jeszcze, żeby 
się żenić, i pojechał dalej ze swoim ojcem przybranym; tak przy¬ 
byli do Anglji do domu kupca. Króla Anglji spotkało wielkie 
nieszczęście. Miał on syna i córkę; kiedy oboje przyszli razu 
pewnego z kościoła, całkiem byli okryci strupami, i żaden le¬ 
karz nie mógł ich wyleczyć. Słyszał o tym także syn kupca. 
„O, powiada, ja ich wyleczę!“ Przybrany ojciec uważał to za 
próżną zarozumiałość i skarcił go za takie gadanie; ale syn nie 
dał się odwieść, poszedł do króla i powiada: „Wasza królewska 
mość! wyleczę dr/ieci twoje, bo wiem, skąd one dostały tych
		

/Pomorze_060_08_0176_0001.djvu

			168 strupów. Przy Komunji świętej nie połknęły opłatka, lecz rzu ■ 
ciły na ziemię; wtedy przyszła wielka strupiasta ropucha i po¬ 
żarła opłatek, i stąd na nich takie strupy, jak na ropusze. Niech 
mi wasza królewska mość pozwoli rozwalić ołtarz, bo tam sie¬ 
dzi ropucha, a to jest djabeł.“ Król pozwolił mu na to; poszedł 
więc, rozwalił ołtarz i naprawdę znalazł tam siedzącą ropuchę. 
Wziął ją tedy, nalawszy dwunastu flaszkami wody, postawił ją 
na ogniu i gotował póty, aż się wygotowało do połowy, tak, że 
zrobiła się maść z tego. Wtedy wziął maść i oboje dzieci do 
pokoju, zamknął się od wewnątrz i leczył je przez trzy dni. 
Na trzeci dzień strupy tak odstały od ciała, że mógł je nożem 
zeskrobać, i dzieci wyglądały tak pięknie, jak nowonarodzone1). 
Ojciec, król, bardzo się wkońcu niepokoił, i chcąc się dowiedzieć, 
co się dzieje w pokoju, podszedł do dziurki od klucza; zoba¬ 
czywszy dzieci i posłyszawszy ich śmiech, zemdlał z radości 
i upadł na ziemię. Kiedy go otrzeźwiono i przyprowadzono mu 
wyleczone dzieci, ofiarował w nagrodę młodzieńcowi córkę i kró¬ 
lestwo. Tym razem przyjął jedno i drugie, i wkrótce też* odbyło 
się wesele. Kiedy wszakże inni królowie, także starający się 
o księżniczkę, dowiedzieli się, że taki ubogi syn kupiecki został 
jej mężem i królem, zdjęła ich zazdrość, i we dwunastu wypo¬ 
wiedzieli mu wojnę. A on powiada na to: „Państwo moje jest za 
małe, żebym mógł naraz ze wszystkiemi wojować, ale z każdym 
zosobna gotów jestem podjąć się wojny.” Tak się też stało i po¬ 
konał wszystkich. Żył teraz w szczęściu i pokoju, ale często 
napadał go smutek wielki. Młoda żona, widząc to, spytała go, 
co mu jest takiego; powodzi mu się tak dobrze, że mógłby być *) Zupełnie podobny rys występuje w baśni, którą mi zako¬ 
munikowano jako mazurską, która wszakże prawie zupełnie zgadza 
się z baśnią Grimma „Der Teufel mit den drei goldenen Haaren,” 
t. I, str. 152. Poprzestanę tu na zaznaczeniu głównej odrębności, 
którą przypomina także dopiero co wzmiankowane działanie opłatka. 
Zięó wzgardzony dowiaduje się w jednym z miast, napotkanych 
w wędrówce, że córka królewska coraz bardziej mizernieje i chud¬ 
nie, a kroi obiecuje hojne wynagrodzenie temu, kto ją wyleczy; 
następnie dowiaduje się od bożka (tak wyraża się baśń mazurska 
zamiast nazwy djabła), że królewna upuściła opłatek przy Komunji 
świętej, a żaba go zjadła i utyje, kiedy królewna wyschnie; żaba 
siedzi pod kamieniem w ołtarzu; trzeba tylko podnieść kamień, za¬ 
bić żabę, wyjąć z żołądka jej opłatek i dać go spożyć królewnie; 
wtedy ona znów utyje. I tak się też stało.
		

/Pomorze_060_08_0177_0001.djvu

			169 wesół. „Tak, odrzekł, mam teraz wszystko, czego tylko sobie 
życzyć mogę, ale jest coś, co mię nabawia troski.1 Wtedy opo¬ 
wiedział żonie, co mu wróżył skowronek i wyznał, że go nie 
opuszcza obawa, że wróżba mogłaby się ziścić. ,,Możemy prze¬ 
cież pojechać i przekonać się o tym,“ powiedziała żona. I tak się 
też stało. Zabrał z sobą żołnierzy i pojechał. U bramy zapy¬ 
tuje ludzi o kupca, ojca swego. „Acb, odpowiadają mu, on te¬ 
raz 1 ardzo biedny, świnie pasa, a żona jego gotuje dla państwa. 
Tedy poszedł do chałupki, gdzie zastał matkę tylko w domu; 
ale nie powiedział, kim jest, tylko zażądał u niej kwaterunku. 
Zmieszała się bardzo i powiada, że jest tak uboga, że zanic 
nie może przyjąć króla u siebie. On wszakże uspokoił ją co do 
jej ubóstwa, powiedział, że to nic nie szkodzi, że ma wszystko 
z sobą i dał jej zaraz dukata. Ten zaszczyt tak ją ucieszył, 
że zaraz za dukata nakupowała wszelkiego rodzaju wina i wo¬ 
dy pachnącej i umyła tym nogi królowi. Później wraca do do¬ 
mu jej mąż, który pasł świnie; opowiedziała mu o swoim do¬ 
stojnym gościu. A mąż powiada: „O, dziś było tak gorąco, czy 
nie masz jakiego chłodzącego napoju?“—,,Nie, odrzecze, mam 
tylko tę wodę z winem, w której myłam nogi królowi.“ A on 
na to: „Daj-no ją tutaj, wszak on miał zapewne czyste nogi.“ 
—„O, tak, powiada, jakby z mąki pszennej.“ Dała mu wodę 
i wypił ją. Syn był bardzo smutny i zapytał: czy nie mieli oni 
syna? „Tak, odrzekli, ale to był nicpoń i oddawna już nie 
żyje.“—„A może on żyje, odparł król, tylko wyście go skrzyw¬ 
dzili?“ Wtedy dał im się poznać, kazał ich umyć, ubrać porząd¬ 
nie i zabrał z sobą do swojego królestwa. I może oni i teraz 
żyją jeszcze, jeżeli nie pomarli. (Z Jerutek). Ptak Caesarius. Był sobie król a był ślepy. Ani lekarze, ani mędrcy nie 
mogli mu przywrócić wzroku. Aż po wielu latach przybył mądry 
człowiek i tak powiada królowi: „Jest w dalekim kraju ptak 
zwany „Caesarius;“ gdybyś, królu, usłyszał śpiew jego, pizej- 
rzałbyś natychmiast.” Ten król miał trzech synów; dwóch było 
mądrych, a trzeci głupi. Wtedy król zawołał mądrych synów 
i prosił ich, żeby mu przynieśli ptaka Caesariusa. Tedy syn 
najstarszy zebrał się w podróż daleką, wsiadł na pięknego iu- 
maka i zapewnił ojca, że będzie miał ptaka. Wierzenia Mazurskie,
		

/Pomorze_060_08_0178_0001.djvu

			170 Jechał na los szczęścia cały dzień, aż następnej nocy mu¬ 
siał przenocować w samotnej oberży w lesie. Tam zastał towa¬ 
rzystwo grających w karty, którzy go zaraz namówili, żeby grał 
z niemi. Grając, przegrał nietylko wszystkie pieniądze, ale 
i konie i odzienie, tak, że prawie nagiego wrzucono do piwnicy. 
Kiedy po upływie znacznego czasu nic o nim słychać nie było, 
pojechał drugi syn szukać brata i tego ptaka; po drodze trafił 
na tę samą gospodę, i spotkało go to samo, co brata. Kiedy i o drugim nie było żadnych wieści, wybierał się 
w podróż głupi książę Ludwik, ale król nie chciał go puścić 
z obawy, żeby nie stracić tego ostatniego syna, bo zdawało mu 
się rzeczą niemożliwą, żeby głupi dokonał tego, co zgubiło już 
dwóch tamtych synów jego. Ale Ludwik dopóty prosił, aż go ojciec puścił. W podróży 
i on także natrafił na to samo towarzystwo graczy, kiedy go 
jednak zaprosili, rzekł: „Teraz z powodu ważnego interesu nie 
mam czasu na grę w karty; wkrótce jednak powrócę i wówczas 
będę grał z wami,“—i posiliwszy się, pojechał na los szczęścia 
dalej. Następnej nocy znalazł się w ogromnym lesie; tam spo¬ 
tkał małą kobietę; bardzo stara baba wyszła ze swojego domu 
i zawołała: „Królewiczu Ludwiku! Czego tu szukasz? Zeskocz 
z konia, zjedz i wyp:j, co mam, a potym połóż się odpocząć, bo 
jutro masz przed sobą podróż daleką. Nie potrzebujesz mi nic 
opowiadać, wiem wszystko i dam ci radę!“ Ta kobieta była to mądra baba. Nazajutrz powiada ona: 
„Siadaj na mojego konia i jedź, dokąd cię poniesie, do mojej 
drugiej siostry, ona ci już powie co dalej.” Zjadszy śniadanie, wsiadł na konia, który pędził tak szyb¬ 
ko, jak wicher. Wieczorem przybył znów do lasu i do drugiej 
mądrej baby, która była o sto mil od pierwszej i u której spo- 
tkalo go to samo, co i u tamtej. Kiedy mu dano przenocować, 
jeść i pić i drugiego konia, podążył nazajutrz o sto mil do trze¬ 
ciej siostry. Ta go przyjęła tak samo i dała mu nazajutrz jed¬ 
ną naukę. „Królewiczu Ludwiku, jedź teraz na moim koniu; za¬ 
niesie cię on dalej niż o sto mil, do miejsca, gdzie znajdziesz 
ptaka Caesariusa. Gdy koń stanie, zsiądź, idź prosto do bramy 
zamku, który będziesz miał przed oczyma. W trzecim pokoju 
pomiędzy innemi ptakami będzie Caesarius, którego po tym 
a po tyra poznasz. Złap go i uchodź tak prędko, jak możesz, 
żebyś nie zginął, a jak tylko nogę założysz na konia, jesteś 
ocalony!"
		

/Pomorze_060_08_0179_0001.djvu

			171 Przybywszy jak wicher na zapowiedziane miejsce, ujrzał 
cudownie piękny, wspaniały zamek królewski; zamek był za¬ 
mknięty. Wchodzi do pierwszego pokoju, a tu tyle piękności, że 
osłupiał ze zdziwienia, i mnóstwo ptaków śpiewających na roz¬ 
maite tony; w drugim pokoju jeszcze więcej piękności i ptaków, 
a w trzecim najwięcej. Kiedy się obejrzał w bok, widzi: na 
złotym łożu śpi królewna bardzo piękna, ale czarna. Nie mogąc się przezwyciężyć, rzuca się na nią i miłośnie 
ją obejmuje, a potym chwyta kawałek papieru i pisze na nim, 
że królewicz Ludwik stąd a stąd przybywał tu po ptaka i przy- 
tym zrobił to a to. Kartkę wetknął w szparę za belką. Zaled¬ 
wie udało mu się porwać ptaka, zerwały się w zamku brytany 
i lwy i chciały go pożreć; ale on się nie ociągał, zdążył nogę 
założyć na konia i jak wicher przybył do mądrej baby. Ta 
odesłała go do siostry swojej i dała mu kawałek cbleba z temi 
słowy: „Weż to z sobą; ile sobie chcesz razy, odłamuj go, za¬ 
wsze będzie cały.” Druga odesłała go do pierwszej, dawszy mu 
kawałek mydła z temi słowy: „Choćbyś był jak las nawet zaros¬ 
ły, umyj się tym tylko, a będziesz piękny i gładki jak anioł.“ 
Od tej drugiej pojechał do pierwszej; ta mu dała konia swoje¬ 
go i taką naukę na drogę: „Bracia twoi siedzą w piwnicy w go¬ 
spodzie; najlepiejbyś uczynił, gdybyś tam wcale nie wstępował; 
możesz to załatwić innym razem.’'’ Kiedy dojechał do wiadomej 
gospody, uważał, że będzie niedobrze, jeżeli przejedzie mimo; 
zapłacił tedy długi braci, wykupił ich samych i ich rzeczy, 
i wszyscy razem pojechali do domu. W drodze bracia uradzili 
pomiędzy sobą, że po tak niepomyślnym przebiegu ich wyprawy 
byłoby niepodobieństwem pokazać się ojcu na oczy i całą sławę 
zostawić głupiemu, trzeba zatym zabić brata Ludwika, udać, że zgi¬ 
nął i samym przedstawić się za bohaterów. Ale że nie mieli od¬ 
wagi sami targnąć się na życie, tedy spostrzegszy nad brzegiem 
morza gromadę rybaków, dali im pieniądze i brata, zęby go ci 
zabili. Rybacy przysięgli braciom, że on już nigdy do domu nie 
wróci, a ci, zabrawszy ptaka, pojechali sobie do domu. Ludwik 
także dał rybakom pieniędzy i prosił, żeby go nie zabijali ani 
topili; złożył im przysięgę, że jeśli go wysadzą na wyspie bez¬ 
ludnej, która się tam znajdowała, nie ruszy się z niej do domu. 
I tak się też stało; mieszkał przez siedm lat na wyspie i żył 
dziko jak zwierzę, razem z mieszkańcami morza i ze zwierzę¬ 
tami morskiemi, które karmił chlebem swoim zawsze nieuaru-
		

/Pomorze_060_08_0180_0001.djvu

			172 szonym i doznawał od nich wielkiej przychylności. W jego 
kraju rodzinnym była wprawdzie wielka radość, z powodu po¬ 
wrotu dwóch synów, ale była także żałoba po zaginionym, i śle¬ 
pota ojca nie ustąpiła, bo ptak ciągle był smutny i nie wydawał 
głosu. Tymczasem w zamku zaklętym działy się wielkie rze¬ 
czy, bo królewna po odwiedzinach królewicza Ludwika poczęła, 
i sama piękna, w niespełna rok powiła syna niewypowiedzianej 
piękności. Przez siedm lat jednakże nie wiedziała, od kogo ma 
tego syna. Kiedy razu pewnego synek jej, bawiąc się to tym to 
owym, wziął drugi pręt i zaczął tkać go we wszystkie kąty 
i szpary, naraz wydłubał w sali kartkę królewicza Ludwika 
i pobiegł z nią do mateczki. Wtedy dopiero dowiedziała się 
matka, jakim sposobem i kto się do niej zbliżał. Zgromadziła 
tedy wielkie wojsko i udała się na wyprawę wojenną przeciwko 
krajowi, skąd był królewicz Ludwik. Oblegszy granice stolicy, 
wysłała do króla posła z rozkazem, żeby król natychmiast wy¬ 
dał jej tego syna, który porwał z jej zamku ptaka Caesariusa; 
inaczej spustoszy kraj i pałac królewski. Przestraszony ojciec 
woła najstarszego syna do siebie i pyta, czy to on porwał pta¬ 
ka. Kiedy syn odpowiedział, że tak jest w rzeczy samej, pro¬ 
sił go ojciec, żeby jak można najprędzej udał się do nieprzyja¬ 
cielskiego obozu i przed obliczem potężnej królowej prosił o prze¬ 
baczenie. Książę wystroił się jak mógł najpiękniej, dosiadł rumaka 
i pojechał. Za miastem zobaczył wielki gościniec, prowadzący 
do królowej, jakby złotem wybity, i nie śmiał jechać tym goś¬ 
cińcem, tylko obok niego. Królowa oczekuje go ze swoim sy¬ 
nem, a ten ją pyta, czy to ojciec jego nadjeżdża. „Nie, mój sy¬ 
nu, odpowiada: on nie ma odwagi twojego ojca!” Prędko też od¬ 
prawiono królewicza i znów wysłano z nim posła z nakazem, 
żeby król przysłał tego syna, który zabrał ptaka, bo ten, który 
się stawił, nie jest tym, o którego chodzi. Król woła drugiego sy¬ 
na, ale i tego spotyka to samo, co pierwszego. Stroskany oj¬ 
ciec rozkazuje synom odszukać królewicza Ludwika i zbadać. Synowie, spostrzegszy, źe tu nie przelewki, pojechali czyrn- 
prędzej do morza, żeby zapytać rybaków, i dowiedzieli się, źe 
brat ich żyje jeszcze na wyspie. Natychmiast popłynęli tam okrętem z rybakami i znaleźli 
brata. Nie chciał jechać; i mieszkańcy morza i ryby morskie 
nie chciały go także puścić. Po długich prośbach braci i ryba-
		

/Pomorze_060_08_0181_0001.djvu

			173 ków pojechał z niemi; ale był zarosły i czarny jak las. Po 
użyciu jednak swojego mydła stał się od wszystkich piękniejszy. 
W domu bardzo się z niego ucieszono; ptak także, jak tylko 
usłyszał głos jego, zaśpiewał, a ojciec przejrzał niebawem. Przyszykowawszy się, pojechał do królowej, i widząc złoty 
gościniec, zawołał: „To droga, jakby dla mnie właśnie!”—i popę¬ 
dzi! nią naprzód. „Teraz jedzie nasz ojciec!” zawołała matka 
do syna. Zaraz nastąpiło powitanie, poznanie, prawdziwy dzień 
radości; królowa na jego prośbę odwiedziła ojca jego, i wypra¬ 
wiono im wesele. Ojciec chciał przez wdzięczność oddać syno¬ 
wi Ludwikowi całe królestwo, ale królowa na to: „Nie potrze¬ 
ba; on i ja mamy inne królestwo, gdzie mąż mój będzie pano¬ 
wał.“ I zebrawszy się w drogę, pojechali do rodzinnego jej 
kraju, gdzie długo i szczęśliwie żyli i panowali. A tamci dwaj 
synowie zyskali pogardę w nagrodę za swoją złość i fałszy- 
wość1). (Z powiatu Węgoborskiego). Królewna w postaci żaby. Pewien gospodarz miał trzech synów: dwóch mądrych 
i jednego głupiego; mądrych synów ubierano porządnie i dobrze 
sic z niemi obchodzono; głupi zaś, któremu na imię było Jan, 
musiał zawsze tylko bydło pasać. Kiedy synowie dorośli, dwaj 
mądrzy powiedzieli rodzicom: „Kochani rodzice, trzeba, żebyście 
nas w świat wysłali, bo w domu niczego się przecież nie nau¬ 
czymy, a chcielibyśmy zostać porządnemi ludźmi.” Jeden chciał 
się uczyć młynarstwa, a drugi rzeźnictwa. „Tak, tak, odrzekli 
rodzice, trzeba, żebyście się uczyli, kochani synowie“—i zaczęli 
zaraz robić przygotowania do drogi. Kiedy to głupi usłyszał, 
rzekł: „Jeżeli wy w świat idziecie, to ja chcę także; chcę się 
także czegoś nauczyć.” Nikt wszakże nie zwracał na to uwagi, 
nie robiono też dla niego żadnych przygotowań na drogę. Zbie¬ 
rał więc sam sobie wszystkie resztki chleba, których nie doja¬ 
dał, do worka, i kiedy bracia udali się na wędrówkę, poszedł 
razem z niemi. W najbliższym lesie doszli do rozstajnych dróg; 
mądrzy bracia poszli w jedną stronę, głupi w drugą. Tak idzie ’) Niejakie, chociaż dalekie pokrewieństwo można zauważyć po¬ 
między tą baśnią i ,,Das Wasser des Lebens“ w Kinder- und llaus- 
inährchen, t. II, str. 62 i nast.
		

/Pomorze_060_08_0182_0001.djvu

			174 sobie lasem i idzie coraz dalej, a z lasu wyjść nie może; już 
wyczerpał się zapas chleba, i musiał zbierać sobie jagody, ale 
to nie wystarczało do zaspokojenia głodu; wreszcie zaczął pła¬ 
kać z głodu i niewygód; wtym spostrzega wdali migocące świa¬ 
tełko, wytęża resztki sił i dochodzi do chatki, skąd pochodzi blask 
światła. Wchodzi tam i pozdrawia, jak to słyszał od innych. 
Ale tam nikogo nie było oprócz żaby, która mu podziękowała 
za pozdrowienie i pyta go, czego sobie życzy. „O, odrzecze 
głupi, bracia moi poszli w świat nauczyć się czegoś i szukać 
szczęścia; mieli także nadzieję znaleźć sobie bogate narzeczone 
i obiecali matce przynieść piękne od nich podarki; poszedłem te¬ 
dy i ja, żeby zobaczyć, czy nie uda się to i mnie także.’’—„Je¬ 
żeli chcesz, powiada żaba, to i ty możesz u mnie służyć; bę¬ 
dziesz miał dobre życie i lekką robotę; nie żądam od ciebie ni¬ 
czego więcej, tylko żebyś mię zawsze obnosił na poduszce atła¬ 
sowej.“ Podobało się to głupiemu i myśli sobie: „Dlaczegóżbym 
nie miał zostać?“ Został więc i obnosił wciąż delikatnie żabę 
na poduszce i miał zawsze dobre jedzenie i picie. Kiedy tam 
przebył już dwa lata, stał się milczący i smutny; żaba pyta go: 
„Głupi Janku, co ci jest?“—„Co jest? powiada: teraz bracia moi 
pewno wracają z wędrówki po świecie i przynoszą matce pięk¬ 
ne podarki od swoich narzeczonych, a ja nie mam narzeczonej 
i nie mam nic, nie mogę nawet wrócić do domu.“-„Na to prze¬ 
cież można znaleźć radę, powiada żaba: idż-no tylko dzisiaj spać 
spokojnie, a jutro wszystko się znajdzie.“ Usłuchał Jauek, a na¬ 
zajutrz rano daje mu żaba rózgę i mówi: „Idż-no do stajni 
i uderz rózgą we drzwi trzy razy, a wyskoczy koń piękny, na 
którego możesz wsiąść i jechać do domu. Ale na granicy ojca 
musisz zsiąść i iść piechotą.” Dała mu także żaba zawiniątko; 
miał to być podarek od jego narzeczonej. Głupi Jan wziął rózgę, 
uderzył nią trzy razy we drzwi od stajni, aż wychodzi stamtąd 
koń prześliczny i staje przed nim. Wsiadł zaraz na niego, po¬ 
jechał do domu i nie zapomniał zsiąść na granicy ojca. Patrzy, 
aż tu i bracia właśnie wracają, pięknie odziani i dumnej po¬ 
stawy. Rodzice bardzo się cieszyli, że synowie ich znowu są 
w domu. Mądrzy synowie są w porządku: jeden jest czeladni¬ 
kiem młynarskim, drugi czeladnikiem rzeźniczym, mają także 
piękne i bogate narzeczone i przynieśli od nich dla matki piękne 
podarki. „Kochana matko, rzekł głupi, przyjmij także podarek 
od mojej narzeczonej.“ Wyśmieli go inni i powiedzieli: „Przy¬ 
niosłeś tam pewmo coś pięknego! I pewno niczego się tam nie
		

/Pomorze_060_08_0183_0001.djvu

			— 175 — nauczyłeś, tylko gdzieś pasałeś, bo wracasz w tym samym odzie¬ 
niu, w którym odszedłeś!“ Ale kiedy matka otworzyła zawi¬ 
niątko, znalazła tam prześliczną suknię, złotem haftowaną i bry- 
łantowemi guzikami przybraną. Zamiast się cieszyć z tego, ona 
i ojciec rozgniewali się bardzo na niego i łajali go: „To nie 
może być, żebyś to zdobył w uczciwy sposób; pewno zabiłeś 
jaką królewnę i zabrałeś jej suknię.” Po kilku tygodniach, kiedy 
się nacieszyli rodzicami, mądrzy synowie rzekli: „Musimy wracać 
do majstrów; za rok znów przyjedziemy i przywieziemy narze¬ 
czone.” Odjechali, a głupi także poszedł do swojej żaby. Na 
granicy stał już koń i czekał na niego; głupi wsiadł na niego 
i wkrótce był już u celu. Żaba wypytywała go, co się z nim 
działo, a on opowiedział wszystko, i to także, że bracia*za rok 
mają przybyć z narzeczonemi. „A ja, dodał, z kimże mam je¬ 
chać do domu? nie mam nikogo prócz ciebie, a ty jesteś żabą!“ 
— „Bądź tylko spokojny, odrzecze żaba, wszystko się znajdzie.“ 
Po roku żaba powiada: „Możesz teraz z narzeczoną jechać do 
domu.“-„Tak, ale gdzież ta narzeczona?” pyta głupi. -„Idź tylko 
z tą rózgą znowu do stajni i uderz trzy razy; wyjdzie stamtąd po¬ 
wóz, wsiądź do niego, a wtedy przyjdzie do ciebie i narzeczona 
twoja.“ Posłuchał rozkazu, aż tu zajeżdża bardzo piękna ka¬ 
reta, zaprzężona w cztery konie. Kiedy wsiadł, zobaczył obok 
siebie siedzącą prześliczną pannę: to była jego narzeczona. Bar¬ 
dzo był zadowolony z tego, a ona mu powiada, że nie jest nikim in¬ 
nym, tylko żabą. „Ale, rzekła, kiedy przyjedziemy do granicy 
ojca, musisz zsiąść i iść piechotą do domu i udawać, że nic 0 muie nie wiesz; a kiedy zobaczycie, że nadjeżdżam, wtedy 
wyjdź i wybij mi szyby w karecie; a potym, kiedy będę w do¬ 
mu twoich rodziców i zasiądę do jedzenia, nie daj mi nic do 
ust wziąć, tylko uderzaj za każdym razem w moją łyżkę.“ Tak 
się też wszystko stało. Bracia przybyli właśnie z narzeczonemi 1 widzą, że zajeżdża piękna kareta. „Kto to być może? pytają: 
pewnie jakiś pan bogaty.“ A głupi tymczasem bieży do karety 
i wybija kijem wszystkie szyby. Piękna królewna wysiada i py¬ 
ta, czy mogłaby tu pozostać. „Ale kiedy my jesteśmy tak ubo¬ 
dzy, królewno! jakżebyśmy mogli przyjąć was przyzwoicie?“ 
—„Wszystko będzie dla mnie dobre, odpowiada; co wy jecie, bę¬ 
dzie i mnie także smakowało.“ Zaraz więc ugotowano obiad, 
i wszyscy zasiedli do stołu; głupiego nie zawołano do stołu; sie¬ 
dział w zwykłym swoim kąciku, za piecem Ale królewna nie 
zgodziła się na to i domagała się, żeby i on także przyszedł do * i
		

/Pomorze_060_08_0184_0001.djvu

			176 Stołu i jadł razem z niemi. „E, rzekł ojciec, kiedy to taki głupi 
gamoń! pozwólcie mu zostać tam za piecem, on i bez tego zro 
bił wam szkodę.” Królewna wszakże nie ustąpiła i rzekła: „To 
nic nie szkodzi, chodź-no tutaj, głupi Janku!“ Przyszedł więc 
i usiadł obok królewny, która miała na sobie białą suknię atła¬ 
sową, i co tylko ona podniesie do ust pełną łyżkę polewki 
z czernic, on uderza ją w rękę, i czernice rozsypują się po suk¬ 
ni i obrusie. Rodzice strofowali go i przepraszali za niego kró¬ 
lewnę, ale to wszystko nie pomogło: księżniczka nic jeść nie 
mogła. Po obiedzie poszła do pokoju na górę i zabrała z so¬ 
bą głupiego. Tam powiedziała tylko słów kilka, zaraz zjawili 
się służący, którzy głupiego umyli, oczyścili i przyodziali go 
w szatę królewską, zdobną w ordery; stał tam także stół, na¬ 
kryty z wyśmienitemi potrawami, do którego oboje zasiedli 
i jedli. Tymczasem jeden z mądrych synów powiada: „Pójdę 
i zobaczę, co oni tam robią na górze!”—i zszedszy na dół, opowie¬ 
dział, co widział, że królewna siedzi z pięknym królem przy 
stole, ale głupiego tam niema. A na to ojciec: „No, uważałem 
cię za mądrego, tymczasem jesteś tak samo głupi, jak Jan. Jak¬ 
że to być może? Przecież musielibyśmy zauważyć przybycie 
króla i przygotowania do stołu.’’ Wtym schodzi na dół król z kró¬ 
lewną, i ta przedstawia go jako głupiego Jana i powiada: „Macie 
go wszyscy za głupiego, tymczasem on również mądry, jak i wy 
wszyscy, a największe z was ma szczęście.’" Synowie odjechali znowu z narzeczonemi, a głupi Jan tak¬ 
że ze swoją piękną narzeczoną. Kiedy dostali się do chatki 
leśnej, i Jan oddalił się na chwilę, piękna królewna zniknęła 
znowu, a na jej miejscu znów zjawiła się żaba. Kiedy on pła¬ 
cze po królewnie i żali się, żaba powiada: „Głupi Janku, czyż 
myślisz dostać żonę tak sobie bez wszelkich starań? Musisz 
jeszcze wytrwać kilka prób, a wtedy nazawsze już dostaniesz swoją 
piękną królewnę. Zniknę teraz na trzy dni, a na ciebie przyjdą 
pokusy, żebyś mówił, ale ty nie mów ani słowa, bo inaczej zgi¬ 
niemy oboje. Pierwszej nocy posłyszysz muzykę, przyjdą do 
ciebie piękne panny i będą chciały tańczyć i rozmawiać z tobą, 
ale ty nie mów ani słowa. Drugiej nocy przyjdą hrabiowie 
i książęta i będą chcieli zrobić cię królem, ale bądź mądry i nie 
zważaj na to. Trzeciej nocy przyjdą kaci i będą wciąż po¬ 
wtarzali, że jeżeli słówko powiesz, wszystko będzie znowu do¬ 
brze, ale trzymaj się mocno, i nie mów ani słówka, inaczej je¬ 
steśmy zgubieni.“ Nazajutrz żaba zniknęła rzeczywiście Nastała
		

/Pomorze_060_08_0185_0001.djvu

			177 noc, przyszły panie i chciały z nim tańczyć i rozmawiać, ale 
on wytrzymał, nie wyrzekł słowa, i kiedy zegar wybił dwunastą 
godzinę, wszystko zniknęło, i niebezpieczeństwo minęło, a naza¬ 
jutrz zauważył pas jasny przez cały dom. Na drugą noc przyszli 
królowie i książęta i chcieli go zrobić królem, ale on wytrzymał 
i nie powiedział ani słówka. Następnego dnia jasny pas był 
znacznie szerszy. Trzeciej nocy działo się tak samo. Przyszli 
kaci i chcieli mu ściąć głowę za to, że poprzedniej nocy opierał 
się zostać królem, odrąbali mu już obie nogi i rękę, ale on wy¬ 
trzymał do północy, a wtedy wszystko zniknęło. Zasnął wówczas 
spokojnie i spał aż do rana. Budzi się nareszcie i widzi, że 
jacyś ludzie krzątają się i wchodzą i wychodzą na palcach; 
myśli, że to są jeszcze kaci, którzy mu chcą teraz uciąć głowę, 
ale czuje, że ma obie ręce, a także jedną i drugą nogę i pod¬ 
nosi się z łóżka. Przychodzi zaraz służący, odziewa go w pa¬ 
radne ubranie; kawa dymi się już na stole; wyjrzał oknem i wi¬ 
dzi, że las przemienił się w piękny kraj, a chatka zamieniła 
się w zamek wspaniały. Wchodzi wreszcie królewna w swojej 
dawniejszej postaci i powiada: „No, Janku, wybawiłeś mnie; za 
to zostaję twoją żoną i całe królestwo należy do ciebie.“ Od 
tego czasu żyli bardzo szczęśliwie i aż do śmierci. (Z Jerutek). Pan i sługa. Był sobie pan jeden, a był bardzo skąpy; wolał oszukać 
kogoś, niż mu coś dać. Żaden służący nie chciał u niego dobyć 
do końca, bo albo mu zaduźo jadł, a zamało robił, albo znów 
zawiele spał i zawiele żądał zapłaty. Dlatego ludzie wystrzegali 
się służby u niego, i to narażało go na wielkie niewygody. Ale 
w tym czasie przybył do niego parobek, bardzo niechlujny: ani 
się ubierał, ani mył, ani czesał, ani wycierał nosa. W takim 
stanie i do tego jeszcze w podartym odzieniu zgłosił się do tego 
pana i prosił go o służbę. Pan zapytał go: „Ile żądasz zapła¬ 
ty?" A na to parobek: „Będę służył panu siedm lat i nie chcę 
za to nic więcej, tylko konia z siodłem, i żeby mnie pan służył 
przez dzień jeden.“ Pan, usłyszawszy to, cieszył się bardzo, że 
tak tanio na tak długi czas dostał służącego, w tym przekona¬ 
niu, że łatwo mu będzie wytrzymać ten dzień jeden za siedm 
lat służby, że zresztą służący nie wytrzyma tego czasu. Ale 
o dziwo! Parobek dotrzymał swego przyrzeczenia; kiedy przy- Wierzetiia Mazurskie. 22
		

/Pomorze_060_08_0186_0001.djvu

			178 szedł a łuźbę do swojego pana, służył mu wiernie, chociaż 
mu było chłodno i głodno; wprawdzie wyglądał jak dziki albo 
małpa, ale pracował od świtu do nocy. A kiedy skończyło się 
siedm lat, wieczorem wszedł do pokoju swego pana, siadł za 
stołem i zawołał: „Skończyła się dziś moja służba, teraz ja jes¬ 
tem twoim panem, a ty moim sługą, jak ci wiadomo. Osiodłaj 
natychmiast konia mnie i sobie, i przyprowadź mi konia przede 
drzwi, a weź tam worek z sobą!” Chociaż słowa te dziwnie brzmiały w uszach tego, który 
dotąd był panem, musiał jednak, skrobiąc się w głowę, wyko¬ 
nać rozkaz. Teraz ten, który dotychczas był służącym i w swo¬ 
im podartym odzieniu wyglądał jak nieboskie stworzenie, był 
panem, a dawniejszy pan, paradnie ubrany i pięknej powierz¬ 
chowności—służącym. Kiedy nocą wsiedli na koń, nowy pan za¬ 
wołał na sługę ostro: „Jedź ze mną!” i nie powiedział mu ani 
dokąd, ani po co mają jechać, co go zafrasowało i przejęło 
obawą. Przejeżdżając tak w obcych krajach góry i doliny, pola 
i lasy, natrafili w ciemnościach na szubienicę, na której wisiał 
umarły, mocno już cuchnący. Tu pan zatrzymał konia i zawołał 
szorstko na służącego: „Złaź mi zaraz z konia, odetnij wisielca, 
wsadź go do worka i zabierz z sobą!” Rozumie się, że z odcina¬ 
niem wysoko zawieszonego wisielca szło mu niesporo i trudno, 
ale musiał spełnić rozkaz. Jadą potym dalej i dostają się wgłąb 
puszczy. Wkońcu spostrzegają wśród ciemności światło i śpie¬ 
szą ku niemu. Dojechawszy do światła, widzą, że się świeci 
w domu jakimś. Tu zatrzymuje się pan i mówi do służącego: 
„Idź tam do pokoju i dowiedz się od tych ludzi, czy nie zgo¬ 
dziliby się przyjąć mię na noc, żebym mógł powieczerzać sobie.” 
Służący usłuchał, wszedł do pokoju i zastał tam 24 mężczyzn 
za stołem, jedzących i pijących, ale nie wiedział, że to byli roz¬ 
bójnicy. Zobaczywszy takiego woźnicę, powiedzieli sobie: „Je¬ 
żeli woźnica pański ma tak piękne ubranie, to sam pan musi 
lśnić od złota i srebra,”—i pozwolili mu przenocować u siebie. 
Ale kiedy pan wszedł do pokoju, wszyscy odrętwieli ze zdumie¬ 
nia, bo żaden z nich nigdy w życiu nie widział podobnej postaci, 
i przyglądali mu się, jakby nie był człowiekiem. Z początku 
len pan chodził tam i napowrót od stołu do progu i długo nic 
nie mówił. Naraz zagrzmiał groźny rozkaz jego do woźnicy: „Przy¬ 
nieś mi tu natychmiast worek do pokoju i upiecz mi na komin¬ 
ku to, co tam jest, na wieczerzę.”
		

/Pomorze_060_08_0187_0001.djvu

			179 Nieborak sługa zaczął kręcić nosem, ale spełnił rozkaz, wy¬ 
trząsnął z worka nieboszczyka na podłogę, i straszny smród 
rozszedł się po pokoju. Zebrawszy teraz wszystkie siły swoje, rzucił trupa w ogień, 
i zaczął go piec. Kiedy mu się zrobiło niedobrze, zaczął strasz¬ 
nie krzyczeć: „Panie, to cuchnie, mnie się niedobrze robi, ja 
mdleję!“ A pan mu na to: „Powiadam ci: piecz!u Rozbójnicy za 
stołem, widząc to, sposępnieli. Kiedy służący po raz trzeci wy¬ 
krzyknął te same słowa, wtedy pan wrzasnął przeraźliwie: „To 
rzuć go na ziemię i włóż do pieca jednego z tych zza stołu!” 
Siedzący za stołem pomyśleli, że to djabeł wcielony, i pouciekali 
wszyscy przez okno do puszczy. Wtedy pan ten odszukał w do¬ 
mu wszystkie ich wielkie skarby i zabrał je z sobą. Z radości, 
że stał się tym sposobem bogaczem, obdarzył także sługę swo¬ 
jego i puścił go do domu. Baśń—zagadka. Jedna królewna nie chciała nikogo innego na męża, tylko 
takiego, coby jej zadał taką zagadkę, żeby jej nie mogła roz¬ 
wiązać. Każdy mógł jej zadawać zagadkę, ale jeżeli ją zgadła, 
przypłacał to życiem. Słyszał o tym jeden młody owczarz, i cho¬ 
ciaż rodzice przestrzegali go, żeby nie przedsiębrał tej niebez¬ 
piecznej próby, nic zdołali go jednak powstrzymać. Wyruszył 
w drogę, przyszedł do królewny i zadał jej następującą zagadkę: Z rozumu nabył ognia, Z uciechy się ogrzał, Strzelił w to, co widział, I zabił, co niewidział, Upiekł i zjadł. Zza się brał i przed się kładł 
I przyszedł do króla ua obiad. Królowa wypytywała mędrców, przeszukała wszystkie książ¬ 
ki z zagadkami, ale tej rozwiązać nie mogła; tak tedy przyjęto 
owczarza na królewskiego zięcia. Król i królewna życzyli sobie 
po weselu usłyszeć rozwiązanie. Owczarz opowiedział, co na¬ 
stępuje: „Kiedy wybierałem się tu w drogę, wziąłem z sobą moje 
skrzypce i krucicę i poszedłem; zabłądziłem jednak w lesie, 
a tymczasem noc zapadła, i musiałem nocować w lesie. Było 
zimno i mokro; chciałem sobie ogień rozniecić, ale nie miałem
		

/Pomorze_060_08_0188_0001.djvu

			180 nic suchego pod ręką; wtedy wydarłem podszewkę z czapki 
i roznieciłem ogień. Było ciemno, a nie miałem drzewa pod rę¬ 
ką; połamałem tedy sk-zypce i położyłem na ogień. Przy 
świetle tego ognia mogłem dojrzeć i brać drzewo. Wtym 
usłyszałem szelest: to sarna przebiegła; porwałem pistolet 
i strzeliłem za nią. Ale sarna uciekła; patrzę, a tam coś 
leży; zbliżam się i widzę sarniątko, którego przedtym nie 
widziałem, bo było schowane za matką. Przyrządziłem sobie 
to sarniątko, upiekłem i zjadłem. Nazajutrz idę dalej i zapytuję: 
jak daleko do króla? Powiedziano mi, że dokoła mila, a naprost 
dwie. A byli tam tracze; kupiłem sobie od nich dwie deski. 
Droga naprost prowadziła właŚDie przez błoto. Szedłem po jed¬ 
nej desce, a drugą kładłem przed siebie, i tak zmieniałem deski. 
Takim sposobem przeszedłem szczęśliwie przez błoto i przy¬ 
szedłem tu na czas. (Z Lipowa). Miłosierdzie nagrodzone. Był sobie szewc, a był on bardzo przykry w obejściu i zły; 
kłócił się ciągle ze swoją żoną i łajał wszystkich, kto tylko 
przychodził do jego domu. W tym samym mieście był także 
król, którego żona była również zła; krzyczała na wszystkich, 
kogo spotykała, nawet na króla i na wszystkich, kto przy¬ 
chodził do zamku; nikomu nie dała dobrego słowa. Razu 
pewnego przyszedł do zamku terminator, wędrujący sobie po 
świecie, i prosi królowej o datek. Ale królowa, zamiast mu co 
dać, mocno go wykrzyczała, złajała i zagroziła, że go każe wy¬ 
rzucić, jeżeli się zaraz precz nie wyniesie. Terminator poszedł 
sobie dalej i przychodzi do szewca; ale nie było go w domu, 
tylko żona jego. Prosi jej o datek, a ta mu odpowiada: „Do¬ 
brze, dam ci grosz; jest to wprawdzie ostatni mój grosik, i mąż 
zapewne wybije mię za to, ale to nic nie szkodzi; weź ten ostat¬ 
ni grosik.“ A terminator ten to był czarnoksiężnik, który za 
pomocą sztuki swojej umiał tak zrobić, że się ludzie zamieniali. I oto sprawił, że szewcowa stała się królową, a królowa szew¬ 
cową; działo się to w nocy. Królowa, przebudziwszy się, tarza 
się po łóżku, klnie i piorunuje na posłanie, bo było jej tak 
twardo, słoma tak ją drapała i kłuła, że spać nie mogła. Szewc 
słyszał to, ale nic nie zrozumiał, bo mówiła po niemiecku1); roz- *) Oczywiście rzecz dzieje się na Mazurach.
		

/Pomorze_060_08_0189_0001.djvu

			181 złoszczony wykrzyczał ją,, żeby stuliła gębę i spała spokojnie. 
Rano szewc wstaje i zaczyna ją łajać, że się jeszcze wylęga 
w łóżku. - „Ej, a dratwę robić!—krzyczy—leży sobie do ósmej go¬ 
dziny i pewnie myśli, że ja jej będę dratwę smolił!“ I wypędził 
ją z łóżka kijem. Szewcowa, która tymczasem spała w zamku, 
była niemniej zdziwiona przy przebudzeniu: wszystko tu tak ci¬ 
chutko, tylko zegary chodzą; posianie takie miękkie, że wydaje 
się jej, jakby bujała w powietrzu; otworzywszy oczy, widzi, że 
lampa paliła się przez całą noc i wszystko takie piękne w po¬ 
koju! Leży tedy sobie cichutko, nie rusza się nawet i znów 
zasypia. Rano przychodzi pokojowa cichutko, bez trzewików, 
w pończochach tylko (bo myśli naturalnie, że to zła królowa 
leży w łóżku), podchodzi do łóżka i pyta: „Najjaśniejsza pani, 
jaką suknię mam dzisiaj przynieść?” Szewcowa była w wielkim 
kłopocie, co ma powiedzieć, bo nic nie wie o sukniach królo¬ 
wej; więc odpowiada, żeby się nie zdradzić: „Przynieś mi tę sa¬ 
mą suknię, co wczoraj.“ Ale szewcowa od smolenia dra wy była 
całkiem czarna na twarzy; służąca, kiedy to spostrzegła, poszedszy 
po suknię, powiada do innych służących: „No, moje drogie, na¬ 
sza królowa musiała być dziś w piekle, bo jeszcze smołą powa¬ 
lana; ale to jej pomogło: stała się o wiele łagodniejszą.“ Tym¬ 
czasem królowa wstaje, ubiera się i obchodzi ze zdumieniem po¬ 
koje. Przychodzi także król i mówi do niej lękliwie, jak za¬ 
zwyczaj: „Dzień dobry!“ Ona odpowiada mu na to powitanie tak 
uprzejmie, że król mocno jest zdziwiony, i z radości, że się tak 
zmieniło jej usposobienie, całuje ją, co się już oddawna nie zda¬ 
rzało. Przychodzi dalej kucharka i pyta: co ma gotować na 
obiad? Królowa namyśla się i namyśla; ale że jej nic na myśl 
nie przychodzi—kaszę albo kartofle, tego przecież nie mogłaby 
powiedzieć-więc wkońcu mówi: „Ugotuj to samo, coś gotowała 
wczoraj!“ Wszyscy dziwią się i cieszą z łagodności i dobroci 
królowej. Przychodzi potym do śpiżarni i znajduje tam dużo, 
dużo potraw, których nie zna, ale kosztuje każdej. Później jadą 
królestwo na spacer, i król każe zaprząc najpiękniejsze konie 
do najpiękniejszego powozu. Jadą przez cale miasto i przejeż¬ 
dżają także koło domu szewca Wtedy wypada z domu praw¬ 
dziwa królowa i krzyczy, żeby się zatrzymali, że ona jest kró¬ 
lową, żeby król zabrał ją do powozu. A król każe szewcowi 
zbliżyć się do powozu i powiada mu: „Jeżeli masz żonę warjat- 
kę, nie wypuszczajże jej z pokoju i nie pozwalaj napadać na 
ludzi, albo oddaj ją do domu warjatów!“ Pojechał do domu
		

/Pomorze_060_08_0190_0001.djvu

			182 i z radości, że żona jego tak się poprawiła, wydał bal wielki. 
(Z Jerutek). Dobry pastuch. Był sobie król, który miał siedmiu synów i jedną córkę. 
Ale synowie wszyscy byli zaczarowani i przemienieni w krowy- 
Żyli przy ojcu, ale nie jedli trawy ani siana, i bardzo było trud¬ 
no paść ich, bo uciekali każdemu pastuchowi i dopiero po upły¬ 
wie pewnego czasu sami znowu wracali. Otóż król obwieścili 
że kto potrafi dobrze pasać te krowy, i kto potrafi powiedzieć 
mu, co one jedzą i czym żyją, ten dostanie jego córkę za żonę. 
A córka ta była bardzo piękna. I byl także człowiek, który miał 
trzech synów: dwóch mądrych i jednego głupiego. Przyprowa¬ 
dził on najpierw najstarszego syna do króla i powiada: „Naj- 
milościwszy królu, mój syn potrafi paść; on będzie pasał krowy, 
żeby były tłuste, i potrafi powiedzieć, czym one żyją.” Król przy¬ 
jął go za pastucha, ale zaraz pierwszego dnia, kiedy wypędził 
krowy na pole, te mu uciekły; kiedy chciał je gonić, stara ko¬ 
bieta, siedząca na rozdrożu, z miską zupy w jednej ręce i z inną 
jeszcze jakąś potrawą w drugiej, zawołała goi powiada: „Chodź, 
posil się trochę tym jadłem, a krowy zuowu wrócą.” Podobało 
się to bardziej pastuchowi, niż gonić krowy kto wie jak daleko. 
Przysiadł się tedy do baby i zaczął jeść i gawędzić. Wieczorem 
krowy rzeczywiście same wróciły, a stara powiada: „Widzisz? 
miałam słuszność; weź teraz resztki tych potraw, których nie 
dojadłeś, i powiedz królowi, że tym krowy żyją.” Tak też po¬ 
stąpił pastuch: zabrał z sobą resztki tych potraw, popędził kro¬ 
wy do domu i powiada królowi: „Już wiem, czym żyją krowy: 
oto ich strawa!" i pokazał potrawy, które mu dała stara cza¬ 
rownica.—„Ty nicponiu! odrzecze król: to nieprawda; wszyscy 
pastusi, których miałem dotychczas, to samo mi nakłamali, ale 
one tym nie żyją!” — i wypędził go precz. Kiedy ten wrócił 
do domu, niedobrze wywiązawszy się ze swego zadania, ojciec 
prowadzi do króla drugiego syna. I temu poszło tak samo, jak 
pierwszemu: dał się obałamucić czarownicy, i wypędzono go 
precz. Wtedy trzeci syn powiada: „Pozwólcie mnie pójść!” Oj¬ 
ciec i bracia nie chcieli pozwolić na to, bo myśleli sobie: „Czego 
myśmy obaj nie potrafili, miałbyś ty zrobić?” Ale on poszedł. 
Kiedy wygnał krowy na łąkę, uciekły mu także zaraz pierw¬ 
szego dnia, ale on pobiegł za niemi, i nie dał się zatrzymać
		

/Pomorze_060_08_0191_0001.djvu

			183 czarownicy, która go chciała zwabić, lecz ciągle biegł dalej. 
Tymczasem krowy biegły a biegły bardzo daleko i doszły na¬ 
reszcie do wielkiej rzeki. „Teraz, pomyślał sobie głupi, one 
przepłyną na drugą stronę, a ja nie mogę się tam dostać, i ma 
się rozumieć, uciekną mi!” Ale w porę się namyślił, wskoczył 
na jedną z krów, i ta go przeniosła przez rzekę. Na drugim 
brzegu stał kościół wspaniały, dokoła którego ciągnął się cmen¬ 
tarz. Kiedy tych siedm krów znalazło się aa cmentarzu, prze¬ 
mieniły się w siedmiu prześlicznych królewiczów, i wszyscy 
poszli do kościoła. Pastuch poszedł za niemi i widział, jak 
wszyscy przystępowali do Komunji. Wtedy podkradł się do 
ołtarza, wziął trochę chleba i wina i schował sobie. Po przyję¬ 
ciu Komunji, królewicze opuścili kościół i udali się przez cmen¬ 
tarz do domu. W chwili, kiedy stawiali ostatni krok na cmen¬ 
tarzu, przemienili się znowu w krowy i pobiegli do domu, a pa¬ 
stuch tuż w ślad za krowami. Król wypatrywał ich z niecier¬ 
pliwością; kiedy przybyli nareszcie, pyta pastucha, czy wie, 
czym żyją krowy. „Tak, naj miłości wszy królu, oto taką strawą 
żyją one,” odrzecze, i opowiedział królowi wszystko, co widział. 
Król bardzo się tym ucieszył i powiada: „No, teraz możesz się 
żenić z moją córką, piękną królewną/' Wyprawiono wesele, 
i kiedy młoda para już miała odjechać do kościoła, i głupi w tym 
celu żegnał się ze wszystkiemi, poszedł jeszcze przedtym do 
obory do swoich krów ulubionych. Wchodzi do obory, aż tu 
krowy znów przemieniły się w królewiczów: on był ich wybaw¬ 
cą. Z tego powodu była wielka radość w domu, i żył z piękną 
królewną, jako król, długie jeszcze lata1). (Z Jerutek). ’) O siedmiu braciach wybawionych jest wprawdzie mowa 
w baśni Grimmów: „Die sieben Raben,“ Kinder- und Hausmährchen, 
t. I, str. 137, ale pozatym dwie te baśnie nie mają nic wspólnego.
		

/Pomorze_060_08_0192_0001.djvu

			1 Biblioteka Główna UMK 300002338926